W 2026 r. Kościół w Polsce i na świecie przeżywa Jubileusz 200-lecia powstania Żywego Różańca, założonego w 1826 r. przez bł. Paulinę Jaricot – świecką kobietę, która zaufała mocy modlitwy różańcowej i jej misyjnemu oddziaływaniu na cały świat.
Wspólnota Żywego Różańca została założona w 1826 roku przez bł. Paulinę Jaricot w Lyonie. Jest to międzynarodowa wspólnota opierająca się na idei „róż” – grupy 20 osób, z których każda codziennie odmawia jedną wyznaczoną tajemnicę, tworząc razem pełny różaniec.
plakat zapraszający na kongres i pielgrzymkę.
***
Czas łaski i wdzięczności
W związku z Jubileuszem w dniach 5-6 czerwca 2026 r. na Jasnej Górze trwa III Ogólnopolski Kongres Różańcowy pod hasłem „Różaniec modlitwą o Boże Miłosierdzie dla świata”, połączony z XIV Ogólnopolską Pielgrzymką Żywego Różańca.
Jubileusz jest szczególnym momentem dziękczynienia za dwa stulecia istnienia wspólnoty, która stała się jedną z największych inicjatyw modlitewnych w Kościele. Żywy Różaniec od 200 lat pozostaje szkołą modlitwy, wspólnoty i odpowiedzialności za Kościół oraz za misję ewangelizacji świata. Prosta, codziennie podejmowana modlitwa różańcowa przynosi nieustannie duchowe owoce: nawrócenia, pokój serca i odnowę wiary.
„Pragnę serdecznie zaprosić całą rodzinę Żywego Różańca do wspólnego przeżywania Jubileuszu w trzech stacjach, które tworzą jedną drogę modlitwy, wdzięczności i misyjnego posłania” – napisał moderator krajowy Stowarzyszenia Żywy Różaniec, ks. Jacek Gancarek.
Stacja ogólnopolska – Jasna Góra
ot. siostry Loretanki
***
Centralnym wydarzeniem Jubileuszu jest wczorajszy i dzisiejszy dzień ogólnopolskiej podczas pielgrzymki i Kongresu Różańcowego na Jasnej Górze.
Dziś w sobotę 6 czerwca o godz. 12.30 została odprawiona uroczysta dziękczynna Eucharystia, której przewodniczył nuncjusz apostolski w Polsce Antonio Guido Filipazzi.
Stacja diecezjalna
Drugą częścią jubileuszowych obchodów są stacje diecezjalne, przeżywane w każdej diecezji wraz z biskupem miejsca. Jest to czas modlitwy dziękczynnej za wspólnoty Żywego Różańca, czas ich umacniania oraz odnawiania gorliwości modlitewnej i misyjnej.
W wielu diecezjach powstają również Diecezjalne Rady Żywego Różańca, które wraz z moderatorami diecezjalnymi będą wspierać rozwój tej wspólnoty w Kościele lokalnym.
Stacja parafialna
Trzecią częścią Jubileuszu będą stacje parafialne, przeżywane w wyznaczoną przez lokalnego biskupa Niedzielę Różańcową. W tym dniu wspólnoty parafialne będą dziękować za dar Żywego Różańca i modlić się o dalszy rozwój tej inicjatywy.
Ta stacja ma przyczynić się do tego, aby w każdej parafii wspólnota różańcowa była widocznym znakiem modlącego się Kościoła – wspólnoty wiernej, odpowiedzialnej i otwartej na potrzeby świata.
Pielgrzymka do Lyonu
Podsumowaniem jubileuszowych obchodów będzie ogólnopolska pielgrzymka do Francji, do Lyonu, gdzie znajduje się grób bł. Pauliny Jaricot. Odbędzie się w dniach 15-23 października 2026 r. pod patronatem delegata Konferencji Episkopatu Polski ds. Żywego Różańca, abp. Wacława Depo.
U grobu bł. Pauliny zostanie złożona Księga Wielkiej Nowenny Różańcowej – owoc modlitwy tysięcy osób w całej Polsce i znak wdzięczności za dzieło Żywego Różańca.
Narodowe rekolekcje „Różaniec 33”
Ważnym elementem duchowego przygotowania do Jubileuszu są Narodowe Rekolekcje „Różaniec 33”, który rozpoczeły się 2 maja 2026 r., w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Dziś, w pierwszą sobotę czerwca, zakończyły się podczas spotkania na Jasnej Górze uroczystym oddaniem Jezusowi Chrystusowi przez Niepokalane Serce Maryi .
Jubileuszowe owoce
Jednym z owoców Jubileuszu, zgodnie z pragnieniem bł. Pauliny Jaricot, będzie wsparcie dzieła misyjnego poprzez budowę Centrum bł. Pauliny Jaricot w Papui-Nowej Gwinei. Modlitwa różańcowa łączy się z konkretną pomocą dla Kościoła na terenach misyjnych.
fot. B. Kałużny
***
Drugim owocem będzie film poświęcony bł. Paulinie Jaricot – założycielce dwóch wielkich dzieł w Kościele: Żywego Różańca oraz Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Jego celem jest przybliżenie jej historii i ukazanie młodym pokoleniom, że modlitwa różańcowa może przemieniać człowieka i świat również dzisiaj.
O tym, jak godzić modlitwę różańcową z dynamicznym stylem współczesnego świata, co robić, by ustrzec się przed pustym rytuałem „zdrowasiek”, oraz w jaki sposób dotrzeć do młodzieży – mówi ks. kan. dr Jacek Gancarek, moderator krajowy Stowarzyszenia Żywy Różaniec.
Mateusz Kuca/zywyrozaniec.eu
***
Andrzej Tarwid: Obchodzimy jubileusz 200-lecia istnienia Stowarzyszenia Żywy Różaniec. Podniosłe rocznice to czas świętowania, ale i refleksji nad przyszłością. Co jest największym wyzwaniem dla moderatora krajowego Żywego Różańca (ŻR)?
Ks. dr Jacek Gancarek: Wyzwaniem, a zarazem najgłębszym pragnieniem jako moderatora krajowego jest kontynuacja wizji naszej założycielki. Błogosławiona Paulina Jaricot chciała, aby Różaniec stał się modlitwą powszechną, dostępną dla każdego człowieka, bez względu na jego wykształcenie, status społeczny czy stopień zaangażowania w życie parafii. Dziś to wyzwanie polega na tym, by pokazać współczesnemu człowiekowi, że ta tradycyjna forma modlitwy jest w rzeczywistości niezwykle nowoczesnym narzędziem budowania wewnętrznego pokoju i relacji z Bogiem i ludźmi.
Skoro mowa o powszechności, to ile osób należy do Żywego Różańca?
Oficjalnie w strukturach stowarzyszenia zarejestrowanych jest ok. 2,5 mln osób, które zobowiązały się do codziennego odmawiania przynajmniej jednego dziesiątka Różańca. Jeśli jednak spojrzymy na krajobraz modlitwy różańcowej całościowo, to trzeba uwzględnić jeszcze ok. 20 innych wspólnot o takim charakterze.
Ile w takim razie osób w całej Polsce modli się na różańcu i co to mówi o naszej wierze, o naszym kraju?
Szacuję, że na różańcu modli się ok. 7 mln osób. Bez wątpienia możemy więc powiedzieć, że w Polsce istnieje ogromna, cicha, ale wytrwała duchowa siła, która zanosi do Pana Boga modlitwy w intencjach Kościoła, ojczyzny i najbliższych.
Jaki jest socjologiczny „portret” osób należących do stowarzyszenia?
Do Żywego Różańca należą zarówno kobiety, jak i mężczyźni, całe wielopokoleniowe rodziny, a także prężnie rozwijające się koła młodzieżowe i dziecięce. Mówiąc socjologicznie – nie ma grupy społecznej, która nie byłaby reprezentowana w naszych szeregach. Oczywiście, statystyki pokazują, że najliczniejsze grono stanowią osoby starsze, wśród których zdecydowana większość to kobiety. Warto jednak zaznaczyć, że w grupach dorosłych co dziesiąta osoba to mężczyzna. Istnieją parafie, gdzie na kilkanaście kół żeńskich przypada przynajmniej jedno typowo męskie koło oraz kilka mieszanych.
Przewaga pań w grupach modlitewnych jest jednak bardzo duża. Z czego ona wynika?
Kobiety z natury wykazują większą wrażliwość duchową i intuicyjnie wyczuwają potrzebę wsparcia nadprzyrodzonego. Panie widzą w modlitwie wspólnotowej potężną siłę i traktują ją jako tarczę dla swoich dzieci i wnuków czy rodzin.
A co można powiedzieć o współczesnych mężczyznach?
Obserwujemy obecnie niezwykły renesans męskiej duchowości maryjnej. Formacje takie jak Wojownicy Maryi czy Męski Różaniec potrafią zgromadzić tysiące mężczyzn, którzy publicznie, z różańcem w dłoni, dają świadectwo swojej wiary. Widok potężnej grupy mężczyzn odmawiających tę modlitę kruszy stereotypy, jakoby Różaniec był wyłącznie dla „starszych pań”. Poza Wojownikami Maryi i Męskim Różańcem są jeszcze inne męskie wspólnoty, np. Rycerze Jana Pawła II czy Rycerze Kolumba, gdzie Różaniec jest także stałym elementem formacji.
Imponująca liczba ludzi modli się na Różańcu, ale w Kościele zawsze zwracamy także uwagę na jakość. Stąd pytanie: czy Żywy Różaniec to autentyczna, pulsująca życiem wspólnota, czy może tradycja podtrzymywana z przyzwyczajenia?
Dla wielu osób to rzeczywiście piękna tradycja, przekazywana z pokolenia na pokolenie, ale tradycja niezwykle żywotna. Nie znam w Polsce parafii, w której nie funkcjonowałoby przynajmniej jedno koło różańcowe. Fenomen tej wspólnoty polega na jej zdolności do ciągłego samoodnawiania. Kiedy starsi członkowie odchodzą do wieczności lub z powodu stanu zdrowia nie mogą już pełnić swoich obowiązków, ich miejsca zajmują nowi ludzie. Kiedyś modlitwa ta składała się z 15 tajemnic, ale po wprowadzeniu przez św. Jana Pawła II tajemnic światła, jest ich 20. To sprawia, że ŻR nie tylko nie maleje, ale rozwija się, dostosowując do nowych realiów.
Á propos nowych realiów – jak wpisujecie się w nowoczesny świat mediów cyfrowych?
Obok tradycyjnych struktur parafialnych ogromna przestrzeń modlitewna powstaje w internecie. Szacujemy, że w grupach internetowych modli się ponad 300 tys. osób. Nie wykluczam jednak, że ta liczba jest znacznie większa. Chcemy iść tam, gdzie są ludzie, zwłaszcza młodzi, i pokazać im, że Różaniec to nie artefakt z przeszłości, ale żywe narzędzie komunikacji z Bogiem dostępne na ekranie smartfona.
Powszechne jest jednak przekonanie, że młodzież raczej omija szerokim łukiem taką formę pobożności.
Moim zdaniem, to stwierdzenie nie jest do końca sprawiedliwe. Pracuję z młodymi i widzę, że jeśli przedstawi im się konkretne owoce tej modlitwy i obietnice Matki Bożej, które spisał bł. Alan de la Roche, to ich nastawienie diametralnie się zmienia. Młodzi ludzie szukają autentyczności i skuteczności. Kiedy poznają głębię Różańca, nie przechodzą obok niego obojętnie. Problem leży więc nie w niechęci młodych, ale często w tym, jak my, dorośli, próbujemy im tę modlitwę przekazać.
Część krytyków twierdzi, że ważny jest nie tylko sposób przekazu, ale że forma odmawiania Różańca powinna zostać zreformowana, by lepiej pasowała do współczesnego stylu życia. Czy to właściwa droga?
Zdecydowanie uważam, że nie możemy ingerować w samą istotę tej modlitwy. To tak, jakbyśmy chcieli zmieniać fundamenty domu, w którym mieszkamy. Dziesiątek Różańca to stały punkt odniesienia, który daje poczucie bezpieczeństwa i ciągłości.
A co odpowiedziałby Ksiądz tym, którzy mówią, że wielokrotne powtarzanie tych samych słów jest monotonne i prowadzi do mechanicznego odmawiania „zdrowasiek” bez głębszej refleksji?
Święty Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, że Różaniec to modlitwa kontemplacyjna. Wymaga ona pewnego rytmu, który paradoksalnie pomaga wyciszyć się w dzisiejszym, niezwykle hałaśliwym i pędzącym świecie. Ludzie podświadomie szukają chwili wytchnienia, a te 3 czy 4 minuty poświęcone na jeden dziesiątek to czas bezcenny dla własnego zbawienia.
Niemniej jest realne ryzyko, że taka modlitwa może stać się pustym rytuałem. Jak się przed tym ustrzec?
Kluczem jest dyspozycja serca. Można przecież być fizycznie na Mszy św. i zupełnie nie spotkać się z Bogiem. Dlatego tak ważne jest uświadomienie sobie już na początku, przed znakiem krzyża, że ten czas chcę oddać Stwórcy. Nawet osoby bardzo dojrzałe duchowo miewają gorsze dni, kiedy modlitwa wydaje się „byle jaka”, pełna rozproszeń i niepokoju. Ale paradoksalnie to właśnie modlitwa, o którą musieliśmy zawalczyć, może być w oczach Bożych najbardziej owocna. Pamiętajmy też, że jeśli potrafimy przezwyciężyć własną niechęć czy zmęczenie, każdy kolejny dzień staje się krokiem naprzód w naszym rozwoju wewnętrznym.
Część osób rezygnuje z Różańca, bo przeraża ich wizja poświęcenia 1,5 godziny na odmówienie wszystkich tajemnic, inni z kolei podważają sens odmawiania tylko części tej modlitwy. Czy modlenie się tylko jedną dziesiątką, jak to robią członkowie Żywego Różańca, może realnie wpłynąć na czyjeś życie?
To właśnie jest geniusz naszej założycielki! Błogosławiona Paulina Jaricot zrozumiała, że siła tkwi we wspólnocie. Kiedy odmawiasz swój jeden dziesiątek jako członek koła, spływają na ciebie łaski, tak jakbyś odmówił cały Różaniec. Twoja modlitwa jest dopełniana przez modlitwę pozostałych 19 osób. Paulina genialnie porównała to do ogniska, gdzie jeden płonący patyk może rozpalić inne swoim żarem. Wspólnie tworzymy wielki płomień, który ogrzewa każdego z osobna. Oczywiście, jeśli ktoś czuje taką potrzebę, może odmawiać więcej dziesiątków, ale ten jeden dziesiątek to nasze wspólne, solidarne zobowiązanie.
Zna Ksiądz tysiące relacji o niezwykłych łaskach wyproszonych tą modlitwą. A czy jest takie wydarzenie, które mocniej zapadło Księdzu w pamięć?
Tak, to historia z początków mojego kapłaństwa. W pewien pierwszy piątek miesiąca, który zbiegł się ze świętem Matki Bożej Różańcowej, odwiedziłem młodą kobietę chorą na nowotwór. Miała zaledwie 35 lat i dwójkę małych dzieci. Była pełna goryczy i bólu, pytała, czy mam dla niej jakieś lekarstwo. Odpowiedziałem, że mam lekarstwo duchowe. Dałem jej misyjny różaniec i kartkę z obietnicami Maryjnymi. Kiedy spotkaliśmy się miesiąc później, była już zupełnie inną osobą – spokojniejszą. Powiedziała, że szczególnie poruszyła ją obietnica, iż nikt, kto odmawia Różaniec, nie odejdzie z tego świata bez sakramentów. Jakiś czas potem wezwano mnie na oddział intensywnej terapii. Zobaczyłem tam wyniszczoną chorobą kobietę, która w dłoniach trzymała wytarty od modlitwy różaniec. Chora zapytała, czy ją poznaję i czy poznaję różaniec, bo to był ten, który jej podarowałem. Wyznała, że od tamtego spotkania nie opuściła ani jednego dnia. Przyjęła Eucharystię i spokojnie zasnęła w Panu. Myślę, że każdy z nas chciałby odchodzić w takim pokoju.
Na koniec wróćmy do jubileuszu. Jakich owoców się Ksiądz spodziewa?
Program jubileuszowych obchodów jest bardzo szeroki, Czytelnicy Niedzieli znajdą go na stronie: zywyrozaniec.eu . Jeśli zaś chodzi o owoce, to ufamy, że wspólne przeżywanie 200-lecia Żywego Różańca ukaże światu piękno i skuteczność modlitwy różańcowej, a także umocni w nas świadomość misyjną, tak bliską sercu bł. Pauliny Jaricot. A poza tym są dwa konkretne owoce Jubileuszu Żywego Różańca. Pierwszym jest budowa centrum bł. Pauliny Jaricot na misjach w Papui-Nowej Gwinei. Drugim owocem jest nagranie filmu o bł. Paulinie – dar naszego pokolenia dla innych.
z ks. kan. dr Jackiem Gancarkiem rozmawia Andrzej Tarwid -Tygodnik Niedziela
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc czerwiec 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
– Módlmy się, aby sport stał się narzędziem pokoju, spotkania i dialogu między kulturami oraz narodami, a także by promował takie wartości, jak szacunek, solidarność i rozwój osobisty.
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
– Panie Jezu Chryste prosimy Cię o łaskę skruszonego serca. W Sercu Twoim racz nas obmyć, do Serca Twojego racz nas przytulić, w Twym Sercu na wieki racz nas zachować.
– Módlmy się za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
– Módlmy się za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
Dodatkowe intencje dla Róż – Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki, i bł. Pauliny Jaricot: :
– Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Rożybł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
– Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 czerwca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 maja z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
***
Pierwsza Sobota Miesiąca – 6 czerwca 2026
w kościele św. Piotra Msza św. niedzielna (Vigil Mass) o godz. 18.00
Przed Mszą św. od godz. 17.00 możliwość spowiedzi św.
Po Mszy św. Nabożeństwo Wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Panny
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
WPROWADZENIE
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało: Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała: Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
Przeciw Jej Dziewictwu,
Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA
PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1 Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej! Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków! Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Na temat objawień Matki Bożej w Fatimie napisano już wiele i zapewne wiele jeszcze zostanie napisane. Bez cienia wątpliwości możemy jednak stwierdzić, że wydarzenie to jest jednym z najdonioślejszych faktów we współczesnych dziejach Kościoła, tym więcej, że treść objawień odnosi się do całej ludzkości. Można utyskiwać, że jest ono objawieniem prywatnym i nie jesteśmy w stanie do końca zweryfikować jego wiarygodności, itd. Wszystko to można. Skoro jednak zajmujemy się treścią fatimskiego Orędzia należy odstawić na bok wszelkie próby przysłowiowego dzielenia włosa na czworo, gdybyśmy bowiem zakwestionowali z takich czy innych powodów jego autentyczność należałoby konsekwentnie o całej sprawie zapomnieć, co zapewne wielu czyni. Dla nas wystarczającym motywem przyjęcia Orędzia jest uznanie przez Kościół autentyczności objawień, co miało miejsce 13 maja 1930 roku, a więc dokładnie 13 lat po ich zaistnieniu. Pierwszym tego owocem było poświęcenie Portugalii Niepokalanemu Sercu Maryi rok później*. Dlaczego akurat Niepokalanemu Sercu Maryi?
Jak wiemy objawienia Maryi w Fatimie wobec trójki małych dzieci trwały od 13 maja do 13 października 1917 roku każdego trzynastego dnia miesiąca z wyjątkiem sierpnia, kiedy to objawienie miało miejsce 19 dnia tegoż miesiąca z powodu przetrzymywania małych wizjonerów w areszcie. Wiemy też, że Matka Boża wezwała w nich świat do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy za grzeszników przestrzegając przed straszliwymi konsekwencjami trwania w grzechu, tak w wymiarze doczesnym jak i wiecznym. W widzeniu lipcowym dzieci doświadczyły wizji piekła, o czym Łucja, jedyna z żyjących do niedawna wizjonerów opowiedziała na wyraźny rozkaz spowiednika dopiero w 1940 roku. Z tą wizją była jednak związana obietnica ratunku dla grzeszników poprzez nabożeństwo właśnie do jej Niepokalanego Serca.
Maryja zapowiedziała dzieciom, że przyjdzie aby prosić o poświęcenie Jej Niepokalanemu Sercu Rosji, oraz o komunię świętą wynagradzającą w pierwsze soboty miesiąca. Ludziom odprawiającym to nabożeństwo obiecała zbawienie, zapewniając też, że w godzinę śmierci będzie obecna z łaskami koniecznymi do zbawienia przy każdym kto to nabożeństwo odprawi. Mówiła także o ostatecznym tryumfie swego Niepokalanego Serca.
Zapowiedziane przyjście Maryi dokonało się wobec Łucji 10 grudnia 1925 roku w Pontevedra. To tam dane było jej ujrzeć Serce Maryi otoczone cierniami ludzkich grzechów, bluźnierstw i niewdzięczności. Akty wynagrodzenia miały być sposobem na wyjmowanie tychże cierni. Maryja owo zadośćuczynienie połączyła z nabożeństwem pięciu pierwszych sobót miesiąca.
W ramach tego nabożeństwa należy więc odbyć spowiedź, przyjąć komunię świętą, odmówić jeden różaniec, oraz przez piętnaście minut towarzyszyć Maryi rozmyślając nad piętnastoma tajemnicami różańca; wszystko to w intencji zadośćuczynienia.
Drugie objawienie, według jej relacji miało miejsce 13 czerwca 1929 roku przed północą w kaplicy klasztornej. Wtedy Łucja doświadczyła wizji Trójcy Świętej:
„Na ołtarzu ukazał się jasny krzyż sięgający aż do sufitu. W jaśniejszym tle można było zobaczyć w górnej części krzyża oblicze i górną część ciała człowieka. Nad piersią gołąbka również ze światła. A do krzyża przybite ciało drugiego człowieka. Trochę niżej bioder w powietrzu wisiał kielich i wielka Hostia, na którą spadały krople krwi z oblicza Ukrzyżowanego i z jednej rany piersiowej. Z Hostii spływały te krople do kielicha. Pod prawym ramieniem krzyża stała Najświętsza Maryja Panna. Była to Matka Boska Fatimska ze swym Niepokalanym Sercem w lewej ręce, bez miecza i róż, ale z cierniową koroną i płomieniem. Pod lewym ramieniem krzyża wielkie litery jakby z czystej wody źródlanej biegły na ołtarz tworząc słowa: Łaska i Miłosierdzie. Zrozumiałam, że mi została przekazana tajemnica Trójcy Przenajświętszej. I otrzymałam natchnienie na temat tej tajemnicy, którego mi jednak nie wolno wyjawić. Potem rzekła Matka Boska do mnie: << Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka. Tyle dusz zostaje potępionych przez sprawiedliwość Bożą z powodu grzechów przeciw mnie popełnionych. Przychodzę przeto prosić o zadośćuczynienie. Ofiaruj się w tej intencji i módl się>>”[1].
Wizja z czerwca 1929 roku jakby dostosowana do percepcyjnych możliwości człowieka zawiera więc wyraźne już żądanie Maryi dotyczące zadośćuczynienia jej Niepokalanemu Sercu. W liście (kolejnym już) skierowanym do papieża Piusa XII w 1940 roku Łucja ponowiła prośbę o poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi z wyraźnym wymienieniem Rosji wskazując, że przyniesie to ukrócenie cierpień wywołanych wojną, głodem i prześladowaniem Kościoła. Tego samego aktu mieli dokonać wszyscy biskupi świata w łączności z papieżem. Kierując się tym świadectwem Łucji biskupi portugalscy jakby „ubiegli” papieża dokonując poświęcenia swojego kraju Sercu Maryi w 1931 roku. Warte zauważenia jest, że właśnie Portugalię ominęła zawierucha II wojny światowej a wcześniej krwawa wojna domowa w sąsiedniej Hiszpanii, która łatwo mogła rozlać się i na ten kraj, zważywszy, że siły wrogie chrześcijaństwu były również tutaj bardzo aktywne.
Pius XII odpowiedział na to wezwanie Łucji, ale połowicznie. W przemówieniu radiowym skierowanym do wiernych uczestniczących w uroczystym zakończeniu obchodów 25-lecia objawień w Fatimie 31 października 1942 roku zawarł modlitwę, która była poświęceniem świata Niepokalanemu Sercu, lecz uczynił to bez łączności z biskupami świata i bez wymienienia Rosji. W ogólnym odczuciu papież poprzez ten akt „wypełniał jedynie życzenie przekazane przez Najświętszą Dziewicę w Fatimie”[2]. Był to akt na tyle wyrazisty, że zainspirował do podobnego kroku Episkopat Polski o czym w dalszej części artykułu.
Rozpatrując więc różne aspekty fatimskiego orędzia trzeba z naciskiem podkreślić, że głównym jego przesłaniem jest poświęcenie świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi oraz nabożeństwo wynagradzające pięciu pierwszych sobót miesiąca.
Apel o to nabożeństwo skierowany jest do każdego wierzącego. Może być ono odprawiane indywidualnie i w każdym okresie roku, może być ponawiane, bo przecież nigdy dosyć zadośćuczynienia. Owszem, ważne jest wspominanie i czczenie kolejnych rocznic objawień i związana z tym modlitwa różańcowa, procesje i czyny pokutne, tym bardziej że przynosi to także owoce nawrócenia czy duchowego umocnienia, lecz pamiętać należy, że nade wszystko Maryja prosi nas o nabożeństwo pierwszych sobót i poświęcenie się Jej Sercu. Dopełnieniem aktu poświęcenia z roku 1942, było ustanowienie przez Piusa XII w roku 1954 święta Maryi Królowej wraz z nakazem aby tego dnia ponawiano poświęcenie ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi. Ten nakaz ulotnił się niestety z powszechnej świadomości Kościoła.
W ślad za Piusem XII jego następca papież Paweł VI zwrócił się w 1967 roku z apelem do „wszystkich synów Kościoła” o osobiste ponowienie tego aktu, by przez to starali się „coraz doskonalej wypełniać wolę Bożą, naśladować ze czcią Królową Niebios i służyć Jej w duchu synowskim”. Poświęcenie nie miałoby być, co przy tej okazji warto z naciskiem podkreślić, jedynie zewnętrznym i werbalnym oddaniem się Maryi, ale nade wszystko łączyć się powinno z wewnętrzną przemianą, zerwaniem z grzechem i naśladowaniem Maryi w Jej oddaniu się Bogu. Chrześcijanin miałby przez to stać się zaczynem zakwaszającym dobrem współczesny świat. Oddanie się Maryi miało być jeszcze jednym środkiem pomocnym i według Jej słów skutecznym w dziele przywracania świata Bogu i ratowania ludzi zagrożonych wiecznym potępieniem. Ostatecznie aktu poświęcenia Kościoła i świata Niepokalanemu Sercu Maryi i – wedle słów siostry Łucji – w zgodzie z pragnieniem Matki Bożej, dokonał Jan Paweł II 25 marca 1984 roku. Gdy patrzymy z dzisiejszej perspektywy nie może jednak nie zastanawiać ogromna skala trudności z dokonaniem tego aktu przez kolejnych papieży, z których niektórzy w ogóle nie odnieśli się publicznie do fatimskiego orędzia.
Chociaż papieskie oddanie świata Niepokalanemu Sercu Maryi nie obligowało Kościołów lokalnych do podobnego kroku Episkopat Polski postanowił powtórzyć je na gruncie polskim po zakończeniu II wojny światowej, by w ten sposób wypełnić życzenie Maryi i odpowiedzieć pozytywnie na przykład i zachętę ze strony Piusa XII. Po duchowym przygotowaniu aktu tego dokonano 8 września 1946 roku na Jasnej Górze w obecności ok. 1 miliona wiernych przybyłych z różnych zakątków zniszczonego wojną kraju. Uroczystość jasnogórska poprzedzona została podobnym aktem poświęcenia o charakterze bardzo uroczystym na szczeblu parafii (7 lipca) oraz diecezji (15 sierpnia), przy czym poświęcenie parafii obejmowało także oddanie się Niepokalanemu Sercu Maryi poszczególnych rodzin i osobiście każdego jej członka. Akt ten poprzedzony był kazaniami wyjaśniającymi ich sens oraz spowiedzią i komunią świętą. Nie miał to być jedynie akt jednorazowy. W zamierzeniach Episkopatu miał on wycisnąć mocne piętno na życiu Narodu, dlatego „poszczególni biskupi zachęcali, a nawet zobowiązywali swych duszpasterzy do przypominania wiernym tego faktu, a zwłaszcza do uroczystego obchodzenia jego rocznic” i oczywiście „gorliwego wypełniania” podjętego aktu[3], którym należy żyć i nieustannie go odnawiać[4].
Podobnego poświęcenia na wzór parafialny i diecezjalny dokonały także 19 sierpnia 1946 roku na Jasnej Górze wspólnoty zakonne zobowiązując się do wspomagania grzeszników, a także wynagrodzenia wszystkich zniewag i ran doznanych przez Maryję od ludzi, zobowiązano się także do poświęcania pierwszych sobót miesiąca czci Jej Niepokalanego Serca według wskazówek, jakich udzieliła za pośrednictwem dzieci fatimskich.[5]
Łatwo zauważyć, że akt poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi obok części „fatimskiej” zawiera także odniesienie do aktualnej sytuacji w Polsce i nawiązuje do wcześniejszych ślubów Jana Kazimierza, zawiera też słowa oddania i wierności Maryi i Jej Synowi oraz obietnicę szerzenia Królestwa Chrystusowego. Ks. prof. L. Balter zauważa w Akcie „Zaakcentowaną bardziej niż w modlitwie papieskiej rzeczywistość przymierza: przymierza jakie lud zawiera z Maryją, a nawet z Bogiem, za pośrednictwem Najśw. Dziewicy. Przymierze natomiast jako takie jest rzeczywistością na wskroś biblijną i teologiczną: poprzez wieki całe Bóg zawierał z ludzkością (względnie odnawiał nadrywane na skutek grzechów ludzkich) przymierze, które szczyt swój osiągnęło w Jezusie Chrystusie – Dawcy nowego i wiecznego Przymierza./…/ Poświęcając się Matce Najśw. i Jej Niepokalanemu Sercu w 1946 r. naród polski nie tylko odnawiał zawarte przed wiekami, bo w momencie swego chrztu narodowego, przymierze z Bogiem i postanawiał się podźwignąć z wad i słabości, które doprowadziły go do upadku, ale czynił to wszystko za przyczyną i pośrednictwem Tej, która „będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku…przyświeca Ludowi Bożemu pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (KK, 68), gdyż jest prawdziwą Matką wszystkich wierzących w Chrystusa”[6]. Nadto „cechą charakterystyczną poświęcenia polskiego jest to, że miało ono prowadzić wprost do Chrystusa i jego Królestwa”[7]. Autor przypomina także i o tym, że w specjalnym liście z 1 stycznia 1948 roku biskupi zachęcili do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu oraz intronizacji tegoż Serca w rodzinach, co miało przygotować do poświęcenia Narodu Sercu Jezusowemu do którego poświęcenie z 1946 roku było „prześlicznym wstępem”[8]. Słusznie więc sugeruje, że istotnym elementem aktu poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi jest odnowa Przymierza zawartego przed wiekami przez Boga z Narodem[9].
Mając na uwadze to wszystko co pobieżnie zostało tu przypomniane wypada zapytać, na ile wypełniamy dziś podjęte zobowiązania. Zwieńczeniem drogi papieży ku wypełnieniu oczekiwań Maryi było wspomniane zawierzenie dokonane przez bł. Jana Pawła II w 1984 roku. Ten akt papieski nie zamyka jednak „sprawy Fatimy”. Samo orędzie nie przestało być aktualne, co podkreśla także Benedykt XVI, tak jak nie przestały być aktualne problemy jakie doprowadziły do jego przekazania ludzkości. Można powiedzieć nawet, że zjawiska, które wtedy były przedmiotem troski Nieba nasiliły się dzisiaj w stopniu niespotykanym. Zanegowanie Dekalogu i wręcz prawa Boga do stworzonego przezeń świata, życie jakby Bóg nie istniał, przyznanie prawa obywatelstwa i nobilitacja wszelkich grzechów i wynaturzeń, nienawiść i egoizm, konsumpcyjny styl życia całkowicie zamazujący perspektywę wieczności i wiele innych każą wręcz przypuszczać, że przestrogi Maryi zostały przez świat zignorowane przez co zmierza on ku nieuchronnej katastrofie, pomimo zabiegów i modlitwy milionów ludzi dobrej woli. To na gruncie światowym.
A na naszym rodzimym? Tu trzeba zapytać wprost: – kto dziś pamięta o wydarzeniu z 8 września 1946 roku? W 1996 roku minęło od niego już pięćdziesiąt lat i zbliża się jego siedemdziesiąta rocznica. Ileż tam zobowiązań przyjęliśmy na siebie, jak chociażby i to, że będziemy swoje poświęcenie odnawiać każdego roku. Czynimy to? Znamy jego treść? Te pytania dotyczą wszystkich – świeckich i duchownych, nade wszystko jednak tych drugich, na których spoczywa odpowiedzialność za przypominanie i inspirowanie do realizowania Aktu Poświęcenia i życia nim. Czy nie czas na opracowanie programu duszpasterskiego w oparciu o ducha poświęcenia tak papieskiego z 1942 i 1984 roku jak i polskiego z roku 1946 i przywrócenie tym faktom należnego im miejsca w naszej praktyce pobożności?
To samo dotyczy wspólnot zakonnych. Ciekaw jestem czy, a jeśli tak to w ilu z nich jest dziś praktykowane nabożeństwo pierwszych sobót i modlitwa za grzeszników? Obawiam się, że nastąpiła u nas wielka dewaluacja wielkich spraw. Może zbyt dużo tych naszych jubileuszy, peregrynacji, poświęceń, oddań, które stają się celem samym w sobie zamiast być punktem wyjścia ku wytężonej pracy duszpasterskiej i środkiem osobistego uświęcenia najpierw duszpasterzy a potem powierzonych im ludzi. Wielki i zbawienny akt z 1946 roku, który prawdopodobnie osłonił nas w trudnych czasach komunizmu, pozostał z naszej strony bez odpowiedzi i został praktycznie zapomniany. A czy nie podobnie jest z milenijnym aktem oddania? Pamiętamy o nim, nawiązujemy do niego w katechezie, kazaniach? Ileż tam obietnic, które Niebo mogłoby nazwać dziś bez przesady „obiecankami”? Czy próbuje się wcielać w życie wizjonerskie zamysły Prymasa Tysiąclecia? Osobiście tego nie widzę. Aktywni jesteśmy za to w wymyślaniu coraz to nowych akcji, które błyszczą krótkotrwałym ogniem, by równie szybko zagasnąć i odejść w niebyt. Obawiam się, że Bóg który wypełnia nieustannie swoją część obietnicy zbawczej prędzej czy później, w taki czy inny sposób upomni się o nasze zobowiązania. Bowiem przymierze z Bogiem to nie żart ani sprawa chwilowego kaprysu!
To samo odnosi się do nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca, które jest centralnym przesłaniem płynącym do nas z Fatimy obok wezwania do pokuty i nawrócenia. To skuteczny sposób ocalenia dla każdego z nas i tych którym pomożemy tę drogę odnaleźć lub ją wskażemy. Bo ostatecznie to chyba jednak życie wieczne jest najważniejsze. Same ślubowania choćby ponawiane codziennie nie przyniosą owocu jeśli nie będą wypełniane, same procesje i peregrynacje nic nie dadzą, jeśli nie towarzyszyć im będzie szczere nawrócenie, nie emocjonalne i pod wpływem chwili po którym człowiek po opadnięciu fali uniesień wraca do „starego”, ale trwałe, wymagające ewangelicznego czuwania, wytrwałości, samozaparcia. Tu nie do przecenienia jest rola duszpasterzy, kierowników duchowych, rekolekcjonistów i misjonarzy. Ale aby to czynili wierni, wpierw sami duszpasterze powinni dokonać pewnych przewartościowań we własnym życiu. Stąd oczywisty wydaje się postulat powrotu do praktykowania także w życiu osobistym fatimskiego posłania.
W orędziu fatimskim, podobnie jak w tym otrzymanym za pośrednictwem siostry Faustyny Opatrzność Boża daje nam proste i łatwe recepty dla zbawienia własnego i innych ludzi. Za tym „łatwym” kryje się jednak trud przemiany i zerwania z grzechem. Same deklaratywne akty niczego w nas i wokół nas nie zmienią. Można spotkać się z opiniami, że wszelkie poświęcenia się, koronki czy nabożeństwo pierwszych sobót to takie „dewocyjne” środki dobre dla ludzi prostych. Tak już jest, że najchętniej poprawialibyśmy Pana Boga i zastępowali Jego środki własnymi pomysłami. Podobnie jak starotestamentalny Syryjczyk Naaman zgorszony tym, że sposobem na pozbycie się przezeń trądu miało być siedmiokrotne obmycie się w Jordanie, który z jego punktu widzenia i na tle rzek jego kraju nie wyglądał zbyt, powiedzmy, atrakcyjnie. W dodatku samo obmycie się także należało do zadań z rzędu „łatwych”. I odszedłby od proroka oburzony, wraz ze swoim trądem, gdyby nie powstrzymała go roztropność sług.
Jesteśmy chyba w podobnej sytuacji. Za dużo w nas pychy, „logiki”, i racjonalności zagłuszającej prostotę dziecka. Dlatego ciągle szukamy i wymyślamy środki w naszym mniemaniu atrakcyjniejsze i skuteczniejsze. Warto to sobie przemyśleć. Warto także nie czekać na cudze inicjatywy, decyzje, oświadczenia, ale zacząć od siebie i od dawania przykładu, każdy na miarę swoich możliwości, tak duchowni jak świeccy. To będzie dobra decyzja. Takich „dobrych decyzji” należałoby oczekiwać na każdym szczeblu struktur kościelnych. Inaczej znowu zaprzepaścimy wiele szans na odrodzenie a w chwilach trudnych po raz kolejny będziemy oczekiwali na znak z nieba, by potem szybko o nim zapomnieć, tymczasem, jak powiedział bł. Jan Paweł II w Fatimie 13 maja 1982 roku, „ Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”. Słuchać znaczy wypełniać, bo można słuchać i nie słyszeć. Zanim więc rzucimy się do proklamowania kolejnych ślubowań, wypełnijmy te, które zadał nam Bóg przez Maryję, tak, by nie stał się On sam narzędziem realizacji naszych osobistych wizji i pomysłów. Wielka Nowenna Fatimska jest chyba dobrą okazją ku temu.
Akt poświęcenia się Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi
8 września 1946 r.
Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz obrał Ciebie za Patronkę i Królową Państwa, a Rzeczpospolitą polecił Twojej szczególnej opiece i obronie, tak i my, dzieci Narodu Polskiego, stajemy teraz przed Twym tronem hołdem miłości, serdecznej czci i wdzięczności. Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały Naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie, oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Twojemu Synowi a naszemu Odkupicielowi, ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła i szerzenie Jego Królestwa.
Pani i Królowo nasza, pod Twoją obronę uciekamy się. Otocz rodzinę polską macierzyńską opieką i strzeż jej świętości. Natchnij nadprzyrodzonym duchem pobożności naszą parafię, ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swoimi łaskami. Uproś Narodowi Polskiemu stałość w wierze, świętość życia i zrozumienie posłannictw. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj polskiej ziemi przesiąkłej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczypospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, Natchnieniem i Patronką.
Potężna Wspomożycielko wiernych, otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół Święty. Bądź mu puklerzem w dni prześladowania. Wyjednaj mu światłość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności z Chrystusową Owczarnią. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.
Władna Świata Królowo, spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy ludzkiego rodzaju. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom szczere i trwałe pojednanie. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowali swoje życie. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie i zaufaniu. Matko Boga i nasza, przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie. Przygarnij wszystkich do Swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym Królestwem. Amen.
Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi.
Powodowany miłością ku Tobie oraz pragnieniem zadośćuczynienia Twemu Niepokalanemu Sercu za zniewagi i bluźnierstwa, oraz powodowany pragnieniem chwały Trójcy Przenajświętszej i zbawienia własnego oraz bliźnich oddaję się Twemu Niepokalanemu Sercu na wyłączną własność, abyś mogła posługiwać się mną dla chwały Twego Syna i Twojej. Posługuj się mną według swojej woli, ale też ochraniaj płaszczem Swojej opieki i wypraszaj potrzebne łaski i moce abym mógł wypełnić w życiu wolę Bożą i Twoją. Bądź mi Matką, Opiekunką i Panią, a po ziemskim żywocie Syna Twego Miłosiernego mi okaż. Bądź pozdrowiona Pełna łaski. Amen.
*Artykuł powstał na bazie luźnych materiałów archiwalnych będących w posiadaniu pallotyńskiego Sekretariatu Fatimskiego w Zakopanem – Krzeptówkach. Cytaty i opinie nie opatrzone odnośnikami pochodzą z tego źródła. (F.G.)
[1] L. Kondor, Załącznik do książki Siostra Łucja mówi o Fatimie, Zał. nr 2, Archiwum Sekretariatu Fatimskiego,
Zakopane-Krzeptówki, s.1.
[2] L. Balter, Uzasadnienie teologiczne aktu ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, w: Grzybek S., Maryja Matka
Narodu Polskiego, Częstochowa 1983, s. 155. Autor podaje też faktografię, omawia nadto cały kontekst aktu
ks. Franciszek Gomułczak SAC – pallotyn/Sekretariat Fatimski
***
Pierwszy Piątek Miesiąca – 5 czerwca 2026
W kościele św. Piotra – GODZINNA ADORACJA od godz. 18.00
Na zakończenie ADORACJI przed MSZĄ ŚWIĘTĄ śpiewamy LITANIĘ do SERCA JEZUSOWEGO. W tym czasie jest możliwość SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
fot. wikipedia
***
Dlaczego oddajemy cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Poznała ona tajemnice serca Pana Jezusa i zrozumiała jak wiele Ono wycierpiało podczas męki i jak często o tym zapominamy…
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwsze objawienia miały miejsce 27 grudnia 1673 r. we wspomnienie św. Jana Ewangelisty. Wówczas święta poznała tajemnice Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zrozumiała, jak często zapominamy o tym, co wycierpiało Serce Chrystusa, a które mimo to wciąż obdarza każdego z nas swoją niewysłowioną Miłością.
Podczas widzenia Jezus prosił Małgorzatę, byśmy praktykowali zadośćuczynienie za niewdzięczność wobec Jego umiłowania wyrażonego na Golgocie. Chrystus pragnął, by kult Jego Serca stał się powszechnym i publicznym.
Rozwój kultu Najświętszego Serca Jezusowego w Kościele
Tak też się stało. Pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się świętem poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Święto to ustanowił papież Klemens dla ówczesnego Królestwa Polskiego oraz Konfraterni Najświętszego Serca Jezusa w Rzymie. Następnie kult rozszerzył się dzięki papieżowi Piusowi IX, a Leon XIII w 1899 r. dokonał aktu poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
27 lipca 1920 r. biskupi w obliczu zagrożenia bolszewickiego, na Jasnej Górze zawierzyli Najświętszemu Sercu Jezusa polski naród. Rok później, 3 czerwca 1921 r., po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, biskupi dokonali aktu poświęcenia Ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. To wydarzenie było równoległe z konsekracją świątyni Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie.
Kiedy zakończyła się II wojna światowa, biskupi zachęcali wiernych, by dokonywali osobistego aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a 28 października 1951 r., Prymas bł. kard. Stefan Wyszyński, odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Pana Jezusa na Jasnej Górze. Odnawiano go następnie w 1975 r, 2011 r., a następnie w 100. rocznicę dokonania aktu – 11 czerwca 2021 r. w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa.
12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
pokój w rodzinach;
pocieszenie w strapieniach;
opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
6. grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.
Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego i do Serca Bożego. Czym się różni?
fot. Canva.cof
***
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego jest tylko jakąś odmianą nabożeństwa do Serca Bożego, że pomiędzy tymi nabożeństwami nie ma istotnej różnicy. Tymczasem możemy wyróżnić cztery istotne różnice.
W tym przekonaniu może utwierdzać także pobieżna lektura „Dzienniczka” Siostry Faustyny, w którym często jest mowa o Sercu Jezusa. Jednak teologiczna analiza treści tego dzieła prowadzi do wyraźnego rozgraniczenia tych dwóch nabożeństw, tak popularnych w Kościele.
Czym różni się nabożeństwo do Serca Jezusa i do Miłosierdzia Bożego?
Takiej analizy dokonał ks. prof. I. Różycki i na jej podstawie ukazał zasadnicze różnice, jakie istnieją pomiędzy nabożeństwem do Serca Jezusowego i do Miłosierdzia Bożego. Dotyczą one przedmiotu istotnego i rzeczowego, samej istoty nabożeństw oraz czasu uprzywilejowanego, z którym wiążą się określone obietnice.
1. Różne przedmioty istotne
Przedmiotem właściwym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest miłosierdzie całej Trójcy Świętej, natomiast w nabożeństwie do Serca Jezusowego przedmiotem właściwym jest Boska Osoba Syna Bożego Wcielonego.
2. Różne przedmioty rzeczowe
Przedmiotem rzeczowym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest obraz Jezusa Miłosiernego odpowiadający wizji, jaką miała Siostra Faustyna 22 lutego 1931 roku w Płocku. Natomiast w nabożeństwie do Serca Pana Jezusa przedmiotem rzeczowym jest ludzkie, fizyczne Serce Jezusowe.
3. Inna istota nabożeństwa
Istota nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego polega na ufności, natomiast istotą nabożeństwa do Serca Jezusowego jest wynagrodzenie.
4. Czas uprzywilejowany
Czasem uprzywilejowanym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest godzina 3 po południu każdego dnia (moment konania Jezusa na krzyżu) oraz dzień święta Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Natomiast w nabożeństwie do Serca Bożego czasem uprzywilejowanym są dni: pierwsze piątki miesiąca oraz święto Serca Jezusowego.
Stacja7.pl
***
czwartek 4 czerwca
Uroczystość Bożego Ciała
Msza św. o godz. 20.00
Po Mszy św. – procesja Eucharystyczna
wkościele św. Piotra
PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS
***
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU CZERWCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO SERCA JEZUSOWEGO. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
kaplica-izba Jezusa Miłosiernego
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD
***
W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00
PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA
(w czerwcu z racji Bożego Ciała – Msza św. będzie w kościele św. Piotra)
***
W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00
***
WCZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.
POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.
W wielu wypadkach błogosławimy małżeństwa, ufając, że przyjdzie czas, gdy uświęcająca łaska sakramentu przyjdzie z pomocą. Bo nawet apostata może wrócić do Kościoła.
fot. Romek Koszowski / Gość Niedzielny
***
Sądy diecezjalne prowadzą od kilkudziesięciu do dwustu spraw małżeńskich rocznie. Według oficjała sądu metropolitalnego w Szczecinie ks. dr. Andrzeja Maćkowskiego Kościół nie unieważnia małżeństwa, lecz stwierdza jedynie nieważność jego zawarcia.
Sądy diecezjalne prowadzą od kilkudziesięciu do dwustu spraw małżeńskich rocznie. Według oficjała sądu metropolitalnego w Szczecinie ks. dr. Andrzeja Maćkowskiego Kościół nie unieważnia małżeństwa, lecz stwierdza jedynie nieważność jego zawarcia.
Sąd Metropolitalny Szczecińsko-Kamieński w 2025 r. przyjął 40 pozwów o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Rok wcześniej – 52, w 2023 r. – 32, a w 2022 r. – 33. Przez cztery lata w I instancji zakończono 194 sprawy. Najwięcej w 2022 r. – 77, przy czym wyroków pozytywnych było 34, a negatywnych – 43. Podobne proporcje widać w 2023 r.: wyroków pozytywnych było 20, a negatywnych – 25. W latach 2024 i 2025 r. zapadło w sumie 70 rozstrzygnięć, w tym 44 pozytywne.
– Kościół nie unieważnia sakramentu małżeństwa, nie rozwiązuje małżeństw. Opierając się na konkretnych faktach, badając je szczegółowo, stwierdzamy nieważność małżeństwa, a przyczyną często bywa niezdolność stron do tworzenia wspólnoty życia małżeńskiego – wyjaśnił PAP oficjał sądu w Szczecinie ks. dr Andrzej Maćkowski.
Przypomniał, że małżeństwo jest sakramentem, jeśli zawarły je dwie osoby ochrzczone. Stwierdzenie zaś jego nieważności może nastąpić z trzech grup powodów. Pierwszym z nich jest tzw. brak formy (regulują to kanony 1108-1123 Kodeksu prawa kanonicznego). Związek małżeński musi być zawarty wobec ordynariusza miejsca (biskupa diecezjalnego lub jego wikariusza), proboszcza lub delegowanego przez nich kapłana, w obecności dwóch świadków. Takie sprawy nie wymagają procesu, nieważność stwierdza się administracyjnie.
Kolejną grupą powodów są “przeszkody zrywające” (1083-1094 KPK), np. wiek małżonków (mężczyzna co najmniej 16 lat, kobieta 14), trwanie poprzedniego małżeństwa, pokrewieństwo, otrzymane wcześniej święcenia, uprzednia i trwała niezdolność do odbycia aktu małżeńskiego (impotencja) albo np. uprowadzenie kobiety celem zmuszenia jej do zawarcia związku.
Trzecią grupą powodów jest tzw. niezdolność konsensualna stron (1095-1103 KPK). Większość tego typu spraw koncentruje się na badaniu zdolności stron do budowania wspólnoty życia małżeńskiego. Proces ma ustalić, z jakiego powodu to się nie udało.
– Czy powodem takiego stanu rzeczy były jakieś trudności i brak współdziałania, co przy dobrej woli mogło być przezwyciężone, czy też faktyczna niezdolność, której przejawy były obserwowane już przed zawarciem małżeństwa i która, nawet przy dobrej woli stron, czyniła niemożliwym wspólne życie małżeńskie? – zaznaczył ks. Maćkowski.
Kodeks prawa kanonicznego (kan. 1095) określa m.in., kto jest niezdolny do zawarcia małżeństwa z przyczyn psychicznych. Wskazuje m.in. osoby głęboko upośledzone, ale też “dotknięte poważnym brakiem rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich” oraz osoby, “które z przyczyn natury psychicznej nie są zdolne do podjęcia obowiązków”, takich jak wierność, nierozerwalność, troska o małżonka. Jako podstawową grupę przyczyn wskazuje się anomalie psychiczne: nerwice, psychozy i psychopatie.
– Każda historia ludzka jest swoista, osobliwa i całkowicie odmienna. I zawsze wymaga gruntownego rozważenia – podkreślił ks. Maćkowski.
Zaprzeczył, jakoby sądy kościelne były “zasypane” sprawami o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Wyjaśnił, że dość długi czas oczekiwania na wyrok wynika ze specyfiki procesu kanonicznego, dyspozycyjności stron i świadków oraz ograniczeń kadrowych. Zgodnie z zaleceniami Stolicy Apostolskiej sprawa w I instancji powinna trwać maksymalnie 12 miesięcy, a rozpatrzenie odwołania – pół roku.
Potwierdzają to dane z diecezji. Np. Metropolitalny Sąd Duchowny we Wrocławiu w 2022 r. przyjął 82 pozwy, w 2023 r. – 67, w kolejnych latach – 86 i 82. Spraw zakończonych w I instancji w ubiegłym roku było 75, w 55 przypadkach stwierdzono nieważność małżeństwa. Jak przekazał PAP rzecznik prasowy archidiecezji wrocławskiej Maciej Rajfur, liczba prowadzonych spraw od lat jest podobna. W 2022 r. wydano 84 wyroki (68 pozytywnych), w 2023 r. – 76 (58), w 2024 r. – 84 (70).
Sąd Kościelny Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej w Gorzowie Wlkp. w 2025 r. przyjął 33 sprawy, w 2024 r. – 28, w 2023 r. – 50, w 2022 r. – 35. Notariusz kurii w Zielonej Górze ks. Andrzej Sapieha poinformował, że w ubiegłym roku z 36 spraw 16 zakończyło się stwierdzeniem nieważności małżeństwa. W latach wcześniejszych odsetek był wyższy: w 2022 r. – 67 wyroków (pozytywne 44), w 2023 r. – 48 (pozytywne 28) i w 2024 r. – 32 (pozytywne 17).
Rzecznik archidiecezji lubelskiej ks. Adam Jaszcz poinformował, że w 2022 r. tamtejszy sąd przyjął do rozpoznania 210 skarg powodowych, w 2023 r. – 195, w 2024 r. – 215, a w 2025 r. – 216. Duchowny przekazał, że średnio 84 proc. spraw kończy się wyrokiem stwierdzającym nieważność małżeństwa.
Sąd Biskupi w Kielcach rozpatruje średnio 60 spraw rocznie. Jak poinformował ks. Dariusz Gącik, wikariusz sądowy, około 80 proc. postępowań kończy się wyrokiem pozytywnym. Wyjaśnił, że najczęstszą przyczyną stwierdzania nieważności jest niezdolność psychiczna do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich. Zastrzegł, że nie chodzi o chorobę psychiczną, lecz o zaburzenia osobowości, np. skrajną niedojrzałość emocjonalną, uzależnienie czy przemocowość.
Sąd Biskupi w Rzeszowie w ubiegłym roku miał na wokandzie 80 spraw. W latach 2024 i 2023 prowadzono po 100 spraw, a w 2022 r. – 90. Liczba wyroków także zmienia się nieznacznie: w 2025 r. – 92 (71 pozytywnych), w 2024 r. – 114 (82 pozytywne), w 2023 r. – 119 (89 pozytywnych) i w 2022 r. – 97 (86 pozytywnych).
Ks. Maćkowski w rozmowie z PAP przyznał, że liczba pozwów zwiększyła się, gdy na początku pontyfikatu papieża Franciszka (2013-2025) zapowiedziano, że procesy w sądach kościelnych będą szybsze. Oficjał podkreślił jednak, że każda sprawa musi być szczegółowo i indywidualnie badana, z udziałem m.in. biegłych psychologów i psychiatrów.
– Ich opinie są bardzo pomocne – ocenił ks. Maćkowski.
Zaznaczył, że sąd, aby stwierdzić nieważność małżeństwa, musi ustalić ewentualną niezdolność stron nie w momencie procesu, ale w chwili, gdy zawierały małżeństwo. Dlatego na świadków powołuje się osoby, które znają historię ich znajomości przedślubnej, czas i okoliczności decyzji o małżeństwie i o rozstaniu. Najczęściej są to rodzice i przyjaciele.
Ks. Maćkowski zwrócił uwagę, że nie wszystkie pozwy przyjmuje się do procedowania. Niektóre są “pozbawione jakiejkolwiek podstawy i nie może się zdarzyć, aby w trakcie procesu jakaś podstawa się ujawniła” (kan. 1505 §2, 4). Duchowny podkreślił, że pozew powinien wskazywać fakty i wydarzenia, które stają się przesłankami wskazującymi, że małżeństwo mogło być nieważnie zawarte. Potocznie określa się je jako “fumus invaliditatis”, czyli “dym nieważności”. Mogą to być np. cechy osobowości, przebyte choroby, trudna sytuacja rodzinna, różne formy przymusu.
Oficjał szczecińskiego sądu zaznaczył, że nie omówi konkretnych spraw i nie skomentuje głośnych przypadków, gdy osoba publiczna po raz drugi wzięła ślub kościelny. Przedstawił natomiast m.in. historię marynarza, którego żona wniosła o stwierdzenie nieważności małżeństwa, mimo że trwało ono ponad 20 lat i było troje dzieci. Ksiądz opisał też losy kobiety, która w młodym wieku zerwała relację z chłopakiem na prośbę mamy, a później, pod jej presją, zawarła związek małżeński, który się szybko rozpadł.
– Orzekliśmy, że działała pod wpływem bojaźni szacunkowej, która zabrała jej wewnętrzną wolność co do decyzji o małżeństwie. To był swego rodzaju przymus wywołany dużym szacunkiem do matki, która bardzo poświęciła się rodzinie, przyjmując na siebie wiele cierpień, i stała się bardzo dużym autorytetem – wyjaśnił duchowny.
Tzw. małżeństwa aranżowane to jednak rzadkość. Ks. Maćkowski ocenił, że młodzi ludzie są “wolni” w swoich wyborach. Jednocześnie zwrócił uwagę, że wielu jest nieprzygotowanych do wejścia w sakramentalny związek. Podobnie jak wiele rodzin nie jest gotowych do chrztu św., Kościół jednak rzadko odmawia sakramentów.
– W wielu wypadkach błogosławimy małżeństwa, ufając, że przyjdzie czas, gdy uświęcająca łaska sakramentu przyjdzie z pomocą. Bo nawet apostata może wrócić do Kościoła – zauważył ks. Maćkowski.
Duchowny zwrócił uwagę na rosnącą liczbę rozwodów cywilnych oraz powszechność związków nieformalnych.
– Ludzie boją się małżeństwa. A trendy są takie, żeby wszystko było szybciej i łatwiej – skomentował.
Sądy diecezjalne sprawy o stwierdzenie nieważności małżeństwa zwykle prowadzą w trzyosobowych składach. W procesie występuje też tzw. obrońca węzła (małżeńskiego); ponadto mogą uczestniczyć rzecznik sprawiedliwości i adwokaci z uprawnieniami kanonistycznymi.
– Ale oni nie są przeciwko sobie! Adwokat kościelny jest dany stronom do pomocy, żebyśmy wydobyli prawdę o tym małżeństwie, a nie wskazali winnego – powiedział.
Proces w zasadzie nie jest prowadzony wobec zasiadającego trybunału, tylko na podstawie dokumentów. Zeznania są spisywane. Jeden sędzia ma kontakt ze wszystkimi stronami. Kiedy materiał dowodowy jest kompletny, wyznacza się termin tzw. sesji wyrokowej. Każdy sędzia przygotowuje na piśmie swoje votum. Nie muszą być jednomyślni.
Oficjał sądu podkreślił, że uczestnicy nie składają zeznań publicznie, tak jak w sądach powszechnych, żeby “nie wywoływać napięć”, negatywnego przeżycia, poczucia krzywdy.
Ks. Maćkowski dodał, że w procesach mogą uczestniczyć “cywilni” adwokaci, ale z uprawnieniami kanonistycznymi. Duchowny za nieetyczne uznał sytuacje, kiedy adwokat “ukrywa się”, przygotowuje pozew, choć nie ma do tego tytułu.
– Przestrzegam przed korzystaniem z takich usług. Zazwyczaj są bardzo drogie – podsumował.
Koszty procesu kanonicznego w Szczecinie to ok. 2 tys. zł. Za opinie biegłych płaci się dodatkowo kilkaset złotych. Instancją odwoławczą jest Metropolitalny Sąd Duchowny w Poznaniu. Można też złożyć apelację do Roty Rzymskiej.
Tomasz Maciejewski (PAP) – Gość Niedzielny
***
Gdy wnuczek nie jest ochrzczony… Czy dziadkowie mogą ochrzcić dziecko?
W pytaniu tym chodzi zapewne o sytuację, w której rodzice nie chcą ochrzcić swojego dziecka, natomiast chcą tego dziadkowie. To trudna sytuacja. Zmiany, które obecnie zachodzą w społeczeństwie będą prowadziły do tego, że takie sytuacje mogą zdarzać się coraz częściej. Chodzi tu o konflikt między bardzo ważnymi wartościami dotyczącymi wiary. Z jednej strony mamy troskę dziadków o zbawienia dziecka, o przekazanie wiary kolejnemu pokoleniu, natomiast z drugiej – prawo rodziców do wychowania swojego potomstwa według takich wartości, jakie dla nich są istotne.
Adobe Stock
***
Wiemy, że choć troska o zbawienie wszystkich ludzi spoczywa na każdym wiernym, szczególnie na członkach rodziny (więc również na babci i dziadku), to jednak w tym przypadku prawo Kościoła staje po stronie prawa rodziców. Kodeks Prawa Kanonicznego reguluje tę sprawę następująco: „do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się, aby zgodę na chrzest wyrazili rodzice lub przynajmniej jedno z nich albo ten, kto ich zgodnie z prawem zastępuje” (kan. 868, § 1). Nie ma więc tu miejsca dla innych osób, nawet tak blisko spokrewnionych jak dziadkowie.
Także „Instrukcja duszpasterska Episkopatu o udzielaniu sakramentu chrztu świętego dzieciom” (1975), która skierowana jest do wszystkich duszpasterzy na terenie Polski, postanawia, by „nie udzielać sakramentu chrztu św. małym dzieciom bez faktycznej wiedzy rodziców (opiekunów), lub wbrew ich woli” (nr 2a). Jeśli jedno z rodziców dziecka jest wierzące, a drugie nie, takiemu dziecku duszpasterz powinien udzielić chrztu (nr 2c). Dla duszpasterza konieczna jest więc prośba przynajmniej jednego z rodziców (nie dziadków). Instrukcja ta sugeruje także duszpasterzom, że jeśli sytuacja będzie wyjątkowo trudna i zawikłana duszpasterz może zwrócić się do Ordynariusza (nr 2 d).
Co więcej, Instrukcja ta wymaga tego, by już przy samym już zgłoszeniu chrztu w kancelarii byli obecni oboje rodzice lub, jeśli istnieje uzasadniona przyczyna, przynajmniej jedno z nich (nr 3).
Również wiele kanonów KPK dotyczących udzielania sakramentu chrztu św. mówi tylko o roli rodziców i rodziców chrzestnych. Pojawiają się oni w kanonach o: znaczeniu tego sakramentu i o związanych z nim obowiązkach (kan. 851), nadaniu właściwego imienia dziecku (kan. 855) oraz terminie chrztu św. (kan. 867).
Rola rodziców mocno podkreślana jest także w księdze liturgicznej „Obrzędy chrztu dzieci”. Znajdujące się w niej „Wprowadzenie teologiczne i pastoralne” zwraca uwagę na rolę rodziców podczas liturgii sakramentu. To oni publicznie proszą Kościół o chrzest dla dziecka, kreślą znak krzyża na czole dziecka, wyrzekają się szatana i składają wyznanie wiary, niosą niemowlę do chrzcielnicy, trzymają zapaloną świecę oraz otrzymują specjalne błogosławieństwo (nr 5). Tu nie ma wymienionych żadnych innych osób. To zadanie rodziców.
Szczególnie ważne jest wyznanie wiary. Choć chrzest udzielany jest w oparciu o wiarę Kościoła, to jednak istotną jest również wiara samych rodziców. To na wierze rodziców i rodziców chrzestnych jest budowany chrzest.
Rola rodziców nie kończy się przecież na samym obrzędzie. Wraz z przyjęciem sakramentu chrztu przez ich dziecko rodzice biorą na siebie obowiązek wychowania go w wierze. Przywoływana Instrukcja duszpasterska Episkopatu wyraźnie precyzuje, co jest obowiązkiem rodziców: „doprowadzenie dziecka do świadomej przyjaźni z Chrystusem, a to dokonuje się przez: przekazanie dziecku podstawowych prawd wiary i zasad moralności głoszonych przez Kościół katolicki, a przede wszystkim nauczenie dziecka modlitwy, włączenie go w życie wspólnoty katolickiej (Msza św. niedzielna), posyłanie na naukę religii, doprowadzenie do pełnego udziału w Eucharystii i do przyjęcia sakramentu bierzmowania oraz wprowadzenie w dojrzałe i odpowiedzialne życie chrześcijanina” (nr 2).
W związku z tymi obowiązkami KPK mówi, że koniecznym do godziwego ochrzczenia dziecka jest „uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku” (kan. 868, § 1, p. 2). Potajemne ochrzczenie dziecka nie rozwiąże problemu jego wychowania. Choć dziadkowie mogą pomóc w tym wychowaniu, to jednak brak zgody rodziców na chrzest uniemożliwia wypełnienie tego zadania. Żaden duszpasterz nie może się więc zgodzić na taki chrzest. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że KPK nie mówi o odmowie chrztu św. w takiej sytuacji, lecz o tym, że należy go odłożyć w czasie (kan. 868, § 1, p. 2).
Są jednak sytuacje, w których dziadkowie mogliby zgodnie z prawem Kościoła prosić o chrzest dla wnuka. Jest to możliwe, jeśli rodzice dziecka zmarli lub zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej, a sąd ustanowił dziadków prawnymi opiekunami dziecka. Wówczas to oni są całkowicie odpowiedzialni za religijne wychowanie dziecka i mają pełne prawo, by poprosić o udzielenie ich wnukowi sakramentu chrztu.
Kolejną sytuacją, w której dziadkowie mogliby zdecydować się na chrzest wnuka bez wiedzy rodziców, a nawet wbrew ich woli, jest niebezpieczeństwo śmierci dziecka. KPK postanawia, że „dziecko rodziców katolickich, a nawet i niekatolickich, w niebezpieczeństwie śmierci jest chrzczone godziwie nawet wbrew woli rodziców” (kan. 568 § 2). Tylko w tej sytuacji odpowiedzialność dziadków za zbawienie dziecka staje się ważniejsze od zachowania praw rodzicielskich.
Co więc mogą zrobić dziadkowie? Czy skazani są tylko na ból i cierpienie? Skoro nie mogą godziwie (czyli zgodnie z prawem Kościoła) ochrzcić dziecka, muszą podjąć zadanie przekazania dziecku wiary w życiu codziennym, jeśli rodzice nie będą temu przeciwni. Wykorzystanie każdej sytuacji, by uczyć je modlitwy, zaprowadzić do Kościoła, opowiadać o Bogu, dawać dobry przykład wiary i chrześcijańskiego życia. Ich bronią jest również modlitwa w tej intencji, by dziecko, jak dorośnie, samo zdecydowało o swoim chrzcie. Mogą również wpływać na rodziców, by zmienili swoją decyzję i zgodzili się na chrzest dziecka. Wtedy to oni przed duszpasterzem mogliby się zobowiązać do chrześcijańskiego wychowania dziecka.
ks. dr hab. Janusz Mieczkowski, prof. UPJPII, Wydział Teologiczny/Gość Niedzielny
***
Niektórzy nie doceniają tego daru.
Co nam daje chrzest św.?
…. Ksiądz Biskup Piotr Greger podkreślił, że święto Chrztu Pańskiego jest okazją do uwielbienia Boga za to, że zostaliśmy ochrzczeni i włączeni w Chrystusowy Kościół.
– Została nam dana szansa wzrastania i dojrzewania na drodze wiary, umacniając się słowem Bożym i sakramentami. Największym odkryciem człowieka nie jest odnalezienie czegoś czy kogoś, lecz samego siebie. Są dzisiaj ludzie, którzy potrafią się w życiu odnaleźć, chociaż przychodzi to często ze znacznymi oporami i po wielkich trudach. Są także i tacy, którzy nadal miewają poważne problemy w odnalezieniu siebie jako ludzi ochrzczonych, wciąż nie chcą albo nie potrafią docenić tych darów, które otrzymali od Boga w sakramencie chrztu świętego. Pomimo tego Bóg im tych darów nie odwołuje ani nie odbiera – podkreślił hierarcha. Dodał, że świadczy o tym „niezatarte znamię, trwały charakter, jaki chrzest wycisnął na ludzkiej duszy, niezniszczalny i nieusuwalny znak przynależności do Chrystusa i Jego Kościoła”.
Zaznaczył, że poprzez chrzcielne oczyszczenie otwarły się przed ludźmi bramy Kościoła. – Moment chrztu świętego to nie tylko czas „wejścia” do tej wspólnoty wiary; to jest tylko jedna strona medalu będąca spojrzeniem bardzo płaskim, ograniczonym do wymiaru horyzontalnego. Stąd wiele kryzysów, niezrozumienia, porzucenia i żądania usunięcia swojego imienia i nazwiska z rejestru ludzi ochrzczonych – mówił, dopowiadając że chrzest jest wydarzeniem nieskończenie większym, ponieważ stanowi wejście w trwały związek z Bogiem Ojcem jako Jego dzieckiem, z Jezusem jako członkiem Jego Mistycznego Ciała, z Duchem Świętym jako Jego świątynią.
– Człowiek otrzymuje chrzest w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, a nie w imię papieża, biskupów czy jakiegokolwiek kapłana! Sakrament chrztu daje nam mocne zakorzenienie w Bogu, to jest początek naszego wspólnego bycia razem! Od nas zależy, od naszych wyborów i podejmowanych decyzji, od tego, czy będziemy żyć na co dzień w łasce uświęcającej, czy ta nasza jedność z Bogiem będzie trwała na zawsze – precyzował hierarcha.
z artykułu Moniki Jaworskiej/Tygodnik Niedziela
***
Wczoraj i dziś Bożego Ciała, czyli uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
fot.Piotr Tumidajski/Kai
***
Boże Ciało to jedno z głównych świąt w Kościele katolickim. Od samego początku obchodzone jest w sposób wyjątkowy, w formie publicznej procesji ulicami miast i wsi. Ustanowione zostało na prośbę samego Jezusa, wyrażoną w jednym z objawień. Data Bożego Ciała nie jest stała. Zawsze jednak jest to czwartek po święcie Trójcy Świętej – w tym roku 19 czerwca.
Procesje Bożego Ciała są okazją do publicznej manifestacji, że wiara nie jest tylko sprawą prywatną, realizowaną w przestrzeni sakralnej lub rodzinnej, ale że winna ona przenikać życie społeczne we wszystkich jego wymiarach. Jezus eucharystyczny niesiony jest ulicami, wychodząc w tej sposób do tych, którzy go odrzucają, są mu wrodzy lub wątpią w Jego obecność. Ta powszechna – nigdy nie przerwana – coroczna manifestacja wiary miała olbrzymie znaczenie w okresach niewoli, kiedy towarzyszyła jej bogata symbolika narodowa, bądź w czasach prześladowań Kościoła. Wiernym dodawała nadziei, a niechętne Kościołowi władze wprawiała w poważny kłopot.
Geneza
Choć świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, jednak trzeba było czekać aż dziesięć stuleci zanim zewnętrzne przejawy tego kultu powstały i zadomowiły się w Kościele.
W pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa Eucharystia była spożywana w trakcie Mszy świętej, nie istniał natomiast odrębny kult Eucharystii. Eucharystii nie przechowywano, poza tą przeznaczoną do zaniesienia chorym, nie oddawano jej też czci poza zgromadzeniem eucharystycznym.
Geneza święta Bożego Ciała sięga XIII wieku i była formą odpowiedzi Kościoła na pojawiające się wówczas nurty w teologii, które podkreślały symboliczną, a nie realną obecność Jezusa w Eucharystii (Berengariusz z Tours).
U progu tego stulecia – na Soborze Laterańskim IV (1215) – w Kościele katolickim przyjęto dogmat o transsubstancjacji, orzekający, że Chrystus jest obecny w Eucharystii realnie, a nie symbolicznie jak postulował Berengariusz. „Jeden jest przeto powszechny Kościół-zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew…” – stwierdzał dekret soboru.
Wraz z ogłoszeniem dogmatu, wzrosło zainteresowanie kultem Eucharystii, która przestawała być jedynie elementem liturgii, lecz coraz mocniej postrzegana była jako dowód na trwałą obecność Chrystusa na Ziemi. Święto eucharystyczne przypadało w tym okresie zwyczajowo w Wielki Czwartek, w czasie, którego – zgodnie z tradycją ewangeliczną – Jezus po raz pierwszy dokonał przemiany chleba i wina w swoje Ciało i Krew.
Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia bł. Julianny z Cornillon, augustianki. Około 1207 r., jako szesnastoletnia dziewczyna, przeżyła pierwsze widzenia, choć były one jeszcze mgliste i niezrozumiałe. Zgodnie z tradycją hagiograficzną, dopiero kilkanaście lat później, w 1245 roku, św. Juliannie ukazać miał się Chrystus, który w widzeniu domagał się ustanowienia święta Eucharystii na pierwszy czwartek po święcie Trójcy Przenajświętszej. Pod wpływem tych objawień bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liège oraz zainaugurował pierwszą procesję eucharystyczną ulicami miasta.
Wkrótce zaczęto jednak wysuwać przeciwko Juliannie oskarżenia o herezję, a decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała w diecezji Liège uznano za przedwczesną. Zarzuty te spowodowały, że święto przestało być obchodzone.
Sprawa święta Eucharystii nie została jednak zapomniana. Problemem tym zajął się archidiakon katedry w Liège Jakub Leodyjski, późniejszy biskup Verdun, a od 1261 papież Urban IV. Do ostatecznego uznania święta Bożego Ciała za ogólnokościelne, papieża skłonił inny cud eucharystyczny, jaki miał miejsce w Bolsenie (w środkowych Włoszech) w 1263 roku. W czasie jednej z Mszy św., podczas przemienienia, odprawiający kapłan zauważyć miał, że z konsekrowanej hostii zaczynały spadać krople krwi. Poplamiona krwią chusta została przesłana papieżowi, który w tym czasie przebywał w Liège w Umbrii. Urban IV umieścił relikwię w tutejszej katedrze (do dziś jest ona tam obecna), a pod wpływem fascynacji cudem rozpoczął aktywne starania, których celem miało być ustanowienia święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.
Ułożenie liturgii i tekstów odczytywanych w czasie święta, papież zlecić miał samemu św. Tomaszowi z Akwinu, który na tę okazję stworzył jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych pt. „Pange lingua”.
11 sierpnia 1264 r. Urban IV ogłosił bullę „Transiturus de hoc mundo”, na mocy której Boże Ciało stało się świętem całego Kościoła. Śmierć papieża przeszkodziła jednak ogłoszeniu bulli. Dokonał tego papież Jan XXII (w 1334 r.), natomiast papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone.
W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej, natomiast w Kościele unickim – synod zamojski w 1720 r. W Kościele katolickim w Polsce pod koniec XIV w. święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.
Prawdziwa obecność Chrystusa w Eucharystii
Kościół od samego początku głosił wiarę w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chrystus ustanowił Najświętszy Sakrament przy Ostatniej Wieczerzy. Opisali to trzej Ewangeliści: Mateusz, Marek i Łukasz oraz i św. Paweł Apostoł. Prawdziwa i rzeczywista obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina opiera się według nauki Kościoła na słowie Jezusa: „To jest Ciało moje … To jest krew moja” (Mk 14,22.24).
Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, iż „sposób obecności Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi jest wyjątkowy… W Najświętszym Sakramencie Eucharystii są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus.” (KKK 1374).
Kult Najświętszego Sakramentu
Od XVI w. przyjęła się w Kościele katolickim praktyka 40-godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Praktykę tę wprowadził do Mediolanu św. Karol Boromeusz w 1520 r. Dzisiaj praktyka ta jest obecna w całym Kościele katolickim. Zostały założone nawet specjalne zakony, których głównym celem jest nieustanna adoracja Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Polsce istnieją trzy zakony od wieczystej adoracji: benedyktynki-sakramentki, franciszkanki od Najświętszego Sakramentu i eucharystki.
Procesje
Procesje eucharystyczne w dniu Bożego Ciała wprowadzono później niż samo święto. Pierwszym śladem ich istnienia jest wzmianka o uroczystej procesji przed sumą w Kolonii w latach 1265-75. Podczas procesji niesiono krzyż z Najświętszym Sakramentem. W ten sposób nawiązywano do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami.
W XV w. procesje eucharystyczne odprawiano w całych Niemczech, Anglii, Francji, północnych Włoszech i Polsce. W Niemczech procesję w uroczystość Bożego Ciała łączono z procesją błagalną o odwrócenie nieszczęść i dobrą pogodę, dlatego przy czterech ołtarzach śpiewano początkowe teksty Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa. W Polsce zwyczaj ten wszedł do „Rytuału piotrkowskiego” z 1631 r. Rzymskie przepisy procesji zawarte w „Caeremoniale episcoporum” (1600 r.) i „Rituale romanum” (1614 r.) przewidywały jedynie przejście z Najświętszym Sakramentem bez zatrzymywania się i błogosławieństwo eucharystyczne na zakończenie.
Procesję odprawiano z wielkim przepychem od początku jej wprowadzenia. Od czasu zakwestionowania tych praktyk przez reformację, udział w procesji traktowano jako publiczne wyznanie wiary.
W Polsce od czasów rozbiorów z udziałem w procesji łączyła się w świadomości wiernych manifestacja przynależności narodowej. Po II wojnie światowej procesje w czasie Bożego Ciała były znakiem jedności narodu i wiary. Z tej racji ateistyczne władze państwowe niejednokrotnie zakazywały procesji urządzanych ulicami miast.
Konferencja Episkopatu Polski zmodyfikowała 17 lutego 1967 r. obrzędy procesji Bożego Ciała, wprowadzając w całej Polsce nowe modlitwy przy każdym ołtarzu oraz czytania Ewangelii tematycznie związane z Eucharystią.
Przy pierwszym ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Mateusza o ostatniej wieczerzy, nawiązujący do ustanowienia przez Jezusa Eucharystii. Drugi ołtarz jest związany z fragmentem Ewangelii wg. św. Marka dotyczącym rozmnożenia chleba. Przy trzecim ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Łukasza, który opowiada o zaproszonych na ucztę a czwarty ołtarz jest związany z Ewangelią wg św. Jana i modlitwą Jezusa „aby wszyscy stanowili jedno”. (J 17)
e-Kai.pl
***
Boże Ciało. Święto, którego brakowało samemu Chrystusowi
fot. Dulce María/Cathopic
***
Kluczowe dla ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, były wizje bł. Julianny z Retine, w czasie których Jezus wyznał, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii.
Pierwsze obchody odbywały się w Krakowie
Wszystkie starożytne święta w Kościele są związane ze wspomnieniem konkretnego wydarzenia z historii zbawienia.
Dopiero późne średniowiecze wprowadza do kalendarza liturgicznego tzw. święta idei, a więc uroczystości, w których czcimy Boga, w jakimś Jego przymiocie, czy tajemnicy: Uroczystość Trójcy Świętej, Uroczystość Najświętszego Serca Pan Jezusa a nade wszystko Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, tradycyjnie nazywana Bożym Ciałem.
Oczywiście święto nie rozpowszechniło się w Kościele od razu, ale już od XIV wieku było obchodzone we Francji, Niemczech, Hiszpanii i Polsce. Boże Ciało w Polsce obchodzono po raz pierwszy w diecezji krakowskiej w 1320 roku. Dopiero 100 lat później święto obowiązywało we wszystkich diecezjach polskich. Od XV wieku uroczystości towarzyszyła jedna procesja eucharystyczna w mieście.
Ułożenie oficjum (formularz mszalny i Liturgia Godzin) tej uroczystości wiązano z osobą św. Tomasza z Akwinu, nie jest to jednak pewne. Najprawdopodobniejsze jest autorstwo Akwinaty sekwencji Lauda Sion, która nie została włączona do nowego Mszału. Formularz z Mszału potrydenckiego został przeniesiony do Mszału Pawła VI z 1970 roku, jednakże została zmieniona nazwa święta na: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi sollemnitas).
Z pragnienia adoracji
Na powstanie święta Bożego Ciała złożyło się wiele okoliczności. Pierwszą z nich jest paradoksalna sytuacja, która ma swoje początki pod koniec I tysiąclecia, a apogeum osiąga na przełomie XI-XII w., w której wraz z niebywałym rozwojem kultu eucharystycznego praktycznie zanika wśród wiernych przystępowanie do Komunii świętej.
Na kolejnych synodach i soborach wydaje się dekrety ograniczające możliwość przystępowania do komunii dla wiernych, do tego stopnia, że później trzeba wręcz przykazaniem – zachowanym do dnia dzisiejszego – nakazywać wiernym, żeby przynajmniej raz w roku w okresie wielkanocnym do komunii jednak przystąpili (dekret Soboru Laterańskiego IV z 1215 r.). Skoro – rodziło się to z takiego formy pobożności i doświadczenia niegodności – wierni w średniowieczu rzadko przystępowali do Komunii świętej, to rodziło się w nich pragnienie oglądania (adorowania) hostii, którą zaczęto wystawiać w monstrancjach. Do liturgii zostało wprowadzone podniesienie hostii i kielicha, aby wierni mogli patrzeć na Ciało i Krew Pana, skoro nie mogli ich spożyć. Zaczynają się pojawiać procesje eucharystyczne.
Wizje bł. Julianny z Retine
Równocześnie w tym czasie pojawiły się herezje negujące realną obecność Chrystusa w Eucharystii, co Kościół musiał skutecznie potępić. Najważniejszym jednak wydarzeniem były wizje bł. Julianny z Retine (koło Liège) żyjącej w XIII wieku. Miała ona widzieć jasną tarczę księżyca z jedną ciemną sferą. Świecąca tarcza księżyca miała symbolizować blask wszystkich uroczystości kalendarza liturgicznego, zaś ta jedna ciemna sfera symbolizowała brak jednego święta.
Julianna usłyszała w czasie tej wizji od Chrystusa, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii. Julianna, która tę wizję miała w wieku zaledwie 16 lat, ujawniła jej treść znacznie później. Wtedy komisja teologiczna, w skład której wchodził także archidiakon Jakub Pantaleone (późniejszy Urban IV) stwierdziła, że takie święto nie sprzeciwia się prawdom wiary, a wręcz przeciwnie, dopełnia kult Eucharystii w Kościele.
Niezwykły cud eucharystyczny
W 1246 roku biskup Robert de Thourotte ustanowił święto Bożego Ciała, które pierwotnie odnosiło się tylko do diecezji Liège, a które było obchodzone w czwartek po uroczystości Trójcy Świętej. Kiedy Jakub Pantaleone został papieżem, jako Urban IV bullą Transiturus de hoc Mundoustanowił dla całego Kościoła uroczystość Najświętszego Ciała Pana naszego Jezusa Chrystusa. Prawdopodobnie miał na to wpływ także cud eucharystyczny, który miał miejsce w Bolsena w 1263 roku. Papież Urban przebywający wtedy w Orvieto miał zobaczyć korporał splamiony krwią spływającą z hostii. Celami tego święta było przeproszenie za zniewagi Najświętszego Sakramentu, przeciwstawienie się herezjom oraz uczczenie ustanowienia Eucharystii.
“Dla zmysłów niepojęte”. Historia Bożego Ciała i słynnego hymnu
fot. Jacob Bentzinger/Unsplash
***
W jednym czasie i w jednym miejscu spotkały się trzy osoby. Gdyby nie ten przypadek, historia święta Bożego Ciała byłaby zupełnie inna.
Miejsce akcji: Bolsena, Orvieto
Oba miasteczka znajdują się jakieś 100 kilometrów na północ od Rzymu. Bolsena rozciąga się nad brzegiem pięknego powulkanicznego jeziora. Orvieto, Urb vetus, Stare Miasto, wznosi się na tufowym klifie z daleka widocznym, gdy w stronę Rzymu jedziemy Autostradą Słońca z Florencji.
W XIII wieku Bolsena przyciąga pielgrzymów za sprawą grobu św. Krystyny. Córka – prawdopodobnie – prefekta Bolseny zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań za czasów Dioklecjana, dziewięć wieków wcześniej. Jej kult jest wciąż żywy.
Odległość między Bolseną i Orvieto to zaledwie 12 kilometrów najkrótszą ścieżką. Ta odległość ma znaczenie, stanie się trasą pierwszej w historii procesji Bożego Ciała.
Czas akcji: 1263
Są to burzliwe czasy dla papiestwa. Rezydencją papieży stało się Orvieto. Przeniósł się tu Aleksander IV, a było to wynikiem zatargu z królem Sycylii Manfredem – przywódcą stronnictwa Gibellinów, walczących z papiestwem. Kiedy Manfred zdobył poparcie rzymian, którzy wybrali go senatorem, Aleksander IV musiał uciekać z Rzymu. Schronienie znalazł w jednej z rezydencji w trudnym do zdobycia dzięki naturalnemu położeniu Orvieto, podobnie jak jego następca, papież Urban IV.
Bohaterowie
Urban IV
Zanim został papieżem, Jakub Pantaleon, Francuz z pochodzenia, pełnił funkcję archidiakona między innymi w Liege. To tam zetknął się z objawieniami prywatnymi augustianki, Julianny z Mont Cornillon. Twierdziła, że Jezus przykazał jej starania o ustanowienie święta ku czci swojego Ciała i Krwi. Pod wpływem tych objawień, od 1247 roku w Liege istniało już lokalne święto Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Propagatorem kultu eucharystycznego i wprowadzenia takiego święta do kalendarza liturgicznego był sam kardynał Jakub. Podobnie jak ona, był przekonany o prawdziwości słów Jezusa: “A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Był przekonany o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii.
Tomasz z Akwinu
Od dwóch lat w klasztorze dominikanów w Orvieto przebywa 39-letni Tomasz z Akwinu, ceniony już teolog i filozof. Po powrocie z Paryża, gdzie zdobywa wykształcenie i sławę, przyjmuje powierzone mu przez władze zakonne zadanie prowadzenia stałej formacji dla dominikanów posługujących w Orvieto. Jednocześnie przygotowuje kolejne głośne dzieła, między innymi Summę contra gentiles.
Piotr z Pragi
Dużo o nim nie wiemy. Był Niemcem, podróżował z Francji do Rzymu. Zatrzymał się na szlaku pątniczym w Bolsenie, by u grobu św. Krystyny odprawić Mszę św. Wszystko wskazuje na to, że powątpiewał w realną obecność Chrystusa w Eucharystii.
Kwestia ta jest żywo dyskutowana przez teologów. Poszukuje swojego sformułowania, uzasadnienia, zrozumienia, definicji. Pół wieku wcześniej Sobór Laterański IV sformułował taką oto prawdę o Eucharystii, a zwłaszcza o jej kluczowym momencie, przeistoczeniu, transsubstancjacji: Jeden jest przeto powszechny Kościół, zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew.
Darmo wzrok to widzieć chce
Podczas każdej Mszy św. kapłan powtarza słowa Jezusa z Ostatniej Wieczerzy: “To jest Ciało moje”. Na patenie jest chleb, biała hostia. Czy rzeczywiście w chwili wypowiadania tych słów chleb staje się ciałem? Przecież żadnej zmiany nie widać. Wzrok wciąż widzi chleb. Widzieć Ciało Chrystusa w tym chlebie pozwala wiara. A może naiwność?
Z tymi wahaniami od miesięcy targającymi myśli, Piotr z Pragi rozpoczyna w krypcie św. Krystyny sprawowanie Mszy św.
Słowem więc Wcielone słowo Chleb zamienia w Ciało swe
I wtedy, gdy Piotr odprawia Mszę św., podczas transsubstancjacji, przeistoczenia, dzieje się cud. Na jego słowa “To jest Ciało moje” na hostii pojawia się krew. Jej stróżki wsiąkają w korporał, barwiąc go na czerwono, krew wsiąka w kamienną podłogę. Struktura części chleba przypominała partykułę prawdziwego ludzkiego ciała.
O wydarzeniu natychmiast robi się głośno. Piotr postanawia udać się do papieża.
Co dla zmysłów niepojęte
Wszystko, co dzieje się później, jest wynikiem tego, że w Orvieto w tym samym czasie przebywają trzy osoby: Jakub Laodejski – papież Urban IV, Tomasz z Akwinu i Piotr z Pragi, chcący wszystko opowiedzieć papieżowi.
Papież wysłuchuje jego bezpośredniej relacji. Prawdopodobnie o wydarzeniach w Bolsenie zdążył się już dowiedzieć, teraz przyszedł czas na wiarygodną weryfikację pogłosek. Papież wysyła do Bolseny biskupa Orvieto, by ten z kolei na miejscu zbadał hostię i zakrwawiony korporał.
Urban IV wie o obecności w Orvieto zyskującego uznanie Tomasza z Akwinu. Niedaleko przebywa również pochodzący z niedalekiego Bagnoregio franciszkanin, Bonawentura. Obu przyszłych wielkich świętych i doktorów Kościoła postanawia zaangażować w zbadanie niewytłumaczalnego zjawiska. Zresztą nie tylko. Zostaną zaangażowani w przygotowanie liturgii święta, które obchodzimy po dziś dzień.
Hołd po wszystkie nieśmy dni
To podobno oni, dominikanin, Doktor Anielski, i franciszkanin, Doktor Seraficki, szli na czele procesji z Bolseny do Orvieto, podczas której przeniesiono cudownie zmienioną hostię, Najświętszy Sakrament. Dwunastokilometrowa procesja napotkała na Moście Słońca nieopodal Orvieto samego papieża, który oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi i sam przeniósł Hostię do katedry.
Dla Tomasza, przyszłego świętego i doktora Kościoła, był to moment istotny. Wkrótce światło dzienne ujrzy jego Suma Teologiczna, w której zawrze swe sformułowanie prawdy o transubstancjacji, wyrażenie jej w kategoriach pojęciowych, filozoficzno-teologicznych. To, co stało się w Bolsenie, jeszcze bardziej uwydatniło to, co jest cudem podczas każdej Mszy świętej, nawet jeśli fizycznie nadal nic się nie zmienia.
Kilka lat później w Sumie Teologicznej Tomasz napisze: Zmysły nie mogą stwierdzić obecności prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa w sakramencie Eucharystii. O tej obecności mówi nam jedynie wiara w oparciu o Boże świadectwo. Nawiązując do słów Pana: “To jest Ciało moje, które za was będzie wydane”, Cyryl mówi: “Nie wątp w prawdziwość słów Zbawiciela, ale raczej przyjmij je z wiarą. On nie kłamie, wszak sam jest Prawdą”
Sław języku tajemnicę
Już rok później, w 1264 roku, po raz pierwszy pod przewodnictwem papieża odbyły się uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Dekret wydał w ten sprawie Urban IV, który zlecił ponadto Tomaszowi i Bonawenturze przygotowanie całej liturgii. Tej liturgii, którą sprawujemy po dziś dzień w czwartek Bożego Ciała, a której oryginalne części wciąż funkcjonują, nawet jeśli przez wieki jej forma ewoluowała.
To wtedy, w 1264 roku, św. Tomasz z Akwinu, napisał słynny hymn, w całości śpiewany w Wielki Czwartek oraz w uroczystość Bożego Ciała, a powszechnie znany w swej ostatniej części, bo wyśpiewywany przy okazji wystawienia Najświętszego Sakramentu. Hymn, którego nawet polskie, czasem zawodne, tłumaczenie, pokazuje kunszt i geniusz Tomasza, który w literackiej formie, w rytmicznych wersach i rymach potrafił sformułować teologię przeistoczenia:
Sław języku tajemnicę Ciała i najdroższej Krwi, którą jako Łask Krynicę wylał w czasie ziemskich dni, Ten, co Matkę miał Dziewicę, Król narodów godzien czci.
Z Panny czystej narodzony, posłan zbawić ludzki ród, gdy po świecie na wsze strony ziarno słowa rzucił w lud, wtedy cudem niezgłębionym zamknął Swej pielgrzymki trud.
W noc ostatnią, przy Wieczerzy, z tymi, których braćmi zwał, pełniąc wszystko jak należy, czego przepis prawny chciał, sam Dwunastu się powierzył, i za pokarm z Rąk Swych dał.
Słowem więc Wcielone Słowo chleb zamienia w Ciało Swe, wino Krwią jest Chrystusową, darmo wzrok to widzieć chce. Tylko wiara Bożą mową pewność o tym w serca śle.
Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz, niech przed Nowym Testamentem starych praw ustąpi czas. Co dla zmysłów niepojęte, niech dopełni wiara w nas.
Bogu Ojcu i Synowi hołd po wszystkie nieśmy dni. Niech podaje wiek wiekowi hymn triumfu, dzięki, czci, a równemu Im Duchowi niechaj wieczna chwała brzmi.
Święto, któremu nie dali rady ani zaborcy, ani komuniści. Czyli unikalność obchodów Bożego Ciała w polskiej kulturze
wiara.pl
***
Uroczystość Bożego Ciała jest dniem wyjątkowym dla każdego Polaka. Łączy ona bowiem dwie najważniejsze dla nas wartości: wiarę katolicką i patriotyzm. Tego święta nie znieśli ani zaborcy, ani komuniści. Również dziś nikt poważny nie protestuje, gdy dochodzi do zamknięcia całych ulic czy centrów miast na uroczystą procesję. W tym dniu publicznie wyznajemy swoją wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, a także swoje przywiązanie do naszych narodowych tradycji.
Święto Bożego Ciała ma prawie tysiącletnią historię. Na początku II tysiąclecia pojawiły się bowiem spory próbujące wytłumaczyć w jaki sposób Chrystus jest obecny w Eucharystii. Z jednej strony katolicyzm borykał się z heretykami głoszącymi fałszywe poglądy; z drugiej – miał też wielkich świętych broniących prawdziwej wiary. To właśnie wtedy żył największy z teologów, czyli św. Tomasz z Akwinu, którego Summa Teologiczna do dziś stanowi niepodważalny podręcznik doktryny katolickiej. Toczące się w tych czasach dysputy powodowały większą świadomość katolików na temat teologii Eucharystii. Za tym szła większa pobożność eucharystyczna i potrzeba adoracji Chrystusa w niej obecnego.
W tym samym czasie żyła zakonnica i mistyczka – św. Julianna z Mont Cornillon. Doznawała ona wizji mistycznych podczas adoracji Najświętszego Sakramentu i rozważań nad tekstem Ewangelii: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Siostra Julianna zabiegała o ustanowienie specjalnego święta ku czci Najświętszej Eucharystii, co spotkało się z aprobatą duchownych i teologów.
Po raz pierwszy święto Bożego Ciała było obchodzone jeszcze za życia św. Julianny w Liège (dzisiejsza Belgia) w 1246 r., a do Polski dotarło niewiele później, bo już w roku 1320. Święto to jest wyrazem wdzięczności Panu Bogu za Jego obecność w Najświętszym Sakramencie. Jest to w końcu cud nieporównywalny, że sam Bóg zechciał przebywać pośród nas – nie tylko podczas Mszy św., ale również w poza nią, w tabernakulum, byśmy mogli adorować Go w ciągu dnia.
Jednak wyjaśnienie w jaki sposób Chrystus jest obecny w Najświętszym Sakramencie jest rzeczą niełatwą. Trudność tę zauważył św. Tomasz z Akwinu, umieszczając w znanym hymnie Adoro Te devote słowa: „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas; tu ukryte z Bóstwem Człowieczeństwo wraz”. Na krzyżu bowiem widzieliśmy Chrystusa jako cierpiącego człowieka i trudno było zrozumieć, że był On Bogiem. W Eucharystii zaś nawet Jego Człowieczeństwo jest niełatwe do wytłumaczenia, bo naszym oczom ukazuje się tylko biała Hostia. Nie możemy zatem zobaczyć Chrystusa w sposób jak widzimy innych ludzi, ale On wciąż tam jest. Kościół określa Jego obecność jako prawdziwą, rzeczywistą i substancjalną.
Pod pojęciem prawdziwej obecności Kościół naucza, że Eucharystia nie jest wyłącznie symbolem czy figurą, ale, że Chrystus jest w niej prawdziwie obecny. W Wieczerniku nie powiedział bowiem: „To jest symbol Mojego Ciała”, ale: „To jest Ciało Moje”. Heretycki pogląd, że Eucharystia jest jedynie symbolem obecności Chrystusa głosił przede wszystkim Urlich Zwingli, uważając ją za swego rodzaju powrót do przeszłości, czyli do czasu Ostatniej Wieczerzy. Poglądy Zwinglego zostały potępione przez Sobór Trydencki.
Rzeczywista obecność Chrystusa oznacza, że fakt ten jest obiektywny, czyli niezależny od naszej wiary i od innych czynników zewnętrznych. Luter szerzył bowiem błędny pogląd jakoby Chrystus był przebywał w Hostii tylko w czasie samej Mszy św., a później już nie. Pojawiły się też inne mylne wytłumaczenia – jak to mówiące, że wspólnota zgromadzonych miałaby powodować obecność Chrystusa. Wszystkie te poglądy są błędne, ponieważ w czasie Mszy św. Chrystus jest rzeczywiście obecny, a nasza wiara, nasze subiektywne doznania czy wspólnota wierzących tego nie zmienia. Co więcej, Chrystus jest obecny pod sakramentalnymi postaciami również po zakończeniu Mszy św. i czeka na nas w tabernakulum.
Wreszcie przymiotnik substancjalna oznacza, że podczas konsekracji cała substancja chleba przemienia się w substancję Ciała Chrystusa. Podobnie ma się sprawa z winem: cała jego substancja przemienia się w substancję Krwi Chrystusa. Zewnętrzne atrybuty – wygląd, smak, zapach, łamliwość itd. – pozostają takie same, lecz zmienia się substancja, w której się zawierają. Ta przemiana nosi nazwę transsubstancjacji.
Pomimo prawdziwej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.
Należy również pamiętać – w odróżnieniu od tego, co głosiła herezja Jana Husa – że cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch postaci: zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Nie potrzeba nam zatem przyjmować Komunii św. pod obiema postaciami; sposób ten propagowany był właśnie przez husytów w celu szerzenia ich herezji. W rzeczywistości tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.
Sobór Trydencki nie pozostawił wątpliwości, że w Eucharystii jest obecny Christus Totus, czyli cały Chrystus. Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem w roku, kiedy Kościół daje nam tę wielką tajemnicę do rozważania. To właśnie w tym dniu teksty mszalne zawierają przepiękną sekwencję Lauda Sion Salvatorem („Chwal, Syjonie, Zbawiciela”), autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu. Doktor Anielski w charakterystyczny dla siebie sposób zwarł wiele konkretnych sformułowań teologicznych w formie przepięknego hymnu.
Oprócz samej Mszy św., szczególnym wydarzeniem są odbywające się tego dnia procesje eucharystyczne. Ich celem jest oddanie czci Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie oraz manifestacja katolickiej wiary. Dzięki procesji ulicami miast i wsi Pan Bóg „odwiedza” swoich wiernych; tego jednego dnia możemy Go spotkać nie tylko w kościele, ale i poza nim. Na trasie procesji kapłan udziela błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem przy jednym bądź dwóch ołtarzach; w Polsce liczba tych ołtarzy jest zwiększona do czterech.
Dla Polaków procesje Bożego Ciała mają szczególne znaczenie. Łączą one bowiem katolicyzm i patriotyzm, czyli dwie najważniejsze dla nas wartości. Z jednej strony, wychodzimy na ulice by oddać cześć Chrystusowi ukrytemu w Hostii. Z drugiej – manifestujemy swoją wiarę i przywiązanie do naszych narodowych tradycji, jakimi są np. stroje czy pieśni ludowe. Widać to było w czasie zaborów i PRL-u, kiedy polskość i wiara katolicka znajdowały się pod opresją. Jedni i drudzy okupanci podejmowali próby walki ze świętem Bożego Ciała i ograniczenia go, ale nigdy go nie znieśli. Wiedzieli, że z tym jednym świętem nie wygrają; że ludzie nie pozwolą sobie odebrać tej uroczystości. W ten dzień Polacy mogli poczuć się prawdziwie wolnymi: wychodzić na ulice i pokazywać oprawcom, że duch polskiego katolicyzmu jest silniejszy od ich opresji.
Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem dla Polaków również dzisiaj. Głębokie nabożeństwo eucharystyczne naszego narodu jest widoczne przede wszystkim w liczbie uczestników odbywających się tego dnia procesji. Jednoczą one lokalne społeczności na wspólnym oddaniu czci Chrystusowi ukrytemu w monstrancji. Ich mieszkańcy wspólnie przygotowują przydrożne ołtarze – niejednokrotnie na swoich własnych podwórkach – oczekując „odwiedzin” samego Boga. Procesje zawsze odbywają się z wielką pompą: odświętne stroje, chłopcy dzwoniący dzwonkami, dziewczynki sypiące kwiaty, chorągwie i feretrony, a nieraz i orkiestra dęta. Nawet służby mundurowe mają swoje miejsce w tym uroczystym orszaku. Dla Polaków jest to dzień bez wątpienia ważny i szczególny.
Uroczystość Bożego Ciała jest jedynym dniem w roku, kiedy Polacy nie narzekają na zamykanie ulic, mimo że normalnie krytykujemy wszystko. Każdy toczący się remont, każde zwężenie jezdni powoduje ogromne emocje u przeciętnego mieszkańca naszego kraju. Jednak w ten jeden dzień nikt nie protestuje – może po części dlatego, że bierzemy udział w procesjach w swoich lokalnych parafiach, więc przemieszczenie się nie jest tak istotne. Jednak mimo tego jest to ciekawa socjologiczna obserwacja, pokazująca, że w ten jeden dzień zamknięcia centrów miast czy głównych wiejskich ulic odbywają się bez żadnego oporu społecznego. To pokazuje głębokie zakorzenienie katolicyzmu w naszym narodzie; nawet ci którzy nie biorą udziału w procesji, przynajmniej są wyrozumiali dla tego wydarzenia. Chodzi tu również o osoby niewierzące, które choć niejednokrotnie oburzają się na praktyki religijne katolików, to na to jedno wydarzenie są zdecydowanie bardziej pobłażliwi.
Niestety trzeba to podkreślić, że przynajmniej część katolickiego społeczeństwa traktuje procesję Bożego Ciała wyłącznie jako element swoistego folkloru. Można powiedzieć, że ci „letni” katolicy przypominają sobie o swojej wierze dwa razy w roku: w Wielką Sobotę, żeby pójść z koszyczkiem do poświęcenia, i właśnie w Boże Ciało – tym razem ze względu na „atrakcje” dla dzieci jakimi jest sypanie kwiatków czy dzwonienie dzwoneczkami. Mimo wszystko jednak ich obecność jest okazją do działania łaski bożej; w końcu idą oni w procesji, w której „idzie” sam Bóg, co może być dla nich okazją do nawrócenia.
Chociaż trzeba przyznać smutny fakt, że jesteśmy społeczeństwem laicyzującym się, gdzie coraz trudniej być katolikiem, to dzień Bożego Ciała co roku napawa nas nadzieją i optymizmem. Widok uroczystych orszaków pełnych ludzi pokazuje, że katolicyzm w narodzie jest wciąż żywy i obecny – szczególnie na wsiach, gdzie całe wspólnoty parafialne jednoczą się, by oddać cześć Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie i zamanifestować swoją wiarę. Duch polskiego katolicyzmu jest wciąż żywy i nie podda się tak łatwo.
Adrian Fyda –PCh24.pl
***
Mój wymarzony ołtarz na Boże Ciało
Kapa1966 | Shutterstock
***
Nigdy nie miałem okazji przygotowywać ołtarza na Boże Ciało. Jeśli to jednak nastąpi, zrobię go w ten sposób!
Ołtarz na Boże Ciało, o którym myślę, byłby bardzo prosty. Nawiązywałby do obrazu Jezu, ufam Tobie.
Inspiracja sprzed lat
Pomysł na ten ołtarz nie jest mój. Usłyszałem go wiele lat temu od – wtedy kleryka – dziś księdza i zakonnika, który wspominał swój nowicjat na małopolskiej wsi. Zawsze miał zmysł artystyczny i dlatego polecono mu zrobienie ołtarza na Boże Ciało. Z właściwym sobie zapałem zabrał się do pracy. Wszyscy spodziewali się bogato zdobionej konstrukcji, wielu kwiatów, obrazu i mądrego cytatu.
Jakie było ich zdziwienie, gdy zobaczyli zwykły stół z obrusem, za nim pustą ramę obrazu i przyczepione do niej dwie wstążki.
Zrozumienie
Mój znajomy opowiadał, że gdy procesja zbliżała się do tego ołtarza wszyscy patrzyli na konstrukcję ze zdziwieniem i niezrozumieniem. Wszystko to jednak minęło, gdy ksiądz położył Najświętszy Sakrament w monstrancji na ołtarzu.
Jezus znalazł się dokładnie na środku ramy. Dwie wstążki: biała i czerwona wychodziły jakby z centrum monstrancji. Było to oczywiste nawiązanie do obrazu Jezu, ufam Tobie, tylko że zamiast namalowanego Chrystusa, obecny był On sam: żywy i prawdziwy.
Skopiowałbym ten pomysł
Gdybym miał okazję do zbudowania ołtarza na Boże Ciało skopiowałbym ten pomysł. Dodałbym może tylko jedną rzecz: czarne tło w ramie obrazu i dwa kwiaty.
Jak nie pozostać „obcym i milczącym widzem” liturgii i otworzyć się na Boga?
fot. Vatican Media
***
Musimy pozwolić, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały, dbając z wyczuciem i bez dowolności o piękno naszych celebracji oraz angażując się w autentyczną mistagogię.
Kontynuując cykl katechez na temat soborowej konstytucji o liturgii świętej papież mówił dziś ojej istotnych elementach: obrzędzie, znaku i symbolu.
Drodzy Bracia i Siostry!
Kontynuując Katechezy na temat soborowej Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC), pragniemy zatrzymać się nad kilkoma konstytutywnymi elementami świętej liturgii, takimi jak obrzęd, znak i symbol.
Sobór Watykański II, czerpiąc ze skarbca cennej pracy Ruchu liturgicznego, pomógł nam na nowo odkryć prawdę bardzo żywą w świadomości Kościoła starożytnego i w nauczaniu Ojców. Obrzędy liturgii chrześcijańskiej nie są zewnętrzną otoczką misterium sakramentalnego, zbiorem dowolnie ustalonych ceremonii, ale eklezjalnym pośrednictwem, poprzez które dociera do nas dar Boży. Właśnie dlatego Sobór zachęca do zrozumienia Mysterium fidei (misterium wiary), które urzeczywistnia się w liturgii poprzez obrzędy i modlitwy (por. SC, 48).
Uczymy się żyć w rytmie przenikniętym obecnością Ducha Świętego
Obrzęd nadaje kształt czynności liturgicznej, a poprzez nią – naszemu życiu, rodząc w nas duchową wrażliwość, która pozwala nam doświadczać obecności Boga przez Jezusa Chrystusa. Oczywiście dzieje się tak, jeśli nie pozostajemy obcymi lub milczącymi widzami (por. tamże) wobec liturgii, lecz uczestniczymy w niej całymi sobą – ciałem, umysłem i sercem – w posłuszeństwie wobec nakazu Pana. Poprzez święty obrzęd jesteśmy w ten sposób formowani do słuchania Słowa Bożego, do składania dziękczynienia i adoracji, do braterskiego dzielenia się i komunii eklezjalnej. Odkrywamy, że jesteśmy zgromadzeniem o wielu obliczach, zjednoczonym tą samą wiarą.
Obrzęd włącza nas w ściśle określoną sekwencję gestów i modlitw, co niekiedy może być sprzeczne z naszą indywidualną skłonnością do spontaniczności. Jego logika nie polega jednak na krępowaniu wolności za pomocą schematów. Wręcz przeciwnie – poprzez uroczystą prostotę swoich rytmów obrzęd przerywa gorączkową aktywność i przywraca nas temu, co najistotniejsze. Odkrywamy w ten sposób inny wymiar działania -niepodporządkowany rachunkowi wydajności – oraz inne doświadczenie czasu i przestrzeni. W obrzędzie doświadczamy logiki darmowości, znajdujemy chwilę wytchnienia, która odnawia serce, uznajemy, że uprzedza nas łaska Boża, uczymy się żyć w rytmie przenikniętym obecnością Ducha Świętego.
Gramatyka obrzędu utkana jest ze znaków i symboli właściwych liturgii. W niej, jak stwierdza Sobór, „przez znaki dostrzegalne wyraża się i w sposób właściwy dla poszczególnych znaków dokonuje uświęcenie człowieka” (SC, 7). Katechizm Kościoła Katolickiego pogłębia wartość tych znaków, przypominając, że „ich znaczenie ma swoje korzenie w dziele stworzenia i w kulturze ludzkiej, ukonkretnia się w wydarzeniach Starego Przymierza, a w pełni objawia w osobie i dziele Chrystusa” (KKK, 1145). Emblematyczny jest znak wody: od początków stworzenia po potop, od przejścia przez Morze Czerwone po Jordan, aż po wodę wypływającą z boku Chrystusa, która staje się sakramentalnym znakiem zanurzenia w Jego śmierci i zmartwychwstaniu.
Pozwólmy, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały
„Znak” i „symbol” to terminy, które często są używane jako synonimy. W istocie znak ma charakter symboliczny wtedy, gdy odsyła nie tylko do idei, ale do całego systemu znaczeń i wartości. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy zostajemy pokropieni wodą święconą, ożywa w nas świadomość daru otrzymanego w chrzcie i naszej przynależności do nowego życia w Chrystusie. Po drugie, symbole mają zasadniczo charakter praktyczny, będąc nade wszystko działaniami: prostszymi i powszechnymi, jak klękanie i przekazywanie sobie znaku pokoju, lub bardziej doniosłymi, jak czynności konstytutywne dla każdego sakramentu. Przede wszystkim symbole mają wyjątkowy wymiar sprawczy i przemieniający, zarówno w odniesieniu do elementów materialnych, które je stanowią, jak i wobec tych, którzy wchodzą z nimi w kontakt, rodząc przynależność, poruszając serce i umysł oraz wzbudzając autentyczne relacje eklezjalne.
W Liście apostolskim Desiderio desideravi Papież Franciszek, czyniąc własnym stwierdzenie Romano Guardiniego, wskazał „pierwsze zadanie dzieła formacji liturgicznej: człowiek musi stać się na nowo zdolny do rozumienia symboli” (n. 44). Musimy pozwolić, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały, dbając z wyczuciem i bez dowolności o piękno naszych celebracji oraz angażując się w autentyczną mistagogię. Doświadczenie żywej i pobożnej liturgii, któremu towarzyszy odpowiednia katecheza mistagogiczna, jest najlepszym środkiem do rozbudzenia w każdym człowieku otwartości na spotkanie z Bogiem, które – zgodnie z logiką Wcielenia – może nastąpić jedynie poprzez zaangażowanie całego człowieka: ducha, duszy i ciała (por. 1 Tes 5, 23).
Leon XIV do Polaków o świadectwie wiary w Boże Ciało
W procesjach eucharystycznych, zwłaszcza z udziałem rodzin, dzieci i młodzieży, Papież widzi odważne świadectwo wiary we współczesnym świecie. Podczas audiencji generalnej Ojciec Święty zachęcił Polaków, aby rozpoczynające się obchody Bożego Ciała stały się okazją do publicznego wyznania wiary w Chrystusa obecnego w Eucharystii.
Eucharystia świadectwem obecności Boga
Podczas dzisiejszej audiencji generalnej Ojciec Święty zwrócił się do polskich pielgrzymów, nawiązując do przypadającej jutro Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Papież zachęcił wiernych do publicznego wyznawania wiary poprzez udział w procesjach eucharystycznych, podkreślając, że są one znakiem obecności Boga pośród swojego ludu i świadectwem dla współczesnego świata.
Oto pełny tekst papieskiego pozdrowienia:
„Serdecznie pozdrawiam Polaków! Począwszy od uroczystości Bożego Ciała i w kolejnych dniach będziecie oddawać szczególną cześć Chrystusowi obecnemu w Eucharystii. Niech udział w procesjach eucharystycznych – zwłaszcza rodzin, dzieci i młodzieży – będzie odważnym świadectwem wiary i przypomina wszystkim, że Bóg jest obecny pośród swego ludu oraz towarzyszy mu w codziennym życiu. Wszystkich was błogosławię!”
Vatican News
***
Czerwcowy miesiąc poświęcony jest
Najświętszemu Sercu Pana Jezusa
“Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie”.
(Objawienie Serca Pana Jezusa, 27 grudnia 1673 r.)
kaplica Serca Pana Jezusa w Sanktuarium św. Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie.
W tej kaplicy jest całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.
fot.Michał Zięba
***
Kult Serca Jezusowego rozwinął się w Polsce jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje papieskie. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.
„Kult Serca Jezusowego ukazuje wielką miłość Pana Boga do nas, który nie cofa jej w zależności od postępowania człowieka. Kontemplując Serce Boże, odkrywamy nieskończoną miłość Boga, którą nam objawił w swoim Synu. Chodzi jednak o to, aby nie zatrzymywać się tylko na tym, ale by starać się naśladować przymioty Bożego Serca: łagodność, cierpliwość, pokorę. W ten sposób będziemy przyczyniać się do budowania +cywilizacji miłości+” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.
Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII. Był to przywilej tylko dla Polski, dla ówczesnego Królestwa Polskiego i jednej Konfraterni Najświętszego Serca w Rzymie. W ten sposób Stolica Apostolska odpowiedziała na memoriał biskupów polskich z 1764 r.
Początku samego kultu Serca Jezusowego można upatrywać wcześniej. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podkreślał, że pierwszą Jego czcicielką była bez wątpienia Najświętsza Panna. „Dwa te najpiękniejsze Serca – Jezusa i Maryi – biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu czy męki” – pisał kard. Wyszyński w 1965 r. Do grona czcicieli Najświętszego Serca Jezusowego należeli m.in. św. Bernard, Bonawentura, Katarzyna ze Sieny, Franciszek Salezy. Najbardziej znaną pozostaje jednak św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690), wizytka z klasztoru w Paray-le-Monial. Obok takich praktyk pobożnych jak pierwsze piątki, Komunia św. wynagradzająca czy „godzina święta” (adoracja przez godzinę Najśw. Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek) – Pan Jezus zlecił jej podjęcie starań o ustanowienie w Kościele święta Jego Serca, w piątek po oktawie Bożego Ciała.
Na ziemiach polskich Serce Boskiego Zbawcy czczone było jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwszy w świecie podręcznik tego nabożeństwa napisał o. Kacper Drużbicki. Autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa” zmarł 13 lat przed objawieniami w Paray-le-Monial. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi. Dekret z 1765 r. był właśnie odpowiedzią na sławny memoriał polskich biskupów, który podaje historyczny przegląd kultu i uzasadnia wymowę tego nabożeństwa. Prymas Polski abp Ledóchowski poświęcił Najświętszemu Sercu metropolię gnieźnieńską. Nabożeństwem do Serca Jezusowego odznaczali się biskupi Bilczewski i Pelczar, autor dzieł o Najświętszym Sercu i założyciel zgromadzenia sióstr sercanek. Kolejny prymas, kard. Dalbor, w imieniu Episkopatu powierzył Polskę Sercu Zbawiciela i Jego Najświętszej Matce. W 1921 r. jako wotum wdzięczności Sercu Bożemu za odzyskanie niepodległości przez Naród Polski konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. W Poznaniu wzniesiono też pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta” (został on zburzony w 1940 r.). W 1948 r. biskupi zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
„Sam Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Serce spragnione miłości, żądał tego poświęcenia, które ona nazywała prywatnym albo małym w odróżnieniu od publicznego poświęcenia się całych społeczeństw” – przypomnieli biskupi. Praktyka prywatnego poświęcenia się Sercu Pana Jezusa została zapomniana i dopiero po 200 latach, po objawieniach w Paray-le-Monial, przypomniał je papież Pius XI. O osobistym poświęceniu mowa w encyklice „Miserentissimus Redemptor” z roku 1928.
Polscy biskupi zachęcali do osobistego poświęcenia Sercu Jezusowemu, ale i oddania całych rodzin, co nazywane jest intronizacją Serca Jezusowego w rodzinach. Dopiero zwieńczeniem modlitw prywatnych było wspólne poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusowemu Narodu i Rzeczypospolitej. Nastąpiło to w uroczystość Chrystusa Króla w 1951 r. Akt poświęcenia poprzedził tydzień modlitw do Serca Jezusowego.
11 czerwca 2021 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, biskupi polscy zgromadzeni na 389. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, który dokonał także ponowienia Aktu. „Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie” – powiedział przewodniczący Episkopatu odczytując Akt.
Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Znamienny jest też akt oddania całego Kościoła i rodzaju ludzkiego w opiekę Serca Jezusowego, jakiego dokonał 31 grudnia 1899 roku papież Leon XIII. Nowy rys nadał papież Jan Paweł II. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, ustanowił on Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.
Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami. Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
K: Jezu cichy i pokornego serca, W: Uczyń serca nasze według Serca Twego.
Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa, † daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia, * i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.
***
Zanurz się w sercu. Litania do Serca Jezusowego
fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny
***
Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby.
Litania jest jedną z wielu praktyk pobożnych ku czci Bożego Serca. Warto, więc przypomnieć sobie, w jaki sposób powstała i jakie są jej główne myśli, by jeszcze pobożniej ją odmawiać. Dzięki niej można kontemplować miłość Serca Pana Jezusa i niepojęte bogactwa Chrystusa oraz odwieczny plan zbawienia ukazany nam przez tę litanijną modlitwę. Można wraz ze św. Pawłem Apostołem ogarnąć ludzkim umysłem: czym jest szerokość, długość, wysokość i głębokość i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę (Ef 3, 14-19).
Aby Litanię do Serca Jezusowego dobrze zrozumieć, należy przenieść się do środowiska, w którym powstała i została rozpowszechniona.
Oto krótka historia jej powstania. W 1720 roku Marsylię nawiedziła straszna epidemia cholery. Biskup tego miasta, oprócz pomocy charytatywnej, z jaką spieszył doświadczonym zarazą, starał się także pomóc duchowo swoim wiernym przez specjalne modlitwy błagalne i pokutę. Specjalnym dekretem zarządził uroczyste poświęcenie swej diecezji Sercu Jezusa i wieczysty obchód święta ku Jego czci. Akt poświęcenia odmówiono 1 listopada 1720 roku w czasie uroczystej ceremonii przebłagalnej. Od tej chwili epidemia poczęła szybko ustępować. Biskup zarządził też dodatkowe procesje pokutne i nakazał w 1721 roku odprawianie uroczystej nowenny do Najświętszego Serca Jezusowego. Odmawiano ten akt codziennie i wzywano ratunku u Pana Jezusa przez adorację wieczystą i litanię, która została ogłoszona drukiem w 1718 roku. Autorką i przekazicielką tej litanii była s. Anna Magdalena Remusat. Po ustaniu zarazy marsy1czycy odmawiali nadal tę litanię z wdzięcznością za ocalenie.
Zanim dekret rzymskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego, wydany dopiero w 1899 roku, rozciągnął ją na cały Kościół, prawie przez 150 lat litania była odmawiana w diecezjach: Marsylia, Autun i Annecy. Odmawiano ją również w klasztorach Wizytek i Jezuitów.
Litania do Serca Jezusowego składa się obecnie z 33 wezwań na cześć 33 lat ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Siostra Anna Magdalena ułożyła litanię z 27 wezwań, w tym 12 zaczerpnęła od o. Jana Croiset SJ, który już w 1691 roku w ten sposób czcił Serce Pana Jezusa i dał początek tej pięknej modlitwie, 6 zaś dodała rzymska Kongregacja przy ostatecznym zatwierdzeniu litanii.
Układ wezwań litanii do Bożego Serca jest logicznie zestawiony. Można w niej wyróżnić trzy grupy wezwań: pierwsza grupa dotyczy stosunku Jezusa do Ojca i Ducha Świętego, ukazane jest Serce Jezusa w relacji do całej Trójcy Przenajświętszej (1-7); druga dotyczy przymiotów Serca Jezusowego (8-16); trzecia grupa kładzie akcent na stosunek Bożego Serca do ludzi (17-33).
Wezwania litanii mają głębokie odniesienie do Pisma Świętego. Większość z nich jest prawie dosłownym cytowaniem Biblii, a inne biorą z niej natchnienie. Każde wezwanie zostało poprzedzone zwrotem Serce Jezusa. Wypowiadając te dwa słowa mamy na myśli samego Chrystusa, który kocha nas swoim Sercem. Jan Paweł II w swoim pierwszym przemówieniu poświęconym Sercu Jezusa w 1979 roku ukazał nam głębię znaczenia tego określenia. Powiedział: Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby. W wielu następnych wystąpieniach powracał do tej myśli: Serce jako centralny organ ludzkiego organizmu Chrystusa jest równocześnie prawdziwym symbolem Jego wewnętrznego życia: Jego myśli, Jego uczuć (1982 rok); Kiedy mówimy: Serce Jezusa Chrystusa – zwracamy się przez wiarę do całej chrystologicznej tajemnicy: tajemnicy Boga-Człowieka. Serce Jezusa Chrystusa stanowi wielkie i nieustanne wołanie, jakie Bóg kieruje do ludzkości, do każdego ludzkiego serca (1984 rok).
Czciciele Serca Jezusowego, odmawiając tę litanię, mają zawsze przed oczami głęboką treść teologiczną, którą ona zawiera. Do każdego wezwania dodajemy błagalne: zmiłuj się nad nami, będące wołaniem o miłosierdzie i potrzebne łaski, tak dla poszczególnych osób, jak i całego Kościoła. Dzisiaj w niektórych wspólnotach zamiast zmiłuj się nad nami powtarzanych po poszczególnych wezwaniach, powtarza się słowa: naucz nas kochać. Można niekiedy używać tego nowego wezwania. Wydaje się, że ono pozwoli nam jeszcze głębiej przeżywać litanię do Bożego Serca i nauczy nas takiej miłości, jakiej wzorem jest Serce Jezusa. Modlitwa końcowa po litanii swoją treścią odpowiada okolicznościom historycznym, w jakich została pierwszy raz publicznie odmówiona. Mieszkańcy Marsylii, dotknięci zarazą, błagają, by Bóg dał się przebłagać przez hołdy i zadośćuczynienia składane w imię Serca Jezusowego.
Kościół, rozciągając tę modlitwę na cały świat i na wszystkie czasy, przypomina, że grzechy ludzi są przyczyną klęsk duchowych, które niekiedy są gorsze od chorób ciała. Dlatego ciągle potrzebne jest wołanie o miłosierdzie dla całego świata i modlitwa wynagradzająca. Grzech bowiem przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego ludzkie serca. Grzech jest wielkim złem w całym swoim wielorakim wymiarze, poczynając od pierworodnego, poprzez wszystkie grzechy osobiste każdego człowieka, poprzez grzechy społeczne, grzechy, które obciążają dzieje całej ludzkości” – mówił Ojciec Święty w Elblągu w 1999 roku. Tam też zwrócił się z apelem: Wynagradzajmy Sercu Bożemu za grzechy popełnione przez nas i naszych bliźnich. Wynagradzajmy za odrzucenie dobroci i miłości Boga.
W każdy pierwszy piątek miesiąca i Uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego po litanii jest odmawiany akt poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Bożemu Sercu. To modlitwa papieża Leona XIII, przez którą poświęcił on całą ludzkość Jezusowi Chrystusowi w nadchodzącym XX wieku. Natomiast w czasie nabożeństw czerwcowych po odmówionej lub odśpiewanej litanii dodajemy jeszcze antyfonę: Do Serca Twojego uciekamy się…
ks. Włodzimierz Lewandowski/Gość Niedzielny
***
Najświętsze Serce Pana Jezusa
Kult Serca Jezusowego – istota nabożeństwa
Rozpoczął się miesiąc czerwiec. Tak, jak miesiąc maj poświęcony jest Maryi, tak czerwiec poświęcony jest Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Jest to szczególny czas, kiedy dziękujemy za wielką miłość Zbawiciela, jaką otoczył ludzi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa wiąże się przede wszystkim z osobą św. Małgorzaty Marii Alacoque. To właśnie Jej w XVII w. objawił się Pan Jezus. W widzeniach, które trwały od grudnia 1673 roku do czerwca 1675 roku, Pan Jezus opowiadał o swoim nieskończonym Miłosierdziu dla ludzi i o potrzebie zwrócenia się wszystkich do Jego Serca poprzez specjalne nabożeństwo. Miało ono stać się źródłem wielkich łask. Podczas ostatniego, tzw. Wielkiego objawienia, 16 czerwca 1675 roku. Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Boskie Serce, powiedział: Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie szczędziło aż do wyczerpania i wyniszczenia się, by im dać dowody swej miłości. A w zamian od większości ludzi doznaje tylko niewdzięczności, przez nieuszanowanie i świętokradztwa, przez oziębłość i pogardę, z jaką się odnoszą do Mnie w tym Sakramencie Miłości.
Pan Jezus wyraził również pragnienie, aby rozpowszechniono nabożeństwo ku czci Jego Najświętszego Serca. Zwrócił się do św. Małgorzaty mówiąc: Przyrzekam ci w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że tym wszystkim, którzy przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu przystępować będą do Stołu Pańskiego, wszechmocna Miłość Mego Serca da łaskę pokuty przy śmierci”.
Pierwszym z Papieży, który zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów był Klemens XIII. Uczynił to w 1765 roku, a więc sto lat po wspominanych już objawieniach. Decydującym w tej sprawie stał się memoriał biskupów polskich wysłany do tego papieża w 1765 roku. Memoriał podaje najpierw historyczny przegląd kultu, a następnie uzasadnia bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa.
Papież Pius IX w roku 1856 rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół. Leon XIII 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.
Miesiąc czerwiec – jak już wspomniałem – jest szczególnym miesiącem Serca Jezusowego, a stało się tak za sprawą papieża Leona XIII i jego następcy Piusa X.
Właśnie teraz, kiedy rozpoczyna się ten szczególny miesiąc, możemy być pewni, że Boskie Serce Pana Jezusa, zsyła ogrom łaski na dusze, które praktykują nabożeństwo ku Jego czci. Pamiętajmy, że Jezus oczekuje od nas wynagrodzenia wszystkich grzechów i zniewag, jakie Jego kochające Serce doznaje od nas ludzi. Jeśli Bóg do nas mówi, przez świętą Małgorzatę, to nie zlekceważmy, ale korzystajmy z daru łaski, jakie to nabożeństwo ze sobą niesie. W naszych czasach, kiedy zanika dar pobożności, chciejmy rozwijać to piękne nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa.
Nasz wielki Rodak, święty Jan Paweł II tak mówił w Elblągu, 6 czerwca 1999 roku: cieszę się, że ta pobożna praktyka, aby codziennie w miesiącu czerwcu odmawiać albo śpiewać Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa, jest w Polsce taka żywa i ciągle podtrzymywana”.
Niech słowa świętego Papieża, będą dla nas słowami zachęty, do ufnej modlitwy wynagradzającej Najświętszemu Sercu naszego Zbawiciela. W tym Sercu połóżmy naszą ufność i w Nim chciejmy odnaleźć źródło naszej nadziei.
Najświętsze Serce Jezusa, uczyń serca nasze według Serca Twego.
Ks. Krzysztof Hawro/Tygodnik Niedziela
***
Niezwykłe wizje mistyczne dwóch świętych, które zapoczątkowały kult Serca Pana Jezusa
fot. Wikipedia/Canva
***
Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa kojarzy się nieodłącznie ze świętą Małgorzatą Marią Alacoque, ale już w średniowieczu, w zgromadzeniu cystersek w Helfcie żyły dwie mistyczki, które miały widzenia Boskiego Serca i żywiły do Niego szczególne nabożeństwo.
Mechtylda z Magdeburga i Gertruda Wielka żyły w ścisłym zjednoczeniu z Sercem Pana Jezusa. Z Nim i w Nim przeżywały zwykłe trudności dnia codziennego, a także wszelkie cierpienia duchowe i fizyczne, których doświadczały.
Któregoś dnia Mechtylda opowiadała, jak podczas spotkania Pan tak mocno przycisnął jej serce do Swojego, iż miała wrażenie, że te dwa serca stanowią jedno. Do tego zjednoczenia serc Chrystus przygotowywał je od najmłodszych lat.
Serce Jezusa, Św. Gertruda i nawrócenie… w klasztorze
Gertruda już jako pięcioletnia dziewczyna trafiła do zgromadzenia cystersek w Helfcie i spędziła tam całe życie. Najpierw była uczennicą, a po latach nauki została mniszką. W zgromadzeniu przeżyła wewnętrzne nawrócenie, bowiem nauka pochłonęła ją tak bardzo, iż niemal straciła z oczu Boga.
Gdy zrozumiała, że nie można przedkładać idei nad rzeczywistość, a czytania o miłosierdziu nad czynienie go, rozpoczął się nowy etap w jej życiu naznaczony darem kontemplacji, nadprzyrodzonych ekstaz, objawień i proroczych wizji. W swoim dziele opisywała miłość Boga do duszy oraz duszy do Boga, której źródło tkwi w Najświętszym Sercu Jezusa.
Niezwykłe dzieło św. Mechtyldy o Sercu Jezusa, które tworzyła 40 lat!
Mechtylda natomiast w wieku 12 lat miała wizję Ducha Świętego i od tego wydarzenia wiele czasu poświęcała na praktyki religijne i rozwój duchowy. Mając 23 lata opuściła dom i związała się z beginkami w Magdeburgu. Był to ruch religijny i społeczny wywodzący się z franciszkanizmu, a kierowany przez dominikanów. Jego członkowie prowadzili życie zgodne z Ewangelią, wypełnione modlitwą i pracą.
Mechtylda przez czterdzieści lat tworzyła dzieło zatytułowane Strumień światła boskości, w którym opisywała swoje przeżycia mistyczne. Posługując się symbolami płomienia, światła, ciepła i rosy, ukazywała w jaki sposób spotykają się pragnienia duszy i Boga.: „Dusza wyszła z Serca Bożego i powinna tam ponownie wrócić”. W wieku 60 lat, zmuszona sytuacją polityczną, ale również krytyką ze strony niektórych hierarchów kościoła, schroniła się w klasztorze cystersek w Helfcie, gdzie pozostała aż do śmierci.
Jak wygląda Serce Jezusa?
Mechtylda z Magdeburga zapisała w „Strumieniu Światła Boskości” słowa:
„Kiedy uboga dusza przybywa na dwór, jest rozumna i delikatna. Pełna radości patrzy na swego Boga. Ach, z jak wielką miłością jest przyjmowana! Milczy ona i niezmiernie pragnie Jego chwały. Wówczas On ukazuje jej z wielkim pragnieniem swe Boskie Serce.
Jest podobne do czerwonego złota, które płonie w wielkim ogniu rozżarzonych węgli. A On wkłada ją do swego rozpalonego Serca. Kiedy najwyższy Władca i mała służebnica obejmują się tak serdecznie i są złączeni jak woda z winem, wtedy ona jakby znika i odchodzi sama od siebie. Skoro tylko ona nic już nie może zrobić, On z tęsknoty za nią jest chory z miłości, tak jak już był zawsze, gdyż On w swoim odwiecznym pragnieniu miłosnym nie wzrasta ani nie maleje. Wtedy dusza mówi: <Panie, Ty jesteś moim Umiłowanym, moją tęsknotą, moim tryskającym źródłem, moim słońcem, a ja jestem Twoim zwierciadłem>. Tak wygląda podróż na dwór miłującej duszy, która nie może istnieć bez Boga”.
Rozmowa ze św. Janem o Sercu Jezusa
Niemal w tym samym czasie Gertruda, która z czasem otrzymała przydomek Wielka, w dziele zatytułowanym Objawienia, czyli Poseł Bożej pobożnościopisała rozmowę ze świętym Janem, umiłowanym uczniem Pana Jezusa.
„Powiedz mi – zapytała Gertruda – jakich uczuć doznawałeś, spoczywając podczas ostatniej uczty na sercu Jezusa? Jan zaczął opowiadać. Wspominał o głębokim zanurzeniu swej duszy w duszy Jezusa Chrystusa i o gorejącym ogniu, jaki go ogarniał. – A dlaczegóż w takim razie – dopytywała – dlaczegóż, nic o tym nie napisałeś? – Dlatego – odpowiedział – że miałem tylko polecone przedstawiać powstającemu Kościołowi nauki Słowa i przekazywać prawdy wiekom, w miarę jak wieki te będą zdolne je pojąć; bo nikt ich dokładnie zrozumieć nie zdoła. Co do niewysłowionych rozkoszy, których doznawałem na sercu Jezusowym, postanowiłem o nich mówić później, aby poznanie tych niewymownych słodyczy rozpaliło na nowo oziębłą i dogasającą miłość starzejącego się świata i obudziło go z odrętwienia”.
Serce Jezusa! Przez boleść Twoją nad tymi, którzy w Ciebie nie wierzą, zmiłuj się nad nami, niewiernych racz oświecić światłem Wiary świętej, wierzącym zaś, daj pomnożenie w tej świętej Wierze, i w cnotach jej przyzwoitych.
O Przenajświętsze Serce Jezusa mojego! przez boleść Twoją nad tymi, którzy Cię nie znają, zmiłuj się nad nami, a daj wszystkim poznanie Dobroci Twojej nieskończonej.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy w Ciebie nie wierzą, zmiłuj się nad nami, niewiernych racz oświecić światłem Wiary świętej, wierzącym zaś, daj pomnożenie w tej świętej Wierze, i w cnotach jej przyzwoitych.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy w grzechu śmiertelnym zostają, zmiłuj się nad nami, a daj opamiętanie tym, którzy Cię obrażają, i nas od najmniejszej Twojej strzeż obrazy.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad niewdzięcznością ludzką i nad tymi, którzy się oddalają od Ciebie, zmiłuj się nad nami, i pociągnij nas wszystkich do swojej miłości.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad oziębłymi sługami Twoimi, zmiłuj się nad nami, a zapal serce moje żarliwą ku sobie miłością.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją w chwili Poczęcia i Narodzenia Twojego, zmiłuj się nad nami, daj nam prawdziwe poznanie tak drogiego Odkupienia, żeś Jednorodzonym Synem Bożym będąc, z nieba na ziemię zstąpił, abyś nas niewolników z ciężkiej grzechów niewoli wybawił.
Serce Jezusa! przez boleści Twoje, w calom życiu, i podczas Męki i śmierci Twojej, osobliwie, widząc jak wiele ludzi, dla swych nieprawości i ślepoty, żadnego pożytku nic miało odnieść z okrutnej Męki i śmierci Twojej, i być potępionymi. Zmiłuj się nad nami, a nie dopuszczaj, abyśmy na to nieszczęście przyjść mieli.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad małą liczbą wybranych, zmiłuj się nad nami, a daj łaskę, znaleźć się w tej liczbie w dzień ostatniego Sądu Twojego.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad prześladowcami i bluźniercami Najświętszego Imienia Twojego, zmiłuj się nad nami, spraw, aby serca nasze tyle Ci oddawały czci, chwały i uwielbienia, ile ciż niewdzięczni wyrządzają zniewag i bluźnierstw przeciw nieskończonej Twojej Dobroci.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad zelżywością Matki Twej Najświętszej, Świętych Twoich, sług i służebnic, zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę, abyśmy żyli i umierali pod obroną i opieką tej Najświętszej Matki i Świętych Twoich, a naśladując cnoty ich, i powinną cześć im oddając, mogliśmy potem wespół z nimi wychwalać na wieki święto Imię Twoje.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy nie dbają o łaskę Twoją, o chwałę Twoją, i o wieczne duszy swój zbawienie, zmiłuj się nad nami, racz oświecić ich zatwardziałość i ślepotę, nam zaś wszystkim daj prawdziwe poznanie naszej nędzy i słabości, że bez Ciebie i Twej łaski, nic nie możemy.
Serce Jezusa! przez boleści Twoje nad świętokradzkimi spowiedziami wielu ludzi, zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę szczerego i pokornego grzechów naszych na spowiedzi wyznania z obrzydzeniem onych; skruchę prawdziwą i mocne przedsięwzięcie, więcej Pana Boga nieskończonej miłości godnego nie obrażać.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad kapłanami świętokradzko sprawującymi Najświętsze Ofiary, i nad świętokradzko komunikującymi, zmiłuj się nad nami, a daj nam należyte przysposobienie do godnego Ciebie w Przenajświętszym Sakramencie przyjmowania; osobliwie w ostatnią śmierci naszej godzinę, racz posilić dusze nasze tym Pokarmem Niebieskim, na długą i niebezpieczną drogę wieczności.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad bałwochwalcami, czarownikami, heretykami i złymi katolikami, zmiłuj się nad nami, daj wszystkim prawdziwe do siebie nawrócenie, poznanie Dobroci i Miłości Twojej, a obrzydzenie wszelkiego błędu i niedowiarstwa.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tym wszystkim, coć się w nas grzesznych nie podoba; zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę, iżbyśmy raczej śmierć obrali sobie, niżeli kiedy co uczynić mieli niepodobającego się Boskiemu Majestatowi Twojemu, któremu niech będzie cześć, chwała i uwielbienie, teraz i przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Stacja7.pl/źródło: „Chwała Boża” (1884r.)
***
Niezwykłe wizje mistyków. Co widzieli podczas Mszy świętej?
fot. Wikipedia/Freepik
***
Mistycy Kościoła otrzymali niezwykły dar widzenia Pana Jezusa podczas Mszy świętej już tu, na ziemi. Ich doświadczenia pomagają nam na nowo odkrywać siłę i tajemnicę sakramentu Eucharystii.
Poznaj co widzieli w swoich wizjach mistycznych w czasie Mszy świętej znani mistycy Kościoła katolickiego – św. Ojciec Pio, św. s. Faustyna Kowalska oraz o. Joachim Badeni.
Święty ojciec Pio. „On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu”
Fragment książki „Serce Ojca Pio”:
Opowiedz mi, Ojcze, o cierpieniach, jakie przeżywasz w czasie Mszy świętej. Wszystko, co wycierpiał Jezus podczas swojej męki, ja także – choć w niewspółmiernie mniejszym stopniu – przeżywam, na ile jest to możliwe dla ludzkiej istoty. A to wszystko dzieje się nie dzięki moim zasługom, lecz jedynie dzięki Jego dobroci.
Widziałem, że Ojciec drżał, wychodząc na stopnie ołtarza. Dlaczego? Czy z powodu tego, co miał Ojciec wycierpieć? Nie z powodu tego, co miałem wycierpieć, ale co miałem ofiarować.
W jakich godzinach dnia Ojciec najwięcej cierpi? W czasie odprawiania Mszy świętej. Najboleśniejszy moment trwa od Konsekracji do Komunii.
Dlaczego Ojciec płacze w czasie Ofertorium? Jest to moment, w którym dusza oddziela się od tego, co ziemskie.
Czy w Boskiej ofierze Ojciec bierze na siebie nasze nieprawości? Nie można inaczej postąpić, ponieważ to należy do Boskiej ofiary.
Co powinniśmy robić podczas Mszy świętej? Współodczuwać z Jezusem i braćmi oraz kochać.
Jak powinniśmy uczestniczyć we Mszy świętej? Tak samo, jak Najświętsza Maryja oraz pobożne niewiasty i święty Jan uczestniczyli w ofierze eucharystycznej i ofierze krzyża.
Co Jezus czyni podczas Komunii? On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu. Komunia polega na zjednoczeniu się z Panem, jak dwie świece, które się topią i nie można ich już odróżnić.
Jakie dobrodziejstwa otrzymujemy podczas Komunii? Nie można ich wyliczyć. Zobaczycie je wszystkie w niebie!
Czy we Mszy świętej Ojciec umiera? Mistycznie w Świętej Komunii.
Czego oczekujesz od nas? Od moich dzieci pragnę tylko tego: Mszy świętej i Komunii każdego dnia.
Ojciec Joachim Badeni. „Dane mi było czuć Ciało Pańskie”
Byłem na wieczornym nabożeństwie u dominikanów. Ksiądz wyszedł z zakrystii, wszedł na stopnie ołtarza – dla mnie to były nowości, bo w życiu nie chodziłem na nabożeństwa, na msze niedzielne zawsze, ale na Różaniec, to tylko babcia chodziła. Ksiądz wystawił w monstrancji Hostię, okadził i zaczął mówić „Zdrowaśki” – ten fragment przedrzemałem, bo ciągle jeszcze byłem obojętny. Ksiądz skończył się modlić i znowu wszedł po stopniach ołtarza – zdjął monstrancję i pobłogosławił wiernych trzy razy. Patrzę na monstrancję, widzę białe kółko w środku. Nagle zobaczyłem: Ciało, Krew, Dusza, Bóstwo, Chrystus – jasne, okazałe, bez egzaltacji. Od razu do spowiedzi poszedłem. Dość długo trwało, zanim się wyspowiadałem. Mówię: „Ja nie tylko wierzę w to, ale ja to widzę”.
Ta wizja pozostała we mnie później przez całą wojnę. Wszędzie, gdzie tylko był kapelan, kościół, biegłem do Komunii – miałem ogromny głód Eucharystii w sobie. Potem kiedy zostałem księdzem, bardzo wyraźnie czułem, co trzymam w ręce podczas konsekracji – tylko czasem były w tym przerwy. Ale prawie na co dzień dane mi było czuć Ciało Pańskie – miękkość Jego Ciała. Nie tylko raz od święta wielka wizja. Dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku.
To wszystko otrzymałem od Matki Boskiej. To Jej dar. Dzisiaj, z dalszej perspektywy, widzę to w taki sposób: najpierw wyciągnęła mnie z błota, posłała do kościoła – dotknęła, pokazała mi Ciało Syna, dała głód tego właśnie Pokarmu. Jej plan układał się dalej: niech będzie księdzem i jako ksiądz będzie widział, co trzyma w ręce. To bardzo kobiece działanie, działanie Matki. Na pierwszym miejscu jest Syn Jednorodzony, potem trzeba kogoś ratować – dlaczego właśnie mnie?… Nie wiem. Byłem bardzo pospolitym grzesznikiem, nawrócenie mnie nie było żadną sensacją, dlaczego tak się stało… to tajemnica Opatrzności.
(fragment książki „Siła nadziei”)
Św. siostra Faustyna Kowalska. „W jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą”
Widziałam w czasie przed podniesieniem Pana Jezusa ukrzyżowanego, który odrywał prawą rękę od krzyża, i światło, które wychodziło z rany, dotykało ramienia jego; powtórzyło się to w trzech Mszach świętych. Zrozumiałam, że Bóg da mu moc do spełnienia dzieła tego, pomimo trudności i przeciwności. Dusza ta, miła Bogu, jest ukrzyżowana wielorakimi cierpieniami, ale nie dziwię się wcale temu, bo tak Bóg postępuje z tymi, których szczególnie miłuje. (Dz 1253)
Byłyśmy na nabożeństwie popołudniowym. Była śpiewana litania do Najsłodszego Serca Jezusa. Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, po chwili ujrzałam małego Pana Jezusa, który wyszedł z Hostii i Sam spoczął na rękach moich. Trwało to krótka chwilę; radość niezmierna zalewała duszę moją. Tak samo wyglądało Dziecię Jezus, jak w tej chwili, kiedy weszłyśmy do kapliczki z Matka Przełożoną, a dawniejszą Mistrzynią moją – Matka Józefą. (Dz 406)
Na drugi dzień, w czasie Mszy świętej, przed podniesieniem, duch ten zaczął śpiewać te słowa: Święty, Święty, Święty. Głos jego jakoby głosów tysiące, niepodobna tego napisać. Wtem duch mój został zjednoczony z Bogiem, w jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą, a zarazem poznałam nicość, jaką jestem sama z siebie. Poznałam, wyraźniej niżeli kiedy indziej, Trzy Boskie Osoby: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jednak istność ich jest jedna i równość, i majestat. Dusza moja obcuje z tymi Trzema, lecz słowami nie umiem tego wyrazić, ale dusza rozumie to dobrze. Ktokolwiek jest złączony z jedną z tych Trzech Osób, przez to samo jest złączony z całą Trójcą Świętą, ponieważ Ich jedność jest nierozdzielna. To widzenie, czyli poznanie, zalało duszę moją szczęściem niepojętym, dlatego że Bóg jest tak wielkim. Nie widziałam tu tego, com napisała, oczami, jako dawniej, ale czysto wewnętrznie, w sposób czysto duchowy i niezależny od zmysłów. Trwało to do końca Mszy świętej. Teraz zdarza mi się to często i nie tylko w kaplicy, ale i przy pracy, i w czasie, jak się najmniej tego spodziewam. (Dz 472)
“Trójca Święta sprawia, że kochamy wszystko i wszystkich” – powiedział papież Leon XIV w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański” w Watykanie.
fot. Vatican Media
***
Ojciec Święty zaznaczył, iż celebrując tajemnicę Trójcy Świętej, odkrywamy na nowo życie Boże ofiarowane nam w Jezusie Chrystusie, aby tworzyć Kościół jako wspólnotę spotkania i komunii. Papież podkreślił, iż w czytanym dziś fragmencie Ewangelii (J 3, 16-18) Pan Jezus tę tajemnicę miłości ukazuje Nikodemowi, który przyszedł do Niego nocą, szukając prawdy.
Leon XIV o Trójcy Świętej
Leon XIV wskazał, iż w tajemnicy Ojca, Syna i Ducha Świętego odnajdujemy nasz dom. Trójca Święta sprawia, że kochamy wszystko i wszystkich. Odkrywamy, że każde stworzenie zostało stworzone do komunii, relacji i spotkania. A przez przeciwieństwo rozumiemy, dlaczego podziały, polaryzacje i pogarda dla różnorodności niosą światu zniszczenie, smutek i jałowość – stwierdził papież.
Dodał, iż także my jesteśmy dziś zaproszeni, by przyjąć Ducha komunii i żyć radością Ewangelii. Kończąc Ojciec Święty zachęcił, byśmy wraz z Maryją mówili tak” względem miłości Trójcy Przenajświętszej.
Papież pozdrowił polskich mężczyzn, którzy idą w wyjątkowej pielgrzymce
Leon XIV pozdrowił mężczyzn i chłopców uczestniczących w „wielkiej” – jak powiedział – pielgrzymce do sanktuarium Matki Bożej Sprawiedliwości Społecznej w Piekarach Śląskich. W wydarzeniu wzięło udział w tym roku ok. 80 000 wiernych.
W tym wielkim wydarzeniu często uczestniczył kard. Karol Wojtyła. Arcybiskup wezwał w Piekarach mężczyzn do obrony tradycyjnego modelu małżeństwa i rodziny. „Wy, chrześcijańscy mężczyźni, jeśli chcecie się wykazać prawdziwą odwagą, to stańcie do obrony prawdy o małżeństwie i rodzinie” – mówił metropolita katowicki.
Bliskość z chorymi i cierpiącymi
Leon XIV po modlitwie Anioł Pański przypomniał, że w maju cały Kościół zgodnie wołał o pokój na świecie, szczególnie poprzez modlitwę różańcową. Stanowiła ona niejako nieprzerwany łańcuch, w którym powierzano wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny narody doświadczone przez wojnę – wskazał Leon XIV.
Ojciec Święty modlił się, by Boża Mądrość w szczególny sposób oświetlała sumienia sprawujących władzę i kierowała ich decyzje ku szczerej trosce o sprawiedliwy i trwały pokój.
Papież przekazał wyrazy bliskości osobom chorym i cierpiącym oraz wszystkim, którzy niosą im pomoc i wsparcie, z okazji obchodzonego dziś 25. Dnia Ulgi w Cierpieniu.
KAI, Vatican Media
***
Jak Trójcę Świętą można odnaleźć w całym stworzeniu
Jakub Badelek | Shutterstock
Niezależnie od tego, czy spoglądamy w gwiazdy, czy przyglądamy się mikroskopijnym organizmom, wszędzie znajdziemy ślady Trójcy Świętej.
***
Czasami możemy błędnie wyobrażać sobie Boga jako kogoś istniejącego „poza” światem – jakby mieszkał gdzieś ponad chmurami, które widzimy na niebie.
To prawda, że Bóg istnieje poza czasem i przestrzenią. Jednocześnie jest obecny w całym swoim stworzeniu. Każda rzecz stworzona – zarówno na ziemi, jak i na księżycu – nosi w sobie obecność Trójcy Świętej.
Jak przypomina The Catholic Encyclopedia: „Sługa Boży lub dusza pobożna może być świadoma Jego obecności także w inny sposób – poprzez rozum oświecony wiarą. Widzi Boga w ziemi, morzu, powietrzu i we wszystkich rzeczach”.
Ślad Trójcy
Myśl tę rozwinął także Benedykt XVI w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański w uroczystość Trójcy Świętej w 2009 roku:
Możemy to dostrzec, obserwując zarówno makrokosmos: naszą ziemię, planety, gwiazdy i galaktyki, jak i mikrokosmos: komórki, atomy oraz cząstki elementarne. Imię Trójcy Przenajświętszej jest w pewnym sensie odciśnięte we wszystkich rzeczach, ponieważ wszystko, co istnieje – aż po najmniejszą cząstkę – pozostaje w relacji. W ten sposób dostrzegamy Boga jako relację, a ostatecznie jako stwórczą Miłość.
Papież wyjaśniał dalej, że wszystko, co istnieje, zawiera w sobie cząstkę miłości Trójcy:
„Wszystko pochodzi z miłości, ku miłości zmierza i porusza się dzięki miłości, choć oczywiście z różnym stopniem świadomości i wolności. «O Panie, nasz Panie, jak przedziwne Twe imię po całej ziemi!» (Ps 8,2) – woła psalmista”.
Człowiek jako obraz Boga
Zdaniem Benedykta XVI najmocniejszym dowodem Bożej miłości jest sam człowiek:
Najmocniejszym dowodem na to, że zostaliśmy stworzeni na obraz Trójcy, jest fakt, że tylko miłość czyni nas szczęśliwymi. Żyjemy bowiem w relacji i żyjemy po to, by kochać i być kochanymi. Posługując się analogią z biologii, można powiedzieć, że człowiek nosi w swoim «genomie» głęboki ślad Trójcy – Boga, który jest Miłością.
Bóg nie jest istotą samotną, lecz samą komunią: Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Jego natura wzywa nas więc nie tylko do jedności z Nim, ale także do jedności między sobą. Bóg pragnie, aby wszyscy stanowili jedno w Nim.
Trójca Święta pozostaje jednak wielką tajemnicą, trudną do pełnego zrozumienia. Podobnie jak otaczający nas świat, wymaga całego życia, by uchwycić choć niewielką część jej głębi.
Dopiero po śmierci będziemy mogli w pełni poznać tajemnicę Trójcy.
Znamy ją doskonale od dzieciństwa. Trwa kilka sekund. Można ją odmawiać wiele razy w ciągu dnia i w każdych okolicznościach, wciąż od nowa korzystając z jej głębi i owoców.
Najstarszy zapis formuły trynitarnej, czyli wymieniającej razem wszystkie Trzy Osoby Boskie – Ojca, Syna i Ducha Świętego – znajdujemy w zakończeniu Ewangelii wg św. Mateusza (50-60 r.). Jezus wyraźnie poleca uczniom udzielać „chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19).
W tym wypadku pełni ona przede wszystkim funkcję impresywną – jest precyzyjnie wyrażonym nakazem, poleceniem.
Doksologie nowotestamentalne
Z kolei w listach apostolskich natrafiamy na dość liczne doksologie (gr. doksa = chwała), czyli formuły mające na celu wyrażenie i oddanie chwały, czci Osobom Boskim. Najczęściej są one skierowane ku Bogu Ojcu lub ku Synowi Bożemu, Jezusowi Chrystusowi:
Bogu, który jedynie jest mądry, przez Jezusa Chrystusa, niech będzie chwała na wieki wieków. Amen (Rz 16,27).
Łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego, i od Pana Jezusa Chrystusa (…) Jemu to chwała na wieki wieków! Amen (Ga 1,3-5).
Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen (Ef 3,20-21).
Bogu zaś i Ojcu naszemu chwała na wieki wieków! Amen (Flp 4,20).
A Królowi wieków nieśmiertelnemu, niewidzialnemu, Bogu samemu – cześć i chwała na wieki wieków! Amen (1 Tm 1,17).
Wyrwie mię Pan od wszelkiego złego czynu i wybawi mię, przyjmując do swego królestwa niebieskiego. Jemu chwała na wieki wieków! Amen (2 Tm 4,18).
[Bóg] niech was uzdolni do wszelkiego dobra, byście czynili Jego wolę, sprawując w was, co miłe jest w oczach Jego, przez Jezusa Chrystusa, któremu chwała na wieki wieków! Amen (Hbr 13,21).
… aby we wszystkim był uwielbiony Bóg przez Jezusa Chrystusa. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (1 P 4,11).
Wzrastajcie zaś w łasce i poznaniu Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa! Jemu chwała zarówno teraz, jak i do dnia wieczności! Amen (2 P 3,18).
Jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, chwała, majestat, moc i władza przed wszystkimi wiekami i teraz, i na wszystkie wieki! Amen (Jud 25).
Tak samo w Apokalipsie:
… i uczynił nas [Jezus] królestwem – kapłanami Bogu i Ojcu swojemu, Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (Ap 1,6).
Zasiadającemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc, na wieki wieków! (Ap 5,13)
Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen (Ap 7,12).
Alleluja! Zbawienie i chwała, i moc u Boga naszego… (Ap 19,1)
Chwała Ojcu przez Syna
Jak nietrudno spostrzec, w żadnej z nowotestamentowych doksologii nie jest wprost wymieniony Duch Święty. Zanim jednak zajmiemy się tym „brakiem” i spróbujemy go wyjaśnić, najpierw zwróćmy uwagę na co innego: Najczęściej doksologie dotyczą Boga Ojca; kilkukrotnie Ojca i Syna; rzadziej samego Syna. Natomiast w części formuł pojawia się konstrukcja mówiąca o chwale oddawanej Ojcu p r z e z Jezusa – w znaczeniu: przez Jego pośrednictwo. Tak ujmuje to św. Paweł:
… przez Niego wypowiada się nasze „Amen” Bogu na chwałę. (2 Kor 1,20)
To ważny trop w naszych rozważaniach. Formuły doksologiczne, które napotykamy w pismach Nowego Testamentu, nie są nigdy prywatnym aktem kultu zapisującego je autora. Są wezwaniem, w które (przynajmniej intencjonalnie) włączona jest społeczność adresatów, czyli Kościół. Ten z kolei nie oddaje Bogu czci sam z siebie, ale przez Jezusa, jako Pośrednika, swoją Głowę i „pierworodnego między wielu braćmi” (por. Rz 8,29). To zaś jest możliwe dzięki Duchowi Świętemu:
Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze!” (Ga 4, 6).
Spiritus movens
Możemy zatem dość śmiało postawić tezę, że brak wzmianek o Duchu Świętym w nowotestamentalnych doksologiach wynika nie tyle z braku zainteresowania Trzecią Osobą Trójcy, ile z przekonania, że jest ona bezpośrednio „zaangażowana” w sam akt doksologii, który faktycznie dokonuje się dzięki niej. Jakby nie patrzeć, już na samym początku Dziejów Apostolskich Duch Święty objawia się jako spiritus movens Kościoła.
Chwała… – mała doksologia
Trynitarna doksologia, wymieniająca wszystkie Trzy Osoby Boskie ukształtowała się niedługo po okresie apostolskim. Już pisarze wczesnochrześcijańscy, jak Hipolit Rzymski (+235), Tertulian (+240), czy Orygenes (+254) wspominają niejednokrotnie o znaku krzyża czynionym z przywołaniem Trójcy Świętej, jako o stałej i powszechnie znanej wśród chrześcijan praktyce.
Najprawdopodobniej równolegle z tą praktyką powstawały pierwsze trynitarne formuły doksologiczne. Najczęściej oddawały one cześć Ojcu przez [gr. dia] Syna z [gr. meta] Duchem Świętym. Już na początku IV wieku zaczęto stosować w nich spójnik „i” [gr. kai], aby w ten sposób odróżnić się od arian, uważających Syna za niższego od Ojca i podporządkowanego Mu. W ten sposób powstała znana nam dziś wersja:
Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu… zwana zwyczajowo „małą doksologią”.
W Credo nicejsko-konstantynopolitańskim (381 r.) mowa jest o Duchu Świętym, „który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę”. Z czasem ukształtowało się także znane nam dzisiaj zakończenie formuły: …jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
W tej części Chwała… występują dziś różnice pomiędzy różnymi chrześcijańskimi tradycjami. W wersji używanej przez Kościół prawosławny nie występuje fraza „jak była na początku”. Tekst syryjski natomiast ogranicza się do samego „na wieki wieków. Amen”.
Chwała… w modlitwie Kościoła
W Kościele łacińskim doksologia w znanej nam formie już w starożytności chrześcijańskiej używana była jako zakończenie psalmów, pieśni i hymnów. Do dziś w Liturgii godzin, czyli tzw. brewiarzu, kończy się nią każdy psalm i pieśń (z jednym tylko wyjątkiem Kantyku Trzech Młodzieńców, który posiada własną trynitarną formułę doksologiczną).
Chwała Ojcu… znalazło także swoje stałe miejsce w modlitwie różańcowej. To dlatego, że początkowo stanowiła ona substytut Liturgii godzin. Chwała Ojcu… odmawiane (lub śpiewane) jest także w liturgii Wigilii Paschalnej przy poświęceniu wody chrzcielnej oraz każdorazowo przy udzielaniu sakramentu chrztu świętego – zaraz po trzykrotnym polaniu głowy przyjmującego chrzest.
To bodajże jedyne „miejsce” w liturgii, gdzie dwie formuły trynitarne występują w bezpośrednim sąsiedztwie (najpierw przy polaniu głowy w formie: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” i bezpośrednio potem jako doksologia: Chwała Ojcu…). Mała doksologia pojawia się także w różnego rodzaju nabożeństwach.
Doksologia trynitarna w Mszy świętej
W obecnym kształcie liturgii mszy świętej (mówimy już tylko o Kościele łacińskim) mała doksologia nie występuje. Niegdyś kończyła zwyczajowo odmawiane w trakcie liturgii psalmy. Dzisiejsza msza (tak samo jak dawna) zawiera natomiast tzw. wielką doksologię, która wieńczy modlitwę eucharystyczną i ze względu na swój charakter zasadniczo powinna być śpiewana przez celebransa:
Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże, Ojcze wszechmogący, w jedności Ducha Świętego, wszelka cześć i chwała, przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Kilka sekund, wiele skutków
Podobnie jak znak krzyża czyniony „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, tak i mała doksologia odmawiana „prywatnie” za każdym razem osadzać ma nas w kontekście, jaki naświetliliśmy na początku tego tekstu. Bynajmniej nie jest to tylko nasz osobisty, jednostkowy akt pobożności.
Przez modlitwę tę włączamy się w nieustanne uwielbienie Ojca przez Syna, które dzięki działaniu Ducha Świętego dokonuje się w Mistycznym Ciele tegoż Syna. Krótkie Chwała Ojcu… to zatem modlitwa, która:
Zanurza nas w pełne miłości (a właściwie będące samą miłością) wewnętrzne życie Trójcy Świętej,
Jednoczy nas z Jezusem oddającym Ojcu nieustanną cześć w miłości,
Jest doświadczeniem działania w nas Ducha Świętego, dzięki któremu możemy ją wypowiedzieć,
Wyrywa nas z naszych samotności, włączając nas w działanie całego Kościoła,
Stanowi najkrótsze wyznanie wiary, będące jednocześnie aktem modlitwy (a więc „teoria” od razu staje się w niej „praktyką”),
Przypomina nam i umacnia w nas naszą chrześcijańską tożsamość.
Uroczystość Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana
Stacja7.pl
***
Msza święta w języku angielskim w kościele św. Piotra o godz. 19.00
Przed Mszą św. – godzinna adoracja przed Najświętszym Sakramentem
***
Święto Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana
Papież Benedykt XVI ustanawiając to święto, pragnął, by było ono obchodzone w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego.
Ustanowione przez papieża Benedykta XVI święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana jest owocem Roku Kapłańskiego, który był obchodzony w Kościele katolickim od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r.
Ustanowione przez papieża Benedykta XVI święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana jest owocem Roku Kapłańskiego, który był obchodzony w Kościele od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. To nowe święto jest zachętą dla duchownych, by wpatrywali się w Chrystusa Kapłana.
Dla wiernych świeckich ten dzień jest okazją do medytacji nad znaczeniem kapłaństwa służebnego i wspierania duchownych w trosce o prowadzenie ludzi do Chrystusa. Liturgiczna celebracja zaprasza do rozważenia tajemnicy świętości i piękna kapłaństwa Chrystusowego oraz skłania do intensywnej modlitwy o uświęcenie duchowieństwa. Obecne czasy wskazują na aktualność duchowej walki, jaka toczy się w świecie i podkreślają rolę kapłanów, jako wybranych przez Chrystusa na głosicieli Słowa, szafarzy sakramentów i przewodników Ludu Bożego. Treścią doświadczeń mistycznych wielu świętych XX i XXI wieku było Boże wezwanie do troski o świętość kapłanów i wspieranie ich w duchowej walce z mocami zła.
Papież Benedykt XVI ustanawiając to święto, pragnął, by było ono obchodzone w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego. Poszczególne episkopaty miały prawo zdecydować, czy przyjmą to święto w swoich krajach. Episkopat Polski na konferencji w listopadzie 2012 roku podjął decyzję o wprowadzeniu święta w Polsce. Warto pamiętać, że początki święta Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana sięgają 1952 r., gdy na prośbę biskupa José María García Lahiguera, założyciela kontemplacyjnego Zgromadzenia Sióstr Oblatek Chrystusa Kapłana, papież Pius XII wyraził zgodę na obchodzenie go w Hiszpanii.
Tak, jak ustanowienie sakramentu Eucharystii, które miało miejsce w Wieczerniku, jest obchodzone w specjalnej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwanej potocznie Bożym Ciałem. Tak też pragnieniem wiernych było ustanowienie specjalnego święta umożliwiającego celebrację ustanowienia sakramentu kapłaństwa. Chrystus w Wieczerniku objawia prawdę, że jest najwyższym Kapłanem który na krzyżu złoży ofiarę ze swego życia za grzechy całego świata. Wybierając do pełnienia sakramentalnej posługi, ludzi, których wyposaża w świętą władzę, Odkupiciel chce kontynuować dzieło zbawienia przez posługę słowa i sprawowanie świętych misteriów.
W celebracji święta Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana Kościół w Polsce nawiązuje także do życiowego przesłania św. Jana Pawła II, które wyraża się w medytacji nad jego tekstami kierowanymi do kapłanów w listach na Wielki Czwartek oraz przyjęciu za swoją odmawianej przez niego litanii do Chrystusa Kapłana i Ofiary. Swoje przeżywanie kapłaństwa papież Polak przedstawił w książce „Dar i Tajemnica”.
PAN PRYZYSIĄGŁ I TEGO nie odwoła: Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka[1].
List do Hebrajczyków dokładnie określa kapłana, mówiąc, że jest on spomiędzy ludzi brany, dla ludzi jest ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy(Hbr 5, 1). Dlatego kapłan, jako pośrednik między Bogiem i ludźmi, jest ściśle związany ze składaną Ofiarą, gdyż jest ona głównym aktem kultu, w którym wyraża się uwielbienie Stwórcy przez stworzenie.
W Starym Testamencie składano Bogu ofiary jako wyraz uznania dla Jego panowania i wdzięczności za otrzymane dary. Polegały one na całkowitym lub częściowym spaleniu darów ofiarnych na ołtarzu. Stanowiły symbol i obraz prawdziwej ofiary, którą Chrystus wraz z nadejściem pełni czasu złożył na Kalwarii. Ustanowiony Najwyższym Kapłanem na zawsze, Jezus ofiarował samego Siebie jako Ofiarę miłą Bogu, o wartości nieskończonej: sam stał się Kapłanem, Ołtarzem i Barankiem ofiarnym[2]. „Trzeba, ażeby człowiek oddawał Stwórcy cześć z wdzięcznością i uwielbieniem za wszystko, co od Niego otrzymał. Człowiek nie może stracić poczucia tego długu, który tylko on jeden spośród ziemskich istot może rozpoznać i spłacać jako stworzenie uczynione na obraz i podobieństwo Boga. A zarazem, biorąc pod uwagę jego ograniczoność jako stworzenia oraz fakt, że naznaczony jest grzechem, człowiek nie byłby zdolny do tego aktu sprawiedliwości wobec Stwórcy, gdyby sam Chrystus, współistotny Ojcu Syn i prawdziwy Człowiek, nie podjął tej eucharystycznej inicjatywy”[3]. Na Kalwarii Jezus, Najwyższy Kapłan, złożył Bogu najmilszą ofiarę uwielbienia i dziękczynienia. Ofiara Chrystusa była tak doskonała, że nie do pomyślenia jest jakakolwiek wyższa ofiara[4]. Była to równocześnie ofiara przebłagania i zadośćuczynienia za nasze grzechy. Jedna kropla Krwi Chrystusa wystarczyłaby na odkupienie grzechów ludzkości wszech czasów. Prośba Chrystusa na Krzyżu za jego braci, ludzi, została wysłuchana przez Ojca z największym upodobaniem i teraz pozostaje taka sama w niebie, bo Chrystus wciąż żyje, aby się wstawiać za nimi (Hbr 7, 25). Jezus Chrystus prawdziwie jest kapłanem, ale kapłanem dla nas, nie dla siebie, ofiarując Ojcu Przedwiecznemu pragnienia i uczucia religijne w imieniu rodzaju ludzkiego. Podobnie jest On ofiarą, ale dla nas, ofiarując sam siebie zamiast człowieka obarczonego winą. Otóż owe słowa apostoła: abyście wzorem Chrystusa te same uczucia żywili wymagają od wszystkich chrześcijan, ażeby odtwarzali w sobie, jak tylko jest to możliwe, te same uczucia, które żywił Boski Odkupiciel, kiedy składał Siebie w ofierze, czyli ażeby naśladowali Jego pokorę i zanosili przed Najwyższy Majestat Boży uwielbienie, cześć, chwałę i dziękczynienie. Wymaga ponadto, ażeby w jakiś sposób podzielili los ofiary, wyrzekając się siebie według przykazań ewangelicznych, oddając się dobrowolnie i chętnie pokucie, każdy wyrzekając się swoich grzechów i wyznając je[5]. Uczyńmy dzisiaj takie postanowienie.
„CHRYSTUS JEZUS, Najwyższy i Wieczny Kapłan pragnął, aby Jego jedyne i niepodzielne kapłaństwo stało się udziałem Jego Kościoła”[6]. W odkupieńczej misji Chrystusa Kapłana uczestniczy cały Kościół „i zaleca się wszystkim członkom Ludu Bożego, ażeby przez sakramenty wtajemniczenia stali się uczestnikami kapłaństwa Chrystusowego w celu ofiarowania Bogu duchowej ofiary i dawania ludziom świadectwa o Jezusie Chrystusie”[7]. Wszyscy wierni uczestniczą w tym kapłaństwie Chrystusa, jakkolwiek w sposób zasadniczo odmienny od kapłanów. Dzięki duszy prawdziwie kapłańskiej uświęcają świat przez swoje doczesne działania, wykonywane w sposób po ludzku doskonały i we wszystkim dążą do chwały Bożej: matka troszcząca się o ognisko domowe, żołnierz dający przykład miłości do ojczyzny przez cnoty wojskowe, przedsiębiorca starający się o rozwój swojego zakładu i praktykujący sprawiedliwość społeczną i wszyscy ludzie wynagradzający za grzechy popełniane codziennie na świecie i ofiarujący podczas Mszy św. swoje życie i swoje prace.
Kapłani – biskupi i prezbiterzy – zostali wyraźnie „wydzieleni w jakiś sposób z Ludu Bożego, jednak nie w celu odłączenia ich od niego lub od jakiegokolwiek człowieka, lecz by całkowicie poświęcili się dziełu, do którego powołuje ich Pan. Nie mogliby być sługami Chrystusa, gdyby nie byli świadkami i szafarzami innego życia niż ziemskie; lecz nie potrafiliby też służyć ludziom, gdyby pozostali obcymi w stosunku do ich życia i warunków”[8]. Kapłan został wzięty z ludu i obdarzony godnością, która wprawia w zachwyt samych aniołów, lecz zostaje ludziom na nowo przywrócony, aby im służyć zwłaszcza w sprawach dotyczących Boga, co jest jego szczególną i jedyną misją w dziele zbawienia. Kapłan w wielu okolicznościach zastępuje na ziemi Chrystusa. Ma władzę odpuszczania grzechów, naucza drogi do nieba, a nade wszystko użycza swego głosu i swoich rąk Chrystusowi w doniosłym momencie Mszy św.: w Ofierze Ołtarza dokonuje konsekracji in persona Christi, w osobie Chrystusa. Żadna godność nie dorównuje godności kapłańskiej. Jedynie boskie macierzyństwo Maryi przewyższa tę Boską tajemnicę.
Kapłaństwo jest olbrzymim darem Jezusa Chrystusa dla Kościoła. „Podczas gdy kapłaństwo wspólne wiernych urzeczywistnia się przez rozwój łaski chrztu, przez życie wiarą, nadzieją i miłością, przez życie według Ducha, to kapłaństwo urzędowe służy kapłaństwu wspólnemu. Przyczynia się ono do rozwoju łaski chrztu wszystkich chrześcijan. Jest ono jednym ze środków, przez które Chrystus nieustannie buduje i prowadzi swój Kościół”[9]. Kapłan to „codzienne i bezpośrednie narzędzie zbawczej łaski, którą zdobył nam Chrystus. Jeśli rzeczywiście się to zrozumiało, jeśli przemyślało się to w aktywnej ciszy modlitwy, jak można uważać kapłaństwo za rezygnację? Jest ono zyskiem, którego nie można obliczyć. Nasza Święta Matka Maryja, najświętsza ze stworzeń – większy niż Ona tylko Bóg – raz jeden przyniosła na świat Jezusa. Kapłani przynoszą Go na naszą ziemię, do naszych ciał, do naszych dusz każdego dnia: przychodzi Chrystus, aby pożywić nas, aby ożywić nas, aby być, już teraz, zaczątkiem przyszłego życia”[10].
Dzisiaj powinniśmy podziękować Jezusowi za ten wielki dar. Dzięki, Panie, za powołania kapłańskie, które codziennie kierujesz do ludzi! Uczyńmy postanowienie, że będziemy traktować kapłanów z coraz większą miłością, szacunkiem, widząc w nich Chrystusa, który przechodzi, przynoszącego nam najcenniejszy dar, jakiego człowiek może zapragnąć – życie wieczne.
ŚWIADOM GODNOŚCI i odpowiedzialności kapłanów św. Jan Chryzostom na początku sprzeciwiał się wyświęceniu na kapłana i usprawiedliwiał się tymi słowami: „Jeżeli kapitan wielkiego okrętu, pełnego wioślarzy i naładowanego cennymi towarami, kazałby mi zasiąść przy sterze i polecił przepłynąć Morze Egejskie lub Tyrreńskie, natychmiast bym odmówił. A gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego, odpowiedziałbym od razu: ponieważ nie chcę zatopić okrętu”[11]. Ale, jak dobrze zrozumiał święty, Chrystus zawsze jest blisko kapłana, blisko okrętu. Ponadto zechciał On, żeby kapłanów ustawicznie otaczał szacunek i modlitwy wszystkich wiernych Kościoła. „Sami wierni (…) niech się odnoszą do nich, pasterzy swych i ojców, z synowską miłością. Uczestnicząc także w ich troskach, niechaj ile możności modlitwą i czynem będą pomocą dla swoich prezbiterów, by mogli lepiej przezwyciężać przeszkody i owocniej wykonywać swe zadania”[12]. Powinni się modlić, aby kapłani zawsze świecili przykładem i swoją skuteczność opierali na modlitwie, aby sprawowali Mszę św. z wielką miłością, aby z żarliwością dbali o katechezę, aby zawsze zachowywali radość, która rodzi się z oddania i która tak bardzo pomaga nawet najbardziej oddalonym od Pana.
W dniu dzisiejszym możemy się modlić za kapłanów bardziej żarliwie niż zazwyczaj, żeby zawsze byli otwarci na wszystkich i oderwani od siebie samych. Kapłan nie należy do siebie, jak nie należy do swoich krewnych i przyjaciół, ani też do określonej ojczyzny. Same jego myśli, wola, uczucia nie należą do niego, ale do Chrystusa, który jest jego życiem.
Kapłan jest narzędziem jedności. Pan pragnie, ut omnes unum sint, aby wszyscy stanowili jedno (J 17, 21). On sam zaznaczał, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie pustoszeje a miasto pozbawione jedności nie ostoi się. Kapłani powinni usiłować zachować jedność. To wezwanie św. Pawła „dotyczy głównie tych, którzy otrzymali święcenia kapłańskie w tym celu, by dalej podtrzymywać posłannictwo Chrystusa”[13]. Właśnie kapłan powinien czuwać nad zgodą między braćmi, czuwać, żeby jedność w wierze była mocniejsza niż antagonizmy spowodowane przez różnice w poglądach na sprawy nieistotne i doczesne. Kapłan powinien swoim przykładem i słowem utrzymywać wśród braci świadomość, że żadna ludzka sprawa nie jest tak ważna, by mogła zniszczyć tę cudowną rzeczywistość jedności. Cor unum et anima una(Dz 4, 32), którymi żyli pierwsi chrześcijanie, a którą my również powinniśmy praktykować. To posłannictwo jedności można pełnić łatwo, jeżeli jest się otwartym na wszystkich, jeżeli jest się cenionym przez swoich braci. „Módl się za kapłanów, tych obecnych i tych, którzy przyjdą, by prawdziwie miłowali swoich braci – ludzi, coraz bardziej i bez względu na osobę, i by potrafili pozyskać ich miłość dla siebie”[14].
Jan Paweł II, zwracając się do wszystkich kapłanów świata, zachęcał ich tymi słowami: „Sprawując Eucharystię na tylu ołtarzach świata, dziękujmy Wieczystemu Kapłanowi za dar udzielony nam w sakramencie kapłaństwa. I w tym dziękczynieniu można by słyszeć słowa, które Ewangelista wkłada w usta Maryi z okazji odwiedzin u Jej krewnej Elżbiety: Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię (Łk 1, 49). Podziękujmy również Maryi za niewypowiedziany dar kapłaństwa, przez który możemy służyć w Kościele każdemu człowiekowi. Niechaj to dziękczynienie rozbudzi również naszą żarliwość (…)!
Dziękujmy za to ustawicznie, całym naszym życiem, tym wszystkim, do czego jesteśmy zdolni. Podziękujmy razem z Maryją, Matką kapłanów. Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? Podniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pańskiego (Ps 116(115), 12-13)”[15].
[1]Mszał Rzymski, Msza Św. z dnia, antyfona na wejście.
[15] Św. Jan Paweł II, List do kapłanów na Wielki Czwartek 1988, 25 III 1988, 8.
Opus Dei
***
To nowe święto wpisuje się w cykl uroczystości i świąt, szczególnych dni, obchodzonych po zakończeniu cyklu paschalnego. Radość wielkanocna ze Zmartwychwstania Chrystusa i Jego zwycięstwa trwa pięćdziesiąt dni, kończy go uroczysty 50. dzień – Zesłanie Ducha Świętego – który pieczętuje świąteczny okres obchodów liturgicznych. I dopiero po zakończeniu tego okresu w określone dni, mające rangę uroczystości czy święta, powraca się do pewnych tajemnic wiary, które zaistniały w Wydarzeniu Wielkanocnym. Wówczas nie było możliwości świętowania konkretnej tajemnicy, konkretnego aspektu wiary, ponieważ Triduum Paschalne i Wielkanoc zawiera jak w pigułce całą naszą wiarę, to, co jest najważniejsze, więc godzina po godzinie objawiają się kolejne tajemnice, które rozważamy i przeżywamy.
W Wieczerniku w Wielki Czwartek wieczorem świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii, ale zaraz się zaczyna świętowanie Męki Pańskiej, bo przecież Msza Wielkiego Czwartku zaczyna Triduum Męki Chrystusa. Nie ma czasu na uroczyste obchody ku czci Eucharystii. Dlatego została ustanowiona specjalna uroczystość – Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, by ten sakrament uczcić. W Wielki Piątek Jezus kona na krzyżu, następuje moment przebicia Jego Serca. Nie ma w liturgii wielkopiątkowej miejsca na rozbudowanie wątku uczczenia miłości Boga, objawionej w przebitym Sercu Jezusa – stąd oddzielna uroczystość – Najświętszego Serca Pana Jezusa – także po zakończeniu cyklu uroczystości paschalnych.
I ta propozycja – święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana – wpisuje się w ten ciąg. Jezus w Wieczerniku ustanawia sakrament kapłaństwa. Sam objawia się poprzez całe Misterium Paschalne i to, czego dokonuje – że On jest najwyższym Kapłanem, On składa ofiarę, tak naprawdę jedyną skuteczną – za grzechy świata. W Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, gdy wspólnota wiernych zgromadzi się w danej parafii, nie bardzo jest miejsce dla uczczenia kapłaństwa Chrystusa, w które wpisane jest kapłaństwo ludzi, przyjmujących sakrament święceń, by przez nich Pan Jezus Swoje kapłaństwo wykonywał. Stąd potrzeba pogłębienia tej tajemnicy i wprowadzenia odrębnego święta.
Niedoszła ofiara Abrahama pokazała, jak wielką ofiarę złożył za nas Bóg.
fot. Ikona Kiko Arguello
***
Ta Liturgia Słowa to jakby jedna historia opowiedziana kilkukrotnie. Historia Ojca, który składa w ofierze swego Syna. Najpierw „zaaranżowana” w życiu Abrahama, w dramatycznej dla niego i jego syna Izaaka próbie, tak jakby Bóg chciał zapowiedzieć, co zrobi w przyszłości, i uświadomić jednocześnie, jak kosztowna nawet dla Boga-Ojca to ofiara (PIERWSZE CZYTANIE Rdz 22, 9–18).
Potem słyszymy Syna, posyłanego przez Ojca, który mówi: Oto idę. Dialog odbywa się jakby w niebiosach, a może w modlitwie w Getsemani (PIERWSZE CZYTANIE Hbr 10,4–10). Uświadamia, jak kosztowna nawet dla Syna Bożego to ofiara. W końcu ofiara się spełni, nie zostanie przerwana, jak w Księdze Rodzaju. Przepełniona trwogą modlitwa w Ogrodzie Oliwnym to przygotowanie Syna. Choć to Bóg, Jezus – prawdziwy też Człowiek, podejmuje ostatecznie decyzję (EWANGELIA).
Jest sam, opuszczony przez uczniów. Paradoksalnie, gdy my jesteśmy sami i czujemy się opuszczeni przez Boga, On z nami jest, bo wcześniej wziął na siebie nasze trwogi. Niewidoczny jak Baranek w zaroślach.
Stacja7.pl
***
Jezus Chrystus – Dobry Pasterz i Pośrednik Nowego Przymierza – jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem
Spełniając funkcję kapłańską, złożył samego siebie na ołtarzu krzyża jako ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi. Pojednał świat z Bogiem, stając się jedynym skutecznym Pośrednikiem pomiędzy Bogiem i ludźmi. Jezus Chrystus nie zatrzymuje niczego dla siebie. Dlatego, jako Najwyższy Kapłan, zechciał podzielić się swoim kapłaństwem z tymi wszystkimi, którzy za Nim pójdą. Wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie. Dziękujemy za tych pasterzy, którzy otaczają miłością lud święty, karmią go słowem i wzmacniają sakramentami, poświęcają swoje życie dla zbawienia braci. Prosimy, aby byli dobrymi pasterzami, którzy okażą się wierni w wykonywaniu przyjętego urzędu posługiwania i każdego dnia będą upodabniać się do Chrystusa, składając świadectwo wiary i miłości. To święto jest okazją, by wesprzeć ich modlitwą – zarówno tych, którzy już odpowiedzieli pozytywnie na Boże wezwanie i posługują w Kościele jako biskupi, kapłani, diakoni, bracia zakonni i siostry zakonne, osoby konsekrowane, misjonarze i katechiści, jak i tych, którzy w tych dniach podejmują kluczowe dla swego życia decyzje. Niech nie zabraknie im naszego wsparcia w postaci modlitwy i życzliwości. Amen.
MODLITWA O UŚWIĘCENIE KAPŁANÓW
O Jezu, wiekuisty Najwyższy Kapłanie, zachowaj Twoich kapłanów w opiece Twojego Najwyższego Serca, gdzie nikt im nie może zaszkodzić. Zachowaj nieskalanymi ich namaszczone dłonie, które codziennie dotykają Twojego Świętego Ciała. Zachowaj czystymi ich wargi, które zraszane są Twoją Najdroższą krwią. Zachowaj czystymi ich serca naznaczone wspaniałą pieczęcią Twojego Kapłaństwa. Spraw, aby wzrastali w miłości i wierności Tobie, chroń ich przed zepsuciem i skażeniem tego świata. Wraz z mocą przemiany chleba i wina udziel im również mocy przemiany serc. Błogosław ich trudowi, aby wydał obfite owoce. Niech dusze, którym służą, będą ich pociechą tu na ziemi, a także wieczną koroną w życiu przyszłym. Amen.
MODLITWA O POWOŁANIA
Jezu, Synu Boga, w którym mieszka cała pełnia bóstwa. Ty powołujesz ochrzczonych, by wypłynęli na głębię, krocząc drogami świętości. Wzbudź w sercach ludzi młodych pragnienie, by być świadkami potęgi Twojej miłości. Napełnij młodych Twoim Duchem odwagi i roztropności, aby prowadził ich ku głębi tajemnicy człowieka, aby stali się zdolnymi do odkrycia pełnej prawdy o sobie i o własnym powołaniu. Nasz Zbawicielu, posłany przez Ojca, aby objawić Jego miłosierną miłość. Obdarz Twój Kościół darem ludzi młodych, którzy są gotowi wypłynąć na głębię, aby być wśród ludzi znakiem Twojej obecności, która odnawia i zbawia. Najświętsza Dziewico, Matko Zbawiciela, niezawodna Przewodniczko na drodze ku Bogu i bliźniemu. Ty, która zachowywałaś słowa Jezusa w głębi Twojego serca, wspieraj Twoim macierzyńskim wstawiennictwem rodziny i wspólnoty kościelne, aby pomagały ludziom młodym w hojnej odpowiedzi na wezwanie Pana. Amen.
Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej/parafia św. Karola Boromeusza
***
czwartek 28 maja
fot. Vatican Media
***
„Miał niespotykany pokój”. Jak umierał kard. Stefan Wyszyński? Ostatnie chwile Prymasa Tysiąclecia
“To była śmierć, ale bez oznak konania, nie można było dostrzec ostatniego tchnienia, Ks. Prymas zgasł, po prostu dopaliło się to piękne życie. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego” – zanotowała w pamiętniku s. Józefa.
Siostra Józefa Kozieł była pielęgniarką szpitalną, oddelegowaną do zajmowania się chorym Prymasem. Prowadziła dokładny dziennik, w którym zapisywała swoje spostrzeżenia i obserwacje z czasu tej niezwykłej swojej posługi. Od początku mówiła, że nie miała jeszcze takiego pacjenta, nie tylko z uwagi na jego funkcję, rozpoznawalność i wielki szacunek, ale przede wszystkim z uwagi na jego podejście do chorowania. Rzadko się skarżył, cierpiał w milczeniu, nawet w największym bólu zwracał uwagę na potrzeby innych. Siostra Józefa wspomina, jak na kilka dni przed śmiercią, mocno cierpiący Prymas martwił się, że… ona chodzi boso.
Kard. Wyszyński: „Zaczyna się początek końca”
A wszystko zaczęło się ledwie dwa miesiące wcześniej. Była wiosna 1981 roku. Już od końca marca kardynał bardzo źle się czuł, niemal nie opuszczał łóżka. Badania, którym go poddano najpierw wykazywały, że to nie rak, by w końcu 13 kwietnia 1981 r. stwierdzić obecność komórek rakowych w jamie brzusznej. Wyrok brzmiał: nowotwór trzustki w zaawansowanej aktywności.
Prymas jednak od początku choroby wiedział, że jest ona śmiertelna. Dwa tygodnie przed wyrokiem lekarzy zanotował w dzienniku, że “zaczyna się początek końca”. Ciągle jednak bardziej martwił się sytuacją w kraju, niż tym, co się dzieje z nim samym. W Wielki Piątek 17 kwietnia zanotował:
“W tej strasznej nocy zdołałem opuścić siebie. Ale owładnęła mnie męka ludów wschodnich, które już od trzech pokoleń cierpią od zbrodniarzy, którzy mordują w ZSRR Chrystusa, Jego Kościół i znaki dobrej nowiny ewangelicznej. To jest moja nocna modlitwa od szeregu lat. A dziś była szczególnie dotkliwa. Obraz ludzi bez świątyń, bez kapłana, bez ołtarza i Mszy św., obraz dzieci bez Eucharystii i nauki Wiary św. – obraz matek bez pomocy wychowawczej, potworne udręki więźniów i »pacjentów« szpitali psychiatrycznych, nieustanne zagrożenia wojenne w tylu krajach, którym ZSRR przychodzi »z pomocą«, by umacniać zbrodniczy ustrój. A w Ojczyźnie naszej groźba interwencji w sprawy wewnętrzne Polski. To wszystko jest przedmiotem mojej modlitewnej męki i bolesnego wołania do Pani Ostrobramskiej, przecież Matki Miłosierdzia”.
12 maja ostatni raz odprawił Mszę świętą
Od początku swojej choroby i swego umierania Prymas był otoczony wielką modlitwą, nie tylko domowników, przyjaciół i księży, ale dosłownie całej Polski.
Był to z pewnością niezwykły maj. Do wielkiej modlitwy w intencji śmiertelnie chorego kard. Wyszyńskiego dołącza 13 maja kolejna wielka modlitwa: o ocalenie życia Jana Pawła II. “Kiedy dowiedział się o tym zamachu jakby skurczył się w sobie i po chwili powiedział: “Zawsze się tego bałem” – notuje ks. Bronisław Piasecki, osobisty sekretarz i kapelan Prymasa Tysiąclecia.
Powoli kard. Wyszyński wyłączał się z podstawowych aktywności. 12 maja ostatni raz odprawił Mszę św.; 17 maja przyjął sakrament namaszczenia chorych i tego dnia był też po raz ostatni na spacerze w ogrodzie, wieziony na wózku inwalidzkim przez opiekujące się nim pielęgniarki.
Ciągle jednak przyjmuje gości, którzy chcą się z nim pożegnać lub którym chce przekazać ważne przesłania. Tak przyjmuje delegację Episkopatu, tak przyjmuje kard. Dziwisza, który wysłany przez papieża przybywa z Rzymu. Tak przyjmuje też swoją rodzinę.
Pokój, w którym umarł kard. Stefan Wyszyński, stan krótko po pogrzebie | FOT. “Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia”
“W tych ostatnich tygodniach był niezwykle cierpliwy, nigdy o nic sam nie prosił, trzeba było pytać albo domyślać się, czy przewrócić, czy w czymś ulżyć. Godził się wtedy i dziękował, ale sam nie występował z żadną prośbą. A przecież wszystko bolało, trudno wyobrazić sobie jak bardzo. Kiedyś zdradził się mimo woli mówiąc: <Ciekaw jestem czy Ojca Św. też tak bolą plecy od leżenia jak mnie…> Nigdy się nie skarżył, nie jęczał, a przecież zabiegi męczyły Go bardzo. Niektóre trwały bardzo długo, np.: punkcja trwała czasem cztery godziny i tak przez ten czas leżał z igłą w brzuchu, prawie nieruchomo” – notowała siostra Józefa, pielęgnująca go dniem i nocą. Siostra zauważyła również, że ten sposób cierpienia emanował na cały dom. Mimo napięcia, w którym wszyscy żyli byli dla siebie uważni i dobrzy, zdaniem siostry – właśnie dzięki postawie samego Cierpiącego.
Do samego końca Prymas przyjmował Komunię Świętą
Prymas bardzo cierpiał, nie sypiał nocami. Miał ciężkie zaburzenia krążenia i oddychania. Do ostatniego momentu jednak Prymas był w stanie przyjmować Komunię Świętą, która była mu podawana codziennie.
Ostatnie chwile nadeszły 27 maja. Ciągle w kaplicy jego domu trwała nieustanna modlitwa. Ok. 11, po przyjęciu ostatniej w życiu Komunii św. Prymas zapadł w głęboki, ciężki sen. Ks. Piasecki notuje, że “traci kontakt z otoczeniem”. O północy odprawiona została Msza św., przy łóżku nieustannie byli obecni lekarze, pielęgniarka i domownicy. Po Mszy podeszła do łóżka Maria Okońska i powiedziała Prymasowi, że wszyscy się za niego modlą. Prymas otworzył oczy, patrzył na nią przytomnie. Zdaniem s. Józefy – było to ostatnie jego spojrzenie.
Agonia zaczyna się dwie godziny później, ok. 3.30 nad ranem. Nieustannie odmawiane są modlitwy za konających, lekarze monitorują na bieżąco pracę serca. Ks. Piasecki wkłada w ręce Umierającego gromnicę – znak Zmartwychwstania i Życia.
O godz. 4.40 następuje zatrzymanie oddechu. “Tej ostatniej chwili towarzyszy cisza i spokój” – notuje ks. Piasecki. Siostra Józefa również o tym pisze, dodając, że niemal nie dało się zauważyć tego ostatniego oddechu.
“Ks. Prymas zgasł, po prostu dopaliło się to piękne życie. Tyle lat jestem pielęgniarką, tylu chorym towarzyszyłam w ich ostatniej chwili życia, ale tu był niespotykany pokój i majestat śmierci – a może to było samo życie, które stało się Spełnieniem. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego”.
Anna Druś/Stacja7.pl
(na podstawie książki „Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia” ks. Bronisława Piaseckiego oraz pamiętnika s. Józefy Kozieł).
***
środa – 27 maja 2026
fot. Vatican Media
***
„Nie dopuścić do dezorientacji wiernych”. Leon XIV apeluje o przestrzeganie norm liturgicznych
„Wzywam wszystkich, którzy są powołani do przygotowywania celebracji Bożych misteriów, zwłaszcza kapłanów pełniących posługę przewodniczenia liturgii, aby zawsze zachowywali szacunek dla tekstów i norm liturgicznych” – powiedział papież podczas dzisiejszej audiencji ogólnej.
Omawiając soborową konstytucję o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” papież mówił dziś o reformie liturgii – tradycji i rozwoju.
Drodzy Bracia i Siostry!
W Encyklice Mediator Dei, Czcigodny Sługa Boży Pius XII pisał: „Niewątpliwie Kościół jest żywym zespołem członków, dlatego także i w zakresie świętej liturgii rozrasta się, rozwija się i ulega z biegiem czasu przemianom według potrzeb i okoliczności, do których się dostosowuje, nie naruszając przy tym czystości swojej nauki” (I,V)[1].
W pełnej ciągłości z tą zasadą Sobór Watykański II we Wstępie do Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC) uznaje, że „do jego zadań należy szczególna troska o odnowienie i rozwój liturgii” (n. 1). Zgromadzenie soborowe postawiło sobie za cel „nieustanne pogłębianie chrześcijańskiego życia wiernych; lepsze dostosowanie do potrzeb naszych czasów tych instytucji, które są skłonne poddawać się zmianom; popieranie tego wszystkiego, co może przyczynić się do zjednoczenia wszystkich wierzących w Chrystusa; umacnianie tego, co prowadzi do wezwania wszystkich ludzi na łono Kościoła”.
Zachować tradycję, a jednocześnie pozwolić na postęp
W tamtej chwili dziejowej szczególnie mocno odczuwano potrzebę odnowy form obrzędowych, za pomocą których od wieków Kościół oddawał chwałę Bogu i uświęcał lud chrześcijański. Dzięki Ruchowi Liturgicznemu dojrzało przekonanie, wyrażone później przez św. Jana Pawła II, że „zachodzi bowiem niesłychanie ścisły, organiczny związek pomiędzy odnową liturgii a odnową całego życia Kościoła. Kościół nie tylko działa, ale wyraża się w liturgii, żyje liturgią i z liturgii czerpie siły do życia” (List Dominicae Cenae, 13)[2].
Aby ułatwić wiernym dostęp do bogactwa darów łaski udzielanych w świętej liturgii, Konstytucja Sacrosanctum Concilium wskazuje zatem w bardzo trafnej formule kierunek, którym należy podążać: „zachować zdrową tradycję, a jednocześnie otworzyć drogę do uprawnionego postępu” (SC, 23).
Papież Benedykt XVI dostrzegł w tej deklaracji „program reformy” Ojców soborowych, zachowujący „równowagę między wielką tradycją liturgiczną przeszłości i przyszłości”, zauważając przy tym, że „niejednokrotnie przeciwstawia się w niekorzystny sposób tradycję postępowi”, podczas gdy „w rzeczywistości obydwa pojęcia uzupełniają się: tradycja jest żywą rzeczywistością, toteż zawiera w sobie początek rozwoju, postępu. To tak jakby powiedzieć, że rzeka tradycji niesie w sobie także własne źródło i zmierza ku ujściu” (Przemówienie do uczestników Kongresu z okazji 50. rocznicy założenia Papieskiego Instytutu Liturgicznego św. Anzelma, 6 maja 2011)[3].
Zachowywać szacunek dla tekstów i norm liturgicznych
Sobór potwierdza zasadność takiego postępu, zakorzenionego w autentycznej Tradycji, rozróżniając w liturgii „część niezmienną, pochodzącą z Bożego ustanowienia”, oraz „części podlegające zmianom”, które „z biegiem czasu mogą, lub nawet powinny, być zmieniane, jeżeli wkradły się do nich elementy niezupełnie odpowiadające wewnętrznej naturze samej liturgii albo jeżeli te części stały się mniej odpowiednie” (SC, 21). Tego rodzaju zmiany dokonywały się nieustannie na przestrzeni wieków, aby umożliwić wiernym owocne uczestnictwo – poprzez czynności obrzędowe – w paschalnym misterium Chrystusa, stanowiącym fundament wiary chrześcijańskiej. Kult Kościoła „wcielał się” zatem w formy kulturowe poszczególnych epok, potrafiąc zarazem na nie oddziaływać, a nawet je przekształcać. Przez wieki liturgia była w ten sposób siłą napędową ewangelizacji. Dziś trzeba odnowić tę energię w ciągłości z autentyczną i żywą tradycją katolicką, to znaczy zgodnie z dynamiką, która prowadzi wierzących ku pełni prawdy.
Staje się więc zrozumiałe, dlaczego Ojcowie soborowi zalecili, aby rewizji obrzędów – ilekroć wymaga jej „prawdziwe i niewątpliwe dobro Kościoła” – dokonywano zawsze z zastrzeżeniem, „że nowe formy będą niejako organicznie wyrastać z form już istniejących” (SC, 23). Dla dobra całego Kościoła każdą reformę powinny zawsze poprzedzać „dokładne studia teologiczne, historyczne i pastoralne” (Tamże). W ten sposób Magisterium soborowe zachęca, by nie dopuszczać do dezorientacji wiernych, przypominając, że nikomu nie wolno na własną rękę niczego dodawać, usuwać ani zmieniać w liturgii (por. SC, 22). Postęp, o którym mówi Konstytucja soborowa, w żaden sposób nie zagraża komunii kościelnej; przeciwnie, ma ją umacniać i ją wspierać.
Dlatego wzywam wszystkich, którzy są powołani do przygotowywania celebracji Bożych misteriów, zwłaszcza kapłanów pełniących posługę przewodniczenia liturgii, aby zawsze zachowywali szacunek dla tekstów i norm liturgicznych – szacunek rodzący się z wewnętrznej postawy gotowości i zawierzenia Bogu, wyrażając pokorę wobec Jego wielkości oraz szczerą wierność komunii eklezjalnej.
[1]Encyklika o liturgii (Mediator Dei), tłum. J.W. Kowalski, Kielce 1948, s. 52. [2] Jan Paweł II, Nauczanie papieskie, t. III,1, przygot. do druku: E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1985, s. 259. [3]Liturgia jest szczególnym świadkiem żywej Tradycji Kościoła, „L’Osservatore Romano” nr 7 (335)/2011, s. 24.
KAI – Stacja7.pl
***
26 maja 2026
Modlitwa do Matki Bożej od spraw codziennych
fot. cathopic.com
***
“Przyjmij, Matko, nasze troski powszednie jako naszą codzienną litanię”.
Wszędzie, w każdym miejscu, w tłumie ciasnym i niespokojnym, w autobusach, tramwajach i pociągach, w pośpiechu i zagonieniu, w kolejkach i na targach, w śmiechu i udręce, w smutku i we łzach – wszyscy jesteśmy tacy sami!
Przyjmij, Matko, nasze troski powszednie jakby naszą litanię. Matko naszych codziennych zadań i prac. Matko naszych niekończących się sprzątań i prań. Matko naszych dni bez radości. Matko naszych dni pod koniec miesiąca, gdy już brakuje nam pieniędzy, Matko naszych lat bez wakacji…
Skromna gospodyni, sąsiadko tak niepozorna, zawsze do usług gotowa a w pracy wytrwała: od Bożego Narodzenia w stajni do biedy naszych mieszkań; od Twojego lęku o Dzieciątko podczas ucieczki do Egiptu do trosk naszych matek o dzieci; od Twoich drobnych codziennych posług domowych do naszych małych czynów wzajemnej pomocy – bądź z nami i pomagaj nam kochać i służyć.
W Twoim życiu biednym, ale pogodnym, w naszych kłopotach i zabiegach pozdrawiamy Cię, Maryjo!
Matko wszystkich ludzi w Synu Bożym i Twoim, w Jezusie, Ty czuwasz nad kolebką świata, który wciąż się rodzi. Ta ludzkość to Twój Syn, który rośnie. W Twojej ogromnej radości o poranku wielkanocnym, w Twojej głębokiej miłości o brzasku każdego dnia rozpoznajemy Jezusa Chrystusa – nasze Życie i nasze Zmartwychwstanie.
Dziękujemy Ci, Matko.
autorem tej modlitwy jest francuski ksiądz i pisarz Louis Rétif./Stacja7.pl
***
Mamy codziennie święte
Matki spełnione to te, które przyjmują swoje życie tak samo jak życie dzieci – z miłością.
Był czerwiec 1960 roku. Iza właśnie urodziła Stasia, pierwszego syna. Miała głębokie przekonanie, że otrzymuje w depozyt skarb. – Czułam, że to dowód zaufania ze strony Boga. Zwróciłam się wtedy do Niego z taką modlitwą: „A więc, Panie Boże, ustalmy jedno: to dziecko jest Twoje. Chciałabym, żeby na końcu swej drogi powróciło do Ciebie takie, jakie mi dałeś, czyli niewinne. Ty znasz jego drogę. Gdyby miało się potknąć i wpaść w przepaść zatracenia, Ty możesz temu zapobiec. Możesz je zabrać, zanim do tego dojdzie. Nie zważaj na mój ból. Nie o mnie tu chodzi”. Układałam się z Bogiem przez całą bezsenną noc. Jestem pewna, że takiej prośbie Bóg nie odmawia – opowiada. Mówi, że taką samą „polisę ubezpieczeniową” zawarła dla kolejnych trojga dzieci. – Teraz, gdyby coś zawirowało, mogę powiedzieć: „Spokojnie, jesteście ubezpieczeni na życie” – uśmiecha się. Ma dziś 84 lata, a wszystkie jej dzieci są przekonane, że błogosławieństwo jej heroicznej modlitwy wciąż promieniuje na ich życie. Cała czwórka dzięki mamie lepiej rozumie, że świętość to w istocie pełna zaufania zgoda na działanie Boga w każdym obszarze życia.
W czasie, gdy rodziły się kolejne dzieci Izabeli, aborcja była już zwyczajną praktyką w państwach rządzonych przez komunistów, a więc i w PRL. Preferowano model rodziny 2 plus 1. Stąd też Izabela nieraz słyszała od lekarzy standardowe: „Rodzimy czy usuwamy?”.
Cóż, ludzkie opinie i wszelkie „trendy” nie mają żadnego znaczenia, gdy kolidują ze słowem Boga. Droga do harmonii i szczęśliwego życia niejednokrotnie wiedzie przez sprzeciw wobec tego, co mówi „świat”, gdy mówi coś innego niż Ewangelia. A „świat” dziś bardzo głośno krzyczy o prawie do aborcji. Pewnie dlatego na prośbę o nadsyłanie świadectw o współczesnych świętych matkach tak wiele osób wskazało na kluczową postawę szacunku ich rodzicielek wobec życia już na jego najwcześniejszym etapie.
Skąd ta siła?
– Moja mama Zofia, dziś już świętej pamięci, przy czwórce dzieci nigdy nie traciła nadziei – wspomina Żaneta. Pamięta, że od lat 60. do 90. minionego wieku mieć więcej niż dwoje dzieci było uważane za patologię. – Moja mama była namawiana do aborcji przez swojego lekarza, ośmieszały ją nawet koleżanki, z którymi pracowała, ale ona żadnego dziecka nie pozbawiłaby życia. Zawsze mówiła, że po to jest rodzina, żeby były dzieci. Uważała, że życie jest świętością i nikt nie ma prawa na nie podnosić ręki. Przekazała nam wiarę w Boga. To jest najcenniejsze w moim życiu. Pamiętam, jak ją pytałam, skąd bierze siłę na to wszystko: czworo dzieci, praca… Odpowiedziała, że jej siłą jest Różaniec – przypomina sobie córka. – Mama zasiała w nas wiarę w Boga. Dużo z nią o tym rozmawiałam i to owocuje do dziś w moim życiu. To był najcenniejszy spadek, jaki nam zostawiła – wspomina Żaneta. Dodaje, że gdy mama odchodziła z tego świata, wołała na pomoc św. Józefa, który przynosił jej pokój i ukojenie w bólu. – Gdy już nie było słychać żadnego oddechu, nagle jakby się rozpromieniła, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech – wzrusza się córka. – Tego się nie zapomina – podkreśla.
Przejmująca jest historia Anny, matki Piotra Falany. Przez wiele lat wraz z mężem bezskutecznie starali się o dziecko. Ona pracowała jako technik rentgenowski w szpitalu. – To były stare technologie, przy których narażenie na promieniowanie było bardzo duże. Kiedy wreszcie okazało się, że mama jest w ciąży, urządzenie, które bada ilość przyjętych dawek rentgenowskich, wykazało nieprawdopodobnie wysokie napromieniowanie. Jego przyczyną była prawdopodobnie awaria aparatu – opowiada Piotr. W związku z tym zalecono natychmiastową aborcję dziecka, ponieważ lekarze byli absolutnie pewni, że urodzi się potwór. – Rodzice zdecydowali się nie pójść za radą lekarzy… i urodziłem się ja – mówi syn Anny. Okazał się zupełnie zdrowym dzieckiem, dziś jest mężczyzną w sile wieku, mężem i ojcem rodziny. – W dzisiejszych czasach wielu ludzi, chcąc zachować wygodne życie, rezygnuje z posiadania dziecka. Mama nie zgodziła się na zabicie mnie, chociaż wszyscy wręcz nakazywali jej to zrobić – podkreśla z wdzięcznością Piotr Falana.
Albo ty, albo dziecko
Maria Stasiak nie urodziłaby się, gdyby jej matka posłuchała lekarza. – Powiedział mamie, że musi mnie usunąć, bo inaczej umrze – opowiada. Domyśla się, że musiało to być dla matki bardzo trudne, bo w domu czekało na nią dwóch synków, z których starszy chodził do pierwszej klasy. – Mama jest bardzo wierząca. Powierzyła mnie Maryi i przez całe dziewięć miesięcy leżała ze mną w szpitalu. Jestem przekonana, że dzięki temu zawierzeniu urodziłam się jako śliczna, zdrowa dziewczynka. Mama obiecała też Maryi, że jeśli urodzi się córeczka, będzie nosiła jej imię – uśmiecha się. Nazywa swoją mamę chodzącym aniołem. Gdy zachorowała jej siostra z Wielkopolski, pojechała do niej i opiekowała się nią przez osiem miesięcy. – Teraz, choć we wrześniu skończy 84 lata, opiekuje się moim niepełnosprawnym bratem, który kilkanaście lat temu uległ wypadkowi i wymaga stałej pomocy. Moja mama jest święta – podkreśla Maria.
W podobnej sytuacji znalazła się kiedyś mama Ireneusza Sobczyka, dziś franciszkanina o zakonnym imieniu Symplicjusz. Lekarz nalegał na usunięcie rozwijającego się w jej łonie dziecka. Jego zdaniem matka mogła nie przeżyć ciąży, a dziecko, nawet jeśli zdołałoby się urodzić, nie byłoby zdrowe. Matka jednak nie miała żadnych wątpliwości i nie posłuchała lekarza. Bardzo czekała na to dziecko, swojego drugiego syna. – Mama pozwoliła mi się urodzić, gdy lekarz chciał mnie zabić. Choć jej życie było zagrożone, wszystko oddała Matce Bożej – wspomina dziś syn. Matka przeżyła, a i dziecko urodziło się zdrowe.
Nie byłam sama
Wiele matek oczekujących dziecka musi dźwigać ciężar niepokoju, wzmaganego diagnozami. – W obecnych czasach już podejrzenie wady wrodzonej płodu uprawnia do aborcji. Z racji tego, że byłam w ciąży po 35. roku życia, z automatu dostałam skierowanie na badania prenatalne. Wynik: 90 proc. prawdopodobieństwa, że dziecko urodzi się z zespołem Downa – opowiada Agnieszka Borc. Lekarz poinformował ją, że jest kwalifikowana do amniopunkcji i że przysługuje jej prawo do „zabiegu”. – Ani na jedno, ani na drugie nie wyraziłam zgody. Co przeżyłam, to moje, a dziecko urodziło się w pełni zdrowe – cieszy się. – Czasami wiara ratuje życie i daje życie. Chwała Panu – kończy pani Agnieszka.
Syn Marii Bober ma dziś 37 lat. – Ciąża była zagrożona, otarliśmy się z dzieckiem prawie o śmierć, ale wiem, że nie byłam sama. Z różańcem w dłoni schroniliśmy się pod płaszczem Maryi. Kiedy patrzę na syna, dziękuję Bogu za dar jego życia i za osoby, które mnie w tym czasie wspierały – wyznaje pani Maria. I przywołuje powiedzenie swojej mamy, które na zawsze zapadło jej w serce: „Lepiej na ramieniu niż na sumieniu”.
Odmowa poddania się aborcji sugerowanej ze względów medycznych oczywiście nie zawsze kończy się przeżyciem i matki, i dziecka. Bodaj najbardziej znanym przykładem macierzyńskiej miłości, oddającej życie za dziecko, jest św. Joanna Beretta-Molla. Takich matek jest znacznie więcej, choć mało kto wie o ich poświęceniu. Irena Sawicka nie pamięta swojej matki. – Moja mama była namawiana na aborcję, bo chorowała na nerki. Ale ona nie usunęła mnie, żeby ratować swoje życie. Urodziła, wiedząc, że umrze, i rzeczywiście trzy dni po porodzie zmarła. Oddała swoje życie za mnie, za swoje dziecko, i cieszy się na pewno wielką chwałą nieba – mówi córka.
To było w latach 80. 38-letnia kobieta zaszła w trzecią ciążę. Poszła do ginekologa i po badaniu usłyszała: „Ze względu na stan zdrowia matki zalecana jest aborcja”. Wyszła z gabinetu, płacząc. Mąż, dowiedziawszy się o przyczynie łez, powiedział: „Nie zabijemy tego dziecka, z Bożą pomocą wszystko będzie dobrze”. – I tak na świecie pojawiłam się ja – uśmiecha się Dorota Gaś, która opowiedziała tę historię, zaznaczając, jak ważna była postawa ojca, który stanął na wysokości zadania. – Może to opowieść nie tylko o świętej matce, która zdecydowała się mnie urodzić mimo zagrożenia swojego życia, ale też o postawie ojca w obliczu takiej wiadomości. Teraz, kiedy rodziców już ze mną nie ma, musiałam się tym podzielić – wyznaje.
Herbata zawsze czeka
To zrozumiałe, że świętość macierzyństwa buduje się od momentu poczęcia, bo wtedy kobieta staje się matką, ale ta budowa trwa przez całe życie. O codziennej świętości matek, niezwykłych w swojej zwyczajności, świadczą ich dzieci. – Moja mama Irena poroniła dwa razy, zanim mnie urodziła. Zrezygnowała wtedy z pracy i poświęciła się, aby być ze mną. W stanie wojennym stała w kolejkach od rana, aby mi niczego nie brakowało. Miała bardzo dobry kontakt z sąsiadami. Pod koniec życia, kiedy już bardzo chorowała i cierpiała, wytrwale modliła się na różańcu – zapamiętała Barbara Reiman.
Beata Bogusz jest przekonana, że jej mama jest święta już tutaj, na ziemi. – Urodzona w kochającej się, ale biednej rodzinie. Najmłodsza, ale od początku ciężko pracująca w gospodarstwach innych ludzi. Dość wcześnie wyszła za mąż za człowieka pracowitego i dobrego, ale skłonnego do uzależnień – wspomina. Pamięta, że bywały takie noce, podczas których mama musiała ją i rodzeństwo zabierać z domu z powodu awantur. Mimo to nigdy się nie skarżyła, zawsze była uśmiechnięta i dobra dla potrzebujących. – I uczyła tego nas, swoje dzieci. Zawsze się wszystkim dzieliła i dzieli: jedzeniem, piciem, czasem. Niezwykle gościnna. Odwiedzający ją goście podkreślają niezwykłą atmosferę i czekającą na nich herbatę – opowiada pani Beata. Dodaje, że mama prawie nigdy się nie skarży, a gdy jej ciężko, bierze w dłonie różaniec. I modli się, modli za wszystkich: za dzieci, wnuki, bliskich i dalszych znajomych, o pokój na świecie i w wielu innych intencjach. I codziennie także wspólnie z tatą odmawiają Różaniec. – Patrząc po ludzku, żadnej kariery nie zrobiła. Ale jest niezwykła. Taka codzienna święta – podkreśla córka.
Matka dla zgody
Codzienną świętość dostrzega w życiu swojej mamy także Karina Zdziebłowska. – Kiedy urodziła mnie, pierwszą z trzech córek, zrezygnowała z pracy zawodowej. Poświęciła nam swoje życie – ocenia córka. Mówi o wzruszeniu, jakie ją ogarniało, gdy codziennie wieczorem widziała mamę lub tatę modlących się na kolanach przy łóżku. Zaświadcza, że i dziś zawsze można na mamę liczyć. – Nigdy ona sama nie jest dla siebie najważniejsza. Zawsze cierpliwa i nigdy nie narzekająca. Płacząca w ukryciu, modląca się i niezwykle skromna. Zawsze staje w obronie zgody w małżeństwach swoich córek, przemilczy, gdy dzieje się źle, nie wtrąca się, ale wiem na pewno, że oddaje to Bogu. Potrafi swoją nienarzucającą się, lecz pełną miłości postawą wpłynąć na nas, by zgoda była ponad wszelkie różnice. Myślę, iż jej ogromną zasługą jest fakt, że dziś stanowimy naprawdę dużą już rodzinę, taką do tańca i do różańca – podsumowuje Karina.
– Moja żona jest świętą mamą pięciorga naszych dzieci – podkreśla Jacek Sommer. Jak mówi, widział to, gdy małe wtedy dzieci zasypiały przy wspólnie odmawianej modlitwie. – Często żona kładła się obok nich i toczyły się długie rozmowy o Bogu, o niebie… Ciekawość dziecięcych wyobrażeń przedłużała te chwile, padało wiele pytań: jak tam jest, a co Matka Boża gotowała na obiad etc. – wspomina mąż. Zaświadcza, że były też dramatyczne momenty. Dwukrotnie stracili cały dobytek w pożarach. – Ucieczka z dziećmi w popłochu, chwile grozy… Cudem przeżyliśmy. Te i inne doświadczenia życiowe pomagają nam, gdy mamy okazję dawać świadectwo, np. wobec młodzieży przed bierzmowaniem, gdy pełniliśmy posługę katechistów archidiecezji poznańskiej – mówi pan Jacek. I dodaje z przekonaniem: – Doceniam to, co robi moja żona.
Franciszek Kuchrczak/Gość Niedzielny
***
fot. pixabay.com
***
Najpiękniejsza modlitwa za mamę. Odmów ją dziś!
Dzień Matki to jeden z bardziej wyjątkowych dni w roku. Pamiętajmy w naszej modlitwie o tych, którym tyle zawdzięczamy!
Modlitwa za Matkę
Boże Ojcze, dziękuję Ci za miłość do mojej mamy, która jest zaszczepiona w sercu moim. Nie dopuść, aby to uczucie kiedykolwiek wygasło we mnie; chroń mię od tego wszystkiego, co by ją zmartwić lub zasmucić mogło i nie pozwól, abym zapomniał, że jej życie, wychowanie i opiekę winien jestem. Nie mogę się jej odwdzięczyć za wszystkie dobro jakie mi wyświadczyła, Ty więc, o mój Boże, nagródź ją za mnie. Ześlij na nią wszystko co dobre, pozwól jej długo i szczęśliwie żyć, a mną tak kieruj, ażebym zawsze ją szanował i kochał, żadnej przykrości jej nie sprawił, a z czasem stał się podporą w jej starości.
Amen.
Modlitwa za rodziców
Wszechmogący, wieczny Boże, Ojcze, któryś człowiekowi dał przykazanie, aby czcił swego ojca i swoją matkę – dziękuję Ci za rodziców i proszę za nimi. Kocham ich całym sercem i chcę, żeby szczęśliwi żyli jak najdłużej.
Po Tobie, Boże, zawdzięczam im najwięcej. Oni byli Twoimi współpracownikami w daniu mi życia ciała i nadprzyrodzonego życia duszy. Wiele włożyli oni, i wkładają, troski o moje zdrowie, wykształcenie i wychowanie.
Boże Ojcze, spraw, abym umiał docenić ich starania i umiał być im za wszystko wdzięczny. Ty zaś łaską swoją racz wynagrodzić ich trud. Daj im, Panie, zdrowie i wszystkie łaski, które im są potrzebne do szczęścia i do zbawienia. Mnie zaś, Boże Ojcze, daj być dla nich pociechą, wspomóż mnie, abym ich kochał, szanował oraz im dopomagał.
Boże Ojcze, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i ziemi, wysłuchaj modlitwy swojego dziecka i błogosław we wszystkim moim rodzicom. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Modlitwa za poczęte dziecko i jego rodziców
Panie Jezu Chryste bardzo dziękujmy za Dar Macierzyństwa i Dar Ojcostwa. Prosimy, pobłogosław dziecko, które rozwija się pod sercem (imię mamy). Prosimy Cię aby potrafiła je otoczyć miłością i w pełni zaakceptować takie jakie jest. Ucałuj je świętym pocałunkiem. Prosimy Cię już teraz o wiarę, nadzieję i miłość dla niego (nich), dla rodziców i dla naszych najbliższych. Maryjo Matko Dzieciątka Bożego, módl się za nami.
Amen.
Stacja7.pl
***
poniedziałek. 25 maja
Dziś obchodzimy święto Maryi, Matki Kościoła, które zawdzięczamy błogosławionemu kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu
fot. wikimedia
***
W poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego Kościół na całym świecie obchodzi święto Najświętszej Maryi Panny – Matki Kościoła. Kościołowi, rodzącemu się w dniu Pięćdziesiątnicy towarzyszy Matka Jezusa, jako ta która wspiera i ochrania wspólnotę uczniów swojego Syna.
Choć tytuł Matki Kościoła teologowie nadawali Maryi od początku dziejów Kościoła, święto dedykowane temu imieniu Matki Bożej było pomysłem dopiero polskich biskupów w XX w. Starania zainicjował w 1964 prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podczas trzeciej sesji soboru Watykańskiego II. Wraz z polskimi biskupami postulował też, aby święto to obchodzono nie tylko w Polsce, ale też w całym Kościele. Ustanowił je jednak dopiero papież Franciszek, a 21 maja 2018 r. obchodzone było ono na świecie po raz pierwszy.
Matka odkupionych
W dekrecie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 11 lutego 2018 roku, podpisanym przez prefekta watykańskiej dykasterii liturgicznej kard. Roberta Saraha, przypomniano motywację biblijną i teologiczną obchodów tego święta, a także słowa bł. Pawła VI z 21 listopada 1964 roku ogłaszające Maryję Matką Kościoła. Zaznaczono, że święto to zostało wpisane do szeregu partykularnych kalendarzy liturgicznych.
„Uroczystość ta pomoże nam także w przypomnieniu sobie, że życie chrześcijańskie potrzebuje dla swego wzrostu zakotwiczenia w tajemnicy krzyża, ofierze Chrystusa w uczcie eucharystycznej oraz w składające ofiarę Dziewicy, Matce Odkupiciela i wszystkich odkupionych” – czytamy w dekrecie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Stacja7, KAI
***
Sobór, kard. Wyszyński i Matka Kościoła
Uczestnicy Soboru Watykańskiego II w bazylice św. Piotra w Rzymie. ALBUM ONLINE /EAST NEWS
***
Od testamentu z krzyża („Oto Matka twoja”) do ogłoszenia Maryi Matką Kościoła musiało minąć niemal 2 tysiące lat. Kropkę nad „i” postawił Paweł VI podczas Soboru Watykańskiego II. Udział w tym miał kard. Stefan Wyszyński.
Przeto na chwałę Matki Bożej i ku naszemu pokrzepieniu ogłaszamy Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, to jest Matką całego Ludu Bożego, zarówno wiernych jak i pasterzy, którzy nazywają Ją najukochańszą Matką. Pragniemy, by pod tym tytułem od tej chwili Dziewica Matka była jeszcze bardziej czczona i wzywana przez lud chrześcijański (…). Odpowiada to doskonale celowi, który wytknął sobie obecny Sobór, a mianowicie – aby ukazać prawdziwe oblicze Kościoła świętego, z którym Maryja jest wewnętrznie złączona i którego – jak to słusznie zauważono – jest Ona cząstką największą, cząstką najlepszą, cząstką szczególną, cząstką najwyborniejszą – mówił papież Paweł VI w dniu 21 listopada 1964 roku, na zakończenie trzeciej sesji Soboru Watykańskiego II. Na tę decyzję pracował cały sztab biskupów, teologów, świeckich. Ale jedna osoba szczególnie czuła się w tym momencie szczęśliwa: prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński zakrył dłońmi twarz, ale nie zdołał ukryć płynących z oczu łez.
Jak w Efezie
Gdy przed laty trafiłem do ruin starożytnego Efezu, poza amfiteatrem, w którym św. Paweł wygłaszał swoje kazania, koniecznie chciałem odnaleźć również miejsce, w którym odbywał się Sobór Efeski w 431 roku. Nie prowadziły do niego żaden znak ani tablica informacyjna. Po zasięgnięciu języka miejsce „znalazło się” tuż przy bramkach wyjściowych, obok… toalet, za którymi biegnie ledwo widoczna ścieżka, zarośnięta krzakami i trawą. Po paru krokach wyłoniły się ruiny kościoła Maryi Dziewicy, z nie najgorzej – jak na ogólny stan – zachowanymi fragmentami prezbiterium. W tym miejscu efescy ojcowie soborowi ogłosili dogmat o Bożym macierzyństwie Maryi (Theotokos – Boża Rodzicielka). Kiedy patriarcha Aleksandrii św. Cyryl ogłosił tę prawdę publicznie, efezjanie zaczęli świętować na ulicach. Zmysł wiary prostych ludzi utwierdzał cały Kościół.
Przypomniałem sobie o tym, gdy parę lat później czytałem wspomnienie kard. Stefana Wyszyńskiego z Vaticanum II: „Fantastyczny entuzjazm napełnia aulę, trwają długotrwałe oklaski. Wszyscy biskupi powstają ze swoich miejsc. Uniesienie – równe może temu, które panowało w Efezie. Trwa to długą chwilę. Jest świadectwem jedności ojców soborowych, nie widać tu ani konserwatystów, ani progresistów – są biskupi wierzący, pragnący Matki” (cyt. za: Ewa Czaczkowska, Kardynał Wyszyński. Biografia). Tak zareagowali ojcowie soborowi, gdy Paweł VI ogłosił Maryję Matką Kościoła. Najbardziej wzruszony był z pewnością polski prymas. Bo to jego pragnienie i „lobbing” sprawiły, że papież zdecydował się na ten krok. Reakcja ojców soborowych z całego świata pokazała jednak, że polski hierarcha tylko wymodlił i „wychodził” to, co przez całe wieki było częścią chrześcijańskiego krwiobiegu – choć nie nazwane wprost i oficjalnie, to jednak stanowiło część tożsamości Kościoła.
Wieczernik XX wieku
Echo tej radości ojców soborowych i samego prymasa Wyszyńskiego słychać w jego wspomnieniach: „Tegoż wieczoru Ojciec Święty zaprosił mnie do siebie na prywatną audiencję pożegnalną. Gdy przyszedłem do niego, dziękowałem za to, co uczynił – że tak życzliwie przyjął Memoriał Episkopatu Polski. Papież uśmiechnął się i powiedział: – Zapewne jesteście zadowoleni, spełniłem wasze życzenia. Odpowiedziałem: – Jesteśmy porwani, podniesieni na duchu! Mamy bolesne doświadczenia w naszej Ojczyźnie, ale są one osłodzone obecnością Świętej Bożej Rodzicielki, która jest naszą Matką, daną »ku obronie« Narodu polskiego. I dodałem jeszcze: – Dziękując jeszcze za to, co Wasza Świątobliwość uczynił dla chwały Matki Boga i ludzi, pragnę przypomnieć, że kiedyś w Wieczerniku też było tak jak dzisiaj w Bazylice Piotrowej. Był tam Piotr, pierwszy papież, i Maryja w gronie zalęknionych Apostołów. A dziś, w Bazylice Piotrowej, powtórzyło się to samo. Był Piotr w Pawle VI i była Maryja. A więc – w imię Boże”.
Ten fragment zapisków kard. Wyszyńskiego przypomniał mi znowu o soborze w Efezie, gdzie Maryję ogłoszono Matką Boga. To nie przypadek, że mariologia triumfowała właśnie w Efezie. Tam przecież w starożytności popularny był, obok Artemidy, kult egipskiej bogini-matki. Przedstawiano ją często… z dzieciątkiem karmionym piersią. To tam właśnie św. Cyryl wygłosił pochwałę Matki Boga: „Dzięki Tobie czczona jest Trójca, dzięki Tobie w całym świecie hołd odbiera krzyż drogocenny! Dzięki Tobie cały świat pogrążony w służbie bałwanom poznaje prawdę”. W Efezie również znajduje się domek Maryi, gdzie według tradycji miała spędzić ostatnie chwile życia na ziemi i skąd miała zostać zabrana z duszą i ciałem do nieba. Ta sama nieprzypadkowość, zgodność miejsca i okoliczności wybrzmiewa w porównaniu, którego użył kard. Wyszyński: nie było lepszej okazji, by ogłosić Maryję Matką Kościoła, niż zebranie w jednym miejscu wszystkich następców apostołów pod przewodnictwem Piotra, bo to powtórzenie doświadczenia Wieczernika, w oczekiwaniu na zesłanie Ducha Świętego, razem z Matką Jezusa.
Odkurzanie Kościoła
Jest jeszcze jedna okoliczność, która sprawiła, że to właśnie Sobór Watykański II stwarzał najlepsze warunki do oficjalnego ogłoszenia Maryi Matką Kościoła: sobór po raz pierwszy od wielu wieków nie zajmował się herezjami i błędami, które należało potępić, ale próbował na nowo odkryć istotę, naturę Kościoła, odkurzyć w nim to, co zostało przykryte niepotrzebną fasadą. Taki „odkurzony” Kościół miał również zdefiniować na nowo swój stosunek do świata współczesnego i swoje w nim miejsce. Skupienie się na tajemnicy Kościoła było idealną okazją, by rozważyć również rolę Maryi w jego życiu. Pierwszą osobą, która na forum zgłosiła propozycję ogłoszenia Maryi Matką Kościoła, był kardynał Giovanni Montini. Zrobił to już podczas pierwszej sesji soboru. Nikt jeszcze, łącznie z nim samym, nie wiedział, że ten właśnie kardynał będzie zamykał obrady soboru jako papież Paweł VI. Już po drugiej sesji wyraził nadzieję, że Maryja zostanie ogłoszona Matką Kościoła, co wywołało pierwsze poruszenie wśród ojców soborowych. Panował niemal powszechny entuzjazm w tej sprawie, choć nie brakowało teologów, którzy mieli wątpliwości, czy na pewno można to uczynić. Dlatego też kard. Wyszyński wraz z całym Episkopatem Polski zajął się przygotowaniem solidnego opracowania, które wyjaśniałoby wszelkie teologiczne pytania w tej kwestii.
Miejsce dla Miriam
Aktywność soborowa kardynała Wyszyńskiego sięga jeszcze okresu poprzedzającego sesje: w latach 1960–62 uczestniczył już w pracach Centralnej Komisji Przygotowawczej, do której powołał go papież Jan XXIII. Później współtworzył Sekretariat do Spraw Nadzwyczajnych, a w 1963 r. już nowy papież Paweł VI powołał go do Prezydium Soboru, czyli bardzo wąskiego grona kierującego pracami tego zgromadzenia biskupów z całego świata. Kard. Wyszyński zabierał również głos na forum podczas dziesięciu sesji generalnych.
Polski prymas podejmował głównie wątki dotyczące przygotowania tekstu maryjnego – początkowo miał powstać osobny dokument poświęcony Maryi, ostatecznie zaś umieszczono obszerny fragment Jej poświęcony w konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium. Kardynał Wyszyński nie ukrywał, że jego zdaniem bardziej właściwe byłoby przyjęcie osobnego dokumentu poświęconego Maryi. Był już nawet gotowy projekt takiej konstytucji dogmatycznej, ale po głosowaniu uznano, że zostanie połączony z konstytucją dogmatyczną o Kościele. Kardynał Wyszyński przekonywał wówczas, że nauka o Matce Boga nie może być tylko dodatkiem do nauki o Kościele, dołączonym na końcu dokumentu. „O najdostojniejszej Matce Boga wiele i prawdziwie należy powiedzieć raczej w traktacie o Chrystusie Odkupicielu i Jego Kościele, i to nie tylko okazjonalnie, lecz także w sposób fundamentalny i istotny”, mówił. Większość ojców soborowych miała jednak inne zdanie i trzeba przyznać, że włączenie Maryi do dokumentu o Kościele nie tylko niczego Jej nie ujmuje, ale przeciwnie, pokazuje Jej rolę w życiu uczniów Jezusa, żywą, aktywną i nierozłączną. Postulaty kard. Wyszyńskiego szły wyraźnie w kierunku uznania Maryi za Współodkupicielkę, ale to postulat, który – choć mający swoich zwolenników do dziś – swego czasu nawet kard. Joseph Ratzinger uznał za trudny do uzasadnienia na gruncie biblijnym i teologicznym. Za to jak najbardziej oparte na Biblii i Tradycji było uznanie Maryi za Matkę Kościoła. I tu również rola kard. Wyszyńskiego okazała się nieoceniona.
Mozaika na ścianie przy bazylice św. Piotra w Rzymie.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Dowody w sprawie
To polski episkopat, pod przewodnictwem kard. Wyszyńskiego, zwrócił się do Pawła VI z prośbą, by wspólnie z ojcami soborowymi, dokonał aktu oddania Matce Bożej całego Kościoła. Polscy biskupi wysłali papieżowi specjalny Memoriał, który został przygotowany przez teologów w Jasnogórskim Studium Mariologicznym. Memoriał postulował również, by po papieżu i soborze aktu oddania dokonali poszczególni biskupi w swoich diecezjach na całym świecie. Autorzy Memoriału i polscy biskupi byli przekonani, że stanowiłoby to potwierdzenie prawdy o Maryi jako Matce Kościoła, co byłoby równoznaczne z uznaniem tego tytułu przez cały Kościół. W tekście Memoriału biskupi odwoływali się do nauczania Kościoła od czasów patrystycznych aż do ostatnich papieży. „Dowodem w sprawie” były również teksty liturgiczne, potwierdzające wiarę ludu Bożego w duchowe macierzyństwo Maryi. W Memoriale biskupi polscy powoływali się również na wspomniane już wyżej przemówienie Pawła VI na zakończenie drugiej sesji soborowej, w której nowy papież wyraził nadzieję na przyznanie Maryi tytułu Matki Kościoła. Chodziło o te słowa Pawła VI: „że ten Sobór poda najwłaściwsze rozwiązanie kwestii schematu o Najświętszej Maryi Pannie, tak mianowicie, aby jednomyślnie i z największym pietyzmem uznano najbardziej uprzywilejowane miejsce, które Matka Boża zajmuje w świętym Kościele […], miejsce po Chrystusie najwyższe i równocześnie nam najbliższe, tak że możemy Ją uczcić imieniem »Matki Kościoła« – dla Jej chwały, a naszego pokrzepienia” (cytuję za: Jan Pach OSPPE, „Salvatoris Mater” 16/1/4).
Sobór wyklęczany
Ta nadzieja Pawła VI szła w parze z nadzieją polskich biskupów, zwłaszcza prymasa Wyszyńskiego. Nic dziwnego, że gdy nadzieja się spełniła i papież ogłosił Maryję Matką Kościoła, „niewzruszony kardynał” nie potrafił ukryć emocji. Arcybiskup Antoni Baraniak, który był świadkiem reakcji prymasa Wyszyńskiego, zanotował: „Gdy Papież wypowiadał słowa: Proclamamus Mariam Matrem Esslesiae – Ogłaszamy Maryję Matką Kościoła – wszyscy biskupi zerwali się z miejsc i zaczęli klaskać z ogromnej radości, długo i żarliwie. Ciągle patrzyłem na Ojca Prymasa. Ojciec stał, miał twarz zasłoniętą rękami: między palcami spływały łzy. Widziałem, że był ze wszech miar wstrząśnięty. Dokonywała się jego umiłowana sprawa, przeogromna chwała Maryi, którą on ukochał i za którą gotów był poświęcić wszystko”. Ta historia nie byłaby pełna, gdyby pominąć w niej jeden istotny fakt: za sprawą prymasa Wyszyńskiego cały Kościół w Polsce – tysiące wiernych i duchownych – modlił się za sobór przez cały czas. Czuwania w intencji soboru, zwłaszcza na Jasnej Górze, ale również we wszystkich diecezjach, były fenomenem na skalę nieznaną w innych Kościołach lokalnych. Nie ma wątpliwości, że również przyznanie, a raczej potwierdzenie przez papieża prawdy, że Matka Boga jest też Matką Kościoła, zostało wymodlone przez tysiące kolan w polskich świątyniach. To przekonanie prymasa wybrzmiewa także w tej części jego notatek: Kard. Cerejeira mówi mi: »To kardynał polski zwyciężył, bo ja nic nie mówiłem«. Odpowiadam: zwyciężył Bóg, któremu na dzisiejsze czasy potrzebna jest większa chwała Maryi” (źródło: S. Wilk, A. Wójcik, Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, cyt. za: Ryszard Matejuk SJ, „Studia Gnesnensia” 2018). Łzy kard. Wyszyńskiego płynęły także dlatego, że miał świadomość, ile serca w ten proces włożyli polscy katolicy.
Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny
***
Maryja – lustro Kościoła
Matka to obecność. To ktoś, kto jest zawsze czynnie obecny. Ktoś, kto rodzi, wychowuje, uczy, każdego dnia oddaje życie, daje przykład, tworzy wypełnione miłością środowisko. Motywuje i ukazuje cel.
Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i Jego braćmi
***
Maryja jest Matką. Również Kościół jest Matką… Nie będzie on jednak dobrą Matką, jeśli nie będzie swej Matki Maryi znał, kochał i naśladował. Jeśli z Nią nie będzie. Ona pokazuje, jak ma wyglądać Kościół, by spełnił swą dziejową rolę. By historia mogła się wypełnić Bogiem po brzegi. Pomaga mu takim się stać. Podczas rekolekcji głoszonych w 1976 r. w Watykanie kard. Karol Wojtyła uczył, że „ponowne przyjście [Chrystusa] musi być przygotowane przez Ducha Świętego już nie w łonie Dziewicy, ale w całym Ciele Mistycznym”. Według niego, Kościół ma w czasach ostatnich odzwierciedlić w pełni cechy Maryi i przejąć Jej zbawczą rolę. Innymi słowy, ma być „jak Maryja” – święty i nieskalany, stając się ikoną uniżenia, w której jest już miejsce tylko dla Boga. Wtedy – przekonywał przyszły papież – trudna historia będzie mogła przejść w chwalebną wieczność.
Czyżbyśmy byli narodem prorockim? Wygląda na to, że wyprzedziliśmy czasy o pół wieku… Przypomnijmy fakty: w 1964 r. Paweł VI na prośbę polskiego episkopatu ogłosił Maryję Matką Kościoła. Do tego aktu przekonała go teologiczna argumentacja kard. Wojtyły. W 1971 r. za zgodą papieża święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła zostało wprowadzone do polskiego kalendarza liturgicznego. Cztery lata później Kościół włączył do mszału formularz Mszy wotywnej ku czci Maryi Matki Kościoła.
Decyzją papieża Franciszka od 2018 r. święto to stało się obowiązkowe w całym Kościele. Jest ono obchodzone – na wzór polski – w poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego. Franciszek wyjaśnił, że ustanowienie tego święta winno „pobudzić wzrost matczynego zmysłu Kościoła” i przyczynić się do „rozwoju prawdziwej pobożności maryjnej”.
Papieskie uwagi są wymowne. Z jednej strony Ojciec Święty ostrzega, że Kościół może w swych strukturach nie mieć nic z kochającej matki – zawsze czule obecnej i pomocnej – i że istnieje pobożność maryjna, która nie przynosi owoców, ponieważ jest fałszywa. Z drugiej strony daje nam do zrozumienia, że kult Maryi jako Matki Kościoła – prawdziwy, nie zaś przestrzeganie samej litery – sprawi, iż Kościół odkryje swój profil Maryjny, czyli stanie się podobny do Matki Najświętszej, a więc: zatroskany, służebny, pokorny i radosny. Co więcej – nabożeństwo do Maryi Matki Kościoła może wyprostować i oczyścić w pobożności to wszystko, co w niej niedoskonałe lub błędne.
Skąd to przekonanie? Przez to święto Kościół otwiera się na właściwą perspektywę, w której – jak uczył Jan Paweł II – obok profilu Piotrowego jest obecny również profil Maryjny. Wielu może zaskoczyć stwierdzenie papieża, że „profil Maryjny jest dla Kościoła równie, a może nawet bardziej istotny i charakterystyczny, niż głęboko z nim związany profil apostolski i Piotrowy”. Słyszymy nawet, że „jedynym celem potrójnego munus [misji Kościoła] jest budowanie Kościoła według tego ideału świętości, którego pierwowzorem jest Maryja”. To dlatego powtórne przyjście Chrystusa „musi być przygotowane (…) już nie w łonie Dziewicy, ale w całym Ciele Mistycznym”.
Z samej natury chrześcijaństwo jest maryjne. Mówił o tym Paweł VI, podkreślając, że „chrześcijański znaczy maryjny”.
W pierwszych wiekach słowa „Kościół” i „Maryja” były słowami zamiennymi, a mariologia była częścią eklezjologii. Benedykt XVI podkreślał, że kiedy Sobór Watykański II umieścił naukę o Maryi w ostatnim rozdziale Konstytucji dogmatycznej o Kościele, po prostu powrócił do źródeł, i że zaakcentowanie relacji Maryja – Kościół pomaga zrozumieć, czym w swej istocie jest chrześcijańska wspólnota.
Wracamy do tego sposobu myślenia. Kościół odkrywa, że Maryja jest jego lustrem, że ma się on uczyć od Niej i odkrywać, iż jego prawdziwą tożsamością jest… święta i niepokalana Dziewica i Matka.
Bez Maryi, która jest kimś więcej niż wzorem, bo jako Matka Kościoła jest „wzorem pomagającym”, Kościołowi grozi to, że w oczach wielu ludzi będzie rzeczywistością czysto świecką, nieukazującą im Boga.
Hans Urs von Balthasar wyjaśniał: „Bez mariologii grozi chrześcijaństwu, że będzie nieludzkie. Bez niej Kościół staje się czysto funkcyjny, bezduszny, staje się gorączkowo zabieganym przedsiębiorstwem, w którym nie ma miejsca na ciszę i spokój (…). Wszystko staje się w nim polemiczne, krytyczne, pozbawione humoru, a w końcu nudne. Ludzie masowo odchodzą od takiego Kościoła”.
W pierwszych wiekach podkreślano utożsamianie się każdego wierzącego z Chrystusem. A to oznacza, że Matka Zbawiciela jest Matką każdego, kto jest „jak Chrystus”, kto jest „drugim Chrystusem”. Profil Maryjny musi być w nas obecny.
Ten tytuł jest szansą na odnowę Kościoła. Przypomina, że to, co może zmienić Kościół, nie przyjdzie z jego zaangażowania w wymiar horyzontalny. Kościół nie będzie Bożym zaczynem, jeśli jego wizytówką będzie tylko samo działanie: działalność społeczna, charytatywna, mediacyjna etc. „Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5, 47) – można by zacytować słowa Chrystusa. Boska moc, która może zmienić świat, płynie z kierunku wertykalnego – z otwarcia się na Boga przez modlitwę i kontemplację. Tego poganie nie czynią. To dlatego Jan Paweł II głosił prymat życia duchowego: dla niego najważniejszą działalnością była modlitwa i adoracja. To dlatego Benedykt XVI podkreślał pierwszorzędne znaczenie liturgii. Dlatego też klasztor kontemplacyjny w Ogrodach Watykańskich, wspierający papieża „przez posługę modlitwy, adoracji, uwielbienia i zadośćuczynienia”, nosi tytuł Mater Ecclesiae.
Tytuł Maryi Matki Kościoła uświadamia nam, że nasze rozumienie roli Najświętszej Maryi Panny rozwijało się nieustannie na przestrzeni wieków. Maryja, doskonale zjednoczona z Bogiem, ma udział w Jego tajemnicy i pozostanie nam wieczność na pełne zrozumienie tego, kim Ona jest i jaka jest Jej rola. Wciąż jeszcze nie rozumiemy w pełni Jej chwalebnej misji w Bożym planie zbawienia. Wiele „odkryć” jest jeszcze przed nami. Niektórzy proponują, aby nadać Maryi dogmatyczne tytuły Pośredniczki wszelkich łask i Współodkupicielki. Nauczanie ostatnich papieży sygnalizuje być może inny kierunek – teologowie nazwaliby go eklezjologicznym: dziś trzeba przede wszystkim zrozumieć Jej rolę w Kościele i postawić Ją Kościołowi za wzór.
Wzywamy Maryję jako Matkę Kościoła. Gdy pojmiemy znaczenie tego tytułu, wszystko w Kościele stanie się dla nas zrozumiałe: jego misja, cel, droga, postać… A Maryja stanie się dla nas inspiracją, wzorem i motorem świętości. Aż po przywoływaną przez nas codziennie Paruzję!
Wincenty Łaszewski/Tygodnik Niedziela
***
25 maja 2026
Encyklika Leona XIV „Dignita humanitas”
Pełna treść pierwszej encykliki Leona XIV poświęconej człowieczeństwu w czasach sztucznej inteligencji
fot. Vatican Media
***
ENCYKLIKA
MAGNIFICA HUMANITAS
OJCA ŚWIĘTEGO LEONA XIV O TROSCE O OSOBĘ LUDZKĄ W DOBIE SZTUCZNEJ INTELIGENCJI
Wspaniałe człowieczeństwo stworzone przez Boga staje dziś wobec decydującego wyboru: wznieść nową wieżę Babel albo budować miasto, w którym Bóg i ludzkość zamieszkują razem. Każde pokolenie otrzymuje w dziedzictwie zadanie nadania kształtu swoim czasom: doprowadzenia do dojrzewania dziejów jako przestrzeni, w której godność każdej osoby będzie otoczona troską, będzie umacniana sprawiedliwość, a braterstwo stanie się możliwe. Nad każdą jednak epoką wisi ryzyko budowania świata nieludzkiego i jeszcze bardziej niesprawiedliwego. Tam, gdzie ludzkości grozi utrata własnego oblicza, my, chrześcijanie, wznosimy oczy ku Bogu, który stał się ciałem, wiedząc, że „misterium człowieka wyjaśnia się prawdziwie jedynie w misterium Słowa Wcielonego” [1]. To wspaniałe człowieczeństwo w Jezusie Chrystusie staje się Drogą, Prawdą i Życiem, otwierając każdemu z nas drogę wzrastania ku pełni.
Oparci na Chrystusie – żywym kamieniu – doświadczamy potężnego i tajemniczego działania Ducha Świętego oraz wierzymy, że każdy autentyczny ludzki wysiłek współpracy z Nim dla osiągnięcia dobra będzie pobłogosławiony przez Ojca niebieskiego, w którym pokładamy naszą nadzieję. Dlatego możemy z zaangażowaniem włączać się w te wszystkie inicjatywy, które budują świat bardziej sprawiedliwy, i możemy wzywać innych do współdziałania z nami na rzecz integralnego rozwoju każdej istoty ludzkiej. Pragniemy wejść w dialog ze wszystkimi mężczyznami i kobietami naszych czasów, z którymi dzielimy doświadczenia, pytania i dążenia ludzkości [2]. Chcemy razem z nimi szukać nowych dróg ku dobru wspólnemu i ku promowaniu godnego życia dla wszystkich. Taka postawa dialogu stanowi integralną część powołania Kościoła, ponieważ on – ustanowiony „w Chrystusie jakby sakramentem (…) wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” [3]– rozpoznaje w historii miejsce, w którym Ewangelia stawia pytania ludzkiemu doświadczeniu i mu towarzyszy.
W tym duchu Leon XIII opublikował w 1891 r. Encyklikę Rerum novarum, której 135. rocznicę z żywą wdzięcznością obchodzimy w tym roku. Tym dokumentem mój umiłowany Poprzednik dał impuls tej refleksji nad społeczeństwem, ekonomią i polityką, którą dziś nazywamy „nauką społeczną Kościoła”. A kiedy niektórzy stawiali zarzut, że Kościół nie powinien trwonić sił na sprawy doczesne, lecz troszczyć się o głoszenie orędzia życia wiecznego, odpowiadał on z realizmem i mądrością, iż głoszenie Ewangelii nie może pomijać konkretnego życia narodów [4]. Od tego czasu minęło wiele dziesięcioleci, a Magisterium, pasterze, teologowie i wierni nadal podejmowali refleksję nad kwestiami społecznymi w świetle Ewangelii. Dziś nauka społeczna Kościoła stanowi dziedzictwo mądrości, w którym odnajdujemy zasady myślenia, kryteria rozeznawania i osądu oraz konkretne wskazania do działania. Opiera się ona na Piśmie Świętym i Tradycji, a w dialogu z naukami pomaga nam trafnie odczytywać wyzwania teraźniejszości, wskazując drogi właściwe dla przeżywania jasnego świadectwa chrześcijańskiego, z radością i w służbie światu. Nauka społeczna Kościoła nie jest statycznym zbiorem pojęć, lecz żywym korpusem prawdy, który strzeże i interpretuje powołanie ludzkości do życia pełnego i sprawiedliwego. Do tej żywej tradycji pragnę zatem dołączyć także mój głos, przyzywając pomocy Ducha mądrości, który od początku zamieszkuje świat (por. Prz8, 22-31).
Rzeczy nowe (res novae) naszych czasów
O ile Leon XIII mówił w swoim czasie o „rzeczach nowych” ( rerum novarum), o tyle dzisiaj nie możemy po prostu powtarzać jego cennego nauczania, lecz winniśmy prosić Boga o mądrość potrzebną do odczytania wielkich tendencji naszych czasów, w szczególności postępu techniki. W ostatnich latach staje się coraz bardziej oczywiste, jak szybko i jak głęboko cyfryzacja, sztuczna inteligencja (AI) i robotyka przekształcają nasz świat. Techniki samej w sobie nie należy uważać za siłę przeciwstawną osobie ludzkiej; przeciwnie, jest ona od samego początku wpisana w nasze dzieje jako „działalność głęboko ludzka, związana z autonomią i wolnością człowieka” [5]. Rozwój technologiczny w ciągu wieków przyczyniał się do znacznej poprawy warunków życia ludzkości; zarazem jednak każdy etap postępu ukazywał także dwuznaczne oblicze narzędzi mogących wyrządzać szkody, jeśli nie są ukierunkowane ku dobru. Dziś jednak stajemy wobec nowej sytuacji, w której potęga i wszechobecność rodzących się technologii wnikają w tkankę codzienności, kształtują procesy decyzyjne i głęboko oddziałują na wyobraźnię zbiorową: „Ludzkość nigdy nie miała tyle władzy nad sobą samą” [6]. Nowe technologie otwierają horyzont rozciągający się w kierunkach, których – choć możemy się domyślać – nie jesteśmy jeszcze w stanie w pełni przewidzieć. To sprawia, że trudniej jest ocenić ich wpływ oraz długofalowe skutki dla godności osoby i dobra wspólnego.
Teraz do nas należy, aby z jasnością umysłu i poczuciem odpowiedzialności podjąć wyzwania naszych czasów. Konieczne jest przyjęcie odpowiednich narzędzi normatywnych, zdolnych strzec sprawiedliwości i ograniczać wypaczające skutki władzy technologicznej. Kwestia ta nie wyczerpuje się jednak w samej regulacji. Jak przestrzegał Papież Franciszek, trzeba z realizmem pytać, kto dzisiaj dzierży tę władzę i ku jakim celom ją ukierunkowuje: „Nie możemy jednak ignorować faktu, że energia jądrowa, biotechnologia, informatyka, znajomość naszego DNA i inne możliwości, które zyskaliśmy, (…) umożliwiają tym, którzy posiadają wiedzę – a nade wszystko władzę ekonomiczną, aby ją wyzyskiwać – niezwykłe panowanie nad całym rodzajem ludzkim i nad całym światem” [7]. Niegdyś to przede wszystkim państwa prowadziły i ukierunkowywały innowacje. Dziś natomiast głównymi motorami rozwoju są podmioty prywatne, często ponadnarodowe, dysponujące zasobami i zdolnością oddziaływania większymi niż wiele rządów. Władza technologiczna przybiera zatem nowe oblicze, w przeważającej mierze „prywatne”, a przez to jest jeszcze trudniejsza do rozeznania, uporządkowania i ukierunkowania ku dobru wspólnemu.
Dlatego trzeba podjąć wspólne rozeznanie, zdolne dotrzeć do duchowych i kulturowych korzeni dokonujących się przemian. Jeśli bowiem zatrzymamy się jedynie na tym, co doraźne, ryzykujemy, że o kierunku naszej wędrówki zadecyduje za nas następujący po sobie ciąg naglących stanów kryzysowych. Przeżywamy obecnie gwałtowny etap przejścia, „zmianę epoki”, w której – podczas gdy jedni współzawodniczą o przyszłość nowych technologii, a inni są zaangażowani w podejmowanie nad nimi refleksji – większość osób pozostaje w oczekiwaniu, przygląda się z oddalenia i po prostu ma nadzieję, że wszystko ułoży się dobrze. Właśnie dlatego w naszym sumieniu stajemy przed rozstrzygającymi pytaniami, których nie można już dłużej uchylać: Dokąd zmierzamy? Ku jakiemu celowi pragniemy się skierować? Jaki kierunek winniśmy obrać jako wspólnota ludzka i jako narody?
Dwa obrazy biblijne
Aby odpowiedzieć na te pytania i rozeznać, jak odpowiedzialnie odnaleźć się w dobie sztucznej inteligencji, pragnę przywołać dwa obrazy biblijne: budowę wieży Babel (por. Rdz11, 1-9) oraz odbudowę murów Jerozolimy (por. Ne 2-6). W Księdze Rodzaju opowiadanie o wieży Babel pojawia się u początków dziejów ludzkości, bezpośrednio po genealogiach synów Noego. Ludzie, osiedliwszy się na równinie Szinear, postanawiają zbudować miasto i wieżę, „której wierzchołek będzie sięgał nieba” (Rdz 11, 4). Chcą w ten sposób zapewnić sobie trwałość i potęgę, a nade wszystko „rozsławić swoje imię”, lękając się rozproszenia po ziemi. Przedsięwzięcie wydaje się imponujące: jeden język, jedna technologia, jeden kierunek. Projekt ten kryje w sobie jednak wielką zasadzkę: jest to dzieło pomyślane bez odniesienia do Boga, wsparte jednolitością, która usuwa różnorodność i która – zamiast komunii – wybiera uniformizację. Gdy miasto budowane jest na pysze i na roszczeniu samowystarczalności, komunikacja ulega zerwaniu, języki się mieszają, a ludzie przestają się rozumieć. Owocem nie jest jedność, lecz rozproszenie. Wieża Babel ukazuje zatem ograniczenie każdej budowli, która – choćby imponująca – wyrasta z absolutyzacji tego, co ludzkie, i z ludzkiego roszczenia samowystarczalności, poświęca godność osób na rzecz skuteczności i pragnie dosięgnąć nieba bez błogosławieństwa Boga.
Z kolei Księga Nehemiasza otwiera się w chwili wielkiej słabości w dziejach starożytnego Izraela. Po niewoli babilońskiej część ludu powróciła do Jerozolimy, lecz miasto nadal pozostaje w ruinie, mury są zwalone, a bramy spalone (por. Ne1-2). Nehemiasz – Żyd pozostający na służbie u perskiego króla Artakserksesa – otrzymuje wiadomość o katastrofalnym stanie miasta ojców. Zanim podejmie działanie, pości, modli się i wstawia za ludem; następnie prosi króla o pozwolenie na powrót do Jerozolimy, a gdy tam przybywa, w milczeniu ogląda zburzone miejsca. Nie narzuca rozwiązań z góry. Zwołuje rodziny, każdej powierza odcinek muru do odbudowy, wysłuchuje lęków, koordynuje wysiłki i stawia czoło sprzeciwom. Opowiadanie ukazuje, że miasto odradza się nie dzięki inicjatywie pojedynczej osoby, lecz przez wspólną odpowiedzialność całego ludu: kapłanów, rzemieślników, naczelników rodów, kobiet i młodzieży. Jest to dzieło, które ma w centrum Boga i odbudowuje więzi jeszcze wcześniej niż kamienie. W ten sposób dawna Jerozolima odnajduje na nowo wspólny język: nie język jednolitości, lecz komunii; harmonię, która rodzi się wówczas, gdy każdy przyjmuje swoją część odpowiedzialności, a cały lud uznaje, że jego siła pochodzi od Pana.
W świetle tych dwóch obrazów Duch Święty przemawia dziś do nas w kwestii relacji z techniką i z trwającą rewolucją cyfrową. Odkrycia naukowe są talentem powierzonym ludzkości po to, aby mogła z niego czerpać korzyści (por. Mt25, 14-30). Technologia może leczyć, łączyć, wychowywać, strzec wspólnego domu; może jednak także dzielić, odrzucać i rodzić nowe niesprawiedliwości. W ujęciu abstrakcyjnym sama w sobie nie stanowi ona rozwiązania problemów ludzkości, tak jak sama w sobie nie jest złem; konkretnie rzecz ujmując, nie jest jednak neutralna, ponieważ przyjmuje ona oblicze tych, którzy ją projektują, finansują, regulują i wykorzystują. Dlatego pierwszym wyborem nie jest wybór między „tak” a „nie” dla technologii, lecz między budowaniem wieży Babel a odbudową Jerozolimy: między władzą, która rości sobie pretensję do panowania nad niebem, a ludem, który – w obecności Boga – podejmuje zgodnie pracę nad odbudową murów braterskiego współistnienia.
Unikajmy zatem „syndromu wieży Babel”, polegającego na bałwochwalstwie zysku, którego ofiarą padają słabi; na jednolitości spłaszczającej różnice oraz na roszczeniu do jednego języka – także cyfrowego – zdolnego przełożyć wszystko, nawet tajemnicę osoby, na dane i wydajność. Na tym polega niebezpieczeństwo dehumanizacji – budowania przyszłości z wyłączeniem Boga i zredukowania drugiej osoby do roli środka – pokusy dawnej i wciąż nowej, która dziś przybiera również oblicze techniczne. Wybierzmy natomiast „drogę Nehemiasza”, która ukazuje wartość wspólnej pracy podejmowanej po to, by uczynić miasto Boże bezpiecznym dla powracających wygnańców. Odbudowywać znaczy dzisiaj uznać, że pośród wielości głosów i wizji, przypominającej niekiedy rozproszenie języków, istnieje jednak pewna świetlana możliwość, polegająca na budowaniu razem, przemieniając różnorodność w zasób i czyniąc ze słuchania i dialogu wspólną przestrzeń, w której mogą wzrastać sprawiedliwość i braterstwo. Wewnątrz tego wspólnego dzieła chrześcijanie odnajdują zaś właściwą sobie formę budowania: jest nią ukierunkowywanie działania ku Bogu, aby w Jego świetle pluralizm nie przeradzał się w chaos, lecz – w praktyce synodalności – stawał się przestrzenią, w której ludzkość na nowo odnajduje swoje trwałe fundamenty i swój cel ostateczny. W Apokalipsie Jan widzi nowe Jeruzalem „zstępujące z nieba od Boga” (Ap21, 2) jako dar dla całej ludzkości. Ta zaś wizja łaski jest dla nas, chrześcijan, wezwaniem do wspólnej pracy nad kształtowaniem w dzisiejszych „miastach” pokojowego, sprawiedliwego i godnego życia wspólnego.
Budować na fundamencie dobra
Budowanie miasta opartego na fundamencie dobra wspólnego domaga się zatem przede wszystkim wznoszenia na skale relacji z Bogiem. Oznacza to uznać, że prawda Jego miłości wzywa nas do życia „w obfitości” ( J10, 10) oraz do komunii z Nim. Wraz ze św. Augustynem również i my możemy powiedzieć: „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest nasze serce, dopóki w Tobie nie spocznie” [8]. Bóg wpisał bowiem w nasze serce pragnienie szczęścia, obejmujące wszystkie wymiary życia, a Kościół – podejmując dialog z mężczyznami i kobietami naszych czasów – odczuwa pilną potrzebę pielęgnowania tego dążenia i ukierunkowywania go ku jego najgłębszej prawdzie.
Po drugie, budować na fundamencie dobra znaczy przyjąć ograniczoność i kruchość człowieczeństwa, nie uznając ich za błąd, który należałoby skorygować. Dzisiaj właściwe istocie ludzkiej pragnienie pełni może zostać skierowane ku zwodniczym celom: przez iluzję techniki, która obiecuje wyzwolić nas od wszelkiej kruchości, albo przez modele dobrobytu, które spychają całe narody na margines. Nierzadko pokładamy nadzieję w nieograniczonym wzmacnianiu ludzkich możliwości, w formach postępu, które mogą zaostrzać nierówności, w doraźnych rozwiązaniach, które nie są zdolne uleczyć rany zadane narodom. I tak, podczas gdy jedni ulegają mirażowi nieograniczonej samorealizacji, wielu pozostaje pozbawionych tego, co konieczne. Kościół przypomina – głosem pokornym, lecz stanowczym – że prawdziwe spełnienie nie rodzi się z usuwania ludzkiej kruchości, lecz z harmonijnego wzrastania: tam, gdzie wolność i odpowiedzialność splatają się ze wzajemną troską i prawdziwą solidarnością, a postęp mierzy się godnością każdego człowieka i dobrem narodów.
Po trzecie, budowanie świata, w którym wszyscy mogą „rozkwitać”, domaga się odważnej współodpowiedzialności. Żadna ręka sama nie zdoła unieść ciężaru wyzwań, które dotykają współczesnego świata; i żadna nie jest tak słaba, by nie mogła dać swego wkładu: „Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor12, 9). Każdemu przypadnie jego odcinek muru: uczonym i badaczom, przedsiębiorcom i pracownikom, wychowawcom i prawodawcom, społeczeństwu obywatelskiemu, ruchom społecznym i wspólnotom wiary. Taka jest logika pomocniczości, która docenia współpracę między pokoleniami, narodami, dyscyplinami i kulturami jako uprzywilejowaną drogę prowadzącą do wzrostu trwałości, pomyślności i pokoju. Napięcia i różnice nie powinny budzić lęku: mogą stać się twórczą energią, jeśli zostaną ukierunkowane przez współdzieloną odpowiedzialność.
Wreszcie, budowanie na fundamencie dobra domaga się języka ewangelicznego. Unikajmy słów, które upokarzają albo przeciwstawiają jednych drugim. Wybierajmy jasność, która oświeca, a także szczerość, która otwiera drogi. Nie ulegajmy naiwnym uniesieniom i nie podsycajmy jałowych lęków. Raczej wskazujmy kryteria rozeznania, czyli: godność osoby, powszechne przeznaczenie dóbr, opcję preferencyjną na rzecz ubogich, troskę o wspólny dom i pokój – oraz przekładajmy je na praktykę: odpowiedzialne planowanie, ocenę wpływu na człowieka i życie społeczne, włączanie najbardziej kruchych, alfabetyzację cyfrową oraz badania naukowe i przemysł ukierunkowane na sprawiedliwość i pokój.
Pozostać ludźmi
Podczas niedawnego Zwyczajnego Roku Jubileuszowego 2025 wędrowaliśmy jako pielgrzymi nadziei i zostaliśmy obdarowani obfitością łask. Umocnieni tymi darami możemy z ufnością ducha podejmować trudne zadania i wymagające wyzwania, przed jakimi stoi nasza przyszłość. W dobie sztucznej inteligencji, w której godność człowieka narażona jest na przesłonięcie przez nowe formy dehumanizacji, spoczywa na nas naglący obowiązek, by pozostać prawdziwie ludźmi, z miłością otaczając troską owo wspaniałe człowieczeństwo, które zostało nam darowane i ukazane w całej pełni w Chrystusie, a którego żadna maszyna nigdy nie zdoła zastąpić w jego blasku. Prawdziwy postęp rodzi się zawsze z serca otwartego na drugiego człowieka, z rozumu gotowego do słuchania oraz z woli, która szuka bardziej tego, co jednoczy, aniżeli tego, co dzieli.
Zwracam się z usilnym apelem do wszystkich wiernych katolików, do wszystkich chrześcijan, do wszystkich mężczyzn i kobiet dobrej woli: nie lękajmy się pobrudzić sobie rąk na placu budowy naszych czasów. Módlmy się jak Nehemiasz, planujmy mądrze, pracujmy wytrwale, przywracając Boga na horyzont naszego działania, a istotę ludzką stawiając w centrum naszych wyborów. Wówczas kamienie odrzucone – ubodzy, chorzy, migranci, najmniejsi – staną się kamieniem węgielnym, a na ziemi powstanie wspólne mieszkanie – solidne i gościnne – gdzie łaskawość i wierność wreszcie spotkają się z sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój (por. Ps85, 11). Oto błogosławieństwo, o które błagamy Boga, i zadanie, które stoi przed nami: być budowniczymi komunii, a nie architektami wieży Babel; być sługami Królestwa, które nadchodzi, a nie właścicielami wież skazanych na upadek. Z sercem pasterza i ojca proszę zatem wszystkich, aby zatrzymać wznoszenie kolejnej wieży Babel i zjednoczyć siły w budowaniu na fundamencie dobra, tak aby ludzkość nigdy nie utraciła swego piękna i aby świat mógł raz jeszcze rozpoznać w sercu istoty ludzkiej to miejsce, w którym pragnie zamieszkać Bóg.
ROZDZIAŁ I
MYŚL DYNAMICZNA I WIERNA EWANGELII
W tym pierwszym rozdziale pragnę pokrótce prześledzić drogę, poprzez którą nauka społeczna Kościoła kształtowała się w najnowszym nauczaniu Papieży oraz Soboru Watykańskiego II, aby ukazać jej dynamiczny charakter. W każdej bowiem epoce res novaepobudzają to nauczanie do mierzenia się z pytaniami historii w świetle Prawdy objawionej. Dlatego również sztuczną inteligencję należy rozumieć nie jako tematyczny dodatek ani jako sytuację kryzysową, którą trzeba zarządzać, lecz jako przemianę, która od wewnątrz stawia pytania kategoriom katolickiej nauki społecznej i domaga się jej dalszego rozwoju w wierności Ewangelii.
Jednakże ten tok rozważań nie byłby naprawdę zrozumiały, gdybyśmy – zanim zatrzymamy się nad wkładem poszczególnych Papieży i najważniejszymi dokumentami – nie wyjaśnili pewnych podstawowych przekonań dotyczących sposobu obecności Kościoła w historii i jego relacji ze światem. Bez takiego doprecyzowania nauka społeczna mogłaby jawić się jako niewłaściwa ingerencja w kwestie doczesne albo jako zewnętrzny, narzucany odgórnie kodeks etyczny. W rzeczywistości wyrasta ona z Kościoła, który pielgrzymuje razem z ludzkością, uznaje ona autonomię rzeczywistości ziemskich oraz rozróżnienie między wspólnotą eklezjalną a wspólnotą polityczną, i właśnie dlatego stawia sobie za cel służbę dobru wspólnemu.
Kościół pielgrzymujący w dziejach ludzkości
Reklama
Kościół obecny w świecie jako znak jedności dla całej rodziny ludzkiej w pytaniach i wyzwaniach obecnego czasu rozpoznaje miejsce, w którym urzeczywistnia własne powołanie do słuchania, dialogu i służby, pozwalając, by przemawiało do niego wszystko to, co dotyczy życia mężczyzn i kobiet naszych czasów. To splecenie życia z dziejami narodów sprawia, że coraz głębiej pojmuje on, iż jego misja ma wymiar historyczny i niesie odpowiedzialność za sposób, w jaki kształtowane są relacje społeczne. Dlatego Kościół nie może uważać się za obcy wobec dynamizmów, które kształtują oblicze społeczeństwa. Przeciwnie, z zaangażowaniem uczestniczy on w drogach, poprzez które społeczeństwo to wzrasta i organizuje się oraz wnosi własny wkład w osiąganie bardziej sprawiedliwego i braterskiego współistnienia. Papież Franciszek z mocą przypominał o tym historycznym wymiarze misji Kościoła, stwierdzając, że „nikt nie może od nas domagać się, abyśmy usuwali religię w przestrzeń tajemniczego wnętrza osób bez żadnego jej wpływu na życie społeczne i narodowe, nie przejmując się kondycją instytucji społeczeństwa świeckiego, bez wypowiadania się na temat wydarzeń, które interesują obywateli” [9].
Powołanie i zaangażowanie w podążanie razem z ludzkością w konkretności dziejów prowadzą Kościół do uznania, że rzeczywistości ziemskie mają własną spójność i własny porządek. Sobór Watykański II wyraził tę zasadę ze szczególną precyzją w Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes, której 60. rocznicę obchodziliśmy z wdzięczną pamięcią 7 grudnia 2025 r.: „Jeżeli przez autonomię rzeczywistości ziemskich rozumiemy to, że rzeczy stworzone i same społeczeństwa cieszą się własnymi prawami i wartościami (…), wówczas rzeczywiście godzi się jej domagać” [10]. To podkreślenie ukazuje, że stworzenie nosi w sobie odciśniętą pierwotną dobroć, której ludzkie spojrzenie winno strzec, pielęgnować i doprowadzać do dojrzałości. W tej perspektywie Kościół jawi się jako obecność pomagająca odczytywać rzeczywistość w jej głębi, wspierając z pokorną stanowczością te wybory, które służą godności każdej osoby, spójności wspólnot i dobru wszystkich. W ten sposób staje on u boku świata, nie zajmując jego miejsca, aby w każdej ludzkiej historii mogła kiełkować obietnica sprawiedliwości i pokoju, którą Duch Święty nieustannie wzbudza w sercu ludzkości.
Uznając, że Bóg towarzyszy wolności istnień ludzkich w kształtowaniu się historii, Sobór Watykański II potwierdził rozróżnienie między wspólnotą eklezjalną a wspólnotą polityczną, wskazując, że każda z nich winna działać w jak najpełniejszej autonomii. Obecność Kościoła w świecie wyraża się zatem również w jego relacji do społeczeństwa obywatelskiego i instytucji publicznych. Wchodząc z nimi w dialog, Kościół uznaje wartość rzeczywistości społecznych i politycznych oraz szanuje ich własną odpowiedzialność, wspierając wszystko to, co chroni życie osób i umacnia fundamenty tkanki społecznej. Nie rości sobie on pretensji do przejmowania funkcji należnych państwu; przeciwnie, ceni jego służbę dobru wspólnemu i z przekonaniem uznaje odpowiedzialność, którą instytucje cywilne sprawują w społeczeństwie. Zarazem jednak misja powierzona Kościołowi nie pozwala mu pozostawać z dala od konkretnych cierpień mężczyzn i kobiet naszych czasów. Jego bliskość nie rodzi się z zamiaru wyręczania instytucji ani tym bardziej z ukrytej krytyki ich działania, lecz z ewangelicznej miłości, która przynagla go, by pochylał się nad ranami ludzkości w chwilach, gdy ujawniają się one z największą dotkliwością. Kiedy Kościół interweniuje, czyni to na wzór miłosiernego Samarytanina – z dyskrecją i bliskością – świadom, że to, co rodzi się z bezpośredniej konieczności, nie może stać się normą ani zastąpić instytucjonalnej odpowiedzialności właściwej wspólnocie obywatelskiej.
W świetle tego podwójnego uznania – autonomii rzeczywistości ziemskich oraz rozróżnienia kompetencji między wspólnotą eklezjalną a polityczną – pełniej rozumiemy kierunek, jaki Sobór Watykański II wyznaczył Kościołowi w jego relacji do świata. Gaudium et spesprzypomina: „Zadaniem całego Ludu Bożego, a zwłaszcza pasterzy i teologów, jest z pomocą Ducha Świętego wysłuchiwanie, rozważanie i interpretowanie w świetle słowa Bożego różnych form wypowiedzi naszych czasów, tak aby objawiona Prawda mogła być zawsze dokładniej ujmowana, lepiej rozumiana i właściwiej przedstawiana” [11]. Słuchanie „różnych form wypowiedzi” nie jest zwykłą uwagą socjologiczną, lecz zakłada rozeznanie duchowe, w którym Lud Boży – z pomocą Ducha – rozpoznaje w przemianach kulturowych i społecznych zarówno znaki obecności Chrystusa, który przychodzi i prowadzi historię ku jej wypełnieniu, jak i te wypaczenia, które przesłaniają Jego oblicze. W ten sposób Prawda objawiona nie ulega zmianie w swoim istotnym rdzeniu, lecz zostaje pełniej wyrażona i przyjęta jako żywe kryterium ukierunkowujące konkretne wybory, inspirujące drogi osobistego i wspólnotowego nawrócenia, wspierające reformę struktur i podtrzymujące nowe formy ewangelicznego świadectwa w życiu publicznym. Historia jest zatem jednym z miejsc, w których Kościół pozwala Duchowi pouczać się o humanizującej mocy Ewangelii i uczy się wyrażać swoje nauczanie w służbie godności każdej osoby i dobra narodów.
Mądrość Słowa i dialog z naukami o człowieku
Kościół uznaje za towarzyszy drogi wszystkich, którzy szczerze poszukują „prawdy, dobra i piękna”, widząc w nich „cennych sprzymierzeńców” [12]w obronie godności każdej osoby oraz w trosce o ochronę stworzenia. Przyjmując duszpasterski styl Soboru Watykańskiego II, który wzywa do słuchania, rozeznawania i odczytywania znaków czasu, Kościół – oświecony mądrością Słowa – nie lęka się spotkania z ludzką wiedzą. Słowo Boże daje pewne niezawodne kryteria, aby ukierunkowywać drogi sprawiedliwości oraz otwierać ścieżki pojednania i pokoju między ludźmi. Gdy zaś chodzi o zastosowanie tych kryteriów w złożonych sytuacjach naszych czasów, nieodzowny okazuje się wkład filozofii oraz nauk o człowieku i nauk społecznych, które pomagają głębiej rozumieć i wnikliwiej analizować dynamikę przemian kulturowych, ekonomicznych i politycznych. Św. Jan Paweł II przypominał, że Kościół przyjmuje wkład nauk społecznych i czerpie z nich „konkretne wskazania, aby z ich pomocą wypełniać swoją misję nauczania” [13]. Konfrontacja z tymi dziedzinami wiedzy nie osłabia mocy Ewangelii; przeciwnie, pozwala z większą jasnością rozpoznać to, co rzeczywiście służy życiu osób i wspólnot. Papież Franciszek, pozostając w tej perspektywie, podkreślał, że w wielu kwestiach szczegółowych Kościół nie rości sobie prawa do formułowania „definitywnych rozwiązań” [14], lecz uznaje znaczenie wsłuchiwania się w badania naukowe i wspierania rzetelnego oraz uczciwego dialogu między uczonymi, z poszanowaniem różnorodności opinii.
Czerpiąc z tego owocnego dialogu między Ewangelią a ludzką wiedzą, Kościół stopniowo pogłębiał swoją naukę społeczną, kształtując z biegiem czasu dziedzictwo mądrości odznaczające się teologiczną i antropologiczną spójnością, zakorzenioną w chrześcijańskiej wizji osoby. Właśnie dlatego, że wyrasta ono z wiary i z jej rozumienia rzeczywistości, dziedzictwo to nie sprowadza się do zbioru rozwiązań technicznych ani do modelu ekonomicznego czy politycznego przeciwstawianego innym: należy do innego porządku [15]– do porządku zasad, które ukierunkowują odczytywanie wydarzeń i wspierają ewangeliczną interpretację procesów historycznych oraz związanych z nimi wyborów. Stąd wypływa właściwa funkcja nauki społecznej Kościoła, która nie zamierza zastępować odpowiedzialności polityki i instytucji, lecz ofiarowuje się jako wsparcie dla wspólnego rozeznawania, pomagając rozpoznawać i szerzyć to, co służy godności osób, żywotności wspólnot oraz dobru wszystkich.
Nauka społeczna jako rozeznawanie wspólnotowe
Pojmowanie prawdy jako daru, którym należy się dzielić, a nie jako własności, do której trzeba rościć sobie prawo, wyzwala Kościół z pokusy oglądania się z tęsknotą ku formom obecności opartym na władzy. Św. Jan Paweł II wzywał, by ze szczerością spojrzeć na czasy, w których dozwalano stosowanie „w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą” [16], aby na nowo odnaleźć ewangeliczną drogę łagodnego głoszenia i prawdy, która się nie narzuca. W tym samym duchu przypomniałem, że Kościół „nie chce rościć sobie prawa do posiadania prawdy” [17], ponieważ prawda nie jest terytorium, którego należy bronić, lecz dobrem, którym należy się dzielić. Tę samą perspektywę streścił Papież Franciszek w znanych słowach, wedle których „czas przewyższa przestrzeń” [18]: nie chodzi przede wszystkim o zajmowanie przestrzeni władzy ani o obsadzanie twierdz kulturowych, lecz o zapoczątkowywanie procesów dobra i o pozwolenie, by dojrzewały; tak prawda Ewangelii nie narzuca się z góry, ale wzrasta w czasie, pośród konkretnego splotu ludzkich losów, wspólnot i kultur. Jest to prawda, która nie lęka się różnorodności, lecz ją przyjmuje i porządkuje; która nie usuwa konfliktów, ale je przemienia; która na nowo scala to, co historia skłonna jest rozproszyć. Stąd także obraz wielościanu – figury o wielu ścianach, w których z różnych perspektyw odbija się ta sama prawda Ewangelii [19].
Taka postawa otwartości na prawdę – jedną, a zarazem wielorako wyrażaną – w głęboki sposób ukazuje powszechność Kościoła, który obejmuje całą rodzinę ludzką, a równocześnie żyje zanurzony w konkretnych uwarunkowaniach narodów i kultur. Sobór Watykański II przypomina, że właśnie na mocy tej katolickości „poszczególne części przynoszą innym częściom i całemu Kościołowi właściwe sobie dary” [20]; dzięki temu Kościół jako całość i każda poszczególna wspólnota wzrastają przez wzajemną wymianę oraz wspólny wysiłek ku coraz pełniejszej komunii. Wynika stąd, że Lud Boży nie tylko złożony jest z wielu narodów, lecz także wewnątrz siebie utkany jest z różnych funkcji, powołań, kultur i tradycji, wezwanych do tego, by wzajemnie się wspierać i ubogacać. W tej perspektywie św. Paweł VI dostrzegał, że ze względu na wielką różnorodność sytuacji historycznych nie sposób realistycznie oczekiwać, by nauka społeczna Kościoła mogła zaproponować jedną odpowiedź, właściwą dla wszystkich kontekstów [21]; dlatego zachęcał każdą wspólnotę chrześcijańską, by z jasnością spojrzenia i poczuciem odpowiedzialności odczytywała rzeczywistość własnego kraju. To płodne napięcie między powszechnością misji a zakorzenieniem lokalnym należy do samej istoty życia Kościoła: Kościół niesie horyzont całego świata, a zarazem przyjmuje pytania każdego kontekstu jako rzeczywiste miejsce, w którym Ewangelia przybiera ciało.
W świetle tego, co zostało dotąd powiedziane, nauka społeczna Kościoła ukazuje się w swoim najbardziej autentycznym obliczu: nie jako podręczny zbiór zasad i norm do zastosowania, lecz jako droga wspólnotowego rozeznawania. Rodzi się ona ze spotkania odwiecznej prawdy Ewangelii z pytaniami historii, pozostaje uważna na znaki czasu; karmi się wkładem nauk, kultur i ludzkich doświadczeń. Dlatego, gdy godność braci bywa oszpecana, gdy polityka nie odpowiada na dramaty ludzkości, gdy ekonomia zwraca się przeciw człowiekowi albo nauka przekracza granice własnej metody [22], Kościół – wraz z innymi wyznaniami chrześcijańskimi i wyznawcami innych religii – powinien pozwolić słyszeć swój głos nie po to, by panować, lecz by służyć komunii. Tak rozumiana nauka społeczna Kościoła staje się teologią komunii w historii – miejscem, w którym Słowo, które stało się ciałem, nadal staje się dialogiem, pamięcią i proroctwem.
Rozwój Magisterium społecznego od Leona XIII do dzisiaj
Po ukazaniu sposobu, w jaki Kościół jest obecny w historii i podejmuje dialog ze światem, pragnę teraz zatrzymać się nad rozwojem nauki społecznej w Magisterium, które od XIX w. aż po nasze dni towarzyszyło wielkim transformacjom społecznym. Nie sposób oczywiście przedstawić całego bogactwa tego nauczania, którego podstawowe zasady zostały ukazane w Kompendium nauki społecznej Kościoła, a w nowszym Magisterium znalazły dalsze pogłębienie. Nie będę też mógł w sposób systematyczny podejmować tego wszystkiego, co zostało rozwinięte w Encyklikach moich ostatnich czcigodnych Poprzedników, zwłaszcza w Laudato si’i Fratelli tutti. Zamierzam jednak przywołać niektóre zasadnicze linie, aby ukazać, że to, co przedstawiam, wpisuje się w ciągłość tej tradycji, a zarazem by uwydatnić, w jaki sposób trwały rdzeń prawd objawionych o osobie i o ludzkim współżyciu splata się w niej z nieustannie odnawianą zdolnością słuchania okoliczności dziejowych i przyjmowania pytań, które wynikają z teraźniejszości. Pragnę zatem prześledzić kilka decydujących etapów tego rozwoju, poczynając od czasu otwartego przez Encyklikę Rerum novarum.
Pierwsze kroki nauki społecznej Kościoła
To, co dziś nazywamy „nauką społeczną Kościoła”, nie narodziło się nagle w czasach współczesnych, lecz zbiera i porządkuje długą tradycję eklezjalnej refleksji nad życiem społecznym, mającą swe źródła w Piśmie Świętym, u ojców Kościoła oraz w opracowaniach teologicznych i prawniczych średniowiecza i czasów nowożytnych. Wyrażenie „nauka społeczna Kościoła” zostało po raz pierwszy użyte przez Piusa XII w 1950 r. [23], lecz treść, którą ono obejmuje, rozumiana jako organiczny korpus nauczania społecznego, zaczęła zarysowywać się wraz z Encykliką Rerum novarumLeona XIII. Wobec „rzeczy nowych” swoich czasów – konfliktu między kapitałem a pracą, kwestii robotniczej, przemian gospodarczych i społecznych – Leon XIII nie ograniczył się do odnotowania trudności, lecz uznał te sytuacje za przestrzeń duszpasterskiej misji Kościoła, poddał je wnikliwemu rozeznaniu, a ich przyczyny oraz możliwe drogi wyjścia ukazał w świetle Ewangelii i integralnej wizji osoby stworzonej na obraz Boga. Św. Jan Paweł II dostrzegał w takim sposobie działania „wzór postępowania” [24] nauki społecznej Kościoła: wzorcową praktykę, przez którą Kościół wobec przemian historycznych wypełnia swoje prawo i obowiązek badania rzeczywistości społecznych, wypowiadania się na ich temat i wskazywania dróg sprawiedliwego rozwiązania. W ten sposób nieprzemijające treści wiary i dawnej mądrości eklezjalnej układają się w żywą naukę, która – pozostając wierna Ewangelii – wzrasta w konfrontacji z „rzeczami nowymi” każdej epoki.
Encyklika Rerum novarumLeona XIII stanowi kamień milowy w rozwoju Magisterium społecznego. Dokument ten stawia w centrum swej refleksji godność pracy i pracownika, potwierdza prawo do sprawiedliwej płacy dla niego i jego rodziny, uznaje w osobach wartość nadrzędną względem kapitału i zysku, broni własności prywatnej wraz z jej niezbywalną funkcją społeczną, docenia zrzeszenia pracownicze oraz proponuje formy współpracy między różnymi częściami społeczeństwa jako alternatywę wobec logiki „walki klas”. Nie dziwi zatem, że Pius XI mógł nazwać ją „Wielką Kartą” ( Magna Charta) [25] działania społecznego chrześcijan: w Rerum novarum dawna mądrość Kościoła dotycząca osoby i życia społecznego przybiera nową postać, zdolną zmierzyć się z epoką przemysłową i dać pierwszy wielki, systematyczny zarys tej nauki społecznej, którą następne dziesięciolecia miały dalej rozwijać. Chociaż wiele warunków historycznych opisanych przez Leona XIII uległo zmianie, co najmniej dwa osiągnięcia pozostają nadal niezwykle aktualne: prymat pracy ludzkiej nad wszelką logiką czysto produkcyjną lub finansową – a stąd także uwaga poświęcona osobom i rodzinom najbardziej narażonym na wyzysk, oraz nierozerwalny związek między głoszeniem Ewangelii a poszukiwaniem bardziej sprawiedliwego ładu społecznego. W ten sposób Rerum novarum nie przestaje przypominać nam, że nie ma autentycznej ewangelizacji, która nie dotykałaby również struktur ludzkiego współistnienia.
Encyklika Quadragesimo annoPiusa XI, ogłoszona w 1931 r., w 40. rocznicę Rerum novarum i pośród wielkiego światowego kryzysu gospodarczego, stanowi dalszy krok w rozwoju Magisterium społecznego. Nie ogranicza się do ponownego podjęcia „kwestii robotniczej”, lecz poszerza spojrzenie na całościowy kształt ładu gospodarczego i politycznego. Piętnuje koncentrację władzy ekonomicznej w rękach nielicznych; krytykuje zarówno nieograniczoną konkurencję, jak i te projekty kolektywistyczne, które niweczą wolność i odpowiedzialność osób; stanowczo przypomina o prawie pracowników do zrzeszania się i ponownie podkreśla konieczność tego, by płaca była proporcjonalna nie tylko do wykonywanej pracy, ale także do potrzeb pracownika i jego rodziny. W tym kontekście formułuje w sposób systematyczny zasadę pomocniczości, która miała stać się jednym ze stałych punktów odniesienia nauki społecznej, a wedle której to, co może być dokonane przez osoby, rodziny, ciała pośrednie i wspólnoty lokalne, nie powinno być przejmowane przez instancje wyższego rzędu. Obok tego Pius XI jasno przypomina społeczną funkcję własności, a w różnych wypowiedziach swego Magisterium – od Encyklik Non abbiamo bisogno i Mit brennender Sorge aż po Divini Redemptoris – potępia totalitaryzmy, które poniżają godność osoby, dławią życie społeczne, wyolbrzymiają znaczenie państwa ponad jego rzeczywistą wartość i stosują dyskryminującą kategorię rasy. Dla naszych czasów szczególnie aktualne pozostają przynajmniej trzy intuicje jego nauczania społecznego: świadomość, że niesprawiedliwości nie dotyczą jedynie zachowań indywidualnych, lecz również struktur ekonomicznych i instytucjonalnych; wartość zasady pomocniczości, która zachęca do umacniania tkanki zrzeszeniowej i wspólnotowej, unikając nowych koncentracji władzy; a także związek między godnością pracy, sprawiedliwym wynagrodzeniem i rzeczywistą możliwością prowadzenia przez rodziny życia na miarę ludzkiej godności.
W dramatycznym kontekście II wojny światowej i lat powojennej odbudowy Magisterium Piusa XII wnosi znaczący wkład w rozwój nauki społecznej Kościoła, zwłaszcza poprzez bożonarodzeniowe Orędzia radiowe, w których nakreśla zasadnicze rysy ładu międzynarodowego opartego na uznaniu godności ludzkiej, na sprawiedliwości i pokoju. W tych wystąpieniach Papież proponuje dialog ze społeczeństwem, wychodząc od wymagającego odwołania do prawa naturalnego, rozumianego jako zespół obiektywnych zasad, które poprzedzają interesy jednostek i państw i które powinny regulować zarówno życie wewnętrzne narodów, jak i ich wzajemne relacje. Pius XII przypisuje ponadto doniosłą rolę stowarzyszeniom zawodowym, zrzeszeniom pracowniczym i różnym ciałom pośrednim życia gospodarczego i społecznego, uznając w tych zorganizowanych formach życia zbiorowego istotne zabezpieczenie równowagi obywatelskiej i ochrony dobra wspólnego. Podkreśla on konieczność istnienia solidnego państwa prawa, aby zapobiegać nadużyciom władzy, oraz uznaje demokrację za narzędzie sprzyjające właściwemu sprawowaniu rządów. Zarazem przestrzega przed wszelką próbą opierania prawa na użyteczności albo na sile, przypominając, że ład międzynarodowy podporządkowany korzyści silniejszych naraża narody słabsze na przemoc i podważa u samych podstaw zaufanie między państwami. Wreszcie, w głębokich nierównościach gospodarczych między krajami dostrzega jeden z czynników podsycających konflikty [26]. Dla naszych czasów, naznaczonych nowymi formami globalnej władzy i narastającymi nierównościami, szczególnie znamienne pozostają trzy wskazania: konieczność, by prawo poprzedzało interes; świadomość, że dysproporcje ekonomiczne stają się podatnym gruntem dla napięć i przemocy oraz wartość tkanki stowarzyszeniowej, zdolnej pośredniczyć między jednostką a państwem. Wskazówki te nadal dostarczają nauce społecznej Kościoła ważnych kryteriów odczytywania dynamiki globalizacji i wspierania bardziej sprawiedliwego oraz pokojowego ładu międzynarodowego.
Lata Soboru Watykańskiego II
Wraz ze św. Janem XXIII rozpoczyna się nowy etap Magisterium społecznego, naznaczony poświęceniem wyraźniejszej uwagi światowemu wymiarowi kwestii społecznych oraz językowi praw. W Mater et magistraukazuje on wiarę chrześcijańską jako światło zdolne ogarniać zarazem niebo i ziemię, przypominając, że Kościół – choć jego pierwszorzędną misją jest uświęcanie i głoszenie dóbr wiecznych – nie zaniedbuje przez to konkretnych wymogów codziennego życia osób, lecz troszczy się o wszelkie autentyczne dobro człowieka [27] . Wychodząc od tej integralnej wizji człowieka, podkreśla, że życie społeczne domaga się równowagi między inicjatywą powołanych do samoorganizacji i współdziałania obywateli i grup społecznych a działaniem państwa, które winno koordynować i wspierać, nie tłumiąc zarazem wolności i odpowiedzialności podmiotów; stąd jego uwaga poświęcona sprawiedliwemu wynagrodzeniu za pracę, uczestnictwu pracowników oraz narastającym nierównościom między państwami. Kilka lat później, w Pacem in terris, zwracając się po raz pierwszy nie tylko do wiernych, lecz także do wszystkich ludzi dobrej woli, Jan XXIII wiąże w sposób organiczny godność osoby z uznaniem podstawowych praw i obowiązków oraz wskazuje ład współżycia – również na płaszczyźnie międzynarodowej – oparty na prawdzie, sprawiedliwości, miłości i wolności [28] . Dla naszych czasów, przenikniętych rozległymi konfliktami i nowymi formami globalnej współzależności, szczególnie znaczące pozostają wskazania: powszechny horyzont wezwania papieskiego, odwołanie do praw człowieka jako do wspólnego języka oraz przekonanie, że trwały pokój wymaga instytucji i relacji między narodami inspirowanych godnością każdej osoby.
Sobór Watykański II wyznaczył punkt zwrotny w samoświadomości Kościoła wobec świata współczesnego. W Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spespozostawił nam obraz Kościoła, który staje się bliski ludzkości, angażuje się w sprawy świata i podejmuje refleksję, nie opierając się na abstrakcyjnych schematach, lecz wychodząc od konkretu sytuacji historycznych. Tekst ten podejmuje wielkie kwestie małżeństwa i rodziny, życia gospodarczego i społecznego, wspólnoty politycznej, wojny i pokoju, podkreślając, że struktury ekonomiczne i instytucjonalne są sprawiedliwe jedynie wówczas, gdy służą integralnemu rozwojowi osoby i sprzyjają odpowiedzialnemu uczestnictwu wszystkich [29] . Znaczenie tego dokumentu soborowego dla nauki społecznej Kościoła polega nie tylko na tym, że otworzył on nowe perspektywy refleksji tematycznej, lecz także na tym, że przekazał metodę rozeznawania, która zachęca do odczytywania przemian dziejowych za pomocą spojrzenia ewangelicznego i z ludzką kompetencją. Styl ten ukazuje, że dialog ze światem nie jest dla Kościoła wyborem taktycznym, lecz konkretną formą jego misji, ponieważ Ewangelia – niby zaczyn – może od wewnątrz przemieniać struktury współistnienia i otwierać drogi ku pełniejszemu człowieczeństwu. W ten horyzont wpisuje się również Deklaracja Dignitatis humanae, w której Sobór uznaje, że wolność religijna jest podstawowym prawem zakorzenionym w godności osoby i że powinno być ono zagwarantowane przez porządek prawny, aby nikt nie był zmuszany do działania wbrew sumieniu ani pozbawiany możności prywatnego i publicznego szukania i wyznawania prawdy [30] . Zasada ta, mająca wielkie znaczenie również dla naszych czasów, nadal dostarcza nauce społecznej Kościoła kryteriów rozstrzygających dla ochrony osoby oraz dla budowania społeczeństw pluralistycznych i pokojowych.
Z Pontyfikatu św. Pawła VI wyłania się takie rozumienie pokoju, które nie sprowadza się do braku wojny, lecz nabiera kształtu na drodze integralnego rozwoju człowieka. W Populorum progressioopisuje on rozwój jako przejście od warunków życia mniej ludzkich do warunków bardziej ludzkich i pojmuje go jako proces obejmujący każdego człowieka i całego człowieka [31] , to znaczy każdy wymiar osoby oraz wszystkie narody bez wyjątku. Na tej podstawie Paweł VI może stwierdzić, że tak rozumiany rozwój w istocie „oznacza to samo, co pokój” [32] , ponieważ zmierza do usunięcia korzeni niesprawiedliwości i konfliktu oraz do otwierania dla wszystkich przestrzeni bardziej godnego życia. Ustanowienie Papieskiej Komisji Iustitia et Pax należy także odczytywać w tym świetle jako próbę nadania tej intuicji trwałej formy na płaszczyźnie eklezjalnej i międzynarodowej, przy jednoczesnym podtrzymywaniu żywej świadomości narastającej przepaści między krajami bogatymi a ubogimi oraz potrzeby takiej polityki, która będzie sprzyjać rzeczywiście bardziej ludzkim warunkom życia dla wszystkich.
W Liście apostolskim Octogesima adveniens, napisanym z okazji 80. rocznicy Rerum novarum, Paweł VI wnosi tę perspektywę w rzeczywistość społeczeństwa postindustrialnego, naznaczonego przemianami urbanistycznymi, nowymi formami ubóstwa, zmianami w świecie pracy i szybkimi przeobrażeniami kulturowymi, które stawiają pod znakiem zapytania przyszłość osób i wspólnot. Dla Pawła VI Ewangelia – chociaż została ogłoszona, napisana i wprowadzana w życie w kontekście historyczno-kulturowym bardzo odmiennym od naszego – nie jest przesłaniem „przestarzałym”, lecz wizją osoby ludzkiej, relacji, władzy i dobra wspólnego, zdolną również dzisiaj ukierunkowywać wybory ekonomiczne, polityczne i kulturowe [33]. Innymi słowy, Ewangelia pozostaje zawsze aktualna, ponieważ daje kryteria pozwalające rozpoznać to, co humanizuje, i to, co dehumanizuje; to, co wyzwala, i to, co uciska – pośród nieustannie nowych sytuacji. Dla nauki społecznej Kościoła najbardziej wymagającym dziedzictwem Pawła VI pozostaje właśnie to: dopóki w świecie będą istniały narody wyłączone z rozwoju godnego człowieka, dopóty wspólnota chrześcijańska nie będzie mogła zadowolić się abstrakcyjnym głoszeniem pokoju, lecz będzie musiała pozwolić, by Ewangelia osądzała – wychodząc od tych, którzy pozostają na marginesie – te struktury ekonomiczne i polityczne, które – jak przypomniałby Jan Paweł II – mogą stać się prawdziwymi „strukturami grzechu” [34] , tak aby żadna osoba i żaden naród nie były traktowane jako coś, co można poświęcić w procesach rozwoju.
Najnowsze Magisterium
Bogate Magisterium społeczne św. Jana Pawła II sytuuje się na styku kryzysu wielkich systemów ideologicznych XX w. oraz początków globalizacji ekonomicznej. W Encyklice Laborem exercens, napisanej dziewięćdziesiąt lat po ogłoszeniu Rerum novarum, otwiera on nowy kierunek refleksji nad pracą. Sprawiedliwa płaca zostaje tam ukazana jako konkretny sprawdzian słuszności całego systemu społeczno-gospodarczego, ponieważ odsłania, czy pracownik jest traktowany jako osoba, czy jedynie jako koszt produkcji [35]. Praca nie jest postrzegana tylko jako problem do rozwiązania lub jako środek do uzyskania dochodu, lecz jako podstawowe dobro osoby, zasada działalności gospodarczej i klucz do całej kwestii społecznej. W niej człowiek angażuje własną wolność, własną twórczość i zdolność współdziałania, przyczyniając się do kulturowego i moralnego wzrostu społeczeństwa [36] . W świetle tego różne formy niepewności, fragmentaryzacji ścieżek zawodowych i automatyzacji nie mogą być oceniane wyłącznie w kategoriach efektywności, lecz muszą być rozpatrywane z punktu widzenia godności pracownika, jego prawa do wystarczającego wynagrodzenia oraz rzeczywistej możliwości uczestnictwa w życiu społecznym.
W 20. rocznicę Populorum progressio, w Encyklice Sollicitudo rei socialis, św. Jan Paweł II powraca do rany słabego rozwoju gospodarczego i uznaje niepowodzenie wielu prób przezwyciężenia ekonomicznego opóźnienia ludów ubogich oraz wspierania ich uprzemysłowienia, stwierdzając trwałość, a niekiedy nawet pogłębianie się przepaści między Północą a Południem świata [37]. Piętnuje ponadto mechanizmy gospodarcze, finansowe i handlowe, które – pozostając pod kontrolą krajów silniejszych – w sposób strukturalny służą ich interesom i dławią gospodarki słabsze, domagając się, by zostały one poddane nie tylko ocenie technicznej, lecz także poważnemu osądowi moralnemu [38] . W tym kontekście solidarność zostaje ukazana jako konkretna współodpowiedzialność osób, ludów i narodów, jako forma przyjaźni społecznej i miłości politycznej, ukierunkowana ku „cywilizacji miłości”, o której mówił św. Paweł VI [39] .
W stulecie Rerum novarumEncyklika Centesimus annus przynosi wreszcie rozeznanie dotyczące upadku systemu sowieckiego oraz umacniania się demokracji i gospodarki rynkowej: św. Jan Paweł II podejmuje na nowo przesłanie Piusa XII, wedle którego Kościół może uznać wartość demokracji o tyle, o ile zapewnia ona rzeczywisty udział obywateli, pozwala na pokojowy wybór i zmianę rządzących oraz nie dopuszcza do tego, by władza została zmonopolizowana przez wąskie elity kierujące się interesami partykularnymi albo ideologicznymi [40] . Podobnie uznaje pozytywny potencjał rynku i prywatnej inicjatywy tylko wtedy, gdy pozostają one podporządkowane prawu moralnemu i ukierunkowane zasadą solidarności, nie składając najsłabszych w ofierze logice zysku [41] . W ten sposób w nauce społecznej Kościoła pozostaje szczególnie aktualne dziedzictwo: podkreślenie więzi między godnością pracy, solidarnością między narodami oraz krytyczną oceną demokracji i gospodarki rynkowej nadal dostarcza kryteriów do osądu nowych form wyzysku, wykluczenia i kryzysu reprezentacji politycznej.
Papież Benedykt XVI w swojej Encyklice społecznej Caritas in veritatechciał na nowo podjąć i pogłębić pojęcie rozwoju przedstawione w Populorum progressio, odczytując je w perspektywie globalizacji. Przypomina, że taki rozwój powinien wyrażać się poprzez „realny wzrost, obejmujący wszystkich i rzeczywiście zrównoważony” [42] , to znaczy poprzez postęp gospodarczy prawdziwie inkluzywny i szanujący granice stworzenia. Stwierdza jednak, że w krajach bogatych powstają nowe kategorie ubogich i mnożą się niespotykane wcześniej formy wykluczenia, podczas gdy w regionach najuboższych niewielkie grupy żyją w konsumpcyjnym dobrobycie współistniejącym z dehumanizującą nędzą [43] . Zauważa ponadto, że nowy globalny system gospodarczo-finansowy, naznaczony wielką ruchliwością kapitału i środków produkcji, ograniczył polityczną władzę państw oraz ich zdolność do ukierunkowywania procesów gospodarczych [44] . Dlatego raz jeszcze podkreśla, że działalność ekonomiczna nie może rościć sobie pretensji do rozwiązywania problemów społecznych jedynie przez rozszerzanie logiki rynku, lecz musi być podporządkowana dobru wspólnemu, za które wspólnota polityczna ponosi odpowiedzialność własną i niezastąpioną [45] .
W centrum tej reinterpretacji Benedykt XVI stawia miłość, stwierdzając, że jest ona „fundamentem nauki społecznej Kościoła” [46], pod warunkiem wszakże, że pozostaje zawsze złączona z prawdą; zarazem z niepokojem zauważa on, iż właśnie na polach społecznym, prawnym, politycznym i ekonomicznym coraz częściej usiłuje się ogłaszać jej niewielkie znaczenie moralne. Nowość jego wkładu polega na ukazaniu, że rozwój, sprawiedliwość, instytucje i rynek nie są rzeczywistościami neutralnymi, lecz przestrzeniami, w których miłość w prawdzie winna urzeczywistniać się w historii. Dla współczesności naznaczonej narastającymi nierównościami, presją rynków finansowych, kryzysem środowiskowym i nieufnością wobec polityki nauczanie to zachowuje całą swą aktualność, ponieważ domaga się oceniania każdego modelu rozwoju według jego zdolności do bycia zarazem inkluzywnym i trwałym, do ponownego zespolenia ekonomii i polityki wokół dobra wspólnego oraz do uznania miłości za siłę krytyczną i twórczą w życiu publicznym.
Magisterium społeczne Papieża Franciszka rozwija się zgodnie z linią Konstytucji Gaudium et spes, która zachęca, by patrzeć na historię, wychodząc od ran i nadziei osób oraz wprowadzać je w dialog z Ewangelią. Kierunek ten ujawnia się ze szczególną jasnością w Evangelii gaudium, gdzie zostaje stwierdzone, że orędzie chrześcijańskie ma wewnętrzny wymiar społeczny, a zarazem wybrzmiewa wezwanie do Kościoła zdolnego do wsłuchania się w wołanie ubogich, migrantów i ofiar nowych form niewolnictwa. W tej samej perspektywie należy widzieć również nacisk Franciszka na Kościół synodalny, Kościół, który „idzie razem”, stara się odczytywać znaki czasu w świetle Ewangelii i pozwala, by ubodzy, z którymi dzieli historię, na nowo go ewangelizowali [47].
W Laudato si’Franciszek daje pierwsze wielkie, systematyczne ujęcie kryzysu środowiskowego w Encyklice społecznej, ukazując, że nie jest on kwestią ograniczoną do jednego obszaru, lecz ekologicznym aspektem współczesnego kryzysu społeczno-gospodarczego. Jego propozycja ekologii integralnej łączy troskę o wspólny dom z opcją preferencyjną na rzecz ubogich i z mocą stwierdza, że „zarówno wołanie ziemi, jak i krzyk biednych” [48] nie mogą być od siebie oddzielane. W tym świetle na nowo wysuwają się na pierwszy plan: powszechne przeznaczenie dóbr, krytyka paradygmatu technokratycznego, który rości sobie pretensję do sprowadzania wszystkiego do przedmiotu panowania, obrona pracy ludzkiej zagrożonej logiką odrzucenia, wymóg sprawiedliwości między pokoleniami oraz wezwanie do prawdziwego dialogu między polityką a ekonomią, tak aby żadna z nich nie zamykała się we własnej samowystarczalności.
Wobec rozpadu tkanki społecznej, „trzeciej wojny światowej w kawałkach”, globalizacji indywidualistycznej oraz skutków pandemii COVID-19 dla więzi wspólnotowych Franciszek we Fratelli tuttipodejmuje na nowo marzenie o ludzkości, która potrafi wybrać przyjaźń społeczną i powszechne braterstwo. Proponuje kulturę spotkania, „lepszą politykę”, zdolną szukać dobra wspólnego, drogi pojednania, oraz świat, który zapewni „ziemię, dom i pracę dla wszystkich” [49]. Wreszcie, w Dilexit nos ukazuje, że te wielkie zobowiązania społeczne nie dają się oddzielić od osobistej więzi z Chrystusem: wracając do Słowa Bożego, przypomina, iż najprawdziwszą odpowiedzią na miłość Serca Jezusowego jest konkretna miłość wobec braci, i stwierdza, że „nie ma większego czynu, jaki możemy Mu ofiarować, aby miłość odwzajemnić miłością” [50].
Odczytywanie dziejów w świetle wiary
Gdy spojrzy się na tę drogę jako na całość, można dostrzec, że nauka społeczna Kościoła nie jest owocem projektu opracowanego przy biurku, lecz wynikiem cierpliwie splatanej historii, w której każdy Papież – wraz z Soborem Watykańskim II – wniósł własny, oryginalny wkład w świetle „rzeczy nowych” swoich czasów. Każdy z nich, podejmując wyzwania swojej epoki i odczytując przemiany dziejowe w świetle Ewangelii, wydobywał różne aspekty jednego dziedzictwa: godność osoby, wartość pracy, powszechne przeznaczenie dóbr, solidarność i pomocniczość, troskę o stworzenie, centralne znaczenie pokoju i braterstwa. Wyłania się stąd rozwój harmonijny, choć nie zawsze linearny, charakteryzujący się różnymi akcentami, stopniowym pogłębianiem oraz niekiedy zmianami perspektywy, które nie zrywają z tym, co wcześniejsze, lecz pozwalają dojrzewać zawartym w nim konsekwencjom. Jeżeli dziś możemy mówić o korpusie wspólnych zasad i kryteriów, to dlatego, że to odczytywanie dziejów w świetle wiary nigdy nie zostało zarzucone i potrafiło podejmować wyzwania stawiane przez pytania kolejnych pokoleń. Właśnie temu zasadniczemu rdzeniowi – to znaczy wielkim zasadom nauki społecznej, które ukierunkowują rozeznanie wierzących w życiu osobistym i publicznym – pragnę teraz poświęcić uwagę, aby lepiej uchwycić ich wewnętrzną spójność i ich żywotną moc dla naszych czasów.
ROZDZIAŁ II
PODSTAWY I ZASADY NAUKI SPOŁECZNEJ KOŚCIOŁA
Nauka społeczna Kościoła jest rzeczywistością żywą, pozostającą w dialogu z historią, kulturami i naukami, a zarazem strzegącą rdzenia prawdy, która nie przemija. Dlatego może być uznana za formę mądrości, zdolną także dzisiaj ukierunkowywać życie osobiste i społeczne wierzących. W niniejszym drugim rozdziale pragnę zatrzymać się nad niektórymi podstawami i zasadami nauki społecznej, które pomagają odczytywać „rzeczy nowe” naszych czasów w świetle podstawowej godności osoby ludzkiej. Uważam, że dzisiaj – jeśli chcemy otoczyć troską osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji – musimy na nowo podjąć refleksję nad dobrem wspólnym, powszechnym przeznaczeniem dóbr, pomocniczością, solidarnością i sprawiedliwością społeczną. Jestem przekonany, że harmonijna relacja między tymi zasadami wymaga, aby były one rozpatrywane łącznie, tak by mogło się jasno uwidocznić, jak wzajemnie się dopełniają i objaśniają.
Proponując te refleksje, pragnę przede wszystkim pomóc wiernym świeckim oraz wszystkim kobietom i mężczyznom dobrej woli odkryć na nowo ich zadanie polegające na tym, by wnosić w codzienność – w relacje rodzinne, w pracę i w uczestnictwo społeczne – zasady, które zamierzam przypomnieć, pozwalając, by ożywiało ich pragnienie wcielania miłości Boga w konkretne wątki historii. Równocześnie chciałbym zachęcić akademie i uniwersytety, by nadały tym zasadom nowy impuls, podejmując nad nimi namysł w sposób wierny dzisiejszym realiom i skuteczny wobec wyzwań rewolucji cyfrowej. W ten sposób refleksja teologiczna i filozoficzna będzie mogła pogłębiać i wspierać drogę duszpasterską Kościoła, przyczyniając się do wypełniania przez Magisterium jego zadania oświecania sumień wierzących i ukierunkowywania ich zaangażowania na rzecz bardziej sprawiedliwego i bardziej braterskiego kształtu życia naszych społeczeństw.
Podstawy nauki społecznej Kościoła
Człowiek obrazem Boga Trójjedynego
Nauka społeczna Kościoła prowadzi nas z powrotem do samego serca naszej wiary – do misterium Boga żywego, objawionego w Jezusie Chrystusie jako komunia Osób: Ojca, Syna i Ducha Świętego – miłości w relacji, która wzajemnie się udziela i otwiera na świat [51]. Jak przypomina Sobór, osoba ludzka jest powołana do komunii z Bogiem i nie może się „w pełni odnaleźć inaczej, jak tylko przez szczery dar z siebie samego” [52]: jej najgłębszym powołaniem jest wejść w trynitarny dynamizm miłości otrzymanej i współdzielonej.
Jeżeli misterium Boga-Miłości jest źródłem nauki społecznej Kościoła, to jego najbardziej konkretny obraz kontemplujemy w Jezusie Chrystusie, Słowie Wcielonym. Stając się człowiekiem, Syn Boży wchodzi w naszą historię i przyjmuje nasze ciało, wnosząc w nie tę miłość, która łączy Go z Ojcem i Duchem Świętym. „Misterium człowieka wyjaśnia się prawdziwie jedynie w misterium Słowa Wcielonego” [53], ponieważ Jego człowieczeństwo jest w pełni wolne, otwarte na innych, zdolne budować więzi solidarne i piękne, oddane całkowitemu darowi z siebie. Kto w Niego wierzy, zostaje włączony w wielkie dzieło odnowy zapoczątkowane przez misterium Jego męki, śmierci i zmartwychwstania oraz współdziała w budowaniu Królestwa Bożego, ucząc się przyjmować każdą kobietę i każdego mężczyznę jako siostrę i brata – dzieci jednego Ojca. W ten sposób zarówno głoszenie, jak i doświadczenie chrześcijańskie, prowadzone przez Ducha Świętego, zmierzają do wywoływania skutków społecznych w świecie [54].
W centrum chrześcijańskiej wizji człowieka znajduje się wielkie twierdzenie, że mężczyzna i kobieta zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego (por. Rdz1, 26-27). Każda osoba, konstytutywnie ukierunkowana na relację, jest zamierzona i chciana przez Boga po to, by wejść w historię komunii z Nim, z innymi oraz ze stworzeniem. Jej godność nie zależy od zdolności, jakie posiada, od bogactw czy zajmowanego miejsca, od słusznych bądź błędnych wyborów, których dokonuje, lecz jest darem, który ją poprzedza i przewyższa, złożonym przez Boga jako wyraz Jego miłości, która nigdy nie ustaje. Dlatego osoba ludzka pozostaje zawsze „drogą Kościoła” [55] oraz sercem każdej autentycznej drogi integralnego rozwoju człowieka [56].
Równa godność wszystkich istnień ludzkich
Św. Jan Paweł II stwierdzał, że „pogłębiona wrażliwość na godność ludzkiej osoby i na jej wyjątkowość, a także należny respekt dla decyzji sumienia stanowi niewątpliwie pozytywny dorobek współczesnej kultury” [57]. Stwierdzenie to wpisuje się w linię wytyczoną już przez Sobór Watykański II, który odnotował wzrost świadomości wzniosłej godności każdej osoby, jej wartości przewyższającej wszelkie rzeczy oraz jej powszechnych i nienaruszalnych praw i obowiązków [58]. Ważne jest, by czuwać, aby ten wzrost świadomości godności człowieka nie został przesłonięty pod naciskiem nowych ideologii lub określonych, bardzo potężnych interesów obecnych w dzisiejszym świecie. Wśród tych ideologii za szczególnie podstępną uważam tę, która daje do zrozumienia, że każdy człowiek powinien zasłużyć na swoją wartość albo ją usprawiedliwić, do tego stopnia, iż większą wartość przypisuje się tym, którzy są bardziej wydajni i sprawniejsi. W takiej perspektywie osoba zostaje ostatecznie sprowadzona do środka służącego osiąganiu rezultatów, do zasobu, którym można się posłużyć i który można wyzyskiwać, i nie jest już ona uznawana za cel sam w sobie, który nigdy nie podlega instrumentalizacji. Tymczasem wartość osoby nie zależy od tego, co ona osiąga lub wytwarza, a pewne prawa przysługują każdemu już przez sam fakt bycia osobą. Żadna ludzka władza nie może ich prawomocnie odmówić ani arbitralnie ograniczać [59].
Gdy mówimy o godności, nie zawsze używamy tego słowa w tym samym znaczeniu: niekiedy mamy na myśli godność moralną, to znaczy sposób, w jaki człowiek ukierunkowuje swoje wybory i swoje działanie; innym razem myślimy o godności społecznej, a więc o warunkach życia człowieka i o konkretnym szacunku, jakim darzy go społeczeństwo; w jeszcze innych przypadkach wskazujemy na godność egzystencjalną, to znaczy na sposób, w jaki człowiek postrzega wartość samego siebie i własnego życia. Te wymiary godności mogą wzrastać albo maleć. Oprócz tych znaczeń istnieje jednak poziom głębszy i najważniejszy, którym jest godność ontologiczna. Jest to godność przysługująca każdej istocie ludzkiej po prostu z racji jej istnienia, tego, że była chciana, stworzona i umiłowana przez Boga [60]: żaden grzech, żadne niepowodzenie, żadne upokorzenie, żadne wykluczenie nie mogą naruszyć głębokiej wartości życia ludzkiego, którego On zapragnął i które powołał do istnienia [61].
Dlatego podstawowej godności każdej osoby nie nabywa się ani się na nią nie zasługuje, nie potrzebuje też ona udowadniania. Niedawna Deklaracja Dignitas infinitaprzedstawiła syntetyczne ujęcie przekonań Kościoła w tej kwestii: „Nieskończona godność, niezbywalnie związana z istotą samego bytu, przysługuje każdej osobie ludzkiej, niezależnie od jakichkolwiek okoliczności i jakiegokolwiek stanu lub sytuacji, w jakich się znajduje” [62], to znaczy zawsze i bez wyjątku. O godności tej, przysługującej każdej istocie ludzkiej, można mówić jako o nieskończonej – jak czynił to św. Jan Paweł II [63] – z dwóch racji: ponieważ nieskończona jest miłość Boga, który powołuje człowieka do przyjaźni z sobą, oraz ponieważ jest ona absolutnie bezwarunkowa, w tym sensie, że nawet gdyby szukać w nieskończoność, nigdy nie znajdzie się niczego, co mogłoby ją przekreślić albo podać w wątpliwość.
Najwyższa wartość praw człowieka
Kościół z wdzięcznością uznaje, że „dążenie do sformułowania i ogłoszenia praw człowieka jest jednym z najbardziej znaczących kroków, będących skuteczną odpowiedzią na niezbywalne wymogi ludzkiej godności” [64]. Jak zaś stwierdził św. Jan Paweł II, Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, ogłoszona przez Organizację Narodów Zjednoczonych 10 grudnia 1948 r., pozostaje po dziś dzień jednym z najwznioślejszych wyrazów ludzkiego sumienia [65]. Stanowi ona „prawdziwy słup milowy na drodze postępu moralnego ludzkości” [66]. Dlatego w perspektywie chrześcijańskiej prawa człowieka nie są czymś zewnętrznie dodanym do osoby, lecz historycznym wyrazem jej przyrodzonej godności, do której ochrony i promocji jest wezwana wspólnota międzynarodowa.
Prawa człowieka są nienaruszalne, ponieważ „są one wpisane w istotę osoby ludzkiej i jej godności” [67]. W konsekwencji są one powszechne i niezbywalne [68]. Właśnie dlatego, że są zakorzenione we wspólnej godności każdego mężczyzny i każdej kobiety, pociągają za sobą konsekwencje praktyczne i skutki prawne, ponieważ „daremne byłoby głoszenie praw, gdyby jednocześnie nie podejmowano wszelkich starań, by zapewnić należyte ich poszanowanie ze strony wszystkich, wszędzie i w stosunku do każdego” [69]. Wśród nich pierwszym prawem człowieka jest prawo do życia, od poczęcia aż do naturalnego kresu [70], bez którego niemożliwe jest korzystanie z jakiegokolwiek innego prawa. Gdy to podstawowe prawo bywa negowane, jak dzieje się to w przypadku aborcji, zabijania niewinnych osób i eutanazji, mamy do czynienia z wyborami, które Kościół uznaje za moralnie niedopuszczalne [71].
Patrząc na nasze czasy, nie możemy nie dostrzec, że ochrona praw człowieka wystawiona jest dziś na dwa szczególnie poważne zagrożenia. Pierwszym z nich jest ryzyko, że pozostaną one jedynie deklaracją formalną, podczas gdy – równolegle z postępem technologicznym – nasilają się, w sposób ukryty lub jawny, naruszenia godności ludzkiej. Drugim zaś ryzykiem, które w istocie leży u podstaw pierwszego, jest utrata zdolności rozpoznania fundamentu ich powszechności, ponieważ zaniechano „poszukiwania najbardziej solidnych podstaw stojących za naszymi wyborami, a także naszych praw” [72]. Papież Franciszek zachęcał, by nie lekceważyć tego ostatniego problemu. Przypominał, że gdy rozum stawia sobie na serio pytania o naturę ludzką, zdolny jest odkrywać wartości obowiązujące wszystkich, ponieważ z niej właśnie one wypływają. Gdyby jednak ten wysiłek poszukiwania został zaniechany, mogłoby się zdarzyć, że prawa dziś uznawane za nienaruszalne w przyszłości zostałyby zakwestionowane lub zaprzeczone przez tych, którzy dzierżą władzę, być może po uzyskaniu jedynie pozornego przyzwolenia ze strony społeczeństw zastraszanych albo manipulowanych [73].
Wraz ze wzrostem świadomości wartości każdej osoby ludzkiej i jej praw wzrosło także uznanie praw mniejszości. Jednak wciąż pozostaje długa droga do przebycia, aby na całym świecie prawa tej znacznej części społeczeństwa, którą stanowią kobiety, były rzeczywiście i wszędzie jednakowo gwarantowane. Faktem jest bowiem, że „podwójnie biedne są kobiety narażone na sytuacje wykluczenia, złego traktowania i przemocy, ponieważ często mają mniejsze możliwości obrony swoich praw” [74]. Nie wystarczy więc stwierdzać słowami, że mężczyźni i kobiety mają tę samą godność i takie same prawa; trzeba, aby znajdowało to odzwierciedlenie w konkretnych decyzjach: w prawie, w dostępie do pracy, do wykształcenia, do odpowiedzialności społecznej i politycznej, a także w sposobie, w jaki społeczeństwo słucha kobiet i docenia ich wkład. Dopóki ta przepaść będzie się utrzymywać, nie będzie można powiedzieć, że społeczeństwo naprawdę – w pełni – uznaje równą godność kobiet i mężczyzn.
Liczą się konkretne osoby, każda z nich, a także ich rodziny. Ruchy społeczne, wielkie deklaracje polityczne na rzecz ludu i ideologie wspólnotowe nie znaczą nic, jeśli ostatecznie nie prowadzą do wspierania osób – mężczyzn i kobiet – wraz z ich niezbywalnymi prawami. Podobnie nie wystarczy wychwalać wolności jednostki ani prywatnej inicjatywy, jeśli zarazem godzimy się na to, by rzesze ludzi nadal żyły bez godnej pracy, bez żadnej ochrony, bez dostępu do dóbr podstawowych.
Zasady nauki społecznej Kościoła
Zasada dobra wspólnego
Uznanie, że każda kobieta i każdy mężczyzna noszą w sobie niezbywalną godność oraz prawa, których żadna ludzka władza nie może naruszyć ani przekreślić, domaga się kształtowania sposobu, w jaki żyjemy razem, naszych wyborów ekonomicznych i politycznych oraz konkretnego oblicza naszych miast. Stąd rodzi się pierwsza wielka zasada nauki społecznej, którą pragnę przypomnieć: dobro wspólne. Możemy je określić jako społeczny kształt godności uznanej w każdym człowieku. Gdy Benedykt XVI mówił o wartościach nienegocjowalnych, których Kościół powinien zawsze bronić, zaliczył do nich również „promocję dobra wspólnego” [75]. Dla chrześcijanina bowiem wyjście z ciasnego świata własnych interesów i zaangażowanie – na miarę własnych możliwości – na rzecz dobra wspólnego jest wartością nienegocjowalną, podobnie jak obrona życia.
Sobór Watykański II stwierdził, że dobro wspólne to „suma tych warunków życia społecznego, które pozwalają bądź to grupom, bądź poszczególnym jego członkom pełniej i szybciej osiągnąć ich własną doskonałość” [76]. Ta definicja daje nam pierwszą cenną wskazówkę, ponieważ dobro wspólne nie daje się sprowadzić do zwykłego wykazu warunków czy instytucji. Nie pokrywa się ani z sumą korzyści poszczególnych osób, ani ze zbieżnością ich partykularnych interesów; jest dobrem większym, które należy do wszystkich i które można budować, pomnażać i strzec jedynie wspólnymi siłami. Można powiedzieć, że działanie społeczne osiąga swoją pełnię wtedy, gdy zmierza ku temu dobru wspólnemu, podobnie jak moralne działanie osoby znajduje swoje spełnienie w wyborze dobra prawdziwego [77].
W tym sensie możemy powiedzieć, że „całość jest czymś więcej niż część” [78]i że właśnie dlatego „sama suma korzyści indywidualnych nie jest w stanie stworzyć lepszego świata dla całej ludzkości” [79]. Iluzją jest myślenie, że wystarczy zabiegać o własny postęp, aby przyczyniać się do dobra wszystkich, bez rzeczywistej troski o innych. Taka wizja pomija właściwą i specyficzną wartość dobra wspólnego: jest ono owocem „współzależności” [80], która tworzy sieć dobra społecznego, rozprzestrzeniającą się i oddziałującą na ludzi. Dobro wspólne jest czymś więcej [wł. plus], jest wynikiem wzajemnego oddziaływania i wpływu, który łączy rozmaite działania, inicjatywy, wysiłki i decyzje. Gdyby zsumować jedynie dobra jednostkowe, nie dałoby się wyjaśnić istnienia owego „więcej”, które je przewyższa, a zarazem ubogaca.
To właśnie dążenie do dobra wspólnego daje początek ludowi, pojmowanemu nie jako zwykła suma jednostek, lecz jako żywa rzeczywistość, w której ludzie uczą się dostrzegać wzajemne powiązania i współodpowiedzialność za res publica. W tym sensie każda osoba przyczynia się do budowania swojego narodu przez „powolną i żmudną pracę, wymagającą gotowości integrowania się i nauczenia się tego, by można było stworzyć kulturę spotkania w wielokształtnej harmonii” [81]. Wspólna praca na rzecz dobra wszystkich oznacza posiadanie wspólnego projektu. Jest rzeczą oczywistą, że między różnymi osobami istnieje wiele różnic natury ideologicznej i pragmatycznej, istnieją rozbieżne interesy i częste kontrasty, nie znaczy to jednak, że niemożliwa jest droga dialogu prowadząca do wypracowania podstawy porozumienia, pozwalającego na tworzenie projektu dla wszystkich i podążania razem.
Do państwa należy zadanie zapewnienia spójności, jedności i sprawiedliwego uporządkowania społeczeństwa obywatelskiego, tak aby dobro wspólne mogło być rzeczywiście realizowane przy udziale wszystkich. Oznacza to konkretnie, że władza publiczna ma delikatny obowiązek „sprawiedliwego harmonizowania” [82]różnych wchodzących w grę interesów, poszukując równowagi między dobrami partykularnymi a dobrem wspólnym, nie pozostawiając na boku najsłabszych. Kiedy polityka rezygnuje z długofalowej wizji i sprowadza się do krótkoterminowych kalkulacji lub jałowych polaryzacji, mówienie o dobru wspólnym traci wiarygodność, a jednocześnie narastają nierówności i pęknięcia społeczne.
Dotyczy to również polityki międzynarodowej. W miarę jak rosną dystanse między narodami, torują sobie drogę logiki przeciwstawienia i agresji, a trudna droga ku światu bardziej zjednoczonemu i braterskiemu doznaje nowych i bolesnych zahamowań. W takim kontekście mówienie o wspólnej drodze ku bardziej sprawiedliwemu rozwojowi całej rodziny ludzkiej „brzmi dziś jak majaczenie” [83]. Nie możemy jednak tracić nadziei. Zachęcam wszystkich do zastanowienia się nad formami współpracy i skuteczniejszymi instytucjami międzynarodowymi, zdolnymi do strzeżenia globalnego dobra wspólnego bez zanegowania prawowitej różnorodności narodów i państw. Promowanie dobra wspólnego nie może bowiem być nigdy oddzielone od poszanowania prawa narodów do istnienia, do zachowania własnej tożsamości oraz do wnoszenia swej oryginalności do rodziny narodów [84]. Wszelka próba czy projekt unicestwienia albo podporządkowania jakiegoś narodu są czymś głęboko niemoralnym, a zatem nie do przyjęcia.
Zasada powszechnego przeznaczenia dóbr
„Wśród rozlicznych wymiarów dobra wspólnego szczególnego znaczenia nabiera zasada powszechnego przeznaczenia dóbr” [85]. Zasada ta przypomina nam przede wszystkim, że dobra ziemi – gleba, woda, powietrze, zasoby naturalne – zostały dane przez Boga całej rodzinie ludzkiej, aby podtrzymywały życie wszystkich, zarówno dzisiaj, jak i w przyszłych pokoleniach, oraz że każdej osobie przysługuje pierwotne prawo do korzystania z tych dóbr. Św. Jan Paweł II przypominał, że „Bóg dał ziemię całemu rodzajowi ludzkiemu, aby utrzymywała wszystkich jego członków, nie wykluczając ani nie wyróżniając nikogo” [86]. W konsekwencji „nie jest zgodne z planem Bożym, by rozporządzać tym darem tak, że z jego dobrodziejstw korzystaliby jedynie nieliczni” [87]. Dzisiaj jesteśmy wezwani uznać, że owo powszechne przeznaczenie obejmuje nie tylko dobra materialne, lecz także dobra niematerialne i kulturowe.
Istnieje prawo do własności prywatnej, które ma swój sens i właściwą sobie funkcję, ale zawsze pozostaje podporządkowane powszechnemu przeznaczeniu dóbr. Według św. Jana Pawła II podporządkowanie to stanowi złotą regułę życia społecznego i „pierwszą zasadę całego porządku społeczno-etycznego” [88]. Tradycja Kościoła postrzegała własność jako środek służący strzeżeniu dóbr i zarządzania nimi tak, aby mogły one lepiej służyć dobru wspólnemu. Ponieważ „tradycja chrześcijańska nigdy nie uznawała prawa do własności prywatnej za absolutne i nienaruszalne” [89], społeczna funkcja własności nie powinna być uważana za zwykłą opinię teologiczną, lecz za pewną doktrynę Kościoła, obecną już w Piśmie Świętym i u Ojców. Dlatego Papież Franciszek przypomniał, że solidarność przeżywana w całej swej głębi oznacza także „zwrócić ubogiemu to, co mu się należy” [90].
Dzisiaj do dóbr przeznaczonych powszechnie dla wszystkich musimy zaliczyć także nowe formy własności: patenty, algorytmy, platformy cyfrowe, infrastrukturę technologiczną i dane. W kontekście, w którym bogactwo narodów coraz bardziej zależy od wiedzy i technologii, gdy dobra te pozostają skupione w rękach nielicznych, bez odpowiednich form dzielenia się nimi i dostępu do nich, powstaje nowa nierównowaga, sprzeczna z powszechnym przeznaczeniem dóbr i pogłębiająca przepaść między włączonymi a wykluczonymi, między tymi, którzy mogą uczestniczyć w rewolucji cyfrowej, a tymi, którzy pozostają na jej marginesie. Ponadto troska o wspólny dom oraz odpowiedzialność wobec ubogich i przyszłych pokoleń wymagają, aby korzystanie z dóbr stworzenia i z nowych możliwości oferowanych przez technikę było regulowane w taki sposób, by szanować środowisko, unikać marnotrawstwa i nowych form grabieży.
Zasada pomocniczości
Zasada pomocniczości wyrasta z tego samego spojrzenia na osobę, które kierowało naszymi rozważaniami nad godnością i dobrem wspólnym. Skoro każda kobieta i każdy mężczyzna są powołani, by stawać się podmiotami własnego życia i uczestniczyć w budowaniu społeczeństwa, to również organizacja życia społecznego winna szanować i wspierać tę odpowiedzialność. Nauka społeczna Kościoła nazywa „pomocniczością” zasadę, zgodnie z którą to, co mogą uczynić osoby, rodziny, wspólnoty lokalne i ciała pośrednie, nie powinno być przejmowane przez instancje wyższe. Instytucje wyższego szczebla winny uznawać, chronić i wspierać wolność oraz kreatywność niższych szczebli, koordynując ich wkład tak, aby mógł on skutecznie służyć dobru wspólnemu [91].
Od początku nowożytnego Magisterium społecznego, poczynając od Leona XIII, Kościół podkreślał, że ani osoba, ani rodzina nie mogą zostać wchłonięte przez państwo, lecz – na ile to możliwe i bez szkody dla dobra wspólnego – należy pozostawić im możliwość swobodnego działania [92]. Św. Jan Paweł II podjął i pogłębił tę perspektywę, przypominając, że wspólnota polityczna pozostaje w służbie społeczeństwa obywatelskiego, a państwo winno czuwać nad dobrem wspólnym, interweniując wtedy, gdy jest to konieczne, ale nie zastępując w sposób trwały odpowiedzialności organizmów pośrednich i rzeczywistości społecznych [93]. Pomocniczość nie usprawiedliwia więc wycofania się państwa, lecz ukierunkowuje jego działanie: interwencja publiczna jest potrzebna właśnie po to, aby umożliwić wszystkim podmiotom społecznym wypełnianie ich misji bez przygniatania ich ciężarem struktur wyższych. Do wspólnoty politycznej należy tworzenie takich warunków, by osoby, rodziny, stowarzyszenia i organizmy pośrednie mogły realizować swoje społeczne powołanie, nie będąc zastępowanymi ani sprowadzanymi do roli samych wykonawców [94].
Zasada ta zachęca do przezwyciężania wszelkich form paternalistycznego czy czysto opiekuńczego zarządzania życiem społecznym, promując styl współodpowiedzialności: państwo, które dowartościowuje inicjatywę obywateli, oraz społeczeństwo obywatelskie zdolne do tworzenia więzi i uruchamiania sił służących dobru wspólnemu. Zgodnie z logiką pomocniczości decyzje podejmuje się na poziomie możliwie najbliższym osobom, których one dotyczą, dowartościowując życie stowarzyszeniowe, tak aby ludzie nie stawali wobec decyzji już podjętych, lecz mogli uczestniczyć w procesie ich kształtowania. Tam, gdzie rodziny, stowarzyszenia, wspólnoty lokalne, rzeczywistości wolontariatu i tak zwanego „trzeciego sektora” są uznawane i wspierane, życie społeczne staje się bliższe osobom, usługi bardziej uważne na rzeczywiste potrzeby, a odpowiedzi – bardziej twórcze i bardziej szanujące godność każdego człowieka [95].
Zasada pomocniczości ma szczególne znaczenie także w kontekście rewolucji cyfrowej. Tutaj wyższym szczeblem nie jest państwo, lecz każdy duży podmiot gospodarczy i technologiczny, który faktycznie wywiera wpływ na warunki życia wspólnego. Poziomem przejmującym kompetencje, dane i zdolność decydowania stają się przedsiębiorstwa i platformy, określające warunki dostępu, zasady widoczności treści, formy relacji, a nawet możliwości ekonomiczne. Pomocniczość domaga się, aby procesy te nie były narzucane z góry w sposób nieprzejrzysty i jednostronny, lecz by były ukierunkowane na dobro wspólne dzięki przejrzystości, odpowiedzialności i rzeczywistym formom uczestnictwa (takim jak niezależne audyty, przejrzystość algorytmów, sprawiedliwy dostęp do danych i środki odwoławcze) [96].
W tym kontekście państwa i instytucje ponadnarodowe są wezwane do zapewniania sprawiedliwych norm i skutecznych zabezpieczeń, aby wspólnoty lokalne, ciała pośrednie, szkoły, uniwersytety oraz rzeczywistości kościelne i stowarzyszeniowe mogły mieć głos i wnosić swój wkład w rozeznanie decyzji wpływających na życie osób: na pracę, dostęp do usług, zarządzanie danymi i środowiska cyfrowe. W decyzjach dotyczących przepływów ekonomicznych i platform cyfrowych, w zarządzaniu danymi i algorytmami nie można dopuścić do tego, by nieliczne podmioty samodzielnie wyznaczały bieg procesów; konieczne jest budowanie takich form współpracy, które uszanują różne poziomy wspólnoty światowej i uczynią je współodpowiedzialnymi za dobro wspólne [97].
Zasada solidarności
Po rozważeniu dobra wspólnego i pomocniczości pragnę zatrzymać się nad zasadą solidarności. Wyrasta ona z wizji osoby, która pochodzi z wiary: każda istota ludzka została stworzona na obraz Boga i włączona w sieć relacji wiążących ją z innymi, z narodami i z całym stworzeniem. Św. Paweł VI przypominał, że zobowiązania solidarności, sprawiedliwości i miłości zakorzenione są w ludzkim i nadprzyrodzonym braterstwie łączącym między sobą ludzi i narody [98]. Braterstwo nie jest jedynie wewnętrznym pragnieniem wierzącego, lecz społeczną i polityczną formą życia, która winna znaleźć wyraz we wspólnych wyborach i drogach działania. Solidarność jest zatem konkretnym uznaniem, że los każdego z nas związany jest z losem wszystkich: naprawdę „nikt nie ocala się sam” [99]. W ten sposób oczywisty staje się ścisły związek między pomocniczością a solidarnością. Gdy pomocniczości nie towarzyszy solidarność, łatwo przekształca się ona w zwykłą ochronę partykularnych interesów; gdy zaś solidarność nie jest wsparta pomocniczością, ulega wynaturzeniu, przeradzając się w opiekuńczość, która nie sprzyja odpowiedzialności [100]. To powiązanie odsyła również do odpowiedzialności za autentyczne uczestnictwo: solidarność wyraża się wtedy, gdy każdy – osobiście i razem z innymi – bierze udział w życiu wspólnoty, zdobywa potrzebne informacje, zrzesza się, zabiera głos, przyczynia się do podejmowania decyzji i działań publicznych – przyjmując rzeczywistą odpowiedzialność za to, by dobro wspólne przekładało się na podejmowane wspólnie wybory.
W wielu obszarach doświadczamy już pewnego rodzaju „solidarności faktycznej”: nasze losy są ze sobą ściśle powiązane, ekonomia i środki komunikacji sprawiają, że to, co dzieje się w jednym miejscu, ma dalekosiężne skutki, a sieci cyfrowe łączą w czasie rzeczywistym osoby i wspólnoty z każdego zakątka świata. Ta struktura relacji nie jest jednak jeszcze solidarnością w pełnym znaczeniu, jeśli nie staje się świadomym wyborem. Wiara zachęca nas, aby odczytywać tę rzeczywistość jako wezwanie: nie jesteśmy jedynie po prostu blisko siebie, lecz zostaliśmy sobie wzajemnie powierzeni, aby każdy – na miarę swoich możliwości – brał na siebie życie i rany brata oraz siostry. Solidarność rodzi się właśnie wtedy, gdy decydujemy się nie pozostawać obojętnymi wobec tego, co spotyka naszego bliźniego, i gdy przekształcamy nieodzowne więzi – ekonomiczne, kulturowe, technologiczne – w drogi dzielenia się, współpracy i wzajemnej troski, ucząc się „mówienia i działania w kategoriach wspólnoty” [101].
Magisterium społeczne podkreślało, że solidarność jest zarazem zasadą i cnotą. Jako zasada wyraża ona obiektywny porządek relacji między osobami, grupami i narodami oraz odsyła do świadomości współzależności, zgodnie z którą dobro każdego łączy się z dobrem innych. Jako cnota wymaga natomiast „mocnej i trwałej woli angażowania się na rzecz dobra wspólnego” [102], ze szczególną uwagą poświęconą najsłabszym. Papież Franciszek przypomniał, że solidarność jest „sposobem kształtowania historii” [103], który buduje ludy, a nie zwykłe masy jednostek. Dlatego zakłada ona style życia nacechowane umiarem i dzieleniem się, zdolność rezygnacji z doraźnych korzyści, aby otworzyć innym nowe perspektywy na przyszłość, a także gotowość do podawania w wątpliwość przyzwyczajeń i przywilejów – również tych związanych z konsumpcją cyfrową i używaniem technologii – kiedy uniemożliwiają one innym życie z godnością.
W świecie naznaczonym coraz ściślejszymi relacjami między osobami, wspólnotami i narodami solidarność przyjmuje również wymiar globalny. Benedykt XVI dobitnie przypominał o związku między rozwojem, sprawiedliwością i odpowiedzialnością wobec przyszłych pokoleń, przypominając, że autentyczny rozwój domaga się solidarności międzypokoleniowej [104]oraz dbałości o więzi łączące nas ze środowiskiem naturalnym. Dzisiaj odpowiedzialność ta rozciąga się także na infrastrukturę cyfrową i informacyjną: podobnie jak środowisko naturalne, również „ekosystem cyfrowy” może być chroniony albo eksploatowany, współdzielony albo monopolizowany. Solidarność domaga się, by decyzje dotyczące danych, algorytmów, platform i sztucznej inteligencji brały pod uwagę nie tylko doraźną korzyść nielicznych, lecz także wpływ na całość narodów i na przyszłe pokolenia.
Zasada sprawiedliwości społecznej
Dla wspólnoty chrześcijańskiej sprawiedliwość społeczna jest konkretną formą naśladowania Jezusa i wierności Jego Ewangelii. W Nowym Testamencie Jezus głosi „dobrą nowinę ubogim” ( Łk4, 18) i utożsamia się z małymi, chorymi, więźniami i cudzoziemcami (por. Mt 25, 31-46). Tym samym uczy nas, że sprawiedliwość rodzi się i realizuje w braterstwie, ponieważ sposób, w jaki podchodzimy do najmniejszych i odnosimy się do nich, staje się konkretną miarą naszej relacji z Bogiem i z braćmi. Sprawiedliwość nie dotyczy jednak jedynie postępowania poszczególnych osób, lecz także sposobu, w jaki pomyślane i urządzone są struktury współżycia społecznego. Sobór Watykański II przypomina w tym kontekście, że każda instytucja jest wezwana do służby osobie ludzkiej i jej godności [105]. Sprawiedliwość społeczną rozpoznaje się zatem po tym, czy dany porządek społeczny, gospodarczy i polityczny pozwala wszystkim – a w szczególności najsłabszym – żyć prawdziwie po ludzku, tak by nikt nie został pominięty.
Najnowsze Magisterium podkreślało, że sprawiedliwość społeczna wymaga spojrzenia rozpoczynającego się od owych ostatnich. Św. Jan Paweł II mówił o opcji preferencyjnej na rzecz ubogich [106], która winna kształtować wybory osobiste i społeczne, podczas gdy Papież Franciszek piętnował „kulturę «odrzucenia»” [107], rodzącą coraz to nowe formy wykluczenia. W tej perspektywie sprawiedliwość społeczna domaga się patrzenia na osoby i narody, wychodząc od tych, którzy są najbardziej bezbronni: od ubogich, migrantów, uchodźców, od osób przesiedlonych w obrębie własnego kraju, ofiar przemocy, osób żyjących na peryferiach miejskich i egzystencjalnych.
Pojęcie „sprawiedliwości społecznej” pomaga uznać, że niesprawiedliwości nie rodzą się wyłącznie z błędnych decyzji poszczególnych osób, lecz również ze struktur, mechanizmów oraz układów ekonomicznych i kulturowych, które niemal automatycznie powodują nierówność. Św. Jan Paweł II mówił w tym sensie o strukturach grzechu [108], które sprzeciwiają się woli Bożej i domagają się zaangażowania na rzecz nawrócenia osobistego i społecznego. W tej perspektywie sprawiedliwość nie odnosi się wyłącznie do bardziej sprawiedliwego podziału dóbr czy do korygowania istniejących niesprawiedliwości, lecz nabiera także wymiaru naprawczego. Zmierza ona do odbudowy zerwanych więzi i do ponownego włączenia tych, którzy zostali wykluczeni, biorąc pod uwagę rany pozostawione przez niesprawiedliwości – wojny, kolonializm, dyskryminację rasową lub płciową, przemoc wobec całych narodów oraz wyzysk. Może to oznaczać przywracanie godności i głosu tym, którzy byli ignorowani, wspieranie procesów uzdrowienia pamięci zbiorowej, przeciwstawianie się dyskryminującym prawom i praktykom, a także konkretne wspieranie tych, którzy do dziś ponoszą skutki doznanych w przeszłości krzywd.
W dzisiejszych czasach sprawiedliwość społeczna musi mierzyć się także ze środowiskiem kształtowanym przez technologie cyfrowe. Rozpowszechnianie globalnych sieci, platform i systemów sztucznej inteligencji zmienia sposób pozyskiwania informacji, komunikowania się i uzyskiwania dostępu do usług. Sprawiedliwość domaga się, by nie dopuszczać do powstawania nowych form wykluczania i pozbawiania wolności: osób i narodów, którym odmawia się lub ogranicza dostęp do podstawowych technologii, społeczności narażonych na inwazyjną inwigilację, grup społecznych krzywdzonych przez nieprzejrzyste algorytmy, powielające uprzedzenia i dyskryminację. Sprawiedliwy porządek społeczny w epoce cyfrowej to taki, który gwarantuje wszystkim równy dostęp do możliwości, chroni najmniejszych i najsłabszych, przeciwstawia się nienawiści i dezinformacji, poddaje publicznej kontroli korzystanie z danych i technologii, tak aby kryterium nie był wyłącznie zysk, lecz godność każdej osoby i dobro narodów.
Jednym z decydujących sprawdzianów sprawiedliwości społecznej pozostaje dziś sytuacja migrantów, uchodźców i wszystkich tych, którzy zmuszeni są do przemieszczania się z powodu biedy, przemocy, zmian klimatycznych i katastrof środowiskowych. Sposób, w jaki społeczeństwo ich traktuje, pokazuje, czy jego rozumienie sprawiedliwości opiera się na strachu czy też braterstwie. Papież Franciszek zachęcał, by dostrzegać w migrantach nie tylko problem do rozwiązania, lecz „żywy obraz Ludu Bożego w drodze” [109]; osób obdarzonych godnością, zasobami i marzeniami, które mają prawo do bycia traktowanymi z szacunkiem i proszą o możność stania się czynną częścią społeczeństw, które je przyjmują. Sprawiedliwość społeczna w tej dziedzinie zakłada co najmniej dwa wzajemnie dopełniające się zobowiązania. Z jednej strony, strzec prawa do nadziei tych, którzy są zmuszeni do wyjazdu, zapewniając im drogi bezpieczne i legalne, godne warunki przyjęcia oraz rzeczywiste ścieżki integracji. Z drugiej zaś, wspierać także prawo do pozostania na własnej ziemi w pokoju i bezpieczeństwie, stawiając czoła głębokim przyczynom, które zmuszają do migracji, także tym związanym z niesprawiedliwościami gospodarczymi i kryzysem klimatycznym. Gdy prawa te są szanowane, migracje mogą stać się okazją do spotkania i wzajemnego ubogacenia narodów.
Integralny rozwój człowieka
W Encyklice Populorum progressiośw. Paweł VI stwierdza, że rozwój jest autentyczny jedynie wówczas, gdy jest „integralny”, to znaczy „przyczynia się do rozwoju każdego człowieka i całego człowieka” [110]. W następnych dziesięcioleciach nauka społeczna Kościoła podejmowała i pogłębiała to wyrażenie, aby wskazać konkretny sposób, w jaki te wielkie zasady – godność, dobro wspólne, powszechne przeznaczenie dóbr, pomocniczość, solidarność i sprawiedliwość społeczna – urzeczywistniają się w historii. Przez „integralny rozwój człowieka” rozumiemy proces, w którym wzrost osób i narodów obejmuje wszystkie wymiary egzystencji oraz otwiera przyszłość również dla przyszłych pokoleń.
Rozwój, zarówno osób, jak i narodów, jest zadaniem i zarazem prawem: domaga się on minimalnych warunków, które umożliwią każdej osobie i każdemu narodowi dojrzewanie zgodnie z własną godnością, bez utrzymywania ich w zależności i bez wykluczania z dostępu do niezbędnych dóbr. Rozwój jest ludzki, gdy stawia w centrum osoby, a nie gromadzenie dóbr, a także gdy dotyczy również narodów, a nie jedynie jednostek. Sprawiedliwość wymaga uznania praw społecznych i praw narodów oraz obejmuje odpowiedzialność wobec tych, którzy przyjdą po nas. Nie jest zatem ludzki taki rozwój, który pomnaża konsumpcję niektórych, przerzucając koszty i rany na innych, albo który spycha całe regiony do ról podporządkowanych, nie pozwalając im rozwinąć własnego potencjału [111]. Rozwój jest integralny wtedy, gdy nie ogranicza się do sfery ekonomicznej, lecz promuje jakość życia w jego wymiarze duchowym, kulturowym, moralnym i relacyjnym, z poszanowaniem wspólnego domu, różnorodności narodów oraz ich sposobów życia [112].
Idea integralnego rozwoju człowieka znajduje dziś decydujące kryterium weryfikacji w ekologii integralnej, która stała się nieodzownym wymiarem nauki społecznej Kościoła. Jakość rozwoju mierzy się bowiem jego zdolnością do łączenia – bez ich rozdzielania – sprawiedliwości wobec osób i troski o wspólny dom, sprzyjając godnym warunkom życia, dostępowi do niezbędnych dóbr, sprawiedliwym relacjom społecznym, trosce o stworzenie oraz zważaniu na przyszłe pokolenia. Wynika stąd, że nie jest prawdziwym postępem to, co zwiększa dobrobyt jednych kosztem degradacji ekosystemów, przerzucając koszty na wspólnoty najbardziej bezbronne albo pogarszając warunki życia tych, którzy przyjdą po nas.
Tak rozumiany integralny rozwój człowieka stanowi horyzont, w ramach którego należy odczytywać przemiany naszych czasów, również te związane z rewolucją cyfrową. Innowacje technologiczne – w tym sztuczna inteligencja – nie są neutralne: mogą poszerzać uczestnictwo i sprawiedliwość, ale mogą też pogłębiać nierówności, kontrolę i wykluczenie. Dlatego należy je oceniać w świetle pytania zasadniczego: czy rzeczywiście przyczyniają się do wzrastania osób i narodów w człowieczeństwie i braterstwie, z poszanowaniem wspólnego domu i przyszłych pokoleń? Właśnie tutaj zasady nauki społecznej stają się konkretnymi kryteriami rozeznawania w dziedzinach, które podejmiemy w kolejnych rozdziałach.
Sprawdzian dla Kościoła
Na zakończenie pragnę poruszyć kwestię szczególnie mi bliską. Nauka społeczna Kościoła nie jest jedynie słowem skierowanym do społeczeństwa: jest ona także rachunkiem sumienia dla Kościoła – domu i szkoły komunii, zawsze wezwanego do sprawdzania, czy zasady przedstawione w tym rozdziale są urzeczywistniane przede wszystkim w jego własnym wnętrzu. W kontekście eklezjalnym dobro wspólne przybiera postać synodalnego stylu dla misji w służbie Królestwa. Kościół jest bowiem „wspólnotowym i historycznym podmiotem synodalności i misji” [113]. Domaga się to troski o sposób podejmowania decyzji i sprawowania odpowiedzialności. Dokument końcowySynodu pośród praktyk decydujących o przemianie misyjnej wymienia kulturę przejrzystości, rozliczalności i oceny [114].
W tej perspektywie pomocniczość staje się kryterium rządzenia i życia duszpasterskiego, które uznaje i wspiera odpowiedzialność wiernych oraz kościelnych ciał pośrednich, dowartościowuje charyzmaty i kompetencje, a zarazem pozwala unikać wszelkiego paternalizmu, który tłumi ewangeliczną wolność. W praktyce udział ochrzczonych w procesach decyzyjnych oraz ich współodpowiedzialność za misję dokonują się za pośrednictwem rzeczywistych, a nie jedynie nominalnych organów uczestnictwa [115].
Solidarność w życiu wspólnoty chrześcijańskiej ma swoje źródło w misterium Chrystusa i karmi się Eucharystią. Rodzi się ona z komunii w wierze i w sakramentach: chrzest i bierzmowanie jednoczą nas w Chrystusie, abyśmy byli jednym ciałem i jednym duchem, jednym sercem i jedną duszą (por. Ef4, 4; Dz 4, 32). Eucharystia – sakrament jedności – umacnia naszą przynależność do Ciała Chrystusa i wychowuje nas do dzielenia się. Różne wrażliwości obecne w Kościele, mocne przekonania ożywiające każdego z nas są bogactwem, o ile pozostają zakorzenione w pewności, że jedność jest darem otrzymanym i zarazem zadaniem, które trzeba podjąć.
Żyć sprawiedliwością w Kościele znaczy oczyszczać relacje i struktury kościelne z tych wypaczeń, które powodują nierówności, nieprzejrzystości i nadużycia. W tym względzie słuchanie ofiar wykorzystania duchowego, ekonomicznego, instytucjonalnego, seksualnego, nadużyć władzy i sumienia stanowi integrującą część drogi sprawiedliwości, obejmującej uznanie wyrządzonej szkody, sprawiedliwe zadośćuczynienie oraz prewencję. Każda władza służy komunii i misji. Każdy urząd jest w służbie Ludu Bożego. Ta diakonia wyraża się nie tylko w wierze celebrowanej i przeżywanej w sakramentach oraz w przyswajaniu stylu synodalnego, lecz także w konkretnym dzieleniu się dobrami: na wzór Kościoła pierwotnego zasoby kościelne winny rzeczywiście stawać się wspólne, aby nikt pośród nas nie cierpiał niedostatku (por. Dz4, 34) i aby zarządzanie nimi wspierało misję głoszenia Ewangelii najuboższym. Należy promować regularne formy oceny sposobu sprawowania odpowiedzialności ministerialnej, które nie byłyby sądem nad osobami, ale narzędziami uczenia się i korygowania ukierunkowanymi na misję [116]. W takiej mierze, w jakiej jesteśmy otwarci na działanie Ducha Świętego, te zasady nauki społecznej urzeczywistnią się w życiu eklezjalnym. W ten sposób Kościół jest zdolny dać społeczeństwu wiarygodny znak tego, że wspólne dążenie do dobra wszystkich – we współodpowiedzialności i braterstwie – nie jest utopią, lecz realną możliwością [117].
ROZDZIAŁ III
TECHNIKA I PANOWANIE. WIELKOŚĆ OSOBY LUDZKIEJ WOBEC OBIETNIC SZTUCZNEJ INTELIGENCJI
Po przypomnieniu zasad, które rzucają światło na naukę społeczną Kościoła, pragnę teraz skierować spojrzenie ku niektórym wyzwaniom, dotykającym szczególnie naszego sposobu przeżywania obecnego czasu. Biblijnym obrazem, który towarzyszy tym stronom, jest obraz budowli: z jednej strony wieża Babel, gdzie wspólne dzieło kierowane jest zamysłem panowania, który ostatecznie prowadzi do dehumanizacji (por. Rdz11, 1-9); z drugiej zaś ruiny Jerozolimy, odbudowywane kawałek po kawałku pod przewodnictwem Nehemiasza jako dzieło wspólnej odpowiedzialności (por. Ne 2-6). Jesteśmy wezwani, by postawić sobie pytanie o wielki plac budowy naszej epoki: co właściwie wznosimy? Podczas gdy rozwój technologiczny szybko zmienia języki, relacje, instytucje i formy władzy, my – wierzący, możemy i powinniśmy wybrać, nad jakim projektem i w jakim duchu chcemy pracować, aby otaczać troską i doceniać wspaniałe człowieczeństwo, które zostało nam dane w darze. Nie chodzi o wybór dotyczący naszej przyszłości, lecz naszego teraźniejszego życia, ponieważ sztuczna inteligencja i inne nowe technologie już teraz należą do naszej codzienności.
Towarzyszy mi przekonanie, że konkretny sposób przeżywania relacji społecznych w świetle Ewangelii nie jest ustalony raz na zawsze, lecz pozostaje zadaniem powierzanym wspólnocie chrześcijańskiej z pokolenia na pokolenie. Pod przewodnictwem Ducha Świętego Kościół pozwala się oświecać Słowu, aby odczytywać znaki czasu i z twórczą odwagą poszukiwać nowych dróg, dzięki którym relacje między osobami i narodami stawałyby się coraz bardziej zgodne z wymogami Królestwa Bożego [118]. Dlatego zachęcam wszystkich, a w sposób szczególny wiernych świeckich, aby nie bali się konfrontować z rzeczywistością, by umieli wzajemnie się słuchać i z mocą podejmowali własną odpowiedzialność za budowanie społeczeństwa bardziej ludzkiego i braterskiego.
Paradygmat technokratyczny i władza cyfrowa
W Encyklice Laudato si’Papież Franciszek piętnował rosnącą dominację paradygmatu technokratycznego [119] w zglobalizowanym świecie: tendencję do tego, by logika efektywności, kontroli i zysku sama rządziła wyborami osobistymi, społecznymi i gospodarczymi. Tym samym jeszcze wyraźniej widać, że technika nie jest zwykłym narzędziem i że – gdy staje się kryterium – ostatecznie sama decyduje o tym, co ma znaczenie, a co może zostać odrzucone, sprowadzając stworzenie do przedmiotu eksploatacji, a osoby do trybików systemu, który ma być coraz bardziej wydajny.
Paradygmat ten szybko rozszerzył się w ostatnich latach, również wskutek rozpowszechniania sztucznej inteligencji, nauk kognitywnych, nanotechnologii, robotyki i biotechnologii. Same w sobie innowacje te mogą stać się wielką pomocą dla integralnego rozwoju człowieka i troski o wspólny dom. Jednak właśnie ze względu na swoją moc mogą pełnić funkcję akceleratora paradygmatu technokratycznego i dlatego potrzebują nowych ram duchowych, etycznych i politycznych. To, co potężniejsze, niekoniecznie znaczy lepsze. W tym sensie aktualne pozostają słowa Romana Guardiniego: „Człowiek nowoczesny nie został wychowany tak, aby umiał się posługiwać swą mocą właściwie” [120].
Niebezpieczeństwo, że ludzkość stanie się ofiarą własnych zdobyczy, zostało już z wielką jasnością dostrzeżone przez św. Pawła VI, gdy przestrzegał, że „najbardziej niezwykłe postępy naukowe, najbardziej niesamowite osiągnięcia techniczne, najcudowniejszy rozwój gospodarczy, jeśli nie łączą się z autentycznym postępem społecznym i moralnym, w ostatecznym rachunku zwracają się przeciw człowiekowi” [121]. Dlatego postęp techniczny – sam w sobie cenny – domaga się rozeznania co do antropologicznej wizji, która nim kieruje, oraz celów, do których zmierza. Jeżeli rozwój technologiczny dokonuje się bez odpowiedniego dojrzewania etycznego i społecznego, może się zdarzyć, że środki będą się mnożyć, natomiast nie będzie w tej samej mierze wzrastać człowieczeństwo: „ma się więcej”, ale nie „jest się bardziej”, a osoba ryzykuje, że będzie oceniana przede wszystkim na podstawie osiągów, jakie jest w stanie zagwarantować [122].
Trzeba tu uznać fakt decydujący, do którego już wcześniej nawiązałem: w wielu przypadkach w kontekście cyfrowym kontrola nad platformami, infrastrukturami, danymi i mocą obliczeniową nie należy do państw, lecz do wielkich podmiotów gospodarczych i technologicznych, które de factoustalają warunki dostępu, zasady widoczności treści, a nawet same możliwości uczestnictwa. Kiedy władza o takim zasięgu koncentruje się w nielicznych rękach, ma tendencję do stawania się nieprzejrzystą i wymykania się kontroli publicznej, a zarazem wzrasta ryzyko wypaczonego rozwoju, który rodzi nowe zależności, wykluczenia, manipulacje i nierówności.
W obliczu tej koncentracji władzy w świecie cyfrowym wielkie zasady nauki społecznej: zasada niezbywalnej godności osoby, dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, solidarności i sprawiedliwości społecznej, stają się kryteriami oceny i rozeznawania nowej sytuacji. Domagają się one sprawdzenia, czy władza infrastruktur cyfrowych i algorytmów rzeczywiście sprzyja uczestnictwu i odpowiedzialności, chroni najsłabszych, zapewnia sprawiedliwy dostęp do możliwości i pozostaje podporządkowana dobru wszystkich. Wychodząc od tych przesłanek, możemy teraz rozważyć bliżej, czym jest sztuczna inteligencja, jakie możliwości otwiera i jakie ryzyka niesie ze sobą.
Sztuczna inteligencja
Nie jest moją intencją, by w tym miejscu przedstawiać wykład na temat sztucznej inteligencji ani przytaczać bibliografię, dziś już bardzo obszerną; istnieją już bowiem autorytatywne opracowania, także w środowisku kościelnym, do których można się odwołać [123]. Ograniczę się do przypomnienia kilku elementów istotnych dla rozeznania moralnego i społecznego, które otaczają troską prymat osoby, tak aby to zawsze inteligencja ludzka – wraz ze swoim sumieniem i swoją wolnością – kierowała innowacjami technicznymi oraz odpowiedzialnie określała ich zastosowanie i granice.
Wypada poprzedzić te rozważania dwiema uwagami. Po pierwsze, istnieje ryzyko, że wszelkie tezy dotyczące AI mogą się w krótkim czasie zdezaktualizować ze względu na zdumiewające tempo rozwoju tych systemów. Po drugie, wszyscy – także ci, którzy je projektują – niewiele wiemy o ich rzeczywistym funkcjonowaniu. Współczesne systemy sztucznej inteligencji są bowiem bardziej „hodowane” niż „konstruowane”: twórcy nie projektują bezpośrednio każdego ich szczegółu, lecz tworzą architekturę, na której AI „się rozwija”. W konsekwencji podstawowe aspekty naukowe – takie jak wewnętrzne reprezentacje i procesy obliczeniowe tych systemów – pozostają obecnie nieznane. Tym pilniej ujawnia się potrzeba podjęcia podwójnego wysiłku: z jednej strony pogłębiania badań naukowych, z drugiej – praktykowania rozeznawania moralnego i duchowego.
Nie jest możliwe podanie jednej, jednoznacznej i wyczerpującej definicji AI. Możemy jednak stwierdzić, że należy unikać błędnego utożsamiania tej „inteligencji” z inteligencją ludzką. Systemy te naśladują niektóre funkcje ludzkiej inteligencji.Czyniąc to, często przewyższają ją szybkością i zakresem obliczeń, oferując konkretne korzyści w licznych dziedzinach. Niemniej jednak ta moc pozostaje związana wyłącznie z przetwarzaniem danych: tak zwane systemy sztucznej inteligencji nie przeżywają doświadczenia, nie posiadają ciała, nie odczuwają radości i bólu, nie dojrzewają w relacji, nie znają od wewnątrz tego, co znaczą miłość, praca, przyjaźń i odpowiedzialność. Nie mają również świadomości moralnej: nie oceniają dobra i zła, nie ujmują ostatecznego sensu sytuacji, nie biorą na siebie ciężaru konsekwencji. Mogą naśladować języki, zachowania i oceny, mogą symulować empatię albo zrozumienie, ale nie rozumieją tego, co wytwarzają, ponieważ nie żyją w sferze afektywnej, relacyjnej i duchowej, w których człowiek staje się mądry.Także wtedy, gdy narzędzia te przedstawiane są jako zdolne do „uczenia się”, ich sposób działania różni się od sposobu właściwego osobie ludzkiej. Nie jest to doświadczenie kogoś, kto pozwala kształtować się życiu i wzrasta w czasie poprzez dokonywanie wyborów, popełnianie błędów, przebaczanie i wierność; jest to raczej statystyczne dostosowanie na podstawie danych i informacji zwrotnych, które może być bardzo skuteczne, ale nie oznacza wewnętrznego wzrostu.
Cenne wsparcie wymagające uwagi
W świetle tego, co zostało powiedziane, możemy lepiej zrozumieć, dlaczego AI może być cenną pomocą, a zarazem wymagać podejścia trzeźwego i czujnego. W ostatnich latach jej prywatne wykorzystanie znacznie wzrosło i z wielu stron podejmuje się refleksję nad możliwościami i zagrożeniami związanymi z jej szybkim upowszechnieniem. W przypadku użycia osobistego należy zwrócić szczególną uwagę na trzy aspekty: łatwość uzyskania wyniku, wrażenie obiektywności oraz symulację komunikacji ludzkiej. Szybkość i prostota, z jakimi można uzyskać wskazówki, złożone opracowania, treści medialne oraz formy konkretnej pomocy upraszczają nasze życie, mogą jednak także przyzwyczajać nas do zbyt daleko idącego delegowania zadań i do szukania gotowych odpowiedzi, osłabiając osobisty osąd i kreatywność. Wrażenie obiektywności, jakie mogą wywoływać odpowiedzi i propozycje tych systemów, niesie ryzyko, że zapomnimy, iż odzwierciedlają one parametry kulturowe tych, którzy je zaprojektowali i wytrenowali, ze wszystkimi ich zaletami i wadami. Sztuczne naśladowanie pozytywnej komunikacji ludzkiej – słów rady, empatii, przyjaźni, miłości – może być satysfakcjonujące, a nawet użyteczne, ale niewystarczająco świadomych użytkowników może wprowadzać w błąd i stwarzać złudzenie, że pozostają oni w relacji z autentycznym podmiotem osobowym. Gdy słowo jest symulowane, nie buduje relacji, lecz jedynie jej pozór. Sztuczne naśladowanie relacji opiekuńczej lub towarzyszenia może stać się niebezpieczne, gdy wkrada się w kontekst ubogi w realne relacje i uczucia: wówczas istnieje ryzyko nie tylko tego, że jakaś osoba uwierzy, iż rozmawia z inną osobą, lecz tego, że utraci samo pragnienie rzeczywistego szukania drugiego człowieka.
Poszerzając spojrzenie na zastosowanie AI w naszych społeczeństwach, stwierdzamy, że jest ona już obecna w procesach decyzyjnych we wszystkich dziedzinach i na różnych poziomach: w komunikacji, zarządzaniu i kontroli. Korzyści w zakresie efektywności oraz potencjał poprawy niektórych usług są oczywiste; jednak szybkie i bezkrytyczne wdrażanie naraża nas na różne ryzyka, w tym także na ryzyko niedocenienia jej wpływu na środowisko. Obecne systemy AI wymagają wielkich ilości energii i wody, w sposób znaczący wpływają na emisję dwutlenku węgla i intensywnie zużywają zasoby. Wraz ze wzrostem złożoności, zwłaszcza w przypadku wielkich modeli językowych, rosną także potrzeby w zakresie mocy obliczeniowej i zdolności przechowywania danych, opierające się na całym zespole maszyn, przewodów, centrów danych i energochłonnej infrastruktury. Dlatego niezbędne jest rozwijanie bardziej zrównoważonych rozwiązań technologicznych w celu zmniejszenia wpływu na środowisko i ochrony naszego wspólnego domu [124].
Odpowiedzialność, przejrzystość i zarządzanie sztuczną inteligencją
Korzystanie z AI nigdy nie jest faktem czysto technicznym: kiedy wkracza ona w procesy oddziałujące na życie ludzi, dotyka praw, szans, reputacji i wolności. Delikatne decyzje dotyczące pracy, kredytu, dostępu do usług i reputacji osób mogą zostać powierzone całkowicie systemom zautomatyzowanym, które nie znają „współczucia, miłosierdzia, przebaczenia, a nade wszystko otwartości na nadzieję przemiany osoby” [125]i w ten sposób mogą rodzić nowe formy wykluczenia. Mogą istnieć zastosowania w oczywisty sposób antyludzkie, jak manipulowanie informacją czy naruszanie prywatności, ale może istnieć także pułapka mniej jawna, gdy systemy AI, przedstawiając się jako neutralne i obiektywne, odzwierciedlają i umacniają stereotypy lub stanowiska ideologiczne tych, którzy je zaprojektowali i wytrenowali.
Powierzyć w praktyce algorytmowi władzę rozstrzygania o tym, kto zasługuje, a kto nie, bez tego, by ktokolwiek brał już na siebie ciężar decyzji, znaczy powierzyć mu zadanie ponownego wyznaczania granic ludzkich możliwości. Tym, czego w tym procesie brakuje, nie jest tylko empatia wobec wykluczonego, którą można sztucznie naśladować, lecz odpowiedzialność polityczna, ponieważ odrzucenie słabych zostaje przyobleczone w pozór neutralności i obiektywności, wobec których nie sposób protestować. Tym samym niesprawiedliwość staje się milcząca, a współczucie, miłosierdzie i przebaczenie – nie jako zwykły pozór, lecz jako gesty polityczne – znikają z horyzontu.
Z tego wynika prosta, ale zobowiązująca konsekwencja: nie możemy uważać AI za moralnie neutralną. W rzeczywistości każde urządzenie techniczne niesie z sobą wybory i priorytety: to, co mierzy, to, co ignoruje, to, co optymalizuje, a także sposób, w jaki klasyfikuje osoby i sytuacje. Jeśli jakiś system zostaje pomyślany lub wykorzystywany w taki sposób, że traktuje niektóre życia jako mniej godne albo wyklucza je bez możliwości odwołania, nie jest on zwykłym narzędziem, „którego należy dobrze używać”: wprowadza już kryterium sprzeczne z niezbywalną godnością osoby. Dlatego rozeznawanie etyczne nie może ograniczać się do pytania, czy używamy danego systemu do celu dobrego czy złego, lecz musi także pytać, jak został on zaprojektowany i jaka wizja osoby oraz społeczeństwa została wpisana w dane i modele, które nim kierują [126].
Aby AI szanowała godność ludzką i rzeczywiście służyła dobru wspólnemu, konieczne jest, by odpowiedzialność była jasno określona na wszystkich etapach: od tych, którzy projektują i trenują systemy, aż po tych, którzy z nich korzystają, oraz tych, którzy decydują o powierzeniu im konkretnych rozstrzygnięć. W wielu przypadkach jednak wewnętrzne procesy prowadzące do danego wyniku mogą pozostawać mało przejrzyste, a to utrudnia przypisanie odpowiedzialności i korygowanie błędów. Właśnie tutaj decydującego znaczenia nabiera to, co nazywamy accountability– możliwość ustalenia, kto ma „zdać sprawę” z decyzji, uzasadnić je, poddać kontroli, a gdy to konieczne – zakwestionować je i naprawić szkody, które z nich wynikają [127].
Domagać się roztropności, wnikliwej weryfikacji, a niekiedy nawet spowolnienia we wdrażaniu sztucznej inteligencji nie znaczy być przeciwnikiem postępu, lecz wyrażać odpowiedzialną troskę o rodzinę ludzką. Wymóg ten jest tym pilniejszy, że często istnieje brak równowagi między szybkością rozwoju technologicznego a tempem, w jakim dojrzewają świadomość, normy, mechanizmy kontroli i instytucje zdolne zarządzać jego skutkami. Nie wystarczy ogólnikowo odwoływać się do etyki: potrzebne są odpowiednie ramy prawne, niezależny nadzór, edukacja użytkowników oraz polityka, która nie wyrzeka się własnego zadania. W przeciwnym razie zmiana będzie zarządzana wyłącznie przez logikę technokratyczną i przedstawiana jako konieczna oraz nieuchronna, kończąc się narzucaniem reguł dyktowanych przez tych, którzy posiadają dane, infrastrukturę i zdolności obliczeniowe.
Nie możemy ograniczać się do postulowania moralizacji maszyny, tak zwanego „dostosowania” (alignment) AI do wartości ludzkich, nie mając odwagi postawić jeszcze jednego warunku: możliwości dyskutowania o kodeksie etycznym, który ma zostać zastosowany, poddając go kryteriom wspólnie podzielanej sprawiedliwości społecznej. W przeciwnym razie ci, którzy kontrolują AI, narzucą własną wizję moralną, która stanie się niewidzialną infrastrukturą systemów. Nie wystarczy, by AI była bardziej moralna, jeśli o tej moralności decydują nieliczni. Potrzeba polityki bardziej obecnej, zdolnej spowalniać tam, gdzie wszystko przyspiesza, i chronić przestrzenie, w których wspólnoty mogą nadal uczestniczyć i stawiać pytania.
Istotnie, jak bywa w przypadku każdego wielkiego przełomu technologicznego, AI skłonna jest pomnażać przede wszystkim władzę tych, którzy już dysponują zasobami ekonomicznymi, kompetencjami i dostępem do danych. W świetle dobra wspólnego i powszechnego przeznaczenia dóbr zjawisko to budzi poważny niepokój: małe, lecz bardzo wpływowe grupy mogą ukierunkowywać informację i konsumpcję, warunkować procesy demokratyczne i oddziaływać na dynamikę gospodarczą dla własnej korzyści, wbrew sprawiedliwości społecznej i solidarności między narodami. Dlatego niezbędne jest, by korzystaniu z AI – zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy ona dóbr publicznych i praw podstawowych – towarzyszyły jasne kryteria i skuteczne mechanizmy kontroli, inspirowane uczestnictwem i zasadą pomocniczości: wspólnoty i ciała pośrednie nie mogą zostać zredukowane do roli odbiorców decyzji podjętych gdzie indziej, lecz muszą móc wnosić swój wkład w rozeznawanie i nadzór. Ponadto własność danych nie może być powierzona wyłącznie podmiotom prywatnym, lecz musi zostać poddana regulacjom. Dane są owocem wkładu wielu osób i nie mogą być sprzedawane ani powierzane nielicznym. Potrzebna jest kreatywność zdolna zarządzać nimi jako jednym z dóbr wspólnych lub zbiorowych, w logice współdzielenia, jak sugerował już św. Jan Paweł II w odniesieniu do dóbr zbiorowych [128].
Zasady nauki społecznej pomagają nam odczytywać tę nową rzeczywistość. W świecie, w którym nieliczne podmioty skupiają dane, kapitał obliczeniowy i zdolność normatywną, mówienie o dobru wspólnym oznacza demaskowanie tej nowej asymetrii epistemicznej, ekonomicznej i politycznej, nazywając po imieniu nowe monopole AI. Mówienie o powszechnym przeznaczeniu dóbr oznacza szukanie sposobów zapewnienia powszechnego dostępu do technologii i formacji. Mówienie o pomocniczości oznacza ochronę zdolności wspólnot do wybierania i korygowania, nie sprowadzając ich udziału do samego nadzoru po tym, jak standardy zostały ustalone gdzie indziej. Mówienie o solidarności zobowiązuje do uznania niewidzialnej pracy, często wykonywanej w warunkach wyzysku, która zasila modele algorytmiczne. Mówienie o sprawiedliwości oznacza pytanie o geografie władzy wyznaczające, kto może trenować modele, a kto jest jedynie przedmiotem tego treningu, oraz uznanie, że sprawiedliwość społeczna nie jest tylko celem, którego należy strzec po wdrożeniu technologii, lecz warunkiem uprzednim, który trzeba urzeczywistniać już w samym ich projektowaniu.
Chciałbym wreszcie użyć słowa, które jest mi szczególnie drogie: „rozbroić”. Rozbroić AI znaczy wyrwać ją z logiki zbrojnej rywalizacji, która dzisiaj nie jest już wyłącznie militarna, lecz także ekonomiczna i poznawcza. Jest to wyścig do stworzenia najsprawniejszego algorytmu i najszerszego zbioru danych (dataset)po to, by utrwalić przewagę geopolityczną lub handlową nad wszystkimi innymi. Rozbroić znaczy zerwać tę równoznaczność między potęgą techniczną a prawem do rządzenia. Rozbroić nie znaczy wyrzec się technologii, lecz nie dopuścić, by zapanowała nad tym, co ludzkie. Znaczy wyzwolić ją spod monopoli, uczynić ją przedmiotem debaty i sprzeciwu, a tym samym przestrzenią przyjazną ludziom, przywracając ją wielości ludzkich kultur i form życia. Zadanie stojące dziś przed nami nie ma wymiaru tylko etycznego ani tylko technicznego: ma ono charakter ekologiczny w sensie najbardziej radykalnym, ponieważ dotyczy nowego wymiaru naszego wspólnego domu. Sztuczna inteligencja jest już środowiskiem, w którym jesteśmy zanurzeni, i władzą, z którą musimy się liczyć. Dlatego nie wystarczy jej regulować: trzeba ją rozbroić i uczynić przyjazną.
Szczególny apel kieruję do tych, którzy zajmują się rozwijaniem systemów sztucznej inteligencji. Innowacja technologiczna może być w pewnym sensie ludzką formą uczestnictwa w Bożym akcie stworzenia. Na twórcach systemów AI spoczywa zatem szczególna odpowiedzialność etyczna i duchowa, ponieważ każda decyzja projektowa wyraża określoną wizję ludzkości. Tak jak autor dzieła artystycznego czy literackiego powinien brać pod uwagę wartości, które ono wyraża, tak i oni powinni z należytą powagą traktować wartości, które wpisują w swoje projekty: w sposób przejrzysty, z poczuciem odpowiedzialności wobec społeczności, których one dotyczą, oraz z czujnością, która pozwala zweryfikować, czy to, co jest rozwijane, rzeczywiście służy dobru.
To, czego nie możemy utracić
Po przywołaniu kwestii odpowiedzialności i zarządzania AI trzeba powrócić do naszego tematu centralnego: co to znaczy troszczyć się o to, co ludzkie. Zagrożenie nie polega jedynie na tym, że niektóre technologie mogą być źle używane, lecz na tym, że paradygmat technokratyczny, w którym jesteśmy zanurzeni, wzmocniony przez rewolucję cyfrową i AI, sprawia, iż za słuszną i normalną zaczyna uchodzić wizja antyludzka, wedle której pełnia życia miałaby polegać na tym, by więcej posiadać, zmniejszać kruchość, eliminować to, co nieprzewidywalne, i wszystko kontrolować. Gdy wydajność staje się miarą wartości, człowiek ulega pokusie myślenia o sobie bardziej jako o projekcie, który należy zoptymalizować, niż jako o stworzeniu powołanym do relacji i komunii.
W rzeczywistości absolutyzowanie jednego tylko wymiaru człowieka jest zawsze błędem. Nie tylko bowiem brak rodzi nieład. Również to, co wzrasta bez miary, może stać się formą biedy. W ekosystemie harmonia zostaje zachwiana, gdy jeden gatunek zaczyna dominować kosztem pozostałych. Podobnie dzieje się w przypadku człowieka, gdy jakaś jedna z jego władz rości sobie pretensję do bycia miarą wszystkiego. Tak więc inteligencja, gdy zostaje absolutyzowana, ostatecznie przesłania inne istotne wymiary życia: uczucia, wolę, oddanie i relację. Jeśli władza techniczna nie zostaje zrównoważona, nie zwiększa naszych zdolności, ale czyni nas bardziej samotnymi i bardziej wystawionymi na logikę panowania i wykluczenia. Nie chodzi oczywiście o przeciwstawianie się inteligencji, lecz o przypomnienie, że kiedy zamyka się ona w sobie samej, zapomina, iż została dana po to, by służyć życiu i osobie ludzkiej.
Jakość cywilizacji mierzy się nie potęgą jej środków, lecz troską, jaką potrafi otoczyć człowieka, zdolnością uznania drugiego za twarz, a nie za funkcję. Zdolność troski jedni o drugich stanowi ważny wymiar naszego człowieczeństwa. Zdolności tej uczy się i doskonali się ją poprzez doświadczenie. Czytanie baśni dziecku, towarzyszenie osobie starszej, uczynienie jakiegoś miejsca gościnnym – to gesty przeżywane w środowisku rodzinnym, które pomagają nam uczyć się i uwewnętrzniać znaczenie troski także na poziomie społecznym oraz wyrabiają w nas zdolność uznawania drugiego człowieka za osobę godną uwagi. Technologia może wspierać także wzajemną troskę między ludźmi, na przykład, jeśli dostarcza narzędzi pomagających przewidywać i organizować, ale nie pozbawia istoty ludzkiej jej wolności i zdolności osądu, skoro to człowiek jest podmiotem relacji i ponosi odpowiedzialność za decyzje.
Podstawowe narracje: transhumanizm i posthumanizm
Próbując wydobyć kulturowe założenia towarzyszące trwającej rewolucji cyfrowej, chciałbym teraz zwrócić uwagę na niektóre nurty, które postrzegają postęp jako przekroczenie tego, co ludzkie, a które możemy określić jako transhumanizm i posthumanizm. Stanowią one ideologiczne tło obecne w niektórych ośrodkach władzy technologicznej i w uproszczonej formie kolonizują wyobraźnię zbiorową, szczególnie za pośrednictwem mediów i sieci społecznościowych, wzbudzając entuzjazm dla nowych technologii przez futurystyczną wizję „człowieka wzmocnionego” albo „człowieka zhybrydyzowanego” z maszyną.
Transhumanizm i posthumanizm obejmują wielość nurtów i wrażliwości, dlatego trudno przedstawić ich jednoznaczny opis. Można je porównać do archipelagu różnych wysp pojęciowych, połączonych jednak tym samym morzem założeń, jakim jest centralne miejsce techniki i marzenie o przekroczeniu granic ludzkiej kondycji. Ogólnie rzecz biorąc, transhumanizm wyobraża sobie wzmocnienie istoty ludzkiej za pośrednictwem technologii (biomedycyny, inżynierii ciała, urządzeń i algorytmów) w celu zwiększenia jej sprawności i zdolności. Posthumanizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych odmianach, idzie jeszcze dalej: krytykuje antropocentryzm i kreśli perspektywę formy hybrydyzacji istoty ludzkiej, maszyny i środowiska, aż po wyobrażenie sobie przekroczenia progu, w którym ludzkość przezwycięży samą siebie, wchodząc w nowe stadium ewolucji. Nawet gdy hipotezy te pozostają w dużej mierze spekulatywne, nabierają znaczenia, ponieważ zmieniają wyobraźnię zbiorową, a w konsekwencji ukierunkowują wybory społeczne, gospodarcze i polityczne [129].
W świetle nauki społecznej Kościoła punktem krytycznym nie jest samo używanie techniki, lecz wizja leżąca u jej podstaw: jeśli istota ludzka jest traktowana jako materiał do udoskonalenia albo do przekroczenia, wówczas łatwiej przyjąć, że niektórzy zostaną uznani za mniej użytecznych, mniej pożądanych czy mniej godnych. W imię postępu można dojść do wyobrażenia sobie „koniecznych ofiar” i kazać najsłabszym płacić cenę domniemanej optymalizacji gatunku. Wspomniana już przestroga św. Pawła VI pozostaje więc niezwykle dalekowzroczna: osiągnięcia nauki i techniki, jeśli zostają oderwane od postępu moralnego i społecznego, w końcu obracają się przeciwko człowiekowi [130]. Dlatego konieczne jest jasne odróżnienie jednego od drugiego: czym innym jest włączanie technologii w wizję ludzką i relacyjną, czym innym zaś poddanie się wyobraźni, która deprecjonuje ograniczenia i obiecuje czysto techniczne „zbawienie”.
Ograniczenia, serce i wielkość istoty ludzkiej
Wydaje się, że nasze odnoszenie się do życia znajduje się dziś w kryzysie. Wszystko to, co jawi się jako „ograniczenie” – niezdolność, choroba, starość, cierpienie, podatność na zranienia – bywa odczytywane przede wszystkim jako defekt, który należy skorygować, a nie jako przestrzeń, w której człowiek dojrzewa i otwiera się na relację. Tymczasem trzeba pamiętać, że człowieczeństwo rozkwita nie pomimoograniczenia, lecz bardzo często poprzez ograniczenie. Spojrzenie na rzeczywistość w świetle wiary pomaga rozpoznać to, co nazywamy „przygodnością” rzeczy tego świata. O ile z jednej strony naszym obowiązkiem jest starać się usuwać cierpienie naznaczające ludzkie życie, o tyle z drugiej mądrze jest uznać naszą konstytutywną skończoność, wiedząc, że „doświadczenie religijne, a w szczególności wiara chrześcijańska, proponują przeżywanie – bez uproszczeń – tej ambiwalencji między wielkością a ograniczonością człowieka, odczytywanej w świetle pierwotnej i fundamentalnej relacji z Bogiem” [131].
To właśnie w naszej ograniczoności znajdują miejsce współczucie, szczera troska o potrzeby innych, wielkoduszność, która potrafi zaskoczyć nawet pośród mroku i porażki, doświadczenie duchowe oraz adoracja Boga. Widzimy to w wielu chwilach, gdy ograniczenie staje się w naszym życiu czymś konkretnym: gdy spotyka nas odrzucenie, gdy cierpimy z powodu choroby albo śmierci ukochanej osoby, gdy doświadczamy własnej niezdolności lub porażki. W tajemniczy sposób właśnie w takich chwilach możemy odnaleźć nową mądrość, namacalnie doświadczyć serdeczności innych ludzi i doznać obecności Pana.
Także wtedy, gdy ograniczenie objawia się jako ból wewnętrzny, mądrość życiowa uczy, by go nie usuwać ani nie tłumić, lecz go integrować. Aby całkowicie stłumić ból, trzeba by w gruncie rzeczy wygasić również miłość i pragnienie. Kto bowiem kocha i pragnie, nie może uniknąć przejścia przez próbę i cierpienie; dlatego też przez lata nosimy w sobie nauczanie, które odciska się jak blizny – pamięć drogi przebytej pośród wolności i upadków, marzeń i rozczarowań. Dopiero dzięki splotowi tych elementów dokonują się w sercu owe duchowe cuda, które pozwalają nam kosztować najsłodszy smak naszego człowieczeństwa [132]. Rezygnacja z tej przygody – zarazem dramatycznej i wspaniałej – w imię rzekomego przezwyciężenia wszelkiego ograniczenia mogłaby oznaczać wszystko, tylko nie to, by pozostać istotą ludzką.
Moralne zepsucie wynikające z ograniczoności właściwej stworzeniu – zło, które w sposób oczywisty porusza serce człowieka – rujnuje społeczeństwo i ludzkie życie, dochodząc aż do skrajnych postaci odczłowieczenia. A jednak także ta bolesna forma ograniczenia pozostawia otwarte szczeliny dla dobra. Nawet wtedy, gdy istota ludzka się dehumanizuje i wywołuje tragedie, małe światełko nadal świeci w człowieczeństwie i pozostaje zdolne rozpalić się na nowo – za łaską Boga – na drogach nawrócenia i pojednania. Viktor Frankl słusznie mówił, że w chwilach grozy „mieliśmy okazję przekonać się, jaki naprawdę jest człowiek. Jest on wszak istotą, która skonstruowała komory gazowe w Auschwitz, a zarazem tą samą istotą, która wchodziła do owych komór z podniesioną głową i modlitwą Pańską – Szema Jisrael– na ustach” [133].
Kiedy skończoność zostaje przyjęta w prawdzie, nie zubaża istoty ludzkiej, lecz otwiera ją na rozpoznanie oblicza Boga i drugiego człowieka. Właśnie dlatego, że doświadcza ograniczenia – zranienia, bólu, porażki – może ona uznać własną i cudzą godność za nienaruszalną. I właśnie w tym samym doświadczeniu ograniczenia człowiek pozostaje zdolny do przeczuwania braterstwa jako większego od siebie i uznawania niesprawiedliwości jako zgorszenia. Kultura i sztuka, gdy są autentyczne, strzegą tej iskry, nie dopuszczając do normalizacji zła. W ten sposób niektóre dzieła nabrały wartości quasiprofetycznej: IX SymfoniaBeethovena jako pragnienie jedności; Guernica jako potępienie dehumanizacji; Lista Schindlera jako wezwanie, by przeszłości nie skazywać na zapomnienie.
Historia jawi się nie tylko jako katalog naszych aktów przemocy, lecz także jako dowód, że człowiek potrafi tworzyć instytucje zdolne chronić wspólne życie. W ostatnich dwóch stuleciach widzimy to w kilku znamiennych osiągnięciach: w powstaniu Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (1863), którego operacyjna neutralność zapewnia wszystkim pełną współczucia opiekę; w długim procesie, który doprowadził do zniesienia niewolnictwa, a który nie był zwykłą zmianą prawną, lecz przemianą świadomości; w ustanowieniu Organizacji Narodów Zjednoczonych (1945) i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka(1948), które ustaliły wspólny język pozwalający powiedzieć – przynajmniej jako wspólny ideał – że godność jest powszechna; w Konwencji dotyczącej statusu uchodźców (1951), uznającej obowiązek ochrony wobec tych, którzy uciekają przed prześladowaniami i zagrożeniem. W tych przykładach pragnienie dobra przekłada się konkretnie na formy publiczne – normy, instytucje, praktyki – zdolne do ograniczania siły i obrony słabych. Nic z tego jednak nie zrodziło się bez zmagania się z oporem, małostkowymi interesami i kulturową inercją. Zdobyczom moralnym niemal zawsze towarzyszy oblicze drogi długiej i mozolnej, naznaczonej także porażkami: pomyślmy o przerwanych procesach pokojowych czy o powolnie wdrażanych zobowiązaniach ekologicznych. A przecież właśnie kruchość tych osiągnięć ukazuje, jak cenna jest odpowiedzialność tych, którzy je inicjują i je wspierają.
Niektóre wydarzenia pomagają dostrzec, że historia może się zmieniać, kiedy choćby jeden mężczyzna lub jedna kobieta naprawdę poważnie traktują godność wszystkich: ruch na rzecz praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych Ameryki, związany także ze świadectwem Martina Luthera Kinga Jr., czy też kres apartheiduw Republice Południowej Afryki po uwolnieniu Nelsona Mandeli i jego decyzji, by nie oddawać przyszłości w ręce nienawiści. W odmiennych kontekstach wyróżniły się ponadto kobiety odważne i wielkoduszne, takie jak św. Laura Mantoya, św. Teresa z Kalkuty, Dorothy Day, Maria Skłodowska-Curie, Maria Montessori, Elisabeth Elliot, Wangari Maathai, Benazir Bhutto i wiele innych ze wszystkich kontynentów, które swoim zaangażowaniem przyczyniły się do uczynienia historii bardziej ludzką.
Obok tych znaków publicznych istnieje bardziej ukryta, lecz decydująca tkanka: wspólnoty zakonne, które wybierają miejsca dotknięte nędzą i niebezpieczne; męczennicy braterstwa i sprawiedliwości – jak św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Oscar Romero i bł. Enrique Angelelli, wraz ze świadkami, którzy w trudnych i często nieludzkich warunkach wcielali nadzieję Ewangelii i godność człowieka; jak czcigodny François-Xavier Nguyễn Văn Thuận. Nade wszystko zaś „męczennicy codzienności”, którzy bez rozgłosu troszczą się, wychowują, towarzyszą i pocieszają – jak rodzice, pielęgniarze, lekarze, wolontariusze, osoby pozostające u boku osoby starszej lub wykluczonej. Ich świadectwo pokazuje, że dobro nie dokonuje się automatycznie, lecz wymaga wytrwałości, pamięci i nawrócenia, które uzdalnia do zaczynania od nowa nawet po porażkach.
Właśnie to połączenie sprawiedliwych instytucji, wiarygodnych świadectw i codziennych wierności podtrzymuje nadzieję i wskazuje kierunek: rozwijać technikę, nie dopuszczając do cofania się serca. Dlatego człowieczeństwo – wspaniałe i zranione – nie może zostać ani zastąpione, ani przekroczone: może przyjmować postępy techniki, by łagodzić cierpienia i otwierać nowe możliwości, pod warunkiem, że nie wyprze się tego, co stanowi o jego tożsamości, czyli zdolności do relacji i miłości. W tym miejscu nasuwa się pytanie rozstrzygające: jeśli istnieje coś, co jest autentycznie „więcej niż ludzkie”, to gdzie to się znajduje? Wiara chrześcijańska odpowiada, wskazując na spełnienie, które nie wypływa z technologicznego ubóstwienia człowieka, lecz z przebóstwienia dokonywanego przez łaskę Bożą otrzymaną w Chrystusie.
To, co prawdziwie „więcej niż ludzkie”: łaska i humanizm chrześcijański
Wyrażenie „więcej niż ludzkie” nie należy wyłącznie do języka technicznych obietnic. Od wieków tradycja chrześcijańska głosi, że istota ludzka nie jest zamknięta w granicach własnej natury, lecz jest powołana do przekraczania samej siebie – nie przez ucieczkę od rzeczywistości ani przez wzgardę dla ograniczeń, lecz po to, by osiągnąć pełnię w miłości. Wiara zna to, co wykracza „poza”, co rodzi się z daru Bożego. Ta przemiana jest dziełem Ducha Świętego. Jak nauczał św. Tomasz z Akwinu, ten proces wyniesienia i przemiany „przewyższa zdolność natury” [134], ponieważ między naszą naturą a życiem Boga istnieje nieskończony dystans [135]. A jednak możliwe jest wszczepienie nas w łono tego niewyczerpanego życia, nawet wtedy, gdy wędrujemy pośród ograniczeń tego świata. I tylko Nieskończony, który daje samego siebie, może uczynić tę wędrówkę możliwą: sam Bóg przekracza ową „nieskończoną” niewspółmierność [136]. Tak dokonuje się nowe stworzenie człowieka: „Jeżeli więc ktoś [pozostaje] w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto «wszystko» stało się nowe” ( 2 Kor5, 17).
Kiedy uznajemy tę możliwość przekraczania samych siebie z pomocą łaski Boga, nie zaprzeczamy samym sobie ani nie stajemy się mniej ludzcy. Przeciwnie, jak wyjaśnia Papież Franciszek: „Stajemy się w pełni ludzcy, gdy przekraczamy nasze ludzkie ograniczenia, gdy pozwalamy Bogu poprowadzić się poza nas samych, aby dotrzeć do naszej prawdziwej istoty” [137]. W tym właśnie ujawnia się radykalna różnica wobec prometejskich marzeń: człowieka nie ocala wzmocniona samowystarczalność, lecz relacja, która wyzwala, oraz komunia, która przemienia. Wobec tego technologia, która klasyfikuje i optymalizuje to, co już istnieje, może – niezamierzenie – stać się przeszkodą dla przemiany i wzrostu. Dla algorytmu błąd jest czymś, co należy skorygować; dla osoby może stać się początkiem głębokiej przemiany. Przyszłości osoby nie da się obliczyć, ponieważ jest ona powierzona jej wolności, wyniesionej przez niewyczerpaną łaskę Bożą, oraz więziom, które pielęgnuje.
Dwa miasta i dwie miłości
Humanizm chrześcijański nie odrzuca nauki i techniki, lecz przyjmuje je z wdzięcznością i realizmem oraz osadza je mocno w rzeczywistości, wpisując w wyższe powołanie. Twórcza inteligencja istoty ludzkiej jest darem, który może łagodzić cierpienia i otwierać nowe możliwości, musi jednak pozostawać podporządkowana dobru wspólnemu, sprawiedliwości, trosce o słabych i o stworzenie. W tym sensie rzeczywista alternatywa nie polega na wyborze między entuzjazmem a lękiem, lecz między dwoma sposobami budowania: między postępem, który służy osobie i narodom, oraz postępem, który podporządkowuje je logice władzy. Ostatecznie rozstrzygającym jest pytanie, na które wskazywał św. Jan Paweł II: czy AI „czyni życie ludzkie na ziemi pod każdym względem «bardziej ludzkim», bardziej «godnym człowieka»?” [138]. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, wówczas możemy uznać w niej dobrą możliwość, którą należy wykorzystać odpowiedzialnie na drodze cierpliwej i wspólnej odbudowy, wzorowanej na odrodzeniu Jerozolimy opisanym w Księdze Nehemiasza. Jeżeli natomiast rośnie potęga, podczas gdy serce jałowieje, a więzi się rozpadają, wówczas mamy do czynienia z nową formą wieży Babel: budowlą wspaniałą, ale nieludzką.
Stawiać sobie pytanie o tę alternatywę postępu oraz o nasz sposób jej rozumienia i przeżywania, to w gruncie rzeczy zawsze pytać również o własne serce. Sposób bowiem, w jaki myślimy o relacjach, pracy i instytucjach, oraz jak je kształtujemy, ujawnia nasze podstawowe wartości i w ostatecznym rozrachunku rodzi się z tego, co jest najbliższe sercu. Prowadzi nas miłość: to, co naprawdę kochamy – jako jednostki i jako społeczeństwo – nadaje kierunek naszemu życiu i działaniu. Św. Augustyn opisuje historię ludzkości jako miejsca zmagania dwóch miłości, które zbudowały dwa sposoby zamieszkiwania świata i współżycia – dwa „miasta” [„państwa”]: z jednej strony miłość Boga i bliźniego, z drugiej zaś miłość wyłącznie siebie samego. „Dwojaka tedy miłość dwojakie państwo uczyniła: ziemskie państwo uczyniła miłość własna aż do pogardy Boga posunięta; niebieskie państwo uczyniła miłość Boża aż do pogardy siebie samego posunięta” [139]. Jak w całych dziejach ludzkości, tak i dziś te dwie miłości walczą w naszym sercu o pierwszeństwo. Epoka AI nie wymyka się tej regule: budowa wieży Babel albo Jerozolimy zaczyna się w każdym z nas.
Po naszkicowaniu horyzontu, w którym sytuuje się wyzwanie przemiany technologicznej, a zwłaszcza tej związanej z AI oraz nurtami transhumanistycznymi i posthumanistycznymi, nie możemy zatrzymać się na poziomie samych tylko analiz ogólnych. Gdy zmieniają się języki i narzędzia, zmieniają się również codzienne gesty i relacje społeczne. Dlatego trzeba zatrzymać się nad niektórymi przestrzeniami, w których przemiany te pociągają za sobą bardzo konkretne, a niekiedy dramatyczne konsekwencje. W świetle zasad nauki społecznej Kościoła przemiana cyfrowa domaga się od nas ponownego odkrycia prawdy jako dobra wspólnego, ochrony godności pracy oraz strzeżenia wolności przed wszelką zależnością i utowarowieniem.
Prawda jako dobro wspólne
Prawda i demokracja
Wykorzystanie platform cyfrowych i systemów AI przyspiesza głębokie przemiany w komunikacji publicznej i politycznej. Narzędzia, które mogłyby sprzyjać debacie i uczestnictwu, bywają często wykorzystywane do tworzenia zniekształconych narracji i zacierania granic między prawdą a fałszem przez mieszanie faktów i opinii. Dezinformacja nie narodziła się wraz z AI, lecz znajduje dziś w niej potężny czynnik zwielokrotnienia. Możliwość manipulowania treściami, obrazami i filmami wystawia obywateli na jednostronne lub wprowadzające w błąd perspektywy. Problem ten dotyczy wymiaru kulturowego i moralnego, ponieważ jakość komunikacji publicznej bezpośrednio zależy od zaufania społecznego i zarazem na nie oddziałuje. Wiarygodna informacja nie rodzi się bowiem ze scentralizowanej ani zautomatyzowanej kontroli. W dyskursie publicznym prawda faktów ma wymiar racjonalny, ponieważ wymaga weryfikacji, potwierdzenia źródeł i odpowiedzialności w argumentacji; jeszcze głębiej jednak ma wymiar relacyjny: buduje się przez więzi zaufania i wspólne praktyki, w uczciwej konfrontacji z innymi i z rzeczywistością. Jedynie wspólne poszukiwanie prawdy o faktach, uznanej za dobro wspólne, może stać się podstawą sprawiedliwej komunikacji.
Ci, którzy dysponują potężnymi środkami technicznymi i ekonomicznymi – a wraz z nimi także znacznymi zasobami ludzkimi potrzebnymi do oddziaływania – mają wielką zdolność wywoływania przemian kulturowych i – ostatecznie – przekonywania znacznej liczby osób co do tego, jaka jest prawda o istocie ludzkiej, o świecie, o sensie istnienia, o rodzinie, a nawet o Bogu. Jest to czysta władza pozbawiona prawdy, która w sposób subtelny lub jawny narzuca to, co chce, aby inni uznali za prawdziwe. U podłoża tego wszystkiego kryje się chora, trudna do rozpoznania przyczyna: fakt, że „człowiek współczesny żywi mylne przekonanie, że jest jedynym twórcą samego siebie, swojego życia i społeczeństwa. To mniemanie jest konsekwencją egoistycznego skupienia się na sobie” [140]. Dlatego człowiek sądzi, że może konstruować rzeczywistość i że to, co najlepiej odpowiada jego roszczeniom, samo przez się jest ważne. Św. Jan Paweł II rozważał konsekwencje „kryzysu wokół zagadnienia prawdy”, dochodząc do stwierdzenia: „Zanik idei uniwersalnej prawdy o dobru, dostępnym poznawczo dla ludzkiego rozumu, w nieunikniony sposób doprowadził także do zmiany koncepcji sumienia” [141]. W ten sposób zanika uznanie powszechnie obowiązujących prawd, które nas poprzedzają i które sumienie powinno uznać. To doprowadziło Papieża Franciszka do realistycznego pytania: „Czym jest prawo bez osiągniętego na długiej drodze ku refleksji i mądrości przekonania, że każdy człowiek jest sacrumi jest nietykalny?”, i do konkluzji: „Aby społeczeństwo mogło mieć przyszłość, konieczne jest, by dojrzał w nim zmysł poszanowania dla prawdy o godności ludzkiej, której się podporządkowujemy. Wówczas będziemy unikali zabicia kogokolwiek nie tylko, aby uniknąć społecznej pogardy i ze względu na prawo, ale i z przekonania. Jest to nieodzowna prawda, którą rozpoznajemy rozumem i akceptujemy sumieniem. Dane społeczeństwo jest szlachetne i godne szacunku również z powodu pielęgnowania poszukiwania prawdy i swego przywiązania do najbardziej podstawowych prawd” [142].
Poszukiwanie prawdy stanowi istotny element demokracji, która sama jest narzędziem uczestnictwa w dobru wspólnym. Kiedy pytanie o to, co jest prawdziwe, przestaje budzić zainteresowanie, a górę bierze pragmatyzm zadowalający się tym, co wydaje się użyteczne albo skuteczne, życie demokratyczne słabnie. Nie opiera się ono bowiem wyłącznie na zasadach i procedurach, lecz nade wszystko na lojalnym stosunku do faktów i rzeczywistym ukierunkowaniu na dobro osób oraz całego ciała społecznego. Obojętność wobec prawdy powoli, lecz nieuchronnie prowadzi ku totalitaryzmowi, dla którego – jak napisała filozof Hannah Arendt – idealnym poddanym jest nie tyle człowiek ideologicznie przekonany, ile „człowiek, dla którego nie istnieje już rozróżnienie między faktem a zmyśleniem (tzn. rzeczywistość doświadczenia) i rozróżnienie między prawdą a fałszem (tzn. normy myślenia)” [143].
Komunikacja i wyobraźnia zbiorowa
W tej perspektywie trzeba pamiętać, że komunikacja „nie jest tylko przekazywaniem informacji, ale także tworzeniem kultury” [144]. Treści krążące w środowiskach cyfrowych wpływają na sposób, w jaki osoby postrzegają świat i wprowadzają do świadomości zbiorowej obrazy oraz narracje, które ukierunkowują pragnienia i oddziałują na codzienne wybory. „Świat cyfrowy nie jest światem paralelnym ani czysto wirtualnym” [145], ponieważ to, co powstaje w sieci, staje się już częścią życia ludzi, zwłaszcza młodych.
Dlatego ci, którzy sprawują kontrolę nad platformami cyfrowymi i środkami przekazu, dysponują znaczną zdolnością oddziaływania na wyobraźnię zbiorową i przedstawiania określonej wizji rzeczywistości jako pożądanej. Jest to władza, która nieustannie domaga się oświecania przez poszukiwanie prawdy i poszanowanie godności człowieka, aby kultura rodząca się w sieci nie stała się narzędziem nadmiernego rozproszenia, ujednolicania i panowania, lecz przestrzenią, w której mogą dojrzewać wolność wewnętrzna i myślenie krytyczne.
Ku ekologii komunikacji
Pierwszym zadaniem, jakie stoi przed nami, jest to, by nie demonizować narzędzi ani ich nie ubóstwiać, lecz nimi kierować, wychodząc od jednej fundamentalnej zasady: prawda jest dobrem wspólnym, a nie własnością tych, którzy posiadają władzę lub są rozpoznawalni. Trzeba zatem rozwijać ekologię komunikacji: na poziomie regulacji publicznych oznacza to ustanawianie zasad, które uczynią bardziej przejrzystymi mechanizmy selekcji i wzmacniania treści, a zarazem zapewnią ochronę danych osobowych; na płaszczyźnie społecznej i kulturowej oznacza to wzmacnianie ciał pośrednich, wspieranie rzetelnego dziennikarstwa oraz takich miejsc debaty, w których większą wagę mają argumentacja i weryfikacja niż natychmiastowa reakcja; na poziomie szkoły i rodziny oznacza to dojrzewanie potrzeby nowej świadomości wychowawczej oraz formację do właściwego i krytycznego korzystania z narzędzi cyfrowych, AI oraz platform zakupowych i inwestycyjnych; na płaszczyźnie uniwersytetu zaś – podjęcie wielkiego wyzwania integracji wiedzy, rozwijając zarówno zdolność łączenia i harmonizowania różnych dziedzin poznania w celu odczytywania złożoności rzeczywistości, jak i techniki służące weryfikacji faktów.
Również wspólnoty chrześcijańskie powinny angażować się w transparentną komunikację i w uczciwe poszukiwanie faktów. Niestety, nie zawsze tak bywało. Ze wstydem obserwowaliśmy bolesne i trudne odkrywanie prawdy także o niektórych członkach Kościoła i o rzeczywistościach kościelnych. W szczególności niektórzy dziennikarze autentycznie oddani prawdzie odegrali zasadniczą rolę w ujawnianiu niesprawiedliwości i wykorzystania. Właśnie im chciałbym powtórzyć słowa, które Papież Franciszek skierował do watykanistów: „Dziękuję wam także za to, co opowiadacie o tym, co w Kościele nie funkcjonuje, za to, jak pomagacie nam nie zamiatać tego pod dywan, oraz za głos, który daliście ofiarom wykorzystania” [146]. Jednak czujność i transparentność są przede wszystkim poważną odpowiedzialnością samego Kościoła i nie wolno nam czekać, aż inni zmuszą nas do zmierzenia się z niewygodną prawdą o nas samych.
Przymierze wychowawcze dla ery cyfrowej
W czasach, gdy prawda bywa tak często naginana do interesów i strategii komunikacyjnych, świat wychowania i edukacji nabiera decydującego znaczenia. Gwałtowne przemiany technologiczne ukazują jednak wyraźnie, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani na płaszczyźnie wychowawczej. Wszechobecność mediów cyfrowych rodzi kulturę natychmiastowości i hiperstymulacji, która podsyca zniechęcenie, znużenie duchowe i apatię w obliczu wysiłku niezbędnego do poszukiwania prawdy.
Procesy wychowawcze potrzebują natomiast czasu na dojrzewanie, konfrontacji z rzeczywistością wykraczającą poza pozory oraz cierpliwej drogi. Kwestia ta ma charakter radykalny, ponieważ każda technologia wychowuje tego, kto się nią posługuje. Wychowywać do korzystania ze sztucznej inteligencji oznacza zatem także wychowywać do rozeznania, kiedy i w jakich celach nienależy jej używać. Szybkość i łatwość, z jaką otrzymuje się odpowiedź albo syntezę, niosą ryzyko wygaszenia pragnienia stawiania pytań, które tylko w dłuższej perspektywie przynoszą owoc. Jak pisze Platon, rzeczy najgłębszych i najważniejszych człowiek uczy się dopiero po długim czasie i wielu wysiłkach, podejmując wraz z innymi dyskusję i „ocierając” o siebie pojęcia oraz doświadczenia niczym krzemienie, aż w nas samych zapłonie iskra zrozumienia [147]. Trzeba wychowywać się do postu od sztucznej inteligencji i chronić naszą młodzież przed obietnicą doskonałej maszyny, przed tą subtelną pokusą, która każe uznać ludzkie myślenie za zbędne właśnie wtedy, gdy jest ono najbardziej potrzebne.
W ostatnich latach literatura psychologiczna i psychiatryczna z coraz większym naciskiem dokumentuje, w jaki sposób wczesna i nieograniczona ekspozycja na urządzenia cyfrowe oraz media społecznościowe może negatywnie wpływać na sen, uwagę, regulację emocjonalną i relacje, zwłaszcza w najbardziej wrażliwym wieku, co niekiedy prowadzi do dramatycznych konsekwencji. Do tego dochodzi łatwość dostępu do scen przemocy i okrucieństwa, które ranią wrażliwość, do treści pornograficznych i nadmiernie seksualizowanych, do przekazów banalizujących ciało i uczuciowość, do propozycji normalizujących zachowania ryzykowne. W sieci nie należą do rzadkości zjawiska uwodzenia, szantażu i wykorzystywania seksualnego nieletnich, tym bardziej podstępne, że wspierane przez używanie fałszywych profili, algorytmów wzmacniających niebezpieczne kontakty oraz przez narzędzia AI zdolne manipulować obrazami i nagraniami. Zbyt wczesne posiadanie osobistego telefonu i korzystanie z niego bez kontroli ze strony dorosłych może pogłębiać wrażliwość i sprzyjać uzależnieniom u młodych, wystawiając ich na dynamikę izolacji, przemocy rówieśniczej i cyberprzemocy oraz na presję dzielenia się intymnymi obrazami czy danymi wrażliwymi.
Rodzicom trudno jest samodzielnie opierać się naciskowi modeli biznesowych, które czerpią zysk z uwagi i czasu człowieka. Dlatego niezbędne jest przymierze między polityką, instytucjami wychowawczo-edukacyjnymi i rodzinami, zdolne do konkretnego wspierania dorosłych w ich zadaniu. Poprzez dalekowzroczne decyzje publiczne należy przeciwstawiać się doraźnemu interesowi platform – skupionych w rękach nielicznych – ilekroć pozostaje on w sprzeczności z dobrem małoletnich. W tej perspektywie zasadne są działania legislacyjne, które ustalą granice wieku, nałożą odpowiedzialność na dostawców usług – nie przerzucając ciężaru ograniczeń na rodziny – a także przewidzą szczególne zabezpieczenia przed wszelką formą wykorzystywania i przemocy seksualnej w sieci, tak aby rzeczywiście chronić dzieciństwo i dorastanie jako dobra cenne, powierzone naszej trosce [148]. Równocześnie trzeba wychowywać dzieci, młodzież i młodych, aby uczyli się rozpoznawać manipulacje, bronić własnej godności i szanować godność innych także w środowiskach cyfrowych [149].
Centralna rola szkoły
Szkoła jest miejscem, w którym nowe pokolenia mogą uczyć się szukać i miłować prawdę, stawiać pytania o sens życia i o godność każdej osoby. Dlatego wielu rodziców, którzy pragną, aby ich dzieci wzrastały jako osoby zdolne do nawiązywania relacji, krytycznego myślenia i trwałych wartości, pokłada w niej wielkie nadzieje, widząc w niej cennego sprzymierzeńca w wychowaniu swoich dzieci. Do rodziców należy bowiem pierwszorzędne i niezbywalne prawo wyboru rodzaju nauczania i formacji, jakie mają być przekazane ich dzieciom, zgodnie z własnymi przekonaniami moralnymi, kulturowymi i religijnymi. Świat szkoły staje dziś wobec kilku wyzwań, których nie można odkładać na później.
Pierwsze wyzwanie ma charakter społeczno-polityczny. Zarówno w obrębie poszczególnych krajów, jak i między różnymi regionami świata utrzymują się poważne nierówności w dostępie do wykształcenia podstawowego i do studiów wyższych. W niemałej liczbie państw rządzący nie przeznaczyli jeszcze środków koniecznych do zapewnienia wszystkim wysokiej jakości edukacji – zarówno przez odpowiednie wspieranie publicznego systemu szkolnictwa, jak i przez wspomaganie instytucji prywatnych, oferujących tę podstawową usługę. Gdy znaczna część kształcenia na różnych poziomach powierzona jest szkołom prywatnym, może się zdarzyć, że dostęp do szkoły byłby nazbyt uzależniony od możliwości finansowych rodzin, przy braku odpowiedniego wsparcia publicznego. Wobec tego ryzyka należy jednak docenić i wspierać wkład licznych katolickich dzieł wychowawczych, które – choć są instytucjami prywatnymi – zapewniają inkluzywne przyjęcie dzieciom i młodzieży z różnych środowisk, także wtedy, gdy sytuacja materialna rodzin by na to nie pozwalała.
Drugie wielkie wyzwanie ma charakter pedagogiczny. Wiele systemów kształcenia ma trudności z nadążaniem za tempem przemian i wspieraniem integralnego rozwoju uczniów. Rozwój technologii informatycznych i AI sprawia, że programy nauczania pomyślane dla innej epoki szybko stają się nieadekwatne, podczas gdy organizacja szkoły, przestrzeń, metody oceniania, a nawet sama postać nauczyciela domagają się ponownego przemyślenia w perspektywie wychowania naprawdę integralnego, otwartego na wszystkie wymiary osoby. Konieczne jest wspieranie stałej formacji nauczycieli przez cały okres ich kariery zawodowej, aby potrafili prowadzić twórczy dialog z nowymi technologiami, pomagając uczniom korzystać z nich w sposób odpowiedzialny, krytyczny i twórczy, a nie poddawać się biernie ich wpływowi.
Trzecie wielkie wyzwanie ma charakter intelektualny i mądrościowy. Jeśli nie zachowamy czujności, może ukształtować się system wychowawczy pozbawiony miłości do prawdy, w którym nieustanny przepływ informacji zastępuje trud poszukiwania, refleksji i rozeznawania. Mnożą się wiadomości fragmentaryczne, ale coraz trudniej uchwycić rzeczywistość w jej całości, stawiać pytania o sens i rozwijać autentyczne myślenie krytyczne oraz twórcze. Wielu wychowawców dostrzega już oznaki możliwej dehumanizacji, w której ludzie „wiedzą wiele rzeczy”, lecz z trudem nadają kierunek własnemu życiu, także z powodu niezdolności łączenia informacji i wiedzy oraz utraty horyzontu sensu. Należy promować prawdziwą higienę uwagi: taki rytm życia, który obejmuje ciszę, pogłębione studium, lekturę i rozważną wymianę myśli – bez tych elementów wewnętrzna wolność może ulec osłabieniu.
Nauka społeczna Kościoła wzywa rodziny, szkoły, wspólnoty chrześcijańskie i instytucje publiczne do odnowionego przymierza wychowawczego. Staje się ono konkretne wtedy, gdy podstawowe zasady przekładają się na cele wychowawcze: wychowywać do wstrzemięźliwości i poczucia ograniczoności; wychowywać do uznania prawa drugiego człowieka i tych, którzy przyjdą po nas, do korzystania z dóbr, które zostały nam dane lub które ludzki geniusz czyni dostępnymi; wychowywać do wolności i odpowiedzialności; wychowywać do wrażliwości na transcendencję i na dobro wspólne. Szkoła nie jest powołana do tego, by podążać za tempem świata cyfrowego, lecz by ofiarować to, czego świat cyfrowy sam dać nie może, czyli wspólny czas na naukę i relacje godne zaufania.
Godność pracy w okresie przemiany cyfrowej
Wartość pracy
Od początku nauki społecznej – wraz z Rerum novarum– Kościół zwraca uwagę na ochronę pracowników i na konieczność przeciwstawiania się wszelkim formom wyzysku. Przede wszystkim jednak Magisterium uznało w pracy „klucz, i to chyba najistotniejszy klucz” [150] do zrozumienia całej kwestii społecznej, ponieważ przez nią osoba rozwija wiele wymiarów własnego istnienia. W tej perspektywie można lepiej pojąć również wielką intuicję św. Benedykta z Nursji, który połączył modlitwę i pracę, wskazując codzienną aktywność jako część odpowiedzi osoby na Boże powołanie. Stworzeni na obraz Stwórcy, poprzez nasze dzieła w pewien sposób przedłużamy Jego dzieło, przyczyniamy się do postępu społeczeństwa i budowania dobra wspólnego, rozwijamy otrzymane zdolności, ulepszamy i upiększamy świat, utrzymujemy nasze rodziny, wchodzimy w relacje współpracy i uczymy się wspólnie budować – w słuchaniu i dialogu – coś, czego nikt nie mógłby zrealizować samodzielnie.
Z tych racji praca nie jest zwykłym narzędziem, lecz wyraża i pomnaża godność naszego życia. Jest ona wymogiem wpisanym w ludzką kondycję, zwyczajną drogą do dojrzałości, rozwoju i samorealizacji. W tej optyce pomoc materialna dla biednych pozostaje czasem konieczna w sytuacjach kryzysowych, nie może jednak stać się jedyną odpowiedzią, ponieważ celem jest zapewnienie każdemu warunków do godnego życia poprzez własną pracę [151].
Dzisiaj splot automatyzacji, robotyki i AI szybko przekształca samą strukturę pracy. Mówi się, że przyniesie to dla wszystkich wielkie udogodnienia. W rzeczywistości jednak „nowe sposoby” pracy niekoniecznie są lepsze, ponieważ „choć sztuczna inteligencja obiecuje wzrost wydajności poprzez przejmowanie rutynowych zadań, często wymusza na pracownikach dostosowanie się do tempa i wymagań maszyn, zamiast być projektowaną jako wsparcie dla ludzi. W efekcie, wbrew zapowiadanym korzyściom, obecne podejścia do AI mogą paradoksalnie prowadzić do obniżenia kwalifikacji pracowników, poddawania ich automatycznemu nadzorowi oraz sprowadzania ich roli do sztywnych i powtarzalnych czynności. Konieczność nadążania za tempem technologii może osłabiać poczucie sprawczości pracowników i tłumić ich zdolność do innowacyjnego myślenia, której oczekuje się od nich w miejscu pracy” [152]. Właśnie po to, aby uniknąć takiego wynaturzenia, należy projektować systemy skoncentrowane na osobie, a nie jedynie na wydajności.
Problem bezrobocia
Św. Jan Paweł II przypominał, że bezrobocie jest poważnym złem, które – zwłaszcza gdy przybiera rozmiary masowe – może stać się prawdziwą klęską społeczną w sposób szczególny wzywającą państwo do odpowiedzialności [153]. Dzisiaj, w „czwartej rewolucji przemysłowej”, niepokój ten staje się jeszcze bardziej naglący, ponieważ innowacja bywa często przyjmowana wyłącznie ze względu na redukcję kosztów i wzrost zysków [154]. W niektórych kontekstach realna jest obawa przed znacznym i szybkim zmniejszeniem liczby dostępnych miejsc pracy – co wywołuje efekt domina – który głęboko dotyka rodziny, ludzi młodych i lokalne gospodarki. W wielu sektorach przekłada się to już na nowe formy niestabilności i nierówności: bardzo wysokie wynagrodzenia dla nielicznej, wysoko wyspecjalizowanej mniejszości oraz coraz niższe płace dla szerokiej części ludności aktywnej zawodowo.
Z pewnością pożądane jest, aby technologia uwalniała człowieka od prac szczególnie uciążliwych, powtarzalnych lub niebezpiecznych oraz oferowała inteligentne wsparcie dla działalności człowieka, jednak zasadą ogólną musi pozostać ochrona miejsc pracy oraz niezastąpionej roli osoby. Cel osiągania większych zysków nie może usprawiedliwiać decyzji, które systematycznie poświęcają zatrudnienie, ponieważ osoba ludzka jest celem, a nie środkiem, a porządek gospodarczy musi pozostawać podporządkowany jej godności i dobru wspólnemu.
W tym samym czasie musimy uznać, że każda rzeczywista przemiana dokonuje się w sposób nieciągły: jest nierówna, fragmentaryczna, a niekiedy konfliktowa. Nie istnieje więc jeden model zmiany ani jedno globalne rozwiązanie: istnieją konkretne terytoria i historie, które domagają się odmiennych odpowiedzi. Z powodu nierówności charakteryzujących nasz świat upowszechnianie AI i systemów obliczeniowych wywołuje odmienne skutki w różnych miejscach. Społeczeństwa zamożne automatyzują się szybko i w sposób chaotyczny, ograniczając zapotrzebowanie na pracę ludzką oraz wytwarzając obszary bezrobocia i napięć instytucjonalnych. Z kolei rozległe regiony świata pozostają uwięzione w gospodarkach hybrydowych, gdzie słabo opłacana praca ludzka i częściowe technologie współistnieją, nie prowadząc nigdy do rzeczywistej przemiany. Terytoria te stają się rezerwuarami niepewnych zasobów siły roboczej oraz ogniskami niestabilności i przymusowych migracji. Rozwiązania muszą zatem być poszukiwane na poziomie krajowym i lokalnym, z udziałem wspólnot pośrednich. Potrzebne są narzędzia zdolne do adaptacji: zróżnicowane modele, eksperymenty lokalne, stopniowa redystrybucja, nowe prawa dostępu do dóbr podstawowych. Nie chodzi o poszukiwanie abstrakcyjnej harmonii, lecz o budowanie konkretnych form ludzkiego współistnienia pośród dokonujących się transformacji.
Praca pozostaje fundamentalnym wymiarem ludzkiego doświadczenia: nie jest jedynie środkiem utrzymania, lecz miejscem ekspresji, nawiązywania relacji i wkładu we wspólnotę. Dlatego problemy związane z pracą nie dotyczą wyłącznie dochodu koniecznego do utrzymania rodzin. Społeczeństwo, które zapewniałoby pracę jedynie niewielkiej części ludności, narażałoby wielu na stan przymusowej bezczynności, braku odpowiedzialności, codziennych zobowiązań i bodźców, czego skutkiem byłoby zubożenie ludzkie i kulturowe, stojące w sprzeczności z wysokim poziomem rozwoju technicznego. Stanęlibyśmy wobec paradoksu postępu materialnego i regresu antropologicznego, w którym zabrakłoby warunków dla sprawiedliwego i trwałego pokoju społecznego. Dlatego nauka społeczna Kościoła podkreśla, że dostęp do pracy dla wszystkich musi pozostać priorytetowym celem polityki publicznej i procesów ekonomicznych oraz kryterium osądu przy ocenie ludzkiej jakości danego modelu rozwoju [155]. Zresztą w tych częściach świata, w których praca ulega ograniczeniu lub radykalnej przemianie wskutek procesów technologicznych i organizacyjnych wymykających się demokratycznej kontroli, konieczne jest ponowne przemyślenie samego pojęcia pracy oraz jej związku z obywatelstwem, tak aby brak zatrudnienia nie ograniczał uczestnictwa w życiu społecznym.
W świetle tego przekonania możemy na nowo odczytać także historię nauki społecznej Kościoła po Rerum novarum. Inicjatywy, które z niej wyrosły – stowarzyszenia, związki zawodowe, spółdzielnie, dzieła pomocy społecznej – w decydujący sposób przyczyniły się do poprawy ustawodawstwa dotyczącego pracy, ochrony osób najbardziej wrażliwych i promowania bardziej ludzkich warunków życia [156]. Dzisiaj jednak narzędzia te same już nie wystarczają wobec przemian przyniesionych przez AI, nową organizację rynków oraz konkurencyjność, która rzadko troszczy się o zrównoważony rozwój społeczny. Potrzebny jest nowy, wspólny wysiłek odpowiedzialnych za politykę, organizacji zrzeszających pracowników, środowiska przedsiębiorców i wspólnoty naukowej, aby w krótkim czasie wypracować odpowiednie i uzgodnione normy oraz zabezpieczenia, również na poziomie międzynarodowym [157]. Organizacje związkowe, które Kościół zawsze wspierał, są wezwane do otwarcia się na nowe formy pracy i na nowych pracowników, by ich reprezentować i bronić w sytuacji, w której – bez odważnych decyzji – rysuje się perspektywa większego ubóstwa i większych nierówności, z rzeszą wykluczonych otoczonych przez maszyny i systemy zautomatyzowane, które zajęły ich miejsce.
W tej przemianie nie wystarczy reagować wtedy, gdy miejsca pracy już znikają, lecz trzeba zawczasu kierować samym procesem przemiany. Jedną z możliwych dróg jest przede wszystkim ustalenie społecznych kryteriów innowacji: każdemu wprowadzaniu automatyzacji i AI powinny towarzyszyć weryfikowalne decyzje dotyczące ochrony zatrudnienia, przekwalifikowania i udziału pracowników, tak aby technologia była ukierunkowana na uwalnianie ludzkiego czasu i zdolności, a nie na powodowanie wykluczenia. Po drugie, konieczne jest, aby aktywna polityka zapewniła wszystkim dostęp do kształcenia ustawicznego i możliwość rozwoju zawodowego, nie obciążając przy tym poszczególnych osób całym kosztem dostosowania się do zachodzących transformacji. Wreszcie, potrzebna jest odpowiedzialność przedsiębiorstw, która wśród wskaźników sukcesu uwzględnia jakość i godność pracy. Gdy warunki te są spełnione, innowacja może stać się sprzymierzeńcem bezpieczniejszej, bardziej twórczej i godniejszej pracy; gdy zaś ich brakuje, ma ona tendencję do przekształcania się w przyspieszenie niesprawiedliwości.
Ekonomia dowartościowująca godność człowieka
Rynek pracy jest jedną z tych dziedzin, w których ryzyka związane z nowymi technologiami ujawniają się z największą wyrazistością. Dlatego trzeba przypomnieć, że wolność gospodarcza nie jest absolutna i zawsze musi być mierzona dobrem wspólnym oraz godnością każdej osoby. Przedsiębiorczość może być prawdziwym powołaniem, zdolnym rodzić bogactwo i poprawiać warunki życia wszystkich, pod warunkiem jednak, że uzna tworzenie pracy godnej i wartościowej za istotną część swojej służby społeczeństwu, a nie za zmienną zależną wyłącznie od zysku [158].
W duchu profetycznym Papież Franciszek przestrzegał przed wolnością gospodarczą głoszoną jedynie słowami, podczas gdy rzeczywiste warunki nie pozwalają wielu ludziom naprawdę z niej korzystać [159]. Modele ekonomiczne, które wywyższają wydajność i indywidualny sukces, mają tendencję do uznawania za bezużyteczne albo mało opłacalne inwestowanie w osoby wychodzące z sytuacji niekorzystnych lub rozwijające się wolniej, jakby ich los miał zależeć wyłącznie od zdolności dotrzymywania kroku zwycięzcom. Tymczasem społeczeństwo sprawiedliwe wymaga obecności państwa i instytucji obywatelskich zdolnych wyjść poza samą logikę wydajności, kierując zasoby, twórczość i normy wyraźnie na korzyść osób najbardziej wrażliwych [160]. Zamiast oczekiwać na korzyści ze wzrostu, który „w końcu” miałyby dotrzeć także do ubogich, potrzebne są decyzje, dzięki którym wzrost od początku będzie miał charakter inkluzywny. Doświadczenia ostatnich dziesięcioleci pokazują, że w kryzysach gospodarczych i finansowych to biedni zawsze płacą najwyższą cenę, podczas gdy teorie obiecujące automatyczny dobrobyt powszechny okazują się często iluzoryczne.
Należy zauważyć, że konieczne jest przezwyciężenie obecnych wskaźników pomiaru rozwoju, które od ponad osiemdziesięciu lat pozostają zakotwiczone w pojęciu produktu krajowego brutto, a niemal systematycznie pomijają zasadnicze aspekty całościowego dobrostanu człowieka i środowiska. Zarazem dowartościowują one działania, które w krótkiej albo długiej perspektywie oddziałują negatywnie na życie naszej planety. Opracowanie parametrów i wskaźników uzupełniających PKB jest sprawą decydującą dla ulepszenia podstawowych danych wykorzystywanych do analiz, podejmowania decyzji politycznych oraz gospodarczych, a także do wyboru priorytetów regionalnych, krajowych i międzynarodowych. Wprowadzenie nowych parametrów pozwoli oceniać – spojrzeniem szerokim i odpowiadającym naszym czasom – skutki decyzji ustawodawczych i regulacyjnych dla godności pracy, wspólnego dobrobytu, redukcji nierówności i ochrony środowiska. Będzie ono oddziaływać także na samo pojęcie rozwoju, na procesy formacyjne, na mentalność i na opinię publiczną, jak i na pokój, który jest prawdziwy tylko wtedy, gdy opiera się na sprawiedliwości.
W ostatnich latach finanse zyskały coraz większe znaczenie, a także uległy głębokim przemianom w wyniku wprowadzenia kryptowalut. Refleksje i wskazania zawarte w Magisterium moich Poprzedników, zwłaszcza w Encyklikach, ukazały, że funkcjonowanie pośrednictwa finansowego, „gdy zostało oderwane od odpowiednich podstaw antropologicznych i moralnych, nie tylko doprowadziło do rażących nadużyć i niesprawiedliwości, ale okazało się także zdolne do wywoływania kryzysów systemowych o zasięgu globalnym” [161]. Równie prawdziwe jest to, że dochód z kapitału jest zagrożony zastępowaniem dochodu z pracy, spychanej często na margines głównych zainteresowań systemu ekonomicznego. A przecież oszczędności, które zostają przekształcone w kredyt dla realnej gospodarki, a więc służą tworzeniu pracy – zarówno zatrudnienia, jak i samozatrudnienia – pozostają kluczowe dla rozwoju i dla inwestycji, które powinny towarzyszyć trwającym transformacjom. Społeczna funkcja kredytu pozostaje niezastąpiona. Finanse dla samych finansów są czymś zupełnie innym niż finanse służące rozwojowi oraz tworzeniu i ewolucji pracy.
Perspektywę tę należy rozpatrywać w szerszym kontekście dynamiki globalnej. Światowe bogactwo wzrosło w kategoriach absolutnych, ale nasiliła się jego koncentracja w nielicznych rękach, a nierówności powiększyły się zarówno między państwami, jak i wewnątrz poszczególnych państw: „Nieliczni mają zbyt wiele, a zbyt wielu ma zbyt mało: taka jest logika dnia dzisiejszego” [162]. Postęp naukowy i technologiczny, także w dziedzinie medycyny, nie jest łatwo dostępny dla zdecydowanej większości ludności, co w sposób dramatyczny ujawniło się w czasie ostatniej pandemii COVID-19. Podczas gdy w niektórych regionach inwestuje się w rzeczy zbędne albo w marzenia o indywidualnym ulepszaniu, na które stać jedynie nieliczne osoby, w innych częściach świata nadal brakuje podstawowego wyposażenia potrzebnego do ocalenia milionów ludzkich istnień. Sądzić, że nowe technologie automatycznie przyniosą korzyść wszystkim, to ignorować oczywistość: jeśli transformacjami nie kieruje się tak, by już na etapie projektowania priorytetem było zapobieganie dalszym i nowym nierównościom, wówczas postęp technologiczny sam rodzi nierówności strukturalne. Sprawiedliwość wiąże się dziś także z dostępem do korzyści płynących z innowacji: do opieki, wiedzy, narzędzi i możliwości.
Z pewnością potrzebne są sprawiedliwe prawa i narzędzia redystrybucji, które będą korygować nierówności, także przez systemy fiskalne zmniejszające obciążenia najsłabszych i wymagające więcej od tych, którzy dysponują większymi zasobami. Nie należy jednak traktować poszukiwania sprawiedliwości społecznej jako kwestii odrębnej i późniejszej wobec wytwarzania bogactwa, jak gdyby ekonomia miała jedynie tworzyć wartość, a polityka interweniować dopiero potem, aby ją rozdzielać. Przeciwnie, sprawiedliwość dotyczy wszystkich faz działalności gospodarczej: od pozyskiwania zasobów po finansowanie, od produkcji po konsumpcję, a każdy wybór niesie ze sobą konsekwencje moralne [163].
Tym bardziej w epoce AI i robotyki nie można już powierzać wszystkiego samej „niewidzialnej ręce” rynku [164]: polityka ma obowiązek nadawać procesom ekonomiczno-technologicznym kierunek zgodny z dobrem wspólnym, wspierając godną pracę, integrację społeczną i sprawiedliwy podział korzyści płynących z innowacji. Ponieważ wiele decyzji gospodarczych przekracza granice państw, konieczna jest także współpraca międzynarodowa zdolna wypracowywać wspólne strategie, zwłaszcza na rzecz państw i grup najbardziej wrażliwych, aby wspierać rozwój i przezwyciężać asystencjalizm. Logiką, która powinna inspirować te wybory, jest ogromna godność każdej osoby, dobro wspólne i świat naprawdę pomyślany dla wszystkich. Współzależność między pokojem a rozwojem, o której proroczo pisał w 1967 r. św. Paweł VI [165], można dziś wyrazić na nowo: dobrobyt może przyczyniać się do budowania i umacniania pokoju tylko wtedy, gdy jest powszechny, inkluzywny i zrównoważony.
Konkretnie rzecz ujmując, ukierunkowanie ekonomii na godność człowieka oznacza przyjęcie kilku stałych kryteriów działania, także w epoce AI. Przede wszystkim przejrzystość i odpowiedzialność: gdy dane i algorytmy wpływają na udzielanie kredytu, dobór pracowników, dostęp do usług lub możliwości, konieczne jest, aby decyzje były zrozumiałe, możliwe do zakwestionowania i poddane kontroli, tak aby osoba nie została sprowadzona do profilu. Po drugie, inkulzywność i dostęp: korzyści z innowacji muszą iść w parze z inwestycjami w kompetencje, infrastrukturę i usługi podstawowe, tak by technologia nie pogłębiała przepaści między tymi, którzy posiadają, a tymi, którzy nie posiadają. Wreszcie, potrzebne są środki na rzecz sprawiedliwości: system podatkowy, opieka społeczna i polityka przemysłowa powinny korygować nierówności rodzące się z koncentracji bogactwa i władzy. Kryteria te nie są hamulcem dla innowacji: w rzeczywistości sprawiają one, że staje się ona znośna i bardziej ludzka.
Rodzina i ludzie młodzi: społeczne warunki nadziei
Rodzina jest podstawowym dobrem społecznym. Oparta na trwałym związku mężczyzny i kobiety, stanowi ona pierwsze środowisko, w którym każdy rozwija swoje możliwości, uświadamia sobie własną godność i uczy się pierwszych form prawdy i dobra, interioryzując nawyki przygotowujące do życia społecznego [166]. Jako pierwsza naturalna społeczność, obdarzona prawami pierwotnymi, rodzina jest podstawową i niezastąpioną komórką wszelkiego zorganizowanego życia wspólnotowego [167]. W konsekwencji, gdy projekty polityczne i wielkie decyzje gospodarcze spychają rodzinę do roli marginalnej lub drugorzędnej, zagrożony zostaje autentyczny rozwój całego ciała społecznego [168].
Rodzina jest jednak kruchym dobrem społecznym, które bezpośrednio odczuwa skutki transformacji ekonomicznych i technologicznych zmieniających świat pracy i które domaga się wsparcia kulturowego, prawnego i ekonomicznego. Powszechnie znany jest niszczący wpływ bezrobocia i niestabilności zatrudnienia na tkankę rodzinną. W krótkiej perspektywie obniżanie kosztów pracy lub maksymalizowanie wydajności finansowej może wydawać się korzystne, w dłuższej podważa jednak same podstawy współżycia społecznego: podczas gdy popada się w zachwyt nad sukcesami technologicznymi, struktura społeczna ulega stopniowej erozji, niczym niszczona przez cichego wirusa.
Dla ludzi młodych niestabilność zatrudnienia jest szczególnie dramatyczna. Jak przypominają biskupi Stanów Zjednoczonych Ameryki, praca nie jest jedynie źródłem dochodu, lecz decydującą przestrzenią, w której kształtuje się tożsamość, nawiązują się przyjaźnie i więzi, uczy się konkretnych odpowiedzialności i rozeznaje się własne powołanie [169]. Gdy dostęp do pracy jest utrudniony przez wysokie bezrobocie, niewystarczające systemy kształcenia albo bariery strukturalne, wielu młodych ludzi widzi zablokowaną drogę własnej realizacji ludzkiej i zawodowej. Konieczność wielokrotnej zmiany zawodu w ciągu życia domaga się dróg stałego dokształcania i przekwalifikowania, które uzdolnią nowe pokolenia do podejmowania z kompetencją i autonomią ryzyka związanego ze zmiennym i często nieprzewidywalnym kontekstem gospodarczym [170].
Stąd wynika szczególna odpowiedzialność publiczna. Państwo ma obowiązek wspierać działalność przedsiębiorstw przez tworzenie warunków sprzyjających zatrudnieniu, wspierać pracę tam, gdzie jej brakuje, a także bronić jej w czasach kryzysu, ponieważ to właśnie praca jest dobrem podstawowym dla rodzin i dla społeczeństwa [171]. W sposób szczególny w okresie głębokich przemian technologicznych potrzebna jest polityczna kreatywność na rzecz pracy, stawiająca w centrum rodzinę i nowe pokolenia, jeśli nie chcemy, aby postęp ekonomiczny przełożył się na nowe formy niepewności i wykluczenia.
Wspieranie rodzin i młodych w tej transformacji wymaga decyzji, które uczynią stabilność czymś realnie osiągalnym. Jak już zostało powiedziane, potrzebna jest polityka pracy sprzyjająca ciągłości i jakości zatrudnienia, przeciwstawiająca się nietrwałości jako zwyczajnemu warunkowi życia oraz wspierająca realistyczne drogi wejścia na rynek pracy i rozwoju zawodowego. Po drugie, potrzebne są rozwiązania, które zagwarantują ludzki rytm życia: bez równowagi między pracą, usługami i odpoczynkiem rodzina słabnie, a młodym trudno jest dojrzewać do odpowiedzialności. Ponadto decydujące znaczenie ma inwestowanie w dostępne szkolenia i przekwalifikowanie, aby mobilność zawodowa wymagana przez gospodarkę cyfrową nie stała się okrutną selekcją między tymi, którzy mogą się dokształcać, a tymi, którzy nie mają takiej możliwości. Wreszcie, trzeba wspierać więzi społeczne: sieci i wspólnoty wychowawcze, które towarzyszą wyborom życiowym i nie pozwalają, by niepewność rodziła samotność i uzależnienia. W ten sposób przez transformację technologiczną można przejść bez naruszania tego, co sprawia, że społeczeństwo ma potencjał twórczy, czyli zdolności do budowania przyszłości.
Strzec wolności przed uzależnieniem i utowarowieniem
Uzależnienia i kontrola społeczna
Po rozważeniu kwestii prawdy i wychowania, pracy i rodziny, musimy teraz mówić o wpływie rewolucji cyfrowej na ludzką wolność, zastanawiając się, jak stawić czoła zarówno zagrożeniom dotykającym psychiki jednostki, jak i dramatycznym zjawiskom społecznym. Nie wolno lekceważyć subtelniejszych form uzależnienia związanych z cyfrową ekonomią uwagi, w której platformy i usługi są projektowane tak, aby pochłaniać czas i uwagę użytkowników, wykorzystując ich wrażliwość i osłabiając wolność wewnętrzną. Gdy modele biznesowe rozwijają się dzięki ludzkiej słabości, osoba traktowana jest jako środek, a nie jako cel, a ci, którzy projektują lub finansują takie systemy, przyjmują na siebie odpowiedzialność moralną, od której nie mogą się uchylić. Należy pilnie wspierać taki sposób korzystania z technologii, który umacnia wolność wewnętrzną: wychowanie do umiaru w korzystaniu z technologii cyfrowych, ochronę nieletnich oraz przeciwstawienie się modelom, które żerują na ludzkiej wrażliwości.
Kolejnym zagrożeniem – mniej widocznym, ale nie mniej poważnym – jest kontrola społeczna, którą umożliwia masowe gromadzenie danych i stosowanie systemów algorytmicznych. Gdy każda aktywność – przemieszczanie się, zakupy, relacje, upodobania – pozostawia ślady, rodzi się nowa postać władzy: władza profilowania, przewidywania i ukierunkowywania zachowań, często bez pełnej świadomości samych zainteresowanych. Jeżeli dane te są wykorzystywane do podejmowania decyzji wpływających na konkretne możliwości życiowe (jak dostęp do kredytu, dobór pracowników, dostęp do usług), istnieje ryzyko naruszenia wolności i dyskryminowania osób najbardziej bezbronnych. Co więcej, kontrola nie dokonuje się jedynie poprzez wyraźne zakazy, lecz także przez samą architekturę rozpoznawalności: to, co zostaje wzmocnione albo uczynione nierozpoznawalnym, to, co bywa nagradzane albo karane, ostatecznie kształtuje opinie i wybory, rodząc konformizm i autocenzurę. Dlatego wolność w epoce cyfrowej nie jest jedynie sprawą wewnętrzną: jest także kwestią publiczną, która domaga się jasnych reguł, przejrzystości, możliwości odwołania się i proporcjonalnych ograniczeń w stosowaniu inwazyjnych technologii, tak aby technika pozostawała w służbie osoby, a nie stawała się formą panowania nad sumieniami.
U źródła tych problemów leży mentalność technokratyczna i posthumanistyczna, skłonna postrzegać osobę jako przedmiot manipulacji albo zasób, który należy optymalizować [172], eliminując wszystko to, co stawia granice maksymalizacji zysku: liczy się wydajność, a nie poszanowanie wolności i godności osoby ludzkiej. Niektóre nurty posthumanistyczne posuwają się wręcz do tego, że stawiają hipotezy o istnieniu istot ludzkich „drugiej kategorii”, podporządkowanych interesom elit, które uważają się za lepsze: jest to perspektywa niepokojąca, tym groźniejsza, im bardziej łączy się z narzędziami technologicznymi, które w sposób wykładniczy zwiększają władzę kontroli i selekcji. Także pewne logiki strukturalnego zadłużenia, utrzymujące całe narody w stanie zależności, ujawniają tę samą mentalność, która godzi się – w nowych formach – na relacje podporządkowania zbliżone do niewolnictwa.
Rozerwać kajdany nowych zniewoleń
Ta zniekształcona wizja osoby przekłada się dziś na różne formy zniewolenia bezpośrednio związane z gospodarką cyfrową. W świecie AI nie ma nic niematerialnego ani magicznego. Każda odpowiedź, która wydaje się natychmiastowa i doskonała, rodzi się z długiego łańcucha pośrednictw, z rozległej sieci zasobów naturalnych, z infrastruktury energetycznej, a nade wszystko z osób. Znaczna część funkcjonowania gospodarki cyfrowej opiera się na cichej pracy milionów istot ludzkich, zatrudnionych przy zajęciach mało widocznych, lecz nieodzownych: oznaczaniu danych, moderacji treści – nierzadko tych najgorszych – oraz trenowaniu modeli. W wielu przypadkach są to ludzie młodzi, przeważnie kobiety, którzy ciężko pracują za minimalne wynagrodzenie. Do tego niewidzialnego wysiłku dołącza jeszcze trud bardziej brutalny, związany z wydobywaniem surowców niezbędnych do produkcji urządzeń i mikroprocesorów, na których opiera się AI. W niektórych regionach świata nastolatki i dzieci pracują w niebezpiecznych warunkach przy kruszeniu materiałów, z których pozyskuje się pierwiastki ziem rzadkich. Ciała pokryte bliznami, okaleczone, wyniszczone po to, by nie został przerwany przepływ obliczeń. Ponadto sieci przestępcze posługują się platformami internetowymi, systemami komunikacji, anonimowymi płatnościami i technikami profilowania, by werbować, kontrolować i przemieszczać ofiary handlu ludźmi, w wielu przypadkach nieletnich, zamieniając kobiety i mężczyzn w „dane” do śledzenia i „przesyłki” do przekazywania w obrębie tych samych obiegów cyfrowych, które podtrzymują znaczną część światowej gospodarki. Ta rzeczywistość głęboko porusza sumienie moralne naszych czasów. Nie wystarczy odwoływać się do wydajności ani sławić korzyści płynących z innowacji, jeśli zbudowane są one na łańcuchu wyzysku, który pozostaje celowo ukrywany. Jeżeli jakaś technologia obiecuje wyzwolenie, a zarazem tworzy nowe formy globalnego podporządkowania, zaprzecza ona fundamentalnej zasadzie godności osoby.
Walka z nowymi formami niewolnictwa jest jednym z rozstrzygających sprawdzianów etycznego rozeznawania AI i transformacji cyfrowej. W nurcie tradycji zapoczątkowanej przez Leona XIII Kościół ponawia stanowcze potępienie wszelkiej formy niewolnictwa, handlu ludźmi i utowarowienia osób, a zarazem przypomina o pilnej potrzebie szerokiego ruchu refleksji i działania, który postawi w centrum uwagi niezbywalną godność każdej istoty ludzkiej oraz dobro wspólne jako cel społeczeństwa i kryteria każdego wyboru osobistego, społecznego i politycznego. Bez tej etycznej i humanizującej refleksji rosnąca władza systemów cyfrowych może prowadzić nas ku nowym okrucieństwom – nie mniej haniebnym niż te z przeszłości – które dziś potępiamy, podczas gdy nadal uważamy się za społeczeństwa „rozwinięte” i „cywilizowane”.
Handel ludźmi należy uznać za współczesną formę niewolnictwa i za ciężkie pogwałcenie godności człowieka; brak stanowczej reakcji albo jakakolwiek tolerancja wobec tych praktyk oznacza dziś – w pewnej mierze – współudział w winach popełnianych dawniej, gdy niewolnictwo bywało usprawiedliwiane lub przemilczane [173].
W miarę dojrzewania swojej doktryny Kościół stopniowo uświadamiał sobie ciężar tych realiów. To prawda, że wydarzeń przeszłości nie można osądzać w oderwaniu od kontekstu historycznego, tak jakby wszystkie kryteria wypracowane z biegiem czasu były zawsze dostępne. Nie możemy jednak zaprzeczać ani umniejszać opóźnienia, z jakim Kościół i społeczeństwo potępiły plagę niewolnictwa. O ile bowiem w starożytności i w średniowieczu wiele osób i instytucji kościelnych posiadało niewolników, to już w epoce nowożytnej rzymska Stolica Apostolska, pobudzana prośbami władców, wielokrotnie interweniowała, by regulować i uprawomocniać sposoby podporządkowania, a w niektórych przypadkach także zniewolenia „niewiernych” [174]. Trzeba było czekać aż do XIX w., aby pojawiło się formalne, absolutne i powszechne potępienie niewolnictwa, zwłaszcza przez Leona XIII [175]. Stanowi to wyraźny przykład wzrastania Kościoła w rozumieniu odwiecznych prawd Objawienia, których on strzeże. Chociaż nie znajdujemy tu jednorodności co do samej kwestii – skoro przez długi czas tolerowano niewolnictwo, a dopiero później całkowicie je potępiono – to na przestrzeni dziejów widoczna jest ciągłość w przekonaniu o godności każdej istoty ludzkiej, stworzonej na obraz Boga, choć przez osiemnaście wieków nie zdołano oficjalnie wyrazić całkowitej niezgodności tego faktu z niewolnictwem. Jest to rana w pamięci chrześcijańskiej i nie możemy uważać, że nas to nie dotyczy [176]. Nie sposób nie odczuwać głębokiego bólu, gdy rozważamy ogromne cierpienie i upokorzenie, jakie niewolnictwo oznaczało dla tak wielu osób, w sprzeczności z ich nieograniczoną godnością, nieskończenie umiłowaną przez Pana. Dlatego w imieniu Kościoła szczerze proszę o przebaczenie.
Właśnie dlatego pamięć o współudziale i ślepocie minionych czasów wobec niesprawiedliwości niewolnictwa staje się dla nas wezwaniem do czujności: to, czego się nauczyliśmy, musi przełożyć się na rozeznawanie i odpowiedzialność w teraźniejszości. Jeżeli nie chcemy w przyszłości prosić o przebaczenie za to, że nie byliśmy wierni skarbowi godności ludzkiej, który zawiera nasza wiara, to dziś do nas należy, byśmy bezpośrednio i stanowczo piętnowali handel ludźmi w jego wielu przejawach i wspierali, krok po kroku, wraz ze wszystkimi zaangażowanymi w tę sprawę, rzeczywiste drogi zapobiegania, ochrony, wyzwolenia i rehabilitacji.
Kolonializm przybiera dziś nieznane dotąd oblicze. Nie panuje już tylko nad ciałami, lecz przywłaszcza sobie dane, przemieniając życie osobiste w informacje nadające się do wykorzystania. Całe terytoria, zwłaszcza te o mniejszym znaczeniu geopolitycznym i większej kruchości strukturalnej, zostają dziś objęte nową logiką eksploatacji: logiką przepływu danych zdrowotnych, profili epidemiologicznych, map genetycznych i danych demograficznych. To są nowe „pierwiastki ziem rzadkich” władzy: kluczowe informacje, które po skorelowaniu mogą zostać użyte do trenowania modeli predykcyjnych, kierowania strategiami inwestycyjnymi, do przewidywania kryzysów, a nade wszystko do selekcjonowania tego, kto i co ma znaczenie. Kto posiada dane zdrowotne całych populacji, gromadzone dziś często pod hasłem pomocy, badań lub innowacji, ten w rzeczywistości posiada strukturalną dźwignię wpływu na przyszłość: może modelować potrzeby i rynki. Może też decydować – wcześniej niż inni – komu przeznaczyć leki, inwestycje i środki ochronne. Właśnie tu rozgrywa się jedna z najpilniejszych kwestii moralnych naszych czasów: przekształcać wspólną wiedzę w dobro wspólne, a nie w narzędzie dominacji; zwrócić narodom nie tylko dane, które je opisują, lecz także możliwość decydowania o tym, jak będą one używane, przez kogo i dla kogo. W przeciwnym razie era cyfrowa nie będzie postkolonialna, lecz kolonialna, tylko pod inną postacią.
Nowe formy niewolnictwa karmią się łańcuchami gospodarczymi i infrastrukturą cyfrową. Trzeba więc działać w wielu kierunkach: najpierw po to, aby uczynić bardziej rygorystyczną przejrzystość łańcuchów dostaw podtrzymujących przemysł technologiczny i gospodarkę cyfrową, tak by żadna przewaga konkurencyjna nie była budowana na niewidocznym wyzysku. Po drugie, konieczne jest, aby przedsiębiorstwa i inwestorzy przyjęli jasne kryteria prewencyjnej weryfikacji etycznej (due diligence), uwzględniając wśród priorytetów ochronę pracowników, przeciwdziałanie pracy przymusowej oraz społeczny wpływ modeli biznesowych opartych na danych. Ponadto platformy cyfrowe muszą zostać zobowiązane do odpowiedzialnej współpracy z władzami i ze społeczeństwem obywatelskim, aby narzędzia komunikacji, płatności i profilowania nie stawały się kanałami werbunku i kontroli ofiar. Gdy te decyzje pójdą w parze, środowisko cyfrowe może przemienić się z przestrzeni drapieżności w przestrzeń ochrony, zapobiegania i poszanowania godności.
Współdzielona odpowiedzialność
Rozważane tu poszczególne dziedziny, czyli poszukiwanie prawdy w życiu publicznym, wychowanie w środowisku cyfrowym, przemiany świata pracy, kruchość rodzin oraz nowe formy niewolnictwa – nie są zjawiskami od siebie oderwanymi. Ukazują one tę samą stawkę: jeśli technika staje się kryterium absolutnym, osoba ludzka narażona jest na to, by traktowano ją jak dane, trybik w maszynie albo towar; jeśli natomiast technika zostaje wpisana w horyzont mądrości, może stać się okazją do wzrostu, sprawiedliwości i braterstwa.
W tej perspektywie nauka społeczna Kościoła proponuje współdzieloną odpowiedzialność. Domaga się ona, aby procesy te były kierowane z dalekowzrocznością: przez instytucje zdolne do regulowania bez dławienia oraz do ochrony bez zastępowania; przez przedsiębiorstwa, które w pracy i godności uznają kryterium sukcesu; przez ciała pośrednie i wspólnoty wychowawcze, które odbudowują zaufanie i więzi; przez obywateli, którzy pielęgnują odpowiedzialność, umiar, rozeznawanie i zmysł prawdy. Tylko w ten sposób innowacja będzie mogła rzeczywiście stać się integralnym rozwojem człowieka, a nie czynnikiem wykluczenia i panowania; i tylko w ten sposób obietnica postępu będzie mogła zostać uznana za prawdziwą, bo mierzona nienaruszalną godnością każdego mężczyzny i każdej kobiety.
ROZDZIAŁ V
KULTURA POTĘGI A CYWILIZACJA MIŁOŚCI
Po rozważeniu, w jaki sposób AI przekształca niektóre wymiary życia i społeczeństwa, co ma poważne konsekwencje dla godności ludzkiej, należy zwrócić uwagę na jeszcze bardziej dramatyczną dziedzinę: na wojnę. W tym przypadku nie chodzi jedynie o skuteczność nowych narzędzi, lecz o ryzyko, że technika, oddzielona od etyki i odpowiedzialności, sprawi, że decyzje o życiu i śmierci będą podejmowane szybciej i w sposób bardziej bezosobowy, a użycie siły stanie się opcją natychmiastową i możliwą do zastosowania. W świecie pełnym współzależności pokój nie jest jednym z wielu tematów, lecz warunkiem powszechnego dobra wspólnego oraz sprawdzianem moralnej dojrzałości narodów, zwłaszcza osób, na których spoczywa odpowiedzialność za rządzenie.
Rewolucja cyfrowa zmienia sposób, w jaki prowadzi się konflikty. Obok wojny widzialnej pojawiają się formy hybrydowe: cyberataki, manipulowanie informacją, kampanie wpływu, automatyzacja decyzji strategicznych. Sztuczna inteligencja wkracza w te procesy jako czynnik przyspieszający w kontekście, w którym wiele technologii ma z natury charakter ambiwalentny: to, co powstaje w celu obrony, może szybko zostać przekształcone w narzędzie ataku, a granica między ochroną a agresją ulega zatarciu. Sztuczna inteligencja może wzmacniać obronę i ochronę ludności cywilnej, ale może także obniżać próg użycia siły, zaciemniać odpowiedzialność i podsycać kulturę, w której nieprzyjaciel zostaje sprowadzony do danych, a ofiara do „ubocznych strat”. Wobec tych przemian trzeba na nowo przywołać zasady nauki społecznej Kościoła: zasadę godności osoby, dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, solidarności, sprawiedliwości – jako kryteria pozwalające osądzić, czy technologie rzeczywiście służą ludzkości, czy też ostatecznie ją sobie podporządkowują – oraz uznać te kryteria za wskazania dla naszych wyborów.
W tym rozdziale zamierzam zatem zestawić ze sobą dwie przeciwstawne logiki, które już przywołałem za pomocą obrazów biblijnych: z jednej strony pokusę budowania wieży Babel – w ufności pokładanej w potędze i pysze, z drugiej zaś cierpliwość odbudowywania Jerozolimy, jak za czasów Nehemiasza, „kawałek po kawałku” – z troską o to, co ludzkie, i o dobro wspólne.
Jeśli przyjrzymy się dynamice współczesnego świata, coraz wyraźniej dostrzegamy rozszerzanie się kultury potęgi, naznaczonej polaryzacjami i różnymi formami przemocy. Współczesna wieża Babel nie jest jedynie zglobalizowanym paradygmatem technokratycznym, lecz także starciem na odległość między przeciwstawnymi imperializmami, między mocarstwami pragnącymi zachować swoją przewagę a tymi, które dążą do jej zdobycia, przy całej wielości konfliktów lokalnych. Jest nim również wyścig w rozwijaniu coraz potężniejszych technologii albo w zapewnianiu sobie nad nimi kontroli, zgodnie z dehumanizującą dynamiką, która zdaje się nie znać ograniczeń. A jednak, obok tej tendencji można dostrzec znaczną część ludzkości, która usiłuje pozostać ludzka i podejmuje wysiłek budowania miasta współistnienia i pokoju. Wszyscy często jesteśmy jego nieświadomymi budowniczymi i nieskoordynowanymi architektami, zdolnymi do szlachetnych porywów, lecz pozbawionymi całościowej wizji: jest to budowa wolniejsza, mniej widoczna i mniej spektakularna, która domaga się lepszego zrozumienia i większej koordynacji, aby mogła stać się w ten sposób świadomym i uporządkowanym zobowiązaniem każdej wspólnoty – od rodziny aż po rządzących państwami i ich wzajemne relacje. Tę właśnie perspektywę zaangażowania, ten plac budowy nadziei nazywamy „cywilizacją miłości”.
Cywilizacja miłości w erze cyfrowej
Kiedy św. Paweł VI wprowadził wyrażenie „cywilizacja miłości” [177], świat był naznaczony zimną wojną, wyścigiem zbrojeń i głębokimi nierównościami gospodarczymi. W tym kontekście Kościół wskazywał alternatywną drogę wobec ideologicznego przeciwstawienia systemów, ukazując ład społeczny, w którym sprawiedliwość i miłosierdzie splatają się ze sobą, a miłość staje się zasadą organizującą życie gospodarcze, polityczne i kulturalne. Dzisiaj trzeba nam z nową mocą podjąć tę wizję: cywilizacja miłości nie jest naiwną utopią, lecz wymagającym projektem. Polega ona na przekładaniu miłosierdzia na struktury sprawiedliwości, na nadawaniu braterstwu kształtu instytucjonalnego oraz na uznaniu drugiego – czy to osoby, czy narodu – za niezbędnego sojusznika w budowaniu dobra wspólnego. Jak przypomniała nam Encyklika Fratelli tutti, jedynie ta miłość społeczna, zdolna stać się kulturą i normą, może zrodzić stabilny ład międzynarodowy, przemieniając współistnienie z samej tylko uzbrojonej koegzystencji we wspólnotę przeznaczenia [178].
Dzisiaj, w kontekście przełomu cyfrowego, intuicja ta nabiera jeszcze większego znaczenia. Sieci cyfrowe, zglobalizowana gospodarka i rozwój AI tworzą coraz gęstsze powiązania, łącząc w czasie rzeczywistym decyzje podejmowane w jednym miejscu ze skutkami, jakie wywołują one gdzie indziej. Dlatego nadal aktualne pozostają słowa Soboru Watykańskiego II o rosnącej współzależności między narodami: dobro wspólne nabiera coraz bardziej wymiaru powszechnego, wraz z prawami i obowiązkami obejmującymi całą rodzinę ludzką [179]. Projekt cywilizacji miłości podejmuje tu zasadnicze zadanie przemiany tej wymuszonej współzależności w solidarność zamierzoną i świadomie wybieraną. Jest to kryterium ukierunkowujące procesy technologiczne: nie wystarczy, by AI czyniła nas bardziej wydajnymi albo lepiej połączonymi; powinna służyć budowaniu tej powszechnej rodziny ludzkiej – ze wspólnymi prawami i obowiązkami – w której cyfrowa bliskość staje się rzeczywistą okazją do spotkania i wzajemnej troski.
Kultura potęgi
W czasach, w których żyjemy, umacnia się kultura potęgi, w której dostępność środków i zdolność dominowania dyktują agendę i kryteria podejmowania decyzji, spychając dobro wspólne ludzkości na dalszy plan i redukując dramat narodów dotkniętych wojną do zmiennej drugorzędnej wobec interesów strategicznych. Ta kultura potęgi przenika społeczeństwo, przekształca relacje i zachowania, rozprzestrzenia się, normalizując wojnę, podsycając dążenie do coraz większej potęgi militarnej, wykorzystując kryzys multilateralizmu i podsycając fałszywy realizm, który powtarza, że alternatywy nie istnieją.
Normalizacja wojny
W 1965 r. wobec Zgromadzenia Ogólnego ONZ mocno wybrzmiał okrzyk św. Pawła VI: „Nigdy więcej wojny, nigdy więcej wojny!” [180]. Trzeba uznać, że pomimo pragnień pokoju i pokojowych deklaracji ostatnie sześćdziesiąt lat zostało naznaczone konfliktami o przerażającej brutalności, które często w sposób masowy dotykały ludność cywilną, powodując niewinne ofiary, fale uchodźców, destabilizację społeczną i rany trwające przez długie lata. Jednak w dyskursie publicznym powszechne było przekonanie, że wojna powinna pozostać extrema ratio, otoczoną ścisłymi ograniczeniami etycznymi i prawnymi, a w każdym razie podporządkowaną politycznemu horyzontowi pokoju. Nawiązując do przemian, które dokonały się w okresie międzywojennym, po II wojnie światowej nastąpił przełom: pokój został umieszczony w centrum ładu międzynarodowego, o czym świadczy szczególnie Karta Narodów Zjednoczonych, która stawia sobie za cel „uchronić przyszłe pokolenia od klęski wojny” [181]; wiele konstytucji narodowych, idąc w tym samym kierunku, ograniczało sięganie po broń do przypadków skrajnych i ściśle ograniczonych. Nawet podczas zimnej wojny – mimo istnienia poważnych konfliktów – trwała świadomość, że za wszelką cenę należy uniknąć nowego konfliktu światowego.
Dziś natomiast jesteśmy świadkami prawdziwej zmiany paradygmatu w dyskursie publicznym i w decyzjach dotyczących zbrojeń, wraz z niepokojącą rehabilitacją wojny jako narzędzia polityki międzynarodowej, podczas gdy ulegają erozji właśnie te kryteria etyczne, które ograniczały jej stosowanie. Przedłużające się konflikty regionalne, eskalacja napięć i wzajemne groźby stają się niemal czymś zwyczajnym, a ponadto powracają formy konfliktu służącego ekspansji terytorialnej, które uważano za przezwyciężone. Opinia publiczna jest stopniowo ukierunkowywana i przyzwyczajana przez spolaryzowane narracje medialne, często wzmacniane przez algorytmy, które premiują konfrontację i przeciwstawianie.
Jesteśmy także świadkami niepokojącej utraty pamięci historycznej. Słabnięcie bezpośredniego świadectwa Shoahoraz obu wojen światowych ułatwia wybiórcze albo zniekształcone przepisywanie przeszłości, w klimacie, w którym fałszywe wiadomości i manipulacje narracyjne zaciemniają przyswojone lekcje. Bez żywej pamięci o okrucieństwach wojny istnieje ryzyko podejmowania decyzji politycznych jedynie na podstawie kalkulacji siły, pozbawionych wizji długofalowych konsekwencji.
Do tego wszystkiego dochodzi nowy i rozstrzygający element: wymiar medialny i cyfrowy. Sieci komunikacyjne, rozdrobnione środowiska informacyjne oraz algorytmy nagradzające konfrontację mogą wzmacniać polaryzację i resentyment, przyspieszać propagandę i utrudniać wspólne rozeznawanie. W ten sposób wojna jest nie tylko prowadzona, lecz także przygotowywana kulturowo poprzez upraszczające narracje, logikę „przyjaciel-wróg”, dezinformację i lęk. Gdy słabnie pamięć historyczna i rozmywają się kryteria etyczne chroniące ludność cywilną i najsłabszych, łatwiej przedstawić przemoc jako coś koniecznego, nieuchronnego, a nawet „czystego”. To właśnie w takim klimacie ludzkość stacza się w brutalną kulturę potęgi, w której pokój nie jawi się już jako zadanie do wykonania, lecz jako niepewna przerwa między konfliktami. Dziś bardziej niż kiedykolwiek trzeba potwierdzić przezwyciężenie teorii „wojny sprawiedliwej”, zbyt często przywoływanej w celu usprawiedliwiania wszelkiej wojny, przy równoczesnym zachowaniu prawa do uprawnionej obrony, rozumianej w sensie najściślejszym [182]. Ludzkość dysponuje środkami o wiele skuteczniejszymi i bardziej sprzyjającymi ludzkiemu życiu w mierzeniu się z konfliktami – narzędziami takimi jak dialog, dyplomacja i przebaczenie. Uciekanie się do siły, przemocy i broni świadczy o ubóstwie relacyjnym, które zawsze pociąga za sobą katastrofalne konsekwencje dla ludności cywilnej.
Siła bez ograniczeń
Jednym z decydujących elementów obecnej sytuacji jest rozwój przemysłu zbrojeniowego, który w niektórych państwach stał się kluczowym sektorem gospodarki. Ścisłe powiązanie interesów ekonomicznych, struktur wojskowych i decyzji politycznych tworzy „naród uzbrojony”, w którym wojna jawi się niemal jako naturalna kontynuacja polityki, a rynek zbrojeniowy staje się autonomicznym motorem decyzji wojennych. Nie możemy pomijać ogromnych interesów ekonomicznych stojących za wojną. Przemysł zbrojeniowy i kraje dostarczające broń czerpią zyski z rynku, który rozwija się właśnie dzięki konfliktom. W tym sensie istnieje również logika ekonomiczna, która przyczynia się do podsycania napięć w różnych regionach świata.
Arsenały wojskowe znów skupiają na sobie uwagę. W przeszłości uznanie zagrożenia ze strony broni zdolnej zniszczyć całą ludzkość sprzyjało procesom odprężenia i negocjacjom na rzecz rozbrojenia. Niestety, oddaliliśmy się od tej perspektywy, a rozwój arsenałów nuklearnych – łącznie z perspektywą ich użycia „taktycznego” – sprawia, że sięgnięcie po taką broń wydaje się możliwością coraz mniej odległą. W tym kontekście wejście w życie w 2021 r. Traktatu o zakazie broni jądrowej, popieranego przez ponad siedemdziesiąt państw, stanowi ważny znak, lecz grozi tym, że pozostanie w znacznej mierze symbolem, ponieważ główne mocarstwa atomowe do niego nie przystępują. W ten sposób upowszechniło się błędne przekonanie, że odstraszanie nuklearne jest niezbędnym warunkiem bezpieczeństwa, co w rezultacie napędza nowy i trudny do kontrolowania wyścig zbrojeń, któremu towarzyszy stopniowe demontowanie porozumień o redukcji broni jądrowej oraz rozwój „zminiaturyzowanych” pocisków, przez co łatwiej jest uznać ich użycie za realną opcję.
Tę samą logikę widać w konfliktach konwencjonalnych: siła militarna, słabość inicjatyw dyplomatycznych i złożoność wchodzących w grę interesów sprzyjają konfliktom, które mają tendencję do przedłużania się, co wiąże się z ogromnymi kosztami ludzkimi i środowiskowymi. O wiele łatwiej jest rozpocząć wojnę niż ją zatrzymać, a jednak refleksja nad zapobieganiem konfliktom pozostaje dramatycznie marginalna.
Obraz ten staje się jeszcze bardziej niestabilny z powodu obecności nowych uzbrojonych podmiotów – grup dżihadystycznych, prywatnych bojówek, siatek przestępczych – które wyznaczają kres państwowego monopolu na użycie siły. Często podmioty te łączą niejasne motywacje ideologiczne z bardzo konkretnymi interesami ekonomicznymi, przemieniając wojnę w prawdziwy sposób życia dla całych pokoleń młodych ludzi i dzieci: celem nie jest już określone zwycięstwo, lecz podtrzymywanie konfliktu jako źródła władzy i dochodów.
Broń i sztuczna inteligencja
Z tym scenariuszem łączy się nieustanny rozwój systemów uzbrojenia, a zwłaszcza broni związanej z AI. Stolica Apostolska zauważyła niedawno, że rosnąca łatwość, z jaką można wykorzystywać systemy uzbrojenia o autonomii operacyjnej, sprawia, że wojna staje się bardziej „wykonalna” i mniej podlega ludzkiej kontroli, sprzeciwiając się zasadzie, wedle której użycie siły zbrojnej powinno być ostatecznością w przypadku uprawnionej obrony [183]. Dlatego rozwój i wykorzystywanie sztucznej inteligencji w działaniach wojennych muszą zostać poddane najsurowszym ograniczeniom etycznym – z poszanowaniem godności człowieka i świętości życia – tak aby zapobiec wyścigowi zbrojeń [184].
Niekiedy mówi się o „sztucznych podmiotach moralnych”, jak gdyby maszyna mogła zagwarantować – z większą konsekwencją niż człowiek – rozróżnienie między dobrem a złem. Tymczasem sąd moralny nie daje się sprowadzić do obliczeń: zakłada on sumienie, osobistą odpowiedzialność i uznanie drugiego człowieka za osobę. Dlatego nie wolno powierzać sztucznym systemom decyzji śmiercionośnych ani w ogóle nieodwracalnych. Nie istnieje żaden algorytm, który mógłby uczynić wojnę moralnie dopuszczalną. Sztuczna inteligencja nie odbiera konfliktowi jego wewnętrznie nieludzkiego charakteru: może jedynie uczynić go szybszym i bardziej bezosobowym, obniżając próg uciekania się do przemocy i przemieniając obronę w operacyjne przewidywanie, przy czym ofiary zostają zredukowane do danych. W ten sposób przyzwyczaja nas ona do myśli, że przemoc jest nieuchronna i trzeba ją jedynie optymalizować. Dlatego sprawą najwyższej wagi jest wprowadzanie wartości i roztropnego osądu w programowanie tworzonych przez nas sztucznych systemów, tak aby mogły one przyczyniać się do budowania ekosystemu moralnego, w którym ludzie będą bardziej zdolni do słuchania własnego sumienia, a modelom AI zostaną wyznaczone właściwe granice.
Nie wystarczy ogólnikowo odwoływać się do etyki: trzeba wskazać konkretne kryteria rozeznawania. Pierwsze dotyczy odpowiedzialności osobistej. Gdy decyzja o ataku ulega automatyzacji albo staje się nieprzejrzysta, wzrasta ryzyko uchylenia się od odpowiedzialności. Dlatego łańcuch odpowiedzialności musi pozostawać identyfikowalny i weryfikowalny: ten, kto projektuje, kto trenuje, kto wydaje zgodę, kto używa, powinien móc zdać sprawę ze swoich wyborów. Drugie kryterium dotyczy czasu osądu moralnego. Sztuczna inteligencja ma tendencję do skracania czasu podejmowania decyzji; tymczasem na wojnie nieodwracalne decyzje nie mogą mieć za nadrzędne kryteria szybkości i skuteczności. Trzecim kryterium jest identyfikacjaoraz ochrona ludności cywilnej. Każda technologia, która ułatwia uderzenie bez oglądania twarzy drugiej osoby, obniża moralny próg konfliktu. Wybór celów i użycie siły nie mogą zacierać różnicy między walczącymi i niewalczącymi ani lekceważyć skutków dla bezbronnej ludności.
Z tych kryteriów wynikają pewne nienegocjowalne wymagania. Przede wszystkim, w odniesieniu do każdego systemu używanego w działaniach wojennych muszą być zapewnione identyfikowalność i możliwość odtworzenia procesu decyzyjnego, tak aby odpowiedzialność i ewentualna wina nie rozpływały się „w maszynie”. Po drugie, decyzja o użyciu śmiercionośnej siły nie może być powierzana procesom nieprzejrzystym ani zautomatyzowanym, lecz musi pozostawać pod rzeczywistą, świadomą i odpowiedzialną kontrolą człowieka. Wreszcie, konieczne jest ustanowienie wspólnych zasad, również na poziomie międzynarodowym, które powstrzymają wyścig zbrojeń technologicznych i zapewnią szczególną ochronę ludności cywilnej oraz infrastruktury niezbędnej dla jej przetrwania.
Kryzys multilateralizmu
Kultura potęgi wyrasta również z kryzysu systemu multilateralnego. Instytucje powołane do strzeżenia idei wspólnego losu narodów i światowego dobra wspólnego wydają się osłabione, nie tylko z powodu ograniczeń strukturalnych, lecz także dlatego, że często brakuje wspólnej woli, by je wspierać, reformować i uznawać ich autorytet moralny. Zamiast iść naprzód, cofamy się wobec historycznego przełomu XX w. Po 1989 r. upadkowi reżimów komunistycznych w Europie towarzyszyła globalizacja o charakterze głównie gospodarczym, pozbawiona odpowiedniej architektury politycznej zdolnej podtrzymywać dialog i pokój. Niemal ślepo powierzono rynkom zdolność do tworzenia dobrobytu, demokracji i stabilności, podczas gdy w rzeczywistości globalizacja nie zrodziła automatycznie jedności ani pokoju, lecz wywołała reakcje fundamentalistyczne, tożsamościowe i nacjonalistyczne. Rezultat ten daleki jest od autentycznego multilateralizmu: przypomina raczej nieuporządkowaną i konfliktową wielobiegunowość, w której górę bierze nieufność wobec drugiego.
Powraca pokusa budowania tożsamości zbiorowej w opozycji do wroga, podsycając narracje, w których każdy przedstawia siebie jako ofiarę uprawnioną do odwetu. Upraszczanie rzeczywistości do schematów – „najpierw ja”, „przyjaciel-wróg”, „my-oni” – ułatwia podejmowanie decyzji często nieodpowiedzialnych, które podkopują wzajemne zaufanie między narodami. Siła prawa międzynarodowego zostaje w ten sposób zastąpiona rzekomym „prawem silniejszego”, a jego narzędzia – od trybunałów właściwych w sprawach zbrodni wojennych po sądy powołane do rozstrzygania sporów między państwami – bywają często omijane albo osłabiane, z katastrofalnymi skutkami dla kultury politycznej i dla współżycia społecznego [185].
W tym kontekście budowanie pokoju zeszło na dalszy plan: współpraca na rzecz rozwoju, rozbrojenie, zapobieganie konfliktom i budowanie wzajemnego zaufania są odkładane na bok w imię logiki potęgi. W ten sposób słabną również osiągnięcia prawa humanitarnego: zasada proporcjonalności w odpowiedzi na akty agresji, ochrona dostępu do wody, żywności i dóbr podstawowych, poszanowanie życia ludności cywilnej i dzieci – wszystko to bywa traktowane jak naiwne wspomnienia przeszłości.
Rzekomy realizm polityczny
Żyjemy w czasach znacznej ślepoty duchowej i kulturowej. Fałszywy pragmatyzm zachęca do odcinania korzeni pamięci, jak gdyby można było zapoczątkować swego rodzaju „nowe stworzenie” oderwane od przeszłości; także ci, którzy odwołują się do wielkich zasad moralnych, mogą popaść w ten historyczny nihilizm, łudząc się, że okrucieństwa XX w. nie mogą się już powtórzyć. W rzeczywistości te same mechanizmy powracają pod nowymi postaciami. Na nowo zdaje się narzucać logika równowagi zbrojnej i odstraszania. Jednak w przeciwieństwie do dwubiegunowego scenariusza z czasów zimnej wojny, dziś mnożenie się podmiotów i frontów konfliktu sprawia, że logika ta staje się coraz mniej stabilna. Eskalacja konfliktów popycha ku wojnom asymetrycznym i „hybrydowym”, prowadzonym także na polu gospodarczym, finansowym i informatycznym, z wykorzystaniem dezinformacji i kampanii podsycających lęk, mających na celu wywarcie wpływu na opinię publiczną. W wielu krajach, także na globalnym Południu, wzrost wydatków wojskowych przedstawiany jest jako jedyna odpowiedź na niepewną przyszłość albo na postrzegane zagrożenia, podczas gdy rzeczywisty koszt ponoszą najbiedniejsi, którzy widzą, jak kurczą się środki przeznaczone na ochronę zdrowia, kształcenie i pomoc społeczną.
U podstaw tego wszystkiego leży fałszywy „realizm”, oparty nie tylko na utrwalonej logice siły, lecz także na pewnym przekonaniu kulturowym i antropologicznym, jakoby wojna była nieuchronnie częścią ludzkiej natury. Zawsze tak było – jak się powiada – z wyjątkiem krótkich przerw, i tak będzie zawsze! A zatem problemem nie jest już pokój, utracony jako punkt odniesienia na arenie międzynarodowej, lecz to, jak i kiedy podjąć działania militarne, przy równoczesnym utrzymywaniu, że nieprzygotowanie się do starcia byłoby nieodpowiedzialne. Natomiast tym, co jest naprawdę nieodpowiedzialne, jest właśnie Realpolitik– ta postać politycznego „realizmu”, która zasiewa w sumieniach i kulturze pogodzenie się z wojną jako z czymś nieuniknionym, a pokój i dialog przedstawia jako postawy utopijne albo irracjonalne, rzekomo ignorujące istniejące zagrożenia. Tymczasem pokój nie jest naiwną nadzieją ani jedynie brakiem wojny: jest owocem – zawsze możliwym – sprawiedliwości i miłosierdzia.
W takiej atmosferze nihilizm i pragmatyzm splatają się ze sobą i prowadzą do normalizacji najcięższych błędów: religijne ekstremizmy i fanatyzmy tożsamościowe sprzymierzają się z irracjonalnym ekonomizmem, podczas gdy polityka z łatwością ucieka się do dezinformacji, ośmieszania przeciwnika oraz systematycznego budowania lęków i resentymentów. W ten sposób odmienność drugiego coraz częściej bywa postrzegana jako zagrożenie, podsycając pragnienie posiadania, chęć dominacji, ambicje hegemoniczne, nadużycia władzy i lęk przed różnicą, a zarazem przygotowując grunt, na którym nowe konflikty mogą dojrzewać niemal niezauważalnie [186].
Jest to podatny grunt dla nowych wojen, być może jeszcze groźniejszych niż dawne, ponieważ mają one tendencję do przekraczania wszelkich granic etycznych. To, co niegdyś uważano za niedopuszczalne, dziś może być realizowane niemal bez wahania, podczas gdy reakcja międzynarodowa dostosowuje się raczej do wygody poszczególnych rządów niż do obiektywnej wagi faktów. Decyzje wydają się dziś podyktowane niemal wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, podtrzymywanym przez medialne złudzenia, sztucznie wytwarzane euforie i „marzenia”, które nieuchronnie się rozpadają, rodząc frustrację i nową przemoc. Gdy człowiek daje się przekonać, że nic nie jest naprawdę prawdziwe, a „zasady” są jedynie pustą osłoną, w samych sercach osób zapala się lont nowych wybuchów nietolerancji i agresji.
W tym scenariuszu pozostaje otwarte pytanie o realne zabezpieczenia przed nową przemocą. Kiedy jakaś kultura normalizuje i usprawiedliwia konflikt, pojawia się niebezpieczna pochylnia: to, co dziś wydaje się nie do pomyślenia, jutro może zostać uznane za akceptowalne na podstawie kalkulacji użyteczności albo bezpieczeństwa. W krajach naznaczonych poważnymi napięciami społecznymi nie możemy wykluczyć, że ktoś w końcu uzna konflikt zbrojny za skuteczny sposób odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych i za narzędzie cynicznego zarządzania trudnościami.
Szczególna odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy działają w świecie badań naukowych. Wszyscy uczestnicy tej dziedziny – naukowcy, przedsiębiorcy, inwestorzy, władze akademickie, politycy i inni – są wezwani do działania w duchu przejrzystości i odpowiedzialności, przy zachowaniu żywej świadomości szerokiego kontekstu, w jakim osadzony jest współtworzony przez nich postęp technologiczny, w tym ten związany z AI. Kiedy człowiek ogranicza się do patrzenia wyłącznie na własną dziedzinę, łudzi się, że wykonuje zadanie moralnie neutralne i uchyla się od pytań o cele ostateczne, które ukierunkowują określone eksperymenty; w ten sposób naraża się na współudział, być może niezamierzony, w złowrogich projektach, które zasilają nowe formy przemocy, manipulacji i dominacji.
Budować cywilizację miłości
Budowanie świata pozostającego w permanentnym stanie wojny jest złem i trzeba to nazwać po imieniu. Taki sposób opisu rzeczywistości, w której żyjemy, może wydawać się ponury albo pesymistyczny, uważam jednak, że jest to osąd konieczny. Perspektywa chrześcijańska nie wyczerpuje się jednak w samym piętnowaniu zła. Patrzymy na historię w świetle Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, któremu Ojciec dał „wszelką władzę w niebie i na ziemi” (Mt28, 18). Nie interpretujemy teraźniejszości jako zamkniętego przeznaczenia, lecz jako przestrzeń otwartą na nawrócenie osobiste i wspólnotowe. Wierzymy w siłę Królestwa, które rozwija się z małości ziarnka gorczycy, jak ziarno, które raz zasiane kiełkuje i wzrasta (por. Mk 4, 26-32). Podczas gdy otacza nas zgiełk zamętu, dobro wzrasta z ziemi w milczeniu. Jak mówi prorok: „Oto Ja dokonuję rzeczy nowej; pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43, 19).
Potwierdza to uważna lektura historii. Nawet w najciemniejszych nocach Pan wzbudza mężczyzn i kobiety zdolnych do tego, by nie ulegać rezygnacji i wytrwale trwać przy dobru: są to osoby, które chronią słabych i otwierają bramy pojednania. Pamięć o świętych i sprawiedliwych, o tak często zapomnianych budowniczych pokoju, ukazuje, że łaska nie usuwa konfliktu jednym magicznym gestem, lecz rodzi czynny opór wobec zła i zaskakującą kreatywność w czynieniu dobra. Chrześcijanie dostrzegają ciemności i nazywają je po imieniu, ale nie zatrzymują się na ich kontemplowaniu: znają światłość i wiedzą, że ciemność jej nie ogarnęła i nie może jej zwyciężyć (por. J1, 5). Dlatego służą dobru także tam, gdzie wydaje się, że ostatnie słowo należy do cierpienia, podtrzymywani przez nadzieję teologalną, która wyznacza rzeczywistości horyzont i kierunek.
Wszyscy możemy wnieść swój wkład
W tym miejscu pojawia się jednak subtelna pokusa: myślenie, że problemy są zbyt wielkie, a my zbyt mali, i że wobec tego nasze wybory niczego nie zmieniają. Jest to elegancka forma kapitulacji, często ukrywająca się pod maską realizmu. Oczywiście, nie wszyscy mają taką samą możliwość oddziaływania na rzeczywistość: jedni sprawują władzę, inni decydują o inwestycjach, kierują instytucjami, prowadzą badania naukowe, wychowują, informują, wytwarzają; są też tacy, którzy zdają się mieć jedynie własne życie codzienne. A jednak nikt nie jest pozbawiony odpowiedzialności. Każdy dysponuje własną przestrzenią działania i właśnie tam – a nie gdzie indziej – jest wezwany do wyboru, czy podsycać logikę siły (choćby tylko przez obojętność, cynizm, kłamstwo czy nienawiść), czy też strzec logiki pokoju (przez prawdę, umiar, bliskość i troskę).
Pewien pisarz katolicki XX w., John Ronald Reuel Tolkien, ustami jednego z bohaterów swojej powieści wyraził naszą odpowiedzialność w ten sposób: „Ale nie do nas należy panowanie nad wszystkimi falami przepływającymi przez ten świat; my mamy za zadanie zrobić, co w naszej mocy, dla tej epoki, w której żyjemy, wytrzebić chwasty ze znanego nam pola, aby przekazać następcom rolę czystą, gotową do uprawy” [187]. Cywilizacja miłości nie rodzi się z jednego, spektakularnego gestu, lecz z sumy małych i wytrwałych aktów wierności, które stawiają tamę dehumanizacji. Dlatego warto zatrzymać się i rozważyć kilka aspektów tego, w jaki sposób każdy – we własnej dziedzinie – może współpracować przy jej budowaniu. Nie roszcząc sobie pretensji do wyczerpania tematu, proponuję pięć ścieżek codziennej i publicznej odpowiedzialności: rozbrajać słowa, budować pokój w sprawiedliwości, spojrzeć oczami ofiar, pielęgnować zdrowy realizm oraz ożywiać na nowo dialog i multilateralizm.
Rozbroić słowa
Pierwszym wkładem, jaki możemy wnieść w budowanie bardziej ludzkiej cywilizacji, jest troska o nasze słowa. „Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia świata” [188]. Potęga słów jest ogromna i doświadczamy jej w codziennej komunikacji, gdy ktoś powie nam coś, co zmienia nasze usposobienie – na lepsze albo na gorsze. „Pokój zaczyna się od każdego z nas: od sposobu, w jaki patrzymy na innych, jak ich słuchamy i jak o nich mówimy. W tym sensie sposób komunikowania się ma znaczenie fundamentalne: musimy powiedzieć «nie» wojnie słów i obrazów, musimy odrzucić paradygmat wojny” [189]. Wszyscy musimy więc uczynić rachunek sumienia w odniesieniu do słów, których używamy, do uprzedzeń, jakimi są one przeniknięte, oraz do agresji – jawnej bądź ukrytej – która w nich tkwi. Mamy realną możliwość przyczyniania się do dobra za każdym razem, gdy mówimy prawdę, dajemy mądrą radę, wspieramy tego, kto potrzebuje pocieszenia, piętnujemy niesprawiedliwość albo dajemy głos temu, kto go nie ma.
Budować pokój w sprawiedliwości
Wszyscy, na każdym poziomie, możemy przyczyniać się do budowania tego, co stanowi fundament pokoju, a mianowicie sprawiedliwości. Nie szukamy bowiem jakiegokolwiek pokoju, jakiegoś braku konfliktu za wszelką cenę, lecz tego prawdziwego pokoju, który rodzi się ze sprawiedliwości. „Istnieje ścisła zależność między sprawiedliwością każdego człowieka a pokojem wszystkich” [190]. Komentując werset Psalmu: „Ucałują się sprawiedliwość i pokój” ( Ps85, 11b), św. Augustyn pisze: „Nie ma wszak takiego, kto nie chciałby pokoju, ale nie wszyscy chcą czynić sprawiedliwość. (…) Ale czyń sprawiedliwość, ponieważ sprawiedliwość i pokój udzielają sobie pocałunku, nie kłócą się. Czemu ty kłócisz się ze sprawiedliwością? Oto sprawiedliwość powiada ci: Nie kradnij, a nie słuchasz; Nie cudzołóż, nie chcesz słyszeć; Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, nie mów drugiemu, czego nie chcesz sam posłyszeć. (…) Chcesz więc wejść do pokoju? Czyń sprawiedliwość!” [191]. Nie zniechęcajmy się zatem w dążeniu do sprawiedliwości!
Spojrzeć oczami ofiar
Są sytuacje, w których – jeśli chcemy pozostać ludźmi – musimy porzucić wahania i zająć stanowisko. Istnieją konflikty, wobec których nie godzi się zachowywać neutralności i nie wystarcza samo przekonanie o tym, że nie mamy „współudziału” [192]. Gdy stajemy wobec bombardowań ludności cywilnej, ataków na szpitale, szkoły i infrastrukturę niezbędną do życia, wobec przemocy dotykającej dzieci, znajdujemy się wobec zgorszeń raniących samo człowieczeństwo. Dlatego nie możemy pozostawać na poziomie abstrakcyjnych analiz. Jak przypomniał Papież Franciszek, musimy „dotknąć ciała” [193]cierpiących: patrzeć w twarze, słuchać historii i uznawać rany. Bolesne wydarzenia potrzebują zarówno rzetelnego opisu historycznego, jak i zachowania w pamięci: tego pierwszego, aby próbować opowiadać fakty, a drugiego, aby dawać świadectwo o tym, co zostało przeżyte.
Udzielanie miejsca – w przekazie informacji i w wychowaniu – spojrzeniu i głosowi ofiar pomaga naprawdę uświadomić sobie otchłań zła zawartą w wojnie i – ogólnie rzecz biorąc – w każdej przemocy; pomaga nie uznawać logiki konfliktu za coś normalnego; nie odwracać wzroku, gdy dochodzi do zniewagi godności człowieka; pomaga przywracać ludziom dotkniętym przemocą godność bycia rozpoznanymi i wysłuchanymi [194]. Uwaga poświęcana tym głosom umacnia przekonanie, że poza brutalnymi mniejszościami ludzkość nie pragnie wojny. Kościół może być w sposób szczególny miejscem żywej pamięci ofiar. Jak przypominał św. Paweł VI, czuje się on zobowiązany uczynić własnym zarówno głos poległych w minionych wojnach, jak i głos żyjących, którzy nadal noszą ich rany, aby ich krzyk stawał się wezwaniem do pokoju i zgody, a nie zapowiedzią nowych konfliktów [195].
Pielęgnować zdrowy realizm
Potrzebujemy zdrowego realizmu, który pozwala uniknąć zarówno idealizmu politycznego, jak i cynizmu. Istnieje bowiem taki idealizm, który – chcąc ocalić swój światopogląd – wybiera fakty, nagina je i nadaje im nowe nazwy, aż w końcu zaczyna żyć w rzeczywistości skonstruowanej na miarę własnych przekonań. Istnieje jednak również realizm zdegenerowany, który myli stwierdzenie faktu z rezygnacją: skoro dominuje siła, to dochodzi do wniosku, że powinna ona panować. Autentyczny realizm nie rezygnuje z przemieniania świata: zaczyna od jasnego dostrzeżenia interesów, lęków, ograniczeń i układów sił właśnie po to, by rozeznać, co można rzeczywiście osiągnąć i jakimi drogami. Nie sprowadza polityki do moralizmu, ale też nie wydaje jej na pastwę przemocy: szuka możliwych dróg, aby pokój był czymś więcej niż tylko słowem – a więc wiarygodnych instytucji, sprawdzalnych gwarancji, cierpliwych negocjacji, zapobiegania konfliktom i ochrony ludności cywilnej.
Na nowo ożywić dialog
Aby budować cywilizację miłości, musimy praktykować dialog. Jest on głównym narzędziem współistnienia między osobami i między narodami oraz alternatywą wobec otwartego konfliktu. Przypominał o tym już Pius XII u progu II wojny światowej, gdy mówił, że dzięki pokojowi nic się nie traci, podczas gdy przez wojnę można stracić wszystko, oraz że ludzie powinni na nowo zacząć ze sobą rozmawiać, ponieważ szczera i wytrwała wymiana poglądów zawsze otwiera możliwość znalezienia honorowego rozwiązania [196].
Dialog jest zwyczajnym wymiarem ludzkiego życia i nie dotyczy jedynie stosunków między państwami. Chodzi o nabycie postawy zdolnej budować więzi braterstwa, wynikające ze słuchania, szczerego spojrzenia, poświęconego czasu, a nawet czasu pozornie straconego razem. Jeżeli bowiem doświadczamy autentycznego spotkania z drugim człowiekiem – z tym, który jest odmienny, jest obcokrajowcem, migrantem – wówczas o wiele trudniej jest choćby wyobrazić sobie wojnę.
Na płaszczyźnie politycznej pilnie potrzeba przejścia od „kultury potęgi” do autentycznej „kultury negocjacji”, w której dialog i relacje dyplomatyczne staną się zwyczajną drogą mierzenia się z konfliktami, jak tego pragnął Giorgio La Pira: „Metodę wojny trzeba zastąpić metodą pokoju: metodą negocjacji, spotkania, porozumienia; a więc metodą autentycznie ludzką!” [197]. Świadomość wspólnego losu narodów domaga się, aby kultura negocjacji coraz bardziej stawała się wspólnym zobowiązaniem zarówno politycznym, jak i kulturowym, zdolnym stopniowo wyprowadzać ludzkość ze spirali przemocy.
Tym, którzy mają zaszczyt i obowiązek sprawowania rządów, pragnę powtórzyć słowa, które wypowiedziałem na początku mojego Pontyfikatu: „Ludy pragną pokoju, a ja, z sercem na dłoni, zwracam się do przywódców: spotkajmy się, rozmawiajmy, negocjujmy! Wojna nigdy nie jest nieunikniona, broń może i powinna zamilknąć, gdyż nie rozwiązuje problemów, lecz je pogłębia. Do historii bowiem przejdzie ten, kto sieje pokój, a nie ten, kto zbiera ofiary; ponieważ inni nie są przede wszystkim wrogami, lecz istotami ludzkimi: nie złymi, by ich nienawidzić, lecz osobami, z którymi trzeba rozmawiać. Odrzućmy manichejskie podziały, typowe dla narracji pełnych przemocy, które dzielą świat na dobrych i złych” [198].
W odrzucaniu logiki przemocy rozstrzygającą rolę odgrywa dialog między religiami, ponieważ w centrum wielkich dróg duchowych znajduje się orędzie pokoju [199]. Kto posługuje się imieniem Boga, aby usprawiedliwiać terroryzm, przemoc albo wojnę, ten zdradza Jego oblicze: walczyć w imię religii znaczy w rzeczywistości uderzać w samą religię [200]. „Duch Asyżu”, zapoczątkowany przez św. Jana Pawła II i rozwijany przez zaangażowanie Papieża Franciszka – na przykład w dialogu z Wielkim Imamem Al-Azharu – ukazuje, że wierzący mogą na nowo czerpać z najautentyczniejszych źródeł własnych tradycji duchowych, gdzie nie ma miejsca na sakralizowaną nienawiść.
Konieczność dyplomacji i multilateralizmu
W stosunkach międzynarodowych dialog jest niezastąpionym narzędziem dyplomacji, służącym zapobieganiu konfliktom i odbudowywaniu więzi zaufania. W obliczu impulsywnej komunikacji, agresywnej retoryki i logiki potęgi, które naznaczają nasze czasy, „powołaniem dyplomacji jest wspieranie dialogu ze wszystkimi, w tym z rozmówcami uważanymi za szczególnie «niewygodnych», lub z tymi, których nie uważa się jako uprawnionych do negocjacji” [201], wykorzystując aż do granic wytrwałości pokorę i cierpliwość, by na nowo splatać nawet najwątlejsze oznaki dobrej woli stron pozostających w konflikcie i w ten sposób otwierać drogę do procesu pokojowego.
Również cyberprzestrzeń stała się polem konfrontacji: ataki informatyczne, manipulowanie danymi, kampanie wpływu rozgrywane za pomocą AI mogą destabilizować całe kraje, zanim jeszcze dojdzie do otwartego starcia zbrojnego. Przypisanie odpowiedzialności na tym obszarze bywa często niepewne: gdy nie jest jasne, kto zaatakował, wzrasta ryzyko nieproporcjonalnych reakcji, błędów w ocenie sytuacji i eskalacji konfliktu. Dlatego potrzebna jest dyplomacja zdolna do działania także w tym nowym środowisku, negocjując wspólne zasady korzystania z technologii cyfrowych i chroniąc ludność cywilną oraz najbardziej bezbronnych przed formami przemocy niewidocznej, lecz przez to nie mniej realnej.
Organizacje międzynarodowe, w szczególności ONZ, pozostają niezbędnymi narzędziami wspierania cywilizacji miłości: przez podtrzymywanie dialogu między narodami, pokojowe rozwiązywanie konfliktów, integralny rozwój ludów, ochronę osób najbardziej bezbronnych oraz rozbrojenie i troskę o stworzenie. Dzięki tym instancjom wspólnota międzynarodowa może starać się ograniczać nierówności, bronić praw uchodźców i mniejszości, uwalniać środki przeznaczane na zbrojenia, aby służyły rozwojowi człowieka, oraz chronić wspólny dom. Stolica Apostolska popiera i towarzyszy tym wysiłkom, uznając zarazem, że obecna słabość ONZ i międzynarodowego systemu politycznego ujawnia potrzebę głębokich reform: nie chodzi jedynie o korekty techniczne, ponieważ kryzys przekonań i wartości dotyka także etycznych fundamentów życia narodów i utrudnia ukierunkowanie multilateralizmu na prawdziwe dobro wspólne [202].
W kontekście międzynarodowym dyplomacja Stolicy Apostolskiej przyjmuje ewangeliczną zasadę miłosierdzia jako konkretne kryterium działania politycznego. Jest to jeden ze sposobów, za pomocą których Stolica Apostolska staje w służbie ludzkości, odwołując się do sumień oraz wzywając je do miłości i prawdy, broniąc godności każdej osoby oraz stając się głosem dotkniętych biedą, migrantów i ofiar wojen. W ten sposób dyplomacja papieska wyraża powszechność Kościoła i przyczynia się do budowania cywilizacji miłości, w której także nowe technologie są ukierunkowane na dobro wspólne.
Modlić się i mieć nadzieję
Te drogi zaangażowania czerpią siłę z modlitwy i zarazem ją podtrzymują. Dla nas bowiem pokój przede wszystkim „pochodzi od Boga, Boga, który miłuje nas wszystkich bezwarunkowo” [203]. Jest on darem przekazanym przez Jezusa swoim uczniom w dniu Zmartwychwstania: „Pokój z wami! Taki jest pokój Chrystusa Zmartwychwstałego, pokój nieuzbrojony i pokój rozbrajający, pokorny i wytrwały” [204]. Tymi słowami pozdrowiłem Kościół i świat w dniu mojego wyboru na Tron Piotrowy i pragnę je powtórzyć, aby zachęcić wszystkich do proszenia o ten dar. Nie ustawajmy w modlitwie o pokój i w wysiłku, by urzeczywistniać go w naszych relacjach i w społeczeństwie.
ZAKOŃCZENIE
„Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje” (1 Kor3, 10): są to słowa św. Pawła, który zachęca chrześcijan w Koryncie, aby strzegli jedności. Najdrożsi bracia i siostry, stawialiśmy sobie pytania o świat, który budujemy, pytając zarazem, co znaczy troska o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji. Na zakończenie tej refleksji pragnę pozostawić wam pewien sposób życia chrześcijańskiego: powściągliwy i wymagający, dzięki któremu można przeżywać tę zmianę epoki w świetle Ewangelii. Jest to wędrówka, która rodzi się z kontemplacji zamysłu Bożego, żyje jednością Kościoła, karmi się Słowem Bożym i Eucharystią, buduje świat w dobru i łączy się w modlitwie z Maryją Panną.
Słowo stało się ciałem
W świecie przenikniętym tyloma działaniami mającymi na celu zdobywanie rynków i stref wpływu, a które często przybierają postać uspokajających narracji i uwodzicielskich konstrukcji ideologicznych, nasze serce odczuwa potrzebę odkrycia innego zamysłu – mądrego i łaskawego – podobnego do tego, który Maryja kontempluje w Magnificat, gdy głosi, że z pokolenia na pokolenie miłosierdzie Boga rozciąga się nad tymi, którzy się Go boją [205]. Ten zamysł miłosierdzia przenika również dziś historię, także w jej najszybszych i najbardziej niespokojnych przemianach, naznaczonych przez algorytmy i globalne sieci, oraz staje się kompasem dla ewangelicznego życia w epoce cyfrowej.
W centrum znajduje się tajemnica Wcielenia: Słowo stało się ciałem i pośród nas rozbiło swój namiot. Ciało Syna – ubogie i bezbronne – przywodzi na myśl ciała tylu braci i sióstr ogołoconych z godności i skazanych na milczenie [206]; a poprzez tę bliskość dar pokoju wkracza w świat w paradoksalny sposób – jako moc stawania się dziećmi Bożymi, która budzi się w nas, gdy pozwalamy, by dotknął nas płacz najmniejszych, kruchość osób starszych, milczenie ofiar, trud tych, którzy zmagają się ze złem, którego nie chcieliby popełniać [207]. W tym zranionym i umiłowanym ciele Ojciec ukazuje nam prawdziwe człowieczeństwo – życie, które spełnia się w otwartości i komunii, aż do tego stopnia, że rodzi w nas pragnienie, by Jego wola wypełniała się jako w niebie, tak i na ziemi [208].
W obietnicach transhumanizmu i niektórych nurtów posthumanistycznych, dążących do człowieczeństwa ulepszonego i niemal odcieleśnionego, rozpoznajemy pragnienie, które dotyczy także i nas: potrzebę życia pełniejszego, mniej narażonego na słabość i cierpienie. Wcielenie otwiera jednak inną drogę. Podczas gdy dawne i nowe ideologie popychają człowieka ku technicznemu przekraczaniu ograniczeń i ku wynoszeniu się ponad innych w celu umocnienia panowania, misterium Syna Bożego, który wkracza w naszą kondycję, opowiada o ruchu przeciwnym: żywy Bóg zstępuje w naszą historię, aby wyzwolić nas z wszelkiej niewoli [209], bierze na siebie naszą słabość i przekształca ją w miejsce zbawienia. Nie ma takiej chwili ani takiego stanu człowieka, który byłyby niegodny Boga: „Zgodnie z nauczaniem naszej wiary mamy i adorujemy w naszych misteriach Boga, który rodzi się w żłobie; Boga, który żyje i przemierza Judeę; Boga, który umiera na krzyżu; Boga umarłego, który spoczywa w grobie” [210]. Przyszłość ludzkości znajduje więc swoje kryterium w zdolności przyjęcia tego Bożego sposobu stawania się bliskim, współdźwigania ciężaru świata i przemieniania relacji od wewnątrz. „O, cudzie (…): człowiek jest Bogiem, a ten Bóg-Człowiek przechodzi przez wszystkie te stopnie, znosi wszystkie te stany i je uszlachetnia, uświęca, przebóstwia w sobie samym!” [211]. Tym, co zbawia człowieka, jest miłość Boża, która zstępuje aż do najdelikatniejszego punktu ludzkiej historii i odnawia ją, poczynając od głębi.
Dlatego ja – jako wierzący pośród wierzących – zapraszam do kontemplacji w obliczu Syna wspaniałego człowieczeństwa, które rzuca światło także na epokę AI. W Chrystusie rozumiemy, że człowiek jest powołany, by być współpracownikiem w dziele stworzenia, a nie zrezygnowanym widzem procesów technologicznych, które ograniczają jego wolność i odpowiedzialność [212]. Godność, którą Duch Święty rzeźbi w każdym z nas, wyraża się również w zdolności do krytycznego myślenia, do dokonywania wyborów i do bezinteresownej miłości oraz do wchodzenia w autentyczne relacje. Żaden system obliczeniowy, choćby najbardziej wyrafinowany, nie rodzi serca zdolnego się ofiarować ani sumienia zdolnego rozeznawać dobro. Nawet gdy maszyny osiągają niezwykłą wydajność, centrum historii pozostaje ludzkie oblicze, które domaga się, by na nie spojrzeć. To ludzkie oblicze jest pełnią, ku której zmierza historia. Jest tajemnicą rekapitulacji, pewnością, że Ojciec postanowił przywrócić wszystko Chrystusowi – jedynej Głowie – to, co w niebiosach, i to, co na ziemi (por. Ef1, 10). W tym zamyśle nic z tego, co autentycznie ludzkie, nie zostanie utracone, lecz wszystko zostanie oczyszczone i na nowo zjednoczone w Tym, który zbiera każdy okruch życia, każdą łzę i każde autentyczne ludzkie osiągnięcie, aby wyrwać je nicości i przekazać Ojcu jako odkupione.
Jedno ciało w Chrystusie
Duchowość, której potrzebujemy, jest duchowością eucharystyczną, to znaczy duchowością eklezjalnej jedności w miłości. Wcielenie i Zmartwychwstanie objawiają Boga, który wchodzi w naszą ludzką kondycję i przemienia ją w dar z siebie. Dar ten pozostaje obecny i skuteczny w Eucharystii, w której Pan udziela samego siebie i gromadzi Kościół, aby Jego ofiara stawała się zasadą jedności i źródłem nowego życia. Z tej komunii rodzi się także solidarność chrześcijańska, ponieważ „zjednoczenie z Chrystusem jest jednocześnie zjednoczeniem z wszystkimi, którym On daje siebie” [213]. Jak św. Augustyn wyjaśnia nowo ochrzczonym w swoim Kościele, chleb i wino na ołtarzu są sakramentem jedności wiernych w Chrystusie: „To, co się widzi, ma postać materialną, to, co się rozumie, niesie owoc duchowy. Jeśli więc chcesz zrozumieć Ciało Chrystusa, słuchaj, co Apostoł mówi do wiernych: «Wy zaś jesteście Ciałem Chrystusa i członkami» ( 1 Kor12, 27). Jeśli więc jesteście Ciałem Chrystusa i Jego członkami, to tajemnica wasza jest złożona na stole Pańskim – stamtąd otrzymujecie waszą tajemnicę. Na to, czym jesteście, odpowiadacie «Amen», a tak odpowiadając, składacie podpis. Słyszysz bowiem: «Ciało Chrystusa», i odpowiadasz: «Amen». Bądź więc członkiem Kościoła, aby to «Amen» znaczyło prawdę” [214].
„Amen”, które wypowiadamy w liturgii, Ciało, które spożywamy, i Krew, którą pijemy, nadają kształt całemu naszemu życiu. Eucharystia jest „bardzo osobistym spotkaniem z Panem, a jednak nie jest nigdy tylko aktem indywidualnej pobożności” [215]. W niej ukazuje się w sposób widzialny, że „jesteśmy Kościołem Chrystusa, jesteśmy Jego członkami, Jego ciałem. Jesteśmy w Nim braćmi i siostrami. I w Chrystusie, mimo że jest nas wielu i jesteśmy różni, stanowimy jedno: « In Illo uno unum»” [216]. Eucharystia otwiera nas na sprawiedliwość i dzielenie się, ze szczególną troską o tych, którzy dźwigają ciężar biedy i wykluczenia. Podczas gdy nowe sieci ekonomiczne i technologiczne mogą rodzić wykluczenie, izolację i uzależnienia, Kościół karmiony Eucharystią jest powołany, by ukazywać inną miarę, pielęgnując więzi, przywracając głos tym, którzy są niewidoczni, i ukierunkowując procesy na godność osoby.
Plac budowy naszych czasów
Duchowość, którą pragnę przekazać, jest duchowością „roztropnego budowniczego”, który – ożywiony nadzieją na Królestwo Boże – angażuje się w budowanie świata w dobru (por. 1 Kor3, 10). Jak napisałem na początku tych rozważań [217], nasze budowanie musi mieć dziś jako fundament relację z Bogiem, jako zasadę – przyjęcie ludzkiej ograniczoności jako rzeczywistości naturalnej i pozytywnej, zaś jako styl – współodpowiedzialność i język ewangeliczny. Na koniec tej wędrówki projekt cywilizacji miłości zarysowuje się wyraźniej, a plac budowy wydaje się już otwarty, zwłaszcza dzięki wielu żywym kamieniom mocno zjednoczonym z Chrystusem – kamieniem węgielnym (por. 1 P 2, 4-6). Jesteśmy wezwani, by podjąć czynny udział w tym dziele, nie uciekając się ani do spirytualizmu, ani do naszych małych światów: musimy pozostać wierni prawdzie, inwestować w wychowanie, troszczyć się o relacje oraz miłować sprawiedliwość i pokój.
Pozostańmy wierni prawdzie! Żyjąc zanurzeni w nieustannym przepływie informacji, opinii i obrazów, wiemy, jak łatwo można dziś ukierunkowywać decyzje i preferencje za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych algorytmów [218]. W tym kontekście ważne jest pielęgnowanie serca, które miłuje prawdę, które bardziej pragnie tego, co słuszne, niż tego, co przyciąga uwagę, i które bardziej szuka mądrości niż natychmiastowego efektu. Prawdą, której nie wolno nam utracić, jest prawda o Bogu i o istocie ludzkiej, tak jak objawił nam ją Chrystus. Trzeba porzucić indywidualistyczną i techniczną wizję człowieka, jakby rzeczywistość była jedynie czystą materią, którą można kształtować według egoistycznych interesów, zarówno jednostkowych, jak i zbiorowych [219]. Kształtujmy natomiast to, co Papież Franciszek nazwał „antropocentryzmem umiejscowionym” [220], który uznaje człowieka za stworzenie wpisane w sieć relacji z innymi istotami żyjącymi i z całym stworzeniem. Wierność prawdzie domaga się włączenia oferowanych przez technikę możliwości w drogę mądrości, która jest zdolna strzec zarazem godności każdej osoby i przyszłości naszego wspólnego domu.
Inwestujmy w wychowanie, które rozpoczyna się od nas samych! Wszyscy potrzebujemy formacji, aby na sposób ludzki żyć w świecie cyfrowym, co jest integralną częścią wychowania do wiary i do dobrego życia według Ewangelii. Musimy wychowywać samych siebie do patrzenia na świat cyfrowy jak na nowy kontynent, domagający się ewangelizacji i potrzebujący wielkodusznych i dojrzałych w wierze misjonarzy. W sposób szczególny potrzeba dziś dorosłych, którzy na nowo odkryją swoje powołanie do bycia mistrzami wychowania, gotowymi do codziennej i cierpliwej pracy, wspartej przez szerokie i wspólne przymierza wychowawcze. Towarzyszenie dzieciom i młodzieży w takim korzystaniu z technologii, by były one przestrzenią odpowiedzialnych relacji, pomaganie im w rozpoznawaniu ich zagrożeń i wybieraniu tego, co sprzyja rozwojowi wolności wewnętrznej, stanowi dziś konkretną formę miłosierdzia i ochrony ich godności. Wychowywanie nowych pokoleń do przekonania, że ewolucja technologii nie podąża nieuchronną ścieżką, lecz może być ukierunkowywana przez odpowiedzialność osobistą i zbiorową, stanowi jedną z najcenniejszych posług dla dobra wspólnego.
Troszczmy się o relacje! W epoce, która dąży do przyspieszenia i fragmentaryzacji, ludzkie ciało wciąż domaga się troski i uznania ze strony rąk zdolnych do czułości, uważnych umysłów i dobrych słów. Kultura cyfrowa mnoży połączenia i otwiera nowe możliwości spotkania; serce człowieka zachowuje jednak niezbywalną potrzebę bliskości. Zachęcam do pielęgnowania miejsc i chwil, w których fizyczna obecność pozostaje niezastąpiona, a są nimi: wspólnota stołu, gromadząca się wspólnota chrześcijańska, wizyta u osób samotnych czy posługiwanie osobom biednym. Są to znaki człowieczeństwa, które wciąż wierzy, że każde ciało jest świątynią Ducha Świętego i domem Boga; właśnie to przymierze chwały i kruchości staje się kryterium oceny modeli antropologicznych proponowanych przez współczesną kulturę.
Miłujmy sprawiedliwość i pokój! Te same technologie, które ułatwiają komunikację i dostęp do zasobów, mogą wspierać modele wyzyskujące najbardziej bezbronnych, podsycać nowe formy niewolnictwa i przemieniać konflikt w okazję do zysku. Każdy wybór techniczny czy ekonomiczny przekształca się w miejsce duchowego rozeznawania, sposobność do sprawdzania, czy postęp w dziedzinie AI otwiera przestrzenie sprawiedliwości i uczestnictwa, czy też skupia bogactwo i władzę w rękach nielicznych. Zachęcam, by z trzeźwością patrzeć na łańcuchy produkcji cyfrowej, na warunki pracy ukryte za naszymi urządzeniami, na mechanizmy czerpiące korzyść z manipulacji i wojny, a zarazem by szukać konkretnych dróg wzrostu sprawiedliwości, uczestnictwa i troski o stworzenie. Nadzieja, którą głosimy, przychodzi z nieba, „aby tutaj, na ziemi, stworzyć nową historię”; właśnie dlatego wierzący angażują się, aby nierówności ustępowały miejsca większej sprawiedliwości i aby „zamiast przemysłu wojny zwyciężało rzemiosło pokoju” [221].
Patrząc w przyszłość, pragnę przywołać obraz Nehemiasza, którego na początku tych rozważań obraliśmy jako towarzysza i przewodnika. Nehemiasz słyszy wołanie zranionego miasta, niesie ten ból w modlitwie, rozeznaje przed Bogiem, prosi o pomoc, otrzymuje pozwolenie, by wyruszyć, organizuje pracę, stawia czoła oporowi wewnętrznemu i zewnętrznemu, a także cegła po cegle odbudowuje wraz z ludem mury Jerozolimy. W nim dostrzegamy jasną przypowieść o naszym powołaniu do życia w czasach transformacji cyfrowej: byśmy nie byli biernymi widzami społecznych i kulturowych podziałów ani zwykłymi komentatorami ruin, lecz kobietami i mężczyznami, którzy wchodzą na place budowy historii – do laboratoriów badawczych, firm technologicznych, szkół, mediów, instytucji i wspólnot lokalnych – aby podnosić to, co zostało zrujnowane, i chronić to, co jest wystawione na zagrożenie. Jak Nehemiasz, również my jesteśmy wezwani do łączenia słuchania i odwagi, modlitwy i odpowiedzialności, aby miasto ludzkie stawało się bardziej nadające się do życia, także wtedy, gdy zdają się przeważać logiki technokratyczne i partykularne interesy.
Obraz odbudowy Jerozolimy przywołuje obietnicę Nowego Testamentu dotyczącą miasta świętego, które nade wszystko zostaje nam dane w darze. W Apokalipsie nowa Jerozolima zstępuje ku nam jako dar dla całego Ludu Bożego, „przystrojona jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża” (Ap21, 2). Mury Jerozolimy nie są już fortyfikacjami obronnymi, lecz drogocennymi ozdobami Oblubienicy Baranka. Jej bramy, których Nehemiasz strzegł z tak wielką troską, pozostają na stałe otwarte dla wszystkich narodów. Obecność Boga daje wszystkim światło i życie. Miasto jest nowym Edenem, z jego wodą życia darowaną spragnionym i z jego drzewem życia, którego liście „służą do leczenia narodów” (Ap 22, 2). Oczekując na wypełnienie tej wizji, mamy ją przed oczami jako zachętę, jako wezwanie do przezwyciężania naszych podziałów i do wspólnej pracy: oto droga Jezusa Chrystusa – wczoraj, dziś i na wieki.
Pieśń nadziei: Magnificat
Czwartym punktem tego programu życia chrześcijańskiego – po wierze, która kontempluje zamysł miłości Ojca; po miłości, która jednoczy nas w jednym ciele eklezjalnym; po nadziei, która podtrzymuje nasze działanie w świecie – jest modlitwa. Naszemu zaangażowaniu towarzyszy Pieśń Maryi. Gdy Elżbieta oznajmia Jej, że stała się Matką Pana, Maryja wznosi hymn uwielbienia i radości: Jej dusza wielbi Pana, a Jej duch raduje się w Bogu, Jej Zbawicielu, ponieważ On wybrał dla swego planu zbawienia młodą, ubogą i małą dziewczynę. Nagle Maryja widzi całą historię oczami tego odkrycia. Wokół Niej nic się nie zmieniło: sytuacja społeczno-polityczna Jej epoki pozostaje taka sama – Rzymianie nadal panują nad Jej ziemią, a Jej lud pozostaje podzielony i upokorzony. A jednak wszystko zmieniło się w Niej samej i to pozwala Jej dostrzec to, co niewidzialne. Bóg jużobjawił moc swego ramienia, już rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich, strącił władców z tronu, wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił. Bóg już ujął się za swoim sługą Izraelem. „Opowiada się On po stronie ostatnich. Jego zamysł jest często przysłonięty nieprzejrzystą warstwą ludzkich kolei życia, gdzie jest widoczny tryumf «pysznych, władców i bogatych». A jednak w końcu ujawnia się Jego tajemnicza moc” [222].
Maryja Panna nie tylko uczy nas dostrzegać niewidzialne dzieło Boga, lecz także kieruje nasze spojrzenie „na przełomowe punkty ludzkości, gdzie dochodzi do zaburzenia świata, w konflikcie między pokornymi a możnymi, między ubogimi a bogatymi, między sytymi a głodnymi”, wychowując nas „do przyjęcia innej perspektywy, aby spojrzeć na świat od dołu, oczami cierpiących, a nie z perspektywy wielkich; aby patrzeć na historię oczami maluczkich, a nie z perspektywy możnych; aby interpretować wydarzenia historyczne z punktu widzenia wdowy, sieroty, cudzoziemca, poranionego dziecka, wygnańca, uciekiniera” [223]. W ten sposób Maryja Panna staje się „poetką i prorokinią odkupienia”, ponieważ z Jej ust wypływa „najpotężniejszy i najbardziej nowatorski hymn, jaki kiedykolwiek został wygłoszony, Magnificat; to Ona objawia przeobrażający plan ekonomii chrześcijańskiej, jej historyczny i społeczny skutek, który po dziś dzień czerpie z chrześcijaństwa swoje źródło i swoją siłę” [224].
Z tą samą wiarą, jaką miała Maryja, stańmy się tkaczaminadziei w naszym świecie, dzieląc się tym, kim jesteśmy i co posiadamy, tak aby pośród nas wzrastała obecność Jezusa i kształtowało się Jego Królestwo. W pokornej wierności każdego dnia również epoka AI może stać się czasem, w którym Duch Święty doprowadza do dojrzałości cywilizację miłości w naszym życiu: Pan nadal czyni wszystko nowe i pozostawia każdej epoce otwartą możliwość, by stała się historią zbawienia w świetle Wcielenia. Zawierzam to pragnienie Matce Chrystusowej, Niewieście Magnificat, aby towarzyszyła naszym krokom w zmieniającej się teraźniejszości i strzegła w każdym z nas ufności pokładanej w Ewangelii, tak abyśmy mogli dawać świadectwo o pięknie wspaniałego człowieczeństwa, w którym mieszka Bóg.
Dano w Rzymie, u Świętego Piotra, dnia 15 maja 2026, w drugim roku mego Pontyfikatu.
LEON PP. XIV
[1] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 22: AAS 58 (1966), s. 1042.
[4] Por. Leon XIII, Enc. Rerum novarum (15 maja 1891), 22: ASS 23 (1890-1891), s. 653: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 52-53.
[5] Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate(29 czerwca 2009), 69: AAS 101 (2009), s. 702.
[6] Franciszek, Enc. Laudato si’(24 maja 2015), 104: AAS 107 (2015), s. 888.
[8] Św. Augustyn, Confessiones, I, 1, 1: CCSL 27, Turnhout 1981, s. 1: Wyznania, tłum. Z. Kubiak, Kraków 2007, s. 25.
[9] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 183: AAS 105 (2013), s. 1097.
[10] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 36: AAS 58 (1966), s. 1054; por. Tenże, Dekret Apostolicam actuositatem, 7: AAS 58 (1966), s. 843-844.
[11] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 44: AAS 58 (1966), s. 1065.
[12] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 257: AAS 105 (2013), s. 1123.
[13] Św. Jan Paweł II, List apost. w formie Motu proprioSocialium scientiarum (1 stycznia 1994): AAS 86 (1994), s. 209: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3 (161)/1994, s. 39.
[14] Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 61: AAS 107 (2015), s. 871.
[16] Tenże, List apost. Tertio millennio adveniente (10 listopada 1994), 35: AAS 87 (1995), s. 27: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 12 (168)/1994, s. 15.
[18] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 222: AAS 105 (2013), s. 1111.
[19] Por. tamże, 236: AAS 105 (2013), s. 1115; Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 215: AAS 112 (2020), s. 1045-1046.
[20] Sobór Watykański II, Konst. dogmat. Lumen gentium, 13: AAS 57 (1965), s. 17.
[21] Por. Św. Paweł VI, List apost. Octogesima adveniens (14 maja 1971), 4: AAS 63 (1971), s. 403: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 430.
[22] Por. Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 243: AAS 105 (2013), s. 1118.
[23] Por. Pius XII, Adhort. apost. Menti Nostrae (23 września 1950): AAS 42 (1950), s. 657-702.
[24] Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus(1 maja 1991), 5: AAS 83 (1991), s. 799.
[25] Pius XI, Enc. Quadragesimo anno (15 maja 1931), 39: AAS 23 (1931), s. 189: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 76; por. Pius XII, Orędzie radiowe w L rocznicę„Rerum novarum”: AAS 33 (1941), s. 198.
[26] Por. Pius XII, Przemówienie do członków Świętego Kolegium i Prałatury Rzymskiej (24 grudnia 1940): AAS 33 (1941), s. 13.
[27] Por. Św. Jan XXIII, Enc. Mater et magistra (15 maja 1961), 2-3: AAS 53 (1961), s. 402: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 221.
[28] Por. Tenże, Enc. Pacem in terris (11 kwietnia 1963), 87 [w tłum. pol. n. 163]: AAS 55 (1963), s. 301: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 302.
[29] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.
[31] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397.
[32]Tamże, 87: AAS 59 (1967), s. 299: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 416.
[33] Tenże, List apost. Octogesima adveniens (14 maja 1971), 4-7: AAS 63 (1971), s. 404-406: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 430-431.
[63] Por. Św. Jan Paweł II, Anioł Pański z osobami z niepełnosprawnościami w Katedrze w Osnabrück (16 listopada 1980): Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. III/2, Città del Vaticano 1980, s. 1232: Byłem upośledzony i przyszliście mi z pomocą, Tenże, Nauczanie papieskie, t. III, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1986, s. 634.
[64] Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 152.
[65] Por. Św. Jan Paweł II, Przemówienie na Pięćdziesiątym Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (5 października 1995), 2: Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. XVIII/2, Città del Vaticano 1998, s. 731: Od praw człowieka do praw narodów, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 11-12 (178)/1995, s. 5.
[66] Tenże, Przemówienie na XXXIV Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (2 października 1979), 7: AAS 71 (1979), s. 1148: Godność osoby ludzkiej fundamentem sprawiedliwości i pokoju, Tenże, Nauczanie papieskie, t. II, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań 1992, s. 261.
[67] Tenże, Orędzie na XXXII Światowy Dzień Pokoju (1 stycznia 1999), 3: AAS 91 (1999), s. 379: Poszanowanie praw człowieka warunkiem prawdziwego pokoju, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (209)/1999, s. 4.
[68] Por. Św. Jan XXIII, Enc. Pacem in terris (11 kwietnia 1963), 5 [w tłum. pol. n. 9]: AAS 55 (1963), s. 259: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 272.
[69] Św. Paweł VI, Przesłanie na Międzynarodową Konferencję Praw Człowieka (15 kwietnia 1968): AAS 60 (1968), s. 285: cyt. za: Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 153.
[70] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Evangelium vitae (25 marca 1995), 2: AAS 87 (1995), s. 402.
[71] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 27: AAS 58 (1966), s. 1047-1048; Św. Jan Paweł II, Enc. Veritatis splendor (6 sierpnia 1993), 80: AAS 85 (1993), s. 1197-1198; Tenże, Enc. Evangelium vitae (25 marca 1995), 7-28: AAS 87 (1995), s. 408-427.
[72] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 208: AAS 112 (2020), s. 1043.
[73] Por. tamże, 209: AAS 112 (2020), s. 1043-1044.
[74]Tamże, 23: AAS 112 (2020), s. 977. Por. Tenże, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 212: AAS 105 (2013), s. 1108.
[75] Por. Benedykt XVI, Adhort. apost. Sacramentum caritatis (22 lutego 2007), 83: AAS 99 (2007), s. 169.
[76] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.
[77] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 164.
[78] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 235: AAS 105 (2013), s. 1115.
[79] Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 105: AAS 112 (2020), s. 1005.
[81] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 220: AAS 105 (2013), s. 1110.
[82] Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 169.
[83] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 16: AAS 112 (2020), s. 974.
[84] Por. Św. Jan Paweł II, Przemówienie na L Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (5 października 1995), 8: Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. XVIII/2, Città del Vaticano 1998, s. 735: Od praw człowieka do praw narodów, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 11-12 (178)/1995, s. 6-7.
[85] Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 171.
[86] Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 31: AAS 83 (1991), s. 831.
[87] Tenże, Homilia podczas Mszy św. sprawowanej dla rolników w Recife, Brazylia (7 lipca 1980), 4: AAS 72 (1980), s. 926: Ziemia jest darem Boga dla wszystkich ludzi, Tenże, Nauczanie papieskie, t. III, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1986, s. 97.
[88] Tenże, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 19: AAS 73 (1981), s. 626.
[89] Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 93: AAS 107 (2015), 884; por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 120: AAS 112 (2020), s. 1010.
[90] Tenże, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 189: AAS 105 (2013), s. 1099.
[91] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 187.
[92] Por. Leon XIII, Enc. Rerum novarum (15 maja 1891), 26: ASS 23 (1890-1891), s. 656: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 54-55.
[93] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 11: AAS 83 (1991), s. 806-807.
[96] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 169: AAS 112 (2020), s. 1028.
[97] Por. tamże, 168: AAS 112 (2020), s. 1027-1028.
[98] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 17: AAS 59 (1967), s. 265-266: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397-398.
[99] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 32, 54: AAS 112 (2020), s. 980, 988.
[100] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 58: AAS 101 (2009), s. 693-694.
[101] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 116: AAS 112 (2020), s. 1009.
[110] Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397.
[111] Por. tamże, 17: AAS 59 (1967), s. 265-266: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397-398; Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 125-127: AAS 112 (2020), s. 1012-1013.
[112] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397; Benedykt XVI, Przemówienie do Korpusu Dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej (8 stycznia 2007): AAS 99 (2007), s. 73: Wolność religijna wyrazem ludzkiej wolności, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2 (290)/2007, s. 19-21; Franciszek, Przemówienie do przedstawicieli ludów rdzennych z okazji XL Sesji Rady Zarządu Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (15 lutego 2017): AAS 109 (2017), s. 244-245.
[113]Dokument końcowy Drugiej Sesji XVI Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów (26 października 2024), 17.
[117] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 94: AAS 112 (2020), s. 1001.
[118] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 53.
[119] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 106-109, AAS 107 (2015), s. 889-891.
[120] R. Guardini, Das Ende der Neuzeit, Würzburg 1951, s. 89: Koniec czasów nowożytnych. Świat i osoba. Wolność, łaska, los, tłum. Z. Włodkowa, M. Turowicz, J. Bronowicz, Kraków 1969, s. 68.
[121] Św. Paweł VI, Przemówienie z okazji XXV rocznicy powstania FAO (16 listopada 1970), AAS 62 (1970), s. 833.
[122] Por. Franciszek, Przemówienie do Rady ds. Kapitalizmu Inkluzywnego (11 listopada 2019), „L’Osservatore Romano”, 11-12 listopada 2019, s. 8.
[123] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), AAS 117 (2025), s. 159-210; Franciszek, Orędzie na LVII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2023), AAS 116 (2024), s. 54-64: Sztuczna inteligencja i pokój, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (459)/2024, s. 4-9; Tenże, Orędzie na LVIII Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2024): AAS 116 (2024), s. 261-266: Sztuczna inteligencja i mądrość serca – dla komunikacji w pełni ludzkiej, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2-3 (460)/2024, s. 4-7; Tenże, Przemówienie podczas Sesji G7 poświęconej sztucznej inteligencji. „Narzędzie fascynujące i zarazem przerażające” (14 czerwca 2024): AAS 116 (2024), s. 866-875; Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy dotyczących przyszłości człowieka (9 lutego 2026); Orędzie na LX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2026): „L’Osservatore Romano”, 24 stycznia 2026, s. 2-3: Chronić ludzkie głosy i twarze, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2-3 (480)/2026, s. 48-51.
[124] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 96: AAS 117 (2025), s. 201.
[125] Franciszek, Przemówienie do uczestników spotkania „Minerva Dialogues”, zorganizowanego przez Dykasterię Kultury i Edukacji (27 marca 2023): AAS 115 (2023), s. 465.
[126] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 41: AAS 117 (2025), s. 178.
[127] Por. tamże, 44-45, AAS 117 (2025), s. 179-180.
[128] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 40: AAS 83 (1991), s. 843.
[129] Por. Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy przyszłości człowieka (9 lutego 2026), 63.
[130] Por. Św. Paweł VI, Przemówienie z okazji XXV rocznicy powstania FAO (16 listopada 1970): AAS 62 (1970), s. 833.
[131] Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy przyszłości człowieka (9 lutego 2026), 3.
[132] „Jeśli serce jest dewaluowane, dewaluuje się również to, co oznacza mówienie od serca, działanie z sercem, dojrzewanie i uzdrawianie serca. Kiedy nie doceniamy specyfiki serca, tracimy odpowiedzi, których sama inteligencja nie może dać, tracimy spotkanie z innymi, tracimy poezję. Tracimy także historię i nasze dzieje, ponieważ prawdziwa osobista przygoda to ta, którą buduje się zaczynając od serca. U schyłku życia tylko to będzie się liczyć”: Franciszek, Enc. Dilexit nos (24 października 2024), 11: AAS 116 (2024), s. 1372.
[133] V. Frankl, Man’s Search for Meaning. An Introduction to Logotherapy, Boston 1963, s. 213: Człowiek w poszukiwaniu sensu, tłum. A. Wolnicka, Warszawa 2009, s. 197.
[134] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologiae, I-II, q. 112, a. 1, co.; q. 114, a. 5, co.: ed. Leonina, VII, Roma 1892, s. 323, 349.
[136] Por. Tenże, Super Boetium De Trinitate, q. 1, a. 2, ad 3: ed. Leonina, L, Roma 1992, s. 96; Summa Theologiae, I, q. 7, a. 1, ad 3: ed. Leonina, IV, Roma 1888, s. 72.
[137] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 8: AAS 105 (2013), s. 1022.
[138] Św. Jan Paweł II, Enc. Redemptor hominis (4 marca 1979), 15: AAS 71 (1979), s. 286-287.
[139] Św. Augustyn, De civitate Dei, XIV, 28: CCSL 48, Turnhout 1955, s. 451: Państwo Boże, tłum. W. Kubicki, Kęty 2002, s. 546.
[141] Św. Jan Paweł II, Enc. Veritatis splendor (6 sierpnia 1993), 32: AAS 85 (1993), s. 1159.
[142] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 207: AAS 112 (2020), s. 1043.
[143] H. Arendt, The Origins of Totalitarianism, t. III, New York 1962, s. 474: Korzenie totalitaryzmu, tłum. M. Szawiel, D. Grinberg, Warszawa 1993, s. 510.
[144]Przemówienie do pracowników mediów (12 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 681-682: Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia Ziemi, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 26.
[145] Benedykt XVI, Orędzie na XLVII Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2013): AAS 105 (2013), s. 183: Serwisy społecznościowe: portale prawdy i wiary; nowe przestrzenie ewangelizacji, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3-4 (351)/2013, s. 11.
[146] Franciszek, Przemówienie z okazji wręczenia insygniów Kawalera i Damy Wielkiego Krzyża Orderu Piusa IX Panu Philipowi Pullelli i Pani Valentinie Alazraki (13 listopada 2021): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2021, s. 12.
[147] Por. Platon, List VII, 344b-c: ed. Souilhé, t. XIII/1, Paris 1931 ( CUF, Série grecque 63), s. 54: Tenże, Listy (Biblioteka Klasyków Filozofii), przeł. M. Maykowska, przedm. i koment. uzup. M. Pąkcińska, Warszawa 1987, s. 55-56.
[148] Por. Przemówienie do uczestników Konferencji „The Dignity of Children and Adolescents in the Age of Artificial Intelligence” (13 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2025, s. 3.
[149] Por. Przemówienie do członków Advisory Board RCS Academy (7 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 7 listopada 2025, s. 4.
[150] Św. Jan Paweł II, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 3: AAS 73 (1981), s. 584.
[151] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 128: AAS 107 (2015), s. 898.
[152] Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 67: AAS 117 (2025), s. 188-189.
[153] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 18: AAS 73 (1981), s. 622-625.
[154] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 109: AAS 107 (2015), s. 891.
[155] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 32: AAS 101 (2009), s. 666.
[156] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 268.
[157] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 64: AAS 101 (2009), s. 698.
[158] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 129: AAS 107 (2015), s. 899.
[160] Por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 108: AAS 112 (2020), s. 1006.
[161] Por. Kongregacja Nauki Wiary – Dykasteria do spraw Służby Integralnemu Rozwojowi Człowieka, „Oeconomicae et pecuniariae quaestiones”. Rozważania służące etycznemu rozeznaniu niektórych aspektów współczesnego systemu gospodarczo-finansowego (6 stycznia 2018), 6: AAS 110 (2018), s. 772.
[162] Franciszek, Pozdrowienie do pracowników Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (IFAD) (14 lutego 2019): AAS 111 (2019), s. 309. Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 22: AAS 101 (2009), s. 657.
[164] Por. Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 204: AAS 105 (2013), s. 1105-1106.
[165] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 87: AAS 59 (1967), s. 299.
[166] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 39: AAS 83 (1991), s. 841.
[167] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 211.
[168] Por. Św. Jan Paweł II, List Gratissimam sane (2 lutego 1994), 17: AAS 86 (1994), s. 903-906: List do Rodzin z okazji Roku Rodziny 1994, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3 (161)/1994, s. 24-25.
[169] Por. Konferencja Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych, Sons and Daughters of the Light. A Pastoral Plan for Ministry with Young Adults (12 listopada 1996), Washington D.C. 1996, I, 3.
[170] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 290.
[172] Por. Franciszek, Orędzie na XLVIII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2014), 4: AAS 107 (2015), s. 70-71: Już nie niewolnicy, lecz bracia, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 12 (367)/2014, s. 6-7.
[173] Por. Międzynarodowa Komisja Teologiczna, Pamięć i pojednanie. Kościół i winy przeszłości, Città del Vaticano 2000, 5.3.
[174] Jak na przykład w Bullach Eugeniusza IV Sicut dudum (13 stycznia 1435) i Etsi suscepti (9 stycznia 1442) oraz w Bullach Mikołaja V Dum diversas (18 czerwca 1452) i Romanus Pontifex (8 stycznia 1455). Naciski polityczne, a niekiedy także ekonomiczne, przeważały nad wymogami ewangelicznymi. Ewangelizacja była w ten sposób często naginana albo błędnie interpretowana pod wpływem ingerencji władz doczesnych, co prowadziło do relatywizowania niezgodności niewolnictwa z sumieniem chrześcijańskim.
[175] Por. Leon XIII, Enc. In plurimis (5 maja 1888): Acta Leonis XIII, t. VIII, Roma 1889, s. 169-192: Breviarium missionum. Wybór dokumentów Kościoła dotyczących dzieła misyjnego, t. 1, oprac. B. Wodecki, F. Wodecki, F. Zapłata, Warszawa 1979, s. 154-172. Warto zauważyć, że jeszcze w 1866 r. Święte Oficjum rozróżniało między niemoralnymi i moralnymi aspektami poddaństwa, nie potępiając go w pełni: Rzym, Archiwum Dykasterii Nauki Wiary, Istr. 1293: Instrukcja Świętego Oficjum w odpowiedzi na różne wątpliwości biskupa Massaia, Wikariusza Apostolskiego w kraju Galla [ Oromo], kwiecień 1866, odpowiedź na pytanie 15.
[176] Por. Św. Jan Paweł II, Bulla Incarnationis mysterium (29 listopada 1998), 11: AAS 91 (1999), s. 139-141: Bulla ogłaszająca Wielki Jubileusz Roku 2000, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (209)/1999, s. 13-15.
[177] Por. Św. Paweł VI, Regina caeli (17 maja 1970): Insegnamenti di Paolo VI, t. VIII, Città del Vaticano 1971, s. 506.
[178] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 183: AAS 112 (2020), s. 1033-1034.
[179] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.
[180] Św. Paweł VI, Przemówienie na forum XX Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (4 października 1965): AAS57 (1965), s. 877-881.
[181] Organizacja Narodów Zjednoczonych, Karta Narodów Zjednoczonych (26 czerwca 1945), Preambuła.
[182] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 258: AAS 112 (2020), s. 1060-1061. „Faktycznie, w ostatnich dekadach wszystkie wojny były rzekomo «usprawiedliwione». Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o możliwości uprawnionej obrony przy użyciu siły zbrojnej, co oznacza wykazanie, że istnieją pewne «ścisłe warunki uprawnienia moralnego». Łatwo jest jednak popaść w zbyt szeroką interpretację tego możliwego prawa. Próbuje się w ten sposób usprawiedliwić także ataki «prewencyjne» lub działania wojenne, które łatwo pociągają za sobą «poważniejsze zło i zamęt, niż zło, które należy usunąć»”; por. KKK, 2309.
[183] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 99: AAS 117 (2025), s. 202-203.
[185] Por. Przemówienie do uczestników Zgromadzenia Dzieł Pomocy Kościołom Wschodnim (ROACO) (26 czerwca 2025): AAS 117 (2025), s. 847-849.
[186] Por. Franciszek, Orędzie na LIII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2019): AAS 112 (2020), s. 54-61: Pokój jako droga nadziei – dialog, pojednanie i nawrócenie ekologiczne, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (419)/2020, s. 4-7.
[187] J.R.R. Tolkien, The Lord of the Rings. Part III: The Return of the King, New York 1965, s. 190: Władca Pierścieni, t. III: Powrót Króla, tłum. M. Skibniewska, Warszawa 1990, s. 148.
[188]Przemówienie do pracowników mediów (12 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 682: Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia Ziemi, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 26.
[190] Św. Jan Paweł II, Orędzie na XXXI Światowy Dzień Pokoju (1 stycznia 1998), 1: AAS 90 (1998), s. 147: Sprawiedliwość każdego człowieka źródłem pokoju dla wszystkich, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (199)/1998, s. 4.
[191] Św. Augustyn, Enarrationes in Psalmos, 84, 12: CCSL 39, Turnhout 1956, s. 1172-1173: Objaśnienia Psalmów. Ps 78-102, tłum. J. Sulowski, oprac. E. Stanula, Warszawa 1986, s. 83-84.
[192] Por. Franciszek, Enc. Dilexit nos (24 października 2024), 22: AAS 116 (2024), s. 1375-1376.
[193] Por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 115: AAS 112 (2020), s. 1008-1009.
[195] Por. Św. Paweł VI, Przemówienie na forum XX Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (4 października 1965): AAS 57 (1965), s. 878-879.
[196] Por. Pius XII, Orędzie radiowe Un’ora grave (24 sierpnia 1939): AAS 23 (1939), s. 334.
[197] G. La Pira, Riflessioni sul Concilio. Discorso del Sindaco di Firenze Prof. Giorgio La Pira alle «Guides de France» (Rzym, 4 września 1962), Firenze 1962, s. 6.
[202] Por. Tenże, Przemówienie do uczestników XXXVIII Sesji FAO (20 czerwca 2013): AAS 105 (2013), s. 616-617.
[203]Pierwsze błogosławieństwo „Urbi et Orbi” (8 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 660: Chcemy być Kościołem, który zawsze szuka pokoju, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 8.
[209] Por. Homilia Mszy w nocy Narodzenia Pańskiego (24 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 27 grudnia 2025, s. 2: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (479)/2026, s. 57-59.
[210] P. de Bérulle, Discours de l’état et des grandeurs de Jésus, Discours IV, Unité de Dieu en l’incarnation: Œuvres complètes, Paris 1856, kol. 218.
[212] Por. Przemówienie na Konferencji „Artificial Intelligence and Care of Our Common Home” (5 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 5 grudnia 2025, s. 2.
[213] Benedykt XVI, Enc. Deus caritas est (25 grudnia 2005), 14: AAS 98 (2006), s. 228-229.
[214] Św. Augustyn, Sermones, 272: In die Pentecostes ad infantes de sacramento: PL 38, Paris 1865, kol. 1247: Karmię was tym, czym sam żyję. Ojcowie Kościoła prowadzą przez święta roku kościelnego, oprac. M. Starowieyski, komentarze J. Miazek, Kraków 2015, s. 285.
[215] Benedykt XVI, Homilia podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej (21 kwietnia 2011): AAS 103 (2011), s. 321: Eucharystia jest tajemnicą wielkiej bliskości i komunii każdego człowieka z Panem, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 6 (334)/2011, s. 35.
[218] Por. Przemówienie na konferencji „The Dignity of Children and Adolescents in the Age of Artificial Intelligence” (13 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2025, s. 3.
[219] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 34: AAS 101 (2009), s. 668-670.
[220] Franciszek, Adhort. apost. Laudate Deum (4 października 2023), 67: AAS 115 (2023), s. 1059.
[224] Św. Paweł VI, Homilia w sanktuarium Matki Bożej w Bonarii (24 kwietnia 1970): AAS 62 (1970), s. 301.
***
Czym jest dokładnie encyklika?
fot. Vatican Media
***
Pierwsza encyklika papieża Leona XIV „Magnifica humanitas”, która zostanie ogłoszona 25 maja, będzie – według niektórych zestawień – 301 tego typu dokumentem w historii Kościoła katolickiego.
Słowo „encyklika”, pochodzące z greki, oznacza „list okólny”. W tradycji katolickiej jest to uroczysty dokument papieski kierowany do Kościoła powszechnego. Papież, jako odpowiedzialny za cały Kościół, zwraca się w nim do Kościołów pozostających w komunii z biskupem Rzymu.
Encyklika nie jest jedyną formą papieskiego nauczania, ale należy do jego najbardziej uroczystych i rozpoznawalnych dokumentów.
Encykliki wywodzą się ze starożytnej praktyki wysyłania listów przez jednych biskupów do drugich, by zapewnić jedność doktryny i życia Kościoła. Praktykę tę wznowił papież Benedykt XIV (1740-1758), wysyłając „listy okólne” do biskupów na tematy doktrynalne, moralne lub dyscyplinarne, dotyczące całego Kościoła. Sam termin „encyklika” wszedł jednak do powszechnego użytku dopiero za pontyfikatu Grzegorza XVI (1831-1846).
Najwięcej encyklik ogłosił papież Leon XIII (1878-1903) – aż 86 w ciągu 25 lat swego pontyfikatu. Dla porównania św. Jan Paweł II (1978-2005) w ciągu ponad 26 lat wydał ich 14. Wiele encyklik Leona XIII było jednak tekstami krótkimi i dziś nazwano by je raczej listami apostolskimi lub orędziami.
Tytuł encykliki pochodzi od pierwszych słów jej oficjalnej, łacińskiej wersji. Encykliki są ważnymi dokumentami nauczania papieskiego. Zwykle dotyczą spraw doktrynalnych, moralnych, duchowych lub społecznych i służą wyjaśnieniu oraz pogłębieniu nauczania Kościoła.
Gdy encykliki poruszają kwestie społeczne, bywają adresowane nie tylko do katolików, ale także do wszystkich ludzi dobrej woli. Praktykę tę zapoczątkował w 1963 r. św. Jan XXIII encykliką „Pacem in terris”, chociaż już słynna encyklika Leona XIII „Rerum novarum”, ze względu na podjęcie ważnego tematu społecznego, miała o wiele większy zasięg oddziaływania niż tylko w ramach Kościoła katolickiego.
Ostatnia ogłoszona encyklika papieska to „Dilexit nos” papieża Franciszka, opublikowana 24 października 2024 r. Dotyczy „ludzkiej i Bożej miłości Serca Jezusa Chrystusa”.
stacja7.pl, KAI
***
NIEDZIELA ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO
24 maja
Dziś – siedem tygodni po obchodach zmartwychwstania Jezusa Chrystusa – Kościół katolicki obchodzi uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Tym samym świętuje swoje narodziny, bo w tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało “uzbrojone mocą z wysoka” a Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm – wspólnotę. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele okres wielkanocny.
Adobe.Stock.pl
***
W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się “Pięćdziesiątnicą” – z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, – bo obchodzi się je 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.
Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. “I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).
W ten sposób rozpoczyna się nowy etap – czas Kościoła, który ożywiony darem z nieba rozpoczyna przepowiadanie radosnej nowiny o zbawieniu w Chrystusie.
Duch Święty dzięki swoim darom: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz “do dzieła, które im wyznaczyłem”, czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego.
Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.
Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.
W Polsce w niektórych regionach Wielkanoc nazywa się Białą Paschą, a Zesłanie Ducha Świętego – Czerwoną, prawdopodobnie dlatego, że dopiero po Jego zstąpieniu Apostołowie stali się zdolni do dawania świadectwa krwi.
Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są “majem” – najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim okres wielkanocny.
Symbolem Ducha Świętego jest gołębica. Zwykło się też przedstawiać go w postaci ognistych języków, gdyż tak Dzieje Apostolskie opisują jego zesłanie na Apostołów.
Kai -Tygodnik Niedziela
***
Ojciec św.Leon XIV w niedzielę zesłania Ducha Świętego mówił o pokoju po odpuszczenia grzechów i przebaczeniu
Duch Zmartwychwstałego jest Duchem pokoju, misji i prawdy – na te trzy wymiary zwrócił uwagę Leon XIV w homilii podczas uroczystości Zesłania Ducha Świętego. „Zaskakując nas swoją miłością, właśnie On – Zmartwychwstały, mówi: «Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone»” – podkreślił Papież.
Papież Leon XIV – Vatican Media
***
Dlatego Pięćdziesiątnica jest świętem paschalnym i świętem Ciała Chrystusa, którym jesteśmy dzięki łasce.
– podkreślił Papież.
„Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone”
W swej homilii Leon XIV zatrzymał się na trzema aspektami. Pierwszy: „Duch Zmartwychwstałego jest Duchem pokoju”. Papież zaznaczył, że poprzez swoją Paschę Chrystus wprowadza pokój między Bogiem a ludzkością, a Duch Święty wlewa go w serca i rozlewa na świat.
Ten pokój pochodzi z przebaczenia i prowadzi nas do przebaczenia: zaczyna się od przebaczenia darowanego przez samego Jezusa, który został przez nas zdradzony, skazany i ukrzyżowany.
Ojciec Święty dodał, że „Pan wylewa Ducha pokoju od początku do końca dziejów, ponieważ Ten, który wszystkich odkupił od śmierci, nikogo nie wyklucza”.
Kościół bohaterem Ewangelii, a nie tylko jej stróżem
„Duch Zmartwychwstałego jest Duchem misji” – to drugi aspekt, na który zwraca uwagę Papież i dodaje, że sam Jezus mówi: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”.
Najdrożsi, naprawdę jesteśmy uczestnikami Ewangelii: cały Kościół jest jej bohaterem, a nie tylko jej stróżem.
– podkreśla Leon XIV.
Papież zaznaczył, że to mocą Ducha Świętego nasze głoszenie staje się pełne radości i nadziei, ponieważ to my – właśnie my – jesteśmy nowością świata, światłem i solą ziemi.
Z pewnością nie dzięki naszym zasługom ani przywilejom, ale dzięki słowu Pana, które uświęca grzesznika, uzdrawia trędowatego, a z tego, kto się Go zaparł, czyni apostoła.
Jedność buduje się w prawdzie
Jako trzeci aspekt Leon XIV podkreślił, to, że misja rozpoczyna się od głoszenia prawdy o Bogu i o człowieku, ponieważ Duch Zmartwychwstałego jest „Duchem Prawdy”.
Sam Pan nam to obiecał, prosząc o jedność dla swojego Kościoła – jedność opartą na miłości Boga – źródle naszej miłości. Duch, który mówił przez proroków, zawsze buduje jedność w prawdzie, ponieważ wzbudza w nas zrozumienie, zgodę i spójność życia.
– zaznaczył Papież.
Niech Duch Zmartwychwstałego wybawi nas od zła wojny
Na koniec Papież apelował: „z żarliwym sercem módlmy się dzisiaj, aby Duch Zmartwychwstałego wybawił nas od zła wojny, którą zwycięża nie supermocarstwo, lecz Wszechmoc miłości. Prośmy Go, aby uleczył nas z plagi grzechu przez odkupienie ogłoszone wszystkim narodom w imię Jezusa”.
Papież modlił się, aby ta łaska, która wlewa w Apostołów odwagę napełniła nią „również nas – dziś i zawsze – za wstawiennictwem Maryi, Matki Kościoła”.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
„Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa” – mówił Papież podczas modlitwy Anioł Pański.
fot. Vatican Media
„Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa, rozpoznawać Go w nas i odkrywać znaki Jego obecności w codziennym życiu” – zaznaczył Papież, dodając, że „poprzez dar swojego Ducha Bóg obdarza nas prawdziwą wiarą, pozwala nam rozumieć sens Pisma Świętego, daje się poznać jako bliski i umożliwia uczestnictwo w Jego własnym życiu”.
Bez Ducha Świętego Kościół pozostaje więźniem strachu
Drugimi drzwiami które otwiera Duch Święty są te do Wieczernika, czyli Kościoła. „Bez ognia DuchaŚwiętego Kościół pozostaje więźniem strachu, lękającym się wyzwań świata, zamkniętym w sobie, a zatem również niezdolnym do nawiązania dialogu ze zmieniającymi się czasami” – podkreślił Leon XIV.
Kościół ma otwarte drzwi dla wszystkich
Papież zaznaczył, że Duch otwiera drzwi Kościoła, aby był on przyjmujący i gościnny dla wszystkich, nawet dla tych, którzy zamknęli drzwi przed Bogiem, przed drugim człowiekiem, przed nadzieją i radością życia. Jak przypomniał Papież Franciszek, jesteśmy powołani, by być «Kościołem, który błogosławi i dodaje otuchy […] Kościołem otwartych drzwi dla wszystkich».
Duch pomagając pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia
Papież powiedział, że „Duch Święty otwiera drzwi naszych serc, pomagając nam pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia oraz uzdalniając nas do życia jako dzieci Boże i jako bracia między sobą”. Dodał, że tam, gdzie jest Duch Pański, „rodzi się braterstwo między ludźmi, grupami i ludami ziemi, a wszyscy mówią jednym językiem miłości, która jednoczy i harmonizuje różnorodność”.
„Musimy przyzywać Ducha Świętego, aby otworzył wszystkie drzwi, które wciąż pozostają zamknięte” – apelował Papież.
„Podobnie jak pierwsi uczniowie, pokładajmy ufność we wstawiennictwie Maryi Panny, która jest Przybytkiem Ducha Świętego i Matką Kościoła” – powiedział Leon XIV.
„Trzeba nam na nowo odkryć Boga jako Ojca, który nas kocha, budować Kościół, w którym wszyscy czują się jak w domu, i tworzyć braterski świat, w którym między wszystkimi narodami króluje pokój” – powiedział papież w rozważaniu przed modlitwą Regina Caeli w uroczystość zesłaniu Ducha Świętego, 24 maja 2026 roku.
Cała treść przemówienia papieża.
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
W dzisiejszą uroczystość Pięćdziesiątnicy jesteśmy wezwani do kontemplacji daru Ducha Świętego, wylanego obficie na rodzący się Kościół, a dziś ponownie udzielanego jego członkom jako światło i siła towarzyszące im w każdej sytuacji życiowej.
Możemy przyjrzeć się obrazowi Ducha Świętego, który przedstawia nam dzisiejsza liturgia: Duch otwiera drzwi. Ewangelia mówi nam bowiem, że „tam, gdzie przebywali uczniowie, […] drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami” (J 20, 19), a jednocześnie Księga Dziejów Apostolskich opowiada nam, że Duch zstąpił jak gwałtowny wicher (por. Dz 2, 2), który otworzył te drzwi, skłonił uczniów do wyjścia i głoszenia Dobrej Nowiny o Chrystusie Zmartwychwstałym.
Również dzisiaj możemy zadać sobie pytanie: jakie drzwi otwiera Duch Święty?
Pierwsze drzwi prowadzą do samego Boga, ponieważ otwierają nam dostęp do Jego misterium, objawionego w Jezusie Chrystusie. Poprzez dar swojego Ducha Bóg obdarza nas prawdziwą wiarą, pozwala nam rozumieć sens Pisma Świętego, daje się poznać jako bliski i umożliwia uczestnictwo w Jego własnym życiu. Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa, rozpoznawać Go w nas i odkrywać znaki Jego obecności w codziennym życiu.
Drugimi drzwiami są drzwi Wieczernika, czyli Kościoła. Bez ognia Ducha Świętego Kościół pozostaje więźniem strachu, lękającym się wyzwań świata, zamkniętym w sobie, a zatem również niezdolnym do nawiązania dialogu ze zmieniającymi się czasami. Duch otwiera drzwi Kościoła, aby był on przyjmujący i gościnny dla wszystkich, nawet dla tych, którzy zamknęli drzwi przed Bogiem, przed drugim człowiekiem, przed nadzieją i radością życia. Jak przypomniał Papież Franciszek, jesteśmy powołani, by być „Kościołem, który błogosławi i dodaje otuchy […] Kościołem otwartych drzwi dla wszystkich” (Homilia podczas Mszy św. otwierającej Zwyczajne Zgromadzenie Ogólne Synodu Biskupów, 4 października 2023)[1].
Wreszcie, Duch Święty otwiera drzwi naszych serc, pomagając nam pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia oraz uzdalniając nas do życia jako dzieci Boże i jako bracia między sobą. Tam, gdzie jest Duch Pański, rodzi się braterstwo między ludźmi, grupami i ludami ziemi, a wszyscy mówią jednym językiem miłości, która jednoczy i harmonizuje różnorodność.
Bracia i siostry, również w naszych czasach, a zwłaszcza w tym dniu Pięćdziesiątnicy, musimy przyzywać Ducha Świętego, aby otworzył wszystkie drzwi, które wciąż pozostają zamknięte. Trzeba nam na nowo odkryć Boga jako Ojca, który nas kocha, budować Kościół, w którym wszyscy czują się jak w domu, i tworzyć braterski świat, w którym między wszystkimi narodami króluje pokój.
Podobnie jak pierwsi uczniowie, pokładajmy ufność we wstawiennictwie Maryi Panny, która jest Przybytkiem Ducha Świętego i Matką Kościoła.
www.vatican.va
***
sobota 23 maja 2026
Dziś Wigilia Zesłania Ducha Świętego!
fot. Serge Taeymans / Unsplsah
***
Czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego to ważne wydarzenia, które obchodzone są w wielu wspólnotach w całej Polsce i na świecie. W tym roku Wigilia Zesłania Ducha Świętego przypada w nocy z 23 na 24 maja.
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego to szczególny moment dla chrześcijan na całym świecie. Jest to święto nazywane inaczej Pięćdziesiątnicą, ponieważ Duch Święty objawił się zebranym w Wieczerniku apostołom pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Chrystusa.
W związku z wigilią Zesłania Ducha Świętego, która przypada w wieczór poprzedzający uroczystość, w wielu parafiach w Polsce i na całym świecie organizowane są nocne czuwania połączone ze wspólną modlitwą, uwielbieniem, a często również agapą i Eucharystią. Dostępne informacje o czuwaniach można znaleźć w lokalnych ogłoszeniach parafialnych oraz w mediach społecznościowych wspólnot i parafii.
Deon.pl
***
Królowo Apostołów módl się za nami
Dzisiejszego Dnia, w sobotę przed Uroczystością Zesłania Ducha Świętego,Księża Pallotyni (Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego) obchodzą swoje Patronalne Święto Królowej Apostołów – nawiązując do Wieczernika, gdzie Najświętsza Maryja Panna wraz z Apostołami oczekiwała na Ducha Pocieszyciela. Tego dnia cała wspólnota jednoczy się wokół swojej głównej Patronki, prosząc o łaskę charyzmatu apostolstwa.
Święto Maryi Królowej Apostołów nie mówi jedynie o godności Maryi. Mówi o tajemnicy Kościoła. O źródle wszelkiego apostolstwa. O ciszy, z której rodzi się ogień. Dla św. Wincenty Pallottiego Kościół nie był jakąś religijną administracją. Był organizmem żywym, ciałem oddychającym Duchem Świętym. Bolało go chrześcijaństwo ospałe, zamknięte w zakrystiach, oddzielające świętość od życia. Był przekonany, że każdy ochrzczony nosi w sobie wezwanie do apostolstwa, jak iskra nosi w sobie możliwość wskrzeszenia potężnego ognia.
Ale gdzie znaleźć wzór Kościoła żywego?
Św. Wincenty Pallotti odnalazł go nie w pałacach, nie w traktatach teologicznych i nie w triumfach historii. Odnalazł go w Wieczerniku.
To tam, pośród lęku, zamkniętych drzwi i drżących serc, rodzi się Kościół. Nie z siły ludzi, ale z mocy Boga. Apostołowie nie są jeszcze bohaterami. Są ubodzy, zagubieni i bezradni. I właśnie pośród nich trwa Ona – Maryja. Nie naucza. Nie przewodzi. Nie zajmuje miejsca Piotra. A jednak jest centrum tej ciszy, z której za chwilę wybuchnie Pięćdziesiątnica.
Św. Wincenty Pallotti rozumiał tę tajemnicę głębiej niż wielu teologów. Wiedział, że istnieje autorytet większy od władzy: autorytet obecności. Maryja nie była Apostołem, a jednak została Królową Apostołów. Nie dlatego, że mówiła najwięcej, lecz dlatego, że najpełniej pozwoliła działać Bogu.
W swoich duchowych zapiskach zanotował niezwykłe postanowienie:
„Postanawiam przedstawiać sobie (…), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku (…), z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem”.
To nie była pobożna metafora. Dla Pallottiego Wieczernik stawał się stanem duszy. Człowiek prawdziwie apostolski to ten, kto żyje nieustannie między modlitwą a ogniem Ducha Świętego.
Dlatego także swoje dzieło, Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, budował nie na strategii, lecz na duchu Wieczernika. Uważał, że wszelkie apostolstwo umiera wtedy, gdy przestaje klękać. Aktywizm bez kontemplacji staje się tylko hałasem. Człowiek może mówić o Chrystusie całemu światu, a jednocześnie samemu oddalać się od Niego.
Pallotti odkrył także coś jeszcze: że Maryja jest najskuteczniejszą pomocą każdego apostoła nie dlatego, że usuwa trudności, ale dlatego, że uczy miłości wiernej aż do końca. Apostoł bez miłości staje się propagandystą. Apostoł z sercem Maryi staje się świadkiem. Właśnie dlatego pod koniec życia zapragnął pozostawić swoim duchowym synom obraz. W rzymskim kościele Najświętszego Zbawiciela na Fali polecił namalować ikonę Maryi pośród Apostołów w dniu Zesłania Ducha Świętego. I znamienne jest to, że pośród Apostołów znajdują się tam również kobiety. To nie detal artystyczny. To manifest duchowy. Pallotti chciał powiedzieć Kościołowi: apostolstwo nie jest przywilejem wybranych. Duch Święty nie zna kast. Maryja w Wieczerniku nie stoi ponad Kościołem. Jest w sercu Kościoła. Jak płomień lampy, który nie zwraca uwagi na siebie, a bez którego wszystko pogrąża się w ciemności.
I może właśnie tego najbardziej potrzeba współczesnemu chrześcijaństwu: ludzi Wieczernika, ludzi, którzy zanim zaczną mówić światu o Panu Bogu, pozwolą najpierw, by Miłosierny Pan, który jest Miłością, rozpalił ich własne serca.
***
Królowa Apostołów w życiu św. Wincentego Pallottiego
W dniu dzisiejszym przypada liturgiczne święto Najświętszej Maryi Panny, Królowej Apostołów, głównej patronki Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Poniżej jest fragment z artykułu ks. Jana Kupki SAC opublikowany w miesięczniku „Miejsca Święte”, pod tytułem: „Królowa Apostołów, Patronka Pielgrzymów”.
Św. Wincenty Pallotti pragnął, aby Kościół był żywym organizmem. Uważał, że wszyscy ludzie ochrzczeni powinni aktywnie uczestniczyć w realizacji apostolskiej misji Kościoła. Troska o Kościół żywy i poszukiwanie powszechnego wzoru, według którego wszyscy mogliby realizować swoje apostolskie powołanie, zaprowadziły Pallottiego do jerozolimskiego Wieczernika. Tam bowiem Duch Święty napełnił swoją mocą uczniów Chrystusa, uświęcił ich i obdarza swoimi darami, aby Kościół mógł się objawić publicznie i głosić Ewangelię, prowadząc wszystkich ludzi do Chrystusa. Dlatego Wieczernik stał się dla Pallottiego obrazem żywego Kościoła i przestrzenią realizacji powołania apostolskiego.
Nic więc dziwnego, że w swoich zapiskach duchowych zanotował w 1816 roku następujące oświadczenie: „Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego” (Wybór Pism, t. III, s. 46–47).
Pallotti dążył również do tego, aby z duchowości jerozolimskiego Wieczernika czerpać moc do swojej działalności apostolskiej i wskazać go jako model swoim synom i córkom duchowym. Opisując przeżycia duchowe, jakimi obdarzył go Bóg w Osimo w 1840 roku, zanotował, że gdy przeczytał żywot Matki Bożej, Jezus Chrystus „ukształtował w jego umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Wybór Pism, t. I, s. 201). Chodzi tu o żywot Najświętszej Maryi Panny noszący tytuł Mistyczne Miasto Boże, a napisany przez hiszpańską mistyczkę Marię z Agredy, żyjącą w latach 1602–1665. Znajdujemy tam opis zgromadzenia apostołów w Wieczerniku jerozolimskim po Wniebowstąpieniu i dokonania przez nich podziału zadań apostolskich. Po dziesięciodniowej wspólnej modlitwie i poście z Maryją św. Piotr z natchnienia Bożego „podzielił” ówczesny świat na dwanaście regionów i poprzydzielał je poszczególnym apostołom. Właśnie według tego opisu Pallotti nakreślił podczas pobytu w Camaldoli w 1839 roku gigantyczny plan apostolski obejmujący wszystkie dziedziny działalności apostolskiej Kościoła. Zadania te podzielił na 13 sektorów, które nazwał prokurami. W ten sposób rozwinął ideę o powszechnym apostolstwie i nadał jej konkretny kształt jako wzorzec apostolskiego działania w Kościele.
Godna podkreślenia jest myśl Pallottiego, że wszyscy ludzie wierzący rozwijają swoje apostolstwo pod najskuteczniejszą opieką Niepokalanej Matki Boga, Królowej Apostołów z dwóch powodów: po pierwsze – przez swoje zasługi i wstawiennictwo wyprasza Ona u Boga wszelkie dary i łaski potrzebne apostołom, a po drugie – jest Ona dla wszystkich najdoskonalszym wzorem gorliwości i doskonałej miłości. Dlatego jak w początkach Kościoła Maryja wspierała Apostołów swoją obecnością w Wieczerniku i jednoczyła na modlitwie, tak również dzisiaj jest obecna jako Matka Kościoła, przynaglając wszystkich wyznawców Chrystusa do jednoczenia wysiłków apostolskich i działania w mocy Ducha Świętego we współczesnym świecie.
Całą swoją duchowość dotyczącą Maryi Królowej Apostołów Wincenty Pallotti wyraził w obrazie Królowej Apostołów namalowanym z jego inspiracji w 1848 roku dla kościoła Najświętszego Zbawiciela na Fali w Rzymie. Obraz ten namalował włoski malarz Serafin Cesaretti według sztychu niemieckiego malarza Johanna Friedricha Overbecka. Przedstawia on Matkę Bożą otoczoną Apostołami w dniu zesłania Ducha Świętego. Ideę Pallottiego o powszechnym apostolstwie wyraża na tym obrazie obecność dwóch kobiet pośród Apostołów.
***
Droga do wieczernika. Maryja, Królowa Apostołów
Wezwanie “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.
fot. Wikipedia
***
Maryja jest Królową Apostołów, bo jest razem z Kościołem, razem z apostołami w wieczerniku.
Czym jest wieczernik?
To miejsce, gdzie Jezus zostawił nam Eucharystię, gdzie spotkał się z uczniami na ostatniej wieczerzy. To także miejsce, gdzie uczniowie schowali się po śmierci Jezusa z lęku przed zagrożeniem, przed tym, że będą uznani za Jego uczniów i będą wezwani do tego, by oddać za Niego życie.
Wieczernik to także miejsce, gdzie uczniowie z Maryją czekali na zesłanie Ducha Świętego. To miejsce, gdzie kształtuje się apostołów. Wieczernik to szkoła dla każdego z nas, gdzie uczymy się, jak być z Maryją i oczekiwać na dar Ducha Świętego.
Tam, gdzie czekasz na Ducha Świętego
Dla mnie jako pallotynki Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być apostołem, ale miejsce, z którego wychodzę – wychodzę do człowieka, na ulicę, do świata. Tam, gdzie człowiek czeka na Ducha Świętego. Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być z Maryją i z Maryją z niego wychodzić.
Czym wieczernik jest dla ciebie, czy masz miejsce, gdzie uczysz się, jak być z Bogiem, jak być Maryją? Czy masz takie miejsce, gdzie doświadczasz jej obecności, że ona tam jest? Co jest Wieczernikiem Twojej codzienności, gdzie uczysz się, jak być apostołem, jak czekać i otrzymywać dar Ducha Świętego? Czy masz swoje miejsce, z którego wychodzisz, by dawać świadectwo o Bogu, który jest i który żyje?
Może Wieczernikiem jest Twój dom, gdzie żyjesz, gdzie spotykasz swoich najbliższych, gdzie razem z nami się modlisz. Może to miejsce, gdzie modlisz się w samotności. A może Wieczernikiem jest park, gdzie spacerujesz i doświadczasz obecności Pana Boga i z niego wychodzisz do pracy, do ludzi, napełniony Duchem Świętym do swoich obowiązków. A może to są twoje relacje bliskości, intymność i ciepła. Może Wieczernikiem są twoje relacje, swoje więzi.
Tam, gdzie jest Ona
Wieczernik z Maryją to miejsce, gdzie apostołowie doświadczali tego, że ona z nimi jest i że razem, we wspólnocie, doświadczają obecności Ducha Świętego. Jeśli nie wiesz, co jest twoim Wieczernikiem, jeśli dzisiaj nie masz takiego miejsca w sobie albo wokół siebie, to może warto go poszukać. Wezwanie w litanii loretańskiej “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.”
Maryjo, Ty znałaś Apostołów, chodziłaś z nimi, widziałaś ich upadki i nawrócenie do Chrystusa Zmartwychwstałego. Wspierałaś ich w ich misji głoszenia Słowa i nadal podtrzymujesz biskupów w budowaniu Kościoła. Pomagaj im, by całym swoim życiem świadczyli o prawdzie zmartwychwstania.
(Maciej Okoński OP, „52 furtki do nieba”)
***
O Wigilii Zesłania Ducha Świętego.
Czyli po co obchodzić Wigilię Paschalną jeszcze raz?
– Jeśli Okres Wielkanocny ma być jednym wielkim świętem (…), to jeszcze bardziej uzasadnione staje się zakończenie tego czasu radości ze Zmartwychwstania Chrystusa echem wielkiej Wigilii Paschalnej – niczym otwarcie i zamknięcie wielkich drzwi – zanim otworzy się przed nami kolejny „rozdział” historii zbawienia – mówi dr Peter Kwasniewski. Amerykański filozof i pisarz wyjaśnia, dlaczego Kościół aż do 1955 r. – czyli przez ponad 1000 lat – obchodził Wigilię Zesłania Ducha Świętego w tak uroczysty i rozbudowany sposób.
Wraz z reformami liturgicznymi roku 1955 papież Pius XII zniósł obrzędy Wigilii Zesłania Ducha Świętego, pozostawiając samą Mszę św. z tego dnia. Wcześniej jednak liturgia była o wiele dłuższa. Zawierała połowę (6 z 12) czytań z Wigilii Paschalnej, obrzęd poświęcenia wody chrzcielnej, Litanię do Wszystkich Świętych, a przede wszystkim – Sakrament Chrztu udzielany katechumenom. Było to swego rodzaju powtórzenie Wigilii Paschalnej w nieco skróconej formie, co dr Peter Kwasniewski trafnie nazwał „miniaturą Wigilii Paschalnej”.
– Jeśli Okres Wielkanocny ma być jednym wielkim świętem (…), to jeszcze bardziej uzasadnione staje się zakończenie tego czasu radości ze Zmartwychwstania Chrystusa echem wielkiej Wigilii Paschalnej – niczym otwarcie i zamknięcie wielkich drzwi – zanim otworzy się przed nami kolejny „rozdział” historii zbawienia – mówi dr Kwasniewski. – Tak jak Wigilia Paschalna łączy ciemność Wielkiej Soboty z pełnym światłem Niedzieli Wielkanocnej, tak Wigilia Zesłania Ducha Świętego sprzed 1955 roku głęboko jednoczy tajemnicę Wielkiej Nocy z wylaniem Ducha Świętego – dodaje.
W słynnym „Roku Liturgicznym” francuski liturgista Dom Guéranger OSB pisze:
– Dawniej Wigilia ta była sprawowana w sposób podobny do Wigilii Paschalnej. Wierni udawali się do kościoła wieczorem, aby uczestniczyć w uroczystym udzielaniu chrztu. (…) Zamiast dwunastu Proroctw, które czytano w Noc Wielkanocną, gdy kapłani odprawiali nad katechumenami obrzędy przygotowujące do chrztu, odczytywano tylko sześć; przynajmniej taki był zwyczaj, co sugeruje, że liczba chrzczonych w Zesłanie Ducha Świętego była mniejsza niż w Wielkanoc. Paschał był ponownie wnoszony tej nocy łaski, aby wzbudzić w nowo ochrzczonych szacunek i miłość do Syna Bożego, który stał się człowiekiem, aby być Światłością świata. Obrzędy już wcześniej opisane i wyjaśnione przy okazji Wielkiej Soboty były powtarzane, a Ofiara Mszy Świętej, w której uczestniczyli neofici, rozpoczynała się jeszcze przed świtem.
Z czasem jednak – gdy chrześcijaństwo stawało się coraz powszechniejsze – liczba katechumenów spadała, bowiem Chrzest był udzielany zaraz po narodzinach. W konsekwencji niejednokrotnie nie było katechumenów przyjmujących Chrzest w Noc Pięćdziesiątnicy, lecz mimo to liturgia ta nie straciła swojej tradycyjnej treści.
Dr Peter Kwaśniewski wyjaśnia, że udzielanie Sakramentu Chrztu właśnie w Wigilię Zesłania Ducha Świętego ma podłoże teologiczne. Istnieje bowiem związek między Chrztem, Duchem Świętym i Zmartwychwstaniem Chrystusa, wskazany już przez św. Jana Apostoła w słowach: Trzej bowiem dają świadectwo: Duch, woda i krew, a ci trzej w jedno się łączą (1 J 5,7-8).
– Te tajemnice są nierozdzielne – do tego stopnia, że celebrować chrzest to zjednoczyć człowieka ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa; to obmyć z grzechów i napełnić jego duszę łaską oraz miłością Boga, czyniąc ją mieszkaniem Ducha Świętego. Mówiąc prościej: chrzcić to wzywać Ducha Świętego, a celebrować Jego zstąpienie to albo udzielać chrztu, albo z wdzięcznością wspominać swój własny chrzest wcielający w Chrystusa i dążyć do jego pogłębienia – zwraca uwagę amerykański pisarz i filozof.
Zaś św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie (Rz 6, 3-5).
Związek między tymi trzema tajemnicami – Chrztu, Zmartwychwstania i Ducha Świętego – nadaje szczególny sens udzielaniu Sakramentu Chrztu właśnie w Noc Pięćdziesiątnicy. Dr Kwaśniewski zauważa, że w języku angielskim tradycyjna nazwa tego dnia to Whitsunday, czyli dosłownie „Niedziela biała” albo „Niedziela białych szat” – w nawiązaniu do koloru szat noszonych przez katechumenów.
Pomiędzy obydwiema wigiliami – czyli Wielkanocnej i Zesłania Ducha Świętego – są jednak drobne różnice, a raczej ta druga jest „skróconą” wersją Wigilii Paschalnej. Wtedy nie błogosławi się już ognia ani nie śpiewa Exultetu – bo nie trzeba już ogłaszać Zmartwychwstania Chrystusa. Wciąż jednak błogosławi się wodę chrzcielną i zanurza się w niej Paschał poświęcony w Noc Wielkanocną. Te same czytania są wygłaszane ponownie, choć jest iż już tylko 6, a nie 12. Zachowane są wszystkie śpiewy pomiędzy nimi (czyli Traktusy) oraz Litania do Wszystkich Świętych, a wszystko kulminuje się – tak samo jak w Noc Wielkanocną – w uroczystym Gloria odśpiewanym na początku Mszy, podczas którego po raz pierwszy brzmią organy.
Widać zatem głęboką mądrość starszych pokoleń i liturgistów, którzy w taki sposób ozdobili Paschalne Misterium. Kościół bowiem rozpoczyna okres Wielkanocny od „wielkiej” Wigilii Paschalnej, po czym następuje 50 dni radości wielkanocnej, zwieńczonej Oktawą Zesłania Ducha Świętego – również poprzedzaną przez Wigilię, choć tym razem już nieco uproszczoną. Szkoda, że reformy liturgiczne roku 1955 przetrwała sama Msza Wigilii Pięćdziesiątnicy, a wcześniejsze (ponad tysiącletnie!) obrzędy zostały usunięte. Jest to tym bardziej tragiczne, że drugie co do wielkości święto w roku liturgicznym straciło należny mu dzień przygotowania.
Peter Kwaśniewski/PCh24.pl/źródło: onepeterfive.com/AF
***
W Zesłanie Ducha Świętego możesz pomóc duszom czyśćcowym
godongphoto | Shutterstock
***
W uroczystość Zesłania Ducha Świętego można w bardzo konkretny sposób pomóc duszom czyśćcowym.
Jutro, 24 maja 2026, przypada uroczystość Zesłania Ducha Świętego, która wiąże się z możliwością uzyskania odpustu zupełnego.
Jak uzyskać odpust zupełny w uroczystość Zesłania Ducha Świętego?
W uroczystość zesłania Ducha Świętego każdy wierny może uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami za siebie lub za jedną osobę w czyśćcu.
Te warunki to: brak grzechu ciężkiego, przyjęcie Komunii Świętej w dany dzień, wyrzeczenie się przywiązania do najmniejszego grzechu i modlitwa w intencjach papieża Leona.
Aby uzyskać ten opust należy odmówić lub odśpiewać hymn „O Stworzycielu Duchu, przyjdź” – „Veni Creator Spiritus”.
Zazwyczaj jest od odmawiany w czasie Eucharystii.
„O Stworzycielu Duchu, przyjdź”
O Stworzycielu, Duchu, przyjdź, Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg. Niebieską łaskę zesłać racz Sercom, co dziełem są Twych rąk.
Pocieszycielem jesteś zwan I najwyższego Boga dar. Tyś namaszczeniem naszych dusz, Zdrój żywy, miłość, ognia żar.
Ty darzysz łaską siedemkroć, Bo moc z prawicy Ojca masz, Przez Boga obiecany nam, Mową wzbogacasz język nasz.
Światłem rozjaśnij naszą myśl, W serca nam miłość świętą wlej I wątłą słabość naszych ciał Pokrzep stałością mocy Twej.
Nieprzyjaciela odpędź w dal I Twym pokojem obdarz wraz. Niech w drodze za przewodem Twym Miniemy zło, co kusi nas.
Daj nam przez Ciebie Ojca znać, Daj, by i Syn poznany był. I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch, Niech wyznajemy z wszystkich sił.
Niech Bogu Ojcu chwała brzmi, Synowi, który zmartwychwstał, I Temu, co pociesza nas, Niech hołd wieczystych płynie chwał.
Amen.
Taki sam odpust można uzyskać w uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, czyli w Nowy Rok. Zazwyczaj Msze Święte w ten dzień rozpoczyna się właśnie od hymnu do Ducha Świętego.
7 prostych sposobów, by na co dzień żyć swoim chrztem
Photo by Handout / VATICAN MEDIA / AFP
***
Zbliżamy się do końca okresu wielkanocnego – czasu, w którym Kościół ze szczególną mocą celebruje zmartwychwstanie Chrystusa i nasze odrodzenie w sakramencie chrztu. Choć to Wigilia Paschalna jest momentem uroczystego odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych, to świadomość bycia dzieckiem Bożym powinna nam towarzyszyć każdego dnia.
Chrzest nie jest bowiem tylko jednorazowym wydarzeniem z przeszłości, ale fundamentem naszej tożsamości. Jak w praktyce przypominać sobie o tym, że zostaliśmy włączeni w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa? Oto 7 prostych wskazówek.
1 Świadomy znak krzyża
To jedna z najkrótszych, a zarazem najgłębszych modlitw. Wykonując ten gest, oddajemy nasz umysł, emocje i czyny Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Przez chrzest uczestniczymy w kapłańskiej misji Jezusa – oznacza to, że każda chwila naszej codzienności może stać się duchową ofiarą składaną Bogu. Niech znak krzyża będzie dla ciebie znakiem przynależności.
2 Korzystanie z wody święconej
Warto mieć ją w swoim domu (np. w małym kropielniku przy drzwiach). Znak krzyża wykonany wodą święconą to bezpośrednie nawiązanie do momentu polania głowy nad chrzcielnicą. Woda symbolizuje oczyszczenie i nowe życie. Przypomina, że w Chrystusie „umarliśmy dla grzechu”, by stać się nowym stworzeniem (por. Rz 6, 8).
3 Modlitwa „Chwała Ojcu…”
To najkrótsza doksologia, czyli modlitwa uwielbienia Trójcy Świętej. Jest ona ściśle związana z formułą chrzcielną. Pamiętaj, że „za wielką cenę zostaliście nabyci” (1 Kor 7, 23) i wyrwani z niewoli. Krótkie „Chwała Ojcu” wypowiedziane w ciągu dnia to akt wdzięczności za dar odkupienia.
4 Lektura Słowa Bożego
Chrzest włącza nas w prorocką misję Chrystusa. Prorok to ktoś, kto słucha Boga i niesie Jego słowo światu. Aby żyć zgodnie z Ewangelią, musimy ją najpierw znać. Regularne sięganie po Pismo Święte pozwala poznać naukę Mistrza i – dzięki mocy Ducha Świętego – wcielać ją w czyn.
5 Drobne dobre uczynki
Sakrament ten daje nam również udział w królewskiej misji Chrystusa. W chrześcijaństwie „królować” oznacza jednak „służyć”. Każdy gest życzliwości, drobna pomoc czy uśmiech to realizacja Twojego chrześcijańskiego powołania. W ten sposób upodabniasz się do Chrystusa-Sługi.
6 Błogosławienie innych
To szczególne zadanie dla małżonków i rodziców, ale nie tylko. Każdy ochrzczony jest powołany do tego, by „błogosławić, a nie złorzeczyć” (por. Rz 12, 14b). Możesz to robić dwutorowo: modląc się za osoby, które spotykasz, oraz dostrzegając dobro w otaczającym Cię świecie. Dzielenie się radością to także forma błogosławieństwa.
7 Odważne dzielenie się wiarą
Duch Święty, którego otrzymaliśmy na chrzcie (i który umocnił nas w bierzmowaniu), uzdalnia nas do świadectwa. Nie każdy musi głosić kazania, ale każdy ma swoją przestrzeń: rozmowę z przyjacielem, dyskretną pomoc potrzebującym czy zaangażowanie we wspólnocie parafialnej. Znajdź sposób dopasowany do twojej osobowości – Duch Święty podpowie ci, jak to zrobić.
Kilka dni temu islamista we włoskiej Modenie wjechał w grupę przechodniów. Ranna została również Polka. Jedna z poszkodowanych osób straciła obie nogi. Po ataku natychmiast stwierdzono, jakoby sprawca miał problemy psychiczne. Problem w tym, że wypisywał też agresywnie antychrześcijańskie e-maile…
O tym oczywistym akcie islamskiej przemocy mówił w rozmowie z włoską “Il Giornale” bp Marian Eleganti ze Szwajcarii, emerytowany biskup pomocniczy diecezji Chur.
– Dlaczego chrześcijanie nie dopuszczają się takich aktów terrorystycznych? Najwyraźniej ich religia oferuje znacznie większy potencjał indywidualnej odporności w obliczu demonicznych aktów przemocy, wymierzonych w niewinnych ludzi, którzy nie mają osobistych relacji ze sprawcą. Benedykt XVI miał absolutną rację, diagnozując problem przemocy w islamie. To oczywisty fakt – powiedział.
– Islam jest niezgodny z naszą koncepcją społeczeństwa i państwa, ukształtowaną przez chrześcijaństwo, z naszą koncepcją wolności religijnej i osobistej wolności sumienia. Islam był religią antychrześcijańską od samego początku – dodał hierarcha.
– Wszędzie doprowadził do zaniku lub niemal całkowitego chrześcijaństwa – podkreślił.
– To pozostaje aktualne do dziś. Wielu lewicowców i muzułmanów podziela dziś swoją fundamentalną wrogość wobec chrześcijaństwa; a przynajmniej żaden z nich nie kiwnąłby palcem, by chrześcijaństwo przetrwało w naszych społeczeństwach. Zamiast tego marzą o erze postchrześcijańskiej – zaznaczył hierarcha.
Jak podkreślił, kiedy tylko muzułmanie zdobędą większość, przekonamy się o prawdziwej skali przemocy, do jakiej jest gotowy islam. – Wtedy tak zwani niewierni, czyli niemuzułmanie, nie będą mieć się już dobrze… – ocenił.
PCh24.pl/źródło: Il Giornale/Pach
***
22 maja 2026
„Zawsze szuka kontaktu z Bogiem”. Osobisty sekretarz ujawnia, jaki na co dzień jest Leon XIV
Za murami Watykanu Leon XIV ma jeden niezmienny rytuał. Jego osobisty sekretarz, ks. Edgard Rimaycunaa zdradził, co papież robi każdego dnia, zanim zajmie się sprawami Kościoła.
fot. Agustinos, youtube (printscreen)/Vatican Media
W wywiadzie opublikowanym 18 maja przez Zakon św. Augustyn osobisty sekretarz Leona XIV, pochodzący z Peru ksiądz Edgard Rimaycunaa zdradził szczegóły dotyczące codziennego życia duchowego Ojca Świętego. Przyznał, że papież spędza każdy dzień, skupiając się na modlitwie, milczeniu i poszukiwaniu Boga, nie zapominając przy tym o obowiązkach związanych z kierowaniem Kościołem.
Ks. Rimaycuna opisał papieża Leona jako człowieka, który „żyje zawsze w nieustannej obecności Boga”. Od początku dnia ma ustalone pory modlitwy, w tym Mszę świętą i odmawianie Liturgii Godzin; modlimy się również na różańcu – wyjaśnił.
Dodał również, że papież przez cały dzień „zawsze szuka kontaktu z Bogiem poprzez ciszę i modlitwę przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy”. Jego zdaniem na duchowość Leona XIV głęboki wpływ ma myśl św. Augustyna. Ojciec Święty szuka Boga w sobie; rozmawia z Nim, to jest modlitwa – dodał.
„Jest człowiekiem, który stara się budować mosty”
Pochodzący z Peru duchowny zaznaczył, że duchowe doświadczenie Leona XIV znajduje następnie odzwierciedlenie w jego relacjach z ludźmi, z którymi pracuje. Ta bliskość przejawia się w czasie, jaki poświęca każdej osobie, która do niego przychodzi oraz w uwadze, jaką poświęca tym, którzy zwierzają się jemu ze swoich trudności lub trosk. Kiedy ktoś powierza mu konkretną intencję lub troskę, bardzo o tym pamięta – zapewnił.
Ks. Rimaycuna opisał również Leona XIV jako człowieka cierpliwego i rozważnego w sprawowaniu rządów nad Kościołem. Nie jest człowiekiem podejmującym błyskawiczne decyzje. Zawsze myśli, słucha i bierze pod uwagę także poglądy przeciwne – powiedział. Zaznaczył, iż Ojciec Święty stara się unikać konfrontacji i promować jedność. Jest człowiekiem, który stara się budować mosty, dąży do dialogu i zawsze unika konfrontacji – stwierdził.
Pokój: nieustanna troska
Papieski sekretarz zwrócił również uwagę, że jednym z największych źródeł cierpienia Ojca Świętego są obecne wojny. Bardzo cierpi z tego powodu – powiedział, odnosząc się do konfliktów na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie. Przypomniał, że pierwsze słowa Leona XIV po wyborze na Stolicą Piotrową były wezwaniem do pokoju: „Pokój wam wszystkim”. On zawsze działa na rzecz pokoju; nieustannie wzywa władze do zawieszenia broni – podkreślił.
Ks. Rimaycuna poprosił wiernych o nieustanne modlitwy w intencji Ojca Świętego, biorąc pod uwagę duchowy ciężar, jaki papież niesie, kierując Kościołem powszechnym.
Watykan/Stacja7.pl
***
20 maja 2026
Co znaczy, że liturgia czyni nas Ciałem Chrystusa?
“Liturgia jest zarówno przestrzenią, czasem, jak i kontekstem, w którym Kościół otrzymuje od Chrystusa swoje życie”.
fot. Vatican Media
***
Kontynuując cykl katechez na temat dokumentów II Soboru Watykańskiego papież rozpoczął omawianie Konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium”.
Drodzy Bracia i Siostry, dzień dobry i witajcie!
Rozpoczynamy dziś cykl katechez poświęconych pierwszemu dokumentowi promulgowanemu przez Sobór Watykański II, czyli Konstytucji o liturgii świętej Sacrosanctum Concilium (SC).
Opracowując tę konstytucję, Ojcowie soborowi chcieli nie tylko podjąć reformę obrzędów, ale także doprowadzić Kościół do kontemplacji i pogłębienia tej żywej więzi, która go tworzy i jednoczy: misterium Chrystusa. Liturgia bowiem porusza samo serce tego misterium: jest zarówno przestrzenią, czasem, jak i kontekstem, w którym Kościół otrzymuje od Chrystusa swoje życie. W liturgii bowiem „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia” (SC, 2), które czyni z nas wybrane plemię, królewskie kapłaństwo, naród święty, lud, który Bóg nabył sobie na własność (por. 1 P 2, 9).
Jak ukazała potrójna odnowa – biblijna, patrystyczna i liturgiczna – która dokonała się w Kościele w ciągu XX w., Misterium, o którym mowa, nie oznacza jakiejś mrocznej rzeczywistości, lecz zbawczy zamysł Boga, ukryty od wieczności i objawiony w Chrystusie, zgodnie ze słowami św. Pawła (por. Ef 3, 3-6). Oto zatem Misterium chrześcijańskie: wydarzenie paschalne, to znaczy męka, śmierć, zmartwychwstanie i uwielbienie Chrystusa, które właśnie w liturgii zostaje nam uobecnione sakramentalnie, tak że ilekroć uczestniczymy w zgromadzeniu zebranym „w Jego imię” (Mt 18, 20), zostajemy zanurzeni w tym Misterium.
Chrystus – żywe serce misterium Kościoła
Sam Chrystus jest wewnętrzną zasadą misterium Kościoła, świętego Ludu Bożego, zrodzonego z Jego boku przebitego na krzyżu. W świętej liturgii, mocą swojego Ducha, On nadal działa. Uświęca Kościół, swoją Oblubienicę, i włącza go do swojej ofiary składanej Ojcu. Wypełnia swoje absolutnie jedyne kapłaństwo – On, który jest obecny w głoszonym Słowie, w sakramentach, w osobach celebrujących szafarzy, w zgromadzonej wspólnocie oraz – w najwyższym stopniu – w Eucharystii (SC, 7). Tak więc, według św. Augustyna (por. Sermones, 277), sprawując Eucharystię, Kościół „przyjmuje Ciało Pana i staje się tym, co przyjmuje”: staje się Ciałem Chrystusa, „by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha” (Ef 2, 22). To jest „dzieło naszego odkupienia”, które upodabnia nas do Chrystusa i umacnia nas w komunii.
W liturgii świętej ta komunia urzeczywistnia się „przez obrzędy i modlitwy” (SC, 48). Rytuały Kościoła wyrażają jego wiarę – zgodnie ze słynnym wyrażeniem lex orandi, lex credendi – i jednocześnie kształtują tożsamość eklezjalną: głoszone Słowo, celebracja sakramentu, gesty, milczenie, przestrzeń – wszystko to ukazuje i nadaje kształt ludowi zgromadzonemu przez Ojca, Ciału Chrystusa, Świątyni Ducha Świętego. Każda celebracja staje się w ten sposób prawdziwą epifanią Kościoła trwającego na modlitwie, jak przypomniał św. Jan Paweł II (List apost. Vicesimus quintus annus, 9).
Liturgia tworzy wspólnotę otwartą i gościnną dla wszystkich
Jeśli liturgia służy misterium Chrystusa, można zrozumieć, dlaczego została zdefiniowana, że „jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc” (SC, 10). To prawda, że działanie Kościoła nie ogranicza się wyłącznie do liturgii, jednak wszelka jego działalność (przepowiadanie, posługa ubogim, towarzyszenie sprawom ludzkim) zmierza ku temu „szczytowi”. Z drugiej strony liturgia wspiera wiernych, zanurzając ich nieustannie i na nowo w Paschę Pana, a zatem poprzez głoszenie Słowa, sprawowanie sakramentów i wspólną modlitwę są oni pokrzepiani, umacniani i odnawiani w swoim zaangażowaniu w wiarę i w swojej misji. Innymi słowy, uczestnictwo wiernych w czynności liturgicznej jest jednocześnie „wewnętrzny” i „zewnętrzny”.
Oznacza to również, że owo uczestnictwo ma konkretnie przenikać całe życie codzienne w dynamice etycznej i duchowej, tak aby celebrowana liturgia przekładała się na życie i domagała się wierności, zdolnej do urzeczywistnienia tego, co zostało przeżyte podczas celebracji: w ten sposób nasze życie staje się „ofiarą, żywą, świętą, Bogu miłą”, realizując naszą „służbę Bożą” (Rz 12, 1).
W ten sposób „liturgia przekształca tych, którzy są wewnątrz Kościoła, w święty przybytek w Panu” (SC, 2) i tworzy wspólnotę otwartą i gościnną dla wszystkich. Jest ona bowiem przeniknięta Duchem Świętym, wprowadza nas ona w życie Chrystusa, czyni nas Jego Ciałem i we wszystkich swoich wymiarach stanowi znak jedności całego rodzaju ludzkiego w Chrystusie. Jak powiedział Papież Franciszek: „Świat jeszcze tego nie wie, ale wszyscy są zaproszeni na ucztę weselną Baranka (Ap 19, 9)” (List apost. Desiderio desideravi, 5).
Najdrożsi, pozwólmy, aby obrzędy, symbole, gesty, a przede wszystkim żywa obecność Chrystusa w liturgii, wewnętrznie nas kształtowały – będziemy mieli jeszcze okazję zgłębić to w kolejnych katechezach.
Katecheza Papieża -Stacja7.pl – KAI
*** Pierwsza encyklika papieża Leona XIV: Sztuczna inteligencja w rocznicę „Rerum Novarum”
Antoine Mekary | ALETEIA
***
Watykańskie źródła donoszą, że 15 maja papież Leon XIV podpisze swoją pierwszą encyklikę.
Papież Leon wkrótce podpisze dokument poświęcony sztucznej inteligencji, pokojowi oraz ładu światowemu co będzie historycznym ukłonem w stronę katolickiej nauki społecznej. Jak podaje niemiecka agencja prasowa KNA, powołując się na „różne źródła watykańskie”, publikacja ma nastąpić już w przyszłym tygodniu. Wybór tej daty nie jest przypadkowy. Dzieło papieża stanie się kontynuacją tradycji encyklik społecznych, które ukształtowały zaangażowanie Kościoła w sprawy współczesnego świata.
Cytat z dokumentu papieża Leona, adhortacji „Dilexi Te”:
***
Dziedzictwo Leona XIII
Precedens ten zapoczątkował papież Leon XIII swoją encykliką „Rerum Novarum”, wydaną 15 maja 1891 roku. Dokument ten był pierwszą systematyczną odpowiedzią Kościoła na wstrząsy rewolucji przemysłowej – poruszał kwestie praw pracowniczych, własności prywatnej oraz moralnych obowiązków zarówno robotników, jak i pracodawców. To właśnie z tego tekstu wyrosła dzisiejsza katolicka nauka społeczna (lub inaczej: nauka społeczna Kościoła).
Nieliczne encykliki społeczne wydane w kolejnych dekadach często ogłaszano właśnie w rocznice dokumentu Leona XIII. W tym roku przypada 135. rocznica tego wydarzenia. Leon XIV od początku dawał do zrozumienia, że jego pontyfikat jest inspirowany postacią Leona XIII i że zamierza pochylić się nad wielkimi zmianami zachodzącymi w naszym świecie – zwłaszcza tymi wywołanymi przez AI. Wydaje się więc, że data 15 maja była mu w pewien sposób pisana.
Historyczne encykliki majowe
W historii Kościoła publikacja encyklik często miały miesce 15 maja:
1931 r. „Quadragesimo Anno”: Dokładnie w 40. rocznicę „Rerum Novarum” papież Pius XI pogłębił myśl swojego poprzednika. Pod wpływem jezuickiego myśliciela Oswalda von Nell-Breuninga sformułował zasadę pomocniczości (subsydiarności) i doprecyzował krytykę socjalizmu, wytykając mu brak poszanowania dla osoby ludzkiej i własności prywatnej.
1961 r. „Mater et Magistra”: Trzy dekady później św. Jan XXIII wydał w tym samym dniu dokument opowiadający się za większym udziałem pracowników w życiu gospodarczym.
Choć inne ważne teksty, jak „Pacem in Terris” (1963) Jana XXIII czy „Populorum Progressio” (1967) Pawła VI, ukazywały się w innych terminach, to papież Jan Paweł II starał się powrócić do „tradycji majowej”.
Encyklika „Laborem Exercens” miała zostać opublikowana 15 maja 1981 roku, jednak plany te pokrzyżował zamach na życie papieża z 13 maja. Ostatecznie dokument ukazał się we wrześniu. Kolejna, „Centesimus Annus” – podsumowująca upadek komunizmu i oferująca wyważoną afirmację gospodarki rynkowej przy jednoczesnym akcentowaniu jej etycznych granic – została wydana w „setną rocznicę” „Rerum Novarum”, 1 maja 1991 roku.
„Magnifica humanitas”
Doniesienia oraz komentarze samego papieża sugerują, że pierwsza encyklika Leona XIV, roboczo zatytułowana „Magnifica humanitas” (Wspaniałe człowieczeństwo), podejmie kwestie o nie mniejszym znaczeniu. Sztuczna inteligencja budzi dziś palące pytania o ludzką sprawczość, pracę i odpowiedzialność. Dodatkową nagłość nadają publikacji kruchość prawa międzynarodowego oraz trwające konflikty zbrojne.
To, co wyróżnia ten moment, to nie tylko tematyka, ale świadome odwołanie do historii. Wybierając datę 15 maja, Leon XIV wysyła sygnał, że nauka społeczna Kościoła nie jest statyczna. Ewoluuje ona w odpowiedzi na nową rzeczywistość, pozostając jednak zakotwiczona w niezmiennych zasadach: godności każdej osoby, prymacie dobra wspólnego oraz moralnych ograniczeniach władzy.
Jeśli te przewidywania się potwierdzą, Leon XIV wpisze się w żywą tradycję, która niezmiennie stara się odpowiadać na najbardziej złożone wyzwania każdej epoki.
prezydent Polski Karol Nawrocki wraz z małżonką Martą modlił się przy grobie Papieża Polaka
W 106. rocznicę urodzin Jan Paweł II prezydent Karol Nawrocki wraz z małżonką Martą Nawrocką odwiedzili Bazylikę św. Piotra w Watykanie. Przy grobie Papieża Polaka złożono kwiaty i modlono się za ojczyznę. Modlitwie przewodniczył bp Wiesław Lechowicz, biskup polowy Wojska Polskiego.
Wizyta miała miejsce 18 maja, w dniu urodzin Karola Wojtyły. Po modlitwie przy grobie świętego odśpiewano hymn „Boże, coś Polskę”.
Wcześniej przy grobie Papieża Polaka sprawowana była Msza św. w języku polskim, której przewodniczył bp Jan Ozga, ordynariusz diecezji Doumé-Abong’ Mbang w Kamerunie. Homilię wygłosił ks. Paweł Ptasznik, wieloletni współpracownik Jana Pawła II i przewodniczący Watykańskiej Fundacji Jana Pawła II.
– Wielbimy Pana, bo w naszym skomplikowanym świecie dał nam strażnika godności każdego człowieka, strażnika rodziny, strażnika życia i wszystkich niezbywalnych wartości ludzkich i społecznych – mówił ks. Ptasznik, podkreślając, że pontyfikat Jana Pawła II pozostaje ważnym punktem odniesienia także dla kolejnych pokoleń.
Vatican News / Gość Niedzielny
***
„Dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie”
fot. Wikimedia Commons
***
W myślach i modlitwie wracam do Wadowic, mego rodzinnego miasta. Wspominam wpierw mych rodziców i dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie.
Odpowiedziami na pytania są wypowiedzi św. Jana Pawła II pochodzące z: List do rodzin Gratissimam Sane, Ojca Świętego Jana Pawła II (2 lutego 1994 r., w Święto Ofiarowania Pańskiego), Homilia w czasie pobytu w Nursji (23 marca 1980 r.), Przemówienia Ojca Świętego na zakończenie koncertów (Rzym, Wadowice) w dniu jego 80-tych urodzin (18 maja 2000 r.)
Jakie myśli towarzyszą Papieżowi w dniu urodzin?
W myślach i modlitwie wracam do Wadowic, mego rodzinnego miasta. Wspominam wpierw mych rodziców i dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie.
Tyle wydarzeń, tyle doświadczeń, tyle ludzkiej dobroci, tyle łaski Bożej… Jak nie dziękować za to wszystko! Z wdzięcznym sercem staję przed Bogiem i obejmuję myślą wszystkich, którzy od pierwszych chwil, przez ciche świadectwo wiary i godziwego życia, przez serdeczną przyjaźń i codzienną troskę nadawali kształt mojemu człowieczeństwu i kapłaństwu. Wiem, że tak, jak w Wadowicach, tak też w całej Polsce i na świecie jest wielu ludzi, którzy darzą mnie swoją życzliwością. Dziś w sposób szczególny pragnę im za to podziękować.
Nie można żyć dla przyszłości, nie mając poczucia sensu, który jest większy od doczesności – wyższy od niej.
W dniu urodzin, zawsze przychodzą człowiekowi na myśl pytania o sens życia, sens istnienia. Jaki jest ten sens?
Pełną prawdę o sensie życia ludzkiego wyraził św. Paweł, gdy w liście do Filipian pisał: „zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie” (Flp 3, 13 – 14). Te słowa napisał Apostoł narodów, nawrócony faryzeusz, dając świadectwo o swoim własnym nawróceniu i swojej wierze. Równocześnie te słowa objawione zawierają prawdę, która wraca do Kościoła i do ludzkości na różnych etapach dziejów: Ku czemu idzie człowiek? Nie można żyć dla przyszłości, nie mając poczucia sensu, który jest większy od doczesności – wyższy od niej. Jeśli społeczeństwa i ludzie naszego kontynentu stracili poczucie tego sensu, muszą go odnaleźć. Czy mogą w tym celu cofnąć się wstecz o piętnaście stuleci?
Nie, cofnąć się wstecz nie mogą. Sens życia muszą odnaleźć w kontekście naszych czasów. Nie inaczej.
FOT. diecezja.pl
Czyli człowiek rodzi się dokładnie w tym momencie i czasie, w którym jest potrzebny, kochany i w którym jego istnienie nie jest przypadkowe…
Człowiek zawsze przychodzi na świat w określonych wymiarach historii; również i Syn Boży stał się Synem Człowieczym w czasie i dał początek nowym czasom, które po Nim nastały.
Pomyślmy: sam Chrystus przyszedł na świat w określonych warunkach – czasu, miejsca, środowiska, sytuacji politycznej itd. – stworzonych przez ten właśnie system.
Gdy z małżeńskiej jedności dwojga rodzi się nowy człowiek, to przynosi on z sobą na świat szczególny obraz i podobieństwo Boga samego: w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby.
Bóg powołuje do życia człowieka, bo ma on swoją bardzo dokładnie określoną rolę w świecie, określone zadanie?
Wiemy, że człowiek rodzi się na świat dzięki swoim rodzicom. Wyznajemy, że przychodząc na świat z ziemskich rodziców, którzy są jego ojcem i matką, rodzi się zarazem do łaski Chrztu, aby zanurzając się w śmierci Chrystusa ukrzyżowanego otrzymać uczestnictwo w tym życiu, jakie On objawił swoim zmartwychwstaniem. Przez łaskę otrzymaną na Chrzcie człowiek uczestniczy w odwiecznych narodzinach Syna z Ojca Przedwiecznego, staje się bowiem Synem z Bożego przybrania: synem z Syna.
Gdy z małżeńskiej jedności dwojga rodzi się nowy człowiek, to przynosi on z sobą na świat szczególny obraz i podobieństwo Boga samego: w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby.
To dość proste, rodzimy się po, by naśladując Jezusa spełnić swoją rolę w świecie. Rodzimy się jako „synowie i córki Boga”, nasza rola jest więc ogromna.
Jeśli mówimy, że małżonkowie jako rodzice są współpracownikami Boga-Stwórcy w poczęciu i zrodzeniu nowego człowieka, to sformułowaniem tym nie wskazujemy tylko na prawa biologii, ale na to, że w ludzkim rodzicielstwie Bóg sam jest obecny – obecny w inny jeszcze sposób niż to ma miejsce w każdym innym rodzeniu w świecie widzialnym, „na ziemi”. Przecież od Niego tylko może pochodzić „obraz i podobieństwo”, które jest właściwe istocie ludzkiej, tak jak przy stworzeniu. Rodzenie jest kontynuacją stworzenia.
Tak więc wraz z poczęciem nowego człowieka, wraz z jego urodzeniem, rodzice stają prawdziwie wobec „wielkiej tajemnicy” (por. Ef 5,32). Nowa ludzka istota jest – tak jak oni sami – powołana do istnienia osobowego, jest powołana do życia „w prawdzie i miłości”. Powołanie zaś otwiera się nie tylko na całą doczesność.
Rodzice tak bardzo czekają na narodziny swojego dziecka, ale jeszcze bardziej na te narodziny czeka Bóg. Czy Jego radość jest większa?
Człowiek jest „jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego”. Geneza człowieka – to nie tylko prawa biologii, to równocześnie stwórcza wola Boga. Należy ona do genealogii każdego z synów i córek ludzkich rodzin. Bóg „chciał” człowieka od początku – i Bóg go „chce” w każdym ludzkim poczęciu i narodzeniu. Bóg „chce” człowieka jako istoty do siebie podobnej, jako osoby. Człowiek ten – każdy człowiek – jest stworzony przez Boga „dla niego samego”. Odnosi się to do każdego człowieka, do wszystkich, również do tych, którzy przychodzą na świat z jakimś głębokim schorzeniem lub niedorozwojem. W osobową konstytucję każdego i wszystkich wpisana jest wola Boga, który chce, aby człowiek posiadał celowość jemu tylko właściwą. Bóg daje człowieka rodzinie i społeczeństwu. Rodzice, stając wobec nowej ludzkiej istoty, mają lub winni mieć pełną świadomość tego, że Bóg „chce” tego człowieka „dla niego samego”.
domena publiczna/wikipedia
Rodzice muszą więc mieć świadomość, że dziecko nie jest tylko ich?
Małżonkowie chcą dzieci dla siebie. Widzą w nich zwieńczenie swej wzajemnej miłości. Chcą ich też dla rodziny, jako drogocennego daru. Trzeba, ażeby w to chcenie Boga włączało się ludzkie chcenie rodziców: aby oni chcieli nowego człowieka, tak jak go chce Stwórca. Ludzkie chcenie zawsze poddane jest prawu czasu, prawu przemijania. Boże — jest odwieczne. „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię — mówi prorok Jeremiasz — nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1,5). Genealogia osoby jest naprzód związana z wiecznością Boga, a potem dopiero z momentem ludzkiego rodzicielstwa. Już w samym poczęciu człowiek jest powołany do wieczności w Bogu.
Jaką rolę mają spełnić rodzice w tym planie Bożym, by dziecka „nie popsuć”?
Dobrem wspólnym małżonków jest miłość, wierność i uczciwość małżeńska oraz trwałość ich związku „aż do śmierci”. To dobro obojga jest równocześnie dobrem każdego z nich. Ma z kolei stać się dobrem ich dzieci. Należy do istoty dobra wspólnego, że łącząc poszczególnych ludzi, stanowi zarazem prawdziwe dobro każdego.
Jeżeli słowa przysięgi wyrażają to, co jest dobrem wspólnym małżonków, to równocześnie wskazują one też na to, co ma być dobrem wspólnym przyszłej rodziny. Aby to uwydatnić, Kościół pyta, czy są gotowi przyjąć i po chrześcijańsku wychować dzieci, którymi Bóg ich obdarzy. Pytanie to odnosi się do dobra wspólnego przyszłej rodziny. Dodatkowe pytanie o potomstwo i wychowanie pozostaje w ścisłej łączności ze ślubowaniem miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej oraz dozgonności ich związku. Przyjęcie i wychowanie potomstwa — dwa spośród podstawowych celów rodziny — są uwarunkowane wypełnieniem tego ślubu. Rodzicielstwo jest zadaniem natury duchowej — nie tylko fizycznej. Przebiega przez nie zawsze genealogia w Bogu i która do Boga także ma prowadzić.
Dlatego tak ważne jest to, by rodzice wychowywali, kształtowali swoje dzieci razem z Bogiem, pamiętając, że one należą do Niego?
Trzeba, aby każdy człowiek był w rodzinie „omadlany” na miarę dobra, jakie stanowi — na miarę dobra, jakim jest dla niego rodzina i on dla rodziny.
„Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?” (Ps 8,5) — pyta Psalmista. Trzeba, aby każdy człowiek był w rodzinie „omadlany” na miarę dobra, jakie stanowi — na miarę dobra, jakim jest dla niego rodzina i on dla rodziny.
W modlitwie rodzina odnajduje się jako pierwsze „my”, w którym każdy jest „ja” i „ty”. Tym są dla siebie wzajemnie: mężem lub żoną, ojcem lub matką, synem lub córką, bratem lub siostrą, dziadkiem lub wnukiem.
To nowe „ty” jest takie kruche i często „my” rodzice nie mamy świadomości jaką odpowiedzialność powierzył nam Pan Bóg. Jak nauczyć się tej świadomości?
Małżonkowie dają życie własnemu dziecku. Jest to nowe ludzkie „ty”, które pojawia się w orbicie ich rodzicielskiego „my”. Istota, do której mówić będą nowym imieniem: „nasz syn… nasza córka…”. „Urodziłam człowieka za sprawą Boga” (por. Rdz 4,1) — mówi pierwsza rodząca kobieta w Księdze Rodzaju: biblijna Ewa. Jest to człowiek naprzód oczekiwany przez dziewięć miesięcy, potem „objawiony” rodzicom i rodzeństwu. Cały ten proces — poczęcia, rozwoju w łonie matki, wreszcie zrodzenia, wydania na świat — służy do stworzenia stosownej jakby przestrzeni, aby ten nowy człowiek mógł się objawić jako „dar”. Albowiem również on — ten nowy człowiek — jest od początku takim właśnie darem. Jakże inaczej można określić tę istotę kruchą i bezbronną, która całkowicie jest zależna od swych ludzkich rodziców, całkowicie im zawierzona? Nowo narodzony człowiek oddaje siebie rodzicom przez sam fakt swojego zaistnienia. Istnienie — życie — jest pierwszym darem Stwórcy dla stworzenia.
Dziecko to dar, ale przecież i nowe obowiązki, problemy, zadania, strach, odpowiedzialność. Chyba coraz łatwiej przychodzi nam rezygnowanie z tego daru. Co zrobić, by widzieć w narodzinach dziecka więcej łaski niż obowiązków?
To, że narodził się człowiek, wydaje się zwykłym faktem statystycznym, który rejestruje się jak tyle innych faktów. Przelicza się ten fakt w cyfrach i bilansach demograficznych. Z pewnością dziecko oznacza dla rodziców nowy trud, nowy zasób potrzeb i kosztów. Stąd też pokusa, ażeby go nie było. Pokusa bardzo mocna w niektórych środowiskach społecznych i kulturowych. Czy więc nie jest ono darem? Czy tylko przychodzi zabierać, nie dawać? Te pytania to myśli natrętne, od których z trudem wyzwala się współczesny człowiek. Dziecko przychodzi zająć miejsce, którego i tak coraz mniej jest na świecie. Czy jednak naprawdę niczego nie wnosi do rodziny i społeczeństwa? Czyż nie jest „cząstką” tego wspólnego dobra, bez którego ludzkie wspólnoty rozpadają się i umierają? Trudno temu zaprzeczyć. Dziecko obdarowuje sobą rodzinę. Jest darem dla rodzeństwa i dla rodziców. Dar życia staje się równocześnie darem dla samych dawców. Nie mogą nie odczuć jego obecności, jego uczestnictwa w ich życiu, tego, co wnosi do dobra wspólnego małżeństwa i wspólnoty rodzinnej. Poprzez wszystkie meandry ludzkiej psychologii prawda ta pozostaje oczywista w swej prostocie oraz w swej głębi. Człowiek jest dobrem wspólnym każdej ludzkiej społeczności.
I wszyscy jesteśmy dziećmi Boga i mamy boską naturę? Taki jest największy sens naszego bytu?
Jest rzeczą ogromnie znamienną, iż zwięzła historia dziecięctwa Pana Jezusa mówi prawie równocześnie o Jego narodzeniu i o zagrożeniu, któremu musi zaraz stawić czoło. Ten fakt, że Jezus jako rodzące się Dziecko został prawie od pierwszego dnia postawiony w obliczu zagrożenia swojego życia, ma wymowę profetyczną. Już jako Dziecię jest „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”.
W Ewangelii dziecięctwa zwiastowanie życia, które w sposób przedziwny spełnia się w narodzeniu Odkupiciela, zostaje wyraźnie przeciwstawione zagrożeniu życia. Zwiastowanie życia odnosi się do tajemnicy Wcielenia Słowa, odnosi się więc do całej rzeczywistości Bosko-ludzkiej Chrystusa. „Słowo stało się ciałem” (J 1,14), Bóg stał się człowiekiem. Do tej tajemnicy tak często odwoływali się Ojcowie Kościoła: „Bóg stał się człowiekiem, abyśmy zostali przebóstwieni”. Ta prawda wiary jest równocześnie prawdą ludzkiego bytu.
Dziś rocznica urodzin Karola Wojtyły. “Miłość moich najbliższych dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy”
Wydarzenia, jakich Karol Wojtyła doświadczył w dzieciństwie, są praktyczną lekcją jak z trudnych sytuacji wyjść silniejszym. W rocznicę urodzin Karola Wojtyły warto wrócić do tej niezwykłej lekcji miłości w rodzinie.
fot. Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach
***
Heroiczna decyzja Emilii i Karola Wojtyłów
Niewiele brakowało, a Karol Wojtyła by się nie urodził. Z zapisków wadowickiego historyka Michała Siwica-Cielebona dowiadujemy się o trudnej decyzji, przed którą stanęli Emilia i Karol Wojtyłowie: “Jeśli niemowlę przeżyje – ona umrze. Aby więc ratować siebie, Emilia powinna dokonać aborcji”.
Mimo bardzo poważnego zagrożenia ciąży, życia matki i życia dziecka, Emilia nie zgodziła się na zalecaną przez lekarza aborcję i urodziła w 1920 roku syna, który później został papieżem. Oczywiście, była to decyzja nie tylko Emilii, tylko obojga małżonków. Wypływała z ich systemu wartości, także z głębokiej wiary, co także potwierdzali mieszkańcy Wadowic, którzy znali Wojtyłów. Nie ulega też wątpliwości, że była to decyzja heroiczna – mówi Milena Kindziuk, autorka książki „Emilia i Karol Wojtyłowie. Rodzice św. Jana Pawła II” w rozmowie ze Stacją7.
Kiedy zbierałam materiały do biografii Wojtyłów, dotarłam do relacji o tym, że Karol o uratowanie żony i życia poczętego dziecka poprosił żydowskiego lekarza, który przyjmował na terenie koszar, doktora Samuela Tauba. To on wyraził zgodę na poprowadzenie ciąży Wojtyłowej, chociaż potwierdził, że istnieje ryzyko powikłań przy porodzie, ze śmiercią Emilii włącznie. Nie proponował jednak aborcji. Zastrzegł jedynie, że podejmie się ryzyka na wyraźną prośbę obojga małżonków oraz na ich odpowiedzialność.
Dlaczego otrzymał imię Karol?
Karol Wojtyła przyszedł na świat 18 maja 1920 r. Nieco ponad miesiąc później, 20 czerwca 1920 roku rodzice zanieśli synka do kościoła pw. Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, gdzie został ochrzczony, otrzymując imiona: Karol Józef. W Księdze Chrztów z 1920 roku zapisano w języku łacińskim: „Karol Józef Wojtyła, syn Karola i Emilii Kaczorowskiej, ur. 18 maja 1920 r.; ochrzczony 20 czerwca 1920 r. Rodzice chrzestni: Józef Kuczmierczyk i Maria Wiadrowska. Ochrzcił Franciszek Żak, kapelan wojskowy”.
Już jako papież, Jan Paweł II wielokrotnie odnosił się do tego dnia, wyjaśniając dlaczego rodzice nadali mu właśnie takie imię. „A czy wiecie, dlaczego na chrzcie otrzymałem imię Karol? Dlatego, że mój ojciec żywił ogromny podziw dla cesarza Karola I, którego był żołnierzem” – wyjaśniał.
„Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki”
Mały Karol, zwany przez najbliższych Lolkiem, od dzieciństwa doświadczał czułej opieki i miłości najbliższych. We wspomnieniach znajomych zachował się obraz Emilii Wojtyłowej, która z przekonaniem często mówiła: „Zobaczycie, mój Lolek będzie kiedyś wielkim człowiekiem”.
Emilia, zgodnie z prognozami lekarzy, nie podźwignęła się po porodzie. Czuła się coraz gorzej, a choroba postępowała. W maju 1929 r. Karol – junior miał przystąpić do I Komunii św. Stan zdrowia jego matki znacznie się pogorszył i zmarła 13 kwietnia 1929 r., po przyjęciu ostatnich sakramentów w obecności czuwającego przy łożu męża.
Matka zdążyła nauczyć go znaku krzyża i pierwszej modlitwy. „Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki, która – składając małe dziecięce dłonie do pacierza – pokazywała, jak kreśli się krzyż – znak Chrystusa, który jest Synem Boga żywego” – wspominał po latach Jan Paweł II.
Edmund – niezawodny brat i przyjaciel
Niezawodnym przyjacielem dziecięcych lat Karola był jego starszy brat Edmund. Miał czternaście lat, gdy w 1920 roku urodził się jego młodszy brat, Karol. Cztery lata wcześniej tuż po urodzeniu zmarła jego siostra Olga. Edmund często samodzielnie opiekował się bratem, pomagał też matce w znoszeniu wózka z pierwszego piętra domu przy ulicy Kościelnej 7, gdzie wynajmowali mieszkanie.
Ze wspomnień Janiny Urbanówny dowiadujemy się, że po śmierci matki, Edmund Wojtyła czuł powinność opieki nad swoim młodszym bratem Karolem. Edmund kochał bardzo swego brata Karola, co jest zrozumiałe. Gdy jednak zmarła matka, poczuwał się do wzięcia jej roli na siebie. Na każdej wycieczce dużo opowiadał o Lolku. Chwalił jego zdolności. Cieszył się jego sukcesami w nauce początkowej. Miał tylko pretensje do ojca, że wymaga od Lolka świadectw z samymi piątkami. (…)
Jego poczucie odpowiedzialności za brata niezwykle dosadnie obrazuje historia, która dotyczyła wędrówki na tatrzański szczyt. W ostatnie jego wakacje, tj. w r. 1932 wędrowaliśmy po Tatrach. Celem wycieczki był Gerlach. Ponieważ spadł w nocy śnieg i skały były oblodzone, Edmund zawahał się i odradził dalszą wędrówkę mówiąc: „Nie mogę ryzykować życiem. Mam brata, którym muszę się opiekować. Jestem mu potrzebny”.
Życie, w które Edmund dopiero co wkraczał, przerwane zostaje nagle pod koniec 1932 roku. Po zaledwie półtora roku pracy zaraził się od młodej pacjentki szkarlatyną. Choroba zabrała go w ciągu kilku dni. Edmund umarł w niedzielny wieczór 4 grudnia 1932 roku. W wieku dwunastu lat Karol pozostał sam z ojcem, który starał się wychować syna na dobrego człowieka. W kształtowaniu charakteru Karola wspierały go trzy ważne miejsca: kościół, szkoła i teatr.
Wielka lekcja duchowa od ojca
Danuta Pukło, koleżanka małego Karola wspomina ich rodzinny dom po śmierci Emilii i Edmunda, mówiąc o relacji ojca do syna: „Zabierał go codziennie na wczesną Mszę świętą. Żeby się nie spóźnić pomagał mu nawet sznurować buty. Gdy Karol miał narysować konia, pan Wojtyła najpierw zrobił mu wykład na temat anatomicznej budowy tego zwierzęcia (…). Ojciec Karola nie rozpaczał, kiedy został sam, nie użalał się nad sobą. Z żelazną konsekwencją wykonywał swoje ojcowskie, rodzicielskie obowiązki. Wychował synów swoją postawą uczciwego, mądrego, szlachetnego człowieka, ucząc miłości i stawiania sobie wysokich wymagań”.
Pan Karol po stracie 45-letniej żony Emilii właściwie zastępował synkowi matkę, był dla niego troskliwym opiekunem, wspaniałym wychowawcą, wiernym towarzyszem spacerów i wycieczek turystycznych. Doskonale się zgadzali i wzajemnie rozumieli – wspominał Eugeniusz Mróz, sąsiad i szkolny kolega małego Karola.
Jednak ojciec, przy pełnym poświęceniu i troskliwości, nie rozpieszczał syna, wymagał od niego porządku, wpajał poczucie obowiązkowości, systematycznej nauki. Sądzę, że ogromną rolę odegrał jego ojciec w ukształtowaniu prawego charakteru Lolka, jego wielkiej osobowości, mocnej postawy moralnej, w osiągnięciu wspaniałych wyników w nauce. Ten człowiek poświęcił synowi wszystkie swe siły, na pewno nie było łatwo samotnie wychować syna. Postawa tego skromnego, dzielnego ojca była wzorem szlachetności i obowiązkowości, wzorem również dla nas – kolegów jego syna”.
Gdy przyszły papież miał 12 lat, usłyszał od ojca pamiętne słowa: „Nie jesteś dobrym ministrantem! Nie modlisz się wystarczająco do Ducha Świętego. Musisz się do niego modlić”. Karol Wojtyła nauczył wówczas syna tej modlitwy. Papież wspominał po latach: „To była dla mnie wielka lekcja duchowa, trwalsza i mocniejsza niż wszystkie, jakie potem miałem dzięki wielu lekturom i studiom. To w jakimś sensie jemu zawdzięczam napisanie encykliki do Ducha Świętego”.
„Po synowsku całuję próg domu rodzinnego, wyrażając wdzięczność Opatrzności Bożej za dar życia przekazany mi przez moich Rodziców, za ciepło rodzinnego gniazda, za miłość moich najbliższych, która dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy, nawet wtedy, gdy przychodziło zetknąć się z doświadczeniem śmierci i trudami codziennego życia w niespokojnych czasach” – mówił Jan Paweł II w Wadowicach 16 czerwca 1999 roku.
18 maja 1944 roku żołnierze 2 Korpusu Polskiego pod dowództwem generała Władysława Andersa zdobyli ruiny klasztoru benedyktynów na Monte Cassino. Zwycięskie natarcie Polaków zakończyło wielomiesięczne nieudane próby zdobycia wzgórza przez wojska alianckie.
Bitwa o Monte Cassino
Walka o zdobycie Monte Cassino rozpoczęła się w styczniu 1944 r. Brali w niej udział żołnierze dziesięciu narodowości z pięciu kontynentów. Bezskutecznie – do czasu ostatniej i tym razem zwycięskiej ofensywy, przeprowadzonej w maju 1944 roku przez polskich żołnierzy.
Natarcie 2 Korpusu Polskiego na wyznaczone cele rozpoczęło się 11 maja 1944 roku o godz. 23.00 przygotowaniem artyleryjskim. 12 maja do ataku ruszyła 3 Dywizja Strzelców Karpackich oraz 5 Kresowa Dywizja Piechoty. Pierwsze natarcie zakończyło się niepowodzeniem. Dopiero drugi atak, rozpoczęty 17 maja i kontynuowany następnego dnia, przyniósł sukces w postaci opanowania kluczowych celów: wzgórza „593”, Widma oraz San Angelo. Po przełamaniu niemieckich pozycji w rejonie Monte Cassino wydzielone oddziały 2 Korpusu Polskiego kontynuowały natarcie na Piedimonte san Germano, zakończone wyparciem Niemców z pozycji obronnych 25 maja 1944 roku.
Zwycięstwo w bitwie o Monte Cassino zostało okupione olbrzymimi stratami – w walkach zginęło ponad 1 000 żołnierzy, a ok. 3 000 odniosło rany. Poległych pochowano u stóp wzgórz Monte Cassino, na Polskim Cmentarzu Wojennym, gdzie później spoczął także gen. Władysław Anders.
Upamiętnienie polskich żołnierzy
Polski Cmentarz Wojenny znajduje się w tzw. Dolinie Śmierci – rejonie najcięższych walk 3 Dywizji Strzelców Karpackich, które miały miejsce między Monte Cassino a wzgórzem „593”. Został zbudowany w latach 1944-1945 przez żołnierzy-uczestników bitwy. Autorami projektu nekropolii byli architekci – Wacław Hryniewicz i Jerzy Skolimowski. Prace rzeźbiarskie wykonał Michał Paszyn oraz włoski artysta prof. Duilio Cambellotti. Otwarcie cmentarza nastąpiło w 6. rocznicę wybuchu II wojny światowej – 1 września 1945 roku.
***
Bp Lechowicz na Monte Casino:
Dzisiaj wszyscy ubolewają nad podziałami. Ale brakuje konkretnych czynów.
– Dzisiaj wszyscy ubolewają nad niszczącymi odporność społeczną i bezpieczeństwo Polski podziałami, ale brakuje konkretnych czynów. Monte Cassino woła o takie czyny, które mają na celu dobro wspólne naszej Ojczyzny – mówił bp Wiesław Lechowicz podczas Mszy św. polowej sprawowanej 18 maja na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino w 82. rocznicę bitwy. Po zakończeniu Mszy św. na Monte Cassino odbył się apel pamięci. W uroczystościach wziął udział prezydent Karol Nawrocki z małżonką.
Ordynariusz polowy WP bp Wiesław Lechowicz podczas polowej Mszy świętej na Polskim Cmentarzu Wojennym pod Monte Cassino
W homilii biskup polowy nawiązał do wizyty św. Jana Pawła II na Monte Cassino w 1979 r. i przytoczył jego słowa:
Wiele razy chodziłem po tym cmentarzu. Czytałem wypisane na grobach napisy (…) Te napisy (…) nie przestają wołać (…) tak, jak wołały serca walczących tu żołnierzy: Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki….
Ordynariusz wojskowy podkreślił, że z „przejmującego głosu” mogił płynie najważniejsza lekcja.
Z napisów nagrobnych wynika, że żołnierze gen. Andersa różnili się wiekiem, pochodzeniem, wyznawaną wiarą. Tym, co ich łączyło była tęsknota za wolną Polską. Ona ich przyprowadziła tutaj. Dla niej, czyli dla miłości Ojczyzny, bo tęsknota bierze się z miłości, byli gotowi ofiarować swoje zazwyczaj młode życie.
– wskazywał bp Lechowicz. Dodał, że
jesteśmy im wdzięczni za to, że my nie musimy tak tęsknić, ale nie możemy nie troszczyć się o wolność z podobną determinacją jak oni.
Bp Lechowicz mówił też o wymiarze jedności i odpowiedzialności, odczytywanym dzisiaj w świetle świadectwa spod Monte Cassino. Jak podkreślił, przykład żołnierzy gen. Andersa „pokazuje nam jak to czynić: mimo różnic być zjednoczonymi w wysiłkach na rzecz tego, co nazywamy polską racją stanu”.
Dzisiaj wszyscy ubolewają nad niszczącymi odporność społeczną i bezpieczeństwo Polski podziałami. Ale brakuje konkretnych czynów. Monte Cassino woła o takie czyny, które mają na celu dobro wspólne naszej Ojczyzny!
– podkreślił.
Biskup zatrzymał się też przy pytaniu o sens ofiary, przypominając, że wielu poległych pochodziło z Kresów wschodnich Rzeczpospolitej, które po wojnie miały znaleźć się poza granicami Ojczyzny.
Polscy żołnierze spod Monte Cassino nie wiedząc o tym, walczyli o Polskę, której w dotychczasowym kształcie już nie było. Można by postawić pytanie: jaki sens miała ich walka i śmierć? Oczami wiary inaczej się widzi. Oczy wiary dostrzegają sens tam, gdzie inni nie widzą sensu. Wiara podpowiada nam, że każda ofiara podjęta w imię dobra nie ulega przedawnieniu, zmarnowaniu, zniszczeniu.
– powiedział. Dodał, że ofiara naszych żołnierzy też nie poszła na marne, ale niczym ziarno wrzucone w ziemię przyniosła i przynosi owoce.
Nawiązując do Ewangelii dnia, bp Lechowicz wskazał trzy zdania Jezusa jako „filary” postawy zwycięzców. Przypomniał, że „Słowo Jezusa to pierwszy filar, na którym możemy oprzeć nasze życie, jeśli chcemy należeć do grona zwycięzców”, bo „słowo Boga, przeciwnie, nigdy nie zawodzi”. Drugi filar odczytał w słowach: „nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną”, podkreślając, że skoro Chrystus „nigdy nie był sam, nawet na krzyżu, to również i my nigdy nie jesteśmy sami”. Trzecią perspektywę nadziei i otuchy biskup wyraził cytatem: „Jam zwyciężył świat” – wskazując, że „zwycięstwo należy do tych, którzy wzorem Jezusa podążają drogą prawdy, wolności, sprawiedliwości, miłości i pokoju”.
Wsłuchujmy się więc uważnie w głos, który dzisiaj dociera do naszych uszu, umysłów i serc – z tego cmentarza, z tych grobów i Ewangelii. Po to między innymi tu przybyliśmy.
– powiedział.
Na Monte Cassino przybyli ostatni żyjący żołnierze 2. Korpusu, których pobyt zorganizował Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Obecna jest Para Prezydencka Karol i Marta Nawroccy. We Mszy św. uczestniczyli m.in. Lech Parell, szef UdSKiOR, Jan Józef Kasprzyk, doradca prezydenta RP, liczne delegacje z Polski i Włoch.
Eucharystię koncelebrowali kapelani Ordynariatu Polowego, miejscowi księża oraz duchowni z Polski pracujący we Włoszech. Obecny jest opat Monte Cassino o. Antonio Luca Fallica OSB.
Po Mszy św. rozpoczął się apel pamięci z udziałem prezydenta Karola Nawrockiego oraz ceremonia złożenia kwiatów.
Tygodnik Niedziela/Kai
***
Zdobycie masywu Monte Cassino wraz ze znajdującym się na szczycie wzgórza opactwem benedyktynów w maju 1944 r. przez żołnierzy 2. Korpusu Polskiego pozwoliło przełamać niemieckie umocnienia obronne, zwane linią Gustawa i otworzyć aliantom drogę do Rzymu. Zwiększyło też zasięg samolotów alianckich, startujących z Półwyspu Apenińskiego. Podczas walk zginęło 923 żołnierzy polskich, niemal 3000 zostało rannych, a 345 uznano za zaginionych.
Na przełomie lat 1944-1945 decyzją gen. Władysława Andersa w miejscu bitwy powstał Polski Cmentarz Wojenny, na którym spoczęło ponad tysiąc polskich żołnierzy. W jego centralnym punkcie znajduje się grób dowódcy 2. Korpusu Polskiego, który zmarł w 1970 r. w Londynie. 40 lat później obok gen. Andersa spoczęła także jego żona Irena.
W 1965 r. na Monte Cassino przeniesiono także ciało abp. Józefa Feliksa Gawliny, biskupa polowego w latach 1933-1947, a po wojnie protektora Polaków mieszkających poza Ojczyzną. Abp Gawlina był obecny w czasie walk o Monte Cassino, pełnił posługę sanitariusza i kapelana liniowego w czasie bitwy. Oprócz niego posługę źródła wymieniają także o. mjr. Innocentego Bocheńskiego OP, ks. kpt. Szczepana Gąsiora, ks. Bonifacego Sławika, ks. mjr. Stanisława Piotra Targosza, ks. kpt. Adama Studzińskiego OP, ks. rtm. Jana Malinowskiego i ks. kpt. Stanisława Cynara. Na kilka dni przed decydującą fazą bitwy, w rejonie punktu opatrunkowego zginął o. kpt. Augustyn Huczyński.
***
Na cmentarzu wypisane są między innymi takie słowa:
PRZECHODNIU POWIEDZ WSZYSTKIM,
ŻE POLEGLIŚMY Z HONOREM
DUCHA ODDALIŚMY BOGU
SERCA POLSCE,
CIAŁO ZIEMI WŁOSKIEJ
***
BłogosławionaMatka Speranza na Monte Cassino
Z Matką Speranzą i Polską wiąże się jeszcze jedna niezwykła historia. Przyszła błogosławiona w 1951 r. odwiedziła Monte Cassino. Obdarzona niezwykłą empatią zakonnica tak wzruszyła się historią polskich żołnierzy, że nad ich grobami prosiła Boga, by dusze tych przebywających jeszcze w czyśćcu Pan zabrał do nieba. Świadkiem tego wydarzenia był towarzyszący zakonnicy w podróży o. Alfredo, który następnie tak zaświadczył:„Byłem z Matką, gdy weszła w ekstazę i zaczęła rozmawiać z Jezusem, prosząc, aby zabrał do siebie dusze, za które tak wiele modliła się poprzedniego dnia. Słyszałem, jak mówiła do Niego:«Panie, czekam na Ciebie w czasie przeistoczenia». I rzeczywiście, w momencie podniesienia Świętej Hostii zauważyłem, że uważnie wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy; stwierdziłem, że była lodowata. Po chwili dał się słyszeć jej urywany oddech i odzyskała świadomość. Zaczęła dziękować Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Po Mszy spytałem, dlaczego była tak zmarznięta. Wtedy powiedziała mi, że chwilę wcześniej była w czyśćcu i widziała, jak wszystkie te dusze szły do raju”.
Błogosławiona Matka Speranza – jest jedną z największych mistyczek XX wieku bardzo związana z Polską
Czy Matka Speranza, mało znana w Polsce hiszpańska mistyczka,przewidziała wybór Karola Wojtyły na papieża? Czy 13 maja 1981 r. pomogła ocalić Jana Pawła II? Czy to ona przyczyniła się do wyniesienia na ołtarze s. Faustyny Kowalskiej? Czy wyprosiła dla poległych pod Monte Cassino polskich żołnierzy łaskę nieba? Wreszcie czy to prawda, że ta niepozorna, skromna i zawsze uśmiechnięta zakonnica posiadała dar bilokacji , stygmatów, wglądu w ludzkie serca i kontaktu z duszami czyśćcowymi?
Na te intrygujące pytania twierdząco– bez cienia wahania – odpowiada biograf bł. Speranzy José María Zavala. Jeśli ma rację, to zapewne już wkrótce możemy się spodziewać wybuchu zainteresowania życiem tej wyjątkowej mistyczki, a ona ma szansę dołączyć do grona ulubionych przez Polaków świętych. Tak było choćby ze św. Ritą czy ostatnio z czekającym jeszcze na wyniesienie na ołtarze o. Dolindo. Może się tak stać tym bardziej,że sensacyjna książka Zavali opisująca dogłębnie życie Matki Speranzy właśnie ukazała się w Polsce.
Dary mistyczne
Matka Speranza pochodziła z Hiszpanii, ale większość życia spędziła we Włoszech.Dziełem jej życia był ogłoszenie orędzia Bożego Miłosierdzia. Założyła Zgromadzenia Sióstr i Synów Miłości Miłosiernej oraz doprowadziła do powstania sanktuarium Miłości Miłosiernej w Collevalenzie. Ale tym, co czyni ją wyjątkową,są liczne dary mistyczne, które otrzymała od Boga. Dość powiedzieć,że przyjaźniła się ze św. Ojcem Pio, tyle że ich spotkania odbywały się… dzięki darowi bilokacji obydwojga mistyków.„Książka o Matce Speranzie była dla mnie wielkim odkryciem– mówi „Dobrym Nowinom” José María Zavala. – To pokrewna dusza Ojca Pio, która tak jak on miała stygmaty, rany Chrystusa na dłoniach, stopach i w boku; rozmnażała jedzenie, wykarmiając każdego dnia ponad 3 tys. osób kawałkiem chleba w czasie drugiej wojny światowej w Rzymie we Włoszech. To mistyczka, której w wieku trzynastu lat objawiła się św. Teresa z Lisieux i która czytała w duszy Jacqueline Kennedy,wdowy po J.F. Kennedym.Przyjechała do Collevalenzy na północy Rzymu, gdzie stworzyła wspaniałe sanktuarium Miłości Miłosiernej i odkryła cudowne źródełko, dzięki czemu miejsce to zostało nazwane „włoskim Lourdes”.Doszło tam do licznych uzdrowień i nawróceń, a pośród nich także do cudu, który przyczynił się do beatyfikacji Matki Sperazy w 2014 r.”.
Przełom w procesie s. Faustyny
Wierni w Polsce zapewne nie zdają sobie sprawy, jak wiele łączyło bł. Speranzę z naszą Ojczyzną. W 1964 r. doszło do spotkania hiszpańskiej mistyczki z Karolem Wojtyłą. Był to czas,gdy biskup z Krakowa zmagał się z odmową Świętego Oficjum co do uznania zgodności z nauką Kościoła Dzienniczka s. Faustyny i rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego tej krakowskiej zakonnicy. Ale Matka Speranza, dzięki mistycznym darom, wiedziała więcej. Wskazała przyszłemu papieżowi,by jeszcze raz przyjrzano się tłumaczeniu Dzienniczka,sugerując, że wkradły się tam błędy. Biskup Wojtyła skorzystał z rad. Jak się okazało, był to przełom w zatwierdzeniu Dzienniczka i rozpoczęciu procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny. Zavala, który jest także biografem św. Ojca Pio, a nawet wyreżyserował popularny również w polskich kinach film Tajemnica Ojca Pio, twierdzi, że do Matki Speranzy po radę skierował Karola Wojtyłę sam stygmatyk z Pietrelciny. Kilka miesięcy po spotkaniu z krakowskim biskupem zakonnica wyraziła przekonanie,że wróci on kiedyś do Collevalenzy jako… papież.U Matki Speranzy bywał też kard. Stefan Wyszyński. W 1963 r.ofiarował jej obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, który już na zawsze zawisł na ścianie jej celi.
Zamach i ofiara krwi
Los polskiego papieża szczególnie leżał na sercu Matce Speranzie. 13 maja 1981 r. już o drugiej w nocy mistyczka doznała potężnego ataku bólu połączonego z silnym krwotokiem.„Siostry zdecydowały się zadzwonić po jej osobistego lekarza Tomaso Bacarellego, który,kiedy przyjechał, złapał się na głowę – relacjonuje dramatyczne wydarzenia tamtego dnia Maria Isabel Matarazzo, dokumentalistka życia błogosławionej. – Obok Matki Speranzy leżało pięć ręczników nasiąkniętych krwią. Zakonnica była bardzo blada. Lekarz powiedział,że należy natychmiast przeprowadzić transfuzję krwi,Odkrywamy postać jednej z największych mistyczek XX w.Bł. Matka Speranza aby uniknąć śmierci. Kiedy jednak zaczęto badać krew, okazało się,że poziom czerwonych krwinek był absolutnie w normie. Jedyną pewną rzeczą było to, że Matka Speranza nie przestała wymiotować krwią do czasu, aż dowiedziała się, że minęło zagrożenie życia Jana Pawła II”.Nie ma wątpliwości, że hiszpańska zakonnica wiedziała wcześniej, co się wydarzy i że Ojciec Święty po zamachu straci mnóstwo krwi, co zagrozi jego życiu. Mistyczka przyjęła zatem tę formę cierpienia, ofiarowując je w intencji uratowania Jana Pawła II. Wydaje się, że sam papież również wiedział,co w dniu zamachu wydarzyło się w Collevalenzie. Na miejsce swojego dziękczynienia Bogupo uratowaniu życia wybrał bowiem właśnie sanktuarium Miłości Miłosiernej, gdzie spotkał po raz drugi Matkę Speranzę.
Przyjaźń ze świętą
Matka Speranza zmarła 8 lutego 1983 r. Jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II rozpoczął się proces wyniesienia jej na ołtarze. Błogosławioną została ogłoszona w 2014 r. Świadectwa tysięcy cudów wypraszanych przez nią tak za życia, jak i po jej śmierci sprawiają, że rzesze wiernych otaczają ją szczególną miłością i za jej pośrednictwem szturmują niebo. Tak że wielu Polaków żywi kult do bł. Speranzy, jak również pielgrzymuje do sanktuarium i cudownego źródełka w Collevalenzie. Pełna biografia Matki Speranzy, która po raz pierwszy ukazała się w Polsce, zapewne przyczyni się do jeszcze większego rozkwitu przyjaźni polskich wiernych z tą niezwykłą mistyczką…
Dobre Nowiny/Instytut Solidaryzmu
***
Niedziela 17 maja
Wniebowstąpienie Pańskie
Adobe Stock
***
Czterdzieści dni po Niedzieli Zmartwychwstania Chrystusa Kościół świętuje uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Jest to pamiątka triumfalnego powrotu Pana Jezusa do nieba, skąd przyszedł na ziemię dla naszego zbawienia przyjmując naturę ludzką.
***
Leon XIV: „Wniebowstąpienie pociąga również nas ku niebieskiej chwale”
“Jesteśmy złączeni z Jezusem jak członki z Głową w jednym Ciele, a Jego wstąpienie do nieba pociąga także nas wraz z Nim do pełnej komunii z Ojcem”– powiedział papież w rozważaniu przed modlitwą Regina Coeli.
fot. Vatican Media
Leon XIV modlitwę „Regina caeli” odmówił z wiernymi zgromadzonymi na Placu św. Piotra w Watykanie w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.
Papież: Wniebowstąpienie mówi „o żywej więzi”
Papież zauważył, że Chrystus poprzez swe człowieczeństwo „obejmuje i angażuje całą rzeczywistość świata, podnosząc i odkupując człowieka z jego stanu grzechu, niosąc światło, przebaczenie i nadzieję tam, gdzie panowały ciemności, niesprawiedliwość i rozpacz, aby doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa Paschy”.
Wniebowstąpienie mówi nam zatem „nie o odległej obietnicy, lecz o żywej więzi, która pociąga również nas ku niebieskiej chwale, poszerzając i wywyższając już w tym życiu nasz horyzont i zbliżając coraz bardziej nasze myślenie, odczuwanie i postępowanie do miary serca Bożego”.
„Życie Boże nieustannie pociąga nas ku górze”
Drogę tej wędrówki w górę odnajdujemy w Jezusie, „a także widzimy ją nakreśloną w Maryi Pannie i w świętych – zarówno tych, których Kościół daje nam jako uniwersalny wzór, jak i tych, których Papież Franciszek lubił nazywać świętymi «z sąsiedztwa», z którymi przeżywamy nasze dni, w tatach, mamach, dziadkach, osobach w każdym wieku i w każdym stanie, które z radością i zaangażowaniem szczerze starają się żyć zgodnie z Ewangelią”.
Z nimi, przy ich wsparciu i dzięki ich modlitwie możemy uczyć się i my wznoszenia się dzień po dniu ku niebu, czyniąc przedmiotem naszych myśli – jak mówi św. Paweł – wszystko „to, co jest prawdziwe […], co sprawiedliwe, […] co miłe” (Flp 4, 8), i stosując w praktyce, z Bożą pomocą, to, co „słyszeliśmy i widzieliśmy” (w. 9), sprawiając, by rozwijało się w nas i dokoła nas życie Boże, które otrzymaliśmy w chrzcie, a które nieustannie pociąga nas ku górze, ku Ojcu, szerząc w świecie cenne owoce komunii i pokoju – mówił papież.
Watykan/Stacja7.pl
***
Dlaczego wpatrujecie się w niebo?
Grażyna Kołek/Tygodnik Niedziela
***
Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego wyraża znamienny paradoks. Z jednej strony wskazuje na odejście zmartwychwstałego Pana, gdy w obecności Apostołów uniósł się w górę i „obłok zabrał Go im sprzed oczu”. Z drugiej – zawiera Jego obietnicę: „oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Ten paradoks odzwierciedla samo sedno wiary chrześcijańskiej, czyli zmysłową nieobecność pośród nas Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie, oraz Jego obecność i skuteczne wsparcie okazywane każdemu, kto z Nim związał swe życie i losy.
Wstępując do nieba, Jezus definitywnie zakończył najbardziej niezwykły czas w dziejach ludzkości, który nastał wraz z wcieleniem Syna Bożego wtedy, gdy Maryja wypowiedziała w Nazarecie: „Niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38). Jezus jako człowiek został poczęty, urodził się i dorastał, a także musiał umrzeć. Ale Jego życie i śmierć nie należały jedynie do porządku naturalnego, co znalazło potwierdzenie w Zmartwychwstaniu. Przez 40 dni, które potem nastąpiły, Zmartwychwstały, ukazując się swoim uczniom, umocnił w nich dar niezłomnej wiary, że zostali wybrani do przeżycia absolutnie wyjątkowej obecności Boga, a zatem są powołani do dawania wiarygodnego świadectwa. W świecie, w którym żyjemy, fizyczna obecność Jezusa Chrystusa nie mogła trwać bez końca, co odróżnia doczesność od wieczności.
Na takim fundamencie trwa i umacnia się nasza nadzieja. Rozważając wskrzeszenie Jezusa z martwych i posadzenie Go przez Ojca „po swojej prawicy na wyżynach niebieskich”, św. Paweł Apostoł zwraca się do chrześcijan w Efezie, a zarazem do chrześcijan wszystkich czasów, składając życzenie: „Bóg Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały (…) niech da wam światłe oczy serca, byście wiedzieli, czym jest nadzieja, do której On wzywa, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przeogromna Jego moc względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły”. Te słowa niosą wezwanie nie tylko do głębokiej refleksji teologicznej, lecz także, a nawet przede wszystkim, do pobożnej kontemplacji i medytacji. Częsty błąd polega na tym, że poprzestajemy na dociekaniach w celu zrozumienia wiary, nie godząc się na pokorne uznanie, iż rzeczywistość Boga i Jego działania przerastają wszystkie nasze o Nim wyobrażenia i pokusy racjonalizacji wiary w Niego.
W Ewangelii według św. Mateusza pojawia się wzmianka, że będąc świadkami odejścia Jezusa, „niektórzy jednak wątpili”. Ale w co wątpili? Przecież nie w to, na co patrzyli i co widzieli. Kluczem do odpowiedzi na to pytanie są słowa Jezusa: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi”. Wniebowstąpienie nie oznacza porzucenia uczniów ani zdania ich wyłącznie na siebie. Podczas gdy oni, oddając Mu pokłon, obawiali się, że nie uniosą ciężaru i wyzwań świadczenia o Nim, Jezus zapewnia ich o radykalnie nowym sposobie swej obecności w świecie. Jego słowa wkrótce zyskają potwierdzenie, kiedy w dniu Zesłania Ducha Świętego niewielkie grono Apostołów stanie się zaczynem Kościoła.
Andrzej Bobola to „święty od cudów”, ale też patron zwyczajności
Św. Andrzej Bobola
fot. ks. Dariusz Sonak /GośćNiedzielny
***
Andrzej Bobola jest trudnym patronem, a jednak do ludzi bardzo przemawiają jego wierność i wytrwałość. Wiele osób doświadcza też łask za jego wstawiennictwem – mówi jezuita o. Paweł Bucki, kustosz sanktuarium i proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. 16 maja wypada wspomnienie świętego Andrzeja Boboli, patrona Polski. Główne obchody odbędą się w sobotę o godz. 18 w Narodowym Sanktuarium Św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Mszy św. będzie przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas, a kazanie wygłosi przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego o. Arturo Sosa.
Andrzej Bobola jest trudnym patronem, a jednak do ludzi bardzo przemawiają jego wierność i wytrwałość. Wiele osób doświadcza też łask za jego wstawiennictwem – mówi jezuita o. Paweł Bucki, kustosz sanktuarium i proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. 16 maja wypada wspomnienie świętego Andrzeja Boboli, patrona Polski. Główne obchody odbędą się w sobotę o godz. 18 w Narodowym Sanktuarium Św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Mszy św. będzie przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas, a kazanie wygłosi przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego o. Arturo Sosa.
Joanna Operacz (KAI): Nie bał się Ojciec zostać proboszczem parafii świętego Andrzeja Boboli? Ten święty słynie z tego, że potrafił dość natarczywie upominać się o swój kult – na przykład ukazywał się różnym księżom, ostatnio w latach 80. XX wieku.
Paweł Bucki SJ: Nie, nie bałem się Andrzeja Boboli [śmiech]. Jest on dla mnie bardzo ważnym świętym, mocno związanym z moim powołaniem. Tym, co budziło i nadal budzi mój respekt, jest parafia. To duża parafia w centrum Warszawy, w której spotyka się wiele grup i działa wiele duszpasterstw. Krzyżują się tutaj różne wrażliwości, różne sposoby patrzenia na świat, różne potrzeby ludzi. Trzeba to wszystko skoordynować.
Andrzej Bobola to teraz jeden z najpopularniejszych polskich świętych w Polsce. Czy widać to w jego sanktuarium w Warszawie?
Z popularnością świętych jest tak, że trudno ją zmierzyć. Czy liczyć kościoły i parafie pod ich wezwaniem, a może wydawane książki na ich temat? Natomiast jeśli popatrzymy na pobożność ludzi, to na pewno zauważymy coraz większą obecność świętego Andrzeja Boboli.
Nasz kościół odwiedza rocznie kilkadziesiąt grup i wiele osób indywidualnych. Po tablicach rejestracyjnych widać, że przyjeżdżają z całej Polski i nie tylko. Także mieszkańcy Warszawy przychodzą tu na osobistą modlitwę. Mamy też coraz więcej próśb o relikwie.
Jak uzasadniają swoje prośby ci, którzy proszą o relikwie? Dlaczego chcą się modlić za wstawiennictwem akurat tego świętego?
Rodzaje uzasadnień są dwa. Pierwsze są bardziej ogólne: Andrzej Bobola to ważny święty, od 2002 roku patron Polski. Drugie, bardziej szczegółowe, nawiązują konkretnie do tej postaci: historii jego życia albo na przykład faktu, że ten męczennik jest patronem ewangelizacji w trudnych czasach. Trwa teraz wojna na Ukrainie, więc niektórzy zwracają uwagę na to, że święty Andrzej apostołował na wschodzie dawnej Polski, a jego relikwie były przetrzymywane w Moskwie.
Dajemy relikwie parafiom, w których już trwa modlitwa za wstawiennictwem świętego Andrzeja Boboli.
Widać tu jeszcze jeden fenomen: postać świętego Andrzeja Boboli popularyzuje wielu świeckich, na przykład wspólnoty mężczyzn.
Tak, wokół świętego Andrzeja Boboli zaangażowanych jest wielu ludzi. Większość z nich działa indywidualnie, na ogół niezależnie od siebie. Przy naszym sanktuarium istnieje Stowarzyszenie Krzewienia Kultu św. Andrzeja Boboli, które organizuje spotkania formacyjne i wykłady, ale też na przykład opiekuje się relikwiami trzeciego stopnia i prowadzi muzeum św. Andrzeja Boboli.
Mogłoby się wydawać, że święty, który żył w XVI/XVII wieku i nie był nikim znanym, nie będzie szczególnie bliski dzisiejszym ludziom, prawda?
W racjonalnych czy naturalnych kategoriach to jest rzeczywiście nietypowe. Andrzej Bobola jest trudnym patronem. Niełatwo o nim mówić nie tylko z powodu odległości czasowej, która nas dzieli. Zostawił po sobie niewiele zapisków, został okrutnie zamordowany. A jednak do ludzi bardzo przemawia jego wierność i wytrwałość. Żył w trudnym momencie historii – jak nie wojna, to rokosz, jak nie rokosz, to epidemia – i pomagał ludziom doświadczonym trudnościami. Dzisiaj też pomaga.
Andrzej Bobola „robił swoje”. Jego praca to były zwykłe zadania księdza i zakonnika: był on prefektem, nauczycielem, misjonarzem ludowym, kaznodzieją, opiekunem Sodalicji Mariańskiej (czyli – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – grup parafialnych) itp. Każdy z nas, niezależnie, jaką ma sytuację życiową, zawód czy powołanie, może poczuć z nim wspólnotę.
Niedawno odpisywałem pewnemu panu z Japonii, który napisał do nas piękną polszczyzną, że jest pielęgniarzem i że Andrzej Bobola go inspiruje, bo opiekował się chorymi podczas zarazy. Poprosił o informacje o nim i obrazki z relikwiami trzeciego stopnia.
Czy dostajecie wiele takich listów z zagranicy?
Sporo. Te z ostatnich tygodni, które pamiętam, przyszły na przykład z Hiszpanii, Portugalii, Filipin, Stanów Zjednoczonych, Brazylii.
W internecie można znaleźć wiele świadectw cudów i innych łask wymodlonych za wstawiennictwem świętego Andrzeja Boboli. Wiele osób zostawia też swoje prośby na kartkach w sanktuarium i na stronie internetowej. Czy te świadectwa są zbierane?
Tak, zbieramy spisane świadectwa. Kilka razy zdarzyło mi się też wysłuchać takich historii i je spisać. To są piękne opowieści – bardzo różnorodne i dotyczące różnych spraw, które ludzie powierzają temu świętemu. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie.
Pewien pan z powodu splotu niefortunnych okoliczności musiał być operowany niemal bez znieczulenia. Zwrócił się do świętego Andrzeja: „Ty zniosłeś straszne cierpienia. Pomóż mi też je znieść!”. I rzeczywiście ból został od niego jakby odsunięty. Było to zadziwiające i dla niego, i dla zespołu medycznego.
Niedawno trafiła do nas historia, która dotyczy wydarzeń sprzed lat. Starsza pani w czasie choroby poprosiła wnuczkę, żeby modliła się z nią do św. Andrzeja, „tego od cudów”. Wnuczka nie wiedziała, o kogo chodzi. Dopiero kiedy babcia wyzdrowiała, opowiedziała, jak w czasie powrotu relikwii św. Andrzeja Boboli do Polski w 1938 r. jako kilkunastoletnia dziewczynka uczestniczyła w jednym z wydarzeń zorganizowanych z tej okazji. Podczas procesji znalazła się blisko trumny z relikwiami i zobaczyła, że ludzie pocierają o trumnę różne przedmioty, np. chusteczki i medaliki (tak powstają relikwie trzeciego stopnia). Ona akurat nie miała przy sobie nic takiego, więc podniosła płatki róż sypane podczas procesji, potarła je o trumnę i zabrała. Kiedy wróciła do domu, do rodzinnego miasta, dowiedziała się, że jej brat poważnie zachorował. Lekarz nie dawał mu szans na przeżycie. Ta pani położyła płatki kwiatów na klatce piersiowej chorego, cała rodzina zebrała się przy nim i modliła się za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli, i brat wrócił do zdrowia.
W sanktuarium przy ulicy Rakowieckiej można zobaczyć szczątki świętego Andrzeja Boboli w szklanej trumnie. Zachowanie zwłok od rozkładu to także jest fakt, który nie ma racjonalnego uzasadnienia. W jakim stanie są te szczątki dzisiaj?
Ciało świętego Andrzeja Boboli po odnalezieniu 45 lat po śmierci i jeszcze długo później było nietknięte rozkładem. Dzisiaj już tego powiedzieć nie można – zwłoki są zmumifikowane. Ale szczątki świętego Andrzeja są integralne, czyli zachowane w całości, co jest niezwykłe, zważywszy na fakt, że święty został zamordowany trzy i pół wieku temu. Stan zachowania ciała był zresztą powodem wielkiego zdziwienia członków komisji bolszewickiej, którzy w latach 20. XX wieku w kościele w Połocku wyrzucili je z trumny na kamienną posadzkę. Byli przekonani, że się rozpadną, a nic takiego się nie stało.
Moi współbracia jezuici, którzy uczestniczyli w ostatnim otwarciu trumny w 1988 i 2013 roku, mówią, że relikwie są w dobrym stanie.
Czy powie Ojciec coś więcej o swojej przyjaźni z Andrzejem Bobolą?
Z Towarzystwem Jezusowym i świętym Andrzejem zetknąłem się po raz pierwszy jako harcerz przy okazji Duszochwatów, czyli rekolekcji organizowanych przez jezuitów na obozach harcerskich na przełomie XX i XXI wieku. Zastanawiam się teraz, skąd się wzięła ta nazwa. Może stąd, że Bobola w poszukiwaniu ludzi, którzy byli mniej lub bardziej wierzący, dużo chodził po leśnych ostępach i bagnach i docierał w różne niedostępne miejsca – całkiem jak harcerze? Kiedy zacząłem bliżej poznawać zakon, Andrzej Bobola był dla mnie zawsze ważnym punktem odniesienia i patronem.
Dzisiaj mówimy o Andrzeju Boboli jako orędowniku jedności: z innymi chrześcijanami i jedności w narodzie. Myśli Ojciec, że to dobry święty do tej roli?
Niektórzy mówią, że nie. Robi się z niego czasem kogoś w rodzaju wojownika. Myślę, że ten rys wojowniczy jest związany z objawieniami dominikaninowi o. Alojzemu Korzeniewskiemu na początku XIX wieku w Wilnie, kiedy Andrzej Bobola zapowiedział wielką wojnę i odzyskanie przez Polskę niepodległości. Żartujemy sobie z ojcami dominikanami, że jezuita, który ukazał się dominikaninowi, to najlepszy patron jedności [śmiech].
Dzisiaj dominikanin o. Andrzej Bielat uważa, że święty Andrzej bardzo zaznaczył się w polskiej kulturze przez postać Andrzeja Kmicica z „Potopu”, który ponoć jest ukrytym Bobolą. Pierwowzór Sienkiewiczowskiego bohatera nazywał się Samuel Kmicic. Żył w tym samym czasie co Bobola i pochodził z okolic, na których on pracował. Musiał zetknąć się z Bobolą, który często przemierzał tamte tereny i był dobrze znany okolicznej szlachcie. W powieści dostał imię Andrzej, co ponoć było aluzją do Boboli, dobrze zrozumiałą dla czytelników, a niezrozumiałą dla carskiej cenzury. Kmicic z „Potopu” ma sympatyczny, ale niełatwy charakter, nad którym udaje mu się zapanować długą, wytrwałą pracą. To samo pisali o świętym Andrzeju Boboli jego przełożeni. Ponoć najpełniejsza analogia to opis męczeństwa Kmicica, złapanego przez Szwedów pod Jasną Górą. Nie zakończyło się ono śmiercią, ale bohater Sienkiewicza też zostaje powieszony na haku i przypalany ogniem. Myślę, że ta teoria jest bardzo prawdopodobna, bo po beatyfikacji w 1853 roku Bobola był w Polsce znaną postacią.
Święty Andrzej jest dobrym kandydatem na patrona jedności, bo oddał za nią życie – tak jak patronami jedności są na przykład męczennicy z czasów reformacji. Posługiwał wśród unitów, a Unia Brzeska zakładała jedność przy zachowaniu różnorodności obrządków. Kiedy jego ciało zostało odnalezione na początku XVIII wieku, modlili się przy nim i rzymscy katolicy, i unici, i prawosławni. Dzisiaj też w naszym sanktuarium swoje spotkania i liturgie mają katolicy obrządków wschodnich: grekokatolicy, katolicy języka arabskiego i obrządku syro-malabarskiego z Indii.
Święty Andrzej Bobola szedł do różnych ludzi, nie pytając ich o wyznanie, i głosił im Ewangelię. Szukał każdego człowieka – najpierw człowieka! Jak zauważył jeden z naszych współbraci, ten święty w swoich relikwiach poszedł nawet do wojujących ateistów w Moskwie. Pokazał, że coś im się wymyka, że materializm nie obejmuje całej rzeczywistości.
W 1938 r. przy okazji powrotu integralnych relikwii Andrzeja Boboli do Polski odbyła się wielka peregrynacja relikwii po Polsce. Może warto by było dzisiaj również zorganizować coś podobnego, zwłaszcza w obliczu zagrożenia ze wschodu?
W Polsce odbywa się wiele wydarzeń, w których Andrzej Bobola uczestniczy w swoich relikwiach cząstkowych. Na przykład w Warszawie regularnie organizowane są procesje różańcowe. Najbliższa, zaplanowana na 16 maja, przejdzie od sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście do sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej.
Gość Niedzielny
***
czwartek 14 maja
Nowenna do Ducha Świętego
Jak co roku w oczekiwaniu na to Święto Kościół katolicki będzie odprawiał nowennę do Ducha Świętego i tym samym trwał we wspólnej modlitwie, podobnie jak apostołowie, którzy modlili się jednomyślnie po wniebowstąpieniu Pana Jezusa czekając w Jerozolimie na zapowiedziane przez Niego zesłanie Ducha Świętego.
fot. Karol Porwich/Niedziela
***
1. Po wystawieniu Najświętszego Sakramentu można zaśpiewać hymn: “O Stworzycielu, Duchu, przyjdź” lub sekwencję: “Przybądź, Duchu Święty” czy też inną pieśń do Ducha Świętego.
2. Modlitwa wstępna: Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
3. Na poszczególne dni nowenny:
Dzień pierwszy
W ostatnim dniu oktawy Święta Namiotów, Jezus “zawołał donośnym głosem: Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije! A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego” (J 7,37.39).
Módlmy się:
Panie Jezu Chryste, jak drzewo po przyjęciu wody rozwija się i przynosi owoce, również i my pragniemy przyjąć łaskę Ducha Świętego i przynosić owoce cnót. Amen.
Dzień drugi
Pismo Święte poucza:
“Bóg zbawił nas przez obmycie odradzające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego” (Tt 3,5-7).
Módlmy się:
Boże, który w Chrzcie Świętym obficie wylałeś na nas Ducha Świętego, spraw łaskawie, aby wspierał On nasze pragnienie nieba, aby nas zachęcał, uczył, oświecał, pocieszał, umacniał, leczył, usprawiedliwiał i zbawiał. Amen.
Dzień trzeci
Pismo Święte poucza:
“Wszyscyśmy w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem” ( 1 Kor 12,13).
Módlmy się:
Duchu Przenajświętszy, Boże jedności, zgody i pokoju, błagamy Cię pokornie, abyś zawsze jednoczył wszystkich wierzących w Chrystusa w Jego świętym Kościele. Amen.
Dzień czwarty
Pismo Święte poucza:
“Bóg jest tym, który umacnia nas wespół z wami w Chrystusie i który nas namaścił. On też wycisnął na nas pieczęć i zostawił zadatek Ducha w sercach naszych” (2 Kor 1,21-22).
Módlmy się:
Duchu Święty, dziękujemy Ci za to, że nas opieczętowałeś Bożym podobieństwem, które jest zadatkiem szczęścia wiecznego i wezwaniem do świętości. Amen.
Dzień piąty
Pismo Święte poucza:
“Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą” (Rz 8,26-27).
Módlmy się:
Panie Jezu Chryste, dzięki mieszkającemu w nas Duchowi Świętemu, modlitwa nasza zdolna jest ujarzmić szatana i pokusy świata, a także zdolna jest wielbić Ciebie wraz z Ojcem i Duchem Świętym. Amen.
Dzień szósty
Pismo Święte poucza:
“Postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Owocem ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy” (Ga 5,16.22.25).
Módlmy się:
Panie, pomnóż w nas wiarę w Ciebie i zawsze nas oświecaj światłem Ducha Świętego, abyśmy postępowali według ducha i cieszyli się jego owocami. Amen.
Dzień siódmy
Pismo Święte poucza:
“Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6,19-20).
Módlmy się:
Boże, dopóki żyjemy w ciele, walczymy ze złem, spraw przeto, abyśmy umieli opanować wszelkie pokusy i popędy przy pomocy mieszkającego w nas Ducha Świętego, abyśmy żyli wiecznie. Amen.
Dzień ósmy
Pismo Święte poucza:
“Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują. Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha – Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego” (1 Kor 2, 1 ).
Módlmy się:
Przybądź, Duchu Święty, napełnij serca Twoich wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości, abyśmy miłowali Boga całym sercem i otrzymali wieczne szczęście. Amen.
Dzień dziewiąty
Pismo Święte poucza:
“Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dz 2,1-4).
Módlmy się:
Duchu Święty, który sprawiłeś, że apostołowie mówili różnymi językami, spraw abyśmy w życiu chrześcijańskim potrafili mówić językiem słów, językiem czynów, językiem przykładu i wszystkimi możliwymi językami dla pomnożenia chwały Bożej. Amen.
4. Ojcze Nasz…
5. Módlmy się:
Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego, wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
6. Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny (lub do Serca Pana Jezusa)
Wniebowstąpienie Pańskie jest świętem upamiętniającym wstąpienie do nieba Zmartwychwstałego Pana Jezusa, który po 40 dniach przebywania pośród uczniów udał się na Górę Oliwną i w ich obecności uniósł się i wstąpił na niebiosa.
40-ty dzień od Zmartwychwstania Pana Jezusa wypada zawsze w czwartek.
W Polsce od kilku lat Konferencja Episkopatu, za zgodną Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przeniosła tę uroczystość na najbliższą niedzielę.
W Szkocji Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego obchodzona jest zawsze w czwartek i jest świętem obowiązkowym. Dlatego Msza św. będzie odprawiona w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godz. 19.00.
KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO – 4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD
***
środa 13 maja
Wspomnienie Matki Bożej Fatimskiej
45 lat temu świat zatrzymał się na chwilę.
Rocznica zamachu na św. Jana Pawła II na placu św. Piotra
Papież Jan Paweł II ranny w zamachu na pl. św. Piotra w Rzymie, 13 maja 1981 r. (fot. AIPN)
***
45 lat temu, 13 maja 1981 roku, miał miejsce zamach na życie Jana Pawła II. Podczas audiencji generalnej na placu św. Piotra w Rzymie, o godz. 17:19 uzbrojony napastnik Mehmet Ali Agca, oddał w stronę Ojca Świętego strzały. Ciężko rannego papieża natychmiast przewieziono do kliniki w Gemelli, gdzie rozpoczęła się kilkugodzinna dramatyczna walka o jego życie. Cały świat w ogromnym napięciu śledził napływające doniesienia. Wszyscy zadawali sobie pytanie, czy Jan Paweł II przeżyje. Po latach miejsce zamachu na papieża upamiętnia płytka w bruku po prawej stronie przy kolumnadzie Placu św. Piotra.
W czasie środowej audiencji ogólnej 13 maja 1981 r. o godz. 17:00 Ojciec Święty rozpoczął objeżdżanie papamobile Placu św. Piotra, błogosławiąc przybyłych pielgrzymów. Dziewiętnaście minut później turecki płatny morderca Mehmet Ali Agca trzykrotnie wystrzelił do papieża, ciężko raniąc go. Zamachowca ujęto w pobliżu miejsca ataku. – Agca strzelał, by zabić – wspominał po latach emerytowany metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz, wieloletni sekretarz Jana Pawła II.
Zamacowiec został szybko osądzony, ale to tragiczne wydarzenie ciągle pozostaje bez wyjaśnienia. Sprzeczne domniemania krążą do dziś na temat motywów, planu i przebiegu zamachu i ewentualnych jego zleceniodawców. Ali Agca, płatny morderca z ugrupowania “Szare wilki”, chciał zamordować “jedynego papieża z bloku wschodniego” już w 1979 r. podczas jego wizyty w Turcji. W kilka tygodni po zamachu na Placu św. Piotra włoski sąd skazał Turka na dożywocie. W grudniu 1983 r. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu.
Zamachowiec oskarżał początkowo wywiad bułgarski, wkrótce zmienił zeznania. Wikłał się w różnych wypowiedziach kierując śledztwo na fałszywy trop. Starał się zatrzeć swoje kontakty i chronił swoich mocodawców. Jak obliczyli obserwatorzy procesu, w czasie śledztwa Agca podał ponad sto różnych wersji wyjaśnień swojego czynu.
Wielki proces, który miał doprowadzić do wyjaśnienia wszystkich szczegółów zamachu, zakończył się w 1986 r. de facto bez rezultatów. Tylko jeden z oskarżonych został skazany na więzienie i to za nielegalne posiadanie broni. Pozostali, z braku dowodów, wyszli na wolność.
Alego Agcę ułaskawił 13 czerwca 2000 prezydent Włoch Carlo Azeglio Ciampi, po czym deportowano go do więzienia w Turcji, gdzie rozpoczął odbywanie kary za zabójstwo tureckiego wydawcy. Ostatecznie wyszedł na wolność w styczniu 2010 r. po odsiedzeniu wyroku w więzieniu w Ankonie.
Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17:19. Nawiązując do tego faktu papież powiedział: – Nie wiem, kto włożył pistolet w rękę strzelca, wiem jednak, kto zmienił lot kuli. Uważał, że to Fatimskiej Pani zawdzięcza swoje życie. W 1991 roku będąc w Fatimie, u stóp figury Matki Bożej powiedział: – Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność.
Doświadczenie zamachu przyniosło za sobą konkretne owoce: papież zapoznał się z tajemnicami fatimskimi, odbył pielgrzymkę do Fatimy i zawierzył Europę oraz Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi. Pocisk, którym został raniony złożył jako wotum do sanktuarium fatimskiego; został on umieszczony w koronie figury Matki Bożej z Fatimy.
źródło: KAI
***
W miejscu, gdzie kula dosięgnęła Jana Pawła II, Leon XIV zatrzymał się na modlitwę
Podczas przejazdu papamobilem przed audiencją generalną papież Leon XIV zatrzymał się i uklęknął w miejscu, gdzie czterdzieści pięć lat temu, 13 maja 1981 roku, doszło do zamachu na św. Jana Pawła II na Placu św. Piotra.
Leon XIV modlił się w miejscu zamachu na Jana Pawła II
***
Przejeżdżając obok miejsca zamachu, papież Leon XIV polecił zatrzymać papamobile, wysiadł z samochodu i udał się na miejsce, w którym znajduje się tablica upamiętniająca zamach. Papież modlił się w ciszy i przyklęknął.
Rozpoczynając katechezę Leon XIV przypomniał na wstępie, że dziś przypada wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Fatimy. „Właśnie w tym dniu – mówił dalej Papież – 45 lat temu, podczas audiencji generalnej, tutaj, na Placu św. Piotra, św. Jan Paweł II padł ofiarą zamachu, który nie zakończył się śmiercią dzięki opiece Matki Bożej, co on sam wielokrotnie potwierdzał. Dlatego dzisiejszą katechezę, której tematem jest ‘Maryja Panna – wzór Kościoła’, chciałbym dedykować mojemu świętemu Poprzednikowi, którego mottem były słowa ‘Totus tuus’”.
Vatican News
***
W jaki sposób w Maryi Kościół może rozpoznać swoją Matkę
Papież zakończył dziś omawianie konstytucji dogmatycznej Lumen gentium Soboru Watykańskiego II. Katechezę poświęcił Maryi
Leon XIV. Fot. Vatican Media
Drodzy Bracia i Siostry!
Sobór Watykański II zechciał poświęcić ostatni rozdział Konstytucji dogmatycznej o Kościele Najświętszej Maryi Pannie (por. Lumen gentium, 52-69). „Doznaje Ona czci jako najznakomitszy i całkiem szczególny członek Kościoła oraz jego typiczne wyobrażenie i najdoskonalszy wzór w wierze i miłości” (n. 53). Słowa te zachęcają nas, do zrozumienia, w jaki sposób w Maryi – która pod działaniem Ducha Świętego przyjęła i zrodziła Syna Bożego, który przyszedł w ciele – można rozpoznać zarówno wzór, jak i najdoskonalszego członka oraz Matkę całej wspólnoty eklezjalnej.
Pozwalając się kształtować dziełu Łaski, które w Niej osiągnęło wypełnienie, i przyjmując dar Najwyższego ze swoją wiarą oraz ze swą dziewiczą miłością, Maryja jest doskonałym wzorem tego, czym ma być cały Kościół: stworzeniem Słowa Pańskiego i matką dzieci Bożych, rodzących się dzięki posłusznemu poddaniu działaniu Ducha Świętego. Jako zaś wierzącą w najpełniejszym znaczeniu tego słowa – Ta, w której zostaje nam ukazany doskonały kształt bezwarunkowego otwarcia na misterium Boże we wspólnocie świętego Ludu Bożego – Maryja jest najdoskonalszym członkiem wspólnoty kościelnej. Jako wreszcie Ta, która rodzi dzieci w Synu – umiłowane w odwiecznie Umiłowanym, który przyszedł pośród nas – Maryja jest Matką całego Kościoła; do Niej może on zwracać się z dziecięcą ufnością, w pewności, że zostanie wysłuchany, otoczony opieką i umiłowany.
Wszystkie te cechy Najświętszej Maryi Panny można by wyrazić, mówiąc o Niej jako o Niewieście – ikonie Misterium. Termin Niewiasta ukazuje miejsce, jakie zajęła w historii ta młoda Córka Izraela, której dane było niezwykłe doświadczenie stania się Matką Mesjasza. Wyrażenie ikona wskazuje natomiast, że w Niej urzeczywistnia się podwójny ruch: zstępowania i wstępowania. W Maryi jaśnieje zarówno darmowe wybranie ze strony Boga, jak i wyrażona wolna zgoda wiary w Niego. Maryja jest zatem Niewiastą – ikoną Misterium, to znaczy Bożego zamysłu zbawienia, niegdyś ukrytego, a w pełni objawionego w Jezusie Chrystusie.
Sobór pozostawił nam jasne nauczanie o szczególnym miejscu wyznaczonym Najświętszej Maryi Pannie w dziele Odkupienia (por. LG, 60-62). Przypomniał, że jedynym Pośrednikiem zbawienia jest Jezus Chrystus (por. 1 Tm 2, 5-6) i że Jego Najświętsza Matka „żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusa, lecz ukazuje jego moc” (LG, 60). Zarazem „Błogosławiona Dziewica, przeznaczona od wieków razem z wcieleniem Słowa Bożego na Matkę Boga, (…) w całkiem szczególny sposób współpracowała w dziele Zbawiciela przez posłuszeństwo, wiarę, nadzieję i żarliwą miłość dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz ludzkich. Dlatego stała się nam matką w porządku łaski”.
W Najświętszej Maryi Pannie odzwierciedla się również misterium Kościoła: w Niej Lud Boży odnajduje obraz swego początku, swego wzoru i swojej ojczyzny. W Matce Pana Kościół kontempluje własne misterium – nie tylko dlatego, że odnajduje w Niej wzór dziewiczej wiary, macierzyńskiej miłości i oblubieńczego przymierza, do których sam jest powołany, lecz także – a nawet przede wszystkim dlatego – że uznaje w Niej swój archetyp, idealny obraz tego, czym ma się stać.
Vatican NewsStacja7.pl
***
Modlitwa Anioła z Fatimy
“O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię! Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!” “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty, uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany. I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi, proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.
***************
Objawienia Anioła Portugalii
Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
Pierwsze zjawienie się Anioła
Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:
Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.
W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa. Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział: – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną. I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa: – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię. Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział: – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.
I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.
Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze.
Drugie zjawienie się Anioła
Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom: – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu. – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam. – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle. I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.
Trzecie zjawienie się Anioła
Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób:
Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!” Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę: – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników. Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię. Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc: – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga. Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.
Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała. Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.
Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.
Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.
“Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata.”
Przybywający do Fatimy podkreślają wyjątkowy klimat tego miejsca, inny od tego, który panuje na przykład w Lourdes. Mimo sporej ilości pielgrzymów i typowego odpustowego kramu, jest tam jakoś ciszej, spokojniej, jakby skromniej. Wciąż można tam spotkać zwykłych, pobożnych Portugalczyków, przypominających trójkę dzieci, którym ukazała się Maryja. „Daleko tu od wszystkiego, co (rzekomo) ważne: od centrów dowodzenia, znaczenia decydowania, gromadzenia finansów. Nieskończenie daleko od Londynu, Paryża, Berlina i Wall Street” – notuje jeden z pielgrzymów. Jest ubogo i prowincjonalnie. Bóg lubi takie miejsca. Cenili je także papieże: Pius XII, Paweł VI, który był tam jako pielgrzym; Jan Paweł II odwiedził to miejsce dwukrotnie. Benedykt XVI właśnie dopisuje się do tej listy.
W 1916 r. w Fatimie trójce dzieci: Hiacyncie (6 lat), jej bratu Franciszkowi (8 lat) oraz kuzynce Łucji (9 lat) ukazał się anioł, który zapowiedział zjawienie się Maryi. Pierwsze objawienie Matki Najświętszej miało miejsce 13 maja 1917 r. Cudowna Pani powiedziała dzieciom: „Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię. Jestem z nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”. Ostatnie, szóste objawienie, było 13 października. W dolinie zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy byli świadkami niezwykłego zjawiska. Słońce jakby obracało się wokół swej osi i szybko zniżało ku ziemi. Przesłanie Maryi: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”.
Kościół uznał objawienia w roku 1930. Rok później, 13 maja, do sanktuarium fatimskiego przybyło ponad milion pątników. Jan Paweł II podkreślał, że opiece Matki Bożej z Fatimy zawdzięcza uratowanie podczas zamachu z 13 maja 1981 r. w Rzymie. Kula, która go zraniła, jest dziś najcenniejszym fatimskim wotum. Po prawie 100 latach przesłanie płynące z Fatimy nie straciło nic na aktualności: modlitwa różańcowa, pokuta, wezwanie do nawrócenia. Czy nie jest to ratunek dla naszego zakręconego świata? Ale aby w to uwierzyć, trzeba mieć w sobie coś z prostoty portugalskich dzieci. Z tym bywa trudno…
ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny
***
Podmieniona Łucja i inne absurdy.
Przekłamania związane z objawieniami w Fatimie.
Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.
WIKIPEDIA
***
Sporo dziwacznych teorii narosło przez lata wokół objawień fatimskich. Zaczęło się od twierdzeń, że 70 tys. świadków cudu słońca uległo zbiorowej sugestii. Później powstawały książki przekonujące, że Maryja i anioł to ufoludki, a tańczące słońce to ich statek kosmiczny. Teraz internet jest zalany przez wypowiedzi, że złowrogi Kościół podmienił siostrę Łucję na odgrywającą jej rolę aktorkę.
Choć to zadziwiające, każda z tych teorii – i parę innych, które pojawiły się po drodze – zdobyła grono zaciekłych wyznawców. Tak samo jest z najnowszą narracją o siostrze Łucji dos Santos, którą Kościół rzekomo podmienił na podobną do niej aktorkę. Oszustka – według tej narracji – miała odgrywać rolę wizjonerki z Fatimy aż przez 40 lat ostatnich lat życia!
Święcie wierzy w to wiele osób związanych ze środowiskiem sedewakantystów. To osoby nieuznające Soboru Watykańskiego II ani wybieranych od tego czasu papieży.
Na temat fałszywej Łucji powstają dzisiaj książki. „Dowody” wyliczają liczni twórcy kanałów na YouTube, w tym kobiety przedstawiające się jako pustelnice, ubrane w habity przypominające te sprzed soboru.
Łucja podmieniona?
Niektóre z ich argumentów w pierwszej chwili robią wrażenie, zwłaszcza gdy są przekazywane w masie, wszystkie razem. Twórcy jednej ze stron internetowych powołują się na ekspertyzy specjalistów. Człowiek przedstawiany jako grafolog twierdzi, że odręczne pismo młodej siostry Łucji, mimo pewnych podobieństw, istotnie różni się od jej pisma w starszym wieku. Jego zdaniem późniejsze teksty napisał ktoś inny. Zestawiane są obok siebie zdjęcia, na których młoda Łucja wygląda inaczej niż starsza. Podobno program do rozpoznawania twarzy zakwalifikował je jako dwie różne osoby. Przekonanie, że to ktoś inny, wyrażają też chirurg plastyczny czy chirurg jamy ustnej z USA. Trwa drobiazgowa analiza długości rynienki podnosowej, wystającego podbródka oraz wyglądu górnej powieki i jej odległości od brwi u „Łucji A” i „Łucji B”.
Pokazywane obok siebie specjalnie dobrane zdjęcia rzeczywiście mogą u niejednego zasiać ziarno wątpliwości, zwłaszcza że młoda Łucja ma przednie zęby okazałe, a starsza – uzębienie drobne i równe. Zwolennicy tezy o wielkim oszustwie na szczęście czasami przyznają, że starsza Łucja nosiła protezę zębową. Naturalne zęby siostry z powodu zapalenia zostały usunięte przez dentystę jeszcze w końcu lat 40. XX wieku. Mogło to mieć wpływ – wraz z naturalnymi procesami starzenia – także na wygląd jej ust. Zdaniem tej grupy ludzi to nie tłumaczy jednak wszystkiego.
Zwolennicy tej tezy podają zresztą różne jej wersje – na przykład, że prawdziwa Łucja zmarła w 1949 roku albo że zniknęła pomiędzy 1957 a 1967 rokiem. Na rozkaz z samego Watykanu miała ją zastąpić aktorka. Jedna z polskich youtuberek z wielką pewnością siebie oświadcza, że prawdziwa Łucja była przez kilkadziesiąt lat trzymana pod kluczem.Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie.
Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie./WIKIPEDIA
***
Złowrogie siostry
Ksiądz Krzysztof Czapla, pallotyn, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem, jest zaskoczony poziomem absurdu zawartym w tych rewelacjach. – Osoby, które znały siostrę Łucję, miałyby nie zauważyć przez całe lata, że to jest jakaś zupełnie inna osoba? Przecież żyje jej najbliższa rodzina! Nawet jej rodzone siostry miałyby się nie zorientować? Nagle po jej śmierci okazuje się, że interpretacja jakiegoś biegłego sądowego, wydana na podstawie niedoskonałych, czarno-białych zdjęć, jest słuszniejsza niż osób, które przez prawie sto lat spotykały się z siostrą Łucją? – dziwi się.
Druga możliwość jest równie absurdalna: rozmodlone karmelitanki z Coimbry, współsiostry Łucji, musiałyby uczestniczyć w tym watykańskim spisku. Oznaczałoby to, że zarówno te mniszki, jak i członkowie rodziny wizjonerki z Fatimy, wielu innych świadków, portugalscy biskupi i oczywiście kolejni papieże – to osoby do cna zdeprawowane. Zdolne do uczestnictwa w ogromnym oszustwie – a może nawet w morderstwie i w ukryciu ciała. Trzeba by też założyć, że złowrogie zakonnice i inne osoby znające Łucję musiałyby się posługiwać oszustwem solidarnie i w sposób niezwykle szczelny. Nie mogłyby mieć nawet poważnych wyrzutów sumienia, skoro utrzymały spisek w tajemnicy i przez ponad pół wieku żadna się nie wygadała.
Badają to w procesie
W lutym 2024 r. ks. Czapla rozmawiał o tych spiskowych teoriach z księdzem rektorem sanktuarium fatimskiego. – Zapytałem, czy jest w ogóle świadomy tego, co dzieje się w przestrzeni medialnej, a jeśli tak, to jak do tego podchodzi. Odpowiedział, że trudno komentować absurdy, które przekraczają wszelkie granice. W internecie można napisać wszystko i powoływać się na dowolnych ekspertów. Problem w tym, że to jest bardzo trudne do zweryfikowania, tym bardziej iż często bezkrytycznie sięgamy do takich tekstów. – Kiedyś w dyskusji ze mną ktoś powołał się na jakąś wypowiedź postulatora procesu beatyfikacyjnego dzieci fatimskich. Podał jego imię i nazwisko. Poprosiłem: „Proszę, sprawdź, kto był postulatorem, i zobacz, czy to nazwisko się zgadza”. Okazało się, że nie. Co więcej, to nazwisko w tym procesie beatyfikacyjnym w ogóle nie występuje! – relacjonuje.
Hiacynta i Franciszek zostali ogłoszeni świętymi w 2017 roku. Teraz trwa proces beatyfikacyjny ich kuzynki – siostry Łucji. Ksiądz Krzysztof Czapla usłyszał od księdza rektora z Fatimy, że wątek rzekomej podmiany wizjonerki nie mógł w nim zostać zbagatelizowany. – Aby w procesie beatyfikacyjnym dojść do konkluzji, musimy mieć pewność, że wszystkie sprawy dotyczące tożsamości ciała złożonego w grobie są jednoznacznie potwierdzone. W dzisiejszych czasach dzięki badaniom DNA zweryfikowanie tego jest czymś niezmiernie prostym. Zwłaszcza że żyją bardzo bliscy krewni siostry Łucji. Teza, że mamy do czynienia z jej podmianą, musiała już zostać zweryfikowana na etapie diecezjalnym procesu beatyfikacyjnego; aktualnie proces jest już na etapie rzymskim. Zostało już zatwierdzone tzw. positio i siostrze Łucji przysługuje tytuł czcigodnej sługi Bożej. W przeciwnym razie taki zarzut mógłby stanowić przyczynę do podważenia całej beatyfikacji – wskazuje.
Sami piszą tajemnicę
Dlaczego jednak – według zwolenników tej teorii spiskowej – Kościół miałby zastąpić Łucję oszustką? Otóż twierdzą oni, że dla ukrycia treści trzeciej tajemnicy fatimskiej. Ich zdaniem wizja, którą w 2000 r. ujawnił Jan Paweł II, to zaledwie część tej tajemnicy.
Przypomnijmy, że w trzeciej tajemnicy dzieci zobaczyły biskupa odzianego w biel, który modląc się, szedł przez wielkie, w połowie zrujnowane miasto pełne trupów. Gdy na szczycie góry uklęknął u stóp wielkiego krzyża, został zabity – wraz ze swoimi wierzącymi towarzyszami – przez żołnierzy, strzelających z broni palnej i z łuków.
Ponieważ jest to wizja symboliczna, nie wydaje się bardzo szokująca. „Po co było ukrywać przez 40 lat coś, co absolutnie nie wywołuje żadnej sensacji i żadnych emocji?” – komentują na YouTube ludzie wierzący w podmienienie Łucji. Twierdzą oni, że skoro przy pierwszych dwóch tajemnicach Matka Boża dodawała swoje tłumaczenie wizji, to przy trzeciej na pewno też tak było, tylko Watykan to ukrył.
Wyznawcy teorii spiskowej znaleźli jednak na to radę: sami sobie napisali trzecią tajemnicę fatimską i nazwali ten tekst jej rekonstrukcją. Zawarli w niej swoje fobie. Ich zdaniem Matka Boża ostrzega w tej tajemnicy przed „okropną herezją”, czyli soborem, oraz zapowiada, że papież popchnie Kościół w kierunku zniszczenia.
Zdaniem zwolenników teorii spiskowej kolejni papieże ukrywają prawdę o trzeciej tajemnicy fatimskiej. Watykan miał pozbyć się prawdziwej Łucji, żeby tego nie ujawniła. Z kolei zadaniem fałszywej Łucji miało być uwiarygodnienie tej – rzekomo okrojonej – wersji trzeciej tajemnicy.
– Te osoby twierdzą, że Kościół coś ukrył, ponieważ w trzeciej tajemnicy fatimskiej nie znajdują tego, co by chcieli. Czy nie pobrzmiewa tu życzeniowość, chęć sensacji i odsunięcia w tych objawieniach tego, co jest istotne? – pyta ks. Krzysztof Czapla. – Proszę też zwrócić uwagę na to, że przed rokiem 2000, kiedy Jan Paweł II ujawnił trzecią tajemnicę, było w mediach mnóstwo domniemanych wizjonerów, którzy „ujawniali”, co w niej się znajduje. Niektórzy z tych ludzi mieli nawet stygmaty… Okazało się, że żadna z ich przepowiedni, a właściwie z ich domysłów, nawet jednym zdaniem nie otarła się o treść tajemnicy fatimskiej, którą upublicznił Kościół – dodaje.
To statek UFO
Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego uważa, że pojawiające się kolejno dziwaczne teorie, które wprowadzają zamieszanie i odsuwają ludzką uwagę od istoty objawień, wbrew pozorom pokazują, jak wielkie znaczenie ma Fatima. – Zwróćmy uwagę, że takie zarzuty miały miejsce od początku. Niespełna dwa lata po objawieniach umiera Franciszek, a w 1920 r. – Hiacynta. Od razu pojawiły się wtedy informacje: „Kościół zaciera ślady po swojej mistyfikacji, usuwając aktorów tego przedstawienia” – relacjonuje. – Była też teoria o zbiorowej sugestii, jakoby ludzie na miejscu objawień zobaczyli to, co chcieli zobaczyć. Skoro ktoś specjalnie przyjechał, a potem stał przez całą noc i do południa następnego dnia w deszczu i w błocie, to co, miał wrócić i powiedzieć „Nic tam nie było”? Ta teoria nie uwzględniała jednak faktu, że w tym tłumie byli zarówno ci, którzy wierzyli, że Matka Boża przychodzi, jak i zawzięci przeciwnicy tej tezy, a wszyscy zobaczyli to samo. Mało tego, cud słońca widzieli nie tylko ludzie zebrani w miejscu objawień, ale także osoby w miejscowościach wokół Fatimy, które z różnych względów tam nie pojechały, bo na przykład nie miały czasu, albo ich to nie interesowało. To nie mogła więc być zbiorowa sugestia – podkreśla.
Wśród dziwnych fatimskich teorii była też taka, że objawienia były zbiorową obserwacją UFO. Pisał o tym m.in. Erich von Däniken. Tańczące słońce, które widział 70-tysięczny tłum, według tych autorów było statkiem kosmicznym. Obcy po prostu popisywali się akrobacjami, zmienianiem kolorów i wypuszczaniem kolorowych wiązek światła…
– Tego typu interpretacje pojawiały się i pojawiają. A to wszystko pokazuje, jak Fatima jest ważna. Jak napisał św. Ludwik Grignion de Montfort: dobry fałszerz nie podrabia czegoś, co ma małą wartość. Podrabia najcenniejsze kruszce, srebro, a przede wszystkim złoto – uważa ks. Czapla. – Zło zawsze będzie próbowało podważyć to, co jest darem Boga dla nas, co ma wielkie znaczenie. A Fatima czymś takim jest, bo może zmienić dzieje świata – mówi.
Jeśli – jeśli
Dyrektor Sekretariatu zwraca przy tym uwagę, że w tajemnicach fatimskich Maryja nie prorokuje o tym, co ma się na świecie wydarzyć. Wizje otrzymane przez dzieci to nie jest film, ukazujący z wyprzedzeniem przyszłość, w której niczego już nie można zmienić. – W tajemnicy pierwszej Matka Boża przedstawia wizję piekła, pokazuje, gdzie jest źródło zła i grzechu. W drugiej tajemnicy daje lekarstwo na choroby świata, które, jak to widzimy w trzeciej tajemnicy, prowadzą do zniszczenia, do śmierci, a może nawet do zagłady. Do tego doprowadzi stan chorobowy, jeśli nie zaaplikuje się lekarstwa. Co ważne, właściwego lekarstwa – podkreśla.
Ksiądz Czapla wskazuje, że tym lekarstwem jest odmawianie Różańca jako praktyki codziennej oraz nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. – Ma ono wymiar poświęcenia się Niepokalanemu Sercu oraz wynagrodzenia przez nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca – wylicza. – Maryja mówi: „Jeśli ludzie me życzenia spełnią, Rosja się nawróci, zapanuje pokój na świecie i nadejdzie triumf Niepokalanego Serca Maryi”. Coś tak wielkiego, czego, jak mówi Łucja, nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić: w znaku Maryi zwycięstwo nad wszelkim złem. Tu pobrzmiewa pierwsza księga Biblii – bo to potomstwo Niewiasty zmiażdży głowę węża, oraz ostatnia księga, Apokalipsa, gdzie jest mowa o Niewieście obleczonej w słońce i księżycu pod jej stopami – komentuje.
Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego zwraca uwagę, że jeśli życzeń Matki Bożej nie spełnimy, o czym sama Maryja mówiła 13 lipca 1917 r., Rosja rozszerzy swoje błędy po świecie, wywołując wojny i cierpienia sprawiedliwych. Papież będzie bardzo cierpiał i wiele narodów zostanie zniszczonych. – Mamy więc „jeśli – jeśli”. Jeśli uczynimy, mamy przepiękną wizję przyszłości. Jeśli nie uczynimy, będzie miało miejsce coś, co można nazwać kataklizmem, zagładą całych narodów. Widzimy dzisiaj, co się dzieje: jakby świat siedział na beczce prochu. W wizji z trzeciej tajemnicy fatimskiej papież idzie pośród zniszczonych miast i zabitych ludzi, a później pod krzyżem zostaje zabity. Widzimy, że taka przyszłość świata jest możliwa. To się stanie, jeśli nie zawrócimy z naszej drogi. Wszystko zależy jednak od tego, czy uczynimy to, o co prosi Maryja, i w taki sposób, jak o to prosi – podkreśla. – Siostra Łucja u kresu swego życia powiedziała: „Gdyby ludzie żyli tym, co najważniejsze, co już zostało powiedziane! Zajmuje ich tylko to, co jeszcze nie zostało wyjawione, zamiast wypełniać to, o co proszono: modlitwa i pokuta! Napawa strachem, gdy się patrzy na dzisiejszy świat, na którym panuje taki nieporządek i który z taką łatwością pogrąża się w niemoralności. Jako lekarstwo pozostaje wyłącznie jedno rozwiązanie: ludzie muszą żałować za grzechy, zmienić życie i pokutować”. A jak to uczynić, jednoznacznie wskazała nam Maryja w Fatimie, mówiąc o wynagrodzeniu w pierwsze soboty miesiąca – dodaje.
Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej
Lawrence OP CC
***
Na obrzeżach miasteczka Fatima, w miejscu zwanym Cova da Iria, Matka Boża ukazywała się od 13 maja do 13 października trojgu wiejskim dzieciom nie umiejącym jeszcze czytać. Byli to Łucja dos Santos (10 lat), Hiacynta Marto (7 lat) i Franciszek Marto (9 lat). Łucja była cioteczną siostrą rodzeństwa Marto. Pochodzili z podfatimskiej wioski Aljustrel, której mieszkańcy trudnili się hodowlą owiec i uprawą winorośli.
Wcześniej, zanim pastuszkom objawi się Matka Boża, przez ponad rok, od marca 1916 roku, przygotowuje ich na to Anioł. A wszystko zaczęło się w ten sposób. Na wzgórzu Loca do Cabeco, niczego nie spodziewające się dzieci odmawiały różaniec i właśnie zaczynały zabawę. Raptem, gdy słyszą silny podmuch wiatru widzą przed sobą młodzieńca. Przybysz mówi: “Nie bójcie się, jestem Aniołem Pokoju, módlcie się razem ze mną!” Następnie uczy ich jak mają się modlić, słowami: “O mój Boże, wierzę w Ciebie, uwielbiam Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Proszę, byś przebaczył tym, którzy nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i nie kochają Ciebie”. Nakazuje im modlić się w ten sposób, zapewniając, że serca Jezusa i Maryi słuchają uważnie ich słów i próśb.
Anioł w kolejnych miesiącach objawiał się im kilkakrotnie, zachęcając także do umartwień, które byłyby zadośćuczynieniem za grzechy ludzi. Wyjaśnia, że “w ten sposób ściągniecie pokój na waszą ojczyznę”. Wyjaśnia, że jest on Aniołem Stróżem Portugalii. Pewnego dnia udziela im Eucharystii, a dzieci, podczas ekstazy eucharystycznej – jak później wspomina s. Łucja – doświadczają realnej obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina.
“Jasna Pani”
Wreszcie, nadchodzi 13 maja 1917 r. dzień, który otwiera sześć spotkań dzieci z Maryją, zakończonych 13 października. Troje dzieci wypasając owce w Cova da Iria spotykają „Jasną Panią”. Otrzymują od Niej orędzie, którego w wielu fragmentach nie rozumieją, zachowując dla siebie. Siostra Łucja będzie je ujawniać stopniowo po latach, a o upublicznieniu najbardziej strzeżonej “Trzeciej tajemnicy fatimskiej” zadecyduje Jan Paweł II dopiero w 2000 roku.
“Jasna Pani”, gdyż dopiero na koniec objawień wyjawia swe imię (jestem Matką Bożą Różańcową), przekazuje pastuszkom niezwykle bogate w treści przesłanie i liczne polecenia. Poczynając od 13 maja w kolejnych miesiącach prosi je, aby codziennie odmawiały różaniec w intencji pokoju, aby przyjmowały cierpienia jako zadośćuczynienie za grzechy i nawrócenie grzeszników, ukazuje im swoje Niepokalane Serce, mówi, że Pan Jezus pragnie, by kult Jej Serca się szerzył, zapowiada wielki cud na zakończenie objawień.
Maryja przepowiada dzieciom, że będą musiały wiele wycierpieć lecz łaska Boża ich nie opuści. Z Matką Bożą rozmawia tylko najstarsza Łucja. Ona jedyna z trojga pastuszków widzi, słyszy i może mówić do Maryi. Hiacynta tylko widzi i słyszy, Franciszek zaś jedynie widzi. Podczas pierwszego z objawień 13 maja dzieci są same, w czerwcu towarzyszy im ok. 50 zaciekawionych wieśniaków, ich liczba stopniowo wrasta by w październiku osiągnąć nawet ok. 70 tys. przybyszów z całej Portugalii.
Pierwsza tajemnica
Objawiając się w lipcu Matka Boża zleciła dzieciom przekazanie ludzkości swego głębokiego zatroskania spowodowanego bezbożnością i demoralizacją ludzi, dodając, że jeśli się oni nie nawrócą – nastąpi straszliwa kara. Świat się bowiem pogubił odchodząc od Boga i zasad moralnych. W ten sposób prosiła ludzkość o nawrócenie i pokutę, pragnąc zapobiec karom, jakie Bóg przygotował dla grzesznego świata.
Nie zawahała się przed pokazaniem piekła tym trojgu dzieciom, aby jeszcze dobitniej ostrzec ludzi przed jego realnym istnieniem. “Promień światła zdawał się jakby przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby może ognia – wspomina Łucja – a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach, podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru, i równowagi, wśród przeraźliwych krzyków, wycia, i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle”.
Maryja mówi dzieciom, ze pokazała im piekło, ale dlatego żeby ratować dusze grzeszników. Wyjaśnia, że “Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca, a jeśli to się zrobi, to wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie”.
Druga tajemnica
Druga część orędzia przekazana w trakcie objawień w kolejnych miesiącach – wzmacnia dotychczasowe warunki postawione ludzkości przez Matkę Bożą. Stawia ona ludzkość wobec wielkiej alternatywy: jeśli ludzie “nie przestaną obrażać Boga”, to On “ukarze świat za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Ponadto zapowiada prześladowania Kościoła i Ojca Świętego.
Matka Boża przekazała po raz kolejny dzieciom, że dla ratowania grzeszników przed piekłem należy wprowadzić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, a także ustanowić w Kościele nabożeństwo Pięciu kolejnych Pierwszych Sobót Miesiąca, wraz z Komunią św. wynagradzającą.
Maryja zapowiada także, że przybędzie, aby poprosić o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu sercu. Dodaje, że “jeśli te życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świcie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatryumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie”. Warto dodać, że w lipcu 1917 r. nikt nie słyszał jeszcze o Piusie XI ani o bezbożnej dyktaturze w Rosji.
Trzecia tajemnica
Dwie pierwsze tajemnice zostały ujawnione w niespełna ćwierć wieku później, trzecia zaś elektryzować będzie ludzkość przez ponad 80 lat. Wcześniej została ona przekazana przez s. Łucję w tajemnicy kolejnym papieżom. Jej treść – stanowiącą zapowiedź olbrzymich prześladowań Kościoła i samego Ojca Świętego, który pada pod krzyżem – zdecydował się odsłonić dopiero Jan Paweł II w okresie Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa w 2000 r.
Objawienia fatimskie zakończyły się 13 października 1917 roku. Towarzyszył im do dziś nie wyjaśniony, “cud słońca” obserwowany przez 70-tysięczny tłum, który zebrał się aby towarzyszyć wizjonerom. O tym, że cud był realny, a nie wywołany zbiorową psychozą, świadczy fakt, że widzieli go wszyscy, ktokolwiek znajdował się w promieniu 40 km od Fatimy, nawet ludzie całkiem niewierzący.
Dalsze objawienia s. Łucji – Maryja domaga się ofiarowania Rosji Jej Niepokalanemu Sercu.
W 1929 r., papież Pius XI został poinformowany przez Jose da Silva, biskupa diecezji Leiria w której znajdowała się Fatima, o kolejnych objawieniach Matki Bożej, w którym s. Łucja (znajdująca się wówczas w zgromadzeniu sióstr doroteuszek) otrzymała od Maryi ponowną prośbę, by Ojciec Święty dokonał konsekracji Rosji w łączności ze wszystkimi biskupami.
Te kolejne z prywatnych objawień s. Łucja doznawała poczynając od grudnia 1925 r., kiedy Maryja prosi ją by “przekazała wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad 15 tajemnicami różańca towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.
W 1929 roku po raz kolejny objawia się Łucji Matka Boża mówiąc, że “przyszła chwila, w którym Bóg prosi Ojca Świętego, aby wspólnie ze wszystkimi biskupami świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją w ten sposób ocalić”. Z orędzia wynika po raz kolejny, że „jeżeli Rosja nawróci się, to nastanie pokój. Jeżeli nie, rozpowszechni ona swe błędy po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła Świętego. Ojciec Święty będzie cierpiał, wiele narodów zostanie zniszczonych”.
W 1930 roku w czasie objawień Matka Boża Mówi Łucji, że jeśli ludzie się nie nawrócą i nie będą żałować za grzechy, dojdzie do następnej wojny światowej, klęski głodu, wielu konfliktów zbrojnych i prześladowania chrześcijan, a ratunkiem jest zawierzenie się Niepokalanemu Sercu Maryi oraz praktykowanie nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca.
Mimo, że 13 października 1930 biskup Leirii Jose Coreira da Siva uznaje autentyczność objawień, to jednak Pius XI nie spełnia żądania poświęcenia Rosji.
W kwietniu 1939 r. nowym papieżem został Pius XII. 2 grudnia 1940 r. s. Łucja napisała do niego list, upominając się o konieczność konsekracji Rosji. Prośbę tę papież spełnił, ale tylko częściowo w 1942 r., poświęcając narody świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Określając wojnę toczoną między hitlerowskimi Niemcami i stalinowskim ZSRR jako “wojnę dwóch szatanów” nie odważył się jednak oddzielnie wspomnieć o Rosji, obawiając się, aby nie zostało to wykorzystane przez Niemców na rzecz ich propagandy.
W roku 1944 Pius XII ustanowił święto Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, a dwa lata później przez swojego legata koronował figurę Matki Bożej Fatimskiej na Królową Świata. W 1949 r. wydał zgodę na rozpoczęcie prac koniecznych do otwarcia procesu beatyfikacyjnego fatimskich dzieci, Franciszka i Hiacynty.
Dziesięć lat po Poświęceniu Narodów Niepokalanemu Sercu Maryi, w roku 1952 Pius XII powtórzył akt, tym razem wymieniając „wszystkie narody w Rosji” — ale Łucja pozostała nieprzekonana co do wypełnienia w pełni woli Matki Bożej, bowiem nie dokonał tego w łączności ze wszystkimi biskupami Kościoła katolickiego.
Jan Paweł II początkowo nie interesował się specjalnie Fatimą. Zaczęła ona nurtować go po zamachu z 13 maja 1981 r. Poprosił o tekst objawień. Po opuszczeniu Polikliniki Gemelli, Jan Paweł II oświadczył: „Zrozumiałem, że jedyną drogą uniknięcia wojny, uratowania świata przed ateizmem, jest nawrócenie Rosji zgodnie z fatimskim orędziem”. To jego przekonanie potwierdziła s. Łucja w liście adresowanym doń z 12 maja 1982 r. Pisze w nim, że trzecia część tajemnicy odnosi się do słów Matki Bożej: „Jeżeli przyjmą moje żądania, Rosja nawróci się i zaznają pokoju; jeżeli nie, rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, itd.”
W rok po zamachu Jan Paweł II odbył pielgrzymkę do Fatimy, traktując ją jako wotum wdzięczności Matce Bożej za ocalenie życia. W kazaniu wyjaśnił, czemu Kościół przyjął orędzie Matki Bożej Różańcowej – jest tak dlatego, że zawiera prawdę i wezwanie, które są w swej zasadniczej treści prawdą i wezwaniem samej Ewangelii. „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – to przecież pierwsze słowa, jakie Mesjasz skierował do ludzkości” – mówił.
Będąc w Fatimie zawierzył też świat i Rosję Niepokalanemu sercu Maryi. Siostra Łucja prosiła go jednak o ponowienie tego aktu, gdyż nie był on dokonany w łączności ze wszystkimi biskupami.
25 marca 1984 r. Jan Paweł II w duchowej jedności ze wszystkimi biskupami świata (uprzednio do tego wezwanymi) w Bazylice św. Piotra zawierzył ponownie świat i Rosję Maryi. Siostra Łucja osobiście potwierdziła, że taki uroczysty i powszechny akt odpowiadał temu, czego żądała Matka Boża. Jednocześnie dodała, że być może akt ten ustrzegł świat od wojny atomowej.
Treść trzeciej tajemnicy
Trzecią, ukrywaną na życzenie samej Matki Bożej część tajemnicy, siostra Łucja spisała po latach, na żądanie swojego ordynariusza, biskupa Jose da Silva 3 stycznia 1944 r. Powiadomiła biskupa, że tekst został zredagowany i jest do jego dyspozycji w zalakowanej kopercie, z adnotacją, że może ona zostać otwarta dopiero w 1960 r. Od 1957 r. koperta znajdowała się w Tajnym Archiwum Świętego Oficjum.
Otwarcia zalakowanej koperty dokonał Jan XXIII w sierpniu 1959 r., dziesięć miesięcy po wyborze na papieża. Otworzył ją w obecności kard. Alfredo Ottavianiego, prefekta Kongregacji Świętego Oficjum. Nie będąc pewny, czy obaj rozumieją dokładnie wszystkie niuanse portugalskiego tekstu, zażądał sporządzenia jego profesjonalnego tłumaczenia. Po zapoznaniu się z nim zadecydował, że treść tajemnicy nie powinna być jeszcze ujawniona. Jednak 13 grudnia 1962 r., ustanowił święto Fatimskiej Matki Bożej Różańcowej. O fatimskim orędziu wyrażał się, że jest ono „największą nadzieją świata na pokój”.
W 1963 r. rozpoczął się pontyfikat Pawła VI, który – po przeczytaniu pełnej treści objawień fatimskich – postanowił ich nie ujawniać, ale udać się do Fatimy osobiście. Jako pierwszy papież przybył tam z jednodniową, prywatną pielgrzymką, podczas przypadającej wówczas 50. rocznicy objawień.
Dopiero w czerwcu 2000 r. w ramach Wielkiego Jubileuszu chrześcijaństwa, Jan Paweł II, po 56 latach od spisania przez siostrę Łucję, ujawnił trzecią tajemnicę fatimską. Zrobił to w jego imieniu kard. Joseph Ratzinger, sprawujący wówczas urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary, w trakcie konferencji prasowej 26 czerwca 2000 roku w watykańskiej Sala Stampa. Jej tekst brzmi:
“Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!
I zobaczyliśmy, w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg: (coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzą przed nim) Biskupa odzianego w biel (mieliśmy przeczucie, że to jest Ojciec Święty). Wielu innych biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek, jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręku konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga”.
Kard. Ratzinger wyjaśniał, że opublikowany tekst ma charakter proroczej wizji. „Anioł z ognistym mieczem stojący po lewej stronie Matki Bożej przypomina podobne obrazy z Apokalipsy. Przedstawia groźbę sądu, wiszącą nad światem. Myśl, że świat może spłonąć w morzu ognia, nie jawi się już bynajmniej jako wytwór fantazji: człowiek sam przez swe wynalazki zgotował na siebie ognisty miecz”.
Prefekt kongregacji zaznaczał, że tej niszczącej sile zła może się przeciwstawić tylko Matka Boża z ludźmi, którzy przyjmują jej wezwanie do pokuty i nawrócenia. Dodał, że w ten sposób „zostaje podkreślone znaczenie wolności człowieka, gdyż przyszłość nie jest bynajmniej nieodwołalnie przesądzona”.
Prorocza wizja trzeciej tajemnicy fatimskiej – jego zdaniem – w symboliczny sposób mówi o wielkich prześladowaniach, cierpieniach i męczeństwie wielu wyznawców Chrystusa, wśród których są również kapłani, biskupi oraz papieże dwudziestego wieku. Wielkie zniszczenia i prześladowania są spowodowane przez ludzi zniewolonych przez ateistyczne ideologie walczące z Bogiem, a w sposób szczególny przez komunizm.
Trzecia tajemnica fatimska – jak podkreślił – jest dramatycznym ostrzeżeniem przed ateizmem, ponieważ największym zagrożeniem dla ludzkości jest odrzucenie Boga i Jego praw, zarówno przez ateizm w wydaniu komunistycznym jak i przez ateizm ukryty w tej najbardziej rozpowszechnionej mentalności życia takiego, jakby Bóg nie istniał.
Jednocześnie kard. Ratzigner odniósł pośrednio tę wizję do zamachu na Jana Pawła II z 1981 r. Wyjaśniał, że papież „tamtego dnia znalazł się bardzo blisko granicy śmierci”, a jego ocalenie „jest jeszcze jednym dowodem na to, że nie istnieje nieodwołalne przeznaczenie, że wiara i modlitwa to potężne siły, które mogą oddziaływać na historię”.
A jako Benedykt XVI, po pięciu latach swojego pontyfikatu, Joseph Ratzinger przybył do Fatimy 13 maja 2010 r. „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona” – mówił. A nawiązując do zbliżającego się jubileuszu objawień w 2017 r., prosił: „Oby te lata, które dzielą nas od stulecia Objawień, przyspieszyło zapowiadany triumf Niepokalanego Serca Maryi ku chwale Trójcy Przenajświętszej”.
W tym roku, w setną rocznicę objawień Matki Bożej w Fatimie przybył tam 12 maja papież Franciszek. Wyniósł na ołtarze dwoje z trojga uczestników wydarzeń z 1917 r. – Franciszka i Hiacyntę Marto. W homilii wskazał, że Matka Boża zachęca, byśmy „zaciągnęli się do walki Jej Boskiego Syna, zwłaszcza przez codzienne odmawianie różańca w intencji pokoju na świecie”. Wskazał, że słowa Maryi do ludzi pośród obecnego niepokoju na świecie i niepewności o przyszłość wymagają „wytrwałości w poświęceniu się Niepokalanemu Sercu Maryi, przeżywanej codziennie przez odmawianie różańca”. Zaapelował o powstrzymywanie zła, zatrzymując je na sobie, tak jak Chrystus, zamiast przekazywać je przez wyrządzanie krzywdy innemu.
KAI/Aleteia.pl
Jak Maryja ocaliła Jana Pawła II przed śmiercią
fot. János Korom Dr. from Wien,
Austria via Wikipedia, CC BY-SA 2.0 / Eric Draper – whitehouse.gov (wikipedia), CC0
***
Kard. Sodano objawiając 13.05.2000 r. główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej stwierdził: “Według interpretacji Pastuszków, ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy.”
Teraz już wiemy, że to proroctwo wypełniło się wieczorem 13 maja 1981 r. Cały świat obiegła wtedy wstrząsająca wiadomość o zamachu na życie Ojca Świętego. Podczas środowej audiencji, kiedy Ojciec Święty stojąc w “papamobile” po raz drugi okrążał plac św. Piotra i zbliżał się do Spiżowej Bramy, turecki terrorysta Mechmed Ali Agca oddał do niego kilka strzałów (po czwartym zaciął mu się pistolet), raniąc go w jamę brzuszną, prawy łokieć i wskazujący palec prawej ręki.
Ks. biskup Stanisław Dziwisz wspomina: “Huk był ogłuszający. Naturalnie zrozumiałem, że ktoś strzelał. Ale kto? I zobaczyłem, że Ojciec Święty został zraniony. Chwiał się, ale nie było widać ani krwi ani ran. Zapytałem: gdzie? odpowiedział: w brzuch, spytałem jeszcze: czy bardzo boli?, a on odpowiedział: Tak. Stojąc za Ojcem Świętym podtrzymywałem go, żeby nie upadł. Pół-leżal w aucie oparty o mnie i tak dojechaliśmy do ambulansu koło centrum sanitarnego wewnątrz murów watykańskich. Ojciec Święty oczy miał zamknięte, bardzo cierpiał i powtarzał krótkie modlitwy w formie aktów strzelistych. O ile dobrze pamiętam, to najczęściej: Maryjo, Matko moja! Maryjo, Matko moja”. Doktor Buzzonetti i brat Kamil, pielęgniarz, byli ze mną w karetce. Jechała bardzo szybko. Po kilkuset metrach, syrena karetki się popsuta. Trasa, którą normalnie pokonuje się w co najmniej pół godziny, zajęła 8 minut i to w rzymskim ruchu ulicznym! W czasie drogi Ojciec Święty bardzo cierpiał i modlił się coraz bardziej słabnącym głosem. Nie wymówił ani jednego słowa rozpaczy czy urazy, jedynie słowa głębokiej modlitwy, płynącej z wielkiego cierpienia. Później Ojciec Święty powiedział mi, że zachował przytomność aż do przyjazdu do szpitala, i tam dopiero ją stracił. Sakramentu Chorych udzieliłem Ojcu Świętemu tui przed samą operacją. Operacja zaczęła się przed godziną 18. Operował profesor Crucitti, asystowali mu: profesor Manni, reanimator, kardiolog doktor Manzoni, internista doktor Breda i lekarz z Watykanu”.
Podczas przygotowań do operacji stwierdzono, że stan Papieża jest krytyczny. Ojciec Św. stracił trzy czwarte krwi, ciśnienie spadło do stanu alarmującego. Puls był prawie niewyczuwalny. Zgon mógł nastąpić w każdej chwili z powodu wykrwawienia. Nadzieja stopniowo zaczęła wracać, kiedy podczas operacji okazało się, że żaden z ważnych dla życia narządów nie został naruszony. Operacja była bardzo skomplikowana. Trwała około 5 godz. Trzeba było oczyścić jamę brzuszną, wyrównać skutki utraty krwi, w kilku miejscach zaszyć okrężnicę oraz wyciąć 55 cm jelit.
Kiedy Papieża przywieziono do szpitala, wszystko było gotowe do operacji, ale przecież trzeba również przygotować i rannego. To wszystko rozgrywało się w kilku minutach pomiędzy życiem a śmiercią! Podczas gdy zwożono umierającego z dziesiątego piętra do sali operacyjnej na dziewiątym piętrze, na wszystkie strony wysyłano naglące wezwania do profesora Crucitti, któremu cudem udało się dotrzeć na czas do kliniki Gemelli.“Kiedy wjechałem na dziewiąte piętro – wspomina profesor – zakonnica zawołała do mnie: Prędko! Prędko!” Asystenci i siostry dosłownie rzucili się na mnie, Żeby ze mnie zedrzeć marynarkę i spodnie, i włożyć mi strój do operacji, rozsiewając naokoło wszystko, co miałem w kieszeniach: klucze, bilon i portfel. Kiedy pobiegłem myć ręce, jeden wiązał mi na plecach fartuch, drugi wkładał mi operacyjne buty, a w tym samym czasie inny lekarz meldował mi z sali: “Ciśnienie 80, 70, spada dalej”. Kiedy wszedłem, narkoza już zaczęła działać, Papież spał, a ja miałem skalpel w ręce. Ekipa od nagłych wypadków zrobiła już wszystkie niezbędne zabiegi i miałem tylko jedną myśl: otwierać, otwierać, nie tracąc ani sekundy. Otwarłem. I zobaczyłem krew, mnóstwo krwi. Było jej może ze trzy litry w jamie brzusznej. Usuwaliśmy ją aspirując, wycierając i osuszając na wszystkie sposoby, dopóki nie ukazały się źródła krwotoku. Wtedy mogłem się zabrać do tamowania krwawienia. Z chwilą, gdy ranny nie tracił już krwi i transfuzja zaczęta działać, ciśnienie się podniosło. Teraz spokojnie mogliśmy prowadzić operację dalej. Zbadałem więc jamę brzuszną i zobaczyłem szereg ran. Były to liczne uszkodzenia j elita cienkiego i okrężnicy. Jedne powstały przez bezpośrednie obrażenie: przecięcie lub przedziurawienie pociskiem, inne przez pęknięcie. Krezka jelita cienkiego, ta błona, z której wychodzą naczynia krwionośne prowadzące do jelita cienkiego, była uszkodzona w wielu miejscach. Zrobiłem resekcję i konieczne zespolenia, przepłukałem otrzewną, założyłem szwy na esicy. Tam, w ostatniej części okrężnicy znajdowała się straszliwa rana, spowodowana bezpośrednio przejściem pocisku.
Po zatamowaniu krwawienia, skontrolowaniu akcji układu sercowo-naczyniowego i stwierdzeniu, jak poważne są rany, pomyślałem, że sytuacja wymaga z mojej strony przede wszystkim zimnej krwi. Będąc całkowicie świadomy trudności mojego zadania, byłem jednakże przekonany, że wynik będzie pozytywny. Żaden ważny dla życia organ jak: tętnica główna, tętnica biodrowa czy moczowód nie zostały naruszone. Pocisk przeszedł przez kość krzyżową po przebiciu przedniej ściany brzucha. Obficie krwawiący system żylny przed kością krzyżową sprawił nam wiele kłopotu: dla powstrzymania krwotoku musieliśmy go powlec wyjałowionym woskiem. Ale pocisk otarł się tylko o ważne narządy, których uszkodzenie mogłoby sprowadzić śmierć i wydawało się, że sąsiadujące z nimi ośrodki nerwowe nie ucierpiały. To było zupełnie zdumiewające.”
Kiedy operacja się zakończyła, Ojca Świętego przewieziono do sali reanimacyjnej, gdzie przebywał do 18 maja. W pierwszych dniach po operacji Ojciec Święty bardzo cierpiał, głównie z powodu drenów, ale w miarę upływu czasu wszystko powoli wracało do normy.
Po zakończeniu skomplikowanej operacji, prof. Crucitti stwierdził, że dziewięciomilimetrowa kula przeszła przez ciało Papieża nieprawdopodobnym torem, omijając wszystkie istotne dla życia organy, jakby prowadzona niewidzialną ręką. Przeszła o kilka milimetrów od tętnicy głównej. Jej uszkodzenie grozi natychmiastową śmiercią. Ominęła rdzeń kręgowy i inne istotne dla życia narządy. Jest to fakt, który nie da się wytłumaczyć w sposób naturalny. “To był prawdziwy cud i wiem, komu go zawdzięczam. Jedna ręka trzymała pistolet, a inna prowadziła kulę”. Tak skomentował ten fakt sam Ojciec Święty. Zamach miał miejsce 13 maja, w rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Nawet godzina i minuty się zgadzały.
Ks. biskup Dziwisz mówi, że “Ojciec Święty widział w tym wszystkim znak z nieba, a my łącznie z lekarzami, cud. Wydawało się, że wszystkim kieruje niewidzialna ręka. Nazajutrz po operacji Papież przyjął Komunię świętą. Następnego dnia już koncelebrował z nami, leżąc w łóżku. Ojciec Święty ani razu nie opuścił brewiarza. Pamiętam, że nazajutrz po zamachu jego pierwszym pytaniem po odzyskaniu przytomności było: Czy odmówiliśmy kompletę? Co wieczór odprawialiśmy Mszę św., a potem odmawialiśmy litanię do Matki Bożej. Ojciec Święty śpiewał razem z siostrami. Największym pragnieniem personelu była obecność na jego Mszy św. 23 maja lekarze podpisali komunikat, mówiący, że życiu chorego nie grozi już niebezpieczeństwo”.
W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”
Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego zamachowca Ali Agcy. Ojciec Święty odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem Ali Agca powiedział: “Jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał? Ja wiem, że dobrze celowałem. Wiem, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.
Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie, właśnie wtedy Matka Boża apelowała do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”.
Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”.
13.07.1917 r. podczas objawienia w Fatimie Matka Najświętsza powiedziała: “Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci…” Natomiast 13.06.1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy oświadczyła: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa i Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”.
W pamiętny dzień 25 marca 1984 roku Ojciec Święty, na placu św. Piotrą w Rzymie, w łączności z biskupami całego świata, dokonał aktu oddania całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność do Rzymu figurki Matki Bożej z Fatimy. Dwustu kardynałów i biskupów obecnych w tym dniu na Placu św. Piotra razem z wiernymi zdawało sobie sprawę, że jest to wydarzenie, które według fatimskiego orędzia, może zmienić losy świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu poświęcenia, aby przezwyciężyć potęgę zła, która zagraża całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch l ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy… składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po akcie oddania świata Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”.
Dzień oddania całego świata Matce Najświętrzej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. W Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego.
Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie.
13 maja 1994 r. Ojciec Święty przebywał na leczeniu w klinice Gemelli, po złamaniu szyjki kości udowej w prawej nodze. W tym dniu skierował wielkanocne orędzie do włoskich biskupów, w którym napisał: “Piszę te słowa dziś, 13 maja, z polikliniki Agostino Gemelli. Pozwólcie, Bracia umiłowani, że wrócę myślą do tego, co wydarzyło się przed 13 laty na Placu św. Piotra. Wszyscy pamiętamy ten moment, kiedy po południu oddano strzały do papieża, aby go zabić. Kula, która przebiła jamę brzuszną, znajduje się obecnie w Sanktuarium w Fatimie, pas przedziurawiony tą kulą znajduje się w sanktuarium na Jasnej Górze. To macierzyńska ręka kierowała torem kuli, a umierający papież, przewieziony pośpiesznie do kliniki Gemelli, został zatrzymany na progu śmierci. We wrześniu ubiegłego roku, kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w Sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: “Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! Do zdrowia powróciłaś cudem!” Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał.”
W kontekście tych wszystkich wydarzeń niezwykłe znaczenie i wagę ma oświadczenie kard. Sodano po Mszy św. beatyfikacyjnej fatimskich Pastuszków Franciszka i Hiacynty 13.05.2000 r. “Ojciec Święty – stwierdził kardynał – po zamachu 13 maja 1981 uznał za rzecz oczywistą, że “macierzyńska ręka kierowała biegiem kuli, dzięki czemu znajdujący się w agonii Papież” zatrzymał się na progu śmierci”. Z okazji wizyty biskupa Leirii i Fatimy w Rzymie Papież postanowił przekazać kulę, którą po zamachu znaleziono w wiozącym go samochodzie, przekazać Sanktuarium Fatimskiemu. Została ona z inicjatywy biskupa umieszczona w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej.
Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego ateizm reżimu komunistycznego. Także za to Papież dziękuje z głębi serca Najświętszej Dziewicy. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli wydarzenia, do których odnosi się trzecia część tajemnicy fatimskiej, zdają się należeć do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia.
M.P./Miłujcie się! 5-8/2000
***
Zamach na Jana Pawła II – wstrząsające pamiątki wydarzenia sprzed ponad 40 lat
fot. Damian Klamka/East News | wikipedia
***
Dziś, 13 maja mijają 43 lata od zamachu na Jana Pawła II. W wielu miejscach w Polsce i poza granicami, przechowywane są różnego rodzaju przedmioty związane z tym dramatycznym wydarzeniem: przestrzelona sutanna, pocisk, który ranił papieża, pistolet, z którego strzelał Mehmet Ali Agca. Te szczególne pamiątki – z których część z uwagi na ślady krwi mają charakter relikwii – przechowywane są m.in. w Wadowicach, Krakowie i portugalskiej Fatimie.
Sutanna
Jednym z niemych świadków wydarzenia sprzed ponad 40 lat jest sutanna, którą papież miał na sobie w czasie zamachu. Można ją zobaczyć w sanktuarium św. Jana Pawła II na krakowskich Białych Morzach, gdzie spoczywa w szklanej gablocie. Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r. przy przestrzelonej sutannie, noszącej ślady krwi zatrzymywali się pielgrzymi z całego świata.
Tę niezwykłą relikwię przekazał sanktuarium kard. Stanisław Dziwisz 13 maja 2015 roku, a więc w 34. rocznicę zamachu. „Trudno ją było dłużej trzymać w domu. Trzeba było ją przekazać w miejsce, w którym będzie przechowywana. Niech będzie świadkiem tego zamachu, ale też świadkiem wielkości Jana Pawła II” – mówił kard. Stanisław Dziwisz. Od tego czasu sutanna wystawiona jest na widok publiczny w jednej z kaplic górnego kościoła sanktuarium św. Jana Pawła II, będącego częścią papieskiego Centrum „Nie lękajcie się!”. Znajduje się ono na obszarze dawnych Zakładów Sodowych „Solvay”, a więc w miejscu związanym z latami młodości Karola Wojtyły.
Pas
Natomiast w skarbcu sanktuarium na Jasnej Górze przechowywany jest przestrzelony i noszący ślady krwi i pocisku, biały pas sutanny Jana Pawła II. Pas po raz pierwszy publicznie pokazano pielgrzymom 4 czerwca 2004 r. w Kaplicy Matki Bożej. Umieszczono go w specjalnej, pancernej i przeszkolonej szkatule w ołtarzu jasnogórskim po lewej stronie, tuż przy Cudownym Obrazie Matki Bożej.
Kaseta, w której zawisł papieski pas, wykonana jest ze stali ozdobionej srebrem. Oglądanie pasa umożliwia kryształowa, hartowana szyba, chroniąca jednocześnie pas przed światłem i ciepłem. Kaseta waży ponad 20 kilogramów. Wieńczy ją wykonany ręcznie ze srebrnej blachy herb papieski Jana Pawła II połączony z elementami kluczy i tiary. Na wstędze widnieje napis: „Totus Tuus”. Wykonawcami kasety są Lech Dziewulski wraz z Markiem Ganewem z Krakowa.
W czasie uroczystości udostępniania pielgrzymom tego niezwykłego przedmiotu, odtworzono nagranie słów, które Jan Paweł II wypowiedział na Jasnej Górze 19 czerwca 1983 r.: „W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na Placu Św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku w dniu 13 maja byłem w Fatimie, aby dziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny”.
Podkoszulek
Dopiero w 2000 roku Anna Strenghellini, przełożona pielęgniarek na sali operacyjnej Polikliniki Gemelli wyciągnęła cenną pamiątkę i przekazała ją do domu prowincjalnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, z którym od lat była związana. Pani Strenghellini pełniła dyżur tamtego pamiętnego dnia. Już po operacji ciężko rannego papieża, porządkując narzędzia chirurgiczne, zobaczyła na posadzce jego zakrwawiony podkoszulek. Zawinęła go w gazę i przechowywała w szafie.
Dziś cenna relikwia jest eksponowana w domowej kaplicy szarytek przy via Francesco Albergotti 75 w Rzymie. Na zakrwawionej bieliźnie widoczne są trzy otwory od kuli (najwidoczniej podkoszulek musiał być zagięty, że pocisk zostawił tyle śladów) a tuż przy metce zachowały się inicjały „JP” wyhaftowane czerwoną nitką przez posługujące papieżowi siostry zakonne.
Pistolet
W Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach przechowywany jest m.in. oryginalny pistolet Browning HP kaliber 9mm, z którego Ali Agca strzelał do papieża. Broń wypożyczona przez rzymskie muzeum kryminologii jest jednym z przedmiotów wzbudzających największe zainteresowanie wśród zwiedzających muzeum w Wadowicach. 12 maja, broń, wypożyczoną przez rzymskie muzeum kryminologii będzie można zobaczyć podczas specjalnej prezentacji na dziedzińcu Muzeum.
W 2017 r. minister sprawiedliwości Republiki Włoskiej na prośbę wadowickiej placówki, postanowił, że pistolet pozostanie na kolejne pięć lat w depozycie polskiego muzeum. „To trudna pamiątka. Z jednej strony jest narzędziem zbrodni, ale i świadectwem wielkości i świętości Jana Pawła II, który przebaczył zamachowcowi jeszcze w drodze do szpitala” – mówił ówczesny dyrektor Muzeum ks. Jacek Pietruszka.
W tej samej placówce można zobaczyć garnitur szefa watykańskiej ochrony Francesco Pasanisiego, który własnym ciałem osłaniał rannego Papieża przed kolejnymi strzałami. Na spodniach do dzisiaj widoczne są ślady papieskiej krwi.
Ponadto w Wadowicach prezentowane są sprzęty z pokoju szpitalnego z Polikliniki Gemelli, w którym papież przebywał w czasie swoich pobytów w tej klinice: łóżko, szafka nocna, przeszklona szafka na leki oraz dwa krzesła.
Kula
Kulę, która go raniła, Jan Paweł II przekazał sanktuarium maryjnemu w Fatimie, dokąd przybył z dziękczynną pielgrzymką dokładnie w pierwszą rocznicę zamachu, 13 maja 1982 r. Pocisk umieszczono w koronie wieńczącej figurę Matki Bożej. Papież uważał, że właśnie Fatimskiej Pani zawdzięcza swoje życie.
Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17.19. Nawiązując do tego faktu Papież powiedział: „Nie wiem, kto włożył pistolet w rękę strzelca, wiem jednak, kto zmienił lot kuli”. W 1991 r., podczas kolejnego pobytu w Fatimie, u stóp figury Matki Bożej powiedział: „Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność”.
Kilka dni po zamachu Jan Paweł II polecił swoim najbliższym współpracownikom przygotowanie i dostarczenie sobie do szpitala wszelkich materiałów i dokumentów dotyczących trzeciej, nieujawnionej jeszcze wówczas, tajemnicy fatimskiej. Ujawniono ją dopiero w 2000 r.. Tekst ten mówił o „ubranym na biało biskupie, który krocząc z trudem ku krzyżowi wśród ciał zabitych męczenników [głównie duchownych i zakonnic], pada na ziemię jak martwy, rażony strzałami z broni palnej”. Według interpretacji watykańskiej, wizja ta dotyczyła zamachu na Jana Pawła II.
Miejsce…
Kule zamachowca dosięgły Papieża gdy papamobile znajdował się mniej więcej w połowie Placu św. Piotra, po prawej stronie patrząc na bazylikę. Miejsce to upamiętnia kwadratowa tabliczka z białego marmuru, wmontowana w bruk. Widnieje na niej herb Jana Pawła II i data zamachu zapisana w cyfrach rzymskich: XIII V MCMLXXXI.
“Byłem właściwie po tamtej stronie”
W książce “Pamięć i tożsamość” wydanej niedługo przed śmiercią Jana Pawła II, papież wspominał: „Agca wiedział, jak strzelać i strzelał z pewnością bezbłędnie. Tylko że jak gdyby ‘ktoś’ tę kulę prowadził. (…) Pamiętam tę drogę do szpitala. Zachowałem jeszcze przez pewien czas świadomość. Miałem poczucie, że przeżyję. Cierpiałem, był powód do strachu, ale miałem taką dziwną ufność (…) . Byłem już właściwie po tamtej stronie. (…) Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą,że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Acy nie dawało spokoju pytanie: jak to się stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swojego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać?
opr. Tomasz Królak / pz | Warszawa Ⓒ Ⓟ/e-Kai
***
Jasna Góra: przestrzelony pas Jana Pawła II jako wotum wdzięczności
We wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej Kościół katolicki przypomina o zamachu na św. Jana Pawła II, do którego doszło 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra w Watykanie. Strzały oddane do papieża w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie św. Jan Paweł II odczytywał w perspektywie szczególnej opieki Maryi, której przypisywał swoje ocalenie. Wspomnienie liturgiczne Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej upamiętnia pierwsze objawienie Matki Bożej trojgu pastuszkom, do którego doszło 13 maja 1917 r. w Fatima.
fot.Mazur/episkopat.pl
***
Wotum wdzięczności w Fatimie i na Jasnej Górze
Rok po zamachu, 13 maja 1982 r., św. Jan Paweł II udał się do Fatimy, by podziękować za uratowanie życia. Kula, która raniła papieża, została umieszczona jako wotum w koronie figury Matki Bożej Fatimskiej.
Dwa lata po zamachu Ojciec Święty przekazał Jasnej Górze przestrzelony pas swojej sutanny. Zgodnie z jego życzeniem przez ponad 20 lat był on przechowywany w sejfie. Dopiero 4 czerwca 2004 r. Stolica Apostolska wyraziła zgodę na udostępnienie tego wotum pielgrzymom. Obecnie znajduje się ono w ołtarzu przy Cudownym Obrazie Matki Bożej.
Pas w futerale z herbem papieskim Jan Paweł II przekazał ówczesnemu generałowi Zakonu Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika o. Józef Płatek.
– Pamiętam ten moment, kiedy papież składał go jako wotum dziękczynne za ocalenie życia. Dostrzegłem wtedy łzy w oczach papieża, nigdy wcześniej nie widziałem tak wzruszonego Ojca Świętego – wspomina paulin. Jak relacjonuje, Jan Paweł II powiedział wówczas: „Jestem człowiekiem zawierzenia, ono dokonało się tutaj i chcę ten pas tu zostawić”, a następnie poprosił o możliwość samotnej modlitwy przed Cudownym Obrazem Matki Bożej, przed którym spędził blisko dwie godziny.
– Ta szczególna pamiątka, z uwagi na ślady krwi, ma charakter relikwii i stanowi dla wiernych bezcenną pamiątkę – podkreśla o. Józef Płatek.
Obraz Jerzego Dudy-Gracza
O zamachu przypomina również obraz Jerzego Dudy-Gracza znajdujący się w Muzeum 600-lecia na Jasnej Górze.
– Obraz został namalowany w 1982 roku, czyli zaraz po zamachu. Przedstawia Ojca Świętego cierpiącego, z mocno zaznaczonymi miejscami, gdzie papież został raniony. W tle widzimy wieżę Jasnej Góry, a w centralnym miejscu wizerunek Maryi – mówi s. Kornelia ze Zgromadzenie Córek Bożej Miłości.
Zakonnica podkreśla, że dzieło pomaga przybliżać młodemu pokoleniu znaczenie wydarzeń z 13 maja 1981 r. – Trzeba opowiadać o tym zdarzeniu i przypominać, jak ogromnym przeżyciem było ono dla Polski i całego świata – zaznacza.
Świadectwo Mariusza Drapikowskiego
Mariusz Drapikowski, autor m.in. bursztynowej sukni na ikonę Matki Bożej Jasnogórskiej, przyznaje, że 13 maja szczególnie modli się słowami „Pod Twoją obronę”.
– Tę modlitwę zanosiłem w dniu zamachu na Ojca Świętego i zawsze dziękuję Maryi na wzór Jana Pawła II – mówi artysta.
Drapikowski opowiada także o własnym doświadczeniu uzdrowienia, które przypisuje wstawiennictwu św. Jana Pawła II. W wieku 40 lat zachorował na stwardnienie rozsiane, tracąc wzrok i władzę w rękach. Przełomowym momentem była audiencja u papieża sprzed 23 lat.
– Powiedziałem Ojcu Świętemu, że moim marzeniem jest wykonanie bursztynowej sukni dla ikony Matki Bożej na Jasnej Górze. Papież położył wtedy rękę na mojej głowie. Po spotkaniu nastąpiła nagła poprawa zdrowia. To był dla mnie cud, który trwa – podkreśla.
Jak dodaje, doświadczenie to umocniło w nim pragnienie służenia Bogu, Kościołowi oraz Matce Bożej poprzez twórczość artystyczną.
Zamach na Placu św. Piotra
Do zamachu na Jana Pawła II doszło 13 maja 1981 r. o godz. 17.19 na Placu św. Piotra w Watykan. Mehmet Ali Ağca trzykrotnie strzelił do papieża, który w odkrytym papamobile pozdrawiał pielgrzymów.
Po operacji i kilkutygodniowej hospitalizacji Ojciec Święty wrócił do Watykanu, gdzie przechodził długą rekonwalescencję. Jeszcze w drodze do szpitala przebaczył zamachowcowi, co później potwierdził publicznie.
BPJG/Anna Przewoźnik/KAI
***
Dwa objawienia, dwie rewolucje. Kult Serc Chrystusa i Jego Matki a rewolucja francuska i bolszewicka
13 maja 2026
Oprac. GS/PCh24.pl
Objawienia dotyczące Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi miały miejsce niedługo przed rozpoczęciem politycznych rewolucji na świecie – odpowiednio: francuskiej i bolszewickiej. Można powiedzieć, że widzenia te były „ostatnią szansą” na opamiętanie się; szansą niestety niewykorzystaną.
Kult Najświętszego Serca Jezusowego szerzył się od czasu, kiedy w latach 1673-1689 Zbawiciel ukazywał się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Niespełna trzy stulecia później – bo w roku 1917 – Maryja objawiła się trójce dzieci z Fatimy. Zarówno Pan Jezus jak i Jego Matka obiecywali ogromne łaski czcicielom Ich Serc.
Deficyt wiary króla
Jednak poza wezwaniem do oddawania czci Swojemu Najświętszemu Sercu, Zbawiciel wezwał też króla Francji Ludwika XIV i całą jego rodzinę do poświęcenia się temu Sercu, oddawania mu publicznej czci i zbudowania świątyni mu poświęconej. Chrystus obiecał, że jeśli król i cała Francja wypełni to posłannictwo, to będzie jej błogosławił, a jej wrogów złoży u jej stóp. Kraj ten został zatem obdarzony niezwykłą obietnicą; miał szansę stać się przykładem prawdziwej wiary dla innych narodów; można by rzec „narodem wybranym”.
Niestety Francuzi odrzucili to wezwanie. Być może po części było to rezultatem panoszącej się tam herezji jansenizmu, której założenia w dużej mierze zbiegały się z kalwinistycznym poglądem na predestynację. Trudno było bowiem głosić przesłanie o Sercu Jezusowym i o tym, że nabożeństwo do niego mogło ocalić świat, skoro janseniści uważali, że wszystko jest z góry zaplanowane, a ludzkie starania nie mają sensu.
W 1689 r. Małgorzata osobiście udała się do króla Ludwika, który w tym czasie był największym z europejskich monarchów. Niestety Ludwik odmówił poświęcenia siebie i swojej rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa; nie chciał też wybudować kaplicy, by temu Sercu oddawano cześć. Ludwik nie uwierzył posłannictwu siostry Małgorzaty myśląc, że przecież gdyby Pan Bóg faktycznie tego od niego chciał, to mógł objawić się mu osobiście. Usprawiedliwiał się też, że gdyby spełnił boskie żądanie, a Francja mimo tego by cierpiała, to zaufanie ludzi do Boga mogłoby być naruszone. To tak jakby on „wiedział lepiej”.
Nieposłuszeństwo Ludwika przypomina grzech Mojżesza, który chociaż usłyszał boskie polecenie: „Przemów do skały, a ona wyda z siebie wodę” (Lb 20,8), to nie uwierzył, że cud mógłby być aż tak wielki i zamiast tego uderzył skałę laską. Pan Bóg prosił go o niewiele: chciał zamanifestować swoją potęgę, pokazując, że woda może wypłynąć ze skały na same słowa Mojżesza. Ten jednak wolał uderzyć skałę laską, a chociaż wypłynięcie z niej wody wciąż było cudem, to już nie tak wielkim, bo część Izraelitów pomyślała, że pod skałą było ukryte źródło, otwarte poprzez uderzenie. Od Ludwika Pan Bóg również wymagał niewiele, ale ten nie uwierzył autentyczności widzenia św. Małgorzaty i nie spełnił boskiej prośby. Już trzy lata później Ludwik i jego armia ponieśli klęskę w bitwie morskiej pod La Hogue, ulegając wojskom Ligi Augsburskiej, czyli państwom zjednoczonym przeciwko Francji. A to był dopiero początek nieszczęść.
W 1789 r., czyli równo 100 lat od spotkania siostry Małgorzaty z królem Ludwikiem, we Francji rozpoczęła się rewolucja. Monarchia została obalona; katolicy cierpieli ogromne prześladowania, a nawet rzeź. Rewolucja francuska przyniosła szkody nie tylko dla samej Francji, ale i dla całego świata. Był to początek „rozprawiania się” z monarchią, wprowadzania antyklerykalnych i laickich idei – słowem, zeświecczania społeczeństw wielu narodów. Czy można to nazwać karą za niespełnienie prośby Chrystusa? Nawet jeśli tak tego nie zakwalifikujemy, to na pewno Ludwik XIV odrzucił możliwość posiadania nieporównywalnej pomocy z samego nieba – wsparcia, które mogło ocalić jego następcę i cały kraj.
Zatrzymać błędy Rosji
Wydaje się, że tak jak przesłanie Chrystusa do św. Małgorzaty uprzedziło rewolucję francuską, tak samo objawienia Matki Bożej w Fatimie zapowiedziało nadejście rewolucji bolszewickiej. Teraz jednak poświęcenia narodu – już nie Francji, a Rosji – miał dokonać papież w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Matka Boża ukazywała się trójce dzieci – Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie – od 13 maja do 13 października 1917 r., wzywając ich do gorliwej modlitwy różańcowej.
– Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny – prosiła Matka Boża. Do samej zaś Łucji powiedziała: – Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.
Siostra Łucja doznawała widzeń Matki Bożej – a także samego Chrystusa – jeszcze długo po zakończeniu objawień w Fatimie. Ich treść pozostała podobna, a była nią prośba o wprowadzenie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca na cześć Niepokalanego Serca Matki Bożej oraz o konsekrację Rosji właśnie Sercu Maryi. To poświęcenie miało zatrzymać błędy, które Rosja szerzyła na świecie, a pierwszym z nich był bez wątpienia komunizm.
– Nadszedł czas, kiedy Bóg chce, by ojciec święty w jedności z biskupami z całego świata poświęcił Rosję mojemu Niepokalanemu Sercu. To ją uratuje. Sprawiedliwość Boża potępiła wiele dusz za grzechy popełnione przeciwko mnie, dlatego przychodzę, by prosić o zadośćuczynienie. Poświęć się w tej intencji i módl się – powiedziała Matka Boża, ukazując się siostrze Łucji w 1929 r.
Rewolucja bolszewicka wywołała wiele szkód – przede wszystkim w Europie, ale nie tylko. To właśnie przez nią na świecie tak bardzo rozprzestrzenił się komunizm – system, który uważał religię za „opium ludu”. Nie trzeba chyba wspominać jak wiele cierpień on spowodował. Rewolucja bolszewicka uderzyła w Kościół, arystokrację i wartość prywatną. To właśnie komunistyczna Rosja wraz z nazistowskimi Niemcami rozpoczęły II wojnę światową, a po jej zakończeniu władze komunistyczne prześladowały i nadal prześladują katolików. Kiedyś miało to miejsce w krajach tzw. bloku wschodniego; teraz – w Chinach, Korei Północnej, Wietnamie czy na Kubie.
Konsekracji Rosji, o którą prosiła Matka Boża, miał dokonać Ojciec Święty w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Zdaniem siostry Łucji, odbyła się ona dopiero w 1984 r. Jednak część katolików ma wątpliwości, czy prośba Matki Bożej na pewno została wtedy spełniona; ówczesne zawierzenie dotyczyło bowiem całego świata, bez wymienienia Rosji w szczególności. Rosja została jednak wyraźnie wymieniona w konsekracji, której dokonał papież Franciszek w 2022 roku. Można zapytać, czy gdyby poświęcenie Rosji dokonało się wcześniej, to czy może udało by się odwrócić część szkód spowodowanych przez komunizm? Rewolucja wybuchła krótko po objawieniach w Fatimie, bo już w listopadzie 1917 r. Jednak do aktu konsekracji – czy to w 1984 czy też w 2022 roku – minęły całe dziesięciolecia.
Ratunek w godzinie śmierci
Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi są ratunkiem dla grzeszników na godzinę śmierci. Obydwa objawienia zawierają wezwanie do zadośćuczynienia za grzechy i nadzieję na ratunek w godzinie śmierci. Niedługo po objawieniach nastąpiły rewolucje i wojny, a zatem śmierć była powszechnym i dużym zagrożeniem. Przesłania Chrystusa i Matki Bożej można zatem traktować jako zachętę do uporządkowania swojego życia duchowego i zawiązania bliskiej relacji z Nimi, co – zgodnie z obietnicami – będzie ogromną pomocą w godzinie śmierci.
– Obiecuję w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że Jego Miłość wszechpotężna udzieli wszystkim, którzy komunikować będą przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu, łaski pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych i że Moje Serce będzie dla nich bezpieczną ucieczką w ostatniej godzinie ich życia – powiedział Zbawiciel do siostry Małgorzaty Marii Alacoque.
Chrystus poprosił również o ustanowienie specjalnego święta ku czci Jego Serca na piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała. – Dlatego żądam, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony, jako osobne święto na uczczenie Mojego Serca i wynagrodzenia mi przez Komunię Świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję, gdy wystawiony Jestem na ołtarzach. W zamian za to obiecuję ci, że Serce Moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do rozszerzenia Jego święta.
Matka Boża prosiła zaś o ustanowienie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca.
– Córko moja – powiedziała do siostry Łucji – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Do wypełnienia warunków nabożeństw pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca trzeba być w stanie łaski uświęcającej, czyli wolnym od jakiegokolwiek grzechu ciężkiego (do spowiedzi można przystąpić wcześniej) i przyjąć Komunię św. W pierwsze soboty należy również odmówić pięć tajemnic Różańca św. oraz rozważać treść tajemnic różańcowych przez 15 minut. Ważne jest, aby spowiedź i Komunia św. były uczynione w intencji wynagrodzenia. Intencja ta nie musi być jednak jasno wypowiadana co miesiąc, ale wystarczy intencjahabitualna, czyli przyjęta raz i nigdy nie odwołana – jest nią po prostu raz powzięte postanowienie przystępowania do spowiedzi i Komunii św. pierwszopiątkowej i pierwszosobotniej w intencją wynagrodzenia.
Leon XIV: Jezus nas miłuje i nie zostawia nas samych w próbach życiowych
“Kto odpowiada na miłość, jaką Jezus darzy wszystkich, w Duchu Świętym znajduje niezawodnego sprzymierzeńca” – powiedział papież w rozważaniu przed wielkanocną modlitwą Regina Coeli.
fot. VaticanMedia
Ojciec Święty nawiązał do czytanego dziś fragmentu Ewangelii (J 14, 15-21), a szczególnie słów: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania” (J 14,15).
„Kto doświadcza miłości Boga, potrafi również kochać innych”
Podkreślił, iż nie oznacza to, że Bóg kocha nas jedynie wtedy, gdy jesteśmy posłuszni. Przeciwnie – to Jego miłość jest źródłem naszej zdolności do życia według przykazań.
Jezus zaprasza nas do relacji opartej na zaufaniu i miłości, a nie na lęku czy poczuciu winy – zaznaczył. Miłość Jezusa rodzi w nas miłość. Sam Chrystus jest kryterium, normą prawdziwej miłości: na zawsze wiernej, czystej i bezwarunkowej. Miłości, która nie zna ani «ale», ani «może»; która oddaje siebie, nie chcąc posiadać; która oddaje życie, nie oczekując niczego w zamian – powiedział Leon XIV.
Wskazał, że miłość Jezusa staje się wzorem prawdziwej miłości – wiernej, czystej i bezinteresownej. Kto doświadcza miłości Boga, potrafi również kochać innych. Przykazania nie są więc ciężarem, lecz drogą prowadzącą do życia i uzdrowienia serca.
Leon XIV: „Jezus wybawia nas od zła i jednoczy nas w Kościele „
Papież zwrócił uwagę, że Pan Jezus nie pozostawia nas samych w trudnościach. Obiecuje nam Ducha Świętego – Pocieszyciela i Ducha Prawdy, który wspiera i prowadzi wierzących. Duch Święty pomaga nam świadczyć o Bogu, który jest miłością, oraz budować jedność między ludźmi. Ojciec Święty wskazał, że Jezus dzieli się z nami swoją relacją z Ojcem i zaprasza nas do wspólnoty życia z Bogiem.
Ta porywająca komunia życia obala argumenty Oskarżyciela, czyli przeciwnika Parakleta, ducha sprzeciwiającego się naszemu Obrońcy. Rzeczywiście, podczas gdy Duch Święty jest mocą prawdy, ów Oskarżyciel jest «ojcem kłamstwa» (J 8, 44) i chce skłócić człowieka z Bogiem oraz ludzi między sobą. Jest to dokładne przeciwieństwo tego, co czyni Jezus, który wybawia nas od zła i jednoczy nas jako lud braci i sióstr w Kościele – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy Regina Coeli i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.
vatican.va, KAI, zś/Stacja7
***
piątek – 8 maja 2026
Król zamordował go podczas Mszy świętej… Święty Stanisław – patron ładu moralnego
Canva Pro AI
***
Brutalnie zamordowany przez króla, ogłoszony patronem Polski. Jego proces kanonizacyjny był pierwszym w historii Kościoła, w którym brał udział „adwokat diabła”.
Protegowany króla
Stanisław urodził się w 1030 roku w Szczepanowie, niewielkiej wsi położonej w Małopolsce. Jego rodzice mieli szlacheckie pochodzenie, dlatego też od najmłodszych lat dbali o gruntowne wykształcenie syna. Stanisław uczył się więc najpierw w domu, pod okiem prywatnych nauczycieli, później u benedyktynów w Tyńcu, aż w końcu wyjechał na studia za granicę. Źródła nie są zgodne co do miejsca, w którym studiował, jedne podają, że było to Leodium w Belgi, inne – Paryż. Pewne natomiast jest to, że skończył teologię i prawo, a po powrocie do kraju w 1060 roku przyjął święcenia kapłańskie. Ówczesny biskup krakowski Lambert Suła mianował go kanonikiem katedry na Wawelu.
Stanisław swoją pobożnością, dobrotliwością i prostotą ducha bardzo szybko zyskał sobie wiernych, którzy chętnie przychodzili do niego po porady i prośby o wstawiennictwo u króla Bolesława Śmiałego. Polski władca, który był człowiekiem bardzo porywczym niezwykle cenił sobie młodego kanonika, aż do tego stopnia, że po śmierci biskupa Lamberta wskazał Stanisława jako jego następcę. W 1072 roku Stanisław przyjął sakrę biskupią.
Niewygodny biskup
Nowy biskup krakowski przyczynił się do przywrócenia w 1075 roku metropolii w Gnieźnie, czym zasłużył się nie tylko dla Kościoła, ale również dla całego kraju, uniemożliwiając metropolii magdeburskiej kontrolę nad polskimi diecezjami. Jednak stosunki jakie panowały między królem Bolesławem Śmiałym a biskupem Stanisławem zaczęły się diametralnie zmieniać, gdyż duchowny otwarcie krytykował postępowanie władcy i oskarżał go o moralny upadek narodu.
Bowiem Bolesław Śmiały zamiast sprawować władzę nad powierzonym sobie ludem, wolał organizować wojsko i jeździć do sąsiednich krajów, by tam brać udział w zbrojnych walkach i hulankach rycerskich. A w tym czasie w kraju panoszyło się bezprawie, opuszczone żony zdradzały swoich mężów, rozpadały się małżeństwa, szerzyła się niemoralność. Biskup Stanisław wielokrotnie wzywał króla do powrotu do kraju i przywrócenia porządku. Podczas jednej z wypraw na Ruś rycerze zaczęli potajemnie opuszczać króla, gdy ten tygodniami bawił się w najlepsze.
Kiedy Bolesław wrócił do kraju, na niewiernych rycerzy czekała okrutna kara, co wywołało ostrą krytykę ze strony biskupa Stanisława. Postawa duchownego jeszcze bardziej rozzłościła króla, który wydał na niego wyrok śmierci. Nikt jednak nie ważył się podnieść ręki na krakowskiego biskupa.
Kanonizacja męczennika
11 kwietnia 1079 roku król Bolesław Śmiały wtargnął do kościoła na Skałce i zamordował biskupa Stanisława, podczas sprawowania Mszy świętej, uderzając go w głowę, a później nakazał poćwiartować jego ciało. Wiadomość o męczeńskiej śmierci szybko rozniosła się po całej Polsce. Król musiał uciekać z kraju, prawdopodobnie zamknął się w benedyktyńskim klasztorze w Osjaku, gdzie odbywał surową pokutę. Krakowski biskup został pochowany w katedrze na Wawelu.
Proces kanonizacyjny biskupa Stanisława rozpoczął w 1229 roku biskup Iwo Odrowąż, a kontynuował go biskup Prandota. Jak na tamte czasy trwał on dosyć długo. Powołano specjalną komisję do zbadania cudów jakie dokonały się za wstawiennictwem męczennika i prześledzenia szczegółów z jego życia.
Wielkim przeciwnikiem wyniesienia na ołtarze bp. Stanisława był kardynał Rinaldo Conti, późniejszy papież Aleksander IV – odtąd każdy proces kanonizacyjny odbywa się z udziałem tzw. „adwokata diabła”, którego zadaniem jest wyciągnięcie wszystkich niejasności i ciemnych stron życia przyszłego świętego.
Papież Jan Paweł II nazwał biskupa Stanisława patronem ładu moralnego.
Dlaczego liturgiczne wspomnienie św. Stanisława przypada 8 maja?
Co roku w niedzielę po 8 maja, kiedy przypada liturgiczne wspomnienie świętego biskupa Stanisława, z katedry na Wawelu wyrusza procesja na Skałkę do bazyliki świętego Michała Archanioła, gdzie biskup krakowski poniósł śmierć męczeńską.
Ale uroczysta procesja, która gromadzi tłumy krakowian i przybyłych do Krakowa gości, nie odbywa się tylko dla upamiętnienia śmierci świętego. Przypomina ona o pochodach, które w 1253 roku wyruszyły ze wszystkich krakowskich kościołów, aby powitać delegację posłów niosących z Rzymu bullę kanonizacyjną potwierdzającą wyniesienie na ołtarze biskupa Stanisława.
Rok po jego kanonizacji krakowski biskup Prandota zorganizował 8 maja uroczystość podniesienia relikwii św. Stanisława i dlatego w polskim Kościele właśnie tego dnia świętujemy wspomnienie biskupa, patrona Polski.
Modlitwa do świętego Stanisława Biskupa i Męczennika
Boże, który przez świętego Stanisława związałeś Naród polski z Kościołem Chrystusowym zbudowanym na opoce Piotra, przyjmij nasze modlitwy, które Ci składamy i spraw, abyśmy naśladując świętego patrona, kształtowali nasze życie przez jedność wiary i braterską miłość a w Ojczyźnie naszej umacniali Chrystusowe Królestwo Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Święty Stanisławie, módl się za nami W wierze wątpiących utwierdzających, módl się za nami. Patronie we wszystkich potrzebach, módl się za nami. Módl się za nami Święty Stanisławie, abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
***
Nie zrozumiesz Leona XIV, jeśli nie wiesz o nim jednego
7 maja 2026/Vatican Media
***
O. Wiesław Dawidowski zna się z Leonem XIV, bo tak jak on jest augustianinem. W rozmowie ze Stacją7 opowiada o papieżu, który jest misjonarzem, zakonnikiem i człowiekiem Kościoła na niespokojne czasy
STACJA7: Od 1978 roku wielu Polaków mogło powiedzieć: „Znałem papieża”. W przypadku Leona XIV takich osób jest u nas bardzo niewiele. Ojciec jest jedną z nich. Szczerze: czy naprawdę brał Ojciec pod uwagę, że Robert Prevost może zostać papieżem?
Gdy chorował papież Franciszek, uczestniczyłem online w kilku wieczornych modlitwach różańcowych prowadzonych na placu św. Piotra przez kardynałów Kurii Rzymskiej. Jednej z takich modlitw przewodniczył kardynał Prevost. Bacznie obserwowałem jego skupienie na modlitwie i wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że może to jest przyszły papież. Wcześniej zaprosiłem kardynała Prevosta do Warszawy na liturgię Wielkiego Tygodnia do naszej parafii anglojęzycznej, ale odmówił ze względu na trudną sytuację w Watykanie – chociaż napisał mi, że to “kusząca” propozycja.
„Modliłem się, żeby to był on”
W czasie wielu rozmów z braćmi dawałem wyraz przekonaniu, że przyszłym papieżem będzie właśnie o. Prevost. Zapytano mnie też o moje przeczucia co do wyboru, w programie TVP, w dniu rozpoczęcia konklawe. I szczerze? Modliłem się, żeby to był on.
I okazało się, że to on.
Tak, pierwszy kardynał augustianin z czynnym głosem na konklawe od ponad 100 lat. Przed nim był to kardynał Sebastiano Martinelli, który brał udział w konklawe 1903, które po śmierci Leona XIII wybrało Piusa X. Trochę żałuję, że nie obstawiałem na ten wybór żadnych pieniędzy (śmiech). Przydałyby się nam w klasztorze. No, ale Leon XIV uczy, że nie powinniśmy aspirować do niczego, tylko cieszyć się, że wybrał nas Pan Bóg. Więc cieszę, że to jego wybrał Duch Święty głosami kardynałów. Do dzisiaj wspominam tamten dreszcz emocji, który towarzyszył mi od chwili pojawienia się białego dymu do ogłoszenia przez kardynała protodiakona imienia nowego papieża.
Jak właściwie wyglądała wasza znajomość? Była to relacja przełożony-współbrat, zwykła zakonna znajomość, czy może przyjaźń?
Nie mogę aspirować do przyjaźni z papieżem Leonem, to byłaby nieprawda. Ale zna mnie – i to dość dobrze. To on – wówczas jako przełożony generalny augustianów – mianował mnie prowincjałem, przyjął ode mnie przysięgę kanoniczną przy objęciu urzędu. Spotkaliśmy się wiele razy przy okazji spraw dotyczących naszej prowincji. Gdy przyjeżdżałem do Rzymu jako przełożony prowincji, zawsze zalecał, abym zatrzymywał się w naszej Kurii Generalnej. Zresztą taki jest zwyczaj, że tam zatrzymują się przełożeni wyżsi. Sądzę, że określenie “mój współbrat” jest najtrafniejsze.
Jaki był Robert Prevost poza urzędem: przy stole, w zwyczajnej rozmowie, w codzienności zakonnego życia?
Znam go “poza urzędem” z naszego pierwszego spotkania w 1999 roku. Pisałem wtedy doktorat na Gregorianie, a on był już prowincjałem w Chicago. Zawsze skromny, łagodny, słuchający uważnie. Kocha być z braćmi, to jest bardzo augustiańskie. Mogę zdradzić, że kiedy był w Polsce, zaprosiliśmy go na przykład do pewnej krakowskiej restauracji (nazwy nie zdradzę).
Wiem od braci augustianów w Rzymie, że papież powiedział jasno: nie jestem Franciszkiem II, ale Leonem. To coś wyraźnie mówi o samoświadomości Ojca Świętego.
Zawsze skromny i radosny ale też zatroskany o braci. Ostatni raz jadłem z nim obiad na pół roku przed jego wyborem na papieża. Podarowałem mu wtedy grafikę św. Augustyna autorstwa łódzkiego grafika Tadeusza Siary, a on podarował mi godzinę czasu na rozmowę o Kościele. Wspaniały czas.
Gdyby miał Ojciec powiedzieć komuś, kto nigdy go nie spotkał: „Nie zrozumiesz Leona XIV, jeśli nie wiesz o nim jednej rzeczy” – co by to było?
Wspólnota. I dodam: wspólnota augustiańska ze wszystkimi jej konsekwencjami i słabościami. Dwa tygodnie po swoim wyborze papież Leon powiedział do braci w międzynarodowym kolegium augustiańskim św. Moniki w Rzymie: “zmieniła się moja rola, pozycja i misja ale zawsze pozostanę augustianinem”.
Co z tego wynika? Wspólnotowe rozeznawanie drogi. Wspólnotowe podejmowanie decyzji. To nie jest łatwe, bo wymaga wielkiej pokory, a z drugiej strony czasami wzięcia na siebie roli lidera i wyprzedzenia decyzji braci dla wspólnego dobra. Leon XIV, jakiego znam, potrafi mierzyć siły na zamiary i lubi projekty mające konkretny kształt.
“Nie jestem Franciszkiem II”
Przed konklawe najczęściej wskazywano kard. Parolina, bo – chyba słusznie – szukano papieża stabilizacji, głoszącego pokój światu, który stoi na krawędzi wojny. Kardynałowie wybrali jednak Roberta Prevosta, o którym mówiło się znacznie rzadziej. Co ten wybór mówi o Kościele i o samych kardynałach?
Ha! Pamiętam zdziwienie kilku polskich znanych redaktorów, gdy usłyszeli o wyborze i nic nie wiedzieli o kardynale Prevoście. To tylko pokazuje, że ludzkie wybory, analizy i zakłady nie mają znaczenia. Po wyborze napisał mi kardynał Mario Grech: „Jeśli ktoś nie wie, jak działa Duch Święty na konklawe, to on może złożyć o tym świadectwo”. Oczywiście nie w sensie zdrady tajemnicy konklawe, ale w znaczeniu pewnych emocji. A kogo szukali wśród siebie kardynałowie? O to trzeba pytać ich. Na ile znam się na języku ciała, to w dniu ogłoszenia wyboru widziałem na Loggi błogosławieństw uśmiechniętych i szczęśliwych kardynałów. I to był znak, że oni dobrze wiedzieli, jakiego Piotra naszych czasów potrzeba Kościołowi.
Czy w ogóle ma sens pytanie, czy Leon XIV będzie raczej „Franciszkiem II”, czy „Benedyktem XVII”? A jeśli nie, to gdzie Ojciec umieściłby go na mapie dzisiejszych napięć w Kościele?
Przy okazji rozpoczęcia pontyfikatu rozmawiałem w Rzymie z o. Maciejem Giertychem OP i on podpowiedział mi, że w kwestii doktryny to będzie ciągłość z pontyfikatem Jana Pawła II i Benedykta XVI, a w kwestii gestów – ciągłość z pontyfikatem Franciszka. Wiem od braci augustianów w Rzymie, że papież powiedział jasno: nie jestem Franciszkiem II, ale Leonem. To coś wyraźnie mówi o samoświadomości Ojca Świętego. Natomiast dzisiaj, po wielu wystąpieniach publicznych papieża, wiemy już o wiele więcej. W tych dniach ukazuje się książka publikująca teksty o. Prevosta z czasów, gdy był przełożonym generalnym. My augustianie znamy te teksty, ale teraz nabierają one innego znaczenia. Aby zrozumieć Leona, trzeba zebrać te teksty. Nad wydaniem książki „Wolni utwierdzeni w łasce” trudziło się czterech zakonników. Dobrze, że ta książka ukaże się w języku polskim, bo wtedy dla wszystkich stanie się jasne, co było, jest i będzie duchowym pokarmem papieża Leona.
Wiadomo, że Robert Prevost rozważał imię „Augustyn”, ale ostatecznie wybrał „Leon”. Kogo Ojciec zobaczył 8 maja 2025 roku: Leona czy Augustyna?
Imię Leon mnie zaskoczyło, aczkolwiek dobry znajomy jezuita o.prof. Marek Inglot, twierdzi, że przewidział wybór tego imienia. Imię ma znaczenie, bo wiele mówi. Sam papież powiedział, że miał taką myśl, aby to był „Augustyn”, jednak wybrał imię Leon, po Leonie XIII, wielkim przyjacielu augustianów, wręcz dobroczyńcy naszego zakonu. Był to papież, który wychował się w augustiańskiej parafii w Carpineto, studiował teologię w kolegium w Viterbo, skąd pochodził bł. Jakub z Viterbo, augustianin, notabene twórca pierwszego podręcznika eklezjologii.
Augustyn na czas końca imperiów
Amerykanin z urodzenia, Peruwiańczyk z doświadczenia, watykański kurialista z urzędu, augustianin z tożsamości. Po pierwszym roku pontyfikatu która z tych warstw wydaje się Ojcu najważniejsza?
Proszę zwrócić uwagę, na korzenie genealogiczne Leona XIV. Matka była Kreolką, Ojciec Sycylijczykiem, babka i ojciec po stronie matki to byli mulaci o francuskich, hiszpańskich i afrykańskich korzeniach. Tak więc jest to niezwykły mix kulturowy zakorzeniony głęboko w Kościele katolickim, czyli powszechnym. Papież Leon jest człowiekiem Kościoła i to wyraża się zarówno w jego motto „In ille uno unum”, jak i w jego duchu misyjnym. Miałem szczęście być razem z reprezentacją mojego duszpasterstwa anglojęzycznego na osobistej audiencji i przyglądałem się z bliska interakcjom Ojca Świętego z rozmaitymi delegacjami. Wtedy przyszła mi myśl: to jest duszpasterz. To jest biskup Kościoła zatroskany o każdego człowieka. Rzecz jasna, że biegła znajomość języków, doświadczenie misyjne, znajomości z biskupami i kurialistami bardzo pomagają. Wiem – a powiedział mi to jo jeszcze jako kardynał – że bardzo leży mu na sercu jakość życia zakonnego we współczesnym Kościele. On naprawdę wierzy, że zakony są sercem Kościoła i jeśli to serce cierpi na stan przedzawałowy, to cierpi całe ciało.
Leon XIV często mówi św. Augustynem. To tylko naturalny kod augustianina, czy także świadome lekarstwo na dzisiejszą sytuację świata i Kościoła?
Dla nas augustianów to zupełnie naturalne myśleć i mówić św. Augustynem. Augustyn jest dla nas tym, kim św. Tomasz dla dominikanów, a w mojej formacji zakonnej i teologicznej zalecano, żeby w każdym kazaniu powołać się na autorytet biskupa Hippony.
Proszę zwrócić uwagę, na korzenie genealogiczne Leona XIV. Matka była Kreolką, Ojciec Sycylijczykiem, babka i ojciec po stronie matki to byli mulaci o francuskich, hiszpańskich i afrykańskich korzeniach. Tak więc jest to niezwykły mix kulturowy zakorzeniony głęboko w Kościele katolickim, czyli powszechnym.
W przeciwieństwie do Tomasza Augustyn żył na przełomie epok. Na nim kończy się starożytność i zaczyna średniowiecze. Ale Augustyn jest też świadkiem końca epoki potęgi Imperium Romanum. Doświadczamy na naszych oczach pewnego kresu naszych Imperiów, o czym mówiłem w książce napisanej razem z Damianem Jankowskim: „Leon XIV. Papież na niespokojne czasy”. Otóż, uważam, że żyjemy u kresu Pax Americana, a także u kresu nowożytności. To jest oczywiście długi proces, ale na pewno do annałów odchodzi światowy porządek polityczny, jaki został skonstruowany po II wojnie światowej. Wielki amerykański gwarant pokoju już się takim nie jawi, co zresztą coraz bardziej wybija się w głosach politologów.
Średniowieczne wędrówki ludów, których świadkiem był Augustyn, też są paradygmatem naszych zmian kulturowych. Współczesne migracje to znak pewnej fluktuacji kultur. Proszę zwrócić uwagę, ilu cudzoziemców spotykamy na naszych ulicach i nikogo to już nie dziwi. Jeśli więc ktoś myśli, że jest w stanie urzędowo i przy pomocy aparatu państwowego zatrzymać współczesne migracje jest albo naiwnym człowiekiem, albo populistą, albo fanatykiem. Św. Augustyn był świadkiem upadku Imperium Romanum, a jednocześnie wielkim apologetą interkulturowego chrześcijaństwa. Papież Leon XIV doskonale to czuje i myślę, że w najbliższych latach będziemy wiele razy słyszeć cytaty ze św. Augustyna.
W Polsce św. Augustyn bywa sprowadzany do kilku szkolno-homiletycznych obrazków: późne nawrócenie, dziecko nad morzem i próba przelania morza do kałuży, „niespokojne jest serce nasze”… Czy Leon XIV może sprawić, że Augustyn stanie się postacią tej rangi, co św. Tomasz z Akwinu?
Augustyn nie jest łatwym pisarzem, jego styl kaznodziejski jest stylem oratorskim wzorowanym na Wergiliuszu, Horacym, Cyceronie i innych wielkich retorach starożytności i w przeciwieństwie do Tomasza nie jest teologiem systematycznym. Osobiście widzę w Polsce od lat wielkie zainteresowanie myślą Augustyna. Publikuje się coraz więcej jego tekstów. Ostatnio zespół filologów klasycznych pod kierunkiem prof. Przemysława Nehringa wydał na Uniwersytecie UMK w Toruniu monumentalne dzieło 5 tomów listów św. Augustyna, a one pozwalają nam zrozumieć rozwój myśli tego wielkiego konwertyty. Tak więc ten Augustyn jakoś zaczyna wędrować, fakt, że do elit, ale może dzięki Leonowi zawędruje też do ludzi o mniejszym wyrobieniu teologicznym i literackim.
W czym Leon XIV najbardziej przypomina papieża Franciszka, a w czym już teraz widać wyraźną różnicę?
Z jednej strony, ekscytacja tym, że papież założył na pierwsze błogosławieństwo komżę, mucet i tradycyjną stułę była nietrafna, bo to jest tylko decorum. Z drugiej, pamiętajmy, że kardynałowie nie wybrali następcy Franciszka, ale następcę św. Piotra, bo każdy papież jest właśnie Piotrem naszych czasów. Natomiast historia tak się układa, że pewne wyzwania, przed jakimi stawał papież Franciszek, trwają i one są podejmowane przez papieża Leona. Myślę tutaj chociażby o kwestii migracji, problemie eskalacji, pełzającej Trzeciej Wojny Światowej, ale też problemach natury ekologicznej.
Problemem są też wewnętrzne sprawy Kościoła jak chociażby kryzys katolicyzmu w Europie, spadek kandydatów do kapłaństwa, kryzys życia zakonnego wielu wspólnot, zarówno męskich jak i żeńskich. Te problemy sygnalizował już Franciszek i te kwestie podejmuje papież Leon. Tak więc nie mamy do czynienia z zerwaniem, ale wyraźną ciągłością, bo to przecież ciągle jest ten sam Kościół, głoszący ewangelię nadziei i Chrystusa zwycięzcę śmierci.
AI, Ameryka i moralny autorytet papieża
Imię Leon XIV od razu przywołało skojarzenie z nauczaniem społecznym Leona XIII. Czego Ojciec spodziewa się po pierwszej encyklice tego pontyfikatu (15 maja)? Czy jej założeniem będzie powtórzenie tezy Leona XIII, że są takie problemy społeczne, których ani żadne państwo, ani Kościół samodzielnie nie rozstrzygnie, że potrzeba tu współpracy?
Mamy już dwa tropy. Przede wszystkim – próbkę literacką i doktrynalną w postaci adhortacji “Dilexi Te”. Wspomniałem też o książce z czasów, gdy Leon XIV był przeorem generalnym augustianów, posiadająca w tytule piękny cytat z Reguły zakonnej św. Augustyna ”Wolni, utwierdzeni w łasce”. Nie chciałbym więc wróżyć czy przewidywać, o czym będzie pierwsza encyklika – nie mam też śmiałości napisać maila do Ojca Świętego w tej sprawie – (śmiech), ale…
…Coraz częściej mówi się, że pierwsza encyklika może dotyczyć sztucznej inteligencji i przemian technologicznych. Czy to byłby “temat Leona” społeczny, ale jednocześnie bardzo współczesny?
Skoro do młodzieży amerykańskiej, łącząc się na platformie streamingowej online, mówił o problemach mediów społecznościowych czy potrzebie przyswajania wiedzy w tradycyjny sposób, to może podejmie właśnie te kwestie. Nie tak dawno mówił księżom, aby nie polegali na sztucznej inteligencji przy pisaniu kazań, bo to zabija głębię Słowa Bożego. Więc może będzie to encyklika o AI właśnie? Tak mówią niektórzy dziennikarze.
Z jednej strony, ekscytacja tym, że papież założył na pierwsze błogosławieństwo komżę, mucet i tradycyjną stułę była nietrafna, bo to jest tylko decorum. Z drugiej, pamiętajmy, że kardynałowie nie wybrali następcy Franciszka, ale następcę św. Piotra, bo każdy papież jest właśnie Piotrem naszych czasów.
Żyjemy w czasach tak szybko postępującej rewolucji technologicznej, że czasem boimy się, jaki będzie świat, gdy nam to wszystko ktoś jakąś wojną wyłączy? Boimy się też poprawiania ludzkości, a przecież musimy pamiętać że AI już wkroczyło w sferę bioetyki. Medycy są np w stanie korygować łańcuch DNA człowieka. Powstają samochody autonomiczne i jest tylko kwestią czasu jak wielu ludzi straci tradycyjną pracę na skutek postępującej robotyzacji wielu gałęzi przemysłu. To są kolosalne wyzwania, które niektórzy starsi widzą, ale młode pokolenie czuje lepiej. I te różne światy i kultury technologiczne trzeba jakoś ze sobą godzić sięgając po to co jest niezmienne i żywe czyli Słowo Boże spajające Kościół i ludzi dobrej woli.
Katolicyzm w USA nie jest jednorodny, jest bardziej spolaryzowany niż w Polsce. Czy Leon XIV, pierwszy Amerykanin jako następca św. Piotra, jest w stanie pogodzić obie grupy?
Pierwszy raz pojechałem do USA w 1989, będąc po drugim roku studiów teologicznych. Doświadczyłem wtedy tych dwóch różnych prędkości Kościoła: tradycyjnego i otwartego. Jednocześnie w obu tych obozach była nieprawdopodobna praca świeckich. W Polsce wtedy było czymś niewyobrażalnym, aby w kurii biskupiej pracowali świeccy, a tam, nawet w konserwatywnej diecezji Providence, Rhode Island było to normą. We frakcjach otwartych świeccy byli z księżmi na “ty”, w konserwatywnych “per ksiądz”. Na ile znam papieża Leona, nie ma w nim tendencji do antagonizowania frakcji, ale raczej zachęcania do pracy na rzecz dobra wspólnego.
Dawno temu biskup Fulton Sheen, dziś kandydat na ołtarze przyrównał Kościół amerykański do Kościoła Laodycei z księgi Apokalipsy. I tam jest napisane: „Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości,i biedny i ślepy, i nagi”. To była prawda o Kościele w Ameryce, który bardzo mocno zmienia się w perspektywie doktryny teologicznej, jak i społecznej. Dzieje się to dzięki nowym nominacjom biskupim, które są jasnym sygnałem, w jakim kierunku prowadzi Kościół obecny papież.
A tak na marginesie, czy ten cytat z Apokalipsy nie odnosi się dzisiaj do Kościoła w Polsce? My też mamy swoje lekcje do odrobienia i to naprawdę bardzo poważne.
Massimo Franco opisał relację USA-Watykan jako spotkanie dwóch „imperiów równoległych”. Dziś na ich czele stoją dwaj Amerykanie: Donald Trump i Leon XIV. Jak Ojciec czyta niewątpliwy spór pomiędzy nimi?
Tutaj mogę powołać się na samego papieża, a nie na moje osobiste wyczucie tematu. Przede wszystkim to Ojciec święty został zaatakowany przez prezydenta Trumpa. A Ojciec święty ze spokojem odpowiedział „Nie jestem politykiem. Mówię o Ewangelii”.
Trump obraził papieża mówiąc, że on jest słaby. Tymczasem to sam Trump okazał się słaby, co widać chociażby po fiasku wojny z Iranem. Świetnie to określił biskup Antonio Staglianò, w artykule „Trzeźwy Pasterz i pijany król”. Papież Leon jest pasterzem wielkiej trzeźwości umysłu i stoi po stronie prawdy. To tyle jeśli chodzi o spór. Natomiast w kwestii dwóch Amerykanów na czele dwóch imperiów to powtórzę: z jednej strony widzimy schyłek Pax Americana. A z drugiej, Papież Leon XIV jeszcze jako zakonnik nigdy nie obnosił się swoją amerykańskością. On był i jest wszystkim dla wszystkich. Dotykał biedy, ale też nie gardził ludźmi bogatymi.
I na koniec lżej: gdy Leon XIV przyjedzie do Polski, prawdopodobnie w 2028 roku, czy Ojciec już szykuje się do roli papieskiego tłumacza?
Kilkukrotnie byłem już tłumaczem o. Roberta Prevosta w czasie jego wielu wizyt w Polsce. Znam biegle angielski, chociaż znam swoje miejsce w szeregu. Odpowiem dykteryjką. Ojciec Edward Daleng, nigeryjski augustianin, po wielu latach pracy w Rzymie miał wracać do Nigerii. Walizki już były spakowane, bilet kupiony i na dzień przed wyjazdem odebrał telefon od papieża. Ojciec święty poprosił go zaprosił go do siebie i poprosił, aby został vice-regensem Domu Papieskiego.
Tak więc papieżowi się nie odmawia.
rozmawiał: ks. Przemysław Śliwińsk/Stacja 7.pl
o. Wiesław Dawidowski OSA – augustianin, doktor teologii fundamentalnej, duszpasterz i publicysta. Od 2004 roku związany jest z anglojęzycznym duszpasterstwem cudzoziemców w Warszawie, którego jest rektorem; w 2024 roku został mianowany Krajowym Dyrektorem Duszpasterstwa Migrantów przy KEP. W latach 2012-2021 był przełożonym prowincjalnym augustianów w Polsce, a wcześniej współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Osobiście poznał i pracował z o. Robertem Prevostem, późniejszym biskupem i kardynałem, dziś papieżem Leonem XIV.
***
Leon XIV w rocznicę wyboru u Matki Bożej w Pompejach: Tu miłość dokonuje cudów
Vatican Media
***
Bądźcie ludźmi modlitwy, aby odbijać światło pochodzące od Boga. W ten sposób staniecie się, poprzez służbę, dialog i życie wiary, wiarygodnymi wzorami oraz mądrymi przewodnikami młodzieży – mówił Leon XIV do osób zaangażowanych w dzieła charytatywne w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Przybył tu w pierwszą rocznicę swego wyboru na Stolicę Piotrową.
Rocznica i szczególny dzień
Równo o godz. 8.00 rano Papież helikopterem wyleciał do Pompejów. Po około godzinie podróży przybył do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. To dzień szczególny – rocznica jego wyboru na Papieża, a także dzień odmawiania supliki do Matki Bożej Pompejańskiej.
W tym kontekście spotkanie z osobami zaangażowanymi w dzieła charytatywne Sanktuarium w Pompejach nabiera szczególnego znaczenia. „Bardzo się cieszę ze spotkania” – powiedział Ojciec Święty do osób objętych pomocą, zakonników, wychowawców i wolontariuszy.
Śladami św. Bartola Longa
„Cieszę się, że mogę rozpocząć tę Wizytę Duszpasterską śladami św. Bartola Longa, którego miałem radość kanonizować 19 października ubiegłego roku. Nazywał on Dolinę Pompejów ‘miejscem miłości, która ogrzewa serce’, ‘triumfem wiary i miłości bliźniego’ – cnót, które określał jako ‘dwa skrzydła złączone w jednym locie’” – dodał Ojciec Święty w pozdrowieniu.
Jak stwierdził, tutaj, w Pompejach „Świątynia Miłości” i „Świątynia Wiary” wzajemnie się wspierają. „Modlitwa podtrzymuje gościnność, serdeczność, służbę i hojność tak wielu osób – w ośrodkach wychowawczych, domach rodzinnych oraz w jadłodajni dla ubogich, noszącej imię papieża Franciszka. A miłość dokonuje cudów, które wykraczają daleko poza wszelki wysiłek i oczekiwania: w ciałach cierpiących, a jeszcze bardziej w duszach” – podkreślił Ojciec Święty.
Od nędzy do nadziei
Przypomniał, że kiedy św. Bartolo po raz pierwszy przybył do Doliny Pompejów, zastał ziemię dotkniętą wielką nędzą, zamieszkaną przez nielicznych bardzo ubogich rolników, nawiedzaną przez malarię i bandytów. „Potrafił jednak dostrzec w każdym oblicze Chrystusa: w dorosłych i dzieciach, a szczególnie w sierotach i dzieciach więźniów, którym swoją czułością pozwalał odczuć bicie serca Boga” – wskazał Leon XIV.
Miłość, która przemienia
Przekonywał, że miłość może prowadzić ku dobru „nawet najbardziej trudnych chłopców i dziewczęta, oraz że w każdej dziedzinie działania tylko miłość bliźniego zapewnia zwycięstwa pewne, wielkie i trwałe.”
Dzięki temu utworzył tu centrum życia chrześcijańskiego i pobożności wobec Najświętszej Maryi Panny, znane na całym świecie.
Papież zaznaczył, że podstawą tego dzieła jest modlitwa, zwłaszcza Różaniec Święty, który jest „ukrytym motorem, który czyni możliwym całą resztę.” Papież zachęcił zatem do podtrzymywania i szerzenia tej modlitwy, dzięki której, kontemplując tajemnice życia Jezusa prostymi i macierzyńskimi oczami Maryi, „to, czego On dokonał”, przenika do naszych serc i przemienia nasze życie.
Program życia
„Niech to będzie wasz program życia: być ludźmi modlitwy, aby niczym czyste i pokorne zwierciadła odbijać światło pochodzące od Boga. W ten sposób będziecie podtrzymywać gestami i słowami płomień miłości rozpalony przez św. Bartola i staniecie się, poprzez służbę, dialog i życie wiary, wiarygodnymi wzorami oraz mądrymi przewodnikami dla tej wspaniałej młodzieży” – mówił Ojciec Święty do duszpasterzy, opiekunów i wychowawców.
A podopiecznych zachęcił do zaufania Jezusowi – „Przyjacielowi, który nigdy nas nie opuszcza ani nie odrzuca; Bratu, który nas rozumie i zawsze idzie z nami.”
Wojciech Rogacin/VATICANNEWS.VA
***
Papież Leon XIV zawierzył się Maryi, prosi o różaniec za rodziny i pokój
Zostałem wybrany na Następcę Piotra w dzień Supliki do Matki Bożej Różańcowej z Pompejów. Musiałem więc tu przybyć, aby powierzyć moją posługę opiece Najświętszej Dziewicy – powiedział Leon XIV podczas Mszy przed sanktuarium maryjnym w Pompejach. Opierając się na nauczaniu św. Jana Pawła II i św. Bartłomieja Longo, założyciela sanktuarium, przypomniał o znaczeniu modlitwy różańcowej. Prosił, by na różańcu modlić się w szczególności za rodziny i o pokój.
Vatican Media
***
Leon ponawia apel Jana Pawła II: głośmy Chrystusa
Leon XIV zwrócił uwagę na szczególną wymowę tego sanktuarium, którego budowa rozpoczęła się przed 150 laty, w miejscu, gdzie w 79 r. erupcja Wezuwiusza pogrzebała pod popiołem ślady wielkiej cywilizacji. Papież przywołał słowa, które w tym samym miejscu powiedział w 2003 r. Jan Paweł II: „Dzisiaj podobnie, jak w czasach starożytnych Pompejów, konieczne jest głoszenie Chrystusa społeczeństwu, które oddala się od wartości chrześcijańskich, a nawet traci o nich pamięć”.
„Zdrowaś Maryjo” przenosi nas do chwili Zwiastowania
Papież zauważył, że różaniec, oparty na modlitwie „Zdrowaś Maryjo” przenosi nas do chwili Zwiastowania, kiedy Słowo Boże stało się ciałem w łonie Maryi. „Z tego łona promieniuje Światło, które nadaje pełny sens historii i światu. Pozdrowienie, które anioł Gabriel kieruje do Dziewicy, jest zaproszeniem do radości: ‘Bądź pozdrowiona, łaski pełna’. Tak, ‘Zdrowaś Maryjo’ jest zaproszeniem do radości: Gabriel mówi do Maryi, a w Niej do nas wszystkich, że na gruzach naszego człowieczeństwa, dotkniętego grzechem i dlatego zawsze skłonnego do nadużyć, ucisku i wojen, zstąpiła czułość Boga, czułość miłosierdzia, która w Jezusie przybiera ludzkie oblicze”.
Jezus widziany oczami i sercem Matki, wyżyny kontemplacji
Leon XIV zauważył, że ten historyczny moment Wcielenia ma w sobie słodycz i moc, które przyciągają serce i prowadzą je na wyżyny kontemplacji, z której rodzi się różaniec. Powtarzana w niej modlitwa „Zdrowaś Maryjo” jest niczym echo pozdrowienia Gabriela, które przetrwało wieki i kieruje wzrok ku Jezusowi widzianemu oczami i sercem Matki. „Jezus jest adorowany, kontemplowany, przyswajany w każdej z Jego tajemnic, abyśmy wraz ze św. Pawłem mogli powiedzieć: ‘Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus’ (Ga 2,19)”.
Wyznanie miłości, które prowadzi do Jezusa
Ojciec Święty powiedział, że modlitwę „Zdrowaś Maryjo” można też postrzegać jako wyznanie miłości, „kocham Cię”, które po paciorkach różańca prowadzi nas do Jezusa i Eucharystii. Jak mówił bowiem św. Bartłomiej, „Eucharystia jest żywym różańcem, a wszystkie tajemnice odnajdują się w Najświętszym Sakramencie w formie aktywnej i żywej”. Potwierdził to również Jan Paweł II, kiedy nauczał, że różaniec ma charakter maryjny, ale jego serce jest chrystologiczne i eucharystyczne.
Modlitwa, która była ochroną dla wielu pokoleń wierzących
Papież przypomniał, że „pokolenia wierzących zostały ukształtowane i strzeżone przez tę modlitwę, prostą i ludową, a jednocześnie zdolną do mistycznych wyżyn i będącą skarbnicą najbardziej istotnej teologii chrześcijańskiej. Cóż bowiem jest bardziej istotnego niż tajemnice Chrystusa, niż Jego święte Imię, wymawiane z czułością Dziewiczej Matki? To w tym Imieniu, i w żadnym innym, możemy być zbawieni (por. Dz 4,12)”.
Jak w Wieczerniku, przypomnieć sobie Jezusa
Leon XIV zauważył, że różaniec przenosi nas do Domu w Nazarecie, a także do Wieczernika, gdzie po wniebowstąpieniu Maryja i Apostołowie oczekiwali na zstąpienie Ducha Świętego, a zarazem starali się przypomnieć sobie wszystkie chwile z życia Jezusa. „Żaden szczegół nie mógł im umknąć! Wszystko należało zapamiętać, przyswoić, naśladować. Tak rodzi się droga kontemplacyjna Kościoła, której, podobnie jak rok liturgiczny, różaniec oferuje syntezę w codziennej medytacji świętych tajemnic. Słusznie różaniec został uznany za kompendium Ewangelii, które św. Jan Paweł II chciał uzupełnić Tajemnicami Światła”.
Papież podkreślił, że odmawianie różańca jest źródłem miłości, kieruje nasz wzrok na potrzeby świata. Świadczą o tym dzieła charytatywne, które powstały przy sanktuarium w Pompejach.
Módlcie się za rodziny i o pokój
Jak Jan Paweł II, tak i Leon XIV w sposób szczególny zachęcił wiernych, by modlili się w dwóch intencjach: za rodzinę, która odczuwa osłabienie więzi małżeńskich, oraz o pokój, któremu zagrażają napięcia międzynarodowe i ekonomia, przedkładająca handel bronią na poszanowanie ludzkiego życia. Trwające w wielu regionach świata wojny – powiedział Papież – wymagają nie tylko nowego zaangażowania ekonomicznego i politycznego, ale również duchowego. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują media.
Wierzmy w Jezusa i w Nim pokładajmy nadzieję
Niech za wstawiennictwem Maryi, „wszechmocnej dzięki łasce” – mówił Papież – „od Boga pokoju spłynie obfity strumień miłosierdzia, który dotknie serca, uciszy urazy i bratnią nienawiść, oświeci tych, którzy ponoszą szczególną odpowiedzialność za rządzenie. Bracia i siostry, żadna ziemska potęga nie zbawi świata, ale tylko Boska moc miłości, którą Jezus, Pan, nam objawił i darował. Wierzmy w Niego, pokładajmy w Nim nadzieję, naśladujmy Go!”
Drodzy bracia i siostry!
„Wielbi dusza moja Pana”. Te słowa, którymi odpowiedzieliśmy na pierwsze czytanie, płyną z serca Dziewicy Maryi, gdy przedstawia Elżbiecie owoc swojego łona, Jezusa, Zbawiciela. Po niej będą śpiewać dla Chrystusa Zachariasz, ojciec Jana Chrzciciela, oraz starzec Symeon. Te trzy kantyki wyznaczają każdego dnia uwielbienie Kościoła w Liturgii Godzin. Są one spojrzeniem starożytnego Izraela, który widzi wypełnienie swoich obietnic; są spojrzeniem Kościoła-Oblubienicy, spoglądającej ku swojemu Boskiemu Oblubieńcowi; są one niejako spojrzeniem całej ludzkości, która znajduje odpowiedź na swoje pragnienie zbawienia.
Sto pięćdziesiąt lat temu, kładąc kamień węgielny pod to Sanktuarium, w miejscu, gdzie erupcja Wezuwiusza w 79 roku po Chrystusie pogrzebała pod popiołem ślady wielkiej cywilizacji, chroniąc je przez wieki, św. Bartłomiej Longo wraz ze swoją żoną, hrabiną Marianną Farnararo De Fusco, położył podwaliny nie tylko pod świątynię, ale pod całe miasto maryjne. W ten sposób wyrażał świadomość Bożego planu, który św. Jan Paweł II, przemawiając w tym miejscu łaski 7 października 2003 r., na zakończenie Roku Różańca, ponownie przedstawił na Trzecie Tysiąclecie, w perspektywie nowej ewangelizacji: „Dziś – mówił- tak jak w czasach starożytnych Pompejów, trzeba głosić Chrystusa społeczeństwu, które odchodzi od wartości chrześcijańskich, a nawet traci o nich pamięć”.
Dokładnie rok temu, kiedy powierzono mi posługę Następcy św. Piotra, był to właśnie dzień Supliki do Matki Bożej. Ten piękny dzień Supliki do Matki Bożej Różańcowej z Pompei. Musiałem więc przybyć tutaj, aby powierzyć moją posługę opiece Najświętszej Dziewicy. Wybór imienia Leon stawia mnie ponadto na śladach Leona XIII, który miał między innymi zasługę rozwijania obszernego nauczania o Różańcu. Do tego dochodzi niedawna kanonizacja św. Bartłomieja Longo, apostoła Różańca. Ten kontekst daje nam klucz do refleksji nad właśnie wysłuchanym Słowem Bożym.
Ewangelia o Zwiastowaniu wprowadza nas w moment, w którym Słowo Boże staje się ciałem w łonie Maryi. „Z tego łona promieniuje Światło, które nadaje pełny sens historii i światu. Pozdrowienie, które anioł Gabriel kieruje do Dziewicy, jest zaproszeniem do radości: «Bądź pozdrowiona, łaski pełna» (Łk 1,28; por. Sof 3,14). Tak, «Zdrowaś Maryjo» jest zaproszeniem do radości: Gabriel mówi do Maryi, a w Niej do nas wszystkich, że na gruzach naszego człowieczeństwa, dotkniętego grzechem i dlatego zawsze skłonnego do nadużyć, ucisku i wojen, zstąpiła czułość Boga, czułość miłosierdzia, która w Jezusie przybiera ludzkie oblicze. Maryja staje się w ten sposób Matką miłosierdzia. Jako uczennica Słowa i narzędzie Jego wcielenia, naprawdę objawia się jako „pełna łaski”. Wszystko w Niej jest łaską! Ofiarowując Słowu swoje ciało, staje się ona również, jak naucza Sobór Watykański II na podstawie św. Augustyna, „matką członków (Chrystusa) … ponieważ swoją miłością współdziała w tym, aby wierni, którzy są członkami owej Głowy, rodzili się w Kościele” (Konst. dogm. Lumen gentium, 53; por. św. Augustyn, De S. Virginitate, 6). W „Oto ja” Maryi rodzi się nie tylko Jezus, ale także Kościół, a Maryja staje się jednocześnie Matką Boga – Theotòkos – i Matką Kościoła.
Wielka tajemnica! Wszystko dzieje się w mocy Ducha Świętego, który okrywa cieniem Maryję i czyni jej dziewicze łono płodnym. Ten moment historii ma w sobie słodycz i moc, które przyciągają serce i prowadzą je na tę kontemplacyjną wysokość, na której rodzi się modlitwa Różańca Świętego. Modlitwa ta, która powstała i stopniowo rozwijała się w drugim tysiącleciu, ma swoje korzenie w historii zbawienia, a jej preludium stanowi właśnie pozdrowienie Anioła Pańskiego skierowane do Dziewicy. „Ave Maria”! Powtarzanie tej modlitwy w Różańcu jest jak echo pozdrowienia Gabriela, echo, które przetrwało wieki i kieruje wzrok wierzącego ku Jezusowi, widzianemu oczami i sercem Matki. Jezus jest adorowany, kontemplowany, przyswajany w każdej z Jego tajemnic, abyśmy wraz ze św. Pawłem mogli powiedzieć: «Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus» (Ga 2,19)”.
Poprzedzona głoszeniem Słowa Bożego, osadzona między „Ojcze nasz” a „Chwała Ojcu”, modlitwa „Zdrowaś Maryjo”, powtarzana w Różańcu, jest aktem miłości. Czyż nie jest cechą miłości powtarzanie niestrudzenie: „Kocham cię”? Akt miłości, który na paciorkach różańca, jak dobrze widać na obrazie maryjnym w tym Sanktuarium, prowadzi nas do Jezusa i do Eucharystii, „źródła i zarazem szczytu całego życia chrześcijańskiego” (Lumen gentium, 11). Był o tym przekonany św. Bartołomiej Longo, pisząc: „Eucharystia jest żywym Różańcem, a wszystkie tajemnice odnajdują się w Najświętszym Sakramencie w formie aktywnej i żywej” (Różaniec i Nowa Pompeja, 1914, s. 86). Miał rację. W Eucharystii wszystkie tajemnice życia Chrystusa odnajdują się, że tak powiem, skoncentrowane w pamiątce Jego ofiary i w Jego rzeczywistej obecności. Różaniec ma charakter maryjny, ale jego serce jest chrystologiczne i eucharystyczne (por. List apostolski Rosarium Virginis Mariae, 1). Jeśli Liturgię Godzin wyznacza rytm uwielbienia Kościoła, to Różaniec wyznacza rytm naszego życia, nieustannie przywracając je do Jezusa i Eucharystii.
Pokolenia wierzących zostały ukształtowane i strzeżone przez tę modlitwę, prostą i ludową, a jednocześnie zdolną do mistycznych wyżyn i będącą skarbnicą najbardziej istotnej teologii chrześcijańskiej. Cóż bowiem jest bardziej istotnego niż tajemnice Chrystusa, niż Jego święte Imię, wymawiane z czułością przez Dziewicę Maryję? To właśnie w tym Imieniu, i w żadnym innym, możemy być zbawieni (por. Dz 4,12). Powtarzając je w każdym Zdrowaś Maryjo, w pewien sposób doświadczamy domu w Nazarecie, niemal ponownie słysząc głos Maryi i Józefa w długich latach, kiedy Jezus mieszkał z nimi. Doświadczamy również Wieczernika, gdzie apostołowie wraz z Maryją oczekiwali na zstąpienie Ducha Świętego. Właśnie to wskazało nam pierwsze czytanie. Jak nie pomyśleć, że w tym czasie między Wniebowstąpieniem a Pięćdziesiątnicą Maryja i apostołowie prześcigali się w przypominaniu sobie różnych momentów życia Jezusa? Żaden szczegół nie mógł im umknąć! Wszystko należało zapamiętać, przyswoić, naśladować. Tak rodzi się droga kontemplacyjna Kościoła, której, podobnie jak rok liturgiczny, różaniec oferuje syntezę w codziennej medytacji świętych tajemnic. Słusznie różaniec został uznany za kompendium Ewangelii, które św. Jan Paweł II chciał uzupełnić Tajemnicami Światła”. Również ten wymiar był bardzo żywy u św. Bartłomieja Longo, który oferował pielgrzymom głębokie medytacje, aby uchronić Różaniec przed pokusą mechanicznego odmawiania i zapewnić mu biblijny, chrystologiczny i kontemplacyjny charakter, który powinien go cechować.
Siostry i bracia, jeśli Różaniec jest „odmawiany” i, ośmielę się powiedzieć, „celebrowany” w ten sposób, to jest on również, co wynika z tego naturalnie, źródłem miłości. Miłość do Boga, miłość do bliźniego: dwie strony tego samego medalu, jak przypominało nam drugie czytanie, zaczerpnięte z Pierwszego Listu św. Jana, kończące się wezwaniem: „nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1 J 3,18). Dlatego św. Bartłomiej Longo był apostołem Różańca, a jednocześnie apostołem miłosierdzia. W tym maryjnym mieście przyjmował sieroty i dzieci więźniów, ukazując odradzającą moc miłości. Tutaj również dzisiaj najmłodsi i najsłabsi są przyjmowani i otoczeni opieką w dziełach Sanktuarium. Różaniec kieruje nasz wzrok na potrzeby świata, jak podkreślała List apostolski Rosarium Virginis Mariae, proponując w szczególności dwie intencje, które pozostają niezwykle aktualne: rodzina, która odczuwa osłabienie więzi małżeńskiej, oraz pokój, zagrożony przez napięcia międzynarodowe i gospodarkę, która przedkłada handel bronią nad poszanowanie życia ludzkiego.
Kiedy św. Jan Paweł II ogłosił Rok Różańca – w przyszłym roku minie ćwierć wieku – chciał go w szczególny sposób powierzyć opiece Matki Bożej z Pompei. Od tamtej pory czasy się nie poprawiły. Wojny, które wciąż toczą się w wielu regionach świata, wymagają nie tylko nowego zaangażowania ekonomicznego i politycznego, ale również duchowego. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują media.
Pokój rodzi się w sercu. Ten sam Papież w październiku 1986 r. zgromadził w Asyżu przywódców głównych religii, zapraszając wszystkich do modlitwy o pokój. Przy różnych okazjach, również niedawno, zarówno papież Franciszek, jak i ja prosiliśmy wiernych na całym świecie o modlitwę w tej intencji. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują nam media. Z tego sanktuarium, którego fasadę św. Bartłomiej Longo zaprojektował jako pomnik pokoju, dziś z wiarą wznosimy nasze błaganie. Jezus powiedział nam, że modlitwa pełna wiary może wszystko wyjednać (por. Mt 21,22). A św. Bartłomiej Longo, myśląc o wierze Maryi, nazywa ją „wszechmocną dzięki łasce”. Niech za jej wstawiennictwem od Boga pokoju spłynie obfity strumień miłosierdzia, który dotknie serca, uciszy urazy i braterską nienawiść, oświeci tych, którzy ponoszą szczególną odpowiedzialność sprawowania władzy.
Bracia i siostry, żadna ziemska potęga nie zbawi świata, ale tylko boska moc miłości. Ta boska moc miłości, którą Pan Jezus nam objawił i podarował. Wierzmy w Niego, pokładajmy w Nim nadzieję, naśladujmy Go!
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
„Brat Różaniec” i niezwykła historia Nowenny Pompejańskiej
Oprac. PCh24.pl
***
„Niezbadane są wyroki Boskie” ten znany cytat z listu św. Pawła do Rzymian przychodzi na myśl, kiedy poznajemy historię powstania Nowenny Pompejańskiej i cudów jakie Matka Boża dokonuje za jej pomocą. Czy potrafimy ogarnąć rozumem to, że podobnie jak Chrystus na głosiciela Ewangelii na cały ówczesny świat wybrał swojego prześladowcę Szawła, tak Maryja na propagatora na cały współczesny świat swojej „Nowenny nie do odparcia” wybrała satanistę Bartłomieja?
Brat Różaniec
Autorem pierwotnej wersji nowenny pompejańskiej jest włoski prawnik Bartłomiej Longo (1841 – 1926). Choć jego rodzice byli ludźmi pobożnymi i w domu został wychowany po katolicku, to podczas studiów prawniczych w Mediolanie dał się zwieść, toksycznej dla duszy, ideologii masońskiej. Jego odstępstwo od wiary było tak głębokie, że przez pewien okres pełnił nawet wysokie funkcje w sekcie satanistycznej. To doprowadziło go niemal do obłędu. Pewnej nocy, udręczony szatańskim nękaniem, niespodziewanie usnął jak małe dziecko. Wówczas ukazał mu się jego ojciec. Jego twarz była bardzo smutna. Poprosił syna tylko o jedno – aby wrócił do Boga. Ten sen tak mocno wstrząsnął młodym studentem prawa, że szczerze zapragnął nawrócenia.
Wówczas z pomocą przyszedł mu jego wykładowca prof. Vincenzo Pepe, człowiek głęboko wierzący, który pomógł mu odzyskać wiarę. Bartłomiej trafił pod duchową opiekę wybitnych kapłanów m.in. ojca Ludovica z Casorii (kanonizowany w roku 2014). Inny jego kierownik duchowy i spowiednik, ojciec Albert Radente, przyjął go do trzeciego zakonu dominikańskiego. Młody prawnik, wyrwany z szatańskich sideł, wybrał sobie imię zakonne „Rosario”, czyli Różaniec. O. Albert wiele modlił się za swojego podopiecznego. Któregoś razu podczas takiej modlitwy usłyszał w duszy, że Bartłomiej dokona wielkich duchowych dzieł. Dominikanin nie omieszkał mu tego powiedzieć. Rosario zaczął od dzieła pomocy biednym i chorym. Jako, że posługiwał w przytułkach przy łóżkach chorych z zawieszonym na szyi różańcem, nazwano go „brat Różaniec”.
Choć Bartłomiej Longo zerwał kontakty z organizacjami, które służą złu i radykalnie zmienił swoje życie, to dawne demony wciąż nie dawały mu spokoju. „Pomimo pokuty wciąż gnębiła mnie myśl, że należę do szatana i nadal jestem jego niewolnikiem, a on oczekuje na mnie w piekle. Rozważając to popadłem w rozpacz i byłem bliski samobójstwa. Wtedy usłyszałem w moim sercu echo słów ojca Alberta, powtarzającego za Maryją: „Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony.” Te słowa oświeciły moją duszę” – tak brat Rosario opisał przełomową chwilę swojego życia. Zbawienny głos zabrzmiał w jego sercu, kiedy przebywał, w sprawach służbowych, w Pompejach, słynnych z tragicznego wybuchu wulkanu Wezuwiusz, co miało swój czas w roku 79 po narodzeniu Chrystusa.
Kościół Różańca
Brat Rosario chodził po wsi, zwanej przez jej mieszkańców Nowe Pompeje i myślał jakby mógł propagować modlitwę różańcową na większą niż dotychczas skalę. To wówczas przyszła mu do głowy myśl, żeby zbudować w Pompejach kościół poświęcony Matce Bożej Różańcowej, który byłby centrum szerzenia Różańca. W Nowych Pompejach funkcjonowała podupadła parafia, która posiadała mały, chylący się ku ruinie kościółek. Bartłomiej postanowił więc nie czekać ani chwili. Z pomocą miejscowego proboszcza udało mu się uzyskać pozwolenie na budowę i zaraz potem zaczął realizować swój pomysł wzniesienia nowej, pięknej świątyni. Zamieszkał w Nowych Pompejach, żeby osobiście nadzorować budowę. Wówczas była to mała wioska na skraju pustkowia zastygłej lawy, która zatopiła wszystkie budynki starożytnej Pompei.
Stare Pompeje były siedliskiem rozpusty. Świadczą o tym odkrycia archeologiczne. Funkcjonowało tu m.in. 25 domów publicznych. Zniszczenie Pompei wskutek erupcji Wezuwiusza ówczesna rzymska wspólnota chrześcijan widziała jako karę Bożą. Bartłomiej Longo miał świadomość, że budowa w tym miejscu świątyni poświęconej Matce Bożej równa się oddaniu tej ziemi Jej królowaniu i jest w pewnym sensie ekspiacją za popełnione tu grzechy.
Cud budowy
W budowie, która rozpoczęła się w 1876 roku, pomagali prawie wszyscy mieszkańcy wsi. Fundusze zebrane na wzniesienie kościoła, który miał pomieścić dwa tysiące osób, były skromne, jednak Maryja czuwała nad tym dziełem. Znalazła wybitnego architekta, który tak zapalił się ideą budowy świątyni dla chłopów i wszystkich ludzi ubogich, że projekt wykonał za darmo. W ciągu 15 lat ciężkiej pracy, powstała w Nowych Pompejach przepiękna świątynia, która później stała się Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. W 1894 roku Bartłomiej Longo podarował kościół w Pompejach papieżowi Leonowi XIII, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny papież). Leon XIII 4 maja 1901 roku podniósł kościół do godności bazyliki papieskiej.
Obraz zamiast porady
W bazylice, w ołtarzu głównym, znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Pompejańskiej. Obraz przedstawia Matkę Bożą siedzącą na tronie z Dzieciątkiem Jezus na kolanach. U Jej stóp, po lewej stronie, klęczy św. Dominik, a po prawej św. Katarzyna ze Sieny. Niezwykła jest historia tego malowidła. W roku 1875 Bartłomiej Longo udał się do Neapolu z zamiarem zakupienia obrazu Matki Bożej Różańcowej do nowego kościoła, w którym w tym czasie odbywały się misje. Po poradę w sprawie tego zakupu udał się do znajomej siostry Marii Concetty de Litalla. Ta zamiast porady dała mu obraz. Otrzymała go od o. Alberta Radente, kierownika duchowego brata Różańca. Obraz był w koszmarnym stanie – zniszczony, popękany i podziurawiony, w niektórych miejscach farba się wykruszyła, natomiast w górnej części obrazu brakowało fragmentu płótna. Bartłomiej, gdy go ujrzał, „załamał ręce”. Jednak za namową siostry Marii, która powiedziała mu, że dzięki temu wizerunkowi Maryi, wiele osób dostąpi łask Bożych, postanowił go przygarnąć. Malowidło udało się doprowadzić do pięknego stanu. Dziś znają go katolicy na całym świecie.
Tak powstawała Nowenna Pompejańska
Podczas budowy kościoła powstała pierwsza wersja Nowenny Pompejańskiej. W dramatycznych dla siebie okolicznościach utworzył ją Bartłomiej Longo. Zachorował na dur brzuszny, a lekarze stwierdzili, że medycyna nie może mu pomóc. Wtedy Bartłomiej rozpoczął błagalną modlitwę różańcową, odmawiając 15 tajemnic dziennie. Po dziewięciu dniach stał się cud – Matka wysłuchała swego oddanego sługę i przywróciła mu zdrowie. Wówczas Longo z sercem przepełnionym wdzięcznością przez kolejnych dziewięć dni modlił się 15 tajemnicami dziennie. Tak więc w pierwszej wersji Pompejankę odmawiało się przez 18 dni.
Początkiem historii powstania obecnej wersji nowenny, którą wierni modlą się dziś na całym świecie i za pośrednictwem Maryi upraszają przez nią u Boga wielu łask, był mały maryjny medalik. „Pan Mariano Rosati, gorliwy pomocnik w budowie świątyni, przybył do mnie i poprosił o poświęcony medalik Matki Bożej Pompejańskiej. Chciał go wręczyć swojemu przyjacielowi, doktorowi Belmontemu dla jego ciężko chorej pacjentki, Fortunatiny Agrelli” – dowiadujemy się z fragmentu książki pt. „Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach”, którą napisał Bartolo Longo. Brat Różaniec miał wówczas przeczucie, że pompejański medalik, kiedy trafi do panny Agrelli, może bardzo wiele zdziałać. Nie spodziewał się jednak – jak wiele.
„Jeżeli Najświętsza Panna Pompejańska uzdrowi pannę Agrelli, to do grona jej czcicieli na pewno dołączy wielu neapolitańczyków. Ojciec chorej ma sporo przyjaciół. Wyślę jej także książeczkę z nowenną, niech rodzina się modli, a obrazek Matki Bożej Pompejańskiej niech zawieszą nad łóżkiem chorej” – w ten sposób Bartłomiej, we wspomnianej książce, odtworzył swój błogosławiony ciąg myśli. Obrazek miał wisieć „nad łóżkiem chorej” gdyż choroba była tak daleko posunięta, że Fortunatina nie dała rady z niego wstać.
Prośba do Matki
Wszystkie podarunki z Pompei szybko dotarły do chorej Natiny, jak ją nazywali bliscy. Gdy je otrzymała poczuła w sercu ulgę i radość. Będąc pod wpływem tych uczuć, postanowiła skierować do Maryi pisemną prośbę o uzdrowienie. „Ciężko chora Fortunatina Agrelli prosi o uzdrowienie Najświętszą Pannę Różańcową w Pompejach. Jeżeli zostanie wysłuchana, przyrzeka osobiście przybyć do Pompejów, złożyć swoje podziękowanie i przekazać ofiarę na Jej kościół” – napisała do Matki Bożej Natina. Pan Rosati odesłał ten list do Pompejów, Bartolo Longo złożył go na ołtarzu u stóp Madonny, a Fortunatina i cała jej rodzina rozpoczęła, ułożoną przez Bartłomieja, nowennę w intencji odzyskania zdrowia.
Niezwykła wizyta
Po kilku dniach kuracji intensywną modlitwą Matka Boża postanowiła osobiście odwiedzić swoją „pacjentkę”, gdyż miała jej coś bardzo ważnego do przekazania. Ukazała się Natinie z dzieciątkiem Jezus na kolanach i różańcem w dłoni. „Gdy ją ujrzałam, natychmiast uczyniłam znak krzyża… piękno Maryi i wspaniałość nieba mnie zachwyciły. Maryja patrzała na mnie czułym, macierzyńskim wzrokiem. Wzbudziło to moje zaufanie i zaczęłam ją błagać: Królowo Różańca Świętego w Pompejach, udziel mi łaski zdrowia! Już złożyłam Ci tę prośbę, odmówiłam nowennę, ale nie doświadczyłam jeszcze Twojego miłosierdzia. O Maryjo, dotąd nie wyświadczyłaś mi jeszcze żadnej łaski. Chcę być zdrowa!” – ze szczerego serca powiedziała Natina. Maryja odpowiedziała jej bez zwłoki: „Modliłaś się do mnie pod różnymi wezwaniami i zawsze odbierałaś łaski. Teraz, gdy mnie wzywasz pod imieniem Królowej Różańca Świętego z Pompejów, które mi jest bliższe ponad wszystkie inne, nie mogę ci odmówić. Odpraw trzy nowenny, oddawaj mi cześć, a wyzdrowiejesz” – obiecała chorej Maryja.
Wiara i uzdrowienie
Po dwóch tygodniach Matka Boża znów ukazała się cierpiącej dziewczynie i oznajmiła jej „Ponieważ znosiłaś chorobę z poddaniem się woli Bożej, Bóg udzieli ci tej łaski na Moją prośbę. W 26 dniu tego miesiąca zostaniesz uzdrowiona z porażenia. 30 kwietnia ustaną wszystkie inne cierpienia. Od tego dnia będziesz mogła chodzić. Kiedy znów staniesz na nogi, uklęknij i odmów trzy razy Zdrowaś, Maryjo w podziękowaniu. Zanim upłynie maj, wyjdziesz z domu”. Dokładnie tak właśnie się stało. Zanim odeszła, dodała głosem pełnym przychylności i dobroci „Ktokolwiek pragnie otrzymać łaski, niech odprawi na moją cześć trzy nowenny, odmawiając piętnaście tajemnic różańca, a potem niech odmówi znowu trzy nowenny dziękczynne”. Natina niedługo po uzdrowieniu pojechała do Bartolo Longo i powiedział mu wszystko to, co usłyszała od Matki Bożej. Bartłomiej uwierzył Natinie. Pewny wstawiennictwa Maryi, zmodernizował nowennę według Jej słów. Tak powstała Nowenna Pompejańska, którą dziś znamy.
Cuda z rąk Matki
Bartłomiej Longo, który po śmierci został beatyfikowany a później kanonizowany, skrzętnie gromadził świadectwa łask słane do kościoła w Pompejach przez tysiące osób nie tylko z Włoch, ale także ze wszystkich krajów Europy, z obu Ameryk, Afryki, a nawet w Indii i Chin. Do dziś napływają one do kustosza Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Poznajmy kilka świadectw z Polski.
Magda (nadesłane w roku 2026)
Nowenna Pompejańska to nowenna „nie do odparcia”, to prawda. Matka Boska pokazała mi jak wielką ma moc. Moje małżeństwo się skończyło, kiedy mój mąż powiedział, że nie chce już że mną być, już mnie nie kocha. Żyliśmy ze sobą po ślubie, sześć lat. Mamy synka. Mój cały świat się zawalił, wszystko nagle się skończyło. Nie mogłam uwierzyć w te słowa… błagałam, prosiłam ale to było na nic. Nie mogłam się pogodzić z tym, co się stało, że nie jesteśmy już rodziną, o której tak bardzo marzyliśmy. Było mi tak bardzo ciężko, że nie miałam ochoty już na nic. Wiedziałam jednak, że muszę się modlić o to małżeństwo. Zaczęłam odmawiać Nowennę ale szybko ją przerwałam, bo nie miałam siły się modlić. Mój mąż był jak skała, wiedziałam, że tylko cud może nas uratować. Zaczęłam odmawiać raz jeszcze i znowu przerwałam, miałam takie wrażenie, że nie dam rady. Postanowiłam jeszcze raz spróbować i odmówiłam całą Nowennę. Moi bliscy również modlili się Nowenną Pompejańską o uratowanie mojego małżeństwa. Miałam chwile zawahań, czasami nawet wątpiłam ale modliłam się cały czas. Mój mąż był nieugięty, ja nie przestawałam w modlitwie, chociaż z każdym dniem było coraz gorzej. Nie byliśmy ze sobą rok. Już pod koniec nie wierzyłam, że coś może się wydarzyć, a Matka Boska pokazała mi swoją moc. Stał się cud wróciliśmy do siebie. Maryja cały czas była przy mnie i opiekowała się mną. Nie umiem nawet wyrazić tego, co czuję. Wiara czyni cuda, a tam na górze wszystko jest możliwe Mamusiu moja kochana dziękuję Ci za Twoją opiekę i za to, że zawsze przy mnie jesteś i czuwasz Kocham Cię całym moim sercem. Uratowałaś moją kochana rodzinę. Nigdy się nie poddawajcie, nawet jeśli już nie macie sił weźcie różaniec do ręki i zacznijcie się modlić. Matka Boska jest zawsze obok nas, a wiara czyni cuda.
Mateusz (2026)
Byłem uzależniony od narkotyków – nie dawałem sobie rady. W sumie to pogodziłem się z tym, że już zawszę to będę robił aż do momentu, w którym nie przesadzę do takiego stopnia, że stanie się coś złego. Któregoś razu dowiedziałem się o nowennie pompejańskiej, zacząłem ją odmawiać – i coś się zmieniło. Mimo iż, na początku dalej brałem i popełniałem te same błędy to z każdym tygodniem to zanikało. Wiem, że to dzięki Maryi, która się za mną wstawiła tego nie robię. Wiem, że się mną opiekuję i czuję jej obecność mocno w swoim życiu. Mam nadzieję, że moje świadectwo pomoże osobom, które również zmagają się z tym nałogiem. Nie bójcie się zwrócić o pomoc do Maryi, która zawsze was wysłucha i was poprowadzi do swojego Syna.
Aleksandra (2025)
Piszę to świadectwo, aby wesprzeć wszystkie matki w stanie błogosławionym, które oczekują narodzin swojego dziecka, a jednocześnie muszą zmierzyć się z trudną diagnozą choroby lub wady rozwojowej… Dnia 8 maja 2025 roku – w dniu wyboru Papieża oraz w święto Matki Bożej Pompejańskiej – podczas badania USG II trymestru dowiedzieliśmy się dwóch niezwykle ważnych rzeczy. Pierwszą była radosna wiadomość, że spodziewamy się syna. Drugą – bardzo trudna diagnoza: u naszego dziecka wykryto guz w obrębie nosa, który mógł wskazywać na przepuklinę mózgu. Mój mąż od razu powiedział, że nasz syn otrzyma imię po Papieżu oraz że podejmuje Nowennę Pompejańską w intencji jego zdrowia. Ja początkowo czułam, że nie podołam tej wymagającej modlitwie. Jednak już następnego dnia, pomimo wewnętrznych obaw i trudności, również zdecydowałam się ją rozpocząć. Nadszedł dzień rozwiązania… Na sali było wielu lekarzy, przygotowanych na najgorsze. Jednak gdy nasze dziecko przyszło na świat, od razu zapłakało i zaczęło samodzielnie oddychać. Otrzymało 10 punktów w skali Apgar. Był to moment ogromnej wdzięczności i wzruszenia.
Adam Białous/PCh24.pl
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 HyndlandStreet , Glasgow, G11 5PS
W każdy piątek jest Godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata o godz. 19.00
***
W każdą sobotę od godz. 17.00 jest możliwośc spowiedzi.
Msza św. niedzielna (Vigil Mass) jest o godz. 18.00
W pierwszą sobotę miesiąca po Mszy św. jest nabożeństwo wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Bożej Matce.
***
W drugą sobotę miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecią sobotę miesiąca po Mszy św. modlimy się przed Najświętszym Sakramentem na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Pół godziny przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość spowiedzi. Po Mszy św. – Godzina Miłosierdzia z Koronką do Bożego Miłosierdzia.
***
kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W pierwszy czwartek miesiąca Msza św. o godz. 19.00 i Godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu w kapicy izbie Jezusa Miłosiernego.
***
Maj – miesiąc poświęcony Matce Bożej
fot. Jakub Kołacz SJ
***
W polskiej tradycji i krajobrazie maj to czas, w którym Kościół katolicki w sposób uroczysty oddaje cześć Maryi, szczególnie przez „nabożeństwa majowe”, popularnie zwane „majówkami”. Dziś zwykle odprawia się je w kościołach, ale kiedyś spotkano się przy przydrożnych figurach i kapliczkach, aby przy nich śpiewać maryjne pieśni i litanię.
Historia ukryta w wiekach
Choć maj kojarzy nam się z polską wiosną, korzenie maryjnego kultu sięgają znacznie głębiej. Już w V wieku na Wschodzie zaczęły powstawać pierwsze pieśni sławiące Maryję. W XIII i XIV wieku w Hiszpanii zrodził się, a potem upowszechnił zwyczaj wspólnych modlitw przed wizerunkami Bożej Rodzicielki. W XVI wieku pojawił się termin „Maj duchowy” (Niemcy) – określenie to weszło do języka za przyczyną książeczki wydanej w odpowiedzi na reformację, która oficjalnie nazywa maj miesiącem Maryi.
Wielcy promotorzy nabożeństwa
W popularyzację tej formy modlitwy i pobożności zaangażowanych było wielu świętych i zakonników: Bł. Henryk Suzo, nadreński mistyk, który już jako dziecko dekorował figury Maryi polnymi kwiatami; św. Filip Neri, który gromadził rzymskie dzieci na radosnej modlitwie przy maryjnych ołtarzach; o. Ansolani, jezuita z Neapolu, którego uważa się za „ojca” nabożeństw majowych w ich nowożytnej formie.
Ewolucja i oficjalne zatwierdzenie
Kluczowym momentem dla popularyzacji „majówek” był wiek XIX. W 1859 roku papież Pius IX zatwierdził obowiązującą do dziś strukturę nabożeństwa, na którą składa się śpiew litania Loretańskiej, nauka kapłana w formie krótkie rozważanie), całość zaś wieńczy błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem.
Litania Loretańska
Nazwa tej najpopularniejszej litanii, odmawianej lub śpiewanej codziennie przez cały maj, pochodzi od miejscowości Loreto we Włoszech. Zbiór jej wezwań zatwierdzono już w 1587 roku i chroniono przed samowolnymi zmianami, by zachować jego teologiczną czystość. Nowe wezwania dodawane są jedynie za zgodą Stolicy Apostolskiej, co zresztą w ostatnim czasie zrobił Papież Franciszek.
Polska tradycja i wyjątkowe wezwanie
W Polsce nabożeństwa majowe zaczęto odprawiać w 1838 roku w Tarnopolu dzięki jezuitom. Szybko zyskały popularność i rozprzestrzeniły się cały kraj: od Warszawy po Kraków i Lwów. Polska litania jest unikalna w skali świata. W okresie międzywojennym, po oficjalnym ustanowieniu święta NMP Królowej Polski, papież Pius XI zezwolił na dołączenie do niej wezwania: „Królowo Polski, módl się za nami”. Dziś, mimo upływu lat, majowe modlitwy przy kapliczkach, wciąż odprawiane nie tylko na wsiach – w blasku zachodzącego słońca i przy zapachu kwitnących bzów – pozostają jednym z najpiękniejszych przejawów ludowej pobożności, łączącym wszystkie pokolenia.
Deon.pl
***
Szczególny miesiąc poświęcony Bożej Matce z pięknymi nabożeństwami majowymi
W Polsce wciąż żywa jest tradycja odprawiania nabożeństw majowych przy przydrożnych kapliczkach i krzyżach, w otoczeniu „łąk umajonych” i napełnionych ptasim śpiewem lasów. W naszym kraju, szczególnie na wsiach, ciągle można spotkać grupy ludzi szczerze modlących się Litanią do Matki Bożej i śpiewających maryjne pieśni. Podtrzymywaniu pięknej tradycji nabożeństw majowych dobrze służą programy renowacji przydrożnych kapliczek i krzyży, które podejmuje coraz więcej samorządów, stowarzyszeń oraz osób prywatnych.
Przepiękny miesiąc maj poświęcony jest Matce Bożej. Choć zwyczaj odprawiania nabożeństw majowych, w całym Kościele trwa od połowy XIX wieku, to rodowód tej tradycji jest o wiele wcześniejszy. Gromadzenie się i śpiewanie pieśni na cześć Matki Bożej było znane na Wschodzie już w V wieku. W Kościele zachodnim w I tysiącleciu maj jako miesiąc Maryi święcono raczej sporadycznie. Dopiero na przełomie XIII i XIV wieku powstała myśl, aby ten cały, piękny miesiąc poświęcić Matce Bożej. Pierwszym, który wcielił tę myśl w czyn, był król hiszpański Alfons X, żyjący w drugiej połowie XIII wieku. Władca ów sam brał udział w nabożeństwach majowych i swoim poddanym zalecał, aby czynili podobnie.
Wśród ważnych dat w rozwijaniu się, trwającym przez całe wieki, nabożeństwa majowego jest rok 1549, kiedy to ukazała się w Niemczech niewielka książeczka pod tytułem „Maj duchowy”, gdzie po raz pierwszy maj został nazwany miesiącem Maryi. Natomiast w roku 1713 jezuita ks. Ansolani opracował kształt nabożeństwa majowego, jaki jest praktykowany po dziś dzień. Pierwsze „majowe”, lub też „majówki”, pod przewodnictwem ks. Ansolaniego, odprawiane były każdego dnia maja w kaplicy królewskiej w Neapolu.
Papież Pius VII nabożeństwo majowe, odprawiane w kościele, obdarzył odpustami. Dalsze odpusty do tego szczególnego nabożeństwa, na które składa się Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, nauka kapłana oraz błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, w 1859 roku przypisał papież błogosławiony Pius IX. W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe wprowadzili jezuici, na dawnych Kresach Rzeczypospolitej, w Tarnopolu (1838). W tym samym czasie cześć „Królowej maja” szerzył w Galicji, swoją poezją, jezuita o. Karol Antoniewicz, autor słów słynnej pieśni „Chwalcie łąki umajone”. W połowie XIX wieku nabożeństwo majowe przyjęło się w niemal wszystkich krajach świata.
Dziś w wielu miejscowościach Polski wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy przydrożnych kapliczkach czy krzyżach. Ten zwyczaj powstał na wsiach. Do świątyni było przeważnie daleko, a w maju trwają już intensywne prace polowe i „robotę” kończono późno. Dlatego wiejska wspólnota zbierała się przy kapliczce dopiero o godzinie 19.00 lub nawet 20.00. Wówczas to odmawiano Litanię Loretańską i inne modlitwy „majowe”. Osoba, która najlepiej we wsi śpiewała, intonowała maryjne pieśni, a inni się włączali. Dbano, aby w maju kapliczki i krzyże były pięknie przystrojone kwiatami i kolorowymi wstążkami.
Obecnie tradycja odprawiania nabożeństwa majowego w plenerze, jest szczególnie żywa na Podlasiu. Przemierzając pomniejsze drogi Podlasia w maju, wieczorową porą, możemy ujrzeć grupy mieszkańców podlaskich miasteczek i wsi, jak zebrani przed kapliczką lub krzyżem odmawiają Litanię Loretańską lub śpiewem chwalą Matkę Najświętszą. Często są to całe rodziny wielopokoleniowe – babcie, dziadkowie, rodzice, dzieci. Piękny to widok, kiedy ludzie wspólnie się modlą „na Majowym” w plenerze. Kapliczki okraszone kwiatami. Wokół świeża zieleń, pół i łąk. Jakby nie tylko ludzie oddawali cześć Maryi, Królowej Nieba i Ziemi, ale i cała przyroda. Wokół cudne zapachy kwiatów, a często lasu, w którym swoje pochwalne pieśni śpiewają ptaki.
Dla osób, które spotykają się na Majowym codziennie, jest to ważna tradycja modlitewna, ale i rodzinna, przekazywana z pokolenie na pokolenie – Codzienną modlitwę majową odprawiam z tradycyjnej, starej książeczki. W tych nowoczesnych nie ma tej codziennej modlitwy. Ta książka ma ponad 110 lat – dostałam ją od swoje mamy, a moja mama dostała ją z kolei od swoje mamy. Myślę, że jeszcze przekażę ją swojej córce. W tej książeczce są takie modlitwy, których nie ma już w tych nowoczesnych wydaniach. To jest tradycyjne. Strzegę jej bardzo, jak ważnego dokumentu – opowiada pani Irena ze wsi Rafałówka niedaleko Białegostoku. Pani Irena nabożeństwo majowe odprawia od przeszło 40 lat. Ludzie z Rafałówki spotykają się w maju pod przydrożną kapliczką, z figurą Maryi.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Coś więcej niż tylko śpiew.
Fenomen nabożeństw majowych
fot: Łukasz Zarzycki / Forum
***
W majowe wieczory, gdy wiosna roztacza wokół swój zapach, wierni udają się do kościołów lub przydrożnych kapliczek, aby śpiewem litanii loretańskiej uczcić Matkę Bożą. Nabożeństwa majowe mają w sobie coś wyjątkowego, skoro co roku przyciągają liczne rzesze wiernych. Być może dzieje się tak dlatego, że odmawiając litanię loretańską, składamy Matce Bożej swoisty bukiet kilkudziesięciu pięknych wezwań.
Historia nabożeństw majowych
Choć dziś centralnym punktem nabożeństw majowych jest litania loretańska, ich historia sięga czasów znacznie wcześniejszych niż jej powstanie. Już w V wieku na Wschodzie wierni gromadzili się, by wspólnie śpiewać pieśni maryjne, natomiast zwyczaj odprawiania nabożeństw w maju ukształtował się na przełomie XIII i XIV wieku. Za twórcę właściwej formy nabożeństw majowych uznaje się jezuitę, ojca Ansolaniego (1713), który w kaplicy królewskiej w Neapolu codziennie w maju organizował koncert pieśni maryjnych, po którym następowało błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem. Z kolei papieże Pius VII oraz bł. Pius IX obdarzyli nabożeństwo majowe odpustami. W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe odprawili jezuici w Tarnopolu w 1838 roku.
Litania loretańska
Wbrew swojej nazwie litania loretańska nie powstała w Loreto, lecz najprawdopodobniej we Francji, w XII wieku, kiedy to litanie zaczęły zyskiwać dużą popularność. Z tego okresu pochodzi jej najstarszy zachowany rękopis, przechowywany w Paryżu.
Jak wyjaśnia historię litanii do Matki Bożej ks. Tomasz Jaklewicz, do istniejącej od V wieku Litanii do Wszystkich Świętych stopniowo dodawano kolejne wezwania ku czci Bożej Rodzicielki. „Intuicja wiernych była taka, że świętość Matki Jezusa wyrasta ponad innych świętych, dlatego dokładano ciągle nowe Jej określenia. W końcu było ich tak dużo, że powstała osobna litania”[1]
Określenie loretańska wzięło się stąd, że właśnie w włoskim Loreto była ona szczególnie propagowana i odmawiana, a także dlatego, że używany tam jej schemat najbardziej się rozpowszechnił. W mieście tym, w bazylice, znajduje się – według tradycji przewieziony z Nazaretu – Domek Świętej Rodziny, w którym mieszkała Maryja i gdzie archanioł Gabriel zwiastował Jej poczęcie Syna Bożego. W Loreto litania odmawiana jest w każdą sobotę już od 1531 roku, a w 1575 roku dyrygent tamtejszego chóru, Constanzo Porta, opracował jej wersję chóralną na osiem głosów.
W 1601 roku papież Klemens VIII, widząc rozpowszechnianie się różnych litanii, nierzadko zawierających niewłaściwe elementy, nakazał zniesienie wszystkich tego typu nabożeństw, czyniąc jednak wyjątek dla dwóch: Litanii do Wszystkich Świętych oraz litanii loretańskiej. Trzydzieści lat później wprowadzono obowiązek uzyskania aprobaty Stolicy Apostolskiej dla wszelkich zmian w jej tekście, co przyczyniło się do jej ujednolicenia i dalszego upowszechnienia. Istotną rolę w szerzeniu litanii odegrały również zakony: dominikanie, kapucyni i karmelici.
Bogactwo tytułów Matki Bożej
Liczba wezwań zawartych w litanii do Matki Bożej zmieniała się na przestrzeni wieków. W paryskim rękopisie znajduje się ich 73 – utrzymane w jednolitym rytmie i uporządkowane według starannie zaplanowanego układu. Tymczasem w modlitewniku z Loreto z 1572 roku odnajdujemy jedynie 43 wezwania. Z biegiem czasu dodawano jednak do litanii kolejne tytuły maryjne.
Już w 1675 roku bractwa różańcowe uzyskały przywilej śpiewania wezwania Królowo Różańca Świętego, które w 1883 roku – na prośbę generała dominikanów – zostało rozciągnięte na cały Kościół. Ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny w 1854 roku przyniosło wezwanie Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta, a dogmatu o Wniebowzięciu Matki Bożej z 1950 r. – Królowo Wniebowzięta. W kolejnych latach dodawano następne wezwania: Matko Dobrej Rady (1903), Królowo Pokoju (1917), Matko Kościoła (1980), Królowo Rodziny (1995; w Polsce w liczbie mnogiej: Królowo rodzin), a w 2020 roku: Matko Miłosierdzia, Matko nadziei, oraz Pociecho migrantów.
W Polsce przynajmniej od 1656 r. odmawiano wezwanie Królowo Korony Polskiej; oficjalnie zatwierdzone je w 1922 r., a po II wojnie światowej przyjęło ono formę Królowo Polski. Od 1954 r. w niektórych kościołach śpiewa się również wezwanie Królowo świata, a od 1983 r. w archidiecezji katowickiej – Matko sprawiedliwości i miłości społecznej. W diecezji zamojsko-lubaczowskiej dodaje się z kolei wezwanie Matko Odkupiciela.
Wezwania zawarte w litanii do Matki Bożej dzielą się na kilka grup. Na początku Maryja przyzywana jest jako Święta, następnie jako Matka, Panna i Królowa. Z kolei środkowe wezwania nie znajdują się w żadnej z tych grup – są bardzo bogate teologicznie, choć niekiedy mogą być trudniejsze w odbiorze.
Zwierciadło sprawiedliwości
W Starym Testamencie sprawiedliwość utożsamiano przede wszystkim z wypełnianiem przepisów Prawa. Choć jest to istotny jej wymiar, nie wyczerpuje on jednak całego znaczenia tego pojęcia – Bóg nie oczekuje od człowieka jedynie posłuszeństwa wynikającego z lęku. Człowiek sprawiedliwy nie tylko zachowuje przykazania, lecz także prowadzi życie zgodne z Bożym zamysłem.
Maryja jest dla nas w tym względzie wzorem, co w sposób szczególny ujawnia scena Zwiastowania. Choć słowa anioła mogły wydawać się po ludzku niezrozumiałe – że ma zostać Matką Boga, i to bez udziału mężczyzny – nie sprzeciwiła się, lecz całkowicie zaufała woli Bożej. W ten sposób stała się dla nas nie tylko przykładem sprawiedliwości, lecz także swoistym zwierciadłem: patrząc na Nią i odnosząc się do Jej postawy, możemy dostrzec, czego jeszcze nam brakuje, abyśmy mogli być nazwani ludźmi sprawiedliwymi.
Stolica mądrości
Ojcowie Kościoła utożsamiali Mądrość, o której mówią księgi Starego Testamentu – m.in. Księga Mądrości, Syracha czy Przysłów – z Synem Bożym, który jest Słowem, Logosem, ponieważ pochodzi z Boskiego Intelektu. To On “był na początku u Boga i przez Niego wszystko się stało” (prolog Ewangelii wg św. Jana).
Słowo „stolica” oznacza także tron. Mówimy przecież o Stolicy Piotrowej, czyli o Watykanie – między innymi dlatego, że to tam znajduje się tron pierwszego papieża i tam zasiadają jego następcy. Nic więc dziwnego, że Maryja nazywana jest Stolicą Mądrości, czyli Tronem Słowa Wcielonego, ponieważ to Jej ciało stało się pierwszym tronem, na którym spoczął na tym świecie Wcielony Bóg.
Słowa Księgi Mądrości Kościół odnosi również do samej Matki Bożej, gdyż Ona także istniała w zamyśle Bożym od początku. Zdanie: „Od wieków zostałam ustanowiona, od początku, przed pradziejami ziemi” (Prz 8,23) odnosi się właśnie do Niej. Maryja była napełniona Duchem Świętym i całym swoim życiem świadczyła o wielkich dziełach Boga. „Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny” (Łk 1,49) – mówiła, ukazując Bożą Mądrość i dając o niej świadectwo wobec ludzi, wśród których żyła.
Róża duchowna
Róża od wieków uchodzi za kwiat wyjątkowy, nazywany wręcz „królową” wśród kwiatów; w średniowieczu jej piękno opiewali trubadurzy w swojej poezji. Nie wiemy, jak wyglądała Matka Boża – możemy jedynie przypuszczać, że była kobietą piękną – jednak bez wątpienia odznaczała się niezwykłym pięknem duchowym. Już archanioł Gabriel nazwał Ją „pełną łaski”, a łaska Boża jest przecież światłem, które rozjaśnia wnętrze człowieka i czyni go duchowo pięknym.
Piękno ducha Maryi przejawiało się także w tym, że „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (por. Łk 2,51), kontemplując dzieła Boga dokonujące się w Jej życiu. Podczas spotkania ze św. Elżbietą wyznała zaś: „raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,47). Jej dusza była nieustannie zwrócona ku Bogu i to z Niego czerpała swoje piękno.
Można więc powiedzieć, że życie duchowe Maryi było piękne niczym róża. Dzięki szczególnej łasce, wynikającej z Jej wybrania na Matkę Bożą, została zachowana od grzechu pierworodnego. Jej dusza była czysta od samego poczęcia i pozostała nieskalana przez całe życie.
Nie sposób wreszcie pominąć symboliki róży wyrastającej pośród cierni – znaków bólu i duchowych zmagań. A tych w życiu Maryi nie brakowało: od przejmującego proroctwa Symeona aż po złożenie ciała Jej Syna do grobu. Mimo tych doświadczeń nie zachwiała się w wierności Bogu; przeciwnie – pośród cierpienia jaśniała duchowym pięknem niczym róża.
Wieża Dawidowa i wieża z kości słoniowej
Wieża od zawsze pełniła podwójną funkcję: obronną i obserwacyjną. Stanowiła niezwykle istotny element fortyfikacji – z jej szczytu można było dostrzec zbliżającego się wroga, a niejednokrotnie była także ostatnim bezpiecznym schronieniem w razie ataku.
Jak głosi tradycja, wieża Dawida została wzniesiona po jego zwycięstwie nad Filistynami, około roku 1000 przed Chrystusem, i stanowiła ważny element systemu obronnego Jerozolimy. W jej obrębie znajdowała się siedziba władcy oraz świątynia poświęcona Panu. Maryja nazywana jest Wieżą Dawidową, ponieważ przez dziewięć miesięcy nosiła w swoim łonie Władcę i Boga.
Kość słoniowa natomiast była materiałem niezwykle cennym i kosztownym, wykorzystywanym w sztuce i budownictwie. Nazywając Matkę Bożą „wieżą z kości słoniowej”, podkreślamy Jej piękno i wyjątkowość, a także fakt, że pod swoim sercem nosiła najcenniejszy dar – samego Boga.
Arka Przymierza i Dom złoty
Arka Przymierza była skrzynią, w której przechowywano laskę Aarona, naczynie z manną oraz kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. Dla Izraelitów stanowiła znak Bożej obecności – niesiona przez kapłanów towarzyszyła im w drodze. Otaczano ją szczególną czcią, chroniono podczas wypraw wojennych, a w czasie wędrówki do Ziemi Obiecanej pozostawała centralnym elementem kultu. Bezpośredni dostęp do niej miał jedynie arcykapłan.
W okresie wędrówki Arkę przechowywano w Namiocie Spotkania, natomiast po zbudowaniu świątyni przez króla Salomona została umieszczona w Miejscu Najświętszym. Była dla Izraelitów widzialnym znakiem obecności Boga, który powiedział: „I uczynią Mi święty przybytek, abym mógł zamieszkać pośród nich” (Wj 25,8).
Maryja nazywana jest Arką Przymierza, ponieważ stała się mieszkaniem Boga Wcielonego – to w Jej łonie przez dziewięć miesięcy przebywał Bóg-Człowiek. Z tego samego powodu określa się Ją również mianem Domu złotego: duchowego tabernakulum, miejsca obecności Chrystusa.
Brama niebieska
To właśnie dzięki Maryi na świat przyszedł Zbawiciel – Ten, który swoją Męką i Śmiercią otworzył wierzącym bramy Niebios. Nie dziwi więc, że nazywamy Ją Bramą niebieską. Istnieje jednak także inny powód tego tytułu: Maryja jest Pośredniczką do swojego Syna. Można powiedzieć, że jest bramą oddzielającą nas – ludzi, żyjących w sferze profanum – od Boga, który jest rzeczywistością sacrum. To właśnie przez tę Bramę Zbawiciel udziela nam wszelkich łask.
Kościół zachęca również wiernych, aby w godzinie śmierci wzywali imienia Maryi, w nadziei, że Jej wstawiennictwo pomoże im stanąć przed obliczem Jej Syna. Jest to zatem jeszcze jeden powód, by nazywać Ją Bramą niebieską.
Gwiazda zaranna
Gwiazda zaranna to obiekt astronomiczny widoczny tuż przed wschodem Słońca. W rzeczywistości nie jest ona gwiazdą, lecz planetą Wenus. Świeci – a właściwie odbija światło słoneczne – do końca nocy; pozostaje widoczna jeszcze o świcie, by następnie zniknąć w blasku wschodzącego Słońca. Dla astronomów jest zjawiskiem szczególnym, ponieważ gdy inne gwiazdy stopniowo bledną, ona jako ostatnia pozostaje na niebie przy wschodzącym Słońcu, zapowiadając nadejście poranka; można wręcz powiedzieć, że „wprowadza” Słońce na świat.
Nie bez powodu Kościół nazywa Maryję Gwiazdą zaranną. To Ona poprzedziła przyjście Zbawiciela – Słońca Sprawiedliwości. Zajaśniała tuż przed Jego narodzeniem i towarzyszyła Mu w czasie Jego ziemskiej misji oraz dzieła Odkupienia. Fakt, że gwiazda zaranna nie jest w istocie gwiazdą, lecz planetą, może paradoksalnie jeszcze pełniej oddawać sens tego tytułu: Maryja nie świeci własnym światłem, lecz jedynie odbija blask chwały swojego Syna.
Bukiet dla Matki Bożej
Ofiarowanie litanii na ręce Matki Bożej można porównać do wręczenia Jej bukietu złożonego z różnorodnych kwiatów. Nie jest to bowiem nazwanie Jej jednym czy dwoma tytułami, lecz przyzywanie Jej pod wieloma – często kilkudziesięcioma – wezwaniami. Można to rozumieć jako swoiste składanie Jej duchowych komplementów oraz wysławianie cnót oraz przywilejów, którymi obdarzył Ją Bóg.
Choć różne melodie, na które w Polsce śpiewa się litanię loretańską, są piękne, a sam jej tekst pełen poruszających określeń, którymi oddaje się cześć Matce Bożej, wiernych do kościołów i przydrożnych kapliczek nie przyciąga jedynie nostalgia. Przede wszystkim jest to pragnienie oddania Maryi czci i złożenia Jej tego symbolicznego bukietu w postaci litanii loretańskiej.
Litanią tą – szczególnie śpiewaną – stosunkowo łatwo się modlić. Jej obrazowy język ułatwia skupienie uwagi. Można wówczas wyobrażać sobie Maryję jako m.in. Arkę Przymierza czy Bramę Niebios i przez chwilę zatrzymać się na tych obrazach w modlitwie.
Praktyka nabożeństw majowych przy przydrożnych kapliczkach pokazuje również, że ludzie potrafią zostawić codzienne zajęcia, by o zachodzie słońca udać się na wspólną modlitwę i odśpiewać litanię loretańską. Nierzadko gromadzą się sami z sąsiadami, znajomymi, a czasem po prostu z osobami, które – podobnie jak oni – dzielą maryjną pobożność. Wieczór jest też naturalną porą wyciszenia po całym dniu pracy, by zatrzymać się na chwilę i poświęcić czas modlitwie do Matki Bożej, która jest dla wierzących orędowniczką u swojego Boskiego Syna.
Zawarte w litanii tytuły i obrazy nie są celem samym w sobie, ponieważ Maryja zawsze wskazuje na Chrystusa. Dlatego litania, choć tak bogata w określenia, pozostaje w istocie modlitwą skierowaną ku Bogu przez Jej wstawiennictwo.
Pomirska Z., Akatyst i litania loretańska w duchowości maryjnej, „Język – Szkoła – Religia”, 2013, nr 8/1, s. 147-155.
[1] T. Jaklewicz, ks., Śpiewana ikona, „Gość Niedzielny” 32/2011, http://kosciol.wiara.pl/doc/918903.Spiewana-Ikona.
***
Litania Loretańska
Miesiąc maj, poświęcony jest w szczególny sposób Matce Bożej. Jest to miesiąc nabożeństw, podczas których rozbrzmiewa w kościołach, przy kapliczkach czy figurach przydrożnych Litania do Najświętszej Maryi Panny, nazywana popularnie Litanią Loretańską.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Dlaczego loretańska?
Nazwa pochodzi od włoskiego miasta Loreto, gdzie w sanktuarium maryjnym, istniejącym od końca XII wieku, litania ta odmawiana jest publicznie od 1531 roku.
Jak powstała Litania loretańska?
To, że odmawiano ją w Loreto, nie oznacza, że tam powstała [została napisana]. Śpiewali ją w różnych formach pielgrzymi przybywający do sanktuarium, dodając wciąż nowe wezwania. Jest dziełem wielu anonimowych i nieznanych autorów. Jedna z teorii mówi o tym, że powstała w Paryżu lub jego okolicach w latach 1150-1200. Po raz pierwszy tekst Litanii loretańskiej opublikowano w 1558 roku w Dillingen, dzięki staraniom Piotra Kanizjusza, propagatora kultu maryjnego. Pierwszą znaną melodię do jej tekstu skomponował dyrygent chóru w Loreto – Constanzo Porta, w 1576 roku. Pierwotny test powstał w języku łacińskim, który obowiązywał wtedy w Kościele.
Co oznaczają zwroty Kyrie elejson, Chryste elejson?
W języku greckim Kyrios znaczy Pan, Władca. W Starym Testamencie słowem Kyrios zastępowano imię Boga Ojca, a w Nowym Testamencie odnosiło się ono do Chrystusa [stąd Chryste, od greckiego Christe]. Czasownik elejson znaczy „litować się”, „okazać łaskę i miłosierdzie”. Kyrie elejson tłumaczymy więc jako: „Panie, zmiłuj się”.
Dlaczego wezwanie to powtarza się trzykrotnie?
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kyrie elejson powtarzano wiele razy, zwłaszcza w liturgii wschodniej. Dopiero w IX wieku liczbę wezwań ograniczono do trzech ze względu na Trzy Osoby Boskie. Pierwsze Kyrie odnosi się do Boga Ojca, drugie do Syna Bożego [zastąpiono je więc słowem Chryste], trzecie do Ducha Świętego.
Geneza Litanii Loretańskiej jest trudna do ustalenia.
Najprawdopodobniej w swej charakterystycznej formie i podstawowym zarysie pojawiła się w manuskrypcie paryskim z końca XII wieku. Można również wykazać, że niektóre wezwania skierowane do Maryi znajdowały się w Litanii do Wszystkich Świętych, z biegiem czasu dodawane nowe tytuły maryjne stawały się coraz liczniejsze i stopniowo utworzyły nową grupę, która oderwała się od początkowego pnia.
Litania zwana jest „Loretańską” od miasteczka Loreto, położonym w prowincji Ancona, we Włoszech, gdzie znajduje się słynne sanktuarium maryjne. Wierzono, że w XIII wieku został przeniesiony przez aniołów do Loreto Domek Nazaretański, w którym przyszła na świat Matka Boża. Faktem jest, że litania była szczególnie propagowana i odmawiana przez pielgrzymów w tym sanktuarium maryjnym. Przybrała tam ostateczną formę i zaczęła promieniować na cały Kościół. Z roku 1531 pochodzi świadectwo używania jej w tym sanktuarium. Po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1572 r. we Florencji i zawierała 43 wezwania. Do końca XVI wieku jeszcze co najmniej 20 razy, co świadczy o jej wielkim rozpowszechnianiu.
W dokumentach papieskich pojawiła się o niej wzmianka w 1581 r. w bulli „Redituri” papieża Sykstusa V, który udzielił za jej odmawianie 200 dniowego odpustu i zachęcał wiernych do jej odmawiania. Kolejne odpusty przypisali do niej Pius VII oraz Pius XI w 1932 r. Natomiast papież Benedykt XIV urzędowo ją zatwierdził i zezwolił stosować w publicznym kulcie Kościoła.
Wezwania Litanii Loretańskiej podlegały zmianom (dzisiejsza wersja litanii zawiera 52 wezwania). Usuwano lub wzbogacano ją nowymi wezwaniami w zależności od potrzeb i okoliczności. I tak w ciągu wieków oficjalnie dodano następujące inwokacje: „Wspomożenie wiernych” przypisywana Piusowi V w związku ze zwycięstwem nad Turkami pod Lepanto (1571); „Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta” – Piusowi IX, dzień przed ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu NMP (1854); Leon XIII wprowadził wezwanie „Królowo Różańca świętego” (1883) oraz „Matko dobrej rady” (1903). W 1908 r.
Kościół w Polsce uzyskał zgodę na włączenie tytułu „Królowo Korony Polskiej” (przekształcone po drugiej wojnie światowej w „Królowo Polski”). „Królowo pokoju” włączył Benedykt XV (1917), a papież Pius XII – „Królowo wniebowzięta” (1950) w związku z ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu NMP; „Matko Kościoła” (tytuł nadany przez Pawła VI w czasie Soboru Watykańskiego II) Jan Paweł II przyznał prawo Konferencji Episkopatów do włączenia go do litanii (1980); Janowi Pawłowi II zawdzięczamy też wezwanie „Królowo Rodziny” (1995).
Oprócz zezwoleń na powszechne wprowadzenie inwokacji, wydano wiele zezwoleń ograniczonych do poszczególnych diecezji lub zgromadzeń zakonnych. I tak np. franciszkanie uzyskali pozwolenie na umieszczenie (na ostatnim miejscu) własnego wezwania „Królowo zakonu serafickiego” (1910), a karmelici stosują od 1689 wezwanie „Królowo szkaplerza świętego”.
Co do pobożnej praktyki odmawiania lub śpiewania Litanii warto przytoczyć fragment „Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii”. Czytamy tam: „W wyniku rozporządzenia papieża Leona XIII o kończeniu odmawiania różańca w październiku śpiewem Litanii Loretańskiej liczni wierni byli przeświadczeni, że litania jest tylko rodzajem dodatku do różańca. W rzeczywistości jednak jest ona czymś niezależnym. Litanie bowiem mogą stanowić samodzielny element hołdu składanego Maryi, być śpiewem procesyjnym, stanowić część nabożeństwa Słowa Bożego lub innych aktów liturgicznych”.
ks. Eugeniusz Burzyk/Justyna Wołoszka/Tygodnik Niedziela
***
Litania Loretańska
Adobe Stock
Kyrie eleison. Christe, eleison. Kyrie eleison.
Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, Jedyny Boże, — zmiłuj się nad nami.
Święta Maryjo, — módl się za nami.
Święta Boża Rodzicielko,
Święta Panno nad pannami,
Matko Chrystusowa,
Matko Kościoła,
Matko miłosierdzia,
Matko łaski Bożej,
Matko nadziei,
Matko nieskalana,
Matko najczystsza,
Matko dziewicza,
Matko nienaruszona,
Matko najmilsza,
Matko przedziwna,
Matko dobrej rady,
Matko Stworzyciela,
Matko Zbawiciela,
Panno roztropna,
Panno czcigodna,
Panno wsławiona,
Panno można,
Panno łaskawa,
Panno wierna,
Zwierciadło sprawiedliwości,
Stolico mądrości,
Przyczyno naszej radości,
Przybytku Ducha Świętego,
Przybytku chwalebny,
Przybytku sławny pobożności,
Różo duchowna,
Wieżo Dawidowa,
Wieżo z kości słoniowej,
Domie złoty,
Arko przymierza,
Bramo niebieska,
Gwiazdo zaranna,
Uzdrowienie chorych,
Ucieczko grzesznych,
Pociecho migrantów,
Pocieszycielko strapionych,
Wspomożenie wiernych,
Królowo Aniołów,
Królowo Patriarchów,
Królowo Proroków,
Królowo Apostołów,
Królowo Męczenników,
Królowo Wyznawców,
Królowo Dziewic,
Królowo wszystkich Świętych,
Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta,
Królowo wniebowzięta,
Królowo różańca świętego,
Królowo rodzin,
Królowo pokoju,
Królowo Polski,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — zmiłuj się nad nami.
P. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się. Panie, nasz Boże, daj nam, sługom swoim, cieszyć się trwałym zdrowiem duszy i ciała, † i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy * uwolnij nas od doczesnych utrapień i obdarz wieczną radością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.
Antyfona
Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona. O Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza. Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj.
Modlitwa św. Bernarda
Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. W. Amen.
***
Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.
Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.
***
fot. Mateusz Kuca | Shutterstock/Aleteia.pl
***
Dlaczego litania jest loretańska?
Dlaczego litanię poświęconą czci Matki Bożej nazywamy “loretańską”?
W litanii loretańskiej mamy aż cztery grupy wezwań, które mają nam pomóc zrozumieć Matkę Bożą; ale nie tylko Ją samą, chyba też trochę Pana Boga… Tekst litanii, może stać się dla nas jak rekolekcje, jak zapis kolejnych punktów do rozmyślania.
Samo słowo „litania” oznacza w języku greckim prośbę. Początki litanii loretańskiej sięgają XII w. i wiążą się z Francją. Wzorem dla jej twórców była pewnie poezja rycerską i nazywanie Maryi „Panią”. Sama nazwa litanii nawiązuje do Loreto – włoskiego miasteczka, do którego w średniowieczu przeniesiono autentyczny dom rodzinny Maryi z Nazaretu.
Rodzinny dom Maryi
To niezwykłe sanktuarium Maryjne, bowiem nie czci się tu przede wszystkim wizerunku Matki Bożej, ale… jej rodzinny dom. Jak podaje legenda, w średniowieczu, z powodu muzułmańskich podbojów Ziemi Świętej, dom Maryi miał być w cudowny sposób przeniesiony z Nazaretu do włoskiej wsi na wybrzeżu Adriatyku. Za niebiańskim transportem gabarytowej relikwii mieli zaś stać zwyczajnie aniołowie.
Badacze historii Domku Maryi, znajdującego się dziś we włoskim Loreto opowiadają ją jednak bardziej przekonująco dla współczesnych racjonalnych umysłów. Aniołami jest w niej bogata rodzina Angelich, zaś cudowny transport polegał w istocie na rozebraniu i rekonstrukcji w nowym miejscu domostwa, w którym według tradycji wychowywała się Maryja.
Domek Maryi a Litania Loretańska
Gdy w XIII w. krzyżowcy zaczęli ratować spod panowania muzułmańskiego kolejne relikwie swojej wiary, zadbali także o ten Domek. Dzięki pokaźnej dotacji ze strony rodziny Angelich z Włoch udało się domek precyzyjnie rozebrać, opisując każdą część i przewieźć przez Chorwację na wschodnie wybrzeże Włoch. Tam w miejscowości Loreto pieczołowicie domek odbudowano. Prace rekonstrukcyjne zaś zakończyły się dokładnie 10 grudnia 1294 r. Data wspomnienia liturgicznego Matki Bożej z Loreto została przesunięta jeden dzień później z uwagi na wcześniej obchodzony już 10 grudnia dzień św. Grzegorza III. Na przenosiny budowli ma wskazywać stan zaprawy w kamieniach, badany już współcześnie.
W nowej, włoskiej ojczyźnie nazaretański Domek również otoczono pokaźną bazyliką. Modlitwy do Maryi i jej kolejne wezwania powtarzane w tym miejscu przekształciły się zaś w ciągu wieków w Litanię zwaną przez nas Loretańską.
(fragmenty tekstów autorstwa Szymona Hiżyckiego OSB oraz Anny Druś) Stacja7.pl
***
siostra Wanda Putyra:
W młodości litania loretańska mnie nudziła. Dziś odkrywam ją na nowo!
O nabożeństwach majowych pachnących bzem, znaczeniu i sensie modlitwy słowami Litanii Loretańskiej i budowaniu więzi z Maryją, rozmawiamy z s. Wandą Putyrą, nauczycielką muzyki, dyrygentką chóru i scholi gregoriańskiej w szkołach sióstr prezentek w Krakowie.
Zofia Świerczyńska: Z czym kojarzy się siostrze maj?
s. Wanda Putyra: Kiedy sięgam pamięcią do swojego dzieciństwa, maj kojarzy mi się z kościołem, zapachem kadzidła, z organami i… Litanią Loretańską.
Co wyjątkowego jest w tej modlitwie?
To jest modlitwa, która nas uczy być jak Maryja, przez nią możemy wyprosić bardzo wiele. To jest najlepsza forma do przeżycia miesiąca poświęconego czci Maryi. To również okazja do zbudowania takiej serdecznej więzi z Matką Bożą. Wyjątkowość tej modlitwy stanowią słowa, którymi otaczamy Maryję jak wiankiem z najpiękniejszych kwiatów. To słowa miłości… Chyba każda mama lubi słyszeć od swojego dziecka tyle słów czułości, wdzięczności i podziwu. A my, jako dzieci uczymy się przez to bezinteresownej miłości. Pamiętam, kiedy byłam małą dziewczynką, zawsze chodziliśmy z mamą i moim rodzeństwem na nabożeństwa majowe. Moja mama uczyła mnie jak modlić się do Matki Bożej, pokazywała mi Maryję jako mądrą, dobrą i piękną kobietę. Pamiętam bzy, jaśminy, Litanię Loretańską i to piękno, którym jest otoczona Maryja. To dobre wspomnienia, do których często wracam z sentymentem.
Nabożeństwa majowe wpisane są we wspomnienia z dzieciństwa wielu z nas. Co zrobić, by to nie było tylko wspomnienie, lecz nasza codzienność?
Przyznam szczerze, że moja wiara w dzieciństwie to taka sielanka – majówki, litania… W czasie młodości strasznie mnie to nudziło. Nie mogłam przekonać się do tej modlitwy, bo wydawało mi się, że ciągle wołamy i wzywamy Maryję tymi samymi wezwaniami, na ciągle taką samą melodię… To było po prostu nudne! Pamiętam słowa śp. ks. Pawlukiewicza, które wtedy bardzo mnie poruszyły, i na nowo przekonały do tej modlitwy. Ksiądz Piotr powiedział, że litanie i koronki – modlitwy, które mają w sobie pewną powtarzalność słów i wyrażeń, wymyślili… mężczyźni i małe dzieci. Bo małe dzieci wołają “mamo kup, mamo kup” i mama w końcu się zlituje, a mężczyźni “pocałuj, pocałuj, pocałuj” i dziewczyna w końcu się zgodzi. Te słowa do mnie przemówiły (śmiech). I to żartobliwe porównanie pomogło mi na nowo odnaleźć sens i wrócić do tej modlitwy jaką jest Litania Loretańska.
Które z określeń Matki Bożej najbardziej siostrę poruszają?
Teraz, osiągnąwszy wiek troszkę większy niż naście lat (śmiech), przeżywam modlitwę litanią na nowo i odkrywam w niej Maryję jako piękną, dobrą, mądrą kobietę i wzór kobiecości dla siebie. Bardzo lubię te wezwania “Panno wierna”, “Panno łaskawa”, “Panno wsławiona”, “Panno można”. Odkrywam w nich wzór Matki duchowej, siostry która towarzyszy innym. Dla mnie cenne jest to wezwanie “Panno wierna”, bo chcę być wierna moim ślubom zakonnym, co wcale nie jest łatwe. To wezwanie i ukazanie Maryi jako kobiety wiernej, pomaga mi w codzienności.
Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.
W litanii słyszymy też dużo wezwań, które brzmią archaicznie, niezrozumiale…
Z jednej strony jest to piękne, ponieważ ten język jest sięgnięciem do skarbca Kościoła, do tradycji naszych przodków. Ja to odczytuję w ten sposób, że włączam się w coś, czym Kościół żyje już kilkaset lat, dlatego ten język – choć stary – jest taki piękny. Z drugiej strony, język oczywiście jest archaiczny, ale mamy teraz takie możliwości, że wystarczy gdzieś kliknąć w Internecie i jeżeli ktoś chce poznać lepiej swoją Mamę, wystarczy wpisać hasła w wyszukiwarkę i po prostu znaleźć znaczenie tych słów. Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.
Zgodziła się siostra wyśpiewać tą niezwykłą modlitwę. Dlaczego warto włączyć się w to wspólne “wołanie do Mamy”?
Dla mnie to proste i oczywiste… Któż inny, jak Uzdrowienie chorych, Ucieczka grzesznych i Pocieszycielka strapionych zrozumie nas lepiej, wysłucha i pomoże przejść przez to, czym teraz żyjemy?
Stacja7.pl
***
Nabożeństwa majowe przetrwały wieki. Jakie były początki tej pobożności.
Polskie kapliczki (fot. fot.mateusz/depositphotos.com/pl)
***
Maj od wieków zajmuje wyjątkowe miejsce w duchowości katolickiej jako miesiąc szczególnie poświęcony Matce Bożej. Nabożeństwa majowe, czyli „majówki”, wpisały się na stałe w religijny pejzaż Polski, odbywając się wieczorami w świątyniach, przy kapliczkach, grotach i przydrożnych figurach. Ich centralnym punktem pozostaje Litania Loretańska, której wezwania przez wieki pogłębiały maryjne przeżywanie wiary.
Początki maryjnej pobożności
Choć źródła maryjnej pobożności sięgają V wieku na Wschodzie, dopiero na przełomie XIII i XIV wieku miesiąc maj zaczęto na Zachodzie poświęcać Maryi – głównie z inicjatywy króla Hiszpanii Alfonsa X, który zachęcał wiernych do wspólnej modlitwy przy figurach Matki Bożej.
Tradycja ta szybko się rozprzestrzeniła, a swój rozwój zawdzięczała także postępowi technicznemu – drukowane modlitewniki, jak „Maj duchowy” z 1549 roku, popularyzowały majowe formy kultu jako odpowiedź na kryzys Reformacji.
Włoski jezuita o. Ansolani uchodzi za ojca nabożeństw majowych. W XVIII wieku organizował w Neapolu koncerty pieśni maryjnych zakończone błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Dzieło to rozwinął o. Muzzarelli, wprowadzając „majówki” w kościele Il Gesù w Rzymie i propagując je w całej Europie.
Majówki po raz pierwszy w Polsce
W Polsce po raz pierwszy odnotowano nabożeństwa majowe w Tarnopolu w 1838 roku, a w kościele Świętego Krzyża w Warszawie oficjalnie odprawiono je w 1852 roku. Do końca XIX wieku zwyczaj ten przyjął się w większości polskich parafii. W wielu miejscowościach wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy kapliczkach czy na ulicach miast. Integralną częścią nabożeństwa jest Litania Loretańska – modlitwa powstała prawdopodobnie w XII wieku, zatwierdzona przez papieża Sykstusa V w 1587 roku.
Zawiera ona wezwania dogmatyczne, historiozbawcze i eschatologiczne, wskazując na rolę Maryi w historii zbawienia i jej duchową obecność pośród wiernych. W czerwcu 2020 roku papież Franciszek zatwierdził trzy nowe wezwania do Litanii Loretańskiej: „Matko miłosierdzia”, „Matko nadziei” oraz „Pociecho migrantów”.
„Pociecho migrantów” – nowe wezwanie papieża Franciszka
Decyzja ta została ogłoszona przez Dykasterię ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, a jej celem było uwzględnienie aktualnych wyzwań duszpasterskich oraz pogłębienie refleksji nad rolą Maryi we współczesnym świecie. Nowe wezwania znalazły swoje miejsce w określonych punktach Litanii: „Matko miłosierdzia” po „Matko Kościoła”, „Matko nadziei” po „Matko łaski Bożej”, a „Pociecho migrantów” po „Ucieczko grzesznych”.
W Polsce zmiany te weszły w życie pod koniec sierpnia 2020 roku, po oficjalnym zatwierdzeniu przez Konferencję Episkopatu Polski. Wezwanie „Matko miłosierdzia” funkcjonowało wcześniej w polskiej wersji litanii, jednak po wprowadzeniu zmian zostało przeniesione na nowe miejsce, zgodnie z układem wyznaczonym przez Stolicę Apostolską.
Papież Benedykt XVI mówił w 2010 roku, że maj, jako najpiękniejszy miesiąc w roku, poświęcony jest „najpiękniejszemu kwiatowi stworzenia” – Maryi, która jest duchowym sercem Kościoła i pamięcią o Jezusie. Takie rozumienie miesiąca maryjnego nie traci na aktualności i wciąż inspiruje do codziennej, wspólnotowej modlitwy – zarówno w rodzinach, jak i w przestrzeni publicznej.
KAI/deon.pl
***
Obraz, przed którym po raz pierwszy na ziemiach polskich odprawiono nabożeństwo majowe
Emerytowana nauczycielka Antonina Mrozówna wraz z siostrą z narażeniem życia przechowały ten wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej. Domena publiczna
***
Zwyczaj nabożeństw majowych, o czym przypomniał już jakiś czas temu, Dominik Dubiel SJ w tekście „Majowe w czasach popkultury. Nabożeństwo bez przyszłości?”, rozpropagowali w XIX w. jezuici. Oni też wprowadzili majówki w naszym kraju.
Jednak obraz Matki Bożej, przed którym w 1838 r. odprawiono pierwszą majówkę na ziemiach polskich, znajduje się w kościele… dominikańskim. Jak to możliwe?
Kasaty zakonów
Przedstawienie Matki Bożej Różańcowej z Tarnopola zostało namalowane w połowie XVIII w. do właśnie budowanego tam kościoła dominikanów. Ukończono go w latach 70. tego stulecia. A Maryi oddano do dyspozycji jedną z bocznych kaplic, ponieważ głównym opiekunem duchowym miejsca został św. Wincenty Ferreriusz.
Kaznodzieje jednak nie nacieszyli się długo swoją świątynią. Najpierw „dokwaterowano” im parafię. Wkrótce potem nadeszły zabory i cesarz austriacki skasował ten klasztor, odsyłając ojców do ich domu zakonnego w Żółkwi.
Pozostawili po sobie jednak całkiem nowy i zdecydowanie ładny kompleks budynków. A że w Rosji właśnie skasowano dla odmiany jezuitów, ci przybyli do Tarnopola i „tymczasowo” osiedli w miejsce dominikanów. Miało to miejsce w 1820 r. i tymczasowy pobyt przedstawicieli Towarzystwa Jezusowego wydłużył się do 1901 r.
To właśnie sprawiło, że kiedy w 1838 r. o. Franciszek Ksawery Asum SJ postanowił odprawić pierwszą majówkę na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej, odbyła się ona przed obrazem de facto dominikańskim. Jezuici wprowadzili zresztą zwyczaj, że na maj przenosili go do ołtarza głównego, tak, aby więcej wiernych mogło wziąć udział w nabożeństwie, a przy okazji też podziwiać piękno tego przedstawienia.
Powrót dominikanów i wyjazd obrazu
Jezuici opuścili klasztor tarnopolski w 1901 r. (wreszcie zdołali zbudować własny), a dwa lata później wrócili do niego dominikanie, sarkając nieco na przemalowania i przebudowy dokonane przez poprzednich mieszkańców.
Dramatycznym momentem w jego historii był wrzesień 1939 r., kiedy wtargnęli do niego sowieccy żołnierze, którzy go ograbili, a następnie podpalili. Na szczęście Matka Boża Różańcowa była już wtedy bezpieczna w rękach emerytowanej nauczycielki Antoniny Mrozówny i jej siostry, które z narażeniem życia przechowały wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej (1939-1941).
Kiedy w 1945 r. bracia kaznodzieje znów zostali zmuszeni do opuszczenia Tarnopola, tym razem przez komunistyczne władze, zabrali ze sobą też cudowny obraz. Ten przez Lwów w 1946 r. trafił do Krakowa, gdzie w tamtym czasie miało miejsce coś w rodzaju zjazdu cudownych przedstawień Matki Bożej.
Znalazły się tam wszystkie wizerunki z kresowych sanktuariów dominikańskich – Podkamienia, Czortkowa, Lwowa i właśnie Tarnopola. Ten ostatni trafił do Poznania, zapewne w tym samym roku. Przygotowywano się tam do budowy kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej, więc tarnopolski wizerunek idealnie wpisywał się w kontekst.
Nowe sanktuarium
Wbrew trudnościom z zaopatrzeniem i tym administracyjnym, piętrzonym przez komunistyczne władze, budynek powstał i w 1949 r. odbyło się wmurowanie kamienia węgielnego. Dzięki zapiskom na temat tej uroczystości wiemy, że 2 października tego roku Matka Boża Tarnopolska została umieszczona w nowym kościele w, najpierw prowizorycznym, ołtarzu głównym.
Dziś każdy, kto chce pomodlić się przed Jej obrazem, odnajdzie go w kaplicy adoracji poznańskich dominikanów. Nie tylko jest piękny wizualnie, ale również jego historia to wspaniały przykład tego, że nie ma nic złego w konkurowaniu między sobą zakonów. Oczywiście pod warunkiem, że ścigają się w pobożności. Także maryjnej.
1. Chwalcie łąki umajone, Góry, doliny zielone. Chwalcie, cieniste gaiki, Źródła i kręte strumyki!
2. Co igra z morza falami, W powietrzu buja skrzydłami, Chwalcie z nami Panią Świata, Jej dłoń nasza wieniec splata.
3. Ona dzieł Boskich korona, Nad Anioły wywyższona; Choć jest Panią nieba, ziemi, Nie gardzi dary naszymi.
4. Wdzięcznym strumyki mruczeniem, Ptaszęta słodkim kwileniem, I co czuje, i co żyje, Niech z nami sławi Maryję!
***
Chwalcie łąki umajone jest przepiękną pieśnią pochwalną ku czci Najświętszej Maryi Panny. Słowa napisał jezuicki zakonnik Karol Antoniewicz w latach 40-tych XIX wieku. Natomiast nie jest znany kompozytor melodii.
***
Kim jestautor pieśni „Chwalcie, łąki umajone”?
Życie naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień
Epitafium Karola Bołoza-Antoniewicza w kościele św. Jakuba w Obrze, gdzie zmarł w 1852 r. fot. ks. Marcin Siewruk/Gość Niedzielny
***
Liryczne strofy, które w maju śpiewa dla Maryi cała Polska, zrodziły się w sercu człowieka doświadczonego cierpieniem Hioba. Utracił wszystko, co kochał, ale jego ból wydał zadziwiające owoce wiary i niezachwianej ufności.
Karol Bołoz-Antoniewicz znany jest jako autor pieśni „Chwalcie, łąki umajone” czy „W krzyżu cierpienie”, ale jego spuścizna literacka jest o wiele bogatsza. Tworzył wiersze, rozmyślania, wspomnienia i kazania, zostawił po sobie imponującą kolekcję napisanych przepięknym językiem listów i świadectwa duszpasterskiej żarliwości, ale prawdziwym opus magnum stało się jego życie, naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień, które wydają się nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. Był szlachcicem, powstańcem, romantycznym poetą, jezuitą i misjonarzem. Był także nieszczęśliwym, wcześnie owdowiałym mężem i zbolałym ojcem piątki dzieci, z których żadne nie przeżyło na tej ziemi więcej niż rok.
Poeta i romantyk
Urodził się 6 listopada 1807 roku w znanej szlacheckiej rodzinie polskich Ormian mieszkających we Lwowie. Jego ojciec Józef Antoniewicz był doktorem obojga praw i krajowym adwokatem, matka Józefa z Nikorowiczów również pochodziła z ormiańskiej rodziny. Gdy w 1818 roku ojciec zachorował, Antoniewiczowie przenieśli się do majątku we Skwarzawie k. Lwowa. Pięć lat później Józef zmarł. Pierwsze doświadczenie straty ukochanej osoby przerwało szczęśliwą młodość przyszłego jezuity, który odtąd szukał pociechy w modlitwie i samotności. Debiutancki wiersz napisał jako 17-latek i dedykował go ukochanej matce.
Po powrocie do Lwowa rozpoczął studia prawnicze. Poznał kilka języków obcych, z zamiłowaniem grał na fortepianie, komponował muzykę. Wkrótce zaciągnął się w szeregi powstańców listopadowych, ale ta przygoda nie trwała długo. Po powrocie z powstania, ku zaskoczeniu krewnych i przyjaciół, Karol poprosił o rękę Zosię, najstarszą córkę swojego wuja Ignacego Nikorowicza, który po śmierci pierwszej żony ożenił się powtórnie. Macocha zamierzała szybko wydać Zosię za mąż, choć kandydat był od niej dużo starszy. Karol więc sam poprosił o jej rękę. Nie zamierzał się wiązać, chciał tylko zyskać czas i znaleźć dziewczynie odpowiedniego kandydata. Ten fortel nie spodobał się jednak jego matce, która orzekła, że w takiej sytuacji Karol powinien ożenić się z Zofią. O zgodę trzeba było prosić papieża, bo pokrewieństwo młodych było bliskie. „Ty Zosi pokochać nie możesz, żenisz się tylko dla danego słowa – patrz, żebyś nie był nieszczęśliwy” – miał mu powiedzieć któryś z przyjaciół. Słowa te okazały się ponurym proroctwem, choć ten człowiek w jednym nie miał racji. Karol pokochał Zofię miłością głęboką, która przetrwała ciosy, jakie wkrótce, raz za razem, zaczęły spadać na młode małżeństwo.
Litania cierpień
Pierwsze dziecko, którego imienia nie znamy, żyło zaledwie kilka miesięcy, potem zmarła maleńka Maria i kolejna dziewczynka, również Maria. Zmarło też dwóch synków, obaj nosili imię Józef. Żałoba stała się codziennym chlebem Zofii i Karola. Po latach, już jako kapłan, pisał we wspomnieniach: „Byłem ojcem − ach to słowo, to było jedno słowo, którem posłyszał z ust dzieci moich! Jakby tylko na to przyszły na świat, aby mnie w imieniu Boga tym słowem powitać, tym słowem pożegnać. Boże! Ty wiesz, żeśmy te dzieci dla Ciebie tylko wychować chcieli, żeśmy je zawsze jak Twoją własność uważali; dziękowaliśmy Ci, gdyś je nam powierzył, nie skarżyliśmy się, gdyś je nam odebrał! Cieszyliśmy się nad ich kolebką, płakaliśmy nad ich grobem”.
Małżonkowie szukali ukojenia w modlitwie i uczynkach miłosierdzia, troszcząc się o biednych, chorych i opuszczonych. We Lwowie podejmowali różne posługi w szpitalu sióstr miłosierdzia. To w tych murach zakiełkowało i zaczęło dojrzewać powołanie Karola. Jeszcze mocniej odezwało się w sercu jego żony. Złożyli wówczas prywatne śluby czystości. Ukochana Zofia wkrótce zachorowała na gruźlicę. Małżonkowie obiecali sobie, że jeśli wyzdrowieje, oboje wstąpią do zakonu. Zofia do szarytek, Karol – do jezuitów. Niestety, w wieku 27 lat jego żona zmarła.
Nowe życie
„Szukałem dla siebie jeszcze innego nieba, i wszystkom utracił i nicem nie uzyskał! − O! nie, uzyskałem wszystko; wśród łez i cierpienia ujrzałem po raz pierwszy duszą i sercem Ciebie, o Jezu, Ciebie na krzyżu rozpiętego!” – wyznawał Antoniewicz.
Śmierć żony była dla Karola wstrząsem, który zmusił go do rewizji życia i podtrzymał w decyzji o wstąpieniu do jezuitów. „Przeczuwał, że tylko na tej drodze może odnaleźć ulgę w swym bólu, gdyż sensu cierpienia nikt mu nie wyjaśni i musi sam je w sobie przeżyć. Zrozumiał, że tajemnica życia kryje się w szczęściu przybitym do krzyża” – pisze o tym przełomowym momencie życia poety s. Bożena Leszczyńska, autorka poświęconej Antoniewiczowi książki „W Krzyżu – miłości nauka…”. Jej czytelnikami są m.in. rodzice dzieci chorych i tych, które odeszły. Siostra pracuje w szpitalu dziecięcym w Krakowie i z doświadczenia wie, że ks. Antoniewicz może stać się bliski ludziom, którzy stracili dzieci. Sama uczy się od niego pokory. – Pokory wobec tego, co przynosi życie. Pokory wobec krzyża obecnego w życiu człowieka. Zaufania do Pana Boga, przekonania, że On wszystkim kieruje, że ze wszystkiego potrafi wyprowadzić dobro – wyjaśnia.
„Żyje ta pamięć w głębi duszy, a jeśli ją poruszę, to chwilka po chwilce, uczucie po uczuciu, tak żywo powraca, jakby ten przeciąg czasu jednym tylko ciężkim był snem (…), chciałem się modlić, ale nie znalazłem słów, tylko łzy!” – opisywał puste mury opuszczonego domu przyszły jezuita. „Stan ten porównać można do doświadczenia nocy ciemnej opisywanej przez św. Jana od Krzyża, kiedy to Bóg prowadzi człowieka ku światłu zmartwychwstania przez ciemność, a dusza cierpi bez pociechy i nadziei światła czy duchowego dobra. (…) Poddana oczyszczeniu i wypaleniu w ogniu cierpienia, rozjaśniona zostaje przez Bożą Mądrość” – pisze s. Leszczyńska.
Cierpienie nie złamało Antoniewicza, ale stało się fundamentem jego duchowej przemiany. „Serce jego stało się ze zbolałego tkliwym, ze smutnego rzewnym, z zamkniętego otwartym, z cierpkiego słodkim, z rozburzonego cichym, z hardego pokornym, z przygasłego gorejącym najczystszą Boga i ludzi miłością” – opisywał stan ducha poety ks. Aleksander Jełowicki. Pod krzyżem przemienił się w nowego człowieka.
Za zakonną furtą
Druga część życia autora pieśni „Chwalcie, łąki umajone” upłynęła we wspólnocie jezuitów. Spokój odzyskał w Starej Wsi, gdzie odbył nowicjat. To właśnie tam, zachwycony pięknem krajobrazu Pogórza Brzozowskiego, stworzył strofy tego hymnu i ubrał je w melodię, która stała się symbolem majowych nabożeństw. Klimat starowiejskiego kościoła, piękno krajobrazów i miłość Karola do Matki Bożej zaowocowały zresztą całym cyklem wierszy i pieśni ku czci Maryi, zebranych w tomiku „Wianeczek majowy”. W naznaczonym trudami życiu Antoniewicza Maryja odgrywała bardzo ważną rolę, wnosząc w nie klimat radości i szczęścia dziecka bez reszty ufającego Matce. Wielokrotnie pisał o tym, że Najświętsza Dziewica była dla niego opiekunką, pociechą i ostoją.
W Starej Wsi ks. Karol Antoniewicz spędził lata 1839–1841. Jako wotum dla Matki Bożej zostawił tutaj najcenniejszą pamiątkę poprzedniego życia – swoją ślubną obrączkę. – Polecił, by włożyć ją w koronę figurki Matki Bożej Nowicjackiej – opowiada jezuita o. Stanisław Groń. Ta niewielka, bo 24 cm mierząca statua, kopia Matki Bożej Loretańskiej, była otoczona serdeczną modlitwą wielu pokoleń jezuickich nowicjuszy. „Przed tą statuą przez dwa lata modliłem się, codziennie odprawiałem rozmyślania i nieraz walczyłem i płakałem gorzką łzą, nie łzą żalu za światem, ale łzą żalu za grzechy, którymi tyle, tyle Boga obrażałem” – pisał ks. Antoniewicz.
Najważniejsza ofiara
Ostatnia dekada życia ks. Antoniewicza upłynęła pod znakiem misji, żarliwego kaznodziejstwa, niestrudzonego przemierzania wielu miast i wsi dla głoszenia Ewangelii i pokrzepiania ludności ciemiężonej przez zaborców. Karol był misjonarzem słuchanym i cenionym, ale nie przez wszystkich mile widzianym. Nie w smak były ówczesnym władzom jego dążenia do tego, by dodawać ludziom odwagi i nadziei, by podtrzymywać ich wiarę, miłość do Boga i ojczyzny. Głosił słowem i życiem, bo na pierwszym miejscu stawiał zawsze chorych i cierpiących, którym posługiwał z oddaniem, jak niegdyś z Zofią w szpitalu sióstr szarytek. Misjonarskie drogi prowadziły go do Lwowa i na Huculszczyznę, do Krakowa i niewielkich małopolskich miejscowości, na Śląsk i do Wielkopolski. Był aktywny mimo mnożących się przeciwności, mimo zakazów, jakie nakładały na niego władze, mimo wrogości różnych środowisk. Był „aniołem pociechy” dla mieszkańców Krakowa, gdy miasto ogarnął wielki pożar. Na zgliszczach kościołów głosił kazania i opatrywał rany ofiar pożogi.
Żywiołem, który ostatecznie zakończył życie niestrudzonego jezuity, okazał się jednak nie pożar, ale epidemia. Spowiadał umierających na cholerę i nie opuszczał ich do ostatniej chwili. Szedł tam, gdzie żaden ksiądz czy lekarz nie chciał wchodzić. „Dziś od pierwszej w nocy do siódmej rano 17 chorych odwiedziłem. O! biedny, biedny lud! Powiedziałem sercu: milcz! − i milczy, bo inaczej, jeśli nie z cholery, to z boleści byłbym umarł” – pisał na początku września 1852 roku z Kościana.
Jego ostatnią misją miało być utworzenie domu zakonnego w Obrze, gdzie dotarł 4 listopada 1852 roku. W nocy 7 listopada poczuł się jednak bardzo źle. „Gasnąca epidemia cholery upomniała się o swą najważniejszą ofiarę” – pisała s. Leszczyńska. Cierpiał przez kilka dni, do końca przytomny i rozmodlony. Zmarł 14 listopada 1852 roku. Miał 45 lat.
Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny
***
o. Jacek Salij OP fot. Screenshot – YouTube (salve tv)
Dziś Jezus mówi do wszystkich, którzy chcą zmieniać naukę Kościoła: OPAMIĘTAJCIE SIĘ!
Pan Jezus uzdrawiał niewidomych, głuchych, trędowatych i sparaliżowanych, uwalniał od duchów nieczystych i różne inne cuda czynił. Zatem jakiego innego znaku oczekiwali od Niego ci, którzy mówili: “Nauczycielu, chcielibyśmy jakiś znak widzieć od Ciebie?” I dlaczego ta prośba tak oburzyła Pana Jezusa?PauseMute
Otóż nauka, jaką głosił Jezus, stanowiła jedno z cudami, jakie czynił. Stanowiła też jedno z Jego miłością do Ojca, z Jego modlitwą i z Jego troską o ludzi. Faryzeuszów to wszystko nie obchodziło. Jego nauka ich denerwowała i nie zamierzali jej słuchać. To, że nauka Jezusa była pełna mocy i przelewała się coraz to nowymi cudami, raczej pobudzało ich do gniewu niż do wsłuchiwania się w to, co On mówił do ludzi.
Otóż człowiek złej woli zazwyczaj wie o tym, że wola jest w nim zła, a jednocześnie chciałby przekonać samego siebie i innych, że postępuje właściwie. Ten właśnie mechanizm zadziałał w faryzeuszach. “Niech nam Jezus pokaże taki znak, który by nas naprawdę przekonał, bo nas nie przekonuje ani to, że niewidomi widzą, sparaliżowani chodzą, trędowaci są oczyszczeni, ani też inne cuda Jezusa.”
Żądanie to było podwójnie przewrotne. Faryzeusze próbowali rozkazywać Panu Bogu, co On powinien zrobić, żeby oni byli łaskawi uwierzyć. A ponadto żądali oni takiego cudu, który jednocześnie nie byłby cudem. Przecież samą istotą cudu autentycznego, cudu religijnego jest to, że jest on integralną częścią kierowanej do człowieka Bożej nauki. Cud oddzielony od przesłania religijnego nie jest już cudem, tylko popisem kuglarskim.
Toteż Pan Jezus mówi im: “Ludzie, opamiętajcie się! Zacznijcie wreszcie słuchać naukę, jaką wam przyniosłem od mojego Ojca! Przecież nawet Niniwici usłyszeli naukę proroka Jonasza, a Ja jestem kimś więcej niż Jonasz. Przecież królowa Saby podjęła długą i męczącą podróż, aby słuchać mądrości Salomona, a Ja jestem kimś więcej niż Salomon. Ludzie kochani – taki jest sens słów Pana Jezusa – spróbujcie wreszcie wsłuchać się w moją naukę.”
A swoją drogą, jakżeż często nam samym zdarzają się obie te przewrotności, którymi zgrzeszyli faryzeusze. Przecież my również próbujemy nieraz rozkazywać Panu Bogu i wyznaczać Mu warunki, które powinien On spełnić, żebyśmy byli łaskawi Mu uwierzyć.
I jakże często jest w nas pożądanie cudów odizolowanych od nauki Ewangelii. A przecież wystarczyłoby trochę bardziej na serio żyć Ewangelią, żeby oglądać cuda pojednania skłóconych, cuda wyzwolenia z paraliżu egoizmu oraz cud wzrastającej międzyludzkiej życzliwości.
„Zbytnio skupiamy się na tym, co jest bezpośrednio widoczne”. Leon XIV o pomijanej misji Kościoła
Papież kontynuuje cykl katechez o Konstytucji dogmatycznej o Kościele “Lumen gentium”
fot. Vatican Media
***
Zatrzymując się dzisiaj nad fragmentem rozdziału VII soborowej Konstytucji o Kościele, rozważmy jedną z jego kluczowych cech, jaką jest wymiar eschatologiczny. Kościół bowiem pielgrzymuje przez tę ziemską historię, zawsze zmierzając ku ostatecznemu celowi, jakim jest ojczyzna niebieska. Jest to wymiar zasadniczy, który jednak często pomijamy lub pomniejszamy, ponieważ zbytnio skupiamy się na tym, co jest bezpośrednio widoczne, oraz na bardziej konkretnych dynamikach życia wspólnoty chrześcijańskiej.
Kościół jest Ludem Bożym pielgrzymującym w dziejach, a celem wszystkich jego działań jest Królestwo Boże (por. LG, 9). Jezus zapoczątkował Kościół właśnie poprzez głoszenie tego Królestwa miłości, sprawiedliwości i pokoju (por. LG 5). Jesteśmy zatem wezwani do rozważenia wspólnotowego i kosmicznego wymiaru zbawienia w Chrystusie oraz do skierowania wzroku ku temu ostatecznemu horyzontowi, aby wszystko mierzyć i oceniać w tej perspektywie.
Kościół żyje w dziejach służąc przychodzeniu Królestwa Bożego na świat. Głosi on wszystkim i zawsze słowa tej obietnicy, otrzymuje jej zadatek w celebrowaniu sakramentów, zwłaszcza Eucharystii, realizuje i doświadcza jej logiki w relacjach miłości i służby. Ponadto Kościół wie, że jest miejscem i środkiem, w którym zjednoczenie z Chrystusem realizuje się „mocniej” (LG, 48), uznając jednocześnie, że zbawienie może być dane przez Boga w Duchu Świętym również poza jego widzialnymi granicami.
Kościół realizuje swoją misję pomiędzy „już” początku Królestwa Bożego w Jezusie a „jeszcze nie” spełnienia obiecanego i oczekiwanego
W tym względzie Konstytucja Lumen gentium zawiera ważne stwierdzenie: Kościół jest „powszechnym sakramentem zbawienia” (LG, 48), to znaczy znakiem i narzędziem tej pełni życia i pokoju obiecanej przez Boga. Oznacza to, że Kościół nie utożsamia się całkowicie z Królestwem Bożym, ale jest jego zalążkiem i początkiem, ponieważ wypełnienie zostanie dane ludzkości i wszechświatu dopiero na końcu czasów. Wierzący w Chrystusa kroczą zatem przez tę ziemską historię, naznaczoną dojrzewaniem dobra, ale także niesprawiedliwościami i cierpieniami, nie ulegając ani złudzeniom, ani rozpaczy; żyją oni ukierunkowani obietnicą otrzymaną od Tego, który „czyni wszystko nowe” (Ap 21, 5). Dlatego Kościół realizuje swoją misję pomiędzy „już” początku Królestwa Bożego w Jezusie a „jeszcze nie” spełnienia obiecanego i oczekiwanego. Jako strażnik nadziei, która oświeca wędrówkę, Kościół jest również obdarzony misją wypowiadania jasnych słów, aby odrzucać wszystko, co uśmierca życie i uniemożliwia jego rozwój, oraz opowiadać się po stronie ubogich, wyzyskiwanych, ofiar przemocy i wojny oraz wszystkich cierpiących na ciele i na duchu (por. Kompendium nauki społecznej Kościoła, 159).
Będąc znakiem i sakramentem Królestwa, Kościół jest Ludem Bożym pielgrzymującym na ziemi, który wychodząc właśnie od ostatecznej obietnicy, na podstawie Ewangelii odczytuje i interpretuje dynamikę dziejów, demaskując zło we wszystkich jego formach i głosząc słowami i czynami zbawienie, które Chrystus pragnie urzeczywistnić dla całej ludzkości, oraz Jego Królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju. Kościół nie głosi zatem samego siebie, wręcz przeciwnie, w nim wszystko musi odsyłać do zbawienia w Chrystusie.
W tej perspektywie Kościół jest wezwany do pokornego uznania ludzkiej kruchości i przemijalności swoich instytucji, które – choć służą Królestwu Bożemu – posiadają przemijającą postać tego świata (por. LG, 48). Żadna z instytucji kościelnych nie może być absolutyzowana, lecz przeciwnie – ponieważ istnieją one w dziejach i w czasie – są wezwane do ciągłego nawracania, do odnawiania form i reformowania struktur, do ciągłego odradzania relacji, tak aby mogły naprawdę odpowiadać swojej misji.
W perspektywie Królestwa Bożego należy również rozumieć relację między chrześcijanami, którzy dziś wypełniają swoją misję, a tymi, którzy już zakończyli swoje ziemskie życie i znajdują się w stanie oczyszczenia lub zażywają chwały. Lumen gentium stwierdza bowiem, że wszyscy chrześcijanie zrastają się w jeden Kościół oraz że istnieje komunia i współuczestnictwo w dobrach duchowych oparta na jedności wszystkich wierzących z Chrystusem, na braterskiej trosce (fraterna sollicitudo) między Kościołem ziemskim a Kościołem niebiańskim; jest nim owo obcowanie świętych (consortium cum Sanctis), którego doświadcza się w szczególności w liturgii (por. LG, 49-51). Modląc się za zmarłych i podążając śladami tych, którzy już żyli jako uczniowie Jezusa, my również otrzymujemy wsparcie w naszej wędrówce i umacniamy oddawanie czci Bogu: naznaczeni jednym Duchem i zjednoczeni w jednej liturgii, wraz z tymi, którzy poprzedzili nas w wierze, wielbimy i oddajemy chwałę Trójcy Przenajświętszej.
Jesteśmy wdzięczni Ojcom soborowym za przypomnienie nam o tym tak ważnym i tak pięknym wymiarze bycia chrześcijanami; starajmy się pielęgnować go w naszym życiu.
Watykan/KAI
***
Niedziela 3 maja 2026
Regina Coeli. Leon XIV mówił o atrakcyjności nieba. „Jest dostępne dla wszystkich”
“W starym świecie… uwagę przyciągają miejsca ekskluzywne, doświadczenia dostępne tylko dla nielicznych czy przywilej wejścia tam, gdzie nikt inny nie ma wstępu. Natomiast w nowym świecie, dokąd prowadzi nas Zmartwychwstały, to, co ma największą wartość, jest dostępne dla wszystkich” – powiedział papież.
fot. Vatican Media
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
W okresie wielkanocnym, podobnie jak rodzący się Kościół, powracamy do słów Jezusa, które odsłaniają pełnię swego znaczenia w świetle Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. To, co wcześniej umykało uczniom lub budziło w nich niepokój, teraz powraca w pamięci, rozpala serca i daje nadzieję.
Ewangelia czytana w tę niedzielę wprowadza nas w rozmowę Mistrza z uczniami podczas Ostatniej Wieczerzy. W szczególności słyszymy obietnicę, która już teraz włącza nas w misterium Jego zmartwychwstania. Jezus mówi: „A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14, 3). Apostołowie odkrywają w ten sposób, że w Bogu jest miejsce dla każdego. Dwóch z nich doświadczyło tego już podczas pierwszego spotkania z Jezusem nad rzeką Jordan, kiedy to On zauważył, że idą za Nim, i zaprosił ich, aby tamtego popołudnia zatrzymali się w Jego domu (por. J 1, 39). Również teraz, w obliczu śmierci, Jezus mówi o domu – tym razem bardzo wielkim: jest to dom Jego Ojca i naszego Ojca, w którym jest miejsce dla wszystkich. Syn opisuje siebie jako sługę, który przygotowuje pokoje, aby każdy brat i każda siostra, przybywając tam, znaleźli gotowe swoje mieszkanie i poczuli się od zawsze oczekiwani i wreszcie odnalezieni.
Najdrożsi, w starym świecie, w którym wciąż pielgrzymujemy, uwagę przyciągają miejsca ekskluzywne, doświadczenia dostępne tylko dla nielicznych czy przywilej wejścia tam, gdzie nikt inny nie ma wstępu. Natomiast w nowym świecie, dokąd prowadzi nas Zmartwychwstały, to, co ma największą wartość, jest dostępne dla wszystkich. Nie traci to jednak przez to swej atrakcyjności. Wręcz przeciwnie, to, co jest otwarte dla wszystkich, przynosi teraz radość: wdzięczność zajmuje miejsce rywalizacji; gościnność usuwa wykluczenie; obfitość nie pociąga już za sobą nierówności. Przede wszystkim nikt nie zostaje pomylony z kimś innym, nikt nie jest zagubiony. Śmierć grozi wymazaniem imienia i pamięci, ale w Bogu każdy jest nareszcie sobą. W rzeczywistości jest to miejsce, którego szukamy przez całe życie, czasami gotowi na wszystko, byleby tylko uzyskać odrobinę uwagi i uznania.
„Wierzcie” – mówi do nas Jezus. Oto sekret! „Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie” (J 14, 1). Właśnie ta wiara uwalnia nasze serce od niepokoju posiadania i zdobywania, od złudzenia pogoni za prestiżowym miejscem, by coś znaczyć. Każdy ma już nieskończoną wartość w misterium Boga, który jest prawdziwą rzeczywistością. Miłując się wzajemnie tak, jak Jezus nas umiłował, przekazujemy sobie tę świadomość. To jest nowe przykazanie: w ten sposób antycypujemy niebo na ziemi, ukazujemy wszystkim, że braterstwo i pokój są naszym przeznaczeniem. W miłości bowiem, pośród rzeszy braci, każdy odkrywa, że jest jedyny i niepowtarzalny.
Prośmy zatem Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Kościoła, aby każda wspólnota chrześcijańska była domem otwartym dla wszystkich i wrażliwym na każdego.
Watykan/Stacja7.pl
***
Prorocze pytania przyszłego papieża. Ks. Prevost trafnie wskazał dylemat, z którym mierzy się Kościół
fot. Grzegorz gałązka / galazka.deon.pl
***
Pytania skierowane szesnaście lat temu do augustianów przez ówczesnego przeora Roberta Francisa Prevosta brzmią szokująco aktualnie dziś w odniesieniu do Kościoła w Polsce.
Właśnie dzisiaj, 4 maja 2026 r., do księgarń trafia opublikowana w języku włoskim przez wydawnictwo Libreria Editrice Vaticana książka pod tytułem “Wolni dzięki łasce. W szkole św. Augustyna wobec wyzwań historii”. Zawiera ona wystąpienia i przemówienia Roberta Francisa Prevosta, czyli obecnego papieża Leona XIV, z okresu, gdy był przeorem Zakonu św. Augustyna. Pretekstem do jej wydania jest przypadająca 8 maja br. pierwsza rocznica wyboru Leona XIV na Stolicę Piotrową. Wiadomo, że planowane jest opublikowanie tej książki w co najmniej trzydziestu krajach świata. Niestety nie podano, czy i kiedy ukaże się po polsku.
Informując o nowej pozycji wydawniczej Libreria Editrice Vaticana media Stolicy Apostolskiej opublikowały w całości jeden z umieszczonych w niej tekstów. To homilia wygłoszona przez ówczesnego przeora Roberta Francisa Prevosta z okazji inauguracji jednej z Kapituł Generalnych Prowincji Santo Niño de Cebù. Obecny Następca św. Piotra wygłosił ją w kościele św. Augustyna de Intramuros w Manili 19 września 2010 roku.
Przeor Prevost przywołał w swym wystąpieniu postać Andrésa de Urdanety, słynnego szesnastowiecznego hiszpańskiego żeglarza, badacza południowego Pacyfiku, który został augustianinem. Przypomniał, że Urdenta zasłynął, ponieważ odkrył bezpieczną i szybką morską trasę powrotną z Filipin do Meksyku, określaną słowem “tornaviaje” (hiszp. podróż powrotna). Nawiązując do tego odkrycia dzisiejszy papież zwrócił uwagę, że żeglarz i zakonnik w swoim życiu odbył znacznie ważniejszą “podróż powrotną”, czyli swoje nawrócenie i wstąpienie do zakonu.
Używając metafory podróży ks. Prevost powiedział: “Jako augustianie przeżywamy ją we wspólnocie życia i poprzez posługi apostolskie. Możemy jednak w pewnym momencie tej drogi zwolnić, stać się zadowoleni z siebie i rozproszeni, a nawet zatrzymać się i popaść w stagnację w życiu duchowym i pracy duszpasterskiej”. Przestrzegł, że wiele wspólnot lokalnych i jednostek zakonnych może utracić zdolność inspirowania i przyciągania innych. “Entuzjazm, pełen energii, typowy dla młodych, może stopniowo zanikać i łatwo wpadamy w codzienną rutynę – zawsze tę samą, niezmienną” – mówił w roku 2010 dzisiejszy papież.
Postawił też pytania, odnoszące się wówczas przede wszystkim do zadania, przed którym stanęli uczestnicy augustiańskiej kapituły. “Czy chcemy zachować to, co mamy, pozostać tam, gdzie jesteśmy, czy też pragniemy wsłuchać się w niespokojne serce, słuchać w modlitwie, stać się uważnymi na Słowo Boże i wsłuchiwać się także w tych spośród nas, którzy poszukują i odczytują znaki czasu? Czy jesteśmy otwarci na możliwość wyboru czegoś innego, na nowy i odnowiony sens misji w naszym życiu?” – pytał Robert Prevost swych zakonnych współbraci. Wskazywał, że być może są rozdarci między pragnieniem pójścia za Chrystusem – bez względu na cenę – “a pragnieniem pozostania tam, gdzie jesteśmy, zadowoleni i z niewielką chęcią lub zdolnością do zmiany drogi, którą kroczymy”.
Skrótowo mówiąc, dylemat przywołany przez przeora Prevosta brzmiał: “zachowanie czy misja?”. Pytał swoich współbraci, czy po prostu podtrzymują to, co jest, czy też duch misyjny jest żywy w ich sercach. Zwracał uwagę, że jeśli chodzi o rozumienie posługi, grupa nastawiona wyłącznie na zachowanie powie: “Musimy pozostać wierni naszej przeszłości”, natomiast wspólnota o duchu misyjnym powie: “Musimy być wierni naszej przyszłości”. Wskazywał też na różnice stylu przywództwa, zależne od przyjętego nastawienia. Wyjaśniał, że w mentalności tych, którzy preferują zachowawczość, jest on przede wszystkim menedżerski – dobrze zorganizowany i efektywny, liderzy starają się utrzymać wszystko w porządku i dopilnować, by wszystko przebiegało sprawnie. “Natomiast wspólnota obdarzona wizją prorocką i żyjąca misją będzie dążyć do innego rodzaju przywództwa: stylu, który przede wszystkim przemienia, zdolnego ukazywać wizję tego, co może się stać, z gotowością, by iść daleko i podejmować liczne ryzyka, aby ta wizja stała się rzeczywistością” – tłumaczył Leon XIV zaledwie piętnaście lat przed swoim wyborem na Stolicę Piotrową.
Pytania skierowane wtedy do augustianów brzmią szokująco aktualnie w odniesieniu do Kościoła w Polsce. Stoimy przed nimi nie od dziś, lecz od wielu lat, można śmiało powiedzieć, że od dekad. A jednak wciąż nie wybrzmiewają one wystarczająco głośno, tak głośno, aby rzeczywiście zaczęło się szukanie na nie rzetelnych i wynikających z odważnej troski odpowiedzi. Obserwacja codziennego funkcjonowania katolickiej wspólnoty w naszym kraju podpowiada, że póki co nastawieni jesteśmy o wiele bardziej na “zachowanie”, na “konserwowanie” tego, co udało się zbudować jeszcze wczasach PRL-u niż na misyjność. Paradoksalnie nawet parafialne misje adresowane są bardzo często do tych, którzy wciąż przychodzą do kościoła, a nie do tych, którzy trzymają się od świątyni daleko.
“Polska była wierna Chrystusowi – i pragniemy, aby taka pozostała” – mówił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC 2 maja br. na Jasnej Górze w uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski. Brzmi to ze wszech miar słusznie, jednak czy nie jest równocześnie (nie do końca uświadomioną) deklaracją zachowawczości? Opowiedzeniem się zdecydowanie bardziej za wiernością przeszłości niż wiernością przyszłości?
Opublikowana przez watykańskie media homilia, którą obecny papież wygłosił szesnaście lat temu jako augustiański przeor, może budzić skojarzenia ze słynnym “proroctwem Ratzingera”, czyli wypowiedzią późniejszego papieża Benedykta XVI z 24 grudnia 1969 roku, na zakończenie cyklu wykładów radiowych w rozgłośni Hessian Rundfunk. Zapowiadał Kościół mniejszościowy, pozbawiony przywilejów społecznych. “Będzie Kościołem bardziej duchowym, który nie przypisze sobie mandatu politycznego, flirtując raz z lewicą a raz z prawicą. Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich” – mówił późniejszy prefekt Kongregacji Nauki Wiary. “Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich” – przewidywał. Takie skojarzenie wydaje się w pełni uprawnione. Ks. Prevost trafnie wskazał dylemat, że którym w XXI stuleciu mierzy się Kościół. Zasugerował odpowiedź, jednak jak wielu katolików (także w naszej Ojczyźnie) zechce ją przyjąć?
Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w tym roku jest przeniesiona na 2 maja
Główne uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski odbędą się w tym roku na Jasnej Górze w sobotę 2 maja (a nie jak zwykle 3 maja) z uwagi na przypadającą dzień później V Niedzielę Wielkanocną.
Uroczystość NMP Królowej Polski została ustanowiona przez papieża Benedykta XV w 1920 r. na prośbę polskich biskupów. Jest ona głęboko zakorzeniona w polskiej historii – nawiązuje do Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza z 1656 r., Konstytucji 3 maja oraz oddania Polski pod opiekę Maryi po uzyskaniu niepodległości.Play
Geneza – Maryja objawia się włoskiemu jezuicie jako królowa Polski
Już w średniowieczu na ziemiach polskich żywy był silny kult maryjny, a Matka Boża była traktowana jako szczególna opiekunka Królestwa Polskiego. Jan Długosz nazwał Maryję „Panią świata i naszą”, a maryjna pieśń Bogurodzica od XV wieku pełniła rolę nieoficjalnego hymnu państwowego.
Mało kto wie, że po raz pierwszy Maryja została nazwana wprost Królową Polski w trakcie objawień jakich doświadczył w Neapolu włoski jezuita ojciec Juliusz Mancinelli 14 sierpnia 1608 r. Miał on objawienie, podczas którego Maryja poleciła mu, aby nazwał ją Królową Polski: „A czemu mnie Królową Polski nie zowiesz? Ja to Królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku Mnie pałają jego synowie”. Treść tych objawień rozpowszechnił na ziemiach Rzeczypospolitej książę Albrecht Radził, Wielki Kanclerz Litewski.
W czasie najazdu szwedzkiego, 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej, przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej Łaskawej, król Jan Kazimierz złożył uroczyste śluby, zawierające formułę: „Ciebie za patronkę moją i za Królowę państw moich dzisiaj obieram”. W trakcie ślubowania zobowiązywał się szerzyć cześć Maryi, wystarać się u papieża o pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej, a także zająć się losem chłopów i zaprowadzić w państwie sprawiedliwość społeczną.
Temu wiekopomnemu wydarzeniu towarzyszyło odśpiewanie litanii do Najświętszej Panny. Nuncjusz apostolski abp Pietro Vidoni, który przewodniczył uroczystej Mszy św. w katedrze lwowskiej, dodał do modlitwy wezwanie “Królowo Korony Polskiej, módl się za nami”, które zgromadzeni biskupi i senatorowie trzykrotnie powtórzyli. Po ślubowaniu władcy, w imieniu senatorów i szlachty, podobną rotę odczytał podkanclerz koronny biskup krakowski Andrzej Trzebnicki, a wszyscy obecni powtarzali słowa jego ślubowania.
Jan Kazimierz nie mógł jednak dopełnić ślubów. Państwo opanowywał wówczas coraz większy chaos, a sam władca w niedługim czasie (1668 r.) zdecydował się abdykować i wyjechać za granicę. Szczególne związanie kultu Maryi, Królowej Korony Polskiej, z Jasną Górą nastąpiło 8 września 1717 r., kiedy to dokonano koronacji jasnogórskiego obrazu, co uznano za koronację Maryi na Królową Polski.
Odnowienie ślubów w sytuacji narodowej niewoli
W roku 1856 r. w Paryżu, nastąpiło odnowienie ślubów Jana Kazimierza przez jednego z twórców zgromadzenia zmartwychwstańców ks. Aleksandra Jełowickiego oraz krąg osób z nim związanych m. in. Adama Mickiewicza, którzy byli przekonani, że najwłaściwszą drogą do odzyskania niepodległości jest moralne odrodzenie polskiego społeczeństwa. Te idę propagowało później powstałe w tym kręgu zgromadzenie Księży Zmartwychwstańców, a silnie oddziaływała ona na ziemie pod zaborami i kształtujący się tam ruch zakonotwórczy.
Kolejna aktualizacja ślubów Jana Kazimierza miała miejsce w 1904 roku. Dokonał tego św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup Lwowa, który zgromadził tam przedstawicieli wszystkich zaborów. Bilczewski wskazał po raz kolejny realizację ślubów Jana Kazimierza jako drogę do odzyskania niepodległości. Papież Pius X w 1908 r. zezwolił na wpisanie wezwania „Królowo Polski” na stałe do Litanii Loretańskiej. W tym samym roku ustanowił dla diecezji lwowskiej święto Królowej Polski.
Ustanowienie ogólnopolskiego święta Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „Królowej Polski”. Papież Benedykt XV przychylił się do tej prośby 14 stycznia 1920 r. ustanawiając święto dla całej Polski.
W obliczu zagrożenia nowym “potopem”, tym razem bolszewickim, w 1920 r. Polacy ponownie zwrócili się o pomoc Matki Bożej. Episkopat odwołał się do ślubów Jana Kazimierza, szukając umocnienia narodu na Jasnej Górze, wzywając wiernych do zachowania nadziei i postawy na wzór ojca Augusta Kordeckiego. Niedługo później, 15 sierpnia, polska armia odniosła zwycięstwo nad bolszewikami, zwane „Cudem nad Wisłą”.
Biskupi zaproponowali Ojcu świętemu dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, a zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 r. pierwszą polską Konstytucją. W 1925 r. Pius XI rozszerzył święto NMP Królowej Polski na wszystkie diecezje w Polsce a jako datę jego obchodów wyznaczył 3 maja.
Śluby Jasnogórskie zainicjowane przez kard. Hlonda
Gorącym orędownikiem odnowienia ślubów narodu polskiego był prymas August Hlond. W 1936 roku na Jasnej Górze, przybyła tam w licznie 100 tys. osób młodzież akademicka, złożyła ślubowanie, w którym wybrała Matkę Bożą na swoją patronkę, zobowiązując się kształtować życie społeczne na wartościach religijno-narodowych, w duchu chrześcijańskim.
Podczas wojny 31 października 1943 r. Pius XII dokonał poświęcenia całej rodziny ludzkiej Niepokalanemu Sercu Maryi.
Po II wojnie światowej – z inicjatywy kard. Hlonda – 8 września 1946 r. milionowa rzesza wiernych, złożyła na Jasnej Górze Akt Ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, tym samym ponownie uaktualniając śluby Jana Kazimierza. Uroczystość ta nawiązywała również do aktu, którego w 1943 roku dokonał Pius XII.
Nowa wersja ślubów opracowana przez internowanego Prymasa
W 300. rocznicę królewskich ślubów Jana Kazimierza, nową ich wersję opracował internowany wówczas w Komańczy prymas Polski kard. Stefan Wyszyński. 26 sierpnia 1956 r. wierni na Jasnej Górze uroczyście ślubowali Maryi: “Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Przyrzekali “wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii”, strzec chrześcijańskich obyczajów, wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem”.
Tekst ślubów odczytał biskup Michał Klepacz (pełniący w tym czasie obowiązki przewodniczącego Episkopatu). O osobie uwięzionego Prymasa przypominał pusty fotel, ustawiony przed ołtarzem.
W 1957 r. z inicjatywy prymasa Wyszyńskiego rozpoczęła się “Wielka Nowenna” przygotowująca Kościół w Polsce do obchodów Millennium Chrztu Polski. Połączona została z peregrynacją cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Nawet “aresztowanie” obrazu przez SB nie wpłynęło na zastraszenie społeczeństwa.
W 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił Maryję Królową Polski i jej główną patronką, a święto NMP Królowej Polski stało się świętem I klasy we wszystkich diecezjach polskich. W 1969 Paweł VI na prośbę prymasa Wyszyńskiego podniósł święto do rangi uroczystości.
Podczas jasnogórskich obchodów Millennium chrztu Polski 3 maja 1966 r. cały polski Episkopat w obecności kilkuset tysięcy pielgrzymów dokonał uroczystego ślubowania NMP. W uroczystościach milenijnych pragnął uczestniczyć papież Paweł VI, na to jednak nie zgodziły się komunistyczne władze. Dopiero Jan Paweł II, mógł jako pierwszy w historii papież przybyć na Jasną Górę.
Zawierzenie Jana Pawła II
3 i 4 czerwca 1979 r. Jan Paweł II dokonał aktu zawierzenia Pani Jasnogórskiej: “… Zawierzam Ci, o Matko Kościoła, wszystkie sprawy tego Kościoła, całą jego misję i całą jego służbę w perspektywie kończącego się drugiego tysiąclecia dziejów chrześcijaństwa na ziemi”.
W 1982 r. Kościół obchodził 600-lecie obecności Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Zwieńczeniem kilkuletnich przygotowań do tego jubileuszu była kolejna obecność w Częstochowie Jana Pawła II, który przewodniczył obchodom 18 i 19 czerwca 1983 r.
Biskupi polscy opracowali również w 1990 r. “Drugą Wielką Nowennę”, która miała za zadanie przygotować Kościół w Polsce na kolejne tysiąclecie chrześcijaństwa.
Od 1992 r. (tak jak w okresie międzywojennym) dzień ten jest świętem narodowym Polski – dla upamiętnienia zarówno uchwalenia Konstytucji w r. 1791, jak i święta Królowej Polski.
Akt zawierzenia z okazji 1050-lecia chrztu Polski
Nowego Aktu Zawierzenia Narodu Polskiego Matce Bożej – z okazji rocznicy 1050-lecia chrztu Polski – dokonał 3 maja 2016 r. ówczesny przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki.
Poważnym współczesnym problemem – podkreślał – jest wypaczone pojęcie wolności, gdyż dla wielu współczesnych “wolność staje się wręcz religią”, skutkującą tym, że “wywyższa się człowieka kosztem Boga i liczy się tylko nieskrępowana wolność poszczególnych jednostek”.
Drugim nowym problemem – jak stwierdził – jest odniesienie do prawa Bożego, z czego – w przeciwieństwie do twórców Konstytucji 3 Maja – współcześni prawodawcy rezygnują.
Trzecim aktualnym problemem – wskazywał ówczesny przewodniczący Episkopatu Polski – jest obecny kształt polskiego patriotyzmu. “Autentyczny patriotyzm nie zna nienawiści do nikogo (…) trzeba bezwzględnie unikać ryzyka tego, ażeby ta niezbywalna funkcja narodu nie wyrodziła się w nacjonalizm” – wyjaśniał abp Gądecki.
Ponowne zawierzenie w „dzisiejszym trudnym doświadczeniu”
W 2020 r. abp Stanisław Gądecki dokonał w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, kolejnego zawierzenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Matce Bożej Królowej Polski. Służył temu specjalny akt zawierzenia, nawiązujący do 100-lecia urodzin św. Jana Pawła II, przyszłej beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego jak również stulecia ocalenia Polski w Bitwie warszawskiej.
„Wraz z Maryją, Bogurodzicą Dziewicą, Królową Polski i Świętymi Patronami, błagamy o ratunek dla naszej Ojczyzny w jej dzisiejszym trudnym doświadczeniu. (…) Zawierzamy Tobie naszą Ojczyznę i Naród, wszystkich Polaków żyjących w Ojczyźnie i na obczyźnie. Tobie zawierzamy całe nasze życie, wszystkie nasze radości i cierpienia, wszystko czym jesteśmy i co posiadamy, całą naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” – modlił się abp Stanisław Gądecki na Jasnej Górze.
W tym roku główne uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski będą miały miejsce w sobotę 2 maja z udziałem Episkopatu Polski. Mszy św. sprawowanej na Jasnogórskim Szczycie o godz. 11.00 będzie przewodniczył i homilię wygłosi abp Tadeusz Wojda SAC, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.
Na prośbę przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, Dykasteria ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wyraziła zgodę, aby obchody uroczystości NMP Królowej Polski, przypadające w tym roku w V Niedzielę Wielkanocną, zostały przeniesione z 3 maja na 2 maja.
Kai/Gość Niedzielny
***
Jasna Góra: Mamy wspaniałą historię i wspaniałą Królową!
Matka Boża jest Królową! Jest godna czci i dlatego oddajemy Jej honory królewskie, bo Ona prowadzi nas do swojego Syna – mówią pielgrzymi. Na Jasnej Górze trwają uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Mszę św. odpustową z udziałem tysięcy wiernych celebruje przewodniczący Episkopatu Polski, abp Tadeusz Wojda SAC.
W uroczystościach biorą udział wierni z całej Polski także zorganizowane grupy pielgrzymów jak: Rycerze Orderu Jasnogórskiej Bogurodzicy, Wdowy Konsekrowane i Bractwo Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polski.
Szczególnie przeżywamy ten dzień; to nie tylko pierwsza sobota miesiąca, ale i nasze święto patronalne – powiedziała Maria Dziemian, starsza Bractwa. W każdą pierwszą sobotę miesiąca podejmują zawierzenie Niepokalanemu Sercu Maryi, które gromadzi w częstochowskim Sanktuarium tysiące ludzi.
Na zawierzenie, które przypada w tym roku w Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski przyjechała z Przemyśla s. Antonia, Felicjanka. Dzień wcześniej świętowała w domu rodzinnym urodziny swojej „ziemskiej” mamy, ale jej marzeniem było przybyć tu na Uroczystość, bo jak podkreśliła, najpiękniejszym prezentem urodzinowym jest Msza św. i zawierzenie „Mamie Niebieskiej”. S. Antonia podkreśliła, że jest dumna z tego, że jest Polką. – Mamy wspaniałą historię i wspaniałą Królową – powiedziała zakonnica. Wyraziła też wdzięczność dla Matki Bożej za Jej opiekę nad Ojczyzną, pomimo tego, że zarówno jako naród, jak i indywidualne osoby, często „nie dochowujemy wierności”.
W trakcie Mszy św. odnowiono też milenijny Akt Oddania Polski w Macierzystą Niewolę Maryi, Matce Kościoła, za Wolność Kościoła Chrystusowego.
***
Polska duchową monarchią. Czyli co to znaczy, że Maryja jest naszą Królową?
2 maja 2026
oprac. GS/PCh24.pl
***
Trzeciego dnia maja naród polski w szczególny sposób czci Maryję jako swoją Królową. Co Jej monarsza godność oznacza dla nas i dlaczego winniśmy oddawać Jej cześć?
Pierwsza Księga Królewska pokazuje odmiennie zachowanie dwóch królów – Dawida i Salomona – wobec Batszeby. Kiedy Dawid był królem, a Batszeba – jego żoną, po wejściu przed jego oblicze, Batszeba uklękła i oddała mu pokłon (1 Krl 1,16). Wraz ze śmiercią Dawida, królem został ich syn – Salomon. Kiedy Batszeba weszła przed oblicze króla Salomona, wtedy to on wstał i pokłonił się jej (1 Krl 2,19).
Dlaczego obaj władcy zachowali się tak odmiennie wobec niej? Otóż w tradycji hebrajskiej tytuł królowej przysługiwał nie żonie, ale matce króla. Za panowania Dawida, Batszeba była jedynie żoną króla, ale wraz z koronacją jej syna, przypadła jej godność królowej, co zresztą jest opisane jeszcze w tym samym wersie: A wtedy postawiono tron dla matki króla, aby usiadła po jego prawej ręce (1 Krl 2,19). Pokłon ze strony Salomona dotyczył zatem piastowanego przez nią urzędu i należnej jej królewskiej czci.
Przytoczony fragment Pisma Świętego jest mocnym argumentem przeciwko zarzutom heretyków podważających oddawanie czci Maryi jako Matce Bożej. Do tej grupy zalicza się w zasadzie większość protestantów z Lutrem i Kalwinem na czele. W „Instytucji religii chrześcijańskiej” Kalwin pisze, że oddawanie czci Maryi jest niezgodne z nauką Pisma Świętego i powinno być uznane za bałwochwalstwo. A przecież historia Salomona i Batszeby jest świetnym kontrprzykładem do tych bzdur. Skoro bowiem sam król oddał cześć swojej matce przez wzgląd na jej monarszą godność, to o ileż bardziej winniśmy oddawać cześć Maryi my – poddani Jej Syna?
Wbrew protestanckim zarzutom, katolicy nie oddają Matce Bożej uwielbienia przysługującego jedynie Bogu, ale cześć ze względu na Jej szczególne wybranie na Matkę Syna Bożego. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że kult Maryi choć zgoła wyjątkowy, różni się przecież w sposób istotny od kultu uwielbienia, który oddawany jest Słowu Wcielonemu na równi z Ojcem i Duchem Świętym, i jak najbardziej sprzyja temu kultowi. Wyraża się on w świętach liturgicznych poświęconych Matce Bożej oraz w modlitwie maryjnej, takiej jak różaniec, który jest “streszczeniem całej Ewangelii” (KKK 971).
Maryja jako Matka Syna Bożego została wybrana i wywyższona ponad wszystko stworzenie. Pan Bóg potwierdził to jej wybranie w zachowaniu Jej wolną od grzechu pierworodnego, w Jej Wniebowzięciu, a wreszcie w Jej koronacji na Królową nieba i ziemi. I to właśnie do niej odnosi się opisana w Apokalipsie św. Jana wizja kobiety obleczonej w koronę z gwiazd. Ewangelista opowiada bowiem: Wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu (Ap 12,1).
Jeśli ktoś wciąż nie dostrzega, że chodzi tu o Maryję, to słowa zapisane kilka wierszy później nie pozostawiają już żadnych wątpliwości: I porodziła Syna – Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną. I zostało porwane jej Dziecię do Boga i do Jego tronu (Ap 12,5). Tylko Chrystus może być symbolizowany przez owego Syna panującego nad narodami. Co więcej, Jezus po Swoim chwalebnym Wniebowstąpieniu zasiadł na tronie po prawicy Ojca, a dla Maryi zostało przeznaczone miejsce po chrystusowej prawej stronie. Królowa w złocie z Ofiru stoi po twojej prawicy – mówi Psalm 45. Królowanie Maryi nie jest w żaden sposób oderwane czy niezależne od panowania Chrystusa. Raczej, Matka Boża wypełnia królewską funkcję, jako nasza pośredniczka i orędowniczka u Chrystusa.
Ale po co jest nam potrzebne Jej orędownictwo? Św. Ludwik de Montfort wyjaśnia to w „Traktacie o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”. Czytamy tam, że Chrystus łącząc w jednej Osobie dwie Natury – Boską i Ludzką – jest naszym jedynym Pośrednikiem u Ojca. Jednak skoro jest On w pełni Bogiem, to czy nie potrzebujemy pośrednika również do Niego?
Winniśmy – czytamy w „Traktacie” – po trzech stopniach wstępować do Boga: pierwszy, najbliższy i najwięcej odpowiadający naszym zdolnościom to Maryja; drugim jest Chrystus, a trzecim Bóg Ojciec (…) By dojść do Jezusa, trzeba iść do Maryi, bo Ona jest naszą Pośredniczką w orędownictwie. By dojść do Ojca Przedwiecznego, trzeba iść do Jezusa, bo to nasz Pośrednik mocą Odkupienia.
Myśl tę uzupełnia Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 970) mówiąc, że Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc. (…) Jedyne pośrednictwo Odkupiciela nie wyklucza, ale wzbudza u stworzeń rozmaite współdziałanie, pochodzące z uczestnictwa w jednym źródle.
Ale Maryja jest pośredniczką nie tylko każdego z nas z osobna. Polska może się bowiem szczycić faktem, że ma Matkę Bożą za swoją Królową. W ten sposób Maryja jest szczególną przewodniczką całego narodu, a Jej wstawiennictwo pomaga nam żyć zgodnie z nauką Chrystusa i oddać się pod Jego panowanie.
Przepięknym wyrazem tego oddania i czci dla Matki Bożej były Śluby Jana Kazimierza złożone 1 kwietnia 1656 r. we Lwowie. Król zwrócił się wtedy do Maryi w słowach: Ja, Jan Kazimierz, za zmiłowaniem Syna Twojego, Króla królów, a Pana mojego i Twoim król, do Najświętszych stóp Twoich przypadłszy, Ciebie dziś za Patronkę moją i za Królową państw moich obieram. Uznając panowanie Chrystusa, monarcha oddał cały naród pod przemożną opiekę Maryi, którą obrał za Królową. Tak samego siebie, jak i moje Królestwo (…) oraz wojsko obu narodów i wszystkie moje ludy Twojej osobliwej opiece i obronie polecam – mówi tekst Ślubów Lwowskich.
Wreszcie Jan Kazimierz obiecał nowo wybranej Królowej, że postara się, aby Polacy mogli co roku wspominać to wydarzenie poprzez specjalne święto. I chociaż nie udało mu się tego dokonać za życia, to spełnienie tej obietnicy nastąpiło w roku 1920. Wtedy to papież Benedykt XV ustanowił święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, a jego następca – Pius XI – rozciągnął je na cały kraj. Dla zwieńczenia tego dzieła, papież Jan XXIII w 1962 r. ogłosił Maryję Królową Polski główną patronką naszego kraju, wraz ze świętymi Wojciechem i Stanisławem.
Nie sposób nie wspomnieć tu o fragmencie Ewangelii przeznaczonym na tę liturgiczną uroczystość, którym jest opis konania Jezusa na krzyżu według św. Jana. W tych jakże dramatycznych okolicznościach Chrystus oddał swojego umiłowanego ucznia Jana – a przez niego całą ludzkość – pod opiekę Maryi. Oto Matka Twoja – brzmiały jedne z ostatnich słów Zbawiciela na krzyżu. Wymowna jest reakcja Apostoła, który od tej pory wziął Maryję „do siebie”. Za jego przykładem poszedł cały naród polski, oddając się pod opiekę Maryi i uznając Ją za swoją Królową.
A odkąd w 2016 w krakowskich Łagiewnikach – w obecności władz kościelnych i państwowych – ogłoszono Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, można by rzecz, że jesteśmy duchową monarchią. Mamy bowiem samego Boga za Króla, a Jego Matkę za Królową i Orędowniczkę.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
fot. domena publiczna/wikipedia.org
***
2 maja 2019
Dziękujemy Ci Boże, że jesteśmy Polakami
“Świadomi jednak grzechów i wad naszych, prosimy Cię: daj nam uprzątnąć dom ojczysty. Wyzwól nas od zniewoleń ducha. I tak jak cudownie przeprowadziłeś nas suchą nogą przez Morze Czerwone, naucz nas być wolnymi”
PRZEMÓWIENIE PAPIEŻA JANA PAWŁA II WYGŁOSZONE W CZASIE NABOŻEŃSTWA DZIĘKCZYNNEGO Z OKAZJI 200. ROCZNICY KONSTYTUCJI 3 MAJA
Warszawa, 8 czerwca 1991
„Naucz nas być wolnymi”. Ambrozjańskie słowa hymnu Te Deum laudamus – wspaniałe dziedzictwo Kościoła pierwszych stuleci – rozbrzmiewały tu, w tej katedrze, w dniu 3 maja 1791 r. Dwa wieki temu. Nasi przodkowie, ci, którym zawdzięczamy dzieło Konstytucji w tym dniu uchwalonej pod przewodnictwem króla Stanisława Augusta, przynieśli owoc swych prac „przed Twe ołtarze”: „Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny – Boże ojców naszych, Przenajświętszy nasz Ojcze”.
W taki sposób dali wyraz przeświadczeniu, że Konstytucja, czyli Ustawa zasadnicza (Ustawa rządowa) jako dzieło ludzkie winna być odniesiona do Boga. On jest najwyższą Prawdą i Sprawiedliwością. Trzeba, aby prawo ustanowione przez człowieka, przez ludzki autorytet ustawodawczy, odzwierciedlało w sobie odwieczną Prawdę i odwieczną Sprawiedliwość, którą jest On sam – Bóg nieskończonego majestatu: Ojciec, Syn i Duch Święty.
Nasi przodkowie przed dwustu laty dali temu wyraz w warszawskiej katedrze św. Jana. My przychodzimy dziś na to samo miejsce nie tylko po to, aby przypomnieć tamto wydarzenie – przychodzimy równocześnie po to, aby przenieść w naszą epokę tę samą troskę, która wtedy nurtowała twórców 3-majowej Konstytucji: tę samą troskę o dobro wspólne Rzeczypospolitej, tę samą odpowiedzialność.
Dlatego nasze Te Deum, hymn uwielbienia dla Boga, przechodzi w żarliwą modlitwę, naprzód dziękczynienie, a potem błaganie: „Dziękujemy Ci, Boże, za to, że jesteśmy Polakami. Świadomi jednak grzechów i wad naszych, prosimy Cię: daj nam uprzątnąć dom ojczysty. Wyzwól nas od zniewoleń ducha. I tak jak cudownie przeprowadziłeś nas suchą nogą przez «Morze Czerwone», naucz nas być wolnymi”.
Tak modliliśmy się w tej katedrze przed chwilą, pełni troski o dzień dzisiejszy i o przyszłość Ojczyzny, mając przed oczami Ustawę rządową, znaną pod nazwą Konstytucji 3 maja.
Nie sposób nie dziękować Bożej Opatrzności za to, że dokument taki stanął u progu ostatnich dwóch stuleci naszego historycznego bytowania.
Zdumiewa on dojrzałością zawartej w nim prawdy i mądrości. Przemawia w nim dusza narodu – a raczej wielu narodów, które stanowiły wraz z Polakami ówczesną Rzeczpospolitą – narodu, który czuje zagrożenia pochodzące nie tylko od zewnątrz, ale także z wnętrza własnych poczynań i działań. Umiłowanie wolności przerodziło się w nadużycie wolności. I oto twórcy Konstytucji odkrywają ten „zbiorowy Obowiązek” (Cyprian Kamil Norwid), jakim musi stać się całe społeczeństwo, jeśli chce zabezpieczyć swą wolność i swój byt.
Po upływie dwóch wieków doceniamy pełniej jeszcze wagę tego dokumentu: odczytujemy w nim prawdę o Polsce, zakorzenioną w przeszłości, a równocześnie wychyloną w przyszłość. I dlatego Konstytucja 3 maja w tym właśnie dziejowym momencie, wobec bliskiej już groźby utraty niepodległości była dokumentem profetycznym i opatrznościowym. Ona sprawiła, że nie można było odebrać Polsce jej rzeczywistego bytu na kontynencie europejskim, bo ten byt został zapisany w słowach Konstytucji 3 maja. A słowa te, mając moc prawdy, okazały się potężniejsze od potrójnej przemocy, która spadła na Rzeczpospolitą. Słowa tej prawdy okazały się twórcze i „stwórcze”. Synowie i córki tej ziemi nie przestali wierzyć w „odnowę jej oblicza” pod tchnieniem tego Ducha, który natchnął twórców Konstytucji 3 maja.
Papież Pius VI przesłał dla króla i twórców Konstytucji 3 maja błogosławieństwo i wyrazy głębokiego uznania. Dzisiaj staje wśród was syn tej ziemi, którego Chrystus powołał jako następcę św. Piotra na rzymskiej stolicy w naszych czasach.
Przeżywa on tamto wydarzenie sprzed dwóch wieków równocześnie jako jeden z was. Tradycja 3 maja należy do dziejów jego duszy, podobnie jak należy do dziejów duszy wszystkich rodaków.
Nasze dzisiejsze modlitewne wołanie: „Naucz nas być wolnymi”, było aktualne wtedy, przed dwustu laty. Konstytucja 3 maja stanowiła na nie odpowiedź zasadniczą. Wszyscy czujemy, jak jest ono aktualne dziś, po dwustu latach.
Wolności nie można tylko posiadać, nie można jej zużywać. Trzeba ją stale zdobywać i tworzyć.
Bogarodzico Dziewico! Ty, którą ośmielamy się od stuleci nazywać Królową Polski – w szczególności w dniu 3 maja!
W tym świętojańskim sanktuarium stolicy, które przed dwoma wiekami słyszało Te Deum naszych przodków w dniu uchwalenia Konstytucji 3 maja, stajemy dzisiaj, u progu III Rzeczypospolitej. Staje naród i parlament, prezydent państwa i rząd. Niech ta sama prawda i mądrość, jaka wyraziła się w majowej Konstytucji, ukształtuje dalszą przyszłość Rzeczypospolitej w duchu sprawiedliwości i miłości społecznej dla dobra wszystkich ludzi i chwały Boga samego.
PCh24.pl
***
Po czym poznać leniwego człowieka?
Oto cztery jego cechy według Biblii
Pexels | CC0
***
Zrób sobie „biblijny test na lenistwo”. Znamiennym jest, że katechizm wymienia lenistwo jako grzech sprzeciwiający się miłości, a Thomas Merton traktuje je jako jedno z dwóch największych zagrożeń dla życia duchowego.
Każdy z nas otrzymał talenty i możliwości ich realizacji. Jakże wielu jednak przez lenistwo marnotrawi dany czas oraz siły, dzięki którym może się rozwijać i ubogacać – nie tylko siebie, ale również świat, w którym żyje.
Biblia pełna jest opisów różnych osobistości. Począwszy od całych życiorysów, a skończywszy na tych wymienionych tylko z imienia i ewentualnie z pochodzenia. Jedne odgrywają kluczową rolę w historii zbawienia, inne mają charakter epizodyczny. Wśród tych opisów są również takie, których nie można przypisać do nikogo konkretnego. Dlaczego? Bo mogą one pasować do każdego z nas.
Bogate w takie opisy są księgi mądrościowe Starego Testamentu, a wśród nich Księga Przysłów. To właśnie w niej znajdziemy cztery wersety podpowiadające nam cztery cechy, jakimi charakteryzuje się człowiek z upodobaniem oddający się lenistwu (Prz 26,13-16).
1 Nierozumne wykręty
„Leniwy mówi: «Lwica na drodze, lew na miejscach otwartych»”.
Nie ma się co dziwić. Leniwy zawsze znajdzie wymówkę, by nie podejmować pracy. Nie ma też znaczenia czy wymówka jest sensowna, czy też absurdalna jak powyższe zdanie. Znamiennym jest jednak, że Katechizm Kościoła katolickiego wymienia lenistwo jako grzech sprzeciwiający się miłości – tuż obok obojętności, niewdzięczności, oziębłości, znużenia i nienawiści (KKK 2094).
2 Nadmiar snu i wylegiwania się
„Kręcą się drzwi na zawiasach, a leniwy na swoim łóżku”.
Można się śmiać lub nie, lecz położenie człowieka, który unika pracy jest tragiczne. Już św. Paweł w Liście do Tesaloniczan bardzo mocno pouczył, że „Kto nie chce pracować, niech też nie je!” (2 Tes 3,10). Wynika to przede wszystkim z troski o oddającego się lenistwu człowieka, lecz także tych, którzy związani są z nim więzami wszelakich zależności społecznych.
Na innym miejscu mówi Pismo Święte: „Jeszcze trochę snu i trochę drzemki, trochę założenia rąk, aby spocząć, a przyjdzie na ciebie nędza jak ktoś bezczelny i niedostatek jak rozbójnik” (Prz 24,33n).
3 Niedbalstwo objawiające się nawet w jedzeniu
„Leniwy wyciągnął rękę do misy: za trudno mu ją do ust doprowadzić”.
Każdy brak staranności oznacza niedbalstwo lub lekceważenie. Po co robić coś dokładnie i dobrze, skoro można „po łebkach”? Tymczasem o dojrzałości człowieka świadczy m.in. to jak i czy w ogóle wykonuje powierzone sobie zadania.
4 Zarozumiałość
„Leniwy ma się za mądrzejszego niż siedmiu mówiących rozumnie”.
Lubimy być specjalistami od wszystkiego. Wielepkowatość (wiem lepiej) to wspólna cecha bardzo wielu osób. Szczególnie widać to w towarzystwie oraz w internecie. Polityka, sport, prawo, nauki przyrodnicze, religia. Trudno jest powiedzieć „nie wiem”, bo to oznaka słabości, trzeba być przecież wygadanym, mieć opinię na absolutnie każdy temat… Nieważne, gdzie leży prawda, nieważne, że się na tym nie znam… Nieważne, że obok stoi specjalista. Ważne, że „ja wiem lepiej”.
Lenistwo jest jednym z dwóch ogromnych zagrożeń, także dla życia duchowego. Ostrzega przed tym m.in. Thomas Merton, wskazując jednocześnie jak sobie z nim radzić – o czym przeczytać możecie w tekście „Dwa największe zagrożenia dla życia duchowego. Jak je odeprzeć?”.
*** Dwa największe zagrożenia dla życia duchowego. Jak je odeprzeć?
Craig Whitehead/Unsplash | CC0
***
Co podstępnie zabija twoje życie duchowe i jak sobie z tym radzić? Sprawa nie jest prosta. Na szczęście z pomocą przychodzi doświadczony mnich Thomas Merton.
Nie ma chyba osób wierzących, którym nie sprawia ono trudności. Życie duchowe, bo o nim mowa, jest jednym z trudniejszych aspektów życia chrześcijańskiego. Szczególnymi jego wrogami według Thomasa Mertona są lenistwo i tchórzostwo.
Nic w tym dziwnego. Podobnie jak Ewangelia, a razem z nią chrześcijaństwo, tak i życie duchowe oparte na Ewangelii są bardzo wymagające. Wiedział o tym doskonale Thomas Merton, którego zgłębianie przesłania ewangelicznego oraz dzieł św. Jana od Krzyża doprowadziło do kapłaństwa oraz wstąpienia do zakonu trapistów, kierującego się jedną z najsurowszych reguł zakonnych w Kościele katolickim.
Miłość, która przegrywa z wygodnym życiem
Kiedy mówi się w Kościele o życiu duchowym, z pewnością nie brakuje takich, którzy traktują sprawę poważnie. Jednak są i tacy, którzy albo przechodzą nad tym do porządku dziennego, albo wyobrażają sobie, że wiąże się to z ogromem wyrzeczeń, długimi godzinami spędzonymi na klęczkach, postami, ciągłą powagą i uduchowionymi myślami. Przerażeni taką wizją szybko kapitulują.
Są i tacy, którym w natłoku codziennych zajęć po prostu nie chce się podejmować jakiegokolwiek wysiłku duchowego, usprawiedliwiając się brakiem przestrzeni, lub widzą w tym jedynie szkodliwe oderwanie od rzeczywistego życia.
Niepodejmowanie życia duchowego z jakiegokolwiek powodu Merton streszcza w dwóch słowach: lenistwo i tchórzostwo. Te dwie postawy stają się tym groźniejsze, gdy ubierane są w płaszczyk rozwagi, ponieważ to ona „mówi nam, czego Bóg od nas żąda, a czego nie (…), ukazuje nam, kiedy wysiłek jest niepotrzebny, a kiedy konieczny”. Ostatecznie obie te postawy są wynikiem braku ufności do Boga, ufności w Jego miłość, która przegrywa z wygodnym życiem.
Duchowość przeżywana w codzienności
Lenistwo oraz tchórzostwo są ucieczką przed każdym możliwym ryzykiem, które jest nieuniknione, jeśli chce się pójść za Chrystusem. Tchórzostwo dodatkowo czyni człowieka chwiejnym, stawia przed dylematem: świat czy Bóg. Wiara zamiast być przewodnikiem, staje się jedną z opinii. Nadzieja zanika, a miłość pozostaje ukryta za niepewnością. Taki strach potrafi skutecznie sparaliżować również modlitwę.
Jak się temu oprzeć? Odpowiedzią jest realizm życia. Merton zauważa, że życie duchowe należy przeżyć w codzienności, w warunkach, w których w danej chwili się funkcjonuje. Nie jest ono oderwane od świata, zawieszone między aniołami w niebie.
Przeciwnie, chcąc być człowiekiem uduchowionym, należy żyć przede wszystkim własnym życiem, bez strachu przed obowiązkami, ale i zaniedbaniami, jakie przynosi rzeczywistość, w której postawił nas Bóg. To właśnie realizm pozwala odnaleźć wolę i mądrość Bożą.
Żyć swoim życiem i uświęcać je
Ponadto mnich zostawia trzy praktyczne wskazania, których przestrzeganie pomoże prowadzić życie duchowe osadzone na realizmie:
„Jeżeli mamy stać się uduchowieni, musimy pozostać ludźmi. (…) Jezus żył zwykłym życiem ludzi swoich czasów, aby uświęcić zwyczajne życie ludzi wszystkich czasów”.
Tekst oraz cytaty na podstawie książki Thomasa Mertona „Myśli w samotności. Chleb żywy”, wyd. Znak, Kraków 1975 r.
***
Trzy wady, przez które popadasz w grzechy, a których możesz nie być świadomy
Public Domain
***
Grzech przybiera różnorodne formy, gdyż kusiciel chce sprawić, by wydał nam się atrakcyjny i byśmy w niego popadli. Dlatego musimy być czujni i unikać okazji.
Istnieje wiele rodzajów grzechów, ponieważ zły dąży do tego, by ludzie podzielili jego smutny los. Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza:
Grzechy są bardzo zróżnicowane. Pismo święte dostarcza wiele ich wykazów. List do Galatów przeciwstawia uczynki ciała owocom ducha: „Jest… rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, Królestwa Bożego nie odziedziczą” (Ga 5, 19-21)
Oczywiście, diabeł przedstawia nam pokusy jako atrakcyjne. W dzisiejszym świecie, gdzie dewiacje zaczęły być postrzegane jako coś normalnego, musimy uważać, dać się tym trzem wadom: naiwności, obojętności i ignorancji.
1 NAIWNOŚĆ
Naiwność charakteryzuje osobę pozbawioną złej woli, szczerą i pełną ufności. Mówimy, że taka osoba nie grzeszy, ale jest bezbronna i łatwa do oszukania, ponieważ nie podejrzewa tych, którzy chcą jej zaszkodzić. Księga Przysłów mówi:
Wszystko, co mówią, przyjmuje niemądry, a człowiek rozumny na kroki swe zważa […] Udziałem łatwowiernych – głupota, umiejętność wieńczy rozumnych
Ludzie naiwni i o dobrych intencjach mogą zostać wykorzystani przez największe zło. Dlatego musimy troszczyć się o dzieci i bezbronnych, aby unikali upadków. Ci, którzy są już wystarczająco dorośli, ale ciągle upadają, muszą nauczyć się bronić przed manipulacjami.
2 OBOJĘTNOŚĆ
Obojętność to postawa tych, którzy, rozpoznają grzech, ale popełniają go mimo ostrzeżeń. Nie ma na to żadnej wymówki. Obojętność może przybierać różne formy, ale zawsze polega na braku miłości do Boga i bliźniego. Osoba, która nie wzrusza się cierpieniem innych i nie troszczy się o swój ostateczny los, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji. Ewangelia jest jednoznaczna:
Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: “Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”
Wówczas zapytają i ci: “Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” Wtedy odpowie im: “Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».
3 IGNORANCJA
W prawie obowiązuje zasada „Ignorantia iuris non excusat”: nieznajomość prawa nie usprawiedliwia. W przypadku grzechu, nie zwalnia od odpowiedzialności, choć może ją zmniejszać. Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla:
Ignorancja niedobrowolna może zmniejszyć winę, a nawet uwolnić od ciężkiej winy. Nikt jednak nie powinien lekceważyć zasad prawa moralnego, które są wypisane w sumieniu każdego człowieka. Impulsy wrażliwości, uczucia mogą również zmniejszyć dobrowolny i wolny charakter winy, podobnie jak naciski zewnętrzne czy zaburzenia patologiczne. Grzech popełniony ze złości, w wyniku świadomego wyboru zła jest najcięższy.
W dzisiejszym świecie, gdzie technologia daje dostęp do informacji, nie ma wymówek dla ignorancji. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę zamieszanie współczesności, pilną sprawą jest zwalczanie ignorancji i kształcenie katolików, by mogli podążać właściwą drogą, spełniając wolę Pana.
Otwórzcie drzwi kościołów, zwłaszcza tam, gdzie widać dystans między ludźmi a Kościołem – mocne słowa Leona XIV do księży
Posługa kapłańska jest służbą komunii – mówił o tym Leon XIV podczas Mszy św. w Bazylice św. Piotra w Watykanie, w trakcie której udzielił święceń prezbiteratu 10 diakonom. Zachęcił księży do trzymania otwartych drzwi kościołów, „zwłaszcza tam, gdzie liczby wydają się wskazywać na dystans między ludźmi a Kościołem”. „Pozwólcie wchodzić i bądźcie gotowi, aby wyjść”, bo „jesteście kanałem, a nie filtrem”, zachęcił Ojciec Święty.
Święcenia prezbiteratu w bazylice św. Piotra.
PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI
Homilia papieża Leona XIV:
Drodzy Bracia i Siostry!
Pozdrowienie to kieruję w szczególności do tych, którzy zostali właśnie przedstawieni i którzy wkrótce przyjmą święcenia prezbiteratu, do waszych rodzin, do kapłanów rzymskich – z których wielu wspomina swoje święcenia w tę IV Niedzielę Wielkanocną – oraz do was wszystkich tu obecnych!
Oto niedziela pełna życia! Chociaż otacza nas śmierć, obietnica Jezusa już się spełnia: „Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie, i miały je w obfitości” (J 10, 10). W dyspozycyjności młodych ludzi – Kościół dziś prosi, aby zostali oni wyświęceni na prezbiterów – dostrzegamy wielką hojność i entuzjazm. Gromadząc się tak licznie i w różnorodności wokół jedynego Mistrza, odczuwamy moc, która nas odnawia. Jest to Duch Święty, który jednoczy ludzi i powołania w wolności, tak aby nikt już nie żył dla siebie samego. Niedziela – każda niedziela – wzywa nas, byśmy wyszli z „grobu” izolacji i zamknięcia, abyśmy spotkali się w ogrodzie komunii, którego stróżem jest Zmartwychwstały.
Posługa kapłańska, nad którą skłania nas do refleksji powołanie tych braci, jest służbą komunii. „Życie w obfitości” bowiem przychodzi do nas w bardzo osobistym spotkaniu z osobą Syna, ale od razu otwiera nasze oczy na lud braci i sióstr – którzy już tego doświadczają albo wciąż poszukują „mocy, aby się stać dziećmi Bożymi” (J 1, 12). Oto pierwsza tajemnica życia kapłana. Najdrożsi kandydaci do święceń, im głębsza jest wasza więź z Chrystusem, tym bardziej radykalna jest wasza przynależność do wspólnego człowieczeństwa. Nie ma sprzeczności ani rywalizacji między niebem a ziemią: w Jezusie łączą się one na zawsze. To żywe i dynamiczne misterium angażuje serce w miłość nierozerwalną: angażuje je i wypełnia. Oczywiście, tak jak miłość małżonków, tak również miłość, która inspiruje celibat dla Królestwa Bożego, powinna być strzeżona i nieustannie odnawiana, ponieważ każde prawdziwe uczucie dojrzewa i staje się owocne z upływem czasu. Jesteście wezwani do szczególnego, delikatnego i trudnego sposobu miłowania, a jeszcze bardziej – do pozwolenia, by was kochano, w wolności. Jest to sposób, który może uczynić was nie tylko dobrymi kapłanami, ale także uczciwymi i otwartymi obywatelami, budowniczymi pokoju i przyjaźni społecznej.
W tym kontekście uderzające jest, w odczytanej właśnie Ewangelii (J 10, 1-10), odniesienie Jezusa do postaci i gestów agresji: między Nim a tymi, których miłuje, wkraczają bowiem obcy, złodzieje i bandyci, którzy przekraczają granice, przychodzą, mówi Jezus, „tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć” (w. 10), a przede wszystkim mają głos inny niż Jego, nie do rozpoznania (por. w. 5). W słowach Pana jest wielki realizm: On zna okrucieństwo świata, przez który kroczy wraz z nami. Swoimi słowami przywołuje formy agresji fizycznej, ale przede wszystkim duchowej. Nie powstrzymuje go to jednak przed oddaniem swojego życia. Demaskowanie [zła] nie staje się rezygnacją, niebezpieczeństwo nie skłania do ucieczki. Oto druga tajemnica życia kapłana: rzeczywistość nie może nas przerażać. Powołuje nas Pan życia. Niech posługa, która wam zostaje powierzona, najdrożsi, przekazuje pokój tego, kto nawet pośród niebezpieczeństw wie, dlaczego jest bezpieczny.
Dziś potrzeba bezpieczeństwa sprawia, że ludzki duch staje się agresywnym, wspólnoty zamykają się w sobie, i skłania do szukania wrogów i kozłów ofiarnych. Często wokół nas – a może i w nas samych – obecny jest lęk. Niech wasze bezpieczeństwo nie opiera się na pełnionej funkcji, lecz na życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, na historii zbawienia, w której uczestniczycie wraz ze swoim ludem. Jest to zbawienie, które już działa w tak wielu cichych, dobroczynnych dziełach, pośród ludzi dobrej woli, w parafiach i w środowiskach, do których będziecie się zbliżać jako towarzysze drogi. To, co głosicie i celebrujecie, będzie was strzegło także w trudnych sytuacjach i czasach.
Wspólnoty, do których zostaniecie posłani, są miejscami, w których Zmartwychwstały jest już obecny, gdzie wielu już podążało za Nim w przykładny sposób. Rozpoznacie Jego rany, poznacie Jego głos, znajdziecie kogoś, kto wam Go wskaże. Są to wspólnoty, które pomogą również wam stać się świętymi! A wy pomóżcie im, aby podążały zjednoczone za Jezusem, Dobrym Pasterzem, aby stały się miejscami – ogrodami – życia, które zmartwychwstaje i jest przekazywane. Często tym, czego brakuje ludziom, jest miejsce, w którym mogliby doświadczyć, że razem jest lepiej, że razem jest pięknie, że można żyć razem. Ułatwianie spotkań, pomaganie w zbliżaniu się do siebie tym, którzy inaczej nigdy by się nie spotkali, zbliżanie przeciwieństw stanowi jedno z celebracją Eucharystii i sakramentu pojednania. Gromadzenie jest zawsze i na nowo zakładaniem Kościoła.
W Ewangelii znaczący jest obraz, za pomocą którego w pewnym momencie Jezus zaczyna mówić o sobie. Opisywał siebie jako „pasterza”, ale słuchający wydają się tego nie rozumieć. Wtedy zmienia metaforę: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ja jestem bramą owiec” (J 10, 7). W Jerozolimie znajdowały się bramy o tej właśnie nazwie, „bramy owiec”, w pobliżu sadzawki Betesda. Przez nie do świątyni wchodziły owce i jagnięta, najpierw zanurzone w wodzie, a następnie przeznaczone na ofiary. Spontanicznie przychodzi na myśl chrzest.
„Ja jestem bramą” — mówi Jezus. Jubileusz ukazał nam, jak bardzo ten obraz nadal przemawia do serc milionów ludzi. Przez wieki brama – często rzeczywiście okazały portal – zapraszała do przekroczenia progu Kościoła. W niektórych przypadkach chrzcielnica była budowana na zewnątrz, jak starożytna probatica piscina [sadzawka owcza, służąca do obmyć], pod której krużgankami „leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych i sparaliżowanych” (J 5, 3). Drodzy kandydaci do święceń, czujcie się częścią tej cierpiącej ludzkości, która oczekuje życia w obfitości. Wprowadzając innych w wiarę, będziecie odnawiać także własną. Razem z innymi ochrzczonymi będziecie każdego dnia przekraczać próg Misterium – próg, który ma oblicze i imię Jezusa. Nigdy nie ukrywajcie tej świętej bramy, nie zamykajcie jej, nie stawajcie się przeszkodą dla tych, którzy chcą wejść. „Sami nie weszliście, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli” (Łk 11, 52) – to gorzki wyrzut Jezusa wobec tych, którzy ukryli klucz do przejścia, które powinno być otwarte dla wszystkich.
Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek, zwłaszcza tam, gdzie liczby wydają się wskazywać na dystans między ludźmi a Kościołem, trzymajcie drzwi otwarte! Pozwólcie wchodzić i bądźcie gotowi, aby wyjść. To kolejna tajemnica waszego życia: jesteście kanałem, a nie filtrem. Wielu sądzi, że już wie, co znajduje się za tym progiem. Niosą ze sobą wspomnienia, być może z odległej przeszłości; często jest w nich coś żywego, co nie wygasło i co przyciąga; czasami jednak jest tam coś innego, co wciąż krwawi i odpycha. Pan wie i czeka. Bądźcie odbiciem Jego cierpliwości i czułości. Wy należycie do wszystkich i jesteście dla wszystkich! Niech to będzie podstawowy rys waszej misji: trzymać drzwi otwarte, niczym ich nie zastawiać i wskazywać je, nie używając zbyt wielu słów.
Z drugiej strony Jezus nalega i wyjaśnia: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie pastwisko” (J 10, 9). On nie krępuje naszej wolności. Są przynależności, które krępują, wspólnoty, do których łatwo wejść, a z których wyjście jest prawie niemożliwe. Nie tak jest w Kościele Pańskim, nie tak jest we wspólnocie Jego uczniów. Kto jest zbawiony, mówi Jezus, „wejdzie i wyjdzie, i znajdzie pastwisko”. Wszyscy szukamy schronienia, odpoczynku i opieki: drzwi Kościoła są otwarte. Nie po to, by odciąć się od życia: życie nie wyczerpuje się w parafii, w stowarzyszeniu, w ruchu, w grupie. Kto jest zbawiony, „wyjdzie i znajdzie pastwisko”.
Najdrożsi, wyjdźcie i odnajdźcie kulturę, ludzi, życie! Zachwycajcie się tym, co wzrasta dzięki Bogu, a czego my nie zasialiśmy. Ci, dla których będziecie kapłanami – wierni świeccy i rodziny, młodzież i osoby starsze, dzieci i chorzy – zamieszkują pastwiska, które musicie poznać. Czasami będzie wam się wydawało, że nie macie map. Posiada je jednak Dobry Pasterz, którego głosu – tak znajomego – należy słuchać. Jak wielu ludzi czuje się dziś zagubionych! Wielu ludziom wydaje się, że nie potrafią już odnaleźć się w życiu. Nie ma więc cenniejszego świadectwa niż to, które mówi: „Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoją chwałę” (Ps 23, 2-3). Jego imię to Jezus, czyli „Bóg zbawia”! Jesteście tego świadkami. „Dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni życia” (Ps 23, 6). Bracia, siostry, drodzy młodzi: tak niech się stanie!
Gość Niedzielny/Kai
***
26 kwietnia – 2 maja: Tydzień modlitw o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne
W IV Niedzielę Wielkanocną zwaną Niedzielą Dobrego Pasterza, która obchodzona jest jako Światowy Dzień Modlitw o Powołania, rozpoczyna się w Kościele katolickim w Polsce Tydzień Modlitw o Powołania. Tegoroczne hasło tego czasu brzmi: „Z domu do powołania”.
fot. Karol Porwich/Niedziela/Vatican Media
***
Wierni i odważni: jakich księży potrzebuje współczesny Kościół?
Jakiego nawrócenia potrzebują dziś pasterze? Muszą być odważni wobec wilków, godzić się na cierpienie ze względu na miłość do owiec, nie powinni dawać fałszywego pokoju.
Święty John Henry Newman, mówiąc o kryzysach Kościoła, zauważył: „Chrześcijaństwo zbyt często znajdowało się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, abyśmy teraz musieli obawiać się nowej próby. To jest pewne; natomiast to, co jest zwykle niepewne i co jest zazwyczaj wielką niespodzianką, gdy tego doświadczamy, to sposób, w jaki w danym przypadku Opatrzność ratuje i zbawia swoje wybrane dziedzictwo. Czasami nasz wróg staje się przyjacielem; czasami zostaje pozbawiony tej szczególnej zjadliwości zła, która była tak groźna; czasami rozpada się na kawałki; czasami robi tylko tyle, ile jest korzystne [dla Bożego planu – przyp. J.Sz.], a potem zostaje usunięty”. Piękne to słowa. Uczą, że nadzieja położona w Bogu jest matką mądrych, ocalenie jest pewne, a zaskakujące bywają jedynie forma i sposób ocalenia. Lecz trzeba też pamiętać, że służba nadziei nigdy nie polega na biernym czekaniu, ale na aktywnej z nią współpracy. Co to znaczy konkretnie dla polskiego księdza A.D. 2026?
Coraz mocniejsze „tak”
Przede wszystkim musimy, jak radzi święty Piotr, „umocnić nasze powołanie i wybór” (2 P 1,10). Umocnić, czyli pogłębić duchowe fundamenty i teologiczne rozumienie kapłańskiego powołania i osobistego wyboru tej drogi, wyboru sprzed lat.
Wybór dotyczył w swej głębi zgody na to, by Bóg mnie „używał”, bo mnie w swej pokorze „potrzebuje”, ale nigdy nie „wykorzysta”. Bóg potrzebuje ludzi, którzy w kapłaństwie nie szukają siebie, lecz są gotowi postawić na drugim miejscu swoje idee o życiu. Potrzebuje ludzi, którzy nie idą za własnymi fantazjami, pragnieniami i życzeniami dotyczącymi życia, ale są posłuszni innej woli, włączają w nią swoje życie i w ten sposób staje się ona także ich wolą. Ta bezinteresowność w oddaniu siebie Bogu jest rdzeniem kapłańskiego powołania. Zgoda na to, że moje życie nie spełni się według ludzkich kryteriów powodzenia i szczęścia, jest tu fundamentalna. W ten sposób i tylko w ten sposób kapłaństwo staje się otwieraniem drzwi przed Panem, by mógł z nami mieszkać. Z pasterzem i z owcami. Bo w naszym powołaniu miłować Pana i paść trzodę Chrystusa jest tą samą niepodzielną rzeczywistością. Miłujesz Mnie? – pyta Pan. Tak? – Więc paś owce moje (por. J 21,15-17).
Utrzymywać świat w stanie wrażliwości na Boga i Jego sprawy to istota powołania kapłana duszpasterza. Dzieje się to za niemałą cenę. A ponieważ kwota jest wielka, istnieje pokusa odzyskiwania jej w drobnych… Wszelkie gmeranie wokół tej zasadniczej kwestii radykalizmu i definitywności wyboru to bełkot, fanaberie i poduszczenia diabelskie. „Starajcie się umocnić powołanie i wybór”, czyli utrzymywać świeżość i szczerość aktu wywłaszczenia samego siebie. Bóg chce, byśmy żyli i umierali jako księża. Tyle.
Leon XIV w grudniu 2025 r. mówił do księży: „Wierność rodzi przyszłość”.
Godzina ciemności
To wszystko, o czym mówimy, dzieje się w czasie i przestrzeni, które są widownią wielkich – na apokaliptyczną skalę – zmagań z Bogiem i o Boga. „Siejemy wiele, lecz plon mamy lichy”, powtarzamy za prorokiem Aggeuszem (por. Ag 1,6). „Noszę w swoim sercu całą wrogość pogan” (Ps 89,51) – dawno już ten brewiarzowy werset nie przylegał tak dokładnie do serca polskiego księdza. Taka jest prawda naszej społecznej pozycji i duchowej kondycji. To fakty.
Trwa „wasza godzina i panowanie ciemności”, mówi Jezus (Łk 22,53). Godzina ciemności. Ponieważ samym rdzeniem tego, z czym się zmagamy, samym sednem pokusy, którą kuszone są nasz czas (XXI wiek) i przestrzeń (Polska) jest negacja Boga – nic mniej. To pokusa, by odsunąć Boga, pominąć Go, zdegradować, zdewaluować i zdemontować wiarę. I to w dużej mierze perwersyjnie: nie tylko pod pozorami dobra, ale wręcz przy pomocy dobra, osiągnięć, postępu etc. Takie było sedno trzech pustynnych pokus wobec Jezusa i Kościoła wszystkich czasów. Nasza godzina ciemności jest ponowoczesną aktualizacją tamtego kuszenia.
Idźmy głębiej. Noszę w swoim własnym sercu nie tylko wrogość współczesnych neopogan i osobistych nieprzyjaciół Boga, ale też wrogość – wobec Boga i mojego powołania – mojego własnego grzechu. I to jest dopiero pełna odpowiedź na pytanie o godzinę ciemności. Mylą się ci, którzy obarczają wyłącznie świat za bezbożny stan rzeczy. Mylą się także ci, którzy powiadają, że współczesność jest OK, ale Kościół jest zepsuty. Synteza tych dwóch diagnoz jest najbliższa prawdy. Mówiąc Izajaszem, cała szmata jest skrwawiona. I świat, i ja.
Świat w Kościele
Dwie diagnozy Benedykta XVI są w tym kontekście bardzo aktualne. Pierwsza brzmi tak: „Świat w Kościele zwraca się przeciwko Kościołowi [uwaga: nie świat przeciwko Kościołowi, ale świat w Kościele przeciwko Kościołowi – przyp. J.Sz.], chce przeforsować swoje kryteria, z Kościoła chce uczynić świat i nie chce tej decyzji Jezusa, której wymaga posłuszeństwo Jego słowu szczególnie tam, gdzie to słowo nas oczyszcza i zmienia”.
I druga diagnoza: „Siła protestu przeciw Bogu i przeciw Chrystusowi nie miałaby oparcia, gdybyśmy my, którzy łamiemy z Jezusem chleb, wciąż Go nie skazywali, gdybyśmy nie podnosili na Niego ręki. I naszym grzechem jest nasze splamienie chrześcijaństwa, które wciąż skazuje Pana na wyszydzenie i zdaje Go na pastwę losu. Władza ciemności zależy od tego, że ci, którzy zanurzają z Nim rękę w misie, jednocześnie wychodzą i idą za innym prawodawstwem, zapominają o Nim i poprzez swój styl życia, poprzez swoje wewnętrzne »nie« wobec wiary wydają Go w tym świecie na Mękę”.
Trafione w punkt. Nie klerykalizm ani braki emancypacyjne – uczył już jako Papa Emeritus – ale otwarcie śluzy dla ścieku świata do wnętrza Kościoła jest naszą zgubą. Świat w Kościele, forsowanie jego kryteriów, pójście za innym prawodawstwem, w Judaszową noc… „Nie” wobec wiary. W imię czego?
Grzegorz Wielki uczył, że „gdy pasterz kroczy po urwiskach, trzoda postępuje ku przepaści”. I dlatego, ponieważ spotykają się we mnie Bóg i świat, muszę jako pasterz przejść przez oczyszczenie. To konieczny proces. Oto kilka podpowiedzi.
Odwaga
Do nawrócenia należy istotnie powrót do odwagi. Do wiary pasterza należy jego twarde czoło, i to nie wobec owiec i sojuszników, ale wobec wilka. Pasterz nie może być „niemym psem, niezdolnym do szczekania” (Iz 56,10). Nieme psy, wyjaśniał Ratzinger, „z obawy przed naporem liberalnych mediów bezczynnie się przyglądają demontażowi wiary za rzucany im przez nie »ochłap« uznania” a także temu, „jak stopniowo sprzedaje się wiarę za miskę soczewicy tzw. nowoczesności”. Tymczasem prawdziwy pasterz musi być adwokatem wierzących, obrońcą ludu „przed potęgą intelektualnych elit” – za każdą cenę. A z drugiej strony nie może być twardym i bezwzględnym typem, który wprawdzie prowadzi owce właściwą drogą, broni je, ale czyni to, „chłoszcząc je prawdą”, nie bacząc na ich cierpienia, bez współodczuwania. „Autentyczne duszpasterstwo prowadzi do prawdy i pomaga w znoszeniu bólu, który wiąże się z jej przyjęciem”. Nawrócony duszpasterz wraca do odwagi i wyżej stawia dobro owiec niż własny spokój i komfort.
„My zaś nie należymy do hypostoles” (Hbr 10,39), czyli do ludzi wycofujących się, ukrywających się, małodusznych, odchodzących, odstępujących, porzucających wierność z tchórzostwa. „Albowiem nie dał nam Bóg – tłumaczy Paweł Tymoteuszowi – ducha deilias”, czyli bojaźni, trwożliwości, „lecz mocy, miłości i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7). Pasterz staje przed Bogiem i nie boi się dać Mu siebie samego, dać Mu wszystko. I tym samym ruchem mężnego serca staje odważnie przed wilkiem – z twardym czołem. „Niczego się nie boję, bo Pan jest ze mną; cóż może uczynić mi człowiek”? (Ps 118,6).
Zgoda na cierpienie
Są takie sytuacje w życiu, w których nie da się kochać inaczej, jak tylko godząc się na ból. Rezygnacja z cierpienia byłaby wtedy wycofaniem miłości. Związek miłości i cierpienia jest nierozerwalny. Zdaje się, że dzisiaj bywamy wobec wielu złożonych wyzwań bezradni, lecz nie w tym punkcie: możemy chcieć cierpieć z ich powodu, współcierpieć. Chcieć, by nas bolał: nasz Kościół, nasz świat, nasz bliźni. Nasza Polska. I w ten sposób kochać. Zdaje się, że do takiego kształtu miłości nas, swoich przyjaciół, zaprasza Chrystus – do współcierpienia z Nim.
Kościół będzie w takim stopniu przekonujący, jak daleko jego głosiciele będą gotowi na to, aby pozwolić się zranić. Walka Kościoła może być tylko walką tych, którzy wydają się na całopalną ofiarę: walką męczenników. Kto nie przyjmuje cierpienia, nie może też kochać. Życie pasterza jest nie tylko zbiorem aktywności, ale też pasywnością, cierpieniem. Ksiądz, który mówi Panu: „Jestem u kresu, widzę, że niewiara jest potężniejsza niż wiara, lecz nie będę uciekał nigdzie ani w nic, nie chcę w tym znieczulenia, żadnego rodzaju morfiny, którą wszyscy chcą mi podawać, chcę, by mnie to bolało, i chcę w tym przy Tobie trwać; chcę, byś mnie bolał, bylebym tylko mógł Cię kochać”, czyni rzecz prawdziwie wielką ze swojego życia.
Nie dawać fałszywego pokoju
Nie dawać go ani sobie, ani owcom. Pacem falsam non dare. To zdanie pochodzi z Reguły św. Benedykta. Oto wielka pokusa: postawić pokój ponad prawdę. Nie chcemy mieć kłopotów ani kłopotów stwarzać innym. Nie chcemy mieć PR-u zacietrzewieńców. Nie chcemy polaryzacji, eskalacji, wyłamywania się z szeregu. Chcemy zejścia z linii frontu, zgody, odrobiny spokoju. Czy to źle? Ratzinger odpowiada: „W ten sposób łykamy nieprawdy, niesprawiedliwości i mówimy: przynajmniej nie było żadnego wzburzenia. Ale że tym samym pozostała trucizna, że tym samym kłamstwo było silniejsze niż prawda i na dłuższą metę musi nas otruć, o tym wolimy nie mówić w takich momentach”. Żadnych ekscesów, żadnej dramaturgii, żadnego dzielenia ludzi: cichutko przejść obok prawdy, bez hałasu, delikatnie ją nagiąć, żeby mniej bolała i nie prowokowała; nic więcej. Oto sedno pokusy dawania fałszywego pokoju.
Zapowiedź proroka Zachariasza jest dokładnie o tym: „…sprowadzę temu krajowi pasterza, który nie będzie się troszczył o to, co ginie; nie będzie szukał tego, co błądzi; nie będzie leczył tego, co zranione; nie będzie karmił tego, co zdrowe” (Za 11,16). Niech giną, niech błądzą, niech odnoszą nieuleczalne rany, byleby w Kościele panował spokój, a Polska była uśmiechnięta. Biada takiemu pasterzowi, mówi prorok w imieniu Boga: odetnę mu ramię i wyłupię prawe oko (por. Za 11,17), czyli pozbawię go możliwości prowadzenia mojej trzody ku przepaści.
*
Bóg swoim przyjaciołom nie tylko sporo daje, ale i niemało zabiera. Zaś pierwszą rzeczą, którą im zabiera, jest strach.
ks. Jerzy Szymik/Gość Niedzielny
(oprac. na podst. konferencji ascetycznej dla księży, 2–5 marca 2026.Cytaty pochodzą z: J. Ratzinger, „Opera omnia”, t. 14/2 i 14/3.)
***
Drwal, stróż nocny, spowiednik papieża. Niezwykłe losy ks. Tadeusza Fedorowicza
O odwadze Witolda Pileckiego, który celowo dał się wywieźć Niemcom do Auschwitz, Polacy usłyszeli po kilkudziesięciu latach milczenia. Tymczasem o misji bohaterów, którzy zrobili coś bliźniaczo podobnego – na ochotnika dołączyli do nieszczęśników wywożonych na Sybir – wciąż mało kto wie. Może dlatego, że byli… katolickimi księżmi. Przedstawiamy niesamowitą historię jednego z nich: Tadeusza Fedorowicza.
Sowieci, którzy w 1939 r. zagarnęli wschodnie ziemie II Rzeczpospolitej, mordowali lub wywozili na Wschód polskie elity. Przeprowadzili cztery fale masowych deportacji Polaków w stronę Syberii, Kazachstanu czy na mroźną północ europejskiej części Rosji.
Pierwsza z tych deportacji ruszyła w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku. Do bydlęcych wagonów Sowieci upchnęli ok. 140 tysięcy ludzi. Były to przede wszystkim rodziny wojskowych, urzędników, kolejarzy czy pracowników służby leśnej – w tym mnóstwo dzieci. Tygodniami, w głodzie i przejmującym zimnie, jechali w głąb Związku Sowieckiego. Wielu zmarło jeszcze po drodze, wielu już na Syberii czy w Kazachstanie.
Dołączyć do deportowanych
Zdawałoby się, że każdy chciałby uniknąć tego losu. Znalazło się jednak m.in. trzech katolickich księży ze Lwowa, którzy wpadli na szalony pomysł, żeby dołączyć do następnego transportu. Chcieli zapewnić deportowanym nieszczęśnikom opiekę duszpasterską. Ks. Tadeusz Fedorowicz, wikary parafii św. Marii Magdaleny i dyrektor Domu Ubogich Miasta Lwowa, poszedł z tym pomysłem do swojego arcybiskupa, Bolesława Twardowskiego. Hierarcha pozwolił pojechać jemu i ks. Marianowi Folcikowi, wikaremu u św. Elżbiety. Natomiast ks. Włodzimierzowi Cieńskiemu, proboszczowi ks. Tadeusza, kazał zostać, bo potrzebował go na miejscu.
Ks. Fedorowicz w 1942 r. z nauczycielami i uczniami polskiego „gimnazjum” we wsi Bolszaja Bukoń we wschodnim Kazachstanie. Polscy zesłańcy zorganizowali tam sobie szkołę, gdy po ataku Niemców na ZSRR sowieckie władze udzieliły im amnestii. Archiwum. ks. T. Fedorowicza
Ks. Tadeusz Fedorowicz miał wtedy 33 lata. Pochodził z Klebanówki, wsi leżącej niedaleko rzeki Zbrucz, którą biegła wschodnia granica II RP. Zanim wybrał kapłaństwo, zdążył skończyć prawo na Uniwersytecie Lwowskim.
Chciał dołączyć do kolejnego, kwietniowego transportu. Przez przypadek wpadł jednak w kocioł, który enkawudziści zastawili w mieszkaniu jego proboszcza. Zamiast na stepy Kazachstanu, trafił więc do więzienia na lwowskim Zamarstynowie. „Siedzieliśmy w szesnastu w celi przejściowej, z której wzywano na pierwsze przesłuchania. Po nich albo brano głębiej do więzienia, albo wypuszczano na wolność” – napisał po latach w swoich wspomnieniach „Drogi Opatrzności”. „Po dwóch tygodniach niespokojnego czekania, co będzie dalej, gdy po obiedzie moi towarzysze położyli się do snu, a jeszcze kogoś nowego wprowadzono do celi, tak że na podłodze nie starczyło już dla mnie miejsca, stanąłem przy zakratowanym oknie i zacząłem rozmyślać o sytuacji. (…) Pomyślałem, że skoro kameduli siedzą zamknięci w celach za kratami, to i ja mogę tę sytuację dobrowolnie zaakceptować. Gdy tak to sobie ułożyłem, stało mi się lekko i radośnie. Byłem wprost szczęśliwy. Ale po paru minutach tego szczęścia rozległ się zgrzyt klucza w zamku. Wszedł enkawudzista i spytał: – Na bukwu F? [bukwa to po rosyjsku litera – przyp. P.K.] (…). Zgłosiłem się, podając nazwisko. Na to on: – Dawaj z wieszczami! – to jest z rzeczami”. Wyszedł na wolność.
Powiedział sobie wtedy: „Widzisz, jak to jest z Panem Bogiem: trzeba przyjąć to, co cię spotyka. Dzisiejszą łaskę, żeby otrzymać jutrzejszą”. Odtąd tego się w życiu trzymał.
Dlaczego wyszedł? Okazało się, że komendant więzienia, oficer NKWD, mieszkał u staruszki, która kiedyś przez rok spowiadała się u ks. Fedorowicza. Rosjanin wypuścił duchownego, bo został przekupiony… zegarkiem.
Tadeusz Fedorowicz ok. 1925 r., w czasie, gdy kończył gimnazjum i zaczynał studiować prawo. Archiwum. ks. T. Fedorowicza
Hostie i wino w walizeczce
Następna fala deportacji ruszyła w nocy z 27 na 28 czerwca 1940 roku. W stronę stacji kolejowych zmierzały o świcie ciężarówki i furmanki, na których siedzieli wywożeni na Wschód ludzie. Na wybojach kołysały się ich tobołki, które w czasie nocnego najścia łaskawie pozwolili im wziąć Sowieci. W tę samą stronę, ku podlwowskiej stacji Persenkówka, szedł sobie o szóstej rano z walizeczką w ręku ks. Tadeusz Fedorowicz – oczywiście „po cywilnemu”, bez sutanny i koloratki. Powoli zrównał krok z jednym z wozów. Siedzieli na nim państwo Cieszkowscy, starsi ludzie z Poznańskiego. Uzbrojony w karabin sowiecki strażnik szedł kilkadziesiąt kroków za nimi. Ks. Tadeusz przez chwilę szedł obok wozu, później położył na nim walizeczkę, a w końcu sam do niego wskoczył. Sowiecki żołnierz nie zareagował. W walizeczce ks. Fedorowicza, wśród rzeczy osobistych, schowane były butelki wina, hostie i szklany kieliszek, który miał posłużyć zamiast mszalnego kielicha.
Na stacji było już mnóstwo zwiezionych tu, przerażonych ludzi. Funkcjonariusz NKWD zażądał tam od ks. Fedorowicza dokumentów. Gdy okazało się, że ich nie ma, rzucił: „Dawaj, spiszem!”. Kapłan podał nazwisko Jackowski – bo wśród jego przodków byli Fedorowicze-Jackowscy. „Podałem swoje imię, wykształcenie prawnicze, powiedziałem, że jestem z Krakowa z ulicy Kopernika, zmyśliłem jakiś tam numer. Blagą był tylko Kraków i ulica Kopernika. Poza tym wszystko było prawdziwe, oprócz tego, że nie powiedziałem, że jestem księdzem” – wspominał.
Ponieważ jechał dobrowolnie, podchodził pozytywnie do wszystkiego, co go spotykało. Sowieci wydawali deportowanym coś do jedzenia tylko raz dziennie – zwykle jakąś zupę albo kaszę. „Nawet dość mi smakowało” – napisał. Kiedy dojechali do Uralu, zachwycał się pięknem tych gór. Te dwa tygodnie w bydlęcym wagonie nie było dla niego aż tak trudne jak dla wywiezionych w poprzednich falach, bo przynajmniej już było ciepło.
Miał też szczęście, że na Uralu jego pociąg skręcił znów na zachód. Trafił do sowieckiej Republiki Maryjskiej na skraju europejskiej części Związku Sowieckiego. Akurat tam wywiezionych Polaków i Żydów traktowano w miarę dobrze. Dostali miejsca w drewnianych barakach. Ks. Tadeusz wreszcie, po dwóch tygodniach, miał okazję porządnie się umyć. A potem wszedł głębiej w las i na pniu ściętej sosny odprawił pierwszą w czasie swojej wywózki Mszę Świętą.
Ks. Fedorowicz rozdaje polskim żołnierzom Komunię św. w czasie wielkanocnej Mszy św. w Sumach w 1944 r. Archiwum. ks. T. Fedorowicza
Drwal sprawuje Eucharystię
Stawiał tam słupy telegraficzne i rąbał las. Choć komary atakowały chmarami, zapamiętał, że „praca była przyjemna, pogoda śliczna”. „Po skończonej pracy szliśmy kąpać się w rzece, która tamtędy przepływała. Była tam znakomita woda, tak smaczna, że (…) w czasie kąpieli po prostu piłem z rzeki” – zachwycał się. Szczególnie polubił pracę drwala. Ścinał wielkie sosny za pomocą piły, siekiery i klinów. Umiał obchodzić się z końmi, więc także odwoził pnie nad rzekę. „Nigdy w życiu nie byłem tak silny i nigdy tak dobrze nie wyglądałem jak wtedy” – odnotował. Przełożeni zaliczyli go do najlepszych robotników i przyznali mu wysoki limit półtora kilograma chleba na dzień.
Wkrótce na Msze św. zaczęli do niego przychodzić zaufani Polacy. Odprawiał w dolince ze zwalonymi sosnami, które służyły jako ławki. Z czasem udało mu się też odwiedzić Polaków z sąsiedniego obozu, a później oni sami ukradkiem przychodzili do niego. Spowiadał ich, chodząc po lesie. „Gdy mnie dziś pytają, kto mi dał jurysdykcję do spowiadania, odpowiadam, że Stalin. A tak naprawdę, prawo kościelne przewiduje takie sytuacje i daje pozwolenie” – stwierdził w „Drogach Opatrzności”.
Był ostrożny. Nawet wtajemniczeni zwracali się do niego: „panie Tadeuszu”. Listy do Lwowa wysyłał pod nazwiskiem jednej z deportowanych, Heleny Czasz z Poznania. „Ale nie wszyscy byli tacy ostrożni. Otrzymałem list od księdza arcybiskupa Twardowskiego, bardzo serdeczny, zatytułowany: »Drogi Księże Tadeuszu« i podpisany pełnym imieniem i nazwiskiem” – wspominał.
To żydowski kantor?
W totalitarnie rządzonym kraju jego działalność nie mogła jednak w nieskończoność pozostać w tajemnicy. W końcu miejscowi milicjanci dowiedzieli się, że wśród Polaków jest duchowny. Na pierwsze przesłuchanie ks. Fedorowicz trafił jednak jako podejrzany o zorganizowanie w baraku modlitwy… żydowskiej. Jako jedyny Polak mieszkał bowiem w baraku Żydów. Zaprzyjaźnił się z nimi jeszcze w wagonie, jadącym przez dwa tygodnie na Wschód.
Na przesłuchaniu dobrze sobie poradził – zwłaszcza że przecież skończył studia prawnicze. Wykazał, że nie miał z żydowską modlitwą nic wspólnego. Kiedy powiedział współlokatorom, o co go oskarżał komendant obozu, barak zatrząsł się od wielkiego śmiechu. „Zrobili z pana naszego kantora” – powiedzieli mu żydowscy przyjaciele.
Milicja przesłuchiwała jednak kolejne osoby i z czasem dowiadywała się coraz więcej. Dwa razy ktoś już szedł przez las ku dolince, gdzie trwała Msza. Raz był to milicjant Wasjanin. Pięciu małych chłopców, którzy stali na czatach, wykrzykiwało wtedy hasło: „O, jaki wielki czarny grzyb!”, a uczestnicy Mszy szybko rozchodzili się z zabranymi dla kamuflażu koszykami na grzyby i jagody. Przygotowywał tam też do Pierwszej Komunii Świętej polskie dzieci, w tym 11-letnią Tereskę Dąbrowską z Limanowej. Kiedy zmarł tata Tereski, ks. Tadeusz nie tylko poprowadził obrzędy pogrzebowe, ale i sam wykopał dół na jego grób. Teresce po wojnie udało się wrócić z mamą do Polski; skończyła fizykę i zamieszkała we Wrocławiu.
Wśród wywiezionych byli dwaj lekarze dentyści, starsi panowie, którzy nie chcieli pracować przy wyrębie lasu. Zostali skazani na pobyt w łagrze i wywiezieni. Gdyby ks. Fedorowicz został złapany na odprawianiu Eucharystii, pewnie też by tam trafił. Doczekał jednak bezpiecznie wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Polacy stali się wtedy znów potrzebni. Ks. Tadeusz wstąpił wtedy do tworzącego się w Związku Sowieckim polskiego wojska, nazwanego później armią Andersa. Został w niej kapelanem w randze kapitana. Wkrótce armia wyprawiła go do Kazachstanu, żeby odwiedzał wywiezione tam rodziny żołnierzy.
Ks. Tadeusz Fedorowicz odmawia brewiarz na letniej wędrówce z młodzieżą w Polsce Ludowej. Takie wyprawy były w PRL-u nielegalne, więc szedł w cywilnym ubraniu, a młodzi mówili do niego: „Wuju Tadeuszu”. Archiwum OTF LaskI
Dzieci bawią się w księdza
W ten sposób dotarł aż nad chińską granicę. Odczuł, co znaczy temperatura poniżej –50 stopni Celsjusza. Przygotował do Pierwszej Komunii św. setki polskich dzieci. A także Rosjan i Niemców Wołżańskich, których Sowieci też wywieźli do Kazachstanu. Dla wielu było wielkim wzruszeniem znów zobaczyć księdza po przeszło 20 latach przymusowej ateizacji.
Polacy, którym zdrowie pozwalało na pracę, np. w sowieckich kołchozach, dostawali tam niewielkie wynagrodzenie i mieli szansę przeżyć. Gorzej było, gdy żywiciel rodziny był stary lub gdy odchodził z tego świata. Dzieci przymierały wtedy głodem. Ks. Fedorowicz rozdawał więc potrzebującym pieniądze ze swojej gaży oficerskiej. Mógł to robić, bo inni rodacy go karmili. Kiedy pojawiał się w jakiejś wsi, stawiali na stół to, co mieli najlepszego.
Jakiś czas we wschodnim Kazachstanie spędził we wsi Bolszaja Bukoń, z której wyjeżdżał na duszpasterskie wyprawy. Wspominał: „W Bukoni była izba, w której mieszkały trzy polskie rodziny. Zapraszały mnie kolejno na obiad. A najlepsze, czym mogły mnie przyjąć, to były pierogi: z serem, z kartoflami, z kapustą czy z jagodami ze stepu. I tak byłem tam trzy razy na pierogach. Kiedyś później chciałem tych ludzi o coś zapytać i zaszedłem do nich. – Wie ksiądz – zaczęli mi opowiadać – dzieci mają teraz nową zabawę. – Jaką? – Bawią się w księdza. – A to jak? – Ewunia i Jadzia (mają 6 i 8 lat) robią z piasku pierogi. Jędruś (10 lat) przychodzi i zjada te pierogi”.
Góry dają lekcję
W czasie pobytu w sowchozie „Bolszewik” ksiądz wdrapywał się przed zachodem słońca na stok, z którego widać było góry Tarbagataj na granicy z Chinami, bodące niebo szczytami o wysokości 3 tys. metrów. Czasem były wyraźne i cudnie skrzyły się od śniegu, leżącego na wierzchołkach. Innym razem jednak przyszła mgła i widział tylko ich kontury, a później góry całkiem zniknęły mu z oczu w chmurach. Skomentował: „Wtedy zrozumiałem, że tak samo jest z Panem Bogiem. Czasem Pan Bóg jest dla mnie oczywisty i wyrazisty jak te góry w słońcu, a czasem jest mgła w sercu, w tej sferze uczuciowo-zmysłowej, to uczucie przysłania widzenie umysłu. A potem przychodzą chmury i Bóg całkowicie znika. Pozostaje tylko głębokie przekonanie wiary. Wiele nauczyły mnie te góry”.
Najmocniej doświadczał Bożej opieki, kiedy coś dla Niego poświęcał. W mieście Semipałatyńsk w kolejce przed sklepem spotkał Rosjankę, która rozpaczała, że jej kartki na chleb zostały skradzione. Ks. Tadeusz wręczył jej wtedy własną kartkę. Nie był to ogromny heroizm, bo skalkulował sobie, że bez tego chleba jakoś przeżyje. Po południu w bocznej, pustej uliczce drogę zastąpiła mu nieznana Polka. Wyjęła „śliczny bocheneczek chleba, złoty prawie, pszennorazowy, ładnie wypieczony, i dała mi go. – Dlaczego pani mi to daje? – zdziwiłem się. – A zobaczyłam księdza i przyszło mi do głowy, żeby księdzu to dać” – wspominał. Chleb był pyszny, w przeciwieństwie do tego, z którego rano zrezygnował. Podobnych zdarzeń było wiele.
Nie bój się i nie pogardzaj
W 1942 r. nie wyszedł z armią Andersa do Iranu, lecz został z zesłańcami w Kazachstanie. W następnym roku władze zażądały, żeby przyjął sowieckie obywatelstwo. Kiedy odmówił, został oskarżony o „szpiegostwo, kontrrewolucję i brak dokumentów”. Trafił do więzienia w Semipałatyńsku. Przeżył tam 40 przesłuchań. Co noc do piątej rano siedział na zydelku przed śledczymi – a w dzień w celi nie wolno było się położyć… Po trzeciej takiej nocy z rządu był półprzytomny z niewyspania. Mimo to we wspomnieniach opisał z sympatią ludzi, którzy go przesłuchiwali. Swoje cierpienia skwitował krótkim zdaniem, dotyczącym dni po zakończeniu czteromiesięcznej „odsiadki”: „Byłem tak wychudzony, że prosiłem tych, których odwiedzałem, o poduszki na krzesło”.
Pracował później m.in. jako nocny stróż na polu kapusty i buraków w Semipałatyńsku. W 1944 r. doczekał powołania do „ludowego” Wojska Polskiego. Do Polski wrócił jako kapelan IV Dywizji armii Berlinga.
Do śmierci w 2002 r. był duszpasterzem niewidomych w Laskach pod Warszawą. Stał się przewodnikiem duchowym dla setek świeckich i księży. Biskup Bronisław Dembowski, wezwany za młodu na komendę milicji, wspominał radę ks. Fedorowicza, której trzymał się potem przez całe życie: „Jeśli musisz się tam udać, to znaczy, że Bóg cię tam posyła. Pamiętaj, że ci oficerowie milicji są ludźmi mającymi nieśmiertelne dusze, a ty jesteś kapłanem posłanym do nich przez Boga. Nie bój się ich i nie pogardzaj nimi. Mów prawdę. Może coś z niej w nich pozostanie”.
Był też spowiednikiem i kierownikiem duchowym Jana Pawła II. Papież mówił o jego mądrości, podkreślał, że wiele mu zawdzięcza i zwracał się do niego: „Ojcze”. W jednym z listów celnie zauważył: „Kochany Ojciec [Tadeusz] widzi dobro nawet tam, gdzie trzeba by go szukać ze szkłem powiększającym”. Kiedy rozmawiali, nawet kardynałowie musieli poczekać na swoją kolej. W 1980 r. w Rzymie zabrał zaskoczonego ks. Fedorowicza do swojego śmigłowca, lecącego do Castel Gandolfo. Ojciec Święty wspomniał również o nim m.in. w homilii w czasie swojej wizyty w Kazachstanie w 2001 roku.
W pogrzebie ks. Fedorowicza w Laskach 29 czerwca 2002 r. uczestniczyli jego przyjaciele, w tym liczni hierarchowie kościelni; telegram przysłał też Jan Paweł II. Mimo to ks. Tadeusz pozostaje w Polsce szerzej nieznany.
Jego krewna Izabela Broszkowska napisała o nim książkę „Szczęśliwe życie”. Przytacza w niej anegdotę, „która na pewno by mu się spodobała”. Jedna z współpracowniczek ks. Fedorowicza obdzwaniała redakcje katolickich mediów z wiadomością o jego śmierci. „W jednej z rozgłośni radiowych telefon odebrała dyżurująca, bardzo pewna siebie panienka. – Chcę powiadomić – mówi Maryla – i prosić o podanie w wiadomościach, ze w Laskach pod Warszawą zmarł ksiądz Tadeusz Fedorowicz.
Na to panienka: – Proszę pani, ja nie będę zaśmiecać anteny wiadomością o śmierci jakiegoś wiejskiego proboszcza.
– Ależ on nie był wiejskim proboszczem! – protestuje Maryla.
– No widzi pani, nawet proboszczem nie był!”.
Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny
***
środa 22 kwietnia 2026
Ks. prof. Waldemar Chrostowski:
Imieniem Boga jest Jego obecność
Zanim Bóg ogłosił człowiekowi, jakie są Jego nakazy i zakazy, najpierw… postanowił się przedstawić. O pierwszym przykazaniu Dekalogu mówił wybitny biblista ks. prof. Waldemar Chrostowski.
Ks. prof. Waldemar Chrostowski mówił w Klubie Stańczyka o pierwszym przykazaniu Dekalogu: „Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną”.
Wykład odbył się w ramach cyklu spotkań pt. „Dekalog w prawie i rzeczywistości społecznej: 35 lat po IV pielgrzymce św. Jana Pawła II do Ojczyzny”.
Jak podkreślił uczony kapłan, w pierwszym przykazaniu czytamy najpierw: „Jam jest Pan, Bóg Twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”. Po hebrajsku te słowa brzmią tak, żeby się rymowały – co jest rzadkością, bo w hebrajskim zasadniczo nie ma rymu. Użycie go tutaj wskazuje, że to zdanie miało zostać zapamiętane przez każdego, także przez dzieci. Kluczowe jest jednak to, co mówi Bóg. – Otóż zanim Pan Bóg czegokolwiek wymaga, cokolwiek sugeruje, cokolwiek podpowiada, to najpierw się przedstawia. To jest samo-prezentacja Boga. Bóg przedstawia siebie jako ten, który działa nieustannie w dziejach, w historii ludu, który wybrał do szczególnej odpowiedzialności i ukazuje temu ludowi akt czy wydarzenie, które można traktować jako założycielskie – powiedział ks. prof. Waldemar Chrostowski.
Podobne wydarzenie założycielskie, podkreślił, mamy też w polskiej historii. – Takim wydarzeniem założycielskim jest przede wszystkim chrzest polski. Innej Polski niż chrześcijańska nie było. Staliśmy się narodem z przyjęciem chrztu i chociaż to unarodowianie trwało, to jednak właśnie chrzest jest wydarzeniem założycielskim – zaznaczył.
Jak przypomniał, niedawno przypadła 1060. rocznica chrztu. Nie była jednak zbyt hucznie celebrowana – nie tylko w polityce, ale także w Kościele.
Pan Bóg w pierwszym przykazaniu Dekalogu przedstawia się jako Ten, który jest. W tekście hebrajskim jest słowo „Jahwe”, które oznacza „jestem”. – Imieniem Boga jest Jego obecność – zaznaczył. Kapłan przywołał przykład matki, która opiekuje się chorym dzieckiem. – Dziecko jest chore. Mama dała leki, zadbała o wszystko, co było potrzebne. Zmierzyła gorączkę. Dziecko choruje. Mama siedzi obok na łóżku czy na krzesełku i kiedy dzieciak otwiera oczy i patrzy, mama mówi: jestem, jestem. Jestem, więc nic Ci nie grozi. Jestem, więc możesz spać. Jestem, więc będzie dobrze. Obecność – dar obecności – wyjaśniał.
– Taki właśnie jest Bóg. Tak się przedstawia Bóg, zanim jeszcze czegokolwiek od człowieka wymaga. Bo jeżeli Pan Bóg coś od człowieka chce, jeżeli czegoś pragnie, czego się oczekuje, to daje mu zarazem siłę, daje mu moc, uzdalnia go do tego, żeby tego dokonał. Kto ufa Bogu, powtarzał Benedykt XVI, nigdy nie jest sam – wyjaśnił ksiądz profesor.
–Otóż ta autoprezentacja, ta samo prezentacja Boga na początku dekalogu, ona ma zapobiegać samotności człowieka. Kto wierzy w Boga, nie jest sam – dodał.
– W tradycji żydowskiej, biblijnej, do której czasami warto wracać, wszystkie przykazania są nazywane przykazania dające życie. Zabezpieczają przed tym, co złe. Zabezpieczają przed śmiercią wieczną. Zachowywanie przykazań daje życie. Mówiąc innymi słowy, dzięki przykazaniom człowiek odzyskuje, zachowuje swoją godność. […] Kiedy mamy świadomość przykazań i kiedy bierzemy te przykazania, odnosimy je do siebie, to wtedy przykazania nas wprowadzają na drogę nawrócenia, na drogę powrotu do Pana Boga. Przykazania są nie tylko drogowskazem, tylko przykazania dają nam również moc, żeby tę drogę, którą wskazują, pokonać – zaznaczył.
Mówiąc o pierwszym przykazaniu Dekalogu wyjaśnił też, co oznacza zakaz sporządzania sobie wizerunków kultycznych. Chodzi tu o wizerunku różnych rzeczy czy istot, które sporządzali poganie, na przykład w Egipcie, gdzie szerzył się choćby kult krokodyli czy zmarłych.
– Jeżeli chodzi o nasz kult obrazów, to ma on rodowód specyficznie chrześcijański. Mianowicie w czasach Starego Testamentu Bóg był absolutnie niewidzialny. Można go było słyszeć, można go wyczuwać, jego obecność, ale Boga nikt nigdy nie widział. Dlatego Izraelici wołali, jak mówią też psalmy: Panie Boże, ukaż nam swoje oblicze, pokaż, kim jesteś, chcemy Cię zobaczyć – powiedział.
– W Jezusie Chrystusie Bóg stał się jednak człowiek. Gdyby Jezus Chrystus, Bóg i człowiek, żył dzisiaj, to mielibyśmy Jego zdjęcia, nagrania Jego głosu, mielibyśmy wywiady, jeżeliby ich udzielał, może przyszedłby na takie spotkanie, jak nasze. […] Kilka stuleci później zaczęto Go sobie wyobrażać i pokazywać. Dlaczego to było możliwe? Przez wzgląd na to, że nie pokazujemy Boga, tylko pokazujemy Boga, który stał się człowiekiem. Próbujemy Go sobie wyobrazić. Możemy to robić, bo On rzeczywiście był człowiekiem. To nie było ciało pozorne, to nie był jakiś doketyzm, to nie było coś przejściowego, tylko to był prawdziwy, żywy człowiek i możemy Go sobie rekonstruować również na sposób plastyczny – wskazał.
Za tym poszły wizerunki Matki Bożej, świętych i tak dalej.
– Kiedy czcimy wizerunki Jezusa Chrystusa, to wiemy, że nie jest w nich obecny sam Jezus Chrystus. One nas tylko prowadzą do Jezusa Chrystusa – zaznaczył. – Uznajemy, że Bóg jest niewidzialny, ale w Jezusie stał się widzialny. Boga nikt nigdy nie widział, czytamy w Nowym Testamencie, ale Jezus Chrystus Go w sobie objawił – podkreślił gość warszawskiego Klubu Stańczyka.
źródło: PCh24 TV/Pach
***
Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI
(fot. PCh24TV)
***
W Polsce nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat – uważa ks. prof. Waldemar Chrostowski. Zdaniem wybitnego biblisty także Dzień Judaizmu w Kościele katolickim często nie ma wiele wspólnego z perspektywą religijną i teologiczną, bo nabrał charakteru politycznego.
W obszernej rozmowie z KAI duchowny mówi o swojej osobistej i naukowej przygodzie z Biblią, doradza jak czytać Pismo Święte, prostuje nieporozumienia wokół słów Jana Pawła II o Żydach jako „starszych braciach w wierze” i opowiada o swojej pasji filatelistycznej.
1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat.
Tomasz Królak (KAI): Pisze psalmista, że miarą „miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt”. Jak się Ksiądz profesor czuje mając za sobą lat 75?
Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Od młodości znam ten psalm i zawsze myślałem, że siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat to jest tak odległa perspektywa, że nie należy się tym specjalnie przejmować. I przyszedł czas, że mnie to również dotyczy.
Myślę, że to jest dobry moment, aby spojrzeć wstecz i przyznać rację psalmiście, że dożyć tych lat jest błogosławieństwem. To także czas, w którym trzeba zwolnić, pozbywać się rzeczy, które z tej perspektywy okazują się niepotrzebne albo mało ważne, zyskać dystans do siebie samego, a także do tego, co udało się dokonać i do tego, co nie zostało zrobione. Krótko mówiąc: to dobry czas na rozmowę z samym sobą i spokojny rachunek sumienia.
Psalmista dopowiada o latach pisanych człowiekowi: „…a większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy”. Czy i tu się z nim Ksiądz zgadza?
Bóg sprawił, że w moim przypadku nie było tak, że większość przeżytych lat była udręką czy wielkim trudem. Przeciwnie, postrzegam je jako czas intensywny i pod wieloma względami bardzo owocny. Zdarzały się niezwykle trudne chwile, ale z dzisiejszej perspektywy i one były błogosławieństwem.
Czy Biblię zna Ksiądz profesor na pamięć?
Nie i sądzę, że nikt nie zna jej na pamięć. Mogę streścić całą Biblię w miarę wiernie, bo czytałem ją wiele razy, również w oryginalnych językach, czyli Stary Testament po hebrajsku, aramejsku i grecku, a Nowy Testament po grecku. Przetłumaczyłem również bardzo wiele ksiąg biblijnych, przez 35 lat byłem wykładowcą egzegezy Starego Testamentu, wobec tego treść ksiąg Starego i Nowego Testamentu znam stosunkowo dobrze, ale nie na pamięć w tym znaczeniu, żeby je recytować ze sceny.
Czy był taki jeden, konkretny moment, w którym uświadomił sobie Ksiądz – lub może postanowił – że poświęci swoje życie studiowaniu Biblii?
Biblia stała się moim domem stosunkowo wcześnie, kiedy miałem 19 lat. Będąc na drugim roku studiów seminaryjnych musiałem je przerwać i w styczniu 1970 roku zostałem skierowany do pracy jako katecheta w parafii Łęki Kościelne. Warunki w jakich mieszkałem były dobre, a atmosfera stworzona przez proboszcza i miejscowych parafian bardzo życzliwa i serdeczna, ale dla 19-letniego chłopaka było to jednak doświadczenie trudne. Kilka lat wcześniej wyszło pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia. Postanowiłem wtedy, i bardzo chciałem w tym postanowieniu wytrwać, że każdego dnia będę czytał jeden rozdział. Nauczyło mnie to systematyczności, której wcześniej nie miałem, wytrwałości, a przede wszystkim otworzyło na zawartość Pisma Świętego. Kiedy więc ten prawie półroczny eksperyment się skończył i przyszły wakacje, lektura trwała nadal, a swoje postanowienie realizowałem również w seminarium. Na czwartym czy na początku piątego roku studiów lekturę całego Pisma Świętego miałem za sobą, zatem byłem w nie wprowadzony.
Kiedy dzisiaj o tym myślę to uświadamiam sobie, że odczytywałem Biblię w dwóch perspektywach. Z jednej strony jako bardzo ważne świadectwo historyczne o tym, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu, a z drugiej jako księgę, która potrzebna mi jest do życia. Potrzebna po to, żeby zrozumieć jego sens oraz żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za wszelka cenę chcę być księdzem (bo to było najważniejsze pytanie) i w związku z tym, co to znaczy być chrześcijaninem i jakie jest miejsce Jezusa Chrystusa w moim życiu, a jakie być powinno.
Czy ma Ksiądz swoje ulubione księgi biblijne?
Zawsze bardzo głęboko przemawia do mnie Księga Hioba. Cenię ją niezwykle wysoko. Zwłaszcza od czasu, gdy przeczytałem ją po hebrajsku i okazało się, że są w niej treści znacznie głębsze niż te, które udało się pokazać i wydobyć w przekładzie polskim, dostępnym choćby w Biblii Tysiąclecia.
Co do innych ksiąg Starego Testamentu, mam kilka ulubionych, także wśród tych, które wydają się mało znaczące, jak na przykład Księga Aggeusza, która dotyczy istotnego przełomu w historii biblijnego Izraela po zakończeniu wygnania babilońskiego.
Bardzo lubię Księgę Ezechiela, na której uczyłem się, jeżeli tak można powiedzieć, egzegezy biblijnej i robiłem również doktorat, później habilitację. Lubię stanowczość tego proroka i przesłanie tej księgi.
Natomiast co do ulubionych ksiąg Nowego Testamentu, to mógłbym powiedzieć, że lubię właściwie cały, ale w szczególny sposób Listy świętego Pawła, a zwłaszcza – według egzegezy krytycznej to nie jest tekst Pawłowy – List do Hebrajczyków. Ten tekst otworzył mi oczy na relację między Starym a Nowym Testamentem, a także ukazał mi, kim jest naprawdę Jezus Chrystus w kontekście wszystkich biblijnych bohaterów wiary.
Wspominając o Księdze Hioba dotknął Ksiądz wielkiego tematu tłumaczenia tekstów biblijnych. Czy zaryzykowałby Ksiądz wskazanie, który przekład byłby najbardziej adekwatny dla czytelnika XXI wieku, to znaczy najskuteczniej poruszałby współczesną wrażliwość?
Myślę, że dla „przeciętnego” wiernego, który chce poznać Pismo Święte, najlepsza mimo wszystko (zaraz wyjaśnię to „mimo wszystko”) jest Biblia Tysiąclecia.
A to dlatego, że słyszymy ją w Kościele, w czytaniach liturgicznych i pozaliturgicznych, a poza tym od kilkudziesięciu lat zakodowała się w polskiej kulturze i tę kulturę współtworzy. Najlepiej więc sięgnąć po taki przekład, z którym stykamy się w różnych miejscach, zwłaszcza w kościele.
Natomiast o tym, że nie jest to przekład idealny (takich zresztą nie ma) świadczy fakt, że do tej pory ukazało się pięć wydań Biblii Tysiąclecia, każde z nich inne, a obecnie jest przygotowywane jej szóste wydanie. Biblia Tysiąclecia ma mankament, który wynika z jej natury, mianowicie jest dziełem zbiorowym, w związku z czym jakość przekładów poszczególnych ksiąg jest bardzo zróżnicowana.
W ostatnich wydaniach różnice te zostały nieco zniwelowane, ale nie udało się ujednolicić wszystkiego. O ile terminologia stosowana w oryginalnym tekście Pisma Świętego, napisanym w językach hebrajskim, aramejskim i greckim jest dość spójna, o tyle w przekładach dokonywanych przez różnych tłumaczy tej spójności za bardzo nie widać.
Druga sprawa jest związana z pierwszą. Biblia, zwłaszcza Stary Testament, wymaga pewnego klucza, który by pozwolił na jej właściwą, prawidłową interpretację. Z jednej strony osadzoną w tradycji katolickiej, z drugiej zaś wychyloną ku najnowszym osiągnięciom, także tym z zakresu archeologii, historii, językoznawstwa itd. Pod tym względem można było w Biblii Tysiąclecia zrobić więcej, ale trzeba powiedzieć, że jej miejsce zarówno w polskiej pobożności i wierze, jak też w teologii i w kulturze jest bardzo ważne.
Czy ceni Ksiądz profesor tłumaczenia Czesława Miłosza? Pytam dlatego, że przełożył on m.in. wspomnianą Księgę Hioba.
Cenię go jako poetę, natomiast jako teologa – nie. Dlatego, że Psalmy są księgą modlitwy. Oczywiście to jest księga poetycka w języku hebrajskim, ale nie o kunszt poetycki przede wszystkim tam chodzi. U Czesława Miłosza, a także w kilku innych próbach translatorskich tego rodzaju, widać poetycką biegłość, która subiektywnym sposobem patrzenia przesłania orędzie teologiczne. Poza tym trzeba powiedzieć, że Miłosz nie tłumaczył z języka hebrajskiego, bo tego języka nie znał.
Wspomniał Ksiądz, że lektura Starego Testamentu wymaga specjalnego klucza umożliwiającego właściwą interpretację zawartych tam treści. Wydaje się, że Stary Testament jest w powszechnej, może nie tylko polskiej, świadomości obecny wyraźnie gorzej niż Nowy…
Tak, i nie ma w tym nic dziwnego, a ponadto tej sytuacji się nie zmieni. Jesteśmy chrześcijanami i oparciem dla naszej wiary jest przede wszystkim Nowy Testament. Jeżeli chodzi o lekturę Starego Testamentu, to kiedyś, gdy rozpoczynałem pracę naukową, dydaktyczną i duszpasterską, wydawało mi się, że można spokojnie zachęcać do czytania Starego Testamentu. Teraz tak nie myślę.
A to ciekawe, dlaczego?
Uważam zdecydowanie, że chrześcijanin powinien rozpocząć lekturę Pisma Świętego od Nowego Testamentu, przyswoić sobie go sobie kilkakrotnie, i dopiero wtedy sięgnąć do Starego Testamentu, żeby zobaczyć, jak daleka droga została przebyta od jednego do drugiego etapu historii zbawienia. Związki między nimi to ciągłość, ale też brak ciągłości i radykalna nowość osoby Jezusa Chrystusa i Nowego Testamentu.
Wielu chrześcijan czuje konsternację, i słusznie, kiedy czyta Stary Testament. Mamy w nim do czynienia z rzeczywistością, która przeszła do historii – choćby cały kult starotestamentowy, składanie ofiar, kapłaństwo, itd. To jest jedno.
A drugie: Stary Testament – zmagałem się z tym bardzo długo, również pod wpływem rozmaitych pytań, które do mnie były i są kierowane – zawiera zapośredniczony wizerunek Boga. Czytamy, że PAN, Jahwe, nakazał to, czy nakazał tamto i jeżeli chodzi o przykazania albo kult, to wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy dochodzimy do Księgi Jozuego czy do Księgi Sędziów albo do Ksiąg Samuela i czytamy, że PAN nakazał wyniszczyć co do niemowlęcia, na mocy klątwy (hebrajskie: cherem), Amalekitów, Filistynów i innych wrogów Izraela, to zaczynamy mieć poważne trudności i wątpliwości.
Wydawało się do niedawna, że można na to odpowiedzieć tak: w takich przypadkach mamy do czynienia ze starożytnymi realiami, starożytną mentalnością, z uwarunkowaniami, które należą do przeszłości i że pod tym względem Izraelici byli podobni do sąsiednich ludów i narodów. Można też było wybrać inną wykładnię i upatrywać w Kananejczykach – tak, jak to robili ojcowie Kościoła odczytując te teksty na sposób duchowy – grzechów i słabości, które trzeba skutecznie przezwyciężać.
Ale w ostatnich latach moje spojrzenie się zmieniło. Stało się to pod wpływem tego, czego Izrael dopuszcza się w Strefie Gazy i na terytorium Autonomii Palestyńskiej oraz jak zachowuje się wobec swoich bliższych i dalszych sąsiadów. Obecnie nie można powiedzieć, że interpretacja, która dotychczas wiązana z tymi księgami, powinna mieć wymiar czysto historyczny. Do Izraela przybywają bowiem ze Stanów Zjednoczonych i z Europy Zachodniej tysiące żydowskich osadników, którzy, tak samo jak wielu miejscowych Żydów, biorą do ręki Księgę Jozuego i Księgę Sędziów i traktują Palestyńczyków tak, jak w starożytności traktowano Kananejczyków, Amalekitów i innych.
Z chrześcijańskiego punktu widzenia problem polega też na tym, że wśród Palestyńczyków są nie tylko muzułmanie, co w żadnym wypadku nie usprawiedliwia przemocy i okrucieństwa wobec nich, ale również chrześcijanie. Ale pod tym względem mamy do czynienia z ogromną trudnością, z którą stale spotykam się na rozmaitych konferencjach i spotkaniach z katolikami w Polsce, a którą bodaj najdobitniej uświadomiła mi palestyńska katoliczka w Nazarecie. Podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, w każdą sobotę w Nazarecie jest zawsze odmawiany wielonarodowy i wielojęzyczny różaniec. Jedna z tamtejszych dziewcząt dowiedziawszy się, że jestem księdzem i zajmuję się Pismem Świętym, zapytała mnie po takim różańcu: „Niech mi ksiądz powie, dlaczego i jak my, Palestyńczycy, Arabowie, chrześcijanie, mamy czytać te księgi?”. To jest wyzwanie, na które trzeba znaleźć uczciwą i rzetelną odpowiedź, ale – mówię to z dużym smutkiem – Kościół katolicki tej odpowiedzi nie szuka. To pytanie nie pojawia się ani nie jest podejmowane w przestrzeni teologicznej. Uważam, że dzieje się to z wielką szkodą, po pierwsze, dla mieszkających tam ludzi, a po drugie, dla Pisma Świętego.
Dlaczego tego wyzwanie Kościół nie podejmuje, Księdza zdaniem?
Dlatego, że obawia się zarzutu antysemityzmu. Lęk przed tym zarzutem dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek.
Czy bezpośrednia obecność w miejscach opisywanych w Biblii pomaga w czytaniu i zrozumieniu jej treści?
Oczywiście. Pismo Święte dotyczy obecności Boga w dziejach świata, w historii biblijnego Izraela i w historii ludzi, zarówno poszczególnych osób, jak też ludów i narodów. Stary i Nowy Testament jest bardzo mocno osadzony w realiach czasu i przestrzeni, a więc geografii, topografii, uwarunkowań społecznych, politycznych, religijnych czy ekonomicznych. Dopiero wtedy, gdy je znamy, jesteśmy w stanie odkrywać niuanse, meandry, które chronią nas przed nadinterpretacją albo przed subiektywizmem w interpretacji narzucającym na starożytny tekst kategorie, które mamy w sobie, ale one z tym tekstem i jego znaczeniem nie mają wiele wspólnego.
Kiedy w 1978 roku zostałem skierowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego na studia na Papieskim Instytucie Biblijnym, a następnie otrzymałem stypendium do studiowania na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zmieniła się bardzo nie tylko moja percepcja, postrzeganie i rozumienie Biblii, ale sam też się zmieniłem. Uświadomiłem sobie bardziej niż wcześniej realność obecności Boga w świecie, tej obecności, która w Starym Testamencie wyrażała się w oczekiwaniu i tęsknocie, a wraz z Jezusem Chrystusem objawiła całe bogactwo wewnętrznego życia Boga, lecz objawiła je w tych konkretnych realiach.
Jaki sposób czytania Biblii doradzałby ksiądz osobom, które chcą ją poznać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo przeraża ich objętość, onieśmiela specyficzne nazewnictwo, nieznajomość realiów obyczajowych, geograficznych, itd.? Co zrobić, żeby zaszczepić w sobie przyjaźń z Biblią? Nie chodzi mi o cudowną receptę, ale realistyczną podpowiedź.
Istnieje recepta bliska cudu, a zarazem realistyczna. Gdy podejmujemy czytanie i przyswajanie sobie Pisma Świętego, powinna nam towarzyszyć świadomość, że wyrosło ono z wiary w Boga i że jego celem jest budowanie i wzmacnianie wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tak więc, to nie od Pisma Świętego dochodzimy do wiary chrześcijańskiej (zdarza się bardzo rzadko; może taka droga jest możliwa, ale nie spotkałem takich osób), lecz odwrotnie: od wiary chrześcijańskiej, od jej głębi, od jej przyjęcia i przeżywania oraz od życia nią przechodzimy do lektury Pisma Świętego.
Biblia nie jest ani łatwa, ani krótka, więc wymaga niemałego wysiłku. Mam na myśli nie tylko wysiłek intelektualny, konieczny żeby zrozumieć i umiejscowić biblijne osoby i wydarzenia, lecz także wysiłek duchowy. Musimy „przepuścić” wszystkie te wydarzenia i postacie z ich uwikłaniami, ale także z ich możliwościami i dokonaniami, przez filtr własnej wrażliwości. Musimy uznać – nawet jeżeli jakieś postacie biblijne nie są stricte historyczne – że właśnie w nich kumulują się religijne doświadczenia bardzo wielu ludzi, również nasze doświadczenie religijne.
Dla wielu wierzących dużą przeszkodą w czytaniu Biblii i w jej zrozumieniu jest to, że pojmuje się ją wyłącznie w perspektywie historycznej. Zakłada się, że wszystko od początku, czyli od opowiadania o stworzeniu do Apokalipsy, stanowi zapis historyczny, bliski konwencji biografii i akademickiej historii. Tymczasem to nie jest historia w naszym tego słowa znaczeniu, lecz teologia historii, czyli spojrzenia na dzieje z perspektywy religijnej. Żeby to zrozumieć trzeba zadać sobie wysiłek i zapytać samego siebie, czy potrafię spojrzeć na własne życie, na siebie i na swoje otoczenie w perspektywie religijnej; czy kiedykolwiek próbowałem to zrobić. Jeżeli zatem przyjmujemy treść Pisma Świętego w perspektywie teologii historii, to powinniśmy też podjąć trud rozpoznawania w swoim życiu obecności Boga, a być może i tego, co uznajemy za Jego nieobecność albo za Jego dystans wobec nas. Należy zatem popatrzeć nie tylko na Biblię, ale również na siebie. Dopiero wtedy jej lektura staje się głębsza i bardziej owocna.
Na czym polega postęp w dziedzinie nauk biblijnych? Co jest do odkrycia, zgłębienia, zinterpretowania?
W wymiarze historycznym na pewno ważne są odkrycia archeologiczne i starożytne świadectwa literackie i nieliterackie, które pomagają usytuować wydarzenia i postacie biblijne w kontekście geografii i topografii. Tak umacnia się świadomość, że to czy inne wydarzenie opisane w Biblii miało miejsce w konkretnym miejscu i czasie.
Podczas pielgrzymek do Azji Mniejszej, do Turcji, zawsze udajemy się do Kolosów. To miasto w roku 69, czyli niedługo po tym, jak Paweł napisał List do Kolosan, uległo trzęsieniu ziemi. Na miejscu dawnego miasta jest to, co Turcy nazywają hüyük, a w językach semickich nosi nazwę tel, czyli wzgórze pokryte trawą. Obecnie jest tam uprawne pole, a na nim mnóstwo skorup i wystarczy wejść na to wzgórze, żeby uświadomić sobie, jak wiele jest tam do odkrycia. Chrześcijanin, który tam przybywa i wielokrotnie słyszał lub czytał List do Kolosan, lecz nie mógł sobie tego wyobrazić, teraz stoi na tym miejscu i patrzy… A w Liście do Kolosan jest mowa na przykład o obowiązkach mężów i żon, o życiu rodzinnym i o rozmaitych zagrożeniach dla wiary.
Postęp w wiedzy biblijnej polega przede wszystkim na tym, że we współczesnym świecie dzięki nowym możliwościom technicznym i technologicznym możemy przenieść się do świata biblijnego z dowolnego kręgu kulturowego i geograficznego, w jakim żyjemy. I w tym postępie uczestniczą zwyczajni ludzie, jeżeli tylko chcą się otworzyć.
Ktoś więc pojedzie do Turcji na odpoczynek i odkryje, że obok jest Efez, że obok jest Meryemana, Smyrna czy Pergamon i tak wchodzi w świat Biblii. To samo dotyczy Egiptu, Jordanii, Syrii, Iraku, Cypru, Krety, Grecji, Italii, Malty, a najbardziej – rzecz jasna – Ziemi Świętej.
Dla tak zwanego, zwyczajnego chrześcijanina, poziom znajomość Biblii zależy od tego, czy i jak systematycznie ją czyta ale też od niedzielnych homilii. Myślę, że duchowny powinien podzielić się tym, co w odczytanych fragmentach uznał za najważniejsze i co najbardziej go poruszyło. To powinien być, jak sądzę, pokarm na drogę dla zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem bardzo często słyszę odczytywane beznamiętnym głosem gotowce. Jak Ksiądz ocenia jakość dzisiejszych polskich homilii?
Myślę, że w tym zakresie pan jest większym ekspertem niż ja, dlatego że to pan słucha homilii, natomiast ja je wygłaszam i ewentualnie od czasu do czasu słucham głównie w swoim warszawskim kościele. Sobór Watykański II postulował ubiblijnienie teologii, katechezy i nauczania kierowanego do nas z ambony, a więc homilii. Bezpośrednio po Soborze dokonało się pod tym względem dużo dobrego. Zmiany te były widoczne w latach 70., w latach 80., może jeszcze w latach 90. Natomiast – mam tu na myśli naszą, polską sytuację – w latach 90. zaczęła się stagnacja, a nawet pewien odwrót od tej tendencji.
Dlaczego?
Przyczyn jest na pewno wiele. Jedną z nich upatruję w seminariach duchownych, a konkretnie w kształceniu i przygotowywaniu księży. Znacznie zredukowano liczbę przedmiotów biblijnych, takich jak egzegeza i teologia Pisma Świętego oraz języków biblijnych: hebrajskiego, greki, łaciny. W ich miejsce wprowadzono elementy psychologii, psychiatrii, nauk społecznych, socjologii czy teologii praktycznej, przy czym pod to określenie można podłożyć dokładnie wszystko. Wprowadzono więc teologię ciała, płci, kobiecości, zwierząt, rzeczywistości ziemskich i tak dalej. Ukuto rozmaite nazwy, pod płaszczykiem których w gruncie rzeczy nie można odwoływać się do Pisma Świętego, a zatem wydaje się ono niepotrzebne czy wręcz zbyteczne. Teraz zbieramy owoce tych zmian. Bywają księża, którzy mają po 25-30 lat kapłaństwa i wychowali się w tym nowym duchu, ale jeszcze trudniejsza sytuacja jest z tymi, którzy otrzymali święcenia w ostatnich latach.
Poza tym mamy do czynienia ze zjawiskiem, o którym nikt nie chce mówić, a mówić trzeba. Mianowicie w latach dziewięćdziesiątych w wielu miejscach, także na uniwersytetach państwowych, powstały nowe wydziały teologiczne. Promowano wówczas łączenie seminariów duchownych z wydziałami teologicznymi, tak żeby studenci, również jako przyszli katecheci, mieli magisterium. Myśl była taka, że skoro seminaria duchowne zostaną podporządkowane wydziałom teologicznym, to naukowy poziom w seminariach duchownych zostanie podniesiony. Tymczasem – a mówię to z perspektywy uniwersytetów, na których pracowałem, czyli UKSW w Warszawie i UMK w Toruniu – dokonała się rzecz odwrotna. Od czasu, kiedy seminaria duchowne weszły na wydziały teologiczne, zaczęto dostosowywać curriculum studiów wydziałów teologicznych do potrzeb seminariów. Skutkuje to tym, że zamiast podwyższenia poziomu nauczania w seminariach, poziom nauczania na wydziałach teologicznych się obniżył. Dotyczy to, niestety, wielu tych wydziałów.
To sprawiło, że zainteresowanie teologią wśród osób świeckich jest znacznie mniejsze. Jeżeli bowiem ktoś idzie studiować geografię, to niekoniecznie ma w głowie projekt, że będzie nauczycielem geografii. Podobnie, gdy ktoś decyduje się na studiowanie historii, itd. Zatem jeżeli ktoś idzie studiować teologię, to nie można mu wmawiać, że po takich studiach można być tylko katechetą. Te, a także inne czynniki, powodują, że wspomnianego ubiblijnienia polskiej teologii, katechezy i homiletyki za bardzo nie widać.
Można chyba powiedzieć, że znaczna część Księdza dorobku naukowego i publicystycznego dotyczy relacji chrześcijańsko-żydowskich i badań nad judaizmem. Wskazuje Ksiądz, że judaizm rabiniczny nie jest prostą kontynuacją religią Starego Testamentu, religii biblijnego Izraela, lecz powstał częściowo jako reakcja na nauczanie św. Pawła i wiarę w Jezusa jako Zbawiciela. Jak rodziło się to przekonanie? I jakie ma znaczenie dla współczesnego chrześcijanina?
Przede wszystkim sprostowałbym sformułowanie, że judaizm rabiniczny jest reakcją na nauczanie św. Pawła. Nie! Korzenie judaizmu rabinicznego sięgają wstecz, bo jest on reakcją na nauczanie Jezusa.
Sprzeciw i wrogość wobec Jezusa pojawiły się za Jego życia i skumulowały w skazaniu Go na śmierć. W wydarzeniach, które zdecydowały o Jego losie, uczestniczyli przede wszystkim członkowie własnego narodu, czyli Żydzi, a na drugim planie Rzymianie. Po pojmaniu Jezusa nastąpiło sprytne przeniesienie perspektywy religijnej u Kajfasza i przed Sanhedrynem na perspektywę polityczną u Piłata, co zresztą będzie się powtarzało do naszych czasów. Tak więc to są korzenie judaizmu rabinicznego, który w znacznej mierze wyrósł ze stronnictwa czy ugrupowania, które otrzymało nazwę faryzeuszy.
Zanim św. Paweł rozpoczął swoją działalność misyjną, a nawet więcej, kiedy był po drugiej stronie, czyli po stronie przeciwników Jezusa, to już wtedy miało miejsce ukamienowanie Szczepana – znów: nie przez pogan, lecz przez „swoich” – oraz prześladowanie chrześcijan w Jerozolimie, które doprowadziło do tego, że w latach czterdziestych I wieku musieli opuścić Miasto Święte. Prześladowani przez swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa Chrystusa nie uwierzyli, doszli do Antiochii Syryjskiej nad Orontesem, która na krótko stała się drugą stolicą chrześcijaństwa, jeszcze zanim swoje znaczenie zyskał Rzym.
Paweł wpisuje się w cały ten obraz, ale – mocno to podkreślam – korzenie judaizmu rabinicznego sięgają okresu życia Jezusa. To bardzo ważne, dlatego że do Kościoła i do teologii katolickiej przemycane jest w tej kwestii spojrzenie żydowskie, wedle którego judaizm rabiniczny jest odpowiedzią na świętego Pawła, a więc odpowiedzią na nauczanie o Jezusie, a nie na samego Jezusa i na to, czego On sam nauczał.
Dlaczego tezy Księdza Profesora dotyczące korzeni judaizmu rabinicznego uważane są niekiedy za kontrowersyjne? Czy na gruncie teologii są one nowatorskie?
To nie jest spojrzenie nowatorskie, lecz głęboko zakorzenione w tradycji Kościoła, w nauczaniu ojców Kościoła, takich jak Justyn Męczennik, Augustyn, Hieronim czy Jan Chryzostom oraz, co najważniejsze, w Nowym Testamencie. Zostało podjęte i wyjaśnione w nauczaniu świętego Pawła, w jego Liście do Rzymian (wskazałbym zwłaszcza rozdziały od 9 do 11), w Pierwszym i Drugim Liście do Koryntian, w Liście do Galatów, gdzie Apostoł Narodów rozważa to, o czym teraz rozmawiamy, w świetle własnego życiowego doświadczenia i w świetle tej drogi, którą on przebył: od prześladowcy do prześladowanego (tak właśnie brzmi tytuł mojej książki wydanej w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, którą uważam za jedną z moich najważniejszych publikacji). Oni wszyscy mówili to, co tutaj wyjaśniam, jednak w naszych czasach mało kto chce tego słuchać. I to jest problem.
Ale dlaczego tezy Księdza, oparte na Biblii i nauczaniu ojców Kościoła, nie są przyswajane przez Księdza oponentów?
Są niewygodne i dlatego niechciane.
Z jakich powodów, Księdza zdaniem?
Dobrze byłoby zapytać ich samych. Moim największym bólem jest to, że od mniej więcej 30 lat, czyli od kiedy zacząłem o tym otwarcie mówić oraz coraz głośniej i częściej zabierać głos, małe, ale krzykliwe grono, które monopolizuje relacje z Żydami, nazywając je dialogiem, nie zdobyło się na jakikolwiek dialog wewnątrz Kościoła.
Przecież to, o czym rozmawiamy, jest i powinno być tematem poważnej refleksji najpierw w Kościele. Porozmawiajmy między sobą i ze sobą, wyjaśnijmy trudne (a czasami wcale nie takie trudne) kwestie teologiczne, i dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, kim naprawdę jesteśmy, prowadźmy rzetelny dialog. Tylko wtedy bowiem ma on sens.
W przeciwnym wypadku, i tak oceniam stan aktualny, trwa i nasila się parodia dialogu. Ciągle zajmuje się nim bardzo wąskie grono tych samych osób, które powtarzają dwa, zresztą przekręcone, zdania z nauczania Jana Pawła II.
O Żydach jako „starszych braciach”, jak to ujął papież podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 roku?
Wielokrotnie wyjaśniałem tę sprawę, a więc jeszcze raz. Jan Paweł II powiedział wtedy: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. W polskiej wersji zamieszczonej w L’Osservatore Romano zabrakło wyrażenia „w pewien sposób” i mimo licznych sprostowań nie przyjmuje się go do wiadomości. Wskutek tego wymawia się nam, że Jan Paweł II nazwał Żydów rabinicznych naszymi „starszymi braćmi”.
Uzasadnię to pytaniem: Czy kiedy św. Piotr, św. Andrzej, św. Paweł czy inni apostołowie zwracali się do swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa nie uwierzyli i Go odrzucili, nazywali ich „starszymi braćmi”? Nonsens! Natomiast jeżeli mamy mówić o „starszych braciach w wierze”, powinniśmy respektować i doprecyzować to dopowiedzenie, którego nie było w polskim przekładzie w „Osservatore Romano”. Wiernych, którzy stanowili biblijny Izrael, traktujemy jako naszych ojców w wierze. Trzeba podkreślić, że pod koniec ery przedchrześcijańskiej byli wśród nich nie tylko Żydzi, lecz także prozelici i „bojący się Boga”. Jedni i drudzy wywodzili się spośród pogan. Właśnie na takim gruncie wyrosły dwie „zbratane” religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny (istnieją też inne odmiany judaizmu, jak karaimowie). Jest to jednak braterstwo szczególnego rodzaju, bo przez wieki współpracowaliśmy ze sobą we wzajemnym oddalaniu się od siebie. Wyznawcy judaizmu są naszymi braćmi, ale byłoby dobrze, gdyby i oni to braterstwo uznali.
Kto więc jest starszymi braćmi chrześcijan wywodzących się spośród rozmaitych ludów czy narodów? Otóż naszymi starszymi braćmi są ci Żydzi, którzy przyjęli Jezusa. To są nasi starsi bracia! Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskiej.
W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat „dialogu” zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców.
Jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powstałej w 1991 roku, ten dialog wyobrażał Ksiądz sobie zapewne inaczej?
Powtarzam stale jedno: problemem w dialogu nie są Żydzi, bo Żydzi są tacy, jacy są. Jeżeli ich znamy i chcemy wejść z nimi w dialog, powinniśmy ich szanować takimi, jakimi oni są, pod warunkiem, że nie uzewnętrznia się wtedy zapiekła wrogość wobec nas oraz odwrotnie – nasza wobec nich. Problem z tym, co jest nazywane dialogiem, istnieje w Kościele. Przez długie lata, które upłynęły od soborowej deklaracji „Nostra aetate”, nie udało się wypracować w Polsce żadnego pogłębionego spojrzenia na ten dokument, tylko wciąż powtarza się te same zdania, a także – najczęściej przekręcone – wspomniane sformułowanie Jana Pawła II. Bo co to znaczy deklarowanie, że Żydzi rabiniczni są naszymi „starszymi braćmi w wierze”? To znaczy, że, mówiąc dosadnie, rezygnujemy ze Starego Testamentu; uznajemy, że jedynymi kontynuatorami i spadkobiercami Starego Testamentu są Żydzi, a my się tam tylko na jakimś etapie „podłączyliśmy”. A przecież, wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji.
Powiada Ksiądz profesor, że dialog chrześcijańsko-żydowski w naszym kraju jest parodią. Czy podobnie krytycznie patrzy Ksiądz na organizowany corocznie od blisko 30 lat Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce?
Paradoks polega na tym, że od samego początku, od zarania, byłem przy tej inicjatywie i ją popierałem. Była dyskutowana przez kilka lat na posiedzeniach Rady Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, a wtedy jej przewodniczącym był biskup, a potem arcybiskup poznański Stanisław Gądecki. Wówczas na tych posiedzeniach można było rozmawiać, dyskutować, polemizować, uściślać, itd. Głównym celem tego dnia miało być promowanie katolickiej teologii judaizmu na użytek naszych wiernych. Dzięki otwartości biskupa Gądeckiego i właściwemu wyprofilowaniu Dnia Judaizmu, przygotowywane były i drukowane – bez żadnych kosztów ponoszonych przez Kościół! – materiały, które trafiały do wszystkich parafii w Polsce. Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład opartej na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego.
Gdy przystępowaliśmy do zainicjowania obchodów Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, bo taka jest pełna nazwa, to judaizm współczesny był postrzegany jako proste, a nawet jedyne, przedłużenie religii Starego Testamentu. Mieliśmy w Polsce, ustawiony też pod względem politycznym, Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego [działał do 1992 roku; rok później powstał jako jego prawny kontynuator – Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP – KAI].
Wydawało się, że być Żydem to znaczy być wyznania Mojżeszowego. Należało więc tłumaczyć, że wraz z Jezusem Chrystusem na tym korzeniu religii biblijnego Izraela, którego świadectwem są pisma Starego Testamentu, wyrosły dwie rzeczywistości: chrześcijaństwo oraz judaizm rabiniczny. Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa. Oczywiście, ona odwołuje się do Mojżesza, tak jak my się odwołujemy, ale Mojżesz i cały Stary Testament to jest wspólne dziedzictwo – chrześcijaństwa i judaizmu. Po dobrym początku od około 20 lat w Dni Judaizmu dominuje perspektywa historyczna, bardzo często upraszczana i wypaczana, oraz ponawiane zmuszanie katolików i Polaków do nieustannego bicia się w piersi.
Powiem więcej: kiedy przez ostatnie ponad dwa lata trwa krwawa rozprawa z mieszkańcami Gazy i Autonomii Palestyńskiej, gdzie w bestialski sposób zostało zamordowanych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, setki tysięcy zostało kalekami, a 2 miliony wyrzucono z domu, te fakty nie miały żadnego przełożenia ani oddźwięku w dialogu polsko-katolicko-żydowskim. Mało tego, niektórzy jego przedstawiciele mówią, że trzeba zdecydowanie odróżnić perspektywę religijną od perspektywy politycznej. Twierdzą: my zajmujemy się tym, co religijne, natomiast tym, co polityczne nie. Ale przecież ludobójcza polityka prowadzona przez Izrael wobec ludności arabskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej, ma podtekst i uzasadnienie religijne. W styczniu tego roku na centralnych obchodach Dnia Judaizmu, w Płocku, obecny był ambasador Izraela. Czy to jest perspektywa religijna czy polityczna? To wszystko daje do myślenia, ale jest wypierane ze społecznej świadomości.
Jak dziś patrzy Ksiądz – także jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów – na rozchodzenie się swoich dróg ze środowiskami żydowskimi? Czuje się Ksiądz w przegrany, rozgoryczony, nierozumiany?
Przede wszystkim nie czuję, aby te drogi się rozeszły, dlatego że ze środowiskami żydowskimi nigdy nie byłem tak bardzo sfraternizowany, żebym cokolwiek utracił. Nadal utrzymuję kontakty z tymi, którzy mnie szanują i staram się to im szczerze odwzajemniać.
Czuję natomiast rozejście się dróg z niektórymi osobami w Kościele.
Problem tkwi więc raczej w Kościele, aniżeli na linii Kościół-judaizm.
Tak, bo nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat. Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy tym się zajmują, z jakichś sobie tylko wiadomych powodów, chcą podobać się Żydom i mają z tego tytułu pewne profity (przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu to są profity.)
To grono jest bardzo wąskie. Ci najbardziej aktywni to kilkanaście osób. Tych, którzy są tak czy inaczej aktywni, będzie kilkaset, a tych, którzy są bezkrytycznie podatni będzie pewnie tysiąc czy dwa. Ale nas jest 38 milionów, w ogromnej większości katolików, więc nie wystarczy głośno krzyczeć i organizować imprezy, które mają charakter dość zamknięty. Poza tymi, którzy w nich uczestniczą, nikogo to nie interesuje, nie pociąga, a nawet irytuje, bo ludzie nie znajdują odpowiedzi na pytania, które sobie noszą. Tymczasem nad tymi pytaniami przechodzi się do porządku dziennego. Nie na tym ma ten dialog polegać, nie tak był Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zamierzony ani nie takie były jego początki.
Od kilkunastu lat Dzień Judaizmu nabrał rumieńców politycznych, kulturowych, ekonomicznych i często z perspektywą religijną i teologiczną nie ma wiele wspólnego. To, że odbywa się w kościołach, niczego nie zmienia. To, że spotyka się ze sobą rabin i ksiądz czy rabin(ka) i biskup nie oznacza, że to już jest dialog.
Cóż, spotkają się, zjedzą to, co nazywają koszernym jedzeniem, porozmawiają i powiedzą, że mamy siebie nawzajem słuchać. Brzmi to pięknie, z tym, że przypomina słuchanie radia i nie ma przełożenia na to, co jest naprawdę ważne dla wiernych oraz ich wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tradycyjnie już Dzień Judaizmu sąsiaduje w kalendarzu z Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jak postrzega Ksiądz wysiłki ekumeniczne, perspektywy dialogu między chrześcijanami. Chrystus prosił: „aby byli jedno”. Ale jak tę jedność rozumieć: wszystkich w jednym Kościele, czy też w różnych wspólnotach, ale skoncentrowanych na Chrystusie? Bo jedność nie jest tożsama z jednolitością?
Myślę, że ekumenizm jest potrzebny najpierw w obrębie samego Kościoła katolickiego, dlatego, że są w nim nurty, poglądy, tendencje i napięcia, które nas bardzo różnią między sobą.
Wykładałem w Rydze, w Kijowie i w Mińsku na Białorusi. Podróżowałem po Rosji aż po Syberię. Widziałem, jak wygląda tam życie katolików. Tamtejsi katolicy właściwie nie czują żadnej wspólnoty z katolikami w Holandii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Wydaje im się, że tamci ze swoimi postulatami i sposobem życia są na zupełnie innym biegunie.
Na pewno trzeba budować jedność w różnorodności, ale ta różnorodność ma swoje granice. Są one wytyczone przez zasady wiary chrześcijańskiej, przede wszystkim przez objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, dzięki któremu wyznajemy, że Bóg jest Ojcem i Synem, i Duchem Świętym, a także przez żywą wiarę w zmartwychwstanie Jezusa i Jego realną obecność w Eucharystii. Ale co do tych prawd wiary, bardzo różnimy się z protestantami, co przenosi się na sakramenty święte i kapłaństwo. Są zatem sprawy, które nas bardzo różnią i nie wygląda na to, żeby te różnice zostały przezwyciężone.
W tych warunkach ekumenizm polega więc na tym, żebyśmy unikali takich sporów, konfrontacji i waśni, które zaciemniają wiarygodność dawania świadectwa Chrystusowi. Żebyśmy – mając świadomość różnorodności i odmienności, jakiej nie da się przezwyciężyć w dyskusjach – wobec świata, który wymaga spójnego świadectwa wiary występowali jako bracia i siostry.
Patriarcha ekumeniczny Bartłomiej twierdzi, że jeśli jako wierni różnych wyznań chrześcijańskich jesteśmy naprawdę blisko Chrystusa – to w istocie będziemy też bliżej siebie.
Jest to pójście po linii nauczania św. Pawła, który np. zwracał się do wspólnoty korynckiej, która liczyła wtedy kilkaset albo najwyżej kilka tysięcy wiernych, lecz już dochodziło w niej do bardzo silnego zróżnicowania. Widząc narastające podziały, Paweł zapytał ich z przejęciem: „Czy Chrystus jest podzielony?”. I to pytanie dzisiaj jest tak samo aktualne. Chrystus jest jeden, ale my, Jego wyznawcy, jesteśmy podzieleni i skłóceni. Chodzi więc o to, żeby te podziały w żadnym wypadku nie odgradzały nas od Chrystusa, ani nie tworzyły barier pomiędzy nami. Gromadzimy się wokół Chrystusa, przychodzą do Niego ludzie różnych kultur, języków i wyznań, ale On nas łączy.
Nie da się stworzyć jakiegoś świata jednorodnego, bo zawsze będzie on zróżnicowany pod względem płci, wieku, wykształcenia, możliwości umysłowych, intelektualnych, duchowych, itd. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że ludzie w swoich poglądach i sposobie wyznawania wiary różnią się między sobą. Gorzej, jeżeli te różnice są przekuwane we wrogość.
W deklaracji katolicko-muzułmańskiej podpisanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przez Franciszka i wielkiego muftiego czytamy: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”. W 2024 r. podczas trzydniowej wizyty w Singapurze papież Franciszek oświadczył, że „wszystkie religie są drogą do Boga”. Jan Paweł II wymyślił i zrealizował międzyreligijne spotkania w Asyżu. Dużo wcześniej Sobór Watykański II orzekł, że Kościół katolicki nie odrzuca z innych religii tego, co jest w nich prawdziwe i święte. Czyżby Bóg chciał wielu religii?
Odpowiadając, nawiążę krótko do katolickiej teologii judaizmu. Jeżeli ktoś mówi o Żydach jako o „starszych braciach” i powołuje się na Jana Pawła II bez owego znamiennego dopowiedzenia: „w pewien sposób”, to można zadać pytanie: Czyżby przez 1900 lat Kościół nie wiedział, że ma starszego brata? Bo przecież nigdy i nigdzie w chrześcijańskiej teologii i nauczaniu takiego ujęcia nie było. Trzeba było czekać prawie dwa tysiące lat, żeby to „starszeństwo” odkryć? Chodzi bowiem o coś więcej niż braterstwo.
Wspomniał pan o wypowiedziach Jana Pawła II i Franciszka. Ale problem nie jest nowy, bo zajmowano się nim od starożytności. Od I i II wieku zadawano pytanie, jak ma wyglądać stosunek wierzących w Jezusa Chrystusa wobec pogan, którzy byli przecież ludźmi religijnymi. Modelowe jest tu nauczanie Klemensa Aleksandryjskiego (II-III wiek), autora słynnych „Stromata” (Kobierce), przedstawiające różnorodność religijną jako świat utkany z różnych barw i odmiennych wzorów. Od starożytności znana jest zasada, że w innych religiach znajdują się „semina Verbi”, ziarna Słowa. Od zawsze też istniało przekonanie, że starożytni, nie tylko Izraelici, lecz również Grecy przez swoją filozofię i Rzymianie przez swoje prawodawstwo torowali drogę do Jezusa Chrystusa i do objawienia się Boga. Dlatego pojawiały się dające wiele do myślenia dociekania i głosy, że gdy Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, wtedy ci, którzy byli do tego najlepiej przygotowywani, w większości Go nie uznali, natomiast przyjęli Go ci, którzy takiego przygotowania nie mieli. Mieli jednak inne przygotowanie: poprzez filozofię grecką i porządek rzymski czy – co sugeruje opowiadanie o Mędrcach ze Wschodu, którzy przybyli do Betlejem – mądrość perską. Okazało się, że to też była droga Boga do świata. Bardzo obrazowo, zwłaszcza przy okazji święta Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, mówił o tym papież Benedykt XVI.
To, że w innych religiach są „ziarna prawdy”, jest oczywistością. Wystarczy wyjechać poza własne polskie podwórko, choćby na daleką Syberię czy do Mongolii, albo do Afryki czy na Daleki Wschód, żeby spotkać ludzi, którzy nie znając Chrystusa, nigdy o Nim nie słysząc, modlą się, prowadzą dobre życie, mają zasady swojej wiary i określony sposób postępowania, a których postawa w wielu dziedzinach zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na to żebyśmy w swoim wyznawaniu wiary byli równie konsekwentni i równie wytrwali.
Może więc Bóg chciał wielości religii?
Nie wiem, czy Bóg chciał wielości religii. Wielość religii zależy od ludzi, a nie od Boga. Bóg chce jedności rodzaju ludzkiego zbudowanej na wspólnym fundamencie wyznawania Go i pełnienia Jego woli. Natomiast mamy do czynienia ze światem takim, jaki jest. Kwestia więc nie w tym, że Bóg chciał wielości religii, tylko że Bóg – jeżeli mamy użyć antropomorfizmu – musi się pogodzić z wielością różnych religii, bo szanuje wolną wolę ludzi. Zatem w różnych religiach uznaje tę tęsknotę i tę drogę, która tak czy inaczej do Niego prowadzi.
Liczby dotyczące Kościoła w Polsce stale maleją: zmniejszają się tzw. siły apostolskie, liczba powołań itd., księża się starzeją, praktyki religijne spadają, młodzież odchodzi. Czy to Księdza niepokoi czy może wywołuje refleksję, że nadchodzi Kościół – w Polsce i Europie – małych enklaw, od których znów zapłonie ewangeliczny ogień powodujący wzrost?
Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Wiem, jaka była przeszłość i jaka jest teraźniejszość. Wskazałbym na dwie rzeczy. Jeżeli chodzi o zjawisko odejścia od Kościoła, jego przyczyną jest ogromne zaniedbanie wiernych przez Kościół w okresie pandemii. Reakcję wielu z nich streściłbym tak: jeżeli w trudnym czasie nie było przy nas Kościoła, nie było go przy umierających, nie było w szpitalach, świątynie były zamknięte, a niektórzy hierarchowie twierdzili, że pójście do kościoła to grzech, a więc jeżeli w tym tak trudnym czasie można się było obyć bez Kościoła, to do czego jest on potrzebny wtedy, kiedy jest spokój i kiedy wierni nie odczuwają tak wielkich duchowych zagrożeń? Myślę, że skutkiem tego, co się wydarzyło, jest nie wrogość czy sprzeciw wobec Kościoła, lecz coś znacznie gorszego: obojętność. I teraz ponosimy konsekwencje rosnącej obojętności, która jest gorsze niż wrogość, bo ta skłania ku temu, aby rozmawiać, argumentować i się sprzeczać. Przejawem obojętności jest wzruszenie ramionami i grymas na twarzy.
Druga sprawa: powołania. W latach 70, 80. i 90. mieliśmy pełne seminaria. Każdego roku było święconych tysiące księży, budowaliśmy kościoły i wszystkie były obsadzone, księży nie brakowało. No i co się stało? Zmarł Jan Paweł II, rozpoczęły się różnego rodzaju nagonki na Kościół i ci, którzy tak licznie pielgrzymowali do Rzymu, w tym duchowni, i mają fotografię z Janem Pawłem II w swoich domach i plebaniach, uznali nagle, że to przestaje mieć znaczenie i zapomnieli o tym, co przeżyli. Duża liczba księży nie przełożyła się też na jakość duszpasterstwa ani jego skuteczność.
Jeżeli zatem mamy teraz małą liczbę kandydatów do kapłaństwa, trzeba ze wszech miar zachęcić ich, przekonać i zaświadczyć, że bycie księdzem jest czymś szlachetnym i pięknym. Przecież obraz księdza został zohydzony, oszpecony, obrzydzony i wypaczony. Wizerunek księdza z początków mojego kapłaństwa, czyli sprzed pół wieku, i ten dzisiejszy, to coś diametralnie innego. Wytworzono takie stereotypy księdza, siostry zakonnej czy zakonnika, że pójście do seminarium i bycie młodym księdzem graniczy z heroizmem. To wszystko działo się i nadal się dzieje, niestety, z udziałem pewnej części ludzi Kościoła. Przy naszym milczeniu zrobiono wiele, żeby „odjaniepawlić” Kościół w Polsce. Głośnych protestów ze strony hierarchii i duchowieństwa nie było. No więc „odjaniepawlanie” trwa…
Nie możemy poprzestawać na statystykach i socjologii, lecz podjąć teologiczny, religijny obrachunek z przeszłością, którą przeżyliśmy jako dwa czy trzy ostatnie pokolenia. Trzeba to zrobić po to, żeby na tym fundamencie kształtować przyszłość. Bardzo ważne też jest, żeby zaprzestać zohydzania wizerunku kapłana jako tego, kto zagraża dzieciom i młodzieży. Tymczasem każdy przypadek nadużyć, które niestety się zdarzają, jest zwielokrotniany przez nagłaśnianie go i powtarzanie. Nie brakuje też przykładów ogromnej krzywdy wyrządzonej wielu biskupom i księżom, która nie została naprawiona.
Co Księdza osobiście teraz pasjonuje od strony biblijno-naukowej? Nad czym Ksiądz teraz siedzi, co studiuje czy zgłębia?
Na początku swojej pracy dydaktyczno-naukowej zasugerowałem trzy kierunki badań: literatura targumiczna, czyli aramejskie przekłady Biblii Hebrajskiej, natura i znaczenie Septuaginty, czyli Biblii Greckiej, oraz nowatorska koncepcja diaspory Izraelitów w Asyrii. Dwa pierwsze kierunki są rozwijane. Trzeci, bardzo obiecujący, czeka na podjęcie i rozwijanie. Jestem przekonany, że wyznacza drogę, która otwiera nowe możliwości w badaniach biblijnych.
Pracuję nad przekładem Biblii Hebrajskiej na język polski, zaopatrzonym w komentarz. Ukazał się już Pięcioksiąg Mojżesza, dwa wydania. Teraz pracuję nad przekładem zbioru Proroków, też z komentarzami. Robię to z myślą o zwyczajnych wiernych, którzy przeczytają tekst i skorzystają z objaśnień napisanych nie w formie krótkich przypisów, lecz ciągłej i spójnej narracji. Nadal prowadzę też rekolekcje i dni skupienia, konferencje biblijne i wykłady popularne, a także pielgrzymki do krajów biblijnych.
No i oczywiście filatelistyka…
To moja pasja od dzieciństwa. Udokumentowałem do końca roku 2015 pontyfikat Jana Pawła II. Wszystkie znaczki pocztowe i pochodne wobec znaczka pocztowe formy wydawnicze z całego świata zostały przeze mnie zebrane, pokazane, zilustrowane i w dwóch tomach opisane. Jedną kolekcję przekazałem do Muzeum Jana Pawła II i Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, drugą do Muzeum Pamięć i Tożsamość w Toruniu. Mam jeszcze trzecią, najlepsza, która czeka na dobry adres.
Inna, staje powiększająca się, kolekcja to Stary Testament na znaczkach pocztowych. Zgromadziłem kilka tysięcy walorów z całego świata.
Znaczki dotyczące Starego Testamentu są wciąż emitowane?
Oczywiście, każdego roku. Nie tylko archeologia i geografia, lecz także rozmaite motywy biblijne i postacie, jak Dawid i Batszeba, Salomon, Mojżesz, malarstwo, wielkie galerie…
Zgromadzić kilka tysięcy znaczków z motywami Starego Testamentu to chyba nie była łatwa sprawa?
Opowiem panu przygodę sprzed 40 lat. Będąc latem w Zakopanem wszedłem do sklepu filatelistycznego (dziś już go nie ma). Właściciel powiedział mi, że wśród nabytków do sprzedaży jest kilka klaserów, które przyniósł pewien chłopak, bo pozostały po zmarłym dziadku.
To były znaczki ze sztuką, wydane w Związku Radzieckim, NRD, Włoszech, Francji i Bóg wie gdzie jeszcze. Biorę te klasery do ręki i widzę: Adam i Ewa w raju, stworzenie Ewy, Dawid i Batszeba, Zuzanna w kąpieli… Sprzedawca uważnie patrzy się na mnie i na to, co wybieram, i mówi: „Panie, niech pan powie, że gołe babki zbiera, bo ja mam tego więcej”.
Znaczki pocztowe zawładnęły Księdzem już w bardzo młodych latach.
Tak, zbierałem je od dziecka. Z tym, że jeżeli chodzi o Stary Testament, zacząłem je kolekcjonować na studiach w Rzymie, a potem w Jerozolimie. Poza tym mam pełny zbiór znaczków Watykanu oraz zbiór „Królowie i książęta polscy” – bardzo lubię historię Polski.
Filatelistyczne hobby jest wspaniałą odskocznią od profesjonalnego zgłębiania Biblii, ale uzupełnia, choć w lekki sposób, główne pole Księdza zainteresowań.
Jestem członkiem, a od kilku lat honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Biblistów Polskich, ale także Polskiej Akademii Filatelistyki. Zajmuję się tam tematyką religijną i uczestniczę w dorocznych konferencjach. Z kolei biblistom uświadamiam jak wiele biblijnych motywów jest na znaczkach.
W związku z 75. urodzinami życzę Księdzu Profesorowi wielu ważnych odkryć naukowych a także sukcesów w popularyzacji Biblii wśród szerokiej publiczności. A także skutecznego oddziaływania jeśli chodzi o kwestie dotyczące dialogu chrześcijańsko-judaistycznego.
Co do dialogu to wydaje mi się, że stworzyłem pewne podwaliny, od których nie ma ucieczki. W tym sensie, że cztery tomy rozmów ze mną opublikowanych przez wydawnictwo Fronda oraz mnóstwo innych publikacji zmieniło jednak świadomość w tych sprawach. W każdym razie to, co do mnie w tej dziedzinie należało, zrobiłem. Będę kontynuował pracę nad przekładem pierwszej części chrześcijańskiego Pisma Świętego.
A poza tym mam wypróbowanych przyjaciół, dobre warunki mieszkaniowe i kota. Mam też swoją parafię, z którą jestem bardzo związany, i utrzymuję bardzo dobre, przyjacielskie kontakty z miejscowymi księżmi i wiernymi. Tych wartości nie sposób przecenić.
I jeszcze życzę, żeby Księdza oponenci uznali, że w tym, co Ksiądz głosi na temat relacji z Żydami, są jednak jakieś „semina Verbi”.
Byłoby dobrze, gdyby tak się stało, ale powiem nie bez pewnego bólu: nie wiem, czy część z nich jest zdolna do jakiegokolwiek przewartościowania spojrzenia, które próbuje narzucić innym.
Jestem w każdej chwili gotowy do szczerej i uczciwej rozmowy na te tematy. Zwłaszcza w obrębie Kościoła i tych, którzy w Kościele się tymi sprawami zajmują. Natomiast, a mówię to z przykrością, przez ostatnie ponad 20 lat nikt z kościelnych gremiów, które obnoszą się z hasłami dialogu katolicko-żydowskiego, mi tego nie proponował ani nawet nie próbował.
Może ta nasza rozmowa coś zmieni?
Wiele czasu nie ma.
rozmawiał Tomasz Królak (KAI)
***
Biblista: Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak reszta ludzkości
O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza – pisze ks. prof. Waldemar Rakocy CM. Nie znaczy to, jak dodaje, że są ludem wybranym i korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. „Tą wolą było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili” – pisze biblista w przesłanym KAI artykule. Nawiązuje w nim m.in. do niedawnego wywiadu ks. prof. Waldemara Chrostowskiego dla KAI.
Poniżej treść artykułu:
SPORY WEWNĄTRZ CHRZEŚCIJAŃSTWA ZWIĄZANE Z JUDAIZMEM
Jako profesor teologii ze specjalizacją nauk biblijnych pragnę podzielić się z zainteresowanymi kilkoma istotnymi dla chrześcijaństwa tematami powiązanymi – poza ostatnim – z judaizmem. Wśród chrześcijan występują w związku z nimi różnice zdań i zaognione dyskusje. Można to rozstrzygnąć jedynie na gruncie argumentów.
W Polsce częścią tego sporu jest dialog z judaizmem. Z jednej strony mamy stanowisko ks. prof. Waldemara Chrostowskiego (wywiad w eKAI) a z drugiej stanowisko ks. kard. Grzegorza Rysia, które prezentuje on w swoich wypowiedziach. Pragnę odnieść się również do tej części sporu w jednym z punktów, tj. w jakim zakresie dialog z judaizmem ma sens.
1. Czy Żydzi są narodem wybranym? Zdania są tu mocno podzielone. Otóż w zamyśle Bożym przynależność etniczna do jakiegoś ludu nigdy nie równała się wybraństwu w znaczeniu ludu Bożego. Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. W wybraństwie uczestniczy ten, kto odpowiada na Boże wezwanie. Celem wybrania Izraela było obwieszczenie światu przyjścia Mesjasza, Chrystusa. Cel był zbawczy. I z tym celem było związane jego wybranie.
a) Historyczne wybranie ludu izraelskiego jako miejsca Bożego objawienia i przyjścia w nim Chrystusa jest powodem do chluby, ale nie gwarantuje ono automatycznie wybraństwa w sensie wejścia do ludu Bożego. Fakt urodzenia się Żydem nie zapewnia z góry takiego udziału. Stwierdza to jasno apostoł Paweł w Rz 9, 6b: „Nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem”. Innymi słowy nie wszyscy, którzy urodzili się Żydami, są Bożym Izraelem, czyli wybranym ludem Bożym. Są nimi ci, którzy odpowiedzieli na Boże wezwanie (obecna w ST koncepcja ‘wiernej Reszty’). I dalej: „[…] i nie wszyscy przez to, że są potomstwem Abrahama, stają się jego dziećmi” (w. 7); „nie synowie co do ciała są dziećmi Bożymi” (w. 8a). Biologiczne pochodzenie od Abrahama nie decyduje o przynależności do ludu Bożego, czyli o byciu dzieckiem Boga. Decyduje ono jedynie o przynależności do etnicznego Izraela, lecz nie do ludu Bożego. Tu musi mieć miejsce odpowiedź na Boże wezwanie.
Stąd urodzenie się Żydem nie gwarantuje bycia w gronie wybranego ludu Bożego; decyduje jedynie o przynależności do ludu, w którym został zapowiedziany i przyszedł Mesjasz. W przeciwnym razie Bóg byłby niesprawiedliwy: Żyd apostata z racji swego urodzenia uczestniczyłby w Bożym wybraństwie, a bogobojny poganin byłby z niego wykluczony, bo nie urodził się Żydem. Takie są konsekwencje etnicznego rozumienia wybraństwa.
A czy etnicznemu Izraelowi nie przysługuje tytuł ‘wybrany’ z samego faktu wybrania go przez Boga do misji bycia światłem Bożej prawdy w świecie? Wybranie go w pewnym momencie historii jest faktem i powodem do chluby. Nie było to jednak wybranie dla samego wyróżnienia, ale jego celem było zaniesienie światu orędzia o Bożym zbawieniu. Z tej racji samo historyczne wybranie Izraela nie stanowi uzasadnienia dla przywileju wybraństwa. Rangę wybraństwu nadaje Chrystus, Zbawiciel świata, do którego zmierza całe Boże objawienie. Bez Chrystusa ranga wybrania Izraela traci znaczenie. Staje się on jedną z wielu nacji w świecie.
b) Niepoprawnym jest przede wszystkim określenie „naród wybrany”. Po pierwsze, Pismo św. nie zna określenia „naród wybrany” używanego powszechnie w jęz. polskim (lecz nie w jęz. obcych: np. the chosen people [ang.], le peuple élu [fr.], il popole eletto [wł.] itd.); Pismo św. zna jedynie pojęcie ludu wybranego. Po drugie, w tamtych czasach nie istniała jeszcze koncepcja narodu, która jest zjawiskiem nowożytnym (na marginesie: tłumacze ksiąg Pisma św. na jęz. polski błędnie używają w odniesieniu do tamtych czasów terminu ‘naród’; wszędzie powinno być ‘lud’, ‘plemię’ itp.). Po trzecie, Sobór Watykański II (Nostra Aetate, pkt. 4) używa w odniesieniu do Żydów czasów ST określenia „lud wybrany”, a nie „naród”; naród może być izraelski, ale nie wybrany. Po czwarte, określenie „naród wybrany” jest niepoprawne teologicznie, ponieważ ma konotację etniczną, ograniczającą etnicznie dostęp do Bożej łaski, co jest sprzeczne z ekonomią zbawienia. Stąd nie mówimy ‘naród Boży’, ale ‘lud Boży’. Jedynie występującym i poprawnym określeniem jest „lud wybrany”. Wybraństwo jest kategorią zbawczą i obejmuje tych, którzy realizują zamysł Boży.
Określenie „naród wybrany” kształtuje błędne przekonanie, że z racji bycia Żydem ktoś przynależy automatycznie do ludu wybranego. Nigdy przynależność etniczna/narodowa nie równała się Bożemu wybraństwu (chociaż w czasach Jezusa judaizm doszedł już do takiego przekonania). Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną.
c) O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza i w tym sensie ich wybrał jako miejsce Bożego objawienia. Nie znaczy to jednak, że są ludem wybranym, że korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. Tą wolą – jak zostało już powiedziane – było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili. Są grupą etniczną (społecznością) wybraną w pewnym momencie historii jako locus divinae revelationis; następnie część z nich do momentu przyjścia Chrystusa była ludem wybranym (Bożym) w ramach etnicznego Izraela (tzw. ‘wierna Reszta’). Nigdy etniczny, biblijny Izrael jako całość nie stanowił ludu wybranego, ale tzw. ‘wierna Reszta’. Obecnie lud wybrany, lud Boży stanowią ci, którzy przyjęli Chrystusa. Stanowią oni Kościół Chrystusowy, który wywodzi się nie tyle z etnicznego Izraela jako całości, ile z owej ‘wiernej Reszty’ spośród etnicznego Izraela. Kryterium wyboru było zawsze zbawcze. W początkach Kościół składał się z wierzących w Chrystusa Żydów i pogan, a dzisiaj z wierzących w Niego pochodzących z różnych nacji.
Lud wybrany jako lud Boży jest jeden! Z tej racji nie można mówić o wyznawcach prawa mojżeszowego, że są ludem wybranym. Jest to tworzenie dwóch równoległych porządków zbawczych i zakwestionowanie roli Chrystusa w tworzeniu ludu Bożego: można w Niego wierzyć i można nie wierzyć, a i tak należy się do ludu wybranego, Bożego. Jest to relatywizowanie roli Chrystusa w procesie zbawienia ludzkości. Tak niebezpieczne stwierdzenie nie powinno nigdy pojawić się w przypadku chrześcijanina.
Obecny stan wyznawców prawa mojżeszowego jasno obrazuje apostoł Paweł metaforą drzewka oliwnego (Rz 11, 16b-24). Żydzi są od niego odcięci. Mogą być na powrót wszczepieni (Bóg ich miłuje [w. 28b]). Ale aktualnie są odcięci. Z tej racji są według apostoła „nieprzyjaciółmi Boga” (w. 28a), co w języku biblijnym oznacza zerwanie z Nim relacji. Nie znaczy to jednak, że Bóg ich odrzucił i nie mają możliwości powrotu. Bóg nikogo nie odrzuca. Żydzi są stale zaproszeni do tego, aby przyjąć Chrystusa, bo „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (w. 29). Boże wezwanie jest stałe („nieodwołalne”) i dlatego Bóg stale wzywa ich do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.
W dialogu z judaizmem nadużywa się stwierdzenia apostoła Pawła o nieodwołalności Bożego wezwania do tego, żeby dowieść, iż judaizm stale korzysta z przywileju wybrania. Myśl apostoła jest jasna. Izrael odrzucił Mesjasza (Chrystusa) i z tej racji stał się nieprzyjacielem Boga. Trwa stale w tym stanie, bo jego przyczyną jest odrzucenie Chrystusa. Nie zmieni się to, dopóki Go nie przyjmie. Bóg go jednak miłuje, a przyrzeczone mu dary i wezwanie Boże do bycia światłem Bożej prawdy w świecie są do zrealizowania wraz z przyjęciem Chrystusa. ‘Nieodwołalne Boże wezwanie’ nie znaczy, że Żydzi po odrzuceniu Chrystusa nadal korzystają z przywileju wybraństwa. Znaczy to jedynie, że przyjmując Chrystusa mogą ponownie w nim uczestniczyć. Bóg nie zmienia zdania co do wybrania Izraela w pewnym momencie historii i stale wzywa go do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.
Zasada, jaka stosuje się do Żydów z powodu odrzucenia Chrystusa, czyli nieuczestniczenie w Bożym wybraństwie, dotyczy również wspólnoty Kościoła. Przyjście na świat we wspólnocie Kościoła nie oznacza zawsze bycia częścią ludu Bożego, ludu wybranego. Ktoś może odwrócić się od Chrystusa i pozbawić łaski stanowienia lud Boży.
2. Czy przymierze na Synaju jest stale aktualne? Przymierze na Synaju wygasło i tym samym ustało z racji nowego przymierza zawartego w Chrystusie, do którego przygotowywało: „Ponieważ zaś mówi o nowym [przymierzu], pierwsze uznał za przestarzałe; a to, co się przedawnia i starzeje, zanika” (Hbr 8, 13). Utrzymywanie, że przymierze na Synaju nadal trwa, jest uznaniem za niepotrzebne (czy o względnej wartości) przymierza zawartego w Chrystusie. Tymczasem przymierze na Synaju jest etapem na drodze ku Chrystusowi i Jego Kościołowi. Doprowadziło ono do Chrystusa, spełniło swoją rolę i wygasa. Nie jest anulowane, odwołane, ale wygasa, ustaje. Gdyby Żydzi przyjęli Chrystusa, właśnie tak by o nim myśleli i mówili. Postrzegają je jako stale trwające, bo nie przyjęli Chrystusa.
Przymierze na Synaju wygasło, ponieważ według apostoła Pawła było „posługiwaniem śmierci” (2 Kor 3, 7) i „posługiwaniem potępieniu” (w. 9) oraz zaprowadzało stan niewoli z racji ludzkiej grzeszności (Ga 3, 23; 4, 24). Mówiło ono, jak należy postępować w życiu (przykazania), ale nie dawało siły do podążenia wskazaną drogą. W ten sposób pogrążyło człowieka w grzechu (Rz 5, 20a). Przymierze synajskie musiało wygasnąć. Zostało zastąpione relacją z Bogiem nawiązaną w Chrystusie, który wyzwala człowieka z grzechu i zaprowadza w nim pełnię życia z Bogiem.
Posługiwanie się stwierdzeniami, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju albo że ono nie zostało anulowane, kryje w sobie manipulację. Poprzez prawdziwe stwierdzenie, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju (bo ono samo wygasło), prowadzi się adresata do wniosku, że skoro nie zostało odwołane, to nadal trwa, co jest nieprawdą. Bóg go nie odwołał, ale po-prawnym wnioskiem nie jest, że nadal trwa, ale że samo wygasło.
Utrzymywanie, że przymierze na Synaju jest stale aktualne, jest tworzeniem równoległej rzeczywistości zbawczej: jednej z Chrystusem, a drugiej bez Niego. Jest to występowanie przeciwko zbawczemu planowi Boga.
3. Czy Żydzi wierzą w prawdziwego Boga? Izraelitom (Żydom) objawił się Bóg prawdziwy, ale odrzucając Chrystusa, odrzucają oni prawdziwego Boga. Nie wygląda to tak, że Izrael odrzucił Syna Bożego, a trwa przy Bogu. Kto odrzuca Syna, nie ma też Ojca (1 J 2, 23), bo Bóg jest jeden. Izrael odwołuje się do prawdziwego Boga, ale Go nie zna, bo On objawił się w Chrystusie. Dopiero Chrystus objawia Ojca i tajemnicę Trójcy Świętej. To, co o Bogu poznał biblijny Izrael, jest mglistą wiedzą w porównaniu z poznaniem Go w Synu Bożym (J 10, 30: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”; 14, 9: „Ten, kto widzi Mnie, widzi i Ojca”). Sytuacja obecnego Izraela jest trudna, bo zna on tylko „ogólnie” Boga, bo nie zna Ojca, nie zna Ducha Świętego, a Syna Bożego nie tylko nie zna, ale jeszcze odrzuca. Wyznawcy prawa mojżeszowego nie poznali prawdziwej natury Boga – nie poznali tym samym Boga. Na ich oczach spoczywa zasłona (2 Kor 3, 14). Czy w tej sytuacji wierzą oni w prawdziwego Boga czy w swoje wyobrażenie o Nim? Pozostawiam to każdemu do refleksji.
Odrzucając Syna Bożego, Izrael odrzucił Boga Jahwe, bo Jezus razem z Ojcem i Duchem Świętym jest Bogiem Jahwe: „Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM [który jestem], pomrzecie w grzechach swoich” (J 8, 24. 58). Jezus jest Bogiem Jahwe i dlatego odrzucenie Go jest odrzuceniem prawdziwego Boga – stąd konkluzja: „[…] pomrzecie w grzechach swoich”. Nie można trwać przy Bogu, odrzucając Syna Bożego, który poprzez jedną naturę boską jest jednym Bogiem z Ojcem i Duchem Świętym. Odrzucenie Syna Bożego jest odrzuceniem (całego) Boga.
Chrystus nie jest dopełnieniem wiary Żydów w Boga (obrazowo brakujące np. 30%), ale całym poznaniem Boga (obrazowo 100%). Z tej racji „w nikim innym nie ma zbawienia” (Dz 4, 12).
4. Czy Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak pozostała ludzkość? Żyd potrzebuje w takim samym stopniu Chrystusa, i nawrócenia w Nim do Boga, co wszyscy inni ludzie. Dlaczego? Bo odkupienie jest nowym stworzeniem w Chrystusie (Ga 6, 15; 2 Kor 5, 17; Ef 2, 15). Nie jest wydoskonaleniem starego porządku zbawczego, ale powołaniem go do istnienia od początku! Właśnie dlatego, że jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy musi do niego wejść: tak poganin, jak i Żyd, bo nikt wcześniej w nim nie trwał. Żyd był w korzystniejszej sytuacji jedynie z tej racji, że był lepiej przygotowany na przyjęcie nowego porządku zbawczego.
Przyjęcie Chrystusa jest według NT najwyższą formą nawrócenia, której potrzebuje każdy: zarówno Żyd, jak i poganin. Jest odmianą człowieka, jakiej dokonuje w nim Bóg. Nic się nie równa temu, czego Bóg dokonuje w człowieku, kiedy przyjmuje on Chrystusa – odmienia go i wprowadza w nowe życie ze sobą. Żyd potrzebuje takiego nawrócenia tak samo jak poganin, bo porządek religijny Żydów wyznania mojżeszowego nie jest w stanie tego zapewnić! Nie jest prawdą, że przyjmując wiarę w Chrystusa, poganin się nawraca a Żyd jedynie dopełnia swoją wiarę. Skoro jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy wchodzi do niego na tych samych warunkach. Stąd Żyd bezwzględnie potrzebuje Chrystusa.
Przykładem nowego stworzenia, czyli rzeczywistości nieobecnej w ST, a obecnej aktualnie, jest Kościół. Jest on nowym bytem, stworzeniem, bo jego Ciało, tj. Chrystus, jest nowe. Na etapie ST nie ma niczego, co równałoby się darowi Kościoła. Na etapie ST lud Boży był zgromadzony przy Bogu. Obecnie jest on wszczepiony w Chrystusa, Jego Ciało, i stanowi z Nim jedno. W Kościele jesteśmy członkami Ciała Chrystusa. Nie jest to zatem wydoskonalenie porządku ST ani jego dopełnienie w sensie uzupełnienia brakującego elementu, ale danie czegoś nowego. Z tej racji do Kościoła jako nowego stworzenia, nieobecnego w ST, musi wejść zarówno poganin, jak i Żyd, bo żaden z nich wcześniej nie korzystał z takiego przystępu do Boga (jest on czymś nowym).
Innym przykładem jest przymierze Boga z człowiekiem. Nie jest to już przymierze, w którym każda ze stron bierze na siebie określone zobowiązania, bo tu w razie nie wywiązywania się jednej ze stron ze swych zobowiązań, przymierze zostaje zerwane. Obecna relacja z Bogiem, zawarta w Chrystusie, nie ma odpowiednika w ST. Nie jest ona przymierzem, ale testamentem, czyli jednostronnym, wspaniałomyślnym obdarowaniem ludzkości przez Boga relacją ze sobą, gdzie Bóg czyni się gwarantem tej relacji i z tej racji nie zostanie ona nigdy zerwana. Testament nie podlega zerwaniu, a jedynie wykonaniu. Określenia jak wydoskonalenie czy dopełnienie nie są tu adekwatne. Obecna relacja z Bogiem na wzór testamentu, nawiązana w Chrystusie, jest ‘nowym stworzeniem’ względem tej starotestamentowej. Daje to, czego tamta nie dawała. To nie jest tylko danie czegoś więcej. Dobrze rozumieli to u początków chrześcijanie i dlatego nazwali księgi święte Starym i Nowym Testamentem, a nie Starym i Nowym Przymierzem.
‘Nowe stworzenie’ odnosi się także do koncepcji Mesjasza, synostwa Bożego, dekalogu, kapłaństwa, ekspiacji jako modelu pojednania z Bogiem itd. Każda prawda zbawcza ST, każdy przywilej zostają przewyższone w Chrystusie (nowe stworzenie), bo Bóg dał coś nowego i większego niż na etapie ST. Między Starym a Nowym Testamentem jest ciągłość, drugie wynika z pierwszego, ale między nimi jest jednocześnie niewyobrażalny przeskok jakościowy. Różnicę wyznacza osoba Chrystusa: mówimy tu o różnicy między brakiem Chrystusa a Jego obecnością.
Między Starym a Nowym Testamentem nie ma przejścia w sensie dopełnienia pierwszego przez jakieś elementy drugiego; jest to danie czegoś nowego (nowe stworzenie w Chrystusie) – czegoś, co niewyobrażalnie przewyższa pierwsze (stan braku Chrystusa i stan Jego posiadania). Ten przeskok wyraża apostoł Paweł w 2 Kor 3, 10: „Wobec przeogromnej chwały [rzeczywistości nowotestamentowej] okazało się w ogóle bez chwały to, co miało chwałę tylko częściową [rzeczywistość starotestamentowa]. ST przy NT jest jak światło świecy przy świetle Słońca; traci całkowicie swój słaby blask.
5. Jaka jest funkcja Bożych przykazań? Między chrześcijaństwem a judaizmem występuje w tym temacie istotna rozbieżność, chociaż część chrześcijan postrzega wciąż rolę przykazań tak jak Stary Testamentu i świat żydowski. Rodzi to rozdźwięk w łonie chrześcijaństwa, gdzie jedni rozumieją funkcję przykazań w duchu Nowego Testamentu, a drudzy trzymają się nadal jej starotestamentowego rozumienia.
Judaizm i chrześcijaństwo łączy przekonanie, że przykazania zostały dane przez Boga po to, aby człowiek dowiedział się, co jest dobre, a co złe moralnie. Różnica zaczyna występować w momencie, kiedy zapytamy o cel poznania dobra i zła moralnego. Według judaizmu przy-kazania mają pomóc człowiekowi w osiągnięciu stanu sprawiedliwości przed Bogiem. Innymi słowy miały zbliżać go do Boga. Według chrześcijaństwa (głównie nauczania apostoła Pawła) – przeciwnie – celem przykazań było uświadomienie człowiekowi jego grzeszności: „Przez Prawo [przykazania] jest tylko większa znajomość grzechu” (Rz 3, 20b; por. 7, 7) – i tym samym uświadomienie tragicznego stanu wobec Boga. Pawłowe rozumienie przykazań potwierdza przeprowadzany rachunek sumienia, który każdego prowadzi do wniosku, że jest grzesznikiem, a nie świętym. W świetle przykazań jawimy się stale grzesznikami.
Dlaczego celem przykazań nie było doprowadzenie człowieka do stanu sprawiedliwości przed Bogiem? Bo przykazania nie mają takiej mocy. One pouczają, jak należy postępować, ale nie dają mocy do pójścia tą drogą. A dlaczego celem przykazań Bożych było uświadomienie człowiekowi stanu jego grzeszności? Aby mając tego świadomość, wyjścia z tej tragicznej sytuacji szukał w Odkupicielu. Żeby dostrzec potrzebę Odkupiciela, trzeba mieć najpierw świadomość własnej grzeszności i niemożności wyzwolenia się z niej o własnych siłach. Wtedy szukamy kogoś, kto przyjdzie nam z pomocą w naszej tragicznej sytuacji.
Rozumienie roli przykazań przez Żydów jako czyniących człowieka sprawiedliwym i tym samym zbliżających go do Boga doprowadziło ich do przekonania o byciu lepszymi moralnie od innych ludzi i tym samym milszymi Bogu. To zaś popychało w kierunku tworzenia kolejnych przepisów prawnych, aby w jeszcze doskonalszy sposób prowadzić życie. Ostatecznie doprowadziło Żydów do przekonania, że przykazania są skutecznym środkiem w dojściu do Boga i Jego największym darem dla nich. Tak oto zamknęli się na Odkupiciela. Odkupiciel stał się niepotrzebny, a nawet przeszkodą w ich drodze do Boga, bo swoją Osobą usuwał w cień przykazania – ich zdaniem najdoskonalszy i skuteczny środek w dojściu do Boga.
Przystępu do Boga nikt jednak nie zapewni sobie własnym wysiłkiem (tu: zachowywanie przykazań). Przykazania są komunikatem, jak należy postępować w życiu, ale nie mają one mocy zapewnić grzesznikowi przystępu do Boga. Przystęp do Boga zapewnia jedynie Odkupiciel. Dzięki darowi przykazań Żydzi mieli mieć większą od pogan świadomość własnej grzeszności i bić się bardziej od nich w pierś. Dążenie do coraz to wierniejszego zachowywania przykazań miało ich doprowadzić do przekonania, że człowiek jest stale grzeszny i że w przykazaniach nie znajdą rozwiązania sytuacji grzeszności. To pozwoliłoby im otworzyć się na Odkupiciela. Stało się jednak inaczej.
W tym miejscu należy dodać do tego, co dotyczy życia zgodnego z wolą Boga, że moc do zachowywania przykazań, do życia zgodnego z Bożą wolą płynie od udzielonego przez Odkupiciela Ducha Bożego, który w nas zamieszkuje. To On urabia, kształtuje nasze sumienia i pociąga ku temu, co dobre moralnie; wzbudza w nas upodobanie w tym, co Boże. Wtedy wybieramy to, co zgodne z wolą Boga nie pod przymusem, ale z radością, bo sami tego chcemy; to nas pociąga. Bez Ducha Bożego przykazania byłyby ciążącym jarzmem, brzemieniem. Tłumaczy to, dlaczego dar Ducha Świętego został udzielony w żydowskie Święto Tygodni (Pięćdziesiątnica). Owo święto upamiętniało nadanie Prawa na Synaju. Duch Święty zostaje udzielony w święto upamiętniające nadanie Prawa. Jest to jasny sygnał, że udzielony Boży Duch przejmuje funkcję przykazań: ich treść nadal obowiązuje („Czcij Boga”, „Szanuj rodziców”, „Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij” itd.), ale to już Duch Boży, a nie przykazania, pozwala wypełnić Bożą wolę i zaprowadza w nas Boże życie.
Smutne jest to, że Boża prawda, przekazana jasno przez apostoła Pawła, nie przebiła się wystarczająco i nie ukształtowała myślenia chrześcijan. Wciąż ciąży na chrześcijanach myślenie starotestamentowe.
Na koniec ostrzeżenie dla chrześcijan uważających się za lepszych od innych chrześcijan, od wyznawców innych religii lub niewierzących. Wysiłek włożony w życie zgodne w Bożą wolą nie może prowadzić do wyniosłości względem innych, ale do jeszcze mocniejszego bicia się w pierś i pokornego uznania, iż pomimo wysiłków w zachowywaniu przykazań Bożych jesteśmy stale grzesznikami i zbawić nas może jedynie Chrystus. Inaczej popełnimy błąd, jaki popełnił biblijny Izrael.
6. Czy Żydzi są naszymi starszymi braćmi? Zdarza się nadużywać słów Jana Pawła II z 13 kwietnia 1986 r. z jego wystąpienia w synagodze w Rzymie. Przypisuje się papieżowi, że powiedział o Żydach „nasi starsi bracia”. Papież powiedział dokładnie: „[…] i w pewnym sensie można by powiedzieć nasi starsi bracia”. Nie powiedział, że są naszymi starszymi braćmi, bo nie są nimi. Byliby wtedy, gdyby przyjęli Chrystusa. Przez warunkowy charakter wypowiedzi („w pewnym sensie” i „można by powiedzieć”) papież unika znaczenia dosłownego. Jednocześnie wyznacza granicę i rozdział między judaizmem, który odrzucił Chrystusa, a chrześcijaństwem. Są to dwa porządki religijne, które rozwijają się niezależnie od siebie i nie ma między nimi braterstwa wiary w sensie dosłownym, bo występuje rozdźwięk w najistotniejszej kwestii, Mesjasza.
7. Czy Żydzi ukrzyżowali Chrystusa? Odpowiedzialni historycznie za ukrzyżowanie Jezusa byli Żydzi i Rzymianie. Ewangelie nie pozostawiają tu cienia wątpliwości. Chrześcijanie zaś są winni śmierci Chrystusa (KKK 598) w tym sensie, że nasze grzechy doprowadziły do ekspiacyjnej śmierci Chrystusa. Chrystus umarł, ponieważ zgrzeszyliśmy. W tym sensie odpowiedzialna jest cała ludzkość. Trzeba jasno rozgraniczać między historyczną odpowiedzialnością za śmierć Jezusa a winą w sensie religijnym. Nie należy wykorzystywać stwierdzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego do wybielania Żydów z ich winy za ukrzyżowanie Jezusa. Nie rozumiemy ich winy jako winy zbiorowej ani dziedzicznej, ale tylko jako winę tych, którzy usilnie zabiegali o wyrok śmierci dla Jezusa i ten wyrok wymusili na Piłacie.
Posłużę się analogią. To, że Drugą Wojnę Światową wywołali Niemcy, nie znaczy, że wszyscy Niemcy ponoszą za to odpowiedzialność, ale nie znaczy to też, że Niemcy nie wywołali Drugiej Wojny Światowej i nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności.
8. Jaka powinna być nasza postawa względem judaizmu? 1) Należy podtrzymywać kontakty z Żydami, bo wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga, ale prawda zbawcza nie może być wyciszana. 2) Nie należy usprawiedliwiać, wybielać odrzucenia Chrystusa przez Żydów (wypaczanie historii zbawienia), ale trzeba pomóc im w otwarciu się na Niego.
W latach 20. XIX w. Żydzi z synagogi w Strasburgu postanowili przeczytać Nowy Testament i przyjrzeć się jego przesłaniu. Kolejnych trzech rabinów, a z nimi kilkanaście osób z synagogi, przyjęło Chrystusa. Pojawiła się dyspozycja otwartości na prawdę i łaska natychmiast zadziałała. Jest to kierunek, w jakim należy iść w kontaktach z wyznawcami prawa mojżeszowego – tak postępować, aby pojawiła się w nich dyspozycja otwartości na prawdę. Nie należy rezygnować z takich prób. Przykład mamy w apostole Pawle (Rz 11, 14). Nie wolno rezygnować z wysiłków na rzecz pozyskania Żydów dla Chrystusa. Misja ewangelizacyjna stale trwa i obejmuje wszystkich – bez wyjątku. Wymaga jednak roztropności w działaniu.
W nawiązaniu do powyższego, w kontaktach z judaizmem nie może być to dialog jednostronny, w którym my, chrześcijanie, pochylamy się stale nad ich wiarą, zgłębiamy myśl żydowską, a oni zamykają się całkowicie na myśl chrześcijańską. Nie jest to dialog, ale jednostronna rozmowa. W szczerym dialogu każda ze stron powinna wysłuchać racji drugiej strony. Jeżeli tego nie ma, wzajemne spotkania skutkują „urabianiem” przez myśl żydowską chrześcijan biorących w nich udział, którzy przejmują żydowskie myślenie i rozumienie historii zbawienia. Chrześcijanie się judaizują, a Żydzi nie tylko się nie chrystianizują, ale jeszcze utwierdzają w swoich przekonaniach, bo chrześcijanie czynią ustępstwa (np. pokazywanie się chrześcijan z symbolami judaizmu lecz nie odwrotnie). Ustępstwa zaś czyni z zasady ten, kto nie ma racji. Dlatego nasze ustępstwa stale utwierdzają ich w przekonaniu posiadania racji. I tu przychylam się do opinii ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, że dialog z judaizmem w Polsce powinien wyglądać inaczej. Z takich spotkań korzyść dla siebie odnoszą jedynie wyznawcy prawa mojżeszowego. A to nie służy sprawie ewangelizacji.
Chrześcijaństwo i judaizm to dwa porządki religijne rozwijające się równolegle i stale w większej czy mniejszej opozycji do siebie. Pomocny dla zrozumienia Ewangelii jest ST, lecz nie judaizm. Twierdzenie, że poznawanie rozwijającego się przez dwa tysiące lat judaizmu może pomóc lepiej zrozumieć chrześcijaństwo, ociera się o nonsens. Może być pomocne w intelektualnym pogłębieniu zagadnienia, znajomości wzajemnych relacji, ale nie dla zrozumienia istoty przesłania Ewangelii. Rozwijający się po Chrystusie judaizm nie miał na nią żadnego wpływu. Wyrósł wprawdzie z tej samej tradycji starotestamentowej co Ewangelie, ale poszedł inną drogą. Nie jest pomocny w przyswojeniu przesłania Jezusa. Należy natomiast powiedzieć, że nauczanie Jezusa dobrze jest zgłębiać poprzez odwołanie się do tekstów Starego Testamentu i do ówczesnej tradycji żydowskiej, Jemu współczesnej.
Większość chrześcijan nie zagłębiała się w religię żydowską. Czy to znaczy, że nie rozumieją dobrze lub do głębi Ewangelii? Otóż rozumieją istotę jej przesłania w pełni. Bo kto przyjął Chrystusa, razem z Nim poznał całą Bożą prawdę, bo poznał Tego, który zbawia. Tu trzeba kierować podobne zalecenia w drugą stronę (!), czyli żeby Żydzi studiowali księgi NT, bo dopiero wtedy zrozumieją własne wybranie i własną tradycję religijną. Znajdą jej wypełnienie. Czy jest to przedmiotem dialogu z judaizmem w Polsce?
9. Czy w modlitwie konsekracyjnej podczas Mszy św. powinny być słowa o Ciele Chrystusa wydanym i Krwi przelanej „za wielu” czy „za wszystkich”? Poruszam ten temat, ponieważ pojawiały się i pojawiają próby zmiany. Z racji występujących niejasności w temacie chcę to przybliżyć.
W tekście greckim NT (Mt, Mk, Łk i 1 Kor 11) znajdują się dwie formy: „za wielu” (hyper pollōn) i „za was” (hyper hymōn). W żadnym z czterech świadectw nie mówi się o wydanym Ciele Chrystusa i przelanej Krwi „za wszystkich”.
Według Ewangelii Mateuszowej Jezus ma na myśli tych, w których dzieło odkupienia odniesie zamierzony skutek: „Moja Krew …, która będzie wylana … na odpuszczenie grzechów”, czyli przelana za tych, w których dokona odpuszczenia grzechów, tj. którzy skorzystają z łaski odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Jezus nie ma na myśli tych, którzy nie skorzystają z łaski odkupienia, tj. w których przelana krew nie przyniesie zamierzonego skutku. Bóg nie działa na darmo, nie marnuje swojej łaski. Jako istota doskonała, kiedy działa, osiąga cel. Jezus nie ma zatem na myśli wszystkich ludzi, ale tylko owych wielu, którzy odpowiedzą pozytywnie na łaskę odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Zgodnie z intencją słów Jezusa poprawną formą jest „za wielu” (w tym także „za was” – dzisiaj w odniesieniu do każdego, kto uczestniczy w Eucharystii), co znajdujemy na kartach NT i co funkcjonuje w aktualnej modlitwie konsekracyjnej w jęz. polskim.
Forma „za wszystkich” nie występuje w NT, bo jest niezgodna z rozumieniem dzieła odkupienia. Forma „za wielu” naprowadza na jego właściwe rozumienie. Należy porzucić myślenie, że wszyscy zostali odkupieni, czyli wprowadzeni w relację z Bogiem. Wszystkim została otwarta droga do Boga, ale odkupieni zostali ci, którzy weszli w relację z Bogiem (odpowiedzieli pozytywnie). I za nich Jezus przelewa krew (odkupienie utożsamia się tu ze stanem naszego obecnego zbawienia, które już się dokonuje). Jezus nie przelewa krwi za tych, w których nie przynosi to zamierzonego skutku, bo byłoby to działanie daremne. Posługując się obrazem Jezusa, nie rzuca On pereł przed świnie. Zatem dzieło odkupienia swymi owocami dosięga tej części ludzkości, która odpowiada na nie pozytywnie. I to przesłanie zawiera się w wyrażeniu „za wielu”.
Wszystkim życzę coraz bardziej pogłębionego rozumienia Bożych prawd i w rezultacie mocniejszego przylgnięcia do Chrystusa Odkupiciela ludzkości.
ks. prof. Waldemar Rakocy CM/PCh24.pl
***
Ks. prof. dr hab. Waldemar Rakocy CM (ur. 1960) jest emerytowanym profesorem Wydziału Teologii KUL. Kierował Katedrą Hermeneutyki Biblijnej oraz Katedrą Egzegezy Pism Apostolskich NT. Zasiadał w Zarządzie Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Autor książek i ok. 150 artykułów dotyczących tematyki biblijnej, członek kilku krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych.
***
czwartek 23 kwietnia
Św. Wojciech jako patron. Tak ruszyła chrystianizacja północno–wschodnich ziem Królestwa Polskiego
(fot. Piotr Tumidajski / Forum)
***
Zasiew krwi męczenników wydaje dobre owoce przez wieki. Tę prawdę potwierdza historia chrystianizacji północno – wschodnich ziem Królestwa Polskiego. Rozpoczęła się ona w roku 1386 erygowaniem parafii pw. św. Wojciecha w miejscowości Poryte niedaleko Łomży. Jeszcze w tym samy roku wzniesiono tu kościół, a umieszczony wysoko na jego szczycie łaciński krzyż, wskazał wschodni kierunek, w którym od tego czasu niesiona była Ewangelia i chrześcijańska cywilizacja.
Ustanowienie parafii w Porytym dokonało się za sprawą właściciela tych ziem Pawła z Radzynowa herbu „Prawdzic”, który otrzymał je od księcia mazowieckiego Janusza I. Paweł, zwany również Paszko, był rycerzem, który w młodym wieku nie stronił od zabaw i światowych uciech. Jego życie zmieniło się podczas pielgrzymki przeprowadzonej do słynnego sanktuarium Santiago de Compostela. Tą daleką podróż Paweł odbył w roku 1380 wraz z przyjacielem Janem Pilikiem, późniejszym wojewodą mazowieckim. W archiwach zachował się glejt na bezpieczny przejazd, wydany pielgrzymom przez samego króla Aragonii – Piotra IV.
Z Santiago Paweł wrócił duchowo odmieniony. Na sercu mocno zaczęła mu leżeć sprawa mieszkańców jego niedawno założonych wsi, położonych po wschodniej stronie Narwi. Tamtejszy lud, choć katolicki, nie miał żadnego kościoła, aby mógł w nim oddawać cześć Bogu. Wsi tych było już wówczas kilka, gdyż ród Radzanowskich mocno rozwinął swoje dobra. W tym czasie niedaleko Porytego założył dwie wsie – Dzierzbię i Zaborowo. Później zaczęto karczować lasy. Na wykarczowanych terenach Radzanowscy lokowali kolejne miejscowości. Jednak na tych terenach, uważanych za niebezpieczne, wcale nie było łatwo erygować nową parafię. Świadczy o tym sześć długich lat starań, prowadzonych przez Paszkę, u biskupa płockiego Ścibora. Do ustanowienia parafii w Porytym udało się go przekonać dopiero w roku 1386. W tym samym roku Paweł z Radzanowa ufundował wiernym piękną drewnianą świątynię z dzwonnicą. Nareszcie wierni mogli razem uczestniczyć w Eucharystiach i nabożeństwach. Biskup Ścibor i Paszko postanowili, że patronem pierwszego kościoła, na ziemiach, które czekały na chrystianizację, licząc od chrztu Polski, 420 lat nie może być nikt inny jak tylko św. Wojciech.
Pierwsza świątynia po wschodniej stronie Narwi była skromna. Z archiwalnych dokumentów wiadomo, że choć zbudowano ją z materiału, który łatwo niszczy czas i ogień, czyli z drewna (dach był kryty słomianą strzechą) to służyła ona parafianom aż do końca XVII wieku. Na jej dachu umieszczono kopułę z małym dzwonkiem. Kościół był ogrodzony drewnianymi drągami. Od strony drzwi wejściowych zamontowano bramę. Wewnątrz budynku sakralnego był jeden ołtarz. Nad którym zawieszono obraz Najświętszej Marii Panny. Tabernakulum również wykonano z, łatwo tu dostępnego, drewna. Obok poryckiej świątyni wzniesiono piękną, wysoką dzwonnicę. Z niej to spiżowy dźwięk dwóch dzwonów przywoływał wiernych na niedzielną Mszę świętą.
Na ziemiach na wschód od Narwi, przeważnie porośniętych puszczami, były wprawdzie drewniane grody obronne, m.in. w Kolnie i Małym Płocku, ale kościołów nie było. Nie ostały by się, gdyż ciągle trwały tu walki. Wojska księstwa mazowieckiego podążały właśnie przez Poryte (stąd nazwa miejscowości od ziemi porytej kołami wozów) często podążały bronić północnych i wschodnich granic księstwa. W tamtych czasach atakowali je Prusowie, Jaćwingowie, Litwini, a później Krzyżacy.
Założenie wsi Poryte, a potem budowa tu kościoła pw. św. Wojciecha były możliwe dopiero po ustaniu tych wojen. Kilka lat później (rok 1390) w odległej o kilkadziesiąt kilometrów Wiźnie erygowano następną parafię – pw. Marka Ewangelisty. Misja rozpoczęta przez świętego patrona Polski w roku 997, trwała nadal. W ciągu około 150 lat ziemie północno – wschodnie Królestwa Polskiego zostały schrystianizowane. Powstały tu liczne parafie, za nimi zawsze szli ojcowie i bracia zakonni, którzy wznosili kościoły i swoje klasztory. Ziemie, na których niegdyś stały pogańskie bałwany, zaroiły się od miejsc kultu Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Woj Chrystusowy
Tysiąc lat temu chodził po ziemi człowiek, który dostąpił chwały świętości, mimo iż nie sprawdził się jako biskup, nie pozwolono mu zostać zakonnikiem, na koniec zaś okazał się nieskutecznym misjonarzem. W większości swych ziemskich usiłowań poniósł klęskę. Jednak już w chwili śmierci człowiek ów stał się legendą i wzorem, niezwłocznie został wyniesiony na ołtarze, a kult jego rozpowszechnił się w całej christianitas, szczególnie w Polsce, której jest pierwszym patronem. Takie było jego za grobem zwycięstwo.
Nascitur purpureus flos Boemicis terris – tymi słowy rozpoczyna swój Żywot świętego Wojciecha św. Bruno z Kwerfurtu – rodzi się purpurowy kwiat na ziemi czeskiej. Chłopiec, który zostanie później biskupem Pragi, męczennikiem i świętym przyszedł na świat około 956 r. z ojca Sławnika, księcia libickiego i matki Strzeżysławy, niewiasty ze znakomitego rodu. Ojciec pochodził najprawdopodobniej z chorwackich książąt plemiennych.
Pierwotnym zamiarem rodziców było przeznaczenie chłopca do stanu duchownego, jednak po urodzeniu oczarowani wyjątkową urodą dziecka zdecydowali, iż szkoda by było oglądać tak urodziwego młodzieńca w sukni duchownej i przeznaczyli go dla świata. Imię, które mu nadano, miało potwierdzać rodzicielską decyzję; świadczyć o tym może chociażby jego etymologia: Wojciech (Woietech) to pociecha wojów (Woje-ciech – consolatio exercitus). Nic to jednak nie dało – chłopiec najwyraźniej został przeznaczony do życia w sutannie przez samego Boga. Wkrótce po urodzeniu ciężko zachorował i był bliski śmierci, dopiero ofiarowanie dziecka przez rodziców w kościele na ołtarzu Maryi i przeznaczenie go do stanu duchownego spowodowało powrót do zdrowia.
Być duchownym w wieku X znaczyło należeć do nielicznych, którym nieobca jest sztuka odczytywania znaków alfabetu. Kilkunastoletni Wojciech opuszcza około r. 972 rodzinne Libice i jedzie do Magdeburga, by tam pod opieką znanego wcześniej rodzicom arcybiskupa Adalberta (który w drodze na Ruś gościł na dworze Sławnika w r. 961 lub 962 udzielając m.in. małemu Wojciechowi sakramentu bierzmowania) wgłębiać się w arkana wiedzy w cieszącej się znakomitą sławą szkole katedralnej kierowanej przez jednego z największych luminarzy swego wieku, benedyktyna Oktryka. W Magdeburgu zostaje powtórnie bierzmowany przez swego opiekuna i przyjmuje jego imię. Imieniem Adalberta będzie odtąd nazywał go Zachód.
Opuścił szkołę wracając do Czech jako subdiakon, o czym zapewnia nas Kosmas, i tam dopiero z rąk biskupa świętego miasta Pragi przyjął zbroję rycerza Chrystusowego na przyszłe boje – czytamy u Kanapariusza.
W r. 982 zakończył życie biskup praski Dytmar. Umierał przedwcześnie, w potwornej rozpaczy i przerażeniu wykrzykując swe wyrzuty sumienia: nie był dobrym pasterzem, zaniedbał powołanie, nie zrobił nic dla krzewienia wiary w podległej mu diecezji. Podobno miał wizję swego potępienia. Wojciech, będący przy śmierci Dytmara, wyszedł z jego komnaty zdruzgotany. Tejże nocy worem odziany włosianym, z głową siwym popiołem posypaną, obchodził poszczególne kościoły, ubogim hojnie rozdawał, co miał i polecał siebie i sprawę swą w modlitwach Panu. Zmienił się tak, że nie poznawali go towarzysze zabaw i uciech. Sądzili jednak, iż szok wkrótce minie. Nie minął. Nie był to bowiem szok, chociaż przeżycie wryło mu się głęboko w pamięć, lecz opamiętanie. Pojął udzieloną mu lekcję – zrozumiał, jak nie wolno mu żyć.
Został wybrany następcą Dytmara. Wychowany w kulturze europejskiej, mówiący obcymi językami absolwent doskonałej szkoły miał po temu wszelkie predyspozycje zawodowe, może z wyjątkiem młodego wieku (około 26 lat). Niedawne „nawrócenie” i nowy sposób życia – imitatio Christi w duchu reformy kluniackiej czyniły zeń niekwestionowanego kandydata. Toteż 19 II 982 roku w Levý Hradec – miejscu gdzie wzniesiono pierwszy kościół w Czechach miał miejsce jednogłośny wybór: Kogóż innego jak nie ziomka naszego Wojciecha, którego czyny, szlachectwo, bogactwo i życie odpowiednie są dla tej godności. On najlepiej wie, dokąd sam winien dążyć, on również duszami roztropnie pokieruje.
O tak! Wiedział doskonale, dokąd dążyć należy i rad wiódłby tam dusze swoich diecezjan, gdyby tylko mu na to pozwolili. Jednak chrześcijanie w. X nosili krzyż na piersiach, ale rzadko kiedy w sercach. Kiedy konsekrowany 29 VI 983 roku w Weronie biskup Wojciech wrócił do Pragi, zgotowali mu gorące powitanie. Cieszyli się, że jest jednym z nich. Ale on nie był taki sam jak oni. Wkrótce się o tym przekonali.
Nowy biskup nie zamierzał powtarzać błędów starego. Wypowiedział bezpardonową wojnę zepsuciu panującemu w Pradze i w całych Czechach, odzwierciedlającemu wiernie rozkład życia chrześcijańskiego, który po upadku państwa Karolingów sięgał niemal dna. Kronikarze zgodnie wyliczają występki, którym nagminnie hołdowano: nierząd, niewłaściwe zawieranie małżeństw, wielożeństwo, cudzołóstwo, pijaństwo, morderstwa, również na nienarodzonych, niezgodne z chrześcijańskimi obyczajami grzebanie zmarłych w lasach lub na polach, praktyki pogańskie, zabobony, handel niewolnikami. Stan moralności duchowieństwa był podobnie tragiczny: lekceważono powołania, nie przestrzegano celibatu. Mówi Kosmas: To są rzeczy, których Bóg nienawidzi, tym zrażony św. Wojciech nas, owieczki swoje opuścił i wolał iść nauczać obce ludy. Kiedy bowiem spróbował naprawiać obyczaje, wszedł w ostry konflikt ze swoją owczarnią. Praga znienawidziła go – nie chciała tak gorliwego biskupa. Może i po jego stronie było trochę winy, może brakło mu cierpliwości. Sam żył przykładnie, od innych wymagał tego samego. Swą niecierpliwą dezaprobatą wszystkiego, co, owszem, złe, ale dotąd niepotępiane, antagonizował otoczenie. Ówczesna Praga potrzebowała innego biskupa: zręcznego, cierpliwego i przyziemnego dyplomaty-realisty.
Wojciech nie był graczem, miał duszę żołnierza, ale nie wodza. Chciał służyć, walczyć ze złem i grzechem, nie zaś podejmować strategiczne decyzje. Był świadom swej nieudolności, widział, że wysiłki jego najtroskliwszych rządów idą na marne, że więcej nawet sobie samemu szkody przynosi niż pożytku ludowi – podaje Kanapariusz. Dlatego uznał, że najlepszym dla wszystkich rozwiązaniem będzie opuszczenie Pragi. On nie nadaje się na biskupa, będzie się starał, aby zastąpił go ktoś lepszy. Ruszył do Rzymu szukać rady u papieża. Od tego właśnie momentu aż do śmierci nie przestanie podróżować, nigdzie nie mogąc (nie ze swojej zresztą winy) dłużej zagrzać miejsca.
W Rzymie spotkał młodziutkiego cesarza Ottona III. Pobudził go do zainteresowania się sprawami Słowiańszczyzny. W mającym się odrodzić cesarstwie świat słowiański mógł i powinien stać się łącznikiem Zachodu ze Wschodem, więzią tworzącą jedność. Aby to się jednak stało, Sclavinia musi stać się samodzielną jednostką i jako taka znaleźć pełnoprawne miejsce w gronie innych. Opowiadał czeski duchowny swojemu młodocianemu niemieckiemu przyjacielowi o wielkim władcy jednoczących się plemion polskich, opiekunie książąt libickich, Bolesławie zwanym Chrobrym, który niebawem miał stać się serdecznym przyjacielem ich obu.
Biskup Wojciech był w samym centrum najważniejszych wydarzeń, z jego zdaniem liczono się w cesarskim otoczeniu, na dworach książąt i biskupów. Mógł odegrać ogromną rolę w życiu społeczno-politycznym przełomu X i XI w. Jako współpracownik cesarza, czy księcia polskiego mógł wywierać decydujący wpływ na kształtowanie europejskiego porządku, budować wielkie, uniwersalne chrześcijaństwo. Ale nie to było jego celem. Pomny na słowa Pana, iż Królestwo Jego nie jest z tego świata, nie chciał poświęcać się budowaniu ziemskich władztw, pociągało go oderwanie się od światowego zgiełku i całkowite zatopienie w Chrystusie.
Całych pięć lat był rycerzem Chrystusa w klasztorze. Pomysł schronienia się w miejscu poświęconym kontemplacji podsunął mu papież Jan XV. Właściwym miejscem okazał się klasztor św. Bonifacego i św. Aleksego na Wzgórzu Awentyńskim. Tam znalazł wszystko, czego mu brakowało na biskupstwie. Ora et labora – powtarzał codziennie słowa reguły, sumiennie się do nich stosując; studium et silentium – niczego więcej nie chciał i nie potrzebował. Wszystko to, połączone z surową ascezą, dawało mu stracone w Pradze poczucie sensu obranej drogi. Przyjął święcenia zakonne, zamierzał pozostać w klasztorze na zawsze. Dlatego też nakaz powrotu na opuszczone stanowisko wydany przez metropolitę Willigisa przeżył boleśnie jako niekłamaną tragedię. Nade wszystko jednak był posłuszny.
Wrócił, lecz nie na długo. Nie było dlań miejsca w Pradze, gdzie sprawy wyglądały jeszcze gorzej. Zanosiło się na wojnę domową próbujących jednoczyć ziemie czeskie Przemyślidów ze zorientowanymi na Polskę Sławnikowicami. Nie chcąc zaogniać konfliktu swoją osobą, odchodzi ponownie. Nie wpłynęło to jednak na poprawę stosunków między konkurującymi rodami. Bolesław najechał dziedzinę Sławnikowiców i obległ Libice, w których było wówczas czterech synów Sławnika. Zapewnieniem bezpieczeństwa skłonił książąt do kapitulacji. Ci jednak, nie ufając obietnicom, schronili się wraz z rodzinami w kościele. Nie zważając na święte prawo azylu woje Bolesława wtargnęli do świątyni i dokonali rzezi wszystkich tam obecnych razem z żonami i dziećmi. Ludność Libic rozpędzono lub wzięto w niewolę, sam gród zrównano z ziemią. Ocaleli tylko Wojciech i Radzim przebywający wówczas w Rzymie oraz Sobiebor wojujący pod cesarzem przeciwko Lucicom. Ten ostatni udał się potem na dwór gnieźnieński i przyjął służbę u Chrobrego.
W takich warunkach kolejny powrót Wojciecha do Pragi był niemożliwością. Wciąż jednak pozostawał biskupem i dlatego sprawę jego oddano pod obrady synodu papieskiego. Ustalono tam, iż o losie pasterza zadecyduje owczarnia. Jeżeli będą domagać się jego przybycia, pod karą klątwy ma obowiązek wracać do Pragi, czego żądał metropolita. Jest to grzech – dowodził – że gdy każdy kościół jest poślubiony, jedynie Praga jest jak wdowa bez swego pasterza. Jeżeli jednak go nie zechcą, nie wróci do klasztoru, lecz zostanie episcopus gentium – i uda się z misją do pogan. Prażanie jednak nie po to zmuszali swego biskupa do dwukrotnego wyjazdu, by go teraz zapraszać. Nie chcemy Wojciecha – odpowiedzieli. Przyjął to z ulgą.
Wojciech zaczął więc jeździć do pogańskich osad jako misjonarz pod osłoną zbrojnej drużyny. Pachołkowie obalali bałwany i wycinali święte gaje, palili na stosach figury diabła-Swarożyca, a woje walili w pysk każdego, kto próbował oponować. Powstania pogańskie krwawo tłumiono. Była to niewątpliwie metoda skuteczna – barbarzyńska mentalność odczytywała ją bezbłędnie: jakże potężny musi być ten Jezus, skoro wszyscy przerażający nas bogowie i demony pierzchają na sam dźwięk Jego imienia, skoro Jego kapłani nie lękają się ich zemsty, ba! gardzą nimi.
Ten sposób nawracania, jakkolwiek skuteczny, był jednak nie do przyjęcia. Czy tego bowiem uczył Jezus? Czy tak nakazał ludzi do siebie przyprowadzać? Ewangelizacja kroczyła złą drogą. Święty Wojciech był tego w pełni świadom, toteż zdecydował się wyruszyć do pogańskich Prusów bez eskorty, jedynie z bratem Radzimem-Gaudentym i prezbiterem Benedyktem-Boguszą.
Bolesław Chrobry próbował odwieść go od szaleńczego zamiaru – Prusowie to krwiożercze plemię i zdecydowanie wrogie krzyżowi. Na nic się to zdało, determinacji Wojciecha nie można było złamać, a przy tym determinacja i odwaga człowieka, który podejmował się tak niebezpiecznej misji bez broni i prawie samotnie mogła imponować a nawet napawać lękiem, gdyż była czymś większym niż odwaga zbrojnego woja. Odesłał przydaną mu przez Bolesława eskortę pamiętając co mówił Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się abym nie został wydany żydom.Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Pamiętał karcące słowa Zbawiciela skierowane do zbyt porywczego sługi: Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną. Karolowe nawracanie mieczem rozprzestrzeniło się. Uczynieni w ten sposób chrześcijanami Sasi zaczęli później gwałtem i bezprawiem nawracać Słowian. Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc… Nie tego pragnął świątobliwy mnich. Chcę pójść do nich jako woj Chrystusowy uzbrojony w Słowo Pana – powiedział przekraczając pruską granicę.
Zginął jak żołnierz Jezusa. Zatrzymany i pobity przez pruską straż, a później postawiony przed sądem wiecowym w miejscowości Truso i deportowany z powrotem na polską stronę granicy z ostrzeżeniem, iż w przypadku powrotu czeka go śmierć, bynajmniej nie zamierzał rezygnować z misji. Pieszo ruszyli z powrotem do Prus. Najprawdopodobniej byli śledzeni, gdyż wkrótce zostali napadnięci przez zbrojną grupę pod przewodnictwem kapłanów, która dokonała rytualnego mordu na Wojciechu. Przyczyna tej śmierci nie daje się ostatecznie wyjaśnić. Najprawdopodobniej nie była nią jednak profanacja miejsca kultu pogańskiego jak chce najstarsza a zarazem najpopularniejsza teoria. Teza ta nie posiada uzasadnienia źródłowego. Przyjmuje się obecnie, iż zabójstwo było wykonaniem wyroku zawieszonego podczas sądu w Truso. W jej świetle Wojciechowy wybór męczeństwa był świadomy, wiedział bowiem, jakie konsekwencje grożą mu w razie wykrycia jego powtórnej obecności w Prusach.
Pierwsza fala kultu św. Wojciecha przeszła przez kraje Zachodu około roku 1000. Do grobu świętego męczennika zaczęły przybywać liczni pielgrzymi na czele z Ottonem III. Otrzymanymi od Bolesława Chrobrego relikwiami obdarował on wiele kościołów, ufundował również klasztor w Akwizgranie na cześć św. Wojciecha. Od niego wyszła inicjatywa kanonizacji.
Św. Wojciech został patronem Polski. Jego zasługi dla sprawy polskiej państwowości są nieocenione. To on, jeszcze za życia, zwrócił uwagę cesarza na polskiego księcia, w nim upatrując głównego wykonawcę uniwersalistycznych planów, co pozwoliło nieznanej dotąd Polsce zaprezentować swoje możliwości, bogactwo i znaczenie oraz wprowadziło ją w orbitę wpływów i interesów Zachodu. To on, po śmierci już, stał się czynnikiem sprawczym ustanowienia w Gnieźnie polskiego, niezależnego arcybiskupstwa, metropolii, która przetrwała, mimo iż wkrótce młode państwo przeżyło poważny kryzys wewnętrzny, najazd Brzetysława czeskiego spustoszył Wielkopolskę, a w zrujnowanej katedrze św. Wojciecha w Gnieźnie zamieszkały dzikie zwierzęta. Czesi uwieźli ciało Świętego do Pragi, gdzie za życia nie było dla niego miejsca. Ale św. Wojciech na zawsze pozostał w Polsce – w dziełach, którym patronował.
Jerzy Wolak/PCh24.pl
***
19 kwietnia
III Niedziela Wielkanocna – Biblijna
o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski OSPPE:
bez Pisma Świętego nie ma życia
Słowo Boże, które czytamy, ono nas zmienia. To jest źródło naszej wiary, podobnie jak Tradycja Kościoła – wskazał w rozmowie o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski OSPPE, kierownik Katedry Eklezjologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Trzecią Niedzielę Wielkanocną przeżywamy jako Niedzielę Biblijną. Rozpoczyna ona XVIII Tydzień Biblijny obchodzony pod hasłem „Odważnie głosić Ewangelię Boga”.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Paulin o. prof. Napiórkowski podkreślił, że Niedziela i Tydzień Biblijny są nie tylko zachętą do lektury natchnionych tekstów Starego i Nowego Testamentu, ale również do kontaktu z żywym Słowem. „My, gdy mówimy, to tylko wypowiadamy słowo. Jezus Chrystus, gdy nauczał, On sam był tym Słowem. Słowem, które posłał Ojciec do nas – zaznaczył paulin. – To Słowo, które przyjęło ciało, które stało się człowiekiem dzięki Najświętszej Maryi Pannie, która ciągle rozważała to i medytowała w sercu. Ona dała Mu naturę ludzką”. Jezus Chrystus jest jedną Osobą o dwóch naturach, właśnie dzięki Matce Najświętszej.
Św. Paweł i ks. Blachnicki – wybitni teologowie
„Dla mnie największym teologiem pozostaje św. Paweł Apostoł, bo to, co Jezus Chrystus nam przekazał, co zostało spisane w Ewangeliach i listach, najpiękniej zinterpretował właśnie Paweł Apostoł z Tarsu” – podkreślił o. prof. Napiórkowski.
Zdaniem o. prof. Napiórkowskiego zbyt mało mówi się o ks. Franciszku Blachnickim, który „tworzył namioty spotkania i zachęcał młodzież poprzez ruch oazowy, różnego rodzaju krucjaty, do czytania, do studium Pisma Świętego”.
Dwa tysiące lat studiowania Pisma Świętego
Jak podkreślił rozmówca Polskifr.fr przy studiowaniu Biblii musimy trzymać się nauczania Kościoła, dwóch tysiącleci Tradycji. „My, katolicy, ulegamy czasami nieuzasadnionemu zachwytowi nad tradycją judaistyczną, a przecież nasza katolicka Tradycja jest głębsza, gdyż jest chrystocentryczna, pneumatyczna i maryjna” – mówił. Jednocześnie dodał, że „nie do pomyślenia jest oddzielanie Starego i Nowego Testamentu”, które razem są bardzo ważne dla chrześcijan.
Biblijne wyzwanie
O. prof. Napiórkowski wspomniał o wyzwaniu, które podjął z kolegami w czasie nowicjatu w zakonie. „Każdy miał przeczytać Pismo Święte. Nawet nie rozumieliśmy tego za bardzo, ale celem było przeczytać Pismo Święte ‘od deski do deski’; wszystkie księgi Starego i Nowego Testamentu; całe Pismo; od Księgi Rodzaju po ostatnią Księgę Apokalipsy”.
Przykład RomanaBrandstaettera
Na zakończenie paulin przywołał postać nawróconego polskiego Żyda, który przyjął chrzest w Rzymie, wybitnego pisarza Romana Brandstaettera. „Jak wspominał swoje dzieciństwo, to mówił, że uczył się czytać na Piśmie Świętym, na Biblii – opowiedział o Brandstaetterze o. Napiórkowski. – Dziadek mu pokazywał literki. Ta jego Biblia cała była porysowana, pomięta, porwana, ale to pokazywało i było świadectwem, jak ważny jest codzienny kontakt z Pismem Świętym”. „Bez Pisma Świętego nie ma życia. Zachęcam wszystkich do lektury Pisma Świętego” – podsumował kierownik Katedry Eklezjologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II.
Szczególny czas zbliżenia do Słowa Bożego
Tydzień Biblijny obchodzony jest w trzecim tygodniu wielkanocnym od 2009 r. z inicjatywy Dzieła Biblijnego im. Jana Pawła II. Co roku przebiega pod innym hasłem. Rozpoczyna go Niedziela Biblijna. Jest szczególnym czasem odkrywania na nowo piękna Bożego Słowa i zachętą do jego studiowania i głoszenia.
*** Lidia, Abigail i Samarytanka. Jak odważnie głosić Ewangelię bez ambony?
Nastyaofly | Shutterstock
***
Hasło tegorocznej Niedzieli Biblijnej brzmi: „Odważnie głosić Ewangelię Boga”. Brzmi poważnie. Może nawet zbyt poważnie – jak zadanie dla kogoś z teologicznym wykształceniem. A co, jeśli ta misja jest już wpisana w Twój poranek? W kubek kawy, odebrane połączenie i drzwi, które otwierasz sąsiadowi?
Słowo „głoszenie” bywa niefortunne. Często wywołuje obraz kogoś na scenie, kto z ekspresyjną gestykulacją i prezentacją w PowerPointcie przekonuje tłumy. Albo księdza na ambonie. Albo – co gorsza – kogoś, kto osacza przechodniów na rynku pytaniem: „Czy poznałeś Jezusa?”.
Wtedy większość z nas robi krok w tył. Stwierdzamy: „To nie dla mnie”. Chowamy wiarę głęboko – gdzieś pomiędzy listę zakupów a nieodpisane wiadomości.
Ile razy schowałaś swoją nadzieję do kieszeni płaszcza, bo nie wiedziałaś, jak ją wyjąć, by nie wyszło „dziwnie”? Biblia ma na to odpowiedź. I nie dają jej teoretycy, ale trzy kobiety, które żyły zwyczajnie: w biznesie, w trudnym małżeństwie i w cieniu społecznego wykluczenia. Żadna z nich nie miała mikrofonu. Każda zmieniła świat.
Lidia: Patronka odważnych w codzienności
Lidia była kobietą sukcesu. Handlowała purpurą – towarem luksusowym i prestiżowym. Miała dom, kontakty i zasoby. Pewnego szabatu wyszła nad rzekę, by się pomodlić. Tam spotkała Pawła.
Św. Łukasz notuje lakonicznie: „Pan otworzył jej serce” (Dz 16, 14). Ona zareagowała natychmiast – otworzyła dom. To był jej sposób na Ewangelię. Nie kazanie, lecz gościnność.
Wyobraź sobie, że zapraszasz kogoś samotnego na niedzielny obiad. Że zostawiasz klucze sąsiadce, która przechodzi kryzys. Że twój dom – choćby mały, nieperfekcyjny, z bałaganem na stole – staje się azylem, w którym ktoś czuje się ważny.
Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu, przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim! (Dz 16, 15).
Lidia nie analizowała, czy jest wystarczająco święta. Po prostu zrobiła miejsce przy stole. To wystarczyło. Jej dziedzictwo dzisiaj to:
herbata zaparzona dla kogoś, kto właśnie płacze do słuchawki;
dom, do którego można wpaść bez zapowiedzi;
podwiezienie starszej sąsiadki na zakupy.
Gościnność to teologia w praktyce. Mówi bez słów: „Jest Ktoś, dla kogo jesteś cenny”.
Abigail: Patronka mądrej interwencji
Mąż Abigail, Nabal, był – mówiąc delikatnie – człowiekiem trudnym. Biblia nie owija w bawełnę: był twardy i zły. Kiedy śmiertelnie obraził Dawida, a ten ruszył z czterystoma zbrojnymi, by wybić jego ród, Abigail miała tylko kilkadziesiąt minut na reakcję (1 Sm 25, 18-19).
Nie wpadła w panikę. Nie czekała na cud. Przygotowała zapasy i wyjechała naprzeciw gniewowi. Stanęła między nienawiścią a rozlewem krwi. Powiedziała Dawidowi prawdę prosto w oczy: że zemsta będzie błędem, który obciąży jego sumienie. Mówiła z godnością, bez lizusostwa, ale i bez agresji.
Czy masz w swoim otoczeniu miejsca, gdzie kipi od złości – w biurze, w rodzinie, na grupie na Messengerze? Często stoimy z boku, bo „to nie nasza sprawa”. Abigail pokazuje, że bycie znakiem pokoju w toksycznych miejscach to czysta Ewangelia.
Jej mądrość uratowała życie wielu ludziom, a Dawida uchroniła przed samym sobą. Jej dziedzictwo dzisiaj to:
jedno spokojne zdanie w środku awantury: „Zatrzymajmy się, zanim powiemy o jedno słowo za dużo”;
szczera rozmowa z szefem, zanim zebranie zmieni się w lincz;
krótki SMS po kłótni: „Przepraszam, poniosło mnie”.
Pokój nie jest brakiem konfliktu. Jest odwagą, by stanąć w samym centrum pożaru i nie dać się mu pochłonąć.
Samarytanka: Patronka stawania w prawdzie
Przyszła do studni w samo południe. Nie rano, jak inne kobiety – bo rano są plotki, oceniające spojrzenia i pytania o kolejnego męża. Południowy upał gwarantował pustkę. Był bezpieczny dla kogoś, kto ma coś do ukrycia.
Miała za sobą pięciu mężów, a obecny związek był kolejną prowizorką. Żyła na marginesie przyzwoitości. I to właśnie jej Jezus objawił swoją tożsamość najpełniej. Przy tej, której nikt nie chciał słuchać, On zechciał mówić.
Reakcja? Zostawiła dzban, pobiegła do miasta i krzyknęła: „Chodźcie, zobaczcie człowieka, który powiedział mi wszystko, co uczyniłam!”. Nie udawała, że nagle stała się nieskazitelna. Jej siłą było świadectwo: „On zna moje rany, a mimo to ze mną rozmawiał”. To autentyczność pociągnęła całe miasto (J 4, 28-29. 42).
Nie musisz być „naprawiona”, by o Nim mówić. Wystarczy, że będziesz szczera w kwestii tego, skąd przyszłaś i Kto przy tobie usiadł. Jej dziedzictwo dzisiaj to:
przyznanie się: „Wiem, co czujesz, też zaczynałam od zera”;
post w mediach społecznościowych, który nie lukruje rzeczywistości;
rozmowa, która nie jest pouczaniem, ale wspólnym niesieniem ciężaru.
Samarytanka to patronka wszystkich, którzy myślą: „Mam zbyt pokręcone życie, by świadczyć o Bogu”. Ona odpowiada: „Właśnie dlatego masz najwięcej do powiedzenia”.
Niedziela Biblijna 2026
Niedziela Biblijna pod hasłem „Odważnie głosić Ewangelię Boga” to zaproszenie, by Słowo objawiło się w czynach.
Lidia otwiera drzwi. Abigail wychodzi naprzeciw. Samarytanka biegnie z nowiną, wciąż mając mokre dłonie. Żadna z nich nie wygłosiła kazania. Każda stała się „żywą Biblią”, którą inni mogli przeczytać.
Twoje życie to być może jedyna Biblia, jaką ludzie wokół Ciebie kiedykolwiek wezmą do ręki. Jaką historię im dziś opowiesz?
W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.
archiwum Głosu Ojca Pio
***
Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.
Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:
Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.
Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.
Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. Historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo?
W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:
Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.
Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:
Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.
Ojciec Pio z Pietrelciny
o.Tomasz Duszyc OFMCap /naszczas.pl
***
Biblia przetłumaczona już na 743 języki
W ubiegłym roku przetłumaczono pełny tekst Biblii na co najmniej 16 kolejnych języków. Światowa Unia Towarzystw Biblijnych (UBS) poinformowała 4 kwietnia, że pełny tekst Starego i Nowego Testamentu jest teraz dostępny w 743 językach. Nowe tłumaczenia obejmują przekłady na języki używane w Angoli, Beninie, Rosji i Kanadzie. Po 25 latach pracy rdzenny mieszkaniec Kanady ukończył tłumaczenie Biblii na język mohawk. 83-latek przyznał, że “praca ze Słowem Bożym nigdy nie męczy”.
Adobe Stock
***
Doroczny raport UBS wymienia łącznie ukończone projekty tłumaczeń na 106 języków. Większość z nich to tylko fragmenty Biblii. Tymi 106 językami posługuje się 1,25 miliarda ludzi. Celem jest przygotowanie tłumaczeń na kolejne 1200 języków i dialektów w ciągu najbliższych 15 lat. Obecnie realizowane są projekty tłumaczeń na 442 języki.
UBS – United Bible Societies – utworzone 9 maja 1946 roku międzynarodowe stowarzyszenie zrzesza ok. 160 krajowych Towarzystw Biblijnych na całym świecie. Celem działania UBS jest konsultacja, wzajemna pomoc i wspólne działania na rzecz rozpowszechniania Biblii.
Tygodnik Niedziela/Kai.pl
***
Biskup Oslo zachęca do ponownego odkrycia sakramentu spowiedzi
(opr. PCh24.pl)
***
W przejmującym liście pasterskim biskup Oslo, Fredrik Hansen, wezwał wiernych do ponownego odkrycia wartości sakramentu pokuty i do regularnego przystępowania do spowiedzi.
Hierarcha przypomina, że sakramenty należą do „życia liturgicznego Kościoła”. Zostały ustanowione przez Chrystusa, Bóg ich pragnie i „wynikają z dzieła zbawczego Jezusa”. Dlatego „słusznie określa się je jako środki łaski i zbawienia”. W sakramencie pokuty człowiek otrzymuje przebaczenie grzechów; jednocześnie odnawia się jego wspólnota z Bogiem i Kościołem.
Biskup Oslo nawiązuje do liturgicznego aktu pokuty podczas Mszy św., w którym mowa jest o grzechach myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem, zwracając uwagę, iż „grzesząc, próbujemy zająć miejsce Boga i uczynić siebie sędziami dobra i zła, tak jak uczynili to Adam i Ewa w raju”. Zaznacza, iż grzech rani relację z Bogiem, Kościołem i bliźnim, a grzech ciężki zrywa nawet tę więź.
Jednocześnie bp Hansen podkreśla, że to nie grzech ma ostatnie słowo, lecz Boże miłosierdzie. Zatem spowiedź nie jawi się jako przytłaczający obowiązek, ale jako konkretne spotkanie z uzdrawiającą łaską Boga. – Bóg jest bogaty w miłosierdzie i cieszy się z każdego grzesznika, który się nawraca – przypomina.
Hierarcha zwraca się wyraźnie do tych, którym spowiedź sprawia trudność – ponieważ ich ostatnia spowiedź miała miejsce dawno temu, ponieważ nie są pewni, co mają powiedzieć, lub ponieważ czują się obciążeni poczuciem winy. Właśnie im chce pomóc ponownie przekroczyć próg konfesjonału. Droga do niego, jak to ujął, musi być krótka i wolna od przeszkód. – Jako wasz biskup czuję się zobowiązany do pomocy tym wiernym, którzy z tego czy innego powodu boją się pójść do spowiedzi – zaznacza bp Hansen. Prosi jednocześnie swoich diecezjan, aby napisali do niego osobiście, co utrudnia im pójście do spowiedzi, „abyśmy wspólnie mogli uczynić sakrament pokuty żywą częścią życia wszystkich wiernych”.
Jednocześnie biskup Oslo zwraca się do księży. Powinni oni ułatwić dostęp do sakramentu i sprawić, by stał się on czymś naturalnym, a także dawać dobry przykład, regularnie i wiernie przystępując do spowiedzi. W ramach przygotowania do sakramentu biskup przypomina o rachunku sumienia, skrusze i postanowieniu poprawy. Zaleca chwile milczenia i modlitwy, a także kierowanie się Dekalogiem i Pismem Świętym.
Na koniec bp Hansen podkreśla, że dobra praktyka oznacza „więcej niż jedną spowiedź w roku”. Każdy wierzący powinien regularnie chodzić do spowiedzi. – W ten sposób jesteśmy wychowani do sprawdzania naszego życia pod kątem grzechów słabości, coraz głębszego zrozumienia prawa Bożego i gorliwego dążenia do świętości, do której wzywa nas Pan – wyjaśnił duchowny. Dlatego zachęca wszystkich wiernych, aby „chodzili do spowiedzi co najmniej trzy razy w roku: w Wielkim Poście, latem przed świętem św. Olafa oraz w okresie Adwentu.
PCh24.pl/źródło: KAI
***
12 kwietnia
NIEDZIELA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
„Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była Świętem Miłosierdzia”
(słowa Pana Jezusa wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej)
UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00
ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTUod godz. 13.30
SPOWIEDŹ ŚW. PRZED I PO MSZY ŚW.
PO MSZY ŚW. – GODZINA MIŁOSIERDZIA
***
Święto Miłosierdzia w I niedzielę po Wielkanocy ustanowił całego Kościoła papież Jan Paweł II w dniu kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej 30 kwietnia 2000 r.
Wcześniej, jako pierwszy wpisał je do kalendarza liturgicznego kardynał Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej w roku 1985. Dziesięć lat później, na prośbę Polskiego Episkopatu, św. Jan Paweł II ustanowił to święto dla wszystkich diecezji w Polsce.
Po raz pierwszy o ustanowieniu tego święta mówił Pan Jezus siostrze Faustynie w Płocku w 1931 r., gdy przekazywał swą wolę co do powstania obrazu: “Ja pragnę, aby było święto Miłosierdzia. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy – ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (Dz. 49).
Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia jest ściśle związane z wielkanocną Tajemnicą Odkupienia a tajemnicą Bożego Miłosierdzia. Ten związek podkreśla także Nowenna wraz z Koronką do Bożego Miłosierdzia, którą również Pan Jezus podyktował polecając, aby pierwszy dzień nowenny rozpoczynał się w Wielki Piątek.
Święto Bożego Miłosierdzia jest dniem szczególnym, w którym Kościół uwielbia Boga w tajemnicy miłosierdzia a dla wszystkich ludzi jest czasem szczególnej łaski:
“W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).
Wielkość tego święta mierzy się miarą niezwykłych obietnic, jakie Pan Jezus z tym świętem związał: “Kto w dniu tym przystąpi do Źródła Życia – powiedział Chrystus – ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar” (Dz. 300).
“Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat” (Dz. 699).
Aby skorzystać z tych wielkich darów, trzeba wypełnić warunki nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego (ufność w dobroć Boga i czynna miłość bliźniego) oraz być w stanie łaski uświęcającej (po spowiedzi świętej) i godnie przyjąć Komunię Świętą.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Modlitwa, którą św. Jan Paweł II wypowiedział podczas konsekracji Bazylki Bożego Miłosierdzia 7 sierpnia 2002 roku w Łagiewnikach:
Boże, Ojcze Miłosierny, który objawiłeś swoją miłość
w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,
i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym,Pocieszycielu,
Tobie zawierzamy dziś losy
świata i każdego człowieka.
Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość,
przezwycięż wszelkie zło,
pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi
doświadczyć Twojego miłosierdzia,
aby w Tobie, Trójjedyny Boże,
zawsze odnajdywali źródło nadziei.
Ojcze Przedwieczny,
dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna,
miej miłosierdzie dla nas i całego świata!
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Dlaczego tę niedzielę porównuje do „drugiego chrztu”?
Największa łaska
Sam Jezus chciał, aby niedziela po Wielkanocy była obchodzona w Kościele jako Niedziela Miłosierdzia. Mówił o tym do św. siostry Faustyny Kowalskiej. Największą łaską jaką możemy otrzymać jest „zupełne odpuszczenie win i kar”. Należy w tym dniu przyjąć Komunią świętą po dobrze odprawionej spowiedzi (bez przywiązania do najmniejszego grzechu). W 2000 roku, podczas kanonizacji św. siostry Faustyny, papież Jan Paweł II ogłosił drugą niedzielę wielkanocną jako Niedzielę Miłosierdzia dla całego Kościoła.
Słowa klucze
Jezus: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.
Najlepszym komentarzem do tego fragmentu są słowa Jezusa, które powiedział podczas jednego z objawień św. siostrze Faustynie: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski (Dzienniczek św. s. Faustyny, nr 699).
Ks. Prof. Ignacy Różycki, który był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, a wcześniej na polecenie kard. Karola Wojtyły jako arcybiskupa krakowskiego przeprowadził teologiczną analizę Dzienniczka św. s. Faustyny tak skomentował tę obietnicę Jezusa: „odpuszczenie wszystkich win i kar jest tylko sakramentalną łaską chrztu świętego. W przytoczonych zaś obietnicach Chrystus związał odpuszczenie win i kar z Komunią świętą przyjętą w święto Miłosierdzia, czyli pod tym względem podniósł ją do rzędu «drugiego chrztu»”.
Dziś
W Niedzielę Miłosierdzia możemy otrzymać łaskę porównywaną przez teologów do „drugiego chrztu”. Wykorzystajmy tę okazję, którą daje nam Jezus i powiedzmy o tym innym.
ks. Paweł Rytel Andrianik/Tygodnik Niedziela
***
Odpust zupełny na Święto Miłosierdzia
fot. Karol Porwich/Niedziela
***
Ażeby wierni przeżywali to święto z głęboką pobożnością, Ojciec Święty rozporządził, że we wspomnianą niedzielę będzie można dostąpić odpustu zupełnego, zgodnie ze wskazaniami podanymi poniżej. Dzięki temu wierni będą mogli obficiej korzystać z daru pocieszenia Ducha Świętego, a przez to żywić coraz większą miłość do Boga i bliźniego; kiedy zaś uzyskają oni Boże przebaczenie, sami będą z kolei gotowi przebaczyć ochoczo braciom.
Dzięki temu wierni w sposób doskonalszy zachowywać będą ducha Ewangelii, urzeczywistniając w sobie odnowę wskazaną i wprowadzoną przez Sobór Watykański II: «Chrześcijanie, pamiętając o słowach Pana: ‘Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali’ (J 13, 35), niczego nie powinni pragnąć goręcej, niż żeby coraz wielkoduszniej i skuteczniej służyć ludziom w dzisiejszym świecie. (…) Ojciec zaś chce, abyśmy we wszystkich ludziach rozpoznali Chrystusa jako brata i skutecznie miłowali, tak słowem, jak i czynem» (Gaudium et spes, 93).
Dlatego Ojciec Święty, powodowany gorącym pragnieniem rozbudzenia w chrześcijańskim ludzie jak najżywszej czci Bożego Miłosierdzia – ze względu na przebogate duchowe owoce, jakie może ona wydać – podczas audiencji udzielonej w dniu 13 czerwca 2002 r. niżej podpisanym, przełożonym Penitencjarii Apostolskiej, zechciał przyznać odpusty na następujących zasadach:
Udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum, modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).
Udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który – przynajmniej z sercem skruszonym – skieruje do Pana Jezusa Miłosiernego jedno z prawnie zatwierdzonych pobożnych wezwań.
Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wy- darzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się cał- kowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).
www.faustyna.pl/Tygodnik Niedziela
***
Pan Jezus prosił o ustanowienie
Święta Miłosierdzia Bożego
Święto Miłosierdzia Bożego obchodzone jest w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Choć jest ono jednym z najmłodszych w kalendarzu liturgicznym, ukazuje jedną z najważniejszych prawd chrześcijaństwa. Można powiedzieć, że zostało ustanowione na prośbę samego Jezusa, przekazaną w objawieniach s. Faustynie Kowalskiej.
Pragnienie Jezusa
„Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).
Takimi słowami zwrócił się do św. s. Faustyny Pan Jezus. Święto Miłosierdzia zamyka Oktawę Wielkanocy oraz otwiera Tydzień Miłosierdzia. To czas uważnego rozejrzenia się wokół, by lepiej dostrzec tych, którzy szczególnie potrzebują naszej pomocy. Jest czasem budzenia „wyobraźni miłosierdzia”, o którą apelował Jan Paweł II, po konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu.
Święto na zakończenie Oktawy Wielkanocnej
Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia nie jest przypadkowy – na ten dzień przypada oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, która wieńczy obchody Misterium Paschalnego Chrystusa. Ten okres w liturgii Kościoła ukazuje tajemnicę miłosierdzia Bożego, która najpełniej została objawiona właśnie w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Inaczej mówiąc – nie byłoby dzieła odkupienia, gdyby nie było miłosierdzia Boga.
W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego
Przygotowaniem do obchodów święta jest nowenna, polegająca na odmawianiu Koronki do Miłosierdzia Bożego przez 9 dni, poczynając od Wielkiego Piątku. W tej nowennie – mówił sam Jezus – „udzielę duszom wszelkich łask” (Dz. 796).
Święto Miłosierdzia Bożego wpisał do kalendarza liturgicznego najpierw kard. Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej (1985), a potem niektórzy biskupi polscy w swoich diecezjach. Na prośbę Episkopatu Polski Jan Paweł II w 1995 roku wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. Po kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 roku Papież ogłosił to święto jako obowiązujące w całym Kościele.
Kult Bożego Miłosierdzia
Pierwsze objawienia s. Faustyna miała w 1931 r. w Płocku, a później w Wilnie. Wedle jej wskazań malarz Eugeniusz Kazimirowski namalował obraz „Jezu Ufam Tobie” w 1934 r. w Wilnie. Wówczas wydrukowano także jego małe, czarno-białe reprodukcje. Został on umieszczony w wileńskim kościele św. Michała, w 1948 r. skonfiskowany przez sowietów, ale wykupiony potajemnie przez wiernych i ukryty.
Maleńkie modlitewniki z Koronką i reprodukcją obrazu Jezusa Miłosiernego, w czasie II wojny światowej były bardzo popularne. Jest wiele świadectw mówiących o tym, że właśnie w trudnym okresie wojny wierni spontanicznie zwracali się do Miłosierdzia Bożego. Żołnierze polscy roznieśli orędzie s. Faustyny na cały świat.
Dzięki Polakom z armii Andersa, utworzonej w 1941 roku w ZSRR, kult Miłosierdzia dotarł do Iranu, Palestyny, Libanu, Egiptu, a stamtąd – do Afryki i Włoch. Wielkie zasługi w szerzeniu kultu poza granicami oddał marianin ks. Józef Jarzębowski, który podczas okupacji wydostał się z Wilna wywożąc memoriał o nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego ks. Michała Sopoćki, spowiednika s. Faustyny i dotarł w niemal cudowny sposób do Stanów Zjednoczonych, podróżując przez Syberię i Japonię. Jeszcze w czasie wojny pojawiły się teksty nowenny, koronki oraz litanii do Miłosierdzia Bożego w językach: niemieckim, litewskim, francuskim, włoskim i angielskim.
W 1943 r. krakowski spowiednik s. Faustyny, o. Józef Andrasz, jezuita, poświęcił drugi obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Adolfa Hyłę, także według wizji s. Faustyny i ofiarowany do klasztornej kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach. O. Andrasz zapoczątkował też uroczyste nabożeństwo ku czci Miłosierdzia Bożego. Kaplica, która służyła dotąd siostrom i ich wychowankom, stała się miejscem publicznego kultu. Wizerunek bardzo szybko zasłynął licznymi łaskami.
Próba ogniowa
Zaraz po zakończeniu wojny, już w 1946 roku w sprawę zatwierdzenia kultu zaangażowali się biskupi polscy. W 1948 roku skierowana została prośba do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego w myśl poleceń, które otrzymała s. Faustyna (Dzienniczek, nr 49,88,1530). 27 lutego 1948 r. rozgłośnia Radia Watykańskiego nadała audycję o siostrze Faustynie i jej posłannictwie.
Pod koniec lat 50., według Marii Winowskiej – autorki biografii s. Faustyny, apostołka Miłosierdzia Bożego znana była w całej Europie, obu Amerykach, w Australii, w wielu krajach Azji i Afryki. Dzieła teologiczne poświęcone Miłosierdziu Bożemu oraz obrazki wraz z koronką do Miłosierdzia Bożego ukazały się w językach angielskim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim, niemieckim oraz w liturgicznym wówczas języku Kościoła – po łacinie. Same teksty nabożeństw i akt „Jezu, ufam Tobie!” przetłumaczone zostały ponadto na litewski, łotewski, niderlandzki, czeski, słowacki, ukraiński, węgierski oraz chorwacki. W Polsce istniało już wiele ośrodków, w których czczono Boże Miłosierdzie.
W tej sytuacji sporym zaskoczeniem była Notyfikacja Świętego Oficjum z 1958 r., które kwestionowało nadprzyrodzoność objawień siostry Faustyny, sprzeciwiało się wprowadzeniu święta Miłosierdzia Bożego, zakazywało rozpowszechniania obrazków i pism propagujących nabożeństwo w formach proponowanych przez siostrę Faustynę. Wątpliwości związane były nie tyle z samym kultem, co wynikały z pewnych nieprawidłowości w jego formach. Były dwa główne powody wydania przez Święte Oficjum dekretu zakazującego nowego kultu.
Na pierwszy złożyło się rozpowszechnianie wyrwanych z kontekstu albo niedokładnych i „poprawionych” przez jedną z sióstr fragmentów „Dzienniczka” siostry Faustyny, obecnych we włoskim tłumaczeniu, które dotarło do kongregacji, drugim zaś było – co może dziś szokować – stanowisko większości polskich hierarchów. Watykańscy eksperci opierali się na niedokładnych i źle przetłumaczonych odpisach rękopisów „Dzienniczka”. Ich autorka, siostra Ksawera Olszamowska, działając w dobrej wierze, „poprawiła” nieco dzieło Faustyny. Opuściła wielostronicowe fragmenty tekstu, pominęła wiele zdań i pozmieniała sens niektórych sformułowań.
W drugiej nocie Świętego Oficjum z 6 marca 1959 r. autorzy wycofali się jednak z negatywnego sądu co do prawdziwości objawień, nie zakazywano tak ostro propagowania samego kultu, ale powierzono to „roztropności biskupów, włącznie z usunięciem ww. obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. W związku z czym obrazy ze świątyń zostały usunięte, zaprzestano organizowania nabożeństw.
Jednak ówczesny metropolita krakowski abp Eugeniusz Baziak, zdecydował, że obraz Adolfa Hyły przedstawiający Jezusa Miłosiernego, związany z objawieniem siostry Faustyny ma pozostać tam, gdzie był, czyli w kaplicy klasztoru w Łagiewnikach. Z innych kościołów został usunięty.
Karol Wojtyła
Zasadniczą rolę w zdjęciu zakazu i dalszym rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego odegrał następca abp Baziaka, abp Karol Wojtyła, który nie miał wątpliwości, jak pokazują następne wydarzenia, co do prawdziwości objawień siostry Faustyny i szczególnej aktualności przesłania o Bożym Miłosierdziu. Będąc młodym księdzem wracał często do kaplicy w Łagiewnikach. Kronika sióstr odnotowuje, że ksiądz Wojtyła kilkakrotnie głosił kazanie w trzecią niedzielę miesiąca w czasie Mszy świętej i nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia.
Wojtyła jako arcybiskup krakowski od 1964 r., przyjął bardzo mądrą strategię polegającą na tym, że najpierw należy doprowadzić do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, a potem dopiero podjąć kroki mające na celu propagowanie kultu Bożego miłosierdzia.
Proces informacyjny ws. siostry Faustyny w archidiecezji krakowskiej rozpoczął się w 1965. Zakończył po dwóch latach, a w 1968 zaczął być prowadzony jej proces beatyfikacyjny w watykańskiej Kongregacji ds. Świętych. W tym czasie kard. Wojtyła zarządził nowe wydanie „dzienniczka”, gdzie tekst został skopiowany dosłownie, bez opuszczeń i dopisków oraz ze zwróceniem uwag na podkreślenia ołówkiem, którym s. Faustyna zaznaczała słowa Jezusa.
Zlecił on ekspertyzę teologiczną „Dzienniczka” s. Faustyny ks. prof. Ignacemu Różyckiemu z krakowskiego Papieskiego Wydziału Teologicznego, który znany był z tego, że nie był przekonany do orędzia siostry Faustyny. Jednakże napisana przez niego obiektywna, naukowa analiza, dała podstawy do tego, że Paweł VI w 1978 r. odwołał ograniczenia dotyczące kultu Bożego Miłosierdzia. W tym samym roku kard. Wojtyła został papieżem.
Encyklika i „Dzienniczek”
W 1980 roku Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Dives in misericordia” o Bożym Miłosierdziu. Ważny etap rozwoju kultu stanowiła beatyfikacja s. Faustyny (18 kwietnia 1993 roku w Rzymie). Siedem lat później, 30 kwietnia 2000 r., bł. s. Faustyna Kowalska została wyniesiona przez Jana Pawła II do chwały ołtarzy jako święta. 5 maja 2000 roku Kongregacja Kultu Bożego i ds. Dyscypliny Sakramentów wydała dekret ustanawiający obowiązujące w całym Kościele powszechnym Święto Miłosierdzia Bożego. Polecenia Pana Jezusa, sformułowane w trakcie objawień zostały tym samym zrealizowane.
W Polsce do rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego przyczyniło się także wydane w 1981 r. krytyczne opracowanie „Dzienniczka” w jego oryginalnym kształcie. W połowie lat 80. nie było już diecezji, która by nie miała parafii pw. Miłosierdzia Bożego.
Akt zawierzenia
7 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.
„Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka. Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, Trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei” – modlił się wówczas Papież, powierzając cały świat Bożemu Miłosierdziu.
„Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat” – wyjaśniał, apelując, że „Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.
„To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!” – apelował.
Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.
Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca po pierwszych Nieszporach Niedzieli Miłosierdzia 2005 r.; uroczystości, którą sam ustanowił. Fakt ten wydaje się wymownym dopełnieniem roli, jaką odegrał w upowszechnieniu prawdy o Bogu bogatym w miłosierdzie. Prawdy przypomnianej za pośrednictwem prostej s. Faustyny, przy grobie której modlił się w młodości.
Łagiewniki i nie tylko
Dziś do sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie Łagiewnikach przybywa corocznie około 2,5 miliona pielgrzymów z Polski i wszystkich kontynentów. Szczególnie licznie sanktuarium odwiedzili młodzi podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku w Krakowie.
Jednym z owoców konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu w Krakowie, była decyzja o utworzeniu sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Wilnie, mieście, gdzie s. Faustyną doświadczyła większości swych objawień. Obecny na uroczystościach w Łagiewnikach metropolita wileński kard. Audrys Juozas Bačkis postanowił pracować nad ożywieniem kultu na całej Litwie.
Pierwszym krokiem miało być otwarcie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Kardynał wyremontował w tym celu kościół św. Trójcy w Wilnie, do którego przeniósł we wrześniu 2005 r. cudowny obraz Jezusa Miłosiernego. Obraz ten od czasów wojny, przez kilkadziesiąt lat ukrywany był w jednej z parafii na Białorusi, a do Wilna powrócił w 1987 r. i początkowo umieszczony został w należącym do miejscowych Polaków kościele Świętego Ducha.
Dziś w wileńskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia każdego dnia sprawowane są liturgie zarówno po litewsku jak i po polsku oraz w wielu innych językach. Przybywają tam pielgrzymki z całego świata.
W Polsce obok sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach kult Miłosierdzia Bożego szerzony jest również w kilku innych sanktuariach, to znaczy w Dolinie Miłosierdzia w Częstochowie, w Myśliborzu, w Ożarowie Mazowieckim, w Kaliszu, Płocku, Warszawie, w Białymstoku, w Świnicach Warckich.
Kult Bożego Miłosierdzia za granicą
We Włoszech główne miejsce szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego stanowi Centro della Divina Misericordia przy kościele Santo Spirito in Sassia w Rzymie w pobliżu Watykanu. Specyficzną formą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w tym kraju jest peregrynacja obrazu Jezusa Miłosiernego do parafii i wspólnot zakonnych, które tego pragną. Kilkudniowy pobyt obrazu Jezusa Miłosiernego w parafii lub wspólnocie kończy się zapoczątkowaniem odmawiania na stałe koronki do Miłosierdzia Bożego i Godziny Miłosierdzia.
W Niemczech od 1987 roku działa w Brilon Schwester Faustine Sekretariat, zajmujący się wydawaniem i dystrybucją obrazków, folderów i książek propagujących posłannictwo św. Siostry Faustyny i jej duchowość.
We Francji od zakończenia II wojny światowej kult Miłosierdzia Bożego szerzą księża pallotyni z ośrodka w Osny pod Paryżem. W 1993 roku wznowione zostało po 35 latach przerwy czasopismo pt. „Messager de la Misericorde Divine”. Kult Jezusa Miłosiernego sprawowany jest w około 100 kościołach, kaplicach i wspólnotach zakonnych we Francji.
W Portugalii szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego zajmuje się Apostolat Miłosierdzia Bożego z siedzibą w Balsamao. Oprócz Balsamao istnieje w Lizbonie ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego założony przez Stowarzyszenie Katolików Świeckich pod nazwą „Odnowić wszystko w Chrystusie”.
W Anglii i Irlandii istnieją liczne ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego prowadzone przez księży marianów, a także ludzi świeckich. Za przykład można podać Fawley Court w Henley-on-Thames w Anglii. Ośrodek ten rozwija działalność duszpasterską i wydawniczą.
W Czechach ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego w Brnie i innych miastach utrzymują kontakty z sanktuariami polskimi. Czciciele Miłosierdzia Bożego z Czech co roku licznie przybywają do sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach na święto Miłosierdzia.
Na Węgrzech główny ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego mieści się w Egerze, a osobą odpowiedzialną za kontakty i współpracę Episkopatu Węgier z sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach jest tamtejszy sufragan bp Istvan Katona.
Na Słowacji księża pallotyni budują w Spisska Nova Ves kościół pod wezwaniem Bożego Miłsoierdzia i od 1997 roku wydają czasopismo „Apostol Bozieho Molosrdenstva”.
W Szwecji od 1995 roku grupa czcicieli Miłosierdzia Bożego gromadzi się regularnie przy parafii Najświetszej Maryi Panny w Malmo. Podobne grupy działają w Boras i w Göteborgu.
Bardzo żywo kult miłosierdzia rozwija się od czasów II wojny światowej w Stanach Zjednoczonych. Obecnie w USA istnieje 75 sanktuariów Bożego Miłosierdzia, na czele z Narodowym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego Stanów Zjednoczonych w Stockbridge w stanie Massachusetts.
Kult, zapoczątkowany objawieniami św. Faustyny, jest bardzo rozpowszechniony także w Ameryce Południowej i Afryce, na Filipinach, Korei i Nowej Zelandii. W Australii działa Bractwo Miłosierdzia Bożego, które zrzesza ponad 5 tys. osób z 14 krajów. Bardzo prężnym ośrodkiem duszpasterskim i wydawniczym jest również kanadyjska wspólnota w Verdun, której członkowie troszczą się o ludzi zagubionych moralnie.
Czciciele Miłosierdzia Bożego zrzeszają się ponadto w dwóch międzynarodowych organizacjach: Stowarzyszeniu Apostołów Bożego Miłosierdzia „Faustinum”, które liczy ok. 5 tys. osób z ponad 40 krajów oraz w wielomilionowym Apostolskim Ruchu Bożego Miłosierdzia. W samych Stanach Zjednoczonych należy do niego ok. miliona osób.
Szerzeniem orędzia Miłosierdzia Bożego w szczególny sposób zajmuje się zgromadzenie Matki Bożej Miłosierdzia, do którego należała s. Faustyna oraz siostry Jezusa Miłosiernego – zgromadzenie założone przez kierownika duchowego i spowiednika s. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćkę.
KAI –Stacja7.pl
***
„Francuskie Łagiewniki”.
Słyszałeś o tym pięknym sanktuarium?
fot. Pack-Shot / Shutterstock
***
70 km od Paryża, w Dolinie Loary, znajduje się sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon. Można tu znaleźć liczne polskie akcenty. Obowiązkowy punkt do odwiedzenia podczas podróży po Francji!
Wielka łaska Bożego Miłosierdzia
Kult Bożego Miłosierdzia, w ołtarzu relikwie trojga wybitnych Polaków: św. Jana Pawła II, św. s. Faustyny oraz św. Stanisława, biskupa i męczennika, na czele wspólnoty polski rektor pallotyn ks. Adam Gałązka – choć mowa o sanktuarium w Gallardon we Francji, to jednak jest to miejsce, w którym polskie wątki są bardzo wyraźne. „Zapraszamy ludzi do korzystania z wielkiej łaski Bożego Miłosierdzia, regularnie trwamy w konfesjonale i czekamy na tych, którzy tej łaski doświadczają, a potem sami dzielą się wielką radością wolności i uzdrowienia” – powiedział ks. Gałązka, który w 2023 r. został następcą twórcy tego sanktuarium ks. kan. Dominiqe’a Auberta. Gallardon to niewielka miejscowość leżąca ok. 70 km na południowy zachód od Paryża, w Regionie Centralnym – Dolinie Loary we Francji. Znajduje się tu stosunkowo mało znane sanktuarium. Początki kultu Jezusa Miłosiernego w tym miejscu na szerszą skalę sięgają 2015 r., który został ustanowiony przez papieża Franciszka Rokiem Bożego Miłosierdzia.
fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC
***
Miejsce duchowego uzdrowienia
„Na początku sanktuarium niewiele mówiło wiernym, skąd wziął się słynny obraz ‘Jezu, ufam Tobie!’ i co oznacza przesłanie siostry Faustyny” – podkreślił ks. Adam Gałązka SAC. Znaczący wpływ na to miejsce miała wizyta ówczesnego rektora ks. Dominique’a Auberta w sanktuarium w Łagiewnikach. „Rektor nawiązał kontakty z siostrami Matki Bożej Miłosierdzia, zaczął wczytywać się w ‘Dzienniczek’ s. Faustyny” – opowiedział obecny polski rektor tego miejsca. Ówczesny metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz zachęcił ks. Auberta do szczególnego propagowania sakramentu pokuty i pojednania jako wyraźnego znaku Bożego Miłosierdzia. Do Gallardon sprowadzono też relikwie polskich świętych. „Gdy pojawiły się relikwie i obraz Jezusa Miłosiernego, zaczęły pojawiać się osoby, modlić się, wczytywać w przesłanie s. Faustyny i doświadczać wewnętrznego uzdrowienia” – zrelacjonował ks. Gałązka.
Pallotyni od Bożego Miłosierdzia
Zanim ks. Adam Gałązka trafił do Gallardon, trzy lata pracował w pallotyńskim Centrum Dialogu w Paryżu. W tym czasie kończący kadencję rektora sanktuarium w Gallardon ks. Aubert zwrócił się z prośbą do polskich pallotynów. „On wielokrotnie słyszał o charyzmacie pallotynów, dlatego właśnie nawiązał kontakt z naszym przełożonym, ks. Krzysztofem Hermanowiczem, który zgłosił się właśnie do mnie, czy byłbym zainteresowany taką nową posługą przy sanktuarium Bożego Miłosierdzia” – opowiedział ks. Adam Gałązka.
Przypomniał, że pallotyni we Francji znani są z działalności na polu Bożego Miłosierdzia. Pollotyńska regia (prowincja) we Francji nosi właśnie ten tytuł.
Już w czasach II wojny światowej polscy pallotyni we Francji propagowali Boże Miłosierdzie, m.in. odmawianie koronki, do czego zachęcał wiernych były rektor Polskiej Misji Katolickiej we Francji ks. Franciszek Cegiełka. „Doświadczył ocalenia z niemieckiego obozu w Dachau, jak sam o tym świadczył, dzięki zaufaniu Bożemu Miłosierdziu i odprawianiu koronki” – zaznaczył rozmówca Polskifr.fr. Ks. Gałązka przypomniał też postać innego pallotyna ks. Alojzego Misiaka, który na różne sposoby starał się propagować we Francji kult Miłosiernego Chrystusa.
„Czasem spotykam się z ciekawą reakcją ludzi, którzy znają już pallotynów jako propagatorów Miłosierdzia Bożego. Dziwią się, że s. Faustyna nie była pallotynką, tylko pochodziła z innego zgromadzenia” – powiedział z uśmiechem ks. Gałązka.
Głosić Miłosierdzie Boże na różne sposoby
Obraz Miłosierdzia Bożego ma dla Francuzów nieco inną wymowę niż dla Polaków, gdyż powstał w polskich realiach. „To nie przeszkadza w propagowaniu tego, co jest głębią, istotą samego Bożego Miłosierdzia, które w tej chwili jest propagowane już nie tylko przez pallotynów, w różnych miejscach, w różnych formach, poprzez różne ruchy kościelne” – podkreślił ks. Adam Gałązka. Jako przykład podał comiesięczne czuwania modlitewne w pierwsze piątki miesiąca prowadzone w bazylice Sacré-Cœur i kościele Saint-Sulpice, prowadzone przez Francuzkę polskiego pochodzenia Wiolettę Wawer.
fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC
***
Święto Miłosierdzia Bożego, które obchodziliśmy w tym roku 7 kwietnia, ustanowił św. Jan Paweł II, odpowiadając na prośbę Jezusa, który w przesłaniu do s. Faustyny wyraził takie życzenie. „W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” („Dzienniczek”, 699) – mówił Chrystus do polskiej zakonnicy. To święto otwiera w Polsce Tydzień Miłosierdzia.
ks. Adam Gałązka SAC/Aleteia.pl
***
„Dzienniczek” – dzieło w kooperacji Boga
i prostej kobiety
„Dzienniczek” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.
fot.Jacek Bednarczyk/ PAP
***
„Nie umiem pisać” – skarżyła się Jezusowi św. Faustyna. Ale posłuchała Go. Tak powstało dzieło uważane za perłę literatury mistycznej.
Zbliżała się połowa sierpnia 1935 roku. Siostra Faustyna odprawiała trzydniowe rekolekcje w klasztorze w Wilnie. Pierwszego dnia o godzinie dziesiątej kaznodzieja mówił o miłosierdziu Bożym i o dobroci Boga względem człowieka. W tej chwili zakonnica zobaczyła w ołtarzu Pana Jezusa w białej szacie. Zauważyła, że trzymał w ręku zeszyt, w którym notowała swoje przeżycia. „Podczas całej tej medytacji Jezus przekładał karty zeszytu i milczał, jednak serce moje znieść nie mogło żaru, który się w duszy mojej zapalił” – zapisała później. W pewnej chwili Zbawiciel powiedział do niej: „Nie wszystko napisałaś w tym zeszycie o dobroci Mojej ku ludziom; pragnę, ażebyś nic nie pominęła, pragnę, niech się ugruntuje serce twoje w zupełnym spokoju” (Dz. 459).
Sześć zeszytów
Gdy w czerwcu 1938 roku, trzy miesiące przed śmiercią, s. Faustyna kreśliła ostatnie słowa w „Dzienniczku”, świat stał u progu drugiej wojny światowej. Zawarte tam przesłanie o Bożym miłosierdziu było jak diagnoza i recepta dla każdego człowieka. „Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia Mojego” – mówił Jezus do zakonnicy (Dz. 699). Sześć zeszytów, zapisanych niewprawnym pismem – w oryginale pełnych błędów ortograficznych i stylistycznych – składa się na dzieło określane przez teologów jako perła literatury mistycznej. Stworzenie czegoś takiego bez pomocy łaski jest niemożliwe, tym bardziej że Faustyna ukończyła jedynie trzy klasy szkoły podstawowej.
Wiele fragmentów „Dzienniczka” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.
„Rozkosz mi sprawiają dusze, które się odwołują do mojego miłosierdzia. Takim duszom udzielam łask ponad ich życzenia. Nie mogę karać, choćby ktoś był największym grzesznikiem, jeżeli on się odwołuje do mej litości, ale usprawiedliwiam go w niezgłębionym i niezbadanym miłosierdziu swoim” – zapewnia Zbawiciel Faustynę, a poprzez nią świat. Na kartach „Dzienniczka” robi to bezustannie.
Sama święta wcale nie paliła się do pisania. „Mój Jezu, Ty widzisz, że dosyć nie umiem pisać, to jeszcze i pióra nawet dobrego nie mam, a nieraz to naprawdę tak mi się źle pisze, że po jednej literze muszę składać zdania” – skarżyła się Zbawicielowi. Do tego dochodził problem natury technicznej. „Notuję te niektóre rzeczy w sekrecie wobec sióstr, więc muszę nieraz co chwila zamykać zeszyt i cierpliwie wysłuchać opowiadania danej osoby, i czas, który miałam przeznaczony na pisanie, przeszedł, a nagłe zamykanie zeszytu – maże mi się. (…) Dziwna rzecz, że przecież nieraz pisze mi się możliwie, ale nieraz – to naprawdę sama ledwie przeczytam” – tłumaczyła.
Ważna uwaga: Faustyna pisała z nakazu swojego kierownika duchowego i spowiednika, ks. Michała Sopoćki. On sam w liście do władz zgromadzenia z 1972 roku tak wyjaśniał okoliczności owej decyzji: „Byłem wówczas profesorem w Seminarium Duchownym i na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Nie miałem czasu wysłuchiwać jej długich zwierzeń w konfesjonale, poleciłem jej spisać je w zeszycie i podawać mi je od czasu do czasu do przejrzenia. Stąd powstał »Dzienniczek«”.
Napisz wszystko
Choć Faustyna była wzorem posłuszeństwa, nie ustrzegła się błędu. Pewnego razu, gdy jej spowiednik wyjechał na kilka tygodni do Ziemi Świętej, dała się zwieść postaci, którą błędnie wzięła za anioła. „Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości” – przekonywała zjawa. Tłumaczyła, że pisanie jest stratą czasu. Gdy widzenie się powtórzyło, Faustyna spełniła żądanie i spaliła prowadzone zapiski. „Kazałem jej za pokutę odpisać treść zniszczoną, a tymczasem następowały nowe przeżycia, które ona notowała, przeplatając wspomnieniami ze spalonego zeszytu. Stąd w jej »Dzienniczku« nie ma porządku chronologicznego” – wyjaśniał później ks. Sopoćko.
Sam Jezus, objawiając się Faustynie, wiele razy podkreślał, jak ważny jest „Dzienniczek” w jego planach. „Twoim zadaniem jest napisać wszystko, co ci daję poznać o Moim miłosierdziu dla pożytku dusz, które czytając te pisma, doznają w duszy pocieszenia i nabiorą odwagi zbliżać się do Mnie” – mówił, zaznaczając, że święta powinna wszystkie chwile wolne poświęcić pisaniu. Wielokrotnie też motywował Faustynę do kontynuowania zapisków. „Dziś nie miałam chęci do pisania – wtem usłyszałam głos w duszy: Córko Moja, nie żyjesz dla siebie, ale dla dusz, pisz dla ich pożytku. Wiesz, że wolę Moją co do pisania to już ci tyle razy potwierdzili spowiednicy” – zanotowała święta.
Nie zniechęcaj się
Chodzi więc o pożytek dusz, jaki odnoszą one dzięki lekturze „Dzienniczka”, a ten jest niezaprzeczalny. Wielu czytelników od lat zaświadcza, jak wiele dobra przyniosła im lektura zapisków św. Faustyny. Do najnowszych świadectw zaliczyć można m.in. entuzjastyczne komentarze, umieszczane pod kolejnymi odcinkami podkastu Zeszyty Miłości Pełne. Prowadzi go na platformie YouTube siostra Gaudia Skass, rzeczniczka Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. – Tam jest istny wylew wdzięczności i miłości. Ludzie piszą, jak ich „Dzienniczek” porusza i inspiruje – wyjaśnia.
Siostra czyta w podkaście kolejne fragmenty „Dzienniczka” (docelowo „od deski do deski”), komentując je i objaśniając trudne miejsca. Bo i to trzeba powiedzieć, że nie jest to lektura łatwa. Wielu się zniechęca, niektórzy odczuwają nawet strach, czytając o skutkach grzechów, o odpowiedzialności za swoje czyny i o piekle. – Coraz częściej spotykałam się z takimi opiniami. Serce mnie bolało, kiedy słyszałam o ludziach, którzy odkładają „Dzienniczek” po pierwszych fragmentach. Było mi strasznie przykro, bo ta książka dała mi tak wiele… Znam ludzi na całym świecie, których życie zmieniło się o 180 stopni przez lekturę „Dzienniczka” – opowiada s. Gaudia.
Wyjaśnia, że właśnie ta świadomość nasunęła jej myśl o stworzeniu podkastu. – Oczywiście w „Dzienniczku” jest o grzechu i o jego konsekwencjach, ale jeśli ktoś czyta Ewangelię selektywnie, też może uznać, że jest przerażająca. Gdy Jezus mówi tylko „biada, biada, biada”, to nie brzmi to jak dobra nowina. Jeśli się czyta selektywnie „Dzienniczek”, będzie to samo, bo tam, podobnie jak w Ewangelii, jest i opowieść o wielkiej miłości Boga, i przestroga przed konsekwencjami grzechów. Po prostu trzeba czytać całość – doradza s. Gaudia. Zwraca uwagę, że ze stron „Dzienniczka” wylewa się dużo więcej miłości niż przestróg, a te drugie muszą być odczytywane, podobnie jak Jezusowe „biada”, jako troska o ludzkie zbawienie. – W związku z tym Jezus nie może nam mówić tylko: „Kocham was, róbcie, co chcecie”. Z miłości przestrzega nas przed konsekwencjami grzechu, który jest naprawdę niszczący. Kościół katolicki przecież także uczy, że jest grzech, a jego skutki mogą sięgać wieczności. Nie można po Faustynie spodziewać się czegoś innego – żeby ona tam napisała tylko o słodyczach nieba, które osiąga się bez względu na to, jakie prowadziło się życie – zauważa siostra.
Trudności w lekturze „Dzienniczka” mogą brać się także z faktu, że powstał on, bądź co bądź, w innej epoce, a do tego w obcym większości odbiorców środowisku zakonnym. – Trzeba pamiętać, że Faustyna pisze w pierwszej połowie XX wieku, przed Soborem Watykańskim II. Dobrze jest znać charakterystykę tamtych czasów, bo jest tam trochę wątków dziś już niezrozumiałych, zdecydowanie wymagających wyjaśnienia. Natomiast w tym, co w „Dzienniczku” jest wyakcentowane pogrubioną czcionką, czyli w słowach Jezusa, nie ma nic, co byłoby związane tylko z tamtym czasem. Jezus wypowiada się bardzo uniwersalnie – choć mówi językiem Faustyny. To jest Jego piękna subtelność, że gdy się z nami komunikuje, mówi do nas naszym językiem, dostosowuje się. Choć dla nas, czytających zapiski Faustyny, stanowi to pewne wyzwanie – podkreśla s. Gaudia. To wszystko rzeczniczka zgromadzenia bardzo szczegółowo i przystępnie wyjaśnia w podkaście. – Widzę, że to działa. Wielu ludzi pisze, że kiedyś zeszyty Faustyny były dla nich zbyt wymagające, a teraz mówią na przykład: „Aż się boję, że ten »Dzienniczek« się kiedyś skończy. Co wtedy zrobię?” – śmieje się.
Owoc posłuszeństwa
Uniwersalność zawartego w „Dzienniczku” przesłania o miłosierdziu Bożym potwierdza sama popularność tej pozycji. Żadna polska książka nie jest tak znana na świecie i tak często tłumaczona na języki obce. Ogólny nakład, w jakim rozchodzi się „Dzienniczek”, jest nie do oszacowania, zwłaszcza że do wersji drukowanej należy dziś doliczyć obfite korzystanie z wersji elektronicznych. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie posłuszeństwo prostej zakonnicy, którą Bóg posłużył się dla przekonania ludzkości o swoim niezgłębionym miłosierdziu.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Należał do najbogatszych w Polsce, gdy trafił na „Dzienniczek”: prezes prezesów rozłożony na łopatki
Anna Kaczmarz/Dziennik Polski/Polska Press/East News | HistoryIsResearch/Wikipedia | CC BY-SA 4.0
***
Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając „Dzienniczek”, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku.
Z Romanem Kluską – przedsiębiorcą, twórcą i byłym prezesem firmy Optimus, współtwórcą portalu Onet.pl, w latach 90. jednym z najbogatszych Polaków, niesłusznie oskarżonym o wyłudzenie 30 mln złotych podatku VAT; obecnie – właścicielem firmy produkującej zdrową żywność Prawdziwe Jedzenie, hodowcą owiec – rozmawia Małgorzata Bilska.
Rozum i wiara
Małgorzata Bilska: Rozum jest darem Boga, choć nie zawsze wiemy, jak go używać. Do czego w istocie służy?
Roman Kluska: Jesteśmy istotami rozumnymi, stworzonymi na wzór i podobieństwo Pana Boga. Rozum służy do tego, aby poznawać Go, wielbić; uczyć się i doskonalić. Korzystać z niego w każdej możliwej dziedzinie. Abyśmy z każdym dniem byli lepsi.
Od czasu oświecenia drogi rozumu i wiary jakby się rozjechały. Rozum kojarzy się z naukowym racjonalizmem, w opozycji do religii. Do czego przydaje się w wierze?
Nie rozłączałbym tych rzeczywistości. Wiara jest silnie wspomagana przez naukę, a nauka – przez wiarę… Jest to nierozłączna całość. Stanowi o pełni człowieczeństwa. Nie wyobrażam sobie ich rozdzielenia, będziemy wtedy błądzić.
Na poparcie tej tezy mam dziesiątki, jeżeli nie setki spotkań z wybitnymi ludźmi nauki, głównie z obszaru nauk ścisłych (matematykami, fizykami, astronomami, chemikami, biologami itd.). Kiedy siedziałem z nimi wieczorem przy kolacji, prowadziłem z nimi dyskusje, często mówili, że nic tak nie umacnia wiary jak nauka.
Prowadząc badania, rozkoszują się wielkością Stwórcy. Jego doskonałością. Wielkością – niepojętą dla nas. Im więcej wiedzą, tym większy czują zachwyt na dziełem stworzenia; nad Autorem.
Im więcej ktoś wie, tym jest bardziej pokorny.
Panu pokory troszkę brakowało przed spotkaniem Boga. Jak pan sam opowiada, dlatego że jest pan wybitnie inteligentny, co potwierdzają testy i badania. Tak było do wypadku?
To nie całkiem tak. Już od szkoły średniej prowadziłem dyskusje z kolegami (myślącymi), poszukując odpowiedzi na pytanie: Jestem przypadkowym produktem ewolucji czy zostałem stworzony przez Stwórcę? Próbowaliśmy to zgłębić rozumem.
Jako „licealne szczeniaczki”, potem studenci, prowadziliśmy „dyskusje akademickie”, które wielkiego śladu po sobie nie zostawiły. Ale nabrałem takiego nawyku. Przez całe życie, jak miałem chwilkę i wpadła mi w ręce jakaś wybitna publikacja, próbowałem uzyskać odpowiedź na to pytanie.
Po przeczytaniu wielu książek pewności nie miałem, ale doświadczenia innych są pomocne. Jeśli książka jest zrobiona pięknie i godnie – to znaczy rzetelnie. Mając do czynienia z osobą poszukującą, z rozumem, który nie kombinuje, lecz szuka prawdy, mogę po lekturze zajść nawet dalej niż sam autor.
Przez całe życie szukałem odpowiedzi. Była to jednak tylko wiedza, wynik aktywności rozumu. I tu dochodzimy do sedna problemu, który pani postawiła. Rozum czy wiara? W poznaniu naukowym (tak to nazwijmy) posuwałem się do przodu…
Na gruncie teorii.
Tak, argumentów czysto rozumowych. Z dziedziny filozofii, nauk ścisłych itd. Moja wiedza była „sucha”, jak nauka matematyki. Przełomem stało się moje cierpienie. Pozwoliło mi na osobiste przeżycie Dzienniczkasiostry Faustyny.
Wypadek i siostra Faustyna
Złamał pan nogę na nartach?
Gorzej. Byłem człowiekiem bardzo zapracowanym. Nie miałem czasu pójść na narty w dzień, bo musiałbym przestać pracować (śmiech). A co gorsze, za dnia były długie kolejki do wyciągów.
Była niedziela, ale ja nie mogłem sobie pozwolić na takie marnotrawstwo czasu. Gdyby można było rano zjechać 10 razy w ciągu godziny i wrócić, to bym tak zrobił! Ale godzinę stać w kolejce, żeby raz zjechać? To się nie mieściło w mojej racjonalności.
Poszedłem na narty, jak zrobiło się ciemno. Wtedy stoki były: raz – bardzo słabo oświetlone, a dwa – o ratrakach nikomu się nie śniło. Choć to był kurort – Krynica.
Jechałem po ciemku. Skończyło się zerwaniem zaczepu ścięgna Achillesa. Unieruchomiło mnie to w łóżku na długo. Jako człowiek pracy szybko zresztą odkryłem, że z niego można pracować. Korzystając z telefonu (internetu nie było), zarządzałem „imperium”.
Jest pan więc prekursorem zdalnego zarządzania…
(Śmiech) Można tak powiedzieć. Było mi o tyle łatwiej niż w pandemii, że wszyscy inni byli na stanowiskach. Miałem pod sobą około 30 przedsiębiorstw. Byłem szefem szefów i nikt nie dyskutował, jak dzwoniłem. Nieważne, o której godzinie.
Dopóki ludzie byli pracy, gdzieś do 20.00, byłem zajęty. Tylko co potem? Nie potrafię nic nie robić. Pewnego wieczoru zostałem w domu sam, nie mogąc ruszyć się nawet po gazetę czy pilot od telewizora.
Tortura.
Jedyną pozycją, która leżała w zasięgu ręki, były fragmenty Dzienniczka siostry Faustyny. Dziś wiem, że to nie był przypadek.
Żona zostawiła?
Teściowa dostała tę książeczkę w Tarnowie w kościele, przywiozła, a żona położyła ją przy moim łóżku. Leżała aż do tamtego wieczora.
Nie sięgnął pan po nią wcześniej.
Autorka miała ukończone 3 klasy szkoły podstawowej…
Żaden z niej partner do debat naukowych.
A jej wykład jest tak logiczny! Byłem przyzwyczajony do tego, że niemal każdego z moich zastępców, prezesów podległych firm, bez problemu łapałem na niekonsekwencjach czy braku logiki. Wyłapywałem wszystkie uchyłki czyichś umysłów.
Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając Dzienniczek, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Tam nie ma żadnej niekonsekwencji wewnętrznej. Jest logiczna do bólu.
Uznałem, że nie mogła tego sama napisać, naprawdę jest sekretarką Pana Jezusa. Nie byłaby w stanie zrobić spójnego wykładu na 600 stron książki o tym, jak powinniśmy żyć. Co jest dobre, a co złe. W zakonie była mniszką drugiego chóru, na pewno też nikt jej nie pomógł.
Trzeba uznać, posługując się rozumem, że podyktował jej to Pan Jezus. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku, przekazane językiem XX wieku. Tekst nie wymaga tłumaczenia, jak Biblia. Tyle skarbów w jednym!
Inwestycja w poznanie Stwórcy
Jak to na pana wpłynęło?
Zachwyciłem się Panem Bogiem. Jego doskonałością w każdym wymiarze.
Mam wrażenie, że pan lubi pojedynki intelektualne i nie tyle nie złapał na braku logiki siostry Faustyny, co spotkał Boga – Arcymistrza logiki…
Może pani to nazwała po imieniu. Po prostu to było tak piękne, wspaniałe, doskonałe, a równocześnie budujące. I takie konsekwentne!
Bóg mówi człowiekowi: Masz do wyboru moją nieskończoną miłość miłosierną lub moją sprawiedliwość. Wszystko zależy od ciebie. Jesteś wolny! Wybieraj. Wreszcie poczułem, co to znaczy być człowiekiem wolnym… Mam prawo wyboru.
Przeszedł pan długą drogę od wiedzy o Bogu do osobistej relacji z Nim. Jak ją budować?
To jest trudne. Nie mogę być tu ani mistrzem, ani nauczycielem… Jestem marnością, jak my wszyscy. Mogę tylko powiedzieć, że kluczem do relacji jest chyba (mówiąc moim językiem biznesu) inwestycja w poznanie Stwórcy. Jak mogę mieć relację z kimś, kogo nie znam?
Możliwości poznania jest wiele: Biblia, objawienia publiczne i prywatne, modlitwa, teologia. Muszę to potem sam rozważyć, rozumem i sercem. Wiedza to za mało. A następnie zacząć się rozkoszować Jego doskonałą Miłością. Wielkością. Wszechmocą. Musi przyjść zachwyt, a zarazem pokora.
Dopiero gdy poczuję zachwyt, uznając przy tym w pokorze własną marność (to warunek konieczny), może się utworzyć jakaś relacja.
Pana doświadczenie religijne jest zgodne z wiedzą z religioznawstwa. Według Rudolfa Otto są dwa wymiary doświadczenia sacrum: mysterium fascinans i mysterium tremendum. Przed Bogiem czujemy jednocześnie zachwyt i trwogę.
Muszę coś dodać do kwestii miłosierdzia Bożego. Ono nie jest za darmo. Na przeogromną miłość, jaką Bóg nam ofiarował, musimy odpowiedzieć równie silnym zaufaniem. Nawet w naszej marności możemy je z siebie wykrzesać.
W dzisiejszych czasach to jest trudne. Tu się wali, tam pali, a tam – gotuje. Nasz świat wygląda zupełnie inaczej, niż byśmy chcieli. A my musimy – w pokorze – okazać Bogu zaufanie. Do tego dodać jeszcze jakość życia.
Nie mogę iść do Pana, który jest doskonałością, będąc brudnym od grzechów. Bez spowiedzi. Miłosierdzie nie polega na tym, że Bóg jest dobry i można robić, co się chce. To absurd.
Jak mówić „Jezu, ufam Tobie”, skoro spada zaufanie do Kościoła?
To już inny problem. Mnie jest łatwiej, bo jestem człowiekiem starszej daty. Wiem, czym był komunizm i jakimi metodami, jak perfidnie ideologowie niszczyli kapłanów. To była tak ogromna maszyna do niszczenia Kościoła, że konsekwencje są do dzisiaj.
Polski Kościół był niszczony w konfrontacji z realnym socjalizmem, co skutkuje jakością ludzi. Trzeba mu więcej wybaczyć. Nie patrzeć tylko z perspektywy ideału, jaki być powinien.
Czytając „Dzienniczek” krok po kroku będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat i na nasze poruszenia wewnętrzne. Będziemy uczyć się ich interpretacji i rozumienia. Jego lektura może pomóc nam nauczyć się komunikacji z Panem Bogiem i rozumieć jakim językiem komunikuje się z nami – mówi s. Gaudia Skass z podcaście „Zeszyty Miłości Pełne”. W pierwszym odcinku czytany jest „Dzienniczek” w punktach 1-16.
Jak piszą siostry „Dzienniczek” będą czytać od deski do deski, a s. Gaudia będzie pomagać zrozumieć czasem niełatwe treści i odkryć w nich ważne inspiracje na naszą osobistą drogę.
„Celem tej serii nie jest wyjaśnienie wszystkich wątków z „Dzienniczka”, bo seria ta mogłaby trwać dłużej niż życie tych, którzy ją nagrywają. Będziemy się skupiać się na wyszukiwaniu w faustynowych treściach tego, co dla nas najważniejsze, czego możemy się od niej nauczyć i co Jezus chce nam powiedzieć przez jej doświadczenie” – piszą siostry.
– Jest niesamowite, że na trzech stronach siostra Faustyna zdołała opisać 20 lat swojego życia. Pisze o momentach, w których opisuje, jak Bóg dał jej poznać, jak bardzo ją kocha. Opisuje to, co najistotniejsze, momenty, który mają dać zrozumieć jej dalszą historię, jak Pan Bóg ją prowadził i jak doprowadził do momentu, gdzie dzieją się te wszystkie trudne rzeczy w jej życiu. Jak spotykanie Pana Boga i widzenie Pana Boga – mówi w komentarzu s. Gaudia.
Do czego może nas to zainspirować?
– Może byśmy zobaczyli, jak Pan Bóg nas prowadzi. Może teraz na początku roku jest taki dobry moment, żeby spojrzeć wstecz i dostrzec to Boże prowadzenie. By zobaczyć to, że On był zawsze w twoim życiu, że się z tobą komunikował. Przypomnieć sobie momenty jakieś szczególnej łaski, szczególnych spotkań z Panem Bogiem. Być może wkładałeś jakieś poruszenia serca do szuflady, myśląc ze coś ci się wydawało. A może to jednak jest coś istotnego – zachęca.
– Czytanie „Dzienniczka” jest tez po to, żebyśmy się nauczyli komunikacji z Panem Bogiem. Nauczyli się odczytywać i rozumieć Jego język – mówi.
I podkreśla: – Rozumieć to, co chce nam powiedzieć i w jaki sposób się z nami komunikuje. I będziemy się tego uczyć krok po kroku. Czytając „Dzienniczek” siostry Faustyny będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat, na nasze duchowe poruszenia i będziemy się uczyć ich interpretacji i rozumienia ich.
– Siostra Faustyna mówi o tym, że pierwsze poruszenie zewnętrzne, kiedy Pan Bóg ją do czegoś zapraszał działo się w wieku 7 lat. (…) Kiedy jej rodzice, choć pobożni ludzie, nie zgadzają się jednak, by wstąpiła do zakonu, Helena zaczyna żyć tak, żeby o Panu Bogu nie myśleć, zagłuszyć się rozrywkami – mówi zakonnica.
– Jest to naprawdę bardzo wartościowe, że możemy zobaczyć czyją drogę rozwoju – dodaje.
Wiele znaków zapytania i niepewności
– Siostra Faustyna opisuje dużo szczegółów swojej drogi z Bogiem, rozwoju swojej duchowości. Opisuje, jak wszystko zaczyna się od wielu znaków zapytania i niepewności. Nie wie, czy dobrze rozumie, ale Pan Bóg daje jej dużo zrozumienia przez wiele dróg. Ale jedną taką najważniejszą jest powiedzenie tego, co jej dzieje się w jej duszy poprzez kapłana, który jest jej kierownikiem duchowym – mówi siostra Gaudia.
Pierwsze widzenie Boga na balu w Łodzi
I dodaje: – Takim apogeum zagłuszania swojego wewnętrznego głosu jest bal, na który idzie w centrum Łodzi. I to jest genialny moment w jej historii, co trzeba podkreślić, bo to jest ten pierwszy raz, kiedy Helena Pana Boga zobaczy realnie jako człowieka, nie pod postacią Hostii, gdzie jej ukryty. I to jest właśnie na imprezie. To burzy wiele naszych schematów, dotyczących naszej pobożności i tego, jak Pan Bóg może się z nami komunikować – że będzie się to działo tylko w miejscach bardzo świętych, tylko na kolanach, na modlitwie.
– Nie. Pierwsze objawienie, które ma siostra Faustyna pokazuje nam jasno, że Pan Bóg bardzo lubi z nami spędzać codzienność. Nigdy nie wiesz, kiedy przyjdzie moment szczególnej łaski, szczególnego spotkania z Nim. Moment szczególnej komunikacji z Nim może być momentem najgorszego upadku, kiedy Pan Bóg stanie się szczególnie bliski – dodaje s. Gaudia.
s. Gaudia Skass ZMBM /Deon.pl
***
S. Gaudia Skass ZMBM:
Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca
fot. Roman Koszowski/ Gość Niedzielny
***
S. Gaudia Skass pochodzi z Warszawy, gdzie ukończyła studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Po studiach wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Obecnie głosi Boże Miłosierdzie głównie w mediach, prowadząc przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim”.
O „Blisko Rahamim”, malowaniu i rezygnacji z niego mówi s. Gaudia Skass.
Barbara Gruszka-Zych: Jak się Siostra czuje jako dziewczyna z plakatu?
S. Gaudia Skass: Znoszę to z przymrużeniem oka. Wersję z moją twarzą siostry wydrukowały tylko do naszego biura. W innych miejscach plakat reklamujący naszą przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim” zdobi tylko miniaturka naszego pierwszego podcastu.
Zwykle zakonnice usuwają się na drugi plan, a Siostra jest na pierwszym – Wasz kanał oglądają dziesiątki tysięcy zainteresowanych.
Pewnie zachęca ich właśnie nasza normalność, czyli to, że my, jego realizatorzy, nie przejmujemy się kamerą, a skupiamy się na przekazie treści o miłosiernym Bogu. Ludzie doceniają to, że szukamy nowych dróg, by do nich dotrzeć. Szczególnie zależy nam na młodszym pokoleniu, na tych, którzy częściej są w sieci niż w kościele.
Nikt Siostrze nie wypomina, że jest za bardzo medialna?
Rzadko się to zdarza. To dzieło całego naszego zgromadzenia, nawet siostry z innych zgromadzeń mi za nie dziękują. Cieszą się, że odważyłam się na to medialne działanie, a tym samym zmieniam funkcjonujący gdzieś jeszcze fałszywy obraz siostry zakonnej. Rozmawiam z wieloma z nich i wiem, że nie jestem odosobniona w tym, jak żyję i myślę, więc często, mówiąc o miłosierdziu, zamiast zaimka „ja” używam „my”.
Jaka jest ta miłość miłosierna, o której Siostra mówi?
Mam zamiar mówić o tym do skończenia świata lub jak długo Pan Bóg da. Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca. To Bóg, który naprawdę przyjmuje nas takimi, jacy jesteśmy, który otwiera się na człowieka w jego biedzie, słabości, poranieniu. On jest Miłością, która jest gotowa przebaczyć największy grzech. Ale w przyjęciu jej często przeszkadza nam głęboka nieufność, która podpowiada, że akurat takich grzechów jak nasze przebaczyć się nie da. Często zamęczamy się, zmagając się z własnymi historiami przewinień i zaniedbań. Jest też druga skrajność, w którą zdarza się nam wpadać – dziwnie dobrotliwe wyobrażenie miłosiernego Boga, który jakby niedowidział, niedosłyszał. On przypomina takiego dziadzia, który zawsze nas pogłaszcze po głowie, bez względu na to, co przed chwilą zrobiliśmy. To niebezpieczna optyka, bo ktoś tak odbierający Boga przestaje uważać, że jego codzienne wybory są ważne. Myśli, że cokolwiek zrobi, wszystko zostanie mu wybaczone.
To jak się powinno patrzeć na Pana Boga?
Bardzo lubię Jego symboliczny obraz stworzony przez Clive’a Staplesa Lewisa w „Opowieściach z Narnii”. Chrystus ukazany jest tam pod symbolem lwa, potężnego, majestatycznego króla Narnii – dobrego, ale jednocześnie groźnego, a zarazem nieuchwytnego, nieobliczalnego. I choć jest nieprzewidywalny, to jednocześnie wiemy, że cokolwiek zrobi, będzie to dobre. Bo Bóg jest miłością i miłosierdziem.
Wielu kwestionuje miłosierdzie Boga, kiedy spotyka ich cierpienie.
Rozumiem reakcje doświadczonych przez życie osób. Naprawdę trzeba ogromnej dojrzałości duchowej, by w pierwszej chwili zareagować inaczej. Ale są też tacy, którzy z lubością obwiniają Boga o całe cierpienie tego świata, sami nie poczuwając się do żadnej odpowiedzialności. Wydaje mi się, że może to być ich nieuświadomiony sposób radzenia sobie z poczuciem winy. W komentarzach na naszym kanale regularnie pojawiają się te same oskarżenia wobec Boga. Padają pytania: „Czemu milczał, kiedy mordowano ludzi w Oświęcimiu?” czy „Gdzie jest, kiedy dzieci umierają na raka?”. I wiele podobnych.
Co Siostra wtedy odpisuje?
Staram się usłyszeć każdą osobę, bo przeczuwam, że za takim komentarzem stoi osobista historia czyjegoś bólu. Jeśli widzę, że ktoś chce dociec prawdy, wówczas istnieje szansa, żeby dojść do jakiegoś dobra. Myślę, że wielu z nas nie pojmuje tajemnicy Boga Wszechmogącego i Miłosiernego. Jakoś nie łączy się nam to w głowie z tym, że cierpimy z powodu konsekwencji każdego grzechu. Wielu, niestety, nie podejmuje takiej refleksji, ale to my, siostry, mamy prowokować do myślenia, do zadawania niewygodnych pytań. Kiedyś zajmowałam się w sanktuarium korespondencją z anglojęzycznymi pielgrzymami. Pewna pani z Irlandii po powrocie z Łagiewnik napisała do nas list z pretensjami, jak możemy głosić, że Bóg jest taki dobry, skoro dopuszcza tyle cierpienia. Wyjawiła w nim tak trudną historię swojego życia, że po jej przeczytaniu czułam się kompletnie bezradna.
Poradziła jej Siostra coś?
Byłam dopiero dwa lata po ślubach, dlatego poszłam po mądrość do jednej z naszych starszych sióstr. Usłyszałam od niej radę, która do dziś brzmi w moich uszach: „Odpisz jej jedno – »Zachęcam cię do adoracji krzyża Jezusa Chrystusa«”. Tylko tyle. Ale to było bardzo mocne. Kiedy od tej pani otrzymałam kolejny list, było w nim o połowę mniej goryczy. Myślę, że my, ludzie, od dawna mamy problem, który dobrze widać na przykładzie narodu izraelskiego w czasach Jezusa. Oni wtedy oczekiwali, że przyjdzie Mesjasz, który naprawi świat według ich ludzkiej logiki. My też chcemy, żeby przyszedł Bóg, który wszystko po naszemu naprawi. A tu przychodzi Jezus, który naprawia po swojemu – wchodzi w sam środek naszego cierpienia, dzieli je z nami i umiera za nas na krzyżu.
A my chcemy Boga, którego sobie wymyśliliśmy.
Jeżeli okazałby się taki, jak chcemy, to bylibyśmy głęboko rozczarowani.
Cała nasza wiara jest zbudowana z paradoksów i zdziwienia nimi. Siostra Faustyna też musiała budzić zdziwienie. Jak Siostra na nią trafiła?
Trafiłam najpierw na Jezusa, o którym ona pisze. Zaczęłam zaglądać do jej „Dzienniczka”, który leżał na wierzchu w moim domu. Kupiła go moja mama. Błogosławię Boga za mamy, które kupują dobre książki!
Co Siostrę do niego przyciągnęło?
Moc słów Jezusa, Jego wielka miłość i to, że tak po prostu rozmawia z kobietą żyjącą w XX wieku, i to Polką!
Nie miała Siostra pokusy, by pomyśleć, że te duchowe rozmowy s. Faustyny to jakiś odlot?
Wtedy otrzymałam szczególną łaskę, bo zwykle bardzo sceptycznie podchodzę do objawień prywatnych. Specjaliści mówią, że 90 proc. tzw. objawień zewnętrznych to wynik zaburzeń psychicznych lub działań złego ducha. U Faustyny bardzo mnie ujęło to, że sama sobie nie dowierzała, że szczerze szukała prawdy i była gotowa zanegować wszystko, co widziała i słyszała, jeśli Kościół tego nie potwierdzi.
Kiedy Siostra poznawała św. Faustynę, sama była studentką ASP. Zwykle artyści bywają mocno zapatrzeni w siebie.
Rzeczywiście, na studiach kładziono duży nacisk na to, by się wyróżniać. Jednocześnie byliśmy zachęcani, by odkrywać, co chcemy dać światu przez naszą sztukę. Wstępując do zgromadzenia, wiedziałam, że przestanę malować. To była moja świadoma rezygnacja.
A co Siostra malowała na uczelni?
Na ostatnim roku zdecydowałam się na szaleństwo i namalowałam dwadzieścia tajemnic Różańca. Zrobiłam z tego dyplom, przekonana, że muszę zająć się czymś istotnym, bo na dyplom poświęca się przecież minimum rok życia.
A w którym momencie zdecydowała się Siostra wstąpić do klasztoru?
Trzy tygodnie po obronie dyplomu. Chwila wstąpienia była jednocześnie bardzo trudna i bardzo łatwa. Czułam, że niesie mnie jakaś szczególna łaska, bo o własnych siłach nie byłabym w stanie tego zrobić. Potem przeczytałam, że św. Teresa Wielka podobnie przeżyła czas swojego wstąpienia do zakonu.
Wybierając życie zakonne, umiera się dla tego świata?
W czasach s. Faustyny podczas ślubów wieczystych, gdy śpiewana była Litania do Wszystkich Świętych, siostry kładły się krzyżem na ziemi i były przykrywane czarnym kirem z wyszytym na nim białym krzyżem. To był znak, że umierają dla tego świata.
Siostry nie nakryto kirem.
Nie ma już tego zwyczaju, ale czułam, że decyduję się na szczególną drogę świadomego umierania. Litania do Wszystkich Świętych była moim autentycznym wołaniem o pomoc całego nieba, bo mam świadomość własnych słabości.
Jak sobie Siostra z nimi radzi?
Po prostu oddaję je Bogu i nieustannie proszę Go o pomoc. Kilku świętym też się codziennie przypominam.
A co z życiem, z którego Siostra zrezygnowała – dziećmi, mężem?
To jest wielkie dobro, z którego można zrezygnować tylko wtedy, gdy się ma powołanie do innej formy życia. Powołaniu towarzyszy specjalna łaska, której autentycznie doświadczam, co nie znaczy, że łatwo jest żyć ślubami. One stanowią wyzwanie. Dla mnie zawsze najważniejszy był ślub czystości, przez który Jezusa stawiamy w centrum naszego serca, myśli, pragnień, wysiłków. Kiedyś, gdy słyszałam te słowa z Ewangelii: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”, czułam wyrzuty sumienia, że ja tak nie potrafię, myślałam, że to za wysoko podniesiona poprzeczka. Ale potem usłyszałam te słowa jako obietnicę. Ucieszyłam się, że Bóg mi obiecuje, że mnie do takiej miłości doprowadzi!
Pomaga Siostrze to, że jest zakonnicą w Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia?
Dla mnie ważne jest, że zgromadzenie, do którego należę, skupia się na tym, co najistotniejsze w sercu Kościoła, czyli na Bożym miłosierdziu. Mój wybór przypieczętowały słowa papieża Jana Pawła II, które skierował do sióstr w Łagiewnikach w 1997 roku: „Dzisiejszy człowiek potrzebuje waszego głoszenia miłosierdzia; potrzebuje waszych dzieł miłosierdzia i potrzebuje waszej modlitwy o miłosierdzie”. W tym zdaniu ujął całe nasze życie apostolskie, bo to są trzy filary tego, co robimy w Kościele.
Na swoim kanale czyta Siostra codziennie „Dzienniczek”.
Bardzo się cieszę, że od niedawna mogę to robić z tysiącami osób z różnych zakątków świata! Wraz z początkiem roku wystartowaliśmy z nowym podcastem, zatytułowanym „Zeszyty miłości pełne”, w którym czytam i komentuję zapiski św. Faustyny. Do komentowania zapraszam również moje siostry i specjalnych gości. Ten podcast naprawdę wywołuje duże poruszenie. Nigdy w życiu nie czytałam tak wielu pięknych e-maili, wiadomości, komentarzy. Ewidentnie widać w tym projekcie działanie Boga!
A Koronkę do Bożego Miłosierdzia często Siostra odmawia?
Przede wszystkim staram się ją odmawiać z zaangażowaniem serca, skupiając się na Bogu Ojcu, który patrzy na mnie i na wszystkich nas, biednych grzeszników, przez rany swojego Syna. To jest wstrząsający obraz! Dlatego też serce Ojca jest nim głęboko poruszone. Bóg sam obiecał przez św. Faustynę naprawdę wielkie łaski dla tych, którzy będą się modlić koronką. Poza obietnicą dawania nam wszystkiego, o co Go prosić będziemy, oczywiście jeśli to będzie zgodne z Jego wolą, czyli naprawdę dobre, obiecał, że „Chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie Moje. Niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają Mojemu miłosierdziu”.
Gość NIedzielny
***
Dużo światła. I zaufania
Miała na imię Miriam, siedziała w półmroku wejścia do bazyliki Bożego Grobu, trzymała w ręce różaniec. Siedziałem tam i ja.
Oboje patrzyliśmy na przechodzących ludzi, z których część padała na kolana przy płycie ociekającej niesamowicie pachnącym olejkiem. W pewnej chwili spojrzeliśmy na siebie, a ona wyciągnęła z torebki niewielki obrazek z Jezusem Miłosiernym i podpisem w języku arabskim. Była Palestynką, chrześcijanką. Podała mi obrazek, na co zareagowałem radością i słowami: „Mam taki, ale z podpisem po polsku”. Uśmiechnęła się również, odpowiadając, że miłosierdzie Boże to najpiękniejsze, co ją w życiu spotyka. Wzruszyłem się, nie ukrywam, zwłaszcza że dopiero co zetknąłem się z bardzo trudną sytuacją za pobliską granicą; Miriam schowała różaniec, na którym, jak powiedziała, zawsze w tym miejscu, u stóp Golgoty, odmawia Koronkę do Miłosierdzia Bożego.
Arabskie litery pod najbardziej znanym na świecie polskim obrazem porównuję czasem z niezrozumiałymi znakami koreańskimi, dziwnie brzmiącym duńskim, trudnym do wypowiedzenia islandzkim… i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jeśli są takie słowa, które najpierw padły po polsku, a potem zostały przetłumaczone na wszystkie języki tego świata, to zwrot „Jezu, ufam Tobie” należy do nich na pewno. A wizerunek namalowany pod dyktando świętej siostry Faustyny jest chyba najbardziej rozpoznawalnym polskim znakiem eksportowym. Chcę o tym pamiętać, bez pustego nadęcia tak często nam towarzyszącego, bo żadna to nasza zasługa, aczkolwiek cieszyć się z tego nie zamierzam przestać. W pierwszą niedzielę po Wielkanocy natomiast, kiedy obchodzimy święto Miłosierdzia Bożego, zawsze przypominam sobie, że i o miłosierdziu, i o sprawiedliwości niezmiernie rzadko myślimy w sposób właściwy. Trochę to moje doświadczenie z początkowego okresu pontyfikatu Franciszka, gdy opublikował on dokument reformujący (najogólniej rzecz biorąc) proces o nieważność małżeństwa – Mitis iudex. Pół nocy straciłem wówczas na poszukiwaniach kolejnych znaczeń słowa mitis, bo dotychczas znaczyło ono dla mnie „łagodny”, a sędzia – jak wiedziałem – ma być przede wszystkim sprawiedliwy – iudex iustus. Sprawiedliwość i łagodność nie zgadzały mi się wówczas zupełnie, a jeszcze gorzej było, kiedy odkryłem, że jednym z możliwych tłumaczeń łacińskiego mitis jest „słodki”. Tego mi było za dużo. Śmieję się dzisiaj z tamtej zarwanej nad wszystkim posiadanymi słownikami nocy. Dzisiaj wiem, że rozumienie zarówno sprawiedliwości, jak i miłosierdzia kuleje u większości z nas na skutek prostego, aczkolwiek bardzo utrwalonego stereotypu, najmocniej dotyczącego Boga: albo traktując Go jako miłosiernego, przestajemy wierzyć w katastrofalne skutki własnych grzechów, albo uważając, że jest zimnym rygorystą, żyjemy w nieustannym poczuciu winy lub osądzamy innych. Nic z tego nie jest właściwe. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale z błędu świadomie nie wychodzić – diabelską. Życzę w tę szczególną niedzielę dużo światła. I zaufania.
Św. Siostra Faustyna Kowalska zapisała w pierwszym zeszycie swojego “Dzienniczka” modlitwę, w której kolejne wezwania rozpoczyna słowami “Dopomóż mi, Panie” (nr 163)
+ Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.
Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.
Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.
Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.
Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.
Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.
Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem. że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój. (Dz. 163).
***
Św. Siostra Faustyna o modlitwie
Dusza zbroi się przez modlitwę do walki wszelakiej. W jakimkolwiek dusza jest stanie, powinna się modlić. Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swą piękność; modlić się musi dusza dążąca do tej czystości, bo inaczej nie doszłaby do niej; modlić się musi dusza dopiero co nawrócona, bo inaczej upadłaby z powrotem; modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać. I nie ma duszy, która by nie była obowiązana do modlitwy, bo wszelka łaska spływa przez modlitwę (Dz. 146).
Niech dusza wie, że aby się modlić i wytrwać w modlitwie, musi się uzbroić w cierpliwość i mężnie pokonywać trudności zewnętrzne i wewnętrzne – trudności wewnętrzne: zniechęcenie, oschłości, ociężałość, pokusy; zewnętrzne: wzgląd ludzki – uszanować chwile, które są przeznaczone na modlitwę. Sama tego doświadczyłam, że jeżeli nie odprawiłam modlitwy w czasie dla niej przeznaczonym, później też jej nie odprawiłam, bo mi obowiązki nie pozwoliły, a jeżeli ją odprawiłam, to z wielkim trudem, bo myśl ucieka do obowiązku.
Zdarzała mi się ta trudność, że jeżeli dusza dobrze odprawiła modlitwę i wyszła z niej z wewnętrznym, głębokim skupieniem, inni sprzeciwiają jej się w tym skupieniu, a więc musi być cierpliwość, aby wytrwać w modlitwie. Zdarzała mi się rzecz taka niejednokrotnie, że kiedy dusza moja była głębiej pogrążona w Bogu i większy owoc odniosła z modlitwy, i obecność Boża towarzyszyła w ciągu dnia, a przy pracy było większe skupienie i większa dokładność, i wysiłek w obowiązku – to jednak zdarzało mi się, że właśnie wtenczas najwięcej miałam upomnień, że jestem nieobowiązkowa, że jestem obojętna na wszystko, bo dusze mniej skupione chcą, aby i inni byli im podobni, ponieważ są dla nich ustawicznym wyrzutem(Dz. 147).
Poznałam, jak bardzo potrzeba nam wytrwałości w modlitwie, i od takiej ciężkiej modlitwy zależy nieraz nasze zbawienie (Dz. 157).
***
Jak s. Faustyna radziła sobie z cierpieniem?
„Zaczęłam wołać o miłosierdzie…”
Czujesz lęk przed śmiercią, chorobą? A może sam właśnie jesteś w trudniejszym czasie swojego życia? I codziennie pytasz Boga: „Czy Ty nie widzisz, że ja cierpię?”. Zobacz jak w takich sytuacjach radziła sobie św. s. Faustyna!
S. Faustyna mając zaledwie 22 lata przeżywała mroczne doświadczenia: „…zaczęłam wołać o miłosierdzie. Jednak Jezus nie słyszy wołań moich. Czuję zupełne opuszczenie sił fizycznych, padam na ziemię, rozpacz zawładnęła całą duszą moją, prawdziwie przeżywam męki piekielne…” (Dzienniczek, 24).
To zaledwie krótki fragment tego, co doświadczała przed półtora roku. Jednak przeszła przez to doświadczenie zwycięsko. Jak i jakie szczęście czekało ją na końcu drogi? O tym usłyszysz w kolejnym odcinku podcastu „Zeszyty Miłości Pełne” prowadzonym przez s. Gaudię Skass ZMBM.
„Siostra Faustyna walczy”
Kiedy przychodzi cierpienie i kiedy ono trwa i trwa – bez względu na to, czy to jest kilka godzin, kilka dni, miesięcy, lat – wraz z nim przychodzi myśl, która tak bardzo nas osłabia, że to się chyba nigdy nie zmieni, że to już chyba zawsze tak będzie. Tego również doświadczyła św. s. Faustyna. Co robiła w takiej sytuacji?Siostra Faustyna walczy. Opiera się o Słowo Boże – wskazuje s. Gaudia Skass ZMBM.
Siostra Faustyna oprócz cierpienia fizycznego doznała wiele cierpień duchowych. Wiele razy popadała w przekonanie, że Bóg zostawił ją samą, odrzuca ją i jej nie chce. Faustyna pokazuje genialnie, że w takich doświadczeniach duchowych masz moc wybrać, że nie jesteś skazany na to, żeby żyć w rozpaczy, że pomimo, że się ta rozpacz wkrada do twojego serca, ty możesz wybrać, że będziesz ufać, że nie pójdziesz za rozpaczą.
„Zaufanie to WYBÓR”
Faustyna mówi: „Jezu, ufam Tobie, wbrew wszelkiej nadziei, wbrew wszelkiemu uczuciu, które mam wewnątrz, sprzeciwiające się nadziei.” Zobaczcie, widać po tym bardzo jasno, że zaufanie nie jest uczuciem, że zaufanie jest wyborem. Tak, jak miłość nie jest uczuciem, tylko miłość jest wyborem. I my mamy moc wyboru, zawsze.
Słuchajcie, choćby nie wiem co się działo w naszym życiu, to ty zawsze masz moc wyboru, co ty z tym czymś zrobisz. Po jakiej stronie się opowiesz? Jaką wybierzesz postawę wobec Pana Boga w tym wszystkim? Czy Go przekreślisz jako Tego niedobrego, który zsyła na ciebie to wszystko? Czy jednak, pomimo tego cierpienia, będziesz wierzył, że On jest dobrym Ojcem, miłosiernym, kochającym. Że będziesz Mu ufał, że On jakoś jest obecny w tym, że skoro to dopuszcza, to w tym jest jakaś Jego mądrość, jakaś Jego miłość, której ty nie musisz rozumieć.
Stacja7.pl
***
“Będą na ciebie patrzeć jak na dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi”. Co św. Faustyna mówiła o inności?
“Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem” – zapisała św. s. Faustyna w “Dzienniczku”.
Fanatyczka, wizjonerka, histeryczka – to tylko kilka epitetów, które wielokrotnie słyszała Faustyna w związku z jej objawieniami. W tamtym czasie nikt nie wierzył jej, że spotyka się z samym Jezusem.
Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas, a nawet najtrudniejszy w życiu. Ona jednak nie poddawała się i oddawała Jezusowi wszystkie przykrości. Oto co zapisała w “Dzienniczku” na ten temat:
“Jezu, Jezu, już nie mogę”
W pewnym dniu jedna z matek tak się na mnie nagniewała i tak mnie upokarzała, że już myślałam, że nie zniosę tego. – Mówi mi: Dziwaczko, histeryczko, wizjonerko, wynoś mi się z pokoju, niech nie znam siostry. Sypało się na głowę moją wszystko, co się dało. Kiedy przyszłam do celi, padłam na twarz przed krzyżem i spojrzałam na Jezusa, a nie mogłam już ani jednego słowa wymówić. A jednak taiłam się przed innymi i udawałam, jakoby nic nie zaszło pomiędzy nami.
Szatan zawsze korzysta z takich chwil; zaczęły mi przychodzić myśli zniechęcenia: za wierność i szczerość – masz nagrodę. Jak można być szczerą, kiedy się jest tak nie zrozumianą. Jezu, Jezu, już nie mogę. Upadłam znowuż na ziemię pod tym ciężarem i pot wystąpił na mnie, i lęk jakiś zaczął mnie ogarniać. Nie mam się na kim wewnętrznie oprzeć. – Wtem usłyszałam głos w duszy: Nie lękaj się, Ja jestem z tobą. I jakieś dziwne światło oświeciło mój umysł, i poznałam, że nie powinnam się poddawać takim smutkom, i jakaś siła napełniła mnie, i wyszłam z celi z nową odwagą do cierpień.
Dzienniczek, nr 129
“Bóg łaski swojej nie poskąpi”
Bez pokory nie możemy się podobać Bogu. Ćwicz się w trzecim stopniu pokory, to jest nie tylko się nie tłumaczyć i uniewinniać, jak nam coś zarzucają, ale cieszyć się z upokorzenia.
Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem. Jeżeli Bóg będzie chciał coś przeprowadzić, czy wcześniej, czy później przeprowadzi, pomimo trudności przeprowadzi, a ty tymczasem uzbrój się w wielką cierpliwość.
Dzienniczek, nr 270
“Kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać dary Boże”
Gdy pewna siostra ustawicznie mnie prześladuje jedynie z tego powodu, że Bóg ze mną tak ściśle obcuje; jej się zdaje, że to wszystko we mnie jest udane. Kiedy jej się wydaje, że popełniam jakieś uchybienia, wtenczas mówi: Objawienia mają, a takie błędy popełniają.
Rozpowiedziała o tym i innym siostrom, lecz w znaczeniu zawsze ujemnym, raczej podaje opinię jakiejś dziwaczki. W jednym dniu zabolało mnie to, że ta kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać (119) dary Boże. Po Komunii świętej modliłam się, aby ją Bóg oświecił; jednak poznałam, że dusza ta, jeżeli nie zmieni swojego wewnętrznego usposobienia, nie dojdzie do doskonałości.
Dzienniczek, nr 1527
Stacja7.pl
***
„Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz”. Historia obrazu Jezusa Miłosiernego
22 lutego 1931 roku. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Nagle zobaczyła w celi Pana Jezusa.
„Wszystko było jeszcze do zniesienia. Ale kiedy Pan zażądał, abym malowała ten obraz, już teraz naprawdę zaczynają mówić i patrzeć na mnie jako na jakąś histeryczkę i fantastyczkę (12526)” – pisała Siostra Faustyna w Dzienniczku o doświadczeniach z 1931 roku.
„Histeryczka, wizjonerka, dziwaczka”
„Fantastyczka”, a właściwie: fantastka, ale także histeryczka, wizjonerka, dziwaczka, nędza… Ile jeszcze epitetów musiała znieść? A wszystko to za sprawą objawienia Jezusa, który nakazał jej namalowanie obrazu, dzisiaj znanego na całym świecie, z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. To był również początek realizacji misji przekazania światu orędzia o Bożym miłosierdziu.
Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas. Bodaj najtrudniejszy w życiu.
„Wymaluj obraz”
Rozpoczął się 22 lutego 1931 roku. Siostra Faustyna, od sześciu lat w zakonie, niemal od roku mieszkała w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Była po kolacji i modlitwach w klasztornej kaplicy. Przygotowywała się do snu. Nagle zobaczyła w celi Jezusa. „Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady – opisywała w Dzienniczku. – W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie.
„Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały” (47).
– Siostry przechodzące akurat koło oficyny widziały jakieś światło w oknie, jaśniejsze niż lampy naftowej – siostra Klawera Wolska, do niedawna przełożona płockiego domu, powtarza to, co w zakonie przetrwało w ustnych przekazach.
***
Orędzie i misja
Spotkanie w celi nie było złudzeniem. Siostra Faustyna wiedziała to na pewno. Już wcześniej, kilkakrotnie, widziała Pana. Mówił do niej przed wstąpieniem do zgromadzenia, przynaglając do tego kroku, i później, gdy równolegle do formacji zakonnej postępowała na drodze życia mistycznego. Faustyna, po oczyszczeniu zmysłów i ducha podczas znanej tylko mistykom tak zwanej nocy ciemnej, coraz częściej w nagłych momentach światła udzielanego duszy przez Boga poznawała Jego Istotę i doznawała zjednoczenia z Bogiem w miłości.
Dla Faustyny, która wcześniej nie wiedziała nic o meandrach życia mistycznego, były to wielkie, ale i trudne doświadczenia. Dopóki jednak to wszystko działo się wewnątrz jej duszy i dotyczyło jej samej, dopóty było radością jej serca. Ale tamtej niedzieli, 22 lutego 1931 roku, to się zmieniło. Tego dnia Jezus powierzył jej misję głoszenia orędzia o Bożym miłosierdziu całemu światu. Namalowanie obrazu było jej pierwszą częścią.
Cztery lata później Jezus powie Faustynie, że ma przygotować świat na ostateczne Jego przyjście. Niemniej już wtedy, w Płocku, była przerażona wielkością zadania, które z czasem będzie się jeszcze rozrastać. I trudno się dziwić. Sama nie mogła namalować obrazu, gdyż nie miała takich zdolności. Jezus nakazał jej, aby wszystko, o czym jej mówi, przekazywała przełożonym. Ci jednak jej słowom nie dowierzali. „(…) okazują mi litość, jakbym była w złudzeniu albo pod wpływem wyobraźni” (38) – skarżyła się w duszy Bogu, co po latach zapisała w Dzienniczku. Oczekiwała, że przełożeni, którzy w jej przekonaniu powinni mieć lepsze rozeznanie w życiu duchowym niż ona, okażą jej pomoc.
***
Rady spowiedników
Pierwszą osobą, której Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, był spowiednik. Nie wiemy, niestety, kto nim był. W tym czasie spowiedzi w płockim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia słuchali trzej księża: Adolf Modzelewski, Ludwik Wilkoński i Wacław Jezusek. Ten ostatni po drugiej wojnie światowej (zmarł w 1950 roku) dużo i z przejęciem opowiadał klerykom w seminarium w Płocku o objawieniach siostry Faustyny, co nie znaczy, że wcześniej nie mógł być wobec doświadczeń Faustyny krytyczny.
PanJezus prosi o ustanowienie Święta Miłosierdzia
Wiadomo, że Spowiednik, któremu Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, przyjął to z ogromną rezerwą. Właściwie zanegował polecenie Jezusa. Powiedział jej: „To się tyczy duszy twojej. (…) maluj obraz Boży w duszy swojej” (49). Gdy Siostra Faustyna uspokojona taką interpretacją objawienia odeszła od konfesjonału, usłyszała słowa Jezusa: „Mój obraz w duszy twojej jest”.
Po chwili Jezus dodał: „Ja pragnę, aby było Miłosierdzia święto. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (45). Powiedział też, że tego dnia kapłani mają głosić ludziom Jego „wielkie miłosierdzie względem dusz grzesznych” (50).
Jezus sformułował więc kolejne życzenie: ustanowienia święta Bożego Miłosierdzia. Kult Jezusa w obrazie i święto Miłosierdzia Bożego to były dwie pierwsze formy nowego nabożeństwa do Miłosierdzia, o których realizację Siostra Faustyna, ponaglana przez Chrystusa, będzie się odtąd starać wytrwale. A Jezus w kolejnych odsłonach będzie jej dawał poznać, czym jest Boże Miłosierdzie.
***
Niełatwe zadanie
Faustyna, nie znajdując zrozumienia u spowiednika, powiedziała o objawieniu Jezusa przełożonej płockiego klasztoru matce Róży Kłobukowskiej. Ale i ona nie dowierzała. „Kiedy o tym powiedziałam matce przełożonej, że Bóg tego żąda ode mnie, odpowiedziała mi, żeby Jezus dał to wyraźnie poznać przez jakiś znak. Kiedy prosiłam Pana Jezusa o jakiś znak na świadectwo, iż prawdziwie Ty jesteś Bóg i Pan mój i od Ciebie pochodzą te żądania, na to usłyszałam taki głos wewnętrzny: Dam poznać przełożonym przez łaski, których udzielę przez ten obraz” (51). Jezus wymagał, ale nie ułatwiał wykonania zadania.
Dopiero po latach Faustyna zrozumie, a Jezus jej to wyraźnie powie, że trudności są potrzebne dla potwierdzenia prawdziwości objawienia. Ponadto największą wartość w oczach Boga ma nie efekt działania człowieka, ale sama intencja, z jaką się je podejmuje, oraz cierpienie z nim związane. Wówczas jednak, w 1931 roku, Faustyna była zdezorientowana i skonfundowana: „(…) chodziłam od przełożonych do spowiednika, od spowiednika do przełożonych, a uspokojenia nie znajdowałam” (122) – pisała. Jednak przełożone Faustyny też nie miały łatwego zadania. Musiały być mocno zdziwione i strwożone, gdy pewnego dnia młoda zakonnica drugiego chóru oświadczyła im, że ukazał się jej Jezus i nakazał namalować obraz religijny nowego typu. Co więcej, polecił, by Kościół ustanowił nowe religijne święto.
Przełożone Faustyny widziały w niej zapewne dobrą i pokorną, zjednoczoną z Jezusem, ale prostą i niewykształconą zakonnicę, która nie złożyła jeszcze ślubów wieczystych. Dlaczego – mogło im się zdawać – to jej Jezus miał się objawiać? Dlaczego jej przekazywać orędzie? I cóż mogła ona wiedzieć o mistyce? Gdzie owych stanów duchowych doznawać? Za ladą sklepu piekarniczego albo przy piecu kuchennym – gdzie pracowała?
Objawienia – wierzyć czy nie?
Objawienia prywatne są sprawą trudną. Nie stanowią problemu, dopóki są przeznaczone dla człowieka indywidualnie – jego nawrócenia czy wzrostu wiary. Stają się kłopotliwe, gdy wizjoner ogłasza, że otrzymał misję: ma przekazać światu słowa Boga, Maryi czy świętych. Dla Kościoła jedynym i ostatecznym Objawieniem się Boga jest Chrystus, Syn Boży. To najważniejsze Objawienie – zwane publicznym – jest zawarte w Piśmie Świętym. Kościół nie odrzuca objawień prywatnych, jeśli w długim zazwyczaj i żmudnym procesie uzyska pewność, że nie rozszerzają one, nie przekraczają ani nie zmieniają Objawienia publicznego, lecz wydobywają z niego jakieś zapomniane czy niedoceniane wątki, które w danej epoce historycznej są istotne. Drugą nie mniej ważną okolicznością jest upewnienie się, że wizjoner nie ogłasza objawień z przyczyn egoistycznych, nie szuka chwały, zaspokojenia swoich ambicji oraz że prowadzi życie w pełni chrześcijańskie. W ocenie prawdziwości objawień niezmiernie ważne jest też poddanie się dyscyplinie kościelnej, decyzjom przełożonych nawet za cenę cierpienia.
HELENA KOWALSKA (FAUSTYNA TO IMIĘ ZAKONNE) W WIEKU 18 LAT
***
Jedno z największych niebezpieczeństw objawień – podkreśla ksiądz Jan Machniak, profesor teologii duchowości, autor wielu książek poświęconych duchowości siostry Faustyny – wynika z tego, że dokonują się one w sferze zmysłów. Oddziałują na wzrok, słuch, dotyk, węch. – To wszystko, co działa na nasze zmysły, podlega też działalności złego ducha, który może zwodzić człowieka – wyjaśnia ksiądz Jan Machniak. – Dlatego święty Jan od Krzyża mówił, aby odrzucać wszystkie objawienia, nawet te, które przybliżają nas do Boga, aby nie popaść w pułapkę, jaką może zastawić na człowieka zły duch.
Dystans
Przełożone i spowiednicy Faustyny mieli zapewne jeszcze inne powody, by zachować dystans wobec tego, co mówiła. Prawdopodobne nieraz spotkali już osoby, których rzekome objawienia były po prostu wynikiem choroby psychicznej. Przeżycia wewnętrzne bardzo mocno działają bowiem na psychikę człowieka, dlatego czasem trudno odróżnić doznanie mistyka od choroby psychicznej. Potrzeba więc dużej ostrożności, a nawet badań psychiatrycznych. Dlatego kilka lat później, w Wilnie, ksiądz Michał Sopoćko, zanim został kierownikiem duchowym siostry Faustyny i pomocnikiem w głoszeniu orędzia o Bożym miłosierdziu, najpierw poprosił o zbadanie przyszłej świętej przez psychiatrę.
Był jeszcze jeden powód rezerwy wobec objawień Faustyny. Jezuita ojciec Józef Andrasz, który także był kierownikiem duchowym pod koniec życia siostry Faustyny, twierdził, że jej zgromadzenie sceptycznie odnosiło się do nadzwyczajnych objawień, bo zwyczajnie na nie nie czekało. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia „wychowane na ascezie świętego Ignacego”, założyciela jezuitów, „dalekie od wszelkiej egzaltacji” miało już określone metody i kierunek pracy: „Przez swoje reguły, przez swoje ćwiczenia duchowe, przez coroczne rekolekcje, przez konferencje prowadzone przez kapłanów i przełożone, wpaja [zakon – przyp. red.] w swoje siostry wielki szacunek nie dla nadzwyczajności, ale dla cichej, gruntownej pracy, zaczynając od pokuty i pokory, a kończąc na gorącej, ale równocześnie ofiarnej miłości Boga i dusz. (…) Można z całą pewnością stwierdzić, że duchowa gleba zgromadzenia nie jest bynajmniej podatna, aby na niej mogły rozwijać się wizje mistyczne niepewnej wartości” – konkludował ojciec Andrasz, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku dobrze poznał zgromadzenie.
***
Po ludzku – została sama
W ten sposób Siostra Faustyna z objawieniami, które nie były przeznaczone tylko dla niej, ale także dla całego świata, została po ludzku biorąc – sama. Był z nią Jezus, którego obecność i miłość do końca życia będą dodawać jej sił w realizacji powierzonej jej misji. Nie znaczy to jednak, że Faustynie nie towarzyszyły rozterki i wątpliwości. Podsycali je przełożeni, którzy nie dowierzali jej słowom, wprowadzali zamęt w jej sercu. Trwało to do momentu spotkania spowiedników, którzy rozpoznali charakter jej życia duchowego.
Tymczasem w Płocku Siostra Faustyna strofowana przez przełożone zaczęła, jak pisze, „trochę opuszczać” się, czyli unikać wewnętrznych natchnień. „Zaczęłam unikać spotkania się z Panem we własnej duszy, bo nie chciałam być ofiarą złudzenia”. Ale na nic się to zdało, bo „mowa Boża wymowna jest i nic jej zagłuszyć nie może” – pisała. Pan ścigał ją „swymi darami”: „naprawdę, na przemian doznawałam męki i radości” (130).
Gdy próbowała uciekać od nakazu Jezusa, On tym bardziej przynaglał ją do działań. Siostra Leokadia Drzazga pamiętała po latach, że przy jakiejś okazji, w Płocku, Siostra Faustyna powiedziała jej: „Za te dusze, które mają objawienia i widzenia, trzeba bardzo się modlić, bo mają wiele doświadczeń, wątpliwości i niepewności, tak, że mogą się załamać”.
Niepewność i brak pomocy
Kiedyś Siostra Faustyna zmęczona niepewnościami zwróciła się do Jezusa: „Jezu, czy Ty jesteś Bóg mój, czy widmo jakie? Bo mówią mi przełożeni, że bywają złudzenia i widma różne. Jeżeli jesteś Pan mój, to proszę, pobłogosław mi. – Wtem uczynił Jezus duży znak krzyża nade mną, a ja się przeżegnałam. Kiedy przeprosiłam Jezusa za to pytanie, Jezus mi odpowiedział, że tym pytaniem nie sprawiłam mu żadnej przykrości. I powiedział mi Pan, że bardzo Mu się podoba ufność moja” (54) – zapisała w Dzienniczku.
Jednak mijały miesiące, a Siostra Faustyna nie mogła spełnić żadnego z poleceń Jezusa. Siostrze Damianie Ziółek, z którą w Płocku się zaprzyjaźniła, powiedziała kiedyś, że „jedna z sióstr” widziała „ślicznego Pana Jezusa (…) cały w promieniach jaśniejący”, chciała „odmalować Pana Jezusa, ale nie umiała”. Choć Damiana widziała zachwyt, z jakim to mówiła, nie domyślała się, że chodzi o nią. Faustyna prosiła o pomoc inne siostry, nie wtajemniczając ich w sprawę. Siostra Bożenna Pniewska: „Nie umiejąc malować twarzy, a nie wiedząc, że jej chodziło o obraz nowego typu, zaproponowałam, że mając dużo ładnych obrazków, dam je jej do wyboru. Podziękowała mi za tę propozycję, lecz jej nie przyjęła”.
***
Reakcja przełożonej
Jesienią 1931 roku przełożona płockiego domu matka Róża Kłobukowska poinformowała matkę generalną Michaelę Moraczewską, że w przekonaniu siostry Faustyny Jezus polecił jej namalować obraz. Matka Michaela Moraczewska: „(…) mimo woli, przy całej wielkiej życzliwości, musiałam Siostrze Faustynie przyczynić cierpienia. (…) Dopóki jej bogate przeżycia wewnętrzne i mistyczne zamykały się w obrębie murów zakonnych, były tajemnicą między Bogiem, jej duszą i przełożonymi, [cieszyłam się], widząc w tych wszystkich łaskach wielki dar Boży dla Zgromadzenia. Inaczej jednak, gdy objawienia Siostry zaczęły dążyć do ujawnienia na zewnątrz. Bardzo się wtedy lękałam, żeby nie wprowadzić do życia Kościoła choćby najmniejszej nowostki, fałszywych nabożeństw itp., a jako główna przełożona czułam się tu za nasze Zgromadzenie odpowiedzialna”.
Przyznaje też, że obawiała się u Faustyny „podkładu wybujałej fantazji albo może jakiejś histerii, bo nie zawsze co zapowiadała, spełniało się”. Matka Moraczewska pamiętała bowiem, iż pewnego dnia Faustyna prosiła inne siostry, aby modlić się za pewną uczennicę, która była w zakładzie wychowawczym prowadzonym przez zgromadzenie. Miała ona, według słów siostry Faustyny, „doświadczyć wielkich trudności w wyznawaniu swoich grzechów, lecz uczennica nie myślała w ogóle, że będzie się spowiadać, i nic o tym nie mówiła”. Dlatego matka generalna przyznaje, że „chętnie i ze zbudowaniem” słuchała, gdy Faustyna opowiadała „głębokie i śliczne swoje myśli, nadprzyrodzone oświecenia”, do czasu gdy poprosiła „o jakieś posunięcia zewnętrzne”. Wówczas odniosła się do nich „z wielką rezerwą”. Nie wiadomo, co matka Moraczewska poradziła czynić przełożonej klasztoru w Płocku w związku ze sprawą Faustyny. Być może radziła zachować dużą ostrożność i nie ulegać jej sugestiom.
Brak zrozumienia
Gdy w listopadzie 1932 roku Faustyna przyjechała z Płocka do Warszawy i osobiście powiedziała matce generalnej o poleceniu Jezusa, ta odpowiedziała: „Dobrze, dam siostrze farby i płótno, niech siostra maluje!”. Faustyna odeszła smutna.
Nie znajdując u nikogo zrozumienia, modliła się gorąco o kierownika duchowego, który pomoże zrozumieć, co dzieje się w jej duszy i ułatwi spełnić polecenia Jezusa.
***
Pomówienia
Tymczasem w płockim klasztorze wśród sióstr zaczęła rozchodzić się fama, jakoby Faustyna widziała Jezusa. Siostry zaczęły przyglądać się jej z zaciekawieniem, bacznie obserwować. A że na zewnątrz niczym, oprócz szczególnego umiłowania modlitwy, nie wyróżniała się, większość niedowierzała tym wiadomościom. Niektóre siostry ostrzegały Faustynę, że ulega złudzeniom, mówiły, że jest fantastką, histeryczką. Były i siostry życzliwe Faustynie, wśród nich siostra Damiana Ziółek.
Nie wiadomo, czy to ona czy inna zakonnica prosiła Faustynę, by się broniła przed pomówieniami. „Szczera była ta dusza i co słyszała – powiedziała mi szczerze. Ale podobne rzeczy codziennie wysłuchiwać musiałam” (125) – pisała Faustyna. I chociaż ją to wewnętrznie męczyło, postanowiła nie tłumaczyć się, ale wszystko znosić w cichości i pokorze. „Jednych drażniło to moje milczenie, a zwłaszcza więcej ciekawych. Drugie – głębiej myślące – mówiły, że jednak Siostra Faustyna musi być bardzo blisko Boga, że ma siłę znieść tyle cierpień. I widziałam przed sobą jakby dwie grupy sędziów. Starałam się o ciszę wewnętrzną. Nie mówiłam nic, co się tyczyło mojej osoby, chociaż byłam przez niektóre siostry wprost pytana. Zamilkły usta moje. Cierpiałam, jak gołębica, nie skarżąc się. Jednak niektóre siostry miały jakoby przyjemność, aby mi w jakikolwiek sposób dokuczyć. Drażniła je moja cierpliwość, jednak Bóg dawał mi wewnętrznie tyle siły, że znosiłam to ze spokojem” (126).
„Strzeżona jak złodziej”
W Dzienniczku, pisanym przecież od 1934 roku, Faustyna raz jeszcze wraca do sytuacji w płockim klasztorze, co pokazuje, że był to dla niej trudny czas. Po okresie zainteresowania sióstr jej osobą nastąpiło chwilowe uspokojenie, po czym znów ich wścibstwo wybuchło z dużą siłą, a do tego doszły jakieś niepowodzenia zewnętrzne, których jednak Faustyna nie precyzuje. „Widzę teraz, że jestem jak złodziej strzeżona wszędzie: w kaplicy, przy obowiązku, w celi. Już teraz wiem, że oprócz obecności Bożej mam zawsze obecność ludzką; naprawdę, nieraz bardzo ta obecność ludzka mnie męczyła. Były chwile, że się zastanawiałam, czy się rozebrać do mycia czy nie. Naprawdę, biedne moje łóżko, ono także było wiele razy kontrolowane. Śmiech mnie nieraz ogarnął, jak się dowiedziałam, że nawet łóżka nie zostawią w spokoju. Sama mi jedna z sióstr powiedziała, że co dzień wieczorem patrzyła się do mnie do celi, jak się w niej zachowuję” (128).
Siostra Faustyna pomawiana o histerię, pod obstrzałem spojrzeń przełożonych, spowiedników i sióstr, chwilami niedowierzająca samej sobie nie przestawała modlić się o kierownika duchowego. Jej prośby zostały wysłuchane w 1933 roku, gdy w Wilnie poznała księdza Michała Sopoćkę, dziś błogosławionego. Rok później powstał obraz Jezusa Miłosiernego. Ale musiało minąć niemal pół wieku, aby objawienia prywatne siostry Faustyny zostały przez Kościół uznane.
fragment książki „Siostra Faustyna. Biografia Świętej” autorstwa Ewy K. Czaczkowskiej/Stacja7.pl
***
Co można wyczytać
z obrazu Jezusa Miłosiernego?
Prosta siostra Faustyna “od garnków”, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. O co w nim chodzi? O fenomenie Bożego Miłosierdzia opowiada s. Gaudia Skass ZMBM.
„Uratowani” to ludzie, którzy w pewnym momencie swojego życia spotkali Chrystusa i poszli za Nim. „Uratowani” to też Ci, którzy w konfesjonale zostawiają cały swój ból Jezusowi. Jesteśmy wszyscy uratowani przez Miłość, bo za wszystkich nas umarł Chrystus. Wydarzenie Jego męki i śmierci najwięcej mówi o tym, jak bardzo nas kocha. Nie nas ogólnie, ale nas szczególnie – Ciebie i mnie.
Ktoś oddał za Ciebie życie
Nie każdy jest tego świadomy. To wielka szkoda. To straszne, jak wielu ludzi nie wie, że są uratowani. Przypomina mi się historia ze Stanów Zjednoczonych. Wyobraźcie sobie typowy amerykański dom – duży, zadbany, elegancki. W dużym salonie na parterze w szklanej gablocie wisiał mundur strażacki. Brudny, podarty mundur – widać, że po akcji. Kiedyś zaproszeni przez właścicieli goście zapytali, o co chodzi z tym mundurem, bo to dość nietypowe. Właściciel opowiedział im, że kiedy był mały w jego domu rodzinnym wybuchł pożar. Mundur ten należał do strażaka, który uratował go z płomieni, ale sam nie przeżył. „Od tej pory trzymam ten mundur u siebie w domu, żeby codziennie pamiętać, że ktoś oddał za mnie życie” – powiedział właściciel.
fot. Faustyna.pl
***
„Wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”
W pewnym sensie s. Faustyna miała łatwiej, bo mówiła „wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”. Można by jej pozazdrościć. A nam na pewno o Bożym Miłosierdziu mówi ten obraz, obraz Jezusa Miłosiernego. Patrząc na niego możemy mówić „mam wizję, mam objawienie”, bo uczestniczymy w tym samym wydarzeniu, które opisała Faustyna. Ona była zachwycona i przerażona zarazem, bo z jednej strony to wielka radość, że Bóg jest tak blisko, a jednocześnie drżenie – bo to przecież Bóg. Jezus powiedział po prostu „Wymaluj obraz. Chcę by był czczony na całym świecie. Będę dawał wiele łask przez ten obraz.”
Jezus Miłosierny na tym obrazie jest odpowiedzią na kryzys bliskich relacji, których ciągle nam brakuje. On przychodzi zwyczajnie, by z Tobą być, by Ciebie słuchać. Ręce Jezusa mają ślady po gwoździach. Bóg, który do nas przychodzi to poraniony Bóg i może dlatego tak łatwo nam z Nim być – bo też jesteśmy poranieni. Jego dłonie są też odpowiedzią na nasze niskie poczucie własnej wartości, bo krwawa rana to wyryte na nich moje i Twoje imię. Już przez Izajasza Bóg mówił nam „jesteś dla mnie bezcenny, wykupiłem Cię”.
fot. Faustyna.pl
***
Prosta siostra Faustyna od garnków, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. A wszystko zaczęło się w Płocku, w Polsce. Naprawdę dzieją się cuda, ludzie zbliżają się do Boga. Ten obraz jest niejako oknem na spotkanie z Bogiem. Jezus z tego obrazu mówi dziś „Spójrz na moje stopy. Nieustannie idę do Ciebie, nieustannie Cię szukam, ścigam Cię gdy się zagubisz”.
fot. Faustyna.pl
***
Krew i woda – eucharystia i spowiedź, życie i oczyszczenie
Jezus chce wyprostować wszystkie zawikłane ścieżki i chce dać Ci pełnię życia, abyś poczuł jego smak. Dlatego czeka na Ciebie w sakramentach. Jezus powiedział Faustynie – „moją chwałą jest grzesznik”. Bóg nie męczy się przebaczaniem, mówił o tym papież Franciszek. On jest gotów cały czas nam przebaczać. Miłosierdzie Boże to odpowiedź na naszą nieumiejętność przebaczania sobie samym i innym, których często tak łatwo osądzamy.
„Jezu, ufam Tobie”
Ufa się tylko komuś, o kim wiesz, że Cię akceptuje takiego, jakim jesteś; kto Cię nie odrzuci, nawet gdybyś powiedział o najgorszych świństwach swojego życia. Bóg Cię nie odrzuci, będzie wzruszony, że mu zaufałeś. Takiego Boga poznała s. Faustyna – zaufała Mu na całego. Wiedziała, że Bóg jest samą Miłością i nie ma innej opcji, jak tylko zaufać Mu bezgranicznie.
s. Gaudia Skass ZMBM – malarka i dziennikarka, przez wiele lat pracowała w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Współorganizowała duchowe przygotowania do Światowych Dni Młodzieży.
Stacja7.pl
***
fot. Józef Wolny/Gość NIedzielny
***
Wśród pamiątek po bł. ks. Michale Sopoćce można znaleźć mocno zniszczoną z powodu częstego używania ulotkę z tekstem Nowenny do Miłosierdzia Bożego.
***
Koronka do Miłosierdzia Bożego.
Modlitwa o wielkiej mocy
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).
Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.
W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.
12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.
Stacja7.pl
KORONKA DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO
odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek
Na początku
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.
Na dużych paciorkach (1 raz) Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.
Na małych paciorkach (10 razy) Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Na zakończenie (3 razy) Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.
***
Ikona Bożego Miłosierdzia będzie pielgrzymować po świecie
fot. Marcin Jarzembowski / Biuro Prasowe Diecezji Bydgoskiej
***
W Niedzielę Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się ogólnoświatowa peregrynacja ikony Bożego Miłosierdzia. Została ona pobłogosławiona przez papieża Franciszka w czasie listopadowej audiencji dla wolontariuszy i podopiecznych Małego Domu Miłosierdzia z Geli.
Zalecenie Ojca Świętego jest jasne: zanieść przygotowaną specjalnie na tę okazję ikonę Jezusa Miłosiernego do kościołów, na place i do domów na całym świecie aż do 2033 roku, kiedy obchodzone będzie dwa tysiące lat Odkupienia, przechodząc przez zwykły Jubileusz 2025 roku. Wraz z ikoną peregrynować będą po świecie relikwie czworga świętych – Jana Pawła II, Faustyny Kowalskiej, Teresy od Dzieciątka Jezus, Matki Teresy z Kalkuty oraz bł. Carlo Acutisa.
W 2013 roku papież Franciszek poprosił ks. Pasqualino di Dio o założenie Małego Domu Miłosierdzia. Dzięki pracy wolontariuszy rozpoczęły się różne działania solidarnościowe. Dom pomaga w różnych trudnościach udzielając potrzebującym pomocy psychologicznej, żywnościowej. Prowadzi też jadłodajne, akademik i poradnię medyczną. W liście do założyciela, Ojciec Święty nazwał ten ośrodek „latarnią światła i nadziei w ciemności cierpienia i rezygnacji”. A podczas prywatnej audiencji dla 300 pielgrzymów z Geli stwierdził: „Daliście się sprowokować potrzebami braci i sióstr, których Bóg postawił na waszej drodze, zwłaszcza tych ostatnich, najbardziej potrzebujących”. Dodał, że w obecnym czasie niepewności, wojen, mocno wybrzmiewają słowa Jezusa Miłosiernego, powierzone polskiej mistyczce: „Ludzkość nie znajdzie pokoju, dopóki nie zwróci się z ufnością do Bożego Miłosierdzia”.
Vatican News PL/Watykan Ⓒ Ⓟ
***
5 kwietnia
NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO
UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA– godzina 14.00
Trzeci dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl
***
Leon XIV: „Chrystus zmartwychwstał, a wraz z Nim i my zmartwychwstajemy do nowego życia!”
“Nieśmy naszym życiem radość zmartwychwstania, aby wszędzie tam, gdzie wciąż unosi się widmo śmierci, mogło zajaśnieć światło życia” – apelował Leon XIV podczas Mszy św. w Niedzielę Wielkanocną.
fot. Vatican news/youtube.com (print screen)
***
W krótkiej homilii papież Leon XIV wskazał, że to wielkanocne orędzie „otwiera nas na nadzieję, która nie gaśnie, na światło, które nie zachodzi, na tę pełnię radości, której nic nie może przekreślić”, gdyż „śmierć została pokonana na zawsze, śmierć nie ma już nad nami władzy”.
Leon XIV: „moc śmierci nie jest ostatecznym przeznaczeniem”
Zauważył, że nie zawsze łatwo jest nam przyjąć to przesłanie, „ponieważ moc śmierci zagraża nam zawsze, wewnątrz, jak i na zewnątrz nas”. Wewnątrz nas – gdy balast naszych grzechów nie pozwala nam wznieść się w górę; gdy rozczarowania lub samotność, których doświadczamy, gaszą nasze nadzieje; gdy troski lub urazy tłumią radość życia; gdy doświadczamy smutku lub znużenia, gdy czujemy się zdradzeni lub odrzuceni, gdy musimy zmierzyć się z naszą słabością, z cierpieniem, z trudem – wydaje nam się wtedy, że znaleźliśmy się w tunelu, z którego nie widzimy wyjścia – stwierdził Leon XIV.
Zaznaczył, że śmierć zawsze czyha również poza nami. Widzimy jej obecność w niesprawiedliwościach, w partykularnych egoizmach, w ucisku ubogich, w niedostatecznej trosce o najsłabszych. Widzimy ją w przemocy, w ranach świata, w krzyku cierpienia, który wznosi się zewsząd z powodu nadużyć, które miażdżą najsłabszych, z powodu bałwochwalstwa zysku, które pustoszy zasoby ziemi, z powodu przemocy wojny, która zabija i niszczy – wyliczał papież.
Tymczasem Wielkanoc zachęca nas, abyśmy „odkryli, że grób Jezusa jest pusty, a zatem w każdej śmierci, której doświadczamy, jest też miejsce dla nowego życia, które się rodzi”. Pan żyje i pozostaje z nami. Poprzez przebłyski zmartwychwstania przenikające ciemności, powierza On nasze serce nadziei, która nas podtrzymuje: moc śmierci nie jest ostatecznym przeznaczeniem naszego życia. Jesteśmy raz na zawsze ukierunkowani ku pełni, ponieważ w Chrystusie zmartwychwstałym także my zmartwychwstaliśmy – zapewnił Ojciec Święty.
„Biegnijmy jak Maria Magdalena”
Zacytował swego poprzednika, Papieża Franciszka, który w swojej pierwszej adhortacji apostolskiej„Evangelii gaudium”stwierdził, że zmartwychwstanie Chrystusa „nie należy do przeszłości; zawiera żywotną siłę, która przeniknęła świat. Tam, gdzie wszystko wydaje się martwe, ze wszystkich stron pojawiają się ponownie kiełki zmartwychwstania. Jest to siła nie mająca sobie równych. To prawda, iż wiele razy wydaje się, że Bóg nie istnieje: widzimy niesprawiedliwość, złość, obojętność i okrucieństwo, które nie ustępują. Jednak jest tak samo pewne, że pośród ciemności zaczyna zawsze wyrastać coś nowego, co wcześniej czy później przynosi owoc”.
Papież podkreślił, że „w Chrystusie Zmartwychwstałym nowe stworzenie jest możliwe każdego dnia”, gdyż „rodzi się dla ludzkości nowe życie, silniejsze od śmierci”.Pascha jest nowym stworzeniem dokonanym przez Pana Zmartwychwstałego, jest nowym początkiem, jest życiem, które dzięki zwycięstwu Boga nad dawnym Przeciwnikiem zostało wreszcie uczynione wiecznym – stwierdził Leon XIV.
Zachęcił do tego, byśmy tę pieśń nadziei nieśli drogami świata. Biegnijmy więc jak Maria Magdalena, głośmy ją wszystkim, nieśmy naszym życiem radość zmartwychwstania, aby wszędzie tam, gdzie wciąż unosi się widmo śmierci, mogło zajaśnieć światło życia – zaapelował papież.
Watykan/KAI, pa/Stacja7
***
Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,
nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.
Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?
Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.
Każdy z nas też jest na tej drodze
i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:
twarde, zimne i nieubłagane.
Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,
żeby głaz już piersi nie przytłaczał,
żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,
żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,
żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi
zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.
ks. Marian
***
6 kwietnia
PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY
MSZA ŚWIĘTA– godzina 14.00
Czwarty dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska
***
Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego Miłosierdzia.
Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…
Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.
Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.
Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.
Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.
Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, aby jak najszybciej opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.
Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.
Z wielką żarliwością prośmy Zmartwychwstałego Pana, aby i w naszym sercu dokonał wielkiej przemiany.
Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do naszego serca wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.
I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..
ks. Marian
Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr
***
ZMARTWYCHWSTAŁY PAN
Aula Pawła VI (fot. ks. Waldemar Turek, Vatican News)
***
Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.
Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?
Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.
Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.
Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.
Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.
Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.
ks. Marian
***
Trwa Oktawa Wielkanocna
do wigilii Niedzieli Bożego Miłosierdzia 11 kwietnia
***
„Regina Coeli” zamiast modlitwy „Anioł Pański”.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA/ cathopic.com
***
W okresie wielkanocnym –trwającym w Kościele katolickim do Zesłania Ducha Świętego południową modlitwę “Anioł Pański” zastępuje hymn Regina Coeli. To jedna z czterech wielkich antyfon maryjnych. Jej tekst znaleziono w pochodzącym z 1171 r. antyfonarzu z bazyliki św. Piotra.
Kto jest jej autorem „Regina caeli”?
Przyjmuje się, że hymn ten powstał między Xi a XII wiekiem, choć dokładna data ani autor nie są znane. Dość często autorstwo dzieła przypisuje się papieżowi Grzegorzowi V (996-99). Nazywał się on Bruno i był Saksończykiem, synem księcia Karyntii (w dzisiejszej Austrii), spokrewnionym z cesarzem niemieckim Ottonem II. Na Tron św. Piotra wstąpił, mając 24 lata, zapoczątkowując stosunkowo krótki okres papieży niemieckich. Mimo młodego wieku i krótkiego pontyfikatu, w dziejach Kościoła zdążył zapisać się m.in. tym, że jako pierwszy biskup Rzymu ogłosił interdykt, czyli klątwę, obejmującą cały kraj, w tym wypadku Francję z powodu niemoralnego, według niego, postępku jej króla Roberta II. Pod koniec krótkiego, jak się później okazało, życia zaczął reformować Kościół w duchu zmian zapoczątkowanych w Cluny. I właśnie temu papieżowi niektórzy przypisują ułożenie antyfony „Regina Caeli”.
Anielski śpiew
Bardzo piękna, barwna legenda widzi jej autora w innym papieżu o tym samym imieniu, ale wcześniejszym o 4 stulecia – św. Grzegorzu I Wielkim (590-604). Według tej wersji, w r. 596, w okresie wielkanocnym Rzym nawiedziła zaraza. Aby ją powstrzymać, Papież zarządził procesję pokutno-błagalną. O świcie oznaczonego dnia przybył on wraz ze swym duchowieństwem do rzymskiego kościoła Ara Caeli, skąd wyruszono do bazyliki św. Piotra. Papież niósł ikonę Matki Bożej, której autorstwo przypisywano powszechnie św. Łukaszowi Ewangeliście. Gdy mijano Zamek Hadriana, usłyszano głos z wysokości, opiewający Maryję Królową Nieba. Ojciec Święty, zaskoczony niezwykłym zjawiskiem i ujęty anielskim śpiewem, odpowiedział głośno: „Ora pro nobis Deum, alleluia” (Módl się za nami do Boga, alleluja). W tejże chwili ukazał się świetlisty anioł, trzymający w ręku miecz zarazy, który natychmiast schował do pochwy i od tego czasu epidemia ustała.
Na pamiątkę tamtego cudownego wydarzenia nazwę Zamku zmieniono na Zamek Świętego Anioła a słowa anielskiego hymnu umieszczono na dachu kościoła Ara Caeli. Znacznie później (prawdopodobnie w wieku XII) do wezwania tego dopisano następne i tak powstała dzisiejsza antyfona.
Wielkimi jej propagatorami, jak zresztą wielu innych modlitw maryjnych, byli franciszkanie, którzy najpierw odmawiali ją jako dodatek do hymnu Magnificat, wykonywany w w czasie Nieszporów w oktawie wielkanocnej, a w drugiej połowie XIII w. włączyli ją do modlitwy brewiarzowej swego zakonu. Na polecenie Mikołaja III (1277-80) trafiła ona do modlitw kapłańskich w całym Rzymie. Benedykt XIV (1740-58) dekretem z 20 kwietnia 1742 zalecił odmawianie tego hymnu w okresie wielkanocnym, począwszy od Wielkiej Soboty aż do soboty przed Zesłaniem Ducha Świętego.
Oto oryginalny tekst tej modlitwy i tłumaczenie:
Regina Caeli, laetare, alleluia
(Królowo nieba, wesel się, alleluja) Quia quem meruisti portare, alleluia,
(Bo Ten, któregoś nosiła, alleluja) Resurrexit, sicut dixit, alleluia,
(Zmartwychwstał jak powiedział, alleluja) Ora pro nobis Deum, alleluia.
(Módl się za nami do Boga, alleluja.)
Gaude et laetare Virgo Maria, alleluia
(Raduj się i wesel, Panno Mario, alleluja)
Quia surrexit Dominus vere, alleluia
(Bo zmartwychwstał Pan prawdziwie, alleluja).
Oremus. Deus, qui per resurrectionem Filii Tui Domini nostri Iesu Christi mundum laetificare dignatus es: praesta, quaesumus, ut, per eius Genitricem Virginem Mariam, perpetuae capiamus gaudia vitae. Per Christum Dominum nostrum. Wierni: Amen.
Módlmy się. Boże, któryś przez zmartwychwstanie Syna swojego, Pana naszego Jezusa Chrystusa świat uweselić raczył, daj nam, prosimy, abyśmy przez Jego Rodzicielkę Pannę Maryję dostąpili radości życia wiecznego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Stacja7.pl
***
TRIDUUM PASCHALNE
WIELKI CZWARTEK – 2 kwietnia Msza św. Wieczerzy Pańskiej – godz. 20.30 Tego dnia Kościół w szczególny sposób czci Najświętszy Sakrament Eucharystii i Sakrament Kapłaństwa. Podczas Adoracji Pana Jezusa w ciemnicy jest możliwość spowiedzi św.
***
WIELKI PIĄTEK – 3 kwietnia Liturgia Męki Pańskiej – godz. 20.00
Po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.
W tym dniu obowiązuje post ścisły co do jakości i ilości.
Pierwszy dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
***
WIELKA SOBOTA – 4 kwietnia Liturgia Paschalna – godz. 22.30
Wielkanocny zwyczaj święcenia pokarmów – godz. 12.00 i 15.00
W tym czasie jest możliwość spowiedzi św.
Drugi dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
***
Odpusty Wielkiego Postu, Triduum Paschalnego i Wielkiej Nocy
* modlitwa w intencjach papieskich (Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… lub inna dowolna wybrana przez wiernego)
* wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego
DROGA KRZYŻOWA
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie odprawi nabożeństwo Drogi Krzyżowej albo zjednoczy się pobożnie z nabożeństwem Drogi Krzyżowej sprawowanym przez Ojca Świętego i bezpośrednio przekazywanym za pomocą radia, telewizji lub Internetu. Co do uzyskania tego odpustu określa się następujące warunki:
* Nabożeństwo należy odprawić przed stacjami Drogi Krzyżowej prawnie erygowanymi zgodnie z przepisami liturgicznymi Kościoła. Do erygowania zaś Drogi krzyżowej wymaga się 14 krzyży, przy których zwykle zamieszcza się, z pożytkiem duchowym dla wiernych, tyleż wizerunków przedstawiających stacje jerozolimskie.
* Według powszechnego zwyczaju, Droga krzyżowa składa się z 14 pobożnych czytań, do których dodaje się wezwania modlitewne. Jednak dla odprawienia Drogi krzyżowej wymaga się tylko pobożnego rozważania Męki i śmierci Pana Jezusa. Nie jest konieczne rozważanie poszczególnych tajemnic każdej stacji.
* Wymaga się przechodzenia od jednej stacji do drugiej. Jeżeli jednak tę pobożną praktykę odbywa się publicznie i wszyscy nie mogą się przemieszczać od stacji do stacji bez niedogodności, wystarczy, gdy do poszczególnych stacji przechodzi prowadzący, a inni uczestnicy pozostają na swoich miejscach.
* Wierni, którzy mają prawnie uzasadnioną przeszkodę w odprawianiu Drogi Krzyżowej mogą uzyskać odpust zupełny, jeśli przynajmniej przez kwadrans będą pobożnie czytać i rozważać mękę i śmierć Pana naszego, Jezusa Chrystusa.
* Inne praktyki, polegające na rozważaniu męki i śmierci Pana Jezusa w 14 stacjach, zatwierdzone przez kompetentną władzę kościelną, mogą być przyrównane do Drogi krzyżowej, także co do zyskania odpustów.
GORZKIE ŻALE
Za udział w tym nabożeństwie można uzyskać odpust zupełny raz w tygodniu (zazwyczaj Gorzkie żale są śpiewane we wszystkie niedziele Wielkiego Postu).
REKOLEKCJE
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przynajmniej przez pełne trzy dni będzie uczestniczyć w rekolekcjach.
WIELKI CZWARTEK
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który adoruje Najświętszy Sakrament w Wielki Czwartek podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu po Mszy Wieczerzy Pańskiej, połączonej z pobożnym odmówieniem hymnu: Przed tak wielkim Sakramentem wraz z modlitwą (hymn ten jest zawsze odmawiany lub śpiewany wspólnie przez wiernych w kościołach parafialnych, uczestniczących w liturgii Wielkiego Czwartku, a modlitwę odmawia kapłan).
KAŻDY PIĄTEK WIELKIEGO POSTU I WIELKI PIĄTEK
* Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przyjmie Komunię Świętą w jakikolwiek piątek Wielkiego Postu, także w Wielki Piątek, połączoną z odmówieniem przed wizerunkiem Pana Jezusa Ukrzyżowanego modlitwy: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu.
* Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie będzie uczestniczyć w adoracji Krzyża w czasie uroczystej celebracji Pamiątki Męki i Śmierci Pana w Wielki Piątek.
WIELKA SOBOTA
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który w czasie liturgii Wigilii Paschalnej, czyli w Wielką Sobotę wieczorem, odnowi przyrzeczenia chrzcielne.
WIELKANOC
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie przyjmuje błogosławieństwo udzielone przez papieża Urbi et orbi (Miastu i światu); również wtedy, gdy ze słusznej przyczyny nie uczestniczył fizycznie w liturgicznych obrzędach tylko pobożnie śledził same obrzędy w bezpośredniej transmisji przez media.
El Greco (1541-1614)ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia
***
„Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.
Panie Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…
Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.
Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.
Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.
Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie.
Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.
Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.
Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.
+++
W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:
“W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.
***
“Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.
***
“Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”.
***
“Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”.
***
“Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”.
+++
Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek
fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com
***
Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.
Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.
Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek
Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.
O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.
O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.
O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu. Amen.
+++
Jak można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek?
Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.
Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym z warunków uzyskania odpustu zupełnego.
Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?
Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba.
Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek
Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.
Deon.pl
***
fot. stacja7.pl/AI
***
Detale Triduum. Ciemnica
Polskie słowo „ciemnica” mówi więcej niż liturgiczne „miejsce przechowania”, bo prowadzi od adoracji Najświętszego Sakramentu do nocy pojmania i miejsca, gdzie Jezus był więziony czekając na proces i wyrok.
Samo słowo brzmi surowo. Ciemnica. W kościołach przygotowuje się ją co roku, w Wielki Czwartek, ale na krótko: na jedną noc, w praktyce często na jeden wieczór. Czasem bywa bardzo prosta, niemal ascetyczna. Czasem rozbudowana, pełna symboli, kamienia, krat i cienia. Niekiedy przypomina więzienie, niekiedy Ogrójec, a czasem po prostu wydzielone, przyciemnione miejsce modlitwy.
Puste Tabernakulum, Najświętszy Sakrament w ciemnicy
Ciemnica to jedno z tych polskich słów, które brzmią mocniej niż oficjalne liturgiczne objaśnienia. Mszał rzymski mówi o „miejscu przechowania” Najświętszego Sakramentu po Mszy Wieczerzy Pańskiej. Po uroczystej Eucharystii, po wspomnieniu ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa, po geście umycia nóg, po Komunii, liturgia nagle zmienia ton. Ołtarz zostaje obnażony. Tabernakulum pozostaje puste. Najświętszy Sakrament w rytm kołatek zostaje przeniesiony do innego miejsca, do miejsca przechowania.
Sens ciemnicy
Podczas tej procesji śpiewa się wyjątkowy hymn „Sław, języku, tajemnicę”, którego słowa ułożył św. Tomasz z Akwinu. Drugi raz zabrzmi on dopiero w uroczystość Bożego Ciała. To miejsce jest więc najpierw miejscem adoracji i przechowania Eucharystii.
Ale w Polsce wielowiekowe przeżywanie liturgii dopowiedziało coś więcej. W tym przeniesieniu dostrzeżono nie tylko szacunek wobec Najświętszego Sakramentu, lecz także doświadczenie Jezusa z Wielkiego Czwartku, po Ostatniej Wieczerzy: Jezusa wydanego, pojmanego, osamotnionego. Miejsce przechowania stało się zarazem miejscem uwięzienia, miejscem nocnego czuwania przy Jezusie oczekującym na poranny proces. Tak narodził się sens ciemnicy.
Ciemnica należy do tej jednej nocy, kiedy Chrystus, wydany, pojmany i opuszczony, będzie już w rękach ludzi. Ma w sobie coś z rzeczywistego dramatu tamtego czwartku: wspólna uczta z Chrystusem wkrótce przerodzi się w rozproszenie po uderzeniu w Mistrza. Jeszcze przed chwilą wszystko skupiało się przy ołtarzu. Teraz uwaga przesuwa się gdzie indziej, jakby liturgia kazała wiernym nie pozostawać w bezruchu, ale wstać i pójść za Jezusem, nie uciec, ale być, zachować się inaczej niż uczniowie.
Msza bez zakończenia
Dlatego po Mszy Wieczerzy Pańskiej nie ma zwykłego zakończenia. Jest procesja. Jest przeniesienie. Jest czuwanie. Kościół jakby mówił: to jeszcze nie koniec, idziemy za Nim w noc. Wielki Czwartek to nie tylko Ostatnia Wieczerza.
Słowo ciemnica dobrze niesie w sobie ten ruch i ten dramat. Jest w nim mrok, ale nie tylko fizyczny. Chodzi także o ciemność nocy, w której zaczyna chwiać się wszystko: wierność uczniów, ich odwaga, ich zrozumienie. W ciemnicy Kościół modli się już nie wobec triumfu, lecz wobec bezbronności Chrystusa. To adoracja Boga, który nie objawia teraz swojej mocy, ale pozwala się wydać w ręce ludzi.
To adoracja Jezusa, który wszedł już w ten mrok. Jeśli kiedykolwiek w życiu dotknie mnie podobna ciemność, będę wiedział, że On był tam przede mną. Nie będę sam.
Stacja7.pl
***
Świadek i Pasterz. Jan Paweł II o tajemnicy kapłaństwa na Jasnej Górze
Dziś przypada 21. rocznica śmierci św. Jana Pawła II. Papież Polak w każdy Wielki Czwartek, który jest dniem ustanowienia kapłaństwa i Eucharystii kierował listy do kapłanów. Przypominał w nich o tożsamości kapłańskiej, istocie powołania i o potrzebie zakorzenienia w modlitwie. Przez cały swój pontyfikat wspierał kapłanów modlitwą, słowem i obecnością. Wielu z nich teraz szerzy jego nauczanie, jest także ojcem wielu powołań.
Wołanie św. Jana Pawła II o Ducha Świętego na pl. Zwycięstwa stało się początkiem odnowy oblicza Polski
fot. Adam Bujak/Archiwum Biały Kruk
***
Św. Jan Paweł II napisał w sumie dwadzieścia sześć listów do kapłanów. Na początku swojego pontyfikatu, w 1979 roku, zapewnił w nim duchownych o modlitwie: „Nie przestaję prosić Boga, aby napełnił Was, Kapłanów Jezusa Chrystusa, wszelkim swoim błogosławieństwem i łaską. Na znak czego z serca Wam błogosławię”. Ojciec Święty prosił także, aby wraz z całym Kościołem nie ustawali w modlitwie za niego.
26 listów do Kapłanów
– To była jego osobista inicjatywa i wcześniej niespotykana, że przez cały pontyfikat kierował przesłanie i osobiste przemyślenia do kapłanów – mówi o. Marcin Minczyński. Opiekun Sodalicji Mariańskiej zwrócił uwagę, że Ojciec Święty pisał o duchowości, tożsamości kapłańskiej, ale także o największej istocie powołania, czyli istnieniu Eucharystycznym w Szkole Maryi, ponieważ sam w wyjątkowy sposób przeżywał swoje kapłaństwo pragnął dzielić się tym darem z kapłanami.
– Patrzył na różne aspekty istnienia kapłaństwa: istnienie zbawione dla zbawionych, istnienie wdzięczne, to ukierunkowane na Chrystusa i to, którego wzorem jest Matka Boża. Bardzo często Maryja pojawiała się w papieskich listach. Święty nawiązywał w nich także do sytuacji w jakiej znajdował się Kościół i Ojczyzna – wyjaśniał o. Minczyński. Jak wskazywał paulin, pośród listów, które skierował do kapłanów św. Jan Paweł II były także te poświęcone Soborowi Konstantynopolitańskimu, Soborowi Efeskiemu, a także Wielkiemu Jubileuszowi Wieczernika. Zauważał, że były także listy o kulcie Bożego Miłosierdzia, sakramencie pokuty czy związane z duszpasterstwem i współpracą z młodzieżą.
– Wyjątkowa była jego postawa całkowitego poświęcenia się posłudze najpierw kapłańskiej, później biskupiej, która przekładała się na służbę ludziom i całe jego życiowe zaangażowanie – mówił. Dodał, że św. Jan Paweł II także należał do Sodalicji Mariańskiej w czasach gimnazjum, gdzie był jej prezesem, a później w czasach akademickich pielgrzymował ze wspólnotą na Jasną Górę. O. Marcin Minczyński przypomniał, że św. Jan Paweł II podkreślał, że właśnie swoją maryjność zawdzięcza Sodalicji Mariańskiej.
Namaszczony przez papieża Polaka
O. Sebastian Matecki jako jedyny paulin został wyświęcony przez papieża Polaka w czasie Kongresu Eucharystycznego, w Lublinie w 1987 roku. Jak wspomina było to wydarzenie bezprecedensowe, ponieważ po raz pierwszy na polskiej ziemi, Ojciec Święty udzielił sakramentu prezbiteratu. Paulin podkreślił, że dzień swoich święceń ciągle „nosi w sercu”. – Gest nałożenia rąk przez papieża, znak pokoju, później krótka wymiana spojrzeń i słów, pozdrowienie po Mszy Świętej, ale najważniejsze jest to, co w nas pozostawił, czyli Jezusowe kapłaństwo i za to bardzo mu dziękuję – mówił.
O. Matecki przypomniał, że papież Polak podczas homilii w Lublinie podkreślał, że to rodziny są wychowawcami. To są pierwsze seminaria, które kształtują powołanie kapłańskie.
– Ojciec Święty zwracał uwagę na postawę jedności z Bogiem i to żebyśmy byli autentyczni w naszym kapłaństwie, a jest to możliwe, jeżeli będziemy dbali o naszą głęboką relację z Chrystusem. A z tego wypłynie i służba Bogu i drugiemu człowiekowi – opowiadał mnich.
O. Sebastian Matecki zwrócił uwagę, że św. Jan Paweł II całym swoim życiem pokazywał jaki powinien być kapłan, czyli jak wyjaśniał taki, który naśladuje Chrystusa. – Pokazywał Chrystusa, a przez to kapłaństwo jako służbę Bogu i drugiemu człowiekowi. Cały jego pontyfikat to była szczególna troska o formację kapłańską, powołanie i tożsamość. On nie mówił do nas kim powinniśmy być tylko kim jesteśmy jako kapłani – podkreślił.
Paulin dodał, że zadaniem kapłana jest kochać Boga, Jemu służyć i tą miłość nieść bliźnim.
– Św. Jan Paweł II do końca był dla nas wszystkich wspaniałym, niedoścignionym wzorem kapłana. Patrząc na jego życie widzimy oddanie Bogu, człowiekowi, pochylanie się na ludzką biedą, dawanie siebie w modlitwie, o której tak często przypominał, a przede wszystkim umiłowanie Eucharystii do czego jesteśmy powołani – zwracał uwagę.
O. Sebastian Matecki zauważył, że odejście do wieczności św. Jana Pawła II to były dni do końca naznaczone jego wielkim cierpieniem, zmaganiem, a jednocześnie naznaczone były wielką mobilizacją ludzi. – „Cały świat, oczy i serca były zwrócone ku św. Janowi Pawłowi II”. – Jasna Góra w czasie jego pogrzebu wypełniona była pielgrzymami i gorliwą modlitwą. Wyjątkowym momentem był Apel Jasnogórski, który tak bardzo ukochał papież, po którym odszedł do Domu Ojca – przypomniał paulin.
O. Matecki dodał, że szczególnie dziś w Wielki Czwartek jest wdzięczny św. Janowi Pawłowi II, że pokazywał prawdziwe oblicze kapłaństwa oparte na służbie i bezgranicznym oddaniu Bogu.
Jasnogórski testament
Św. Jan Paweł II pielgrzymował na Jasną Górę sześciokrotnie. O. Grzegorz Prus, jasnogórski historyk zwrócił uwagę, że papież Polak podczas pielgrzymek na Jasną Górę pozostawił paulinom ważne zadanie, że „Jasna Góra ma być konfesjonałem i ołtarzem polskiego narodu”. Jak przypomniał, św. Jan Paweł II mówił też o jedności i wielkim charyzmacie, który zakon otrzymał, czyli charyzmacie jasnogórskim. – Mówił, że mamy napełniać się miłością, jednością i nią dzielić się z innymi – zauważył. Paulin dodał, że to jest właśnie zadanie dla paulinów, aby nauczaniem papieża żyć na co dzień i przekazywać go młodym kapłanom, którzy nie mieli możliwości go poznać.
Zaznaczył, że inspiruje go „duch modlitwy” jaki charakteryzował Ojca Świętego, a także jego zaangażowanie duszpasterskie.
Biskupi uczniami papieża Polaka
Nauczanie papieża Polaka, jego myśli, które przekazywał w listach są inspiracją również dla biskupów. Oni są także tymi, którzy szerzą jego nauczanie. Bp Antoni Długosz konsekrowany był przez św. Jana Pawła II. Zwrócił uwagę, że podczas rekolekcji i pielgrzymek przypomina nauczanie świętego. – Przypominam o chrystocentryzmie, antropocentryzmie, o Bogu jako Ojcu pełnym miłosierdzia, o Matce Bożej jako naszej Matce i o tajemnicy cierpienia, które papież ukazywał w różny sposób. On zachęcał, abyśmy doświadczając cierpienia nigdy od Jezusa nie odeszli – mówił. Zwrócił uwagę, że w listach kapłańskich św. Jan Paweł II podkreślał, że to Chrystus jest przewodnikiem kapłanów i to z Nim należy kroczyć przez życie.
– Św. Jan Paweł II mówiąc o tym, dlaczego kapłani są potrzebni odpowiadał: ponieważ Chrystus jest potrzebny. On przekazywał Ewangelię i to w odbiorze własnego serca, ale i w odpowiedzialności za prawdę wobec ludzi, którzy słuchają i do których przybywał, poprzez swoje pielgrzymki apostolskie i poprzez dokumenty – mówił abp Wacław Depo. Metropolita częstochowski zauważył, że jego hasło biskupie zostało zaczerpnięte z encykliki papieża Polaka „Redemptor hominis”- ”Ku Chrystusowi Odkupicielowi człowieka” i jak zapewniał metropolita ta droga jest najpewniejsza.
Abp Depo zwrócił uwagę, że kapłaństwo jest dodatkowym człowieczeństwem dla Chrystusa. – I dlatego kapłan powinien ciałem, duszą, sercem, umysłem, zaangażować się po stronie tej prawdy, której służy. A prawdą jest Chrystus – wyjaśniał metropolita.
Papież Polak zmarł 2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21.37. Już w dniu jego pogrzebu tłum wiernych skandował: „Santo Subito” – „Święty Natychmiast”. To życzenie zaczęło się spełniać już po miesiącu, gdy rozpoczął się jego proces kanonizacyjny. Choć pielgrzymi z całego świata nie mieli wątpliwości, co do jego świętości.
Chociaż dzisiaj upływa 21 lat od śmierci św. Jana Pawła II to na Jasną Górę wciąż pielgrzymują pokolenia Polaków, które jego wzorem zawierzają Matce Bożej swoje życie i za papieżem mówią – „Totus Tuus”. Ojciec Święty jest ważny nie tylko dla kapłanów, osób starszych, ale także dla młodzieży, która jest mu wdzięczna za to, że „zawsze w nich wierzył”.
Tygodnik Niedziela
***
Kapłaństwo nie jest rolą do odegrania –
orędzie prefekta Dykasterii ds. Duchowieństwa na Wielki Czwartek
„Kapłaństwo nie jest rolą do odegrania, lecz darem, którego należy strzec z wdzięcznym sercem i pełnym zachwytem” – pisze w orędziu skierowanym do kapłanów, diakonów i seminarzystów z okazji Wielkiego Czwartku prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa, kard. Lazzaro You Heung-sik. Dokument wyraża wdzięczność Kościoła za wierność duchownych. Wskazuje, że przez ich posługę Chrystus wciąż przybliża się do swojego ludu, uzdrawia, przebacza i karmi.
W orędziu czytamy, że Wielki Czwartek to dzień kontemplacji Chrystusa, który „umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13,1). W dokumencie wyrażono podziękowanie za codzienną posługę kapłańską, która – jak zaznaczono – bywa „cicha i ukryta”. „Dziękujemy za wasze «tak», odnawiane każdego dnia, także pośród trudów, samotności i niezrozumienia” – czytamy w tekście.
Tożsamość kapłańska i przyjaźń z Chrystusem
Prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa, kard. Lazzaro You Heung-sik przypomina, że kapłaństwo „nie jest rolą do odegrania, lecz darem, którego należy strzec z wdzięcznym sercem i pełnym zachwytem”. Przywołano słowa papieża Leona XIV, który podczas Roku Świętego Nadziei wskazał, że „kapłan jest przyjacielem Pana, powołanym do życia z Nim w osobistej i ufnej relacji”.
Zgodnie z treścią orędzia, ta duchowa więź i przyjaźń z Chrystusem stanowi „sens celibatu i siłę służby kościelnej”, pozwalając duchownym na odnawianie pierwotnego powołania w chwilach próby – „także pośród trudów, samotności i niezrozumienia”. Autorzy, idąc za wskazówkami papieża, zachęcają kapłanów do powrotu do Wieczernika jako źródła ich tożsamości, gdzie odkrywają, że „nie są definiowani przez to, co czynią, lecz przez nieskończoną miłość, którą Chrystus ich obdarza”. W orędziu podkreślono też, że duchowny jest „człowiekiem Słowa i Eucharystii, kształtowanym każdego dnia przez to, co celebruje”.
Ofiara i służba jako fundamenty posługi
Prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa skupia się na dwóch kluczowych pojęciach: ofierze i służbie. Wyjaśnia, że ofiara w swoim najgłębszym znaczeniu „nie jest przede wszystkim wyrzeczeniem, lecz darem, ofiarowaniem własnego życia”. Służba natomiast została określona jako „konkretna forma tej miłości”, której miarą jest gest Jezusa umywającego nogi apostołom. „Żyć na sposób eucharystyczny oznacza żyć w perspektywie daru z siebie, czyniąc własne życie ofiarą dla wszystkich” – podkreśla w orędziu.
Apel o bliskość i nadzieję
W obliczu współczesnych trudności, watykańska Dykasteria ds. Duchowieństwa apeluje do duchownych o niezniechęcanie się, nawet gdy „ziemia wydaje się jałowa”. Kapłani zostali wezwani do bycia „ludźmi komunii” oraz „radosnymi świadkami Ewangelii”, cechującymi się bliskością, zdolnością słuchania i współczuciem. Dokument akcentuje także wagę jedności. „Czujcie się zjednoczeni jako prezbiterzy, w komunii z waszymi biskupami, przed którymi odnawiacie przyrzeczenia kapłańskie podczas Mszy Krzyżma” – napisano.
Osobne słowa skierowano do diakonów, których posługę uznano za „cenną i konieczną dla życia Kościoła, dziś bardziej niż kiedykolwiek”. Do seminarzystów wystosowano apel, by „nie bali się oddać całego swojego życia Panu” i strzegli radości swojego powołania. „Kościół potrzebuje waszej autentyczności, waszego entuzjazmu i waszej wiary” – czytamy w dokumencie.
Orędzie kończy się życzeniami owocnego Triduum Paschalnego w jedności z Chrystusem oraz modlitwą o pokój, który „leczy każdy konflikt”.
02.04.2026 – VATICANNEWS.VA
+++
3 kwietnia
Wielki Piątek
Dzień spłacenia długu
Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.
***
W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.
Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.
Tu jest Baranek
Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.
Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.
Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.
Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.
„Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.
Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.
Gdyby wiedzieli…
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).
W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.
Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.
„Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.
To twoja Matka
Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.
Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.
Zapłacono
Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.
Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.
Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.
I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.
Usunięcie przegrody
„A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).
I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
fot. Canva
Modlitwa, która daje odpust zupełny w Wielki Piątek
“Oto ja dobry i najsłodszy Jezu upadam na kolana przed twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę i błagam, abyś wszczepił w moje serce największe uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy”
W każdy piątek Wielkiego Postu, a także w Wielki Piątek można otrzymać odpust zupełny za odmówienie modlitwy „Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu”. Należy się nią pomodlić po Komunii św., przed obrazem Jezusa Chrystusa.
Aby uzyskać odpust zupełny należy pamiętać także o jego podstawowych zasadach:
brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego
bycie w stanie łaski uświęcającej
przyjęcie Komunii Świętej
modlitwa w intencjach, w których modli się Ojciec Święty np. „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”.
Tekst modlitwy:
Oto ja dobry i najsłodszy Jezu upadam na kolana przed twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę i błagam, abyś wszczepił w moje serce największe uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy i silniejszą wolę poprawy. Oto z sercem przepełnionym uczuciem i boleścią w duchu oglądam twoje pięć ran i myślą się w nich zatapiam, pamiętając, co już prorok Dawid włożył w twoje usta „Przebodli ręce moje i nogi moje, policzyli wszystkie kości moje”. Amen.
***
Bądź z Jezusem w Wielki Piątek
Do uważnego patrzenia na Jezusa powinniśmy więc dołączyć jednoczenie się z Nim w bólu i cierpieniu, jednak nie tyle przez aktywne pocieszanie Go i wymyślanie coraz to nowych sposobów, by uniknął nieuniknionego, ile przez czułe i delikatne trwanie obok. Zapraszamy do włączenia się w czuwanie z cierpiącym Chrystusem.
Patrzeć na Chrystusa to czytać Słowo Boże, szczególnie ewangeliczne opisy męki i śmierci, a przez nie przyglądać się Jemu, zadając pytania: co czuł? Co myślał? Jak się zachował? Co znaczą słowa, które powiedział? Dlaczego milczał? Z kim się spotkał? Co było w Jego sercu?
Do uważnego patrzenia na Jezusa powinniśmy więc dołączyć jednoczenie się z Nim w bólu i cierpieniu, jednak nie tyle przez aktywne pocieszanie Go i wymyślanie coraz to nowych sposobów, by uniknął nieuniknionego, ile przez czułe i delikatne trwanie obok.
Święte Triduum Paschalne to czas, gdy Bóg zaprasza nas do bliskości ze sobą przez Słowo, liturgię i codzienność. On nie chce byśmy byli widzami – nawet tymi najbardziej zaangażowanymi i potrafiącymi świetnie zinterpretować to, co oglądają – ale Jego przyjaciółmi, którym Jezus chce opowiedzieć o wszystkim, co usłyszał od swego Ojca (por. J 15,15). Weźmy Jego Słowo, czytajmy je niemalże w każdym miejscu i czasie, patrzmy na Niego i okazujmy Mu miłość przez czułe gesty wobec tych, których spotykamy.
(fragment tekstu Zuzanny Marek)
Poniżej znajdziesz fragmenty Pisma Świętego do indywidualnej medytacji oraz propozycję pytań do refleksji.
Zachęcamy do rozważania fragmentów o określonych porach dnia – by jeszcze mocniej zjednoczyć się z Panem Jezusem w przeżywanych przez Niego wydarzeniach.
Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić. Lecz nie znaleźli, jakkolwiek występowało wielu fałszywych świadków. W końcu stanęli dwaj i zeznali: «On powiedział: „Mogę zburzyć przybytek Boży i w ciągu trzech dni go odbudować”». Wtedy powstał najwyższy kapłan i rzekł do Niego: «Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?» Lecz Jezus milczał. A najwyższy kapłan rzekł do Niego: «Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?» Jezus mu odpowiedział: «Tak, Ja Nim jestem. Ale powiadam wam: Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego, i nadchodzącego na obłokach niebieskich». Wtedy najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: «Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje?» Oni odpowiedzieli: «Winien jest śmierci».
Piotr siedział na zewnątrz na dziedzińcu. Podeszła do niego jedna służąca i rzekła: «I ty byłeś z Galilejczykiem Jezusem». Lecz on zaprzeczył temu wobec wszystkich i rzekł: «Nie wiem, co mówisz». A gdy wyszedł ku bramie, zauważyła go inna i rzekła do tych, co tam byli: «Ten był z Jezusem Nazarejczykiem». I znowu zaprzeczył pod przysięgą: «Nie znam tego Człowieka». Po chwili ci, którzy tam stali, zbliżyli się i rzekli do Piotra: «Na pewno i ty jesteś jednym z nich, bo i twoja mowa cię zdradza». Wtedy począł się zaklinać i przysięgać: «Nie znam tego Człowieka». I w tej chwili kogut zapiał. Wspomniał Piotr na słowo Jezusa, który mu powiedział: «Zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz». Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.
Czy w moim życiu był moment, w którym nie chciałem się przyznać do swojej wiary? Dlaczego tak postąpiłem? Czy potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie i podjąć pracę nad sobą?
Czy potrafię wybaczyć, gdy moi przyjaciele, rodzina i znajomi mówią o mnie: “Nie znam tego człowieka”?
A gdy nastał ranek, wszyscy arcykapłani i starsi ludu powzięli uchwałę przeciw Jezusowi, żeby Go zgładzić. Związawszy Go zaprowadzili i wydali w ręce namiestnika Piłata.
Tak wiele wyroków zapada nade mną w moim życiu: bolesna diagnoza, utrata pracy czy zwykłe kłamstwo na mój temat. Czy potrafię w tych sytuacjach zaufać Bogu? Czy potrafię powiedzieć: “nie moja, lecz Twoja wola…”?
Często ja sam podejmuję sąd nad drugim człowiekiem – czy potrafię za to przeprosić? Czy mam na tyle odwagi, by przyznać się do błędu?
Wtedy Judasz, który Go wydał, widząc, że Go skazano, opamiętał się, zwrócił trzydzieści srebrników arcykapłanom i starszym i rzekł: «Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną». Lecz oni odparli: «Co nas to obchodzi? To twoja sprawa». Rzuciwszy srebrniki ku przybytkowi, oddalił się, potem poszedł i powiesił się. Arcykapłani zaś wzięli srebrniki i orzekli: «Nie wolno kłaść ich do skarbca świątyni, bo są zapłatą za krew». Po odbyciu narady kupili za nie Pole Garncarza, na grzebanie cudzoziemców. Dlatego pole to aż po dziś dzień nosi nazwę Pole Krwi. Wtedy spełniło się to, co powiedział prorok Jeremiasz: Wzięli trzydzieści srebrników, zapłatę za Tego, którego oszacowali synowie Izraela. I dali je za Pole Garncarza, jak mi Pan rozkazał.
PYTANIA DO REFLEKSJI:
Jak zachowuję się w chwilach kryzysu? Czy potrafię prosić o pomoc?
Czy jest we mnie wiara w to, że Bóg może mnie wyprowadzić nawet z największego załamania i z najgorszej bezradności?
Jezusa zaś stawiono przed namiestnikiem. Namiestnik zadał Mu pytanie: «Czy Ty jesteś królem żydowskim?» Jezus odpowiedział: «Tak, Ja nim jestem». A gdy Go oskarżali arcykapłani i starsi, nic nie odpowiadał. Wtedy zapytał Go Piłat: «Nie słyszysz, jak wiele zeznają przeciw Tobie?» On jednak nie odpowiedział mu na żadne pytanie, tak że namiestnik bardzo się dziwił.
Milczenie. Czy stać mnie na taką postawę? Ile razy z milczeniem wygrywał gniew, złość, szyderstwo, oszczerstwo…?
Często milczenie utożsamiane jest ze słabością. “Milczy, bo nie wie co powiedzieć, jest słabszy ode mnie”. Ile razy w ten sposób demonstrowałem swoją siłę, raniąc przy tym drugiego człowieka?
PIŁAT ODSYŁA JEZUSA DO HERODA
Łk 23, 6-12
Gdy Piłat to usłyszał, zapytał, czy człowiek ten jest Galilejczykiem. A gdy się upewnił, że jest spod władzy Heroda, odesłał Go do Heroda, który w tych dniach również przebywał w Jerozolimie.
Na widok Jezusa Herod bardzo się ucieszył. Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć, ponieważ słyszał o Nim i spodziewał się, że zobaczy jaki znak, zdziałany przez Niego. Zasypał Go też wieloma pytaniami, lecz Jezus nic mu nie odpowiedział. Arcykapłani zaś i uczeni w Piśmie stali i gwałtownie Go oskarżali. Wówczas wzgardził Nim Herod wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz i odesłał do Piłata. W tym dniu Herod i Piłat stali się przyjaciółmi. Przedtem bowiem żyli z sobą w nieprzyjaźni.
PYTANIA DO REFLEKSJI:
Jak reaguję na wzgardę? Co czuję? Pielęgnuję w sobie nienawiść czy pragnę przebaczyć?
Co jest fundamentem relacji z moimi przyjaciółmi? Wspólna nienawiść? Sojusz? Korzyść? Czy jestem interesowny w relacjach z innymi?
PIŁAT UZNAJE NIEWINNOŚĆ JEZUSA
Łk 23, 13-16
Piłat więc kazał zwołać arcykapłanów, członków Sanhedrynu oraz lud i rzekł do nich: «Przywiedliście mi tego człowieka pod zarzutem, że podburza lud. Otóż ja przesłuchałem go wobec was i nie znalazłem w nim żadnej winy w sprawach, o które go oskarżacie. Ani też Herod – bo odesłał go do nas; przecież nie popełnił on nic godnego śmierci. Każę go więc wychłostać i uwolnię».
A był zwyczaj, że na każde święto namiestnik uwalniał jednego więźnia, którego chcieli. Trzymano zaś wtedy znacznego więźnia, imieniem Barabasz. Gdy się więc zebrali, spytał ich Piłat: «Którego chcecie, żebym wam uwolnił, Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem?» Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali. A gdy on odbywał przewód sądowy, żona jego przysłała mu ostrzeżenie: «Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu». Tymczasem arcykapłani i starsi namówili tłumy, żeby prosiły o Barabasza, a domagały się śmierci Jezusa. Pytał ich namiestnik: «Którego z tych dwóch chcecie, żebym wam uwolnił?» Odpowiedzieli: «Barabasza». Rzekł do nich Piłat: «Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego nazywają Mesjaszem?» Zawołali wszyscy: «Na krzyż z Nim!» Namiestnik odpowiedział: «Cóż właściwie złego uczynił?» Lecz oni jeszcze głośniej krzyczeli: «Na krzyż z Nim!» .
Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc: «Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz». A cały lud zawołał: «Krew Jego na nas i na dzieci nasze». Wówczas uwolnił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie.
Wtedy żołnierze namiestnika zabrali Jezusa z sobą do pretorium i zgromadzili koło Niego całą kohortę. Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: «Witaj, Królu Żydowski!» Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie. A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili Go na ukrzyżowanie.
Czy nie jestem takim człowiekiem, który potrafi innym zakładać na głowy cierniowe korony? Czy nie przychodzi mi łatwo wyszydzanie innych?
Kiedy ostatnio wykpiłem kogoś w komentarzach w social media? Czy zastanowiłem się jak czuje się ten człowiek?
JEZUS NIESIE KRZYŻ NA GOLGOTĘ
Łk 23, 26-32
Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola. Włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.
A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas! i do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?».
Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą, to znaczy Miejscem Czaszki, dali Mu pić wino zaprawione goryczą. Skosztował, ale nie chciał pić.
Gdy Go ukrzyżowali, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. I siedząc, tam Go pilnowali. A nad głową Jego umieścili napis z podaniem Jego winy: «To jest Jezus, Król Żydowski».
Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go i potrząsali głowami, mówiąc: «Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, wybaw sam siebie; jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!» Podobnie arcykapłani z uczonymi w Piśmie i starszymi, szydząc, powtarzali: «Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Jest królem Izraela: niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego. Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje. Przecież powiedział: „Jestem Synem Bożym”».
Czy prowokuje innych chcąc w ten sposób osiągnąć swój cel?
DWÓCH ŁOTRÓW
Łk 23, 39-43
Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju».
Było tam również wiele niewiast, które przypatrywały się z daleka. Szły one za Jezusem z Galilei i usługiwały Mu. Między nimi były: Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa, oraz matka synów Zebedeusza.
Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat – ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem – Żydzi prosili Piłata, aby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana. I znowu na innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili.
Jak przeżywam śmierć Jezusa? Czy ogarnia mnie jedynie żal, litość nad umęczonym Jezusem, czy raczej jest we mnie wola pracy nad sobą, walki z grzechem, który Jezusa do śmierci doprowadził?
Jaką ostatnio słabość, jaki grzech w sobie „zabiłem”? Jak nad sobą pracuję?
Pod wieczór przyszedł zamożny człowiek z Arymatei, imieniem Józef, który też był uczniem Jezusa. On udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Wówczas Piłat kazał je wydać. Józef zabrał ciało, owinął je w czyste płótno i złożył w swoim nowym grobie, który kazał wykuć w skale. Przed wejściem do grobu zatoczył duży kamień i odszedł. Lecz Maria Magdalena i druga Maria pozostały tam, siedząc naprzeciw grobu.
Czy jestem jak kobiety czujnie pozostające przy Jezusie, czy raczej jak uczniowie, którzy zasnęli kiedy Jezus tylko na chwilę ich opuścił?
Jak zachowuję się gdy spotyka mnie porażka? Wierzę Jezusowi do końca i przyjmuję? Czy raczej usypiam swoją wiarę zniechęcony niepowodzeniem?
wybór i kolejność fragmentów z Pisma Świętego: Ks. Marcin Kowalski
+++
Wielka cisza spowiła ziemię;
wielka na niej cisza i pustka.
Cisza wielka, bo Król zasnął.
Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl
+++
4 kwietnia
Wielka Sobota – cisza i oczekiwanie
Wielka Sobota jest dniem ciszy i oczekiwania. Dla uczniów Jezusa był to dzień największej próby. Według Tradycji apostołowie rozpierzchli się po śmierci Jezusa, a jedyną osobą, która wytrwała w wierze, była Bogurodzica. Dlatego też każda sobota jest w Kościele dniem maryjnym. Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca.
Opinogóra, 25.03.2016. Grób Pański w parafii św. Zygmuntaks.
fot. ks.Włodzimierz Piętka /GośćNiedzielny
***
Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca. Rozpoczyna ją liturgia światła. Na zewnątrz kościoła kapłan święci ogień, od którego następnie zapala się Paschał – wielką woskową świecę, która symbolizuje zmartwychwstałego Chrystusa. Na paschale kapłan żłobi znak krzyża, wypowiadając słowa: “Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen”. Umieszcza się tam również pięć ozdobnych czerwonych gwoździ, symbolizujących rany Chrystusa oraz aktualną datę.
Następnie Paschał ten wnosi się do okrytej mrokiem świątyni, a wierni zapalają od niego swoje świece, przekazując sobie wzajemnie światło. Niezwykle wymowny jest widok rozszerzającej się jasności, która w końcu wypełnia cały kościół.
Zwieńczeniem obrzędu światła jest uroczysta pieśń (Pochwała Paschału) – Exultet, która zaczyna się od słów: “Weselcie się już zastępy Aniołów w niebie! Weselcie się słudzy Boga! Niech zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo!”.
Dalsza część liturgii paschalnej to czytania przeplatane psalmami. Przypominają one całą historię zbawienia, poczynając od stworzenia świata, przez wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej, proroctwa zapowiadające Mesjasza aż do Ewangelii o Zmartwychwstaniu Jezusa.
Tej nocy powraca po blisko pięćdziesięciu dniach uroczysty śpiew “Alleluja”. Celebrans dokonuje poświęcenia wody, która przez cały rok będzie służyła przede wszystkim do chrztu. Czasami, na wzór pierwotnych wspólnot chrześcijańskich, w noc paschalną chrzci się katechumenów, udzielając im zarazem bierzmowania i pierwszej Komunii św. Wszyscy wierni odnawiają swoje przyrzeczenia chrzcielne wyrzekając się grzechu, Szatana i wszystkiego, co prowadzi do zła oraz wyznając wiarę w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego.
Wigilia Paschalna kończy się Eucharystią i procesją rezurekcyjną. Procesja ta pierwotnie obchodziła cmentarz, który zwykle znajdował się w pobliżu kościoła, by oznajmić leżącym w grobach, że Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył śmierć. Ze względów praktycznych w wielu miejscach w Polsce procesja rezurekcyjna nie odbywa się w Noc Zmartwychwstania, ale przenoszona jest na niedzielny poranek.
Ponieważ cud Zmartwychwstania jakby nie mieści się w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy – przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał. Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela, nazywana obecnie także Niedzielą Miłosierdzia Bożego.
W ten dzień w Rzymie ochrzczeni podczas Wigilii Paschalnej neofici, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy św. Jan Paweł II ustanowił ten dzień świętem Miłosierdzia Bożego, którego wielką orędowniczką była św. Faustyna Kowalska.
Wielkanoc jest pierwszym i najważniejszym świętem chrześcijańskim. Apostołowie świętowali tylko Wielkanoc i każdą niedzielę, która jest właśnie pamiątką Nocy Paschalnej. Dopiero z upływem wieków zaczęły pojawiać się inne święta i okresy przygotowania aż ukształtował się obecny rok liturgiczny, który jednak przechodzi różne zmiany.
ks. Włodzimierz Piętka – Gość Niedzielny
***
5 kwietnia
NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO
UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA– godzina 14.00
Trzeci dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl
***
Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,
nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.
Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?
Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.
Każdy z nas też jest na tej drodze
i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:
twarde, zimne i nieubłagane.
Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,
żeby głaz już piersi nie przytłaczał,
żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,
żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,
żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi
zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.
ks. Marian
***
6 kwietnia
PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY
MSZA ŚWIĘTA– godzina 14.00
Czwarty dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska
***
Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego Miłosierdzia.
Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…
Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.
Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.
Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.
Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.
Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, aby jak najszybciej opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.
Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.
Z wielką żarliwością prośmy Zmartwychwstałego Pana, aby i w naszym sercu dokonał wielkiej przemiany.
Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do naszego serca wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.
I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..
ks. Marian
Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr
***
ZMARTWYCHWSTAŁY PAN
Aula Pawła VI (fot. ks. Waldemar Turek, Vatican News)
***
Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.
Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?
Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.
Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.
Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.
Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.
Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.
ks. Marian
Trwa Oktawa Wielkanocna
do wigilii Niedzieli Bożego Miłosierdzia 11 kwietnia
*** Od 370 lat Królowa Korony Polskiej.
Rocznica ślubów lwowskich Jana Kazimierza
(Jan Matejko, Śluby Jana Kazimierza)
***
370 lat temu król Jan II Kazimierz Waza złożył przed obrazem Matki Bożej Łaskawej śluby lwowskie. Oddając w nich opanowany przez Szwedów i Rosję kraj pod opiekę Maryi, uznał Ją za Królową Polski. Do tego aktu nawiązywali w XX wieku kard. Stefan Wyszyński i papież Jan Paweł II.
1 kwietnia 1656 r. w czasie potopu szwedzkiego król Jan II Kazimierz Waza w katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie złożył śluby lwowskie podczas mszy odprawianej przez nuncjusza Pietro Vidoniego przed obrazem Matki Bożej Łaskawej.
– Wydarzenie to przypada na jeden z tragiczniejszych momentów w historii Polski. Mieliśmy wówczas całkowitą zapaść państwa i poważny kryzys tożsamości społeczeństwa, które nie stawiało oporu najeźdźcom. W konsekwencji kraj niemal w całości został opanowany przez Szwedów i Rosjan. Przyrzeczenia królewskie miały na celu poderwanie do walki z wrogiem nie tylko szlachty, ale też całego ludu – powiedział PAP historyk, prof. Paweł Skibiński z Uniwersytetu Warszawskiego.
Monarcha oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej, nazywając ją Królową Korony Polskiej. „Ciebie za opiekunkę moją i za Królową królestwa mojego obieram. I siebie i królestwo Polskie, księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie i Czernichowskie, wojska obydwu narodów i lud cały Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i litości w tym nieszczęśliwym i przykrym królestwa mojego stanie, przeciwko nieprzyjaciołom św. Rzymskiego Kościoła pokornie błagam” – ślubował Jan Kazimierz.
Władca przyrzekł wówczas szerzyć cześć Matki Bożej i ślubował uzyskać w Stolicy Apostolskiej pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej. Zapewnił także, że zajmie się losem ciemiężonych pańszczyzną chłopów i zaprowadzi w kraju sprawiedliwość społeczną „Obowiązuję się, iż po uczynionym pokoju starać się będę ze stanami Rzeczypospolitej usilnie, ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa” – czytamy w ślubach królewskich.
Po władcy w imieniu senatorów i szlachty podobną rotę odczytał 1 kwietnia 1656 r. podkanclerzy koronny biskup krakowski Andrzej Trzebicki, a świadkowie powtarzali za nim słowa ślubowania. – To pokazuje, że tekst ślubów nie był tylko osobistym aktem religijnym monarchy, ale całej wspólnoty narodowej, która zobowiązała się podjąć konkretne kroki – powiedział prof. Skibiński. Zauważył, że „znaczna część polskich innowierców nie miała nic przeciwko kultowi maryjnemu”. – Zarówno grekokatolicy, jak i prawosławni, którzy w przeważającej większości zamieszkiwali wschodnie ziemie Rzeczypospolitej, uznawali i uznają kult Matki Zbawiciela – powiedział.
Historyk zwrócił uwagę, że prymas Stefan Wyszyński i później papież Jan Paweł II wskazywali na katolicką wizję maryjności „jako pewną esencję wspólnych wartości tworzących polską tożsamość”. – Ujmowali oni wspólnotę narodową nie w kategoriach socjologicznych czy statystycznych, tylko duchowych. Nie oznacza to oczywiście, że zapominali o obecności w kraju wyznawców innych religii, natomiast uznawali, że utożsamiając się z polskością, powinni szanować wymiar duchowy większości członków wspólnoty – powiedział historyk.
– Choć wiele publikacji utrzymuje, że autorem ślubów mógł być jezuita św. Andrzej Bobola, to ich tekst najprawdopodobniej zredagował prymas Andrzej Leszczyński – wskazał.
Niektórzy twierdzą, że zobowiązania Jana Kazimierza były wypełnieniem życzenia Maryi przekazanego za pośrednictwem włoskiego jezuity Giulia Mancinellego. – Mimo zapewnień król Polski nie wypełnił złożonych obietnic dotyczących chłopów. Nie zmniejszono im pańszczyzny ani nie oddano ludności wiejskiej pod jurysdykcję sądów królewskich. Akt królewski jednak na trwałe zapisał się w świadomości narodowej i odwoływano się do niego przy okazji różnych wydarzeń patriotycznych – zwrócił uwagę historyk.
W 1908 r. św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup lwowski, zwrócił się do papieża, by ten na pamiątkę ślubów Jana Kazimierza ustanowił liturgiczne święto Królowej Korony Polskiej dla archidiecezji lwowskiej i diecezji przemyskiej. Papież Pius X zgodził się i pozwolił też na wpisanie do litanii loretańskiej wezwania „Królowo Korony Polskiej – módl się za nami” (wówczas tylko dla tych dwóch diecezji). Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Benedykt XV 14 stycznia 1920 r. rozszerzył użycie tego wezwania na cały kraj. W czasach PRL zostało ono przekształcone na używane dzisiaj: „Królowo Polski”.
Episkopat Polski zwrócił się też do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „NMP Królowej Polski”. Biskupi zaproponowali papieżowi dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z uchwaloną 3 maja 1791 r. pierwszą polską konstytucją. Pozytywną decyzję w tej sprawie podjął papież Pius XI w 1925 r.
Po II wojnie światowej w 1945 r. polscy biskupi pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda odnowili na Jasnej Górze akt poświęcenia się i oddania Bożej Matce. Ponowiono wówczas śluby złożone przez króla Jana Kazimierza.
Ponowne oddanie się pod opiekę Najświętszej Maryi odbyło się w czasie Wielkiej Nowenny będącej przygotowaniem do tysięcznej rocznicy chrztu Polski. Episkopat Polski 26 sierpnia 1956 r. dokonał aktu odnowienia ślubów lwowskich. Uwięzionego wówczas przez władze PRL prymasa Polski symbolizował pusty tron i wiązanka biało-czerwonych kwiatów. 5 maja 1957 r. wszystkie diecezje i parafie Kościoła katolickiego w kraju oddały się pod opiekę Maryi.
Papież Jan XXIII w 1962 r. ogłosił Najświętszą Maryję Pannę Królową Polski główną patronką kraju, a Jej święto stało się świętem „pierwszej klasy” we wszystkich polskich diecezjach.
– To świadczy, że pamięć publicznego zobowiązania króla Jana Kazimierza do wierności kultowi maryjnemu i zbudowania rzeczywistości społecznej kraju na fundamencie moralności chrześcijańskiej jest trwała, co jest do pewnego stopnia ewenementem w historii – powiedział prof. Skibiński.
Formalnie jednak Polska po raz pierwszy w historii została oddana pod opiekę Najświętszej Maryi Panny na cztery lata przed lwowskim ślubowaniem. W 1652 r., po ustaniu epidemii, ratusz Warszawy ogłosił wówczas Matkę Bożą Łaskawą patronką Warszawy (Mater Gratiarum Varsaviensis) i Strażniczką Polski (Custos Poloniae). Był to akt wdzięczności za opiekę nad miastem w latach wojny i klęsk spowodowanych potopem szwedzkim.
źródło: PAP – Magdalena Gronek/PCh24.pl
***
„Z Maryją w Triduum”.
Obchody 370. rocznicy Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza
W związku z 370. rocznicą Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza Instytut Hetmana Żółkiewskiego organizuje w Warszawie obchody ustanowienia Matki Bożej Królową Korony Polskiej.
Odbędą się one w Wielką Środę, dokładnie w rocznicę ślubowania (1 kwietnia 1656 roku), kiedy w czasie potopu szwedzkiego w Katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie król Polski ogłosił Matkę Boską Królową Korony Polskiej i powierzył Jej opiece mieszkańców Rzeczypospolitej.
1 kwietnia 2026 roku, o godz. 18.00 w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie zostanie odprawiona Msza św. dziękczynna za ustanowienie przez króla Jana Kazimierza Najświętszej Panny Maryi Królową Korony Polskiej oraz z prośbą o potrzebne łaski dla ojczyzny i wierność Polaków Panu Bogu, Kościołowi, krzyżowi i Ewangelii przez wstawiennictwo Matki Najświętszej.
Po Modlitwie w dolnym Kościele św. Anny o 19.30 ks. prof. Tadeusz Guz wygłosi prelekcję „Maryja Królową Polski – historia i konsekwencje na dziś”, na którą wstęp jest wolny.
***
Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
Ten obraz jest jak stop-klatka zatrzymana po słowach Jezusa: „Jeden z was Mnie zdradzi”. Widzimy ludzi podobnych do nas. Zdumionych, przestraszonych, niepewnych własnej wierności. Ich nerwowość kontrastuje z pokojem Pana, który daje uczniom Eucharystię.
Bywa tak, że spotkanie z czymś oczekiwanym od dawna rozczarowuje. W tym przypadku spotkanie twarzą w twarz z arcydziełem przerosło moje oczekiwania. Nie potrafiłem oderwać wzroku. Żałowałem, że mam tylko kilka minut, aby pobyć tak blisko, nacieszyć oczy. Ekstaza mieszała się ze wzruszeniem. Na moment przeniosłem się w sam środek dramatu ostatniej wieczerzy.
Ten wizerunek żyje w świadomości milionów dzięki tysiącom kopii, reprodukcji, przetworzeń. Ale źródło jest tylko jedno. Obok Mony Lisy to najsłynniejsze dzieło artysty, którego geniusz łączył się z niespokojnym charakterem i pragnieniem osiągnięcia doskonałości. Pan Bóg jakby przesadził z talentami u Leonarda. Artysta miał ich tyle, że nie mógł się zdecydować, który z nich ma w pełni rozwinąć. Przez całe życie brakowało mu konsekwencji, dotrzymywania terminów i zobowiązań. Wiele dzieł rozpoczynał i nie kończył. Podejmował coraz to nowe projekty, wiecznie eksperymentował, fascynował się techniką, konstruował na papierze machiny wojenne, latające maszyny oraz kopułę na mediolańskiej katedrze, marzył o wykonaniu największego na świecie pomnika konnego z brązu. Był ciągle rozedrgany, jak apostołowie na jego fresku. Zachowało się zaledwie kilkanaście jego obrazów. Leonardo ze szkicownikiem w ręku lubił chodzić po mieście. Przypatrywał się ludziom spotykanym na ulicy, na rynku, na targu. Fascynowały go ludzkie emocje wyrażone grymasami twarzy, a także gestami rąk, co jest narodową cechą Włochów. Utrwalał na papierze bogactwo przejawów ludzkiego życia, także samej natury. To, że powstała „Ostatnia wieczerza”, jest cudem. Po pierwsze, dlatego, że Leonardo ukończył dzieło. Po drugie, dlatego, że fresk, który już po 20 latach od powstania zaczął niszczeć, choć utracił swój pierwotny blask, jednak ocalał.
Postać Jezusa jest większa od apostołów.
Prawą ręką sięga w stronę misy, aby wskazać zdrajcę. Lewa dłoń i wzrok kierują się na chleb, który stanie się Eucharystią. Pierwszy po prawej stronie to św. Tomasz.wikimedia
Nigdy nie malował fresków
Leonardo kształcił się we Florencji u boku Andrei del Verrocchia, który stał się jego mentorem i mistrzem. W jego warsztacie uczył się techniki malarstwa i rzeźby, poznawał tajniki geometrii, nauczył się grać na lutni. Kiedy zaczął samodzielnie tworzyć, nie chciał być naśladowcą. Szukał doskonałości, pragnął tworzyć dzieła, które nie są podążaniem ścieżką innych artystów. Interesowała go otaczająca rzeczywistość, w niej szukał inspiracji. Jego niespokojny duch sprawił, że przez wiele lat nie ukończył żadnego z zamówionych obrazów. We Florencji zyskał sławę wybitnego artysty, który… nie dotrzymuje słowa. Wtedy przeniósł się do Mediolanu, aby tam zacząć od nowa. Chciał porzucić malarstwo i projektować mosty, tunele, machiny wojenne. Mediolanem rządził wtedy potężny książę Ludovico Sforza. On stał się mecenasem Leonarda. W kościele Santa Maria delle Grazie Sforza planował urządzić swoje mauzoleum. Grób wielkiego pana musi mieć porządną oprawę. Był to kościół zakonny przy klasztorze dominikanów. Książę w porozumieniu z zakonnikami zamówił u Leonarda wielki fresk w zakonnym refektarzu. Było to dość dziwne zlecenie, bo artysta nigdy wcześniej nie malował fresku. Nie znał tej techniki, która nie odpowiadała jego charakterowi. Fresk powstaje na mokrym tynku, wtedy farba wiąże się z podłożem. To wymaga olbrzymiej precyzji i szybkiego malowania. Nie ma możliwości poprawki. Leonardo podjął wyzwanie, zakupił Biblię i przystąpił do pracy najprawdopodobniej w 1495 roku.
Piotr w prawej ręce trzyma nóż. To aluzja do obrony Jezusa mieczem w Ogrójcu.wikimedia
Jeden z was Mnie zdradzi
Leonardo znał zapewne wcześniejsze przedstawienia ostatniej wieczerzy i szukał czegoś oryginalnego. Zdecydował się uchwycić jeden moment tego wydarzenia. Nie jest to chwila ustanowienia Eucharystii, ale sekunda po słowach Jezusa: „Jeden z was Mnie zdradzi”. Jan relacjonuje: „Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi”. Artysta starał się oddać te reakcje uczniów. „Dobry malarz maluje dwie sprawy: człowieka i jego wnętrze. Pierwsza jest łatwa, druga trudna” – pisał w traktacie o malarstwie. Wnętrze człowieka oddają jego twarz i gesty. Mamy na fresku całą gamę emocji: zdziwienie, gniew, niedowierzanie, lęk i pytanie: „Chyba nie ja, Panie?”, które być może każdy z nich sobie zadawał. Na obrazie widzimy rozgorączkowanych, gestykulujących uczniów i Chrystusa, który, przeciwnie, emanuje spokojem. Tak to dokładnie jest z nami. Świat jest pełen niepokoju i napięcia. Ratunkiem jest Pan, który rozkłada ręce w geście ofiarowania i zaproszenia do siebie.
Artysta czasem pracował w zawrotnym tempie, ani na chwilę nie odkładając pędzla. Czasem stał i przyglądał się godzinami, analizując namalowane postaci. Powstało wiele teorii na temat modeli wykorzystanych do oddania poszczególnych osób. Historycy sztuki potwierdzają, że modelem Bartłomieja był przyjaciel Leonarda, architekt Bramante. Ponoć Leonardo długo nie mógł znaleźć odpowiedniej twarzy dla Judasza. W końcu miał spotkać na ulicy człowieka o bardzo wymęczonej twarzy i zaprosić go do pozowania. Człowiek ten miał wyznać, że kilka lat wcześniej pozował już do tego obrazu jako model Jezusa. Ta opowieść miała wskazywać na ludzką zdolność zarówno do dobra, jak i do zdrady. Trzeba ją jednak uznać za pobożną legendę. Jedną z wielu, które powstały wokół arcydzieła.
Postać Judasza intryguje. Jego twarz jest zakryta cieniem. W ręce trzyma sakiewkę z pieniędzmi. Druga dłoń sięga do misy i jest wyciągnięta w stronę dłoni Jezusa. Leonardo odstąpił od zwyczaju przedstawiania Judasza po drugiej stronie stołu, jak to bywało u innych malarzy. Zdrajca siedzi po tej samej stronie co wszyscy apostołowie. To przypomina, że zdrada może narodzić się nawet bardzo blisko Jezusa. Przed Judaszem na stole artysta namalował przewróconą solniczkę – symbol zdrady. Piotr trzyma w ręce nóż, którym przed chwilą ukroił chleb, a teraz być może ma ochotę wbić go w zdrajcę. Według Janowej Ewangelii Piotr zapytał dyskretnie Jana: „Kto jest zdrajcą?”. Na fresku widzimy Piotra, który odciągnął Jana od Jezusa i szepcze mu coś do ucha.
Piotr dyskretnie pyta Jana: „Kto jest zdrajcą?”.wikimedia
W centrum jest Chrystus
Jeden z biografów Leonarda twierdził, że ilekroć artysta próbował namalować twarz Syna Bożego, drżała mu ręka. Obraz jest tak zaprojektowany, że skupia uwagę widza na twarzy Jezusa. Chrystus zajmuje dokładnie środek malowidła. Apostołowie są w pewnym oddaleniu, podzieleni na trzyosobowe grupy, dotykając się wzajemnie i zasłaniając, Chrystus jest ukazany w całości. Nie ma wprawdzie aureoli (Leonardo nie lubił jej malować), ale światło bijące z okna za Jezusem zastępuje ją. Jego dłonie są tak ułożone, że tworzą trójkąt – to gest oddania siebie, ofiarowania. Prawa dłoń zmierza w tym samym kierunku, co ręka Judasza. Wzrok Chrystusa skupia się na bochenku chleba. Jezus nie daje się wciągnąć w nerwowość uczniów, ale w oczywisty sposób wskazuje na Eucharystię. Pozostaje spokojnym punktem w samym środku burzy.
Po trzech latach pracy artysta usunął rusztowanie. Obraz mienił się jaskrawymi kolorami, czego dziś już nie widać. Gdy zakonnicy zasiedali do posiłków, stół Jezusa i uczniów dawał złudzenie, że ostatnia wieczerza ma miejsce u dominikanów w Mediolanie. Leonardo znakomicie posługiwał się wiedzą o proporcjach i perspektywie. Ponieważ widział, że mnisi siedzący w różnych miejscach refektarza będą go widzieć nieco inaczej, namalował go w taki sposób, że nie wyznaczył jednego punktu obserwacji. Dzięki tej sztuczce perspektywa nie wydaje się w żadnym miejscu zniekształcona.
Przed Judaszem rozsypana sól – symbol zdrady.wikimedia
Kruche piękno
„Piękno rzeczy śmiertelnych mija – pisał Leonardo – lecz nie piękno sztuki”. Niestety także piękno sztuki jest nietrwałe, jak wszystko na tej ziemi. Obraz zaczął niszczeć niemal od razu. Powodem było to, że artysta zastosował eksperymentalną mieszankę farb olejnych i tempery na suchym tynku. Efekt był piękny, lecz nietrwały. Pigmenty nie związały się na trwałe z podłożem. Już po kilkunastu latach obraz zaczął się łuszczyć i blaknąć. Na dodatek fresk powstał tuż przy klasztornej kuchni, narażony był na wyziewy z pieca i wilgoć. W 1652 roku dominikanie dokonali barbarzyństwa. Trudno to inaczej nazwać. Postanowili wyciąć w ścianie refektarza drzwi, amputując Chrystusowi stopy i naruszając spoistość farby i tynku uderzeniami młotów. Dzieła zniszczenia dopełnili renowatorzy partacze. Obraz w kilku miejscach został przemalowany i tak np. stopa Bartłomieja zamieniła się w nogę krzesła. Armia Napoleona przekształciła refektarz w stajnię, francuscy żołnierze rzucali w apostołów kawałkami cegieł. Potem nadeszła powódź. Przez kilkanaście dni w refektarzu stała woda. Podjęto też nieudaną próbę zdjęcia farby z powierzchni i przeniesienia całości na płótno. „Ostatnia wieczerza” stała się symbolem nietrwałości sztuki. Pisarz Henry James porównał dzieło do „wytrwałego inwalidy, którego odwiedza się niczym umierającego, żeby zobaczyć, jak się trzyma, chodząc wokół niego na palcach i wzdychając przy pożegnaniu”. W sierpniu 1943 r. bomba, która została zrzucona przez aliantów, spadała na klasztor dominikanów. Malowidło zabezpieczone workami z piaskiem przetrwało. W 1977 roku rozpoczęto ratowanie dzieła za pomocą najnowocześniejszych technik. Renowacja trwała ponad 20 lat. Pomocą okazały się liczne kopie dzieła wykonywane prawie od samego początku jego powstania. Niektórzy twierdzą, że „Ostatnia wieczerza” to dziś w 80 proc. dzieło konserwatorów, a w 20 proc. – Leonarda.
Dzieło Leonarda cudem powstało i cudem przetrwało. Czy tak wybitnego artystę mobilizowały do pracy tylko myśli o hojnej zapłacie księcia Sforzy albo o sławie? Musiała nieść go sama treść dzieła, czyli Ewangelia. Przy stole w Wieczerniku – jak przy stole w każdej jadalni – siedzą ludzie podobni do nas. Z wiarą, ale i wątpliwościami, lękiem, a nawet zdradą. Przy takim stole rodzi się Eucharystia. Jezus wnosi w nasz bałagan swój pokój, karmi nas miłością, daje Ciało i Krew.
Zapytałem przewodniczkę, która opowiadała nam o tym dziele, gdzie jest mój patron – Tomasz. Można go poznać po palcu wzniesionym w górę, który chciał włożyć w ranę Jezusa. Ucieszyłem się, że właśnie on jest u Leonarda najbliżej Jezusa.
16.08.1943 roku bomba zniszczyła refektarz. Ściana z wieczerzą ocalała. Na zdjęciu widać ją zabezpieczoną rusztowaniem i workami piasku.
Universal Images Group North America LLC/Alamy Stock Photo/bew
Korzystałem z: Ross King, „Leonardo i Ostatnia Wieczerza”.ks. Tomasz Jaklewicz/ Gość Niedzielny
Msza święta z ceremonią poświęcenia palm o godz. 14.00
(w nocy 28/29 zmiana czasu zimowego na letni)
fot. cactusvstudio/Freepik
***
Leon XIV: „Jezus pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu”
“Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi!” – powiedział papież podczas liturgii Niedzieli Palmowej w Watykanie.
fot. Vatican Media
Ojciec Święty nawiązał do odczytanego wcześniej opisu Męki Pańskiej (Mt 26, 14 – 27, 66) i zaznaczył, iż widzimy w Nim Króla Pokoju – łagodnego i pełnego miłosierdzia, nawet wobec przemocy i nienawiści. Gdy był obarczony naszymi cierpieniami i przebity za nasze grzechy, nie chwycił za broń, nie bronił siebie, nie stoczył żadnej wojny.
Objawił łagodne oblicze Boga, który zawsze odrzuca przemoc, i zamiast ocalić samego siebie, pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu w dziejach ludzkości– stwierdził Leon XIV. Dodał, iż jest to „Bóg, który odrzuca wojnę, którego nikt nie może wykorzystać do usprawiedliwienia wojny, który nie słucha modlitwy tych, którzy wojnę prowadzą, i odrzuca ją”.
Leon XIV zachęcił do dostrzeżenia w cierpieniu Jezusa ból wszystkich ludzi dotkniętych wojną, przemocą i samotnością. Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi! – powiedział papież.
Ojciec Święty zakończył modlitwą Sługi Bożego, biskupa Tonina Bello, prosząc Maryję o nadzieję, że cierpienie i niesprawiedliwość przeminą, a łzy ofiar zostaną osuszone.
Cały tekst homilii papieża Leona XIV:
Drodzy Bracia i Siostry!
Gdy Jezus kroczy drogą krzyżową, idziemy za Nim, podążając Jego śladami. Idąc wraz z Nim, kontemplujemy Jego mękę dla ludzkości, Jego zbolałe serce, Jego życie, które staje się darem miłości.
Spójrzmy na Jezusa, który przedstawia się jako Król Pokoju, gdy wokół Niego trwają przygotowania do wojny. Na Jezusa, który pozostaje niewzruszony w łagodności, w czasie gdy inni szaleją w przemocy. Spójrzmy na Tego, który ofiarowuje się jako ukojenie dla ludzkości, podczas gdy inni chwytają za miecze i kije. Na Tego, który jest światłością świata, podczas gdy wkrótce ziemię mają ogarnąć ciemności. Na Jezusa, który przyszedł, żeby przynieść życie, podczas gdy wypełnia się plan skazania Go na śmierć.
Jako Król pokoju Jezus pragnie pojednać świat w objęciach Ojca i zburzyć wszelkie mury, które oddzielają nas od Boga i od bliźniego, ponieważ „On jest naszym pokojem” (Ef 2, 14).
Jako Król pokoju wjeżdża On do Jerozolimy na osiołku, a nie na koniu, wypełniając starożytne proroctwo, które wzywało do radowania się z przybycia Mesjasza: „Oto Król twój idzie do ciebie, / sprawiedliwy i zwycięski. / Pokorny – jedzie na osiołku, / na oślątku, źrebięciu oślicy. / On usunie rydwany z Efraima, / a konie z Jeruzalem; / łuk wojenny zostanie złamany. / Pokój ludom obwieści” (Za 9, 9-10).
Jako Król pokoju, gdy jeden z Jego uczniów wyciąga miecz, aby Go bronić, i uderza sługę arcykapłana, On natychmiast go powstrzymuje, mówiąc: „Włóż miecz na swoje miejsce, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” (Mt 26, 52).
Jako Król pokoju, gdy był obarczony naszymi cierpieniami i przebity za nasze grzechy, On „nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją” (Iz 53, 7). Nie chwycił za broń, nie bronił siebie, nie stoczył żadnej wojny. Objawił łagodne oblicze Boga, który zawsze odrzuca przemoc, i zamiast ocalić samego siebie, pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu w dziejach ludzkości.
Bracia i siostry, oto nasz Bóg: Jezus, Król pokoju. To Bóg, który odrzuca wojnę, którego nikt nie może wykorzystać do usprawiedliwienia wojny, który nie słucha modlitwy tych, którzy wojnę prowadzą, i odrzuca ją, mówiąc: „Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham. Ręce wasze pełne są krwi” (Iz 1, 15).
Patrząc na Tego, który został za nas ukrzyżowany, widzimy ukrzyżowanych spośród rodzaju ludzkiego. W Jego ranach widzimy zranienia wielu współczesnych kobiet i mężczyzn. W Jego ostatnim wołaniu skierowanym do Ojca słyszymy płacz tych, którzy są zdruzgotani, pozbawieni nadziei, chorzy i samotni. Przede wszystkim słyszymy jęk boleści wszystkich tych, którzy są uciskani przez przemoc oraz wszystkich ofiar wojny.
Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi!
Słowami Sługi Bożego, biskupa Tonina Bello, chciałbym powierzyć to wołanie Najświętszej Maryi Pannie, która stoi pod krzyżem Syna i płacze również u stóp współczesnych ukrzyżowanych:
„Święta Maryjo, Kobieto trzeciego dnia, daj nam pewność, że mimo wszystko śmierć nie będzie już nad nami panować; że dni niesprawiedliwości są już policzone; że łuny wojenne zmniejszą się do rozmiarów świateł zmierzchu; że cierpienia biednych będą miały swój kres. (…) Daj nam wiarę, że łzy bólu wszystkich ofiar przemocy w końcu będą osuszone, jak rosa przez wiosenne słońce”.*)
*)A. Bello, Maria, donna dei nostri giorni, Cinisello Balsamo 1993: Maryja kobieta naszych czasów, tłum. W. Zasiura, oprac. red. E. Popielarz, Zielonka 2019 [ebook].
Vatican – Stacja7.pl
***
Niedziela Palmowa
„Powinna nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować”
Niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia: od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność
Każda Niedziela Palmowa, a dokładniej Niedziela Męki Pańskiej niesie ze sobą wiele tajemnic. Osobiście za każdym razem przeżywam ją inaczej. Każdy rok daje nam mnóstwo możliwości, by przeżyć ten czas na różny sposób, a tym samym, by zobaczyć te wydarzenia od innej strony.
Zatrzymaj się
Kościół w tym dniu wyjątkowo proponuje nam dwa opisy ewangeliczne. Pierwszy fragment Ewangelii czytany jest na początku liturgii, gdy ma się rozpocząć procesja z palmami – słuchamy wtedy opisu uroczystego wjazdu do Jerozolimy. Lud pełen radości i entuzjazmu wita wjeżdżającego na osiołku Jezusa. Po wysłuchaniu tych słów jesteśmy zaproszeni, by również wziąć udział w procesji na wzór tamtej opisanej przez Ewangelistę – Jezusa reprezentuje tu celebrans.
Z radością, która wypełnia nasze serca i euforią, że Jezus jest pośród nas, Kościół nagle, bez większych wstępów i wprowadzeń zaprasza nas w klimat Męki Pańskiej. Wielka radość nagle zostaje zamieniona w powagę i smutek, z wrzawy wchodzimy w zasłuchanie i zapatrzenie się na Jezusa – nie ma już palemek i osiołka, a jest krzyż. Radosny krzyk „hosanna” zamieniony jest w nienawistny ryk „na śmierć z Nim, ukrzyżuj Go!”
Od triumfalnego wyjazdu po ból Golgoty
Ta niedziela mieści się w tych dwóch wielkich ramach: od uroczystego, triumfalnego wjazdu po przeszywającą od bólu pustkę na Golgocie i samotność przy grobie. To niedziela krzyku dochodzącego do Nieba, by obwieścić triumfalny wjazd i krzyku w tajemnicy Krzyża i ogromnego bólu. To jest niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia. Od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność. To jest czas, który powinien nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować. Tu nie ma miejsca na rutynę, na kopiowanie wyuczonych już doświadczeń czy cukierkowato-jarmarcznych procesji czy może spacerów z kolorowymi palmami. Tu trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Tu nie wystarczy pomachać palmą nawet największą, bo zrobioną na konkurs ogłoszony w parafii, ale trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!
Trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!
To także nasza historia
Codzienna liturgia Kościoła, ale chyba najbardziej liturgia Wielkiego Tygodnia, pokazuje nam ludziom wierzącym, że to, czego Jezus doświadczył przez całe życie na ziemi, a szczególnie w ostatnim tygodniu, gdy przebywał w Jerozolimie jest wpisane w ludzką codzienność. Jego życie, Jego droga, Jego historia jest moją, twoją, naszą drogą, życiem i historią lub lepiej ująć to tak, że nasza droga jest naznaczona Jego drogą – On już tędy przeszedł i nasza historia dzięki Jezusowi jest historią zbawienia, historią świętą. Doświadczenie liturgii Niedzieli Męki Pańskiej, a potem codziennej liturgii Wielkiego Tygodnia jest doświadczeniem opisującym rozdzierane codziennie ludzie serce.
Ten czas w Kościele, który nazywamy Wielkim Tygodniem ma nam na nowo i z wielką siłą przypomnieć, że nie jesteśmy sami. O tym tak dobitnie słyszymy już w liturgii Słowa w piątym tygodniu Wielkiego Postu, gdy Jezus w Ewangelii Janowej kilkakrotnie przypomina, że nie jest sam – w Jezusie nie jesteśmy sami. Dobry, troskliwy Ojciec czuwa nad nami. Każdy dzień Wielkiego Postu nas do tego momentu przypominał, a kulminacją doświadczenia bliskości, troski i opieki nad nami będzie Triduum Paschalne z rozświetlającą ciemności swoim blaskiem Wigilia Paschalna. Wszystko, czyli nie tylko 40 dni postu, ale całe nasze życie zmierza i zwrócone jest w kierunku jednej liturgii i z niej wszystko się rodzi, tu wszystko się zaczyna. Liturgia Wigilii Paschalnej zwraca nasze serca na wieczną liturgię, liturgię Paschalnego Baranka w Królestwie Bożym do którego zdążamy i na którą zaprasza nas sam Jezus.
Tylko świadomość, a może nawet bardziej doświadczenie tego w swoim życiu sprawia, że nie tylko jestem gotów przejść przez Wielki Post, ale przede wszystkim jestem gotów i nie boję się tego, co przynosi mi życie. Gdy widzę, że Jezus krok w krok przeszedł już wcześniej to, co teraz ja przechodzę to nie boję się w to wejść, nie chcę się cofać, nie chcę uciekać, ale wytyczoną drogą przez Jezusa otwieram się na potęgę zwycięstwa Boga. To też pomaga mi przejść przez moje upadki i niedoskonałości. Nawet, gdy coś mi się nie uda to pozwolę podnieść się Temu, którego moc udoskonala się w mojej słabości.
Rozpoczyna się coś ważnego
Zanim zapadnie cisza Triduum Paschalnego, nim zanurzymy się w Jego rany i ucałujemy znak naszego odkupienia dokonuje się w nas rozdarcie. Nim dokona się Pascha Chrystusa i nasza pascha musi dokonać się śmierć – Jego i nasza. To musi się dokonać i wydarzyć, by rzeczywiście przeżyć i doświadczyć namacalnie radości Wielkiej Nocy i pustego Grobu.
Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie.
Za chwilę rozpocznie się Wielki Tydzień. Rozpoczyna się coś bardzo ważnego w liturgii Kościoła i w naszym życiu. Na drodze w centrum stoi Krzyż, a tuż za nim czeka na nas zwycięstwo. Jeżeli chcesz zwyciężyć, nie uciekaj od cierpienia. Im bardziej boli, tym bliżej zwycięstwa jesteś. Ten, kto ucieka od Krzyża – przegrywa. Ten, kto dzieli swoje życie z Ukrzyżowanym –zwycięża. Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie. Z Jego pękniętego serca, rozdartego przez włócznię narodził się Kościół, narodziło się nowe życie. Teraz jest czas, by wejść w to nowe życie. Teraz jest czas, by doświadczyć paschy, przejścia ze śmierci do życia. Teraz jest czas zbawienia.
o. Marek Krzyżkowski CSSR/Stacja7pl.
+++
Abp Adrian Galbas SAC:
„Wielki Tydzień poświęćmy na wewnętrzne porządki”
“Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza” – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas w Niedzielę Palmową.
„przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności”
Metropolita warszawski przypomniał, że w Niedzielę Palmową opis Męki Pańskiej zastępuje tradycyjną homilię, ale skierował kilka słów do parafian. Odniósł się m.in. do postaci Barabasza – przestępcy uwięzionego za bunt i zabójstwo, który powinien był iść na śmierć, ale został z okazji święta Paschy ułaskawiony przez Piłata. Zamiast niego został ukrzyżowany Jezus.
Barabasz, Bar Sabas, czyli syn ojca, to jestem ja. Każdy z nas jest synem jakiegoś ojca. Jezus za mnie poszedł na śmierć. Za mnie oddał życie. To ja powinienem nie żyć z powodu zła, które popełniam, z powodu mojego grzechu. Ale Jezus go wziął na siebie. Kiedy stajemy przed krzyżem, pierwszym uczuciem jest wdzięczność. „Jezu, Ty to zrobiłeś za mnie, Barabasza”. Przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności – mówił arcybiskup.
Dalej zachęcił wiernych, aby tak przeżyli rozpoczynający się Niedzielą Palmową Wielki Tydzień, by rzeczywiście w ich życiu był on wielki. On jest wielki nie przez liczbę dni, bo tych jest tyle samo, ale przez akcenty, które w tym tygodniu możemy położyć. I oby to był tydzień, który poświęcimy szczególnie na porządki wewnętrzne – podkreślił.
Wyjaśnił, że „zwykle przed świętami jest ta panika: to jeszcze nie zrobione, tamto jeszcze nie posprzątane”. Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza: przez sakrament pokuty i pojednania, przez udział w niepowtarzalnej liturgii Triduum Paschalnego, być może też przez inne rzeczy, w których widzę, że coś jest nie tak i potrzebuję regeneracji, odbudowania, uporządkowania – mówił abp Galbas.
Wtedy to będzie Wielki Tydzień. Tyle samo dni i godzin, co w każdy inny tydzień. Ale wtedy może być Wielki” – dodał, życząc, aby Wielki Tydzień wprowadził w Wielką Noc. – Oby taki był ten czas – nie byle jaki, nie jako taki, nie przeciętny, ale Wielki. Wielkich przeżyć w Wielkim Tygodniu i w Wielką Noc z całego serca wam życzę – zakończył metropolita warszawski.
ze strony:Stacja7pl.
***
31 marca Wielki Wtorek
Pan Jezus zapowiada trzykrotne zaparcie się Piotra przed pianiem koguta
pl.wikipedia.org
***
Dzisiejszy fragment pochodzi z części Izajasza związanej z wygnaniem babilońskim (Iz 40-55). Tekst zaczyna się od wezwania „wysp” i „ludów dalekich”. Hebrajskie ’ijjim nazywa krainy za morzem, więc Sługa mówi od razu do świata szerszego niż Juda. Powołanie „od łona matki” opisuje pierwszeństwo Boga. Podobny język pojawia się u Jeremiasza, gdy Bóg mówi o poznaniu proroka przed narodzeniem. Imię zostaje wypowiedziane przed jakąkolwiek sceną publiczną. Obraz „ust jak miecz” i „strzały wyostrzonej” dotyka słowa, które tnie złudzenia i otwiera drogę prawdzie. Sługa pozostaje „ukryty w cieniu ręki” i „schowany w kołczanie”. To język długiego przygotowania, bez rozgłosu. Ukrycie w dłoni mówi o ochronie i o chwili użycia wyznaczonej przez Boga.
W wersecie 3 Sługa słyszy imię „Izrael”, a zaraz potem otrzymuje zadanie sprowadzenia Jakuba i zebrania Izraela. Tekst zestawia misję ludu i misję jednej postaci, która niesie w sobie powołanie wspólnoty. Pojawia się doświadczenie jałowego trudu: „Na próżno się trudziłem”. Biblia nazywa zmęczenie posłańca po imieniu. Ciężar sensu zostaje jednak złożony w Bogu: „u Pana jest moja zapłata”. Werset 6 idzie dalej: samo podniesienie pokoleń Jakuba zostaje nazwane „zbyt małą” misją. Sługa otrzymuje zadanie „światła dla narodów” i zbawienia „aż do krańców ziemi”. Dzieje Apostolskie wkładają te słowa w usta Pawła i Barnaby jako uzasadnienie zwrotu ku poganom (Dz 13,47). Orygenes, komentując Ewangelię Jana, cytuje Iz 49,5-6 i pisze, że Syn przyjął postać sługi po to, aby podnieść Jakuba i stać się światłem dla narodów.
Jan opisuje Wieczerzę w tonie pożegnania. Po obmyciu nóg Jezus „wzruszył się w duchu” i wypowiada twarde świadectwo, że jeden z uczniów Go zdradzi. To słowo wprowadza ciszę pełną napięcia. Uczniowie patrzą po sobie, bo zdanie „jeden z was” obejmuje wszystkich. Piotr reaguje żywo, a zarazem ostrożnie. Nie pyta wprost. Daje znak uczniowi spoczywającemu przy Jezusie. Chryzostom zauważa, że Piotr pamięta wcześniejsze upomnienia i dlatego szuka odpowiedzi przez Jana. Jezus wskazuje zdrajcę gestem stołu. Podaje umoczony kawałek chleba (psōmion). W realiach uczty taki gest bywał znakiem wyróżnienia i bliskości. W tym momencie tekst mówi o wejściu szatana w Judasza. Decyzja dojrzewała wcześniej, teraz zostaje doprowadzona do końca.
Słowa „Co czynisz, czyń prędzej” odsłaniają prawdę i przyspieszają bieg wydarzeń. Augustyn wyjaśnia, że Pan nie rozkazuje zdrady, tylko ją zapowiada, a przez ten gest ujawnia zdrajcę. Reszta uczniów nadal nie rozumie. Sądzą, że Judasz idzie kupić coś na święto albo rozdać jałmużnę ubogim, bo nosił wspólny trzos. Ten szczegół pokazuje, jak długo wspólnota potrafi żyć obok ukrytej winy, bez jej rozpoznania.
Judasz wychodzi natychmiast. Jan dopowiada: „Była noc”. To zdanie pełni funkcję znaku. Augustyn pyta o sens dnia po odejściu nocy i łączy „teraz” z męką, w której objawia się chwała Syna Człowieczego. U Jana „uwielbienie” obejmuje krzyż i zmartwychwstanie jako jedno wydarzenie objawienia. Jezus nazywa uczniów „dziećmi”. To jedyne takie miejsce w czwartej Ewangelii. Słowo brzmi jak język ojca, który zostawia domownikom ostatnie polecenia.
Potem zostaje kwestia drogi, na którą Jezus idzie sam. Piotr pyta: „Dokąd idziesz?”. Słyszy odpowiedź o niemożności pójścia „teraz” i o pójściu „później”. Piotr deklaruje gotowość oddania życia. Jezus zapowiada trzykrotne zaparcie się przed pianiem koguta. Augustyn prosi, aby nie bronić Piotra kosztem słów Chrystusa. Nazywa to grzechem słabości i wzywa do uznania prawdy. Chryzostom widzi w Piotrze żar miłości, który wyprzedza siły. Zapowiedź upadku staje się lekcją pokory przed nocą próby.
Co się wydarzyło w Wielkim Tygodniu? Namaszczenie w Betanii
(źródło: brooklynmuseum.org)
***
Według Ewangelii św. Jana, na sześć dni przed Paschą Chrystus przyszedł do Betanii do domu swoich przyjaciół Marii, Marty i Łazarza. Miało to miejsce niedługo po tym jak wskrzesił Łazarza z martwych. Tego dnia wielu Żydów przyszło z ciekawości, aby na własne oczy przekonać się czy to, co słyszeli, było prawdą: że ten, który cztery dni spędził w grobie, znów znalazł wśród żywych.
Nie jest to bez znaczenia, że Chrystus przyszedł do Betanii zaraz przed pójściem do Jerozolimy. W Jerozolimie bowiem będzie miał umrzeć. Tutaj zaś odwiedził tego, który wcześniej był umarły, ale którego sam wskrzesił – i którym to czynem przepowiedział swoje zmartwychwstanie.
„Sześć dni przed Paschą” to czas, kiedy Żydzi rozpoczynali przygotowania do Świąt. To właśnie w ten dzień wybierano baranka, który miał być złożony w ofierze. Świętowanie rozpoczęło się ucztą w Betanii, na którą zaproszono też Jezusa, a obok Niego przy stole znalazł się Łazarz. Ewangelista wspomina o tym, by nie pozostawić wątpliwości, że Łazarz znów przebywał wśród żywych. Prawda została ustanowiona, niewiara Żydów pokonana – mówi św. Augustyn.
W czasie uczty Maria wzięła funt olejku drogocennego – lub inaczej: olejku bez domieszek – i namaściła nim nogi Jezusa, co spowodowało szemranie wśród Jego uczniów. Jednak św. Jan wskazuje szczególnie Judasza, który w swojej obłudzie oburzył się, że przecież lepiej byłoby sprzedać ten olejek, a otrzymane pieniądze rozdać ubogim. W rzeczywistości była to dla niego okazja do kradzieży. To on trzymał trzos, więc mógłby z łatwością przywłaszczyć sobie pieniądze ze sprzedaży olejku – tak samo jak później przywłaszczy sobie trzydzieści srebrników za wydanie czegoś bardziej drogocennego niż olejek – bo samego Jezusa.
Chrystus skarcił go, mówiąc, że Maria zachowała ten olejek na Jego pogrzeb. Ojcowie Kościoła wyjaśniają, że Maria nie będzie miała możliwości namaścić Ciała Chrystusa po śmierci, bo gdy przybędzie do grobu, ten będzie już pusty. Dlatego teraz Boża Opatrzność dała jej tę możliwość. Przy tej okazji Chrystus raz jeszcze przypomniał o swojej nadchodzącej śmierci, mówiąc: Mnie nie zawsze macie (J 12,8) – to tak jakby chciał powiedzieć: „Poczekajcie jeszcze parę dni, a nie będziecie Mnie już mieć przy sobie.”
Arcykapłani wpadli w gniew, bo na widok wskrzeszonego do życia Łazarza wielu Żydów przyłączyło się do Jezusa. Postanowili zatem zabić Łazarza. Św. Jan Chryzostom tak to opisuje: Żaden inny cud Chrystusa nie wzbudził takiej wściekłości jak ten. To było tak jawne i tak cudowne – widzieć człowieka chodzącego i mówiącego po tym jak był martwy przez cztery dni. Fakt ten był niezaprzeczalny. W przypadku innych cudów oskarżali Go o łamanie szabatu i w ten sposób odwracali uwagę ludzi, ale tutaj nie było w czym szukać winy, dlatego wyładowali swój gniew na Łazarzu.
(źródło: Św. Jan Chryzostom, Homilie na Ewangelię według św. Jana Św. Augustyn, Homilie na Ewangelię według św. Jana)
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
2 kwietnia
Wielki Czwartek
Dzień ustanowienia dwóch sakramentów: Eucharystii i Kapłaństwa
Msza święta Wieczerzy Pańskiej
o godz. 20.30
–po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.
+++
El Greco (1541-1614)ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia
***
„Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.
Panie Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…
Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.
Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.
Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.
Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie.
Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.
Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.
Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.
+++
W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:
“W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.
***
“Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.
***
“Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”.
***
“Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”.
***
“Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”.
+++
Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek
fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com
***
Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.
Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.
Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek
Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.
O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.
O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.
O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu. Amen.
+++
Jak można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek?
Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.
Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym z warunków uzyskania odpustu zupełnego.
Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?
Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba.
Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek
Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.
Deon.pl
+++
3 kwietnia
Wielki Piątek
Liturgia Męki Pańskiej
o godz. 20.00
– po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.
–w ten dzień obowiązuje post i abstynencja
–dziś rozpoczyna się pierwszy dzieńNowenny do Bożego Miłosierdzia, który jest jednym z największych darów naszych czasów.
+++
Dzień spłacenia długu
Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.
***
W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.
Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.
Tu jest Baranek
Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.
Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.
Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.
Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.
„Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.
Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.
Gdyby wiedzieli…
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).
W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.
Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.
„Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.
To twoja Matka
Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.
Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.
Zapłacono
Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.
Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.
Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.
I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.
Usunięcie przegrody
„A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).
I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
Wielka cisza spowiła ziemię;
wielka na niej cisza i pustka.
Cisza wielka, bo Król zasnął.
Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl
+++
4 kwietnia
Wielka Sobota
Wigilia Paschalna w Wielką Noc
o godz. 22.30
–święcenie pokarmów na wielkanocne śniadanie:
o godz.12.00 i 15.00
–w tym czasie jest możliwość spowiedzi św.
***
27 marca – piątek
„Czy jest boleść podobna do boleści mojej?”
Kościół wspomina 7 Boleści Matki Bożej
(Oprac. PCh24.pl)
***
W życiu Matki Bożej miecz boleści przebił jej serce aż siedmiokrotnie. Na tydzień przed Wielkim Piątkiem Kościół daje nam do rozważania Jej cierpienia. Stojąc pod krzyżem, Maryja w szczególny sposób uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.
Od 1814 r. do 1960 r. Kościół czcił Siedem Boleści Maryi aż dwukrotnie. Bardzo popularne jest Święto Matki Bożej Bolesnej – lub właśnie Jej Siedmiu Boleści – obchodzone 15 września, choć wcześniej było ono ruchome i przypadało w trzecią niedzielę września. Drugi raz boleści Maryi wspominamy właśnie w piątek w tygodniu Męki Pańskiej, czyli dokładnie na tydzień przed Wielkim Piątkiem – dniem Męki i Śmierci Jezusa.
Tradycja tego Święta sięga roku 1423 i terenów obecnych Niemiec, jednak początkowo było ono obchodzone tam w trzeci piątek po Wielkanocy. Święto bardzo się rozpowszechniało, głównie jako odpowiedź na protestanckie herezje dotykające osoby Maryi. W XVII wieku zaczęto je obchodzić w piątek przed Wielkim Tygodniem, a w 1727 r. papież Benedykt XIII rozciągnął je na cały Kościół Zachodni.
W swoich początkach było ono również nazywane Transfixio, czyli „Święto Przebicia” [Serca NMP]. Starzec Symeon przepowiedział bowiem Maryi w dniu Ofiarowania Jezusa: A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu (Łk 2,35). Stąd też na wielu obrazach artyści przedstawiają serce Maryi przebite aż 7 mieczami.
Liturgia Mszy św. nie wymienia wszystkich siedmiu boleści z osobna, ale skupia się raczej na rozważaniu Matki Bożej stojącej pod krzyżem i cierpiącej wraz z Synem. Widzimy to przede wszystkim w Ewangelii, ale również w przepięknej sekwencji Stabat Mater, pochodzącej z XIII wieku.
Wspominanie Matki Bożej cierpiącej wraz ze swoim Synem dotyka bardzo ważnego zagadnienia teologicznego, a mianowicie zasługi de congruo. Maryja bowiem wyjednała nam zbawienie pod krzyżem, lecz nie ze względu na sprawiedliwość (de condigno) – jak to uczynił Chrystus – a raczej ze względu na swoją szczególną bliskość z Bogiem i pełne posłuszeństwo Jego woli (de congruo). Słusznie zatem przysługuje jej tytuł Współodkupicielki.
Błogosławiona Dziewica, z racji pełni łaski, którą otrzymała, zasłużyła de congruo na zbawienie dla rodzaju ludzkiego – wyjaśnia św. Tomasz z Akwinu w Summie Teologicznej. Również św. Jan Paweł II w swojej encyklice Salvifici Doloris pisze, że Maryja poprzez swoje macierzyńskie cierpienie w sposób wyjątkowy uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.
Siedem Boleści Matki Bożej stanowią poniższe wydarzenia z Jej życia:
1) Proroctwo Symeona (Łk 2,34-35)
2) Ucieczka do Egiptu (Mt 2,13-21)
3) Zagubienie Jezusa w Świątyni (Łk 2,41-50)
4) Dźwiganie krzyża przez Jezusa (J 19,17)
5) Ukrzyżowanie Jezusa (J 19,18-30)
6) Zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie na rękach Matki (J 19,39-40)
Wstęp(przed ołtarzem) Tę Drogę Krzyżową odprawiamy w szczególny sposób z Matką Bolesną. Chcemy się modlić modlitwą Kościoła – Stabat Mater Dolorosa. Matko Bolesna, Ty jesteś jedyną Mistrzynią, która może nas nauczyć prawdziwej miłości Boga i bliźniego.
Prosimy Cię, abyś poprowadziła nas drogą Twego Syna, objaśniła nam jej tajemnice i pobudziła do prawdziwej miłości Jezusa i bliźniego.
Stabat Mater dolorósa iuxta crucem lacrimósa, dum pendébat Fílius.
Stała Matka Boleściwa obok krzyża ledwo żywa, gdy na krzyżu wisiał Syn.
Stacja I Pan Jezus skazany na śmierć Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Prawdopodobnie Maryja była świadkiem wydania niesprawiedliwego wyroku przez Piłata. Jakże musiała przeżywać podłość i tchórzostwo Piłata, wielką niesprawiedliwość tego wyroku i okrzyki tłumu, żądające śmierci Chrystusa! Bóg Ojciec chciał tego – dlatego i Ona pokornie przyjęła wyrok, który powinien być wydany na mnie.
Cuius ánimam geméntem, contristátam et doléntem pertransívit gládius.
Duszę Jej, co łez nie mieści, pełną smutku i boleści, przeszedł miecz dla naszych win.
Stacja II Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Pan Jezus przez przyjęcie krzyża sprawił, że przestał on być hańbiącą karą. Maryja pogodziła się z wolą Boga sprawiedliwego, dzięki temu wyprosiła dla mnie łaskę przyjęcia krzyża.
O quam tristis et afflícta fuit illa benedícta, mater Unigéniti!
O, jak smutna i strapiona Matka ta błogosławiona, której Synem niebios Król!
Stacja III Pan Jezus pierwszy raz upada pod krzyżem Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Pochód posuwał się ciasnymi uliczkami Jerozolimy. Maryja nie mogła być blisko Skazańca. Zapewne tylko przez zatrzymanie się ludzi zrozumiała, że Syn Jej upadł. Bardzo pragnęła Mu pomóc, ale była bezsilna. Podobna sytuacja może zaistnieć dzisiaj, gdy poddaję się pokusom. Ona chciałaby mi pomóc, ale ja nie chcę Jej pomocy.
Quae moerébat et dolébat, pia Mater, dum vidébat Nati poenas íncliti.
Jak płakała Matka miła, jak cierpiała, gdy patrzyła na boskiego Syna ból.
Stacja IV Pan Jezus spotyka swą Matkę Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Dopiero po wyjściu z ciasnych uliczek, za bramą, Maryja mogła zbliżyć się do Jezusa. On i Ona czekali na tę chwilę od dawna, od przepowiedni Symeona. Brakuje słów na wypowiedzenie tego, co powiedzieli sobie spojrzeniami. Dzisiaj Ona chciałaby spojrzeć głęboko w moje oczy. Ileż może dać mnie, grzesznikowi, Jej spojrzenie… Matko Bolesna, proszę, zajrzyj do dna mojej duszy.
Quis est homo qui non fleret, Matrem Christi si vidéret in tanto supplício?
Gdzież jest człowiek, co łzę wstrzyma, gdy mu stanie przed oczyma w mękach Matka ta bez skaz?
Stacja V Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Ona – gdyby mogła – jakże chętnie zastąpiłaby Szymona! Jak Jej przykro, że on czyni to tak niechętnie, ociągając się. I jakaż Jej wdzięczność, gdy pod wpływem łaski Szymon się zmienia. Ona mnie także będzie wdzięczna za każdą pomoc, którą okażę Jezusowi w bliźnich.
Quis non posset contristári, piam Matrem contemplári doléntem cum Fílio?
Kto się smutkiem nie poruszy, gdy rozważy boleść duszy Matki z Jej Dziecięciem wraz?
Stacja VI Weronika ociera twarz Panu Jezusowi Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Z grona niewiast jedna tylko zdobyła się na odwagę i okazanie współczucia czynem – Weronika. Powinienem zrozumieć, że teraz Ona, Matka Bolesna, w wielu wypadkach chce posłużyć się mną.
Pro peccátis suae gentis vidit Iesum in torméntis, et flagéllis súbditum.
Za swojego ludu zbrodnię, w mękach widzi tak niegodnie, zsieczonego Zbawcę dusz.
Stacja VII Pan Jezus drugi raz upada pod krzyżem Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Wyczerpanie Jezusa, którego skutkiem jest drugi upadek, przeszywa Jej serce na nowo. Moje powroty do tych samych grzechów mogą być odpuszczone dzięki łaskom, wysłużonym przez drugi upadek Jezusa i dzięki cierpieniom Jej Serca. Ona pragnie, abym teraz podniósł się, zrobił prawdziwe postanowienie poprawy, starał się zrozumieć, jakie są powody tych upadków i usunął je ze swego serca.
Vidit suum dulcem Natum moriéndo desolátum, dum emísit spíritum.
Widzi Syna wśród konania, jak samotny głowę skłania, gdy oddawał ducha już.
Stacja VIII Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Jakże mizerne i nędzne były pocieszenia niewiast w stosunku do cierpień Jezusa. Ale ani Pan Jezus, ani Maryja nie wzgardzili ich dobrą wolą. Jeśli z pokorą zechcę Jezusa pocieszyć, także moje uczucia zostaną przyjęte. Mogę przecież w każdej chwili łączyć się z Nim duchowo, aby Mu wynagrodzić za grzechy własne i innych.
Eia, Mater, fons amóris me sentíre vim dolóris, fac ut tecum lúgeam.
Matko, coś miłości zdrojem, spraw, niechaj czuję w sercu moim ból Twój u Jezusa nóg.
Stacja IX Pan Jezus trzeci raz upada pod krzyżem Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Pochód niemiłosiernie przyspiesza. Jezus znowu upada. Jak wtedy Maryja pragnęła Mu pomóc, tak teraz pragnie wyrwać mnie ze zniechęcenia do życia, do czynienia dobra, do znoszenia bliźnich. Powinienem przyjąć Jej pomoc. Z Nią na pewno będę mógł przezwyciężyć siebie.
Fac ut árdeat cor meum in amándo Christum Deum, ut sibi compláceam.
Spraw, by serce me gorzało, by radością życia całą stał się dla mnie Chrystus Bóg.
Stacja X Pan Jezus z szat obnażony Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Maryja widzi, jak zdzierają z Niego szaty, jak otwierają się rany. Krew zaczyna spływać obfitymi strugami. Nie może zapomnieć, z jaką czcią ubierała kiedyś Jezusa – Dziecię, a teraz tak Go znieważają… Ale Ona wyprasza dla mnie łaskę, aby pamięć o Jego ranach chroniła mnie przed pokusami i upadkami.
Sancta Mater, istud agas, Crucifíxi fige plagas cordi meo válide.
Matko, ponad wszystko świętsza, Rany Pana aż do wnętrza w serce me głęboko wpój.
Stacja XI Pan Jezus przybity do krzyża Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Mogłoby się wydawać, że Maryja patrząc na przybijanie do krzyża rąk i nóg Najświętszych – bardziej cierpiała niż Jezus. Dzięki tym cierpieniom wyprasza mi łaskę, abym nie poddał się znieczuleniu na swój grzech i na cierpienia innych.
Tui Nati vulneráti, tam dignáti pro me pati, poenas mecum dívide.
Cierpiącego tak niezmiernie Twego Syna ból i ciernie niechaj duch podziela mój.
Stacja XII Pan Jezus umiera na krzyżu Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Maryja razem z Synem przeżywała Jego konanie. Czuła wdzięczność dla Jana i Magdaleny za to, że nie zaparli się Jezusa, że trwali przy Niej, chociaż Jej nie rozumieli. Zapamiętam, że przyznając się do Ukrzyżowanego, mam zapewnioną Jej pomoc, zwłaszcza wtedy, gdy sam będę miał trudności.
Fac me tecum pie flere, Crucifíxo condolére, donec ego víxero.
Spraw, niech leję łzy obficie i przez całe moje życie serce me z Cierpiącym wiąż.
Stacja XIII Pan Jezus zdjęty z krzyża Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
On już nie cierpi, ale Ona nadal współczuje i współcierpi, oglądając rany zadane Synowi. Dzisiaj bardzo potrzebujemy tego, aby na nowo przeżywać te cierpienia, które Pan Jezus kiedyś dla nas poniósł. One zdolne są nasze zatwardziałe serca przemienić i uleczyć.
Iuxta crucem tecum stare, fac me tibi sociáre in planctu desídero.
Pragnę stać pod krzyżem z Tobą, z Twoją łączyć się żałobą, w płaczu się rozpływać wciąż.
Stacja XIV Pan Jezus złożony w grobie Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Nieprzyjaciele Pana Jezusa tryumfują – wydaje się im, że jeżeli zapieczętują grób, mają zapewnione ostateczne zwycięstwo. Prawdziwa wiara i nadzieja Kościoła zachowana była tylko w Sercu Matki, chociaż było ono jeszcze przepełnione goryczą. Jeżeli znajdziemy się oko w oko z poczuciem jakiejś klęski czy śmierci kogoś najbliższego, wtedy zwróćmy się do Niej.
Virgo vírginum praeclára, mihi iam non sis amára, fac me tecum plángere.
Panno Święta, swe dziewicze zapłakane wznieś oblicze jeden niech nas łączy płacz.
Zakończenie Matko Bolesna, pragnę Ci podziękować za to, że uczyłaś mnie dzisiaj prawdziwie kochać Pana Jezusa i bliźniego. Proszę Cię, aby Jego cierpienia nie zatarły się w moim umyśle. Przypominaj mi o nich zwłaszcza wtedy, gdy będę zniechęcony czy daleki od Jezusa, kiedy okażę Mu niewdzięczność swoim postępowaniem.
Quando corpus moriétur, fac ut ánimae donétur Paradísi glória. Amen.
Gdy ulegnie śmierci ciało, obleczone wieczną chwałą, dusza niech osiągnie raj. Amen
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. I ty, któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami.
+++
Droga Krzyżowa Cierpiących
Droga Krzyżowa to droga wszystkich wyznawców Chrystusa, ale głównie ludzi cierpiących. Dla nich dźwiganie krzyża jest często ponad siły, dlatego nieodzowna jest pomoc Boża. To właśnie Jezus Chrystus pierwszy niósł krzyż z miłości dla nas.
Stacja I. Jezus przed Piłatem
*Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Stajemy przed lekarską diagnozą. Nie wiemy, co nas czeka: operacja, kalectwo, oszpecenie ciała, wielotygodniowy pobyt w szpitalu, a może unieruchomienie w gipsie lub na wózku inwalidzkim. Nasz Zbawiciel wiedział, jaki będzie wyrok i w tej świadomości cały czas żył na ziemi. Wiedział, że będzie strasznie cierpiał i umrze na krzyżu. Jezus Chrystus umiał przyjąć wyrok na Siebie, zgodnie z Wolą Ojca Niebieskiego. Prośmy Chrystusa, aby dopomógł nam w przyjęciu Woli Bożej w naszych ziemskich cierpieniach, tak jak On sam potrafił.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja II. Jezus bierze krzyż na ramiona
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Jakże niechętnie przyjmujemy cierpienia, skarżąc się wokół, dlaczego akurat takie bóle i męki spadły na mnie, dlaczego mnie dotknęła ta choroba, a nie sąsiada czy współpracownika. Zechciejmy iść śladami Chrystusa, przyjmując dobrowolnie się w Jezusa, który bez najmniejszego buntu wziął go na Swoje ramiona. On pomoże nam dźwigać krzyż naszej choroby, jeśli Mu zaufamy i będziemy Mu towarzyszyć w drodze cierpienia.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja III. Jezus upada pod ciężarem krzyża
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
W chorobie są dni pogodne i czas potęgującego się bólu. Nieraz upadamy, tak jak Chrystus pod ciężarem krzyża, pod balastem własnych cierpień fizycznych i moralnych. Może wtedy zazdrościmy tym, którzy w tym czasie są zdrowi i sprawni. Może zdenerwowani odrzucamy leki, które nie przynoszą od razu ulgi w boleściach. Prośmy Pana naszego o cierpliwość i pokorę. Razem z Nim powstańmy, by iść dalej, bo droga do Celu jeszcze daleka.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja IV. Jezus spotyka swoją Matkę
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Matka jest zawsze przy swoim chorym dziecku. Nie śpi ani w dzień ani w nocy, aby ulżyć w cierpieniu dziecku. Matka bez słów rozumie los swego dziecka, zwłaszcza w chorobie. Spotkanie z matką w czasie choroby niesie ukojenie w bólu. Ile wycierpieć musiała Matka Chrystusowa, która była ze swoim Synem Bożym aż po krzyżową śmierć. Matka Boża i nasza, ziemska, najlepiej zna cierpienie swego dziecka i tylko ona umie ukoić je we właściwy sposób. Potrafi też nadać cierpieniom swego dziecka wymiar świętości, jeżeli z Matką Bożą i Jezusem Chrystusem zechcemy nieść nasz krzyż.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja V. Cyrenejczyk pomaga Jezusowi nieść krzyż
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Człowiek chory jest bardzo wrażliwy na zachowanie się innych: lekarzy, pielęgniarek i salowych. Krytykujemy ich często niesprawiedliwie, samolubnie domagając się lepszej troski o siebie. A przecież personel szpitalny lub sanatoryjny jest tak niewielki, a tylu chorych…Wielu ciężej od nas. Nie zapominajmy, że Chrystus przyjął bez słowa skargi lub prośby pomoc Szymona z Cyreny, który nie chciał ulżyć Jego cierpieniom. Uczynił to pod przymusem, z konieczności, z odrazą. Wdzięczni bądźmy w imię Boże za każdy odruch dobroci ze strony naszych bliźnich.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja VI. Weronika ociera twarz Jezusowi
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Święta Weronika miała dużo w sobie odwagi zbliżając się do Chrystusa, skazanego na śmierć, aby obetrzeć zakrwawioną twarz Boga Człowieka. Pomyślmy, ile ofiary i odwagi ma w sobie personel medyczny lecząc nas. Zawsze są narażeni na zakażenie się bakteriami różnych chorób. Ile muszą mieć w sobie samozaparcia, aby nas leczyć, badać, pielęgnować, dokonywać zabiegów, myć, karmić, a także milcząco wysłuchiwać naszych obelg pod adresem “ludzi w bieli”. Naśladując Jezusa Chrystusa okażmy wszystkim wdzięczność za stałą pomoc w naszej chorobie: dobrym słowem, uśmiechem, życzliwym gestem, wyrozumiałością, a najbardziej modlitwą.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja VII. Jezus upada po raz drugi
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Choroba miała trwać krótko, ale przedłużyła się. Coraz trudniej znosić nam jej dolegliwości. Wszystko nas drażni: dieta, leki, zabiegi, rozmowy, światło, ciągle te same twarze…Upadamy pod ciężarem krzyża choroby.
Nasz Odkupiciel upadł z wyczerpania cielesnego i duchowego. Ból, nowe rany, pot, a jeszcze bardziej był przytłoczony grzechami całej ludzkości /naszymi także/; brakiem miłości i cierpliwości od tych, których przyszedł zbawić. Podnieśmy się z tego upadku, abyśmy szli dalej dźwigać krzyż.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja VIII. Jezus poucza kobiety płaczące
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Odwiedziny przy łożu chorego są zawsze radosne, bo to i kwiaty, słodycze, owoce, różne rady i informacje z życia naszego środowiska pracy i zamieszkania…Często nas te odwiedziny zdrowych męczą, a może nawet im głośno zazdrościmy tego beztroskiego ruchu. Cieszmy się z takich wizyt, które dla zdrowych są niemałym wyrzeczeniem.
Jezus spotykając na swej Drodze Krzyżowej niewiasty nie mówi nic o sobie ani o swoim cierpieniu; nie skarży się. Zechciejmy cierpieć w milczeniu, bo bólu nie da się wyrazić słowami.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja IX. Jezus upada po raz trzeci
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Wyczerpuje się nasza cierpliwość. Nie możemy wrócić do dawnej sprawności fizycznej i psychicznej. Mamy dość leżenia, bólu, różnych zabiegów i coraz to nowych, uciążliwych badań. Załamujemy się. Źle życzymy Bogu i bliźnim, pragniemy rozstania się z życiem. Nie chcemy już więcej cierpieć. Może taka właśnie postawa, pełna niepokoju i buntu, stała się przyczyną trzeciego upadku Jezusa pod krzyżem. On, który całym swoim życiem, męką i śmiercią świadczył Miłość przede wszystkim przez cierpienie niech sprawi, byśmy poderwali się z kolejnego upadku. Niech nas skłoni do miłości poprzez pogodne znoszenie boleści.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja X. Jezus obnażony z szat
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
W terapii dodatkowym cierpieniem jest obnażenie. Krępuje nas odsłanianie swego schorowanego ciała dla badań lekarskich i zabiegów pielęgniarskich. Bolesne jest pokazywanie swego cierpiącego ciała lekarzowi, który także, poprzez intymną rozmowę, wnika do naszej psychiki, do wielu osobistych tajemnic. Bóg Człowiek rozumie nas. To właśnie z Niego brutalnie zdzierano szaty, wystawiając Jego umęczone ciało na palący żar słońca i szydercze spojrzenia oprawców. Ofiarujmy Chrystusowi jako dowód miłości to nasze dodatkowe cierpienie.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja XI. Jezus przybity do krzyża
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Przykuty do łoża boleści, skazany na inwalidztwo oraz na powolną, nieuniknioną śmierć, proszę swego Zbawiciela: pomóż mi, bym wytrwał w miłości krzyża aż do końca. Pozwól mi, Boże, dobrowolnie cierpieć, tak jak Ty godziłeś się w milczeniu na bezkresną w bólu mękę i śmierć na Golgocie.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja XII. Jezus umiera na krzyżu
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Może lekarze oznajmili ci, że cierpisz na nieuleczalną chorobę, że czeka cię już krótki żywot ziemski. Wiesz, że zbliża się śmierć, twoje odejście z doczesnego życia do wiecznego. Czy okres swojej choroby, życiowych rekolekcji wykorzystałeś godnie, aby przygotować się do swej śmierci ? Co przyniesiesz w darze Bogu, który jako Najlepszy Ojciec czeka na ciebie ? Rozważmy to. Ofiarujmy Bogu choćby ostatnie chwile ziemskiej wędrówki, ból rozstania z najbliższymi i boleści konania. Niech to będzie nasza odpowiedź umierającemu Chrystusowi, który zapowiedział: Dziś ze Mną będziesz w raju (Łk. 23, 43)
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja XIII. Jezus zdjęty z krzyża
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Zechciejmy już dziś uczynić wszystko, aby przy końcu naszego życia, nieśmiertelna dusza spoczęła w macierzyńskich ramionach Matki Bożej, której Wizerunki z taką czcią otaczamy w naszej Ojczyźnie. Niech Ona wybłaga dla nas u Boga wieczne szczęście, gdzie nie ma ani ran, ani bólu, ani samotności, a tylko króluje wyłącznie Miłość.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja XIV. Złożenie do grobu
*Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Są ludzie, którzy za życia wykupują sobie miejsce na cmentarzu, troszcząc się, aby ich grób miał otoczenie ciche, spokojne i widoczne. Nie to jest ważne. Najważniejsze jest to, gdzie znajdzie się nasza dusza. Tak prowadzić trzeba ziemskie życie, by dusza mogła cieszyć się nieustanną radością oglądania Boga “twarzą w twarz”. Wśród tęsknot najboleśniejszą jest tęsknota za Bogiem. Prośmy Tego, który nas wyprzedził, aby nam przygotować zbawienie, o łaskę DOBREJ śmierci. Pamiętajmy, że śmierć to zmartwychwstanie do życia wiecznego.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Zakończenie: Bądź uwielbiony Panie Boże za dar cierpienia, oby każde nasze cierpienie było połączone z Twoim.
+++
DROGA KRZYŻOWA W ZJEDNOCZENIU Z MATKĄ BOLESNĄ
Modlitwa wstępna O dobry Jezu, w zjednoczeniu z Matką Bolesną, świętym Janem, świętą Magdaleną i świętymi Niewiastami, pragnę Ci towarzyszyć w bolesnej drodze na Kalwarię, rozważać Twą bolesną mękę, miłością i współczuciem pocieszać Twe Najświętsze Serce. Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci mękę i śmierć ukochanego Syna Twego i boleści Matki Najświętszej na zadośćuczynienie za grzechy moje i całego świata, w intencjach Kościoła świętego, za Ojca Świętego, za nawrócenie grzeszników i na uproszenie łaski …
Stacja 1 Jezus na śmierć skazany
O drogi Jezu, nie wystarczało dla Twojej nieskończonej miłości być skrępowanym, biczowanym, cierniem ukoronowanym, porównanym z Barabaszem, oplwanym i spoliczkowanym. Twoja miłość przynaglała Cię do przyjęcia haniebnego wyroku na śmierć krzyżową. Przez to nieskończone upokorzenie użycz mi skruchy serdecznej za moje grzechy i gotowości, aby raczej wszystko wycierpieć, aniżeli obrazić Cię najmniejszym grzechem.
Stacja 2 Jezus przyjmuje krzyż na swe ramiona
Mnie to, o dobry Jezu, a nie Tobie, ten krzyż przystoi; krzyż złożony z ciężkich i licznych grzechów. Przez Twe niewysłowione cierpienia błagam Cię, najdroższy mój Zbawicielu, udziel mi siły do dźwigania krzyża codziennych obowiązków i spraw, abym się tak rozmiłował w krzyżu, iżbym w cierpieniu dla Ciebie znalazł prawdziwe szczęście.
Stacja 3 Jezus upada pod krzyżem
O mój dobry Jezu, upadający pod ciężarem krzyża, aby mnie, nędznego grzesznika, wydźwignąć z przepaści moich grzechów, zmiłuj się nade mną i udziel łaski, abym do końca życia opłakiwał moje grzechy, i w akcie gorącej miłości w godzinie śmierci w ręce Twoje oddał mego ducha.
Stacja 4 Jezus spotyka Matkę Bolesną
O mój dobry Jezu, jak niewypowiedziana boleść przeniknęła Twoje Najświętsze Serce przy spotkaniu z Matką Bolesną na drodze krzyżowej, a jaki przeogromny ból i smutek ogarnął Serce Maryi, gdy ujrzała Ciebie tak cierpiącego! Przez te niewypowiedziane cierpienia błagam Cię, najdroższy mój Zbawicielu, użycz mi łaski, abym za życia cieszył się szczególną opieką mej Niebieskiej Matki, a po śmierci został przez Nią wprowadzony do wiecznej chwały.
Stacja 5 Szymon Cyrenejczyk pomaga Jezusowi w niesieniu krzyża
O mój dobry Jezu, który z nieskończonej miłości wybrałeś mnie, abym podobnie jak Szymon Cyrenejczyk pomagał Ci w dźwiganiu krzyża, który niewdzięczność i złość ludzka włożyła na Twoje ramiona, udziel mi światła i siły, abym przez wierne pełnienie Woli Bożej odpowiedział Twemu wezwaniu pełnemu miłości.
Stacja 6 Święta Weronika ociera Oblicze Jezusa
O Jezu, który w nagrodę za miłosną i pełną odwagi usługę, oddaną Ci przez świętą Weronikę na drodze krzyżowej, odbiłeś na jej chuście Twe Przenajświętsze Oblicze, błagam Cię, odbij je również na moim sercu, abym nieustannie rozważając Twoją mękę, zapalił się gorącą miłością ku Tobie i gotów był ponieść wszelkie ofiary, które by wymagały chwała Boża lub dobro bliźniego.
Stacja 7 Jezus upada po raz drugi pod krzyżem
O drogi Jezu, upadający po raz drugi pod ciężarem krzyża, aby nam wysłużyć powstanie z grzechów i niewierności, użycz mi łaski umiejętnego korzystania z moich upadków i zapal w moim sercu ogień miłości, który by je oczyścił i uczynił miłym przybytkiem dla Ciebie.
Stacja 8 Jezus pociesza płaczące niewiasty
O mój dobry Jezu, dlaczego moje serce nie rozpływa się we łzach współczucia i boleści nad Twoją męką, i łzami skruchy z powodu moich grzechów, abym – podobnie jak owe płaczące niewiasty – zasłużył na Twe spojrzenie pełne miłości.
Stacja 9 Jezus upada po raz trzeci
O Jezu, moje częste upadki były przyczyną Twego trzeciego bolesnego upadku na drodze krzyżowej. Przyschnięte rany otworzyły się, strumienie Przenajświętszej Krwi znaczą Twoje ślady. Z najgłębszą czcią zbieram Twą Przenajświętszą Krew i ofiaruję Ojcu Przedwiecznemu za grzechy moje i całego świata.
Stacja 10 Jezus z szat obnażony
O Jezu, z miłości ku mnie z szat obnażony, zbroczony krwią, napojony żółcią i octem, uwielbiam Ciebie i błagam, przez zasługi Twojej bolesnej męki, oczyść mnie ze skłonności do grzechu i użycz ducha pokuty i wielkiej czystości duszy i ciała, abym, przyobleczony w te cnoty, zasłużył być zaliczony do grona Twoich wybranych.
Stacja 11 Jezus przybity do krzyża
O Jezu najdroższy, tępymi gwoździami przybity do krzyża, któż mi da odczuć nieskończoną Twą boleść i miłość! Twą miłość, abym dla Ciebie wzgardził wszelką inną miłością, Twą boleść, abym w tym życiu ukochał wszystko, co boli i czyni podobnym do Ciebie.
Stacja 12 Jezus umiera na krzyżu
O Jezu konający, upadam w duchu u stóp Twego krzyża, z największą czcią i miłością całuję Twe Najświętsze Rany, i błagam – przez konanie Twego Najświętszego Serca i przez boleści Two-jej Matki – obmyj we Krwi Twojej grzeszników całego świata, którzy teraz konają i tych, co dziś jeszcze mają umrzeć. Serce Jezusa konające, zmiłuj się na umierającymi.
Stacja 13 Zdjęcie Jezusa z krzyża i oddanie Matce
O Matko bolesna, królowo męczenników, użalam się nad Tobą. Obosieczny miecz boleści przeniknął Twe Serce, gdy trzymając na swym łonie martwe ciało Jezusa, wpatrywałaś się w zranione i krwią zbroczone Jego Najświętsze Oblicze. Przyrzekam u stóp Twoich, Matko Bolesna, unikać dobrowolnych grzechów, aby nimi powtórnie nie krzyżować Jezusa. Uproś mi, Matko, wierność w wykonaniu tego postanowienia i przyjmij mnie za swoje dziecko.
Stacja 14 Jezus złożony do grobu
Cześć i pokłon oddaję Tobie, mój Zbawicielu, który na haniebnym drzewie krzyża złożyłeś w ofierze za mnie swoje życie, a potem chciałeś być pogrzebany, by trzeciego dnia chwalebnie zmartwychwstać. Przyjdź do mego serca, niech ono będzie Twym grobem, i udziel mi łaski, abym zjednoczony z Tobą za życia, wraz z Tobą zmartwychwstał.
Na zakończenie – 3 razy: O Jezu, spójrz na krwawe łzy Twej Matki, która umiłowała Cię najmocniej już tu na ziemi i nadal najgłębiej miłuje Cię w niebie.
Modlitwa O Maryjo, Matko Boleści, Matko Litości i Matko Miłosierdzia, zjednocz nasze prośby ze swoimi prośbami, aby Twój Boski Syn, Jezus, którego wzywamy, wysłuchał nasze wołanie, a przez przyczynę Twoich matczynych krwawych łez udzielił nam łask, o które błagamy, i doprowadził nas do szczęścia wiecznego. Amen. Twoje krwawe łzy, o Matko Bolesna, kruszą moc szatana! O Jezu, zakuty w kajdany, przez Twoją Boską łagodność uchroń świat przed zagładą!
+++
***
25 marca – środa
V Tydzień Wielkiego Postu
Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny
Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco/ Vatican News
***
Msza św. o godz. 19.00 w kościele św. Piotra
***
„Bez Maryi nie ma Kościoła”
(słowa kardynała Josepha Ratzingera)
***
Będąc na Jasnej Górze 26 maja 2006 roku, już jako papież Benedykt XVI, powiedział:
„Maryja podtrzymywała wiarę Piotra i apostołów w wieczerniku, a dziś podtrzymuje Ona moją i waszą wiarę.”
Papież Benedykt XVI modli się w kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze, 26 maja 2006 r.
Alberto PIZZOLI / AFP
“Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może (…) rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej. Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa.“
25 marca przeżywany jest Dzień Świętości Życia. To okazja do przyjęcia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Jak to zrobić i z czym wiąże się takie zobowiązanie?
Święto życia Od 27 lat, 25 marca, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, w Kościele w Polsce przeżywany jest Dzień Świętości Życia. Został ustanowiony przez 293. Zebranie Plenarne Episkopatu Polski w odpowiedzi na apel papieża Jana Pawła II z encykliki Evangelium Vitae.
Ojciec Święty pisał w niej: „proponuję (…) aby corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia […] Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji. Należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej”.
W przededniu uroczystości, 24 marca w Polsce obchodzony jest także Narodowy Dzień Życia. To inicjatywa sięgająca 2004 r., kiedy ustanowił ją Sejm Rzeczypospolitej Polskiej.
Kto może przyjąć duchową adopcję i jakie warunki trzeba spełnić? Dzień Świętości Życia to dobra okazja do przyjęcia Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. – To szczególna modlitewna forma opieki nad każdym dzieckiem poczętym. Trwa dziewięć miesięcy – wyjaśnia ks. dr Paweł Gałuszka, duszpasterz rodzin Archidiecezji Krakowskiej. Przez ten czas codziennie należy odmówić jedną dziesiątkę różańca oraz „Modlitwę codzienną odmawianą w ramach duchowej adopcji dziecka poczętego zagrożonego zagładą”.
Panie Jezu za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem świętego Józefa, „Człowieka Zawierzenia”, który opiekował się Tobą, proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady i które duchowo adoptowałem. Proszę, daj rodzicom tego dziecka miłość i odwagę, aby zachowali je przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen. Opieką obejmuje się każdorazowo tylko jedno dziecko nienarodzone. Inicjatywa skierowana jest do wszystkich, niezależnie od stanu, płci czy wieku. W przypadku dzieci zaleca się podejmowanie duchowej adopcji pod opieką rodziców.
Zobowiązanie można podejmować wielokrotnie pod warunkiem spełnienia wszystkich poprzednich zobowiązań. Zachęca się również do podejmowania przy tej okazji także innych, dodatkowych postanowień – np. częstej spowiedź i Komunii Świętej, adoracji Najświętszego Sakramentu, czytania Pisma Świętego czy walki z własnymi nałogami.
Jak przyjąć duchową adopcję? Chociaż wskazane jest, aby złożenie przyrzeczenia duchowej adopcji odbywało się uroczyście, w kościele, można jednak dokonać tego aktu prywatnie. W takim wypadku formułę przyrzeczenia należy odczytać najlepiej przed krzyżem i obrazem. Dobrze jest zapisać datę rozpoczęcia i zakończenia modlitwy.
Przyrzeczenie Duchowej Adopcji
Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo,
wszyscy Aniołowie i Święci, wiedziony/a pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych,
Ja, (Imię i Nazwisko), (data urodzenia)
postanawiam mocno i przyrzekam, że od dnia (…)
biorę w duchową adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez 9 miesięcy, każdego dnia modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Postanawiam: odmawiać codzienną modlitwę w intencji nienarodzonego, codziennie ofiarować jeden dziesiątek różańca, podjąć postanowienie:
(…)
(krótki opis postanowienia)
(miejscowość i data)
(podpis) Przy przyjmowaniu kolejnej duchowej adopcji, konieczne jest ponowne złożenie przyrzeczenia. Dłuższa przerwa – np. trwająca miesiąc lub dwa – w modlitwie, przerywa duchową adopcję. Wówczas należy ponownie złożyć przyrzeczenie, starając się go tym razem dotrzymać. Krótkie przerwy nie są przeszkodą do kontynuacji. Koniecznym jest jednak wtedy przedłużenie modlitwy o opuszczone dni.
Dzieło duchowej adopcji powstało po objawieniach w Fatimie, stając się odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej do modlitwy różańcowej, pokuty i zadośćuczynienia za grzechy, które najbardziej ranią Jej Niepokalane Serce. W 1987 roku inicjatywa trafiła do Polski.
W Archidiecezji Krakowskiej corocznie, w Dzień Świętości Życia odprawiana jest Msza św. w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w intencji dzieci poczętych. W czasie Eucharystii można złożyć deklarację duchowej adopcji. Dodatkowo comiesięcznie, w każdą drugą sobotę miesiąca, w krakowskich Łagiewnikach można uczestniczyć w Modlitewnym czuwaniu w intencji obrony życia poczętego. Przy tej okazji także można złożyć deklarację duchowej adopcji lub odnowić już podjęte zobowiązanie.
***
Jezus był embrionem. Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia
Gdyby urodzili się ci, którym urodzić się nie dano, świat byłby lepszy. Bo każda aborcja to utrata oszałamiającego daru, jakim jest człowiek. O tym przypomina Dzień Świętości Życia.
My widzimy dziecko bądź osobę dorosłą, starca bądź niemowlaka. Ale Bóg nie jest ograniczony czasem i widzi człowieka całego, a nie tylko wycinkowo, jak my. Ogarnia nas w całości, z naszą przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, i już na starcie obdarza nas darami potrzebnymi do tego, żebyśmy sami byli darem dla innych.
„Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie” – zachwyca się psalmista.
Jak strasznym zgrzytem w cudzie stworzenia musi być ludzka decyzja o przerwaniu Bożego planu dla człowieka. Zniszczenie rozwijającego się życia niszczy także osoby, które za to odpowiadają. „Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia, także w fazie początkowej, która poprzedza narodziny. Człowiek już w łonie matki należy do Boga, bo Ten, który wszystko przenika i zna, tworzy go i kształtuje swoimi rękoma, widzi go, gdy jest jeszcze małym, bezkształtnym embrionem, i potrafi w nim dostrzec dorosłego człowieka, którym stanie się on w przyszłości i którego dni są już policzone, a powołanie już zapisane w księdze żywota” – napisał Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae. To właśnie ten dokument stał się inspiracją do obchodzonego w wielu krajach Dnia Świętości Życia. Papież zaproponował w nim ustanowienie na całym świecie corocznych obchodów Dnia Życia. „Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji: należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej” – zalecał Ojciec Święty.
Mocą władzy…
Papież z Polski przypomniał w Evangelium vitae, że „przykazanie »nie zabijaj« ma wartość absolutną w odniesieniu do osoby niewinnej, i to tym bardziej wówczas, gdy jest to człowiek słaby i bezbronny, który jedynie w absolutnej mocy Bożego przykazania znajduje radykalną obronę przed samowolą i przemocą innych”.
Żeby zapobiec pseudoteologicznym spekulacjom, rozmywającym zło procederu uśmiercania niewinnych, Jan Paweł II sięgnął po papieski autorytet nieomylności, używając w encyklice formuły ex cathedra: „Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2,14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”.
Stąd, kontynuuje papież, „świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości”.
Oznacza to, że jednoznaczne uznanie aborcji za zło moralne jest obowiązkiem katolika, a wszelkie uniki w rodzaju popierania tzw. opcji „za wyborem” są dla wiernych niedopuszczalne. Dotyczy to także eutanazji. Jan Paweł II, pisząc o tym, przywołał w encyklice orzeczenie Kongregacji Doktryny Wiary. „Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać” – czytamy w Deklaracji o eutanazji.
Adopcja w duchu
Kościół w Polsce odpowiedział na apel Jana Pawła II. W 1998 roku episkopat wyznaczył Dzień Świętości Życia na 25 marca, czyli liturgiczną uroczystość Zwiastowania Pańskiego. W tym dniu Kościół świętuje poczęcie się Zbawiciela, który od tej chwili stał się człowiekiem. Oznacza to, że Jezus, jako prawdziwy człowiek, był embrionem i zanim się urodził, przeszedł wszystkie stadia rozwoju płodowego. I już na tym etapie św. Elżbieta, podczas spotkania z Maryją, nazywa Go Panem.
Obchodom Dnia Świętości Życia w Polsce towarzyszy tzw. duchowa adopcja. Ruch Duchowej Adopcji w Kościele katolickim jest odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej, która w Fatimie prosiła o modlitwę, pokutę i zadośćuczynienie za grzechy. To trwająca 9 miesięcy (tyle, ile ciąża) modlitwa w intencji znanego Bogu dziecka poczętego, zagrożonego zabiciem. Jedna osoba modli się za jedno dziecko, odmawiając dziennie jedną tajemnicę Różańca i specjalną modlitwę za maleństwo i jego rodziców. Duchową adopcję może podjąć każdy, bez względu na swoją sytuację – również osoby, które odcięły sobie dostęp do sakramentów. Decydując się na to, należy jednak wytrwale wypełniać podjęte postanowienia.
Kościół i państwo
Dzień Świętości Życia w wielu krajach, podobnie jak w Polsce, jest obchodzony w uroczystość Zwiastowania, ale nie jest to reguła. Na przykład w Stanach Zjednoczonych obchodzi się go w trzecią niedzielę stycznia. Ma to związek z datą 22 stycznia, czyli rocznicą wejścia w życie poprawki do konstytucji legalizującej aborcję na życzenie. Z obchodami kościelnymi korespondują tam wydarzenia natury społecznej i państwowej. Trzeba bowiem zaznaczyć, że proceder aborcyjny, który pochłonął życie kilkudziesięciu milionów dzieci, spotyka się w Ameryce ze wzrastającym oporem środowisk pro life, mobilizujących do sprzeciwu znaczną część społeczeństwa. Corocznie w całym kraju odbywają się 22 stycznia marsze dla życia. Największa manifestacja tradycyjnie ma miejsce w Waszyngtonie. Gromadzi się tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Warto zauważyć, że Ronald Reagan w 1984 r. ustanowił Narodowy Dzień Świętości Życia, który obchodzono w USA co roku 22 stycznia, aż do objęcia władzy przez Baracka Obamę. Tradycję tę przywrócił Donald Trump.
To błogosławieństwo
Nie sposób stwierdzić, w jakim stopniu modlitwa, szczególnie ta zanoszona do Boga w Dniu Świętości Życia, wpływa na poziom ochrony dzieci poczętych, widzimy jednak, że w wielu środowiskach następuje refleksja nad wartością ludzkiego życia, a to przekłada się na spadek liczby aborcji. Szczególnie jest to widoczne w Polsce. Nie tylko dlatego, że od chwili orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o niekonstytucyjności aborcji eugenicznej przerywanie ciąży jest u nas w praktyce zabronione. Także dlatego, że gdy kolejne państwa coraz bardziej ułatwiają aborcję, Polska jej de facto zakazuje. Nie ma też u nas mowy o eutanazji. To powód do dumy i wzór dla innych państw. Dzięki temu także reakcja Polski na kryzys uchodźczy jest spójna z jej ogólnym poszanowaniem zasad prawa naturalnego. W naszym kraju szanuje się ludzkie życie nie tylko w słowach, ale także w ustawodawstwie, które dziś w praktyce nie pozwala zabijać żadnego człowieka. To otwiera nas na błogosławieństwo, które jest szczególnie widoczne w tajemnicy Zwiastowania Pańskiego. •
Duchowa Adopcja to modlitwa zainicjowana przez ojców paulinów ponad 30 lat temu, w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Ducha, który jest obecnie Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. „Istotą Duchowej Adopcji jest codzienna modlitwa za dziecko w łonie matki, trwająca przez dziewięć miesięcy. Polega ona na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy (dziesiątki) różańca świętego oraz specjalnej, krótkiej modlitwy za dziecko, którego życie jest zagrożone”.
„Przeżywany teraz czas realnego zagrożenia własnego życia mobilizuje do szukania sposobów jego chronienia, ale także pobudza do wzajemnej modlitwy. Jest szansą otwarcia oczu i serca – nowego spojrzenia – na najbardziej bezbronne i samotne wobec zagrożenia zagładą – życie dzieci nienarodzonych” – podkreślają paulini.
Szczegółowe informacje o Dziele Adopcji Dziecka Poczętego można znaleźć na stronach: centrumzawierzenia.jasnagora.pl, www.duchowaadopcja.pl oraz paulini.com.pl/duchowa-adopcja. Aby ułatwić codzienne zobowiązanie modlitewne można też skorzystać z aplikacji na telefon „Adoptuj życie” stworzonej przez Fundację Małych Stópek. Dzięki aplikacji można zobaczyć, jak dziecko codziennie rośnie, są również zdjęcia USG, które towarzyszą w każdym dniu modlitwy.
Dzień Świętości Życia został ustanowiony w Kościele w Polsce w 1998 r. w odpowiedzi na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae” ogłoszonej 25 lat temu, 25 marca 1995 roku. Papież napisał w niej m.in., że „Człowiek i jego życie jawią się nam jako jeden z najwspanialszych cudów stworzenia…” (Evangelium Vitae, 84). Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie.
MODLITWA W INTENCJI OBRONY ŻYCIA
(do odmawiania po Koronce do Bożego Miłosierdzia)
O Maryjo, jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat, ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia, mężczyzn i kobiet – ofiary nieludzkiej przemocy, starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość.
Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie.
Panie Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po narodzeniu, proszę Cię w intencji tego nie narodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
***
Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
materdolorosa.pl
***
Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.
Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).
Duchowa Adopcja
Może ją podjąć każdy człowiek:
obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
trwa przez dziewięć miesięcy
Warunki
codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
modlitwa w intencji uratowania życia dziecka
Modlitwa codzienna
Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
Treść przyrzeczenia
“Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:
Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.
***
Zamiast „aborcji”, wybrały życie dla swoich dzieci. Żadna z matek nie zmieniłaby swojej decyzji
fot. Pixabay
***
W ciągu 16 lat niesienia pomocy ciężarnym i rodzącym matkom będącym w trudnej sytuacji Kathleen Wilson ani razu nie usłyszała od nich, że ratując życie podjęły złą decyzję. Czy tak samo myślą kobiety, które zdecydowały o śmierci swojego dziecka i wybrały aborcję?
Wilson w rozmowie z Tuckerem Carlsonem z Fox News wyraziła zwoje zadziwienie lewicowo liberalną narracją o „torturowaniu” i „zmuszaniu” kobiet do rodzenia dzieci przez środowiska pro life. Jak przyznała, przez 16 lat działalności ośrodka Mary’s Shelter nie spotkała matki, która po wyborze życia dla swojego dziecka żałowałaby tej decyzji.
Jak mówiła, ma nadzieję, że mimo agresywnej narracji proaborcyjnej „nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym potępiamy kobiety za posiadanie dzieci”
W domach Mary’s Shelter zamieszkać mogą matki potrzebujące wsparcia przez nawet trzy lata. Znajdują tam pomoc, edukację, zdobywają wiedzę o porodzie i macierzyństwie. Przez domy w ciągu 16 lat przeszło ponad 400 potrzebujących pomocy matek.
Nikt ich do niczego nie zmusza – przychodzą do ośrodka po pomoc. I ją znajdują. –One kochają swoje dziecko. To naprawdę takie proste. Chcą swojego dziecka. W ciągu 16 lat żadna kobieta nie powiedziała mi, że przeszła przez Mary’s Shelter, że żałuje, że ma swoje dziecko. Nigdy, przenigdy – mówiła Wilson.
–Troszczymy się o dziecko w łonie matki. Kochamy dziecko w łonie matki, ale kochamy też tę mamę. A kobiety przychodzą do nas z tyloma dziećmi, ile mają. Kochamy wszystkie te dzieci – dodała.
Owszem, w ośrodku były kobiety pełne żalu, smutku i goryczy – miały one za sobą złą decyzję o uśmierceniu swojego nienarodzonego dziecka.
źródło: marsz.info/MA/PCh24.pl
+++
Jak przygotować się do spowiedzi wielkopostnej?
Wielki Post to często czas, w którym intensyfikujemy pracę nad swoim życiem duchowym. Podejmujemy wyrzeczenia, postanowienia i refleksje nad naszym życiem, pragnąć dobrze przygotować się na Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Jednym z ważnych aspektów jest sakrament pokuty i pojednania. Oto kilka wskazówek, które pomogą Ci w dobrym przygotowaniu się do spowiedzi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Nawrócenie, przebaczenie i pojednanie
Spowiedź, według Katechizmu Kościoła Katolickiego, jest „sakramentem nawrócenia, ponieważ urzeczywistnia w sposób sakramentalny wezwanie Jezusa do nawrócenia, drogę powrotu do Ojca, od którego człowiek oddalił się przez grzech”.
– W konfesjonale sam Jezus Chrystus obdarza nas swym miłosierdziem. Papież Franciszek mówi wręcz, że „miłosierdzie jest sposobem, w jaki Bóg przebacza (…). Wielkie jest miłosierdzie Boga, wielkie jest miłosierdzie Jezusa: wybaczać nam poprzez czuły gest” – podkreśla ks. Zbigniew Bielas, kustosz Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Jak zaznacza, warto pamiętać, że dzięki temu sakramentowi „odzyskujemy stan łaski uświęcającej, otrzymujemy wewnętrzny pokój i pojednanie z Bogiem i Kościołem”. W łagiewnickim sanktuarium łącznie przez ponad 170 godzin w tygodniu pełniona jest posługa odpuszczania grzechów i przynoszenia wiernym przebaczenia. Św. Jan Paweł II, w dniu konsekracji bazyliki 17.08.2002 r. wyraził prośbę: „Modlę się, aby ten kościół był zawsze miejscem głoszenia orędzia o miłosiernej miłości Boga, miejscem nawrócenia i pokuty”.
Warunki
Kościół określa pięć warunków dobrej spowiedzi, które są bezpośrednią formą przygotowania i realizacji tego sakramentu. To: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, szczera spowiedź i zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu.
– Myślę, że podstawą każdej dobrej spowiedzi jest dobry rachunek sumienia i wypełnienie pozostałych warunków — mówi kustosz łagiewnickiego sanktuarium. – Oprócz tego na naszej drodze do świętości i czerpaniu właściwych owoców ze spowiedzi warto też zwrócić uwagę na wskazówki dotyczące tego sakramentu, które przekazała nam w „Dzienniczku” św. Faustyna: całkowitą szczerość i otwartość, pokorę oraz posłuszeństwo (por. Dz. 112) — dodaje.
Rachunek sumienia
Do przyjęcia sakramentu pokuty należy przygotować się przez rachunek sumienia. Jak wskazuje Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK), powinien być on przeprowadzony w świetle Słowa Bożego np. przy pomocy Dekalogu, Hymnu o miłości lub Kazania na Górze. – Dziś można znaleźć wiele różnych pomocy w modlitewnikach, czy w Internecie na stronach poświęconych spowiedzi. Trudno wskazać tylko na jeden konkretny dla wszystkich. Są opracowane rachunki sumienia dla poszczególnych stanów: małżonków, narzeczonych, młodzieży, dla starszych, dla osób duchownych, dla dzieci. Każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ważne, by zanim klękniemy u kratek konfesjonału przeanalizować swoje życie od czasu ostatniej spowiedzi i przypomnieć sobie ostatnie postanowienie, wyznać grzechy — wyjaśnia ks. Zbigniew Bielas. W bazylice Bożego Miłosierdzia przy wejściu do strefy spowiedzi można zaopatrzyć się w rachunek sumienia, opracowany na podstawie dziesięciu Przykazań Bożych. Ta prosta pomoc, z której chętnie korzystają penitenci.
– Zasadniczo spowiedź jest wyznaniem grzechów. Jednak jeśli warunki czasowe na to pozwalają, warto spojrzeć na nasze życie duchowe w szerszym kontekście: czy i w jakim zakresie udało się nam coś zmienić, poprawić się w jakiejś dziedzinie, odnieść zwycięstwo nad naszą słabością i tym podzielić się ze spowiednikiem — radzi duchowny.
Żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy
Katechizm Kościoła Katolickiego określa żal za grzechy jako „ból duszy i znienawidzenie popełnionego grzechu z postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości”. Kościół wyróżnia dwa rodzaju żalu: doskonały i niedoskonały. Ten pierwszy wypływa z miłości do Boga miłowanego ponad wszystko i powoduje odpuszczenie grzechów powszednich. Drugi natomiast rodzi się z lęku przed wiecznym potępieniem i innymi karami, ale również, jak wskazuje katechizm, jest przygotowaniem do odpuszczenia grzechów ciężkich w sakramencie pokuty. Żal za grzechy idzie w parze z kolejnym warunkiem: mocnym postanowieniem poprawy. Potrzebna jest decyzja o chęci bycia lepszym.
Zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu
Po przystąpieniu do spowiedzi pamiętać trzeba o ostatnim warunku jej dobrego przeżycia: zadośćuczynieniu Panu Bogu i bliźniemu. – Wiemy, że grzech zrywa naszą przyjaźń z Bogiem. Rani nie tylko nas, ale często wyrządza także szkodę bliźniemu. Musimy więc uczynić wszystko, by ją naprawić. Oddać to, co sobie przywłaszczyliśmy. Przywrócić dobre imię osobie oczernionej. Odwołać poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, czy wynagrodzić krzywdy — tłumaczy ks. Zbigniew Bielas, dodając, że „odpuszczony grzech domaga się ze sprawiedliwości zadośćuczynienia i odpokutowania w różnych wymiarach”.
Pomocą w tym wypadku staje się również zadana penitentowi w konfesjonale przez kapłana pokuta. – Zawsze powtarzałem na katechezie, że zadośćuczynienie to taka sprawa honoru: Pan Bóg mi coś darował, ja, choć w niewielkim wymiarze podejmuję pokutę, aby Mu za to podziękować i wynagrodzić popełnione zło — wyjaśnia rektor Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
Kiedy jest dobry czas na wielkopostną spowiedź?
– Myślę, że dziś wielu z nas zapomina o tym, co jest bardzo ważne w życiu wiary. Jesteśmy zabiegani. Spieszymy się. Chcemy wszystko załatwić szybko — zauważa ks. Bielas i dodaje, że właśnie dlatego warto zaplanować czas na spowiedź. – Przed świętami planujemy czas na sprzątanie, na zakupy, a często spowiedź zostawiamy na tak zwany „ostatni moment”. Potem kiedy przychodzimy do kościoła i widzimy duże kolejki, denerwujemy się. Może nieraz nawet rezygnujemy, usprawiedliwiając się brakiem czasu — zauważa.
– W wielu parafiach organizowane są rekolekcje i uwzględniony jest dzień na spowiedź — zauważa kustosz, zachęcając do korzystania z tej cennej okazji i tego, aby nie zostawiać spowiedzi na ostatnie dni przed świętami. Niektórzy nie mają możliwości skorzystania z sakramentu wcześniej. Powodem może być stan zdrowia, obowiązki zawodowe czy pobyt za granicą. Jak podkreśla ks. Bielas, dla tych osób kapłani czuwają w konfesjonale nawet przez całą noc, szczególnie w Wielki Piątek. – Zawsze to wielka radość, gdy widzimy tylu wiernych, którzy pragną pojednać się z Bogiem i z oczyszczonym sercem przeżywać świętowanie w Kościele, domu, rodzinie – dodaje.
Obowiązek spowiedzi oraz przyjęcia Komunii Świętej
Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym, wierni są zobowiązani do przystąpienia do sakramentu pokuty przynajmniej raz w roku. Ze względu na to, że Kościół nakazuje, by również przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym przyjąć Komunię Świętą, wierzący często decydują się na spowiedzi w okresie Wielkiego Postu, pomiędzy Środą Popielcową a Niedzielą Palmową. Zaleca się, aby miała ona miejsce przed Wielkim Czwartkiem, po to, aby dni Triduum Paschalnego przeżywać w stanie łaski uświęcającej.
Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela
***
Jak zrobić rachunek sumienia przed spowiedzią. Oto metoda ignacjańska
fot. Canva/Wikipedia
***
Ignacjański rachunek sumienia polega na „rachowaniu” nie swoich grzechów, ale… Bożej dobroci! Trwa tylko 15 minut, a pozwala uwrażliwić serce na Boże poruszenia. Sprawdź, jak 500-letnia metoda modlitwy może zmienić Twoje życie wewnętrzne.
Ignacjański rachunek sumienia to forma codziennej modlitwy. Św. Ignacy z Loyoli proponuje, by zamiast „rachować” swoje grzechy, „badać” swoje sumienie. Tylko wtedy, kiedy ta modlitwa jest praktykowana każdego dnia, może przynosić regularne owoce.
Ignacjański rachunek sumienia. Na czym polega?
Św. Ignacy z Loyoli proponuje zaskakujące podejście do rachunku sumienia!. Zamiast „rachować” swoje grzechy, zachęca w swoich Ćwiczeniach Duchownych do „badania” swojego sumienia. Sumienie to takie miejsce w nas gdzie przebywamy z Bogiem. Badamy to miejsce, żeby się spotkać z Nim – bliskim i kochającym.
Polega ona na słuchaniu Boga i słuchaniu swojego serca. Na spotkaniu z miłującym Bogiem i na spotkaniu z samym sobą w atmosferze Jego miłości. Na badaniu Jego wezwań i naszych odpowiedzi na nie. I wreszcie na „rachowaniu” Jego darów i miłości, którymi nas obdarza.
Przede wszystkim skupiamy się na Nim i na dobru, które od niego otrzymujemy, a dopiero później na swojej grzeszności. Jednak nawet w momencie, kiedy zabieramy się za „pranie brudów”, nie robimy tego sami, tylko z Jego łaską. Nie po to, aby zadręczać się swoją słabością, ale po to, żeby odkryć mechanizmy zła, którym się poddajemy i przeciwdziałać im.
Celem tej metody badania sumienia jest wdzięczność za działanie Boga i ukierunkowanie na przyszłość. Dzięki codziennej praktyce nasze serce jest bardziej czujne na Boże poruszenia i łatwiej nam odróżnić dobro od zła.
Jeśli podejmiesz się praktykowania tego sposobu modlitwy nie z lęku przed karą za swoje grzechy, ale z troski o swoje życie wewnętrzne, szybko zobaczysz jakie owoce ona przynosi.
Kwadrans szczerości, czyli ignacjański rachunek sumienia krok po kroku
Ignacjański rachunek sumienia jest bardzo prosty i składa się z pięciu punktów. Ta modlitwa ma trwać dokładnie piętnaście minut – ani dłużej, ani krócej.
1. Podziękować Bogu, naszemu Panu za otrzymane dobrodziejstwa.
Tak! Rachunek sumienia powinieneś zacząć od dziękczynienia! „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” – pyta św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (4,7). Każde dobro w ciągu dnia, każda łaska, czy choćby dar życia – to wszystko pochodzi od Boga. Dlatego rachunek sumienia zacznij od tego, co dobre. Zacznij od Tego, który jest dobry. W pierwszym, punkcie „rachujesz” Boże dary, zamiast własnych grzechów.
Popatrz na cały swój dzień i zastanów się: Co mnie dobrego dziś spotkało? W czym widziałem miłość Boga? Jak On się o mnie troszczył? Co szczególnego się dzisiaj wydarzyło? Jakie Jego dary i prezenty odkryłem w swoim życiu?
W tym punkcie nie chodzi tylko o to, żeby dziękować za rzeczy oczywiste: „miałem co jeść”, „miałem gdzie spać” itd. Dziękuj bardzo konkretnie: wymień te dary, sytuacje, myśli, za które jesteś wdzięczny. Możesz także podziękować Bogu za to, czego nie straciłeś tego dnia. A jeśli naprawdę wydaje Ci się, że nie masz za co dziękować, możesz zawrzeć z Bogiem umowę: „Panie Boże, daj mi jutro tylko to, za co dzisiaj Ci podziękuję”.
Uwaga! Jeśli ten punkt Cię zaabsorbuje, będziesz znajdować coraz to nowe rzeczy, za które możesz dziękować i Twój duch się będzie radował to trwaj w tej dziękczynnej modlitwie, aż do nasycenia. Smakuj dobroci Boga, ciesz się nią i bądź mu wdzięczny. Nie przejmuj się, że masz jeszcze cztery punkty „do przerobienia” – możesz spędzić na tym punkcie całe 15 minut przeznaczone na rachunek. Twoje spotkanie z Panem już przyniosło owoce!
2. Prosić o łaskę poznania grzechów i porzucenia ich.
Przechodząc do drugiego punktu, proś Ducha Świętego o łaskę spojrzenia na miniony dzień Jego oczami. Dlaczego to takie ważne? W tym punkcie skupiamy się na naszej grzeszności, słabości i naszych upadkach. Patrząc na nie jedynie ze swojej perspektywy możemy, łatwo wpaść w pułapkę samooskarżania się. Często jesteśmy dla samych siebie najbardziej surowymi sędziami. Musisz jednak pamiętać, że Bóg nigdy nie oskarża, nie wzbudza chorego poczucia winy, nie „wgniata” Cię w ziemię Twoimi grzechami. Tak działa szatan! Patrząc na nasze grzechy z pomocą Ducha Świętego, poucza on nas o naszym grzechu w sposób pełny miłości i delikatności po to, aby nas pobudzić do nawrócenia.
Samo poznanie grzechów jednak nie wystarcza – potrzebujesz jeszcze przyznać przed sobą i Bogiem: „To JA zgrzeszyłem”. Dopiero kiedy uznasz swój grzech, możesz go odrzucić (nie możesz odrzucić grzechu, póki nie jest Twój). Wystarczy Twoja decyzja serca, akt woli. Łaska Boża zrobi resztę.
3. Domagać się od duszy zdania sprawy od chwili powstania z łóżka aż po obecny rachunek sumienia, godzina po godzinie i chwila po chwili, najpierw z myśli, potem z mowy, wreszcie z uczynków (…).
W trzecim punkcie chodzi o to, abyś w Jego obecności uświadomił sobie, co się działo w ciągu dnia. Szczególnie przyjrzyj się swoim myślom, bo z nich bierze początek każdy czyn. Spróbuj zwrócić uwagę na to: z jakich myśli i intencji brały się dobre i złe czyny, które popełniłeś w ciągu dnia? Jakie były twoje motywacje? Za jakim sposobem myślenia podążasz?
Skup się również na tym: jakie natchnienia otrzymałeś? Czy za nimi poszedłeś? Czy dałeś się kształtować Bogu?
Nie odpowiadaj na te pytania sam. Porozmawiaj z Nim o tym, wysłuchaj Jego zdania. Poproś, żeby Ci pokazał, jak on widział ten dzień: co Jemu się podobało a co nie?
Jeśli będziesz mieć problem z przypomnieniem sobie każdej chwili dnia (na początku może to być bardzo trudne!) to postaraj się popatrzeć na dzień jak na etapy, np.: od wstania z łóżka do wyjścia na uczelnię, od pierwszych zajęć do obiadu, od powrotu do domu do rachunku sumienia itp.
4. Prosić Boga, naszego Pana, o przebaczenie win.
Kiedy już zobaczyłeś cały swój dzień, uświadomiłeś sobie swoje grzechy i podjąłeś w sercu decyzję o ich odrzuceniu – przyszedł czas na kolejny etap. Proś Boga o to, aby wybaczył Ci Twoje winy. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości.” – pisze św. Jan w swoim liście (1 J 1,9). Uświadom sobie, że potrzebujesz wybawcy i nie zapominaj, że On jest większy niż każda Twoja słabość!
Pamiętaj, że nie stajesz przed sędzią, który chce Cię ukarać, ani przed policjantem, który przyłapie Cię na każdym najmniejszym wykroczeniu. Stajesz przed miłującym Ojcem, który chce Cię przyjąć w swoje ramiona. Pozwól Bogu kochać Cię takim, jaki jesteś.
5. Postanowić poprawę za Jego łaską.
Jeśli jeszcze nie minęło 15 minut, a wszystkie poprzednie punkty masz już za sobą, to przed Tobą ostatnia rzecz do zrobienia. Postanów poprawę Z JEGO ŁASKĄ. Nie próbuj własnymi siłami się zmieniać, nawracać czy pokonywać słabości, bo będziesz skazany na porażkę.
Jeśli pozwoliłeś się prowadzić Duchowi Świętemu w tej modlitwie, to z pewnością zauważysz co w Twoim życiu jest do poprawy. Owocem skruchy będzie to, że sam będziesz chciał się rozwijać i wzrastać.
Nie czyń jednak jakichś wielkich postanowień! Niech to będzie jedna, drobna zmiana. Naucz się stawiać małe, konsekwentne kroki w rozwoju swojego życia duchowego. Mniej znaczy więcej! Tutaj również ważny jest konkret: nie „od jutra będę lepszy”, ale „przez najbliższe 7 dni poświęcę każdego ranka 5 minut na modlitwę za nadchodzący dzień”. Niech to postanowienie wypływa z tego, co zauważyłeś w ciągu całego dnia.
Ojcze nasz
Kilka przydatnych wskazówek
Ignacjański rachunek sumienia warto robić codziennie wieczorem, ale nie przed samym snem. Jeśli będziesz za bardzo znużony, możesz zasnąć w trakcie. Poruszenia w trakcie rachunku mogą Cię również pobudzić na tyle, że będziesz mieć problem z zaśnięciem!
Nie zniechęcaj się, jeśli będzie Ci na początku szło „topornie”. Potrzebujesz wytrwałości i cierpliwości. Łatwiej Ci się będzie zdyscyplinować, jeśli ustalisz stałą godzinę w ciągu dnia, w której będziesz robić rachunek sumienia. Możesz też spróbować kwadrans na rachunek „przypiąć” do jakiegoś stałego punktu wieczoru, np.: po kolacji, przed wieczorną toaletą itp.
Dopilnuj, aby ta modlitwa trwała dokładnie 15 minut (możesz ustawiać sobie minutnik). Jeśli trudno jest Ci wytrwać na modlitwie, chęć jej skrócenia potraktuj jako pokusę. Przekonasz się, że często w ostatnich sekundach Bóg poruszy Twoje serce. Za pokusę uznaj również chęć przedłużenia modlitwy. Kwadrans to kwadrans i bądź temu wierny. „Lepsze jest posłuszeństwo od ofiary” (1 Sm 15,22).
Jeżeli w którymś z punktów, Twoja modlitwa bardzo Cię poruszy, zacznie Cię nasycać, rozpalać do tego stopnia, że będziesz chcieć trwać w tym miejscu – nie przechodź do następnych punktów, nawet jeśli kończy Ci się czas. Słuchaj serca, a nie metody. Schemat modlitwy jest po to, aby Ci pomóc, a nie po to, żeby „odhaczyć” wszystkie jego punkty.
Stacja7.pl
***
Niechciany sakrament
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Jezus powiedział św. Faustynie: „Nie odkładaj sakramentu spowiedzi, bo to Mi się nie podoba”. Każdemu to mówi.
Dziesięciu księży spowiada od wieczora do późnej nocy. Ludzie, czasem po raz pierwszy od wielu lat, wylewają przed Bogiem swoje dusze. Siedząc twarzą w twarz ze spowiednikiem, mówią rzeczy, których nikomu, nawet sobie, powiedzieć nie chcieli. Płaczą. Wreszcie słyszą: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. I odchodzą przemienieni. I mówią: „Nie wiedziałem, że Kościół taki jest. Nie wiedziałam, że taka może być spowiedź”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Rachunek sumienia – podstawa duchowego wzrostu
Jeśli ktoś go odprawia, w jego życiu mogą dziać się cuda. O znaczeniu i roli rachunku sumienia mówi ks. Łukasz Sośniak, jezuita.
Franciszek Kucharczak: Robi Ksiądz rachunek sumienia?
Ks. Łukasz Sośniak SJ: Oczywiście, że robię.
Codziennie?
Tak! Rachunek sumienia był najważniejszą modlitwą św. Ignacego. On zwalniał swoich podwładnych, na przykład ze względu na chorobę, z różnych praktyk religijnych, nawet z Mszy św., ale nigdy z rachunku sumienia. To jest serce duchowości ignacjańskiej i jako jezuici staramy się bardzo tego pilnować. Naszą zasadą jest „szukać i znajdować Boga we wszystkim”, a ta modlitwa jest idealnym narzędziem do tego.
Jak to w praktyce wygląda?
W domach zakonnych najczęściej robi się to przed obiadem. Tu, gdzie jestem, zbieramy się w kaplicy i mamy pięciominutowy rachunek sumienia, ale każdy jezuita robi go też indywidualnie, najczęściej na zakończenie dnia. Ma schemat zaczerpnięty z książeczki „Ćwiczeń duchowych” św. Ignacego. Zaczyna się czymś nietypowym, bo dziękczynieniem za dobro, które dzisiaj otrzymałem od Pana Boga. Nie jakieś abstrakcyjne, tylko konkretne: że dziś spotkałem tę i tę osobę, doświadczyłem tego i tego. Starsi, chorzy ojcowie mówili mi na przykład, że dziękują za to, że ich dzisiaj mniej bolało. Moim zdaniem to dziękczynienie jest kluczem do rachunku sumienia. Widzę, że to też bardzo pomaga rekolektantom. Jak ktoś ma problem z modlitwą, zawsze mówię, żeby robić rachunek sumienia albo przynajmniej ten pierwszy punkt. To ważne, bo często ktoś mówi: „Ja nie mam za co dziękować, spotykają mnie same cierpienia”, a po tygodniu czy dwóch robienia rachunku sumienia stwierdza, że Bóg jednak jest obecny w jego życiu i że jest tam wiele dobra. I to mu daje dużo pocieszenia.
A co po dziękczynieniu?
Ignacy pisze: „Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz”. Ja modlę się do Ducha Świętego, żeby przypomniał mi te momenty, w których Pan Bóg działał w ciągu dnia, a tego nie zauważałem. To drugi punkt. Trzeci to retrospekcja – można analizować godzinę po godzinie, spoglądając na to, co się wydarzyło w ciągu dnia. Ja często trwam w ciszy i kontemplacji i czekam, co się samo narzuci, co mi Pan Bóg powie. Często przypominają się wtedy momenty w ciągu dnia, związane z jakimiś wydarzeniami, i wtedy widzę: o, tu działał Pan Bóg, tu mogłem Go spotkać. Potem jest czwarty punkt – prośba o przebaczenie. Powiedziałbym, że to taka modlitwa oddania, nie jakieś oskarżanie się, wypominanie sobie grzechów, tylko ufne zawierzenie z prośbą, żeby Pan Bóg przychodził nam z pomocą w naszych słabościach. I ostatnia rzecz – postanowienie. Ono musi być konkretne i realistyczne. Ignacy nie chce, żeby to było coś w stylu: „zmienię się, będę lepszy, będę pracował nad sobą”. To ma być decyzja, co konkretnie zrobię, żeby osiągnąć konkretny cel. Gdy się robi rachunek sumienia codziennie, to nieraz też robi się go z tego postanowienia.
Wielu ludziom jednak rachunek sumienia kojarzy się z bezduszną buchalterią albo bolesnym rozdrapywaniem ran.
Myślę, że nazwa „rachunek sumienia” jest trochę mylna. Rzeczywiście kojarzy się z rachowaniem, a Pan Bóg z jakimś księgowym, który czyha na nasze potknięcia, albo z sędzią, który wyda wyrok skazujący po wyciągnięciu średniej. Natomiast my mówimy o rachunku sumienia jako „kwadransie uważności”. Chodzi o uważność na Boże działanie. O. Józef Augustyn SJ nazwał rachunek sumienia „kwadransem szczerości”. Jeszcze inny autor używał określenia „kwadrans miłującej uwagi”. Tu akcent jest położony nie na grzechy, tylko na dobro. Gdy wchodzę w światło, gdy kontempluję działanie Boga w swoim życiu, wtedy widzę swoje słabości i dostrzegam, że korzenie zła są we mnie.
Podjęcie takiej praktyki może być trudne.
Rozumiem to, ale można spróbować co kilka dni albo na początek co tydzień. Kiedy ktoś zauważy, jakie to przynosi owoce, to myślę, że podejmie się tego codziennie. Zwłaszcza że to nie jest długa modlitwa, zajmuje maksymalnie 15 minut. A że zawiera dziękczynienie, to jest bardzo eucharystyczna i może być moją codzienną modlitwą. Nie muszę podejmować innych, mogę nawet uczynić z tego przez jakiś czas jedyną praktykę modlitewną.
Czasem refleksja nad sobą może się zrodzić z poziomu świńskiego żłobu, jak się to przydarzyło synowi marnotrawnemu z Jezusowej przypowieści. Czytamy, że „zastanowił się”. Czyli chyba zrobił przegląd swojego postępowania. To zastanowienie to rachunek sumienia?
Oczywiście. To jest bardzo dobra metafora „kwadransa szczerości”. Od tego zaczyna się rachunek sumienia – przerywam swoje pogrążanie się w złu i przychodzi refleksja. Widzę, że coś jest nie tak, i zaczynam się zastanawiać nad tym, co robię. Można powiedzieć, że to jest łaska Boża. Jeśli świadomie podejmę tę refleksję, ona może mnie doprowadzić z powrotem do Ojca, czyli do nawrócenia. Bo celem rachunku sumienia jest codzienne nawracanie się. Chodzi o to, żeby zawsze powracać do Ojca, który nieustannie wychodzi naprzeciw i powracającego nigdy nie potępia.
Syn marnotrawny na początku po prostu widzi, że fatalnie się porobiło. To chyba pocieszające, że wstępna motywacja nie musi być zaraz taka czysta?
Rzeczywiście, syn marnotrawny wraca, bo mu się skończyła kasa i zobaczył, jak nisko upadł. Jeszcze nie dostrzega dobroci ojca, ale kiedy spotyka się z jego bezinteresowną miłością, zaczyna ją odwzajemniać. Czasem trzeba się zadowolić początkową motywacją typu „jak trwoga, to do Boga”. Pan Bóg musi mieć o co się zahaczyć. Papież w książce „Miłosierdzie to imię Boga” mówi, że On szuka każdej szczeliny, żeby Jego miłosierdzie przedostało się do człowieka. Nawet taka kiepska motywacja ze względu na polepszenie swojego bytowania już wystarcza Bogu, żeby zaczął działać. Człowiek musi dać Panu Bogu jakąkolwiek zgodę. Od tego się zaczyna. W moim przypadku też tak było. Wiedziałem, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Czułem, że ono nie ma treści, że ucieka mi między palcami. I postanowiłem jechać na rekolekcje ignacjańskie – i tam zacząłem od rachunku sumienia. To była pierwsza modlitwa, którą zacząłem praktykować, i to mi zaczęło otwierać oczy. Nie sądziłem, że to mnie zaprowadzi do zakonu. Pan Bóg dał mi tę łaskę, że mogłem zrobić ten pierwszy krok, szukać dla siebie jakiegoś wyjścia, a dalej On już wszystko załatwił. Więc nie ma się co bać otworzyć się i użyć jakiegoś konkretnego narzędzia.
Co zrobić, żeby się „otworzyć”?
Można codziennie wieczorem chociaż podziękować za to, co się wydarzyło, i zwrócić uwagę na to, co się konkretnie wydarzyło. Na to, jak mi Pan Bóg dzisiaj pomógł, jak był obecny. A potem wejść w kolejne punkty rachunku sumienia. Jeśli ktoś to będzie robił, wtedy cuda mogą się dziać w jego życiu.
Jednak przeciętny katolik rachunek sumienia robi tylko przed spowiedzią i raczej słabo kojarzy się to z modlitwą. Jak się to ma do praktyki codziennej „miłującej uważności”?
Ten rachunek sumienia, gdy przeglądam po kolei: pierwsze, drugie, trzecie przykazanie – to jest takie leczenie objawowe. Stwierdzam: „gniewałem się na żonę/męża, na dzieci, to i tamto mnie wkurzało”. No dobrze, ale nie idę dalej i nie wiem dlaczego. Co się dzieje, że ja się tak irytuję? Po jednorazowym rachunku sumienia ciężko w to wejść. To jest taka aspiryna – przestaje mnie boleć głowa i tyle. Uważałbym bardzo na schemat „grzech – spowiedź – Komunia”, bo to oznacza, że ja chcę tylko formalnie zaliczać punkty i kręcę się w kółko. Ignacjański rachunek sumienia to jest zupełnie inna praktyka – to jest codzienne trwanie przy Panu Bogu. Kiedy Mu dziękuję, poprawia się mój obraz Boga, staje się on coraz bardziej Chrystusowy, biblijny, nieoparty tylko na doświadczeniu mojego biologicznego ojca. Widzę, że nie muszę zasługiwać na Jego miłość.
Właśnie – zasługiwać. Niełatwo przyjąć darmowość zbawienia.
Papież Franciszek w encyklice Gaudete et exsultate mówi, że największą herezją współczesności jest pelagianizm – przekonanie, że ja sam muszę osiągnąć zbawienie, że to ode mnie wszystko zależy. Kiedy rozmawiam z ludźmi na rekolekcjach, widzę, że to jest jeden z najpowszechniejszych problemów. Bo jesteśmy Zosiami samosiami, społeczeństwo nas uczy, że trzeba na wszystko zapracować, wszystko wywalczyć, nie ma nic za darmo i wszystko, co mam, jest moją zasługą. I do duchowości przenosimy to jeden do jednego. Tymczasem praktyka kwadransa uważności pozwala nam oderwać się od takiego myślenia, a skupia nas na śladach Boga, w życiu, rozwija wrażliwość na Niego, pozwala odkryć, że Bóg jest z nami w każdej chwili i nie przestaje nam błogosławić. To dla wielu ludzi staje się źródłem ogromnej siły i nadziei, odrywa ich od siebie i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile.
ks. Łukasz Sośniak jest jezuitą, absolwentem filologii polskiej i dziennikarstwa. Gość Niedzielny
+++
22 marca 2026
V Niedziela WielkiegoPostu
Dlaczego zasłaniamy krzyże?
Ten zwyczaj ma długą historię i przypomina o prostej prawdzie
W piątą niedzielę Wielkiego Postu w kościołach zgodnie ze średniowieczną tradycją zasłania się krzyże. Aby coś zobaczyć, trzeba najpierw pozwolić, by na chwilę zniknęło z pola widzenia.
fot. Roman Koszowski – Gość Niedzielny
***
Krucyfiksy, a nawet niektóre obrazy zostają ukryte za fioletowym lub czerwonym płótnem. Liturgia posługuje się znakami, które mają nas wyrwać z uśpienia, ożywić, wciągnąć w misterium. Kościół nie jest teatrem, ale zarazem posługuje się językiem teatralnych gestów i symboli. Komunikujemy jednak nie fikcję, ale prawdę – i to tę najważniejszą, bo dotyczącą naszego wiecznego losu. Materialny znak działa na zmysły, ale ma pobudzać ducha i serce. Nie inscenizujemy wydarzeń z przeszłości, ale je uobecniamy tak, byśmy sami stali się ich uczestnikami.
Tysiącletnia tradycja
Dlaczego zasłaniamy krzyże właśnie wtedy, gdy zbliżamy się do Wielkiego Piątku? Przecież właśnie w tym czasie tematyka pasyjna dominuje w liturgii. Piąta niedziela Wielkiego Postu była zwana dawniej Niedzielą Pasyjną. Gorzkie Żale, Droga Krzyżowa, pieśni o męce Pańskiej, kazania pasyjne. To wszystko jest wielką opowieścią o krzyżu Chrystusa. Czy nie powinniśmy wpatrywać się intensywniej w ten najświętszy znak naszej wiary? Tradycja liturgiczna Kościoła ma swoją mądrość i duchową pedagogię. Czasem, aby coś zobaczyć, trzeba najpierw pozwolić, by na chwilę zniknęło z pola widzenia.
Zwyczaj zasłaniania krzyży ma długą historię. Pojawił się w XI wieku. Oryginalna geneza tej tradycji jest dziś trudna do odtworzenia. Pojawiło się wiele różnych tłumaczeń. Jedni powiadali, że w tym właśnie czasie Jezus ukrył swoje bóstwo. Inni łączyli powstanie zwyczaju z dramatyzacją perykopy z Ewangelii św. Jana, która był wtedy odczytywana. Chodzi o J 8,59: „Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni”. W wielu miejscach zasłaniano nie tylko krzyże, ale także obrazy, a nawet całe ołtarze. Tzw. zasłony postne pojawiły się najpierw w kościołach zakonnych, a potem przeszły do kościołów parafialnych. Tłumaczono to również w ten sposób, że post to czas pokuty, a więc konieczny jest swego rodzaju „post oczu”. Podobnie jak „post uszu”, który wiązał się z nieużywaniem instrumentów muzycznych w kościele. W kontekście dzisiejszego nadmiaru obrazów, które atakują nasze zmysły ze wszechobecnych ekranów, taki post oczu byłby czymś bezcennym. Zasłanianie krzyży warto połączyć z zasłonięciem np. telewizora albo zawieszeniem korzystania z mediów społecznościowych.
Po Soborze Watykańskim II tradycja zasłaniania krzyża przestała być obowiązkowa. Decyzję w tej sprawie pozostawiono Konferencjom Biskupów. Episkopat Polski opowiedział się za zachowaniem tego wymownego zwyczaju.
Doświadczenie braku, milczenie Boga
Nawet najświętsze symbole mogą się nam tak opatrzyć, że przestajemy je zauważać. Zasłona jest po to, aby doświadczyć, że czegoś nam brakuje. Właśnie o to chodzi w tym geście. Cenimy pewne rzeczy wtedy, gdy je tracimy. Zasłonięty krzyż przypomina o tej prostej prawdzie. To jakby zaproszenie do wewnętrznej tęsknoty – do ponownego odkrycia daru, który być może stał się dla nas czymś zbyt oczywistym. Opatrzył się tak bardzo, że przestał do nas „mówić”.
Liturgia ostatnich dni Wielkiego Postu wprowadza nas w atmosferę narastającego napięcia wokół Jezusa. Ewangelia opowiada o Jezusie, który zmierza do Jerozolimy, aby tam wykonać najtrudniejszą misję. Ewangelia św. Jana mówi o „godzinie” Jezusa. Ta Jego godzina jeszcze nie nadeszła, ale jest tuż, tuż. Kościół podąża za tą ewangeliczną logiką. Zanim zobaczymy krzyż w całej jego prawdzie, przechodzimy przez chwilę ciszy i ukrycia.
Zasłona na krzyżu ma także swój sens alegoryczno-duchowy. Na drodze wiary pojawia się taki czas, gdy Bóg wydaje się odległy. Modlitwa staje się trudna, wręcz niemożliwa. Żadne słowa nie przynoszą pocieszenia, a obecność Boga, która była kiedyś wyraźna, zostaje zakryta. Klasycy mistyki mówili o doświadczeniu „ciemnej nocy”. Ta noc gęstnieje zwykle krótko przed etapem zjednoczenia. Bóg w istocie nigdy nas nie zostawia, ale nieraz przeprowadza człowieka przez proces wewnętrznego oczyszczenia i pogłębienia. Nie dostajemy wtedy na modlitwie żadnej pociechy, jest czas strapienia, walki, modlitwa Ogrójca. Zasłonięty krzyż jest obrazem takiej właśnie próby.
Wielkopiątkowe odsłonięcie
Pełny sens tego znaku ujawnia się w liturgii męki Pańskiej sprawowanej w Wielki Piątek. Wtedy krzyż zostaje uroczyście odsłonięty. Kapłan odkrywa go w trzech etapach, śpiewając słowa: „Oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”. Odpowiadamy: „Pójdźmy z pokłonem”. Rozpoczyna się adoracja krzyża. Tego dnia nie sprawuje się Eucharystii, to krzyż staje w centrum modlitwy. Po kilku dniach patrzenia na zasłonę mamy z nową świeżością spojrzenia, z nową wiarą i miłością przytulić się do Ukrzyżowanego. Składamy pocałunek, czcimy rany Zbawiciela. Adorujemy jednak nie cierpienie, lecz miłość Wcielonego Boga, która została objawiona w tak niezwykły sposób. Zbyt często traktujemy krzyż jako element ozdobny wystroju kościoła. Cała pasyjna pobożność Wielkiego Postu zmierza do tego, aby krzyż na nowo przemówił do nas z całą siłą prawdy, którą głosi. Krzyż jest wyznaniem miłości Boga do człowieka. Miłości pełnej pasji. Jest ostatnią deską ratunku dla człowieka pogrążonego w morzu grzechu i śmierci. Trzeba się go mocno chwycić, aby stał się pomocą.
Jako dziecko zawsze z wielką ciekawością patrzyłem na to, co się dzieje w kościele w Wielkim Tygodniu. Nie rozumiałem wiele, ale pociągała mnie aura wyjątkowości i tajemnicy. Do dziś pamiętam, jak wikary tłumaczył nam, ministrantom, gest zasłaniania krzyża. Mówił, że w tych dniach z krzyża bije tak wielkie światło, że mogłoby nas porazić, dlatego konieczna jest zasłona. Czyż nie jest to piękna katecheza? Liturgia mówi językiem gestów, znaków, symboli. Posoborowy Kościół zbyt lekką ręką porzucił wiele odwiecznych rytuałów w imię przejrzystości lub prostoty. Dziś rozumiemy lepiej, że był to błąd. Kryzys Kościoła jest w znacznej mierze także kryzysem symboli. Kościół komunikuje orędzie zbawienia językiem symbolicznym, on sam jako całość jest znakiem widzialnym tego, co niewidzialne. Kościół jest – jak twierdzi słusznie niemiecki biblista Klaus Berger – uniwersum znaków, które scalają wspólnotę wiary, oczywiście zakładając, że wszyscy rozumieją te symbole. Gdzie nie ma już żadnej wspólnoty, tam nie ma również symboli – i odwrotnie.
Przed nami najważniejszy czas roku liturgicznego, czas najpiękniejszych celebracji, które przemawiają nie tylko do rozumu, ale i do zmysłów, serca, emocji. Nie utraćmy wrażliwości. Cisza i ukrycie, które wyraża zasłona krzyża, nie są końcem drogi. Są przygotowaniem do przeżycia Paschy, misterium śmierci, życia i miłości. Zasłona przybytku rozdarła się na dwoje w chwili śmierci Jezusa – czytamy w Ewangelii. Wielki Post zmierza ku swojej kulminacji i nawet jeśli przespaliśmy cztery tygodnie, jest jeszcze czas, aby się obudzić. Aby, gdy opadnie zasłona z krzyża, zajaśniał nam Chrystus.
„Wskrzeszenie Łazarza według Rembrandta”. Obraz Vincenta van Gogha
“Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego”. (J 11,45)
Vincent van Gogh Wskrzeszenie Łazarza olej na papierze, 1890 Muzeum Vincenta van Gogha, Amsterdam
***
Zmarły Łazarz otwiera oczy. Pochylająca się nad nim jego impulsywna siostra Marta zdejmuje tkaninę z jego twarzy i spontanicznie unosi w górę ręce. Jest ubrana w zieloną suknię, kolor tradycyjnie kojarzony z nadzieją. Druga siostra, w ciemniejszej sukni, skłonna do kontemplacji Maria, pogrąża się w modlitwie. Wschodzące nad nimi słońce jest symbolem odradzania się życia. Jego blask rozświetla niebo, ale wbrew prawom natury dominuje też we wnętrzu grobowca, otaczając głowę Łazarza.
Zmagający się z depresją i załamaniem nerwowym Vincent van Gogh pod koniec życia trafił do szpitala psychiatrycznego Saint-Paul-de-Mausole w Saint-Rémy. W chwilach lepszego samopoczucia malował kopie dzieł innych malarzy. Inspiracją dla tego obrazu była akwaforta Rembrandta z 1632 roku. Artysta skopiował tylko jej mały fragment, bez postaci Chrystusa. Łazarzowi nadał swoje rysy twarzy, co może świadczyć o jego nadziei na przezwyciężenie nękającej go choroby. Jako swoje siostry sportretował dwie przyjaciółki z Arles, miasta, w którym powstały jego najlepsze dzieła. To Augustine Roulin w zielonej sukni i Marie Ginoux w ciemnej sukni w paski. Obie bardzo mu pomogły w powrocie do zdrowia po jego pierwszym załamaniu w 1888 roku. W liście do swojego brata Theo, napisanym 2 maja 1890 roku, van Gogh szczegółowo opisywał kolorystykę dzieła, dodając, że „połączenie kolorów powinno mówić samo za siebie, tak samo jak światłocień akwaforty”. Zwrócił uwagę na ważną rolę słońca w kompozycji. Na koniec dodał, że chciałby namalować większą wersję obrazu. Niestety, nie było mu to już dane. Zmarł niespełna trzy miesiące później, 29 lipca 1890 roku, w wieku zaledwie 37 lat.
W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
18 marca (środa) – Środa Popielcowa
25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
***
czwartek 19 marca
Uroczystość św. Józefa jest jednym z ważniejszych świąt liturgicznych w Kościele katolickim.
Wielki Post to czas przygotowania do Wielkanocy, kiedy Kościół zachęca wiernych do większej pracy duchowej, opartej przede wszystkim na poście, jałmużnie i modlitwie. Są jednak takie dni, kiedy obowiązek postu nie obowiązuje. I należy do nich przypadająca 19 marca uroczystość św. Józefa, oblubieńca Najświętszej Maryi Panny oraz opiekuna Jezusa.
Św. Józef jest otaczany szczególną czcią, jako wzór ojcostwa, dlatego Kościół zachęca, aby jego wspomnienie było dniem pełnym radości i wdzięczności za jego przykład wiary.
fot. John and Mable Ringling Museum of Art,jezuufamtobie.pl/Wikipedia
***
Św. Józef poprosił s. Faustynę o odmawianie pewnej modlitwy. „Obiecał mi swą szczególniejszą pomoc i opiekę”
“Święty Józef zażądał, abym miała do niego nieustanne nabożeństwo” – napisała św. s. Faustyna w swoim “Dzienniczku” i dodała: “Codziennie odmawiam te żądane modlitwy i czuję Jego szczególną opiekę”. O jaką modlitwę poprosił św. Józef?
„Czuję Jego szczególną opiekę”
Święty Józef zażądał, abym miała do niego nieustanne nabożeństwo. Sam mi powiedział, abym odmawiała codziennie trzy pacierze i raz „Pomnij…”.Patrzył się z wielką życzliwością i dał mi poznać, jak bardzo jest za tym dziełem, obiecał mi swą szczególniejszą pomoc i opiekę. Codziennie odmawiam te żądane modlitwy i czuję Jego szczególną opiekę – napisała św. siostra Faustyna Kowalska w swoim „Dzienniczku” (Dz 1203).
Modlitwę „Pomnij…”, której tekst zamieszczamy na końcu artykułu, jest modlitwą do św. Józefa, którą siostry ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia odmawiały dawniej codziennie.
Modlitwa do św. Józefa:
Pomnij, o najczystszy Oblubieńcze Maryi, o mój najmilszy Opiekunie Józefie Święty, że nigdy nie słyszano, aby ktokolwiek wzywając Twej opieki, Twej pomocy błagając pozostał bez pociechy. Tą ufnością ożywiony przychodzę do Ciebie i z całą żarliwością ducha Tobie się polecam. Nie odrzucaj modlitwy mojej, o przybrany Ojcze Odkupiciela, ale ją usłysz łaskawie i wysłuchaj.
Amen.
faustyna.pl, misericors.org.pl, zś/Stacja7
***
Fenomen „śpiącego Józefa”, który podbija świat. Dlaczego tysiące ludzi powierzają mu swoje problemy?
“Wiele świadectw potwierdza, że św. Józef realnie pomaga w sprawach rodzinnych, materialnych czy zawodowych. Sam doświadczam jego konkretnego wstawiennictwa” – ks. Sebastian Picur, autor najnowszego modlitewnika “Święty Józef śpiący. 19 dni nadziei”.
fot. Dom Wydawniczy Rafael, youtube/Ks. Sebastian Picur TeamTotusTuus
19 marca Kościół katolicki obchodzi uroczystość św. Józefa, Oblubieńca NMP. Bóg Ojciec sam wybrał św. Józefa na opiekuna Syna Bożego. Skoro sam Bóg postawił na Józefa, to tym bardziej my – podkreśla ks. Picur. Święty Józef jest patronem „od zadań specjalnych”, szczególnie w chwilach trudnych i wymagających odwagi.
Kapłan przypomina, że według Ewangelii Bóg wielokrotnie przemawiał do Józefa we śnie, wskazując mu drogę działania. W ten sposób rozwiązywał jego największe problemy i pokazywał, co powinien zrobić. Józef wiernie słuchał Bożych wskazówek i odważnie wypełniał swoją misję – wyjaśnia ks. Picur.
Pokora w świecie, w którym zabrakło miejsca na działanie Boga
Współczesna kultura zachęca człowieka, by sam decydował o wszystkim i realizował wyłącznie własne plany. Postawa św. Józefa pokazuje zupełnie inną drogę. Dzisiaj świat mówi: możesz być kim tylko chcesz. Tymczasem św. Józef swoim życiem zdaje się mówić: mogę być tym, kim Ty, Panie, chcesz.
Ksiądz Sebastian podkreśla, że św. Józef mógł oddalić Maryję i odrzucić Jezusa, wybierając wygodniejsze rozwiązanie. Zdecydował jednak inaczej – przyjął wolę Boga i wziął odpowiedzialność za wychowanie Odkupiciela świata. Dzięki temu nie zapisał się w historii jako ten, który zdezerterował, lecz jako człowiek wierny swojej misji – dodaje kapłan. Przykład św. Józefa jest szczególnie ważny dla młodych ludzi, którzy często czują się zagubieni w świecie nadmiaru informacji i niepewności. Zawierzenie życia Bogu daje stabilność i poczucie bezpieczeństwa.
Święty na każde strapienie
„Z doświadczenia wiem, że św. Józef pomaga we wszystkich potrzebach” – pisała św. Teresa z Ávili. Święty Bernard z Clairvaux dodawał: „Józef został ustanowiony przez Boga opiekunem Jego największych skarbów”, a Franciszek Salezy zachęcał: „Idźcie do Józefa – ponieważ nikt nigdy nie wzywał go z wiarą i nie został wysłuchany”.
Ksiądz Sebastian Picur podkreśla, że kult św. Józefa nie jest jedynie pobożną tradycją, lecz żywym doświadczeniem wielu wiernych. Wiele świadectw potwierdza, że św. Józef realnie pomaga w sprawach rodzinnych, materialnych czy zawodowych. Sam doświadczam jego konkretnego wstawiennictwa w prowadzeniu ewangelizacji w internecie i rozwoju studia nagrań – mówi kapłan.Modlitewnik „Święty Józef Śpiący. 19 dni nadziei” jest moim wyrazem wdzięczności za otrzymane łaski – dodaje kapłan.
Bóg działa tam, gdzie kończą się ludzkie możliwości
W życiu św. Józefa uderza jedno: najważniejsze decyzje zapadają wtedy, gdy on śpi. Bóg wkracza w jego życie w nocy – kiedy Józef przestaje kontrolować rzeczywistość i pozwala Bogu działać. Święty Józef Śpiący uczy, że czasem najbardziej duchowym aktem zaufania jest pozwolić sobie „zasnąć” jak dziecko w rękach Boga.
Nabożeństwo do Świętego Józefa Śpiącego zyskało szczególną popularność dzięki papieżowi Franciszkowi, który przechowywał pod figurą kartki z intencjami – trudnymi i bolesnymi sprawami, prosząc świętego o wstawiennictwo. Modlitwa ta nie jest „magiczna”, lecz zaproszeniem do zaufania, że Bóg działa także wtedy, gdy my tracimy kontrolę.
Święty Józef jest wzorem pokory, ciszy i wypełniania woli Bożej. Jest patronem rodzin, małżeństw, ojców oraz orędownikiem w godzinie dobrej śmierci. W Polsce patronuje aż 264 kościołom, a jednym z najważniejszych miejsc kultu jest sanktuarium w Kaliszu, gdzie znajduje się słynący łaskami obraz Świętej Rodziny, ukoronowany w 1796 roku. Do nabożeństwa do św. Józefa zachęcał św. Jan Paweł II, który podczas wizyty w Kaliszu w 1997 roku mówił, że jego świadectwo oddania jest potrzebne współczesnemu człowiekowi, zagubionemu pośród fałszywych obietnic łatwego szczęścia.
Papież Franciszek rozpoczął pontyfikat 19 marca 2013 roku w uroczystość św. Józefa. Posiadał figurę śpiącego Józefa i podkreślał, że kiedy pojawiał się trudny problem, zapisywał go na kartce i wkładał pod figurkę, prosząc o wstawiennictwo. Papież Benedykt XVI zachęcał wiernych:„Pozwólmy się zarazić milczeniem św. Józefa. Bardzo nam tego potrzeba w świecie zbyt często hałaśliwym, który nie sprzyja skupieniu i wsłuchaniu się w głos Boga”.
Dla milionów wiernych na całym świecie ta cicha, ale wierna postawa św. Józefa sprawia, że pozostaje ukochanym świętym.
Stacja7.pl
***
środa 18 marca
Chrzest: sakrament, z którego powinniśmy być zawsze dumni
Chrzest to pierwszy sakrament, który na zawsze przypieczętowuje naszą tożsamość i z którego powinniśmy być zawsze dumni – mówił Leon XIV. Papież wygłosił kolejną katechezę o Konstytucji dogmatycznej o Kościele
fot. Vatican Media
***
Dzisiaj chciałbym ponownie zatrzymać się na drugim rozdziale Konstytucji soborowej Lumen gentium (LG), poświęconym Kościołowi jako Ludowi Bożemu.
Lud mesjański (LG, 9) otrzymuje od Chrystusa udział w misji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej, w której urzeczywistnia się Jego zbawcze posłannictwo. Ojcowie soborowi nauczają, że Pan Jezus poprzez nowe i wieczne Przymierze ustanowił królestwo kapłanów, czyniąc swoich uczniów „królewskim kapłaństwem” (1 P 2, 9; por. 1 P 2, 5; Ap 1, 6). To wspólne kapłaństwo wiernych udzielane jest wraz z chrztem, który upoważnia nas do oddawania czci Bogu w duchu i prawdzie oraz do „wyznawania przed ludźmi wiary, którą otrzymali od Boga za pośrednictwem Kościoła” (LG, 11). Ponadto poprzez sakrament bierzmowania wszyscy ochrzczeni „jeszcze doskonalej wiążą się z Kościołem i obdarzeni są szczególną mocą Ducha Świętego, i w ten sposób jeszcze bardziej są zobowiązani, jako prawdziwi świadkowie Chrystusa, do szerzenia wiary słowem i uczynkiem oraz do jej obrony” (tamże). Ta konsekracja leży u podstaw wspólnej misji, która łączy wyświęconych szafarzy i wiernych świeckich.
W tym kontekście Papież Franciszek zauważał: „Patrzenie na Lud Boży to pamiętanie, że wszyscy włączamy się do Kościoła jako świeccy. Pierwszym sakramentem, tym, który na zawsze przypieczętowuje naszą tożsamość i z którego powinniśmy być zawsze dumni, jest chrzest. Poprzez niego i przez namaszczenie Duchem Świętym (wierni) «zostają konsekrowani, aby tworzyli duchową świątynię i święte kapłaństwo» (por. LG, 10), (…) tak że wszyscy stanowimy święty wierny Lud Boży” (List do Przewodniczącego Papieskiej Komisji do spraw Ameryki Łacińskiej, 29 marca 2016)[1].
Pełnienie królewskiego kapłaństwa dokonuje się na wiele sposobów – wszystkich ukierunkowanych na nasze uświęcenie – przede wszystkim przez uczestnictwo w Ofierze Eucharystii. Przez modlitwę, ascezę i czynną miłość dajemy w ten sposób świadectwo życia odnowionego łaską Bożą (por. LG, 10). Jak podsumowuje Sobór, „święta i organicznie ukształtowana natura społeczności kapłańskiej aktualizuje się przez sakramenty i przez cnoty” (LG, 11).
Ojcowie soborowi nauczają dalej, że święty Lud Boży uczestniczy również w prorockiej misji Chrystusa (por. LG, 12). W tym kontekście podjęty jest ważny temat zmysłu wiary (sensus fidei) oraz zgody wiernych (consensus fidelium). Komisja Doktrynalna Soboru uściślała, że ów sensus fidei „jest jakby zdolnością całego Kościoła, dzięki której w swojej wierze rozpoznaje on przekazane Objawienie, odróżniając prawdę od fałszu w sprawach wiary, a równocześnie wnika w nie głębiej i pełniej stosuje je w życiu” (por. Acta Synodalia, III/1, 199). Zmysł wiary przynależy zatem do poszczególnych wiernych nie jako ich prywatna właściwość, ale ze względu na bycie członkami całego Ludu Bożego.
Lumen gentium skupia uwagę na tym ostatnim aspekcie i łączy go z nieomylnością Kościoła, z którą wiąże się – służąca jej – nieomylność Biskupa Rzymu. „Ogół wierzących, mających namaszczenie od Świętego (por. 1 J 2, 20.27), nie może zbłądzić w wierze i tę swoją szczególną właściwość ujawnia przez nadprzyrodzony zmysł wiary całego ludu, gdy «poczynając od biskupów aż po ostatniego z wiernych świeckich» ujawnia on swą powszechną zgodność [łac. consensus] w sprawach wiary i moralności” (LG, 12). Kościół zatem – jako komunia wiernych, która oczywiście obejmuje pasterzy – nie może błądzić w wierze: narzędziem tej jego właściwości, opartym na namaszczeniu Duchem Świętym, jest nadprzyrodzony zmysł wiary całego Ludu Bożego, który przejawia się w zgodzie [łac. consensus] wiernych. Z tej jedności, której strzeże Magisterium Kościoła, wynika, że każdy ochrzczony jest aktywnym podmiotem ewangelizacji, powołanym do składania konsekwentnego świadectwa o Chrystusie zgodnie z darem prorockim, którym Pan obdarza cały swój Kościół.
Duch Święty, który przychodzi do nas od Jezusa Zmartwychwstałego, rozdziela bowiem „między wiernych w każdym stanie także specjalne łaski, przez które czyni ich zdolnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą skuteczną rozbudowę Kościoła” (LG, 12). Szczególnym przejawem tej charyzmatycznej żywotności jest życie konsekrowane, które nieustannie rodzi się i rozkwita mocą łaski. Również wspólnoty i stowarzyszenia kościelne są jasnym przykładem różnorodności i płodności duchowych owoców służących budowaniu Ludu Bożego.
Najdrożsi, rozbudźmy w sobie świadomość i wdzięczność za to, że otrzymaliśmy dar przynależności do Ludu Bożego – a także za odpowiedzialność, która się z tym wiąże.
Watykan – KAI – stacja7.pl
***
środa 11 marca
Leon XIV: Kościół jest jeden, ale zawiera w sobie wszystkich
O tym, że „Kościół nie może zamykać się w sobie, lecz jest otwarty na wszystkich i jest dla wszystkich” mówił Papież podczas środowej katechezy. Przypomniał także, iż, współpracując w misji Chrystusa, jego powołaniem jest szerzenie Ewangelii wszędzie i wszystkim, aby każdy mógł nawiązać relację z Panem Jezusem. Podczas audiencji kontynuowano rozważanie drugiego rozdziału Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium Soboru Watykańskiego II, poświęconego Ludowi Bożemu.
Vatican Media
Oznacza to, że w Kościele jest i musi być miejsce dla wszystkich, a każdy chrześcijanin jest wezwany do głoszenia Ewangelii i dawania świadectwa w każdym środowisku, w którym żyje i działa
– dodał Ojciec Święty.
Podczas środowej audiencji rozważano fragment z Księgi proroka Izajasza (Iz 31, 33).
Wielkim znakiem nadziei jest – zwłaszcza w naszych czasach, naznaczonych wieloma konfliktami i wojnami – wiedzieć, że Kościół jest Ludem, w którym, dzięki wierze, współistnieją kobiety i mężczyźni różni ze względu na narodowość, język lub kulturę; jest to znak umieszczony w samym sercu ludzkości, jest to wezwanie i proroctwo tej jedności i tego pokoju, do których Bóg Ojciec wzywa wszystkie swoje dzieci.
Wiara w Chrystusa – zasada jednocząca Kościół
Papież wskazał, że Bóg „pragnie zbawić każdego człowieka,
dlatego, realizując swoje dzieło, wybrał „konkretny lud i zamieszkał pośród niego”. Przypominając historię powołania Abrahama, Leon XIV zauważył:
ten lud jest powołany, by stać się światłem dla innych narodów, niczym latarnia morska, która przyciągnie do siebie wszystkie ludy, całą ludzkość.
Pan Jezus – poprzez dar swojego Ciała i Krwi – „jednoczy w sobie i w sposób ostateczny ten lud”; który składa się z ludzi pochodzących do różnych narodów. Jednoczy go wiara w Jezusa Chrystusa, „przynależność do Niego i życie Jego życiem, które są ożywione Duchem Zmartwychwstałego”.
Taki jest Kościół – Lud Boży, który czerpie swoje istnienie z Ciała Chrystusa i który sam jest Ciałem Chrystusa; nie jest to lud jak inne, ale Lud Boga, zwołany przez Niego i składający z kobiet i mężczyzn pochodzących ze wszystkich ludów ziemi”.
Królestwo Boże – cel wędrówki Kościoła wraz z całą ludzkością
Mówiąc o wspólnocie Kościoła, Papież wskazał, że jest to „lud mesjański, właśnie dlatego, że jego Głową jest Chrystus – Mesjasz”. Ci, którzy należą do Kościoła, chlubią się jedynie „darem bycia w Chrystusie i przez Niego córkami i synami Bożymi”. Bycie wszczepionymi w Chrystusa oraz synami Bożymi jest tym „co naprawdę liczy się w Kościele”.
Jesteśmy w Kościele, aby nieustannie otrzymywać życie od Ojca, żyć jako Jego dzieci i bracia między sobą – wskazał Papież i dodał – W związku z tym, prawem, które ożywia relacje w Kościele, jest miłość, tak jak ją otrzymujemy i doświadczamy jej w Jezusie; a jej celem jest Królestwo Boże.
Papież Leon XIV zachęca Polaków do udziału w nabożeństwie „Gorzkie żale”
Do udziału w nabożeństwie „Gorzkie żale”, a także podejmowania konkretnych uczynków miłosierdzia, służących dobremu przeżyciu Wielkiego Postu zachęcił papież Polaków podczas dzisiejszej audiencji ogólnej.
Vatican Media
***
Oto słowa Ojca Świętego skierowane do pielgrzymów polskich:
Serdecznie pozdrawiam Polaków. Od ponad trzystu lat w Wielkim Poście, śpiewając „Gorzkie żale”, rozważacie Mękę Jezusa i boleści Jego Matki. Zachęcam do udziału w tych nabożeństwach. Niech modlitwie towarzyszą konkretne czyny miłości: pomoc, pojednanie i budowanie pokoju, szczególnie w waszych rodzinach i we wspólnocie Kościoła. Wszystkich was błogosławię!
Papieską katechezę streściła po polsku siostra Sebastiana Choroś SłNSJ z Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej:
Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium ukazuje istotę Kościoła jako Ludu Bożego. Bóg w historii wybiera lud, zawiera z nim przymierze i nieustannie się o niego troszczy. W ten sposób przygotowuje nowe i doskonałe przymierze w Chrystusie. Tak rodzi się Kościół – Lud Boży, zwołany przez Pana, zjednoczony w wierze i czerpiący życie z Ciała Chrystusa. Jego prawem jest miłość, a celem Królestwo Boże. Kościół głosi Ewangelię wszystkim, aby każdy mógł spotkać Chrystusa. Jest znakiem i zapowiedzią jedności oraz pokoju, do których Ojciec wzywa wszystkie swoje dzieci.
Vatican News
***
Po co nam „Gorzkie żale”?
Papież Leon XIV przypomniał dziś Polakom o naszym wyjątkowym nabożeństwie
fot. Wikipedia
***
Podczas dzisiejszej audiencji generalnej (11 marca 2026)Leon XIV przypomniał Polakom o Gorzkich Żalach i zachęcił do udziału w tym nabożeństwie. To dobry moment, by wrócić do pytania, czym właściwie są Gorzkie Żale, skąd się wzięły i dlaczego od ponad trzystu lat poruszają kolejne pokolenia wiernych.
„Od ponad trzystu lat w Wielkim Poście, śpiewając Gorzkie Żale, rozważacie Mękę Jezusa i boleści Jego Matki” – powiedział Leon XIV do Polaków podczas audiencji generalnej. Papież nie tylko przypomniał o jednej z najbardziej charakterystycznych polskich tradycji wielkopostnych, ale też zachęcił, by modlitwie towarzyszyły „konkretne czyny miłości: pomoc, pojednanie i budowanie pokoju”. Ta krótka papieska wzmianka stała się dobrym pretekstem, by wrócić do pytania: po co nam dziś Gorzkie Żale?
Po co nam „Gorzkie żale”?
Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, święto nad świętami, przez długi czas była jedyną uroczystością chrześcijan. Celebrując śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa Kościół nie przypomina jedynie wydarzenia z przeszłości, lecz, uobecniając Zbawczą Mękę i przejście Chrystusa ze śmierci do życia, przeżywa tu i teraz, w każdym czasie, Misterium Paschy.
Ta doniosłość Świąt Paschalnych w krótkim okresie spowodowała powstanie we wszystkich liturgiach chrześcijańskich okresu przygotowania, który nazywamy Wielkim Postem. Poza oficjalną liturgią, w której w pierwszej części Wielkiego Postu dominuje temat nawrócenia i pokuty, w ciągu wieków, powstało wiele różnych form pobożności związanej z przeżywaniem Męki i Śmierci Chrystusa.
W okresie Średniowiecza w kościołach katedralnych i innych, znaczniejszych, które miały zespoły śpiewacze, w niedzielne popołudnia okresu Wielkiego Postu organizowano uroczyste śpiewanie Passio, czyli opisów Męki Pańskiej. Nie inaczej działo się też w Polsce. Problem w tym, iż były to śpiewy po łacinie, więc rozumiane przez nielicznych, i raczej z użyciem trudnych melodii, co uniemożliwiało wiernym włączenie się w wspólny śpiew i przeżywanie Męki Pańskiej.
Dla chcącego…
Z tą trudnością poradzili sobie Księża Misjonarze św. Wincentego a Paolo, związani z kościołem św. Krzyża w Warszawie, a szczególnie Bractwo Miłosierdzia św. Rocha. Napisany został polski tekst, pięknie opisujący poszczególne wydarzenia dramatu Męki Pańskiej. Także melodia – odpowiadająca treści, stonowana, rzewna, a jednocześnie przejmująca do głębi duszę człowieka. W 1707 roku powstała znana nam wszystkim wersja nabożeństwa Gorzkich żali, zatwierdzona przez władze kościelne.
Naśladując strukturę trzyczęściowej Passio oraz brewiarzowych Laudesów, nabożeństwo było poprzedzone Pobudką, która zachęcała do refleksji, razem z aniołami i całym stworzeniem, nad cierpieniami Chrystusa. Szczególne intencje, które poprzedzały każdą z części, ogłaszały cel rozmyślania: modlitwa za świat chrześcijański, za Kościół, za duchowieństwo. Prośba o nawrócenie nieprzyjaciół Krzyża św. i zatwardziałych grzeszników. Błaganie o odpuszczenie grzechów i kar za nie, wśród których szczególnie wymieniano: zarazę, głód, ogień i wojnę. Proszono także o łaski dla żyjących i za dusze w czyśćcu cierpiące.
Co jest takiego szczególnego w Gorzkich żalach?
Po pierwsze – prostota formy. Prosta forma mająca postać hymnu, która wyliczała następujące po sobie wydarzenia z Męki Pańskiej. Nawet nie pamiętając opisów z Ewangelii – potrafimy się odnaleźć w chronologii tych dramatycznych wydarzeń.
Litanijny lament duszy bolejącej nad cierpieniami Jezusa, na który uczestniczący odpowiadają wspólnym wezwaniem i wyznaniem miłości do Jezusa: JEZU MÓJ KOCHANY.
Ujmująca jest także Rozmowa duszy z Matką Bolesną. Szczególny dialog człowieka, poruszonego cierpieniem Pana i współcierpienia z Maryją. W wielu wspólnotach dialog ten śpiewany jest z podziałem na głosy żeńskie i męskie. Kobiety wyśpiewują żałość Maryi, niejednokrotnie włączając w ten śpiew swoje własne cierpienia, mężczyźni zaś, usłyszawszy o powodach boleści Maryi, włączają się w jej przeżywanie Męki.
Nabożeństwo Gorzkich żali jest nabożeństwem szczególnym, bogatym w treść teologiczną i niosącym w sobie ogromny ładunek ekspresji. Wszystko po to, aby jego uczestnik mógł duchowo zjednoczyć się z cierpiącym Panem. To śpiewane rozważanie o Męce Pańskiej jest jednocześnie modlitwą i prośbą o nawrócenie osobiste i całego świata do Miłości, która nie jest przez ludzi kochana.
Papież: Bóg się nie zagubił, to my oddaliśmy się od Niego
PAP/EPA/ETTORE FERRARI
***
Kiedy Bóg wydaje się nieobecny, nie oznacza to, że się zagubił. To my oddaliliśmy się od Niego i dlatego mamy Go szukać z ufnością i odwagą – powiedział Papież na audiencji dla uczestników kursu formacyjnego z zakresu katolickiej nauki społecznej.
Leon XIV podkreślił, że ważne jest, aby nie szukać Boga na miarę własnych potrzeb, ale spotykać Go tam, gdzie On rzeczywiście jest obecny.
Duch Święty działa również w dzisiejszej młodzieży
Ojciec Święty mówił o tym na audiencji dla uczestników czwartej już edycji kursu „Katedra gościnności”. Został on zorganizowany przez stowarzyszenie Fraterna Domus, prowadzące sieć domów rekolekcyjnych i domów gościnnych dla pielgrzymów i turystów. Tematem tegorocznego kursu jest młodzież. Papież zachęcił więc, by pamiętać, że również w życiu nowych pokoleń działa Duch Święty. Przypomniał, że każdy z nas dorasta w rzeczywistości społecznej: w rodzinie, parafii, szkole, uniwersytecie czy pracy. To tam kształtuje się nasza tożsamość, uczymy się wzajemnej obecności i opieki.
Uczyć się od Świętej Rodziny
Papież przypomniał, że dla stowarzyszenia Fraterna Domus wzorem jest Święta Rodzina z Nazaretu. Patrząc na tę rodzinę, każda wspólnota może odkryć swoje powołanie i nauczyć się orientować na drodze służby.
Ojciec Święty przywołał ewangeliczną opowieść o Maryi i Józefie, którzy przez trzy dni szukali Jezusa. Wydarzenie to przypomina nam, że obecność nie jest czymś automatycznym, ale owocem stałego poszukiwania.
Kiedy Bóg wydaje się nieobecny
„Każdemu z nas – mówił Leon XIV – zdarzyło się zgubić kogoś lub coś, z czym byliśmy bardzo związani. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, jak cenna była ta obecność. Tak samo dzieje się w życiu wiary: uważamy obecność Jezusa w naszym życiu za coś oczywistego, aż nagle wydaje się, że On nie jest już tam, gdzie Go zostawiliśmy, jakby się zagubił, tak się nam wydaje. W rzeczywistości to nie On się zgubił, ale to my się oddaliliśmy. Dlatego kiedy coś takiego się przydarzy, trzeba Go szukać z ufnością i z odwagą wejść na nieznane drogi, patrzeć na świat nowymi oczami, pełnymi nadziei. W ten sposób przestaniemy szukać Boga na miarę nas samych, aby spotkać Go tam, gdzie On mieszka”.
Obecność Boga zawsze nas przewyższa
Papież podkreślił, że obecność Boga zawsze nas przewyższa. Wskazał przy tym na św. Józefa, który jest wzorem otwarcia na taką obecność, a zarazem opieki, którą otaczał Jezusa i Maryję. „Opieka oznacza bycie blisko drugiego człowieka z uwagą, szanowanie jego wyborów i troszczenie się o niego. Ta postawa jest właściwa przede wszystkim Bogu, którego Pismo Święte przedstawia jako opiekuna swojego ludu. Przypomnijmy sobie Psalm, który mówi: ‘Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem. Pan cię strzeże’ (Ps 121, 4-5)”.
Krzysztof Bronk/12.03.2026/VATICANNEWS.VA
***
Pragnę, aby w Polsce wiele się modlono. Nagrania archiwalne z Janem Pawłem II
fot. Vatican Media/YT
***
Jan Paweł II w wygłoszonej 14 marca 1979 r. katechezie mówił, że dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga, a nawrócenie realizuje się poprzez modlitwę, a także poprzez post i jałmużnę. Są to drogi wskazane przez samego Jezusa.
Wielki Post musi pozostawić w naszym życiu silny i nieusuwalny ślad – mówił Jan Paweł II podczas swego pierwszego Wielkiego Postu w Watykanie. Ubolewając nad zanikiem praktyk wielkopostnych, podkreślał szczególne znaczenie modlitwy. Definiował ją w sposób najbardziej radykalny. Nie jako naszą rozmowę z Bogiem, ale zjednoczenie ze Słowem Odwiecznym. W archiwach Watykanu zachowało nagranie słów, które Jan Paweł II skierował wówczas do Polaków.
Pragnę, ażeby w Polsce wiele się modlono
„Pragnę, ażeby w Polsce wiele się modlono i w czasie Wielkiego Postu, i poza Wielkim Postem, zawsze, żeby wiele się modlono, żeby polskie słowo modlitwy włączało się w to odwieczne Słowo, które stało się ciałem i które łączy, jednoczy modlitwy wszystkich ludzi, wszystkich narodów, wszystkich języków. I swoim odwiecznym Słowem przemawia do Ojca naszego, który jest w niebie. Taka jest głębia, taka jest tajemnica modlitwy. Niech ta tajemnica nigdy nie przestanie być udziałem polskich serc” – prosił Jan Paweł II.
Dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga
W wygłoszonej 14 marca 1979 r. katechezie zauważył, że dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga, a nawrócenie realizuje się poprzez modlitwę, a także poprzez post i jałmużnę. Są to drogi wskazane przez samego Jezusa. Dzięki temu „Wielki Post musi pozostawić w naszym życiu silny i nieusuwalny ślad. Musi odnowić w nas świadomość naszego zjednoczenia z Jezusem”.
Uczymy się modlitwy, modląc się z Jezusem
Papież podkreślił, że bez modlitwy „nie można nawrócić się do Boga, pozostać w jedności z Nim, w tej wspólnocie, która pozwala nam dojrzewać duchowo”. Po tym też poznajemy, że jesteśmy uczniami Jezusa. Modląc się, od Niego samego uczymy się modlić, tak jak Apostołowie.
Tylko Jezus jest drogą, chwyćmy Go za rękę
Odwołując się do francuskiego teologa Yvesa Raguina ,Jan Paweł II zauważył, że „ponieważ koniec drogi modlitwy gubi się w Bogu, a nikt nie zna tej drogi oprócz Tego, który pochodzi od Boga, Jezusa Chrystusa, trzeba… skupić wzrok wyłącznie na Nim. On jest drogą, prawdą i życiem. Tylko On przeszedł tę drogę w obu kierunkach. Trzeba włożyć naszą dłoń w Jego dłoń i wyruszyć”.
Małość naszych słów uzupełnia się w Słowie Odwiecznym
„Modlić się – mówił dalej Jan Paweł II – oznacza odnaleźć się w tym jedynym wiecznym Słowie, przez które przemawia Ojciec i które przemawia do Ojca. To Słowo stało się ciałem, abyśmy mogli łatwiej odnaleźć się w Nim również poprzez nasze ludzkie słowo modlitwy. To słowo może czasami być bardzo niedoskonałe, może nam czasem wręcz brakować słów, jednak ta niezdolność naszych ludzkich słów nieustannie uzupełnia się w Słowie, które stało się ciałem, aby przemawiać do Ojca z pełnią tej mistycznej jedności, którą każdy modlący się człowiek tworzy z Nim; którą wszyscy modlący się tworzą z Nim. W tej szczególnej jedności ze Słowem tkwi wielkość modlitwy, jej godność i, w pewnym sensie, jej definicja”.
Gdzie jest modlitwa, tam jest Kościół
Papież podkreślił, że to również modlitwa tworzy Kościół. Kościół tak daleko, jak daleko sięga modlitwa. Gdziekolwiek jest człowiek, który się modli, tam jest Kościół.
17 marca 2026 – Jan Paweł II (‘79): Moc modlitwy w Wielkim Poście/portal WIARA – Stacja7.pl
***
Modlitwa do Maryi, Królowej Pokoju
Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore
Adobe Stock
***
Maryjo, Królowo Pokoju,
Matko Tego, który jest naszym Pokojem,
przychodzimy do Ciebie z sercami niespokojnymi,
pełnymi lęku o jutro i bólu świata.
Ty w ciszy Nazaretu uczyłaś się ufać,
a pod krzyżem zachowałaś wiarę mimo ciemności.
Spójrz na nasze niepokoje, podziały i wojny,
na rany zadane słowem i czynem,
na serca, które utraciły nadzieję.
Wyproś nam pokój —
najpierw w naszym wnętrzu,
abyśmy umieli przebaczać i zaczynać od nowa.
Wyproś pokój w naszych rodzinach,
aby rozmowa zwyciężała milczenie pełne żalu.
Wyproś pokój między narodami,
aby przemoc ustąpiła miejsca dialogowi,
a sprawiedliwość szła w parze z miłosierdziem.
Maryjo, ucz nas słuchać Boga,
który przemawia w ciszy.
Ucz nas odwagi czynienia dobra,
gdy świat wybiera łatwą drogę osądu i podziału.
Otul płaszczem swojej opieki tych,
którzy cierpią z powodu wojen i niesprawiedliwości.
Prowadź nas do Twojego Syna,
abyśmy w Nim odnaleźli pokój,
którego świat dać nie może.
Królowo Pokoju,
módl się za nami
i ucz nas stawać się budowniczymi pokoju.
Amen.
***
Umiłowanie Eucharystii. Droga krzyżowa ze św. Alfonsem Liguori
Renata Sedmakova | Shutterstock
***
„Dusze pobożne starają się po Komunii świętej tak długo trwać na modlitwie, jak tylko mogą.”
Droga krzyżowa z myślami św. Alfonsa Liguoriego
Ofiara Mszy świętej nie jest mniej ważna niż ofiara Krzyża, ta, która dokonała się w historii, ponieważ jest to ta sama ofiara, jest to ten sam Kapłan, który uświęca ją z krzyża. Ofiara Ołtarza jest kontynuacją krzyża.
Najlepszą więc drogą do dobrego zrozumienia Eucharystii, wejścia w nią z pokorą, czcią i miłością jest droga krzyżowa. Prowadź nas, Panie, ku spotkaniu z sobą, którego rozpoznajemy pod postacią Chleba i Wina.
I. Jezus skazany na śmierć (stacja obojętności)
Słusznie św. Tomasz z Akwinu nazwał ten sakrament [Eucharystię] sakramentem miłości i rękojmią miłości. Sakramentem miłości, ponieważ właśnie miłość doprowadziła Jezusa do ofiarowania nam w tym sakramencie siebie samego. Dowodem miłości zaś dlatego, ponieważ gdybyśmy o niej zwątpili, ten sakrament będzie dla nas jej gwarancją. Tak jakby nasz Odkupiciel chciał powiedzieć: „Abyście nigdy nie zwątpili w moją miłość, zostawiam wam w tym sakramencie siebie. Mając taki dowód w ręku, nie możecie już więcej wątpić, że was kocham, i to bardziej”.
Wydano wyrok! Nie dostrzeżono w TobieMiłości, która zbliżyła się całkowicie do człowieka. Może liczebnie nie wielu miałeś wrogów, lecz tak dużo obojętnych obserwatorów. Piłat umył ręce, w ostateczności było mu wszystko jedno. Tłum się nie zainteresował, by poznać Ciebie, mógł więc łatwo krzyczeć: „Na krzyż!”.
Dziś podobnie – tak wielu obojętnych obserwatorów na Mszy św., nie przychodzą do ołtarza Twojej miłości, gdzie dajesz nam się cały.
A dar ten zawiera wszystkie inne dary, którymi Pan nas obdarował: stworzenie, odkupienie, przeznaczenie do wiecznej chwały. Eucharystia nie jest tylko dowodem miłości Jezusa Chrystusa, ale jest także zadatkiem raju.
II. Jezus bierze krzyż na swoje ramiona (stacja naśladowania Jezusa)
Najukochańszy nasz Pasterz, który oddał życie za nas, swoje owieczki, nie chciał, aby śmierć odłączyła Go od nas. Oto, trzódko moja umiłowana – mówi – jestem zawsze z wami. Dla was pozostałem na ziemi w Eucharystii. Tu znajdziecie Mnie zawsze, ilekroć zechcecie, abym wam dopomógł i pocieszył was swoją obecnością.
Jezus zaprasza do naśladowania Go, także w niesieniu swojego krzyża. Gdzie szukać sił, światła, łask – do rozpoznawania drogi, krzyża, do dźwigania go, jak nie poprzez spotkanie z Chrystusem w Eucharystii? Nigdy tak naprawdę nie wyruszę za moim Mistrzem, jeśli Msza święta nie stanie się centrum mojego życia. Miejscem słuchania Zbawiciela i odkrywaniem Jego miłości do każdego człowieka, bo tylko miłość pociąga. I tylko miłość daje siły do niesienia krzyża. Wtedy tylko pójdę do końca za Jezusem, jeśli doświadczę Jego miłości i ukochania, które jest w Eucharystii. Św. Alfons tak witał Chrystusa w Komunii świętej:
obejmuję Cię, życie moje, łączę się z Tobą. Aż nazbyt byłem szalony, gdy odchodziłem od Ciebie z miłości ku stworzeniom. Teraz już nie chcę rozłączyć się z Tobą. Pragnę zawsze żyć i umrzeć zjednoczony z Tobą.
III. Pierwszy upadek Jezusa (stacja doświadczenia słabości)
Jeśli idzie o uleczenie naszych chorób duchowych, to czyż możemy znaleźć lekarstwo skuteczniejsze od Komunii świętej, którą Sobór Trydencki nazwał środkiem uwalniającym nas od grzechów powszednich, a chroniących od śmiertelnych?
Naszym dniom towarzyszą upadki. Widzimy, że przez lata popełniamy wciąż te same grzechy. Jeśli pragniemy z nich powstać, trzeba zbliżać się do Jezusa w Eucharystii, który jest naszą mocą i źródłem męstwa – z ufnością i pragnieniem, by wziął na siebie nasze ciężary i przemienił nas.
Jest rzeczą konieczną przy Komunii św. mieć wielkie pragnienie przyjęcia Pana Jezusa wraz z Jego świętą miłością. Na tej świętej uczcie tylko ci zostają nasyceni, którzy są zgłodniali.
Jezu, pomagaj mi, bym codziennie i dobrze się modlił.
IV. Jezus spotyka swoją Matkę (stacja spotkania)
Dusze pobożne starają się po Komunii świętej tak długo trwać na modlitwie, jak tylko mogą. Dusza po Komunii świętej powinna więc rozmawiać z Panem Jezusem – wzbudzać pobożne uczucia i zanosić modlitwy.
Spotkanie Jezusa z Maryją jest spotkaniem pełnym miłości we wzajemnym powierzeniu się sobie i oddaniu osób, które zawsze były ze sobą razem. Nasz udział w Eucharystii i przyjęcie Jezusa w Komunii św. powinno być takim spotkaniem:
Oto mój Bóg przybył mnie nawiedzić; Zbawiciel mój zamieszkał w duszy mojej. Mój Jezus już rzeczywiście ze mną przebywa. Przyszedł, aby stać się moim, a mnie swoim uczynić. Jezus więc należy do mnie, a ja do Niego. Jezus jest całkowicie moim, a ja cały jestem Jego własnością.
V. Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi (stacja przymuszonych)
Kościół święty orzekł, iż każdy chrześcijanin powinien w czasie wielkanocnym i w niebezpieczeństwie życia przystępować do Stołu Pańskiego. Lecz należy także wiedzieć, iż człowiek z trudnością utrzyma się w łasce Bożej, jeśli będzie przystępować, jak to czynią niektórzy chrześcijanie mało dbający o zbawienie wieczne, do Komunii świętej tylko raz w roku. To zresztą widać z doświadczenia i udowadnia się to rozumem, ponieważ dusza pozbawiona przez dłuższy czas tego pokarmu Bożego z trudnością znajdzie siłę do oparcia się pokusom i tak z łatwością upadnie w grzech. Najświętszy sakrament nazywa się chlebem niebiańskim, bo jak chleb ziemski zachowuje życie ciała, tak chleb niebiański zachowuje żywot duszy.
Ewangelia ukazuje Szymona, który został przymuszony do niesienia krzyża Jezusowego. Nie ma wątpliwości, że tak bliskie spotkanie z Bogiem jest dla człowieka piękne i błogosławione. Otwiera oczy na piękno ludzkiego życia, narodzonego z Bożej miłości i wypełniającego się w niej. Podobnie jest z prawem, które nakazuje nam spotkanie z Jezusem Eucharystycznym. Poprzez to spotkanie doświadczam, że jestem ukochany. Czasem jednak czuję się na Eucharystii tak… nijako, bez miłości do Jezusa. Św. Alfons wskazuje:
Temu, kto mówi: Właśnie dlatego nie przystępuję często do Komunii świętej, bo widzę, jak zimny jestem wobec Bożej miłości…, odpowiada Gerson: „Dlatego, że odczuwasz zimno, chcesz oddalić się od ognia?”. Powinieneś uczynić wręcz przeciwnie: Jeśli pragniesz kochać Chrystusa, im bardziej jesteś zimny, tym bliżej powinieneś przystąpić do Eucharystii.
VI. Weronika ociera twarz Jezusowi (znak miłości)
W Komunii świętej Jezus jednoczy się z nami tak realnie, że słusznie mógł powiedzieć św. Franciszek Salezy: „Eucharystia jest najczulszym znakiem miłości, bo Jezus unicestwia się w niej, aż stanie się naszym pokarmem, by się z nami zjednoczyć”.
Weronika otrzymała w odpowiedzi na swoją miłość odbicie umęczonej twarzy Chrystusa. Ludzie często noszą ze sobą zdjęcia osób, które kochają. Wizerunek taki otaczany jest czułością, szacunkiem, gdyż jest znakiem miłości, należenia do siebie, wyrazem pragnienia, by być blisko siebie. Taki był dar Chrystusa dla Weroniki, taki jest dar Chrystusa dla ludzkości w Jego ofierze krzyżowej, która uobecnia się, mocą miłości, w Eucharystii.
Tego właśnie dokonała niezmierzona miłość Boga do ludzi: nie tylko ofiarowuje się im całkowicie w Królestwie wieczności, ale już tu na ziemi daje się im posiąść w tak intymnej, jak tylko to jest możliwe, jedności, ofiarowując się pod postacią chleba w Eucharystii.
VII. Jezus po raz drugi upada (stacja uznania grzechu)
W Pierwszym Liście św. Jana czytamy: „jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 J 1, 8). Te słowa boleśnie potwierdza nasze doświadczenie życiowe. Tyle w nas zaniedbania, obojętności, bylejakości, przeciętności i grzechów ciężkich. A przecież nasze powołanie to być synami Światłości. Mamy obowiązek stawania się świętymi. Jak?
Komunia święta pomnaża w nas łaskę chroniącą przed grzechami ciężkimi. Dlatego Innocenty III napisał, że Jezus Chrystus poprzez swoją mękę i śmierć wyzwolił nas z niewoli grzechu, a poprzez Eucharystię uwalnia nas od możliwości popełnienia grzechu. Przede wszystkim jednak ten sakrament zapala dusze do Bożej miłości.
VIII. Jezus pociesza płaczące niewiasty (aby prawdziwe widzieć Chrystusa)
Kontekst Ewangelii skłania raczej ku przekonaniu, że niewiasty wcale nie dostrzegły Jezusa i Jego miłości, która została odrzucona. Płaczą, bo tak wypada (zwyczajowe płaczki), bo może coś je rozczuliło. Tak naprawdę nie widzą Zbawiciela ani Jego dzieła. W jakiś sposób odnajdują się w tym wydarzeniu dla siebie samych. Często tak jest z nami na Mszy świętej. Nie widzimy Jezusa! Ksiądz podaje opłatek! „Nie płaczcie nad Mną; płaczcie raczej nad sobą…”(Łk 23, 28).
Powinniśmy wierzyć, że przez słowa poświęcenia, które wymawia kapłan we Mszy świętej, chleb i wino tracą swoją istotę, a przemieniają się w Ciało i Krew Pana Jezusa; a z chleba i wina nic nie pozostaje, chyba same postacie pozorne, jako to: barwa, smak, kształt, do tego stopnia, iż jest nieomylną nauką wiary, że w Najświętszym Sakramencie Ołtarza jest rzeczywiście cały Jezus Chrystus ze swoim Ciałem, Duszą i Bóstwem.
IX. Jezus po raz trzeci upada (stacja kochania siebie)
Nasz wiek przyzwyczaił nas do tego, iż zawsze powinniśmy odnosić sukces. Żyjemy w erze nieustannych sukcesów i dlatego każdy upadek rodzi dyskomfort, poczucie totalnej przegranej, wręcz odrzucenia siebie. A przecież znając swoją ludzką kondycję – mam też prawo do błędów, oczywiście takich, z których chcę się podnosić. Św. Paweł mówi: „moc w słabości się doskonali”.Ta doskonałość polega na tym, że widzę, iż sam bez Jezusa nie dam rady. Dopiero w Nim jestem silny! Mogę zaakceptować siebie z moimi zaletami i wadami, bo wiem, że jestem umiłowany przez Boga i powołany do rzeczy wielkich. Jeśli Bóg mnie miłuje, cóż znaczy porażka…? Znów mogę powstać!
Jakaż zachodziła potrzeba, żeby Pan Jezus po śmierci swojej oddał się nam na pokarm? Oto wymagała tego miłość. To zresztą czytamy wyraźnie w Ewangelii św. Jana: „widząc Jezus, iż przyszła godzina Jego, aby przeszedł z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował”; i chcąc wtedy dać nam najwyższy, jaki tylko być może, dowód tej swojej miłości, postanowił Przenajświętszy Sakrament Ciała i Krwi swojej.
X. Jezus z szat obnażony (stacja ubóstwa)
Eucharystia potwierdza całkowite wyniszczenie Jezusa. Uniżył samego siebie, aby każdy miał przez Niego dostęp do Ojca. Jezus chce być dla nas konieczny, jak konieczny do życia jest chleb. Chce być obecny w naszej codzienności. Tak zwyczajnie. Poprzez ofiarę krzyżową zostało zawarte Nowe Przymierze, w którym Jezus stał się Bogiem z nami, by ubóstwem swoim nas ubogacić.
Aby zaś każdemu łatwo było Go przyjąć, ofiarował się nam pod postaciami chleba. Gdyby ukrył się pod postaciami jakiegoś rzadkiego lub drogocennego pokarmu, ubodzy nie mieliby do Niego dostępu. Stał się chlebem, aby być najprostszym pokarmem dla wszystkich.
XI. Jezus przybity do krzyża (Więzień miłości)
Więc otóż Pan Jezus przebywa na ołtarzach, jakby zamknięty w tylu i tylu więzieniach, do których wtrąca Go Jego niepojęta miłość ku ludziom.
Śpiewamy: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Trzeba sobie jednak uświadomić, że pierwszą przyczyną, dla której Jezus dał się przybić do krzyża, była Jego miłość do grzesznego człowieka. To nie gwoździe Cię przybiły, lecz Twoja miłość do mnie. Ta, która wszechmocnego Pana czyni słabym, jakby więźniem miłości.
Nie masz parafii chociażby najuboższej, nie masz klasztoru, który by nie miał szczęścia posiadania Przenajświętszego Sakramentu; we wszystkich tych miejscach Król nieba i ziemi dozwala się trzymać zamknięty w małym Tabernakulum z drzewa lub kruszcu, gdzie przebywa sam jeden, zaledwie mając przed sobą lampkę, bez nikogo, kto by Mu cześć oddawał. Ależ Panie! Woła na to św. Bernard, to nie przystoi Twojemu Majestatowi! – Mniejsza o to, odpowiada Jezus, niech to nie przystoi mojej godności, byle przystało mojej miłości.
XII. Śmierć Jezusa (stawanie się Bożym człowiekiem)
Ty w Najświętszym Sakramencie dochodzisz przez swoją miłość aż do ukrycia swego majestatu i uniżenia swej chwały, dochodzisz jakby do wyniszczenia i unicestwienia swego Boskiego życia. O Jezu najukochańszy, pozwól mi powiedzieć, że jesteś za bardzo w ludziach rozmiłowany, do tego stopnia, iż ich dobro stawiasz wyżej niż Twoją własną cześć.
Męka, śmierć krzyżowa, Eucharystia – to niezbite dowody Bożego ukochania nas. I to jest też źródło mojego pragnienia, by być świętym. Jestem umiłowany przez Pana tak bardzo, pragnę więc odpowiedzieć Mu moją miłością, odrzucając wszystko, co przeszkadza mi w kochaniu Boga, w życiu tylko dla Niego, w posłudze braciom. Chcę stać się Bożym człowiekiem, by móc powiedzieć za św. Pawłem: „Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”.
Gdyby król przybył odwiedzić ubogiego pastuszka w jego chatce, cóż więcej mógłby ów pastuszek uczynić, jak ofiarować mu ją całą? Ponieważ zaś, Jezu, Boski mój Królu, przybyłeś mnie odwiedzić w ubogim domu duszy mojej, ofiaruję i oddaję Ci ten dom i siebie całego wraz ze swoją wolą i wolnością.
XIII. Jezus zdjęty z krzyża (stacja pokory)
Idziesz więc, duszo moja, aby pożywać Najświętsze Ciało Pana Jezusa? A czy jesteś tego godna? Boże mój, kim ja jestem, a kim Ty jesteś? Dobrze wiem, kim jesteś Ty, który mi się oddajesz; lecz czy Ty wiesz, kim jestem ja, który ma Ciebie przyjąć? Poznaję, o mój Panie, wielki Twój majestat i nędzę swoją.
Widzimy ciało Jezusa w ramionach Matki, całkowicie bezbronne… Tak samo Jezus oddał się nam. Jest obecny w kruszynie chleba, ale ja nigdy nie mogę stracić świadomości, że w niej przychodzi do mnie sam Bóg, wszechpotężny Pan świata; kochający, ale w swym Boskim majestacie, przed którym zginam kolana. Wszystko, czym jestem, wszystko, co posiadam, pochodzi od Niego. Dar spotkania z Nim w Eucharystii jest gestem Jego nieskończonej miłości i miłosierdzia, nie zaś moją zasługą, wypływającą z doskonałości życia.
Pragniesz, bym Cię przyjął jako pokarm, i wzywasz mnie do tego. Przychodzę więc, mój najukochańszy Zbawicielu, przychodzę, aby Cię przyjąć tego dnia, upokorzony i zawstydzony z powodu win swoich, lecz pełny ufności w Twoje miłosierdzie i Twoją miłość ku mnie.
XIV. Jezus złożony w grobie (stacja nadziei i zaufania)
Jezu mój najukochańszy! Ponieważ zapraszasz mnie do tego stołu miłości, abym pożywał Boskie Twe Ciało, czego mi jeszcze może brakować? Kogóż będę się lękać, jeśli Ty, Boże wszechmocny, jesteś światłem i ratunkiem moim? Cały się Tobie oddaję. Przyjmij mnie, a potem czyń ze mną, co Ci się podoba; karz mnie, jak chcesz, gniewaj się na mnie, zabij mnie, zniszcz, a zawsze będę mówić do Ciebie z Hiobem: „Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam, i dróg moich przed Nim chcę bronić” (Hi 13, 15). Bylebym do Ciebie należał i Ciebie kochał, a będę szczęśliwy.
Jezus pokonał śmierć! Zmartwychwstały jest wśród nas! Karmi nas sobą i swoją miłością. Czyż jest większy skarb na ziemi? Moje życie w Bogu się wypełnia. Od Niego pochodzę i do Niego zmierzam. Jedyne zło, jakie mnie może spotkać w życiu, to stracić Boga! Z Nim niczego się nie lękam!
opracował: o. Wojciech Pawlicki CSsR –Aleteia.pl
***
Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra
Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra została wykonana przez młodego szwajcarskiego artystę Manuela Andreasa Dürra, wyłonionego w międzynarodowym konkursie, na który nadesłano ponad tysiąc zgłoszeń. Inauguracja nowych obrazów Drogi Krzyżowej miała miejsce w piątek 20 lutego w ramach obchodów 400. rocznicy poświęcenia Bazyliki św. Piotra (1626–2026).
Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku. Nabór, otwarty dla wszystkich bez względu na narodowość, płeć, wiek czy wyznanie, przyciągnął ponad tysiąc zgłoszeń z osiemdziesięciu krajów na pięciu kontynentach.Selekcji dokonała komisja złożona z historyków sztuki, liturgistów oraz przedstawicieli instytucji watykańskich.
Po przeanalizowaniu życiorysów i portfolio fotograficznych czternastu artystów zaproszono do przedstawienia po dwóch szkiców, w tym obowiązkowego projektu dwunastej stacji – śmierci Jezusa na krzyżu.
Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku
Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie ze względu na równowagę kompozycyjną oraz siłę wyrazu w ukazaniu misterium paschalnego.
Czternaście stacji zostało rozmieszczonych wzdłuż nawy głównej oraz wokół Konfesji na cały okres Wielkiego Postu, oferując przestrzeń modlitwy i refleksji zarówno wiernym, jak i odwiedzającym.
Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie
Uczestnicy rozważają czternaście stacji Drogi Krzyżowej w sercu świętej przestrzeni, która przechowuje pamięć o Apostole Piotrze.
Dzięki nowej Drodze Krzyżowej Bazylika św. Piotra odnawia dialog między sztuką a liturgią, ofiarując Kościołowi i pielgrzymom widzialny znak tego, jak piękno nadal rozświetla tajemnicę Krzyża.
Nowa Droga Krzyżowa jest dziełem Manuela Andreasa Dürra (na pierwszym planie)
Vatican News
***
Wszystko przemieni w piękno.
Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra
***
Pielgrzymi i turyści odwiedzający Bazylikę św. Piotra mogą od początku Wielkiego Postu tego roku oglądać stacje Drogi Krzyżowej, umieszczone w nawie głównej i w części prezbiterium, przyciągające uwagę swoimi kolorami, do tej pory nieznanymi w tej świątyni, i ekspresją przedstawionych postaci. Odnosi się niemal od początku wrażenie, że mamy do czynienia ze sztuką tradycyjną i nowoczesną zarazem.
W grudniu 2023 r. Fabryka św. Piotra (watykańska instytucja zajmująca się administracją i wyposażeniem bazyliki) ogłosiła międzynarodowy konkurs na stacje Drogi Krzyżowej, mając na uwadze zarówno cele duchowe jak i artystyczne. Chodziło o znalezienie artysty, który zaproponowałby stacje harmonizujące z cała architekturą potężnej świątyni jak i z jej bogatym i różnorodnym wyposażeniem, co, oczywiście, nie było sprawą prostą. Inicjatywa wpisuje się w jubileusz 400-lecia poświęcenia bazyliki, które miało miejsce w 1626 r. Nabór prac był otwarty dla wszystkich artystów powyżej 18 roku życia, bez względu na narodowość, płeć, wiek czy wyznanie. Jedynym wymogiem było zachowanie czternastu tradycyjnych stacji Drogi Krzyżowej, od skazania przez Piłata Jezusa na śmierć po złożenie Go do grobu. Odzew był niezwykły i zaskoczył samych organizatorów. Otrzymano ponad tysiąc zgłoszeń z osiemdziesięciu krajów na pięciu kontynentach.
Wybrany jednogłośnie
Komisja złożona z historyków sztuki, liturgistów i przedstawicieli instytucji watykańskich wyłoniła, po pierwszej selekcji, niewielką grupę czternastu artystów, których zaproszono do przedstawienia dwóch projektów: jednego, przedstawiającego obowiązkowo dwunastą stację, czyli „Jezusa umierającego na krzyżu”, i drugiego, dowolnie wybranego, poświęconego jednemu z pozostałych wydarzeń tradycyjnie składających się na Via Crucis.
Stacja 1: Jezus na śmierć skazany
W propozycjach dostrzeżono różnorodność stylów, technik, kolorów, ujęć samej figury Zbawiciela i osób biorących udział w tej szczególnej wędrówce na Golgotę. Jedno i to samo wydarzenie historyczne odbijało się w najróżniejszych formach, odsłaniając osobistą interpretację i wrażliwość każdego autora. Po wnikliwej ocenie komisja jednogłośnie wybrała projekt szwajcarskiego artysty o nazwisku Manuel Andreas Dürr. Jego propozycja wyróżniała się zarówno elementami formalnymi jak i przekazem treści, klarownością strukturalną, wspartą solidną sztuką kompozycyjną. Jego Droga Krzyżowa, zaprezentowana publicznie po raz pierwszy 20 lutego 2026 roku, czyli w pierwszy piątek Wielkiego Postu, zaprasza pielgrzymów z każdego kontynentu do swoistej podróży duchowej i artystycznej kontemplacji.
Malarstwo, które mówi prawdę
Należę do tych, którzy tę podróż już odbyli i to o poranku, kiedy ogromna świątynia jest jeszcze pusta: jedynie tu i ówdzie przechodzą pielgrzymi, którzy weszli do niej jako pierwsi, zaraz po otwarciu bram i drzwi. Zanim jednak zdecydowałem się na obejrzenie stacji, zapoznałem się z życiorysem artysty. Urodzony w 1989 r. w Bienne (Szwajcaria), studiował najpierw malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych we Florencji, a następnie filozofię, historię sztuki i… slawistykę we Fryburgu szwajcarskim i Bernie. Można więc powiedzieć, że otrzymał staranne i różnorodne wykształcenie. „Florenckie” ślady w jego wcześniejszych dziełach były dostrzegane zarówno przez profesjonalnych znawców sztuki jak i zwykłych miłośników malarstwa. Jego prace, wystawiane na całym świecie, znane są z mocnego języka wizualnego i zdolności do sugestywnej interpretacji tematów religijnych i społecznych. A sam artysta wierzy, że „malarstwo dzisiaj może być szczególnym sposobem mówienia prawdy”.
Stacja 12: Jezus umiera na krzyżu.
Teraz przyglądam się poszczególnym stacjom i dłużej zatrzymuję się przy czwartej, ukazującej spotkanie Zbawiciela z Jego Najświętszą Matką. Artysta koncentruje się na Maryi, ukazując Jej piękną, ciągle młodzieńczą, twarz i głębokie, pełne nostalgii i miłości, spojrzenie na Syna. Jej dłoń jest blisko twarzy Chrystusa, ale przecież Go nie dotyka, tak jak to się dzieje w słynnej Piecie Michała Anioła, znajdującej się w tej samej świątyni, zupełnie blisko Via Crucis. Uroku przedstawionej scenie dodają piękne, choć bardzo proste, szaty, zarówno Jezusa jak i Maryi.
Zatrzymuję się następnie dłużej przy stacji XII, „Jezus umiera na krzyżu”, tej najważniejszej z wielu punktów widzenia. Zbawiciel przedstawiony jest na krzyżu między dwoma łotrami. Łatwo tu dostrzec równowagę kompozycyjną przede wszystkim w harmonijnym przedstawieniu figury Chrystusa jak i dwóch łotrów, ukazanych na dwóch różnych poziomach. Jezus patrzy na dobrego łotra, który przed chwilą prosił Go o to, aby był razem z Nim w raju. Powagi całej scenie i szczególnego nastroju dodaje bardzo ciemny, granatowy odcień koloru niebieskiego, elegancki i klasyczny.
Stacja 4: Jezus spotyka swoją Matkę
Swoisty klimat dostrzega się też w XIV stacji, czyli w „Złożeniu Jezusa do Grobu”. Tylu malarzy przedstawiało tę scenę… jakże tu nie wspomnieć Caravaggia. Zresztą może coś z niego artysta szwajcarski zapożyczył, zwłaszcza gdy chodzi o ukazanie samego Jezusa wkładanego do grobu. Ale kolory są tu trochę inne, przede wszystkim więcej żółtego… Czyżby chodziło już w tym momencie o ukazanie świtu poranka wielkanocnego?
Wierność Ewangelii i oddziaływanie na widza
Po obejrzeniu, zresztą dosyć dokładnym, także pozostałych stacji, rozmawiam z moim znajomym historykiem sztuki i znawcą malarstwa. Pytam się go o to, co sądzi o opisywanym dziele. Gianluca pozwala sobie na dłuższy wywód. Można by rzec – mówi – że nowoczesna sztuka religijna, proponująca jednolity język i ciągle odkrywane elementy wczesnego renesansu, zakończyła swoją jednorodną podróż w XIX wieku. Od tego czasu w coraz mniejszym stopniu uwzględniała innowacje kultury nowoczesnej. Dotyczy to nie tylko aspektów destrukcyjnych, ale także pozytywnych: zwłaszcza koncepcji obrazu jako pola, w którym kolory oddziałują na siebie, tworząc znaczącą, poruszającą całość, niezależną od tematu.
Stacja 10: Jezus z szat obnażony
W tej Drodze Krzyżowej artyście udało się połączyć dwa fundamentalne aspekty obrazu religijnego: wierność tekstowi Ewangelii, ale także szczere, poruszające oddziaływanie na widza. Ten drugi aspekt osiąga się przez wyrafinowane użycie przestrzeni, godne Piera della Francesca. W tym sensie wolne miejsca na płótnie, pola pozostawione niemal całkowicie bez kolorów, są również bardzo ważne, bo stanowią hołd dla abstrakcji, tak ważnej w ubiegłym stuleciu. Pokrewieństwa z niektórymi włoskimi obrazami można dostrzec także w formalnej klarowności, a także w ujęciu postaci nawiązującego do narracyjnej surowości Giotta.
Stacja 13: Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ręce Matki
Jeśli chodzi o samą tematykę – kontynuuje Gianluca – tak bardzo znaną i obecną w malarstwie światowym, jej dramatyzm jest wyrażony z wielką oryginalnością i skutecznością, niemal jak kadr z filmu, w którym każda chwila jest przeżywana z niezwykłą emocjonalną głębią. Można powiedzieć, że całe dzieło dobrze wróży odrodzeniu się szczerej, figuratywnej interpretacji tajemnicy zbawienia, odpowiadającej również uczuciom tych wszystkich, którzy pragną ją odnaleźć także w dziełach sztuki.
Bóg wszystko przemieni w piękno
A co mówił sam artysta w związku z wyróżnieniem, jakie stało się jego udziałem? „Jakiż to zaszczyt być wystawianym obok Michała Anioła i Berniniego. I jakiż lęk tworzyć własne dzieła, które będą umieszczone w tak ważnym miejscu z perspektywy artystyczno-historycznej i kulturowej”. Jako protestant, zgłębiał mękę Chrystusa i arcydzieła przeszłości stanowiące sedno katolicyzmu, szczególnie wspomnianą już Pietę Michała Anioła: „Płacząca matka trzyma w ramionach zmarłego syna: jaka scena jest bardziej rozdzierająca serce niż ta?” – pytał w wywiadzie dla telewizji szwajcarskiej. „A jednak geniusz, taki jak Michał Anioł, potrafił wydobyć coś pięknego z tak smutnej chwili. To paradoksalne piękno, nie natychmiastowe, skłania mnie do myślenia, że Bóg czyni to samo – a nawet więcej – z nami, ludźmi: nie opuszcza tych, którzy cierpią, lecz daje nam obietnicę, że wszystko przemieni w piękno”.
Stacja 14: Jezus złożony do grobu
ks. Waldemar Turek –Watykan (artykuł ukazał się nakładem tygodnika „Idziemy”)
***
Papież: Spowiedź jako droga do pojednania z Bogiem… i pokoju na świecie
(PAP/EPA/VATICAN MEDIA HANDOUT)
***
„Czy chrześcijanie ponoszący poważną odpowiedzialność za konflikty zbrojne mają pokorę i odwagę, by dokonać poważnego rachunku sumienia i wyspowiadać się?”- takie pytanie zadał Ojciec święty podczas piątkowej audiencji z uczestnikami 36. Kursu Forum Wewnętrznego zorganizowanego przez Penitencjarię Apostolską.
W Pałacu Apostolskim w Watykanie, papież Leon XIV zachęcał do kontynuowania dzieła Jana Pawła II, które służy głębokiej formacji, aby „czwarty sakrament był coraz głębiej rozumiany, właściwie sprawowany, a tym samym pogodnie i skutecznie przeżywany przez cały święty Lud Boży”.
– Sakrament Pojednania – jak wiemy – przeszedł na przestrzeni dziejów znaczący rozwój, zarówno pod względem teologicznym, jak i formy jego sprawowania – podkreślił papież, ubolewając, że wielu ludzi nie korzysta z tego „nieskończonego skarbu miłosierdzia Kościoła” z powodu „powszechnego rozproszenia wśród chrześcijan, którzy nierzadko pozostają w stanie grzechu przez długi czas, zamiast z prostotą wiary i serca przystąpić do konfesjonału, aby przyjąć dar Zmartwychwstałego Pana”.
Papież przypomniał, że „Sobór Laterański IV w 1215 roku ustanowił obowiązek spowiedzi sakramentalnej przynajmniej raz w roku”, zaś „Katechizm Kościoła Katolickiego, po Soborze Watykańskim II, potwierdził tę normę (por. KKK, 1457), która jest również prawem Kościoła: ‘Każdy wierny po osiągnięciu wieku rozeznania, obowiązany jest przynajmniej raz w roku wyznać wiernie wszystkie grzechy ciężkie’” (Kodeks Prawa Kanonicznego, 989).
Sakrament Pojednania, zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu, oznacza „bycie w harmonii” z Bogiem, „zjednoczenie się z Nim”. Przywraca jedność z Bogiem poprzez odpuszczenie grzechów i wlanie łaski uświęcającej. Leon XIV dodał, że „sprzyja to wewnętrznej jedności jednostki i jedności z Kościołem; w konsekwencji sprzyja również pokojowi i jedności w rodzinie ludzkiej”.
Ojciec Święty w tym kontekście zadał pytanie: „Czy chrześcijanie ponoszący poważną odpowiedzialność za konflikty zbrojne mają pokorę i odwagę, by dokonać poważnego rachunku sumienia i wyspowiadać się?” I dalej: „Ale – pytamy ponownie – czy człowiek, małe i proste stworzenie, może naprawdę „zerwać jedność” ze Stwórcą? Czy ten obraz nie jest być może stronniczą i ostatecznie poniżającą interpretacją Objawienia, które Jezus nam dał o Bogu?”
Przechodząc do analizy tego zagadnienia, Leon wyjaśnia, że „przy bliższym przyjrzeniu się grzech nie zrywa jedności, rozumianej jako ontologiczna zależność stworzenia od Stwórcy: nawet grzesznik pozostaje całkowicie zależny od Boga Stwórcy, a ta zależność, gdy zostanie uznana, może otworzyć drogę do nawrócenia”. Dodaje jednak, że „grzech zrywa duchową jedność z Bogiem: odwraca się od Niego, a ta dramatyczna możliwość jest równie realna, jak dar wolności, którym sam Bóg obdarzył ludzi. Zaprzeczanie możliwości, że grzech rzeczywiście zrywa jedność z Bogiem, jest w rzeczywistości brakiem uznania godności człowieka, który jest – i pozostaje – wolny, a zatem odpowiedzialny za własne czyny”.
Zwracając się do młodych kapłanów i kandydatów papież polecił im, by zdawali sobie sprawę „z najwznioślejszego zadania, jakie sam Chrystus, za pośrednictwem Kościoła, im powierza: przywracania jedności ludzi z Bogiem poprzez sprawowanie Sakramentu Pojednania”.
– Stajemy się świętymi w konfesjonale! Pomyślmy tylko o świętym Janie Marii Vianneyu, świętym Leopoldzie Mandiciu, a ostatnio o świętym Pio z Pietrelciny i błogosławionym Michale Sopoćce – mówił Leon, wskazując na niezwykłą doniosłość spowiedzi świętej.
To dzięki przywróceniu jedności z Bogiem następuje przywracanie jedności z Kościołem, który jest „Mistycznym Ciałem Chrystusa”. – Podczas sprawowania sakramentu spowiedzi, gdy penitenci dostępują pojednania z Bogiem i z Kościołem, sam Kościół jest budowany i wzbogacany odnowioną świętością swoich skruszonych dzieci, którym wybaczono grzechy. W konfesjonale, drodzy bracia, współpracujemy w nieustannym budowaniu Kościoła: jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego; czyniąc to, dajemy też nową energię społeczeństwu i światu – podkreślił papież.
I dalej dodał, że „jedność z Bogiem i Kościołem jest wreszcie warunkiem wewnętrznej jedności jednostek, tak niezbędnej dziś, w dobie rozbicia, w której żyjemy”. W opinii Leona XIV, dzisiaj wielu młodych pragnie wewnętrznej jedności. Mają dość „niespełnionych obietnic, niepohamowanego konsumpcjonizmu i frustrujących doświadczeń wolności oderwanej od prawdy”. Kapłani powinni wykorzystać tę sytuację do wzmożonej ewangelizacji, aby przypominać, że Bóg stał się człowiekiem, aby nas zbawić.
Bez „jedności z Bogiem, z Kościołem i w nas samych” nie będzie pokoju między ludźmi i narodami, gdyż jedynie osoba pojednana jest zdolna do życia w pokoju. – Ten, kto odkłada broń pychy i pozwala, by nieustannie odnawiało go Boże przebaczenie, staje się narzędziem pojednania w życiu codziennym. W nim lub w niej spełniają się słowa przypisywane świętemu Franciszkowi z Asyżu: ‘Panie, uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju’” – wskazał papież, który prosił, by „nigdy nie zaniedbywać przystępowania do Sakramentu Pojednania z wierną stałością”.
PCh24.pl/źródło: press.vatican.va
***
Sakrament ocalenia. Dobra spowiedź jako przełom na drodze nawrócenia
Wielkopostne nawrócenie ma wiele wymiarów, ale wszystkie ustępują najważniejszemu: dobrej spowiedzi.
Święty Jan Vianney wielokrotnie przekonywał wiernych, jak ważne jest szczere wyznanie wszystkich grzechów. „O, jak bardzo ślepi są grzesznicy, którzy wstydzą się albo też boją wyspowiadać się ze swoich upadków! Na co się przyda to ukrywanie, skoro kiedyś tajniki serc zostaną odsłonięte na oczach całego świata?” – argumentował. Wskazywał jednak, że jest na to sposób: „Jeżeli chcemy raz na zawsze ukryć swoje grzechy, musimy się z nich dobrze wyspowiadać”.
20 kilo mniej
Dobra spowiedź to dla wielu katolików wydarzenie przełomowe na drodze nawrócenia.
Kasia Biedrzycka z Rybnika przez lata żyła z dala od Kościoła. Przez 18 lat była związana z ruchem Hare Kriszna. W końcu stwierdziła, że nie wierzy w żadnego boga, ale gdy w drodze do pracy przechodziła koło kościoła, obrzucała Jezusa najgorszymi epitetami, obwiniając Go o całe zło, które wydarzyło się w jej życiu.
Pewnej kwietniowej nocy 2022 roku, przed świętem Miłosierdzia Bożego, przyśnił jej się Pan Jezus. Usłyszała: „Głoś moje miłosierdzie”. Obudziła się z potężnym pragnieniem poznania Zbawiciela. Szukała, pytała i wciąż jej było mało. Trafiła na spotkanie wspólnoty Jezusa Miłosiernego. – Kiedy w kościele zaczęło się uwielbienie, ryczałam jak bóbr. Potężnie doświadczałam obecności Boga – wspomina. Zaczęła regularnie chodzić do kościoła, a równocześnie odczuła ogromną potrzebę spowiedzi, oczyszczenia oraz pragnienie przyjmowania Komunii. Ale nie znała żadnego księdza, bała się. – Jedynym „ludzkim”, znanym mi, był ksiądz Adrian, opiekun wspólnoty, ale nie miałam odwagi, żeby go poprosić – tłumaczy. Aż któregoś dnia on sam do niej podszedł i mówi: „A jak tam u ciebie, sakramenty są?”. Odpowiedziała: „No, chrzest miałam, Komunię miałam, bierzmowanie miałam”. Na to on: „A spowiedź kiedy była?”.
– To był dla mnie dar z nieba, bo bardzo tego pytania potrzebowałam. Mówię, że to było może ze 30 lat temu. A on: „A chcesz się wyspowiadać?”. Powiedziałam, że tak, ale nie znam żadnych formułek. Ksiądz na to, że to nie problem. Umówiliśmy się za tydzień. Czułam potworny stres, bo miałam mówić o rzeczach z całego życia, o których nie mówiłam nikomu. Ksiądz czekał na mnie przed kościołem. Poszliśmy na salki i tam miałam spowiedź generalną. Po niej odczułam ogromną radość i wielką ulgę; jakbym stała się o 20 kilo lżejsza. Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Znów stałam się częścią Kościoła, który kiedyś opuściłam – mówi Kasia.
Uzdrowienie
– W mojej pamięci mocno zapisała się jedna szczególna spowiedź – opowiada Robert (nazwisko znane redakcji). Przystępował do niej z noszonym przez lata ogromnym ciężarem doświadczenia wykorzystania seksualnego w dzieciństwie. Nigdy wcześniej nie potrafił nikomu o tym powiedzieć. – W trakcie tej spowiedzi po raz pierwszy zrozumiałem coś fundamentalnego: nie noszę w sobie odpowiedzialności za to, co się wydarzyło. To nie była moja wina, choć przez lata żyłem tak, jakby to brzemię należało do mnie. Uświadomienie sobie tego w obecności Boga i człowieka, który mnie słuchał, przyniosło mi głęboki oddech ulgi i początek wewnętrznego uzdrowienia – wspomina.
Spowiednik okazał mu ogromne wsparcie i pociechę. – Jego słowa były pełne szacunku, delikatności i zrozumienia. Nie czułem się oceniany ani wypytywany – czułem się przyjęty. To doświadczenie pozwoliło mi zobaczyć, że Kościół może być miejscem, w którym człowiek naprawdę zostaje wysłuchany i otoczony troską – podkreśla. Co więcej, ksiądz pokierował go do osób, które pomogły mu lepiej rozumieć reakcje, emocje i trudności, z jakimi zmagał się przez lata.
– Dziś patrzę na tamtą spowiedź jako na moment przełomowy. To był początek drogi, na której uczyłem się żyć bez wstydu, bez fałszywej winy i z coraz większą nadzieją – zaświadcza Robert.
Nie potępia
Ksiądz Michał Wala kocha spowiadać. – To jest dla mnie jeden z dwóch najpiękniejszych sakramentów. Pierwszym jest oczywiście Eucharystia. To niesamowite, że mogę nieść miłosierdzie Boga człowiekowi i dać mu nadzieję, że może zacząć na nowo. Ważne, że chce się podnieść i iść dalej – przekonuje.
Stosunek księdza Michała do sakramentu pokuty ma związek z doświadczeniem sprzed prawie 19 lat. – To było na początku mojego kapłaństwa. Poszedłem na obchód chorych do szpitala. Tam jeden chory mówi, że chciałby się wyspowiadać, ale nie teraz, bo to będzie długa spowiedź. Przyszedłem więc wieczorem. On uprzedził mnie, że ze złych rzeczy w swoim życiu nie zrobił tylko tego i tego, a wszystko inne zrobił. Wyspowiadał się, ja udzieliłem mu Komunii, chwilę porozmawialiśmy i powiedzieliśmy sobie: „Do zobaczenia rano”. Ale rano on już nie żył. To doświadczenie pokazało mi, że w spowiedzi warto być człowiekiem, ręką, słuchem Pana Boga i Jego ustami po to, żeby dać miłosierdzie, bo to może jest ostatni moment – podkreśla kapłan. I dodaje: – Pan Bóg nigdy nie potępi w konfesjonale. Zawsze przyjdzie z wielką miłością do człowieka i z wielkim przebaczeniem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Znany egzorcysta: Spowiedź święta to broń przeciwko demonom. Może uwolnić od opętania
Znany amerykański egzorcysta ks. Chad Ripperger zachęca do spowiedzi świętej. Jak podkreśla, spowiedź może uwolnić ludzi od opętania demonicznego.
Jak podkreślił w rozmowie z amerykańskim podcasterem Shawnem Ryanem, w Kościele katolickim wskazuje się na różne stopnie wpływu demonicznego na człowieka. Opętanie jest najbardziej skrajnym przypadkiem. Jak podkreślił, ludzie muszą w pierwszej kolejności porzucić grzech. Podał przykład rodziny, w której to żona chce rządzić mężem. Jeżeli mąż zacznie zachowywać się jak mężczyzna i będzie sprawować władzę w sposób sprawiedliwy, a żona się temu podporządkuje, będzie to oznaczać wyzwolenie od demonicznego wpływu.
Szczególną wagę ma sakrament spowiedzi świętej, podkreślił. Spowiedź może wyzwolić nawet od opętania. Kiedy wierzący w Chrystusa wyzna grzech, który otwiera demonowi drogę do jego dusz, a kapłan udzieli mu rozgrzeszenia, wówczas rozwiązana zostaje „prawna” moc wiążąca grzechu. Choć może zaskakiwać użycie w tym kontekście legalnego języka, ks. Ripperger odwołał się wprost do słów naszego Pana, Jezusa Chrystusa z Ewangelii św. Jana na temat odpuszczania grzechów: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 23).
Może być tak, że ktoś spowiada się, ale to nie pomaga. W takich przypadkach nierzadko człowiek popełnił poważny błąd: nie wyznał wszystkich ciężkich grzechów, choćby o nich zapominając.
Według ks. Chada Rippergera podstawowym sposobem wpływania przez demony na ludzi jest pokusa, czego doświadczają wszyscy. Kolejnym stopniem ataków demonicznych jest obsesja. Dalej znajduje się ucisk, który dotyka takich sfer życia człowieka jak pieniądze, relacje czy zdrowie. Rzadkim przypadkiem jest opętanie sensu stricto, kiedy demon przejmuje kontrolę nad ciałem człowieka.
źródło: lifesitenews.com/PCh24.pl
*** Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC:
Nasz wiek utracił poczucie grzechu. Nie kształtujmy moralności na popularnych opiniach
(fot. (aldg) PAP/Tomasz Gzell)
***
W trakcie homilii w Środę Popielcową abp Adrian Galbas ostrzegał przed subiektywnym ustalaniem, jakie uczynki uważa się za grzeszne. Jak dodał sumienia nie powinno się formować w oparciu o modne przekazy i sądy opinii publicznej.
Metropolita warszawski w Środę Popielcową przewodniczył mszy św. w Świątyni Opatrzności Bożej, pierwszym w tym roku kościele stacyjnym Warszawy.
W homilii abp Galbas powiedział, że zewnętrznym wymiarem prawdziwego nawrócenia są modlitwa, post i jałmużna – „trzy postawy, które są wyrazem potrójnego przykazania miłości”.
– Modlitwa, a więc więcej miłości Boga. Post to więcej dobrze pojętej miłości siebie samego. I jałmużna, a więc więcej miłości bliźniego – wyjaśnił.
Ordynariusz zaznaczył, że nawrócenie oznacza zmianę dotychczasowego sposobu życia i postępowania.
– Ten, kto się nawraca, idzie pod prąd, gdzie prąd znaczy powierzchowny styl życia, bezładny i iluzoryczny, jakiemu często ulegamy, opanowuje on nas i powoduje, że stajemy się niewolnikami zła albo więźniami moralnej mierności – powiedział hierarcha za papieżem Benedyktem XVI.
Przyznał, że „najbardziej praktycznym i konkretnym wyrazem nawrócenia jest każda spowiedź”.
– Kiedy przystępujemy do tego sakramentu, nie robimy tego po to, by Pana Boga poinformować o naszych grzechach. On je zna i widzi. Nie chodzi też, by jedynie informować o nich Kościół, który reprezentuje spowiadający nas ksiądz. Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem i uczynić to przez pośrednictwo Kościoła – wyjaśnił duchowny.
Podkreślił, że „Bóg nigdy się od nas nie odwraca, nigdy nie staje do nas plecami, zawsze zwrócony jest sercem”.
– To my na skutek grzechu ciężkiego odwracamy się od Boga, a poprzez spowiedź nasze serca znów na nowo się spotykają – kontynuował arcybiskup.
Przypomniał, że spowiedź dotyczy wszystkich grzechów ciężkich, a więc takich, które dotyczą rzeczy poważnej, zostały popełnione w całkowitej wolności i z pełną świadomością.
– Aby spowiednik dobrze mógł ocenić, czy dany grzech jest ciężki, czy nie, Kościół od czasu Soboru Trydenckiego wymaga także, aby podczas spowiedzi podać okoliczności popełnienia grzechu, a także informacje o sobie – dodał.
Hierarcha przestrzegł przed subiektywnym decydowaniem, co jest grzechem, oraz kierowaniem się w tej kwestii opinią społeczną.
– Nawet gdyby tak żyli wszyscy ludzie na ziemi, to dany grzech – jeśli spełnia te trzy warunki – nie przestałby przez to być grzechem – zaznaczył.
– „Grzechem tego wieku jest utrata poczucia grzechu” pisał już papież Pius XII, a św. Jan Paweł II nazywał to zaciemnieniem i wypaczeniem sumienia, jego martwotą i znieczuleniem – powiedział abp Galbas.
Poprosił księży o większą dostępność spowiedzi dla wiernych oraz o przypominanie w kazaniach moralnej nauki Kościoła o grzechu, nawróceniu, skrusze i pojednaniu.
– Jeśli ludzie nie będą o tym słyszeli z ambony, jak będą mieli się nawracać, jak będą mieli korzystać z sakramentu pokuty? – zapytał. Zwrócił uwagę, że nauka o Bożym miłosierdziu „nie oznacza lekceważenia ludzkiej nieprawości i akceptacji grzechu”. Biskup zachęcił, aby nie lekceważyć grzechów lekkich, bo choć nie wymagają wyznawania ich przy spowiedzi, to mogą przyczynić się do poważnego upadku duchowego.
Hierarcha tłumaczył, że żal za grzechy „nie jest jakąś płytką emocją, jest szczerym powiedzeniem sobie i Bogu: Szkoda, że tak zrobiłem, szkoda, że tak żyłem, szkoda, że zmarnowałem tyle czasu, by być daleko od Boga. Mogłem być bliżej Niego i dzięki temu moje życie mogło być dużo bogatsze i lepsze”. – Jeśli nie chcemy, by nasze życie pozostało pełne mroku i sprzeczności, niekonsekwencji i haniebnego fałszu, musimy odważnie patrzeć na uczynki naszego życia i stawić czoło wielkiej, nawet najstraszliwszej prawdzie, prosząc Boga, by przyszedł nam z pomocą. Nie możemy być grzesznikami zbawionymi przez łaskę, jeśli wpierw nie umiemy uznać się za grzeszników – powiedział abp Galbas, cytując kardynała Saraha.
W czasie mszy św. nastąpił obrzęd posypania głów wiernych popiołem na znak żałoby i pokuty.
Środa Popielcowa rozpoczyna w Kościele katolickim trwający 40 dni okres wielkiego postu nawiązujący do czterdziestodniowego pobytu Chrystusa na pustyni, gdzie pościł i był kuszony przez szatana. Dla wiernych jest on wezwaniem do pokuty, nawrócenia i przemiany życia.
PCh24.pl(PAP)/oprac. FA
*** 7 głębokich treści teologicznych zawartych w pieśni „Zbliżam się w pokorze”
(opr. PCh24.pl)
***
Do 1969 r. dzień 7 marca był świętem św. Tomasza Akwinu – największego z teologów, nazywanego Doktorem Anielskim. Przypisuje się mu autorstwo kilku tekstów liturgicznych o tematyce eucharystycznej, w tym słynnej pieśni „Zbliżam się w pokorze” (łac. Adoro te devote). Utwór ten jest prawdziwą „perełką” teologii eucharystycznej. Choć jest krótki, zawiera jednak zaskakująco dużo głębokich treści dogmatycznych.
1. „Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej”
Eucharystia jest sakramentem (gr. mystērion), co dosłownie oznacza „tajemnicę”. W każdym sakramencie obecna jest rzeczywistość niewidzialna, w pewnym sensie „ukryta”, którą oznacza widzialny znak dostępny ludzkiemu oku. W przypadku Eucharystii tą niewidzialną rzeczywistością jest Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa – niedostrzegalne zmysłami. Oczami rozpoznajemy bowiem jedynie postacie chleba i wina, podczas gdy w istocie obecny jest tam cały Chrystus wraz ze swoim majestatem. Dlatego Tomasz z Akwinu pisze, że majestat Chrystusa jest „skryty” w Hostii.
2. „Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak”
Słowa te podkreślają, że zmysłami nie można potwierdzić Realnej Obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Cudowna przemiana chleba w Ciało Pańskie i wina w Jego Krew, czyli transsubstancjacja, polega bowiem na tym, że choć zmienia się substancja, to postacie widzialne pozostają niezmienione. Dlatego też, choć na ołtarzu prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie obecne są Ciało i Krew Chrystusa, ich wygląd, smak, zapach i inne właściwości zmysłowe nie ulegają zmianie – nadal rozpoznajemy chleb i wino.
Stąd Tomasz z Akwinu pisze, że zmysły „mylą się”: wydaje się im, że postrzegają chleb i wino, podczas gdy w rzeczywistości na ołtarzu obecny jest już sam Bóg.
Co ciekawe, polskie tłumaczenie tej pieśni nie oddaje w pełni łacińskiego oryginału. W tekście Adoro te devote wymienione są trzy zmysły: „visus, tactus, gustus”, czyli wzrok, dotyk i smak, podczas gdy polska wersja wspomina jedynie o wzroku i smaku.
3. „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas, tu ukryte z Bóstwem człowieczeństwo wraz”
Kiedy Chrystus umierał na krzyżu, przypadkowemu przechodniowi trudno było uwierzyć, że ten cierpiący Człowiek był prawdziwym Bogiem. W ludzkim rozumowaniu moglibyśmy się spodziewać, że Bóg-Człowiek zstąpi z krzyża, pokona żołnierzy i w widzialny sposób ustanowi swoje królestwo. Tak się jednak nie stało – Chrystus konał w straszliwych męczarniach, nie objawiając swojej chwały. Nie manifestował swojego Bóstwa; dlatego Tomasz z Akwinu pisze, że Zbawiciel skrył Je wobec nas.
W Eucharystii trudność wiary jest jeszcze większa. Nie widzimy bowiem nie tylko Bóstwa Chrystusa, ale nawet Jego człowieczeństwa. Naszym oczom ukazują się postacie chleba i wina, a nie ludzkie ciało i krew. Dlatego Doktor Anielski stwierdza, że w Eucharystii wraz z Bóstwem ukryte jest jeszcze człowieczeństwo Zbawiciela.
Zaraz potem Akwinata dopowiada, że wiara „w Oboje” – to znaczy zarówno w Bóstwo, jak i w człowieczeństwo Chrystusa – prowadzi do osiągnięcia chwały niebieskiej.
4. „Jak niewierny Tomasz Twych nie szukam ran”
W pieśni pojawia się nawiązanie do św. Tomasza Apostoła, który początkowo nie wierzył relacjom naocznych świadków zmartwychwstania Chrystusa. A przecież powinien zaufać pozostałym Apostołom, z którymi podążał za Chrystusem przez kilka ostatnich lat. Kiedy jednak powiedziano mu, że widzieli żyjącego Pana, nie uwierzył ich świadectwu i postanowił sam Go zobaczyć. Stało się to dopiero po ośmiu dniach – wtedy Tomasz uwierzył, dostrzegając rany Zbawiciela.
Apostoł miał szczęście móc fizycznie zobaczyć Chrystusa po Jego Zmartwychwstaniu. Dziś, po Wniebowstąpieniu Zbawiciela, taka bezpośrednia możliwość nie istnieje, a wiara, której brakowało Tomaszowi, staje się absolutnie niezbędna. Nie możemy już oglądać fizycznego ciała Boga-Człowieka, a jedynie Jego Ciało eucharystyczne, które choć prawdziwe, to nie przypomina ludzkiego ciała. Zdarzają się cuda eucharystyczne, w których w sposób niewytłumaczalny naukowo Ciało Chrystusa przyjmuje formę fragmentu ludzkiego mięśnia. Poza tymi wyjątkami jedynie wiara pozwala nam uznać, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie.
Warto zwrócić uwagę, że tutaj o niewiernym Tomaszu pisze inny Tomasz, czyli Akwinata. Można więc powiedzieć, że choć Tomaszowi Apostołowi brakowało wiary, Pan Bóg dał Kościołowi innego Tomasza, pełnego wiary, który umacnia wierzących aż po czasy współczesne.
5. „O pamiątko śmierci Pana”
Polskie tłumaczenie tego wersu pieśni jest niedoskonałe. Mówi ono: „Ty, coś upamiętnił śmierci Bożej czas”. Oryginał łaciński brzmi jednak: „O memoriale mortis Domini”, co oznacza: „O pamiątko śmierci Pana”. Msza św. jest bowiem powtórzeniem Ofiary złożonej przez Chrystusa Bogu Ojcu na Kalwarii za zbawienie ludzkości. Tym razem jest to jednak Ofiara bezkrwawa. Pomimo tego, obecność dwóch sakramentalnych postaci sprawia, że Msza św. rzeczywiście pozostaje pamiątką śmierci Pana.
Kiedy kapłan wypowiada słowa konsekracji, a konkretnie te nad kielichem z winem, Ciało i Krew Chrystusa zostają rozdzielone. Chwilę wcześniej na ołtarzu pojawiło się już Ciało Boga-Człowieka, a teraz dołącza Krew Pańska. Oddzielenie Ciała i Krwi jest w ludzkim doświadczeniu znakiem śmierci, dlatego każda Msza św. jest pamiątką Ofiary krzyżowej Chrystusa.
Trzeba jednak pamiętać, że po Zmartwychwstaniu Chrystusa Jego Ciało i Krew są ze sobą na zawsze złączone – Chrystus pozostaje żywym Bogiem-Człowiekiem. Oznacza to, że w każdej z dwóch sakramentalnych postaci obecny jest cały Chrystus (łac. Christus totus). Do przyjęcia całego Zbawiciela w Komunii św. wystarczy więc przyjąć Go pod jedną postacią, a z przyczyn praktycznych jest to zwykle postać Ciała Pańskiego. Podważanie tej prawdy wiary jest herezją głoszoną niegdyś przez Jana Husa, a potępioną przez Sobór Trydencki.
Warto również przypomnieć, że podczas trzech dni, gdy Chrystus leżał w grobie, Jego Ciało i Dusza pozostawały oddzielone: martwe Ciało spoczywało w grobie, a Dusza zstąpiła do Piekieł, by wyprowadzić stamtąd sprawiedliwych Starego Testamentu. Jak podkreśla św. Tomasz z Akwinu, gdyby któryś z Apostołów odprawił w tym czasie Mszę św., na ołtarzu znajdowałyby się martwe Ciało i Krew Chrystusa, pozbawione życia – dwie oddzielne postaci. Od momentu Zmartwychwstania jednak Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa pozostają ze sobą na zawsze złączone, i takie właśnie są obecne podczas każdej Mszy św.
6. „Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud”
Obraz pelikana bywa często przywoływany w refleksji nad Eucharystią. Jego źródłem jest starożytna legenda opisana w dziele Physiologus (Fizjolog), przypisywanym anonimowemu autorowi z Aleksandrii z II wieku. Według tej opowieści pelikan nie dopuszczał, by jego pisklęta zginęły z głodu – w chwili braku pożywienia rozdzierał własną pierś i karmił je swoją krwią. Inna wersja legendy głosi z kolei, że krew pelikana była w stanie nawet przywrócić młode do życia.
Nic więc dziwnego, że już od pierwszych wieków chrześcijanie dostrzegali w pelikanie symbol Chrystusa Odkupiciela, który oddał własne życie i przelał Najdroższą Krew dla zbawienia ludzi, a w Eucharystii karmi wiernych swoim Ciałem i Krwią. Motyw ten obecny jest nie tylko w literaturze duchowej, lecz także w sztuce chrześcijańskiej – m.in. często pojawia się na paramentach liturgicznych.
Św. Tomasz z Akwinu nie był pierwszym, który odwołał się do symboliki pelikana. Wcześniej podobieństwo to dostrzegali m.in. święci Epifaniusz z Salaminy, Błażej z Sebasty oraz Piotr z Aleksandrii. Po Akwinacie motyw ten podejmowali także twórcy literatury, jak Dante Alighieri w Boskiej Komedii czy William Shakespeare w Hamlecie.
Nie dziwi zatem fakt, że Doktor Anielski sięgnął po obraz pelikana w swoim hymnie eucharystycznym, porównując Chrystusa do niego. Podkreśla w nim, że Ciało i Krew Pana są duchowym pokarmem w czasie ziemskiej pielgrzymki, a Krew Zbawiciela oczyszcza człowieka z win i zmaz grzechu. Dlatego właśnie Chrystus „jak pelikan Krwią swą karmi lud”.
7. „Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł”
W jaki sposób dusze w niebie mogą oglądać Boskie Oblicze, skoro nie mają oczu? W chwili śmierci, kiedy dusza oddziela się od ciała, wszystkie cechy wspólne człowiekowi i niższym stworzeniom ożywionym – zwierzętom i roślinom – pozostają w ciele. Dusza nie może z nich korzystać. Zachowuje natomiast dwie właściwości charakterystyczne dla człowieka: intelekt i wolną wolę. „Niższe” zdolności powrócą dopiero w czasie zmartwychwstania ciał na końcu czasów, gdy dusze ponownie połączą się ze swoimi ciałami.
Dusza przebywająca w niebie nie może więc rosnąć, odżywiać się ani odczuwać emocji, ponieważ nie ma ciała. Może natomiast korzystać z intelektu, i to właśnie dzięki niemu jest w stanie oglądać Boże Oblicze. Do tego potrzebna jest szczególna właściwość, którą teolodzy nazywają lumen gloriae, czyli „światło chwały”. To „narzędzie” umożliwia stworzonej ludzkiej duszy oglądanie Boga. Catholic Online Encyclopedia wyjaśnia to w następujący sposób:
Aby móc oglądać Boga, intelekt zbawionych zostaje nadprzyrodzenie udoskonalony przez światło chwały (lumen gloriae). Zostało to zdefiniowane przez Sobór w Vienne w 1311 roku (Denz., nr 475; dawniej nr 403); wynika to także z nadprzyrodzonego charakteru widzenia uszczęśliwiającego. Widzenie uszczęśliwiające przekracza bowiem naturalne możliwości intelektu; dlatego, aby oglądać Boga, intelekt potrzebuje pewnej nadprzyrodzonej mocy – nie tylko przemijającej, lecz trwałej, tak jak samo widzenie. To trwałe wzmocnienie nazywa się „światłem chwały”, ponieważ umożliwia duszom w chwale oglądanie Boga intelektem, podobnie jak światło materialne pozwala naszym oczom cielesnym widzieć rzeczy materialne.
W pełni prawdziwa jest zatem nadzieja, którą miał św. Tomasz z Akwinu, i którą dzielimy wszyscy: by po śmierci móc oglądać Oblicze Boże.
Adrian Fyda/PCh24.p –źródło: pl.aleteia.org, catholic.org
***
Dwie Postacie, jedna Istota. Czyli jak Chrystus jest obecny w obu konsekrowanych Postaciach?
(oprac. GS/PCh24.pl)
***
W czasie Mszy św. następuje oddzielenie Ciała i Krwi Chrystusa, wyrażone przez dwie oddzielne konsekracje. Mimo tego, pod każdą z konsekrowanych Postaci Chrystus jest obecny całkowicie, tzn. ze swoim Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem. Nasuwa się zatem pytanie: jak Ciało i Krew Chrystusa mogą być ze sobą złączone, skoro ewidentnie nastąpiło ich rozdzielenie?
Krew od zawsze uważana była za nośnik życia; sformułowanie „krew życia” pojawia się już w Księdze Rodzaju (Rdz 9,4). Dopóki płynie ona w ciele człowieka, jest on uznawany za żywego. Ale gdy człowiek umiera i nieśmiertelna dusza opuszcza jego ciało, wtedy mówi się o oddzieleniu ciała i krwi. Jest to faktem również z biologicznego punktu widzenia, bowiem w momencie śmierci krew przestaje płynąć przez żyły i tętnice, a zatem to oddzielenie jest rzeczywiście dostrzegalne.
Oddzielenie ciała i krwi miało miejsce również w momencie śmierci Chrystusa. Jest On przecież nie tylko prawdziwym Bogiem, ale i prawdziwym człowiekiem, a więc i umarł jak człowiek. Nieśmiertelna Dusza opuściła Jego materialne Ciało, a Krew przestała płynąć przez Jego żyły. To oddzielenie ponownie się dokonuje podczas każdej Mszy św. i wyrażone jest przez dwie osobne konsekracje, a zarazem przemiany – chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew.
Jednak tajemnica Eucharystii nie kończy się na cudownej przemianie. Pod każdą z konsekrowanych postaci znajduje się bowiem cały Chrystus (Christus totus). Oznacza to, że w Komunii św. przyjmujemy nie tylko Jego Ciało, ale całego i żywego Chrystusa. Pomimo Jego prawdziwej obecności w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych Postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.
Jak zatem wytłumaczyć fakt, że pomimo dwóch oddzielnych Postaci – Ciała i Krwi – to cały Chrystus jest obecny pod każdą z nich? Dzieje się to na mocy tzw. naturalnej współobecności albo konkomitancji (łac. concomitantia naturalis). Dotyczy ona ciała, krwi i duszy człowieka, które przecież w żywym ludzkim organizmie są połączone. W przypadku Chrystusa musimy do tego „kompletu” dołączyć również Jego Bóstwo, gdyż od chwili Zwiastowania Bóstwo i Człowieczeństwo Chrystusa są na zawsze złączone. I chociaż na krzyżu nastąpiło wspomniane wcześniej oddzielenie Jego Ciała, Krwi i Duszy, to w momencie zmartwychwstania one ponownie się połączyły. Krew znowu zaczęła płynąć przez Jego żyły i docierać do mózgu – tak samo jak ma to miejsce u innych żywych organizmów. W takiej postaci Chrystus chodził po ziemi przez 40 dni po swoim zmartwychwstaniu i w takiej postaci przebywa teraz w niebie. Jest On żywym organizmem, związkiem Ciała i Duszy.
Ponieważ cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch konsekrowanych Postaci, dlatego wystarczy nam przyjęcie Go pod jedną z nich. Konieczność przyjmowania obu Postaci głosili heretyccy husyci, którzy odrzucali wiarę w obecność całego Chrystusa pod każdą z Postaci. Ich herezja została potępiona na Soborze w Konstancji w 1414 r. Tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie Postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.
Inaczej wyglądała sytuacja od momentu śmierci Chrystusa do Jego zmartwychwstania, tzn. w czasie gdy Jego Ciało było złożone w grobie. Ciało, Krew i Dusza martwego Chrystusa – jak w przypadku każdego innego człowieka po śmierci – były wtedy oddzielone od siebie. Każde z nich z osobna było jednak złączone z Jego Bóstwem. Św. Tomasz z Akwinu w swojej Summie Teologicznej (ST III q. 76 a. 1 ad. 1) stawia ciekawe pytanie: co by było, gdyby któryś z Apostołów odprawił wtedy Mszę św.? Przecież Ciało, Krew i Dusza Chrystusa nie były wtedy złączone, a więc nie mielibyśmy całego, a już na pewno nie żywego Chrystusa pod każdą z konsekrowanych Postaci.
Akwinata odpowiada, że wciąż każda z dwóch konsekracji przyniosłaby swój efekt, czyli chleb wciąż zostałby przemieniony w Ciało Chrystusa, a wino w Jego Krew, i każde z nich byłoby złączone z Jego Bóstwem. Jednak to Ciało byłoby martwe, bowiem właśnie takie Ciało spoczywało wtedy w grobie; podobnie z Krwią – byłaby to krew martwego Chrystusa. Jego Duszy w ogóle by tam nie było, ponieważ była ona wtedy odłączona od Ciała i przebywała w Otchłani – przypomina nam o tym Wyznanie Wiary mówiące, że Chrystus „zstąpił do Piekieł”, gdzie na otwarcie bram raju oczekiwali sprawiedliwi Starego Testamentu.
Jednak od czasu zmartwychwstania, Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa są ze sobą na nowo połączone – i tak już pozostaną już do końca czasów. Zatem zarówno podczas każdej Mszy św. jak i w tabernakulum cały i żywy Chrystus jest obecny zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Przypomina nam o tym przepiękna sekwencja na uroczystość Bożego Ciała, autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu:
Pod odmiennych szat figurą, w znakach różnych, nie naturą kryje się tajemnic dziw.
Ciało strawą, Krew napojem, cały jednak, z Bóstwem swoim, w obu znakach Chrystus żyw.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W tym miesiącu 5 marca w pierwszy czwartek nie będzie Mszy św. o godz. 19.00 i Adoracji przed Najświętszym Sakramentemw kapicyizbie Jezusa Miłosiernego – będzie natomiast w sali parafialnej przy kościele św. Piotra Adoracja o godz. 18.00 i Msza święta o godz. 19.00 w języku angielskim
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W pierwszy piątek 6 marca jest półgodzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
Następnie nabożeństwo Drogi Krzyżowej
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
W pierwszą sobotę 7 marca o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z III Niedzieli Wielkiego Postu
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej od godz. 13.30 i rozważamy Mękę Pańską śpiewając GORZKIE ŻALE
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Chrystus jest światłością narodów, Lumen Gentium. Tylko On może odnowić oblicze ziemi. W Nim pokładamy naszą ufność, a nie w przemijających strategiach. Nadzieja, którą nam powierza, nie jest nadzieją na ostatecznie zmodernizowaną, zdigitalizowaną, oczyszczoną Dolinę Łez. Nasza nadzieja jest w nowym niebie, nowej ziemi, w zmartwychwstaniu umarłych – mówił bp Erik Vardne w ostatnim rozważaniu rekolekcji dla Papieża i Kurii. Poniżej zamieszczamy tłumaczenie robocze tego rozważania.
11 października 1962 r. papież św. Jan XXIII uroczyście otworzył Sobór Watykański II. Powiedział, że „największą troską” Soboru będzie „skuteczniejsza ochrona i nauczanie świętego depozytu doktryny chrześcijańskiej. Doktryna ta obejmuje całą istotę człowieka, składającą się z ciała i duszy. Nakazuje nam, pielgrzymom na tej ziemi, dążyć do naszego niebiańskiego domu”.
Niecały tydzień po przemówieniu papieża wybuchł kryzys kubański. Wydawało się, że człowiek zamierza zniszczyć swoją ziemską egzystencję, nie myśląc o eschatologicznym celu. Z ranami II wojny światowej wciąż świeżymi, nasz gatunek tworzył nowe, przerażające perspektywy samozniszczenia.
Klimat niepewności otaczał Sobór; jednocześnie okres ten był pełen gorących nadziei na nowe społeczeństwo oparte na prawach człowieka, sprawiedliwym handlu i postępie technicznym. Sobór chciał odpowiedzieć na nurtujące tamte czasy „niepokojące pytania dotyczące aktualnych trendów na świecie, miejsca i roli człowieka we wszechświecie, sensu ludzkich […] dążeń, ostatecznego przeznaczenia rzeczywistości i ludzkości”. Nie tylko poruszył te kwestie. Wskazał również drogę do ich rozwiązania, ogłaszając, że Chrystus, ukrzyżowany i zmartwychwstały, jest wcieleniem przyszłości rodzaju ludzkiego. Sobór postawił Kościołowi zadanie głoszenia Chrystusa w taki sposób, aby jawił się On jasno i przekonująco jako odpowiedź na najpilniejsze problemy współczesności, nie naruszając ani na chwilę świętego depozytu doktryny.
Możemy zadać sobie pytanie, czy w ciągu sześćdziesięciu lat, które minęły od zakończenia Soboru, zawsze i wszędzie zachowano wiarę w moc i skuteczność tego depozytu. Każde pokolenie chrześcijan jest zobowiązane do rozważenia siebie w świetle kontrastu, jaki Paweł przedstawia w Liście do Efezjan między miarą pełni Chrystusa objawiającą się w jedności wiary i wiedzy, w dojrzałej męskości, a dziecinnym stanem bycia miotanym tu i tam, porywanym przez wiatry doktryny, pociąganym to przez przebiegłość, to przez podstępne sztuczki, to przez łatwy optymizm.
Chrystus wzywa nas do przekazywania światu nadziei. Posiadanie chrześcijańskiej nadziei niekoniecznie oznacza bycie optymistą. Chrześcijanin wyrzeka się pobożnych życzeń, decydując się na rzeczywistość. Demagodzy obiecują, że sytuacja się poprawi. Twierdzą, że posiadają demiurgiczną moc zmieniania społeczności w ciągu jednej kadencji wyborczej, odwracając uwagę mas od odczuwanych rozczarowań rozdawaniem chleba, biletów do cyrku i zniesławianiem przeciwników. Jakże inne są słowa Chrystusa. Mówi nam: „Zawsze będziecie mieli ubogich”. Potwierdza, że naród będzie powstawał przeciwko narodowi. Nadejdą prześladowania. Wrogami człowieka będą członkowie jego własnej rodziny. W tych stwierdzeniach nie ma słabej rezygnacji. Pan zobowiązuje nas, swoich uczniów, do nieustannej pracy na rzecz nowego, zdrowego człowieczeństwa, ukształtowanego przez miłość i sprawiedliwość. Mówi nam, abyśmy „leczyli chorych, wskrzeszali umarłych, oczyszczali trędowatych, wypędzali demony”. Mamy realizować błogosławieństwa, ujawniając ukrytą w nich chwałę. Ale kiedy to robimy, przypomina nam się: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić”.
Chrystus jest światłością narodów, Lumen Gentium. Tylko On, wypełniając wolę Ojca, działając w Duchu, może odnowić oblicze ziemi. W Nim pokładamy naszą ufność, a nie w przemijających strategiach.
On może działać poprzez nas, jeśli zgodzimy się być cierpliwi. Wielki Post pokazuje nam, że Bóg, cierpiący z powodu swojej filantropii, jest najbardziej aktywny w swojej Męce. Nadzieja, którą nam powierza, nie jest nadzieją na ostatecznie zmodernizowaną, zdigitalizowaną, oczyszczoną Dolinę Łez. Nasza nadzieja jest w nowym niebie, nowej ziemi, w zmartwychwstaniu umarłych.
Czas, w którym żyjemy, pragnie usłyszeć głoszenie tej nadziei. Rozważaliśmy niektóre znaki, które nas otaczają: nową świadomość religijną wśród młodych ludzi; powrót kategorii prawdy do dyskursu publicznego; poszukiwanie korzeni. Globalne instytucje i sojusze ulegają rozpadowi. Jesteśmy narażeni na zagrożenia strategiczne, ekologiczne i ideologiczne. Naturalne jest, że ludzie rozsądni i dobrej woli pytają, co w obliczu takiej niepewności ma szansę przetrwać. Zmęczeni budowaniem swojego życia na piasku, szukają solidnej skały. Tymczasem ich serca są niespokojne. Ojcowie Soboru Watykańskiego II potwierdzili w Gaudium et spes, że najlepsze aspiracje i najciemniejsze obawy współczesności muszą znaleźć echo w sercach chrześcijan. Dla chrześcijanina nie jest bowiem obce nic, co jest „prawdziwie ludzkie”.
Pozwólcie mi podzielić się jednym z takich ech, które rezonują we mnie.
Rok temu, 8 lutego 2025 r., amerykańska piosenkarka Gracie Abrams dała koncert w Madrycie. Jest młodą kobietą, która ma wszystko, czego można zapragnąć. Jest piękna, zamożna, odnosi sukcesy. W Madrycie miała na sobie białą jedwabną suknię. Mogłaby to być suknia ślubna, strój radości, gdyby nie długie czarne wstążki na ramionach, zwiastujące smutek, który stał się sednem jej przesłania, gdy zaczęła śpiewać.
W jej tekstach wyczuwa się przeszywający smutek, który graniczy z rozpaczą, a może nawet ją osiąga. Abrams urodziła się w 1999 roku. Jej piosenka Camden zaczyna się od wersu: „Nigdy tego nie powiedziałam, ale wiem, że nie potrafię wyobrazić sobie niczego po 25 roku życia”. Piosenka przywołuje potrzebę ukrywania smutku, „zakopania bagażu, aż zniknie z pola widzenia”, podczas gdy na zewnątrz zachowuje się normalnie, nazywając to „w porządku” i mając nadzieję, że ktoś „zauważy, jak się staram”. Refren brzmi jak mantra: „Cała ja, rana do zamknięcia, ale zostawiam wszystko otwarte”.
Występ Abrams w Madrycie z utworem „Camden” został sfilmowany i opublikowany na YouTube przez fana, który napisał: „Szaleństwo. Brak słów. Płakałem. Umarłem. Martwy”. Tysiące osób uczestniczyło w tym koncercie. Wszyscy śpiewali razem, znając na pamięć zawiły tekst, który stał się ich własnym. Nastoletni Weltschmerz nie jest niczym nowym. Każde pokolenie znajduje swój sposób, aby go wyrazić. Istnieje jednak coś wyjątkowego w lamentach naszych czasów. Nie możemy ich odrzucić jako fetyszyzacji rozpaczy. Słuchając i oglądając śpiew Gracie Abrams, nie ma wątpliwości co do głębi doświadczenia, z którego wynika jej krzyk. To niesamowite słyszeć, jak ta melodia, pełna melancholii, jest powtarzana przez tłum młodych ludzi: „Chciałam tylko, żebyś wiedział, że nigdy nie byłam dobra w radzeniu sobie. […] Naprawdę mam nadzieję, że to przetrwam”. Czy „nadzieja” jest odpowiednim terminem w tych okolicznościach? Właściwie wątpię. W tekście piosenki wyróżnia się raczej beznadziejność w obliczu nieustannego zagrożenia.
Fani Gracie Abram to głównie dziewczyny. Stereotyp sugeruje, że chłopcy są inni, pociąga ich ponure uznanie trudów życia, które zamierzają znosić z brodatą, męską wytrwałością. Każdy, kto wychodzi i rozmawia z młodymi ludźmi lub spędza czas w konfesjonale, wie, że granice są mniej wyraźne. Świadomość bycia zranionym przenika nasze czasy jak dymna mgła.
Jakże uderzające jest przeżywanie Wielkiego Postu w takim kontekście, skupianie wzroku na zranionym, rozdartym ciele i potwierdzanie, że właśnie tutaj znajduje się nadzieja. Przez wieki Kościół ostrożnie podchodził do pokazywania ran męki Chrystusa. Był zajęty formułowaniem słowami paradoksu, który stanowi sedno chrześcijańskiej propozycji: że w Chrystusie boskość i człowieczeństwo są integralnie obecne, że ten człowiek „zrodzony z Dziewicy Maryi” jest jednocześnie „Bogiem z Boga, Światłością ze Światłości”. Dopiero gdy Sobór Chalcedoński dopracował ramy koncepcyjne niezbędne do zachowania tej równowagi, duch chrześcijański mógł swobodnie wyobrażać sobie, nie tylko słowami, ale także w sztuce, graficznie, dobrowolnie przyjęte upokorzenie Boga, który stał się człowiekiem. Krucyfiks stał się najwyższym symbolem chrześcijaństwa. Zajął centralne miejsce w praktykach kultowych, przynajmniej na Zachodzie, gdzie wizerunki zranionego Boga stały się centralnym punktem kościołów i innych budowli, stopniowo kształtując świadomość społeczną.
Przypominając chrześcijanom w Koryncie o swoim przybyciu do nich, Paweł napisał: „Nie przyszedłem do was głosić tajemnicy Boga w górnolotnych słowach lub mądrości. Postanowiłem bowiem nie znać wśród was niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego”. Kategoryczna centralność zbawczej męki Jezusa przenikała doktrynę tego niezrównanego kaznodziei pojednania, miłosierdzia, łaskawej przemiany, radości i życia wiecznego. Potrzeba odwagi, aby podążać za jego przykładem w kulturze, która kusi nas do promowania szczęśliwszej Ewangelii, przewidywalnej w kategoriach ustalonych procesów i określonych rezultatów. Wokół nas, przyćmione krzyżem nawy starych katedr są przekazywane na potrzeby minigolfa. Sanktuaria są wykorzystywane do świeckich skeczów, mających na celu desperackie pokazanie ich „znaczenia”. Tymczasem rzut kamieniem stąd, na świeckiej arenie, młodzi ludzie smutno kołyszą się, śpiewając cicho, że życie jest otwartą raną i że nie ma balsamu w Gileadzie.
Dwie sprzeczne tendencje charakteryzują współczesne wysiłki zmierzające do radzenia sobie z ranami. Z jednej strony ludzie chętnie pokazują nabyte, odziedziczone lub wyimaginowane rany jako znaki tożsamości. Mogą mieć ku temu dobre powody, oparte na dążeniu do sprawiedliwości. Jednak, jak wyjaśnił Bernard, tracimy motywację, jeśli nasze poczucie tożsamości opieramy na przywiązaniu do rany. Ryzykujemy pogrążenie się w gniewie, namiętności, która zastępuje dążenie do uzdrowienia afirmacją własnej nieomylności. Gniew i jego odbicie, gorycz, mogą uwięzić nas w przewrotnej, samozadowolonej rozpaczy.
Z drugiej strony podejmowane są wysiłki, aby zatuszować rany. Słyszymy sugestie, że rany nie powinny istnieć, a jeśli już istnieją, chore kończyny należy amputować. W społeczeństwach, które stały się transakcyjne, nie ma miejsca na nieproduktywne lub nieatrakcyjne elementy. Są postrzegane jako dziwaczne zjawiska, traktowane z surowością. Postawa ta jest widoczna w trwających kontrowersjach dotyczących aborcji i eutanazji, a także w powracających rozmowach na temat eugeniki. Widać ją w dystopijnych marzeniach o uwolnieniu społeczeństw od niepożądanych osób, które niektórzy politycy zamknęliby w rezerwatach lub zrzucili z klifu.
Można interpretować ten rozwój na różne sposoby. Trudno zaprzeczyć, że ma to coś wspólnego z zanikiem w świadomości społecznej postaci Ukrzyżowanego, Zranionego, ale Niepokonanego. Cywilizacja, która na pewnym poziomie poszukuje swojej miary w obrazie potwierdzającym znaczenie cierpliwości i odkupieńczego cierpienia, ulega zmianie. Może nauczyć się empatii, która nie jest spontaniczna dla upadłej ludzkości.
Cześć dla ran Chrystusa przez wieki definiowała wrażliwość chrześcijańską. Znajdowała ona wyraz w kulcie relikwii Męki Pańskiej, w Drodze Krzyżowej, w wierszach i obrazach, w utworach muzycznych od renesansowych lamentacji, przez pasje Bacha, po XIX-wieczną hymnografię. Wyrażała się w kulcie Najświętszego Serca, który rozprzestrzenił się na całym świecie w następstwie rewolucyjnej zawieruchy. U jej podstaw leżał szacunek dla ogromnej tajemnicy cierpienia, stanowiącej istotny element ludzkiej kondycji, jaką znamy. Krzyż pozwala nam zaakceptować rzeczywistość, potwierdzając jednocześnie, że rany nie są ostateczne, że mogą się zagoić i stać się źródłem uzdrowienia.
Zakorzenienie się w tej tajemnicy wiary oznacza konstruktywny bunt przeciwko kilku błędnym przekonaniom: przeciwko błędnemu przekonaniu politycznemu, że społeczeństwo i państwo powinny być zarządzane w oparciu o model ewolucyjny, mając na uwadze doskonałość człowieka; przeciwko błędnemu przekonaniu antropologicznemu, że normatywny standard „zdrowia” służy do rozróżnienia między życiem „wartym życia” a życiem „nie wartym życia”; przeciwko błędowi kulturowemu, który przypisuje ranom fatalną, deterministyczną moc; oraz przeciwko błędowi psychologicznemu, który poddaje się beznadziejności, zahipnotyzowany głosem, który szepcze nam do ucha w środku nocy, odnosząc się do naszych najbardziej intymnych ran: „Zawsze tak będzie”.
Męka Chrystusa pozwala nam lamentować bez gniewu. Otwiera nas na współczucie, które jest kategorią epistemologiczną zdolną przygotować nas do łaskawego wglądu, takiego jak wgląd Hioba: „Słyszałem o Tobie słuchając uszami, teraz moje oczy Cię widzą”. Możemy wołać do Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego: „Panie mój i Boże mój!”. Ewangelia stwierdza, że rany Chrystusa po Jego zmartwychwstaniu nie zniknęły, ale stały się chwalebne. Rany świata również mogą stać się chwalebne, gdy zostaną oblane olejem i winem Chrystusa.
Krzyż jest dla wierzących jednocześnie symbolem i pamiątką wydarzenia. Symbol męki Chrystusa nie jest czymś, co sami tworzymy. Został nam dany. To on interpretuje nas, a nie my jego. Warto to podkreślić, gdy płyniemy pod prąd symbolicznego kapitalizmu nastawionego na „produkcję wiedzy”. W tym wirtualnym świecie „fakty” są artefaktami. Narracje, obrazy i dane są wykorzystywane do utrwalania zmian, a tym samym do dalszej konsumpcji. Trudno jest coś zrozumieć i jednocześnie zmienić. W rezultacie dążenie do jasności odgrywa niewielką rolę w obecnym dyskursie publicznym, którego ulotna retoryka i niekonsekwentne symbole mają raczej na celu wprowadzenie zamieszania.
Jednak człowiek pragnie zrozumienia. Definiuje go potrzeba zadawania pytania „dlaczego?”. Potrzebuje jasnego myślenia Kościoła i nadziei skoncentrowanej na Chrystusie. Potrzebuje jego pewnego poczucia kierunku. Potrzebuje jego symboli, które są realistyczne, odmienne od symboli świata, skoncentrowane na historycznie zranionym ciele, na umieraniu śmierci, na wiecznym przeznaczeniu „całego człowieka, złożonego z ciała i duszy”. Wzniosła perspektywa naszej wiary opiera się na rzeczywistościach, które miały miejsce i które w komunii mistycznego ciała Chrystusa nadal mają miejsce. Wyznajemy, że przemieniająca Dobroć nasyciła ludzkie cierpienie nawet w jego najbardziej ekstremalnych przejawach, sięgając aż do samych głębin piekła, i że dlatego żadna rozpacz nie jest ostateczna.
Taka jest nasza Ewangelia. Nasze czasy wołają o nią. Młodzi ludzie lamentujący w naszych parkach z ciężkimi sercami pragną jej. Słuchają, gdy jest ona przedstawiana „z autorytetem” przez chrześcijan zdolnych jednocześnie wyjaśnić i pokazać jej prawdę bez kompromisów, ukazując łaskawą moc Chrystusa, która odnawia i przemienia życie.
W Clairvaux w 1139 roku Bernard wygłosił swoje ostatnie kazanie na temat Psalmu 90 w wigilię Wielkanocy. Tchnie ono radością sportowca, który ukończył wyścig. Życie mnicha, jak mówi św. Benedykt, powinno być ciągłym Wielkim Postem, zawsze skupionym na zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Okres liturgiczny ujawnia sens naszego istnienia jako takiego. Bernard wyraża to wprost. Próby życia są bólami porodowymi. Sprawiają, że odkrywamy, co to znaczy żyć: „Żyjemy w pełni, gdy życie jest istotne i ożywiające”. Jesteśmy stworzeni, aby przynosić owoce. Bernard mówi swoim mnichom, że w cierpieniu jest „nadzieja chwały”, po czym poprawia się i mówi, że nie, chwała jest w cierpieniu, tak jak owoc jest w nasieniu. Wykrzykuje: „Bracia moi, chwała kryje się teraz w cierpieniu; wieczność kryje się w chwili obecnej, w tej lekkości kryje się wysublimowana, niezmierzona waga”.
Odwrócenie jest całkowite. To, co nas teraz obciąża, nie ma trwałej wartości. Ciężar chwały przyciąga nas w górę, ku wspaniałej, wielorakiej chwale. Ukształtowani do pełnego udziału w życiu Chrystusa, poznamy cierpliwą radość Boga, który w Psalmie 90 głosi: „Jestem z nim w utrapieniu”. Mówi również: „Moja radość jest w przebywaniu z synami ludzkimi”. „O Emmanuel”, odpowiada Bernard: „Bóg z nami!” Dodaje: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą”, delikatnie podkreślając maryjny charakter łaskawego wzrostu do autentycznej chrześcijańskiej dojrzałości. Bóg wie, czego łakniemy i czego pragniemy, co nam smakuje. Nie możemy zadowalać się zbyt małą ilością. Musimy wiedzieć i głosić, na czyje podobieństwo zostaliśmy stworzeni, do jakiej wielkości jesteśmy uzdolnieni dzięki łasce.
Następnego dnia rano po wygłoszeniu tego ostatniego kazania Bernard otworzył swój Graduale, aby zaśpiewać introit wielkanocny: piękne Resurrexi w szóstym, „poważnym” trybie, z muzycznym wyrazem wznoszącej się w górę powagi. Ta kompozycja liturgiczna głosi zmartwychwstanie z cichym zachwytem. Podnosi ona chwałę Kościoła przed pustym grobem do wiecznego objęcia Trójcy Świętej. Wciągnięci w końcu w to objęcie przez paschalne zwycięstwo Chrystusa, ujrzymy tak, jak jesteśmy widziani, poznamy tak, jak jesteśmy znani. W końcu będziemy kochać doskonale.
Na razie jednak wiemy i widzimy tylko częściowo, czuwając w nocy. Pracujemy. Służymy. Nauczamy. Walczymy, kiedy musimy. Staramy się kochać i szanować siebie nawzajem, patrząc na Jezusa, pioniera naszej wiary. On, Baranek Boży, jest naszą lampą. Jego łagodne światło, nawet gdy jest ukryte, jest pełne radości.
Bp Erik Varden, norweski trapista, teolog i autor, który obecnie prowadzi rekolekcje wielkopostne dla papieża Leona XIV oraz watykańskiej Kurii, jest już obecny na polskim rynku wydawniczym z książką „Uzdrawiające rany”. To lektura, która nie ucieka od tematów bólu, zranienia i doświadczenia traumy, lecz proponuje drogę ich przemiany w świetle wiary i ciszy.
Bp Erik Varden oraz Leon XIV
***
Trwające w Watykanie rekolekcje, zatytułowane „Oświeceni ukrytą chwałą”, skupiają się wokół tematów duchowej wolności, prawdy, nadziei oraz wewnętrznego nawrócenia. Bp Varden mówi o potrzebie odzyskania spojrzenia zdolnego dostrzec działanie Boga tam, gdzie po ludzku widzimy jedynie kruchość i pęknięcie. W centrum jego medytacji znajduje się Pascha Chrystusa – nie jako wspomnienie minionych wydarzeń, lecz jako rzeczywistość, która ma moc przemieniać życie tu i teraz.
Nieprzypadkowo to właśnie jemu powierzono głoszenie rekolekcji dla papieża i jego najbliższych współpracowników. W Kościele jest to znak szczególnego zaufania wobec autora, którego duchowość łączy głębię teologiczną z doświadczeniem życia monastycznego i wrażliwością na ludzkie zranienie.
Krzyż odzyskany
Ta sama perspektywa wybrzmiewa wyraźnie w książce „Uzdrawiające rany”. Bp Varden nie proponuje duchowości, która omija to, co trudne. Przeciwnie – zaczyna tam, gdzie wielu współczesnych ludzi się zatrzymuje lub odwraca wzrok. Krzyż, często postrzegany jako znak przemocy, porażki czy religijnego ciężaru, zostaje w jego refleksji ukazany jako miejsce sensu i spotkania.
„Jeśli odwracamy wzrok od krzyża z powodu jego nieprzyjemności, świadczy to o tym, że jesteśmy świadomi tego, co on przedstawia, ale już nie tego, co oznacza” – pisze autor. To zdanie wyznacza kierunek całej książki: nie chodzi o zaprzeczenie cierpieniu, lecz o odkrycie jego znaczenia w perspektywie wiary.
Siedem ran – siedem etapów drogi Centralną osią „Uzdrawiających ran” jest kontemplacja siedmiu ran Chrystusa. Każda z nich staje się osobnym miejscem modlitwy i refleksji, dotykającej bardzo konkretnych ludzkich doświadczeń: zranień relacyjnych, lęku, poczucia rozbicia, straty czy wewnętrznego niepokoju.
Bp Varden prowadzi czytelnika bez pośpiechu, zapraszając do wejścia w głęboką medytację chrześcijańską. „Nasze rany, kiedy zdrowieją, stopniowo rozkwitają, przygotowując nas do zostania źródłem pożytku i pociechy dla innych” – podkreśla. Uzdrowienie nie oznacza tu wymazania bólu. Rana pozostaje, ale zostaje przemieniona i włączona w większą całość.
Nadzieja, która nie upraszcza
Jednym z najbardziej charakterystycznych rysów duchowości bp. Vardena – obecnym zarówno w jego watykańskich medytacjach, jak i w książce – jest uczciwość wobec ludzkiego cierpienia. Autor konsekwentnie unika taniego optymizmu i religijnego pocieszania. Sięga po pojęcie smutkoradości (charmolypē) – doświadczenia, w którym ból i nadzieja współistnieją.
W tym kluczu mówi o Wielkanocy jako o rzeczywistości aktualnej i działającej. „Wielkanoc nie jest wydarzeniem minionym, ale teraźniejszym; od niej zależy nasze życie, nasza radość i nadzieja” – zauważa. To właśnie ta perspektywa wybrzmiewa dziś w Watykanie i znajduje pogłębione rozwinięcie na kartach „Uzdrawiających ran”.
Duchowość, którą można przeżyć osobiście
Rekolekcje dla papieża mają swój określony czas i miejsce. Książka daje możliwość, by wejść w tę samą duchową przestrzeń w sposób osobisty i pogłębiony. „Uzdrawiające rany” są zaproszeniem do drogi: od rany do pokoju, od bólu do sensu, od rozbicia do wewnętrznej integracji.
To lektura dla tych, którzy nie chcą uciekać od trudnych pytań. I dla tych, którzy wierzą – albo dopiero uczą się wierzyć – że uzdrowienie zaczyna się tam, gdzie odważymy się zatrzymać przy ranach Chrystusa.
Vatican Media -Tygodnik Niedziela
(więcej w książce: Uzdrawiające rany, bp Erik Varden OCSO, Wydawnictwo Esprit: ksiegarnia.niedziela.pl.)
***
Bp Varden: Kiedy młodzi proszą o chleb, nie dawajmy im cukierka
Z teologicznego punktu widzenia mówienie o świecie postchrześcijańskim nie ma sensu. Chrystus jest Alfą i Omegą. Jeśli już, to żyjemy w świecie postsekularnym – uważa bp Erik Varden OCSO, przewodniczący Episkopatu Krajów Nordyckich. Podkreśla, że Chrystus ma w sobie istotową świeżość porannej rosy. Chrześcijaństwo jest świtem. Jeśli czasami, w niektórych okresach czujemy się spowici półmrokiem, to dlatego, że nadchodzi kolejny dzień – przekonuje norweski biskup.
W obszernym wywiadzie dla włoskiego dziennika Il Foglio, twierdzi on, że sekularyzacja się skończyła, wyczerpała, a w człowieku nadal są żywe głębokie aspiracje.
Kiedy młodzi proszą o chleb, nie dawajmy im cukierka
On sam spotyka wielu młodych ludzi głodnych sensu i szczerych w swoich poszukiwaniach. Nie można ich lekceważyć. Trzeba mieć odwagę prezentować im wielkie, piękne ideały. A także uszanować ich, kiedy pragną przyjąć pełnię tradycji. Nie dawać im kamienia czy cukierka, kiedy proszą o chleb. Zdaniem bp Vardena, Kościół pamiętać, że nie wolno mu stawiać lampy pod korcem, ponieważ dysponuje słowami i znakami, którymi może przekazywać wieczność jako coś całkiem realnego.
Musimy mieć zaufanie do własnej tradycji
Norweski biskup wspomina też o poruszeniu, jakie wywołał najpierw pożar, a potem ponowne otwarcie katedry Notre Dame w Paryżu. Podkreśla, że Kościół musi zadbać, aby nasze dziedzictwo artystyczne pozostało potężnym znakiem Bożej dobroci, który powstałemu z prochu człowiekowi umożliwia spotkanie z niestworzonym blaskiem Boga. Jego zdaniem potrzeba jednak zaufania do naszej tradycji, abyśmy mogli pomóc naszym współczesnym w odkryciu jej prawdziwego znaczenia. „Wydaje mi się, że często kapitulujemy przed świecką nowoczesnością i staramy się uczynić nasze dziedzictwo ‘znaczącym’ na jej warunkach, podczas gdy nasze czasy oczekują od nas czegoś innego” – dodaje przewodniczący skandynawskiego episkopatu.
Sobór skierował nas do źródeł, dlaczego od nich odchodzimy?
Ostrzega on zarazem przed uległością względem ducha czasu. Trzeba go brać pod uwagę, ale podążanie za nim jest samobójstwem – mówi bp Varden. Jego zdaniem jest to tym bardziej niebezpieczne, że Kościół, który ze swej natury jest powolny, nie nadąża za współczesnymi trendami i angażuje się w nie, kiedy już wygasają. „Z pewnością bardziej obiecujące, intersujące i dające więcej radości jest trzymanie się tego, co trwa. I to też przemówi do ludzkich serc i umysłów w naszym wieku, tak jak przemawiało w przeszłości” – mówi bp Varden. Przypomina on, że Sobór Watykański II był naznaczony zachętą do czerpania ze źródeł. „Największa witalność życia katolickiego XX wieku wypływała z entuzjazmu odkrywania zapomnianych studni i czerpania z nich czystej, świeżej wody. Co się stało z tym entuzjazmem? Dlaczego teraz czujemy, że musimy porzucić te studnie na rzecz prowizorycznych stoisk z automatami?” – pyta norweski biskup.
Vatican News -Tygodnik Niedziela
***
piątek 27 luty
24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę Niepokalanów
W piątek 27 lutego 2026 r. o godz. 18.00 w Bazylice Niepokalanej Wszechpośredniczki Łask w Niepokalanowie rozpoczyna się kolejne nabożeństwo ekspiacyjne „24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę”, organizowane w ramach cyklicznej, ogólnopolskiej inicjatywy. Wydarzenie ma charakter całodobowej adoracji Najświętszego Sakramentu połączonej z rozważaniem Męki Pańskiej według pism Sługi Bożej Luizy Piccarretty.
Główną intencją nabożeństwa jest wynagrodzenie Bogu za grzechy popełnione w Ojczyźnie oraz modlitwa o wypełnienie się w niej Woli Bożej, co obejmuje w szczególności zadośćuczynienie za grzechy przeciwko życiu, wierze i jedności społecznej, takie jak zbrodnie wobec nienarodzonych dzieci, apostazja, nieczystość, nienawiść i podziały, pijaństwo, rozwody, niegodne przyjmowanie Komunii Świętej oraz zdrada Narodu.
Pomóż Panu Jezusowi nieść krzyż za naszą Ojczyznę – dołącz do modlitwy!
Modlitwa, która otacza świat. Zegar Męki Pańskiej wg. Luizy Piccarrety
24 Godziny Męki Pana Jezusa
„Twoim zadaniem jest kochać za tych, którzy nie kochają. Modlić się za tych, którzy się nie modlą. Wynagradzać za tych, którzy ranią.”
“Och, jakże ogromnie byłbym zadowolony, gdyby choć jedna osoba czytała te Godziny Mojej Męki w każdej miejscowości! Czułbym się obecny w każdej miejscowości, a Moja Sprawiedliwość, w tych czasach tak bardzo pogardzana, byłaby częściowo ułagodzona.”PanJezus do Luizy
Inicjatywa „24 Godziny Męki Pańskiej” oparta na pismach służebnicy Bożej Luizy Piccarrety polega na rozważaniu kolejnych godzin męki Jezusa. Każdy może włączyć się, wybierając jedną godzinę tygodniowo (np. poniedziałek 15:00), aby towarzyszyć Jezusowi, co ma na celu wynagrodzenie i pocieszenie.
Jak się włączyć?
Zegar Męki Pańskiej: Uczestnicy zapisują się na określoną godzinę, tworząc nieustanną modlitwę. Przez cały tydzień wszyscy rozważają tę samą godzinę z 24 Godzin Zegara Męki Pańskiej, a w kolejnym tygodniu przechodzą do następnej.
Forma modlitwy: Modlitwa obejmuje przygotowanie, rozważanie konkretnej godziny (np. Jezus żegna Matkę) oraz dziękczynienie.
Zapisy: Można dołączyć poprzez stronę 24gmp.pl lub grupy WhatsApp.
Inne metody: Można rozważać jedną godzinę dziennie (całość w 24 dni) lub wybrać stałą godzinę w tygodniu, np. w piątki.
Ta forma modlitwy, według objawień, ma na celu ułagodzenie Bożej sprawiedliwości i przynoszenie ulgi w cierpieniach Chrystusa.
popieluszko.rzeszow.pl
24 Godziny Męki Pańskiej – wstęp do rozważań
ZEGAR, aby podążać z bliska za Jezusem, zjednoczyć się z Nim, przyoblec się w Niego, aby odtworzyć w nas Jego myśli, Jego intencje, Jego modlitwy, Jego zadośćuczynienia, Jego cierpienie oraz Jego Miłość; aby wspólnie z Jezusem otaczać Ojca chwałą i dawać Mu zadośćuczynienie, aby zbawić i uświęcić nas samych, jak również naszych braci dla triumfu Jego Królestwa.
Kto napisał “Zegar Męki Pańskiej”?
Sługa Boża Luiza Piccarreta, MAŁA CÓRECZKA WOLI BOŻEJ, jak nazywa ją sam Pan Jezus.
Należy podkreślić, że sporządzenie tych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ nie jest wynikiem genialnego pióra pisarza, ale jest owocem nieustannej kontemplacji i dzielenia Męki Jezusa, co dusza ta czyniła na przestrzeni ponad trzydziestu lat, od kiedy złożyła siebie w ofierze wraz z Jezusem w wieku 16 lat, aż do czasu kiedy przedstawiła je na piśmie mniej więcej w latach 1913-1914. Uczyniła to jedynie z posłuszeństwa św. ojcu Hannibalowi M. Di Francia. Nie jest zatem powierzchowną literaturą mistyczną osoby, która pragnie opublikować swoje rzekome wizje czy objawienia nadprzyrodzone. Jest natomiast bolesnym świadectwem życia ukrzyżowanego z miłości, długich lat przykutych do łóżka, przeżytych przez Luizę na modlitwie, w ciszy, w cieniu i w posłuszeństwie. I tylko posłuszeństwo zdołało ją zmusić do pisania po ogromnej walce, którą musiała stoczyć z samą sobą.
“Zegar” nie jest wynikiem kultury, sztuki pisarskiej lub chęci przekazania własnych objawień czy wizji, nie jest wynikiem fałszywego i niebezpiecznego mistycyzmu, ale jest owocem Posłuszeństwa (Pani Posłuszeństwa) !
“Zegar” przybliża i przekazuje nam Mękę Jezusa, Jego cierpienie oraz Jego Miłość (a wraz z Jezusem, nierozłącznie z Nim, zjednoczona jest Jego i nasza ukochana Mama Bolesna). A wszystko to przybywa do nas za sprawą życia Luizy złożonego w ofierze.
Jaka jest historia powstania “Zegara Męki Pańskiej”?
Gdy Luiza miała 17 lat, w święta Bożego Narodzenia w 1882 roku odprawiała nowennę przygotowującą do tego święta. Wewnętrzny głos Jezusa ilustrował jej tę kontemplację dziewięciu godzin dziennie. Miała w końcu nieoczekiwane widzenie Dzieciątka Jezus, który ją zapraszał, aby wkroczyła głębiej w życie Jego łaski i Jego Miłości. W tym celu polecił jej kontynuować i rozważać inne medytacje (24 medytacje) Jego Męki i śmierci na Krzyżu, rozdzielając je w ciągu 24 godzin w ciągu dnia. Trzydzieści jeden lat później (w 1913 i 1914 r.) w imię posłuszeństwa Luiza musiała spisać owe GODZINY MĘKI. Od tego czasu nieprzerwanie kontynuowała tę praktykę, której z pomocą łaski Bożej – jak sama mówi – nigdy nie przerwała. Od tego czasu wypisała GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ w swojej duszy!
Tak więc święty o. Hannibal M. Di Francia opublikował je w czterech edycjach i sam nadał im tytuł ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ.
Wielu świadków zrelacjonowało, że św. Hannibal M. Di Francia, który się cieszył dużym zaufaniem papieża Piusa X, pewnego dnia przybył szczególnie zadowolony do domu Luizy i powiedział, że zawiózł książkę ojcu świętemu. Papież chciał, aby mu przeczytał kawałek tekstu. Przeczytał więc Godzinę dotyczącą ukrzyżowania. W pewnym momencie papież przerwał mu, mówiąc: Nie tak, Ojcze, trzeba czytać na klęczkach. To Jezus Chrystus przemawia.
Ze “Wstępu do Zegara bolesnej Męki Pańskiej” napisanego przez św. Hannibala Marię di Francia
«ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ napisany przez pobożną osobę»
Opatrzność Boża, która w każdym czasie przysposabia dusze, aby mogły poznać Wolę Bożą, mogły Ją pokochać i tym samym pozwoliły innym Ją poznać i miłować, przysposobiła duszę – jak już wspomniałem w pierwszym rozdziale tej krótkiej rozprawy – która oddała się cierpieniom Boskiego Odkupiciela.
Szczególne natchnienie, jakie miała ta dusza, daje początek nowej i niebywale owocnej metodzie kontemplowania cierpień naszego Pana Jezusa Chrystusa, to znaczy, przywołując jedna po drugiej dwadzieścia cztery godziny (od 5 po południu w Wielki Czwartek do 5 po południu w Wielki Piątek) i kontemplując godzina po godzinie to, co Jezus Chrystus przecierpiał kolejno w tych 24 godzinach.
Powiedzieliśmy, że jest to nowa metoda, nie ze względu na sprowadzenie cierpień naszego Pana do 24 godzin, ale ze względu na formę, uczucia i cele, które tworzą zupełnie nową metodę kontemplacji.
Tak więc podział Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa na 24 godziny nie jest nowością, ponieważ jest to tak zwany ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ, który występuje w wielu religijnych książkach, takich jak „Filotea” Giuseppe Rivy, „Giardino spirituale” („Duchowy Ogród”), jak również w duchowych dziełach doktora Kościoła, św. Alfonsa. Jakkolwiek u wielu autorów istnieje pewna mała różnica w godzinach.
Jak każdy może zauważyć, ten kult ZEGARA BOLEŚCI, pośród tych wszystkich odnoszących się do Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa i cierpienia Jego Przenajświętszej Matki, jest jednym z najważniejszych, ponieważ analizuje i rozważa jedno po drugim wszystkie cierpienia zewnętrzne i wewnętrzne naszego uwielbionego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Jest to pewien rodzaj drogi krzyżowej, pełniejszej i bardziej kompletnej, ponieważ nie rozpoczyna się od skazania naszego Pana na śmierć przez sąd Piłata, ale zaczyna się dokładnie tam, gdzie rozpoczyna się Bolesna Męka, czyli od pożegnania się naszego Pana Jezusa Chrystusa ze swoją Przenajświętszą Matką (według pobożnego i powszechnego przekonania), aby pójść na śmierć. Po tym następuje Ostatnia Wieczerza, Ogrójec, pojmanie itd.
Ale nowością ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ tej samotnej Duszy, która go napisała i mi powierzyła, jest to, że po pierwsze, o zadośćuczynieniu 24 godzin nie wspomniała ani słowem, w odróżnieniu od autorów przeze mnie wyżej wymienionych, ograniczając się do wypowiedzi dla przykładu: od 6 do 7 rano Jezus zostaje przyprowadzony przed Piłata, od 7 do 8 zostaje zaprowadzony do Heroda itd. Ale to, co wydarzyło się w każdej godzinie, ta samotna Dusza w ekstazie przedstawia żywym opisem i dodaje rozważania, uczucia i zadośćuczynienia. Po drugie, te uczucia i te zadośćuczynienia są tak wyjątkowe, nowe i tak głębokie, że nie wydają się dziełem ludzkim, ale niebiańskim.
Wszystko wydaje się nowością w tych świętych medytacjach. Mimo że rozważa się te same tajemnice, o których tak wiele zostało już napisane i które rozważane były przez wielu świętych autorów, nie mniej jednak boskie natchnienie, które nieustannie czyni rzeczy nowe i zróżnicowuje pod wieloma postaciami swoją łaskę (multiformis gratia Dei), przejawia się za pośrednictwem tej duszy w unikalny sposób.
Podajemy na wstępie, że ta pobożna osoba, która pisze, nie jest osobą wykształconą. Zaledwie umie czytać i pisać. Mimo to cierpienia, krzywdy, zniewagi i udręki uwielbionego Zbawiciela Jezusa są żywo opisane za pomocą słów, które przenikają serce, poruszają go, dotykają i przyciągają ku Miłości.
Miłość – zauważmy to – Boża Miłość, w swojej najczulszej postaci, jest przewodnią nutą owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ, czyli miłość Jezusa Chrystusa do ludzi oraz miłość tej samotnej Duszy do Jezusa Chrystusa. Jest ona oblubienicą, która wyraża pełne miłości współczucie swojemu Ukochanemu. Współczuje Mu, tuli Go, obejmuje, całuje i jeszcze raz całuje, towarzyszy Mu w każdym Jego cierpieniu, nieustannie Go zastępując, czyli w miarę swoich możliwości zajmując miejsce Umiłowanego, który cierpi. Przyjmuje wszystko na siebie, jak gdyby w tym pobożnym zastąpieniu chciała oszczędzić najwyższe Dobro, i to właśnie teraz, jak gdyby to było wówczas czynione. Dla tej kontemplacyjnej Duszy nie ma przeszłości. Odtwarza sceny, jak gdyby były teraźniejszością i wczuwa się w nie. W porywie współczucia i miłości spieszy w kierunku Ukochanego z tak pełnym ufności uniesieniem, że całując Go w oczy, w twarz, w usta, w ręce, w stopy i w Serce, prosi także o pełne miłości pocałunki Jezusa. Czyni to z taką zażyłością, że w niewielu duszach z tych najbardziej kochających można spotkać podobną. To Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami, która woła: „niech mnie ucałuje pocałunkiem swych ust”. Nie ma wątpliwości, że jeśli nasz Pan bardzo lubi pełną szacunku bojaźń, to Jego umiłowane Serce nie mniej lubi synowską i czułą ufność. I jak możliwe jest nie mieć tej ufności w Tym, który mogąc nas odkupić, przelewając tylko jedną kroplę swojej drogocennej Krwi, chciał przelać Ją wszystką pośród najbardziej niebywałego cierpienia i najbardziej nikczemnych zniewag, aby nam pokazać, jak bardzo nas kocha? Czy dusza wymaga zbyt wiele, prosząc o pocałunki Jezusa, który dał nam i nadal daje całego siebie? Dlaczego nasze grzechy miałyby nas powstrzymać od tego wielkiego zaufania miłości, jeśli je oczyściliśmy pokutą i pokorą? Czyż nie jest prawdą, że Ojciec syna marnotrawnego, kiedy go ujrzał powracającego, rzucił mu się na szyję i go ucałował? (Łk 15,17). A czyż i owca na ramionach Dobrego Pasterza nie była głaskana i całowana? Czyż nie jest prawdą to, co powiedziała anielska oblubienica Jezusa, św. Agnieszka: „Kocham Go tak, że im bardziej Go obejmuję i dotykam, tym bardziej staję się czysta i niewinna”? Ach, niech pełna miłości ufność, która wypływa z pokornego serca, skradnie Serce Boga! W ten oto sposób stajemy się dziećmi, jak nauczał nasz Pan, gdy przytulając dziecko do swojej kochającej piersi, powiedział: „Do nich należy Królestwo Niebieskie” (Mt 18,2).
Taka jest ufność, która wypływa z każdej strony owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ. Dusza, która bierze do ręki tę książkę i z tym przewodnikiem oddaje się tej pobożnej praktyce, będzie stopniowo dzielić uczucia, współczucie, miłość i zaufanie, które wypełniają tę książkę aż po brzegi.
Czasami ta samotna Dusza wprowadza w tej książce wypowiedzi naszego Pana Jezusa Chrystusa. A więc słowa, które przywołuje, nie są już jej własnym odczuciem, ale natchnieniem wyrażonym słowami, jakie dusza jest w stanie dobrać, ponieważ każde natchnienie i każde objawienie, które dociera do nas przez kanał ludzki, zależy od możliwości czy mistycznej intuicji danej osoby. Stąd różnorodność ekspresji dusz kontemplacyjnych w odniesieniu do tego samego tematu.
Dusza twórczyni owego ZEGARA BOLEŚCI jest nowatorska w efektach, ale jeszcze bardziej nowatorska – i rzekłbym – unikalna w zadośćuczynieniach.
W prawdzie zadośćuczynienia za wszelkie zniewagi, których doznaje nasz Pan Jezus Chrystus, zawsze były głównym tematem wielu kochających dusz, tematem wielu książek religijnych, a niekiedy tematem szczególnych objawień. Tak na przykład, mamy pisma Błogosławionej (1) Małgorzaty Alacoque, która w nabożeństwie do Najświętszego Serca Jezusa załącza szczególne zadośćuczynienia. Cel nabożeństwa do Najświętszego Imienia Jezusa i Jego Najświętszego Oblicza jest jeszcze bardziej skierowany na zadośćuczynienie zniewagom Pana, co ukazują piękne objawienia, które miała czcigodna siostra Maria od św. Piotra, karmelitanka. Wszystkie te zadośćuczynienia zwykle składają się z wyrazów szacunku, wynagrodzeń i modlitw.
Zadośćuczynienia owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ są natomiast wczuwaniem się w zadośćuczynienia, które składał sam nasz Pan Jezus Chrystus. Są zagłębianiem się w odczucia Najświętszego Serca Jezusa i w Jego boskie cierpienia. Wraz z Jezusem, który cierpi, modli się, poświęca i składa zadośćuczynienie, dusza współczuje, modli się, poświęca i składa zadośćuczynienie. A za co dusza składa zadośćuczynienie? Tutaj zadośćuczynienia wzmagają się, pomnażają się w nieskończoność i dostosowują się do każdego rodzaju grzechu, który mógłby mieć związek z poszczególnymi cierpieniami naszego Pana. Można powiedzieć, że od pierwszego do ostatniego słowa, dzieło to jest nieustannym i wielorakim zadośćuczynieniem za wszystkie grzechy i za każdy jego rodzaj, i nie tylko za grzechy ciężkie, lecz także za te lżejsze, i nie tylko za grzechy, które zostały popełnione przeciwko godnej uwielbienia Osobie Jezusa Chrystusa, kiedy był w rękach swych wrogów, lecz także za wszystkie grzechy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe, w osobie każdego grzesznika, zarówno straconego, jak i wybranego. Współczująca (2) dusza zanurza się niemal w każdą mękę naszego Pana, odmierza – w takim stopniu, w jakim jest w stanie zrobić to istota ludzka – jej bezdenną otchłań i łącząc się z bezgranicznym zamiarem zadośćuczynienia cierpiącego Boga-Człowieka, składa Jemu, Ojcu i Bożej sprawiedliwości niekończące się zadośćuczynienie za wszystkich i za wszystko!
Tym jest właśnie ogromne, konieczne i uniwersalne zadośćuczynienie, którego wymagają nasze czasy, spotęgowana nieprawość współczesnych pokoleń!
O WARTOŚCI I UŻYTECZNOŚCI TYCH GODZIN ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ I JAK BARDZO SĄ ONE MIŁE NASZEMU PANU
Z należytą rezerwą i kierując się całkowitym posłuszeństwem wobec orzeczenia Kościoła Świętego, i nie wymagając żadnej innej wiary niż ludzkiej, według tego, co wskazuje mądry Dekret Urbana VIII, przedkładam tutaj niektóre objawienia, które nasz Pan Jezus Chrystus przekazał tej samotnej Duszy, dając natchnienie do tego dzieła. Objawienia, które ukazują, jak miłe jest uwielbionemu Sercu Jezusa zrobienie z nich użytku.
Zaczynam od przytoczenia listu, który wysłała mi Autorka:
„Przewielebny Ojcze, nareszcie przedkładam Ojcu spisane Godziny Męki Pańskiej, wszystko dla chwały naszego Pana. Załączam też stronę, która zawiera owoce, zasługi i obietnice Jezusa dla każdego, kto będzie rozważał owe Godziny Męki. Sądzę, że jeśli ten, kto będzie je rozważał, jest grzesznikiem, nawróci się; jeśli jest niedoskonały, osiągnie doskonałość; jeśli jest święty, stanie się bardziej świętym; jeśli ulega pokusom, odniesie zwycięstwo; jeśli jest cierpiący, znajdzie w tych Godzinach siłę, lekarstwo i pocieszenie, a jeśli jego dusza jest słaba i nędzna, znajdzie pokarm duchowy i zwierciadło, w którym nieustannie będzie mógł się przeglądać, aby się upiększyć i upodobnić do Jezusa, naszego wzoru.
Zadowolenie, jakie błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy owe GODZINY jest tak duże, że chciałby, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji, do praktykowania, znajdował się w każdym mieście lub miasteczku, ponieważ gdy je rozważamy, dzieje się tak, jakby Jezus słyszał w tych zadośćuczynieniach odtwarzany swój własny głos i swoje własne modlitwy, które wznosił do Ojca podczas 24 godzin swojej bolesnej Męki. I jeśli byłoby to praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miasteczku, to wydaje mi się, że Jezus daje mi do zrozumienia, iż sprawiedliwość Boża zostałaby częściowo złagodzona, a jej bicze byłyby częściowo powstrzymane i jak gdyby osłabione w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi. Niech wielebny Ojciec wystosuje apel do wszystkich. Niech tym sposobem dopełni dzieła, które mój uwielbiony Jezus dał mi do zrobienia.
Chcę również powiedzieć Ojcu, że celem owych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ nie jest tylko odtworzenie historii Męki, ponieważ jest wiele książek, które traktują o tym nabożnym temacie, i nie byłoby potrzeby pisania jeszcze jednej. Ale celem owych Godzin jest ZADOŚĆUCZYNIENIE, czyli dusza jednoczy (proszę zauważyć) rozmaite momenty Męki naszego Pana z wieloma różnymi przewinieniami i wspólnie z Jezusem daje godne zadośćuczynienie, i zwraca Mu niemal wszystkiego, co każde stworzenie jest Mu winne. Stąd też różne sposoby składania zadośćuczynień w owych GODZINACH. To oznacza, że w niektórych fragmentach dusza błogosławi, w innych współczuje, w innych wychwala, w jeszcze innych niesie pociechę cierpiącemu Jezusowi, a w innych wynagradza, błaga, modli się i uprasza. Pozostawiam więc Wam, Wielebny Ojcze, ukazanie za pomocą przedmowy celu tych pism”.
Strona, o której mówi Autorka na początku swojego listu, zawiera (poniżej przytoczone) to, co nasz Pan jej powiedział…
Fragmenty zaczerpnięte z tomów autobiograficznego dziennika Luizy
Znajdując się w swoim zwyczajowym stanie, rozmyślałam nad Męką naszego Pana i gdy to czyniłam, On przyszedł i powiedział do mnie: Córko moja, tak miły jest dla Mnie ten, kto stale rozmyśla nad moją Męką, ubolewa nad nią i Mi współczuje, że czuję się jakby pokrzepiony we wszystkim, co przecierpiałem podczas swojej Męki. A nieustannie nad nią rozmyślając, dusza przygotowuje w ten sposób stały pokarm. W tym pokarmie znajdują się różne przyprawy i smaki, które przynoszą różne efekty. Tak więc, jeśli podczas mojej Męki związano Mnie powrozami i łańcuchami, dusza Mnie odwiązuje i daje Mi wolność. Ci wzgardzili Mną, pluli na Mnie i Mnie obrażali, a ona Mnie szanuje, oczyszcza z tych opluć i Mnie wielbi. Ci obnażyli Mnie i biczowali, ona zaś leczy moje rany i Mnie przyodziewa. Ci ukoronowali Mnie cierniem, traktując jak król pośmiewisko, wypełnili moje usta żółcią i Mnie ukrzyżowali. Dusza, rozmyślając nad wszystkimi moimi bólami, koronuje Mnie chwałą i oddaje Mi cześć, uznając Mnie za swojego Króla. Wypełnia moje usta słodyczą, dając mi najbardziej wykwintny pokarm, którym jest pamięć o moich własnych czynach. A wyjmując gwoździe i zdejmując Mnie z Krzyża, sprawia, że Ja się odradzam w jej sercu, dając jej w nagrodę, za każdym razem, gdy to czyni, nowe życie łaski. Jest ona zatem moim pokarmem, a Ja czynię siebie jej stałym pożywieniem. Tym więc, co najbardziej lubię, jest nieustanne rozmyślanie nad moją Męką. (Tom 7, 9 listopada 1906)
Pisałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ i tak sobie rozmyślałam: Ile poświęceń wymaga pisanie tych błogosławionych GODZIN MĘKI, zwłaszcza przedstawianie na piśmie niektórych wewnętrznych przeżyć, które zaszły tylko pomiędzy mną i Jezusem! Jaką On mi da za to rekompensatę?
A Jezus, pozwalając mi słyszeć swój łagodny i słodki głos, powiedział do mnie: Córko moja, w nagrodę za to, że napisałaś GODZINY MĘKI, za każde słowo, które napisałaś, dam ci pocałunek i duszę.
A ja: Miłości moja, to dla mnie, a co dasz tym, którzy będą je rozważać?
A Jezus: Jeśli będą je rozważać wspólnie ze Mną i za pomocą mojej własnej Woli, im również dam duszę za każde słowo, które przeczytają, ponieważ większy lub mniejszy efekt tych GODZIN MĘKI wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać.
Innym razem skarżyłam się Jezusowi, że po tak wielu poświęceniach przy pisaniu tych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ rozważało je tylko kilka dusz.
A On: Córko moja, nie narzekaj. Nawet gdyby była tylko jedna, powinnaś być zadowolona. Czyż nie zniósłbym całej swojej Męki, nawet gdyby tylko jedna dusza miała być zbawiona? Tak samo i ty. Dobro nigdy nie może być pomijane z powodu tego, że tylko kilku z niego korzysta. Całe zło jest po stronie tego, kto z niego nie korzysta. I tak jak moja Męka sprawiła, iż moje Człowieczeństwo zdobyło zasługi, jak gdyby wszyscy zostali zbawieni, choć nie wszyscy są zbawieni (ponieważ moją Wolą było zbawienie wszystkich, więc zdobyłem zasługi zgodnie z tym, czego chciałem, a nie zgodnie z tym, jakie korzyści wyciągną z tego stworzenia), tak też i ty otrzymasz rekompensatę w zależności od tego, jak twoja wola się utożsamia z moją w chęci czynienia dobra dla wszystkich. Całe zło jest po stronie tych, którzy mogąc, nie czynią tego. GODZINY te mają największą wartość spośród wszystkiego, ponieważ nie są niczym innym jak powtórzeniem tego, co Ja czyniłem w trakcie swojego śmiertelnego życia i tego, co nadal czynię w Najświętszym Sakramencie. Gdy słyszę te GODZINY MOJEJ MĘKI, słyszę swój własny głos i swoje własne modlitwy. Widzę w tej duszy swoją Wolę, której pragnieniem jest dobro wszystkich i zadośćuczynienie za wszystkich, i czuję się porwany, aby w niej zamieszkać i czynić w niej to, co ona sama czyni. Och, jak bardzo bym chciał, żeby w każdej miejscowości choć jedna osoba rozważała te GODZINY MOJEJ MĘKI! Słyszałbym siebie samego w każdej miejscowości, a moja sprawiedliwość, ogromnie oburzona w tych czasach, zostałaby częściowo złagodzona. (Tom 11, październik 1914)
Rozważałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ, a Jezus, cały zadowolony, powiedział do mnie: Córko moja, gdybyś wiedziała, jaką ogromną radość sprawia Mi, gdy widzę cię powtarzającą i jeszcze raz powtarzającą GODZINY MOJEJ MĘKI, to byłabyś szczęśliwa. Prawdą jest, że moi święci rozważali moją Mękę i rozumieli, jak bardzo cierpiałem, rozpływali się we łzach współczucia, i to tak bardzo, że czuli się wyniszczeni z miłości do mojego bólu, ale nie czynili tego w taki ciągły i powtarzający się sposób i w takim porządku. Dlatego mogę powiedzieć, że jesteś pierwszą, która dostarcza Mi tak wielkiej i wyjątkowej przyjemności. Godzina po godzinie rozważasz szczegółowo moje Życie i to, co przecierpiałem. Czuję się tak bardzo przyciągnięty tym, co czynisz, że godzina po godzinie daję ci pokarm i sam spożywam ten pokarm razem z tobą, i czynię razem z tobą to, co ty czynisz. Niemniej jednak wiedz, że odwdzięczę ci się za to szczodrze nowym światłem i nowymi łaskami. Nawet po twojej śmierci, za każdym razem, gdy dusze na ziemi będą rozważać te GODZINY MOJEJ MĘKI, Ja w Niebie będę cię okrywać nowym światłem i nową chwałą. (Tom 11, 4 listopada 1914)
Kiedy trwałam w swoim zwyczajowym stanie, mój uwielbiony Jezus ukazał się cały otoczony światłem, które wydobywało się z wnętrza Jego Najświętszego Człowieczeństwa i tak Go upiększało, że tworzyło przepiękny i zachwycający widok. Byłam zaskoczona, a On powiedział do mnie: Córko moja, każdy ból, który przecierpiałem, każda kropla krwi, każda rana, modlitwa, czyn, krok itp. wytworzyły światło w moim Człowieczeństwie, tak iż upiększyło Mnie, zachwycając wszystkich błogosławionych. Przy każdej myśli, którą dusza snuje o mojej Męce, przy każdym współczuciu, zadośćuczynieniu itd., nie robi nic innego, jak czerpie światło z mojego Człowieczeństwa, tak że upiększa się na moje podobieństwo. Jedna więc myśl więcej o mojej Męce będzie jednym światłem więcej, które przyniesie jej radość wieczną.(Tom 11, 23 kwietnia 1916)
(…) Byłam pośród wielu dusz. Wydawało się, że były to dusze z czyśćca i święci.Mówili do mnie o osobie, którą znałam i która niedawno zmarła. Mówili do mnie: Czuje się on szczęśliwy, widząc, że nie ma duszy, która by wstępowała do czyśćca i nie miała na sobie piętna GODZIN MĘKI, a wspomagana i otoczona przez te GODZINY, zajmuje pozycję w bezpiecznym miejscu. Nie ma duszy udającej się do raju, której by nie towarzyszyły te GODZINY MĘKI. GODZINY te sprawiają,że z Nieba spływa nieustanna rosa na ziemię, na czyściec, a nawet na Niebo.
Słysząc to, powiedziałam do siebie: Może mój ukochany Jezus, aby dotrzymać dane mi słowo – że da duszę za każde słowo GODZIN MĘKI – sprawia, że nie ma duszy zbawionej, która by nie skorzystała z tych GODZIN. Następnie powróciłam do siebie i znalazłszy swojego ukochanego Jezusa, zapytałam Go, czy to prawda. A On: GODZINY te są porządkiem Wszechświata i utrzymują Niebo i ziemię w harmonii oraz powstrzymują Mnie przed całkowitym zniszczeniem świata. Czuję, jak puszczasz w ruch moją Krew, moje rany, moją miłość i wszystko, co uczyniłem. I płynie to nad wszystkimi, aby przynieść zbawienie wszystkim. A gdy dusze rozważają te GODZINY MĘKI, czuję, jak puszczają w ruch moją Krew, moje rany i moje pragnienie zbawienia dusz. A ponieważ odczuwam, ponawianie swojego własnego Życia, to jakże stworzenia mogą otrzymać jakiekolwiek dobro, jeśli nie za sprawą tych GODZIN?… Dlaczego w to wątpisz? Sprawa nie jest twoja, lecz moja. Ty byłaś tylko przymuszonym i słabym narzędziem.(Tom 12, 16 maja 1917)
Gdy jak zawsze rozważałam dalej GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ, mój uwielbiony Jezus powiedział do mnie: Córko moja, świat jest w procesie nieustannego odnawiania mojej Męki. A ponieważ moja Nieskończoność ogarnia wszystko zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz stworzeń, więc w kontakcie z nimi jestem zmuszony przyjąć gwoździe, ciernie, chłosty, wzgardę, oplucie i wszystko, co przecierpiałem w czasie Męki, a nawet i jeszcze więcej. Przez kontakt z duszami, które rozważają owe GODZINY MOJEJ MĘKI, czuję, jak są Mi wyciągane gwoździe, łamane ciernie, gojone rany i zmywane oplucia. Czuję, jak zło, które czynią Mi inni, wymieniane jest na dobro. I czując, że kontakt z nimi nie czyni Mi zła, lecz dobro, coraz bardziej się na nich wspieram.
Ponadto błogosławiony Jezus, wracając do rozmowy o tych GODZINACH MĘKI, powiedział: Córko moja, wiedz, że gdy dusza rozważa te GODZINY, bierze moje myśli i czyni je swoimi, bierze moje najbardziej intymne włókna i czyni je swoimi, i wznosząc się pomiędzy Niebem a Ziemią, sprawuje mój własny urząd, i jako współodkupicielka mówi razem ze Mną: „Ecce ego, mitte me [oto ja, poślij mnie]. Chcę Ci zadośćuczynić za wszystkich, odpowiedzieć za wszystkich i wyprosić dobro dla wszystkich”. (Tom 11, 6 listopada 1914)
Dodam, że rozmyślałam sobie o ukochanej Mamie, a Jezus powiedział do mnie: Córko moja, mojej kochanej Mamie nigdy nie umknęła myśl o mojej Męce, a dzięki jej powtarzaniu, wypełniła się Mną calutka. Tak samo dzieje się z duszą. Dzięki powtarzaniu tego, co przecierpiałem, wypełnia się Mną. (Tom 11, 24 marca 1913)
Rozmyślałam o Męce swojego ukochanego Jezusa, a On przyszedł i powiedział do mnie: Córko moja, za każdym razem, gdy dusza rozmyśla nad moją Męką, gdy wspomina, co przecierpiałem, lub Mi współczuje, otrzymuje na nowo dar zasług mojego cierpienia. Moja Krew tryska, aby ją zalać, a moje Rany pospieszają, aby ją wyleczyć, jeśli jest pokryta ranami albo ją upiększyć, jeśli jest zdrowa, a wszystkie moje zasługi przelewają się, aby ją wzbogacić. Ruch, który wywołuje, jest zaskakujący. To tak jakby umieściła w banku wszystko, co uczyniłem i wycierpiałem, zyskując dwukrotnie więcej. Wszystko więc, co uczyniłem i wycierpiałem, nieustannie się oddaje człowiekowi, tak jak słońce nieustannie daje ziemi światło i ciepło. Moje działanie się nie wyczerpuje. Wystarczy, że dusza tego zapragnie i ile razy chce, tyle razy może otrzymać owoc mojego Życia. Jeśli więc wspomina moją Mękę dwadzieścia razy lub sto tysięcy razy, tyle razy więcej będzie się cieszyła jej owocami. Ale jak mało jest tych, którzy czynią z niej skarb! Mimo całego dobra mojej Męki, widać dusze słabe, ślepe, głuche, nieme, chrome, żywe trupy, które budzą jedynie wstręt. Dlaczego? Ponieważ moja Męka poszła w zapomnienie. Moje bóle, moje rany i moja krew są wzmocnieniem, które przezwycięża słabości, są światłem, które daje wzrok ślepym, są językiem, który rozwiązuje języki i otwiera słuch, są drogą, która wyprostowuje chromych, są życiem, które wskrzesza umarłych… Wszelkie środki zaradcze niezbędne ludziom znajdują się w moim Życiu i w mojej Męce, ale stworzenia gardzą lekarstwem i się nie troszczą o środki. Widać więc, że mimo całego Odkupienia, stan człowieka się pogarsza, jakby był dotknięty nieuleczalną chorobą. Ale najbardziej Mnie boli widok ludzi religijnych, którzy się trudzą, aby zdobyć doktryny, filozofie, mało znaczące rzeczy, a o moją Mękę wcale się nie troszczą. Moja Męka jest więc często wydalana z kościołów i z ust kapłanów. Ich mowa jest zatem pozbawiona światła, a społeczeństwa są jeszcze bardziej spragnione niż wcześniej. (Tom 13, 21 października 1921)
Rozważałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ. Błogosławiony Jezus powiedział zaś do mnie: Córko moja, w ciągu mojego Życia na ziemi tysiące aniołów towarzyszyło mojemu Człowieczeństwu i gromadziło wszystko, co robiłem: słowa, czyny, kroki, a nawet westchnienia, ból, krople mojej krwi, jednym słowem wszystko. Byli to aniołowie wyznaczeni, aby się Mną opiekować i oddawać Mi cześć, gotowi na każde moje skinienie. Schodzili z Nieba i wstępowali do niego, aby zanieść Ojcu wszystko, co robiłem. A teraz ci aniołowie posiadają specjalne zadanie. Gdy dusza wspomina moje Życie, moją Mękę i moje modlitwy, otaczają ją, zbierają jej słowa, jej modlitwy, współczucie, które Mi okazuje, jej łzy i ofiary, łączą je z moimi i zanoszą przed mój Majestat, aby Mi odnowić chwałę mojego własnego Życia. A radość aniołów jest tak wielka, że pełni szacunku oczekują, aby usłyszeć, co dusza powie, i się modlą razem z nią… Z jaką więc uwagą i z jakim szacunkiem dusza powinna rozważać owe GODZINY, pamiętając, że aniołowie chłoną jej słowa, żeby powtórzyć po niej to, co mówi!
A następnie dodał: Przy tylu goryczach, które otrzymuję od stworzeń, owe GODZINY są małymi słodkimi łykami, jakie dają Mi dusze. Ale za mało jest tej słodyczy w porównaniu do tak wielu gorzkich łyków, które otrzymuję. Dlatego bardziej je rozpowszechniajcie, bardziej rozpowszechniajcie! (Tom 11, 13 października 1916)
W jaki sposób można rozważać owe GODZINY MĘKI?
Jedną z metod jest rozważanie jednej GODZINY dziennie samemu lub z rodziną, lub z innymi osobami. W ten sposób w ciągu 24 dni rozważane są w komplecie 24 GODZINY. Dobry zegar nigdy się nie zatrzymuje. Życie także się nie zatrzymuje
Inną metodą jest utworzenie grup składających się z czterech, ośmiu, dwunastu lub nawet 24 osób, również i rodzin. Każda z tych osób rzetelnie się zobowiązuje do rozważania jednej z GODZIN, tej, którą jej powierzono, przez pewien czas aż do zmiany GODZINY. Dobry zegar wskazuje wszystkie GODZINY, żadnej nie pomija…
Trzecim sposobem jest rozważanie co najmniej jednej GODZINY dziennie, tej, która wypada w danej chwili dnia. W każdym razie byłoby pożądane, aby dojść do takiej znajomości GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ i przyswoić je w takim stopniu, żeby można było śledzić myślami ich zawartość przez cały dzień.
„Rozważać” GODZINĘ MĘKI PAŃSKIEJ oznacza czytać ją dokładnie, zagłębiać ją, kontemplować i czynić modlitwą i własnym życiem… Tak, ponieważ nie jest to powierzchowne rozważanie Męki, którą każdy czyni, jak może, tak jak na przykład rozważa się tajemnice bolesne Różańca Świętego, ale jest to konkretny i specyficzny sposób, zainspirowany miłością Jezusa, aby przede wszystkim utożsamić się z Wolą Bożą oraz stale i nieprzerwanie przeżywać wewnętrzne Życie Jezusa i wszystko, co uczynił w czasie swojej Męki.
Każda GODZINA zajmuje niewiele czasu. Niektóre GODZINY są dłuższe, a inne krótsze. Spokojne i uważne czytanie zajmuje przeciętnie mniej niż pół godziny. Niektóre mogą być dłuższe. GODZINY, które są trudne do zrobienia we wskazanym czasie jak na ogół godziny nocne, mogą być przeniesione i rozważane w innym czasie.
Jednak ważne jest, aby podjęte zobowiązanie było codziennie dotrzymywane. Kiedy dana osoba zobowiązuje się przez jakiś czas rozważać pewną GODZINĘ, nie powinna się przejmować, myśląc: „ależ wciąż ta sama GODZINA”, ponieważ jeśli ją rozważa uważnie i z należytą miłością, nigdy nie będzie ona taka sama. Następnie należy ćwiczyć się w stałym jej rozważaniu i nie brać pod uwagę nic innego jak tylko to, aby dotrzymywać towarzystwa naszemu Panu. Po pewnym czasie, gdy widzimy, że ZEGAR działa, możemy przejść do rozważania kolejnych GODZIN. W ten sposób widać wyraźnie, że nie jest to „coś do przeczytania” i na tym koniec ani nie jest to kolejne pobożne ćwiczenie czy religijna praktyka, ale jest to wychowanie do życia – do wewnętrznego Życia, które przeżył Jezus. I tak nadejdzie taki moment, kiedy te zadośćuczynienia i czyny wewnętrzne Jezusa wypełnią nasz umysł i serce nie tylko podczas tego czytania, lecz także podczas wykonywania innych czynności lub w kontakcie z innymi osobami, przez całą GODZINĘ i przez cały dzień. Poczujemy wówczas raz za razem, że Jezus żyje w nas nie tylko naszym życiem, lecz także swoim własnym Życiem.
GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ są modlitwą Luizy. Tak więc napisała je, używając podmiotu w liczbie pojedynczej rodzaju żeńskiego (w końcówkach przymiotników itp.). Dlatego też nawet jeśli są to modlitwy przeznaczone dla wszystkich, musimy wziąć pod uwagę, że wiele wyrażeń i sposobów obcowania z Jezusem są charakterystyczne dla Luizy, czyli dla tej, która jest Oblubienicą, jak również dla jej osobowości. Co więcej, słowa Jezusa nie są dosłownie przez Niego wypowiedziane (w przeciwieństwie do „Dziennika”), ale zostały wypielęgnowane przez Luizę w głębi jej duszy.
Dwadzieścia cztery GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ
(od 5 do 6 po południu) Jezus żegna swoją Matkę
(od od 6 do 7 wieczorem) Jezus udaje się do Wieczernika
(od 7 do 8 wieczorem) Wieczerza Starotestamentalna
(od 8 do 9 wieczorem) Wieczerza Eucharystyczna
(od 9 do 10 w nocy) Pierwsza godzina konania w ogrodzie Getsemani
6. (od 10 do 11 w nocy) Druga godzina konania w ogrodzie Getsemani
(od 11 w nocy do 12 o północy) Trzecia godzina konania w ogrodzie Getsemani
(od 12 o północy do 1 w nocy) Pojmanie Jezusa
(od 1 do 2 w nocy) Jezus, potknięty o skałę, wpada do potoku Cedron
(od 2 do 3 w nocy) Jezus przyprowadzony do Annasza
(3 do 4 nad ranem) Jezus w domu Kajfasza, który skazuje Go na śmierć
(od 4 do 5 rano) Jezus na łasce żołnierzy
(od 5 do 6 rano) Jezus w więzieniu
(od 6 do 7 rano) Jezus ponownie przed Kajfaszem, który potwierdza wyrok i odsyła Go do Piłata
(od 7 do 8 rano) Jezus przed Piłatem, Piłat odsyła Go do Heroda
(od 8 do 9 rano) Jezus jest ponownie przyprowadzony do Piłata, a Barabasz zostaje przedłożony nad Jezusa. Biczowanie Jezusa
(od 9 do 10 rano) Jezus cierniem ukoronowany i przedstawiony ludowi: „Oto Człowiek”. Jezus skazany na śmierć
(od 10 do 11 rano) Jezus bierze Krzyż i wyrusza na Kalwarię, gdzie zostaje obnażony
(od 11 rano do 12 w południe) Jezus ukrzyżowany
(od 12 w południe do 1 po południu) Pierwsza godzina konania na Krzyżu
(od 1 do 2 po południu) Druga godzina konania na Krzyżu
(od 2 do 3 po południu) Trzecia godzina konania na Krzyżu. Śmierć Jezusa
(od 3 do 4 po południu) Zmarły Jezus przebity ciosem włóczni. Zdjęcie Jezusa z Krzyża
(od 4 do 5 po południu) Złożenie Jezusa do grobu. Najświętsza Maryja opuszczona
Przygotowanie do każdej GODZINY
O mój Panie Jezu Chryste, upadam na twarz w Twojej boskiej obecności i błagam Twoje najgoręcej kochające Serce, aby zechciało mnie wprowadzić w bolesne rozważanie 24 GODZIN, w trakcie których z miłości do nas chciałeś cierpieć tak bardzo w swym uwielbionym Ciele i w swej Najświętszej Duszy, aż po śmierć na Krzyżu. Och, udziel mi pomocy, łaski, miłości, głębokiego współczucia i zrozumienia Twoich cierpień, gdy teraz rozważam godzinę…
A dla tych godzin, których nie mogę rozważać, ofiarowuję Ci swoją wolę rozpamiętywania ich i zamierzam świadomie je rozważać w każdym czasie, który muszę poświęcić na pełnienie swoich obowiązków lub na sen.
Przyjmij, o miłościwy Panie, moją pełną miłości intencję i spraw, aby było to dla pożytku mojego i innych, jak gdybym w sposób najbardziej skuteczny i święty dopełnił tego, co chcę uczynić.
Tymczasem składam Ci dzięki, o mój Jezu, że za pośrednictwem modlitwy wzywasz mnie do zjednoczenia się z Tobą. I aby sprawić Ci jeszcze większą radość, biorę Twoje myśli, Twój język, Twoje Serce i zamierzam się nimi modlić, wtapiając całego siebie w Twoją Wolę i w Twoją Miłość. I wyciągając ramiona, aby Cię objąć, kładę głowę na Twoim Sercu i zaczynam…
Dziękczynienie po każdej GODZINIE
Mój uwielbiony Jezu, zawołałeś mnie w tej GODZINIE swojej Męki, abym Ci dotrzymał towarzystwa, i ja przybiegłem. Zdawało mi się, że słyszę Cię, jak w udręce i boleści się modlisz, składasz zadośćuczynienie, cierpisz oraz upraszasz o zbawienie dusz najbardziej wzruszającymi i wymownymi słowami. Starałem się towarzyszyć Ci we wszystkim. A ponieważ muszę Cię teraz opuścić, żeby się zająć swoją pracą, czuję się w obowiązku powiedzieć Ci dziękuję i błogosławię Cię.
Tak, o Jezu, to dziękuję powtarzam Ci tysiąc tysięcy razy i błogosławię Cię za wszystko, co uczyniłeś i przecierpiałeś za mnie i za każdego. Dziękuję Ci i błogosławię Cię za każdą kroplę krwi, którą przelałeś, za każdy oddech, za każde uderzenie serca, za każdy krok, słowo, spojrzenie, gorycz i upokorzenie, którego doznałeś. Wszystko, o mój Jezu, zamierzam oznaczyć moim dziękuję Ci i błogosławię Cię. Tak, o Jezu, spraw, aby z całej mojej istoty płynął ku Tobie nieprzerwany potok dziękczynienia i błogosławieństw, tak abym mógł ściągnąć na siebie i na wszystkich potok Twoich błogosławieństw i Twoich łask. Och, Jezu, przytul mnie do swojego Serca i swoimi najświętszymi rękami oznacz każdą cząstkę mojej istoty Twoim błogosławię Cię, tak aby nie mogło wypłynąć ze mnie nic prócz nieustannego hymnu na Twoją cześć.
95 lat temu Pan Jezus objawił się siostrze FaustynieKowalskiej
95 lat temu Chrystus Miłosierny objawił się siostrze Faustynie Kowalskiej. Wydarzyło się to w jej celi w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku.
Widzenie opisane w „Dzienniczku”
Siostra Faustyna Kowalska wieczorem 22 lutego 1931 roku przebywała w swej celi w płockim klasztorze, kiedy objawił się jej Pan Jezus. Faustyna tak to opisała w swoim „Dzienniczku”: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie: jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.
Święto Miłosierdzia ustanowione przez Jana Pawła II
Podczas widzeń w Płocku Pan Jezus powiedział również siostrze Faustynie, że pragnie, aby w pierwszą niedzielę po Wielkanocy zostało ustanowione Święto Miłosierdzia Bożego. Pierwsze zabiegi o ustanowienie tego święta podejmował już spowiednik s. Faustyny ks. Michał Sopoćko. Dopiero jednak św. Jan Paweł II w 2000 roku w dniu kanonizacji s. Faustyny ustanowił święto Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła powszechnego, wyznaczając je na drugą niedzielę Wielkanocną, zgodnie z wolą Chrystusa wyrażoną podczas objawienia siostrze Faustynie.
***
Z celi w Płocku na cały świat. 95 lat od objawienia „Jezu, ufam Tobie”
Klasztor w Płocku, miejsce pierwszych objawień św. Faustynie.
Amata J. Nowaszewska CSFN
***
22 lutego 1931 roku w klasztorze w Płocku 26-letnia s. Faustyna Kowalska ujrzała Jezusa Miłosiernego i usłyszała słowa, które zmieniły duchową mapę świata: „Wymaluj obraz z podpisem: Jezu, ufam Tobie”. Dziś, w 95. rocznicę tamtego wydarzenia, Kościół wraca do źródła nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia – przesłania nadziei, które z cichej zakonnej celi dotarło na wszystkie kontynenty.
„22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej” – przypomniał Leon XIV podczas audiencji generalnej 18 lutego. „Zapoczątkowało to nowy rozdział szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia poprzez Koronkę i obraz „Jezu, ufam Tobie” – dodał Ojciec Święty.
Pierwsze objawienie Jezusa Miłosiernego
Objawienie miało miejsce 22 lutego 1931 r., w niedzielę, w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku, gdzie 26-letnia siostra Faustyna przebywała od 1930 roku. W „Dzienniczku” opisała tak to wydarzenie: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady”. Jezus polecił jej: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: «Jezu, ufam Tobie»”.
Rozwój nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia
Płockie objawienie stało się punktem wyjścia dla nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia, które wyraża się w obrazie „Jezu, ufam Tobie”, Koronce oraz wezwaniu do zaufania Bogu i czynienia miłosierdzia wobec bliźnich. Już przed II wojną światową w domu sióstr czczono wizerunek Jezusa Miłosiernego, a kult stopniowo rozprzestrzenił się w Polsce i na świecie…
Amata J. Nowaszewska CSFN Vaticannews –Gość Niedzielny
***
„Jezu, ufam Tobie”
95 lata temu Chrystus Pan polecił s. Faustynie namalować swój wizerunek
Dokładnie 95 lata temu, 22 lutego 1931 r., Chrystus polecił polskiej zakonnicy s. Faustynie Kowalskiej namalować swój wizerunek z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. Obecnie obrazy Miłosiernego Jezusa, namalowane według opisu św. Faustyny, są najbardziej rozpoznawalne nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Tylko Bóg jeden wie ile ludzkich serc już wyprosiło i nadal wyprasza przed wizerunkiem Boże Miłosierdzie.
Obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego
***
Wizerunek Jezusa Miłosiernego został objawiony w Płocku. Tego dnia przypadała pierwsza niedziela Wielkiego Postu.
Dzięki staraniom ks. Michała Sopoćki udało się znaleźć artystę, który podjął się namalowania obrazu według wskazówek s. Faustyny. Był nim Eugeniusz Kazimirowski. Gotowy obraz Jezusa Miłosiernego został pokazany wiernym w pierwszą niedzielę po Wielkanocy w 1935 r. w Ostrej Bramie w Wilnie.
Ten obraz to bardzo charakterystyczny wizerunek, przedstawiający Jezusa Zmartwychwstałego w postawie kroczącej. Na Jego dłoniach i stopach dostrzegamy ślady po ukrzyżowaniu. Prawa dłoń Chrystusa jest uniesiona w geście błogosławieństwa, lewa zaś odsłania białą szatę w okolicy serca, skąd wychodzą dwa promienie – czerwony symbolizuje krew, błękitny wodę. Na dole obrazu widać napis „Jezu, ufam Tobie”, który przetłumaczono na wiele języków.
Obok s. Faustyny jednym z największych czcicieli Bożego Miłosierdzia był św. Jan Paweł II, który w 2000 r. ustanowił święto Bożego Miłosierdzia, przypadające w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. W 2002 r. konsekrował świątynię w Krakowie-Łagiewnikach, która jest światowym centrum kultu Jezusa Miłosiernego.
***
I Niedziela Wielkiego Postu
Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha…
fot. Screenshot – YouTube (Edycja Świętego Pawła)
***
(wywiad pt.: “Niewidzialni wrogowie” przeprowadzony z ks. Marianem Rajchelem)
***
Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?
Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: “Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.
W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?
Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.
W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…
W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego.
Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.
Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?
Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.
Egzorcyści
Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: “Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?
Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.
Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo “miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): “Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.
Inny SMS był taki: “Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: “nie boję się”, a równocześnie “zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia!
Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.
Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.
A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…
bo człowiek jest wolny…
…tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: “Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.
Czy ze złym duchem można rozmawiać?
Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: “Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. “Odmówić “Ojcze nasz” po francusku” – usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło.
Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: “Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. “Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił.
Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu.
Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą?
Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania…
Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy.
Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: “Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: “Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.
Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.
Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka.
U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha.
Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?
Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.
Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli?
Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.
Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?
Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).
Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?
Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: “Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: “Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: “Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: “Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?
Fronda.pl
***
“Jeżeli szatan wejdzie do twojego domu, to jedynie przez drzwi, którymi wyprosiłeś Chrystusa.”
***
Leon XIV radzi księżom starszym, jak radzić sobie z samotnością
fot. Vatican Media
***
Kapłani powinni od młodości przygotowywać się na to, że w starości nie będą mogli być tak aktywni, aby umieć ofiarować Bogu chwile samotności – wskazał Leon XIV w odpowiedzi na pytanie jednego ze starszych kapłanów, jak księża mają radzić sobie z samotnością i chorobą. Zachęcił młodszych kapłanów, by towarzyszyli starszym.
Co mogą czynić starsi księża, aby po latach aktywności nie czuć się na emeryturze lub w chorobie samotni i izolowani – zapytał jeden z rzymskich księży Papieża Leona XIV, podczas audiencji u Ojca Świętego. Dodał, że ze swego doświadczenia jako osoby starszej od Papieża wie, że wielu starszych księży odczuwa samotność po życiu całkowicie poświęconym Ewangelii i Kościołowi. „Po tak wielu spotkaniach z ludźmi, tak wiele samotności. Wielu dotkniętych chorobą musiało wycofać się jeszcze przed osiągnięciem wieku emerytalnego” – mówił ksiądz. I zapytał, jakie sugestie może Papież przekazać tym kapłanom, a także jak kapłani starsi mogą pomagać młodszym w głoszeniu z pasją Słowa Bożego.
Przygotować się za młodu na okres starości
W odpowiedzi Papież odniósł się najpierw do wszystkich kapłanów, mówiąc, że należy przygotować się na starość, choćby poprzez dialog i przyjaźnie z innymi, aby później mieć towarzyszy. Przestrzegł przed pewnym rodzajem goryczy, która już w młodości sprawia, że niektórzy nie doświadczają przyjaźni, braterstwa i wspólnoty. „I dlatego już jako młodzi lub w średnim wieku żyją z tą goryczą, zawsze są niezadowoleni i zawsze mają nieco negatywne nastawienie” – mówił Ojciec Święty.
Dodał, że warto przeżywać swe życie jako świadomą wędrówkę z łaską Bożą i w duchu modlitwy i poświęcenia do przyjęcia krzyża, cierpienia, które nadchodzi – jakie pragnął mieć w dniu święceń kapłańskich, kiedy powiedział Panu: „Tak, Panie, chcę podążać za Tobą we wszystkim i przyjmę to, co daje mi życie, jako część Twojej woli”.
„W tym przypadku potrzebna jest głęboka duchowość, którą należy pielęgnować, już od czasów seminarium i potem. Nie mogę powiedzieć 22-latkowi: ‘Przygotuj się na moment, kiedy osiągniesz 80 lat’ – ale jest to cała droga, sposób na wejście w życie z pewnym duchem wdzięczności” – dodał Leon XIV.
Żyć we wdzięczności za życie i powołanie
Papież zachęcił, by to wielkie i piękne powołanie do kapłaństwa przeżywać ciągle w duchu wdzięczności. „Pan powołał nas, abyśmy byli Jego przyjaciółmi, uczniami, sługami całego Jego ludu, a to jest piękne! Życie w duchu wdzięczności od pierwszego dnia mojego kapłaństwa pomoże mi żyć – nawet jako osobie starszej, dźwigającej krzyż choroby – mówiąc: ‘Dziękuję Ci, Panie, za życie, za dar, który mi dajesz’” – podkreślił Papież.
Dodał, że wdzięczność za życie i powołanie jest także świadectwem wobec świata, który dziś coraz częściej oferuje eutanazję osobom, zmagającym się z poczuciem braku sensu życia czy chorobami. „To znaczy, że to my musimy być pierwszymi świadkami tego, że życie ma ogromną wartość. A wdzięczność w ciągu całego życia jest bardzo ważna” – mówił Leon XIV.
„Również pokora. Pokora: postawa uznania, że to nie ja, ale to Pan Bóg dał mi życie, to Pan towarzyszy mi i niesie mnie w swoich ramionach, nawet w tych chwilach, kiedy jestem najsłabszy. Pan jest z nami. Życie w tym duchu daje życie i nadzieję” – dodał Ojciec Święty.
Bliskość wobec starszych księży i sióstr
Zaapelował także do wszystkich księży o pielęgnowanie bliskości z braćmi w kapłaństwie i stanie duchownym. „Z pewnością wszyscy znamy jakąś starszą osobę, chorego, księdza, świeckiego, siostrę zakonną… którzy przeżywają chwile wielkich trudności. Zadzwońmy do nich, odwiedźmy ich. Podejmijmy wysiłek, aby pomóc tym cierpiącym osobom” – zaapelował Papież. Dodał, że jest to służba, apostolat, bardzo ważna forma duszpasterstwa, aby żyć w bliskości z tymi, którzy cierpią.
Możecie służyć Bogu też w starości
Leon XIV podkreślił, że starsi księża również pełnią swoją służbę. Nawet jeśli są chorzy i leżą w łóżku, jeśli przeżyli życie pełne służby i poświęcenia, doskonale wiedzą, że ich modlitwa może być także wielką służbą, wielkim darem. „Ich życie nadal ma wielki sens. Mogą pamiętać i nadal towarzyszyć wielu osobom, sytuacjom, wspólnotom, które potrzebują ich modlitwy. Aby żyć tym duchem – oczywiście, jeśli ktoś nie modlił się przez czterdzieści lat, a potem mówi: ‘Leżę w łóżku, nie wiem, co robić, to trudne’ – również w tym przypadku trzeba poddawać się ciągłej formacji naszego życia duchowego. Zaczyna się to od przygotowania, zanim staniemy się, powiedzmy, starsi i chorzy” – pouczył Ojciec Święty.
Duchowe towarzyszenie
Wszystkich zachęcił do pielęgnowania praktyki duchowego towarzyszenia, posiadania w swoim życiu kogoś, kto nas zna. Przyjaciela czy dobrego spowiednika, księdza, osoby o wielkiej mądrości duchowej, która będzie mogła nam towarzyszyć i pomagać w chwilach wielkich trudności. „Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy przeżywamy trudne chwile, różnego rodzaju ból, ale posiadanie zaufanej osoby, która naprawdę może nam towarzyszyć z wielką bliskością, w sercu, w duchu – to także wielki dar, który możemy uznać za pomoc w naszym życiu” – dodał Papież.
„Nie jest to więc tylko okres starości, ale całe życie, które musimy przeżyć w tej wspólnej wędrówce, wędrówce z Jezusem i we wzroście w duchu wiary, nadziei i autentycznej miłości” – zakończył.
26 lutego 2026 – Wojciech Rogacin, Vatican News PL | Watykan Ⓒ Ⓟ
***
Plac Świętego Piotra – Niedziela, 22 lutego 2026 r.
Anioł Pański z Leonem XIV: Zróbmy miejsce milczeniu i wyciszmy smartfony
W rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański 22 lutego 2026 r. papież Leon XIV, odnosząc się do dzisiejszej Ewangelii, wezwał wiernych do hojnego praktykowania milczenia i odcięcia się od hałasu współczesnego świata, w tym smartfonów.
Dzisiaj, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, Ewangelia mówi nam o tym, jak Jezus, prowadzony przez Ducha, udaje się na pustynię i jest kuszony przez diabła (Mt 4, 1-11). Po czterdziestodniowym poście doświadcza ciężaru swojego człowieczeństwa – na poziomie fizycznym głód, a na poziomie moralnym kuszenie diabła. Odczuwa takie samo zmęczenie, jakiego wszyscy doświadczamy na naszej drodze, a stawiając opór demonowi, pokazuje nam, jak przezwyciężać jego zwodzenie i podstępy.
Liturgia, poprzez to Słowo życia, zachęca nas, abyśmy spojrzeli na Wielki Post jako na pełen blasku szlak, na którym przez modlitwę, post i jałmużnę możemy odnowić naszą współpracę z Panem w tworzeniu jedynego w swoim rodzaju arcydzieła naszego życia. Chodzi o to, by pozwolić Mu usunąć plamy i uleczyć rany, jakie grzech mógł pozostawić w naszym życiu, i starać się, aby rozkwitło ono w całym swym pięknie, aż do pełni miłości – jedynego źródła prawdziwego szczęścia.
Oczywiście jest to wędrówka wymagająca i istnieje ryzyko, że się zniechęcimy albo damy się uwieść mniej wymagającym drogom dającym spełnienie, jak bogactwo, sława i władza (por. Mt 4, 3-8). Owe pokusy, których doświadczył również Jezus, są jednak tylko nędznymi namiastkami radości, do której jesteśmy stworzeni, i ostatecznie pozostawiają nas nieuchronnie i nieustannie niezadowolonymi, niespokojnymi i pustymi.
Dlatego św. Paweł VI nauczał, że pokuta, bynajmniej nie zuboża naszego człowieczeństwa, a ubogaca je, oczyszczając i umacniając w jego zmierzaniu ku horyzontowi, którego celem ostatecznym jest „to, byśmy Boga lepiej kochali i oddali się mu zupełnie”(Konst. apost. Paenitemini, 17 lutego 1996, I). Pokuta bowiem uświadamia nam nasze ograniczenia i daje siłę do ich przezwyciężenia i do życia, z Bożą pomocą, w coraz silniejszej komunii z Nim i między nami.
W tym czasie łaski praktykujmy ją hojnie, wraz z modlitwą i uczynkami miłosierdzia – zróbmy miejsce milczeniu; wyciszmy na chwilę telewizory, radia i smartfony. Medytujmy nad Słowem Bożym, przystępujmy do sakramentów; wsłuchujmy się w głos Ducha Świętego, który przemawia do nas w sercu, i słuchajmy się nawzajem, w rodzinach, w środowiskach pracy, we wspólnotach. Poświęcajmy czas osobom samotnym, zwłaszcza starszym, ubogim i chorym. Rezygnujmy z tego, co zbędne, i dzielmy się tym, co zaoszczędzimy, z osobami, którym brakuje tego, co konieczne. Wtedy – jak mówi św. Augustyn – „nasza modlitwa przeżywana w pokorze i miłości – przez post i jałmużnę, przez umiarkowanie i przebaczenie, obdarzając dobrem i nie odpłacając złem, odwracając się od zła i czyniąc dobro” (Sermo 206, 3), dosięgnie nieba i przyniesie nam pokój.
Zawierzmy naszą wielkopostną drogę Maryi Pannie, Matce, która zawsze towarzyszy swoim dzieciom w próbie.
Leon XIV: Chrystus uczy, jak nie dać się zwieść złu
Leon XIV zachęcił, byśmy w Wielkim Poście pozwolili Panu usunąć plamy i uleczyć rany, jakie grzech mógł pozostawić w naszym życiu. Ta wędrówka jest jednak wymagająca, a człowiek doznaje na niej pokus takich jak bogactwo, sława, czy władza. – Owe pokusy, których doświadczył również Jezus, są jednak tylko nędznymi namiastkami radości, do której jesteśmy stworzeni, i ostatecznie pozostawiają nas nieuchronnie i nieustannie niezadowolonymi, niespokojnymi i pustymi – zauważył Ojciec Święty. Podkreślił także, że pokuta uświadamia nam nasze ograniczenia i daje siłę do ich przezwyciężenia.
Papież zachęcił do pokuty, modlitwy i jałmużny. – Zróbmy miejsce milczeniu; wyciszmy na chwilę telewizory, radia i smartfony. Medytujmy nad Słowem Bożym, przystępujmy do sakramentów; wsłuchujmy się w głos Ducha Świętego, który przemawia do nas w sercu, i słuchajmy się nawzajem, w rodzinach, w środowiskach pracy, we wspólnotach. Poświęcajmy czas osobom samotnym, zwłaszcza starszym, ubogim i chorym. Rezygnujmy z tego, co zbędne, i dzielmy się tym, co zaoszczędzimy, z osobami, którym brakuje tego, co konieczne.
vatican.va/Kai
***
USA: były dyrektor Google o swoim nawróceniu na katolicyzm i “obosiecznym mieczu AI”
Vic Gundotra, były dyrektor Google i konwertyta na katolicyzm, opowiadał na zjeździe katolickich biznesmenów Legatus w Santa Brabara, a ostatnio także na łamach katolickiego portalu EWTN-News o swoim nawróceniu na katolicyzm.
unsplas
***
Mówił także, jak sztuczna inteligencja (AI) stała się częścią jego życia wiary oraz jakie niesie zagrożenia.
Wychowany jako Świadek Jehowy
Droga urodzonego w Indiach Gundotry do katolicyzmu była kręta. Wychowany jako Świadek Jehowy, był mocno zaangażowany w życie wspólnoty, został nawet starszym zboru. Z czasem zaczął mieć wątpliwości, lecz surowe zasady zakazywały jakiegokolwiek kwestionowania doktryny pod groźbą „wykluczenia ze wspólnoty”. „Dla Świadka Jehowy to bardzo niebezpieczna rzecz. To była ogromna walka, by móc opuścić tę wiarę i się z niej wydostać” – powiedział Gundotra
Gdy powiedział żonie, że ma poważne zastrzeżenia wobec ich religii, wspominał: „zaczęła płakać i powiedziała: ‘Nie dam rady. Nie mogę stracić przyjaciół, rodziny’”. „Tracisz wszystko. Konsekwencją bycia Świadkiem Jehowy i prowadzenia pogłębionych badań oraz krytycznego myślenia na temat własnych doktryn, czego bardzo niewielu Świadków Jehowy w ogóle się podejmuje, jest wykluczenie. To jak potężny topór wiszący nad twoją głową” – wyjaśniał Gundotra.
Ostatecznie on i jego żona zdecydowali się odejść, a Gundotra został ateistą. Po latach, w okresie, który sam opisuje jako “najniższy punkt” w swoim życiu, zaczął odnajdywać drogę do katolicyzmu dzięki pomocy kolegi, z którym wcześniej pracował w Microsoft.
Była godz. 2:00 w nocy, gdy Gundotra napisał do niego, że musi porozmawiać. Przyjaciel odpowiedział natychmiast. Gdy Gundotra zapytał, dlaczego nie śpi, usłyszał: „Mam dyżur adoracji”. Potem nastąpił długi proces odkrywania Ojców Kościoła, studiowania wiary i w końcu przyjęcia do Kościoła katolickiego. „Świadkowie Jehowy nigdy nie mówią o Ojcach Kościoła. Nawet nie wiedziałem, że oni istnieli” – powiedział Gundotra. „Pamiętam, gdy czytałem o Klemensie, sięgnąłem po moją Biblię Świadków Jehowy i otworzyłem odpowiedni fragment Pisma Świętego. A tam apostoł Paweł mówi: ‘Słuchajcie Klemensa. Jego imię jest zapisane w Księdze Życia’” (według tekstu Biblii w liście Flp 4,3 Paweł prosi o pomoc dla osób, w tym Klemensa, które walczyły razem z nim o sprawę Ewangelii, przyp. KAI)
„Popłakałem się. Powiedziałem: ‘To jest tutaj, w mojej Biblii Świadków Jehowy. Kim jest ten Klemens? Jak to możliwe, że nie czytałem jego listów?’”. (tradycja chrześcijańska, zapoczątkowana w III/IV wieku, utożsamia tego współpracownika Pawła z późniejszym papieżem, św. Klemensem I. Jest on autorem znanego 1. Listu do Koryntian napisanego około 96 r., co czyni go jednym z Ojców Apostolskich, przyp. KAI]
AI jako “miecz obosieczny”
Gundotra wyznał, że codziennie rano spędza godzinę, czytając czytania mszalne i zawsze zadaje chatbotowi AI pytanie: „Czego większość ludzi nie dostrzega w tym czytaniu?”. Poleca korzystanie z techniki „pogłębionych badań”, proszenie AI o wolniejsze, bardziej przemyślane odpowiedzi, ponieważ istnieje kompromis między szybkością a głębią. „Może cztery dni w tygodniu jestem zdumiony – absolutnie zdumiony” – powiedział. „To mogą być wersety, które czytałem tysiące razy, a coś przeoczyłem”. „AI potrafi to zrobić, ponieważ przeczytała wszystkich Ojców Kościoła. Przeczytała wszystko, co Kościół napisał przez 2000 lat” – stwierdził Gundotra. „Ty możesz czytać dany werset po raz dwudziesty, ale AI potrafi zajrzeć do każdego komentarza, jaki kiedykolwiek został napisany przez Kościół na temat tych wersetów, i zsyntetyzować to w sposób unikalny dla ciebie”.
Gundotra nie umniejsza znaczenia AI: „Sztuczna inteligencja to największa innowacja mojego życia. W istocie uważam, że jest porównywalna z wynalezieniem ognia i koła”. Jednocześnie nazwał AI „mieczem obosiecznym”, podkreślając, że widzi w niej „pewne niebezpieczeństwo”.
„Będą ludzie, którzy uznają AI za swojego Boga” – powiedział. „Jesteśmy na początku procesu, który doprowadzi część ludzi do oddawania czci AI jak Bogu. To sprawia wrażenie czegoś niezwykle potężnego, ale to tylko narzędzie – nie Bóg”.
Kai/Gość Niedzielny
***
Były rektor anglikańskiego seminarium w Oksfordzie wstąpił do Kościoła katolickiego
Były rektor anglikańskiego seminarium St. Stephen’s House w Oksfordzie, Robin Ward, ogłosił, że został przyjęty do Kościoła katolickiego. Jak donosi Vatican News, swoją decyzję podjął – jak sam napisał – „bez żalu i wahania”.
„Zostałem przyjęty do Kościoła katolickiego. Proszę o modlitwę” – poinformował 14 lutego w mediach społecznościowych. Do 2025 roku przez 19 lat kierował St. Stephen’s House – jedną z kluczowych instytucji formacyjnych Kościoła Anglii, przygotowującą przyszłych duchownych anglikańskich.
Droga akademicka i duszpasterska
Robin Ward został wyświęcony w Kościele Anglii w 1992 roku. Posługiwał jako wikariusz, proboszcz i kapelan szpitalny. Studiował literaturę średniowieczną w Magdalen College w Oksfordzie, a formację teologiczną odbył właśnie w St. Stephen’s House w latach 1988-1991. Doktorat uzyskał w King’s College London.
W 2004 roku został honorowym kanonikiem katedry w Rochester oraz reprezentował diecezję w Synodzie Generalnym Kościoła Anglii. Dwa lata później objął funkcję rektora seminarium w Oksfordzie, którą pełnił niemal dwie dekady.
„Czym jest Kościół?”
Jak relacjonuje Vatican News, Ward wielokrotnie stawiał swoim studentom trzy zasadnicze pytania: „Kim jest Jezus Chrystus? Kim jest kapłan? Czym jest Kościół?”. To właśnie ostatnie z nich – jak przyznał – prowadziło go do coraz głębszego niepokoju i przekonania, że odpowiedź, jakiej dotąd udzielał, nie jest wystarczająca.
Istotną rolę w jego duchowej drodze odegrała bliskość wspólnot katolickich obecnych w Oksfordzie – dominikanów, jezuitów i oratorianów – a także postać św. Johna Henry’ego Newmana. Na znak duchowej więzi z tym konwertytą z anglikanizmu Ward przyjął przy bierzmowaniu imię John Henry.
Szersze zjawisko
Decyzja byłego rektora wpisuje się w szerszy proces konwersji duchownych anglikańskich na katolicyzm. W ostatnich latach do Kościoła katolickiego przeszli m.in. byli anglikańscy biskupi: Michael Nazir-Ali, Jonathan Goodall, John Goddard, Peter Forster, Richard Pain oraz John Ford.
Według danych przywoływanych przez Vatican News, od 1992 roku około 700 anglikańskich duchownych w Wielkiej Brytanii zostało katolikami. Rośnie również liczba świeckich konwertytów – w pierwszych miesiącach 2026 roku Oratorium Oksfordzkie przy parafii św. Alojzego przyjęło więcej osób niż przez cały poprzedni rok.
Decyzja Robina Warda to kolejny znak duchowych poszukiwań, które prowadzą niektórych duchownych Kościoła Anglii ku pełnej komunii z Kościołem katolickim.
***
Londyn: 800 dorosłych przygotowuje się do chrztu i pełnej komunii z Kościołem
Jak informuje KAI, niemal 800 dorosłych z archidiecezji westminsterskiej przystąpi w tym roku do sakramentów inicjacji chrześcijańskiej. W katedrze westminsterskiej odbył się uroczysty obrzęd wybrania – ważny etap duchowej drogi tych, którzy w Wielkanoc przyjmą chrzest, bierzmowanie i Eucharystię. To jeden z najwyższych wyników od kilkunastu lat.
Niemal 800 dorosłych z ponad 100 parafii archidiecezji westminsterskiej w Londynie zgłosiło się w tym roku do obrzędu wybrania lub uznania przed Wielkanocą – podaje KAI. Oznacza to, że w czasie liturgii paschalnej przyjmą oni w swoich wspólnotach sakramenty inicjacji chrześcijańskiej: chrzest, bierzmowanie oraz pierwszą Komunię Świętą.
Uroczystości w katedrze westminsterskiej w sobotę 21 lutego przewodniczył arcybiskup Richard Moth.
Jeden z najwyższych wyników od lat
Tegoroczna grupa jest czwartą co do wielkości od czasu rozpoczęcia prowadzenia diecezjalnych rejestrów w 1993 roku. Najwięcej dorosłych wstąpiło do Kościoła w 2011 r. – 891 osób, w tym 63 kandydatów związanych z ordynariatem personalnym dla byłych anglikanów.
Po okresie względnej stabilizacji (1993–2014) liczba kandydatów zaczęła stopniowo spadać, osiągając najniższy poziom w 2022 roku, w czasie pandemii. Od tego czasu notowany jest jednak wyraźny wzrost. Tegoroczny wynik oznacza około 60-procentowy wzrost w porównaniu z rokiem 2025 i jest najwyższy od piętnastu lat.
Jeszcze bardziej wymowne są dane dotyczące średniej liczby kandydatów przypadających na jedną parafię. Według szczegółowych statystyk prowadzonych od 2007 roku, tegoroczny rezultat jest najlepszy w historii.
Katechumeni i kandydaci
Wśród zgłoszonych są zarówno katechumeni – osoby nieochrzczone, przygotowujące się do przyjęcia chrztu – jak i kandydaci, czyli ochrzczeni wcześniej chrześcijanie, którzy pragną wejść w pełną komunię z Kościołem katolickim. Choć historycznie kandydaci stanowili liczniejszą grupę, w ostatnich latach różnica ta wyraźnie się zmniejsza. Może to świadczyć o rosnącej liczbie dorosłych, którzy po raz pierwszy spotykają się z wiarą katolicką.
„Decydujący moment duchowy”
W homilii abp Moth podkreślił, że obrzęd wybrania nie jest jedynie formalnością, lecz „decydującym momentem duchowym”. Zwracając się do katechumenów, których imiona wpisano do Księgi Wybranych, powiedział, że jest to „wymowny znak drogi, którą przebyli – drogi prowadzącej do nowego życia w chrzcie”.
Rytuał wybrania, sprawowany w pierwszą sobotę Wielkiego Postu, rozpoczyna bezpośredni okres przygotowania do przyjęcia sakramentów w Wigilię Paschalną. Księga Wybranych pozostanie w baptysterium katedry westminsterskiej do Wielkiej Soboty, zachęcając wiernych do modlitwy za przyszłych członków Kościoła.
Archidiecezja westminsterska jest jedną z trzech diecezji obejmujących obszar Wielkiego Londynu. Wśród ponad 5 milionów mieszkańców katolicy stanowią około 9 procent populacji.
Karol Białkowski/Gość Niedzielny
***
Modlitwa św. Johna Henry’ego Newmana:
„Prowadź mnie, Światło! Tyś zawsze trwało przy mnie, gdym przez głuchą ciemność, bór, pustynię błąkał się dumny. O, czuwaj nade mną, aż mrok przeminie, aż świt odsłoni te cenne postaci, którem niegdyś ukochał, a którem stracił”.
***
Krzesło Rybaka. 22 lutego zwrócone są na nie oczy całego Kościoła
To święto jest znakiem jedności Kościoła, prymatu pierwszego z apostołów i wskazówką, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.
Figura św. Piotra.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Choć słowo „katedra” kojarzy się nam zazwyczaj z potężnym kościołem biskupa, tu oznacza krzesło – symbol autorytetu pasterza. Zasiadał na nim pierwszy z dwunastu, na którego grobie wyrósł drugi co do wielkości kościół świata. Greckie kathedra to i krzesło, i siedziba, ale to nazwa budynku wzięła się od słowa „siedzisko”, a nie odwrotnie! Gdy papież orzeka w sprawach wiary i moralności, używamy łacińskiego zwrotu ex cathedra.
Fragmenty krzesła, na którym wedle tradycji zasiadał Piotr i na które 22 lutego zwrócone są oczy całego Kościoła, ukryte są w absydzie Bazyliki św. Piotra, za głównym ołtarzem. Ołtarz „Cathedra Petri” wsparty jest na figurach ojców Kościoła, a nad nim tańczą promienie słońca prześwitujące przez witraż symbolizujący Ducha Świętego, który towarzyszy następcom tego, który usłyszał: „Ty jesteś Piotr (skała), na tej skale zbuduję mój Kościół”. Po zesłaniu Ducha Świętego Kefas zawędrował z Jerozolimy do Antiochii (dzisiejsza turecka Antakya), która stała się pierwszą Stolicą Apostolską. „Tu po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami”.
„Pierwszą »siedzibą« Kościoła był Wieczernik, następnie Antiochia nad rzeką Orontes, a następnie Piotr udał się do Rzymu, do centrum cesarstwa, gdzie męczeństwem zakończył swój bieg w służbie Ewangelii. Dlatego siedziba w Rzymie przyjęła powierzone przez Chrystusa Piotrowi zadanie służenia wszystkim Kościołom partykularnym w celu zbudowania i zjednoczenia całego Ludu Bożego” – wyjaśniał Benedykt XVI.
Święty Ireneusz z Lyonu w traktacie „Przeciw herezjom” opisuje Kościół Rzymu jako „największy i najstarszy, i wszystkim znany, przez dwu najchwalebniejszych apostołów Piotra i Pawła założony. Z tym bowiem Kościołem dla jego naczelnego zwierzchnictwa musi się zgadzać każdy Kościół, to jest wszyscy zewsząd wierni”.
Do 1969 roku Kościół obchodził dwa święta: Katedry św. Piotra w Rzymie (18 stycznia) i Katedry św. Piotra w Antiochii (22 lutego). Po reformie liturgii zostały one połączone.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Apostazja: Nie można świadomie odejść, nie rozumiejąc czym jest Kościół
Mówi się, że ludzie odchodzą z Kościoła z powodu jego błędów i grzechów. Rzadziej zadajemy pytanie, czy apostaci kiedykolwiek dowiedzieli się, czym jest Kościół.
Istockphoto
Jeśli Kościół jawi się jedynie jako instytucja społeczna, decyzja o odejściu jest jak rezygnacja z członkostwa w klubie.
***
W Wielkim Poście cała wspólnota Kościoła przygotowuje się duchowo na pasję i zmartwychwstanie Jezusa. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na ten czas jak na okres indywidualnej pracy nad sobą. Skoro Kościół zaleca przeżyć te 40 dni na modlitwie, praktykując post i jałmużnę, trudno się temu dziwić. W tym roku patrzę na ten czas również z perspektywy wspólnoty. Jakiego Wielkiego Postu potrzebuje dziś Kościół? Jakiego rodzaju umartwień i jakich intencji w modlitwach zanoszonych przez wiernych?
Tego typu optykę narzucił mi ks. Marek Gancarczyk, który w „Gościu Niedzielnym” na początku lutego postanowił skomentować odejście z kapłaństwa pewnego znanego duszpasterza. Jego diagnoza trafia w punkt, ale nie dotyczy wyłącznie popularnych księży, którzy odchodzą ze stanu kapłańskiego. Taki sposób patrzenia na katolicyzm i jego rolę w świecie jest dziś powszechny.
Choroba horyzontalizmu
W „Tygodniku Powszechnym” ukazał się reportaż Adriana Burtana opisujący historie dwóch katoliczek, które zdecydowały się na apostazję – oficjalne odejście z Kościoła katolickiego. Pomijam, kim są te osoby, które występują w tekście pod własnym nazwiskiem. Nie chodzi mi tutaj o personalny atak, lecz o ilustrację zjawiska. Pomijam także fakt, że autor reportażu nie nazywa aktu apostazji grzechem przeciwko cnocie wiary, mającym – według prawa kanonicznego – określone konsekwencje. Rozumiem, że celem artykułu było zestawienie statystyk, diagnoz socjologicznych i duchowej refleksji z historiami ludzi, którzy zdecydowali się odejść z Kościoła. Obie te historie oraz socjologiczna diagnoza zdradzają tę samą chorobę horyzontalizmu. „Coraz więcej rzeczy w nauczaniu społecznym Kościoła zaczęło mi się nie zgadzać z tym, co wiedziałam o świecie i człowieku, relacjach, emocjach, godności” – mówi jedna z kobiet. Z coraz większą niechęcią wobec Kościoła kobieta ta zmagała się, widząc „ksenofobiczne wypowiedzi” na temat mniejszości seksualnych i „utrudnianie rozliczeń przestępstw seksualnych duchownych”. Przyznaje także, że zaraz po dokonaniu aktu apostazji zrobiła „religijny coming out” w mediach społecznościowych oraz że nadal odczuwa dumę z tej decyzji. Nie ma tu właściwie ani jednego słowa o utracie wiary, o wątpliwościach dotyczących dogmatów i doktryny. Ani słowa o Chrystusie, Jego Wcieleniu, zbawczej męce, odkupieniu świata. Tak jakby wszystkie te kwestie były albo w ogóle nieistotne, albo co najmniej drugorzędne. Jest za to dość mglista wypowiedź na temat społecznej nauki Kościoła, stosunku katolicyzmu do mniejszości seksualnych i problemu rozliczeń.
Nie chcę odbierać tej osobie prawa do krytykowania Kościoła. Nie chcę lekceważąco patrzeć na jej złe czy nawet traumatyczne doświadczenia. Ale czymże jest ten przykład, jeśli nie chorobą horyzontalizmu, skoro decyzja o wyjściu z Kościoła uzasadniana jest sferą ideową, by nie powiedzieć ideologiczną? Powody wskazane w tej relacji wcale nie uzasadniają trwałego odejścia z Kościoła.
Czytelnik odnosi wrażenie, że brak zgody na któryś z elementów nauczania społecznego lub krytyka działań czy słów hierarchii jest właściwie drogą w jednym kierunku – ku zerwaniu więzi z Bogiem. Gdybyśmy w tym reportażu zamienili słowo „Kościół” na „partia polityczna”, a słowo „apostazja” na „wypisanie się z członkostwa”, to tekst miałby większy sens.
Za ciasne kościelne ramy
Druga historia jest bardzo podobna. Zaangażowana przez lata katoliczka opowiada, jak stała się ofiarą dyskryminacji w Kościele.
Rada parafialna stwierdziła, że nie chce, aby kobieta nadal grała w kościelnym zespole i prowadziła śpiewy z uwagi na jej obecność na paradach równości, gdzie starała się wspierać swoją dojrzewają córkę. Co ciekawe, dwukrotnie w tej historii wybrzmiewa dobra twarz Kościoła – przed tym trudnym doświadczeniem kobieta otrzymywała wsparcie ze strony księdza i wspólnoty.
Załóżmy, że osoba ta rzeczywiście stała się ofiarą niesprawiedliwej nagonki ze strony parafii. W jednej z wypowiedzi stwierdza: „Czasem czuję ból, szczególnie wtedy, gdy czytam historie podobne do mojej. Albo kiedy widzę, że jakiś ksiądz, który robił wiele dobrego, odszedł, bo kościelne ramy okazały się dla niego zbyt ciasne”.
Nie znamy dokładnie jej historii, ale znów w żadnym miejscu reportażu nie ma ani słowa o utracie wiary czy odrzuceniu katolickiej teologii. Moją uwagę zwrócił tatuaż tej osoby – na ramieniu wyrazisty znak Alfy i Omegi. Kto dla tej kobiety jest Alfą i Omegą, skoro, jak rozumiem, już nie Chrystus? Niewiele z tego rozumiem.
Cytowana w reportażu Katarzyna Zielińska, socjolog religii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, stwierdza, że księża powinni troszczyć się o wspólnotę i wykazywać się empatią, włączać świeckich w działanie parafii oraz rozliczać przestępstwa seksualne. Wszystkie te kroki mają pomóc powstrzymać odpływ wiernych.
To bardzo dobre rady, ale brakuje najważniejszej – w Kościele nie chodzi przecież o to, by stwarzać komfortowe warunki współpracy, lecz by spotkać Boga i dążyć do zbawienia duszy. Kościół nie jest instytucją integracyjno-usługowo-charytatywną, ale wspólnotą wiernych, którzy chcą naśladować Chrystusa.
W reportażu czytam, że ze strony „Mapa apostazji” pobrano już kilka tysięcy wzorów dokumentów, że jedna z grup na Facebooku poświęconych apostazji ma 20 tys. członków. Ostatnie oficjalne dane dotyczące liczby apostatów znamy z 2010 r. Wówczas 459 osób odeszło oficjalnie z Kościoła. Cała reszta osób niepraktykujących i deklarujących w badaniach brak wiary w Boga w zdecydowanej większości formalnie nie zerwała więzi z Kościołem.
Czytając te statystyki, internetowe coming outy i przytoczony reportaż, odnoszę wrażenie, że bycie internetowym apostatą staje się często rodzajem tożsamości, okazją do krytyki instytucji i dania swoistego świadectwa.
Wszyscy rozglądają się na boki, ale nie patrzą ani w górę, ani w dół. Jakie są źródła tej postawy?
Źródła choroby
Czesław Miłosz w „Ziemi Ulro” opisywał powojenną przemianę Kościoła językiem ostrym, momentami brutalnym. Pisał o teologach występujących w roli „clownów”, którzy ogłaszają, że chrześcijaństwo – dotąd stojące w kontrze do świata – teraz chce być „ze światem i w świecie”. W oczach polskiego noblisty oznaczało to coś znacznie poważniejszego niż duszpasterską otwartość: próbę upodobnienia się do wszystkich innych, a więc rezygnację z własnej tożsamości.
Nie chodzi tutaj wyłącznie o krytykę liberalnych teologów, poeta nie miał też na myśli krytyki Soboru Watykańskiego II. Miłosz wyczuwał w latach 60. i 70. XX wieku to, co wówczas było zauważalne wśród niektórych duchownych źle interpretujących ducha soboru, a dziś wydaje się niemal powszechną mentalnością księży i wiernych – to, co swoiste dla katolicyzmu, należy ukryć pod grubą pierzyną doczesności.
W tym obrazie nie chodzi o potępienie dialogu ze światem, ale o diagnozę pewnej pokusy. Jeżeli Kościół zaczyna opisywać siebie przede wszystkim w kategoriach horyzontalnych – jako wspólnotę wsparcia i empatii, instytucję głoszącą prawa człowieka, platformę dialogu z innymi religiami – to w naturalny sposób traci wymiar wertykalny: odniesienie do prawdy objawionej, do grzechu, łaski, zbawienia, sensu rytuału. Miłosz dostrzegał, że w tej strategii przypodobania się światu kryje się nie tyle ewangeliczna inkulturacja, ile lęk przed byciem znakiem sprzeciwu i solą ziemi.
Poeta notował też sceny, które dziś brzmią zaskakująco aktualnie: ukazał duchownych „sprzedających popularne idee”, kazania słodkie jak „cukier sypany do miodu”, pełne sformułowań mglistych, bezpiecznych, w gruncie rzeczy teologicznie beztreściowych.
Najbardziej przejmująca jest jednak inna uwaga Miłosza: „Duchowni ci wyobrażają sobie, że chrześcijaństwu wolno będzie przetrwać na skromną skalę, jeżeli okaże się użyteczne społeczeństwu, to jest będzie wychowywać ludzi na lepszych obywateli, przyzwoitych sąsiadów, rzetelniejszych podatników; i gotowi są wyrzec się wszystkiego, co trąci zaświatowością, metafizyką i rytualizmem. Im więcej ustępują, tym większych ustępstw żąda nieprzyjaciel”.
To właśnie tutaj diagnoza Miłosza spotyka się z dzisiejszym doświadczeniem apostazji. Jeśli Kościół jawi się jedynie jako instytucja społeczna – mniej lub bardziej empatyczna, mniej lub bardziej inkluzywna – decyzja o odejściu staje się czymś na kształt zmiany organizacji, rezygnacji z członkostwa w klubie.
Post jako przygoda
Wielki Post nie jest projektem samodoskonalenia ani sezonową terapią duchową. Nie jest też czasem budowania sprawniejszej wspólnoty czy poprawiania wizerunku Kościoła. Jest czasem powrotu do tego, co najważniejsze – do spojrzenia w głąb siebie, aby znaleźć siłę do patrzenia w górę.
Lubię myśleć o Wielkim Poście jak o duchowej przygodzie. W okresie zwykłym jesteśmy jak Frodo, który mieszka w swojej przytulnej norce, pije dobre trunki, spożywa dobre potrawy, pozwala sobie czasem na długie wylegiwanie się w łóżku. Kiedy jednak Gandalf puka do chatki, trzeba spakować plecak i wejść w ciemną noc. Czekają nas trudy, smutki i wielkie wyzwania, ale tylko dzięki nim staniemy się kimś więcej niż hobbitami.
Jeśli Kościół przestanie mówić o grzechu, łasce i zbawieniu, stanie się jedną z wielu instytucji społecznych. A z instytucji społecznych się rezygnuje. Z Boga – jeśli naprawdę się w Niego wierzy – się nie rezygnuje. Być może właśnie takiego postu dziś potrzebujemy: mniej horyzontalnego niepokoju, więcej wertykalnej odwagi.
Konstanty Pilawa/Gość Niedzielny
***
piątek 20 luty
W piątek od 20 lutego – polska premiera filmu „Najświętsze Serce”
W piątek do polskich kin trafi fabularyzowany dokument „Najświętsze Serce” o historii objawień Najświętszego Serca Jezusa św. Małgorzacie Marii Alacoque, do których doszło w latach 1673–1675 w klasztorze w Paray-le-Monial w Burgundii. We Francji w dwa miesiące od premiery film obejrzało pół miliona widzów.
Film Najświętsze Serce (Sacré Coeur)
***
92-minutowy dokument w reżyserii Stevena i Sabriny Gunnell opowiada historię objawień Pana Jezusa, których w latach 1673–1675 w klasztorze w Paray-le-Monial w Burgundii (Francja) doświadczyła wizytka św. Małgorzata Maria Alacoque, oraz o ich znaczeniu dla współczesnego świata.
Do pierwszego objawienia doszło 27 grudnia 1673 r. W wizjach Jezus pokazał zakonnicy swoje serce, które “goreje wielką miłością ku ludziom”. Prosił również, żeby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzone było osobne święto ku czci Jego Najświętszego Serca. W objawieniach Jezus prosił św. Małgorzatę Alacoque m.in. o przyjmowanie Komunii świętej przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca.
Podczas pokazu przedpremierowego, który odbył się we wtorek w Warszawie, Sabrina Gunell powiedziała PAP, że głównym przesłaniem filmu są słowa, które Jezus wypowiedział do Małgorzaty Alacoque:
Oto Serce, które tak umiłowało ludzi, a tak mało jest przez nich kochane.
– To po prostu przesłanie o miłości Bożej dla świata – zaznaczyła.
Czytając pisma św. Małgorzaty Marii Alacoque zrozumieliśmy, że przesłanie, które Pan Jezus dał 350 lat temu, jest przeznaczone również dla naszego pogrążonego w wojnach i ciemności świata, a zwłaszcza dla Francji. W naszej ojczyźnie niemal codziennie słyszymy doniesienia o aktach przemocy na ulicach, media podają informacje o gwałtach dokonanych na młodych kobietach, młodzi ludzie tracą poczucie sensu życia i chorują na depresję. Przesłanie Najświętszego Serca Pana Jezusa pozostaje odpowiedzią na wołanie świata dotkniętego rozpaczą.
– mówiła.
Reżyserka dodała, że film miał bardzo skromny budżet, dlatego sądziła, że sukcesem będzie, jeśli obejrzy go kilka tysięcy widzów. Tymczasem w ciągu dwóch miesięcy od premiery obejrzało go pół miliona Francuzów. Obecnie film wchodzi do kin na całym świecie. Miał już premierę w Libanie, Luksemburgu i Belgii. Wkrótce wejdzie do kin w Hiszpanii, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.
Steven Gunell przyznał, że film wzbudził skrajne reakcje. Zdarzały się protesty przed kinami, wydano zakaz umieszczania plakatów reklamujących film w metrze, a nawet odwołano pokaz w Marsylii z powodu „naruszenia zasady laickości”. Jak twierdzi, o filmie pisały największe francuskie gazety m.in. „Le Figaro” i „La Croix”. Z drugiej strony – zdaniem reżysera – szybko rosnąca liczba widzów i pełne sale kinowe świadczą o jego popularności.
Dostałem wiele świadectw o nawróceniach po obejrzeniu filmu. Księża z Paray-le-Monial dzwonili do mnie mówiąc, że liczba pielgrzymów do miejsca objawień wzrosła czterokrotnie od dnia premiery. Mówili, że przyjeżdżają tam ludzie, którzy chcą się wyspowiadać po 20, 30 latach, a którzy wcześniej w ogóle nie mieli nic wspólnego z Kościołem.
– podkreślił.
Film „Najświętsze Serce” („Sacré Coeur”) w polskich kinach będzie można oglądać od 20 lutego.
W następstwie objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque papież Klemens XIII ustanowił uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa 6 lutego 1765 r. Początkowo uroczystość ustanowiono tylko dla Królestwa Polskiego, po tym, jak memoriał do papieża skierowali polscy biskupi. Uroczystość rozszerzył na cały kościół dopiero papież Pius IX 23 sierpnia 1856 r.
Małgorzata Maria Alacoque została została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a wyniesiona na ołtarze 13 maja 1920 r.
Tygodnik Niedziela/PAP
***
„Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”. Rozmowa z twórcami dokumentu „Najświętsze Serce”
Sabrina i Steven Gunnellowie, twórcy filmu „Najświętsze Serce”, wzięli udział w jego uroczystej premierze, która odbyła się w Warszawie.
fot. Tomasz Gołąb /Gość Niedzielny
***
Sabrina i Steven Gunnellowie, twórcy filmu „Najświętsze Serce”, wzięli udział w jego uroczystej premierze, która odbyła się w Warszawie.Tomasz Gołąb /Foto Gość
Edward KABIESZ: Jak to możliwe, że w tak zlaicyzowanym kraju jak Francja Wasz film obejrzało aż tylu widzów?
Steven Gunnell: Bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
Sabrina Gunnell: To nie jest nasz film. To Pan tego chciał i On urządził całą promocję. Resztę dokonała poczta pantoflowa.
W wywiadach podkreślacie, że jesteście jak gdyby nowo nawróceni. Jak to rozumieć? W jakich okolicznościach do tego doszło?
Sabrina: Moja mama i ojciec obracali się w środowisku artystycznym. Tata, gdy spotkał mamę, miał już żonę i córeczkę w Brazylii. Matka w młodości poddała się aborcji. Wszystko to mówię, żeby pokazać, jak bardzo moja rodzina była oddalona od wiary. Moi rodzice nie ochrzcili mnie, kiedy byłam mała. Nie wiem, jak to się stało, ale ja zawsze wierzyłam w Boga. Może poprzez piękno stworzenia, poprzez zachwyt tym, co widziałam wokół. Myślę, że była to po prostu łaska. Kiedy miałam 10 lat, poprosiłam o chrzest. Ten dzień był dla mnie jak uderzenie pioruna, przeszły mnie niezwykle silne emocje. Tego dnia nastąpiła też moja pierwsza i przez długi czas jedyna Komunia. Ponieważ rodzice byli niewierzący, nie mieli zwyczaju chodzić na Mszę, więc też nie mogłam chodzić. Będąc sama, wręcz samotna ze swoją wiarą, przeszłam jakby długą drogę na pustyni.
Steven: Ja również urodziłem się w artystycznej rodzinie. Mama jest Wenecjanką, a tata Anglikiem. Porzucił nas, kiedy miałem dwa lata. Mama ochrzciła mnie w dzieciństwie, ale na tym koniec, w ogóle nie praktykowaliśmy wiary. Mama przez prawie 20 lat należała do pewnej sekty związanej z ezoteryzmem. Jednak od najwcześniejszego dzieciństwa Bóg był dla mnie oczywistością. Nie miał jednak twarzy ani nazwy, nie należał do żadnej religii… Byłem duszą kontemplacyjną i widziałem odbicie Stwórcy w pięknie stworzenia. Ale to wcale nie przeszkodziło mi, by narobić mnóstwa głupstw. Kiedy miałem 21 lat, przyjechałem do Paryża, żeby zostać aktorem. Dołączyłem do grupy muzycznej Alliage, niezwykle popularnego w swoim czasie boys bandu. To trwało około 2,5–3 lat. Doświadczyłem wielkiej popularności, która z dnia na dzień zupełnie się skończyła.
Jaki był tego efekt?
Steven: Miałem problemy z alkoholem, myśli samobójcze, znajdowałem się na skraju. Postanowiłem się zabić, ale najpierw poszedłem do budki telefonicznej i zadzwoniłem do mamy. A ona powiedziała: „Zanim zrobisz głupstwo, idź do kościoła”. To właśnie zrobiłem.
Czy sądzą Państwo, że w tej licznej fali nawróceń miał swój udział pożar Katedry Notre Dame?
Steven: Do tego odrodzenia przyczyniły się różne dramatyczne wydarzenia we Francji. Tym najbardziej spektakularnym, bo ogólnoświatowym, był rzeczywiście pożar Notre Dame. Sądzimy, że jego przyczyną był jakiś akt przestępczy, o którym nie chcą nam powiedzieć. Gdybym był prezydentem Republiki Francuskiej, to zostawiłbym ją w stanie ruiny, by obrazowała stan kościoła we Francji.
rozmawiał Edward Kabiesz –Gość Niedzielny
***
Kraków: ogłoszono inicjatywę ogólnopolskiego Wielkiego Zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa
Podczas krakowskiej premiery filmu „Najświętsze Serce” („Sacré Coeur”) w Kinie Kijów oficjalnie ogłoszono ogólnopolską inicjatywę Wielkiego Zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Wydarzenie stało się nie tylko pokazem głośnej produkcji religijnej, ale także momentem inauguracji duchowego dzieła, do którego już dziś mogą dołączać parafie z całej Polski.
Adobe Stock
***
„Najświętsze Serce” opowiada historię, która ponad 350 lat temu wydarzyła się we Francji, gdy Jezus objawił się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Tamto orędzie stało się kanwą obrazu, który – jak podkreślają komentatorzy – „obudził Francję”, przyciągnął do kin setki tysięcy widzów, a jednocześnie wywołał ostrą reakcję środowisk antyreligijnych, próby cenzury, a nawet zakazy wyświetlania w niektórych miastach.
Film o objawieniach Najświętszego Serca Jezusa wyrósł z osobistego zawierzenia twórców oraz ich rodzin Sercu Jezusa. Akt ten dokonał się podczas rekolekcji w sanktuarium Notre-Dame du Laus w sierpniu 2023 roku. Jak zauważa ks. dr Jerzy Jastrzębski, autor książek o Najświętszym Sercu Jezusa:
– „Kult Serca Jezusa przyczynił się do wielkiego ożywienia duchowości, wiary w Boga i korzystania z sakramentów we Francji. Twórcy filmu zawierzyli się Sercu Jezusa i zaczęły dziać się niezwykłe rzeczy”.Kapłan dodaje: – „Bóg działa w historii narodów, rodzin i w historii każdego człowieka. Wierzę, że przez ten film Pan Bóg chce odnawiać naszą Ojczyznę”.
Pierwsze Zawierzenie w Warszawie
Korzenie inicjatywy sięgają Warszawy. Pierwsze Zawierzenie miało miejsce w Parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Starej Miłosnej, gdzie – jak podkreślają inicjatorzy – został wymodlony cud uzdrowienia przez Najświętsze Serce Pana Jezusa. To stamtąd wyszła idea Wielkiego Zawierzenia, do której zaczęły dołączać kolejne parafie, za aprobatą swoich biskupów.
Rozszerzenie dzieła było możliwe dzięki świadectwu Gabrieli Rosiek, żony uzdrowionego Marka. Jej zaangażowanie w szerzenie kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa sprawiło, że kolejne wspólnoty zapragnęły przeprowadzić u siebie akt zawierzenia. Pisaliśmy o tym w Niedzieli: Świadectwo: Najświętsze Serce Pana Jezusa, ratuj!
Organizatorzy podkreślają, że inicjatywa ma charakter ogólnopolski i jest otwarta na następne parafie. Zgłoszenia przyjmowane są poprzez stronę: wielkiezawierzenie.pl.
Jak zapowiedziano podczas premiery w Krakowie, w najbliższych miesiącach dzieło ma rozszerzać się na kolejne diecezje, łącząc przesłanie filmu z konkretnym aktem duchowym we wspólnotach lokalnych. Inicjatywa wpisuje się w bogatą historię kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa w Polsce. W okresie zaborów był on znakiem duchowego i narodowego odrodzenia, a w 1921 roku poświęcenie narodu polskiego Najświętszemu Sercu Jezusa stało się wyrazem wdzięczności za odzyskaną niepodległość.
W latach 70. XX wieku rodziny w całej Polsce przeżywały akty zawierzenia w swoich domach, przyjmując obrazy Serca Jezusowego jako znak oddania, jedności i Bożej ochrony. Dzisiejsze Wielkie Zawierzenie nawiązuje do tej tradycji, przypominając – jak podkreślano w Krakowie – że Serce Jezusa pozostaje źródłem pokoju, siły i jedności także we współczesnym świecie.
***
18 luty
Środa Popielcowa rozpoczyna okres Wielkiego Postu
czyli okres czterdziestodniowej pokuty. Ten dzień ma pobudzić katolików do podjęcia zdecydowanej drogi osobistej odnowy i nawrócenia.
„Wkroczyliśmy w okres Wielkiego Postu: czas pokuty, oczyszczenia, nawrócenia. Nie jest to łatwe zadanie. Chrześcijaństwo nie jest drogą wygodną: nie wystarczy być w Kościele i pozwalać, by mijały lata. W naszym życiu, w życiu chrześcijan, pierwsze nawrócenie (…) jest ważne; jednak jeszcze ważniejsze i jeszcze trudniejsze są kolejne nawrócenia”.
św. Josemaría Escrivá
+++
Msza święta z ceremonią posypania głów popiołem
o godz. 20.00 w kościele św.Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Wielki Post zakończy się w Wielki Czwartek, w dniu kiedy Kościół rozpocznie Liturgię Triduum Paschalnego – Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa.
W Środę Popielcową rozpoczynamy czterdziestodniowy post. Liczba 40 stanowi w Piśmie Świętym wyraz pewnej dłuższej całości, czasu przeznaczonego na konkretne zadanie człowieka, aby lepiej i pełniej zobaczyć zbawcze działanie Boga. W Wielkim Poście Kościół odczytuje i przeżywa nie tylko czterdzieści dni spędzonych przez Pana Jezusa na pustyni na modlitwie i poście przed rozpoczęciem Jego publicznej misji, ale i trzy inne wielkie wydarzenia biblijne: czterdzieści dni powszechnego potopu, po których Bóg zawarł przymierze z Noem; czterdzieści lat pielgrzymowania Izraela po pustyni ku ziemi obiecanej; czterdzieści dni przebywania Mojżesza na Górze Synaj, gdzie otrzymał on od Jahwe Tablice Prawa.
Okresy i dni pokuty są w Kościele Katolickim specjalnym czasem ćwiczeń duchowych, liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z innymi, m.in. poprzez inicjowanie dzieł charytatywnych i misyjnych. Z liturgii znika radosne “Alleluja” i “Chwała na wysokości Bogu”, a kolorem szat liturgicznych staje się fiolet. Istotą pozostaje przygotowanie wspólnoty wiernych do największego święta chrześcijan, jakim jest Wielkanoc.
Wielki Post jest także okresem przygotowania katechumenów do chrztu. Każda niedziela wprowadzała w kolejne tajemnice wiary, a na Wielkanoc podczas Wigilii Paschalnej udzielany jest sakrament chrztu.
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przygotowanie do świąt Zmartwychwstania trwało tylko czterdzieści godzin. W późniejszym czasie przygotowania zabierały cały tydzień, aż wreszcie ok. V w. czas ten wydłużył się. Po raz pierwszy o poście trwającym czterdzieści dni wspomina św. Atanazy z Aleksandrii w liście pasterskim z okazji Wielkanocy z 334 r.
Tradycyjnemu obrzędowi posypania głów popiołem towarzyszą w Środę Popielcową słowa: “Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz” albo “Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.
Sam zwyczaj posypywania głów popiołem na znak żałoby i pokuty znany jest w wielu kulturach i tradycjach. Znajdujemy go zarówno w starożytnym Egipcie i Grecji, jak i u plemion indiańskich oraz oczywiście na kartach Biblii, np. w Księdze Jonasza czy Joela.
Liturgiczna adaptacja tego zwyczaju pojawia się jednak dopiero w VIII w. Pierwsze świadectwa o święceniu popiołu pochodzą z X w. W następnym wieku papież Urban II wprowadził ten zwyczaj jako obowiązujący w całym Kościele. Z tego też czasu pochodzi zwyczaj, że popiół do posypywania głów wiernych pochodził z palm poświęconych w Niedzielę Palmową poprzedzającego roku.
***
Tego dnia, jak również w Wielki Piątek, katolików obowiązuje post ścisły.
od 14 roku życia – wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (jak we wszystkie piątki całego roku) oraz post ścisły
osoby między 18 a 60 rokiem życia – spożycie trzech bezmięsnych posiłków tego dnia, w tym jednego do syta).
***
Na czym polega sens postu?
Post nie oznacza tylko tego, by jeść mniej oraz nie jeść mięsa. Sens postu polega także na tym, by poświęcić mniej czasu na przygotowanie potraw – dziś mięso można zastąpić wieloma wykwintnymi daniami, a w te dni chodzi o świadome odmówienie sobie jakiejś przyjemności. W dni postne chodzi przede wszystkim o pokutę, którą jako katolicy jesteśmy zobowiązani podjąć. (Kodeks Prawa Kanonicznego)
***
Katolicy są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej w każdą niedzielę i w święta nakazane. Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki” (art. 2181).
Środa Popielcowa nie należy do świąt nakazanych, dlatego katolicy nie są zobowiązani do uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i nie popełniają grzechu ciężkiego, jeśli nie przyjdą na Eucharystię.
***
Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post?
Wielki Post to czas modlitwy, wyciszenia, osobistej odnowy i nawrócenia. Rozpoczyna się w Środę Popielcową i trwa aż do Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek. Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post? Czy zawsze i wszędzie trwał 40 dni? Jak kiedyś wyglądał obrzęd posypania popiołem?
Dlaczego Wielki Post trwa 40 dni?
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa poszczono tylko przez 40 godzin w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę – mówi o. prof. Bazyli Degórski, patrolog, z Papieskiego Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu w Rzymie. Post trwający 40 dni poprzedzających Wielkanoc rozpowszechnił się w pierwszej połowie IV wieku – dodaje.
Pod koniec pontyfikatu Grzegorza Wielkiego (zmarł w 604 r.), ustalono rozpoczęcie Wielkiego Postu w środę poprzedzającą pierwszą niedzielę postu. W niedziele post oczywiście nie obowiązywał, a więc dodane dni dawały ważną liczbę 40 dni, która odnosi się do wydarzeń biblijnych, między innymi postu Pana Jezusa na pustyni.
Obecnie początek Wielkiego Postu zbiega się ze Środą Popielcową. Jednak nie wszędzie w Kościele katolickim i nie we wszystkich wyznaniach chrześcijańskich tak jest.Na przykład w Mediolanie i w całej jego metropolii obowiązuje obrządek ambrozjański, w którym Wielki Post rozpoczyna się o cztery dni później. Tak więc karnawał kończy się tam dopiero w sobotę. W Lombardii dniem postu i wstrzemięźliwości, który rozpoczyna Wielki Post, jest pierwszy piątek tego okresu – mówi o. prof. Degórski.
Tradycja posypywania głowy popiołem
Chcąc ustalić pojawienie się i dzieje Środy Popielcowej, trzeba dodać, że wywodzi się ona ze starochrześcijańskich rytów pokutnych – mówi paulin. Od połowy V wieku na początku Wielkiego Postu odbywał się obrzęd wypraszania z kościoła publicznych grzeszników. Mogli wrócić do wspólnoty dopiero po odprawieniu pokuty. Spowiadali się przed biskupem (albo jego delegatem), po czym o ustalonej porze przychodzili przed wejście do kościoła, byli wprowadzani do środka, a biskup i prezbiterzy posypywali im głowy popiołem, wypowiadając formułę biblijną: +Pamiętaj, człowiecze, że jesteś prochem i w proch się obrócisz; czyń pokutę, byś miał życie wieczne+. Biskup kropił ich następnie wodą święconą; święcił także ich szaty pokutne – wyjaśnia o. prof. Degórski. W X wieku, oprócz owych publicznych grzeszników, w tego rodzaju pokutnym obrzędzie uczestniczyli także inni wierni – dodaje.
Popiołem posypywano także głowę papieża podczas specjalnej celebracji. Nałożenie w Środę Popielcową popiołu na głowę papieża miało tradycyjnie miejsce w rzymskiej bazylice św. Anastazji na Palatynie – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Z bazyliki tej ruszała następnie procesja pokutna, która boso (przynajmniej do XII w.) kierowała się do pierwszego kościoła stacyjnego u św. Sabiny na Awentynie, gdzie papież odprawiał nabożeństwo i wygłaszał homilię – dodał.
Ojciec profesor zaznacza, że świadectwa potwierdzające praktykowanie posypywania głów popiołem można znaleźć także na innych terenach. Między innymi na początku XI w. wspomina o nim anglosaski mnich benedyktyński znany jako Aelfric Grammaticus.
Ryt posypania głowy popiołem, który powstał jako praktyka związana ze zwyczajem rozpoczynania publicznej pokuty od Wielkiego Postu (od IV w.), wiązał się z używaniem włosiennicy i popiołu – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Symbol popiołu przetrwał do naszych czasów – dodał.
Family News Service, pa/Stacja7
***
Proch z nadzieją
fot. ks. Rafał Starkowicz/Gość Niedzielny
***
Zwyczaj posypywania głów popiołem w pierwszym dniu Wielkiego Postu ma już prawie tysiąc lat. I wciąż jest czytelny.
W słowniku synonimów „posypać sobie głowę popiołem” znaczy: przeprosić, uderzyć się w piersi, ugiąć przed kimś karku, ugiąć przed kimś głowy, uznać swoją winę, ukorzyć się, pójść do Canossy, pokajać się, upokorzyć się, skruszyć się… Popiół od wieków symbolizuje uniżenie i żal z powodu własnych błędów. Stosowano go w różnych kulturach dla wyrażenia skruchy i chęci przeproszenia albo też jako znak żałoby po śmierci kogoś bliskiego. Posypanie popiołem wyrażało także rozpacz z powodu przegranej wojny bądź skutków kataklizmu. Użycie tej symboliki w chrześcijaństwie oznacza przyznanie: Jestem słaby i sam nie jestem w stanie sobie poradzić. Uznaję swoją kruchość i niezdolność do osiągnięcia czegokolwiek bez Twojej łaski.
Na długo zanim popiół stał się elementem liturgii, stanowił znak pokuty, pokornego przyjęcia porażki. W Biblii symbol ten występuje już w Księdze Hioba. „Kajam się w prochu i w popiele” – mówi Hiob, świadom swojej małości wobec Boga. „Córo mojego narodu, przywdziej wór pokutny i kajaj się w popiele!” – wzywa Jeremiasz, a Daniel wyznaje: „Zwróciłem więc twarz do Pana Boga, oddając się modlitwie i błaganiu w postach, pokucie i popiele”. W Księdze Judyty czytamy z kolei, że Izraelici, przeżywając ciężki lęk, „upadli na twarz przed świątynią, posypali głowy swoje popiołem i odziani w wory wyciągali ręce przed Panem”. A Juda Machabeusz i jego ludzie w rozterce „pościli, włożyli na siebie wory, głowy posypali popiołem i porozdzierali swoje szaty”. Wreszcie sam Jezus, wypowiadając „biada” nad Korozain i Betsaidą, stwierdza, że gdyby w Tyrze i Sydonie działy się podobne cuda, miasta te „już dawno w worze i w popiele by się nawróciły”.
Znak popiołu
Już w starożytności, gdy wyznawca Chrystusa popełnił szczególnie ciężki grzech, otrzymywał szansę pojednania z Kościołem po odbyciu surowej pokuty. Jej wyznaczeniu towarzyszył ceremoniał, który pomagał pokutnikom uświadomić sobie ciężar ich winy, a zarazem zrozumieć, jak wielką łaskę otrzymują, mogąc odpokutować swój grzech.
Najstarsze świadectwo posłużenia się popiołem w liturgii rozpoczynającej okres pokuty pojawiło się w IX wieku w tekście benedyktyńskiego mnicha Reginone z opactwa w Prüm. Dwieście lat później na synodzie w Benewencie papież Urban II wprowadził w Kościele zwyczaj posypywania głów. Ustalono też, że popiół używany do obrzędu ma pochodzić z palm, które rok wcześniej zostały poświęcone w Niedzielę Palmową.
„Na początku Wielkiego Postu wszyscy pokutnicy, którzy podjęli lub podejmą publiczną pokutę, stawią się u wejścia do kościoła przed biskupem miasta, ubrani w wory i bez obuwia, upadłszy twarzą do ziemi, uznając się winnymi swojego stanu; mają tam być dziekani, czyli archiprezbiterzy parafii, wraz ze świadkami, czyli prezbiterami pokutników, którzy mają starannie oceniać ich zachowanie” – zapisano w Pontyfikale Rzymskim, księdze liturgicznej z XII wieku. Następnie biskup nakładał pokuty odpowiednie do rodzaju popełnionej winy, po czym wprowadzał pokutników do kościoła i wraz z innymi duchownymi padał na twarz, modląc się o uwolnienie dla nich. „Wtedy, powstawszy do przepisanej modlitwy, nakłada na nich rękę, kropi wodą święconą, nakłada najpierw popiół, a potem włosiennicę na ich głowy, a wśród lamentów i wzdychania wymierza im karę na wzór Adama, który został wygnany z raju, tak i oni za swoje grzechy zostaną wygnani z kościoła” – czytamy.
Biskup „nakłada najpierw popiół”… Dziś w liturgii nie stosuje się worów pokutnych i nie chodzi się boso, ale wciąż używa się popiołu.
Proch to nie zgliszcza
– Nasze zwyczaje pokutne są powiązane z tymi, które istniały w judaizmie. Posypywanie się popiołem oznaczało tam w ogóle pokutę. Było formą rezygnacji z ozdabiania swojego ciała dla okazania, że się pości. Tak zachowały się Judyta i królowa Estera. Obie posypały się popiołem na znak pokuty – zauważa ks. dr hab. Dominik Ostrowski. Wskazuje, że w liturgii mówi się jednak o prochu (łac. pulvis), podkreślając, że jest różnica między popiołem a prochem. – Popiół ma w moim odczuciu bardziej negatywne znaczenie niż proch. Popiół (łac. cinis) to są zgliszcza, to, co zostaje po spaleniu. Kiedy spalimy coś na popiół, nic już z tego nie można zrobić; to kompletna destrukcja, materiał jałowy. Myśl ta ma odbicie w pewnym ograniczeniu dotyczącym obrzędów pogrzebowych z kremacją. Jeśli powodem kremacji jest niewiara w zmartwychwstanie, a przez spopielenie własnego ciała chce się zamanifestować tę niewiarę i beznadzieję, negując teologię chrześcijańską, wtedy prawo kościelne odmawia katolickiego pogrzebu – zaznacza liturgista, przypominając, że jeśli za kremacją nie stoją sprzeczne z teologią poglądy, jest ona dopuszczalna (choć wcale nie zalecana). Zwraca uwagę, że Bóg w Księdze Rodzaju mówi do człowieka: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. – Prochem, nie popiołem. Proch nie jest materią całkowicie zniszczoną. Dlatego, choć w liturgii używamy popiołu, za tym znakiem stoi proch. Popiół nie może być budulcem, natomiast z prochu, przy użyciu odpowiedniego spoiwa, można coś odbudować. Wyraża to alternatywny werset przy posypywaniu popiołem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Oznacza to: Owszem, jesteś prochem i nawet się w proch obrócisz, ale Bóg może cię z tego prochu podźwignąć – podkreśla ks. Dominik Ostrowski.
Dla nowego życia
Chrześcijańska nadzieja udziału w zmartwychwstaniu Chrystusa przebija w treści modlitwy błogosławieństwa popiołu, która bez istotnych zmian była używana w liturgii Kościoła przez tysiąc lat, a i do tej pory się z niej korzysta. Składa się z czterech części. Pierwsza podkreśla majestat Boga i Jego łaskę, która przynosi zdrowie ciała i ducha: „Wszechmogący wieczny Boże, zmiłuj się nad pokutującymi, okaż łaskę błagającym i racz posłać świętego anioła swego, aby pobłogosławił i uświęcił te popioły, niech staną się zbawiennym lekarstwem dla wszystkich pokornie wzywających Twojego świętego imienia, którzy oskarżają siebie świadomi swoich przewinień i opłakują przed Twoją Boską łaskawością swoje złe czyny, a także pokornie i z całych sił proszą najczystszy Twój majestat, i daj, przez wzywanie najświętszego imienia Twego, aby każdy, kto będzie nimi posypany dla odkupienia swoich grzechów, dostąpił zdrowia ciała i ochrony duszy”.
Druga część nawiązuje do słów: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Jej odpowiednik w odnowionej liturgii brzmi: „Boże, Ty nie chcesz śmierci grzeszników, lecz ich nawrócenia, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i racz w swojej dobroci pobłogosławić ten popiół, którym zamierzamy posypać nasze głowy; spraw, abyśmy uznając, że jesteśmy prochem i w proch się obrócimy, przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Modlitwa na Środę Popielcową, aby dobrze rozpocząć Wielki Post
fot. ze strony: Wydział Katechetyczny Kurii Diecezjalnej w Opolu
***
Okryj mnie, Panie, swoim miłosierdziem według Twojej hojności. W ogromie Twej dobroci zamień w proch to, co powinno umrzeć dla Ciebie.
Nie pozwól, abym przywiązywał się do tego, co moje i słabe. Nie pozwól, abym odrzucił to, co od Ciebie pochodzi. Prochem jestem i wszystkie moje myśli z dala są od Ciebie.
Z bólu mówić nie potrafię! Mam jednak dobrą wolę pójścia za Twoimi wskazaniami. Nie chcę zostawiać już nic dla siebie, ale wszystko oddać Tobie i pod Twój osąd.
Marne jest moje dzieło. Po ludzku powinno dawno się rozpaść, ale Ty, Panie, masz w nim upodobanie. Podtrzymujesz je i uświęcasz. Błogosławisz każdemu dobremu postanowieniu i każdej pokucie.
Dzięki Tobie zdolny jestem do modlitwy i pokornego uklęknięcia przed Twoim majestatem. Zgięte kolana i złożone ręce niech będą wyrazem mojej służby i gotowości do podjęcia trudu, który mnie czeka.
Niech ten Wielki Post będzie dla mnie umocnieniem na drodze wiary. Nie pozwól, aby zmiażdżyła mnie pokusa. Niech za każdym razem gdy upadnę, uratuje mnie Twoje nieskończone miłosierdzie. Nie jestem godzien, aby o nie prosić, ale Ty zachęcasz mnie do tego mimo mojej niewdzięczności.
Dobry Jezu, czuwaj przy mnie przez czterdzieści dni, abym i ja mógł czuwać nad sobą. Ulecz przez zbawienną pokutę wszystkie moje grzechy i zranienia. Tobie oddaję cały ten czas, abym mógł na końcu wyznać wiarę w Ciebie i z radosnym okrzykiem zawołać: Chwała Tobie na wieki!
“Nawrócenie ma dwa wymiary. Pierwszy i podstawowy jest negatywny, Chodzi w nim o odwrócenie się od popełnianego zła, grzechu. – Jest więc w nim i głupota, i egoizm, i nieprawość, i kłamstwo, i nieszczęście i samotność. Grzech nie odwraca od nas Serca Bożego, lecz odwraca nasze serca od Boga. – To my, grzesząc, stajemy do Boga plecami. On zawsze jest zwrócony do nas twarzą. Miłosierną twarzą. Mamy odrzucić grzech i pojednać się z Bogiem.
Drugi wymiar nawrócenia jest pozytywny. Chodzi w nim o „więcej”. W nawróceniu chodzi nie tylko o przejście od złego do dobrego, ale także o przejście od dobrego do lepszego. Chodzi o to, by się szarpnąć do bardziej gorliwej miłości wobec Boga, bliźniego i samego siebie. Chodzi o większą żarliwość. Na początku Wielkiego Postu dobrze jest zrobić sobie rachunek sumienia właśnie z tego. – Czy tak właśnie jest w moim życiu, czy – patrząc na siebie uczciwie – obserwuję wzrost i rozwój? Czy moja relacja z Bogiem, relacje, które buduję z innymi są bardziej dojrzałe? (…) Po prostu: czy kocham więcej?
Bardzo ważne są wielkopostne praktyki: modlitwa, jałmużna i post. W Wielkim Poście więcej czasu poświęcę na modlitwy, czyli dobrze pojętej miłości Boga, więcej otwartości na Jego Słowo, więcej chwil spędzonych na cichej adoracji Pana. Oby był czas i na Drogę Krzyżową, i na Gorzkie Żale i na rekolekcje. – Oby w Wielkim Poście było więcej jałmużny, czyli dobrze pojętej miłości bliźniego. Post, czyli dobrze pojęta miłość siebie samego. Z czego warto zrezygnować, żeby siebie bardziej mieć, siebie odzyskać? Co mnie dziś najbardziej zagraca? Co mi przeszkadza? Co mnie uszkadza? Post to nie tylko i nie przede wszystkim ryba zamiast mięsa i ser zamiast wędliny.
Stanąć w prawdzie o sobie i o swoim życiu. Sama religijność nie wystarcza i nie pomaga. Ona może przytłoczyć, może być tylko pozą, kolejną teatralną sztuką w teatrze życia. Bóg widzi w ukryciu, Bóg patrzy na serce, na intencje, na pragnienia i na motywacje. Dopóki tam nie będzie wszystko uporządkowane, dopóty – choćbyśmy się nie wiem, ile namodlili, napościli i najałumużnikowali, to za czterdzieści dni będziemy w tym samym miejscu.
Umierający na krzyżu Chrystus nie gra żadnej roli. Nie było żadnego show. Chrystus umierał prawie bez widowni. Prawie. Bo na Jego śmierć patrzył Ojciec, który widział w ukryciu i oddał Synowi. Nawrócenie to jest nasza praca na Wielki Post, to jest nasza droga powrotu do Boga, do początku, i to jest nasze „więcej”. Oby takie było nasze głębokie przeżywanie Wielkiego Postu, bo „inne jest bez sensu”
Arcybiskup Adrian Galbas SAC
***
Środa Popielcowa. Post bez modlitwy i jałmużny nie ma żadnego sensu
vetre | Shutterstock
***
Wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy z prawdziwym postem ma niewiele wspólnego. I dlaczego Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu?
Popielec
Liturgia Popielca zawiera Ewangelię, która stanowi dla nas strategiczny plan działania, w jaki sposób dobrze przeżyć Wielki Post. Strategia ta zakłada trzy etapy.
Pierwszym jest post. Trzeba przypomnieć, że nie polega on przede wszystkim na tym, że się, na przykład, nie ogląda telewizji. Polega na tym, że się nie je.
Dzisiaj tę praktykę zastąpiła nam wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy, ale z prawdziwym postem ma ona niewiele wspólnego. W świętym czasie, który rozpoczynamy w Środę Popielcową, warto ograniczyć posiłki, poczuć na własnej skórze, że naprawdę nie samym chlebem żyje człowiek.
Trzy etapy Wielkiego Postu
Ojcowie mówili, że poszcząc, odmawiając sobie pokarmów i jakichś przyjemności, zyskujemy czas i określone środki finansowe. Co z nimi zrobić? Czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z najuboższymi.
I to są właśnie dwa kolejne etapy: modlitwa i pomoc najuboższym (jałmużna). Bez nich poszczenie – i sam Wielki Post – nie mają żadnego sensu.
Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu. Nie chodzi o wstydzenie się, że jest się chrześcijaninem, a raczej, z jednej strony, okazanie szacunku tym, którym pomagamy (nasza pomoc nie może ich upokarzać!), a z drugiej – o dbałość, aby nasza modlitwa była przede wszystkim budowaniem relacji z Bogiem, a nie naszego dobrego wizerunku w oczach innych bądź też naszych własnych.
Czy te trzy etapy Wielkiego Postu mają jakiś element wspólny? Tak. Jest nim miłość, bez której całe życie nie ma sensu. Z miłości mamy się modlić, z miłości wspierać naszych braci w potrzebie, z miłości wreszcie mamy odmówić sobie pokarmu dla ciała, aby odkryć, że tym, co daje nam prawdziwe życie, jest Słowo Boga Żywego.
Na samym początku Wielkiego Postu Kościół przypomina jak bardzo ważne są trzy dziedziny naszej aktywności religijnej, tzn. modlitwa, post i jałmużna. Ojcowie Kościoła, żeby wytłumaczyć jak mocno są ze sobą połączone – posługiwali się obrazem ptaka. Mówili w ten sposób: modlitwa jest to taki ptak, który żeby dofrunąć do nieba, musi mieć dwa skrzydła — skrzydła postu i dzieł miłosierdzia. To samo mówili o poście: że jest to taki ptak, który nigdzie nie dofrunie, jeśli zabraknie mu skrzydła modlitwy i skrzydła dzieł miłosierdzia. I to samo mówili Ojcowie Kościoła o dziełach miłosierdzia, że ten ptak potrzebuje skrzydła modlitwy i skrzydła postu. Więc starajmy się, nie tylko w czasie Wielkiego Postu, ale każdego dnia realizować tę trójjednię modlitwy, postu i dzieł miłosierdzia.
+++
Post, który prowadzi do Boga. Jak nie zgubić sensu wielkopostnych wyrzeczeń
Po co jest post i jak go praktykować, żeby nie zamienił się w dietę?
Choć post jest ostatnią rzeczą, do której chce zachęcać współczesny świat, wciąż jest wielu ludzi, którzy poszczą. Całkiem sporo osób w środy i piątki podejmuje nawet ścisły post o chlebie i wodzie. Ta praktyka pokutna zyskała w ostatnich latach na popularności m.in. dzięki ludziom związanym z duchowością Medjugorja.
Post coś poprzedza
Piotr Jaskiernia, Polak mieszkający w Karolinie Północnej w USA, spędził całe zawodowe życie, jeżdżąc ogromnymi, 18-kołowymi ciężarówkami z jednego wybrzeża Ameryki na drugie. Siedząc za kierownicą w wygodnej kabinie swojego wozu, zaczął w drodze odmawiać Różaniec, a potem także pościć o chlebie i wodzie – najpierw tylko w piątki, później i w kolejne dni powszednie. Kiedyś przyznał, że nie wie, po co jest post, ale zauważył, że kiedy pości, nie umie zapomnieć o Panu Bogu.
Czasem ktoś podejmuje post o chlebie i wodzie na dłuższy czas, np. na cały Wielki Tydzień, jak jeden z naszych czytelników. – Zrobiłem to nie dlatego, żeby sobie coś udowadniać. Po prostu czułem, że jest w tym coś dobrego. Było to troszkę męczące. Szczególnie doskwierał mi brak smaku. Pod koniec Wielkiego Tygodnia doprowadzało mnie to do szału. Ale dziwna rzecz – wieczorem w Wielką Sobotę opanowała mnie bardzo głęboka radość – wspomina. Jego zdaniem post często jest przygotowaniem do czegoś nowego, coś poprzedza. W jego życiu tak właśnie się stało. Krótko po tym Wielkim Tygodniu wypadki tak się ułożyły, że w jego mieście powstały duża, międzyparafialna wspólnota i Szkoła Nowej Ewangelizacji, a on należał do założycieli.
Post o chlebie i kawie
Joanna Operacz, dziennikarka mediów katolickich, która razem z mężem prowadzi portal poświęcony św. Andrzejowi Boboli (andrzejbobola.info), a prywatnie żona i matka trojga dzieci, usłyszała kiedyś od znajomej, że jej tata w każdy piątek pości o chlebie i wodzie. Pomyślała od razu, że to coś dla niej. – Taki solidny post to dobry sposób na przeżycie dnia, w którym wspominam mękę i śmierć Pana Jezusa. Poza tym mam kilka intencji, w których się modlę, więc może by tak sięgnąć po jakieś bardziej natarczywe sposoby proszenia? Nie bez znaczenia było też to, że tata koleżanki jest szczupły: wizja zgubienia kilku kilogramów wydała mi się nęcąca – śmieje się. – Ale zaraz sobie uświadomiłam, że przecież codziennie piję kawę. Nie mogę odstawiać kofeiny na jeden dzień w tygodniu, bo nie będę się nadawała do życia. Odłożyłam więc poszczenie na „może kiedyś”. Trochę czasu minęło, zanim zrozumiałam, że post o chlebie i kawie może być Panu Bogu równie miły – mówi.
Od czasu do czasu Joanna wraca do tego właśnie sposobu poszczenia. Zdaje sobie sprawę, że wiele osób podejmuje większe wyrzeczenia, a jednocześnie pracuje, zajmuje się rodziną. – Ani ssanie w żołądku, ani odzwyczajenie się od kawy nie jest żadnym wielkim wyczynem. Ale jeśli z jakiegoś powodu teraz nie czuję się na siłach, żeby się tego podjąć, to przecież nie znaczy, że zupełnie nie mogę pościć – mówi. – W życiu duchowym, tak samo jak w innych sferach, można wpaść w pułapkę perfekcjonizmu. Zakładamy wtedy, że nasza modlitwa i pobożne praktyki muszą być idealne. „Wszystko albo nic”, „doskonałe albo żadne”. Problem polega na tym, że życie nie jest idealne. I wtedy zostaje nam opcja „nic”. Perfekcjonista jest tak skupiony na własnej nienaganności, że traci z oczu sam cel, istotę swoich starań. Brakuje mu radości, jest niezadowolony z siebie i ze swojej sytuacji. Żyje w strachu przed karą. Perfekcjonizm to jeden z rodzajów pychy – zwraca uwagę.
Post przerywany
W jej opinii, jeśli zrezygnujemy z dobrych postanowień tylko dlatego, że nie umiemy ich wykonać perfekcyjnie, sporo w życiu stracimy. – To, co mogę ofiarować Bogu, często wydaje mi się kiepskie, mizerne i mało ważne. Ale to wszystko, co mam. I to jest dla Niego ważne i piękne, bo ja jestem dla Niego ważna. Przynoszę mu, jak pisała św. Teresa z Lisieux, „gałganki, stare szmaty”, a On zamienia je w klejnoty. „Kochaj mnie teraz! Kochaj mnie taka, jaka jesteś” – mówi mi Pan. Miłość jest tutaj kluczowa – podkreśla.
Dodaje, że to wcale nie znaczy, iż powinniśmy łatwo zwalniać się z dobrych praktyk, stawiać na bylejakość. – Zwłaszcza nie można sobie odpuszczać tego, co konieczne i co jest fundamentem naszej więzi z Bogiem, np. modlitwy, niedzielnej Mszy Świętej, spowiedzi. Ale jeśli nie mogę się „szarpnąć” na coś wielkiego, mogę ofiarować Bogu coś mniejszego, ale mającego tę zaletę, że jest dla mnie wykonalne – mówi.
Z doświadczenia Joanny Operacz wynika, że post pomaga jej kochać, uczy ją pokory, empatii i panowania nad sobą. – Gdybym jednak miała, zaabsorbowana swoim hardcorowym postem, „warczeć” na męża i dzieci, zaniedbywać pracę albo wbijać się w pychę, to lepiej byłoby dla mnie zrezygnować z tego postanowienia – mówi.
Zdaniem dziennikarki jakieś wyrzeczenie każdy może podjąć. – Od pewnego czasu mówi się o postach przerywanych. Brzmi to śmiesznie, trochę jak „celibat przerywany” albo „wierność przerywana”, ale może to też jest coś dla nas? Spowiednik kiedyś doradził mi, że jeśli trudno mi przepościć cały dzień o chlebie i wodzie, to może warto spróbować postu przynajmniej przez jakąś część dnia. Każdy sam wie, co jest dla niego wyzwaniem. Najważniejsze są intencja i miłość do Boga – podkreśla.
Post bez modlitwy to dieta
Ojciec Piotr Hensel, przeor klasztoru karmelitów bosych w Katowicach, ostrzega przed pułapką, w którą łatwo wpaść, jeśli podejmuję post z założeniem, że mogę własnymi siłami coś zmienić w swoim życiu. Że jak się tak zaprę, to wytrzymam ze swoim postanowieniem przez cały Wielki Post. Tymczasem to nie wyrzeczenie samo w sobie ma być moim celem. Moim celem jest Bóg. – Czytałem ostatnio list św. Teresy od Jezusa do mojego współbrata, jednego z pierwszych karmelitów, ojca Ambrożego Mariano. Jako były pustelnik miał ciągotki pustelnicze, ascetyczne i rygorystyczne. Teresa napisała mu, że jest zwolenniczką kładzenia nacisku na cnotę, a nie na rygor. To bardzo mocne zdanie! W rygorystycznych praktykach jest obecny element naszej kontroli. Z tego rodzi się porównywanie do innych i czasem może się okazać, że nie chodzi nam o Boga, ale o bożka wysokiego mniemania o sobie. O to, żebyśmy dzięki postowi poczuli się tacy sprawni, tacy dobrzy. To pułapka – mówi.
Jak więc pościć, żeby tę pułapkę ominąć? O. Piotr Hensel wskazuje, że post nigdy nie powinien być oderwany od jeszcze dwóch innych duchowych aktywności. Tę triadę tworzą: modlitwa, post i jałmużna. – Już ojcowie Kościoła wskazywali, że te trzy środki zawsze muszą iść ze sobą razem. Brak któregoś z nich jest jakimś wypaczeniem – mówi. – Post porządkuje relację z nami samymi, modlitwa – relację z Panem Bogiem, a jałmużna – relację z innymi ludźmi. Post bez modlitwy będzie tylko dietą albo jakimś suchym ćwiczeniem woli. Z kolei modlitwa bez postu będzie trochę pustosłowiem. Jeżeli modlitwa nic mnie nie kosztuje, to może być takim marzycielstwem. A jałmużna bez jednego i drugiego będzie tylko filantropią. Będzie w niej jakaś duchowa pycha, duchowy egoizm. Więc post, modlitwa i jałmużna powinny wypływać z jednego ruchu serca – podpowiada.
Post od informacji
Post nie zawsze musi dotyczyć jedzenia. O. Hensel wskazuje, że można podjąć post od oceniania drugiego człowieka, od irytowania się w pierwszej reakcji na działania kogoś, od karmienia swojego ego, swoich ambicji, od gromadzenia rzeczy. – To taki post przesunięty w sferę naszego wnętrza. Święci Teresa od Jezusa czy Jan od Krzyża woleli tego typu post, bo on nas uczy milczenia i posłuszeństwa Bogu. Taki post akcentuje też nasze wewnętrzne starania, w odróżnieniu od tych zewnętrznych, widocznych dla innych – bo to, co w poście jest widoczne dla innych, niesie ze sobą pewne ryzyko popadnięcia w pychę – tłumaczy.
Współczesny człowiek żyje w szumie informacyjnym, trudno mu się oderwać od scrollowania treści w internecie. – Myślę, że dobry jest też post od nadmiernego karmienia się informacją. Może warto wybrać sobie jakiś czas, jakiś dzień, w którym to ograniczę? Niekonwencjonalnym postem może być również sięgnięcie po trudniejszą książkę, najlepiej w wersji papierowej, i przeczytanie jej. Możemy też obejrzeć jakiś trudniejszy film – mówi.
Bóg jest smakiem wszystkiego
W Kościele dniami i okresami pokutnymi są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu. W Środę Popielcową i Wielki Piątek należy zachowywać post ścisły. Natomiast w poszczególne piątki, zgodnie z zarządzeniem Konferencji Episkopatu Polski, katolików obowiązuje wstrzemięźliwość od spożywania mięsa. Czy jednak samo powstrzymanie się od mięsa wystarczy w czasach, gdy potrawy bezmięsne są często bardziej wykwintne niż mięsne? I po jakie wyrzeczenie mają w piątki sięgnąć wegetarianie, skoro i tak nie jedzą mięsa?
– Myślę, że trzeba sobie zadać pytanie, o co w poście chodzi. A chodzi o obecność Chrystusa. Jeśli więc piątkowa wstrzemięźliwość od mięsa naprawdę nic dla mnie nie wnosi, warto poszukać czegoś, co mi pomaga pamiętać o Jezusie. Nie rezygnowałbym jednak przy tym z piątkowej wstrzemięźliwości od mięsa, bo potrzebujemy także takich wyzwań i takich wymagań. Jeśli wymagań zabraknie, to raczej równamy w dół – ocenia karmelita.
Jego zdaniem post cielesny również ma do spełnienia rolę w życiu chrześcijan. – W jednej z prefacji wielkopostnych na Mszy św. padają słowa, że przez post cielesny uśmierzamy wady, podnosimy ducha, a Bóg udziela nam cnoty. Pamiętajmy tylko, żeby z naszego horyzontu nie znikał Chrystus, bo wtedy post może stawać się sztuką dla sztuki. Post ścisły, który Kościół proponuje nam w Środę Popielcową i Wielki Piątek, to okazja, żebym powiedział sobie: sprawdzam. Czy Bóg rzeczywiście jest dla mnie w tym momencie ważniejszy niż moje odczucie głodu, dyskomfortu? – pyta. – Rezygnujemy wtedy z jedzenia nie dlatego, że jest ono czymś złym, ale dlatego, że jeszcze bardziej dobry jest Bóg. Bóg który, jak mówi Jan od Krzyża, jest smakiem wszystkiego. Chcę Pana Boga i jestem wolny od tych różnych przywiązań, które na co dzień sprawiają mi przyjemność – dodaje.
Po co jest post? – Wydaje mi się, że dobrze to ukazuje post eucharystyczny. Dzisiaj jest skrócony, w dawnych czasach już od północy nie można było nic jeść ani pić. Chodzi o pokazanie, że jesteśmy głodni komunii z Bogiem. Post ma być nastawiony na Niego. To jedyna właściwa chrześcijańska perspektywa – mówi o. Hensel.
Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Abp Galbas: chciałbym wszystkich zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi
fot. Archidiecezja warszawska
***
– Chciałbym was, Bracia i Siostry, bardzo zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi już teraz, na początku Wielkiego Postu – mówił abp Adrian Galbas w homilii podczas Mszy św. sprawowanej w Środę Popielcową w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Świątynia Opatrzności Bożej to pierwszy z Wielkopostnych Kościołów Stacyjnych w Archidiecezji Warszawskiej.
“Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem” – mówił abp Adrian Galbas.
Abp Galbas przypomniał, że przyjmując popiół na głowy wyrażamy gotowość do pokuty za nasze grzechy i do nawrócenia.
Zwrócił uwagę na wezwanie do nawrócenia wybrzmiewające w Czytaniach. Podkreślił, że najbardziej praktycznym i konkretnym wymiarem nawrócenia jest sakrament pokuty i pojednania, którym jest każda spowiedź.
– Chciałbym was, Bracia i Siostry, bardzo zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi już teraz, na początku Wielkiego Postu, a nie dopiero za czterdzieści dni kiedy przed konfesjonałami będą długie kolejki – powiedział abp Galbas.
Przypomniał, że spowiedź nie jest po to, by poinformować Boga o naszych grzechach. On je zna. – Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem i uczynić to przez pośrednictwo Kościoła – wyjaśnił.
Przypomniał też, że w sakramencie pokuty mamy obowiązek oddać Panu Bogu, przez pośrednictwo Kościoła wszystkie grzechy ciężkie, to znaczy takie, które spełniają trzy warunki: dotyczą rzeczy poważnej, zostały popełnione w całkowitej wolności i z pełną świadomością, czego się dopuszczam.
– Aby spowiednik dobrze mógł ocenić czy dany grzech jest ciężki, czy nie, Kościół od czasu Soboru Trydenckiego wymaga także, aby podczas spowiedzi podać okoliczności popełnienia grzechu, a także informacje o sobie. Jeśli spowiadam się u kogoś kto mnie nie zna, mam obowiązek powiedzieć, że jestem biskupem, podobnie, że ktoś jest małżonkiem, księdzem, czy osobą żyjącą w pojedynkę. Są bowiem takie okoliczności, które mogą zwiększyć, albo zmniejszyć ciężar popełnionego grzechu – powiedział kaznodzieja.
Podkreślił też, że nie możemy sami decydować, co jest grzechem a co nim nie jest. Coś nie przestaje być grzechem z uwagi na to, że większość ludzi go popełnia albo, że „wszyscy tak żyją” – tłumaczył.
-„Grzechem tego wieku jest utrata poczucia grzechu” pisał już papież Pius XII, a św. Jan Paweł II nazywał to zaciemnieniem i wypaczeniem sumienia, jego martwotą i znieczuleniem – przypomniał kaznodzieja.
– Bardzo proszę moich księży, by szczególnie w Wielkim Poście więcej czasu spędzali w konfesjonale, oczekując na wiernych, a także by w kazaniach częściej przypominali tę moralną naukę Kościoła, jak również naukę o grzechu, nawróceniu, skrusze i pojednaniu. Jeśli ludzie nie będą o tym słyszeli z ambony, jak będą mieli się nawracać, jak będą mieli korzystać z sakramentu pokuty?! – powiedział.
Kai.pl
***
Święta kościelne w 2026 roku
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
W roku liturgicznym Kościół wyróżnia święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz świąt nakazanych wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
17 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2026 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni:
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Bożej Gromnicznej)
18 lutego (środa) – Środa Popielcowa
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne (Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
3 maja (niedziela) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
+++
W czasie Wielkiego Postu dobrze jest medytować o męce Pańskiej
Renata Sedmakova | Shutterstock
***
Jednym ze sposobów na właściwe przeżywanie Wielkiego Postu jest czytanie i rozmyślanie opisu męki i śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Czytanie Biblii przez Wielki Post
Niektórzy kierownicy życia duchowego zalecają czytanie konkretnych fragmentów z Pisma Świętego w okresie Wielkiego Postu, jak na przykład czytanie Księgi Wyjścia, ponieważ ta Księga może pomóc poczuć się, jakbyśmy sami byli na pustyni, wędrując z ludem Izraela przez lat czterdzieści.
Inni proponują częstsze czytanie i rozmyślanie o męce Pańskiej.
W Liturgii Kościół czytanie o Męce Pańskiej ma szczególne miejsce w Wielkim Tygodniu, ale dobrze jest dla naszego nawrócenia wielokrotnie powracać do tych najważniejszych wydarzeń naszego zbawienia.
Środy i piątki
Kościół zaleca rozważanie męki Pańskiej w środę i piątek
Piątki zawsze przypominają nam o męce Jezusa Chrystusa a środy – o zdradzie Judasza.
Oto niektóre duchowe korzyści płynące z czytania Męki Pańskiej:
Czytanie opisu męki Pańskiej ma wielkie znaczenie doktrynalne, bowiem przyciąga uwagę wiernych treścią o charakterze narratywnym i wzbudza w nich przeżycia autentycznej pobożności. Są nimi: żal za popełnione winy, gdyż wierni dobrze wiedzą, że Chrystus poniósł śmierć na odpuszczenie grzechów całego rodzaju ludzkiego, a więc także naszych grzechów; współczucie i solidarność z Niewinnym niesłusznie prześladowanym; wdzięczność za nieskończoną miłość do wszystkich ludzi jako swoich braci, którą Jezus, nasz Brat pierworodny, objawił w swojej męce na krzyżu; konieczność naśladowania pokory, cierpliwości, miłosierdzia, darowania win, ufnego oddania się w ręce Ojca, co Jezus uczynił w wyraźny i skuteczny sposób w czasie swej męki.
+++
Jak rozmyślać nad męką Pańską?
(Nauka Krzyża – I)
Nao Novoa | Shutterstock
***
Czy chodzi o łzy i wzruszenie?
Kiedy rozpoczynamy cykl rozmyślań wielkopostnych o tajemnicy męki Pańskiej, zastanówmy się najpierw, jak powinniśmy nad nią rozmyślać? W tradycji Kościoła istnieje kilka sposobów przeżywania Drogi Krzyżowej. O pierwszym mówi sama Ewangelia:
A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas!Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?” (Łk 23, 27-31)
Te kobiety były prawdopodobnie płaczkami, które zwyczajowo towarzyszyły skazańcom. Pierwszym ludzkim odruchem na cierpienie drugiego człowieka, szczególnie niewinnego, jest współczucie. Patrząc na Jezusa biczowanego, cierniem koronowanego, upadającego pod krzyżem i powieszonego na nim w sposób naturalny robi się Go żal. Niesprawiedliwość, przemoc budzą nasz sprzeciw i chęć pomocy ofierze.
To Jezus współczuje nam
Jezus jednak obawia się takiego współczucia. Nie chce, abyśmy się na nim się zatrzymali. Nie po to się wcielił i umarł na krzyżu, żeby nam Go było żal. Jezus robi to dla nas i chce, abyśmy wzięli na poważnie nasze życie i Jego śmierć.
To Jemu jest żal nas i dlatego przyjął kielich cierpienia. To nie my mamy Go wesprzeć naszym współczuciem, lecz to On chce swoim krzyżem wzmocnić nas w naszych problemach i trudach. To nasze życie było dla Niego motywacją do przyjęcia cierpienia.
Ckliwość i sentymentalność nie jest dobrą drogą do rozważania męki Pańskiej. Jezus wzywa nas, abyśmy poszli za Nim i żyli Ewangelią Krzyża, abyśmy od współczucia Jemu doszli do zrozumienia Jego miłości do nas.
br. Damian Wojciechowski SJ., misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, ekonom diecezji, reżyser, dziennikarz, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej oraz na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie.
Jezuita, misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, reżyser, dziennikarz, ekonom diecezji, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej w Gdyni i wykłada na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie
+++
Nie chodzi o nasze grzechy!
(Nauka Krzyża – II)
Firma V | Shutterstock
***
W centrum śmierci Jezusa na krzyżu nie stoją nasze grzechy. Nie one są ważne w refleksji nad Jego śmiercią.
Zaczynając rozważania męki Pańskiej dobrze jest najpierw oczyścić naszą pamięć i wyobrażenie z tak wielu słów, jakie usłyszeliśmy już o niej np. podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej czy Gorzkich Żalów. Często kiedy w kościele mówi się o męce Jezusa, kaznodzieje starają się wzruszyć słuchaczy lub wzbudzić w nich poczucie winy. Niestety takie podejście może nam bardzo przeszkodzić w głębokim poznaniu tej tajemnicy.
Czy Jezusa krzyżują nasze grzechy?
Często słyszeliśmy na Drodze Krzyżowej, że z powodu naszej nieczystości Jezus został odarty z szat – to prawda, ale zatrzymanie się na takiej interpretacji męki, która łączy nasze poszczególne grzechy z cierpieniem Jezusa, często prowadzi do fałszywego poczucia winy lub wprost do odrzucenia odkupieńczej roli krzyża. Podejście do męki, które skupia się na naszej za nią odpowiedzialności, które ukazuje jak to nasze grzechy doprowadziły do śmierci Wcielonego Słowa, jest prawdziwe, ale ograniczające duchowy horyzont.
Jezus nie po to wziął na siebie krzyż, abyśmy się biczowali, jak to jeszcze niedawno robiono na procesjach wielkopostnych w Hiszpanii. To prawda, że Jezus przyszedł na ziemię, aby nas wyzwolić z grzechu, ale trudno nam to będzie przyjąć, jeśli skupimy się na naszych grzechach, a nie na Jego miłości. To nie my mamy się zbawić lub pomóc Jezusowi, lecz On ma nas podnieść z naszych słabości. Czasami lżej jest nam współczuć Ukrzyżowanemu lub oskarżać się za nasze winy niż przyjąć prawdę, że jesteśmy słabi, zagubieni i potrzebujemy Jego miłosierdzia.
Krzyż Jezusa nie jest piękny. Jego śmierć nie była piękna.
Krzyż nie jest piękny
Patrząc na krucyfiks możemy zapomnieć, jak w rzeczywistości wyglądała męka Chrystusa. Wielu artystów przestawia Jezusa na krzyżu w glorii, niepoddającego się cierpieniu, z pięknym ciałem, spokojnego, a nawet uśmiechniętego. Często jest to Jezus już po śmierci, a nawet zmartwychwstały, wywyższony. Jest to wizja bliska temu jak przedstawia mękę święty Jan, w którego relacji śmierć Jezusa ukazuje wiele głębokich prawd teologicznych.
Tymczasem Jezus na krzyżu był zupełnie nagi. Jego ciało było zmasakrowane, a sam skazaniec wykonywał nieustannie rozpaczliwe ruchy, aby zaczerpnąć powietrza. Widok skazańca na krzyżu wzbudzał obrzydzenie, niesmak i szyderstwo. To było celem tej kary przeznaczonej dla buntowników i niewolników. Pokazać ich jako nie-ludzi, wyrzutków społeczeństwa. Takim wyrzutkiem był na krzyżu również Jezus.
Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. (Iz 53, 2-3)
Bóg nie tylko chciał, aby Jego Syn przeszedł przez bramę śmierci i w ten sposób doświadczył tego, czego w końcu doświadczy każdy z nas, ale też dopuścił, że śmierć ta połączona z niesłychanym okrucieństwem i cierpieniem. Była ona doświadczeniem krańcowego upodlenia i uniżenia:
Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi, i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem, chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy i w Jego ustach kłamstwo nie postało. Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego. (Iz 53, 9-10)
Aby poznać los człowieka
Bóg jest wszechmocny, ale czy może zrozumieć człowieka, jeśli sam nie może doświadczyć cierpienia? Bóg stał się człowiekiem, aby zaznać cierpienia tak, jak każdy człowiek.
Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu. W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom. (Hbr 2, 17-18).
Przez okrutną i upadlającą śmierć Bóg nie tylko okazał miłość wobec nas, lecz także stał się nam przez to bliski. Tę śmierć, uniżenie i ból włączył na zawsze w swoją boskość, absolut i nieskończoność:
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. (Hbr 4, 15)
Ukrzyżowanie był ona tyle strasznym i odrażającym widokiem, znanym wszystkim ludziom w czasach rzymskich, że aż do IV wieku nie spotykamy wizerunków Jezusa na krzyżu. Było to na tyle okropne i napawające strachem widowisko, że chrześcijanom nie przychodziło do głowy, aby przedstawiać Jezusa na takim obrazie.
Graffiti Aleksamenosa
***
Najstarsze przedstawienie ukrzyżowania pochodzące z III wieku znaleziono w pałacu cesarskim na Palatyniew roku 1856. Przedstawia ono człowieka z głową osła wiszącego na krzyżu. Obok widnieje napis: „Aleksamenos oddaje cześć bogu”. Według powszechnego mniemania tylko głupiec dałby się dobrowolnie ukrzyżować, a samo ukrzyżowanie było antytezą boskości, piękna, prawdy, wolności.
Czy Bóg jest bezsilny?
Nie możemy sobie wyobrazić, jak trudno było pierwszym chrześcijanom przyjąć, że ich Bóg zawisł na gwoździach. Jak mówią bibliści, ten „skandal krzyża” jest jednym z najważniejszych wątków czterech Ewangelii, które starają się wytłumaczyć uczniom Jezusa, jaki był sens tej okrutnej śmierci.
Już w roku 180 Celsus mówił złośliwie do chrześcijan, których uznano za „czcicieli krzyża”: „Jak wyglądałby jako syn boży ktoś, którego ojciec nie potrafił uratować od najbardziej hańbiącej śmierci?”.
Św. Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23)
Zgorszenie i głupstwo
Oile u pogan krzyż wzbudzał uczucie pogardy, to u Żydów powodował przerażenie. W rozdziale 21 Księgi Powtórzonego Prawa (22-23) napisane jest, że „wiszący na drzewie jest przeklęty przez Boga”. Dlatego też Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23). Realną śmierć na krzyżu odrzucało wiele herezji. Niektórzy twierdzili, że Jezusa na krzyżu zastąpił Szymon z Cyreny. Inni twierdzili, że Jezus nie czuł bólu, gdyż Jego ciało było tylko pozorne. Tak samo twierdzi islam, w swoich hadisach. Według nich zamiast Jezusa powieszono Judasza lub jednego z Jego uczniów, któremu Bóg zmienił twarz na twarz Chrystusa. Tak o tym pisze Koran:
Oni ani Go nie zabili, ani Go nie ukrzyżowali, tylko im się tak zdawało; i, zaprawdę, ci, którzy się różnią w tej sprawie, są z pewnością w zwątpieniu; oni nie mają o tym żadnej wiedzy, idą tylko za przypuszczeniem; oni Go nie zabili z pewnością. Przeciwnie! Wyniósł Go Bóg do Siebie! (4,157-158)
Dlaczego Mahomet tak sądził? Ponieważ nie mieściło mu się w głowie, że Bóg mógł dopuścić takie nieszczęście na najsprawiedliwszego z ludzi, którym był według niego Jezus. Takie cierpienie mogło spotkać tylko człowieka niegodnego, który sprzeciwiał się Bogu.
W 337 r. kiedy chrześcijaństwo było już legalną religią, Konstantyn Wielki zniósł ostatecznie ten rodzaj kary. Przedstawianie Chrystusa wiszącego na krzyżu stało się coraz popularniejsze w sztuce chrześcijańskiej. Niestety przedstawienie Jezusa na krzyżu zaczęto banalizować, znak krzyża w naszych kościołach jest często elementem dekoracji i wykończenia wnętrza. Krzyż nie szokuje, nie zmusza do myślenia, nie jest powodem oburzenia czy niesmaku.
Męka Jezusa to najważniejsza część Biblii (Nauka Krzyża – VI)
Freedom Studio | Shutterstock
***
Czy męka Jezusa nie jest najważniejszym elementem Ewangelii?
Najważniejsze przesłanie Ewangelii
Tylko opis męki Pańskiej ma identyczny schemat i bardzo podobną treść we wszystkich czterech Ewangeliach. Oznacza to, że była to najwcześniejsza część przekazu Dobrej Nowiny, uświęcona przez Tradycję, w której Ewangelie były spisywane. Męką Pańska to pierwsza i najważniejsza część przepowiadania jak to już widzimy w pierwszych kazaniach św. Piotra. Całe życie Jezusa opisane jest w kilkunastu rozdział Ewangelii, natomiast Jego męka trwająca tylko jeden dzień opisana krok po kroku zajmuje aż dwa długie rozdziały. Ewangeliści interesują się każdym szczegółem, prowadzą nas za Jezusem sekunda po sekundzie, minuta po minucie. Tak bardzo ważne to było dla pierwszego Kościoła.
Cała Biblia pełna jest odwołań do śmierci Jezusa. Jeśli prześledzimy uważnie Ewangelie, to zobaczymy, że niemal na każdej jej stronie są nawiązania do męki i śmierci Jezusa. Tak jakby Ewangelia była w rzeczywistości tylko komentarzem do tego jednego dnia z życia Jezusa.
Ewangelia św. Marka o męce Jezusa
Pierwsza część Ewangelii św. Marka koncentruje się na cudach i uzdrowieniach. Jezus przedstawiony jest jak lekarz, który uzdrawia wszelkie choroby, kalectwa, ułomności, słabości i uwalnia od wpływu demonów. Taki zbawiciel nie mógł nie fascynować i wzbudzać entuzjazmu wśród pierwszych chrześcijan. Ale w drugiej części cuda się kończą, a Jezus skupia się na przepowiadaniu swojego Krzyża i jego konsekwencji dla uczniów. Taka zmiana całego przepowiadania wzbudza wśród uczniów niezrozumienie, lęk, a nawet sprzeciw. Śmierć Zbawiciela jest nie do przyjęcia:
Jezus pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie». Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. (Mk 9, 31-32)
To wielokrotne podkreślane w Ewangeliach niezrozumienie uczniów powinno być dla nas przestrogą, abyśmy sami nie podchodzili do tej tajemnicy zbyt lekkomyślnie lub pomijali ją w naszym życiu duchowym jako coś niezrozumiałego i niezbyt ważnego.
Zdrada, która staje się momentem chwały (Nauka Krzyża – VII)
Public Domain
***
Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia.
Moment zdrady = moment chwały
13. rozdział Ewangelii według św. Jana ma oprócz Jezusa jeszcze jednego bohatera: Judasza. Jezus w tym rozdziale wskazuje na człowieka, który Go zdradzi. W niewielu miejscach Ewangelia mówi o tym, że Jezus się wzruszył. Jednym z nich jest moment ujawnienia zdrajcy. Co ciekawe, Jezus stwierdza, że moment ostatecznej decyzji o zdradzie jest momentem, kiedy Syn Człowieczy został otoczony chwałą! Wydanie się w ręce zdrajcy to kulminacyjny moment życia Jezusa. W opisie pojmania w Getsemani Ewangeliści podkreślają obecność Judasza.
Jak to możliwe, że moment zdrady może być także momentem, kiedy ujawnia się Boża moc i Jego wielkość? Oddanie Syna Bożego szubrawcy i zdrajcy ma być sukcesem Boga?! Bóg oddający się w ręce człowieka jest słaby, bezbronny i bezradny – tak jak my. To tu ukazuje się Jego wszechmocna miłość do człowieka. Jego wszechmoc nie wyraża się w sile, przemocy, potędze, władzy, lecz w miłości.
Zdradza najbliższy
Nie jesteśmy tylko oprawcami; bywa, że jesteśmy też ofiarami. Doświadczenie zdrady jest nieprzekazywalne. Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia. Taka rana często ropieje latami, a nawet dziesięcioleciami. Znałem mężczyznę, który kilkadziesiąt lat aż do swojej śmierci rozpamiętywał zdradę, której doświadczył ze strony żony. Całe życie rozmyślał o tym, że powinien wyrzucić ją z rodzinnego grobowca.
Jezus, Bóg-Człowiek, jak wielu ludzi przed Nim i po Nim, doświadczył zdrady. Przeszedł przez to cierpienie: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15). Dlatego z bólem zdrady możemy przyjść do Jezusa i opowiedzieć Mu o tym, oddać to doświadczenie. Jeśli pozostaniemy w nim sami, to może się ono przerodzić w nienawiść i złość, które będą pustoszyć nasze wnętrze. Ból zdrady może stać się chorym centrum naszego życia, jego fałszywym sensem. To powinno nas motywować do wysiłku i odwagi, aby o tym bolesnym doświadczeniu opowiadać Jezusowi, który również go doświadczył i ma moc nas z niego wyzwolić.
Pycha zamykająca na miłosierdzie
Judasz zrozumiał swój błąd. Na koniec nawet odrzucił pieniądze, które były dla niego tak ważne i którym służył. Jednak w odróżnieniu od Piotra nie potrafił przebaczyć samemu sobie swojej podłości, nie potrafił się zgodzić na swoją słabość. Postanowił sam siebie ukarać. To pycha zamyka nas na Boże miłosierdzie. Poczucie wyższości nie daje nam przyznać, że jesteśmy słabi i ulegamy pokusie i egoizmowi.
Porażka Jezusa. Szyderstwo z sensu Jego życia (Nauka Krzyża – VIII)
mady70 | Shutterstock
***
Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życia.
Cios z sens życia Jezusa
Wyszydzenie Jezus na krzyżu, jak i wcześniej, podczas sądu, nie jest po prostu psychicznym znęcaniem się nad człowiekiem, lecz podważaniem sensu całej misji Jezusa. Wezwanie do zejścia z krzyża, drwina: „Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym”, wymierzone są w samo centrum życia Jezusa, Jego powołania i relacji z Ojcem.
Jezus przyszedł, aby zbawić człowieka od grzechu, śmierci, chorób, szatana, nienawiści, a szyderstwa faryzeuszy zdają się sugerować, że cała Jego misja spaliła na panewce. Jest bankrutem, człowiekiem, który stracił wszystko, żałosnym mistyfikatorem i oszustem, uzurpatorem i bluźniercą. Szatan przez słowa ludzi ukazuje Mu Jego klęskę: ci, których miał zbawić, dla których umiera, nie tylko odrzucają Go i Jego zbawienie, ale jeszcze drwią z Jego misji i powołania. Choć Jezus mógłby wezwać zastępy anielskie, aby Go uratowały i pokazały Jego moc, dalej wisi na krzyżu i pozwala się poniżać – nie chce użyć siły wobec ludzi, którzy Go odrzucają.
Wyszydzony Bóg, wyszydzony człowiek
Zdrada Judasza, a także Piotra, musiały być dla Jezusa najbardziej bolesną częścią Jego poniżenia. Według Judasza Jezus zawiódł swoich uczniów, nie potrafił stanąć na wysokości zadania, poniósł klęskę jako przywódca, nie potrafił poprowadzić uczniów do zwycięstwa, a tylko wykonywał groteskowe gesty.
Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życiu. Patrzmy, jak Jezus na to reagował i skąd brał siłę, aby przejść przez to niezwykle druzgocące doświadczenie. Aby ból krzywdy wywołany pogardą i upokorzeniem nas nie niszczył, nie był źródłem zgorzknienia, nienawiści, w tym także do siebie samego, potrzebujemy przyjść z tymi uczuciami do Jezusa i przedstawić Mu to wszystko, co nas spotkało. Jezus przeszedł przez takie doświadczenie i jako Bóg ma moc nie tylko nas od tego wyzwolić, ale przekształcić to w dobro. Tylko Bóg potrafi ze zła wyprowadzić błogosławieństwo.
Szymon nie niósł krzyża z Jezusem, ale zamiast Niego (Nauka Krzyża – IX)
artin1 | Shutterstock
***
Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił, żeby z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem
Patibulum
Kiedy byłem niedawno w kaplicy byłego seminarium w Nowosybirsku , zobaczyłem intrygującą drogę krzyżową. Jezus nie niesie na niej całego krzyża, tylko poprzeczną belkę, do której przybijano ręce skazańca. Taka belka nazywała się patibulum i ważyła około 45 kg. I choć przywykliśmy, że Jezus niesie cały krzyż, jak to w swoich wizjach widziała Katarzyna Emmerich i co pokazał Mel Gibson w swojej „Pasji”, to wszystko wskazuje na to, że niósł tylko patibulum, do którego miał przywiązane ręce.
Droga krzyżowa w Nowosybirsku
***
Marsz z taką belką wyglądał dużo straszniej i był o wiele okrutniejszy, ponieważ w przypadku potknięcia skazaniec nie mógł się podeprzeć rękami. Jezus nie mógł nieść całego krzyża, ponieważ nawet bardzo silny i zdrowy mężczyzna nie mógłby przenieść ciężaru kilkuset kilogramów na taką dużą odległość. Natomiast dla człowieka torturowanego i wyczerpanego niesienie 45 kg było już ogromnym wysiłkiem. Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem, że każdy z poddanej ludności był zobowiązany nieść 1000 m jakiś ciężar z polecenia rzymskiego urzędnika albo żołnierza.
Legioniści nie byli litościwi
Rzymscy żołnierze nie oswobodzili Jezusa od patibulum z powodu miłosierdzia i współczucia, a z praktycznych względów: ich zadaniem było ukrzyżowanie skazańca, a nie zamęczenie go w drodze na miejsce kaźni. Gdyby dopuścili do jego śmierci podczas drogi krzyżowej, naruszyliby regulamin i mogliby zostać za to surowo ukarani. Musieli znaleźć kogoś, kto poniesie belkę na Golgotę.
Ta belka mogła być na tyle krótka, że niewygodnie byłoby ją nieść we dwóch. Bardzo możliwe, że Szymon niósł ją samodzielnie. Ta scena ma dla nas głęboki duchowy sens. Jezus przyjmuje pomoc Szymona, choć ta nie jest dobrowolna. Aby wypełnić swoją misję, potrzebuje drugiego człowieka, który poniesie ciężar krzyża na Golgotę.
Pokora w przyjęciu pomocy
Pokora polega na przyznaniu, że nie dajemy rady ze swoimi problemami, ciężarami, cierpieniami i krzyżami. Bóg przysyła nam różnych ludzi, czasami przypadkowych i obcych, którzy chcą nam ulżyć w naszych cierpieniach. Nie odtrącajmy ich pomocy. Zgódźmy się na to, aby nam ulżyli. Miejmy pokorę przyznać się do swojej słabości, niemożności niesienia własnego krzyża. Dziękujmy Bogu za każdy gest życzliwości, współczucia i pomocy ze strony innych. Jezus, choć był Zbawicielem, przyjął pomoc nieznajomego, choć była ona poniżająca, bo przymusowa.
Jezus potrzebuje też naszej pomocy w swojej męce. Może być tak, że nasz krzyż spada na nas niespodziewanie, bez naszej zgody, tak, że trudno nam go zaakceptować. Przypomnijmy sobie wtedy Szymona Cyrenejczyka, którego zmuszono do niesienia krzyża jakiegoś przestępcy skazanego na śmierć. Szymon wykonał niedużą pracę, ale w ten sposób uczestniczył w Bożym planie zbawienia całej ludzkości. Tak samo nasze cierpienie, nasz krzyż, choć niezrozumiały, dla nas bezwartościowy, może uzyskać sens, kiedy przyjmiemy, że niesiemy go z Jezusem. Nasze cierpienie możemy ofiarować za tych, którzy potrzebują zbawienia, pomocy i nawrócenia.
Nieść krzyż z radością? To niemożliwe (Nauka Krzyża – X)
artin1 | Shutterstock
***
Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli.
Szymon Cyrenejczyk nie mógł się cieszyć z rozkazu żołnierzy, szczególnie że krzyż był znakiem hańby. Nikt nie chce nieść krzyża. Ale często jest tak, że mimo naszych oporów i buntu musimy go dźwigać. Spada na nas bez naszej zgody. Krzyż jest tym, co człowiek odrzuca.
Krzyż nie jest miły
Musimy odrzucić sentymentalne wyobrażenie, że będziemy radośnie nieść krzyż z Jezusem. Dopóki to będzie krzyż wymyślony przez nas samych, który podniesie naszą wartość we własnych i cudzych oczach, dopóty chętnie go weźmiemy, możemy się nawet w nim lubować, bo będzie karmił naszą chorą miłość własną. Lecz jeśli spadnie na nas prawdziwy krzyż, który będzie nas niszczył, poniżał, to czy nie będziemy go odrzucać i bluźnić Bogu?
Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli. Będziemy potrzebowali czasu, duchowego nawrócenia, aby go przyjąć. Znam mistrzów życia duchowego, podziwianych przez tysiące, którzy zrobili wszystko, co możliwe, żeby uciec od krzyża. On niszczy nasze plany, nasze osiągnięcia, nasz obraz siebie, szacunek ze strony bliskich, w końcu odbiera nam życie. Odrzucenie krzyża jest jak najbardziej ludzką reakcją, która Jezusa nie gorszy i nie gniewa, bo wzięcie go jest szczytem bycia uczniem Jezusa i nikt nie przyjmuje go od razu z entuzjazmem. Radość niesienia krzyża z Jezusem zmieszana jest ze sprzeciwem, zwątpieniem i rozpaczą, których doświadczał sam Jezus.
Przyjmijmy pomoc
Kiedy przeżywamy jakieś cierpienie, miejmy też pokorę przyjąć pomoc, współczucie i współcierpienie bliźnich, tak jak to zrobił Jezus stosownie do swoich słów „jeden drugiego brzemiona noście”. Czasami nasze cierpienie daje nam poczucie wartości, sensu życia, co może nawet prowadzić do pychy i używania własnego krzyża do poniżania innych. Nie pozwólmy, aby cierpienie była narzędziem wygrywania czegoś u bliźnich. Kiedy Bóg przysyła nam naszego Szymona Cyrenejczyka, przyjmijmy jego pomoc z dziękczynieniem i radością. Umiejętność oddania się w ręce innych, na przykład w czasie choroby, kalectwa i starości, jest oznaką dojrzałości i pokory. Jest to rodzaj dziecięctwa, do którego wzywa nas Jezus. Cierpienie nie ma być centrum i sensem naszego życia, lecz jeśli Bóg tak chce, zróbmy wysiłek, aby przyjąć Jego pomoc poprzez ludzi, których do nas wysyła.
Jezus doskonale zna cierpienie każdego człowieka (Nauka Krzyża – XI)
StunningArt | Shutterstock
***
Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.
Pierwsze „Ewangelia” męki
Pierwsza wspólnota chrześcijan nie posiadała jeszcze spisanego opisu męki Chrystusa. Opowieść o drodze krzyżowej Jezusa była przekazywana przez apostołów i innych uczniów w formie ustnej. Opis męki został spisany dopiero kilkadziesiąt lat po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela. Równocześnie pierwotny Kościół w Jerozolimie był złożony z żydów, którzy na pamięć znali Stary Testament. Ze zdumieniem odkrywali oni, że wiele fragmentów Pisma, szczególnie Proroków i Psalmów, bardzo konkretnie opisywało mękę Jezusa. Te teksty ze Starego Testamentu były pierwszymi Ewangeliami męki pierwotnego Kościoła. Fragmenty tych tekstów weszły później jako cytaty do ewangelicznych świadectw śmierci Chrystusa. Były one i później uznawane za najlepsze komentarze i objaśnienia drogi krzyżowej.
Jednym z takich tekstów jest Psalm 22. W sposób bardzo szczegółowy opisuje cierpienie Jezusa, zwracając szczególną uwagę na to, jak przeżywał to sam Skazaniec. Psalmista wchodzi niejako w serce Jezusa i przekazuje nam Jego przeżycia. Oczywiście ten psalm jest poetycką modlitwą człowieka, który żył setki lat przed narodzeniem Chrystusa, ale jego słowa były tak Mu bliskie, tak dobrze oddawały Jego uczucia i stan ducha, że sam Jezus wisząc na krzyżu cytuje pierwszy wers tego psalmu. Modlitwa anonimowego żyda stała się modlitwą Boga wiszącego na krzyżu. Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.
Bóg Go opuścił
Z drugiej strony Jezus, cytując ten psalm, wskazuje nam, że utożsamia się z każdym człowiekiem, który w jakimś okresie życia przeżywa to samo cierpienie co psalmista. Tak więc w tym psalmie następuje zjednoczenie przeżyć psalmisty, Jezusa i każdego z nas przeżywającego swoje cierpienie, swoją drogę krzyżową. Być może nasze cierpienie nie ma wymiaru fizycznego, lecz duchowy lub psychiczny, co nie oznacza, że jest lżejsze. Psalm 22 może być także naszą modlitwą w chwilach osamotnienia, zdrady, bezsilności, strachu, załamania.
Zwróćmy uwagę, że wisząc na krzyżu Jezus wybrał właśnie werset tego psalmu, by wyrazić swoją samotność, swoje odrzucenie, przerażające odczucie, że Ojciec o Nim zapomniał. W ten sposób Jezus zjednoczył się z tymi wszystkimi, którzy przed Nim i po Nim w sposób radykalny i jednoznaczny doświadczyli tego, że Bóg ich opuścił. Jezus nie boi się wyrażać w ten sposób swojego zwątpienia. Tak więc ośmieleni przez Jezusa możemy razem z Nim zanosić do Boga tę modlitwę, kiedy zdaje się nam, że Bóg nas zostawił, kiedy wszystko traci sens i wartość. Kiedy mamy poczucie, że wszyscy zwrócili się przeciw nam, że wszyscy cieszą się z naszej klęski, gotowi są rozszarpać nas na strzępy. Kiedy jesteśmy tak udręczeni, że nasze ciało się rozsypuje. Czytając ten psalm pozwólmy sobie wspomnieć te momenty naszego życia, które była tak bolesne, że zakopaliśmy je w najgłębszych obszarach naszej pamięci, aby to cierpienie nas nigdy więcej nie przygniatało. Te chwile tkwią w nas i nas zatruwają, i możemy się od nich wyzwolić tylko wtedy, kiedy przeżyjemy je razem z Jezusem.
Odczytujmy ten psalm do końca. Dajmy się prowadzić przez psalmistę i samego Jezusa od zwątpienia do wiary w Bożą interwencję. Nie zatrzymujmy się więc tylko na naszych trudnych chwilach, lecz pozwólmy się poprowadzić do wiary, że Pan jest ze mną. Choćby wszyscy odwrócili się ode mnie, to Bóg pozostaje wierny i szybko przyjdzie z pomocą.
Psalm 22
Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.
Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, [wołam] i nocą, a nie zaznaję pokoju.
A przecież Ty mieszkasz w świątyni, Chwało Izraela!
Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił;
do Ciebie wołali i zostali zbawieni, Tobie ufali i nie doznali wstydu.
Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.
Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową:
«Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje».
Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona; Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.
Tobie mnie poruczono przed urodzeniem, Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki,
Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela.
Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze, jak lew drapieżny i ryczący.
Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości;
jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje.
Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci.
Bo [sfora] psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców.
Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości.
A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.
Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka; Pomocy moja, spiesz mi na ratunek!
Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro, wybaw mnie od lwiej paszczęki i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!
Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia:
«Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba; bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!
Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego».
Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu. Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego.
Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.
«Niech serca ich żyją na wieki». Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi; i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie, bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami.
Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.
A moja dusza będzie żyła dla Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: «Pan to uczynił».
„Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!” (Nauka Krzyża – XII)
Shutterstock AI | Shutterstock
***
Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.
Zadośćuczynienie
W przeszłości w teologii odkupienia przeważało podejście prawne. Grzech człowieka jest całkowitym zaburzeniem harmonii świata, nieskończoną obrazą Boga. Bóg sprawiedliwy nie może pozostawić zła bez osądzenia i kary, inaczej nie byłby Sprawiedliwością. Obrażając nieskończonego Boga, sam grzech staje nieskończony, tak więc przywracająca sprawiedliwość odpłata powinna być również nieskończona. Bóg stając się człowiekiem przyjmuje na siebie karę, która wymierzona Jemu, niewinnemu i nieskończonemu, sama jest nieskończona. W ten sposób sprawiedliwość zostaje przywrócona, a człowiek usprawiedliwiony ze swojej winy. Takie wyjaśnienie odkupieńczej misji Jezusa obecne jest również w Piśmie Świętym, lecz nigdy nie wyczerpywało i nie wyczerpie tajemnicy męki Jezusa.
Kiedy Nowy Testament tłumaczy nam sens śmierci krzyżowej Chrystusa odwołuje się do pojęcia ofiary, zadośćuczynienia za grzechy:
Niemożliwe jest bowiem, aby krew cielców i kozłów usuwała grzechy. Przeto przychodząc na świat, mówi: Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało; całopalenia i ofiary za grzech nie podobały się Tobie. Wtedy rzekłem: Oto idę – w zwoju księgi napisano o Mnie – abym spełniał wolę Twoją, Boże. Wyżej powiedział: ofiar, darów, całopaleń i ofiar za grzech nie chciałeś i nie podobały się Tobie, choć składa się je na podstawie Prawa. Następnie powiedział: Oto idę, abym spełniał wolę Twoją. Usuwa jedną [ofiarę], aby ustanowić inną. Na mocy tej woli uświęceni jesteśmy przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze. (Hbr 10, 4-10)
Autor listu do Hebrajczyków dla wyjaśnienia sensu zbawienia odnosi się właśnie do tej koncepcji prawnej, do ofiar krwawych ze zwierząt, które były składane w świątyni w Jerozolimie dla oczyszczenia z grzechów i odkupienia, które jednak nie mogły osiągnąć swojego celu.
Ofiara staje się obca
Dzisiaj coraz trudniej zrozumieć pojęcie ofiary, szczególnie wobec Boga (oprócz może ofiary na tacę). Ofiara jest już bardzo obca naszej religijności. Trudno ją wyjaśnić współczesnemu człowiekowi, który patrzy na świat przede wszystkim poprzez doświadczenie swojego życia. Kiedy słowa o ofierze Jezusa na krzyżu wzbudzają nasz niepokój i niezrozumienie przypomnijmy sobie, że ofiara Jezusa będzie zawsze tajemnicą, która przekracza nasze pojmowanie. Nigdy nie będziemy w stanie do końca zrozumieć jej logiki. Zarazem wychodząc pokornie od stwierdzenia swojej niewiedzy, ograniczenia naszego umysłu prośmy Boga, aby pomógł nam stopniowo pojąc mądrość i naukę krzyża. Tajemnica cierpienia Chrystusa wykracza bowiem poza prawne wyjaśnienie procesu zbawienia. Jest ono przede wszystkim bezgraniczną miłością Boga do każdego z nas, miłością, która nie zraża się naszą słabością, bylejakością, tchórzostwem i zakłamaniem. Bóg ciągle na nowo chce nas kochać, gotów wszystko i całego siebie do końca poświęcić za każdego z nas, ponieważ jestem jego ukochaną córką i synem.
Krzyk miłości Ojca
Wiele lat temu usłyszałem od mojej znajomej z Nowosybirska pewną historię. Oksanę z powodu komplikacjach pierwszej ciąży przywieziono do szpitala na oddział ginekologiczny. W tamtych czasach kobiety, których ciąża była zagrożona, i te, które decydowały się na aborcję trzymano na jednej sali.
Niektóre kobiety czekały na aborcję, drugie właśnie po niej wracały na salę, a jeszcze inne czekały na pomoc lekarza, aby uratować swoje dziecko. I wtedy nagle na korytarzu rozległ się przeraźliwy ryk: „Róbcie ze mną, co chcecie, tnijcie mnie na kawałki, tylko je uratujcie! Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!”. Tego krzyku zrozpaczonej matki słuchały te, które właśnie miały zabić swoje dziecko, i te, które dopiero co je zabiły.
Ten krzyk oddaje miłość Boga Ojca (który jest także naszą Matką) do każdego z nas, nawet najgorszego, najbardziej godnego pogardy. Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.
Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości.
Nie bój się iść do Jezusa
Nie bójmy się być razem z Jezusem w Jego drodze krzyżowej, przyłączając się do Niego ze swoimi cierpieniami, krzywdami, znieważeniem i pogardą, której doświadczyliśmy, zdradą, którą przeżyliśmy. Cierpienie w naszym życiu, tak fizyczne, jak moralne i psychiczne, jest wielką tajemnicą i pozostawia straszne, niejednokrotnie niegojące się rany. Odważmy się pójść do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszą bolesną przeszłością, z przeżyciami, które często chowamy w głębi siebie, o których chcemy zapomnieć, a które mimo to tkwią w naszej teraźniejszości. Trzeba się wyzbyć fałszywego poczucia niegodności, wyzbyć fałszywej pokory, która wmawia nam, że nasza krzywda nie może mieć nic wspólnego z Jego krzywdą, że nasze zniewagi i upodlenie nie może być porównane z Jego doświadczeniem na krzyżu. Bóg stał się człowiekiem, aby przeżyć to cierpienie, które nas niszczyło i odczłowieczało.
Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości. Jezus ciągle czeka na krzyżu i mówi: „Pragnę!” Jezus pragnie nas, zranionych cudzym okrucieństwem i egoizmem. Pragnie, abyśmy mu opowiedzieli o tym wszystkim, co przeżyliśmy, aby mógł oczyścić i uleczyć nasze rany. Pięknie ujął tę prawdę prorok Izajasz, który już 6 wieków przed męką Chrystusa, tak opisuje cierpienie tajemniczego Sługi Jahwe i związek Jego męki z cierpieniem doświadczanym przez nas.
Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie.(Iz 53, 4-5)
Ku uleczeniu
To wielka tajemnica zbawienia, że kiedy przybliżamy się do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszymi ranami, cierpieniami, które często nosimy w sobie latami, a nawet dziesięcioleciami, to wtedy możemy doświadczyć uzdrowienia. Jeśli tylko przyznamy się, że jesteśmy słabi, skrzywdzeni, zdradzeni, wykorzystani, oszukani, jeśli przestaniemy udawać, że jesteśmy mocni i samowystarczalni, to możemy dzięki oddaniu się Jezusowi doświadczyć Jego uleczającej miłości.
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili. (Hbr 4, 15-16)
Duszo Chrystusowa…
Módlmy się tą piękną modlitwą, abyśmy umieli przyłożyć swoje rany do ran Chrystusa:
Duszo Chrystusowa, uświęć mnie. Ciało Chrystusowe, zbaw mnie. Krwi Chrystusowa, napój mnie. Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie. Męko Chrystusowa, umocnij mnie. O, dobry Jezu, wysłuchaj mnie. W ranach swoich ukryj mnie. Nie dozwól mi odłączyć się od Ciebie. Od wroga złośliwego broń mnie. W godzinę śmierci mojej wezwij mnie. I każ mi przyjść do Siebie, Abym ze Świętymi Twymi chwalił Cię Na wieki wieków. Amen.
Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie.
Co Jezus mówi o swojej męce?
Męka Jezusa to Dobra Nowina. Jezus dobitnie podkreśla to wiele razy. Ale co to znaczy? I jak Dobrą Nowiną może być tak okrutna śmierć człowieka sprawiedliwego? Jednym ze sposobów odpowiedzi jest wysłuchanie tego, co sam Jezus mówi o swoim ukrzyżowaniu i jego konsekwencjach dla nas.
Pierwszy poziom chrześcijaństwa
Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę». On Mu rzekł: «Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości». Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!» Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. (Mk 10, 17-22)
Pierwszy poziom życia chrześcijańskiego to przestrzeganie przykazań, szczególnie tych, które dotyczą naszych relacji z innymi ludźmi. Zachowywanie Dekalogu łączy chrześcijan ze wszystkimi ludźmi, także wyznawcami innych religii, którzy szukają dobra i sprawiedliwości. Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się jednak dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie: dobra materialne, pozycję w społeczeństwie, wiedzę, inteligencję, osiągnięcia i pójść za Jezusem. A to oznacza wzięcia krzyża na ramiona:
Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (Mt 10, 38-39)
Największe wymaganie chrześcijaństwa
Młody człowiek wyobrażał sobie chrześcijaństwo jako radosne podążanie za prawdą i nie spodziewał się, że to może kosztować, że może oznaczać wzięcie na siebie tego, co najbardziej mu niemiłe i przeciwne. Nie można iść za Jezusem nie biorąc swojego krzyża na ramiona, nie porzucając swojego życia, wszystkiego, na czym nam zależy i dzięki czemu czujemy się bezpieczni.
To bardzo wymagające wezwanie. Młody człowiek zrozumiał to i pokornie odszedł od Jezusa. Wszyscy jesteśmy wezwani do przeżycia razem z Jezusem Jego męki. Wszystkich wzywa do zaparcia się siebie, wzięcia swojego krzyża i stracenia swojego życia, lecz do niewielu dociera prawdziwy sens tych słów. Niewielu je rozumie i niewielu rusza za Jezusem. Wezwanie do stracenia życia, do porzucenia wszystkiego, co dla nas cenne – a życie jest ostatecznie rzeczą najcenniejszą – przeraża nas i powoduje, że powoli wycofujemy się, myśląc, że to wezwanie dla jakichś świętych, męczenników i mistyków. Taka reakcja jest zupełnie normalna. Po grzechu pierworodnym każdy z nas działa według logiki przeciwnej wezwaniu Jezusa: o życie trzeba walczyć, nie można okazać słabości, lecz wszyscy muszą wiedzieć, że jestem na tyle silny, aby się obronić. Tak więc z jednej strony mamy wezwanie Jezusa, by oddać swoje życie, tracić wszystko, co najcenniejsze, a z drugiej wezwanie świata, w którym żyjemy, aby nie pozwolić odebrać sobie czegokolwiek, co stanowi o naszym szczęściu i bezpieczeństwie.
Ta szesnastowieczna rycina przedstawiająca Chrystusa w koronie cierniowej była jednym z najpopularniejszych wizerunków Zbawiciela w XVII-wiecznej Europie. Jednak technika wykonania wizerunku pozostaje tajemnicą, której nikt nie zdołał powtórzyć.
Sudarium św. Weroniki, znane także pod tytułami Święte Oblicze, Oblicze Chrystusa, przedstawiające twarz umęczonego Jezusa wpisaną w koło to jeden z najbardziej tajemniczych wizerunków Zbawiciela. Stworzył je w 1649 r. francuski grawer i malarz Claude Mellan (1598 –1688).
Twarz Chrystusa
Miedzioryt na pierwszy rzut oka nie różni się od innych dzieł z epoki. Ale gdy spojrzymy na niego z bliska zobaczymy, że twarz Chrystusa tworzy ciągła, nieprzerwana spiralna linia. Zaczyna się na czubku nosa, rozwija się (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), rozszerza i ponownie zwęża, nie stykając się z sąsiednią linią, i tworzy kompletny obraz.
Rene den Engelsman/ Wikimedia Commons
***
Spoglądają na nas smutne oczy Jezusa. Widzimy detale, takie jak krople krwi i potu, poszczególne włosy na brodzie i pukle loków na głowie, a także misternie wykończoną koronę cierniową. Wszystkie te elementy, cienie i efekt plastyczny powstały poprzez wygięcie i poszerzenie lub osłabienie pojedynczej, wygrawerowanej linii.
„Święte Oblicze”
U dołu znajdują się dwie łacińskie inskrypcje. Pierwsza z nich informuje, że autorem pracy jest Claude Mellan i powstała ona w Luwrze w 1649 r. Druga, Formatur Unicus Una Non Alter (łac. jedyny uczyniony z jedynego [być może „jednorodzony”?], żadnego innego), od wielu lat stanowi zagadkę i budzi domysły historyków sztuki.
Jedna z interpretacji sugeruje, że chodzi o osobę jednorodzonego Syna Bożego, zrodzonego z Dziewicy, a napis NON ALTER oznacza, że nie ma nikogo, kto przypominałby, kto byłby drugim Chrystusem. Jednocześnie napis nawiązuje też do mistrzowskiej techniki grawera, jego pewnej ręki, której pracy nikt nie jest w stanie skopiować.
Tym bardziej, że napis miał podobno umieścić przyjaciel Mellana, Michel de Marolles, opat z Villeloin-Coulangé w środkowej Francji. Niektórzy badacze skłaniają się też do teorii, że napis odnosi się do odbicia Chrystusowego oblicza, które w momencie podania przez św. Weronikę chusty zostało stworzone „ręką Boga”.
Droga Krzyżowa – to nabożeństwo nawiązujące do przejścia Pana Jezusa z krzyżem od pretorium Piłata na wzgórze Golgoty. Tradycja ta powstała w Jerozolimie. W średniowieczu rozpowszechnili ją franciszkanie, którzy oprowadzając pątników zatrzymywali się przy stacjach przedstawiających historię śmierci Jezusa. Polega ona na medytacji Męki Chrystusa, połączonej z przejściem symbolicznej drogi wewnątrz kościoła lub kaplicy, albo na zewnątrz. Drogę tę wyznacza 14 wydarzeń, zwanych stacjami. Liczbę czternastu stacji ustalono w XVII wieku.
W kościołach katolickich Droga Krzyżowa przedstawiana jest w postaci obrazów lub rzeźb rozmieszczonych na ścianach bocznych świątyni. Drogi krzyżowe zakładano również w otwartym terenie, zwane kalwariami. Jedna z najsłynniejszych znajduje się w rzymskim Koloseum [tu w każdy Wielki Piątek nabożeństwu Drogi Krzyżowej przewodniczy Papież]. Kalwarie pojawiły się również w Polsce na początku XVII w. Pierwsza, największa i najwspanialsza, została założona w 1604 roku w Kalwarii Zebrzydowskiej. Od 1609 roku rozpoczęto odgrywać w niej Misterium Męki Pańskiej. Obecnie w Polsce istnieją 53 kalwarie.
Teksty biblijne nie podają dokładnie drogi krzyżowej Pana Jezusa. Spośród 14 znanych stacji tylko dziewięć (I, II, V, VIII, X-XIV) ma potwierdzenie w ewangelicznych relacjach. Pozostałe (III, IV, VI, VII, IX) przekazała tradycja Kościoła. Choć dominuje tradycyjna liczba – 14 stacji, to aby ułatwić medytację całego misterium paschalnego Jezusa – jedna z propozycji zawiera 15 stacji. Ostatnia stacja dotyczy Zmartwychwstania Chrystusa.
Stacje Drogi Krzyżowej to nie tylko odtworzenie wydarzeń z ostatnich dni Chrystusa. Ale mają one swą bogatą symbolikę. Są podstawą rozważań medytacyjnych dotyczących m.in. tego, czym jest prawda, miłość. W nabożeństwie tym chodzi o rozważanie Męki Pańskiej, polegające nie tyle na współczuciu Chrystusowi, ile na gotowości uczestnictwa w Jego cierpieniach dla dobra Jego Kościoła.
Celem Drogi Krzyżowej jest zatem ożywienie wiary i apostolstwa; ukształtowanie postaw chrześcijańskiej pokuty, ofiarności i wdzięczności. Droga Krzyżowa powinna być rodzajem mojego szerszego rachunku sumienia. Modlitwę Drogi Krzyżowej można zrozumieć jako drogę, która prowadzi do głębokiej, duchowej jedności z Jezusem. Ukazuje ona Chrystusa, który sam dzieli cierpienia ludzi, który stał się człowiekiem, aby nieść nasz krzyż, oraz chce przekształcić nasze „kamienne serce” i wzywa nas do dzielenia cierpień innych ludzi. Chrystus chce dać nam „serce z ciała”, które nie będzie nieczułe wobec cierpień innych ludzi, ale stanie się wrażliwe i poprowadzi do miłości, która uzdrawia i pomaga. Podczas Drogi Krzyżowej Chrystus idzie razem z nami, jak kiedyś z uczniami z Emaus. Droga Krzyżowa powinna prowadzić nas do najświętszej Eucharystii, w której stale się uobecnia pośród nas owoc śmierci i Zmartwychwstania Jezusa. Bł. Ks. Jerzy Popiełuszko mówił, że Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma.
Na mocy decyzji papieża Pawła VI jest możliwość uzyskania raz dziennie odpustu zupełnego – za odprawienie Drogi Krzyżowej.
Właściwe postawy podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej:
Najpierwprzyjąć postawę służby, pomocy wobec cierpiącego Chrystusa, być z Nim w Jego osamotnieniu (bo podczas Jego historycznej Męki niemal wszyscy Go opuścili, nawet najbliżsi), wzbudzić intencję pomagania Mu w niesieniu Krzyża, powstawaniu z Jego upadków. Należy zatem przyjąć postawę np. Weroniki czy Cyrenejczyka. Oddać (ofiarować) Chrystusowi swoje cierpienia, trudy, wyrzeczenia będące rodzajem pomocy w dźwiganiu przez Niego Krzyża.
Następnie wynagradzać (dokonywać zadośćuczynienia) za wszystkie obelgi, zniewagi, świętokradztwa, obojętności itp. wyrządzone Bogu przez grzechy swoje i innych ludzi.
ze strony:ParafiaKlwow.pl
+++
Nabożeństwo Gorzkich Żali
Nabożeństwo Gorzkich Żali ma już w tym roku 318 lat tradycji
fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny
+++
Nabożeństwo Gorzkich Żali śpiewane jest w Wielkim Poście we wszystkich polskich kościołach. Bardzo pomaga w rozmyślaniu o Męce Pańskiej, jak również w głębokim przeżywaniu osobistej modlitwy. Historia powstania Gorzkich Żali związana z działalnością Bractwa św. Rocha, przy kościele Księży Misjonarzy Świętego Krzyża w Warszawie. Ks. Wawrzyniec Stanisław Bennik, opiekun Bractwa, w lutym 1707 r. wydał drukiem teksty Gorzkich Żali pod tytułem: Snopek Myrry z Ogroda Gethsemańskiego albo żałosne Gorzkie Męki Syna Bożego (…) rozpamiętywanie. Nazwa wzięła się od mirry, czyli daru, jaki Trzej Królowie złożyli Nowonarodzonemu Jezusowi. Dar mirry był zapowiedzią męki i zbawczej śmierci Chrystusa. Pierwsze nabożeństwo Gorzkich Żali zostało uroczyście odprawione w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu – 13 marca 1707 r. w kościele p.w. Świętego Krzyża w Warszawie. Nabożeństwo bardzo szybko stało się popularne w całej Polsce. Otrzymało akceptację Stolicy Apostolskiej. Tekst Gorzkich Żali zachował do dziś oryginalne, staropolskie brzmienie. Polscy emigranci i misjonarze rozpowszechnili to nabożeństwo po całym świecie. Również św. Jan Paweł II przyczynił się, poprzez praktykowanie tego Nabożeństwa, że poznali je katolicy innych narodów. Obecnie tekst Gorzkich Żali jest przetłumaczony na wiele języków. Gorzkie Żale nawiązują treścią do tradycji pieśni pasyjnych, tzw. planktów (łacińskie słowo planctus – oznacza narzekanie, lament, płacz). Treść nabożeństwa opiera się na ewangelicznym opisie męki jak również na tekstach ze Starego Testamentu, takie jak Psalm 22 oraz Pieśń o Cierpiącym Słudze Jahwe z Księgi Proroka Izajasza. To na nich opierają się bardzo plastyczne opisy przeżyć umęczonego Jezusa podczas biczowania, cierniem ukoronowania i bardzo wielu upokorzeń, jakich doznawał Pan Jezus od otaczających Go żołnierzy i tłumu, aż do ukrzyżowania.
Układ nabożeństwa Gorzkich Żali ma strukturę dawnej Jutrzni: rozpoczyna się tzw. „Pobudką” [Zachętą], po której następuje wzbudzenie intencji [czytanie], a następnie wykonywane są śpiewy, tzn.: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”, a całość nabożeństwa kończy antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”. Całość podzielona jest na trzy części, które opisują kolejno obrazy Męki Pańskiej w poszczególnych etapach jej przebiegu.
W każdą niedzielę Wielkiego Postu odprawia się jedną część Gorzkich Żali, Pobudka [Zachęta] Część I (I i IV Niedziela Wielkiego Postu) Część II (II i V Niedziela Wielkiego Postu) Część III (III Niedziela Wielkiego Postu i Niedziela Palmowa). Antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”.
Celem Gorzkich Żali jest nie tylko rozważanie Męki i Śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa, ale również skłonienie uczestników nabożeństwa do refleksji nad przemijaniem, sensem cierpienia w życiu, sprawami ostatecznymi oraz utożsamianiem się z cierpiącym za nas Chrystusem, co jest wyrazem miłości i wdzięczności za tak wielki dar, jakim była Jego Śmierć i Zmartwychwstanie. Ważna w rozważaniach Gorzkich Żali jest obecność Matki Bożej – jako Pośredniczki cierpiącej wraz ze swym Synem, utożsamiającej się także z wiernymi, którzy pragną pojednania z Bogiem, ale są bezradni wobec swoich grzechów i potrzebują nawrócenia.
Za udział w nabożeństwie Gorzkich Żali w kościele lub kaplicy – wierni, pod zwykłymi warunkami, mogą zyskuje odpust zupełny raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu.
***
Każdego piątku w czasie Wielkiego Postu bardzo zachęcam do uczestnictwa w nabożeństwie Drogi Krzyżowej o godz. 18.30
a w niedziele – na śpiewanie Gorzkich Żali
o godz. 13.30
+++
„Gorzkie żale” – żywe nabożeństwo i arcydzieło polskiej literatury
Dzisiaj bardziej ceni się ironię i chłodny dystans niż patos i współodczuwanie. A jednak ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by w przeżywanie męki Chrystusa zaangażować się całym sobą.
fot. Marek Piekara/Gość Niedzielny
+++
Czesio, niepełnosprawny umysłowo bohater popularnego serialu „Włatcy móch”, twierdził, że jego marzeniem jest „zostać piosenkarzem i tworzyć »Gorzkie żale«”. Prześmiewcze intencje autorów infantylnej kreskówki są dla widzów oczywiste, mimo że sam Czesio to postać całkiem sympatyczna. Ale fakt, że za symbol kościelnego „obciachu” twórcy serialu uznali akurat „Gorzkie żale”, daje do myślenia. Już sama nazwa tego nabożeństwa, w potocznym języku używana dziś jako synonim bezproduktywnego narzekania, wydaje się kompletnie archaiczna, nieprzystająca do współczesnych czasów. Nie dość, że „gorzkie”, to jeszcze „żale” – ta znaczeniowa podwójność, kumulacja smutku jednych będzie śmieszyć, innych drażnić. Z pewnością jednak jest coś takiego w „Gorzkich żalach”, co nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Doceniono je zresztą w wielu miejscach świata – tekst przetłumaczono na ponad 30 języków. Natomiast samo nabożeństwo jest popularne tylko w Polsce i wydaje się wyrazem typowo polskiej pobożności.
Mistyczny rumak
W zbiorze esejów „Zamieszkać w katedrze” Wojciech Wencel stwierdził, że autor „Gorzkich żalów” jest największym poetą, jakiego zna. „(…) czy można dezawuować ekspresję »Gorzkich żalów« za to, że jest bliższa istocie poezji niż awangardowe bazgroły, których historia liczy sobie marne sto czy dwieście lat?” – pytał. Jego esej, który zaczynał się od opisu nabożeństwa w kaszubskim Somoninie, pokazywał, że sensem literatury jest jednoczenie ludzi, budowanie wspólnoty. Pozornie niemodne „Gorzkie żale” w wielu miejscach Polski ciągle jeszcze tę funkcję spełniają. Czy jednak decyduje o tym wartość literacka tekstu?
„»Gorzkie żale« to arcydzieło polskiej literatury, ale nie na literackiej genialności zasadza się ich niezwykły fenomen” – pisze poeta, pieśniarz i historyk sztuki Jacek Kowalski we wstępie do opublikowanego przed czterema laty reprintu i transkrypcji pierwszego wydania tekstu z 1707 r. „Są one przede wszystkim żywym nabożeństwem, czyli mistycznym rumakiem, na którym polska dusza przez trzy wieki ulatywała i wciąż ulatuje do nieba, oraz które oddało nieocenione usługi tak naszej pobożności, jak i kulturze w ogóle”.
Autor opracowania zwraca uwagę, że „Gorzkim żalom” przez ostatnie dwa stulecia odmawiano artyzmu, traktując je „często z pobłażaniem, jako nabożeństwo dla ludu, rzewne, prymitywne i pozbawione większej wartości literackiej” (podobny los spotkał zresztą, jego zdaniem, dużą część spuścizny polskiego baroku i epoki saskiej, których rehabilitacja rozpoczęła się dopiero niedawno). Tym cenniejsza jest więc przygotowana przez Kowalskiego publikacja, pozwalająca na kontakt z oryginalnym tekstem i jego konfrontację z późniejszymi zmianami. Warto dodać, że dwa lata później w tym samym poznańskim wydawnictwie Dębogóra ukazały się „Plaintes amères”, czyli dokonany przez prof. Annę Drzewicką przekład „Gorzkich żalów” na język francuski. Dołączona do tej książki płyta dowodzi, że i w tym języku słowa nabożeństwa brzmią bardzo szlachetnie.
Aby ludzie mogli śpiewać
Pierwotny tytuł nabożeństwa był nieco inny. „Snopek mirry z Ogroda Getsemańskiego, albo żałosne gorzkiej Męki Syna Bożego, co piątek, a mianowicie pod czas Pasyjej w niedziele Postu Wielkiego po południu, około godzin nieszpornych rozpamiętywanie z przydatkiem króciuchnego Nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu za staraniem i kosztem IchMościów PP[anów] Braci i Sióstr Konfraternijej Rocha Ś[więtego] przy Kościele farnym Ś[więtego] Krzyża w Warszawie założonej zebrany i do druku podany” – czytamy na karcie tytułowej pierwszego wydania „Gorzkich żalów”. Wspomniane tam Bractwo św. Rocha, na co dzień zajmujące się m.in. opieką nad chorymi, kontynuowało tradycję rozważań o męce Pańskiej, obecną w Polsce od czasów średniowiecza. Od 1698 r. organizowało ono nabożeństwa pasyjne zwane Fasciculus myrrhae, czyli właśnie „Snopek mirry”. Ich nazwa nawiązywała do Pieśni nad Pieśniami, której miłosną retorykę łączono z opisami męki Pańskiej. Niestety, teatralizowane nabożeństwa złożone z łacińskich hymnów i polskich pieśni były nie tylko kosztowne, ale i coraz mniej zrozumiałe dla ludu. W miejsce dotychczasowych przedstawień postanowiono więc przygotować „książeczkę polską o Męce Pańskiej, aby sami ludzie alias bractwo mogło śpiewać”.
Zredagowania nowego nabożeństwa podjął się moderator bractwa, ks. Wawrzyniec Stanisław Benik ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego à Paulo. Nadał mu formę trzech podobnie zbudowanych, trójdzielnych części, poświęconych kolejnym etapom męki Pańskiej. Poprzedzono je „Pobudką”, czyli, jak mówią niektóre współczesne modlitewniki – „Zachętą”. W skład każdej części wchodzą: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”. Oczywiście autor nabożeństwa korzystał z istniejących wzorców, np. „Rozmowa (…)” to przetworzenie średniowiecznej sekwencji Stabat Mater Dolorosa. Jednak, jak podkreśla Jacek Kowalski, „Hymny” i „Lament” wydają się dziełem oryginalnym.
Czucie i teologia
Fenomen „Gorzkich żalów” polega, zdaniem Kowalskiego, na tym, że „bogactwu teologicznych treści towarzyszy wielki ładunek ekspresji, która ma na celu duchowe zjednoczenie śpiewającego (…) z cierpiącym Chrystusem”. Autor wstępu do wydania z 2014 r. zwraca uwagę, że tekst nieustannie uderza w zmysły i emocje śpiewających, „tak umiejętnie, że to oni sami stają się świadkami i opowiadają o Męce, jakby osobiście Ją widzieli, słyszeli, przeżywali”. Temu celowi służyć mają ciągłe odwołania do zmysłu wzroku („przypatrz się, duszo), liczne wykrzyknienia, użycie pierwszej osoby czasownika i czasu teraźniejszego („ach, widzę”), a także pytania („Co jest, pytam, co się dzieje?”). Z drugiej strony w tekście został też zawarty duży ładunek czułości, podkreślanej m.in. przez powtarzającą się frazę: „Jezu mój kochany!”.
Oczywiście, to, co było atutem tekstu u progu XVIII wieku, może się dziś okazać jego słabością. Nie da się ukryć, że „Gorzkie żale” nie są nabożeństwem, które przyciąga masowo młodych ludzi. Składa się na to wiele kwestii – oprócz bariery językowej ważny jest także zapewne bagaż życiowego doświadczenia, które może wzmocnić stopień przeżywania opisów męki Chrystusa. Sam tekst „Gorzkich żalów” zresztą też ewoluował, był na przestrzeni wieków „uwspółcześniany”, nie zawsze z dobrym skutkiem. O ile np. zamiana fragmentów o „żydowskiej złości” na „katowską złość” wydaje się oczywista, a zastąpienie słów archaicznie brzmiących bardziej współczesnymi („najgrawany” – „wyszydzany”, „wszego” – „wszystkiego” itp.) – zrozumiałe, to już łagodzenie opisów Męki („Jezu, przez szyderstwo okrutne cierniowym wieńcem ukoronowany” zamiast obrazowego „Jezu, aż do mózgu przez czaszkę ciernia kolcami ukoronowany”) zdecydowanie osłabia wymowę tekstu.
Czasy mamy jednak takie, że – przynajmniej w literaturze – bardziej ceni się chłodny dystans, a nawet ironię, niż współodczuwanie i patos. Mimo to ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” w polskich kościołach świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by nasze rozważanie męki Chrystusa nie miało charakteru wyłącznie intelektualnego, ale by angażowało całego człowieka. Być może więc to, co było istotą sarmackiej pobożności, czyli nieustanne współdziałanie rozumu i emocji, nadal pozostaje ważne dla polskiej duszy. Jeśli tak, to może jest szansa na stworzenie, obok – ciągle potrzebnych – „Gorzkich żalów”, bardziej współczesnej formy, która wyrazi to samo, ale językiem dzisiejszego człowieka?•
Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny
+++
czwartek 12 luty
12 lutego 1931 roku powstało Radio Watykańskie
Słynni kaznodzieje na falach radia
Wiara rodzi się z tego, co się słyszy – także przez radio. Światowy Dzień Radia to okazja do przypomnienia, jakie możliwości ewangelizacji otworzył ten wynalazek.
Był 12 lutego 1931 roku. Przed godziną 17 papież Pius XI zasiadł przed urządzeniem w kształcie niewielkiej skrzynki i drżącym z przejęcia głosem powiedział po łacinie: „Mogąc jako pierwsi chlubić się z tego miejsca cudownym wynalazkiem markoniańskim, zwracamy się najpierw do wszystkich bytów (…), mówiąc im słowami Pisma Świętego: »Słuchajcie, niebiosa, tego, co mówię, usłysz, ziemio, słowa ust moich« (Pwt 32,1)”. Odnosząc się do możliwości, jakie daje radio, Ojciec Święty stwierdził m.in.: „Chwała Bogu, który dał za naszych dni taką moc ludziom, że ich słowa docierają naprawdę do najdalszych zakątków ziemi”.
Papieskie orędzie zostało powtórzone po włosku, angielsku, hiszpańsku, niemiecku, francusku, polsku i rosyjsku. Fale radiowe poniosły głos papieża na cały świat. Chwilę tę uważa się za oficjalną inaugurację niezależnej papieskiej rozgłośni radiowej, nazwanej później Radiem Watykańskim.
Określenie „wynalazek markoniański”, zawarte w orędziu papieskim, odnosi się do twórcy radia Guglielma Marconiego, którego papież poprosił o założenie rozgłośni watykańskiej. Pius XI osobiście znał Marconiego i był zafascynowany możliwościami, które daje radio. „Uchwycił pan coś, czego nie widać, nie czuć, czego nie da się dotknąć dłonią, a co udało się umysłowi człowieka okiełznać, poddać sobie” – gratulował wynalazcy jeszcze jako kardynał.
Prace ruszyły zaraz po ustąpieniu przeszkody, jaką był nieuregulowany status Watykanu. 11 czerwca 1929 roku, cztery dni po ratyfikacji traktatów laterańskich, ustanawiających suwerenne Państwo Watykańskie, Marconi przeprowadzał już wizję lokalną w ogrodach watykańskich, oceniając warunki dla założenia rozgłośni. W niecałe dwa lata od rozpoczęcia prac Radio Watykańskie działało, dysponując nadajnikiem o mocy 15 kW.
Dla Kościoła było to wielkie wydarzenie: Stolica Apostolska zyskiwała możliwość błyskawicznego przekazywania nauczania papieskiego daleko poza granice Watykanu.
Z początku Radio Watykańskie transmitowało tylko przemówienia papieża, czytano też teksty z dziennika „L’Osservatore Romano”. W wigilię Bożego Narodzenia 1936 roku radio nadało pierwsze papieskie orędzie bożonarodzeniowe. W listopadzie 1938 roku została wyemitowana pierwsza audycja w języku polskim.
Po wybuchu II wojny z anteny Radia Watykańskiego przemówił do Polaków prymas August Hlond, zapewniając: „Polsko, jeszcześ nie stracona”. Radio Watykańskie na początku 1940 r. jako pierwsze przekazało informację o hitlerowskich obozach zagłady.
W 1950 roku zaczęto nadawać audycje po chińsku. Od 1963 roku Radio watykańskie zaczęło towarzyszyć Pawłowi VI w jego zagranicznych pielgrzymkach. Rozgłośnia jeszcze bardziej rozwinęła się w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. Obecnie radio nadaje programy w 53 językach.
Dobry początek, ale…
Zanim zaczęło nadawać Radio Watykańskie, na falach radia przemawiali już katoliccy duchowni. Jednym z pierwszych był ks. Charles F. Coughlin, proboszcz parafii w Royal Oak w stanie Michigan. Gdy w 1926 roku członkowie Ku Klux Klan spalili część kościoła, Coughlin, poszukując środków na odbudowę i spłacenie długów parafii, zaczął nadawać z anteny lokalnej stacji radiowej WJR swoje niedzielne kazania, a także katechezy i rozmowy z dziećmi. Jego audycje szybko stały się popularne. Na początku trzeciej dekady XX wieku krajowa sieć CBS udostępniła mu godzinę czasu antenowego w każdą niedzielę. Audycja nazywała się The Hour of Power. Coughlin nauczał o zasadach wiary katolickiej, ale także prezentował swoje poglądy na kwestie społeczne i polityczne. W swoich przemowach zwalczał komunizm, krytykował wprowadzenie prohibicji i angażował się w wybory polityczne. W 1932 roku popierał kandydaturę Franklina D. Roosevelta, zachwalając jego program ekonomiczny i twierdząc, że sam Bóg wskazuje na tego kandydata. Mówił też o prawach robotników do tworzenia związków zawodowych, o potrzebie nacjonalizacji służby zdrowia, wzywał do reformy monetarnej. W połowie trzeciej dekady XX wieku na adres radiostacji co tydzień przychodziło – w reakcji na jego audycje – kilkadziesiąt tysięcy listów. Tylko dla zajmowania się tą korespondencją zbudowano osobny urząd pocztowy. Liczbę jego słuchaczy szacowano wtedy na 10 milionów.
Pod koniec 1934 roku polityka Roosevelta przestała się Coughlinowi podobać. Duchowny zaczął atakować władze federalne, a co gorsza w jego radiowych wystąpieniach zaczęły się pojawiać wątki antysemickie. Twierdził m.in., że to żydowscy bolszewicy doprowadzili do zwycięstwa komunizmu w Rosji, wyrażał też sympatię dla faszystów włoskich i niemieckich jako wrogów sowieckiej rewolucji. Treści wypowiedzi Coughlina zaniepokoiły władze kościelne, ten jednak powoływał się na konstytucję federalną, dającą mu prawo do swobodnej wypowiedzi. Nie zmienił zdania ani po agresji Niemiec na Polskę, ani nawet po przystąpieniu USA do wojny. W obliczu zmiany nastrojów społecznych rząd doprowadził do przerwania wystąpień publicznych kontrowersyjnego duchownego, a arcybiskup Detroit Edward Mooney zakazał mu prowadzenia jakiejkolwiek działalności nie-duszpasterskiej.
Ks. Charles F. Coughlin zachował funkcję proboszcza w Royal Oak do 1966 roku, gdy przeszedł na emeryturę. Zmarł w 1971 roku w wieku 80 lat.
Siła ducha
Wielkie możliwości zastosowania radia w ewangelizacji dostrzegł także niewiele młodszy od Coughlina ks. Fulton J. Sheen. Dzięki staraniom tego świetnie wykształconego i błyskotliwego kapłana już w 1926 roku w Nowym Jorku transmitowano przez radio niedzielne Msze. Cztery lata później rozpoczął prowadzenie nocnej audycji The Catholic Hour („Godzina Katolicka”). Sheen, w odróżnieniu od Coughlina, nie zajmował się bezpośrednio kwestiami ekonomicznymi czy politycznymi. Jeśli podejmował te tematy, to wyłącznie po to, aby skomentować je w świetle Ewangelii.
Mimo że USA były krajem w większości protestanckim, radiowe audycje tego katolickiego księdza, a potem biskupa, zdobyły wielką popularność. The Catholic Hour słuchało 4 miliony Amerykanów. Wielu ludzi pod wpływem jego słów nawracało się.
Na sukces kaznodziejski Sheena składało się wiele czynników, m.in. jego ujmująca osobowość, erudycja, bardzo dobry głos, błyskotliwość i poczucie humoru, a nade wszystko głęboka relacja z Bogiem. Fulton Sheen każdego dnia, niezależnie od okoliczności, spędzał godzinę przed Najświętszym Sakramentem, a każdą audycję powierzał w modlitwie, prosząc, żeby to nie on był znany, ale Bóg.
Sheen w działalności ewangelizacyjnej nie ograniczał się do radia – pisał artykuły w prasie i wydał 66 książek. W roku 1951 został biskupem pomocniczym Nowego Jorku, wtedy też zaczął prowadzić cotygodniowy program telewizyjny pt. Life is Worth Living. Audycja, prowadzona na żywo, przyciągała przed ekrany dziesiątki milionów widzów.
Sheen do końca pozostał aktywny w mediach. Dwa miesiące przed śmiercią spotkał się z Janem Pawłem II w Nowym Jorku. „Dobrze pisałeś i mówiłeś o Panu Jezusie Chrystusie. Jesteś lojalnym synem Kościoła” – powiedział mu papież.
Zmarł 9 grudnia 1979 r. przed Najświętszym Sakramentem. Jego beatyfikacja, wyznaczona na 21 grudnia 2019 r., została przełożona na czas nieokreślony. Stało się to na wniosek kilku amerykańskich biskupów w związku trwającym wówczas dochodzeniem prokuratora generalnego w sprawie m.in. diecezji Rochester. Zachodziła obawa, czy Fulton Sheen, gdy był tam biskupem, prawidłowo rozpatrzył zarzuty nadużyć seksualnych jednego ze swoich podwładnych.
Powróćcie do Boga
Wynalazek radia wykorzystywali do ewangelizacji także przedstawiciele innych wyznań chrześcijańskich. Największym ewangelistą świata protestanckiego, posługującym się m.in. tym narzędziem, był Billy Graham, baptysta. Jako młody chłopak odczuwał pragnienie „wezwania Ameryki z powrotem do Boga”, wydawało mu się jednak, że on sam nie ma po temu odpowiednich zdolności. Często jednak słyszał od innych, że Bóg powołuje go do przemawiania. Głosząc przez 60 lat Ewangelię na całym świecie, przemawiał bezpośrednio do około 210 milionów osób. Szacuje się, że za pośrednictwem radia i telewizji kazania tego płomiennego kaznodziei słyszało ponad 2,2 miliarda osób. Pierwsze audycje Graham wygłosił w 1945 roku po tym, gdy inny kaznodzieja, Torrey Johnson, poprosił go o głoszenie kazań przez radio każdego niedzielnego wieczoru. Od 1950 roku prowadził półgodzinny program radiowy Hour of Decision. Pięć lat później audycji słuchało przeszło 20 milionów stałych słuchaczy. Program, nadawany każdego niedzielnego poranka, utrzymał się na antenie przez ponad 50 lat.
Wielokrotnie przemawiał do amerykańskich prezydentów, przyjaźnił się z wieloma z nich. Był pozytywnie nastawiony do katolicyzmu, a Jana Pawła II uważał za wzór głosiciela Chrystusa.
Służbę radiową i telewizyjną zakończył w roku 2008. Zmarł 10 lat później, w wieku 99 lat, zostawiwszy po sobie dobrą pamięć wszystkich chrześcijan na świecie.
Fulton Sheen do końca życia pozostał aktywny w mediach.
Globe Photos, Inc /Zuma Press/Forum
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Przenikliwy myśliciel, gorliwy duszpasterz, charyzmatyczny kaznodzieja. Czekając na beatyfikację biskupa Fultona Sheena
Już wkrótce Kościół wyniesie na ołtarze jednego z pionierów nowej ewangelizacji w mediach – arcybiskupa Fultona Sheena (1895–1979).
Abp Fulton Sheen dla wielu amerykańskich katolików był jak latarnia morska w czasach burzy i zamętu.
Topfoto/Forum
***
Historia Kościoła nie zna drugiego przypadku, by beatyfikacja sługi Bożego, wyznaczona na konkretny dzień, została niemal w ostatniej chwili odwołana. To casus arcybiskupa Fultona Sheena. Amerykański duchowny miał zostać ogłoszony błogosławionym 21 grudnia 2019 r., a jednak 2 grudnia Stolica Apostolska niespodziewanie odwołała wydarzenie. Nie była to jedyna przeszkoda w jego drodze na ołtarze.
Zablokowany proces
Choć najwybitniejszy kaznodzieja w historii amerykańskiego Kościoła przez 15 lat pełnił funkcję biskupa pomocniczego w Nowym Jorku, największa archidiecezja w USA nie była zainteresowana jego beatyfikacją. Gdy w 2002 r. nowojorski metropolita kard. Edward Egan po raz kolejny ogłosił swoje désintéressement w tej sprawie, do akcji wkroczył bp Daniel Jenky, który właśnie wtedy został ordynariuszem w Peorii. Było to 100-tysięczne miasto w Illinois, w którym Fulton Sheen spędził dzieciństwo, chodził do szkoły i przyjął święcenia kapłańskie. Wkrótce po ingresie energiczny hierarcha ogłosił, że jego diecezja rozpocznie proces beatyfikacyjny jednego z najsłynniejszych współczesnych apologetów chrześcijaństwa.
Po 10 latach proces został jednak zawieszony z powodu sporu dotyczącego doczesnych szczątków sługi Bożego. Gdy w 2014 r. bp Jenky chciał przenieść je z Katedry św. Patryka w Nowym Jorku do katedry w Peorii, następca kard. Egana – Timothy Dolan – zmienił zdanie i odmówił wydania ciała. Przez 3 lata przed amerykańskimi sądami toczyła się prawna batalia o trumnę z prochami świątobliwego męża. Największy wpływ na wydany ostatecznie wyrok miały zeznania 90-letniej bratanicy i najbliższej żyjącej krewnej Fultona Sheena – Joan Sheen Cunningham. Kiedy miała 10 lat, została wysłana pod opiekę sławnego stryja, który wychował ją, wykształcił i troszczył się o nią jak własny ojciec. To ona przekonała sąd, że ciało dostojnika powinno znaleźć się w Peorii.
Dzięki temu proces został odblokowany. A jednak 19 dni przed zaplanowaną beatyfikacją Stolica Apostolska wstrzymała go na czas nieokreślony. Stało się tak na wniosek kilku biskupów, w tym Salvatora Matano. Był to ordynariusz Rochester, a więc tej samej diecezji, na czele której w latach 1966–1969 stał Fulton Sheen. W 2019 r. tamtejsza kuria rozpatrywała pozwy o wykorzystywanie seksualne przez miejscowych księży. Obawiano się, że w trakcie tych spraw może pojawić się zarzut, iż sługa Boży zaniedbał swoje obowiązki i tuszował przypadki molestowania.
Po 6 latach skrupulatne dochodzenie wykazało jednak, że hierarcha był czysty jak łza. Gdy 10 lutego rozeszła się wiadomość, że do beatyfikacji dojdzie jeszcze w tym roku, wielu katolików w USA westchnęło: „Nareszcie!”.
Nowa ewangelizacja
Nieczęsto się zdarza, by Opatrzność obdarzała kogoś tak wieloma talentami jak Fultona Sheena, by obdarowany pomnażał je niczym wierny sługa z biblijnej przypowieści. Był przenikliwym myślicielem, subtelnym filozofem, finezyjnym teologiem, błyskotliwym biblistą, gorliwym duszpasterzem i charyzmatycznym kaznodzieją. W oczach współczesnych jawił się jako prawdziwy tytan pracy. Za życia wydał 73 książki, wśród których znajdowały się tak różne gatunki jak traktaty teologiczne, eseje filozoficzne, dzieła egzegetyczne, zbiory felietonów, przewodniki duchowe czy poradniki życiowe, a niemal każda z tych pozycji natychmiast stawała się bestsellerem. Żaden z autorów katolickich nie potrafił dokonać tak wnikliwej analizy, tłumaczącej podatność współczesnej cywilizacji na lewicowe ideologie, jak właśnie Sheen w swej pracy „Komunizm i sumienie Zachodu” z 1948 r. Mimo upływu czasu diagnoza zawarta w tej książce nadal zachowuje aktualność.
Amerykański duchowny dał się poznać jednak przede wszystkim jako jeden z pionierów ewangelizacji przez elektroniczne środki masowego przekazu. W latach 1930–1950 prowadził na antenie radia NBC stałą audycję The Catholic Hour, której regularnie słuchało ok. 4 mln ludzi. Rozgłośnia otrzymywała tygodniowo od 3 do 6 tys. listów do Sheena. Zaletą mówcy było to, że o najbardziej skomplikowanych sprawach potrafił opowiadać w sposób zrozumiały i przekonujący. To sprawiało, że na jego wykładach uniwersyteckich sale często nie mogły pomieścić wszystkich studentów chcących wysłuchać prelekcji mistrza.
Wynalazek telewizji sprawił, że audytorium Sheena powiększyło się. W 1951 r. duchowny zadebiutował jako prowadzący stały program Life is Worth Living, najpierw na antenie stacji DuMont, a później ABC. Rok później zdobył Nagrodę Emmy przyznawaną największej osobowości telewizyjnej w USA. Jego audycja potrafiła zgromadzić przed ekranami nawet 30 mln widzów. Do historii przeszedł zwłaszcza program z 24 lutego 1953 r., gdy gospodarz wygłosił kazanie zatytułowane „Śmierć Stalina”. Sheen dokonał parafrazy dramatu Szekspira „Juliusz Cezar”, zastępując Brutusa, Kasjusza czy Marka Antoniusza imionami Berii, Malenkowa i Mołotowa. Swe wystąpienie zakończył słowami: „Stalin musi kiedyś stanąć przed sądem”. Kilka dni później sowiecki dyktator doznał udaru i zmarł w ciągu tygodnia.
W 1957 r. Sheen na skutek konfliktu z metropolitą Nowego Jorku, kard. Francisem Spellmanem, stracił pracę w telewizji. Powrócił do niej dopiero po 4 latach. Jego nowa audycja The Fulton Sheen Program znów przyciągała miliony widzów. Zrezygnował z jej prowadzenia w 1968 r., gdy zaczął dokuczać mu wiek. Miał wówczas 73 lata.
Godzina Święta
Był nie tylko tytanem pracy, lecz także modlitwy. Powtarzał, że nie osiągnąłby w życiu tak wiele, gdyby nie Godzina Święta, czyli codzienna, godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, którą praktykował nieprzerwanie przez 60 lat – od dnia święceń kapłańskich aż do śmierci. Traktował ją jak „najważniejsze spotkania dnia”, uważając za źródło sił duchowych i inspiracji intelektualnych.
Swoim słuchaczom często opowiadał następującą historię, która wydarzyła się w Chinach po zdobyciu władzy przez komunistów. Jeden z kościołów katolickich został wówczas splądrowany, a konsekrowane Hostie wyjęte z tabernakulum i rozrzucone na podłodze. Świątynię zamknięto, by nikt nie odprawiał w niej nabożeństw, a na straży postawiono wartownika. Świadkiem tego była 11-letnia dziewczynka, która nocą zakradła się do środka. Policzyła, że na posadzce leżą 32 Hostie. Przez godzinę klęczała przed nimi, modląc się w akcie zadośćuczynienia. Ponieważ ówczesne przepisy zabraniały świeckim brania Najświętszego Sakramentu do rąk, mała Chinka pochyliła się i przyjęła Komunię bezpośrednio z podłogi językiem.
Przez 32 noce powtarzała się ta sama scena: 11-latka zakradała się potajemnie do kościoła, przez godzinę adorowała rozrzucone Hostie, a następnie spożywała jedną z nich z posadzki bez użycia rąk. Ostatniej nocy, po przyjęciu Komunii, przypadkowo potknęła się. Hałas zaalarmował strażnika. Dziewczynka została złapana i zakatowana na śmierć. Kończąc tę opowieść, Fulton Sheen mówił słuchaczom, że skoro mała Chinka potrafiła swym życiem dać świadectwo o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii, to on – jako biskup – czuje się tym bardziej zobowiązany do tego samego przez codzienną adorację Najświętszego Sakramentu.
Impuls dla konwertytów
Dzięki niemu na katolicyzm nawróciło się wiele osób, w tym tak znane i wpływowe postaci jak np. producent samochodowy Henry Ford II, pisarz Heywood Broun czy skrzypek i kompozytor Fritz Kreisler. Jednym z konwertytów był Louis Budenz, redaktor naczelny organu prasowego Komunistycznej Partii USA „Daily Worker”. W 1936 r. w bożonarodzeniowym numerze swej gazety zarzucił on amerykańskiej hierarchii katolickiej, a zwłaszcza Sheenowi, irracjonalną niechęć do marksizmu. Hierarcha odpowiedział mu osobistym listem, proponując rozmowę w cztery oczy.
Do spotkania doszło w 1937 r. w hotelu Commodore w Nowym Jorku. Dyskusja była ostra. Rozmówcy różnili się między sobą niemal we wszystkim. W pewnym momencie Sheen spojrzał Budenzowi głęboko w oczy i powiedział: „Porozmawiajmy może o Matce Bożej”. Redaktor, który wychował się w rodzinie katolickiej, lecz później porzucił swą wiarę dla komunizmu, osłupiał. Jak wspominał później: „W jednej chwili uświadomiłem sobie bezsens i grzeszność życia, jakie prowadziłem. Pokój, który wypływa od Maryi, a którego doświadczałem w dawnych latach, stanął przede mną z obezwładniającą wyrazistością”. Biskup, widząc, jakie wrażenie wywarła na jego rozmówcy wzmianka o Matce Bożej, rzekł na pożegnanie: „Będę się za pana modlił, ponieważ nie stracił pan całkowicie swojej wiary”. Słowa dotrzymał, a Budenz powrócił wkrótce do Kościoła.
Inną wpływową osobistością Komunistycznej Partii USA, która nawróciła się na katolicyzm dzięki Sheenowi, była działaczka Bella Dodd. Dostojnik ochrzcił ją osobiście w Katedrze św. Patryka w Nowym Jorku podczas Wigilii Paschalnej w 1952 r. W następnym roku kobieta złożyła w Senacie USA pod przysięgą obszerne zeznania przed Komisją Śledczą ds. Działalności Antyamerykańskiej. Przyznała, że komuniści w latach 30. wprowadzili do kapłaństwa wielu agentów, by ci robili kariery, zostawali biskupami i rozkładali Kościół od środka. Ze skutkami ich demonicznej misji musiał mierzyć się abp Sheen przez kolejne lata. Stał się w ten sposób dla wielu amerykańskich katolików jak latarnia morska w czasach burzy i zamętu. Jego rychła beatyfikacja potwierdza, iż nie przestaje pełnić tej funkcji także dziś.
Grzegorz Górny/Gość Niedzielny
***
Papież o objawieniach Jezusa Miłosiernego siostrze Faustynie
Niech Wielki Post będzie czasem spotkania z Chrystusem przez sakrament pokuty i uczynki miłosierdzia – życzył Ojciec Święty Polakom na zakończenie audiencji generalnej w Środę Popielcową w specjalnie do nich skierowanym pozdrowieniu. Przypomniał, że „22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej”.
Vatican Media
***
Zwracając się do Polaków, Papież powiedział: „Serdecznie pozdrawiam Polaków. 22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej. Zapoczątkowało to nowy rozdział szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia poprzez Koronkę i obraz „Jezu, ufam Tobie”. Niech Wielki Post będzie czasem spotkania z Chrystusem przez sakrament pokuty i uczynki miłosierdzia. Wszystkich was błogosławię!”.
Św. Faustyna Kowalska przebywała w płockim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w latach 1930–1932. To tam 22 lutego 1931 roku – jak zapisała w „Dzienniczku” – miała pierwsze objawienie Jezusa Miłosiernego, które podkreśla prawdę o miłosierdziu Boga i wzywa do czynienia miłosierdzia wobec bliźnich.
Vatican Media
***
środa 11 luty
Lourdes, Polacy i Żydzi. Zaskakujące wątki
O niespodziewanych związkach słynnego miejsca objawień z Żydami, a także z Polską, mówi ks. dr Seweryn Wąsik SJ.
Sanktuarium w Lourdes
fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Podobno figura Matki Bożej w grocie w Lourdes wyszła spod dłuta Polaka? O. Seweryn Wąsik SJ: Można tak powiedzieć. Historia była taka: żołnierz napoleoński pochodzący z Andrychowa na Podbeskidziu, tkacz pochodzenia żydowskiego po klęsce cesarza osiedla się we Francji. Czy jego rodzina przeszła na katolicyzm – nie wiadomo. Jego syn kształci się w Lyonie. Kończy Akademię Sztuk Pięknych. Zostaje jej profesorem. Jest rzeźbiarzem. Nazywa się Józef Hugo Fabisch (Fabiś). Proboszcz parafii w Lourdes, ks. Dominique Peyramale prosi go o przygotowanie statui Matki Bożej według wizji Bernadety Soubirous. Ustalają, że figura Matki Bożej będzie miała 1,88 m wysokości, że będzie wykonana z marmuru karraryjskiego. Bernadeta odrzuca kolejne wersje rzeźby. W końcu akceptuje jedną z nich. Córka prof. Fabischa zapamięta, że wrażenie, jakie zrobiła Bernadeta na jej tacie było takie, że on od tej pory codziennie odmawiał różaniec.
Lourdes, Grota Massabielska (miejsce objawień)
fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny
***
Zrobiła wrażenie na profesorze artystycznej uczelni?! Uderzające? Jeszcze bardziej uderzające, jest to, że Bóg przeprowadza swoje sprawy przez serca bardzo proste, a nie przez salony intelektualistów. Bóg nie wybiera dziewczynki z wyższych sfer Paryża, ale wybiera nastolatkę z marginesu. Z rodziny, która nie cieszyła się nawet najmniejszym szacunkiem. Dziś byłaby nazywana patologiczną.
Dlaczego? Ojciec był utracjuszem, bezrobotnym. Chwytał się najniższych dorywczych, upokarzających prac. Rodzina Soubirous miała w Lourdes opinię ostatnich nędzarzy. Dlatego z początku do słowa Bernadety nikt nie będzie przywiązywać wagi. Tak też będzie to postrzegać sama Bernadeta. Będzie porównywać siebie do miotły: “Co robi się z miotłą, gdy skończy się sprzątać? Gdzie się ją stawia? Stawia się ją w kącie. Ja jestem potrzebna Świętej Dziewicy jak miotła. Gdy jej już nie potrzebują, stawia się ją za drzwiami. Tam jestem i pozostanę.”
Dziś takie słowa są trudne do przełknięcia. Dla mnie św. Bernadeta jest odtrutką na współczesną kulturę selfie: gdy inni marzą o sławie, ona woli pozostać niezauważona, na marginesie. Chce pozostać w cieniu. Mówi: “To, co mnie dotyczy, już mnie nie dotyczy”. I tłumaczy: “Muszę odtąd należeć całkowicie do Boga, nigdy do siebie.” W duchowości ignacjańskiej nazywamy to ukierunkowaniem na Boga. Tymczasem teraz żyjemy w kulturze ukierunkowanej na samego siebie, na odnoszenie sukcesów, lajki i liczniki łapek w górę…
…na samorealizację. Dokładnie! Bernadeta jest odtrutką na koncentrację na sobie. “Jeśli Święta Dziewica wybrała mnie, to dlatego, że byłam najbardziej niewykształcona. Gdyby znalazła gorszą ode mnie, to wybrałaby ją” – mówi. Pamiętajmy, że mówimy o 14-letniej analfabetce, która miała objawienia, których tak naprawdę do końca nie rozumie. Jest dzieckiem, przez które Pan Bóg chce przeprowadzić swoje sprawy.
To tak, jak św. Miriam od Jezusa Ukrzyżowanego. Ona mówiła o sobie: “małe nic”. “Jestem nikim w Lourdes” – to są słowa Bernadety. Ona tak siebie nazywała, ale nie chodziło bynajmniej o to, żeby siebie poniżać. To nie było ani poczucie winy, ani niskie poczucie własnej wartości. Absolutnie! To była dziewczynka o nieprawdopodobnej wytrwałości wobec przeciwności. Spokojnie znosiła też spotkania z dziesiątkami tysięcy pielgrzymów, którzy w swojej dewocji chcieli ściągnąć każdą nitkę z jej ubrania. “Jestem zobowiązana wam powiedzieć o Niepokalanym Poczęciu, a nie zmusić was do uwierzenia” – mówiła. Tak przeżywała swoją misję: ma tylko opowiedzieć o doświadczeniu, które miała w grocie, a nie przekonywać nikogo.
Bo niby jak dziecko z głębokiej prowincji miałoby przekonać paryskie elity… Salony intelektualno-polityczne Francji robiły wszystko, żeby jak najmniej ludzi jeździło do Lourdes. Nie prowadziła tam żadna linia kolejowa. Władze nie chciały jej budować, żeby ograniczyć dostęp pielgrzymów. Ale były minister transportu w rządzie Napoleona III –żydowskiego pochodzenia – kupił złoża skalne w okolicach Lourdes. W efekcie już rok po objawieniach została zbudowana linia kolejowa, z której mogli korzystać pielgrzymi.
Z Matką Bożą nikt nie wygra. Francuski salon polityczno-intelektualny był masońsko-antyklerykalny. Ale część tych ludzi po wizycie w Lourdes i spotkaniu z Bernadetą i tak uklękło przed figurą Matki Bożej w Grocie Massabielskiej. To udokumentowane. Wniosek jest taki, że także dla dzisiejszych elit i salonów jest nadzieja i światełko bijące z Lourdes.
Co warto przeczytać o Lourdes i św. Bernadecie? Zachęcałbym do przeczytania “Pieśni o Bernadecie” – bestsellera, który miał już kilkanaście polskich wydań. To książka z 1941 r. Jej autorem był Franz Werfel. To był znany pisarz, urodzony w Pradze Żyd niemieckojęzyczny, przyjaciel Franza Kafki. Uciekając w czasie II wojny światowej do USA, przez przypadek trafił do Lourdes. Utknął tam, nie mając już możliwości przeprawienia się przez Pireneje. To, co tam przeżył, sprawiło, że uznał, iż swoje ocalenie zawdzięcza tajemnicy Pani z Lourdes oraz pirenejskim góralom – środowisku Lourdes. Obiecał, że jeśli przetrwa niemiecki horror zgotowany Żydom, spłaci dług, pisząc powieść o Bernadecie. Udało mu się uciec i napisać książkę (700 stron!), która zrobiła taką furorę, że Hollywood (Twentieth Century Fox) natychmiast wykupiło prawa do jej ekranizacji. I już w 1943 r., gdy Europie trwała wojna, w Hollywood powstał jeden z najpiękniejszych filmów o św. Bernadecie. Szefowie wytwórni obawiali się jednak krytyki. Spodziewali się, że niewierzący odrzucą film jako naiwną opowieść o dziewczynce, która miała halucynacje. Obawiali się też reakcji katolików, ponieważ odtwórczyni roli Najświętszej Panienki nie była osobą o wyszukanej moralności. Postanowili więc opatrzyć film mottem, mówiącym, że “tym, którzy wierzą w Boga nie są potrzebne żadne wytłumaczenia. A dla tych którzy w Boga nie wierzą, żaden wytłumaczenie nie jest możliwe”. Werfel zmarł cztery lata po napisaniu książki, w Beverly Hills.
Jest też wydana po polsku książka Vittoria Messoriego. On z kolei poszedł drogą dziennikarza śledczego i napisał książkę: “Tajemnica Lourdes. Czy Bernadeta nas oszukała?”. Marketingowo dobrze uchwycony temat: czy prosta, uczciwa, pokorna góralka, nie mówiąca nawet po francusku, ale w dialekcie pirenejskim, nas oszukała? To oczywiście prowokacja. Ale książka jest bardzo dobra, analityczna. Dodajmy, że Kościół katolicki dość szybko uznał objawienia św. Bernadety za autentyczne. A w tym roku obchodzimy 90 rocznicę jej kanonizacji.
***
ks. dr Seweryn Wąsik SJ, dyrektor Domu Rekolekcyjnego św. Józefa w Czechowicach Dziedzicach, rekolekcjonista, kierownik duchowy, teolog duchowości ignacjańskiej, dziennikarz watykański (L’Osservatore Romano, Radio Watykańskie), pedagog. Od lat daje kursy Ćwiczeń duchowych według św. Ignacego Loyoli i kard. Carla Marii Martiniego. Autor serii formacyjnych audiobooków “Elementarz ignacjańskich” i słuchowiska radiowego “Ulmowie z Markowej”.
Lourdes. O tym małym miasteczku, leżącym u stóp Pirenejów, zrobiło się głośno dzięki Matce Bożej. Osiemnaście spotkań Bernadety z „Białą Panią” zaczęło się 11 lutego a zakończyło 16 lipca 1858 roku.
Ku zaskoczeniu 14-letniej dziewczynki, Maria zwróciła się do niej w jej własnym dialekcie, czyli w języku gaskońskim, nazywanym częściej w Polsce językiem prowansalskim. Podobnie było w Guadalupe, gdzie mówiła do Juana Diego w języku Azteków (Nahuatl); w afrykańskim Kibeho, gdzie przekazywała swoje przesłanie w języku kinyarwanda czy w Gietrzwałdzie, gdzie mówiła po polsku.
W rzeczy samej, Maryja mówi wszystkimi językami. Czuje się jak u siebie w każdej kulturze. Rozumie swoje dzieci i potrafi się z nimi porozumieć, bo jest Matką dla wszystkich ludzi.
Od pierwszego uzdrowienia w Lourdes, które miało miejsce 1 marca 1858 roku, napływają tu nieprzerwanie chorzy. Spodziewają się nie tylko uzdrowienia ciała, ale szukają też sił do znoszenia cierpienia. Związek chorych z pirenejskim sanktuarium spowodował, iż w 1992 roku Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego, a na jego datę wybrał właśnie dzień pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Dziś obchodzimy ten dzień po raz trzydziesty czwarty.
I jeszcze jedno. Jest taka zabawna scena w filmie o św. Bernadecie Soubirous. Gdy rzeźbiarz dokończył pracy nad figurką „Białej Pani”, wyraźnie zadowolony z siebie woła Bernadetę i pyta: „I co, to Ona? Taką była?”. Bernadetta nieco zmieszana odpowiada: „C’est ça, et ce n’est pas ça” [To jest to, i to nie jest to]. Czyli, „to Ona, i to nie Ona”. Dlaczego? Bo piękno Maryi (i nie tylko) nie jest zakotwiczone w proporcjach ciała, lecz w proporcjach duszy. Im głębsze życie duchowe, im więcej w kimś duchowej przestrzeni, tym piękniejszą staje się ta osoba.
ks. Stanisław Stawicki SAC/Recogito
***
„Głupia prostaczka”, której objawiła się Maryja. Poruszająca historia Bernadety Soubirous
***
Bernadeta wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania z dziękczynieniem cierpienia i upokorzeń.
Od pierwszego objawienia w Lourdes w lutym 1858 roku ludzie traktowali małą wizjonerkę jak dzikie zwierzątko. Zresztą, po pewnym czasie Bernadeta sama czuła się zaszczuta. Ciągle ktoś chciał z nią rozmawiać, dyskutować albo przynajmniej na nią popatrzeć.
Bernadeta Soubirous schowała się w… klasztorze
Nie chciała sobą przesłaniać treści samych objawień – była świadoma, że teraz przyszedł czas działania Maryi. Rozwiązanie wkrótce przyszło samo: niewiele po ostatniej wizji zachorowała na zapalenie płuc. Leczyła się w szpitaliku Sióstr Miłosierdzia z Nevers i musiało to być dobre doświadczenie, bo postanowiła wstąpić do tego zgromadzenia i tak uciec przed ciekawskimi.
Nie miała wykształcenia i była prosta w obejściu, więc nadawała się tylko do tzw. drugiego chóru, czyli sióstr pracujących fizycznie. Jednak równocześnie była chora na astmę i ogólnie słabego zdrowia, co wykluczało ciężkie prace. Przyjęto ją dzięki protekcji biskupa miejsca. Próg klasztoru przekroczyła 7 lipca 1866 roku wraz z dwiema innymi aspirantkami, mając 22 lata.
Na drugi dzień przełożone zebrały całą wspólnotę (trzysta sióstr) w głównej sali i Bernadeta po raz pierwszy i ostatni opowiedziała im historię objawień. Od tego momentu miała być jedną z sióstr, a do tematu wizji nie wolno było wracać. Przynajmniej w gronie sióstr, bo do furty wciąż pukali dziennikarze (ci byli odsyłani) i osoby duchowne, w tym historycy, którzy „przesłuchiwali” s. Marię Bernardę. Cierpliwie odpowiadała na wciąż te same pytania i opowiadała wciąż i wciąż swoją historię.
Dlaczego Maryja nie objawiła się komuś wykształconemu?
Jednocześnie była w formacji. Jej bezpośrednią przełożoną była siostra ze szlacheckiej rodziny. Nie potrafiła zrozumieć, czemu Maryja objawiła się właśnie takiej „głupiej prostaczce”, a nie komuś z wysokiego rodu lub przynajmniej dobrze wykształconemu. Prawie do końca życia odrzucała prawdziwość tych wizji, a samą wizjonerkę uważała za małą spryciarkę, która chciała zwrócić na siebie uwagę i coś zyskać na twierdzeniu, że widziała Matkę Boga.
Dlatego wyłapywała jej najmniejsze potknięcia, nie dawała zwolnień od obowiązków i do granic nerwicy natręctw pilnowała, czy Bernadeta wypełnia regułę. Wizjonerka przyjmowała to w pokorze, nawet fakt, że wciąż odkładano jej śluby wieczyste. Złożyła je prawie cudem – ponieważ przy kolejnym ataku choroby obawiano się, że umrze, dano jej zezwolenie na nie. Bernadeta tym razem jeszcze nie zmarła, ale śluby były już ważne.
Praca św. Bernadety w szpitalu
Wcześniej jednak było kilkanaście lat pracy w szpitalu, najpierw jako pomoc pielęgniarki, a potem jako siostra odpowiedzialna za szpital. Sama schorowana – do astmy wkrótce dołączył nowotwór kolana i gruźlica – doskonale rozumiała słabość innych. Chorzy byli zachwyceni jej delikatnością i wyczuciem. Miała w sobie wiele naturalnej radości i przyjazny sposób bycia. Siostry do niej lgnęły, szczególnie aspirantki i postulantki.
Uważała się za ograniczoną i mało zdolną intelektualnie. Nie szukała wielkości. Świadczy o tym choćby następująca historia: ktoś przyniósł do klasztoru w Nevers informację, że w Lourdes można kupić zdjęcia Bernadety. Opłata za ich nabycie była śmiesznie mała. Wizjonerka skwitowała to słowami: „Widocznie tyle jestem warta”.
Modlitwa – najważniejsze zadanie Bernadety
Jednocześnie wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania w pokoju i z dziękczynieniem cierpienia fizycznego i upokorzeń.
Jednym z ostatnich była chwila przydzielania nowym profeskom wieczystym ich miejsca w zgromadzeniu. Była wtedy wśród nich i s. Soubirous, jednak przełożone jakby o niej zapomniały. Dopiero biskup zwrócił uwagę, że jej nie dano żadnego miejsca. Zapytał więc, co umie. Odparła, że nic, tylko się modlić. Więc ordynariusz wyznaczył jej jako zadanie w zakonie modlitwę.
Zmarła 16 kwietnia 1879 roku w wieku zaledwie 33 lat. Został po niej malutki notatnik duchowy, a w nim piękny duchowy „testament” – spisany niewiele przed śmiercią hymn dziękczynienia. Za wszystko.
Testament Bernadety Soubirous*
Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuje Ci, Jezu.
Za dni, w który przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuje Ci, Matko.
Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.
Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała…
Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie “siostro Mario Bernardo” … dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…
Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję.
Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: “Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.
Dziękuję, za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: “To ta ma być Bernadeta, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?”.
Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.
I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuje Ci, Jezu.
*źródło: “Fonti Vive”, Caravate, wrzesień 1960 Elżbieta Wiater/Aleteia.pl
*** Trzy gesty Maryi wobec św. Bernadety Soubirous
Fred de Noyelle / Godong
***
Matka Boża, jeszcze zanim wyjawiła Bernadecie swoje imię, wykonała trzy gesty, których znaczenie pomaga nam zrozumieć dar Bożej łaski.
Imię pięknej pani
2 marca 1858 r. – przy okazji swego trzynastego objawienia się w Lourdes – Matka Boża zwróciła się do Bernadety ze wskazówką. „Idź powiedzieć księżom, żeby polecili wybudować tutaj kaplicę i żeby ludzie przychodzili do niej w procesji”.
Tego samego dnia widząca spotkała się z proboszczem z Lourdes i przekazała mu życzenie pięknej Pani. Ksiądz Peyramale odpowiedział pasterce, że aby wyrazić zgodę, musi poznać imię osoby zwracającej się do niego z takim poleceniem.
3 i 4 marca, w trosce o wypełnienie woli przyjaciółki, która okazała jej szacunek, jakiego nie okazał jej wcześniej żaden z mieszkańców Lourdes, Bernadeta postanowiła jak najszybciej uprosić piękną Panią, by zechciała wyjawić jej swoje imię. Ale za każdym razem jedyną odpowiedzią był uśmiech pięknej Pani.
Przez to wydarzenia w Lourdes uzmysławiają nam trzy niespełnione prośby: prośbę Matki Bożej, prośbę proboszcza i prośbę Bernadety. W jaki sposób rozwikłać to zapętlenie próśb?
25 marca 1858 r., w uroczystość Zwiastowania, Bernadeta była bardziej niż kiedykolwiek zdeterminowana, by otrzymać odpowiedź od pięknej Osoby, która zechciała rozmawiać z nią w grocie. I tak się stało.
Na ten dzień przypadł punkt kulminacyjny objawień Matki Bożej w Lourdes. Maryja uczyniła to, co nie nastąpiło nigdy wcześniej w żadnym z jej objawień na ziemi: wyjawiła swoje imię. „Ja jestem Niepokalane Poczęcie” – powiedziała do małej pasterki.
Trzy gesty Matki Bożej
Ale jeszcze przed wypowiedzeniem tych słów Matka Boża wykonała trzy znaczące gesty. Stanowią one krótką i zdumiewającą katechezę na temat trzech cnót teologalnych: wiary, nadziei i miłości.
Na początek złożyła dłonie: tym gestem nauczyła nas, że wiara umacnia się przez modlitwę.
Następnie rozłożyła dłonie i wyciągnęła ręce ku Ziemi. W ten sposób pokazała, że troszczy się o los swoich dzieci zmagających się tutaj, na świecie, z różnego rodzaju trudnościami. I że słucha naszych modlitw przyjmując je w swoje dłonie. Ten drugi gest nawiązywał do motywu nadziei.
Na koniec – przed wypowiedzeniem decydujących słów i przerwaniem milczenia, które ciążyło Bernadecie – Matka Boża ponownie złożyła dłonie na wysokości serca i wzniosła oczy ku niebu. Tym trzecim, uroczystym gestem Maryja objawiła nam, jak bardzo Bóg ją kocha.
I jakby czując, że jej serce gotowe jest pęknąć pod naporem miłości Ojca do niej, pragnęła zachować w nim swoje szczęście. Tym podwójnym i ostatnim gestem Maryja dała nam do zrozumienia, że Bóg kocha także nas taką samą miłością, jaką ma dla swojej umiłowanej córki.
Dary dla uczniów Jezusa
Wszystkie trzy gesty Maryi poprzedzające wyjawienie jej imienia w Lourdes składają się na swoistą katechezę duchowości chrześcijańskiej za pośrednictwem mowy ciała. Wyposażony w dary trzech cnót teologalnych uczeń Jezusa zyskuje właściwą broń do pokonywania doświadczeń życiowych, a także do realizacji Bożych zamiarów w służbie braciom oraz ewangelizacji.
Świadectwo: lekarz pojechał do Lourdes mówiąc, że “Boga nie ma”. Wrócił jako wierzący
Z Lourdes wiąże się kilka interesujących opowieści o nawróceniu. Pierwszą z nich jest historia lekarza i noblisty.
Adobe Stock
***
Alexis Carrel (ur. 1873 r. koło Lyonu, zm. 1944 r. w Paryżu), laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i chirurg. Wychowany w wierze katolickiej, utracił ją podczas studiów, dochodząc do wniosku, że Boga nie ma, a człowiek sam może decydować o tym, co jest dobre, a co złe.
Przełom
Przełom w jego życiu nastąpił w 1903 r., gdy wraz z grupą chorych pojechał jako lekarz do Lourdes. Chciał dokładnie przyjrzeć się temu, co wierzący nazywali cudami, a on: autosugestią. Jedną z jego podopiecznych była 21-letnia Maria Bailla. Maria była w ostatnim stadium gruźlicy otrzewnej. Pluła krwią, często wymiotowała, miała mocno spuchnięty brzuch. Gdy dojechali do Lourdes, była w stanie agonalnym: nie mogła mówić, oddychała z trudnością, tętno miała szybkie i nierówne, a brzuch rozdęty. Carrel – jedynie pod usilnymi namowami – zgodził się, by w tym stanie zawieziono ją do groty. Widząc jej cierpienie, zaczął spontanicznie prosić Maryję: „O Panno Święta, jakże chciałbym wierzyć, jak ci wszyscy nieszczęśliwi, że to Źródło Cudowne nie jest tylko tworem naszej wyobraźni! Uzdrów tę biedną dziewczynę, ona zbyt wiele wycierpiała. Daj jej żyć, a mnie daj wiarę. Jeśli ta dziewczyna wyzdrowieje, co wydaje się absurdem, spraw, bym mógł uwierzyć”.
Wiara
Podczas nabożeństwa dr Carrel zauważył, jak z twarzy Marie zaczynają znikać sine plamy, trupioblada twarz zaczęła nabierać kolorów, a na policzkach pojawiają się zdrowe rumieńce. Puls i oddech uspokoiły się, opuchnięty brzuch opadł. Lekarzowi trudno było uwierzyć w to, co widział. Marie została uzdrowiona, a dr Carrel stał się wierzący. Za to, że jawnie występował jako świadek uzdrowienia, zmuszono go do opuszczenia uniwersytetu, na którym pracował. Wyjechał do USA, podejmując prace, za które przyznano mu Nagrodę Nobla.
„Życie polega na tym, żeby kochać, pomagać drugim, modlić się, pracować. Spraw, mój Boże, by nie było za późno…” – pisał później. „Nie możemy wybierać tylko tego, co odpowiada naszym upodobaniom, fantazji czy formacji naukowej lub filozoficznej naszego umysłu. Trudność lub niejasność jakiegoś zagadnienia nie jest wystarczającym powodem, żeby to zagadnienie lekceważyć”.
Dorota Niedźwiecka/Tygodnik Niedziela
*** Mason, aborter i okultysta nawrócił się w Lourdes. Świadectwo lekarza Maurice’a Cailleta
l’1visible /Il est vivant
***
Aborter, okultysta i ateista, który przez 15 lat był członkiem masońskiej loży. Kiedy poważnie zachorowała jego żona, Maurice pojechał z nią do Lourdes. Tu przeżył nawrócenie, odkrył moc Eucharystii i usłyszał głos Boga.
W1984 r. dr Maurice Caillet zawiózł chorą żonę do Lourdes w nadziei, że w końcu wyzdrowieje. Choć nie wierzył w objawienia Matki Bożej, postanowił, że pójdzie do tamtejszego kościoła. Po chwili pełen ciepła wewnętrzny głos przemówił w jego sercu: „Byłoby dobrze, abyś poprosił o uzdrowienie Claude, ale co mógłbyś mi ofiarować?”. Tak zaczął się proces nawrócenia masona, okultysty i pioniera aborcji oraz jego powrotu do Boga.
Loża masońska, współpraca z Planned Parenthood i zakon różokrzyżowców
Maurice Caillet urodził się 24 września 1933 r. w Bordeaux w rodzinie antyklerykalnej. Rodzice nie ochrzcili syna. W domu panowała atmosfera wrogości do Boga i do Kościoła katolickiego.
Po edukacji w szkole średniej Caillet wybrał się na studia medyczne do Bretanii. Ukończył je z wyróżnieniem. Specjalizował się w chirurgii ginekologicznej. Promował antykoncepcję i aborcję.
W 1956 r. poślubił koleżankę ze studiów. Pod presją rodziców młodzi postanowili wziąć ślub kościelny. Małżeństwo skończyło się rozwodem. Caillet zawarł więc ślub cywilny z pielęgniarką, z którą współpracował w klinice. Ona także była rozwódką.
W 1968 r. Maurice wstąpił do loży masońskiej. Jak mówił, traktował ją jak „duchową rodzinę”. Został serdecznie przyjęty przez Wielkiego Mistrza Wielkiego Wschodu Francji, który zaproponował mu dołączenie do elitarnej loży w Rennes. Maurice przeszedł cztery próby inicjacji. Musiał też złożyć przysięgę o zachowaniu tajemnicy loży pod groźbą śmierci.
Po czasie wtajemniczenia Caillet zdecydował się przejść ryt inicjacji na Wielkiego Mistrza. Wstąpił do partii socjalistycznej, którą prowadził wtedy François Mitterand.
Funkcja Wielkiego Mistrza otworzyła mu drzwi do dalszej kariery. Został kierownikiem kliniki medycznej. Współpracował z Planned Parenthood. Dokonywał aborcji, a ciała rozszarpanych przez niego dzieci, nie robiły na nim wrażenia. W tym czasie kierował spotkaniami loży i sam przeprowadzał inicjację nowych członków. Studiował masońskie monografie, ćwiczył się w psychologicznych metodach wchodzenia w kontakt z duchami.
Na początku 1982 r. Urząd Perfekcyjny, wspólny dla dwóch lóż Wielkiego Wschodu w Rennes, zaprosił go do przyjęcia osiemnastego stopnia masońskiego w zakonie różokrzyżowców. Caillet objął wtedy pracę w systemie ubezpieczeń zdrowotnych na stanowisku przewodniczącego Zespołów Orzekających w Rennes.
Światło Chrystusa
W 1983 r. zachorowała jego żona. U Claude lekarze stwierdzili liczne wrzody w przewodzie pokarmowym. Kobieta wiele miesięcy spędziła w łóżku. Maurice postanowił zabrać ją na wypoczynek w góry. Claude przez 10 dni nie była w stanie się podnieść.
W drodze powrotnej Cailletowi przyszła myśl, aby zatrzymać się w Lourdes. Mężczyzna nie wierzył w objawienia Matki Bożej, ale był przekonany, że w tym miejscu są jakieś szczególnie pozytywne promieniowanie. Kiedy Claude oczekiwała na kąpiel w cudownym źródełku, Maurice poszedł do kościoła.
Tam po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem we mszy św. Ewangelia tego dnia mówiła: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone”, a były to słowa znane mi z rytuału masońskiego na stopień Wielkiego Ucznia. Zobaczyłem też po raz pierwszy w konsekrowanej Hostii Światło, którego na próżno szukałem w 18 masońskich inicjacjach. Wstrząśnięty, usłyszałem wewnętrzny głos, który wzywał mnie do złożenia ofiary. Dlatego po mszy św. poszedłem za księdzem do zakrystii i poprosiłem o chrzest, aby ofiarować całe moje jestestwo Bogu – wspominał w rozmowie z Włodzimierzem Rędziochem dla tygodnika „Niedziela”.
Chrzest i proces nawrócenia
Duch Święty zapytał mężczyznę, co ma do zaoferowania, prosząc o uzdrowienie żony. Maurice zdał sobie sprawę, że nie ma nic do oddania poza sobą. Patrząc na Hostię doświadczył jednak tak niezwykłej światłości i spokoju, że całe przekonanie o nieograniczoności ludzkiego rozumu, które tak budował przez 40 lat, zapadło się w ciągu tych kilku minut. Po wyjściu z kościoła spotkał Claude, której zdrowie w tamtej chwili nie poprawiło się. Maurice zadawał jej pytania dotyczące Chrystusa i wiary. Wtedy kobieta zrozumiała, że w Lourdes wydarzyło się coś niezwykłego, co nie da się po ludzku wytłumaczyć.
Caillet zdał sobie sprawę, że wszechświat i ludzkie życie to nie są dzieła przypadku, ale zostały stworzone przez Boga. Z pomocą kolegi dotarł do proboszcza parafii prawosławnej w Rennes, który ofiarował mu katechizm. Maurice z uwagą go studiował.
Zaczął czytać Ewangelie i niektóre pisma Ojców Kościoła. O swojej historii postanowił opowiedzieć na spotkaniu loży. Jej członkowie zaniemówili z wrażenia. Maurice coraz częściej doświadczał ataków złych mocy. W nocy widział demony, ze snu wybudzały go przeraźliwe krzyki i śmiechy. Wtedy jedynym ratunkiem była modlitwa. Caillet wzywał wstawiennictwa Maryi i złe duchy znikały.
W Wielką Sobotę 1985 r. mężczyzna przyjął w Kościele prawosławnym sakrament pokuty i bierzmowanie.
Cudowne uzdrowienie i konwersja na katolicyzm
Claude odzyskała zdrowie, ale rozpoczęły się szykany w pracy. Gdy Maurice zamierzał poskarżyć się zwierzchnikom, odwiedził go brat z loży masońskiej i zagroził śmiercią. Mężczyzna zrozumiał, że nie można być jednocześnie chrześcijaninem i masonem, że trzeba dokonać ostatecznego wyboru. Wystąpił więc z loży i zakonu różokrzyżowców. Za namową pewnego zakonnika, Caillet zdecydował się wybaczyć prześladowcom.
Benedyktyn zwrócił uwagę, że on i Claude nadal pozostają w związku niesakramentalnym. Para złożyła prośbę do sądu katolickiego o stwierdzenie nieważności poprzednich małżeństw. Claude i Maurice przeszli na katolicyzm i zaangażowali się w spotkania modlitewne. Wkrótce po tym wzięli ślub katolicki. Zabierali głos w obronie życia i ostrzegali przed działaniami masonerii.
„Boża pedagogika jest łagodna”
Po przejściu na emeryturę dr Caillet postanowił podzielić się swoim świadectwem nawrócenia i napisał „List otwarty do mojej rodziny jako dziękczynienie Bogu”.
Nie jestem wybrańcem, prorokiem a jeszcze mniej kimś doskonałym. Starając się być świętym, jestem zwykłym posłanym, obarczonym skromną misją, bez rozgłosu, aby przypomnieć członkom mojej rodziny, że Bóg może wejść w ich życie, jeżeli tylko otworzą Mu szparkę swoich drzwi. Bo nie mniemajcie, że Bóg wszedł w moje życie przez włamanie. Boża pedagogika jest łagodna, świadcząca o Jego wielkiej miłości, szanującej niezmiernie naszą wolę – wspominał lekarz.
W swojej autobiograficznej książce „Byłem masonem. Z mroku loży do światła Chrystusa”, tłumaczył: „Diabeł jest, spotkałem go. Bóg jest, spotkałem Go. Diabeł ofiarował mi swoje kuszące towarzystwo, z którego zrezygnowałem, ponieważ poprowadziłby mnie od róż do cierni. Znalazłem Boga za pośrednictwem Kościoła, to w nim odnalazłem życie”.
Dr Maurice Caiilet zmarł 6 listopada 2021 r. w Auray.
źródła: truechristianity.info; adonai.pl; niedziela.pl; pedkat.pl; W. Roszkowski, „Potęga nawrócenia”, Kraków, 2024; M. Caillet, „Byłem masonem. Z mroku loży do światła Chrystusa”, Kraków 2004
Wściekli na objawienia! Jak wrogowie Kościoła obśmiewali Lourdes
(fot. REUTERS/Regis Duvignau/FORUM)
***
Objawienia z Lourdes widowiskowo potwierdziły prawdziwość wiary katolickiej. Nie dziwi zatem, że wrogowie Kościoła próbowali i nadal próbują je „zdemitologizować”. Jednak ich argumenty, po bliższym przyjrzeniu się, same okazują się dość łatwymi do obalenia mitami.
Początek drugiej połowy XIX wieku to trudny czas dla chrześcijan. W 1859 roku Karol Darwin opublikował książkę „O pochodzeniu gatunków”. Wbrew woli autora wykorzystano ją do walki z religią. Z kolei trzy lata później ukazało się „Życie Jezusa” Ernsta Renana. Jego autor próbował „dowieść”, jakoby Pan Jezus był zwykłym, acz wyjątkowym człowiekiem. Po upływie kolejnych pięciu lat Karol Marks i Fryderyk Engels wydali „Kapitał”. Pozycję tę niejednokrotnie wykorzystywano do zwalczania religii.
Jakby antycypując te ataki, w 1858 roku w miejscowości Lourdes w południowo-zachodniej Francji Matka Boża objawiła się 14-letniej ubogiej analfabetce Bernadecie Soubirous. Matka Boża w Lourdes, w grocie Massabielle zjawiła się 18 razy. Po raz pierwszy 11 lutego 1858 roku, a ostatni, osiemnasty, 16 lipca 1858 roku. Kulminacyjnym momentem jest objawienie szesnaste. Wówczas to, w Święto Zwiastowania, 25 marca Matka Boża powiedziała „Jestem Niepokalane Poczęcie”. Stało się to 4 lata po ogłoszeniu przez błogosławionego Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Jednak Bernadeta, jako pochodząca z ubogiej rodziny analfabetka, nie wiedziała o tej prawdzie wiary. Podczas objawień Matka Boża wezwała też do odkopania źródła, do dziś służącego cudownym uzdrowieniom. Gorąco prosiła także o pokutę za grzeszników, a także ukazywała różaniec.
Oprócz niezwykle istotnej treści tego objawienia, co najmniej równie istotne jest to, że w ogóle się ono wydarzyło. Jak bowiem zauważa Vittorio Messori w książce „Tajemnica Lourdes – Czy Bernadeta nas oszukała”: „jeśli Bernadeta nas nie oszukała, jeśli nie oszukiwała samej siebie, to nie oszukuje siebie też katolik, wierząc w prawdę Ewangelii i kierując się nauką Kościoła, który jest tej prawdy autentycznym gwarantem. (…) Ta grota jest więc punktem oparcia, kołem ratunkowym podarowanym wiernym, by mogli się go uchwycić w dramatycznym momencie zwrotnym współczesnej historii, w którym racjonalizm, pozytywizm, socjalizm, liberalizm i wszelkie inne izmy, wszelkie inne ideologie postchrześcijańskie przypuściły wielki atak na korzenie wiary jako takiej”.
Innymi słowy, jeśli objawienia w Lourdes są fałszywe, to upada tylko jeden z licznych argumentów za prawdziwością wiary. Katolicyzm może i tak być religio vera – religią prawdziwą, choć z innych powodów. Jeśli jednak Lourdes nie jest zmyśleniem, jeśli rzeczywiście zjawiła się tam Matka Boża z różańcem, prosiła o przekazanie informacji katolickim księżom, mówiła o procesji, o budowie kaplicy, o katolickim dogmacie Niepokalanego Poczęcia, to stanowi to dowód prawdziwości Kościoła i wartości katolickiej pobożności.
Kto chce ten może, przy odrobinie dobrej woli, dojść do prawdy na temat Lourdes. Tym bardziej, że praca źródłowa została już wykonana przez ludzi takich jak Vittorio Messori. Mimo to wciąż pojawiają się, nawet w wypowiedziach „uczonych”, twierdzenia dawno już obalone. Powiela się je wyłącznie by walczyć z Kościołem i głoszoną przezeń prawdą. Warto przyjrzeć się bliżej tym kłamliwym tezom.
Rzekome oszustwo rodziców
Zgodnie z jedną z karkołomnych prób „racjonalistycznego” wyjaśnienia objawień w Lourdes, stanowiły one spisek… rodziców dziewczynki. Ci bowiem, wcześniej zamożni, popadli w ruinę. W dodatku cieszyli się złą sławą. Ojciec, ledwie rok przed objawieniami, z powodów humanitarnych został zwolniony z aresztu. Mimo to wiele wskazywało na to, że rzeczywiście był winny zarzucanego mu czynu: kradzieży mąki. Matka natomiast „cieszyła się” złą sławą osoby nader często używającej alkoholu.
„Zważywszy na to” – pisze Messori – „można było zakładać oszustwo zorganizowane przez owych nędzarzy, wykorzystujących najstarszą córkę, żeby zebrać ofiary od naiwnych bigotów i wyjść z nędzy, w którą wpadli po wcześniejszym okresie dobrobytu”.
Prawda jest jednak całkowicie inna, jak precyzuje włoski pisarz. Przecież rodzicom Bernadety wręcz zależało na ukróceniu jej wizji. Niepokoiły ich tłumy ciekawskich chcących zobaczyć córkę. Komisarz policji Dominique Jacomet wmawiał wprawdzie, że rodzice nakłaniali dziewczynkę, by ta chodziła do groty. Posunął się do sfabrykowania zeznań Bernadety, skarżącej się jakoby na tego typu przymus. W rzeczywistości to jednak komisarz (podobnie jak jej ojciec) nakłaniali dziewczynkę do rezygnacji z chodzenia do groty objawień. Ta zaś nie uginała się pod presją. – Nie proszę pana, nie mogę nie pójść. Obiecałam – mówiła do komisarza.
„Wiarygodności świadectwu Bernadety przydała, może w sposób ostateczny, całkowita obojętność młodej dziewczyny na korzyści oraz jej troska, by to, co się wydarzyło i co się działo, nie przyniosło profitów ani jej samej, ani jej rodzinie. Dzięki temu obalone zostały podejrzenia władzy, które – niechętnie, jak przypuszczam – wreszcie zrezygnowały z tezy o oszustwie w celu ciągnięcia zysków” – podkreśla Messori.
Bernadetta, pomna na słowa Matki Bożej pilnowała, by nie osiągnąć żadnego zysku z objawień. Dlatego też nie przyjmowała podarunków. Zasadę tę rozumiała dosłownie: nie chciała nawet podarowanych jej książek religijnych. Odmówiła też przyjęcia drogocennego różańca od biskupa. Także rodzina nie wzbogaciła się na wizjach Bernadety. Jeśli już, to można mówić o stracie. Wszak ciekawscy przybywający do domu… odrąbywali tynk ze ścian i podniszczali stół.
„Kiedy ktoś przyjeżdżał z Lourdes i przekazywał jej wieści o najbliższych, zawsze mówiła, kręcąc głową: Oby tylko się nie wzbogacili. I rzeczywiście, mimo otwarcia sklepiku Jean Marie ani żadne z Soubirous, nigdy się nie wzbogacił – ani wtedy, ani później” – podkreśla Vittorio Messori.
Rzekome oszustwo księży
Zgodnie z inną pogłoską, Lourdes to wymysł ówczesnego kleru, liczącego bądź na zysk, bądź też na przyciągnięcie ludu do wiary. Jednak i ta pogłoska rozbija się o skałę faktów. Nie wykluczał jej wprawdzie komisarz policji, Dominique Jacomet. Sam wierny katolik, był co najmniej równie wiernym policjantem.
Wszystko jednak wskazuje przeciwko tej tezie. Kler nie tylko nie promował wizji Bernadety, lecz stanowczo się jej sprzeciwiał. Autor bestsellera poświęconego Lourdes, Henri Lasserre, zarzucał wręcz duchownym ignorowanie ludu, widzącego w objawieniach „palec Boży”. Jest w tym sporo prawdy, choć tak ostra krytyka jest nieuzasadniona. Zdrowy sceptycyzm w odniesieniu do objawień prywatnych stanowi bowiem stałą praktykę Kościoła. Pozwala on na odróżnienie objawień prawdziwych oraz fałszywych.
Właśnie takim racjonalnym podejściem cechował się ówczesny biskup diecezji Tarbes, na terenie której dochodziło do objawień. Rygorystyczny i surowy, popierał jednocześnie postęp naukowy i techniczny. Mawiał, że gdyby nie powołanie kapłańskie zostałby inżynierem. Z pewnością tego spokojnego hierarchy nie da się oskarżyć o wichrzycielstwo czy łatwowierność. „Tego typu człowiek mógł dać się przekonać jedynie faktom, które przeszły próbę konkretnych badań” – zauważa Vittorio Messori.
Co więcej, księża w ogóle nie mogli udawać się do groty objawień z powodu zakazu władz kościelnych. Jedynym duchownym, jaki podczas obowiązywania biskupiego zakazu zobaczył objawienia, okazał się Antoine Desirat. Usprawiedliwiając się, że nie mieszka w Lourdes, dołączył pewnego dnia do świeckich podążających do groty objawień. Stał tuż przy wizjonerce.
Po opuszczeniu groty nie zamierzał swojego pobytu ukrywać. Gdy jednak opowiedział całą historię w seminarium w Saint-Pe w rozmowie z dwoma księżmi „przerwał mu wybuch śmiechu obu duchownych, którzy zaczęli natrząsać się z jego łatwowierności. Niechże, jeśli już musi, poświęci czas na poważne kwestie, teologiczne, biblijne, a nie ugania się za bajkami i duchami z ludowych zabobonów” – mówili. Dobrze odzwierciedla to ówczesne podejście lokalnego kleru do sprawy.
Ktoś jednak może stwierdzić, że duchowieństwo, nie wierząc w objawienia wymyśliło je dla zysku, dla przyciągnięcia pielgrzymów i zwiększenia ich datków. Stosunek Bernadety do korzyści finansowych był, jak już wiemy, całkowicie negatywny. A co z duchowieństwem?
Jak już wspomniano, początkowo sprzeciwiało się ono objawieniom i zniechęcało do dawania wiary rewelacjom Bernadetty. Nawet jednak po uznaniu objawień przez biskupa miejsca i rozpoczęciu budowy sanktuariów, objawienia nie przyczyniły się do wzbogacenia lokalnego kleru ani diecezji. Francuska władza, całkowicie oddzielona od Kościoła, nie wspomagała budowy sanktuariów nad Gave de Pau. Oficjalnej pomocy nie udzielił też Watykan. Wpływały jedynie osobiste datki: papieży i hierarchów, ale przede wszystkim wiernych. Handel w Lourdes, sprzedaż pamiątek religijnych et cetera od razu przekazano „wolnemu rynkowi”. I tak też jest do dzisiaj.
Generalnie, jak zauważa Vittorio Messori „Lourdes nie było interesem, tylko studnią bez dna, przede wszystkim ze względu na konieczność poniesienia olbrzymich wydatków na zakup ziemi, gdyż biskup chciał, aby teren był jak najrozleglejszy, by ochronić nieprzekraczalny święty pas wokół groty”. Budowa i utrzymanie kompleksu także nie należały – i nie należą – do tanich. Co zaś z handlem pamiątkami religijnymi? Otóż „jedną z pierwszych decyzji diecezji w Tarbes było pozostawienie handlu w rękach osób prywatnych”.
Hipoteza o komedii
Twierdzenia o wpływie kleru lub rodziców na Bernadetę okazują się zatem błędne. Walczący z prawdą nie poprzestają jednak na nich. Jedną z najbardziej obraźliwych, jakie wysuwają jest „hipoteza komediantki”. Zgodnie z nią, Bernadeta, nawet jeśli nie działała w imię zysku, chciała po prostu zwrócić na siebie uwagę.
Przeanalizujmy zatem także tę hipotezę. Otóż jej prawdziwości przeczy przede wszystkim charakter wizjonerki. Wszak Bernadeta wszystko czyniła z umiarem „(…) sprowadzała do samej istoty w sposób naturalny, bez cienia pokazowego mistycyzmu. Przychodziła do groty w ostatniej chwili w towarzystwie jedynie paru koleżanek, cicha i zamyślona, często biegła, spiesząc się na spotkanie z cudowną Postacią, z radosną twarzą, bez żadnych oznak udawanej pokory”. W objawieniach brakowało jakiejkolwiek teatralności. Ekstaza trwała krótko, a jedynym jej objawem okazywała się przemiana twarzy dziewczynki podczas wizji” – pisze Mesorri.
Co istotne, dziewczynka nie zgadzała się też spełniać życzeń osób pragnących dotykać jej, niczym relikwii. Przeciwnie, zachowywała całkowitą skromność. Co ciekawe, Bernadeta sprzeciwiała się przedstawianiu Matki Bożej w postaci innej, niż ta, jaką rzeczywiście ujrzała. A więc drobnej dziewczynki. Obstawała przy tym, pomimo, że kłóciło się to z wyobrażeniami dominującymi w ówczesnym Kościele.
Co więcej, objawienia Bernadety wywołały na krótki czas modę wśród okolicznych mieszkanek na udawanie wizjonerek. Zachowanie oszustek, pragnących zwrócić na siebie uwagę i usuwającej się w cień Bernadety okazało się jednak krańcowo inne.
Halucynacje? Żadną miarą!
Hipoteza mniej obraźliwa, a z pozoru naukowa, to twierdzenie o halucynacjach, na jakie rzekomo cierpiała Bernadeta. Z powodu niedożywienia, biedy, wątłego zdrowia uległa ona rzekomo złudzeniom. Zwolennicy tej wersji zachowują prawdę o nieskazitelności charakteru Bernadety, a jednocześnie chronią się przed przyjęciem do wiadomości „zabobonu”. Nie dziwi zatem, że to twierdzenie zyskało sobie popularność wśród inteligencji.
Szkopuł tkwi jednak w tym, że ono także rozmija się z prawdą. Bernadeta była wprawdzie słabo wykształcona, ale zdrowego rozsądku jej nie brakowało. Wręcz przeciwnie. Nie wykazywała żadnych symptomów histerii ani podobnych zaburzeń. Nigdy nie skarżyła się na brak zrozumienia ani na choroby, a jej opowieści cechował wielki realizm.
Ponadto 27 marca 1958 roku trzech lekarzy na polecenie władzy świeckiej miało orzec o zaburzeniach psychicznych wizjonerki. Chodziło o podkładkę służącą umieszczeniu jej w zakładzie dla obłąkanych. Mimo nacisków władzy lekarze, znajdujący się w rzeczywistości pod wrażeniem dziewczynki, wydali salomonowe orzeczenie. Służyło ono oddaleniu groźby umieszczenia Bernadety w przytułku, bez jednoczesnego rozdrażniania władzy.
Gmach wznoszony przez zwolenników racjonalizmu nieskładnie, choć z wielkim mozołem, rozpada się zatem jak domek z kart. Pozostaje prawda o niezwykłych uzdrowieniach, odnowie życia religijnego, o Niepokalanym Poczęciu. Pozostaje prawda katolicka, prawda o Bogu stale wybierającym „właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców (…) to, co niemocne, aby mocnych poniżyć”. Wszak „to bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.” (1 Kor 25;27).
Korzystałem z książki Vittorio Messori „Tajemnica Lourdes czy Bernadeta nas oszukała” Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.
Marcin Jendrzejczak/PCh24.pl
***
wtorek 10 luty
źródło: IPN Twitter/Polskie Radio Koszalin
***
W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku, rozpoczęła się pierwsza z czterech masowych deportacji Polaków na Sybir. W głąb Związku Radzieckiegowywieziono wtedy około 140 tysięcy obywateli polskich.
fot. twitter.com/IPN – Radio Maryja. pl
***
„Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom”.
Ksiądz Arcybiskup Stanisław Gądecki w 84 rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir przez rosyjskiego okupanta wygłosił w kościele pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela w Poznaniu homilię:
Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona. 84. rocznica pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir
Odejdę od was cicho, niespodzianie, Odejdę od was pewnie nocą ciemną, Nikt mi nie ściśnie rąk na pożegnanie I, jak z umarłym, nikt nie pójdzie ze mną!
Na próżno składać będziecie narady! Pytać się, płacząc: ‘Kędy jego droga?’ Bo wam ukryte, zostaną me ślady, Jak ślad dusz, z trumny lecących do Boga!
Lecz nie polecę ku wiecznej krainie – Lecz nie odejdę ku kwiecistym brzegom – Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom I pamięć moja z serc waszych upłynie.
(Zygmunt Krasiński, Na Sybir)
Tymi słowami Zygmunt Krasiński opisywał drogę Polaków na Sybir. Tragiczna rzeczywistość, opisywana przez poetę, w przedziwny sposób wpisuje się – w dzisiejszym pierwszym czytaniu – w dawne dziejami zsyłek, które rozpoczynają się od zsyłki starożytnego Izraela do Asyrii oraz starożytnych mieszkańców Judy do Babilonu. To jakby dalszy ciąg podobnego zjawiska, którego 84. rocznicę dzisiaj obchodzimy, a które – świadomi imperialnych zapędów Rosji – może mieć swoją dalszą kontynuację.
Z tej racji warto dzisiaj zatrzymać się choć na chwilę przy dwóch sprawach: przy kwestii starotestamentalnych zsyłek i deportacjach nowożytnych.
„Gdy pewnego razu Jeroboam wyszedł z Jerozolimy, spotkał go na drodze prorok Achiasz z Szilo, odziany w nowy płaszcz. Sami tylko obydwaj byli na polu. Wtedy Achiasz zdjął nowy płaszcz, który miał na sobie, porozdzierał go na dwanaście części i powiedział Jeroboamowi: ‘Weź sobie dziesięć części, bo tak rzekł Pan, Bóg Izraela: Oto wyrwę królestwo z ręki Salomona, a tobie dam dziesięć pokoleń. Jedno tylko pokolenie będzie miał ze względu na Dawida, mego sługę, i ze względu na miasto Jeruzalem, które wybrałem ze wszystkich pokoleń Izraela’. Tak więc Izrael odpadł od rodu Dawida po dzień dzisiejszy”.
Autor tego fragmentu Pierwszej Księgi Królewskiej przedstawia teologiczną interpretację historii narodu wybranego – od przejęcia rządów przez Salomona po swoim ojcu Dawidzie (1 Krl 1–2) aż do upadku Królestwa Judy (2 Krl 24–25). W tym ludzkim porządku wydarzeń często przywołuje motyw „gniewu Bożego”. Ze szczególnym naciskiem czyni to w punktach zwrotnych tych dziejów, takich jak podział Królestwa Salomona (1 Krl 11–12), a następnie upadek Królestwa Północnego (Izraela) i i deportacja mieszkańców do Asyrii (2 Krl 17*) a potem upadek Królestwa Południowego (Judy) i wygnanie ludności do Babilonii (2 Krl 24–25).
Tragiczny rozpad Królestwa Salomona oraz katastrofalny koniec monarchii w Izraelu i Judzie są – według niego – skutkiem słusznego gniewu YHWH w odpowiedzi na zerwanie przymierza przez naród wybrany i bałwochwalstwo samego Salomona (1 Krl 11,31-37). Gniewne działanie Boga jest odpłatą za nieprawnie zerwanie przymierza. Tak nakreślona teologiczna wizja dziejów wskazuje na uniwersalną prawdę, że to człowiek sprowadza gniew Boży przez swoje grzeszne uczynki i zmusza Boga do wymierzenia mu zasłużonej kary. Motyw gniewu YHWH staje się ponadczasową lekcją historii i przestrogą dla przyszłych pokoleń.
2. DEPORTACJE NOWOŻYTNE
Druga kwestia nowożytne deportacje w głąb Rosji. Zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, iż deportacja Polaków na Sybir, której 84. rocznicę obchodzimy, nie była pierwszą tego rodzaju deportacją naszych rodaków w tamte regiony. Jest to raczej jeden z wielu odcinków Golgoty Wschodu, która to droga rozpoczęła się już w XVI wieku.
Bodajże najwcześniej – bo już w XVI wieku – zesłanymi na Syberię byli polscy jeńcy z czasów wojny Stefana Batorego z Rosją.
Następnie dołączyli do nich – wzięci do niewoli rosyjskiej – uczestnicy tzw. dymitriad, czyli wypraw polskiej szlachty do Rosji w XVI w., mających na celu zdobycie i zwiększenie tam wpływów polskich. Ich nazwa pochodzi od Dymitra Samozwańca, domniemanego syna Iwana Groźnego, którego szlachta polska usiłowała wprowadzić na tron moskiewski.
Na początku XVIII wieku na Syberię zsyłano zwolenników króla Stanisława Leszczyńskiego.
14 października 1767 roku poseł rosyjski Nikołaj Repnin rozkazał porwać przywódców konfederacji radomskiej (biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna) i zesłał ich do Kaługi. Pozbawiony opozycji sejm uchwalił w lutym 1768 prawa kardynalne i przyjął gwarancję rosyjską. Tym samym Rzeczpospolita stała się protektoratem Imperium Rosyjskiego.
Potem – na podstawie rozkazu Katarzyny II – na Syberię zostali zsyłani konfederaci barscy. Według szacunków rosyjskich w 1771 wzięto wówczas do niewoli 14 tys. konfederatów.
Po stłumieniu powstania kościuszkowskiego zostało zesłanych na Wschód ok. 20 tys. jego uczestników.
Bliżej nieznana pozostaje dokładna liczba polskich zesłańców, wziętych do rosyjskiej niewoli po przegranej wojnie w 1812 roku.
Nieznana jest też liczba polskich zesłańców po rozbiciu przez władze rosyjskie organizacji spiskowych na ziemiach zajętych w latach dwudziestych XIX wieku.
Podobnie nieznana jest dokładna liczba zesłanych po powstaniu listopadowym. W latach 1831–1832 – w ramach represji po powstaniu – wcielono kilka tysięcy uczestniczących w nim dzieci do specjalnych batalionów rosyjskich i popędzono w głąb Rosji. W drodze z Warszawy do Bobrujska zmarło dwie trzecie tych dzieci, resztę wychowano na rosyjskich żołnierzy.
W 1833 roku – po rozbiciu ruchu partyzanckiego Józefa Zaliwskiego – wielu z jego członków zostało skazanych na katorgę.
W 1844 władze carskie rozbiły spisek chłopski księdza Piotra Ściegiennego. Zesłano wówczas w głąb Rosji wielu członków tej konspiracji.
W roku 1863 – po stłumieniu powstania styczniowego – zesłano na katorgę ok. 40 tysięcy powstańców, z których więcej niż połowa już nigdy nie powróciła do Ojczyzny.
W latach 1807 – 1870 zesłano na Syberię 461 tysięcy osób.
W drugiej połowie XIX wieku liczba zsyłanych wahała się w granicach 10 – 15 tysięcy rocznie.
Dzisiaj jednak obchodzimy 84. rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir, nie zapominając owszem o wszystkich poprzedzających deportacjach.
Pierwsza deportacja
Po agresji ZSRR na Polskę (17 września 1939 r.) tysiące polskich mieszkańców Kresów uległo przesiedleniu, niektórzy m.in. na Syberię (inni np. do Kazachstanu). W pierwszej wywózce (10.02.1940) Polacy stanowili 70% wywożonych, pozostałe 30% to ludność białoruska i ukraińska. Wywożono wtedy przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników państwowych, służbę leśną oraz pracowników PKP. Zabierano całe rodziny bez wyjątku. Zgodnie ze ściśle tajnymi materiałami radzieckimi deportowano wówczas ok. 140 tys. osób.
Druga deportacja
W czasie drugiej deportacji (13-14.04.1940) wysiedleniu podlegały rodziny tzw. wrogów ustroju: urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów, oraz rodziny osób aresztowanych i zatrzymanych przy nielegalnej próbie przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. W ramach tej akcji zesłano ok. 61 tys. Wyjątkowo duży był w tym przypadku odsetek kobiet i dzieci, wynosił bowiem do 80% całości transportów.
Trzecia deportacja
Trzecia deportacja (maj-lipiec 1940) objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski, przybyłych w czasie działań wojennych na tereny, które znalazły się potem pod okupacją radziecką. Liczba zesłańców wyniosła ponad 80 tys.
Czwarta deportacja
W czasie czwartej wywózki (maj-czerwiec 1941) na Wschód pojechała głównie ludność ze środowisk inteligenckich, pozostali uchodźcy, rodziny kolejarzy, rodziny osób aresztowanych przez NKWD w czasie drugiego roku okupacji, wykwalifikowani robotnicy i rzemieślnicy. Deportacja ta dotknęła szczególnie dotkliwie Białostocczyznę, Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę. W sumie deportowano ponad 85 tys. osób.
O tych zbiorowych ludzkich cierpieniach nie da się zapomnieć. Naszym obowiązkiem jest podtrzymać pamięć o tych, którzy zostali wywiezieni na Golgotę Wschodu. Którzy do końca swego życia pozostali wierni Bogu i Ojczyźnie, chroniąc się od wynarodowienia i utraty wiary. Wielu – zadręczonych katorżniczym losem – pozostało tam, bez znaku pamięci, pogrzebawszy wcześniej swoje dzieci w bezkresach tajgi i stepów. Podziwiamy ich heroizm i chcemy pamiętać ich niezłomne trwanie w obronie najwyższych wartości, jakimi są: życie, wolność, Polska, a nade wszystko wiara w Boga.
Karol I, błogosławiony cesarz Austrii i Węgier, przekazał w 1920 roku bardzo ważną obserwację: „nie ma bardziej patriotycznego narodu od narodu polskiego, […] Z katolickiej perspektywy, również nie ma bardziej wierzącego narodu od narodu polskiego i żaden w ostatnim czasie tyle nie wycierpiał dla swojej wiary, co Polacy. Jedyną tylko cechę negatywną ma państwo polskie: jest za bardzo wyeksponowane, ma zbyt wielu wrogów i bardzo złe położenie militarne” (Memoriał dla Lethbridge’a).
Gdy więc na koniec pytamy o sens ludzkiego cierpienia, to trzeba zwrócić uwagę na to, że – po pierwsze – czasami cierpienie bywa ceną za nasze własne grzechy; podobnie jak w przypadku syna marnotrawnego. Ów syn sam sobie zgotował cierpienie, jako nieuchronny skutek popełnionych przez siebie błędów. W ten sposób rodzą się ludzkie tragedie (np. w postaci uzależnień, brutalnej przestępczości, rozwodów, zabijania nienarodzonych, ludobójstwa). O tego rodzaju krzyżach najchętniej mówią stacje telewizyjne. Dziennikarze opisują je z okrutną dokładnością. Nie przejmują się wcale tym, że ich relacje często inspirują kolejne pokolenia do powtarzania dramatu swych poprzedników. Istnieją całe środowiska, które w obliczu cierpienia najchętniej oskarżają Boga, o to, że On jest winny za wszelkie zło tego świata.
Po wtóre, nasze cierpienia bywają też ceną za miłość: za miłość małżeńską, rodzicielską, kapłańską, za miłość odpowiedzialnego wychowawcy i wiernego przyjaciela, za miłość człowieka sprawiedliwego, za miłość człowieka, który wprowadza pokój, który przebacza, który kocha nawet nieprzyjaciół, który staje się dla innych bezinteresownym darem z samego siebie. Cierpienie rozumiane jako cena za miłość bywa szczególnie bolesne wtedy, gdy kochamy tych, którzy nas nie kochają i których trudno jest nam pokochać.
Po trzecie, bywa i tak, że cierpimy bez żadnej naszej winy; na przykład na skutek jakiejś niezawinionej choroby, albo wskutek kataklizmu, który niszczy nasz dobytek. W takim przypadku cierpienie pozostaje tajemnicą, ale i wtedy możemy być pewni, że to nie Bóg nam je zsyła. Zwykle za niewinnym cierpieniem jednego człowieka kryje się głupota, chciwość, lub wina innego człowieka.
ZAKOŃCZENIE
Zakończmy dzisiejszą refleksję słowami poety:
Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona Na wschód północny wiedzie, znana od stuleci, Za mężem w noc porwanym płakała tam żona I od matek oddarte ginęły tam dzieci. […]
O poro złud okrutnych, żałosna rachubo, Po której się to samo powtarza, to samo, Że lata są wygnaniem, dzień każdy jest zgubą A w nocy słychać salwy za więzienną bramą. […]
Jest w Polsce jedna droga, gdzie prędzej czy później Z cierpień moc taka wyjdzie, że Boga zadziwi: Powracają ojcowie, umarli podróżni Budzą synów – i walczą – polegli i żywi.
(Kazimierz Wierzyński, Jest w Polsce jedna droga)
Abp Stanisław Gądecki, Poznań, kościół pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela – 9.02.2024.
ren/archpoznan.pl, fronda.pl
***
Wiara, Kościół i tożsamość – dzięki nim zesłańcy zdołali przetrwać piekło na ziemi
(Zesłańcy – zdjęcie ilustracyjne/fot. IPN)
***
Zesłańców jednoczyła wiara, dzięki wierze przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia – mówi o. Alexey Mitsinskiy MIC – misjonarz z Kazachstanu, który obecnie posługuje w Tajynszy.
Proszę Ojca, miejscowość, w której Ojciec posługuje jest chyba szczególnie Ojcu bliska?
To jest miejscowość, do której w 1936 roku była wywieziona moja babcia. Może warto przypomnieć, że zesłańcy byli wywożeni w tragicznych warunkach – w wagonach bydlęcych, poupychani, jeden na drugim. Bez jedzenia, bez prywatności, bez toalety. Za toaletę służyła dziura w jednym z rogów wagonu. Zdarzało się, że ktoś podczas podróży umarł, to wtedy jego ciało było wyrzucane z pociągu. Oni zostali wywiezieni tylko dlatego, że byli chrześcijanami, należeli do szlachty. Dziś, kiedy się spotykam z tymi, którzy przeżyli tragedię wywózek, widzę, że oni są pogodni, nie mają w sobie żalu, złości, nienawiści. To my, młodsi, często na coś ciągle narzekamy… A zesłańcy są pogodzeni z tym, co się wydarzyło. Przyjmują rzeczywistość taką, jaka jest. Zimą pamiętam minus czterdzieści osiem, czterdzieści dziewięć, a latem – plus pięćdziesiąt w cieniu i w takich warunkach ludzie musieli przeżyć.
Co się stało z Ojca babcią?
Moja babcia opowiadała, że przygarnęła ich rodzina Kazachów, i w nocy tylko jedną godzinę każde z nich spało pod kożuchem. A los rzucali o to kto będzie spał przy drzwiach, ponieważ zwyczajnie mógł się nie obudzić, mógł zamarznąć. Ludzie mówią, że najbardziej w tamtym czasie dokuczał im głód i chłód. Głód był na tyle duży, że kobiety próbowały przynieść z pola w kieszeniach chociaż kilka ziaren zboża, żeby z tego ugotować strawę dla swoich dzieci. Kobiety chodziły też po stepie i próbowały znaleźć coś, co by się nadawało do jedzenia. Później wyszła ustawa, w myśl której każda kobieta, u której znaleziono kilka ziaren zboża miała być rozstrzelana na miejscu, bez dochodzenia. Często potem umierały także jej dzieci, bo nie miały co jeść.
Historia pokazuje, że ludzie, którzy przeżyli piekło na ziemi, którym próbowano wyrwać człowieczeństwo – byli ludzcy, wrażliwi na krzywdę innych…
Owszem, zdarzały się takie sytuacje, że dziecko, którego matka została zamordowana, a ojciec – wcześniej wywieziony w przeciwnym kierunku, trafiło pod opiekę obcych ludzi, ale na ogół do takiego dziecka ludzie bali się zbliżyć, bo władza groziła, że za pomoc sierotom może ich spotkać taki sam los jak matkę dziecka. Kiedy ktoś w urzędzie się jednak dowiedział, że jakaś rodzina zajęła się dzieckiem – gwałcili tą kobietę. Ona się na to godziła, bo ważniejsze było dla niej życie dziecka.
Co jednoczyło zesłańców?
Wiara ich jednoczyła, dzięki wierze oni przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia.
A jednak silna wiara przetrwała…
Kobiety, kiedy miały kilkadziesiąt minut na przygotowanie się do wywózki zabierały ze sobą obrazki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, ale też medaliki, różańce i modlitewniki. Te modlitewniki przepisywały ręcznie, a później z nich uczyły swoje dzieci modlitwy i języka polskiego.
Co dawało tamtym ludziom siłę do życia?
Oprócz wiary to także Kościół, ale nie w sensie budynków, bo takich nie było. Kościół jako duszpasterze, którzy byli razem z nimi zesłani, którzy uczyli i swoim przykładem zachęcali, żeby przebaczyć nieprzyjaciołom – przebaczyć tym, którzy mordowali tych, których kochali. Ci ludzie przebaczali. Księża chodzili po nocach, aby ludziom posługiwać. Jednym z takich księży był ks. Bukowiński, obecnie błogosławiony i jak ufamy, że będzie także ogłoszony świętym.
Co Ojca fascynuje w Ks. Bukowińskim?
To, jaki był. Miał możliwość powrotu do Polski, ale nie skorzystał z tej szansy. Wiedział, że jeśli zostanie z zesłańcami to będzie miał większy dostęp do ludzi, że będzie mógł się swobodnie poruszać po kraju. Ks. Bukowiński szukał każdej okazji by dotrzeć do człowieka. Na przykład – co może wyda się zaskakujące, szukał ludzi na cmentarzu. Przychodził w to miejsce, szukał grobów z polskimi nazwiskami i czekał, aż ktoś przyjdzie odwiedzić miejsce doczesnego spoczynku swojego bliskiego. Tam, na cmentarzu zaczęła się rodzić wspólnota Kościoła. Kiedy ks. Bukowiński był w łagrach to do niektórych swoich przyjaciół pisał, żeby wysłali mu troszkę rodzynek i chleba. Było mu to potrzebne, aby mógł odprawić Msze świętą. Napisał, że gdyby miał możliwość wybierać sobie drogę życiową, to wybrałby taką samą drogę.
Tamci ludzi naprawdę pragnęli Mszy świętej, chociaż wiedzieli, że „zgromadzenia” nie są legalne?
Ludzie trwali z księdzem na modlitwie nawet i całe noce. Wiedzieli, że więcej takiej możliwości może już nie być, bo przecież nie było pewności, że ksiądz jeszcze wróci.
Wspomniał Ojciec o trzech filarach: wiara, Kościół i …?
Tożsamość. To trzeci filar, a znaczyło to dla nich tyle, co drugi człowiek obok. Nie było ważne, że nie jest to brat czy siostra z rodziny. Oni mówili, że to jest ich „mała Ojczyzna”. Naprawdę ci ludzie byli odpowiedzialni za siebie nawzajem. Pamiętam rozmowy, kiedy zesłańcy dokładnie pamiętali z kim byli, co robili… Prawda jest taka, że Kazachowie pomogli zesłańcom przeżyć. Dzielili się tym, co mieli. Kazachowie sami cierpieli, ale dbali o zesłańców, mimo, że dzieliło ich wyznanie, język, wartości, zasady.
Takie przykłady można mnożyć?
Pamiętam, że po śmierci mojej babci przyszła do zakrystii starsza pani. Była niewidoma, po omacku szła do kościoła, ale powiedziała mi, że codziennie modli się za moją babcię, bo jechały w jednym wagonie. Ogromne znaczenie dla tamtych ludzi miała wierność także i drugiemu człowiekowi. Pamięta, że były razem, i nawet po śmierci mojej babci nie przestawała za nią się modlić.
Wspomniał Ojciec o pomocy, bezinteresownej. A dziś są wojny, nieporozumienia, morderstwa…
Dziś wcale człowiek nie musi być dla drugiego człowieka wilkiem. Może być bratem, ale warto pielęgnować to, za co nasi przodkowie oddawali życie: wiara, Kościół, tożsamość. To wartości, które pomogły przeżyć nie tylko zesłańcom, ale mogą być pomocne także i nam. Obyśmy nigdy nie zapomnieli tego, co ma prawdziwą wartość i znaczenie.
Wydaje się, że to prawdziwe wyzwanie dla współczesnego świata, kiedy obserwujemy to, co się dzieje?
Boli mnie serce, kiedy słyszę jak w Polsce ludzie planują uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. Już dwa lata wcześniej wynajmują sale, wybierają dekoracje, prezenty… Zastanawiam się czy jest jeszcze miejsce dla Pana Jezusa, w tym wszystkim.
Jak Ojciec zapamiętał swoją Pierwszą Komunię Świętą?
Na uroczystość Pierwszej Komunii Świętej poszła ze mną babcia. Moi rodzice nie chodzą do Kościoła i pewnie jakoś po swojemu wierzą. Tamtego dnia mama coś robiła w domu, tato oglądał telewizję, ale babcia towarzyszyła mi w czasie przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej.
Pamięta Ojciec jakie dostał prezenty?
Trochę cukierków, ale nie tak dużo, bo zmieściły się w jednej ręce. Dostałem też różaniec i Pismo Święte w obrazkach po rosyjsku.
Jak rodzice zareagowali na decyzję o wstąpieniu do seminarium?
Powiedzieli, że nigdy nie dadzą na to zgody. Wyjechałem jako siedemnastolatek do Polski, bo zostałem przyjęty do Zgromadzenia Księży Marianów. Dziś nie wyobrażam sobie, że mógłbym posługiwać poza Kazachstanem. Głosimy tego samego Chrystusa. Mamy kościół parafialny i kilka kapliczek dojazdowych, w odległości ok. 30-35 km. Jak na warunki Kazachstanu to mamy dużo parafian – ok. czterystu osób. W tych ludziach jest ogromne pragnienie modlitwy.
Co wyróżnia duszpasterstwo w Kazachstanie?
To bardziej duszpasterstwo dla konkretnego człowieka. Oczywiście to dłużej trwa, ale ludzie, którzy do nas przychodzą wiedzą, że jesteśmy teraz tylko dla nich. Często nawet kiedy idziemy do jakiegoś domu, bo dostajemy informację, że ktoś umarł – słyszymy, że umarł z różańcem w ręce. W parafii jest jeden pan, który ma problem ze słuchem i wzrokiem, ale kiedy przychodzi się do niego z Komunią świętą – dla niego nie ma większej radości. Przygrabiony klęczy, przyjmuje Ciało Chrystusa. W jego postawie zawiera się: „Pan mój i Bóg mój”.
Skąd tak dobrze zna Ojciec język polski?
Kiedy miałem jedenaście lat to zapisałem się na język polski, chociaż sam nie wiedziałem po co to zrobiłem. Mój tato jest Polakiem, mama – Rosjanką, ale poznali się w Kazachstanie. Tato powiedział, że dobrze zrobiłem, chociaż mama nie bardzo była z tego faktu zadowolona. I jak to dziecko – trochę pochodziłem na język polski, ale w końcu przestałem. Zacząłem się sam uczyć w domu. Minęło pięć lat i zrozumiałem, po co mi była ta nauka…
Pan Bóg na każdego znajdzie sposób?
Kiedyś na przerwie w szkole widziałem, że moja koleżanka pokazuje coś nauczycielce w zeszycie. Nie wiedziałem co to było, ale dowiedziałem się, że jest taka kapliczka, przy której Księża Marianie uczą dzieci. Jeden uczył geografii, drugi angielskiego. To mnie zaciekawiło, bo było to coś nowego. Następnego dnia poszedłem tam z moją koleżanką ze szkoły. To było moje pierwsze spotkanie z Kościołem.
Co jest najtrudniejszym wyzwaniem na teraz?
Już myślimy o następnej zimie, bo potrzebujemy kupić wagon węgla oraz utrzymać misję. Jak zaczynamy palić we wrześniu to kończymy czasami w połowie maja. Środki materialne są dla nas potrzebne, ponieważ poza naszym utrzymaniem – staramy się też pomagać innym, na przykład przez długi czas dokarmialiśmy w jednej ze szkół biedne dzieci, które, kiedy wracały do domu to widziały tylko pijanych rodziców; pomagamy również według rozeznania i możliwości także bezdomnym. Dziękuję też za modlitwę, bo czujemy, że są ludzie, którzy za nas się modlą.
Dziękuję za rozmowę
Marta Dybińska/PCh24.pl
***
Przeszli przez piekło Sybiru.
Poznaj wstrząsające wspomnienia z „nieludzkiej ziemi”
10 lutego – kolejna rocznica pierwszej wywózki obywateli Rzeczypospolitej na Sybir.
(zdjęcie ilustracyjne/fot.AB/PCh24/pl)
***
Sowieckie wywózki były dla ich ofiar przeżyciem tak traumatycznym, że cierpienia jakich doświadczyli na Sybirze stały się ranami, które nie zabliźniły się. Drastyczne sceny wracały w koszmarnych snach, a pamięć głodu kazała Sybirakom zawsze mieć w domu duży zapas żywności. Posłuchajmy wspomnień trzech osób, które żywe wróciły z „nieludzkiej ziemi”, choć wielu wywiezionym nie było to pisane.
Początek dramatu wywózki
Genowefa Grochowska (1930 -2024) wywieziona wraz z rodziną z terenu Wileńszczyzny – „Miałam wówczas 18 lat. W kwietniu 1948 roku NKWD przyszło po naszą rodzinę o drugiej w nocy. Powiedzieli nam „wyjeżdżacie na Sybir” i dali pół godziny na spakowanie się. NKWD-zista kazał mojemu ojcu usiąść za stołem, żeby go mieć na oku. Bojec sam usiadł, wyjął pistolet i go odbezpieczył. Ojciec wzrokiem pełnym cierpienia i bezradności patrzył na nas. Ja i mama pakowałyśmy, co się dało. Innych dwóch bojców chodziło za nami i patrzyli nam ręce co bierzemy. Mama załamała się psychicznie i powiedziała do NKWDzisty „zabij mnie, tu w moim domu” on jej odpowiedział „Będziesz żyć i to jeszcze lepiej niż w swoim domu”. Potem załadowali nas z tobołkami i naszych sąsiadów Rynkiewiczów na jedną furę i wieźli, ponad 30 kilometrów, na dworzec kolejowy do Nowych Święcian. Ciągle dowozili nowe rodziny przeznaczone do wywózki”.
Piotr Pocałujko (1928 -2016) urodzony we wsi Zapurwie koło Grodna, sierżant AK – „Byłem członkiem, łącznikiem wileńskiego AK. Po zakończeniu wojny nasza drużyna miała zadanie pomagać oddziałom AK, które przedzierały się z Wileńszczyzny na teren Grodzieńszczyzny i później za linię Curzona, do Polski – w granicach wyznaczonych przez Stalina. Mnie i moich kolegów z naszej drużyny AK dopadli dopiero 23 marca, roku 1949. Miałem wówczas 21 lat. Siedzieliśmy wówczas w leśnym bunkrze. Wydał nas konfident, który później – w roku 1952, z wyroku sądu podziemnego, został za to zlikwidowany. Żołnierze NKWD przez komin, który był ukryty w drzewie i miał wylot w dziupli, wrzucili grant. W tym czasie, w bunkrze było nas siedmiu. Wiem, że jeden kolega zginął na miejscu, drugi był ciężko ranny. Niewiele jednak pamiętam, bo przywaliło mnie cegłami i straciłem przytomność. NKWD – dziści, dziwili się, że przeżyłem. Potem postawiono mnie przed sowieckim wojskowym sądem. Dali mi nawet adwokata z urzędu. A to był jakiś bardzo dziwny adwokat. Na procesie zamiast mnie bronić – oskarżał, bardziej chyba niż prokurator. Wyroku można więc było łatwo się domyślić. Dali mi najpierw w sumie 105 lat łagrów, ale potem, powodu tego, że byłem sądzony na terenie białoruskiej ZSRR, gdzie prawo było nieco łagodniejsze, zmienili ten wyrok na 25 lat łagrów”.
Michał Siewruk, syn ziemiańskiego rodu Wileńskich – Siewruków, urodzony w roku 1938 w majątku Kłącie w powiecie orańskim na dzisiejszym terytorium Litwy – „Miałem wtedy 11 lat. W marcu roku 1949 o czwartej rano nasz dwór otoczyła grupa sowieckich żołnierzy NKWD i miejscowych działaczy komunistycznych. Jeden z nich, oficer polityczny, był Żydem. Czterej cywile komunistami Litwinami, a inni członkowie tej międzynarodowej grupy byli Rosjanami. Najstarszy stopniem NKWD-zista, lejtnant, wszedł do naszego domu i odczytał nam, czyli moim rodzicom mnie i siostrze, postanowienie sowieckiej Rady Ministrów. „Jako kułacy zostajecie wysiedleni z zajmowanego folwarku i odtransportowani w celu osiedlenia na oddalonych terenach Związku Radzieckiego. Wasze gospodarstwo zostaje skonfiskowane, a dobra materialne przekazane Skarbowi Państwa”. Zakończył czytać oficer i zaraz potem powiedział „Zbierajcie się”. Rodzice byli zdruzgotani, matka płakała, a ojciec stracił przytomność. Kiedy my się pakowaliśmy, NKWD-ziści kradli nasz majątek z dworu, a także żywy inwentarz, pakując świnie i kury na wozy. Kiedy odjeżdżaliśmy żegnali nas kochani sąsiedzi, którzy wcześniej przynieśli nam jedzenie i pomogli się pakować. Mężczyźni zdjęli czapki z głów a kobiety płakały – tak nas żegnano. Wszystko to widzę jakby było dziś”.
Transport
Genowefa Grochowska – „Zaczęli nas ładować do towarowych wagonów. Cisnęliśmy się jak śledzie w beczce. W naszym wagonie było upchanych 72 osoby, w różnym wieku, od dzieci do starców. Zanim pociąg ruszył, stał na peronie aż trzy doby. W tym czasie nie dawali nam wody. Bardzo męczyło wszystkich pragnienie. W końcu dostaliśmy jedno wiadro wody dziennie na cały wagon czyli 72 osoby. Nie wszyscy mogli wziąć z domów jedzenie, więc solidarnie jedni dzielili się z drugimi. Do końca życia nie zapomnę płaczu, zawodzenia, krzyku rozpaczy, które wydobywały się z bydlęcych wagonów. Ludzie śpiewali też maryjne pieśni. Po drodze w naszym wagonie zachorowało dwoje małych dzieci, a NKWD-ziści tylko – nic im nie będzie. Te dzieciaczki zmarły. Rodzice zakopali ich ciała przy torach. Okna w wagonach były zabite blachą. U nas w wagonie kobieta zaczęła rodzić. Na szczęście wśród nas była położna. Odebrała poród, urodziły się bliźnięta. Zawinięto je w gałganki. Bojcy zaraz je zabrali, matka rozpaczała, ale zamknęli drzwi i pociąg ruszył. Zawieźli nas aż za Ural”.
Piotr Pocałujko – „Nikt z nas nie wiedział gdzie jedzie. Nikt też nie potrafił powiedzieć jak długo trwała ta podróż. Czasem pociąg jechał dzień i noc bez przerwy – czasem się zatrzymywał i stał, czy to na stacji czy w szczerym polu, przez kilka dni. Sanitariat stanowiła dziura wycięta w podłodze wagonu, zasłonięta parawanem. Jedzenie, które podawano w wiadrze „mieszkańcom” wagonów stanowiły – makaron zalany oliwą, czasami śledzie. Ale to dla dorosłych mężczyzn było za mało, żeby nie cierpieć z głodu. Kilku moich kolegów z AK było chorych, kilku bardzo mocno pobitych podczas przesłuchań NKWD. Oni zmarli po drodze, bo nie było tam żadnego lekarza. Zakopaliśmy ich podczas postoju, niedaleko torów. Do dziś nie wiem, czy ich bliscy ekshumowali ciała tych żołnierzy i godnie je pochowali. W takich warunkach dowieziono nas na Sybir”.
Michał Siewruk – „Kiedy dowieźli nas do stacji kolejowej w Oranach, 50 towarowych wagonów już stało. Było w nich upakowane mnóstwo ludzi – przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Ich ojcowie siedzieli w sowieckich więzieniach. My byliśmy rodziną kułacką. Tylko takich rodzin nie rozdzielano i wywożono je pełne. Gdy otwarto drzwi naszego wagonu, buchnął z niego na nas okropny fetor. Pochodził on z kubła, który służył jako sedes. Kiedy wsadzono nas do tego wagonu i pociąg ruszył, ludzi zaczęli się modlić. Pamiętam jedną modlitwę „Prosimy Cię Boże zjednocz twoje dzieci rozproszone po całym świecie”. Po drodze chorzy ludzie umierali. W naszym wagonie zmarł ziemianin z Nowej Wilejki. Z tej podróży pamiętam jak ojciec opowiadał mi, że mój pradziadek był polskim działaczem niepodległościowym, którego car skazał na Sybir i odbył on taką drogę jaka my odbywamy. W wagonie był piecyk na którym w wiadrze gotowano wodę. Często wspólnie się modliliśmy i dzieliliśmy jedzeniem, bo nie wszyscy je wzięli z domu i głodowali. Jeden z naszych strażników, podczas postoju dał choremu herbaty. Za to NKWD go aresztowało, bo oni tego nie mogli robić. Jechaliśmy bardzo długo, wielu ludzi pokonał smutek i dostali depresji. W końcu dotarliśmy do Nowosybirska. Później przewieziono nas w Ałtajski Kraj do Usolu”.
Katorga
Genowefa Grochowska – „Po tej morderczej podróży dali nam zaledwie 3 dni odpoczynku. Potem pognali do wyrębu Tajgi. Ludzie byli nie nawykli do pracy w takich warunkach. Bardzo wielu z nas raniło się siekierami. Rany były czasami ciężkie, ale NKWD- ziści mówili, „nic wam nie będzie”. Panował straszny głód. Dziennie dawno nam chochlę wodnistej zupy i kilka kromek surowego chleba. Ludzie padali jak muchy, od tych ran, od czerwonki i tyfusu. Przy pracy w lesie strasznie gryzły nas komary, meszka. Kiedy wracałam z lasu, byłam zawsze pogryziona i wykrwawiona przez te insekty. W chatynkach, w których nas zakwaterowano, roiło się od wesz i pluskiew. Chorowałam b na tyfus, cudem przeżyłam. Bardzo pomagała nam wspólna modlitwa”.
Piotr Pocałujko – „Początkowo zawieźli mnie do łagru z zaostrzonym rygorem w Irkucku. Wcześniej więziono tam Niemców. Kiedy byłem w tym łagrze, większość więźniów to byli członkowie AK. Byłem tam 2,5 roku. Praca makabrycznie ciężka. Kazali nam wycinać las, gdzie rosły drzewa bardzo stare i olbrzymie. Wielu ludzi tam zmarło z wycieczenia, a niektórych zastrzelono. Kolejne łagry, jakie „zwiedziłem” znajdowały się na Kołymie. Byłem tam w sumie 5 lat i 3 miesiące. Pierwszym obóz znajdował się przy kopalni ołowiu. Straszne warunki pracy. Ten obóz był posadowiony na wysokiej górze, więc ciągle tam przeraźliwie wiało. Budowle, w których kazano nam mieszkać, były zrobione z łupanych skał. W otworach okiennych nie było szyb, a jedynie wypełniały je szklane słoiki, ustawione jeden na drugim. Wodę pitną pozyskiwaliśmy ze śniegu. Ciężko zachorowałem tam na żółtaczkę, w kopalni doznałem poważnego złamania nogi. Po kuracji w szpitalu, przewieziono mnie do kopalni. Tam wszyscy pracowaliśmy w maskach, gdyż bez tego, zaraz byśmy poumierali, głównie od pylicy płuc. W tej kopalni wydobywano głównie wolfram, ale pozyskiwano też promieniotwórczy uran, a wiadomo czym grozi praca przy wydobyciu tego ciężkiego pierwiastka”.
Michał Siewruk – „Najgorsza była pierwsza zima. Okropny mróz. Mój ojciec pracując na dworze, odmroził nos. Tam na miejscu nie było żadnego lekarza, więc nie miał się, kto nim zająć. My nie wiedzieliśmy jak na to zaradzić, ale tubylcy poradzili nam, żeby zdobyć gęsi smalec, bo to pomaga. Ale skąd go wziąć, kiedy na miejscu nic nie było, ani kur, ani gęsi, głód i wszystko zjedzone. Ja jako 12 chłopak. Chcąc pomóc ojcu, zbiegłem z obozu i przywiozłem gęsi smalec aż z Irkucka. Ja nie pracowałem, chodziłem do sowieckiej szkoły. Do szkoły można było bezkarnie nie iść, tylko jeśli temperatura spadała poniżej – 30 stopni. Rodzice tyrali w kołchozie. To była katorżnicza praca. Mężczyzn było w tym kołchozie tylko kilku, m.in. mój ojciec Piotr, dlatego kobiety zmuszano do wykonywania ciężkich męskich prac”.
Powroty do Macierzy
Genowefa Grochowska – „My nawet w tym łagrze na Syberii nie wiedzieliśmy, że po śmierci Stalina nastąpiła w ZSSR pewna polityczna odwilż i że pozwolono wówczas Polakom wracać do kraju. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, kiedy przez nasze miejsce katorgi jechał z Irkucka pociąg z rodakami wracającymi do Polski. To oni, a nie władze obozu, nam powiedzieli. Napisaliśmy do urzędu w Krasnojarsku wniosek o pozwolenie wyjazdu do kraju. Dostaliśmy pozwolenie dopiero po roku. I tak po tej wieloletniej gehennie wróciliśmy do ojczyzny, ale prawie każdego dnia wracają do mnie te straszne obrazy z Syberii”.
Piotr Pocałujko – „W roku 1956 Sowieci, uznali że za swoje „odpokutowałem” i zwolniono mnie z łagru. Od razu chciałem wyjechać do Polski, ale robiono mi ogromne trudności, jako że moje rodzinne Zapurwie, znalazło się po wojnie na terytorium ZSRR i automatycznie władze sowieckie uznały mnie obywatelem swojego państwa. Ponad dwa lata starałem się o uzyskanie pozwolenia na wyjazd do Polski. Pozwolenie to otrzymałem dopiero w roku 1958 i od razu wyjechał do kraju. Po wielu staraniach do Polski udało się sprowadzić moich rodziców i młodszą siostrę, którzy również byli wiezieni w sowieckich łagrach”.
Michał Siewruk – „Na zesłaniu byliśmy osiem lat, do roku 1957. Kiedy przyjechaliśmy do naszego majątku, okazało się, że zamieniono go na kołchoz, a dwór zniszczono tak, że nie został po nim kamień na kamieniu. Dosłownie, ponieważ usunięto nawet fundamenty. Tak więc na rodzinnej ziemi, nie mieliśmy gdzie mieszkać, nie mieliśmy do czego wracać, a do tego Polaków, po prostu wypędzano po wojnie z Wileńszczyzny. Robili to litewscy komuniści, którzy przenosili się do Wilna z głuchej prowincji. Organizowali oni specjalne składy pociągów i kazali Polakom wsiadać do nich i „jechać do Polski”. Tak właśnie trafiliśmy do Białegostoku, gdzie mieszkał brat mojej mamy, który nas przygarnął. Ja po krótkim pobycie w Polsce wróciłem do Wilna, gdzie mieszkałem aż do lat 80’. Do Polski przyjechałem na wezwanie umierającego ojca i tak tu zostałem, ale na Wileńszczyznę jeżdżę gdy tylko mogę”.
notował Adam Białous/PCh24.pl
***
Myśleliśmy, że władza bolszewików upadnie. Niezwykła relacja zesłanej na katorgę Sybiru
(zdjęcie ilustracyjne. fot. AB/PCh24/pl)
***
Kilka lat temu, goszcząc w białostockiej redakcji periodyku „Sybirak”, otrzymałem od prowadzących je osób – Bożeny Armatowicz i Roberta Tomczaka, dziś już świętej pamięci, listy które słała im pani Franciszka Michalska (ur. 1923 zm. 2016) z domu Waśkowska. Tak się złożyło, że dopiero teraz, robiąc porządki w swoich papierach, znalazłem te dokumenty i żywo zainteresowałem się nimi. W miarę jak zagłębiałem się w treść listów pani Franciszki, w których opisała ona swoje losy, ogarniał mnie coraz większy podziw dla dobra, wiary i męstwa tej naszej rodaczki i innych kresowych Polaków. Żyjąc na Kresach dawnej Rzeczypospolitej przed wojną i po niej, doznali oni wszystkich katuszy, jakie zrodziły się w demonicznych, sowieckich umysłach.
Pani Franciszka w liście do redakcji „Sybiraka”, tłumacząc dlaczego tak duża liczba naszych rodaków nie wyjechała z Rosji po roku 1917 pisze: „Po rewolucji, wielu Polaków pozostała na swoim dobytku w Rosji, ponieważ uważali, że władza bolszewików wkrótce upadnie. Myśleli, iż to żadne wyszkolone wojsko, ale jakieś chłopskie bandy, z którymi carska armia szybko się rozprawi. Stało się jednak zupełnie inaczej”.
W piśmie skierowanym do Zarządu Wojewódzkiego Związku Sybiraków, jako świadek martyrologii kresowych Polaków i swojej własnej, pani Franciszka tak oto opisuje skutki fatalnych rozwiązań przyjętych podczas pokoju ryskiego w roku 1921: „Na mocy traktatu ryskiego wiele ziem kresowych pozostawiono po stronie sowieckiej wraz z mieszkającymi tam od wieków Polakami – w liczbie około miliona! Ich właśnie dotknęły najdotkliwsze i najdłuższe prześladowania ze strony władz sowieckich”. Najtragiczniejszymi skutkami traktatu ryskiego dla kresowych Polaków były – śmierć głodowa tysięcy naszych rodaków podczas wielkiego głodu na Ukrainie (1932-33), masowe wywózki polskich rodzin na Sybir (1936-38) oraz wymordowanie na rozkaz Stalina ponad stu tysięcy naszych rodaków podczas tzw. „operacji polskiej NKWD” (1937-38).
Franciszka Michalska w listach podaje: „Losy Polaków na Kresach, którzy po pokoju ryskim zostali po sowieckiej stronie granicy były straszne. Również los mojej rodziny. Pamiętam rok 1930, miałam wtedy 7 lat, jak bardzo rozpaczała moja mama, kiedy przyszło do niej powiadomienie z więzienia NKWD w Zasławiu, że jej rodzony brat Piotr Kamiński został rozstrzelany za próbę przedostania się do Polski. Od naszej miejscowości do granicy było tylko 25 kilometrów”.
Franciszka Michalska była również świadkiem wielkiego głodu na Ukrainie. Jak mówi, jej rodzinie jedynie cudem udało się wówczas uniknąć śmierci. Często Waśkowscy byli tak głodni, że jedli brzozowe liście i suszyli je na zimę.
„Rozpętywanie piekła głodu na Ukrainie Stalin rozpoczął już w roku 1930. Na przednówku tego roku i dwóch kolejnych lat był dotkliwy głód. Władze stalinowskie chciały w ten sposób przymusić chłopów, aby oddali ziemie państwu, a sami zatrudnili się w kołchozach. Były sowieckie brygady, zwane gołymi brygadami, które jeździły po gospodarstwach i zabierały rodzinom wszystką żywność, także nie mieliśmy co jeść. Zakopywano żywność w dołach, ale ci z gołych brygad mieli długie szpikulce i wbijając je w ziemię znajdowali te kryjówki. Najgorszy głód był w roku 1933. Ludzie masowo umierali. Kiedy szłam do szkoły i z niej wracałam widziałam na ulicach wiele wychudzonych, martwych ciał. W miejscowości niedaleko nas przed głodem było 500 rodzin, a po głodzie przeżyło jedynie około 20 rodzin”. – pani Franciszka wspomina, że te straszne widoki śniły się jej po nocach.
Jej rodzice – Waśkowscy mieszkali w miejscowości Maraczówka koło Sławity na Ukrainie (ziemie wołyńskie), gdzie prowadzili gospodarstwo rolne. W roku 1936 wieś była zamieszkana przez kilkaset polskich rodzin.
„Był koniec czerwca 1936 roku, miałam wtedy 13 lat. Kilka dni przed wywózką wezwali mojego tatę do kołchozu, aby odebrał trzy pudy mąki. Tato nie wiedział jeszcze wtedy skąd taka hojność komunistów. Powiedziano mu Niech twoja żona piecze chleb i suszy z nich suchary. Przydadzą się wam. Po tych kilku dniach przyszli do nas o świcie, kazali się zbierać, pakować na podstawiony przed dom wóz. Potem razem z innymi sześciuset rodzinami wsadzili nas do bydlęcych wagonów i przez miesiąc wieźli na kazachskie stepy” – tak w swoich listach pani Franciszka wspomina wywózkę.
Pociąg zatrzymał się kiedy skończyły się tory. Kilkaset polskich rodzin NKWD wysadziło z wagonów w szczerym stepie. „Przez kilka dni mieszkaliśmy na pustym polu. W dzień było bardzo gorąco, a w nocy znowuż zimno. Po kilku dniach odkryliśmy studnię, ale była ona zasypana masą śmieci i padliną. Długo wyciągaliśmy z niej suche szczątki zwierząt. W końcu dokopaliśmy się do dna, pojawiła się woda. Była ona brązowa i cuchnącą, jednak pragnienie nas tak mordowało, że bez zastanowienia zaczęliśmy ją pić. Po tygodniu przyjechali przedstawiciele miejscowych komunistycznych władz – dwie Kirgizki i kilku Kirgizów. Przywieźli ze sobą namioty, które szybko rozstawiliśmy, żeby schronić się przed palącym słońcem. Wtedy też dowiedzieliśmy się od nich, że wodę z tej studni, którą żeśmy oczyścili, przed spożyciem trzeba przegotować, bo jest trująca, ale dzięki Bogu nikt nie zachorował” – wspomina represjonowana Polka.
Polacy wywiezieni w step, w nocy palili ogniska, żeby się ogrzać i odstraszyć wilki. „Siedząc przy ogniskach śpiewaliśmy religijne pieśni, to nas podnosiło na duchu. W pamięci utkwiła mi szczególnie pieśń Maryjna „Serdeczna Matko”. Modliliśmy się też na Różańcu. Z wielu opresji wyszłam cało jedynie dzięki Bożej Opatrzności” – wyznaje z wiarą pani Franciszka.
Dalej podaje w liście do redakcji „Sybiraka”, że mężczyźni tworzyli złudną nadzieję, że zapewne polski rząd dowie się, iż ich wywieziono i będzie interweniował, żeby sprowadzić rodziny z kazachskiego stepu do Polski…
Opatrzność Boża nie pozostawiła naszych rodaków w biedzie samych. Pomoc przyszła z niespodziewanej strony. Polaków uratował szef zespołu Kirgizów komunistów, który przywiózł zesłańcom namioty. „Widząc naszą bezradność i brak wiedzy o tutejszych warunkach klimatycznych powiedział: W październiku przyjdą mrozy. Jak chcecie przeżyć to nauczę was robić lepianki i kopać studnie. A jak nie chcecie mnie słuchać to zamarzniecie i nikt z Rosjan nie będzie przejmował się waszym losem. Poszliśmy po rozum do głowy, posłuchaliśmy tego przyjaznego nam Kirgiza i dzięki temu przeżyliśmy, bo on miał całkowitą rację” – relacjonuje nasza rodaczka.
Do końca roku 1936, z gliny zmieszanej z trawą, Polacy wybudowali na stepie około 200 lepianek. To ich ocaliło. Najpierw przymierano głodem, jednak jeszcze przed końcem wojny wzniesiono budynki kołchozu, w którym wszyscy ciężko pracowali. Wówczas dało się już jakoś żyć. Tak nasi rodacy założyli w Kazachstanie miejscowość Czernigowka, która istnieje do dziś – leży w rejonie Baszkiria.
Pani Franciszka Waśkowska przyjechała do Polski na sfałszowanych dokumentach, w roku 1946. Najpierw osiadła we Wrocławiu, gdzie ukończyła Akademię Medyczną. Wyszła za mąż za lekarza Michalskiego, urodziła troje dzieci. Od roku 1956 rodzina Michalskich mieszkała w Siemiatyczach, gdzie pani Franciszka była cenionym lekarzem pediatrą.
„Jestem osobą spełnioną i szczęśliwą, moją wielką radością jest powrót do Polski i życie tu, wśród swoich. Czasem jednak, kiedy wspominam moją rodzinę i tych wszystkich, którzy zostali na wywózce na zawsze, czuję smutek” – napisała pani Franciszka Michalska kończąc swoje wspomnienia.
Adam Białous/PCh24.pl
***
kościół św. Szymona i tablica upamiętniająca to ważne miejsce
***
W tym roku kalendarz mojej kapłańskiej posługi w Szkocji odlicza już pięćdziesiąty pierwszy rok. Pamiętam jakby to było dziś – w piątkowy wieczór 14-tego lutego wysiadłem na glasgowskim dworcu Central Station, aby duszpasterzować tutaj naszym Rodakom, którzy przeszli przez “nieludzką ziemię”. Cudem ocaleni musieli jednak potem jeszcze długo tułać się przechodząc kolejne stacje swojej Drogi Krzyżowej: z Persji poprzez Bliski Wschód, Włochy i Francję, aby w końcu dotrzeć nie na swoją, ale obcą, choć przyjazną, szkocką ziemię. I tutaj już pozostali aż do swojej śmierci, bo nie było im dane powrócić na “Ojczyzny łono”.
Każdego dnia polecam Miłosiernemu Bogu tych naszych Rodaków, aby już w pełni mogli posiąść Ziemię pełną szczęśliwości, która jest tym prawdziwym Domem dla tych wszystkich, którzy na tym naszym ziemskim padole musieli przejść przez dolinę śmierci – jak modlimy się w 23 psalmie: …”Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną… Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy”…
Jak ważna i potrzebna jest modlitwa za naszych zmarłychwspomnę tutaj o błogosławionej Matce Speranzie, hiszpańskiej mistyczce, która przewidziała wybór Księdza Kardynała Karola Wojtyły na papieża. 13 maja 1981 r. była jedną z kilku osób, które brały udział w ocaleniu życia św. Jana Pawła II. W 1964 roku spotkała się z Karolem Wojtyłą, który zmagał się z odmową Świętego Oficjum co do uznania zgodności z nauką Kościoła Dzienniczka s. Faustyny i rozpoczęcia jej procesu beatyfikacyjnego. Wtedy Matka Speranza poradziła przyszłemu papieżowi, aby jeszcze raz przyjrzano się tłumaczeniu Dzienniczka, ponieważ wkradły się tam błędy. I rzeczywiście był to przełom w zatwierdzeniu Dzienniczka i tym samym rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny.
Otóż dlatego przywołuję bł. Matkę Speranzę, bo to ona wyprosiła dla naszych poległych żołnierzy z pod Monte Cassino łaskę nieba. Ta niepozorna, skromna i zawsze uśmiechnięta zakonnica posiadała dar bilokacji, stygmatów, wglądu w ludzkie serca i kontaktu z duszami czyśćcowymi.
W 1951 roku odwiedziła cmentarz na Monte Cassino. Patrząc na groby naszych młodych polskich żołnierzy tak się wzruszyła, że prosiła Pana Boga, aby dusze tych przebywających jeszcze w czyśćcu Pan zabrał do nieba. Świadkiem tego wydarzenia był o. Alfredo, który tak opisał to wydarzenie:„Byłem z Matką, gdy weszła w ekstazę i zaczęła rozmawiać z Panem Jezusem, prosząc, aby zabrał do siebie dusze, za które tak wiele modliła się poprzedniego dnia. Słyszałem, jak mówiła do Niego:«Panie, czekam na Ciebie w czasie przeistoczenia». I rzeczywiście, w momencie podniesienia Świętej Hostii zauważyłem, że uważnie wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy; stwierdziłem, że była lodowata. Po chwili dał się słyszeć jej urywany oddech i odzyskała świadomość. Zaczęła dziękować Panu Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Po Mszy świętej spytałem, dlaczego była tak zmarznięta. Wtedy powiedziała mi, że chwilę wcześniej była w czyśćcu i widziała, jak wszystkie te dusze szły do raju”.
(zainteresowanym polecam książkę:“Bł. Speranza – Nieznane cuda bliźniaczej duszy ojca Pio“– José María Zavala)
***
7 luty
Pierwsza sobota miesiąca
10 grudnia 1925 roku siostrze Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o “niespełnioną część” orędzia fatimskiego
fot. Domena publiczna / commons.wikimedia.org
***
10 grudnia 1925 roku w Pontevedra doszło do stosunkowo mało znanego objawienia. Wizjonerce z Fatimy, s. Łucji dos Santos objawiła się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. Maryja wezwała do szczególnego nabożeństwa, jakim są pierwsze soboty miesiąca.
Objawienie Maryi siostrze Łucji dos Santos
Matka Boża ukazała się Łucji w jej celi zakonnej, trzymając w ręku Serce otoczone cierniową koroną, podczas gdy drugą ręką dotykała ramienia wizjonerki. Wtedy mały Jezus przemówił: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia.
***
Co Jezus i Maryja przekazali siostrze Łucji w Pontevedra? Mało znane objawienie
Choć w minionym grudniu minęło dokładnie 100 lat od objawienia Dzieciątka Jezus i Matki Bożej s. Łucji dos Santos, to jednak nie jest ono powszechnie znane. A była tam mowa o nabożeństwie, które jest szczególnym narzędziem do wyproszenia pokoju na świecie, tak bardzo potrzebnego zwłaszcza współcześnie. Przypominamy najważniejsze fakty z okazji 108. rocznicy piątego objawienia Maryi dzieciom fatimskim 13 września 1917 r.
Do objawienia w Pontevedra doszło 10 grudnia 1925 r. Wizjonerka fatimska Łucja dos Santos, wtedy już jedyna żyjąca z trojga dzieci, które widziały Maryję w 1917 r., była postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Świętej Doroty (tzw. Doroteuszki). Klasztor znajdował się w hiszpańskiej miejscowości Pontevedra.
Pierwsze soboty miesiąca
Właśnie 10 grudnia 1925 r. Matka Boża ukazała się Łucji z Dzieciątkiem Jezus w jej celi zakonnej. Maryja położyła dłoń na ramieniu wizjonerki, a w drugiej ręce trzymała Serce otoczone cierniową koroną. Wiemy, że mały Jezus powiedział wówczas: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia”.
Objawienie w Pontevedra jest ważne również z pespektywy nabożeństwa wynagradzającego Niepokalanemu Sercu Matki Bożej – tzw. pięciu pierwszych sobót miesiąca, na wynagrodzenie pięciu zniewag jakie Maryja doznaje od ludzi. Najświętsza Panna przekazała Łucji warunki tego nabożeństwa: jedna część Różańca, 15-miuntowe rozmyślanie nad tajemnicami Różańca (jedną lub kilkoma), spowiedź i przyjęcie Komunii Świętej Wynagradzającej za grzechy przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi.
To właśnie w Pontevedra s. Łucja usłyszała od Matki Bożej niezwykle ważne słowa i obietnicę: „Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się mnie pocieszyć i przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”. To jeden z fundamentalnych tekstów dla znaczenia i rozwoju nabożeństwa pierwszych sobót.
Warto dodać, że już w 1917 r. Maryja zapowiadała, że Bóg pragnie ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Praktykowanie pierwszych sobót miesiąca wiąże się z obietnicami: dojdzie do nawrócenia Rosji, nastanie pokój, wszelkie zło zostanie pokonane i nastąpi triumf Niepokalanego Serca Maryi.
Spotkanie z niezwykłym Chłopcem
Ciekawe, że 15 lutego 1926 r., Dzieciątko Jezus ponownie ukazało się Łucji, zachęcając do promowania nabożeństwa pierwszych pięciu sobót miesiąca. Doroteuszka podzieliła się trudnościami jakie napotyka w tej materii. Powiedziała m.in., że niektórzy mają problem, żeby przystąpić do spowiedzi w pierwszą sobotę. Zapytała Jezusa, czy może być ona ważna 8 dni. Dzieciątko Jezus uspokoiło Łucję, że spowiedź może być wiele dłużej ważna, jeśli tylko ludzie są w stanie łaski uświęcającej, gdy przyjmują Komunię w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne też, żeby tej Komunii towarzyszyła intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Co więcej, jeśli ktoś przy spowiedzi zapomni o intencji wynagradzającej, może ją wzbudzić przy okazji najbliższej spowiedzi. Jezus dodał też, że milsi Mu są ci, którzy odprawią 5 pierwszych sobót z intencją wynagradzającą niż ci, którzy odprawią ich 15, ale bezdusznie i tylko z nadzieją otrzymania obietnic. Jezus zapewnił, że dzięki Jego łasce rozpowszechnianie się nabożeństwa po świecie jest możliwe, gdyby nawet po ludzku wydawało się to nierealne.
Jako ciekawostkę warto dodać, że do wspomnianego wyżej ponownego spotkania Jezusa z Łucją 15 lutego 1926 r. doszło na przyklasztornym dziedzińcu prowadzącym do ulicy. Zakonnica już kilka miesięcy wcześniej spotkała małego chłopca, którego uczyła się modlić. Jeszcze nie wiedziała, że to Jezus. Podczas ponownego spotkania zapytała chłopca czy w odpowiedzi na jej prośbę modlił się do Matki Bożej, aby dała mu jej Syna Jezusa. Wtedy z ust Jezusa padło pytanie, które pozwoliło Łucji zdać sobie sprawę z tego, że stoi przed nią Jezus. „Ty rozpowszechniasz po świecie to, o co Matka Boża cię prosiła?” – zapytał chłopiec, który odtąd przemienił się i zaczął jaśnieć.
Polecenie Jezusa
Z kolei 17 grudnia 1927 r. Łucja poszła do tabernakulum, aby zapytać Pana Jezusa o sposób spełnienia Jego prośby i Matki Bożej o szerzeniu nabożeństwa pierwszych sobót. „Córko moja, napisz, o co cię proszą. Napisz też wszystko, co ci Matka Boska powiedziała o tym nabożeństwie. Gdy chodzi o resztę tajemnicy, zachowaj nadal milczenie” – usłyszała od Pana. Wiedziała zatem, że o pierwszych sobotach jak najbardziej powinna opowiadać.
Artur Hanula/Polska Misja Katolicka we Francji/Portal FR
Kaplica w Pontevedra, fot. Polskifr.fr / Artur Hanula
***
Podstawowe źródła informacji: sekretariatfatimski.pl, pierwszesoboty.pl, fiatmariae.pl, przymierzezmaryja.pl
***
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi
***
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało: Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała: Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
Przeciw Jej Dziewictwu,
Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWAPIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1 Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej! Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków! Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość spowiedzi św.
godz. 19.00
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata
***
9 pierwszych piątków miesiąca.
Na czym polega to nabożeństwo?
W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?
Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?
***
Wielkie objawienia Serca Jezusowego
Wyjątkową rolę w życiu św. Małgorzaty Marii odegrały cztery objawienia zwane wielkimi. Jezus ukazywał się jej już wcześniej, lecz w latach 1673-1675 w zakonie Sióstr Nawiedzenia w Paray-le-Monial czterokrotnie objawił się z zamiarem przybliżenia istoty kultu swego Serca. Zbawiciel życzył sobie, by czczono Je jako symbol Jego nieskończonej miłości do ludzi. Apostołce powierzył specjalną misję. Miała mówić ludziom o wielkim skarbcu miłości, jakim jest Serce Jezusa. Jej zadanie polegało na uświadomieniu ludziom konieczności zadośćuczynienia i wynagradzania Jezusowi za nasze grzechy.
12 obietnic Pana Jezusa
W trakcie objawień Pan Jezus przekazał siostrze Małgorzacie Marii przyrzeczenia skierowane do czcicieli Jego Serca. Zakonnica opisała je w listach. Już po jej śmierci rozproszone informacje zebrano w słynne 12 obietnic.
Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.
Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.
Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.
Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.
Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.
Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.
Dusze oziębłe staną się gorliwymi.
Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.
Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.
Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.
Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.
Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.
***
Małgorzata Maria Alacoque
Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.
Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.
Wielka obietnica
Mówiąc to Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.
Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.
Przede wszystkim Komunia
Warto zwrócić uwagę, że Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty. Stąd w wielu parafiach z racji pierwszego piątku organizuje się dodatkowe dyżury kapłanów w konfesjonałach.
9 pierwszych piątków miesiąca nie jest bynajmniej praktyką magiczną, nie ma nic wspólnego z zabobonem. Pomaga ona jednak wypracować nawyk regularnej spowiedzi i częstszego, niż tylko w niedzielę, przyjmowania Komunii Świętej.
W czerwcu szczególną uwagę poświęca się Sercu Jezusa. Codziennie odmawiana jest Litania do Serca Pana Jezusa, a w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzimy Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Tym bardziej warto właśnie w tym miesiącu rozpocząć praktykę 9 pierwszych piątków.
po Mszy św. – godzinna Adoracja przed Najświętszym Sakramentem
***
Adoracja i światło Chrystusa:
10 małych kroków ku głębokiemu zjednoczeniu z Jezusem eucharystycznym
Pascal Deloche I Godong
***
Jest to czas, gdy ty spoglądasz na Boga i pozwalasz, by On spoglądał na ciebie. Te 10 kroków pomoże ci skorzystać z duchowego pokarmu, przygotowując do tego, by „wystawić się” na światło hostii Jezusowej.
Adoracja i zjednoczenie z Jezusem
Eucharystia to spotkanie z Bożym Słowem i karmienie się Jego Ciałem. Możemy przedłużyć to spotkanie naadoracji. Jeśli ktoś nie może przyjmować komunii św. może to być dla niego możliwość na jednoczenie się z Chrystusem.
Ponadto, jak zauważa ks. Philippe Blanc, „modlitwa adoracji zdaje się odpowiadać na szczególne pragnienie. Jakby nasz rozgorączkowany i pełen rozproszeń czas potrzebował niezbędnych do życia chwil odpoczynku, ciszy, bezinteresowności. Poświęcenia czasu, by spoglądać na Boga i pozwolenia, by On spoglądał na nas”.
A jednak nie zawsze jest nam łatwo przeżywać czas adoracji tak, jak byśmy tego chcieli. Te 10 kroków – opracowanych przez ks. Philippe’a Blanc z diecezji Monaco – pomoże wam skorzystać z duchowego pokarmu, przygotowując was do tego, by „wystawić się” na światło hostii Jezusowej:
1 Wejdź w swoje serce
Wszedłeś już do kościoła czy kaplicy. Tu spotykasz się z Jezusem eucharystycznym. Teraz wejdź do swego serca – najbardziej intymnej części twojego istnienia.
2 Proś o łaskę zanurzenia się w Bogu
Wokół ciebie panuje cisza. Postaraj się, by cisza zapanowała w tobie. Ucisz wszystkie głosy, które są w tobie, nie biegnij za niepotrzebnymi myślami. Nie zachowuj dla siebie swoich problemów, zmartwień i udręk, ale ofiaruj je Jezusowi.
Podczas adoracji zajmuj się Nim, a On zatroszczy się o ciebie, lepiej, niż ty sam mógłbyś to uczynić. Proś o łaskę zanurzenia się w Nim i zaufania.
3 Wpatruj się w Jezusa
Wpatruj się w Jezusa eucharystycznego. Spraw, by twoje serce zaczęło mówić. To znaczy: zacznij kochać Tego, który pierwszy nas umiłował.
4 Zacznij modlić się sercem
Unikaj wypowiadania modlitw jedynie wargami, bez zatrzymywania się nad słowami, które mówisz. Unikaj czytania jednej strony Pisma Świętego za drugą, przez cały czas twojej modlitwy.
Wejdź w modlitwę serca. Wybierz werset psalmu, zdanie z Ewangelii, prostą modlitwę i powtarzaj ją sercem, powoli, raz za razem, aż stanie się twoją modlitwą, twoim krzykiem, twoim błaganiem.
5 Dziękuj
Nie spędzaj całego czasu jedynie na narzekaniu i proszeniu. Zacznij dziękować, być wdzięcznym. Zamiast zastanawiać się nad tym, czego ci brakuje, wychwalaj Boga za to, kim jesteś, co posiadasz. Dziękuj za to, co otrzymasz nazajutrz.
6 W razie zmęczenia wołaj Ducha Świętego
Możesz ulegać zmęczeniu albo rozproszeniom. Nie poddawaj się! Kiedy tylko zdasz sobie z tego sprawę, zacznij znów modlić się sercem, powoli. Poproś Ducha Świętego o pomoc, aby wspierał cię w twojej słabości i aby coraz bardziej stawał się twoim wewnętrznym nauczycielem.
7 Przyjmuj wolę Bożą
Jezus jest w centrum Kościoła. I On chce znaleźć się w centrum twego życia. Przyglądając się Mu, ucz się przechodzenia od „ja” do „Ty”. Od chęci realizacji własnych planów do pragnienia i przyjmowania Jego woli względem ciebie.
8 „Wystawiaj się” na światło Chrystusa
On jest uroczyście wystawiony. Przyjmuj światło, które bije z Jego obecności. Tak jak Słońce rozgrzewa i roztapia śnieg, tak samo jeśli ty wystawisz się na Jego światło, pozwolisz Mu coraz bardziej rozświetlać ciemności, które otaczają twoje serce. Aż całkiem je rozproszy.
9 Zaakceptuj słabości – własne i innych
On ukrywa się pod prostą i ubogą postacią chleba. Przychodzi do ciebie ubogi, abyś mógł nauczyć się przyjmować w prawdzie słabości – twoje i twoich braci.
10 Przyzywaj Maryję
Trwasz w ciszy. Pozostawaj w niej. Maryja, Gwiazda Poranka i Brama Niebios, podąża przed tobą, wskazuje ci drogę i wprowadza cię do królewskiej komnaty. To dzięki niej zrozumiesz, w ciszy, że wpatrując się w Jezusa, będziesz mógł odkryć w sobie obecność Trójcy Świętej. I doświadczyć w twoim życiu słów z Psalmu 34: „Spójrzcie na Niego, promieniejcie radością, a oblicza wasze nie zaznają wstydu”.
Uroczystość Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej
Dzień modlitw za osoby życia konsekrowanego
Msza święta w sali parafialnej przy kościele św. Piotra o godz. 19.00z obrzędem poświęcenia świec
(Francis Helminski, Public domain, via Wikimedia Commons)
***
2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.
Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.
Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.
Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa „światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.
Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.
Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.
Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.
W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.
Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.
Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.
Matki Bożej Gromnicznej
W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.
W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby „wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.
Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.
Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.
Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.
Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.
W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.
Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.
PCh24.pl/źródło: KAI
***
Gromnica – świeca nieco zapomniana
W święto Ofiarowania Pańskiego, zwane u nas świętem Matki Bożej Gromnicznej, mniej ludzi niż niegdyś przychodzi do naszych kościołów, by poświęcić świece. Do niedawna przychodziło więcej. Świece wykonane z pszczelego wosku, zwane gromnicami, były ze czcią przechowywane w każdym domu i często zapalane – wówczas, kiedy nadciągały gwałtowne burze, gradowe nawałnice, wybuchały pożary, groziła powódź, a także w chwili odchodzenia bliskich do wieczności. Były one znakiem obecności mocy Chrystusa – symbolem Światłości, w której blasku widziało się wszystko oczyma wiary.
fot. Karol Porwich/TYgodnik Niedziela
***
Wprawdzie wilki zagrażające ludzkim sadybom zostały wytrzebione, ale na ich miejsce pojawiły się inne zagrożenia. Dziś trzeba prosić Matkę Bożą Gromniczną, by broniła przed zalewem przemocy i erotyzacji płynących z ekranów telewizyjnych i kolorowych magazynów, przed napastliwością sekt, przed obojętnością na los bliźnich, przed samotnością, przed powiększającą się falą ubóstwa, przed zachłannością, przed bezdomnością i bezrobociem, przed uleganiem nałogom pijaństwa, narkomanii, przed zamazywaniem granic między grzechem a cnotą, przed zamętem sumień.
Po raz pierwszy otrzymujemy płonącą świecę na chrzcie. Oznacza ona zapalenie światła wiary w naszej duszy. Jest znakiem ogarnięcia nas przez Chrystusa swoimi mocami i swym światłem. Po raz drugi – często tę samą świecę – trzymamy zapaloną podczas I Komunii św. W wielu bowiem rodzinach jest piękny, godny rozpowszechniania zwyczaj przechowywania tej chrzcielnej świecy do I Komunii św., a także do ślubu. Przynosi się ją także do kościoła każdego roku w Wielką Sobotę, by jej płomień zapalić od nowo poświęconego paschału.
Zapalajmy ją częściej. Zapalajmy w domach, kiedy robi się w nich burzowo, kłótliwie, kiedy lodowaty grad niszczy uprawy wzajemnej miłości, kiedy wybuchają pożary zawiści, kiedy zagraża powódź pazerności. Niech gromnica nie będzie tylko jednym z przechowywanych w naszym domu bibelotów. Zapalajmy ją także wtedy, gdy ktoś z domowników ciężko choruje, gdy został okradziony, napadnięty, oszukany, poniżony, odrzucony, opuszczony. Przywróćmy zwyczaj wkładania jej do ręki konającym, opuszczającym ten świat naszym bliskim.
Opowiadała mi pewna matka, która podejmowała bezowocne wysiłki, by wyrwać córkę z narkomanii, że przed kilku laty przyniosła wieczorem z kościoła poświęconą gromnicę, a jej córka – narkomanka zapytała, do czego ona służy. Wówczas, opowiadając legendę o Matce Bożej Gromnicznej strzegącej ludzkich sadyb przed wilkami, zapaliła na stole przyniesioną gromnicę i odmówiła modlitwę „Pod Twoją obronę”. Gdy skończyła poprosiła córkę, by wyjęła z szuflady przechowywaną od jej chrztu święcę, którą trzymała także przystępując do I Komunii św., i zapaliła ją. Przy tych dwu palących się świecach odmówiły wspólnie jeszcze raz „Pod Twoją obronę”, następnie schowały je w komodzie. Od tego dnia nastąpił przełom w życiu córki tej kobiety. Podjęła stosowne leczenie i w krótkim czasie udało się jej zerwać z nałogiem. Któregoś dnia zapytana o to, jak jej się to udało, powiedziała: – Kiedy nachodzi mnie słabość zapalam moją gromnicę i to mi daje siłę.
*** O Boże mój, gdzież jest moja gromnica? Oto burze nadchodzą, grzmoty, błyskawice. Postawię ją w oknie mojej duszy, a Ty, Maryjo, udziel mi nadziei. Zapalę ją w przedsionku mego serca, a Ty wypełnij je miłością. Umieszczę ją w oknie mego rozumu, a Ty spraw, aby zawierzyła do końca Twemu Synowi moja mała wiara.
ks. FlorianTygodnik Niedziela
***
Święćmy gromnice.
Sakramentalia zbliżają do Boga
***
W święto Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego, zgodnie z tradycją święcimy świece, by zapewnić ochronę od żywiołów i wypraszać dobrą śmierć. Dzień później, w św. Błażeja, błogosławieństwo dwoma skrzyżowanymi świecami służy zachowaniu od chorób gardła i języka. Poświęcony 5 lutego, w św. Agaty, chleb i sól mają chronić nasz dom od pożaru. Zwyczaje, ważne dla naszych przodków, dziś praktykujemy coraz rzadziej. Rzadziej rozumiemy także jak te symboliczne czynności mają wpłynąć na naszą relację z Bogiem.
Czy to jakaś magia? – pytają niektórzy. Bynajmniej, nie chodzi tu o żadne magiczne działanie czy myślenie, lecz o rodzaj modlitwy. O przypomnienie, że Bóg wypełnia skierowaną do Niego podczas poświęcenia przedmiotu prośbę: o ochronę czy o zdrowie. Innymi słowy, chodzi o to, by nie traktować błogosławieństw i błogosławionych przedmiotów jako zabobonu czy talizmanu, lecz jako znak, że zapraszamy Boga w naszą codzienność. To, co odróżnia poświęcone podczas świąt przedmioty czy inne sakramentalia od przesądów czy talizmanów to wiara w Boga, a nie w moc przedmiotu.
Zabobon czy wiara
Po co zatem komuś świeczka poświęcona w Gromniczną i postawiona na oknie, by chroniła od piorunów, skoro to Bóg chroni dom przed piorunami? Jesteśmy osobami zmysłowymi, bardziej przemawia do nas to, co widzimy i czego dotykamy. Dlatego to świeca ma nam przypominać, że Bóg jest Światłem w ciemnościach burzy czy śmierci, a chleb i sól zachowuje i ocala. I w ten sposób, oddziałując na zmysły, ułatwiać nam wiarę.
Podobnie posługujemy się innymi sakramentaliami: nosimy poświęcony medalik nie po to, by wierzyć w jego moc, ale by przypominał nam o wierze w Boga. Nosimy go też jako zgodę wyrażoną Bogu: „Tak, chcę, by w moim życiu działało błogosławieństwo, które kapłan wypowiadał poświęcając ten przedmiot”. Noszenie medalika, palenie gromnicy, czy używanie wody święconej bez wiary w Boga nie ma sensu – ponieważ poświęcenie go nie jest nadawaniem jakiejś mocy. Sakramentalia od zabobonu odróżnić bardzo prosto: po wierze tego, kto daną rzecz poświęca i nosi.
Tradycja Kościoła
Zwyczaj święcenia świec, chleba i soli mają swoje interesujące pochodzenie. Podczas gdy święcenie świec w Matki Bożej Gromnicznej jest w swojej symbolice dość oczywiste i związane z oczekiwaniem na wiosnę i jej pierwsze burze, opowieści związane z pozostałymi świętami intrygują. Otóż św. Błażej, lekarz a potem biskup Sebasty (dziś teren Turcji) i pustelnik, żyjący na przełomie III i IV w. n.e. został uwięziony podczas prześladowań chrześcijan za cesarza Licyniusza. Gdy przebywał w lochu, był świadkiem jak rybia ość przebiła chłopcu gardło. Nikt nie potrafił jej wyjąć i chłopcu groziła śmierć przez uduszenie. I jak to w podobnych wypadkach bywa, gdy człowiek – z bezradności zwraca się do Boga, wysłuchał prośby św. Błażeja. Chłopiec został uratowany, a Kościół zaczął czcić świętego męczennika jako patrona od chorób gardła.
Ciekawa historia wiąże się także ze św. Agatą. Według tradycji, po jej męczeńskiej śmierci w Katanii na Sycylii, wybuchła Etna. Rozpalona lawa zagrażała miastu. Mieszkańcy prosili więc św. Agatę o pomoc i posłużyli się jej welonem dla powstrzymania ognistej lawy. Widać święta wyprosiła u Boga łaskę ocalenia, a na pamiątkę tego wierni do dziś modlą się o ocalenie przed ogniem za Jej wstawiennictwem. Aby to podkreślić, w dzień św. Agaty poświęca się pieczywo, sól i wodę, które mają chronić ludność od pożarów i piorunów, a dawniej poświęcone kawałki chleba wrzucano do ognia, by wiatr odwrócił pożar.
Znak ufności
Czym różnią się sakramentalia od sakramentów? Różnica jest zasadnicza. Sakramenty to widzialne znaki bezpośredniego spotkania z żywym Bogiem i otrzymania Jego łaski. A sakramentalia to znaki oraz czynności (błogosławieństwa osób, posiłków, miejsc), które – przez modlitwę Kościoła – uzdalniają do przyjęcia łaski i dysponują do współpracy z nią. O ile moc działania sakramentów pochodzi wprost od Boga, o tyle działanie sakramentaliów bierze się z wiary i modlitwy Kościoła.
Nadchodzące dni, jak widać, są okazją, by szczególnie uświadomić sobie sprawczość naszej wiary. I to, że w obrzędach poświęcenia nie ma żadnej magii, bo to nie przedmiot ani nie dotyk uzdrawia. Oba są jedynie zewnętrznymi znakami naszej wewnętrznej ufności we wstawiennictwo świętego i moc Boga”.
Dorota Niedźwiecka/PCh24.pl
***
Matka Boża Gromniczna strzeże przed „wilkami”. „Duchowe drapieżniki” dyszą nienawiścią!
***
Jednym z najpiękniejszych kalendarzy lat trzydziestych był „Kalendarz Królowej Apostołów”, wydawany przez Księży Pallotynów. I właśnie tam widziałem reprodukcję obrazu, która na długo utkwiła mi w pamięci.
Oto jest noc, zasypane śniegiem wiejskie chaty, nigdzie nie widać nawet nikłego blasku świecy, cała wieś pogrążona jest we śnie. Bliżej widać drzewa, tuż za wioską rozciąga się gęsty las. Na jego skraju wyraźnie widoczna jest wataha wilków: wygłodniałych, złych, szykujących się do ataku na ludzkie siedziby. I nagle z boku obrazu wyłania się przepiękna, świetlista postać, odziana – mimo mrozu – jedynie w białą szatę. Postać kobieca, tchnąca dobrocią i spokojem, rusza prosto na stado wilków i odpędza je od domostw tych, którzy pogrążeni we śnie, nawet nie domyślają się niebezpieczeństwa. Wilki warczą, ale cofają się, gdyż Pani ta trzyma w ręku świecę, której drapieżniki najwyraźniej się boją. Pod obrazem widniał podpis: Matka Boża Gromniczna…
Nie pamiętam już, kto był autorem tego obrazu, ani wszystkich szczegółów, bo od tamtego czasu upłynęło już wiele lat. Jednak od spotkania z tym obrazkiem w kalendarzu katolickim tytuł Matka Boża Gromniczna kojarzy mi się zawsze z ową piękną Panią, która czuwa nad człowiekiem i chroni go oraz jego bliskich od niebezpieczeństwa.
2 lutego obchodzimy święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, od reformy kalendarza liturgicznego nazywające się Świętem Ofiarowania Pańskiego. Nazwa nie jest tu jednak najważniejsza, natomiast niezwykle ważna jest wielowiekowa tradycja łącząca to święto z gromnicą, a więc świecą, która w tym dniu jest pobłogosławiona w kościele przez kapłana na pamiątkę słów starca Symeona, który nazwał Dziecię Jezus Światłem na oświecenie pogan.
Zapewne słyszeliśmy, jak do tego doszło. Maryja, jak każda kobieta izraelska, chciała poddać się oczyszczeniu po narodzinach Dziecka. Nie musiała tego robić, bo porodziła bez utraty dziewictwa, ale chciała. Ona i św. Józef pragnęli jak najdokładniej wypełnić przepis Prawa. Dzień ten był równocześnie świętym dniem dla dwojga staruszków – Symeona i Anny, którzy wyczekiwali Zbawiciela, codziennie trwając przy Świątyni i błagając Boga, by ich oczy mogły ujrzeć Jego Syna. Czekali długo, ale kiedy wreszcie Maryja i Józef przynieśli Dzieciątko do Świątyni, Symeon wyśpiewał przepiękną pieśń, którą Kościół uczynił częścią modlitwy brewiarzowej i kazał swoim kapłanom, zakonnikom i wszystkim, którzy w tej doskonałej modlitwie chcą brać udział, odmawiać w ostatniej modlitwie danego dnia, czyli tzw. komplecie.
To wtedy właśnie Maryja usłyszała proroctwo o Jezusie, że Jej duszę kiedyś przeniknie miecz, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Od pierwszych wieków chrześcijaństwa Kościół święci w tym dniu świece i odwołuje się do wstawiennictwa Matki Zbawiciela, stąd popularnie to święto po dziś dzień nazywa się świętem Matki Bożej Gromnicznej. Poświęcona świeca jest symbolem Pana Jezusa, jako Światłości, ale jest też znakiem orędownictwa Jego Matki. Stąd opisany przeze mnie na początku obraz ukazujący Maryję, jako opiekunkę ludzkich siedzib. Dawniej, kiedy wilki rzeczywiście zagrażały ludziom w czasie długich i srogich zim, ci polecali się z ufnością Matce Boga, paląc gromnice, jako znak Jej wstawiennictwa i opieki. Zapalano gromnice także w czasie nawałnic i burz, kiedy pioruny (piorun to inaczej grom, stąd gromnica) uderzały w drzewa, a nieraz i w zabudowania. Pożar domu oznaczał zazwyczaj utratę całego dobytku, dlatego ludzie gorąco prosili Matkę Bożą, by ich ratowała od piorunów i nawałnic.
Co do wilków, to te z lasu nie zagrażają nam już tak jak dawniej. Dziś jesteśmy narażeni raczej na spotkanie z innymi „wilkami”: to pokusy, grzechy czy sam szatan. Te „duchowe drapieżniki” porywają nawet niewinne dusze małych dzieci przez zło, które się zewsząd sączy w ludzkie umysły i zabija w duszach miłość Boga, czyniąc je przez to martwymi. Nigdy chyba jeszcze od czasów Cesarstwa Rzymskiego ludzie tak się nie chlubili popełnianym złem, jak robią to teraz. Grzech stał się czymś, co „robią wszyscy”. Czy ci nieszczęśliwi ludzie zdają sobie sprawę z tego, że razem z tymi „wszystkimi” mogą przegrać życie, a co gorsza – całą wieczność?
Drodzy Czciciele Matki Bożej! Weźmy Jej świece, zaufajmy, że przez ten znak Maryja będzie nas chronić od zła fizycznego, a przede wszystkim od duchowego. Módlmy się, by kiedyś, kiedy będą się zamykać na zawsze nasze oczy na tym świecie, ostatnią rzeczą, jaką ujrzymy, było światło gromnicy. Amen.
PCh24.pl(tekst ukazał się w 86. numerze „Przymierza z Maryją”
***
Ofiarowanie Pańskie
Ofiarowanie Chrystusa w Świątyni Obraz z XV wieku pędzla Giovanniego Belliniego
***
Chrystus przez swoje „wejście w świat” spotyka się ze wszystkimi ludźmi. Przez pośrednictwo Jezusa, Maryi i św. Józefa – w spotkaniu w świątyni jerozolimskiej – „dokonało się” już w zarodku „wszechspotkanie Boga z ludźmi i ludzi pomiędzy sobą”.
Kult Matki Boskiej Gromnicznej w świecie
Nabożeństwo do Matki Boskiej Gromnicznej ma szczególnie uroczysty charakter: w Polsce, w Hiszpanii i w krajach, które kiedyś należały do Hiszpanii (Ameryka Południowa i Środkowa, Filipiny). Na hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich jest nawet sanktuarium Matki Boskiej Gromnicznej w Candelaria.
Dzień Życia Konsekrowanego obchodzony jest 2 lutego, w święto Ofiarowania Pańskiego. A jakie były intencje św. Jana Pawła II, kiedy w 1997 roku zadecydował o ustanowieniu tego dnia?
Czterdzieści dni po narodzeniu Jezusa Jego rodzice zanoszą Go do świątyni, by ofiarować Go Bogu. W tym dniu Jezus-Mesjasz spotyka się także z tymi, którzy na Niego z tęsknotą czekali. Przez usta starego Symeona, któremu daje natchnienie Duch Święty, objawione zostaje „Światło na oświecenie pogan”. A swoimi proroczymi słowami starzec zapowiada pełną ofiarę złożoną na krzyżu przez Jezusa i Jego ostateczne zwycięstwo nad śmiercią (por. Łk 2, 25-35).
W ten sposób w domu Bożym tego dnia objawia się Uświęcony przez Ojca, Ten, który przyszedł na świat, aby zbawić wszystkich ludzi. A Maryja, Jego matka, jednoczy się z Nim w tej samej ofierze dla zbawienia świata.
Ofiarowanie Jezusa w świątyni jest również wymownym znakiem całkowitego oddania się Bogu i wzorem dla wszystkich tych, którzy chcą iść drogą życia konsekrowanego. A Dziewica Maryja, ofiarowująca Dzieciątko Bogu, bardzo dobrze wyraża postawę Kościoła, który nadal ofiarowuje Ojcu swoje córki i synów, łącząc ich z jedyną ofiarą Chrystusa – przyczyną i wzorem wszelkiej konsekracji w Kościele.
Jak prorokini Anna, która – podobnie jak Symeon – czekała na Mesjasza i czuwała w świątyni, tak pierwszym powołaniem tego, który podąża za Chrystusem, jest przebywanie w komunii z Nim, słuchanie Jego słowa i wielbienie Boga z pokorą i stałością. Jego życie znajdzie wówczas głęboki oddźwięk w sercach ludzi.
Jan Paweł II pragnął, aby „obchody Dnia Życia Konsekrowanego gromadziły osoby konsekrowane wraz z innymi wiernymi dla wspólnego wychwalania z Dziewicą Maryją wielkich dzieł Bożych, których Pan dokonuje w wielu synach i córkach” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Co więcej, pragnął, aby to święto ukazywało wszystkim, że powołaniem świętego ludu Bożego ma być całkowicie poświęcenie się Jemu.
Po co nam Dzień Życia Konsekrowanego?
Jan Paweł II widział w tej uroczystości co najmniej potrójny cel:
1 DZIĘKCZYNIENIA ZA DAR ŻYCIA KONSEKROWANEGO
„Po pierwsze – odpowiada on wewnętrznej potrzebie bardziej uroczystego wielbienia Pana i dziękczynienia Mu za wielki dar życia konsekrowanego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Tak jak Jezus w swoim posłuszeństwie i poświęceniu Ojcu mówi nam, jak bardzo Bóg jest z nami, tak i osoby konsekrowane, w pełni należące do jedynego Pana, ich sposób życia i pracy, ich oddanie ludziom są wymownym znakiem, potężnym głoszeniem obecności Boga we współczesnym świecie. „To pierwsza posługa, jaką życie konsekrowane oddaje Kościołowi i światu. Pośród Ludu Bożego osoby konsekrowane są niczym strażnicy, dostrzegający i zapowiadający nowe życie, już obecne w naszych dziejach”, mówił Benedykt XVI 2 lutego 2006 r.
2 POZNANIE ŻYCIA KONSEKROWANEGO
„Po drugie – Dzień Życia Konsekrowanego ma za zadanie przyczynić się do poznania tej formy życia i pogłębiania szacunku dla niego ze strony całego Ludu Bożego od biskupów po kapłanów, od świeckich po osoby konsekrowane” – wyjaśniał w 1997 r. z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego św. Jan Paweł II.
Podkreślił to także, zwracając się do osób konsekrowanych 2 lutego 2000 r.: „Świadectwo eschatologiczne należy do istoty waszego powołania. Śluby ubóstwa, posłuszeństwa i czystości dla Królestwa Bożego są waszym orędziem o ostatecznym przeznaczeniu człowieka, które kierujecie do świata. Jest to bardzo cenne orędzie: Człowiek, który czuwa i wyczekuje spełnienia się obietnic Chrystusa, potrafi natchnąć nadzieją także swoich braci i siostry, często zniechęconych i pesymistycznie patrzących w przyszłość”.
Ojciec święty dodaje także: „Jest ono zatem specjalną i żywą pamiątką Jego bycia Synem, który czyni Ojca swoją wyłączną Miłością – oto Jego czystość; który w Ojcu znajduje swoje wyłączne bogactwo – oto Jego ubóstwo; dla którego wola Ojca jest codziennym „pokarmem” (por. J 4,34) — oto Jego posłuszeństwo.
Taka forma życia, przyjęta przez Chrystusa i uobecniana w szczególny sposób przez osoby konsekrowane, ma wielkie znaczenie dla Kościoła, powołanego, by we wszystkich swoich członkach przeżywać to samo dążenie do pełnego zjednoczenia z Bogiem poprzez naśladowanie Chrystusa w świetle i mocy Ducha Świętego.
Życie specjalnej konsekracji w swoich różnorodnych formach pomaga zatem lepiej zrozumieć konsekrację chrzcielną wszystkich wiernych. Rozważając dar życia konsekrowanego Kościół zastanawia się nad swoim szczególnym powołaniem, aby należeć wyłącznie do Pana, i pragnie być w Jego oczach bez „skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5,27).
Wydaje się zatem uzasadniona potrzeba ustanowienia tego specjalnego Dnia, który przyczyni się do tego, aby nauka o życiu konsekrowanym była nie tylko szerzej i głębiej rozważana, ale również coraz lepiej przyjmowana przez wszystkich członków Ludu Bożego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997).
3ŚWIĘTOWANIE DZIEŁ PANA W ŻYCIU KONSEKROWANYCH
Trzeci cel dotyczy samych osób konsekrowanych: „Są one zaproszone do wspólnego i uroczystego świętowania niezwykłych dzieł, które Pan w nich dokonał, aby w świetle wiary mogły jeszcze pełniej odkryć blask Bożego piękna – promieniującego za sprawą Ducha w sposobie ich życia – oraz aby mogły jeszcze żywiej uświadomić sobie swą niezastąpioną misję w Kościele i w świecie” – wyjaśnił św. Jan Paweł II w tym samym dokumencie.
Świadkowie Ewangelii
W dzisiejszym zagonionym świecie osoby konsekrowane powinny z radością i pokojem ukazywać swoim życiem życie i orędzie Syna Bożego. W ten sposób głoszą naszemu światu, w najróżniejszych sytuacjach, że ostatecznie to Pan jest dla człowieka prawdziwą miłością, prawdziwym bogactwem, najbezpieczniejszą drogą.
Warto przy tym pamiętać, że „człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami” (Św. Paweł VI, Adhortacja apostolska Evangelii nuntiandi, 1975, nr 41).
Dla Jana Pawła II ustanowienie Dnia Życia Konsekrowanego w święto Ofiarowania Pańskiego oznaczało zatem wsparcie misji Kościoła. Przede wszystkim jego misji w świecie, aby ci, którzy jeszcze nie poznali Chrystusa, mogli się do Niego zbliżyć dzięki tym osobom, które przez całkowity dar siebie dają świadectwo, że Chrystus jest jedynym Synem, posłanym przez Ojca.
Papież podkreślił, że nowa ewangelizacja jest możliwa i skuteczna za sprawą osób, które najpierw ewangelizują same siebie, aby potem innym „przedstawiać Ewangelię w jej pełni, a także ukazywać matczyne oblicze Kościoła, służącego mężczyznom i kobietom naszych czasów”.
Modlitwa za osoby konsekrowane
Papież był też przekonany, że dzień ten będzie wsparciem duszpasterskim dla Kościołów lokalnych: „Czasami mogą ulegać pokusie by, tak jak Marta, pojmować misję głównie jako liczne zadania do zrobienia, które, rzecz jasna, powinny zostać wykonane. Ale ten dzień przypomina wszystkim, że to wybierając tę cząstkę, którą obrała Maria, możemy przynosić obfite owoce w winnicy Pańskiej. Dziewica Maryja, która dostąpiła wielkiego przywileju ofiarowania Ojcu Jezusa Chrystusa, Syna swego Jednorodzonego, jako ofiary czystej i świętej, niech sprawi, abyśmy byli zawsze otwarci na przyjęcie wielkich dzieł, których On nieustannie dokonuje dla dobra Kościoła oraz całej ludzkości” – mówił Jan Paweł II w 1997 roku.
Benedykt XVI, 2 lutego 2006 r., odmówił następującą modlitwę, którą zadedykował osobom konsekrowanym:
Niech Pan codziennie odnawia w was i we wszystkich osobach konsekrowanych radosną odpowiedź na Jego bezinteresowną i wierną miłość. Niczym płonące świece promieniujcie zawsze i w każdym miejscu miłością Chrystusa, światłości świata. Niech Najświętsza Maryja, Niewiasta konsekrowana, pomaga wam przeżywać w pełni to wasze szczególne powołanie i posłannictwo w Kościele dla zbawienia świata. Amen!
Danielle McGrew Tenbusch | Diocese of Saginaw | CC BY ND 2.0
Obchodzimy dziś Dzień Życia Konsekrowanego. Na czym polegają śluby zakonne, które składają zakonnicy?
Życie konsekrowane
Na przestrzeni wieków rozwinęły się różne formy życia konsekrowanego: pustelnicy, dziewice konsekrowane, zakony, zgromadzenia zakonne, instytuty świeckie, stowarzyszenia życia apostolskiego… Ludzie, którzy wybierają taką formę życia, przez konsekracje oddają swoje życie Bogu i Kościołowi. Sposobem takiej konsekracji, która jest jedną z najstarszych w Kościele, są trzy śluby zakonne: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.
Ich rozumienie ewoluowało na przestrzeni wieków. Niektóre zmiany, niestety, nie poszły w dobrym kierunku, przez co śluby zakonne niejednokrotnie stały się tylko legalistycznym środkiem służącym do praktycznej realizacji charyzmatu, czyli misji, danego zakonu.
Problemy wymagające reformy
Liczne problemy pojawiały się w związku ze ślubem posłuszeństwa, rozumianym jako podporządkowanie się woli Boga, która zawierała się w przepisach reguły i decyzjach przełożonego. Znajomi zakonnicy z długim stażem wspominali, że w trakcie formacji dostawali nakaz… sadzenia krzewów do góry korzeniami – miało to ich nauczyć bezrefleksyjnego posłuszeństwa i nie liczyło się to, że to marnotrawstwo i czasu i pieniędzy. Popularnym zwyczajem w innym miejscu było przydzielanie komuś zadań, do których się nie nadawał: jeśli ktoś lubił pracę z młodzieżą wysyłano go na studia z prawa: cierpiał i on i ludzie, których opuszczał, a to wszystko w imię posłuszeństwa (albo apodyktycznej władzy przełożonego).
Reforma rozumienia życia zakonnego zaczęła się przed Soborem Watykańskim II. Ten zaś zadecydował konieczności rewizji reguł i konstytucji zakonnych oraz powrotu do charyzmatów założycieli. Wisienką na torcie reformy był dokument św. Jana Pawła II, który podsumował lata refleksji i reform na nowo opisując i definiując życie konsekrowane, czyli oddane Bogu – „Vita Consecrata”.
Śluby zakonne wg „Vita Consecrata”
Jan Paweł II podjął się zdefiniowania istoty ślubów zakonnych.
1 Życie Trójcy Świętej
Jan Paweł II podkreśla, że rady ewangeliczne są odbiciem życia wewnętrznego Trójcy Świętej. Praktykując je, osoba konsekrowana wyznaje wiarę w Boga i naśladuje Chrystusa
Czystość jest odblaskiem nieskończonej miłości, która łączy trzy Osoby Boskie. Jest ona wyrazem oddania się Bogu niepodzielnym sercem i naśladowaniem „dziewiczej miłości Chrystusa” do Ojca oraz do ludzi
Ubóstwo głosi, że Bóg jest jedynym prawdziwym bogactwem człowieka. Naśladuje ono Chrystusa, który wszystko otrzymuje od Ojca i wszystko Mu oddaje. W wymiarze trynitarnym wyraża całkowity dar z siebie, jaki składają sobie nawzajem Osoby Boskie
Posłuszeństwo objawia piękno uległości synowskiej, a nie niewolniczej. Jest uczestnictwem w posłuszeństwie Chrystusa, którego pokarmem było pełnienie woli Ojca. Odzwierciedla ono harmonię miłości właściwą Trójcy Świętej
2 Terapia duchowa ślubami zakonnymi
Papież zauważa, że współczesny świat stawia przed Kościołem wyzwania, na które odpowiedzią są właśnie śluby zakonne.
Czystość jako odpowiedź na hedonizm: Wobec kultury sprowadzającej płciowość do zabawy, konsekrowana czystość jest świadectwem, że dzięki łasce Bożej możliwe jest panowanie nad instynktami.
Ubóstwo jako odpowiedź na materializm: Wobec żądzy posiadania i braku wrażliwości na potrzeby słabszych, ubóstwo ewangeliczne jest wyznaniem, że Bóg jest największym skarbem.
Posłuszeństwo jako odpowiedź na fałszywą wolność: Wobec koncepcji wolności oderwanej od prawdy moralnej, posłuszeństwo zakonne pokazuje, że nie ma sprzeczności między posłuszeństwem a wolnością.
3 Wymiar eschatologiczny
Szczególną rolę odgrywa tu ślub dziewictwa, który tradycja zawsze rozumiała jako zapowiedź ostatecznego świata, gdzie ludzie „nie będą się żenić ani wychodzić za mąż” (por. Mt 22, 30), lecz będą żyć w bezpośredniej bliskości Boga.
2 lutego święto Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej, a także Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.
Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.
Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa “światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.
Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.
Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.
Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.
W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.
Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.
Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.
Matki Bożej Gromnicznej
W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.
W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby “wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.
Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.
Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.
Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.
Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.
W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.
Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.
BP KEP/Tydodnik Niedziela
***
Zakon to nie „gniazdko”. O wymaganiach i sensie życia konsekrowanego
Życie zakonne rozwija człowieka, który tego pragnie i współpracuje. Ale tego, kto nie podejmie miłości ofiarnej – rozbije.
Siostra Anna jest przeciążona liczbą godzin religii w szkole, w domu zakonnym i w parafii. Doskwiera jej brak czasu na modlitwę, czasem niezrozumienie ze strony przełożonych. – Ale tu mamy stałą adorację Pana Jezusa. Wczoraj Mu wszystko „wygadałam”. Czuję, że On mnie zaprasza do coraz większej samotności, nawet do niezrozumienia ze strony innych. Przychodzę tu codziennie, nawet w największym nawale zadań, dzięki temu żyję – zapala się. – I jedno muszę powiedzieć: cały czas mam w sercu pokój – dodaje z uśmiechem.
Bez wiary to bez sensu
W mediach pełno dziś treści przedstawiających życie zakonne w ciemnych barwach. Do opinii publicznej docierają głównie relacje osób, które klasztor opuściły, a te rzadko są nastawione przychylnie do środowiska zakonnego.
– Siostry odchodzą, ale zawsze odchodziły – zauważa s. Ewa Kaczmarek, przewodnicząca Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych oraz przełożona generalna Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej.
– Kiedyś powstała książka „Zakonnice odchodzą po cichu”. W tej chwili nie jest to już takie aktualne. W mediach społecznościowych sporo jest publikacji typu: „Byłam w zakonie, mówię, co przeżyłam”. Zapewne są osoby, które mają negatywne wspomnienia z pobytu w klasztorze. Trudno dyskutować z ludzkimi odczuciami. Ale każdy jest wolny i jeśli jest mi źle, to po prostu odchodzę i nie kontynuuję życia, które nie daje mi szczęścia – zauważa.
Siostra Ewa podkreśla też, że życie zakonnicy powinno być znakiem sprzeciwu wobec świata. – Pan Jezus powiedział: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”. To jest jakaś forma ascezy. My się do tego zobowiązujemy w duchu wiary. Bez wiary życie zakonne nie ma żadnego sensu. Natomiast jeśli patrzę na życie z wiarą, to cierpienie, krzyż – to wszystko ma sens. Życie Jezusa też nie było miłe, łatwe i przyjemne, prawda? Czasami jestem zmęczona, czasami mi się nic nie chce i mam wrażenie, że to, co robię, nie ma żadnego sensu. Bywa, że czuję się bezradna wobec problemów, ale jeśli idę za Jezusem, to nie powinno mnie tak strasznie dziwić, że w moim życiu też bywa trudno – przekonuje.
Misjonarka przyznaje, że siostry czasami czują się niedowartościowane w Kościele. Dzisiaj już coraz częściej mówi się o ich przepracowaniu, o niskim wynagrodzeniu czy nie zawsze dobrym traktowaniu przez pracodawców. Nie ma wątpliwości, że to powinno się zmienić. Podkreśla jednak, że żadne problemy nie mogą konkurować z radością, jaką daje jej życie w zakonie. – Czasami boję się powiedzieć, że jestem szczęśliwa, bo powiedzą, że kłamię i że jako przełożona muszę tak mówić. Ale mówię to: jestem szczęśliwą siostrą zakonną! – deklaruje z mocą. – Czuję się na swoim miejscu. Mam warunki do pogłębiania relacji z Nim przez modlitwę, przez życie duchowe. Nawet w regulaminie dnia mam czas przypisany na modlitwę. To daje dużą radość. Ale chyba największą radość mam z tego, że Pan Jezus mnie wybrał. Czuję Jego troskę i miłość. Po prostu jestem szczęśliwa, że jestem z Nim – deklaruje.
Życie przepiękne
– Sposób przeżywania życia zakonnego jest sprawą indywidualną – podkreśla s. Gabriela Porada, urszulanka Unii Rzymskiej. – W zakonie spotykam siostry bezmiernie szczęśliwe i takie, które pełnej radości nie odnalazły. O sobie mogę powiedzieć, że jestem nieprzerwanie szczęśliwa. Nie znaczy to, że nie przychodzą próby i zmagania, ale i wtedy czuję się bardzo kochana przez Boga – uśmiecha się. Podkreśla, że dla niej w życiu zakonnym absolutnie pierwsza jest relacja z Jezusem. Na drugim miejscu – relacja z bliźnimi, a wśród nich najbliższe są siostry. – Cieszę się, że mogę w tych relacjach dojrzewać i że coraz mniej jest we mnie osądu czy oczekiwań, a coraz więcej zaciekawienia drugim człowiekiem i jego światem. Nie próbuję już nikogo zmieniać. Siostry są dla mnie czasami pewnego rodzaju wyzwaniem, ale to ode mnie zależy, jak zareaguję na to, co się między nami dzieje – wyjaśnia.
Przyznaje, że były momenty, gdy ktoś sprawił jej przykrość. – Ale z taką samą przykrością spotkałam się w przychodni. Gdy pokazywałam legitymację inwalidzką, ktoś powiedział: „Co to za oszukaństwo? Przecież tak pięknie siostra wygląda”. No, ale ja nie choruję na wygląd, tylko na raka – śmieje się. – Rzeczy w sumie komiczne. W klasztorze też takie się trafiają. Kto chce zobaczyć w tym zło, niech sobie widzi, a ja uśmiechnę się do tej sytuacji – deklaruje.
– Jedno wiem: w zakonie żadnej krzywdy nie doznałam. Zakon pomógł mi w rozwoju, w wykształceniu, od pięciu lat siostry wspierają mnie w chorobie nowotworowej. Tak się o mnie troszczą, że nie wierzę, żeby na świecie był drugi człowiek otoczony tak czułą opieką. Nie mam powodu do niezadowolenia, mam powód tylko i wyłącznie do wdzięczności – wzrusza się. A że nie zawsze jest miło? – Mój Boże, a czemu mnie jako siostry zakonnej nie ma od czasu do czasu spotkać jakaś przykrość? Czemu nie ma mnie spotkać cierpienie? Czemu moja miłość do współsiostry ma być niewymagająca, skoro każdy uczciwy małżonek przekracza siebie i jest to dla niego miłość ofiarna? Dlaczego życie wspólnotowe ma mnie nie kosztować? Dlaczego nie mam dźwigać krzyża, który każdy człowiek niesie? – pyta s. Gabriela.
Większość sytuacji to wspólna modlitwa, spotkania, praca w radości i wzajemnym wsparciu. – Ja widzę, że życie zakonne jest przepiękne. Ono nas jednoczy z Bogiem, przemienia, promieniuje, daje możliwość służby. Gdziekolwiek się znajdę – a teraz bardzo często jestem w szpitalach i w przychodniach – wszędzie widzę ludzi potrzebujących spotkania i zauważenia. Habit zachęca ich do rozmowy. Niedawno wyniknęła z tego piękna rozmowa o dramacie człowieka, który nie wie, czy przeżyje operację, który niewiele podjął wyborów, z których byłby teraz dumny. I stawia pytania o Boga. Gdyby tam, na tym korytarzu, nie było mnie chorej i w habicie, on by z tymi pytaniami został sam. Albo nie wiedziałby, komu je zadać – przekonuje.
Siostra zaznacza, że życie zakonne bardzo pomaga rozwinąć się człowiekowi, który tego pragnie i który współpracuje; czyni go mądrym i pięknym. – Ale tego, kto chce sobie uwić gniazdko i nie podejmie miłości ofiarnej, rozbije. Kto chce przeżyć życie zakonne w jakiejś iluzji, pod kloszem, ten się rozczaruje i odejdzie. Bo nasza droga miłości jest tak samo wymagająca jak każdego innego człowieka – zauważa urszulanka. Podkreśla, że każdy sam dokonuje wyboru, co zrobi z wymaganiami Ewangelii.
– Pan Jezus, który mnie powołał, nie zawiódł mnie nigdy ani nie rozczarował, nieustannie zachwyca i zdumiewa we wszystkim! – zapewnia s. Gabriela.
Wspólnota stabilizuje
Jasne i ciemne strony życia zakonnego? – Samotność i wspólnota – uśmiecha się o. Archanioł Borek, franciszkanin, gwardian klasztoru w Cieszynie. Zastrzega, że obie te przestrzenie bywają jednocześnie i blaskami, i cieniami. – Jest to jakiś krzyż, który zakonnicy biorą na siebie. Jesteśmy dla Boga, a tym samym dla wszystkich, ale nie jesteśmy w jakiś specjalny sposób dla konkretnej osoby – tłumaczy. Podkreśla, że wspólnota jest wielkim darem i radością, ale zarazem przestrzenią, w której wychodzą ludzkie słabości. – Oczywiście, jak w każdym rodzaju życia, są momenty trudne i wymagające, ale też dające wiele radości. Czymś niesamowitym jest oglądać owoce, kiedy widzisz, jak ofiara, czas, modlitwa realnie wpływają na czyjeś życie. To są rzeczy, których nie da się załatwić pieniędzmi – cieszy się zakonnik.
Ojciec Archanioł podkreśla, że gdy wspólnota dobrze funkcjonuje, pełni dla osób konsekrowanych funkcję stabilizatora. – Można się w niej dzielić doświadczeniem wiary. Co prawda w męskich zakonach jest to trudniejsze niż w żeńskich, bo mężczyźni nie bardzo lubią mówić o swoich uczuciach, ale staramy się znajdować przestrzenie, w których jest to możliwe. To jest takie budujące – zapewnia.
15 tysięcy sióstr
– Ja naprawdę lubię życie zakonne, konsekrowane, i szalenie zależy mi, żeby ono było naprawdę ewangeliczne, piękne – zapewnia s. Ewa Kaczmarek. Zwraca uwagę, że na opinie na temat życia zakonnego wpływa brak zauważenia proporcji w odbiorze społecznym. – Jeśli odchodzi, powiedzmy, 40 czy 60 sióstr w ciągu roku, to jednak 15 tysięcy sióstr pozostaje w życiu zakonnym, i są szczęśliwe. A mówi się tylko o tych, które odeszły i są niezadowolone z tego życia – choć przecież nie wszystkie odeszły dlatego, że było im źle, ale dlatego, że rozeznały, że to nie jest ich droga – zaznacza.
Odnosząc się do zarzutów, że życie wspólne w zakonie jest trudne, pyta: – A życie we wspólnocie rodzinnej nie jest trudne? Nie ma życia bez trudu. Jeśli cała wspólnota nie jest taka super, to przecież zawsze znajdzie się w niej jakaś bratnia dusza. A i tak najważniejsza jest moja relacja z Jezusem. Ona nadaje sens mojemu życiu. Chcę więc powiedzieć młodym kobietom, żeby były odważne. Nie bójcie się powiedzieć Bogu „tak”. Życie z Jezusem to fascynująca przygoda!
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Kiedy wstajesz w nocy do dzieci, one się za Ciebie modlą. Niesamowita akcja amerykańskich norbertanek
(zdjęcie ilustracyjne, fot. Image by Use at your Ease fromPixabay)
***
Norbertanki z klasztoru w Tehachapi w Kalifornii żyją według rytmu Liturgii Godzin i codziennie przerywają sen, by odmówić nocne modlitwy. W tym szczególnym czasie obejmują swoimi intencjami zwłaszcza matki, które akurat nie śpią ponieważ opiekują się dziećmi.
Korzenie zakonu sięgają 1121 roku, kiedy to św. Norbert z Xanten założył pierwszą wspólnotę monastyczną. W Stanach Zjednoczonych norbertanki, a właściwie Zgromadzenie Sióstr Kanoniczek Regularnych Zakonu Premonstratensów jest od 30 lat. Swoją siedzibę mają w Klasztorze Betlejem pw. św. Józefa w Tehachapi (Kalifornia).
„Proces zakładania naszego klasztoru był wyjątkowy, ponieważ na kontynencie północnoamerykańskim nie ma innych norbertanek” – wyjaśniła matka Mary Oda, przełożona zgromadzenia w rozmowie z amerykańską Catholic News Agency.
Podstawą wspólnoty jest modlitwa kontemplacyjna. O północy zakonnice wstają, aby śpiewać jutrznię. W jednej z relacji, która stała się popularna w internecie, siostry wyjaśniły, że tę właśnie nocną modlitwę ofiarują szczególnie w intencji matek — zwłaszcza tych, które o tej porze też nie śpią, bo opiekują się dziećmi. Choć to nie jest obowiązek założycielski zakonu, piękna duchowa intencja nadaje ich modlitwie również praktyczny, codzienny sens.
Matka Oda podkreśla, że klauzurowe, kontemplacyjne życie jest głęboko zakorzenione w Liturgii Godzin. „Chwała, uwielbienie, dziękczynienie i wstawiennictwo, które przenikają modlitwę liturgiczną, przenikają również codzienne życie kanoniczki, czyniąc jej istnienie swego rodzaju „żywą liturgią” – powiedziała.
„Dla kanoniczek klauzurowych, Liturgia Godzin stanowi ramy całego naszego dnia i reguluje wszystkie pozostałe czynności” – przyznaje matka Oda. „Chociaż mamy wiele pracy do wykonania w klasztorze, naszym głównym zadaniem jest wielbienie Boga” – dodaje.
Siostry dzielą obowiązki na modlitwę i codzienną pracę. Prowadzą własne gospodarstwo, gdzie opiekują się zwierzętami, tworzą artykuły rzemieślnicze, wytwarzają sery i uprawiają sad. Obecnie na świecie są 172 norbertanki w 6 domach. W Polsce zgromadzenie obecne jest w klasztorze na Zwierzyńcu w Krakowie oraz w Imbramowicach k. Olkusza.
„Błogosławieni przegrani?” Papież Leon XIV wywraca nasze myślenie o szczęściu
TIZIANA FABI | TIZIANA FABI
***
Ubogi, cichy, prześladowany – według świata to przegrany. Według Ewangelii Błogosławieństw to człowiek szczęśliwy. Podczas modlitwy Anioł Pański papież Leon XIV pokazuje, dlaczego prawdziwa nadzieja rodzi się tam, gdzie inni widzą tylko klęskę.
Podczas niedzielnego Anioła Pańskiego na placu Świętego Piotra papież Leon XIV sięgnął do jednego z najbardziej prowokujących fragmentów Ewangelii – Ośmiu Błogosławieństw. Słów, które od dwóch tysięcy lat nie przestają niepokoić, bo burzą nasze intuicyjne wyobrażenia o szczęściu, sukcesie i sensie życia.
Papież pokazuje realizm Ewangelii, która patrzy na historię z perspektywy Boga zbawiającego słabych, zranionych i odrzuconych. To właśnie w tym kluczu Leon XIV odczytuje Błogosławieństwa jako „prawo zapisane w sercu”, zdolne przemienić gorycz prób w trwałą nadzieję.
Poniżej publikujemy całość rozważania papieża Leona XIV oraz jego wezwania po modlitwie Anioł Pański.
ANIOŁ PAŃSKI
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
W dzisiejszej liturgii proklamowany jest wspaniały fragment Dobrej Nowiny, którą Jezus głosi całej ludzkości: Ewangelia Błogosławieństw (Mt 5, 1-12). Są one rzeczywiście światłami, które Pan zapala w półmroku dziejów, odsłaniając plan zbawienia, jaki Ojciec urzeczywistnia poprzez Syna mocą Ducha Świętego.
Na górze Chrystus przekazuje uczniom nowe prawo – zapisane w sercach, a nie na kamieniu: jest to prawo, które odnawia nasze życie i czyni je dobrym, nawet wtedy, gdy światu wydaje się ono przegrane i nędzne. Tylko Bóg może naprawdę nazwać błogosławionymi ubogich i tych, którzy się smucą (por. w. 3-4), ponieważ On jest najwyższym dobrem, które udziela się wszystkim z nieskończoną miłością. Tylko Bóg może nasycić tych, którzy szukają pokoju i sprawiedliwości (por. w. 6.9), bo On jest sprawiedliwym sędzią świata, sprawcą pokoju wiecznego. Tylko w Bogu cisi, miłosierni i czystego serca znajdują radość (w. 5.7-8), bo On jest spełnieniem ich oczekiwań. W prześladowaniu Bóg jest źródłem wyzwolenia; pośród kłamstwa – kotwicą prawdy. Dlatego Jezus ogłasza: „Cieszcie się i radujcie!” (w. 12).
Błogosławieństwa te pozostają paradoksem tylko dla tych, którzy uważają, że Bóg jest inny niż objawia Go Chrystus. Kto spodziewa się, że tyrani zawsze będą panami na ziemi, zostaje zaskoczony słowami Pana. Kto przywykł myśleć, że szczęście należy do bogatych, mógłby uznać, że Jezus się łudzi. Tymczasem złudzenie polega właśnie na braku wiary w Chrystusa: On jest ubogim, który dzieli się swoim życiem ze wszystkimi; łagodnym, który trwa w cierpieniu; budowniczym pokoju, prześladowanym aż do śmierci na krzyżu.
W ten sposób Jezus rozjaśnia sens historii: nie tej pisanej przez zwycięzców, lecz tej, którą Bóg wypełnia, zbawiając uciskanych. Syn patrzy na świat realizmem miłości Ojca; po przeciwnej stronie stoją – jak mówił Papież Franciszek – „specjaliści od łudzenia. Nie należy iść za nimi, gdyż nie są oni w stanie dać nam nadziei” ( Anioł Pański, 17 lutego 2019) [1]. Bóg natomiast daje tę nadzieję przede wszystkim tym, których świat odrzuca jako beznadziejnych.
Dlatego, drodzy bracia i siostry, Błogosławieństwa stają się dla nas probierzem szczęścia, skłaniając nas do zadania sobie pytania, czy to szczęście uważamy za zdobycz, którą można nabyć, czy też za dar, którym można się dzielić; czy upatrujemy je w przedmiotach, które się zużywają, czy też w relacjach, które nam towarzyszą. To właśnie „z powodu Chrystusa” (por. w. 11) i dzięki Niemu gorycz prób przemienia się w radość odkupionych: Jezus nie mówi o pociesze odległej, ale o stałej łasce, która zawsze nas podtrzymuje, zwłaszcza w godzinie udręki.
Błogosławieństwa wywyższają pokornych i rozpraszają pysznych w zamysłach ich serc (por. Łk 1, 51-52). Dlatego prośmy o wstawiennictwo Maryi Panny – Służebnicy Pańskiej, którą wszystkie pokolenia nazywają błogosławioną.
Po modlitwie Anioł Pański:
Drodzy Bracia i Siostry!
Z wielkim niepokojem przyjąłem wiadomości o nasileniu napięć między Kubą a Stanami Zjednoczonymi Ameryki – dwoma sąsiadującymi ze sobą państwami. Przyłączam się do przesłania biskupów kubańskich, wzywając wszystkich odpowiedzialnych do podejmowania szczerego i skutecznego dialogu, aby uniknąć przemocy i wszelkiego działania, które mogłoby zwiększyć cierpienia drogiego narodu kubańskiego. Niech Virgen de la Caridad del Cobre [Matka Boża Miłosierdzia z El Cobre] wspiera i chroni wszystkie dzieci tej umiłowanej ziemi!
Zapewniam o mojej modlitwie za liczne ofiary osuwiska w kopalni w Kiwu Północnym, w Demokratycznej Republice Konga. Niech Pan wspiera ten lud, który tak bardzo cierpi!
Módlmy się również za zmarłych i za tych, którzy cierpią z powodu burz, jakie w ostatnich dniach nawiedziły Portugalię i południowe Włochy. Nie zapominajmy także o mieszkańcach Mozambiku, ciężko doświadczonych przez powodzie.
Dzisiaj we Włoszech obchodzony jest „Narodowy Dzień Ofiar Cywilnych Wojen i Konfliktów na Świecie”. Ta inicjatywa jest, niestety, dramatycznie aktualna: każdego dnia odnotowuje się bowiem ofiary cywilne działań zbrojnych, co w sposób jawny narusza moralność i prawo. Zmarli oraz ranni z wczoraj i z dziś zostaną naprawdę uczczeni, gdy położy się kres tej niedopuszczalnej niesprawiedliwości.
W najbliższy piątek rozpoczną się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Mediolanie-Cortinie, po których odbędą się Igrzyska Paralimpijskie. Składam życzenia organizatorom i wszystkim sportowcom. Te wielkie wydarzenia sportowe stanowią mocne przesłanie braterstwa i ożywiają nadzieję na świat żyjący w pokoju. Taki jest również sens „rozejmu olimpijskiego” – starożytnego zwyczaju towarzyszącego przebiegowi Igrzysk. Mam nadzieję, że ci, którym leży na sercu pokój między narodami i którzy sprawują władzę, potrafią przy tej okazji podjąć konkretne gesty łagodzenia napięć i dialogu.
Pozdrawiam was wszystkich, drodzy Rzymianie i pielgrzymi z różnych krajów!
W szczególności cieszę się, że mogę powitać członków Ruchu Światło-Życie z diecezji siedleckiej w Polsce, którym towarzyszy biskup pomocniczy. Pozdrawiam grupy wiernych z Paraná w Argentynie; z Chojnic, Warszawy, Wrocławia i Wągrowca w Polsce; z Puli i Sinj w Chorwacji; z Gwatemali i San Salvador, a także uczniów Instytutu „Rodríguez Moñino” z Badajoz i z Cuenca w Hiszpanii. Pozdrawiam również czcicieli Madonna dei Miracoli [Matki Bożej od Cudów] z Corbetty koło Mediolanu.
Serdecznie dziękuję za wasze modlitwy i wszystkim życzę dobrej niedzieli!
Aleteia.pl/tekst katechezy i pozdrowienia za vatican.va
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc luty 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
Módlmy się, aby dzieci cierpiące na nieuleczalne choroby i ich rodziny otrzymały niezbędną opiekę medyczną i wsparcie oraz nigdy nie traciły sił i nadziei.
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
Duchu Święty, Miłości rozlana w sercach, który umysłom udzielasz łaski i natchnienia, odwieczne Źródło życia, który doprowadzasz do końca misję Chrystusa przez różnorakie charyzmaty, prosimy Cię za wszystkie osoby konsekrowane. Napełnij ich serca głęboką pewnością, że zostały wybrane, aby kochać, wielbić i służyć. Pozwól im zaznać Twojej przyjaźni, napełnij je Twoją radością i pociechą, pomagaj im przezwyciężać chwile trudności i podnosić się po upadkach, uczyń je odblaskiem Boskiego piękna. Daj im odwagę podejmowania wyzwań naszych czasów i łaskę ukazywania ludziom dobroci i człowieczeństwa Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa.Amen. (modlitwa św. Jana Pawła II)
Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
Dodatkowe intencje dla Róż
św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Roży
bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 lutego modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 stycznia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
***
fot. wikipedia.org/domena publiczna
***
Święta Teresa z Ávili. Dziewczyna, która nie chciała żyć byle jak
Nie chciała żyć przeciętnie. Nie potrafiła kochać połowicznie. Historia św. Teresy z Ávili to opowieść o kobiecie, która nie bała się trudnych pytań i z odwagą podejmowała decyzje, prowadzące ją bliżej Boga.
W czasach, w których przyszło jej żyć, od kobiet oczekiwano raczej posłuszeństwa niż odwagi, a od dziewczynek – spokoju, a nie wielkich pytań. Teresa Sánchez de Cepeda y Ahumada od początku nie bardzo pasowała do tych oczekiwań.
Od dziecięcej wyobraźni do duchowej wrażliwości
Przyszła na świat w 1515 roku w Ávili, w samym sercu Hiszpanii. Dorastała w licznej, religijnej rodzinie, w domu, w którym wiara była codziennością, a modlitwa czymś naturalnym. Ojciec był człowiekiem wymagającym i zasadniczym, a matka – czuła, uważna i pełna ciepła. To ona wprowadziła córkę w duchowy świat, czytając jej żywoty świętych. Teresa słuchała tych historii tak, jakby dotyczyły kogoś, kim sama kiedyś mogłaby się stać. Te opowieści stały się jej kompasem wskazującym kierunek, w którym będzie podążać przez całe swoje życie.
Dziecięce marzenie o męczeństwie
Jedną z najbardziej zaskakujących opowieści z jej dzieciństwa była próba ucieczki z domu. Teresa i jej brat Rodrigo postanowili wyruszyć w drogę do krajów muzułmańskich, wierząc, że tam będą mogli oddać życie za wiarę. Oboje pragnęli tego najbardziej na świecie i byli skłonni zrobić wszystko, by spełnić swoje dziecięce marzenie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to naiwną, wręcz niebezpieczną fantazją, jednak dla Teresy była to decyzja podejmowana z pełnym przekonaniem o jej słuszności.
Ich wyprawę przerwał wujek, który sprowadził rodzeństwo z powrotem do domu. Co ciekawe, sama Teresa po latach wspominała to wydarzenie z dystansem i humorem. Wiedziała już wtedy, że dziecięca gorliwość bywa naiwna, ale nigdy nie przestała traktować jej jako dowodu na bardzo poważne pragnienie. Skoro nie dane jej było umrzeć dla Boga, postanowiła żyć dla Niego całą sobą.
Strata, która pogłębiła jej relację z Bogiem
Gdy Teresa miała dwanaście lat, jej świat nagle się zatrzymał. Śmierć matki była doświadczeniem bolesnym i niezrozumiałym, szczególnie dla dziewczynki, która do tej pory znajdowała w niej ciepło, uwagę i poczucie bezpieczeństwa. To właśnie wtedy po raz pierwszy doświadczyła straty, która nie dawała się łatwo oswoić i na długo zapisała się w jej pamięci.
Dziewczyna zwróciła się do Maryi z dziecięcą prostotą i szczerością, prosząc, by odtąd to Ona była jej Matką. Nie była to decyzja wynikająca z teologicznych rozważań, lecz spontaniczny gest serca, potrzeba bliskości, opieki i poczucia, że nie jest sama. Ta relacja, oparta na zaufaniu stała się jednym z fundamentów jej duchowości i z czasem ukształtowała sposób, w jaki Teresa przeżywała swoją wiarę: jak relację dziecka z kimś naprawdę bliskim.
Klasztor daleki od ideału
W wieku dwudziestu lat wstąpiła do klasztoru karmelitanek w Ávili. Oczekiwała ciszy, skupienia i życia skoncentrowanego na modlitwie – bo przecież tak powinno wyglądać życie zakonne. Szybko jednak okazało się, że klasztorna codzienność daleka była od ideału. W tamtych czasach klasztor bywał miejscem intensywnego życia towarzyskiego, a rozmowy w rozmównicach potrafiły trwać dłużej, niż modlitwa w kaplicy. Wspólnoty zakonne funkcjonowały wówczas w dużym otwarciu na świat zewnętrzny, a pierwotna surowość reguły została znacznie złagodzona.
Teresa przez długi czas zmagała się z wewnętrznym rozdarciem. Pragnęła głębokiej relacji z Bogiem, ale jednocześnie nie potrafiła uwolnić się od rozproszeń i kompromisów. Ten stan niepokoju i niespełnienia towarzyszył jej przez wiele lat. To nie było takie klasztorne życie, jakie chciała przeżyć.
Chrystusowa mistyczka
Rok 1554 stał się momentem zwrotnym w jej życiu. Modląc się przed figurą ubiczowanego Chrystusa, Teresa doświadczyła głębokiego nawrócenia. Zrozumiała, że nie może dłużej żyć „jak dotąd” i że jej relacja z Bogiem wymaga konkretnej decyzji, a nie tylko dobrych intencji. To wtedy narodziło się w niej pragnienie całkowitej jedności z Bogiem. Jak sama później pisała, odkryła, że Ten, którego zraniła swoją letniością, wciąż ją kocha.
Z czasem zaczęła doświadczać intensywnych przeżyć mistycznych: głębokiego pokoju, wizji i ekstaz. Nie zawsze spotykała się z akceptacją, część osób podejrzewała ją o przesadę lub złudzenia a inni patrzyli na nią z nieufnością. Teresa sama powtarzała, że nie szuka nadzwyczajnych przeżyć i że znacznie bardziej zależy jej na wierności w codzienności niż na spektakularnych doświadczeniach. Nie uciekała od konfrontacji. Z pokorą poddawała swoje doświadczenia ocenie spowiedników i teologów, jednocześnie coraz wyraźniej dojrzewała w niej myśl o reformie Karmelu – powrocie do ciszy, ubóstwa i prostoty.
Odważna reformatorka
W 1562 roku założyła w Ávili pierwszy zreformowany klasztor pod wezwaniem św. Józefa. Był skromny, ubogi i radykalnie różny od dotychczasowych wspólnot. Reforma spotkała się z oporem, oskarżeniami i nieufnością, także ze strony ludzi Kościoła. Mimo towarzyszących jej chorób i zmęczenia podróżowała po całej Hiszpanii, zakładając kolejne klasztory, nie mając pewności, czy w kolejnym mieście spotka ją wsparcie czy sprzeciw. Była kobietą niezwykle konkretną, odważną i zdeterminowaną.
Podczas jednej z podróży poznała młodego karmelitę – Jana, późniejszego św. Jana od Krzyża. Dostrzegła w nim idealnego współpracownika do reformy męskiej gałęzi zakonu. Łączyła ich głęboka duchowa przyjaźń i wspólne pragnienie odnowy życia zakonnego. Gdy Jan został uwięziony przez przeciwników reformy i przez wiele miesięcy przetrzymywany w ciężkich warunkach, Teresa bardzo cierpiała. Nie straciła jednak wiary, że dzieło, które rozpoczęli, jest Boże i przetrwa. I nie pomyliła się.
Boża pisarka
Pod koniec życia nie tylko zakładała kolejne klasztory, ale także pisała swoje najważniejsze dzieła: Księgę życia, Twierdzę wewnętrzną i Drogę doskonałości. Łączyła w nich głębię mistyczną z realizmem i humorem. Uczyła, że modlitwa jest przyjacielską rozmową z Tym, o którym wiemy, że nas kocha. Jej duchowość była konkretna, dostępna i bardzo ludzka.
Teresa z Ávili zmarła 4 października 1582 roku w Alba de Tormes. Jej ostatnie słowa brzmiały: „W końcu, Panie, nadeszła chwila spotkania.” Jej życie nie było ani proste, ani wygodne, ale było spójne – od dziecięcych pragnień po ostatni oddech. W ten sposób spełniło się marzenie dziewczynki, która nigdy nie bała się trudnych pytań i z odwagą podejmowała decyzje, prowadzące jąku świętości.
Poznaj świętą Teresę z Ávili
Jeśli po tej opowieści masz poczucie, że chcesz poznać bliżej postać świętej Teresy – nie tylko jako tej z wielkich, teologicznych rozważań ale i zwyczajnie-niezwykłą kobietę z krwi i kości – podpowiadamy, jak to zrobić! Sięgnij po 52 tygodnie ze św. Teresą z Ávili i daj się poprowadzić przez jej myśli i doświadczenia. Spokojnie, tydzień po tygodniu, bez pośpiechu i zbędnego patosu. Poznaj historię dziewczyny z Ávili, która nie chciała żyć byle jak.
Stacja7.pl
***
fot. Jusepe de Ribera/ Museo Nacional del Prado/Wikipedia
***
Św. Teresa. Wielka Madre i jej twierdza wewnętrzna – jak zdobyć kolejny level
Twierdza wewnętrzna – powiedzielibyśmy dziś escape room lub ostatni level gry strategicznej. Tyle, że tu chodzi o prawdziwe życie. Na który poziom dotarła św. Teresa?
Mała dziewczynka, która chciała iść do Maurów, by otrzymać palmę męczeństwa, gdy dorosła, odkryła jak być niezwyciężoną wojowniczką. Nie wychodząc z domu czy murów klasztoru. I napisała, jak to zrobić. W trudnych czasach warto przypomnieć, jak wejść do twierdzy wewnętrznej, by uzyskać dar owocnego apostolatu.
„Twierdza wewnętrzna”. Dlaczego św. Teresa nadała taki tytuł najbardziej dojrzałemu utworowi, jaki napisała? – Jeśli ktoś był w jej rodzimej Avili, nie może mieć wątpliwości – wybór metafory był oczywisty – wychowała się i dorastała w średniowiecznych murach z osiemdziesięcioma ośmioma wieżami, w mieście, które się broniło i walczyło z Maurami, a gdy pewnego roku mężczyźni byli nieobecni, zostało obronione przez kobiety.
Na szczęście Teresę i jej brata, którzy uciekli, by zrealizować swoje pragnienie o męczeństwie, przyłapał wujek, który odstawił uciekinierów do domu. Dzieci dostały burę i już wówczas można było się zorientować, że ta mała ma nieprzeciętny charakter. A ponieważ bardzo chciała dostać się do nieba, gdy nie powiódł się jej plan męczeństwa, zbudowała w ogrodzie pustelnię i tam naśladowała pustelników i ascetów – projekt zewnętrznego działania w świecie zastąpiła modlitwą. I tak było w jej dorosłym życiu – wszystko, co robiła i czego dokonała, wypływało z modlitwy.
Samotne szukanie
Co było dalej, wiadomo z jej własnych wspomnień i licznych biografii. Gdy miała dwadzieścia jeden lat wstąpiła do Karmelu w rodzinnym mieście, gdzie przeżyła rozczarowanie – było tu zbyt światowo. Odczuła potrzebę reformy i powrotu do korzeni Zakonu, ale nim stała się reformatorką Karmelu, przeszła długą drogę duchowego dojrzewania. Była to przeważnie samotna wędrówka i mocowanie się z problemami. Choć miała i świętych spowiedników, takich jak św. Franciszek Borgiasz i św. Piotr z Alkantary, ale byli też całkiem przeciętni, (w sumie naliczono ich ponad dziewięćdziesięciu), więc często była pogrążona w mroku i niepewności.
Dobrze wiedziała, czym jest to samotne szukanie, dlatego zależało jej na przekazaniu swojego doświadczenia swym duchowym córkom oraz wszystkim, odczuwającym głód Boga.
Mapa drogowa dla spragnionych
Malarze przedstawiają św. Teresę z piórem w ręku, malują także nad jej głową gołębicę – symbol Ducha Świętego, bo wielka Madre była autorką najwybitniejszych dzieł chrześcijańskiej duchowości. Paradoksalnie, poza listami i poezją, wszystkie swe dzieła napisała z posłuszeństwa i z oporami. „Twierdzę wewnętrzną” napisała na polecenie prowincjała karmelitów o. Graciana i mimo trudności zakończyła pracę dość szybko, bo w pół roku. Znawcy jej dorobku twierdzą, że to najdojrzalsze jej dzieło teologiczne. I mapa drogowa dla spragnionych.
Jak zdobyć kolejne mieszkania twierdzy?
Porównuje w nim św. Teresa duszę, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, do twierdzy wykonanej w całości z jednego diamentu. A na jej dnie mieszka sam Bóg i celem jest dotarcie do Niego, po przejściu siedmiu mieszkań. Zaś bramą, przez którą wchodzi się do środka, jest modlitwa i rozważanie, modlitwa bez oglądania się na umiejętności i kunszt. Zaczyna się droga osobistego wysiłku, wytrwałości, odwagi i męstwa, „bo wielkie i niezliczone trudności czart stawia początkującemu”, przechodzenia od jednego do kolejnego mieszkania. Pierwsze trzy to okres, który w innym traktacie porównała do dokopywania się kilofem do źródła i czerpania wody ze studni. Głód i pragnienie Boga mają być bodźcem, aż dusza dojdzie do mieszkania czwartego, do momentu, w którym Bóg przejmuje inicjatywę. To etap, gdy człowiek unika zła, jest wierny modlitwie… i większość pobożnych chrześcijan na nim się zatrzymuje. Niesłusznie, gdyż trzeba mieć świadomość, że toczy się walkę i trzeba być gotowym ”stawić czoło wszystkiemu wojsku diabelskiemu i że do tej walki nie ma dzielniejszego oręża nad krzyż”.
I dalej, przez rany, pustynne oschłości i oczyszczenia, poczucie opuszczenia, ale też ekstazy i zachwyt dociera się do siódmego mieszkania, w którym przebywa Bóg, Oblubieniec i następuje zjednoczenie mistyczne duszy z Bogiem, określane jako mistyczne zaślubiny.
Czytelnik „Twierdzy” śledząc kolejne etapy wędrówki duszy, która ją unosi wyżej i wyżej, ale jest także schodzeniem w dół, do głębin, może dostać zawrotu głowy. Bo co powiedzieć po przeczytaniu takich słów: „Chociaż w opisie tej twierdzy mówiłam o siedmiu tylko mieszkaniach, każde z nich jednak składa się z wielu komnat na górze i na dole, i po bokach, z wdzięcznymi ogrodami, wodotryskami, klombami, gajami i takim mnóstwem wszelkiego rodzaju rzeczy rozkosznych, że na widok ich chciałybyście rozpłynąć się w uwielbieniach tego Boga wielkiego, który te cuda stworzył na wyobrażenie i podobieństwo swoje”.
Czy da się to zdobyć?
Pojawia się pytanie, a także powątpiewanie, czy to wszystko jest przeznaczone dla zwykłych śmiertelników, czy może dla ludzi z wyższej półki duchowości, mistyków i wizjonerów, skupionych za murami swoich klasztorów? A wielka Madre odpowiada kategorycznie, że ta droga jest dla wszystkich. „Bo nie w tym rzecz, wierzcie mi, czy ktoś nosi habit zakonny, czy nie, ale w tym jedynie, by usilnie ćwiczyć się w cnotach i całą istnością swoją oddać się Bogu i wszystek tryb życia swego do tego stosować, co i jak Pan zechce, i nie szukać spełnienia woli swojej, tylko spełnienia woli Bożej”.
Więc dalej w drogę, bo gdy już ktoś wyruszy, Bóg w pewnym momencie przejmie inicjatywę i będzie nosił na rękach. Madre określa modlitwę, jako „rozmowę przyjaciół, rodzinną zażyłość z Bogiem, z którym przestajemy w ukryciu, wiedząc, że jesteśmy przez Niego ukochani”.
Ona zdobyła siódme mieszkanie
Św. Teresa pewnego dnia dotarła do siódmego mieszkania. Co było dalej? Nie pozostawała w czterech ścianach by kontemplować swoje absolutne szczęście, bo małżeństwo ma owocować płodnym apostolatem. Została apostołem. To było trudne, była kobietą, w tamtych czasach kobietą. Nie była uczonym teologiem ani duchownym. „Lecz nie mając żadnej możności uczynieniu czegoś w służbie Bożej na chwałę Pana, gdyż jestem niewiastą i to jeszcze tak nędzną, tym gorętsze uczułam w sobie i dotąd czuję pragnienie, aby, skoro Bóg ma tylu nieprzyjaciół, a tak niewielu przyjaciół, ci niewielu przynajmniej, byli prawdziwymi Jego przyjaciółmi. Postanowiłam zatem uczynić choć to maluczko, co uczynić zdołam, to jest, wypełniać rady ewangeliczne jak najdoskonalej…” I modlić się za tych, którzy bronią Kościoła.
Reforma Karmelu
Św. Teresa stała się gorliwą orędowniczką modlitwy za Kościół, bo zrozumiała, że celem Karmelu ma być modlitwa w tych intencjach. A czasy były trudne, kolejne kraje po Reformacji zrywały z Kościołem. Żeby ten cel osiągnąć, trzeba było stworzyć warunki do takiej modlitwy. Przejechała Hiszpanię wzdłuż i wszerz, założyła siedemnaście klasztorów i zreformowała już istniejące, bo klasztory karmelitanek miały być miejscem modlitwy i pokuty, a wszelkie umartwienia i ofiary miały na celu, by Pan ochraniał swój Kościół. Pewnego dnia otrzymała nagrodę za gorliwość i posłuszeństwo wierze katolickiej – jeszcze za życia poznała swoje mistyczne imię, o którym czytamy w Apokalipsie św. Jana: „Zwycięzcy dam (…) kamyk biały, a na kamyku tym wypisane nowe imię, którego nikt nie zna, jak tylko ten, który je otrzymuje”. Jej imię to „Córka Kościoła”.
Córka Kościoła i doktor mistyczny. Uczy, że w każdych okolicznościach można zdobyć twierdzę i stać się opoką dla innych.
Gdy była nastolatką uwielbiała modnie się ubierać. Gdy dorosła wybrała bardzo surową drogę życiową, została zakonnicą i zreformowała zakon karmelitański. Święta Teresa z Avila – mistrzyni życia codziennego i duchowego. Przeczytajcie 5 skutecznych rad dla duszy!
1
Jest takie królestwo, którego Pan nie chce poddanych zaprzęgać do pracy wokół swoich spraw. Jedyną jego sprawą jest bowiem troska o ich szczęście. To królestwo jest w każdym z nas.
2
Taka jest dusza ludzka: silna i odważna, lecz zarazem słaba i bezbronna, gotowa mężnie stanąć do walki z najbardziej zaciekłym wrogiem, lecz często potykająca się o najmniejszy leżący na drodze kamień.
3
Mury duszy swoją solidną konstrukcją zdają się skrywać tajemnice wnętrza, lecz gdy przyjrzeć się im z bliska, są przezroczyste, miękkie i przenikliwe.
4
Bogactwa ludzkiej duszy, jej cnót i darów, nie da się przecenić, widać je w całej krasie, gdy rozświetla je światło promieniujące z wnętrza. Tak niewiele jednak potrzeba, żeby owe bogactwa przykryło grube czarne sukno ludzkich grzechów i ułomności, a wtedy światło – choć nadal z wnętrza duszy wypływa – już ich nie rozświetla; wtedy niszczeją i nie sprawiają radości ani mieszkańcom zamku, ani tym, którzy patrzą na niego z zewnątrz.
5
Najbliżej Boga, a więc i siebie samego, jest nie ten, kto ma wiele przeżyć zewnętrznych, lecz ten, kto oddala wszystko, co zewnętrzne, aby dać się przeniknąć światłu, które promieniuje z wnętrza jego własnego serca. Ten zaś, kto doświadczył pierwszych promieni tego światła, wie, że nie bije ono bezlitośnie po oczach, lecz rozprzestrzenia się cicho i delikatnie, jak poranna mgła, która kładzie się miękkim płaszczem na zaspanej ziemi, by obudzić ją swoją cudowną świeżością.
(fragment książki: Gdzie Mieszka Bóg? Wędrówka po zamku duszy ze św. Teresą od Jezusa, Dorota Krawczyk, Flos Carmeli 2017, Poznań)
***
fot. via: Pixabay – karan_kss_/ Wikipedia CC 3.0
***
Lęk człowieka skrzywdzonego jest jego więzieniem. Przebaczenie najtrudniejszą miłością
Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek doświadczyć poczucia skrzywdzenia? Czy zranił Cię ktoś dla kogo byłeś gotowy wiele zrobić? Zapewne tak… Każdemu z nas przychodzi żyć z mniejszą lub większą krzywdą, z negatywnymi uczuciami. Na dłuższą metę jest to jednak nie możliwe…
Krzywda jest… Niesprawiedliwością Pozbawieniem człowieka dóbr, do których ma prawo Bólem, od jej zadania aż do końca życia Cierpieniem Zranieniem
Uczucia towarzyszące skrzywdzeniu: Najczęściej pierwszym uczuciem jaki towarzyszy jest poczucie lęku i obawy. Lęk może przybrać dwie formy – obawy przed powrotem do przeszłości i obawa przez posądzeniem o niewdzięczność względem osób którym wiele zawdzięczają – szczególnie w przypadku krzywd doświadczonych w dzieciństwie od rodziców. Lęk ten jest najczęściej lękiem względem bliźnich.
Specyfika lęku. Lęk człowieka skrzywdzonego jest jego więzieniem. To forma iluzji jaką człowiek sobie stwarza, zamykając się w kręgu własnych spraw. Czasem nawet sam skrzywdzony sobie go nie uświadamia. Skutkiem jest postępujące odizolowywanie się, zamykanie się w sobie. W krańcowych przypadkach może doprowadzić nawet do samobójstwa.
Rozżalenie i gniew Najskuteczniejsza metoda postępowania z tymi uczuciami to przyzwolenie na ich przeżywanie tak, aby móc do nich podchodzić z zachowaniem wewnętrznej wolności. Często nie są adresowane do rzeczywistych krzywdzicieli ale do osób, które skrzywdzonego dotknęły choćby w sposób przypadkowy i niechcący.
Negatywne skutki doznanej krzywdy są uzależnione od tego, w jakich sposób krzywdzony sobie z nią poradzi. Możemy wyróżnić dwie możliwości 1. zepchnięcie do podświadomości co skutkuje zatruciem na pozostały okres życia, utrudnia budowanie dojrzałych relacji, łatwo staje się źródłem krzywdy względem innych – skrzywdzony wchodzi w rolę krzywdziciela 2. przepracowanie krzywdy z pragnieniem wyjścia z krzywdzenia. W takim kontekście krzywda może się okazać daną nam łaską, stając się miejscem szczególnej wrażliwości człowieka na danej płaszczyźnie
Jeżeli chcemy się uwolnić od tego co nas wewnętrznie niszczy, musimy przepracować w sobie to zranienie. Jedną z metod jest wzbudzenie pozytywnych uczuć do osoby przez którą zostaliśmy skrzywdzeni Uzdrowienie jest pewnego rodzaju odtruciem duszy z żalu, rozgoryczenia, zemsty i innych negatywnych emocji. Jak wiadomo, nie bez znaczenia w pracach różnego typu jest motywacja. W omawianej kwestii najlepszą motywacją jest miłość człowieka do człowieka. Ten kto potrafi kochać będzie też potrafił wiele zrozumieć, przyjąć i wybaczyć.
Przebaczenie ….jest wewnętrznym aktem, decyzją odpuszczenia krzywdzicielowi. Przebaczenie osobiste może się dokonać jak jeszcze nie możemy pojednać się z winowajcą. Przebaczenie jest możliwe zawsze.
Aby przebaczenie było pełne a poczucie krzywdy nie wracało do nas w najmniej oczekiwanych, powinno się ono dokonać w nas na trzech płaszczyznach Przebaczenie temu, kto nas skrzywdził Przebaczenie samemu sobie Przyjęcie, wyrażenie wewnętrznej zgody na przebaczenie. O ile kolejność drogi do przebaczenia może być różna, o tyle żaden z tych elementów nie jest zbędny.
Przebaczyć krzywdzicielowi z zasady najbardziej mogą zranić ci, na których nam najbardziej zależy. To osoby, które z natury zostają obdarzane największym zaufaniem, więc zawód, jaki może nas spotkać z ich strony najgłębiej wpisuje się w nasze doświadczenia.
Przebaczenie drugiemu to proces. Na jego początku należy rozpoznać i nazwać swoją krzywdę. Znaleźć to co dokładnie ją spowodowało i jakie uczucia temu towarzyszyły. Wskazane jest wypowiedzenie doznanej krzywdy przed kimś zaufanym a także spróbować zrozumieć drugą stronę. I co najważniejsze zadać sobie pytanie o wolę przebaczenia. Czasem przebaczenie może się odbyć z pobudki wręcz egoistycznej – gdy przebaczamy nie dlatego, ze ktoś zasługuje na przebaczenie ale dlatego, że nie chcemy cierpieć i ranić się na każde wspomnienie krzywdy.
Przebaczyć sobie traktowane jako wysiłek woli powrotu do utraconego w wyniku krzywdy poczucia szacunku do samego siebie. Tym samym wyeliminowanie autoagresji. Tylko podjęcie decyzji o przebaczeniu otwiera nam drogę do uleczenia zranienia
Przyjąć przebaczenie jest to świadoma decyzja woli osoby, aby otworzyć się na akt przebaczenia jaki kieruje do nas krzywdzący. To także praca nad niwelowaniem żyjących w pokrzywdzonym negatywnych emocji
Prawdziwą przeszkodą w drodze do przebaczenia jest duma. Z powodu dumy, z powodu urażonej ambicji, stale podsycamy płomień, który żywi się doznaną krzywdą, by przypominał, że nie możemy wybaczyć. A tymczasem kto cierpi i gromadzi w sobie coraz więcej emocjonalnej trucizny? To my faktycznie cierpimy za wszystko, co inni ludzie robią, nawet jeśli nas to nie dotyczy.
Uczymy się również cierpieć, by ukarać kogoś, kto nas obraził. Zachowujemy się jak małe dziecko, które ma napad złości, tylko dlatego że chce, aby ktoś się nim zainteresował.
Człowiek, który został skrzywdzony najprawdopodobniej na drodze do przebaczenia przejdzie przez poszczególne etapy: 1. wypieranie 2. gniew 3. targowanie się 4. smutek i depresja 5. akceptacja
Praca nad wyleczeniem z krzywdy dokonuje się na dwóch płaszczyznach: Duchowej Psychologicznej Jedna i druga stanowią elementy integralne osoby i nie mogą zostać rozdzielone. Z tym, ze płaszczyzna duchowa powinna pozostawać nadrzędna względem duchowej. Tym samym praca przeprowadzona tylko na jednej z nich nie zapewnia wyleczenia.
Aby mogło dojść do przebaczenia powinny zostać spełnione następujące warunki: Rezygnacja z zemsty Wgląd w siebie Potrzeba zrozumienia krzywdziciela Motywacja przebaczenia Przebaczenia ma być w imię czegoś wyższego niż ja sam. Może to być chociażby miłość, spokój, Bóg.
Należy jednak pamiętać, że pojęcie przebaczenia nie jest tożsame z pojednaniem… Przebaczenie Wystarczy jedna osoba, nie wymaga afirmacji winowajcy Przywraca stan sprzed rozłamu – przebaczyć, znaczy przywrócić komuś jego poprzednie miejsce Konieczny warunek prawdziwej jedności i zgody między ludźmi Pojednanie Konieczna jest dobra wola dwóch stron Daje szanse stworzenia nowej rzeczywistości – pełniejszej i bogatszej Występuje jako ewentualność po przebaczeniu Budowane na prawdzie, miłości i sprawiedliwości
Pojednanie Proces wymagający czasu i zaangażowana obu stron konfliktu Aby było pełne wymaga wzajemnego wyzbycia się uprzedzeń, urazów i niechęci emocjonalnej. Może się rozpocząć gdy krzywdziciel i skrzywdzony są na to gotowi Nie może być budowane na emocjach, niepokoju, zaniżonej poczuciu wartości, lęku o innych czy chorego poczucia winy
Przesłanki prawidłowego pojednania 1.Uznanie odpowiedzialności za krzywdę przez obie strony 2.Zbudowane na prawdzie i sprawiedliwości 3.Równowaga stron konfliktu 4.Udział każdej ze stron na miarę swoich możliwości z uwzględnieniem ponoszonej odpowiedzialności 5.Gotowość na kompromis 6.Szczera wola pojednania
Przebaczenie nie jest też zapomnieniem… Nie chodzi o to aby zapomnieć to jaką krzywdę nam ktoś wyrządził, ale przebaczenie jest aktem, decyzją będącą rezygnacją z prawa do żalu względem krzywdziciela.
Z racji, ze przebaczenie ma swoje konotacje z chrześcijaństwem, Kościół dla osób skrzywdzonych często jest ostoją w ich krzywdzie i miejscem ukojenia. Pomoc w przepracowywaniu krzywdy można znaleźć w kościele w formie: Sakramentu pokuty Eucharystii Uczestniczenia we wspólnotach religijnych Kierownictwa duchowego Rekolekcji
Dlaczego jednak przebaczenie jest dla człowieka tak istotne? O przebaczeniu nie jeden raz nauczał Jezus, nie jeden poeta się odwoływał do bólu i krzywdy jakiej doznał, powstało wiele książek i poradników jak sobie radzić z poczuciem krzywdy.
Negatywne skutki braku przebaczenia: 1.Blokada zdrowej komunikacji 2.Kontynuacja psychologicznego odczuwania bólu 3.Doszukiwanie się w zachowaniach innych czynników, które już raz nas zraniły i mogą tego dokonać po raz kolejny 4.Dodawanie negatywnego nastawienia do innych relacji 5.Narasta złośliwość, poczucie urazy i zgorzkniałość 6.Strata szacunku do samego siebie 7.Dewaluacja na poziome psychiki 8.Duchowa blokada na możliwość przyjęcia pomocy 9.Dusza człowieka ulega coraz to większemu skurczeniu
Dla równowagi konieczne jest przedstawienie zalet jakie płyną z przebaczenia Można je podzielić na grupy: 1. Korzyści natury fizyczne 2. Korzyści natury emocjonalnej
Korzyści natury fizycznej Zdenerwowanie podnosi ciśnienie a więc przebaczenia, niwelując zdenerwowania zmniejsza ryzyko zachorować na serce Zmniejszenie liczny czynników stresogennych mogących mieć odzwierciedlenie w późniejszej nerwicy.
Korzyści natury emocjonalnej Oczyszczenie umysłu Uzyskanie harmonii i spokoju Pozbycie się strachu i przygnębienia Radość życia Wolność wewnętrzna
Częstym błędem jakiego ludzie się dopuszczają jest próba wymazania doświadczonej krzywdy z pamięci. Takie postępowanie nie może rozwiązać problemu, gdyż jest to forma wybudowania muru pomiędzy przeszłością a przyszłością. Jest to klasyczne przykłamanie mechanizmu obronnego stosowanego w sytuacjach trudnych przez ludzką psychikę.
Innym zagrożeniem jest chęć szybkiego przejścia przez proces przebaczenia. Praca nad krzywdą nieuchronnie wiąże się ze wspomnieniami, które mogą powodować cierpienie. Dlatego tak ważna jest znajomość – szczególnie osób pomagających – poszczególnych etapów przebaczenia. Uzdrowienie duszy – analogicznie do leczenia ciała – wymaga czasu. Dodatkowo pomocy ludzkiej i boskiej. Przyspieszenie może powodować długotrwałe i nieodwracalne w skutkach kalectwo.
Przebaczenie w Biblii Swoisty wzór biblijnego przebaczenia został zawarty w modlitwie powszechnej – Ojcze nasz – (…) i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcą – odpuszczenie win tym, którzy w jakiś sposób zawinili przeciwko nam oraz wybaczenie przez Boga grzechów, które my popełniliśmy. W Kościele Katolickim przebaczenie grzechów dokonuje się w sakramencie pokuty, w którym wierni leczą swoją duszę ze zranień swoich niegodziwości. Bóg zwycięża w przebaczeniu, zwycięża Jego miłość przypieczętowana śmiercią Jezusa na krzyżu. To On jest dla nas najlepszym wzorem jak kochać i jak przebaczać swoim winowajcom nawet w najtrudniejszych momentach życia.
Przebaczenie charakteryzuje ludzi świętych. Jeżeli przebaczamy samy mamy w niej udział. Bóg pełen miłosierdzia chce przebaczać człowiekowi jego przewinienia. Uzależnione jest to jednak od tego czy człowiek chce przebaczać, bo jak jest napisane Bo jeśli odpuścicie ludziom ich przewinienia, odpuści i wam Ojciec wasz niebieski. A jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz nie odpuści wam przewinień waszych. MAT. 6,14-15
Pismo Święte i Tradycja to nierozdzielny depozyt wiary
„Depozyt” Słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i potrzeba strzec jego integralności – przypomniał Papież na audiencji ogólnej. W kolejnej katechezie o nauczaniu Soboru Watykańskiego II Leon XIV mówił o ścisłym związku między Pismem Świętym i Tradycją. Odwołał się przy tym do cytowanej przez Katechizm maksymy Ojców Kościoła: „Pismo Święte jest bardziej wypisane na sercu Kościoła niż na pergaminie”.
Papież kontynuował dziś refleksję nad soborową konstytucją o Objawieniu Bożym Dei Verbum. To w tym dokumencie Sobór wyjaśnił, na czym polega ścisła więź Pisma Świętego i Tradycji. Zaświadcza o tym również nauczanie samego Jezusa.
Duch Święty doprowadzi was do całej prawdy
Leon XIV przywołał dwie ewangeliczne sceny. Mowę pożegnalną w Wieczerniku zapowiadającą zesłanie Ducha Świętego, który wszystkiego apostołów nauczy i doprowadzi ich do całej prawdy; a także misyjne rozesłanie uczniów przez Zmartwychwstałego Pana, który nakazuje im nauczać wszystkie narody, aby zachowywały to, co Jezus przekazał apostołom. „W obu tych scenach widoczny jest ścisły związek między słowem, głoszonym przez Chrystusa, i tym, jak rozprzestrzeniało się ono przez wieki” – dodał Papież.
Biblia i Tradycja wypływają z tego samego źródła
Cytując Dei Verbum, Ojciec Święty przypomniał, że święta Tradycja i Pismo Święte ściśle łączą się z sobą i przenikają. Obydwa bowiem wypływają z tego samego Bożego źródła, zespalają się jakby w jedno i zmierzają do jednego celu (Dei Verbum, 9). Tradycja eklezjalna rozszerza się w ciągu dziejów poprzez Kościół, który strzeże Słowa Bożego, interpretuje je i urzeczywistnia.
Tradycja rozwija się w Kościele
Papież zauważył, że pochodząca od Apostołów Tradycja rozwija się w Kościele pod opieką Ducha Świętego poprzez dociekania wierzących, „a przede wszystkim poprzez nauczanie następców Apostołów, którzy otrzymali ‘niezawodny charyzmat prawdy’”. Leon XIV odwołał się do nauczania Grzegorza Wielkiego, który mówił, że Pismo Święte wzrasta wraz z tymi, którzy je czytają. Przytoczył też słowa św. Augustyna, który twierdził, że Słowo Boże jest jedno: to samo słowo rozbrzmiewa w Piśmie Świętym i jest głoszone przez wielu świętych.
Słowo Boże nie jest skamieliną
„Słowo Boże – mówił dalej Papież – nie jest zatem skamieliną, lecz jest rzeczywistością żywą i organiczną, która rozwija się i wzrasta w Tradycji. Tradycja natomiast, dzięki Duchowi Świętemu, pojmuje Słowo Boże w bogactwie jego prawdy i wciela je w zmieniających się współrzędnych dziejów”.
„Strzeż depozytu wiary”
Leon XIV odwołał się w tym miejscu do nauczania św. Johna Henry’ego Newmana o rozwoju doktryny chrześcijańskiej oraz do polecenia danego przez św. Pawła Tymoteuszowi, aby strzegł powierzonego mu depozytu wiary. Cytując soborowe nauczanie, Papież podkreślił, że Tradycja i Pismo Święte stanowią powierzony Kościołowi jeden depozyt Słowa Bożego, a jego wyjaśnianie zostało zlecone Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który działa w imieniu Jezusa Chrystusa.
Musimy strzec integralności depozytu wiary
„Również dzisiaj – powiedział na zakończenie Papież – ‘depozyt’ Słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i my wszyscy, pełniący różne posługi kościelne, musimy nadal strzec jego integralności, jako gwiazdy polarnej na naszej drodze w złożoności historii i egzystencji”. Odwołując się raz jeszcze do Dei Verbum Leon XIV podkreślił, że Biblia i Tradycja tak ściśle są ze sobą połączone, że jedno nie może istnieć bez drugiego.
Papież o rocznicy przywrócenia Ordynariatu Polowego w Polsce
Papież wezwał Polaków do wierności Słowu Bożemu i Tradycji Kościoła. To one mają być „busolą duszpasterstwa” – powiedział Ojciec Święty. Na audiencji ogólnej Leon XIV przypominał o 35. rocznicy przywrócenia w Polsce Ordynariatu Polowego.
Oto pełna treść papieskiego pozdrowienia do Polaków:
„Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich! W tych dniach mija trzydzieści pięć lat od przywrócenia w Polsce Ordynariatu Polowego, którego zadaniem jest kształtowanie sumień osób, oddanych służbie Bogu i Ojczyźnie. Niech wierność Słowu Bożemu i Tradycji Kościoła będzie busolą duszpasterstwa, szczególnie w sprawowaniu sakramentów w sytuacjach próby i niebezpieczeństwa. Wszystkim wam błogosławię!”
Papież potępia antysemityzm i apeluje o budowanie społeczeństwa opartego na poszanowaniu każdego człowieka
Na zakończenie dzisiejszej audiencji ogólnej Ojciec Święty nawiązał do obchodzonego wczoraj Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu i zaapelował o budowanie społeczeństwa w oparciu o wzajemny szacunek i dążenie do dobra wspólnego.
Wczoraj obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu – zagłady, która doprowadziła do śmierci milionów Żydów i wielu innych osób. W tym corocznym dniu bolesnego wspomnienia proszę Wszechmogącego o dar świata bez antysemityzmu, bez uprzedzeń, ucisku i prześladowań wobec jakiegokolwiek istoty ludzkiej. Ponawiam mój apel do wspólnoty narodów, aby zawsze czuwała, żeby koszmar ludobójstwa nigdy więcej nie uderzył w żaden naród i aby budowano społeczeństwo oparte na wzajemnym szacunku i dobru wspólnym.
Cały tekst papieskiej katechezy:
Drodzy Bracia i Siostry, dzień dobry i witajcie!
Kontynuując lekturę Konstytucji soborowej Dei Verbum o Objawieniu Bożym, rozważamy dzisiaj związek między Pismem Świętym a Tradycją. Jako tło mogą nam posłużyć dwie sceny ewangeliczne. W pierwszej, która rozgrywa się w Wieczerniku, Jezus w swojej ważnej mowie-testamencie, skierowanej do uczniów, stwierdza: „To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. […] Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 14, 25-26; 16, 13).
Druga scena prowadzi nas natomiast na wzgórza Galilei. Jezus zmartwychwstały ukazuje się uczniom, którzy są zaskoczeni i wątpiący, i daje im polecenie: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody […]. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). W obu tych scenach widoczny jest ścisły związek między słowem, głoszonym przez Chrystusa, i tym, jak rozprzestrzeniało się ono przez wieki.
Takie stanowisko potwierdza Sobór Watykański II, posługując się sugestywnym obrazem: „Święta Tradycja zatem i Pismo święte ściśle łączą się z sobą i przenikają. Obydwa bowiem wypływają z tego samego Bożego źródła, zespalają się jakby w jedno i zmierzają do jednego celu” (Dei Verbum, 9). Tradycja eklezjalna rozszerza się w ciągu dziejów poprzez Kościół, który strzeże Słowa Bożego, interpretuje je i urzeczywistnia. Katechizm Kościoła katolickiego (por. nr 113) odsyła w tej kwestii do maksymy Ojców Kościoła: „Pismo święte jest bardziej wypisane na sercu Kościoła niż na pergaminie”, to znaczy w tekście świętym.
W ślad za cytowanymi powyżej słowami Chrystusa, Sobór stwierdza, że „Tradycja ta pochodząca od Apostołów rozwija się w Kościele pod opieką Ducha Świętego” (DV, 8). Dzieje się to w pełnym zrozumieniu, dzięki „kontemplacji i dociekaniu wierzących”, poprzez doświadczenie wynikające z „głębokiego pojmowania przeżywanych rzeczywistości duchowych”, a przede wszystkim poprzez nauczanie następców Apostołów, którzy otrzymali „niezawodny charyzmat prawdy”. Podsumowując, „Kościół w swojej doktrynie, w życiu i kulcie przedłuża i przekazuje wszystkim pokoleniom wszystko, czym jest i w co wierzy” (tamże).
Znane jest w tym kontekście wyrażenie św. Grzegorza Wielkiego: „Pismo Święte wzrasta wraz z tymi, którzy je czytają”[1]. Już św. Augustyn stwierdził, że „jest jedno słowo Boże w całym Piśmie świętym rozbrzmiewające. Pamiętajcie, że przez usta wielu świętych głoszone jest jedno Słowo”[2]. Słowo Boże nie jest zatem skamieliną, lecz jest rzeczywistością żywą i organiczną, która rozwija się i wzrasta w Tradycji. Tradycja natomiast, dzięki Duchowi Świętemu, pojmuje Słowo Boże w bogactwie jego prawdy i wciela je w zmieniających się współrzędnych dziejów.
Sugestywne jest to, co w tym temacie proponował św. Doktor Kościoła John Henry Newman w swoim dziele, zatytułowanym O rozwoju doktryny chrześcijańskiej. Twierdził on, że chrześcijaństwo – zarówno jako doświadczenie wspólnotowe, jak i jako doktryna – jest rzeczywistością dynamiczną, zgodnie z tym, co sam Jezus wskazał w przypowieściach o ziarnie (por. Mk 4, 26-29): jest ono rzeczywistością żywą, rozwijającą się, dzięki wewnętrznej sile życiowej[3].
Św. Paweł Apostoł wielokrotnie napomina Tymoteusza, swojego ucznia i współpracownika: „Tymoteuszu, strzeż depozytu [wiary, który ci został powierzony]” (1 Tm 6, 20; por. 2 Tm 1, 12.14). Konstytucja dogmatyczna Dei Verbum powtarza ten tekst Pawła, stwierdzając: „Święta Tradycja i Pismo święte stanowią powierzony Kościołowi jeden depozyt słowa Bożego”; jego wyjaśnianie zostało zlecone „żywemu Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który autorytatywnie działa w imieniu Jezusa Chrystusa” (nr 10). „Depozyt” jest terminem, który w swoim źródłosłowie ma naturę prawną i nakłada na depozytariusza obowiązek zachowania treści, którą w tym przypadku jest wiara, oraz przekazania jej w stanie nienaruszonym.
Również dzisiaj „depozyt” słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i my wszyscy, pełniący różne posługi kościelne, musimy nadal strzec jego integralności, jako gwiazdy polarnej na naszej drodze w złożoności historii i egzystencji.
Na zakończenie, najdrożsi, posłuchajmy raz jeszcze Konstytucji Dei Verbum, która podkreśla wzajemne powiązanie Pisma Świętego i Tradycji, które „tak ściśle łączą się ze sobą i zespalają, że jedno bez pozostałych nie może istnieć, a wszystkie razem, każde na swój sposób, pod wpływem jednego Ducha Świętego, skutecznie przyczyniają się do zbawienia dusz” (nr 10).
[2]Enarrationes in Psalmos 103, IV, 1: Św. Augustyn, Objaśnienia Psalmów. Ps 103-123, Kazanie IV; tłum. Jan Sulowski, oprac. Emil Stanula, Warszawa 1986, s. 57.
[3] Por. John Henry Newman, Lo sviluppo della dottrina cristiana, Milano 2003, s. 104: Tenże, O rozwoju doktryny chrześcijańskiej, tłum. Jolanta W. Zielińska, Warszawa 1998, s. 84-85.
Rok 2026 na Jasnej Górze pod znakiem 70. rocznicy Jasnogórskich Ślubów Narodu
Programy pielgrzymek, sympozja, specjalne wydawnictwa i inicjatywy jak „Mobilizacja Kobiet” w modlitwie za Polskę czy „Święto Kobiet u Najpiękniejszej z Niewiast” 8 marca wpisywać się będą w rocznicowe obchody. Także tegoroczne czuwania nocne z 27. na 28. dzień każdego miesiąca będą przypomnieniem poszczególnych zobowiązań Polaków podjętych w ślubowaniu. Pierwsze z czuwań odbędzie się już dziś.
Podobnie, jak to było w ubiegłym roku, nocną modlitwę podejmować będą przedstawiciele różnych grup i wspólnot. Pierwsze czuwanie prowadzi dzisiaj Stowarzyszenie Rodzin Katolickich arch. częstochowskiej. Rozpocznie je Apel Jasnogórski, a zakończy Msza św. o północy.
Comiesięczne czuwania modlitewne inicjowane przez członkinie Instytutu Prymasa Wyszyńskiego kontynuowane są na Jasnej Górze nieprzerwanie od ponad 40 lat. Ten rok będzie czasem rozważań i aktualizacji preambuły ślubów oraz pierwszego przyrzeczenia, czyli wierności Bogu, Krzyżowi, Ewangelii, Kościołowi i jego Pasterzom – do maja, a od maja tematem będzie drugie przyrzeczenie – wierność łasce uświęcającej – zapowiada Beata Mackiewicz.
Przedstawicielka Instytutu Prymasa Wyszyńskiego wyraziła nadzieję, że Jasnogórskie Śluby Narodu staną się programem na co dzień w życiu indywidualnym, ale i społecznym przez ich rozważanie, ale przede wszystkim praktykę życia.
– Trzeba nam zacząć od nawrócenia swojego serca, żeby coraz bardziej przylgnąć do Boga, żeby być wiernym Mu na co dzień. A być wiernym Bogu, to zachowywać Jego przykazania. W obecnych czasach skupiamy się często na naszych bliskich, na innych ludziach, oceniamy wszystkich, a chyba przychodzi też czas, żeby pochylić się nad sobą, nad swoim życiem, i zacząć właśnie od siebie – powiedziała Mackiewicz.
Anna Rastawicka z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego przypomina, że jako największe zagrożenie kard. Wyszyński uznawał, już w latach 60-tych XX wieku, nie ateizm, ale obojętność wobec Boga. W „Pro memoria” pisał, że „największe niebezpieczeństwo świata to indyferentyzm, który jest sprzymierzeńcem milczenia o Bogu i materializm praktyczny. Wobec nich ateizm jest naszym sprzymierzeńcem, bo jeszcze mówi o Bogu”.
Przyrzeczenia, które kard. Stefan Wyszyński napisał w trakcie swojego uwięzienia w Prudniku i Komańczy, były nawiązaniem do ślubów złożonych we Lwowie przez króla Jana Kazimierza 300 lat wcześniej. Król Jan Kazimierz prosił wówczas Matkę Bożą o ratunek przed najazdem szwedzkim. Jasnogórskie Śluby Narodu z 1956 r. były ponownym uznaniem Maryi Królową Polski, tym razem przez naród. Prymas Wyszyński ułożył je jako program odnowy życia religijnego i moralnego Polaków ujęty w 9 punktów mówiących m.in. o konieczności troski o obronę życia, wierność małżeńską, godność kobiety, świętość rodziny, katolickie wychowanie dzieci, o walce z nienawiścią, przemocą i wyzyskiem, marnotrawstwem czy nieuczciwością.
Konferencję podczas pierwszego w tym roku, styczniowego czuwania, wygłosi Beata Mackiewicz w oparciu o m.in. kazanie bł. kard. Stefana Wyszyńskiego wygłoszone na Jasnej Górze 3 maja 1957 r., w którym mówił o narodowym ciężarze ślubowań.
Od 1981 r., a więc od śmierci kard. Wyszyńskiego, w nocy z 27. na 28. dnia każdego miesiąca na Jasnej Górze trwają nocne czuwania w intencji Prymasa Tysiąclecia, teraz z intencją o jego kanonizację. Noc modlitwy jest też sposobnością do błagania w łączności z Nim w sprawach Kościoła i Ojczyzny.
Leon XIV: jesteśmy wezwani do głoszenia Ewangelii wszystkim i wszędzie
„My, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami” – powiedział papież 25 stycznia w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”.
Ojciec Święty nawiązał do czytanego w III niedzielę zwykłą fragmentu Ewangelii o powołaniu pierwszych uczniów (Mt 4, 12-22). Zwrócił uwagę, że Pan Jezus rozpoczął swoją misję, gdy uwięziono Jana Chrzciciela. W tym kontekście przestrzegł przed przesadną roztropnością, zaznaczając, iż Ewangelia wymaga od nas ryzyka zaufania. „Bóg działa w każdym czasie i każda chwila jest dobra dla Pana, nawet jeśli nie czujemy się gotowi lub sytuacja nie wydaje się najlepsza” – zachęcił Leon XIV.
Papież zauważył, że Pan Jezus rozpoczął swoją misję publiczną od „Galilei pogan”, na obszarze wielokulturowym. Zatem Mesjasz pochodzi z Izraela, ale przekracza granice swojej ziemi. „Również my, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami” – stwierdził Ojciec Święty.
„Podobnie jak pierwsi uczniowie, jesteśmy wezwani do przyjęcia wezwania Pana, w radości wynikającej ze świadomości, że każda chwila i każde miejsce naszego życia są przez Niego nawiedzane i przepełnione Jego miłością. Prośmy Maryję Pannę, aby wybłagała nam tę wewnętrzną ufność i towarzyszyła nam w naszej wędrówce” – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy „Anioł Pański” i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.
Po odmówieniu modlitwy „Anioł Pański” i udzieleniu apostolskiego błogosławieństwa Ojciec Święty zachęcił do studiowania Słowa Bożego, zaapelował o ustanie wojny na Ukrainie a także otoczenie troską osoby chore na trąd. Pozdrowił również dzieci i młodzież z Włoskiej Akcji Katolickiej Dzieci, uczestnicach w „Karawanie Pokoju”, zachęcając do modlitwy o pokój we wszystkich krajach ogarniętych konfliktami zbrojnymi.
Oto słowa Ojca Świętego w tłumaczeniu na język polski:
Drodzy Bracia i Siostry!
Dzisiejsza niedziela – trzecia w Okresie Zwykłym – jest Niedzielą Słowa Bożego. Papież Franciszek ustanowił ją siedem lat temu, aby w całym Kościele promować znajomość Pisma Świętego oraz zwrócić uwagę na Słowo Boże w liturgii i życiu wspólnot. Wyrażam wdzięczność i zachęcam wszystkich, którzy z wiarą i miłością angażują się w realizację tego priorytetowego celu.
Również w ostatnich dniach Ukraina jest dotknięta ciągłymi atakami, które narażają całe grupy ludności na chłód zimy. Z bólem śledzę rozwój wydarzeń, jestem blisko i modlę się za tych, którzy cierpią. Przedłużanie działań wojennych, skutkujące coraz poważniejszymi konsekwencjami dla ludności cywilnej, pogłębia podziały między narodami i oddala sprawiedliwy oraz trwały pokój. Apeluję do wszystkich, aby jeszcze bardziej zintensyfikowali wysiłki, by położyć kres tej wojnie.
Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Chorych na Trąd. Wyrażam moją bliskość wobec wszystkich osób dotkniętych tą chorobą. Zapewniam o wsparciu dla Associazione Italiana Amici di Raoul Follereau [Włoskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Raoula Follereau] oraz tych wszystkich, którzy opiekują się chorymi na trąd, angażując się w ochronę ich godności.
Moje pozdrowienie kieruję do was wszystkich – wiernych z Rzymu oraz pielgrzymów z różnych krajów! W szczególności pozdrawiam chór parafialny z Rakowskiego w Bułgarii, grupę Quinceañeras de Panamá, uczniów Instytutu Zurbarán z Badajoz w Hiszpanii; a także młodzież przygotowującą się do bierzmowania z parafii San Marco Vecchio we Florencji, społeczność szkolną Zespołu Szkół Erodoto z Corigliano-Rossano oraz Stowarzyszenie Wolontariatu Cuori Aperti z Lecce.
Serdecznie pozdrawiam chłopców i dziewczęta z Akcji Katolickiej w Rzymie – wraz z rodzicami, wychowawcami i kapłanami – którzy stworzyli Karawanę Pokoju. Dziękuję wam, drogie dzieci i droga młodzieży, ponieważ pomagacie nam – dorosłym, patrzeć na świat z innej perspektywy – perspektywy współpracy między różnymi osobami i narodami. Dziękuję! Bądźcie budowniczymi pokoju w domu, w szkole, w sporcie – wszędzie. Nigdy nie uciekajcie się do przemocy – ani poprzez słowa, ani poprzez czyny. Nigdy! Zło zwycięża się tylko za pomocą dobra.
Wraz z tymi młodymi ludźmi módlmy się o pokój: na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie i we wszystkich regionach, gdzie, niestety, toczy się wojna w imię interesów, które nie są zbieżne z interesami narodów. Pokój buduje się w poszanowaniu narodów!
Dzisiaj kończy się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Zgodnie z tradycją, po południu, w Bazylice Świętego Pawła za Murami, będę celebrował nieszpory wraz z przedstawicielami innych wyznań chrześcijańskich. Dziękuję wszystkim, którzy wezmą w nich udział, również za pośrednictwem mediów, i życzę wszystkim dobrej niedzieli.
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
Po przyjęciu chrztu Jezus rozpoczyna swoją działalność przepowiadania i powołuje pierwszych uczniów: Szymona – zwanego Piotrem – Andrzeja, Jakuba i Jana (por. Mt 4, 12-22). Przyglądając się bliżej tej scenie z dzisiejszego Ewangelii, możemy zadać sobie dwa pytania: jedno dotyczące czasu, w którym Jezus rozpoczyna swoją misję, a drugie dotyczące miejsca, które wybiera, aby nauczać i powołać Apostołów. Zadajmy sobie pytanie: kiedy rozpoczyna? gdzie zaczyna?
Przede wszystkim Ewangelista mówi nam, że Jezus rozpoczął swoją działalność przepowiadania, „gdy posłyszał, że Jan został uwięziony” (w. 12). Dzieje się to więc w momencie, który nie wydaje się najlepszy: Jan Chrzciciel został właśnie aresztowany, dlatego przywódcy ludu nie są zbyt skłonni do przyjęcia nowości Mesjasza. Chodzi o czas, który sugerowałby roztropność, a jednak właśnie w tej mrocznej sytuacji Jezus zaczyna nieść światło Dobrej Nowiny: „Bliskie jest królestwo niebieskie” (w. 17).
Również w naszym życiu osobistym i eklezjalnym, czasami z powodu wewnętrznych oporów lub okoliczności, które nie uważamy za sprzyjające, myślimy, że nie jest to odpowiedni moment, aby głosić Ewangelię, podjąć decyzję, dokonać wyboru, zmienić sytuację. Ryzykiem jest jednak pozostanie w niezdecydowaniu lub uwięzieniu w nadmiernej roztropności, podczas gdy Ewangelia wymaga od nas ryzyka zaufania: Bóg działa w każdym czasie i każda chwila jest dobra dla Pana, nawet jeśli nie czujemy się gotowi lub sytuacja nie wydaje się najlepsza.
Relacja ewangeliczna pokazuje nam również miejsce, w którym Jezus rozpoczyna swoją publiczną misję: „Opuścił [On] jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum” (w. 13). Pozostaje jednak w Galilei, na terytorium zamieszkanym głównie przez pogan, które ze względu na handel jest również ziemią tranzytu i spotkań; moglibyśmy powiedzieć, że jest to terytorium wielokulturowe, które przemierzają ludzie o różnym pochodzeniu i przynależności religijnej. W ten sposób Ewangelia przekazuje nam, że Mesjasz pochodzi z Izraela, ale przekracza granice swojej ziemi, aby głosić Boga, który staje się bliski wszystkim, który nikogo nie wyklucza, który nie przyszedł tylko dla tego, kto jest bez zmazy, ale wręcz przeciwnie – wchodzi w relacje międzyludzkie i sytuacje życiowe. Również my, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami.
Bracia i siostry, podobnie jak pierwsi uczniowie, jesteśmy wezwani do przyjęcia wezwania Pana, w radości wynikającej ze świadomości, że każda chwila i każde miejsce naszego życia są przez Niego nawiedzane i przepełnione Jego miłością. Prośmy Maryję Pannę, aby wybłagała nam tę wewnętrzną ufność i towarzyszyła nam w naszej wędrówce.
Kai/Gość Niedzielny
***
Bp Marian Eleganti: Nie ma zbawienia poza Kościołem. Dlaczego o tym zapominamy?
(fot. YouTube/Marian Eleganti)
***
Relatywizacja roli Jezusa Chrystusa jest niezwykle rozpowszechnionym i zarazem głęboko niepokojącym zjawiskiem w Kościele katolickim, uważa biskup Marian Eleganti.
Szwajcarski duchowny przypomniał znaczenie zasady „extra ecclesiam nulla salus”, czyli „nie ma zbawienia poza Kościołem”. Tej sprawie poświęcił artykuł na łamach portalu LifeSiteNews.
Były biskup pomocniczy diecezji Chur zaznaczył, że Bóg może zbawić również tych, którzy bez własnej winy nie należą do Kościoła, ale to może się stać w sposób znany tylko Jemu. To nie relatywizuje jednak absolutnej konieczności pośrednictwa Jezusa Chrystusa oraz zasadniczych narzędzi zbawienia – Kościoła i chrztu, podkreślił. Jak przypomniał, nie ma innego imienia, w którym ludzie mogliby być zbawieni, jak tylko Jezusa Chrystusa.
Pan Bóg chce zbawić wszystkich ludzi, ale to Boże pragnienie jest związane z misją Kościoła. Kościół jest „Matką i Nauczycielką” narodów („Mater et Magistra”). „Strzeże objawienia danego przez Boga w czasie i niesie je w niezmienionej postaci wszystkim ludziom. Jego sakramenty są nadprzyrodzonym źródłem życia, z którego każdy człowiek zostanie uzdrowiony” – wyjaśniał hierarcha.
Jak wskazał duchowny, kluczowym elementem funkcjonowania Kościoła pozostaje kapłaństwo, ściśle związane z Eucharystią. „Bez kapłana nie będzie Kościoła. Tam, gdzie on znika lub jest marginalizowany, Kościół znajduje się w fazie schyłkowej. Jest to związane z centralnym miejscem Najświętszej Eucharystii, która nie istnieje bez kapłana”, pisał bp Marian Eleganti.
Biskup podkreślił, że ta doktryna jest dziś relatywizowana w ramach synodalności. Tymczasem Prawda nie może podlegać zmianom:
„Jezus Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem. Jest ten sam wczoraj, dziś i jutro. W tym sensie nie może być żadnej zmiany paradygmatu w Kościele, który zna Oblubieńca, żadnego nowego nauczania, żadnego oświecenia, które przewyższałoby lub przyćmiewało wszelką dotychczasową wiedzę. Nie ma żadnych rewolucyjnych spostrzeżeń w tym względzie, które wciąż czekają na realizację lub są niedawne. Nie ma też nowego, odmiennego Kościoła w sensie: Stare przeminęło, nowe nastało: synodalność!” – napisał bp Marian Eleganti.
„Nie znamy dziś Jezusa lepiej niż wierzący przed nami. Nie mamy głębszego wglądu w prawdę nadprzyrodzoną niż święci dawnych czasów, czy Kościół apostołów. Postęp technologiczny nie wyniósł nas na wyższy poziom moralny. […] To nie wiara Kościoła wymaga rewizji. To my jej wymagamy” – podkreślił.
„Właśnie tego chciał II Sobór Watykański: naszego powszechnego powołania do świętości” – zakończył artykuł hierarcha.
PCh24.pl/źródło: LifeSiteNews.com/Pach
*** Atak na ks. prof. Waldemara Chrostowskiego: pusta narracja przeciwko faktom i uczciwości
(fot. Jacek Lagowski / Forum)
***
Ks. prof. Waldemar Chrostowski to wybitny specjalista w dziedzinie biblistyki i judaizmu. Korzystając z eksperckiej wiedzy duchowny od lat rzuca światło na problemy „dialogu” z Żydami w polskim Kościele. Ostatnio karmiący wiernych rzetelną nauką pasterz padł ofiarą ostrego ataku. Wedle zarzutów odważny kapłan podważa nauczanie Kościoła. Uwagi te pod jego adresem kierują przedstawiciele narracji o „trwaniu Starego Przymierza”. W odróżnieniu od księdza prof. Chrostowskiego – choć głośno krzyczą o wierności doktrynie – oferują oderwaną od depozytu wiary narrację, której treść wydaje się wewnętrznie niespójna. O judaizmie wszyscy mamy mówić tak jak oni, choć merytorycznej polemiki odmawiają. Dla adwersarzy mają tylko zarzuty, oburzenie i półprawdę.
„Lęk przed zarzutem antysemityzmu dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek”, mówił w niedawnym wywiadzie z Katolicką Agencją Informacyjną ks. prof. Waldemar Chrostowski. Trafił chyba w sedno. Tuż po publikacji rozmowy z zasłużonym duchownym entuzjaści „dialogu z judaizmem” zagrzmieli. Sięgnęli po najcięższe oskarżenia – twierdząc, że poglądy księdza Chrostowskiego to prywatna opinia, odległa od sedna katolickiej wiary.
Co tak nieprawowiernego ma do powiedzenia ks. Chrostowski? „Samo zło” – bo… garść faktów o tym, jaką religią jest judaizm rabiniczny. W wywiadzie opublikowanym w okolicach jego 75. urodzin biblista po raz kolejny unaoczniał, że nie przypomina on religii mojżeszowej. Talmudyczne wyznanie różni się od niej kilkoma właściwościami.
Półprawdy zwolenników dialogu
„Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa”, zaznaczał duchowny.
„Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskie”, zwracał uwagę kapłan.
„W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat dialogu zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców”, dodawał.
„Wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji”, kwitował ekspert.
Przy innych okazjach ks. prof. Chrostowski przypominał entuzjastom dialogu z judaizmem i inne ważne fakty. Wśród nich to, że Stary Testament to dla chrześcijan również księgi deuterokanoniczne, które nie są ujęte w Biblii Hebrajskiej. Kapłan zaznaczał także, że judaizm od początku istnienia Kościoła prześladował go oraz, że Stary Testament przekazali nam nie Żydzi rabiniczni, ale Żydzi, którzy przyjęli Zbawiciela, stając się chrześcijanami.
W wywiadzie udzielonym KAI ks. prof. Chrostowski wyjaśnił także, że u początków „dialogu z judaizmem” w polskim Kościele był on jego zwolennikiem. W latach, gdy radzie episkopatu ds. dialogu z Żydami przewodził abp Stanisław Gądecki, zdaniem księdza profesora, nie można było jej wiele zarzucić.
„Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład oparty na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego”, uważa ekspert.
Poważne zarzuty i poważne manipulacje
Przekonania wyrażone przez wybitnego biblistę agresywnie zaatakował ks. prof. Andrzej Perzyński. Duchowny opublikował pełen oburzenia tekst, w którym poglądy adwersarza przedstawił jako sprzeczne z „oficjalnym” nauczaniem Kościoła o „trwałości Przymierza”… Próby uczciwej rozmowy o rzeczywistości judaizmu nie podjął. Zamiast tego przedstawił poważne zarzuty, ciskane z pozycji wyższości.
„Współczesna biblistyka katolicka, reprezentowana przez dokument Papieskiej Komisji Biblijnej (PKB) z 2001 roku (z przedmową kard. J. Ratzingera), Naród żydowski i jego Święte Pisma w Biblii chrześcijańskiej kreśli zupełnie inny obraz historyczny niż ten przedstawiony w wywiadzie. Zarówno chrześcijaństwo, jak i judaizm rabiniczny to dwa nurty, które wyrosły z tego samego pnia po katastrofie zburzenia Drugiej Świątyni w 70 roku. To nie reakcja nienawiści, lecz dwie drogi interpretacji wspólnego dziedzictwa. Sugerowanie, że cała tradycja Talmudu jest jedynie anty-Ewangelią, to nie tylko ryzykowne uproszczenie historyczne, ale przede wszystkim próba powrotu do zarzuconej przez Kościół teologii zastąpienia (supersesjonizmu)”, pisał ks. prof. Perzyński.
W słowach tych widać poważne braki w rozumieniu uwag ks. prof. Chrostowskiego. Biblista nie stwierdził bowiem, jakoby „cała tradycja Talmudu” sprowadzała się do „anty-Ewangelii”. To już sobie ks. Perzyński dopowiedział. Jest jednak faktem, że Talmud zawiera antychrześcijańskie fragmenty. Choćby i święty biskup Józef Sebastian Pelczar zwracał na nie uwagę… Zamiast się z tą prawdą zmierzyć, obrońca dialogu z judaizmem zaatakował osoby jej świadome. Osobliwa strategia dyskusyjna.
Dalej obrońca dialogu pokusił się o niepokojące stwierdzenie:
„Ksiądz Profesor buduje narrację, według której judaizm rabiniczny nie jest kontynuacją biblijnego Izraela, lecz jedynie reakcją przeciw Chrystusowi, powstałą w opozycji do rodzącego się Kościoła. W tej wizji współczesna wiara żydowska jawi się jako twór wtórny, niemalże pomyłka historii zbawienia, naznaczona ogromnym potencjałem antychrześcijańskości”, pisał ks. prof. Perzyński.
A przecież jasne jest chyba dla każdego prawowiernego chrześcijanina, że istnienie jakiegokolwiek innego wyznania w świetle historii zbawienia jest pomyłką. I to nieszczęsną. Szereg dokumentów Kościoła – również Soboru Watykańskiego II, jak i późniejszych, przypomina, że człowiek ma moralny obowiązek przyjąć prawdziwą religię. W „Dominus Iesus” czytamy, że istnienia innych wyznań „de iure” nie wolno usprawiedliwiać. Choćby doceniać niechrześcijan za pewne elementy kulturowe obecne wśród nich – nie pozwala to na pochwałę samych ich przekonań religijnych. Inaczej Urząd Nauczycielski nigdy nie wykładał. Robili tak tylko samowolnie w ryzykownych pracach teologowie pokroju Karla Rahnera.
O „pomyłce”, jaką było odrzucenie Mesjasza przez część narodu Żydowskiego, wyraźnie świadczą wystąpienia św. Piotra, czy Szczepana zapisane w Dziejach Apostolskich. Dla kogo zaś tajemnicą jest, że judaizm rabiniczny ukształtował się wśród tych Żydów, którzy Mesjasza nie przyjęli?
Odpowiedzi na tak poważne trudności ks. prof. Perzyński w ogóle nie zechciał szukać. Wrogi wobec próby uczciwej refleksji ks. Chrostowskiego sięgnął po okrągłe hasła, przeoczając ukryte w nich problemy– jednocześnie pewien swojej racji. Gdyby tylko tyle… próbę polemiki z góry osądził jaką niewierną kościelnemu Magisterium.
„Przypomnijmy przełomowe słowa z Moguncji (1980), gdzie papież nazwał Żydów Ludem Bożym Starego Przymierza, które nigdy nie zostało przez Boga odwołane. Jeśli Przymierze trwa, to dzisiejszy judaizm nie może być redukowany do reaktywnego filtra. Jest on żywą, autonomiczną odpowiedzią na Boże wezwanie, co potwierdza Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 839), jasno odróżniając wiarę żydowską od religii pogańskich: «w odróżnieniu od innych religii niechrześcijańskich wiara żydowska jest już odpowiedzią na Objawienie Boże w Starym Przymierzu”, ocenił.
Tymczasem sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ustępy 839 i 840 katechizmu Kościoła Katolickiego, same na już na to wskazują. Przyjrzymy się ich pełnemu brzmieniu.
„Stosunek Kościoła do narodu żydowskiego. Kościół, Lud Boży Nowego Przymierza, zgłębiając swoją tajemnicę, odkrywa swoją więź z narodem żydowskim, do którego przodków Pan Bóg przemawiał. W odróżnieniu od innych religii niechrześcijańskich wiara żydowska jest już odpowiedzią na Objawienie Boże w Starym Przymierzu. To do narodu żydowskiego należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała (Rz 9,4-5), ponieważ dary łaski i wezwania Boże są nieodwołalne (Rz 11,29)”.
Katechizm mówi o Objawieniu Bożym w „Starym Przymierzu”, na które judaizm stanowi próbę odpowiedzi. To fakt, Bóg w sposób niepełny w Starym Zakonie się objawił – w odróżnieniu od kultów politeistycznych, w których brak i takich poszlak. Nie oznacza to jednak z konieczności, że odpowiedź współczesnego judaizmu na Stary Testament jest właściwa, czy godna pochwały.
Wątpliwości rozwiewa właśnie nauczanie Apostoła pogan z Listu do Rzymian. Ks. prof. Perzyński sam odniósł się do tego tekstu – w sposób do bólu wybiórczy. Św. Paweł jasno wskazał bowiem, że odwrócenie Izraelitów od Mesjasza pozbawia ich obiecanych dóbr. Wyraził jednocześnie niezachwianą pewność, że gdy wszyscy poganie się nawrócą – do Kościoła przez wiarę w Chrystusa przystąpią i Żydzi.
„Izrael nie osiągnął tego, czego skwapliwie szukał; osiągnęli jednak wybrani. Inni zaś pogrążyli się w zatwardziałości”, czytamy u świętego męczennika. „ Czy aż tak się potknęli, że całkiem upadli? Żadną miarą! Ale przez ich przestępstwo zbawienie przypadło w udziale poganom, by ich pobudzić do współzawodnictwa. Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości!”, kontynuował Apostoł Narodów. „A i oni [jego rodacy- red.], jeżeli nie będą trwać w niewierze, zostaną wszczepieni. Bo Bóg ma moc wszczepić ich ponownie”, kwitował.
Św. Paweł pisał o „ponownym wszczepieniu” Izraelitów, jeśli nie będą trwać w odrzuceniu Chrystusa. Jakiej manipulacji tym fragmentem Pisma Świętego trzeba, by nie widzieć w nim wezwania do przyjęcia chrześcijaństwa przez Żydów? Podtytuły tych akapitów w Biblii Tysiąclecia to: „Odrzucenie Izraela jest częściowe i czasowe” oraz „Całkowite nawrócenie Izraela”. Entuzjaści dialogu przywołują je dla obrony sądu, że Izrael nigdy nie został odrzucony oraz nawrócenia nie wymaga. To zatrważający absurd. Niestety – wzbudza on konieczne pytanie o intelektualną uczciwość osób głoszących podobne wizje.
O „dramacie” nieuznania Zbawiciela przez Żydów mówi również w dalszych ustępach katechizm:
„Ponadto, gdy rozważa się przyszłość, lud Boży Starego Przymierza i nowy Lud Boży dążą do analogicznych celów: oczekują przyjścia (lub powrotu) Mesjasza. Oczekiwanie jednak z jednej strony dotyczy powrotu Mesjasza, który umarł i zmartwychwstał, został uznany za Pana i Syna Bożego, a z drugiej – przyjścia Mesjasza, którego rysy pozostają ukryte, na końcu czasów; oczekiwanie to jest złączone z dramatem niewiedzy lub nieuznawania Chrystusa Jezusa”.
„Gdzieś mamy depozyt wiary. Dla nas prawdę ustalają komisje”!
Wbrew pełnym wyższości słowom ks. prof. Perzyńskiego, mnóstwo wątpliwości można wysunąć co do „oficjalnego” i niewątpliwego” charakteru nauki o trwaniu Starego Przymierza. W jasny sposób doktryny takiej Kościół nie ogłosił nigdy. Zdaniem duchownego sprawę trzeba uznać za rozstrzygniętą ze względu na kilka przemówień papieskich i dwa dokumenty watykańskich komisji. Bądźmy szczerzy: to źródła wyjątkowo wątłe, jeśli chodzi o magisterialny autorytet. Nie mają ani charakteru nieomylnego, ani ostatecznego. Tymczasem wizja obowiązującego wciąż Starego Zakonu stoi w jasnej sprzeczności z nauczaniem doniosłej rangi.
Przez XX wieków papieże, ojcowie i doktorzy Kościoła zgodnie uczyli, że Stare Przymierze wypełniło się w Chrystusie. Nie trwa nie dlatego, że Bóg je anulował – ale dlatego, że zawarta w nim obietnica spełniła się w ustanowieniu nowego, wiecznego testamentu. Co do tej prawdy nie było jakiejkolwiek dwuznaczności ani dozwolonej różnicy zdań w Kościele. Czy nauczanie zwyczajne „w które wszyscy, zawsze i wszędzie wierzyli” – obecne w dokumentach soborowych, wywodzone przez świętych w egzegezie Pisma Świętego, może podlegać zmianie? Ryzykowna opinia.
„Kościół święty (…) mocno wierzy, wyznaje i naucza, że przepisy prawne Starego Testamentu czy prawa Mojżesza, dzielące się na obrzędy, święte ofiary i sakramenty, ponieważ zostały ustanowione w celu wskazania na kogoś w przyszłości, chociaż były właściwe dla kultu Bożego tamtego okresu, ustały z przyjściem Pana naszego Jezusa Chrystusa, na którego wskazywały, i zaczęły się sakramenty Nowego Testamentu. Ktokolwiek po Męce pokłada nadzieję w przepisach prawa i poddaje się im jako koniecznym do zbawienia, jak gdyby wiara w Chrystusa nie mogła bez nich zbawiać, grzeszy śmiertelnie. Jednakże [Kościół] nie zaprzecza, że od męki Chrystusa aż do ogłoszenia Ewangelii można było ich przestrzegać, byleby nie uważać ich za konieczne do zbawienia. Lecz twierdzi, że po ogłoszeniu Ewangelii nie można tego czynić pod groźbą utraty zbawienia wiecznego. Ogłasza, że po tym czasie wszyscy praktykujący obrzezanie, szabat i pozostałe przepisy prawa są obcy dla wiary Chrystusa i nie mogą być uczestnikami zbawienia wiecznego, o ile kiedyś nie odwrócą się od tych błędów. Wszystkim więc, którzy chlubią się imieniem chrześcijan, nakazuje pełne zaprzestanie obrzezania, w każdym czasie, przed i po przyjęciu chrztu, ponieważ – czy ktoś pokłada w nim nadzieję, czy nie – nie może go dalej zachowywać bez utraty zbawienia wiecznego”, czytamy w bulli ojców soboru Florenckiego „Cantate Domino”.
Z kolei papież Pius XII w encyklice „Mystici Corporis Christi” uczył: „Nasamprzód bowiem przez śmierć Odkupiciela przestał istnieć Stary Zakon, a na jego miejscu Nowy Zakon powstaje. Wtedy to Krwią Chrystusową poświęcony został dla całego świata Zakon Chrystusowy ze swoimi tajemnicami, ustawami, obrzędami i ustanowieniami. Podczas gdy Boski Zbawiciel głosił słowo Boże w ciasnych granicach jednego kraju – posłany był bowiem tylko do owiec Izraela, które były zginęły – (Mt 15, 24) – wtedy żyły obok siebie Stary Zakon i Ewangelia, lecz na drzewie krzyża swego Pan Jezus zniósł Stary Zakon przykazań i przepisów (Ef 2, 15), przybił do krzyża cyrograf Starego Zakonu (Kolos 2, 14), ustanawiając we Krwi swojej, przelanej za cały rodzaj ludzki, Nowy Zakon (Mt 26, 28)”.
Św. Tomasz z Akwinu w „Summie Teologii” jednoznacznie wskazywał, że to chrześcijaństwo jest realizacją Starego Testamentu, a próba trwania w nim dzisiaj jest zakazana. Mesjasz już bowiem przyszedł.
Nie tylko przyszedł – ale sam odmówił duchowego związku z Abrahamem tych Żydów, którzy Go nie przyjęli. Chrystus powiedział elicie Izraela, że nie Abrahama, ale diabła ma za Ojca oraz, że dziedziców obietnicy Bóg może wzbudzić choćby z głazów Ziemi świętej. Czy Pismo Święte też stoi już w sprzeczności z „oficjalnym nauczaniem”, księże profesorze?
Soborowa deklaracja „Nostra Aetate” – wbrew fałszywej i bezpodstawnej interpretacji– nie odnosi się do kwestii aktualności Starego Przymierza. W żaden wyraźny sposób nie ogłasza odwołania dotychczasowej nauki o jego wypełnieniu. Nie deklaruje wprost trwania Starego Przymierza w judaizmie. Rozumieją ją tak jedynie zwolennicy pro-judaistycznej narracji. To jednak ich własne odczytanie niektórych niejednoznacznych zapisów dokumentu.
Pustą narracją w uczciwą polemikę
Przekonania głoszone przez ks. prof. Perzyńskiego mają jednak nie tylko tę słabość, że stają w radykalnej sprzeczności z utrwalonym chrześcijańskim nauczaniem. Wydaje się, że ich sens jest w ogóle niejasny – i, że mimo żarliwej retoryki, trudno powiedzieć, jak sami zwolennicy dialogu z judaizmem je rozumieją.
Wedle nauczania Kościoła Stary Testament był z natury „czasowy” i miał obowiązywać do przyjścia Chrystusa. To Mesjasz był obietnicą daną narodowi wybranemu. Oczywiście, że Bóg Przymierza nie odwołał. Dopełnił go. Naukę tę wyrażamy, nazywając Mojżeszowe Przymierze „figuratywnym”. Czerpało ono swoją wartość ze wskazania na Chrystusa. Jako takie miało w sobie aspekt wiary w Niego – tyle, że skierowanej ku przyszłości. Wyrażało to gorące czekanie Izraela na przyjście Pomazańca. Wiemy o tym od samego Zbawiciela. Abraham ujrzał Jego dzień i rozradował się.
Niech zatem ks. Andrzej Perzyński raczy nam jedno wyjaśnić. Jeśli wartość Starego Przymierza polegała na wskazaniu na Chrystusa – a sednem Starego Testamentu było oczekiwanie Mesjasza – to jak rozumieć „obowiązywanie” tego zakonu obecnie? W jakim sensie Stary Testament – mający wartość poprzez zapowiadanie Tego właśnie Jezusa Chrystusa – może obowiązywać dziś bez wiary w Niego lub z jasnym Jego odrzuceniem? W jaki konkretnie sposób judaizm rabiniczny uosabia nadzieję mesjańskiej obietnicy – skoro nie prowadzi do przyjęcia prawdziwego Mesjasza?
Na te fundamentalne pytanie próżno u orędowników „dialogu z judaizmem” szukać odpowiedzi. Mamy zgadzać się z ich wizją i przyjąć ją jako „oficjalne nauczanie” – choć nie wiemy, co w zasadzie ma znaczyć. Stare Przymierze trwa, choć się dopełniło. „Gdzie tu jest sens? Gdzie tu logika?” – chciałoby się zapytać, cytując znanego wyznawcę judaizmu z „Ziemi Obiecanej”.
Proszę więc w dobrej wierze. Niech ksiądz profesor Perzyński wyjaśni, co jego zdaniem oznacza trwanie Starego Przymierza. Która teza z poniższych to dziś „oficjalne” nauczanie Kościoła?
A) Kościół rezygnuje nie tylko z „teologii zastępstwa”, ale w ogóle całości swojego nauczania o figuratywnym znaczeniu Starego Testamentu. Było ono czymś innym, niż oczekiwaniem na Mesjasza zesłanego w Chrystusie. Jego wartość nie płynęła z zapowiedzi wiary chrześcijańskiej. Z tego powodu można przyjąć, że trwa ono bez wiary w Chrystusa w judaizmie rabinicznym. W wypadku wyznawców judaizmu podstawą przymierza z Bogiem nie jest wiara w Jego Syna przez oczekiwanie Jego przyjścia – ale pochodzeniowa przynależność.
B) Relatywizm: można patrzeć na Stare Przymierze zarówno jako na figurę chrześcijaństwa, jak i nie. Opinia żydowska i chrześcijańska co do mesjaństwa Chrystusa jest dozwolona i pozostaje jedynie „interpretacją” faktu, jakim jest Stary Testament. Sobór Watykański II – mówiąc o moralnym obowiązku przyjęcia przez wszystkich jedynej religii objawionej (katolickiej) – pomylił się. Tego akurat nauczania Vaticanum II nie chcemy. (vide: Deklaracja „Dignitatis Humanae”).
C) Stare Przymierze dopełniło się. Trwa jednak związana z nim troska Opatrzności o naród, który był figurą Kościoła. Zgodnie z tekstem Nostra Aetate Żydzi są drodzy Bogu ze względu na ich przodków. Ten nie przestaje wzywać ich zatem do złączenia się w jedno z poganami w jedynym Kościele Chrystusowym. Jeśli nawrócą się, wedle słów Św. Pawła, zostaną ponownie wszczepieni. Wypowiedzi o „braku odwołania Starego Przymierza” tego właśnie dotyczą, choć posługują się nieco mylącym językiem.
Sądzę, że którąś z tych tez zwolennicy narracji o trwałości Starego Przymierza muszą przyjąć, aby komunikowali się z nami zrozumiale. Jeśli nie C, to A lub B. Czytelnik sam chyba jest w stanie rozsądzić, czy te dwie ostatnie nie są czasem absolutnie błędne.
Tak, to parodia
Szczególną niechęć wywołało u ks. prof. Perzyńskiego sformułowanie jego adwersarza, który dialog z judaizmem nazwał parodią. Polemika, jaką „wysmażył” ten duchowny przeciwko ks. prof. Chrostowskiemu, jedynie unaocznia trafność tej diagnozy. Wybitny biblista nie pomylił się ani o jotę. Dialog z judaizmem to chaotyczny teologicznie, zamknięty na dyskusję o problemach i niezwykle pretensjonalny nurt. Nurt, który słabymi zarzutami odsądza od wierności Magisterium wybitnego specjalistę… bo ten śmie przypominać fakty. Tak – to parodia.
Filip Adamus/PCh24.pl
***
Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI
(fot. PCh24TV)
***
W Polsce nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat – uważa ks. prof. Waldemar Chrostowski. Zdaniem wybitnego biblisty także Dzień Judaizmu w Kościele katolickim często nie ma wiele wspólnego z perspektywą religijną i teologiczną, bo nabrał charakteru politycznego.
W obszernej rozmowie z KAI duchowny mówi o swojej osobistej i naukowej przygodzie z Biblią, doradza jak czytać Pismo Święte, prostuje nieporozumienia wokół słów Jana Pawła II o Żydach jako „starszych braciach w wierze” i opowiada o swojej pasji filatelistycznej.
1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat.
***
Tomasz Królak (KAI): Pisze psalmista, że miarą „miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt”. Jak się Ksiądz profesor czuje mając za sobą lat 75?
Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Od młodości znam ten psalm i zawsze myślałem, że siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat to jest tak odległa perspektywa, że nie należy się tym specjalnie przejmować. I przyszedł czas, że mnie to również dotyczy.
Myślę, że to jest dobry moment, aby spojrzeć wstecz i przyznać rację psalmiście, że dożyć tych lat jest błogosławieństwem. To także czas, w którym trzeba zwolnić, pozbywać się rzeczy, które z tej perspektywy okazują się niepotrzebne albo mało ważne, zyskać dystans do siebie samego, a także do tego, co udało się dokonać i do tego, co nie zostało zrobione. Krótko mówiąc: to dobry czas na rozmowę z samym sobą i spokojny rachunek sumienia.
Psalmista dopowiada o latach pisanych człowiekowi: „…a większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy”. Czy i tu się z nim Ksiądz zgadza?
Bóg sprawił, że w moim przypadku nie było tak, że większość przeżytych lat była udręką czy wielkim trudem. Przeciwnie, postrzegam je jako czas intensywny i pod wieloma względami bardzo owocny. Zdarzały się niezwykle trudne chwile, ale z dzisiejszej perspektywy i one były błogosławieństwem.
Czy Biblię zna Ksiądz profesor na pamięć?
Nie i sądzę, że nikt nie zna jej na pamięć. Mogę streścić całą Biblię w miarę wiernie, bo czytałem ją wiele razy, również w oryginalnych językach, czyli Stary Testament po hebrajsku, aramejsku i grecku, a Nowy Testament po grecku. Przetłumaczyłem również bardzo wiele ksiąg biblijnych, przez 35 lat byłem wykładowcą egzegezy Starego Testamentu, wobec tego treść ksiąg Starego i Nowego Testamentu znam stosunkowo dobrze, ale nie na pamięć w tym znaczeniu, żeby je recytować ze sceny.
Czy był taki jeden, konkretny moment, w którym uświadomił sobie Ksiądz – lub może postanowił – że poświęci swoje życie studiowaniu Biblii?
Biblia stała się moim domem stosunkowo wcześnie, kiedy miałem 19 lat. Będąc na drugim roku studiów seminaryjnych musiałem je przerwać i w styczniu 1970 roku zostałem skierowany do pracy jako katecheta w parafii Łęki Kościelne. Warunki w jakich mieszkałem były dobre, a atmosfera stworzona przez proboszcza i miejscowych parafian bardzo życzliwa i serdeczna, ale dla 19-letniego chłopaka było to jednak doświadczenie trudne. Kilka lat wcześniej wyszło pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia. Postanowiłem wtedy, i bardzo chciałem w tym postanowieniu wytrwać, że każdego dnia będę czytał jeden rozdział. Nauczyło mnie to systematyczności, której wcześniej nie miałem, wytrwałości, a przede wszystkim otworzyło na zawartość Pisma Świętego. Kiedy więc ten prawie półroczny eksperyment się skończył i przyszły wakacje, lektura trwała nadal, a swoje postanowienie realizowałem również w seminarium. Na czwartym czy na początku piątego roku studiów lekturę całego Pisma Świętego miałem za sobą, zatem byłem w nie wprowadzony.
Kiedy dzisiaj o tym myślę to uświadamiam sobie, że odczytywałem Biblię w dwóch perspektywach. Z jednej strony jako bardzo ważne świadectwo historyczne o tym, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu, a z drugiej jako księgę, która potrzebna mi jest do życia. Potrzebna po to, żeby zrozumieć jego sens oraz żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za wszelka cenę chcę być księdzem (bo to było najważniejsze pytanie) i w związku z tym, co to znaczy być chrześcijaninem i jakie jest miejsce Jezusa Chrystusa w moim życiu, a jakie być powinno.
Czy ma Ksiądz swoje ulubione księgi biblijne?
Zawsze bardzo głęboko przemawia do mnie Księga Hioba. Cenię ją niezwykle wysoko. Zwłaszcza od czasu, gdy przeczytałem ją po hebrajsku i okazało się, że są w niej treści znacznie głębsze niż te, które udało się pokazać i wydobyć w przekładzie polskim, dostępnym choćby w Biblii Tysiąclecia.
Co do innych ksiąg Starego Testamentu, mam kilka ulubionych, także wśród tych, które wydają się mało znaczące, jak na przykład Księga Aggeusza, która dotyczy istotnego przełomu w historii biblijnego Izraela po zakończeniu wygnania babilońskiego.
Bardzo lubię Księgę Ezechiela, na której uczyłem się, jeżeli tak można powiedzieć, egzegezy biblijnej i robiłem również doktorat, później habilitację. Lubię stanowczość tego proroka i przesłanie tej księgi.
Natomiast co do ulubionych ksiąg Nowego Testamentu, to mógłbym powiedzieć, że lubię właściwie cały, ale w szczególny sposób Listy świętego Pawła, a zwłaszcza – według egzegezy krytycznej to nie jest tekst Pawłowy – List do Hebrajczyków. Ten tekst otworzył mi oczy na relację między Starym a Nowym Testamentem, a także ukazał mi, kim jest naprawdę Jezus Chrystus w kontekście wszystkich biblijnych bohaterów wiary.
Wspominając o Księdze Hioba dotknął Ksiądz wielkiego tematu tłumaczenia tekstów biblijnych. Czy zaryzykowałby Ksiądz wskazanie, który przekład byłby najbardziej adekwatny dla czytelnika XXI wieku, to znaczy najskuteczniej poruszałby współczesną wrażliwość?
Myślę, że dla „przeciętnego” wiernego, który chce poznać Pismo Święte, najlepsza mimo wszystko (zaraz wyjaśnię to „mimo wszystko”) jest Biblia Tysiąclecia.
A to dlatego, że słyszymy ją w Kościele, w czytaniach liturgicznych i pozaliturgicznych, a poza tym od kilkudziesięciu lat zakodowała się w polskiej kulturze i tę kulturę współtworzy. Najlepiej więc sięgnąć po taki przekład, z którym stykamy się w różnych miejscach, zwłaszcza w kościele.
Natomiast o tym, że nie jest to przekład idealny (takich zresztą nie ma) świadczy fakt, że do tej pory ukazało się pięć wydań Biblii Tysiąclecia, każde z nich inne, a obecnie jest przygotowywane jej szóste wydanie. Biblia Tysiąclecia ma mankament, który wynika z jej natury, mianowicie jest dziełem zbiorowym, w związku z czym jakość przekładów poszczególnych ksiąg jest bardzo zróżnicowana.
W ostatnich wydaniach różnice te zostały nieco zniwelowane, ale nie udało się ujednolicić wszystkiego. O ile terminologia stosowana w oryginalnym tekście Pisma Świętego, napisanym w językach hebrajskim, aramejskim i greckim jest dość spójna, o tyle w przekładach dokonywanych przez różnych tłumaczy tej spójności za bardzo nie widać.
Druga sprawa jest związana z pierwszą. Biblia, zwłaszcza Stary Testament, wymaga pewnego klucza, który by pozwolił na jej właściwą, prawidłową interpretację. Z jednej strony osadzoną w tradycji katolickiej, z drugiej zaś wychyloną ku najnowszym osiągnięciom, także tym z zakresu archeologii, historii, językoznawstwa itd. Pod tym względem można było w Biblii Tysiąclecia zrobić więcej, ale trzeba powiedzieć, że jej miejsce zarówno w polskiej pobożności i wierze, jak też w teologii i w kulturze jest bardzo ważne.
Czy ceni Ksiądz profesor tłumaczenia Czesława Miłosza? Pytam dlatego, że przełożył on m.in. wspomnianą Księgę Hioba.
Cenię go jako poetę, natomiast jako teologa – nie. Dlatego, że Psalmy są księgą modlitwy. Oczywiście to jest księga poetycka w języku hebrajskim, ale nie o kunszt poetycki przede wszystkim tam chodzi. U Czesława Miłosza, a także w kilku innych próbach translatorskich tego rodzaju, widać poetycką biegłość, która subiektywnym sposobem patrzenia przesłania orędzie teologiczne. Poza tym trzeba powiedzieć, że Miłosz nie tłumaczył z języka hebrajskiego, bo tego języka nie znał.
Wspomniał Ksiądz, że lektura Starego Testamentu wymaga specjalnego klucza umożliwiającego właściwą interpretację zawartych tam treści. Wydaje się, że Stary Testament jest w powszechnej, może nie tylko polskiej, świadomości obecny wyraźnie gorzej niż Nowy…
Tak, i nie ma w tym nic dziwnego, a ponadto tej sytuacji się nie zmieni. Jesteśmy chrześcijanami i oparciem dla naszej wiary jest przede wszystkim Nowy Testament. Jeżeli chodzi o lekturę Starego Testamentu, to kiedyś, gdy rozpoczynałem pracę naukową, dydaktyczną i duszpasterską, wydawało mi się, że można spokojnie zachęcać do czytania Starego Testamentu. Teraz tak nie myślę.
A to ciekawe, dlaczego?
Uważam zdecydowanie, że chrześcijanin powinien rozpocząć lekturę Pisma Świętego od Nowego Testamentu, przyswoić sobie go sobie kilkakrotnie, i dopiero wtedy sięgnąć do Starego Testamentu, żeby zobaczyć, jak daleka droga została przebyta od jednego do drugiego etapu historii zbawienia. Związki między nimi to ciągłość, ale też brak ciągłości i radykalna nowość osoby Jezusa Chrystusa i Nowego Testamentu.
Wielu chrześcijan czuje konsternację, i słusznie, kiedy czyta Stary Testament. Mamy w nim do czynienia z rzeczywistością, która przeszła do historii – choćby cały kult starotestamentowy, składanie ofiar, kapłaństwo, itd. To jest jedno.
A drugie: Stary Testament – zmagałem się z tym bardzo długo, również pod wpływem rozmaitych pytań, które do mnie były i są kierowane – zawiera zapośredniczony wizerunek Boga. Czytamy, że PAN, Jahwe, nakazał to, czy nakazał tamto i jeżeli chodzi o przykazania albo kult, to wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy dochodzimy do Księgi Jozuego czy do Księgi Sędziów albo do Ksiąg Samuela i czytamy, że PAN nakazał wyniszczyć co do niemowlęcia, na mocy klątwy (hebrajskie: cherem), Amalekitów, Filistynów i innych wrogów Izraela, to zaczynamy mieć poważne trudności i wątpliwości.
Wydawało się do niedawna, że można na to odpowiedzieć tak: w takich przypadkach mamy do czynienia ze starożytnymi realiami, starożytną mentalnością, z uwarunkowaniami, które należą do przeszłości i że pod tym względem Izraelici byli podobni do sąsiednich ludów i narodów. Można też było wybrać inną wykładnię i upatrywać w Kananejczykach – tak, jak to robili ojcowie Kościoła odczytując te teksty na sposób duchowy – grzechów i słabości, które trzeba skutecznie przezwyciężać.
Ale w ostatnich latach moje spojrzenie się zmieniło. Stało się to pod wpływem tego, czego Izrael dopuszcza się w Strefie Gazy i na terytorium Autonomii Palestyńskiej oraz jak zachowuje się wobec swoich bliższych i dalszych sąsiadów. Obecnie nie można powiedzieć, że interpretacja, która dotychczas wiązana z tymi księgami, powinna mieć wymiar czysto historyczny. Do Izraela przybywają bowiem ze Stanów Zjednoczonych i z Europy Zachodniej tysiące żydowskich osadników, którzy, tak samo jak wielu miejscowych Żydów, biorą do ręki Księgę Jozuego i Księgę Sędziów i traktują Palestyńczyków tak, jak w starożytności traktowano Kananejczyków, Amalekitów i innych.
Z chrześcijańskiego punktu widzenia problem polega też na tym, że wśród Palestyńczyków są nie tylko muzułmanie, co w żadnym wypadku nie usprawiedliwia przemocy i okrucieństwa wobec nich, ale również chrześcijanie. Ale pod tym względem mamy do czynienia z ogromną trudnością, z którą stale spotykam się na rozmaitych konferencjach i spotkaniach z katolikami w Polsce, a którą bodaj najdobitniej uświadomiła mi palestyńska katoliczka w Nazarecie. Podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, w każdą sobotę w Nazarecie jest zawsze odmawiany wielonarodowy i wielojęzyczny różaniec. Jedna z tamtejszych dziewcząt dowiedziawszy się, że jestem księdzem i zajmuję się Pismem Świętym, zapytała mnie po takim różańcu: „Niech mi ksiądz powie, dlaczego i jak my, Palestyńczycy, Arabowie, chrześcijanie, mamy czytać te księgi?”. To jest wyzwanie, na które trzeba znaleźć uczciwą i rzetelną odpowiedź, ale – mówię to z dużym smutkiem – Kościół katolicki tej odpowiedzi nie szuka. To pytanie nie pojawia się ani nie jest podejmowane w przestrzeni teologicznej. Uważam, że dzieje się to z wielką szkodą, po pierwsze, dla mieszkających tam ludzi, a po drugie, dla Pisma Świętego.
Dlaczego tego wyzwanie Kościół nie podejmuje, Księdza zdaniem?
Dlatego, że obawia się zarzutu antysemityzmu. Lęk przed tym zarzutem dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek.
Czy bezpośrednia obecność w miejscach opisywanych w Biblii pomaga w czytaniu i zrozumieniu jej treści?
Oczywiście. Pismo Święte dotyczy obecności Boga w dziejach świata, w historii biblijnego Izraela i w historii ludzi, zarówno poszczególnych osób, jak też ludów i narodów. Stary i Nowy Testament jest bardzo mocno osadzony w realiach czasu i przestrzeni, a więc geografii, topografii, uwarunkowań społecznych, politycznych, religijnych czy ekonomicznych. Dopiero wtedy, gdy je znamy, jesteśmy w stanie odkrywać niuanse, meandry, które chronią nas przed nadinterpretacją albo przed subiektywizmem w interpretacji narzucającym na starożytny tekst kategorie, które mamy w sobie, ale one z tym tekstem i jego znaczeniem nie mają wiele wspólnego.
Kiedy w 1978 roku zostałem skierowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego na studia na Papieskim Instytucie Biblijnym, a następnie otrzymałem stypendium do studiowania na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zmieniła się bardzo nie tylko moja percepcja, postrzeganie i rozumienie Biblii, ale sam też się zmieniłem. Uświadomiłem sobie bardziej niż wcześniej realność obecności Boga w świecie, tej obecności, która w Starym Testamencie wyrażała się w oczekiwaniu i tęsknocie, a wraz z Jezusem Chrystusem objawiła całe bogactwo wewnętrznego życia Boga, lecz objawiła je w tych konkretnych realiach.
Jaki sposób czytania Biblii doradzałby ksiądz osobom, które chcą ją poznać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo przeraża ich objętość, onieśmiela specyficzne nazewnictwo, nieznajomość realiów obyczajowych, geograficznych, itd.? Co zrobić, żeby zaszczepić w sobie przyjaźń z Biblią? Nie chodzi mi o cudowną receptę, ale realistyczną podpowiedź.
Istnieje recepta bliska cudu, a zarazem realistyczna. Gdy podejmujemy czytanie i przyswajanie sobie Pisma Świętego, powinna nam towarzyszyć świadomość, że wyrosło ono z wiary w Boga i że jego celem jest budowanie i wzmacnianie wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tak więc, to nie od Pisma Świętego dochodzimy do wiary chrześcijańskiej (zdarza się bardzo rzadko; może taka droga jest możliwa, ale nie spotkałem takich osób), lecz odwrotnie: od wiary chrześcijańskiej, od jej głębi, od jej przyjęcia i przeżywania oraz od życia nią przechodzimy do lektury Pisma Świętego.
Biblia nie jest ani łatwa, ani krótka, więc wymaga niemałego wysiłku. Mam na myśli nie tylko wysiłek intelektualny, konieczny żeby zrozumieć i umiejscowić biblijne osoby i wydarzenia, lecz także wysiłek duchowy. Musimy „przepuścić” wszystkie te wydarzenia i postacie z ich uwikłaniami, ale także z ich możliwościami i dokonaniami, przez filtr własnej wrażliwości. Musimy uznać – nawet jeżeli jakieś postacie biblijne nie są stricte historyczne – że właśnie w nich kumulują się religijne doświadczenia bardzo wielu ludzi, również nasze doświadczenie religijne.
Dla wielu wierzących dużą przeszkodą w czytaniu Biblii i w jej zrozumieniu jest to, że pojmuje się ją wyłącznie w perspektywie historycznej. Zakłada się, że wszystko od początku, czyli od opowiadania o stworzeniu do Apokalipsy, stanowi zapis historyczny, bliski konwencji biografii i akademickiej historii. Tymczasem to nie jest historia w naszym tego słowa znaczeniu, lecz teologia historii, czyli spojrzenia na dzieje z perspektywy religijnej. Żeby to zrozumieć trzeba zadać sobie wysiłek i zapytać samego siebie, czy potrafię spojrzeć na własne życie, na siebie i na swoje otoczenie w perspektywie religijnej; czy kiedykolwiek próbowałem to zrobić. Jeżeli zatem przyjmujemy treść Pisma Świętego w perspektywie teologii historii, to powinniśmy też podjąć trud rozpoznawania w swoim życiu obecności Boga, a być może i tego, co uznajemy za Jego nieobecność albo za Jego dystans wobec nas. Należy zatem popatrzeć nie tylko na Biblię, ale również na siebie. Dopiero wtedy jej lektura staje się głębsza i bardziej owocna.
Na czym polega postęp w dziedzinie nauk biblijnych? Co jest do odkrycia, zgłębienia, zinterpretowania?
W wymiarze historycznym na pewno ważne są odkrycia archeologiczne i starożytne świadectwa literackie i nieliterackie, które pomagają usytuować wydarzenia i postacie biblijne w kontekście geografii i topografii. Tak umacnia się świadomość, że to czy inne wydarzenie opisane w Biblii miało miejsce w konkretnym miejscu i czasie.
Podczas pielgrzymek do Azji Mniejszej, do Turcji, zawsze udajemy się do Kolosów. To miasto w roku 69, czyli niedługo po tym, jak Paweł napisał List do Kolosan, uległo trzęsieniu ziemi. Na miejscu dawnego miasta jest to, co Turcy nazywają hüyük, a w językach semickich nosi nazwę tel, czyli wzgórze pokryte trawą. Obecnie jest tam uprawne pole, a na nim mnóstwo skorup i wystarczy wejść na to wzgórze, żeby uświadomić sobie, jak wiele jest tam do odkrycia. Chrześcijanin, który tam przybywa i wielokrotnie słyszał lub czytał List do Kolosan, lecz nie mógł sobie tego wyobrazić, teraz stoi na tym miejscu i patrzy… A w Liście do Kolosan jest mowa na przykład o obowiązkach mężów i żon, o życiu rodzinnym i o rozmaitych zagrożeniach dla wiary.
Postęp w wiedzy biblijnej polega przede wszystkim na tym, że we współczesnym świecie dzięki nowym możliwościom technicznym i technologicznym możemy przenieść się do świata biblijnego z dowolnego kręgu kulturowego i geograficznego, w jakim żyjemy. I w tym postępie uczestniczą zwyczajni ludzie, jeżeli tylko chcą się otworzyć.
Ktoś więc pojedzie do Turcji na odpoczynek i odkryje, że obok jest Efez, że obok jest Meryemana, Smyrna czy Pergamon i tak wchodzi w świat Biblii. To samo dotyczy Egiptu, Jordanii, Syrii, Iraku, Cypru, Krety, Grecji, Italii, Malty, a najbardziej – rzecz jasna – Ziemi Świętej.
Dla tak zwanego, zwyczajnego chrześcijanina, poziom znajomość Biblii zależy od tego, czy i jak systematycznie ją czyta ale też od niedzielnych homilii. Myślę, że duchowny powinien podzielić się tym, co w odczytanych fragmentach uznał za najważniejsze i co najbardziej go poruszyło. To powinien być, jak sądzę, pokarm na drogę dla zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem bardzo często słyszę odczytywane beznamiętnym głosem gotowce. Jak Ksiądz ocenia jakość dzisiejszych polskich homilii?
Myślę, że w tym zakresie pan jest większym ekspertem niż ja, dlatego że to pan słucha homilii, natomiast ja je wygłaszam i ewentualnie od czasu do czasu słucham głównie w swoim warszawskim kościele. Sobór Watykański II postulował ubiblijnienie teologii, katechezy i nauczania kierowanego do nas z ambony, a więc homilii. Bezpośrednio po Soborze dokonało się pod tym względem dużo dobrego. Zmiany te były widoczne w latach 70., w latach 80., może jeszcze w latach 90. Natomiast – mam tu na myśli naszą, polską sytuację – w latach 90. zaczęła się stagnacja, a nawet pewien odwrót od tej tendencji.
Dlaczego?
Przyczyn jest na pewno wiele. Jedną z nich upatruję w seminariach duchownych, a konkretnie w kształceniu i przygotowywaniu księży. Znacznie zredukowano liczbę przedmiotów biblijnych, takich jak egzegeza i teologia Pisma Świętego oraz języków biblijnych: hebrajskiego, greki, łaciny. W ich miejsce wprowadzono elementy psychologii, psychiatrii, nauk społecznych, socjologii czy teologii praktycznej, przy czym pod to określenie można podłożyć dokładnie wszystko. Wprowadzono więc teologię ciała, płci, kobiecości, zwierząt, rzeczywistości ziemskich i tak dalej. Ukuto rozmaite nazwy, pod płaszczykiem których w gruncie rzeczy nie można odwoływać się do Pisma Świętego, a zatem wydaje się ono niepotrzebne czy wręcz zbyteczne. Teraz zbieramy owoce tych zmian. Bywają księża, którzy mają po 25-30 lat kapłaństwa i wychowali się w tym nowym duchu, ale jeszcze trudniejsza sytuacja jest z tymi, którzy otrzymali święcenia w ostatnich latach.
Poza tym mamy do czynienia ze zjawiskiem, o którym nikt nie chce mówić, a mówić trzeba. Mianowicie w latach dziewięćdziesiątych w wielu miejscach, także na uniwersytetach państwowych, powstały nowe wydziały teologiczne. Promowano wówczas łączenie seminariów duchownych z wydziałami teologicznymi, tak żeby studenci, również jako przyszli katecheci, mieli magisterium. Myśl była taka, że skoro seminaria duchowne zostaną podporządkowane wydziałom teologicznym, to naukowy poziom w seminariach duchownych zostanie podniesiony. Tymczasem – a mówię to z perspektywy uniwersytetów, na których pracowałem, czyli UKSW w Warszawie i UMK w Toruniu – dokonała się rzecz odwrotna. Od czasu, kiedy seminaria duchowne weszły na wydziały teologiczne, zaczęto dostosowywać curriculum studiów wydziałów teologicznych do potrzeb seminariów. Skutkuje to tym, że zamiast podwyższenia poziomu nauczania w seminariach, poziom nauczania na wydziałach teologicznych się obniżył. Dotyczy to, niestety, wielu tych wydziałów.
To sprawiło, że zainteresowanie teologią wśród osób świeckich jest znacznie mniejsze. Jeżeli bowiem ktoś idzie studiować geografię, to niekoniecznie ma w głowie projekt, że będzie nauczycielem geografii. Podobnie, gdy ktoś decyduje się na studiowanie historii, itd. Zatem jeżeli ktoś idzie studiować teologię, to nie można mu wmawiać, że po takich studiach można być tylko katechetą. Te, a także inne czynniki, powodują, że wspomnianego ubiblijnienia polskiej teologii, katechezy i homiletyki za bardzo nie widać.
Można chyba powiedzieć, że znaczna część Księdza dorobku naukowego i publicystycznego dotyczy relacji chrześcijańsko-żydowskich i badań nad judaizmem. Wskazuje Ksiądz, że judaizm rabiniczny nie jest prostą kontynuacją religią Starego Testamentu, religii biblijnego Izraela, lecz powstał częściowo jako reakcja na nauczanie św. Pawła i wiarę w Jezusa jako Zbawiciela. Jak rodziło się to przekonanie? I jakie ma znaczenie dla współczesnego chrześcijanina?
Przede wszystkim sprostowałbym sformułowanie, że judaizm rabiniczny jest reakcją na nauczanie św. Pawła. Nie! Korzenie judaizmu rabinicznego sięgają wstecz, bo jest on reakcją na nauczanie Jezusa.
Sprzeciw i wrogość wobec Jezusa pojawiły się za Jego życia i skumulowały w skazaniu Go na śmierć. W wydarzeniach, które zdecydowały o Jego losie, uczestniczyli przede wszystkim członkowie własnego narodu, czyli Żydzi, a na drugim planie Rzymianie. Po pojmaniu Jezusa nastąpiło sprytne przeniesienie perspektywy religijnej u Kajfasza i przed Sanhedrynem na perspektywę polityczną u Piłata, co zresztą będzie się powtarzało do naszych czasów. Tak więc to są korzenie judaizmu rabinicznego, który w znacznej mierze wyrósł ze stronnictwa czy ugrupowania, które otrzymało nazwę faryzeuszy.
Zanim św. Paweł rozpoczął swoją działalność misyjną, a nawet więcej, kiedy był po drugiej stronie, czyli po stronie przeciwników Jezusa, to już wtedy miało miejsce ukamienowanie Szczepana – znów: nie przez pogan, lecz przez „swoich” – oraz prześladowanie chrześcijan w Jerozolimie, które doprowadziło do tego, że w latach czterdziestych I wieku musieli opuścić Miasto Święte. Prześladowani przez swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa Chrystusa nie uwierzyli, doszli do Antiochii Syryjskiej nad Orontesem, która na krótko stała się drugą stolicą chrześcijaństwa, jeszcze zanim swoje znaczenie zyskał Rzym.
Paweł wpisuje się w cały ten obraz, ale – mocno to podkreślam – korzenie judaizmu rabinicznego sięgają okresu życia Jezusa. To bardzo ważne, dlatego że do Kościoła i do teologii katolickiej przemycane jest w tej kwestii spojrzenie żydowskie, wedle którego judaizm rabiniczny jest odpowiedzią na świętego Pawła, a więc odpowiedzią na nauczanie o Jezusie, a nie na samego Jezusa i na to, czego On sam nauczał.
Dlaczego tezy Księdza Profesora dotyczące korzeni judaizmu rabinicznego uważane są niekiedy za kontrowersyjne? Czy na gruncie teologii są one nowatorskie?
To nie jest spojrzenie nowatorskie, lecz głęboko zakorzenione w tradycji Kościoła, w nauczaniu ojców Kościoła, takich jak Justyn Męczennik, Augustyn, Hieronim czy Jan Chryzostom oraz, co najważniejsze, w Nowym Testamencie. Zostało podjęte i wyjaśnione w nauczaniu świętego Pawła, w jego Liście do Rzymian (wskazałbym zwłaszcza rozdziały od 9 do 11), w Pierwszym i Drugim Liście do Koryntian, w Liście do Galatów, gdzie Apostoł Narodów rozważa to, o czym teraz rozmawiamy, w świetle własnego życiowego doświadczenia i w świetle tej drogi, którą on przebył: od prześladowcy do prześladowanego (tak właśnie brzmi tytuł mojej książki wydanej w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, którą uważam za jedną z moich najważniejszych publikacji). Oni wszyscy mówili to, co tutaj wyjaśniam, jednak w naszych czasach mało kto chce tego słuchać. I to jest problem.
Ale dlaczego tezy Księdza, oparte na Biblii i nauczaniu ojców Kościoła, nie są przyswajane przez Księdza oponentów?
Są niewygodne i dlatego niechciane.
Z jakich powodów, Księdza zdaniem?
Dobrze byłoby zapytać ich samych. Moim największym bólem jest to, że od mniej więcej 30 lat, czyli od kiedy zacząłem o tym otwarcie mówić oraz coraz głośniej i częściej zabierać głos, małe, ale krzykliwe grono, które monopolizuje relacje z Żydami, nazywając je dialogiem, nie zdobyło się na jakikolwiek dialog wewnątrz Kościoła.
Przecież to, o czym rozmawiamy, jest i powinno być tematem poważnej refleksji najpierw w Kościele. Porozmawiajmy między sobą i ze sobą, wyjaśnijmy trudne (a czasami wcale nie takie trudne) kwestie teologiczne, i dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, kim naprawdę jesteśmy, prowadźmy rzetelny dialog. Tylko wtedy bowiem ma on sens.
W przeciwnym wypadku, i tak oceniam stan aktualny, trwa i nasila się parodia dialogu. Ciągle zajmuje się nim bardzo wąskie grono tych samych osób, które powtarzają dwa, zresztą przekręcone, zdania z nauczania Jana Pawła II.
O Żydach jako „starszych braciach”, jak to ujął papież podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 roku?
Wielokrotnie wyjaśniałem tę sprawę, a więc jeszcze raz. Jan Paweł II powiedział wtedy: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. W polskiej wersji zamieszczonej w L’Osservatore Romano zabrakło wyrażenia „w pewien sposób” i mimo licznych sprostowań nie przyjmuje się go do wiadomości. Wskutek tego wymawia się nam, że Jan Paweł II nazwał Żydów rabinicznych naszymi „starszymi braćmi”.
Uzasadnię to pytaniem: Czy kiedy św. Piotr, św. Andrzej, św. Paweł czy inni apostołowie zwracali się do swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa nie uwierzyli i Go odrzucili, nazywali ich „starszymi braćmi”? Nonsens! Natomiast jeżeli mamy mówić o „starszych braciach w wierze”, powinniśmy respektować i doprecyzować to dopowiedzenie, którego nie było w polskim przekładzie w „Osservatore Romano”. Wiernych, którzy stanowili biblijny Izrael, traktujemy jako naszych ojców w wierze. Trzeba podkreślić, że pod koniec ery przedchrześcijańskiej byli wśród nich nie tylko Żydzi, lecz także prozelici i „bojący się Boga”. Jedni i drudzy wywodzili się spośród pogan. Właśnie na takim gruncie wyrosły dwie „zbratane” religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny (istnieją też inne odmiany judaizmu, jak karaimowie). Jest to jednak braterstwo szczególnego rodzaju, bo przez wieki współpracowaliśmy ze sobą we wzajemnym oddalaniu się od siebie. Wyznawcy judaizmu są naszymi braćmi, ale byłoby dobrze, gdyby i oni to braterstwo uznali.
Kto więc jest starszymi braćmi chrześcijan wywodzących się spośród rozmaitych ludów czy narodów? Otóż naszymi starszymi braćmi są ci Żydzi, którzy przyjęli Jezusa. To są nasi starsi bracia! Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskiej.
W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat „dialogu” zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców.
Jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powstałej w 1991 roku, ten dialog wyobrażał Ksiądz sobie zapewne inaczej?
Powtarzam stale jedno: problemem w dialogu nie są Żydzi, bo Żydzi są tacy, jacy są. Jeżeli ich znamy i chcemy wejść z nimi w dialog, powinniśmy ich szanować takimi, jakimi oni są, pod warunkiem, że nie uzewnętrznia się wtedy zapiekła wrogość wobec nas oraz odwrotnie – nasza wobec nich. Problem z tym, co jest nazywane dialogiem, istnieje w Kościele. Przez długie lata, które upłynęły od soborowej deklaracji „Nostra aetate”, nie udało się wypracować w Polsce żadnego pogłębionego spojrzenia na ten dokument, tylko wciąż powtarza się te same zdania, a także – najczęściej przekręcone – wspomniane sformułowanie Jana Pawła II. Bo co to znaczy deklarowanie, że Żydzi rabiniczni są naszymi „starszymi braćmi w wierze”? To znaczy, że, mówiąc dosadnie, rezygnujemy ze Starego Testamentu; uznajemy, że jedynymi kontynuatorami i spadkobiercami Starego Testamentu są Żydzi, a my się tam tylko na jakimś etapie „podłączyliśmy”. A przecież, wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji.
Powiada Ksiądz profesor, że dialog chrześcijańsko-żydowski w naszym kraju jest parodią. Czy podobnie krytycznie patrzy Ksiądz na organizowany corocznie od blisko 30 lat Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce?
Paradoks polega na tym, że od samego początku, od zarania, byłem przy tej inicjatywie i ją popierałem. Była dyskutowana przez kilka lat na posiedzeniach Rady Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, a wtedy jej przewodniczącym był biskup, a potem arcybiskup poznański Stanisław Gądecki. Wówczas na tych posiedzeniach można było rozmawiać, dyskutować, polemizować, uściślać, itd. Głównym celem tego dnia miało być promowanie katolickiej teologii judaizmu na użytek naszych wiernych. Dzięki otwartości biskupa Gądeckiego i właściwemu wyprofilowaniu Dnia Judaizmu, przygotowywane były i drukowane – bez żadnych kosztów ponoszonych przez Kościół! – materiały, które trafiały do wszystkich parafii w Polsce. Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład opartej na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego.
Gdy przystępowaliśmy do zainicjowania obchodów Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, bo taka jest pełna nazwa, to judaizm współczesny był postrzegany jako proste, a nawet jedyne, przedłużenie religii Starego Testamentu. Mieliśmy w Polsce, ustawiony też pod względem politycznym, Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego [działał do 1992 roku; rok później powstał jako jego prawny kontynuator – Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP – KAI].
Wydawało się, że być Żydem to znaczy być wyznania Mojżeszowego. Należało więc tłumaczyć, że wraz z Jezusem Chrystusem na tym korzeniu religii biblijnego Izraela, którego świadectwem są pisma Starego Testamentu, wyrosły dwie rzeczywistości: chrześcijaństwo oraz judaizm rabiniczny. Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa. Oczywiście, ona odwołuje się do Mojżesza, tak jak my się odwołujemy, ale Mojżesz i cały Stary Testament to jest wspólne dziedzictwo – chrześcijaństwa i judaizmu. Po dobrym początku od około 20 lat w Dni Judaizmu dominuje perspektywa historyczna, bardzo często upraszczana i wypaczana, oraz ponawiane zmuszanie katolików i Polaków do nieustannego bicia się w piersi.
Powiem więcej: kiedy przez ostatnie ponad dwa lata trwa krwawa rozprawa z mieszkańcami Gazy i Autonomii Palestyńskiej, gdzie w bestialski sposób zostało zamordowanych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, setki tysięcy zostało kalekami, a 2 miliony wyrzucono z domu, te fakty nie miały żadnego przełożenia ani oddźwięku w dialogu polsko-katolicko-żydowskim. Mało tego, niektórzy jego przedstawiciele mówią, że trzeba zdecydowanie odróżnić perspektywę religijną od perspektywy politycznej. Twierdzą: my zajmujemy się tym, co religijne, natomiast tym, co polityczne nie. Ale przecież ludobójcza polityka prowadzona przez Izrael wobec ludności arabskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej, ma podtekst i uzasadnienie religijne. W styczniu tego roku na centralnych obchodach Dnia Judaizmu, w Płocku, obecny był ambasador Izraela. Czy to jest perspektywa religijna czy polityczna? To wszystko daje do myślenia, ale jest wypierane ze społecznej świadomości.
Jak dziś patrzy Ksiądz – także jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów – na rozchodzenie się swoich dróg ze środowiskami żydowskimi? Czuje się Ksiądz w przegrany, rozgoryczony, nierozumiany?
Przede wszystkim nie czuję, aby te drogi się rozeszły, dlatego że ze środowiskami żydowskimi nigdy nie byłem tak bardzo sfraternizowany, żebym cokolwiek utracił. Nadal utrzymuję kontakty z tymi, którzy mnie szanują i staram się to im szczerze odwzajemniać.
Czuję natomiast rozejście się dróg z niektórymi osobami w Kościele.
Problem tkwi więc raczej w Kościele, aniżeli na linii Kościół-judaizm.
Tak, bo nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat. Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy tym się zajmują, z jakichś sobie tylko wiadomych powodów, chcą podobać się Żydom i mają z tego tytułu pewne profity (przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu to są profity.)
To grono jest bardzo wąskie. Ci najbardziej aktywni to kilkanaście osób. Tych, którzy są tak czy inaczej aktywni, będzie kilkaset, a tych, którzy są bezkrytycznie podatni będzie pewnie tysiąc czy dwa. Ale nas jest 38 milionów, w ogromnej większości katolików, więc nie wystarczy głośno krzyczeć i organizować imprezy, które mają charakter dość zamknięty. Poza tymi, którzy w nich uczestniczą, nikogo to nie interesuje, nie pociąga, a nawet irytuje, bo ludzie nie znajdują odpowiedzi na pytania, które sobie noszą. Tymczasem nad tymi pytaniami przechodzi się do porządku dziennego. Nie na tym ma ten dialog polegać, nie tak był Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zamierzony ani nie takie były jego początki.
Od kilkunastu lat Dzień Judaizmu nabrał rumieńców politycznych, kulturowych, ekonomicznych i często z perspektywą religijną i teologiczną nie ma wiele wspólnego. To, że odbywa się w kościołach, niczego nie zmienia. To, że spotyka się ze sobą rabin i ksiądz czy rabin(ka) i biskup nie oznacza, że to już jest dialog.
Cóż, spotkają się, zjedzą to, co nazywają koszernym jedzeniem, porozmawiają i powiedzą, że mamy siebie nawzajem słuchać. Brzmi to pięknie, z tym, że przypomina słuchanie radia i nie ma przełożenia na to, co jest naprawdę ważne dla wiernych oraz ich wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tradycyjnie już Dzień Judaizmu sąsiaduje w kalendarzu z Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jak postrzega Ksiądz wysiłki ekumeniczne, perspektywy dialogu między chrześcijanami. Chrystus prosił: „aby byli jedno”. Ale jak tę jedność rozumieć: wszystkich w jednym Kościele, czy też w różnych wspólnotach, ale skoncentrowanych na Chrystusie? Bo jedność nie jest tożsama z jednolitością?
Myślę, że ekumenizm jest potrzebny najpierw w obrębie samego Kościoła katolickiego, dlatego, że są w nim nurty, poglądy, tendencje i napięcia, które nas bardzo różnią między sobą.
Wykładałem w Rydze, w Kijowie i w Mińsku na Białorusi. Podróżowałem po Rosji aż po Syberię. Widziałem, jak wygląda tam życie katolików. Tamtejsi katolicy właściwie nie czują żadnej wspólnoty z katolikami w Holandii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Wydaje im się, że tamci ze swoimi postulatami i sposobem życia są na zupełnie innym biegunie.
Na pewno trzeba budować jedność w różnorodności, ale ta różnorodność ma swoje granice. Są one wytyczone przez zasady wiary chrześcijańskiej, przede wszystkim przez objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, dzięki któremu wyznajemy, że Bóg jest Ojcem i Synem, i Duchem Świętym, a także przez żywą wiarę w zmartwychwstanie Jezusa i Jego realną obecność w Eucharystii. Ale co do tych prawd wiary, bardzo różnimy się z protestantami, co przenosi się na sakramenty święte i kapłaństwo. Są zatem sprawy, które nas bardzo różnią i nie wygląda na to, żeby te różnice zostały przezwyciężone.
W tych warunkach ekumenizm polega więc na tym, żebyśmy unikali takich sporów, konfrontacji i waśni, które zaciemniają wiarygodność dawania świadectwa Chrystusowi. Żebyśmy – mając świadomość różnorodności i odmienności, jakiej nie da się przezwyciężyć w dyskusjach – wobec świata, który wymaga spójnego świadectwa wiary występowali jako bracia i siostry.
Patriarcha ekumeniczny Bartłomiej twierdzi, że jeśli jako wierni różnych wyznań chrześcijańskich jesteśmy naprawdę blisko Chrystusa – to w istocie będziemy też bliżej siebie.
Jest to pójście po linii nauczania św. Pawła, który np. zwracał się do wspólnoty korynckiej, która liczyła wtedy kilkaset albo najwyżej kilka tysięcy wiernych, lecz już dochodziło w niej do bardzo silnego zróżnicowania. Widząc narastające podziały, Paweł zapytał ich z przejęciem: „Czy Chrystus jest podzielony?”. I to pytanie dzisiaj jest tak samo aktualne. Chrystus jest jeden, ale my, Jego wyznawcy, jesteśmy podzieleni i skłóceni. Chodzi więc o to, żeby te podziały w żadnym wypadku nie odgradzały nas od Chrystusa, ani nie tworzyły barier pomiędzy nami. Gromadzimy się wokół Chrystusa, przychodzą do Niego ludzie różnych kultur, języków i wyznań, ale On nas łączy.
Nie da się stworzyć jakiegoś świata jednorodnego, bo zawsze będzie on zróżnicowany pod względem płci, wieku, wykształcenia, możliwości umysłowych, intelektualnych, duchowych, itd. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że ludzie w swoich poglądach i sposobie wyznawania wiary różnią się między sobą. Gorzej, jeżeli te różnice są przekuwane we wrogość.
W deklaracji katolicko-muzułmańskiej podpisanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przez Franciszka i wielkiego muftiego czytamy: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”. W 2024 r. podczas trzydniowej wizyty w Singapurze papież Franciszek oświadczył, że „wszystkie religie są drogą do Boga”. Jan Paweł II wymyślił i zrealizował międzyreligijne spotkania w Asyżu. Dużo wcześniej Sobór Watykański II orzekł, że Kościół katolicki nie odrzuca z innych religii tego, co jest w nich prawdziwe i święte. Czyżby Bóg chciał wielu religii?
Odpowiadając, nawiążę krótko do katolickiej teologii judaizmu. Jeżeli ktoś mówi o Żydach jako o „starszych braciach” i powołuje się na Jana Pawła II bez owego znamiennego dopowiedzenia: „w pewien sposób”, to można zadać pytanie: Czyżby przez 1900 lat Kościół nie wiedział, że ma starszego brata? Bo przecież nigdy i nigdzie w chrześcijańskiej teologii i nauczaniu takiego ujęcia nie było. Trzeba było czekać prawie dwa tysiące lat, żeby to „starszeństwo” odkryć? Chodzi bowiem o coś więcej niż braterstwo.
Wspomniał pan o wypowiedziach Jana Pawła II i Franciszka. Ale problem nie jest nowy, bo zajmowano się nim od starożytności. Od I i II wieku zadawano pytanie, jak ma wyglądać stosunek wierzących w Jezusa Chrystusa wobec pogan, którzy byli przecież ludźmi religijnymi. Modelowe jest tu nauczanie Klemensa Aleksandryjskiego (II-III wiek), autora słynnych „Stromata” (Kobierce), przedstawiające różnorodność religijną jako świat utkany z różnych barw i odmiennych wzorów. Od starożytności znana jest zasada, że w innych religiach znajdują się „semina Verbi”, ziarna Słowa. Od zawsze też istniało przekonanie, że starożytni, nie tylko Izraelici, lecz również Grecy przez swoją filozofię i Rzymianie przez swoje prawodawstwo torowali drogę do Jezusa Chrystusa i do objawienia się Boga. Dlatego pojawiały się dające wiele do myślenia dociekania i głosy, że gdy Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, wtedy ci, którzy byli do tego najlepiej przygotowywani, w większości Go nie uznali, natomiast przyjęli Go ci, którzy takiego przygotowania nie mieli. Mieli jednak inne przygotowanie: poprzez filozofię grecką i porządek rzymski czy – co sugeruje opowiadanie o Mędrcach ze Wschodu, którzy przybyli do Betlejem – mądrość perską. Okazało się, że to też była droga Boga do świata. Bardzo obrazowo, zwłaszcza przy okazji święta Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, mówił o tym papież Benedykt XVI.
To, że w innych religiach są „ziarna prawdy”, jest oczywistością. Wystarczy wyjechać poza własne polskie podwórko, choćby na daleką Syberię czy do Mongolii, albo do Afryki czy na Daleki Wschód, żeby spotkać ludzi, którzy nie znając Chrystusa, nigdy o Nim nie słysząc, modlą się, prowadzą dobre życie, mają zasady swojej wiary i określony sposób postępowania, a których postawa w wielu dziedzinach zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na to żebyśmy w swoim wyznawaniu wiary byli równie konsekwentni i równie wytrwali.
Może więc Bóg chciał wielości religii?
Nie wiem, czy Bóg chciał wielości religii. Wielość religii zależy od ludzi, a nie od Boga. Bóg chce jedności rodzaju ludzkiego zbudowanej na wspólnym fundamencie wyznawania Go i pełnienia Jego woli. Natomiast mamy do czynienia ze światem takim, jaki jest. Kwestia więc nie w tym, że Bóg chciał wielości religii, tylko że Bóg – jeżeli mamy użyć antropomorfizmu – musi się pogodzić z wielością różnych religii, bo szanuje wolną wolę ludzi. Zatem w różnych religiach uznaje tę tęsknotę i tę drogę, która tak czy inaczej do Niego prowadzi.
Liczby dotyczące Kościoła w Polsce stale maleją: zmniejszają się tzw. siły apostolskie, liczba powołań itd., księża się starzeją, praktyki religijne spadają, młodzież odchodzi. Czy to Księdza niepokoi czy może wywołuje refleksję, że nadchodzi Kościół – w Polsce i Europie – małych enklaw, od których znów zapłonie ewangeliczny ogień powodujący wzrost?
Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Wiem, jaka była przeszłość i jaka jest teraźniejszość. Wskazałbym na dwie rzeczy. Jeżeli chodzi o zjawisko odejścia od Kościoła, jego przyczyną jest ogromne zaniedbanie wiernych przez Kościół w okresie pandemii. Reakcję wielu z nich streściłbym tak: jeżeli w trudnym czasie nie było przy nas Kościoła, nie było go przy umierających, nie było w szpitalach, świątynie były zamknięte, a niektórzy hierarchowie twierdzili, że pójście do kościoła to grzech, a więc jeżeli w tym tak trudnym czasie można się było obyć bez Kościoła, to do czego jest on potrzebny wtedy, kiedy jest spokój i kiedy wierni nie odczuwają tak wielkich duchowych zagrożeń? Myślę, że skutkiem tego, co się wydarzyło, jest nie wrogość czy sprzeciw wobec Kościoła, lecz coś znacznie gorszego: obojętność. I teraz ponosimy konsekwencje rosnącej obojętności, która jest gorsze niż wrogość, bo ta skłania ku temu, aby rozmawiać, argumentować i się sprzeczać. Przejawem obojętności jest wzruszenie ramionami i grymas na twarzy.
Druga sprawa: powołania. W latach 70, 80. i 90. mieliśmy pełne seminaria. Każdego roku było święconych tysiące księży, budowaliśmy kościoły i wszystkie były obsadzone, księży nie brakowało. No i co się stało? Zmarł Jan Paweł II, rozpoczęły się różnego rodzaju nagonki na Kościół i ci, którzy tak licznie pielgrzymowali do Rzymu, w tym duchowni, i mają fotografię z Janem Pawłem II w swoich domach i plebaniach, uznali nagle, że to przestaje mieć znaczenie i zapomnieli o tym, co przeżyli. Duża liczba księży nie przełożyła się też na jakość duszpasterstwa ani jego skuteczność.
Jeżeli zatem mamy teraz małą liczbę kandydatów do kapłaństwa, trzeba ze wszech miar zachęcić ich, przekonać i zaświadczyć, że bycie księdzem jest czymś szlachetnym i pięknym. Przecież obraz księdza został zohydzony, oszpecony, obrzydzony i wypaczony. Wizerunek księdza z początków mojego kapłaństwa, czyli sprzed pół wieku, i ten dzisiejszy, to coś diametralnie innego. Wytworzono takie stereotypy księdza, siostry zakonnej czy zakonnika, że pójście do seminarium i bycie młodym księdzem graniczy z heroizmem. To wszystko działo się i nadal się dzieje, niestety, z udziałem pewnej części ludzi Kościoła. Przy naszym milczeniu zrobiono wiele, żeby „odjaniepawlić” Kościół w Polsce. Głośnych protestów ze strony hierarchii i duchowieństwa nie było. No więc „odjaniepawlanie” trwa…
Nie możemy poprzestawać na statystykach i socjologii, lecz podjąć teologiczny, religijny obrachunek z przeszłością, którą przeżyliśmy jako dwa czy trzy ostatnie pokolenia. Trzeba to zrobić po to, żeby na tym fundamencie kształtować przyszłość. Bardzo ważne też jest, żeby zaprzestać zohydzania wizerunku kapłana jako tego, kto zagraża dzieciom i młodzieży. Tymczasem każdy przypadek nadużyć, które niestety się zdarzają, jest zwielokrotniany przez nagłaśnianie go i powtarzanie. Nie brakuje też przykładów ogromnej krzywdy wyrządzonej wielu biskupom i księżom, która nie została naprawiona.
Co Księdza osobiście teraz pasjonuje od strony biblijno-naukowej? Nad czym Ksiądz teraz siedzi, co studiuje czy zgłębia?
Na początku swojej pracy dydaktyczno-naukowej zasugerowałem trzy kierunki badań: literatura targumiczna, czyli aramejskie przekłady Biblii Hebrajskiej, natura i znaczenie Septuaginty, czyli Biblii Greckiej, oraz nowatorska koncepcja diaspory Izraelitów w Asyrii. Dwa pierwsze kierunki są rozwijane. Trzeci, bardzo obiecujący, czeka na podjęcie i rozwijanie. Jestem przekonany, że wyznacza drogę, która otwiera nowe możliwości w badaniach biblijnych.
Pracuję nad przekładem Biblii Hebrajskiej na język polski, zaopatrzonym w komentarz. Ukazał się już Pięcioksiąg Mojżesza, dwa wydania. Teraz pracuję nad przekładem zbioru Proroków, też z komentarzami. Robię to z myślą o zwyczajnych wiernych, którzy przeczytają tekst i skorzystają z objaśnień napisanych nie w formie krótkich przypisów, lecz ciągłej i spójnej narracji. Nadal prowadzę też rekolekcje i dni skupienia, konferencje biblijne i wykłady popularne, a także pielgrzymki do krajów biblijnych.
No i oczywiście filatelistyka…
To moja pasja od dzieciństwa. Udokumentowałem do końca roku 2015 pontyfikat Jana Pawła II. Wszystkie znaczki pocztowe i pochodne wobec znaczka pocztowe formy wydawnicze z całego świata zostały przeze mnie zebrane, pokazane, zilustrowane i w dwóch tomach opisane. Jedną kolekcję przekazałem do Muzeum Jana Pawła II i Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, drugą do Muzeum Pamięć i Tożsamość w Toruniu. Mam jeszcze trzecią, najlepsza, która czeka na dobry adres.
Inna, staje powiększająca się, kolekcja to Stary Testament na znaczkach pocztowych. Zgromadziłem kilka tysięcy walorów z całego świata.
Znaczki dotyczące Starego Testamentu są wciąż emitowane?
Oczywiście, każdego roku. Nie tylko archeologia i geografia, lecz także rozmaite motywy biblijne i postacie, jak Dawid i Batszeba, Salomon, Mojżesz, malarstwo, wielkie galerie…
Zgromadzić kilka tysięcy znaczków z motywami Starego Testamentu to chyba nie była łatwa sprawa?
Opowiem panu przygodę sprzed 40 lat. Będąc latem w Zakopanem wszedłem do sklepu filatelistycznego (dziś już go nie ma). Właściciel powiedział mi, że wśród nabytków do sprzedaży jest kilka klaserów, które przyniósł pewien chłopak, bo pozostały po zmarłym dziadku.
To były znaczki ze sztuką, wydane w Związku Radzieckim, NRD, Włoszech, Francji i Bóg wie gdzie jeszcze. Biorę te klasery do ręki i widzę: Adam i Ewa w raju, stworzenie Ewy, Dawid i Batszeba, Zuzanna w kąpieli… Sprzedawca uważnie patrzy się na mnie i na to, co wybieram, i mówi: „Panie, niech pan powie, że gołe babki zbiera, bo ja mam tego więcej”.
Znaczki pocztowe zawładnęły Księdzem już w bardzo młodych latach.
Tak, zbierałem je od dziecka. Z tym, że jeżeli chodzi o Stary Testament, zacząłem je kolekcjonować na studiach w Rzymie, a potem w Jerozolimie. Poza tym mam pełny zbiór znaczków Watykanu oraz zbiór „Królowie i książęta polscy” – bardzo lubię historię Polski.
Filatelistyczne hobby jest wspaniałą odskocznią od profesjonalnego zgłębiania Biblii, ale uzupełnia, choć w lekki sposób, główne pole Księdza zainteresowań.
Jestem członkiem, a od kilku lat honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Biblistów Polskich, ale także Polskiej Akademii Filatelistyki. Zajmuję się tam tematyką religijną i uczestniczę w dorocznych konferencjach. Z kolei biblistom uświadamiam jak wiele biblijnych motywów jest na znaczkach.
W związku z 75. urodzinami życzę Księdzu Profesorowi wielu ważnych odkryć naukowych a także sukcesów w popularyzacji Biblii wśród szerokiej publiczności. A także skutecznego oddziaływania jeśli chodzi o kwestie dotyczące dialogu chrześcijańsko-judaistycznego.
Co do dialogu to wydaje mi się, że stworzyłem pewne podwaliny, od których nie ma ucieczki. W tym sensie, że cztery tomy rozmów ze mną opublikowanych przez wydawnictwo Fronda oraz mnóstwo innych publikacji zmieniło jednak świadomość w tych sprawach. W każdym razie to, co do mnie w tej dziedzinie należało, zrobiłem. Będę kontynuował pracę nad przekładem pierwszej części chrześcijańskiego Pisma Świętego.
A poza tym mam wypróbowanych przyjaciół, dobre warunki mieszkaniowe i kota. Mam też swoją parafię, z którą jestem bardzo związany, i utrzymuję bardzo dobre, przyjacielskie kontakty z miejscowymi księżmi i wiernymi. Tych wartości nie sposób przecenić.
I jeszcze życzę, żeby Księdza oponenci uznali, że w tym, co Ksiądz głosi na temat relacji z Żydami, są jednak jakieś „semina Verbi”.
Byłoby dobrze, gdyby tak się stało, ale powiem nie bez pewnego bólu: nie wiem, czy część z nich jest zdolna do jakiegokolwiek przewartościowania spojrzenia, które próbuje narzucić innym.
Jestem w każdej chwili gotowy do szczerej i uczciwej rozmowy na te tematy. Zwłaszcza w obrębie Kościoła i tych, którzy w Kościele się tymi sprawami zajmują. Natomiast, a mówię to z przykrością, przez ostatnie ponad 20 lat nikt z kościelnych gremiów, które obnoszą się z hasłami dialogu katolicko-żydowskiego, mi tego nie proponował ani nawet nie próbował.
Może ta nasza rozmowa coś zmieni?
Wiele czasu nie ma.
rozmawiał Tomasz Królak (KAI)PCh24.pl
***
25 stycznia
W Kościele katolickim przeżywamy Niedzielę Słowa Bożego pod hasłem:
„Słowo Chrystusa niech mieszka w was”.
fot. ks. Paweł Kłys
***
Niech ta zachęta skłoni nas do szczególnego zwrócenia naszej uwagi na Słowo Boże.
Papież Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego Listem Apostolskim w formie motu proprio „Aperuit illis” wydanym 30 września 2019 roku. Dokument został popisany w 1600 rocznicę śmierci oraz w liturgiczne wspomnienie św. Hieronima – wielkiego miłośnika i tłumacza Pisma Świętego, doktora Kościoła.
***
Co św. ojciec Pio mówił
o lekturze Pisma Świętego?
Archiwum Głosu Ojca Pio
***
W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.
Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.
Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:
Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.
Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.
Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo.
W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:
Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.
Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:
Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.
Co wydarzyłoby się w naszym życiu, gdybyśmy traktowali Biblię tak jak nasze telefony komórkowe, a wiadomości od Boga czytali równie często jak SMS-y? – pyta Ojciec Święty.
Papież Franciszek zachęca, żeby mieć zawsze przy sobie – w plecaku, torebce, pod ręką – przynajmniej mały egzemplarz Ewangelii i sięgać po niego jak najczęściej. Warto więc zastanowić się nad tym, jak właściwie wygląda nasz kontakt z Pismem Świętym, które – jak wierzymy – powstało z natchnienia samego Boga.
– Nie znam, niestety, żadnych badań na temat czytelnictwa Pisma Świętego w Polsce, więc trudno o jakieś konkretne dane. Spotkałem się jednak z badaniem przeprowadzonym przez Amerykanów dotyczącym czytania Biblii w różnych krajach – mówi biblista prof. Michał Wojciechowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. – Pytano, ile osób sięga po Pismo Święte, ile ma swoją Biblię w domu. I z tego badania wynika, że Polska wypada pod tym względem całkiem dobrze, lepiej niż inne kraje europejskie. W czołówce jest również Wielka Brytania, a najwięcej ludzi czyta Pismo Święte w Stanach Zjednoczonych, głównie dlatego, że tamtejsze wyznania protestanckie kładą wielki nacisk na życie Biblią.
Najmniej czytany bestseller
O to, ilu Polaków ma w domu Biblię, najlepiej chyba spytać księży chodzących po kolędzie – powszechną tradycją bowiem jest, by podczas takiej wizyty położyć Pismo Święte na stole. Również wydawnictwa i księgarnie mają dane, ile egzemplarzy rozprowadzają w ciągu roku. – Sam obserwuję, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat w Polsce upowszechniło się posiadanie własnej Biblii w domu. Wcześniej nie było to możliwe, m.in. dlatego że cenzura nie pozwalała drukować zbyt wielu egzemplarzy. Później się to zmieniło, więc Pismo Święte zaczęło pojawiać się w wielu katolickich domach, chociażby jako prezent z okazji Pierwszej Komunii św. czy bierzmowania – zaznacza prof. Wojciechowski.
Pytanie tylko, czy te domowe egzemplarze są otwierane, czy raczej zbierają kurz na najwyższej półce? – Moim zdaniem, ogólnie za mało sięgamy po Biblię, co wiąże się również z tym, że czytelnictwo w Polsce spada. Nie można natomiast powiedzieć, że tak to wygląda w każdym domu, bo są wśród nas osoby, które Pismo Święte czytają, niektóre okazjonalnie, inne regularnie. Wraz z rozwojem technologii pojawiły się nowe możliwości i dzisiaj można czytać Biblię w internecie. Dopóki jednak nie zostaną przeprowadzone badania, trudno mówić o konkretach. Ktoś przecież może nie sięgać po Pismo Święte w książkowym wydaniu, za to czyta je albo odsłuchuje w telefonie itd. – tłumaczy prof. Wojciechowski.
Biblista i redaktor naukowy Biblii Impulsy ks. dr hab. Janusz Wilk opowiada: – Nie tak dawno poznałem wyniki jednego z sondaży na temat czytelnictwa książek w naszej ojczyźnie. Podobno 60% Polaków w ciągu roku nie przeczyta ani jednej książki. Coraz mniej czytamy tekstów rozbudowanych, wielowątkowych i dłuższych, a co za tym idzie – również Biblii. Coraz częściej opinie na dany temat budujemy na podstawie nagłówków, krótkich newsów i komentarzy internetowych. Czasem mówi się, że Biblia jest najmniej czytanym bestsellerem. Jest ona w prawie każdym polskim domu, ale w niewielu systematycznie czyta się ją i rozważa. Nie jest jednak tak źle, gdyż znaczna część katolików zna słowo Boże ze słyszenia. Tak też było w Kościele pierwszych wieków, kiedy to chrześcijanie poznawali Biblię przede wszystkim podczas liturgii, ponieważ w swoich domach nie posiadali jej zwojów. Jeśli co tydzień chodzimy na Mszę św. i do tego dodamy jeszcze naszą obecność na niej w uroczystości i święta, to w ciągu 3 lat (tyle trwa cykl czytań w liturgii niedzielnej) usłyszymy ok. trzech czwartych treści Ewangelii. Raczej znamy treść Dobrej Nowiny, gorzej, gdybyśmy mieli sami znaleźć dany fragment w Biblii – np. samemu odszukać przypowieść o synu marnotrawnym i miłosiernym ojcu.
Warto szukać samemu
Ogólny spadek czytelnictwa nie jest jedynym powodem, dla którego część z nas po Pismo Święte sięga rzadko albo wcale nie sięga. Niektórzy usprawiedliwiają się tym, że jest to trudna lektura, niezrozumiała, nieprzystająca do dzisiejszych czasów. Dla innych przeszkodę stanowi język, nierzadko odbiegający od tego, którym posługujemy się na co dzień. Profesor Wojciechowski podchodzi ze zrozumieniem zwłaszcza do tego drugiego argumentu. – Żeby Pismo Święte było chętnie czytane, powinno być podane w języku, który przemawia do słuchacza. Dawniej robiono to zupełnie świadomie i np. Biblia w tłumaczeniu ks. Wujka operowała językiem stosunkowo bliskim ówczesnemu człowiekowi. Dzisiaj to tłumaczenie wydaje nam się podniosłe i trudne, ale w czasach ks. Wujka tak nie było. Później się od tego odeszło i w nowszych tłumaczeniach np. Pan Jezus „spożywa” zamiast „jeść”. Również dość niedawno zaczęto stosować wielkie litery w zaimkach odnoszących się do Boga, Chrystusa czy Maryi. To może, choć, oczywiście, nie musi, kojarzyć się z podniosłością i nasuwać myśli, że nie wypada czy nie ma sensu sięgać po te treści tak po prostu, zwyczajnie – wyjaśnia biblista. – Dzisiaj chyba najbliższe współczesnemu językowi jest tłumaczenie Edycji Świętego Pawła. Przystępny językowo jest też, według mnie, przekład ekumeniczny. To naturalne, że chętniej sięgniemy po coś, co wygodnie nam się czyta, warto więc poświęcić trochę czasu na znalezienie tłumaczenia, które będzie nam bliskie.
– Biblia jest trudna – przyznaje z kolei ks. dr Wilk. – Tylko rzeczy i sprawy banalne są łatwe i nic nas nie kosztują. Trudność ta nie dotyczy samego jej języka (w Polsce mamy tyle nowych, dobrych tłumaczeń) czy zrozumienia kultury, środowiska i czasów, kiedy Duch Święty kształtował myśli autorów danych ksiąg, bo mamy już bardzo dobre studia w tym zakresie i pomocne opracowania. Trudność ta dotyczy przełożenia słów Biblii na własne życie. Czasem chce się postępować po swojemu, tak, jak nam wygodniej, tak, jak się tego domagają współczesne trendy i współczesna poprawność. A w Biblii mamy coś innego.
Potrzeba przewodnika
Dziś Biblia jest właściwie „na wyciągnięcie ręki”. Można ją kupić lub czytać za darmo w internecie. Jednak, jak zauważa biblista ks. dr Krzysztof Kowalik, samo czytanie to za mało: – Jak wiemy, Biblia może być przeczytana na poziomie zwykłej książki. Wtedy poznamy pewne historie, postacie, zaznajomimy się ze starożytnym dokumentem, ze starożytną kulturą itd. Dlatego czasem nawet, dość niesprawiedliwie, niektórzy zrównują Biblię z tekstami mitologicznymi. Ktoś przeczyta Biblię w całości, a następnie jak inną książkę odstawi na półkę i nigdy do niej nie wróci. A tymczasem w lekturze Pisma Świętego chodzi przede wszystkim o to, by doprowadziło nas ono do spotkania z Jezusem.
Jak jednak spotkać Boga w tekście, który niekiedy trudno zrozumieć? – Sama Biblia daje nam na to odpowiedź, bo możemy w niej przeczytać o różnych takich trudnościach. W Dziejach Apostolskich diakon Filip spotyka dworzanina królowej Kandaki, który czyta fragment z Izajasza. Na pytanie, czy rozumie, co czyta, dworzanin odpowiada: „Jakże mogę zrozumieć, skoro nikt mi tego nie wyjaśnił?”. Filip nie tylko tłumaczy mu, o co chodzi w tym tekście, ale też pokazuje, w jaki sposób te słowa prowadzą do Jezusa. Tak samo każdy z nas, zwłaszcza na początku, potrzebuje kogoś, kto pomoże nam zrozumieć i kto pokaże nam, jak w tym tekście spotkać się ze słowem Boga. Zauważmy, że wspomniany Filip był diakonem, a więc nie pierwszą lepszą osobą, ale przedstawicielem Kościoła. Pismo Święte zostało powierzone wspólnocie ludu Bożego i to ta wspólnota z jednej strony słucha i strzeże słowa Bożego, a z drugiej – wyjaśnia je i prowadzi do spotkania z Chrystusem. Taka jest istota czytania Biblii – podkreśla ks. dr Kowalik. – Możemy nauczyć się fragmentów Biblii na pamięć, czytać ją wielokrotnie, możemy być ekspertami od jej treści, od jej języka, stylu, a nawet od zawartej w niej teologii, ale to wszystko samo z siebie nie musi koniecznie doprowadzić nas do wiary – jeśli człowiek nie będzie poprowadzony w tym kierunku, nie otworzy serca na spotkanie z Bogiem, to nie dojdzie do tego najważniejszego celu.
Zweryfikujmy oczekiwania
Ksiądz Kowalik zauważa również, że do lektury Biblii mogą nas zniechęcić niewłaściwe oczekiwania wobec tej księgi. Mogą to być choćby próby „dostosowania” jej treści do naszych prywatnych zapatrywań, do naszych wyobrażeń o tym, jaki Pan Bóg powinien być. Nie sprawdza się też zakładanie, że po przeczytaniu stosownego fragmentu od razu rozwieją się nasze wszystkie wątpliwości i pojawi się rozwiązanie. Bywa, że szukamy w niej odpowiedzi, których tam nie znajdziemy, bo nie po to została napisana. – To prawda, że w Biblii możemy znaleźć wiele wskazówek dotyczących życia, chociażby rodzinnego. Nie powinniśmy jednak traktować jej jak typowego poradnika. To, że znajdziemy w niej odniesienia do finansów, nie znaczy, że na tej podstawie należy podejmować decyzje inwestycyjne. Podobnie ma się rzecz np. z odniesieniami do diety. W księgarniach znajdziemy mnóstwo książek bardziej przydatnych w tych kwestiach. Pismo Święte nie jest zbiorem prostych, gotowych odpowiedzi na każdy temat. Musimy zbierać fragmenty, układać je, wsłuchiwać się w nie – to wymaga czasu, cierpliwości i przede wszystkim otwarcia na Boga – mówi duszpasterz.
Nie zagłodzić wiary
– Bóg przez Biblię nie chce nam utrudniać ziemskiego życia, ale pragnie nas doprowadzić do celu, którym jest życie z Nim w ojczyźnie, tej w niebie – przypomina ks. dr Wilk. – By bezpiecznie dojechać do celu, potrzebujemy ustalenia, po której stronie drogi będziemy się poruszać, namalowania na niej wyraźnych pasów, ustawienia różnych znaków, rozmieszczenia sprawnych świateł sygnalizacyjnych i czytelnych drogowskazów. Ktoś powie, że on tego nie potrzebuje, bo sam doskonale prowadzi niezły samochód, ale wtedy dosyć szybko stanie się zagrożeniem nie tylko dla siebie, ale i dla innych. W obrazie tym słowa Biblii są pasami, znakami, światłami i drogowskazami na drodze zwanej życiem. Oczywiście, to tylko ułomne porównanie, ale to jeden z aspektów Biblii: ma nam pomóc dotrzeć do życia wiecznego z Bogiem. Można bowiem w życiu się zagubić i tam nie trafić – przypomina i zachęca do zadbania o systematyczną lekturę, bo podobnie jak ciało potrzebuje pokarmu kulinarnego, tak wiara potrzebuje pokarmu duchowego. – Trzeba dbać o to, aby nie zagłodzić ciała, ale trzeba też dbać o to, aby nie zagłodzić wiary. W najbliższym tygodniu, jak w każdym innym, otrzymamy dziesiątki, a nawet setki informacji, przeczytamy kilka tekstów, spędzimy sporo godzin przed telewizorem, w internecie czy z telefonem komórkowym. Wszystkie tak dostarczone nam informacje wpływają na nas. A co otrzyma nasza wiara? Najgorsza opcja jest wtedy, gdy w środę (a może nawet już wcześniej!) nie potrafimy sobie nic przypomnieć z czytań z ubiegłej niedzieli, a przez te dni wychwyciliśmy już wiele informacji przeciwnych człowiekowi, Kościołowi, wierze, Bogu. Trzeba zadbać o to, aby w naszym umyśle nie były tylko słowa ludzkie, ale żeby były w nim także słowa Boże.
Ks. Wilk kładzie nacisk również na znalezienie czasu na osobistą lekturę Pisma Świętego. – Dla kogoś będzie to poranna lektura przed pójściem do pracy lub na uczelnię, a dla kogoś innego wieczorne, spokojne spotkanie ze słowem Bożym. Chodzi nie o to, by czytać wiele, ale by czynić to systematycznie. Czasem będzie to jeden rozdział, a innym razem jeden wers. Istotne jest to, aby nie narzekać na siebie, że danego dnia pragnęliśmy przeczytać więcej, a nie było to możliwe, ale cieszmy się tym, że udało nam się dzisiaj przeczytać tyle, ile mogliśmy przeczytać. Pobożna lektura Biblii jest modlitwą, w której Bóg do nas mówi.
Słowo budzące nadzieję
– Warto pamiętać o tym, o czym mówią papież Franciszek i nasi biskupi, a mianowicie, że Pismo Święte to słowo, które zaczyna budzić w nas nadzieję. Sprawia, że człowiekowi chce się żyć. Pokazuje mu cel – podkreśla ks. Kowalik. – To nie znaczy, że wszystko zostanie nam pokazane w jednym momencie, ale słowo Boże będzie nam ukazywać prawdę krok po kroku. To nie musi być łatwa lektura, ale ważne jest to, byśmy przyjmowali te treści z wiarą. Pamiętajmy, że również Maryja nie wszystko rozumiała z tego, co powiedział Jej anioł, co mówił do Niej Jezus, ale rozważała te wszystkie sprawy w sercu. Trzeba zaufać, że we właściwym momencie przyniesie to konkretny owoc. Ta nadzieja daje siłę do przetrwania sytuacji trudnych, tak jak dała ją Maryi na czas od ukrzyżowania Jezusa do Jego zmartwychwstania. Matka Boża stojąca pod krzyżem nie była osobą bezduszną, która nie cierpiała, ale słowa Jezusa dały Jej nadzieję. Święty Piotr napisał, że słowo Boże jest jak lampa, która pozwala nam przetrwać ciemną noc, aż zajaśnieje poranek.
Katarzyna Krawcewicz/Tygodnik Niedziela
***
„Osobista lektura Pisma Świętego prowadzi do fascynacji Bogiem”
“Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje” – podkreślił ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego.
fot. Plusonevector/Freepik/Stacja7.pl
***
Biuro Prasowe KEP: Księże Profesorze, z ustanowienia papieża Franciszka, III niedziela zwykła obchodzona jest w całym Kościele jako Niedziela Słowa Bożego. Jaki jest główny cel tej inicjatywy?
Ks. prof. Henryk Witczyk: Papież Franciszek podaje kilka celów, które winny być osiągane poprzez uroczyste przeżywanie Niedzieli Słowa Bożego, zwłaszcza celebracje liturgiczne w parafiach i diecezjach. Równie ważne są różne aktywności związane ze Słowem Bożym zawartym w Piśmie świętym w naszych rodzinach. Sądzę, że ich syntetycznym ujęciem są słowa Aperuit illis („Oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma”; por. Łk 24, 45), które otwierają papieskie Motu proprio ustanawiające tę celebrację. Zmartwychwstały Jezus oświecił umysły uczniów idących z Jerozolimy do Emaus. Byli rozczarowani przebiegiem procesu, drogi krzyżowej, ukrzyżowania – i ostatecznie złożenia do grobu umęczonego Mesjasza – Króla głoszącego Królestwo Boże jako obecne pośród nich. Gdy dołączył do nich tajemniczy Wędrowiec, zaczął z nimi rozmawiać, zadawać pytania, a ostatecznie wyjaśniał im Pisma, które mówiły o cierpieniach Mesjasza, wpisanych w Jego drogę do Chwały. Jak sami wyznali, pod wpływem tych Jego słów, w każdym z nich „pałało serce”, otworzyły się ich oczy na aktywną i miłującą obecność zmartwychwstałego Pana. On stał się na nowo najważniejszą Osobą w ich życiu! Centrum życia całego Kościoła apostolskiego, gdy objawił się z kolei wszystkim uczniom w wieczerniku, niosąc im swoje słowa: Pokój wam!
Tylko apostołowie z „otwartymi oczami” i „sercami pałającymi” ogniem Bożej obecności darowanej im w słowach Zmartwychwstałego mogli stać się głosicielami i świadkami Ewangelii. W Niedzielę Słowa Bożego cały Kościół pod przewodnictwem papieża Franciszka chce uwielbiać Boga za Jego obecność pod postacią słów Pisma świętego proklamowanych w Kościele, chce też dziękować Ojcu niebieskiemu za Słowo, które od Niego pochodzi! Ono otwiera nam oczy na misterium Trójcy Świętej, na Jej działanie w dziejach świata i ludzi, na Jej obecność w Kościele.
W jaki sposób można realizować założenia tej Niedzieli na co dzień? Co może być pomocne w poznawaniu Słowa Bożego?
Najważniejsze jest codzienne czytanie Pisma świętego. Dobrze jest zacząć od ksiąg Nowego Testamentu, które są nam mało znane, na przykład listy św. Pawła czy tzw. listy katolickie. One nie tylko wyjaśniają nauczanie Chrystusa, otwierają misterium Jego osoby, ale nade wszystko odnoszą je do życia tak pojedynczych wierzących jak i wspólnoty Kościoła. Ta aplikacja ma dla nas – borykających się dzisiaj z podobnymi wyzwaniami – absolutnie podstawowe znaczenie. Dokonywana jest bowiem pod natchnieniem Ducha Świętego, który jest Nauczycielem Kościoła wszystkich czasów aż do skończenia świata. To On, nie badania socjologiczno-psychologiczne, prowadzi Kościół do poznania Prawdy o zbawieniu człowieka, objawionej przez wcielonego Syna Bożego w Ewangeliach i Tradycji.
Dużą pomocą w poznawaniu Słowa Bożego są istniejące w wielu parafiach kręgi biblijne, wspólnoty praktykujące lectio divina. W większości diecezji, w wielu dekanatach bibliści prowadzą regularne wykłady z Pisma św. dla osób świeckich i zakonnych w ramach różnego rodzaju szkół Słowa Bożego (głównie w soboty). Warto również wybrać się na rekolekcje biblijne, organizowane w licznych domach rekolekcyjnych.
A niezastąpioną pomocą w osobistym studium Pisma świętego jest od roku aplikacja pod nazwą „Dzieło Biblijne”, stworzona dzięki dużemu zaangażowaniu i patronatowi KUL Jana Pawła II oraz Instytutowi Nauk Biblijnych KUL. Jest ona dostępna bezpłatnie w smartfonach, laptopie czy w wygodnym do czytania tablecie. A osoby zainteresowane nie tylko duchowym, ale i badawczym poznawaniem treści Pisma św. zachęcam do czytania artykułów naukowych w najlepszym polskim czasopiśmie biblijnym „The Biblical Annals”. Jest ono dostępne gratis na platformie czasopism KUL (https://czasopisma.kul.pl/index.php/ba), razem w biblijno-teologicznym „Verbum Vitae” (https://czasopisma.kul.pl/index.php/vv). Zamieszczane są w nich opracowania aktualnie dyskutowanych zagadnień i tematów – także w języku polskim.
Św. Hieronim powiedział, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”. W jaki sposób można zachęcić wiernych do czytania Pisma Świętego?
Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych, czyli w dialogu z Bogiem. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje. W istocie bowiem czytanie Pisma świętego jest jedynie „narzędziem” umożliwiającym Ojcu niebieskiemu, Synowi Bożemu i Duchowi Prawdy komunikowanie się z nami. A każdy, kto świadomie chce przeżywać swoją wiarę, jest maksymalnie zainteresowany tym, co Bóg chce mi dzisiaj, w tym tygodniu, w tę niedzielę powiedzieć. Dopiero znając przesłanie do mnie skierowane mogę odpowiedzieć w modlitwie: uwielbienia, dziękczynienia, ufności czy prośby.
Osobista lektura Pisma świętego prowadzi wierzących także do fascynacji Bogiem, osobą i nauczaniem Syna Bożego, działaniem Ducha Świętego w dziejach świata, pojedynczych ludzi, w historii Ludu Bożego pierwszego i nowego Przymierza, a nade wszystko w życiu współczesnego Kościoła, do którego zostaliśmy powołani.
KAI/Stacja7.pl
***
Ks. Teodor Sawielewicz na Niedzielę Słowa Bożego:
nie trzeba czytać Biblii od deski do deski
fot. radio Niepokalanów
***
Katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące – powiedział ks. Teodor Sawielewicz. Rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia, w rozmowie z KAI, wyjaśnił dlaczego warto sięgać po lekturę Pisma Świętego, opowiedział także jakie inicjatywy biblijne można znaleźć na kanale Teobańkologia. Jutro, już po raz piąty, będziemy obchodzić w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka.
Zadałbym pytanie mężowi: „czy to ważne, by poznawać każdego dnia lepiej swoją żonę? Przecież ją już niby poznałeś, to po co na to poświęcać więcej czasu?”. Św. Hieronim napisał takie słowa w czasach, w których nie było druku, a zdecydowana większość ludzi nie umiała czytać: „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Najważniejsze przykazanie Starego Testamentu zaczyna się od słów: „Słuchaj Izraelu…”. Skoro mamy komuś ufać, powierzać mu swoje życie, kogoś naśladować, kochać, to najpierw musimy go poznawać. Każda karta Ewangelii to skarbiec informacji o życiu i posłannictwie Tego, w którego wierzymy.
Papież Franciszek w swoim orędziu o ustanowieniu tej niedzieli podkreślił, że „Słowo Boże powinno być zawsze obecne w naszym życiu, a zwłaszcza w niedzielę, abyśmy mogli rozpoznać w nim obecność Chrystusa, który przemawia do nas i prowadzi nas”. Poprzez regularne spotkanie z Pismem Świętym możemy coraz bardziej odkrywać Boże przesłanie dla nas, pogłębiać wiarę, kształtować sumienie i prowadzić bardziej świadome życie chrześcijańskie.
Ma Ksiądz pomysł jak zachęcić wiernych do czytania Biblii? Jak podkreślił Franciszek, celem Niedzieli Słowa Bożego jest to, by „w ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.
Myślę, że ogromna rolę ma tu nastawienie człowieka do Biblii, ale też głód. Prorok Amos wypowiada takie słowa: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, że Biblia to żywe Słowo Boga, Słowo, które ma moc przemiany serca i życia, to nie trzeba go specjalnie zachęcać do chłonięcia Go.
Czy trzeba namawiać wygłodniałego do jedzenia? W Biblii znajdują się wskazówki jak żyć na Bożą chwałę, a przez to doświadczać wielu skutków ubocznych takiego życia: szczęście, dobre zarządzanie finansami, pozbycie się lęków i zmartwień itp. Rozmawiając z różnymi ludźmi, słyszałem podobne zdania: „Bóg jeden wie, co powinienem w tej sytuacji zrobić, modlę się o jakąś wskazówkę i nic…”. A kiedy pytałem: „A czy zajrzałeś do Pisma Świętego?”, odpowiadali ze zdziwieniem: „Ale po co? Przecież ja mam taki a taki problem do rozwiązania, co ma do tego czytanie Biblii?”. Odpowiadałem podobnymi słowami: „Zajrzyj, a sam się przekonasz”. Niektórzy z tych ludzi wracali potem do mnie z niesamowitymi świadectwami, a czytanie Słowa Bożego stało się odtąd ważnym elementem ich codzienności.
Również na Teobańkologii można znaleźć wiele interesujących treści umożliwiających lepsze poznanie Pisma Świętego, chociażby różnego rodzaju medytacje nad tekstem biblijnym, czy mógłby Ksiądz nieco o nich opowiedzieć?
Staram się, by treści i motywy zaczerpnięte z Pisma Świętego towarzyszyły każdemu aspektowi działalności Teobańkologii. Pojawiają się w błogosławieństwach w postaci postów i rolek o 7:00 i 19:00, w codziennych transmisjach różańcowych o 20:30, są inspiracją do rozmaitych akcji, są zawarte na naszej płycie “Niech zstąpi Duch Twój”.
Jedną z najważniejszych inicjatyw związanych z Pismem Świętym są serie Komentarzy Biblijnych. Na początku przygotowywałem je sam. Później zaprosiłem do współpracy ks. prof. Mariusza Rosika – wybitnego polskiego biblistę – który w kilku- albo kilkunastominutowych filmach odpowiada na ważne pytania w oparciu o Pismo Święte. W ramach ostatniej serii były podejmowane m.in. takie zagadnienia: Czy Bóg chce mojej choroby? Czy Bóg może posłużyć się złem? Dlaczego Bogu na mnie zależy? Po co Kościołowi papież? To ważne pytania, na które czasem sami nie potrafimy znaleźć przekonującej odpowiedzi. Dlatego właśnie warto posłuchać, co ma nam w tych kwestiach do przekazania Pismo Święte, co do nas mówi sam Bóg.
Myśli Ksiądz, że każdy katolik powinien przeczytać Pismo Święte od początku do końca? Dlaczego to tak mało powszechna praktyka wśród ludzi wierzących?
Może zacznę od tego drugiego pytania. Powody, by czegoś nie robić, zawszę się znajdą: „Nie mam czasu”, „I tak nic z tego nie rozumiem, to za trudne”, „Nie lubię czytać”, „Wolę posłuchać kazania, katechezy, konferencji”, „To nudne i nie ma związku z moim życiem”. To tylko niektóre z wymówek, jakie słyszałem. Przy okazji zapraszam na do naszej akcji wielkopostnej „Jerycho – zmień swoje nawyki”. Może warto będzie te nauki zastosować właśnie do stałego zaprzyjaźnienia się z Pismem Świętym!
A wracając do tematu, myślę, że każdy katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące. I to jest bardzo dobry pomysł, bo pozwala na głębsze zrozumienie konkretnych treści i ich odniesienie do swojej codzienności. Nie ma uniwersalnej, jednej metody. Papież Benedykt XVI mówił tak: „Rozważajcie często Słowo Boga i pozwólcie, aby Duch Święty był waszym nauczycielem. Odkryjecie wówczas, że myśli Boga nie są myślami ludzi. Będziecie skłonni kontemplować prawdziwego Boga i odczytywać wydarzenia historii Jego oczyma. Zakosztujecie w pełni radości, jaką rodzi prawda”. To jest właściwy klucz do lektury Pisma Świętego.
Nie chodzi tylko o poznanie treści minionych wydarzeń, biografii Jezusa czy dziejów pierwotnego Kościoła, ale o czerpanie wiedzy i mądrości potrzebnej człowiekowi tu i teraz, powiązanie tych wydarzeń ze swoim życiem, o poddanie się Bożemu prowadzeniu, słuchanie Jego głosu każdego dnia, w każdej sytuacji. Przy takim podejściu do Pisma Świętego człowiek z biegiem lat czerpie z niego coraz więcej, coraz więcej odkrywa, rozumie i można powiedzieć, że ta lektura nigdy dla niego się nie kończy. I – uwaga – co najważniejsze: człowiek, który poznaje Stwórcę przez lekturę Biblii, w końcu dojdzie do pragnienia – ja chcę nie tylko o Bogu czytać, ja chcę Jego!
Czy ma ksiądz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby zacząć czytać Pismo Święte, ale czują się zniechęcone jego objętością lub trudnością w zrozumieniu niektórych fragmentów?
W dzisiejszych czasach można wykorzystać różne narzędzia, takie jak aplikacje mobilne, audiobooki lub podcasty, które dają łatwy dostęp do lepszego rozumienia Pisma Świętego. Trzeba jednak pamiętać, że głównym celem czytania Biblii nie jest jej zrozumienie, ale raczej sięgnięcie do tego, co jest niejako pod naskórkiem tekstu – a jest tam sam Bóg, którego możemy spotkać, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy tego, co czytamy. On jest przecież Słowem, a to Słowo, które czytamy jest Bogiem.
W seminarium przeczytałem na głos w oryginalnym języku dwa razy cały Nowy Testament. Niewiele z języka greckiego rozumiałem, ale chciałem się “otaczać” Bogiem. Fale dźwiękowe, wiadomo, nie są Bogiem, ale to Słowo Nim jest. Jeśli coś wydaje się nam niezrozumiałe, zbyt trudne, a bardzo nam zależy na zrozumieniu, mamy dziś sporo możliwości, by znaleźć pomoc, wsparcie, wyjaśnienie nurtujących nas kwestii. Jedną z nich jest Teobańkologia, bezpieczna przestrzeń modlitwy przeniknięta Słowem Bożym, z naszym hasłem “Niech Ewangelia się niesie na chwałę Bożą i pożytek ludzi jak najlepszymi środkami”.
Jakie są Księdza ulubione fragmenty Pisma Świętego?
Ewangelia św. Jana 10,10 [Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości – KAI] – ten cytat umieściłem też na moim obrazku prymicyjnym. Gdy rozważałem ten fragment, dotarło do mnie, że Pan Bóg chce dla mnie szczęścia, życia w obfitości tutaj na ziemi.
Wcześniej chrześcijaństwo kojarzyło mi się inaczej: Królestwo Boże rozumiałem jako rzeczywistość odległą, niedostępną człowiekowi tu i teraz, na ziemi mam się męczyć i cierpieć, by potem pójść do nieba. Ten fragment zmienił moje myślenie. Zrozumiałem też, że odnosi się on do mojej misji. Ja jako pasterz dostałem misję od Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa – po to, by uczynić obfitym życie innych.
Czy ma Ksiądz jakieś osobiste świadectwo dotyczące momentu czytania Pisma Świętego, który wpłynął znacząco na Księdza życie duchowe?
Przypominam sobie taką sytuację, gdy miałem 17 lat i jechałem autobusem do szkoły. Natknąłem się wtedy na fragment, który opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym. Jezus zapytał tego człowieka: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”, a on mu odpowiedział „Panie, żebym przejrzał”. Tak bardzo mnie wtedy dotknęły te słowa, przez kolejne dni wypowiadałem je niemalże bez przerwy i były tak naprawdę początkiem mojego głębokiego nawrócenia, zmiany, kiełkowania dobrych pragnień i uzdrowienia wielu ran na duszy.
Gdzie szukać pomocy w interpretacji niezrozumiałych fragmentów Pisma Świętego?
Pismo Święte jest zbiorem tekstów, które wymagają znajomości pewnego kontekstu i umiejętnej interpretacji. Czytanie Biblii bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania może prowadzić do niewłaściwego zrozumienia treści, odnalezienia w niej sprzeczności, nawet absurdów, wyprowadzenia błędnych wniosków, wypaczenia obrazu Boga i Jego miłości. Dlatego warto korzystać z powszechnie dziś dostępnych komentarzy i objaśnień opracowanych przed doświadczonych biblistów, uwzględniających kontekst historyczny i kulturowy oraz kwestie języka i tłumaczeń, dobrym pomysłem jest też lektura we wspólnocie.
Warto również korzystać z innych katolickich źródeł, takich jak publikacje katolickie, czasopisma, strony internetowe i aplikacje mobilne, które oferują komentarze, wyjaśnienia i materiały pomocne w zrozumieniu Pisma Świętego. Tylko proszę, by te moje powyższe zachęty do zgłębiania wiedzy o Biblii nie zniechęciły do tego, by by po prostu Pismo Święte otwierać i czytać. Ono jak zaklinacz węży będzie nawet bez naszego zrozumienia lub odczucia wyrzucać z nas złe myśli i pragnienia, o ile z wiarą i otwartym sercem staramy się je zgłębić i odnieść do swojego życia.
rozmawiała Anna Rasińska/KAI/Tygodnik Niedziela
***
Ks. Krzysztof Wons:
Słowo Boże już nas zna, czeka na nas
***
O medytującym Kowalskim, który wychodzi pokonany jako… zwycięzca, mówi ks. Krzysztof Wons, salwatorianin.
Marcin Jakimowicz: Jeszcze przed dekadą plakat ze słowem „medytacja” pachniał z daleka New Age. Dziś to słowo pada coraz częściej w zakrystiach i salkach katechetycznych…
ks. Krzysztof Wons: I Bogu dzięki! Nie możemy być w odwrocie, nie możemy być w sytuacji, gdy słowa, które opisywały święte wartości, jak „tęcza”, „orientacja”, „medytacja”, zostają skradzione przez narrację tego świata. To przecież ogromne bogactwo, głęboko zakorzenione w chrześcijaństwie. Słowo meditare wskazuje przecież na to, co dzieje się z nami w najświętszym momencie, jakim jest słuchanie słowa Bożego i przyjmowanie go do własnego życia. Jak moglibyśmy z niego rezygnować? By nie wprowadzać w błąd ludzi zagubionych w informacyjnym chaosie, dodaję do słowa „medytacja” określenie „chrześcijańska”.
Jan Kowalski chce rozpocząć dzień od biblijnej medytacji. Poranki są naprawdę dobre? A może zostawić sobie medytację na wieczór, na deser?
Nie! Poranki są bardzo dobre, bo pokazują, że… decyzja nie jest po naszej stronie. Słowo już nas wybrało. Słowo jest poranne, paschalne, otwierające. Wybrzmiewa w nim poranek wielkanocny. Jest w nim Syn Ojca, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał. A On jest zawsze poranny. Ja naprawdę nie muszę czekać cały rok na śniadanie wielkanocne. Mogę je spożywać codziennie, i to zasiadając do stołu z samym Jezusem. Poranna medytacja słowa jest jak wschodzące słońce. Ma ona wyprzedzać wszystko, bo „bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Przecież wyznajemy od pierwszej strony Biblii, aż po Prolog Janowy, że „na początku było Słowo” (Brandstaetter przetłumaczy „na początku jest Słowo”). To Ono daje początek wszystkiemu. Ono stworzyło i stwarza ten świat. Teologia mówi o creatio continua – ciągłym stwarzaniu. Jestem nieustannie stwarzany przez Słowo. W dzień i w nocy.
Kowalski postanawia medytować, „gdy znajdzie czas”. Da się tak czy musi z góry go sobie wygospodarować?
Musi go sobie wygospodarować, bo inaczej wszystko skończy się na pobożnych życzeniach. Niezwykle ważne są systematyczność i wierność. Słowo powinienem asymilować od poranka, i to najlepiej jeszcze przed śniadaniem. Jasne, trzeba być realistą i dostosować medytację do planu dnia. Jesteśmy bardzo niecierpliwi i czytamy Biblię, przyciskając od razu klawisz „enter”. Domagamy się natychmiastowej odpowiedzi. A Biblii trzeba dać czas. To żywa księga, która bada nasze intencje. Jesteśmy pokoleniem, które spędza sporo godzin przy komputerze i ma pod paluszkami klawiaturę. Wydaje się nam, że wciskając „enter”, mamy wszystko pod kontrolą. Klikamy i wyświetlamy to, co chcemy. A pokorny Bóg, który ukrył się w literze, otwiera się przed nami stopniowo, gdy spotyka się z naszą miłością. Słowo Boże już nas zna, czeka na nas.
Kowalski zerka na opasły tom Biblii i drapie się po głowie: od czego zacząć? Od słowa „z dnia”?
Wyjął mi to pan z ust! Unikajmy myślenia, że to ja wybieram słowo. To ono wybiera mnie. Kościół, jak dobra matka, karmi nas nim we wszystkich szerokościach geograficznych, a dzień rozpoczyna z nim i profesor teologii, i prosty robotnik, i proboszcz, i wikary. To nie jest słowo, które pochodzi od Kościoła, on je jedynie przekazuje. Czytajmy słowo „z dnia”. Jasne, można się na nie otworzyć już wcześniej. W Centrum Formacji Duchowej jednym z owoców gorzkiego czasu COVID-u jest codzienne internetowe przygotowanie do słuchania słowa z kolejnego dnia. Z tej propozycji korzystają tysiące osób!
Śniadanie wielkanocne smakuje, bo jest raz w roku. Co zrobić, gdy trawione dzień w dzień słowo nam powszednieje?
Być mu wiernym i czytać je codziennie. Nawet jeśli nie czujemy jego smaku. Jesteśmy wychowywani do hedonistycznego, zrelatywizowanego przeżywania rzeczywistości: „To czuję, tego nie; to lubię, tego nie”, a słowo niezależnie od tego, w jakim jestem stanie (czy uniesienia, czy acedii), jest zawsze takie samo – i jest pełne życia. Rozwiązanie? Być wiernym, stałym, konsekwentnym, nie oceniać medytacji wedle własnego samopoczucia (to pułapka, którą Zły chętnie wykorzystuje). Mówię kończącym rekolekcje: „Być może owoc zobaczysz dopiero po miesiącach, po latach. Ale naprawdę go zobaczysz!”. Słowo przemienia od środka, delikatnie, bez fajerwerków. W Krakowie nie ma weekendu bez fajerwerków, a niebo jest im potrzebne jedynie jako tło. Nie możemy z Boga robić tła dla naszych medytacyjnych fajerwerków, a z Biblii tła dla naszych oczekiwań!
Kowalski, otwierając Biblię, ma zrezygnować z oczekiwań i pragnień?
Nie! Ma chodzić z wielkimi pragnieniami, ale jednocześnie szukać w sobie wewnętrznej wolności wobec własnych oczekiwań. Czasami musi przełknąć gorzkie lekarstwo, ze świadomością, że jeśli będzie je cierpliwie zażywał, to pomoże mu wyzdrowieć. Bóg ma odpowiedź na wszystko, naprawdę. Trzeba tylko otwierać Biblię i czytać, czytać, czytać.
Właściwie kto kogo czyta? Kowalski Biblię czy Biblia Kowalskiego?
To kluczowe pytanie! To Biblia czyta mnie, choć wydaje się, że jest odwrotnie. To absolutne sedno tej rzeczywistości! To nie my mamy panować nad tekstem, ale on nad nami. Jak wiele zależy od tego, jak się otwieram na Słowo, czy je przeżywam i „przeżuwam”. Lectio divina to przecież Boże czytanie. To Bóg mnie czyta, nie ja Jego. Może być przecież i tak, że czytam słowo, nie wychodząc poza własne myśli. Benedykt XVI przypominał, że trzeba pytać, co mówi tekst sam sobie, bo istnieje niebezpieczeństwo, że moje czytanie będzie jedynie pretekstem, by nigdy nie wyjść poza własne myśli. Wiem lepiej! Ktoś otwiera Biblię i ziewa: „Znowu to samo? Co tu jeszcze medytować? Ileż homilii na ten temat powiedziałem”.
Często zdarza się Księdzu odkryć coś nowego w słowie, które zna na pamięć?
Nieustannie. Bo ono nigdy nie jest tym samym Słowem. Stare są tylko litery, ale za ich murem skrywa się słowo, które jest zawsze świeże, nowe, kochające. Nie narzekajmy: „Znam to na pamięć”. I nie chodzi nawet o pamięć intelektualną, ale o serce, bo to ono „pamięta”. Psycholog powie, że najsilniejsza pamięć to pamięć przeżyciowa. Ojcowie pustyni – często analfabeci – uczyli się na pamięć całych ksiąg czy nawet psałterza.
Ale często „przeżuwali” przez cały dzień jedno słowo!
Sam to praktykuję. Łapię się jednego zdania, wersetu i to przeżuwam. „Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione. Starożytni powtarzali, że „Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli”. Tym jednym jedynym, najdroższym słowem jest imię „Jezus”.
„Tylko Jego imię zawiera Obecność, którą oznacza” – czytam w katechizmie.
To przecież to jedno jedyne Słowo uczyło tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. Świetnie, że o tym mówimy, bo to ono właśnie odróżnia medytację chrześcijańską od niechrześcijańskiej. Ewagriusz z Pontu podpowiadał, by powtarzać to Imię „z gniewem” (użył takiego określenia! Chodziło mu o wiarę, dynamikę, modlitwę całym sercem), dlatego że to Słowo kryje w sobie moc, rodzi do życia, zbawia. To nie jest tak, że jakąś techniką wywołuję skutki (to sedno medytacji niechrześcijańskiej). To nie jest mantrowanie, które przynosi ukojenie. Niektórzy podpowiadają: powtarzaj jedno słowo, nieważne jakie. Nie! Tu nie ma relatywizmu, tu chodzi o słowo Boga, bo to Ono nas stwarza.
A gdy Kowalski natrafia na fragment, którego nie rozumie? Na przykład opis budowy świątyni? Ma się mu poddać?
To kluczowe sformułowanie! Trzeba czytać, nie rezygnować. Najbardziej głęboka modlitwa jest… pasywna. Passivum divinum. Pozwalam słowu działać. To najbardziej święty moment medytacji. I nie chodzi o letniość, bierność, doskonale znany nam stan „lelum polelum”. Łukasz opisał, jak pięknie przeżywa ten stan Maryja. Najpierw słucha, potem zachowuje, jednocześnie strzeże – tłumacząc inaczej: „strzeże jak żołnierz” (zdając sobie sprawę, że złodziej szuka okazji, by to słowo wykraść) – i wreszcie medytuje, czyli pozwala, „by słowo wyjaśniało się przez słowo”.
„Jeszcze nikt swoim pytaniem okna w niebie nie wybił. Odpowiedzi w niebie nie brakuje, brakuje dobrych pytań. Nieraz trzeba się z Biblią pokłócić” – opowiadał mi Ksiądz. Kowalski się na to odważy?
Czasami jego medytacja będzie przypominała walkę Jakuba z aniołem. W ciemnej nocy zniechęcenia, posuchy, zmęczenia. Najważniejsze jest to, co zrobił Jakub. Jego krzyk: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!”. Bóg zachęca: „Kłóć się ze Mną, wiedź ze Mną spór”. W medytacji przychodzi moment, który ojcowie starożytni nazywali synkrisis – kryzysem. Konfrontacja. Słowo wprowadza cię w błogosławiony kryzys, który prowadzi do nawrócenia. Kłóćmy, się, walczmy, opowiadajmy Bogu, „co nam leży na wątrobie”. Ważne, byśmy na końcu otrzymali imię, które otrzymał Jakub: „Walczący z Bogiem”, bo „walczyłeś z Bogiem i ludźmi i zwyciężyłeś”. Kto wyszedł z tej medytacji, kuśtykając, z przetrąconym biodrem? Anioł czy Jakub? Ale – uwaga! – Jakub wyszedł jako zwycięzca. Nigdy bardziej nie jesteśmy zwycięzcami niż wtedy, gdy dajemy się pokonać przez Boga i Jego słowo.
Na to, co się kocha, czas się zawsze znajdzie. Przybywa tych, którzy kochają Pismo Święte – więc mają dla niego czas.
Msza w Niedzielę Słowa Bożego. Proboszcz, rozpoczynając kazanie, pokazuje egzemplarz Biblii. Sam wygląd księgi robi wrażenie: zakładki, naklejki, adnotacje, uwagi na marginesach. Ksiądz zobaczył to Pismo Święte podczas wizyty kolędowej w domu Grażyny i Stanisława Kotów i pożyczył je w charakterze rekwizytu kaznodziejskiego.
Lektura Biblii jest dla Grażyny i Staszka czymś niezwykle istotnym. Skąd ta miłość do słowa Bożego? – Zaczęło się po kursie ewangelizacyjnym „Emaus”. Tam zadeklarowaliśmy, że chcemy poświęcić pół godziny dziennie na czytanie Biblii. Od tego dnia czytamy słowo Boże po kolei, od początku do końca. Jeden rozdział dziennie – tłumaczy Grażyna.
– Jeżeli coś się powiedziało, to temu słowu trzeba być wiernym. Teraz czytamy Biblię już chyba po raz szósty – wyjaśnia Staszek.
Słowo Boże odpowiada na wiele ich pytań. Gdy Grażyna w czasie modlitwy otwiera Pismo, często otrzymuje precyzyjną odpowiedź na przedstawiony Bogu problem. Na przykład gdy najmłodszy syn zdał maturę i dostał pracę, nie bardzo chciał iść na studia. – Ja mówię: zapytajmy, jak Pan Bóg chce tym pokierować. Otwieramy słowo Boże i czytamy: „Nie jest dobra gorliwość bez wiedzy, a kto przyspiesza kroku, pobłądzi” (Prz 19,2) – śmieje się Grażyna. Odpowiedź była tak oczywista, że Tomek poszedł na studia. Od razu mu się spodobało, ale w domu było krucho z pieniędzmi. Znajomi mówią: „Wiecie, ile to kosztuje? Macie za co?”. Grażyna modli się, sięga do Pisma Świętego, otwiera i czyta: „Za naukę dajcie wielką ilość srebra, a zyskacie z nią bardzo wiele złota” (Syr 51,28). – Pan Jezus przez Pismo Święte powiedział, że nas w tym nie opuści. I to się wszystko stało, kiedy trzeba było, pojawiały się pieniądze – opowiada wzruszona.
Słowo odpowiada
Kilka lat temu państwo Kotowie zostali oszukani przy zakupie węgla przez internet. Stracili pieniądze i zostali z niczym. Modląc się, zajrzeli do Biblii. „Pan użyczy łaski, a ziemia nasza wyda owoc” – przeczytała Grażyna 13. wiersz Psalmu 85. Bardzo ją to uderzyło. W jej egzemplarzu Biblii ten werset jest podkreślony, a obok niego widnieje odręczna adnotacja: „8 XI 2020 otrzymaliśmy węgiel”. Jakim cudem? Ano było tak: Grażyna zadzwoniła do Agnieszki, znajomej ze wspólnoty Jezusa Miłosiernego, do której i państwo Kotowie należą. Chciała ją wesprzeć w kryzysie, który tamta przeżywała. W czasie rozmowy Grażyna wspomniała o oszustwie, którego padła ofiarą. Agnieszka natychmiast zaalarmowała wspólnotę, że Grażyna i Staszek nie mają węgla. Kilka dni później pod ich dom podjechała ciężarówka z zapasem węgla na cały sezon grzewczy. – Trudno przyjąć pomoc, ale mieliśmy wrażenie, że to się nam stało, żeby wspólnota „wydała owoc”. Bo myślę, że ta „ziemia” to jest nasza wspólnota, która zareagowała – uśmiecha się Grażyna.
– Sądzę, że jeśli codziennie poświęcamy czas słowu Bożemu, to ono także nam jakoś odpowiada. Tak jakby Bóg mówił: „Skoro ty jesteś wierny słowu, to słowo jest wierne tobie” – przekonuje Staszek.
Słowo Boże u państwa Kotów pełni funkcję nauczyciela i przewodnika. Służy także jako podarunek: gdy ktoś ma urodziny, małżonkowie modlą się, otwierają Biblię i posyłają mu przeczytany fragment. Wielu stwierdza potem, że to było im bardzo potrzebne.
Staszek za sprawą swojej miłości do Pisma Świętego zaczął interesować się językiem hebrajskim. – Skoro to święty język Biblii, to ja chcę go usłyszeć. Dlatego codziennie staram się przeczytać na głos fragment w tym języku. Wtedy sam się tym słowom przysłuchuję – mówi Staszek. Przyjął też taką praktykę, że zanim sięgnie po Pismo Święte, myje ręce. – Zauważyłem, że gdy na aukcji biorą do ręki jakąś cenną rzecz, robią to w białych rękawiczkach. A tu mam coś jeszcze cenniejszego – wyjaśnia.
– Wczoraj robiłam coś do jedzenia i tak sobie pomyślałam: narobisz się, zjemy raz-dwa, mycie i znowu to samo. A teraz siadasz do słowa Bożego i ono cię nakarmi. Ono da ci wszystko, czego potrzebujesz, i wypełni wszystkie twoje niedostatki. Pismo Święte mnie naprawdę karmi – zapewnia Grażyna.
Otwarcie drzwi
Miłość do słowa Bożego to doświadczenie wielu katolików. Marta Witkowska zachwyciła się Bogiem dawno temu, na rekolekcjach oazowych. – Bardzo chciałam poznać Tego, o którym tak fenomenalnie opowiadali moi znajomi. Wtedy zaczęłam czytać Pismo Święte dzień po dniu. Pasjonował mnie Bóg, który sam siebie przedstawia na jego kartach – opowiada. Chciała wiedzieć o Nim więcej i więcej. – Zaczęłam czytać o kulturze starożytnego Izraela, o zwyczajach semickich, ciekawił mnie kontekst historyczny, poznawałam często niezrozumiałe dla mnie obrazy, którymi w Biblii Bóg opowiada o sobie – tłumaczy. Kilka lat temu także ją zafascynował język hebrajski. – To otworzyło kolejne drzwi do przygody ze słowem Bożym. Odkrywanie głębi języka, wieloznaczeniowości słów, ich kolorytu i niezwykłej barwy, sprawia, że mogę codziennie doświadczać i uczyć się na nowo, jaki jest Ten, któremu zaufałam i w którym bez reszty zakochałam się 28 lat temu – cieszy się Marta.
Ks. Marcin Duś z diecezji tarnowskiej ze wzruszeniem mówi o znaczeniu słowa Bożego w swoim życiu. Jeszcze jako diakon szukał cytatu na prymicyjny obrazek, a zarazem na hasło kapłańskiej posługi. Wybrał słowa z Psalmu 37: „Powierz Panu swą drogę, zaufaj Mu, a On sam będzie działał”. – Przez te lata, które upłynęły od święceń kapłańskich, Pan nieustannie konfrontował mnie z tymi słowami: na ile potrafię Mu zaufać. I z każdym rokiem coraz bardziej się przekonuję, do jak niezwykle głębokiej ufności zaprasza mnie Bóg. Cokolwiek by się działo w moim życiu, wiem, że On mnie prowadzi, a ja nie mam się czego bać – przekonuje. I dodaje: – To jest piękne, że te słowa to nie tylko hasło na prymicyjny obrazek, ale i program na całe życie kapłańskie.
Słowo uzdrowienia
Arkadiusz Szweda z sentymentem wspomina pewien marcowy poranek na weekendzie Alpha. – Rano wstałem wcześniej i po raz pierwszy w życiu przeczytałem słowo z dnia. Była to przypowieść o miłosiernym ojcu. Nie tylko przeczytałem, ale i przyjąłem. Więcej: zobaczyłem w tej perykopie siebie. I to w obu synach… – wspomina. Od tamtej pory Biblia stała się dla niego pożywieniem. – I karmi mnie Król królów swoim słowem codziennie. Choć minęło od tego czasu kilkanaście lat, to słowo nadal się dzieje – wyznaje.
Łukasz Samek opowiada o członku swojej dalszej rodziny, który nie mógł wybudzić się po operacji na sercu. – Byliśmy z żoną na adoracji w kościele, modląc się za Mariana. Po niej żona wyciągnęła z koszyczka karteczkę z fragmentem Psalmu 30. Mocno dotknęły nas słowa: „Jaki będzie pożytek z krwi mojej, z mojego zejścia do grobu? Czyż proch Cię będzie wysławiał albo rozgłaszał Twą wierność?” oraz: „Biadania moje zmieniłeś mi w taniec; wór mi rozwiązałeś, opasałeś mnie radością, by moje serce, nie milknąc, psalm Tobie śpiewało”. Już wtedy byliśmy niemal pewni, że ta choroba nie prowadzi do śmierci, ale do większej chwały Bożej – opowiada Łukasz. W sobotę na weekendzie Alpha modlili się w grupie kilku osób o uzdrowienie kuzyna. Następnego dnia serce się uspokoiło, ale lekarze obawiali się, że jeśli mężczyzna się wybudzi, to może być w kiepskim stanie. Marian jednak obudził się bez niepełnosprawności, co medycy uznali za niewytłumaczalne.
Warunek życia
Łukasz Wilczyński z Open Doors spotyka ludzi, dla których samo posiadanie Biblii jest marzeniem. Na przykład w Hondurasie. – Tam Pismo Święte nie jest ozdobą czy dodatkiem do życia – jest jego warunkiem – zauważa. To tam 34-letni Armando każdego dnia idzie głosić Ewangelię do więzień. Dotrzymuje słowa, które złożył po tym, gdy jako 18-latek został brutalnie pobity. „Jeśli mnie stąd wyprowadzisz, Boże, będę Ci służył całe życie” – modlił się, leżąc na ziemi. – Dziś jego „amboną” do ewangelizacji są mury przepełnionych do granic możliwości więzień. Tam nie rządzi prawo państwowe, lecz gangi. Tam każde słowo jest ważone, a każda decyzja może kosztować życie. Głoszenie Ewangelii bywa tolerowane tylko pod warunkiem, że nie dotyczy „tych ludzi, co nie powinno”. A jednak Armando wraca, bo jak mówi, „każdy ma prawo poznać prawdę” – opowiada Łukasz.
Problem w tym, że w kraju, gdzie ponad połowa społeczeństwa żyje w skrajnym ubóstwie, Biblia bywa luksusem. Czasem Armandowi brakowało pieniędzy nawet na dojazd do miejsca posługi, nie mówiąc już o książkach. Posługa opierała się na pamięci, na pojedynczych fragmentach Pisma i na wierze. – Przełom przyszedł wraz ze wsparciem naszej organizacji Open Doors. W lipcu do Hondurasu trafiły egzemplarze Biblii oraz książek o tematyce chrześcijańskiej, a dziesięciu liderów, w tym Armando, przeszło specjalistyczne szkolenie dotyczące biblijnego przeżywania prześladowań. Od tego momentu posługa zaczęła wychodzić poza mury więzień. Pojawiły się szkoły, uczelnie, a z nimi młodzi ludzie, którzy po raz pierwszy trzymali w rękach własną Biblię – tłumaczy Łukasz Wilczyński.
Inna uczestniczka tego szkolenia, Isabella, pracuje w jednym z najbardziej niebezpiecznych regionów kraju. Dla niej otrzymane materiały były jak światło zapalone w ciemnym pomieszczeniu – nagle wszystko stało się wyraźniejsze. Mówi: „Wielu ludzi przychodzących do kościoła nie ma Biblii. Teraz możemy im ją dać”.
Open Doors dostarczyło w 2024 roku ponad 2,5 mln egzemplarzy Pisma Świętego oraz książek o tematyce chrześcijańskiej do krajów, gdzie są trudno dostępne lub wręcz zakazane. – To miliony historii podobnych do świadectw Armanda i Isabelli – tłumaczy Łukasz Wilczyński. I dodaje: – Miliony ludzi, dla których słowo Boże nie jest oczywistością, lecz darem okupionym odwagą i solidarnością innych chrześcijan.
Franciszek Kucharczak – Gość Niedzielny
***
10 powodów, dla których warto czytać Pismo Święte
fot. episkopat.pl
***
Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte. Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Podzielę się dziesięcioma powodami – pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi.
Po co Niedziela Słowa Bożego?
30 września 2019 r. Papież Franciszek opublikował list „Aperuitillis”. Okazją do napisania krótkiego, ale bardzo treściwego dokumentu o Biblii była 1600 rocznica śmierci św. Hieronima. Wszak to słynny tłumacz Wulgaty powiedział: „Nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa”. W dokumencie tym Ojciec Święty między innymi ustanawia Niedzielę Słowa Bożego, która ma przypadać w 3. niedzielę zwykłą.
Powodów wybrania jednej niedzieli na to, by skupić wszystkie myśli na Piśmie Świętym jest kilka. Po pierwsze na zakończenie Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia Papież poprosił, aby «jedna niedziela [w ciągu roku została] w całości poświęcona słowu Bożemu, aby zrozumieć niewyczerpalne bogactwo pochodzące z tego nieustannego dialogu między Bogiem a Jego ludem» (List Apost. Misericordia er misera, 7). Po drugie, ma to pomóc wiernym „wzrastać w miłości i w świadectwie w wiary” (AI, 2). Po trzecie, wybór niedzieli w tym czasie roku liturgicznego jest odpowiednim w kontekście troski o jedność chrześcijan i dialog religijny z wyznawcami judaizmu. Jak to ujął Franciszek: „Nie jest to przypadek: celebrowanie Niedzieli Słowa Bożego wyraża charakter ekumeniczny” (AI, 3).
Uroczyste, czyli jakie świętowanie?
Jak można przeżywać tę niedzielę? Z jednej strony Ojciec Święty zachęca ogólnie, by „przeżywać tę Niedzielę jako dzień uroczysty” (AI,3) tak, by była ona poświęcona „celebracji, refleksji oraz krzewieniu Słowa Bożego” (AI, 3). Z drugiej podaje konkretne przykłady, co można w ten dzień zrobić: intronizację Pisma Świętego, udzielanie urzędu lektoratu, wręczenie przez proboszcza wiernym całej Biblii albo chociaż jednej Księgi. Niewątpliwie to też najlepszy czas na to, by całą homilię poświęcić Słowu Bożemu. Przecież niedawno czytaliśmy o tym, że „Słowo stało się Ciałem”, jak i rozpoczęliśmy nowy cykl czytań w Liturgii, co jest dobrą okazją, by chociaż wytłumaczyć sens i układ czytań mszalnych.
Dołóżmy do tego jeszcze parę propozycji. Niedziela ta jest dobrą okazją, żeby zaprezentować ciekawie aplikację z tekstami biblijnymi (np. „Pismo Święte” Zespołu Pisma Świętego), super produkcję Biblii Audio czy strony internetowe z najpiękniejszymi obrazami biblijnymi (np. artbible.info czy biblical-art.com). To dobry czas, bo sprawdzić, czy i gdzie w domu znajduje się Pismo Święte, porozmawiać o sensie i pożyteczności czytania Słowa Bożego, jak również podzielić się najbardziej uderzającymi postaciami, wydarzeniami czy cytatami z Biblii. Jeśli ktoś nie przeczytał jeszcze listu papieża Franciszka „Aperuitillis”, to niech to zrobi właśnie w tę niedzielę. Tak jak wigilia jest dobrym czasem na składanie życzeń najbliższym, jak Popielec właściwym dniem, by posypać głowę popiołem, tak Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte.
Dlaczego warto? 10 powodów
Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Powodów jest zapewne wiele. Podzielę się dziesięcioma powodami, pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi. Nawet jeśli ktoś nie jest osobą wierzącą, warto, by przeczytał Biblię. Po co? Po to…
1) by rozumieć 1/3 ludzkości, czyli chrześcijan i Żydów.
2) by rozumieć literaturę, jak „Na wieży Babel” Szymborskiej czy „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa,
3) by rozumieć dzieła sztuki, jak „Powrót Syna Marnotrawnego” Rembrandta czy „Ofiarę Izaaka” Caravaggia,
4) by rozumieć muzykę, chociażby „Pasję wg św. Mateusza” Bacha czy „Mesjasza” Haendla,
5) by rozumieć język, gdy ktoś powie o zakazanym owocu czy nazwie cię faryzeuszem.
A jeśli jest ktoś wierzącym, znajdzie dodatkową motywację. Jaką? Czytam Biblię…
1) żeby być wiernym Jezusowi, który mówi: „Pisma nie można odrzucić” (J 10,35),
2) żeby Jezusa poznać, bo „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” (św. Hieronim),
3) żeby być wiernym Kościołowi, który zachęca „aby w każdym domu była Biblia … by można ją było czytać i posługiwać się nią w modlitwie” (Benedykt XVI, VD 85),
4) żeby spotykać się z Bogiem, „albowiem w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (SWII, KO 21),
5) żeby nie zmarnować życia, bo każdego kto słucha słów Jezusa i wypełnia je, „można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony” (Mt 7,24-25).
Kiedy czytamy Biblię, „w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (Dei Verbum, 21). Dla takiego Ojca warto i dla takich rozmów nie szkoda marnować czasu.
ks. Wojciech Węgrzyniak/Stacja7.pl
***
fot. Kamil Gąszowski /GośćNiedzielny
Dzięki autorskiej aplikacji ks. Januszkiewicza nauka biblijnego hebrajskiego i greki staje się dostępna na wyciągnięcie ręki. Otwiera to drogę do osobistego studium Pisma Świętego w oryginale.
Rozszyfruj Boży list
O tym, czy nowe technologie mogą być sprzymierzeńcem w rozwoju duchowym, dlaczego każdy tłumacz jest zdrajcą i jak smartfon może stać się bramą do starożytnego świata Biblii, mówi ks. Marcin Januszkiewicz, proboszcz par. św. Bartłomieja Apostoła w Topoli, biblista, twórca aplikacji Biblos do nauki greki i hebrajskiego.
Kamil Gąszowski: Ostatnio odkryłem, że sztuczna inteligencja zaskakująco skutecznie pomaga w odnajdywaniu biblijnych kontekstów i poszerzaniu zrozumienia tekstu. Czy nowe technologie mogą stać się naszym sprzymierzeńcem w rozwoju duchowym?
ks. Marcin Januszkiewicz: Oczywiście. Samo AI to rzeczywiście duże ułatwienie, choć technologia jest nowa i wciąż trochę się jej boimy. Trzeba pamiętać o zagrożeniach. Sztuczna inteligencja często się myli i, co gorsza, nie potrafi się do błędu przyznać. Dlatego trzeba podchodzić do niej ostrożnie.
Z drugiej strony to świetne narzędzie do zgłębiania Pisma Świętego. Pomaga klasyfikować treści i znajdować konkretne cytaty pasujące do danej idei czy myśli, którą w sobie noszę. Pozwala dostrzec konteksty, których nie znaleźlibyśmy tak wprost, bez sięgania po podręczniki i komentarze. Sam wykorzystuję AI w pracy naukowej, żeby porządkować myśli i idee, które w Biblii są mocno porozrzucane. To pomaga zrozumieć, jak one dojrzewały, bo inaczej wyglądają w Księdze Rodzaju, inaczej w Psalmach, a jeszcze inaczej w Nowym Testamencie.
Również tłumaczenia są żywe i się zmieniają, co wpływa na nasze rozumienie Biblii.
Powiedzenie Traduttore, traditore – „Tłumacz to zdrajca” – jest tutaj bardzo trafne. Każdy przekład Pisma Świętego jest już pewnego rodzaju interpretacją tłumacza. Weźmy prostą sprawę: czy napisać słowo „duch” małą, czy wielką literą? W oryginale wszystko było pisane majuskułą, czyli wielkimi literami. Dobór tej litery ma ogromne znaczenie i zmienia sens całego tekstu. Dlatego tak ważne jest, by nie zatrzymywać się tylko na jednym tłumaczeniu. Jesteśmy bardzo przywiązani do Biblii Tysiąclecia, ale istnieją też inne świetne przekłady, jak choćby Biblia Poznańska, która uchodzi za najlepsze tłumaczenie. Sięgnięcie po inne tłumaczenie pozwala zobaczyć dany fragment z zupełnie nowej perspektywy.
Czy czytanie w oryginale jest dla Księdza takim „prywatnym przekładem”?
Czytanie w oryginale to przede wszystkim wejście w świat biblijny. Tłumaczenia, mimo najszczerszych starań, nie są w stanie oddać wszystkiego, na przykład specyficznych wyrażeń idiomatycznych. Kontakt z językiem oryginalnym pozwala sięgnąć głębiej w treść i poczuć ducha epoki, w której Biblia powstawała.
Nie chodzi o to, że przekłady mocno różnią się od oryginału. Większość jest naprawdę bardzo wierna. Jednak każdy tłumacz sam musi wybrać wariant, który jego zdaniem jest najbliższy prawdy. Czytając w oryginale, to ja decyduję o tym, jak rozumiem tekst. Jestem wtedy wolny od interpretacji, którą nakłada na mnie tłumacz.
Żeby modlić się Pismem Świętym i by było ono żywe dla naszego życia, musimy je dobrze poznać. Pomocą są tu komentarze biblijne, których na naszym rynku jest coraz więcej, ale też właśnie aplikacja Biblos, którą stworzyłem, aby poprzez poznawanie języków biblijnych ułatwić zrozumienie mentalności i kultury, w której powstawała Biblia.
Istnieje zasada, że Pismo tłumaczy samo siebie. Czy to jest właśnie klucz do zrozumienia trudnych fragmentów Biblii?
Tak, ponieważ myśl biblijna zmieniała się na przestrzeni wieków. Pan Bóg nie objawił człowiekowi wszystkiego od razu, ale odsłaniał tajemnice stopniowo.
Kiedy czytamy najstarsze teksty, choćby Torę czy niektóre Psalmy, zauważamy, że w tych pierwotnych warstwach w ogóle nie ma idei życia po śmierci. Człowiek jest równy zwierzętom, które giną, nie ma nic poza tym. Dopiero późniejsze teksty wprowadzają pojęcie Szeolu, otchłani, do której trafia dusza. A objawienie zmartwychwstania i życia wiecznego czy modlitwy za zmarłych pojawia się dopiero w Księgach Machabejskich – zaledwie kilkadziesiąt lat przed Nowym Testamentem.
Widzimy więc wyraźnie, jak te idee i sam obraz Boga ewoluowały w poszczególnych księgach. Aby to właściwie zrozumieć, trzeba czytać te teksty łącznie, w szerszym kontekście. Fragmenty wyrwane z całości zawsze mogą prowadzić do wykrzywienia obrazu Boga.
Jaki jest Księdza ulubiony fragment Pisma Świętego?
Dla mnie takim szczególnym tekstem jest Psalm 131, psalm ufności. W wielu momentach życia stawał się on moją osobistą modlitwą zaufania Panu Bogu. Szczególnie w chwilach trudnych, w obliczu jakiejś tragedii czy życiowego dramatu, ten tekst ma niezwykłą moc przywracania nadziei. Często do niego wracam i właśnie nim się modlę.
Czy w poznawaniu Biblii – żywego słowa Bożego – chodzi właśnie o to, by wyjść poza same litery i wejść w realną więź z Nim?
Oczywiście. Za każdym razem, gdy otwieram ten sam fragment, odczytuję go inaczej, ponieważ zmienia się kontekst mojego życia. Ale przychodzi moment, kiedy ten sam fragment zapada w pamięć na całe życie, bo dotyka najczulszych strun.
Tak było w dniu śmierci mojej mamy. Gdy umierała w szpitalu, w liturgii przypadły akurat słowa Jezusa: „Przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście byli tam, gdzie Ja jestem”. W tamtej chwili stało się to dla mnie osobistym doświadczeniem. Bóg mówił bezpośrednio do mnie. A przecież czytałem ten fragment wcześniej wielokrotnie, choćby na pogrzebach, i nigdy nie miał on dla mnie tak potężnego znaczenia.
Dlatego gdy moi uczniowie pytają: „Po co czytać Biblię kolejny raz, skoro już ksiądz wie, co tam jest?”, odpowiadam, że za każdym razem odkrywa się coś nowego. Bo to nie jest zwykła lektura, ale relacja osobowa. Bóg mówi do nas konkretnie, tu i teraz.
Czy wystarczy po prostu zaufać rytmowi roku liturgicznego, by odkryć, że słowo przewidziane na dany dzień idealnie tłumaczy i wspiera naszą codzienność?
To jedna z najlepszych metod lektury i studiowania Pisma Świętego. Nie jest to ani przypadkowe otwieranie go na chybił trafił, ani realizacja własnego planu, który sami sobie układamy. Tutaj porządek przychodzi z zewnątrz, to liturgia wyznacza nam tekst.
Jest to niezwykle cenne, bo Pan Bóg działa właśnie w ten sposób. Mam wiele takich doświadczeń, kiedy czytanie przewidziane na dany dzień idealnie odpowiadało na sytuację czy pytanie, które akurat nosiłem w sercu. Nagle czytam Ewangelię i widzę, że Bóg precyzyjnie odpowiada na problem, który właśnie dzisiaj przeżywam i który jest dla mnie ważny.
Czy nie jest tak, że chrześcijaninem stajemy się w pełni dopiero wtedy, gdy odczytamy Biblię jako opowieści o nas samych i zaczniemy ją realnie przeżywać?
Właśnie o to chodzi. Musimy nauczyć się przeżywać Pismo Święte jako coś osobistego, przygotowanego przez Boga specjalnie dla nas. To nie jest tekst ogólny, dla wszystkich, ale wiadomość skierowana konkretnie do mnie. Pięknie się mówi, że to list Boga do człowieka, a ja ten list muszę odebrać i przeżyć osobiście.
Choć wszyscy czytamy ten sam fragment, każdy zrozumie go inaczej – i to jest właśnie najcenniejsze. Dlatego nie przepadam za filmami biblijnymi, ponieważ redukują przekaz jedynie do opowiedzenia pewnej historii. A Pismo Święte to nie jest tylko zapis tego, co się wydarzyło kiedyś. To rzeczywistość, która dzieje się dzisiaj. Bóg tekstami sprzed dwóch tysięcy lat odpowiada na to, czym żyjemy tu i teraz.
rozmawiał Kamil Gąszowski– Gość Niedzielny
***
Biblia wraca na “listę bestsellerów”. Niespodziewane przebudzenie duchowe w laickim kraju
W Wielkiej Brytanii sprzedaż Pisma Świętego rośnie w rekordowym tempie, mimo że kraj od dekad uchodzi za jedno z najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw Europy.
fot. depositphotos.com
***
W jednym z najbardziej zsekularyzowanych krajów Europy Biblia znów staje się książką masowo kupowaną. W Wielkiej Brytanii sprzedaż Pisma Świętego rośnie w tempie, jakiego nie notowano od dekad. Towarzyszy temu wyraźny wzrost zainteresowania duchowością – szczególnie wśród młodych dorosłych. Czy to początek głębszej zmiany w zachodnich społeczeństwach?
Niespodziewany powrót
Brytyjski rynek wydawniczy odnotowuje zjawisko, które jeszcze kilka lat temu wydawało się mało prawdopodobne. W 2025 roku przychody ze sprzedaży Biblii osiągnęły 6,3 mln funtów – to wzrost o 134 procent w porównaniu z 2019 rokiem. Szczególnie popularne są nowe edycje językowe, w tym English Standard Version.
Trend nie jest jednorazowym skokiem. Między 2024 a 2025 rokiem sprzedaż Biblii zwiększyła się o kolejne 27,7 procent. Dane Nielsen BookScan pokazują, że kategoria literatury religijnej rośnie dziś szybciej niż cały brytyjski rynek książki, kompensując spadki w segmencie non-fiction.
Choć dla wydawców to przede wszystkim statystyka ekonomiczna, dla socjologów i badaczy religii – ważny sygnał zmiany nastrojów społecznych.
Zjawisko wzrostu sprzedaży Biblii znajduje potwierdzenie w badaniach społecznych. Jesienią 2025 roku Policy Institute przy King’s College London przeprowadziło ogólnokrajowy sondaż “Grateful Britain“, który analizował postawy duchowe Brytyjczyków.
Wyniki pokazują, że najmłodsza dorosła grupa (18–34 lata) częściej niż starsi deklaruje doświadczenia o charakterze duchowym. 21 procent młodych respondentów przyznało, że codziennie odczuwa “głęboki zachwyt nad wszechświatem”. To dwukrotnie więcej niż w grupie 35–49 lat.
Równie wyraźna jest różnica w deklarowanej wierze w Boga – przynajmniej częściowej – którą wskazało 51 procent najmłodszych badanych. Badacze odnotowali też wyższy poziom odczuwanej wdzięczności za życie wśród młodych niż w starszych grupach wiekowych.
Dyrektor instytutu zapowiedział kolejne badania w 2026 roku, które mają sprawdzić, czy obserwowane zmiany utrzymają się w dłuższym okresie.
Kościoły wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii
Wzrost zainteresowania duchowością nie przekłada się jednak wprost na pełny powrót do praktyk religijnych w tradycyjnej formie.
W 2019 roku w katolickich mszach w Wielkiej Brytanii uczestniczyło tygodniowo ponad 700 tysięcy wiernych. W 2024 roku liczba ta była niższa o około 125 tysięcy. Wspólnota anglikańska odnotowała niewielkie wzrosty uczestnictwa w latach 2023–2024, jednak nadal pozostaje o blisko 19 procent poniżej poziomu sprzed pandemii. Katedry anglikańskie zwiększyły frekwencję o 10 procent w 2024 roku, lecz wciąż nie wróciły do wcześniejszych wartości.
Eksperci wskazują, że społeczeństwo powoli odbudowuje nawyki publicznej pobożności po lockdownach, ale długoterminowy trend spadkowy nie został jeszcze odwrócony.
Internet i kryzysy jako nowa przestrzeń ewangelizacji
Badacze zwracają uwagę na jeszcze jeden istotny element – wielu młodych Brytyjczyków pochodzi z rodzin bez chrześcijańskiego zaplecza kulturowego. Ich kontakt z religią odbywa się często poprzez media społecznościowe, podcasty, influencerów czy treści publikowane poza tradycyjnymi kanałami medialnymi.
Religia obecna w Internecie funkcjonuje bez ograniczeń charakterystycznych dla klasycznych mediów, co sprzyja oddolnym formom ewangelizacji. Jednocześnie globalne kryzysy ostatnich lat – pandemia, wojny, rozwój sztucznej inteligencji i rosnące problemy psychiczne – zwiększają potrzebę szukania trwałych punktów odniesienia.
Podobny wzrost sprzedaży Biblii obserwowany jest także w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2025 roku sprzedano ponad 19 milionów egzemplarzy – dwukrotnie więcej niż w 2019 roku. To sugeruje, że zjawisko nie jest lokalne, lecz wpisuje się w szerszą zmianę kulturową Zachodu.
Aleteia.org / Deon.pl
***
Kardynał Dolan wzywa katolików do powrotu do zanikających praktyk religijnych
Emerytowany arcybiskup Nowego Jorku kard. Timothy Dolan opublikował w mediach społecznościowych serię krótkich filmów, w których zachęca katolików do powrotu do zanikających praktyk religijnych tradycyjnie katolickich.
Najświętsze SerceJezusa Chrystusa
fot. ilustracyjne.UNSPLASH
***
Pierwszą z nich jest obecność krucyfiksu w mieszkaniu. „Krzyż jest ośrodkiem naszego życia, ośrodkiem zbawienia”, podkreśla hierarcha, wskazując, że umieszczenie go u siebie w domu jest okazaniem chrześcijańskiej tożsamości rodziny i jej odniesienia do Jezusa Chrystusa jako życiowego przewodnika i Zbawiciela.
Kardynał przypomniał również o praktykowanym w katolickich domach poświęceniu rodziny Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Dostrzega on w tym sposób włączenia życia rodzinnego w stałą i pełną ufności relację z Chrystusem.
Zachęcił także do codziennej modlitwy: porannej, by ofiarować Bogu rozpoczynający się dzień i poprosić Go o pomoc, oraz wieczornej, by podziękować Mu, zrobić rachunek sumienia i – gdy to konieczne – wyrazić żal za grzechy. Taka modlitwa staje się duchową „ramą” dnia.
Emerytowany metropolita nowojorski polecił też czynienie znaku krzyża przed jedzeniem, co staje się dyskretnym, ale rzeczywistym świadectwem. Uczynienie znaku krzyża, by podziękować Bogu również w miejscu publicznym, takim jak restauracja, jest prostym działaniem, które przypomina o miejscu Boga w codziennym życiu człowieka.
Centralne miejsce zajmuje jednak Msza św. w niedzielę. Kard. Dolan podkreśla, że nie jest ona zwykłym aktem pobożności, lecz stanowi filar życia katolika i wymóg zgodny z posłuszeństwem Chrystusowi.
Hierarcha apeluje również o ponowne odkrycie pokutnego charakteru piątku, przypominając dawną praktykę piątkowych wyrzeczeń, zwłaszcza niejedzenia mięsa, na pamiątkę dnia, w którym Chrystus umarł na krzyżu.
Wreszcie kardynał zwraca uwagę na atmosferę liturgii w kościołach, ubolewając, że czasem jest tam „tak głośno jak na parkingu”. Opowiada się za powrotem do ciszy i skupienia przed Mszą św., aby się wewnętrznie przygotować do tej „najważniejszej ze wszystkich modlitw” i do eucharystycznej Ofiary.
Gość Niedzielny
***
Spowiednik ludobójcy. O księdzu, który udzielił rozgrzeszenia nawróconemu zbrodniarzowi z Auschwitz
Wykładowca teologii i organizator tajnych kompletów z jednej strony. Komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Hitlera – z drugiej. O. Władysław Lohn SJ i Rudolf Höss. Spowiednik i… penitent.
fot. Henryk Przondziono/GOść Niedzielny/WIKIPEDIA /PERSONA77
***
Ich drogi przecinały się dwukrotnie. W 1940 roku Rudolf Höss darował życie o. Władysławowi Lohnowi SJ. Siedem lat później o. Lohn wysłuchał spowiedzi komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Władysław
O jego życiu wiadomo niewiele – przeważają suche, biograficzne fakty. Przyszedł na świat 5 kwietnia 1889 roku w Gorzkowie. Już jako 15-latek wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi, następnie kształcił się w Chyrowie, Nowym Sączu i Dziedzicach, gdzie 17 czerwca 1917 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kilka lat później rozpoczął karierę naukową – w Rzymie odbył studia doktorskie z teologii dogmatycznej i fundamentalnej, a we Francji kształcił się w zakresie prawa kanonicznego. Po powrocie do Polski zajął się nauczaniem teologii. Został pierwszym wychowawcą w nowo utworzonym Śląskim Seminarium Duchownym, które mieściło się w Krakowie, a później pierwszym rektorem stworzonego w Lublinie Collegium Bobolanum. Jego dokonania były na tyle znaczące, że w 1928 roku otrzymał nominację na wykładowcę teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kiedy wrócił do Polski, został mianowany przełożonym Prowincji Małopolskiej Towarzystwa Jezusowego.
Wybuch II wojny światowej zastał go w Starej Wsi. Już w grudniu 1939 roku o. Władysław zajął się organizowaniem akcji pomocy materialnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zapomniał jednak o swoich naukowych zainteresowaniach – najpierw zainicjował szeroki krąg tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej, a kiedy Niemcy zamknęli polskie uczelnie i uwięzili profesorów, zorganizował w Nowym Sączu i Starej Wsi wykłady z zakresu filozofii i teologii.
Komendant obozu Auschwitz Rudolf Höss i jezuita Władysław Lohn, który przed śmiercią udzielił mu rozgrzeszenia – montaż. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE / WIKIPEDIA
***
Rudolf
Urodził się 25 listopada 1901 w niemieckim Baden-Baden. Wychowany w głęboko katolickiej rodzinie Rudolf Höss przez całe dzieciństwo gorliwie służył jako ministrant. Jego ojciec miał już dla niego sprecyzowany plan: pójdzie do seminarium i zostanie księdzem. Dziecięca wiara Rudolfa zachwiała się, kiedy miał 13 lat – do jego rodziców dotarła wiadomość o wypadku, który spowodował w szkole. Chłopak uznał, że zdradził go jego spowiednik, zaprzyjaźniony z rodziną Hössów. I choć po latach przyznał, że o złamaniu tajemnicy spowiedzi nie mogło być mowy, to jednak tamto zdarzenie spowodowało, że Rudolf zaczął stopniowo odsuwać się od wiary, żeby wreszcie w wieku 21 lat oficjalnie wystąpić z Kościoła katolickiego. W tym czasie był już żołnierzem i całym sercem, fanatycznie uwierzył w ideę narodowego socjalizmu i w Adolfa Hitlera, „którego rozkazy i wypowiedzi były dla mnie ewangelią” – jak zapisał w swojej autobiografii.
Kiedy Höss został komendantem powstającego obozu Auschwitz, całym sobą zaangażował się w powierzone mu zadanie. „Od początku byłem całkowicie pochłonięty – wprost opętany – moim zadaniem i otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podniecały jeszcze mój zapał. Nie chciałem kapitulować, nie pozwalała mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż tylko swoją pracę” – notował już po wojnie, kiedy uwięziony czekał na proces i wyrok. Jego zapiski to opisy przerażającego, bezwzględnego okrucieństwa, którego dokonywał, będąc absolutnie przekonanym o słuszności swoich działań. Głód, nieludzkie warunki życia, praca ponad siły, tortury, którym byli poddawani więźniowie, wreszcie masowe egzekucje – w ostatnich miesiącach funkcjonowania obozu każdego dnia mordowanych było w nim nawet kilka tysięcy nowo przybyłych więźniów… Całą tą machiną zagłady kierował jeden człowiek.
Pierwsze spotkanie
Była druga połowa 1940 roku. Od kilku miesięcy w Oświęcimiu, z początkiem wojny przemianowanym na Auschwitz, funkcjonował obóz koncentracyjny. Jeszcze nie dymiły krematoryjne piece, jeszcze nie używano cyklonu B do masowej eksterminacji ludzi, ale już wówczas Auschwitz było czymś więcej niż zwykłe więzienie. „Przybyliście do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące” – tak SS Obersturmführer Karl Fritzsch, zastępca Rudolfa Hössa, powitał pierwszy transport polskich więźniów politycznych, przywiezionych do obozu 14 czerwca 1940 roku.
Kilka miesięcy później do obozu trafili pierwsi jezuici. Z pomocą duchową i materialną pospieszył do nich ich prowincjał – o. Władysław Lohn. Nie wiedział, czego się może spodziewać. Oczywiście o legalnym widzeniu z więźniami nie mogło być mowy, zakonnik znalazł jednak przerwę w drucie kolczastym otaczającym obóz i przekradł się na jego teren w poszukiwaniu współbraci. Niestety jego misja została brutalnie przerwana. Kapłana szybko dostrzegli obozowi strażnicy, zatrzymali i powiedli przed oblicze samego komendanta. Tu ta historia powinna się zakończyć, za tak zuchwały czyn mogła grozić tylko jedna kara: rozstrzelanie. A jednak komendant obozu nieoczekiwanie zaczął rozmawiać z kapłanem. Nie wiadomo, czy zaimponowała mu perfekcyjna znajomość języka niemieckiego, czy odwaga zakonnika, czy niemiecko brzmiące nazwisko. Dość, że Höss podjął zupełnie nieoczekiwaną decyzję: kazał puścić o. Lohna wolno.
Przemiana
Po wojnie Rudolf Höss uciekł i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem, jako Franz Lang. 11 marca 1946 roku został ujęty i przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Proces zbrodniarza rozpoczął się dokładnie rok później, 11 marca 1947 roku, i trwał niecały miesiąc, do 2 kwietnia. Obserwatorzy byli zadziwieni jego postawą – zeznania składał spokojnie, bez cienia emocji. Nie próbował się bronić, przyznał, że jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. Po usłyszeniu wyroku skazującego na śmierć podziękował obrońcom i stwierdził, że nie będzie składał apelacji. Na wykonanie wyroku miał czekać w wadowickim więzieniu.
Dwa dni po wyroku były komendant poprosił o spotkanie z katolickim kapłanem. Ponieważ na prośbę nie zareagowano, powtórzył ją na piśmie. Co mogło stać za zaskakującą prośbą komendanta? Badacze jego życiorysu uważają, że dużą rolę w jego przemianie mogli odegrać polscy strażnicy więzienni. Kilkoro z nich w czasie wojny było więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych, dlatego były komendant mógł spodziewać się z ich strony najgorszego traktowania. Höss mógł obawiać się, że w więzieniu padnie ofiarą tortur, zemsty, prowadzonej przy niemej zgodzie polskich władz. Stało się jednak inaczej. Otwierając proces, sędzia Alfred Eimer zaapelował do składu sędziowskiego: „Pomni wielkiej odpowiedzialności naszej wobec zmarłych i żywych, nie traćmy z oczu tego, o co się toczył bój miłujących wolność narodów. Poszanowanie godności człowieka stanowiło ten wielki cel, niechże będzie ono również udziałem oskarżonego, bowiem przed sądem staje przede wszystkim człowiek”.
Również w więzieniu Höss traktowany był przez strażników w sposób, który dogłębnie go zadziwił. Dał temu wyraz w liście do żony: „Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach. Mnie, który jako komendant Oświęcimia wyrządziłem polskiemu narodowi tyle szkód i bólu (…), okazywano ludzkie zrozumienie, co mnie bardzo często głęboko zawstydzało. Nie tylko ze strony wyższych funkcjonariuszy, ale również ze strony najprostszych strażników. Wielu z nich to byli więźniowie Oświęcimia i innych obozów. Właśnie teraz, w ostatnich dniach życia, doznaję ludzkiego traktowania, jakiego się nigdy nie spodziewałem. Mimo wszystkiego, co się stało, widzi się jeszcze we mnie zawsze człowieka” – pisał.
Drugie spotkanie
Ojciec Władysław Lohn przybył do wadowickiego więzienia 10 kwietnia 1947 roku. Rozpoczęło się kilkugodzinne spotkanie, zakończone złożeniem przez byłego komendanta pisemnego wyznania wiary. Po nim jezuita udzielił zbrodniarzowi rozgrzeszenia. „Wypowiedział nad nim słowa: Dominus noster Iesus Christus te absolvat et ego auctoritate ipsius e absolve ab omni viculo excommunicationis et interdicti in quantum possum, et tu indiges. Deínde ego te absólvo a peccátis tuis, in nómine Patris, et Fílii, et Spíritus Sancti. Amen (Pan nasz Jezus Chrystus niechaj cię rozgrzeszy, a ja Jego mocą uwalniam cię z wszelkich więzów ekskomuniki i interdyktu według rozciągłości mej władzy i twojej potrzeby. Następnie ja ci odpuszczam twoje grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen)”. Tym samym przywrócił go do pełnej jedności z Bogiem i Kościołem.
Następnego dnia o. Lohn ponownie przybył do wadowickiego więzienia. Tym razem miał ze sobą przyniesiony z parafialnego kościoła Wiatyk. Wiadomo było, że wykonanie wyroku nastąpić może lada dzień. Kościelny Karol Leń, który był obecny przy udzielaniu Komunii, zrelacjonował, że Höss uklęknął na środku celi, a po przyjęciu Chrystusa wybuchnął płaczem.
Tego samego dnia napisał listy pożegnalne. Do żony skierował następujące słowa: „Moje chybione życie nakłada na Ciebie, Najukochańsza, święty obowiązek wychowania naszych dzieci w duchu prawdziwego, płynącego z serca człowieczeństwa”. Dzień później jeszcze raz sięgnął po pióro i napisał oświadczenie, które wręczył prokuratorowi, prosząc o jego podanie do publicznej wiadomości. W krótkim tekście po raz pierwszy przyznał, że za swoje czyny ponosi odpowiedzialność nie tylko w wymiarze prawnym, ale także moralnym:
„Sumienie zmusza mnie do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: W osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkie popełniłem na ludzkości zbrodnie. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniałem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie Narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie najgłębiej zawstydzało. Oby obecne ujawnienia i stwierdzenia tych potwornych zbrodni przeciwko człowieczeństwu i ludzkości doprowadziły do zapobieżenia na całą przyszłość powstawaniu założeń, mogących stać się podłożem tego rodzaju okropności.
Rudolf Franz Ferdinand Hoess, Wadowice, 12 IV l947 r.”.
Ostatnie chwile
W przeddzień egzekucji Höss raz jeszcze wyspowiadał się u o. Lohna. 16 kwietnia wszedł na szubienicę, specjalnie wybudowaną w tym celu na terenie byłego już obozu, którym przez lata kierował, tuż obok pierwszego krematorium. Po pierwszej, nieudanej próbie wykonania wyroku skazaniec sam założył i zacisnął pętlę na swojej szyi. Obok niego stał ks. Tomasz Zaremba, salezjanin z Oświęcimia, odmawiając modlitwy za konających. Były komendant największego nazistowskiego, niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady, odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi, umarł pojednany z Bogiem.
Francis Clooney SJ z Uniwersytetu Harvarda, współautor wydanej w USA w styczniu tego roku książki „Auschwitz i rozgrzeszenie: Przypadek komendanta i spowiednika”, przypomina, że rozgrzeszenie udzielone Hössowi nie oznacza, że jego dusza po śmierci trafiła prosto do nieba. Przywołuje nauczanie papieża Benedykta o czyśćcu, który papież definiuje jako rodzaj nieskończenie intensywnego momentu oczyszczenia poza czasem i przestrzenią. Akt rozgrzeszenia, udzielony przez polskiego jezuitę niemieckiemu zbrodniarzowi, nie zwalnia go z odpowiedzialności za zło, którego dokonał, ale otwiera na możliwość wejścia w proces oczyszczenia, w którym grzechy są wypalane poprzez skonfrontowanie z Bogiem twarzą w twarz. „Pod Jego spojrzeniem – pisze Benedykt XVI – topnieje wszelki fałsz. Spotkanie z Nim przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. (…) Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym »przejście przez ogień«. Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga”.
Ojciec Lohn o sakramencie, którego udzielił Hössowi, wspomniał krótko swoim współbraciom kilka dni po powrocie z wadowickiego więzienia. Później opowiedział o tym tylko w 1958 roku, podczas homilii wygłoszonej na prymicjach jezuity Władysława Kubika. Potwierdził przebieg wydarzeń z 10 i 11 kwietnia 1947 roku i wspomniał o ich pierwszym spotkaniu na terenie obozu w roku 1940. Trudno się dziwić – w trudnych latach, kiedy Polska powoli podnosiła się z wojennych zgliszczy, jezuici wiedzieli, jaka może być reakcja społeczeństwa na wiadomość, że polski ksiądz udzielił przebaczenia samemu komendantowi Auschwitz. A dla zaciekle antykatolickiego reżimu komunistycznego taka wiadomość byłaby niesłychanym propagandowym sukcesem.
Po zakończeniu wojny o. Lohn dalej pełnił funkcję prowincjała. Jego zadaniem było między innymi ewakuowanie polskich jezuitów z Kresów i przejęcie poniemieckich klasztorów jezuickich na Śląsku i trzech kościołów we Wrocławiu. W 1947 roku złożył urząd i rozpoczął pracę w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy. Publikował teksty popularyzujące wiedzę teologiczną, komentarze do Ewangelii i szkice kazań. Dokonał także kolejnego przekładu na język polski dzieła Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Zmarł 3 grudnia 1961 roku.
Agnieszka Huf/Gość Niedzielny
***
Katechizm o przykazaniach: wprowadzenie i przykazanie pierwsze
Każda religia opiera się na pewnym systemie moralnym. Wiara chrześcijańska, a także tradycyjnie judaizm, opiera swoją naukę moralną na przykazaniach objawionych przez Boga Mojżeszowi. Mają one swoje czcigodne miejsce w tradycyjnym wykładzie wiary katolickiej, na nich też opiera się teologia moralna. O nich to postanowiłem napisać. I tym właśnie artykułem zaczynam moją nową serię. Będzie ona swoistym „katechizmem” na temat Dekalogu. W pierwszej części zajmę się przykazaniem dotyczącym wiary w Boga oraz krótkim wprowadzeniem w zagadnienie dziesięciu przykazań. Przedstawię, co w rzeczywistości oznacza nakaz wiary w Boga oraz zakaz pokładania ufności w fałszywych bogach. Zapraszam do lektury!
Czym są przykazania?
Przykazania Boże, zgodnie z nauczaniem „Katechizmu Rzymskiego”, są „zbiorem i skróceniem wszystkich praw” (KR3, s. 17). W owych przykazaniach, przekazanych Mojżeszowi na górze Synaj, zawarte jest całe prawo moralne ustanowione przez Stwórcę. Są one zbiorem nakazów i zakazów, które Bóg ustanowił. Przykazania są również nazywane „Dekalogiem”, co znaczy „dziesięć słów” (Por. Wj 34, 28). Dekalog ma za zadanie strzec naszej wolności, wskazuje on „warunki życia wyzwolonego z grzechu” (KKK 2057).
Czy przykazania moralne Starego Przymierza wciąż obowiązują?
Kwestia aktualności Starego Przymierza stanowi pewien problem w rozumieniu dlaczego przykazania, dane ludowi żydowskiemu, wciąż obowiązują. Zgodnie z nauczaniem Soboru Florenckiego, wszystkie prawa i obrzędy związane ze Starym Testamentem nie są już skuteczne i nakazane. W rzeczywistości jest tak, że Dekalog obowiązuje nas nie na podstawie autorytetu Mojżesza i Starego Zakonu, lecz jest on konieczny i wciąż aktualny, gdyż jest ugruntowany w prawie naturalnym oraz został potwierdzony i udoskonalony przez Jezusa Chrystusa. Tak naucza właśnie katechizm Soboru Trydenckiego: „[N]ie dlatego rozkazaniu temu posłuszni być mamy, iż jest przez Mojżesza podane, ale że jest w umysły wszystkich ludzi wrodzone, a przez Chrystusa Pana wyłożone i potwierdzone” (KR3, s. 19). Według najnowszego katechizmu „Jezus przejął dziesięć przykazań, ale w ich literze ukazał moc działającego Ducha Świętego” (KKK 2054). O wartości prawa naturalnego, które obowiązuje wszystkich ludzi w ich sumieniach, pisał św. Paweł: „Gdy bowiem poganie, którzy nie mają Zakonu, z natury czynią to, czego Zakon wymaga; tacy, co nie mają Zakonu, sami sobie są Zakonem. Oni okazują treść Zakonu wypisaną na sercach swoich” (Rz 2, 14-15).
Czy trzeba przestrzegać przykazań, aby się zbawić?
Katechizm, ogłoszony przez św. Piusa V, nauczał wyraźnie, że „[z]akonowi posłuszni być musimy” (KR3, s. 21). Nie jest to opcja, możliwość czy kwestia wyboru. Dobre życie i wieczne zbawienie zależy od tego czy zachowujemy przykazania Boga. Przestrzeganie tychże przykazań, a nie dawnych obrzędów takich jak obrzezanie, ma wielką wartość w oczach Pana (Por. 1 Kor 7, 19). Chrystus Pan powiedział: „Kto ma przykazania moje, i zachowuje je, ten jest, który mnie miłuje” (J 14, 21).
Czy da się przestrzegać przykazań?
Dla niektórych ludzi ilość nakazów i zakazów, których należy przestrzegać, aby żyć moralnie, może wydawać się przytłaczająca. Wielu stwierdzi nawet, iż to niemożliwe, żeby postępować dobrze. W pewnym sensie jest to prawda, gdyż żaden człowiek po grzechu pierworodnym, poza Jezusem Chrystusem oraz Maryją, nie jest w stanie uniknąć grzechu. Każdy w swoim życiu, ze względu na zranioną ludzką naturę, popełni przynajmniej jakiś grzech powszedni. Według definicji Koncylium zgromadzonego w Trydencie, błędem i herezją jest stwierdzenie, zgodnie z którym „sprawiedliwy przez całe życie może unikać wszystkich grzechów, nawet lekkich” (BF, s. 197).
Da się natomiast uniknąć grzechów śmiertelnych w całym swoim życiu. Tak samo jest możliwe, żeby przynajmniej od jakiegoś momentu swojego życia, dzięki działaniu łaski Boga, ustrzec się jakiegokolwiek grzechu. Św. Jan, w swoim liście, napisał: „Ta bowiem jest miłość Boga, abyśmy przykazań jego strzegli, a przykazania jego nie są ciężkie” (1 J 5, 3). Święty Sobór Trydencki, w dekrecie o usprawiedliwieniu, orzekł dogmatycznie, że herezją jest teza, według której „przykazania Boże nawet dla człowieka sprawiedliwego i będącego w łasce są niemożliwe do zachowania” (BF, s. 196).
Podział na dwie tablice
Zgodnie ze świadectwem Księgi Wyjścia, Bóg spisał przykazania swoje na dwóch tablicach: „Wyciosaj sobie dwie tablice kamienne (…) a napiszę na nich słowa” (Wj 34, 1). Istnieje kilka tradycji, co do podziału przykazań. Tradycja żydowska zakłada, iż na obu tablicach znajdowało się po 5 przykazań. Na pierwszej miały być te przykazania dotyczące Boga oraz czci rodziców, natomiast na drugiej reszta, która dotykała kwestii miłości bliźniego. Tradycja katolicka przyjmuje jednak podział, zgodnie z którym przykazania dotyczące Boga znajdują się na pierwszej tablicy, a przykazania odnoszące się do bliźnich na drugiej. Zwolennikiem takiego podziału był św. Augustyn z Hippony: „Tak jak są dwa przykazania miłości, o których mówi Pan, że na nich zawisło całe Prawo i Prorocy (…) tak te dziesięć przykazań zostało dane na dwóch tablicach. Trzy (…) są wypisane na jednej tablicy, a siedem na drugiej” („Sermones”, 33, 2 – Patrologia Latina 38, 208).
Pierwsze przykazanie – monoteizm
Pełna wersja przykazania objawionego przez Stwórcę, które według tradycji katolickiej jest pierwszym z dziesięciu, brzmi tak: „Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył” (Wj 20, 2-5). Zaczyna się ono od przypomnienia tego, że Jahwe jest Bogiem narodu żydowskiego oraz wspomnienia wielkich rzeczy, które uczynił dla ludu izraelskiego Pan Bóg. Dalsza część zakazuje kultu obcych bogów pogańskich, ogłaszając jednocześnie prawdę monoteizmu. W innej księdze mojżeszowej, w Księdze
Powtórzonego Prawa, wiara w jednego Boga jest wyrażona w następujących słowach: „Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest” (Pwt 6, 4). I choć wszystkie teksty mozaizmu wskazują na
istnienie tylko jednego Najwyższego Bytu – Jahwe, tak fragment o cudzych bogach jest napisany w taki sposób, aby mniej wykształceni, jeszcze nie w pełni uformowani, Izraelici mogli pojąć sens religijnego nakazu. Według „Katechizmu Rzymskiego” takie ujęcie tej sprawy wynika ze „ślepoty wielu ludzi, którzy przedtem wyznawali to, że chwalą prawdziwego Boga, a jednak mnóstwu Bogów służyli, jakich między żydami wiele było” (KR3, s. 32).
Najważniejsze przykazanie
Według katechizmu, który został ogłoszony przez św. Piusa V, przykazanie to jest „najpierwsze i największe”, gdyż „bardziej Pana Boga miłować i w większej powadze mieć mamy, niż pana i króla” (KR3, s. 32). Jest to najważniejsze przykazanie, ponieważ odnosi się do miłości i wiary w najdoskonalszą Istotę, czyli Pana Boga, Który jest Dawcą życia i naszym Zbawicielem.
Dlaczego jest tylko jeden Bóg?
Tomasz z Akwinu, najbardziej znany i szanowany teolog w historii Kościoła katolickiego, na łamach swojej „Sumy Teologicznej” podał powody, dla których nie jest możliwe istnienie wielu bogów. Święty ten pisał, między innymi, iż „Bóg mieści w sobie całą pełnię doskonałości istnienia. Gdyby przeto istniało więcej bogów; musieliby się jakoś między sobą różnić, a to znaczy. co przyzna się jednemu, drugiemu trzeba tego odmówić; i jeśli to, co się przyzna jednemu, będzie brakiem – pozbawieniem, już nie ma mowy o pełnej jego doskonałości; jeśli zaś będzie to jakaś doskonałość, drugiemu trzeba będzie jej odmówić. A więc istnienie wielu bogów jest wprost niemożliwe” („Suma Teologiczna”, 1, 11, 3). Według niego także przyczyna wszystkiego, czyli ten, „który jest pierwszy, jest w najwyższym stopniu doskonały, i zarazem jest przyczyną zasadniczą, a nie uboczną, czyli pod jakimś tylko względem, dlatego i ów pierwszy porządkowy ujmujący wszystkie rzeczy w jeden harmonijny układ musi być li tylko jeden; i takim właśnie jest Bóg” (Tamże).
Obowiązki wynikające z przykazania oraz grzechy przeciwko przykazaniu
Przykazanie to obejmuje wiarę, nadzieję i miłość. Wiara nakazuje nam wierzyć w istnienie Boga. Domaga się od nas także przyjęcia całej prawdy objawionej, którą przechowuje, wykłada i głosi w swoim nauczaniu Kościół katolicki (Por. KKK 2087-2089). Nadzieja zaś to oczekiwanie w ufności na otrzymanie Bożego błogosławieństwa oraz uszczęśliwiającego widzenia Stwórcy po śmierci. Jest też lękiem przed znieważeniem Boga oraz wiarą w możliwość odpuszczenia grzechów (Por. KKK 2090). Miłość natomiast jest związana z naszym obowiązkiem miłowania Pana ponad wszystko i wszystkich (Por. KKK 2093). Te trzy cnoty teologalne wyrażają się w naszej modlitwie, adoracji i w naszych ofiarach. Adoracja polega na oddawaniu Bogu chwały Jemu należnej. Modlitwa może być zaś błagalna, dziękczynna, uwielbienia lub wstawiennicza (Por. KKK 2095-2100).
Przeciwko wierze możemy zgrzeszyć poprzez dobrowolne wątpienie w Boga lub prawdy objawione przez Niego. Z cnotą tą sprzeczna jest też niewiara, czyli odrzucenie wiary. Grzechem również jest herezja, czyli uporczywe negowanie któregoś z dogmatów Kościoła katolickiego, a także schizma, czyli odrzucenie władzy biskupa Rzymu lub komunii z biskupami Kościoła (Por. KKK 2088-2089). Wykroczeniami przeciwko nadziei są rozpacz oraz zuchwała ufność. Rozpacz oznacza brak wiary w możliwość przebaczenia grzechów lub zrezygnowanie z oczekiwania na pomoc od Boga w przezwyciężeniu swoich słabości. Zuchwała ufność zasadza się na fałszywym przekonaniu, iż albo można się zbawić wyłącznie dzięki swoim wysiłkom, albo otrzymać zbawienie bez nawrócenia z grzechów (Por. KKK 2091-2092). Miłości wobec Boga sprzeciwia się obojętność, niewdzięczność, oziębłość (lub też zwlekanie czy niedbałość), lenistwo duchowe oraz nienawiść do Stwórcy (Por. KKK 2094).
Czy istnieje zakaz tworzenia wizerunków i oddawania im czci?
Pierwsze przykazanie obejmuje zakaz czczenia fałszywych bogów, a także tworzenia wizerunków i oddawania im czci boskiej. Według „Katechizmu Rzymskiego”, ogłoszonego na polecenie Soboru Trydenckiego, „obrazy dlatego Pan Bóg zakazał, aby podobno chwaląc obrazy jak bogi, prawdziwego Boga chwały nie zaniedbali” (KR3, s. 37). Bóg zakazał Izraelitom również tworzenia obrazów przedstawiających Go, gdyż objawił się On w sposób transcendentny, bez żadnego konkretnego fizycznego obrazu. Niemniej, sam Pan nakazał Żydom uczynić wizerunki węża miedzianego (Por. Lb 21, 4-9), arki Przymierza oraz cherubinów (Por. Wj 25, 10-22), które miały symbolizować przyszłe Odkupienie oraz obecność Jahwe. Katolicka wiara i praktyka, tworzenia oraz oddawania czci obrazom przedstawiającym Boga lub świętych, nie jest jednak sprzeczna z tym przykazaniem, ponieważ ta cześć, którą oddajemy obrazom, nie jest adoracją czy też czcią należną jedynie Bogu. Zgodnie z nauczaniem Soboru Nicejskiego II, powtórzonym przez katechizm wydany przez św. Jana Pawła II, „kto czci obraz, ten czci osobę, którą obraz przedstawia” (KKK2132). Cześć, którą oddajemy obrazom, jest „pełną szacunku czcią”, a nie „uwielbieniem należnym jedynie samemu Bogu” (Tamże). Dozwolone są obrazy Trójcy Świętej, aniołów lub też świętych. Zgodnie z katolicką praktyką, Boga Ojca można przedstawiać jako „Starowieczną Osobę, na stolicy siedzącą”, natomiast Ducha Świętego ukazuje wizerunek „gołębicy i ogniste języki” (KR3, s. 39-40).
Bałwochwalstwo jednak nie ogranicza się wyłącznie do czczenia fałszywych bogów, lecz przybiera także postać magii lub wróżbiarstwa, które polega na odwoływaniu się do Szatana, demonów lub
innych praktyk uchodzących za magiczne (Por. KKK 2116-2117). Samo bałwochwalstwo może polegać też na wywyższaniu innych rzeczy, które nie są Bogiem, np. pieniędzy. Istnieją również grzechy zwane „bezbożnością”. Wśród nich znajduje się wykroczenie symonii, czyli kupowanie lub sprzedawanie rzeczy duchowych. Poważnym złem jest świętokradztwo, które polega na profanowaniu i znieważaniu sakramentów lub osób, rzeczy i miejsc poświęconych Stwórcy. Czynem niemoralnym jest kuszenie czy też wystawianie na próbę Boga (Por. KKK 2118-2121). Złem jest również zabobon, który polega na przypisywaniu magicznych cech pewnym elementom kultu Bożego.
Wszystkie cytaty biblijne za: „Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie polskim
W. O. Jakuba Wujka S. J., Wydanie trzecie poprawione, Kraków 1962”
Odsłonięto mozaikę Leona XIV w Bazylice św. Pawła za Murami
W Bazylice św. Pawła za Murami, w galerii papieskich mozaik, okalających wnętrze świątyni, można już oglądać wizerunek Leona XIV. Jako jedyny jest on podświetlony, bowiem, według tradycji, iluminacja wskazuje papieża, który aktualnie zasiada na Tronie Piotrowym.
Vatican Media
***
Mozaika z wizerunkiem Leona XIV została podświetlona w niedzielę, 25 stycznia, przed nieszporami, którym Papież przewodniczył w Bazylice św. Pawła za Murami z okazji zakończenia Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. Papieski portret został umieszczony w prawej nawie świątyni, na wysokości 13 m, w galerii, zawierającej 267 papieskich wizerunków.
Tradycja z czasów Leona Wielkiego
Umieszczanie w Bazylice św. Pawła za Murami – Apostoła Narodów – portretów kolejnych papieży, to tradycja, sięgająca V w. i pontyfikatu Leona Wielkiego. Początkowo wizerunki te były malowidłami, jednak w znacznej większości zostały one zniszczone podczas tragicznego pożaru, jaki strawił świątynię w 1823 r.
W 1847 r. Pius IX zadecydował o odtworzeniu papieskiej galerii, powierzając to zadanie watykańskiej pracowni mozaik. Prace przebiegały w ekspresowym tempie: w niespełna pół roku stworzono malowane portrety 262 papieży, które następnie posłużyły jako wzór do wykonania mozaik – każdej w formie tonda, o średnicy 137 cm.
Od Piotra do Leona XIV
Tradycja wykonywania mozaiki na podstawie wcześniej przygotowanego portretu jest pielęgnowana do dziś. Autorem obrazu z wizerunkiem Leona XIV jest ceniony we Włoszech twórca sztuki sakralnej dr Rodolfo Papa. Wykonał go w ciągu kilku tygodni w lipcu ubiegłego roku. Ostateczną wersję malowidła, wybrał spośród 4 przedstawionych szkiców sam Leon XIV.
Następnie, w ciągu zaledwie 3 miesięcy, przygotowano na tej podstawie mozaikę, na którą składa się 15 tys. elementów o łącznej wadze 130 kg. W styczniu mozaika została zaprezentowana Papieżowi, a następnie przystąpiono do jej instalowania w Bazylice św. Pawła za Murami. Przez cały pontyfikat Leona XIV pozostanie ona podświetlona, na znak sprawowania przez niego urzędu Piotrowego.
Vatican News -Tygodnik Niedziela
***
Papież zaprasza chrześcijan do głoszenia światu Jezusa z pokorą i radością
Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan wzywa nas co roku do odnowienia naszego wspólnego zaangażowania w tę wielką misję, mając świadomość, że podziały między nami – choć z pewnością nie przeszkadzają jaśnieć światłu Chrystusa – to jednak sprawiają, że to oblicze, które ma je odzwierciedlać w świecie, staje się bardziej przyćmione – mówił Papież podczas nieszporów w Bazylice św. Pawła za Murami na zakończenie LIX Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan.
Vaican Media
***
Na początku homilii Ojciec Święty podkreślił, że św. Paweł „dzięki łasce Bożej poznał Pana Jezusa Zmartwychwstałego, który objawił się Piotrowi, a następnie Apostołom i setkom innych zwolenników tej Drogi, a w końcu także jemu, prześladowcy”. Spotkanie Szawła ze Zmartwychwstałym przyczyniło się do przemiany prześladowcy chrześcijan w wielkiego Apostoła, co upamiętnia święto Nawrócenia św. Pawła obchodzone w Kościele 25 stycznia. Szaweł zaś stał się Pawłem.
Misja św. Pawła – misją wszystkich chrześcijan
Papież podkreślił też, że „gromadząc się przy doczesnych szczątkach Apostoła Narodów, przypominamy sobie, że jego misja jest również misją wszystkich współczesnych chrześcijan: polega ona na głoszeniu Chrystusa i zapraszaniu wszystkich, aby w Nim pokładali nadzieję”. Papież dodał, że „każde prawdziwe spotkanie z Panem jest bowiem momentem przemieniającym, który daje nowe spojrzenie i nowy kierunek, aby wypełnić zadanie budowania Ciała Chrystusa”.
Głosić Chrystusa wszystkim
Sobór Watykański II w Konstytucji o Kościele wyraził pragnienie głoszenia Ewangelii każdemu stworzeniu, aby „oświecić wszystkich ludzi blaskiem Chrystusa jaśniejącym na obliczu Kościoła”. Papież przypomniał, że wszyscy chrześcijanie są powołani do mówienia światu z pokorą i radością o Chrystusie, a obchodzony co roku Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan szczególnie wzywa do odnowienia zaangażowania w ten proces.
1700. rocznica Soboru Nicejskiego
Leon XIV nawiązał też do ubiegłorocznej 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego, gdy „Jego Świątobliwość Bartłomiej, Patriarcha Ekumeniczny, zaprosił do świętowania tej rocznicy w İzniku”. Papież wyraził wdzięczność Bogu za to, że „dwa miesiące temu, podczas tej uroczystości, było reprezentowanych tak wiele tradycji chrześcijańskich. Wspólne odmówienie Credo Nicejskiego w tym miejscu, w którym zostało ono zredagowane, było cennym i niezapomnianym świadectwem naszej jedności w Chrystusie”. Dodał: „Ta chwila braterstwa pozwoliła nam również wychwalać Pana za to, czego dokonał w Ojcach z Nicei, pomagając im jasno wyrazić prawdę o Bogu, który stał się naszym bliźnim, spotykając się z nami w Jezusie Chrystusie”. Papież wyraził nadzieję, że również dzisiaj Duch Święty mógł znaleźć w chrześcijanach „pojętny umysł, aby jednym głosem przekazywać wiarę mężczyznom i kobietom naszych czasów!”.
Ojciec Święty nawiązał do fragmentu Listu do Efezjan, wybranego jako temat tegorocznego Tygodnia Modlitw, gdzie ciągle powtarza się określenie „jeden”: jedno ciało, jeden Duch, jedna nadzieja, jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, jeden Bóg. „Drodzy bracia i siostry, jakże te natchnione słowa nie mogłyby poruszyć nas do głębi? Jakże nasze serca mogą nie pałać pod ich wpływem?” – mówił Papież. „Stanowimy jedno! Już jesteśmy jedno! Uznajmy to, doświadczajmy tego, ukazujmy to!” – dodał.
Nawiązanie do przesłania papieża Franciszka
Leon XIV odniósł się też do przesłania swojego poprzednika, który podkreślał, że „droga synodalna Kościoła katolickiego ‘jest i musi być ekumeniczna, tak jak synodalny jest proces ekumeniczny’”. W latach 2023 i 2024 r. odbyły się dwa Synody Biskupów, które, jak wskazał Leon XIV, „charakteryzowały się głęboką gorliwością ekumeniczną i zostały ubogacone udziałem licznych bratnich delegatów. Uważam, że będzie to droga ku wspólnemu rozwojowi we wzajemnym poznaniu odpowiednich struktur i tradycji synodalnych”.
W 2033 r. będziemy obchodzić 2000. rocznicę Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Pana Jezusa. „Starajmy się o dalsze rozwijanie ekumenicznych praktyk synodalnych i wzajemnego oznajmiania tego, kim jesteśmy, co czynimy i czego nauczamy”- zachęcił Papież.
Słowa pozdrowienia i podziękowania
W kontekście dobiegającego końca Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan Papież skierował pozdrowienia do kard. Kurta Kocha, członków, konsultorów i pracowników Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan oraz do uczestników dialogów teologicznych i innych inicjatyw promowanych przez tę Dykasterię. „Jestem wdzięczny za obecność na tej liturgii licznych zwierzchników i przedstawicieli różnych światowych Kościołów i wspólnot chrześcijańskich, w zwłaszcza Metropolity Polykarposa, reprezentującego Patriarchat Ekumeniczny, Arcybiskupa Khajaga Barsamiana, reprezentującego Ormiański Kościół Apostolski, oraz Biskupa Anthony’ego Ball’a, reprezentującego Wspólnotę Anglikańską – wskazał Papież. – Pozdrawiam również stypendystów Komitetu ds. Współpracy Kulturalnej z Kościołami Prawosławnymi i Wschodnimi Dykasterii do spraw Popierania Jedności Chrześcijan, studentów Instytutu Ekumenicznego Światowej Rady Kościołów w Bossey, grupy ekumeniczne i pielgrzymów uczestniczących w tej uroczystości”.
Vatican News –Tygodnik Niedziela
***
czwartek 22 stycznia
Apostoł Rzymu – Święty tygodnia:
św. Wincenty Pallotti
***
Myśl: Nie obrażał się na ciężkie czasy, ale szukał sposobów pobudzenia odpowiedzialności za Kościół.
WWW.WATRA.PL
***
Św. Wincentego Pallotti można śmiało nazwać prekursorem Soboru Watykańskiego II. Był wielkim propagatorem zaangażowania ludzi świeckich w życie Kościoła. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.
Urodził się w roku 1795 r. w Rzymie i tam spędził całe życie. Studiował na uniwersytecie Sapienza, gdzie zdobył doktorat z teologii i filozofii. Święcenia kapłańskie przyjął w Bazylice św. Jana na Lateranie. Duszpasterzował na wielu frontach. Wykładał na uniwersytecie, był ojcem duchownym w seminarium. Tworzył szkoły wieczorowe, stowarzyszenia dla robotników, sierocińce i ochronki dla dziewcząt. Był kapelanem więźniów i żołnierzy, rekolekcjonistą, kaznodzieją, cenionym spowiednikiem. Zabiegał o to, aby wszystkie te działania jednoczyć i koordynować.
Stąd zrodziła się idea powołania do życia Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Główną ideą tej instytucji było pobudzanie wszystkich członków Kościoła, a szczególnie ludzi świeckich, do apostolstwa. Księża, którzy angażowali się w dzieło, zawiązali z czasem Stowarzyszenie Apostolatu Katolickiego (pallotyni). Ks. Pallotti założył także zgromadzenie żeńskie. Nazywano go „apostołem Rzymu” i „drugim Filipem Nereuszem”. Pewnego dnia ks. Pallotti użyczył swego płaszcza biedakowi, na skutek czego dostał ostrego zapalenia płuc i zmarł 22 stycznia 1850 roku. Został pochowany w kościele San Salvatore in Onda.
Kanonizował go Jan XXIII w czasie trwania Soboru Watykańskiego II w 1963 r. Pallotti żył w czasach, w których rodziły się podwaliny nowoczesnego świata. Idee oświecenia i rewolucji francuskiej, niepokoje czasów napoleońskich, tzw. kwestia robotnicza, tendencje liberalne i ruchy narodowościowe, likwidacja państwa kościelnego – to tylko niektóre ze zjawisk tego czasu. Pallotti nie obrażał się na czasy, ale szukał sposobów pobudzenia odpowiedzialności za Kościół. Pisał: „apostolstwo może być udziałem osób ze wszystkich stanów, gdyż jest ono działalnością, jaką każdy w miarę swoich możliwości może i powinien wykonywać ku większej chwale Boga oraz dla wiecznego zbawienia swego własnego i bliźnich”.
ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny
***
Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego
O tajemnicy zaufania
Od ponad 8 lat fascynowała mnie duchowość świętego Wincentego Pallottiego. Człowieka pokornego, człowieka miłosiernego, Apostoła XIX wieku. Przez lata również zastanawiałem się nad zagadnieniami zaufania i nieskończoności jakie często cytował w swoich dziełach wspomniany święty.
Kiedy jeszcze studiowałem na wykładach jeden z moich profesorów na pytanie: co trzeba zrobić aby być świętym? Odpowiedział: trzeba być po prostu człowiekiem. Zwykłym człowiekiem, nie pędzącym za nienawiścią, za bogactwami, zazdrością. Trzeba być człowiekiem zwyczajnym, prostym (nie prostackim) który umie rozmawiać z innymi ludźmi i z Bogiem. Umieć rozmawiać z człowiekiem znaczy umieć rozmawiać z Bogiem, bo nie można kochać Boga jeżeli nie kocha się człowieka. Nie można rozmawiać przyjaźnie z Bogiem nienawidząc innych. W człowieku, w jego gestach, słowach można zobaczyć miłość Boga, ale można i również innym ją ukazać. I tak sobie myślę, że św. Wincenty Pallotti doskonale potrafił ukazać miłość Boga widząc w drugim człowieku Jego obraz. Zaufać Bogu być może oznacza coś innego niż zaufać człowiekowi. Człowieka mamy na co dzień, możemy go zawsze skontrolować, możemy wiedzieć czy mówi prawdę, czy jest wiarygodny, możemy mieć nad nim kontrolę, a Bóg? Nie znamy Jego planów, nie wiemy co zamierza i czasami wydaje nam się bardzo daleki.
Nieskończoność, być w nieskończonym kontakcie z Bogiem, nieskończenie mu zaufać, nieskończenie poddać się Jego woli i zdać się na Jego zbawcze posłannictwo. Czasami było bardzo trudno mi w to było uwierzyć, do tego się przekonać. Wydaje mi się, że najtrudniej jest pokonać barierę zaufania, zawierzenia. Niczym Abraham wyruszyć ze swojego domu by iść w nieznane, niczym Mojżesz stawać w obronie kogoś kto wcale nie chce być bronionym, jak buntujący się lud na pustyni, niczym ślepiec z Ewangelii pomimo sprzeciwu zgromadzonych „dopchać się” za wszelką cenę do upragnionego celu — do Chrystusa. Być może ktoś powie, ładna, bardzo ładna teoria, ale daleko jej jeszcze do praktyki. W XXI wieku rządzonym przez pieniądz, politykę trudno jest mówić o zaufaniu do człowieka, łatwiej jest mówić o „plecach” dzięki którym można się dostać do pracy, na studia, na wysokie stanowiska. Ciężej się mówi o zaufaniu do człowieka, a jeszcze ciężej o zaufaniu do Boga, gdy liberalizm stara się nam ukazać bezsens wiary, a ludzkość pyta: Gdzie jest Bóg? Czy naprawdę jest On wszechmogący?
Nieskończenie zaufać Bogu, stanąć ponad systemami społecznymi, uwierzyć, że nad wszystkim co nam się w życiu przytrafia czuwa Bóg. Chroni nas i nigdy nie chce dla nas źle. Żyć wiarą i uwierzyć w życie, zaufać nieskończenie, że ostatnie słowo zawsze należy do Boga, a nie do człowieka. To brzmi jak prawdziwy sprawdzian z naszej wiary. Bo życie jest sprawdzianem z rozumienia Bożej miłości.
W ubiegłym roku w Zurychu, Lozannie i wielu innych miastach odbyła się największa wystawa Techniki XX i XXI wieku — „Expo 2002”. Kolorowe afisze, reklamy telewizyjne. Tłumy Szwajcarów wyruszały by ujrzeć „cuda techniki”. W każdym sklepie można było usłyszeć pytanie: Czy widziałeś już EXPO 2002? Kiedyś na jednym z kazań powiedziałem, że zachwycamy się cudami techniki, a tymczasem nie zastanawiamy się nad sferą duchową. EXPO 2002 nie było niczym innym jak tylko Wieżą Babel XXI wieku krzyczącą na cały kraj: „patrzcie co jesteśmy w stanie uczynić!!!” My ludzie, zawładnęliśmy techniką, pieniądzem, możliwościami. Być może dzięki temu niektórzy chcą stać się równymi Bogu. A tymczasem? Kiedy pojawia się jakaś choroba, np. rak, czy też gdy nadchodzi śmierć zdajemy sobie sprawę, że ani pieniądze, ani technika nie są w stanie nam pomóc. Coś co może nas trzymać przy życiu nie może zostać ujęte w kryteriach materialnych. Wiary i zaufania nie da się kupić, nie da się ich wyprodukować. Są one owocem miłości. I tak sobie myślę, że źródłem nieskończoności jest również miłość, czyli sam Bóg, jako nieskończona miłość. Myślę, że słowa Wincentego były aktualne zarówno w XIX wieku , ale są jeszcze bardziej „na czasie” w 200 lat później:
Szukaj Boga A znajdziesz go Szukaj Boga We wszystkich dziełach A znajdziesz go w nich. Szukaj go zawsze A zawsze Go znajdziesz
Gdy znajdziemy w naszym życiu Boga, prawdziwie go spotkamy, myślę, że wówczas odkryjemy tajemnicę nieskończoności i zaufania. Odkrywając te tajemnice poznajemy tym samym Boga, jego miłość i troskę, jaką nas otacza każdego dnia. Tajemnica nieskończoności, jest tajemnicą Boga, bo On jest nieskończony, On jest Bogiem Nieskończonej Miłości.
Przy okazji dzisiejszego liturgicznego wspomnienia św. Wincentego Pallottiego, zaglądam do jego chronologii. Rok 1824: nie ma ani jednego odnotowanego wydarzenia. Podobnie jest w jego duchowych zapiskach. Puste strony.
Zawsze mnie to intrygowało, a ponieważ w tym roku mija 200 lat od tego „doświadczenia”, postanowiłem o nim wspomnieć. Czy chodzi o „noc ciemną” w życiu Pallottiego? Wszystko wskazuje na to, że tak. Ale co to jest „noc ciemna”?
To bardzo trudne doświadczenie, ale ważne w perspektywie głębszego życia duchowego. Trudne, bo masz poczucie, że wali się świat, że wszystko straciło sens, że nic cię nie zadowala, że przeżywasz chaos. Wszystko staje się pustką i ciemnością. A przecież osoby, które przeżyły „noc ciemną”, uważają, że prowadzi ona do większej wrażliwości i otwartości na życie. Wprowadza na inny poziom przyjmowania świata, siebie, drugiego człowieka i Boga, choć w tym momencie, w którym ją przeżywasz, wcale ci się nie wydaje, że o to chodzi.
Święty Jan od Krzyża, mistrz duchowości chrześcijańskiej, którego Pallotti poczytywał z pożytkiem, spróbował opisać to doświadczenie. Dla niego noc jest łaską, „wzniosłą szczęśliwością” udzielaną wierzącemu, by wesprzeć go w jego wychodzeniu z „ziemi niewoli” ku wolności dzieci bożych. To łaska, której Bóg udziela na różne sposoby, dostosowując się jednak zawsze do rytmu i potrzeb człowieka. Bo jeśli Bóg trapi, to jedynie po to, by wywyższyć. To jest droga przez ciemność, do coraz większej jasności. Dzięki temu doświadczeniu człowiek nie staje się kimś lepszym, ale kimś nowym.
Otóż myślę, że to właśnie owe doświadczenie nocy ciemnej pozwoli Pallottiemu zapisać kilka lat później: „W dniu 26 marca 1840 roku, po odprawieniu Najświętszej Ofiary poczułem, o mój Boże, mój Ojcze, Miłosierdzie me nieskończone, że raczyłeś we mnie zburzyć całego mnie, a ukształtować i stworzyć we mnie nowy cud miłosierdzia. Tak, w Kościele twym ustanawiasz mnie jako nowy cud miłosierdzia” (OOCC X, 211).
Proszę zauważyć, iż Pallotti aż dwukrotnie precyzuje w tym krótkim zapisie, że chodzi o nowy cud miłosierdzia! Ta świadomość „nowości” będzie w nim zawsze bardzo żywa. To ona będzie napędzała jego kreatywność i odwagę angażowania się na nowych, nieznanych dotąd w Kościele drogach.
Nie wiemy jak długo trwała „noc ciemna” w życiu Pallottiego. Jedno jest pewne, że próba ta przyszła wtedy, gdy był w stanie ją znieść, i że wyszedł z niej „nowym”.
ks. Stanisław Stawicki SAC – Recogito,rok XXV, styczeń 2024
***
Wszechmogący Boże, Ty powołałeś świętego Wincentego Pallottiego, aby w Kościele pogłębić wiarę i ożywić miłość. Spraw łaskawie, abyśmy żyjąc duchem wiary i pełniąc uczynki miłości, zasłużyli na nagrodę życia wiecznego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Święty Wincenty Pallotti, Ty poprzez swoje życie dałeś nam przykład gorącej miłości Boga i niestrudzonej gorliwości w trosce o zbawienie wszystkich ludzi. Wstawiaj się u Boga za nami, abyśmy przeniknięci miłością i ożywieni Twoim duchem, wiernie realizowali otrzymane powołanie apostolskie. Amen.
***
Abp Galbas: Ja daje moje pół, ty dajesz swoje pół i jest nasza całość – współpraca!
Święty Wincenty Pallotti nie umiał żyć bez jednego – bez współpracy ze świeckimi, których traktował na równi. Dostrzegał w nich podobieństwo w jedności i powołaniu! – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas, który przewodniczył Mszy św. odpustowej w parafii pallotyńskiej w Łodzi.
Abp Adrian Galbas w Sanktuarium Świętości Życia w Łodzi
***
W liturgiczne wspomnienie św. Wincentego Pallotiego założyciela Zgromadzenia Księży Pallotynów, wspólnota parafii św. Wincentego Pallottiego w Łodzi przeżywała odpust ku czci swojego patrona. Poprzedziło je Triduum o św. Wincentym, które poprowadził ks. dr Jan Jędraszek SAC. Metropolitę warszawskiego w Sanktuarium Świętości Życia powitał ks. Andrzej Lemański SAC, proboszcz, prosząc o modlitwę w intencji całej wspólnoty parafialnej.
W homilii abp Adrian Galbas odniósł się m.in. do Listu św. Pawła do Koryntian. – W kościele są i prorocy i nauczyciele, dziś byśmy powiedzieli, że są biskupi, i księża, ale są także ludzie świeccy, których jest najwięcej. Nie można powiedzieć, że ktoś jest ważniejszy, każdy ma taką samą godność. I każdy w Kościele ma takie samo wspólne powołanie, powołanie do świętości które dostaliśmy przed założeniem świata. Święty Paweł mówi, że to wszystko nie miałoby sensu, jeśliby nie było ożywiane przez miłość. Miłość jest jak dusza w Kościele, nadaje sensu wszystkiemu. Święty Paweł opowiada jaka ona jest … ona jest najważniejsza, ona jest stała, wszystko przeminie. Nawet wiara w życiu wiecznym nie będzie nam potrzebna, ale miłość zostanie wieczna. Paweł pisze list do Koryntian i mówi, że wszystko przeminie, jeśli nie ma miłości. O miłości mówi także prorok Izajasz, mówi o miłości bardzo praktycznej. Jeśli podasz kubek spragnionego, nagiego przyodziejesz nie będziesz obracał się od współziomków… To nie tylko ci, których obdarowujesz na tym zyskają, ale zyskasz i Ty sam. Wtedy twoja ciemność stanie się południem, w tobie będzie nagle więcej światła, będzie więcej jasności i przejrzystości. Rdzeniem miłości jest dawanie – podkreślał abp Galbas w homilii.
W dalszej części homilii metropolita warszawski odniósł się do ewangelicznej postaci miłości w życiu św. Wincentego Pallottiego. – To wszystko dostajemy właśnie w dzień świętego Wincentego. Dlaczego? Bo w Jego życiu i posługiwaniu najważniejsza była miłość. Mówiąc o nim często podkreślamy to co on zrobił: spowiednik, rekolekcjonista, rektor kościoła, kaznodzieja itd. Ciągle w jego życiu jest jakaś aktywność, jakieś działanie. Ale to nie jest najważniejsze – nie z powodu swojego aktywizmu został świętym. On to wszytko robił z miłości. Tego ludziom zabrakło, nie pracoholizmu, ale miłości (…) Wincenty doświadczył tego jak bardzo jest kochany nieskończoną miłosierną miłością Boga. Im bardziej będziemy misjonarzami, tym bardziej będziemy kochać. Czy to jest moje chrześcijaństwo oparte na tym doświadczeniu – czy jestem kochany nieskończoną miłością Boga? Bóg mnie kocha nieskończoną miłością (…) Umieramy, ale to co się liczy to jest miłość, która jest przepustką do lepszego świata. On nie jest w układzie z Schengen, tam potrzebna jest przepustka z miłości. Pallotti nie umiał żyć bez jednego – bez współpracy ze świeckimi, których traktował na równi. Dostrzegał w nich podobieństwo w jedności i powołaniu. Mówił „dobrom, które czynimy razem, jest długotrwałe”. Ja daje moje pół, ty dajesz swoje pół i jest nasza całość – współpraca! – zakończył abp Adrian Galbas.
Na zakończenie Mszy św. wierni mieli możliwość adoracji relikwii św. Wincentego poprzez ich ucałowanie.
W Kościele wspominamy dziś św. Wincentego Pallottiego – założyciela Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, którego integralną częścią są pallotyni i pallotynki. „Po Soborze Watykańskim II charyzmat pallotyński stał się charyzmatem całego Kościoła. Członkowie zgromadzenia starają się odpowiadać na potrzeby ludzi” – powiedział portalowi Polskifr.fr pracujący we Francji superior Regii Miłosierdzia Bożego, ks. Krzysztof Hermanowicz SAC.
Św. Wincenty Pallotti (1795-1850) był rzymskim kapłanem. Miał proroczą, nową jak na współczesny mu czas, ideę, żeby każdy ochrzczony był apostołem, świadkiem wiary, nadziei i miłości.
„Chciał, aby każdy ochrzczony brał przykład z Jezusa Chrystusa – Apostoła Ojca Przedwiecznego. Abyśmy mogli wypełnić misję apostoła, mamy obrać jako naszą Przewodniczkę Maryję – Królową Apostołów, która pozostaje na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku, oczekując na dar Ducha Świętego”– podkreślił ks. Krzysztof Hermanowicz SAC
Ze względu na te idee angażowania ludzi świeckich w życie Kościoła Wincenty Pallotti bywa nazywany „prekursorem Akcji Katolickiej”. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Obecnie jest rzeczą pewną, że Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.
„Jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego, poprzez chrzest stajemy się »żywymi kamieniami«. Każdy ochrzczony staje jest współodpowiedzialny za Kościół, każdy poprzez chrzest ma uczestniczyć w kapłaństwie Chrystusa, w Jego misji prorockiej i królewskiej”– podkreślił superior pallotynów.
W czasach Pallottiego w praktyce nie było to aż tak bardzo oczywiste, ale od czasu Soboru Watykańskiego II (1962-1965) ta prorocza idea stała się udziałem całego Kościoła.
Z czasem ludzie, pociągnięci jego przykładem, zaczęli gromadzić się wokół Wincentego Pallottiego. A on wciąż ich zachęcał, przykładem i słowem, do podejmowania różnych inicjatyw na rzecz Kościoła. Księża, bracia, siostry, ludzie świeccy, którzy określają siebie jako duchowe dzieci Pallottiego, nadal starają się żyć charyzmatem założyciela, odczytując „znaki czasu” i odpowiadając, w czasie i w miejscu, w którym żyją, na konkretne potrzeby Kościoła i człowieka.
„Angażują się w pracę duszpasterską w parafiach krajów, w których brakuje księży, prowadzą działalność misyjną, ekumeniczną, charytatywną, medialną, formację ludzi świeckich… Wszystko to w duchu zawołania św. Pawła: »Miłość Chrystusa przynagla nas« (2 Kor 5,14)”– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr.
We Francji pallotyni służą miejscowemu Kościołowi i starają się pozostać w służbie rodakom, pomagając im w utrzymaniu i przekazywaniu wiary młodym pokoleniom, ale także kultury polskiej, ojczystego języka i zwyczajów.
„Przykładami takiej działalności są nasze ośrodki duszpasterskie w Arcueil, w Osny, w Oignies czy w Joinville-le-Pont, szkoły polskie przy naszych parafiach, czy też Centrum Dialogu w Paryżu lub ośrodek w Montmorency. Nie można zapomnieć także o lipcowych Zjazdach Katolickich w Osny, które nie tylko pozwalają Polakom znaleźć we Francji kawałek Ojczyzny, ale są także, dzięki obecności licznych przyjaciół francuskich, pomostem między Polską i Francją”– ocenił ks. Krzysztof Hermanowicz SAC
św. Jan Paweł II rozmaiwa z patriarchą Barłomiejem I
***
Jan Paweł II – człowiek dialogu i jeden z ojców Soboru Watykańskiego II stawia sprawę jasno: ekumenizm nie jest dodatkiem.
Zaczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Dla tych, którzy mają relację z członkami innych Kościołów to czas intensywnych spotkań, dla innych – czas, gdy przypominają sobie o wadze jedności Kościoła. Jeszcze dla innych to świadectwo upadku Kościoła i rezygnacji z jego misji.
Dla wyrównania oddechu i uspokojenia nastrojów warto sięgnąć do nauczania św. Jana Pawła II, który wciąż dla wielu jest autorytetem duchowym. Nie sposób w krótkim artykule streścić całego nauczania św. Papieża na temat ekumenizmu, ale chciałem zwrócić uwagę na siedem jego ważnych myśli.
Rozumienie ekumenizmu
według św. Jana Pawła II?
Siedem cech ekumenizmu, które są zawarte w Encyklice „Ut unum sint” z roku 1995.
1 EKUMENIZM NIE JEST DODATKIEM
Jan Paweł II stwierdza stanowczo, że ekumenizm jest istotnym elementem działania Kościoła i powinien przenikać wszystkie jego działania:
Ekumenizm, ruch na rzecz jedności chrześcijan, nie jest jakimś tylko „dodatkiem”, uzupełnieniem tradycyjnego działania Kościoła. Przeciwnie, należy on w sposób organiczny do całości jego życia i działania i w konsekwencji winien tę całość przenikać i z niej wyrastać jak owoc ze zdrowego i kwitnącego drzewa, które osiąga pełnię życia (UUS, 20).
Zatem oznaką zdrowia Kościoła jest zaangażowanie w jedność całej wspólnoty.
2 DUCHOWY EKUMENIZM
Jan Paweł II zaznacza, że sercem ekumenizmu jest duch: nawrócenie oraz świętość, które są połączone z modlitwą.
Szlak nawrócenia serc jest wyznaczany rytmem miłości, która zwraca się równocześnie do Boga i do braci: do wszystkich braci, również do tych, którzy nie są w pełnej komunii z nami. Miłość ożywia pragnienie jedności nawet w tych, którzy nigdy nie dostrzegali jej potrzeby. Miłość tworzy komunię osób i Wspólnot. Jeśli się miłujemy, staramy się pogłębić naszą komunię i czynić ją coraz doskonalszą. Miłość zwraca się do Boga jako najdoskonalszego źródła komunii – która jest jednością Ojca, Syna i Ducha Świętego – aby z tego Źródła czerpać moc tworzenia komunii pomiędzy ludźmi i Wspólnotami lub odtwarzania jej pomiędzy jeszcze rozdzielonymi chrześcijanami. Miłość jest najgłębszym, życiodajnym nurtem procesu zjednoczenia.
Miłość ta znajduje najpełniejszy wyraz we wspólnej modlitwie. Sobór nazywa modlitwę duszą całego ruchu ekumenicznego, gdy jednoczą się w niej bracia, między którymi nie ma doskonałej komunii (UUS, 21).
Gdy chrześcijanie modlą się razem, wówczas cel, jakim jest zjednoczenie, wydaje się bliższy (UUS, 22).
3 WIERNOŚĆ PRAWDZIE
Dążenie do słusznej jedności nie jest przyzwoleniem na rezygnację z prawdy i przyjęciem za wszelką cenę kompromisów.
Dekret o ekumenizmie wymienia wśród elementów nieustannej reformy także sposób przedstawiania doktryny. Nie chodzi tu o modyfikację depozytu wiary, o zmianę znaczenia dogmatów, o usunięcie w nich istotnych słów, o dostosowanie prawdy do upodobań epoki, o wymazanie niektórych artykułów Credo pod fałszywym pretekstem, że nie są one już dziś zrozumiałe. Jedność, jakiej pragnie Bóg, może się urzeczywistnić tylko dzięki powszechnej wierności wobec całej treści wiary objawionej (UUS, 18).
Nie zamyka to jednak drogi do dialogu i prób zrozumienia siebie.
Strony prowadzące dialog spotykają się nieuchronnie z problemem odmiennych sformułowań, za pomocą których wyrażona jest doktryna różnych Kościołów i Wspólnot kościelnych; ma to liczne konsekwencje dla procesu ekumenicznego. Jedną z korzyści, jakie przynosi ekumenizm, jest to, że pomaga on chrześcijańskim Wspólnotom w odkrywaniu niezgłębionego bogactwa prawdy (UUS, 38).
4 EKUMENIZM TO RACHUNEK SUMIENIA
Dialog, którym jest ekumenizm, przynosi owoce, którymi są wymiana dóbr, rachunek sumienia, który przybliża do Boga oraz porzucenie wrogości:
Trzeba niejako rozpocząć od opuszczenia pozycji przeciwników, stron poróżnionych, aby znaleźć się na płaszczyźnie, na której obie strony traktują siebie nawzajem jako partnerów. Podejmując dialog, każda ze stron zakłada u swego rozmówcy wolę pojednania, czyli jedności w prawdzie. Aby to wszystko mogło się urzeczywistnić, muszą zaniknąć przejawy wzajemnego zwalczania się. Tylko wówczas dialog pomoże w przezwyciężeniu podziału, a posłuży do przybliżenia jedności (UUS, 29).
Zjednoczenie chrześcijan – także po wszystkich grzechach, które przyczyniły się do historycznych podziałów – jest możliwe. Warunkiem jest pokorna świadomość, że zgrzeszyliśmy przeciw jedności i przekonanie, że potrzebujemy nawrócenia (UUS, 34).
5 OCZYSZCZENIE PAMIĘCI HISTORYCZNEJ
Ważnym elementem, który przyświeca ekumenizmowi, jest dążenie do oczyszczenia pamięci historycznej. Żywym owocem takiego podejścia jest zdjęcie ekskomunik pomiędzy Rzymem a Konstatnynopolem:
Historycznym wyrazem zmiany, jaka się dokonała, był eklezjalny akt, mocą którego „zostało usunięte z pamięci i z życia Kościoła” wspomnienie o ekskomunikach, które dziewięćset lat wcześniej, w 1054 r., stały się symbolem schizmy między Rzymem i Konstantynopolem (UUS, 52).
Podjęcie podobnych działań nadal stoi przed Kościołem:
Dlatego zaangażowanie ekumeniczne musi się opierać na nawróceniu serc i na modlitwie, które doprowadzą także do niezbędnego oczyszczenia pamięci historycznej. Dzięki łasce Ducha Świętego uczniowie Chrystusa, ożywieni miłością, odwagą płynącą z prawdy i szczerą wolą wzajemnego przebaczenia i pojednania, są powołani, aby ponownie zastanowić się nad swoją bolesną przeszłością i nad ranami, jakie niestety zadaje ona do dzisiaj (UUS, 2).
6 WSPÓLNE ŚWIADECTWO ŚWIĘTOŚCI
Jan Paweł II zaznacza, że mimo podziałów, chrześcijanie mają wspólne Martyrologiów, czyli spis osób, które oddały życie za Chrystusa. Ich świadectwo jest znakiem, że pdziały mozna przezwyciężyć, przez oddanie życia Jezusowi:
Odważne świadectwo licznych męczenników naszego stulecia, należących do innych także Kościołów i Wspólnot kościelnych, które nie są w pełnej komunii z Kościołem katolickim, nadaje nową moc wezwaniu Soboru i przypomina nam o obowiązku przyjęcia i wprowadzenia w czyn jego zalecenia. Ci nasi bracia i siostry, połączeni przez wielkoduszną ofiarę z własnego życia, złożoną dla Królestwa Bożego, są najbardziej wymownym świadectwem tego, iż można przekroczyć i przezwyciężyć wszelkie elementy podziału, składając całkowity dar z siebie dla sprawy Ewangelii (UUS, 1).
7 UKIERUNKOWANIE NA EWANGELIZACJĘ
W Ewangelii Jana przeczytamy modlitwę Jezusa, w której prosi: „aby i ani stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłałˮ (J 17, 21). Jedność Kościoła już sama w sobie jest głoszeniem Chrystusa:
Czyż można bowiem głosić Ewangelię pojednania, nie dążąc zarazem czynnie do pojednania chrześcijan? To prawda, że Kościół, przynaglany przez Ducha Świętego i mocny obietnicą, iż nic nie zdoła go zwyciężyć, głosił i nadal głosi Ewangelię wszystkim narodom, ale jest też prawdą, że musi zmagać się z trudnościami wynikającymi z podziałów. Czyż niewierzący, stykając się z misjonarzami, którzy nie zgadzają się ze sobą nawzajem, choć wszyscy powołują się na Chrystusa, będą umieli przyjąć prawdziwe orędzie? Czy nie pomyślą, że Ewangelia, choć jest przedstawiana jako podstawowe prawo miłości, stanowi raczej przyczynę podziału? (UUS, 98).
Niech te ostatnie zdania będą elementem naszego ekumenicznego rachunku sumienia.
„Jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym?”
2 Kor 6,11-18:
fot. Wikipedia
***
Tekst w przekładzie Biblii Tysiąclecia
11 Usta nasze otwarły się do was, Koryntianie, rozszerzyło się nasze serce. 12 Nie brak wam miejsca w moim sercu, lecz w waszych sercach jest ciasno. 13 Odpłacając się nam w ten sam sposób, otwórzcie się i wy: jak do swoich dzieci mówię. 14 Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem na wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? 15 Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym? 16 Co wreszcie łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego – według tego, co mówi Bóg: Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich, i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. 17 Przeto wyjdźcie spośród nich i odłączcie się od nich, mówi Pan, i nie tykajcie tego, co nieczyste, a Ja was przyjmę 18 i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami – mówi Pan wszechmogący.
Krytyka literacka
Kontekst i kompozycja
Powyższy tekst znajduje się w Drugim Liście do Koryntian. Św. Paweł wzywa w nim wiernych Kościoła korynckiego do otwartości serca oraz ostrzega ich przed brataniem się z niewierzącymi. Wcześniej była mowa o trudnościach życia głosicieli Ewangelii (6,1-10), a po naszym fragmencie pojawiają się słowa pociechy po wieściach przyniesionych przez Tytusa (7,1-16). Nasz fragment stanowi początek czwartej i ostatniej części wywodu apostoła na temat apostolatu (6,11-7,4)
Gatunek literacki
Cała księga stanowi formę starożytnego listu (mającego wstęp, główny trzon oraz zakończenie). Nasz fragment należy do tego trzonu, w którym pojawiają się wypowiedzi o charakterze pojednawczym. Pod względem retorycznym warto zauważyć trzykrotne powołanie się apostoła na słowa Boga za pomocą zwrotów: „mówi Bóg” (w. 17), „mówi Pan” (w. 17) i „mówi Pan wszechmogący” (w. 18).
Orędzie teologiczne
Na początku św. Paweł wzywa swych adresatów do ich pojednania się z nim (jakkolwiek termin „pojednać się” tu nie występuje). Zachęca ich do otwartości serca (w. 11). Powołuje się na swoje (i swych towarzyszy) otwarte usta i takiej otwartości oczekuje od chrześcijan z Koryntu. Otwartość ust (wyrażona za pomocą czasownika anoigo) stanowi nawiązanie do nauk, zarówno słownie wygłoszonych, jak i zapisanych w poprzednim liście (a najpewniej w poprzednich listach), nielimitowanych i nieograniczanych. Teraz Koryntianie mają rozszerzyć swe serca (czarownik platyno) na te nauki i na wynikające z nich postępowanie. Wzorem dla nich ma być serce Pawła, w którym nie brak dla nich miejsca. Inaczej jest u nich z powodu ciasnoty ich serc (w. 12). Użyty tu dwukrotnie czasownik stenochoreomai oznacza „brakować miejsca”, „być ciasnym”, „być ograniczonym przestrzennie”. Warto zwrócić uwagę, że Paweł wyraźnie personalizuje swych adresatów, zwracając się do nich słowami „Koryntianie”, co rzadko zdarza się w jego listach. Apostoł posługuje się nie tylko metaforą serca, ale również obrazem z relacji rodzicielskich. Siebie uznaje za ojca duchowego chrześcijan korynckich i wzywa ich do otwartości (powtarza się tu znów czasownik platyno), tak jak powinny zachować się dzieci względem rodzica (w. 13).
W dalszych słowach św. Paweł pisze o powstrzymywaniu się od niewłaściwych relacji z ludźmi niewiernymi i niewierzącymi (apistoi), a konkretnie o tym, by się z nimi nie sprzęgać do jednego jarzma. Zauważamy tu echo starotestamentalnych reguł, w myśl których nie wolno w jedno jarzmo wprzęgać woła i osła (por. Pwt 22,10) oraz nie wolno krzyżować ze sobą różnych zwierząt (por. Kpł 19,19). Wyznawcy Chrystusa stanowią inną kategorię ludzi niż bałwochwalczy poganie. Nie mogą ze sobą wchodzić w relacje, tak jak by stanowili jeden rodzaj ludzi. Tutaj wspólnego mianownika nie ma. Dodać warto, że samo jarzmo, jakie nakłada Jezus, jest słodkie (por. Mt 11,30). Jarzmo, w które są wprzęgnięci poganie, jest odmienne. Powagę problemu apostoł wzmacnia serią pytań retorycznych zbudowanych na zestawianiu przeciwstawnych sobie pojęć i obrazów (według schematu „co ma wspólnego X z Y?”). Na początku pojawia się zestawienie „sprawiedliwości” z „niesprawiedliwością” (w. 14). Chrześcijanie dążąc do sprawiedliwości, zachowują przykazania Boże, podczas gdy poganie ich nie przestrzegają. Dalej pojawia się zestawienie „światła” i „ciemności”. Chrześcijanie są „dziećmi światłości” (por. Ef 5,8) oświeconymi przez wiarę i objawienie. Jako uczniowie Pana mają świecić światłem widocznym i nieprzykrytym przez korzec (por. Mt 5,15). Z kolei poganie idą złą drogą, wyznając nieistniejące bóstwa. Pozostają w ciemności, z dala od zbawienia (światło często jest synonimem zbawienia, a ciemność jego braku). Ciemność ponadto kojarzy się z działaniem złych duchów. W tym kontekście nie dziwi kolejne przeciwstawienie. Apostoł pyta, co ma wspólnego Chrystus z Beliarem (w. 15a). Beliar to jedno z określeń odnoszących się do szatana, który jest całkowitym przeciwieństwem Chrystusa. W ostatniej parze autor zestawia człowieka „wierzącego” z „niewiernym” (w. 15b). Użyty tu przymiotnik apistos tworzy inkluzję wraz z w. 14.
Ostatnim zestawieniem w retorycznych pytaniach apostoła stanowi kwestia braku jakiegokolwiek wspólnego mianownika między świątynią Boga a bożkami (idolami). Po tym pytaniu św. Paweł wyjaśnia adresatom: „my jesteśmy świątynią Boga żywego” (w. 16). Jest tylko jeden Bóg (określony jako żywy), a pogańskie bóstwa nie istnieją. Poganie jednak ślepo wierzą w ich istnienie i oddają im cześć, m.in. budując liczne świątynie (a takich w czasach apostoła w Koryncie było wiele). Nie tylko wyznawany przez chrześcijan Bóg jest jedynym, prawdziwym i żywym Panem, ale także oni sami jako wspólnota Kościoła stanowią żywy, duchowy organizm dzięki działaniu Ducha Świętego. Widzimy tu echo Pawłowej nauki o Kościele jako Ciele Chrystusa połączonej z przekonaniem, że w ciele chrześcijanina zamieszkuje Duch Boży. Św. Paweł prawdę tę pokazuje jako wypełnienie starotestamentalnych zapowiedzi, zwłaszcza proroctw Jeremiasza i Ezechiela o Nowym Przymierzu oraz proroctwa Natana z 2 Sm 7,14: „Ja będę mu ojcem, a on będzie Mi synem” (przywołane jest ono w w. 18). W taki oto sposób św. Paweł uzasadnia powstrzymywanie się od relacji z poganami. Chrześcijanin żyje w żywym organizmie Kościoła i niejako należy do duchowej rodziny Boga, a poganin funkcjonuje poza tą wspólnotą i nie należy się z nim bratać.
Ojcowie Kościoła
Św. Augustyn: „Czym jest nasza dusza dla członków ciała, tym jest Duch Święty dla członków Chrystusa, którym jest Kościół” (Kazanie 268).
Św. Ireneusz: „Istotnie, samemu Kościołowi został powierzony dar Boży. W nim zostało złożone zjednoczenie z Chrystusem, to znaczy Duch Święty, zadatek niezniszczalności, utwierdzenie naszej wiary i drabina wstępowania do Boga. Bowiem tam, gdzie jest Kościół, jest także Duch Boży; a tam, gdzie jest Duch Boży, tam jest Kościół i wszelka łaska” (Adversus haereses, III,24,1).
Katechizm Kościoła Katolickiego
O roli Ducha Świętego w Kościele:
„Duch Święty jest „Zasadą wszystkich żywotnych i rzeczywiście zbawczych działań w poszczególnych częściach Ciała”. Na różne sposoby buduje On, całe Ciało w miłości: przez słowo Boże, które jest „władne zbudować” (Dz 20, 32); przez chrzest, przez który formuje Ciało Chrystusa; przez sakramenty, które dają wzrost i uzdrowienie członkom Chrystusa; przez „łaskę daną Apostołom, która zajmuje pierwsze miejsce wśród Jego darów”; przez cnoty, które pozwalają działać zgodnie z dobrem, a wreszcie przez wiele łask nadzwyczajnych (nazywanych „charyzmatami”), przez które czyni wiernych „zdatnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą pożyteczną rozbudowę Kościoła”” (798).
Nauczanie papieży
Bednedykt XVI : „Świątynia z cegieł jest symbolem żywego Kościoła, wspólnoty chrześcijańskiej, którą już apostołowie Piotr i Paweł w swoich listach określali jako «budowlę duchową», wzniesioną przez Boga z «żywych kamieni», którymi są chrześcijanie, na jedynym fundamencie, którym jest Jezus Chrystus, porównywany do «kamienia węgielnego» (por. 1 Kor 3, 9-11.16-17; 1 P 2, 4-8; Ef 2, 20-22). «Bracia, wy zaś jesteście (…) Bożą budowlą», pisze św. Paweł, i dodaje: «Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście» (1 Kor 3, 9 i 17). (…) Kościół żywych kamieni buduje się w prawdzie i miłości i jest wewnętrznie kształtowany przez Ducha Świętego — przemienia się w to, co otrzymuje, upodabniając się coraz bardziej do swego Pana Jezusa Chrystusa. Jeśli żyje on w szczerej i braterskiej jedności, staje się duchową ofiarą miłą Bogu.” (Rozważanie przed modlitwą Anioł Pański 9.11.2008).
Pytania do modlitwy i refleksji
Co powinienem zrobić, żeby „rozszerzyć” swoje serce?
W jaki sposób powinienem rozmawiać z ludźmi niewierzącymi?
Co oznacza dla mnie fakt, że jestem członkiem Kościoła jako Świątyni Boga żywego?
Lektura dodatkowa
Dąbrowski E., Listy do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (Pismo Święte Nowego Testamentu VII), Poznań – Warszawa 1965
Kowalski M., Drugi List do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (Biblia Impulsy. Nowy Testament VII), Katowice 2018
Paciorek A. Drugi List do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (t. VIII) (Nowy Komentarz Biblijny VII), Częstochowa 2009
Stegman T.D., Drugi List do Koryntian (Katolicki Komentarz do Pisma Świętego), Poznań 2021
e-KAI/ 13 stycznia 2026 – opracował: ks. dr Wojciech Kardyś | Pelplin
***
Czy katolik, który odrzuca ekumenizm, może żyć w zgodzie z nauczaniem Kościoła?
„Wy uważacie tamtych za heretyków, ale oni za heretyków uważają was. I co dalej?” – o właściwej koncepcji ekumenizmu mówi ks. dr hab. Sławomir Pawłowski SAC.
Franciszek Kucharczak: W 2022 roku z papieżem Franciszkiem spotkali się liderzy polskich wspólnot charyzmatycznych – katolickich i ewangelikalnych. Potem jedni i drudzy spotkali się z krytyką ze strony niektórych współwyznawców. Dialog ekumeniczny ma wrogów po obu stronach?
ks. Sławomir Pawłowski: Przeciwnicy ekumenizmu są w wielu wyznaniach chrześcijańskich. Myślę, że jest ich znaczna mniejszość, ale są głośniejsi.
Skąd się to bierze?
Zapewne z błędnej koncepcji ekumenizmu. Wielu myśli, że ekumenizm oznacza kompromis w sprawach wiary albo że dialogi ekumeniczne są rodzajem handlu prawdami wiary. A tak nie jest.
A jak jest?
Dialog ekumeniczny to jest wspólne odkrywanie objawionej prawdy. Wyobraźmy sobie, że dwie osoby idą obok siebie różnymi ścieżkami i te ścieżki zbliżają się do siebie. I nawet jeśli na razie nie widać punku ich spotkania, to może gdzieś za horyzontem one się zejdą. Jest wiele dialogów ekumenicznych, które poświadczają, że tak jest. Chociażby deklaracja katolicko-luterańska o usprawiedliwieniu z 1999 roku czy deklaracje chrystologiczne z tak zwanymi Kościołami przedchalcedońskimi, które przez katolików, protestantów i prawosławie były uznawane za heretyckie.
Czy jako ekumenista spotyka się Ksiądz z wrogością?
Z wrogością rzadko, o wiele częściej spotykam się z obojętnością albo też z nieznajomością innych wyznań. W Polsce jest to częściowo usprawiedliwione, bo katolików jest tu olbrzymia większość i często nie mamy okazji poznać innych chrześcijan. Ciekawie wyszło to w syntezie krajowej procesu synodalnego na temat ekumenizmu. Wynika z tego po pierwsze, że my, katolicy, czujemy, iż ekumenizm jest czymś ważnym, i to dobrze. Po drugie, często boimy się, że ekumenizm zagraża naszej katolickiej tożsamości. I po trzecie – nie mamy doświadczenia ekumenicznego, jest za to poczucie, że ekumenizm dotyczy innych, którzy sąsiadują z innymi wyznaniami. Pewną zmianę wprowadziło tu przybycie emigrantów z Ukrainy, często wyznania prawosławnego. To nam trochę otworzyło oczy na relację z innymi wyznaniami.
W kwestii ekumenizmu istnieje u nas duży opór, szczególnie widoczny w środowiskach tradycjonalistycznych.
Radykalnym przeciwnikom ekumenizmu w Kościele katolickim chciałbym pokazać przeciwników ekumenizmu po stronie protestanckiej. I powiedzieć: „No i co? Wy uważacie tamtych za heretyków, ale oni za heretyków uważają was. I co dalej?”. Trafiła kosa na kamień – i tworzą się mury. Ja myślę, że antyekumenizm po stronie wielu wyznań sam siebie dyskredytuje, bo pozostawia chrześcijan w kompletnej izolacji względem siebie i nie wskazuje żadnej drogi wyjścia.
Ale czy te stawiane przez wieki mury nie brały się z założenia, że formalna przynależność do Kościoła katolickiego jest warunkiem zbawienia?
No tak, tylko że ci z drugiej strony myśleli tak samo.
Sobór Watykański II to zmienił.
To się zaczęło ciut wcześniej. Już przed soborem byli prekursorzy ekumenizmu. Ostatnim papieżem, którego tradycjonaliści bardzo szanują, jest Pius XII. I to z jego akceptacją Święte Oficjum w 1949 roku wydało dekret De motione oecumenica, który po raz pierwszy uznawał ruch ekumeniczny za przejaw działania Ducha Świętego i zezwalał na trochę więcej niż poprzednie ustalenia Stolicy Apostolskiej.
Wtedy inaczej rozumiano cel ekumenizmu, czyli żeby wszyscy zostali katolikami, prawda?
Tak, niektóre ustalenia pionierów ekumenizmu w pierwszej połowie XX wieku rzeczywiście trochę grzeszyły pewnym relatywizmem czy panchrystianizmem. Ruch ekumeniczny jednak dojrzał i dostrzeżono, że czymś bardzo ważnym jest pielęgnowanie własnej tożsamości, a na tyle, na ile można, dopuszczenie jakiejś wymiany darów duchowych lub przynajmniej współpracy. Jest to zbieżne z tym, co zauważył Jan Paweł II w Ut unum sint, gdy stwierdził, że obydwie strony mają sobie bardzo wiele do zaproponowania.
Co oni mogą nam zaproponować, skoro my, katolicy, mamy pełnię środków zbawienia?
Proszę zauważyć, że ta pełnia jest nam dana i zadana. Można to porównać do posiadania skrzyni ze skarbem. My mamy ten skarb, ale nie do końca wiemy, co w tej skrzyni jest. Na przykład chrześcijanie w III wieku nie mają jeszcze wyznania wiary – ono się ukształtuje dopiero w latach 325–381. Czyli co? Mają pełnię, ale nie mają tak sformułowanego, jak w następnym wieku, wyznania wiary. A potem trzeba było poczekać do początku wieków średnich, aż ukonstytuuje się nauka o tym, że sakramentów jest siedem, a nie sto dwadzieścia. Sakramenty były sprawowane, ale obdarzenie wspólną nazwą tych siedmiu misteriów to dopiero następne wieki.
Czyli w tej skrzyni są rzeczy, których jeszcze nie odkryliśmy?
Tak. Tu chodzi najpierw o pełnię środków zbawienia, np. o sakramenty. Ale Bóg może udzielać łaski także poza sakramentami! Dalej chodzi tu o pełnię objawionej prawdy. Ale objawienie Boże, choć zostało już zakończone, nie zostało jeszcze w pełni zgłębione. Nie zapominajmy, że Kościół ciągle pielgrzymuje w odkrywaniu tego objawienia. Jeżeli tak pielgrzymował przez ostatnie 20 wieków, to czy możemy zakładać, że to pielgrzymowanie już się zakończyło? Dlaczego? Jeśli, na przykład, ludzkość będzie istnieć jeszcze 18 tysięcy lat, to w roku 20 000 ludzie Kościoła będą myśleli o roku 2000 tak, jak my dzisiaj myślimy o roku 200. A co my myślimy o roku 200? Kościół niemalże pierwotny, który dopiero zaczyna pielgrzymkę. Więc status Kościoła w drodze jest bardzo ważny. Dlatego może się zdarzyć, że potrzebujemy innych, żeby odkryć, co my w tej skrzyni mamy.
Ci inni więc też mają jakieś dary?
Duch Święty dał innym chrześcijanom dary, które są również darami dla nas. My mamy więc tę pełnię, ale z drugiej ręki, i musimy sobie to od nich wziąć.
Co na przykład?
Na przykład siłę słowa Bożego i jego głoszenia, umiłowanie osobistego czytania Pisma Świętego – to było w protestantyzmie, a myśmy to sobie przyswoili. Albo synodalność, bardzo rozwiniętą w Kościołach wschodnich. Sobór przypomniał nam ponadto o tzw. hierarchii prawd wiary, która polega nie na tym, że coś jest mniej lub bardziej prawdziwe, tylko na tym, że jakieś prawdy są w centrum – i to są prawdy kerygmatyczne. Trzeba przyznać braciom protestantom, zwłaszcza ewangelikalnym, że oni potrafią doskonale głosić kerygmat. My w Kościele katolickim poprzez wysiłek tzw. nowej ewangelizacji oswoiliśmy się z tym pojęciem i wiemy, że – chociażby w Ruchu Światło–Życie – słynne „cztery prawa życia duchowego” to jest właśnie kerygmat. Czyli pierwsza prawda, że Bóg cię kocha. Druga prawda – o grzechu, który mnie oddziela od Boga. Trzecia prawda o Chrystusie, który tę wyrwę między Bogiem a człowiekiem zasypał sobą, stał się mostem. I czwarta, że ja muszę do Chrystusa przylgnąć, żeby być pojednanym z Bogiem. W katolickiej wersji jest jeszcze aspekt wspólnotowy i jest też przyjęcie Ducha Świętego. Ksiądz Franciszek Blachnicki wziął to od protestantów. To są prawdy centralne.
Co nas dzisiaj, poza prawdami centralnymi, realnie łączy? Zapewne chrzest?
Owszem, ale większość ewangelikalnych Kościołów uznaje tylko chrzest dorosłych. Mają trudności z uznaniem chrztu osób nieświadomych. Chociaż tu też następuje pewne zbliżenie, bo my wiemy, że człowiek ochrzczony bez swojej świadomości musi w którymś momencie – żeby być żywym chrześcijaninem – wyznać wiarę osobiście. Z kolei ewangelikalni coraz częściej uznają pewne odwrócenie kolejności – czyli że ktoś był ochrzczony, nie mając świadomości, a potem wyznaje swoją wiarę. Tu też jest zbliżenie. Katolików, starokatolików i prawosławnych łączą również praktycznie wszystkie sakramenty. Uznajemy nawzajem ważność wszystkich siedmiu sakramentów. No i łączą nas niektóre prawdy dotyczące moralności.
Nie wszystkie?
Dopiero w ubiegłym wieku kwestie moralne zaczęły dzielić chrześcijan: podejście do „małżeństw” osób tej samej płci, aborcji czy do in vitro. Ale co różni jednych, to łączy drugich. I bywa, że chrześcijanie, którzy pod względem nauki o sakramentach są trochę dalej od siebie, są bardzo blisko, jeśli chodzi o naukę etyczną. Na przykład Adwentyści Dnia Siódmego mają taką jak protestanci naukę o sakramentach, ale sprzeciwiają się małżeństwom osób jednej płci.
Czy katolik, który odrzuca ekumenizm jako taki, jest w zgodzie z nauczaniem Kościoła?
Nie jest w zgodzie z tzw. zwyczajnym nauczaniem Kościoła. Nie neguje żadnego dogmatu, ale nauczanie Kościoła katolickiego nie ogranicza się do dogmatów, jest o wiele bogatsze. Myślę, że niektóre osoby z nurtu tradycjonalistycznego, negujące ekumeniczne nauczanie ostatnich papieży, są podobne do osób siedzących na gałęzi i ją piłujących. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może się nazywać do końca katolikiem. To dla mnie nie do wyobrażenia. Bo w nauczaniu Kościoła wciąż zachodzą pewne zmiany, a ci, którzy siedzą na tej gałęzi, cytują stare dekrety, jakieś inne dokumenty, z których wynika co innego, niż to, o czym teraz mówimy. Popełniają błąd ahistoryzmu. Niektóre sformułowania miały przecież trochę inny sens i inny był też w tamtych czasach kontekst.
Rozpoczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Spotkania ekumeniczne są wyrazem realnej wspólnoty czy tylko znakiem przyszłej nadziei?
I jedno, i drugie, bo nawet Sobór Watykański II uczy, że wspólnota między chrześcijanami różnych wyznań już istnieje i jest realna, tylko niedoskonała. Czyli jest wyrazem już istniejącej wspólnoty, niedoskonałej, i nadzieją na przyszłość, bo się modlimy. A tym, którzy krytykują, że chrześcijanie się modlą, chciałbym zadać pytanie: a jak jest w ich życiu? Czy to, że chodzą w niedzielę do kościoła, zmienia ich życie na co dzień? Ale jeszcze trzeba powiedzieć, że oprócz tego są modlitwy i inicjatywy w ciągu roku, poza tym styczniowym tygodniem. Wiadomo, że tydzień ma szczególną uroczystą oprawę, ale uroczystości nie mogą trwać codziennie. Są po to, by przypomnieć, że ekumenizm jest ważny dla katolików i w ogóle dla Kościoła.
Gość Niedzielny
***
„Nie odejdę stąd, dopóki nie opowiecie mi o Jezusie!”.
Muzułmanie coraz częściej pukają do drzwi kościołów i proszą o chrzest
To będą historie, które nie śniły się filozofom… Chociaż nie – śniły się, nawet profesorom wyższych uczelni. W krajach muzułmańskich.
Przyszła do mnie wstrząśnięta Uzbeczka, mówiąc, że przyśniła jej się Maryja, która miała powiedzieć: „Podążaj za moim Synem”. Kobieta spytała: „Ale jak mam to zrobić, przecież jestem muzułmanką!”. I mnie też zapytała, co ona ma teraz z tym począć – mówi o. Piotr Kawa, franciszkanin. W Uzbekistanie pracował 27 lat. Był świadkiem przebudzenia duchowego u wielu muzułmanów, często również niewierzących, ale wychowywanych w kulturze przenikniętej islamem, gdzie nikt sobie nie wyobraża konwersji na chrześcijaństwo. Jego opowieści to zresztą jedne z wielu podobnych historii, o których mówią ludzie z różnych stron świata. Odkrywanie Jezusa przez muzułmanów to rosnące od lat zjawisko w świecie islamu. Potwierdzają to również Polacy, którzy głoszą w tych krajach Ewangelię. „Problem” występuje i jest uważnie monitorowany także w wielu krajach zachodnich, gdzie żyją duże społeczności muzułmanów. Można nie wierzyć, gdy sami zainteresowani mówią, że śnił im się Jezus. Choć powtarzalność tych opowieści u setek osób z różnych zakątków globu powinna zastanowić największych sceptyków. Nie można jednak zaprzeczyć faktom: byli muzułmanami – wybrali Chrystusa, ryzykując wszystko.
Od Koranu do Biblii
Mohammeda Al-Musawiego poznałem 9 lat temu. Irakijczyk przyjechał do Polski z Francji. Mieszka nad Sekwaną od czasu, gdy uciekł ze swojego kraju: stał się chrześcijaninem, a jego kuzyni chcieli wymierzyć mu „sprawiedliwość”. Właściwie nie poznałem Mohammeda, tylko Jusefa Fadella, bo takie imię i nazwisko nosi od momentu swojego chrztu. Zmiana tożsamości była konsekwencją wyboru, którego dokonał. Wcześniej nie tylko imię, popularne wśród muzułmanów, łączyło go z Prorokiem, twórcą islamu. Również nazwa rodu, Musawi, dawała jemu i jego rodzinie uprzywilejowane miejsce w irackim społeczeństwie. Imam Musa był jednym z potomków Alego, kuzyna i zarazem zięcia Mahometa. Dla szyitów (jeden z dwóch głównych, obok sunnitów, nurtów w islamie) Ali jest równie ważny jak Mahomet. I chyba nie trzeba już więcej nic dodawać, by zrozumieć, jak wielkim szokiem była wiadomość, że pupil głowy rodu został chrześcijaninem.
Koran przeczytał dopiero za sprawą… swojego chrześcijańskiego współlokatora w wojsku. – Chciałem mu wytknąć w Biblii jego chrześcijańskie błędy, a on powiedział, że przyniesie mi Pismo Święte dopiero wtedy, gdy ja przeczytam Koran. Zdziwiłem się, ale zacząłem go dokładnie czytać. Ku swojemu przerażeniu nie mogłem znaleźć ukojenia, czytając poszczególne fragmenty. Po pewnym czasie poczułem, że w sercu rozstaję się powoli z islamem, że tracę grunt pod nogami, filar, na którym opierałem swoje życie, dumę z nazwiska i pochodzenia – ciągnął opowieść. Nie powiedział o tym od razu swojemu chrześcijańskiemu koledze z koszarów. Miał za to sen. – Widziałem, że stoję koło rzeki, blisko brzegu, metr od wody, a po drugiej stronie była postać mężczyzny. Czułem wyraźnie przynaglenie, żeby zbliżyć się do niego. Mężczyzna wyciągnął rękę i powiedział: „Jeśli chcesz przejść przez tę rzekę, musisz spróbować chleba życia”. Obudziłem się i stwierdziłem, że nigdy wcześniej nie słyszałem tego określenia, to było zupełnie nieznane w naszej kulturze. Tego samego dnia po przyjeździe Masud dał mi Ewangelię. Doradził, żeby zacząć czytać od św. Mateusza. Ja jednak otworzyłem najpierw przypadkowy fragment Ewangelii według św. Jana. Pierwszym zdaniem, jakie w życiu przeczytałem w Biblii, było: „Ja jestem chlebem życia”… Po chrzcie, który niemal wyżebrał u jednego z biskupów w sąsiedniej Jordanii (bo w Iraku nikt nie chciał się tego podjąć, tamtejsi biskupi byli przekonani, że to prowokacja), był przez długie miesiące torturowany przez ludzi nasłanych przez własną rodzinę. Musiał uciekać do Europy. Z żoną, którą również sprowadził na nową (złą w oczach ziomków) drogę.
Wpuście mnie!
Stanisław Cinal jest dyrektorem w Alpha International odpowiedzialnym za rozwój kursów Alpha w Europie Wschodniej i Alpha w więzieniu w regionie EMENA (Europa, Bliski Wschód i Afryka Północna). Od lat z bliska obserwuje muzułmanów, którzy mają w sobie głód Ewangelii, nawet jeśli nie od razu potrafią go zwerbalizować. Opowiada mi o najbardziej poruszających go historiach. W jednym z budynków stolicy pewnego państwa w Azji Środkowej oficjalnie prowadzono działalność sportową. Nikt nie miał prawa wiedzieć, że spotykają się tam również chrześcijanie, w tym konwertyci z islamu. Pewnego dnia do domofonu zadzwonił Timur (imię zmienione). Był praktykującym muzułmaninem, który powiedział, że szuka informacji o Jezusie i wie, że w tym miejscu może je otrzymać. Gospodarze zamarli – początkowo byli przekonani, że to jakaś prowokacja ze strony służb, które być może chcą przeprowadzić aresztowania. Timur jednak nie odpuszczał i zaczął uderzać wręcz pięściami w drzwi, błagając o ich otwarcie. „Nie odejdę stąd, dopóki nie opowiecie mi o Jezusie”. Gdy gospodarze nadal próbowali przekonać go, że to pomyłka i tutaj odbywają się zajęcia sportowe, Timur powiedział: „Miałem sen, w którym Jezus wskazał mi ten adres i powiedział, że tutaj o Nim usłyszę”. Dziś Timur jest chrześcijaninem i aktywnym członkiem Kościoła.
Stanisław poznał też osobiście anglikańskiego biskupa Jasira Erica, znanego w środowisku byłych muzułmanów, konwertytów na chrześcijaństwo (tzw. MBBs – Muslim-Background Believers). Sam biskup był przez lata bardzo radykalnym dżihadystą z Sudanu. – Został chrześcijaninem, bo był świadkiem cudu. Po prostu przyszli chrześcijanie, zaczęli się modlić nad nieuleczalnie chorym i nastąpiło uzdrowienie na jego oczach. To mu wystarczyło. Ochrzcił się i oczywiście rodzina od razu go odrzuciła, zwłaszcza że jego dziadek był głową lokalnego klanu – opowiada Staszek. Historia, którą biskup niedawno opowiadał, zapewne i naszych czytelników przyprawi o gęsią skórkę. – Biskup Jasir był w Niemczech, gdy zadzwonił do niego jakiś człowiek, mówiąc, że mieszka w Libii na pustyni i prosi, by biskup przyjechał i ochrzcił 38 mężczyzn. Biskup zapytał o adres. Wtedy człowiek odpowiedział: „Przyjedź na granicę”. Powtarzał wiele razy właśnie to zdanie: „Przyjedź na granicę”. Biskup miał podobną refleksję jak gospodarze z owej sali sportowej, że to jakaś prowokacja. Postanowił to zignorować. Ale po kilku dniach zadzwonił do niego jego przyjaciel, pastor z Egiptu, i powiedział: „Słuchaj, nie wiem, o co chodzi, ale usłyszałem głos mówiący mi, że mam z tobą jechać na granicę libijską”. Gdy biskup Jasir to usłyszał, od razu się spakował i wyleciał do Egiptu. Tam spotkał się z przyjacielem i pojechali w stronę granicy, dzwoniąc do tego człowieka „z pustyni”. I rzeczywiście, tam go spotkali i później jechali z nim jeszcze 9 godzin w głąb kraju. Na miejscu czekało faktycznie 38 mężczyzn, którzy prosili o chrzest. Na pytanie, dlaczego chcą się ochrzcić, odpowiedzieli, że przyszedł do ich wioski jakiś nieznajomy człowiek. Gościł u nich przez tydzień, wywarł na nich ogromne wrażenie i na końcu powiedział, że przyjedzie do nich dwóch mężczyzn, którzy ich ochrzczą. Oni są przekonani, że przyszedł do nich sam Zmartwychwstały, tak to opisują… – Stanisław sam ma świadomość, że ta opowieść biskupa Jasira może szokować nawet wierzących odbiorców. Biskup, który narażał życie, porzucając islam, nie zamierza jednak cenzurować swoich opowieści: mówi tak, jak to sam przeżył i zapamiętał.
„Wygooglana” modlitwa
Aleksander Szczyrba z przyjaciółmi z wodzisławskiej wspólnoty „Kahal” od paru lat również jeździ do krajów w Azji Środkowej, gdzie prowadzą ewangelizacyjne kursy Alpha i kursy małżeńskie wypracowane pod szyldem Alpha International. Uczestniczą w nich m.in. muzułmanie. – Na początku „nie ma Jezusa w przekazie”. Jest za to obecne Jego przesłanie: miłość, akceptacja, ludzka godność… On jest od początku, ale w nas. Działa przez nas, a oni Go rozpoznają. Na końcu kursu często mówią: „A my czekaliśmy, kiedy w końcu zaczniecie nas nawracać”. Wolność, jakiej doświadczają, jest tutaj kluczem – mówi Olek. Największe wrażenie zrobiło na nim nawrócenie młodej muzułmanki, która została uwolniona z opętania. – Reakcja jej rodziny, ludzi inteligentnych i wykształconych, którzy byli świadkami tego cudu, była niesamowita. Rodzice nie mogli znaleźć pomocy u imama, psychiatry czy w innych miejscach. Zapukali więc do… furty klasztoru katolickiego. Po kilku miesiącach regularnych spotkań i egzorcyzmach, została uzdrowiona. Postanowiła się ochrzcić. Uczestniczyła w katechezie, a z nią jej początkowe nieufni rodzice. Podczas tych spotkań rodzice byli biernymi słuchaczami. Ale słowo, które słyszeli, zaczęło w nich kiełkować… Teraz wszyscy chcą się ochrzcić – ciągnie opowieść Olek.
Podobną historię słyszę od księdza pracującego w jednym z krajów islamskich. Rodzina niewierzących akurat muzułmanów, mówiąc wprost – ateiści. Praktycznie wszyscy są uznanymi profesorami na jednej z wyższych uczelni. – Córka zaczyna zachowywać się tak, że z naszej perspektywy wygląda to na opętanie – mówi ksiądz. – Dla rodziny ateistów odkryło się nagle nieznane im wcześniej okno: widzą, że istnieje jakiś świat duchowy, o którym oni nie mieli pojęcia. W poczuciu zupełnej bezradności przychodzi jej do głowy myśl: muszę znaleźć Michała Archanioła. Ale ona nie ma w ogóle pojęcia, kto to jest. Prosi brata, by „wygooglał” jej takie hasło w internecie. Drukuje sobie na kartce egzorcyzm prywatny do św. Michała Archanioła, modli się tymi słowami. Później przychodzi jej do głowy myśl o modlitwie „Ojcze nasz” – tego również wcześniej nigdzie nie słyszała! – kontynuuje mój rozmówca. Dziewczyna modli się tymi słowami, następuje walka duchowa, ksiądz jest świadkiem uwolnienia… Wszyscy przygotowują się do chrztu, prawdopodobnie przyjmą go w najbliższą Wielkanoc.
My ich nie szukamy
Trudno powiedzieć, jaka jest rzeczywista skala takich przypadków. Z pewnością o wielu z nich nigdy się nie dowiemy. Jeśli wierzyć danym stowarzyszenia Notre-Dame de Kabylie, założonego przez pochodzącego z Algierii konwertytę Mohammeda Christophe’a Bileka, rocznie na całym świecie aż 6 mln muzułmanów prosi o chrzest. „The Times” ocenił kiedyś (bazując na danych różnych wspólnot chrześcijańskich), że aż 15 proc. muzułmanów przybywających do Europy przechodzi na chrześcijaństwo.
W przypadku krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej ta skala jest trudniejsza do ogarnięcia. Były metropolita Algieru, abp Paul Desfarges SJ, mówił parę lat temu w rozmowie z Radiem Watykańskim, że w samym Kościele katolickim to ciągle mały nurt, ale jednak coraz bardziej zauważalny: „My ich [muzułmanów] nie szukamy, to oni przychodzą do nas, z własnej inicjatywy. Jeden po drugim. Zawsze jest to wielka niespodzianka. Przychodzą, bo sami szukają, rozwijają się duchowo. Wielu z nich, naprawdę wielu z nich, miało jakiś sen, wizję, która wstrząsnęła ich życiem. I to po tym wydarzeniu przychodzą i pukają do drzwi naszego Kościoła”.
Zjawisko jest na pewno bardziej zauważalne w Kościołach protestanckich, głównie w nurtach ewangelikalnych, które są bardzo aktywne w krajach muzułmańskich. Pytam o to przywołanego na początku o. Piotra Kawę. – Mogę mówić tylko o Uzbekistanie, który znam. Pamiętajmy, że do 1987 roku oficjalnie Kościół katolicki tutaj nie istniał. Protestanci działali poza strukturami, więc u nich jest najwięcej tych konwersji z islamu. Oni też lepiej wykorzystali do ewangelizacji krótki moment pieriestrojki: wchodzili do szkół, do kin i wyświetlali film „Jezus”, sprowadzali Pismo Święte, niektóre wspólnoty gromadziły nawet po parę tysięcy ludzi. Poprzedni prezydent, gdy zobaczył, że tak dużo Uzbeków przyjmuje chrześcijaństwo, zaczął to „piłować”, wprowadzając obostrzenia. Część konwertytów wyjechała, część wróciła do islamu. My, katolicy, trzeba przyznać, nie wykorzystaliśmy tej okazji. Zajęliśmy się głównie duszpasterstwem żyjących tu Polaków i Niemców. I dobrze, bo to jest ważne, ale jednak zabrakło nam zainteresowania ewangelizacją Uzbeków. Ale Pan Bóg zmienia również i to w naszym Kościele – mówi.
Bóg robi atmosferę
Do parafii w Taszkencie przychodzi mnóstwo młodych Uzbeków. To stały punkt wycieczek po mieście – przyciąga wyjątkowa na tle reszty gotycka architektura. – Młodzi muzułmanie przychodzą, siedzą w ławce, patrzą się w tabernakulum, nie wiedząc, co to jest, czasem pytają, co znajduje się „w tej skrzynce”. Ale to, z czym wychodzą i czego nigdzie nie doświadczają, to pokój. I nieraz ci odważniejsi pytają nas, co się tutaj takiego dzieje, że oni tego nie doświadczają w meczecie. I to jest punkt wyjścia do opowiadania im o Jezusie. Oni Go znają jako proroka, ale tego wyciszenia i pokoju nigdy i nigdzie nie doświadczyli. Dwie Uzbeczki mówiły, że nie doświadczyły tego nawet u protestantów. Pan Bóg robi atmosferę, a my możemy opowiadać o Jezusie – ciągnie opowieść o. Kawa. – Sytuacja jest o tyle trudna, że Uzbekistan się radykalizuje. Rodzice jednego z konwertytów najpierw „jakoś” przyjęli informację, że syn chce się ochrzcić, ale kiedy społeczeństwo zaczęło się radykalizować, to on musiał opuścić Uzbekistan, bo zaczął mieć problemy w rodzinie – mówi franciszkanin. Jego zdaniem częstotliwość występowania snów, w których pojawia się Jezus, związana jest też z tym, że ludzie na Wschodzie są bardziej wrażliwi duchowo niż ludzie Zachodu. – To są naprawdę dość częste przypadki, że spotykają we śnie Jezusa, rzadziej Maryję, ale to również się zdarza [jak w przywołanej na wstępie historii – J.Dz.].
Islam drogą do prawdy?
Czasem dochodzi do zabawnych wręcz sytuacji: kiedyś imamowie z meczetu wysyłali do parafii katolickiej swoich ludzi z prośbą, by ksiądz katolicki „wygonił ducha chrześcijańskiego, który dręczy tego pobożnego muzułmanina”. Mężczyzna miał sny o Jezusie, zaczął myśleć o chrześcijaństwie, opowiedział o tym imamom, a ci uznali, że widocznie jest opętany przez jakiegoś ducha i na egzorcyzmy wysłali go do katolików – opowiada o. Piotr.
Wierzy mocno, że Chrystus upomina się o wyznawców islamu. – Muzułmanie często modlą się taką modlitwą: „Oby Allah prowadził nas drogą prawdy”. Na drodze pobożnego muzułmanina pojawia się często pragnienie poznania Jezusa. Wtedy ich myśli idą w stronę Biblii. Muzułmanie modlą się przecież do Boga Abrahama, a więc modlą się do Ojca Jezusa. Jeśli to jest szczera prośba o podążanie drogą prawdy, to mają szansę odkryć Chrystusa, bo Bóg Abrahama wysłucha ich modlitw. Przecież w Ewangelii Jezus mówi: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeśli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał”. Paradoksalnie – podkreśla o. Kawa – być może trzeba mówić muzułmanom, żeby byli gorliwymi muzułmanami, bo wtedy będą mieli większą szansę odkryć Jezusa jako Syna Bożego…
Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny
***
2,38 mld chrześcijan na świecie. Tak wygląda religijna mapa świata
Chrześcijanie stanowią największą grupę religijną świata. Jest ich 2,38 mld, co sprawia są prawie jedną trzecią wśród 8,3 mld mieszkańców Ziemi. W gronie chrześcijan najliczniejsi są katolicy – 1,2 mld.
FOT. CANVA PRO
***
Dane te przynosi najnowszy raport World Population Review – amerykańskiego bloga internetowego, zbierającego je od 2013 roku.
O ile w skali świata najwięcej chrześcijan mieszka w Stanach Zjednoczonych (213 mln) i Brazylii (180 mln), to procentowo dominują oni zazwyczaj w niewielkich państwach. W Watykanie stanowią 100 proc. mieszkańców, w Timorze Wschodnim 99,6 proc. w Samoa Amerykańskim 98,3 proc. Kolejne miejsce, z 98 proc., zajmuje pierwszy duży kraj w tym zestawieniu – Rumunia. Za nią znajdują się: Armenia (97,9 proc.), Wyspy Salomona i Wyspy Marshalla (po 97,5 proc.), Grenada (97,3 proc.), Papua-Nowa Gwinea (97 proc.), Grenlandia (96,6 proc.), Haiti i Paragwaj (po 96 proc.).
Chrześcijaństwo dominuje w obu Amerykach, Rosji, Afryce subsaharyjskiej, na Filipinach i Timorze Wschodnim oraz w sporej części Oceanii. Gdy chodzi o Europę, która historycznie była instytucjonalnym i demograficznym centrum chrześcijaństwa, to od połowy XX wieku odnotowuje stały spadek liczby osób uważających się za chrześcijan. Wynika to z wielu czynników, w tym sekularyzacji, zmiany stylu życia, stopniowej marginalizacji instytucji religijnych, a także zmian demograficznych związanych z napływem imigrantów. Rumunia jest tu obecnie „raczej wyjątkiem niż normą”.
Ilu jest wiernych w innych religiach?
Oprócz chrześcijan najwięcej jest wyznawców islamu (1,91 mld), hinduizmu (1,16 mld), buddyzmu (507 mld), religii tradycyjnych (430 mln), judaizmu (14,6 mln). Inne, mniejsze religie wyznaje łącznie 61 mln ludzi. Jednocześnie bez przynależności religijnej pozostaje lub uważa się za ateistów 1,19 mld mieszkańców Ziemi.
W sumie do religii przyznaje się 85 proc. populacji naszej planety. Najwięcej ludzi wierzących mieszka w Indiach (1,4 mld), w Indonezji (274,6 mln), USA (238,5 mln), Pakistanie (235 mln), Nigerii (213,2 mln), Brazylii (180,6 mln), Bangladeszu (166,3 mln), Chinach (148 mln), Etiopii (118,9 mln), Rosji (116,8 mln), Meksyku (113,3 mln), Filipinach (112 mln) i Egipcie (109,3 mln). Polska zajmuje 39. miejsce z 34,9 mln osób wierzących.
Dane przedstawione w World Population Review pochodzą z uznanych międzynarodowych źródeł, takich jak: ONZ, instytut badawczy Pew Research Center, CIA World Factbook i Association of Religion Data Archives. Nie mierzą one praktyk religijnych ani siły wiary.
Msza św. koncelebrowana w kościele św. Piotra o godz. 14.00
Głównym celebransem będzie ks. Jan Oleszko SAC, sekretarz do spraw misji prowadzonych przez Księży Pallotynów.
fot. Ron Lach/Pexels
***
Kościół katolicki obchodzi dziś w liturgii święto Chrztu Pańskiego. Kończy ono okres Bożego Narodzenia, choć w polskiej tradycji jeszcze do 2 lutego śpiewa się kolędy i nie rozbiera się szopki.
Święto Chrztu Pańskiego obchodzone jest w pierwszą niedzielę przypadającą po uroczystości Objawienia Pańskiego.
Najstarszej tradycji tego święta należy szukać w liturgii Kościoła wschodniego, ponieważ pomimo wyraźnego udokumentowania w Ewangeliach chrzest Jezusa nie posiadał w liturgii rzymskiej oddzielnego święta. Dekretem Świętej Kongregacji Obrzędów z 23 marca 1955 r. ustanowiono na dzień 13 stycznia, w miejsce dawnej oktawy Epifanii, wspomnienie chrztu Jezusa Chrystusa. Posoborowa reforma kalendarza liturgicznego w 1969 r. określiła ten dzień jako święto Chrztu Pańskiego. Pominięto wyrażenie “wspomnienie” i przesunięto jego termin na niedzielę przypadająca po 6 stycznia.
Teksty modlitw związane ze świętem Chrztu Pańskiego odzwierciedlają bardzo dokładnie i szczegółowo przekazy Ewangelii. Podkreślają przy tym związek tego święta z uroczystością Objawienia Pańskiego.
Chrystus już jako dorosły, 30-letni mężczyzna, przychodzi nad brzeg Jordanu, by z rąk Jana Chrzciciela, swojego poprzednika, przyjąć chrzest. Chociaż sam nie miał grzechu, nie odsunął się od grzesznych ludzi: wraz z nimi wstąpił w wody Jordanu, by dostąpić oczyszczenia. W ten sposób uświęcił wodę. Najszczegółowiej to wydarzenie zrelacjonował św. Mateusz, choć opis chrztu Jezusa zostawili wszyscy trzej synoptycy.
W dniu chrztu Jezus został przedstawiony przez swojego Ojca jako Syn posłany dla dokonania dzieła zbawienia. Misję Chrystusa potwierdza swym świadectwem Bóg Ojciec. Zamknięte przez grzech Adama niebiosa otwierają się, na Jezusa zstępuje Duch Święty. Z nieba daje się słyszeć jednoznaczny głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.
Kai
***
Wody czyste
Wody Jordanu są dzisiaj mętne, szarożółte. Dwa razy miałem okazję przypatrywać się ludziom, którzy do nich wchodzili i symbolicznie odnawiali chrzest.
***
Po krótkiej modlitwie księdza zanurzali się w wodzie, z której wychodzili radośni i szczęśliwi, a towarzyszył temu entuzjazm pozostałych uczestników obrzędu. Za każdym razem oglądałem te sceny z innego brzegu: raz z palestyńskiego, raz z jordańskiego. Zapamiętałem żarliwe zapewnienia przewodnika z Jordanii, że to właśnie przy jordańskim brzegu rzeki Jan Chrzciciel ochrzcił Jezusa Chrystusa. Pamiętam też własne zdziwienie i podziw dla odwagi uczestników tych obrzędów, bo krótką chwilę wcześniej przewodnik wyjaśniał, jak bardzo zanieczyszczona jest rzeka. Przy tej okazji zawsze przypomina mi się słynna mapa z Madaby – najstarsza zachowana do dzisiaj mapa Ziemi Świętej (to ona między innymi ma rozwiewać wątpliwości co do miejsca, w którym chrzest przyjął Jezus). Wystarczy przejechać jakieś pół godziny od stolicy Jordanii, żeby ją podziwiać, a i wziąć udział w poszukiwaniu odpowiedzi na liczne pytania. Na przykład to o przedstawione na niej dwie ryby, które stykają się pyszczkami. Jedna jakby oddala się od Morza Martwego (w którym, jak wiadomo, żyć się nie da), a druga płynie jej na spotkanie z nurtem Jordanu. Większość historyków i archeologów interpretuje ten punkt na mapie jako symbol miejsca spotkań chrześcijan.
Bieżący numer „Gościa” poświęciliśmy temu, co jest najważniejsze, nie tylko ostatnio. Z jednej strony piszemy o sakramencie chrztu, a to z powodu przypadającego w tę niedzielę święta Chrztu Pańskiego. Z drugiej kontynuujemy wątek katechezy w szkole – za sprawą stanowiska Prezydium Konferencji Episkopatu Polski wobec zmian wprowadzanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w organizacji lekcji religii w szkołach publicznych, odczytanego w wielu kościołach 1 stycznia. Zmiany te, wprowadzone bez wymaganego przez ustawę porozumienia z władzami Kościoła katolickiego i Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz innych Kościołów i związków wyznaniowych, komunikat nazywa szkodliwymi z punktu widzenia wychowawczego. „Wobec takich działań MEN i braku woli porozumienia w sprawie kluczowej dla edukacji i wychowania polskich dzieci i młodzieży do wartości wyrażamy stanowczy sprzeciw” – piszą biskupi i dodają, że Kościół będzie podejmował dalsze stosowne kroki prawne mające na celu powstrzymanie wprowadzanych zmian. W bieżącym numerze nie tylko omawiamy szczegóły tych bezprawnych posunięć („Spór nie tylko o naukę religii” – s. 16), ale i wracamy pamięcią do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to religię usunięto z polskich szkół („Salami z religii” – s. 19). No cóż… jakie czasy, takie reformy (lub taka demokracja). Czy może inaczej – taki styl wchodzenia ludziom w życie, z jednoczesną deklaracją, że to w imię demokracji i dla ich dobra. W czystej wodzie widać byłoby więcej, praktycznie więc rozumują niektórzy, że najpierw trzeba ją trochę zamącić. Ważne, żebyśmy jako obywatele państwa demokratycznego nie dali się na to złowić.
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
„Przez chrzest dziecko ma relację z Bogiem”. Biskup odpowiada byłej prezydent Irlandii
Biskup Alphonsus Cullinan, ordynariusz diecezji Waterford i Lismore, wyjaśnił w rozmowie ze stacją EWTN News, że chrzest niemowląt jest powszechną praktyką w większości wyznań chrześcijańskich i był praktykowany w Kościele od I wieku. – Chrzest niemowląt, który włącza je w Ciało Chrystusa, czyli w Kościół, czyniąc je dziećmi Bożym jest czymś bardzo dobrym – powiedział. Tym samym odniósł się do zarzutów byłej prezydent Irlandii Mary McAleese, która stwierdziła, że chrzest niemowląt rzekomo narusza prawa człowieka dzieci.
Była prezydent Irlandii Mary McAleese, prawniczka i kanonistka, stwierdziła niedawno w artykule opublikowanym na łamach dziennika Irish Times, że chrzest niemowląt narusza prawa człowieka dzieci i stanowi akt kontroli ze strony Kościoła. McAleese, która niegdyś działała w instytucjach Kościoła katolickiego – m.in. w 1984 została przedstawicielką irlandzkiego episkopatu przy nacjonalistycznym New Ireland Forum, stwierdziła, że przyrzeczenia chrzcielne składane i odnawiane podczas bierzmowania są „fikcyjne” oraz że chrzest niemowląt ignoruje późniejsze prawo dzieci do swobodnego decydowania o swojej tożsamości religijnej, do przyjęcia lub odrzucenia członkostwa w Kościele, bądź do zmiany religii.
Duchowieństwo i świeccy katolicy w Irlandii zdecydowanie odrzucili te twierdzenia, postrzegając je jako okazję do wyjaśnienia, czym w istocie jest chrzest. Na ten temat wypowiedział się choćby bp Alphonsus Cullinan, w rozmowie z EWTN News. – Jezus daje nam polecenie, aby iść i chrzcić. Kościół chrzci więc w posłuszeństwie wyraźnemu nakazowi, który ma oparcie w Biblii. Dlatego chrzest niemowląt, który włącza je w Ciało Chrystusa, czyli w Kościół, czyniąc je dziećmi Bożym jest czymś bardzo dobrym – powiedział hierarcha.
– Gdybyśmy powiedzieli, że poczekamy, aż dziecko dorośnie, by samo podjęło taką decyzję, to jakie inne decyzje także byśmy mu odebrali? Czy na przykład nie dalibyśmy mu dobrego jedzenia? Czy nie pokazalibyśmy mu piękna ruchu i aktywności fizycznej? Czy nie zapewnilibyśmy mu odpowiedniej opieki medycznej? Czy czekalibyśmy, aż samo podejmie te decyzje? – pytał biskup. – Jedną z pierwszych rzeczy, jakie katoliccy rodzice robią wobec swojego dziecka, jest wzięcie jego małej rączki i uczynienie znaku krzyża. Jakże to piękne. Dlaczego rodzice to robią? Ponieważ pragną, aby ich dziecko miało relację z żywym Bogiem przez całe życie i aby zostało poprowadzone ku życiu wiecznemu – dodał.
Zarzuty byłej prezydent odparł również Mahon McCann, filozof i etyk z uniwersytetu w Dublinie. McCann był wychowywany jako ateista przez rodziców ochrzczonych w Kościele katolickim, a został ochrzczony w Kościele katolickim w Wielką Sobotę 2025 roku. – Jako matka Kościół kocha swoje dzieci i mądrze wskazuje rodzicom, by prowadzili je do łaski Boga i zbawczych wód chrztu od najmłodszych lat. Chodzi o zapewnienie im tego, co najlepsze, aby mogły mieć jak najlepsze życie jako część Ciała Chrystusa, Kościoła. Kościół pragnie tego nie z chęci kontroli czy sprawowania władzy, lecz po to, by – jako mądra i przezorna matka – obdarzyć ludzi dobrem – powiedział w rozmowie z EWTN News.
McCann powołał się tu na własne doświadczenia rodzinne. – Moi rodzice po prostu „anulowali” w swoich głowach prawdę o Zmartwychwstaniu i przestali chodzić na Mszę św. itd., jak wielu katolików dzisiaj. Kościół nie ma żadnych prawnych środków, by zmusić kogokolwiek do dążenia do świętości (…) Zamiast oceniać chrzest niemowląt przez pryzmat „praw”, należy zapytać: „czy prawa człowieka są właściwym standardem etycznym do oceny katolickiej teologii moralnej?” – zauważył.
Jego odpowiedź brzmi „nie”. – Katolicka teologia moralna ma charakter teleologiczny, zmierza ku świętości osoby. Dlatego to, co prowadzi do świętości, jest „dobre”, a to, co od niej oddala, jest „złe”. Etyka praw człowieka nie jest ukierunkowana na osiągnięcie świętości i dlatego nie stanowi właściwych ram do oceny katolickich sakramentów czy praktyk – wyjaśnił.
McCann dodał, że przed swoim nawróceniem nie rozumiał w pełni chrztu niemowląt, ale nie zgadza się z traktowaniem go jako umowy prawnej między dwiema stronami. – Tradycja z definicji jest międzypokoleniowa – tradycja, która nie jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, nie jest tradycją – podkreślił. – Chrzest niemowląt jest przede wszystkim decyzją rodziców, którzy obdarowują swoje dzieci uczestnictwem w życiu Kościoła i tradycyjnym katolickim stylem życia prowadzącym do zbawienia. Dlatego też twierdzenie, że niemowlęta i dzieci powinny „wyrazić zgodę” na przynależność do określonej tradycji, jest tak absurdalne, jak mówienie, że powinny same wybierać język, którym będą się posługiwać – podsumował McCann.
PCh24.pl – żródło: KAI
***
Była prezydent Irlandii przeciwko chrztom dzieci. Naruszają „prawa człowieka”
Mary McAleese – była prezydent Irlandii – nie pierwszy raz wypowiedziała się przeciwko chrześcijańskiej prawdzie. Choć kobieta deklaruje katolicyzm, to wielokrotnie podważała nauczanie Kościoła. Odrzuca jego doktrynę o homoseksualizmie, podważa porządek hierarchiczny, domaga się również święceń kapłańskich kobiet. Do zbioru błędów McAleese dodała niedawno kolejny – wyrażając sprzeciw wobec udzielania chrztu świętego dzieciom. Wedle heterodoksyjnej „katoliczki” praktyka ta godzi w prawa człowieka.
Sprzeciwiający się wierze artykuł McAleese opublikowała przy okazji… Święta Chrztu Pańskiego. Wedle byłej prezydent Irlandii praktyka chrzczenia niemowląt jest „poważnym, systematycznym ograniczeniem praw człowieka na dużą skalę”, która „dotyka Irlandii w szczególny sposób”.
Sednem zarzutu McAleese jest fakt, że chrzest na całe życie włącza w Mistyczne Ciało Chrystusa. To jej przeszkadza, ponieważ ogranicza swobodę samodzielnego wyboru tożsamości religijnej w tym zmiany religii. Więcej, McAleese uważa, że nie można widzieć w uczynieniu z ochrzczonego katolika na zawsze „duchowego skutku” tego sakramentu z bożej woli. Widać brak jej nawet podstaw katechezy…
Jak zaznaczył portal infocatolica.com, komentując artykuł byłej prezydent, chrzest niewiele różni się pod względem wyznaczania dziecku życiowej drogi od wychowania i socjalizacji. Nikt nie pyta dziecka, przychodzącego na świat, w jakim systemie prawnym uważa za słuszne funkcjonować, jakiej moralności ma ochotę się uczyć i w jakiej rodzinie życzy sobie się urodzić. A przecież wszystko to wpływa na człowieka przez resztę jego życia…
W przeszłości McAleese wielokrotnie dawała wyraz poglądom wyjątkowo trudnym do pogodzenia z wiarą katolicką. Jej błędy mają nie tylko charakter materialnej herezji – ale przekładają się również na zgubną praktykę. McAleese uczestniczy w ceremoniach anglikańskiego „kościoła Irlandii” …
Wydaje się, że w sprzeciwie kobiety wobec udzielania Chrztu świętego dzieciom widzieć można skutek jej własnych błędnych opinii. Przecząc wielokrotnie prawdzie chrześcijańskiej McAleese chciałaby, aby i inni mogli czynić to swobodnie. Tymczasem włączenie w Kościół katolicki wraz z jego depozytem bożego objawienia od narodzin w błądzeniu skutecznie przeszkadza.
PCh24.pl – żródła: infocatolica.com, irishtimes.com FA
***
Istocphoto/Gość Niedzielny
***
Chrzest znakiem jedności. Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w wielu wspólnotach chrześcijańskich
Kościół katolicki uznaje chrzest poprawnie udzielony w innych wspólnotach chrześcijańskich, nawet gdy one nie uznają chrztu katolickiego. Nie każda jednak grupa religijna, która chrzci, jest chrześcijańska.
W 2020 roku głośny był dramat księdza Matthew Hooda, proboszcza parafii św. Wawrzyńca w amerykańskim mieście Utica, który odkrył, że… nie jest katolikiem. Przyczyną był fakt, iż nie został on ważnie ochrzczony. Zdał sobie z tego sprawę, gdy przeglądał zarejestrowane w 1990 roku nagranie wideo z własnego chrztu, a dokładniej z ceremonii, która miała być chrztem. Nie była nim z powodu niewłaściwego sformułowania, jakiego użył kapłan. Zamiast słów: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”, przewodniczący obrzędowi diakon powiedział: „My ciebie chrzcimy…”.
Odnosząc się do tej kwestii, watykańska Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła w nocie wyjaśniającej, że chrzest nie jest ważny i musi być udzielony ponownie. Tym samym nieważne okazały się wszystkie inne sakramenty, które przyjął Matthew Hood, i większość sakramentów, których udzielał, pełniąc funkcję duchownego.
Proboszcz został skutecznie ochrzczony 9 sierpnia 2020 roku, przyjął Komunię i został bierzmowany, po tygodniu przyjął święcenia diakonatu, a dwa dni później święcenia prezbiteratu.
Sytuacja ta pokazała, jak ważna jest staranność w udzielaniu sakramentów, a także jak kluczowym sakramentem jest chrzest.
Niekoniecznie katolik
„Chrzest jest konieczny do zbawienia dla tych, którym była głoszona Ewangelia i którzy mieli możliwość proszenia o ten sakrament” – głosi katechizm (1257).
O konieczności chrztu mówi sam Jezus w rozmowie z Nikodemem: „Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego” (J 3,5).
Kościół stara się nie zaniedbywać nakazu Chrystusa, „by »odradzać z wody i z Ducha Świętego« wszystkich, którzy mogą być ochrzczeni”, bo, jak czytamy w katechizmie, „nie zna oprócz chrztu innego środka, by zapewnić wejście do szczęścia wiecznego”.
Chrzest jest ważny, gdy udziela go człowiek, który ma właściwą intencję – nawet jeśli nie jest katolikiem. Taka jest praktyka Kościoła już od starożytności. W połowie III wieku papież Stefan I wzywał do zachowania tradycji nakładania rąk na heretyków przychodzących do Kościoła katolickiego, bez powtarzania chrztu. Podobnie twierdził św. Augustyn, który podkreślał, że ważność chrztu nie zależy od osobistej świętości szafarza ani też od jego przynależności kościelnej.
Ważność chrztu udzielanego przez niekatolików wynika z faktu, iż prawdziwym szafarzem sakramentu jest Chrystus. Potwierdził to sobór trydencki, ustalając, że prawdziwy jest chrzest udzielany także przez heretyków w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, z intencją czynienia tego, co czyni Kościół katolicki. Chodzi o to, aby, jak precyzuje Katechizm Kościoła Katolickiego, „chcieć uczynić to, co czyni Kościół, gdy chrzci”.
Nauczanie to podtrzymują najnowsze dokumenty Kościoła katolickiego, stanowiąc, iż ochrzczeni w niekatolickiej wspólnocie kościelnej nie powinni być powtórnie chrzczeni, o ile nie zachodzi uzasadniona wątpliwość co do materii, formy albo intencji ochrzczonego lub szafarza chrztu.
Z tej przyczyny Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w innych wspólnotach chrześcijańskich. Ma to szczególne znaczenie w przypadku zawierania małżeństw mieszanych – wystarczy wówczas świadectwo chrztu małżonka innego wyznania. Także gdy, na przykład, luteranin deklaruje gotowość zostania katolikiem, nie musi ponownie przyjmować chrztu.
Chrzest dorosłych w Jordanie /fot. ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
Pionierskie porozumienie
Podobnie jest w przypadku innych Kościołów chrześcijańskich. Uznanie chrztu to kluczowa kwestia dla relacji ekumenicznych. Ważne decyzje zapadły w tym względzie w roku 1964, kiedy podczas Soboru Watykańskiego II zatwierdzono „Dekret o ekumenizmie”. Trzy lata później zalecono m.in. prowadzenie dialogu z władzami i radami ekumenicznymi innych Kościołów w ramach jakiegoś jednego narodu lub terytorium.
Pionierem pod tym względem była Polska. Rozmowy w sprawie ważności chrztu rozpoczęły się jeszcze w latach 60. minionego wieku i były prowadzone między Kościołem Rzymskokatolickim i Wspólnotami Chrześcijańskimi zrzeszonymi w Polskiej Radzie Ekumenicznej.
Dialog na temat wzajemnego uznania ważności chrztu trwał prawie 30 lat i zakończył się porozumieniem pomiędzy Kościołem Rzymskokatolickim i siedmioma Wspólnotami Chrześcijańskimi.
23 stycznia 2000 roku w ewangelicko-augsburskim kościele Świętej Trójcy w Warszawie odbyło się uroczyste podpisanie deklaracji „Sakrament chrztu znakiem jedności”. Sygnatariuszami byli przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego i sześciu Wspólnot Chrześcijańskich należących do Polskiej Rady Ekumenicznej: Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP (luteranie), Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP (kalwiniści), Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego (metodyści), Kościoła Starokatolickiego Mariawitów i Kościoła Polskokatolickiego.
„W moim przekonaniu deklaracja o wzajemnym uznawaniu chrztu to najważniejszy dokument, jaki udało się wypracować, podpisać i wprowadzić w życie, w ekumenizmie w Polsce” – mówił podczas uroczystości prezes Polskiej Rady Ekumenicznej bp Jerzy Samiec.
Stanowisko Kościoła Katolickiego jest zgodne w trzech kwestiach ze wspólnotami chrześcijańskimi:
1. Sakrament chrztu ustanowił Jezus Chrystus i polecił go udzielać. Chrzest jest wyjściem z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze, jest znakiem nowego życia w Chrystusie, obmyciem z grzechu, jest oświeceniem przez Chrystusa, nowymi narodzinami, przyobleczeniem się w Chrystusa, odnowieniem przez Ducha, zwróconą do Boga prośbą o dobre sumienie i wyzwoleniem, które prowadzi do jedności w Jezusie Chrystusie, gdzie zostają przezwyciężone podziały ze względu na stan społeczny, rasę czy płeć.
2. Chrzest jest z wody i Ducha Świętego; udziela się go w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Chrzest jednoczy ochrzczonego z Chrystusem, chrześcijan między sobą. Wprowadza do Kościoła i stanowi początek życia w Chrystusie, którego celem jest „uwielbianie chwały”.
3. Ochrzczeni żyjący w jednym miejscu i czasie wspólnie ponoszą odpowiedzialność za świadectwo składane Chrystusowi i Ewangelii. Ochrzczeni żyją dla Chrystusa, dla Jego Kościoła i dla świata, który On miłuje, oczekując w nadziei na objawienie się nowego stworzenia Bożego oraz na czas, gdy Bóg będzie wszystkim we wszystkich. Chrzest w Chrystusie jest wezwaniem, aby chrześcijanie przezwyciężali swoje podziały i w widzialny sposób zamanifestowały swoją wspólnotę.
Dokumentu nie podpisały Wspólota Chrześcijan Baptystów RP i mniejsze denominacje wywodzące się z ruchu ewangelikalnego. Baptyści, życzliwie odnosząc się do wysiłków dotyczących wzajemnego uznania chrztu, nie zgodzili się jednak z wszystkimi wnioskami dokumentu, m.in. ze stwierdzeniem, że chrzest wyprowadza z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze i jest znakiem nowego życia w Chrystusie. Głównym powodem odmowy przystąpienia do porozumienia był fakt, iż deklaracja uwzględnia także chrzest dzieci, a baptyści i członkowie wspólnot ewangelikalnych nie uznają sakramentu osób nieświadomych.
Sytuacja jest więc taka, że Kościół katolicki uznaje chrzest baptystów i osób ochrzczonych we wspólnotach ewangelikalnych, ale oni nie uznają chrztu przyjętego w Kościele katolickim.
Kościół katolicki bowiem zasadniczo uznaje ważność chrztu we wszystkich Wspólnotach Chrześcijańskich, jeśli został on prawidłowo udzielony.
Wątpliwości
Wypracowana w Polsce deklaracja „Sakrament chrztu znakiem jedności” stała się inspiracją dla innych krajów i Wspólnot Chrześcijańskich, które także podjęły wysiłki dla wypracowania porozumienia co do wzajemnego uznania chrztu.
Rozmowy nie dotyczą jednak każdej grupy religijnej, która chrzci swoich członków.
Przez długi czas nie było jasności co do ważności tego sakramentu udzielonego w niektórych wspólnotach, szczególnie powstałych w XIX wieku w USA, takich jak mormoni czy świadkowie Jehowy. Ci ostatni, bardzo rozpowszechnieni w Polsce, przyjmują chrzest podczas kongresów, w obecności wielu współwyznawców, zazwyczaj w specjalnie przygotowanych basenach, zanurzając się całkowicie w wodzie. Towarzyszące im osoby wypowiadają nad nimi tzw. formułę trynitarną, czyli, zgodnie ze słowami Jezusa, robią to „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Forma i materia są więc zachowane, ale jest problem z intencją czynienia tego, co czyni Kościół, gdy chrzci. Świadkowie Jehowy nie wierzą m.in. w bóstwo Chrystusa, nie uznają bóstwa Ducha Świętego ani nawet tego, że jest osobą, i nie uważają chrztu za wszczepienie w Chrystusa.
Co do ważności chrztu świadków Jehowy nie ma dotąd oficjalnego stanowiska Kościoła, ale ich chrzest jest na ogół uważany za nieważny, ponieważ nie wyznają Trójcy Świętej. Wynika to już z uchwał I Soboru Nicejskiego, stwierdzającego, że chrzest udzielany w kontekście błędnej wiary trynitarnej nie jest ważny.
Chrzest nieważny
Od roku 2002 jasne jest stanowisko Kościoła w odniesieniu do chrztu mormonów. Wtedy to Kongregacja Nauki Wiary udzieliła negatywnej odpowiedzi na pytanie o ważność chrztu udzielonego we Wspólnocie Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich, znanym jako mormoni.
Kierowana wówczas przez kard. Josepha Ratzingera kongregacja przeanalizowała cztery elementy w nauczaniu i praktyce mormonów. Nie było problemu w kwestii materii chrztu – mormoni stosują chrzest przez zanurzenie w wodzie, co jest jednym ze sposobów celebracji tego sakramentu także w Kościele katolickim. Wskazano jednak wątpliwości w odniesieniu do formuły, która u mormonów brzmi: „Będąc upoważnionym przez Jezusa Chrystusa, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Pozornie jest to wezwanie Trójcy, ale według mormonów Ojciec Syn i Duch Święty nie są osobami, w których istnieje jedyne Bóstwo, ale trzema bogami, którzy tworzą jedno bóstwo. Każdy jest różny od pozostałych, nawet jeżeli pozostają w doskonałej harmonii. W ich doktrynie trzej bogowie, będący zarazem ludźmi, zjednoczyli się w celu zbawienia człowieka. Bóg Ojciec, według nich, ma żonę, tzw. Niebiańską Matkę, a Jezus jest ich potomkiem, podobnie jak Duch Święty, co sprawia, że w istocie wierzą w czterech bogów. Zatem mormoni rozumieją Ojca, Syna i Ducha Świętego w sposób całkowicie różny od chrześcijańskiego, a ich doktryna czerpie ze źródeł pozachrześcijańskich.
W tej sytuacji, jak wskazała Kongregacja, samo pojęcie Boga u mormonów sprawia, iż szafarz Wspólnoty Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich nie może mieć intencji czynienia tego, co czyni Kościół katolicki, czyli tego, co Chrystus nakazał czynić, gdy ustanowił sakrament chrztu. Między innymi z tych powodów Kościół uznał chrzest udzielany przez mormonów za nieważny.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
fot. brikel21/Freepik
***
„Chrzest daje nam wszystkie narzędzia do walki o świętość”
Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Dlaczego chrzcimy dzieci, a nie dorosłych? Czy niewierzący może zostać chrzestnym? Wyjaśnia ks. dr hab. Marcin Kowalski.
Michał Górski: Czym jest chrzest? Jak najprościej go zdefiniować?
Ks. Marcin Kowalski: Nasze słowo „chrzest” to tłumaczenie greckiego baptisma, które oznacza „obmycie”, „zanurzenie”. Przywodzi ono na myśl pierwsze obrazy Ewangelii, gdzie opisane jest zanurzenie Jezusa w Jordanie. Wszystkie Ewangelie synoptyczne (Marka, Mateusza, Łukasza) wspominają postać Jana Chrzciciela i moment, w którym Jezus przyjmuje do niego chrzest.
Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Czym ten chrzest różni się od naszego?
Egzegeci właściwie zadają to pytanie do dzisiaj. Wydarzenie chrztu Jezusa w Jordanie jest z punktu widzenia nauk biblijnych fascynujące. Dla pierwszych chrześcijan było równocześnie problematyczne. Pytali, „dlaczego Ten, który jest Mistrzem, Mesjaszem, podporządkowuje się i przyjmuje chrzest z rąk Jana, który chrzci grzeszników, i który jest niższy od Niego?” To wydarzenie zachowane w Ewangeliach jest w 100% historyczne. Chrześcijanie nie mogliby skomponować historii, która rzucała wątpliwe światło na Jezusa.
Dlaczego Jezus przyszedł nad Jordan? Jan udzielał tam Chrztu, który Marek nazywa „chrztem nawrócenia na odpuszczenie grzechów” (Mk 1,4). Ten Chrzest przygotowuje przyjście Mesjasza. Chrzest Janowy zapowiada przyjście kogoś mocniejszego (Mk 1,7-8).
Istnieją hipotezy, które mówią, że Jezus wchodzi do Jordanu jako grzesznik, ale biorąc pod uwagę całą tradycję Nowego Testamentu dot. bezgrzeszności Jezusa, jest to hipoteza nie do przyjęcia.
Inni sugerują, że wchodzi On tam jako reprezentant grzesznego Izraela. W historii Izraela opisanej w Starym Testamencie wielcy liderzy, tacy jak Ezdrasz biorąc odpowiedzialność za lud – chociaż sami nie popełnili grzechu – wyznają razem z nim grzech i proszą Boga o przebaczenie (Ezd 9,6-15; Ne 9,6-37). Niektórzy mówią, że Jezus dokonuje tu aktu solidarności z grzesznym Izraelem, który potrzebuje nawrócenia i modlitwy. W Jordanie nie słyszymy jednak wyznania grzechu ze strony Jezusa, więc idea solidarności z grzechem jest również wykluczona. Niektórzy mówią, że Jezus wchodzi tam jako sprawiedliwy, który się nawraca i solidaryzuje ze sprawiedliwymi w Izraelu – z resztą, która czeka na zbawienie. Jest to lepsza interpretacja, ale ona także jest niepełna.
Ostatecznie patrząc na całą narrację – na objawienie, które następuje później, a także otwierające się niebo i słowa „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” – widać, że Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji. Czytając Ewangelie Marka, Łukasza i Mateusza widzimy, że Jezus przychodzi nad Jordan już przekonany o swoim synostwie i o swojej wyjątkowości. Nie przychodzi odkrywać tego kim jest, jak w filmie Ostatnie kuszenie Jezusa Martina Scorsese. On przychodzi objawić, kim jest. Marek mówi, że Jezus wchodzi w wody Jordanu oddzielnie, jakby obok innych (Mk 1,9). To już jest Jezus wypełniający swoją misję. Według Marka nad Jordanem ukazuje On swoją jedność z Ojcem w pragnieniu zbawienia grzeszników. Złamanej grzechem ludzkości chce dać swoje synostwo, swoją miłość, miłość Ojca. Mateusz pisze o Jezusowym przyjściu nad Jordan w celu wypełnienia całej Bożej sprawiedliwości, Pism, zapowiadających Mesjasza i jego dzieło zbawienia (Mt 3,15). Jezus nad Jordanem doskonale wie co robi. Rozpoczyna drogę, która zaprowadzi go do Jerozolimy.
Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji.
Chrystus nad Jordanem ukazuje nam także dary, które będą naszymi dzięki Sakramentowi Chrztu. Chrzest Jezusa i chrześcijanina mają ze sobą wiele wspólnego, choć są także w swojej istocie różne. Chrześcijanin nie może skopiować tego, co wydarzyło się nad Jordanem. Kiedy przyjmujemy chrzest musimy uświadomić sobie, że chrzest Jezusa był wyjątkowy. Równocześnie – jak mówili Ojcowie Kościoła – „Chrystus wszedł tam, aby uświęcić te wody i zostawił nam na brzegu szatę chrzcielną”. Chrzest Jezusa zapowiada nasz chrzest i dary, którymi także nas obsypie Ojciec: Ducha, dziecięctwo Boże, chwałę nieba.
Jednym z celów chrztu jest obmycie nas z grzechu pierworodnego. Czy oznacza to, że po przyjęciu tego sakramentu stajemy się zupełnie innymi ludźmi? Jesteśmy bardziej przygotowani na prowadzenie walki duchowej? W jaki sposób tłumaczyć rodzicom, którzy chcą dać dziecku „wybór” w kontekście chrztu, że sakrament inicjacji chrześcijańskiej jest nam potrzebny już na początku naszej życiowej drogi?
Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa. To prawda, że Chrystus umarł za wszystkich, ale Nowy Testament kładzie nacisk na wiarę, która jest naszą konieczną odpowiedzią na to, co uczynił dla nas Zbawiciel. Taką decyzję wiary i przyjęcia zbawienia w Chrystusie wyrażamy właśnie we chrzcie. Chrzest gładzi grzech pierworodny, ale także, jeśli przyjmuje go dorosły, wszystkie inne grzechy. Przez to otwiera nam drogę do życia wiecznego.
Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa.
Czym zatem jest grzech pierworodny?
Najlepiej ilustruje to opowiadanie z Księgi Rodzaju 3, które opisuje historię człowieka kuszonego przez Złego. Pierwsi rodzicie w raju buntują się przeciw prawom Stwórcy, próbują zająć jego miejsce, bo do tego zachęcał ich Szatan. Grzech pierworodny to próba bycia jak Bóg. Ma ona tragiczne skutki, ponieważ widać jak później zło rozlewa się i zaraża cały stworzony świat, rozbija relacje z Bogiem oraz relacje między ludźmi. Grzech pierworodny to pierwszy grzech buntu przeciw Bogu. On tkwi u korzeni ludzkiej historii i zatruwa nasz stworzony świat do tego stopnia, że każdy kto się w nim rodzi jest przesiąknięty skłonnością do zła. Grzech pierworodny, ze względu na ludzką solidarność, tkwi głęboko w nas – wszyscy jesteśmy potomkami pierwszych ludzi, którzy się zbuntowali. My także nosimy w sobie gen buntu, którym zostaliśmy zainfekowani.
Grzech pierworodny, tak jak każdy grzech, wykopuje przepaść pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Rodząc się jako ludzie, przychodzimy na ten świat jako przeciwnicy Boga. Od kontrowersji teologicznych pomiędzy Augustynem i Pelagiuszem Kościół stoi mocno na stanowisku, że wszyscy bez wyjątku są skażeni grzechem pierworodnym, także małe, „niewinne” dzieci. Nie warto czekać z chrztem. Grzech pierworodny, zło tego świata, są rzeczywistością, a nie fikcją. Potrzebujemy Bożej łaski, obmycia, które przychodzi razem z chrztem. Tak jak nie czeka się z miłością do momentu, aż dziecko dojrzeje, tak samo nie czeka się z chrztem – on jest gestem miłości rodzica i Boga wobec dziecka.
Czy w związku z tym można powiedzieć, że bez chrztu tendencja do czynienia zła jest w nas większa?
Bez chrztu ona się w nas rozwija i nie znajduje tamy w postaci Bożej łaski. Razem z Chrztem przychodzi łaska uświęcająca, rozwój w wierze, wspólnota Kościoła, która będzie nas wspomagać. Razem z chrztem przychodzi włączenie w Chrystusa i Jego dzieło. Chrzest daje coś więcej niż proste powiększenie naszego potencjału duchowego i odporności na zło. Chrzest gładzi grzech pierworodny i to, co z niego wynika – bez Chrztu jestem nad przepaścią, po drugiej jej stronie stoi Bóg. Tej przepaści nie możemy pokonać o własnych siłach. Bez Chrztu po śmierci wpadamy w tę przepaść, która oznacza potępienie.
Oczywiście Kościół mówi też o „chrzcie krwi”, który można przeżyć oddając życie za Chrystusa, nawet jeśli ktoś nie jest ochrzczony. Mówi również o „chrzcie pragnienia”, czyli o tych wszystkich, którzy nie poznawszy Chrystusa i nie mogąc przyjąć chrztu, zbawiają się przez dobre życie, albo o dzieciach, których rodzice nie zdążyli ochrzcić, choć tego pragnęli. W takim przypadku będą one zbawione.
Bez chrztu nie ma dla nas życia wiecznego. Paweł jasno stwierdza w Liście do Rzymian, że nikt nie może zbawić się o własnych siłach (1-4). Chrzest daje nam wszystkie narzędzia potrzebne do walki o świętość. W naszym życiu wspinamy się na najwyższą górę świata – Górę Królestwa Bożego. Sami o własnych siłach tam nie dotrzemy. Chrzest jest naszym wyposażeniem. To nasz czekan i nasze raki. To także cała ekipa – Szerpowie – wszyscy, którzy będą wspinać się na nasz życiowy Mount Everest razem z nami. Samemu to niemożliwe.
Słuchając Księdza zastanawiam się nad tym, ilu z nas ma choćby połowiczną świadomość tego, o czym Ksiądz mówi. Ilu z nas ma świadomość znaczenia własnego Chrztu? Czy nie powinniśmy przejść pewnego rodzaju reedukacji na temat tego sakramentu? Czym jest katechumenat i czy nie powinien on być obowiązkowy dla wszystkich ochrzczonych w dzieciństwie, często nie zdających sobie sprawy z tego, jak wielką łaską zostali obdarowani?
Katechumenat w tradycji Kościoła był przeznaczony dla tych, którzy jako dorośli przygotowywali się do przyjęcia sakramentu chrztu. Po przyjęciu chrztu w dzieciństwie formalnie nie ma on racji bytu. Z tradycji wiemy, że katechumenat był długi i bardzo surowy. Droga przygotowania katechumena była wymagająca. (…) Od II wieku mamy już jednak wzmianki o chrzcie dzieci, natomiast w Nowym Testamencie pojawiają się informacje o chrzcie przyjmowanym przez całe domostwo, z czego można dedukować, że także przez dzieci.
Chrzest dzieci był później uzupełniany katechezą domową, rodzinną. Po chrzcie rozpoczyna się właściwe wdrażanie w życie wiary. Sobór mówi o tym, że rodzina jest miejscem ewangelizacji, pierwszym miejscem głoszenia Ewangelii i nauki życia nią. To także miejsce, gdzie realizuje się nasza misja kapłańska, składania ofiary z siebie, i prorocka. To nasze chrześcijańskie rodziny zapewniają tzw. katechumenat, przygotowanie do życia wiary, którego potrzebuje dziecko po chrzcie.
Temu dojrzewaniu służy również katecheza w szkole oraz kolejne sakramenty. Świadomość chrztu powinna rosnąć w dziecku dzięki rodzicom, chrzestnym, dzięki Kościołowi, katechezie oraz kolejnym krokom wtajemniczenia chrześcijańskiego. Pytanie, do jakiego stopnia wywiązujemy się z naszej rodzinnej i kościelnej katechezy chrzcielnej.
Przejdźmy teraz do tematu rodziców chrzestnych. Wiemy, że życie pisze różne scenariusze i nie zawsze jest tak, że rodzice chcący ochrzcić dziecko będą ludźmi wierzącymi. W przypadku chrzestnych sytuacja jest już inna. Tutaj człowiek chcący zostać chrzestnym musi wykazać się wiarą…
Ideałem są wierzący rodzice i chrzestni. Kościół jest jednak przygotowany na różne scenariusze i są one przewidziane w Kodeksie Prawa Kanonicznego oraz w dokumentach dot. sakramentów chrześcijańskich. Może zdarzyć się sytuacja, że rodzice są niewierzący, ale chcą dla swojego dziecka chrztu. To szlachetne, dalekowzroczne, pełne miłości myślenie o swoim dziecku, w którym zakłada się, że chrzest może prezentować dar i szansę, której nie rozumiem, ale chciałbym, żeby moje dziecko nie było go pozbawione.
Kluczową sprawą są wówczas wierzący chrzestni. Wymaga się by był ktoś, np. w rodzinie, który zagwarantuje chrześcijańskie wychowanie dziecka. Warto zwrócić uwagę, że prawo wprowadza rozróżnienie między świadkami chrztu a chrzestnymi. Świadkiem może być każdy – nie musi być to człowiek wierzący. Wystarczy, że będzie w stanie stwierdzić, że chrzest się odbył. Ojciec chrzestny/matka chrzestna to już ktoś, kto charakteryzuje się wiarą i kto może prowadzić dziecko po drogach wiary. To ktoś gwarantujący pomoc rodzicom w chrześcijańskim wychowaniu dziecka.
Chrztu nie można odmówić, szafarz może jednak zdecydować o jego odłożeniu. Według instrukcji „Pastoralis actio” z 1980 roku, szafarz sakramentu może odłożyć chrzest, jeśli nie ma gwarancji, że dziecko zostanie wychowane w wierze katolickiej. (…) Odłożenie jest po to, żeby znaleźć kogoś, kto zagwarantuje właśnie proces wzrastania w wierze.
Jak wygląda sprawa warunków udzielenia chrztu? Czy są one inne dla dziecka, a inne dla osoby dorosłej?
Podstawowym warunkiem jest wiara. Od osoby dorosłej wymaga się świadomego wyznania swojej wiary. Żeby to wyznanie było świadome i wolne musi być poparte doświadczeniem poznania Chrystusa i jego Kościoła w wymiarze intelektualnym i duchowym, dlatego mamy instytucję wspomnianego katechumenatu. Tego procesu nie ma w przypadku dziecka. Za wiarę i proces chrześcijańskiego wychowania dziecka ręczą rodzice. To oni powodowani miłością chcą włączyć swoje dziecko w miłość Bożą. Chcą, aby nie było ono pozbawione wszelkich łask płynących z Krzyża i Zmartwychwstania Chrystusa. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że wiara jest procesem, jest nam dana jakby w zalążku, z którego ma się rozwijać i dojrzewać. W dziecku widać to szczególnie wyraźnie. Wiara, której oczekuje się od dorosłych, w kontekście chrztu dziecka jest wciąż w początkowym stadium rozwoju.
Przyglądając się uroczystościom chrzcielnym widać, że większa część z nich dokonuje się podczas niedzielnej Eucharystii. Istnieje jednak zwyczaj chrzczenia dzieci również w inne dni, bez Mszy św. Wybór którejś z opcji świadczy o mniejszej lub większej dojrzałości w wierze u rodziców?
Nie ma w tym wypadku rozróżnienia pomiędzy bardziej lub mniej dojrzałym podejściem do sakramentu. Wiele zależy od tradycji lokalnych. Pracując w USA, spotkałem się z tym, że chrzty są tam najczęściej udzielane poza Mszą świętą. Rodzice chrzestni, cała rodzina przychodzą na Mszę i dopiero po niej udziela się chrztu. Ma on wtedy dłuższą, bardziej rozwiniętą formę ze specjalnym kazaniem do całej rodziny. Ktoś, kto chce przeżyć głębiej chrzest w sensie sakramentalnym, kto chce lepiej zrozumieć całą jego symbolikę, może wybrać opcję chrztu poza Mszą świętą, bo rzeczywiście pozwala ona na więcej.
Sam chrzest włączony w Eucharystię ma jednak również przepiękną symbolikę. Nieprzypadkowo w Wigilię Paschalną chrzci się dzieci. Jest to bardzo stara praktyka Kościoła, pokazująca do czego zmierza sakrament Chrztu. Włącza on nas w życie Chrystusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie. Ich najpiękniejszą celebracją jest Eucharystia. Chrzest włącza także w życie sakramentalne i liturgiczne. To początek naszej drogi dojrzewania w Kościele. Ochrzczone dzieci już niedługo będą karmić się Ciałem Chrystusa. Jeśli sprawujemy chrzest z całą wspólnotą Kościoła, podczas Eucharystii, to cieszy się ona razem z nami z przyjęcia nowych członków, okazuje się być „płodną matka”. Ojcowie Kościoła używali pięknej metafory łona macierzyńskiego aplikując ją do źródła chrzcielnego, z którego rodzą się kolejne dzieci Kościoła.
Jak więc widzimy, oba sposoby celebrowania chrztu mają swoje walory, oba są godne polecenia. Zasadniczą praktyką w naszym polskim Kościele jest chrzest podczas Eucharystii i dobrze byłoby uświadomić sobie ich głębokie połączenie oraz symbolikę.
rozmawiał Michał Górski/Stacja7.pl
***
piątek 9 stycznia
Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot
9 stycznia Kościół wspomina bł. Paulinę Jaricot, założycielkę Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary oraz Żywego Różańca. Jej duchowe dziedzictwo pozostaje żywe i owocne, szczególnie we wspólnotach różańcowych.
bł. Paulina Jaricot
***
22 maja br. miną cztery lata od beatyfikacji Pauliny Jaricot. Od tego czasu jej postać staje się coraz bardziej znana, zwłaszcza wśród członków Żywego Różańca, dla których rok 2026 jest szczególny – przypada bowiem jubileusz 200-lecia powstania Żywego Różańca.
Obchody jubileuszowe zostały zaplanowane w trzech etapach:
Pierwszym będzie III Ogólnopolski Kongres Różańcowy na Jasnej Górze, połączony z XIV Ogólnopolską Pielgrzymką Żywego Różańca. Wydarzenia odbędą się w dniach 5-6 czerwca br. w sanktuarium na Jasnej Górze.
Drugi etap jubileuszu stanowić będą spotkania w diecezjach,
Trzeci etap – obchody w poszczególnych wspólnotach parafialnych. Każda parafia będzie miała wyznaczony własny dzień dziękczynienia – Niedzielę Różańcową.
Do Żywego Różańca w Polsce należy obecnie ok. 2 milionów osób. Koła i róże różańcowe działają we wszystkich diecezjach, stanowiąc jedną z najliczniejszych i najbardziej stabilnych form modlitwy wspólnotowej w Kościele.
***
W 2013 roku dzieło Żywego Różańca otrzymało nową ogólnopolską strukturę organizacyjną, określoną w Statucie Stowarzyszenia „Żywy Różaniec”, zatwierdzonym przez Konferencję Episkopatu Polski. Pismem formacyjnym wspólnot Żywego Różańca jest miesięcznik „Różaniec”, wydawany przez Wydawnictwo Sióstr Loretanek.
Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot przypomina o jej wyjątkowym charyzmacie mobilizowania świeckich do systematycznej modlitwy, odpowiedzialności za misje oraz prostego, a zarazem konsekwentnego zaangażowania w życie Kościoła.
Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot jest także zaproszeniem do osobistej modlitwy i do odkrywania jej duchowości – prostej, a zarazem wymagającej. Warto sięgać po jej wstawiennictwo, szczególnie w intencjach misji oraz wspólnot Żywego Różańca.
Zachęcamy, aby modlitwa za wstawiennictwem bł. Pauliny Jaricot była podejmowana indywidualnie oraz we wspólnotach – szczególnie w różach Żywego Różańca, podczas spotkań formacyjnych i w ramach przygotowań do jubileuszu 200-lecia tego dzieła. Jej życie pokazuje jasno – wierna modlitwa realnie zmienia Kościół i świat.
Modlitwa za wstawiennictwem bł. Pauliny Marii Jaricot
Panie Jezu Chryste, Ty po Zmartwychwstaniu powiedziałeś do Apostołów:
„Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15).
Ty poprzez wieki duchem głoszenia Dobrej Nowiny napełniasz swoich wyznawców,
a spośród nich wybrałeś Paulinę Jaricot i natchnąłeś ją,
by całkowicie poświęciła się współpracy misyjnej,
zakładając Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec.
Spraw, by za jej przykładem jak najwięcej chrześcijan
płonęło duchem głoszenia Ewangelii,
objawiając Twoją nieskończoną miłość.
Za wstawiennictwem bł. Pauliny udziel mi łaski…,
o którą szczególnie Cię proszę.
Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
***
Bł. Paulina Jaricot
Założycielka Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary
bł. Paulina Jaricot
***
O trudnej sytuacji w Chinach dowiedziała się z biuletynu Paryskiego Seminarium Misji Zagranicznych (MEP). W celu zorganizowania pomocy dla swoich misjonarzy przełożeni seminarium reaktywowali stowarzyszenie, które działało przy ich seminarium przed rewolucją. Wtedy celem stowarzyszenia była modlitwa za misjonarzy. Teraz oprócz modlitwy prosili o pomoc materialną. Nosiło ono nazwę: „Stowarzyszenie modlitwy dla uproszenia u Boga nawrócenia niewiernych, wytrwania chrześcijan, którzy żyją między nimi i rozwoju instytucji przeznaczonych do rozkrzewiania wiary”. Również z biuletynów Paulina dowiedziała się, że anabaptyści w Anglii organizują szeroko zakrojoną akcję pomocy dla swoich misjonarzy stosując metodę „jednej monety tygodniowo”. Taką samą metodę postanowiła zaproponować osobom ze swojego otoczenia, których zaczęła prosić o pomoc dla misjonarzy z Chin. Ten kraj był jej o tyle bliski, że nasłuchała się o nim wiele w dzieciństwie z opowiadań pani Róży, służącej w domu państwa Jaricot. Jej środowisko natomiast, w którym wtedy żyła, to dziewczyny w jej wieku, zorganizowane w ruchu nazwanym „Wynagrodzicielki Najświętszego Serca Pana Jezusa”. Był to ruch nieformalny, czyli nie założony oficjalnie, ale za to z gęstą siecią grup w różnych parafiach dzielnicy św. Pawła w Lyonie. Wchodziły do tych grup często nawet biedne dziewczyny, robotnice lyońskich fabryk. One były pierwszymi osobami, które odpowiedziały na apel Pauliny i modlitwą i drobną ofiarą pieniężną zaczęły wspierać misjonarzy z MEP. Ofiara pieniężna, którą proponował Paulina była naprawdę niewielka: jeden sou czyli 1/20 franka. Była to cena jednej bułki. Propozycja wspomagania misji padła na podatny grunt, ale Paulina, gdy uświadomiła sobie jak wielkie są potrzeby misjonarzy zorientowała się, że taka pomoc jest kroplą w morzu potrzeb. Szukała sposobu by rozpoczęta zbiórka dawała większe efekty. Wymyśliła, że wszystkich chętnych do pomocy zorganizuje w grupy po dziesięć osób, każda grupa będzie miała swojego odpowiedzialnego, a wszystkie grupy będą podporządkowane hierarchicznie tworząc setki i tysiące, które nazwała „dywizjami”. Wyczuwała, że szykuje się poważna „bitwa” i zorganizowała „wojsko”. System okazał się na tyle skuteczny, że pochwalnie pisała o nim nawet liberalna prasa. Od czerwca 1821 r. do czerwca następnego roku zebrała w ten sposób prawie 1400 franków.
W tym czasie do katolików z Lyonu przyszedł list od bpa Luisa W. Dubourga z Luizjany w Stanach Zjednoczonych. Prosił o pomoc dla swojej nowo utworzonej diecezji. Znajomy biskupa, Didier Petit, zorganizował spotkanie, na które zaprosił grupę wpływowych osób, znanych w mieście z otwartości na działalność charytatywną. Odbyło się ono 3 maja 1822 r. Wobec wcześniejszych prób organizowania pomocy, które spełzły na niczym, teraz postanowiono powołać stowarzyszenie. Zaadaptowano dla swojej działalności metodę znaną w mieście, którą już prawie trzy lata rozwijała Paulina Jaricot. Przyjęto też nazwę, która była popularną nazwą jej zbiórki: Stowarzyszenie Rozkrzewiania Wiary. Jeden z uczestników, Benedykt Coste, nakreślił cel działania: „Jesteśmy katolikami i musimy troszczyć się o powstanie czegoś katolickiego czyli uniwersalnego. Nie powinniśmy wspierać w sposób szczególny takiej czy innej, konkretnej misji, ale wszystkie misje świata”. Jego słowa stały fundamentem ideowym Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary.
Stowarzyszeni po kilku latach zmieniło nazwę na Dzieło Rozkrzewiania Wiary a po stu latach papież podniósł je do rangi papieskiego i teraz jest nazywane Papieskim Dziełem Rozkrzewiania Wiary.
Sposób organizacji zbiórki wymyślony przez Paulinę Jaricot do tego stopnia wpłynął na rozwój dzieła, że jej wkład trzeba uznać za fundamentalny. Chociaż nie była na zebraniu założycielskim, nie zasiadała w radzie Stowarzyszenia, choć inne osoby jak Petit, Coste i de Verna – pierwszy przewodniczący, mieli swój niewątpliwy wkład, to jednak Paulina Jaricot jest dzisiaj uznawana powszechnie za założycielkę Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary.
Nie byłoby takiego dzieła, gdyby nie duchowość, którą żyła Paulina Jaricot. Po duchowym przebudzeniu jakie przeżyła w wieku lat siedemnastu, cała oddała się w ręce Maryi. Żyła przecież w pobliżu znanego sanktuarium maryjnego na wzgórzu Fourvière. Domy, które zakładała, nazwała kolejno „Nazaret” i „Loretto”. Od wczesnych lat dziecięcych czytała codziennie „O naśladowaniu Chrystusa”, codziennie też choć godzinę poświęcała na adorację Najświętszego Sakramentu. W ciągu jednej nocy napisała krótkie rozważania o Eucharystii. W każdy piątek odprawiała drogę krzyżową.
Z tego umiłowania Jezusa i Maryi powstały w niej też pragnienia, które wcielone w życie przyniosły zadziwiające owoce.
Jej wielkim dziełem, przez nią zapoczątkowanym i prowadzonym przez całe życie, jest Żywy Różaniec. Dla niej był to sposób, my modlitwę uczynić dostępną dla każdego. W modlitwie zaś różańcowej widziała skuteczny lek na bezbożność swoich rodaków. Gdy Żywy Różaniec zaczął się rozwijać zaproponowała, by w ten sposób modlić się o nawrócenie niewierzących. Nie wystarczało jej dać różaniec jako ratunek dla Francji, chciała ratować cały świat.
Inne jej pragnienia, niestety, nie przyniosły spodziewanego efektu. Chciała utworzyć „Bank Niebios” – rodzaj kasy oszczędnościowo-pożyczkowej. Zaczęła tworzyć przedsiębiorstwo idealne, w którym „robotnicy pracując w godziwych warunkach, otrzymywaliby godziwe wynagrodzenie, aby godnie żyć”. Był to huta „Rustrel”. Nie udało się. Nieuczciwi ludzie połakomili się na zebrane w tym celu znaczne środki. Była też próba założenia zgromadzenia zakonnego. „Córki Maryi” nie przetrwały jednak swej założycielki. Angażowała się też w ruch ekumeniczny, który dzisiaj trzeba ocenić jako efekt jej myślenia misyjnego. Ona, zakochana w Jezusie, szukała sposobu jakby tu wszystkich doprowadzić do Jezusa.
Takie próby nie obyły się oczywiście bez krzyży. Znany jest krzyż materialny, drewniany, który otrzymała od swojego zaprzyjaźnionego księdza, Jana Vianneya, proboszcza z Ars (to ten sam czas i to samo miejsce na Ziemi). Mniej znane są jej krzyże duchowe, cierpienia wywołane chorobami, śmiercią najbliższych i upokorzeniami. Chorowała w dzieciństwie i została uzdrowiona po tym jak jej matka, Joanna, ofiarowała swoje życie w zamian za życie córki. W wieku lat 35, śmiertelnie chora, udała się w podróż do sanktuarium św. Filomeny obok Neapolu, i doznała tam cudownego uzdrowienia. Mocno przeżyła śmierć swojej matki, brata Fileasa i siostry Loretty. Większe cierpienia przyszły wraz z oskarżeniami jaki nadeszły po ogłoszeniu upadłości huty Rustrel. Oskarżono ją o niegospodarność, o wyłudzanie pieniędzy. Od wyśmiewanej i pozbawionej szacunku odsunęli się wszyscy, nawet najbliższa rodzina stroniła od niej jak od intrygantki. Kiedyś bogata i znana, popadła w skrajne ubóstwo i został wciągnięta na listę pomocy społecznej. Zmarła w opuszczeniu i zapomnieniu.
Kilka dat z jej życia: 1799 – przyszła na świat 21 lipca w Lyonie 1814 – choroba Pauliny i śmierć matki 1816 – kazanie wielkopostne ks. J. Würtza i duchowe przebudzenie 1819 – rozpoczęcie zbiórki na rzecz MEP, początek Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary 1822 – oficjalne założenie Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary 1826 – założenie Żywego Różańca 1835 – śmiertelna choroba i uzdrowienie w sanktuarium św. Filomeny 1845/1848 – Spółka hutnicza św. Anny d’Apt w Rustrel 1853 – wpisanie do rejestru ubogich miasta Lyon 1862 – odeszła z tego świata 9 stycznia
Po roku 1862: 1910 – rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego 1919 – uroczystości zorganizowane w Lyonie, w parafii św. Polikarpa, upamiętniające sto lat od rozpoczęcia przez Paulinę Jaricot zbiórek na rzecz misji 1922 – uroczystości z okazji stulecia założenia Dzieła Rozkrzewiania Wiary 1963 – podpisanie przez Jana XXIII dekretu o heroiczności cnót czcigodnej służebnicy Bożej Pauliny Jaricot 2012 – ogólnoświatowe obchody 150. rocznicy śmierci Pauliny Jaricot
2012 – cud uzdrowienia za przyczyną Pauliny Jaricot. Doznała go 3,5-letnia Mayline Tran.
27 maja 2020 r. – Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziła cud uzdrowienia za przyczyną sł. Bożej Pauliny Jaricot.
22 maja 2022 – beatyfikacja Pauliny Jaricot w Lyonie we Francji
Modlitwa do bł. Pauliny Jaricot
Panie Jezu Chryste, Ty po Zmartwychwstaniu powiedziałeś do Apostołów: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15). Ty poprzez wieki duchem głoszenia Dobrej Nowiny napełniasz swoich wyznawców, a spośród nich wybrałeś Paulinę Jaricot i natchnąłeś ją, by całkowicie poświęciła się współpracy misyjnej, zakładając Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec. Spraw, by za jej przykładem jak najwięcej chrześcijan płonęło duchem głoszenia Ewangelii, objawiając Twoją nieskończoną miłość. Za wstawiennictwem bł. Pauliny udziel mi łaski…, o którą szczególnie Cię proszę. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa dziękczynna za Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec
Boże Ojcze, dzięki Twojej dobroci bł. Paulina Jaricot w 1822 roku zainicjowała Dzieło Rozkrzewiania Wiary, które później zostało uznane za papieskie. Dzieło to otwiera nasze serca „na najszersze wymiary Kościoła, który tak kochamy, abyśmy uczestniczyli w jego radościach i trudach, w jego troskach z owym synowskim uczuciem, dzięki któremu stają się one jakby osobiste”.
Dziękujemy Ci, dobry Boże, za każde dobro, które dokonało się dzięki Papieskiemu Dziełu Rozkrzewiania Wiary: za wszystkie świątynie i kaplice powstałe w krajach misyjnych, za każdego członka tego dzieła, który swoją modlitwą i ofiarą wspiera działalność Twoich apostołów. Dzięki nim Twoje imię i Twoja miłość mogą być coraz bardziej znane.
Dobry Boże, dziękujemy Ci także za Żywy Różaniec, który za sprawą bł. Pauliny Jaricot, otwartej na Ducha Świętego, przez „zjednoczenie serc w jedności tajemnic” uprasza łaski dla całego świata.
Prosimy, błogosław tym dziełom i wspieraj je, aby przynosiły jak najobfitsze owoce. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary
***
Bł. Paulina Jaricot – uboga z certyfikatem
Odwieczna zagadka, jak połączyć głębokie życie modlitewne z rzuceniem się w wir rozkrzewiania wiary, została rozwiązana przez Paulinę Jaricot. Za bardzo wysoką cenę.
fot. Józef Wolny
***
Historia to jak najbardziej prawdziwa, choć mogłaby zdawać się baśnią, scenariuszem jednej z hollywoodzkich produkcji, wartych nakręcenia, by w dniu premiery zarobić sporo na wyciśniętych przez widzów łzach. Jej bohaterka to kobieta sukcesu. I to od dnia narodzin 22 lipca 1799 roku. Ubogi ojciec zdążył się dorobić dużych pieniędzy na suknie, atmosfera rodzinna była sielankowa, a i urody dziewczynie nie brakowało, więc w orszaku królewskiej córki nosiła się dumnie.
Jak u Balzaka
„Pięknie wystrojona w suknię przyozdobioną kwiatami, dostojnie przemierzałam z rodzicami wielką salę św. Piotra. Dumna niczym paw, czułam się godna ogólnego podziwu i chociaż nie znajdowałam przyjemności w tańcach, moja próżność była zaspokojona. To święto jednak drogo kosztowało moją duszę i całkowicie rozstroiło moje nerwy. Miłość własna strąciła mnie w fale próżności. (…) Słowem, stałam się kokietką” – zanotowała w swoim duchowym dzienniku. Przyznać się do błędów można jedynie wówczas, gdy dostąpi się nawrócenia. Ciekawe, że opisując je, porównała siebie do świętego Pawła: „Bez wahania rzuciłam się do stóp Ananiasza”. Tak napisała o kapłanie, którego kazanie poruszyło ją do głębi. Wszystko w jej życiu ulegnie odtąd zmianie, ale przez długi czas pozostanie „kobietą sukcesu”, tyle że w Kościele, a nie na dworze. Czy inaczej niż sukcesem można nazwać wzbudzenie w Kościele wielkich dzieł, które zostaną określone jako papieskie, a także wielokrotny, prywatny wręcz kontakt z Ojcem Świętym?
Każdy z tych sukcesów pod koniec jej życia zamieni się w katastrofę. Sześćdziesięcioparolatka na fotografii wyglądać będzie, jakby miała lat ponad osiemdziesiąt. W garści ściskać będzie urzędowe zaświadczenie o ubóstwie, a mówić o niej będą źle. Bardzo źle…
Poznajcie Paulinę Jaricot. Kobietę, o której życiu wybitny francuski pisarz, poeta i dyplomata Paul Claudel napisał, że było jednocześnie jak karta martyrologium i powieść Balzaka, a przy tym cały rozdział z życia Lyonu. Faktycznie, Lyon ma ogromne znaczenie w tej historii.
Między jedwabiem a żałobnym suknem
Dziesiątki, o ile nie setki bardzo stromych schodów. W upalnym, choć dopiero kwietniowym słońcu trzeba się nieźle napocić, żeby ze wzgórza Fourvière zobaczyć panoramę tego drugiego, zaraz po Paryżu, miasta Francji. Ale warto. Bo zapiera dech w piersiach – dopiero co odzyskany z zadyszki. I przypomina, że to miasto jedwabiu, ale i ognisko społecznych problemów.
Gdy Joseph Marie Jacquard wynalazł programowalne krosna, zatrudnienie w fabrykach jedwabiu bardzo wzrosło. To właśnie Lyon w XIX wieku stał się stolicą produkcji jedwabiu i ma to ogromne znaczenie dla tej historii. Marne wynagrodzenia, fatalne warunki pracy, zakaz zrzeszania się, krwawo tłumione bunty – w takich okolicznościach żyła i działała Paulina Jaricot. Ten kontekst stał się przyczyną zarówno jej sukcesów, jak i ogromnej – po ludzku sądząc – porażki. Kiedy zbuntowani robotnicy okupować będą wzgórze, na którym za pieniądze ojca kupiła dom nazywany do dzisiaj Loretto, dojdzie do konfrontacji Pauliny i rozwścieczonego tłumu, którą opisuje jej biografka siostra Cecylia Giacovelli: „Okupacja wzgórza Fourvière stwarza pewne problemy: jak znaleźć zajęcie dla trzystu ludzi w ciągu jednego dnia? Odpowiedź jest niekorzystna dla posiadłości »Loretto«. Otóż rozpoczyna się tam wyrąb lasu, raz, żeby łatwiej było kontrolować teren, dwa, żeby czymś owych ludzi zająć. W tej grupie nie zabraknie osób, nie tylko mężczyzn, ale i kobiet, które próbują sforsować drzwi domu Córek Maryi, by zażądać od dostojnej »obywatelki« Jaricot jej fortuny. Ale jak tylko Paulina wychodzi im naprzeciw, niespokojni przedstawiciele ludu nie tylko stają się spokojni, ale zamieniają swoje wzburzone uczucia na postawę pełną szacunku i zaufania”.
Odwieczna prawda, że łaska pańska, albo ludzki szacunek, na pstrym koniu jeździ, zrealizuje się stuprocentowo. Paulina po założeniu swoich dzieł, w tym Żywego Różańca i Dzieła Rozkrzewiania Wiary, zapragnie stworzyć kolejne, mające na celu rozwiązanie poważnych problemów społecznych. Zostanie oszukana i wpadnie w wir sądowych procesów, podejrzeń, kolejnych oszustw, które postawę „pełną szacunku i zaufania” zamienią w pogardę i nieufność. Straci wszystko. Otrzyma nawet urzędowe zaświadczenie o ubóstwie.
Umiera 9 stycznia 1862 roku i – jak napisze jej biografka – „mroźna pogoda pozwala zgromadzić tylko okrojoną grupkę biedaków, którzy utożsamiają się z żałobnym suknem, zarezerwowanym dla ich klasy”.
Kto czyni cuda
Na frontonie domu, w którym mieszkała Paulina, znajduje się napis: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. A fotografia, na której wygląda na o wiele starszą niż w rzeczywistości, wisi właśnie tam – w odremontowanym domu Loretto, obecnie należącym do Papieskich Dzieł Misyjnych, w jednym z pokoi przerobionych na muzeum. Łóżko, fotele, klęczniki, sekretarzyk – wszystko stylizowane na modłę tamtych czasów, łącznie z tapetami w kwiaty. Siostra Paulina ze zgromadzenia Famille Missionnaire de Notre-Dame, które opiekuje się domem, pokazuje nam pamiątki po Paulinie i opowiada jej historię. Między innymi o tym, jak ciężko chora wybrała się do sanktuarium świętej Filomeny we Włoszech. – Odradzano jej to, bo podróż trwała kilka dni i była trudna – mówi siostra. I dodaje: – W Rzymie zatrzymała się u sióstr Sacré-Coeur. Papież, który ją znał z powodu dzieła Żywego Różańca, odwiedził ją tam. Opowiedziała mu o swojej chorobie i o tym, że postanowiła odbyć pielgrzymkę do świętej Filomeny z prośbą o uzdrowienie. Powiedziała też: „Ojcze Święty, jeśli zostanę uzdrowiona, proszę autoryzować jej kult”. „Jeśli wyzdrowiejesz, to faktycznie będzie cud” – odpowiedział papież. Paulina w sanktuarium doznała uzdrowienia, do dzisiaj znajduje się tam fotel, na którym siedziała w tej chwili. A obok domu Loretto stoi wybudowana przez nią kaplica ku czci świętej Filomeny, w której siostry gromadzą się każdego dnia na modlitwie, i statua świętego Jana Marii Vianneya, któremu ze swej pielgrzymki Paulina przywiozła jej relikwie i który stał się odtąd ogromnym czcicielem Filomeny. – Kiedy ktoś przypisywał mu jakiś cud, odpowiadał: „To nie ja, to święta Filomena!” – śmieje się nasza przewodniczka i pokazuje krzyż, który z kolei proboszcz z Ars podarował Paulinie.
Istotnie, cudów w życiu Pauliny nie brakowało. A ten, który zdarzył się za jej wstawiennictwem, utorował jej drogę na ołtarze. 29 maja 2012 r. właśnie w Lyonie na rodzinnym przyjęciu doszło do tragicznego wypadku. 3,5-letnia Mayline zadławiła się jedzeniem. Pomimo prób ratowania dziecku życia stwierdzono śmierć mózgową. Lekarze byli pewni, że dziewczynka umrze w ciągu kilku tygodni. Zrozpaczeni rodzice razem ze znajomymi zaczęli odmawiać nowennę za przyczyną Pauliny. Stan Mayline się poprawił i ostatecznie powróciła do całkowitej sprawności.
Misje nie dla kobiet?
W gablotach z pamiątkami znajdują się różańce. Trudno, by było inaczej, skoro to dom założycielki jednego z największych dzieł modlitewnych w historii – Żywego Różańca. – Myślę, że w tamtym czasie była to genialna intuicja, czego w rzeczywistości potrzeba światu chrześcijańskiemu – mówi siostra Paulina. I dodaje: – Myślę również, że jest to coś, co we współczesnym świecie, w którym zmysł modlitwy tak bardzo się stępił, może być doskonałym środkiem powrotu do tego, co najważniejsze. Jak wynika z objawień Matki Bożej w Lourdes i Fatimie, Różaniec to Jej „ulubiona” modlitwa. Jest nie tylko ponadczasowa, ale również przekracza wszystkie inne granice. To modlitwa bardzo prosta, a jednocześnie o niezwykłej mocy.
Na ścianach jednej z sal wiszą figury Matki Bożej pochodzące z różnych stron świata, przywiezione zapewne przez misjonarzy. Pośród rozmaitych druków znajdują się również pierwsze egzemplarze gazetki zachęcającej do wpłacania datków na misje – „Podaruj pieniążek”. To małe „sou” stało się zaczątkiem potężnej struktury – dzieł, które obejmą zasięgiem cały świat i otrzymają przydomek „papieskie”. Na myśl przychodzi tu wspomnienie z dzieciństwa, gdy mała Paulina wraz z bratem snuli marzenia o przyszłości na misjach. Chłopiec, jak na mężczyznę przystało, patrząc na siostrzyczkę z wyższością, stwierdził, że warunki misyjne nie są dla kobiet, więc to on pojedzie, a ona tu, na miejscu, w Lyonie, nazbiera pieniędzy, dzięki którym on tam, na misjach, będzie mógł głosić Ewangelię. Dodał podobno, że na tych misjach to trzeba umieć jeździć również na krokodylu.
Dziecięce miraże spełniły się tylko połowicznie, bo Fileas ostatecznie na misje nie wyjechał, choć księdzem został. A Paulina? – Nie tylko przekroczyła granice swojej parafii czy Francji – mówi ks. Maciej Będziński, dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce. – Ona na nowo odkryła Kościół powszechny, odkrywając Kościół misyjny.
Kwintesencja francuskości
Ponoć socjologowie odkryli, że jedną z cech Francuzów jest ruchliwość idąca w parze z gadatliwością. Trudno to zweryfikować, ale faktycznie: siostra Paulina w żywy sposób, szybko, jakby się bała, że coś pominie, opowiada wszystko, co o domu Pauliny Jaricot i o niej samej wie. A wie bardzo dużo, podobnie jak pracownicy centrum Papieskich Dzieł Misyjnych we Francji w Lyonie przy rue Sala 12. Oni również zasypują nas masą informacji, pokazując zbiory. A te są imponujące. Doktor Bernadette Truchet specjalizująca się w misjach katolickich, zwłaszcza XIX-wiecznych misjach jezuickich w Chinach, odpowiedzialna za centrum dokumentacji i archiwa, mówi: – Znajduje się tu przede wszystkim korespondencja z misjonarzami, którzy opisywali szczegóły swojej posługi oraz kultury, w jakiej się znaleźli, co było cennym wkładem w naukę w czasach, kiedy podróżowało się znacznie mniej.
Oprócz dokumentów w archiwach są też relikwie świętych misjonarzy męczenników i setki fotografii, w tym zachwycające ostrością zdjęcia z drukarni w Niepokalanowie. Jest zapisany piękną kaligrafią protokół pierwszego spotkania Dzieła Rozkrzewiania Wiary. No i roczniki – „Les Annales de la propagation de la foi”. Jeanne Orlé, archiwistka, pokazuje ich polską wersję. A na pytanie, czy ma może jakąś osobistą pamiątkę po założycielce tego dzieła, z uśmiechem pokazuje czapkę Pauliny.
Sekretarz generalny Dzieł, Gaëtan Boucharlat de Chazotte, jak na szlachetne pochodzenie przystało (sygnet rodowy na palcu, uosobienie elegancji i taktu), oprowadza nas po biurach. A w nich wszędzie Paulina i przygotowania do jej beatyfikacji. Zapytany o aktualność jej historii i o to, czy beatyfikacja Pauliny Jaricot stanowi jakiś szczególny znak dla dzisiejszego Kościoła i świata, odpowiada bez namysłu: – Uważam, że tak. Żyjemy przecież w bardzo podobnych czasach. Po rewolucji francuskiej cała Europa i Kościół były w ruinie. To wówczas pojawiła się Paulina jako założycielka Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Europa być może w ruinie nie jest, ale dla Kościoła nadeszły czasy bardzo trudne. Nie wiem, czy dla Polski również, ale dla Francji i dla reszty Europy na pewno ta beatyfikacja jest znakiem, że tylko przez powrót do prawdziwej ewangelizacji można to naprawić.
Oczy błogosławionej
W kościele Saint-Nizier, do którego przeniesiono ciało zmarłej Pauliny Jaricot, oprócz niezwykle sugestywnej, „współczesnej” drogi krzyżowej przykuwa uwagę ogromny baner z jej wizerunkiem. Paulina patrzy zeń z uśmiechem, młodymi, rozżarzonymi oczami. Jakby chciała powiedzieć, że zawsze jest szansa, tylko trzeba wrócić do tego, co jest powołaniem Kościoła – modlić się i krzewić wiarę. Ale by nowej błogosławionej tego Kościoła oddać chwałę, bo na nią zasłużyła, i by z tej beatyfikacji wyciągnąć wnioski, warto wrócić do wspomnianej czarno-białej fotografii, na której wygląda biednie i licho, prawie niewidoma, choć – jak mówi ks. Maciej Będziński – nikt z biografów tego nie odnotował. I do słów Paula Claudela: „Oto stara, uboga kobieta, która zapragnęła zbawiać świat! Prosiła Boga o Kościół katolicki i o żadną inną rzecz dla siebie na okręgu ziemi”. Claudel kończy swój wiersz słowami, które chwytają za serce: „Aby niewinny Baranek przyjął ją u stóp swego tronu, ściska mocno w dłoni swoje zaświadczenie o ubóstwie”. •
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc styczeń 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
Módlmy się, aby modlitwa Słowem Bożym była pokarmem dla naszego życia i źródłem nadziei w naszych wspólnotach, pomagając nam budować Kościół bardziej braterski i misyjny.
Panu Bogu, który jest pełen Miłosierdzia z wielką wdzięcznią dziękujemy za miniony rok. A u progu Nowego Roku Pańskiego 2026 patrzymy pełni ufności, bo przecież Ty Jesteś nieustannie z nami – nasz Emanuelu.Wpatrując się w Bożą Rodzicielkę, która otwiera kolejny okres naszego pielgrzymowania na tym ziemskim padole, oddajemy Jej nasze serca, umysł i wolę, aby uczyła nas coraz lepiej wypełniać tylko Bożą wolę.
Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
Dodatkowe intencje dla Róż
św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Roży
bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 stycznia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 grudnia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
Rozmowa z o. Cyprianem Klahsem o tajemnicy Wcielenia
– Bóg się zakochał w swoim stworzeniu, a szczególnie zakochał się w człowieku. Dlatego chciał stać się mu bliski – mówi o. Cyprian Klahs, dominikanin.
Jarosław Dudała: Joan Osborne pytała w piosence: „Co, gdyby Bóg był jednym z nas?”. To wzruszający tekst, pełen tęsknoty za Bogiem, ale… przecież On już stał się jednym z nas!
o. Cyprian Klahs OP: To jest jedna z najważniejszych prawd wiary chrześcijańskiej: Bóg stał się prawdziwym człowiekiem – nie był tylko podobny do nas, nie udawał, ale rzeczywiście stał się człowiekiem.
Mówimy w Credo, że Syn Boży dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba i stał się człowiekiem. Ale co to właściwie znaczy?
Zasada jest prosta: gdy chcesz się z kimś skomunikować, to mów do niego w języku, który jest dla niego zrozumiały. I to jest właśnie pierwszy punkt Wcielenia: Bóg przemówił do nas w ludzkim języku – nie tylko w sensie użycia słów aramejskich czy hebrajskich, ale przemówił całym sobą, całą osobą, ciałem, gestem, emocjami. Ewangelia mówi, że się wzruszył; że zapłakał nad śmiercią przyjaciela; zapłakał nad Jerozolimą; gniew Go ogarnął z powodu niesprawiedliwości, zamknięcia na dobro, na cud. To jedna strona tajemnicy Wcielenia – Objawienie. Druga to miłość i bliskość. U chrześcijańskich mistyków można czasem znaleźć stwierdzenie, że Bóg się zakochał w swoim stworzeniu, a szczególnie zakochał się w człowieku. Dlatego chciał stać się mu bliski. Wcielenie Boga jest po prostu wyrazem miłości, pragnienia bliskości, solidarności z człowiekiem.
Autor Listu do Hebrajczyków pisze, że Bóg może współczuć naszym słabościom, bo jest doświadczony we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Jezus dzielił nasz lęk, ból, głód. Można by nawet powiedzieć, że był w gorszej sytuacji niż my, bo nie popełniwszy żadnego grzechu, przyjął na siebie wszystkie jego straszliwe skutki.
Tak. Bóg zna los człowieka. Wie, co to znaczy być człowiekiem. W piątym rozdziale Ewangelii według św. Jana mamy fragment, w którym jest mowa o tym, że Ojciec przekazał cały sąd Synowi, ponieważ On jest Synem Człowieczym – czyli wie, co to znaczy być człowiekiem, i jest w Nim jakaś solidarność, jakieś ogromne współczucie dla nas.
Mimo że jesteśmy grzeszni? A może właśnie dlatego, że jesteśmy grzeszni?
Bóg może nam współczuć, a ponieważ jest i Stworzycielem, i Zbawicielem, to może także zaradzić temu, w co człowiek się wpakował z powodu swoich grzechów. Współczucie Boga pociąga za sobą Jego działanie. Nie jest tak, że On sobie z góry patrzy, lituje się nad biednym człowiekiem, ale nie rusza mu na ratunek. Przeciwnie – On rozpoznaje nasze cierpienie, które wynika z grzechu, i chce mu zaradzić. To jest pierwszy i podstawowy sens zbawienia: uratować, wyzwolić, uzdrowić.
Nie tylko uratować, ale także wywyższyć. Bo gdy wszechmocny, wszechwiedzący i wieczny Bóg stał się człowiekiem, to przez sam ten fakt w nieprawdopodobny sposób wywyższył, nobilitował człowieczeństwo. Człowiek – to brzmi dumnie (choć raczej nie z tych powodów, o których myślał autor tego powiedzenia, komunista Maksym Gorki).
To wywyższenie jest spełnieniem okrężną drogą tego, co było w Bożych planach już na samym początku. Bo po co Pan Bóg nas stworzył? Stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, żebyśmy mieli udział w Jego życiu. Ale ponieważ trochę Mu namieszaliśmy, to trzeba było doprowadzić do tego celu okrężną drogą i naprawić to, co zostało zepsute. W każdym razie chodzi o realizację pierwotnego zamysłu, żeby człowiek uczestniczył w życiu Bożym, miał udział w Boskiej naturze, czyli żeby został przebóstwiony.
W kazaniach prawie nie mówi się dziś o przebóstwieniu. A przecież w Drugim Liście Świętego Piotra mowa jest o danej ludziom niesłychanej obietnicy udziału w Boskiej naturze (2 P 1,4). Wielu największych teologów przez wieki powtarzało tę samą myśl: Bóg stał się człowiekiem, żeby człowiek stał się bogiem. Na przykład Mistrz Eckhart w komentarzu do Ewangelii według św. Jana stwierdził: „Nie miałoby dla mnie większej wartości, że »Słowo stało się ciałem« dla człowieka w Chrystusie jako osobie odrębnej ode mnie, gdyby nie stało się ciałem również we mnie osobiście, abym i ja mógł stać się synem Bożym”.
To mi się najbardziej kojarzy z encykliką Jana Pawła II Redemptor hominis, w której powiedziano, że Syn Boży, stając się człowiekiem, zjednoczył się w jakiś sposób z każdym z nas. Nie tylko z jednym człowiekiem, Jezusem z Nazaretu. U Eckharta możemy też znaleźć stwierdzenie, że Bóg stał się drugim ja, żebym ja się stał drugim Nim. Św. Katarzyna ze Sieny z kolei w zachwycie zwraca się do Jezusa z pięknym pytaniem: co było przyczyną, że Ty – Bóg, Ty – Miłość stałeś się człowiekiem, a człowiek stał się Bogiem?
To wydaje się wręcz szalone. Czy naprawdę człowiek przy w całej swojej słabości, grzeszności i skończoności może stać się bogiem?
Nie może – sam z siebie w żaden sposób nie może. To jest możliwe jedynie dzięki działaniu Pana Boga – dzięki temu, że On przyjął ludzką naturę, całkowicie jednocząc się z człowiekiem, żeby móc wynieść człowieka na wyżyny. O tym mowa jest w uroczystość Wniebowstąpienia Pana Jezusa w kolekcie podczas Mszy Świętej: „Wszechmogący Boże, wniebowstąpienie Twojego Syna jest wywyższeniem ludzkiej natury…”. Poza tym Wcielenie Boga ma dziś swoje niesłychanie praktyczne konsekwencje.
Jakie?
Na nim opiera się na przykład cała sakramentalność. Bo skoro Bóg stał się człowiekiem, wszedł w ludzki świat, w ludzkie ciało, czyli w materię, to materia stała się nośnikiem Bożej łaski. Inaczej mówiąc, sakramenty właśnie dlatego mogą być skutecznym narzędziem łaski Bożej, że materia została do tego uzdolniona przez Wcielenie Pana Boga. Inna kwestia: z historii teologii znamy wielki spór o obrazy – o to, czy możemy przedstawiać na obrazach Boga (a także świętych). Rozstrzygnięcie było takie, że możemy. Dlaczego? Właśnie dlatego, że Syn Boży, stając się człowiekiem, dał nam swój obraz. Przez Wcielenie dał nam obraz Boga. Kolejna kwestia to nowe spojrzenie na cierpienie. Ponieważ Chrystus, stając się człowiekiem, poddał się cierpieniu i potrafił nadać mu sens, to człowiek wierzący może w cierpieniu odkrywać sens, wartość. No i oczywiście trzeba pamiętać, że Wcielenie jest fundamentalną i nieodłączną częścią całego dzieła zbawienia. Bez Wcielenia nie byłyby możliwe śmierć, zmartwychwstanie, wniebowstąpienie Chrystusa, ale też nasze zmartwychwstanie w ciele.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
o. Cyprian Klahs OP ur. 1969. jest wychowawcą dominikańskich braci studentów. Mieszka w Krakowie. Fascynuje się duchowością dominikańską. Jest autorem książek „Nadzieja. Lekarstwo na narzekanie i zniechęcenie”, „Różaniec. Modlitwa prostoty i głębi” czy „Pamiętniki Jonasza i inne apokryfy”.
Gość Niedzielny
***
Papież zamknął Drzwi Święte Bazyliki św. Piotra – zakończył się Jubileusz Nadziei
Ojciec Święty Leon XIV zamknął ostatnie Drzwi Święte Roku Jubileuszowego Nadziei. Tym samym dobiegł końca Jubileusz rozpoczęty przez papieża Franciszka 24 grudnia 2024 r. – informuje Vatican News.
Zwyczaj ustanowiony w 1975 r., a następnie uproszczony przez św. Jana Pawła II przy okazji Roku Świętego 2000, obejmuje zamknięcie skrzydeł drzwi. Ich zamurowanie nastąpi z kolei bez udziału wiernych, ok. 10 dni później.
Do Rzymu przybyło i wzięło udział w wydarzeniach jubileuszowych 33 475 369 pielgrzymów. Wstępne szacunki mówiły o 31,7 mln osób, więc liczba uczestników znacząco je przekroczyła. Jak pokazują dane, począwszy od maja nastąpił nieoczekiwany wzrost przybywających do Wiecznego Miasta; ale mimo to, wszystko było zarządzane z ogromną starannością. Doceniono współpracę między Watykanem, a przedstawicielami władz i służb.
Wśród pielgrzymów, którzy przybyli do Rzymu (poza Włochami) najliczniej reprezentowane były kraje: USA (12,57 proc.), Hiszpania (6,23 proc.), Brazylia (4,67 proc.), Polska (3,69 proc.) oraz Niemcy (3,16 proc.).
Kolejny Jubileusz zwyczajny odbędzie się za 25 lat, natomiast już w 2033 r. będzie miał miejsce Wielki Jubileusz Odkupienia.
A oto pełny tekst dzisiejszego kazania Ojca Świętego:
Drodzy Bracia i Siostry!
Ewangelia (por. Mt 2,1-12) opisuje ogromną radość Mędrców z powodu ponownego ujrzenia gwiazdy (por. w. 10), ale także przerażenie Heroda i całej Jerozolimy w obliczu ich poszukiwań (por. w. 3). Za każdym razem, gdy mowa o objawieniu się Boga, Pismo Święte nie ukrywa tego rodzaju rozdźwięków: radości i przerażenia, oporu i posłuszeństwa, lęku i pragnienia. Świętujemy dziś Objawienie Pana, świadomi, że w Jego obecności nic nie pozostaje takie samo, jak wcześniej. To jest początkiem nadziei. Bóg objawia się i nic nie może trwać niezmiennie. Kończy się pewien rodzaj spokoju, który sprawia, że melancholicy powtarzają: „Nic zgoła nowego nie ma pod słońcem” (Koh 1, 9). Zaczyna się coś, od czego zależą teraźniejszość i przyszłość, jak zapowiada Prorok: „Powstań! Świeć, Jeruzalem, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą” (Iz 60, 1).
Zaskakujące jest to, iż zostaje poruszona właśnie Jerozolima, miasto będące świadkiem jakże wielu nowych początków. W jej obrębie właśnie ci, którzy studiują Pismo Święte i uważają, że znają wszystkie odpowiedzi, wydaje się, że stracili zdolność stawiania sobie pytań i pielęgnowania pragnień. Co więcej, miasto jest przerażone tymi, którzy – poruszeni nadzieją – przybywają do niego z daleka, przerażone do tego stopnia, że postrzega jako zagrożenie to, co powinno mu sprawiać wielką radość. Ta reakcja stanowi wyzwanie również dla nas, jako Kościoła.
Drzwi Święte tej Bazyliki, które jako ostatnie zostały dziś zamknięte, widziały przepływ niezliczonych mężczyzn i kobiet – pielgrzymów nadziei, zmierzających do Miasta o bramach zawsze otwartych, do nowego Jeruzalem (por. Ap 21, 25). Kim byli i co nimi kierowało? Pod koniec Roku Jubileuszowego szczególnie poważnym pytaniem jest dla nas duchowe poszukiwanie współczesnych nam [osób], znacznie bogatsze niż być może jesteśmy w stanie pojąć. Miliony z nich przekroczyły próg Kościoła. Co znaleźli? Jakie serca, jaką wrażliwość, jaką wzajemność? Tak, Mędrcy nadal istnieją. Są to osoby, z których każda podejmuje wyzwanie zaryzykowania swej podróży, które w naszym niespokojnym świecie, pod wieloma względami odpychającym i niebezpiecznym, odczuwają potrzebę wyruszenia w drogę, poszukiwania.
Homo viator, mawiali starożytni. Jesteśmy życiem w drodze. Ewangelia zobowiązuje Kościół, aby nie bał się tej dynamiki, ale aby ją doceniał i kierował ku Bogu, który ją pobudza. Jest to Bóg, który może nas niepokoić, ponieważ nie pozostaje w naszych rękach nieruchomo, jak srebrne i złote bożki: jest natomiast żywy i ożywiający, jak to Dziecię, które Maryja trzymała w swoich ramionach, a Mędrcy oddali Mu pokłon. Miejsca święte, takie jak katedry, bazyliki, sanktuaria, które stały się celem pielgrzymek jubileuszowych, muszą upowszechniać woń życia, niezatarte wrażenie, że rozpoczął się inny świat.
Zadajmy sobie pytanie: czy w naszym Kościele jest życie? Czy jest miejsce dla tego, co się rodzi? Czy kochamy i głosimy Boga, który ponownie posyła nas dalej w drogę?
W tej opowieści Herod obawia się o swój tron, niepokoi się tym, co wymyka się jego kontroli. Próbuje wykorzystać pragnienie Mędrców i nakłonić ich poszukiwania na swoją korzyść. Jest gotów kłamać, jest zdolny do wszystkiego; strach bowiem zaślepia. Radość Ewangelii natomiast wyzwala: sprawia, że stajemy się roztropni, ale także śmiali, uważni i kreatywni; podpowiada drogi inne niż te, którymi już podążaliśmy.
Mędrcy przynoszą do Jerozolimy proste i zasadnicze pytanie: „Gdzie jest nowo narodzony?” (Mt 2, 2). Jakże ważne jest, aby każdy, kto przekracza próg Kościoła, odczuwał, że Mesjasz tam się dopiero co narodził, że gromadzi się tam wspólnota, w której zrodziła się nadzieja, że tam właśnie dokonuje się historia życia! Jubileusz nadszedł, aby nam przypomnieć, że można zacząć od nowa, a nawet, że jesteśmy dopiero na początku, że Pan chce wzrastać pośród nas, chce być Bogiem-z-nami. Tak, Bóg poddaje w wątpliwość istniejący porządek: ma marzenia, którymi inspiruje swoich proroków również dzisiaj; stanowczo pragnie wybawić nas od dawnych i nowych form zniewolenia; w swoje dzieła miłosierdzia, w cuda swojej sprawiedliwości angażuje młodych i starszych, ubogich i bogatych, mężczyzn i kobiety, świętych i grzeszników. Nie czyni zgiełku, ale Jego Królestwo kiełkuje już wszędzie na świecie.
Ileż objawień zostało nam danych lub wkrótce zostanie nam dane! Trzeba je jednak odebrać zamysłom Heroda, lękom, które zawsze mogą przerodzić się w agresję. „Od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu, a zdobywają je ludzie gwałtowni” (Mt 11, 12). To tajemnicze wyrażenie Jezusa, zawarte w Ewangelii św. Mateusza, nie może nie skłaniać nas do refleksji nad wieloma konfliktami, przez które ludzie mogą się opierać, a nawet atakować ową Nowość, którą Bóg przygotował dla wszystkich. Miłować pokój, dążyć do pokoju oznacza chronić to, co święte, a właśnie dlatego ono się rodzi: małe, delikatne, kruche jak dziecko. Wokół nas wypaczona gospodarka próbuje czerpać zyski ze wszystkiego. Widzimy to: rynek zamienia w biznes nawet ludzkie pragnienie poszukiwania, podróżowania, zaczynania od nowa. Zadajmy sobie pytanie: czy Jubileusz nauczył nas uciekać od tego rodzaju wydajności, która sprowadza wszystko do produktu, a człowieka do konsumenta? Czy po tym roku będziemy bardziej zdolni dostrzegać w gościu – pielgrzyma, w nieznajomym – człowieka poszukującego, w dalekim – bliźniego, w innym – towarzysza podróży?
Sposób, w jaki Jezus spotykał wszystkich i pozwalał się wszystkim zbliżyć uczy nas doceniać tajemnicę serc, którą tylko On potrafi odczytać. Z Nim uczymy się dostrzegać znaki czasu (por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 4). Nikt nie może nam tego sprzedać. Dziecię, które adorują Mędrcy, jest Dobrem bezcennym i bez miary. Jest Objawieniem bezinteresowności. Nie czeka na nas w prestiżowych „posiadłościach”, ale w skromnych realiach. „A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy” (Mt 2, 6). Ileż to miast, ileż to wspólnot potrzebuje usłyszeć: „Nie jesteś naprawdę najlichsze”. Tak, Pan wciąż nas zaskakuje! Pozwala się znaleźć. Jego drogi nie są naszymi drogami, a ludzie gwałtowni nie potrafią ich opanować, ani też moce tego świata nie mogą ich zablokować. Stąd ogromna radość Mędrców, którzy porzucają pałac i świątynię, i wyruszają do Betlejem: wtedy ponownie widzą gwiazdę!
Dlatego, drodzy bracia i siostry, pięknie jest stać się pielgrzymami nadziei. I pięknie być nimi nadal razem! Wierność Boga jeszcze nas zadziwi. Jeśli nie zredukujemy naszych kościołów do zabytków, jeśli nasze wspólnoty będą domami, jeśli zjednoczeni oprzemy się pokusom możnych, wtedy będziemy pokoleniem jutrzenki. Maryja, Gwiazda zaranna, zawsze będzie kroczyć przed nami! W Jej Synu będziemy kontemplować i służyć wspaniałej ludzkości, przemienionej nie przez urojenia wszechmocy, ale przez Boga, który z miłości stał się ciałem.
Izajasz 60 należy do części księgi powstałej po powrocie z niewoli babilońskiej. Jerozolima jest wtedy słaba i poraniona. Prorok zwraca się do niej jak do kobiety i wzywa: «Powstań, świeć» (qûmî ’ôrî). To wezwanie do podniesienia głowy i do odważnego spojrzenia. Światło przychodzi od Pana.
«Chwała» to hebrajskie (kābôd). Oznacza ciężar Jego obecności. To słowo łączy się z obłokiem chwały z pustyni i ze świątyni. Prorok widzi ją jak wschód nad Syjonem. Ciemność okrywa ziemię i narody. Nad Jerozolimą wschodzi Pan. Werset «narody pójdą do twojego światła» odsłania sens misji Izraela. Miasto staje się znakiem Boga dla ludów. Pada też polecenie: «podnieś oczy wokoło i patrz».
Wizja obejmuje powrót rozproszonych dzieci. Synowie idą z daleka, córki są niesione na ramionach. To obraz odbudowanej wspólnoty, a nie tylko odbudowanych murów. Werset piąty mówi o mieście, które widzi i promienieje. Czasownik oddany jako «promienieć» pochodzi od rdzenia (nāhar), który oznacza także «płynąć». Serce drży i rozszerza się. W Biblii rozszerzone serce oznacza wolność i przestrzeń na radość.
Prorok mówi też o bogactwie morza i o skarbach narodów. To język wielkich szlaków handlowych. Pojawiają się karawany wielbłądów z Madianu i Efy oraz ludzie z Saby. Nazwy wskazują na obszary Arabii, znane z handlu wonnościami.
Tekst wymienia złoto i kadzidło. Kadzidło należy do modlitwy świątyni i unosi się ku Bogu jak prośba ludu. Złoto mówi o czci składanej Temu, który króluje inaczej niż władcy narodów. W tej pieśni Jerozolima promieniuje, ponieważ Bóg w niej mieszka. Obietnica dana Abrahamowi o błogosławieństwie dla wszystkich ludów przybiera tu postać pielgrzymki do światła.
Autor Listu do Efezjan przedstawia się jako Paweł i mówi o zadaniu, które otrzymał dla pogan. W prologu tej części nazywa siebie «więźniem» ze względu na Chrystusa. Uwięzienie nie zamyka Ewangelii. Używa słowa «zarząd» łaski, w grece (oikonomia). Oznacza odpowiedzialność za dar, który nie należy do niego. Łaska staje się czymś powierzonym, a nie zdobytym.
Centralnym pojęciem perykopy jest «tajemnica» (mystērion). W Biblii oznacza zamysł Boga, dotąd ukryty, a teraz odsłonięty w historii. Paweł mówi o «objawieniu» (apokalypsis). To odsłonięcie pochodzi od Boga i kształtuje całe spojrzenie na świat. Tekst zestawia «dawne pokolenia» i «teraz». Nie chodzi o pogardę dla przeszłości. Chodzi o nowość Chrystusa. To, co było zapowiadane w Pismach i figurach, zostaje w pełni pokazane w Jezusie. Tajemnica zostaje dana «świętym apostołom i prorokom» i zostaje przekazana «w Duchu». Duch Święty jest tu środowiskiem poznania. Słowo «poganie» tłumaczy greckie (ethnē), czyli narody.
W Starym Testamencie narody przynoszą światło i dar do Syjonu. Tu zostają nazwane domownikami obietnicy. Sedno brzmi krótko: poganie są «współdziedzicami» (synklēronoma), «współczłonkami Ciała» (sussōma) i «współuczestnikami obietnicy» (symmetocha). Trzy słowa układają się w jedno wyznanie równej godności.
«Ciało» oznacza Kościół jako żywy organizm. Jego Głową pozostaje Chrystus, a więzią życia Duch. Jedność rodzi się «w Chrystusie Jezusie» i przychodzi «przez Ewangelię» (euangelion). Kościół jawi się jako przestrzeń, w której obcy staje się bratem, a dom buduje sam Pan.
Mateusz umieszcza scenę w czasach Heroda Wielkiego, króla Judei pod zwierzchnictwem Rzymu. Narodziny Jezusa dzieją się na uboczu wielkiej polityki, a jednak poruszają stolicę. Do Jerozolimy przybywają mędrcy ze Wschodu. Grecki termin brzmi (magoi). Oznacza ludzi uczonych, kojarzonych z obserwacją nieba i z mądrością dworów. Pytają o nowo narodzonego «króla żydowskiego». Widzą Jego gwiazdę i przychodzą oddać Mu pokłon.
Wyrażenie «na Wschodzie» w tekście greckim brzmi (en tē anatolē) i wskazuje także na moment pojawienia się gwiazdy, na jej wschód. Gwiazda w Biblii bywa znakiem obietnicy. W Księdze Liczb pojawia się zapowiedź «gwiazdy z Jakuba» (Lb 24,17). Mateusz pokazuje spotkanie dwóch dróg poznania. Znak na niebie budzi pragnienie. Pismo prowadzi do miejsca. Herod reaguje lękiem, a lęk udziela się Jerozolimie. Władza oparta na kontroli boi się dziecka. Król zwołuje arcykapłanów i uczonych w Piśmie. Oni wskazują Betlejem w ziemi judzkiej. Betlejem to miasto Dawida. Nazwa znaczy «dom chleba» (bêt leḥem).
Mateusz cytuje Micheasza i dopowiada obraz pasterza, znany z tradycji Dawida. Mesjasz ma prowadzić lud, a nie nim manipulować. Herod wypytuje o czas ukazania się gwiazdy. Wysyła mędrców do Betlejem i domaga się wieści. W opowiadaniu narasta ciemność podstępu.
Mędrcy wyruszają. Gwiazda prowadzi ich dalej. Radość rośnie w chwili odnalezienia. Mateusz mówi o domu, o Dziecięciu i o Matce. W centrum stoi Jezus, a Maryja pozostaje przy Nim. Mędrcy padają na twarz. Słowo «pokłon» oddaje greckie (proskyneō) i oznacza gest czci, znany także z języka kultu. Otwierają swoje skarby i składają dary: złoto, kadzidło i mirrę.
Tekst nie podaje liczby mędrców. Tradycja Kościoła rozpoznaje trzech z powodu trzech darów. Złoto mówi o królewskiej godności. Kadzidło unosi się w świątyni jako znak modlitwy. Mirra pachnie, a w Biblii pojawia się także przy pogrzebie Jezusa. Złoto i kadzidło przywołują też słowa Izajasza o narodach niosących dary do światła Syjonu.
U Mateusza dary trafiają do Chrystusa. Poganie pierwsi oddają Mu cześć. To odsłania szerokość obietnicy. Na końcu Bóg prowadzi mędrców przez sen. Wracają inną drogą. Ten szczegół zostawia obraz drogi odmienionej przez spotkanie…
Ks. Krzysztof Młotek/Tygodnik Niedziela
***
Trzej niekrólowie
Jeśli nie byli królami, to kim mogli być? Skąd wzięły się ich tajemnicze imiona? I dlaczego historia o Mędrcach ma tak wiele różnych wersji?
MATTHIAS STOM, POKŁON TRZECH KRÓLI /REPRODUKCJA ERIK CORNELIUS/NATIONALMUSEUM/WIKIMEDIA
Czy jest coś, co wiemy na pewno o Trzech Królach? „Po pierwsze, być może w ogóle nie istnieli i wielu uczonych biblistów uważa ich za postacie fikcyjne. (…) Po drugie, jeśli nawet istnieli, nie wiadomo, czy było ich trzech, a po trzecie… z całą pewnością nie byli królami” – pisze biblista Roman Zając we wstępie do fascynującej książki „Trzej Królowie. Tajemnica Mędrców ze Wschodu”. Trzeba przyznać, że ta historia zaczyna się jak u Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. A potem napięcie tylko rośnie.
Poganie szukają Mesjasza
Bo skoro nie byli królami, to kim mogli być? W jedynym fragmencie Biblii, gdzie się pojawiają, czyli w zaledwie dwunastu wersetach drugiego rozdziału Ewangelii według świętego Mateusza (2,1-12), w polskim tłumaczeniu pojawia się określenie „Mędrcy”. Jednak słowo magoi, występujące w greckim tekście, jest znacznie bardziej wieloznaczne i może występować zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym kontekście. Roman Zając podaje w swojej książce długą listę możliwych znaczeń tego terminu. Okazuje się, że może się ono odnosić do: „członków staroirańskiego medyjskiego plemienia; przedstawicieli perskiej kasty kapłańskiej (zwłaszcza kapłanów irańskiego kultu ognia); ogólnie Persów; królewskich doradców i dworzan; znawców nauk tajemnych; czarodziejów praktykujących magię, wizjonerów i tłumaczy snów; szarlatanów, oszustów, zwodzicieli i fałszywych proroków; chaldejskich astrologów i astronomów; ludzi uczonych, zgłębiających prawa natury; filozofów i mędrców”. Uff!
Czy z tego wyliczenia dowiadujemy się czegoś więcej o tajemniczych gościach, którzy według ewangelisty mieli przybyć ze Wschodu do Jerozolimy, następnie udać się do Betlejem, by powitać nowo narodzonego Króla, wreszcie – posłuszni nakazowi ze snu – wrócić do ojczyzny inną drogą, omijając pałac Heroda? Jedno nie ulega wątpliwości: „Z punktu widzenia Żydów byli poganami, ponieważ nie wierzyli w Jedynego Boga Jahwe, który uczynił narodem wybranym dwanaście plemion Izraela” – wyjaśnia Roman Zając. Od razu jednak nasuwa się inne pytanie: „Dlaczego (…) szukali żydowskiego Mesjasza? Skoro wyznawali inną religię, czy ich wyznanie miało coś wspólnego z oczekiwaniami Żydów?” – zastanawia się autor „biografii” owych Mędrców.
Wypatrywali znaków
Fakt, że Magowie podążali za gwiazdą, mógłby wskazywać, iż zajmowali się astrologią. Z tego powodu powinni więc wzbudzać wśród Żydów szczególną nieufność. W książce „Trzej Królowie. Dziesięć tajemnic” dziennikarz i publicysta Grzegorz Górny zwraca uwagę, że naród żydowski traktował astrologów jak bałwochwalców. Izraelici bowiem „dostali od Boga nakaz, by trzymać się z dala od wróżbitów, wywoływaczy duchów czy astrologów. Polecenia mógł wydawać im jedynie Bóg przez swoich proroków. Charakterystyczne dla postawy Żydów są słowa wypowiedziane przez Izajasza: »Niechaj się stawią, by cię ocalić, owi opisywacze nieba, którzy badają gwiazdy, przepowiadają na każdy miesiąc, co ma się tobie przydarzyć. Oto będą jak źdźbła słomiane, ogień ich spali. Nie uratują własnego życia z mocy płomieni« (Iz 47,13-14). W tym kontekście nie ma nic zaskakującego w fakcie, że przybycie Mędrców do Judei oraz przywieziona przez nich wiadomość o gwieździe zwiastującej narodziny Mesjasza wywołały w Jerozolimie powszechne zaskoczenie. Proroctwa nakazywały co prawda wyczekiwać w owym czasie pojawienia się pomazańca Bożego, ale nikt spośród Żydów nie śledził nieba, by właśnie stamtąd wypatrywać znaków” – podkreśla autor.
Z fragmentu Ewangelii nie wynika jednak, że Mędrcy rościli sobie pretensje do przepowiadania przyszłości. Roman Zając zwraca uwagę, że są ukazani raczej jako „pobożni poganie, którzy wypatrywali na niebie znaków od Boga”. „Epizod o Magach przybyłych ze Wschodu do Betlejem, aby oddać cześć nowo narodzonemu Mesjaszowi, jest niejako dowartościowaniem świata pogańskiego, potwierdzeniem prawdy, że również w nim byli ludzie, którzy co prawda nie otrzymali takiego objawienia, jakie mieli Żydzi, a mimo to doszli do poznania Jezusa Chrystusa. (…) Dla czytelnika Ewangelii według świętego Mateusza stawało się w ten sposób jasne, że późniejsze wejście pogan do Kościoła nie było przypadkiem, ale od samego początku odpowiadało ono Bożym planom. W królestwie Jezusa Chrystusa nie ma bowiem różnic wynikających z rasy i pochodzenia. (…) W postaciach Magów Kościół odnajdywał niejako samego siebie, czyli pogański świat poza narodem wybranym, który stał się nowym Ludem Bożym, uznając Chrystusa za swego Pana i Zbawiciela. Nic dziwnego, że pokłon Magów został uznany za symbol objawienia się Króla Wszechświata wszystkim narodom i wszystkim ludziom, którzy szukają prawdy” – wyjaśnia biblista.
Prawie królowie
Skąd jednak wzięło się przekonanie, że tajemniczy goście Dzieciątka Jezus byli królami? I skąd pomysł, że było ich trzech? Według Romana Zająca źródłem przypisywania Magom godności królewskiej były prawdopodobnie fragmenty Starego Testamentu, które odczytywano jako zapowiedź ich wizyty, np.: „Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą mu pokłon wszyscy królowie, wszystkie narody będą mu służyły” (Ps 72,10-11). Albo: „I pójdą narody do swego światła, królowie do blasku twojego Wschodu (…). Wszyscy oni przybędą ze Saby zaofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60,3.6). Fragmenty te Kościół wyznaczył zresztą do czytania podczas liturgii w uroczystość Objawienia Pańskiego, co jeszcze silniej ugruntowało w naszych umysłach obraz królów odwiedzających małego Jezusa.
Warto jednak zwrócić uwagę, że jeszcze na przełomie II i III wieku Tertulian, łaciński teolog z Afryki Północnej, pisał, że „Wschód uważał Magów prawie za królów”. Słówko „prawie” wydaje się tu kluczowe. Dopiero w późniejszych wiekach zrodziło się przekonanie, że do Jezusa, jako Króla Królów, powinni przybyć z pokłonem monarchowie. Także liczba Magów nie była od początku ustalona i wahała się od dwóch postaci namalowanych w katakumbach Świętych Piotra i Marcellina do sześćdziesięciu (nie licząc służby!) cudzoziemców w tradycji koptyjskiej. Popularna była dwunastka (nawiązanie do dwunastu plemion Izraela i dwunastu apostołów), ale w ikonografii spotkać można też wyobrażenia… sześciu mężczyzn stojących przed Dzieciątkiem. Ostatecznie utrwaliła się wersja z trzema gośćmi, za którą przemawiały przede wszystkim trzy dary wspomniane w Ewangelii: złoto, kadzidło i mirra – ale też bogata symbolika religijna trójki, uważanej w starożytności za liczbę doskonałą.
Niespokojne serca
Również imiona tajemniczych gości w rozmaitych apokryfach brzmią różnie, a najstarszy zapis tych, które znamy dzisiaj: Kacper, Melchior i Baltazar, pochodzi z 526 r. i możemy go znaleźć w bazylice św. Apolinarego w Rawennie. Nad głowami Magów uwiecznionych na mozaice widnieje adnotacja: +SCS BALTHASSAR +SCS MELCHIOR +SCS GASPAR. Różnie tłumaczy się znaczenie tych imion. Zdaniem Grzegorza Górnego wszystkie one oznaczają mniej więcej to samo i wywodzą się od greckiego, hebrajskiego i łacińskiego określenia władcy: basileus, melech i caesar. Roman Zając nie zgadza się jednak z tą wykładnią. Według przytaczanych przez niego hipotez imię Gaspar (Kacper) pochodzi z języka perskiego i może oznaczać „skarbnika” lub „tego, który dba o swoją cześć”. Z kolei imię Baltazar jest pochodzenia babilońskiego i wywodzi się od zawołania Bēl-šar-usur, co znaczy „Belu (Baalu), króla strzeż!”. Jest więc życzeniem pomyślności dla władcy. Natomiast Melchior rzeczywiście pochodzi od hebrajskiego melech, oznaczającego króla, a właściwie jest połączeniem tego wyrazu ze słowem or, czyli „światło”. W całości znaczy więc: „Król mój jest światłością”, co należy zapewne odnosić do Boga.
Dla nas, chrześcijan XXI wieku, postacie Magów powinny być przypomnieniem, że również wśród osób o innych przekonaniach religijnych są ludzie szczerze poszukujący prawdy. I że – jak mówi biblista ks. prof. Waldemar Chrostowski – „każdy poszukujący prawdy może odnaleźć Boga objawionego”. Warto więc wsłuchać się w słowa Benedykta XVI, który tak scharakteryzował biblijnych Mędrców: „Byli ludźmi o niespokojnym sercu, którzy nie zadowalali się tym, co widoczne i normalne. Byli to ludzie poszukujący obietnicy, poszukujący Boga. I byli to ludzie czujni, potrafiący dostrzegać znaki Boga, Jego cichą i nieprzerwaną mowę”. Tego z pewnością możemy się od nich uczyć. •
Szymon Babuchwski/Gość Niedzielny
***
Dlaczego piszemy C+M+B na drzwiach i okadzamy domy?
Litery na drzwiach, zapach kadzidła i barwne orszaki, przechodzące ulicami miast i wiosek – tak w wielu miejscach w Polsce wygląda 6 stycznia. O znaczeniu kredy, kadzidła i napisu C+M+B w kontekście uroczystości Objawienia Pańskiego opowiada ks. dr Stanisław Szczepaniec, przewodniczący Archidiecezjalnej Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego i konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Objawienie, które mówi o Bogu
Choć dziś najczęściej mówimy „Trzech Króli”, pierwotnie 6 stycznia Kościół wspominał trzy wydarzenia: pokłon Mędrców, chrzest Jezusa w Jordanie oraz cud w Kanie Galilejskiej. Wszystkie wskazywały na Jezusa jako na obiecanego Mesjasza.
– Epifania oznacza ukazanie się. To święto Boga, który daje się poznać człowiekowi i wchodzi w jego historię – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Jak dodaje liturgista, znaki związane z tym dniem mają wielką siłę, ponieważ nie są jedynie dodatkiem do tradycji, ale mówią o Bogu obecnym wśród ludzi. – Te tradycje trwają, bo pomagają ludziom przeżywać wiarę – podkreśla.
Kreda – znak, który staje się modlitwą
W uroczystość Objawienia Pańskiego wielu wiernych sięga po kredę. Sama w sobie nie ma ona rozbudowanego znaczenia symbolicznego. – Kreda nabiera sensu dopiero wtedy, gdy służy do oznaczenia drzwi mieszkania – mówi konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Na drzwiach pojawia się napis C+M+B lub K+M+B. W pobożności ludowej bywa kojarzony z imionami mędrców, ale liturgista wskazuje głębszą interpretację. – Najpełniejsze teologicznie odczytanie to Christus Mansionem Benedicat, czyli: „Niech Chrystus błogosławi temu domowi” – zaznacza.
Kreda nawiązuje również do darów, które mędrcy złożyli Dzieciątku Jezus. – Podobnie jak mirra, także kreda ma sens dopiero w odniesieniu do Chrystusa. Służy do oznaczenia mieszkania, które jest Jego świątynią – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Pisanie liter na drzwiach nie jest więc dekoracją. – Ten znak powinien być modlitwą i wyrażeniem pragnienia, aby Chrystus błogosławił domowi i mieszkającym w nim ludziom – podkreśla liturgista.
Co zrobić z kredą po poświęceniu?
Przepisy liturgiczne nie regulują tego szczegółowo. – Nie ma tutaj ustalonych wskazań ani zwyczajów – wyjaśnia przewodniczący Archidiecezjalnej Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego.
Obowiązuje jednak zasada szacunku. – Rzeczy pobłogosławionych nie wyrzuca się po prostu do śmietnika. Jeśli przestają być potrzebne, najlepiej spalić je albo złożyć w ziemi – zaznacza ks. Szczepaniec.
Najważniejsze jest to, by pamiętać, że były związane z modlitwą.
Kadzidło – woń modlitwy i obecności Boga
Kadzidło od wieków obecne jest w Piśmie Świętym i liturgii Kościoła. – Jest jednym z najbogatszych treściowo znaków w całej historii zbawienia – zauważa ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Dym unoszący się ku górze symbolizuje modlitwę wznoszącą do Boga, a jego woń przypomina o Bożej obecności. Jak wskazuje liturgista, w czasach prześladowań oddanie czci bożkom poprzez spalenie kadzidła było próbą wiary; wielu chrześcijan wybierało męczeństwo, odmawiając takiego gestu. Właśnie dlatego także dziś okadzanie domu nie jest czynnością „na szczęście”. – Ten znak ma sens tylko wtedy, gdy łączy się z modlitwą i wiarą. Wyraża przekonanie, że Bóg jest obecny w tym miejscu i że chcemy oddać Mu cześć – podkreśla konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Zauważa, że kadzidło pojawia się w liturgii także, gdy okadza się osoby. – Okadzanie człowieka przypomina, że jest on świątynią Boga. Kadzimy nie samą osobę, ale Boga, który w niej mieszka – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Ta sama logika dotyczy mieszkania. Okadzany dom nie staje się „magicznie chroniony”, lecz zostaje powierzony Bogu. – Okadzanie domu jest wyznaniem wiary i oddaniem czci Bogu obecnemu w naszej codzienności – dodaje.
– Zapalenie kadzidła w mieszkaniu może stać się głęboką modlitwą, jeśli człowiek przeżywa je świadomie – zaznacza liturgista.
Jak używać poświęconego kadzidła?
Nie potrzeba go wiele. Najczęściej spala się je podczas rodzinnej modlitwy lub w uroczystość Objawienia Pańskiego. Okadzanie ma sens tylko wtedy, gdy łączy się z wiarą i modlitwą. – To musi być związane z modlitwą, która jest spójna ze znakiem. Znak mówi, że wierzę, że tu jest Bóg i że chcę Bogu oddać cześć – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Liturgista tłumaczy przy tym, dlaczego dziś nie błogosławi się złota. – Trudno byłoby nadać temu realną funkcję religijną, a rzeczy pobłogosławionych nie traktuje się jak zwykłego towaru – mówi.
Tradycja, która żyje
Objawienie Pańskie przypomina, że wiara nie zatrzymuje się na znakach, ale prowadzi głębiej – do relacji z Bogiem. Kreda, kadzidło i wszystkie związane z tym dniem zwyczaje mają jeden cel: pomóc człowiekowi odkryć, że Bóg naprawdę jest blisko i że Jego obecność obejmuje także dom, codzienność i najprostsze sprawy życia.
– Te gesty mają sens wtedy, gdy stają się modlitwą i świadomym wyborem serca – podsumowuje ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela
***
Kończy się “rekordowy” Rok Święty.
Drzwi Święte zostaną zamurowane.
Około 33,5 miliona pielgrzymów przybyło do Rzymu w Roku Świętym, który zakończy się we wtorek zamknięciem Drzwi Świętych w bazylice watykańskiej. Dokona tego papież Leon XIV. W Roku Świętym odbyło się około 40 wielkich jubileuszy tematycznych. Minął zaś w cieniu wojen i wśród licznych apeli o pokój.
Papież zamknie Drzwi Święte
***
Pielgrzymowali do ostatniej chwili
Do ostatniej chwili, mimo ulewnego deszczu, wierni stali w poniedziałek w kolejce, by przejść przez Drzwi Święte w bazylice watykańskiej, co jest najbardziej symbolicznym gestem uczestnictwa w Roku Świętym. W ostatniej grupie, która przez nie przeszła, byli pracownicy Dykasterii ds. Ewangelizacji wraz z jej proprefektem arcybiskupem Rino Fisichellą i wolontariuszami, pomagającymi pielgrzymom w ciągu minionych 12 miesięcy.
Papież zamyka Drzwi Święte
O godzinie 9.30 papież zamknie wrota w bazylice watykańskiej, otwierane tylko z okazji Roku Świętego. W bazylice Św. Piotra obecny będzie prezydent Włoch Sergio Mattarella.
Drzwi Święte zostaną zamurowane. Pod koniec grudnia zamknięto je w trzech innych papieskich bazylikach, a dokonali tego kardynałowie- reprezentanci papieża.
Rok Święty dwóch papieży
Rok Święty pod hasłem „Pielgrzymi nadziei” zainagurował w Wigilię 2024 r. papież Franciszek, a po jego śmierci obchodom przewodniczył wybrany 8 maja Leon XIV.
Miliony pielgrzymów i rekord
To był rekordowy pod względem liczby uczestników Rok Święty. W przeddzień jego zakończenia w Watykanie poinformowano, że przybyło około 33,5 miliona pielgrzymów. Ogromne tłumy na ulicach stolicy Włoch widoczne były niemal codziennie przez 12 miesięcy.
Dane dotyczące Wielkiego Jubileuszu roku 2000 za pontyfikatu Jana Pawła II to 24,5 miliona pielgrzymów według oficjalnej rzymskiej agencji współorganizującej obchody i 32 miliony, jak podał Instytut Badań Censis wskazując na szerszą liczbę osób, które odwiedziły Wieczne Miasto w tym czasie.
Kto pielgrzymował do Rzymu?
W 2025 r. jedną trzecią pielgrzymów stanowili Włosi, a 12 procent- Amerykanie, co uważa się za efekt wyboru pierwszego w dziejach papieża z USA. Na trzecim miejscu byli Hiszpanie (6 procent), a na kolejnych: Brazylijczycy (4,6 procent), Polacy (3,7 proc.) i Niemcy (3,16 procent). Odnotowano ponadto, że masowo przybyli wierni z Peru, czyli drugiej ojczyzny Leona XIV, bo to tam pełnił przez wiele lat posługę jako misjonarz.
Rok Święty był impulsem dla rozwoju miasta, dla jego transformacji, przy jednoczesnym spojrzeniu na świat, bo radość pielgrzymów poruszyła serca rzymian, którzy z kolei okazali swą gościnność.
– powiedział burmistrz Roberto Gualtieri.
Odbyło się prawie 40 jubileuszy tematycznych, w których uczestniczyły tysiące przedstawiciele różnych zawodów, grup społecznych i pokoleń, ruchów i stowarzyszeń religijnych z całego świata. Zorganizowano między innymi Jubileusze: świata mediów, policji, wojska oraz innych służb mundurowych, artystów, chorych i pracowników służby zdrowia, bractw kościelnych, sportowców, rządzących, cyfrowych misjonarzy i katolickich influencerów, pracowników wymiaru sprawiedliwości, ludzi pracy, ubogich, więźniów.
Największy był Jubileusz Młodzieży na przełomie lipca i sierpnia. Wzięło w nim udział około miliona osób z całego świata, w tym 20 tysięcy Polaków.
To było pierwsze tak masowe spotkanie pontyfikatu Leona XIV.
Wołanie o pokój
Całemu wydarzeniu 2025 roku w Kościele towarzyszyło echo wojen, od Ukrainy po Strefę Gazy i liczne apele obu papieży o pokój. Nie było ani jednej południowej modlitwy z wiernymi bez apeli najpierw Franciszka, a potem Leona XIV o pokój na świecie.
Pokój był jednym z głównych tematów Roku Świętego; nie tylko za sprawą słów papieży, ale także obecności w Watykanie pielgrzymów z rejonów konfliktów oraz licznych rozmów Leona XIV z przywódcami wielu państw.
Najbardziej spektakularnym momentem był koncert 13 września na placu Świętego Piotra, gdzie wystąpili Pharrell Williams, Andrea Bocelli, John Legend, Jennifer Hudson i Karol G. Oklaskiwało ich około 100 tysięcy osób.
Pierwszy Rok Święty odbył się w 1300 roku, a ogłosił go papież Bonifacy VIII. Co 25 lat obchodzony jest od 1475 roku.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
niedziela 4 stycznia
Najświętsze Imię Jezus. Wybrane przez Boga Ojca
3 stycznia obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus. To Imię, na którego dźwięk zegnie się kiedyś każde kolano.
(Chrystus Pantokrator – mozaika z XII wieku w apsydzie katedry w Cefalù.
By Photo by Andreas Wahra, edited by Entheta [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)], via Wikimedia)
***
Chociaż zapowiadany w Starym Testamencie Mesjasz był przez proroków określany różnymi imionami, to Bóg Ojciec za pośrednictwem Aniołów podał ludzkości jedno konkretne imię swojego Syna. 3 stycznia Kościół rozważa tajemnice związane z Najświętszym Imieniem Jezus.
W czasach Starego Prawa mówiono i pisano o Nim jako o Emmanuelu, Przedziwnym Doradcy, Bogu Mocnym, Odwiecznym Ojcu, Księciu Pokoju, Synu Człowieczym. Autorzy ksiąg Nowego Testamentu również znają inne określenia: Słowo, Syn człowieczy, Światłość świata, Droga Prawdy i Życia, Dobry Pasterz. Mimo tego od dnia, gdy do Świętej Dziewicy przybył Archanioł Gabriel wiemy, że Syn Boży, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, ma na imię Jezus. Jego wagę dobitnie podkreśla fakt, że to samo imię Anioł Pański przekazał również świętemu Józefowi. Także ziemski opiekun Syna Bożego otrzymał polecenie, by Syna zrodzonego z jego żony nazwać Imieniem Jezus, które – jak zauważa portal brewiarz.pl – w dosłownym tłumaczeniu z hebrajskiego oznacza „Jahwe zbawia”. Z kolei Chrystus oznacza namaszczonego lub Pomazańca Pańskiego, co jest odwołaniem do starotestamentalnych proroków, królów i kapłanów Izraela, gdyż Chrystus jest zarazem Królem i Najwyższym Kapłanem, Jego osoby dotyczyły proroctwa, a i sam Zbawiciel wiele mówił o przyszłości ludzkości – a więc prorokował. Od Imienia Chrystus pochodzi nazwa Jego wyznawców – chrześcijan.
Zesłane z nieba Imię Zbawiciela czyniło cuda, gdyż to sam Pan Jezus powiedział swoim uczniom, by wszystko co czynią, czynili w Jego Imieniu. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J 16, 23-24) – czytamy w Ewangelii świętego Jana.
„Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie” (Mk 16, 17-18) – przekazuje Kościołowi Ewangelista Marek.
Moc Imienia Jezus została nie tylko zapowiedziana przez Zbawiciela. W Ewangelii odnajdujemy również przykłady Jego działania. „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3, 6) – opisuje Pismo Święte cud dokonany Bożą Mocą przez świętego Piotra nad człowiekiem niepełnosprawnym od urodzenia. „Przez wiarę w Jego Imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, Imię to przywróciło siły” (Dz 3, 16) – odnotowują w tej sprawie Dzieje Apostolskie.
Również w imieniu Syna Bożego apostołowie wyrzucali z opętanych ludzi złe duchy. „Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł!” (Dz 3, 6-7) – czytamy w księdze Nowego Testamentu, który w wielu miejscach podkreśla godność Najświętszego Imienia. Święty Paweł pisze, byśmy wszystko czynili w imię Pana Jezusa (Kol 3, 17). Jak zauważa portal brewiarz.pl, Apostoł Pogan odwoływał się do Imienia aż 254 razy.
Kult imieniu Syna Bożego – Jezusa Chrystusa – oddawali również starożytni Ojcowie i Doktorzy Kościoła, a za ich sprawą głęboka wiara i cześć przetrwała przez wieki i dotarła do współczesności.
źródło: brewiarz.pl
***
Wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus
Dla ludzi wierzących imię Jezus jest najdroższe i najświętsze, oznacza bowiem osobę Syna Bożego, naszego Zbawiciela.
Co dokładnie znaczy imię JEZUS – wyjaśniał na antenie Radia Niepokalanów ks. prof. Józef Naumowicz
Istnieje wiele imion, którymi określano Syna Bożego. Już prorok Izajasz wymienia ich cały szereg: Emmanuel (Iz 7, 14), Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9, 6). Prorocy: Daniel i Ezechiel nazywają Mesjasza „Synem człowieczym” (Dn 7, 13), a Zachariasz powie o Nim: „a imię Jego Odrośl” (Za 6, 12). W Nowym Testamencie św. Jan Apostoł nazwie Syna Bożego „Słowem” (J 1, 1). Sam Jezus Chrystus da sobie nazwy: Syn człowieczy (Mt 24, 27. 30. 37. 39. 44), Światłość świata (J 8, 12), Droga, Prawda i Życie, Dobry Pasterz (J 10, 11; 14, 6) itp. Jednak imieniem własnym Wcielonego Słowa jest Imię Jezus. Ono bowiem zostało nadane Mu przez samego niebieskiego Ojca jako imię własne: W szóstym miesiącu (od zwiastowania Zachariaszowi narodzenia św. Jana Chrzciciela) posłał Bóg anioła Gabriela do miasta zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef (…). Anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31).
Święto Najświętszego Imienia Jezus, ustanowione w roku 1721, w nowym kalendarzu rzymskim zostało uwzględnione jako wspomnienie w dniu 3 stycznia. Do rozpowszechnienia kultu Imienia Jezus przyczynił się w XV w. zakon franciszkański, a papież Innocenty XIII w XVIII w. rozszerzył święto na Kościół powszechny. W oficjum brewiarzowym jest bardzo piękny hymn z XI w. Jesu, dulcis memoria, opiewający słodycz tego imienia (za: brewiarz.pl)
Skoro Pismo Święte poucza nas, że „Każdy, kto będzie wzywać Imienia Pańskiego, będzie zbawiony”, warto odmówić dziś – w dniu wspomnienia Najświętszego Imienia Jezus – Litanię do Najświętszego Imienia Jezus.
Litania do Imienia Jezus
Kyrie eleison. Christe eleison. Kyrie eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże, – zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, Duchu Święty, Boże, Święta Trójco, Jedyny Boże,
Jezu, Synu Boga żywego, – zmiłuj się nad nami. Jezu, odblasku Ojca, Jezu, jasności światła wiecznego, Jezu, Królu chwały, Jezu, słońce sprawiedliwości, Jezu, Synu Maryi Panny, Jezu najmilszy, Jezu przedziwny, Jezu, Boże mocny, Jezu, Ojcze na wieki, Jezu, wielkiej rady zwiastunie, Jezu najmożniejszy, Jezu najcierpliwszy, Jezu najposłuszniejszy, Jezu cichy i pokornego serca, Jezu, miłośniku czystości, Jezu, miłujący nas, Jezu, Boże pokoju, Jezu, dawco życia, Jezu, cnót przykładzie, Jezu, pragnący dusz naszych, Jezu, Boże nasz, Jezu, ucieczko nasza, Jezu, Ojcze ubogich, Jezu, skarbie wiernych, Jezu, dobry Pasterzu, Jezu, światłości prawdziwa, Jezu, mądrości przedwieczna, Jezu, dobroci nieskończona, Jezu, drogo i życie nasze, Jezu, wesele Aniołów, Jezu, królu Patriarchów, Jezu, mistrzu Apostołów, Jezu, nauczycielu Ewangelistów, Jezu, męstwo Męczenników, Jezu, światłości Wyznawców, Jezu, czystości Dziewic, Jezu, korono Wszystkich Świętych, Bądź nam miłościw, – przepuść nam, Jezu. Bądź nam miłościw, – wysłuchaj nas, Jezu.
Od zła wszelkiego, – wybaw nas, Jezu. Od grzechu każdego, Od gniewu Twego, Od sideł szatańskich, Od ducha nieczystości, Od śmierci wiecznej, Od zaniedbania natchnień Twoich, Przez tajemnicę świętego Wcielenia Twego, Przez narodzenie Twoje, Przez dziecięctwo Twoje, Przez najświętsze życie Twoje, Przez trudy Twoje, Przez konanie w Ogrójcu i Mękę Twoją, Przez krzyż i opuszczenie Twoje, Przez omdlenie Twoje, Przez śmierć i pogrzeb Twój, Przez Zmartwychwstanie Twoje, Przez Wniebowstąpienie Twoje, Przez Twoje ustanowienie Najświętszego Sakramentu, Przez radości Twoje, Przez chwałę Twoją,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, – przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, – wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, – zmiłuj się nad nami.
Jezu, usłysz nas! Jezu, wysłuchaj nas!
Módlmy się: Panie, Jezu Chryste, któryś rzekł: „Proście, a otrzymacie; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone”; daj nam, prosimy, uczucie swej Boskiej miłości, abyśmy Cię z całego serca, usty i uczynkiem miłowali i nigdy nie przestawali wielbić. Racz nas obdarzyć, Panie, ustawiczną bojaźnią i miłością świętego Imienia Twego, albowiem nigdy nie odmawiasz Twej opieki tym, których utwierdzasz w Twej miłości. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Radio Niepokalanów
***
Na Imię Jezus niech się zegnie każde kolano
W kościele kult Najświętszego Imienia Jezus rozpowszechnił się w XV w. Przyczynili się do tego św. Jan Kapistran i św. Bernardyn, który starał się na wzór św. Pawła być prawdziwym apostołem Imienia Jezus. Dla tego imienia cierpiał, był krytykowany, a nawet posądzany o herezję. W 1426 r. papież Marcin V potwierdził ortodoksyjność nauki głoszonej przez św. Bernardyna i jego formę kultu Imienia Jezus.
W tradycji franciszkańskiej kult Najświętszego Imienia Jezus zajmuje pierwsze miejsce przed Męką Pańską i żłóbkiem. Powszechnie przyjmuje się, że Zakon Franciszkański nadał temu nabożeństwu stałą formę i przez to włączył w rytm życia religijnego całego Kościoła katolickiego. „Bóg zbawia” jest to imię drugiej Osoby Trójcy Świętej, Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Imię to zapowiedział Archanioł w chwili Zwiastowania Maryi: „Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus” (Łk 1,31). Imię to zostało nadane Dzieciątku w ósmym dniu po narodzeniu. O mocy Swego Imienia uczy nas sam Pan Jezus (por. J 16, 23-24). Wielokrotnie na kartach Ewangelii Pan Jezus mówi o mocy i ważności tego Imienia. Zapewnia, że tam, gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w Jego imię, On jest pośród nich (por. Mt 18, 20). Największym apostołem Imienia Jezus był św. Paweł. Sam Pan wybrał go, aby zaniósł Jego Imię do wszystkich narodów i wiele musiał wycierpieć z tego powodu. Swoją nauką i cierpieniem św. Paweł potwierdził wielkość Imienia Bożego, bo jak napisał w Liście do Filipian: „Dlatego Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych” (2, 9-11).
Św. Franciszek z Asyżu był zawsze pełen głębokiej czci dla Imienia Boga. Jego postawa wobec Imienia Bożego jest nacechowana najgłębszym szacunkiem, a równocześnie niezwykłą miłością i serdecznością. Biograf św. Franciszka -Tomasz z Celano pisze, że bracia, którzy z nim przebywali, wiedzą jak codziennie i stale głosił Jezusa, jak słodko opowiadał o Nim, jak łagodnie i z pełną miłością rozmawiał na Jego temat. Imię Jezus nosił w sercu, na ustach i na rękach. W liście do wszystkich braci pisał: „Franciszek prosi wszystkich braci, aby gdy tylko usłyszą Imię Jezus, oddawali Mu pokłon z lękiem i szacunkiem, pochyleni do ziemi”. Święto Imienia Jezus przypomina nam, abyśmy z szacunkiem, miłością i czcią wymawiali święte Imię Jezus i nie wzywali tego Imienia daremnie.
Br. Mateusz Miklos OFM/Tygodnik Niedziela
***
12 krótkich modlitw wzywających imienia Pana Jezusa
Fred de Noyelle | Godong
***
Modlitwy te łatwo zapamiętać i odmawiać w ciągu dnia.
Jezus zapowiedział: „O cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię” (J 14,13-14).
Imię Jezusa jest samo w sobie potężną modlitwą, a On sam prosił, abyśmy często je wymawiali modląc się do niego.
I choć możemy ograniczyć się do wypowiadania wyłącznie imienia „Jezus”, Kościół zna wiele innych krótkich modlitw zawierających imię Pańskie. Można je odmawiać w ciągu dnia w różnych okolicznościach.
Oto 12 takich łatwych do zapamiętania modlitw, które pomogą nam skupiać naszą uwagę na Jezusie bez względu na to, czym w danej chwili się zajmujemy:
Jezu, Boże mój, kocham Cię nade wszystko.
Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!
Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznym.
Chwała bądź Jezusowi, teraz i zawsze.
Słodkie Serce Jezusa, bądź mojąmiłością!
Jezu, cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według Serca Twego.
Jezu mój, zmiłuj się!
O najsłodszy Jezu, nie bądź mi Sędzią, ale Zbawcą!
Jezu, ufam Tobie!
Najsłodsze Serce Jezusa, dozwól mi kochać Cię coraz goręcej!
O, Serce Jezusa miłością ku nam pałające, rozpal serca nasze miłością ku Tobie!
Najświętsze Imię Jezus. Imię w centrum modlitwy chrześcijańskiej
Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a słowem tym było imię Jego Syna.
N/z fresk święty Józef nadaje imię Jezus
fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny
***
Napisałem do „Gościa” ponad 6400 tekstów. Tak wyliczył mi komputer. A Bóg – jak mawiał Fiodor Dostojewski – wypowiedział tylko jedno słowo, a słowem tym było imię Jego Syna. „Starożytni powtarzali, że »Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli«. Tym jednym, jedynym, najdroższym słowem jest imię Jezus” – opowiadał mi niedawno ks. Krzysztof Wons, salwatorianin, dyrektor Centrum Formacji Duchowej w Krakowie. „Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione”.
Bóg wypowiedział Imię ponad wszelkie imię, mimo naszej niewierności, krnąbrności, niedowierzania. A może ze względu na nią? Oznacza ono bowiem Tego, który „wybawia, ratuje, zbawia”. „Nadasz Mu imię Jezus, albowiem On zbawi swój lud od jego grzechów” – usłyszał od anioła Józef. Już wypowiadając imię Jezusa… wołamy do Niego o ratunek.
„Imię Jezus oznacza, że samo imię Boga jest obecne w osobie Jego Syna, który stał się człowiekiem dla powszechnego i ostatecznego odkupienia grzechów. Jest to imię Boże, jedyne, które przynosi zbawienie; mogą go wzywać wszyscy, ponieważ Syn Boży zjednoczył się ze wszystkimi ludźmi przez Wcielenie w taki sposób, że »nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni«” – czytam w Katechizmie Kościoła Katolickiego. „Imię to znajduje się w centrum modlitwy chrześcijańskiej. Wszystkie modlitwy liturgiczne kończą się formułą: »Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa«”.
To jedno, jedyne słowo uczyło przez wieki tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. „Wypowiadaj imię Jezusa bezustannie w kościele, w domu, w czasie drogi, podczas pracy, podczas odpoczynku, w łóżku, od chwili, gdy otworzysz oczy, aż do momentu, kiedy je zamkniesz. Odpowiada to dokładnie wystawianiu czegoś na słońce, ponieważ oznacza trwanie przed obliczem Pana, który jest słońcem świata duchowego” – nauczał mnich Teofan Pustelnik, odpowiadający za ostateczną redakcję popularnych „Opowieści pielgrzyma”.
Imię Pańskie przynosi ocalenie. Nie używaj go bezmyślnie
.
W połowie lutego 2015 roku świat ujrzał wstrząsający film przedstawiający kaźń 21 egipskich Koptów. Mężczyźni w pomarańczowych uniformach klęczeli na brzegu morza ze skutymi z tyłu rękami. Byli świadomi, że za chwilę terroryści z Państwa Islamskiego obetną im głowy. Mogli ocalić życie, deklarując przejście na islam, ale woleli umrzeć niż zaprzeć się Zbawiciela. Oprawcy, publikując film, nie wycięli ścieżki dźwiękowej, dzięki czemu wiemy, że ich ostatnimi słowami było wezwanie: „Panie Jezu Chryste”.
Słowo ostatnie
Słowa, które wypowiadamy w sytuacjach granicznych, wiele mówią o tym, czym żyjemy na co dzień i co jest dla nas najcenniejsze. Przypadające 3 stycznia liturgiczne wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus przypomina, jak wielkim darem jest imię Pańskie i z jak wielką czcią należy go używać.
Kilka lat temu na Ukrainie u starszego mężczyzny zdiagnozowano chorobę wymagającą amputacji języka. Przed podaniem narkozy młody lekarz miał „dowcipnie” powiedzieć pacjentowi: „No, dziadku, jakie będą wasze ostatnie słowa?”. Staruszek odpowiedział: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Wezwanie w takich razach Boga jest naturalnym odruchem człowieka wierzącego. Licznych przykładów dostarczają świadectwa historyczne. „Jednych ścinali, drugich na śmierć kłuli, a gdy więźniowie konając wołali: »Jezus!«, przestraszyli Tatarów, a zatem po gardłach siekali, żeby imienia Jezus zbawiennego nie wspominali” – pisał Wespazjan Kochowski o ostatnich chwilach tysięcy jeńców polskich, pojmanych w 1652 roku po bitwie pod Batohem i zabijanych z polecenia Bohdana Chmielnickiego.
Wypowiedzenie imienia Jezus w obliczu tego, co przeraża, to świadectwo wiary i wezwanie Zbawiciela na pomoc. To modlitwa, najprostsza, a zarazem najbardziej żarliwa. Tak modlił się łotr wiszący na krzyżu obok Zbawiciela. Słowa: „Jezu, wspomnij na mnie” otwarły mu niebo.
…będzie zbawiony
Nicky Gumbel, założyciel kursów ALPHA, bardzo niepokoił się o wieczny los swojego ojca. „On był agnostykiem, nigdy nie chodził do kościoła. Kiedy zmarł, byłem załamany” – tłumaczył w jednym z wywiadów. Pewnego dnia podczas modlitwy Nicky sięgnął do Biblii i trafił na fragment z Listu do Rzymian (10,13): „Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Czuł, że Bóg mówi mu: „To dotyczy twojego ojca”. Chwilę później do jego pokoju weszła żona z Biblią w ręku. „Trafiłam na taki fragment i myślę, że on jest o twoim ojcu” – powiedziała. To było prawie tak samo brzmiące zdanie, ale z Dziejów Apostolskich (2,21): „Każdy, kto wzywać będzie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Następnego dnia Gumbel, wciąż nie w pełni przekonany, wysiadał z pociągu. Na wprost niego, na budynku stacji, wisiał ogromny billboard z napisem: „Każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Gdy opowiedział o tym swojemu przyjacielowi Sandy’emu Millarowi, ten powiedział z uśmiechem: „Nie sądzisz, że Bóg chce ci coś przez to powiedzieć?”. „Dziś jestem spokojny. Mam pewność, że mój ojciec wezwał imienia Pańskiego i jest zbawiony” – zapewnia Nicky Gumbel.
Podobne zdanie o zbawczej mocy imienia Bożego znajdujemy w Starym Testamencie. „I uczynię znaki na niebie i na ziemi: krew i ogień, i słupy dymne. Słońce zmieni się w ciemność, a księżyc w krew, gdy przyjdzie dzień Pański, dzień wielki i straszny” – zapowiada Bóg przez proroka Joela. Wtedy pada to zdanie: „Każdy jednak, który wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Jl 3,3-5).
Ponad wszelkie imię
W Starym Testamencie imienia Boga, którym sam się przedstawił, nie wolno było wymawiać nawet kapłanom. Z szacunku dla imienia Jahwe Żydzi zastępowali je różnymi określeniami, między innymi: Adonai (Pan), Elohim (Bóg doskonały), Szaddaj (Wszechmocny) albo Kaddosz (Święty). Miało to związek z drugim przykazaniem Dekalogu: „Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno”. W Księdze Wyjścia (20,7) brzmi ono tak: „Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy, gdyż Pan nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy”.
Drugie przykazanie zobowiązuje chrześcijan do okazywania szczególnego szacunku dla imienia Jezus, które jest imieniem własnym Syna Bożego, nadanym Mu przez samego Ojca w niebie. Słowo to oznacza „Jahwe zbawia”, a zatem określa posłannictwo, z jakim Syn Boży przyszedł na świat.
O zbawczej mocy imienia Jezus uczy św. Piotr: „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,10-12). A św. Paweł pisze, że Bóg „darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (Flp 1,8-10). Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że człowiek nie może nadużywać imienia Pańskiego. „Powinien używać go tylko po to, by je błogosławić, wychwalać i uwielbiać” – czytamy (2143).
Chrześcijanin od Chrystusa
Szacunek dla imienia Pańskiego obejmuje także imiona świętych. Katechizm uczy, że „drugie przykazanie zabrania nadużywania imienia Bożego, to znaczy wszelkiego nieodpowiedniego używania imienia Boga, Jezusa Chrystusa, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych” (2146). Czczym i nieodpowiednim używaniem imion świętych jest bez wątpienia wszelkie bezmyślne stosowanie ich w charakterze przerywników, a nawet jako zamienników słów nieprzyzwoitych. „Tam jest wielkie imię Jego, gdzie nazywają Go zgodnie z wielkością Jego majestatu (…). Tam jest święte imię Boże (…), gdzie wzywają Go ze czcią i bojaźnią, by Go nie obrazić” – pisze św. Augustyn.
O powszechnej czci dla imienia Pańskiego świadczy Litania do Imienia Jezus, która powstała w wieku XV, a także rozpowszechnione po całym świecie pozdrowienie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.
Chrystus to drugie imię Jezusa, nadane przez wyznawców. Pochodzi od greckiego słowa oznaczającego Pomazańca Pańskiego. To od imienia „Chrystus” bierze się nazwa „chrześcijanie”. Do tego faktu nawiązał Ojciec Święty Jan Paweł II podczas homilii wygłoszonej w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku. „Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana. Już w samej tej nazwie zawarte jest wzywanie imienia Pańskiego. Drugie przykazanie Boże powiada: »Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno«. Zatem jeśli jesteś chrześcijaninem, niech to nie będzie wzywanie imienia Pańskiego nadaremno. Bądź chrześcijaninem naprawdę, nie tylko z nazwy, nie bądź chrześcijaninem byle jakim”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
3 stycznia
Pierwsza sobota miesiąca
100 lat temu siostrze Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o “niespełnioną część” orędzia fatimskiego
fot. Domena publiczna / commons.wikimedia.org
***
10 grudnia 1925 roku w Pontevedra doszło do stosunkowo mało znanego objawienia. Wizjonerce z Fatimy, s. Łucji dos Santos objawiła się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. Maryja wezwała do szczególnego nabożeństwa, jakim są pierwsze soboty miesiąca.
Objawienie Maryi siostrze Łucji dos Santos
Matka Boża ukazała się Łucji w jej celi zakonnej, trzymając w ręku Serce otoczone cierniową koroną, podczas gdy drugą ręką dotykała ramienia wizjonerki. Wtedy mały Jezus przemówił: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia.
***
Co Jezus i Maryja przekazali siostrze Łucji w Pontevedra? Mało znane objawienie
Choć w minionym grudniu minęło dokładnie 100 lat od objawienia Dzieciątka Jezus i Matki Bożej s. Łucji dos Santos, to jednak nie jest ono powszechnie znane. A była tam mowa o nabożeństwie, które jest szczególnym narzędziem do wyproszenia pokoju na świecie, tak bardzo potrzebnego zwłaszcza współcześnie. Przypominamy najważniejsze fakty z okazji 108. rocznicy piątego objawienia Maryi dzieciom fatimskim 13 września 1917 r.
Do objawienia w Pontevedra doszło 10 grudnia 1925 r. Wizjonerka fatimska Łucja dos Santos, wtedy już jedyna żyjąca z trojga dzieci, które widziały Maryję w 1917 r., była postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Świętej Doroty (tzw. Doroteuszki). Klasztor znajdował się w hiszpańskiej miejscowości Pontevedra.
Pierwsze soboty miesiąca
Właśnie 10 grudnia 1925 r. Matka Boża ukazała się Łucji z Dzieciątkiem Jezus w jej celi zakonnej. Maryja położyła dłoń na ramieniu wizjonerki, a w drugiej ręce trzymała Serce otoczone cierniową koroną. Wiemy, że mały Jezus powiedział wówczas: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia”.
Objawienie w Pontevedra jest ważne również z pespektywy nabożeństwa wynagradzającego Niepokalanemu Sercu Matki Bożej – tzw. pięciu pierwszych sobót miesiąca, na wynagrodzenie pięciu zniewag jakie Maryja doznaje od ludzi. Najświętsza Panna przekazała Łucji warunki tego nabożeństwa: jedna część Różańca, 15-miuntowe rozmyślanie nad tajemnicami Różańca (jedną lub kilkoma), spowiedź i przyjęcie Komunii Świętej Wynagradzającej za grzechy przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi.
To właśnie w Pontevedra s. Łucja usłyszała od Matki Bożej niezwykle ważne słowa i obietnicę: „Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się mnie pocieszyć i przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”. To jeden z fundamentalnych tekstów dla znaczenia i rozwoju nabożeństwa pierwszych sobót.
Warto dodać, że już w 1917 r. Maryja zapowiadała, że Bóg pragnie ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Praktykowanie pierwszych sobót miesiąca wiąże się z obietnicami: dojdzie do nawrócenia Rosji, nastanie pokój, wszelkie zło zostanie pokonane i nastąpi triumf Niepokalanego Serca Maryi.
Spotkanie z niezwykłym Chłopcem
Ciekawe, że 15 lutego 1926 r., Dzieciątko Jezus ponownie ukazało się Łucji, zachęcając do promowania nabożeństwa pierwszych pięciu sobót miesiąca. Doroteuszka podzieliła się trudnościami jakie napotyka w tej materii. Powiedziała m.in., że niektórzy mają problem, żeby przystąpić do spowiedzi w pierwszą sobotę. Zapytała Jezusa, czy może być ona ważna 8 dni. Dzieciątko Jezus uspokoiło Łucję, że spowiedź może być wiele dłużej ważna, jeśli tylko ludzie są w stanie łaski uświęcającej, gdy przyjmują Komunię w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne też, żeby tej Komunii towarzyszyła intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Co więcej, jeśli ktoś przy spowiedzi zapomni o intencji wynagradzającej, może ją wzbudzić przy okazji najbliższej spowiedzi. Jezus dodał też, że milsi Mu są ci, którzy odprawią 5 pierwszych sobót z intencją wynagradzającą niż ci, którzy odprawią ich 15, ale bezdusznie i tylko z nadzieją otrzymania obietnic. Jezus zapewnił, że dzięki Jego łasce rozpowszechnianie się nabożeństwa po świecie jest możliwe, gdyby nawet po ludzku wydawało się to nierealne.
Jako ciekawostkę warto dodać, że do wspomnianego wyżej ponownego spotkania Jezusa z Łucją 15 lutego 1926 r. doszło na przyklasztornym dziedzińcu prowadzącym do ulicy. Zakonnica już kilka miesięcy wcześniej spotkała małego chłopca, którego uczyła się modlić. Jeszcze nie wiedziała, że to Jezus. Podczas ponownego spotkania zapytała chłopca czy w odpowiedzi na jej prośbę modlił się do Matki Bożej, aby dała mu jej Syna Jezusa. Wtedy z ust Jezusa padło pytanie, które pozwoliło Łucji zdać sobie sprawę z tego, że stoi przed nią Jezus. „Ty rozpowszechniasz po świecie to, o co Matka Boża cię prosiła?” – zapytał chłopiec, który odtąd przemienił się i zaczął jaśnieć.
Polecenie Jezusa
Z kolei 17 grudnia 1927 r. Łucja poszła do tabernakulum, aby zapytać Pana Jezusa o sposób spełnienia Jego prośby i Matki Bożej o szerzeniu nabożeństwa pierwszych sobót. „Córko moja, napisz, o co cię proszą. Napisz też wszystko, co ci Matka Boska powiedziała o tym nabożeństwie. Gdy chodzi o resztę tajemnicy, zachowaj nadal milczenie” – usłyszała od Pana. Wiedziała zatem, że o pierwszych sobotach jak najbardziej powinna opowiadać.
Artur Hanula/Polska Misja Katolicka we Francji/Portal FR
Kaplica w Pontevedra, fot. Polskifr.fr / Artur Hanula
***
Podstawowe źródła informacji: sekretariatfatimski.pl, pierwszesoboty.pl, fiatmariae.pl, przymierzezmaryja.pl
***
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało: Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała: Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
Przeciw Jej Dziewictwu,
Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA
PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1 Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej! Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków! Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Św. Siostra Faustyna przywiązywała do tej praktyki dużą wagę. Ty też możesz wylosować swojego patrona
Na początku każdego nowego roku w klasztorach Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia odbywa się tradycyjne losowanie rocznych patronów. Do tej wieloletniej praktyki mogą dołączyć także osoby świeckie za pośrednictwem strony internetowej www.faustyna.pl.
Intencja na cały rok
Wraz z patronem każda siostra otrzymuje intencję modlitewną oraz przesłanie na cały rozpoczynający się rok. Patronów losują również osoby związane ze zgromadzeniem, wśród nich kapłani, współpracownicy, członkowie i wolontariusze stowarzyszenia „Faustinum”, przyjaciele sióstr oraz uczestnicy grupy „Sanktuarium Bożego Miłosierdzia” działającej na Facebooku.
Każdy może wylosować swojego rocznego patrona
Od 1 stycznia 2017 roku możliwość losowania patronów udostępniona jest także użytkownikom strony www.faustyna.pl. Zwyczaj ten ma w zgromadzeniu długą historię i był praktykowany m.in. przez św. Siostrę Faustynę Kowalską, która opisała losowanie patrona na rok 1935 w swoim „Dzienniczku”.
Święta zakonnica zapisała, że po krótkim przygotowaniu duchowym sięgnęła po obrazek z imieniem patrona, a chwilę później odczytała, iż na dany rok został jej dany Najświętszy Sakrament. Jak zanotowała, doświadczeniu temu towarzyszyła głęboka radość serca.
Ważna praktyka w życiu św. Faustyny
Św. Siostra Faustyna przywiązywała do tej praktyki dużą wagę, traktując ją jako formę szczególnego duchowego towarzyszenia w codziennym życiu. Chciała, aby w nowym roku ktoś z Nieba wspierał ją w realizacji powołania i wierności Bożemu Miłosierdziu.
Potrzebujesz wsparcia? Wylosuj patrona
Siostry z krakowskich Łagiewnik podkreślają, że wylosowani patroni często odpowiadają na aktualne potrzeby i sytuacje życiowe osób, które podejmują tę praktykę. Zwracają uwagę, że doświadczenie duchowej pomocy i wstawiennictwa świętych potwierdzają liczne świadectwa. Na stronie zgromadzenia w polskiej wersji językowej można wylosować jednego z 200 patronów, natomiast w wersjach obcojęzycznych jednego ze 100.
Tygodnik Niedziela
***
Nowy Rok Pański MMXXVI
Uroczystość
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Msza święta w kościele św. Piotra
o godz. 14.00
W Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami modląc się słowami hymnu do Ducha Świętego:
O Stworzycielu, Duchu, przyjdź, Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg. Niebieską łaskę zesłać racz Sercom, co dziełem są Twych rąk.
Pocieszycielem jesteś zwan I najwyższego Boga dar. Tyś namaszczeniem naszych dusz, Zdrój żywy, miłość, ognia żar.
Ty darzysz łaską siedemkroć, Bo moc z prawicy Ojca masz, Przez Boga obiecany nam, Mową wzbogacasz język nasz.
Światłem rozjaśnij naszą myśl, W serca nam miłość świętą wlej I wątłą słabość naszych ciał Pokrzep stałością mocy Twej.
Nieprzyjaciela odpędź w dal I Twym pokojem obdarz wraz. Niech w drodze za przewodem Twym Miniemy zło, co kusi nas.
Daj nam przez Ciebie Ojca znać, Daj, by i Syn poznany był. I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch, Niech wyznajemy z wszystkich sił.
Niech Bogu Ojcu chwała brzmi, Synowi, który zmartwychwstał, I Temu, co pociesza nas, Niech hołd wieczystych płynie chwał. Amen.
***
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Święto dwóch tajemnic
Public Domain
***
Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.
Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.
Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.
A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.
Obrzezanie Pańskie
Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.
„Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.
Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.
W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.
Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o Wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.
Święto dwóch tajemnic
Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.
Papież Leon XIV zachęca do odwagi miłości i przebaczania w nowym roku
fot. PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI
***
Papież przypomniał błogosławieństwo z dzisiejszej liturgii Słowa: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech Pan zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem”.
Papież podkreślił, iż wraz z początkiem roku „prośmy Pana, abyśmy w każdej chwili odczuwali wokół siebie i nad sobą ciepło Jego ojcowskiego objęcia i światło Jego błogosławiącego spojrzenia, abyśmy coraz lepiej rozumieli i mieli stale na uwadze, kim jesteśmy i ku jakiemu cudownemu przeznaczeniu zmierzamy. Jednocześnie jednak, my również oddajmy Mu chwałę poprzez modlitwę, świętość życia i stając się dla siebie nawzajem odbiciem Jego dobroci”.
Nawiązując do Światowego Dnia Pokoju Papież przypominał jedną z podstawowych cech oblicza Boga: „całkowitą bezinteresowność Jego miłości, dzięki której objawia się nam ‘nieuzbrojony i rozbrajający’, nagi, bezbronny jak niemowlę w kołysce. A to wszystko po to, aby nauczyć nas, że świata nie zbawia się ostrząc miecze, osądzając, uciskając lub eliminując braci, ale raczej niestrudzenie starając się rozumieć, przebaczać, wyzwalać i przyjmować wszystkich, bez kalkulacji i bez strachu”.
W uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Leon XIV wskazał, że „w Bożym Macierzyństwie Maryi widzimy spotkanie dwóch ogromnych „nieuzbrojonych” rzeczywistości: Boga, który rezygnuje z wszelkich przywilejów swojej boskości, aby narodzić się według ciała (por. Flp 2, 6-11), oraz rzeczywistości osoby, która z ufnością całkowicie przyjmuje Jego wolę, oddając Mu hołd w doskonałym akcie miłości, swoją największą mocą, jaką jest wolność”.
W tym kontekście Leon XIV odwołał się do słów św. Jana Pawła II, który rozważając tę tajemnicę, powiedział: „rozbrajająca łagodność Dzieciątka, zdumiewające ubóstwo, jakim jest otoczone, pokorna prostota Maryi i Józefa” przemieniły ich życie, czyniąc ich „zwiastunami zbawienia”.
W związku z kończącym się Jubileuszem Roku 2025 Ojciec Święty przypomniał, że św. Jan Paweł II na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 użył słów, które mogą skłonić do refleksji: „Ileż darów, ileż niezwykłych sposobności przyniósł wierzącym Wielki Jubileusz! Przebaczenie otrzymane i ofiarowane, wspomnienie męczenników, wrażliwość na wołanie ubogich świata […] – w tym wszystkim my także dostrzegliśmy zbawczą obecność Boga w dziejach. Mogliśmy niejako dotknąć ręką Jego miłości, która odnawia oblicze ziemi”.
„Na początku nowego roku, w związku ze zbliżającym się zakończeniem Jubileuszu Nadziei, przybliżmy się w wierze do Żłóbka, jako miejsca pokoju ‘nieuzbrojonego i rozbrajającego’ par excellence, miejsca błogosławieństwa, gdzie wspominamy cuda, jakich Pan dokonał w historii zbawienia i w naszym życiu, aby następnie wyruszyć na nowo, jako pokorni świadkowie groty, ‘wielbiąc i wysławiając Boga’ za wszystko, co zobaczyliśmy i słyszeliśmy” – podsumował Papież.
„Niech to będzie naszym zobowiązaniem, naszym postanowieniem na nadchodzące miesiące i na zawsze na nasze chrześcijańskie życie” – życzył Leon XIV.
Vatican News
***
Bardzo proste życie brata Wawrzyńca – ulubionego autora papieża
„Gdyby i do piekła Bóg mnie wtrącił, tobym się czuł szczęśliwym, albowiem Bóg byłby przy mnie i piekło by w raj obrócił” – notował przed śmiercią ten kucharz i szewc. Ukochany autor Leona XIV.
ISTOCPHOTO
***
Na pokładzie samolotu wracający z Libanu Leon XIV mówił: „Jeden z was powiedział mi niedawno: »Proszę podać książkę, którą moglibyśmy przeczytać, żeby zrozumieć, kim jest Prevost«. Jest nią książka zatytułowana »O praktykowaniu Bożej obecności«. To bardzo prosta książka, napisana wiele lat temu przez kogoś, kto podpisał ją tylko imieniem – brat Wawrzyniec. Przeczytajcie ją, jeśli chcecie wiedzieć coś o mnie, o duchowości, którą żyłem przez wiele lat, wśród wielkich wyzwań – mieszkając w Peru w latach terroryzmu, będąc powoływanym do posługi w miejscach, o których nigdy nie myślałem, że będę tam służyć”. Wydawnictwo Esprit, które opublikowało przed laty nad Wisłą tę znakomitą książkę, nie mogło wymarzyć sobie lepszej promocji.
Szewczyk
Podczas procesu beatyfikacyjnego Faustyny Kowalskiej niektóre jej siostry kręciły głowami: „To wariatka, histeryczka!”. Po śmierci Małej Tereski jej sąsiadka z klasztoru w Lisieux zakłopotana rzuciła: „Nie wiem, co o niej powiedzieć. Taka przeciętna była”. Możesz żyć obok świętego, nie zdając sobie z tego sprawy. Wielu nie domyślało się, że zwykły kucharz i szewc z paryskiego klasztoru karmelitów przy Rue de Vaugirard nosił w sobie bezcenną tajemnicę i jak szewczyk z wiersza Leśmiana: „Szył buty na miarę stopy Boga”. Sam nazywał siebie „wielkim, niezgrabnym facetem, który wszystko psuje”.
Przez lata pracował w klasztornej kuchni, a gdy chora noga uniemożliwiła mu wykonywanie obowiązków, zajął się reperowaniem butów karmelitów, którzy jedynie z nazwy są bosi. Mikołaj Herman z Hériménil był żołnierzem. Walcząc u boku księcia Lotaryngii, wpadł w ręce wrogów i oskarżony o szpiegostwo w ostatniej chwili cudem uniknął śmierci. Ciężko ranny 21-latek porzucił karierę wojskową i po wielu dziejowych zawirowaniach (w Paryżu został nawet asystentem doradcy królewskiego) osiadł w klasztorze karmelitów. Zanim to nastąpiło, musiał stoczyć jeszcze jedną bitwę. Najtrudniejszą. Wewnętrzną.
Martwe drzewo
Gdy w gruzy runęła przyszłość lotaryńskiego wojaka, znalazł się w martwym punkcie. Zima sparaliżowała Francję, a Herman spacerując, mijał zmarznięte, pozbawione liści drzewo. „Wygląda na martwe – pomyślał – a przecież za kilka miesięcy ożyje i pokryje się zielonymi liśćmi”. Obraz ten bardzo go poruszył, bo dojrzał w nim metaforę swego życia. To była chwila jego nawrócenia. „Bóg udzielił mu wówczas szczególnej łaski. Gdy myślał o tym, że po pewnym czasie liście pojawią się na nowo, a po nich kwiaty i owoce, doznał niezwykłego objawienia Opatrzności i mocy Bożej, które nigdy nie zatarło się w jego duszy” – opowiadał po latach jego współbrat. 26-latek zapukał do furty klasztoru karmelitów i przyjął imię Wawrzyniec od Zmartwychwstania. „Prymitywny z wyglądu, subtelny w obejściu. To połączenie zwiastowało obecność Boga w nim” – pisał o nim teolog abp François Fénelon.
Ciemność
Pierwsza dekada spędzona za klauzurą była bolesnym oczyszczeniem, pustynią, wewnętrzną szarpaniną. „Pogrążałem się w myślach o śmierci, o sądzie, o piekle, o raju i o swoich grzechach. (…) Przez pierwsze dziesięć lat wiele cierpiałem. Obawa, że nie należę do Boga, moje przeszłe grzechy, zawsze obecne w mych oczach, i wielkie łaski, jakie Bóg mi wyświadczał, były źródłem wszystkich tych mąk” – wyznał. „Miałem wrażenie, że wszyscy tutaj pasują, tylko nie ja. I choć miałem przeświadczenie, że nareszcie zacząłem oddychać rześkim powietrzem, to jeszcze latami zmagałem się z wątpliwościami, że wszystko to sobie sam wymyśliłem” – opowiadał dominikanin o. Krzysztof Pałys. „Po wielu perypetiach dopuszczono mnie do profesji wieczystej. I kiedy już leżałem twarzą na gołej posadzce, rozpłakałem się ze szczęścia, wstydząc się, aby nikt tego nie zobaczył. Jakbym nagle, w jednej sekundzie, wszedł w zupełnie inną rzeczywistość, która jest nie do opanowania. Przyszedł naturalny pokój”.
Podobne było doświadczenie Wawrzyńca, który czuł, że nie potrafi sprostać duchowym radom przełożonych („Często zdarzało mi się spędzić całą modlitwę na odrzucaniu myśli i ponownym w nie wpadaniu. Poznawszy różne metody kroczenia do Boga i rozmaite praktyki życia duchowego uznałem, że służyły raczej zakłopotaniu mojego ducha, a nie ułatwieniu tego, do czego dążyłem”). I wtedy nastąpił przełom. Wawrzyniec uznał, że nie doskoczy do wysoko zawieszonej poprzeczki i zaczął oddawać Najwyższemu drobnostki. Dwieście lat przed Tereską opisał „małą drogę”, którą sam nazwał „prostym życiem pod okiem Boga” lub „ssaniem Jego piersi”.
„Jeżeli nie mogę robić co inszego, to słomkę z ziemi podnoszę z miłości ku Panu Bogu” – opowiadał. „Nie należy zaniedbywać się w robieniu małych rzeczy z miłości do Boga, który patrzy nie na wielkość dzieła, ale na miłość. Najbardziej wzniosłym środkiem kroczenia ku Niemu są najzwyklejsze czynności. Wśród pracy rozmawiam z Bogiem poufale, ofiarując Mu najmniejsze usługi. Zajmuję się jedynie tym, by zawsze trwać w tej świętej obecności, w której utrzymuję się przez prostą uwagę i przez miłosne spojrzenie na Boga”.
Wawrzyniec nie napisał żadnej książki. Po jego śmierci (odszedł 12 lutego 1691 roku) jego współbrat o. Joseph de Beaufort spisał rozmowy, jakie odbyli, zebrał garść jego sentencji i szesnaście listów. Sam Leon XIV napisał właśnie wstęp do wznowionej po latach we Włoszech książki tego niekanonizowanego świętego Karmelu: „Droga, którą wskazuje, jest jednocześnie prosta i trudna: prosta, bo nie wymaga niczego innego, jak tylko ciągłego pamiętania o Bogu przez drobne, nieustanne akty uwielbienia, modlitwy, błagania i adoracji, w każdym działaniu i w każdej myśli. Trudna, ponieważ wymaga oczyszczenia, ascezy, wyrzeczenia i przemiany naszej najgłębszej istoty – umysłu i myśli – znacznie bardziej niż samych czynów. W tej przestrzeni odnajdujemy miłosną i żarliwą obecność Boga, tak inną, a jednak tak bliską naszemu sercu”. Papież podkreślił, że w sercu chrześcijańskiej etyki znajduje się nie abstrakcyjna zasada, ale świadomość: „Bóg jest obecny. Jest tutaj”.
Ulubieniec Boga
„Mieszkam w Bogu, to znaczy, że jestem stale w obecności Bożej” – opowiadał mi dominikanin o. Joachim Badeni. W jednym z listów św. Paweł wzywa adresatów: „Nieustannie się módlcie”. „Nie jest to oczywiście wezwanie do tego, by porzucić swe obowiązki, pracę, zadania i oddać się medytacjom”–wyjaśnia biblista ks. prof. Mariusz Rosik. „Nieustanna modlitwa przybrać winna odmienną formę. Jaką? Z podpowiedzią przychodzi św. Paweł, gdy stwierdza: »Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie«”. Przecież to streszczenie stylu życia Wawrzyńca, który pokazywał, jak zmywać naczynia, będąc zanurzonym w Bożej obecności!
Jakże często wracam do jego genialnej intuicji: „Patrzę na siebie jak na najnędzniejszego ze wszystkich ludzi, pokrytego ranami, wypełnionego smrodem, który popełnił wszelkiego rodzaju zbrodnie przeciwko swemu Królowi. Poruszony żalem, wyznaję Mu wszystkie nieprawości: oddaję się w Jego ręce, aby uczynił mnie takim, jakiego mnie mieć chce. A ten Król pełen dobroci i miłosierdzia, daleki od karania mnie, obejmuje mnie z miłością, karmi przy swoim stole, własnoręcznie mi usługuje, daje mi klucze do skarbca i we wszystkim traktuje mnie jak swego faworyta; rozmawia ze mną i nieustannie dobrze się ze mną czuje”.
To wyznanie graniczące z bezczelnością. Zamiast nucić popularną oazową piosenkę: „Jak mi dobrze, że jesteś tu, Panie”, Wawrzyniec pisze: „Bóg dobrze czuje się w mojej obecności”. Przed laty muzyk Leopold „Poldek” Twardowski opowiadał mi: „Kiedyś przy wstawaniu wyrwał mi się okrzyk: »Panie, wstał Twój ulubieniec!«. Ojej – spłoszyłem się – ogromna pycha! Ale Bóg tę pychę zaraz zamienił w radość!”.
Brat Wawrzyniec od Zmartwychwstania “O praktykowaniu Bożej obecności”, wyd. Esprit, Kraków 2026, ss. 120
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Modlitwa i szkoła modlitwy
Znane z łacińskiej nazwy Magnificat, czyli po polsku „Wielbi”, to modlitwa wyjątkowa.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Pochodzi z Ewangelii według św. Łukasza, ze sceny, w której Maryja spotyka się z matką Jana Chrzciciela, Elżbietą (Łk 1,46-55). I jest nie tyle modlitwą skierowaną do Maryi, co modlitwą samej wychwalającej Boga Maryi: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy./ Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej./ Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,/ gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny./ Święte jest Jego imię…”.
Stylem nawiązuje do psalmów i kantyków Starego Testamentu, co dziś niejednego, przyzwyczajonego do stwierdzenia, że modlitwa to rozmowa z Bogiem, może dziwić. Bo recytująca Magnificat Maryja nie zwraca się do Boga, nie mówi do Niego, ale wychwala Go. „On niech będzie pochwalony” – mówi, a nie: „Ty bądź pochwalony”. Za co? Najpierw za wielkie rzeczy, które Jej uczynił. Maryja zdaje sobie sprawę, że przez to, iż z Bożej łaski ma porodzić Tego, który „będzie nazwany Synem Najwyższego”, błogosławić Ją będą wszystkie ludzkie pokolenia. To Ona, pokorna służebnica Pańska, dozna za sprawą Boga wielkiego wywyższenia.
Maryja wielbi Boga również za łaskę, którą wyświadcza Jej narodowi – Izraelowi. „Ujął się” za nim – mówi. To nawiązanie do ówczesnego oczekiwania narodu wybranego na Mesjasza. Od stuleci pozbawiony niepodległości, zależny od kaprysu zmieniających się okupantów, teraz ma zostać wyzwolony. Bo właśnie teraz Bóg zaczyna realizować swój plan. I choć Maryja pewnie jeszcze nie podejrzewa, że królestwo Jej syna „nie będzie z tego świata”, to przecież nie zmienia to faktu, że obietnice Boże zaczynają się spełniać, gdy jako „dziewica poczęła” i niebawem porodzi.
Chrześcijanie od wieków powtarzają słowa Maryi jako własną modlitwę. Razem z Nią wychwalają Boga za wielkie rzeczy, które wyświadczył Jej, Izraelowi, a przez nich całej ludzkości. Bo przecież i dla nas, Polaków, jest zbawienie i nadzieja życia wiecznego. Ta modlitwa Maryi jest jednocześnie szkołą modlitwy. Chrześcijanin powinien być świadomy, że pierwszym celem każdej modlitwy powinno być oddanie czci Bogu. Także wtedy, gdy przedstawiamy Mu swoje prośby. W ten sposób wyznajemy, że jesteśmy zależni od Stwórcy, że Go potrzebujemy; że On, nie my, jest tym, który w kwestiach tego, co dobre, a co złe, ma zawsze rację. Maryja w swoim Magnificat uczy, że uwielbienie jest najważniejsze w naszej relacji do Boga.
Jako pochwała wielkości Boga, Magnificat przypomina też o nadziei, jaką człowiek może w Nim pokładać. On „strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych; głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia”. Gdy losy nasze, społeczeństw, narodów czy całego świata toczą się inaczej, niż byśmy chcieli, gdy królować zdają się zło i nieprawość, modlitwa Maryi przypomina, że Bóg w każdej chwili może wszystko odwrócić i nawrócić. Jeśli tego nie robi, to dlatego, że Jego strategie są dla nas po prostu nie do odgadnięcia.
Andrzej Macura/Gość Niedzielny
***
Uroczystości i święta w Kościele Katolickim
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
18 marca (środa) – Środa Popielcowa
25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
***
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
***
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Liturgia wróciła do korzeni
Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.
fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny
***
Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…
Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.
Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…
Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.
Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?
Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.
Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.
Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować.
Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi?
W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.
ks. dr Andrzej Hoinkis jest liturgistą, proboszczem w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Mysłowicach-Brzezince.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?
To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.
Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?
Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami.
Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.
Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.
Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…
Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.
Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?
Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.
Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…
Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!
I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?
Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.
A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.
Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.
Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.
Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.
Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?
Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.
Gość Niedzielny
***
9 sposobów, by zadbać o piękno Eucharystii
Catherine Leblanc / Godong
***
Eucharystia jest spotkaniem z Chrystusem – to truizm, ale obserwując to, jak wygląda wiele Mszy Świętych w naszym kraju, trzeba powtarzać i przypominać, jak wielki należy się jej szacunek.
Mamy obowiązek dbania o piękno Eucharystii
W Kościele, który jest Ciałem Chrystusa, nie wszyscy członkowie pełnią jednakowe czynności. To zróżnicowanie funkcji w sprawowaniu Eucharystii ukazuje się zewnętrznie przez różnorodność szat liturgicznych. Dlatego szaty te powinny być znakiem funkcji właściwej każdemu z posługujących. Poza tym szaty liturgiczne winny podkreślać piękno świętych czynności (OWMR, 335).
Na każdej Eucharystii spotykamy się z Bogiem: we wspólnocie, w osobie przewodniczącego liturgii, w Słowie Bożym i – w całej pełni – w Komunii. Każdy zatem element Mszy Świętej winien być traktowany z szacunkiem i pieczołowitością. I nie jest to trudne do zrobienia!
Największa odpowiedzialność spoczywa w tej kwestii na księżach, ale także my – wierni świeccy, członkowie parafii – mamy prawo i obowiązek dbać o piękno Mszy. Będzie to wymagać zdobycia wiedzy, zaangażowania, a czasami odwagi w upomnieniu się o to, co słuszne.
Skąd zaczerpnąć wiedzę? Na początek wystarczy Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego. Gdyby wszyscy odpowiedzialni za liturgię robili to, co jest tam napisane, nie czytalibyśmy o gorszących nadużyciach i samowolkach przy ołtarzu.
9 sposobów na to, by zadbać o piękno Mszyświętej
1 Eucharystia to dar powierzony Kościołowi
Chrystus Pan, mając sprawować z uczniami ucztę paschalną, na której ustanowił Ofiarę swego Ciała i Krwi, polecił przygotować przestronną komnatę, usłaną (Łk 22,12). Kościół zawsze uważał, że polecenie to odnosi się również do niego, gdy ustanawiał przepisy dotyczące sprawowania Najświętszej Eucharystii co do duchowego przygotowania ludzi oraz miejsc, obrzędów i tekstów (OWMR, 1).
Trzeba pamiętać, że Eucharystia jest darem, który otrzymał Kościół i o który troszczy się na przestrzeni wieków. Z powodu wagi Mszy Świętej ustanawia on przepisy po to, by chronić ów dar i by przynosił dobre owoce. Dlatego mamy się stosować do zaleceń Kościoła i nikomu nie wolno zmieniać niczego w liturgii na własną rękę.
2 Świadome uczestnictwo Ludu
Sprawowanie Eucharystii jest bowiem czynnością całego Kościoła, w której każdy powinien w pełni wykonywać wyłącznie tylko to, co należy do niego z natury rzeczy, ze względu na jego stopień w ludzie Bożym. Stąd również należy bardziej zwracać uwagę na pewne zasady celebracji, o które w ciągu wieków mniej dbano. Lud ten jest bowiem ludem Bożym, nabytym Krwią Chrystusa, przez Pana zgromadzonym, Jego słowem karmionym, ludem powołanym do tego, aby przedstawiał Bogu prośby całej ludzkiej rodziny (OWMR, 5).
W Eucharystii są czynności, które może wykonać tylko biskup lub prezbiter: to przede wszystkim modlitwa eucharystyczna, oracje, kolekta, odczytanie Ewangelii, wygłoszenie homilii i udzielenie końcowego błogosławieństwa. Są elementy przeznaczone dla świeckich: lektura czytań mszalnych, przygotowanie procesji z darami, wygłoszenie komentarzy i asysta przy ołtarzu. Każdy wierny jest wezwany do włączenia się w śpiew i odpowiedzi mszalne, by rzeczywiście uczestniczyć: myślami i ciałem w Eucharystii.
3 Uważne słuchanie Słowa Bożego
Dlatego wszyscy winni z szacunkiem słuchać czytań słowa Bożego, które są najważniejszym elementem liturgii. Chociaż bowiem słowo Boże zawarte w czytaniach Pisma świętego zwraca się do wszystkich ludzi każdego czasu i jest dla nich zrozumiałe, jego pełniejsze rozumienie i skuteczność pogłębiają się dzięki żywemu wykładowi, czyli homilii, która jest częścią czynności liturgicznej (OWMR, 29).
Po pierwszy do czytań powinni podchodzić odpowiednio przygotowane osoby, który nie tylko czytają dobrze, ale wiedzą, o czym czytają. Po drugie, każdy z uczestników powinien uważnie słuchać tego, co jest czytane. Po trzecie, homilia nie może być głoszona przez świeckich, nie może być zastąpiona listem ani adoracją.
4 Waga śpiewu
Apostoł zachęca chrześcijan, którzy schodzą się razem w oczekiwaniu na przyjście Pana, aby śpiewali wspólnie psalmy, hymny i pieśni pełne ducha (por. Kol 3, 16). Śpiew jest bowiem znakiem radości serca (por. Dz 2, 46). Dlatego św. Augustyn słusznie mówi: „Kto kocha, ten śpiewa” (OWMR, 39).
Śpiew ma niebagatelną rolę w celebracji Eucharystii. Parafie, które mają dobrych organistów, chór lub scholę mogą uczynić Mszę niezwykle pięknym doświadczeniem. Warto włączyć się w śpiew zwracając uwagę na tekst, który się wypowiada.
5 Postawa ciała
Gesty i postawy ciała zarówno kapłana, diakona i usługujących, jak i ludu winny zmierzać do tego, aby cała celebracja odznaczała się pięknem i szlachetną prostotą, aby w pełni przejrzyste było znaczenie jej poszczególnych części, zaś uczestnictwo wszystkich stawało się łatwiejsze. Zachowywanie przez wszystkich uczestników jednolitych postaw ciała jest znakiem jedności członków chrześcijańskiej wspólnoty zgromadzonych na sprawowanie świętej liturgii: wyrażają one bowiem i kształtują duchowe przeżycia uczestniczących (OWMR, 42).
To, że na Eucharystii stajemy, klękamy i siadamy w tym samym momencie, jest ważne. Pokazuje, że modlitwy się wspólnie, jako rodzina Boża. Złożone ręce, prostota gestów i skłony i przyklęknięcia przypominają ponadto o pokorze.
6 Milczenie
Należy również zachować w odpowiednim czasie pełne czci milczenie (OWMR, 45).
Msza Święta to misterium, wobec którego należy zachować szacunek i cześć. Milczenie ułatwia wejście w dziękczynienie i rozważanie Słowa Bożego.
7 Przyjmowanie Komunii świętej
Jest bardzo pożądane, aby wierni podobnie jak kapłan, który jest do tego zobowiązany, przyjmowali Ciało Pańskie z hostii konsekrowanych w czasie danej Mszy świętej, a w przewidzianych przypadkach (por. nr 283) przystępowali do kielicha. Dzięki temu Komunia święta ukaże się także przez znaki jako uczestnictwo w aktualnie sprawowanej Ofierze (OWMR, 85).
Kulminacją Eucharystii jest przyjęcie Komunii. Można ją przyjąć w stanie łaski uświęcającej. Ideałem byłoby konsekrowanie na Mszy tylu hostii, by wszyscy obecni mogli je przyjąć. Konsekrowane komunikanty schowane w tabernakulum, jak mówi nam historia Kościoła, są przeznaczone przede wszystkim dla chorych oraz do adoracji.
8 Odpowiednie wyposażenie kościoła
Na sprawowanie Eucharystii lud Boży gromadzi się zwykle w kościele lub gdy kościoła brak albo jest on niewystarczający, w innym odpowiednim miejscu, godnym tak wielkiego misterium. Zarówno kościoły, jak i te miejsca powinny być odpowiednio przystosowane do sprawowania czynności liturgicznych i osiągnięcia czynnego udziału wszystkich wiernych. Świątynie i przedmioty związane z kultem Bożym winny być prawdziwie godne i piękne, stanowiąc jednocześnie znaki i symbole rzeczywistości nadprzyrodzonych (OWMR, 288).
Miejsce kultu powinno być poświęcone, wyposażone w sprzęty wykonane ze szlachetnych materiałów i uwzględniające miejscową kulturę i sztukę. W kościele nie powinien panować przepych, ale prostota, która kieruje uwagę na Boga. Ołtarz powinien być trwale przytwierdzony do posadzki, wykonany z kamienia naturalnego. W nowych kościołach ma być tylko jeden ołtarz, nieprzylegający do ściany, by można go obchodzić (choćby podczas kadzenia) oraz celebrować twarzą do wiernych (co nie zabrania odwrotnego kierunku). Ma być na nim biały obrus, a przy nim przynajmniej dwie świece oraz krzyż.
9 Piękny ubiór
Ten przepis odnosi się do szat liturgicznych, ale także my możemy przyjść na Eucharystię w odświętnym, schludnym ubraniu.
BONUS Czytaj czarne, rób czerwone
W Mszale Rzymskim to, co ma być wypowiedziane, jest wydrukowane na czarno, a to, co ma być zrobione – na czerwono. By zadbać o piękno liturgii wystarczy czytać to, co jest na czarno, a robić to, co jest na czerwono!
“Nie ma nic żenującego w tym, że Pan Jezus przemienił wodę w wino oraz że właśnie pod postacią wina daje nam swoją Krew, ale kryją się za tym bardzo bogate treści duchowe” – pisze Jacek Salij OP.
PYTANIE: Należę do tych żon, które bardzo dużo już wycierpiały z powodu pijaństwa męża. Przekonałam się, że alkohol to jest doprawdy coś bardzo złego. I tak od dłuższego czasu wciąż chodzi mi po głowie: dlaczego Pan Jezus w Kanie Galilejskiej uczynił z wody wino. Przecież ono na pewno też zawierało alkohol, a przecież to niemożliwe, żeby Pan Jezus uczynił coś złego. Dokonanie przez Niego tego właśnie cudu stawia przede mną pytania, z którymi nie umiem sobie poradzić.
ODPOWIADA JACEK SALIJ OP
Zanim podejmę zadany mi przez Panią temat, powiem parę słów na temat, jak mi się wydaje, znacznie ważniejszy, jaki przed Panią stoi. Ludzie, którzy poświęcili się ratowaniu alkoholików, bardzo zwracają uwagę na to, jak istotnie żona może pomóc swemu pijącemu mężowi w powrocie do normalnego życia. Niestety, niektóre żony alkoholików wzmacniają jeszcze w swoich mężach pogardę dla samego siebie i brak wiary w przezwyciężenie tego nałogu — i w ten sposób, potępiając nałóg i cierpiąc z jego powodu, same przyczyniają się bezwiednie do pogłębiania tego nieszczęścia.
Toteż ogromnie namawiałbym Panią do nawiązania kontaktu z ruchem anonimowych alkoholików. W wydanej przez Wydawnictwo “Pax” książce D. Selviga i D. Rileya Nie piję, czy w antologii pt. Sami o sobie, wydanej przez Księgarnię Świętego Wojciecha, znajdzie Pani adresy wspólnot Al-Anon, w których spotykają się ludzie, którzy mają alkoholika w swojej rodzinie i sami nie potrafią mu pomóc. Z pewnością taka wspólnota istnieje również w Pani mieście albo gdzieś w pobliżu. Bardzo radziłbym Pani nawiązać z nią kontakt.
Żeby zaś bezpośrednio podjąć Pani pytanie, chciałbym nieco poszerzyć obszar refleksji. Mianowicie starożytni chrześcijanie byli niekiedy niepokojeni przez manichejczyków zarzutem, że wystarczy sobie uświadomić, ile zła wynika z wina, żeby dojść do wniosku, że z pewnością winną latorośl stworzył nie Bóg, ale diabeł. Argument ten był elementem sprytnie pomyślanej taktyki, której celem było udowodnienie tezy, jakoby diabeł był stwórcą całej w ogóle materii, nie wyłączając ciała ludzkiego. Otóż manichejczycy zwracali uwagę na istnienie różnych groźnych lub dokuczliwych dla człowieka stworzeń — takich jak drapieżne i jadowite zwierzęta, niekorzystne zjawiska klimatyczne, trujące rośliny, różne gryzonie i insekty, które mogą być utrapieniem naszego codziennego życia — i starali się doprowadzić swoich słuchaczy do zwątpienia, czy wszystko to może pochodzić z ręki dobrego Boga. Po zbombardowaniu słuchacza tego rodzaju przykładami — wśród których nie zabrakło oczywiście również winnej latorośli — łatwiej im było zasiać zwątpienie co do tego, czy w ogóle Bóg jest stwórcą świata materialnego.
Zmagając się z tą argumentacją, Ojcowie Kościoła sformułowali wiele wspaniałych intuicji na temat obecności Boga w tym świecie widzialnym oraz podatności materii na służbę temu, co duchowe. Bezpośrednio zaś odpowiadając na wspomniane zarzuty poczynili ważne rozróżnienie między naszym dobrem cząstkowym a dobrem powszechnym wszechstworzenia, ale nie tu miejsce, żeby omawiać tę problematykę szczegółowo. Ograniczę się tylko do przykładowego zacytowania odpowiedzi na zarzut związany z naszym tematem. “Niektórzy — mówił św. Jan Złotousty — zobaczywszy zachowujących się nieprzyzwoicie pijaków, nie ganią ich, lecz owoc dany przez Boga. Mówią: Niech nie będzie wina! Powiedzmy im raczej: Niech nie będzie pijaństwa! Wino bowiem jest dziełem Boga, pijaństwo dziełem diabła. Nie wino stwarza pijaństwo, lecz niepowściągliwość. Nie oczerniaj tworu Boga, lecz oskarżaj o szaleństwo swego współsługę. (…) Wino zostało nam dane, aby leczyło słabość ciała, nie żeby niszczyło siłę duszy” (Homilia na słowa: “Wina po trosze używaj”).
Ostatnie zdanie łatwiej zrozumieć, jeśli wie się o tym, że Jan Złotousty wypowiedział powyższe słowa w ramach wyjaśniania 1 Tm 5,23: “Samej wody już nie pij, używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości”. Nawiasem mówiąc, cytowana homilia świadczy o tym, jak głęboko zarzuty manichejskie weszły w ówczesną świadomość chrześcijan. Złotousty kaznodzieja nie podejmuje bynajmniej w tej homilii polemiki z manichejczykami, nie jest też jego celem uodparnianie słuchaczy na manichejskie zarzuty. Zarzuty te zostały przez wielu ówczesnych chrześcijan na tyle zinternalizowane, że stanowiły już ich własny problem religijny. Tak w każdym razie wynika z tekstu homilii.
Wydaje mi się, że podobnie jest z problemem postawionym przez Panią. On chyba również nie jest dla Pani problemem pierwotnym. Zapewne jego początkiem było pijackie powoływanie się na samego Pana Jezusa i Jego cud w Kanie Galilejskiej. Przypuszczam, że dopiero kiedy Pani nie umiała sobie poradzić z tym argumentem, problem ten stał się dla Pani własnym problemem.
Jest jeszcze drugi tekst Pisma Świętego, bezczelnie przytaczany przez pijaków dla usprawiedliwienia swojego grzechu. Chodzi o wypowiedź Psalmu 104, który wśród różnych darów, jakich Bóg nam udziela, wymienia “wino, co rozwesela serce człowieka”. Wielu z tych, którzy powołują się na te słowa, może nawet nigdy w życiu Pisma Świętego w ręku nie miało, a wypowiedź ta jest jedynym zdaniem, jakie potrafią z niego zacytować. Niestety, próby posłużenia się Panem Bogiem, aby był adwokatem mojego grzechu, dowodzą tylko tego, że pijaństwo prowadzi również do utraty przytomności duchowej.
Nasze wyjaśnienie rozpocznijmy może od zastanowienia się nad tym, jaki Boży sens zawiera się w słowach, że Bóg daje nam “wino, co rozwesela serce człowieka”. Nawet nie da się przytoczyć wszystkich wypowiedzi Pisma Świętego, w których potępia się pijaństwo. Przypomnijmy tylko przykładowo: “Wino i moszcz odbierają rozum” (Oz 4,11); “Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak pięknie błyszczy w kielichu, jak łatwo się je połyka. Bo w końcu kąsa jak żmija, swój jad niby wąż wypuszcza” (Prz 23,31); “Biada tym, którzy wstając wczesnym rankiem, szukają wódki, i zostają do późna w noc, bo wino ich rozgrzewa (…) Biada tym, którzy są bohaterami w piciu wina i dzielni w mieszaniu wódki” (Iz 5,11 i 22); “Wino i kobiety wykolejają mądrych” (Syr 19,2); “Przy piciu wina nie bądź zbyt odważny, albowiem ono zgubiło wielu” (Syr 31,25); Nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości” (Ef 5,18).
Dwie grupy tekstów zasługują na przypomnienie szczególne. Po pierwsze, w Pawłowych katalogach grzechów, które wykluczają człowieka z Królestwa Bożego, niezmiennie wymieniane jest również pijaństwo: “Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy (…) ani pijacy (…) nie posiądą Królestwa Bożego” (1 Kor 6,10; por. Ga 5,21; Ef 5,5). Można zatem się zastanawiać, czy my na serio wierzymy w życie wieczne, jeśli tak niewiele czynimy dla stworzenia atmosfery społecznej, która skutecznie blokowałaby rozwój alkoholizmu. Przecież tu chodzi już nie tylko o to, że alkoholizm wprowadza wielki chaos w życie społeczne i jest źródłem nieszczęścia wielu rodzin; tutaj już chodzi wręcz o życie wieczne wielu spośród nas!
Druga grupa tekstów znajduje się w Księdze Jeremiasza oraz w Apokalipsie. Mianowicie wszelkie oddanie grzechowi jest tam porównane do pijaństwa: grzech często pociąga człowieka niby wódka, jego czynienie może być równie atrakcyjne jak przyłączenie się do pijackiej kompanii, ale też jego skutki są równie żałosne: “To powiedział do mnie Pan, Bóg Izraela: (…) Niech piją, zataczają się i szaleją! (…) Pijcie i upijajcie się, wymiotujcie i padajcie, nie mogąc powstać wobec miecza, który poślę między was. Jeżeli zaś się zdarzy, że nie będą chcieli wziąć kubka z twej ręki, by pić, powiesz im: To mówi Pan Zastępów: Musicie wypić!” (Jr 25,15n.27n; por. 51,7). Kielicha grzechu nie da się bowiem oddzielić od kielicha kary Bożej. Według Apokalipsy całe narody mogą w ten sposób upić się grzechem i leżeć nieprzytomnie we własnych wymiotach (Ap 14,8; 17,2).
Powyższe teksty rozstrzygają sens wypowiedzi Psalmu 104, że od Boga otrzymaliśmy “wino, co rozwesela serce człowieka”. Mianowicie nie można mieć wątpliwości co do tego, że jeśli skutkiem używania alkoholu jest osobiste upodlenie, krzywda najbliższych, demoralizacja młodszych, wówczas dopuszczamy się ciężkiego nadużycia daru Bożego i obrazy Stwórcy. Wino zostało nam dane, aby być znakiem radości życia, a nie narzędziem grzechu, którego kresem jest zawsze rozpacz.
I właśnie na znak Bożej radości życia uraczył Pan Jezus winem uczestników wesela w Kanie Galilejskiej. Ojcowie Kościoła jednomyślnie odczytywali w tamtym wydarzeniu głęboki sens mesjański: wesele ubogiej pary z Kany Galilejskiej było zapowiedzią innego wesela, wesela, które jest celem i sensem całych ludzkich dziejów. Mianowicie Syn Boży przyszedł na tę ziemię, aby poślubić Kościół, czyli odkupioną ludzkość. Jest to Oblubieniec niezwykły, On ma moc uwalniać swoją Oblubienicę od grzechów i czynić ją piękną od wewnątrz. Przychodzi On do swojej Oblubienicy jako Dawca pokoju Bożego i radości. Czy mogło więc na tym weselu zabraknąć wina, skoro jest ono znakiem radości? Z tego też powodu wino zostało wybrane przez Chrystusa Pana jako materia eucharystyczna — mianowicie pod postacią wina uobecnia się podczas mszy świętej Jego Krew.
Ojcowie Kościoła lubili wskazywać na różne sytuacje, w których również dzisiaj powtarza się cud przemiany wody w wino. “Pismo Święte naprawdę było wodą, lecz dzięki Jezusowi stało się winem” — powiada Orygenes, a chodziło mu o to, że Stary Testament, jeśli go czytać w wierze Chrystusa, odsłania sensy dotychczas w nim nie dostrzegane oraz ma moc upajać Duchem Świętym. Podobnie Pan Jezus cudownie przemienia sens życia małżeńskiego: Samo z siebie dobre małżeństwo jest tylko wspólną drogą przez życie, której owocem są dzieci wychowane na porządnych ludzi; ale mocą sakramentu małżeństwa wszystko, co w życiu małżonków dobre i zgodne z wolą Bożą, doznaje cudownej przemiany i dostępuje uczestnictwa w wiekuistym małżeństwie Chrystusa Pana z odkupioną ludzkością, dzieci zaś swoje małżonkowie wychowują już nie tylko na porządnych ludzi, ale przygotowują je do życia wiecznego. Ostatecznie zaś, jak powiada św. Augustyn, “my sami byliśmy wodą, a Chrystus winem nas uczynił” — bo przecież to tylko Jego mocą nasze życie może stać się zasługiwaniem na życie wieczne.
W starożytności Kościół przeżył aż dwie pokusy, żeby zrezygnować z wina podczas odprawiania mszy świętej. Najpierw niektórzy ebionici, zamiast konsekrować chleb i wino, jak to ustanowił Pan Jezus, wprowadzili chleb i wodę, a motywowali to względami ascetycznymi. Druga pokusa przyszła w momencie, kiedy władze prześladowcze nauczyły się rozpoznawać chrześcijan po tym, że rankiem można było poczuć od nich zapach wina (Komunię świętą przyjmowali oni bowiem na czczo). Wówczas niektóre wspólnoty chrześcijańskie — nazwane później akwarianami — zaczęły odprawiać poranną Eucharystię na chlebie i wodzie, ograniczając konsekrowanie chleba i wina tylko do Eucharystii odprawianych wieczorem, kiedy to, że się pachniało winem, nie budziło już niczyich podejrzeń.
Na innowację tę stanowczo zareagował św. Cyprian. “Zanikłaby wszelka religijna i prawdziwa dyscyplina — pisał w połowie III wieku — gdybyśmy przestali wiernie zachowywać to, co nakazuje Duch Święty: gdyby ktoś przy porannych ofiarach lękał się, aby zapachem wina nie zdradzić, że wypił krew Chrystusa. Gdyby przy składaniu Ofiary wierni nauczyli się wstydzić krwi Chrystusa, świadczyłoby o tym, że w czasie prześladowań wycofują się z udziału w Jego męce” (List 63 15).
W obszernym Liście 63 św. Cyprian sformułował szereg głębokich argumentów, dlaczego jest rzeczą niezwykle istotną, aby do mszy świętej było używane właśnie wino. Przede wszystkim “ani Apostoł, ani anioł z nieba nie może nic innego głosić lub nauczać, niż to, co sam Chrystus nauczał i co głosili Jego apostołowie” (List 63 11).
Panią zapewne najbardziej zainteresują sformułowania św. Cypriana, które sugerują, że działanie kielicha Pańskiego jest dokładnie odwrotne niż kielicha pijackiego. Kielich pijacki paraliżuje umysł i ogłupia człowieka, czyni go niewolnikiem tego świata, odciąga od Boga i pogrąża w smutku. Natomiast “kielich Pański w taki sposób upaja, że czyni nas trzeźwymi i podnosi umysły do duchowej mądrości, a każdy, kto go zakosztuje, odwróci się od świata i skieruje się do poznawania Boga”.
Ale, rzecz jasna, również zwykłe wino jest darem Bożym, a przeklęte jest jedynie jego nadużywanie, toteż zaraz w następnym zdaniu Cyprian pisze tak: “I podobnie jak zwykłe wino odpręża umysł, rozwesela ducha i uwalnia go od smutku, tak też przez picie Krwi Pańskiej i zbawiennego kielicha zatraca się wspomnienie o dawnym człowieku, zapomina się o poprzednim światowym postępowaniu, a smutne, zbolałe serce, przygniecione przedtem ciężarem dręczących grzechów, raduje się teraz otrzymanym od Boga przebaczeniem”.
Skoro już tak długo zatrzymujemy się przy Liście 63 św. Cypriana, warto przy okazji przedstawić głęboką symbolikę, jaką dostrzegł on w zwyczaju dolewania do kielicha mszalnego odrobiny wody: “Woda oznacza lud, wino zaś jest krwią Chrystusa. Gdy więc w kielichu miesza się wino z wodą, to lud staje się jednym z Chrystusem i wspólnota wiernych jednoczy się i łączy z Tym, w którego uwierzyła. To zjednoczenie i złączenie wody i wina w kielichu Pana przez zmieszanie tak się dokonuje, że owej mieszaniny już nie można od siebie oddzielić. Dlatego też nic nie zdoła Kościoła, czyli będącego w Kościele ludu, jeśli wiernie i mocno trzyma się tego, w co uwierzył, odłączyć od Chrystusa; będzie się Go stale trzymać i jego miłość będzie nierozerwalna. Nie można więc przy święceniu kielicha Pana ofiarowywać tylko samej wody ani też samego wina. Jeśli bowiem ktoś ofiarowuje samo wino, to krew Chrystusa pozostaje bez nas; jeżeli zaś ofiarowuje się samą tylko wodę, to lud jest bez Chrystusa. Skoro zaś oba się zmiesza i przez to wzajemnie się złączy, dopełnia się duchowa i niebiańska tajemnica”.
Jak Pani widzi, nie tylko nie ma nic żenującego w tym, że Pan Jezus przemienił wodę w wino oraz że właśnie pod postacią wina daje nam swoją Krew, ale kryją się za tym bardzo bogate treści duchowe. To zaś, że pijacy potrafią nawet w Ewangelii szukać błogosławieństwa dla swojego grzechu, jest zwykłym nadużyciem, które powinno budzić w nas niepokój nie co do treści zawartych w Ewangelii, ale z powodu zaślepienia, które nie waha się powoływać samego Boga na fałszywego świadka, jakoby zło nie było złem.
Nie chciałbym swoim listem sprawiać wrażenia, jakoby całkowita abstynencja od napojów alkoholowych była w świetle wiary chrześcijańskiej czymś podejrzanym. Na pewno czymś podejrzanym byłoby przymuszanie do powszechnej abstynencji (eksperyment taki podjęto w Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych naszego wieku). Jednakże ludzie, którzy dobrowolnie postanowili na jakiś czas lub do końca życia powstrzymać się całkowicie od napojów alkoholowych, spełniają w społeczeństwie ważną misję, zwłaszcza w społeczeństwie tak zagrożonym przez alkoholizm jak nasze.
Wykład o sensie abstynencji zacznijmy jednak od podstaw. Jak wiadomo, Pan Jezus nie był abstynentem, wyrażał się jednak z wielkim szacunkiem o abstynencji Jana Chrzciciela: “Przyszedł Jan Chrzciciel, nie jadł chleba i nie pił wina, a wy mówicie: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy, je i pije, a wy mówicie: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników” (Łk 7,33n). Pan Jezus jest jednak Synem Bożym i swoim stylem życia wyrażał niepowtarzalny sens swojego przyjścia do nas. Przyszedł bowiem do nas jako Oblubieniec, a na weselu przecież się nie pości. Wyraźnie jednak powiedział, że po odejściu Pana Młodego Jego uczniowie będą pościć (Łk 5,34n). Że dotyczyło to również używania napojów alkoholowych, świadczy o tym choćby wspomniany już przypadek Tymoteusza, którego Apostoł Paweł zachęca do tego, aby w związku z problemami żołądkowymi rozluźnił nieco rygor swojej abstynencji (1 Tm 5,23).
Najpełniejsze wytyczne na temat właściwego stosunku do abstynencji znajdują się w czternastym rozdziale Listu do Rzymian: “Królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym” (w. 17). Można się jednak znaleźć w sytuacji, kiedy człowiek poczuje się do abstynencji przymuszony moralnie: “Wprawdzie każda rzecz jest czysta, stałaby się jednak zła, jeśliby człowiek spożywając ją, dawał przez to zgorszenie. Dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa i nie pić wina, i nie czynić niczego, co twego brata rani” (Rz 14,20n).
W czasach dzisiejszych decyzję o całkowitej abstynencji różni ludzie podejmują najczęściej z dwóch powodów: żeby bardziej skutecznie przyczynić się do zmiany naszej obyczajowości, która niestety bardzo sprzyja rozwojowi pijaństwa, albo też żeby pomóc w ten sposób swemu bliskiemu w jego trudnej drodze wychodzenia z nałogu. I chwała Bogu, coraz więcej jest u nas takich ideowych abstynentów. Oby tylko nie wynosili się nad tych, którzy postanowili na razie nie rezygnować z rozumnego używania alkoholu.
Fronda.pl
*** „Potęga Krzyża” – książka pomagająca dobrze przeżyć cierpienie
(oprac. PCh24.pl)
***
Pomimo rozwoju technologii i kolejnych sukcesów medycznych, nie da się zupełnie uchronić człowieka od cierpienia. Świadomość tej bezsilności napawa nas lękiem, a może nawet wstrętem. Najważniejsze jest, by nie dać się pokusie szatana, który w cierpieniu chce nas zepchnąć do zamętu, pesymizmu i porzucenia modlitwy. „Cierpienie z Jezusem Chrystusem i dla Jezusa Chrystusa jest drogą do świętości na ziemi” – mówił raczej ks. Dolindo Ruotolo, który w swoim życiu doświadczył przeciwności i bólu na wielu płaszczyznach. Książka Potęga Krzyża. Ks. Dolindo o tajemnicy cierpienia ukazuje, w jaki sposób duchowny przeżył swoje cierpienia, i daje nam wiele cennych wskazówek do tego, jak uczynić najtrudniejsze okresy naszego życia najbardziej cennymi.
Autorką pozycji jest s. Maria Angella Jakubczak FI – zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej. W swojej książce pragnęła przybliżyć życiorys znanego ks. Dolindo Ruotolo – XX-wiecznego kapłana, który w swoim życiu cierpiał wiele i na różnych płaszczyznach. Siostra Maria Angella zadedykowała swoje dzieło wszystkim duszom udręczonym cierpieniem, aby odnalazły skarb ukryty w cieniu Krzyża i mogły powiedzieć o sobie już nie „dusze udręczone”, lecz „obdarzone cierpieniem”.
Ks. Dolindo przeżył bardzo trudne dzieciństwo w skrajnym ubóstwie i surowości – a wręcz okrutności – swojego ojca. To był jednak dopiero początek trudności w życiu bohatera omawianej książki. Kiedy został kapłanem, bardzo szybko został niezrozumiany, a wręcz oskarżony o herezję, a przez to przez lata nie mógł pełnić swojej kapłańskiej posługi. Na domiar tego odczuwał skrupuły i pokusy przeciwko wierze. Szatan nękał go zniechęceniem, strachem, zamętem; oddziaływał też na niego fizycznie i próbował powstrzymać wydanie książki o Matce Bożej.
Pomimo tylu cierpień ks. Dolindo nie poddawał się. Można nawet powiedzieć, że z każdej przeciwności wychodził silniejszym. Zawsze pozostawał wierny Chrystusowi i Jego Matce, a jego siłą było regularne przystępowanie do sakramentów św. Kiedy ojciec się nad nim znęcał – nie miał do niego żalu, ale zawierzał się Chrystusowi. Gdy doświadczał duchowych pokus – dziękował za nie Bogu, gdyż postrzegał je jako oczyszczające. Doświadczając napaści złego ducha – wierzył, że to pozwoli mu lepiej współczuć innym, którzy z tym się mierzą. Oskarżany przez przełożonych – bronił Kościoła przed krytyką, a otrzymując dekret rehabilitacyjny czuł, że traci skarb cierpienia. Nieustannie podejmował dobrowolne umartwienia, pracował nad swoimi wadami i pragnął śmierci z miłości do Boga.
Po tak traumatycznych przeżyciach niejeden psycholog mógłby podejrzewać u niego poważne zaburzenia emocjonalne, zniszczenie poczucia wartości oraz inne, często nieodwracalne skutki. Jednak jego życie jest dowodem na to, że łaska Boża może ocalić od tragicznych konsekwencji bolesnych doświadczeń każdego, kto bezgranicznie Mu zaufa i z wiarą patrzy na wszystkie wydarzenia. Całkowite zrównoważenie psychiczne ks. Dolindo poświadczają badania psychiatryczne i analiza grafologiczna. Pośród mnóstwa cierpień neapolitańczyk stał się w świecie uosobieniem uwielbienia Boga, w łączności z Maryją, żyjącym „Magnificat” – zauważa autorka książki.
Bez wątpienia najlepszą lekcją dobrego przeżywania cierpienia, jaką ks. Ruotolo po sobie pozostawił, było jego własne życie. Oprócz tego zostawił również spisane wskazówki – zawarte w komentarzach do Pisma Świętego, w których tematowi cierpienia poświęcił wiele uwagi. Nie jest to zaskoczeniem, że spośród starotestamentalnych ksiąg wybrał akurat Księgę Hioba. Z kolei w Nowym Testamencie kapłan wyróżnił opisy wskrzeszeń i uzdrowień dokonanych przez Zbawiciela oraz przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Zatrzymał się również nad fragmentami Listów św. Pawła, w których Apostoł Narodów temat cierpienia poruszył.
Nie sposób przytoczyć w tej recenzji wszystkich myśli ks. Dolindo ukazujących wartość cierpienia. Należy jednak wymienić choć kilka z nich. Duchowny podkreślał, że poprzez trudności czy kataklizmy szatan próbuje wytworzyć w nas obraz Boga jako bezwzględnego i niemającego litości – słowem: oddalić nas od Niego. A przecież niejednokrotnie to właśnie choroba pozwala dopiero na rozwój życia nadprzyrodzonego w duszy – ćwiczy posłuszeństwo i cierpliwość; pozwala poczuć, że jesteśmy w ojcowskich ramionach Boga.
Ks. Dolino uczył również, że okres cierpienia szansą na refleksję nad własnym życiem, jego kresem i przeznaczeniem, oraz okazją na zbliżenie się do Boga. Odkupiciel chce, byśmy przez cierpienie stali się współpracownikami w dziele Zbawienia. „Cierpienie z Jezusem Chrystusem i dla Jezusa Chrystusa jest drogą do świętości na ziemi” – pisał ks. Ruotolo.
Podkreślał wreszcie, że okres cierpienia tu na ziemi jest niczym w porównaniu z wieczną chwałą, którą mamy szansę otrzymać w Niebie. Życie człowieka jest bowiem kruche i za kilka, może kilkadziesiąt lat, nic z tego cierpienia nie zostanie, tylko nagroda za jego dobre przeżycie. Co więcej, działanie szatana jest ograniczone. „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor 10,13) – przypominał ks. Dolindo. Największą wartość dodaje cierpieniu zjednoczenie się w nim z Chrystusem w Najświętszym Sakramencie, co włoski kapłan opisał następująco:
Najpotężniejszą siłą w boleściach życia i cierpieniach ducha jest to zjednoczenie z Nim w Najświętszym Sakramencie, ponieważ z Nim uczestniczymy w Jego całopalnej ofierze i czujemy się pokrzepieni (sostenutti) dzięki temu uczestnictwu. (…) W tym tkwi sekret, aby nie zbłądzić w próbach życia i ducha: żyć w wierze Syna Bożego, który nas umiłował i wydał samego siebie za nas.
Wydaje się, że ks. Dolindo otrzymał szczególną misję, by pokazywać światu oddalonemu od Boga i wiary wartość i skuteczność cierpienia. Łączył swoje trudności z boleściami Chrystusa i Maryi, a ich bliskość przynosiła mu ulgę. Zachęcał wszystkich, by i oni czynili to samo. Przekonywał, że choć cierpienie nigdy nie jest słodkie same w sobie, to jednak bierze ono słodycz ze swojej wielkiej wartości. Lektura Potęgi Krzyża może być nieocenioną pomocą dla wszystkich zmagających się z cierpieniem – a zatem dla każdego człowieka, ponieważ nikt nie jest w stanie od cierpienia uciec zupełnie.
Adrian Fyda
Maria Agnella Jakubczak FI, Potęga Krzyża. Cierpienie u ks. Dolindo. Rok wydania: 2025, Wydawnictwo Rosa Mystica.
Publikacja objęta patronatem portalu PCH24.
Autorka książki, s. Maria Agnella Jakubczak FI, należy do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej, jest absolwentką Akademii Katolickiej w Warszawie (2025), gdzie ukończyła teologię w zakresie katechetyki. Życie we wspólnocie zakonnej przeżywa w duchu całkowitego oddania się Matce Bożej, której zawierza swoją posługę i codzienne wybory.
PCh24.pl
***
Kobiety z rodu Zbawiciela. Dlaczego genealogia Jezusa Chrystusa jest taka ważna?
Przodkowie Syna Bożego nie byli aniołami – również znaczące dla historii zbawienia kobiety. Ale to właśnie pokazuje, jak bardzo Bóg jest obecny w ludzkiej historii.
ALAMY STOCK PHOTO /BEW; MONTAŻ STUDIO GN
***
Ciąg imion wydaje się nużący: „Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci…”. A jednak w ten sposób św. Mateusz rozpoczyna swoją Ewangelię – od genealogii Jezusa (1,1-17). Żydzi nie nudzili się przy poznawaniu przodków i utrwalaniu w pamięci ciągu ich pokoleń. Dla narodu wybranego, którego tożsamość oparła się na schemacie dwunastu pokoleń, znajomość genealogii była tyleż ważna, co fascynująca – a była bardzo ważna.
W Ewangelii znajdujemy dwa rodowody Jezusa. Ewangelista Mateusz zaczyna od Abrahama, a kończy na Jezusie, zaś ewangelista Łukasz wychodzi od Jezusa i dochodzi do Adama – syna Bożego. Różnice wynikają z faktu, że każdy z ewangelistów miał inne teologiczne cele, które realizował za pomocą odmiennych genealogii. – Pierwszym odbiorcą Mateusza jest środowisko żydowskie. Stąd tak bardzo akcentuje on ten rodowód od strony Dawida i strony Abrahama – zauważa ks. dr hab. Janusz Wilk. Biblista wskazuje, że rodowód przedstawiony przez Mateusza składa się z trzech zestawów po czternaście imion, co miało wymiar symboliczny. – Jeśli to podzielimy, wychodzi sześć razy po siedem. Siedem dla Żydów oznacza pełnię. A w tym układzie „siódmym pokoleniem” jest Jezus. I w Nim jest cała pełnia. Mateusz opracował ten rodowód tak precyzyjnie pod względem całej symboliki żydowskiej, że odbiorcy widzieli, że w Jezusie dokładnie wypełnia się to, co było zapowiedziane Abrahamowi i Dawidowi – podkreśla.
Odbiorcami Łukasza są nie-Izraelici, stąd jego genealogia zaczyna się od Jezusa, a kończy na „Adamie, Synu Bożym”. – U Łukasza jest bardziej uwidoczniony aspekt uniwersalny: odkupienie każdego człowieka. Jednak i u Mateusza ten aspekt jest obecny w osobach pojawiających się tam kobiet. Wydawałoby się, że oprócz Maryi powinny to być ważne dla kultury żydowskiej żony patriarchów: Sara, Rebeka, Lea i Rachela. A jednak nie. Mateusz zamiast tego umieszcza w rodowodzie kobiety związane ze środowiskiem pogańskim: Kananejki Tamar i Rachab oraz Moabitkę Rut. Jest też Batszeba, być może Żydówka, ale z kolei jej mąż, Uriasz, nie był Żydem, tylko Hetytą. W ten sposób Mateusz, dowodząc wypełnianie się Pisma, jednocześnie pokazuje rolę tych czterech kobiet, które w historii Izraela pojawiają się jakby z zewnątrz, a jednak Boża Opatrzność włączyła je w proces dziejów zbawienia – tłumaczy biblista.
Tamar z rodu Kananejczyków dopuściła się cudzołóstwa ze swoim teściem Judą. Mateusz informuje, że była matką Faresa i Zary.
ALAMY STOCK PHOTO /BEW; MONTAŻ STUDIO GN
***
Tamar
„Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar…” – pisze Mateusz (1,3). Nieco dalej czytamy: „Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut, Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była [dawna] żona Uriasza”. Genealogię zamyka wzmianka o Józefie, mężu „Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem”.
Dzieje każdej z tych kobiet, za wyjątkiem Maryi, są świadectwem dramatów, z jakimi zmagają się ludzie uwikłani w grzech, własny lub cudzy. Mamy tam do czynienia z mentalnością, prawodawstwem i zwyczajami szokująco odmiennymi od naszych. Wyraźnie widać to w historii Tamar, opisanej w 38 rozdziale Księgi Rodzaju.
Juda, syn Jakuba, wybrał tę kobietę na żonę dla Era, pierwszego z trzech swoich synów. Er jednak „był zły w oczach Pana” i szybko zmarł. Według obowiązującego wówczas prawa lewiratu (od łacińskiego levir: brat męża, szwagier) jeśli mężczyzna zmarł bezdzietnie, brat zmarłego miał obowiązek poślubić wdowę, aby mieć z nią dzieci. Zrodzony z tego związku pierworodny otrzymywał imię zmarłego i stawał się jego spadkobiercą. Stąd też po śmierci Era Juda polecił drugiemu synowi, Onanowi, wypełnienie obowiązku szwagra. Ten jednak, świadom, że formalnie dziecko nie będzie jego, „ilekroć zbliżał się do żony swego brata, unikał zapłodnienia, aby nie dać potomstwa swemu bratu”. Egoizm Onana i jego grzech przeciw naturze małżeństwa sprowadził również na niego śmierć. Obowiązek wzbudzenia potomstwa swojemu bratu przypadł więc trzeciemu synowi Judy – Szeli. Ten jednak był jeszcze nieletni, Juda więc odesłał Tamar do domu jej ojca, aby tam czekała na osiągnięcie przez Szelę stosownego wieku. Bał się jednak, że i tego syna straci, i nie miał zamiaru dać mu Tamar za żonę. Może miał też nadzieję, że Tamar zrezygnuje ze swoich uprawnień. W takim wypadku jednak zostałaby z niczym, bo wdowy nie miały prawa do dziedziczenia.
Kobieta jednak nie dała za wygraną. Gdy zmarła żona Judy, jego synowa użyła podstępu: udając prostytutkę, doprowadziła teścia do współżycia ze sobą. Za „usługę” zażądała zastawu na poczet długu – insygniów naczelnika szczepu: pieczęci teścia, jego sznura i laski. „Dał jej więc, aby się zbliżyć do niej; ona zaś stała się przez niego brzemienną” – czytamy. Gdy po trzech miesiącach gruchnęła wieść, że „Tamar stała się nierządnicą i nawet stała się brzemienną z powodu czynów nierządnych”, Juda kazał ją spalić. Wtedy jego synowa pokazała insygnia Judy, dowodząc, że to on jest sprawcą jej brzemienności. „Ona jest sprawiedliwsza ode mnie, bo przecież nie chciałem jej dać Szeli, memu synowi!” – zawołał Juda.
Tamar urodziła bliźniaki – Feresa i Zarę. Tu widać, jak Bóg pisze prosto na krzywych liniach ludzkiego życia: Fares stał się przodkiem Jezusa.
Kananejka Rachab była matką Booza. Udzieliła pomocy izraelskim zwiadowcom w Jerychu.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN
***
Rachab
O ile Tamar udawała nierządnicę, o tyle Rachab rzeczywiście nią była. W dodatku nie należała do narodu wybranego – była Kananejką. Jej „profesję”, podobnie jak dziś, otaczały pogarda i obrzydzenie. Mieszkała w Jerychu akurat w czasie, gdy lud Izraela po 40-letniej wędrówce przez pustynię dotarł do granic Ziemi Obiecanej. Jozue, który przejął przewodzenie narodowi po Mojżeszu, wysłał do Jerycha dwóch zwiadowców. Ci przenocowali w domu Rachab. Gdy wieść o tym dotarła do króla Jerycha, rozkazał kobiecie wydać szpiegów. Ta jednak ukryła zwiadowców. Wyjaśniła im, że cały Kanaan drży na wieść o podbojach dokonywanych przez Izraelitów, i wyznała wiarę w Boga Jedynego, który sprzyja Izraelowi. Za pomoc zażądała ocalenia siebie i swojej rodziny, gdy Jerycho upadnie. Zwiadowcy przysięgli i ustalili, że Rachab z bliskimi ma zamknąć się w domu oznaczonym purpurowym sznurem.
Gdy Izraelici stanęli pod Jerychem, Bóg sprawił, że runęły mury miasta. Zdobywcy wypełnili zobowiązanie i z ogarniętego pożogą Jerycha wyprowadzili bezpiecznie Rachab i jej krewnych. „Zamieszkała ona wśród Izraela aż po dzień dzisiejszy, ponieważ ukryła wywiadowców, których wysłał Jozue, by wybadali Jerycho” – zapisał autor Księgi Jozuego (6,25).
Rachab jest dawana za wzór także w Nowym Testamencie. „Podobnie też nierządnica Rachab, która przyjęła wysłanników i inną drogą odprawiła ich, czy nie dostąpiła usprawiedliwienia za swoje uczynki? – pyta retorycznie św. Jakub (2,25). Chwali ją także autor Listu do Hebrajczyków: „Przez wiarę nierządnica Rachab nie zginęła razem z niewierzącymi, bo przyjęła gościnnie wysłanych na zwiady” (11,31).
Rachab wyszła za Salmona; oboje wraz ze swoim synem Boozem weszli do rodowodu Jezusa.
Moabitka Rut, matka Obeda, po śmierci męża ze swoją teściową Noemi zamieszkała w jej rodzinnym Betlejem.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN
***
Rut
Rachab była babką kolejnej kobiety wymienianej przez Mateusza: Rut. Jej historię opisuje księga Starego Testamentu, biorąca nazwę od jej imienia. Była Moabitką i poganką. Gdy głód zapanował w Betlejem, do Moabu przybyła Noemi wraz z mężem i dwoma synami. Tam mąż Noemi zmarł, a jej synowie ożenili się z miejscowymi dziewczynami: Orpą i Rut. Ale i oni zmarli bezpotomnie. Złamana na duchu Noemi postanowiła wrócić do Betlejem. Z nią poszła Rut. „Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem” – oświadczyła (Rt 1,16).
W Betlejem Rut spotkała Booza, zamożnego krewnego Noemi. Ten okazał Rut życzliwość, pozwalając jej towarzyszyć żniwiarzom i zbierać pozostawione kłosy. Gdy dowiedziała się o tym Noemi, powiedziała: „Człowiek ten jest naszym krewnym, jest jednym z mających względem nas prawo wykupu” (2,20). Mowa o prawie, na mocy którego najbliższy krewny zmarłego miał obowiązek odkupić jego majątek, aby zachować dziedzictwo w rodzie, oraz poślubić wdowę po zmarłym, aby wzbudzić potomstwo dziedzicowi zmarłego męża. Tutaj Booz jako goel (wykupiciel) miał obowiązek wykupu należącego do Noemi pola Elimeleka i poślubienia Rut, aby zapewnić ciągłość rodu i imienia zmarłego męża Rut. Pojawił się wprawdzie inny krewny, mający pierwszeństwo do wykupu, ale zrzekł się tego prawa, co pozwoliło Boozowi na poślubienie Rut i wypełnienie tego obowiązku.
Booz, pozostając pod wrażeniem wierności, jaką Rut okazała teściowej, a także doceniając jej szczerość, poślubił ją. Z tego małżeństwa na świat przyszedł Obed, który stanie się ojcem Jessego i dziadkiem króla Dawida.
Kobiety, błogosławiąc Boga, mówiły o synu Rut, o wnuku Noemi: „Imię jego będzie wspominane w Izraelu. On będzie dla ciebie pociechą, będzie cię utrzymywał w twojej starości. Zrodziła go dla ciebie twoja synowa, która cię kocha, która dla ciebie jest warta więcej niż siedmiu synów” (4,15).
Batszeba, żona wojownika Uriasza, popełniła cudzołóstwo z królem Dawidem. Dziecko, które urodziło się z tego związku, bardzo szybko zmarło.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN
***
Batszeba
Batszeba to postać tragiczna. Pojawia się na kartach Biblii za sprawą króla Dawida, który ujrzał ją z tarasu swojego pałacu, gdy się kąpała. Król, owładnięty pożądaniem, „zaprosił” ją do siebie. Wykorzystując swoją pozycję, uwiódł ją i popełnił z nią cudzołóstwo. Gdy okazało się, że kobieta jest w ciąży, Dawid próbował zamaskować swój czyn, sprowadzając do domu jej męża Uriasza Hetytę z pola walki pod ammonicką twierdzą Rabba. Ten jednak, zachowując prawo nakazujące wstrzemięźliwość od pożycia w czasie wojny, odmówił pójścia do żony. Dawid odesłał go więc z powrotem, nakazując dowódcy skierować Uriasza w miejsce najbardziej zażartej walki, żeby ten zginął.
Król osiągnął cel. Batszeba cierpiała z powodu śmierci męża i zapewne z powodu tego, co stało się między nią a królem. Gdy minął czas żałoby, król uczynił Batszebę jedną ze swoich żon. Wydawało się, że sprawa została załatwiona. Wtedy wkroczył Bóg, przysyłając do Dawida proroka Natana. Ten opowiedział mu historię o bogaczu, który odebrał biedakowi jedyną owieczkę, bo żal mu było zabijać owieczki ze swojej trzody. Król, oburzony, zawołał, że ten, kto to zrobił, winien jest śmierci. Wtedy padło słynne zdanie: „Ty jesteś tym człowiekiem” (2 Sm 12,7). Natan zapowiedział śmierć dziecka, co też, mimo skruchy i gorących błagań Dawida, się stało.
„Dawid okazywał współczucie dla swej żony Batszeby” – czytamy dalej. „Poszedł do niej i spał z nią. Urodził się jej syn, któremu dała imię Salomon” – informuje autor biblijny. I choć Dawid miał wiele żon i jeszcze więcej nałożnic, a także wiele dzieci, to jednak właśnie Salomon, syn Batszeby, został największym królem w historii Izraela, i przedłużył linię rodową, z której wyjdzie druga Ewa – Maryja, a z Niej Jej Syn, Zbawiciel.
Boża dydaktyka
Historie kobiet wymienionych w genealogii Mateusza pokazują, że Bóg pozwala człowiekowi dojrzewać w rozumieniu Jego woli. Ważne, żeby nie oceniać historii przodków według dzisiejszych standardów moralnych. – Nie możemy czytać Pisma Świętego bez uwzględnienia epoki, w której powstawały dane księgi – przestrzega ks. Janusz Wilk. Pan Bóg szanuje rozwój człowieka oraz etapy tego rozwoju i niczego nie przyspiesza. – Dzieje zbawienia można przyrównać do etapów naszej edukacji. Najpierw jest przedszkole. Abraham i jego ziomkowie nie różnili się od innych narodów, wiedzieli tylko, że jest jeden Bóg i że nie wolno im składać dzieci w ofierze. Byli tak samo krwawi i brutalni, też była wśród nich poligamia. Potem jest szkoła podstawowa, w której Bóg daje Izraelowi Dekalog. Potem jest etap szkoły średniej. To już są czasy późnego Starego Testamentu. A Nowy Testament porównałbym do studiów. To już jest szkoła wyższa – snuje analogię duchowny. I zaznacza: – Nie możemy od przedszkolaków wymagać wykształcenia wyższego, czyli wiedzy nowotestamentalnej. Trzeba przejść po kolei przez wszystkie etapy, zgodnie z tym, jak Bóg prowadzi dzieje człowieka.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Katarzyna Aragońska – nieobwołana święta królowa
(Unidentified painter, Public domain, via Wikimedia Commons)
***
Każdy katolik zna Salve Regina – „Witaj, Królowo” – maryjną antyfonę śpiewaną na cześć Najświętszej Maryi Panny, Królowej Niebios, bez wątpienia i bezdyskusyjnie najczęściej opiewanej spośród wszystkich bohaterów Christianitas. Dlatego to w świetle Jej heroizmu powinniśmy spoglądać na inne święte królowe, które są bohaterkami świata chrześcijańskiego. Myślimy o tych świętych królowych, kanonizowane przez Kościół, jak św. Elżbieta Portugalska czy św. Małgorzata Szkocka, ale mało prawdopodobne, przyszły nam na myśl te, których nie kanonizowano, takie jak Katarzyna Aragońska czy Maria, Królowa Szkotów. To ku tej pierwszej z królowych, których nie obwołano świętymi, zwrócimy teraz naszą uwagę.
To naprawdę zadziwiające, jak większość osób niewiele wie o Katarzynie Aragońskiej, oprócz faktu, że była pierwszą żoną Henryka VIII, z którą rozwiódł się w wyniku niefortunnego zauroczenia Anną Boleyn. Jednak podczas gdy Anna była prawdziwą femme fatale, której uwodzicielski czar doprowadzi zarówno króla, jak i jego królestwo do apostazji, Katarzyna była femme formidable, kobietą wiary i hartu ducha, która pozostała wierna swoim ślubom małżeńskim i nienaruszalnej godności małżeństwa.
Jako królowa Anglii była znana ze swojej cnoty. Po zamieszkach w Londynie, znanych jako Evil May Day (dosł: Zły Dzień Majowy lub Tragiczny Dzień Majowy), skutecznie wstawiła się o darowanie życia buntownikom ze względu na ich rodziny. Podziwiano ją za pionierskie działania na rzecz ulżenia doli ubogich i znano ją jako mecenasa renesansowego humanizmu, nawiązującą przyjaźnie z wielkimi uczonymi, takimi jak Erazm z Rotterdamu czy Tomasz Morus. Nim Henryk opuścił ją dla Anny Boleyn, urodziła sześcioro dzieci, z których tylko jedno przeżyło. Wygnano ją z dworu, a do jej dawnych komnat wprowadziła się Anna.
Katarzyna pisała w 1531 roku:
Moje zgryzoty są tak wielkie, moje życie tak zakłócone przez plany codziennie wymyślane, by posuwać do przodu niegodziwe zamiary króla, niespodzianki, które król mi sprawia – wraz z pewnymi osobami z jego rady – są tak śmiertelne, a moje traktowanie jest takie, jakie Bóg wie, że wystarczy, by skrócić dziesięć podobnych istnień, a tym bardziej moje.
Henryk był zdecydowany unieważnić swoje małżeństwo z Katarzyną, pomimo sprzeciwu papieża. Co ciekawe, unieważnienie to potępili również przywódcy protestanccy, Marcin Luter i William Tyndale, a także czołowi katolicy angielscy: Jan Fisher i Tomasz Morus, z których jeden i drugi stali się męczennikami za sprzeciw wobec tyrańskiego kierowania się przez króla swą monomaniakalną wolą.
W następstwie bezprawnego małżeństwa króla z Anną Boleyn, Katarzynę umieszczono w areszcie domowym. Zamykano ją w różnych zamkach i pałacach, a ostatecznie trafiła do zamku Kimbolton w Cambridgeshire. Ograniczyła się do jednej komnaty, wychodząc z niej jedynie na Mszę świętą, i bez przerwy pościła. Zabroniono jej widywania się z córką, Marią, a nawet pisania do niej. Henryk zaproponował tak matce, jak i córce wygodniejsze warunki życia i pozwolenie na widywanie się w zamian za uznanie jego małżeństwa z Anną Boleyn, ale obie odmówiły.
Jeśli chodzi o pobożność i wiarę Katarzyny, należała ona do Trzeciego Zakonu św. Franciszka i nabożnie spełniała swoje religijne obowiązki jako franciszkanka, łącząc swoje obowiązki królowej z osobistą pobożnością. „Wolałabym być żoną ubogiego żebraka i być pewna nieba – oznajmiła po swym wygnaniu – niż królową całego świata i wątpić w nie z powodu mojego własnego przyzwolenia.” Zmarła w styczniu 1536 roku w zamku Kimbolton, niezmiernie ukochana przez lud angielski i podziwiana przez wszystkich, nawet przez swych nieprzyjaciół. „Gdyby nie jej płeć – pisał Tomasz Cromwell, jej przeciwnik – mogłaby rzucić wyzwanie wszystkim bohaterom historii.”
„Dla łagodnej, prostej i dostojnej królowej Katarzyny wszyscy odczuwali współczucie” – pisał Hilaire Belloc. „Znali z portretów i relacji jej szeroki uśmiech, z jakim się prezentowała, jej jasne rysy (…), jej powszechnie uznaną dobroć.” Ponadto – kontynuował Belloc:
jej niedole zjednały ją ludowi angielskiemu. Rodziła kolejne dzieci swojemu mężowi i doznawała rozczarowań, bowiem wszystkie te dzieci, z wyjątkiem jednego, zmarły w niemowlęctwie lub urodziły się martwe i wiedziano o jej poronieniach.
William Cobbett wysławiał ją równie górnolotnie, jak miażdżąco potępiał znieważającego ją męża:
Wygnano ją z dworu. Była świadkiem unieważnienia swego małżeństwa przez Cranmera oraz uznania aktem parlamentu swej córki i jedynego ocalałego dziecka zarazem za nieślubną; zaś mąż, który miał z nią pięcioro dzieci (…) posunął się do barbarzyństwa, jakim było nieustanne oddzielenie jej od jedynego dziecka i niepozwolenie, by kiedykolwiek mogła je zobaczyć ponownie! Zmarła tak, jak żyła – kochana i szanowana przez każdego dobrego mężczyznę i kobietę w królestwie, a pochowano ją wśród szlochów i łez ogromnej rzeszy ludu zgromadzonego w kościele opactwa w Peterborough.
Dziś, prawie pięćset lat od śmierci Katarzyny Aragońskiej, Anglia wciąż zmaga się z katastrofalnymi następstwami zdrady jej męża. Choć święta Matka, jaką jest Kościół, jej nie kanonizowała, pielgrzym mimo to może pomodlić się u grobu angielskiej królowej o złamanym sercu. Czas leczy wszelkie rany, zaś świątynia wieczności zachowuje świętych. Dawno po tym, jak świeckie świątynie współczesnej świeckiej Anglii przeminą – ze swym połyskiem, szkłem, imitacją marmuru i nierdzewną stalą – ktoś pozostanie pod kamieniami katedry w Peterborough – nieobwołana święta, wciąż pozostająca chwalebną i nieskalaną damą.
Joseph Pearce/źródło: theimaginativeconservative.org/tłum. Jan Franczak/Fronda.pl
Dziś narodził się Wam Zbawiciel – Jezus, Mesjasz Pan!
Holyart.pl
***
Trwa oktawa Bożego Narodzenia
W liturgii obchody Bożego Narodzenia trwają osiem dni. Oktawa (łac. octavus – ósmy) jest to czas w liturgii obejmujący ważną uroczystość i siedem dni po niej następujących. Ma ona swoją wielowiekową tradycję.
Najwcześniej w III w. powstała oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, w czasie której odbywały się nabożeństwa i katechezy dla nowo ochrzczonych dorosłych. Po przyjęciu chrztu w Noc Paschalną konieczne było wtajemniczenie (tzw. mistagogia) w pełniejsze rozumienie tajemnicy zbawienia (co działo się w oktawie). W VII wieku ukształtowała się oktawa Bożego Narodzenia, później Bożego Ciała i Najświętszego Serca Pana Jezusa.
W obrządku rzymskim odnowionym na polecenie Soboru Watykańskiego II zachowane zostały tylko dwie formalne oktawy: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia.
Kolejne dni oktawy
Drugi dzień oktawy Bożego Narodzenia, 26 grudnia, poświęcony jest św. Szczepanowi, diakonowi i pierwszemu męczennikowi. Kult liturgiczny św. Szczepana znany jest od IV wieku. W państwie Karolingów, a następnie w innych krajach zachodnich i północnych św. Szczepan stał się patronem koni, dlatego 26 grudnia święcono owies. W niektórych parafiach zwyczaj ten nadal jest pielęgnowany.
Trzeci dzień oktawy, 27 grudnia, poświęcony jest św. Janowi Apostołowi. Jego kult liturgiczny istniał już od IV wieku. W dniu św. Jana święci się wino i podaje się wiernym do picia: Bibe amorem s. Joannis. To bardzo stara tradycja Kościoła, sięgająca czasów średniowiecza. Związana jest z pewną legendą, według której św. Jan miał pobłogosławić kielich zatrutego wina. Wersje tego przekazu są różne. Jedna mówi, że to cesarz Domicjan, który wezwał apostoła do Rzymu, by tam go zgładzić, podał mu kielich zatrutego wina. Św. Jan pobłogosławił go, a kielich się rozpadł.
Dziś ta tradycja ma inną wymowę. Głównym przesłaniem Ewangelii według św. Jana jest miłość. Dlatego, gdy podaje się owo wino, mówi się „pij miłość św. Jana”. Bo wino – sięgając do biblijnych korzeni – oznacza szczęście, radość, ale również cierpienie i miłość. Czerwony, a taki był najczęstszy jego kolor, to barwa miłości.
Czwarty dzień oktawy, 28 grudnia, to święto Młodzianków, wprowadzone do liturgii w V wieku. Młodziankowie to dzieci z Betlejem i okolicy, które niewinnie musiały oddać życie dla Chrystusa. Historia tego wydarzenia stała się treścią obchodu liturgicznego.
Dni następne, to jest 29, 30 i 31 grudnia, zgodnie z prawami oktawy, są dalszym ciągiem obchodów Bożego Narodzenia. W tym czasie przypadają dwa wspomnienia dowolne – św. Tomasza Becketa, biskupa i męczennika (29 grudnia) i św. Sylwestra I, papieża (31 grudnia).
Ostatni dzień oktawy w pierwszy dzień nowego roku
Oktawę Bożego Narodzenia zamyka uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi obchodzona zawsze 1 stycznia, w Nowy Rok.
1 stycznia to także Światowy Dzień Pokoju, z okazji którego Ojciec Święty ogłasza swe orędzie pokojowe, kierowane do wszystkich ludzi dobrej woli.
KAI/Stacja7
fot. unsplash
***
środa 31 grudnia
kościół św. Piotra
Adoracja Najświętszego Sakramentu
od godz. 18.00
Msza św. o godz. 19.00
Wdzięczni Miłosiernemu Bogu za kolejny rok życia prośmy o błogosławieństwo na następny!
“Boże wszelkiej pociechy, dziękujemy Ci przez Jezusa Chrystusa, Twego Jednorodzonego Syna, żeś zechciał darować nam z Twojej ojcowskiej dobroci ten jeszcze jeden rok dla poprawy naszego życia”.
Ta krótka modlitwa sprawdzi się idealnie dla tych, którzy także duchowo chcą przeżyć zakończenie roku i rozpoczęcie nowego. Litania składa się z części dziękczynnej i błagalnej. Warto odmówić ją 31 grudnia w gronie rodzinnym, parafialnym lub indywidualnie.
Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami. Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami. Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami. Łaskawy i miłosierny Boże – zmiłuj się nad nami.
Boże, który stworzyłeś nas z niczego na obraz i podobieństwo swoje – dziękujemy Ci za to. Boże, który dałeś nam duszę nieśmiertelną – Boże, który wybawiłeś nas od wiekuistego potępienia – Boże, który pomimo naszych grzechów zawsze wyświadczasz nam Miłosierdzie – Boże, który dajesz nam deszcze i pogodę słoneczną – Boże, który nas żywisz i utrzymujesz przy życiu – Boże, który zsyłasz nam kapłanów i nauczycieli – Boże, który uwolniłeś nas swoją pomocą od tyłu niebezpieczeństw – Boże, który zechciałeś nas utrzymywać w pokoju i jedności –
My, grzeszni, prosimy Cię – wysłuchaj nas, Panie. Abyś zechciał być naszym dobroczyńcą i w przyszłym roku, prosimy Cię – Abyś zechciał oświecać mądrością i umacniać naszego papieża Leona XIV., prosimy Cię – Abyś zechciał napełnić gorliwością apostolską naszego metropolitę archidiecezji Glasgow Williama, naszego arcybiskupa Stanisława i wszystkich kapłanów, prosimy Cię – Abyś zechciał kierować wszystkie świeckie rządy dla dobra ich poddanych, prosimy Cię – Abyś zechciał być pomocny rodzicom, prosimy Cię – Abyś zechciał użyczyć wszystkim chrześcijanom ducha jedności i braterskiej miłości, prosimy Cię – Abyś zechciał zawrócić błądzących na drogę prawdy i dobra, prosimy Cię, Abyś zechciał być Ojcem biednych, opuszczonych, wdów i sierot, prosimy Cię, Abyś zechciał pocieszyć zasmuconych i przybyć na pomoc uciśnionym, prosimy Cię, Abyś zechciał pokrzepić chorych, a umierających doprowadzić do życia wiecznego, prosimy Cię, Abyś zechciał odpłacić łaskami niebieskimi naszym dobroczyńcom ich dary, prosimy Cię, Abyś zechciał zachować nas od powietrza, głodu, ognia, wojny i wszelkich chorób, prosimy Cię, Abyś zechciał odwrócić wszelkie nieszczęścia od naszych mieszkań, prosimy Cię, Abyś zechciał wprowadzić nas po skończonym życiu do szczęśliwej wieczności, prosimy Cię,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
Módlmy się: Ojcze miłosierdzia i Boże wszelkiej pociechy, dziękujemy Ci przez Jezusa Chrystusa, Twego Jednorodzonego Syna, żeś zechciał darować nam z Twojej ojcowskiej dobroci ten jeszcze jeden rok dla poprawy naszego życia. Mocno i szczerze postanawiamy, jeśli nas jeszcze przy życiu zechcesz zostawić, służyć Ci w następnym roku z większą wiernością. Racz nam, o Boże, udzielić Twojej łaski dla wykonania tego postanowienia. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.
stacja7.pl/adonai.pl
***
Papież Leon XIV zachęca do refleksji i dziękczynienia na koniec roku
Papież Leon XIV podczas ostatniej w tym roku audiencji generalnej na placu św. Piotra wezwał wiernych do refleksji nad minionym rokiem, powierzenia się Bożej Opatrzności i dziękczynienia za otrzymane łaski. W przemówieniu, wygłoszonym w kontekście kończącego się Jubileuszu i okresu Bożego Narodzenia, Ojciec Święty, przywołując słowa swego poprzednika, podkreślił znaczenie postaw uwielbienia, zadziwienia i wdzięczności.
Vatican Media
***
Podsumowanie roku w świetle wiary
Papież rozpoczął od lektury fragmentu Listu św. Pawła do Efezjan (Ef 3,20-21), chwalącego Boga za Jego nieskończoną moc. Leon XIV podsumował 2025 r. jako czas naznaczony radością z pielgrzymek w Roku Świętym, ale też bólem po śmierci papieża Franciszka i trwających konfliktach zbrojnych. Zachęcał do przedstawienia wszystkiego Bogu i proszenia o odnowę łaski.
Wdzięczność, która „oddycha inną atmosferą”
Przypomniał słowa swego poprzednika, Franciszka, o tym, że katolicka wdzięczność i nadzieja „oddychają zupełnie inną atmosferą: uwielbienia, zadziwienia, wdzięczności”, przeciwstawiając ją często powierzchownej i skoncentrowanej na sobie nadziei świata.
„Jesteśmy dziś wezwani do rozważania tego, co Pan uczynił dla nas w minionym roku, a także do szczerego rachunku sumienia, do oceny naszej odpowiedzi na Jego dary” – mówił Leon XIV. Zachęcił do proszenia o przebaczenie za chwile, w których nie potrafiliśmy docenić Bożych natchnień i najlepiej wykorzystać powierzonych talentów.
Znaki Jubileuszu: wędrówka i próg
Nawiązując do przeżywanego Roku Jubileuszowego, Papież wskazał na kluczowe znaki, które towarzyszyły wiernym w minionych miesiącach. Pierwszym jest znak wędrówki i celu, symbolizowany przez pielgrzymów przybywających do grobu św. Piotra. Przypomniał, że całe życie jest pielgrzymowaniem ku pełnemu spotkaniu z Bogiem.
Kolejnym znakiem jest przejście przez Drzwi Święte. Dokonane przez miliony wiernych, wyrażało – jak podkreślił Papież – ich „tak” dla Boga, który przebaczeniem zaprasza do przekroczenia progu nowego życia. Życia „ożywionego łaską, wzorowanego na Ewangelii, rozpalonego miłością do bliźniego”, także tego „irytującego i nieprzyjaznego, ale obdarzonego niezrównaną godnością brata”.
Refleksja w blasku Narodzenia
Refleksję o tych znakach Leon XIV osadził w blasku świąt Bożego Narodzenia. Przywołał słowa św. Leona Wielkiego, że Narodzenie Jezusa to radość dla świętego, grzesznego i poganina. „Jego zaproszenie jest skierowane dzisiaj do nas wszystkich” – mówił Papież. Wyjaśniał, że Bóg jest towarzyszem w drodze ku życiu, daje łaskę powstania z grzechu, a w swoim Wcieleniu odkupił i ukazał piękno ludzkiej słabości.
Przesłanie na nowy rok: Bóg jest Miłością
Na zakończenie swego rozważania Papież zacytował Pawła VI, który przesłanie Jubileuszu streścił w jednym słowie: „miłość”. „Bóg jest Miłością! Bóg mnie miłuje! Bóg czekał na mnie, a ja Go nowo odnalazłem! Bóg jest miłosierdziem! Bóg jest przebaczeniem! Bóg jest zbawieniem! Bóg, tak, Bóg jest życiem!” – przypomniał słowa swego poprzednika z 1975 roku Papież Leon.
Błogosławieństwo na przyszłość
„Niech te myśli towarzyszą nam w przejściu między starym a nowym rokiem, a następnie zawsze w naszym życiu” – zakończył swoją ostatnią audiencję generalną w 2025 roku Papież Leon XIV.
Vatican News
***
Nowy Rok Pański MMXXVI
Uroczystość
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Msza święta w kościele św. Piotra
o godz. 14.00
W Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami modląc się słowami hymnu do Ducha Świętego:
O Stworzycielu, Duchu, przyjdź, Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg. Niebieską łaskę zesłać racz Sercom, co dziełem są Twych rąk.
Pocieszycielem jesteś zwan I najwyższego Boga dar. Tyś namaszczeniem naszych dusz, Zdrój żywy, miłość, ognia żar.
Ty darzysz łaską siedemkroć, Bo moc z prawicy Ojca masz, Przez Boga obiecany nam, Mową wzbogacasz język nasz.
Światłem rozjaśnij naszą myśl, W serca nam miłość świętą wlej I wątłą słabość naszych ciał Pokrzep stałością mocy Twej.
Nieprzyjaciela odpędź w dal I Twym pokojem obdarz wraz. Niech w drodze za przewodem Twym Miniemy zło, co kusi nas.
Daj nam przez Ciebie Ojca znać, Daj, by i Syn poznany był. I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch, Niech wyznajemy z wszystkich sił.
Niech Bogu Ojcu chwała brzmi, Synowi, który zmartwychwstał, I Temu, co pociesza nas, Niech hołd wieczystych płynie chwał. Amen.
***
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Święto dwóch tajemnic
Public Domain
***
Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.
Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.
Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.
A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.
Obrzezanie Pańskie
Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.
„Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.
Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.
W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.
Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o Wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.
Święto dwóch tajemnic
Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.
Święta Rodzina pracuje w stolarskiej izbie w Nazarecie. Dwie osoby pomagają św. Józefowi przy pracy drewnianych drzwi. Jedna z nich – to św. Anna, matka Maryi. Mały Jezus wystraszony z powodu skaleczenia swojej lewej ręki pokazuje ranę Matce Bożej, która czule całuje go w policzek, Także św. Józef z troską ogląda dłoń Jezusa, do którego z prawej strony zbliża się św. Jan Chrzciciel przynosząc miską czystej wody, aby obmyć ranę.
Warsztat Józefa wygląda ubogo. Widać proste narzędzia i deski, Na podłodze są wióra. Przez otwarte drzwi do warsztatu Józefa zaglądają owce. W przedstawieniu nawet bardzo drobnych szczegółów artysta posłużył się autentyczną pracownią biednego cieśli na Oxford Street w Londynie. Obraz po raz pierwszy został pokazany w Royal Academy w 1850 roku.
Obraz Millais’go zawiera w sobie bardzo bogatą religijną symbolikę. Jest węgielnica zawieszona nad głową Jezusa, która oznacza Trójcę Świętą. Jest Gołębica symbolizująca Ducha Świętego. Jest drabina oparta o ścianę nawiązując do Drabiny Jakuba. Również krwawiąca rana na ręce i krople krwi na stopie Jezusa zapowiadają Ukrzyżowanie. A naczynie z wodą niesione przez Jana symbolizuje Chrzest Chrystusa. Zaś stado owiec z lewej strony obrazu zapowiada wspólnotę wiernych czyli Kościół.
***
“Świętość to jest coś normalnego i codziennego”
ks. Wojciech Węgrzyniak, rekolekcjonista i teolog, wykładowca Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie.
***
Normalność polega na tym, bym nie myślał kategoriami „ja nie będę święty, bo nie jestem nadzwyczajny”. Przyjechałem do was, do świętych, w parafii Świętej Rodziny – jesteście święci. Świętość to imię chrześcijan! – mówił ks. Wojciech Węgrzyniak podczas Mszy św. odpustowych w parafii św. Rodziny w Łodzi-Retkini.
Rekolekcjonista w swojej homilii pokazał Świętą Rodzinę w jej codzienności i wymienił pięć cech tej rodziny. – Boże, Ty w Świętej Rodzinie dałeś nam wzór życia – śpiewaliśmy w pieśni na wejście. Chcemy patrzeć na ten wzór, który został nam tu dany czy coś trzeba przyfastrygować w naszym życiu czy doszyć. Normalność. My świętość pomyliliśmy z nadzwyczajnością, tak jak można by zdrowie pomylić z mistrzostwami świata. Aby być mistrzem świata, musisz być zdrowym, ale nie musisz być mistrzem świata, by być zdrowym. Świętość to jest coś normalnego, codziennego. Normalność polega na tym, bym nie myślał kategoriami „ja nie będę święty, bo nie jestem nadzwyczajny”. Przyjechałem do was, do świętych, w parafii Świętej Rodziny – jesteście święci. Świętość to imię chrześcijan! Najważniejsze jest zdrowie nie tylko ciała ale o duszy. Drugie to niepowtarzalność. Święta Rodzina to nie jest wzór o wychodzeniu za mąż, posiadaniu dziecka itp. Każdy święty jest niepowtarzalny. On tylko pokazuje, że można zostać świętym też nadzwyczajnie i że każdy z nas jest oryginałem. Każdy z nas ma swoją cechę świętości, zastanówmy się jaka jest moja cecha charakteru. Niepowtarzalność Świętej Rodziny jest piękna – przekonywał ks. Wojciech Węgrzyniak.
W dalszej części homilii rekolekcjonista wskazał na kolejne trzy cechy Świętej Rodziny. – Krzyż osobisty rodziny. Nie było porodu w domu, mieszkali w trudnych warunkach, Jezus umiera, Maryja ogląda śmierć swojego syna… To nie jest tak, że jak będziesz święty, to nie będziesz cierpiał. Świętość nie eliminuje krzyża, pozwala nam się wspiąć do chwały zmartwychwstania (…) Czwartą cechą jest krzyż rodzinny. To nie generuje, że masz być grzeszny albo to, że jesteś gorszy. Każdy jest odpowiedzialny za swoje grzechy. To nie była kwestia rodowodu Jezusa, ale i naszego życia. Wiara to jest tajemnica wolności. (…) Ostatnią cechą jest posłuszeństwu Panu Bogu. W Świętej Rodzinie każdy jest absolutnie posłuszny Panu Bogu. „Bądź wola Twoja” czy „Ojcze, w Twoje ręce oddaje ducha mego”. Na to, co zdarza się nam jako chrześcijanom, mówimy „bądź wola moja”. Jak nie dasz mi tego czy tamtego, to się obrażam na Pana Boga. Jak nas nie posłuchasz to…. Życie chrześcijan zaczyna się, gdy mówimy: „bądź wola Twoja!”. Chcę słuchać pragnienia Pana Boga. Bądźmy w sobie cierpliwi, bo do niektórych rzeczy trzeba dochodzić całe życie. Zachęcam, byśmy nie tylko świętowali pięknie, ale i spróbowali popatrzeć na ten wzór i zobaczyć, czy czegoś tam nie ma jeszcze dla nas. Chcemy w tym wzorze zobaczyć swoją rodzinę – mówił ks. Węgrzyniak…
Piotr Drzewiecki/Tygodnik Niedziela
***
13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA
14.00 – MSZA ŚW.
REPRODUKCJA HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ
*** Ucieczka Świętej Rodziny do Egiptu miała miejsce około 2 lat po narodzinach Jezusa. Maryja i Józef wrócili na teren Palestyny po śmierci Heroda, który czyhał na życie Dzieciątka.
Franciszek Kucharczak: Gdy Maryja z Józefem przybyli do Betlejem, „nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Ale właściwie dlaczego? Jak można rodzącą kobietę posłać do chlewa?
ks.Dawid Ledwoń: Grubo. (śmiech)
Ale jak – gospodarze obawiali się rytualnej nieczystości związanej z porodem?
Zasadniczo, ale nie tylko. Dla wielu z nas, wyrosłych w tzw. kulturze zachodniej, dom, mieszkanie mają określony standard, różny od pomieszczeń gospodarczych czy hodowlanych, jak stajnia, chlew czy kurnik. Te rzeczywistości mogą się stykać i do dziś w bardzo starych domostwach stykają się ze sobą choćby przez ścianę, ale się nie przenikają. Tymczasem na starożytnym Bliskim Wschodzie, oprócz domów w szeregowej małomiasteczkowej czy wielkomiejskiej zabudowie, biedniejsi ludzie mieszkali też w zaadaptowanych na mieszkania naturalnych grotach. Głębsze, niższe części groty stanowiły pomieszczenia magazynowe, tam mieściły się cysterny na wodę i schronienie znajdowały również zwierzęta, o czym świadczą zachowane do dziś kamienne żłoby. Po prostu życie, o którym my, przyzwyczajeni do wypachnionych wnętrz, szpitali położniczych czy porodówek, nie mamy bladego pojęcia. Nieco innym wątkiem jest brak miejsca w Betlejem, do którego zawitał Józef z brzemienną Maryją.
No właśnie – w czym był problem?
W polskich przekładach czytamy, że tego miejsca dla nich nie było w gospodzie (Łk 2,7). Użyty przez Łukasza grecki rzeczownik katalyma oznacza „salę” lub „pokój” gościnny (zob. 1 Mch 3,45). Ponieważ wszystkie takie miejsca były zajęte i nie zapewniały należytej intymności, trzeba było wybrać inne rozwiązanie. Była nim zaciszna grota, która wcale nie musiała być chlewem ani zagrodą, ale mogła być opuszczonym domostwem. W misternie ułożonej przez Łukasza narracji każdy szczegół jest ważny, zwłaszcza ten dotyczący wspomnianego terminu katalyma. Drugi raz użyje go ewangelista w pytaniu Jezusa: „Gdzie jest izba (katalyma), w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami?” (Łk 22,11). W ten sposób Łukasz obejmuje swoją opowieść literacką i teologiczną klamrą. Chce nam powiedzieć, że choć przed laty w Domu Chleba – jak tradycyjnie rozumie się nazwę Betlejem (od hebr. Bet Lechem, a pierwotnie, prawdopodobnie: Bet el-Lahami – „dom/świątynia [boga] Laham”) nie było miejsca dla Jezusa, to On sam przygotowuje dla nas miejsce przy stole eucharystycznym, ofiarując samego siebie za życie świata.
Święta Rodzina nie mieszkała cały czas w Grocie Narodzenia. Potem już chyba było lokum o wyższym standardzie?
Rzeczywiście, w Ewangelii Mateusza czytamy, że trzej mędrcy nie przybyli do groty, lecz do domu (gr. oîkos; Mt 2,11). Na tym miejscu zgodnie z tradycją stoi do dziś sanktuarium Domu św. Józefa, wspominanego przez pielgrzymów w XIV w. Kościół ten znajduje się 450 m od Groty Mlecznej, gdzie według legendy z VI wieku Maryja schroniła się z Jezusem podczas rzezi niewiniątek, dokonanej na rozkaz Heroda Wielkiego, tuż przed ucieczką do Egiptu.
W potocznym wyobrażeniu między narodzeniem Jezusa a ucieczką do Egiptu minęło niewiele czasu. Tak chyba nie było?
To wyobrażenie nie jest takie bezpodstawne. Ono wynika z tego, że ewangeliści syntetycznie ujęli to, co wymagało czasu chociażby z obowiązku zachowania przepisów Prawa. W Kpł 12,1-4 czytamy przecież, że po urodzeniu chłopca kobieta pozostawała nieczysta, a po obrzezaniu chłopca ósmego dnia od jego narodzin, powinna pozostać w domu jeszcze przez trzydzieści trzy dni. W przypadku urodzenia dziewczynki ten czas był dwa razy dłuższy!
Zatem jaka mogła być chronologia? W jakim odstępie czasowym od narodzenia mógł nastąpić pokłon Trzech Króli?
W odstępie dwóch lat. Już wyjaśniam. Chronologie wydarzeń przedstawione u Matusza i Łukasza różnią się, bo różne są ich tradycje i założenia teologiczne, ale się uzupełniają. Relacja Mateusza sugeruje, że po oczyszczeniu w świątyni Święta Rodzina pozostała w Betlejem. Łukaszowi taki porządek zdarzeń jest nieznany. Nie wie nic o Mędrcach. Nie odnotował ucieczki do Egiptu. Chcąc jednak uzgodnić dwie wersje relacji ewangelistów, musielibyśmy przyjąć taką kolejność wydarzeń: narodziny (około 7 r. przed Chr.), pokłon pasterzy jeszcze w betlejemskiej grocie, obrzezanie Jezusa po ośmiu dniach od Jego narodzin i ofiarowanie w świątyni trzydzieści trzy dni później, wreszcie pokłon Mędrców ze Wschodu po około dwóch latach. Przyjmuje się bowiem powszechnie, że owa rzeź niewinnych dzieci miała miejsce około dwa lata od narodzin Jezusa. Jest to zgodne z informacją, jaką mamy w Ewangelii: „Herod, widząc, że go mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał [oprawców] do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od mędrców” (Mt 2,16). Następna w porządku chronologicznym byłaby ucieczka do Egiptu i po śmierci Heroda w 4 r. przed Chr. powrót na teren Palestyny. Ponieważ Matusz odnotował, że umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia, można przyjąć, że Józef dowiedział się też o wczesnej śmierci trzech synów Heroda, których ojciec kazał zamordować. Poza tym Józef z Maryją obawiali się też Archelaosa. Zarządzał on Jerozolimą i całą Judeą oraz Samarią i Idumeą, dlatego udali się wraz z Jezusem do Nazaretu w Galilei, który był pod rządami Heroda Antypasa.
Z czego Józef utrzymywał rodzinę w Betlejem? Cieśla to chyba nie był najgorszy zawód?
Nie najgorszy, ale też nie najlepiej wynagradzany. Święta Rodzina od samego początku wiodła skromne życie. Świadczy o tym chociażby ofiara, jaką według relacji Łukasza Maryja i Józef mieli złożyć w świątyni (Łk 2,24). Były to według Prawa przewidziane dla ubogich dwa młode gołębie albo para synogarlic (Kpł 5,7;12,8). Trzeba też pamiętać, że użyty przez Mateusza i Marka grecki termin tektōn, oddany w polskich przekładach jako „cieśla”, jest niejednoznaczny, podobnie jak łacińskie słowo faber. Ten termin nie oznacza jedynie człowieka pracującego w drewnie, ale rzemieślnika w ogóle, zwłaszcza pracującego na budowie. Jednak mając na uwadze realia palestyńskie, trzeba przyznać, że Józef musiał mieć w swojej pracy więcej do czynienia z kamieniem niż z drewnem. Fakt, że współcześni Jezusa identyfikowali Go jako syna cieśli (Mt 13,55; Mk 6,3), może świadczyć o tym, że tego zawodu, jak było to w zwyczaju, nauczył się On od swojego opiekuna.
Niektórzy sądzą, że na wyprawę do Egiptu posłużyło złoto ofiarowane przez Mędrców. To możliwe?
Mateusz nie rozwija wątku związanego z kosztownościami, choć z racji fachu ma upodobanie w pisaniu o dużych sumach pieniędzy. W swojej wersji Ewangelii o ucieczce do Egiptu informuje zdawkowo, operuje dużą ilością czasowników, ale w tej relacji, mimo pośpiechu, nie ma chaosu. Józef postępuje zdecydowanie, konkretnie. Z Betlejem zabiera największe skarby swojego życia – Dziecię i Jego Matkę. Dla tego ubogiego cieśli z Betlejem liczą się tylko oni, nie żadne złoto ani przywożone z dalekiej Arabii Południowej i Somalii kosztowne kadzidło, które w czasach Jezusa w przeliczeniu na wagę było cenniejsze niż wspomniany kruszec! Jakie to różne od myślenia wielu współczesnych ludzi, którzy swojego szczęścia upatrują nie w rodzinie, ale w majątku czy w karierze.
Opis okoliczności narodzenia Jezusa w Ewangelii według św. Łukasza jest najbogatszy. Czy Łukasz znał to z opowiadań Maryi?
Łukasz i Mateusz komponując swoje narracje o narodzinach Jezusa, nie tylko sięgali do odległych i niezależnych od siebie tradycji, ale też redakcja tekstów dokonywała się w odmiennych środowiskach. Inne też były duchowe potrzeby wspólnot – pierwszych adresatów każdej z kanonicznych postaci Ewangelii. Na pewno Mateusz napisał swoje opowiadanie o dzieciństwie Jezusa z perspektywy św. Józefa, natomiast Łukasz – z perspektywy Maryi. Ponieważ uczniowie Jezusa poznali Go w wieku dorosłym, to szczegóły dotyczące Jego dzieciństwa ewangeliści mogli poznać jedynie z bliskiego otoczenia, jakim musieli być krewni Chrystusa. W przypadku Łukasza źródłem wiedzy mogła być Maryja, skoro sam ewangelista podkreśla, że „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”. Musimy jednak pamiętać, że Ewangelie to nie kroniki historyczne w dzisiejszym tego słowa rozumieniu, ale historia zbawienia. Ewangeliści sięgają do historii, ale łączą ją z teologią i to właśnie ona – jeśli można tak powiedzieć – w przekazie gra zwykle pierwsze skrzypce.
Gość Niedzielny
***
Papieskie orędzie Urbi et Orbi:
Narodziny Pana to narodziny pokoju
Jezus jest Zbawicielem. Dzięki Jego łasce każdy z nas może i musi zrobić wszystko, co w jego mocy, aby oddalić nienawiść, przemoc i antagonizmy, a praktykować dialog, pokój i pojednanie – podkreślił Papież Leon XIV w orędziu Urbi et Orbi. Prawdziwy pokój wymaga odpowiedzialności i otwarcia serca na cierpiących, a jego źródłem jest przyjęcie Dzieciątka z Betlejem, które przynosi nadzieję całemu światu – relacjonuje Vatican News.
Vatican News
***
„Dzisiaj narodził się nam Zbawiciel” – rozpoczął Leon XIV swoje pierwsze orędzie Urbi et Orbi na Boże Narodzenie. Podkreślił, że Jezus Chrystus jest naszym pokojem, który zwycięża nienawiść i wrogość miłosierną miłością Boga. Dlatego „Narodziny Pana to narodziny pokoju”.
Pokój zaczyna się w sercu człowieka
Ojciec Święty wyjaśnił, że „Jezus Chrystus jest naszym pokojem przede wszystkim dlatego, że uwalnia nas od grzechu, a następnie, ponieważ wskazuje nam drogę, którą należy podążać, aby przezwyciężyć konflikty, wszystkie konflikty, od międzyludzkich po międzynarodowe”. Pokój zaczyna się w sercu człowieka, który przyjmuje Boże przebaczenie i wchodzi w dialog oraz solidarność z cierpiącymi.
Odpowiedzialność i miłość – warunek pokoju
Zaznaczył, że w Narodzeniu widzimy wybór Chrystusa: „On sam go poniósł za nas, wziął go na siebie. Tylko On mógł to uczynić. Ale jednocześnie pokazał nam to, co tylko my możemy zrobić, a mianowicie, aby każdy wziął na siebie własną część odpowiedzialności”.
Leon XIV przypomniał, że pokój wymaga miłości i osobistego zaangażowania: „Kto nie kocha, nie zbawia się, jest zgubiony”. Wezwał „wszystkich do odnowienia z przekonaniem naszego wspólnego zaangażowania w pomoc tym, którzy cierpią”.
Bliski Wschód i świat – wołanie o pokój
Papież przywołał sytuacje konfliktów i cierpienia na świecie, modląc się o sprawiedliwość, bezpieczeństwo i pokój dla Libanu, Palestyny, Izraela, Syrii oraz Ukrainy, wzywając do odważnego, pełnego szacunku dialogu i zakończenia przemocy.
Leon XIV powierzył Księciu Pokoju „cały kontynent europejski, prosząc, aby nadal inspirował go duchem wspólnoty i współpracy, wiernym jego chrześcijańskim korzeniom i historii, solidarnym i otwartym na tych, którzy są w potrzebie”.
Orędzie obejmuje także cierpiących w Sudanie, Sudanie Południowym, Mali, Burkina Faso, Demokratycznej Republice Konga, Haiti, Mjanmie, Tajlandii, Kambodży, Jemenie, w Azji Południowej i Oceanii, a także uchodźców i migrantów szukających bezpieczeństwa oraz godnego życia.
Nadzieja, która pozostaje
Ojciec Święty podkreślił, że Rok Jubileuszowy dobiega końca, ale Chrystus pozostaje z nami na zawsze: „On jest Bramą zawsze otwartą, która wprowadza nas do Bożego życia”. „Dziecię, które się narodziło, jest Bogiem, który stał się człowiekiem; nie przychodzi On, aby potępiać, ale aby zbawiać” – zaznacza Papież. W Nim każda rana zostaje uleczona i każde serce znajduje ukojenie i pokój.
Vatican News
***
Ojciec św.Leon XIV podczas Pasterki:
Boże Narodzenie to historia miłości, która nas angażuje
“Podziwiajmy mądrość Bożego Narodzenia. Nie jakąś ideę rozwiązującą wszystkie problemy, ale historię miłości, która nas angażuje” – powiedział Leon XIV podczas Pasterki sprawowanej w bazylice watykańskiej.
FOT. VATICAN MEDIA
***
Papież Leon XIV podkreślił, że rodząc się jako człowiek Jezus rozjaśnia zbawieniem naszą noc. Nie istnieje ciemność, której by ta gwiazda nie rozjaśniała, ponieważ w jej świetle cała ludzkość widzi jutrzenkę nowego i wiecznego życia – wskazał Ojciec Święty. Dodał, iż Boskie światło, które promieniuje z tego Dzieciątka, pomaga nam dostrzec człowieka w każdym rodzącym się życiu.
Leon XIV podczas Pasterki: „Tam, gdzie jest miejsce dla człowieka, jest miejsce dla Boga”
Papież zwrócił uwagę, że objawiając się człowiekowi jako człowiek Pan Jezus ukazał mu jego prawdziwy obraz, a jak długo noc błędu zaciemnia tę opatrznościową prawdę, dopóty „nie ma miejsca dla innych, dla dzieci, dla ubogich, dla obcokrajowców…. Na ziemi nie ma miejsca dla Boga, jeśli nie ma miejsca dla człowieka: nieprzyjmowanie jednego oznacza nieprzyjmowanie tego drugiego. Natomiast tam, gdzie jest miejsce dla człowieka, jest miejsce dla Boga: wówczas stajnia może stać się bardziej święta niż świątynia, a łono Dziewicy Maryi jest arką Nowego Przymierza” – powiedział Leon XIV.
„Bóg w obliczu oczekiwań narodów, posyła niemowlę”
Ojciec Święty podkreślił mądrość Bożego Narodzenia, bowiem Bóg w obliczu oczekiwań narodów „posyła niemowlę, aby było słowem nadziei; wobec cierpienia ubogich posyła On bezbronnego, aby był siłą do podniesienia się; w obliczu przemocy i ucisku zapala On łagodne światło, które oświeca zbawieniem wszystkie dzieci tego świata”.
Przeciwstawił urzeczowienie człowieka proponowane przez wypaczoną ekonomię – godności osoby objawionej przez Boga. Zaznaczył, iż podczas gdy człowiek chce stać się Bogiem, aby panować nad bliźnim, Bóg chce stać się człowiekiem, aby uwolnić nas od wszelkiej niewoli”.
„Boże Narodzenie jest dla nas czasem wdzięczności i misji”
Nawiązując do uwielbienia aniołów, wyśpiewujących chwałę Bogu papież zaznaczył, iż jej przejawem jest pokój na ziemi. Przypomniał wypowiedziane przed rokiem słowa papieża Franciszka, że Narodzenie Jezusa ożywia w nas „dar i zobowiązanie do zaniesienia nadziei tam, gdzie została utracona” – rozpoczynające Rok Święty.
Teraz, gdy Jubileusz przybliża się do swego zakończenia, Boże Narodzenie jest dla nas czasem wdzięczności i misji. Wdzięczności za otrzymany dar, a misji, aby dać o nim świadectwo światu – wskazał Leon XIV.
„Głośmy zatem radość Bożego Narodzenia, które jest świętem wiary, miłości i nadziei. Jest to święto wiary, ponieważ Bóg staje się człowiekiem, rodząc się z Dziewicy. Jest to święto miłości, ponieważ dar Syna Odkupiciela urzeczywistnia się w braterskim oddaniu. Jest to święto nadziei, ponieważ Dzieciątko Jezus rozpala ją w nas, czyniąc nas zwiastunami pokoju. Z tymi cnotami w sercu, nie bojąc się nocy, możemy wyjść na spotkanie jutrzenki nowego dnia” – powiedział Ojciec Święty na zakończenie homilii.
vatican.va, KAI, zś/Stacja7
***
papież Leon XIV:
„Chrześcijanin nie ma wrogów,
ma braci i siostry”
“Chrześcijanin nie ma wrogów, ma braci i siostry, którzy pozostają nimi nawet wtedy, gdy się nie rozumieją” – mówił papież Leon XIV w rozważaniu poprzedzającym dzisiejszą modlitwę „Anioł Pański” i apostolskie błogosławieństwo.
FOT. VATICAN MEDIA
Papież zaznaczył, iż obchodzone bezpośrednio po Bożym Narodzeniu święto pierwszego męczennika, św. Szczepana podkreśla jego narodziny dla nieba. Zwrócił uwagę, iż wszystko co Szczepan czyni i mówi odzwierciedla boską miłość objawioną w Jezusie. Dlatego też narodziny Syna Bożego między nami wzywają nas do życia dzieci Bożych. Podkreślił, że pomimo sytuacji odrzucenia, żadna siła nie jest w stanie pokonać dzieła Boga.
Wszędzie na świecie są ci, którzy wybierają sprawiedliwość, nawet jeśli to kosztuje, którzy przedkładają pokój nad własne lęki, którzy służą ubogim zamiast sobie samym. Wtedy kiełkuje nadzieja i mimo wszystko świętowanie ma sens – stwierdził Leon XIV.
Leon XIV: „Chrześcijanin nie ma wrogów”
Ojciec Święty przyznał, że osoby wierzące w pokój i obierające bezbronną drogę Jezusa i męczenników są często wyśmiewane, wykluczane z publicznej debaty i nierzadko oskarżane o sprzyjanie przeciwnikom i wrogom. Chrześcijanin nie ma jednak wrogów, ma braci i siostry, którzy pozostają nimi nawet wtedy, gdy się nie rozumieją – wskazał papież. Przypomniał, iż „Szczepan umarł przebaczając, tak jak Jezus: dzięki sile prawdziwszej niż siła broni”.
Niech Maryja wprowadzi nas do swojej radości – radości, która rozprasza wszelki strach i wszelkie zagrożenia, tak jak w słońcu topnieje śnieg – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy „Anioł pański” i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.
KAI, vatican news, pa/Stacja7
***
środa 24 grudnia
pixabay/Aleteia.pl
***
Modlitwa przed Wieczerzą Wigilijną
Boże Narodzenie jest przede wszystkim świętem religijnym. Dlatego w ten szczególny wieczór bardzo ważna jest wspólna modlitwa i serce otwarte do każdego.
Stół nakryty jest białym obrusem a na środku krzyż, świeca, Pismo Święte i opłatki. Z nastaniem zmroku i pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdy rodzina gromadzi się do wspólnej modlitwy, którą prowadzi ojciec rodziny lub inna osoba wedle starszeństwa.
„Jest taki zwyczaj w mym kraju rodzinnym,
Gdy pierwsza gwiazda błyśnie na wieczornym niebie,
Ludzie wspólnego gniazda łamią chleb biblijny,
Najtkliwsze uczucie, przekazują w tym chlebie”
Cyprian Kamil Norwid
***
fot. Canva Pro
***
Prowadzący modlitwę zapala świecę i oznajmia:
Oto światłość, która w noc dzisiejszą przyszła na ziemię, by rozproszyć ciemności grzechu.
Rodzina odpowiada:
Bogu niech będą dzięki.
Prowadzący modlitwę:
W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
Wszyscy:
Amen.
Z Księgi proroka Izajasza:
Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy jak w dniu porażki Madianitów. Bo każdy but pieszego żołnierza, każdy płaszcz zbroczony krwią, pójdą na spalenie, na pastwę ognia. Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju. Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic na tronie Dawida i nad Jego królestwem, które On utwierdzi i umocni prawem i sprawiedliwością, odtąd i na wieki.
Ewangelia o Narodzeniu Jezusa Chrystusa według św. Łukasza:
W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz.
Wybierali się więc wszyscy, żeby się zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, dlatego że miejsca dla nich nie było w gospodzie. Otóż w tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swą trzodą. Naraz stanął przy nich Anioł Pański i jasność Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz Anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam wielką radość, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, czyli Mesjasz Pan.
A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”. I nagle przyłączyło się do Anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania”.
Śpiewamy kolędę „Wśród nocnej ciszy” lub „Bóg się rodzi”. Do przygotowanej Bożonarodzeniowej Szopki najmłodsze z dzieci umieszcza w niej figurkę Dzieciątka Jezus. Następnie modlimy się słowami:
Boże, nasz Ojcze, w tę Świętą Noc, podczas której wspominamy Narodzenie Twojego Syna Jezusa Chrystusa, błagamy Cię, abyś błogosławił naszą doczesność, a naszym zmarłym dał udział w swojej Światłości.
Udziel naszej rodzinie daru miłości, zgody i pokoju. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
Przyjmij do swojego Królestwa naszych zmarłych (wymienić imiona). Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
Obdarz także naszych sąsiadów, przyjaciół i znajomych pokojem tej nocy. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
W serca tych, którzy nie uznają Twego Syna za swojego Pana, wlej łaskę wiary i nawrócenia. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
Wszystkich samotnych, opuszczonych, biednych i chorych obdarz pocieszeniem. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
Wspólnie modlimy się „Ojcze nasz”
Najświętsza Maryjo Panno, Matko Boga, prosimy Cię: wstawiaj się za tymi, którzy przez wiarę w Twojego Syna, a naszego Pana, Jezusa Chrystusa, są prześladowani i nie mogą w pokoju świętować Jego Wcielenia.
Następuje modlitwa przed łamaniem się opłatkiem.
Panie Jezu Chryste, dzięki swemu Narodzeniu sprawiłeś, że krocząca w ciemnościach ludzkość ujrzała Twoje zbawienie. Spraw, abyśmy i my jaśnieli chwalebnym blaskiem Twojego światła i byli Twoimi uczniami. Amen.
Łamiąc się opłatkiem składamy życzenia i po zakończeniu modlimy się przed posiłkiem:
Pobłogosław Panie Boże nas, pobłogosław ten posiłek, tych, którzy go przygotowali i naucz nas dzielić się chlebem i radością z wszystkimi. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Kończymy Wieczerzę Wigilijną również modlitwą:
Dziękujemy Ci, Boże, za te dary, któreśmy z dobroci Twojej spożywali. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
***
kościół św. Piotra
46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
Pasterka o godz.21.30
Msza święta w Dzień Bożego Narodzenia
o godz. 14.00
Również w Drugi Dzień Świąt Msza święta o godz. 14.00
Życzenia na Boże Narodzenie
i na Nowy Rok 2025
Św. Franciszek z Asyżu po powrocie z Ziemi Świętej był tak urzeczony i wzruszony, że zainscenizował betlejemski żłóbek w grocie znajdującej się w Greccio. Pragnął jak najbardziej uroczyście przeżyć narodziny Dzieciątka Jezus, aby pobudzić wszystkich do wielkiej wdzięczności i miłości, bo jak zwykł mówić: ” Miłość nie jest kochana! Jakże ludzie mogą kochać się nawzajem, jeżeli nie kochają Miłości?”
Klasztorne Kroniki opisują, że “kazał przygotować żłób, przynieść siano i przyprowadzić na to miejsce woła i osła. Zwołują się bracia, schodzą ludzie, las rozbrzmiewa różnymi głosami, a owa błogosławiona noc rozjaśnia się licznymi i jasnymi światłami, napełnia pochwalnymi i harmonijnymi śpiewami stając się wspaniałą i odświętną. Mąż Boży stał przed żłobem przepełniony pobożnością, zalany łzami i radością. Przy żłobie odprawiana jest uroczysta Msza św., a Franciszek, diakon Chrystusowy, śpiewa świętą Ewangelię. Następnie wygłasza do stojących tam ludzi kazanie o narodzeniu się ubogiego Króla, którego, gdy chciał nazwać po imieniu, z nadmiaru czułej miłości, nazywał Dzieciątkiem z Betlejem”…
Biedaczyna z Asyżu pragnąc jak najbardziej upodobnić się do Jezusa, któremu Ojciec niebieski wybrał drogę przyjścia na ten świat jako słabe, bezradne Niemowlę skrajnie ubogie, pozostawił nam wspaniały, cudowny dar żłóbka betlejemskiego. Sam przeżywał rozmaite trudności, które pochodziły nawet od najbliższych. Jednak nie załamał się, bo patrzył na Maleńkiego w żłobie złożonego. Ta Boża Tajemnica dała mu ogromną pociechę. Boży Syn wybrał dla siebie ubóstwo i maleńkość, słabość i bezradność. W taki właśnie sposób przyszła na ten świat Boża moc – przez ogołocenie się z wszelkiej ludzkiej potęgi, znaczenia i mocy.
Klika wieków później Franciszek Karpiński ujął najtrafniej jak to jest możliwe ludzkimi słowami cały ten paradoks Tajemnicy Wcielenia wyśpiewując w kolędzie:
“Bóg się rodzi, moc truchleje.
Pan niebiosów obnażony.
Ogień krzepnie, blask ciemnieje,
Ma granice Nieskończony.
Wzgardzony, okryty chwałą,
Śmiertelny Król nad wiekami.
A Słowo ciałem się stało
I zamieszkało między nami”.
Św. Franciszku jesteśmy wdzięczni za dar odkrycia Bożego żłóbka, dlatego prosimy, abyś nam wyprosił w to Boże Narodzenie Roku Pańskiego 2025 u Bożej Dzieciny moc wiary, niezachwianą nadzieję i żar miłości, bo żyjemy w czasie ogromnego zaczadzenia ludzkich serc diabelskim zbałamuceniem.
Jesteśmy także wdzięczni św. Janowi Pawłowi II, który wprowadził ten cudowny zwyczaj stawiania każdego roku szopki z Betlejemu na placu św. Piotra wraz z ogromną choinką przypominającą, że to na drzewie rajskim diabeł zwiódł ludzki ród w osobie Adama i Ewy i to również na drzewie krzyża dokonało się zbawienie.
W styczniu 1983 roku w Sali Klementyńskiej tak tłumaczył polskiej młodzieży znaczenie choinki:
“Co znaczy to drzewko? (…). Ja osobiście myślę, że to drzewko jest symbolem drzewa życia, tego, o którym mowa jest w Księdze Rodzaju, i tego, które z Chrystusem razem zostało na nowo zasadzone w glebie ludzkości. Niegdyś człowiek został od tego drzewa życia odcięty przez grzech. Z chwilą kiedy Chrystus przyszedł na świat, to drzewo życia w Nim, przez Niego zostaje zasadzone na nowo w glebie życia ludzkości i rośnie razem z Nim, i dojrzewa do krzyża. Istnieje związek między drzewkiem wigilijnym Bożego Narodzenia a drzewem krzyża Wielkiego Piątku. Tajemnica paschalna… Piękna to tradycja i wymowna, tym bardziej że te drzewka świecą. Symbolizują życie i światło. Chrystus jest życiem i światłem.
Muszę Wam powiedzieć, że ja osobiście, chociaż mam już wiele lat, nigdy nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie Boże Narodzenie i kiedy mi to drzewko postawią w mieszkaniu. Jest w tym wszystkim głęboka wymowa, która jednoczy nas bez względu na wiek: zarówno starsi, jak i małe dzieci reagują podobnie, chociaż na innym poziomie świadomości”.
fot. Antoine Mekary/Aleteia
****
To dzięki naszemu papieżowi co roku na placu św. Piotra choinka rozbłyskuje światełkami. Św. Jan Paweł II świętował Boże Narodzenie według naszego prastarego zwyczaju.Tęsknił za swoją Ojczyzną. Widział jak wciąż istnieje zagrożenie nie tylko zewnętrznych wrogów, ale również jak sami Rodacy czynią wielką krzywdę Ojczystej Ziemi. Choć jesteśmy porozrzucani po różnych miejscach świata, nie jest nam obojętne co dzieje się w naszym rodzinnym Kraju. Dlatego prosimy Ciebie, Ojcze Święty o wstawiennictwo u Tej, która dała największy dar – Boga dla ludzkości – Chrystusa – prawdziwe “drzewo życia”.
Zielona jodła zawsze jest zielona, w zimowej aurze również – dlatego jest znakiem życia, które nie umiera. Wpatrując się na ten wymowny symbol przyjmijmy bożonarodzeniowe życzenia, nie tyle poprzez prezenty, co poprzez dawanie coraz bardziej siebie samych. Pozwólmy więc,aby BOŻA MOC mogła leczyć nasze bardzo poranione serca.
ks. Marian
***
„Gość Niedzielny” z wizytą w Greccio. To tu św. Franciszek zbudował pierwszą stajenkę
„Noc stała się widna jak dzień, rozkoszna dla ludzi i zwierząt” – notował Tomasz z Celano. Ruszyliśmy do Greccio po śladach Biedaczyny, by zobaczyć to u źródła i przeczytać „Ewangelię bez komentarza”.
Poza sezonem to zmoknięte jak kura miasteczko śpi. Jedynie bar kusi obłędnym zapachem kawy. Un bicchiere di vino e il classico panino – sączy się z głośników piosenka, którą śpiewa Jovanotti. Wino pozostawiam na wieczór. Teraz zamawiam un caffè. 1,10 euro. Polacy mieszkający w Italii zapewniają, że to jedyny tańszy produkt niż w Polsce.
Stajenka kojarzy się ze śniegiem. A tu, w Greccio, leje jak z cebra. Przeżyłem już klimaty Bożego Narodzenia w 30-stopniowym meksykańskim upale, teraz adoruję Nowonarodzonego w strugach deszczu.
Sam na sam
Gdy przestaje padać, zielone góry Lacjum parują w słońcu, a sanktuarium otulają chmury. Ten kontrast przypomina mi dewizę Biedaczyny: „Wszystkie ciemności świata nie zgaszą światła jednej świecy”.
To pierwszy kościół poświęcony Franciszkowi.
*** 705 m n.p.m. Niecałe 1500 mieszkańców, którzy pochowali się przed deszczem w domach. Sporo z nich z tabliczką: Vendesi – na sprzedaż. By dotknąć misterium, musicie zastosować magiczne zaklęcie: „Poza sezonem”. Najlepiej od listopada do kwietnia, gdy Italia nie jest rozdeptywana przez 65 milionów turystów (to dane z ubiegłego roku). Jasne, możecie zmoknąć, będziecie zwiedzać „ogród Europy” opatuleni, bo wiatr wdziera się we wszelkie szczeliny, ale dzięki temu będziecie w tych miejscach sami. I być może choć w jednej setnej doświadczycie tego, co czuł mieszkający w wilgotnej grocie Franciszek. Z tą różnicą, że wieczorem wrócicie do ciepłego hotelu i nie będziecie spali z kamieniem podłożonym pod głowę, pilnując, czy nie zakrada się pod niego skorpion. Nasz przewodnik, o. Grzegorz Gwidon Hensel (na co dzień penitencjarz na Lateranie), opowiada, że gdy mieszkając w Umbrii, miał odprawić Mszę św., zauważył tego pajęczaka przyczepionego do ornatu.
Boże Narodzenie w strugach deszczu? Witajcie w Lacjum!
*** Jak to dobrze, że przyjechaliśmy właśnie teraz! Możemy poczuć się, jak Franciszek, który tu, w Greccio, przebywał o tej samej porze roku. Pamiętam, jak kiedyś zacząłem przeglądać w księgarni: „Pod słońcem Toskanii”, „Winnica w Toskanii”, „Mądrość Toskanii” „Toskania dzień po dniu”, „Wzgórza Toskanii”, „Lato w Toskanii”, „1000 dni w Toskanii”, „Za dużo słońca w Toskanii”, „Miłość w Toskanii”… Na szczęście Lacjum pozostaje wciąż dziewicze i niezadeptane. Spotykamy więcej kotów niż ludzi. Choć listopad ustępuje miejsca grudniowi, szaroburość nie kłuje w oczy jak nad Wisłą. Drzewa pozostały zielone.
Jestem tu osiem wieków po pierwszym przedstawieniu przez Biedaczynę Bożego Narodzenia, gdy – jak notował Tomasz z Celano – „Greccio stało się jakby nowym Betlejem”. Za chwilę ruszamy do Fonte Colombo, gdzie powstawała reguła. A wszystko w 800. rocznicę zatwierdzenia jej przez Honoriusza III bullą Solet annuere. Jak tu nie czuć wzruszenia?
Dlaczego wybrał Greccio? „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” – doskonale wiedział, co miał na myśli jego Mistrz. Przemierzał setki kilometrów, zdeptał Umbrię i Lacjum wzdłuż i wszerz. „Miłość Jezusa przynagla nas” – wołał za Pawłem. Przyszedł tu w 1223 roku prosto z Rzymu, gdzie w Santa Maria Maggiore adorował relikwie Żłóbka. Musiało być to dla niego ważne doświadczenie, skoro postanowił przenieść Boże Narodzenie do oddalonego o 100 kilometrów miasta.
Od kołyski
To również nasza marszruta. Przyjechaliśmy z Wiecznego Miasta, wprost od niezwykłej kołyski… Żłóbek, w którym swe pierwsze chwile na ziemi miał spędzać sam Mesjasz, wykonano z drewna klonu palestyńskiego. Pierwsze informacje na jego temat pochodzą z 248 roku. Jak zwykle, jeśli chodzi o bezcenne znaleziska Ziemi Świętej, w grę wchodzi jedno imię: Helena. To cesarzowa miała odnaleźć kołyskę przechowywaną pieczołowicie przez mieszkańców Betlejem i nakazać wybudowanie bazyliki Narodzenia Pańskiego, w której ją umieszczono. Gdy Palestyną zaczęli rządzić muzułmanie, patriarcha Miasta Pokoju św. Sofroniusz wysłał relikwie Cunabulum Domini (Kołyski Pana) do Rzymu. Ostatecznie spoczęły w kryształowej urnie w krypcie pod ołtarzem głównym bazyliki Matki Bożej Większej na Eskwilinie (tej samej, o której wybudowanie miała prosić papieża Liberiusza sama Maryja, potwierdzając to pragnienie cudem: śniegiem, który pokrył Rzym 4 sierpnia, wyznaczając przy tym kontury przyszłej świątyni). Do naszych czasów przetrwało pięć deseczek, które pozostały z najsłynniejszego żłóbka świata (cztery o długości 70 cm i jedna dłuższa o 10 centymetrów). Wedle badań mają rzeczywiście dwa tysiące lat. Co ciekawe, z inicjatywy papieża Franciszka część żłóbka Jezusa wróciła cztery lata temu do Betlejem.
W tej grocie „Greccio stało się jakby nowym Betlejem”.
*** Kard. Grzegorz Ryś opisuje Greccio czterema słowami: liturgia, dziecięctwo, pokora i ubóstwo. – To właśnie ze względu na ubóstwo Franciszek najbardziej ukochał Boże Narodzenie – wyjaśnia. – Chciał, by żłób stał się ołtarzem Eucharystii, bo szopka stwarza scenerię, ale faktem Boże narodzenie staje się podczas Mszy! To istota tej inscenizacji. Franciszek zwrócił uwagę na to, że liturgia to nie jest teatr. Nie odgrywamy tego, że Pan Jezus się narodził. A za czasów Franciszka była ogromna pokusa, by z liturgii zrobić przedstawienie. Liturgia nie jest teatrem. My jesteśmy w Betlejem. Franciszek tym różni się od reszty świata, że bierze Ewangelię dosłownie. Na pierwszym roku seminarium przyszedł do nas kard. Macharski i powiedział: „Weźcie sobie na całe życie wzór z Franciszka. On napisał piątą Ewangelię – cztery Ewangelie bez komentarza”.
Tomasz z Celano pisze, że w Greccio Franciszek sam stał się „dzieckiem z Dziecięciem”. Bezbronność spotkała bezbronność, Ostatni – ostatniego, obnażony Pan niebiosów – tego, który nazywał siebie simplex et idiota.
Beeeeetlejem!
Biograf Franciszka notował: „Przyprowadzono wołu i osła. Uczczono prostotę, wysławiono ubóstwo, podkreślono pokorę. Był na owym terenie mąż imieniem Jan, dobrej sławy, a jeszcze lepszego życia, którego błogosławiony Franciszek kochał szczególną miłością, ponieważ mimo że w swojej ziemi był on szlachcicem i człowiekiem bardzo poważanym, jednak gardził szlachectwem cielesnym, natomiast szedł za szlachectwem ducha. Jego to właśnie, prawie na piętnaście dni przed Narodzeniem Pańskim, Franciszek poprosił do siebie i rzekł doń: »Przygotuj wszystko, co ci powiem. Chcę bowiem dokonać pamiątki Dziecięcia«”. I tak się zaczęło!
Poza sezonem miasteczko smacznie śpi.
***
O osła nie musiał się starać, bo przeciągłe ryki tych sympatycznych uparciuchów słychać na zielonych wzgórzach. „Nastał dzień radości, nadszedł czas wesela. Z wielu miejscowości zwołano braci” – pisał Tomasz z Celano. „Mężczyźni i kobiety, pełni rozradowania, według swej możności przygotowali świece i pochodnie dla oświetlenia nocy, co promienistą gwiazdą oświeciła niegdyś wszystkie dnie i lata. Głosy rozchodziły się po lesie, a skały odpowiadały echem na radosne okrzyki”. Biograf Franciszka wspomina, że wymawiał on słowo „Betlejem” jak… becząca owca: Beeeeetlejem!
Noc jak dzień
Nie lubię słowa „szopka”. Kojarzy się z czymś banalnym. Wyrażenie „niezła szopka” oznacza żenujące wydarzenie, a do krwiobiegu popkultury przeniknęły słowa „poziom jak na jasełkach”. Nie! To, co zainicjował Franciszek, nie miało nic wspólnego z banałem! – Centrum tego, co tu się wydarzyło, nie było przedstawienie szopki Bożego narodzenia, raczej przeżywanie Eucharystii w takich warunkach, w jakich narodził się sam Jezus – wyjaśnia o. Gwidon. – Wszystko było skoncentrowane na żywej obecności Pana Jezusa. Zachowały się opowieści, że ludzie widzieli, jak figurka ożywa w rękach Franciszka, który podczas tej Mszy Świętej czytał Ewangelię i głosił słowo Boże. Był diakonem i nigdy nie odważył się przyjąć święceń kapłańskich.
W Greccio oglądamy szopki z całego świata. Jesteśmy sami. Nie słychać głosów, które nagrałem, gdy montowano potężną stajenkę w gigantycznej franciszkańskiej bazylice w katowickich Panewnikach: „Barany przodem!”, „Uwaga! Wół zahaczył o okno, dajcie tego pierona na lewo!”, „Kaj niesiesz tego osła?”, „Dawać anioła!”, a bracia w brązowych habitach zamyślali się: „Najtrudniej jest rozciągnąć niebo”. Nic z tych rzeczy. Słychać krople deszczu. Bardzo sprzyja to kontemplowaniu tego, co wydarzyło się tu przed ośmiu wiekami.
Franciszek przyszedł do Greccio z Rzymu, gdzie w Santa Maria Maggiore adorował relikwie Żłóbka.
***
By liturgia mogła odbyć się na zewnątrz (po raz pierwszy!), potrzebna była zgoda papieża. To pokazuje, jakim zaufaniem następca Piotra obdarzył „ojca serafickiego”. To właśnie w Greccio papież Franciszek podpisał list Admirabile signum (dosł. „Godny podziwu”). „Święty Franciszek, z prostotą tego znaku, dokonał wielkiego dzieła ewangelizacji” − pisał, dodając, że szopka wywołuje wzruszenie, gdyż „ukazuje czułość Boga”. Gdy odwiedził grób świętego imiennika jako następca Piotra, był pierwszym, który wszedł do Sali Obnażenia, czyli miejsca, w którym młodziutki Bernardone zrzucił szlacheckie jedwabie i zrezygnował z zaszczytów. „Wszyscy mamy się obnażyć ze światowości” – powiedział wówczas.
Kamień na kamieniu
Ojciec Hensel pokazuje nam ambonę św. Bernardyna ze Sieny – wielkiego reformatora franciszkanów, oskarżanego o nadużywanie imienia Jezus. Obok la cantina – piwniczka, w której bracia podawali wino. Wspinamy się na piętro. – Jesteśmy w czasach Bonawentury, gdy klasztor rozrósł się (ma już drewniane przepierzenia). Modliło się tu więcej braci… Pewnego razu na Wielkanoc Franciszek przebrał się za żebraka. Bracia nie rozpoznali go, ale przyjęli, wyciągając w refektarzu drogą zastawę. A on usiadł na podłodze w popiele i powiedział: „Teraz czuję się jak prawdziwy brat mniejszy” – mówi o. Gwidon. Przypomina mi się stół, który widziałem na Kalatówkach, w pustelni Brata Alberta, który powtarzał: „Nisko siadać, mało jadać, dużo robić, mało gadać”. Stół miał wysokość… 12 centymetrów. Bracia, jedząc posiłki, siedzieli na podłodze.
XIII-wieczna stajenka z rzymskiej bazyliki w Santa Maria Maggiore.
***
– To pierwszy kościół poświęcony Franciszkowi. Pomimo wielu remontów i przebudów nie zmieniono jego pierwotnej formy. Ponieważ stawiali go miejscowi, ma bardzo prostą konstrukcję – opowiada o. Gwidon, wskazując na beczkowe sklepienie. – A tu, na fresku, zapłakany Biedaczyna. Bracia często widzieli, jak płakał nad swymi grzechami, ale może to być związane z tym, że Franciszek chorował na oczy, które bracia leczyli, stosując drastyczne metody – na przykład przykładając mu do skroni rozpalone żelazo. Zniósł próbę „brata ognia” niezwykle mężnie.
Jak we Włoszech obchodzi się Boże Narodzenie? – pytamy, zjeżdżając w dolinę. – Nie jest tu popularna nasza tradycyjna wigilia – opowiada franciszkanin. – Szopki ukończone są już 8 grudnia (wówczas otwiera się ogromną wystawę w Asyżu), a wszystko to znika w Trzech Króli. Nie ma zwyczaju trzymania choinki czy szopki do Matki Boskiej Gromnicznej. W czasie świąt (sporo zależy od regionu) Włosi jedzą zupę z soczewicy, dania rybne (zwłaszcza w Neapolu) i koniecznie wszechobecne w sklepach spożywczych panettone, czyli słynne drożdżowe babki.
Przed chwilą w Greccio widziałem kolejny kamień, który służył Franciszkowi za poduszkę. – Spał na gołej skale, podkładając sobie pod głowę kamień – opowiada o. Hensel. – Bardzo symboliczne! On kochał takie rozpadliny, pęknięcia, wyłomy skalne. Bo dla niego skałą był Chrystus, a wejście w taką szczelinę było wejściem w Jego serce. Franciszek wchodził w ruinę, pęknięcie, by spotkać tam Pana. A o samym Greccio mawiał, że jest „bogate ubóstwem”.
Franciszek kochał takie rozpadliny, pęknięcia, wyłomy skalne – opowiada o. Hensel.
Gość Niedzielny
***
Bożonarodzeniowa kartka od Leona XIV
***
Ich adresatami są głównie pracownicy i emeryci watykańscy. Udekorowane są reprodukcjami dzieł sakralnych, głównie obrazów przechowywanych w Watykanie, których tematyka jest związana z danym świętem.
Tradycję tę podtrzymuje również Leon XIV, który zlecił przygotowanie kartki na Boże Narodzenie. Mamy na niej – z jednej strony – reprodukcję mozaiki włoskiego artysty Alberto Salietti z 1955 r. przedstawiającą Pokłon Trzech Króli. Z drugiej strony umieszczono papieski herb, a pod nim odręcznie napisany tekst. Życzeniami Papieża są słowa jego poprzednika: Narodziny Pana są narodzinami pokoju (Św. Leon Wielki, Mowa 26). Pod nimi podpis Leon XIV i data: Boże Narodzenie 2025, Rok Jubileuszowy.
Włodzimierz Rędzioch/Watykan
***
Boże Narodzenie w Watykanie.
Tak będą wyglądać święta Leona XIV
FOT. VATICAN MEDIA
***
Wraz z papieską audiencją bożonarodzeniową dla Kurii Rzymskiej, w poniedziałek rano rozpoczęła się seria uroczystości i innych tradycyjnych spotkań w Watykanie, trwająca ponad dwa tygodnie. To pierwsze Boże Narodzenie Leona XIV jako papieża.
W Wigilię zamknięcie pierwszych Drzwi Świętych
W Wigilię Bożego Narodzenia o godzinie 22:00 w Bazylice św. Piotra zostanie odprawiona Pasterka. Papież Franciszek zazwyczaj odprawiał ją wczesnym wieczorem, ale teraz ponownie odbędzie się przed północą. Leon XIV przywrócił Mszę św. w Boże Narodzenie, 25 grudnia o godz. 10 w Bazylice św. Piotra, która będzie transmitowana na żywo.
W południe z centralnej loggii Bazyliki św. Piotra odbędzie się kolejne wydarzenie transmitowane na cały świat: papieskie błogosławieństwo „Urbi et Orbi” (Miastu i Światu). Nie wiadomo jeszcze, czy Leon XIV będzie kontynuował tradycję swoich poprzedników, polegającą na składaniu życzeń bożonarodzeniowych w kilku językach.
Po południu 25 grudnia, o godzinie 17:00, zostaną zamknięte pierwsze z czterech Drzwi Świętych w Rzymie. Jako pierwsza będzie Bazylika Santa Maria Maggiore. Ceremonii przewodniczyć będzie jednak nie papież, lecz archiprezbiter, kardynał Rolandas Makrickas.
W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia papież poprowadzi tradycyjną modlitwę południową Anioł Pański z pielgrzymami zgromadzonymi na Placu św. Piotra. Następnego dnia, o godzinie 11:00, planowane jest zamknięcie Drzwi Świętych w katedrze papieskiej, św. Jana na Lateranie. Nabożeństwu przewodniczyć będzie wikariusz generalny papieża dla diecezji rzymskiej, kardynał Baldassare Reina.
Następnie, w niedzielę 28 grudnia, kardynał James Harvey, jako archiprezbiter zamknie Drzwi Święte w Bazylice św. Pawła za Murami podczas uroczystego nabożeństwa.
Papież Leon XIV zakończy rok kalendarzowy 2025 „Te Deum” podczas Nieszporów w Bazylice św. Piotra; to dziękczynienie za miniony rok rozpocznie się 31 grudnia o godzinie 17:00.
Uroczystości w styczniu. Jak będą wyglądać?
W Nowy Rok papież odprawi Mszę św. w Bazylice św. Piotra o godzinie 10:00. Ojciec Święty opublikował już swoje orędzie na 59. Światowy Dzień Pokoju, który Kościół katolicki obchodzi tego dnia. W orędziu ostro krytykuje obecne globalne zbrojenia i rosnącą militaryzację myślenia
Kolejnym punktem papieskiego programu będzie zamknięcie Drzwi Świętych w Bazylice św. Piotra podczas Mszy św. we wtorek, 6 stycznia, o godzinie 9:30. Ten symboliczny akt zakończy, po 54. tygodniach, Rok Święty, który papież Franciszek zainaugurował w Boże Narodzenie 2024 roku.
Po serii bożonarodzeniowych uroczystości, 7 stycznia w Watykanie rozpocznie się długo oczekiwane dwudniowe zgromadzenie wszystkich kardynałów Kościoła z całego świata. Na pierwszym „nadzwyczajnym konsystorzu” swojego pontyfikatu papież Leon XIV zamierza omówić z nimi ważne kwestie dotyczące przyszłości Kościoła katolickiego.
Vatican media – KAI – Stacja7
***
Radość Świąt kontra obchód męczeństwa. Dlaczego czcimy św. Szczepana w oktawie Narodzenia Pańskiego?
Liturgiczny obchód męczeństwa św. Szczepana pozornie zdaje się stać w sprzeczności z radością Bożego Narodzenia. Przecież do Świąt przygotowywaliśmy się przez cały Adwent, poprzedziliśmy je dniem Wigilii, a wreszcie przyszliśmy nawet na Mszę św. w środku nocy – wszystko po to, by radować się z narodzin Boga-Człowieka. Jednak już następnego dnia Kościół zdaje się odwracać uwagę od żłóbka, by rozważać ukamienowanie św. Szczepana. Czy obchód ku czci Pierwszego Męczennika znalazł się w tym dniu przypadkiem, czy raczej ma on głębsze znaczenie?
Święty Szczepan był pierwszym męczennikiem, który oddał życie za wiarę w Chrystusa. W tym czasie Kościół był „nowonarodzony”, bo założony przez Chrystusa niewiele wcześniej. Umieszczenie obchodu ku czci świętego diakona jeszcze w oktawie Bożego Narodzenia symbolicznie łączy Narodziny Chrystusa z narodzinami Kościoła. Jak podkreślił ks. Aaron B. Huberfeld ICRSS, wspomnienia konkretnych świętych w oktawie Bożego Narodzenia mają starożytną tradycję:
Pierwsze trzy święta oktawy Bożego Narodzenia są obchodzone od starożytności. Zawsze pobożnie nazywano je Trzema Towarzyszami. Zaczynamy od św. Szczepana, zamordowanego z polecenia Szawła z Tarsu, którego nawrócenie będziemy świętować miesiąc później. Szczepan był męczennikiem loquendo et moriendo – przez swoje słowa i przez swoją śmierć. Następnego dnia wracamy do białych szat liturgicznych, ponieważ św. Jan jest jedynym Apostołem, którego nie wspomina się w czerwieni. Był on jedynym Apostołem, który nie opuścił swego Zbawiciela na Kalwarii, i dlatego Bóg postanowił, że będzie on męczennikiem loquendo sed non moriendo – przez swoje słowa, lecz nie przez śmierć: został bowiem cudownie zachowany od egzekucji i zakończył swoje życie w pokoju na wyspie Patmos. Następnie, 28 grudnia, obchodzimy święto Świętych Młodzianków Męczenników – tych maleńkich dzieci z Betlejem, które, jak modlimy się w kolekcie ich Mszy, dały świadectwo Chrystusowi non loquendo, sed moriendo – nie przez słowa, lecz przez swoją śmierć, gdyż zostały zabite przez rozszalałego Heroda na wypadek, gdyby jedno z nich było nowo narodzonym Królem[1]– napisał ks. Huberfeld na łamach portalu New Liturgical Movement.
Umieszczenie św. Szczepana w kalendarzu liturgicznym zaraz po Bożym Narodzeniu ma jeszcze głębszy powód, który można zobaczyć analizując mowę Pierwszego Męczennika wygłoszoną przed Sanhedrynem. Szczepan przedstawił w niej prawie całą historię zbawienia, począwszy od starotestamentalnych patriarchów: Abrahama, Izaaka, Jakuba i Mojżesza. To właśnie w dziejach tych postaci widzimy zapowiedzi obiecanego Mesjasza, który miał wybawić swój lud.
Abraham nie wahał się poświęcić swojego Syna, aby wypełnić Boską prośbę. Podobieństwo jego historii do Boga Ojca ofiarującego swojego Syna za nasze grzechy nasuwa się samo. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne – czytamy w Ewangelii św. Jana (J 3,16). To jeszcze nie koniec symboli mesjańskich. Izaak mający umrzeć na górze wchodził na nią niosąc drewno; podobnie kilka tysięcy lat później Chrystus niósł drzewo krzyża na Górę Kalwarię, by na jej szczycie oddać zostać zabitym dla odkupienia ludzkości. Obydwu nim śmierć nie wyrządziła szkody; Izaak został od niej uratowany, a Chrystus, choć śmierć poniósł, to jednak wyszedł z niej zwycięsko.
Kolejnym archetypem Mesjasza był Józef, sprzedany Egipcjanom przez swoich braci. Z tego złego czynu Bóg wyprowadził jednak dobro, ponieważ wiele lat później ten sam Józef – już jako wysoki urzędnik faraona – uratował swoich braci od śmierci z głodu. Historia ta powtórzyła się w osobie Chrystusa, który został wydany przez swój lud, a nawet sprzedany przez Judasza za trzydzieści srebrników. Śmierć Chrystusa była jednak elementem Bożego planu i właśnie przez nią ludzkość została wyzwolona z niewoli grzechu.
Najwięcej mesjańskich zapowiedzi znajdujemy jednak w dziejach Mojżesza. Pierwszym z nich było cudowne przejście przez Morze Czerwone, w czym Kościół widzi zwiastun paschalnego przejścia Chrystusa ze śmierci do życia – stąd opis tego wydarzenia czytany jest w czasie Wigilii Paschalnej. Mojżesz był również tym, który przekazał Prawo Narodowi Wybranemu. Podobnie Chrystus dał prawo Nowego Testamentu odkupionej ludzkości, z taką jedynie różnicą, że jako Bóg sam był autorem tego prawa. Symboli jest nawet więcej. W czasie podróży przez pustynię pod wodzą Mojżesza Bóg karmił swój lud manną, tak jak później będzie ich karmił Ciałem i Krwią swojego Syna, a miedziany wąż wywyższony na pustyni i wybawiający od śmierci jest archetypem Chrystusa wywyższonego na krzyżu, przynoszącemu wierzącym wybawienie od śmierci wiecznej. Wreszcie sam Mojżesz zapowiedział mającego nadejść Mesjasza w słowach: Proroka jak ja wzbudzi wam Bóg spośród braci waszych (Pwt 18,15).
Starotestamentalni posłannicy Boga byli niestety niejednokrotnie odrzucani. Tak stało się m.in. z Józefem sprzedanym do Egiptu czy Mojżeszem, którego faraon nie tylko nie posłuchał, ale nawet ścigał ze swoim wojskiem. Co więcej, Mojżesza odrzucił również jego własny lud, przeprowadzony niegdyś cudownie przez Morze Czerwone. Ci sami Izraelici, którzy widzieli plagi i cuda z jego ręki, a więc sami doświadczyli tego, że Bóg działał przez niego, zwątpili i zaczęli tęsknić za Egiptem. A przecież to właśnie w Egipcie cierpieli ogromny ucisk! Zamiast oddawać cześć Bogu, który ich wybawił, uczynili złotego cielca i oddawali mu cześć.
W podobny sposób Chrystus został odrzucony i zabity przez własny lud. Żydzi wydali Go na śmierć pomimo cudów, a nawet wskrzeszeń, które uczynił. I właśnie to Szczepan wypomniał Sanhedrynowi: że skazali niewinnego człowieka na śmierć. Porównał ich zachowanie do postawy braci Józefa czy Izraelitów na pustyni. Któregoż z proroków nie prześladowali wasi ojcowie? Pozabijali nawet tych, którzy przepowiadali przyjście Sprawiedliwego. A wyście zdradzili Go teraz i zamordowali. Wy, którzy otrzymaliście Prawo za pośrednictwem aniołów, lecz nie przestrzegaliście go – mówił Szczepan (Dz 7,52-53). Te słowa wywołały gniew u żydów, którzy rzucili się na świętego diakona z kamieniami. Powodem śmierci Szczepana była więc jego wiara w Chrystusa będącego wypełnieniem figur Starego Testamentu.
Mowa Szczepana miała miejsce niedługo po zakończeniu ziemskiego żywota Zbawiciela, czyli po Jego Wniebowstąpieniu. I właśnie w tej mowie Pierwszy Męczennik pokazał, że Jezus Chrystus był wypełnieniem starotestamentalnych figur i Mesjaszem oczekiwanym od dawna. Kościół, umieszczając obchód św. Szczepana jeszcze w oktawie Bożego Narodzenia, chce podkreślić – tak jak Szczepan w swojej mowie – że w tym narodzonym w Betlejem Dzieciątku wypełniły się biblijne zapowiedzi Mesjasza.
Pojawiające się 26 grudnia w kościele czerwony kolor liturgiczny i opis ukamienowania Pierwszego Męczennika pozornie stanowią pewną sprzeczność z radosnym czasem Bożego Narodzenia. W rzeczywistości jednak święto to pozwala nam lepiej zastanowić się nad tajemnicą Wcielenia, ponieważ Szczepan jako pierwszy oddał swoje życie za wiarę w Bóstwo Dzieciątka z Betlejem. Jak opisuje św. Łukasz, nawet gdy żydzi zapłonęli gniewem przeciwko Szczepanowi, on odważnie wyznawał wiarę w Bóstwo Syna Człowieczego: Gdy to usłyszeli, zawrzały gniewem ich serca i zgrzytali zębami na niego A on, pełen Ducha Świętego, patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy Boga. I rzekł: „Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga” (Dz 7,54-56).
Wśród licznych świąt kościelnych można wyróżnić święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.
Święta nakazane w 2025 roku:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak polscy biskupi zachęcają do udziału w liturgii również w te dni.
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
5 marca (środa) – Środa Popielcowa
17-19 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 30 listopada.
***
Czwarta Niedziela Adwentu
21 grudnia
***
13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA
14.00 – MSZA ŚW.
PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W poniedziałek 22 grudnia i w środę 24 grudnia – ostatnie Msze święte Roratnie w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godz. 7.00
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW, G3 7SD
fot. Daiga Ellaby/ Unsplash
***
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
środa 17 grudnia
Ojciec święty Leon XIV:
Prawdziwy skarb znajdujemy w sercu otwartym na Boga
(PCh24TV)
***
– Prawdziwą przystanią dla serca nie jest posiadanie dóbr tego świata, lecz osiągnięcie tego, co może je napełnić całkowicie, czyli miłości Boga, a raczej Boga, który jest Miłością – powiedział Ojciec Święty podczas audiencji generalnej 17 grudnia. Temat wygłoszonej katechezy brzmiał: „Pascha jako przystań dla niespokojnego serca”.
Leon XIV przypomniał, że ludzkie życie naznaczone jest nieustannym ruchem i działaniem. W świecie, który wymaga szybkości i skuteczności, rodzi się pytanie: czy w zmartwychwstaniu Chrystusa odnajdujemy odpoczynek? – Wiara mówi nam: tak, odpoczniemy. Nie będziemy bezczynni, lecz wkroczmy do odpoczynku Boga, który jest pokojem i radością – zaznaczył papież.
Ojciec Święty zauważył, że nadmiar aktywności bywa wirującym chaosem, odbierającym pokój serca. – Czasami, pod koniec dni pełnych zajęć, czujemy się puści. Dlaczego? Ponieważ nie jesteśmy maszynami, lecz „mamy serce”, a nawet więcej, możemy powiedzieć, że „jesteśmy sercem” – zaznaczył Ojciec Święty. Serce stanowi centrum naszego człowieczeństwa, miejsce, gdzie przechowujemy prawdziwy skarb, bowiem jak uczy Pan Jezus: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje”. (Mt 6, 21).
– To w sercu przechowuje się prawdziwy skarb, a nie w ziemskich sejfach, nie w wielkich inwestycjach finansowych, które dziś jak nigdy dotąd są szalone i niesprawiedliwie skoncentrowane, ubóstwiane za krwawą cenę milionów ludzkich istnień i zniszczenia Bożego stworzenia – wskazał papież. Zachęcił do odczytywania swego życia w świetle Paschy. Wyjaśnił, że oznacza to odnalezienie dostępu do istoty człowieka, do naszego niespokojnego serca.
Leon XIV zauważył, że pośród licznych zajęć, którym nieustannie stawiamy czoła, coraz częściej pojawia się ryzyko rozproszenia, braku sensu lub rozpaczy – nawet u osób pozornie odnoszących sukcesy. Zaznaczył, iż ten niepokój nie jest chaosem, lecz znakiem, że zostaliśmy stworzeni dla pełni, dla miłości. W tym kontekście papież przywołał słowa św. Augustyna, który powiedział, że nasze serce jest niespokojne, dopóki nie spocznie w Bogu.- Prawdziwą przystanią dla serca nie jest posiadanie dóbr tego świata, lecz osiągnięcie tego, co może je napełnić całkowicie, czyli miłości Boga, a raczej Boga, który jest Miłością. Ten skarb można jednak odnaleźć jedynie miłując bliźniego, którego spotykamy na naszej drodze: braci i siostry z krwi i kości, których obecność pobudza i stawia pytania naszemu sercu, wzywając je do otwarcia się i dania siebie w darze – powiedział Ojciec Święty, dodając, iż w ten sposób serce wraca do swojego źródła i odnajduje sens.
– Niespokojne serce nie będzie rozczarowane, jeśli wejdzie w dynamizm miłości, dla której jest stworzone. Cel jest pewny, życie zwyciężyło i w Chrystusie będzie nadal zwyciężało: we wszystkim, co na co dzień obumiera. Oto nadzieja chrześcijańska: błogosławmy i dziękujmy zawsze Panu, który nam ją dał! – stwierdził papież na zakończenie swojej katechezy.
źródło: KAI
***
Ostatnie dni Adwentu, od 17 grudnia, stanowią bezpośrednie przygotowanie do celebrowania Bożego Narodzenia. Charakterystyczne dla tego czasu są Wielkie Antyfony, zwane także „Antyfonami O!”, gdyż każda z nich zaczyna się właśnie od tej litery.
Wielkie O! Antyfony o niezwykłej treści
Zestawienie pierwszych liter antyfon wielkich, czytane od tyłu, daje zawołanie, które jest istotą ostatnich dni Adwentu.
fot. Józef Wolny/Tygodnik Niedziela
***
Od 17 grudnia w aklamacjach śpiewanych przed Ewangelią pojawiają się antyfony o niezwykłej treści. „Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać” – słyszymy 19 grudnia. „Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach” – rozbrzmiewa w kościołach następnego dnia. To niektóre z wezwań tzw. antyfon wielkich, śpiewanych w ostatnich dniach przed Narodzeniem Pańskim. Ich brzmienie i styl zdradzają wielowiekową tradycję. Istotnie – powstały pod koniec VI wieku, gdy na gruzach Imperium Rzymskiego w bólach rodziło się średniowiecze. Straszne to były czasy dla spadkobierców chwały dawnego Rzymu. Przez Europę przewalały się dzikie ludy, wywracając ustalony od wieków porządek, mordując lub porywając ludzi tysiącami i zajmując ich siedziby. Obrazu totalnej zagłady dopełniały kataklizmy naturalne i zarazy koszące całe społeczności. W takich okolicznościach na Stolicy Piotrowej zasiadł Grzegorz I (590–604), któremu chrześcijanie nadadzą niebawem przydomek Wielki, a Kościół wyniesie go do chwały ołtarzy, aby wreszcie ogłosić doktorem Kościoła. To za jego pontyfikatu ustalono, że Adwent w wersji rzymskiej będzie trwał 4 tygodnie, i to on wprowadził do liturgii antyfony wielkie, których treść w niezrównany sposób wyraża tęsknotę za Zbawicielem. W jego czasach ludzie, wciąż niepewni nie tylko swojego jutra, ale nawet swego dziś, zdawali sobie sprawę z chwiejności spraw tego świata. Byli zatem bardziej świadomi swojej rzeczywistej kondycji, niż są jej świadomi ludzie współcześni, żyjący w pozornej stabilizacji. Słowo Boże pozostaje jednak niezmienne. I niezmiennie aktualne pozostają zakorzenione w Starym Testamencie słowa tęsknoty. To esencja Adwentu.
Skąd się to wzięło
Mrok słabo rozjaśniony światłami lampionów – to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi na myśl w odniesieniu do Adwentu. Nastrój tajemniczości, jaki towarzyszy przygotowaniu na przyjście Zbawiciela, dobrze wyraża istotę tego okresu – czekamy przecież na nadejście wieczystej światłości. Takie jest znaczenie łacińskiego słowa adventus: przyjście, przybycie. Już w starożytności chrześcijanie określali tym słowem podwójne nadejście Chrystusa. Pierwsze odnosiło się do Mesjasza, który przyjął ciało i narodził się, gdy nadeszła „pełnia czasu”. Drugie dotyczy przyjścia Chrystusa w czasie paruzji.
Na początku chrześcijanie „adwentem” nazywali święta Bożego Narodzenia i Objawienia Pańskiego, a dopiero później zaczęto używać tego określenia na oznaczenie czasu przygotowania do tych świąt. Mogło to być najwcześniej w drugiej połowie IV wieku, bo dopiero wówczas na stałą datę obchodów Narodzenia Pańskiego wyznaczono 25 grudnia. Nie od razu jednak wyznaczono jednolity czas trwania Adwentu. Długo obok siebie istniały tradycje gallikańska i rzymska. Ta pierwsza nadała Adwentowi charakter pokutny, powiązany z postem i wzmożoną modlitwą, nieco podobny w atmosferze do Wielkiego Postu. W Rzymie było inaczej. Tam obchody Adwentu wprowadzono dopiero w drugiej połowie VI wieku i nie miały one charakteru pokutnego. Nie poszczono, położono za to akcent na liturgię, która podkreślała radosne oczekiwanie na święta Narodzenia Pańskiego.
Z upływem czasu doszło do połączenia obu tradycji, wskutek czego Adwent przyjął formę istniejącą do dzisiaj. W liturgii obecne są elementy rzymskie, akcentujące radosne oczekiwanie, a także gallikańskie, podkreślające rys ascetyczny w postaci koloru fioletowego i braku śpiewu Gloria (brak ten nie jest jednak wyrazem pokuty, jak w Wielkim Poście, ale oczekiwania na pełne wybrzmienie tego hymnu w noc Narodzenia Pańskiego).
Nowa forma była propagowana zwłaszcza przez benedyktynów i cystersów. W XIII w., w znacznym stopniu za sprawą nowych zakonów, takich jak franciszkanie, rozpowszechniła się w całym Kościele.
Im bliżej, tym gęściej
Adwent w obecnym kształcie otwiera rok liturgiczny i obejmuje cztery niedziele poprzedzające 25 grudnia. W zależności od kalendarza może więc trwać od 23 do 28 dni. Dzieli się na dwa okresy. Pierwszy, trwający od początku Adwentu do 16 grudnia, akcentuje powtórne przyjście Jezusa na końcu czasów. Znajduje to odbicie w tekstach liturgicznych.
Okres drugi, nawiązujący już bezpośrednio do uroczystości Narodzenia Pańskiego, koncentruje się na wezwaniu do powrotu do dziecięctwa Bożego. Obie części łączą czytania z Księgi Izajasza, które zapowiadają nadejście Mesjasza albo wyrażają tęsknotę za Nim. Przyjście Zbawiciela jest powodem do radości, co najmocniej podkreśla liturgia III niedzieli Adwentu, zwanej niedzielą Gaudete. Tego dnia antyfona na wejście brzmi: Gaudete in Domino (Radujcie się w Panu). Radość tę symbolizuje kolor różowy, którego można użyć podczas liturgii. Również teksty liturgiczne w tym dniu wyrażają radość z bliskiego już przyjścia Pana.
Atmosfera ostatnich dni Adwentu, poczynając od 17 grudnia, gęstnieje. Przyczyniają się do tego wspomniane wielkie antyfony, zwane także antyfonami „O!”, bo w oryginalnej wersji każda z nich zaczyna się od tego wołacza. Treść owych krótkich wezwań modlitewnych, adresowanych do Chrystusa, pochodzi ze Starego Testamentu, a pojawiające się tam imiona Boże są głęboko zakorzenione w proroctwach mesjańskich. O Sapientia, quae ex ore Altissimi prodisti… – brzmi początek pierwszej (O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego…). Kolejne zaczynają się od słów: O Adonai (Panie); O Radix (Korzeniu); O clavis David (Kluczu Dawida); O Oriens (Wschodzie); O Rex (Królu); O Emmanuel.
Pierwsze litery antyfon, zebrane razem i odczytane od tyłu, tworzą tajemnicze łacińskie hasło ERO CRAS (Będę jutro).
Żywy zabytek
Wielkie antyfony śpiewa się przed hymnem „Magnificat” podczas nieszporów w ostatnich dniach Adwentu. Od Soboru Watykańskiego II są obecne w uproszczonej formie także we Mszy św., w wersecie śpiewanym przed Ewangelią. Są to jakby okrzyki radości na cześć nadchodzącego Pana, zapowiadanego w proroctwach.
Według tradycji antyfony „O” wprowadził do liturgii papież św. Grzegorz Wielki. To wezwania do mającego się wkrótce narodzić Jezusa Chrystusa. Obecny kształt literacki nadał im żyjący w IX wieku Amalariusz z Metzu, wybitny teolog i liturgista. To za jego czasów charakter Adwentu wzbogacił się o rys eschatologiczny, stając się także czasem oczekiwania na ostateczny powrót Chrystusa w chwale.
Antyfony wielkie to żywy zabytek, liczący prawie półtora tysiąca lat tradycji, ale, jak zwykle w przestrzeni ducha, jest to tradycja ciągle pełna treści i nigdy nie traci aktualności. Mogą one służyć za podstawę wspólnych lub osobistych rozważań i modlitw. Można się nimi modlić także poza liturgią, wielokrotnie w ciągu dnia, na przykład traktując jako tzw. akty strzeliste. Bezustannie karmią duszę, bo też niezmiennie wyrażają tę samą tęsknotę kolejnych pokoleń chrześcijan za Tym, który jest już blisko. Będzie jutro.
***
Ostatnie dni Adwentu, od 17 grudnia, stanowią bezpośrednie przygotowanie do celebrowania Bożego Narodzenia. Charakterystyczne dla tego czasu są Wielkie Antyfony, zwane także „Antyfonami O!”, gdyż każda z nich zaczyna się właśnie od tej litery.
Antyfony te obecne są w liturgii Adwentu od czasów Grzegorza Wielkiego. Znane zwłaszcza z wieczornych nieszporów, kiedy śpiewamy je przed hymnem „Magnificat”, swoje miejsce znalazły też we Mszy świętej.
Treść antyfon stanowi jakby okrzyki radości, wzywające Pana różnymi imionami: Mądrość, Adonai, Korzeń Jessego, Klucz Dawida, Wschód, Król narodów czy Emmanuel. Imiona te są głęboko zakorzenione we wskazujących na oczekiwanego Mesjasza proroctwach Starego Testamentu.
Piękną obietnicę kryją również pierwsze litery wyśpiewywanych w antyfonach imion – tytułów oczekiwanego Mesjasza, stanowiące akrostych: gdy odczytamy je od tyłu, powstaje tajemnicze łacińskie hasło „Ero cras” (Emmanuel – Rex – Oriens – Clavis – Radix – Adonai – Sapientia), czyli „Jutro przybędę”.
Teksty Antyfon:
17 grudnia – Mądrości Najwyższego, która zarządzasz wszystkim mocno i łagodnie, przyjdź i naucz nas drogi roztropności (Iz 11,2-3; 28,29)
18 grudnia – Wodzu domu Izraela, który na Synaju dałeś Prawo Mojżeszowi, przyjdź nas odkupić mocą Twojego ramienia (Iz 11,4-5; 33,22)
19 grudnia – Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać (Iz 11:1; 11:10)
20 grudnia – Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach (Iz 9,6; 22:22)
21 grudnia – O Wschodzie, blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci (Iz 9,2)
22 grudnia – Królu narodów, Kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź i zbaw człowieka, którego z mułu utworzyłeś (Iz 2,4; 9,7)
23 grudnia – Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, przyjdź nas zbawić, nasz Panie i Boże (Iz 7,14)
***
Adwentowe antyfony „O”.
Kryją w sobie ważną obietnicę
Elena/Flickr
***
Gdy zestawimy łacińskie tytuły wielkich antyfon adwentowych i spojrzymy na ich pierwsze litery, to czytane od końca utworzą akrostych „Ero cras” – „Przyjdę jutro”.
Czas poprzedzający Wigilię Bożego Narodzenia to chyba najbardziej zabiegane dni w roku. Pomimo że tempo codziennych wydarzeń wydaje się zwalniać i coraz mniej myślimy o naszych zwykłych obowiązkach, to lista spraw, które wymagają szybkiego załatwienia, wciąż rośnie.
Trzeba kupić choinkę i rozejrzeć się za odpowiednią ilością karpia, wciąż jeszcze nie mamy wszystkich prezentów, w domu czekają nas porządki itp.
Wielkie antyfony adwentowe – co to jest
Tymczasem w wieczory tych grudniowych dni, od 17 do 23 grudnia, czyli w ostatnim tygodniu Adwentu,w tradycji Kościoła łacińskiego podczas modlitwy nieszporów śpiewa się lub odmawia od wieków tzw.wielkie antyfony „O”. Poprzedzały one hymn Magnificat, stanowiący dziękczynienie Maryi za łaskę cudownego poczęcia Chrystusa.
Za autora tych krótkich, zawierających trzy lub cztery wersy płomiennych wezwań modlitewnych, uważany jest św. Grzegorz Wielki – papież, którego pontyfikat przypadł na koniec VI wieku i który jest czczony zarówno przez chrześcijański Zachód, jak i Wschód. Był on równocześnie najbardziej prawdopodobnym twórcą liturgii rzymskiej.
O czym mówią antyfony „O”
Ostateczny, niezmieniony po dziś dzień, kształt literacki antyfonom miał z kolei nadać żyjący w IX wieku Amalariusz z Metzu. Każda z napisanych przez niego siedmiu antyfon na dni od 17 do 23 grudnia ma dość logiczną konstrukcję stylistyczną.
Zaczyna się od wezwania do przychodzącego Chrystusa (zawsze poprzedzonego “O”, stąd nazwa antyfon). Choć nigdy nie nazywa Go po imieniu, lecz określa opartymi na Starym Testamencie metaforami literackimi: „Mądrość, która wyszła z ust Najwyższego”, „Adonai, wódz Izraela”, „Korzeń Jessego”, „Klucz Dawida”, „Wschód”, „Król narodów” oraz „Emmanuel”.
Te dostojne synonimy potęgują uczucie tajemniczości i oczekiwania na wielkie wydarzenie. Zapadające coraz szybciej mroki wieczoru rozświetla wizja zwycięskiego władcy i króla, który – jak wschodzące o poranku słońce – przezwycięża nocny lęk i zagubienie, ogrzewając swoim nieprzemijającym i wiecznym blaskiem pogrążony w letargu świat.
„O Wschodzie, Blasku światłości wieczystej i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć żyjących w mroku i cieniu śmierci” – woła antyfona z 21 grudnia. Dobrze ona koresponduje z troparionem (specjalnym hymnem liturgicznym) śpiewanym na Wschodzie w dzień Bożego Narodzenia, który „napełnił wszechświat światłem poznania, dzięki czemu czciciele gwiazd od Gwiazdy nauczyli się czcić Ciebie, Słońce sprawiedliwości, i poznali, że Ty jesteś Wschodzącym z wysokości”.
Po każdym wezwaniu antyfony, w jej drugiej części, znajdziemy krótką prośbę o dobre owoce wcielenia, które wyzwala człowieka z jego grzesznej i słabej kondycji. Słyszymy słowa o „wyprowadzeniu z więzienia człowieka pogrążonego w cieniu śmierci”, o „wyzwoleniu potężnym ramieniem” czy też „nauczenie nas dróg roztropności”. Nacechowane optymizmem i nadzieją zapowiedzi poprzedza konsekwentnie ten sam czasownik: „przyjdź” (łac. „veni”).
***
Przyjdź, Panie Jezu!
Co ciekawe, gdy zestawimy łacińskie tytuły antyfon i spojrzymy na ich pierwsze litery, to czytane od końca utworzą akrostych „Ero cras” – „Przyjdę jutro”.
Sapientia Adonai Radix Jesse Clavis David Oriens Rex gentium Emmanuel
Przez stulecia antyfony ostatniego tygodnia przed Bożym Narodzeniem stanowiły natchnienie dla artystów i kompozytorów. Śpiewane najpierw w klasztorach w jednogłosowej tonacji chorałowej, przez wieki obudowane zostały coraz bardziej dostojnymi formami muzycznymi. Niezależnie jednak od iskrzącej się feerią dźwiękowych barw ornamentyką, wszystkie wyrażają gotowość rodzaju ludzkiego na przyjęcie przychodzącego Pana, który przed wiekami nie znalazł miejsca narodzenia, poza małą szopą za miasteczkiem.
Dzisiaj, biegnące gdzieś niepostrzeżenie między zakorkowanymi ulicami i migotającymi przedświątecznymi reklamami, słowa antyfon każą na chwilę przystanąć i zapytać się: czy jesteśmy gotowi przyjąć Dziecię narodzone w Betlejem?
Czy Jego blask i obraz dostrzegamy nie tylko w tych, którzy zmęczeni, choć zadowoleni, wracają obładowani torbami z upominkami z galerii handlowych, ale we wszystkich potrzebujących, samotnych i opuszczonych? Śpiących w środkach komunikacji miejskiej i gromadzących się w tych dniach tak licznie na wigiliach dla ubogich lub bezdomnych? W kolumnach uchodźców przemierzających pieszo Bałkany i stojących pod granicami Unii Europejskiej?
Do nich również, a może i przede wszystkim, zwracają się teksty grudniowych antyfon, z radością oznajmujących, że to, co niemożliwe dla człowieka, zawsze jest możliwe dla Boga i Jego Syna. Pan przyjdzie już jutro – do wszystkich i dla wszystkich.
Wielkie antyfony adwentowe – wezwania pełne tajemnicy
fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny
***
Wielkie antyfony wyrosły w tradycji monastycznej i znalazły swoje miejsce w liturgii godzin.
Wszystkie nawiązują do tekstów Starego Testamentu, z nich też zaczerpnęły tytuły mesjańskie: Mądrość, Adonai, Pan, Wódz Izraela, Korzeń Jessego, Znak dla narodów, Klucz Dawida, Berło domu Izraela, Wschód, Blask Światła wiecznego, Słońce Sprawiedliwości, Król narodów, Kamień węgielny Kościoła, Emmanuel, Król i Prawodawca, Zbawiciel narodów. Głębia tych tytułów budzi zachwyt, tęsknotę za Chrystusem, objawieniem się tej pełni, która nastanie wraz z Jego ostatecznym przyjściem. Zdumiewa fakt, że „imię Jezus” nie pojawia się bezpośrednio w żadnej antyfonie, natomiast każda z nich odsłania jakąś część Jego tajemnicy. Każdą z antyfon można podzielić na trzy części. W pierwszej znajduje się jeden lub kilka tytułów mesjańskich, w drugiej rozwinięcie, które stanowi komentarz. Ostatnia część to bezpośredni zwrot do Chrystusa, rozpoczynający się od słowa „przyjdź”. Antyfony to pełna tęsknoty modlitwa, żarliwe błaganie, wołanie o…
Mądrość, która wyszła z ust Najwyższego
O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego, Ty obejmujesz wszechświat od krańca do krańca i wszystkim rządzisz z mocą i słodyczą; przyjdź i naucz nas dróg roztropności.
Ta antyfona jest utkana z trzech starotestamentalnych cytatów. Pierwszy pochodzi z Księgi Syracydesa. Uosobiona Mądrość otwiera usta wobec zgromadzenia i stwierdza: „Wyszłam z ust Najwyższego i niby mgła okryłam ziemię” (24,3). Drugi zaczerpnięty jest z Księgi Mądrości. Tutaj Mądrość „sięga potężnie od krańca do krańca i włada wszystkim z dobrocią” (8,1). Z Księgi Przysłów zaczerpnięty jest motyw wzywający ludzi do prawego postępowania: „Odrzućcie głupotę i żyjcie, chodźcie drogą rozwagi!” (9,6).
Mądrością jest Boży Syn, Logos, Odwieczne Słowo. W Nim zamieszkała cała pełnia Bóstwa. On otwiera swe usta pośród swego ludu, a w Jego słowach jest Duch i życie. Słuchając ich z wiarą, otwieramy się na dar, zbliżamy się do obiecanej nam pełni. Chrystus, Odwieczne Słowo, staje się pochodnią dla naszych stóp i światłem na naszych ścieżkach, pokarmem dla pokładających w Nim nadzieję. Jednocześnie nawiązanie do biblijnej tradycji mądrościowej wskazuje na tajemnicę Trójcy oraz temat nowego stworzenia. Ojciec stwarza świat przez Słowo, swojego Syna, oraz tchnienie Ducha. Syn z łagodnością wprowadza nas w tajemnicę królestwa, obdarza łaską i chwałą, uzdalnia do tego, by żyć darem nowego życia.
Adonai, Pan, Wódz Izraela
O Adonai, Wodzu Izraela, Tyś w krzaku gorejącym objawił się Mojżeszowi i na Synaju dałeś mu Prawo; przyjdź nas wyzwolić swym potężnym ramieniem.
Ta antyfona to kompozycja czterech cytatów z Księgi Wyjścia, które stanowią niezwykle głęboką interpretację opowieści o krzewie gorejącym. Bóg wychodzi na spotkanie Mojżesza w tajemnicy krzewu, który płonie, ale się nie spala. Jest Wodzem Izraela, Tym, który prowadzi przez pustynię do ziemi obietnic. On wybawia swój lud z niewoli grzechu, działa mocą swojego potężnego ramienia, które wskazuje na wyzwalającą moc Boga.
Chrystus nazwany jest Adonai, to znaczy Pan i Władca. To tytuł, który w Starym Testamencie zarezerwowany był jedynie dla Boga. Odniesienie go do Chrystusa wskazuje na Jego Bóstwo. Słowa antyfony wskazują i na to, że teraz to człowieczeństwo Syna Bożego jest nowym krzewem gorejącym, miejscem objawienia się potęgi Bożej miłości. W Nim zostały wypełnione wszystkie obietnice. On jest nowym Mojżeszem, nową Torą, Panem i Prawodawcą. On jest Zbawicielem, którego wyglądali patriarchowie, prorocy i wszyscy, którzy poszli za ich słowem. On jest Wodzem, który prowadzi nas z niewoli grzechu ku prawdziwej wolności dzieci Bożych.
Przyjdź, o Adonai, Panie i Królu! Rozgrzej płomieniem miłości nasze letnie serca. Wypisz w ich głębi swoje Prawo. Wyzwól nas z tego, co ogranicza objawienie się Twojej chwały. Obyśmy mogli spocząć w Tobie, krzewie gorejącym, który nigdy nie przestaje płonąć żarliwą miłością.
Korzeń Jessego, Znak dla narodów
O Korzeniu Jessego, który się wznosisz jako znak dla narodów, przed Tobą zamilkną królowie, a ludy modlić się będą do Ciebie; przyjdź nas wyzwolić, już dłużej nie zwlekaj.
Do głosu w tej antyfonie dochodzą dwa wersety z Księgi Izajasza. „Owego dnia to się stanie: Korzeń Jessego stać będzie na znak dla narodów. Do niego ludy przyjdą po radę” (11,10). Autor antyfony zestawił to proroctwo z innym fragmentem, zaczerpniętym z czwartej pieśni o słudze Pańskim: „Tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed Nim usta” (Iz 52,15). Zapowiedź narodzin i odniesienie do pieśni, która mówi o cierpieniu Mesjasza, tworzą przedziwne zestawienie.
Spełnienie mesjańskich obietnic wiąże się z tajemnicą paschalną. Syn „owinięty w pieluszki i złożony w żłobie” jest znakiem dla pasterzy. Ale też On, zgodnie z proroctwem Symeona, jest znakiem, któremu sprzeciwiać się będą. W sposób szczególny ów „znak” ujawni swoje znaczenie w „godzinie Jezusa”. Ukrzyżowanie to moment, w którym narody patrzą na „Tego, którego przebili”. W zmartwychwstaniu Chrystus wychodzi z „wnętrza ziemi”, by na wielki królować w chwale Ojca. Wówczas ujawnia się potęga Bożej miłości. Ta miłość podnosi i wyzwala, uzdrawia i przebacza. Tęsknota za nią dosięga najgłębszych warstw naszego istnienia.
Klucz Dawida, Berło domu Izraela
O Kluczu Dawida i Berło domu Izraela, Ty, który otwierasz, a nikt zamknąć nie zdoła, zamykasz, a nikt nie otworzy; przyjdź i wyprowadź z więzienia człowieka, pogrążonego w mroku i cieniu śmierci.
Ta antyfona jest kompilacją trzech cytatów. Pierwszy pochodzi z Księgi Izajasza. Bóg ogłasza przez proroka: „Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy (22,22). Drugi to nawiązanie do błogosławieństwa Jakuba z Księgi Rodzaju: „Nie zostanie odjęte berło od Judy ani laska pasterska spośród kolan jego, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów!” (49,10). Trzeci zaczerpnięty jest z Psalmu 107, medytacji o wędrówce Izraelitów przez pustynię. „W swoim ucisku wołali do Pana, a On ich uwolnił od trwogi. I wyprowadził ich z ciemności i mroku, a ich kajdany pokruszył” (107,10-14).
Jezus Chrystus jest ośrodkiem wszechświata i historii, absolutnym centrum, Alfą i Omegą. On posiada pełnię władzy, która nie przeminie. Władza ta obejmuje nie tylko „dom Dawida”, czyli naród wybrany, ale rozciąga się na wszystkie ludy i narody. Słowa o więzieniu, a także o mroku i cieniu śmierci, możemy odczytywać w świetle prawdy o zstąpieniu Chrystusa do otchłani. Klucz Dawida jest zatem metaforą zmartwychwstania. Bóg wyprowadza swego Syna z krainy śmierci, pokazując, że bramy nieba pozostają dla nas otwarte. „W nadziei już jesteśmy zbawieni” (Rz 8,24).
Wschód, Blask Światła wiecznego, Słońce Sprawiedliwości
O Wschodzie, Blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci.
W antyfonie możemy odnaleźć nawiązanie do co najmniej trzech starotestamentalnych cytatów. Pierwszy, z Księgi Mądrości, ukazuje mądrość jako „odblask wieczystej światłości” (7,26). Proroctwo z Księgi Malachiasza mówi o prawdziwie pobożnych, adorujących Boga: „A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach” (3,20). Współcześnie najmniej ewidentne jest odniesienie do trzeciego cytatu z Księgi Zachariasza: „Przyjdzie mąż, a imię jego Odrośl” (6,12a). W Wulgacie, łacińskim tłumaczeniu Biblii używanym w czasie, w którym komponowano antyfony, słowo „Odrośl” przetłumaczono jako „Oriens”, czyli Wschód. W antyfonie widać także wyraźne echo pieśni Zachariasza, nowotestamentalnego kantyku, który nazywa Chrystusa Słońcem sprawiedliwości (Łk 1,79). Bóg zamieszkujący światłość niedostępną odsłonił siebie w życiu Jezusa. On przyszedł i rozproszył ciemności grzechu. On jest światłością prawdziwą oświecającą każdego człowieka, a żadna ciemność nie jest w stanie przysłonić blasku, który ma swoje źródło w Nim. I choć w tym życiu „wpatrujemy się w jasność Pańską jak w zwierciadle”, „widzimy niejasno”, to jednak kształtując je ,opierając się na nauce Chrystusa, „upodobniamy się do Jego oblicza”. Odkrywamy prawdę i osiągamy prawdziwą wolność.
Król narodów, Kamień węgielny Kościoła
O Królu narodów, przez nie upragniony; Kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź i zbaw człowieka, którego utworzyłeś z prochu ziemi.
W tej antyfonie odnajdujemy dwa starotestamentalne cytaty. Pierwszy został zaczerpnięty z Księgi Jeremiasza: „Nikogo nie można porównać do Ciebie, Panie! Jesteś wielki i wielkie jest przepotężne imię Twoje! Kto nie lękałby się Ciebie, Królu narodów?” (10,6-7). Drugi pochodzi z Księgi Izajasza: „Przeto tak mówi Pan Bóg: »Oto Ja kładę na Syjonie kamień, kamień dobrany, węgielny, cenny, do fundamentów założony. Kto wierzy, nie potknie się«” (28,16). Ten wątek został podjęty w Liście do Efezjan. Chrześcijanie zgromadzeni w Kościele nie są już „obcymi i przychodniami, ale współobywatelami świętych i domownikami Boga – zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus” (2,19-20). Antyfona zawiera także nawiązanie do dzieła stworzenia, prochu, który symbolizuje kruchość istnienia.
Wszystko przemija, wieczny jest Bóg. Przetrwać może tylko to, co z Niego. Kościół, Jego dzieło, jest przystanią i portem dla wszystkich rozbitków, rzeczywistością, w której przebywa Chrystus „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. On przez śmierć i zmartwychwstanie zburzył mur wrogości i uczynił obie części ludzkości jednością. Jeżeli pytamy o źródło jedności w Kościele, to jest nim właśnie wyrażana na różne sposoby wiara w Chrystusa Jezusa.
Emmanuel, Król i Prawodawca, Zbawiciel narodów
O Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany Zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas zbawić, nasz Panie i Boże.
Antyfona w syntetyczny sposób łączy kilka cytatów z Księgi Izajasza. Mesjasz jest Emmanuelem, Bogiem z nami, synem Dziewicy (7,14). Jednocześnie, jak stwierdza Izajasz, jest naszym sędzią, prawodawcą i królem. „On nas zbawi!” (33,22). Ten sam Izajasz żarliwie woła do Boga: „Teraz więc, Panie, Boże nasz, wybaw nas z jego ręki! I niech wiedzą wszystkie królestwa ziemi, że Ty sam jesteś Bogiem, o Panie!” (37,20). W antyfonie możemy znaleźć także aluzję do Ewangelii Jana: „Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata” (4,42).
Bóg, który wszedł w przymierze z narodem wybranym, od zawsze był bliski tym, którzy pokładali w Nim ufność. Jednak wierząc we wcielenie Syna Bożego, możemy pójść o krok dalej: Bóg nie tylko jest bliski, ale jest ludzki. Od momentu, w którym „słowo stało się ciałem”, żadne nasze doświadczenie nie jest Mu obce. Jesteśmy nie tylko w orbicie Jego zainteresowania. Wzywając Go, otwieramy się na Jego przychodzenie, doświadczamy wyzwolenia z grzechu, odnowy naszej natury. On przyszedł i zbawił to, co przyjął – obarczone słabością człowieczeństwo. Zbawia nas. Zbawia mnie.
ks. Włodzimierz Piętka –Gość Niedzielny
***
Adwent to jeszcze nie Boże Narodzenie! Czyli kiedy mamy świętować, a kiedy pościć
(opr. PCh24.pl / GS)
***
Liturgiczny okres Bożego Narodzenia trwa od wieczora 24 grudnia aż do Święta Chrztu Pańskiego. W polskiej tradycji czas świąteczny jest nawet dłuższy, a to ze względu na ludowy zwyczaj śpiewania kolęd aż do 2 lutego. Niestety coraz częściej „okresem świątecznym” staje się czas przed Świętami, kiedy to bombardowani jesteśmy świąteczną muzyką, filmami, czy produktami w sklepach. Przepiękny okres Adwentu jest pomijany, a ci, którzy „świętowali” przez cały Adwent, wraz z nadejściem Bożego Narodzenia świętowania mają już dosyć.
Kościół daje nam przepiękny i trwający nieco ponad dwa tygodnie okres Bożego Narodzenia. Rozpoczyna się on Nieszporami w Wigilię Bożego Narodzenia, czyli 24 grudnia wieczorem. To właśnie wtedy liturgiczne teksty po raz pierwszy wyrażają radość z Narodzin Zbawiciela. Kolejne obchody Bożego Narodzenia zawierają Mszę w nocy („Pasterkę”), dzień Bożego Narodzenia, a następnie całą Oktawę, czyli osiem dni świętowania. Radosny obchód Bożego Narodzenia jest więc niejako wydłużony aż do 1 stycznia włącznie. Spotkania z rodziną i znajomymi, wspólne śpiewanie kolęd, a przede wszystkim medytacja nad liturgicznymi tekstami bożonarodzeniowymi, pozwalają nam lepiej świętować Narodziny Mesjasza.
O cudowna zamiana: Stworzyciel rodzaju ludzkiego przyjmując ciało z duszą, raczył się narodzić z Dziewicy: i stając się człowiekiem bez udziału człowieka, udzielił nam swego Bóstwa – mówi treść jednej z nieszpornych antyfon na dzień 1 stycznia. Przykład ten pokazuje, że Kościół obdarza nas głębokimi tekstami bożonarodzeniowymi przez całe osiem dni.
To jednak nie koniec. Po zakończeniu Oktawy, czyli tego „rozciągniętego dnia”, okres Bożego Narodzenia trwa nadal. W jego trakcie, 6 stycznia, obchodzimy Objawienie Pańskie, znane powszechnie jako święto Trzech Króli. Uroczystość ta jest starsza nawet od samego obchodu Bożego Narodzenia, a jej szczególne znaczenie polega na tym, że wspomina ona objawienie się Narodzonego Zbawiciela mędrcom, a przez nich – całemu światu. Do 1960 r. święto to również miało swoją Oktawę, która wraz z obchodzonym 13 stycznia Świętem Chrztu Pańskiego „na dobre” kończyła okres Bożego Narodzenia. W nowym kalendarzu liturgicznym, czyli tym wprowadzonym w 1969 r., czas świąteczny również kończy się świętem Chrztu Pańskiego, które jednak obchodzi się kilka dni wcześniej, a mianowicie w niedzielę po uroczystości Trzech Króli.
Zgodnie z polską tradycją, nieformalny okres świąteczny jest jeszcze dłuższy i trwa aż do święta Ofiarowania Pańskiego 2 lutego. Chociaż w kościołach nie słyszymy już kolęd, to w domach rozbrzmiewają one jeszcze przez trzy tygodnie, a dzięki świątecznym spotkaniom radość z przyjścia Chrystusa na świat trwa nadal.
Oprócz radosnego okresu Narodzenia Pańskiego, Kościół daje nam również wyjątkowy czas na przygotowanie się do niego, czyli niespełna cztery tygodnie Adwentu. W tym czasie wyczekujemy zarówno kolejnych w naszym życiu świąt Bożego Narodzenia jak i powtórnego przyjścia Chrystusa na końcu czasów. Medytowanie nad Sądem Ostatecznym może być dla nas okazją do nawrócenia i odejścia od życia w grzechu, a rozważanie starotestamentalnych proroctw zapowiadających nadejście Mesjasza oraz drogi Matki Bożej, którą przeszła od Zwiastowania przez Nawiedzenie św. Elżbiety aż do stajenki w Betlejem, pozwala nam jeszcze bardziej pragnąć przeżycia świąt Bożego Narodzenia po raz kolejny. Maryja jako niezwykle ważna postać w dziele Zbawienia jest dla nas szczególną towarzyszką w całym Adwencie, co wyrażają choćby Roraty, czyli Msze św. ku Jej czci tradycyjnie odprawiane jeszcze przed świtem. Oczekiwanie w ciemności i jedynie przy świetle świec symbolizuje ciemność grzechu, w której pogrążona była ludzkość zanim Chrystus przyszedł na świat, by ją odkupić.
Mimo, że Adwent jest czasem radosnego przygotowania, to nie jest on jednak pozbawiony ducha pokuty. Przypomina nam o tym m.in. fioletowy kolor liturgiczny, czy też brak hymnu Gloria („Chwała na wysokości”) na niedzielnej Mszy św. W Adwencie warto zatem powziąć drobne wyrzeczenia, bo jak mówią święci przewodnicy duchowi, im więcej się umartwiamy w czasie przygotowania, tym większa będzie nasza radość, gdy przyjdą Święta. Wierni przywiązani do starej tradycji mają ku temu szczególną okazję dzięki przypadającym w 3. tygodniu Adwentu Suchym Dniom, czyli trzema dniami modlitwy i postu (środa, piątek i sobota).
Cisza i pokuta mają dobry wpływ zarówno na duszę jak i na ciało. Bardzo potrzebne jest nam odmówienie sobie jakiejś przyjemności, pójście naprzeciw swojej wygodzie poprzez wczesne wstanie na Roraty, czy rezygnacja z internetu na koszt modlitwy. Post i modlitwa pomagają nam bowiem uśmierzać nasze pożądliwości i zwracać się ku Bogu, o czym mówi sama Ewangelia. Kiedy Apostołowie zapytali Jezusa, czemu nie mogli wyrzucić konkretnego rodzaju złego ducha, On im odpowiedział: „Ten rodzaj żadnym sposobem wyjść nie może, jak tylko przez modlitwę i post” (Mk 9,28). Kiedy pościmy, nasze ciało oczyszcza się oraz uczy się posłuszeństwa naszemu rozumowi, a dzięki temu łatwiej jest nam zwalczać pokusy. Ogromną korzyść odnosi także nasza dusza, która ma okazję zerwać z ciążącym w niej grzechem, pojednać się z Bogiem bądź wzmocnić relację z Nim. Pięknym doświadczeniem jest zatem czterotygodniowe wyczekiwanie na mające się narodzić Dzieciątko, a dzięki temu radość, gdy Ono się narodzi, będzie jeszcze większa. Nic więc dziwnego, że Kościół tradycyjnie zalecał przygotowanie do wielu świąt poprzez Wigilię, czyli dzień postu. A nawet ta najsłynniejsza – Wigilia Bożego Narodzenia – zakłada powstrzymanie się od pokarmów mięsnych.
Pokutno-przygotowawczy charakter Adwentu jest czymś zupełnie przeciwnym do tego, co oferują nam sklepy, radio, czy telewizja. Motywy świąteczne królują tam już w listopadzie, próbując nakłonić nas do „świętowania” jeszcze wcześniej. Podporządkowując się takiej modzie omija nas ten przepiękny czas adwentowego przygotowania, będący jednocześnie (być może ostatnią!) okazją do nawrócenia. Tracimy również właściwy okres Bożego Narodzenia przypadający między Wigilią a świętem Chrztu Pańskiego. Kiedy on bowiem nadejdzie, czujemy zmęczenie „świętowaniem” już w Adwencie. Choinki ubrane na początku grudnia trafiają do kosza zaraz po Świętach, a muzyki świątecznej, którą byliśmy bombardowani od co najmniej miesiąca, mamy już dosyć. Adwent zostaje więc zastąpiony „okresem świątecznym”, a właściwy okres Bożego Narodzenia po prostu ginie.
Wbrew pozorom, takie zjawisko nie jest niczym nowym i w niektórych krajach trwa już od kilkuset lat. W latach 80. ubiegłego stulecia w języku angielskim pojawiło się nawet określenie „Christmas creep” („gorączka bożonarodzeniowa”), oznaczające czas świątecznych zakupów na długo przed Bożym Narodzeniem. Sprzedawcy wystawiają produkty bożonarodzeniowe wcześniej, aby wydłużyć czas rzekomo „świąteczny” i zwiększyć swoją sprzedaż. Sklepy zakładają, że trzymiesięczny okres: październik-listopad-grudzień winien być czasem największego utargu w roku.
Niestety przesunięcie świętowania Bożego Narodzenia na Adwent widoczne jest nawet we wspólnotach katolickich, choć może jeszcze nie w Polsce. W krajach Europy Zachodniej i Ameryki Północnej do porządku dziennego przeszło organizowanie parafialnych koncertów kolęd i spotkań świątecznych już od samego początku Adwentu. Tymczasem konia z rzędem temu, kto znajdzie tam świąteczne dekoracje lub kolędy w styczniu.
Czy naprawdę o to chodzi w Adwencie? Tracimy ten piękny czas refleksji i modlitwy przed jednymi z największych Świąt w roku! W końcu Boże Narodzenie to radosne świętowanie Wcielenia Syna Bożego i Jego Narodzin w Betlejem. Cała otoczka składająca się z ubierania choinki i szykowania wystroju naszych domostw, gotowania tradycyjnych potraw, a także obdarowywania się prezentami ma nam pomóc lepiej przeżyć świąteczny czas, ale nigdy nie może stać się celem samym w sobie.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
Trzecia Niedziela Adwentu
14 grudnia
fot. Bożena Sztajner/Tygodnik Niedziela
13.30 – Adoracja Najświętszego Sakramentu
(w tym czasie jestmożliwość spowiedzi św.)
14.00 – Msza święta
fot. Ranyel Paula/cathopic.com
***
Gaudete, czyli radujcie się! Najbardziej radosna Niedziela w Adwencie
Tradycja świętowania Niedzieli “Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu.
Nazwa III niedzieli Adwentu pochodzi od słów antyfony na wejście: „Gaudete in Domino”, czyli „Radujcie się zawsze w Panu”. Teksty liturgii tej niedzieli przepełnione są radością z zapowiadanego przyjścia Chrystusa i z odkupienia, jakie przynosi.
Nazywana jest także „Niedzielą różową” gdyż jest to jeden z dwóch dni w roku, kiedy kapłan może sprawować liturgię w szatach koloru różowego.
Przewaga światła
W liturgii adwentowej obowiązuje fioletowy kolor szat liturgicznych. Jako barwa powstała ze zmieszania błękitu i czerwieni, które odpowiednio wyrażają to co duchowe i to co cielesne, fiolet oznacza walkę między duchem a ciałem. Zarazem połączenie błękitu i czerwieni symbolizuje dokonane przez Wcielenie Chrystusa zjednoczenie tego co boskie i tego co ludzkie. Wyjątkiem jest III niedziela Adwentu – tzw. Niedziela „Gaudete”. Obowiązuje wtedy różowy kolor szat liturgicznych, który wyraża przewagę światła, a tym samym bliskość Bożego Narodzenia.
Kulminacyjny punkt oczekiwania
Tradycja świętowania Niedzieli „Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu. Teraz, gdy Adwent obchodzony jest jako czas radosnego oczekiwania stanowi ona bardziej kulminacyjny punkt tego okresu trafnie wyrażając jego prawdziwą tożsamość.
Adwent jest wyjątkowym czasem dla chrześcijan. Słowo adwent pochodzi z języka łacińskiego „adventus”, które oznacza przyjście. Dla starożytnych rzymian słowo to, oznaczało oficjalny przyjazd cezara. Dla chrześcijan to radosny czas przygotowania na przyjście Pana. Dlatego też Adwent jest nie tyle czasem pokuty, ile raczej czasem pobożnego i radosnego oczekiwania.
KAI/Stacja7
***
Dziś 14 grudnia wspomnienie św. Jana od Krzyża
Ukrzyżowanie według św. Jana od Krzyża
Św. Jan od Krzyża jest nie tylko autorem traktatów teologicznych, ale również rysunku przedstawiającego ukrzyżowanie Chrystusa, który różni się od popularnych przedstawień tej sceny.
W okresie, gdy Jan od Krzyża był spowiednikiem w klasztorze Wcielenia w Awili, narysował szkic przedstawiający ukrzyżowanego Chrystusa. Wyrażał on w plastyczny sposób jego wizję. Jan posiadał wrodzony talent wzmocniony uduchowionym trybem życia. Często podczas wolnych chwil rzeźbił drewniane postacie Chrystusa. Narysował też jedynego w swoim rodzaju Jezusa Ukrzyżowanego. Niektórzy twierdzą, że niejednego. Minie jeszcze sporo czasu (Jan przebywa w Awili w latach 1572—1577), zanim napisze swoje dzieła. Ale podstawowe idee duchowe kształtujące myślenie Jana od Krzyża już w nim tkwią. Są to między innymi etapy oczyszczenia, które prowadzą do zjednoczenia z Bogiem, w czym pomagają święte obrazy. „Pozwalają ulecieć ku Bogu żywemu” (DGK III 15, 2). Z tej idei narodził się ukrzyżowany Chrystus ojca Jana.
Pewnego dnia, najprawdopodobniej między 1574 a 1577 rokiem, Jan od Krzyża modlił się w wewnętrznej galerii klasztoru. Nagle objawił mu się ukrzyżowany Chrystus. Natychmiast na kartce papieru naszkicował to, co ujrzał. Była to postać Chrystusa w skrócie perspektywicznym. Ciało Jezusa przypominało skręcony stożek. Sam krzyż był prosty. Ciało martwego Jezusa, z głową opadającą na piersi, było odchylone ku przodowi. Podtrzymywały je gwoździe. Nadprzyrodzona wizja przekształciła się w straszny i okrutny obraz trudny do zaakceptowania w tamtych czasach. Można powiedzieć, że mistycyzm Jana od Krzyża przełamywał estetyczne kanony. Mamy w jego obrazie oszczędność i pewność linii, pełen niepokoju skurcz ciała, głębię przeżyć i genialny skrót perspektywiczny. Jan kontempluje Jezusa, który jest już cieniem człowieka. Jego pokaleczone ciało przybiły do krzyża grzechy ludzi, za których zginął.
Ten szkic jest czymś wyjątkowym u kogoś, kto, tak jak Jan, nie lubił osobistych zwierzeń, kto niechętnie odnosił się do doznań zmysłowych na drodze życia duchowego. Jest on jednak zgodny z jego upodobaniem dla „obrazów realistycznych i żywych, które pobudzają wolę i pobożność wiernych” (DGK, III 35, 3). Być może jest to także próba wyrażenia czegoś, czego nie można wyrazić słowami. W każdym razie szkic Jana od Krzyża nie jest co prawda cudem, ale nie jest też dziełem czysto ludzkim. To mistyczny impuls wyzwolił zdolności artystyczne Świętego. Mistyk i artysta są w równej mierze autorami tego dzieła. Byłoby błędem przesadnie realistyczne traktowanie wizji, która doprowadziła do powstania szkicu. Najprawdopodobniej Jan ujrzał ją zmysłami wewnętrznymi (w wyobraźni) lub własnym intelektem. Była ona wyraźna i jednocześnie zawierała elementy materialne.
Genialny szkic na wiele lat został zapomniany. Święty podarował go swojej ulubionej córce duchowej, s. Annie Marii od Jezusa. Przechowywała go ona ponad 40 lat. Na światło dzienne został wydobyty podczas procesu beatyfikacyjnego Jana od Krzyża. Wtedy to została wykonana kopia dzieła, którą sporządzono na potrzeby procesu. Kopia ta później zaginęła. Natomiast sam oryginalny szkic s. Anna Maria przekazała przed swoją śmiercią s. Marii Pinel, która umieściła go w specjalnym relikwiarzu. Dzięki temu stał się on dostępny dla biografów Świętego. Jeden z nich zalecił nawet wykonanie ryciny dzieła i umieścił ją w swojej książce o Janie. Był nim Hieronim od św. Józefa. Ta rycina zapoczątkowała obiegowe przedstawianie rysunku Świętego. W pewien sposób różniło się to przedstawienie od oryginału, ale miało duży wpływ na kolejne reprodukcje dzieła. W 1641 r., po śmierci s. Marii Pinel, właścicielki rysunku, został on umieszczony w relikwiarzu, w którym przebywał do 1969 roku.
W XX wieku nadszedł czas na odkrycie dzieła mistycznego Jana od Krzyża. Wraz z tym procesem odkryto także szkic ukrzyżowanego Chrystusa. Najwięksi i najwybitniejsi pisarze karmelitańscy i nie tylko poświęcili wiele stron rozważań na temat wizji Świętego. Francuski karmelita bosy, wielki znawca Świętego, Bruno de Jésus-Marie pokazał go dwóm wybitnym malarzom hiszpańskim, José Maríi Sertowi i Salvadorowi Dalí. Sert przypuszczał, że ciało Chrystusa zostało naszkicowane w pozycji horyzontalnej, gdy już stygło. Namalował w związku z tym trzy szkice, na których Chrystus znajduje się w pozycji horyzontalnej. Analiza Serta odbiega od prawdy o oryginalnym szkicu. Dziś wiadomo już z całą pewnością, że Jan od Krzyża wykonał swój rysunek, przedstawiając Chrystusa w pozycji pionowej. Również drugi artysta, Dalí, po swojemu zinterpretował genialne dzieło Świętego. Jego Chrystus św. Jana od Krzyża, wystawiony w Art Gallery w Glasgow, w formie i treści jest inny od oryginału. Postać Chrystusa jest zimna, niewzruszona, wręcz marmurowa i przypomina raczej bóstwo greckie niż dramatycznego i żywego Chrystusa z Kalwarii św. Jana od Krzyża. Również inne prace Dalíego przedstawiające ten temat mają niewiele wspólnego z dziełem Świętego.
W dobie współczesnej każdy z nas może dzięki milionowym reprodukcjom szkicu św. Jana od Krzyża obcować z tym niepojętym dziełem: owocem kunsztu artystycznego i mistycznego.
Wieczory uwielbienia czy różaniec są dobre, ale… istnieje droga prowadząca dalej. O. Serafin Maria Tyszko OCD mówi o jej opisie u św. Jana od Krzyża.
Jarosław Dudała: Załóżmy, że prowadzę jakieś życie wewnętrzne. Słyszałem, że św. Jan od Krzyża był wielkim mistrzem duchowości. Skąd mam wiedzieć, czy jego pisma to coś dla mnie?
O. Serafin Tyszko OCD: Ścieżek na drodze, którą jest Jezus, jest wiele. Ale jeżeli coś we mnie iskrzy, jeśli budzą się jakieś pragnienia na wspomnienie o św. Janie, to dlaczego nie miałbym uważać, że Duch Pański mnie do tego zaprasza?
Może dlatego, że św. Jan jest trudny? Nawet św. Teresa Wielka mówiła, że nie do końca go rozumie.
To, o czym o pisze Jan (o przeobrażającym zjednoczeniu), a także Teresa – przynajmniej do piątych mieszkań “Zamku wewnętrznego” włącznie – jest absolutnie dla wszystkich chrześcijan! A że Teresa nie do końca rozumiała Jana, to nic dziwnego. Nie ma co tego dramatyzować. Każdy z nas idzie własną ścieżką i druga osoba nigdy nie staje się mną.
Czyli nie trzeba być mnichem, mniszką czy zakonnikiem, żeby osiągać szczyty kontemplacji?
Gdyby to ode mnie zależało, to spokojnie beatyfikowałbym brata św. Teresy od Jezusa (miał na imię Lorenzo), brata św. Jana od Krzyża (Francisco) czy siostrę św. Elżbiety od Trójcy Świętej – Małgorzatę. Małgorzata, mama 9 dzieci (jedno wcześnie zmarło), która w wieku 42 lat została wdową, osiągnęła szczyty życia kontemplacyjnego w życiu małżeńsko-rodzinnym. Wzrastała przy tym w życiu kontemplacji i miłości bez szczególnego nauczania ze strony innych, poza podpowiedziami jej klauzurowej siostry.
Albo taka babcia Hala, która spotkałem w 1990 r. w Ukrainie. Dziś ma 91 lat. Przy niewielkim moim udziale poddała się pewnym Bożym działaniom, w tym intensywnej nocy ciemnej. Jestem przekonany, że prowadzi głębokie życie kontemplacyjne w ramach swojego świeckiego życia.
Kwestią jest tylko to, czy dana osoba zgodzi się na prowadzenie Boże, czerpiąc z doświadczenia Jana czy Teresy.
Zapytam więc przewrotnie: dla kogo nie jest św. Jan? Czego nie można u niego znaleźć?
Początków życia duchowego. Sam zresztą pisał, że jest szereg dobrych książek o początkach medytacji, dlatego on nie będzie się tym zajmował. – Chcę pisać o punktach stycznych, kiedy Duch Pański przeprowadza duszę z jednego poziomu na drugi, czyli o nocach ciemnych – deklarował Jan. (Teresa w ramach tzw. próby miłości w trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” mówi, że chce pisać o tym, jakie przeobrażenia i jakie oczyszczenia są potrzebne.) I wreszcie – w różnych momentach – Jan pisze o szczytach: w “Pieśni duchowej” czy “Żywym płomieniu miłości”.
Jeżeli ktoś chce czerpać z Jana początki życia duchowego, to trochę u niego znajdzie, ale niewiele.
Jeżeli ktoś chce pytać, na czym polega medytacja chrześcijańska, to też nie.
Wątku ewangelizacyjnego – kerygmatycznego, pierwszej metanoi – tam się nie znajdzie.
Trochę można znaleźć w życiorysie św. Teresy, ale nie jest to opracowane w sposób systematyczny.
Pisał Ojciec w książce “Geniusz św. Jana od Krzyża”, że droga, którą proponuje św. Jan, to droga bez atrakcji. I że jeżeli nie wyciszy się w sobie pewnego rodzaju pobożności, to w ogóle nie można wejść na tę drogę.
Może tak być, może tak być…
Pisałem to w 1988-1989 roku. Dziś bym tak tego nie nazwał. Nie mówiłbym o “braku atrakcji”. Ale tym kluczu układ podstawowy jest prosty: czy dana osoba szuka zjednoczenia ze sobą Ojca, Syna i Ducha Świętego przez wcielone Słowo Boga żywego, jakim jest Jezus, czy szuka Jego Osoby i zjednoczenia z Nim, czy raczej szuka wrażeń.
Dziś napisałbym, że Jan nie zachęca do zatrzymywania się na wrażeniach – ale to też trzeba dobrze rozumieć. Jan mówił: – Proszę bardzo: jeśli interesują cię dary, przeżycia, doznania i jest ci to potrzebne, to ja nie będę dyskutować z Duchem Świętym. Ale podpowiadam ci: jeśli nie pójdziesz w ubóstwo ducha, nie oderwiesz się od tego, to to, co na pewnym etapie w życiu duchowym ci służyło, na innym etapie będzie ci przeszkadzać.
Chce Ojciec powiedzieć, że aby pójść głębiej za św. Janem, trzeba przestać chodzić na wieczory uwielbienia, przestać odmawiać różaniec?
Nie, to zła interpretacja.
Główny problem jest taki: czy dana osoba chce zostać: niewolnikiem religijnym, strachliwym wobec Boga, czy chce – i to jest częstsze – zostać najemnikiem Boga, czyli osobą, która mówi o opłacalności (“co ja będę z tego miał, że będę odmawiał różaniec?”, “co ja będę z tego miał, że będę prowadził życie liturgiczne?” itd., itd.) Jeżeli dana osoba się na tym zatrzyma, to nie pójdzie dalej.
To nierzadkie zjawisko. Mam kontakt z wieloma dawnymi znajomymi z ruchu oazowego czy odnowy charyzmatycznej, którzy z różnych powodów tak się przyzwyczaili do doznań, przeżyć czy nawet głębszych doświadczeń, tak się przyzwyczaili do modlitw ustnych w pewnym kluczu, że dalej nie mogą pójść. Bo nie chcą wejść w większą pustkę, świętą pustkę, noc ciemną, to, co Jan nazywa próżnią – czyli głębokie ubóstwo duchowe, które sprawia, że moja przestrzeń duchowa jest otwarta na dalsze działanie. Zatrzymują się na tym poziomie. I wtedy to przeszkadza.
Natomiast to, co się dzieje po drodze, jest dobre, jeśli ta osoba daje się prowadzić dalej. Jeśli nie prowadzi modlitw ustnych na kilometry i tony, paplając i próbując zakląć Boga, żeby jej coś dał – ze zbawieniem włącznie.
Jak zaczniesz chodzić na modlitwę dla Niego, żeby to On “więcej z tego miał”, to dokonuje się jakieś pogłębienie. I wówczas rewidujesz swoje dotychczasowe zaangażowanie modlitewne – nie musisz go odrzucać. Stanowisko typu: “To ja już w ogóle nie będę uwielbiał” byłoby dziwaczne.
A że mogę się na tej atrakcji, przeżyciu, wrażeniu zatrzymać – to zupełnie inna kwestia. To się zdarza: dana osoba nie chce wejść w świętą, pierwszą, błogosławioną, będącą darem Bożym noc ciemną – czyli przejście z poziomu sentido (poziomu płytko-emocjonalnego, płytko-racjonalistycznego, podstawowo-wyobrażeniowego, fantazyjnego, doznaniowego) na poziom espiritu. Wówczas rzeczy, o których pan wspomniał – które na pewnym etapie były potrzebne, bo wyprowadziły tę osobę ze śmierci duchowej albo z bylejakości czy przeciętności kościelnej – te rzeczy zostają przywłaszczone i zaczynają przeszkadzać. To myślenie typu: “To ma być, a jak mi Pan Bóg tego nie da, to mogę się na Niego obrazić”. I zaczyna się latanie po miejscach, w których “to” dają… A Bóg mówi: “Wcale nie musisz tam latać. Ja jestem w tobie, tylko na inny sposób. Czy jesteś gotów przejść przez błogosławioną ciemną noc? Czy jesteś gotów zostawić to, co było, na rzecz ubóstwa duchowego, czyli poddania się Duchowi Bożemu, w którym wchodzisz w darmowość, bezinteresowność, a nie atrakcyjność, wrażeniowość, doznaniowość itd.?”
Wiele osób, które przyjeżdżają do nas na rekolekcje, wywodzi się z tego nurtu doznaniowego. Problem pojawia się, gdy proponuje im się coś idącego dalej. Wtedy zdarza się, że pojawia się lekkie przerażenie, bo człowiek do czegoś się przyzwyczaił, zna to, to jest jego. A kiedy wchodzi w noc ciemną, duchowe podpórki i częściowo ziemia trzęsą się, jakby nie było oparcia. Jan od Krzyża pisze o kimś takim: “oparty, a bez oparcia”. Bo nie odczuwa tego, ale jest oparty na samym Bogu. Do tej pory mógł być oparty na darach, doznaniach, wrażeniach, na przeżyciach, a Osoba była na drugim miejscu. Pytanie brzmi: czy pragnę za wszelką cenę Osoby i Jej prowadzenia, czy bardziej pragnę mieć coś dla siebie, np. doznania religijno-charyzmatyczne czy jakiekolwiek inne. I tutaj problem mają absolutnie wszyscy: czy są z różańca, czy z modlitwy ustnej, tzw. charyzmatycznej czy jakiejkolwiek innej.
A wcześniej czy później każda taka osoba stanie przed propozycją nocy ciemnej. Zgodzi się – pójdzie dalej. Nie zgodzi się – będzie krążyć na jakimś poziomie. Bóg to będzie tolerował przez jakiś czas: “Dobrze, jeśli tak sobie życzysz, wrócę za jakiś czas i znów zaproponuję ci coś dalej”. To jest niezmiernie dyskretna historia!
Załóżmy, że zgodzę się pójść dalej. Co będzie dalej?
Dalej będzie większa prostota i głębsze zjednoczenie, ale bardziej z Osobą aniżeli z działaniami Osób Boskich, bynajmniej Ich nie odrzucając. Będzie głębsze doświadczenie, ale już niekoniecznie doznaniowe, przeżyciowe. Wtedy dokonuje się paschalne “odkręcenie się” od samego siebie, a kręcenie się wokół Niego. Silniejsze stają się wiara, nadzieja i miłość jako najistotniejsze elementy życia Bożego we mnie. I zaczynam bardziej prowadzić życie w Duchu Świętym (u Teresy to jest w czwartym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”) aniżeli religijno-pobożnościowe, religijno-moralne. Jestem gotów na dobre paschalne cierpienia. Jestem gotów na bardziej ofiarną, ale roztropną służbę. Jestem bardziej gotowy na całkowite wydanie się Jemu: “zdobądź mnie, przejmij mnie, ja nie chcę już należeć do siebie, chce należeć do Ciebie”. Jan mówi, że jeśli taka osoba pozwoli żeby ją przekroczyć, Bóg – żeby jej nie zniechęcić – przeważnie daje jej pewne doświadczenia, których nie można już nazwać odczuciami, wrażeniami, atrakcjami. To jest coś bardziej subtelnego. Opisuje to zarówno w “Pieśni duchowej”, jak i w “Żywym płomieniu miłości”. To jest nieporównywalne do tego, co się działo na poziomie sentido. On tamtego poziomu nie neguje, mówi tylko: “Idź na skróty. Dlaczego idziesz drogą zmysłowo-wyobrażeniową, zamiast iść drogą duchową?”
Św. Paweł o tym samym pisze do Koryntian: nie neguję, stwierdzam, że macie wszystkie dary łaski”. Ale – mówi dalej – duchowi nie jesteście. Nie jesteście pneumatikoi. Podpowiedzieć wam, dlaczego nie jesteście pneumatikoi? Jesteście sarkikoi, czyli ludźmi starego człowieka, tyle że już z pierwszymi darami, pierwocinami Ducha. Ale duchowymi w sensie ścisłym (pneumatikoi ), poddanymi Duchowi jeszcze nie jesteście. Jesteście sarkikoi (my to tłumaczymy jako “cieleśni”, ale to nie jest do końca prawidłowe), bo zdarzają się u was takie a takie rzeczy. Ale nie neguję, że nie brak wam żadnych darów łaski.
I dokonuje się wreszcie w niektórych przypadkach – nie we wszystkich – przeobrażające, oblubieńcze, zaślubiające zjednoczenie z Bogiem, gdy ta osoba jest do głębi wolna, jest uwolniona od opinii ludzkiej i uwolniona od przywłaszczania sobie rzeczy duchowych. Jest głęboko uboga i nic jej nie brakuje. Jest miłosierna wobec braci – nie potrafi osądzać. Jest służebna, ale mądrze – ponieważ łączy w sobie miłość miłosierną z prawdą i sprawiedliwością w rozumieniu biblijnym. Może mieć pewne doświadczenia duchowe i może ich nie mieć. Może być w głębokiej oschłości przez resztę życia, ale jest cała zjednoczona i nie odchodzi od Boga.
Przeważnie ludziom towarzyszą przy tym pewne doświadczenia – niekoniecznie ekstatyczne, jak u Teresy; u Jana było tego prawdopodobnie mniej, przynajmniej nic o tym nie pisze.
Taki człowiek jest przeobrażająco zjednoczony z Bogiem. Jest u celu tego, co może się wydarzyć po tej stronie.
Potem jeszcze Jan opisuje rzeczy zupełnie niezwykłe: taka osoba jest na tyle poddana Duchowi Świętemu, że sama tchnie Ducha Świętego.
Ponieważ w jej duszy jest niebo (już teraz, nie gdzieś daleko), ponieważ ma życie wieczne w Chrystusie, Duch Święty czasem podwiewa zasłonę i ta osoba jakby zaczyna widzieć Boga, chociaż nie w sensie absolutnym – nie tak, jak po drugiej stronie. Ma też prawdziwe owoce Ducha Świętego: miłość (agape), radość, pokój…
Niektórzy są w tym kluczu widoczni, niektórzy bardzo ukryci. Taka babcia Hala… Niewiele osób odkryło, że to jest osoba prawdopodobnie głęboko zjednoczona z Bogiem. Jest uboga, prosta. Nie jest przeznaczona na świecznik.
To są piękne rzeczy! Ale bez nocy ciemnej to jest niemożliwe.
O. Serafin Maria Tyszko (ur. 1953) jest karmelitą bosym. Pochodzi ze Słupska. W Karmelu od 1979 r., kapłanem jest od roku 1985. Ponad 3 lata pracował w Ukrainie, 18 lat spędził w karmelitańskim eremickim domu modlitwy w Drzewinie koło Pruszcza Gdańskiego, obecnie (od 7 lat) w będącym w budowie klasztorze rekolekcyjnym na Zwoli koło Poznania.
Gość Niedzielny
***
piątek -12 grudnia
UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ Z GUADALUPE
Uroczysta Msza św. o godz. 19.00 w sali parafialnej przy kościele św. Piotra,
której przewodniczył będzie paulin o. Marcin Sylwan Wirkowski z Apostolstwa Różańca Świętego i Płaszcza Najświętszej Dziewicy z Guadalupe.
Podczas Mszy św. odnowienie naszego zawierzenia, aby Najświętsza Maryja Panna okryła nas swoim płaszczem.
Podczas Mszy św. w intencji dzieci zabitych przed narodzeniem, z obrazu Matki Bożej z Guadalupe, w Sanktuarium w Meksyku, wydobyło się światło, które – na oczach tysięcy wiernych – utworzyło kształt ludzkiego embrionu, podobny do obrazu widzianego podczas badań echograficznych.
Zjawisko zostało sfotografowane przez obecnych w świątyni. Zdjęcia wizerunku Matki Bożej ze świetlnym embrionem można zobaczyć na stronie internetowej Francuskiego Stowarzyszenia Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy (www.acimps.org). Jego działacze przypuszczają, że Maryja pokazała w swym łonie obraz nienarodzonego Jezusa.
Komentując zamieszczone fotografie, ks. Luis Matos ze Wspólnoty Błogosławieństw podkreśla, że nie są one odblaskiem światła zewnętrznego, np. fleszy aparatów fotograficznych. Powiększenia fotografii, zrobionych przez wiernych obecnych w sanktuarium, wyraźnie pokazują, że światło pochodzi bezpośrednio z wnętrza obrazu. Białe, intensywne światło ma formę i rozmiary ludzkiego embrionu. Widać również na nich strefy cienia, charakterystyczne dla echograficznych wizerunków płodu w łonie matki.
Tymczasem ks. José Luis Guerrero Rosado, kanonik bazyliki w Guadalupe i dyrektor Wyższego Instytutu Studiów Guadalupiańskich przestrzega przed pochopnym nazywaniem zaobserwowanego zjawiska cudem. Na stronie internetowej sanktuarium (www.virgendeguadalupe.org.mx) określa krążące w internecie doniesienia na ten temat mianem sensacyjnych. Wskazuje, że jedyne, co na razie wiadomo, to fakt, że przed wizerunkiem Matki Bożej pojawiło się światło, niewytłumaczalne w sposób naturalny. Nie jest to jednak wystarczająca podstawa, by z całą pewnością stwierdzić, że Maryja ukazała nam Jezusa jako nienarodzone dziecko – zaznacza duchowny. Argumentuje, że brak naturalnego wyjaśnienia zjawiska nie oznacza jeszcze, że dokonał się cud. Zauważa zarazem, że w sprawie tej nie wypowiedziały się jeszcze ani władze sanktuarium, ani archidiecezja Miasta Meksyk, na której terenie się ono znajduje.
DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:
Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […] oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.
***
Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
materdolorosa.pl
***
Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą ogarniamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.
Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).
Duchowa Adopcja
Może ją podjąć każdy człowiek:
obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
trwa przez dziewięć miesięcy
Zobowiązanie:
codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
modlitwa w intencji uratowania życia dziecka
Modlitwa codzienna
Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
Treść przyrzeczenia
“Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, że od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:
ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach
Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniom podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.
***
Dlaczego ochrona życia od poczęcia jest tak ważna? Odpowiedź w nauczaniu Jana Pawła II
Derrick CEYRAC | AFP
***
„W przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu” – pisał papież.– Każda ludzka istota ma prawo do absolutnego poszanowania podstawowego dobra, jakim jest życie, a uznanie tego prawa stanowi fundament współistnienia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej – przypominał Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae”.
Ekskomunika za aborcję
Nauczanie św. Jana Pawła II nt. świętości życia ludzkiego wydaje się szczególnie aktualne w kontekście ogłoszonego wyroku polskiego Trybunału Konstytucyjnego.
Wedle Katechizmu Kościoła Katolickiego, przyjętego w trakcie pontyfikatu Jana Pawła II i za jego aprobatą: „Życie ludzkie od chwili poczęcia powinno być szanowane i chronionew sposób absolutny. Już od pierwszej chwili swego istnienia istota ludzka powinna mieć przyznane prawa osoby, wśród nich nienaruszalne prawo każdej niewinnej istoty do życia” (KKK 2270).
A zatem „bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel lub środek, jest głęboko sprzeczne z prawem moralnym” (2271) i pociąga za sobą kanoniczną karę ekskomuniki.
Mówi o tym Kodeks Prawa Kanonicznego w kan. 1314. „Kto powoduje przerwanie ciąży, po zaistnieniu skutku podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa”.
Cywilizacja śmierci
„Cywilizacji śmierci” należy się przeciwstawić – wielokrotnie apelował Jan Paweł II. Budowa „cywilizacji miłości” nie jest utopią – zapewniał – i jest to najważniejsze zadanie rodziny.
W „Liście do rodzin” z 1994 r. pisze, że ta wspólnota znajduje się „pośrodku wielkiego zmagania pomiędzy dobrem a złem, między życiem a śmiercią, między miłością a wszystkim, co jest jej przeciwieństwem”.
Obrona życia od poczęcia jest tematem jednej z najważniejszych encyklik Jana Pawła II – „Evangelium vitae” z 1995 r. W encyklice tej zwraca uwagę, że zarówno teksty biblijne (np. Ps 139,13-16), jak i najstarsza Tradycja chrześcijańska (np. Didache i List do Diogneta) ostro sprzeciwiały się zamachom na niewinne życie ludzkie. Afirmując jednocześnie jego wartość od samego początku, tj. od poczęcia.
Teksty Pisma Świętego wyrażają wielki szacunek dla ludzkiej istoty w matki, co każe nam wyciągnąć logiczny wniosek, że także ona jest objęta Bożym przykazaniem: „nie zabijaj”.
Aborcja jest zawsze złem
„Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej – uczy Jan Paweł II w tejże encyklice – jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości.
Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać” (EV, 57).
Encyklika, będąca żarliwą obroną najsłabszych, jest równocześnie gorzką diagnozą współczesnej cywilizacji, nazwanej „cywilizacją śmierci”. U jej źródeł – pisze Jan Paweł II – tkwi egoizm i relatywizm etyczny. Spaczone pojęcie wolności absolutyzuje znaczenie jednostki ludzkiej i przekreśla jej solidarność z drugimi.
Efektem takich postaw jest oderwanie wolności od prawdy. Pogarda dla bezbronnych – nienarodzonych, upośledzonych, umierających, powoduje, iż sferę życia społecznego kształtuje siła.
Ograniczenie szkodliwości prawa
Legalizacja aborcji i eutanazji przez większość parlamentarną jest natomiast decyzją tyrańską wobec najbardziej bezbronnych.
Szczególna powinność – podkreśla papież Wojtyła – spoczywa na chrześcijańskich politykach, współuczestniczących w procesie kształtowania prawa. W przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu („Evangelium vitae” 73).
Polityk chrześcijański musi jednoznacznie opowiedzieć się po stronie życia, dążąc do jego całkowitej ochrony przez prawo. Nie zawsze osiągnięcie tego celu jest możliwe od razu. W takiej sytuacji może i powinien on wesprzeć te inicjatywy, które doprowadzą do ograniczenia szkodliwości już obowiązującego prawa.
Prawo do odmowy
W tym kontekście Jan Paweł II z naciskiem wskazuje na moralny obowiązek sprzeciwu wobec prawa umożliwiającego dokonywanie aborcji, niezależnie od przesłanek je usprawiedliwiających. Oznacza to także, że lekarze, personel medyczny i pielęgniarski oraz osoby kierujące instytucjami służby zdrowia, klinik i ośrodków leczniczych, powinny mieć zapewnioną możliwość odmowy uczestnictwa w planowaniu, przygotowywaniu i dokonywaniu czynów wymierzonych przeciw życiu. Kto powołuje się na sprzeciw sumienia, nie może być narażony nie tylko na sankcje karne, ale także na żadne inne ujemne konsekwencje prawne, dyscyplinarne, materialne czy zawodowe.
Z kolei w książce „Przekroczyć próg nadziei” Jan Paweł II podkreśla, że legalizacja przerywania ciąży to uprawnienia dane dorosłemu człowiekowi do pozbawienia życia człowieka nienarodzonego, czyli tego, który nie może się bronić.
„Trudno pomyśleć sytuację bardziej niesprawiedliwą i trudno tu naprawdę mówić o obsesji – odpowiada papież krytykom – gdy w grę wchodzi podstawowy nakaz prawego sumienia: to znaczy obrona prawa do życia ludzkiej istoty – niewinnej i bezbronnej”.
Wartości nienegocjowalne
Istotnym wątkiem nauczania Jana Pawła II było przypominanie o istnieniu „wartości nienegocjowalnych”, a są to te wartości, które w najbardziej podstawowy sposób chronią życia, godności i dobra osoby ludzkiej oraz jej prawa do rozwoju, muszą więc stanowić nienaruszalny fundament życia społeczności ludzkiej.
Wartości te – w świetle nauczania Kościoła – mają wymiar uniwersalny i ponadkonfesyjny: wynikają bowiem nie tylko z Objawienia, ale i z prawa naturalnego, zapisanego w każdym ludzkim sumieniu. Zaliczał do nich m.in. prawo człowieka do życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
„Podstawą tych wartości nie mogą być tymczasowe i zmienne »większości« opinii publicznej – tłumaczył Jan Paweł II w encyklice »Evangelium vitae« – ale wyłącznie uznanie obiektywnego prawa moralnego, które jako »prawo naturalne«, wpisane w serce człowieka, jest normatywnym punktem odniesienia także dla prawa cywilnego.
Gdyby na skutek tragicznego zagłuszenia sumienia zbiorowego sceptycyzm podał w wątpliwość nawet fundamentalne zasady prawa moralnego, zachwiałoby to samymi podstawami ładu demokratycznego, tak że stałby się on jedynie mechanizmem empirycznej regulacji różnych i przeciwstawnych dążeń”.
Dzień Życia
Jan Paweł II zaproponował ponadto, aby corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i w każdej kondycji.
W odpowiedzi na to wezwanie papieża, zebranie plenarne Episkopatu Polski uchwaliło w 1998 roku datę obchodów na uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca).
Aborcja wiąże się z ekskomuniką i zakazem przystępowania do sakramentów. Jak uzyskać rozgrzeszenie?
REPORTER
***
„Nie mam uprawnień, aby udzielić rozgrzeszenia z tego grzechu” – powiedział młody ksiądz głośniej, niż trzeba. Poczuła się jak odesłana od okienka w jakimś urzędzie.
Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
Nie była u spowiedzi niemal pół wieku. Można powiedzieć, że od tego dnia, gdy zostawiona przez wszystkich, także najbliższych, sama sobie, na drugim roku studiów, nie widząc innego wyjścia, poszła na “zabieg”.
Nauczyła się z tym żyć. Potem wyszła za mąż, urodziła i wychowała troje dzieci. Doczekała się wnuków. Raz, przed chrztem pierwszego dziecka, poszła do spowiedzi, aby wyznać ten grzech.
Ledwo zaczęła, po drugiej stronie kratki konfesjonału wyczuła panikę pomieszaną z wrogością. “Nie mam uprawnień, aby udzielić rozgrzeszenia z tego grzechu” – powiedział młody ksiądz głośniej, niż trzeba. Nerwowo tłumaczył jej, co powinna zrobić, z namaszczeniem wypowiadając słowo “penitencjarz”.
Poczuła się jak odesłana od okienka w jakimś urzędzie. Jakby wpadła w biurokratyczną machinę. Doszła do wniosku, że widocznie nie zasłużyła na przebaczenie, skoro mimo szczerego żalu i postanowienia, że nigdy więcej, go nie dostała.
Decyzja papieża Franciszka
Nigdy więcej nie próbowała. Aż do roku 2016. “Idź” – powiedziała córka, której wszystko opowiedziała niedawno, gdy urodził się drugi wnuk. “Teraz żaden ksiądz nie może cię odesłać”.
Wiedziała, o co jej chodzi. Słyszała o Nadzwyczajnym Jubileuszu i decyzji papieża Franciszka, że każdy ksiądz może teraz udzielić rozgrzeszenia takim, jak ona.
Ale na wszelki wypadek, gdy miesiąc później w sąsiedniej parafii drżąc z emocji klęknęła w konfesjonale, od razu powiedziała, że przyszła, bo jest Rok Miłosierdzia. Odchodziła po spowiedzi zapłakana, wdzięczna i szczęśliwa. “W tym momencie zrozumiałam najgłębszy sens Roku Miłosierdzia. Doświadczyłam go” – powiedziała potem.
Grzechy zastrzeżone
Grzech zabicia dziecka w łonie matki, nazywany aborcją, Kościół zalicza do tzw. grzechów zastrzeżonych.
“Chodzi o to, by uświadomić ludziom powagę tego grzechu” – wyjaśniał w 2010 roku ówczesny regens Penitencjarii Apostolskiej (zastępca Wielkiego Penitencjarza) bp Gianfranco Girotti. Kodeks Prawa Kanonicznego w kanonie 1398 stwierdza: “Kto powoduje przerwanie ciąży, po zaistnieniu skutku, podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa”.
Osoba ekskomunikowana nie może przystępować do sakramentów. Nie może uzyskać rozgrzeszenia z tego grzechu, także wtedy, gdy w pełni pojmuje popełnione zło, żałuje, ma mocne postanowienie poprawy i pragnie zadośćuczynić. Dopóki nie zostanie z niej zdjęta kara ekskomuniki. Nie każdy ksiądz może to zrobić. Uprawnienia ma biskup i wyznaczeni przez niego kapłani.
W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Konferencja Episkopatu Polski ujednoliciła na terenie naszego kwestię takich uprawnień i ogłosiła, którzy kapłani otrzymują jurysdykcję od swojego biskupa diecezjalnego do zwalniania z ekskomuniki związanej z grzechem aborcji (m. in. dziekani i wicedziekani, proboszczowie, księża spowiadający w katedrach). A także w jakich sytuacjach każdy spowiednik może od niej uwolnić (np. “w czasie komunii wielkanocnej, misji i rekolekcji”).
Rok Miłosierdzia
Podczas Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia na całym świecie w sprawie udzielania rozgrzeszenia z grzechu przerwania ciąży obowiązywały inne zasady. Zmienił je papież Franciszek. Po jego ogłoszeniu w liście, który otrzymał abp Rino Fisichella, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji, Franciszek napisał:
“Przebaczenia Bożego nie można odmówić nikomu, kto żałuje. Zwłaszcza jeśli ze szczerym sercem przystępuje do sakramentu spowiedzi, by pojednać się z Ojcem. Również z tego powodu postanowiłem, mimo wszelkich przeciwnych rozporządzeń, upoważnić wszystkich kapłanów w Roku Jubileuszowym do rozgrzeszenia z grzechu aborcjiosób, które jej dokonały, żałują tego z całego serca i proszą o przebaczenie“.
Dodał, że kapłani powinni się przygotować do tego wielkiego zadania, “by potrafili łączyć słowa szczerego przyjęcia z refleksją, która pomoże zrozumieć popełniony grzech oraz wskaże drogę autentycznego nawrócenia, by pojąć prawdziwe i wielkoduszne przebaczenie Ojca, który wszystko odnawia swoją obecnością”.
Jak bardzo papieżowi zależy na ułatwieniu korzystania z tego daru świadczy fakt, że jego decyzja objęła też wiernych chodzących do kościołów, gdzie sakramenty sprawują kapłani z Bractwa św. Piusa X.
Każdy ksiądz może rozgrzeszyć z aborcji
Ostatecznie papież podjął decyzję, że takie rozszerzone uprawnienia będą obowiązywały na stałe. W liście apostolskim Misericordia et misera z dnia 20 listopada 2016 roku czytamy:
Z powodu tego wymagania, aby żadna przeszkoda nie stała pomiędzy prośbą o pojednanie a Bożym przebaczeniem, udzielam od tej pory wszystkim kapłanom, na mocy ich posługi, władzy rozgrzeszania osób, które popełniły grzech aborcji.
Decyzja Franciszka nie oznacza, że zmienił stanowisko Kościoła w sprawie aborcji. W lutym 2016 r. mówił: “Aborcja to nie jest ‘mniejsze zło’. To zbrodnia. To zabić jedno, aby ocalić drugie. Tak samo postępuje mafia. To zbrodnia. To zło absolutne”.
Jednak Boże Miłosierdzie jest większe od nawet najcięższego grzechu.
Artur Stopka – publikacja 10.10.16 – aktualizacja 25.05.22/Aleteia.pl
***
Tajemnica wizerunku Matki Bożej z Guadalupe
Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe, obecny na indiańskim płaszczu uplecionym z włókien agawy, od prawie pięciu wieków spędza sen z powiek zatwardziałym agnostykom i wielu naukowcom. O jego tajemnicy z Ewą Kowalewską rozmawia Bernadeta Grabowska.
Adobe Stock
***
BERNADETA GRABOWSKA: – Czym jest acheiropoietos?
EWA KOWALEWSKA: – Wolę sformułowanie „nerukotvornyj”, a więc dzieło niewykonane ręką ludzką. Na świecie istnieją trzy takie wizerunki, ukazujące Zbawiciela i Niepokalaną: Całun Turyński, Chusta z Manoppello oraz Tilma św. Juana Diego, na której jest cudownie „zapisany” obraz Maryi Panny. Mówi się błędnie o tych dziełach, że nie mają one autora. Tymczasem ich pochodzenie jest niezwykłe, ponadnaturalne. Wpatrując się w nie, kontemplujemy oblicze samego Boga i jego Matki. To wielka, święta tajemnica. Obcujemy bowiem z czymś, co przekracza nasze ludzkie granice pojmowania. Obraz Matki Bożej z Guadalupe został namalowany ręką Matki Bożej na słabym jakościowo płótnie – z włókien agawy – niemal pięć wieków temu i trwa nienaruszony po dziś dzień…
– Jak doszło do jego powstania?
– 9 grudnia 1531 r. Matka Boża ukazała się prostemu człowiekowi, Indianinowi Juanowi Diego. Zwróciła się do niego w jego ojczystym języku nahuatl z prośbą o wybudowanie na wzgórzu Tepeyac świątyni ku Jej czci. Juan Diego udał się z tą prośbą do biskupa Juana de Zumárragi. Ten jednak – trudno się dziwić – nie uwierzył mu, ale poprosił Juana o jakiś znak. Podczas kolejnego objawienia Madonna kazała Indianinowi wejść na szczyt wzgórza Tepeyac. Jakież było jego zdziwienie, kiedy spostrzegł morze kwiatów – róż kastylijskich, niespotykanych o tej porze roku i w tym rejonie. Przepiękna Pani poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować do tilmy. Ten natychmiast udał się do biskupa i w jego obecności rozwiązał swój płaszcz. Na podłogę wysypały się kastylijskie róże, a biskup i otaczający go ludzie uklękli w zachwycie. Jednak to nie kwiaty zrobiły na nich takie wrażenie.
– Na tilmie ukazał się wizerunek Maryi…
– Tak, na rozwiniętym płaszczu uwidoczniona była jakby fotografia Madonny. Wszystkim zebranym ukazał się przepiękny wizerunek Matki Bożej ubranej w różową szatę. Jej głowę przykrywał błękitny płaszcz ze złotą lamówką i gwiazdami. Maryja miała złożone ręce, a pod Jej stopami był półksiężyc. Zebrani oniemieli, oniemiał również sam Juan Diego, który nie spodziewał się, że Matka Boża wykorzyta jego stary płaszcz, aby namalować na nim samą siebie…
– Czy naprawdę możemy wierzyć w to, że historia o cudownej Tilmie z Meksyku to nie ciekawa legenda, ale rzeczywistość sprzed prawie pięciu wieków?
– Jest wiele argumentów, które wskazują na to, że wizerunek Matki Bożej to obraz nieuczyniony ludzką ręką. Jednym z nich jest ten, że pomimo licznych naukowych badań nie można określić, jaką techniką obraz został wykonany, jakich barwników użyto przy jego powstaniu. Co więcej, zdjęcie w podczerwieni wykazało brak śladów pędzla, a sam wizerunek wskazuje bardziej na technikę wykonania zdjęcia polaroidem… Potwierdził to m.in. laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii – Richard Kuhn, który ustalił, że nie ma na obrazie śladu ani farb organicznych, ani mineralnych. Na uwagę zasługuje również niebywała trwałość materiału. Płaszcz utkany z liści agawy wytrzymuje nie więcej niż 20-30 lat. Tymczasem niemalże w 500 lat po „różanym cudzie” tkanina z wizerunkiem Madonny pozostaje tak mocna, jak tamtego grudniowego dnia.
– To nie jedyne cudowne znaki ukryte w wizerunku Matki Bożej z Guadalupe…
– Obraz Matki Bożej z Guadalupe zawiera znacznie więcej ukrytych symboli i znaków, które przybliżają nas do Bożej Tajemnicy. Jesteśmy niczym Jan, który nawiedził grób po zmartwychwstaniu Chrystusa – „ujrzał i uwierzył” (J 20, 8). Podobnie i my, kontemplując ikonę Madonny z Meksyku, przyjmujemy wiarą, ale i rozumem prawdę o Boskim pochodzeniu obrazu.
– Trudno się oprzeć wrażeniu, że Bóg przychodzi z pomocą naszej wierze, która często potrzebuje wzmocnienia…
– Bóg zawsze wychodzi naprzeciw człowiekowi. Daje wiele możliwości „spotkania”. W wizerunku Morenity z Guadalupe jednym z bardziej fascynujących elementów są oczy Matki Bożej. Otóż przy pomocy silnie powiększającego szkła możemy zauważyć w źrenicach Madonny rzecz niebywałą – wizerunek brodatego mężczyzny, podobnego do tego z najstarszych wizerunków Juana Diego. Podobny obraz odnaleziono w drugiej źrenicy Matki Bożej. Podczas badania oftalmoskopem okazało się, że światło skierowane na źrenicę Madonny reaguje refleksem, dając wrażenie wklęsłej rzeźby. Takie zjawisko nie zostało zaobserwowane na żadnym innym obrazie świata. Oznacza to, że oczy Matki Bożej z Guadalupe załamują światło dokładnie tak, jak ludzkie, żywe oczy. Co więcej, dr José Aste Tönsmann, który poświęcił badaniu oczu Matki Bożej z Guadalupe połowę swojego życia, odkrył zadziwiające zjawisko. Otóż przy powiększeniu na źrenicach Madonny widoczna jest dokładnie scena z 12 grudnia 1531 r., kiedy na tilmie pojawił się wizerunek. Widać 13 osób, jak gdyby zastygłych w bezruchu – Indianina siedzącego ze skrzyżowanymi nogami, biskupa Zumárragę, jego tłumacza Gonzaleza, Juana Diego z otwartą tilmą, czarnoskórą dziewczynę i indiańską rodzinę. Oczy Maryi żyją.
– Jak my, katolicy, powinniśmy traktować ten obraz?
– Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe jest jednym z najbardziej znanych na całym świecie. Bez wątpienia nie jest on zwykłym wizerunkiem religijnym. Jest ikoną, niosącą ze sobą konkretny przekaz ewangelicznych treści. Maryja ukazana jest jako „Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12,1). Świetliste promienie widoczne na ikonie to typowy krąg spotykany w ikonach, zwany mandorlą. Wiele mówi również symbolika kolorów – niebieski oznacza nieśmiertelność i wieczność mieszkańców nieba, różowy oznacza Bożą miłość i męczeństwo za wiarę. Królewskość Niewiasty wyraża się w pięknym, złotym oblamowaniu płaszcza. Wizerunek Madonny z Guadalupe to otwarta księga, pełna znaków i symboli… Im bardziej się w nie zagłębiamy, tym większe zdziwienie wobec dzieł Bożych pojawia się w naszym sercu.
– Dlaczego Maryja wybrała na miejsce swoich objawień w tamtym czasie Meksyk?
– Kiedy Maryja objawiła się Juanowi Diego, był to trudny czas ewangelizacji Meksyku. Do momentu inwazji konkwistadorów Aztekowie oddawali cześć różnym pogańskim bóstwom, pośród nich Quetzalcoatlowi w postaci węża. Ich przekonanie o potrzebie oddawania czci bożkom było wyjątkowo silne. Wierzono, że trzeba ich karmić krwią i sercami ludzkich ofiar. Oblicza się, że rocznie Aztekowie składali ok. 50 tys. ofiar z ludzi. Święta Panienka z Guadalupe miała prosić Juana Diego, aby nadał Jej wizerunkowi tytuł „Guadalupe”. Tymczasem „Guadalupe” jest przekręconym przez Hiszpanów słowem „Coatlallope”, które w nahuatl znaczy „Ta, która depcze głowę węża”. Indianie spostrzegli, że Maryja nie jest jakąś „zwykłą boginią”. Zrozumieli, że jest silniejsza od czczonych przez nich bóstw. Odczytując symbolikę obrazu z Guadalupe zgodnie z azteckim kodeksem, a więc dokumentem, który za pomocą obrazków miał przekazać najważniejsze prawdy Azteków, możemy być zaskoczeni ogromem indiańskich symboli zawartych w wizerunku. Dzięki temu Indianie rozpoznali w Maryi swoją największą Królową. W ciągu zaledwie 6 lat po objawieniach aż 8 mln Indian przyjęło chrzest. Dało to początek ewangelizacji całej Ameryki Łacińskiej. to był prawdziwy cud Matki Bożej, Jej wielkie zwycięstwo. Jan Paweł II nazywał Maryję z Guadalupe Gwiazdą Ewangelizacji.
– Dlaczego Morenitę z Guadalupe nazywa się patronką życia poczętego?
– Obraz Matki Bożej z Guadalupe jest szczególnie bliski wszystkim broniącym ludzkiego życia. Na swoim cudownym autoportrecie Matka Boża przedstawiła się w stanie błogosławionym. W samym centrum wizerunku, na łonie Maryi jest widoczny czteropłatkowy kwiat, przez Meksykanów nazywany Nahui Olin – Kwiatem Słońca. To symbol pełni i nowego życia. Ten niezwykły kwiat, umieszczony na łonie Maryi, z całą pewnością oznacza, że była Ona brzemienna. Dodatkowo Niepokalana ma czarną szarfę na talii, która symbolizuje stan odmienny.
– Jakie było przesłanie Matki Bożej z Guadalupe, co Maryja chce nam powiedzieć dzisiaj?
– Maryja na przestrzeni wieków ukazywała się zawsze najbiedniejszym, odrzuconym. W Lourdes – biednej, niewykształconej Bernadetcie Soubirous, w Fatimie – trojgu portugalskim pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi, w Gietrzwałdzie – dwóm dziewczynkom: Justynce i Barbarze z warmińskiej wsi. Również w Meksyku przychodzi do prostego człowieka – Juana Diego, który sercem ufa Bogu jak dziecko. Przesłanie Matki Bożej zazwyczaj jest podobne. Maryja prosi o modlitwę, o nawrócenie.
– O co dzisiaj prosi Matka Boża z Guadalupe?
– Matka Boża tak jak kiedyś, również i dziś przychodzi bronić tych najbardziej wykluczonych, bezbronnych – nienarodzonych. Maryja prosi nas o poszanowanie każdego ludzkiego życia, które jest najcenniejszym darem Boga – jest ono święte i nienaruszalne.
Tygodnik Niedziela
***
7 grudnia
Druga Niedziela Adwentu
fot. depositphotos.com
***
13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.
14.00 – MSZA ŚWIĘTA
KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS
***
papież Leon XIV:
„Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”
“Każdy z nas może być małym światełkiem, jeśli przyjmie Jezusa” – mówił Leon XIV w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”.
FOT. VATICAN MEDIA
***
Papież niedzielną modlitwę „Anioł Pański” odmówił z wiernymi zgromadzonymi na Placu św. Piotra w Watykanie. Swoje przemówienie poświęcił „duchowości Adwentu”.
Ojciec Święty zwrócił uwagę, że Ewangelia drugiej niedzieli Adwentu zapowiada nadejście królestwa Bożego, związane z wezwaniem do nawrócenia, głoszonym przez Jana Chrzciciela. W jego słowach rozbrzmiewa „Boże wezwanie, by nie igrać z życiem i wykorzystać chwilę obecną, aby przygotować się na spotkanie z Tym, który sądzi nie na podstawie pozorów, lecz na podstawie czynów i intencji serca”.
Królestwo Boże „objawi się w Jezusie Chrystusie, w łagodności i miłosierdziu”. Prorok Izajasz porównuje je do odrośli, co jest obrazem „narodzin i nowości”. Na odrośl, który wyrasta z pozornie martwego pnia, zaczyna wiać Duch Święty ze swoimi darami. (…) Jest to doświadczenie, które Kościół przeżył podczas Soboru Watykańskiego II, zakończonego dokładnie sześćdziesiąt lat temu: doświadczenie, które odnawia się, gdy wspólnie zmierzamy ku królestwu Bożemu, wszyscy pragnąc je przyjąć i służyć mu – wskazał papież. Dodając, że wówczas „realizuje się to, co po ludzku wydawałoby się niemożliwe”.
Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Przygotujmy się na Jego królestwo, przyjmijmy je – wezwał Leon XIV, zapewniając, że będzie nas prowadził Jezus. Na tym polega „duchowość Adwentu, tak świetlista i konkretna”. Iluminacje wzdłuż ulic przypominają nam, że każdy z nas może być małym światełkiem, jeśli przyjmie Jezusa, odrośl nowego świata – powiedział papież.
Stacja7.pl
***
8 grudnia
Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny
Msza święta o godz. 7 rano w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego
w Godzinie Łaski – adoracja przed Najświętszym Sakramentem od godz. 12.00 – 13.00
***
fot. radio Niepokalanów
***
Po ogłoszeniu dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi 8 grudnia 1854, bł. Pius IX ustanowił ten dzień uroczystością Niepokalanego Poczęcia. „Najświętsza Maryja Dziewica od pierwszej chwili swego poczęcia, przez łaskę i szczególny przywilej Boga wszechmogącego, na mocy przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego, została zachowana czysta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego”.
Cytowana definicja precyzyjnie wyjaśnia znaczenie tej prawdy wiary, która głosi, że Maryja została poczęta wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia: Aby być Matką Zbawiciela, „została obdarzona przez Boga godnymi tak wielkiego zadania darami”. W chwili Zwiastowania anioł Gabriel pozdrawia Ją jako „pełną łaski” (Łk 1,28). W ciągu wieków Kościół uświadomił sobie, że Maryja, napełniona „łaską” przez Boga (Łk 1,28), została odkupiona od chwili swego poczęcia. Maryja jest „odkupiona w sposób wznioślejszy ze względu na zasługi swego Syna”. Dzięki łasce Bożej Maryja przez całe życie pozostała wolna od wszelkiego grzechu osobistego Por. KKK, 490−493.
Niepokalanie poczęta Maryja – jak Ewa w raju przed grzechem, czy raczej jak każdy z nas po chrzcie?
Są ciekawe pytania dotyczące Matki Bożej, na które dogmat o Niepokalanym Poczęciu nie odpowiada wiążąco – mówi ks. prof. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
Scena zwiastowania Maryi na fresku w Sanktuarium Matki Bożej Sokalskiej.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Co to znaczy: Niepokalane Poczęcie?
Ks. prof. Jacek Kempa: Niepokalane Poczęcie to jest prawda, a nie wydarzenie. Prawda o tym, że Maryja od początku swojego istnienia, czyli od poczęcia, jest zachowana od grzechu pierworodnego.
Często Niepokalane Poczęcie Maryi jest mylone z dziewiczym poczęciem Jezusa. Tymczasem w Niepokalanym Poczęciu nie chodzi o to, jak Pan Jezus został poczęty, ale o to, Kim była Matka Boża.
Dokładnie tak. To jest mylone nieustannie i wprowadza bardzo duży zamęt. Ta pomyłka prawdopodobnie bierze się z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że ta uroczystość przypada 8 grudnia, a więc w Adwencie, w pobliżu Bożego Narodzenia.
Kolejny powód jest pewnie taki, że w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi czytamy podczas Mszy o dziewiczym poczęciu Pana Jezusa – czytamy opis sceny Zwiastowania z Ewangelii według św. Łukasza.
Bardzo możliwe. A ten fragment jest przecież czytany dlatego, że Maryja jest w nim przez Archanioła Gabriela nazwana „łaski pełną”. Tu znajduje się podstawowe ewangeliczne odniesienie do prawdy wiary, którą nazywamy Niepokalanym Poczęciem.
Co to znaczy: „pełna łaski”? Są co do tego wątpliwości, ponieważ użyte w tym miejscu greckie słowo kecharitomene nie oznacza dosłownie „pełna łaski”, a raczej „obdarowana łaską”. A to przecież mniej kategoryczne stwierdzenie.
Prawda wyrażona w dogmacie o Niepokalanym Poczęciu nie jest prostym, dosłownym powtórzeniem tego, o czym mówi nam Ewangelia. Jest daleko idącą interpretacją, wynikającą z wiary Ludu Bożego, która rozwijała się po ogłoszeniu Ewangelii, po spisaniu i zamknięciu kanonu pism Nowego Testamentu. Dlatego odwoływanie się do słowa kecharitomene jak do fundamentu jest oczywiście potrzebne, ale nie wyczerpuje treści nauki o Niepokalanym Poczęciu.
Wracam więc do pierwszego pytania – co to dokładnie znaczy: Niepokalane Poczęcie?
Ściśle odpowiada na to definicja dogmatyczna papieża Piusa IX z 1854 roku. Mówi ona, że Maryja od początku swojego istnienia jest zachowana od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego i że dzieje się to mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa.
Jakie to zachowanie od grzechu pierworodnego miało skutki dla Matki Bożej i jakie skutki ma dla nas?
Najpierw jest to zwierciadlane odbicie stwierdzenia, że Maryja jest cała święta – z tym dopowiedzeniem, że jest święta od poczęcia, a nie tak jak my, uświęcona przez chrzest sakramentalny. Nie była przecież ochrzczona. Nie było wtedy sakramentu chrztu świętego. Mówiąc jeszcze inaczej: Nie mogło być łaski chrztu, skoro nie było odkupienia dokonanego przez Pana Jezusa.
Dogmat ten orzeka więc, że to wszystko, co się składa na pełnię świętości Maryi, zostało Jej podarowane od początku Jej istnienia. Dar ten zaś otrzymała przed dokonaniem się odkupienia w Chrystusie. To obdarowanie nie wydarzyło się jakby „poza darem odkupienia”, ale na mocy przewidzianego przez Boga odkupienia ludzkości.
Czy Matka Boża była zatem jak Ewa w raju przed grzechem pierworodnym, czy raczej jak my po chrzcie świętym?
Odniesienie Maryi do Ewy w raju jest znane z Tradycji wiary. Wnosi ważne światło w rozumienie roli Maryi w historii zbawienia. Niestety, może prowadzić też do spekulacji, których prawdziwości nie sposób sprawdzić.
Prawda o Niepokalanym Poczęciu pozwala nam powiedzieć, że Maryja jest jak Ewa przed grzechem: obdarzona nadprzyrodzoną przyjaźnią z Bogiem. Umocniona tą łaską nigdy nie traci więzi z Bogiem. Jest więc „nową Ewą”, początkiem „nowego stworzenia”. Istotą tego stanu jest pozostanie w podarowanej więzi z Bogiem – czyli w łasce.
Kiedy stawia Pan alternatywę między stanem Ewy w raju a stanem człowieka po chrzcie, to zostaje wprowadzony jeszcze inny problem. Chrzest gładzi grzech pierworodny i grzechy osobiste, jeśli zostały wcześniej popełnione. Czyli, mówiąc pozytywnie, chrzest obdarza nowym życiem w Chrystusie. Wprowadza w więź z Bogiem. Czy to uświęcenie przez chrzest wprowadza nas w stan pierwszych rodziców? Intuicyjnie zawołamy „nie!”, wskazując na to, że w dalszym życiu niestety popełniamy wiele grzechów, czyli ulegamy skutkom grzechu pierworodnego, do których należy skłonność do grzeszenia. Gdybyśmy do tego dodali jeszcze tradycyjną wykładnię wiary biblijnej, że pierwsi rodzice byli wyposażeni w niezwykłe dary wolności od cierpienia i śmierci, to zamęt gotowy. Zdecydowanie chrzest nie przywraca nas do stanu rajskiego. Nawet stwierdzenie, że chrzest „przywraca” nam łaskę nie jest poprawne. On nas po prostu obdarowuje czymś, na co nie zasłużyliśmy: nowym życiem w Chrystusie, czyli łaską wielkiego, miłosiernego Ojca. Gdzie jest Maryja w tym zestawieniu? Jest jak Ewa jedynie w sensie symbolicznym, jako Matka „nowej ludzkości”, odkupionej przez Chrystusa. Poza tym nie odwracamy się już wstecz ku Ewie. Maryja nie jest wolna od cierpień, od przemijania ku śmierci. Przecież czcimy ją także jako Matkę Bolesną. Maryja, odkupiona od początku swojego istnienia przez Chrystusa, wskazuje drogę ku przyszłości – jest prawzorem naszego odkupienia. W tym sensie jest jak wszyscy ochrzczeni, a nie jak Ewa. Jej przywilejem jest to, że otrzymała ten dar od początku swojego istnienia i na mocy specjalnego Bożego przywileju. Tajemnicą tego daru, ale i Jej współpracy z nim jest jej nieprzerwana świętość, to znaczy Jej zupełne oddanie Bogu, które się nigdy nie zachwiało.
Czyli można by powiedzieć, że Matka Boża była wolna od winy, ale nie była wolna od skutków grzechu pierworodnego?
Tak. A do skutków grzechu pierworodnego należy – jak wiadomo – skłonność do grzechu osobistego. Trwały i trwają spory co do tego, czy można z dogmatu o Niepokalanym Poczęciu wyciągać wnioski sięgające stwierdzenia, że Maryja nie przeżywała skłonności do złego. Wydaje się, że takie twierdzenie prowadziłoby do osobliwego wniosku, że Maryja stoi w swej „nadziemskiej” doskonałości poniekąd wyżej od Jezusa, czyli Syna Bożego w Jego ludzkiej naturze. Bo przypomnijmy, że Syn Boży stał się człowiekiem i jako Jezus z Nazaretu był kuszony do złego, a więc musiał się mierzyć z jakiegoś rodzaju pociąganiem w stronę zła. Owszem, zwyciężał je, ale w tym doświadczeniu pociągania do złego objawia swoją solidarność z nami. Gdyby twierdzić, że Maryja takiego stanu narażania na zło – np. w postaci doświadczania zwyczajnych codziennych słabości – nie przeżywała, to trzeba by uznać, że w porządku łaski stała Ona wyżej niż Pan Jezus. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu oczywiście tego nie zakłada.
Z historii teologii wiemy, że w Kościele coraz wyraźniej rozwijało się przekonanie, iż Maryja nigdy nie popełniła żadnego grzechu, nawet lekkiego. Niemniej byli także autorzy sugerujący, że Maryja postępowała w doskonałości swojego życia. Nie popełniła nigdy grzechu ciężkiego (czyli nie zerwała nigdy swojej więzi z Bogiem), ale podlegała procesowi doskonalenia się w miłości Boga. To są otwarte kwestie. Można o nich dyskutować, bo dogmat o Niepokalanym Poczęciu tego nie przesądza.
Już święty Augustyn uważał, że Matka Boża była niepokalanie poczęta. Święto Niepokalanego Poczęcia zostało oficjalnie wprowadzone przez papieża Sykstusa IV w 1477 r. Sobór Trydencki zastrzegał, że grzech pierworodny nie dotyczy Maryi. Dlaczego w takim razie tak długo zajęło Kościołowi ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu? Przypomnijmy, że stało się to dopiero w 1854 r.
Z poglądami św. Augustyna na ten temat sprawa jest skomplikowana. Trzeba by naświetlać kontekst teologiczny, w jakim formułował swoje przemyślenia. Trudno go uznać za prekursora współcześnie ogłoszonej nauki o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Na pewno głosił świętość Maryi.
Rzeczywiście łatwiej jest wprowadzić święto do kalendarza liturgicznego niż ogłosić dogmat. Chwalenie Boga, Maryi i świętych w liturgii Kościoła nie domaga się w każdym przypadku precyzyjnych definicji. Natomiast ogłoszenie dogmatu nasuwało trudności. Czy można mówić o świętości Maryi jako efekcie dzieła odkupienia w Chrystusie? Jak można mówić, że Maryja jest od chwili poczęcia odkupiona przez Chrystusa, skoro dopiero stanie się osobą dorosłą, dopiero ma Go urodzić, a On dopiero za jakiś czas dokona dzieła Odkupienia?
Jak rozstrzygnięto tę wątpliwość?
Zwykle przywołujemy tu naukę franciszkańskiego teologa bł. Jana Dunsa Szkota, który jako pierwszy bardzo wyraźnie podkreślił, że Bóg nie jest związany biegiem historii. W swojej wszechwiedzy przewiduje, że Maryja zostanie Matką Odkupiciela. Przewidując to, udziela daru odkupienia Maryi, zanim spełni się Odkupienie przez Chrystusa.
Duns Szkot był zatem prekursorem myśli o tym, że Maryja cieszy się łaską Odkupienia za sprawą Bożego przewidzenia daru odkupienia przez Krzyż Chrystusa. I tak to zostało zapisane w definicji dogmatycznej w 1854 roku: Maryja na mocy przewidzianych zasług Zbawiciela rodzaju ludzkiego Jezusa Chrystusa została zachowana od grzechu pierworodnego.
Około czterech lat po tym uroczystym akcie miały miejsce objawienia w Lourdes. Matka Boża przedstawiła się tam św. Bernadecie jako Niepokalane Poczęcie.
Myślę, że miało to niesłychanie wielkie znaczenie dla szerokiego spopularyzowania tego tytułu Maryi i zawartej w nim treści. W każdym razie kult Maryi jako wyróżnionej przez Boga darem Niepokalanego Poczęcia rozpowszechnił się bardzo i stał się pośrednio przyczyną jeszcze większego wyniesienia Maryi w Kościele.
Szereg badaczy historii teologii mówi, że mniej więcej od tamtego czasu zaczęła się niestety umacniać także niepoprawna pobożność maryjna. Wyobrażała ona sobie Maryję nie jako jedną z nas w Kościele, jako pierwszą w Kościele, ale jako kogoś nieomal boskiego, jako osobę, którą można już tylko czcić, ale nie da się Jej naśladować. Szczęśliwie wróciliśmy do równowagi w Kościele: czcząc Maryję, nie stawiamy jej ponad ludzkością, ponad Kościołem. Jej wyjątkowa rola Matki Zbawiciela nie oddala jej od nas, Jej przywilej Niepokalanego Poczęcia nie stawia Jej ponad nami, ale czyni z Niej osobę „pierwszą w pielgrzymce wiary”.
Mówiliśmy, że ze względu na nagminne mylenie Niepokalanego Poczęcia Maryi z dziewiczym poczęciem Jezusa dość nieszczęśliwie się stało, że uroczystość Niepokalanego Poczęcia jest w Adwencie i że niemal sąsiaduje z Bożym Narodzeniem. Ale teologicznie to ma sens. Skoro definicja dogmatyczna mówi, że Niepokalane Poczęcie Maryi to skutek przewidzianych zasług Pana Jezusa, to mamy prawo – jak Dante Alighieri – nazywać Matkę Bożą „córką Swego Syna”.
Tak. Myślę, że dobrze jest przeżywać Adwent jako wielki skrót historii zbawienia. W takim szybkim résumé nauka o Niepokalanym Poczęciu ma swoje miejsce: oto po wiekach oczekiwania w narodzie wybranym pojawia się osoba, która jest przygotowana przez Boga do tego, żeby stać się Matką Zbawiciela. Tak, to bardzo pasuje! Należy tylko przesunąć akcent z tego nieprawidłowego skojarzenia z poczęciem Jezusa…
rozmawiał: Jarosław Dudała/Gość Niedzielny
***
Niepokalane Poczęcie: kto tu kogo począł? Uroczystość, której wielu katolików nie rozumie.
CERES/Wikipedia | Domena publiczna
***
8 grudnia świętujemy nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś zupełnie innego.
Niepokalane Poczęcie Maryi, którego uroczystość obchodzimy w liturgii 8 grudnia, często bywa mylone z Jej dziewiczym macierzyństwem. To pierwsza sprawa, którą warto wyjaśnić.
Świętujemy dzisiaj nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś innego. A mianowicie o to, że Bóg, wybierając Ją jeszcze przed Jej urodzeniem na Matkę swojego Syna, przygotował Ją do tej roli, pozwalając Jej począć się i urodzić bez obciążenia grzechem pierworodnym.
Pełna łaski
Nie znaczy to, że Maryja była pozbawiona jakiejś części ludzkiego doświadczenia czy bagażu człowieczej natury. Bóg Jej niczego nie odjął. Wręcz przeciwnie. Można powiedzieć, że od czasów Adama i Ewy była pierwszym pełnym człowiekiem. Grzech jest w nas pewnym brakiem. Grzech pierworodny to rana, pęknięcie w naturze, z którym się rodzimy. W Niej tego braku nie było.
Była i pozostała pełna – Pełna łaski – bo miała stać się Matką Tego, który jest w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem. Aby Jezus – tak jak od Ojca otrzymał pełnię bóstwa – tak po Matce mógł odziedziczyć pełne, niewybrakowane grzechem człowieczeństwo.
Nie znaczy to, że Maryi nie dotyczył problem grzechu pierworodnego i że nie potrzebowała odkupienia. Ta pełnia uzdrowionego człowieczeństwa została Jej podarowana dzięki męce, śmierci i zmartwychwstaniu Syna. Tyle, że niejako przed czasem.
Próbując jakoś wyrazić tę uprzedniość, liturgia mówi, że stało się to na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa. Pan mógł to tak urządzić, bo w przeciwieństwie do nas nie jest ograniczony czasem. U Niego wszystko jest teraz.
To przygotowanie, którego Bóg dokonał w Maryi, nie oznacza także jakiegokolwiek ograniczenia Jej woli. Maryja nie była zmuszona zostać Matką Boga, choć oczywiście łatwiej Jej było dzięki temu powiedzieć: Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie. O ile coś takiego w ogóle może być łatwe.
Niespętana, nieograniczona grzechem była w momencie decyzji i w każdym innym momencie swojego życia najbardziej wolnym stworzeniem, jakie kiedykolwiek chodziło po ziemi. Bardziej wolny jest już tylko Jezus, ale On nie jest stworzeniem, lecz Stwórcą. Nie kimś wolnym, ale samą Wolnością.
Bez grzechu
Z powyższego akapitu można wyciągnąć wniosek, że Maryi w ogóle było łatwiej czynić dobro i unikać grzechu. To prawda. Nie miała w sobie niszczącego wolność kosmicznego wirusa grzechu. Tylko powiedzmy sobie szczerze, że to jest względne ułatwienie w świecie skażonym grzechem. Pełnia niewinności to także maksymalna wrażliwość na najmniejsze nawet zło.
Maryja była trochę jak główna bohaterka Miasta ślepców (nota bene świetna rola Julianne Moore, znanej szerzej jako pani prezydent Coin z Igrzysk śmierci). Jedyna widząca wśród niewidomych, pochłoniętych egoistyczną walką o przetrwanie. Jeśli to znaczy, że miała łatwiej, to owszem – miała łatwiej. Dodajmy tylko, że do programu tego łatwiej należało stanie pod krzyżem i Wielka Sobota.
W to szczególne, uprzednie wybranie i przygotowanie Maryi, w tę Jej zachwycającą i dającą nam nadzieję wolność Kościół wierzył od samego początku. Nie jest to wymysł Piusa IX, który korzystając z bycia papieżem, narzucił go innym.
Wiara w Niepokalane Poczęcie ma swoją podstawę w Piśmie Świętym. Składają się na nią: zapowiedź nieprzyjaźni między Niewiastą a wężem, która kończy się zmiażdżeniem głowy tego ostatniego przez jej Potomstwo; obrazy starotestamentalne, w których Kościół widział od samego początku zapowiedź Maryi (Arka Przymierza, lilia między cierniem, ziemia kapłańska, runo Gedeona – tak, dobrze wam się kojarzy, Godzinki są przecież o Niepokalanym Poczęciu).
A także określenia Pełna łaski oraz błogosławiona między niewiastami, jakich używają w stosunku do niej Gabriel i Elżbieta.
Jestem Niepokalane Poczęcie
Wiarę tę podzielali również ojcowie Kościoła, nazywając ją czystą, niewinną i bez skazy. Na Wschodzie od VII, a na Zachodzie od VIII wieku obchodzono święto Poczęcia Maryi. Zastrzeżenia zgłaszali późniejsi teologowie (w tym święci Bernard i Tomasz z Akwinu).
Ale to dlatego, że nie za bardzo zgadzało im się to z prawdą o tym, że grzech pierworodny dotyczy wszystkich ludzi i że wszyscy potrzebują odkupienia. Sprawę wyjaśnił ostatecznie kilka wieków później doktor subtelny, czyli błogosławiony Jan Duns Szkot. A i my już to sobie wyjaśniliśmy powyżej.
Ogłoszenie dogmatu przez Piusa IX nie polegało więc na wyciągnięciu nikomu nieznanego wcześniej poglądu teologicznego z papieskiej tiary. Chodziło raczej o ostateczne zdefiniowanie formalne i potwierdzenie prawdy wiary, jaką Kościół nosił w swoim łonie i wyznawał od samego początku.
Kościół na Wschodzie wierzy tak samo. A jego dystans do rzeczonego dogmatu wynika z przekonania, iż definiowanie i ogłaszanie prawd wiary jest raczej kompetencją soboru niż pojedynczych biskupów (choćby był to biskup samego Rzymu).
Objawienie prywatne
W tym kontekście warto dodać, że była to inicjatywa oddolna i to dochodząca do głosu już od dobrych kilku wieków. Samo ogłoszenie bulli Niewysłowiony Bóg (Ineffabilis Deus) papież poprzedził konsultacjami z komisją teologów, konsystorzem kardynałów i biskupami całego świata. Mieli oni za zadanie napisać, jak wiara w Niepokalane Poczęcie miewa się w praktyce religijnej ich wiernych.
Cztery lata po ogłoszeniu dogmatu do całej sprawy uprzejma była odnieść się nawet sama Zainteresowana. Bernadecie Soubirous (prostej dziewczynie, którą trudno posądzać o dogłębną wiedzę teologiczną) Maryja przedstawiła się, mówiąc: Jestem Niepokalane Poczęcie.
W objawienia prywatne – w przeciwieństwie do dogmatów – katolik nie ma co prawda obowiązku wierzyć, ale trzeba przyznać, że Maryja trafiła w Lourdes w samo sedno. Jesteśmy tym, co pozwolimy zrobić ze sobą Bogu. Jesteśmy tym, co otrzymamy od Niego. Jeśli chcemy być w pełni sobą, w pełni ludźmi, to tylko On może dać nam tę pełnię.
W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny 8 grudnia każdego roku od godz. 12:00 do 13:00 trwa Godzina Łaski.
Adobe Stock
***
O tej godzinie Maryja obiecuje morze łask i zachęca do modlitwy w kościele, a jeżeli to nie jest to możliwe, można także prosić o łaski w domu, pracy, tam, gdzie akurat przebywamy. To wezwanie do modlitwy nie tylko swoich i swojej rodziny intencjach, lecz także pokój na świecie, Kościół i nawrócenie grzeszników, a także do ofiary i pokuty.
Niewielu w Polsce słyszało o objawieniach Matki Bożej w Montichiari-Fontanelle, choć przyjęło się już w licznych parafiach nabożeństwo zwane Godziną Łaski. U jego początków są właśnie objawienia Matki Bożej Róży Duchownej we włoskim Montichiari.
O niewielkim miasteczku w północnej Italii, u podnóża Alp, 20 km od Brescii, zrobiło się głośno tuż po II wojnie światowej. Wówczas to, w roku 1946, najpierw w Montichiari, a potem – w następnych latach – w położonej nieco na uboczu dzielnicy Fontanelle Matka Boża wielokrotnie ukazała się Pierinie Gilli, pielęgniarce z miejscowego szpitala. Dzięki tym objawieniom miasteczko zupełnie zmieniło swój charakter, m.in. w górującym nad okolicą starym zamku, zwanym obecnie Zamkiem Maryi, ulokowano ośrodek dla ludzi chorych i starych, natomiast przy źródle w Fontanelle – według życzenia Maryi – powstał ogromny ośrodek leczniczy z basenami z leczącą wodą z poświęconego przez Najświętszą Pannę źródła.
Pierina Gilli
Powiernicą Matki Bożej – jak wspomniałem – była Pierina Gilli, urodzona 3 sierpnia 1911 r. w wiosce San Giorgio pod Montichiari. Pochodziła ona z biednej, wielodzietnej rodziny. Gdy jej ojciec, Pancrazio, zmarł wskutek ran odniesionych podczas I wojny światowej, mała Pierina trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Sytuacja materialna rodziny poprawiła się, kiedy jej matka, Rosa, wyszła powtórnie za mąż, i Pierina mogła wrócić do domu. Była jednak źle traktowana przez ojczyma. W trudnych chwilach – jak wspominała – śpiewała Litanię loretańską do Matki Bożej, by powstrzymać jego agresję.
W wieku 18 lat podjęła pracę jako pielęgniarka w szpitalu w Montichiari. Przekonana od dzieciństwa o opiece Matki Bożej, pragnęła wstąpić do zakonu, jednak z powodu słabego zdrowia i braku posagu nie została przyjęta. Nie załamując się, oddała Maryi swoje życie. Postanowiła równocześnie praktykować uczynki miłosierdzia i pokuty. Pod wpływem duchowych natchnień złożyła prywatny ślub czystości i odmówiła zamążpójścia. Celem wybranej przez nią drogi było uświęcenie własne, a także ofiarowanie praktyk pokutnych oraz cierpień za przeżywających trudności kapłanów oraz osoby konsekrowane.
Ponownie starała się o przyjęcie do zakonu w 32. roku życia. Choć została przyjęta do Zgromadzenia Służebnic Miłosierdzia, nie złożyła ślubów wieczystych, głównie z powodu nękających ją ciężkich chorób. W wieku 35 lat po raz pierwszy miała widzenie Matki Bożej.
Objawienia Róży Duchownej
Pierwsze objawienie Pierina przeżyła 24 listopada 1946 r. podczas pracy w szpitalu. Ujrzała płaczącą Madonnę z zanurzonymi w piersi trzema mieczami. Szatę Maryi zdobiły trzy róże: biała, czerwona i złota. Maryja nazwała siebie Różą Duchowną. Głównym przesłaniem była prośba o szerzenie kultu Matki Bożej Róży Duchownej w intencji uświęcenia dusz konsekrowanych. Kiedy Pierina opowiedziała o tym widzeniu swojemu spowiednikowi, nie znalazła zrozumienia, co więcej – nakazał jej milczenie.
Podczas kolejnych widzeń i mistycznych ekstaz Pierina widziała Matkę Bożą w różnych miejscach: w domowym oratorium, w szpitalnej sali, w domowej kaplicy, w kościołach… Świadkami tych objawień były setki osób. W licznych orędziach Matka Boża nawiązywała do wielkich objawień: w Lourdes – nazywając się Niepokalanym Poczęciem; w Fatimie – pragnąc, aby rozwijano w zgromadzeniach zakonnych nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca i czczono Ją pod wezwaniem Róży Duchownej (Mistycznej); na rue du Bac w Paryżu – nakazując wybicie medalika podobnego do tego z 1830 r., kiedy to miały miejsce objawienia św. Katarzynie Labouré. Już bodaj z tego wynika, że przesłania Maryi w Montichiari okazały się bardzo kościelne, a tym samym uniwersalne, stąd też figury Matki Bożej Róży Duchownej zaczęto wkrótce stawiać w wielu kościołach na całym świecie.
Fenomenem tych objawień jest wspomniana Godzina Łaski: 60 minut między godz. 12.00 a 13.00 w dniu 8 grudnia, czyli w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi. Oto Jej słowa: „Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu”.
Słowo Kościoła
Objawienia z Montichiari przez wiele lat nie były zatwierdzone przez Kościół, mimo że potwierdziły je cuda uzdrowień, zjawiska świetlne i słoneczne oglądane wielokrotnie w Montichiari, a nawet to, że papież Paweł VI miał na swoim biurku statuę pielgrzymującej Madonny Róży Duchownej.
Biskup Brescii Giacinto Tredici, który ostatecznie musiał wydać werdykt o prawdziwości objawień, nie będąc im przeciwny, sugerował Pierinie Gilli życie w ukryciu. Ta pokornie zastosowała się do zaleceń i przez wiele lat mieszkała w skromnym domku przy franciszkańskim klasztorze w Fontanelle, gdzie spotykała się z pielgrzymami w swojej niedużej kaplicy. Aż do śmierci prowadziła pustelnicze życie. Poświęciła się modlitwie i pokucie, jednak nigdy nie przywdziała habitu zakonnego. Zmarła w opinii świętości 12 stycznia 1991 r., nie doczekawszy się zatwierdzenia objawień. Jej grób i miejsca objawień odwiedza rocznie ponad 100 tys. pielgrzymów.
Kolejny biskup Brescii, Giulio Sanguinetti, widząc, jak statuy Maryi z trzema różami na piersiach lub też z trzema mieczami zdobywają świat, 15 sierpnia 2000 r. uznał kult Matki Bożej Róży Duchownej z objawień w Montichiari. Przesłał także list do dwóch stowarzyszeń, które spontanicznie zajmowały się miejscami kultu w Fontanelle. Poinformował je o mianowaniu „kapłana, który ma zająć się sprawą kultu, w osobie Pierino Bosellego, dyrektora diecezjalnego wydziału do spraw liturgii”. Wkrótce w Montichiari powstało nowe stowarzyszenie, utworzone z dwóch dotychczasowych, zatwierdzone przez biskupa i przez proboszcza Montichiari ks. Franco Bertoniego. Jego celem jest szerzenie pobożności do Matki Bożej w Fontanelle. To nowe stowarzyszenie nazywa się Róża Duchowna – Fontanelle.
Uznanie objawień Róży Duchownej wpłynęło na jeszcze liczniejsze fundowanie świątyń pod tym wezwaniem, powstały nowe ruchy religijne; także wiele osób, które odwiedzają i poznają Montichiari, odkrywa powołanie kapłańskie lub zakonne. Chociaż więc objawienia w Montichiari-Fontanelle nie wniosły szczególnie wiele nowego czy to do teologii, czy do pobożności maryjnej, to należałoby napisać, że Bóg zawsze wybiera sobie tylko znany i właściwy moment na swoje przesłanie do Kościoła i świata. Orędzie Matki Bożej z Montichiari jest wołaniem o zagrożoną świętość kapłanów i osób konsekrowanych, jest wezwaniem do modlitwy, do podejmowania dzieł zadośćuczynienia i pokuty szczególnie za tych kapłanów, którzy przeżywają kryzys wiary, a nierzadko odchodzą z drogi powołania lub nawet otwarcie zaczynają walczyć z Kościołem.
„Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie, ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie nawiedzić kościoła, a będzie modlił się w południe w domu, ten także otrzyma za moim pośrednictwem wiele łask. Każdy, kto będzie modlić się w tej intencji i wylewał łzy pokuty, odnajdzie pewną drabinę niebieską, przez me macierzyńskie Serce będzie też miał zapewnioną opiekę i łaskę. Spójrz na to Serce, które tak umiłowało ludzkość, ale większość ludzi tylko rzuca w nie obelgami. Jeśli dobrzy i źli zjednoczą się w modlitwie, dostąpią przez to Serce miłosierdzia i otrzymają dar pokoju”.
Prośby i obietnice
1. Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata.
2. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała.
3. Będą masowe nawrócenia.
4. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga.
5. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich.
6. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona.
7. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny łaski.
8. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu.
Czesław Ryszka/Tygodnik Niedziela
***
Ten jeden obraz w Barcelonie zatrzymał mnie w pół kroku. Nie spodziewałam się, że zmieni moją wiarę
Museu Nacional d’Art de Catalunya/ Public Domain/ Canva
Inmaculada (Zurbarán, Barcelona)
***
Pojechałam do Hiszpanii wygłosić wykład o dekonstrukcji symboli teologicznych w malarstwie. Weszłam do muzeum tylko „przy okazji”. A wtedy wydarzyło się coś, czego nie przewidziałam.
Gdy praca staje się pustą bieganiną
Samolot przechylał się nad Barceloną, a ja patrzyłam w mleczną mgłę z coraz cięższym sercem. Słoneczna Hiszpania. Akurat. Bardziej jak Londyn. Jechałam z kolejnym wykładem — dekonstrukcja symboli teologicznych w malarstwie współczesnym. Temat ukochany, a mimo to czułam w sobie wypalenie, jakby moje przemyślenia były skazane na porażkę w świecie, który nie ma już czasu na piękno.
Przez całą drogę wracało do mnie jedno pytanie: po co ja to jeszcze robię?
Ludzie wolą rolki, Tik Toka, śmieszne filtry, migoczące obrazy. Jak coś o sztuce to w 10 sekund, zabawnie. A ja próbuję mówić o ikonografii, o tradycji, o teologicznych sensach, o ukrytych symbolach które wymagają ciszy, skupienia, otwartości. O tym, że nadal istnieją malarze nawiązujący do tego, co kiedyś było kanonem. To bez sensu. Nikogo to nie interesuje już.
Mgła zagania mnie do Museu Nacional d’Art de Catalunya. Wchodzę z przyzwyczajenia, z zamiarem „odfajkowania” kilku sal. Nic mnie nie rusza. Wszystko jest poprawne, znane, przewidywalne.
I wtedy widzę Ją. Niepokalane Poczęcie Zurbarána.
Wiszący skromnie, wśród innych obrazów, cichy, na ich tle wstydliwie niepozorny. A jednak coś mnie zatrzymało.
Inmaculada (Zurbarán)
***
Maryja Niepokalana
Podchodzę z czystej ciekawości — zawodowy odruch. Maryja w bieli, księżyc pod stopami, dłonie złożone. W głowie automatycznie odhaczam schematy epoki, wskazówki Pacheco o tym, jak należy malować Maryję: młodą, o pięknych rysach, otoczoną wieńcem gwiazd dwunastu.
Chcę już odejść. Ale kątem oka zauważam Bramę Niebieską po lewej stronie.
„Zamknięta brama przez którą przechodzi Zbawiciel … dziewicze macierzyństwo… Ezechiel.” – myślę.
I nagle czuję lekkie zawstydzenie. Dlaczego nie zobaczyłam tego od razu?
Przesuwam wzrok na drugą stronę:
Schody — Drabina Jakubowa. Łącznik nieba i ziemi. Maryja jest tu Pośredniczką i Tą, która niesie pomoc ludziom w dążeniu do Królestwa Niebieskiego.
Poniżej lustro — „zwierciadło bez skazy” z Księgi Mądrości. Wybraństwo bez grzechu poczętej Matki Boga.
Świątynia. Miasto. Palma. Wieża Dawidowa. “Tyś zdrojem wód żywych spływających z Libanu “(PnP 4,15) tyle proroctw, które spełniły się w Jej osobie!
A nad jej głową — dziesięć gwiazd, dziesięć, nie dwanaście! A jednak nie — dwie kolejne, ukryte w chmurach.
Nagle wszystko zaczyna pulsować znaczeniem. I coś we mnie pęka.
Moment, którego nie potrafię wyjaśnić
Patrzyłam na Maryję, a ona — inaczej niż większość Inmaculadas — nie kierowała wzroku ku niebu. Patrzyła w dół, na ziemię. Na mnie.
W tamtej sekundzie poczułam, jak cała drętwieję. Jakby cały mój wewnętrzny chaos został nagle „złapany” przez to spojrzenie.
Przez lata tłumaczyłam studentom, że symbole są językiem, którym sztuka rozmawia z wiarą. Ale miałam wrażenie, że sama od dawna słyszę już tylko echo swojej wiedzy, a nie głos Boga.
A teraz — przy tym jednym obrazie — poczułam coś, co trudno nazwać inaczej niż łaską.
Jakby wszystkie te dawne symbole — Brama, Drabina, Gwiazdy, Wieża, Morze — zaczęły składać się w jedną wielką opowieść o czystości, wyborze, pięknie i o tym, że Maryja jest tajemnicą, którą próbujemy może czasem zbyć i sprowadzić do roli zwykłej kobiety, której zdarzyło się urodzić Jezusa.
Poczułam wilgoć pod powiekami. I choć było mi głupio płakać w muzeum, nie mogłam się opanować.
Jak bardzo nie doceniamy pomocy, jaką mamy w Maryi!
Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta!
Następnego dnia mówiłam inaczej. Nie jak historyk sztuki. Bardziej jak świadek.
O tym, że stare mistrzostwo nie było kwestią estetyki czy artystycznego widzimisię, lecz modlitwą. I opowiedziałam o skromnym skarbie, który mają tuż pod nosem, ale nie widzą. O tym, że Niepokalane Poczęcie nie jest po prostu malowidłem, a teologicznym poematem zapisanym w symbolach. Studenci – nie wiem, czy którykolwiek był wierzący, słuchali obojętnie.
Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta! Módl się za nami. Pocieszycielko strapionych! Módl się za nami.
Po wykładzie podeszła do mnie dziewczyna.
– Pierwszy raz dotarło do mnie, że to coś więcej, niż tylko obraz. Że to hymn pochwalny wysławiający Maryję. Modlitwa zamknięta w obrazie, którą ja też mogę się modlić, razem z malarzem, ponad wiekami! – powiedziała.
I wtedy zrozumiałam: to właśnie jest sens.
Nie to, by cały świat natychmiast się nawrócił, ale to, by jedna osoba zobaczyła w nim posłanie, które czekało na nią od wieków.
Sztuka zmienia nas, jeśli jej na to pozwolimy
Od tamtego wieczoru w Museu Nacional d’Art de Catalunya noszę w sobie jedno przekonanie:
Mistrzowie przekazują więcej, niż widzą nasze oczy. Ale tylko otwarte serce pozwala, by ich dzieła nas przemieniały.
Maryja z obrazu Zurbarána patrzy w dół, nie dlatego, że boi się nieba, ale dlatego, że chce zejść do naszego świata, Pocieszycielka strapionych!
Do mojego zmęczenia. Twojego szukania. Naszych pytań.
I być może właśnie wtedy sztuka sakralna robi to, co robi najlepiej: prowadzi do modlitwy, a przez nią do Boga.
Świecę Roratnią zapala się w czasie Mszy św. odprawianej przed wschodem słońca. Ciemność symbolizuje świat, w którym ludzkość oczekiwała na przyjście Mesjasza. Ciemność symbolizuje współczesnego człowieka, w którego życiu nie narodził się jeszcze Chrystus, albo człowieka, który się od Niego oddalił. Ciemność uzmysławia sytuację, którą całkowicie odmienił Bóg poprzez Tajemnicę Wcielenia. Podczas Pasterki w pierwszym Czytaniu Kościół ogłasza proroctwo Izajasza: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. (…) Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany” (Iz 9, 1. 5). To wszystko prowadzi do uwielbienia Boga za to, że stał się jednym z nas, by nas zbawić.
Świeca roratnia rozjaśnia ciemności. którą symbolizuje Maryja, wybrana przez Boga na Matkę Bożego Syna. W Adwencie słyszymy proroka Izajasza: „Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański” (Iz 11, 1-2). Duch Święty zstąpił na Maryję, co opisuje scena Zwiastowania. Wybrana przez Boga wywodzi się z rodu Dawida,
Świeca Roratnia symbolizuje Najświętszą Maryję Pannę, bo to Ona nosi w swoim łonie Światłość świata – Jezusa Chrystusa. Ta Światłość jest już obecna w Maryi, dlatego nazywamy Ją Jutrzenką i Gwiazdą Zaranną. Tak jak ta gwiazda zapowiada wschód Słońca, tak Maryja zapowiada radość przyjścia Mesjasza. W oczekiwaniu na Narodzenie Pańskie Adwent jest tym szczególnym czasem medytowania nad Tajemnicą Wiecienia: Boży Syn, który jest w Jej łonie i ten sam Boży Syn obecny we wspólnocie Kościoła, w sakramentach i w Bożym Słowie.
***
Adwent w dziejach Polski odgrywał wielką rolę w przygotowaniu do świąt Bożego Narodzenia, wyrażając wielką tęsknotą na cud Pańskich Narodzin.
***
W czasie tej Mszy św. na ołtarzu pali się dodatkowa świeca, pięknie ubrana, symbolizująca Maryję, która w noc betlejemską poda nam swymi rękami najdoskonalsze światło – Chrystusa, swego Syna.
Przed rozpoczęciem Mszy św. podchodził do ołtarza król, niosąc pięknie ozdobioną świecę i stawiał ją na najwyższym lichtarzu na środku ołtarza. Podobne świece, lecz już nieozdobione, przynosili do ołtarza prymas, senator, ziemianin, rycerz, mieszczanin, chłop – przedstawiciele ówczesnych stanów i każdy składając świecę mówił: Gotów jestem na sąd Boży.
Od Bolesława, Łokietka, Leszka, Gdy jeszcze w Polsce Duch Pański mieszkał, Stał na ołtarzu przed mszą roraty Siedmioramienny lichtarz bogaty. A stany państwa szły do ołtarza, A każdy jedną świecę rozżarza. Król – który berłem potężnym włada, Prymas – najpierwsza senatu rada, Senator – świecki opiekun prawa, Szlachcic – co królów Polsce nadawa, Żołnierz – co broni swoich współbraci, Kupiec – co handlem ziomków bogaci, Chłopek – co z pola, ze krwi i z roli Dla reszty braci chleb ich mozoli. Każdy na świeczkę grosz swój przyłoży I każdy gotów iść na sąd Boży…
Codziennego udziału w roratach przestrzegali królowie: Zygmunt Stary, Zygmunt August, królowa Bona, Anna Jagiellonka i Marysieńka Sobieska.
W adwencie w każdy poniedziałek i środę Msza święta Roratnia w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godzinie 7 rano.
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW, G3 7SD
***
Jak nie zepsuć Adwentu? Nie popełnij tych błędów
fot. Daiga Ellaby/ Unsplash
***
Adwent jest wyjątkowym czasem w życiu człowieka wierzącego. Kościół proponuje nam na te kilka tygodni bardzo obfitą paletę możliwości większego zaangażowania w oczekiwanie na przyjście Pana. Oto wskazówki, które pomogą dobrze przeżyć ten czas.
1. Uświadom sobie, na co tak naprawdę czekasz
Jaka jest Twoja pierwsza myśl, gdy słyszysz “Boże Narodzenie”? Dla wielu z nas oznacza to: świętowanie, rodzinną atmosferę, wolne od szkoły czy pracy, możliwość odpoczynku. Ale czy to na to najbardziej czekamy? Adwent ma nas przygotować na przyjście Pana – zarówno na Jego powtórne przyjście na końcu świata, paruzję, jak i na Jego narodzenie. To na Nim powinno się skupić nasze oczekiwanie.
2. Pomyśl, kto czeka na Ciebie
Okres przedświąteczny zdaje się wyzwalać w ludziach większą otwartość, szczodrość i chęć pomocy. Rozliczne przedświąteczne zbiórki, charytatywne koncerty, przygotowywanie paczek z prezentami zachęcają nas do dawania siebie innym. Co ciekawe – mimo wielu wydatków w tym czasie, chętniej otwieramy swoje serca i portfele, by pomóc bardziej potrzebującym. Pomyśl, komu możesz w tym adwencie coś ofiarować, kto oczekuje Pana Boga i mógłby Go znaleźć w Twojej dobroci.
3. Roratnie wstawanie to nie wyścig po zaliczenie
Moda na roraty rozpowszechnia się. Kościoły w wielu parafiach są pełne wiernych, także i dzieci, mimo porannej pory. Łatwo jednak wpaść w przekonanie, że Adwent będzie ważny tylko z nimi. Roraty to nie konkurs z medalami. Jaka motywacja przyświeca Twojemu porannemu wstawaniu? Im bliższa jest Boga, tym lepiej. Roraty nie mogą być sposobem na udowodnienie sobie i komukolwiek, że jest się lepszym i wytrwalszym.
4. Nastrój – tak, ale czemu od razu świąteczne piosenki?
Bolączką naszych czasów jest nieumiejętność czekania. Denerwują nas korki i kolejki, biegniemy na metro nawet jeśli kolejne przyjedzie za kilkadziesiąt sekund, a w sklepach choinki, bombki i światełka pojawiają się prawie obok zniczy na początku listopada. Adwent może być dla nas lekcją cierpliwego czekania. Ale nie da się tego zrobić, jeśli od początku fundujemy sobie świąteczne – urocze skądinąd – piosenki we wszystkich gatunkach muzycznych. Poczekaj z tym. W sieci można znaleźć wiele pięknych adwentowych utworów o niezwykle bogatych tekstach – może skorzystasz z adwentowej playlisty Stacji7. Zdążysz jeszcze nasłuchać się kolęd i piosenek o Nowonarodzonym.
5. Nie zostawiaj wszystkiego na ostatnią chwilę
Przygotowanie Świąt to spore wyzwanie. Kiedy żyjemy w biegu, czas ucieka nam nie wiadomo kiedy i nagle robi się 22, 23 grudnia. Zdenerwowani biegamy od sklepu do sklepu w poszukiwaniu prezentów, przytłacza nas ogrom sprzątania, nie wspominając o gotowaniu. Spróbuj zrobić, co możesz, wcześniej – szczególnie jeśli chodzi o duchowe porządki czyli spowiedź. Pomoże Ci to zaoszczędzić stres i niepotrzebne nerwy.
6. Niech przygotowania nie będą ważniejsze od Gościa
Chyba wszyscy zgodzimy się, że celem adwentu i przygotowań na Boże Narodzenie nie jest wzorcowe posprzątanie domu, suto zastawiony stół i spełniające marzenia prezenty. Jezus przychodzi, by dać nam miłość i pokój, którymi będziemy mogli się dzielić w gronie najbliższych. W ferworze przygotowań nie zapomnij, że najważniejszy w tym wszystkim jest Pan Bóg. W końcu to jego narodzenie będziemy świętować – nie można zostawiać go na dalszym planie.
7. Nie nadymaj się tak
Bóg przyszedł na świat jako maleńkie dziecko. To, co może nam Go przesłonić, to przerost formy nad treścią. Zastanów się, co w adwencie pomoże Ci przygotować się na jak najszczersze przyjęcie Go do swego życia. Pomysłów może być wiele, ale aktywność to nie wszystko, bo „nic się nie zmieni, jeśli nic nie zmienisz”. Niech to będzie błogosławiony czas!
Otylia Sałek/Stacja7pl
***
30 listopada
Pierwsza Niedziela Adwentu
13.30 – Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość przystąpienia do sakramentu pojednania
14.00 – MSZA ŚW.
Po Mszy św. w godzinie miłosierdzia – Koronka do Bożego Miłosierdzia
KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS
***
„Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?”
„Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.
„Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.
„Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.
„Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.
„Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).
„W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” .
„Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?”
„Wierzę w Kościół Chrystusowy”.
„W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza”. Jak zauważa papież Benedykt XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.
„Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła”. Owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnym za Kościół, który wspólnie stanowimy”. „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” .
“Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrywa przed nami Duch Święty” .
(z listu na Adwent – Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak/ www.prymaspolski.pl)
*
Podsumowanie piątego dnia papieskiej podróży: Miłość nie jest na czas określony
Papież przy grobie św. Szarbela.
***
Wizytą przy grobie wielkiego libańskiego świętego – Szarbela – w sanktuarium św, Marona w Annai Papież Leon XIV rozpoczął piąty dzień swojej podróży apostolskiej do Turcji i Libanu. Był to zarazem drugi dzień jego pobytu w Libanie. Naznaczony został wołaniem o pokój, jedność i wezwaniem do młodych, aby budowali prawdziwą przyjaźń i miłość, która nie jest „na czas ograniczony”.
„Św. Szarbel uczy nas zachowań, które są sprzeczne z postawami ogółu. Lecz właśnie dlatego tak nas pociągają, bo są jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię” – tak mówił Leon XIV przy grobie libańskiego świętego pustelnika.
Czego uczy św. Szarbel?
Jego przemożnemu wstawiennictwu zawierzył jedność Kościoła i pokój na świecie, a w szczególności w Libanie i na Bliskim Wschodzie.
Papież przyznał, że przybywa do grobu św. Szarbela jako pielgrzym. Zastanawiając się nad dziedzictwem św. Szarbela, Leon XIV zwrócił uwagę na paradoks tego świętego pustelnika. Nic nie napisał, żył w ukryciu, a jego sława rozeszła się po całym świecie. Czego nas zatem uczy dzisiaj św. Szarbel? – pytał Papież. „Chciałbym to podsumować – powiedział – w następujący sposób: Duch Święty ukształtował go, aby tych, którzy żyją bez Boga, nauczył modlitwy; tych, którzy żyją w hałasie – nauczył ciszy; tych, którzy żyją dla pozorów – nauczył skromności, a tych, którzy poszukują bogactw – nauczył ubóstwa. Są to zachowania przeciwne głównemu nurtowi, ale właśnie dlatego nas pociągają, jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię”.
„Dla Kościoła – powiedział – prosimy o komunię i jedność: począwszy od rodzin, małych Kościołów domowych, poprzez wspólnoty parafialne i diecezjalne, aż po Kościół powszechny. Komunia, jedność. A dla świata prosimy o pokój. Szczególnie błagamy o niego dla Libanu i całego Bliskiego Wschodu”.
Papież przy grobie św. Szarbela.
U Maryi, Pani Libanu w Harissie
Od grobu św. Szarbela Leon XIV pielgrzymował dziś rano do sanktuarium maryjnego w Harissie. Czczonej tam Pani Libanu przekazał w darze złotą różę. Spotkał się też z libańskim duchowieństwem oraz osobami zaangażowanymi w duszpasterstwo.
Papież odwołał się do nauczania Jana Pawła II, który mówił w 1984 roku: „Wytwarzajcie wszędzie tam, gdzie żyjecie i pracujecie, atmosferę braterstwa.”
„Jeśli chcemy budować pokój – powiedział Leon XIV – zakotwiczmy się w Niebie i, kierując się tam mocno, kochajmy bez obawy utraty tego, co przemija, i dawajmy bez miary. Z tych korzeni, silnych i głębokich jak korzenie cedrów, wyrasta miłość i z Bożą pomocą powstają konkretne i trwałe dzieła solidarności”Papież ofiarował złotą różę sanktuarium Maryi, Pani Libanu w Harissie.
Niech się wzniesie ku niebu pieśń pokoju
O pokoju i pojednaniu mówił Leon XIV także podczas spotkania ekumenicznego i międzyreligijnego z przywódcami wielu wspólnot religijnych na Placu Męczenników w Bejrucie.
W coraz bardziej powiązanym świecie jesteście wezwani do bycia budowniczymi pokoju: do przeciwstawiania się nietolerancji, przezwyciężania przemocy i eliminowania wykluczenia – powiedział Leon XIV. Dodał, że Liban jest przykładem, iż wyznawcy różnych religii mogą żyć razem i budować kraj zjednoczony poprzez szacunek i dialog.
Leon XIV wezwał, by waśnie z tej ziemi, „gdzie minarety i wieże kościelne stoją obok siebie, sięgając nieba” wznosiły się do Jedynego Boga błagania o pokój. „Niech tutaj, na tej ukochanej ziemi, każdy dzwon, każdy adhan, każde wezwanie do modlitwy łączy się w jedną, wznoszącą się pieśń – nie tylko po to, aby wielbić miłosiernego Stwórcę nieba i ziemi, ale także aby z głębi serca modlić się o boski dar pokoju” – wzywał Leon XIV.Podczas spotkania międzyreligijnego Leon XIV mówił o pokojowym współistnieniu różnych religii .
Macie entuzjazm, by zmienić historię
Następnie Leon XIV spotkał się z kilkunastoma tysiącami młodych przybyłych nie tylko z Libanu, ale też z diaspory libańskiej, m.in. z Iraku czy Syrii. Najpierw Ojciec Święty wysłuchał świadectw czworga młodych Libańczyków, którzy opowiadali o tragicznych momentach związanych z wydarzeniami w kraju, a także o nawiązywanych mimo trudności relacjach i więzach solidarności.
„Drodzy młodzi, być może ubolewacie nad tym, że odziedziczyliście świat rozdarty wojnami i zniekształcony przez niesprawiedliwości społeczne. Jednak w was tkwi nadzieja – dar, który nam, dorosłym, wydaje się już nieosiągalny. Wy macie czas! Macie więcej czasu, aby marzyć, organizować się i czynić dobro. Jesteście teraźniejszością, a przyszłość już powstaje w waszych rękach! Macie entuzjazm, by zmienić bieg historii!” – Mówił Leon XIV.Młodych Libańczyków Papież wzywał, by mieli odwagę zmieniać historię.
Miłość nie jest na czas określony
Papież powiedział również młodym, jak budować relacje przyjaźni i wzajemną miłość.
„Jeśli w centrum relacji przyjaźni lub miłości znajduje się nasze „ja”, relacja ta nie może być owocna. Podobnie nie można naprawdę kochać, jeśli kocha się na czas określony, dopóki trwa uczucie: miłość na czas ograniczony jest miłością ograniczonej jakości” – przekonywał Papież.
Spotkanie w Nuncjaturze
Po zakończeniu spotkań dnia, Papież Leon XIV przyjął w siedzibie Nuncjatury Apostolskiej zwierzchników islamskich i druzyjskich wspólnot Libanu. Podczas spotkania rozmawiano o dobrych relacjach między różnymi wspólnotami religijnymi, wyrażając nadzieję na zachowanie pluralizmu i współistnienia, które czynią Liban wyjątkowym, oraz na położenie kresu przemocy utrudniającej spokój i samo życie wspólnot.
02.12.2025/VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny
***
Leon XIV: św. Szarbelu uproś Kościołowi jedność, a światu pokój
Św. Szarbel uczy nas zachowań, które są sprzeczne z postawami ogółu. Lecz właśnie dlatego tak nas pociągają, bo są jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię. Leon XIV mówił o tym przy grobie libańskiego świętego pustelnika. Jego przemożnemu wstawiennictwu zawierzył jedność Kościoła i pokój na świecie, a w szczególności w Libanie i na Bliskim Wschodzie.
Vatican Media
***
Papież przyznał, że przybywa do grobu św. Szarbela jako pielgrzym. Wyraził przypuszczenie, że i jego poprzednicy pragnęliby tam przybyć, a w szczególności św. Paweł VI, który beatyfikował i kanonizował tego maronickiego mnicha.
Żył w ukryciu, nic nie napisał, a jest znany w całym świecie
Zastanawiając się nad dziedzictwem św. Szarbela, Leon XIV zwrócił uwagę na paradoks tego świętego pustelnika. Nic nie napisał, żył w ukryciu, a jego sława rozeszła się po całym świecie. Czego nas zatem uczy dzisiaj św. Szarbel? – pytał Papież.
Jak świeża i czysta woda na pustyni
„Chciałbym to podsumować – powiedział – w następujący sposób: Duch Święty ukształtował go, aby tych, którzy żyją bez Boga, nauczył modlitwy; tych, którzy żyją w hałasie – nauczył ciszy; tych, którzy żyją dla pozorów – nauczył skromności, a tych, którzy poszukują bogactw – nauczył ubóstwa. Są to zachowania przeciwne głównemu nurtowi, ale właśnie dlatego nas pociągają, jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię”.
Duchownym przypomina o wymaganiach ich powołania
Leon XIV zauważył, że św. Szarbel jest też szczególnym przykładem dla duchownych. Przypomina im o ewangelicznych wymaganiach ich powołania. „Jednak jego spójność życia, tyle radykalna, co pokorna, jest przesłaniem dla wszystkich chrześcijan” – dodał Ojciec Święty.
Moc wstawiennictwa: „rzeka miłosierdzia”
Papież wspomniał też o przemożnym wstawiennictwie św. Szarbela, podkreślając, że nigdy nie przestał on wstawiać się za nami u Ojca Niebieskiego. „Już za jego życia wielu ludzi przychodziło do niego, aby otrzymać od Pana pocieszenie, przebaczenie i radę. Po jego śmierci wszystko to się zwielokrotniło i stało się rzeką miłosierdzia. Również z tego powodu, każdego 22. dnia miesiąca, tysiące pielgrzymów przybywa tu z różnych krajów, aby spędzić dzień na modlitwie i odpoczynku duszy i ciała”.
Prosimy o jedność dla Kościoła i pokój dla świata
Modląc się przy grobie św. Szarbela, Leon XIV zawierzył jego wstawiennictwu potrzeby Kościoła, Libanu i świata. „Dla Kościoła – powiedział – prosimy o komunię i jedność: począwszy od rodzin, małych Kościołów domowych, poprzez wspólnoty parafialne i diecezjalne, aż po Kościół powszechny. Komunia, jedność. A dla świata prosimy o pokój. Szczególnie błagamy o niego dla Libanu i całego Bliskiego Wschodu”.
Nie ma pokoju bez nawrócenia
Papież przypomniał jednak, że nie ma pokoju bez nawrócenia. O tym właśnie przypominają nam święci. „Niech więc św. Szarbel pomoże nam zwrócić się do Boga i prosić o dar nawrócenia dla nas wszystkich”.
On jest światłem, które Bóg zapalił w Libanie
Na zakończenie Leon XIV odniósł się do daru, którzy przywiózł do tego górskiego sanktuarium. Jest nim lampa, która, jak wyjaśnił ma być symbolem światła, które Bóg zapalił w tym miejscu poprzez św. Szarbela. „Ofiarowując tę lampę, opiece św. Szarbela powierzam Liban i jego naród, aby zawsze kroczył w świetle Chrystusa. Dzięki Bogu za dar św. Szarbela! Dziękuję wam, którzy strzeżecie jego pamięci. Wędrujcie w świetle Pana!” – dodał Ojciec Święty.
Vatican Media/Tygodnik Niedziela
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana,miłowana, uwielbiana i słuchana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc grudzień 2025 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
Módlmy się, aby chrześcijanie żyjący w strefie wojny lub konfliktu, szczególnie na Bliskim Wschodzie, byli siewcami pokoju, nadziei i pojednania.
Boża Matko, któraś w milczeniu Tajemnicy Zwiastowania nosiła w swoim łonie naszego Zbawiciela, bądź z nami na drogach naszego adwentowego czasu, abyśmy żyjąc w zgiełku niespokojnej codzienności mogli się dobrze przygotować na Narodziny Bożej Dzieciny w naszych sercach.
Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
Dodatkowe intencje dla Róż:
Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Roży:
bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 grudnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 listopada z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca, choć do niedawna mieliśmy 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca.Módlmy się, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
***
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
***
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Wyjść z siebie.
Wskazówki od św. Piotra na temat żywej nadziei
W życiu św. Piotra to nie upadki, słabości i wady okazały się decydujące. Ważniejsze były jego powroty. Dlatego postawa Piotra budzi nadzieję.
PETER PAUL RUBENS, ŚW PIOTR, 1610 R; WIKIMEDIA
***
Był charakterny i impulsywny, zuchwały i porywczy, a czasem nawet bardzo pochopny. Nie zawsze rozumiał Chrystusa, często upadał i ranił Pana.
Bez Niego?
To on, krocząc po jeziorze w kierunku Jezusa, odwracając od Niego wzrok, zaczął tonąć. To on wziął Mistrza na bok, aby napomnieć Go za zapowiedź męczeńskiej śmierci. To on wyszedł z inicjatywą rozstawienia na górze Tabor trzech namiotów, nie rozumiejąc wymowy sceny Przemienienia, zapowiedzi przyszłej chwały i zmartwychwstania Jezusa. To on w Ogrójcu zaatakował mieczem sługę arcykapłana, za co został napomniany przez Mistrza. To on przechwalał się, że nigdy nie opuści Pana, nawet jeśli uczyniliby to inni, a „zanim kogut zapiał”, w noc męki Jezusa, zaparł się Go aż trzykrotnie. To poważne „wpadki” i dowody niewierności. Jednocześnie wystarczające powody, by po ludzku odejść od Chrystusa, mając świadomość, że zawaliłem, nie dałem rady, po prostu zawiodłem. Łatwiej byłoby pójść własną drogą, już bez Niego. Zacząć życie na własnych warunkach. Może mniej ambitne, ale z pewnością spokojniejsze i wygodniejsze. Zresztą nie tylko Piotr mógł się przekonać, że pójście za Chrystusem ma swoje konsekwencje i nie wiąże się w żadnym wypadku z urządzaniem sobie wygodnego miejsca na ziemi. Chrześcijaństwo to wspólna wędrówka, oddanie inicjatywy Temu, który zaprasza i powołuje; powierza ważne zadania, mówiąc: „Wypłyń na głębię”, a czasem z zatroskaniem pyta: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”. Taką drogą i taką okazją jest rozpoczynający się Adwent, czas nadziei i oczekiwania na przyjście Pana.
Ważne powroty
Mimo tak wielu niepowodzeń postawa Piotra budzi nadzieję. Przetrwał wszystkie porażki i kryzysy. Nie podporządkował im swojego życia. Nie rozpaczał, nie lamentował, nie rozdrapywał starych ran. Dał się prowadzić Jezusowi. Miał wewnętrzną świadomość, że obcuje z Kimś wyjątkowym. To on jako pierwszy z grona apostołów wyznał, że Jezus jest Chrystusem, Synem Boga żywego. W życiu Piotra to nie upadki, jego brak wiary, słabości i wady okazały się decydujące. O wiele ważniejsze były jego powroty.
Tak jest też z nami. Potykamy się, upadamy i grzeszymy, zapewniamy, że już nigdy nie będziemy się zapierać Jezusa, a tymczasem boleśnie Go zdradzamy. Piotr nam podpowiada, że nasz trudny charakter, niezrozumienie Chrystusa, ciężkie grzechy nigdy nie zniechęcą Boga do nas. On zawsze na nas liczy i czeka. Ale historia Piotra pokazuje coś jeszcze. Jezus widzi nas inaczej, niż my postrzegamy samych siebie. Chrystus inspiruje, zachęca, zaprasza i powołuje do tego, co nowe i nieznane. On nie zwleka. Szymona podczas pierwszego spotkania nazwał Piotrem – Opoką. Ten od razu poszedł za Nim, będąc świadkiem pierwszego cudu, obfitego połowu ryb. A później widział kolejne nadzwyczajne dzieła Mistrza: wraz z Jakubem i Janem był świadkiem wskrzeszenia przez Jezusa córki Jaira. Nie zabrakło go podczas Przemienienia na górze Tabor. Wraz z Janem otrzymał też od Pana specjalne zadanie przygotowania ostatniej wieczerzy. Te cuda dzieją się też w naszym życiu. Pod warunkiem, że opieramy je na Nim, nie na sobie.
Na boku
Spotkania Piotra z Jezusem wskazują, że życie szczęśliwe polega na słuchaniu bardziej Boga aniżeli siebie. Nie na projektowaniu własnych pomysłów, ale przyjęciu Jego woli, nawet zgody na Jego cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie. Wszystkie napomnienia, także te uczynione przez Chrystusa „na boku”, były dla Piotra szansą na powrót do Pana i bezcenną lekcją wierności. To wskazówka dla nas. Jeśli Bóg nas napomina, to nie po to, by nas upokorzyć czy ośmieszyć, ale po to, byśmy myśleli coraz bardziej „po Bożemu”, nie po ludzku.
W prostym rybaku z Galilei, z całą jego gamą słabości i wad, Jezus dostrzegł kogoś, komu zechciał powierzyć stery Kościoła, czyniąc go „rybakiem ludzi”. I byłoby to niemożliwe, gdyby nie zgoda Piotra na pójście za Panem i porzucenie dotychczasowego stylu życia, wszystkiego, co posiadał. Bez naszej zgody Bóg nie mógłby w nas działać. O tym, jak ten prosty i nieuczony człowiek głosił z odwagą i mocą Dobrą Nowinę, już po zmartwychwstaniu Chrystusa, świadczy reakcja słuchaczy opisana przez św. Łukasza w Dziejach Apostolskich. Gdy w dniu Pięćdziesiątnicy Duch Święty zstąpił w postaci ognistych języków na zebranych w Wieczerniku apostołów i Maryję, św. Piotr wygłosił pierwszą wielką mowę, a po niej ochrzcił ok. 3 tys. Żydów przybyłych do Jerozolimy. A potem dokonał licznych cudów: uzdrowił chromego w świątyni oraz Eneasza, wskrzesił Tabitę, a także setnika Korneliusza. To wydarzenie o szczególnym charakterze, bo mamy tu do czynienia z nawróceniem pierwszego poganina. Dokonania tego domagał się od Piotra sam Jezus.
Myśl o nadziei
Apostoł Piotr to autor dwóch listów. Pierwszy z nich nazywany jest pierwszą encykliką papieską, czasem też homilią. Jego adresatami są wierni z Azji Mniejszej. Ale i my. Piotr najprawdopodobniej nigdy nie głosił tam Ewangelii. Osnową całego listu jest myśl o nadziei, a Piotr pociesza, dodaje odwagi i umacnia wiarę swych adresatów. Przekonuje, że człowiek, zaproszony przez Boga do życia nadprzyrodzonego, na ziemi jest wędrowcem, podróżnym i pielgrzymem, a jego prawdziwe mieszkanie, jedyny trwały dom, jest w niebie. To wskazówka dla nas. Zbyt często bywamy „ziemscy i światowi”, pochłonięci doczesnością. Zapominamy, że jako chrześcijanie mamy być w drodze. Zamiast szukać Ojczyzny, która jest w niebie, urządzamy się wygodnie i komfortowo na ziemi. Do czasu. Piotr przypomina, że to pułapka. Jesteśmy bowiem przeznaczeni przez Ojca do „dziedzictwa niezniszczalnego, nieskalanego i niewiędnącego”. To, co ziemskie, jest podatne na zniszczenie, starzeje się i usycha, marnieje i więdnie, po prostu bezpowrotnie przemija i ginie. Nadzieja, i to żywa nadzieja, jest tylko w Bogu i z Boga.
Nie znaczy to, że ziemskie życie pozbawione jest wyzwań i trudów. Piotr zachęca do trwania w prawdziwej radości mimo bólu i cierpienia: „Musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń; przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota”. Te trudne doświadczenia, podobnie jak w życiu Piotra, są nam bardzo potrzebne. Ich celem nie jest pogrążenie człowieka, przeciwnie – wypróbowanie i wydoskonalenie naszej wiary, po to, aby mogła ulec oczyszczeniu, a przez to się wzmocnić. Cierpienia i różne doświadczenia życiowe są ogniem, który, podobnie jak w przypadku złota, nie unicestwia wiary, ale niszczy wszelkie pseudowartości, zanieczyszczenia; usuwa wszystko to, co nie jest wiarą.
Ku rzeczom przyszłym
Adwent jest doskonałą okazją, by podczas radosnego oczekiwania na Pana spojrzeć na siebie, na swoje wzloty i upadki, trudy i wyzwania, w duchu „żywej nadziei”, która ostatecznie prowadzi do budowania swego życia na Bogu. W tej adwentowej wędrówce za radą św. Piotra warto odrzucić przyziemny model życia opierający się wyłącznie na zaspokajaniu żądz i namiętności. Pożądania cielesne kierują człowieka wyłącznie ku teraźniejszości, a nie rzeczom przyszłym. Są też radykalnie przeciwne nadziei, wręcz ją zabijają. Ale z drugiej strony także mocna nadzieja zabija pożądania cielesne. Piotr niejako zachęca, by „wyjść z siebie”, porzucić wszystko to, co nie jest nadziejorodne i nie prowadzi do spotkania z Bogiem. To właśnie wyjście – „z siebie” i na spotkanie przychodzącego Pana – cechuje prawdziwych chrześcijan. Nieżyjący już ojciec Piotr Rostworowski, komentując Pierwszy List św. Piotra, mówi tak: „W doczesnym życiu wciąż trzeba z czegoś wychodzić, bo inaczej grozi nam ugrzęźniecie w ociężałości ciała, i wciąż trzeba wypatrywać Pana, bo wciąż na nowo trzeba Go gdzieś spotykać. Aby duch ludzki mógł mieć tę sprężystość i tę nieustanną gotowość, musi być trzeźwy. Uleganie namiętnościom zabija energię ducha. Otępiały duch nie ma sił wybiegać na spotkanie Pana, co więcej – przyćmiony jego wzrok w ogóle nie jest w stanie zauważyć Jego przyjścia”.
Czuwajmy zatem. Bądźmy ludźmi nadziei. Zawsze w drodze i tylko z Chrystusem. Wyjdźmy z siebie, by spotkać przychodzącego Pana. Adwent czas zacząć.
ks. Rafał Skitek/Gość Niedzielny
***
Dlaczego Biblia i Kościół potępiają wywoływanie duchów?
Wiedza, której Bóg nam nie odsłania, jest wiedzą, której mieć nie powinniśmy.
Tęsknotę Zygmunta Augusta za zmarłą żoną miało ukoić wywołanie jej ducha – praktyka zakazana przez Kościół.
VIDIMAGES /ALAMY STOCK PHOTO/BEW
***
Była noc z 7 na 8 stycznia 1569 roku. W tonącej w półmroku komnacie zamku siedział król Zygmunt August. Dobiegający pięćdziesiątki polski władca czekał na spotkanie ze swoją drugą żoną, Barbarą Radziwiłłówną, która… nie żyła od 18 lat.
Przez te wszystkie lata król nie zdołał pogodzić się z jej śmiercią. Od dnia odejścia Barbary z tego świata ubierał się na czarno, pamiątek po zmarłej nie pozwalał ruszać, a swoje pokoje mieszkalne kazał obić żałobnym kirem. Ani trzecie małżeństwo, ani romanse, w które się angażował, nie przyniosły mu oczekiwanego ukojenia. Stan władcy budził troskę jego otoczenia, bo zgorzkniały i przybity król nie służy dobrze państwu. Wtedy to podobno zaufani dworzanie Zygmunta Augusta, Mikołaj i Jerzy Mniszchowie, poinformowali go o możliwości wywołania ducha Barbary. Monarcha zgodził się ochoczo.
Ceremonię miał poprowadzić czarnoksiężnik Twardowski – ten sam, którego legenda umieściła na księżycu. Niektórzy badacze twierdzą, że był Niemcem z Wittenbergi i nazywał się Laurentius Dhur – po łacinie Durentius, czyli „twardy”. Z tego miało powstać spolszczone nazwisko szarlatana. To on miał, według pogłosek, podjąć się wywołania ducha zmarłej królowej – a naprawdę przeprowadzenia mistyfikacji z udziałem łudząco podobnej do Radziwiłłówny Barbary Giżanki. Król, któremu Twardowski kazał nie ruszać się z miejsca, na widok „zjawy” zerwał się z fotela i rzucił się w jej kierunku, ale mag zatrzymał władcę. W zamieszaniu zgasła świeca i „duch” znikł w ciemności.
Jak było naprawdę? Wiarygodności tej historii dodaje fakt, że ostatni z Jagiellonów na polskim tronie rzeczywiście był zabobonny, parał się alchemią i otaczał astrologami.
Za zasłoną
Tęsknota za bliskimi sercu zmarłymi potrafi być tak wielka, że owładnięty nią człowiek czasami próbuje sięgnąć za zasłonę doczesności, żeby choć na chwilę „spotkać się” z tymi, bez których trudno mu żyć. Bywa, że takie osoby, desperacko szukając nadziei, nawiązują kontakt z czymś, co biorą za „sygnał z tamtej strony”, i zakładają pochopnie, że odzywa się do nich ich bliski. Na przykład ręka matki porusza się bez udziału jej umysłu, zapisując słowa, jak sądzi, jej zmarłego syna. Albo ktoś zadaje pytania, a „zmarły” odpowiada stuknięciami czy w inny sposób. Przyjmowanie, że w ten sposób rozmawia się rzeczywiście z kimś bliskim, jest naiwne. W podobnych sytuacjach można stwierdzić jedynie, że „po drugiej stronie” mamy do czynienia z jakąś inteligencją. Co jednak uprawnia do założenia, że to inteligencja przychylna człowiekowi? Skąd pewność, że to „coś” nie chce człowieka oszukać, a w końcu zatracić? Wystarczy zwrócić uwagę na konsekwencje, z jakimi borykają się ludzie, którzy naiwnie weszli w kontakt z siłami, o których nic nie wiedzą, na przykład duchowe zniewolenia i opętania. Podobne praktyki naruszają bezpośrednio pierwsze przykazanie Dekalogu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. To próba wykradzenia Bogu tego, co człowiek bezpiecznie może otrzymać tylko od Niego. Bóg tego nie toleruje. Wprost mówi: „Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym”.
Obrzydliwość
Było to oczywiste już dla starożytnych Hebrajczyków. Księga Powtórzonego Prawa napomina: „Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza” (18,10-12).
Zakaz sformułowany jasno. Milczenie Boga nie uprawnia do poszukiwania wiedzy u „konkurencji”. Ilustruje to tragiczna historia Saula. Gdy pierwszy król Izraelitów okazał nieposłuszeństwo, Bóg odrzucił go i kazał Samuelowi namaścić nowego króla – Dawida.
Od tamtej pory Bóg nie dawał mu odpowiedzi na jego pytania, a prorok Samuel już nie żył. „Radził się Saul Pana, lecz Pan mu nie odpowiadał ani przez sny, ani przez urim, ani przez proroków” – pisze autor natchniony (1 Sm 28,6). Wtedy Saul, choć sam wcześniej usunął z kraju wróżbitów i czarnoksiężników, niepewny co do losów bitwy z Filistynami, postanowił wydrzeć ukrytą wiedzę w inny sposób – kazał dworzanom znaleźć kobietę wywołującą duchy. „Chciałbym pójść i się jej poradzić” – wyjaśnił. I poszedł. Polecił wróżbiarce wywołać ducha Samuela. Nie skończyło się to dobrze. Saul wpadł w śmiertelne przerażenie, gdy wywołany z zaświatów Samuel potwierdził jego odrzucenie przez Boga i zapowiedział mu, co się nazajutrz wydarzy, mianowicie klęska i śmierć Saula oraz jego synów.
Lepiej mu było nie wiedzieć. Skoro jednak był uparty i sięgnął po wiedzę do złego źródła, zasłużył na stwierdzenie: masz, co chciałeś.
Kościół mówi „nie”
Jakąś namiastkę „kontaktu” ze zmarłymi może zaoferować rozwijająca się technologia. Zapewne za sprawą sztucznej inteligencji będzie możliwe dokonanie samooszustwa co do spotkania z duszami zmarłych, ale żadne oszukiwanie się dobra nie przynosi.
Katechizm Kościoła Katolickiego zwraca uwagę, że Bóg może objawić przyszłość swoim prorokom lub innym świętym. „Jednak właściwa postawa chrześcijańska polega na ufnym powierzeniu się Opatrzności w tym, co dotyczy przyszłości, i na odrzuceniu wszelkiej niezdrowej ciekawości w tym względzie” – mówi dokument. Kościół nie pozostawia złudzeń: „Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość”.
Katechizm przestrzega też przed innymi groźnymi dla człowieka zachowaniami, takimi jak korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa czy posługiwanie się medium. Dokument wskazuje, że są to przejawy chęci panowania nad czasem, nad historią i nad ludźmi, a zarazem jest to pragnienie zjednania sobie ukrytych mocy. „Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu” – stwierdza.
W punkcie 2117 czytamy, że wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – „są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności”.
Katechizm podkreśla także, że praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Piętnuje też noszenie amuletów. „Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich” – podkreślają autorzy katechizmu.
Sobór Watykański II przypomina, że ze zmarłymi może łączyć nas jedynie modlitwa – „wzajemne udzielanie sobie dóbr duchowych”. Ponadto komisja doktrynalna soboru wyraźnie zabroniła „prowokowania za pomocą ludzkich środków doświadczalnego kontaktu z duchami lub duszami ludzi zmarłych w celu otrzymania informacji”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
„Najświętsze Serce” robi furorę. Film dotknie „serca Francji” w epoce antyklerykalizmu?
(Plakat filmu “Sacré-Cœur: son règne n’a pas de fin” (“Najświętsze Serce. Jego panowanie nie ma końca”) / materiał promocyjny producenta)
***
W antyklerykalnej Francji, gdzie często zakazuje się nawet wystawiania szopek bożonarodzeniowych w przestrzeni publicznej, nikt nie spodziewał się, że historia Najświętszego Serca Jezusa przyciągnie większe tłumy niż hollywoodzkie produkcje. Jeszcze przed premierą film Najświętsze Serce. Jego panowanie nie ma końca był wyśmiewany przez część francuskich pseudo-elit kulturalnych, wywołując kpiny lub oburzenie wobec treści uznawanych za zbyt „prozelityczne”. Państwowe spółki kolejowe we Francji odmówiły reklamowania filmu.
„Jednak, jak pokazują wyniki sprzedaży biletów, te starania niewiele zdziałały. Wręcz przeciwnie film Sacré-Cœur: son règne n’a pas de fin (Najświętsze Serce: Jego panowanie nie ma końca), wyreżyserowany i wyprodukowany przez Stevena Gunnella i jego żonę Sabrinę Gunnell, stał się kinową sensacją roku” – napisała na stronie NCR katolicka dziennikarka Solène Tadié.
Od premiery 1 października film przełamał wszelkie przewidywania: odnotowano rekordową frekwencję na seansach, a w całej Francji pojawiła się fala nawróceń. Planowane jest rozszerzenie dystrybucji na cały świat – amerykańska premiera ma mieć miejsce tuż przed lub w trakcie obchodów uroczystości Najświętszego Serca Jezusa w 2026 r., jak informuje SAJE Distribution.
Reżyser filmu, Steven Gunnell, były członek popularnego zespołu popowego Alliage z lat 90. XX w., odbudował swoje życie po latach uzależnień i depresji po rozpadzie grupy, odnajdując na początku lat 2000 wiarę. I to wiara, jak mówi, stopniowo doprowadziła go do stworzenia tego filmu. Dla Gunnella ten sukces nie jest kwestią marketingu ani kontrowersji, lecz objawieniem czegoś głębszego. – Świat umiera, bo nie wie, jak bardzo jest kochany…Ten film jest po prostu odpowiedzią – powiedział w rozmowie z Solène Tadié.
92-minutowy fabularyzowany dokument opowiada o objawieniach Jezusa danym św. Małgorzacie Marii Alacoque w Paray-le-Monial w XVII wieku, jednym z najważniejszych wydarzeń w historii chrześcijaństwa. Poprzez świadectwa, opisy cudów eucharystycznych, analizę historyczną i rekonstrukcje, film przedstawia chwilę, w której Chrystus objawił światu swoje serce: płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami.
Projekt zrodził się ze zbiegu osobistych historii. Orędzie z Paray-le-Monial odegrało kluczową rolę także w duchowej drodze Sabriny Gunnell – żony Stevena i współreżyserki filmu budząc w niej młodzieńcze pragnienie, by podążać przez życie z chrześcijańskim mężem i razem poprzez sztukę przekazywać coś z Bożego piękna. Również matka Stevena przeżyła kiedyś niespodziewane, głęboko osobiste spotkanie z Najświętszym Sercem – na długo przed swoim nawróceniem.
– To właśnie przez te dwie historie, a później przez nasze ponowne odkrycie sanktuarium już jako małżeństwo, zaczęliśmy rozumieć duchowość Najświętszego Serca — wyjaśnił Gunnell. Z czasem oboje dostrzegli, że przesłanie powierzone św. Małgorzacie Marii pozostaje odpowiedzią na współczesny świat dotknięty rozpaczą, podziałami i utratą transcendencji.
Ogromne pragnienie Boga w świecie
Część siły oddziaływania filmu, jak zauważa reżyser, wynika z szerszego kontekstu kulturowego, w którym się pojawił. Na całym Zachodzie społeczeństwa wydają się coraz bardziej kruche, z narastającą rozpaczą młodych, powszechną samotnością i poczuciem bezsensu. Gunnell przywołał niedawne zabójstwo amerykańskiego chrześcijańskiego działacza Charliego Kirka, które ujawnia głębię globalnej polaryzacji. – Spójrz na tę przemoc. Spójrz na młodzież, która zabija za nic, która upada pod ciężarem rozpaczy. Kiedy byłem młody, bójki kończyły się na pięściach. Dziś niestety nie kończy się tylko na pięściach – powiedział.
Ten klimat niepokoju pomaga też wyjaśnić odnowione poszukiwanie Boga – również we Francji, gdzie nadzwyczajny wzrost liczby chrztów dorosłych skłonił biskupów do zwołania krajowego synodu w 2026 roku. „Tu chodzi o odpowiedź na pragnienie, ogromne pragnienie Boga – podkreślił Gunnell.
„Jezus kocha Francję”… nawet gdy Francja Go nie kocha
Sprzeciw, z jakim film się spotkał, wydaje się tylko zwiększać jego sukces. Po tym jak publiczne sieci reklamowe odmówiły wywieszenia plakatów filmu w imię „neutralności”, burmistrz Marsylii poszedł o krok dalej i godzinę przed seansem zakazał zaplanowanej projekcji, mimo że sala była już pełna, a widzowie czekali na zewnątrz. Gunnell powiedział, że taka reakcja ma źródło w tożsamościowej traumie Francji. – Pewne elity nie mogą znieść, że ten film dotyka serca Francji. Dla nich historia zaczęła się w 1789 roku, i byli wstrząśnięci przypomnieniem dziedzictwa, które zaczęło się wiek przed rewolucją, bo oczywiście Chrystus widział te nadchodzące wydarzenia – wyjaśnił.
Dla Gunnella objawienia w Paray-le-Monial wpisują się w Boży plan. – Jezus przyszedł na świat przez naród wybrany. Ale nie w Jerozolimie objawił swoje serce — uczynił to we Francji. Dlaczego? Myślę, że kocha Francję! – powiedział. To twierdzenie, jak zaznaczył, nie jest próżnym patriotyzmem, lecz teologicznym przekonaniem. Lista świętych, którą przywołał w rozmowie z NCR jest bowiem nieprzypadkowo francuska: św. Małgorzata Maria Alacoque, św. Franciszek Salezy, św. Wincenty a Paulo, św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, św. Teresa z Lisieux i św. Jan Maria Vianney.
Przypominając, że Pismo Święte nazywa Izrael „ludem o twardym karku”, dodał z uśmiechem, że „Francja może być drugim narodem o twardej głowie i sztywnym karku. Być może dlatego Jezus tak nalegał i ukazywał się przez 18 miesięcy św. Małgorzacie Marii!”
„Boży doskonały czas”
Od premiery filmu Paray-le-Monial zostało niemal zalane pielgrzymami. Sanktuarium otrzymuje stały napływ e-maili i telefonów od ludzi – wielu bardzo dalekich od wiary – którzy przybywają, chcąc poświęcić się Najświętszemu Sercu, pójść do spowiedzi czy porozmawiać z kapłanem. Pracownicy zostali nawet przeszkoleni, aby poradzić sobie z tym nieoczekiwanym napływem.
Wśród tych duchowych owoców w życiu Gunnella zbiegły się tragedia i łaska. Jego ojciec, z którym nie utrzymywał kontaktu od dziesięcioleci i który był daleko od Kościoła, przyjął Eucharystię 15 sierpnia 2023 roku, w trakcie kręcenia filmu. Było to ich ostatnie spotkanie. Rok później, po jego śmierci, matka Gunnella znalazła w jego rzeczach małą angielską modlitewną kartę do Najświętszego Serca. Gunnell zobaczył w tym delikatny znak Bożej wierności.
„Najświętsze Serce Jezusa, ufam Tobie”
Jeszcze jeden nieoczekiwany zbieg okoliczności wzmocnił jego poczucie Bożego prowadzenia. Po drugiej stronie Atlantyku biskupi USA jednogłośnie zdecydowali o poświęceniu kraju Najświętszemu Sercu Jezusa w czerwcu 2026 roku, przed 250. rocznicą niepodległości. Dla niego to potwierdzenie, że przesłanie Serca Jezusowego powraca wszędzie tam, gdzie społeczeństwa stają się niespokojne i podzielone.
Gdy trwają prace nad angielską wersją filmu, gotowy jest już kolejny projekt. Gunnellowie przygotowują teraz swój następny film – La Lumière du Monde (Światłość Świata), który ma zgłębiać Tajemnice Światła Chrystusa. Ruszyła już nowa kampania fundraisingowa, aby ten projekt mógł się zrealizować. Solène Tadié tak wyraża swoja refleksje w końcówce tego wywiadu-artykułu: Sacré-Cœur – źródło zakłopotania dla elit kulturowych, a jednocześnie źródło nadziei dla szerokich mas – jawi się jako znak czasu. W świecie określanym jako postchrześcijański jest to dyskretne, ale głęboko poruszające duchowe odkrycie miłości Chrystusa.
PCh24.plźródło: KAI
***
Fenomen „Sacré Coeur”. Dlaczego dokument o wydarzeniach sprzed lat poruszył Francję?
Saje
***
Ponad 400 tys. widzów w półtora miesiąca, kolejki przed kinami, a jednocześnie próby cenzury i zakazy w przestrzeni publicznej – oto „Sacré Coeur”.
Ponad 400 tys. widzów w półtora miesiąca, kolejki przed kinami, a jednocześnie próby cenzury i zakazy w przestrzeni publicznej – „Sacré Coeur” stał się we Francji jednym z najbardziej komentowanych filmów roku. Produkcja poświęcona objawieniom Najświętszego Serca Jezusa w Paray-le-Monial nie tylko ożywiła debatę o religii, ale ujawniła duchowe pragnienia tysięcy ludzi, którzy – jak się okazuje – od dawna czekali na kino wyrażające ich wiarę.
Ten sukces zaskoczył wszystkich!
Film, wyświetlany od 1 października, łączy rekonstrukcje życia św. Małgorzaty Marii Alacoque, komentarze ekspertów oraz świadectwa osób poruszonych przesłaniem wypływającym z objawień Najświętszego Serca Jezusowego. Francuskie media nie ukrywają zaskoczenia: kolejki przed kinami są „najdłuższe od lat”. Równocześnie jednak część środowisk świeckich i lewicowych próbuje film marginalizować. Pokaz w miejskim kinie w Marsylii odwołano z powodu rzekomego „naruszenia laickości”, a agencja odpowiedzialna za reklamy w metrze odmówiła ekspozycji plakatów, uznając je za prozelityzm”.
Paradoksalnie – te decyzje jeszcze bardziej nagłośniły film. Jak zauważają komentatorzy, sprzeciwy wobec religijnej tematyki jedynie spotęgowały zainteresowanie i stały się niezamierzoną promocją. Choć takie porównanie w kontekście filmu katolickiego może być nie na miejscu: zakazany owoc smakuje najlepiej!
kadr z filmu „Sacré Coeur”
***
Kto naprawdę ogląda „Sacré Coeur”?
Eseista Jean Duchesne, piszący dla francuskiej edycji Aletei, zwraca uwagę na grupę widzów, o której w debacie mówi się niewiele: ludzi wierzących, często milczących, pozbawionych przestrzeni publicznego wyrażenia swojej wiary. To oni, a nie typowi bywalcy kin, wypełniają sale.
Duchesne nazywa ich „publicznością niekinofilską” – ludźmi, którzy rzadko chodzą do kina, bo nie znajdują tam treści zgodnych z ich światopoglądem. „Sacré Coeur” daje im coś, czego brakowało od dawna: możliwość przeżycia wiary w przestrzeni publicznej, anonimowo, ale w naprawdę głęboki sposób.
Kolejny krok francuskiego nawrócenia?
„Le Figaro” mówi o „cichym, ale realnym powrocie religii”. „La Croix” podkreśla, że jak na dokument film cieszy się „bezprecedensową popularnością”, a widownia jest bardziej różnorodna, niż wskazywałyby kontrowersje.
Jednak to, co najbardziej porusza widzów, to nie spór o świeckość, lecz samo przesłanie objawień. Ks. Pascal Ide zwraca uwagę, że film „odkurza centralną prawdę chrześcijaństwa: Bóg ma Serce”. To pragnienie Boga, który chce dotrzeć do każdego człowieka, jest – jak mówi kapłan – „najbardziej uderzającym doświadczeniem filmu”.
Zarówno twórcy, jak i komentatorzy podkreślają, że film unika wątków politycznych. Nie ma w nim odniesień do historycznych nadużyć symboliki Sacré Coeur ani sporów ideologicznych. W centrum jest orędzie: „Miłość nie jest kochana, ale nic nie może jej zniechęcić”. Dla Francji, w której od kilku lat obserwujemy wzrost liczby chrztów dorosłych i powrót do wiary, ten film zdaje się kolejnym „znakiem czasu” i nawrócenia Najstarszej Córy Kościoła.
Czy „Sacré Coeur” zainspiruje inne produkcje?
Duchesne sugeruje, że sukces filmu może stać się początkiem nowego rodzaju kina – „docufiction” inspirowanego życiem świętych, które nie tyle opowiada ich biografię, ile ukazuje promieniowanie ich duchowości dziś.
Czy można sobie wyobrazić podobne filmy o św. Augustynie, św. Teresie z Lisieux, św. Edycie Stein, św. Matce Teresie? Autor uważa, że tak. „To nie kwestia pieniędzy, lecz inspiracji – łaski Bożej”.
źródło: aleteia.fr, vaticannews.va
***
O tym, jak Małgorzata Maria Alacoque wymodliła uzdrowienie i nawrócenie swego brata – księdza
Wikimedia Commons |domena publiczna
***
„Przepełnia Mnie pragnienie, aby być czczonym przez ludzi w Najświętszym Sakramencie. Tymczasem nie ma prawie nikogo, kto chciałby ugasić to pragnienie i odpowiedzieć na moją miłość” – mówił Jezus do św. Małgorzaty Marii Alacoque.
Francuska święta, siostra Małgorzata Maria Alacoque przeszła do historii Kościoła jako ta, której Pan Jezus objawił tajemnicę swojego Serca. To jej powierzył też zadanie propagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. Mimo, że w ostatnich dniach życia zakonnica chciała, aby wszystkie jej notatki zniszczono, przełożeni zdecydowali inaczej i dzięki temu znamy nie tylko szczegóły jej mistycznych rozmów z Jezusem, ale też zwykłe – i niezwykłe – wydarzenia z jej czterdziestotrzyletniego życia. Dziś zaglądamy do tych notatek i przybliżamy historię rodzinną, choć – jak to u św. Małgorzaty – z Sercem Jezusa w roli głównej.
Ksiądz, który umiera
Rok 1686 zbliżał się ku końcowi. Siostra Małgorzata spędzała piętnasty rok życia za murami klasztoru Sióstr Nawiedzenia w Paray-le-Monial.
Pewnego dnia otrzymała krótki, nerwowy w treści list przyniesiony przez posłańca. Autorem był rodzony brat siostry Małgorzaty, Chryzostom. Donosił w korespondencji, że ksiądz Jakub Alacoque, drugi z braci obojga i proboszcz parafii w Bois-Sainte-Marie, ciężko zachorował.
List zawierał gorącą prośbę o modlitwę, ponieważ „przypadek szybko został uznany przez trzech lekarzy za nierokujący nadziei i medycy zaprzestali dalszego leczenia” – pisał Chryzostom Alacoque.
Pogodzono się z diagnozą i nieuniknioną śmiercią księdza, jednak czy nie zaszkodzi poprosić o modlitwę jego rodzoną siostrę – klauzurową mniszkę?
Umrze, ale czy już?
Małgorzata przeczytała rozpaczliwy list ze spokojem. I co najciekawsze – natychmiast stwierdziła, że nie sądzi, aby jej brat był bliski śmierci. Poprosiła jednak, aby posłaniec zechciał poczekać i… poszła pomodlić się przed Najświętszym Sakramentem.
Zdumiony chłopak czekał, mniszka nie wracała, ale gdy już wróciła, jego zdumienie jeszcze wzrosło. Oznajmiła bowiem, z radosnym uśmiechem, że jej brat, proboszcz w Bois-Sainte-Marie, z pewnością umrze, ale jeszcze nie teraz, nie na tę chorobę!
Poprosiła też, aby wiadomość tę, na piśmie, dostarczył rodzinie. Jakież było zdumienie wszystkich, gdy tydzień później chory kapłan, na którym medycy postawili krzyżyk, całkowicie wyzdrowiał!
Upomnienie siostrzane
A co tak naprawdę wydarzyło się, gdy Małgorzata uklękła przed Jezusem ukrytym w Najświętszym Sakramencie? Okazuje się, że gdy złożyła Panu Bogu kilka gorliwych obietnic, usłyszała, że owszem, kapłan wróci do zdrowia, ale Bóg pragnie, aby wzrosła jego gorliwość w wierze i duszpasterski zapał. Chce się nim posłużyć, jako narzędziem, w ważnych, Bożych sprawach.
Zaraz w styczniu, po nowym roku, s. Małgorzata napisała dług list do swojego brata, aby podzielić się z nim treścią rozmów z Jezusem i ustaleniami, na które się zgodziła. Przypomniał mu też, że „Boga nie należy lekceważyć, że on, kapłan, musi wyzwolić się z przywiązania do przemijających dóbr, porzucić gry hazardowe i zmienić postępowanie”.
Wzywała też, aby powierzył się we wszystkim Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, który w swojej ogromnej miłości pragnie uczynić go świętym. „To w tym celu zachował cię w dobrym zdrowiu, choroba miała tobą wstrząsnąć i pomóc szybciej kroczyć drogą ku doskonałości. Nie zaznasz spoczynku, jeżeli wszystkiego nie oddasz Bogu” – pisała.
Trzy narzędzia w ręku Boga
List wywołał wielkie poruszenie. Brat – kapłan nie spodziewał się pouczeń od młodszej siostry. Sposób, w jaki dotąd żył nie budził w nim niepokoju, choć z treści listu wynika, że Małgorzata wiedziała o niezbyt gorliwym w pobożności sposobie życia Jakuba, i że w niej, ten sposób, niepokój budził.
Uzdrowienie księdza Alacoque, a potem jego nawrócenie, to jedna z wielu wysłuchanych modlitw, które św. Małgorzata złożyła u stóp Jezusa. Co zrobił niezbyt niegorliwy dotąd, kapłan?
Ze świadectw wynika, że nie tylko uporządkował swoje życie codzienne, porzucił hazard i zrezygnował z zabiegania o powiększanie majątku, ale całkowicie poddał się Bożemu prowadzeniu, a wierni parafii w Bois-Sainte-Marie byli jednymi z pierwszych, którzy zaczęli czcić Najświętsze Serce Jezusa w nabożeństwie, jakie objawił św. Małgorzacie Jezus.
Chryzostom Alacoque podjął się nawet budowy kaplicy poświęconej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa wewnątrz kościoła, a ksiądz Jakub zadbał, aby w każdy piątek odprawiano w niej mszę świętą. Rodzeństwo Alacoque – mniszka, kapłan i świecki – działali zgodnie w jednej sprawie – szerzenia kultu Boskiego Serca.
Artykuł powstał na podstawie książki pt. „Przedziwna historia. Bulla kanonizacyjna bł. Małgorzaty Marii Alacoque” papieża Benedykta XV z 1920 r.
Ks. Jan Twardowski cudownie to wyjaśnia i trafia w sedno wiary
Shutterstock I Maria.Ratta
***
„Stwórz, Boże, we mnie serce czyste, bo wstydzę się tego połatanego” – mówił ksiądz Jan Twardowski. Może dzień uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa to najlepszy termin na porzucenie łachmanów?
„Nabożeństwo ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa powstało w czasie, kiedy Kościół był bardzo bogaty i świątynie budowano jak królewskie rezydencje. Powstało w czasie politycznej potęgi Kościoła, kiedy kardynałowie bywali mężami stanu. Wtedy nabożeństwo to odkryto jako powrót do samotności Jezusa w tym świecie, do Jezusa z pokaleczonym sercem.
Powstało w dobie uczonych dyskusji teologicznych i rozmaitych sporów – jako powrót do najprostszego stosunku do Pana Boga poprzez intymną modlitwę. Serce Jezusa nie potrzebowało ani pieniędzy, ani złota. Potrzebowało drugiego serca” – mówił ks. Jan Twardowski.
Najświętsze Serca Jezusa
Poeta, ksiądz Jan wygłosił przed laty cykl homilii poświęconych tajemnicy Najświętszego Serca Pana Jezusa. Głosił je z zapałem w piątki. Każdą z nich z można by z powodzeniem wydać jako zbiór złotych myśli o Bożym Sercu, ale tego by skromny kaznodzieja z Krakowskiego Przedmieścia nie chciał.
Wolałby, aby nie tyle zachwycać się kunsztem jego przepowiadania, ale pójść po sznurze ułożonym ze słów do samego sedna duchowego życia, którym jest Serce Jezusa. „Nabożeństwo do Serca Jezusa jest powrotem do serdecznych uczuć wiary, do rozmowy z Przyjacielem” – mówił.
Przyzwyczailiśmy się, że w maju chodzimy na majowe – i modlimy się Litanią loretańską – a w czerwcu na czerwcowe – i odmawiamy Litanię do Serca Pana Jezusa. Dlaczego właśnie tak?
„Wygląda na to, że Pan Jezus sam wybrał czerwiec na miesiąc swego Serca. Największe objawienie, tak zwane wielkie objawienie św. Małgorzaty Marii, miało miejsce 16 czerwca, kiedy to usłyszała słowa: «Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie szczędziło, aż do wyczerpania i wynoszenia się, by dać im dowody swej miłości»” – mówił i wyjaśniał, że czerwiec jest pośrodku roku, czyli dokładnie tak, jak serce pośrodku człowieka.
Serce przy Sercu
Jeśli coś zatrważa w objawieniu się Jezusa św. Małgorzacie Alacoque, to skarga Jezusa na brak miłości. I jeśli coś w nabożeństwie czerwcowym chcieć uznać za najważniejsze, to to, że odkrywając i adorując Serce Jezusa, przez wymienianie kolejnych Jego przymiotów i cech, tak naprawdę kontemplujemy Jego życie.
Mówimy: Twoje Serce, które doświadczyło od nas, ludzi, wiele zła, mimo to wybacza i kocha. Odkrycie Jego wyznania miłości, otwiera nas na wzajemność. Serce człowieka przy sercu Jezusa – tylko to się liczy. Tylko to daje życie.
„Trzeba patrzeć na serce Jezusa z Wielkiego Piątku” – uczył ks. Jan. Cierpienie całkowicie niewinnego pozwoli nam na odnalezienie sensu innego, niewinnego cierpienia. Jeśli ktoś w twoim domu choruje – dziecko, mąż, żona, mamusia, czy tatuś i wiesz, że niczym, absolutnie niczym nie zasłużyli sobie na to cierpienie, to gdzie szukasz odpowiedzi o jego przyczynę?
„W Sercu Boga jest jedyna prawdziwa odpowiedź” – mówił ks. Jan i proponował, aby nabożeństwo czerwcowe zaczynało się od ukazania umęczonego, cierpiącego Serca Jezusa. Przed zmartwychwstaniem.
Ojciec dla Syna
W jednym z duchowych ćwiczeń ks. Jan radził, aby postawić pytanie jakie Serce Jezusa było dla samego siebie. Czy czułe, kochające, dobre, troskliwe, rozczulone nad swoim bólem i cierpieniem? Nad odrzuceniem i zdradą jednego z przyjaciół? Jakie było? Czy Serce Jezusa było dla siebie serdeczne? Czy uważało: Jesteś tego warte, jesteś wszechmocne, potężne, z Twojej myśli powstał świat – możesz wszystko?
„To jest Serce, które nigdy nie myślało o sobie. Przeżyło biedne dzieciństwo w stajni, ucieczkę, poniewierkę na obczyźnie i samotność. Serce, które nigdy nie myślało os sobie. Jedyne, jakie przybiło siebie na krzyż. Było dla siebie nie tylko surowe, ale nawet okrutne” – tłumaczył ks. Jan.
Trudno to zrozumieć, bo nam, ludziom, przeszkadza chęć panowania nad sytuacją, udowadniania, że mamy rację, nie chcemy uchodzić za naiwnych, którzy dali się wykorzystać, oszukać zaradniejszym, sprytniejszym. A jednak tylko cierpienie Jezusa mogło pojednać grzeszników z Bogiem. Jego Serce cierpliwe, miłosierne, przebaczające nam wszystko, wstecz i na zapas, mogło otworzyć nam powrót do raju.
„Serce Jezusa musiało być niedobre dla siebie, by nas odkupić” – mówił. Czy to można zrozumieć? Można wtedy, gdy jest miłość. Mama, która rezygnuje z pełnego posiłku, gdy wie, że nie starczy dla dzieci jest odbiciem Jego decyzji. Serce ludzkie zawsze czerpie zdolność do miłości ze źródła, którym jest Jego Serce. Nawet jeśli o tym nie wie.
Serce na swoim miejscu
Pustoszeją nam kościoły, w mediach biją na alarm. Wielu wieści koniec pewnej epoki w Kościele. „Nieraz mówią – głosił ks. Jan – że nabożeństwo piątkowe przeżywa kryzys. To świat przeżywa kryzys, bo myśli o interesach, polityce, uczonych księgach, a traci świadomość prostego, ludzkiego serca”.
A jak kończą ludzie bez serca? Wiadomo – cierpią. Istotą życia Kościoła i bycia w Kościele jest osobisty kontakt z Jezusem. Na kolanach i w ciszy. „Ludzkie Serce Jezusa jest samotne” – mówił ks. Jan.
Czy nie powinniśmy Go pocieszyć? To przecież nie ma nic wspólnego z sentymentalizmem… A jednak uciekamy od Bożego Serca. Dlaczego? Bo stawia nam wymagania. W Nim, jak w lustrze, widzimy to, co krzywe i brzydkie.
„Bycie z Jezusem sercem, to kochać Tego, który od nas wiele wymaga. To miłość trudna, ale tylko ta i taka uświęca” – uczył.
Przebij, czyli otwórz
Kiedy Kościół przypomina nam Wielki Piątek? „W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa” – pisał ks. Jan. Jest ciepło, wszystko kwitnie, żar leje się z nieba a Kościół staje przed nami „z łamaniem kości, śmiercią, gromadką kobiet mdlejących z wrażenia i z bólu”.
Po co? Przecież to zupełnie nie pasuje do czerwca, pogody, zbliżających się wakacji. Czemu taki brak wyczucia? A czy twoje serce nigdy nie było zranione w środku lata? Czy nie zdarzyło ci się płakać, krzyczeć z bólu, dotykać dna rozpaczy, gdy za oknem kwitły kaliny i piwonie różowiły się w ogródku sąsiada? Czy nie ma pogrzebów w czerwcu…? I co robić, gdy nam się przydarzą serdeczne dramaty ludzkiego losu?
„Tajemnica Bożego Serca to tajemnica serca pokaleczonego, poranionego, przebitego a jednak Serca, które kocha i służy innym” – uczył ks. Jan. Jeśli ktoś zrani twoje serce, upokorzy, okaleczy je i podepcze – nieważne, czy w grudniu, czy w maju – zapamiętaj na zawsze, że Jego Serce też przebito na wylot, ale nawet na jedną chwilę, nie przestało wierzyć w sens miłości. I zmartwychwstało!
Co robić, gdy nas zranią do żywego? Gdy już się wydaje, że to koniec? „Własną mocą nie umiemy uszyć sobie ani nowej głowy, ani nowego serca, ani nowego sumienia, ani nowego życia. Jesteśmy oberwańcami, którzy stale łatają samych siebie. Tylko jeden Bóg może człowieka stworzyć na nowi. Jeszcze za jego życia” – mówił ks. Jan i podpowiadał, żeby często powtarzać:
„Stwórz, Boże, we mnie serce czyste, bo wstydzę się tego połatanego”. Może dzień uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa to najlepszy termin na porzucenie łachmanów?
Artykuł powstał na podstawie książek: J. Twardowski, Kilka myśli o Sercu Pana Jezusa A. Sulikowski, Świat poetycki ks. Jana Twardowskiego
Jak połączyć na nowo chrześcijański Wschód i Zachód?
Od czwartku 27 listopada w Turcji – do 30 listopada, a następnie do 2 grudnia w Libanie
W 325 roku papież Sylwester nie dotarł na sobór w Nicei, gdzie – w świecie imperium rzymskiego – sformułowano wyznawane do dziś Credo. W 1700. rocznicę tego wydarzenia przyjedzie tam papież Leon XIV. Wizyta w Turcji i następnie w Libanie będzie dla wszystkich chrześcijan okazją do wspólnego wyznania wiary – tym razem w świecie zdominowanym przez islam.
Dawna Nicea to dziś turecki Iznik. Ponad dekadę temu na dnie jeziora o tej samej nazwie archeolodzy odkryli ruiny bazyliki z IV wieku. Ekipa badaczy pod wodzą prof. Mustafy Sahina jest niemal pewna, że to w tej świątyni odbyły się obrady I Soboru Nicejskiego. Leon XIV ma pojawić się również w tym miejscu. Dla lokalnej społeczności to okazja do rozsławienia ich okolicy w świecie i rozkręcenia turystyki. Dla papieża i całego Kościoła to powrót do miejsca, w którym sformułowano wspólne wyznanie wiary.
Dwa płuca znowu razem?
W niedzielę Chrystusa Króla, poprzedzającą tę wyjątkową pielgrzymkę (zaczyna się w czwartek 27 listopada i w samej Turcji potrwa do 30 listopada, a następnie do 2 grudnia w Libanie), Watykan opublikował List apostolski Leona XIV In unitate fidei z okazji 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego. Czytamy w nim: „Musimy wspólnie kroczyć ku jedności i pojednaniu między wszystkimi chrześcijanami. Credo nicejskie może być podstawą i punktem odniesienia tej wędrówki”. I dalej: „Synod, zwany zgromadzeniem »318 Ojców«, odbył się pod przewodnictwem cesarza: liczba zebranych biskupów była bezprecedensowa. Niektórzy z nich nadal nosili ślady tortur, jakim zostali poddani podczas prześladowań. Zdecydowana większość z nich pochodziła ze Wschodu, a wydaje się, że tylko pięciu było z Zachodu. Papież Sylwester powierzył sprawę teologicznemu autorytetowi biskupa Hozjusza z Kordoby i wysłał dwóch rzymskich prezbiterów” – pisze Leon XIV.
W liście papieża wiele razy powtarza się motyw ekumeniczny, zarówno samego Soboru Nicejskiego („pierwsze ekumeniczne wydarzenie w historii chrześcijaństwa”), jak i obecnej pielgrzymki, z okazji 1700. rocznicy tego wydarzenia. Mocno brzmią również słowa o biskupach przybyłych na sobór, noszących ślady tortur po prześladowaniach. Papież jedzie teraz do krajów, w których wprawdzie nie ma systemowego prześladowania chrześcijan (a w przypadku Libanu chrześcijanie mają współudział w rządzeniu państwem), ale gdzie jednak – jak w Turcji – przed ponad stu laty doszło do pierwszego ludobójstwa, dokonanego na chrześcijańskich Ormianach, Grekach i Asyryjczykach, i gdzie dziś wiara w Chrystusa nie należy do szczególnie bezpiecznych społecznie tożsamości. Ale ważne jest również to, że kolejny raz zachodnie chrześcijaństwo spotka się z chrześcijańskim Wschodem – nie jako dwa obce sobie światy (pomimo wszystkich politycznych podziałów), ale jako dwa płuca tego samego organizmu.
Na co komu ta schizma
Oprócz Iznika i Ankary papież odwiedzi również Stambuł, metropolię na pograniczu dwóch światów. Tutaj można jednocześnie mieszkać w Europie i do pracy dojeżdżać do Azji. W cieniu minaretów ciągle żywe są ślady zapomnianego świata Bizancjum – Konstantynopola. Wystarczy stanąć nad cieśniną Bosfor, oddzielającą dwa kontynenty, żeby zrozumieć, dlaczego przez wieki różne imperia próbowały zdobyć Bizancjum. Panowanie w tak dogodnym strategicznie miejscu pozwalało kontrolować główne szlaki handlowe i zabezpieczać swoje interesy ze strony dwóch kontynentów. Trudno też przemierzać ulice dzisiejszego Stambułu i nie poczuć dreszczyku emocji, gdy mamy świadomość, że przecież tu oddychało jedno z płuc chrześcijaństwa. I nawet do głowy nie przychodzi myśl, że to tylko „ich”, prawosławnych, historia. Dramat podziału chrześcijan nie zmienia faktu, że to historia jednego Kościoła. Pielgrzymka papieża kolejny raz przypomni o tym chrześcijanom na całym świecie. Czy będzie też kolejnym krokiem na drodze do pełnej jedności?
Przypomnijmy, że do pierwszego podziału doszło pod koniec IV w., kiedy cesarstwo podzielono między dwóch synów Teodozjusza I. Rzymem zarządzał Honoriusz, a Konstantynopolem Arkadiusz. Nie miało to nic wspólnego z walką o wpływy. Podział był czysto strategicznym posunięciem, które miało ułatwić funkcjonowanie państwa. Różnice pojawiały się stopniowo, bardziej na gruncie teologii i sporów o kompetencje dwóch centrów chrześcijaństwa. Schizma, do której doszło w Kościele ostatecznie w 1054 r., była tylko konsekwencją wielowiekowych nieporozumień. Dwa płuca jednej wiary zaczęły odtąd, niestety, oddychać własnym powietrzem. Dystans religijny szedł w parze z wrogością polityczną. Tragicznym wyrazem tego podziału było złupienie Konstantynopola przez krzyżowców w 1204 roku. Konstantynopol, już po upadku Rzymu, pozostał spadkobiercą imperium. Przekonani o tym byli sami mieszkańcy. I tak było aż do zdobycia stolicy przez Turków w 1453 r.
Turek jest w mieście
Nowa nazwa Istanbul (Stambuł jest spolszczoną wersją) jest różnie tłumaczona. Niektórzy uznają za uprawnione połączenie tego z greckim is tin polin, czyli „on (w znaczeniu Turek) jest w mieście”. Dla chrześcijan od kilkuset lat oznacza to co najmniej kłopoty. I wbrew popularnemu kiedyś na Zachodzie przekonaniu te kłopoty nie znikły również za czasów świeckiej dyktatury Kemala Ataturka, który wprawdzie skutecznie zminimalizował wpływy islamskich ekstremistów, ale też wcale nie ułatwiał życia chrześcijanom. A poprzedzający jego władzę i stanowiący jego zaplecze ideowe młodoturcy dokonali rzezi około miliona Ormian i innych chrześcijan. Liczba wyznawców Jezusa Chrystusa w ciągu stu lat skurczyła się do naprawdę niewielkiej grupy.
Gdy kilkanaście lat temu na zaproszenie tureckiego rządu z okazji Roku św. Pawła z grupą dziennikarzy z Europy przemierzaliśmy Turcję wzdłuż i wszerz, uderzające były dwie rzeczy. Po pierwsze: łatwość, z jaką pani z ministerstwa kultury, pokazując nam „pamiątki po chrześcijaństwie”, pomijała wątki, które mogłyby wyjaśnić, dlaczego dziś są już tylko pamiątkami. Po drugie: zachowanie nielicznych chrześcijan we wschodniej części kraju, którzy ściszali głos lub przerywali rozmowę tylko przy jednym pytaniu: o ludobójstwo dokonane na ich współwyznawcach. Po dojściu do władzy partii zrywającej ze świecką dyktaturą sytuacja wcale się nie poprawiła, przeciwnie – dążenie do ponownej islamizacji kraju sprowadziło na chrześcijan nowe problemy. Nieżyjący już dziś abp Luigi Padovese (został zamordowany kilka lat temu) mówił mi w czasie naszego spotkania w Turcji: „Nawróceni na chrześcijaństwo mają wybór: albo zmienić miejsce zamieszkania, albo zgodzić się na dyskryminację”. Niewykluczone, że Leon XIV poruszy również te trudne sprawy podczas spotkania z najwyższymi władzami Turcji.
Raj już nie dla chrześcijan?
Liban to zupełnie inny kontekst papieskiej podróży. „Od 1975 do 2025 roku żyliśmy w stanie wojny, Liban został zniszczony, niektóre miasta zrównano z ziemią. Odbudowywaliśmy go wiele razy i nigdy nie utraciliśmy nadziei, nigdy się nie poddaliśmy. Już na początku tego roku Pan zaczął nam dawać konkretne znaki, że ta nadzieja może się spełnić” – mówił przed pielgrzymką dla mediów watykańskich Mounir Khairallah, biskup maronitów z Batroun. Duchowny nie kryje nadziei, jaką z wizytą Leona XIV wiążą nie tylko chrześcijanie, ale i muzułmanie. Po spotkaniu z władzami państwowymi papież będzie modlił się przy grobie św. Szarbela w klasztorze św. Marona w Annai uznawanym za duchowe sercu Libanu i Kościoła maronickiego. Ważne będzie też spotkanie międzyreligijne na placu Męczenników oraz spotkanie z młodzieżą przed siedzibą patriarchatu maronickiego. W ostatnim dniu papież pojawi się również na modlitwie w porcie w Bejrucie, gdzie 5 lat temu doszło do tragicznego w skutkach wybuchu, który dobił i tak pogrążony w zapaści kraj.
Trudno powiedzieć, jakimi słowami papież będzie próbował objąć wszystkie problemy, z którymi mierzą się jego libańscy gospodarze. Z jednej strony można powiedzieć, że to najbardziej wdzięczne miejsce na wizytę papieża na Bliskim Wschodzie. Do niedawna powtarzaliśmy opowieść o kraju, w którym chrześcijanie, sunnici i szyici zgodnie dzielą się władzą i szanują swoje prawa. Tyle że tego Libanu już nie ma. A przynajmniej w wielu miejscach tego niewielkiego kraju trudno już o mówienie o takiej strukturalnej sielance. A i chrześcijanie w niemałej liczbie opuszczają kraj, który budowali od podstaw.
Pakt jedności narodowej
Po wybuchu w bejruckim porcie miałem okazję rozmawiać z ks. Jadem Chloukiem z maronickiej katedry św. Jerzego w Bejrucie. – Problem tkwi w tym, jak zmieniły się wzajemne relacje między chrześcijanami a muzułmanami i jak zmieniła się pozycja chrześcijan w stosunku do tego, co było wcześniej. Chrześcijanie wyjeżdżają stąd od dawna, ale ta tendencja umocniła się jeszcze bardziej po eksplozji w porcie bejruckim. Zaczęli znowu emigrować, zwłaszcza ci najlepiej wykształceni, znający języki obce. Straciliśmy tych ludzi. I widzimy to nie tylko w statystykach, ale również wokół nas – każdy tutaj traci co tydzień dwóch lub trzech swoich przyjaciół, praktycznie każdego tygodnia ktoś wyjeżdża – mówił maronicki duchowny.
Od kilku dekad w Libanie obowiązuje formalnie tzw. pakt narodowy, który zakłada czytelny podział władzy sprawowanej przez rząd jedności narodowej. Został on mocno naruszony wybuchem wojny domowej w 1975 roku, ale w latach 90. XX wieku ponownie stał się działającą normą. Podstawą paktu jest włączenie we współrządzenie wszystkich sił politycznych, których tożsamość jest ściśle związana z przynależnością religijną i wyznaniową. Państwem rządzą zatem i chrześcijanie (prezydent Libanu jest maronitą), i sunnici (ich reprezentantem jest premier), i szyici (przewodniczący parlamentu to szyita). Ministerstwa w rządzie są dzielone po połowie między chrześcijan a muzułmanów.
Pęknięta ziemia
Ta pozornie zgodna koegzystencja zaczęła załamywać się już w latach 70. XX wieku. – Przed 1970 rokiem Zachód trzymał jeszcze w jakiś sposób z chrześcijanami w Libanie, wspierał ich. To już jednak przeszłość, bo dziś Francja i USA trzymają mocno z Arabią Saudyjską, a Arabia wspiera mocno tylko sunnitów w Libanie. Pozycja szyitów w tym kraju także nie była kiedyś tak silna jak obecnie, oni tylko znajdowali w Libanie miejsce schronienia przed licznymi prześladowaniami, jakim byli poddawani przez sunnitów na całym Bliskim Wschodzie. Pod koniec lat 90. Iran zaczął rosnąć w siłę i wspierać szyitów w Libanie. Natomiast chrześcijanie znaleźli się nagle bez żadnego oparcia ze strony jakiegokolwiek mocarstwa. To stworzyło atmosferę poczucia, że chrześcijanie nie mają tu już więcej miejsca dla siebie. Jesteśmy pozostawieni sami sobie, staliśmy się mniejszością – uważa ks. Chlouk.
Te wszystkie napięcia dodatkowo wzmacnia przedłużający się kryzys uchodźczy – nie wszyscy uchodźcy z Syrii wrócili do kraju mimo zakończenia wojny – a także działalność Hezbollahu, który stworzył państwo w państwie na południu Libanu, kontrolując niemal wszystkie obszary życia (choć od pewnego czasu „Partia Boga” przeżywa poważny kryzys i osłabienie). Jeśli dodamy do tego napięcia wokół Izraela i Strefy Gazy (pojawiły się nawet spekulacje, że papież zechce ją odwiedzić przy tej okazji), rozumiemy lepiej, na jak trudny teren przyjeżdża papież Leon XIV.
Leon XIV do Kościoła w Turcji: Logika małości jest prawdziwą siłą Kościoła
Papież spotkał się z duchowieństwem i osobami zaangażowanymi w duszpasterstwo w Turcji. Oto cały tekst przemówienia Leona XIV.
Najczcigodniejsze Ekscelencje!
Drodzy Kapłani, Zakonnicy i Siostry Zakonne!
Zaangażowani w duszpasterstwo oraz zgromadzeni Bracia i Siostry!
Jest dla mnie wielką radością znaleźć się tutaj wśród was. Dziękuję Panu, który podczas mojej pierwszej podróży apostolskiej pozwala mi odwiedzić tę „ziemię świętą”, jaką jest Turcja, gdzie historia narodu izraelskiego spotyka się z rodzącym się chrześcijaństwem, gdzie przenikają się Stary i Nowy Testament, gdzie pisane są karty licznych Soborów.
Wiara, która nas łączy, ma dalekie korzenie: posłuszny Bożemu wezwaniu, nasz ojciec Abraham wyruszył z Ur Chaldejskiego, a następnie z regionu Charan, na południe od dzisiejszej Turcji, wyruszył do Ziemi Obiecanej (por. Rdz 12, 1). W pełni czasów, po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, jego uczniowie udali się również do Anatolii, a w Antiochii – gdzie później biskupem był św. Ignacy – po raz pierwszy nazwano ich „chrześcijanami” (por. Dz 11, 26). Z tego miasta św. Paweł rozpoczął niektóre ze swoich podróży apostolskich, zakładając wiele wspólnot. I to właśnie na wybrzeżu Półwyspu Anatolijskiego, w Efezie, według niektórych starożytnych źródeł, przebywał i zmarł Ewangelista Jan, umiłowany uczeń Pana (por. Św. Ireneusz, Adversus haereses, III, 3, 4; Euzebiusz z Cezarei, Historia ecclesiastica, V, 24, 3).
Z dumą wspominamy również wielką bizantyjską przeszłość, misyjny zapał Kościoła Konstantynopola i rozprzestrzenianie się chrześcijaństwa na całym Bliskim Wschodzie. Do dziś w Turcji żyje wiele wspólnot chrześcijan obrządku wschodniego, takich jak Ormianie, Syryjczycy i Chaldejczycy, a także wspólnoty obrządku łacińskiego. Patriarchat Ekumeniczny nadal stanowi punkt odniesienia zarówno dla jego wiernych greckich, jak i dla wyznawców innych wyznań prawosławnych.
Najmilsi, wy również zostaliście zrodzeni z bogactwa tej długiej historii. Dzisiaj to wy jesteście wspólnotą powołaną do pielęgnowania ziarna wiary przekazanego nam przez Abrahama, Apostołów i Ojców. Historia, która was poprzedza, nie jest po prostu czymś, co należy zapamiętać, a następnie zarchiwizować w chwalebnej przeszłości, patrząc z rezygnacją na fakt, że Kościół katolicki stał się liczebnie mniejszy. Wręcz przeciwnie, jesteśmy zaproszeni do przyjęcia oświeconego przez Ducha Świętego ewangelicznego spojrzenia.
A kiedy patrzymy oczami Boga, odkrywamy, że to On wybrał drogę małości, aby zstąpić pośród nas. Oto styl Pana, o którym wszyscy mamy świadczyć: prorocy ogłaszają obietnicę Boga, mówiąc o małej gałązce, która wyrośnie (por. Iz 11, 1), Jezus zaś chwali małych, którzy Mu ufają (por. Mk 10, 13-16), stwierdzając, że Królestwo Boże nie narzuca się, przyciągając uwagę (por. Łk 17, 20-21), ale rozwija się jak najmniejsze z nasion zasianych w ziemi (por. Mk 4, 31).
Ta logika małości jest prawdziwą siłą Kościoła. Nie opiera się ona bowiem na jego zasobach i strukturach, a owoce jego misji nie wynikają z liczebności, potęgi ekonomicznej czy znaczenia społecznego. Kościół natomiast żyje światłem Baranka i – zgromadzony wokół Niego – jest kierowany na drogi świata mocą Ducha Świętego. W tej misji jest on nieustannie wzywany do zaufania obietnicy Pana: „Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo” (Łk 12, 32). Przypomnijmy w tym kontekście słowa Papieża Franciszka: „We wspólnocie chrześcijańskiej, gdzie wierni, kapłani, biskupi nie obierają tej drogi małości, brakuje przyszłości […]. Królestwo Boże wyrasta z tego co małe, zawsze z małego” (Homilia w Domu Świętej Marty, 3 grudnia 2019).
Kościół żyjący w Turcji jest niewielką wspólnotą, która jednak pozostaje żywotna jak ziarno i zaczyn Królestwa. Zachęcam was zatem do pielęgnowania duchowej postawy ufnej nadziei, opartej na wierze i jedności z Bogiem. Istnieje bowiem potrzeba radosnego świadczenia o Ewangelii i patrzenia z nadzieją w przyszłość. Niektóre znaki tej nadziei są już dobrze widoczne: prośmy więc Pana o łaskę, abyśmy potrafili je rozpoznać i pielęgnować; inne być może będziemy musieli wyrazić w sposób twórczy, pozostając wytrwałymi w wierze i w świadectwie.
Wśród najpiękniejszych i najbardziej obiecujących znaków myślę o wielu ludziach młodych, kołatających do drzwi Kościoła katolickiego, przynoszących tam swoje pytania i niepokoje. W związku z tym zachęcam was do kontynuowania wytężonej pracy duszpasterskiej, którą wykonujecie, a także do słuchania i towarzyszenia młodym ludziom oraz do poświęcenia szczególnej uwagi tym obszarom, na których Kościół w Turcji jest powołany do szczególnej pracy: mowa tu o dialogu ekumenicznym i międzyreligijnym, przekazywaniu wiary lokalnej ludności oraz posłudze duszpasterskiej na rzecz uchodźców i migrantów.
Ten ostatni aspekt zasługuje na zastanowienie. Rzeczywiście, znaczna obecność migrantów i uchodźców w tym kraju stawia przed Kościołem wyzwanie przyjęcia i służby tym, którzy należą do najbardziej bezbronnych. Jednocześnie Kościół ten składa się z obcokrajowców, a wielu z was – księży, sióstr zakonnych, współpracujących w duszpasterstwie – pochodzi z innych krajów; wymaga to od was szczególnego zaangażowania w inkulturację, aby język, zwyczaje i obyczaje Turcji stawały się coraz bardziej waszymi. Komunikacja Ewangelii przebiega bowiem poprzez taką inkulturację.
Nie chcę też zapominać, że na waszej ziemi odbyło się osiem pierwszych Soborów Ekumenicznych. W tym roku przypada 1700. rocznica Pierwszego Soboru Nicejskiego, „kamienia milowego w podążaniu Kościoła, a także całej ludzkości” (Franciszek, Przemówienie do Międzynarodowej Komisji Teologicznej, 28 listopada 2024), wydarzenia wciąż aktualnego, które stawia przed nami pewne wyzwania, o których chciałbym wspomnieć.
Pierwszym z nich jest znaczenie uchwycenia istoty wiary i bycia chrześcijaninem. Wokół Symbolu wiary Kościół w Nicei odnalazł jedność (por. Spes non confundit. Bulla ogłaszająca Jubileusz Zwyczajny Roku 2025, nr 17). Nie jest to zatem tylko formuła doktrynalna, ale zaproszenie do nieustannego poszukiwania – nawet w ramach różnych wrażliwości, duchowości i kultur – jedności i istoty wiary chrześcijańskiej wokół centralnej postaci Chrystusa i Tradycji Kościoła. Nicea nadal zachęca nas do refleksji nad tym, kim jest dla nas Jezus? Co oznacza, w swej istocie, bycie chrześcijaninem? Symbol wiary, wyznawany jednogłośnie i wspólnie, staje się w ten sposób kryterium dla rozeznania, kompasem orientacyjnym, osią, wokół której powinny obracać się nasza wiara i nasze działanie. Jeśli natomiast chodzi o związek między wiarą a uczynkami, pragnę podziękować organizacjom międzynarodowym – myślę tu zwłaszcza o Caritas Internationalis i Kirche in Not – za wsparcie działalności charytatywnej Kościoła, a przede wszystkim za pomoc ofiarom trzęsienia ziemi z 2023 r.
Drugie wyzwanie dotyczy pilnej potrzeby ponownego odkrycia w Chrystusie oblicza Boga Ojca. Nicea potwierdza boskość Jezusa i jego współistotność z Ojcem. W Jezusie odnajdujemy prawdziwe oblicze Boga i Jego ostateczne słowo dotyczące ludzkości i historii. Ta prawda nieustannie podważa nasze wyobrażenia o Bogu, gdy nie odpowiadają one temu, co objawił nam Jezus, i zachęca nas do ciągłego, krytycznego rozeznawania form naszej wiary, modlitwy, życia duszpasterskiego i w ogóle naszej duchowości. Istnieje jednak jeszcze inne wyzwanie, które nazwałbym „powracającym arianizmem”, obecnym w dzisiejszej kulturze, a czasem nawet wśród samych wierzących: kiedy patrzymy na Jezusa z ludzkim podziwem, być może nawet z religijnym duchem, ale nie traktujemy Go naprawdę jako żywego i prawdziwego Boga, obecnego wśród nas. Jego boskość, panowanie nad historią, zostaje w pewien sposób przyćmione i ogranicza się do postrzegania Go jako wielkiej postaci historycznej, mądrego nauczyciela, proroka, który walczył o sprawiedliwość – ale nic więcej. Nicea przypomina nam: Chrystus Jezus nie jest postacią z przeszłości, jest Synem Bożym obecnym pośród nas, prowadzącym historię ku przyszłości, którą Bóg nam obiecał.
I na koniec trzecie wyzwanie: pośrednictwo wiary i rozwój doktryny. W złożonym kontekście kulturowym Symbol nicejski zdołał przekazać istotę wiary poprzez kategorie kulturowe i filozoficzne tamtej epoki. Jednak kilka dziesięcioleci później, podczas pierwszego Soboru w Konstantynopolu, widzimy, że zostaje on pogłębiony i rozszerzony, a właśnie dzięki pogłębieniu doktryny dochodzi do nowego sformułowania: Symbolu nicejsko-konstantynopolitańskiego, tego, który jest powszechnie wyznawany podczas naszych niedzielnych celebracji. Również tutaj otrzymujemy ważną lekcję: zawsze konieczne jest przekazywanie wiary chrześcijańskiej w języku i kategoriach kontekstu, w którym żyjemy, tak jak uczynili to Ojcowie w Nicei i na innych Soborach. Jednocześnie musimy odróżniać rdzeń wiary od formuł i historycznych form, które ją wyrażają, a które zawsze pozostają częściowe i tymczasowe i mogą ulegać zmianom w miarę pogłębiania doktryny. Pamiętajmy, że nowo ogłoszony Doktor Kościoła, św. John Henry Newman, kładzie nacisk na rozwój doktryny chrześcijańskiej, ponieważ nie jest ona abstrakcyjną i statyczną ideą, ale odzwierciedla samą tajemnicę Chrystusa: jest to zatem wewnętrzny rozwój żywego organizmu, który ujawnia i lepiej wyjaśnia podstawowe jądro wiary.
Najmilsi, zanim się z wami pożegnam, chciałbym przypomnieć wam postać tak bliską waszym sercom, św. Jana XXIII, który kochał ten naród i służył mu, gdy mówił, że lubił powtarzać to, co czuł w sercu: „Kocham Turków, cenię naturalne przymioty tego ludu”. Obserwując z okna domu jezuitów rybaków z Bosforu, zajętych pracą przy łodziach i sieciach, napisał: „Ten widok mnie wzrusza. Zeszłej nocy, około godziny pierwszej, lało jak z cebra, lecz rybacy trwali nieustraszeni przy swej ciężkiej pracy. […] Naszym poważnym i świętym obowiązkiem jest naśladowanie tych rybaków z Bosforu, w pracy dniem i nocą, z zapalonymi pochodniami, a wszyscy podporządkowani przywódcom duchowym”.
Życzę wam, abyście byli pełni tej pasji, zachowywali radość wiary i pracowali jako nieustraszeni rybacy na łodzi Pana. Niech Najświętsza Maryja Panna, Theotokos, wstawia się za wami i was strzeże. Dziękuję!
VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny
***
Leon XIV: Chrześcijanie wezwani do przezwyciężenia skandalu podziałów
W swoim przesłaniu do uczestników modlitwy ekumenicznej w Izniku – starożytnej Nicei – Papież Leon XIV powiedział, że chrześcijanie są wezwani do przezwyciężenia skandalu podziałów.
PAP/EPA/ALESSANDRO DI MEO
***
„To wyznanie wiary chrystologicznej ma fundamentalne znaczenie w wędrówce chrześcijan zmierzających ku pełnej komunii: jest ono bowiem wspólne dla wszystkich Kościołów i Wspólnot chrześcijańskich na świecie, łącznie z tymi, które z różnych powodów nie wyznają Credo nicejsko-konstantynopolitańskiego w swoich liturgiach” – mówił Ojciec Święty podczas ekumenicznego spotkania z przedstawicielami różnych religii chrześcijańskich.
„Rzeczywiście, wiara ‘w jednego Pana, Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami […], współistotnego Ojcu’ (Credo nicejskie) jest głęboką więzią, już łączącą wszystkich chrześcijan. W tym sensie, cytując św. Augustyna, również w kontekście ekumenicznym możemy powiedzieć, że ‘kiedy zwracam się do wielu chrześcijan, w jednym Chrystusie rozumiem ich jako jedność’” – stwierdził Leon XIV.
Dodał, że wychodząc od świadomości, że jesteśmy już połączeni tą głęboką więzią, „poprzez drogę coraz pełniejszego przylgnięcia do Słowa Bożego objawionego w Jezusie Chrystusie i pod przewodnictwem Ducha Świętego, we wzajemnej miłości i dialogu, wszyscy jesteśmy zaproszeni do przezwyciężenia skandalu podziałów, które niestety nadal istnieją, i do podsycania pragnienia jedności, o którą modlił się Pan Jezus i za którą oddał swoje życie.
Wojciech Rogacin/VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny
***
(@Vatican Media)
***
Co wydarzy się w Nicei?
Papież Leon XIV rozpoczął swoją pierwszą zagraniczną pielgrzymkę. Dlaczego Turcja i Liban?
Ankara, Stambuł, Iznik i Bejrut. Turcja i Liban. Pierwsza zagraniczna podróż papieża Leona XIV, która zaczęła się dziś, nie prowadzi ani do wielkich katolickich sanktuariów, ani do „klasycznych” stolic dyplomacji. Na brzegu jeziora, które w ciągu 1700 lat zalało dawną Niceę i jednocześnie miejsce historycznego Soboru, Leon XIV chce jutro głośno wypowiedzieć wyznanie wiary, które do dziś łączy chrześcijan różnych tradycji.
Dziś rano papież wyleciał z Rzymu do Ankary. Pierwszego dnia czekają go klasyczne punkty programu: oficjalne powitanie, wizyta w mauzoleum Atatürka, spotkanie z władzami państwa i z szefem tureckiego urzędu ds. religii. Potem lot do Stambułu.
Ale prawdziwy teologiczny „środek ciężkości” tej podróży przesuwa się na piątek. Bo to jutro, 28 listopada, Leon XIV po porannych spotkaniach w Stambule – modlitwie w katedrze Ducha Świętego, wizycie u Małych Sióstr Ubogich i spotkaniu z naczelnym rabinem Turcji – wsiądzie do helikoptera i poleci do Izniku. Tak dziś nazywa się starożytna Nicea.
Wszystko potrwa niewiele ponad godzinę. Na miejscu, w pobliżu wykopalisk starożytnej bazyliki św. Neofita, odbędzie się ekumeniczne spotkanie modlitewne z udziałem przedstawicieli różnych Kościołów. To nie przypadek, że papieski kalendarz ustawia Niceę w centrum tej wizyty.
Tu Kościół „zobaczył się” jako całość
Dziś Iznik to zaledwie dwudziestotysięczne miasto w Azji Mniejszej. Prawie nie ma tam chrześcijan, biskupstwo nie istnieje od wieków. A jednak to tam 1700 lat temu doszło do jednego z najważniejszych wydarzeń w historii chrześcijaństwa.
W 325 roku cesarz Konstantyn zwołał tu pierwszy sobór powszechny. Po raz pierwszy Kościół zgromadził biskupów z tak wielu prowincji naraz. Ks. prof. Stanisław Adamiak mówi, że był to moment, w którym chrześcijaństwo „zobaczyło się” po raz pierwszy jako całość: po okresie krwawych prześladowań chrześcijaństwo, kształtujące się i dojrzewające w różnych regionach basenu Morza Śródziemnego, często dorastające zupełnie odmiennie od siebie, w końcu spotkało się ze sobą – z pytaniem, co je tak naprawdę łączy.
Odpowiedź brzmiała: wiara w Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga.
To wtedy narodziło się „Credo nicejskie” – wspólne wyznanie wiary chrześcijan. Jego centrum stanowi jedno, przełomowe słowo: homoousios, czyli „współistotny”. Jezus Chrystus – naucza Sobór – nie został stworzony, lecz zrodzony z Ojca, „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości”. Greckie słowo i pochodzący z filozofii greckiej aparat pojęciowy zostały użyte do tego, by rozstrzygnąć spór o naturę Jezusa, bo sam język biblijny – bez doprecyzowania – okazał się niewystarczający, by zamknąć tę kontrowersję.
A powstała ona w wyniku tez głoszonych przez m. in Ariusza i jego zwolenników, którzy uznawali Syna Bożego za stworzenie, a nie za prawdziwego Boga. Uczyli, że Syn jest pierwszym spośród stworzeń, kimś „pomiędzy” Bogiem a światem. Ojcowie soboru, sięgając po greckie pojęcia „istoty” i „współistotności”, zapisali w Credo, że Jezus jest „zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu”.
To właśnie dzięki tamtej decyzji chrześcijanie do dziś w niedzielę wspólnie wyznają: „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego”.
Nie ma przesady w stwierdzeniu, że w Nicei narodził się język, którego Kościół do dziś używa do definiowania natury Jezusa Chrystusa. I że był to moment, w którym różnorodne wspólnoty nauczyły się mówić jednym Credo, jednym językiem.
Spór, który wyszedł na ulice
Tamten sobór był odpowiedzią na spór, który rozgrzewał całe ówczesne chrześcijaństwo. Pytanie „Czy Jezus jest Bogiem czy stworzeniem?” nie było teologiczną kwestią dla wykwalifikowanych teologów, ale tematem rozmów „na ulicach”. Teologia weszła wtedy w codzienność: o Jezusie dyskutowano w łaźniach, na targu, w warsztatach rzemieślniczych.
To była stawka najwyższej rangi, bo dotyczyła odpowiedzi na pytanie, które Jezus zadał w Cezarei Filipowej: „A wy za kogo Mnie uważacie?”.
Dziś nie ma już tego sporu. I to jest źle – diagnozuje kard. Ryś. Dlaczego „źle”? Bo problemem nie jest to, że nie kłócimy się już o naturę Chrystusa, ale że dla wielu to pytanie po prostu przestało być ważne. Dogmat gotowy, sformułowany, niezmienny, wyznanie wiary co tydzień wymawiane, ale – jak przypomina papieski dokument o 1700-leciu Nicei – prawdziwe pytanie brzmi dziś inaczej: Czy Jezus Chrystus naprawdę jest Bogiem w moim życiu?
Papież Leon XIV, jadąc do Izniku, jedzie również po to, by przypomnieć, że Credo nie jest muzealną definicją, tylko modlitwą, która domaga się przełożenia na styl życia: na to, jak traktuję biednych, jak patrzę na cierpiących, jak przeżywam własną historię – czy podążam za Jezusem?
Wspólna data Wielkanocy?
Nicejskie Credo ma jeszcze jedną niezwykłą cechę: jest wspólne. Od wieków wyznają je katolicy i prawosławni, przyjęły je również główne tradycje protestanckie. W papieskim Liście z okazji rocznicy soboru czytamy wprost, że to wyznanie wiary jest „wspólnym dziedzictwem chrześcijan”.
Dlatego spotkanie w Izniku ma wyraźnie ekumeniczny charakter. W programie wizyty widać to jak w soczewce.
Na tym tle szczególnie mocno wybrzmiewa temat, który Franciszek i Leon XIV podnosili już wielokrotnie: wspólna data Wielkanocy. To Sobór Nicejski ustalił zasadę wyznaczania święta Zmartwychwstania: w niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
Problem w tym, że dziś Kościoły stosują różne kalendarze. Efekt? Najważniejsze święto chrześcijan obchodzimy najczęściej osobno. Papieże zwracali uwagę, że dzieli to rodziny, utrudnia wspólne świadectwo, osłabia znak jedności. Sobór Watykański II otworzył możliwość wspólnego ustalenia daty Wielkanocy w taki sposób, by wszyscy chrześcijanie obchodzili ją wspólnie.
Gdyby właśnie w Izniku padła zapowiedź konkretnego kroku w stronę ujednolicenia daty Wielkanocy, byłby to gest o ogromnym ciężarze – symbolicznie dokładnie w tym samym miejscu, gdzie 1700 lat temu postanowiono, jak ten dzień ustalić.
Credo w świecie lęku
Leon XIV w swoim Liście o rocznicy Nicei przypomina, że Credo powstawało w świecie pełnym lęku: świeże rany po prześladowaniach, napięcia w Cesarstwie, spory wewnątrz Kościoła. Ojcowie soboru nie uciekli od tych realiów, ale zapisali wiarę w Jezusa jako źródło nadziei, jako lekarstwo na podziały, jako sposób istnienia.
Dziś świat również jest poraniony: wojny, przemoc, kryzysy polityczne i klimatyczne, nędza milionów ludzi. Papież przypomina, że wyznanie „Wierzę w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego” nie jest luksusem ani prywatnym hobby, ale odpowiedzią na bardzo konkretne ludzkie doświadczenia: strach w obliczu wojny, głód sensu, niesprawiedliwość, poczucie bezsilności.
Dlatego ta podróż nie kończy się w Turcji. Z Izniku i Stambułu Leon XIV poleci do Bejrutu. Liban – kraj niemalże na skraju upadku, borykający się z biedą, wojną i setkami nierozwiązanych problemów społecznych – jak tylko stało się to możliwe, wystosował zaproszenie do papieża.
W planie są: modlitwa w miejscu eksplozji w porcie w 2020 roku, która zniszczyła i tak słabą gospodarkę państwa, Msza przy nabrzeżu, spotkania z władzami i z młodzieżą, wizyta przy grobie św. Charbela w Annaya – świętego, którego kult w Europie jest niebywały.
To już nie jest tylko teologia, powrót do źródeł i pytanie „Kim jest Jezus”, ważne dla tożsamości każdego chrześcijanina. To dotykanie ran współczesnego świata i współczesnego człowieka w regionie, który jak mało który potrzebuje pokoju i pojednania. Potrzebuje Boga.
Credo nad jeziorem
Co wydarzy się jutro po południu nad brzegiem jeziora w Izniku? Program jest prosty: ekumeniczne spotkanie modlitewne, przemówienie papieża, wspólna modlitwa. Być może wspólne wyznanie wiary.
A jednak to może być jeden z najbardziej znaczących gestów początku pontyfikatu Leona XIV. Papież, następca św. Piotra, stanie w miejscu, w którym kiedyś Kościół rozważał, kim jest Jezus. I właśnie tam głośno wypowie słowa, które dziś znają na pamięć wierni w katolickich parafiach, prawosławnych cerkwiach i wielu wspólnotach protestanckich.
Credo w Izniku zabrzmi nie tylko jako deklaracja wiary, ale jako zaproszenie, żeby na nowo odkryć, że Chrystus jest człowiekiem – czyli naprawdę stał się naszym bliźnim; że Chrystus jest Bogiem – czyli że prawdziwa jedność nie polega na zatarciu różnic, ale najpierw na szukaniu wspólnego fundamentu. Że soborowe pytanie sprzed 1700 lat: „kim jest Jezus?” nie należy do podręczników historii dogmatów, tylko do rachunku sumienia każdej i każdego z nas.
ks. Przemysław Śliwiński/Stacja 7.pl
***
Sobór Nicejski. 1700 lat temu Kościół ustalił Wyznanie wiary
***
To na tym soborze wyznaczono datę Wielkanocy. Ale to nie wszystko – dziedzictwem Nicei jest też sposób, w jaki Kościół podejmuje decyzje aż do dziś.
Nowo wybrany papież Leon XIV ogłosił już dokąd uda się w swoją pierwszą podróż zagraniczną. Jej celem będzie Iznik – miasto w dzisiejszej Turcji, na północnym wschodzie jej azjatyckiej części, w starożytności znane jako Nicea. To tam w lipcu 325 roku odbyło się zgromadzenie biskupów, które przeszło do historii jako pierwszy sobór powszechny.
Pierwszy “sobór” odbył się jeszcze z Apostołami
Nie było to pierwszy przypadek, że biskupi zgromadzili się, by podjąć jakieś decyzje. Pierwszy znamy z Dziejów Apostolskich, chodzi mianowicie o spotkanie Apostołów w Jerozolimie około 49 roku. Nie jest ono co prawda określone w tekście Pisma Świętego słowem „synod” ani „sobór” i chyba dlatego określamy je jako „sobór” w cudzysłowie. Apostołowie zgromadzili się wtedy w Jerozolimie, by rozstrzygnąć sprawę niesłychanie ważną: czy nie-Żydów można dopuścić do zostania chrześcijanami bez konieczności przyjęcia przez nich wszystkich przepisów prawa mojżeszowego.
Apostołowie musieli podjąć taką decyzję, gdyż nauczanie Jezusa, tak jak je pamiętali, najwyraźniej nie rozstrzygało tego jednoznacznie. Taka sytuacja miała się powtarzać przez następne dwa tysiące lat, aż do naszych czasów – kiedy Kościół stawał w obliczu nowych wyzwań (powodowanych przez okoliczności historyczne lub postęp naukowy i techniczny), szukał odpowiedzi najpierw w Piśmie Świętym, ale jeśli jej tam wprost nie znajdywał, odwoływał się do dwóch innych instancji: decyzji podjętych wcześniej, ale też możliwości podjęcia nowej decyzji, jeśli i tam nie znajdowano rozwiązania.
Przykładem z bieżącego roku jest dokument watykański Antiqua et nova, dotyczący sztucznej inteligencji – trudno było oczekiwać, żeby Kościół zajmował się tym zagadnieniem dużo wcześniej. Z nowymi problemami mierzył się jednak nieustannie i zwłaszcza w starożytności odpowiedzią było zwoływanie biskupów, by wspólnie coś postanowili i potem wprowadzali w życie tak podjętą decyzję.
Synod, a sobór
Te spotkania zaczęto nazywać po grecku „synodami” (od syn-hodos, czyli wspólna droga), a po łacinie „concilium”. Słów tych używano zamiennie, w języku polskim przyjęło się pozostawiać pierwsze z nich w brzmieniu oryginalnym, a drugie tłumaczyć właśnie jako „sobór” i rezerwować je dla 21 zgromadzeń biskupów, które Kościół katolicki uznał za powszechne: od I Soboru Nicejskiego w 325 roku po II Sobór Watykański w latach 1962-1965.
Wszystkie inne zgromadzenia nazywamy po polsku „synodami”. W innych językach tego rozróżnienia nie pilnuje się tak dokładnie. Na przykład w pierwszym zdaniu Konstytucji Dogmatycznej o Kościele II Soboru Watykańskiego „Lumen Gentium”, „Sobór święty” (tak to brzmi w polskim tłumaczeniu) określa sam siebie po łacinie jako „sacrosancta synodus”.
Sobór Nicejski – co go wyróżnia spośród innych?
Synody biskupów gromadziły się także przez pierwsze trzysta lat historii Kościoła, w okresie prześladowań. Na czym polega więc wyjątkowość Soboru Nicejskiego? Na tym, że było to pierwsze zgromadzenie „ekumeniczne”, nie w znaczeniu „międzywyznaniowości”, ale „powszechności”.
„Ekumena” oznaczała „cały zamieszkany świat”, choć w praktyce odnosiło się do terenu Cesarstwa Rzymskiego – do Nicei nie przybył żaden biskup z Armenii, która przyjęła chrześcijaństwo już w 301 roku, ani też żaden przedstawiciel licznych Kościołów położonych za wschodnią granicą Cesarstwa, choćby w Mezopotamii i Persji. Z zachodniej części Cesarstwa przyjechało zaledwie pięciu biskupów oraz dwóch prezbiterów reprezentujących papieża Sylwestra I (który później przyjął uchwały soboru).
Tak więc „powszechność” I Soboru Nicejskiego sprowadzała się zasadniczo do biskupów przybyłych ze wschodniej części Cesarstwa i mówiących po grecku. Niemniej jednak było to i tak wydarzenie przełomowe co do swojej skali i zasięgu. Obecnych biskupów było przypuszczalnie około trzystu – w przeciwieństwie do następnych soborów, z których zachowały nam się często dokładne protokoły obrad, nie mamy źródeł bezpośrednio opisujących pierwszy sobór, stąd spory wśród historyków co do jego dokładnego przebiegu.
Późniejsza tradycja mówiła o 318 ojcach nicejskich, w nawiązaniu do liczby sług Abrahama, z którymi pokonał królów kananejskich (Rdz 14,14). Mogli dotrzeć do Nicei dzięki hojności cesarza Konstantyna Wielkiego, który nie tylko ugościł ich w swojej stolicy, ale też umożliwił dotarcie do niej korzystając z poczty cesarskiej, czyli zwierząt, powozów i zajazdów służących do transportu w sprawach państwowych.
Dzięki temu zgromadzenie się tylu biskupów było manifestacją poparcia cesarza dla nowej religii, a jej przedstawicieli – dla cesarza, który 25 lipca uroczyście rozpoczynał obchody dwudziestego roku swojego panowania (licząc od proklamacji w Yorku w Wielkiej Brytanii, po śmierci jego ojca w 306 roku). Choć Konstantyn nie uczynił jeszcze żadnych posunięć, by dyskryminować inne wyznania, coraz bardziej pokazywał, że to chrześcijaństwo cieszy się jego wsparciem i że widzi w nim siłę, która może pomóc zjednoczyć ideologicznie Cesarstwo.
Jakie decyzję podjęto podczas Soboru w Nicei?
Gdy Konstantyn zwracał się w 312 stronę chrześcijaństwa, prawdopodobnie widział je jako jedną wielką wspólnotę obejmującą całe Cesarstwo. Nie zdawał sobie sprawy z wewnętrznych napięć, które istniały wewnątrz tej wielkiej wspólnoty. Jednym z nich była kwestia daty Wielkanocy. Niektóre wspólnoty w Azji Mniejszej wciąż obchodziły ją w przeddzień żydowskiej Paschy, 14 dnia miesiąca nisan, niezależnie od tego, w jaki dzień tygodnia przypadała. Zwolenników takiej rachuby nazywano kwartodecymanami (od łacińskiego słowa oznaczającego „czternaście”). Sobór zdecydował, by wszystkie Kościoły podążały za praktyką Kościołów Rzymu i Aleksandrii Egipskiej, czyli wyznaczały Wielkanoc na pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Tej zasady trzymają się do dzisiaj wszystkie kościoły, różnice wypływają z korekty kalendarza dokonanej w XVI wieku przez papieża Grzegorza XIII.
Chrześcijaństwo początku czwartego wieku zmagało się też ze sporami dotyczącymi dokładnego określenia, kim był Jezus Chrystus, a w związku z tym, czym jest Trójca Święta. Jedni teologowie koncentrowali się na jedności Boga, narażając się na zarzuty odbierania osobnego bytu Jezusowi i Duchowi Świętemu, inni z kolei podkreślali odrębność Osób Boskich, co mogło być albo uznane za tryteizm (kult trzech Bogów), albo wiązało się z przedstawianiem Jezusa jako Boga mniejszego niż Ojca. Przedstawicielem tego ostatniego kierunku myślenia był prezbiter z Aleksandrii, Ariusz, który głosił m.in., że „był czas, kiedy Syn nie istniał”. Sobór Nicejski jednoznacznie potępił jego poglądy, formułując wyznanie wiary, które po uzupełnieniu przez I Sobór Konstantynopolitański w 381 roku, do dziś recytowane jest w kościołach katolickich, protestanckich i ewangelickich. Odpowiedzią na nauczanie Ariusza są zawarte tam sformułowania o „Bogu prawdziwym z Boga prawdziwego, zrodzonym przed wszystkimi wiekami”, a przede wszystkim określenie Jezusa jako „współistotnego” (gr. homoousios) Ojcu.
To ostatnie sformułowanie wzbudziło kontrowersje, ponieważ nie pojawiało się w Biblii, poza tym przedtem bywało rozumiane jako odbierające odrębność Osób Trójcy. Dlatego też Sobór Nicejski nie zakończył sporów z tym związanych, a kontrowersja ariańska trwała jeszcze prawie sto lat na Wschodzie i ponad trzysta lat na Zachodzie Cesarstwa. Niemniej jednak definicja nicejska, utrzymująca całkowitą równość Syna i Ojca, utrzymała się.
Nieprawdą jest natomiast zupełnie ahistoryczny pogląd, rozpropagowany przez Dana Browna w powieści „Kod Leonarda da Vinci”, że przez pierwsze trzy wieki chrześcijanie nie uważali Jezusa za Boga i nakazał to dopiero Konstantyn w Nicei. To co się stało w Nicei, to ujęcie w ścisłe filozoficzne sformułowania tego, w co chrześcijanie wierzyli już dużo wcześniej; natomiast faktycznie stało się to możliwe dzięki zwołaniu biskupów przez Konstantyna i poparciu przez niego formuły „współistotności” (od której zresztą cesarz pod koniec życia raczej się odwrócił).
Wspólne dzieciństwo Kościołów katolickiego i prawosławnego
Dziedzictwem Nicei jest nie tylko ujednolicenie daty Wielkanocy i dogmatyczne sformułowanie boskości Jezusa Chrystusa, ale też zostawienie modelu rozstrzygania sporów doktrynalnych przez spotkanie i porozumienie się możliwie dużej liczby biskupów. Ten model funkcjonował przez całe pierwsze tysiąclecie i jest wspólnym dziedzictwem Kościołów katolickiego i prawosławnych. Trzeba tu na koniec zauważyć dwie rzeczy.
Po pierwsze, właściwie żaden z soborów (także Nicea) nie przyniósł natychmiastowego i całkowitego rozstrzygnięcia danego sporu, przyjęcie ich decyzji zajmowało czasem dziesięciolecia.
Po drugie, wszystkie siedem soborów niepodzielonego Kościoła było zwoływanych przez cesarzy. Oczywiście, cesarz był bardzo specyficznym przypadkiem świeckiego (to raczej on, a nie papież, był uważany za „namiestnika Chrystusa”), niemniej jednak jest to coś, o czym warto pamiętać rozważając, co to znaczy, że Kościół ma się stawać synodalny.
ks. Stanisław Adamiak – dr hab. nauk humanistycznych, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Toruniu. Wykładał na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim i Uniwersytecie Warszawskim. Znawca historii wczesnego chrześcijaństwa./Stacja 7.pl
***
W listopadowym miesiącu Kościół zachęca nas do modlitwy za naszych zmarłych
Dusze w czyśćcu modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą (…). Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi.
(św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, 20).
fot. Lestat (Jan Mehlich) via: Wikipedia CC 2.0
***
Główne Prawdy Wiary
Jest jeden Bóg.
Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze.
Są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.
Syn Boży stał się człowiekiem, umarł za krzyżu i zmartwychwstał dla naszego zbawienia.
Dusza ludzka jest nieśmiertelna.
Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna.
***
„To jest przyodziewanie człowieka we wspaniałość”. Rzeczy ostateczne: Czyściec
– Czyściec to przyodziewanie człowieka we wspaniałość – mówi o. dr hab. Marian Zawada, karmelita bosy.
Jarosław Dudała: Nazywa Ojciec czyściec „miejscem ognistej miłości”. Co to znaczy?
o. Marian Zawada OCD: To znaczy, że człowiek potrzebuje łaski ostatecznego oczyszczenia, żeby stanąć przed Bogiem w sposób pełny, czysty, bezpośredni i bez skazy, żeby w każdej przestrzeni był zdolny do miłości, do wieczystych zadań, które go czekają w niebie. Zdajemy sobie sprawę, że człowiek umierając, ma jakieś rzeczy niezałatwione w doczesności albo zaciąga winę, krzywdząc ludzi i obrażając Boga. My często nie uświadamiamy sobie głębi wyrządzonej krzywdy. Chcemy coś inteligentnie rozegrać z korzyścią dla siebie, ale przez to kogoś możemy doprowadzić do załamania, do rozpaczy. Czasami też widzimy, że przy spowiedzi brakuje pewnych proporcji. Kłótnie czy upokarzanie bliźnich trwają czasem tygodniami, człowiek siedzi godzinami w pornografii albo latami lekceważy Boga czy modlitwę. A potem za pokutę wystarczyć ma symboliczna dziesiątka Różańca? Nie ma tu żadnej proporcji. Często bywają też braki w realizacji postanowienia poprawy i w zadośćuczynieniu Bogu i ludziom. I te braki trzeba uzupełnić albo się oczyścić.
Na czym polega oczyszczenie czyśćcowe?
Można tu zaproponować kilka symboli. Czyściec to rodzaj kwarantanny przed wejściem do stanu ostatecznego zbawienia. Grzech jest wrośnięty w nasze serce, umysł, wyobraźnię. To musi być do końca usunięte. Można to porównać do leczenia zęba. Pacjent ma zwykle do dyspozycji szczoteczkę, którą czyści zęby od zewnętrz. Ale kiedy ząb jest zepsuty od wewnątrz, potrzeba interwencji lekarza. Św. Jan od Krzyża mówi, że możemy naprawić tylko te rzeczy, których jesteśmy świadomi. Tymczasem korzenie grzechu tkwią w nas głęboko. Nie mamy władzy, żeby się samemu odnowić, oczyścić. Ale Bóg ma do tego narzędzia.
Jakie?
Nadprzyrodzone. One pozwalają odzyskać świetność stworzenia, należną mu chwałę – to, co zostało stłamszone, sponiewierane przez grzech. Do tych narzędzi należy tzw. ogień czyśćcowy.
Brzmi strasznie…
Ale to jest ogień miłości! Trzeba sobie zdać sprawę, że w czyśćcu i w niebie działa ten sam ogień miłości – tylko że w czyśćcu on oczyszcza i wypala, a w niebie – rozpala. Na tym tylko polega różnica. Czyściec można też symbolicznie opisać jako zmianę szat. To jest przyodzianie człowieka we wspaniałość. Używa się także metafor rzeki ognia, doliny ognia czy wąskiego mostu. Dante Alighieri przedstawił czyściec w postaci góry z siedmioma tarasami, które odpowiadają siedmiu grzechom głównym. To może być także pokrzepianie duszy czy prostowanie naszej pokręconej ludzkiej miłości. Człowiek zyskuje w ten sposób ogromną prostotę – każdy nadmiar bycia (form, znaczenia) zostaje usunięty. Tym, co w czyśćcu bardzo mocno pracuje w człowieku, jest brak możliwości bezpośredniego widzenia Boga. Człowiek już wie, co to znaczy obcować z Panem, ma ogromne pragnienie, ale nie może się nim jeszcze radować. Tęskni za tym spotkaniem, dlatego oddaje wszystko, żeby spotkać się z Bogiem i doznać prawdziwego szczęścia. Oczyszczenie przez głębokie tęsknoty i pragnienie Boga może być spotęgowane przez to, że doświadczenie czasu w rzeczywistości czyśćca jest zapewne inne niż to, które znamy – jak mówi Biblia, w oczach Bożych jeden dzień jest jak tysiąc lat i tysiąc lat jest jak jeden dzień.
Ponadto – zwłaszcza w tekstach mistyków – pojawia się w tym kontekście doświadczenie własnej nędzy, czyli umiłowania swoich grzesznych dróg. Ono też człowieka pali i oczyszcza.
Z prawdy o czyśćcu wynika, że śmierć doczesna nie domyka ludzkiego życia; że jest jeszcze jakiś etap dodatkowy. Nie jest to metafora tak elegancka jak u Dantego, ale porównałbym czyściec do piekarnika: człowiek jest tam już dobrze wyrośniętym ciastem, ale potrzebuje ognia, żeby nabrać właściwej konsystencji, a przede wszystkim duchowego smaku.
To znakomity przykład. Czyściec można by także opisać jako piec, w którym wypala się szczerozłote piękno człowieka. To jest dar najwyższego miłosierdzia ze strony Boga, który pozwala nam jeszcze dopełnić to, czego nie zdążyliśmy dopełnić, bo albo byliśmy zbyt leniwi, albo opór naszej natury był zbyt wielki.
Jednak samo pojęcie czyśćca to sprawa względnie nowa. Używa się go dopiero od XII w.
Tak. Ten problem wziął się w teologii stąd, że dawniej pokuty były solidne. Trwały nieraz kilka czy kilkanaście lat. Zdarzało się więc, że ktoś w trakcie takiej pokuty zmarł. Pojawiło się pytanie, co z nim. Tak narodziła się teologia czyśćca, czyli miejsca dopełnienia zadośćuczynienia czy pokuty.
Czy można przeżywać czyściec już tu, na ziemi?
Oczywiście. Nie wpadając w tonacje przygnębienia czy rozpaczy, można zauważyć, że każde cierpienie czy chorobę można świadomie przyjąć jako formę pokuty za swoje winy. To może być także cierpliwe znoszenie przeciwności, codziennych niewygód, przykrości, trudnych relacji z ludźmi w pracy, w domu, wśród krewnych – wszelkie uciążliwości życia. Można je ofiarować Bogu jako wynagrodzenie. Rodzice dzisiaj powszechnie cierpią z powodu dzieci. Wiele wysiłków wkładają w ich wychowanie, ale je w jakimś sensie tracą. Mogą to być także osobiste zawody, zdrady, poczucie odepchnięcia, bycia oszukanym – wszystko to możemy zamienić w element oczyszczający i pomagający nam szybciej dotrzeć do nieba. Dziś w ogóle znalezienie takich pokut jest łatwiejsze niż dawniej.
Łatwiejsze?
Tak. Dawniej za odpowiednią pokutę uważano dalekie pielgrzymki czy surowe praktyki ascetyczne. Dzisiaj – przy naszym konsumpcyjnym stylu życia – mamy mnóstwo okazji do wykazania powściągliwości. Odmówienie sobie trochę obecności w internecie to już jest duży wyczyn. Ale mogą to być także hojna jałmużna, posty, modlitwa, pozyskiwanie odpustów. Dalej są jeszcze poważniejsze sprawy duchowe, jak noce ciemne – cierpienia, które mistycy określają jako podobne do czyśćca, a nawet mąk piekielnych.
Skoro mówimy o odpustach, to oczywiście wiadomo, że dzięki nim możemy pomóc duszom czyśćcowym. Ale czy to się w ogóle jakoś mieści w opisanej wyżej koncepcji dodatkowego, bardzo osobistego dorastania człowieka do pełni miłości?
Lubimy dawać sobie prezenty, a ofiarowanie komuś życia wiecznego – szczęście, które już się nie kończy – to jest w ogóle kosmos! I to należy do naszych powinności.
Możliwość i powinność okazywania takiej pomocy wynika z natury Kościoła. Bo Kościół jest jakby w trzech częściach: mamy Kościół pielgrzymujący (to właśnie my), mamy Kościół w oczyszczeniu (w czyśćcu) i Kościół zbawiony w niebie. Wspólnota Kościoła to wspólnota łaski i solidarności wszystkich tych części. Dlatego zbawieni w niebie wspierają nas, a my wspieramy dusze w czyśćcu w tym samym dziele zbawienia. Zresztą, przecież można już tu, na ziemi, pomagać sobie wzajemnie zerwać z grzechem i się z niego oczyścić. Może to przybierać różne formy. Może to być np. krótka i mocna Koronka do Bożego Miłosierdzia, która tak pięknie weszła w naszą pobożność. Są Msze gregoriańskie. Mogą to być odpusty zupełne. Żyjemy właśnie w roku jubileuszowym, który sprzyja ich uzyskiwaniu. Kościół jest głęboko przekonany o skuteczności takiego kołatania do bram nieba.
„Bóg dał człowiekowi o wiele większy potencjał istnienia niż aniołom”. Rzeczy ostateczne: Niebo
Na czym będzie polegać życie wieczne, wyjaśnia o. dr hab. Marian Zawada OCD.
Jarosław Dudała: To jak właściwie będzie w niebie?
o. dr hab. Marian Zawada OCD: To jest dla nas tajemnica, ponieważ nie mamy zmysłowego doświadczenia nieba. Ludzie najczęściej rozumieją niebo jako sumę wszystkich największych przyjemności, szczęść; tego, co lubią i co kochają. No i trochę dziwnie to wygląda, bo w tych wizjach Pan Bóg nie jest za bardzo potrzebny…
Różne religie różnie opisują niebo. My, chrześcijanie, mamy tę teologię najbardziej rozbudowaną – po śmierci w niebie ujrzymy Boga takim, jakim jest. Tu, w życiu doczesnym, toniemy w domysłach, przypuszczeniach, tworzymy własne Jego obrazy, często przykrojone do naszych potrzeb. Tymczasem w niebie ujrzymy Boga takim, jakim jest – Jego tajemnicę, Jego piękno, Jego nieskończoność, Jego świętość, Jego wspaniałość, potęgę i moc, pełnię miłości, jasności, w zachwycie. Poznamy tam też własną tajemnicę: człowiek wreszcie będzie mógł poznać siebie – arcydzieło stworzenia, które zostanie jeszcze bardziej przyozdobione Boską chwałą. To nie będzie tylko – jak mówi teologia żydowska – trwanie przed obliczem Pana i oglądanie Go twarzą w twarz. To będzie coś więcej. Bóg zaplanował dla nas zjednoczenie – zjednoczenie pomiędzy Nim a człowiekiem – pełną, intymną jedność.
Tu dochodzimy do czegoś, co jest dla mnie zdumiewające. Dla teologów przebóstwienie to żadna sensacja, ale w kazaniach nie mówi się o nim wcale. Tymczasem jest to perspektywa oszałamiająca: ostatecznym celem człowieka jest stanie się bogiem! Czy naprawdę tak będzie?
Taką otrzymaliśmy obietnicę. Na zasadzie wiary już jesteśmy domownikami Boga, obywatelami nieba. Mamy pełnoprawne uczestnictwo w dobrostanie nieba i jesteśmy członkami rodziny Boga. Jesteśmy realnie Jego dziećmi. To nie jest tylko taka adopcja, jak…
…jak się adoptuje kotka?
Nie! Bóg włącza nas do swojej rodziny i ofiaruje nam swoją naturę, swoje Bóstwo. To się dzieje na zasadzie łaski, na zasadzie miłości. Pozostaniemy ludźmi, ale będziemy obdarowani Jego boskimi przymiotami: mądrością Boga, Jego miłością, wszechmocą, miłosierdziem.
Czy my będziemy tylko mieli cechy Boga, czy też będziemy bogami? Pytam, bo św. Maksym Wyznawca pisał, że „człowiek przebóstwiony przez łaskę otrzymuje dla siebie wszystko, co posiada Bóg – poza tożsamością istoty”.
Chrystus ofiarował nam Boże dziecięctwo. Przez wiarę i nadzieję jesteśmy synami Boga i mamy udział w Jego naturze. I to nie jest jakaś idea. To jest żywy Chrystus, który działa w nas. A my mamy się przekształcać w Chrystusa, w Jego podobieństwo. Taki jest plan Boga. Poza tym On dał człowiekowi o wiele większy potencjał istnienia niż aniołom. Dostrzegamy to już teraz w tajemnicy Matki Bożej. Ona już otrzymała pełnię spełnienia i została Królową Aniołów. To znaczy, że została uhonorowana istnieniem wyższym od aniołów, ma nad nimi pełną władzę. A my z Niej czasem robimy tylko fajną gosposię z Nazaretu…
Co to znaczy, że Matka Boża posiada władzę? Czy my też będziemy ją mieli?
Jezus powiedział apostołom, że będą mieć taką władzę, iż będą sądzić wszystkie narody. Chrześcijanie będą – jak pisał św. Paweł – sądzić nawet aniołów. Jest więc w Bożych planach jakieś podsumowanie dziejów, w którym chrześcijanom, którzy mają udział w łasce Bożej, przypadnie rola sędziów. A żeby sądzić, trzeba mieć do tego kompetencje – trzeba mieć wgląd w życie aniołów, rozumieć ich doskonałość, potrafić rozpoznawać, czy wiernie spełniają wolę Bożą. To są dziś przestrzenie zupełnie niezbadane. Mamy tylko przeczucia, bo w Piśmie Świętym jest na ten temat zaledwie kilka słów. Podobnie jest z małżeństwem.
Jak to?
Święty Paweł opowiada o małżeństwie takie rzeczy, że trudno uwierzyć. Mówi, że jest ono ukazywaniem tej miłości, którą Chrystus umiłował Kościół. O tym się w ogóle nie mówi w teologii małżeństwa, a jest to sprawa pierwszorzędna: małżeństwo jest właśnie po to, żeby świętować misterium połączenia pomiędzy Chrystusem a Kościołem.
To chyba nie przypadek, że do opisów zjednoczenia człowieka z Bogiem bardzo często jest używany język erotyczny – od Pieśni nad Pieśniami aż po mistyków, zwłaszcza karmelitańskich.
To jest tak zwana mistyka oblubieńcza. W tej formie przeżywa się jedność z Bogiem. Duch przeżywa to na sposób doświadczenia mistycznego. Ciało z konieczności bierze w tym udział, ale tego nie ogarnia. Tutaj wychodzi jego słabość, słabość zmysłów. One jakby zupełnie głupieją: nie wiedzą, co z sobą zrobić, jak to uchwycić, ogarnąć, ponieważ to wszystko przekracza ich miarę. Oczywiście przekracza też miarę ducha.
Niektórzy mówią: „Dbaj o ciało, dusza i tak jest nieśmiertelna”…
(śmiech) Ale przecież wierzymy w ciała zmartwychwstanie. To znaczy, że nasze ciało będzie w niebie.
Ale nie to samo ciało.
Jak nie to, to jakie?
Mamy w naszej ludzkiej strukturze otwarcie na cielesność, ale my to nasze ciało doczesne stracimy. Będziemy mieli ciało nowe, nieskazitelne. To będzie zupełnie nowa jakość, inny typ: ciało uwielbione. Prawdopodobnie będzie nawet lepsze niż to, które miał Adam w raju. To będzie ciało, które będzie miało pełny wgląd duchowy. To znaczy, że zmysły będą pracować w innych zupełnie rejestrach i wymiarach.
Pan Jezus powiedział, że w domu Jego Ojca „jest mieszkań wiele”. Co to znaczy?
To jest „techniczne” określenie na opisanie sposobu istnienia w Bogu, do czego jesteśmy zaproszeni.
Czasem się boimy, że to zaproszenie jest tylko złudzeniem. Ale chyba jest w nas jakieś ukierunkowanie czy nawet zaprogramowanie na wieczność, skoro Gabriel Marcel mówił, że jest w człowieku coś, czego śmierć się nie ima.
Tak. W różnych antropologiach czy filozofiach pojawia się wszczepione przez Boga przekonanie o nieśmiertelności duszy i nieskończoności życia. Oczywiście, można próbować je ugasić teoriami materialistycznymi czy determinizmem, przekonującymi, że jesteśmy tylko kosmicznym pyłem. Ale tchnienie Boga, które zostało wrzucone w ten pył jako dar, działa i jest niezniszczalne. Problem jest raczej inny: konsumpcjonizm i hedonizm sprawiły, że człowiek przestał w ogóle pragnąć szczęścia. Wystarczyłoby mu, żeby w niebie było fajnie, nie było nielubianych typów, a był za to świat, który on zna i akceptuje. To jest jakaś zdrada wysokich pragnień. Mimo wszystko jest w człowieku tęsknota, nadzieja, a nawet pewność, która sprawia, że w sytuacjach ekstremalnych znajduje on przekonanie, że warto. Nawet jeśli się sponiewiera, stoczy, ma wstręt do siebie i myśli samobójcze, to jednak odnajduje jakąś iskrę. I to właśnie jest łaska Boża – przebłysk głębi, który przekonuje, że warto powstać i zająć się życiem. Dzięki temu człowiek otwiera się na to, co Boskie, na rodzaj nowej komunikacji z Bogiem. To nie musi mieć jeszcze wymiaru sakramentalnego, to nie musi być pojawienie się w życiu Kościoła czy parafii. Ale jest to już pewność, że Bóg jest, a człowiek potrzebuje czasu, żeby dorosnąć.
Gość Niedzielny
***
„Tam nigdy nie osiąga się dna”.
Rzeczy ostateczne: Piekło
– Czasami mówimy o dnie piekła. Ale tam nigdy nie osiąga się dna – mówi o. dr hab. Marian Zawada, karmelita bosy.
Jarosław Dudała: Rozmawiając o sądzie ostatecznym, mówiliśmy, że to nie Bóg skazuje człowieka na piekło, ale człowiek sam je wybiera. Jak to jest w ogóle możliwe?
o. Marian Zawada OCD: Katechizm Kościoła Katolickiego mówi w nr. 1035, że dusze, które umierają w stanie grzechu śmiertelnego, bezpośrednio po śmierci idą prosto do piekła. To jest przerażające, ale ci, którzy uporczywie tkwią po uszy w grzechu, którzy tworzą struktury piekła na ziemi, jakieś mafijne układy, którzy są konsekwentnie źli, idą do piekła – nie chcą być z Bogiem. Miara nienawiści do Boga, do człowieka i do siebie jest tak wielka, że oni świadomie wybierają piekło.
Czym właściwie jest piekło? Co właściwie tacy ludzie wybierają?
Nienawiść. To jest wewnętrzny dramat, to wręcz nieprawdopodobne, ale człowiek świadomie wybiera sobie wieczne nieszczęście. Piekło to nie jest jakiś cień, jakaś podświadomość, jakieś mroczne alter ego. To jest realizm życia w nienawiści. To jest gniew, odrzucenie – człowiek sam odrzuca Boga i zostaje odrzucony. To jest jego wewnętrzny wybór.
Piekło jest stanem czy miejscem?
Symbolicznie lokujemy je gdzieś w czeluściach, ale oczywiście piekło to jest stan. Jego dramat polega na tym, że człowiek w piekle żyje wbrew swojej naturze. Bo człowiek jest stworzony przez miłość, z miłości i dla miłości. Tymczasem w piekle żyje przeciw miłości. Cały czas przerabia potworność swojego wyboru – to, że dobrowolnie chce żyć przeciw samemu sobie, nienawidząc wszystko, co istnieje. Ten dramat polega fundamentalnie na wieczystym oddzieleniu od Boga. Tego stanu nie da się już zmienić. Człowiek potrafi być tak zaślepiony, że konsekwentnie żyje przeciw Bogu, złorzeczy Mu, przeklina Go. To się zaczyna już tu, na ziemi, gdy taki człowiek nie dopuszcza innych do Boga, wręcz okrada ich z Boga, wciągając w grzech, w sfery nieprawości. Tajemnica piekła to także sprawa fatalnego towarzystwa. To wieczyste udręczenie przez demony, które nie potrafią niczego innego, jak tylko nienawidzić i zadawać cierpienie, dręczyć okrutnie i bez końca. Nie lepsi są potępieńcy, którzy się mszczą za to, że sami zostali oszukani, bo świat za życia ich chronił, usprawiedliwiał, przekonywał, że złe czyny nie pociągną za sobą żadnych konsekwencji.
Co w piekle jest najgorsze?
Piekło to jest nieszczęście w formie czystej – bez zasłon, bez możliwości ucieczki. To jest obcowanie z czystym złem. Tam nie ma żadnego dobra. To jest przerażające cierpienie, które trudno sobie wyobrazić. Tak jak w niebie następuje nieskończony rozwój człowieka w pięknie i w boskości, tak w piekle ma miejsce niekończąca się degradacja. Czasami mówimy o dnie piekła. Ale tam nigdy nie osiąga się dna. Hańba jest coraz większa. Istnienie jest tam ohydą, ziejącą pustką. To całkowita klęska człowieczeństwa. Piekło jest złowrogie. To nieprzenikniona ciemność. Jakiekolwiek poruszenie oznacza tylko kolejne cierpienie. W naturze piekła nie leży już żadne życie. Jest tylko wieczne konanie, absolutna rozpacz, ciągły rozkład, bo nienawiść nie potrafi łączyć, ale ciągle dzieli, i to coraz bardziej. Człowiek żyje coraz bardziej zrozpaczony, rozszarpywany przez zło. Kolejny dramat polegać będzie na tym, że to wszystko zostanie dopełnione w zmartwychwstaniu ciał. Gdy człowiek, będąc w piekle, otrzyma ciało, to jego nieszczęście będzie już absolutne. A przeznaczone dla niego miejsce w niebie pozostanie puste.
Niektórzy powiedzą, że całe to mówienie o piekle to albo tania dydaktyka, albo narzędzie kontroli społecznej, sposób wymuszania posłuszeństwa.
Rzeczywiście, mamy do czynienia czymś w rodzaju lekkomyślnego unieważniania piekła czy też przekonania, że ono musi być puste. Hans Urs von Balthasar sformułował pytanie: „Czy możemy mieć nadzieję, że piekło jest puste?”. To dobrze postawiona kwestia. Bo żywić taką nadzieję oczywiście możemy. Inni teologowie poszli jednak zbyt daleko. Ogłosili, że piekło na pewno jest puste i że mówienie o nim to tylko pedagogika, straszenie. Jednak sprawiedliwość domaga się, żeby zło zostało ukarane. Są i inne koncepcje, np. teoria apokatastazy, czyli ostatecznego zbawienia wszystkich istot rozumnych, w tym także upadłych aniołów. Jest przypisywana Orygenesowi, choć niektórzy twierdzą, że niesłusznie. To wizja odnowienia wszystkiego, gdy skończy się historia. Wtedy rację bytu mają stracić wszystkie kościelne prawa i dogmaty, więc Bóg będzie mógł jeszcze wymyślić jakieś nowe rozwiązanie. Sądzę jednak, że wewnętrzny stan nienawiści do Boga nie pozwoli potępionym przyjąć tego daru.
Oprócz postawy typu „hulaj dusza, piekła nie ma” jest też nurt, który straszy piekłem i diabłem tak, jakby był on silniejszy od Boga. Tymczasem nie chodzi przecież o to, żebyśmy żyli w nieustannym poczuciu zagrożenia i posępnie się biczowali?
To prawda, że XVII wiek (jansenizm) bardzo wyspecjalizował się w straszeniu piekłem. A współcześnie obserwujemy syndrom apokaliptyczny – przerażenie złem, które nadciąga. Ulegający mu ludzie spodziewają się spotkać w przyszłości nie wszechmocnego i kochającego Boga, ale demona, antychrysta. Są za bardzo uwrażliwieni na zło. Widzą tylko mankamenty. Pozwalają, by zło ich przygniatało i zalewało. Myślę jednak, że dzisiaj lęk przed piekłem już trochę wyparował. Ludzie są raczej zuchwali – lekceważą sobie grzech, zło, lekceważą krzywdę, której się dopuszczają. W dodatku pokusa zajęcia się tylko doczesnością bardzo się ostatnio rozrosła poprzez hedonizm i konsumpcjonizm. Człowiek zapomina, po co żyje. Nie zadaje sobie trudu, żeby rozeznać drogę swojego powołania czy w ogóle sens wewnętrznego zamiaru Bożego, dla którego został stworzony. Żyje bezmyślnie. W środowiskach protestanckich nazywa się to uśpieniem. Nie zawadziłoby więc mieć trochę poczucia zagrożenia i świadomości, o co tu chodzi – a chodzi przecież o nasze życie. Ale są też ludzie, którzy raz czy dwa otarli się w doczesności o piekło i wiedzą, czym to pachnie. Piekło na ziemi to nie jest tylko literacka przenośnia. Można kogoś zadręczać na śmierć, poniżać, molestować, okradać, wpędzać w rozpacz. Na skutek czyichś gier całe państwa upadają, ludzie popadają w biedę albo są w niej utrzymywani. Tym, którzy się tego dopuszczają, przydałoby się trochę lęku przed piekłem (a w pozytywnym wymiarze Bożej bojaźni). On może być zdrowy, potrafi stymulować moralnie.
Gość Niedzielny
***
Otchłań i morze ognia. Święci, którzy mieli wizję piekła
Niektórym świętym było dane „widzieć” rzeczywistość, której nikt nigdy nie powinien osobiście doświadczyć.
To jest piekło, gdzie nie ma ani odpoczynku, ani pocieszenia, ani nadziei – taki napis miała ujrzeć św. Franciszka Rzymianka u wejścia do „niezwykle wielkiej i strasznej otchłani”, jaką zobaczyła w mistycznej wizji.
Święta Katarzyna ze Sieny opisała cztery męki piekielne, o jakich usłyszała od Boga. Pierwsza to oddalenie od Niego. Druga to świadomość potępionych, że trafili do piekła z własnej winy. Trzecia to bezustanne towarzystwo demonów. Czwartą męką jest ogień, który trawi dusze w zależności od ciężaru winy, ale ich nie pochłania.
Najbardziej znaną dziś wizję piekła przekazały dzieci fatimskie – Łucja, Hiacynta i Franciszek. 13 lipca 1917 r. Matka Boża wezwała dzieci do składania ofiary za grzeszników i do częstego powtarzania: „O Jezu, to z miłości do Ciebie, dla nawrócenia grzeszników i w zadośćuczynieniu za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Dzieci zobaczyły jakby morze ognia, a w nim diabły i dusze w ludzkich postaciach „podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli”. Postacie te były wyrzucane w górę i spadały jak iskry podczas wielkiego pożaru, „wśród przeraźliwych krzyków, wycia i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy”.
Dzieci po tym, co widziały, do końca życia gorliwie podejmowały czyny pokutne w intencji grzeszników.
Żeby się nie wymawiać
Pod koniec października 1936 roku wizję piekła miała św. Faustyna. „Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki” – relacjonowała. Przedstawiła rodzaje mąk: utrata Boga; ustawiczny wyrzut sumienia; świadomość, że tak będzie zawsze; duchowy ogień „zapalony gniewem Bożym”, przenikający duszę, ale nie niszczący jej; ustawiczna ciemność, pomimo której „widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje”.
Te męki cierpią wszyscy potępieńcy, ale są jeszcze „męki dla dusz poszczególne”, zależne od zmysłów, którymi dusza grzeszyła.
Święta przestrzegła: „Piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie, jako tam jest”.
Święta długo nie mogła ochłonąć z przerażenia tym, co widziała. „Toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich” – zauważyła.
Groza wychowawcza
Szczególne miejsce wśród duchowych doświadczeń zajmują wizje św. Jana Bosko. Genialny wychowawca młodzieży otrzymywał wskazówki dotyczące duchowego stanu chłopców, którymi opiekował się w założonym przez siebie zakładzie w Turynie.
W niedzielę wieczorem 3 maja 1868 r. ks. Bosko opowiedział chłopcom swój „sen” o piekle, a raczej o drodze do piekła, pełnej symboli i wskazówek, jak z niej zawrócić i uniknąć potępienia.
Tajemniczy przewodnik poprowadził kapłana na „drogę szeroką, piękną i doskonale wybrukowaną”. Ksiądz wszedł na drogę bez najmniejszych podejrzeń, lecz szybko zauważył, że prawie niedostrzegalnie pochylała się ku dołowi. Nagle zobaczył wokół siebie wielu chłopców, znanych i nieznanych. Co chwila któryś z nich padał na ziemię, a wtedy jakaś niewidzialna siła wlokła go i wciągała do przepaści podobnej do ziejącego pieca. „Dookoła ujrzałem pułapki. Jedne na samej ziemi, inne na wysokości oczu, a wszystkie doskonale zamaskowane” – relacjonował. Chłopcy, nieświadomi niebezpieczeństwa, wpadali w te sidła. Niektóre z nich były prawie niewidoczne. Wyglądały jak nitki pajęczyny. Przewodnik wyjaśnił, że „to niby nic – to po prostu ludzki wzgląd”, czyli grzechy, które popełnia się „ze względu na ludzi”. Okazało się, że sznur, do którego przyczepione były wszystkie sidła, trzyma ogromny i ohydny potwór, ściągający w otchłań tych, którzy się w nie dostali. Święty zrozumiał, że to sam szatan.
Zauważył widniejące na sidłach napisy: pycha, nieposłuszeństwo, zazdrość, nieczystość, kradzież, obżarstwo, lenistwo, złość i inne. „Okazało się, że najbardziej niebezpieczne są nieczystość, nieposłuszeństwo i pycha. Wszystkie trzy wiązały się ściśle ze sobą” – zauważył ksiądz Bosko. Wtedy dostrzegł leżące tu i ówdzie noże, dzięki którym można się było uwolnić od sideł. Jedne symbolizowały modlitewne rozmyślanie i pozwalały pokonać pychę. „Dwa specjalne miecze wyrażały nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu, a zwłaszcza częstą Komunię św. i nabożeństwo do Matki Bożej” – opowiadał kapłan. Był też młotek – spowiedź. Mniejsze noże wyrażały nabożeństwo do świętych.
Ks. Bosko, mówiąc o tych, których widział jako potępionych, sprecyzował, że byliby oni potępieni, gdyby w takim stanie, w jakim są teraz, czyli bez łaski Bożej, zmarli. Wyjawił, że dane mu było poznać, „jak potworne wyrzuty sumienia cierpieli wychowankowie naszych szkół. Przeżywali nieludzkie męki, przypominając sobie każdy nieodpuszczony grzech i sprawiedliwą karę za niego. Mogli przecież korzystać z licznych i niezwykłych środków ku naprawie swego życia, wytrwania w cnocie i zbierania zasług na niebo. Z trwogą przypominali sobie lekkomyślnie odrzucone hojne łaski, udzielane przez Najświętszą Dziewicę… Przeżywali prawdziwą gehennę, wiedząc, że tak łatwo mogli się zbawić, a teraz są nieodwołalnie straceni na zawsze. Cisnęło im się na pamięć tyle dobrych postanowień, których niestety nigdy nie wypełnili. Piekło rzeczywiście wybrukowane jest dobrymi intencjami!” – zauważył ksiądz Bosko. Dodał, że aby nie przerażać zbytnio uczniów, pominął wiele strasznych szczegółów. „Wiemy, że nasz dobry Bóg opisywał piekło zawsze w symbolach. Gdyby ukazał je nam w całej rzeczywistości, nie bylibyśmy w stanie go pojąć. Nikt ze śmiertelników nie może zrozumieć tych spraw” – wyjaśnił.
Chodzi o dobro
Jakkolwiek straszne są powyższe wizje, ich motywem jest uświadomienie, że ludzkie wybory dokonywane na ziemi mają przełożenie na wieczność. Taki jest sens tego rodzaju objawień prywatnych. Jeśli są one spójne z Objawieniem urzędowym, zapisanym w Piśmie Świętym, i zgodne z nauczaniem Kościoła, mogą się przysłużyć do czyjegoś nawrócenia, a tym samym do uniknięcia tak straszliwego losu, jakim jest piekło. Tak rozumieli to święci, przekazujący innym to, co widzieli. Święta Katarzyna ze Sieny, widząc męki potępionych, chciała położyć się w bramie piekła, żeby nikt nie mógł się już tam dostać. Święta Faustyna deklarowała gotowość konania w mękach do końca świata, żeby ocalić od potępienia „biednych grzeszników”.
Bo chodzi o zbawienie – i tego chce dla nas Bóg.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
czwartek 27 listopada
Rocznica objawienia cudownego medalika
Cudowny medalik jako medalik Niepokalanego Poczęcia znany jest wielu ludziom wiary na całym świecie, szczególnie członkom Rycerstwa Niepokalanej. 27 listopada 1830 r. Najświętsza Maryja Panna objawiła się świętej Katarzynie Labouré w kaplicy Sióstr Miłosierdzia przy rue du Bac w Paryżu. Niepokalana poleciła św. Katarzynie rozpowszechniać medalik według przedstawionego wzoru. Papież Leon XIII 23 lipca 1894 r. ustanowił święto Najświętszej Maryi Panny objawiającej cudowny medalik.
„27 listopada 1830 roku, w sobotę przed pierwszą niedzielą adwentu, o godz. 17.30, gdy zapadło milczenie po przeczytaniu pierwszej części tekstu rozmyślania, usłyszałam szelest, jaki wydaje poruszana jedwabna suknia, pochodzący od strony ambony, z miejsca, na którym zawieszony jest obraz świętego Józefa. Gdy spojrzałam w tamtą stronę, ujrzałam Najświętszą Dziewicę, stojącą na wysokości obrazu świętego Józefa. Jej postać była wyraźnie widoczna. Ubrana była w białą jedwabną suknię, błyszczącą jak jutrzenka. Miała również biały, długi welon sięgający do stóp. Pod welonem można było dostrzec włosy. Twarz pozostawała niezasłonięta. Oczy miała wzniesione ku niebu. Stopy opierały się na kuli, czy raczej na półkuli, w każdym razie widziałam tylko połowę kuli. Inną kulę Najświętsza Dziewica trzymała w dłoniach, ułożonych w sposób naturalny na wysokości piersi. Ta kula oznaczała glob ziemski. Cała postać promieniowała takim pięknem, że nie potrafię tego opisać.
Po pewnej chwili na palcach Najświętszej Dziewicy dostrzegłam pierścienie, ozdobione drogimi kamieniami i perłami różnej wielkości i kształtu. Wszystkie rzucały różnorakie promienie. Te promienie, skierowane ku dołowi, jaśniały takim blaskiem, że w ich świetle stały się zupełnie niewidoczne stopy Dziewicy.
Gdy oglądałam to niebiańskie widzenie, Najświętsza Dziewica skierowała na mnie wzrok. Usłyszałam wówczas głos, który mówił: «Glob, który widzisz, przedstawia całą ziemię. Przedstawia też Francję. Nade wszystko zaś przedstawia każdego człowieka. Promienie oznaczają łaski, jakie zlewam na tych, którzy mnie proszą». (…) Wokół postaci Najświętszej Dziewicy dostrzegłam owalny obraz, na którym pojawiły się złote litery tworzące napis: «O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy». Równocześnie usłyszałam głos: «Postaraj się, aby wybito medalik według tego wzoru; wszyscy, którzy będą go nosić, otrzymają wiele łask; wielkimi dobrodziejstwami będą obdarzani wszyscy noszący go z wiarą». Odniosłam wrażenie, że obraz, który widziałam, odwrócił się i zobaczyłam drugą stronę medalika. Po kilku dniach w czasie rozmyślania zastanawiałam się, jak właściwie powinna wyglądać ta druga strona medalika. Usłyszałam wtedy głos: «Litera M i dwa serca mówią wystarczająco dużo»” – napisała św. Katarzyna Labouré.
Św. Maksymilian Kolbe nakreślając program Rycerstwa Niepokalanej (MI) podkreślił: „Motywem naszego działania jest miłość do Najświętszego Serca Jezusowego, to znaczy miłość Boga. Na tym polega doskonałość i uświęcenie, do których chcemy pociągnąć wszystkich teraz i w przyszłości za pośrednictwem Niepokalanej i Jej kochającego Serca (jak na medaliku), ponieważ imię Maryi ściśle złączone jest z krzyżem Jezusa”.
Również wezwanie, które św. Katarzyna ujrzała w objawieniu: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do ciebie uciekamy” św. Maksymilian uczynił fundamentalną modlitwą członków Rycerstwa Niepokalanej. Cudowny medalik wraz z modlitwą jest znakiem tożsamości Rycerzy Niepokalanej.
***
Święta od Cudownego Medalika
***
Odznaczała się wielką pokorą. Cnotę tę zresztą świadomie w sobie doskonaliła. Wystarczy wspomnieć, że żadna z mieszkających z nią sióstr nie wiedziała, że to właśnie jej Matka Najświętsza powierzyła misję przekazania ludziom Cudownego Medalika. Milczenie przerwała dopiero pół roku przed śmiercią, zwierzając się z sekretu przed przełożoną.
Postaraj się o wybicie medalika według tego wzoru. Wszyscy, którzy go będą nosili, dostąpią wielkich łask, szczególniej jeżeli go będą nosili na szyi. Tych, którzy we mnie ufają, wieloma łaskami obdarzę – takie przesłanie, wraz z wizją Cudownego Medalika, otrzymała w podparyskim Katarzyna Labouré, młoda zakonnica, będąca jeszcze wówczas przed ślubami wieczystymi. Nie pierwszy i nie ostatni to raz, gdy Bóg, za pośrednictwem współpracującej z Nim w dziele Zbawienia Maryją, posłużył się skromną osobą, dla przekazania człowiekowi wielkiego daru.
Długa droga do klasztoru
Wielu ludziom, gdy myślą o Francji, staje przed oczami Paryż. Niegdysiejsza wielkość tego miasta, wynikała z przyciągania wybitnych ludzi z prowincji czy zagranicy. Także św. Katarzyna Labouré, która większość życia spędziła na przedmieściach Paryża, pochodziła z prowincji. Przyszła bowiem na świat w burgundzkiej wiosce Fain-les-Moutiers 2 maja 1806 roku. Była dziewiątym dzieckiem Magdaleny (byłej guwernantki) i Piotra Labouré (rolnika). Mimo że na Chrzcie św. otrzymała imię Katarzyna, bliscy zwracając się do niej używali imienia Zoé – od patronki dnia, w którym się urodziła.
Niestety, śmierć matki, która nastąpiła w 1815 roku, położyła kres beztroskiemu dzieciństwu Katarzyny. Zrozpaczona dziewczynka pocieszenia szukała u Maryi, prosząc Ją, by zastąpiła jej zmarłą mamę. Po trwającym dwa lata pobycie u mieszkającej w nieodległym miasteczku ciotki wróciła do ojcowskiego domu, by przejąć z rąk najstarszej siostry, która właśnie wstąpiła do zakonu, prowadzenie gospodarstwa.
Także Zoé czuła, że jej miejsce jest w klasztorze. Jednak nie była pewna swego powołania. Zresztą zdecydowanie przeciwny wstąpieniu drugiej córki do zakonu był ojciec.
Pewnej nocy dziewczyna miała dziwny sen. Znajdowała się w kościele, w którym Mszę Świętą odprawiał nieznajomy ksiądz. Po zakończeniu liturgii przywołał ją do siebie. Zmieszana uciekła. W dalszej części snu ponownie spotkała tajemniczego kapłana. – Teraz uciekasz przede mną, lecz przyjdzie dzień, kiedy będziesz się miała za szczęśliwą, że możesz przyjść do mnie. Bóg ma szczególniejsze zamiary względem ciebie – powiedział do niej.
W tym czasie Katarzyna prowadziła intensywne życie duchowe pełne modlitwy i umartwienia. W 1824 roku zamieszkała u kuzynki, która w Chatillon-sur-Seine prowadziła pensjonat. Miała nadzieję, że pomagając krewniaczce nauczy się czytać i pisać. Umiejętność ta była brana pod uwagę przy przyjmowaniu do klasztoru. Źle się jednak czuła w otoczeniu wyniosłych uczennic i w końcu wyjechała do domu.
Zanim to jednak nastąpiło nieoczekiwanie znalazła wyjaśnienie zagadkowego snu. Pewnego razu odwiedziła miejscowy dom Sióstr Miłosierdzia. W trakcie wizyty wzrok jej przykuł wiszący na ścianie portret duchownego. Tak, to był kapłan z wizji sennej! Okazało się, że obraz przedstawia założyciela Zgromadzenia, św. Wincentego á Paulo. Teraz już wiedziała, że jej miejsce jest wśród szarytek. Niestety, ze względu na sprzeciw ojca musiała odłożyć realizację marzeń na później.
W styczniu 1830 roku Katarzyna, już przy błogosławieństwie Piotra Labouré, który wreszcie dał się przekonać do zmiany decyzji, rozpoczęła postulat w domu Sióstr Miłosierdzia w Chatillon. Na początku 1830 roku została przeniesiona do paryskiego klasztoru przy Rue du Bac. Od dzieciństwa rozmiłowana w modlitwie szybko wzrastała duchowo. Bóg obdarzał ją nadprzyrodzonymi wizjami. Niestety, zapowiedzi przyszłych tragicznych losów Francji i świata ciężkim brzemieniem obciążyły serce młodej szarytki.
Wkrótce okazało się, że Pan Bóg nie opuścił grzesznej ludzkości i za pośrednictwem Maryi i… Katarzyny ofiarował jej koło ratunkowe.
Objawienia Maryi
Tuż przed północą z 18 na 19 lipca 1830 roku Katarzynę Labouré obudził głos dziecka, które poleciło jej pójść do kaplicy. Tam ukazała jej się Matka Boża. Głosem przepełnionym bólem zapowiedziała nadejście niespokojnych dla Francji czasów: kolejnej rewolucji, która, jak się wkrótce okazało, miała wybuchnąć za kilkanaście dni.
27 listopada tegoż roku Maryja ponownie ukazała się Katarzynie. Już nie jako stroskana losem dzieci Matka, lecz promieniejąca blaskiem chwały Królowa. Stała na kuli, a w rękach trzymała drugą kulę. Siostra Labouré tak opisała później spotkanie z Najświętszą Panną:
Niepokalana mówiła: „Kula, którą widzisz, przedstawia świat, a szczególnie zaś Francję i każdą duszę poszczególną”. Zrozumiałam, że mówi mi o tej kuli, która była pod stopami. Potem jeszcze raz zaczęła przemawiać do mnie, objaśniając mi, co znaczą te świecące pierścienie na Jej palcach: „Oto symbol łask, które Ja zlewam na tych ludzi, którzy mnie o nie proszą”.
Następnie otoczył Najświętszą Pannę podłużno-okrągły pas, z napisem: O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy. Maryja, poleciła siostrze Katarzynie wybicie medalika na podstawie tego co widzi, obiecując wszystkim, którzy będą go pobożnie nosić, szczególną opiekę z Jej strony. Scena przybrała kształt owalu, by niczym ogromny medalion, odwrócić się.
W tej chwili zdawało mi się, że obraz się obraca. Potem ujrzałam na drugiej stronie literę „M” z wyrastającym ze środka krzyżem, a poniżej monogram Najświętszej Maryi Panny, Serce Jezusa otoczone cierniową koroną i Serce Maryi przeszyte mieczem bólu.
Jeszcze raz Najświętsza Panienka ukazała się swojej służebnicy w kaplicy przy Rue du Bac, by ponownie zlecić jej rozpowszechnienie medalika. Na koniec pożegnała się z nią następującymi słowami: Córko moja droga, już mnie odtąd więcej nie zobaczysz, lecz głos mój często będziesz słyszała podczas modlitwy.
Cudowny Medalik
By jak najszybciej spełnić polecenie Matki Bożej, siostra Katarzyna powiedziała o wszystkim swemu spowiednikowi ks. Janowi Marii Aladelowi ze Zgromadzenia Misjonarzy św. Wincentego á Paulo. Z początku kapłan z niedowierzaniem przyjmował wyznania nowicjuszki. Jednak z czasem przekonał się, że jej relacje z przeżyć mistycznych nie są urojeniami, ale rzetelną relacją. Ze zdumieniem obserwował bowiem ziszczanie się proroctw młodej zakonnicy.
Mimo wszystko ks. Aladel zwlekał z podjęciem starań o zatwierdzenie przez władze kościelne nowego medalika. Dopiero napomnienie ze strony Maryi przekazane mu za pośrednictwem Katarzyny, zmobilizowało go do czynu. Wreszcie pierwsze 1500 sztuk medalików, wykonanych ściśle według wzoru nakreślonego przez Niepokalaną, opuściło warsztat jubilerski i trafiło do wiernych. Sławę Cudownego Medalika, jak szybko zaczęto go nazywać, wzmogły liczne uzdrowienia, jakie nastąpiły wśród noszących go podczas epidemii cholery w lipcu 1832 roku.
Nagłe uzdrowienia z pewnością robią wielkie wrażenie na ludziach, dużo donioślejsze, choć może dla świata mniej spektakularne, były natomiast liczne nawrócenia grzeszników, które nastąpiły w związku z nabożeństwem do Cudownego Medalika.
Skromna i wierna
30 stycznia 1831 roku siostra Katarzyna Labouré przywdziała suknię zgromadzenia. Kilka dni później rozpoczęła pracę w przytułku dla starców na przedmieściu Paryża. Najpierw skierowano ją do kuchni, później do pralni. Przez pewien czas zajmowała się także hodowlą krów oraz pracą w ogrodzie. W końcu powierzono jej opiekę nad starcami. Pielęgnowała ich z wielkim oddaniem.
Odznaczała się wielką pokorą. Cnotę tę zresztą świadomie w sobie doskonaliła. Wystarczy wspomnieć, że żadna z mieszkających z nią sióstr nie wiedziała, że to właśnie jej Matka Najświętsza powierzyła misję przekazania ludziom Cudownego Medalika. Milczenie przerwała dopiero pół roku przed śmiercią, zwierzając się z sekretu przed przełożoną. A zrobiła to tylko dlatego, że pozostała jej do wypełnienia jeszcze jedna misja zlecona przez Maryję – wykonanie rzeźby Niepokalanej z globem w dłoni.
Jednym z trudniejszych momentów w życiu s. Katarzyny Labouré był niewątpliwie czas Komuny Paryskiej (1871). Rewolucjoniści nienawidzili Boga i to uczucie przenieśli na duchowieństwo. Bandy komunardów bezcześciły i grabiły paryskie świątynie, mordowały księży. Także siostry zakonne nie były bezpieczne. Wraz z innymi szarytkami, na terenach opanowanych przez Komunę znalazła się także s. Labouré. W chwilach zagrożenia wykazywała się ogromnym hartem ducha. Gdy po ucieczce zagrożonej aresztowaniem przełożonej, nad domem oraz prowadzonym przez szarytki szpitalem zawisło niebezpieczeństwo, bez wahania udała się do siedziby komunardów, by uprzedzić przewidywane represje. Niewiele brakowało, by ten krok przypłaciła życiem, jednak ostatecznie wybieg się udał. Rewolucjoniści dali spokój siostrom. Nie było to jedyna chwila grozy, którą w tym okresie przeżyły szarytki. Za to potem, gdy państwo francuskie karało komunardów za liczne przestępstwa, s. Katarzyna rozdawała medaliki skazanym na śmierć.
Zmarła 31 grudnia 1876 roku. Mieszkające w jednym domu z nią zakonnice dopiero wtedy ze zdziwieniem poznały prawdziwą historię Świętej. Beatyfikacji siostry Katarzyny Labouré dokonał 28 maja 1933 r. Ojciec Święty Pius XI. W poczet świętych zaliczył ją kolejny papież – Pius XII w 1947 roku. Kościół wspomina ją 31 grudnia.
Cudowny Medalik do dziś pozostaje najpopularniejszym sakramentalium. Zgodnie z obietnicą daną św. Katarzynie przez Niepokalaną, ludzie noszący go obdarzani są licznymi łaskami. Wiele osób zawdzięcza mu nawrócenie. Najsławniejszym konwertytą, czcicielem Najświętszej Maryi Panny od Cudownego Medalika, był bogaty francuski Żyd Alfons Ratsbonne – po przejściu na katolicyzm kapłan i zakonnik. Z wielką gorliwością Cudowny Medalik propagował św. Maksymilian Maria Kolbe. W roku 1894 papież Leon XIII ustanowił liturgiczne święto Najświętszej Maryi Panny od Cudownego Medalika, które Kościół obchodzi co roku w dniu 27 listopada.
Adam Kowalik/PCh24.pl
***
Naprawdę cudowny
Przez minione 190 lat Cudowny Medalik stał się narzędziem licznych Boskich interwencji – uzdrowień, ocaleń i nawróceń.
*** W lipcu, listopadzie i grudniu 1830 r. w Paryżu Najświętsza Maryja Panna objawiła się Katarzynie Labouré – skromnej seminarzystce ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (szarytki). Głównym przesłaniem był objawiony 27 listopada medalik z Jej orędziem. Stał się on narzędziem licznych uzdrowień, ocaleń czy nawróceń – co uczyniło go w oczach wiernych cudownym w działaniu. W krótkim czasie przylgnęła do niego nazwa „Cudowny Medalik”. Minione 190 lat jego istnienia jest naznaczone niezliczonymi Boskimi interwencjami.
Czas na nowennę
200. rocznica objawienia Cudownego Medalika przypadnie w 2030 r. Rodzina św. Wincentego a Paulo – Siostry Miłosierdzia i Księża Misjonarze – w której Maryja złożyła ten cenny dar, pragnie uczcić to wydarzenie i godnie się przygotować do nadchodzącego jubileuszu. W związku z tym rozpoczynamy nowennę, czyli 9-letni okres peregrynacji orędzia Niepokalanej po polskich wsiach i miastach; peregrynacja ta, prowadzona przez księży i siostry ze zgromadzeń św. Wincentego oraz przez członków Stowarzyszenia Cudownego Medalika, ma przybliżyć wiernym przesłanie medalika oraz zachęcić do wypełniania woli Maryi wyrażonej w trakcie objawienia: aby była czczona jako wstawiająca się u Syna za światem i abyśmy się włączyli w Jej wstawienniczą modlitwę przez nabożne odmawianie Różańca św. Wola ta została też wyrażona w kolejnych objawieniach, m.in. w Lourdes czy w Fatimie. Objawienia maryjne przy Rue du Bac i wszystkie następne wpisują się w zatroskanie naszej niebieskiej Matki o ludzkość. Ta misja została Jej powierzona z krzyża przez Syna w słowach: „Niewiasto, oto syn Twój” (J 19, 26).
Obchody
Jako Rodzina św. Wincentego a Paulo, depozytariusz treści objawienia z 1830 r., mamy nadzieję, że 9-letni okres peregrynacji orędzia Cudownego Medalika przyczyni się do pojednania się wielu ludzi z Bogiem, odnowienia życia w Chrystusie oraz do duchowego przygotowania się do 200. rocznicy objawienia medalika. W związku z nowenną skierowaliśmy do przewodniczącego KEP abp. Stanisława Gądeckiego pismo informujące o wydarzeniu z prośbą o przyzwolenie i błogosławieństwo, i otrzymaliśmy przychylną odpowiedź.
Treść medalika
Nowenna i związana z nią peregrynacja będą się odbywały pod hasłem „Cudowny Medalik: znak z nieba i drogowskaz do nieba”. Treści medalika zawierają istotę głoszonego przez Kościół orędzia. Na awersie widzimy postać Niepokalanej z promieniami światła wychodzącymi z Jej dłoni, co symbolizuje wypraszane przez Nią dla nas łaski; pod stopami Maryja ma kulę ziemską z wężem, któremu miażdży głowę – znak ostatecznego zwycięstwa nad siłami zła, które przyjdzie za Jej pośrednictwem. Na rewersie natomiast znajdują się trzy motywy. Pierwszy to dwanaście gwiazd, które wyobrażają Chrystusa – Światłość świata (motyw gwiazdy) i Jego mistyczne zjednoczenie z Kościołem (liczebnik dwanaście), co stanowi syntezę chrześcijańskiego orędzia. Drugi motyw – zranione Serca Jezusa i Maryi – przedstawia zjednoczenie Syna z Matką i Matki z Synem oraz nawiązuje do Golgoty, kiedy to Jezus czyni swą Matkę naszą Matką. Trzeci motyw to litera „M” i wznoszący się ponad nią krzyż na podstawie, która jest z tą literą spleciona. „M” wyobraża Maryję, krzyż na podstawie natomiast – kulę ziemską, czyli odkupioną ludzkość, która pogrążyła się w grzechu. Ten motyw stanowi nawiązanie do wizji poprzedzającej objawienie medalika – św. Katarzyna Labouré ujrzała Maryję ubraną na biało, ze złotym globem w dłoniach i małym krzyżem na jego szczycie; Maryja wstawiała się u Syna za ludzkością. Na medaliku zostało to przedstawione symbolicznie jako litera „M” i wznoszący się ponad nią krzyż na podstawie.
Awers i rewers Cudownego Medalika stanowią przesłanie na każdy czas Kościoła, obecny i przyszły, aż po powrót Chrystusa na końcu czasów. Szczególnie rewers medalika niesie treści ponadczasowe, a jego symbolika wyraża syntezę głoszonego przez Kościół orędzia. Z tej racji nie dziwi szczególne oddziaływanie medalika. Jego rewers może stanowić logo Kościoła Bożego. Pod tym znakiem będziemy bezpiecznie szli przez życie i z pewnością odniesiemy zwycięstwo nad siłami zła. Nośmy zatem z ufnością Cudowny Medalik na szyi i odmawiajmy inwokację: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Obdarujmy medalikiem naszych najbliższych, a szczególnie dzieci i młodzież zagrożone szerzącymi się dzisiaj niebezpiecznymi ideologiami, aby Niepokalana ustrzegła je przed złem i zachowała przy Bogu.
Bądźmy razem
Jako Rodzina św. Wincentego a Paulo zachęcamy wszystkich wiernych do włączenia się w nowennę i peregrynację Cudownego Medalika po naszym kraju. Wierzymy, że jak u początków objawienia działy się liczne cuda i pojawiały się znaki, tak teraz jako wspólnota wierzących doświadczymy licznych łask. Nowenna rozpocznie się uroczystym Triduum w domach Sióstr Miłosierdzia i parafiach Księży Misjonarzy w dniach 26, 27 i 28 listopada, po czym nastąpi peregrynacja Cudownego Medalika po parafiach naszego kraju. Zgłoszenia woli nawiedzenia własnej parafii prosimy kierować na adresy znajdujące się na stronie: www.cudowny-medalik.pl pod zakładką „Nowenna”. Na tych samych stronach znajdują się wszelkie informacje o nowennie i peregrynacji Cudownego Medalika.
Z okazji nowenny ukazał się przewodnik zawierający jej program, modlitwy, nabożeństwa związane z objawionym Cudownym Medalikiem oraz materiały źródłowe z objawienia do rozważań (368 stron). Przewodnik można zamówić w Wydawnictwie Instytutu Teologicznego Księży Misjonarzy w Krakowie, telefonicznie: 12 422 88 77, pocztą elektroniczną: wydawnictwo@witkm.pl lub listownie: ul. Stradomska 4, 31-058 Kraków.
(autor jest misjonarzem św. Wincentego a Paulo i koordynatorem krajowym nowenny)
ks. Waldemar Rakocy/Tygodnik Niedziela
***
Niedziela 23 listopada 2025
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Święto Chrystusa Króla zaraz po ustanowieniu zaczęto uroczyście obchodzić w Polsce
Kościół obchodzi święto Chrystusa Króla od stu lat, ale godność królewską Zbawiciela czci od początku.
Dobiegał końca rok 1925, obchodzony w Kościele jako jubileuszowy. Od trzech lat na Stolicy Piotrowej w Watykanie zasiadał Achilles Ratti, który obrał imię Pius XI. 11 grudnia papież opublikował encyklikę Quas primas. „A przeto powagą Naszą Apostolską ustanawiamy święto Pana Jezusa Chrystusa – Króla, które ma być na całym świecie obchodzone rokrocznie w ostatnią niedzielę miesiąca października, tj. w niedzielę, poprzedzającą bezpośrednio uroczystość Wszystkich Świętych” – brzmiało kluczowe zdanie dokumentu. Zarazem Ojciec Święty polecił, aby w tym samym dniu corocznie odnawiano poświęcenie się Sercu Pana Jezusa.
Zwrócenie uwagi na powszechne panowanie Jezusa było jak promień światła, wskazujący drogę znękanej ludzkości. Świat od siedmiu lat leczył rany po wojnie zwanej wielką, a później pierwszą światową. Zaraz potem przez cały glob przetoczyła się straszliwa pandemia grypy „hiszpanki”, która pochłonęła jeszcze więcej ofiar niż wojna, bo aż 50 milionów, i to w większości ludzi młodych. Także Kościół instytucjonalny wciąż jeszcze przeżywał perturbacje po roku 1870, gdy rodzące się Włochy zlikwidowały ponadtysiącletnie Państwo Kościelne.
W takich warunkach Pius XI niemal od początku swojego pontyfikatu ogłosił hasło Instaurare omnia in Christo – „Odnowić wszystko w Chrystusie”. Zaakcentowanie królowania Chrystusa w czasie, gdy ziemskie władztwo papieży ograniczyło się do maleńkiego skrawka Rzymu, paradoksalnie bardziej podkreśliło powszechny charakter panowania Zbawiciela.
Władztwo dla pokoju
Pius XI już u progu swojego pontyfikatu, w 1922 roku, wskazywał na konieczność przywrócenia królestwa Chrystusowego wśród ludzi. W encyklice Ubi arcano podkreślał, że Jezus „króluje w umysłach jednostek przez naukę Swoją, króluje w duszach przez miłość, króluje w całym życiu człowieka, przestrzegającego Jego prawa i naśladującego Jego przykład, Chrystus Pan króluje w rodzinie, gdy oparta na sakramencie małżeństwa istnieje jako rzecz święta i nierozerwalna”. Papież dodał, że „nie ma pokoju Chrystusowego poza królestwem Chrystusowym i stąd nie możemy skuteczniej pracować nad utwierdzeniem pokoju Chrystusowego, jak właśnie wznawiając królestwo Chrystusowe”.
Decyzja papieża o ustanowieniu święta Chrystusa Króla została poprzedzona prośbą o to ze strony licznych środowisk kościelnych. Petycje w tej sprawie przysłało 790 biskupów, 200 zakonów i 12 uniwersytetów katolickich. Pius XI, realizując te postulaty, wyjaśnił w encyklice Quas primas powody, dla których uznał to święto za potrzebne. Przedstawił cztery argumenty. Pierwszym były fragmenty biblijne mówiące o królewskiej władzy Syna Bożego. Drugi odnosił się do tradycji liturgicznej Kościoła, która zawiera wiele nawiązań do królewskiej godności Jezusa. Trzeci argument nawiązywał do Credo nicejskiego z 325 roku, w którym pojawia się sformułowanie: „królestwu Jego nie będzie końca”. Ostatni argument dotyczył elementu dydaktycznego święta, w którym papież widział potencjał przeciwstawienia się laicyzmowi i powrotu społeczeństwa do Chrystusa Króla.
Ojciec Święty wskazał, że Chrystus posiada najwyższą władzę nad całym stworzeniem i tę władzę otrzymał od Boga Ojca. Jego królestwo jest duchowe, ale obejmuje całe społeczeństwo, od pojedynczych ludzi po państwa. „Jeżeli więc teraz nakazaliśmy czcić Chrystusa Króla całemu światu katolickiemu, pragniemy przez to zaradzić potrzebom czasów obecnych i podać szczególne lekarstwo przeciwko zarazie, która zatruwa społeczeństwo ludzkie” – pisał. Zarazą tą jest, jak stwierdził, „zeświecczenie czasów obecnych, tzw. laicyzm”. Laicyzm i laicyzacja prowadzą, jak zauważył, do rozluźnienia więzi rodzinnych i moralnego chaosu w społeczeństwie.
To właśnie w usunięciu Chrystusa i Jego prawa z życia prywatnego, rodzinnego i publicznego oraz w braku uznania Jego panowania papież upatrywał główną przyczynę gnębiących ludzkość nieszczęść.
Sprowadzić na nowo
„Nasienie niezgody wszędzie porozsiewane, płomienie zazdrości i nieprzyjaźni objęły narody, co powoduje dotąd tak wielką zwłokę w pojednaniu ludów; nieposkromione pragnienia, które często pokrywają się płaszczykiem dobra publicznego i miłości ojczyzny, a z których powstaje rozdwojenie wśród obywateli i ślepy a niepomierny egoizm, na nic innego nie zważający, jak tylko na własną korzyść i na własne dobro, i tą jedynie miarą wszystko inne mierzący” – ubolewał. Zwrócił też uwagę na konsekwencje w postaci rozchwiania relacji międzyludzkich. „Zburzony zupełnie pokój domowy wskutek zapomnienia i zaniedbania obowiązków; węzły rodzinne rozluźnione i trwałość rodzin zachwiana; całe wreszcie społeczeństwo do głębi wstrząśnięte i ku zagładzie idące” – wyliczał następca Piotra. Wyraził silną nadzieję, że uroczystość Chrystusa Króla „sprowadzi na nowo społeczeństwo do najukochańszego Zbawiciela”. Zaznaczył, że powinnością katolików jest ten powrót do Jezusa przygotować i przyspieszyć.
Papież podkreślił, że wprowadzane święta kościelne niejednokrotnie odnawiały gorliwość katolików. Przywołał przykłady: „gdy poszanowanie i cześć Najświętszego Sakramentu zmalały, ustanowiono święto Bożego Ciała”; „tak też wprowadzono uroczystość Serca Jezusowego właśnie wówczas, gdy dusze osłabione i zniechęcone przygnębiającą i przesadną surowością jansenistów zupełnie wyziębły i trwożliwie unikały miłości Bożej i nadziei zbawienia”.
Pius XI ze świętem Chrystusa Króla łączy w encyklice kult Serca Jezusowego. Jezus, objawiając się św. Małgorzacie Marii Alacoque, ukazywał swe kochające ludzi Serce, spragnione ich odpowiedzi. Do tego nawiązał też Pius XI. „Do uznania panowania i władzy Chrystusa przyczynił się również pobożny zwyczaj, iż niezliczone prawie rodziny oddawały się i poświęcały Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Co prawda nie tylko rodziny tak czyniły, lecz i społeczeństwa, i państwa, a nawet cały rodzaj ludzki” – przypominał papież. W jego przekonaniu grunt pod święto przygotowały też kongresy eucharystyczne.
Alfa i Omega
Zgodnie z zarządzeniem papieskim święto było obchodzone w ostatnią niedzielę października. W roku 1969 papież Paweł VI przeniósł święto Chrystusa Króla na ostatnią niedzielę roku kościelnego i podniósł je do najwyższej rangi liturgicznej – uroczystości. Zmodyfikowana została także nazwa. Obecnie brzmi ona: uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata. Zmiana ta uwydatniła królewskość Jezusa – Jego panowanie powszechne, obejmujące wszystko: pojedynczych ludzi i całe narody, społeczeństwa i państwa z ich władzami, całą historię z kosmosem i wszystkim, co istnieje. Usytuowanie uroczystości w ostatnią niedzielę roku liturgicznego ma podkreślać prawdę, że wszystko zmierza do Chrystusa i do Niego będzie należał ostateczny sąd nad dziejami ludzkości i świata. Jest to nawiązanie do Apokalipsy, w której Jezus Chrystus jest Alfą i Omegą oraz „Pierwszym i Ostatnim, Początkiem i Końcem”. Chodzi o podkreślenie, że w Chrystusie wypełnia się zbawczy plan Boga.
Polska wdzięczna
Święto Chrystusa Króla zaraz po ustanowieniu zaczęto uroczyście obchodzić w Polsce. W nawiązaniu do niego w 1927 roku w Poznaniu zawiązał się komitet budowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa. Miał to być zarazem wyraz wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Monument uroczyście odsłonięto w święto Chrystusa Króla, 30 października 1932 roku. Ceremonii przewodniczył kard. August Hlond.
Pomnik został wykonany w formie łuku triumfalnego o wysokości 12,5 m i szerokości 22 m. W centralnej wnęce umieszczono odlaną z brązu, liczącą 4 metry figurę Chrystusa. Widoczny na pomniku napis głosił: Sacratissimi Cordi – Polonia Restituta (Najświętszemu Sercu – Odrodzona Polska). Monument przetrwał tylko do września 1939 roku. Niemcy zaraz po wkroczeniu do miasta wysadzili go w powietrze, a postać Zbawiciela przetopili na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Od kilku lat trwają starania o przywrócenie tego pomnika w stolicy Wielkopolski.
Ważnym dla Polaków aktem nawiązującym do królowania Chrystusa było uroczyste przyjęcie Go za Króla i Pana, którego dokonano 19 listopada 2016 roku w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach, a nazajutrz we wszystkich kościołach w Polsce. W poprzedzającym ten akt liście pasterskim biskupi polscy przypomnieli, że „nie trzeba Chrystusa intronizować w znaczeniu wynoszenia Go na tron i nadawania Mu władzy ani też ogłaszać Go Królem. On przecież jest Królem królów i Panem panów na wieki. Natomiast naszym wielkim zadaniem jest podjęcie dzieła intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy całym życiem i postępowaniem”.
Kościół czcił zawsze
Choć święto Chrystusa Króla ma zaledwie sto lat, świadomość królewskiej godności Chrystusa trwa w Kościele od początku jego istnienia. Mówi o tym w wielu miejscach Pismo Święte. Już w Starym Testamencie zapowiedziano nadejście Mesjasza z rodu Dawida, mającego królewską godność.
Umieszczenie uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata na końcu kalendarza dobrze oddaje sens roku liturgicznego, który obejmuje najważniejsze wydarzenia w historii zbawienia.
Franciszek Kucharczak/ Gość Niedzielny
***
fot. Francisco Xavier / Cathopic
***
Dlaczego czcimy Chrystusa jako Króla Wszechświata? Skąd wzięła się ta uroczystość?
Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata obchodzona jest w ostatnią niedzielę roku liturgicznego. Skąd wzięła się ta uroczystość? Co oznacza? Jaki jest jej sens? Poznaj 5 faktów o tej uroczystości.
1. Wszystko zaczęło się od… św. Małgorzaty Marii Alacoque
Idea intronizacji, przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana jest rozwinięciem aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, wynikającego z objawień francuskiej wizytki z Paray-le-Monial św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690). Święta ta była mistyczką, której Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości.
2. Święto oficjalnie wprowadził papież Pius XI
Święto Chrystusa Króla wprowadził papież Pius XI w roku 1925 na zakończenie Roku Świętego: przypadła ona wówczas na 11 grudnia. Sensem tego nowego święta, jak wyjaśniał papież w encyklice „Quas primas”, było uznanie panowania i władzy Chrystusa zarówno w życiu osobistym chrześcijan, jak i całych społeczności.
Miało ono służyć odnowie wiary, także w przestrzeni publicznej, która szczególnie – zdaniem papieża – narażona jest na wypieranie zeń wartości i zasad chrześcijańskich. Ustanowienie święta Chrystusa Króla traktował więc jako „lekarstwo na zagrożenia niesione przez coraz powszechniejsze prądy laicyzacyjne, zaprzeczające panowaniu Chrystusa nad ludami”. W związku z tym Pius XI zachęcał – jak brzmiało ulubione jego hasło – do „Instaurare omnia in Christo”, czyli odnowy wszystkiego w Chrystusie.
W 1969 r. papież Paweł VI podniósł święto Chrystusa Króla do rangi uroczystości, a więc najwyższej wagi obchodu liturgicznego w Kościele, postulując czcić Chrystusa jako Króla Wszechświata.
3. W czasie II wojny światowej Niemcy zniszczyli wyjątkową figurę w Polsce
Święto Chrystusa Króla od samego początku było uroczyście obchodzone w Polsce. W 1927 r. powstał w Poznaniu komitet budowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, który miał być także monumentem wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Pomnik ten uroczyście odsłonięto 30 października 1932, w święto Chrystusa Króla. W uroczystościach wzięli udział liczni poznaniacy pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda. Pomnik zburzyli Niemcy zaraz po wejściu do miasta w 1939 r., wysadzając go w powietrze. A figurę Chrystusa przetopiono na kule armatnie. Obecnie, od kilku lat trwają starania o odbudowę tego pomnika i postawienie go ponownie w godnym miejscu stolicy Wielkopolski.
4. Uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem w 1969 roku
Po ostatniej reformie liturgicznej w 1969 r. uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem. Mimo, że jest to święto tak młode, jego treść była przeżywana w Kościele od początku jego istnienia. Wskazuje na to wiele fragmentów Ewangelii oraz starożytnych pism chrześcijańskich. Geneza kultu Chrystusa jako Króla sięga natomiast już Starego Testamentu, zapowiadającego przyjście Mesjasza, króla, potomka Dawida.
Greckie słowo „chrystus” jest odpowiednikiem hebrajskiego mesjasz i oznacza pomazańca, namaszczonego, co w znaczeniu starotestamentalnym odnosiło się zarówno do króla, jak i kapłana, a nieraz także do proroka.
Umieszczenie tej uroczystości na końcu kalendarza wiąże się z biblijnym rozumieniem czasu i odzwierciedla zarazem sens roku liturgicznego, który jakby odtwarza najważniejsze zdarzenia w dziejach zbawienia.
Objawienie biblijne przyniosło nowe, linearne rozumienie czasu: czas ma swój początek i koniec, nie ma w nim powrotów i cyklów, lecz każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna. W człowieka jednak, tak jak w całą naturę, wpisana jest pewna cykliczność. Rok kościelny łączy w sobie te dwa wymiary: w swoich powrotach odzwierciedla tę jedyną i niepowtarzalną historię zbawienia, która rozpoczęła się wraz ze stworzeniem, szczyt osiągnęła w czasie życia, zbawiennej śmierci oraz zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu, a zmierza do kresu, którym jest nastanie Królestwa Bożego. Zakończenie roku symbolizuje właśnie osiągnięcie celu i wypełnienie bożych obietnic. Jest to odpowiedź Boga na nieustające modlitwy chrześcijan: Przyjdź królestwo Twoje.
5. W 2016 roku dokonano aktu uznania Chrystusa Królem
Sprawą intronizacji Chrystusa Króla – na prośbę licznych oddolnych ruchów intronizacyjnych – w ostatnich latach zajmowała się Konferencja Episkopatu Polski. Powołała w tym celu w 2013 r. specjalny Zespół ds. Ruchów Intronizacyjnych pod przewodnictwem biskupa opolskiego Andrzeja Czai. Podczas spotkania Zespołu 10 czerwca 2014 roku zrodziła się myśl o przygotowaniu aktu uznania Chrystusa Królem w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w 2016 roku, w ramach obchodów jubileuszu 1050. rocznicy Chrztu Polski.
Po długich i niełatwych dyskusjach z przedstawicielami ruchów intronizacyjnych – które domagały się ogłoszenia Chrystusa królem Polski – ustalono, że uroczysta proklamacja Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana odbędzie się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w sobotę 19 listopada br. – w przeddzień uroczystości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Następnego dnia akt ten został odnowiony we wszystkich świątyniach katolickich w Polsce.
W liście pasterskim z 11 października 2016 r. – poprzedzającym Jubileuszowy Akt – Pasterze Kościoła w Polsce przypominali, że „nie trzeba Chrystusa intronizować w znaczeniu wynoszenia Go na tron i nadawania Mu władzy ani też ogłaszać Go Królem. On przecież jest Królem królów i Panem panów na wieki. Natomiast naszym wielkim zadaniem jest podjęcie dzieła intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy całym życiem i postępowaniem”.
Biskupi wyjaśniali ponadto, że „zasadniczym celem dokonania aktu jest uznanie z wiarą panowania Jezusa, poddanie i zawierzenie Mu życia osobistego, rodzinnego i narodowego we wszelkich jego wymiarach i kształtowanie go według Bożego prawa”.
KAI, zś/Stacja7
***
fot. franciscogonzalez/cathopic.com
***
Akt przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana
“Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa”. Przypominamy słowa Aktu z Roku Jubileuszowego, który także dziś może stać się modlitwą.
Jubileuszowy Akt przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany w krakowskich Łagiewnikach w dniu 19 listopada 2016 r., na zakończenie obchodów Roku Miłosierdzia w Polsce. Dzień później akt odmawiany był we wszystkich polskich kościołach podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem.
Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana
Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste, nasz Boże i Zbawicielu! W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród.
Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie.
Pragnąc uwielbić majestat Twej potęgi i chwały, z wielką wiarą i miłością wołamy: Króluj nam Chryste! – W naszych sercach – Króluj nam Chryste! – W naszych rodzinach – Króluj nam Chryste! – W naszych parafiach – Króluj nam Chryste! – W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste! – W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste! – W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku – Króluj nam Chryste! – W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste! – W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!
Błogosławimy Cię i dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste:
– Za niezgłębioną Miłość Twojego Najświętszego Serca – Chryste nasz Królu, dziękujemy! – Za łaskę chrztu świętego i przymierze z naszym Narodem zawarte przed wiekami – Chryste nasz Królu, dziękujemy! – Za macierzyńską i królewską obecność Maryi w naszych dziejach – Chryste nasz Królu, dziękujemy! – Za Twoje wielkie Miłosierdzie okazywane nam stale – Chryste nasz Królu, dziękujemy! – Za Twą wierność mimo naszych zdrad i słabości – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw. Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa:
– Przyrzekamy bronić Twej świętej czci, głosić Twą królewską chwałę – Chryste nasz Królu, przyrzekamy! – Przyrzekamy pełnić Twoją wolę i strzec prawości naszych sumień – Chryste nasz Królu, przyrzekamy! – Przyrzekamy troszczyć się o świętość naszych rodzin i chrześcijańskie wychowanie dzieci – Chryste nasz Królu, przyrzekamy! – Przyrzekamy budować Twoje królestwo i bronić go w naszym narodzie – Chryste nasz Królu, przyrzekamy! – Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
Jedyny Władco państw, narodów i całego stworzenia, Królu królów i Panie panujących! Zawierzamy Ci Państwo Polskie i rządzących Polską. Spraw, aby wszystkie podmioty władzy sprawowały rządy sprawiedliwie i stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi.
Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu wszystko, co Polskę stanowi, a zwłaszcza tych członków Narodu, którzy nie podążają Twymi drogami. Obdarz ich swą łaską, oświeć mocą Ducha Świętego i wszystkich nas doprowadź do wiecznej jedności z Ojcem.
W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.
Panie Jezu Chryste, Królu naszych serc, racz uczynić serca nasze na wzór Najświętszego Serca Twego.
Niech Twój Święty Duch zstąpi i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Niech wspiera nas w realizacji zobowiązań płynących z tego narodowego aktu, chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.
W Niepokalanym Sercu Maryi składamy nasze postanowienia i zobowiązania. Matczynej opiece Królowej Polski i wstawiennictwu świętych Patronów naszej Ojczyzny wszyscy się powierzamy.
Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.
tekst Aktu za serwisem Episkopat News
***
Anioł Pański z Leonem XIV: “Nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach”
FILIPPO MONTEFORTE | FILIPPO MONTEFORTE
***
Papież Leon XIV w swoim orędziu na Anioł Pański 16 listopada 2025 roku przypomina, że zbliżający się koniec roku liturgicznego skłania do refleksji nad trudami historii i końcem świata. Jezus w dzisiejszej Ewangelii (Łk 21, 5-19) zachęca nas, abyśmy w obliczu wojen, przewrotów i prześladowań nie poddawali się lękowi, ale z ufnością trwali w wierze, która jaśnieje niczym słońce nawet w najciemniejszych chwilach.
ANIOŁ PAŃSKI
Plac Świętego Piotra/ XXXIII Niedziela, 16 listopada 2025 roku
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
Gdy rok liturgiczny dobiega końca, dzisiejsza Ewangelia (Łk 21, 5-19) skłania nas do refleksji nad trudami historii i nad końcem świata. Jezus, znając nasze serce, zachęca przede wszystkim do tego, byśmy nie dali się zwyciężyć lękowi, gdy patrzymy na te wydarzenia. Mówi: „I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach” (w. 9).
Jego wezwanie jest bardzo aktualne – niestety, rzeczywiście, każdego dnia otrzymujemy wiadomości o konfliktach, klęskach żywiołowych i prześladowaniach, nękających miliony mężczyzn i kobiet. Słowa Jezusa ogłaszają jednak, zarówno w obliczu tych udręk, jak i wobec obojętności, próbującej je ignorować, że agresja zła nie może zniszczyć nadziei tych, którzy pokładają w Nim ufność. Im mroczniejsza – jak noc – jest pora, tym bardziej – niczym słońce – jaśnieje wiara.
W istocie, Chrystus dwukrotnie stwierdza, że „z powodu Jego imienia” wielu zazna przemocy i zdrad (por. ww. 12.17), ale właśnie wtedy będą mieli oni sposobność do składania świadectwa (por. w. 13). Na wzór Nauczyciela, który na krzyżu objawił ogrom swojej miłości, ta zachęta dotyczy nas wszystkich. Prześladowanie chrześcijan bowiem odbywa się nie tylko za pomocą broni i przez znęcanie się, lecz także słownie, a mianowicie przez kłamstwo i manipulację ideologiczną. Zwłaszcza wtedy, gdy gnębią nas te krzywdy fizyczne i moralne, winniśmy dawać świadectwo prawdzie zbawiającej świat, sprawiedliwości wybawiającej ludy od ucisku, nadziei wskazującej wszystkim drogę do pokoju.
Słowa Jezusa, z profetycznym stylem, zaświadczają, że nieszczęścia i cierpienia historii mają kres, podczas gdy wiecznie będzie trwać radość tych, którzy uznają w Nim Zbawiciela. „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (w. 19) – ta obietnica Pana daje nam siłę do opierania się groźnym wydarzeniom historii i wszelkim zniewagom; nie pozostawajmy bezsilni w obliczu cierpienia, gdyż On sam daje nam „wymowę i mądrość” (w. 15), abyśmy zawsze czynili dobro z pałającym sercem.
Najmilsi, na przestrzeni całej historii Kościoła to przede wszystkim męczennicy przypominają nam, że łaska Boga jest w stanie przemienić nawet przemoc w znak odkupienia. Toteż łącząc się z naszymi braćmi i siostrami, którzy cierpią z powodu imienia Jezusa, zabiegajmy z ufnością o wstawiennictwo Maryi, Wspomożenia wiernych. Niech Panna Święta pociesza nas i wspiera we wszystkich próbach i trudnościach.
____________________________
Po modlitwie Anioł Pański:
Drodzy Bracia i Siostry!
Jak wspomniałem przed kilkoma chwilami, komentując Ewangelię, także dzisiaj w różnych częściach świata chrześcijanie cierpią z powodu dyskryminacji i prześladowań. Mam tu na myśli zwłaszcza Bangladesz, Nigerię, Mozambik, Sudan i inne kraje, z których często dochodzą nas wiadomości o atakach na wspólnoty i miejsca kultu. Bóg jest miłosiernym Ojcem i pragnie pokoju między wszystkimi swoimi dziećmi!
Towarzyszę w modlitwie rodzinom w Kiwu w Demokratycznej Republice Konga, gdzie w ostatnich dniach doszło do masakry cywilów – co najmniej dwadzieścia ofiar ataku terrorystycznego. Módlmy się, aby ustała wszelka przemoc, a wierzący współpracowali dla dobra wspólnego.
Z bólem śledzę wiadomości o atakach, które nadal dotykają wiele ukraińskich miast, w tym Kijów. Powodują one ofiary śmiertelne i rannych, w tym dzieci, oraz rozległe zniszczenia infrastruktury cywilnej, pozostawiając rodziny bez dachu nad głową, gdy zbliża się zima. Zapewniam o mojej bliskości z tak ciężko doświadczoną ludnością. Nie możemy przyzwyczajać się do wojny i do zniszczenia! Módlmy się razem o sprawiedliwy i trwały pokój w umęczonej Ukrainie.
Chciałbym zapewnić o mojej modlitwie również za ofiary poważnego wypadku drogowego, który miał miejsce w środę na południu Peru. Niech Pan przyjmie zmarłych, wspomoże rannych i pokrzepi pogrążone w żałobie rodziny.
Wczoraj w Bari został beatyfikowany Carmelo De Palma, kapłan diecezjalny, który zmarł w 1961 r., po życiu poświęconym wielkodusznej posłudze spowiedniczej i towarzyszeniu duchowemu. Niech jego świadectwo mobilizuje kapłanów do bezwarunkowego oddania się służbie świętemu ludowi Bożemu.
Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Ubogich. Dziękuję wszystkim, którzy w diecezjach i parafiach promowali inicjatywy solidarności z najbardziej potrzebującymi. W tym Dniu pragnę ponownie przekazać Adhortację apostolską Dilexi te, „Umiłowałem cię”, dotyczącą miłości do ubogich – dokument, który Papież Franciszek przygotowywał w ostatnich miesiącach swojego życia i który z wielką radością sfinalizowałem.
W tym dniu wspominamy również wszystkich, którzy zginęli w wypadkach drogowych, spowodowanych zbyt często nieodpowiedzialnym zachowaniem. Niech każdy dokona w tej sprawie rachunku sumienia.
Łączę się również z Kościołem we Włoszech, który dziś ponownie obchodzi Dzień modlitwy za ofiary i tych, którzy doświadczyli krzywdy wykorzystania seksualnego, aby rozwijała się kultura szacunku jako gwarancja ochrony godności każdej osoby, zwłaszcza nieletnich i najbardziej bezbronnych.
A teraz serdecznie pozdrawiam was wszystkich, Rzymian i pielgrzymów z Włoch oraz z wielu innych części świata, a w szczególności wiernych z Bar w Czarnogórze, z Walencji w Hiszpanii, z Syros w Grecji, z Portoryko, z Sofii w Bułgarii, z Bismarck w Stanach Zjednoczonych Ameryki, studentów Catholic Theological Union z Chicago oraz chóru Eintracht Nentershausen z Niemiec.
Pozdrawiam pielgrzymów polskich, wspominając rocznicę Orędzia pojednania skierowanego przez biskupów polskich do biskupów niemieckich po drugiej wojnie światowej. Pozdrawiam również Rodzinę Wincentyńską oraz grupy z Lurago d’Erba, Coiano, Cusago, Paderno Dugnano i Borno.
Dziękuję wszystkim i dobrej niedzieli!
vatican.va
***
piątek 12 listopada
Wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.
Dzień potwierdzenia więzi z Bogiem
fot. via Wikipedia, CC 0
***
Ksiądz Kardynał Karol Wojtyła:
Pierwsze spotkanie Maryi z Bogiem
W dawnych czasach istniał wśród Żydów zwyczaj religijny, polegający na tym, że dzieci – nawet jeszcze nie narodzone – ofiarowywano służbie Bożej. Dziecko, zanim ukończyło piąty rok życia, zabierano do świątyni w Jerozolimie i oddawano kapłanowi, który ofiarowywał je Panu. Zdarzało się czasem, że dziecko pozostawało dłużej w świątyni, wychowywało się, uczyło służby dla sanktuarium, pomagało wykonywać szaty liturgiczne i asystowało podczas nabożeństw.
Święta Anna, matka Maryi, przez wiele lat była bezdzietna. Mimo to nie utraciła wiary i ciągle prosiła Boga o dziecko. Złożyła obietnicę, że jeśli urodzi dziecko, odda je na służbę Bogu. Tak zrobiła, choć po tylu latach oczekiwania na upragnione potomstwo musiało to być wielkie poświęcenie z jej strony. Ewangelie nie mówią dokładnie, kiedy miało miejsce ofiarowanie Maryi, ale na pewno na początku Jej życia, prawdopodobnie, gdy Maryja miała trzy lata. Wtedy to Jej rodzice, św. Joachim i św. Anna, przedstawili Bogu przyszłą Królową Świata. Oddali Ją wówczas kapłanowi Zachariaszowi, który kilkanaście lat później stał się ojcem św. Jana Chrzciciela. Według niektórych autorów Maryja pozostała w świątyni około 12 lat. Zdarzenie to wspominamy właśnie w dniu dzisiejszym. Informacje o nim pochodzą z pism apokryficznych, nie przyjętych do kanonu Pisma świętego.
W Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. 140 r. po narodzeniu Jezusa, czytamy, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna i że stali się jej rodzicami w bardzo późnym wieku. Dlatego przed swoją śmiercią oddali Maryję na wychowanie i naukę do świątyni, gdy Maryja miała zaledwie trzy lata. Opis ten powtarza apokryf z VI w. – Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela, a także pochodzący z tego samego czasu inny apokryf, Ewangelia Narodzenia Maryi.
W Kościołach wschodnich panuje zgodne przekonanie, że Maryja faktycznie była ofiarowana w świątyni. Potwierdzają to bardzo liczne wypowiedzi wschodnich pisarzy kościelnych. Oprócz powagi apokryfów, na których się oparli, o ustanowieniu święta Ofiarowania Maryi w świątyni zadecydował zapewne w niemałej mierze również paralelizm świąt Maryi i Jezusa. Skoro obchodzimy uroczyście Poczęcie Jezusa (25 III) i Poczęcie Maryi (8 XII), Narodzenie Jezusa (25 XII) i Narodzenie Maryi (8 IX), Wniebowstąpienie Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), to naturalne wydaje się obchodzenie obok święta ofiarowania Chrystusa (2 II) także święta ofiarowania Jego Matki. Dla uczczenia tej tajemnicy obchodzono osobne święto najpierw w Jerozolimie (prawdopodobnie już w VI w., kiedy to poświęcono w Jerozolimie kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny), potem od VIII w. na całym Wschodzie. W 1372 r. wprowadził je w Awinionie Grzegorz XI, a w 1585 r. Sykstus V rozszerzył je na cały Kościół.
Chociaż dzisiejsze wspomnienie nie ma żadnego potwierdzenia historycznego, przynosi ono ważną refleksję teologiczną: Maryja przez całe życie była oddana Bogu – od momentu, w którym została niepokalanie poczęta, poprzez swe narodziny, a potem ofiarowanie w świątyni. Stała się w ten sposób doskonalszą świątynią niż jakakolwiek świątynia uczyniona ludzkimi rękami. Od wieków Maryja była przeznaczona w Bożych planach dla wypełnienia wielkiej zbawczej misji. Upatrzona przez Opatrzność na Matkę Zbawiciela, przez samo to stała się darem dla Ojca. Do swojej misji Maryja przygotowywała się bardzo pilnie i z całym oddaniem – o czym świadczą chociażby jej własne słowa wypowiedziane do Gabriela: “Oto ja, służebnica Pańska” (Łk 1, 38). W tradycji bizantyńskiej obchodzi się uroczyście święto Wprowadzenia Przenajświętszej Bogurodzicy do Świątyni (Wwiedienije Preświatoj Bohorodicy wo Chram). Bracia prawosławni opowiadają, że 3-letnia Maryja samodzielnie weszła po 15 wysokich stopniach świątynnych w ramiona arcykapłana Zachariasza, który wprowadził Ją do Świętego Świętych, gdzie sam miał prawo wchodzić tylko raz w roku.
W Kościele katolickim dzisiejsze wspomnienie jest świętem patronalnym Sióstr Prezentek, założonych w 1626 r. w Krakowie przez Zofię z Maciejowskich Czeską dla nauczania i wychowania dziewcząt. Jest też dniem szczególnej pamięci o mniszkach klauzurowych, o czym przypomniał św. Jan Paweł II w 1999 r.: “Maryja jawi się nam w tym dniu jako świątynia, w której Bóg złożył swoje zbawienie, i jako służebnica bez reszty oddana swemu Panu. Z okazji tego święta społeczność Kościoła na całym świecie pamięta o mniszkach klauzurowych, które wybrały życie całkowicie skupione na kontemplacji i utrzymują się z tego, czego dostarczy im Opatrzność, posługująca się hojnością wiernych. Zalecając wszystkim troskę o to, aby tym konsekrowanym siostrom nie zabrakło wsparcia duchowego i materialnego, kieruję do nich słowa serdecznego pozdrowienia i podziękowania”. W naszych czasach nie ma już zwyczaju ofiarowywania swoich dzieci Bogu na służbę w świątyni. Wszyscy jednak zostaliśmy niejako przedstawieni Bogu przez naszych rodziców w czasie chrztu. Nie powinniśmy zapominać o tamtym wydarzeniu, ale nieustannie odnawiać w swoim życiu chęć poświęcania siebie Bogu i szukania Jego woli.
***
HOMILIA wygłoszona w uroczystość Ofiarowania N.M.P. w kościele św. Jana (PP. Prezentek) w Krakowie 21 XI 1968 r.
Wiele jest w ciągu roku dni, które Kościół poświęca na uczczenie Matki Najświętszej. Każde z nich ma oparcie albo w wydarzeniu z Jej życia, albo w tajemnicy Jej duszy.
Dzisiejsze święto ma oparcie zarówno w wydarzeniu z Jej życia, jak i w tajemnicy Jej duszy, które spotykamy u początku Jej życia. Jest to Jej pierwsze świadome spotkanie z Bogiem, bo Mu się świadomie oddała. Kiedy to było? Ewangelia nie podaje, ale jest pewne, że takie wydarzenie było i dzień taki miał miejsce. Był to dzień dojrzałego spotkania z Bogiem. Dzień ten nosi nazwę prezentacji – ofiarowania, bo Matka Najświętsza była Bogu przedstawiona, a miało to miejsce w Świątyni Jerozolimskiej. Po polsku to się też tłumaczy jako “prezent” – bo Matka Najświętsza przyniosła siebie Bogu w darze, w prezencie.
Dzień ten, Drogie Siostry Prezentki, jest Waszym świętem patronalnym: sama nazwa to mówi. Dlatego dziś zeszliśmy się tutaj na to święto, by wobec wizerunku Matki Bożej Świętojańskiej, niedawno ukoronowanego, złożyć Wam życzenia, które chcę tu od ołtarza sformułować. Idąc za liturgią, ŻYCZĘ – ABY W KAŻDEJ Z WAS DOKONAŁO SIĘ SPOTKANIE Z BOGIEM, JAKIE DOKONAŁO SIĘ W MATCE NAJŚWIĘTSZEJ. Aby ta Wasza rodzina zakonna, mała, ale bardzo nam droga, bo jesteście tutaj w Krakowie bardzo z nami związane, aby w tej rodzinie Waszej zakonnej odbyło się takie spotkanie z Bogiem, w którym każda z Was będzie mogła ODDAĆ BOGU SIEBIE Z CAŁEGO SERCA I DUSZY. I ABY WASZ DOM, BYŁ TAKIM MIEJSCEM SPOTKANIA Z BOGIEM DLA TYCH CO GO NAWIEDZAJĄ. A Wasz dom od stuleci był szeroko otwarty dla wszystkich, a zwłaszcza dla dziewcząt, które się tu uczyły. A więc życzę z myślą o tych Waszych młodych “siostrach”, które tu przychodzą uczyć się, aby ten dom był dla nich miejscem spotkania z Bogiem, a wy abyście mogły im w tym dopomagać.
Wobec cudownego Wizerunku Matki Bożej, prosić będę we Mszy św. aby te życzenia się spełniały z dnia na dzień i z roku na rok. Amen.
Fronda.pl
***
Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny:
tak Maryja była przygotowywana na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie ChrystusPan
Renata Sedmakova | Shutterstock
***
Rodzice decydowali się czasem na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni. Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi. Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.
Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny to jeden z ostatnich akcentów w kalendarzu liturgicznym przed rozpoczęciem Adwentu.
Cud i łaska od Boga
Obok święta Narodzenia NMP, wspomnienie Ofiarowania Matki Bożej – obchodzone 21 listopada – jest kolejnym dniem maryjnym, którego treść i symbolika wywodzą się z apokryfów. Podobnie jak w przypadku Narodzenia Matki Bożej, głównym źródłem tradycji jest spisana około 140 roku po Chrystusie Protoewangelia Jakuba.
Opisuje ona życie Maryi od chwili narodzenia, aż po ucieczkę do Egiptu z małym Jezusem i świętym Józefem podczas rzezi niemowląt za czasów Heroda. Ofiarowanie Matki Bożej łączy się w sposób logiczny z jej przyjściem na świat.
Anna i Joachim, rodzice Maryi, długo cierpieli na niepłodność, stąd Matka Boża została poczęta, gdy byli już w starszym wieku. W przyjściu na świat ich córki dostrzegli więc od razu cud i wielką łaskę od Boga.
Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny
W tradycji mojżeszowej każde urodzone dziecko w sposób symboliczny ofiarowywano w świątyni jerozolimskiej, przedstawiając je kapłanom, którzy udzielali dziecku i rodzicom specjalnego błogosławieństwa. Obrzęd ten miał zazwyczaj miejsce pomiędzy ukończeniem przez potomka 1 i 5 roku życia.
Późniejsze o kilka wieków apokryfy: Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela oraz Ewangelia Narodzenia Maryi sugerują, że Matka Boża została ofiarowana w świątyni w Jerozolimie w wieku lat trzech.
Wizję ofiarowania Maryi w świątyni zapisała również hiszpańska mistyczka, służebnica Boża Maria z Ágredy ze zgromadzenia koncepcjonistek, żyjąca w XVII wieku.
Dzieci na służbie Bogu
Historycy Kościoła i dziejów Izraela wskazują, że często ofiarowanie dzieci w świątyni nie miało charakteru jednorazowego rytuału w pierwszych latach życia, ale niektórzy rodzice decydowali się po pewnym czasie na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni.
Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi w postaci pomocy w sprzątaniu, utrzymaniu czystości paramentów liturgicznych i szat kapłańskich.
Według niektórych biblistów dziewczynki pomagały w czasie służby tkać tzw. zasłonę przybytku, oddzielającą od osób postronnych najświętsze miejsce w świątyni. Z pewnością jednak taką służbę pełniły dzieci starsze i nastolatkowie, a nie najmłodsi.
Maryja na służbie w świątyni
W przypadku apokryficznych opowieści o ofiarowaniu Matki Bożej w świątyni, mamy najprawdopodobniej do czynienia z symbolicznym połączeniem przez autorów zwyczaju ofiarowania narodzonych dzieci kapłanom (zgodnie z prawem Mojżeszowym) oraz ich późniejszym przeznaczaniem na okresową służbę w świątyni.
Stało się tak zapewne dla dwóch celów katechetycznych. Po pierwsze, przypomniano, że Maryja, podobnie jak Jezus, podlegali zasadom Starego Testamentu. Po drugie: wskazano, iż posłannictwo Matki Bożej od samego początku było poświęceniem i pełną pokory ofiarnością.
Pokora Matki Bożej – jak wskazują teksty liturgiczne – przygotowała ją na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie Chrystus, Słońce i Zbawiciel, który rozjaśni mroki śmierci i grzechu.
Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.
Zachariasz
Tradycja apokryficzna twierdzi, iż kapłanem, który wprowadził Maryję do świątyni w Jerozolimie, był Zachariasz. Kilkanaście lat później został on ojcem św. Jana Chrzciciela. Pokazuje to powiązanie losów bezpośredniego posłannika, który miał przygotować Izrael na misję Chrystusa, z wydarzeniami rozgrywającymi się później w Nazarecie i Betlejem: zwiastowaniem i narodzeniem Pańskim.
Postać Zachariasza występuje więc na wielu malarskich przedstawieniach ofiarowania NMP, powstałych zarówno w tradycji zachodniej (np. pędzla Tycjana lub Pietra Testy) oraz na ikonach wschodnich.
Maryja stanie się przybytkiem
Apokryfy i protoewangelia przedstawiają ofiarowanie Matki Bożej jako wydarzenie niezwykłe i mistyczne, w czasie którego mała dziewczynka, ku zaskoczeniu kapłanów i zgromadzonych w świątyni, zachowywała się, jakby znała wszystkie świątynne rytuały. W orszaku do najświętszego miejsca świątyni – Świętego Świętych – prowadzi ją w blasku świec orszak złożony z kapłanów i innych dziewcząt, które przypominają weselne druhny.
Warto zwrócić uwagę, że Święte Świętych było miejscem niedostępnym i zakazanym nie tylko dla wiernych, ale również najwyższego kapłana. Symbolika tej opowieści jest oczywista. Maryja odegra w przyszłości wielką rolę w tajemnicy Wcielenia i sama stanie się przybytkiem, który przyjmie najświętsze ciało Zbawiciela, przychodzącego na świat w ludzkiej postaci.
Koniec Starego Przymierza
Opowieści apokryficzne dotyczące ofiarowania Matki Bożej wyraźnie nawiązują również do trzech fragmentów ze Starego Testamentu:
z Księgi Wyjścia, gdzie Bóg nakazuje Mojżeszowi zbudowanie przybytku dla Pana wraz z Namiotem Spotkania;
z II Księgi Królewskiej, w której król Salomon umieścił w skarbcu świątyni jerozolimskiej dary przygotowane przez swojego ojca Dawida: sprzęty liturgiczne, złoto i srebro oraz Arkę Przymierza z Syjonu;
z Księgi Ezechiela, gdzie Bóg przypomina prorokowi o konieczności składania przez kapłanów ofiar całopalnych w świątyni oraz konieczności, aby wschodnia brama świątyni pozostawała zamknięta i nikt nie mógł jej otwierać ani przez nią przechodzić.
Ofiarowanie Matki Bożej w świątyni zwiastuje koniec epoki Starego Przymierza i wcielenie Chrystusa, którego ofiara zwycięży śmierć. W dzień ofiarowania NMP, w świątyni jerozolimskiej jawnie ukazuje się światu Matka Boga i z uprzedzeniem zwiastuje bliskie pojawienie się światu Zbawiciela.
Wschód i Zachód chrześcijaństwa
Wschód chrześcijański obchodził święto Wprowadzenia Matki Bożej do Świątyni już w VII wieku, zaliczając je do grona jednego z 12 największych świąt roku liturgicznego. W 543 roku, tuż obok dawnej świątyni jerozolimskiej konsekrowano nowy kościół poświęcony Matce Bożej i przypominający o jej ofiarowaniu w świątyni.
Na Zachodzie wspomnienie Ofiarowania NMP przyjęło się później. Początkowo w późnym średniowieczu było obchodzone w Awinionie, a na cały Kościół rozszerzył je papież Sykstus V w 1585 roku. Obecnie ma ono status liturgicznego wspomnienia obowiązkowego.
Ofiarowanie NMP jest ostatnim wspomnieniem maryjnym, które obchodzone jest przed rozpoczynającym się adwentem, stanowiącym czas radosnego i refleksyjnego oczekiwania na przyjście Chrystusa.
Na Wschodzie z kolei jest pierwszym dużym świętem maryjnym podczas trwającego 40 dni postu przed Bożym Narodzeniem (odpowiednikiem adwentu).
Zaproszenie
21 listopada można potraktować jako ważny etap w duchowym przygotowaniu do tego istotnego okresu liturgicznego. Rola Matki Bożej, wyrażana chociażby w nabożeństwach roratnich, jest w czasie adwentu szczególnie uwypuklona i wskazuje, jak – wydawałoby się zwykła – dziewczyna z Nazaretu wyda na świat „Pana niebiosów Nieskończonego”.
Być może wspomnienie Ofiarowania NMP stanowi zaproszenie, aby w adwencie bliżej zaprzyjaźnić się z Matką Bożą, która w ciszy oczekuje na wypełnienie się wielkiej tajemnicy pochodzącej od Ducha Świętego i zwiastowanej 8 miesięcy wcześniej przez archanioła Gabriela.
Tradycja wywodu
Pewną mało dziś znaną tradycją wywodzącą się z Ofiarowania Matki Bożej w świątyni jest utrzymująca się gdzieniegdzie po dzień dzisiejszy na Zachodzie i Wschodzie tradycja wywodu, czyli specjalnego błogosławieństwa udzielanego rodzicom i dziecku w okresie niemowlęcym.
Kapłan modli się w świątyni w obecności dziecka i rodziców o wszelkie łaski dla całej rodziny i Bożą pomoc w wychowaniu potomka. W tradycji rzymskiej miało ono miejsce tuż po chrzcie. Na Wschodzie – jeszcze przed samym sakramentem chrztu, będąc fizycznym wprowadzeniem dziecka w przestrzeń świątyni.
Obraz przedstawiający oblężenie Jasnej Góry, znajdujący się w Sali Rycerskiej klasztoru (XVII w.).
fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny
***
Dochodziła godzina druga po południu 18 listopada 1655 roku, gdy załoga twierdzy jasnogórskiej dostrzegła zbliżającą się kolumnę wojskową. 2250 żołnierzy ustawiło się u podnóża góry naprzeciw klasztoru. Chodziło zapewne o zastraszenie załogi klasztoru i wzmocnienie skuteczności metod dyplomatycznych. A tej najeźdźcy próbowali najpierw. „Wielebni i Szlachetni Ojcowie i inni twierdzy i klasztoru mieszkańcy, Panowie i przyjaciele czcigodni!” – zwracał się do adresatów listu generał Burchard Müller. Zaczął słodko, ale skończył groźbą spalenia klasztoru w razie nieposłuszeństwa. Nie były to czcze pogróżki, bo ludzie, którymi Müller dysponował, nie byli nowicjuszami w sztuce wojennej. Prof. Ryszard Bochenek, znawca wojskowości i autor książki „Twierdza Jasna Góra”, wskazuje, że w skład korpusu najeźdźców wchodzili głównie zawodowcy – weterani zakończonej siedem lat wcześniej wojny trzydziestoletniej. Choć było to wojsko formalnie szwedzkie, w rzeczywistości nie składało się z rodowitych Szwedów, lecz głównie z Niemców zwerbowanych w okolicach Szczecina i Bremy, które należały wówczas do posiadłości szwedzkich.
Dowodzący wojskiem generał Burchard Müller był doświadczonym dowódcą. Miał też pod komendą obeznanych z wojną oficerów. Pod koniec listopada liczebność wojska szwedzkiego pod Jasną Górą wzrosła do 3200 żołnierzy, w tym kilkuset Polaków w służbie króla Szwecji.
Obrońcy
Garnizon twierdzy liczył niespełna 300 ludzi. Jego trzon stanowili wyszkolona piechota, a także kanonierzy obsługujący 30 dział. Dużym atutem obrony były nowoczesne fortyfikacje na planie kwadratu, z bastionami w narożnikach. Ich budowę, rozpoczętą w 1620 roku na rozkaz króla Zygmunta III Wazy, zakończono zaledwie przed siedmioma laty. Osłaniające klasztor mury były wyższe niż dzisiaj, wskutek czego zabudowania klasztorne były znacznie słabiej widoczne niż obecnie.
Agresorzy roztasowali się po dwóch stronach twierdzy. Część sił rozbiła obóz po wschodniej stronie klasztoru, w okolicach dzisiejszego Rynku Wieluńskiego, a druga część po przeciwnej stronie. Z obu stron najeźdźcy usypali reduty artyleryjskie z ustawionymi na ich szczytach działami.
Choć przeor Jasnej Góry, o. Augustyn Kordecki, zręcznie prowadził dialog dyplomatyczny, generał Müller rychło się zorientował, że paulin nie zamierza poddać twierdzy. Wzmocnił więc argumentację kanonadą artyleryjską. „Padające kule łupią belki i wiązania dachów, latają ogniste pochodnie, a prochem ładowane bomby padają na dachówki kościoła; pozwijane kłęby konopi oblane smołą i żywicą rozniecają płomień” – opisywał przeor skutki nasilenia ostrzału 23 listopada.
Szwedzki dowódca szybko przekonał się, że łatwo nie będzie. Już w czwartym dniu oblężenia pisał do króla Karola X Gustawa: „Przeto zwróciłem się do Pana Marszałka Polnego Wittenberga do Krakowa o dostarczenie mi paru ciężkich dział i jednego wielkiego moździerza, ponieważ klasztor, położony na dość wysokiej skale, otoczony jest bardzo głęboko wpuszczonym w ziemię i trudnym do zdobycia szturmem, wysokim i mocnym murem z wygodnymi flankami i dobrą artylerią, liczącą wiele małych, nawet 12-funtowych, a kto wie, czy nie większych dział. Na czterech rogach umocniony on jest należycie, według zasad sztuki fortyfikacyjnej zbudowanymi bastionami”.
Głośne echo
W nocy z 24 na 25 listopada 40 ochotników z załogi twierdzy urządziło wypad do obozu wroga. Śmiałkowie obeszli szwedzkie reduty artyleryjskie i uderzyli na nie od tyłu. Zagwoździli dwa działa, a ich obsługę wycięli. Podczas tego ataku zginęli inżynier Fossis i pułkownik Horn, szwedzki gubernator z Krzepic. Oddział wypadowy stracił tylko jednego człowieka.
10 dni później w asyście dwustu piechurów dotarło z Krakowa sześć dział oblężniczych, w tym dwie wielkie półkartauny. Nazajutrz zaczęły strzelać i od razu pojawiły się efekty: armaty wybiły w jednym z bastionów duży wyłom, uszkodziły dwa działa forteczne, a kilku żołnierzy z ich obsługi poległo. Następnego dnia oblegający skierowali ogień na bastion św. Rocha, ale z gorszym skutkiem. Pod wieczór załoga klasztoru otrząsnęła się z szoku. Kule z dział jasnogórskich dosięgły kwatery Müllera. Pocisk zabił siostrzeńca generała, śpiącego na łóżku swojego wuja.
A co z „kolubrynami”? Nie rozsadził ich Kmicic, którego w twierdzy nie było. W rzeczywistości jedno z dwóch największych dział zostało rozbite 14 grudnia celnym strzałem z fortecy. Zdesperowany generał zdecydował się na podkop. Sprowadzono górników z Olkusza, którzy zaczęli drążyć chodnik w celu założenia min. Robota jednak szła opornie, bo skała niełatwo się poddawała. 20 grudnia ludzie z klasztoru wpadli do chodnika i zabili górników.
Zwycięstwo
Müller był wściekły. Na prośbę przeora o zawieszenie broni na czas Bożego Narodzenia odpowiedział nasilonym ostrzałem. 25 grudnia nie wytrzymała tego przegrzana półkartauna… i pękła. Tego z kolei nie wytrzymał Müller i dał za wygraną. Nazajutrz, dla zachowania twarzy, wysłał list z żądaniem 60 tys. talarów okupu za odstąpienie od twierdzy. Kordecki odpisał, że chętnie zapłaciłby, ale na początku oblężenia, bo teraz, gdy szwedzkie wojska dokonały tylu zniszczeń, nie jest to już możliwe.
W nocy z 26 na 27 grudnia upokorzeni najeźdźcy odeszli. Rychło okazało się, że huk dział pod Częstochową odbił się echem w całym kraju. Obrona Jasnej Góry stała się momentem przełomowym, po którym dominacja Szwedów w Rzeczpospolitej zaczęła się załamywać.
Część historyków próbuje wykazać, że wydarzenie to było marginalne i ledwie zauważalne nawet przez Polaków. Zaprzeczają temu konsekwencje jasnogórskiej wiktorii: wzmocnienie morale narodu polskiego i zachęcenie do dalszej walki z najeźdźcą, co, m.in. dało podstawę do powrotu króla Jana Kazimierza do kraju i ogłoszenie przezeń Matki Bożej Królową Polski.
Nawet Szwedzi mieli świadomość, że ich passa załamała się w Częstochowie. Badacz dziejów Jasnej Góry, prof. dr hab. Wojciech Kęder, przytacza potwierdzający to list z 1704 roku, napisany w czasie trzeciej wojny północnej, gdy Szwedzi znów znaleźli się na terenie naszego kraju. Olof Hermelin, sekretarz kancelarii polowej Karola XII, tak pisał do swojego przyjaciela Samuela Barcka: „Jak Brat zapatruje się na propozycję, by zająć Częstochowę? (…). Ten [polski] naród uważa ten klasztor za Sanctissimum i obawiam się na wypadek, gdybyśmy się pokusili o jakieś przedsięwzięcie, byśmy tego samego nie doświadczyli co poprzednio [chodzi o klęskę w 1655 r. – przyp. red.]. Cały kraj jest zaalarmowany tą sprawą. Nieboszczyk hrabia Benedykt Oxenstierna powiedział mi raz, że szczęście króla Karola Gustawa obróciło się w tej chwili, gdy tylko zaczął ostrzeliwanie tego miejsca”.
Jeśli pół wieku po „potopie” sami Szwedzi widzieli związek porażki tej kampanii z zaatakowaniem Jasnej Góry, to nie sposób jednocześnie twierdzić, że wydarzenie to nie wpłynęło na umocnienie ducha narodu.
Przeor klasztoru o. Augustyn Kordecki dowodził obroną Jasnej Góry w czasie oblężenia przez Szwedów w 1655 r.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Niedziela 16 listopada
Święto Matki Bożej Ostrobramskiej
Matka Miłosierdzia
Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej
fot. Karolina Pęlaka/Tygodnik Niedziela
***
Podobnie jak od siedmiu wieków Matka Boża Częstochowska na Jasnej Górze, tak Pani Ostrobramska, Matka Wschodu i Zachodu, od ponad trzystu lat króluje z wysokości swojego nadbramnego wzniesienia całej ziemi litewskiej, białoruskiej i polskiej. „Świeci” blaskiem wspaniałych szat przez okna kaplicy nad Ostrą Bramą, widoczna z daleka.
Dobrze znamy wizerunek Najświętszej Panny z lekko pochyloną głową, w aureoli dwunastu gwiazd i wielu promieni. Przymknięte oczy, skrzyżowane na piersiach delikatne dłonie, smukłą postać okoloną półksiężycem. Jej urok, łagodność, niezwykła słodycz i zamyślenie wzbudzają ufność i nakłaniają do modlitwy. Nie istnieją sprawdzone dane o pochodzeniu obrazu i jego autorze. Przypuszcza się, że to wybitne dzieło namalowano w pierwszych latach XVII wieku. Wtedy bowiem pośród murów otaczających Wilno, nad jedną z dziewięciu bram, zwaną Miednicką albo Ostrą, zawieszono od strony wewnętrznej wizerunek Matki Bożej, zaś od zewnątrz – obraz Chrystusa Salwatora (Zbawiciela) z kulą ziemską w ręku. Po zbudowaniu na bramie specjalnej kaplicy w 1672 r. procesjonalnie wprowadzono do niej obraz Najświętszej Panny, który od tego czasu stał się przedmiotem wielkiego kultu. Nabożeństwo spotęgowało się wyraźnie po pożarze Wilna w 1706 r., kiedy wielu mieszkańców miasta doznało szczególnej pomocy Królowej Miłosierdzia.
Od 1735 r. zaczęto obchodzić w listopadzie święto Opieki Matki Najświętszej. Przenoszono wtedy wizerunek do pobliskiego kościoła św. Teresy, a dla uświetnienia uroczystości zapraszano biskupów, sławnych kaznodziejów, alumnów z seminariów duchownych; oświetlano, dekorowano kościół, bramę oraz całą uliczkę. W 1761 r. zanotowano pierwszy cud. Na znak doznanych łask zawieszano w kaplicy liczne wota. W 1773 r. papież Klemens XVI zezwolił na publiczne odprawianie tam nabożeństw. W 1828 r. na frontonie kaplicy umieszczono napis: „Matko Miłosierdzia – pod Twoją obronę uciekamy się”. Wskutek nakazu władz zaborczych nadano mu formę łacińską: Mater Misericordiae – sub Tuum praesidium confugimus! Po upadku powstania styczniowego generał gubernator Murawiew, zwany Wieszatielem, zamierzał zamknąć kaplicę i zabrać obraz do cerkwi. Planów swoich nie zdążył przeprowadzić, został bowiem nagle z Wilna odwołany. Pomimo nieprzychylnego stosunku carskich zarządców obraz otaczany był wzrastającą stale czcią wiernych i szeroko słynął cudami. Papież Pius X zezwolił archidiecezji wileńskiej na własną modlitwę brewiarzową i Mszę św. o Najświętszej Pannie Matce Miłosierdzia, które wprowadzono 16 listopada 1915 r.
Pius XI, jeszcze jako Achilles Ratti, nuncjusz papieski w Polsce, w 1920 r. odprawił Mszę św. w Kaplicy Matki Bożej Ostrobramskiej, udzielając potem już jako głowa Kościoła pozwolenia na koronację. Dzięki staraniom abp. Romualda Jałbrzykowskiego, metropolity wileńskiego, ważny ten akt odbył się 2 lipca 1927 r. Przy ołtarzu zbudowanym obok katedry wileńskiej, do której w przeddzień przeniesiono procesjonalnie cudowny wizerunek – koronację przeprowadził kard. Aleksander Kakowski w obecności kard. Augusta Hlonda, Prymasa Polski, dwudziestu ośmiu biskupów, ok. pięciuset kapłanów, wielkiej liczby wspólnot zakonnych, a także dostojników świeckich, do których należeli prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki, marszałek Józef Piłsudski, ministrowie, przedstawiciele wojska, świata nauki i kultury. Przybyły też delegacje wszystkich polskich diecezji oraz nieprzebrana rzesza wiernych. To święte miejsce od wieków przyciągało modlących się i szukających pomocy czcicieli Maryi. Przed odjazdem na wygnanie w 1824 r. „Pannę Świętą, co w Ostrej świeci Bramie” żegnali na Prymarii Adam Mickiewicz z młodzieżą filomacką i filarecką, Panią Wschodu i Zachodu nawiedzali znani artyści, politycy, naukowcy i pisarze, sławiąc Ją pięknym słowem, muzyką i pieśnią. Tęsknili do Niej polscy zesłańcy, więźniowie obozów, emigranci, wskutek wojen rozproszeni po całym świecie.
Wiele godzin przed obrazem Miłosiernej Matki spędziła na modlitwie św. s. Faustyna, sekretarka Miłosierdzia Bożego, mieszkająca w wileńskim domu swego Zgromadzenia ponad trzy lata. Z radością też adorowała namalowany pod jej natchnieniem przez Eugeniusza Kazimirowskiego wizerunek Miłosiernego Chrystusa – zawieszony po raz pierwszy w Ostrej Bramie na okres uroczystego Triduum, zamykającego Jubileuszu Tysiąclecia Odkupienia, w dniach od 26 do 28 kwietnia 1935 r. W okresach komunistycznych prześladowań w ręce Królowej Ostrobramskiej oddawał losy narodu polskiego i ludów pobratymczych Prymas Tysiąclecia. We wrześniu 1993 r. podczas pielgrzymki do krajów nadbałtyckich Ojciec Święty Jan Paweł II odwiedził także Wilno. W Ostrej Bramie poprowadził nabożeństwo różańcowe, transmitowane na cały świat. Wypełniał w ten sposób prośbę Fatimskiej Matki, wzywającej do odmawiania Różańca. Zawierzał Najświętszej Maryi Pannie ziemię i narody tego rejonu Europy, dziękował za ogrom łask. Prosił, by Matka Miłosierdzia – Królowa i Opiekunka z Ostrej Bramy prowadziła wszystkich ludzi po drogach pokoju, sprawiedliwości i wiary.
ks. Edmund Boniewicz SAC/Tygodnik Niedziela
***
Nawróceni milionerzy, którzy usłyszeli Matkę Bożą – od 30 lat mieszkają w Medjugorie
„Wzywam cię do nawrócenia po raz ostatni” – tak brzmiało orędzie Matki Bożej, które zmieniło życie Patricka i Nancy, milionerów z Kanady, którzy od ponad 30 lat mieszkają w Medjugorie.
Patrick i Nancy Latta
***
Patrick Latta był odnoszącym sukcesy biznesmenem w Vancouver w Kanadzie. On i jego żona Nancy prowadzili wystawny tryb życia. W ich codzienności brakowało Boga. Czwórka dzieci Patricka (z dwóch poprzednich małżeństw) miała wszystko, co można było kupić za pieniądze. Prześladowały ich jednak uzależnienia od alkoholu i narkotyków. Dobra materialne i hedonizm stanowiły dla nich wartość nadrzędną. Do czasu.
Jedynym bogiem był pieniądz
„Znałem sposoby, aby powiększyć kapitał. Kiedy syn zapytał mnie: «tata, kto to jest Bóg?», pokazałem mu banknot 20-dolarowy i powiedziałem: «oto twój bóg! Im więcej będziesz ich miał, tym więcej boga będziesz miał»” – wspomina Latta.
Patrick i Nancy poznali się w dojrzałym wieku. Kobieta pracowała wówczas w dobrze prosperującej kancelarii prawnej.
Przez wiele lat para żyła bez ślubu. Jak mówią, oboje uważali to za coś normalnego. Po 7 latach spędzonych razem postanowili sformalizować związek. Patrick wypożyczył prywatny helikopter i zorganizował wspaniałą uroczystość. „Była to ceremonia cywilna, a orkiestra grała muzykę New Age” – opowiada mężczyzna. Kiedy Patrick wrócił następnego dnia z pracy do domu, Nancy płakała. „Nie czuję się żoną” – oznajmiła. Kobieta pragnęła ślubu kościelnego. Mąż przypomniał jej, że ma już za sobą dwa małżeństwa, w tym jedno kościelne, i dwa rozwody. Tego dnia para postanowiła uporządkować sprawę.
Nancy i Patrick spotkali się z biskupem, który posiadał dokumentację dotyczącą stwierdzenia nieważności małżeństwa mężczyzny z pierwszą żoną. „Drugi mój związek był tylko cywilny, więc nie było żadnych przeszkód, bym poślubił Nancy w kościele” – tłumaczy Latta.
„Wzywam cię do nawrócenia po raz ostatni”
Nancy udała się do kościoła Niepokalanego Serca Maryi, by zapytać księdza, czy mógłby udzielić im ślubu. Kapłan zgodził się, ale przestrzegł kobietę, aby nie wychodziła za Patricka. „Nie ma szans, aby to małżeństwo przetrwało. On nigdy się nie zmieni” – podkreślił duchowny.
Latta zgodził się uczęszczać na spotkania przygotowujące do przyjęcia sakramentu małżeństwa. Złożył wiele obietnic. Zadeklarował, że przystąpi do spowiedzi. Ostatecznie para stanęła na ślubnym kobiercu. Mężczyzna złamał jednak każdą obietnicę. W życiu Nancy i Patricka wciąż brakowało obecności Boga, małżonkowie nie chodzili do kościoła, nie uczestniczyli w Eucharystii i nabożeństwach, nie modlili się.
Podczas jednej z przeprowadzek para znalazła paczkę, którą przysłał im brat Nancy. W środku znajdowała się książka o orędziach Matki Bożej z Medjugorie. Nancy podała ją Patrickowi. „Mój drogi mężu poganinie, wyrzucić to ty, bo ty będziesz to miał na sumieniu!” – powiedziała. Latta doskonale pamięta moment, kiedy sięgnął po książkę. „Przyszłam, aby wezwać cię (was) do nawrócenia po raz ostatni” – tak brzmiało pierwsze orędzie.
W jednej chwili coś się zmieniło. Mężczyzna zaczął płakać. Trudno mu było zrozumieć, że Matka Boża postanowiła zwrócić się bezpośrednio do niego. Drugie orędzie, które przeczytał Patrick, brzmiało: „Przyszłam wam powiedzieć, że Bóg istnieje!”.
Na drugi dzień Latta poprosił żonę, aby pomodlili się razem na różańcu. „Jeśli się nie spowiadacie, nie może się dokonać wasza droga nawrócenia” – usłyszał w głębi serca. Patrick zdał sobie sprawę, że cała nauka katolicka, którą przekazali mu rodzice, jest prawdziwa, ale on o tym zapomniał. Pamięta też dzień, kiedy wreszcie poszedł do spowiedzi. „Idź w pokoju, Bóg ci wybacza, odpuszczone są ci twoje grzechy” – słowa kapłana, które usłyszał w konfesjonale, stały się tak bardzo uwalniające.
Po tym doświadczeniu Patrick zrozumiał, że to właśnie księża mają niezwykły dar jednoczenia ludzi z Bogiem. Wdzięczność wobec kapłanów sprawiła, że mężczyzna postanowił rozpocząć budowę domu dla pielgrzymów w Medjugorie.
„Codziennie żyjemy z naszą Panią”
Małżonkowie sprzedali wszystko, co mieli, i się tam przeprowadzili. „Dlaczego chcesz zamieszkać w Medjugorie, skoro nigdy tam nawet nie byłeś?” – zapytała Nancy. Patrick odpowiedział: „Tam mieszka Maryja, a ja chcę być Jej sąsiadem, ponieważ ocaliła mi życie”.
W czasie przeprowadzki para usłyszała o weekendzie maryjnym w Eugene w Stanach Zjednoczonych. Małżonkowie wzięli udział w konferencji naukowej na temat orędzia Matki Bożej w Medjugorie. Byli bardzo wzruszeni, gdy kapłan zasugerował, by wszyscy poświęcili się Niepokalanemu Sercu Maryi. „Matko Święta, weź moje dzieci, ponieważ ja nigdy nie byłem prawdziwym ojcem. Błagam Cię, bądź dla nich rodzicem, jestem fatalny, zniszczyłem czwórkę moich dzieci, uratuj je Ty” – powiedział Patrick.
Małżonkowie spędzili 2 dni na konferencji. Dowiedzieli się, że dla Matki Bożej, w drodze do nawrócenia, ważne są spowiedź, uczestnictwo we Mszy św. i modlitwa różańcowa. Mężczyzna zaczął żyć orędziami Matki Bożej. Codziennie się modlił, czytał Biblię, pościł. Jego dzieci zaczęły się nawracać. Po prawie 20 latach jeden z synów powrócił do Kościoła, ożenił się. Ma dwójkę pięknych i zdolnych dzieci. Jest nauczycielem w katolickim liceum. Drugi syn przyjechał kiedyś w pobliże Wzgórza Objawień, a ojciec ofiarował mu różaniec. Wrócił do Kanady, a później zadzwonił do Patricka, aby powiedzieć mu, że przestał pić, rzucił rugby i chce zostać strażakiem. Patrick zapytał: „Jak to możliwe?”, a syn rzekł: „To przez różaniec, który mi dałeś w Medjugorie”. Dziś jest żonaty i ma dwójkę wspaniałych dzieci.
„Matka Boża powiedziała: jeśli będziecie odmawiali Różaniec, pokażę wam cuda w waszych rodzinach” – opowiada Patrick, parafrazując słowa Maryi. Przez 10 lat mężczyzna nie miał kontaktu z córką. Pewnego dnia odebrał od niej telefon. Powiedziała, że jest w Kanadzie i chciałaby przyjechać do Medjugorie. „Tatusiu, ja chcę zacząć od nowa. Nie chcę żyć z dala od rodziny” – wyjaśniła. W tym czasie miała za sobą trzy rozwody. Przyjechała do Patricka i Nancy na 2 tygodnie. Została tu uzdrowiona. Problem z alkoholem zniknął. Kobieta wróciła na studia i uzyskała dyplom pielęgniarski. Patrick poprosił Maryję o wstawiennictwo dla najstarszego syna, który nadal prowadził niemoralny tryb życia. Dzięki modlitwie on także powrócił do Boga.
Patrick i Nancy wciąż dzielą się swoim świadectwem, zapraszają do domu wszystkich pielgrzymów udających się do sanktuarium. Często też podkreślają moc modlitwy różańcowej. „To jest odpowiedź na każdy problem. To jest odpowiedź na twoje małżeństwo. To jest odpowiedź dla twoich dzieci” – mówią.
„Drogie dzieci! Najwyższy w swojej dobroci dał wam mnie, abym was prowadziła drogą pokoju. Wielu odpowiedziało [na to wezwanie] i modli się, ale wielu ludzi nie zaznało pokoju i nie poznało Boga miłości. Dlatego, módlcie się i kochajcie, twórzcie grupy modlitewne, abyście się zachęcali do czynienia dobra. Jestem z wami i modlę się o wasze nawrócenie. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie. ”
„Wzywam was, byście się stali apostołami miłości i dobroci. W tym niespokojnym świecie świadczcie o Bogu i Bożej miłości, a Bóg będzie wam błogosławił i da wam to, o co Go poprosicie.”
***
Aby Boża Matka była coraz bardziej znana, miłowana,uwielbiana i słuchana!
***
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
św. Josemaría Escrivá de Balaguer
fot.wiseGeek
*****
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc listopad 2025
Intencjapapieska:
– Módlmy się, aby osoby, które doświadczają pokusy popełnienia samobójstwa, znalazły w swoich wspólnotach potrzebne im wsparcie, pomoc oraz miłość i otworzyły się na piękno życia.
– Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
– Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
– Św. Ojciec Pio często zachęcał do żarliwej modlitwy za tych, którzy cierpią męki czyśćcowe. Polecajmy więc naszej Bożej Matce święte dusze w czyśćcu. Któż z nas nie ma tam swoich bliskich i kto wie, jak wielu z nich cierpi tam może – a nawet z pewnością – także przez nas… Prośmy Najświętszą Maryję Pannę, aby przyszła im z pomocą, łagodząc ich cierpienia i chłodząc dręczący ich płomień.
Dodatkowe intencje dla Róż: św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
– Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Róży: bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
– Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.Módlmy się, aby wyznawcy różnych tradycji religijnych współpracowali ze sobą w obronie budowania pokoju, sprawiedliwości i braterstwa.
***
Od 1 listopada 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 października 2025 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się również w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.
Modlitwa różańcowa jest bronią najpotężniejszą – co potwierdzają święci, mistycy i wydarzenia na przestrzeni dziejów świata i w ludzkich sercach Tym, którzy tego nie potrafią zauważyć a jedynie tylko kpiąco z pogardą wyśmiewać – można zapytać – co pomoże walczącemu nawet najpotężniejsza broń, którą ma do dyspozycji, jeżeli nie potrafi się nią posługiwać?
***
Nowenna przed uroczystością
Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata
Adobe Stock
***
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 1
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Ewangelii według św. Łukasza (Łk 11, 2)
Jezus rzekł do nich: „Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się świeci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje Królestwo”.
Jezus z Nazaretu, Syn Człowieczy, narodzony z Maryi Dziewicy, przyszedł objawić ludzkości ojcostwo Boga. Przyszedł objawić ojcostwo, które On sam jeden zna, jako współistotny Ojcu Syn. Przyszedł więc, aby wprowadzić ludzkość w sam przedwieczny i Boski wymiar wszelkiego w świecie stworzonym ojcostwa i rodzicielstwa. Wszelkiego też porządku i ładu, który ma wymiar rodzinny jako podstawowy. Czy objawić znaczy tylko przypomnieć? Więcej. Objawić to znaczy przywrócić. Chrystus przyszedł, aby przywrócić ludzkości, ogromnej ludzkiej rodzinie, ojcostwo Boga. Tylko On jeden mógł tego dokonać w sposób pełny. Aby zaś przywrócić ludziom ojcostwo Boga, musiał Chrystus przywrócić ludzi Bogu jako Ojcu. I to było Jego istotną misją (św. Jan Paweł II, Homilia w czasie Mszy św. odprawionej na lotnisku w Masłowie, Kielce 3 VI 1991).
Nasze życie wewnętrzne, to życie w całej prawdzie i prostocie, to życie dzieci wobec naszego Ojca niebieskiego. Dziecko małe nie rozumie, co to jest fałsz, kłamstwo i obłuda, bo jest proste, żyjące w prawdzie. Często przypatrywałam się i obserwowałam dzieci, zachwycała mnie ich prawda i prostota, a czując nieprzeparty pociąg, by pozostać na zawsze i na wieki dzieckiem, ta prawda i prostota olśniły moją duszę (Sługa Boża Rozalia Celakówna, Wyznania, s. 210).
Modlitwa
Boże, Ojcze rodzaju ludzkiego, dziękujemy Ci, że w Chrystusie uczyniłeś nas swoimi przybranymi dziećmi i dałeś nam poznać tę wielką godność. Ty objawiłeś, że bycie dzieckiem Boga jest w swej istocie postępowaniem w prawdzie i prostocie, bez cienia obłudy i egoizmu.
Jezu Chryste, nasz Królu i Panie, spraw prosimy, niech wszyscy ludzie poznają jak dobry jest Bóg, Ojciec wszelkiego stworzenia, a Jego opieka nad tymi, którzy się Go boją. Jezu, przez przyczynę Sługi Bożej Rozalii Celakówny, która czuła się dzieckiem w ramionach niebieskiego Ojca daj nam czcić i sławić imię Jego, a wysławiając Je otrzymać chwałę życia wiecznego, gdzie Ty żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 2
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Listu do Hebrajczyków (Hbr 1, 1 -2a)
Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna.
Jezus niejednokrotnie jest ignorowany, jest wyśmiewany, jest ogłaszany królem przeszłości, ale nie teraźniejszości, a tym bardziej nie jutra, jest spychany do lamusa spraw i osób, o których nie powinno się mówić na głos i w obecności innych (Benedykt XVI, Przemówienie podczas spotkania z młodzieżą na Błoniach w Krakowie, 27 V 2006).
Naraz powstało w mojej duszy pragnienie, szalone pragnienie, czynienia jak największych wysiłków, by ukochać Pana Jezusa, upodobnić się do Niego, nie, aby zdobyć szczęście wieczne, lecz jedynie dlatego, by okazać Mu moją miłość i radość sprawić Jego Boskiemu Sercu (Sługa Boża Rozalia Celakówna, Wyznania, s. 33).
O Jezu Panie nasz, pragnę Ciebie Samego we wszystkim szukać i więcej nic. Ale Ty Jezu wiesz, że niczego nie szukam i pragnę prócz Ciebie, bo Ty Jezu za wszystko mi wystarczysz! Teraz już jestem zupełnie ogołocona ze wszystkiego. Nie mam ani swych pragnień, ani dążności, ani zamiarów – chcę tylko tego, czego chce Pan Jezus (Sługa Boża Rozalia Celakówna, Wyznania, s. 167).
Modlitwa
Boże, Ojcze wszelkiego miłosierdzia i pociechy, najłaskawszy Panie i Królu! Ty, posłałeś na świat Jednorodzonego Syna swego, aby świat uwierzył, że jesteś jego jedyną miłością, szczęściem i celem istnienia. Rozalii Celakównie objawiłeś, że nasz Pan jest nie tylko Zbawicielem, ale także miłośnikiem każdej duszy ludzkiej, za którą przelał własną Krew. Jezu, Królu dusz ludzkich, niech wstawiennictwo Rozalii Celakówny przyczyni się do wzrostu miłości we wszystkich duszach, zarówno tych, którzy Cię znają jak i tych, co jeszcze Ciebie nie poznali. Panie nasz, niech pragnienie Rozalii, aby Twoje Serce było kochane i miłowane, rozszerza się jak najszybciej bo tylko „Ty jesteś godzien wszelakiej miłości, poszanowania, chwały i uczciwości”. Przybliż, prosimy, panowanie Twego Królestwa w duszach ludzi oddających Ci dzisiaj hołd; w naszych rodzinach, parafiach i całej Ojczyźnie. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 3
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Listu do Rzymian (Rz 8, 26)
Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami.
Owo tchnienie życia Bożego, Duch Święty, daje o sobie znać – w swej najprostszej i najpowszechniejszej zarazem postaci – w modlitwie. Piękna i zbawienna jest myśl, że gdziekolwiek ktoś modli się na świecie, tam jest Duch Święty, ożywcze tchnienie modlitwy. Piękna i zbawienna jest myśl, że jak szeroko rozprzestrzenia się modlitwa na całym okręgu ziemi, w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, tak rozległa jest obecność i działanie Ducha Świętego, który „tchnie” modlitwę w serce człowieka w całej niezmierzonej gamie różnych sytuacji i warunków, raz sprzyjających, raz przeciwnych życiu duchowemu i religijnemu. Wiele razy pod działaniem Ducha Świętego modlitwa płynie z serca człowieka pomimo zakazów i prześladowań, a nawet wbrew oficjalnym oświadczeniom o areligijnym czy wręcz ateistycznym charakterze życia publicznego (św. Jan Paweł, Encyklika Dominum et vivificantem, 65).
Duch Przenajświętszy, Ten Ogień Miłości, zlewał na duszę uniżoną swe dary i łaski. W duszy czułam więcej niż niebo, cała będąc przejęta tym Ogniem. O Boże Wielki, któreż stworzenie może wypowiedzieć co Ty dajesz tym, którzy Cię pragną znaleźć i posiąść na zawsze!… Ten cichy powiew łaski, który działał na duszę, jak szum gwałtownego wichru, kiedy Ty o Boże Miłości, wstąpiłeś na Matkę Bożą i Apostołów zebranych w Wieczerniku na modlitwie, tak On przemieniał i moją najmniejszą duszę (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże, źródło Życia i Dawco wszelkich łask! Ty, który mocą Ducha Świętego odnawiasz i uświęcasz wszystko. Wejrzyj, Panie, na swój Kościół, który pragnie nieustannie odnawiać się Jego mocą. Spraw, aby nasze serca otworzyły się na Jego tajemnicze działanie. Jezu Chryste, który w tajemnicy Odkupienia otworzyłeś nam drogę do nieba, wejrzyj na wszystkich, którzy poprzez ofiary i poświęcenie, pragną odnawiać oblicze ziemi, naśladując przykład dany przez Twoją służebnicę Rozalię. Poślij nam, Panie, swojego Ducha, aby nasze wszystkie zamiary, pragnienia i decyzje były skierowane ku służbie Bożej i chwale Twego Królestwa. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 4
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Ewangelii wg Św. Jana (J 19, 26-27)
Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.
Matka Chrystusa doznaje uwielbienia „jako Królowa wszystkiego”. Ta, która przy Zwiastowaniu nazwała siebie „służebnicą Pańską”, pozostała do końca wierną temu, co ta nazwa wyraża. Przez to zaś potwierdziła, że jest prawdziwą „uczennicą” Chrystusa, który tak bardzo podkreślał służebny charakter swego posłannictwa: Syn człowieczy „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20,28). W ten sposób też Maryja stała się pierwszą wśród tych, którzy „służąc Chrystusowi w bliźnich, przywodzą braci swoich pokorą i cierpliwością do Króla, któremu służyć znaczy królować”, i osiągnęła w pełni ów „stan królewskiej wolności”, właściwy dla uczniów Chrystusa: służyć – znaczy królować! (św. Jan Paweł, Encyklika Redemptoris Mater, 41).
Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie był i jest jedynym przedmiotem mej miłości, lecz do Jezusa prowadziła mnie zawsze Matka najdroższa Najśw. Panna Maryja. Nie uwierzę nigdy w to, by można było ukochać Pana Jezusa, nie kochając Matki Najświętszej, jak dziecko swej Matki”.
Maryja pouczała ją: „Moje dziecko, jeżeli chcesz być do Mnie podobna, naśladuj mnie w tych cnotach, patrz jak moje życie było proste, bez żadnej nadzwyczajności, w zupełnym ukryciu (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże niepojęty w swej świętości! W Jezusie Chrystusie, swoim Synu, zostawiłeś nam wzór świętości oraz wskazałeś ku niej drogę. Z Maryją związałeś misję zbawienia człowieka, czyniąc Ją Matką Jezusa i jednocześnie nasza Matką. Wspomóż nas, abyśmy poznali i uwierzyli, że Maryja jest dla nas wzorem do osiągnięcia miłości doskonałej. Niech nasze życie będzie przeniknięte pragnieniem miłości Jezusa i Maryi.
Matko Bożej Miłości, wejrzyj na lud zebrany w tej świątyni i na każdym innym miejscu, gdzie wysławia Twoją cześć i woła z ziemi pełnej niedoli. Spójrz, na wszystkie dusze pragnące niepodzielnie kochać Twojego Syna i Ciebie. Wejrzyj na wszystkie dusze, a szczególnie dusze miłujące Twego Syna, ucz je jak najwierniej wypełniać Jego wolę, ochraniaj przed wszelkim grzechem i wspomóż w osiąganiu doskonałej miłości w pokorze, cichości i całkowitym oddaniu się Bogu. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 5
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Ewangelii według Św. Mateusza (Mt 1, 20)
Oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło.
Całkowita ofiara, jaką Józef złożył ze swego istnienia, aby godnie przyjąć Mesjasza we własnym domu, znajduje wytłumaczenie w niezgłębionym życiu wewnętrznym, które kierowało jego postępowaniem i było dlań źródłem szczególnych pociech; to z niego czerpał Józef rozwagę i siłę – właściwą duszom prostym i jasnym – dla swych wielkich decyzji, jak wówczas gdy bez wahania podporządkował Bożym zamysłom swoją wolność, swoje prawo do ludzkiego powołania, swoje szczęście małżeńskie, godząc się przyjąć w rodzinie wyznaczone sobie miejsce i ciężar odpowiedzialności, ale rezygnując, mocą nieporównanej dziewiczej miłości, z naturalnej miłości małżeńskiej, która tworzy rodzinę i ją podtrzymuje. To poddanie się Bogu, będące gotowością woli do poświęcenia się Jego służbie, nie jest niczym innym jak praktyką pobożności, która stanowi jeden z przejawów cnoty religijnej (św. Jan Paweł II, Adhortacja Redemptoris custos, 26).
Po nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny najgoręcej modliłam się do Św. Józefa. Jego obrałam za Opiekuna i Mistrza w życiu wewnętrznym. Święty Józef najgoręcej kochał Pana Jezusa po Najświętszej Maryi Pannie, więc Jego wstawiennictwo przed Panem Jezusem jest najskuteczniejsze. Św. Józef był mi pomocą, radą i światłem, co mam czynić by się podobać Panu Jezusowi i radość Mu sprawić. (…) Z serca zaś najczęściej modliłam się tak: Święty Józefie, mój Najukochańszy Ojcze i Opiekunie, proszę Cię serdecznie, naucz mnie kochać Pana Jezusa i Najświętszą Maryję Pannę tak, jak Ty Ich kochałeś; zachowaj mnie od grzechu, wspomóż mnie w chwili pokus, bym nie upadła; naucz mnie modlić się w sposób doskonały, pomóż mi dojść do jak najściślejszego zjednoczenia się z Panem Jezusem przez miłość jak najgorętszą; daj mi – błagam Cię – takiego spowiednika, który by mi pomógł wejść na wąską ścieżkę doskonałości chrześcijańskiej i po tej ścieżce doprowadził mnie na sam szczyt (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże niepojętej dobroci, który nieustannie powołujesz człowieka do życia w świętości. Ty powołałeś Świętego Józefa do przyjęcia roli i zadań Opiekuna Twojego Syna Jezusa Chrystusa. Wspomóż nas, abyśmy w osobie Świętego Józefa widzieli wzór cnót chrześcijańskich, podobnie jak to czyniła Służebnica Twoja Rozalia Celakówna, która uczyła się od niego wierności, sprawiedliwości, pozostania w ukryciu oraz odrzucenia własnych ambicji.
Święty Józefie, który roztoczyłeś swą opiekę nad Służebnicą Bożą Rozalią, spójrz na wszystkie dusze pragnące w sposób bezwarunkowy ukochać Pana Jezusa i Jego Matkę, Maryję. Wypraszaj nam zdroje łask, abyśmy potrafili chronić czystości naszych dusz jak skarbu po to, aby uczynić z nich godne mieszkanie dla Boga. Święty Józefie, chroń nasze dzieci i młodzież od wszelkiej nieczystości, która niszczy w ich sercach Boże Życie. Wstawiaj się za nami u Boga, abyśmy na miarę swoich sił i współpracując z łaską Chrystusa, budowali na ziemi Królestwo Boże. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 6
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Ewangelii według Św. Łukasza (Łk 2, 51)
Potem poszedł z Nimi i wrócił do Nazaretu, i był Im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu.
Kochać rodzinę, to znaczy umieć cenić jej wartości i możliwości i zawsze je popierać. Kochać rodzinę, to znaczy poznać niebezpieczeństwa i zło, które jej zagraża, aby móc je pokonać. Kochać rodzinę, to znaczy przyczyniać się do tworzenia środowiska sprzyjającego jej rozwojowi. Zaś szczególną formą miłości wobec dzisiejszej rodziny chrześcijańskiej, kuszonej często zniechęceniem, dręczonej rosnącymi trudnościami, jest przywrócenie jej zaufania do samej siebie, do własnego bogactwa natury i łaski, do posłannictwa powierzonego jej przez Boga. Trzeba, aby rodziny naszych czasów powstały! Trzeba, aby szły za Chrystusem! (św. Jan Paweł lI, Adhortacja Familiaris consortio, 86).
Św. Józef wskazywał mi proste Życie Najświętszej Rodziny w Nazarecie, bez rozgłosu, mało znane, by się na nim wzorować… I to Życie tak bardzo mnie zachwycało i porywało… To Życie stało się dla mnie najważniejszym ideałem, bo ono najwięcej zbliżało mnie do Pana Boga i z Nim upodabniało (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże, Ojcze rodzaju ludzkiego! Ty, który przyszedłeś na świat w rodzinie i ukazałeś ją jako czytelny znak miłości, wzajemnego poszanowania i dobroci, spraw abyśmy ciągle na nowo uczyli się miłości oraz odnajdywali drogę do osiągnięcia szczęścia kontemplując doskonałość Świętej Rodziny z Nazaretu.
Jezu, który poprzez swoje Wcielenie uświęciłeś życie w rodzinie, Tobie dziś zawierzamy każdą rodzinę ludzką, zarówno tę, żyjącą z dala od prawdziwego szczęścia, jak i tę, która cieszy się darami Bożej łaski. Sługa Boża Rozalia ukazała, że prawdziwe szczęście jest w wiernym pełnieniu woli Bożej oraz nazaretańskim klimacie serdeczności i cichości. Wejrzyj na wszystkie rodziny polskiej ziemi, błogosław im i spraw, aby odnalazły prawdziwe wartości, które rodzinę tworzą, scalają i pozwalają odnaleźć Twój pokój. Niech spełni się wołanie aby: „Polska rodzina była Bogiem silna”. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 7
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Pierwszego Listu Św. Piotra Apostoła (1 P 1, 15-16)
W całym postępowaniu stańcie się wy również świętymi na wzór Świętego, który Was powołał, gdyż jest napisane: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem Święty”.
Męczennicy, a wraz z nimi wszyscy święci Kościoła, dzięki wymownemu i porywającemu przykładowi ich życia, do głębi przemienionego blaskiem prawdy moralnej, rzucają jasny promień światła na każdą epokę dziejów, budząc zmysł moralny. Poprzez swoje świadectwo dobru stają się wyrzutem dla tych wszystkich, którzy łamią prawo (por. Mdr 2,12), przypominając ciągłą aktualność słów proroka: „Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy zamieniają ciemności na światło, a światło na ciemności, którzy przemieniają gorycz na słodycz, a słodycz na gorycz! (Iz 5,20) (św. Jan Paweł II, Encyklika Veritatis splendor, 93).
Zbliżyła się do mojego łóżka i rzekła: Ciesz się bardzo, że ci dał Pan Jezus wiele cierpieć: wzgardy, poniżenia, oszczerstw i różnych cierpień zwłaszcza cierpień w szpitalu i prześladowania od pewnych dusz. I jakaż to nieoceniona łaska jest ci dana, że Pan Jezus pozwolił takie rzeczy wycierpieć! Jest to największa łaska, jaką otrzymałaś w tym życiu od Pana Boga (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże Ojcze wszelkiej łaski! W Twoich Świętych nieustannie ukazujesz swoją niezmierzoną dobroć i opiekę dla całego Kościoła. Ty, za przyczyną naszego Pana i Króla Jezusa Chrystusa, wskazujesz świętym drogę do doskonałości i pozwalasz im – już na ziemi – zakosztować owoców Odkupienia. Dodaj nam sił abyśmy mieli odwagę podążać do świętości wzmocnieni przykładem Sługi BoŜej Rozalii Celakówny.
Jezu Chryste, który cieszysz się każdą duszą, pragnącą Cię miłować ponad świat i własne życie. Oblubienicy Serca Swego dałeś zakosztować niebiańskiej słodyczy miłości, królując niepodzielnie w jej czystym sercu. Panie i Królu, Ty chcesz królować w sercach prawych i szczerych, ubogich i prostych, cierpiących i znieważonych, za przyczyną Twej Służebnicy Rozalii, wejrzyj na te dusze i uczyń je królestwem swojej miłości, pokoju i prawdy. Niech zapalają wszystkie serca oziębłe i obojętne dla czci i wysławienia Ojca Niebieskiego. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 8
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Listu do Hebrajczyków (Hbr 7, 26)
Takiego bowiem potrzeba nam było Arcykapłana: świętego, niewinnego, nieskalanego, oddzielonego od grzeszników, wywyższonego ponad niebiosa.
Kapłan zawsze i niezmiennie znajduje źródło swej tożsamości w Chrystusie – Kapłanie. To nie świat potwierdza jego status wedle swych potrzeb i roli, jaką on odgrywa w społeczeństwie. Kapłan jest naznaczony pieczęcią Kapłaństwa Chrystusowego, by uczestniczyć w Jego charakterze jedynego Pośrednika i Odkupiciela. Stąd też na tym sakramentalnym gruncie otwiera się dla kapłana wielka „przestrzeń” posługi wobec dusz dla zbawienia ich w Chrystusie i Kościele: służby, która winna być bez reszty pobudzona miłością dusz ludzkich na wzór Chrystusa, który oddaje dla nich życie. Bóg pragnie zbawienia wszystkich ludzi, aby nie zginęło ani jedno z tych małych (por. Mt 18,14). „Kapłan winien zawsze być gotów odpowiedzieć potrzebom dusz”, mawiał Proboszcz z Ars. „On nie żyje dla siebie; żyje dla was”. Kapłan żyje dla ludzi świeckich: ożywia ich i umacnia w wykonywaniu powszechnego kapłaństwa wiernych – tak bardzo uwydatnionego przez II Sobór Watykański – które polega na składaniu duchowej ofiary z życia, na dawaniu świadectwa zasadom chrześcijańskim w rodzinie, na podejmowaniu zadań w świecie i na uczestnictwie w ewangelizacji braci. Jednakże posługa kapłana ma inny charakter. Został on wyświęcony, by działał w imieniu Chrystusa – Głowy i by wprowadzał ludzi w nowe życie (św. Jan Paweł II, List do kapłanów na Wielki Czwartek 1986 roku).
Kapłan to drugi Chrystus, więc dla kapłanów byłam i jestem ustosunkowana tak, jak do Chrystusa Pana. Nad błędami Kapłanów płakałam bardzo, ale się nigdy nie gorszyłam, ani ich przez to nie obrzydzałam, modliłam się i modlę się za Kapłanów, jak tylko umiem (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże, Królu nieba i ziemi! Jezus Chrystus ustanowił święte kapłaństwo dla składania duchowych ofiar, dla czci i chwały Twojego Imienia i zbawienia wiecznego wszystkich wierzących. Z wielką czcią i pokłonem przychodzimy więc, aby ucząc się miłości od Chrystusa Pana i Króla, polecać Tobie tych, których On ukochał aż do końca.
Chryste, Apostołka Twojego Serca, głęboko rozumiała, jak bardzo kapłaństwo jest święte, jak staje się posługą miłości oraz jak jest wszczepione w Twoje Boskie Serce. Przez przyczynę Sługi Twojej Rozalii, która obdarzała największym szacunkiem swojego spowiednika i kierownika duchowego, prosimy Cię Jezu – Najwyższy Kapłanie, abyś wejrzał dzisiaj na swoich wybranych wedle swego miłosierdzia. To oni prowadzą dusze do świętości; okaż im, Panie, swoją miłość i udziel światła Ducha Świętego. Umacniaj ich swoją mocą, wspomagaj wiernością ludu i chroń od wszelkiego zła. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 9
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Pierwszego Listu do Koryntian (1 Kor 15, 24)
Wreszcie nastąpi koniec, gdy przekaże królowanie Bogu i Ojcu i gdy pokona wszelką Zwierzchność, Władzę i Moc.
Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Od Niego bowiem, od samego Chrystusa otrzymałem to polecenie. Jestem apostołem, jestem świadkiem. Im odleglejszy cel, im trudniejsze zadanie, tym gorętsza jest „miłość, która przynagla nas”. Mam obowiązek głosić Jego imię: Jezus jest „Chrystusem, Synem Boga żywego… Obym nigdy nie przestał o Nim mówić: On jest światłem, On prawdą, owszem, „drogą, prawdą i życiem”. On chlebem i źródłem wody żywej: zaspokaja głód i gasi pragnienie… Oto Jezus Chrystus, o którym już słyszeliście, owszem, większość z was należy do Niego, bo jesteście chrześcijanami. Wam przeto, o chrześcijanie, powtarzam Jego imię, do wszystkich zaś ludzi wołam: Jezus Chrystus jest początkiem i końcem, alfą i omegą, Królem nowego świata, tajemnym i ostatecznym wyjaśnieniem naszego losu i dziejów ludzkości (św. Paweł VI, Homilia wygłoszona w Manilii, 29 XI 1970).
Oświadczam ci to moje dziecko, jeszcze raz, że tylko te Państwa nie zginą, które będą oddane Jezusowemu Sercu przez Intronizację, które Go uznają swym Królem i Panem…
Jasna Góra jest stolicą Maryi. Przez Maryję przyszedł Syn Boży by zbawić świat i tu również przez Maryję przyjdzie zbawienie dla Polski przez Intronizację. Gdy się to stanie, wówczas Polska będzie przedmurzem chrześcijaństwa, silna i potężna, o którą się rozbiją wszelkie ataki nieprzyjacielskie (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże, Ojcze miłosierdzia! Ty, który nieustannie szukasz człowieka, który zgubił drogę powrotu do Ciebie – Jedynego Pana i Ojca wszystkich dzieci – daj mu światło odnalezienia drogi do Ciebie. Nasz Pan i Król Jezus Chrystus objawił, że jedynym pewnym schronieniem człowieka jest Jego Boskie Serce. Panie nasz i Królu, jakże bardzo pragniemy, abyś razem z Maryją królował w naszych sercach, w naszym narodzie i państwie.
Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki prosimy, aby naród polski uwierzył, że z aktu obrania Ciebie za Króla i Pana wynika jedynie dobro. Królu pełen miłosierdzia, za przyczyną Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny, która poświęciła swoje życie dziełu Intronizacji, przyjmij nas tutaj zgromadzonych za twych poddanych. Przyjmij także nasze hołdy, cześć, wierność oraz akt zawierzenia Królowi Wszechświata.
Maryjo, Matko Miłosierdzia, prowadź nasz naród do całkowitego przyjęcia i obrania Twego Syna za Króla i Pana, abyśmy poznali, że Królestwo Boże jest prawdziwym szczęściem i w Nim możliwe jest spełnienie życia na ziemi. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
1000 razy dziennie „Zdrowaś, Maryjo” przez 9 dni i… morze łask. 29 listopada rozpoczyna się nowenna przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP według wskazań św. Faustyny.
Gdy kilka lat temu moja mama przystąpiła do tej modlitwy, powiedziałam o tym siedmioletniej córce, która skwitowała: „To babcia ma niezły challenge”. Tak, ta modlitwa wymaga zaparcia, czasu, wytrwałości i organizacji dnia, ale jest do przeprowadzenia. Św. Faustyna odmówiła ją trzykrotnie. Tak o tym napisała w „Dzienniczku”: „Dla chcącego – nic trudnego. Poza rekreacją modliłam się i pracowałam, w dniach tych nie wymówiłam ani jednego słowa niekoniecznie potrzebnego, chociaż muszę przyznać, że ta sprawa wymaga dość dużo uwagi i wysiłku, ale dla uczczenia Niepokalanej nic nie ma za wiele” (Dz. 1413).
Jednego roku, po nowennie, przed Komunią Świętą 8 grudnia s. Faustynie objawiła się Matka Boża. Uśmiechnęła się, przytuliła i prosiła o ćwiczenie się w pokorze, czystości i miłości.
– Odprawienie nowenny daje niesamowite doświadczenie, czym jest modlitwa. Od 2017 r. przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP publicznie odmawiamy 1000 „Zdrowaś, Maryjo” w kaplicy w Niepokalanowie. Obserwuję, że po jej zakończeniu ludzie są autentycznie radośni, rzadko widuje się takich w świecie. Są pełni energii, pokoju i myślę, że za ich sprawą Bóg zsyła wiele łask dla Kościoła i ojczyzny – mówi o. Mirosław Kopczewski OFMConv, organizator publicznej nowenny w Niepokalanowie. Odprawiana jest ona w intencji triumfu Niepokalanego Serca Maryi oraz o pokój w Polsce i na świecie, o jedność w Kościele, za ojczyznę i rządzących, o pełną ochronę prawną ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, o nawrócenie nieprzyjaciół Kościoła i w intencjach poleconych Niepokalanej.
W Niepokalanowie modlitwa odbywa się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem w pięciu blokach modlitewnych (po 20 ta- jemnic każdy), pomiędzy którymi są godzinne przerwy. Rozpoczyna się o godz. 7 Eucharystią, a kończy Apelem Jasnogórskim i błogosławieństwem. Można przyjechać na całą nowennę albo na kilka dni. Można modlić się codziennie w jednym lub w kilku blokach modlitewnych. Każdy sam określa zakres uczestnictwa. Można też nowennę odmawiać samemu w domu lub zorganizować ją w swojej parafii czy wspólnocie.
– Proponuję, by się nie zniechęcać, gdy nie uda się odmówić całego tysiąca w ciągu dnia. Warto nadal działać na miarę swoich możliwości: modlić się w drodze do pracy, po niej, a jeśli ktoś nie może spać, to i w nocy – radzi o. Kopczewski.
Od kilku lat w Niepokalanowie w poszczególnych blokach uczestniczy około 30 osób. Leszek Wolniak z żoną przyjeżdża z okolic Tarnowskich Gór. – Cały pierwszy dzień przepłakałem ze szczęścia. Po kilku godzinach modlitwy nie byłem zmęczony, znużony ani zły na siebie, że przyjechałem. Na posiłkach między modlitwami spotkałem wielu ludzi, którzy też uczestniczyli w nowennie. Wspólnotę nieznajomych ludzi, którą tworzyliśmy, cechowały swoista bliskość, wyrozumiałość, zaufanie. Wspaniali ludzie wielkiej wiary! Czułem zawstydzenie moją pustką. Miałem wtedy 58 lat i żadnej modlitwy różańcowej na koncie, poza pokutą. Od dwóch lat jestem zelatorem dwóch róż różańcowych. Obiecałem Panu Bogu dwa procent z doby, czyli około 30 minut mojego czasu i do tej pory dotrzymuję słowa. Bardzo wiele z tego, co dzieje się w moim życiu dzisiaj, wzięło początek od uczestnictwa w modlitwie nowenny według św. Faustyny – podkreśla Leszek Wolniak.
Gość Niedzielny
***
sobota, 1 listopada 2025
Uroczystość Wszystkich Świętych
MSZA ŚWIĘTA – GODZ. 18.00 W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA
Po Mszy świętej, z racji pierwszej soboty miesiąca, będzie nabożeństwo wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny.
***
Tego dnia będę modlił się na cmentarzach przy grobach naszych Rodaków:
o godz. 11.00 – cmentarz Lambhill
następnie na cmentarzach Cardonald i Linn
zakończenie modlitw na cmentarzu Dalbeth o godz. 14.30
+++
niedziela 2 listopada
Dzień Zaduszny
14.00 – MSZA ŚWIĘTAw kościele św. Piotra
***
W Uroczystość Wszystkich Świętych i w kolejne listopadowe dni Kościół zachęca nas do ożywienia prawdy, którą wyznajemy w świętych obcowanie.
“Żyjąc komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas”. (o. Wit Chlondowski OFM)
Dobrze jest przypomnieć sobie w tym czasie słowa św. Tereski z Lisieux, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.
Chodzi nie tylko o aktywność świętych w niebie i nie tylko o modlitwy.
Był rok 1938, ostatni w ziemskim życiu siostry Faustyny. Stęskniona za Bogiem święta zapisała w „Dzienniczku”: „Nie zapomnę o tobie, biedna ziemio, choć czuję, że cała natychmiast zatonę w Bogu, jako w oceanie szczęścia; lecz nie będzie mi to przeszkodą wrócić na ziemię i dodawać odwagi duszom, i zachęcać je do ufności w miłosierdzie Boże. Owszem, to zatopienie w Bogu da mi możność nieograniczoną działania”.
Deklaracje pomocy tym, którzy pozostają na ziemi, składało wielu świętych. „Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia” – pocieszał święty Dominik braci z zakonu, który założył. Podobną obietnicę złożyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Karmelitanka przed śmiercią obiecała, że gdy znajdzie się w niebie, będzie zsyłała na ziemię „deszcz róż”. Zapowiedziała, że będzie tam „małą złodziejką”, która sprawi, że wiele rzeczy będzie ginąć w niebie, bo ona rozda je na ziemi.
Nie były to słowa rzucane na wiatr. Święci realnie uczestniczą w naszym życiu, potwierdzając rzeczywistość, którą nazywamy świętych obcowaniem. Ale nie tylko to jest treścią tej prawdy wiary.
Święci, czyli kto
„Do wszystkich przez Boga umiłowanych, powołanych świętych, którzy mieszkają w Rzymie”, „do świętych, którzy są w Efezie”, „do świętych i wiernych w Chrystusie braci w Kolosach” – pisze święty Paweł. Nie adresował swoich listów do tych, którzy osiągnęli niebo, lecz do zwykłych chrześcijan. Jeśli jesteś ochrzczony i uczestniczysz we wspólnocie wiary, to jesteś święty. Dla chrześcijan czasów apostolskich było to jasne. Trwające między nimi zjednoczenie to społeczność świętych, inaczej świętych obcowanie.
Chrześcijanie już w starożytności deklarowali: „Wierzę w świętych obcowanie”. Formuła ta po raz pierwszy znalazła się w wyznaniu wiary z IV wieku. Jego autorem był biskup Nicetas z Remezjany w Dacji. „Czymże jest Kościół, jak nie zgromadzeniem wszystkich świętych?” – pisał św. Nicetas. Święci w jego rozumieniu to nie tylko chrześcijanie zmarli w opinii świętości, ale wszyscy ci, którzy uczestniczą w świętości Chrystusa, przyjmując chrzest i przez to włączając się w Ciało Chrystusa. Nicetas wyjaśniał, że Kościół jest zgromadzeniem wszystkich świętych, bo tworzą go patriarchowie, prorocy, męczennicy i wszyscy sprawiedliwi, których uświęciła ta sama wiara i nawrócenie. Wszyscy oni, wraz z aniołami, w Duchu Świętym są jednym ciałem, którego Głową jest Chrystus.
Formuła świętych obcowania szybko rozprzestrzeniła się w całym Kościele, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Tak jest do dzisiaj – i Kościół katolicki, i prawosławny wyznają prawdę wiary w obcowanie świętych, do których zaliczają się także zmarli chrześcijanie, oczekujący na paruzję w niebie lub w czyśćcu.
Inna relacja
– Świętych obcowanie to przede wszystkim communio sanctorum. Kościół w pierwszym tysiącleciu rozumie to sformułowanie bardziej jako komunia w rzeczach świętych, czyli komunia w świętej wierze, w świętym Słowie i świętych sakramentach. „Komunia” jest tu słowem kluczowym, bo drugie tysiąclecie kładzie akcent na komunię wszystkich w Kościele – tłumaczy o. Wit Chlondowski OFM. Dogmatyk wskazuje, że „komunia”, po grecku koinonia, najczęściej jest tłumaczona jako współuczestnictwo albo wspólnota. Słowo to wyraża relację w Bogu. Trójca jest komunią, relacją między Ojcem, Synem i Duchem. Komunia to głębia relacji między Osobami Trójcy, panujące w niej intymność i jedność.
– I teraz Jezus przychodzi na ten świat, żebyśmy my mogli mieć z Nim komunię, a przez Niego z całą Trójcą. Dzięki temu, że mamy komunię z Bogiem, zaczynamy mieć komunię między nami. Tworzy się między nami rodzaj relacji, która jest zupełnie inna od wszystkiego na świecie, bo to jest relacja w Bogu. Mamy jedność, którą jest Kościół. To jest wyjątkowa relacja: ona jest komunią, wspólnotą, współuczestnictwem, byciem wspólnie z synami i córkami jednego Ojca, w jednym Duchu, w jednym Chrystusie. Intymność, współuczestnictwo, bliskość. Ta komunia jest w Bogu, z Boga i jest mocniejsza niż śmierć. Dlatego ona trwa i dlatego mamy ją z tymi, którzy są w niebie, i tymi, którzy są w czyśćcu. Świętych obcowanie to pewne misterium bliskości, intymności z Bogiem – podkreśla franciszkanin.
Ci, co odeszli, kochają
Jak świętych obcowanie „działa” w praktyce? – Żyjąc w komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas – zaznacza zakonnik. Przywołuje przykład małej Tereski, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.
– Ale świętych obcowanie to nie jest tylko modlitwa, to jest też miłość. To się przejawia na różne sposoby. Na przykład jest ból rozstania, kiedy umiera ktoś bliski, ale jest też intymność, która jest w Bogu. Z niej płynie świadomość, że ciągle mamy jedność i ona jest mocniejsza niż śmierć – zauważa o. Chlondowski.
Dzięki temu, że trwamy w komunii, między zmarłymi a nami miłość nie gaśnie. – Kiedy odchodzi bliski, to kocha bardziej, bo jego miłość w czyśćcu się oczyszcza. Lubię to określenie, że czyściec jest miejscem, gdzie uczymy się w pełni kochać. Skoro nie nauczyliśmy się tego tutaj i nasza miłość nie była w pełni święta, to gdzieś musi się to oczyścić – tłumaczy duchowny.
Śmierć nie przerywa więzi tych, co trwają w komunii. – Czyli tak naprawdę ci nasi bliscy bardziej nas kochają i modlą się za nas. Wielokrotnie słyszałem świadectwa różnych osób, potwierdzające, że ci, którzy już odeszli i są u Pana, pamiętają o nich. Pamiętam jednego człowieka, który mówił, że gdy śni mu się babcia, to wie, że w jego życiu będzie się działo coś trudnego. To się, jak mówi, wielokrotnie sprawdziło. Uważa, że w ten sposób jego bardzo świątobliwa babcia przypomina mu, że trwa w modlitwie za niego. To jest dla niego duże umocnienie – podkreśla o. Wit Chlondowski.
Wsparcie
Zaangażowanie świętych w nasze życie zawsze prowadzi do wzmocnienia wiary tych, którzy doświadczają ich wstawiennictwa. Mówi o tym soborowa konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium. „Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości (…), nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi (…). Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” – czytamy w dokumencie.
Można powiedzieć, że świętych obcowanie to miłość trwająca między tymi, którzy są tu i którzy są tam, niezależnie od tego, czy oni są już w niebie, czy jeszcze w czyśćcu. Przebywający w czyśćcu modlą się za nas, ale potrzebują też naszego wsparcia.
Wspólnota
30 czerwca 1968 r. papież Paweł VI publicznie wypowiedział tzw. Wyznanie wiary Ludu Bożego. Zawiera ono zwięzłe streszczenie nauczania ostatniego soboru o świętych obcowaniu. „Wierzymy we wspólnotę wszystkich wiernych chrześcijan, a mianowicie tych, którzy pielgrzymują na ziemi, zmarłych, którzy jeszcze oczyszczają się, oraz tych, którzy cieszą się już szczęściem nieba, i że wszyscy łączą się w jeden Kościół; wierzymy również, że w tej wspólnocie mamy zwróconą ku sobie miłość miłosiernego Boga i Jego świętych, którzy zawsze są gotowi na słuchanie naszych próśb”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
*** O. Jan Strumiłowski OCist: Nie mamy innej nadziei niż Chrystus. Jak świętować Uroczystość Wszystkich Świętych?
***
Około V w. na Wschodzie zaczęto celebrować dzień upamiętniający wszystkich męczenników, co po pewnym czasie przekształciło się w Uroczystość Wszystkich Świętych. Z tego właśnie względu historia rozwoju chrześcijańskich wspomnień ukazuje nam także sens tego święta, które obchodzimy pierwszego listopada. W komentarzach liturgicznych i na kazaniach coraz częściej możemy usłyszeć w tym dniu pewnego rodzaju napomnienie, że jest to dzień triumfu i nie jest to ściśle ten dzień, który powinniśmy poświęcić odwiedzaniu cmentarzy. Pewna racja w tym jak najbardziej się kryje. Jednakże rozważania duszpasterskie wydają się iść swoją drogą, a praktyka wiernych swoją – pisze O. Jan Strumiłowski OCist.
Kiedy spojrzymy w jaki sposób kształtował się chrześcijański kalendarz liturgiczny, to zauważyć możemy, że najważniejsze dla nas święta jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie pojawiły się w nim stosunkowo późno. Pierwszym świątecznym dniem, który chrześcijanie celebrowali właściwie od samego początku była Niedziela – ze względu na Zmartwychwstanie Pana w tym dniu. Jednak stosunkowo szybko do kalendarza zaczęto włączać dni upamiętniające śmierć, a właściwie zwycięstwo nad śmiercią, męczenników. Męczeństwo było postrzegane jako zwycięstwo chrześcijan nad śmiercią, jako akt swoistej konsekracji i przebóstwienia, w którym chrześcijanin doskonale upodabniał się w swojej ofierze za wiarę do swojego Mistrza. Zatem męczenników czczono ze względu na fakt, że w męczeńskiej śmierci stawali się oni święci, wchodzili dosłownie w stan, w którym nie żyli już sami, ale żył w nich Chrystus. To podobieństwo męczennika do Chrystusa jest już zaznaczone w Dziejach Apostolskich w opisie śmierci św. Szczepana.
Męczennik zatem to nie tylko człowiek o harcie ducha, człowiek doskonały, ale człowiek, który stał się synem Bożym w Jednorodzonym Synu, człowiek, który doskonale zrealizował Ewangelię, a swoją śmiercią dowiódł, że rzeczywiście w sobie samym przeżywał życie łaski, życie nadprzyrodzone, które pozwala przekroczyć naturę.
Około V w. na Wschodzie zaczęto celebrować dzień upamiętniający wszystkich męczenników, co po pewnym czasie przekształciło się w Uroczystość Wszystkich Świętych. Z tego właśnie względu historia rozwoju chrześcijańskich wspomnień ukazuje nam także sens tego święta, które obchodzimy pierwszego listopada.
W komentarzach liturgicznych i na kazaniach coraz częściej możemy usłyszeć w tym dniu pewnego rodzaju napomnienie, że jest to dzień triumfu i nie jest to ściśle ten dzień, który powinniśmy poświęcić odwiedzaniu cmentarzy. Pewna racja w tym jak najbardziej się kryje. Jednakże rozważania duszpasterskie wydają się iść swoją drogą, a praktyka wiernych swoją.
Oczywiście dzień, w którym wspominamy zwycięstwo i świętość milionów chrześcijan, którzy nas poprzedzili, rzeczywiście powinno być skoncentrowane właśnie na świętości. Należy jednak się zastanowić, czy spontaniczne praktyki wiernych nie kryją jednak w sobie pewnej słusznej intuicji.
Wydaje się, że w naszych zeświecczonych czasach zmienia się znaczenie celu chrześcijaństwa, czyli świętości. Coraz częściej wierni przeświadczeni są, że religia jest ukierunkowana na doczesność. Modlimy się, żeby Bóg nam błogosławił, żeby kształtował i porządkował nasze życie. Jednym słowem, chrześcijaństwo staje się coraz bardziej horyzontalne.
Jednakże w istocie cała misja Chrystusa, wraz z Jego ofiarą jest ukierunkowana na pojednanie człowieka z Bogiem. Nieszczęście grzechu polega na tym, że przez grzech tracimy Boga – źródło i cel naszego istnienia. I nie ma takiego sposobu, żeby człowiek sam zmazał swoją winę i wyzwolił się z grzechu. Potrzebna była ofiara Chrystusa. Skutkami grzechu, czyli odłączenia się człowieka od Boga są wszelkie nasze nieszczęścia. Ten świat i nasze życie są skaleczone, gdyż jesteśmy od Boga odwróceni. Największym skutkiem grzechu jest nasza śmierć doczesna. Dlatego znakiem zwycięstwa Chrystusa było właśnie Jego Zmartwychwstanie.
W takim kontekście być może rzeczywiście coś właściwego jest w naszej pielgrzymce na cmentarze w dzień Wszystkich Świętych. Oczywiście nie w tym sensie, że nawiedzamy naszych bliskich zmarłych, ale w tym, że nasze spojrzenie kieruje się poza to, co doczesne. Nasza nadzieja jest gdzie indziej. Święty Paweł dosadnie przecież napominał mówiąc, że gdyby Chrystus nie zmartwychwstał i gdybyśmy pokładali w Nim nadzieję jedynie w tym życiu, to bylibyśmy godni pożałowania niż wszyscy inni ludzie. Więc w naszej wierze chodzi o zjednoczenie z Bogiem, chodzi o powrót do Boga, do Tego, który jest Życiem i który obdarowuje nas życiem wiecznym. Świętość jest natomiast przekroczeniem doczesności. Jest takim przylgnięciem do Boga i wejściem w Jego Życie, że nasza doczesność staje się naprawdę tylko preludium do życia prawdziwego.
Ponadto nie bez znaczenia jest również fakt, że właśnie w jednym dniu czcimy wszystkich świętych. Celebrujemy prawdziwą wspólnotę i komunię tych, którzy dotarli do Boga. Wszystkich świętych widzimy wtedy jako zjednoczonych we wspólnym celu, jakim jest Bóg. I to również objawia nam pewien charakter chrześcijaństwa. Wszak są to święci, których odróżniają czasy i okoliczności życia. A jednak, bez względu na ich osobiste historie życiowe, problemy, klimat kulturowy, który ich otaczał, wszyscy dążyli do tego samego celu. Chrześcijaństwo jest bowiem uniwersalne i nie ma takich okoliczności życia, które kazałyby nam stwierdzić, że Ewangelię trzeba zmienić, bo nie jest ona przystająca do naszych czasów: niezależnie czy jest to starożytne, wrogie chrześcijaństwu Imperium Rzymskie, średniowiecze, Oświecenie, czy obecny nam postmodernizm. Chrześcijaństwo zwycięża świat, przekracza świat, sięga poza czas i przestrzeń.
Celebracja wszystkich świętych w jednym dniu mówi nam również dużo o naturze jedności między ludźmi, która również przez grzech została zniszczona. W Ewangelii nie chodzi o budowanie wzajemnego i powszechnego braterstwa na poziomie czysto ludzkim. To, co nas dzieli, to nie abstrakcyjne zło, brak sympatii lub animozje wynikające z naszych indywidualności. To, co nas dzieli, to grzech. Jeśli zatem chcemy prowadzić świat do zjednoczenia, to chrześcijanin nie zna innego pełnego i autentycznego zjednoczenia niż jedność w jedynym i prawdziwym Bogu.
Zatem jeśli chcemy doprowadzić nasze życie do prawdziwego sensu, to ten sens jest tylko w Bogu. Jeśli chcemy żyć pełnią życia, to ta pełnia jest w Bogu. Jeśli chcemy osiągnąć cel naszego istnienia, to ten cel jest poza i ponad doczesnością w Bogu. Jeśli chcemy budować lepszy i zjednoczony świat, to ta jedność również jest tylko w prawdziwym Bogu. Nie mamy innej nadziei niż Chrystus, dlatego też innej nadziei nie wolno nam pod żadnym pozorem głosić.
o. Jan Strumiłowski OCist/PCh24.pl
***
Niebo jest dla wszystkich
1 listopada Kościół wskazuje, że świętość nie jest ograniczona przez granice geograficzne czy językowe. „Uroczystość przypomina zwłaszcza każdemu wierzącemu i każdemu z nas, że świętość jest nie tylko dla innych, ale jest powołaniem każdej osoby ochrzczonej. Niebo jest dla wszystkich, a takie przesłanie, to radosne przesłanie” – powiedział w wywiadzie dla mediów watykańskich ks. Bogusław Turek CSMA, podsekretarz Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych.
Adobe Stock
***
O wielkiej szansie jaką dają odpusty, fenomenie świętości poddawanym lepszej weryfikacji i procesach kanonizacyjnych pokolenia milenialsów.
1 listopada, uroczystość Wszystkich Świętych – co możemy powiedzieć o początku, genezie powstania tego święta?
Tradycyjnie przyjmuje się, że to papież Jan XI w roku 935 wyznaczył na 1 listopada osobną uroczystość Wszystkich Świętych, która miała obowiązywać w całym Kościele. Początki tego święta, które należy do jednych z najstarszych świąt chrześcijańskich, sięgają jednak już pierwszych wieków: począwszy od IV wieku, niektóre Kościoły lokalne, zwłaszcza Kościoły wschodnie Cesarstwa Rzymskiego, wspominały w jednym, wybranym dniu, wszystkich męczenników chrześcijańskich. Początkowo daty te były różne w poszczególnych Kościołach, ale z czasem zaczęto rozszerzać te obchody na wszystkich innych zmarłych, którzy nie byli męczennikami, ale osiągnęli stan zbawienia. W ten sposób powstała tradycja jednego konkretnego dnia, w którym Kościół cieszy się i wspomina tych wszystkich, którzy oficjalnie nie zostali ogłoszeni świętymi a dostąpili zbawienia i życia w niebie.
Na co powinniśmy zwrócić uwagę w przeżywaniu tego dnia?
Mówiąc o świętych czy błogosławionych często myślimy o tych, którzy oficjalnie zostali beatyfikowani lub kanonizowani. W uroczystość Wszystkich Świętych Kościół przypomina nam, że ich grono, ich liczba, jest o wiele większa; przypomina nam, że ich pochodzenie geograficzne nie ogranicza się do Włoch czy Hiszpani, skąd mamy najwięcej błogosławionych i świętych oficjalnie wyniesionych do chwały ołtarzy; przypomina nam, że ich język to nie tylko ten z krajów europejskich. Ujmuje to bardzo dobrze werset zaczerpnięty z Apokalipsy św. Jana, który czytamy liturgii eucharystycznej tego dnia: „Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków…” (Ap 7, 9). A poprzez to uroczystość przypomina zwłaszcza każdemu wierzącemu i każdemu z nas, że świętość jest nie tylko dla innych, ale jest powołaniem każdej osoby ochrzczonej. Niebo jest dla wszystkich, a takie przesłanie, to radosne przesłanie.
Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych – Dzień Zaduszny… dzień, który już znacznie różni się od radości pierwszego dnia listopada. Skąd ten szczególny dzień w kalendarzu liturgicznym?
Fakt, że wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych następuje zaraz po uroczystości Wszystkich Świętych osobiście odczytywałem zawsze jako przejaw mądrości, tradycji oraz szczególnej pedagogiki Kościoła. Obydwa te dni łączy pamięć o osobach, których już nie ma fizycznie na tym świecie, ale których wzrok skierowany jest na Boga: święci radują się już z kontemplacji Bożego oblicza podczas gdy inni, choć zbawieni, oczekują na ten moment, bo potrzebują jeszcze oczyszczenia i udoskonalenia. Tak, to szczególny dzień w kalendarzu liturgicznym, który zachęca nas do zadumy i pamięci o tych, zwłaszcza bliskich, którzy już odeszli z tego świata. Jest to dzień wdzięczności i dziękczynienia za dobro, które nam i innym wyświadczyli. Dzień Zaduszny uświadamia nam dobitnie prawdę ludzkiego przemijania, wyrażoną w prefacji o zmarłych: „Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się” lecz zaraz przypomina nam inną prawdę, zawartą w drugiej części tego zdania: „ale się nie kończy!”. Dlatego szczególną charakterystyką tego dnia, obok zadumy, pamięci i wdzięczności jest modlitwa za zmarłych, którzy są bliscy naszym sercom, ale też i o tych, o których nikt nie pamięta. W dzień zaduszny szczególnie modlimy się o to, by wszyscy zmarli mieli udział w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Dar naszej modlitwy dla zmarłych wyraża w pewien sposób naszą łączność z nimi i wiarę na spotkanie z nimi pewnego dnia w niebie. Dlatego dla wierzących wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych to nie dzień smutku i nostalgii, ale ewangelicznej nadziei oraz głębokiej wiary w paschalną tajemnicę Chrystusa i ufności w Boże miłosierdzie.
Kolejne dni listopada i to co często pojawia się w ogłoszeniach „możliwość uzyskania odpustu”. Przypomnijmy o co chodzi i skąd ta praktyka?
Mam wrażenie, że dzisiaj mówi się o odpustach coraz mniej, z pewnym zawstydzeniem lub z przymrużeniem oka. Może wypływa to z pewnych historycznych wypaczeń, a może uważa się, że nie pasuje do dzisiejszego nowoczesnego świata… A tymczasem to wielka szansa i warto o nie zabiegać. Czym jest więc odpust zupełny? Polega on na całkowitym darowaniu kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. Można powiedzieć, że osoba, która uzyskała odpust zupełny jest w danym momencie w takim stanie jak tuż po chrzcie św., a więc gdyby zmarła, poszłaby wprost do nieba. Nawiedzając z modlitwą kościół lub kaplicę w uroczystość Wszystkich Świętych oraz w Dniu Zadusznym, możemy pod zwykłymi warunkami uzyskać odpust zupełny, czyli całkowite darowanie kar dla dusz w czyśćcu cierpiących. Ponadto wypełniając określone warunki, możemy uzyskać odpust zupełny od 1 do 8 listopada za pobożne, czyli modlitewne nawiedzenie cmentarza. Odpust zupełny możemy uzyskać raz dziennie. Warunki uzyskania odpustu zupełnego to wzbudzenie w sobie intencji jego otrzymania, bycie w stanie łaski uświęcającej, wyzbycie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, przyjęcie w tym dniu Komunii św. oraz odnowienie naszej jedności ze wspólnotą Kościoła poprzez odmówienie: Ojcze nasz, Wierzę w Boga oraz modlitwy w intencjach bliskich Ojcu Świętemu.
Temat, którego nie unikniemy przed listopadowymi dniami: Halloween. Pytanie: „czy katolik powinien brać udział a tego typu zabawach, praktykach?”
Zdecydowanie nie. Stanowisko Kościoła wobec Halloween jest jasne. Wraził je m.in. Benedykt XVI, mówiąc że jest to zwyczaj antychrześcijański i niebezpieczny, promujący kulturę śmierci, ukierunkowujący na mentalność ezoterycznej magii, okultystki, atakując święte i duchowe wartości.
Halloweenowe zabawy nie służą naszym zmarłym, którym pomóc może modlitwa i tego naprawdę warto uczyć dzieci. Przeciwwagą Halloweenu są organizowane w wielu parafiach przedstawienia teatralne ze świętymi, konkursy w których dzieci przebierają się za swoich ulubionych patronów i zdobywają nagrody. Jest to okazja do katechezy o świętych i cieszymy się, że inicjatywa jest coraz bardziej rozpowszechniana. Zamiast przebierać się za duchy i czarownice, dzieci wcielają się na przykład w postacie aniołów stróżów i świętych. Tego typu spotkania często rozpoczynają się od udziału we wspólnej Mszy św. To także dobra okazja by zapoznać dzieci z biografiami świętych.
Proces kanonizacyjny… jak wyglądała „droga na ołtarze” w historii Kościoła, czy coś szczególnego się zmieniło na przestrzeni wieków, a jak to wygląda obecnie?
Uważam za bardzo słuszne słowo „proces” w odniesieniu do spraw beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych. I nie chodzi tu tylko o to, że zarówno w przeszłości jak i dzisiaj opierają się one na szeregu norm prawnych, ale o fakt, że w tego rodzaju postępowaniach uczestniczymy w prawdziwym procesie stopniowego dojrzewania decyzji o ogłoszeniu kogoś świętym lub błogosławionym. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa inicjatywa wychodziła od ludu Bożego, który w określonych dniach, jak na przykład data śmierci, gromadził się na grobach męczenników. Tam wierni się modlili, sprawowali Eucharystię, czytali opisy męczeńskiej śmierci (akta męczenników) lub żywoty czy zbiory cudów wyznawców. Ich imiona, wpisane do kalendarza wspólnot lokalnych, przekazywane były innym wspólnotom. W ten sposób rozprzestrzeniał się ich kult. Ta spontaniczna cześć wiernych, początkowo ograniczona do męczenników, z czasem objęła również innych wiernych, którzy w sposób horiczny i ewangeliczny preżywali ich codzienność. Zazwyczaj ten kult szedł w parze z aprobatą biskupa uczestniczącego w tych zgromadzeniach i dzisiaj jest uważana za pierwotną formę kanonizacji.
We wczesnym średniowieczu biskupi kanonizowali albo poprzez uroczyste przeniesienie relikwii („translatio”) z cmentarza do kościoła lub innego godnego miejsca, albo poprzez ich wyniesienie („elevatio”) z grobu ponad poziom ziemi. Ażeby uniknąć pomyłek lub zbyt łatwego zaliczania w poczet świętych, papież Aleksander III w 1181 r. dekretem „Audivimus” zarezerwował władzę kanonizacji Stolicy Apostolskiej. Późniejszą formą zezwolenia na kult publiczny jest beatyfikacja, której początków dopatrujemy się już w średniowieczu, kiedy biskupi, synody lub nawet papieże zezwalali na pewne akty kultu publicznego, ale ograniczonego do miejsc lub form. Papież Sykstus V w 1588 r. utworzył Kongregację Obrzędów, której powierzył m.in. prowadzenie spraw kanonizacyjnych. I tak fenomen świętości został poddany lepszej weryfikacji i dokumentacji. Na przestrzeni kolejnych stuleci procedury kanonizacyjne ulegały dalszym zmianom i udoskonaleniom.
Aktualna „droga na ołtarze” została została ustalona przez św. Jana Pawła II w 1983 roku. Wyróżnia ona etap diecezjalny, podczas którego zostają zgromadzone zeznania i dokumenty dotyczące kandydatów do chwały ołtarzy, oraz etap „rzymski”, przy Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, gdzie odbywa się pogłębienie, studiowanie i ocena zebranego materiału. Jeśli poszczególne gremia kolegialne funkcjonujące przy dykasterii wypowiedzą się pozytywnie, sprawa jest przedstawiana Ojcu Świętemu, który decyduje o stwierdzeniu męczeństwa, heroiczności cnót, ofiary z życia czy cudu, czyli o różnych krokach prowadzących do beatyfikacji lub kanonizacji.
A proces beatyfikacyjny, kanonizacyjny w przyszłości… czy do positio będzie trzeba zbierać wpisy na Instagramie czy tweety? Ktoś będzie analizował wpisy na Facebooku czy filmy na Tik Toku, czyli rzeczywistościach tak mocno obecnych w naszej codzienności?
Interesujące pytanie, chociaż dotyczy kwestii, które były już przedmiotem szczegółowych dociekań. Do zaznaczonych problematyk można dołączyć kolejne: poczta elektroniczna, używanie internetu czy sztucznej inteligencji w celu opracowania własnych tekstów, wpływ i kształtowanie osobowości oraz postaw moralnych przez nowoczesne środki przekazu. Na pewno wszystkie te elementy nie będą mogły być ignorowane w procesach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych, tak jak były w pewien sposób brane pod uwagę w przykadku św. Karola Acutisa, ogłoszonego pierwszym świętym millenialsów, czyli osób urodzonych bliżej 2000 – pokolenie wychowane na web 2.0, smartfonach i mediach społecznościowych. Jednak podstawową sprawą jest pewność, że dane wpisy i teksty są autorstwa danego kandydata do chwały ołtarzy.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
W tym roku Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych, znane jako Dzień Zaduszny przypada w niedzielę.
Dlatego liturgia tego dnia nie jest z kolejnej Niedzieli Zwykłej.
FOT. ARCHIDIECEZJA WARSZAWSKA
+++
Fakt, że w tym roku wspomnienie to wypadnie właśnie w niedzielę – sprawia sytuację wyjątkową, bo zgodnie z przepisami liturgicznymi to wspomnienie ma pierwszeństwo przed niedzielą zwykłą.
Kiedy święto „wygrywa” z niedzielą?
Kalendarz liturgiczny to nie taka prosta sprawa. To, jaką uroczystość, święto czy wspomnienie, będziemy obchodzili, zależy czasem od kilku czynników. Czasem bowiem w jednym dniu „spotyka się” kilka obchodów liturgicznych – i trzeba zdecydować, który ma pierwszeństwo.
Co o tym decyduje? O tym rozstrzyga Tabela pierwszeństwa dni liturgicznych, czyli coś w rodzaju „rankingu ważności” świąt w Kościele. Można ją znaleźć w Mszale Rzymskim, w brewiarzu czy po prostu w internecie.
To właśnie ta tabela rozstrzyga na przykład, dlaczego Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, które w tym roku wypadło w niedzielę, mimo wszystko było obchodzone zamiast zwykłej niedzieli. Bywa inaczej – czasem wspomnienie, nawet obowiązkowe, któregoś ze świętych po prostu wypada z obowiązującego kalendarza. Dzieje się tak, na przykład, wtedy gdy w danym roku wypadnie w niedzielę.
Czasem dochodzi do zupełnie wyjątkowych sytuacji. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego przeważnie wypada w Wielki Post – i pomimo pokutnego charakteru tego okresu, który sprawia, że nawet w niedzielę nie śpiewamy “Chwała na wysokości Bogu” – Zwiastowanie Pańskie staje się wyjątkiem od tej reguły. A co, jeśli 25 marca przypadnie w niedzielę? Według tabeli pierwszeństwa dni liturgicznych, uroczystość ta jest na trzecim, wysokim poziomie, jednak niedziele Wielkiego Postu są wyżej – na poziomie drugim. W rezultacie, jeśli 25 marca przypada w niedzielę Wielkiego Postu, obchodzi się wtedy niedzielę (bez “Chwała”). Natomaist uroczystość przekładana jest z reguły następny dzień, na poniedziałek, bowiem objaśnienie mówi, że “Uroczystość przypadającą na dzień liturgiczny mający pierwszeństwo przenosi się na najbliższy dzień wolny od obchodów wymienionych w nr 1-8 Tabeli pierwszeństwa dni liturgicznych. “
Czym różni się wspomnienie od święta i uroczystości?
Wspomnienia to jedne z niższych rangą obchodów – po uroczystościach i świętach. Mogą być “obowiązkowe” bądź “dowolne”. Oczywiście, z reguły przegrywają z niedzielą i z każdym innym świętem, które w tym dniu może nastąpić. Wychodząc z tego założenia, wydawałoby się, że Dzień Zaduszny, który jest właśnie “wspomnieniem”, powinien w ogóle być pominięty, jeśli przypadnie w niedzielę.
A jednak nie. “Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych” zajmuje w Tabeli pierwszeństwa bardzo wysokie trzecie miejsce, wyższe niż… niedziele okresu zwykłego.
Dlatego właśnie 2 listopada Msze Święte w całym Kościele będą odprawiane w kolorze fioletowym, a nie zielonym. Nie usłyszymy niedzielnych czytań, lecz czytania z tego właśnie wspomnienia. Co więcej, podczas każdej Mszy św. możemy usłyszeć inne czytania, gdyż są przygotowane na ten dzień aż trzy formularze.
Mimo że to niedziela, nie usłyszymy też śpiewu „Chwała na wysokości Bogu” – chociaż nie jest to niedziela Wielkiego Postu albo Adwentu, za to pozostanie Wyznanie wiary – „Wierzę w jednego Boga”.
Co oznacza Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych?
To dzień szczególnej modlitwy za zmarłych – tych, którzy jeszcze oczekują pełnego zjednoczenia z Bogiem. W tradycji chrześcijańskiej mówimy wtedy o czyśćcu – stanie oczyszczenia z miłości własnej, by człowiek mógł stanąć przed Bogiem czystym sercem.
W Dzień Zaduszny Kościół modli się za wszystkich, których imion nie znamy, a którzy potrzebują naszej pamięci. W wielu parafiach odbywają się procesje na cmentarze, modlitwy różańcowe i specjalne nabożeństwa zaduszkowe.
W przeciwieństwie do uroczystości Wszystkich Świętych – kiedy katolicy mają obowiązek uczestniczyć we Mszy św., wspomnienie wiernych zmarłych nie nakłada takiego obowiązku. A jednak z racji, że jest to niedziela – ten obowiązek musimy zachować.
W tę niedzielę warto więc nie tylko uczestniczyć w Eucharystii, ale też pójść na cmentarz – ofiarowując ją za dusze zmarłych. Bo Kościół wierzy, że miłość modlitwy przekracza granice życia i śmierci.
Jak poznać, co „rządzi” w liturgii?
Zasady są jasno opisane w Ogólnych normach roku liturgicznego i kalendarza. To właśnie tam znajduje się wspomniana Tabela pierwszeństwa dni liturgicznych, która porządkuje wszystkie święta i wspomnienia według ich rangi.
I
1. Paschalne Triduum Męki i Zmartwychwstania Pańskiego.
2. Narodzenie Pańskie, Objawienie, Wniebowstąpienie i Zesłanie Ducha Świętego.
Niedziele Adwentu, Wielkiego Postu, Okresu Wielkanocnego, Środa Popielcowa.
Dni Wielkiego Tygodnia od poniedziałku do czwartku włącznie.
Dni w Oktawie Wielkanocy.
3. Uroczystości Pańskie, Najświętszej Maryi Panny oraz świętych umieszczone w kalendarzu ogólnym.
Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych.
4. Uroczystości własne, a mianowicie:
Uroczystość głównego patrona miejscowości lub miasta.
Uroczystość poświęcenia kościoła własnego i rocznia poświęcenia.
Uroczystość tytułu kościoła własnego.
Uroczystość tytułu lub założyciela, albo głównego patrona zakonu lub zgromadzenia.
II
5. Święta Pańskie umieszczone w kalendarzu ogólnym.
6. Niedziele okresu Narodzenia Pańskiego i Okresu Zwykłego.
7. Święta Najświętszej Maryi Panny i świętych umieszczone w kalendarzu ogólnym.
8. Święta własne, a mianowicie:
Święto głównego patrona diecezji.
Święto rocznicy poświęcenia własnego kościoła katedralnego.
Święto głównego patrona regionu, prowincji, narodu lub większego terytorium.
Święto tytułu, założyciela lub głównego patrona zakonu albo zgromadzenia i prowincji zakonnej, z zachowaniem przepisów zawartych w nr 4.
Inne święta własne jakiegoś kościoła.
Inne święta wpisane do kalendarza diecezji, zakonu lub zgromadzenia.
9. Dni okresu Adwentu od 17 do 24 grudnia włącznie.
Dni w oktawie Narodzenia Pańskiego.
Dni powszednie okresu Wielkiego Postu.
III
10. Wspomnienia obowiązkowe podane w kalendarzu ogólnym.
11. Wspomnienia obowiązkowe własne, a mianowicie:
Wspomnienie patrona miejsca, diecezji, regionu i prowincji, narodu, większego terytorium oraz patrona zakonu lub zgromadzenia i prowincji zakonnej.
Inne wspomnienia obowiązkowe własne danego kościoła.
Inne wspomnienia obowiązkowe wpisane w kalendarzu danej diecezji, zakonu lub zgromadzenia.
12. Wspomnienia dowolne. Można je obchodzić nawet w dni wymienione w nr 9, z zachowaniem jednak odnośnych przepisów podanych w Ogólnym wprowadzeniu do mszału i do Liturgii Godzin.
W podobny sposób jak wspomnienia dowolne można obchodzić wspomnienia obowiązkowe zachodzące przypadkowo w dni powszednie Wielkiego Postu.
13. Dni powszednie Adwentu do 16 grudnia włącznie.
Dni okresu Narodzenia Pańskiego od dnia 2 stycznia do soboty po Objawieniu Pańskim.
Dni powszednie Okresu Wielkanocnego od poniedziałku po Oktawie Wielkanocy do soboty przed Zesłaniem Ducha Świętego włącznie.
Dni powszednie Okresu Zwykłego
pś/Stacja7
***
Darowanie przed Bogiem kary doczesnej.
Odpust – jak i dlaczego
istockphoto
***
Nauce o odpustach towarzyszą nieporozumienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza.
Kościół co roku na początku listopada zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych. Według konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina papieża Pawła VI odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Chrześcijanin dla jego uzyskania musi być odpowiednio usposobiony i spełnić określone warunki. Dzieje się to, jak mówi katechizm, „za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471).
Odpust może być cząstkowy albo zupełny, w zależności od tego, czy od należnej za grzechy kary doczesnej uwalnia w części czy w całości.
Możliwość zyskania odpustu ma człowiek ochrzczony, na którym nie ciąży kara ekskomuniki i który znajduje się w stanie łaski przynajmniej wtedy, gdy kończy wypełniać wskazane czynności. Dla uzyskania odpustów konieczne jest posiadanie przynajmniej ogólnej intencji ich otrzymania i wypełnienie nakazanych czynności w określonym czasie i we właściwy sposób, czyli tak, jak określił to udzielający odpustu.
Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia (co do odpustów cząstkowych nie ma takich ograniczeń). Oprócz pozostawania w stanie łaski uświęcającej należy ponadto wzbudzić w sobie wewnętrzną postawę całkowitego oderwania od grzechu, także powszedniego, wyznać grzechy podczas spowiedzi sakramentalnej, przyjąć Komunię św. i pomodlić się zgodnie z intencjami Ojca Świętego.
W myśl wytycznych Penitencjarii Apostolskiej z roku 2000 najlepiej wypełnić powyższe czynności tego samego dnia, w którym dokonuje się dzieła związanego z odpustem, ale nie jest to konieczne. Wystarczy, jeśli dopełni się tych obrzędów i modlitw w okresie około 20 dni przed dziełem odpustowym lub po nim. Wierni mogą sami wybrać modlitwę do odmówienia w intencjach papieskich, ale zaleca się „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”.
Dla uzyskania kilku odpustów zupełnych wystarczy jedna spowiedź sakramentalna, ale każdemu z nich musi towarzyszyć Komunia św. i modlitwa w intencjach papieskich. Nie chodzi tu o modlitwę za papieża, ale w intencjach, które papież wyznacza na każdy miesiąc lub które nosi w swoim sercu. Wierny nie musi ich znać, wystarczy, że ma wolę modlitwy w tych intencjach.
W przypadku osób, które nie mają możliwości spełnienia przepisanych dzieł i warunków, spowiednicy mogą je zmienić. Rzecz jasna nie dotyczy to obowiązku wyrzeczenia się każdego grzechu.
Odpusty można zawsze zyskiwać dla siebie albo dla dusz osób zmarłych, natomiast nie można uzyskać ich dla innych osób żyjących na ziemi.
Trudny warunek
Najtrudniejszym z warunków uzyskania odpustu jest wolność od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego. Kluczowe jest słowo „przywiązanie”. Istotą tego wymogu jest radykalna decyzja zerwania z jakąkolwiek okazją, która może prowadzić nas do grzechu. Oznacza to walkę z pokusami i gotowość odrzucenia tego, co wiąże nas z naszymi słabościami, zerwania ze złymi skłonnościami, nałogami. Oczywiście pozostajemy ludźmi grzesznymi i słabymi, ale chcąc uzyskać odpust, musimy mieć szczerą wolę porzucenia nie tylko grzechu, ale zerwania wszelkich nici, które nas do niego przyciągają. Należy tu liczyć nie na siebie, ale na Boga, który może i chce dać nam siłę do wyjścia z niewoli grzechu. Dobrze jest więc tego dnia zwrócić się do Niego z prośbą o pomoc i wzmocnienie na drodze wypełniania Jego woli.
W ciągu roku istnieje wiele okazji do zyskania odpustów. Listopad jest pod tym względem wyjątkowy. W miesiącu tym Kościół umożliwia zyskiwanie odpustów za zmarłych w szczególny sposób. Obowiązują podane wyżej warunki zasadnicze: bycie w stanie łaski uświęcającej, spowiedź i Komunia św., a także wyzbycie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu. Należy ponadto nawiedzić cmentarz, kościół, kaplicę publiczną (albo półpubliczną w przypadku tych, którzy prawnie z niej korzystają, jak członkowie zgromadzeń zakonnych), odmówić „Ojcze nasz”, „Wierzę w Boga” i jakąkolwiek inną modlitwę w intencjach papieskich. Od 1 do 8 listopada można starać się o uzyskanie za zmarłych odpustu zupełnego, a w pozostałych dniach tego miesiąca – odpustu cząstkowego.
Skutki grzechu
Nauce o odpustach często towarzyszą nieporozumienia, szczególnie w odniesieniu do pojęcia kary doczesnej i konieczności jej poniesienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza grzesznikowi i innym.
Kościół uczy, że popełnienie grzechu skutkuje na dwa sposoby. Po pierwsze, całkowicie lub częściowo zrywa wspólnotę z Bogiem. Konsekwencją grzechu śmiertelnego jest kara wieczna – utrata życia wiecznego. Drugim skutkiem grzechu jest zaburzenie ładu ustanowionego przez Boga i zakłócenie relacji z bliźnimi, co pociąga karę doczesną, ograniczoną w czasie.
Bóg daruje człowiekowi winę i karę wieczną w dobrze przeżytej spowiedzi, ale pozostaje kara doczesna, która jest wieloraką raną zadaną człowiekowi przez grzech. Paweł VI w konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina przypomina, że kary są następstwem grzechów, a nakłada je boska świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe”. Papież wyjaśnia, że Pan nakłada kary dla oczyszczenia dusz. „Każdy bowiem grzech powoduje zakłócenie powszechnego porządku, który ustalił Bóg z niewypowiedzianą mądrością i nieskończoną miłością; przynosi też zniszczenie ogromnych dóbr tak samego grzesznika, jak społeczności ludzkiej” – pisze. Wskazuje, że „do pełnego odpuszczenia grzechów i do tak zwanej naprawy konieczne jest nie tylko odnowienie przyjaźni z Bogiem: przez szczere nawrócenie duchowe i odpokutowanie obrazy wyrządzonej Jego mądrości i dobroci, lecz także całkowite przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech”.
Ojciec Święty stwierdza, że dobra te muszą być przywrócone przez „dobrowolną naprawę, co się nie obejdzie bez trudu”, albo przez poniesienie kar wymierzonych przez Boga.
Paweł VI przywołuje naukę o czyśćcu, która mówi, że nawet gdy wina została już odpuszczona, często pozostają kary, które trzeba spłacić lub pozostałości po grzechach, z których trzeba się oczyścić.
Kary czyśćcowe należą do kar doczesnych, bo czyściec jest rzeczywistością „doczesną” – trwającą do jakiegoś czasu. W tę rzeczywistość wpisuje się odpust, przez który skruszonemu grzesznikowi jest darowana także kara doczesna za grzechy, które zostały już zgładzone co do winy w akcie sakramentalnym.
Jeśli człowiek schodzi z tego świata bez oczyszczenia z kary doczesnej, Kościół oferuje możliwość niesienia mu pomocy w procesie darowania tej kary. O możliwości odpuszczenia kar po śmierci mówi 2 Księga Machabejska (2 Mch 12,38-45). Kościół udziela odpustów za zmarłych na sposób wstawiennictwa – ofiarowuje Bogu zadośćuczynienie ze wspólnego „skarbca” i prosi Go, żeby policzył je na korzyść danego zmarłego. Paweł VI tłumaczy, że duchowy skarbiec Kościoła „nie jest zbiorem dóbr, gromadzonych przez wieki na kształt materialnych bogactw, lecz nieskończoną i niewyczerpaną wartością, jaką mają u Boga zadośćuczynienia i zasługi Chrystusa Pana”. Papież dodaje, że do tego skarbu należą też „modlitwy i dobre uczynki Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Świętych, którzy idąc śladami Chrystusa, dzięki Jego łasce, uświęcili samych siebie i spełnili posłannictwo otrzymane od Ojca”. W ten sposób owi święci, „pracując nad własnym zbawieniem, przyczynili się również do zbawienia swych braci w jedności Mistycznego Ciała”.
Kościół zaprasza
Praktyka odpustowa Kościoła ma od stuleci „złą prasę” przede wszystkim z powodu nadużyć w jej stosowaniu. Paweł VI przyznaje, że tak się działo, „bądź dlatego, że »z powodu dawania bez różnicy i zbytecznych odpustów« gardzono władzą kluczy Kościoła i podważano wartość pokutnego zadośćuczynienia, bądź dlatego, że z powodu »niegodziwych zysków« nazwa odpustów była przedmiotem bluźnierstw”. Papież przypomina, że Kościół „karcąc i poprawiając nadużycia” nakazał zachować praktykę odpustów. Kościół także dzisiaj „zaprasza wszystkie swoje dzieci, aby rozważały i zastanawiały się, jak wielką wartość ma praktyka odpustów dla podniesienia poziomu życia jednostek, a nawet całej społeczności chrześcijańskiej”.
Franciszek Kuchaczak/Gość Niedzielny
***
Uroczystość Wszystkich Świętych
Lawrence OP CC
***
Kanonizując niektórych wiernych, to znaczy ogłaszając w sposób uroczysty, że ci wierni praktykowali heroicznie cnoty i żyli w wierności łasce Bożej, Kościół uznaje moc Ducha świętości, który jest w nim, oraz umacnia nadzieję wiernych, dając im świętych jako wzory i orędowników (Por. Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 40; 48-51).
“W ciągu całej historii Kościoła w okolicznościach najtrudniejszych święte i święci byli zawsze źródłem i początkiem odnowy” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 16) . Istotnie, “świętość Kościoła jest tajemniczym źródłem i nieomylną miarą jego apostolskiego zaangażowania oraz misyjnego zapału” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 17).
Wstawiennictwo świętych. “Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości… nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi… Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 49).
Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia (Św. Dominik, umierając, do swoich braci; por. Jordan z Saksonii, Libellus de principiis Ordinis praedicatorum, 93). Przejdę do mojego nieba, by czynić dobrze na ziemi (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Novissima verba)
Komunia ze świętymi. “Nie tylko jednak ze względu na sam ich przykład czcimy pamięć mieszkańców nieba, ale bardziej jeszcze dlatego, żeby umacniała się jedność całego Kościoła w Duchu przez praktykowanie braterskiej miłości. Bo jak wzajemna łączność chrześcijańska między pielgrzymami prowadzi nas bliżej Chrystusa, tak obcowanie ze świętymi łączy nas z Chrystusem, z którego, niby ze Źródła i Głowy, wypływa wszelka łaska i życie Ludu Bożego” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 50).
Składamy hołd (Chrystusowi) w naszej adoracji, gdyż jest Synem Bożym, męczenników zaś kochamy jako uczniów i naśladowców Pana, a to jest rzeczą słuszną, gdyż w niezrównanym stopniu oddali się oni na służbę swojemu Królowi i Mistrzowi. Obyśmy również i my mogli stać się ich towarzyszami i współuczniami (Św. Polikarp, w: Martyrium Polycarpi, 17).
Na początku listopada obchodzone są Uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Czym te święta się różnią tłumaczy ks. dr hab. Marcin R. Wysocki, prof. KUL z Wydziału Teologii.
Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje na to choćby biały kolor szat liturgicznych, to dzień radosny. Podstawowym wymiarem tego święta jest radość z tego powodu, że w niebie są ludzie, którzy poprzez swoje życie na ziemi osiągnęli stan świętości. Gdy mówimy świeci, najczęściej mamy na myśli tych, którym Kościół oficjalnie nadał tytuł świętego czy błogosławionego. Tymczasem ten dzień tak naprawdę mówi nam, że oprócz tych oficjalnie ogłoszonych świętych jest cała rzesza nieznanych, tych którzy w swoim codziennym życiu realizowali chrześcijańską doskonałość i robili to stopniu heroicznym. Oni także są świętymi czyli tymi, którzy już przebywają z Bogiem, są zbawieni i osiągnęli szczyt doskonałości chrześcijańskiej, cel, do którego my wszyscy zmierzamy czyli niebo. I to jest dzień, kiedy tych wszystkich świętych wspominamy, oddajemy im cześć, prosimy o wstawiennictwo u Boga, z którym oni są już we wspólnocie.
Natomiast 2 listopada obchodzimy wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Wspominamy tych wszystkich, którzy od nas odeszli, którzy nie są jeszcze świętymi, którzy potrzebują jeszcze naszej pomocy, naszej modlitwy i którzy jeszcze nie doszli do tego celu ostatecznego, jakim jest niebo. I to jest zasadnicza różnica między tymi dniami. Pierwszego dnia cieszymy się wspólnotą świętych, drugiego wspominamy i modlimy się za zmarłych.
Pierwsze dni listopada są tradycyjnie poświęcone modlitwie za zmarłych. Przejawia się ona między innymi w możliwości uzyskania odpustu zupełnego, który jest darowaniem win, jakie każdy z nas jako człowiek zaciąga przez grzech. W te dni taki odpust możemy ofiarować za zmarłych, aby pomóc im w osiągnięciu nieba. To wyraz naszej wspólnoty ze zmarłymi, którzy potrzebują naszej pomocy i wstawiennictwa wszystkich świętych.
e-KaI
***
1 i 2 listopada. Co tak naprawdę świętujemy?
fot. Canva
***
Kwiaty, znicze, liście pożółkłe jesienią, kolejki przy cmentarzach. Idą Święta. Trzecie w skali ważności całego roku, po Bożym Narodzeniu i Wielkiej Nocy – Święto Zmarłych.
Tak, to prawda, formalnie nie ma takiego święta, jest Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, ale w praktyce przez dwa dni obchodzimy „święto zmarłych”, choć drugi dzień nie zawsze jest wolny. I do tego dwa weekendy – jeden przed a drugi po pierwszym listopada. To też moment celebracji tych samych świąt, czyli… właściwie jakich?
Wszystkich Świętych. Co tak naprawdę świętujemy?
Praktyka duszpasterska wskazuje, że wielu katolików w tym czasie przeżywa rozdarcie i wątpliwości dotyczące tego, co tak naprawdę mają świętować i w jaki sposób.
Z jednej strony liturgia Kościoła mówi najpierw o wspominaniu ludzi świętych, czytania podczas mszy świętej ani kolor szat nie wskazują na żałobę, lecz radość. Jakby tego było mało, w wielu parafiach organizowane są bale Wszystkich Świętych. A przecież nasze serca i uczucia są już przy bliskich zmarłych. I choć Kościół wspomni ich 2 listopada, w dniu Wspomnienia Wiernych Zmarłych, to cały nasz wysiłek organizacyjny i mentalny skoncentrowany jest właśnie wokół cmentarzy i bliskich, którzy już odeszli i nie ma ich z nami. I jeszcze te dynie…
Uroczystość Wszystkich Świętych odwraca naszą uwagę od bliskich zmarłych?
Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest po to, by odwrócić naszą uwagę od bliskich zmarłych. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, byśmy nasze myśli umieścili w odpowiedniej perspektywie. O śmierci można myśleć na wiele sposobów, nie wszystkie jednak muszą być właściwe.
Można przecież epatować śmiercią, odzierać ją z odpowiedniej powagi albo odwrotnie – wzbudzać lęk i przerażenie przed jej nadejściem. Chrześcijanin ani nie lekceważy, ani nie boi się śmierci, ponieważ wierzy mocno, że śmierć tu na ziemi nie jest ostatnim akordem życia. W rytuale pogrzebowym modlimy się, mówiąc, że z chwilą śmierci nasze życie zmienia się, ale się nie kończy. Uroczystość Wszystkich Świętych jest przypomnieniem kierunku naszego życia i obietnicy zbawienia. „Nie przyszedłem, aby świat potępić, ale zbawić” (J 12,47) mówi Jezus i co jakiś czas musi nam tę prawdę przypominać.
Tak śmierć bliskich wpływa na naszą rzeczywistość
Świadomość śmierci, mojej, czy moich bliskich, jest bardzo często impulsem do refleksji nad przemijaniem, ale nie tylko. W zderzeniu ze śmiercią bliskich osób myślimy przecież nie tylko o życiu przyszłym, ale też o naszej teraźniejszości. Doświadczenie śmierci nie jest więc tylko przypomnieniem kruchości życia, ale niejednokrotnie impulsem do podjęcia zmian jeszcze w tym życiu doczesnym.
Gdy myślimy o bliskich nam osobach, to ich szczęście jest i naszą radością. Taką radość przeżywają rodzice wobec swoich dzieci, czy przyjaciele. Gdy myślimy o bliskich zmarłych, warto spojrzeć na nich w takiej właśnie perspektywie szczęścia. Wierzymy, że są już blisko Jezusa, tak blisko, jak nigdy nie byli tu na ziemi. I niezależnie od wszystkich swoich dawnych ziemskich trosk i słabości, są teraz od nich uwolnieni. Możemy i my ucieszyć się ich radością. Tak, jak czynią to Wszyscy Święci.
Śmierć – słowo, które nie przechodzi przez usta współczesnej kulturze, starającej się ją ułaskawić przez przebieranki w tandetne halloweenowe ciuszki. A ojciec Joachim Badeni mawiał: „Śmierć? Każdemu polecam!”, parafrazując zawołanie Teresy z Lisieux: „Ja nie umieram, ja wstępuję w życie (…). Idę do nieba! Wracam do Ojczyzny, odnoszę zwycięstwo!”.
Mam pewność
Po 18 latach Dom Wydawniczy Rafael wznowił połączone w całość dwa wywiady, których dominikanin udzielił Alinie Petrowej-Wasilewicz: „Śmierć? Każdemu polecam!” i „…żywot wieczny. Amen”.
„Ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą (Łk 21,25-28). Wierzymy w to” – rzuca dziennikarka, a o. Joachim odpowiada: „Ja mam pewność. Czy inni mają, nie wiem. Po zawale, gdy leżałem w szpitalu, otrzymałem zupełną pewność przyszłego życia, przyjścia Pana, tak zwanej paruzji. To było symboliczne spojrzenie. Zło miało postać karaluchów, które uciekały przed wielką procesją ludzkości zbawionej i prowadzonej przez Chrystusa. Gdy człowiek zaświeci w nocy w kuchni światło, nagle wśród karaluchów wybucha panika, wszystkie uciekają. Tak samo zniknie zło. Nie wiemy, jak to będzie wyglądać. Wiara wyprzedza widzenie. Będzie drugie przyjście Chrystusa. Co do tego nie mam cienia wątpliwości. Św. Paweł pisał, że naszych doczesnych cierpień nie można porównywać ze szczęśliwą wiecznością. Nawet najgorsze doczesne cierpienia w porównaniu z rajem są jak ukłucie szpilki. Nawet pobyt w łagrze przez dziesiątki lat, co jest rzeczą potworną, jest właściwie niczym wobec szczęścia w niebie. Weźmy opis łagrowego okropieństwa Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który był w sowieckich gułagach. Gehenna ludzi, którzy tam trafili, trwała nieraz lata, ale wobec wieczności jest niczym”.
Koniec świata!
Dla ojca Joachima koniec świata jest zaślubinami Baranka, a nie krwawą apokaliptyczną jatką. W jego nauczaniu nie znajdziemy popularnej dziś lękowej narracji, a słowo „apokalipsa” nie kojarzy się z filmowym zapachem napalmu o poranku, ale pełną światła paschalną opowieścią o triumfie Baranka. To księga godów i zaślubin Oblubienicy, która stroi się w weselną suknię.
Jak przygotowywać się do tych wydarzeń? Żyjąc w dziękczynieniu. „Człowiek, który się modli modlitwą uwielbienia, stopniowo przemienia się w Chwałę Bożą. Jan od Krzyża powiedział, że na szczycie góry Karmel mieszka tylko Chwała i że człowiek jest stworzony tylko do Chwały. To jest jego dziedzictwo, a my dziś już po to dziedzictwo sięgamy” – podpowiada o. Badeni. „Żeby dojść do światła, trzeba wszystkie ciemności porozbijać. Co chwilę coś staje się ciemne i trzeba znowu tę ciemność rozświetlić. Nie usunąć, bo się nie da, tylko rzucić na nią światło słowa, światło wiary” – dodaje.
W jego słowach odnajduję intuicję towarzyszącego nam przez cały rok św. Augustyna: „Ucz się dobrze umierać, nauczywszy się dobrze żyć, a jeśli boisz się śmierci, ukochaj zmartwychwstanie”.
Jedno wielkie nieszczęście
Słynący z rubasznego humoru i ciętej riposty ojciec Joachim, który na zawołanie sypał z rękawa cytatami z Orygenesa i Tolkiena, jest w tej książce poważny. O zawiłościach eschatologii opowiada z właściwą sobie prostotą, ale nie żartuje. Na przykład gdy mówi o tym, że Jezus powróci jako król i sędzia. Jak mocno w jego uszach brzmią słowa, które wypowiedział w innej rozmowie rzece z Judytą Syrek: „Temu, kto by skrzywdził dziecko – jak powiedział Syn Boży – byłoby lepiej uwiązać kamień młyński do szyi i wrzucić go w morze. Uważam, że myślał wtedy o wszystkich pedofilach” (wielokrotnie dominikanin nazywał ten grzech „wołającym o pomstę do nieba”).
Jest niezwykle poważny, gdy opowiada o rzeczywistości piekła. „To całkowita izolacja człowieka od wszelkiego szczęścia, bliskości. Całkowita samotność i poczucie, że nigdy, nigdy nie będzie żadnego szczęścia. Jedno wielkie nieszczęście. Brak Boga przeżyty jako totalna katastrofa. Rozpacz. W »Boskiej komedii« Dantego nad bramą piekła widnieje napis: »Porzućcie wszelką nadzieję«. Są osoby, które widziały piekło – na przykład św. Teresa z Ávili – i to jest straszne widzenie. Ja nie miałem widzenia, ale kilka razy poczucie bliskości szatana. Potworne. Odczucie totalnej wrogości, totalnej nienawiści i chęci zniszczenia mnie” – opowiada kandydat na ołtarze.
Przyjdź!
Dlaczego wydawca zdecydował się wznowić książki? Bo, jak wyjaśnia, wydają się one z dnia na dzień coraz bardziej aktualne. To zrozumiałe. Filozof Rafał Tichy opowiadał mi: „Skoro nie wiemy, kiedy nadejdzie Chrystus, to od dwóch tysięcy lat każde trzęsienie ziemi, każda wojna, każdy kryzys Kościoła są antycypacją znaków ostatecznych. Nie wiemy, czy to jest ta miara znaków, która oznacza, że On już stoi u drzwi. Grzegorz Wielki, który podczas upadku Cesarstwa Rzymskiego widział pożogę, krew, mógł myśleć: spełnia się Apokalipsa. My też mamy takie prawo”.
Pierwszy Kościół żył w napięciu, oczekując realizacji słów: „Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie”.
Sekret wiecznej młodości
„Umiera człowiek i co dalej?” – pyta Alina Petrowa-Wasilewicz, a ojciec Joachim odpowiada: „Dla ateistów śmierć jest końcem wszystkiego. Ale człowiek wierzący wie, że jest początkiem prawdziwego życia. Gdy myślę o własnej śmierci, ogarnia mnie zupełnie czysta radość, przeżycie chyba w swej istocie mistyczne. Lęk przed śmiercią jest naturalny, ale powinien być pokonany wiarą w życie wieczne, radością na myśl o nim. Być może taka radość jest już przedsmakiem nieba. Człowiek wierzący jest duchowo wiecznie młody”.
Bracia towarzyszący o. Joachimowi nie mieli wątpliwości: „Tak umierają święci”.
– Opiekowałem się o. Joachimem, gdy umierał. Miał wielkie odleżyny i z braćmi delikatnie go przewracaliśmy na drugi bok. „Ale my ojca kochamy” – rzuciliśmy kiedyś. „Nie, to ja was kocham” − odparł. I zaczął się z nami przekomarzać. „Nie, to my ojca kochamy!”. „Ja was kocham!”. W pewnym momencie był już zniecierpliwiony tą żonglerką i zamilkł. Po chwili jednak rzucił: „Ale ja was i tak bardziej kocham” – wspominał o. Mateusz Kosior. – Miałem wrażenie że o. Joachim nieustannie się modli. Oddycha modlitwą. Był tu i teraz, a jednocześnie zanurzony w innym wymiarze – dodał.
„Muszę wyjaśnić jedno: ja nie wierzę w duchy. Wierzę w Ducha. Nie miewałem żadnych prywatnych objawień czy widzeń. Nic z tych rzeczy. Ale pamiętam świetnie pewną noc. Obudziło mnie wyraźne pukanie do drzwi. Wygramoliłem się z łóżka, patrzę: trzecia w nocy. Pukanie było wyraźne. To nie był sen. Otwieram drzwi, na korytarzu nikogo. Pomodliłem się: może komu to potrzebne? O świcie dostałem SMS-a: »Przed paroma godzinami zmarł o. Joachim Badeni«. Wierzę, że przyszedł się ze mną pożegnać” – wspominał o. Leon Knabit OSB.
„Dzisiaj… wieczorem… nastąpią… zaślubiny… z… Jezusem. Wszystko… przygotowane” – wyszeptał sędziwy dominikanin 11 marca 2010 roku.
„Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? Gdy życie jest odpowiedzią, śmierć staje się powrotem do domu” – pisał Abraham Joshua Heschel. „Są trzy formy opłakiwania zmarłego, jedna doskonalsza od drugiej: łzy – ta stoi najniżej; milczenie – ta jest lepsza, i pieśń – ta jest najdoskonalsza” – wskazywał.
Ojciec Joachim dodał czwartą formę: taniec, bo bracia wspominają, że przed śmiercią wyszeptał: „Idę tańczyć”.
Na jego zdjęciu, które noszę w portfelu, czytam: „Trzeba tak żyć, żeby nie było śmierci, tylko przejście. Jak to zrobić? Trzeba poznać i pokochać żywego Boga, wtedy poczuje się, że śmierć jest przejściem, a nie końcem”.
„Jak już dominikanie, najbardziej złośliwy zakon świata, napisali, że o. Badeni umarł w opinii świętości, to to musiała być prawda” – śmieją się zakonnicy w białych habitach. Ruszyły prace przygotowujące proces beatyfikacyjny. Bracia proszą wszystkich, którzy mieli osobisty kontakt z ojcem Joachimem, o przesyłanie związanych z nim świadectw. Można je wysłać na adres: swiadectwa.badeni @gmail.com.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Ojciec Joachim Badeni OP z przesłaniem dla naszych czasów. „Amen” – rozmowy, które leczą lęk przed śmiercią (wywiad)
fot: Anna Zając
***
Rozmawiamy z Aliną Petrową-Wasilewicz o najnowszej książce “Amen”, będącej kompilacją jej rozmów z ojcem Joachimem o śmierci i sprawach ostatecznych
Wczasach, gdy coraz trudniej mówić o cierpieniu i śmierci bez lęku, powraca głos dominikanina, który potrafił o tych tematach mówić z pogodą ducha i błyskiem w oku, często żartując sam z siebie. Rozmowy spisane przez autorkę pokazują ojca Joachima Badeniego OP jako przewodnika w drodze ku wieczności – pełnego mądrości, ciepła, dowcipu i wewnętrznej wolności.
Aleteia: Pani Alino, dla kogo jest książka „Amen. O rzeczach ostatecznych”?
Alina Petrowa-Wasilewicz: – Książka „Amen. O rzeczach ostatecznych” w założeniu adresowana jest do szerokiego grona odbiorców, gdyż nie jest hermetyczna, a dostępna w odbiorze. Jednak przypuszczam, że w naturalny sposób sięgną po nią osoby starsze, gdyż temat „zbliża się” do nich oraz ludzie, którzy przeżyli jakiś przełom w życiu i na wiele spraw spojrzą w nowy sposób, uwzględniając perspektywę wieczności.
Bardzo liczę jednak na to, że przeczytają ją także ludzie młodzi i uświadomią sobie, jak bezcennym darem jest życie i że będzie to dla nich doping i zachęta żeby nie zmarnowali z tego skarbu ani sekundy.
Czy w dzisiejszym świecie, który z jednej strony unika tematów cierpienia i śmierci, a z drugiej strony jest pełen lęku, słowa ojca Badeniego mogą być odpowiedzią na wiele pytań, które zadajemy sobie na co dzień?
– Książka o. Badeniego jest doskonałym lekiem na dzisiejsze problemy. Żyjemy w czasach, w których obalone zostały liczne tabu, ale też stworzono obszerne strefy nakazanego milczenia, czyli nowych tabu. Ludzie, którzy żyją w świecie skasowanego nieba, dążą do tego, żeby przeżyć niebo na ziemi a w końcu przekonują się, że to niemożliwe, że to absurd. Są rozczarowani, zalęknieni, cierpią na depresje.
O. Joachim przypomina o zapomnianym Niebie, dla niego oczywiste jest, że ono istnieje, gdyż istnieje kochający Bóg, a nasze życie jest drogą do Nieba, a bramą – nasza śmierć. Ojciec Joachim łagodnie i spokojnie, a także z krzepiącym optymizmem i poczuciem humoru to tabu unieważnia – i prowadzi swoich odbiorców ku światłości i miłości. Jest doskonałym terapeutą, dzięki któremu odbiorcy przestają się bać i zaczynają akceptować swój los, także to, co w nim trudne.
Co najbardziej zaskakiwało Panią w ojcu Joachimie?
– Spotkanie z o. Joachimem uważam za wielki przywilej. Na początki lat 2000. pojechałam do Krakowa żeby zrobić z nim wywiad dla Katolickiej Agencji Informacyjnej i tak zaczęły się nasze kontakty. Na tle „statystycznej ludzkiej przeciętnej” naszych czasów jawił się jako osoba z innego świata, wyjątkowa. I choć jego świat, który go ukształtował, obiektywnie już nie istniał, ale żył w Ojcu. Była w nim rycerskość, odwaga, przeświadczenie, że złu trzeba bezwzględnie się przeciwstawiać, niezależnie od konsekwencji. A także elegancja, doskonałe maniery i szacunek dla każdego człowieka.
Co do zaskoczeń – zadziwiało mnie, że nie było w nim poczucia straty i goryczy z tego powodu. Należał przecież do tzw. elit urodzenia, był jednym z najbogatszych ludzi II Rzeczpospolitej, jednak z lekkością się z tym rozstał, mówił, że Stalin pozbawił go dużego kłopotu – trzema majątkami trzeba było przecież zarządzać, a tak – w jednej chwili zabrał mu wszystko – kłopot z głowy, poczuł się wolny. Nie oglądał się za siebie.
Czy my, tu na ziemi, możemy odnaleźć skrawek nieba? Co ojciec Badeni mówił na ten temat?
Jakie jest najważniejsze przesłanie książki „Amen. O rzeczach ostatecznych”? Patrzy Pani na tę treść już z perspektywy czasu – jak dziś, po kilkunastu latach, Pani ją odczytuje?
– Najważniejszym przesłaniem książki „Amen. O rzeczach ostatecznych” jest ukazanie życia jako drogi do kochającego Boga. Zbliżam się, z powodu wieku, do owego „Amen” i o. Joachim dodaje mi otuchy i łagodzi lęki, zapewnia, że zbliżam się do wielkiej radości. I mam nadzieję, a nawet pewność – Tam się spotkamy.
„Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam”.
Benedykt XVI o pomocy duszom w czyśćcu
(Oprac. GS/PCh24.pl)
***
„Jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić siebie samego? Powinniśmy również pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla innych wzeszła gwiazda nadziei? Wówczas zrobię najwięcej także dla mojego własnego zbawienia” – napisał Benedykt XVI w encyklice Spe salvi.
Rozważania dotyczące pomocy duszom czyśćcowym odnajdziemy w rozdziale trzecim encykliki „Sąd Ostateczny jako miejsce uczenia się i wprawiania w nadziei”, którego fragment prezentujemy poniżej:
Trzeba tu wspomnieć jeszcze jeden motyw, gdyż ma on znaczenie dla praktykowania chrześcijańskiej nadziei. Już we wczesnym judaizmie istnieje myśl, że można przyjść z pomocą zmarłym w ich przejściowym stanie poprzez modlitwę (por. na przykład 2 Mch 12, 38-45: I wiek przed Chrystusem). W sposób naturalny podobna praktyka została przejęta przez chrześcijan i jest wspólna dla Kościoła wschodniego i zachodniego.
Wschód nie uznaje oczyszczającego i pokutniczego cierpienia dusz «na tamtym świecie», ale uznaje różne stopnie szczęśliwości lub też cierpienia w stanie pośrednim. Duszom zmarłych można jednak dać «pokrzepienie i ochłodę» poprzez Eucharystię, modlitwę i jałmużnę.
W ciągu wszystkich wieków chrześcijaństwo żywiło fundamentalne przekonanie, że miłość może dotrzeć aż na tamten świat, że jest możliwe wzajemne obdarowanie, w którym jesteśmy połączeni więzami uczucia poza granice śmierci. To przekonanie również dziś pozostaje pocieszającym doświadczeniem. Któż nie pragnąłby, aby do jego bliskich, którzy odeszli na tamten świat, dotarł znak dobroci, wdzięczności czy też prośba o przebaczenie?
Można też zapytać: jeżeli «czyściec» oznacza po prostu oczyszczenie przez ogień w spotkaniu z Panem, Sędzią i Zbawcą, jak może wpłynąć na to osoba trzecia, choćby była szczególnie bliska?
Kiedy zadajemy podobne pytanie, musimy sobie uświadomić, że żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami, poprzez wielorakie współzależności są ze sobą powiązane. Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam. Nieustannie w moje życie wkracza życie innych: w to, co myślę, mówię, robię, działam. I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych: w złym, jak i w dobrym. Tak więc moje wstawiennictwo za drugim nie jest dla niego czymś obcym, zewnętrznym, również po śmierci.
W splocie istnień moje podziękowanie, moja modlitwa za niego mogą stać się niewielkim etapem jego oczyszczenia. I dlatego nie potrzeba przestawiać czasu ziemskiego na czas Boski: w obcowaniu dusz zwykły czas ziemski po prostu zostaje przekroczony.
Nigdy nie jest za późno, aby poruszyć serce drugiego i nigdy nie jest to bezużyteczne. W ten sposób wyjaśnia się ostatni ważny element chrześcijańskiego pojęcia nadziei. Nasza nadzieja zawsze jest w istocie również nadzieją dla innych; tylko wtedy jest ona prawdziwie nadzieją także dla mnie samego.
Jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić siebie samego? Powinniśmy również pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla innych wzeszła gwiazda nadziei? Wówczas zrobię najwięcej także dla mojego własnego zbawienia.
źródło: Benedykt XVI, Spe salvi – tłum. za vatican.va/PCh24pl
***
+++
Pamiętajmy w naszych modlitwach o kapłanach, którzy duszpasterzowali poprzednim naszym pokoleniom na szkockiej ziemi i przeszli już przez próg śmierci do życia wiecznego:
+KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
+KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
+KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
+KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
+KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
+KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth
+++
+++
Również w naszych modlitwach polecajmy Bożemu Miłosierdziu wszystkich Rodaków, których groby są na szkockiej ziemi.
+++
W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza święta w intencji zmarłych, których Imiona wypisaliście na kartkach a także w intencji tych zmarłych, z którymi razem pielgrzymowaliśmy po tym ziemskim padole i na naszej ojczystej ziemi i tu, na tej szkockiej.
+++
Wypominki za zmarłych.
Czym są i dlaczego je zamawiamy?
fot. cottonbro/Pexels
***
Modlitwa błagalna za zmarłych, zwana “wypominkami” była praktykowana już w starożytności! Skąd wzięła się ta forma modlitwy za zmarłych? Dlaczego co roku przed uroczystością Wszystkich Świętych zamawiamy wypominki?
Wypominki za zmarłych to modlitwa połączona z wymienianiem imion i nazwisk naszych bliskich zmarłych: rodziców, krewnych, przyjaciół, współmałżonków, dzieci.
Skąd wzięły się wypominki?
Wypominki w starożytnej liturgii odczytywano podczas tzw. dyptyki, na których zapisywano zarówno składających ofiarę, jak i tych, za których ona była składana. Ich odczytywanie trwało niekiedy bardzo długo, dlatego z czasem zastąpiły je krótsze memento (czyli wspomnienia).
Stopniowo przyjęła się też znana do dzisiaj praktyka odprawiania Mszy Świętych za zmarłych pokutujących w czyśćcu. Podczas każdej Eucharystii Kościół modli się za wszystkich, którzy odeszli z tego świata. Używa wtedy słów: Pamiętaj także o naszych zmarłych braciach i siostrach i o wszystkich, którzy odeszli już z tego świata. Dopuść ich do oglądania Twojej światłości (II Modlitwa Eucharystyczna).
Po co składamy wypominki za zmarłych?
Dzisiejsze wypominki, są kontynuacją starożytnych dyptyków. Mają bardzo podobny sens. Przede wszystkim są one wyrazem miłości i jedności całego Kościoła: pielgrzymującego na ziemi i tego, który przeszedł już granicę śmierci. Pisząc imiona zmarłych na kartkach wypominkowych, a następnie je odczytując wyrażamy wiarę, że ich imiona są zapisane w Bożej Księdze Życia.
Podobnie jak w starożytności, do dzisiaj wypominki związane są one z Eucharystią. Za zmarłych wypisanych na kartkach wypominkowych odprawiana jest Msza św. Warto pamiętać, że wypominki nie są tylko i wyłącznie tradycją Kościoła. To modlitwa za zmarłych, aby zostali uwolnieni od grzechów i kar za grzechy. Oznacza to uwolnienie z czyśćca i wejście do nieba, czyli tego stanu życia, do którego wszyscy wierzący zdążamy.
Składając prośbę o wypominki pamiętajmy o tym, że to szczególny wyraz miłości i wyjątkowy sposób modlitwy za dusze tych, którzy już odeszli.
Kiedy odmawiane są wypominki za zmarłych?
Modlitwa ta odmawiana jest codziennie przez oktawę uroczystości Wszystkich Świętych w wypominkach jednorazowych lub też oktawalnych – przez 8 dni od uroczystości Wszystkich Świętych, półrocznych i rocznych – odczytywanych przed niedzielnymi Mszami św.
ks.Rafał Bobek/Stacja7
***
Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!
Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;
Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.
Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,
A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.
O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!
+++
Modlitwy św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:
Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego, Pana naszego, Jezusa Chrystusa, w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi dzisiaj na całym świecie odprawianymi, za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających, za grzeszników na świecie, za grzeszników w Kościele powszechnym, za grzeszników w mojej rodzinie, a także w moim domu. Amen.
++++++++++++++++++
Niech Jezus Chrystus, dla nas ukrzyżowany, zmiłuje się nad wami, dusze bolejące; niech swoją Krwią zagasi pożerające was płomienie. Polecam was tej niepojętej miłości, która Syna Bożego sprowadziła z nieba na ziemię i wydała na okrutną śmierć. Niech się ulituje nad wami, jak okazał swe miłosierdzie dla wszystkich grzeszników, umierając na krzyżu. Jako zadośćuczynienie za wasze winy ofiaruję tę synowską miłość, jaką Jezus w swym Bóstwie kochał swego Przedwiecznego Ojca, a w Najświętszym Człowieczeństwie najmilszą swoją Matkę. Amen.
(św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)
+++
HOJNIE OBDAROWUJEMY W INTENCJI NASZYCH ZMARŁYCH; BÓG CHCIAŁ TEGO, BYŚMY SOBIE WZAJEMNIE POMAGALI. św. Jan Chryzoston
CZY MOŻECIE WĄTPIĆ, ŻE ZMARLI ODNIOSĄ WIELKĄ KORZYŚĆ Z DZIEŁ MIŁOSIERDZIA, JEŚLI MODLITWY, BĘDĄCE JEDYNIE WESTCHNIENIEM, DLA NICH SĄ POTĘŻNĄ POMOCĄ? św. Augustyn
NIE PODLEGA ŻADNEJ WĄTPLIWOŚCI, ŻE ZMARŁYM PRZEZ OFIARĘ MSZY ŚWIĘTEJ POMOC PRZYNIEŚĆ MOŻNA; ONA SPRAWIA, ŻE PAN BÓG Z NIMI POSTĘPUJE BARDZIEJ MIŁOSIERNIE, ANIŻELI PRZEZ GRZECHY SWOJE ZASŁUŻYLI. św. Augustyn
IM DUSZE W CZYŚĆCIU BLIŻSZE NIEBA, TYM WIĘKSZA ICH TĘSKNOTA ZA BOGIEM. św. Jan Maria Vianney
ODPUSTY ZUPEŁNE GŁADZĄ WSZYSTKIE KARY, JAKIE MIELIBYŚMY PONOSIĆ W CZYŚĆCU. św. Jan Maria Vianney
DUSZE CZYŚĆCOWE NIC DLA SIEBIE ZROBIĆ NIE MOGĄ, LECZ MOGĄ WIELE DLA SWOICH DOBROCZYŃCÓW. św. Jan Maria Vienney
OD KAR CZYŚĆCOWYCH CHRONIĄ NAS TEŻ ODPUSTY, CZERPANE Z PRZEOBFITYCH ZASŁUG JEZUSA CHRYSTUSA, MATKI NAJŚWIĘTSZEJ I ŚWIĘTYCH PAŃSKICH. św. Jan Maria Vianney
MUSIMY MODLIĆ SIĘ ZA DUSZE W CZYŚĆCIU. TO NIEWIARYGODNE, CO ONE MOGĄ UCZYNIĆ DLA NASZEGO DUCHOWEGO DOBRA, Z DZIĘCZNOŚCI DLA TYCH NA ZIEMI, KTÓRZY PAMIĘTAJĄ O MODLITWIE ZA NIE. św. Jan Maria Vianney
PO PROSTU, BEZBOŻNYM I BEZ SERCA JEST TEN, KTO NIE WZRUSZA SIĘ ICH MĘKAMI I NIE NIESIE POMOCY CIERPIĄCYM, CHOĆ MOŻE TO UCZYNIĆ. św.Stanisław Papczyński
+++
Msze św. wieczyste i odpusty cząstkowe. Najbardziej pomagamy zmarłym, gdy…
PHOTOCREO Michal Bednarek | Shutterstock
***
Jak pomóc zmarłym? To nie magia. Nie jest tak, że jeśli odmówię różaniec czy poproszę kapłana o odprawienie gregoriańskich Mszy św. za mojego zmarłego, to on po ich odprawieniu automatycznie idzie do nieba.
Pomaganie zmarłym nie polega na automatycznym wypełnianiu pewnych praktyk. Chodzi o duchowy dar. Najbardziej pomagamy duszom, kiedy sami zbliżamy się do Boga – mówi s. Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych.
Jak podkreśla, w pomocy duszom nie tyle trzeba myśleć o zmarłym – o tym, czego on konkretnie potrzebuje – ale trzeba myśleć o Bogu. Zwraca też uwagę, że po „tamtej stronie” nic nie wygląda tak, jak po naszej, i możemy mówić o rzeczywistości po śmierci jedynie poprzez pewne podobieństwo do tego, co znamy.
Czego potrzebują zmarli?
Maria Czerska/KAI: Jak możemy pomagać duszom czyśćcowym?
S. Anna Czajkowska*: Modlitwa, post, jałmużna, odpusty – takie formy poleca nam Kościół katolicki. Musimy jednak pamiętać, że pomaganie zmarłym wymaga od nas autentycznego wysiłku duchowego i pogłębionego spojrzenia na czyściec, w wierze.
Nie chodzi o automatyczne wypełnianie pewnych praktyk. To nie magia. Nie jest tak, że jeśli odmówię różaniec czy zamówię msze św. gregoriańskie za mojego zmarłego, to on po ich odprawieniu automatycznie idzie do nieba.
Eucharystia jest darem nieskończonym i niewyczerpanym, ale może się zdarzyć, że zmarły nie może z tego daru skorzystać, bo jest w jakiś sposób na nią zamknięty, skrępowany np. tym, że przez lata przyjmował niegodnie Komunię Świętą albo potrzebuje czegoś innego, np. przebaczenia.
Skąd mamy wiedzieć, czego potrzebują zmarli?
Nie potrzebujemy tego wiedzieć. Przede wszystkim trzeba mieć świadomość, że mówiąc o rzeczywistości czyśćca, mówimy i to jedynie w sposób niedoskonały, o tym, co jest dla nas zupełnie nieznane. Po tamtej stronie nic nie wygląda tak, jak po naszej. Wyobrażamy to sobie jedynie przez pewne podobieństwo do rzeczywistości, którą znamy.
Mamy liczne świadectwa świętych. Ale to są tylko świadectwa, które przeszły przez ludzki umysł. Ktoś spisał swoje doświadczenia tak, jak potrafił je pojąć i wyrazić, więc na pewno nie należy ich rozumieć dosłownie.
Wiemy, że zmarli w czyśćcu nie doświadczają jeszcze pełnego zjednoczenia z Bogiem i cierpią z powodu tego oddalenia, z powodu niedoboru miłości w sercu. Na to oddalenie „pracowali” tutaj na ziemi. My, jeśli chcemy im pomóc, musimy niejako stanąć w ich sytuacji, „wejść w ich buty” i zbliżać się do Boga, starać się być z Nim w łączności. Najbardziej pomaga zmarłym to wszystko, co nas samych zbliża do Boga.
W pomocy duszom nie tyle trzeba myśleć o zmarłym – trzeba myśleć o Bogu, myśleć o tym, co Bóg uczynił dla nas w Chrystusie. To jest droga do nieba dla nas i dla zmarłych cierpiących w czyśćcu.
Stąd pośpiesznie, mechanicznie odmówiona modlitwa, msza św. przeżywana bez duchowego zaangażowania, albo na którą idę tylko z lęku, by nie zgrzeszyć i spełnić niedzielny obowiązek – takie dary niewiele pomogą zmarłym, gdyż i nas samych w niewielkim stopniu zbliżają do Boga, jeśli wręcz nie oddzielają od Niego.
Z takiego powierzchownego przeżywania modlitwy czy Eucharystii my sami będziemy się musieli po śmierci oczyszczać. To przecież buduje w nas przeszkodę do pełnego przeżywania komunii z Bogiem. A na tej komunii polega niebo.
Wszystko w rękach Bożego miłosierdzia
Co zatem możemy robić?
Prowadząc Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym zachęcamy do tego, co czynimy my same: wszystko to, co w danym dniu może być pomocą dla tych dusz, ofiarowujemy Chrystusowi przez ręce Maryi. Warto pamiętać, że my sami nie dysponujemy niczym, co ofiarujemy duszom w czyśćcu cierpiącym. Wszystkim tym dysponuje Boże miłosierdzie.
Możemy chętnie darować urazy i udzielać przebaczenia różnym ludziom, którzy wobec nas zachowali się niewłaściwie; możemy to robić w intencji pomocy zmarłym, którzy tego przebaczenia potrzebują ze strony kogoś innego.
Można w tej intencji wiernie wypełniać obowiązki wynikające ze swojego stanu – kapłańskiego, zakonnego, ale także bycia żoną, mężem, matką czy ojcem. Przyjęcie z radością dziecka poczętego można ofiarować w intencji tych zmarłych, którzy cierpią, gdyż nie pozwolili się swojemu dziecku narodzić.
Błogosławieństwo dane dziecku na dobranoc może być darem dla matek czy ojców, którzy przeklinali swoje dzieci i którzy źle je traktowali. Każdy gest życzliwości, miłości wobec swoich bliskich, sąsiadów czy osób potrzebujących, może być pomocą duszom czyśćcowym, jeśli taką intencję uczynimy. Byle tylko był to gest uczyniony w łączności z Bogiem, w stanie łaski uświęcającej.
Jakie jest znaczenie ofiarowywania cierpienia?
Święci, w tym św. Faustyna, św. o. Pio czy nasz założyciel bł. Honorat Koźmiński mówili, że to bardzo skuteczna forma pomocy. Co więcej, to również pomaga nam. Pamięć o intencjach dodaje nam sił w sytuacjach trudnych.
Jeśli muszę wykonać ciężką pracę, która mnie czasem przerasta, jeśli muszę przełamać lęk, by wypełnić swój obowiązek, jeśli przychodzi cierpienie fizyczne – gdy wielkodusznie ofiaruję to wszystko w intencji dusz czyśćcowych – to jest mi łatwiej. Tak czy siak cierpię, trudzę się, ale wiem, że mogę dzięki temu kogoś przybliżyć do nieba. Wtedy to moje cierpienie nabiera sensu.
Zyskuję też wstawiennictwo zmarłych. To działa w obie strony. Na tym m.in. polega tajemnica obcowania świętych. Gdy zmarli w czyśćcu widzą naszą troskę o nich, niemożliwe, by nie odpowiedzieli modlitwą za nas. Te dusze dzięki naszemu wsparciu coraz bardziej stają się podobne do Boga, a Bóg obdarowuje. One więc coraz bardziej się za nas modlą.
Tę tajemnicę można też próbować zrozumieć na przykładzie własnego ciała. Gdy wyleczę jakąś ranę, cały czuję się lepiej. Ofiarowując coś zmarłym, leczymy tę cząstkę Mistycznego Ciała Chrystusa, która jest w cierpieniu. Cały Kościół dzięki temu doznaje ulgi i radości.
Formy pomocy duszom czyśćcowym
Różaniec, Msze św. gregoriańskie, wypominki, Msze św. wieczyste – jakie jeszcze mamy formy wspierania dusz czyśćcowych?
Jeżeli zmarły miał pragnienie pochówku katolickiego, to – przynajmniej w naszej polskiej rzeczywistości – nie wyobrażamy sobie, żeby odbył się on poza mszą świętą. Eucharystia jest sprawowana w dniu pogrzebu, czyli najczęściej trzeciego dnia po śmierci. Później zależy to już od dobrej woli członków rodziny, znajomych i wszystkich tych, którzy w jakiś sposób dowiadują się o śmierci.
Często zdarza się, że wiele osób zamawia kolejne msze święte za tego zmarłego – od rodziny, od sąsiadów, od przyjaciół. W niektórych parafiach jest przyjęte, że zamiast kwiatów i wieńców uczestnicy pogrzebu ofiarowują zmarłemu dar Eucharystii.
Często też członkowie rodziny starają się, by w najbliższym czasie od pogrzebu zamówić msze św. gregoriańskie w intencji zmarłego. Można też zamówić msze św. wieczyste.
Czym są Msze św. gregoriańskie i Msze św. wieczyste?
Msze św. gregoriańskie to 30 mszy św. odprawianych w kolejnych dniach, bez przerwy, ofiarowanych za jedną osobę zmarłą. Jest to zwyczaj oparty jedynie na przekonaniu wiernych o skuteczności tej modlitwy. Zapoczątkowany został przez papieża Grzegorza Wielkiego, żyjącego w VI w., który polecił w taki sposób modlić się za zmarłego zakonnika.
Według tradycji, trzydziestego dnia zakonnik miał się objawić we śnie przełożonemu klasztoru, dziękując za pomoc.
Msze św. wieczyste mogą być odprawiane w niektórych zgromadzeniach zakonnych, jak np. pallotyni, czy werbiści. Mają oni na to specjalne pozwolenie od papieża. Msze te odprawiane są codziennie, tak długo, jak istnieć będzie dane zgromadzenie, za wszystkie osoby, które wpisane są z imienia i nazwiska do specjalnej Księgi intencji mszy wieczystych.
Msze odprawiane mogą być za osoby żyjące i zmarłe. Intencje te zapewne obejmują już miliony ludzi. Z wpisem do Księgi wiąże się specjalna ofiara, która w wielu przypadkach przeznaczana jest na misje. Jest to zatem rodzaj jałmużny wspierającej ewangelizację, która może być dodatkowo ofiarowana w intencji zmarłych.
W praktyce pobożnościowej przyjęło się również dawać na wypominki.
Wypominki wiążą się nie tylko z odczytywaniem imion i nazwisk zmarłych. Stąd nie jest najlepszą praktyką nazywanie ich „wymieniankami” – jak to się dzieje w niektórych polskich parafiach.
Chodzi o to, byśmy sobie uzmysłowili, że są to konkretne osoby, które kochaliśmy, z którymi dzieliliśmy swoje życie. One potrzebują nadal naszej miłości, bo ich życie toczy się nadal – w Bogu wszyscy żyją. Przywołujemy więc pamięć o nich z imienia i nazwiska w czasie wspólnotowego nabożeństwa na wzór memento za zmarłych z modlitwy eucharystycznej.
Modlimy się we wspólnocie parafialnej, uświadamiając sobie, że zmarli wciąż do niej należą. Forma wypominków jest różna, w zależności od tego, jak to jest przyjęte w danej parafii. Niekiedy imiona zmarłych odczytywane są przed mszą św. w ich intencji, czasem w trakcie modlitwy różańcowej, po której jest też sprawowana Eucharystia. Zazwyczaj praktykowane jest to przez cały listopad.
W niektórych parafiach są też wypominki roczne, czyli czytanie wypominków i Msza św. w intencji zmarłych sprawowana w konkretnym dniu każdego miesiąca – czyli 12 razy w ciągu roku.
Odpust za zmarłych
Jak uzyskać odpust za zmarłych?
Żeby otworzyć się na łaskę odpustu, trzeba się trochę wysilić duchowo. Nie wystarczy wypełnienie zewnętrznych czynności. Ta łaska również nie działa automatycznie. W życiu duchowym nic tak nie działa. To bardzo trudno ludziom wytłumaczyć.
Nie wystarczy pójść na cmentarz od 1 do 8 listopada i odmówić tam modlitwę za zmarłych. By uzyskać odpust zupełny, trzeba przyjąć Komunię Świętą, być w stanie łaski uświęcającej i pomodlić się w intencjach, w których modli się papież. Nie można też być w sercu przywiązanym do żadnego grzechu, nawet powszedniego. To jest najtrudniejszy warunek.
Na czym to polega?
Można nie grzeszyć, ale być przywiązanym do grzechów. Można np. przestać kraść, ale w sercu żałować, że inni są bardziej zaradni i nadal to robią. Można – to dotyczy grzechów powszednich – wyspowiadać się z tego, że używamy np. wulgarnego języka, ale z żalem powierzchownym i bez szczerej chęci zmiany swojego języka, w przekonaniu, że bez wulgaryzmów moi znajomi nie zrozumieją, co do nich mówię.
Tutaj chodzi o szczerość intencji, czyli o szczery żal i autentyczną gotowość zmiany życia, na zawsze, nie tylko na 2 czy 3 dni, w celu uzyskania odpustu. Zmiana może mi się oczywiście nie udać. Większość z nas przecież od lat spowiada się z tych samych grzechów.
Ale, jak podkreślam, tu chodzi o intencję. Nie mogę mieć upodobania w żadnym grzechu – nawet najlżejszym. Nie chcę go pod żadną postacią. Podsumowując – krótko po odbyciu naprawdę dobrej spowiedzi, gdy jeszcze trwam w moich dobrych postanowieniach poprawy, mam naprawdę dużą szansę na tę wolność w sercu i na sięgnięcie po łaskę odpustu zupełnego. Jeśli ofiaruję go za duszę czyśćcową, oznacza to dla niej wejście do chwały nieba.
Czym są odpusty cząstkowe?
O odpustach cząstkowych mniej się mówi, a szkoda, bo łatwiej się na nie otworzyć. Wymagany jest tylko stan łaski uświęcającej i skrucha serca, czyli pokorna świadomość własnej słabości oraz potrzeby łaski Bożej.
Jeśli w takim stanie będąc, z intencją pomocy zmarłym odmówię jakąś dowolną modlitwę, do której Kościół nadał łaskę odpustu częściowego – np. „Pod Twoją obronę”, różaniec, „Wieczny odpoczynek” albo np. pomodlę się aktem strzelistym „Jezu, ufam Tobie!” w sytuacjach trudnych, o to, np. by nie odpowiedzieć złem na zło – zyskuję łaskę cząstkowego odpustu, czyli darowania części czyśćcowego cierpienia duszy.
Czy listopad jest momentem szczególnych łask dla dusz czyśćcowych?
Kościół ustanowił na początku listopada uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych, kierując nasz duchowy wzrok nie tylko na niebo, ale również na czyściec. Dał nam też oktawę tej uroczystości. 2 listopada decyzją Stolicy Apostolskiej kapłani mogą sprawować aż 3 msze św.
To jest czas, w którym zwykły człowiek, zazwyczaj zalatany i zabiegany, ma szansę się zatrzymać i pomyśleć o wieczności. Kościół mu przypomina, że są święci w niebie, którzy nas wpierają swoją modlitwą, ale są też zmarli, którzy czekają na pomoc, bo sami już nic dla siebie nie mogą uczynić. Z pewnością w tym czasie staramy się gorliwiej modlić za dusze zmarłych, więc zapewne też dociera do nich więcej łask.
Na pewno nie możemy się ograniczać w modlitwie za zmarłych do jednego miesiąca w roku. Niektóre objawienia prywatne podpowiadają, że szczególnym momentem łask dla dusz czyśćcowych są święta Bożego Narodzenia.
To ciekawa intuicja, zwłaszcza gdy sobie uświadomimy, czym było Wcielenie Chrystusa. Cały świat się od tego momentu zmienił. Liturgiczna pamiątka tego dnia musi być czasem wielkiego obdarowywania Bożym miłosierdziem.
Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym
Czym jest Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym?
Jest to duchowa rodzina naszego Zgromadzenia, włączająca się w realizację charyzmatu niesienia pomocy duszom czyśćcowym. Działa już od prawie 40 lat i liczy ok. 30 tys. osób. Gromadzi ludzi żyjących różnym powołaniem. Należą do niego w większości osoby świeckie, ale także w niemałej liczbie księża, siostry i bracia z różnych zgromadzeń zakonnych.
Proponujemy im publikacje o tematyce eschatologicznej oraz uczestnictwo w rekolekcjach, z których oczywiście korzysta jedynie cząstka tej licznej wspólnoty. Docieramy do członków poprzez wewnętrzny kwartalnik formacyjny „Do domu Ojca” oraz treści zamieszczane na Facebooku Apostolstwa i na naszych stronach internetowych: www.wspomozycielki.pl oraz www.apdc.wspomozycielki.pl.
* S. Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych zajmuje się w zgromadzeniu formacją członków Apostolstwa Pomocy Duszom Czyśćcowym. Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych powstało w 1889 r. Założone zostało przez bł. Honorata Koźmińskiego i m. Wandę Olędzką. To jedyne w Polsce, a drugie w Europie żeńskie zgromadzenie zakonne, którego głównym celem jest niesienie pomocy duszom czyśćcowym. Siostry Wspomożycielki są zgromadzeniem bezhabitowym. Żyją według Reguły i Życia Braci i Sióstr Trzeciego Zakonu Regularnego św. Franciszka z Asyżu. Ratują dusze zmarłych, ofiarując Panu Bogu w ich intencji całe swoje życie: śluby zakonne, modlitwy, prace apostolskie, publikacje o tematyce eschatologicznej, trudy i radości życia we wspólnocie życia konsekrowanego, uczynki miłosierdzia, wyrzeczenia, ofiary i odpusty.
Och, gdybyż tylko ludzie wiedzieli, czym jest czyściec
(Wikimedia Commons)
***
Gdyby czyściec nie istniał, aby usunąć plamy grzechu z niedoskonałych dusz, jedyną alternatywą byłoby piekło. Zatem czyściec jest koniecznym miejscem ekspiacji. Każdy osobisty grzech niesie ze sobą dwie konsekwencje: winę (która w przypadku grzechu śmiertelnego niszczy łaskę uświęcającą i prowadzi do piekła) oraz doczesną karę uzasadnioną obrazą Boga.
„Och, gdybyż tylko ludzie wiedzieli, czym jest czyściec!”
W roku 1870 Belgia walczyła jako sojusznik Francji przeciwko Niemcom. We wrześniu owego roku siostrę Marię Serafinę, zakonnicę redemptorystkę z Mechelen w Belgii, nagle ogarnął niewytłumaczalny smutek. Wkrótce potem otrzymała wiadomość, że w tej wojnie zginął jej ojciec. Od tamtego dnia siostra Maria wielokrotnie słyszała niepokojące jęki i głos mówiący: „Moja droga córko, zmiłuj się nade mną!”
Później dokuczały jej różne udręki, a wśród nich nieznośne bóle głowy. Kładąc się pewnego dnia ujrzała swojego ojca w otoczeniu płomieni i pogrążonego w głębokim smutku. Cierpiał w czyśćcu. Otrzymał od Boga pozwolenie, by błagać swą córkę o modlitwy oraz opowiedzieć jej o czyśćcowych cierpieniach. Opowiedział o tym tak:
– Chcę od ciebie Mszy św., modlitw i odpustów w moim imieniu. Spójrz, jak jestem pogrążony w tym wypełnionym ogniem dole! Och! Gdybyż ludzie wiedzieli, czym jest czyściec, znieśliby wszystko, aby go uniknąć i zmniejszyć cierpienia dusz tutaj. Bądź bardzo święta, moja córko, i przestrzegaj świętej reguły, nawet w jej najmniej istotnych punktach. Czyściec dla osób zakonnych jest straszliwą rzeczą!
Siostra Maria ujrzała dół pełen płomieni, wypluwający czarne obłoki dymu. Jej ojciec był zanurzony w tym dole, płonąc, straszliwie się dusząc i pragnąc. Gdy otwierał usta, widziała, że jego język jest całkowicie wyschnięty.
– Pragnę, moja córko, pragnę!
Następnego dnia jej ojciec odwiedził ją ponownie, mówiąc:
– Moja córko, minęło wiele czasu, odkąd cię widziałem ostatni raz.
– Mój ojcze, to było dopiero wczoraj…
– Och! Dla mnie wydaje się to wiecznością. Jeśli pozostanę w czyśćcu trzy miesiące, to będzie to wieczność. Zostałem skazany na wiele lat, ale dzięki wstawiennictwu Matki Bożej, mój wyrok został zredukowany do tylko kilku miesięcy.
Łaska, która dawała mu możliwość przyjścia na ziemię, została udzielona mu dzięki dobrym uczynkom za jego życia i ponieważ był oddany Matce Najświętszej, przyjmując Komunię św. we wszystkie Jej święta.
W ciągu tych odwiedzin siostra Maria Serafina zadała swojemu ojcu kilka pytań:
– Czy dusze w czyśćcu wiedzą, kto modli się za nie i czy mogą modlić się za nas?
– Tak, moja córko.
– Czy te dusze cierpią, wiedząc, że w ich rodzinach i na świecie obraża się Boga?”
– Tak.
Słuchając wskazówek swojego spowiednika i swojej przełożonej, wciąż zadawała swemu ojcu kolejne pytania:
– Czy to prawda, że cierpienia czyśćca są dużo większe od udręk na ziemi i nawet udręk męczenników?
– Tak, moja córko, to wszystko to szczera prawda.
Siostra Serafina spytała wówczas, czy każdy, kto należy do Bractwa Szkaplerza Najświętszej Panny z Góry Karmel (ci, którzy noszą szkaplerz), jest wolny od czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci:
– Tak – odpowiedział – ale tylko wówczas, jeśli są wierni zobowiązaniom Bractwa.
– Czy to prawda, że niektóre dusze muszą pozostać w czyśćcu nawet pięćset lat?
– Tak. Niektóre są skazane aż do końca świata. Te dusze bardzo zawiniły i są całkowicie opuszczone. Trzy główne rzeczy ściągają gniew Boga na ludzi: nieprzestrzeganie dnia Pańskiego z powodu pracy, bardzo rozpowszechniony występek nieczystości oraz bluźnierstwo. Och, moja córko, jakiż gniew Boży wywołują te bluźnierstwa!
Przez ponad trzy miesiące siostra Serafina i zakonnice z jej wspólnoty modliły się i ofiarowały pokutę za duszę jej udręczonego ojca, który często się jej ukazywał. Podczas podniesienia Hostii na Mszy w Boże Narodzenie siostra Maria ujrzała swojego ojca lśniącego z niezrównanym pięknem jak słońce.
– Skończyłem swój wyrok i przyszedłem, by podziękować tobie i twoim siostrom za waszą modlitwę i pobożne uczynki. Będę się za was modlił w niebie.
Gdyby czyściec nie istniał, aby usunąć plamy grzechu z niedoskonałych dusz, jedyną alternatywą byłoby piekło. Zatem czyściec jest koniecznym miejscem ekspiacji. Każdy osobisty grzech niesie ze sobą dwie konsekwencje: winę (która w przypadku grzechu śmiertelnego niszczy łaskę uświęcającą i prowadzi do piekła) oraz doczesną karę uzasadnioną obrazą Boga.
Chociaż spowiedź uwalnia nas od winy i części kary, musimy wciąż dokonać dodatkowe zadośćuczynienie Bogu. W tym życiu można to zrobić poprzez modlitwę, intencje mszalne, jałmużnę, pokutę i zyskanie odpustów. Jeśli ktoś umiera w stanie grzechu lekkiego albo bez wystarczającego zadośćuczynienia, idzie do czyśćca.
Miejsce ekspiacji
Jak widzieliśmy, czyściec jest miejscem odpokutowania. Dusze w czyśćcu doświadczają dwojakiego cierpienia: doświadczają tymczasowego bólu utraty, gdyż są pozbawione tymczasowo wizji uszczęśliwiającej oraz odczuwają również cierpienie zmysłów. Przeciwnie do potępionych w piekle, gdzie kary wywołują nienawiść, dusze w czyśćcu odkrywają, że kara budzi głęboką miłość do Boga.
Według świętego Tomasza z Akwinu i świętego Augustyna najmniejsze cierpienie w czyśćcu jest gorsze od największego cierpienia w tym życiu. Wywołane to jest intensywnością pragnienia Boga, jakie żywią dusze. Brak Boga jest niezwykle bolesny, a skala zmysłowego cierpienia, które dotyka duszę bezpośrednio, jest gorsza niż cokolwiek zmysły odczuwają.
Cierpienie pobudzane nadzieją
„Jakkolwiek surowe byłyby kary czyśćca, uśmierza je nadzieja”. Święta Katarzyna z Genui (1447-1510), mistyczka, która doświadczyła udręk czyśćca na ziemi, wyjaśniała, że cierpi się jednocześnie niewysłowioną udrękę i nieopisane szczęście. Opisała udrękę jako wynik nieustannie trawiącego wewnętrznego ognia, pobudzanego oddzieleniem od Boga, dla którego dusza płonie z miłości. Cierpienie jest tak intensywne, że przemienia każdą chwilę w bolesne męczeństwo.
Choć to cierpienie przewyższa wszelkie ziemskie cierpienia, nie można go porównać z bólem piekła, gdzie męka jest rozpaczliwym owocem nienawiści, podczas gdy udręki czyśćca to przepełnione nadzieją cierpienie miłości. W konsekwencji, jak mówi św. Katarzyna, tylko w samym niebie istnieje większe szczęście niż pośród udręk czyśćca. Dzieje się tak dlatego, że dusza wie, iż jest zbawiona, w przyjaźni z Bogiem, otoczona świętymi duszami, a zatem płonie miłością do Boga.
Święta Katarzyna wyjaśniała:
Myślę, że nie istnieje żadne szczęście, które byłoby godne porównania do szczęścia duszy w czyśćcu, wyjątkiem są świeci w raju; dzień po dniu to szczęście rośnie, bo w coraz większym stopniu do tych dusz przenika Bóg, gdy przeszkoda broniąca Mu wejścia powoli znika. Tą przeszkodą jest rdza grzechu, zaś ogień wypala tę rdzę tak, że dusza coraz bardziej otwiera się na przenikanie Boga. Rzecz przykryta nie może reagować na promienie słońca, nie z powodu jakiejś skazy słońca, które cały czas świeci, ale ponieważ to przykrycie jest przeszkodą. Jeśli przykrycie ulegnie spaleniu, rzecz ta otwiera się na słońce; im bardziej płomienie trawią to przykrycie, tym bardziej rzecz ta reaguje na promienie słońca.
W taki sposób rdza, którą jest grzech, pokrywa duszę, a w czyśćcu zostaje ona wypalona ogniem; im bardziej ogień ją strawi, tym bardziej dusze otwierają się na Boga, ich prawdziwe Słońce. Wraz z ustępowaniem rdzy i otwieraniem się duszy na Boże promienie, rośnie szczęście, aż z czasem jednego ubywa, a drugiego przybywa. Ból jednakże nie zmniejsza się, jedynie czas trwania bólu. Jeśli chodzi o wolę: to trudno tak naprawdę duszom mówić, że te cierpienia są cierpieniami, tak zadowala je zrządzenie Boże, z którym w czystej miłości ich wola się jednoczy.
Czas trwania czyśćca
Czas spędzony w czyśćcu bardzo trudno wyrazić w ludzkich słowach. W relacjach z prywatnych objawień, czytamy o duszach skazanych na pewną liczbę lat, albo nawet do końca świata. W istocie Matka Boża objawiła dzieciom z Fatimy, że dziewczyna, która zmarła tuż przed objawieniami, pozostanie w czyśćcu aż do końca czasu.
Teologowie wyjaśniają, że czas w czyśćcu można mierzyć na dwa sposoby. Pierwszy jest pozytywny i odpowiada takiemu czasowi, jaki odmierzamy na ziemi; drugi jest fikcyjny albo wyobrażony, gdyż odpowiada on ilości czasu, jaki według dusz wycierpiały, a który jest zniekształcony, bowiem samo to cierpienie sprawia, że tracą rachubę czasu. Stąd widzimy, że dusze, które spędziły zaledwie kilka godzin w czyśćcu, narzekają, że są to lata albo nawet wieki cierpień.
Święty Antoni snuje opowieść o chorym, który cierpiał tak okrutnie, że uważał, iż przekracza to wytrzymałość ludzkiej natury i stąd nieustannie modlił się o śmierć. Pewnego dnia pojawił się przed nim anioł i powiedział:
– Bóg posłał mnie tutaj, by ofiarować ci wybór. Możesz spędzić jeden rok cierpienia na ziemi albo jeden dzień w czyśćcu.
Wybrawszy to ostatnie, człowiek ów umarł i poszedł do czyśćca.
Kiedy anioł przybył, by go pocieszyć, powitały go jęki bólu:
– Kłamliwy aniele! Około dwadzieścia lat temu powiedziałeś, że spędzę tylko jeden dzień w czyśćcu… Mój Boże, jakże cierpię!
Na to anioł odpowiedział:
– Biedna, zwiedziona duszo, twoje ciało nawet jeszcze nie spłonęło.
Nabożeństwo do dusz czyśćcowych
Nabożeństwo do dusz czyśćcowych wzięło swój początek we wczesnym Kościele, w oparciu o dogmat o świętych obcowaniu. Chociaż dusze te nie mogą zyskać zasług, to są one w przyjaźni z Bogiem, który chętnie stosuje do nich zasługi ofiarowane za nie. Aktem miłosierdzia jest zatem, jeśli ofiaruje się za nie modlitwę, Mszę św., wyrzeczenia i odpusty.
Nabożeństwo to było tak głęboko zakorzenione wśród wiernych, że nawet Luter nie śmiał go usunąć. Rozumiał znaczenie ostrożnego zmierzania ku swoim podstępnym celom.
Znajdując wsparcie w Piśmie Świętym i Tradycji, Kościół zdefiniował dogmat o świętych obcowaniu, który zachęca do nabożeństwa do świętych dusz. To nabożeństwo nie tylko pobudza do praktykowania miłosierdzia, ale także ożywia wiarę i niesie pociechę tym, którzy stracili swych ukochanych.
Potężne wstawiennictwo dusz czyśćcowych
Oprócz tego, że jest to duchowy uczynek miłosierdzia i skuteczne przypomnienie życia po śmierci, nabożeństwo do dusz czyśćcowych, jak pokazuje Tradycja Kościoła, zapewnia nam także nieocenione wstawiennictwo. Według dogmatu o świętych obcowaniu, tworzą oni część Kościoła (zwanego Kościołem cierpiącym), a zatem są z nami zjednoczeni i mogą się za nas wstawiać. Przykładów na to jest mnóstwo w historii Kościoła i wielu czytelników bez wątpienia doświadczyło takiego wstawiennictwa. Poniżej podajemy kilka przykładów.
Hrabina Stratfordu, angielska protestantka, mając wątpliwości co do istnienia czyśćca, poradziła się biskupa Amiens we Francji. Wysłuchawszy jej zastrzeżeń, odpowiedział:
– Powiedz biskupowi Londynu (anglikaninowi), że porzucę wiarę i zostanę anglikaninem, jeśli potrafi dowieść, że św. Augustyn nigdy nie odprawiał Mszy ani nie modlił się za zmarłych, w szczególności za swoją matkę. Usłuchawszy jego rady, hrabina napisała do anglikańskiego biskupa Londynu. Nieotrzymawszy odpowiedzi, nawróciła się.
W pewnym momencie, podczas reformy zakonu karmelitanek, św. Teresa potrzebowała klasztoru. Pewien szlachcic, o imieniu Bernadyn z Toledo, odpowiedział na jej potrzebę i podarował miejsce na klasztor. Zmarł wkrótce potem. Święta Teresa otrzymała objawienie, że pozostanie on w czyśćcu tak długo, aż zostanie odprawiona pierwsza Msza św. w klasztorze, pod budowę którego podarował ziemię. Święta przyspieszyła więc kładzenie fundamentów. Podczas Komunii na tej pierwszej Mszy ujrzała obok księdza promieniejącą blaskiem duszę. Dzięki odprawionej za niego Mszy św. został uwolniony z czyśćca. Kiedykolwiek wydawało się, że na modlitwy św. Katarzyny z Bolonii brak odpowiedzi, wzywała o wstawiennictwo dusze czyśćcowe. Potwierdziła, że te modlitwy zawsze były wysłuchane.
Wzruszający przykład
Przypadki wstawiennictwa dusz czyśćcowych są tak liczne, że nie starczyłoby nawet kilku książek, aby opowiedzieć o nich wszystkich. Następujący przypadek, który należy do najlepiej znanych i jest jednym z najbardziej wzruszających, wydarzył się w Paryżu w roku 1817. Pewna służąca, która miała pobożny zwyczaj zamawiania Mszy św. każdego miesiąca za dusze w czyśćcu, zachorowała, a ponieważ musiano ją hospitalizować, straciła pracę.
Opuściwszy szpital, udała się do kościoła, by się pomodlić. Tam przypomniała sobie, że w owym miesiącu nie zamówiła za biedne dusze Mszy św. Jednak z powodu utraty pracy nie było jej stać na ofiarowanie Mszy, gdyż pozostałaby bez grosza. Wahając się, złożyła jednak ofiarę.
Opuszczając kościół, spotkała młodzieńca wyglądającego na szlachcica. Nieoczekiwanie spytał jej, czy nie potrzebuje zatrudnienia i podał jej adres pewnego domu, gdzie brakowało pokojówki. Kiedy przybyła do tego domu, właścicielka, która właśnie zwolniła swoją pokojówkę, zastanawiała się, kto mógł wiedzieć, że potrzebna jej pomoc. Opisując młodego człowieka z kościoła, służąca ujrzała nagle na ścianie przedstawiający go obraz.
Usłyszawszy to, właścicielka wykrzyknęła:
– To mój syn, który zmarł dwa miesiące temu!
Wówczas obie uświadomiły sobie, że Bóg chciał wynagrodzić pokojówce jej miłosierdzie i objawić moc wstawiennictwa dusz cierpiących.
Luiz Sérgio Solimeo
źródło: tfp.org/tłum. Jan J. Franczak/PCh24.pl
***
Skąd wzięły się odpusty? Wyjątkowa prośba męczenników
Public Domain via Wikimedia
***
Skąd wzięły się odpusty? Poznanie tej historii przypomina nam o wielkim darze, jakim jest możliwość pojednania się z Bogiem.
Kościół katolicki zawsze zachęcał wiernych do szukania Bożego przebaczenia poprzez odpusty, które pozwalają nam uzyskać darowanie kar i osiągnąć łaskę umożliwiającą intymną komunię ze Stwórcą.
Do pełnego wiec odpuszczenia grzechów i do tak zwanej naprawy konieczne jest nie tylko odnowienie przyjaźni z Bogiem: przez szczere nawrócenie duchowe i odpokutowanie obrazy wyrządzonej Jego mądrości i dobroci, lecz także całkowite przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech, tak osobistych jak społecznych i tych, które odnoszą się do samego porządku wszechrzeczy
Louis de Wohl, w swojej książce „Skała. Historia Kościoła, jakiego nie znacie”, wspomina o początkach tej praktyki, która od czasu jej ustanowienia pomogła milionom chrześcijan pojednać się z Chrystusem.
Początki praktyki odpustów
Od najwcześniejszych lat Kościoła chrześcijanie szukali pokuty za swoje grzechy. Chcieli uzyskać pojednanie z Bogiem poprzez czyny, które równoważyłyby popełnioną winę. Jednak, aby osoba, która popełniła grzech, mogła zostać ponownie przyjęta do Kościoła, musiała odbyć surową i publiczną pokutę. Jednym z najpoważniejszych występków było zaparcie się wiary.
Kościół podejmował drastyczne środki, aby dana osoba nie cierpiała kar w czyśćcu. Jednak w tamtych czasach, które były okresem wielu prześladowań chrześcijan, nie wszyscy byli wystarczająco silni, by wytrwać w wierze w obliczu prześladowań, a w przypadku zaparcia się wiary – podjąć surową i wieloletnią pokutę.
Z tego powodu dochodziło nawet do nadużyć. Władze świeckie natomiast odciągały wierzących od wiary, zmuszając do składania ofiar cesarzowi lub bóstwom pogańskim. Dzięki temu można było ocalić swoje życie lub wolność.
Wystarczyło, że wrzucili kilka ziaren kadzidła na ogień przed posągiem cesarza na znak, że uznają jego „boskość”. [Był to] ciężki grzech bałwochwalstwa i apostazji. Ci, którzy to zrobili, zostawali natychmiast ekskomunikowani.
Męczennicy na ratunek chrześcijanom
Trzeba tu przypomnieć o więźniach z Memertynu, którzy chcieli ofiarować swoje cierpienia za słabszych braci i siostry w wierze. Więźniowie ci mieli zostać rzuceni lwom w cyrku, co w starożytnym Rzymie było bardzo powszechną praktyką karania wyznawców Chrystusa.
Przed śmiercią napisali list do prezbiterów rzymskiej wspólnoty z prośbą o przebaczenie ekskomunikowanym chrześcijanom ze względu na zbliżające się męczeństwo.
Kapłani, po jego otrzymaniu, uznali, że „heroiczna śmierć męczenników, zjednoczona z zasługami męki i śmierci naszego Pana Jezusa Chrystusa, stanowiła skarb, który Kościół mógł wykorzystać dla dobra innych” – zauważa Loius de Wohl.
Było to wielkie błogosławieństwo dla skruszonych braci, którzy przez słabość popadli w odstępstwo. Teraz mogli ponownie stać się częścią Kościoła.
Związek z Biblią i Magisterium
Kapłani, zbierając się i podejmując tę decyzję, oparli się na słowach z listów św. Pawła do Koryntian:
Komu zaś cokolwiek wybaczyliście, ja też [mu wybaczam]. Co bowiem wybaczyłem, o ile coś wybaczyłem, uczyniłem to dla was wobec Chrystusa (2 Kor 2, 10).
I tak, podążając za słowami apostoła Chrystusa, władze Kościoła uznały odpusty zupełne za sposób na pełne pojednanie się z Bogiem.
Wierni bowiem, gdy dostępują odpustów, rozumieją, że własnymi siłami nie mogą odpokutować za zło, które grzesząc wyrządzili sobie samym, a nawet całej społeczności i dlatego pobudzają się do zbawiennej pokuty.
Następnie praktyka odpustów uczy, jak głęboką jednością w Chrystusie jesteśmy złączeni między sobą, i jak bardzo nadprzyrodzone życie jednostki może dopomóc drugim, aby i oni mogli łatwiej i ściślej zjednoczyć się z Ojcem. A zatem praktyka odpustów skutecznie zapala miłość i ćwiczy w niej w wyjątkowy sposób, gdy dostarcza się pomocy braciom spoczywającym w Chrystusie.
Skorzystaj z tych modlitw, gdy będziesz nawiedzać cmentarz
Shutterstock
***
Dzień Zaduszny, czyli wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych to czas, gdy odwiedzamy cmentarze, na których leżą ciała naszych bliskich. Modlimy się wtedy za nich, by dostąpili radości nieba. Jak możemy się modlić? Oto kilka propozycji.
Jak modlić się za zmarłych?
Wlistopadowych dniach będziemy częściej, niż zwykle odwiedzać cmentarze i modlić się za zmarłych. Od 1 do 8 listopada za nawiedzenie cmentarza, modlitwę za zmarłych możemy uzyskać dla nich odpust zupełny pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, modlitwa w intencjach Ojca Świętego i brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu).
Na cmentarzu można pomodlić się własnymi słowami, lub skorzystać z gotowych formuł. Kilka z nich prezentujemy poniżej.
1 WIECZNE ODPOCZYWANIE
Wieczne odpoczywanie racz jej/ mu dać Panie, a światłość wiekuista niech jej/ mu świeci.
« Requiem æternam dona eis Domine, et lux perpetua luceat eis. Requiescant in pace. Amen.»
Za tę krótką modlitwę Kościół daje możliwość uzyskania odpustu cząstkowego za osobę zmarłą. Warto często ją odmawiać!
2 AKTY STRZELISTE
Dobry Jezu a nasz Panie, daj jej/ mu wieczne spoczywanie.
Jezu, przyjmij go/ ją do swego Królestwa.
Niech odpoczywają w pokoju!
3 LITANIA ZA ZMARŁYCH
Kyrie elejson. Chryste elejson. Kyrie elejson.
Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami. Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Maryjo, módl się za nami. Wszyscy święci Aniołowie i Archaniołowie, módlcie się za nimi. Wszystkie święte niebieskie duchy, Wszyscy święci Patriarchowie i Prorocy, Wszyscy święci Apostołowie i Ewangeliści, Wszyscy święci niewinni Młodziankowie, Wszyscy święci Męczennicy, Wszyscy święci Biskupi i Wyznawcy, Wszyscy święci Doktorzy Kościoła, Wszyscy święci Kapłani i Lewici, Wszyscy święci Zakonnicy i Pustelnicy, Wszyscy święci Małżonkowie, Ojcowie i Matki, Wszystkie święte Panny i Wdowy, Wszyscy święci i święte Boże,
Bądź im miłościw, przepuść im Panie! Bądź im miłościw, wysłuchaj nas Panie!
Od mąk czyśćcowych, wybaw ich Panie. Przez Twoje Wcielenie, Przez Twoje Narodzenie, Przez Twój Chrzest i post święty, Przez trudy Twego życia, Przez Krzyż i Mękę Twoja, Przez Śmierć i pogrzeb Twój, Przez Zmartwychwstanie Twoje, Przez Wniebowstąpienie Twoje, Przez Zesłanie Ducha Świętego Pocieszyciela,
My grzeszni, Ciebie prosimy za cierpiącymi duszami, wysłuchaj nas Panie. Abyś duszom zmarłych ich winy odpuścić raczył, Abyś im resztę kary za grzechy darować raczył, Abyś je z czyśćca wybawić raczył, Abyś je do życia wiecznego przyjąć raczył.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wieczny odpoczynek racz im dać Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wieczny odpoczynek racz im dać Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
Uwolnij, Panie, dusze wszystkich wiernych zmarłych. Od wszystkich ich więzów.
Módlmy się: Boże, Stwórco i Odkupicielu wszystkich wiernych udziel duszom sług i służebnic Twoich odpuszczenia wszystkich grzechów; niech przez pokorne prośby nasze dostąpią zbawienia, którego zawsze pragnęły. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. W. Amen.
4 MODLITWY LITURGICZNE
Prosimy Cię, Panie, zmiłuj się w swojej ojcowskiej dobroci nad duszą Twojego sługi (Twojej służebnicy) N., i wyzwolonej od skażenia śmierci przywróć udział w wiecznym zbawieniu. Prosimy Cię, Panie, niech nasza modlitwa uprosi u Twojej dobroci oczyszczenie ze wszystkich win dla duszy Twojego sługi (Twojej służebnicy) N., aby osiągnęła Twoje wiekuiste miłosierdzie. Prosimy Cię, Panie, aby dusza sługi Twojego (służebnicy Twojej) N. osiągnęła udział w świętości wiekuistej, której zadatek otrzymała w Sakramencie wiecznego miłosierdzia. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Aleteia.pl
***
Modlitwy za zmarłych
Shutterstock
+++
„Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Oto propozycja trzech modlitw za zmarłych.
„To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.
Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.
A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.
+++
Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar
Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu, zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię) od wszystkich grzechów i kar za nie.
Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
+++
Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego
Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom, gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia. Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię), której kazałeś opuścić tę ziemię, do krainy światła i pokoju i przyłącz ją do grona Twych wybranych. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
+++
Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu
Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa, racz spojrzeć na biedne dusze, które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych. Są one drogie dla Twego Boskiego Syna, gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego, lecz nie mogą zerwać swych więzów, które je trzymają w palącym ogniu czyśćca. Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa. Pośpiesz z pociechą dla tych dusz, które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia. Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą, nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia i nie zwlekaj z ich wybawieniem. Amen.
ze strony – Aleteia.pl
+++
Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić?
Jaki jest najważniejszy warunek?
(fot. shutterstock.com)
+++
Odpust jest odpuszczeniem kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. W języku teologicznym “odpust oznacza obietnicę szczególnego wstawiennictwa Kościoła u Boga o darowanie kary doczesnej za grzechy, których wina już została odpuszczona”.
Człowiek, który zgrzeszył, dopuścił się obrazy nie tylko samego siebie i bliźniego, ale przede wszystkim okazał nieposłuszeństwo Bogu, jako dobremu i miłującemu go Ojcu.
Jakie są konsekwencje grzechu?
Zgrzeszył i jego grzech oceniany w porządku sprawiedliwości zasługuje na odpowiednią karę, analogicznie jak w życiu społecznym, kiedy to za złamanie określonych przepisów prawnych grozi odpowiednio wysoka grzywna lub areszt. W odniesieniu do Boga jest dość podobnie i zarazem bardzo niepodobnie. Z jednej strony (i to jest podobieństwo), Bóg wymaga szacunku dla praw (przykazań), które ustanowił, z drugiej jednak (czym różni się od nas), ponieważ jest Bogiem pełnym miłosiernej miłości, pragnie z całego serca uwolnić człowieka od kary i przywrócić go do wspólnoty z sobą, z Kościołem i z bliskimi mu ludźmi, którzy na skutek tego grzechu oddali się od niego czy też zupełnie zerwali z nim więzy przyjaźni. W tej sytuacji odpust jest złagodzeniem lub zniesieniem kary za wyrządzone przeze mnie zło, Bogu czy ludziom. Czym zatem jest owa kara?
Daleko jej do kary, jaką zwykły wymierzać sądy ludzkie w oparciu o prawa ustanowione przez nich samych. Boże prawo jest bowiem zupełnie inne, ponieważ jest prawem miłości. Także wobec grzesznika Bóg nie przestaje być sobą, to znaczy Miłością, która kocha, gotowa przebaczyć i wprowadzić na drogę doskonałości. To, co zwykło się nazywać karą w relacji do Boga, jest w istocie zniszczeniem Bożego planu i tego porządku, który ustanowiła Jego miłość.
Naruszając ten boski porządek, człowiek, nie Bóg, odczuwa na sobie jego negatywne skutki, niszczące jego życie duchowe i fizyczne. Dzieje się coś analogicznego, jak w przypadku zanieczyszczenia przyrody. Wówczas zarówno ci, którzy ją zanieczyszczali, jak i osoby zupełnie niewinne, skazane są na życie w zatrutym środowisku, które wywołuje różne schorzenia i działa deprymująco. Nie mówimy wtedy, że Bóg nas pokarał, ponieważ wiemy, że cierpimy wyłącznie z własnej lub z winy innych ludzi. Podobnie jest w przypadku łamania prawa Bożego: nasz grzech niszczy lub zanieczyszcza nasze środowisko duchowe, czujemy się w nim źle, niepewnie, żyjemy w zagrożeniu.
Do czego potrzebny jest odpust?
Każdy grzech, nawet najmniejszy, niszczy w taki czy inny sposób nie tylko nasze życie wewnętrzne, ale także nasze relacje z innymi, a przede wszystkim zakłóca, osłabia lub wręcz zrywa naszą relację z Bogiem. Sprawia, że ani my, ani nasi bliźni nie możemy być już dłużej szczęśliwi. Miejsce radości zajmuje smutek, poczucie pewności zastępuje niepewność, przyjaźń zamienia się w nienawiść czy agresję. Dotychczasowa wspólnota miłości i przyjaźni została rozbita. Kto zgrzeszył, daremnie szuka w sobie utraconego szczęścia, które przywrócić może wyłącznie Bóg.
Nawet po przystąpieniu do sakramentu pokuty, kiedy Bóg prawdziwie mu przebaczył, grzesznik nadal odczuwa określony smutek i niepewność życia. Dlaczego? Ponieważ przyzwyczaił się do swojego grzechu. Negatywne nawyki weszły głęboko w jego życie, zaburzyły jego relacje, stając się wadami, częścią jego charakteru. Z trudem, a często nawet w ogóle ich nie zauważa. Stał się człowiekiem zepsutym, pełnym zachmurzeń, którego nie oświeca “słońce” Bożych przykazań.
W zaistniałą sytuację wchodzi kategoria “odpustu” [od. łac. indulgentia – pobłażliwość, dobrotliwość, łaskawość]. Czym on jest? Przede wszystkim rzeczywistością duchową, darem Bożej miłości, Jego łaską dla grzesznika. W odpuście obecny jest sam Bóg, który udziela się człowiekowi. Dawanie się Boga człowiekowi Kościół ujął, co prawda, w kategoriach prawnych, co było zgodne z duchem czasów, w jakich tworzyła się ta koncepcja, niemniej jednak odpust jest rzeczywistością na wskroś duchową, darem Ducha Świętego dla wierzących. Aby lepiej zrozumieć sposób funkcjonowania odpustu, należy powiedzieć, przynajmniej kilka słów na temat grzechu.
Gdy pojawia się grzech, potrzebna jest pokuta
Każdy grzech kala człowieka, zatruwając jego duchowe życie. Nie każdy jednak grzech czyni to w równy sposób, ponieważ jak zostało wspomniane wcześniej, są grzechy, które określamy jako śmiertelne i te, które nazywamy powszednimi. W zależności zatem od rodzaju i od stopnia grzechu człowiek ściąga na siebie odpowiednio dotkliwą karę, zarówno w swojej relacji do Boga, jak i do Kościoła, jako wspólnoty osób wielbiących Pana. W przypadku grzechu śmiertelnego, zwanego często grzechem “ciężkim”, mamy do czynienia z radykalnym zerwaniem owej relacji. W przypadku popełnienia grzechu powszechnego, określanego popularnie grzechem “lekkim”, mówmy z kolei o poważnym nadwerężeniu tychże relacji, naruszeniu ich stabilności, co w efekcie może grozić ich zarwaniem. Przypomina to sytuację z zanieczyszczeniem wody lub zaśmieceniem środowiska, gdzie chociaż chodzi zawsze o ten sam proces, zmienia się jego natężenie.
Jedna woda jest bardziej zanieczyszczona od drugiej, czy jedno środowisko brudniejsze od drugiego. Wysokość nakładu, środków i czasu zależy zatem od stopnia zanieczyszczenia; jeden brud usuwa się przy zastosowaniu niewielkich środków, do innego, oprócz zwiększonych nakładów finansowych, potrzeba jeszcze pomocy z zewnątrz. Coś analogicznego jest w przypadku grzechu, który również przypomina formę duchowego zanieczyszczenia.
Skąd w Kościele wzięły się odpusty?
Z każdym rodzajem grzechu związana była odpowiednia praktyka pokutna, będąca sposobem oczyszczania się czy uwalniania z negatywnych skutków, wywołanych przez grzech w życiu konkretnego człowieka. Odpusty są owocem teologicznej refleksji nad praktyką pokutną. Są one również efektem pewnej ewolucji tej praktyki, jaka miała miejsce w Kościele katolickim od początku. Chociaż ulegała różnym zmianom, zawsze była obecna i stosowana. Powrót do Boga i do wspólnoty kościelnej zawsze był możliwy, choć nie dokonywał się w sposób mechaniczny.
Nie znaczyło to, że Bóg czy Kościół ociągali się z ponownym przyjęciem grzesznika do swojej wspólnoty, ale że to grzesznik nie był przygotowany na takie przyjęcie. Lata w grzechu wzniosły w jego sercu, myśli, czynach, przyzwyczajeniach tak wiele barier, że pokonanie ich nie mogło się dokonać jednorazowo, ale wymagało dłuższych przygotowań, naprawiania wyrządzonych innym szkód, przepraszania innych za wyrządzone krzywdy. Dlatego powrót musiał być poprzedzony odpowiednio długim i skomplikowanym czasem pokuty, oczyszczenia i nawrócenia.
Nakładana przez Kościół pokuta miała charakter zbawczy i wychowawczy zarazem, miała na celu wzbudzić w grzeszniku skruchę i pragnienie lepszego, wolnego od grzechu życia, w przyjaźni z Bogiem, z Kościołem i z resztą stworzenia. Wobec trudnych sytuacji, skomplikowanych grzechów powstawały księgi pokutne. Spisywano w nich rodzaje grzechów, podając jednocześnie rodzaj pokuty i czas, jaki jest wymagany na oczyszczenie się z nich. Stanowiły one niewątpliwie pomoc dla spowiedników, którym łatwiej było “wymierzyć” odpowiednią pokutę za określony grzech. Dopiero po wykonaniu zadanej pokuty grzesznik otrzymywał przebaczenie grzechów i mógł odtąd ponownie uczestniczyć w liturgii eucharystycznej, z której włączył się poprzez grzech. Praktyka taka funkcjonowała aż do czasów średniowiecznych.
Czym jest rozgrzeszenie?
W XII i XIII wieku (ciągle jeszcze w średniowieczu) pojawia się radykalna nowość w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła katolickiego: po pierwsze, rozgrzeszenia zaczęto udzielać jeszcze przed odprawieniem pokuty, po drugie, pojawiła się interesująca nas rzeczywistość odpustów. Można się zgodzić z uwagą niektórych historyków idei, że pokuta i odpust, po odpowiednim uzasadnieniu teologiczno-filozoficznym, dokonały prawdziwej rewolucji w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła. Uczono odtąd, że poprzez rozgrzeszenie kapłan jedna na nowo grzesznika z Bogiem, natomiast nałożona na niego pokuta ma za zadanie pojednać go z Kościołem i z tymi, których jego grzech obraził, zranił lub im dotkliwie zaszkodził. Grzech bowiem, jak łatwo się przekonać, ma charakter wspólnotowy, co oznacza, że nie niszczy jedynie relacji z Bogiem, ale osłabia lub zrywa powiązania z Kościołem, rozumianym jako wspólnota osób. Dlatego też rozgrzeszenie odnosiło się do Boga, pokuta natomiast do człowieka i rozumiana była jako kara doczesna za popełnione w czasie przewinienia.
W momencie nawrócenia, które najpełniej dokonuje się w sakramencie pojednania, grzesznik otrzymuje od Boga przez posługę kapłana odpuszczenie winy. Od tej chwili nie grozi mu już potępienie, chociaż nadal pozostaje mu do odpokutowania kara doczesna, czyli naprawienie zniszczonej przez niego harmonii z bliźnimi, oczyszczenie zatrutego duchowego środowiska jego życia. Nie wie jednak dokładnie, jak dotkliwie jego grzech zanieczyścił jego relacje, do jakiego stopnia zniszczył harmonię, co sprawia, że nie wie, jak wielka oczekuje go kara, co musi zrobić, aby wyrządzone zło naprawić. Tymczasem Kościół uczy, powołując się na całość nauki Jezusa Chrystusa, że kara doczesna, czyli owo zniszczenie czy naruszenie Bożego porządku miłości, może (musi) zostać odpokutowana, bądź za życia, bądź po śmierci, co oznacza, że Boży plan zostanie przywrócony.
W trudnym i bolesnym procesie odpokutowania kar, naprawienia zerwanych więzi, wynikłych z naruszenia przykazań, Kościół solidaryzuje się z człowiekiem, zarówno z tym, który żyje, jak i z tym, który odszedł już z tego świata. Modlitwa Kościoła towarzyszy mu zawsze.
Pokuta czyli pomoc dla grzesznika
Wspólnota kościelna wychodzi mu naprzeciw w jego wysiłkach naprawienia szkody, przeproszenia Boga i ludzi, a także zagojenia rany, jaką zadał sam sobie. Kościół pomaga grzesznikowi pokutującemu lub cierpiącemu bóle czyśćcowe przede wszystkim poprzez modlitwę, jaką zanosi do Boga. Zostanie ona z pewnością wysłuchana, ponieważ odpowiada w pełni woli Bożej, pragnącej wiecznego szczęścia dla każdego człowieka, zarówno na ziemi, jak i w wieczności. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy więc, że:
Darowanie kary otrzymuje się za pośrednictwem Kościoła, który mocą udzielonej mu przez Chrystusa władzy związywania i rozwiązywania działa na rzecz chrześcijanina i otwiera mu skarbiec zasług Chrystusa i świętych, by otrzymać od Ojca miłosierdzia darowanie kar doczesnych, jakie należą się za grzechy. W ten sposób Kościół chce nie tylko przyjść z pomocą chrześcijaninowi, lecz także pobudzić go do czynów pobożności, pokuty i miłości (KKK 1478).
Owocność modlitwy Kościoła zależy jednak od wewnętrznej dyspozycji grzesznika pragnącego się oczyścić i nawiązać w ten sposób zerwaną więź, wchodząc jednocześnie w głębszą i trwalszą jedność z Bogiem i z innymi, co w przypadku cierpiących męki czyśćcowe wydaje się oczywiste.
Pokuta nigdy nie może być na siłę
Pragnieniu modlącego się Kościoła musi odpowiadać pragnienie samego grzesznika. Jeżeli istotnie chce się oczyścić z negatywnych konsekwencji swojego dotychczasowego życia, musi podjąć różne rodzaje dobrych czynów. Zaliczają się doń na przykład określone modlitwy, pełnienie uczynków miłosiernych względem potrzebujących, nawiedzanie miejsc świętych czy szeroki wachlarz praktyk pokutnych. Wyszczególnione czyny mają charakter pokutny, jednak wsparte łaską Chrystusa, której udziela Kościół, skutecznie przywracają zerwane relacje, oczyszczają zepsute środowisko, naprawiają wyrządzone szkody.
Dzieje się tak dlatego, ponieważ Bóg wszystkich pragnie obdarzyć swoją miłością, choć nikogo nie może do niej przymusić. Chętnie udziela swojej łaski, ale nigdy na siłę. Nie narzuca się, ale proponuje swoje błogosławieństwo. Udziela się przy tym w Kościele i poprzez Kościół, czyli poprzez wszystkie te dary łaski, które zostawił swojemu Kościołowi. Stąd Katechizm dopowiada, że:
Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych (KKK 1471).
Tak więc Kościół – uczy tradycyjna, ale wciąż aktualna teologia – wspiera nieustannie swoją modlitwą wysiłki poszczególnego człowieka, starającego się na nowo służyć swemu Bogu i kochać bliźnich, jak siebie samego. Ofiaruje również swoje modlitwy za zmarłych, znoszących męki czyśćcowe, prosząc Pana, aby darował im ich kary i wprowadził do wspólnoty z sobą.
Jak działają odpusty?
Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.
Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.
Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.
Co jest ważne w modlitwie związanej z odpustami?
Stąd tak ważna w odpuście jest jedność z Kościołem, która wyraża się na zewnątrz poprzez przyjęcie Komunii św. i modlitwę w intencjach Ojca Świętego. Komunia św. wyraża jedność duchową, z kolei modlitwa w intencjach papieża – modlitwa – jedność widzialną. Bez tej podwójnej jedności z Kościołem nie jest możliwe uzyskanie odpustu, naprawienie zerwanych więzi. Rozłam bowiem może zostać naprawiony wyłącznie poprzez silne więzy jedności.
Papież Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina, w której przedstawił naukę o odpustach, zredukował dotychczasową liczbę odpustów oraz zrezygnował z istniejącego dotąd podziału odpustów na osobowe, rzeczowe i miejscowe. Podkreślił natomiast, że “odpustami są obdarzone czynności wiernych, chociażby łączyły się z jakąś rzeczą lub miejscem”.
Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.
Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.
Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.
Konstytucja Pawła VI odchodziła od “wymierzania” darowanej kary doczesnej w jednostkach czasowych, co praktykowano dotychczas. Nie przeszkodziło to jednak stosowaniu dotychczasowej praktyki – nadal jeszcze spotkać można było książeczki do modlitwy, w których niemal każda modlitwa czy litania opatrzona była przypisem informującym, ile dni odpustu jest związanych z jej odmówieniem. Informację o 300 dniach wielu interpretowało zatem jako krótsze o trzysta dni przebywanie w czyśćcu. Rozumowanie to wiązało się z bardzo reistycznym (od łac. res – rzecz, przedmiot) pojmowaniem czyśćca, jako określonego “miejsca” w zaświatach, gdzie należało odpowiednio długo przebywać. Wszystko odczytywano więc w kluczu czasowo-przestrzennym, nie zaś, jak się powinno, duchowo-symbolicznym.
Konstytucja Pawła VI mówi, że po spełnieniu określonego dobrego czynu, z którym Kościół wiąże określone łaski, wierny dostępuje odpuszczenia kary, czyli na tyle udoskonalił swoje odniesienie do Boga i bliźnich, na ile zasługuje wartość spełnionego przez niego dobrego czynu. Kościół wyraża tym samym nadzieję, że dobre czyny zmieniły również wnętrze człowieka, że praktykując je, nabrał pozytywnych przyzwyczajeń, czyli że stał się osobą bardziej cnotliwą. Jego modlitwa stała się w ten sposób bardziej bezinteresowna, wypływająca z miłości nieszukająca osobistych korzyści. Taka właśnie modlitwa, zanoszona w intencji zmarłych, jest miła Bogu i zostaje wysłuchana. Współgra ona z miłością, którą jest sam Bóg. W ten sposób odpust doskonali zarówno życie proszącego o niego, jak również udziela potrzebnych łask tej osobie, za którą zanoszone są modlitwy, a zatem korzyść jest obopólna.
Rodzaje odpustów
W teologii zwykło się mówić o dwóch rodzajach odpustów: odpuście cząstkowym i zupełnym. Jak wskazuje sama nazwa, odpust cząstkowy jest darowaniem tylko części kar doczesnych i, jak zostało już powiedziane, udzielany jest na mocy zasługującego czynu, który Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W odróżnieniu od niego odpust zupełny uwalnia w całości od kary doczesnej należnej za grzechy. W celu uzyskania odpustu zupełnego należy, oprócz wykonania obdarzonej takim odpustem czynności, spełnić ponadto trzy dalsze warunki. Należą do nich: spowiedź sakramentalna, Komunia św., modlitwa w intencjach papieża oraz wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.
Jak już wspomnieliśmy, 29 czerwca 1968 roku Penitencjaria Apostolska ogłosiła dekretem Wykaz odpustów. Zamieściła w nim trzy ogólniejsze formy udzielania odpustów, gdzie mówi, że:
udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który w wykonywaniu swoich obowiązków i znoszeniu przeciwności życiowych skierowuje swoją myśl z pokorną ufnością do Boga, dołączając – choćby tylko wewnętrznie – jakieś pobożne wezwanie.
Nieco dalej dokument dodaje, że odpustem cząstkowym obdarowany zostaje także ten wierny, który, kierując się duchem wiary, zaofiaruje sam siebie lub przeznacza swoje dobra w duchu miłosierdzia na służbę braci znajdujących się w potrzebie.
Odpustu cząstkowego dostąpi także ten wierny, który w duchu pokuty powstrzyma się dobrowolnie od rzeczy miłej i godziwej dla niego. Penitencjaria miała na myśli w pierwszym rzędzie przezwyciężenie pożądliwości, a także wszelkie inne możliwe formy przezwyciężania siebie, odnoszenia zwycięstwa nad własnym egoizmem, zerwania z wadami, unikania okazji do grzechu itd.
Najważniejszy warunek odpustu
Wszystko to wydaje się być nieodzownym warunkiem do upodobnienia się do ubogiego i cierpiącego Pana, stania się Jego przyjacielem. Najistotniejsza jednak jest w tym wszystkim, oczywiście, miłość. Jej brak zrodził grzech, zerwał przyjaźń z Bogiem, z Kościołem i bliźnimi, stąd jej obecność niszczy grzech i odradza przyjaźń.
Miłość, która jest naturą Boga i najważniejszym przykazaniem chrześcijanina, jest więc najbardziej potrzebna w procesie nawrócenia, jest konieczna na drodze oczyszczenia. Człowiek ukarał siebie właśnie brakiem miłości, oczyści się więc tylko wtedy, kiedy stanie się jej wiernym sługą.
Co należy zrobić, by uzyskać odpust?
Wykaz odpustów zawiera również listę odpustów. Piętnaście z nich dotyczy praktyk pobożnych, których wierne spełnienie pozwala skorzystać z łaski odpustu zupełnego. Tyle samo jest czynności, które w pewnych, ściśle określonych okolicznościach, obdarowują odpustem. Natomiast czterdzieści innych praktyk Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W rejestrze odpustów są również takie, które uzyskać można wyłącznie na rzecz zmarłych. Mówi Katechizm:
Ponieważ wierni zmarli, poddani oczyszczeniu, także są członkami tej samej komunii świętych, możemy pomóc im, między innymi, uzyskując za nich odpusty, by zostali uwolnieni od kar doczesnych, na które zasłużyli swoimi grzechami (KKK 1479).
Warunki odpustu za zmarłych
Rejestr odpustów wylicza trzy odpusty zarezerwowane wyłącznie za zmarłych. Oto one:
Wiernemu, który pobożnie nawiedzi cmentarz i pomodli się choćby tylko w myśli za zmarłych, udziela się odpustu: od dnia 1 do 8 listopada – zupełnego, a w pozostałe dni roku – cząstkowego.
Odpustu cząstkowego udziela się również przez odmówienie modlitwy: Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju.
Ponadto udziela się odpustu zupełnego wiernym, którzy w Dniu Zadusznym nawiedzą pobożnie kościół albo kaplicę publiczną, ewentualnie półpubliczną. W tym ostatnim przypadku odpust uzyskują jedynie ci, którzy prawnie korzystają z kaplicy. […] Wspomniany odpust będzie można uzyskać albo w dniu powyżej określonym, albo za zgodą ordynariusza – w niedzielę poprzedzającą lub następną, ewentualnie w uroczystość Wszystkich Świętych. […] Podczas pobożnego nawiedzenia kościoła należy […] odmówić Modlitwę Pańską i Symbol wiary.
Wszystkie odpusty, powtórzmy jeszcze raz, czerpią swoją moc darowania kar z modlitwy Kościoła, “który względem swych członków ma władzę sprawowania pełnego rozgrzeszenia i może ją w szczególniejszy sposób skierować na rzecz konkretnego wiernego”.
Odpust to nie magia
Ten, kto zyskuje odpust, prosi zatem Boga w ufnym błaganiu (suffragium) w intencji zmarłego, dla którego wyprasza potrzebne łaski, a tym samym szybsze radowanie się chwałą nieba. Jego prośba nie działa jednak na Boga zniewalająco. Otrzymanie odpustu nie następuje mechanicznie. Zyskuje się go przede wszystkim poprzez otwartość i dyspozycyjność na Boże działanie, posłuszeństwo Jego woli, pełnienie Jego przykazań.
Niczym deszcz Boża łaska spływa z nieba na wszystkich, stąd otrzymać ją może niemal każdy, pod warunkiem, że będzie jej pragnąć. Nie można więc nikogo przymusić do przyjęcia miłości Bożej, ale zarazem każdy, kto chce ją mieć, otrzymuje w obfitości. Samo zatem odmówienie przepisanej modlitwy czy też wykonanie określonego uczynku nie oznacza, że osoba otrzymuje w sposób automatyczny przypisany danej czynności odpust.
Nade wszystko potrzeba postawy wiary i czynnej miłości. Każda miłość, także ludzka, dostępna jest tylko i wyłącznie poprzez wiarę. Nie inaczej jest z miłością Boga, która także daje się jedynie poprzez wiarę. W parze z wiarą i czynami miłości, z postawą głębokiego żalu i szczerej chęci poprawy idzie modlitwa. Wypraszając więc dla zmarłego odpust, człowiek wyprasza pośrednio dla siebie potrzebne łaski, z których niewątpliwie największa oznacza lepsze, doskonalsze życie duchowe.
Co, gdy modlitwa za odpuszczenie grzechów “nie działa”?
Żadna modlitwa zanoszona do Boga nie jest modlitwą zmarnowaną. Podobnie jest z odpustami, które ofiarowane są za zmarłych; jeżeli ktoś, za kogo ofiarowany jest odpust, raduje się już chwałą nieba i nie oczekuje na naszą modlitwę, nie zostaje ona bynajmniej “zmarnowana”. Jeżeli łaski tej nie potrzebuje osoba, za którą prosimy, Bóg przeznaczy ją innej, bardziej oczekującej na wsparcie z ziemi.
Trzeba bowiem pamiętać, że przyszłe życie nie jest życiem w pojedynkę, ale jest wspólnotą osób wzajemnie sobie życzliwych, dobrych, oddanych w miłości i zatroskanych o wzajemne dobro. Nic więc z dobra, które czynię na ziemi z myślą o zmarłych, nie przepada. A wysłużony przeze mnie odpust udzielony zostaje temu, kto potrzebuje go najbardziej. On z kolei, w tajemnicy obcowania świętych, oręduje za mną i ze swej strony wyprasza potrzebne mi błogosławieństwo, pomocne do dobrego życia tutaj na ziemi i do szczęścia wiecznego po śmierci.
Najlepsza modlitwa za zmarłych
Na zakończenie należy przypomnieć, że Kościół od zawsze nauczał, że w naszej trosce o zmarłych najważniejsza jest Eucharystia. Posiada ona największą wartość oraz skuteczność w osobistym uświęceniu. Nie omieszkał zaznaczyć tego Paweł VI:
Święta Matka Kościół, wyrażając jak największą troskę o zmarłych, znosząc jakikolwiek przywilej w tej materii, postanawia, że tymże zmarłym przychodzi się z pomocą w sposób najdoskonalszy przez każdą Ofiarę Mszy świętej.
Odpusty nie przestają spełniać ważnej roli w życiu Kościoła i jego wiernych. Nadal mają określoną wartość, jednak najważniejsza jest Msza Święta, która gładzi grzechy i dokonuje uświęcenia żyjących na ziemi, a zmarłym przychodzi z pomocą. W Eucharystii najpełniej łączymy się z naszymi zmarłymi braćmi i siostrami, z całym wszechświatem, prosząc dla nich o łaskę bycia Bożym obrazem. W niej też łączymy się najbardziej z osobami, pośród których żyjemy, z którymi tworzymy wspólnotę opartą na szczerej i głębokiej miłości. Eucharystia oczyszcza i umacnia wszystkie nasze relacje, nadając sens ewentualnemu cierpieniu czy też zachęcając do cierpienia, jeżeli może z niego wyniknąć jakieś dobro. Jest przedsmakiem nieba, gdzie Bóg będzie “wszystkim we wszystkim”.
Na ten aspekt Mszy Świętej zwraca uwagę Chiara Lubich, pisząc, że “Eucharystia zbawia nas i czyni nas Bogiem. My – umierając -przyczyniamy się wraz z Chrystusem do przemiany całej natury. Dlatego cała natura ukazuje się jako przedłużenie ciała Jezusa. Czyż Jezus, wcielając się, nie przyjął właśnie ludzkiej natury, łączącej w sobie cały świat stworzony?”.
Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.
Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:
być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego;
być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym);
przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)
Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada
Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:
być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)
Ponadto należy w Dzień Zaduszny:
nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…
UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.
Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za: – pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych – pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen” – pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli) – tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie. Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci. Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.
Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych: -być w stanie łaski uświęcającej -wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca
źródło:
Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku. tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.
mp/apdc.wspomozycielki.pl
+++
Jak modlić się przy grobach? Wybierając się na cmentarz, warto znać te modlitwy
fot. Scottiealan / Pixabay
***
Koniec października i początek listopada to w Polsce tradycyjnie czas odwiedzania cmentarzy i modlitwy za bliskich zmarłych. Jaką modlitwę odmawiać stając przy grobach? Podpowiadamy kilka propozycji krótkich modlitw
Wieczny odpoczynek
Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen.
Akty strzeliste za zmarłych
Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych
Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
Modlitwa za zmarłego o uwolnienie od grzechów i kar
Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi (Twojej służebnicy) od wszystkich grzechów i kar za nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego
Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego. Amen.
Za zmarłych rodziców
Boże, Tyś nam przykazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się łaskawie nad duszami moich rodziców i odpuść im grzechy; pozwól mi oglądać ich w radości Twej wiekuistej światłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Za wielu zmarłych
Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła. Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych. Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Modlitwa za poległych żołnierzy
Panie, Boże Wszechmogący, polecam Twemu miłosierdziu dusze naszych poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie w obronie drogiej Ojczyzny i przelali swoją krew w obronie nie tylko naszego kraju, ale i Wiary świętej. O Boże, niech to ich męczeństwo poniesione w obronie Wiary i Ojczyzny uwolni ich dusze z czyśćca i wyjedna wieczną nagrodę w niebie. Błagam Cię o to przez Mękę i Śmierć naszego Zbawiciela, przez Jego Najświętsze Serce, przez przyczynę i zasługi Jego Niepokalanej Matki oraz świętych Patronów i Patronek naszego Narodu. Amen.
Za zmarłych, spoczywających na danym cmentarzu
Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Stacja7.pl
+++
Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy
Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy. Wiedzą np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy idzie tylko dlatego, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz.
Adobe Stock
+++
Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.
+++
+++
Część wywiadu Marii Simmy z Nickym Eltzem:
„Ile wiedzą na temat swoich rodzin?
Powiedziałabym, że prawie wszystko. Widzą nas cały czas. Słyszą każde słowo, które wypowiadamy na ich temat, i wiedzą, czego doświadczamy. Ale nie znają naszych myśli. Widzą swoje własne pogrzeby i wiedzą, kto tam jest i kto się za nich modli, a kto przyszedł tylko po to, by inni widzieli.
Czy dusze tam przebywające wiedzą, co będzie się działo na świecie?
Tak, wiedzą o niektórych rzeczach, ale nie wszystko. Powiedziały mi, że jest jakieś wielkie wydarzenie mające niedługo nastąpić, tuż-tuż. Przez wiele lat mówiły, że jest „tuż za drzwiami”, ale od maja 1993 roku używały zwrotu „w progu”. Chodzi o nawrócenie ludzkości. A na mniejszą skalę mówiły mi o pewnych sprawach z niewielkim wyprzedzeniem. W lecie 1954 roku powiedziały mi o powodziach, które tak bardzo dały się we znaki w tej okolicy. Kiedyś też po zejściu lawiny dusze powiedziały mi, że są jeszcze żywi zakopani w śniegu, więc zespół ratowniczy kontynuował poszukiwania chwilę dłużej, niż nakazywała rutyna. W końcu zlokalizowano i uratowano ludzi dwa dni po tym, gdy poprosiłam, by zespół kontynuował poszukiwania.” Maria Simma podkreśliła, że słowa mogą zabijać i wyrządzać innym ogromną krzywdę. Z drugiej strony miłość bliźniego, najmniejsze akty dobroci okazywane różnym osobom przynoszą wiele zasług i stanowią pewną drogę do nieba. Pomagają nam w tym także cierpienia i modlitwy odprawiane w intencji dusz czyśćcowych, które później będą orędować za nami z nieba. (1850–1917) odznaczała się szczególnym umiłowaniem dusz wiernych zmarłych w czyśćcu. Niektóre widzenia, jakie miała, są dowodem na to, jak bardzo dusze pozostają wdzięczne i odwzajemniają się za doznaną pomoc. Po śmierci pewnego dostojnika, kiedy święta podeszła do ołtarza, żeby przyjąć Komunię świętą we własnej intencji, jego dusza stanęła przed nią i powiedziała: „Tę Najświętszą Komunię przyjmiesz za mnie”. Przez miesiąc docierała do jej uszu ta sama prośba, a po upływie tego czasu ujrzała duszę uśmiechniętą i usłyszała od niej: „Już wystarczy, dziękuję Ci; dotychczas to Ty mi pomagałaś, od teraz ja będę pomagał Tobie”.
Święty Tomasz z Akwinu, potwierdzał, iż „modlitwa za zmarłych jest milsza Panu Bogu aniżeli ta za żyjących – ponieważ zmarli potrzebują jej, a nie mogą pomóc sami sobie, natomiast żywi mogą”. „Jest to wielka prawda, która powinna uwrażliwić nas i sprawić, iż będziemy hojnie pomagać niezliczonym duszom czyśćcowym, cierpiącym bez żadnej pociechy ponieważ są zapomniane lub nieznane nikomu – a przeto przez wszystkich opuszczone” – pisze Stefano Maria Manelli SI.
Św. Katarzyna z Bolonii (Katarzyna de Vigri 1413–1463) wyjaśnia: „Często to, co przez świętych w niebie uzyskać nie mogłam, otrzymałam natychmiast, kiedy zwróciłam się do dusz w czyśćcu”.
„Przyczyną tego – podaje bawarska mistyczka, siostra Anna Maria Lindmayr (1667–1726) – nie jest to, że nas dusze czyśćcowe wysłuchały, ale to, że Bóg nas wysłuchał ze względu na Jego Miłość do tych biednych dusz, które Bóg bardzo kocha. (…). Żaden okres mojego życia nie był dla mnie tak szczęśliwy i bardziej błogosławiony niż czas, który spędziłam z duszami i dla dusz czyśćcowych – dodaje Anna Maria Lindmayr. – Bóg wspaniałomyślnie nagradza miłość do dusz czyśćcowych i tą drogą najprędzej pomaga nam w cnotach i doskonałościach, ponieważ te dusze leżą Mu bardzo na sercu, dlatego że są najbiedniejsze i same już sobie pomóc nie mogą”.
„To działa w obie strony – przekonuje siostra Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych. – Na tym m.in. polega tajemnica obcowania świętych. Gdy zmarli w czyśćcu widzą naszą troskę o nich, niemożliwe, by nie odpowiedzieli modlitwą za nas. Te dusze dzięki naszemu wsparciu coraz bardziej stają się podobne do Boga, a Bóg obdarowuje. One więc coraz bardziej się za nas modlą”.
„To samo obcowanie świętych sprawia jednak, iż dusze czyśćcowe z całą pewnością mogą wspierać nas, tak bardzo potrzebujących pomocy na tej ziemi rodzącej «cierń i oset» (Rdz 3,18), na tej ziemi pełnej pokus i niebezpieczeństw! – możemy przeczytać na portalu internetowym sióstr Franciszkanek Niepokalanej. – Dusze czyśćcowe dobrze znają nasze warunki życia i bez wątpienia pragną hojnie nam pomagać”.
Przyczyniając się do zbawienia innych, przyczyniamy się do zbawienia samych siebie, o czym wyraźnie mówił św. Jan Maria Vianney: „Jeśli chcemy, bracia i siostry, zapewnić sobie niebo, to módlmy się bezustannie za duszami w czyśćcu cierpiącymi. Pewny to znak wybrania i potężny środek do zbawienia – modlitwa za zmarłych. Bracia i siostry, ileż lat wypadnie nam cierpieć w czyśćcu, którzyśmy tyle popełnili grzechów, i pod pozorem, żeśmy się wyspowiadali, nie czynimy pokuty. (…) Nasz czas na ziemi jest ograniczony, dlatego myślę, że warto skorzystać z tej szansy. To niezwykły dar od Pana Boga, za którym kryje się nagroda życia wiecznego w niebie”. Wielka miłość, jaką żywił do dusz czyśćcowych święty Proboszcz z Ars, kazała mu powiedzieć pewnego razu: „O, gdyby wiedziano, jak wielką moc posiadają te dusze nad Sercem Bożym i jakie łaski można za ich wstawiennictwem uzyskać, nie byłyby tak bardzo opuszczone. Kiedy uprosić chcemy u Boga prawdziwy żal za nasze grzechy, zwróćmy się do dusz czyśćcowych, które od tak wielu lat żałują za swe grzechy w płomieniach ognia czyśćcowego. Trzeba się dużo za nie modlić, aby i one modliły się dużo za nas”.
fragment książki “Największe tajemnice czyśćca. Błogosławieństwo oczyszczającego ognia” Tygodnik Niedziela
+++
Nie jest ostatnim słowem
Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – trupie czaszki, baloniki z napisem R.I.P. Społeczeństwo chce zamienić śmierć w memy, oswoić ją, familiarnie poklepać po ramieniu. Bezskutecznie. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: została pokonana.
fot. JF Martin/Unsplash
***
Niedzielny świt. Spaceruję ulicami Warszawy. Sklep z gadżetami na Halloween. Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – szczerzące zęby trupie czaszki, krzyże, baloniki z napisami R.I.P. Śmierć na słodko, śmierć na słono. Tuż za rogiem pozostałość muru getta. Zderzenie światów, których nie da się pogodzić. Czekoladowe kościotrupy i dzieci-szkielety umierające z głodu na ulicy. Zabawa w śmierć i kurczowe trzymanie się życia. Baloniki i dramaty. Światy oddziela potężny mur. Ten z getta zburzono, ale mentalny, próbujący oswoić śmierć, pozostał.
Będzie, będzie zabawa
Czytam porażające wspomnienia z „Archiwum Ringelbluma”: „Mur. Granica getta. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej z getta przychodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je za nogi tam, tam – po żywność”.
Tuż obok zabawa w śmierć. Pokolenie, które świętuje huczniej Halloween niż Boże Narodzenie, nie potrafi stanąć oko w oko z cierpieniem. Bezskutecznie próbuje ośmieszyć śmierć, bezczelnie zajrzeć jej w oczy. A jednak na to słowo reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje halloweenowych smakołyków. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo… panicznie się jej boi.
Znam od podszewki środowisko nastolatków. Widzę, jak wielu z nich stara się „wywołać wilka z lasu”, spróbować poklepać śmierć po ramieniu, wyśmiać, wyszydzić, zamienić w memy. Bezskutecznie. W tym roku kilkanaście razy głosiłem słowo dla młodych i niemal po każdym spotkaniu zostawała choć jedna osoba, by opowiedzieć mi o próbach samobójczych i samookaleczeniach.
Jej wysokość śmierć
Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że klepią ją po ramieniu i nie ocierają łez nad grobami bliskich. Gdzie tu Dobra Nowina? Jest nią przesłanie o Jezusie, który zburzył mur. Przeszedł ze śmierci do życia. Co więcej, podkreślił, że będzie to również naszym udziałem, bo jak pokornie zapowiadał, idzie „przygotować nam miejsce”. Bóg, który nakazuje Ezechielowi: „Prorokuj do suchych kości”, jest miłośnikiem życia.
Wobec śmierci jesteśmy bezradni, nie ma co grać chojraka. Rozmawiałem na ten temat z siostrami klauzurowymi, które opowiadały o dziecięcej bezbronności wobec tego doświadczenia. W klasztorze w Świętej Annie, gdzie na ogromnym obrazie w tańcu śmierci wirują ludzie i szkielety, słyszałem od siostry Józefy, dominikanki, która wiele razy towarzyszyła odchodzącym mniszkom: „Wobec śmierci jesteśmy jak dzieci. Czułam się zawsze jak mały Dawid z procą przed potęgą Goliata. Bo umieranie to misterium. Jak narodziny. Kiedyś w umierającej siostrze, świętej siostrze, zobaczyłam małą dziewczynkę, która ma przeskoczyć kałużę, za którą stoi i wyciąga ręce stęskniony tata. A ona nad taflą wody waha się, boi się skoczyć. Trzeba stanąć przy niej, podać rękę i szepnąć: »Skacz! Nie bój się! Tata cię złapie!«. Podeszłam kiedyś do ciężko chorej siostry i spytałam: »Czemu jesteś taka smutna?«. »Bo czuję, że już blisko moja śmierć«. Zastanowiłam się i przyznałam: »Tak, to poważna sprawa«. I zaczęłam tworzyć opowieść: »Siostro, nie będziemy się bać. Na rękach, jak skarb zaniesiemy siostrę, aż do samych drzwi. A tam już wyciąga po siostrę dobre ręce sam Bóg, i Matka Boża, i siostry, i rodzina, i całe niebo świętych. Śmierć to takie drzwi, przez które idziemy w nowe życie«. Zobaczyłam, że ta mocno doświadczona życiem kobieta potrzebowała tej opowieści. Powiedziała mi to, co wcześniej chory tato: »Mów mi o Bogu i o mnie«”.
To moja siostra
„Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale nie ma paniki. Liczę na Boże miłosierdzie” – opowiadał nam kilka miesięcy temu pokorny brat Józef Bałaban, który w krakowskim klasztorze franciszkanów sadził rośliny zwane łzami Matki Boskiej, a później własnoręcznie wyrabiał z nich różańce. „Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty. Trzeba w życiu robić to, co mu dają do robienia. Nie narzekać i mieć dobrą intencję” – podsumował. Zmarł we wspomnienie św. Franciszka. Nie mógł sobie znaleźć lepszej daty na przejście. Nie można poklepać śmierci po ramieniu, ale można się z nią zaprzyjaźnić. „Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć” – miał wołać św. Franciszek z Asyżu, pocieszając tym zasmuconych braci.
Ksiądz Czesław Lewandowski, świadek ostatnich chwil brata Alberta Chmielowskiego, wspomniał: „Usiadł na tapczanie i z pogodnem obliczem i miłością patrzał na otaczające go dzieci duchowne, które wyrażały Swemu Ojcu swe uczucia, prosiły go pojedynczo to o modlitwę, to znowu o błogosławieństwo i inne usługi duchowne, a on mile spełniał ich życzenia i dawał ostatnie nauki. Scena ta zrobiła wielkie wrażenie na obecnych, rozległ się płacz i szlochanie. Nagle w jego oczach zabłysły dziwne jakieś ognie. Umierający starzec przemienia się jakoby w jakiegoś olbrzyma, a z ust jego, jak grom, zaczęły padać dziwnie mocne słowa, które do głębi duszami obecnych wstrząsnęły: »Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat!«. Ucichł płacz, a Brat Albert użył tytoniu, by pod dymem tej pospolitości ludzkiej ukryć zarazem, co heroicznego i nadzwyczajnego w nim zauważono”.
„Święty Benedykt w czwartym punkcie swojej Reguły pisze, by »śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma«. To zalecenie jest realizowane w naszym klasztorze bardzo dosłownie. Okna wielu cel wychodzą na mały cmentarz, niewidoczny dla obserwatorów z zewnątrz” – pisze trapista o. Michał Zioło w książce „Po co światu mnich?”. „Cmentarz jest wciąż taki sam, brat odstępuje mogiłę bratu, kości poprzednika składane są pod głową zmarłego i tak przez wieki. Nie ma tu marmurowych nagrobków, a jedynie małe tabliczki z imieniem. Jedna pod drugą, na pierwszy rzut oka przypominają wojskowe nieśmiertelniki. Rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę. Jak mawiał Rilke, »każdy ma własną śmierć«, choć oczywiście śmierć jako zjawisko jest dla każdego z nas zdziwieniem i przerażeniem, i tym wszystkim, o czym mówią filozofowie. Bracia jednak nie są filozofami… Gdy już wiadomo, że brat jest powołany lub zamierza odejść, to gromadzimy się wszyscy przy nim i odmawiamy Litanię do Wszystkich Świętych. Mnich jak każdy człowiek ma oczywiście takie pokusy, żeby sobie powiedzieć: »Jeszcze kawał życia przede mną, jeszcze zrobię to, tamto, zagłosuję, sprzeciwię się, zadecyduję, zapytam, dlaczego coś budują bez mojej zgody«, ale przychodzi moment, kiedy już wie, że to koniec. Nie, że koniec życia, ale że ma się zacząć coś nowego”.
Nie ma paniki
„Kiedy umrę, moje ciało najpierw będzie wystawione w kościele, potem przewiozą mnie na cmentarz, a jeśli jestem w zaawansowanym wieku, to wiem nawet, którzy bracia będą mnie nieśli” – wyjaśnia o. Michał. „Bez trumny, bez butów. Stopy jedynie w czarnych skarpetkach. Trumna w jakimś sensie zamyka człowieka, osłania go, oddziela, a mnisi traktują ciało jako ziarno, które wpadłszy w ziemię, ma obumrzeć i zakwitnąć nowym życiem. Poza tym mnich jest ubogi aż do końca, więc nie może pozwolić sobie na luksus, jakim jest trumna. Czy mnich boi się śmierci? Nie! Boi się, że nie podoła śmierci, że będzie panikował i okaże się człowiekiem małej wiary. A Pan Jezus przecież mówi: »Znacie drogę, teraz idźcie za Mną«. Mnichów śmierć raczej fascynuje, bo oni nie myślą o samym momencie przejścia, tylko o tym, co będzie, kiedy już zrobią ten jeden krok. Klasztorne okna częściowo wychodzą na cmentarz i to jest bardzo dobra perspektywa dla mnicha: patrzeć tam, gdzie się zacznie życie. Dlatego bracia ze spokojem czekają na śmierć”. •
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
+++
Czyściec oczami świętych.
Oto, jak tam jest.
Anioł uwalnia dusze w czyśćcu pędzla Ludovico Caracciego (ok. 1610) / fot. via: Wikipedia
+++
Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania.
Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania. Podobnie jak złoto oczyszcza się w ogniu ze wszelkich obcych domieszek, tak miłość nasza oczyszcza się w ogniu cierpienia, prób i doświadczeń dawanych nam z miłującej ręki Boga.
Miłość, jaką odznaczali się Święci była na wzór miłości Jezusowej, gdyż oni pragnęli i pozwolili, aby On już tu na ziemi oczyścił ich miłość. Doświadczenia wewnętrzne opisywane przez nich porównywane są często do cierpień czyśćcowych.
Święci opisując cierpienia dusz w czyśćcu mówią, że ich intensywność nie ustępuje cierpieniom piekła, ale cierpienia te przeżywane są zupełnie inaczej. Dusza cierpi bardzo, ale cierpienie to nie jest cierpieniem beznadziejnym. Jest ono przeżywane w ogromnej radości i tęsknocie z powodu czekającego spotkania twarzą w twarz z miłującym Bogiem. Radość dusz czyśćcowych wynika także z ich pewności zbawienia i jest skutkiem ufnego powierzenia siebie Bogu. Dusza pragnie cierpieć, gdyż pragnie jak najszybciej być u Boga.
Św. Katarzyna z Genui, której Bóg pozwolił już na ziemi doświadczyć cierpień czyśćca, pisze: “Z wyjątkiem świętych w niebie, nie przypuszczam, aby u kogokolwiek można spotkać zadowolenie równe temu, jakie odczuwa dusza w czyśćcu. Wzrasta ono z każdym dniem pod wpływem działania Bożego na duszę, a to działanie wzmaga się w miarę ustępowania jego przeszkody. Tą przeszkodą jest rdza grzechu. Płomień ją pożera, a równocześnie dusza coraz więcej wystawia się na działanie Boże”.
Jako przykład obrazujący tę prawdę podaje ona zasłonięte lustro, które nie może odbijać promieni słonecznych. Nie dzieje się to z winy słońca, które świeci nieustannie, lecz z powodu zasłony, w którą spowite jest lustro. W miarę jednak jak zasłona znika lustro coraz intensywniej odbija promienie słoneczne. Św. Katarzyna pisze, że: “W podobny sposób dusza jest pokryta rdzą grzechu, którą stale spalają płomienie czyśćcowe. Im bardziej rdza ginie, tym doskonalej dusza odbija blask prawdziwego słońca, jakim jest Bóg”. Promienie słońca są więc obrazem promieni Bożej miłości w duszy człowieka, a także radości jaka udziela się duszy, która coraz bardziej zbliża się do Boga. Gdy oczekuje na pełne szczęście, żadne cierpienie nie jest dla niej za duże, ani zbyt ciężkie. Ona sama pragnie tego bolesnego oczyszczenia, bo wie, że jest to dla niej dar Bożego miłosierdzia – ostatnia szansa na niebo.
Bóg jest przede wszystkim Miłością. Miłość jest Jego najważniejszym i najbardziej właściwym imieniem. Stworzył nas z miłości i przeznaczył do miłości. W serce każdego człowieka wszczepił poczucie miłości i sprawiedliwości. One to sprawiają, że człowiek sam sobie wymierza sprawiedliwość zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża – “pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”. Bóg, który jako pierwszy inicjuje dialog miłości z każdym człowiekiem, czyni to nie tylko w czasie naszego ziemskiego pielgrzymowania, ale również w stanie oczyszczenia po śmierci. W tym trudnym i bolesnym stanie oczyszczania się człowieka wychodzi On na spotkanie w swojej miłosiernej miłości. Miłość ta jaśnieje w Krzyżu Jezusa i jawi się jako miłość wieczna, nieskończona, niewyczerpana, a zarazem bardzo czuła, wrażliwa i pełna tkliwości.
Taka właśnie miłość oświetla życie człowieka, który przechodzi do wieczności, dając mu poznać jego braki, niedomagania, wszelkie plamy i całą rdzę grzechu pokrywającą życie. To właśnie dzięki przeżyciu Bożej bliskości człowiek może poznać stopień własnej nędzy i niedostatku, który każe mu jednocześnie wołać z głębi skruszonego serca: “Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).
W tym przeżyciu własnej niedoskonałości i równocześnie ogromnym pragnieniu zbliżenia się do Boga człowiek otwiera się coraz bardziej na przyjęcie szczęścia Bożej miłości. Rodzi się w nim pragnienie odpowiedzi na tę miłość, która zapoczątkowuje proces oczyszczenia. Wszystko to jest dziełem Bożej miłości i ogromnej Jego łaski, która przenikając serce człowieka niejako od “wewnątrz” otwiera go na taką decyzję. Ta miłosierna miłość Boga przenikając człowieka, dosięga jego najgłębszych pokładów, dając mu nie tylko pragnienie, ale i moc uwolnienia się od własnego egoizmu, zafałszowania i chwiejności. Rodzi się wówczas ogromne pragnienie oddania się całkowitego Bogu, aby móc być przenikniętym całkowicie tą Jego uszczęśliwiającą miłością. Czyściec więc nie jest czymś biernym i statycznym. Dusza przeżywając go “płonie” pragnieniem oglądania Bożego oblicza i przebywania w Jego obecności.
Św. Katarzyna z Genui, której Bóg w przeżyciu mistycznym dał poznać czym jest ten proces oczyszczenia, tak pisze: “…ze strony Boga, jak widzę, niebo nie ma zamkniętych bram, lecz kto chce tam wejść, wchodzi. Bóg bowiem jest pełen miłosierdzia, otwiera ku nam swe ramiona, aby przyjąć nas do swojej chwały. Istota Boża jest zarazem zupełnie czysta, nieskończenie bardziej, niż rozum to pojąć może; dusza więc, znajdując choćby najmniejszą odrobinę niedoskonałości, wolałaby raczej rzucić się do tysiąca piekieł, niż stanąć przed majestatem Boga z jakąś zmazą na sercu. Widząc zatem, że czyściec jest przeznaczony na to, by zetrzeć plamy duszy, dobrowolnie się do niego rzuca i znajduje tam wielkie miłosierdzie, uwalniające ją od owej przeszkody”.
Z tych słów możemy wywnioskować, że z jednej strony grzech i nieczystość duszy sprawia, że człowiek czuje się “oddalony” od Boga, z drugiej zaś strony pragnie poddać się oczyszczającemu procesowi, aby “przybliżyć się” do Niego. Dusza pragnie oczyszczenia, gdyż pragnie ze wszystkich sił pełnej wspólnoty miłości z Bogiem. Św. Katarzyna tak o tym mówi: “Jeśliby dusza mająca na sobie choćby maleńką zmazę, miała zbliżyć się do Boga w widzeniu uszczęśliwiającym odczułaby to jako krzywdę dla siebie i mękę wielokroć straszniejszą od cierpień czyśćcowych. (…) Dusza nie czułaby się na swoim miejscu, widząc, że jeszcze nie dała Bogu pełnego zadośćuczynienia. Niechby nawet brakował jej moment tylko do odpokutowania, już odczułaby nieznośną udrękę, i dla oczyszczenia jej z tej drobnej zmazy wolałaby raczej iść na dno piekła – gdyby to od jej woli zależało – niż stanąć przed obliczem Bożym, nie będąc jeszcze zupełnie czysta”.
W słowach tych widzimy związek cierpienia czyśćcowego z grzechem, którego dopuścił się człowiek w ciągu swojego ziemskiego życia. Grzech oddalił go od wspólnoty z Bogiem. Odtrącając Bożą miłość, postanawiając żyć na własną rękę i ustanawiając – prawa według własnego “widzimisię” człowiek zadał ranę sobie, ale zranił także Ojcowskie Serce Boga, który jak czuła matka nie może zapomnieć “o swym niemowlęciu” (Iż 49,15). W momencie poznania prawdy o własnym grzechu człowiek równocześnie dostrzega jak grzech zrujnował jego wewnętrzne życie, które domaga się odbudowy. Czyściec jest więc stanem oczyszczenia się z tego wszystkiego, co nadal jeszcze plami duszę człowieka i nie odbija w niej pełni Bożego światła.
Św. Katarzyna opisując stan zachwytu duszy pięknem i miłością Boga jednocześnie ukazuje przeżycie cierpienia duszy z powodu własnej niedoskonałości. “Dusza w nadprzyrodzonym świetle widzi, jak Bóg ze swej wielkiej miłości i w nieustannej opatrzności nigdy nie przestaje jej i prowadzić ku całkowitej doskonałości, a czyni to ze szczerej miłości. Jednak nieodpokutowany grzech nie pozwala iść za przyciągającą siłą Boga, czyli za tym pojednawczym spojrzeniem, jaką Bóg ją darzy, by ją przyciągnąć ku sobie. Nadto dusza poznaje, co to za nieszczęście być pozbawionym bezpośredniego oglądania światła Bożego. Właśnie świadomość takiego położenia stwarza męki, jakie dusze cierpią w czyśćcu. Nie znaczy to, by dusze wielką wagę przywiązywały do cierpień, choćby i jeszcze raz tak straszne były. Natomiast uwaga ich głównie jest zwrócona na pewną sprzeczność, jaka zachodzi między nimi, a wolą Boga; widzą bowiem wyraźnie, jak On goreje dla nich czystą miłością, której przecież nie są godne. Dusza, gdy to rozważa gotowa by znaleźć czyściec jeszcze dotkliwszy i porwana siłą miłości ku Bogu, gotowa rzucić się weń, aby tym wcześniej uwolnić się od więzów, oddzielających ją od dobra najwyższego”.
Kara za grzech jawi się tutaj nie jako coś bolesnego przychodzącego z zewnątrz, ale jako możliwość jakiej udziela miłosierny Bóg człowiekowi dla jego pełnego “uleczenia” i oczyszczenia z bolesnych skutków wywołanych grzechem. Czyściec jest więc ostateczną możliwością zbawienia przez zadośćcierpienie. Kara czyśćcowa jest leczniczym środkiem, który służy człowiekowi, pozwalając mu wejść w doskonałą wspólnotę z Bogiem i radować się przyjaźnią z bliźnimi. Wszelki zatem rodzaj kar czyśćcowych jest największym darem Boga, który nigdy nie rezygnuje z człowieka. Św. Katarzyna tak o tym pisze: “Dusze w zupełności zgadzają się z wyrokami Boga, tak że wszystko chętnie przyjmują, co podoba się Bogu, który działa przecież z roztropnego upodobania swego, stąd nawet wśród wielkich swych cierpień niezdolne są myśleć o sobie. One nie widzą nic innego, jak tylko działanie dobroci Boga, który w swoim nieskończonym miłosierdziu wiedzie człowieka do siebie; one nie myślą ani o osobistych cierpieniach, ani o dobru, jakie by im przypaść mogło; gdyby im było dane nad tym rozmyślać, nie miałyby miłości doskonałej”.
Mimo, iż udzielanie się Boga duszy w czyśćcu jest łaskawe i pełne dobroci, to jednak posiada ono charakter bolesnego doświadczenia. Im bowiem bardziej człowiek przybliża się do Boga, tym bardziej wzmaga się w nim poczucie niegodności i wstydu, a zarazem szczerej tęsknoty za posiadaniem Go jeszcze bardziej i pełniej. Dojrzewanie duszy do przeżycia Bożej miłości jest przede wszystkim bólem duchowym, którego źródłem jest oddalenie od Boga i jednoczesna chęć powrotu do przebywania w Jego bliskości. Czyściec gładzi więc kary, jakie pozostały człowiekowi po darowanych mu grzechach, których dopuścił się w trakcie swojego ziemskiego życia. Czyściec gładzi też grzechy lekkie. Dopiero więc w momencie zupełnego oczyszczenie się ze wszystkiego, co przeszkadza duszy oglądać Boże oblicze, co utrudnia jej odpowiedź miłością na Bożą miłość, zapoczątkowana zostaje wieczna radość.
Św. Jan od Krzyża, opisując etapy oczyszczenia człowieka porównuje je do “wewnętrznych nocy”. Ostatni etap oczyszczenia na ziemi nazywa “nocą ducha” i porównuje go wprost do czyśćca: “Cierpienie to jest podobne do mąk czyśćcowych; bo jak tam oczyszczają się dusze, aby mogły ujrzeć Boga w jasnym widzeniu życia przyszłego, tak i tu na swój sposób oczyszczają się, aby się mogły przeobrazić w Niego przez miłość”. Oczyszczenie to, jak pisze Święty, przeżywa niewiele osób, a jedynie te, które Bóg chce już tu na ziemi podnieść do najwyższego stopnia zjednoczenia ze sobą.
Pisząc o tym ogromnie bolesnym doświadczeniu życiowym ma trudność, aby wyrazić je słowami. Dlatego porównywanie do czyśćca przychodzi mu z pomocą. W księdze Żywy płomień miłości pisze: “niemożliwe jest, żeby oddać należycie to, co dusza cierpi w tym czasie. Jest to niewiele mniej niż czyściec”. Podobnie bowiem jak po przejściu do wieczności Bóg przenika duszę światłem i żarem swej miłości, tak i teraz dzięki światłu i płomieniowi Ducha Świętego, daje jej poznać i odczuć wszystkie słabości i nędze, których do tej pory ona nie widziała ani nie odczuwała. Dusza w tym stanie zderza się boleśnie ze swą naturalną nędzą. Światło Boże, które ją przenika jest dla jej nieczystego i słabego wzroku zupełną ciemnością. Zaś dla jej woli naturalnie twardej i oschłej w stosunku do Boga ten płomień miłości i czułości Bożej zadaje ogromne cierpienia i udrękę. W tym stanie dusza jednak poznaje jasno i wyraźnie swą naturalną nędzę, ubóstwo i zło oraz wszelkie niedoskonałości. Tego płomienia Bożej miłości obfitującego w niezmierne bogactwa, dobra i rozkosze duchowe, będzie ona mogła doświadczać i odczuć dopiero wtedy, gdy Bóg ją całkowicie oczyści i przemieni w siebie.
Św. Ojciec Pio, znany stygmatyk dwudziestego wieku, na drodze swego zjednoczenia z Bogiem doświadczył i pozostawił na piśmie wiele wypowiedzi, mówiących o tym, jak Bóg oczyszcza dusze, które pragną Go posiąść w tym życiu. Przeżywając proces bolesnego oczyszczenia tak pisał do swego kierownika duchowego: “Stan mój jest ogromnie przykry, okropny wprost przerażający. Wszystko zarówno wokół mnie, jak i we mnie jest ciemnością: nieprzenikniony mrok w umyśle, utrapienia woli, udręczenia w sumieniu. W swoim wnętrzu odczuwam cierpienia i równocześnie utrapienie i niespokojne pragnienie miłości Bożej”.
Wyznaje jednocześnie, że “aby dusza mogła wznieść się do kontemplacji Boga, musi najpierw być oczyszczona ze wszystkich niedoskonałości. Dotyczy to nie tylko pozbycia się aktualnych niedoskonałości – co dokonuje się przez zmysłowe oczyszczenie – ale także wyzwolenia się ze zwyczajnych niedoskonałości, którymi są pewne uczucia (przywiązania), zwykłe niedoskonałości. To oczyszczenie zmysłów nie zmierza ku temu, by je wykorzenić, gdyż one pozostają w duszy niczym korzeń w ziemi. To oczyszczenie dotyczy ducha i dokonuje się w ten sposób, że Bóg swoją najwyższą światłością przenika duszę w całości, przeszywa ją niejako dogłębnie i w całej pełni odnawia.
To najwyższe światło, którym Bóg napełnia wspomniane dusze, zstępuje w nie w ten sposób, że wówczas one odczuwają ból. Dusze przeżywają wtedy uczucie opuszczenia, co z kolei powoduje wyjątkowe, krańcowe utrapienie aż po doświadczenie wewnętrznej agonii. Obecnie te dusze nie mogą w żaden sposób pojąć Boskiego oddziaływania tego najwyższego światła. Dzieje się tak z dwóch powodów: pierwszy z nich to samo światło, które z jednej strony jest tak wspaniałe i pełne subtelności, że przekracza faktyczne możliwości duszy. I dlatego raczej staje się powodem powstania ciemności i udręki niż samego światła. Drugi powód, dla którego dusza nie może pojąć tego Boskiego działania, to miernota i brak jej niewinności. I dlatego to najwyższe światło nie tylko, że napełnia ją ciemnością, ale przynosi ból i udrękę. I oto w miejsce pociechy dusza napełnia się cierpieniem przez nowe ciosy, które są odczuwalne we władzach zmysłowych i duchowych. Są to straszliwe i wprost przerażające cierpienia.
To wszystko dzieje się już na samym początku, bo światło Boże zastaje dusze nieprzygotowane do zjednoczenia się z Panem. Z tego względu owe światło dokonuje dzieła oczyszczenia. Kiedy to działanie się kończy i dusze zostają oczyszczone, wówczas światło je opromienia i napełnia blaskiem kierując ku doskonałemu zjednoczeniu z Bogiem”.
Święta Faustyna również bardzo plastycznie opisuje oczyszczenie duszy człowieka, którą Bóg wybiera i przygotowuje do doskonałego zjednoczenia ze sobą. Pisze ona, iż człowiek odczuwa wówczas bardzo głęboko, że nie miłuje Boga jak On tego żąda. W miejsce dawnej obecności Boga przychodzi oschłość, duchowa posucha; potęguje się tęsknota za Bogiem, a jednak jakby górę biorą wszystkie błędy, które uświadamiają człowiekowi własną nędzę. W całej duszy zapada ciemność i udręka.
Doświadczenie to przypomina czyściec. Bóg przeprowadza człowieka przez takie wewnętrzne oczyszczenie całej jego zmysłowej i duchowej natury, żeby go doprowadzić do zjednoczenia ze sobą. I nie staje tu człowiek tylko wobec sądu, ale staje raczej wobec potęgi samej miłości, którą jest Bóg. Ogarnięty tą miłością może wołać:
O płomieniu Ducha Świętego,
który mnie oświecasz, abym mogła zobaczyć ciemność moją,
który mnie dotykasz, abym mogła odczuć twardość moją,
który mnie przenikasz, abym mogła doświadczyć całej nędzy mojej,
oczyść mnie i wypal, abym mogła zjednoczyć się z Jezusem – JEDYNĄ MIŁOŚCIĄ moją.
Amen.
s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska. Jak pomagać duszom czyśćcowym ? Jałmużna
Nota doktrynalna o tytułach maryjnych: Matka wiernego ludu, a nie Współodkupicielka
Dokument Dykasterii Nauki Wiary, zaaprobowany przez Papieża Leona XIV, precyzuje, jakich tytułów należy używać w odniesieniu do Matki Bożej. Szczególną uwagę zwraca na określenie „Pośredniczka wszystkich łask”.
Mater Populi fidelis (Matka Ludu wiernego) to tytuł noty doktrynalnej opublikowanej dzisiaj, we wtorek 4 listopada, przez Dykasterię ds. Doktryny Wiary. Nota, podpisana przez prefekta, kardynała Víctora Manuela Fernándeza, oraz sekretarza sekcji doktrynalnej, ks. Armando Matteo, została zaaprobowana przez Papieża 7 października. Jest ona owocem długiej pracy teologicznej całego kolegium. To tekst doktrynalny poświęcony pobożności maryjnej, skupiający się na osobie Maryi, która – jako Matka wierzących – jest ściśle związana z dziełem Chrystusa. Nota przedstawia biblijne podstawy pobożności maryjnej oraz przywołuje liczne wypowiedzi Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła, tradycji wschodniej oraz myśli ostatnich papieży.
W tym pozytywnym kontekście tekst doktrynalny analizuje różne tytuły maryjne, podkreślając znaczenie niektórych z nich, a jednocześnie ostrzegając przed niewłaściwym używaniem innych. Tytuły takie jak „Matka wiernych”, „Matka duchowa”, „Matka Ludu wiernego” są szczególnie wysoko cenione w Nocie. Natomiast tytuł „Współodkupicielka” uznaje się za nieodpowiedni i niestosowny. Z kolei tytuł „Pośredniczka” jest uznawany za niedopuszczalny, gdy przypisuje Maryi funkcję właściwą wyłącznie Jezusowi Chrystusowi. Jednakże pozostaje cenny i teologicznie uzasadniony, gdy wyraża udział Maryi w zbawczej misji Chrystusa, który ukazuje i uwielbia Jego moc. Tytuły „Matka łaski” oraz „Pośredniczka wszystkich łask” są uznawane za dopuszczalne w ściśle określonym sensie, przy czym dokument poświęca im szczególnie obszerny komentarz, wyjaśniający możliwe ryzyka niewłaściwego rozumienia tych określeń.
W istocie Nota potwierdza katolicką naukę, która zawsze podkreślała, że wszystko w Maryi jest ukierunkowane na centralną rolę Chrystusa i Jego zbawcze dzieło. Dlatego, choć niektóre tytuły maryjne można teologicznie uzasadnić poprzez poprawną egzegezę, uznaje się za wskazane, by ich unikać. W swojej prezentacji kardynał Víctor Manuel Fernández docenia pobożność ludową, ale jednocześnie ostrzega przed grupami i publikacjami, które promują określony rozwój dogmatyczny i wzbudzają niepewność wśród wiernych, także za pośrednictwem mediów społecznościowych. Główny problem w interpretacji tych tytułów maryjnych dotyczy sposobu rozumienia udziału Maryi w dziele odkupienia dokonanym przez Chrystusa (3).
Współodkupicielka
W odniesieniu do tytułu „Współodkupicielka” Nota przypomina, że niektórzy papieże „używali tego tytułu, nie podejmując jego wyjaśnienia. Zazwyczaj przedstawiali go na dwa sposoby: w odniesieniu do Bożego macierzyństwa, jako że Maryja – jako Matka – umożliwiła dokonanie odkupienia przez Chrystusa; oraz w odniesieniu do Jej zjednoczenia z Chrystusem pod krzyżem odkupienia. Sobór Watykański II ze względów doktrynalnych, duszpasterskich i ekumenicznych unikał użycia tytułu Współodkupicielki. Św. Jan Paweł II posłużył się nim przynajmniej siedmiokrotnie, łącząc go przede wszystkim z wartością zbawczą naszego cierpienia, ofiarowanego razem z cierpieniem Chrystusa, do którego w sposób szczególny dołącza się Maryja, zwłaszcza pod krzyżem” (18).
Dokument przytacza dyskusję wewnątrz ówczesnej Kongregacji Nauki Wiary, która w lutym 1996 r. rozpatrywała wniosek o ogłoszenie nowego dogmatu dotyczącego Maryi jako „Współodkupicielki lub Pośredniczki wszystkich łask”. Kardynał Ratzinger był przeciwny: „Dokładne znaczenie tych tytułów nie jest jasne, a zawarta w nich doktryna nie jest jeszcze dojrzała. Doktryna ogłoszona jako de fide divina należy do depositum fidei, czyli do Objawienia Bożego przekazanego w Piśmie Świętym i Tradycji Apostolskiej”. Następnie, w 2002 r., przyszły Benedykt XVI wyraził się publicznie w podobny sposób: „Formuła «Współodkupicielka» mocno odbiega od języka Biblii i Ojców Kościoła, przez co rodzi nieporozumienia. (…) Wszystko pochodzi od Niego, jak czytamy zwłaszcza w Liście do Efezjan i Liście do Kolosan; również Maryja właśnie Chrystusowi zawdzięcza wszystko, czym jest. Wyrażenie «Współodkupicielka» przesłoniłoby to źródło”. Kardynał Ratzinger, jak wyjaśnia Nota, nie zaprzeczał, że w propozycji użycia tego tytułu kryją się dobre intencje i cenne aspekty, jednak uważał, że jest to „błędna terminologia” (19).
Papież Franciszek co najmniej trzykrotnie wyraził swój zdecydowany sprzeciw wobec używania tytułu Współodkupicielki. Dokument doktrynalny w tej sprawie stwierdza: „używanie tytułu Współodkupicielki dla określenia współpracy Maryi jest zawsze niewłaściwe. Tytuł ten grozi bowiem zaciemnieniem jedynego zbawczego pośrednictwa Chrystusa i może w związku z tym prowadzić do zamętu i zachwiania harmonii prawd wiary chrześcijańskiej(…) Gdy jakieś wyrażenie wymaga licznych i nieustannych objaśnień, by nie zostało błędnie zrozumiane, nie służy wierze Ludu Bożego i staje się niestosowne” (22).
Pośredniczka
W nocie podkreślono, że biblijne wyrażenie odnoszące się do wyłącznego pośrednictwa Chrystusa „jest jednoznaczne”. Chrystus jest jedynym Pośrednikiem (24). Z drugiej strony podkreślono, „że termin «pośrednictwo» jest często używany w różnych dziedzinach życia społecznego, gdzie oznacza po prostu współpracę, pomoc, wstawiennictwo. W konsekwencji termin ten jest nieuchronnie stosowany wobec Maryi w znaczeniu podporządkowanym i w żaden sposób nie ma na celu dodania skuteczności ani mocy jedynemu pośrednictwu Jezusa Chrystusa” (25). Ponadto – jak uznaje dokument – „oczywiste jest, że Maryja rzeczywiście pośredniczyła w umożliwieniu prawdziwego Wcielenia Syna Bożego w nasze człowieczeństwo” (26).
Matka wierzących i Pośredniczka wszystkich łask
Macierzyńska rola Maryi „żadną miarą nie przyćmiewa ani nie umniejsza” jedynego pośrednictwa Chrystusa, „lecz ukazuje Jego moc”. Tak rozumiane „macierzyństwo Maryi nie ma na celu osłabienia jedynej czci należnej Chrystusowi, lecz raczej ją umacnia”. Należy zatem unikać, jak stwierdza Nota, „tytułów i wyrażeń odnoszących się do Maryi, które przedstawiają ją jako swego rodzaju «piorunochron» wobec sprawiedliwości Pana, jakby gdyby Maryja była konieczną alternatywą dla niewystarczającego miłosierdzia Boga” (37, b). Tytuł „Matki wierzących” pozwala nam mówić o „działaniu Maryi również w odniesieniu do naszego życia w łasce” (45).
Należy jednak uważać na wyrażenia, które mogą przekazywać „mniej akceptowalne treści” (45). Kardynał Ratzinger wyjaśnił, że tytuł „Maryi Pośredniczki wszystkich łask” nie jest wyraźnie oparty na Boskim Objawieniu i zgodnie z tym przekonaniem – jak wyjaśnia dokument – możemy dostrzec trudności, jakie stwarza on zarówno w refleksji teologicznej, jak i w duchowości (45). Istotnie „żadna osoba ludzka, nawet apostołowie czy Najświętsza Maryja Panna, nie może działać jako wszechogarniający dawca łaski. Tylko Bóg może obdarzyć łaską i czyni to poprzez człowieczeństwo Chrystusa” (53). Tytuły, takie jak „Pośredniczka wszystkich łask”, mają zatem „ograniczenia, które nie ułatwiają prawidłowego zrozumienia wyjątkowej roli Maryi. Rzeczywiście, jako pierwsza odkupiona, nie mogła być Ona pośredniczką łaski, którą sama otrzymała” (67). Jednakże dokument ostatecznie uznaje, że „wyrażenie «łaski», odnoszące się do macierzyńskiego wsparcia Maryi w różnych chwilach życia, może mieć dopuszczalne znaczenie. Liczba mnoga wyraża całą pomoc, również materialną, jaką Pan może nam udzielić, wysłuchując wstawiennictwa Matki” (68).
VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny
***
Kult maryjny eksplodował w V wieku. Kim zatem była Matka Jezusa dla chrześcijan pierwszych wieków?
Nie mamy praktycznie żadnych świadectw oddawania czci Maryi przed końcem IV wieku. W V wieku nastąpiła prawdziwa eksplozja Jej kultu. Kim zatem była Matka Syna Bożego dla chrześcijan pierwszych wieków?
W mszale rzymskim w dni wspomnień świętych znajduje się z reguły krótki życiorys świętego, połączony czasem z informacją o historii danego święta. 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, ta notatka zaczyna się od słów: „W Jerozolimie już w V w. obchodzono uroczystość poświęcenia bazyliki w miejscu narodzenia się Matki Bożej”. 8 grudnia czytamy, że „Święto Niepokalanego Poczęcia obchodzono na Wschodzie już w VIII wieku”. Z kolei w uroczystość Zwiastowania Pańskiego mszał informuje nas, że „święto to obchodzono w Kościele Wschodnim 25 marca już w VI wieku”.
Wszystkie te informacje są prawdziwe, dyskusyjne może być tu jednak jedno słowo – „już”. W odniesieniu do całej dotychczasowej historii Kościoła V wiek to prawie jej jedna czwarta. Może więc zamiast „już”, należałoby w tym kontekście pisać „dopiero”? Czy i jak Maryję czczono przed V/VI wiekiem, i co o tym wiemy?
Theotokos
Pod koniec 428 roku w katedrze Świętych Apostołów w Konstantynopolu kazanie głosił biskup z nieodległego miasta Kyzikos, Proklus. Określał w nim Maryję mianem Theotokos, czyli Bożej Rodzicielki. Oburzył się na to przysłuchujący się kazaniu nowy patriarcha cesarskiej stolicy, Nestoriusz. Na oburzenie Nestoriusza oburzyło się z kolei wielu duchownych i świeckich, którzy zawiadomili o tym patriarchę Aleksandrii, Cyryla. Uruchomił się w ten sposób cykl wydarzeń, który doprowadził do sformułowania w 431 roku na soborze w Efezie dogmatu o Bożym Macierzyństwie Maryi.
Intencją Nestoriusza nie było raczej pomniejszanie czci Maryi, chodziło mu natomiast o podkreślenie dwóch natur w Chrystusie i różnicy między nimi. Nauczał, że Maryję w związku z tym można określać tylko mianem Matki Chrystusa, gdyż zrodziła Go w jego naturze ludzkiej, nie boskiej. Przeciwnicy Nestoriusza, Cyryl Aleksandryjski i papież Celestyn I, doprowadzili jednak do złożenia go z urzędu i potwierdzenia w Efezie, że w jednej osobie Jezusa Chrystusa łączy się natura boska i ludzka, a w związku z tym Maryję można nazywać Bożą Rodzicielką.
Był to już drugi raz, kiedy Maryja pojawiła się w tekstach dogmatycznych. W 381 roku na soborze w Konstantynopolu potwierdzano wyznanie wiary z Nicei z 325 roku, równocześnie uzupełniając je m.in. o przypomnienie, że Jezus narodził się „z dziewicy Maryi”. W tej formie odmawiamy to wyznanie do dzisiaj.
Gdy biskup Proklus wygłaszał w 428 roku swoje kazanie ku czci Bogarodzicy, nie wymyślał niczego nowego. Świadczy o tym sprzyjająca mu, a nieprzychylna wobec Nestoriusza reakcja wiernych. Kult Maryi musiał być już wtedy dla mieszkańców Konstantynopola czymś oczywistym i przyjętym od dawna. Niestety, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, od kiedy.
Przed Efezem
Maryja nie jest zupełnie „niewidoczna” w naszych źródłach przed Soborem Efeskim. Występuje przecież w Ewangeliach, skoro spotkania wczesnych chrześcijan opierały się na lekturze tekstów oraz ich komentowaniu. Już na wczesnym etapie można było na podstawie św. Łukasza i św. Jana przedstawiać wiernym Maryję jako wzór wiary i posłuszeństwa. W II wieku święci Justyn i Ireneusz zaczynają określać ją mianem Nowej Ewy. W tym samym wieku powstaje apokryficzna Protoewangelia Jakuba, pokazująca, jak duże było zainteresowanie życiem Maryi, jak ważna była również wiara w Jej stałe dziewictwo. Bronili go w IV wieku także św. Ambroży i Hieronim, którzy wychwalali Maryję i stawiali Ją jak wzór do naśladowania. Za pierwszego wielkiego piewcę Maryi możemy uważać IV-wiecznego świętego Efrema Syryjczyka. Przyjrzyjmy się jednemu z tych tekstów:
„Niech posłucha Ewa mojej pieśni i tu przyjdzie! Niech wzniesie głowę, co ze wstydu opadła w raju! Niech odsłoni swe oblicze i Ci śpiewa, bo usunąłeś od niej zawstydzenie, Niech słucha pieśni pokoju, bo Córka zmazała jej winę!” (tłum. A. Skórzewska).
Nie mamy jednak przed końcem IV wieku wyraźnych dowodów na kult Maryi – modlitw czy hymnów ku Jej chwale (poza poezją Efrema), otoczonych czcią wizerunków ani poświęconych Jej kościołów. Generalnie zresztą dopiero w IV wieku zaczyna się rozwijać oddawanie czci świętym, przy czym początkowo dotyczyło to głównie męczenników, dopiero jakby równolegle zostały do tych form pobożności włączane postaci znane z Biblii (i to nie wszystkie). Ponadto w tym wieku zaczynał się rodzić ruch pielgrzymkowy do Ziemi Świętej, który mógł powodować dalsze zainteresowanie miejscami związanymi z Maryją.
Jedyną, ale bardzo dziwną, a do tego wątpliwą, jednoznaczną wskazówką jest wzmianka Epifaniusza z Salaminy, biskupa z Cypru z drugiej połowy IV wieku, który w swoim wykazie herezji wymienia „kollyrydian”, czyli grupę kobiet z Arabii, które pomieszały Ewangelię z miejscowymi wierzeniami i czciły Maryję jako boginię. Na istnienie tej potencjalnej herezji nie mamy jednak żadnych innych dowodów i nic więcej o niej nie wiemy.
Madonna z Dzieciątkiem i dwoma Mędrcami – fresk z końca III wieku w Katakumbach Marcellinusa i Piotra w Rzymie.
AKG-IMAGES /EAST NEWS
***
Wczesna ikonografia maryjna
Jednym z najcenniejszych źródeł naszej wiedzy o tym, co myśleli chrześcijanie pierwszych wieków, są freski, które pozostały po nich w katakumbach, i płaskorzeźby na sarkofagach. Pod tym względem wśród starochrześcijańskich cmentarzy wyróżniają się katakumby Priscilli, położone na północy Rzymu przy Via Nomentana. Nie należą do najczęściej odwiedzanych przez turystów i pielgrzymów, kryją w sobie jednak prawdziwe skarby – malowidła z III wieku, wśród nich znajdują trzy przedstawiające Maryję, są to więc Jej najstarsze zachowane wizerunki. Jeden z nich to najpewniej scena zwiastowania, choć ewentualnie można by interpretować go inaczej – po prostu jako mężczyznę stojącego przed siedzącą kobietą. Dwa następne są jednak jednoznaczne: niewiasta z dzieckiem, obok której jakiś mężczyzna wskazuje na gwiazdę nad nią – chodzi więc o Balaama i odniesienie do obietnicy mesjańskiej z Lb 24,17 – oraz niewiasta z dzieckiem, przed którą pokłon składają trzej mężczyźni, co jednoznacznie wskazuje na Pokłon Magów.
Od końca III wieku Maryja zaczyna się też pojawiać na chrześcijańskich sarkofagach – nigdy samodzielnie, ale zawsze jako jedna z postaci w scenach przedstawiających zwiastowanie, narodzenie Jezusa i Pokłon Magów. Analogicznie pochwały Maryi spotykamy w kazaniach wygłaszanych przez ojców Kościoła w te święta (także przy okazji święta Ofiarowania Pańskiego, które będzie się powoli przekształcać w święto Oczyszczenia Maryi). Rodzący się kult maryjny wiązał się też z nieco od niego starszym kultem męczennic. Do Dziewicy Maryi, jako obrończyni dziewic, zwraca się np. bohaterka jednego z kazań św. Grzegorza z Nazjanzu z 379/380 roku.
Po Efezie
Opisując historię wczesnego chrześcijaństwa, z reguły zmagamy się z tym, że nie wiemy dokładnie, kiedy powstał dany budynek albo dzieło sztuki, trudno też jest często określić datę napisania wielu anonimowych utworów literackich. Zupełnie inaczej jest z rzymską bazyliką Matki Bożej (Santa Maria Maggiore), o której wiemy, że została poświęcona 5 sierpnia 434 roku. Do dziś mamy ten dzień w kalendarzu liturgicznym jako wspomnienie Matki Bożej Śnieżnej.
Poświęcenie tej bazyliki, w tak krótkim czasie od zakończenia Soboru Efeskiego, można uznać za uroczystą inaugurację nie tylko samego budynku, ale w ogóle oficjalnego kultu Maryi w Kościele. Przekonuje o tym sama imponująca bazylika – pierwsza znana nam świątynia pod wezwaniem Matki Bożej. Mówią o tym także zdobiące ją mozaiki. W tych oryginalnych, V-wiecznych, na łuku triumfalnym widzimy Maryję w bogatych szatach rzymskich, w scenach związanych z narodzeniem i dzieciństwem Jezusa. W absydzie natomiast znajduje się ukoronowanie Maryi przez Jezusa. Jest to mozaika średniowieczna, nie wiemy, co znajdowało się tam wcześniej, ale całkiem prawdopodobne, że była to ta sama scena.
Wracając do naszych trudności z datowaniem różnych przedmiotów i tekstów – nie mamy pewności, kiedy kształtuje się Kanon Rzymski, czyli obecna I Modlitwa Eucharystyczna, podejrzewamy jednak, że nabiera dzisiejszej formy na przełomie V i VI wieku. Od tego momentu już więc na pewno na każdej Mszy sprawowanej w Rzymie wymienia się wielu świętych, ale „najpierw pełną chwały Maryję, zawsze Dziewicę, Matkę Boga i naszego Pana Jezusa Chrystusa”.
Poza datowaniem problemem jest też wieloznaczność naszych źródeł. Czasem nie wiemy, czy „Dziewica”, o której mówimy, to Maryja, czy Kościół (Ecclesia), który też był w ten sposób określany. W V wieku w chrześcijaństwie zaczyna się rozszerzać kult relikwii. Podobno cesarz Marcjan (450–457) posłał do Jerozolimy po relikwie Maryi, uzyskał jednak od patriarchy Juwenala odpowiedź, że to niemożliwe, bo Jej ciało znajduje się przecież w niebie. Niedługo potem zaczęto jednak w Konstantynopolu czcić relikwie Matki Bożej – Jej szatę i pas (przechowywany do dziś na górze Atos).
Historyk Kościoła Sozomen Scholastyk, piszący ok. 440 roku, wspominał, że w jednym z kościołów Konstantynopola dochodziło do wielu uzdrowień, które przypisywał wstawiennictwu ukazującej się chorym Matce Bożej.
Pod Twoją obronę
W wielu podręcznikach teologii można odnaleźć informację, że najstarszy zachowany tekst modlitwy do Bogarodzicy, rozpoczynający się znanym nam wezwaniem „Pod Twoją obronę”, pochodzi z połowy III wieku. Faktycznie papirus z takim tekstem został odnaleziony w Egipcie w 1900 roku. Jego dokładnej daty powstania nie można łatwo określić. Wielu poważnych badaczy wyznaczało ją bardzo wcześnie, na IV albo nawet III wiek. Byłaby to więc rzeczywiście zdecydowanie najstarsza ze znanych nam modlitw maryjnych.
Przy datowaniu tekstów tego typu kluczowa jest jednak analiza paleograficzna, czyli przez porównanie charakterów pisma z różnych epok. Oczywiście ta metoda jest nieprecyzyjna i czasem subiektywna, a miejsce i kontekst znalezienia tekstu pozostaje nieznany. W każdym razie, dzisiaj większość uczonych zajmujących się tą dziedziną uważa, że wspomniany papirus pochodzi jednak najwcześniej z VI lub VII wieku.
Matka Boża z Dzieciątkiem na fresku w Katakumbach Pryscylli w Rzymie WORLD HISTORY ARCHIVE /EAST NEWS
Akatyst
W odwrotny sposób refleksja naukowa towarzyszy modlitwie dużo mniej w Polsce znanej, choć ostatnio coraz bardziej popularnej – Akatystowi ku czci Bogurodzicy. Tradycja wiąże powstanie tego hymnu z jednoczesnym oblężeniem Konstantynopola przez Awarów (lud przybyły z centralnej Azji na teren dzisiejszych Węgier w połowie VI wieku), Słowian i Persów. Główne siły cesarza Herakliusza znajdowały się wtedy daleko od stolicy, której obronie przewodniczył patriarcha Sergiusz. Obrazy Bogarodzicy wystawiono na bramach Konstantynopola i obchodzono z nimi ich mury (zresztą 25 lat wcześniej, gdy Herakliusz wyruszał z Kartaginy do Konstantynopola, by obalić poprzedniego cesarza, kazał umieścić wizerunki Matki Bożej na żaglach swoich okrętów). Nic dziwnego, że gdy napastnicy zostali odparci, zwycięstwo przypisywano opiece Maryi, która miała ukazywać się na czele armii i spowodować sztorm, który zatopił nieprzyjacielską flotę. Podczas licznych dziękczynnych nabożeństw śpiewano właśnie Akatyst. Faktycznie pierwszy Kondakion, który mówi o Maryi jako „walecznej hetmance” o „niezwyciężonej mocy”, ku czci której „wyswobodzeni z niewoli” śpiewają „zwycięską pieśń”, jest prawdopodobnie echem wydarzeń z 626 roku, podobnie jak niektóre fragmenty następnych zwrotek (np. „pogańska cześć ognia” to odniesienie do praktykowanego w Persji zoroastrianizmu). Niemniej większość badaczy uważa dzisiaj, że pierwotny tekst Akatystu jest wcześniejszy, być może niemal współczesny Soborowi Efeskiemu.
Strażniczka ortodoksji
Niewiele uwagi poświęciliśmy dotąd ikonom. Z natury są one mniej trwałe niż mozaiki lub płaskorzeźby. Z reguły też nie są podpisane, nie wiemy, kiedy dokładnie powstały. Uważa się, że kilka ikon maryjnych w Rzymie pochodzi z przełomu VI i VII wieku. Na pewno było ich więcej w Konstantynopolu, lecz nie przetrwały okresu ikonoklazmu (VII/VIII wiek). Za to po przywróceniu kultu obrazów ikony zaczęły się mnożyć. W ich kulcie zaczęto widzieć pieczęć ortodoksji, potwierdzenie wszystkich dogmatów dotyczących Chrystusa i Maryi.
Jak widać, Maryja zawsze była w chrześcijaństwie obecna. Najpierw przede wszystkim jako cicha towarzyszka swojego Syna i Jego apostołów. Potem zaczęto wyciągać dalsze konsekwencje z faktu urodzenia przez nią Boga-człowieka. Gdy uznano w związku z tym, że należy się Jej tytuł Bożej Rodzicielki, Jej kult stał się powszechny. Nie nastąpiło to od razu, ale logicznie wynikało z tego, w co wierzono od początku.
ks. Stanisław Adamiak – Gość Niedzielny
Doktor habilitowany, historyk Kościoła, rektor seminarium duchownego w Toruniu, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Specjalizuje się w historii wczesnego chrześcijaństwa. Wykładał na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie i w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.
***
Dlaczego nie „Współodkupicielka”? Mariolog komentuje notę Watykanu
Dlaczego nie powinniśmy wobec Maryi używać zwrotów „Współodkupicielka” i „Pośredniczka wszelkich łask”, tłumaczy ks. prof. dr hab. Marek Chmielewski, wykładowca teologii duchowości na KUL, członek Papieskiej Międzynarodowej Akademii Maryjnej (PAMI) i były prezes, a obecnie członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Mariologicznego.
Agnieszka Huf: 4 listopada br. Watykan opublikował notę doktrynalną pt. Mater populi fidelis. Co ten dokument mówi nam nowego o roli Maryi w dziele zbawienia?
Ks. prof. Marek Chmielewski: W nocie Dykasterii Nauki Wiary nie ma żadnych nowości teologicznych. Celem tego dokumentu jest natomiast doprecyzowanie stanowiska Kościoła względem tytułów, które nadawane są Maryi. Chodzi szczególnie o tytuły „Współodkupicielka” i „Pośredniczka”. W ostatnich dziesięcioleciach wpływały bowiem do Stolicy Apostolskiej liczne petycje w sprawie ogłoszenia tzw. piątego dogmatu, którego treścią miałoby być uznanie Maryi Współodkupicielką. Warto nadmienić, że obecnie mamy cztery dogmaty maryjne, czyli fundamentalne prawdy wiary: Boże Macierzyństwo, Niepokalane Poczęcie, Trwałe Dziewictwo i Wniebowzięcie. Najbardziej znanym propagatorem idei Maryi Współodkupicielki jest amerykański świecki mariolog Mark Miravalle, profesor Uniwersytetu Franciszkańskiego w Steubenville, który założył ruch Vox Populi Mariae Mediatrici. W ramach jego działalności zebrano kilka milionów podpisów z prośbą o ogłoszenie piątego dogmatu. Znamienne jest to, że Mark Miravalle zaraz po ukazaniu się tej noty w jednym z wywiadów wyraził aprobatę dla jej treści, wyrażając jednocześnie swe posłuszeństwo wobec Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Zauważył przy tym, że szczególnie cenne jest podkreślenie macierzyńskiej opieki Maryi nad ludem wiernym, co wyraża tytuł dokumentu.
Tytuł „Współodkupicielka” nie jest nowy, pojawia się bowiem w wypowiedziach wielu świętych.
To prawda, że tytuł „Współodkupicielka” używany był przez wielu świętych i papieży. Na przykład św. Jan Paweł II – jak zaznacza omawiana tu nota – w swoich wypowiedziach użył go siedmiokrotnie. O Współodkupicielce mówił też św. John Henry Newman, ogłoszony 1 listopada br. doktorem Kościoła. Problem polega jednak na właściwym rozumieniu tego tytułu w jego kontekście. W pobożności maryjnej użycie tytułów maryjnych „Współodkupicielka” i „Pośredniczka” często idzie za daleko, tak iż zdaje się podważać fundamentalną prawdę naszej wiary, że jedynym Odkupicielem i jedynym Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi jest Jezus Chrystus (por. 1 Tm 2, 5-6). Jak zaznacza dokument, skoro Chrystus jest jedynym Odkupicielem, to „nie istnieją współ-odkupiciele z Chrystusem”. Nie można więc sugerować, że Maryja na równi z Jezusem dokonała dzieła odkupienia, ani że łaski udzielane przez Jezusa są warunkowane zaangażowaniem Maryi. Nie oznacza to bynajmniej pomniejszania Jej roli. Chodzi natomiast o właściwe rozumienie i przedstawianie udziału Matki Bożej w dziele zbawczym Chrystusa. Mając to na względzie, dokument wyjaśnia, dlaczego termin „Współodkupicielka” jest błędny i jak należy rozumieć drugi tytuł: „Pośredniczka wszelkich łask”, a w konsekwencji stosować go z ostrożnością, wyjaśniając wiernym jego właściwy sens.
Czy to znaczy, że papieże czy święci, którzy określali Maryję Współodkupicielką, popełniali błąd teologiczny?
Tak mogłoby się wydawać, ale nie należy zapominać o tzw. ewolucji dogmatu. Chodzi o to, że co do istoty prawdy wiary są niezmienne, natomiast ich przekaz oraz interpretacja zmieniają się w miarę rozwoju wiary Ludu Bożego i teologii. Upraszczając nieco, można powiedzieć, że zmienia się terminologia, a pozostaje ta sama teologia. Poza tym do głosu dochodzą uwarunkowania kulturowe, które wpływają na język i rozumienie określonych pojęć. Gdybyśmy więc uznali błąd papieży i świętych odnośnie do użycia wspomnianych tytułów maryjnych, to sami popadlibyśmy w błąd ahistorycyzmu, czyli interpretowania historii z obecnej perspektywy. Oni wyrażali to, co było przekonaniem i odczuciem wierzących minionej epoki. Jednak Duch Święty prowadzi Kościół do pełniejszego rozumienia objawionej Prawdy, dlatego z posłuszeństwem wiary i wdzięcznością trzeba przyjąć to nowe, głębsze spojrzenie.
Jak więc Mater populi fidelis definiuje rolę Maryi w dziele zbawienia?
Jak trafnie zauważył Mark Miravalle, dokument zgodnie ze swoim tytułem przede wszystkim podkreśla macierzyństwo Maryi względem Ludu Bożego. Jej macierzyńska troska ma charakter wstawiennictwa, które nota za św. Janem Pawłem II określa jako wstawiennictwo uczestniczące. Maryja ma bowiem swój udział w dziele odkupienia zarówno przez fakt, że została wybrana na Matkę wcielonego Syna Bożego w sensie fizycznym, jak również przez to, że aktywnie współpracowała z Bożym planem zbawienia, czego wyrazem jest jej fiat czy obecność pod krzyżem. To macierzyńskie uczestnictwo nie upoważnia jednak do stawiania Maryi na równi z Chrystusem Odkupicielem, co sugerowałby przedrostek „współ-”. Ona bowiem w chwili zwiastowania określiła siebie jako Służebnicę Pańską (Łk 1,38). Wynoszenie Jej do rangi współodpowiedzialnej za odkupienie ludzkości zaprzeczałoby prawdzie, jaką wyraziła sama o sobie. W takim też kluczu wstawiennictwa uczestniczącego należy rozumieć drugi z kontrowersyjnych tytułów: „Pośredniczka”. Jak czytamy w omawianym dokumencie, „termin ten jest nieuchronnie stosowany wobec Maryi w znaczeniu podporządkowanym i w żaden sposób nie ma na celu dodania skuteczności ani mocy jedynemu pośrednictwu Jezusa Chrystusa” (nr 25). Na tej samej zasadzie zarówno święci, jak i my sami, pozostając we wspólnocie Kościoła, pomagamy sobie wzajemnie (pośredniczymy) w osiągnięciu zbawienia, którego źródło jest wyłącznie w dziele dokonanym przez Chrystusa. Maryja poprzez swe wstawiennictwo i wzór zjednoczenia z Nim jako Matka Kościoła pomaga nam w tym.
Jakie ryzyko niesie ze sobą używanie tytułu „Współodkupicielka”?
Nota jasno stwierdza, że używanie tytułu „Współodkupicielka” dla określenia współpracy Maryi z dziełem zbawczym Chrystusa „jest zawsze niewłaściwe”. Tytuł ten bowiem grozi zaciemnieniem jedynego zbawczego pośrednictwa Chrystusa i może w związku z tym prowadzić do zamętu i zachwiania harmonii prawd wiary chrześcijańskiej (nr 22). Dość częste posługiwanie się tym tytułem w pobożności ludowej bez odpowiedniego wyjaśnienia prowadzi do sprzecznych z wiarą uproszczeń i sugeruje, że bez czynnego zaangażowania się Maryi wszechmogący Bóg byłby ograniczony w swoim odkupieńczo-zbawczym działaniu. Nota Mater populi fidelis, podobnie jak encyklika Redemptoris Mater św. Jana Pawła II, podkreśla to, co w Maryi macierzyńskie. Ona jako Matka opiekuje się, wspiera, wspomaga, ale nigdy sobą nie zasłania Jezusa. Dokument przywołuje scenę z Kany Galilejskiej, w której Maryja mówi do Jezusa: „Nie mają już wina”, ale nie mówi Mu, co On ma zrobić. Przedstawia problem, a decyzja należy do Jezusa. Maryja zawsze pozostaje w Jego cieniu, wskazując na Niego. Mówi bowiem: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5). Trafnie wyraził to Sobór Watykański II w VIII rozdziale konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium, pisząc, że Maryja „obecna jest w tajemnicy Chrystusa i Kościoła”.
A na czym polega problem ze sformułowaniem „Pośredniczka wszelkich łask”? Ten zwrot jest bardzo rozpowszechniony w pobożności ludowej.
Podobnie jak „Współodkupicielka”, tytuł „Pośredniczka”, zwłaszcza w brzmieniu: „Pośredniczka wszelkich łask”, rodzi wiele problemów. Jak zaznacza dokument, już kard. Joseph Ratzinger wyjaśniał, że „tytuł Maryi Pośredniczki wszystkich łask nie jest wyraźnie oparty na Boskim Objawieniu” (nr 45). Ponadto tytuł ten sugeruje, że żadna łaska nie może dotrzeć od Boga do człowieka bez udziału Maryi, a więc Przenajświętsza Trójca – Źródło łaski – byłaby ograniczona w dziele uświęcenia. Jak czytamy w nocie, często w pobożności ludowej przedstawia się Matkę Bożą lub wyobraża Ją jako źródło, z którego wypływa wszelka łaska. To stawiałoby Ją w roli Boskiej Osoby, co jest oczywistym błędem dogmatycznym. Tymczasem „uczestniczące pośrednictwo” Maryi polega na tym, że Ona swoim przykładem i wstawiennictwem podprowadza i otwiera nas na Boże działanie. Na tej samej zasadzie możemy mówić o wstawiennictwie czy uczestniczącym pośrednictwie świętych, do których się zwracamy.
Dokument wywołał ogromne poruszenie wśród niektórych wiernych. Zarzuca się mu, że deprecjonuje Maryję i że nastąpiła protestantyzacja katolicyzmu, wręcz zamach na świętość Matki Bożej. Co Ksiądz Profesor odpowiada tym krytykom?
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w ostatnim czasie niektóre środowiska podkreślające swą katolickość z zapałem krytykują albo wręcz negują wszystko, czego naucza Kościół. Paradoksalnie w imię troski o czystość wiary i jedność Kościoła brakiem posłuszeństwa wiary szkodzą tej jedności. Podstawą dążenia do świętości jest bowiem pokora, czyli uznanie prawdy (czasem trudnej), którą najpierw trzeba rzetelnie poznać. Tymczasem bardzo często krytycy nauczania Kościoła „ślizgają się po powierzchni”. Uważne zaś wczytanie się w treść dokumentu pokazuje, że nie ma w nim nic, czego Kościół nie uczyłby od stuleci. Nie ma więc mowy o deprecjonowaniu Matki Bożej w jakikolwiek sposób. Wprost przeciwnie, właśnie w trosce o poprawną pobożność maryjną, opartą na Objawieniu Bożym, a nie ludzkich wyobrażeniach, Kościół sprecyzował swe stanowisko, domagając się jednocześnie od duszpasterzy wyjaśniania rodzących się wątpliwości.
Część wiernych czuje się jednak zagubiona, ma poczucie, że Watykan zabrał im coś, co przez lata było ich formą modlitwy.
Śmiem twierdzić, że jest to przesadzona opinia. Doświadczenie duszpasterskie pokazuje, że ogromna większość wiernych, a także wielu duszpasterzy w ogóle nie zauważa, że pojawiają się istotne dla formacji wiary dokumenty Kościoła. Być może tylko nieliczni mają poczucie zagubienia czy „ograbienia”, czy jednak nie jest to przejaw pewnej infantylności wiary i nadmiernego przywiązania do swoich przekonań? Dlaczego, zamiast rozżalenia, nie dostrzegać, jak nowe i szerokie perspektywy otwiera przed nami nauczanie Kościoła? Na zakończenie 26. Międzynarodowego Kongresu Mariologiczno-Maryjnego w Rzymie (3-6 września br.) papież Leon XIV powiedział, że Kościół potrzebuje mariologii! Potrzebuje jej także polska maryjność. Mamy naprawdę dobrą polską mariologię, zawartą chociażby w licznych materiałach formacyjnych dla Żywego Różańca czy innych wspólnot maryjnych (np. czasopismo „Salvatoris Mater” czy „Zeszyt Maryjny” corocznego Programu Duszpasterskiego Kościoła w Polsce). Problem jednak w tym, że duszpasterze rzadko z nich korzystają. W efekcie brakuje pogłębionej formacji maryjnej. Polska pobożność maryjna w licznych swoich przejawach często okazuje się płytka, emocjonalna, a nierzadko bardziej oparta na folklorze niż Ewangelii.
Pobożność ludowa nie uniknęła niestety uproszczeń – legendarnym jest już tekst jednej ze zwrotek pieśni „Serdeczna Matko”: „…a kiedy Ojciec zagniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze”…
To jaskrawy przykład niedojrzałej maryjności, która doświadczenia relacji między ludźmi przenosi na rzeczywistość wiary i obraz Boga. Przywołane zdanie ukazuje Go jako surowego ojca rodziny. Przeciwstawieniem jest łagodna i czuła matka, która broni dzieci przed jego gniewem. To bardzo antropomorficzny (oparty na ludzkim wyobrażeniu) i tym samym fałszywy obraz Boga, który przecież jest Miłością (por. 1 J 4,8), jest bogaty w miłosierdzie. W omawianej nocie watykańskiej czytamy, iż „należy zatem unikać tytułów i wyrażeń odnoszących się do Maryi, które przedstawiają Ją jako swego rodzaju «piorunochron» wobec sprawiedliwości Pana, jak gdyby Maryja była konieczną alternatywą dla niewystarczającego miłosierdzia Boga” (nr 37).
Co w takim razie powinniśmy zrobić z modlitwami czy pieśniami, w których padają wspomniane zwroty? Przypomina mi się uroczysta śląska pieśń, w której śpiewamy: „Matko Piekarska, Opiekunko sławna, Orędowniczko wszelkich łask” – znowu te „wszelkie łaski”. Czy trzeba zmieniać teksty dawnych pieśni?
Nie, nie trzeba zmieniać, a nawet nie wolno! Trzeba jednak poprawnie je objaśniać! Wielu z tych pieśni nie da się zmienić ze względu na formę muzyczną. Poza tym są to swoiste „zabytki” naszej kultury i cenny przejaw pobożności maryjnej minionych pokoleń. Podobną sytuację mamy z modlitwą „Ojcze nasz”, którą odmawiamy w szesnastowiecznym tłumaczeniu ks. Jakuba Wujka, jezuity. Słowa: „nie wódź nas na pokuszenie” sugerują, że to Pan Bóg nas kusi. Rozumiemy jednak, że jest to pewnego rodzaju figura retoryczna, której sens jest znacznie głębszy. To samo dotyczy omawianych tu tytułów maryjnych „Współodkupicielka” i „Pośredniczka”. Watykańska nota Mater populi fidelis, wskazując niebezpieczeństwa ich uproszczonej interpretacji, podsuwa jednocześnie, jak właściwie je rozumieć i wyjaśniać Ludowi Bożemu.
Gość Niedzielny
***
Ks. prof. Robert Skrzypczak:
Jak rozumieć współodkupicielstwo Matki Bożej?
***
Współcierpiała z Chrystusem, wraz z Nim ofiarowała Bogu swą udręczoną duszę i ciało, Ją także przebił miecz boleści (por. Łk 2, 35). To, co realizuje się w Matce Bożej, dotyczy z kolei wszystkich pozostałych wierzących. Ona jest Współodkupicielką poprzez trwanie pod krzyżem, poprzez składanie siebie Bogu w ofierze, łączenie swojej własnej pasji z pasją Chrystusa na Kalwarii. To pozwala nam też spojrzeć na nowo na nasze własne choroby, na ból, starzenie się, cierpienie. Nasza wiara zaprasza do uczestnictwa w jedynej ofierze Chrystusa. Poprzez nasze własne utrapienia, lęki i ból możemy łączyć się z Jego umieraniem. W tym sensie nabierają one znaczenia – mówił ks. prof. Robert Skrzypczak.
W nocie doktrynalnej Mater Populi fidelis Stolica Apostolska orzekła, że użycie tytułu „Współodkupicielka” wobec Matki Bożej jest „zawsze niewłaściwe”.
Tytuł ten był tymczasem wielokrotnie używany przez papieży i świętych. Choć jego pobieżne odczytanie może implikować podważenie jedyności zbawczej Chrystusa, to w istocie tytuł ów ma dużą głębię teologiczną i był rozumiany przez katolików w tradycyjny sposób.
O właściwym rozumieniu współodkupicielstwa Matki Bożej mówił ks. prof. Robert Skrzypczak. W książce „Ogień w Kościele”, wywiadzie przeprowadzonym przez Pawła Chmielewskiego, kapłan wyjaśniał, na czym polega taka właśnie rola Maryi. Książka ukazała się w 2021 roku nakładem wydawnictwa Esprit.
– Współodkupicielstwo Maryi domaga się bardzo precyzyjnych sformułowań. Dotycząca go intuicja jest bardzo stara. Przejawiała się w wypowiedziach wielu świętych pochodzących z kręgów pierwszych uczniów św. Ignacego Loyoli oraz św. Alfonsa de Liguoriego. W naszych czasach mówili o niej św. Maksymilian Kolbe i św. Jan Paweł II, papież Pius XI i Pius XII, a także kard. Stefan Wyszyński. Ktoś wyliczył, że w oficjalnym nauczaniu papież Wojtyła nawiązał do współodkupicielstwa Maryi siedem razy. Mówili chętnie o Maryi w tym kontekście także o. Jean Galot, Mark Miravalle i wielu innych wielkich teologów. Ten temat podejmował również ks. Dolindo Ruotolo – powiedział ksiądz profesor.
Jak wskazał, Kościół musi oczywiście mówić o wyjątkowości i jedyności zbawczej Pana Jezusa.
– Potrzebujemy, oczywiście, bronić prawdy o jedyności zbawczej Chrystusa. Chrystus jest jedynym Zbawicielem i Odkupicielem świata. Tylko On umarł na krzyżu. Mówi o tym także św. Paweł w kontekście rywalizacji powstałej w Kościele w Koryncie między nim a Apollosem. Pyta: „[…] Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni? […] Nikt przeto nie może powiedzieć, że w imię moje został ochrzczony” (1 Kor 1, 13.15). Skoro tylko Chrystus umarł na krzyżu, tylko On jest godzien najwyższej czci. Tylko w Nim objawiła się pełnia bóstwa, tylko w Nim człowiek został do końca i całkowicie uratowany od zła, zbawiony od grzechu, wyniesiony do Bożej chwały. Czy to jednak wyklucza wszelkie współuczestnictwo? Podobne pytanie można sformułować wobec tajemnicy pośrednictwa Chrystusa. Jest prawdą, że Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem. Mówi o tym św. Paweł w Liście do Tymoteusza (por. 1 Tm 2, 5) – wskazał.
Nie oznacza to jednak, że nie można mówić o współodkupicielstwie Maryi. Dlaczego?
– Chrystus może jednak kogoś w to włączyć, dopuścić do współuczestnictwa w pośrednictwie łaski. W pierwszym rzędzie do pośrednictwa między Bogiem a człowiekiem została włączona Maryja, potem także wszyscy święci, Kościół uwielbiony. W przypadku Matki Bożej jako Współodkupicielki trwa cały czas w Kościele intelektualny i duchowy namysł. Są tacy, którzy mają więcej obaw i mówią: „Nie, powinno się z tego zrezygnować, bo to może naruszyć respekt w sposób wyjątkowy przynależny tylko Chrystusowi”. Inni zaś sugerują, że dzięki kategorii współodkupicielstwa można będzie lepiej wyjaśnić tajemnicę intymnej relacji między ukrzyżowanym Jezusem a jego uczniem poddanym cierpieniu – powiedział ks. prof. Robert Skrzypczak.
Następnie wyjaśniał, co to znaczy, że Chrystus włącza nas do swojej tajemnicy odkupienia.
– Święty Paweł mówił przecież: „już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” (por. Ga 2, 20). Nasza chrześcijańska wiara pozwala nam odkryć sens cierpienia w połączeniu z cierpieniem Chrystusa na Kalwarii. Ofiarowane, złączone z cierpieniem Chrystusa, nasze cierpienie zyskuje nowy sens, wyjątkowe znaczenie. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że może podejmować wiele brawurowych nieraz dzieł misyjnych w Indiach i pracować na rzecz umierających pariasów w Kalkucie, ponieważ pewna chora kobieta z Belgii nieustannie ofiaruje za nią swoje cierpienie. Tak zachodzi mistyczne współdziałanie wiernych w spełnianiu różnych posług w Kościele. Jedni aktywnie działają na rzecz zbawienia innych, drudzy dostarczają im duchowej mocy poprzez składaną codziennie ofiarę poświęcenia, a także łączenie swojego cierpienia z cierpieniem Chrystusa – tłumaczył teolog.
– W Liście do Kolosan św. Paweł napisał, że „ze swej strony w swym ciele dopełnia niedostatki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (por. Kol 1, 24). To znaczy, że Chrystus świadomie włącza nas w swoje cierpienie, w swoje umieranie na krzyżu i w zmartwychwstanie dla odkupienia świata. To Jego inicjatywa i Jego pragnienie. Łączymy się z Nim nie tylko duchem, ale i ciałem. Tajemnica ta przebiega przez sakrament Eucharystii i sakrament namaszczenia chorych, ale także przez eklezjalnie przeżywaną moc wiary w to, że nie jesteśmy sami. Jesteśmy włączeni w Mistyczne Ciało Chrystusa. Jeśli istnieje coś takiego, jak „dopełnianie niedostatków udręk Chrystusa”, to w takim właśnie świetle możemy spojrzeć na Maryję. Była najbliżej Pana jako pierwsza, która została włączona we współdziałanie w Jego dziele odkupienia – dodawał.
Wskazał następnie na cierpienie Matki Bożej.
– Współcierpiała z Chrystusem, wraz z Nim ofiarowała Bogu swą udręczoną duszę i ciało, Ją także przebił miecz boleści (por. Łk 2, 35). To, co realizuje się w Matce Bożej, dotyczy z kolei wszystkich pozostałych wierzących. Ona jest Współodkupicielką poprzez trwanie pod krzyżem, poprzez składanie siebie Bogu w ofierze, łączenie swojej własnej pasji z pasją Chrystusa na Kalwarii. To pozwala nam też spojrzeć na nowo na nasze własne choroby, na ból, starzenie się, cierpienie. Nasza wiara zaprasza do uczestnictwa w jedynej ofierze Chrystusa. Poprzez nasze własne utrapienia, lęki i ból możemy łączyć się z Jego umieraniem. W tym sensie nabierają one znaczenia – podkreślił rozmówca Pawła Chmielewskiego.
Kapłan powołał się następnie na ks. Dolindo Ruotolo.
– To jest intuicja, którą wyczytuję z pism ks. Dolindo. On szedł tą właśnie drogą, widział Maryję jako Współodkupicielkę, która pokazuje nam wszystkim, w jaki sposób możemy dzięki relacji z Nią zostać lepiej włączeni w to współodkupicielstwo. Możemy zostać zaproszeni do uczestnictwa w odkupieniu innych ludzi, w niszczeniu grzechów tego świata, w ratowaniu ludzi od potępienia i prowadzeniu ich do życia wiecznego – zaznaczył.
– Cierpienie fizyczne samo w sobie nie ma sensu. Bóg go na nas bez potrzeby nie nakłada, nie stworzył jakiejś religii masochizmu. Cierpienie wyzute z Chrystusa jest jałowe. Jednakże połączone z ofiarą Chrystusa na krzyżu nabiera niesamowitej siły i wielkiej duchowej płodności. To dotyczy także ewangelizacji. Święty Paweł w Liście do Galatów pisze przecież: „Dzieci moje, oto ponownie w bólach was rodzę, aż Chrystus w was się ukształtuje” (Ga 4, 19). Apostoł uczy, że przepowiadanie Ewangelii, dawanie świadectwa o prawdzie łączy się często z pewnym cierpieniem – powiedział ksiądz profesor.
– To cierpienie jest formą uczestnictwa w umieraniu i zmartwychwstaniu Chrystusa. Pan się nami posługuje, potrzebuje naszego ciała, naszej psychiki, wrażliwości, inteligencji. Kiedy ofiarowujemy ból fizyczny, udrękę duchową, zmęczenie, trud ewangelizowania, także trud wychowywania do wiary innej osoby – wówczas jesteśmy narzędziem Chrystusa. To wszystko może jeszcze oczekiwać na nowe światło, nowe opracowanie. Takie światło może rzucić właśnie tak zwany piąty dogmat maryjny o Matce Bożej jako Współodkupicielce – dodał.
Odniósł się następnie do dogmatu o Wniebowzięciu Maryi. Starał się pokazać, jak ten dogmat rzuca światło na tajemnicę współodkupicielstwa.
– W dogmacie o Wniebowzięciu Maryja skupia w sobie jak w soczewce nasze eschatologiczne przeznaczenie. Jest pierwszą, w której śmierć zostaje pokonana: najpierw w akcie Niepokalanego Poczęcia, a później za sprawą Wniebowzięcia – nie tylko duchowo, ale i cieleśnie. My też będziemy kiedyś duchem i ciałem uczestniczyli w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny rzuca światło na nasz udział w misterium paschalnym Chrystusa, w Jego zmartwychwstaniu – mówił ks. prof. Robert Skrzypczak.
– Współodkupicielstwo może otworzyć przed nami perspektywę doświadczenia zbawienia w Chrystusie w ramach naszej tymczasowej egzystencji. Dzisiaj stoimy wobec wyzwania, które św. Paweł nazwał wrogością wobec Chrystusowego krzyża (por. Flp 3, 18). Wielu ludzi szuka dziś w Kościele religii typu terapeutycznego. Nie chcą odkupienia, ale spokoju serca, nawet relaksu, który pozwoli im na skuteczniejsze działanie. Religijna formuła ma sprawić, że poczują się lepiej, zrzucą z siebie ciężar stresu i zwiększą szanse na szczęśliwe życie tu, na ziemi – dodał kapłan.
– Arcybiskup Fulton Sheen, mówiąc o próbie Antychrysta, wyjaśniał, że jest ona związana z pokusą przeżywania chrześcijaństwa bez krzyża. Być może, jeżeli Bóg pozwoli nam dotrzeć do inteligentnie sformułowanego piątego dogmatu maryjnego, ta właśnie prawda wiary rzuci ogromne światło na przeżywanie krzyża w kontekście chwalebnego krzyża zmartwychwstałego Pana. Odkryjemy dzięki niej kod dostępu do udziału w jedynej i wyjątkowej ofierze Chrystusa – zaznaczył.
– Moje własne ofiarowanie się za drugiego nie ma żadnego znaczenia, ale jeśli zostanie ono złączone z ofiarą Chrystusa na krzyżu, Pan włączy moją ofiarę w siebie i spożytkuje ją. Misje potrzebują intensywnej modlitwy; często zakłada się wspierające je klasztory kontemplacyjne. Siła płynąca z dobrowolnego oddania własnego cierpienia Bogu jest zamieniana mocą miłości Chrystusa w potężną broń niszczącą dzieło diabła na tym świecie. Maryja dostarcza nam ogromnej pomocy w odkryciu na nowo Ewangelii krzyża. Jest najpiękniejszym zwierciadłem odbijającym tajemnicę Chrystusa – podsumował ksiądz profesor.
Więcej na ten temat w książce „Ogień w Kościele. Nadzieja w czasach kryzysu”.
Pach/PCh24.pl
______________________
,,Współodkupicielka”, – takim tytułem zwracał się do Matki Bożej św. Ludwik Maria Grignon de Montfort. Udział Najświętszej Maryi Panny do naszego zbawienia jest zamierzony przez samego Boga. „Nie potrzebował i dotąd nie potrzebuje koniecznie Najświętszej Panny do swych zamierzeń i dla objawienia swej chwały. Wystarcza Mu bowiem chcieć, by wszystkiego dokonać. Przyjąwszy jednak rzeczywisty stan rzeczy, głoszę, że ponieważ od chwili, gdy ukształtował Najświętszą Pannę, przez Nią rozpoczął i wykończył największe swe dzieła, musimy wierzyć, iż nie zmieni On już swego postępowania aż do skończenia wieków, gdyż jest Bogiem niezmiennym w swych uczuciach i postępowaniach”. Święty Ludwik opisuje tę uwarunkowaną, ale prawdziwą i rzeczywistą konieczność pośrednictwa Matki Bożej w samym życiu Chrystusa, w uświęcaniu dusz, dla osiągnięcia ostatecznego celu, szczególnie w czasach ostatecznych. Udział Bożej Rodzicielki na nasze uświęcenie opiera się na Jej wyjątkowym współudziale „przez swe posłuszeństwo, wiarę, nadzieję i żarliwą miłość w przywróceniu duszom życia nadprzyrodzonego. Z tej racji stała się naszą Matką w porządku łaski”. Je macierzyństwo ma „wielorakie orędownictwo”, jako matczyna troska o „braci swego Syna jeszcze pielgrzymujących oraz wystawionych na niebezpieczeństwa i przeciwności aż do chwili ich dojścia do ojczyzny wiecznego szczęścia. Dlatego Kościół zwraca się do Maryi jako do Orędowniczki, Wspomożycielki i Pośredniczki”.
W Objawieniach w fatimskich Matka Boża powiedziała do Łucji do Santos 13 czerwca 1917 roku, że Jej Syn chce, “abym była bardziej znana i miłowana”. I pragnie, aby “zostało ustanowione nabożeństwo do mojego Niepokalanego Serca”.
Do Matki Bożej określeniami: „Pośredniczka” i „Współodkupicielka” zwracał się wielokrotnie św. Jan Paweł II łącząc je przede wszystkim z wartością zbawczą naszego cierpienia, ofiarowanego razem z cierpieniem Chrystusa, do którego w sposób szczególny dołącza się Matka Boża, zwłaszcza pod krzyżem”,
***
Roberto de Mattei o dokumencie Watykanu:
Chcieli poniżyć Maryję, ale Dziewica zostanie wywyższona
(Zdrowaś Maryjo, Łaski pełna…)
***
Jesteśmy przekonani, że dziś na świecie istnieje grono kapłanów i świeckich, o szlachetnym i mężnym sercu, gotowych chwycić obosieczny miecz Prawdy, aby głosić wszystkie przywileje Maryi i wołać u stóp Jej tronu: «Quis ut Virgo?» — Któż jak Dziewica? – pisze prof. Roberto de Mattei w odpowiedzi na dokument „Mater Populi fidelis” Dykasterii Nauki Wiary.
16 października 1793 roku wydarzył się bodaj najohydniejszy akt rewolucji francuskiej: stracenie Królowej Francji, Marii Antoniny, po pokazowym procesie przed Trybunałem Rewolucyjnym. O Marii Antoninie pisał Plinio Corrêa de Oliveira: „Są dusze, które stają się wielkie dopiero wtedy, gdy uderzą w nie wichry przeciwności. Maria Antonina, która jako arcyksiężniczka była powierzchowna, a jako królowa niewybaczalnie lekkomyślna, w obliczu wiru krwi i nędzy zalewającego Francję przemieniła się w sposób zdumiewający; i historyk, zdjęty szacunkiem, stwierdza, że z królowej narodziła się męczennica, a z lalki bohaterka.”
21 stycznia został zgilotynowany Król Francji, Ludwik XVI. Papież Pius VI w przemówieniu Quare lacrymae z 17 czerwca 1793 roku uznał w ofierze monarchy „śmierć poniesioną z nienawiści do religii katolickiej”, przyznając mu „chwałę męczeństwa”. Tę samą chwałę — możemy powiedzieć — otrzymała Maria Antonina, winna jedynie tego, że samym swoim istnieniem ucieleśniała zasadę chrześcijańskiej królewskości wobec nienawiści Rewolucji.
Brytyjski pisarz Edmund Burke (1729–1797), w jednym z najpiękniejszych fragmentów swoich „Rozważań o rewolucji we Francji” (1791), pisze:
„Minęło już szesnaście czy siedemnaście lat, odkąd ujrzałem po raz pierwszy Królową Francji, wówczas delfinę, w Wersalu. Zaiste żadne bardziej czarujące zjawisko nie nawiedziło tej ziemi, którą ona zdawała się ledwie muskać stopą. Widziałem ją, jak pojawia się na horyzoncie, niosąc radość i wesele, jaśniejąc niczym jutrzenka, pełna życia, blasku i radości. […] Nigdy bym nie przypuszczał, że dożyję dnia, w którym taki los spadnie na nią w narodzie ludzi tak eleganckich, w narodzie honoru i rycerzy. W mojej wyobraźni widziałem dziesięć tysięcy mieczy dobywających się nagle z pochew, by pomścić choćby spojrzenie, które ośmieliłoby się ją znieważyć. Lecz epoka rycerskości dobiegła końca. Nadeszła epoka sofistów, ekonomów i buchalterów; a chwała Europy została zgaszona na zawsze.”
Dziś, po dwóch stuleciach, słowa brytyjskiego pisarza powracają na myśl wobec wydarzenia o znacznie poważniejszym ciężarze. 4 listopada 2025 roku, w domu generalnym jezuitów, zaprezentowano Mater Populi fidelis, „notę doktrynalną” Dykasterii Nauki Wiary, na której czele stoi kardynał Víctor Manuel Fernández.
Dokument obejmuje osiemdziesiąt paragrafów poświęconych „właściwemu rozumieniu tytułów maryjnych”, mających rzekomo wyjaśnić, „w jakim sensie pewne wyrażenia odnoszone do Najświętszej Maryi Panny są dopuszczalne lub nie”, oraz umiejscowić Ją „we właściwej relacji do Chrystusa, jedynego Pośrednika i Odkupiciela”.
Z głębokim bólem zapoznaliśmy się z tym tekstem, który pod słodkawym tonem skrywa treść zatrutą. W chwili dziejowego zamętu, kiedy wszystkie nadzieje serc gorliwych kierują się ku Najświętszej Dziewicy, Dykasteria Nauki Wiary pragnie pozbawić Ją tytułów Współodkupicielki i Pośredniczki wszelkich łask, sprowadzając Ją do kobiety jak każda inna: „matki wiernego ludu”, „matki wierzących”, „matki Jezusa”, „towarzyszki Kościoła” — jak gdyby można było zamknąć Matkę Boga w kategorii czysto ludzkiej, odbierając Jej wymiar nadprzyrodzony. Trudno w tych słowach nie dostrzec ukoronowania posoborowego nurtu mariologicznego, który w imię „złotego środka” wybrał minimalizm poniżający postać Najświętszej Maryi Panny.
Maria Antonina przedstawiała królewskość ziemską, będącą odbiciem królewskości Bożej, lecz kruchą, jak wszystkie rzeczy ludzkie: jej tron runął pod naporem furii rewolucyjnej. Natomiast Najświętsza Maryja Panna jest Królową powszechną — nie z nadania ludzkiego, lecz z łaski Bożej. Jej tron nie znajduje się w pałacu, lecz w sercu samego Boga. „Najwyższy – mówi św. Ludwik Grignion de Montfort – zstąpił do nas doskonale i bosko przez pokorną Maryję, nie tracąc nic ze swego Bóstwa i świętości. I przez Maryję mali mają wznosić się doskonale i bosko ku Najwyższemu, niczego się nie obawiając” („Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”, nr 157).
Ludzie mogą próbować „ściąć Jej głowę”, sprowadzając Ją do zwykłej kobiety, lecz Maryja pozostaje Matką Boga, Niepokalaną, zawsze Dziewicą, Wniebowziętą, Królową Nieba i ziemi, Współodkupicielką i Pośredniczką wszelkich łask. Albowiem — jak wyjaśnia św. Bernardyn ze Sieny — „każda łaska udzielona ludziom wypływa z potrójnej uporządkowanej przyczyny: od Boga przechodzi do Chrystusa, od Chrystusa przechodzi do Dziewicy, a od Dziewicy przychodzi do nas” (Kazanie VI na święta Najświętszej Maryi Panny, rok 1, cz. 2).
Dlatego — wedle św. Augustyna, cytowanego przez św. Alfonsa Marię Liguoriego — wszystko, co mówimy na chwałę Maryi, zawsze jest za mało wobec tego, na co zasługuje w swej wzniosłej godności Matki Boga (Chwały Maryi, t. I, Redemptoryści, Rzym 1936, s. 162).
Edmund Burke ubolewał, że nie znalazło się dziesięć tysięcy mieczy gotowych stanąć w obronie królowej Marii Antoniny „wobec choćby jednego spojrzenia, które by śmiało ją zelżyć”. Jesteśmy przekonani, że dziś na świecie istnieje grono kapłanów i świeckich, o szlachetnym i mężnym sercu, gotowych chwycić obosieczny miecz Prawdy, aby głosić wszystkie przywileje Maryi i wołać u stóp Jej tronu: «Quis ut Virgo?» — Któż jak Dziewica?
Na nich zstąpią łaski potrzebne do walki w tych burzliwych czasach. I być może — jak zawsze dzieje się w historii, gdy próbuje się zaciemnić światło — dokument Dykasterii Nauki Wiary, który pragnie pomniejszyć chwałę Najświętszej Maryi Panny, mimowolnie potwierdzi Jej niewysłowioną wielkość.
Roberto de Mattei
Corrispondenza Romana/PCh24.pl
***
Rachunek sumienia – codzienne przygotowanie do Bożego sądu
Przebieg sądu nad nami „z tamtej strony” ma związek z osądem, jaki przeprowadzamy nad samymi sobą „z tej strony”.
Gdy przed laty Lew Rywin, bohater największej afery III RP, dowiedział się, że jego korupcyjna propozycja na rzecz „grupy trzymającej władzę” została nagrana, miał powiedzieć: „To mnie zabijcie”. To podobno częsta reakcja osób, którym w sposób bezsporny udowodniono winę. Niektórzy nawet, nie mogąc znieść utraty dobrej opinii, sami próbują się zabić. Zapewne w odruchu tym kryje się nadzieja ucieczki przed odpowiedzialnością i nieznośnym wstydem. Świadomi chrześcijanie wiedzą, że to najgorsza rzecz, jaką można zrobić, bo do wszystkich win, które się popełniło, człowiek dokłada grzech samowolnego przerwania swojego życia. Tym samym ktoś taki pozbawia się łaski odpokutowania złych czynów i odnalezienia pokory tu, na ziemi. Bo to istotnie wielka łaska, choć bardzo bolesna, gdy człowiek musi zwrócić społeczeństwu niesłusznie przywłaszczony sobie jego szacunek i gdy, tracąc wszystko, co nieuczciwie zagarnął, musi wypłacić się ziemskiej sprawiedliwości.
To żałosne złudzenie, że ucieczka z tego życia anuluje długi moralne, znosi odpowiedzialność za czyny popełnione na ziemi i pozwala uniknąć wstydu. Nic podobnego – tam wszystko jest „nagrane”. I trzeba będzie zmierzyć się z tym bez żadnych wymówek, bez żadnej zasłony, w przeraźliwej nagości sięgającej dna duszy. Nie pomoże RODO i nawet powiedzieć „zabijcie mnie” nie będzie można, no bo, człowieku, właśnie nie żyjesz.
Paliwo i tlen
Gdy święta Faustyna zadeklarowała: „Od dziś pełnię wolę Bożą, wszędzie, zawsze, we wszystkim”, usłyszała głos w duszy: „Od dziś nie lękaj się sądów Bożych, albowiem sądzona nie będziesz”. To wielki przywilej, ale też konsekwencja życiowych decyzji. „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” – mówi Jezus (Łk 6,37). A zatem przebieg sądu po śmierci pozostaje w związku z tym, na ile człowiek trwa w pokorze, świadomy własnej grzeszności. Bardzo tej świadomości pomaga osobisty rachunek sumienia. Chodzi o życiową przejrzystość. „Ty masz upodobanie w ukrytej prawdzie” (Ps 51,8) – modli się Dawid, złamany przez cudzołóstwo i zbrodnię, których się dopuścił. Ucieczka przed prawdą nigdy nie kończy się powodzeniem.
Kłamstwo jest paliwem, a prawda jest tlenem, który sprawia, że zakłamany człowiek, o ile się nie opamięta, musi kiedyś zapłonąć ze wstydu. Lepiej zmierzyć się z prawdą teraz niż potem. A najlepiej mierzyć się z nią stale.
Faustyna żyła w prawdzie. „W medytacji o śmierci przygotowałam się jako na rzeczywistą śmierć; zrobiłam rachunek sumienia i przetrząsnęłam wszystkie sprawy swoje w obliczu śmierci, i dzięki łasce sprawy moje nosiły na sobie cechę celu ostatecznego, co przejęło serce moje wielką wdzięcznością ku Bogu, i postanowiłam na przyszłość jeszcze z większą wiernością służyć Bogu swemu. Jedno [jest ważne] – aby całkowicie dokonać śmierci starego człowieka, a zacząć życie nowe” – pisała w październiku 1937 roku.
Rachunek z wdzięczności
Rachunek sumienia jest praktyką szczególnie polecaną i stosowaną przez św. Ignacego Loyolę, a tym samym przez jego duchowych synów z zakonu jezuitów. Założyciel zakonu badał swoje sumienie codziennie, a nawet częściej. O. Krzysztof Osuch SJ w kwartalniku „Życie duchowe” nazywa to „swoistą obsesją refleksyjności”, podkreśla jednak, że nie wynikało to z chorobliwego poczucia winy, ale z fascynacji miłością zaofiarowaną mu przez Boga. Św. Ignacy nie katował siebie świadomością swojej grzeszności – jego rachunek sumienia wynikał z potężnego pragnienia zanurzania się w miłości Trójcy Świętej, wyrażania swojej wdzięczności i sprawdzania, czy w minionym czasie jego działanie odpowiadało tej miłości. Jeśli zauważył uchybienia, od razu za nie przepraszał i postanawiał poprawę. W swoich Ćwiczeniach duchownych (nr 43) Loyola przedstawił sposób odprawianego przez siebie rachunku sumienia:
Punkt 1. Dziękować Bogu, Panu naszemu za otrzymane dobrodziejstwa.
Punkt 2. Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz.
Punkt 3. Żądać od duszy swojej zdania sprawy od godziny wstania aż do chwili obecnego rachunku. Czynić to, przechodząc godzinę po godzinie lub jedną porę dnia po drugiej, a najpierw co do myśli, potem co do słów, a wreszcie co do uczynków.
Punkt 4. Prosić Pana, Boga naszego o przebaczenie win.
Punkt 5. Postanowić poprawę przy Jego łasce.
Odmówić „Ojcze nasz”.
Świadomość zła
Ojciec Krzysztof Osuch zwraca uwagę, że „wchodząc w trzeci punkt rachunku sumienia, codziennie antycypujemy szczegółowy sąd Boży”. Można więc powiedzieć, że „żądanie od duszy swojej zdania sprawy od godziny wstania aż do chwili obecnego rachunku” jest codziennym przygotowaniem się do sądu, który czeka nas po śmierci. Taki rachunek sumienia w jakiś sposób wyprzedza tamto spotkanie. Jezuita wskazuje, że trzeba przezwyciężyć pewien wstępny opór i zniechęcenie. „Za niedługo spotkamy się »twarzą w twarz« z naszym Stwórcą i zdamy Mu sprawę z bycia panem siebie i Ziemi” – zauważa zakonnik. Odwołując się do pierwszego punktu rachunku sumienia, zaleca przypomnienie sobie troskliwej miłości Boga i sprawdzenie, czy i jak odpowiadaliśmy na tę miłość.
„Raz po raz, i to przez całe lata, okazuje się, że nasza miłość do Boga jest jak rosa o poranku lub chmury na świtaniu (por. Oz 6,4); pojawia się, trwa krótko i znika. Ta powtarzająca się sytuacja ma oczywiście swoje poważne konsekwencje. Gdy słabnie lub znika żywe odniesienie do miłości Boga, wtedy aktywizują się nasze pożądania. Przyjmujemy bałwochwalcze postawy wobec stworzeń, gdy nie dostrzegamy ich Stwórcy, i przywiązujemy się do nich. Skłonni jesteśmy zagracać nasze serca przeróżnymi rzeczami do tego stopnia, że brak już w nim miejsca dla przeżywania serdecznej więzi z Panem Jedynym!” – podkreśla duchowny. Dodaje, że prawdziwie szczere nawrócenie wiąże się ze zdemaskowaniem własnego grzechu i uświadomieniem sobie okropności, jaką jest rozmijanie się z miłością Boga.
Wyprzedzanie sądu
Uczciwe przyznawanie się do swoich grzechów i cierpliwa praca nad ich odrzuceniem przynoszą owoce. To od nas zależy, czy przyjmujemy Boże usprawiedliwienie, które obmywa nas z każdej winy, czy też obkładamy się paliwem grzechu.
Grzechy wyznane i odpokutowane nie będą dla nas w życiu przyszłym źródłem bólu, lecz wdzięczności za tak wielkie miłosierdzie Boże, jakiego doświadczyliśmy. Nawet ciężki złoczyńca, który w ostatniej chwili życia zdobywa się na uczciwe wyznanie grzechów, dostępuje usprawiedliwienia. Uczy o tym przypadek Dobrego Łotra, którego Jezus kanonizował, wisząc na krzyżu. Złoczyńca stanął w prawdzie, uznając słuszność swojej kary, więc wszedł do życia wiecznego bez maski, a za to z najgłębszą pokorą i wdzięcznością.
Kto praktykuje szczery rachunek sumienia z intencją korygowania swojego postępowania w świetle woli Bożej, ten nie będzie musiał przed Bogiem „świecić oczami” – sam już swoje winy zobaczył i za nie żałował. I podziękował dobremu Ojcu za przebaczenie.
Uroczystość Wszystkich Świętych, która jak co roku wypada 1 listopada, zbliża się wielkimi krokami. Poniżej znajdziecie uporządkowane najważniejsze informacje, które wyjaśniają, co każdy wierny powinien, a czego nie musi robić w ten dzień.
Chociaż uroczystość Wszystkich Świętych kojarzy nam się z nostalgią i być może smutkiem z powodu utraty bliskich, jest to jedno z najpiękniejszych i najbardziej radosnych świąt w roku liturgicznym. To dzień, w którym Kościół dziękuje Bogu za ludzi, którzy są w niebie i to właśnie o nich powinniśmy myśleć w tym czasie.
Ponadto uroczystość Wszystkich Świętych przypomina nam o naszym powołaniu do świętości, która nie jest przywilejem nielicznych, lecz zaproszeniem, które Bóg kieruje do wszystkich.
1 listopada często pojawia się wiele wątpliwości, co należy zrobić, a czego nie. Poniżej wyjaśniamy najważniejsze kwestie.
Co wierni powinni zrobić w uroczystość Wszystkich Świętych
Uczestnictwo we Mszy świętej
Uroczystość Wszystkich Świętych jest świętem nakazanym, dlatego każdy katolik ma obowiązek uczestnictwa w Eucharystii. Zaniechanie uczestnictwa bez ważnej przyczyny (np. choroba, opieka nad dzieckiem, brak możliwości dotarcia) jest uznawane za grzech ciężki.
Zachowanie świątecznego charakteru dnia
To dzień radości i wdzięczności – nie smutku. Wierni są zachęcani, by unikać niekoniecznych prac, zakupów czy zajęć, które mogłyby odciągać od modlitwy i refleksji.
Modlitwa za zmarłych i odwiedzenie cmentarza
Choć 1 listopada nie ma obowiązku odwiedzenia cmentarza, jest to piękny i głęboko zakorzeniony w polskiej tradycji gest. Modlitwa przy grobach bliskich jest znakiem pamięci o nich.
Od 1 do 8 listopada można także uzyskać odpust zupełny za zmarłych. “Odpust zyskuje ten, kto nawiedzi cmentarz oraz wypełni zwykłe warunki, tj. przystąpi do Komunii św. w dniu nawiedzenia cmentarza i odmówi na cmentarzu Ojcze nasz i Wierzę w Boga oraz jakąkolwiek modlitwę w intencjach wyznaczonych na dany dzień przez Ojca Świętego” – czytamy na stronie poznańskiej parafii pw. Zwiastowania Pańskiego.
Czego nie trzeba robić w uroczystość Wszystkich Świętych
Nie ma obowiązku odwiedzenia cmentarza 1 listopada
W uroczystość Wszystkich Świętych nie musimy odwiedzać grobów bliskich. Wiele osób wybiera inny dzień np. 2 listopada (Dzień Zaduszny), aby uniknąć tłoku i chaosu. Najważniejsza jest jednak modlitwa za zmarłych.
Nie należy przeżywać dnia w nastroju żałoby
Choć odwiedzamy groby, uroczystość Wszystkich Świętych nie jest dniem smutku, ale wdzięczności i radości. Nie należy mylić Uroczystości Wszystkich Świętych z Dniem Zadusznym. 1 listopada to dzień radości i wdzięczności za zbawionych, natomiast 2 listopada – Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (Dzień Zaduszny).
źródło: Deon.pl / tk
***
Jak uzyskać odpust za zmarłych?
***
W związku z okresem modlitw za zmarłych można uzyskać odpusty dla nich
Należy nawiedzić pobożnie cmentarz w dniach 1-8 listopada i modlić się za dusze zmarłych, przy zachowaniu stałych warunków odpustu:
stanu łaski uświęcającej,
przyjętej w danym dniu Komunii św.,
wolności od przywiązania do grzechu (nawet lekkiego)
modlitwy w intencjach Ojca Świętego (np. “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Mario”)
W samym dniu 2 listopada – przy zachowaniu tych samych warunków – również można uzyskać odpust za zmarłych związany z nawiedzeniem kościoła lub publicznej kaplicy i odmówieniem w nich modlitwy “Ojcze nasz” i “Wierzę w Boga”.
Listopadowe prezenty
Nie wiem czy lubisz rozdawać prezenty bliskim, a może także nieznajomym? Jeśli tak, to czytaj dalej, a dowiesz się jak można rozdawać prezenty, nie płacąc za nie ani złotówki. Cóż to za podarki, o których chcę Ci dziś powiedzieć? Oficjalnie nazywamy je w Kościele odpustami.
Dla niektórych brzmi to zapewnie dziwnie, dla innych być może lekko trąci ciemnymi wiekami, gdzie takowymi dobrami handlowano za pieniądze. Zostawiając na boku owe negatywne skojarzenia, zatrzymajmy się dziś nad duchowymi prezentami i tym, jak możemy uczestniczyć w ich rozdawaniu.
Aby jednak bardziej zrozumieć o co chodzi, musimy się nieco zastanowić nad tym, jak „działa” grzech w życiu człowieka. A ma on dwa skutki: grzech śmiertelny powoduje karę wiecznego odłączenia od Boga i powoduje też głęboki nieporządek w życiu. Mówiąc obrazowo, zostawia w duszy rany. Takie same rany pozostawiają grzechy, które nie powodują odłączenia od Boga, a które zwyczajowo nazywamy lekkimi.
Bóg w swoim miłosierdziu dał nam sakrament spowiedzi, który gładzi karę odłączenia od Boga jaki powoduje grzech śmiertelny. Spowiedź jednak automatycznie nie leczy wszystkich ran grzechowych. Pozostaje przed nami zadanie oczyszczania się z nich. Pozostając w terminologii choroby – potrzebna jest duchowa rekonwalescencja (a ta bywa bolesna i wymaga ofiar), która przywróci harmonię w duszy.
Jak pomóc duszy wyjść z czyśćca?
Owa rekonwalescencja może mieć miejsce już na ziemi, a dla odchodzących z tego świata w przyjaźni z Bogiem – lecz nie do końca wyleczonych z duchowych ran – trwa ona nadal w rzeczywistości, którą nazywamy czyśćcem. To stan, w którym człowiek jest zbawiony, ale jeszcze nie przeżywa radości życia na wieki z Bogiem, z powodu „niezaleczonych” powikłań po grzechu w duszy.
Czy możemy jakoś pomóc osobom, które w takim stanie przebywają? Oczywiście, że tak! A to dlatego, że jako ochrzczeni jesteśmy wszyscy „zespołem naczyń połączonych” i dzięki temu, że łączy nas Jezus, możemy przekazywać sobie nawzajem duchowe dobra.
Teraz możemy przejść do tego, jak rozdawać owe prezenty. Klucz do nich jest w ręku Kościoła pod przewodnictwem papieża, który jako następca św. Piotra ma tę samą władzę od Jezusa „związywania i rozwiązywania”. Stąd to Kościół określa warunki w jaki sposób owe duchowe dobra są przydzielane. I dziś powiem jedynie o tych szczególnych, listopadowych, które są przeznaczone dla zmarłych (odpust w różnych okolicznościach można uzyskać też dla siebie samego, ale dziś nie będziemy zajmowali się tym tematem).
Warunki wspólne tym odpustom, o których za chwile napiszę, są następujące:
przystąpienie do spowiedzi sakramentalnej w bliskiej łączności z tym listopadowym czasem, oczywiście nie ma potrzeby przystępowania do spowiedzi za każdym razem kiedy chcemy uzyskać odpust, jedna celebracja tego sakramentu obejmuje wiele takich okazji do zyskania odpustu
przyjęcie Komunii Świętej
modlitwa „w intencjach” Ojca Świętego
Małe dopowiedzenie co do Komunii Świętej i modlitwy „w intencjach” Ojca Świętego. W przypadku listopadowych odpustów związane jest to z jednym odpustem za jedną duszę, czyli jeśli chcemy obdarowywać jedną duszę każdego dnia, codziennie trzeba przyjąć Komunię Świętą i pomodlić się w intencjach Ojca Świętego. Nie modlimy się tu za papieża, a raczej za sprawy, które on wyznacza na dany czas Kościołowi do modlitwy.
Jakkolwiek można tu użyć różnych modlitw, wystarczy odmówić Ojcze Nasz i Zdrowaś Maryjo.
Teraz kilka słów o okolicznościach w jakich po wypełnieniu powyższych warunków można uzyskać odpust zupełny za dusze czyśćcowe. A możliwości są dwie.
Pierwsza okazja do uzyskania odpustu zupełnego zaczyna się już w Dzień Wszystkich Świętych od południa, aż do końca Dnia Zadusznego. Związana jest z nawiedzeniem kościoła lub publicznej kaplicy i odmówieniu tam “Ojcze Nasz” oraz „Wierzę w Boga”.
Druga okazja trwa od 3 do 8 listopada i związana jest z nawiedzeniem cmentarza i z modlitwą za zmarłych tamże (dowolnej).
Nasza pomoc w zależności od naszego usposobienia może sprawić, że dla duszy konkretnej osoby od razu zakończy się czyściec, albo pomoże jej aby do stanu całkowitej wolności od ran po grzechu przybliżyć. Od czego to zależy? Od tego czy podejmując te czynności będziemy mieli w sercu pragnienie oderwania się od jakiegokolwiek grzechu w naszym życiu. Nie chodzi tu tyle o jakieś uczuciowe podejście, a o pragnienie woli, które wyraziłbym w takim mniej więcej postawieniu sprawy „wiem, że jestem grzesznikiem, ale chcę podążać ku Bogu – być świętym i nie chcę dokonywać nawet maleńkiego zła”.
Zachęcam Cię więc po sięgnięcie po te duchowe prezenty, które Jezus daje nam przez Kościół. Tak najdoskonalej okażesz miłość swoim bliskim, którzy już odeszli z tego świata. Kochajmy więc naszych bliźnich, znanych i nieznanych, niecieszących się jeszcze radością nieba, którzy czekają na naszą pomoc.
O północy z czwartku na piątek 30/31 października w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w jedenastej godzinie rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.
***
Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:
szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl
***
Uwaga!
MiędzynarodoweStowarzyszenie Egzorcystów ostrzega przed Halloween
(oświadczenie)
(fot. Pixabay)
***
Każdego roku grupy czarownictwa i satanizmu rozpoczynają 22 września bluźnierczy „post”. Trwa 40 dni i polega na różnych haniebnych rytuałach i działaniach. Jego cel jest jasny: przygotować się do Halloween, pisze Międzynarodowe Stowarzyszenie Egzorcystów.
Stowarzyszenie zostało założone w latach 90. przez oficjalnego egzorcystę Watykanu, nieżyjącego już ks. Gabriele Amortha.
Apel ws. Halloween ogłosił na stronie Stowarzyszenia jego wiceprzewodniczący, ks. Francesco Bamonte.
Zwrócił uwagę na pogańskie i demoniczne korzenie Hallowen, na znaczenie tego wydarzenia dla współczesnych satanistów – oraz na jego fatalną edukacyjną rolę. Hallowen zamiast przyzwyczajać dzieci do dobra, piękna i świętości – przyzwyczaja do zła, brzydoty i bluźnierstw.
Dlatego katolicy nie tylko nie mogą czegoś takiego świętować – w ogóle nie chcą tego robić.
PONIŻEJ PREZENTUJEMY CAŁE OŚWIADCZENIE MIĘDZYNARODOWEGO STOWARZYSZENIA EGZORCYSTÓW WS. HALLOWEEN
Czy wiedzieliście, że od 22 września każdego roku grupy i ruchy czarownictwa Wicca oraz satanizmu rozpoczynają bluźnierczy „wielki post”, który trwa czterdzieści dni? Ten „post” charakteryzuje się haniebnymi rytuałami i działaniami, które kulminują w nocy z 31 października na 1 listopada. Oni nazywają ją nocą Halloween, natomiast dla katolików na całym świecie jest to piękna, pełna światła noc święta Wszystkich Świętych.
W przeciwieństwie do święta Wszystkich Świętych, Halloween propaguje to, co mroczne: morderczą przemoc, szydzenie ze śmierci albo też jej szaleńcze gloryfikowanie, makabrę, horror, okultyzm, czary, demony. Postacie halloweenowe, za które przebierają się dzieci i dorośli, to potwory, wampiry, duchy, szkielety, wilkołaki, zombie, czarownice, diabły.
Atrakcyjność tych kostiumów i tematów jest wyraźnym znakiem poważnego wewnętrznego niepokoju panującego w dzisiejszym społeczeństwie. Halloween wychwala brzydotę i to, co odrażające i mroczne. Zaszczepia w umysłach najmłodszych ohydę. Naraża ich na koszmary i nocne lęki.
To gromadne, konsumpcyjne, a jednocześnie irracjonalne święto. Z jednej strony wskazuje na głębokie przemiany kulturowe spowodowane sekularyzacją, którą cechuje odrodzenie mentalności magicznej. Swoje apogeum ma to w odrodzeniu neopogaństwa. Z drugiej strony Halloween to także machina komercyjna: to ona napędza i narzuca to święto w różnych kontekstach geograficznych i kulturowych, w tym w Afryce, bez żadnego poszanowania dla lokalnych tradycji i wrażliwości religijnej.
Od kilku lat we Włoszech i w innych krajach, kręgi okultystyczne i satanistyczne, ukrywające się pod szyldem stowarzyszeń kulturalnych, organizują z tej okazji już w tygodniach poprzedzających 31 października spektakle, które są częścią precyzyjnej i przemyślanej strategii. Organizuje się nawet szkoły magii i czarów o charakterze zabawowym, pozornie niewinnym… to oszustwo wobec rodzin i pułapka dla dzieci i młodzieży.
Przypomnijmy, że Halloween, uważane przez wiele rodzin za okazję do zabawy i rozrywki dla dzieci, jest świętem związanym z okultyzmem, magią, czarami i demonicznością. Swoje korzenie ma w pogańskim święcie – Samhain, pochodzącym od Celtów, ludu żyjącego w starożytności na wielu obszarach kontynentu europejskiego, od Wysp Brytyjskich po północne Włochy.
Dlatego Halloween wcale nie jest świętem świeckim ani nieszkodliwą, globalną zabawą. W rzeczywistości mamy do czynienia z prawdziwym odtworzeniem i ożywieniem pogańskiego święta religijnego, podczas którego wykonywano rytuały magiczne z ofiarami ze zwierząt, a czasem nawet z ludzi.
Nowoczesne czarownictwo naszych czasów, zorganizowane w ruch pod nazwą Wicca, podczas swoich najważniejszych świąt w roku, podobnie jak Celtowie, obchodzi właśnie święto Samhain. Według kalendarza Wicca, ta uroczystość rozpoczyna nowy rok czarownictwa –w noc z 31 października na 1 listopada. Również dla wyznawców szatana, satanistów, najważniejsze święto ich plugawych ceremoniałów – początek roku satanistycznego – przypada w tę samą noc.
Fakt, że to święto, które w ostatnich pięćdziesięciu latach coraz bardziej gloryfikowało śmierć, przemoc, horror i demoniczność, a także przyjmowało okultystyczne przedstawienia czarów i satanizmu, trafia nawet do programów szkolnych, jest dowodem na niezwykłą powagę sytuacji. Świętowanie Halloween w społeczeństwie z niebezpieczną lekkomyślnością, zamiast promować wartości takie jak niestosowanie przemocy, pokój, piękno i harmonia, jest oznaką poważnego zaćmienia sumień.
Kto świętuje Halloween, nawet jeśli nie zamierza przyłączać się do czarownictwa ani czcić diabła, w praktyce wchodzi w komunę z tą mroczną rzeczywistością.
Popychanie przez Halloween nowych pokoleń ku brzydocie i ciemności oznacza wskazywanie im drogi przeciwnej do tego, co dobre i prawdziwe, a więc przeciwnej do Boga, który jest źródłem prawdy, dobra i piękna.
Sataniści są bardzo zadowolenie z tego, że chrześcijanie obchodzą Halloween, ponieważ są przekonani, że ci, którzy je świętują, w sposób pośredni czczą diabła i tym samym otwierają się na jego szkodliwy wpływ. Założyciel Kościoła Szatana w Stanach Zjednoczonych, Anton LaVey, z zadowoleniem stwierdził: „Cieszę się, że chrześcijańscy rodzice pozwalają swoim dzieciom czcić diabła przynajmniej jedną noc w roku. Witamy w Halloween!”.
Ta złowroga atmosfera, ten mroczny nimb otaczający Halloween sprawia, że okres przygotowawczy do tego święta staje się szczególnym momentem kontaktu dzieci i młodzieży z sektami i grupami okultystycznymi. Niektóre strony internetowe dla dzieci, opisujące postacie i scenariusze pełne grozy, zawierają nawet linki prowadzące bezpośrednio do witryn satanistycznych i stron poświęconych czarnej magii.
Wobec tego niepodważalnie ponurego obrazu, jak można jeszcze twierdzić, że Halloween jest świętem niewinnym i nieszkodliwym? Pod pozorem zabawy i rozrywki wprowadza ono i przyzwyczaja dzieci oraz młodzież do „ciemności” zarówno fizycznej, jak i moralnej, czyniąc „kulturę śmierci” czymś zwyczajnym. Skutkiem tego zjawiska jest gaszenie nadziei w nowych pokoleniach oraz gloryfikacja rozpaczy i przemocy.
Jak temu przeciwdziałać i przekształcić to smutne i bolesne zjawisko? Przede wszystkim nie można pominąć fundamentalnego kroku: należy wspierać nową ewangelizację. Fenomen Halloween urósł w momencie, gdy chrześcijaństwo zaczęło tracić wpływ na społeczeństwo.
Nowa ewangelizacja będzie tym skuteczniejsza i tym lepiej uwolni serca od brzydoty i ciemności, które wyłaniają się z Halloween, jak również z innych negatywnych zjawisk współczesnego społeczeństwa, im bardziej serca biskupów i księży, osób konsekrowanych, rodziców i wychowawców oraz wszystkich chrześcijan i chrześcijanek będą kochać Jezusa i Najświętszą Maryję Pannę, Jego i naszą Matkę, przekazując nowym pokoleniom fascynację światem Bożym, w którym kontempluje się cudowną piękność, do której jesteśmy powołani i w której nasze życie realizuje się w pełni. Nadprzyrodzony świat Boży jest bowiem nośnikiem prawdy i dobra, które Bóg – nieskończenie prawdziwy, nieskończenie dobry i nieskończenie piękny – pragnie otworzyć przed swoim stworzeniem.
Dzieci, nastolatki i młodzi ludzie potrzebują piękna, a nie brzydoty; potrzebują dobra, a nie zła; potrzebują prawdy, a nie kłamstwa; potrzebują tego, co dobre, a nie tego, co złe. Nadprzyrodzone piękno, które jaśnieje w Chrystusie, w Najświętszej Maryi Pannie, w Aniołach i Świętych, pomaga im odróżniać to, co prawdziwe, od fałszu, a to, co dobre, od złego.
Pociesza i napełnia serce radością fakt, że w wieczór i noc z 31 października na 1 listopada, jako alternatywę dla Halloween, coraz więcej księży organizuje różne inicjatywy: procesje świętych, przedstawienia życia świętych w salach parafialnych, godziny adoracji Najświętszego Sakramentu jako wynagrodzenia Bogu oraz inne aktywności, które mają uświadomić znaczenie święta Wszystkich Świętych. Tak jak światło jest piękną alternatywą dla ciemności, tak te inicjatywy przywracają młodemu pokoleniu wspaniałe oblicza świętych zamiast odrażających masek Halloween.
Wśród tych inicjatyw warto wymienić organizowaną od kilku lat w różnych diecezjach „Noc Świętych”. Godne pochwały są także czuwania modlitewne z adoracją Najświętszego Sakramentu. W zeszłym roku w całych Włoszech różne grupy młodzieży na przemian spędzały całą noc na adoracji przed Najświętszym Sakramentem. Adoracja zakończyła się rankiem losowaniem świętych – patronów na cały rok. Każdy zobowiązywał się, że przeczyta życiorys „swojego” świętego i będzie prosić go o wstawiennictwo u Boga.
Inne chwalebne inicjatywy ze strony księży to pomaganie dzieciom i dorosłym w rozróżnieniu, co jest nieszkodliwe, a co nie, również poprzez opowiadanie o naszych Świętych i o komunii, która łączy nas z nimi i z naszymi zmarłymi bliskimi.
Jest piękna historia o inicjatywie, którą zorganizowała pewna mama. Zebrała grupę 6–7 dzieci, w tym swojego 9-letniego syna, wysyłając je wieczorem 31 października, ubrane normalnie, do domów i sklepów, aby rozdawały obrazki świętych. W domach i sklepach dzieci były przyjmowanie z oczekiwaniem na to, że wypowiedzą formułę: „cukierek albo psikus”. Ludzie byli gotowi wręczyć słodycze. Ku ich wielkiemu zdziwieniu, dzieci wręczały jedynie obrazki świętego, nie mówiąc nic więcej. Wszyscy je przyjmowali, niektórzy z radością. Potem i tak dostawali od nich słodycze. Historia ta została opowiedziana przez seminarzystę, który był właśnie tym 9-letnim chłopcem wysłanym przez mamę razem z innymi dziećmi do sklepów i domów 31 października. Seminarzysta kończy swoją relację słowami: „Miło wspominam ten wieczór w towarzystwie przyjaciół i koszyka pełnego obrazków. Myśląc o tym teraz, gdy jestem starszy, zdaję sobie sprawę, że Hallowen przykrywa inne rzeczy, sprawia, że zapomina się o prawdziwym święcie – święcie Wszystkich Świętych.
W tym roku Międzynarodowe Stowarzyszenie Egzorcystów zrealizowało ważną inicjatywę w postaci filmu wideo, który do tej pory został opublikowany w językach włoskim, angielskim, hiszpańskim, portugalskim, niemieckim i koreańskim. Film trwa cztery i pół minuty i przedstawia skuteczny, przemyślany dekalog, który obnaża okultystyczną rzeczywistość kryjącą się za tym masowym zjawiskiem. Film jest narzędziem edukacyjnym i duszpasterskim, które nasze Stowarzyszenie udostępnia za pośrednictwem własnej strony internetowej. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „Associazione Internazionale Esorcisti Halloween”, a znajdziecie ten film, który można pobrać i udostępniać.
Mam nadzieję, że to, co zostało wyżej napisane, jest pomocne w lepszym poznaniu korzeni zjawiska Halloween, wraz z całym jego negatywnym sensem; a także że jest pomocne w lepszym zrozumieniu, jak ważne dla katolików jest świętowanie Wszystkich Świętych. Święci byli świadkami Boga, światła i radości życia. Przez swoje wstawiennictwo mogą wyprosić dla nas wiele łask. Pamiętamy zarówno o świętych, jak i o wspominaniu naszych bliskich zmarłych, którzy czekają na nasze modlitwy i z którymi pewnego dnia mamy nadzieję zjednoczyć się na wieczność.
źródło: https://www.aieinternational.it
Pach/PCh24.pl
***
Za maską niewinnej zabawy. Dlaczego katolik powinien uważać na Halloween
Halloween nie jest dramatem samym w sobie. Dramat zaczyna się wtedy, gdy przestajemy odróżniać zabawę od rzeczywistości duchowej.
fot. depositphotos.com
***
Ulice rozświetlone pomarańczowymi lampionami, dzieci w kostiumach duchów i czarownic, a w sklepach półki pełne sztucznych pajęczyn i plastikowych czaszek. Dla wielu to po prostu zabawa, którą “przyniósł Zachód”. Ale dla katolika Halloween nie jest neutralne. To nie tylko estetyka mroku i śmierci, to także sposób myślenia o świecie duchowym, który stoi w sprzeczności z wiarą chrześcijańską.
Współczesne Halloween to zjawisko, które w krótkim czasie przeniknęło do polskiej kultury, szczególnie wśród młodzieży. Kolorowe dekoracje, dynie, kostiumy duchów i demonów, a także wszechobecna atmosfera “oswajania śmierci” czynią z niego atrakcyjną formę rozrywki. W przeciwieństwie do uroczystości Wszystkich Świętych, której ton jest poważny, skupiony na refleksji i modlitwie, Halloween wydaje się świętem radości, żartu i dystansu wobec przemijania. Jednak ta powierzchowna lekkość skrywa głębszy problem kulturowy i duchowy. Z perspektywy chrześcijańskiej, to, co ma być “zabawą z duchami”, staje się symbolicznym odwróceniem sensu święta, które następuje dzień później – uroczystości Wszystkich Świętych, będącej afirmacją życia, świętości i nadziei.
Od pogańskiego rytuału do popkultury
Korzenie Halloween sięgają celtyckiego święta Samhain, obchodzonego na przełomie października i listopada. Był to czas, w którym według dawnych wierzeń granica między światem żywych i umarłych stawała się szczególnie cienka. Celtowie składali ofiary, by przebłagać duchy i zapewnić sobie pomyślność w nadchodzącym roku. Zwyczaj przebierania się miał wymiar apotropeiczny – maski i kostiumy miały odstraszać złe moce. W tym sensie Samhain był nie tylko świętem agrarnym, lecz także rytuałem kontaktu z rzeczywistością nadprzyrodzoną, w której dominował lęk i magia.
Kiedy chrześcijaństwo dotarło na Wyspy Brytyjskie, Kościół włączył ten czas w swój kalendarz liturgiczny, ustanawiając 1 listopada uroczystość Wszystkich Świętych, a 2 listopada – Dzień Zaduszny. Zabieg ten miał na celu przemianę kultu duchów w kult świętych oraz skierowanie ludzkiej refleksji ku Bogu, a nie ku nieokreślonym siłom natury. Z biegiem stuleci pierwotne znaczenie uległo zatarciu, a współczesne Halloween, szczególnie w kulturze amerykańskiej, przyjęło formę świeckiego, komercyjnego karnawału.
Halloween staje się więc przejawem banalizacji zła, czyli procesu, w którym motywy mroczne i destrukcyjne przestają budzić lęk czy sprzeciw, a zaczynają być częścią powszechnej zabawy. Jak zauważa wielu duchownych i teologów, taki proces może mieć realne konsekwencje duchowe: zacieranie wrażliwości sumienia, relatywizację dobra i zła oraz odwracanie uwagi od istoty życia duchowego. W efekcie człowiek stopniowo przestaje traktować poważnie to, co duchowe, a śmierć i zło stają się “estetyką” pozbawioną znaczenia moralnego.
Nie wszystko, co zabawne, jest niewinne
Egzorcyści i duszpasterze od lat zwracają uwagę, że Halloween nie jest jedynie kwestią kulturową, lecz dotyka sfery duchowej człowieka. Jeśli więc kultura promuje święto, które w swej istocie celebruje grozę, śmierć i kontakt z duchami, nie można pozostać wobec tego obojętnym. Halloween, poprzez swoją symbolikę, odwraca uwagę od prawdziwego sensu chrześcijańskiego przeżywania śmierci – modlitwy za zmarłych i nadziei na zmartwychwstanie.
Kultura śmierci i duchowa obojętność
Halloween można również interpretować jako wyraz szerszego procesu kulturowego, który papież Jan Paweł II określał mianem “cywilizacji śmierci”. W tej perspektywie zjawisko to nie jest odosobnione, lecz stanowi element tendencji do odrzucania transcendencji i skupienia na emocjonalnym, zmysłowym doświadczeniu.
Śmierć, zamiast prowadzić do refleksji nad sensem życia, staje się widowiskiem. Dzieci uczą się, że zło jest zabawne, a diabeł – postać z kreskówki. To nie jest tylko kwestia estetyki; to zmiana wrażliwości duchowej całych pokoleń. W świecie, który coraz częściej odrzuca wiarę, duchowość zostaje zastąpiona przez rytuały pozbawione treści. Śmiech z piekła i demonów nie jest już postrzegany jako niebezpieczny, lecz jako “nowoczesny dystans”.
Pozytywna alternatywa: Holy Wins
Nie oznacza to jednak, że chrześcijańska odpowiedź na Halloween musi polegać wyłącznie na krytyce. W wielu krajach, także w Polsce, coraz popularniejsze stają się inicjatywy Holy Wins (“Święty zwycięża”), które stanowią pozytywną alternatywę. Zamiast demonów i duchów pojawiają się postacie świętych i aniołów, a dzieci uczą się, że prawdziwa radość nie płynie z flirtu z mrokiem, lecz z odkrycia piękna dobra.
W ten sposób Kościół nie tylko reaguje na zjawisko kulturowe, ale pokazuje, że duchowość może być atrakcyjna, jeśli towarzyszy jej głęboki sens. Holy Wins to nie tylko zabawa, ale katecheza w działaniu – afirmacja życia, światła i świętości w świecie, który zbyt często fascynuje się ciemnością.
Oswajanie śmierci czy utrata transcendencji?
Halloween odsłania coś więcej niż tylko problem pojedynczego święta. Ukazuje, jak współczesny człowiek próbuje poradzić sobie z lękiem przed śmiercią w świecie, który odrzuca Boga. W kulturze, która nie wierzy już w życie wieczne, śmierć można jedynie wyśmiać – przebrać, zamienić w karykaturę, uczynić niegroźną. Ale w ten sposób człowiek nie przezwycięża lęku, tylko go ukrywa.
Chrześcijaństwo proponuje coś odwrotnego: nie wyśmiewać śmierci, ale nadać jej sens przez wiarę w zmartwychwstanie. Dlatego dla katolika Halloween nie jest tylko kwestią gustu, lecz pytaniem o kierunek duchowy: czy próbujemy oswoić śmierć przez ironię, czy przez nadzieję?
Świadomość zamiast potępienia
Trudno dziś całkowicie uciec od komercyjnego charakteru tego święta. Szkoły, media i centra handlowe promują Halloween jako element globalnej popkultury. Tym bardziej potrzebna jest edukacja duchowa i kulturowa, która uczy rozróżniania. Celem nie jest potępienie, lecz świadomość.
Chrześcijaństwo nie zakazuje śmiechu, ale przypomina, że istnieją sfery, których nie należy banalizować. Zło nie przestaje być złem tylko dlatego, że ubierze się je w kostium żartu. Halloween staje się więc swoistym sprawdzianem duchowej dojrzałości współczesnego człowieka: czy potrafimy odróżnić symbolikę życia od estetyki śmierci, światło od ciemności, sacrum od profanum?
Maski, które ukrywają sens
Halloween jest lustrem naszych czasów – epoki, która odrzuca transcendencję, a jednocześnie tęskni za kontaktem z tajemnicą. To, jak na nie odpowiemy, mówi więcej o nas samych niż o samym święcie. Katolik nie musi reagować z potępieniem, ale nie może też milczeć. Bo za maskami duchów i dyni kryje się pytanie o duchowość współczesnego człowieka: czy szukamy światła, czy tylko zabawy w ciemności.
***
Symbolika światła zamiast figury śmierci. Bale Wszystkich Świętych to alternatywa dla Halloween
Bal wszystkich świętych to alternatywa dla Halloween (fot. https://depositphotos.com/pl)
***
Początkowo niezbyt znany Bal Wszystkich Świętych jest dziś bardzo znaną zabawą i alternatywą dla Halloween. Za postacie świętych, aniołów czy postaci biblijnych przebierają się dzieci i dorośli. W Polsce coraz popularniejsze stają się również Bale Wszystkich Świętych dla singli. Zabawy organizowane są w kościołach, szkołach, przedszkolach i innych lokalach wieczorem 31 października, a więc w tym samym czasie, kiedy organizowane jest Halloween. Chrześcijańskie bale jednak nie promują symboliki śmierci i okultyzmu, ale nadzieję i radość z tego, że każdy może być świętym, a także to, że wybranie Boga daje życie doczesne i wieczne.
Symbolika światła zamiast figury śmierci
Bal Wszystkich Świętych to przebierana, radosna zabawa, w której nie zobaczymy zakrwawionych farbą twarzy, potworów, czarownic czy żywych trupów, ale postaci, które są dobre, spokojne i radosne. Na Balach Wszystkich Świętych zdecydowanie panuje symbolika światła, ciepła, radości.
Takie spotkania mają również na celu podtrzymywanie chrześcijańskiej tożsamości.
Cała sprawa polega na przebraniu się za świętych i po prostu… dobrej zabawie. Wydarzenia organizowane są w szkołach, parafiach, domach kultury czy innych miejscach. Bale są organizowane również we wspólnotach kościelnych.
Uczestnicy – mali czy trochę starsi przebierają się świętych, postacie biblijne. Często pojawiają się aniołowie. Można spotkać św. Józefa, św. Piotra, który nosi ze sobą symboliczny klucz, mędrców ze wschodu, Maryję czy pastuszków z Betlejem. Największym wyzwaniem, o którym dotąd dowiedziała się redakcja Deonu, było przebranie się za Ducha Świętego.
„Każdy może być świętym”
Podczas takich zabaw, które organizowane są w szkołach, na parafiach czy domach kultury, są oczywiście tańce, konkursy tematyczne, smaczne słodkości, pokaz strojów uczestników i wybór najbardziej nietypowego świętego i inne zabawy integracyjne. Na koniec robione są pamiątkowe zdjęcia. Najczęściej zabawy odbywają się w godzinach wieczornych. Na szkolnych zabawach i tych przy parafiach przychodzą również rodzice dzieci przebrani za świętych. Zabawie towarzyszy powiedzenie, że „każdy może być świętym”.
W duszpasterstwach akademickich organizowane są Bale Wszystkich Świętych dla studentów, a już dla zupełnie dorosłych zabawy organizowane są przez prywatne osoby, często związane ze środowiskiem kościelnym.
Informacje o organizowanych zabawach można znaleźć w swoich parafiach, domach kultury, szkołach i w Internecie.
„Holy Wins”
I tak Ruch światło życie diecezji gdańskiej w minionych latach organizował Bal Wszystkich Świętych zwany też „Holy Wins”. Nazwa jest grą słów, która ma kontrastować Halloween. Bal chrześcijański był zaproszeniem dla dzieci, młodzieży i ich rodzin. Bal „Holy Wins” „ma na celu promowanie wartości chrześcijańskich i pokazywanie, że świętość jest radosnym dążeniem do Boga”.
Cyber-okultyzm. Egzorcyści ostrzegają przed nowym zagrożeniem duchowym
(PCh24.pl)
***
Okultyzm coraz szerzej wchodzi w świat cyfrowy. Dzisiejsi ezoteryczni magowie to programiści tworzący skrypty i kody. Choć te formy magii, zakazanej przez Boga w pierwszym przykazaniu, są nowe, to cele pozostają te same – wpływać na rzeczywistość i przejąć od Stwórcy władzę nad stworzeniem.
Widząc nowe duchowe zagrożenie kilkuset egzorcystów z całego świata, którzy wzięli udział w XV Światowym Kongresie Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów we Włoszech, w wydanym po jego zakończeniu komunikacie, ostrzegają przed „zagrożeniami okultyzmu, spirytyzmu, New Age, parapsychologii oraz powiązaniem neo-okultyzmu z rozwojem sztucznej inteligencji i tworzeniem dzięki niej form praktyk magicznych”.
Czy to ostrzeżenie ma odniesienie w rzeczywistości internetu? Jak najbardziej. „To już jest pewne: cyber-okultyzm to nie science fiction, to rzeczywistość, która dzieje się na naszych oczach… Magia i technologia – dwa światy, które wydają się przeciwstawne. Jedno jest starożytne, tajemnicze i intuicyjne. Drugie – nowoczesne, logiczne i oparte na algorytmach. A jednak w XXI wieku te dwa nurty zaczynają się spajać w nową formę ezoteryki. Cyber-okultyzm to fascynująca ewolucja ezoteryki”– czytamy na jednym z portali, który propaguje ezoterykę.
Współczesna ezoteryka coraz częściej splata się z cybernetyką, tworząc niepokojące zjawisko zwane cyber-okultyzmem. Używane są tu jeszcze inne nazwy jasno wskazujące na łączenie ezoteryki z AI w świecie cyfrowym – „technomagia, mistycyzm algorytmiczny, cyfrowa alchemia”. „Technomagowie twierdzą, że programowanie to nowoczesna sztuka hermetyczna, a kodowanie to współczesne rytuały” – napisano na jednym z portali okultystycznych.
W epoce internetu coraz więcej osób poszukuje duchowych doświadczeń online. Tym bardziej, iż wielu odchodzi z Kościoła, wielu zaprzestało praktykowania wiary i korzystania z sakramentów. Człowiek, jako istota mająca potrzeby duchowe, jeżeli nie zaspokaja ich u czystego źródła chrześcijańskiej wiary, staje się łatwym celem różnego rodzaju syndykatów zła – szerzących okultyzm, spirytualizm czy ezoterykę. Coraz częściej egzorcyści informują o uzależnieniach demonicznych a nawet przypadkach opętań, które zaczęły się od korzystania z tych praktyk magicznych, serwowanych za pośrednictwem internetu.
Dziś najwięcej „dusz” można złowić siecią internetową, bo z niej korzysta większość z nas. Dobrze, że wie o tym coraz więcej katolików, którzy tworzą w celu dobrych połowów m.in. portale, podkasty, webinary, promujące wartości ewangeliczne. Jednak na tym internetowym, globalnym łowisku są też typy spod ciemnej gwiazdy, które doskonale wiedzą co robią. „Czy magia i technologia mogą współistnieć, a może nawet wzajemnie się wzmacniać? W końcu, jeśli myśli mają moc sprawczą, a internet łączy miliardy umysłów w jedną sieć – czy nie stworzyliśmy właśnie nowego wymiaru duchowego” – pisze jeden z guru półświatka ezoterycznego.
Już od dłuższego czasu istnieją cyfrowe ciemne świątynie, rytuały w rzeczywistości wirtualnej i AI odgrywające rolę współczesnych wyroczni. Narzędzia takie jak tarot AI, astrologia algorytmiczna czy cyfrowe sigile są coraz bardziej popularne i wciągają jak bagno. Instruktorzy wróżenia tarotem na portalach społecznościowych mają filmy, które posiadają po kilkaset tysięcy, a nawet pół miliona stałych obserwatorów.
Cyber okultyzm i zaprzęganie sztucznej inteligencji do praktyk magicznych jest na usługach antyludzkiego, można śmiało go nawet nazwać – satanistycznego, trans humanizmu, który bardzo trafnie opisał ks. kardynał Gerhard Müller. „W trans humanizmie człowiek musi ostatecznie ustąpić gdyż został uznany za przestarzały etap poprzedzający nadchodzący cyberświat, w którym przywództwo przejęły by hybrydy biotechnologiczne. Wtedy naturalna ludzka inteligencja będzie mogła, jak pisał C.S Lewis „tarzać się przed sztuczną inteligencją jak pies swojego pana” – ostrzega kardynał Müller.
Najbardziej narażonymi na szkodliwe działanie praktyk okultystycznych są dzieci i młodzież. Nieświadome zagrożenia wysyłają SMS-y z klątwami na swoich kolegów czy koleżanki. W internecie praktykują wróżby czy wywoływanie duchów. Grają w gry komputerowe, przesiąknięte okultyzmem i ezoteryką, które są pierwszym etapem wprowadzenia do ciemnego demonicznego świata. Trzeba więc ogromnej czujności ze strony rodziców, by chronić dzieci przed tymi praktykami, które swe źródło mają w okultyzmie i są mocnym sprzeniewierzeniem się temu, co niesie ze sobą chrzest.
Nie powinniśmy jednak ulegać rozpaczy czy lękom, bo jak napisał św. Paweł „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości oraz trzeźwego myślenia”. Włoski egzorcysta ks. R. Salvucci w swojej książce pt. Jasne słowa na temat ciemnej rzeczywistości, wskazuje na bardzo istotną zależność: Im bliżej jesteśmy Boga i więcej modlitwy kierujemy do Niego w intencji naszych małżonków, dzieci, naszych rodzin i innych osób tym bardziej skuteczną roztaczamy nad nimi „duchową żelazną tarczę”, przez którą pociski wroga nie dadzą rady przebić się. Tak bardzo ważne jest więc, by zadbać o częstą spowiedź, udział w Eucharystii, modlitwę indywidualną, szczególnie Różaniec i rozważanie Słowa Bożego, które jest jak pisze św. Paweł „żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz”! Będąc bowiem w stanie łaski uświęcającej, jesteśmy chronieni my i nasze rodziny mocą samego Chrystusa.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Czy Bóg jest delikatny? „Jego cierpliwość coraz bardziej nas zadziwia”
– Łagodność jest mocą Boga – powtarza za św. Janem od Krzyża o. Jakub Przybylski OCD.
o. Jakub Przybylski jest karmelitą bosym, absolwentem Międzynarodowego Kolegium Świętego Jana od Krzyża w Rzymie. Magister postulatu karmelitów bosych w Lublinie.
WWW.KARMEL.PL
***
Jarosław Dudała: Czy Bóg jest delikatny?
O. Jakub Przybylski OCD: Jan od Krzyża napisał, że Bóg jest bytem najdelikatniejszym. Wiele osób potwierdza to doświadczenie, choć równie wiele je podważa. To temat, który wymaga głębszego spojrzenia, aby nie ograniczyć Go do wąskich kategorii czy subiektywnych doświadczeń.
Na pewno Pan Bóg nie jest pluszowym misiem.
Nie, nie jest. I na pewno nie ma w Nim agresji ani przemocy. Jezus mówi o sobie, że jest łagodny i pokorny sercem. Chce nam przekazać, że spotkanie z Nim to spotkanie z Bogiem, który kocha nas łagodnie, nie naciskając, nie krzywdząc i nie stosując wobec nas przemocy.
Pan Jezus łagodnie obszedł się po zmartwychwstaniu ze św. Piotrem – nie wyrzucał mu zaparcia się. Ale wcześniej powiedział mu ostro: „Zejdź mi z oczu, szatanie”.
Możemy podać więcej podobnych przykładów, m.in. faryzeuszów nazwał plemieniem żmijowym i grobami pobielanymi. Wydaje się więc, że jest tu jakaś sprzeczność: jak delikatny Pan może być jednocześnie tak szorstki? Myślę jednak, że nie ma tu sprzeczności. Kluczem do zrozumienia tego paradoksu jest dla mnie przypowieść o krzewie winnym. Ojciec przycina krzew, zadając mu ból, aby oczyścić go i wzmocnić. Ręka Boga jest łagodna, jednak kondycja dzikich pędów i suchych gałązek sprawia, że roślina skłonna jest przypisać ogrodnikowi agresję i premedytację. Podobnie rzecz ma się ze zmarzniętą dłonią umieszczoną pod strumieniem ciepłej wody. Ból odczuwany niczym wbijanie w skórę szpilek ma przyczyny w kondycji przemrożonego ciała, a nie we właściwościach wody. Ona pozostaje czysta, łagodna i ciepła.
Łatwiej to przyjąć, gdy chodzi o ludzi winnych wielkiego zła. Ale co z tymi, którzy są jak Hiob? On upierał się, że nie zasłużył sobie na nieszczęścia, które go spotkały, i Bóg przyznał mu rację.
A czy Jezus zasłużył sobie na to, co go spotkało? Pytania o sens cierpienia i „skąd zło?” stawiane są od zarania dziejów. Ludzka wolność, prawa natury, status przemijania – to tylko namiastki odpowiedzi, które jednak nie zaspokajają naszego pragnienia poznania odpowiedzi. Ostatecznie stoimy przed tajemnicą, której nie potrafimy wyjaśnić i nie musimy jej zdefiniować. W śmierci jednego człowieka jest tyle samo śmierci, co w śmierci milionów ludzi; cierpienie jednego jest cierpieniem wszystkich, bo stanowimy jeden żyjący organizm – Ciało Chrystusa. Gdyby wszyscy ludzie byli bardziej współczujący wobec cierpienia innych, widząc ową tajemniczą jedność, jaka jest między nami, wojny by ustały. Skoro jednak istnieją konflikty w ludzkich sercach, będą istnieć i te międzynarodowe, a niewinni będą płacić cenę jedności rodzaju ludzkiego.
Historia Hioba ma zaskakujący finał – on przyznaje, że nie rozumie, dlaczego go to wszystko spotkało, ale reaguje przylgnięciem do Boga.
Jasno z tego widać, że Pan przekracza nasze możliwości poznawcze. Nie ci jednoczą się z Nim najściślej, którzy wiele potrafią o Nim powiedzieć i zrozumieć, ale ci, którzy Mu ufają. Hiob zaufał Bogu, choć nie pojmował Jego działania. Według Jana od Krzyża taka reakcja jest charakterystyczna dla umysłu delikatnego, który nie chce wszystkiego dookreślić – zamknąć Boga, życia i siebie w kategoriach oraz pojęciach, aby w ten sposób posiąść nad nimi kontrolę. Bo gdy coś rozumiemy, mamy poczucie władzy nad przedmiotem naszego poznania. Umysł Hioba jest delikatny, bardziej przestrzenny. Patrząc na doświadczenia życia, pojmuje je jako tajemnicę, której nie potrafi zgłębić i nie chce zawęzić do swojej interpretacji.
Pycha powoduje w nas rodzaj naprężenia, które sprawia, że stajemy się bardziej wrażliwi na ból. Gdybyśmy się duchowowo luzowali, czyli spokornieli, to nie odczuwalibyśmy tak bardzo bólu, nawet w konfrontacji ze złem.
I w konfrontacji ze złem, i w konfrontacji z dobrem… Grzech jest przemocą. Budzi w nas napięcie. Pycha jest podstawowym przejawem grzechu. Jak pisała Teresa od Jezusa, pycha jest życiem w kłamstwie – okłamujemy samych siebie, nie uznając prawdy o naszej kondycji, a jest to kondycja prochu, który jednak został ożywiony miłością Stwórcy, jest przez Niego kochany i obdarowany. Jednak bez Boga pozostajemy niczym. Nieuznawanie tej prawdy sprawia, iż lodowaciejemy tak bardzo, że ciepła woda Bożej miłości wywołuje w nas ból.
Czyli Pan Bóg nie zachowuje się wobec nas jak kat, a raczej jak pedagog, który nie karze nas w geście odwetu, ale karci, żebyśmy nie stali się potworami dla innych i dla siebie?
Jan od Krzyża mówi, że Bóg prowadzi nas stopniowo, łagodnie i współmiernie, czyli dostosowuje się do ludzkiej kondycji. Centralną cechą Bożej pedagogii jest łagodność. „Bóg wszystkim zarządza z łagodnością” – czytamy w Księdze Mądrości. On „nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie odpłaca” (Ps 103). Więcej nawet – wbrew protestom Jonasza Bóg okazuje miłosierdzie mieszkańcom Niniwy, którzy grzeszyli wiele lat, a pokutowali jedynie trzy dni. To samo mówi przypowieść o dłużnikach: ten, który był winien dziesięć tysięcy talentów, nie prosił nawet o odpuszczenie długu, a jedynie o odroczenie spłaty. Pan tymczasem darował mu całą należność. Tak samo było z łotrem na krzyżu. Wystarczyło jedno jego słowo wypowiedziane z pokorą i ufnością, by usłyszał: „dziś będziesz ze mną w raju”.
Nie, Bóg nie postępuje z nami według naszych grzechów. Nie ma w nim mentalności świata, według której za winę trzeba ponieść sprawiedliwą – według ludzkiej miary – karę.
My raczej oburzamy się: „Boże, Ty widzisz i nie grzmisz…”.
Bóg nie grzmi, choć nawet człowiek sprawiedliwy – jak mówi Pismo – upada siedem razy w ciągu jednego dnia. Jego cierpliwość coraz bardziej nas zadziwia, zachwyca i… zaczyna wywoływać w nas ból skruchy. Teresa od Jezusa pisała w „Księdze życia”: „Najdelikatniejszego i najsroższego zarazem użyłeś sposobu na ukaranie mnie (…). Za grzechy moje karałeś mnie swymi niewypowiedzianymi pociechami”. To kolejny przykład skandalicznego dla nas działania Pana: On za grzech karze… pociechą! Daje jeszcze większą miłość, bo wie, że potrzebujemy jej, aby powstać, aby nie zwątpić, aby nie skoncentrować się na grzechu, na upadku, na ciemności swojej czy innych ludzi. To właśnie jest tak zachwycające w Bogu: On nie stosuje tresury, używa bicza, żeby przemocą przyciągać swoje dzieci ku sobie, ale – jak mówi Pismo – pociąga nas więzami miłości. Jest to miłość, która współczuje i zawsze znajduje motyw do obrony swego dziecka. On na krzyżu nie usprawiedliwił zła, bo nie można go usprawiedliwić. Jednak znalazł motyw, by okazać człowiekowi miłosierdzie. Była nim ludzka ślepota: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”. Mógł zesłać gromy i zniszczyć wszystko, co wokół Niego było nieczyste, a jednak wybrał pokorę i łagodność jako narzędzia swej walki. Przecież On, będąc Lwem Judy, jest również łagodnym Barankiem i łączy w sobie pozorne przeciwieństwa: moc i delikatność. Jak wyjaśnia Jan od Krzyża, to właśnie łagodność jest mocą Boga.
Gość Niedzielny
***
Po co Bogu cierpienie
Odwieczne pytanie o sens bólu i utrapienia odwiecznie pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi. W Chrystusie jest jednak coś więcej niż teoretyczna odpowiedź.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
W atmosferze nadchodzących Świąt Paschalnych odżywają pytania o to, co Kościół nazywa tajemnicami naszego zbawienia. Jak pojąć choćby tę niesłychaną rzecz, że dla naszego odkupienia polała się krew Syna Bożego? Czemu nie wystarczyły zwykłe ludzkie błagalne modlitwy? I dlaczego, skoro Jezus Chrystus poniósł śmierć na krzyżu, w dalszym ciągu umieramy?
– Czemu aż śmierć? Trudno na głębokie odpowiadać krótko. Ale zaryzykuję. Bo świat jest taki. W warunkach tego świata miłość Boża naraża się na najwyższe zranienie – mówi ks. prof. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego UŚ.
– Święty Paweł mówi, że skoro Chrystus „umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli” (2 Kor 5,14). To, że Jezus umarł za nas, nie oznacza, że my, chrześcijanie, mielibyśmy być wyłączeni spośród tych, którzy umierają. Jezus nie uwalnia nas od umierania, ale sam to umieranie uprzedza, uświęca i przeprowadza do zmartwychwstania – zauważa. Wskazuje, że trzeba brać pod uwagę całe wydarzenie paschalne – czyli śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa. Gdy pytamy o zbawienie i rolę w nim cierpienia, to nie wolno pozostać przy samym momencie męki i śmierci Pana Jezusa. Dopiero wtedy widzimy pełnię Bożego zwycięstwa nad śmiercią i grzechem, i rodzi się w nas nadzieja, że możemy mieć w tym zwycięstwie udział. – Owszem, wyobrażano sobie, że Boże odkupienie przyniesie nam uwolnienie od wszelkich skutków grzechu i fizycznego zła obecnego w świecie. Ale wiemy, że tak nie jest. Nawet namnożyło się w dziejach mnóstwo strasznych rzeczy. A jednak jest to świat odkupiony. Triumfy zła, które obserwujemy także dzisiaj, są skazane na klęskę. Zło nie ma już perspektywy ostatecznej. Dzieło odkupienia przynosi nam obietnicę decydującego wyzwolenia od zła na końcu czasów – podkreśla dogmatyk.
Po co czyny
Wśród wierzących pojawia się czasem pytanie, na czym polega spłacenie naszego grzesznego długu, skoro i tak, gdy staniemy przed Bogiem, będziemy sądzeni.
– Gdyby przyjąć, że to, co jako ludzie odkupieni robimy tu dobrego czy złego, nie ma już wpływu na nasze losy wieczne, to moglibyśmy wylądować albo w nauce o apokatastazie, czyli o zbawieniu wszystkich, albo w nauce o predestynacji. A zatem: albo Bóg zbawia wszystkich, albo tych, których odwiecznie postanowił zbawić, natomiast o resztę się nie troszczy.
Tymczasem nauka katolicka stara się wpisać w prawdę o zbawczej Bożej miłości naukę o tym, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze zbawienie. A to wiąże się z perspektywą sądu – wyjaśnia ks. Jacek Kempa. Zwraca uwagę na znaczenie naszej wolności przed Bogiem. – Nasze czyny są ważne, jednak aby miały one charakter zbawczy, to my sami musimy pozostawać w więzi z Bogiem. Stan ten nazywamy łaską uświęcającą. Mamy więc coś bardzo ważnego do zrobienia dla naszego zbawienia, ale nigdy bez Boga. Stąd bierze się katolicka nauka o potrzebie życia w łasce uświęcającej; to tylko inny wyraz wiary, że życie w przyjaźni z Bogiem jest fundamentem naszego chrześcijańskiego istnienia. Łaska uświęcająca dysponuje nas do zbawienia i to w niej pełnione czyny są „zasługujące na zbawienie” – zauważa.
Cierpienie zastępcze?
Rozpowszechniony jest w świecie katolickim pogląd, że Bóg oczekuje naszego cierpienia jako dopełniającego „braki męki Chrystusa”, np. przyjęcie cierpienia „w zamian” za kogoś.
– Zawsze trzeba pamiętać, że zbawczą wartość ma miłość, a nie samo cierpienie. To reguła podstawowa. Cierpienie jest stanem, w którym może wyrażać się miłość, ale może się w nim wyrażać także wiele innych rzeczy, nawet nienawiść, która jest destrukcyjna. Możemy z miłością znosić trudy, które nas spotykają, więc także trud choroby. Można go duchowo ofiarować w jakiejś intencji. Wiara mówi nam, że wtedy rzeczywiście włączamy się w zbawczą tajemnicę męki i zmartwychwstania Jezusa – stwierdza kapłan. Przestrzega przed popadaniem w stan niewłaściwy, w którym chodzi o cierpienie, a nie o miłość. Zaznacza, że branie na siebie jakichś cierpień, a nawet zadawanie ich sobie w przekonaniu, że cierpienia te coś sprawią zastępczo za innych, to wypaczenie naszej wiary.
– Bóg nie chce cierpienia dla niego samego. Nie powołał nas do cierpienia. Natomiast cierpienie przyjęte może być sposobem okazania miłości. Są różne poziomy tego zjawiska. Takim cierpieniem może być dobrowolna decyzja, gdy np. w imię miłości zamilknę i zniosę niewłaściwe opinie o sobie dla słusznej obrony drugiego. Inny rodzaj to cierpienie nieuniknione, np. w postaci choroby. Wówczas pojawia się pytanie, co mogę z nim zrobić. Otóż mogę je przetworzyć siłą miłości w dobro, które służy innym. Podstawowym sposobem takiej transformacji jest duchowe ofiarowanie własnych cierpień w modlitwie. Mogę dołączyć do niej staranie o to, by nie narzekać i dzięki temu nie obciążać psychicznie najbliższego środowiska – zaznacza duchowny.
Jak w takim razie rozumieć zdarzenia z życia niektórych świątobliwych osób, które – wydawać by się mogło – podjęły „cierpienie zastępcze”? Na przykład w historii życia kandydatki na ołtarze, s. Dulcissimy, jest zdarzenie, podczas którego ta zakonnica, sama już mocno schorowana, ofiarowała swój słaby wzrok za chłopca, który przestał widzieć. Niebawem chłopiec odzyskał wzrok, a ona całkiem go straciła. Z tej i podobnych historii niektórzy wysnuwają wniosek, że Bogu jest do czegoś potrzebne nasze cierpienie. To zaś rodzi obawę przed ufnym powierzeniem się Bogu, „bo On zaraz to wykorzysta i zrobi ze mnie miazgę”. A przecież nie takiego Boga widzimy w Ewangelii.
– Nie znam dokładnych badań motywów siostry. Istotne jest to, że ta zakonnica była już chora i chyba wiedziała, że jej stan zmierza m.in. do utraty wzroku. Sytuację można zatem rozumieć następująco: cierpię z powodu choroby i wiem, że prawdopodobnie stracę wzrok, ofiaruję więc te swoje cierpienia w intencji przywrócenia twojego wzroku. Jestem przekonany, że taka postawa jest głęboko chrześcijańska, bo motywowana miłością. Natomiast postawa typu: jestem zdrowy, ale chcę zachorować po to, żeby ktoś inny zdrowie odzyskał, byłaby więcej niż wątpliwa – zaznacza dogmatyk.
Za daleko
Faktem jest, że historia pobożności zna wiele różnych odniesień do cierpienia, aż po apoteozę cierpienia jako takiego. Skrajny motyw zadawania sobie cierpienia w imię uznania go za wartość pojawia się nawet w życiorysach świętych. To już niewłaściwa postawa. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że blisko łączy się z ascezą, czyli umartwieniami podejmowanymi dla powściągnięcia popędów ciała, zapanowania „ducha nad ciałem”.
– W ascezie zawsze pojawia się moment cierpienia – np. wyrzeczenia – podejmowanego dla doskonalenia duchowego i moralnego. Trzeba jednak pamiętać o granicy, jaką stanowi zupełnie fałszywe podejrzenie, że ciało wraz ze sferą psychiczną stanowi źródło zła we mnie. To stara herezja manichejska. Podejmowane umartwienia nie mogą rozbudzać takiego myślenia. Podobnie nie mogę ulegać myśli, że przez zadawanie sobie cierpienia mogę coś ofiarować Bogu. Jaki nieuporządkowany obraz Boga kryje się za tym! Jak łatwo byłoby tu przekroczyć próg autodestrukcji! Bóg nie oczekuje ode mnie cierpienia, ale miłości. A jednym z elementów tej miłości jest szacunek do siebie samego, do własnego ciała. Jeśli więc podejmujemy umartwienia i towarzyszy im cierpienie, to powinniśmy umieć wskazać, jakiemu dobru duchowemu czy moralnemu one służą. Na przykład zwalczanie nałogów wiąże się z bólem, ale przecież na celu ma dobro – wskazuje kapłan.
Cierpimy inaczej
Jezus wzywa każdego do wzięcia swojego krzyża i pójścia za Nim. Czy to oznacza, że w istocie wzywa do wzięcia miłości?
– Sformułowałbym to tak: mogę dzięki Jezusowi uczynić z moim cierpieniem coś sensownego, czyli starać się kochać w tym cierpieniu, przeżywać swój krzyż w łączności z Jezusem, budować także więzi z innymi – proponuje ksiądz profesor.
Teologia mówi, że wszystko, co Jezus na siebie przyjął – to odkupił. A przyjął też cierpienie. Znaczyłoby to, że nawet cierpienie zostało jakoś odkupione i z Chrystusem cierpimy inaczej.
– Od czasu przyjścia Jezusa na świat nasza egzystencja została przeniknięta zbawiającą mocą Boga. Patrząc w świetle wiary: wszystko staje się inne, a w tej perspektywie zmienia się również nasze cierpienie. Zatem fundamentem dla tej nowiny jest fakt, że Syn Boży przeszedł solidarnie z nami drogę cierpienia aż po śmierć. Ale jest tu jeszcze więcej niż tylko pociecha. Ponieważ w ten sposób nieuniknione cierpienie zostaje przeniknięte obecnością Boga, staje się jakby ołtarzem, na którym razem z Jezusem ofiarujemy siebie Bogu, niesieni Jego miłością – podsumowuje ks. Jacek Kempa.•
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
W nocy z soboty na niedzielę 25/26 października będzie zmiana czasu z letniego na zimowy (z godz. 03.00 na godz. 02.00).
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Rodzinny dom Karola Wojtyły w Wadowicach z widokiem na słoneczny zegar na ścianie parafialnego kościoła, kościoła mojego chrztu świętego, jak sam wspominał: “Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła w dniu 20 czerwca 1920 roku. Chrzcielnicę tę już raz uroczyście ucałowałem w roku tysiąclecia chrztu Polski jako ówczesny arcybiskup krakowski. Potem uczyniłem to po raz drugi (…), na 50. rocznicę mojego chrztu, jako kardynał, a dzisiaj po raz trzeci ucałowałem tę chrzcielnicę, przybywając z Rzymu jako następca św. Piotra” (Wadowice, 7 czerwca 1979). “To tu, w Wadowicach, wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął, i kapłaństwo się zaczęło” (Wadowice, 16 czerwca 1999).
***
22 PAŹDZIERNIKA 2025
Kościół katolicki 22 października wspomina w liturgii św. Jana Pawła II. Papież Benedykt XVI podczas procesu beatyfikacyjnego zapowiedział, że nowy błogosławiony będzie odbierał kult publiczny 22 października, czyli we wspomnienie rozpoczęcia jego pontyfikatu w 1978 roku.
„Nie lękajcie się!”
tymi słowami św. Jan Paweł II rozpoczął swój pontyfikat 22 października 1978 roku!
fot. Unknown author/ commons.wikimedia.org
***
To był początek pontyfikatu, który zmienił historię. 22 października 1978 roku Jan Paweł II wypowiedział słowa, które wciąż brzmią w sercach wiernych. Posłuchaj tej wyjątkowej homilii sprzed 47 lat!
„Nie lękajcie się!”, „Otwórzcie drzwi Chrystusowi!” to kulminacyjny punkt homilii, którą Jan Paweł II wygłosił podczas inauguracji swojego pontyfikatu, 22 października 1978 roku. Jej treść jest w istocie o wiele szersza, przenosi nas wprost do Cezarei Filipowej i pozwala na nowo usłyszeć wyznanie wiary Piotra: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”. Korzystając z dźwiękowych archiwów Watykanu, Vatican News opublikował integralną wersję homilii z tłumaczeniem na język polski, wraz z pozdrowieniami do różnych narodów, w tym do Polaków.
Rozpoczynając swój pontyfikat, Jan Paweł II sięgnął do samej genezy misji Piotra i jego następców, do wyznania wiary rybaka z Galilei i objawienia, które otrzymał od Ojca. Trzeba, aby dzisiaj w tym właśnie miejscu zostały wypowiedziane i wysłuchane te same słowa: ‘Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego’ – mówił.
Wy wszyscy, którzy posiadacie nieocenione szczęście wiary, wy wszyscy, którzy jeszcze szukacie Boga, a także wy, których dręczy zwątpienie, zechciejcie przyjąć raz jeszcze – dzisiaj, w tym świętym miejscu – słowa wypowiedziane przez Szymona Piotra. W tych słowach jest wiara Kościoła – mówił dalej Jan Paweł II.
„Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka”
Jan Paweł II mówił też o misji Piotra, która doprowadziła go aż do Rzymu, gdzie przelał krew za Jezusa. Papież przytoczył starożytną tradycję o spotkaniu Piotra z Jezusem na Via Appia, kiedy to padły słynne słowa Quo vadis. Papież Polak zaznaczył, że tradycja ta znalazła wspaniały wyraz literacki w powieści Henryka Sienkiewicza.
Przyznając, że na Stolicę Piotrową wstępuje Papież, który nie jest rzymianinem, Jan Paweł II podkreślił, „że jest synem narodu, którego historia od zarania dziejów i którego tysiącletnia tradycja naznaczone są żywą, mocną, nigdy nie przerwaną, przeżytą i głęboką więzią ze Stolicą Piotrową. Narodu, który tej Stolicy pozostał zawsze wierny. O, niezbadane są wyroki boskiej Opatrzności!”
Dopiero w końcowej części inauguracyjnej homilii Jan Paweł II zwrócił się z apelem o otwarcie się na Chrystusa i Jego władzę. Nie bójcie się, otwórzcie, więcej, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie! Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często niepewny sensu życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. Pozwólcie więc, proszę was, błagam was z pokorą i zaufaniem! Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego – powiedział.
Na zakończenie homilii Papież pozdrowił w kilku językach wiernych uczestniczących w tej uroczystej liturgii, zaczynając od Polaków. Trzeba zaznaczyć, że w archiwalnym nagraniu inauguracyjnej homilii Jana Pawła II słowa wypowiedziane w języku rosyjskim zostały niemal w całości skasowane. Słychać jedynie pierwsze zdanie i ostatnie słowa.
19 października, pod hasłem „Misjonarze nadziei”, obchodzimy 99. Światowy Dzień Misyjny, zwany także Niedzielą Misyjną. Jest to święto patronalne Papieskich Dzieł Misyjnych, które otwiera Tydzień Misyjny.
W parafiach w tym czasie podejmowane są inicjatywy modlitewne i formacyjne, organizowane są zbiórki na fundusz solidarności, dzięki którym w najbiedniejszych zakątkach świata powstają m.in. szkoły, kaplice, szpitale, studnie.
Niedziela Misyjna to coś więcej niż wznoszenie budynków – to przede wszystkim tworzenie przestrzeni spotkania z Chrystusem. Światowy Dzień Misyjny przypomina, że Kościół z natury jest misyjny, a solidarność i modlitwa potrafią łączyć katolików na całym świecie w jednym wspólnym celu – niesieniu Chrystusowej miłości tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna.
Orędzie papieskie
Tegoroczne papieskie orędzie, zatytułowane „Misjonarze nadziei pośród narodów”, przypomina, że każdy uczeń Chrystusa jest posłany, by nieść nadzieję. W obliczu wojen, kryzysów i lęków papież wzywa, abyśmy nie zamykali się w sobie, ale odważnie wychodzili ku innym.
missio.org.pl, BP KEP
***
Główne obchody 41. rocznicy śmierci ks. Jerzego Popiełuszki
fot. Wikipedia
***
Jeśli chcemy być prawdziwymi czcicielami bł. ks. Jerzego, stanie się to poprzez umiłowanie prawdy i służbę prawdzie. Prawda jest nieśmiertelna – powiedział abp Adrian Galbas SAC. Metropolita warszawski wygłosił homilię podczas dzisiejszej Mszy św. sprawowanej w parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu w 41. rocznicę męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki.
W swojej homilii abp Adrian Galbas przypomniał, że bł. ks. Jerzy Popiełuszko pozostaje jednym z najpiękniejszych świadków prawdy i wolności, a jego męczeństwo jest dziś wezwaniem do życia w prawdzie w każdej sferze życia osobistego i społecznego.
Metropolita warszawski wspominał swoje młodzieńcze spotkania z nauczaniem kapelana „Solidarności”. – Jako nastolatek słuchałem jego prostych, a jednocześnie jednoznacznych kazań. W Bytomiu, tuż przed jego śmiercią, pamiętam tłum ludzi i transparent: „Chcemy prawdy”. Przybywali na spotkanie z prorokiem – mówił.
Arcybiskup podkreślił, że dla niego ks. Jerzy był przede wszystkim męczennikiem za prawdę, a jego życie pokazuje, że „prawda jest nieśmiertelna”. Nawiązując do słów Arystotelesa, przypomniał, że prawda oznacza zgodność słowa z rzeczywistością, ale także prawość postępowania – wierność temu, co się głosi.
Kaznodzieja przywołał też nauczanie papieża Benedykta XVI, że „prawda zawsze prowadzi nas do odkrycia dobra”, oraz fragmenty Katechizmu Kościoła Katolickiego o wykroczeniach przeciwko prawdzie – kłamstwie, obmowie, oszczerstwie i pochlebstwie. Zwrócił uwagę, że szczególnie dziś, w świecie hejtu i mediów społecznościowych, łatwo jest ranić słowem i niszczyć dobre imię drugiego człowieka.
Abp Galbas zauważył, że Kościół powinien pozostać miejscem wolnym od fałszu i dwulicowości, „w którym panuje prymat prawdy”. Nawiązał też do świadectwa męczenników, którzy oddali życie za prawdę – od św. Ignacego Antiocheńskiego i św. Polikarpa po bł. ks. Jerzego Popiełuszkę.
– Życie w prawdzie jest najtrudniejszym, ale i najpiękniejszym obowiązkiem człowieka. Tylko człowiek żyjący w prawdzie jest naprawdę wolny. Zwyciężać zło dobrem to znaczy zwyciężać kłamstwo prawdą – przypomniał słowa bł. ks. Jerzego.
Metropolita zaznaczył, że gdyby kapelan „Solidarności” „kochał bardziej pochlebstwa niż prawdę, żyłby do dziś – byłby może przyzwoity, ale nie byłby święty”. To właśnie jego niezłomność wobec kłamstwa uczyniła go świadkiem wiary i wolności.
Abp Galbas odniósł się także do znaczenia prawdy w życiu publicznym. Przypomniał, że dla systemu komunistycznego prawda była zagrożeniem, a dziś w demokracji grozi jej rozmycie sensu słów i subiektywizm. – Bez prawdy człowiek traci orientację, a demokracja zamienia się w totalitaryzm – przestrzegł.
Kaznodzieja zakończył homilię wezwaniem do osobistej odpowiedzialności za prawdę i naśladowania ks. Popiełuszki. – Jeśli chcemy być prawdziwymi czcicielami bł. ks. Jerzego, stanie się to poprzez umiłowanie prawdy i służbę prawdzie. Prawda jest nieśmiertelna – podsumował.
Obchodom 41. rocznicy męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki towarzyszy hasło “Prawda jest nieśmiertelna”, odnoszące się do słów wypowiadanych przez kapłana podczas Mszy za Ojczyznę, którym przewodniczył w czasie stanu wojennego.
Zwieńczeniem niedzielnych uroczystości będzie młodzieżowe czuwanie modlitewne, które odbędzie się o godz. 20:00
e-Kai
***
Homilia abp. Adriana Galbasa SAC w 41. rocznicę męczeńskiej śmierci błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki
fot. ARCHWWA.PL
***
Prawda nas wyzwoli
Siostry i Bracia,
bardzo się cieszę, że możemy dzisiaj modlić się razem w tym świętym miejscu, czcząc wspaniałego kapłana, który pochodził z naszej warszawskiej archidiecezji, a który jest chlubą całego Kościoła, wielkiego męczennika, bł. ks. Jerzego Popiełuszkę.
Jako nastolatek słuchałem jego prostych, a jednocześnie jednoznacznie brzmiących kazań. Czytaliśmy je w szkole na ulotkach wydrukowanych na powielaczu, wymienialiśmy się nimi, kolportowaliśmy je. Na krótko przed swoją męczeńską śmiercią ks. Jerzy był w moim rodzinnym mieście, w Bytomiu, uczestniczył w Tygodniu Kultury Chrześcijańskiej. Pamiętam ten tłum, pamiętam tę wspólnotę i pamiętam transparent: ”Chcemy prawdy”. Ludzie oszukiwani przez władzę, karmieni krętactwami, aresztowani za powiedzenie prawdy, przychodzili na spotkanie z ks. Jerzym jak na spotkanie z prorokiem.
Dla mnie jest on przede wszystkim męczennikiem za prawdę. Powiedzmy o niej więc dziś kilka słów, tym bardziej, że takie jest też hasło tegorocznych obchodów: prawda jest nieśmiertelna.
Klasyczne rozumienie prawdy mówi o tym, że jest to zgodność słowa z rzeczywistością. Jak mówił już Arystoteles „powiedzieć, że jest to, co jest, i że nie ma tego, czego nie ma – to prawda”.
Prawda to także prawość postępowania. To cnota, która polega na tym, by okazywać się jednoznacznym w swoich czynach, wystrzegając się dwulicowości, udawania i obłudy.
„Prawda, mówił papież Benedykt XVI, znaczy coś więcej niż wiedza; ona zawsze prowadzi nas do odkrycia dobra”.
Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina kilka wykroczeń przeciwko prawdzie.
Pierwszym z nich jest oczywiście samo kłamstwo, które polega na „mówieniu nieprawdy z intencją oszukania” (por. KKK 2482). Jest ono najbardziej bezpośrednim wykroczeniem przeciw prawdzie. Kłamać oznacza mówić lub działać przeciw prawdzie, by wprowadzić innych w błąd (por. KKK 2483).
Innym poważnym wykroczeniem przeciwko prawdzie jest fałszywe świadectwo i krzywoprzysięstwo, czyli wypowiedź sprzeczna z prawdą, wyrażona publicznie. To jest dzisiaj szczególnie niebezpieczne w świecie hejtu. Każdy internetowy hejt jest wypowiedzią publiczną. On przyczynia się do swoistego skazania osoby niewinnej. Katechizm przypomina, że: poszanowanie dobrego imienia osób zabrania jakiegokolwiek niesprawiedliwego czynu lub słowa, które mogłyby wyrządzić im krzywdę (por. KKK 2487). Pamiętajmy, że pospiesznie i pochopnie wypowiadane sądy, albo milczenie wobec niesprawiedliwego sądu, którego jesteśmy świadkami jest poważnym wykroczeniem przeciwko prawdzie i miłości bliźniego.
Innym takim wykroczeniem, niestety bardzo popularnym, jest obmowa, czyli ujawnianie wad i błędów drugiego człowieka osobom, które o tym nie wiedzą, czyli – mówiąc najprościej – jest to mówienie źle o drugim za jego plecami. „Z przodu całuje, z tyłu nóż pokazuje”, mówi polskie przysłowie. Jeszcze gorsze jest oszczerstwo, czyli wypowiedzi sprzeczne z prawdą i wypowiadane publicznie, które szkodzą dobremu imieniu innych i dają okazję do fałszywych sądów na czyjś temat. Nie wolno nam tego robić. Zawsze mamy obowiązek pozytywnie interpretować myśli, słowa i czyny bliźniego.
Jak mówił św. Ignacy Loyola: „Każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić”.
Zarówno obmowa, jak i oszczerstwo, niszczą dobre imię i cześć bliźniego i są poważnym wykroczeniem przeciwko prawdzie, sprawiedliwości i miłości.
Wykroczeniem przeciwko prawdzie jest także, co może być pewnym zaskoczeniem, prawienie komuś fałszywych komplementów, pochlebstw, czy prezentowanie wobec innych postaw służalczych. Katechizm takie postawy wręcz potępia, gdyż one „zachęcają i utwierdzają drugiego człowieka w złośliwych czynach i w przewrotności jego postępowania” (KKK, 2480). Pochlebstwo, mówi Katechizm, „stanowi poważne przewinienie, jeżeli przyczynia się do powstania wad lub grzechów ciężkich. Pragnienie wyświadczenia przysługi lub przyjaźń nie usprawiedliwiają dwuznaczności języka” (KKK 2480).
Na to muszą uważać wszyscy przełożeni, a im ktoś zajmuje wyższe stanowisko, tym musi uważać bardziej.
Wykroczeniem przeciwko prawdzie jest wreszcie brak dyskrecji wobec prywatnego życia innych. To dotyczy także braku dyskrecji wobec osób publicznych. Media nie mogą ingerować w prywatne życie osób zaangażowanych w działalność polityczną, artystyczną, czy inną, jeśli to narażałoby intymność tych osób i ich wolność.
Pamiętajmy, o czym także wyraźnie mówi Katechizm, że „każde wykroczenie przeciw sprawiedliwości i prawdzie nakłada obowiązek naprawienia krzywd, nawet jeśli jego sprawca otrzymał przebaczenie. Jeśli jest rzeczą niemożliwą naprawienie szkody publicznie, należy to zrobić w sposób ukryty; jeśli ten, kto doznał krzywdy, nie może zostać wynagrodzony bezpośrednio, powinien otrzymać zadośćuczynienie moralne w imię miłości. Obowiązek naprawienia krzywd dotyczy również przewinień popełnionych wobec dobrego imienia drugiego człowieka. Naprawienie krzywd – moralne, a niekiedy materialne – powinno być ocenione na miarę wyrządzonej szkody. Jest ono obowiązkiem sumienia” (KKK 2487).
Obyśmy mieli upodobanie do życia w prawdzie, czyli w prostocie życia na wzór Pana, trwając w Jego prawdzie. Zawsze pamiętajmy o słowach św. Jana, że „jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą” (1 J 1, 6).
Kościół musi być szczególnym miejscem, w którym panuje prymat prawdy, musi być wolny od pragnienia brudnych zysków czy próżnej chwały. Tylu męczenników właśnie za prawdę oddało swoje życie. „Męczeństwo – powie Katechizm – jest najwyższym świadectwem złożonym prawdzie wiary; oznacza ono świadectwo aż do śmierci (KKK, 24873). „Pozwólcie mi stać się pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga”, mówił jeden z nich, św. Ignacy Antiocheński. „Nie chcę rozkoszy tego świata i królestwa doczesnego, to także jego słowa, wolę umrzeć, by połączyć się z Chrystusem, niż królować aż po krańce ziemi. Tego szukam, który za nas umarł. Tego pragnę, który dla nas zmartwychwstał. Bliskie jest moje narodzenie”.
A św. Polikarp modlił się pokornie: „Błogosławię Cię, że uznałeś mnie godnym tego dnia i tej godziny, gdy zaliczony do Twoich męczenników, otrzymuję udział w kielichu Twego Chrystusa. Ty jesteś Bogiem prawdziwym i nie znającym kłamstwa. Dlatego wielbię Cię za wszystko, błogosławię Tobie i wysławiam Cię…”.
To dotyczy także naszego wielkiego Patrona. „Życie w prawdzie jest najtrudniejszym, ale i najpiękniejszym obowiązkiem człowieka”, mówił. A na innym miejscu: ”Prawda jest fundamentem wolności. Tylko człowiek żyjący w prawdzie jest naprawdę wolny”. I w końcu: „Zwyciężać zło dobrem to znaczy zwyciężać kłamstwo prawdą”. Takich zdań wypowiedział nieskończenie wiele.
Gdyby ks. Jerzy nie ukochał tak bardzo prawdy, gdyby był łasy na komplementy, pochwały, frazesy, nagrody, prezenty, awanse, na możliwość zrobienia kościelnej kariery, gdyby zgadzał się na posiadanie kolekcji masek, kolekcji twarzy i kolekcji poglądów, którymi by obdarzał rozmówców w zależności od ich potrzeb, żyłby do dzisiaj. Nikt by mu nie dokuczał, nikt by go nie prześladował, nikomu by nie wadził. Nikt by go nie zabił. Byłby może nawet i przyzwoity, ale nie byłby święty.
On jednak jest tym, o którym mówi usłyszane przed chwilą Słowo Boże. Wolał stanąć przed komunistycznymi namiestnikami, być wydawany sądom i wytrwać do końca (por. Mt 10, 17-23). Niczym św. Paweł przecierpiał chłosty i więzienia, utrapienia, uciski i przeciwności, pohańbienie i zniesławienie, kłamstwa oszustów i co tylko jeszcze, lecz we wszystkim okazał się sługą Boga przez miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą” (por. 2 Kor 6,4-10). Dziś jest zwycięzcą, jego dusza jest w ręku Boga i nie dosięga go już męka. Jego nadzieja pełna jest nieśmiertelności (por. Mdr 3, 1-4).
Bracia i Siostry,
patrząc, podziwiając i czcząc bł. księdza Jerzego, chciałbym powiedzieć jeszcze kilka słów na temat znaczenia prawdy w demokracji.
Jak wiemy i jak – w większości – pamiętamy, dla systemu komunistycznego prawda była wielkim zagrożeniem. Kłamstwo i manipulacja stanowiły fundament tego systemu. Wszystko musiało przejść przez cenzurę. Jedynym dopuszczalnym skojarzeniem ze słowem „prawda” była wówczas nazwa pewnej moskiewskiej gazety. Gdyby nie tzw. „drugi obieg”, wszyscy otrzymywaliby jedynie informacje zmanipulowane i zindoktrynowane.
W demokracji ma być inaczej. Słowa nabierają tu wielkiego znaczenia. Ważne dla niej jest nie tylko przywiązanie do wolności słowa, ale i do wierności słowom i ich znaczeniom. Demokracja bowiem opiera się na wspólnym języku, na wspólnocie języka i rozumienia, na wspólnym porządku znaczeń, ponieważ w demokracji słowo zastępuje siłę, na co wskazuje choćby znaczenie słowa „parlament”. Ta wspólnota języka i wartości sprawia, że ludzie żyją we wspólnym świecie, nie zaś każdy w swoim własnym, niczym pogrążeni we śnie lunatycy.
W momencie, gdy sens słów zostaje zakłócony, demokracja się rozpada. Zwracali na to uwagę już Arystoteles i Tukidydes. Ten drugi precyzyjnie opisywał pomieszanie terminów i odwracanie znaczenia słów, co było jego zdaniem przejawem wojny ideologicznej, prowadzącej do wojny cywilnej. Tukidydes, opisując rewolucję na wyspie Korfu, zauważa zepsucie języka, do jakiego tam doszło: „Wtedy również – pisze – zmieniano dowolnie znaczenie wielu wyrazów. Nierozumna zuchwałość uznana została za pełną poświęcenia dla przyjaciół odwagę, przezorna wstrzemięźliwość za szukające pięknego pozoru tchórzostwo, umiar za ukrytą bojaźliwość, a kto z zasady radził się rozumu, uchodził za człowieka wygodnego i leniwego; bezmyślną zuchwałość uważano za cechę prawdziwego mężczyzny, a jeżeli ktoś się nad czymś spokojnie zastanawiał, sądzono, że szuka dogodnego pretekstu, aby się wycofać”.
Plutarch zaś o psuciu mowy pisze tak: „Ateńczycy pięknie i zręcznie pod miłymi i łagodnymi słowami kryją niemiłe sprawy, nazywając nierządnice towarzyszkami, podatki zobowiązaniem, załogi wojskowe w miastach strażą, więzienie izbą”.
Wszyscy mamy też w pamięci słowa polskiego poety, Juliana Tuwima, z poematu „Kwiaty polskie”, odnoszące się do przeinaczania sensu takich pojęć, jak prawo czy sprawiedliwość.
Podczas pielgrzymki do Ojczyzny w 1991 roku św. Jan Paweł II mówił w Olsztynie: „Nie mów fałszywego świadectwa». Tym przykazaniem Bóg Przymierza szczególnie daje poznać, że człowiek jest stworzony na Jego obraz i podobieństwo. Dlatego całe ludzkie postępowanie poddane jest wymogom prawdy. Prawda jest dobrem, a kłamstwo, fałsz, zakłamanie jest złem (…). Przypatrzmy się znaczeniu prawdy w naszym życiu publicznym. W odnowionej Polsce nie ma już urzędu cenzury, różne stanowiska i poglądy mogą być przedstawiane publicznie. Została przywrócona – jakby powiedział Cyprian Norwid – «wolność mowy». Wolność publicznego wyrażania swoich poglądów jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa”.
Niestety, przyglądając się poziomowi naszej debaty publicznej w roku 2025, trzeba przyznać rację Norwidowi, który mówił, że wolność mowy jest mylona z wolnością mówienia. Debata publiczna w Polsce jest dziś wolna w tym sensie, że każdy korzysta z wolności mówienia i mówi, co mu ślina na język przyniesie, często bez szacunku dla słuchającego, nie poczuwając się przy tym do żadnej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa.
Jest to jeszcze bardziej przykre, niebezpieczne i nieakceptowalne, gdy używa się przy tym argumentów lub przedmiotów religijnych za pomocą których próbuje się uzasadnić swoje karkołomne i niechrześcijańskie tezy.
Podstawowym przykazaniem chrześcijańskim jest miłość nieprzyjaciół (por. Łk 6,27-29). Ono jest rewolucyjną nowością. Nikt przed Chrystusem nie powiedział czegoś tak niesłychanego i nie wezwał do działań tak szlachetnych. Chrześcijaństwo nie potrzebuje nawet wezwań do tolerancji, gdyż ma poprzeczkę postawioną znacznie wyżej, właśnie na poziom przykazania miłości nieprzyjaciół.
Żaden prawdziwy chrześcijanin nie może więc wzywać do ksenofobii, niszczenia ludzi, nienawiści, do pogardy, czy nawet do prostego braku szacunku wobec drugiego; wobec człowieka z innej partii, z innej ziemi, czy z innej kultury. Tym bardziej nie może swoich tez uzasadniać argumentami z wiary. Byłby wtedy bluźniercą.
„Wolność publicznego wyrażenia swoich poglądów – to raz jeszcze św. Jan Paweł II – jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa. Niewiele daje wolność mówienia, jeśli słowo wypowiadane nie jest wolne. Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych, dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami. Niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko. Słowa mogą czasem wyrażać prawdę w sposób dla niej samej poniżający. Może się zdarzyć, że człowiek mówi jakąś prawdę po to, żeby uzasadnić swoje kłamstwo. Wielki zamęt wprowadza człowiek w nasz ludzki świat, jeśli prawdę próbuje oddać na służbę kłamstwa”. Święte i wciąż aktualne słowa.
Siostry i Bracia,
dziś trudno nam obronić prawdę także dlatego, że żyjemy w świecie tzw. prawdy subiektywnej, która nie polega już na trafnym odzwierciedleniu rzeczywistości, nie jest faktem, lecz jedynie interpretacją. Według niej wszystko zależy już nie od tego, co się zdarzyło, ale od tego jak ja patrzę na to co się zdarzyło, jak to interpretuję i jak to odczuwam. Już Friedrich Nietzsche mówił, że: „nie istnieją fakty, istnieją tylko interpretacje”. W takim porządku nie ma już prawdy w ogóle, jest tylko „moja prawda”. Ja mam swoją, ty masz swoją, on też ma swoją. Te swoje prawdy są równoważne, są też płynne i zmienne. W świecie płynnej prawdy trudno prowadzić debaty, czy badania naukowe. Trudniej także być uczciwym. Wymaga to od nas tym większej uczciwości i prawości sumienia.
Siostry i Bracia,
bez prawdy człowiek traci orientację w świecie, a jego życie pozbawione jest sensu. Bez prawdy rozpada się także życie społeczne, a demokracja prędzej czy później zamienia się w totalitaryzm.
Troszczmy się więc, a proszę o to tu i teraz, w tym miejscu i w tę rocznicę, troszczmy się o to, by nasz rozum nie ulegał naciskowi interesów i nie poddawał się wymogom doraźnej użyteczności.
Podtrzymujmy w swoim życiu i w życiu społecznym wrażliwość na prawdę. Także na tę Wielką Prawdę, którą jest Chrystus. Tylko prawda uczyni nas ludźmi wolnymi (por. J 8,32).
Jeśli chcemy być prawdziwymi czcicielami bł. ks. Jerzego, to stanie się to właśnie poprzez umiłowanie prawdy i służbę prawdzie. Prawda jest nieśmiertelna.
Amen.
***
Leon XIV o nowych świętych: Nie bohaterowie idei, lecz autentyczni mężczyźni i kobiety
“Bóg czyni nas sprawiedliwymi, jak świadczą o tym nowi święci dzisiejszego dnia” – tak o siedmiorgu nowych świętych mówił papież Leon XIV w homilii podczas Mszy św. kanonizacyjnej na Placu św. Piotra w Watykanie.
fot. VATICAN MEDIA
***
Kim są nowi święci?
W gronie nowych świętych znaleźli są: Ignacy Maloyan, ormiański arcybiskup i męczennik z czasów ludobójstwa Ormian (1869-1915); Piotr To Rot, świecki katecheta z Papui-Nowej Gwinei, który oddał życie za obronę małżeństwa chrześcijańskiego (1912-1945); Maria Troncatti, salezjanka i misjonarka wśród Indian Shuar w Ekwadorze (1883-1969); Wincencja Maria Poloni, założycielka Instytutu Sióstr Miłosierdzia z Werony (1802-1855); Carmen Elena Rendiles Martínez, założycielka Zgromadzenia Służebnic Jezusa z Caracas (1903-1977);Bartłomiej (Bartolo) Longo, świecki apostoł Różańca i założyciel sanktuarium w Pompejach (1841-1926); oraz Józef Grzegorz Hernández Cisneros, lekarz i naukowiec z Wenezueli, zwany „lekarzem Boga” (1864-1919).
Papież: Autentyczna modlitwa żyje wiarą
W swej homilii Leon XIV skomentował pytanie z odczytanej przed chwilą Ewangelii: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Zaznaczył, że najcenniejsza w oczach Pana jest wiara, „czyli więź miłości między Bogiem a człowiekiem”. Przewyższa ona wielkie dobra materialne i kulturowe, naukowe i artystyczne „nie dlatego, że są one godne pogardy, lecz dlatego, że bez wiary tracą sens”.
Relacja z Bogiem ma największe znaczenie, ponieważ On stworzył wszystko z niczego na początku czasów i ocala od nicości wszystko, co przemija w czasie. Ziemia bez wiary byłaby zamieszkana przez dzieci żyjące bez Ojca, czyli przez stworzenia pozbawione zbawienia – stwierdził papież.
Zauważył, że gdyby wiara zanikła w świecie, „w naszych sercach nie byłoby już nadziei; wolność wszystkich zostałaby pokonana przez śmierć; nasze pragnienie życia pogrążyłoby się w nicości”. Bez wiary w Boga bowiem „nie możemy mieć nadziei na zbawienie”, które jest „darem życia wiecznego, który otrzymujemy od Ojca, poprzez Syna, mocą Ducha Świętego”.
Leon XIV zwrócił uwagę, że Chrystus mówi swoim uczniom, że „zawsze powinni się modlić i nie ustawać”. Tak jak nie ustajemy w oddychaniu, tak też nie ustawajmy w modlitwie! Podobnie jak oddech podtrzymuje życie ciała, tak też modlitwa podtrzymuje życie duszy: wiara wyraża się bowiem w modlitwie, a autentyczna modlitwa żyje wiarą – wyjaśnił papież.
Dwie pokusy, które wystawiają naszą wiarę na próbę
Jednak „naszą wiarę wystawiają na próbę dwie pokusy: pierwsza czerpie swą siłę ze zgorszenia złem, skłaniając do myślenia, jakoby Bóg nie wysłuchiwał płaczu uciśnionych i nie litował się nad cierpieniem niewinnych”. Druga „polega na żądaniu, aby Bóg postępował tak, jak my tego chcemy: modlitwa ustępuje wtedy miejsca rozkazowi skierowanemu do Boga, by nauczyć Go, w jaki sposób powinien być sprawiedliwy i skuteczny”. Jezus uwalnia nas od obu pokus, gdy modli się słowami: „Ojcze, niech się stanie Twoja wola”, które my powtarzamy w modlitwie „Ojcze nasz”.
Ojciec Święty podkreślił, że „Bóg wymierza sprawiedliwość wszystkim, oddając za wszystkich swoje życie”.
Bóg jest tam, gdzie cierpi niewinny. Krzyż Chrystusa objawia sprawiedliwość Boga. A sprawiedliwość Boga to przebaczenie: On widzi zło i je odkupuje, biorąc je na siebie. Kiedy jesteśmy ukrzyżowani cierpieniem i przemocą, nienawiścią i wojną, Chrystus już tam jest, na krzyżu za nas i wraz z nami. Nie ma płaczu, którego Bóg by nie pocieszył; nie ma łzy, która byłaby daleka od Jego serca. Pan nas wysłuchuje, bierze nas w ramiona takimi, jakimi jesteśmy, aby przemienić nas na swoje podobieństwo. Kto natomiast odrzuca miłosierdzie Boże, pozostaje niezdolny do miłosierdzia wobec bliźniego. Kto nie przyjmuje pokoju jako daru, nie będzie umiał obdarzać pokojem – przekonywał papież.
Leon XIV o nowych świętych: Nie bohaterowie idei lecz autentyczni mężczyźni i kobiety
Powtórzył, że Bóg „czyni nas sprawiedliwymi, jak świadczą o tym nowi święci dzisiejszego dnia: nie bohaterowie czy orędownicy jakiejś idei, lecz autentyczni mężczyźni i kobiety”.
Ci wierni przyjaciele Chrystusa są męczennikami ze względu na swoją wiarę, jak biskup Ignazio Choukrallah Maloyan i katechista Pietro To Rot; są ewangelizatorami i misjonarzami, jak siostra Maria Troncatti; są charyzmatycznymi założycielkami, jak siostra Vincenza Maria Poloni i siostra Carmen Rendiles Martinez; ze swoimi sercami żarliwymi pobożnością są dobroczyńcami ludzkości, jak Bartolo Longo i José Gregorio Hernández Cisneros. Niech ich wstawiennictwo wspiera nas w próbach, a ich przykład niech będzie dla nas inspiracją we wspólnym powołaniu do świętości – powiedział Leon XIV.
KAI/Stacja7
*** Papież Leon XIV: z całego serca zachęcam was do odmawiania różańca
Nowi święci są dla nas jasnymi znakami nadziei, ponieważ ofiarowali swoje życie z miłości do Chrystusa i braci – powiedział Papież spotykając się z pielgrzymami, którzy przybyli do Rzymu na wczorajszą kanonizację. Wspominając o św. Bartłomieju, „z całego serca” zachęcił do odmawiania różańca. „Kontemplując tajemnice Chrystusa oczami Maryi, dzień po dniu przyswajamy Ewangelię i uczymy się ją praktykować” – powiedział Ojciec Święty.
20 października 2025/ Krzysztof Bronk | Watykan Ⓒ Ⓟ
***
Nawrócony kapłan satanistycznej sekty, który stworzył Nowennę Pompejańską. Kościół ma nowego świętego
(fot.Chrissjb15 (talk) (Uploads), CC0, via Wikimedia Commons)
***
W niedzielę 19 października Ojciec święty kanonizował grupę kolejnych świętych. Wśród nich znalazł się Bartolo Longo. To postać, która ukazuje, że nawet najbardziej spektakularne i niespodziewane nawrócenia pozostają możliwe.
Wśród nowych świętych są dwaj męczennicy: Ignacy Maloyan, ormiański arcybiskup i męczennik z czasów ludobójstwa Ormian (1869-1915) oraz Piotr To Rot, świecki katecheta z Papui-Nowej Gwinei, który oddał życie za obronę małżeństwa chrześcijańskiego (1912-1945), a ponadto: Maria Troncatti, salezjanka i misjonarka wśród Indian Shuar w Ekwadorze (1883-1969); oraz Wincencja Maria Poloni, założycielka Instytutu Sióstr Miłosierdzia z Werony (1802-1855); Carmen Elena Rendiles Martínez, założycielka Zgromadzenia Służebnic Jezusa z Caracas (1903-1977); Bartłomiej Longo, świecki apostoł Różańca i założyciel sanktuarium w Pompejach (1841-1926); oraz Józef Grzegorz Hernández Cisneros, lekarz i naukowiec z Wenezueli, zwany „lekarzem Boga” (1864-1919). O ich kanonizacji zdecydował jeszcze papież Franciszek, uznając cuda przypisywane ich wstawiennictwu, natomiast jej datę wyznaczył już Leon XIV.
Na początku Mszy św. odśpiewano hymn do Ducha Świętego „Veni, creator Spiritus”. Prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych kard. Marcello Semeraro, w towarzystwie postulatorów procesów kanonizacyjnych siedmiorga błogosławionych, skierował do papieża prośbę o ich kanonizację, po czym przedstawił ich krótkie życiorysy. Po litanii do Wszystkich Świętych Leon XIV wypowiedział po łacinie formułę kanonizacji: „Ad honorem Sanctæ et Individuæ Trinitatis, ad exaltationem fidei catholicæ et vitæ christianæ incrementum, auctoritate Domini nostri Iesu Christi, beatorum Apostolorum Petri et Pauli ac Nostra, matura deliberatione præhabita et divina ope sæpius implorata, ac de plurimorum Fratrum Nostrorum consilio, Beatos martyres Ignatium Maloyan et Petrum To Rot, necnon Beatos Vincentiam Mariam Poloni, Mariam a Monte Carmelo Rendiles Martínez, Mariam Troncatti, Iosephum Gregorium Hernández Cisneros, et Bartholomæum Longo Sanctos esse decernimus et definimus ac Sanctorum Catalogo adscribimus, statuentes eos in universa Ecclesia inter Sanctos pia devotione recoli debere. In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti”. Zabrzmiało radosne „Alleluja”, w którego trakcie ustawiono naczynia z kadzidłem i położono wiązanki kwiatów przed relikwiami nowych świętych umieszczonymi przy ołtarzu. Kard. Semeraro podziękował papieżowi za dokonanie kanonizacji.
Papieska homilia była komentarzem do pytania z odczytanej przed chwilą Ewangelii: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Ojciec Święty zaznaczył, że najcenniejsza w oczach Pana jest wiara, „czyli więź miłości między Bogiem a człowiekiem”. Przewyższa ona wielkie dobra materialne i kulturowe, naukowe i artystyczne „nie dlatego, że są one godne pogardy, lecz dlatego, że bez wiary tracą sens”. – Relacja z Bogiem ma największe znaczenie, ponieważ On stworzył wszystko z niczego na początku czasów i ocala od nicości wszystko, co przemija w czasie. Ziemia bez wiary byłaby zamieszkana przez dzieci żyjące bez Ojca, czyli przez stworzenia pozbawione zbawienia – stwierdził papież.
Zauważył, że gdyby wiara zanikła w świecie, „w naszych sercach nie byłoby już nadziei; wolność wszystkich zostałaby pokonana przez śmierć; nasze pragnienie życia pogrążyłoby się w nicości”. Bez wiary w Boga bowiem „nie możemy mieć nadziei na zbawienie”, które jest „darem życia wiecznego, który otrzymujemy od Ojca, poprzez Syna, mocą Ducha Świętego”.
Szczególną uwagę wśród nowych błogosławionych zwraca Bartolo Longo. Mężczyzna ten był bowiem kapłanem satanistycznej sekty, nim nawrócił się po żarliwej modlitwie bliskich o jego konwersję. To on jest autorem słynnej Nowenny Pompejańskiej.
KAI/PCh24.pl
***
Kanonizacja Bartola Longo.
Przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata
Pompeje. Kościół Matki Bożej Różańcowej.
WIKIPEDIA
***
Ten, który na słowo „Maryja” reagował alergicznie, przylgnął do Różańca. „Kto go szerzy, ten jest ocalony!” – to zawołanie po latach obiegło świat. Właśnie zostaje ogłoszony świętym.
Zaledwie przed tygodniem rozmawiałem z księdzem, który towarzyszył odchodzącemu w hospicjum sataniście. Gdy zaproponował mu przyjęcie sakramentu, chory z ochotą się zgodził, co więcej – wyraził też chęć odmówienia po raz pierwszy (i jak się okazało, ostatni) w życiu Koronki do Bożego Miłosierdzia. Odszedł pojednany. Nie mogłem, słuchając tej poruszającej historii, nie myśleć o pewnym zbuntowanym Włochu, który właśnie zostaje ogłoszony świętym.
Nieprawdopodobną drogę przeszedł ten antyklerykał: od praktyk spirytystycznych i przyjęcia „święceń jako kapłan szatana” do umiłowania Różańca. Prawnik żyjący w latach 1841–1926, który słynął z butnych wypowiedzi wrogich Kościołowi, a przez pewien czas związany był z satanistami, jako dominikański tercjarz przyjął imię Brat Różaniec i został autorem najsłynniejszej nowenny świata.
Na śmierć i życie
Bartolo Longo urodził się 10 lutego 1841 roku w Latiano, na obcasie włoskiego buta. Podjął studia prawnicze w Lecce. To wówczas przeżył potężny kryzys wiary i zaczął występować przeciw Kościołowi. Wszedł do środowiska nieukrywającego masońskich poglądów, uważającego katolicyzm za zbiór wstecznych antynaukowych przesądów. Był to czas gwałtownego rozwoju ezoteryzmu, szukania prawdy poza objawieniem głoszonym przez Kościół. Pochłonęła go magia, wpadł w okultyzm po uszy. Nie tylko uczestniczył w seansach spirytystycznych, ale został nawet, jak sam pisał, „kapłanem szatana”. Powierzył mu swą duszę, co potwierdzał parodiowaniem sakramentów.
Na szczęście zbuntowany młodzieniec spotkał na swej drodze ludzi wiary, a zwłaszcza prof. Vincenza Pepe, rodaka z Apulii. Godzinami rozmawiali, poruszając tematy na śmierć i życie, a Bartolo odkrywał krok po kroku piękno chrześcijaństwa. Na nawrócenie zbuntowanego antyklerykała ogromny wpływ mieli bracia dominikanie (a zwłaszcza o. Alberto Radente), a porwany ich erudycją i wszechstronnym wykształceniem Bartolo znajdował odpowiedzi na pytania, z którymi przychodził. Nie tylko został dominikańskim tercjarzem, ale przyjął imię Rosario, czyli… Różaniec.Bartolo Longo – były mason i satanista właśnie zostaje ogłoszony świętym.
Bartolo Longo – były mason i satanista właśnie zostaje ogłoszony świętym.
WIKIPEDIA
***
On wziął mnie za rękę
Choć w 1864 roku otrzymał doktorat z prawa, ku zdumieniu znajomych znających jego „warczące” adresowane pod adresem Kościoła wypowiedzi, porzucił zawód adwokata i oddał się działalności ewangelizacyjnej. „Opatrzność wzięła mnie za rękę, tak jak ktoś, kto prowadzi niewidomych i dzieci” – wyjaśniał. „Boga pragnę kochać bardziej niż jakiekolwiek stworzenia. Wolę miłość Boga od miłości wszystkich kobiet i stworzeń. Pragnę przebywać we własnym pokoju jak w celi, sam na sam z Bogiem, tak aby poznawać Jego wolę” – deklarował gorliwie.
Ten, który na słowo „Maryja” reagował alergicznie, przylgnął do Różańca. „Kto go szerzy, ten jest ocalony!” – to jego zawołanie po latach obiegło świat.
To jest moc!
Został administratorem majątków księżnej Marianny de Fusco, która wspierała hojnie jego charytatywną działalność. Wędrował po wsiach, ucząc katechizmu i z pasją opowiadając o ogromnej mocy Różańca. „W piękny sposób przedstawia on teologiczną głębię myśli maryjnej, jest ona powielana w całej dialektyce prawdy i dedukcji. Teologia maryjna i różaniec są niczym dwa poematy połączone w jedną całość, dwa hymny zlewające się w jeden hymn, dwie okazałe świątynie, dwie katedry myśli i pobożności, które stają się jednością” – nauczał.
Gdy siostra Maria Concetta de Litala podarowała mu zniszczony obraz Matki Bożej Różańcowej, dokonał jego renowacji i umieścił w niewielkim kościółku w Pompei. Ani on, ani proboszcz parafii, który wydał na to zgodę, nie spodziewali się, że do płótna będą przybywały tysiące pielgrzymów, a obraz niebawem stanie się łaskami słynącym. „Najświętsza Panna sama dodała temu obliczu nieziemskiej słodyczy i niebiańskiego uroku. Z oblicza Maryi promienieje nowe piękno, wspaniałość i budząca zaufanie łagodność” – pisał Bartolo.
Zachęcony przez biskupa Noli Giuseppa Formisaniego rozpoczął zbiórkę funduszy na wybudowanie kościoła pw. Matki Bożej Różańcowej. Prace ruszyły w 1876 roku i dzięki ogromnej hojności Włochów trwały zaledwie 11 lat. W roku konsekracji Leon XIII ofiarował wizerunkowi papieską koronę, którą zdobiło ponad 700 drogich kamieni. W 1894 roku Longo podarował kościół samemu papieżowi, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny następca Piotra). Przy kościele wyrosły dzieła miłosierdzia: domy wychowawcze dla dzieci więźniów i sierot, szkoły, warsztaty pracy. 4 maja 1901 roku Leon XIII podniósł kościół do godności bazyliki papieskiej, a dziś ta okazała świątynia przyciąga tłumy pielgrzymów z całego świata. Longo stał się gorliwym propagatorem Nowenny Pompejańskiej. Stworzył ją w 1879 roku i zreformował po pięciu latach.
To oszust!
Gdy dawni znajomi antyklerykałowie oskarżyli Bartola o defraudację środków, pokornie zrzekł się praw do świątyni i innych inicjatyw i jako 84-latek wrócił do rodzinnego Latiano. Z okazji 50-lecia dzieł w Pompejach powrócił do sanktuarium i oczyszczony z zarzutów pozostał tam przez ostatnie miesiące życia. Zmarł w opinii świętości, a na jego pogrzeb 7 października 1926 roku przyszły nieprzebrane tłumy. Jego szczątki spoczęły w ukochanych Pompejach.
Historia dominikańskiego tercjarza jest potwierdzeniem jednoznacznych słów Apokalipsy: „Obyś był zimny albo gorący”. Letniość jest obrzydliwością (to dlatego katecheci rozbijają się dziś o mur obojętności i dyskretnego ziewania, a młode pokolenie, jak wynikało z badań OBOP-u, stwierdziło, że Bóg ich nie interesuje). Bartolo w swym duchowym życiu poruszał się po skrajnościach. Od satanizmu do maryjności.
22 kwietnia 1975 r. urzędnicy i konsultorzy Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych oświadczyli, że żył cnotami chrześcijańskimi w stopniu heroicznym. Cudem wymaganym do beatyfikacji było uzdrowienie 4 kwietnia 1943 r. Carmeli Camera z Baronissi, matki cierpiącej na zespół zapalenia jelit, ciężką i przewlekłą anemię oraz kamienie żółciowe.
Beatyfikował go 45 lat temu papież Jan Paweł II, a ogromna popularność, jaką cieszy się na całym świecie Nowenna Pompejańska, skłoniła przed rokiem arcybiskupa Pompejów Tommasa Caputa i przewodniczącego regionalnej Konferencji Episkopatu Kampanii Antoniego Di Donnę do wysłania do Watykanu prośby o kanonizację.
Dobra nowenna
Siedzę u warszawskich franciszkanów, nagrywając świadectwo uzdrowienia za wstawiennictwem Pierra Giorgia Frassatiego (opowieść ks. Juana przeczytacie w kolejnym numerze). Amerykanin, używając słowa „nowenna”, nie zdaje sobie sprawy, że brzmi to jak „nowina”. Jak bardzo pasuje to do Nowenny Pompejańskiej, która nie jest odkurzaniem zamierzchłej przeszłości, ale modlitwą „tu i teraz”, realizacją słów Jezusa: „Proście, a otrzymacie, szukajcie, a znajdziecie”!
Piękne jest to, że w tej trwającej 54 dni modlitwie do połowy czasu zanosimy prośby, ale później zaczynamy dziękować w ciemno, często nie widząc owoców. To ogromna lekcja zaufania, która sprawia, że ta forma nie zamienia się w katolicką książkę skarg i zażaleń, ale staje się realizacją słów, które usłyszałem od założyciela ruchu Mężczyzn św. Józefa Donalda Turbitta: „Chrześcijanin coś ma, zanim jeszcze to ma”. Nowenna jest wypełnieniem wezwania: „Nieustannie się módlcie” i realizacją słów katechizmu, który podpowiada że „życie modlitwy polega na stałym trwaniu w obecności Boga”.
Jeśli miałbym znaleźć biblijny opis praktykowania „nowenn”, wskazałbym na potężne Jerycho. Bóg zlecił Jozuemu przygotowanie dłuższej akcji, a wojownicy musieli być zdumieni, słysząc, że mają zdobyć miasto… uwielbieniem. Pompejanka to znakomite narzędzie podarowane nam przez Kościół, a najpiękniejszą cechą tej modlitwy jest wierność. Przypomnienie, że życie duchowe jest długim dystansem, a nie efektownym sprintem.
„Nigdy nie oceniaj człowieka na podstawie jego historii, ale powołania, do którego Bóg go wezwał” – przypomina Leif Hetland od lat ewangelizujący w Pakistanie, który wielokrotnie przekonywał się, że Bóg wybiera osoby, które on sam spisałby na duszpasterskie straty. Czyż to nie opowieść o Bartolo, którym w pewnym momencie pobożne włoskie nonny mogły straszyć swoich wnuków?
Pompejanka jest najbardziej popularną nowenną świata.
To było kilkanaście lat temu. Pewnego dnia Kamila dowiedziała się od lekarza, że dziecko, którego z mężem oczekiwali, ma poważną wadę rozwojową. Wskazanie: „terminacja ciąży”. Co robić? Dziewczyna była w rozsypce, a otoczenie nie pomagało. „No jasne, że aborcja, przecież prawo ci pozwala!” – mówili ludzie.
Któregoś wieczoru zapłakana dziewczyna natknęła się na sąsiadkę, Teresę. Wylała przed nią swój ból. W odpowiedzi Teresa powiedziała łagodnie: „Wiesz co? Oddaj to dziecko Matce Bożej”.
Rano Kamila przybiegła do sąsiadki mocno poruszona. „Pani Tereso, ja tak zrobiłam, jak pani powiedziała, i w nocy przyśniło mi się, że podeszła do mnie Maryja i położyła mi rękę na brzuchu. Wtedy się obudziłam i patrzę, a tu mam ślad ręki! Niech pani patrzy!” – i odsłoniła brzuch.
„Rzeczywiście, widać było wyraźny odcisk dłoni. Zaczerwienienie w miejscach palców już znikało, ale jeszcze było widoczne” – opowiadała potem Teresa.
Zdarzenie to tak poruszyło Kamilę, że nie zdecydowała się na aborcję. Przeciwnie – postanowiła zrobić wszystko, żeby dziecko się urodziło. Poszła do szpitala na podtrzymanie, jednak… maleństwo zmarło przed urodzeniem.
Ktoś zapyta: a gdzie tu cud? No jak to: przecież Kamila wróciła do domu jako matka! Nie musiała niczego wypierać, nadała dziecku imię, przeżyła żałobę. A potem urodziła kolejne dzieci – zdrowe i dorodne.
Nie musi być po naszemu. Nasz scenariusz jest zawsze słabszy niż Boży i gdy pojawia się ten drugi, trzeba zrezygnować z naszego. To wymaga zaufania, że Bóg wie lepiej.
Zaufanie
Ludzie dziś nie lubią zaskoczeń, a niespodzianki traktują z podejrzliwością. Bo wszystko musi być zaplanowane. Szczególnie dzieci.
Tajemnica zwiastowania nasuwa jednak myśl, że sam Jezus był… dzieckiem nieplanowanym. Matka Boża, mimo zaślubin z Józefem, prawdopodobnie miała inne plany. Zdaje się o tym świadczyć Jej pełne zdziwienia pytanie: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”. Mogło chodzić – jak chce tradycja – o wcześniej powzięte przez Nią postanowienie trwania w dziewictwie.
Tak czy owak Maryja nie spodziewała się tego, co Ją spotka. Opanował Ją lęk, była zmieszana, stąd uspokajające słowa archanioła: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga”.
Łaska nie oznacza przymusu – Bóg chce wolnego wyboru człowieka. I Maryja wybiera Boże plany w miejsce swoich: będzie Matką. Słowa: „Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” przesądziły o losach ludzkości i brzmią przez wszystkie wieki. Ta żydowska dziewczyna musiała wiedzieć, że godząc się na jedyne w historii dziewicze macierzyństwo, naraża się na oskarżenie o cudzołóstwo, a tym samym na bardzo poważne kłopoty, w pierwszym rzędzie ze strony Józefa. Co mu powie? Że Duch Święty? No proszę was… Ale skoro to plan Boży, to Bóg się zatroszczy i usunie nawet najbardziej „nieusuwalne” przeszkody.
I tak się właśnie dzieje. Zanim się jednak stanie, Maryja po prostu ufa i czeka. Gdy ściana jest już blisko, nagle otwiera się w niej furtka – anioł wyjaśnia Józefowi to, czego nie mogła mu wytłumaczyć małżonka.
To pierwsza lekcja w szkole Maryi: Jeśli mówisz Bogu „tak”, stawiaj kolejne kroki wiary, nie przyglądając się przeszkodom. One cię nie zatrzymają, bo ani ktokolwiek z ludzi, ani sam diabeł nie są w stanie zniweczyć planu Boga względem ciebie. Możesz to zrobić tylko ty sam, nikt więcej. Ty jeden możesz wyrządzić sobie krzywdę, gdy stracisz zaufanie i z lęku albo złości, albo zwabiony fałszywym blaskiem doczesnej korzyści dokonasz duchowej „aborcji”, zabijając poczętą w sobie łaskę. Pamiętaj: zły duch i świat nie mają mocy zepchnięcia cię z drogi Bożej – oni mogą tylko działać na twoją wyobraźnię, próbując cię przestraszyć i skłonić do tego, żebyś sam zszedł z drogi szczęścia. Twoim zadaniem jest robić swoje, spokojnie czekać i nie majstrować przy Bożym scenariuszu. Bóg wie, co robi, i w swoim czasie dokona w twoim życiu cudów – tym większych, im większe zaufanie.
Służba
Tajemnica nawiedzenia świętej Elżbiety. Maryja idzie usłużyć krewnej Elżbiecie, a największym beneficjentem tego spotkania będzie Ona sama. Zawsze tak jest, gdy człowiek podejmuje akt bezinteresownej miłości. Szczera reakcja pomocy wobec ludzkiej potrzeby zawsze jest zgodna z wolą Boga. Więcej nawet: święty Paweł powie, że jesteśmy „stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2,10).
Pełnienie dobrych czynów to owoc żywej wiary. „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana” – słyszy Maryja w Ain Karim (Łk 1,45). Jej wielkość nie wynika z tego, że widziała anioła, że słyszała jego słowa, nie z tego nawet, że była wolna od grzechu – ale z tego, że uwierzyła. Druga Ewa zaufała tam, gdzie pierwsza Ewa okazała nieufność.
Dlaczego wiara przejawiająca się w zaufaniu jest taka ważna? Bo zaufanie to jedyne, co człowiek może Bogu dać od siebie. Wszystko otrzymujemy od Boga, wszystko jest Jego darem – a tylko zaufanie jest aktem własnej woli, którym możemy na ten dar odpowiedzieć.
Maryja w domu Zachariasza i Elżbiety, porwana mistyczną radością, wychwala Boga hymnem Magnificat, „bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej”. To dlatego błogosławić Ją będą „odtąd wszystkie pokolenia”. Uniżenie przejawia się w służbie tam, gdzie jest potrzeba, a nie tam, gdzie można zabłysnąć. To pokora w praktyce. Ona otwiera człowieka na Boga. Pycha – zamyka. Bóg „rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich” i „wywyższa pokornych”.
Czego Maryja uczy nas w tej tajemnicy? Tego, że Bogu podoba się pokorna służba. Akt prawdziwej miłości bliźniego zawsze wiąże się z poświęceniem na jego rzecz czegoś swojego – czasu, środków, wysiłku. Ale to nie strata. Kto kocha, ten niczego nie traci, bo tylko to jest święte, co poświęcone.
Jeśli mówisz Bogu „tak”, stawiaj kolejne kroki wiary, nie przyglądając się przeszkodom. One cię nie zatrzymają, bo ani ktokolwiek z ludzi, ani sam diabeł nie są w stanie zniweczyć planu Boga względem ciebie.
ILUSTRACJE OREFICE RAFFAELE
***
Radość
Tajemnica narodzenia Jezusa w Betlejem. Dziś powiedzielibyśmy, że warunki, w jakich przyszedł na świat Zbawiciel, były nie do przyjęcia. Fakt, nie były komfortowe, ale przecież wystarczające. Nic nie wskazuje na to, żeby Maryja i Józef narzekali. Wiedzieli, że Bóg się nimi opiekuje, doświadczyli już Jego interwencji.
„Wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie” – powie Jezus 30 lat później (Mt 6,8). On też zapyta swoich uczniów, gdy wrócą z wyprawy misyjnej: „Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?”. Odpowiedzą: „Niczego” (Mt 22,35).
Zawsze tak jest, gdy Bóg się człowiekiem opiekuje. W grocie narodzenia było to, co konieczne, a ponadto radość przewyższająca wszystko, co może zaoferować ten świat. W noc narodzenia Bożego nad ubogą stajenką otworzył się kawałek nieba. Daremnie było szukać czegoś podobnego w pałacach Rzymu czy w rezydencjach Heroda. Tam był tylko luksus – tu było nieopisane szczęście.
„Mając żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni” – zaleca św. Paweł (1 Tm 6,8). Zadowolenie to w gruncie rzeczy decyzja człowieka, zależna dużo bardziej od świadomości bycia kochanym przez Boga niż od zewnętrznych okoliczności.
Nauka z tajemnicy narodzenia Pańskiego płynie taka, że nie standard przynosi człowiekowi spełnienie, ale radość; nie komfort, ale szczęście; nie zabezpieczenia socjalne, ale pokój płynący ze świadomości przebywania w ręku Boga.
Ofiara
Tajemnica ofiarowania Jezusa w świątyni. Wśród wyznawców Chrystusa pokutuje przesąd, że kiedy człowiek ofiaruje siebie Bogu, wtedy Bóg zrobi mu z życia pełen cierpienia i bólu koszmar. A przecież nie tego uczy tajemnica ofiarowania. Decyzja powierzenia siebie Bogu nie oznacza, że dopiero wtedy Bóg może z nami zrobić, co chce, gdy Mu siebie oddamy. Zawsze może, bo jesteśmy własnością Boga z samego faktu, że On nas stworzył. Możliwość dokonania aktu ofiarowania Bogu siebie i tych, których kochamy, jest wyjątkowym przywilejem. To komunikat: wierzę, Boże, że jesteś dobry, i dlatego nie tylko przyjmuję do wiadomości, że jesteś moim Panem, ale i chcę tego. Chcę być Twoją własnością.
Takie ofiarowanie to po prostu akt zaufania – a Bóg tych, którzy Mu ufają, nigdy nie zawodzi. To źródło łask, a nie jezioro udręki.
Ewangeliczny opis ofiarowania Jezusa to pasmo błogosławieństw. Owszem, Maryja słyszy z ust Symeona proroctwo: „A Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2,35), ale nie jest to przecież zapowiedź życia pełnego smutku, umęczenia i boleści. Przeciwnie – życie Maryi, mimo przeszkód, to pasmo znaków Bożej chwały i dowodów Bożego prowadzenia. W ciągu dziesiątek lat ziemskiego życia Matki Jezusa miecz przeszyje Jej serce jeden raz i pozostanie tam przez kilkadziesiąt godzin. A i wtedy nie opuści Maryi pewność, że jest bezustannie w ręku Boga.
„Przestań się lękać tego, co będziesz cierpiał” – wzywa Syn Człowieczy w wizji św. Jana (Ap 2,10). To nauka z tej tajemnicy: nie bój się ofiarować siebie Bogu – przy Nim będziesz szczęśliwy i nawet cierpienie posłuży do twojego wzrostu.
Poszukiwanie
Tajemnica znalezienia Jezusa w świątyni. Bywa tak, że szukamy Go „z bólem serca” – jak Maryja i Józef. Nie znaczy to jednak, że Jezus się nam zgubił, tylko że my nie umiemy Go znaleźć. Czasem znika nam z oczu, bo poszukiwanie Go bywa nam potrzebne. „Ból serca” uświadamia nam, jak bardzo jest dla nas ważny. Potrzebujemy powrócić do świątyni i zrozumieć, że i my, jako rodzeństwo Jezusa, też mamy być w tym, co należy do Ojca.
„A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu” – powie ewangelista Łukasz (2,51). Chowała w pamięci, rozważała je, a choć nie do końca wiedziała, co oznaczają, to ufała, że Bóg tworzy z tego sobie znany wzór.
Co nam to mówi? To, że nie muszę wiedzieć, co Bóg ze mną robi i dokąd mnie prowadzi. Wystarczy, że robię to, co rozpoznaję jako Jego wolę. Poszukiwanie Jezusa to proces, w którym jak Maryja przeżywam rozterki, ale jak Ona też doświadczam ulgi, gdy Go znajduję. Ten proces to wzrastanie w wierze.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg wie, co ma robić
W tajemnicach światła Matka Boża uczy wypełniania woli Syna.
Rycina z Biblii wydanej w 1909 r.FOTOREPRODUKCJA HENRYK PRZONDZIONO/GOŚĆ
***
Ojciec Julian Różycki, dominikanin, wspominał szczególną łaskę, otrzymaną podczas październikowego nabożeństwa różańcowego. To było wiele lat temu, gdy chodził do szóstej klasy podstawówki. „Mimo wykopek ziemniaków i wielkiej pracy jesiennej przed zimą z radością biegłem na wieczorny Różaniec w kościele” – opowiadał w świadectwie opublikowanym na stronie wiara.pl.
Tego wieczoru klęczał z innymi ministrantami po lewej stronie ołtarza, przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem. O Jezusie mówiła mu mama, a na religii nauczono go, że w konsekrowanej Hostii jest obecny Chrystus, ale to była wiedza teoretyczna, prawda nauczona i zapamiętana. Wtedy zdarzyło się coś niezwykłego. „Nagle jakby z Hostii wyszły promienie światła i przeniknęła mnie Żywa Obecność i to tak mocno, że nie śmiałem nawet oczu podnieść na Hostię. Cały byłem przeniknięty tą Obecnością, a zarazem miłością przedziwną Pana, Brata i Przyjaciela. To, co usiłowała mi bezskutecznie przekazać moja mamusia, ukazała mi Matka Różańca świętego. Od tamtego czasu Hostia jest dla mnie zawsze Żywą Obecnością” – zaświadczył zakonnik. Zastrzegł, że nie oznacza to, iż zawsze ma takie odczucie Eucharystii. „Tamten moment był tylko raz i teraz też muszę ciągle ponawiać w sobie wysiłek wiary w Ukrytą Obecność, ale tamta łaska niewątpliwie tę wiarę umacnia, a każdorazowe odmawianie Różańca przed Tabernakulum jest odnawianiem żywej więzi z Bogiem Ukrytym” – podkreślił. Różaniec pozostał w jego życiu. „A potem Pani Różańca uśmiechnęła się i zaprosiła do Różańcowego Zakonu” – zaświadczył.
Pokorny gest
Maryja, towarzysząc modlącym się w tajemnicach różańcowych światła, prowadzi do doświadczenia wiary, po którym nic nie jest już takie samo. To nie żaden fajerwerk, chwilowa egzaltacja czy uczuciowy wzlot. To spotkanie żywego Boga, daleko bardziej przekonujące niż wszelkie empiryczne dowody i coś dużo głębszego i trwalszego niż wiedza teoretyczna. Ludzie w różny sposób spotykają Chrystusa, ale zawsze jest to przełom: wiara z poziomu umysłu dociera do serca i staje się wiarą osobistą. Człowiek doznający tej łaski przestaje się zastanawiać, czy Bóg istnieje, bo to staje się dla niego oczywiste. Nie zadaje już sobie pytania, czy wierzy w Boga, ale czy wierzy Bogu. Tak zaczyna się droga zaufania w Boże prowadzenie.
W tajemnicy chrztu Jezusa w Jordanie widzimy Zbawiciela, który rozpoczyna działalność publiczną od pokornego gestu przyjęcia chrztu. To niezrozumiałe nawet dla Jana Chrzciciela, ma przecież przed sobą człowieka bezgrzesznego. „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” – wzbrania się (Mt 3,14). Jezus nie tłumaczy, mówi tylko, że „tak godzi się wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”.
Matka Boża przez rozważanie tej tajemnicy uczy nas pokory przed Bogiem i gotowości pójścia za Jego wolą, nawet gdy droga nie jest jeszcze do końca jasna. Nie musimy wszystkiego wiedzieć i rozumieć już teraz i już tu. Gdy jednak w zaufaniu wypełniamy to, co odczytujemy jako zgodne z wolą Bożą, na nas także zstępuje Duch Święty i rozlega się nad nami zapewnienie Boga o miłości do nas – Jego dzieci. Wtedy jesteśmy gotowi do głoszenia Ewangelii.
Mów o problemie
Jezus nie stroni od udziału w zwykłych ludzkich sprawach. Jego obecność na weselu w Kanie Galilejskiej jest tego przykładem. Maryja Mu towarzyszy. To za Jej namową Syn dokonuje pierwszego cudu, choć wydaje się, że tego nie planował.
Różańcowa tajemnica cudu w Kanie Galilejskiej jest ważną wskazówką: warto Jezusa prosić, i to nie tylko w sprawach najważniejszych. Brak wina jest drugorzędną sprawą. Byłby, owszem, wizerunkową katastrofą i ciężkim wstydem – ale końcem świata by nie był. A jednak Maryja interweniuje, bo stoi wobec ludzkiego problemu. Nie wie, jak Syn mu zaradzi, ale – choć do tej pory nie uczynił żadnego nadzwyczajnego znaku – wie, że może to zrobić. I ma przekonanie, że to zrobi. Pomimo, wydawałoby się, oschłej odpowiedzi Jezusa: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto?”, wie, że Syn Jej nie odmówi. Znaczące, że Matka przedstawia Jezusowi tylko sytuację: „Nie mają już wina”. Nie mówi Synowi, co ma zrobić. Mówi to natomiast sługom: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
To jest nauka płynąca z tej tajemnicy: naśladując Maryję, mów Jezusowi o problemie, a nie jak ma go rozwiązać. A kiedy już przedstawisz problem, naśladując sługi, rób wszystko, cokolwiek ci Jezus powie. Każe nalać mnóstwo wody do kamiennych stągwi? To dużo roboty i po twojemu raczej bez sensu, ale zapamiętaj to słowo: „wszystko”. Zrób wszystko, co mówi, a nie wybieraj sobie z woli Bożej tego, co ogarniasz swoim umysłem, bo nie ogarniesz wszystkiego. Nawet małej części nie ogarniesz, bo nie jesteś w stanie przeniknąć Bożego planu. Cud dzieje się tam, gdzie człowiek jest bezradny i nie ma pojęcia, co zrobić, ale ufa. Bóg, w odpowiedzi na zaufanie, zawsze daje hojnie i ponad oczekiwania – jak w Kanie: dobre wino w ilości, którą można by było obdzielić parę wesel. Tak to jest z wolą Bożą: za zasłoną tajemnicy Bożego planu tkwi radość i obfitość dla tych, którzy Jezusowi zaufają. Najlepiej wie o tym Jego Matka.
Najpierw nowe myślenie
„Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” – wołał Jezus, rozpoczynając publiczną działalność.
Różańcowa tajemnica głoszenia Ewangelii o nawróceniu i królestwie Bożym przypomina, że wiarę w Dobrą Nowinę poprzedza zmiana myślenia. To właśnie oznacza nawrócenie – w greckim oryginale metanoia. Od tego się zaczyna. Nie przyjmie Ewangelii ten, kto zachowuje stare myślenie, skupione na sobie, skoncentrowane na zdobywaniu dóbr i na ich zabezpieczaniu. Dopóki człowiek ma upodobanie w tym, co go niszczy, jak pijak w alkoholu, nie zdoła się od tego uwolnić. Może się tego na krótki czas wyrzec, aby sobie i innym coś udowodnić, ale wkrótce do tego wróci z jeszcze większą łapczywością – bo jego myślenie się nie zmieniło i w istocie wciąż to kocha. Nie chce ponosić kosztów uzależnienia, ale chce zachować płynącą z niego „przyjemność”.
Prawdziwe nawrócenie to nowe myślenie. Ono sprawia, że zmieniają się priorytety. To, co dotąd budziło niechęć, a nawet odrazę, teraz zaczyna pociągać i przynosi szczęście. Z kolei rzeczy dotąd ważne stają się nic niewartymi śmieciami. To było doświadczenie św. Pawła. „To wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim” – zapewnia apostoł.
W tej tajemnicy Maryja wskazuje drogę zmiany myślenia w pierwszym rzędzie o Bogu. Kto porzuca obraz Boga jako surowego sędziego na rzecz wizerunku troskliwego Ojca, którego wolą jest nasze zbawienie, ten zaczyna się nawracać. I dopiero człowiek świadom, że jest kochany przez Boga, sam może skutecznie głosić Ewangelię – bo tylko nawrócony może być jej świadkiem.
Nie bój się przyszłości
Jak sobie poradzę w chwili granicznej, gdy mrok ogarnie wszystko to, co do tej pory było punktem odniesienia?
Takie pytanie towarzyszy chyba każdemu, kto realnie myśli o swoim życiu – taki człowiek wie, że kryzysy są nieuniknione. Tajemnica przemienienia Jezusa na górze Tabor przynosi na to odpowiedź: Bóg tych, którzy w Nim pokładają nadzieję, przygotowuje na chwilę próby. Są chwile „panowania ciemności”, których bez wsparcia Bożego żaden człowiek by nie przetrwał. Widok Jezusa w chwale Bożej przewyższał wszystko, co Piotr, Jakub i Jan do tej pory widzieli. Uzdrowienia, wskrzeszenia, chodzenie po wodzie, uciszenie burzy – to wszystko ustępowało wobec tej nadprzyrodzonej wizji, w której ujrzeli majestat Syna Bożego.
Musiała w ich sercach pozostać ta chwila, gdy wkrótce przyszło im patrzeć na Jezusa tego samego, a tak strasznie odmienionego. Jak inaczej mogli zachować nadzieję, widząc krwawą miazgę na krzyżu? Wiara wbrew faktom? To nie na ludzkie siły. Piotr i Jakub, mimo wzmocnienia na Taborze, zawiedli, ale ich wiara, choć mocno nadwyrężona, nie ustała. Jan wytrwał do końca pod krzyżem. Bez doświadczenia chwały Syna Bożego pewnie wszyscy popadliby w rozpacz. Natomiast dzięki Bożemu wsparciu poznali swoją słabość i niewystarczalność, a przetrwawszy kryzys wzbogacili się w cnotę bezcenną – pokorę.
Maryja w tajemnicy przemienienia Jezusa na górze Tabor uczy zaufania, że na nadchodzące wyzwania Bóg nas przygotuje, kiedy trzeba i jak trzeba. Pokazuje, że On nie jest zimnym egzaminatorem, ale stawiając nas przed trudnym zadaniem, sam podsuwa sposób poradzenia sobie z nim. Po prostu nas kocha.
Cud uobecnienia
Eucharystię wymyślił dla nas Bóg. Nikt inny nie wpadłby na coś podobnego. Człowiek potrafi jedynie upamiętniać ważne wydarzenia, utrwalać wiedzę o nich na papierze lub w kamieniu, ale ożywić tego, co było, nie umie. Eucharystia natomiast uobecnia najważniejsze we wszechświecie dzieło, dokonane przez Jezusa Chrystusa – ofiarę, którą poniósł na Golgocie. Uobecnia – a nie tylko przypomina. Dzięki cudowi przemiany chleba w Ciało Pana, a wina w Jego Krew, w niepojęty dla nas sposób ta ofiara wciąż trwa. Będąc na Mszy św., nie wspominamy tego, co Jezus dla nas zrobił, ale w tym uczestniczymy. Spożywając Postaci Eucharystyczne, jednoczymy się z realnym, prawdziwym Jezusem, który chce być z nami tak blisko, że aż w nas. Nie ma niczego na świecie, co dałoby się z tym porównać.
Maryja, która wydała na świat Syna Bożego, towarzyszyła Mu w latach pobytu na ziemi, a pod krzyżem trzymała Jego martwe ciało, najlepiej wie, jak wielkim darem jest Sakrament Ołtarza. W tajemnicy ustanowienia Eucharystii uczy nas korzystania z tej niewyobrażalnej łaski, zachęca do sięgania po nią, gdy tylko jest to możliwe. Matka Boża wie, że robiąc to, będziemy mieli życie w sobie – zadatek życia wiecznego.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
ILUSTRACJE OREFICE RAFFAELE/ ARCHIWUM SANKTUARIUM W POMPEJACH
***
Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg jest zawsze dobry
W tajemnicach bolesnych Matka Boża uczy zaufania Bożemu planowi – to zawsze najlepsza decyzja.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Kate Frantz, Amerykanka, nawróciła się w roku 2016. Odtąd wciąż modli się na różańcu. „Tamtego dnia, zanim przystąpiłam do modlitwy, czułam w sercu jakby ogień, natchnienie, pulsowanie… Trudno to opisać słowami. Może najbliższe było to ekscytacji, jaką odczuwa dziecko przed Bożym Narodzeniem, albo gdy mój mąż wraca z sześciomiesięcznej misji” – zaświadczyła na stronie swojego wydawnictwa Thy Olive Tree.
Był piątek, więc wzięła różaniec i zaczęła odmawiać tajemnice bolesne. „Zaczęłam od pierwszej tajemnicy, męki Jezusa w Ogrójcu. Zwykle, kiedy to robiłam, miałam trudności z koncentracją. Zaczynałam myśleć o męce Jezusa, a potem nagle moje myśli krążyły wokół pracy lub tego, co zjem na kolację. Ale ten dzień był inny” – wspomina. Jej myśli i cała uwaga były skupione tylko na Jezusie w ogrodzie Getsemani. „To było niepodobne do czegokolwiek, czego w życiu doświadczyłam. Moje serce jakby pulsowało w rytm przesuwanych paciorków. W mojej głowie pojawił się obraz Jezusa. Wpatrywał się prosto we mnie. Było w Nim światło” – wyznała.
Gdy zagłębiła się w kolejne tajemnice, wciąż widziała ten obraz. „Cały czas nad nim medytowałam. Następnego dnia myślałam tylko o tym. Wyjęłam Biblię i zaczęłam czytać fragmenty o męce Jezusa. Wtedy zrozumiałam, że On zapewnia mnie, iż bez względu na to, przez co przechodzę, bez względu na lęki i obawy, jest ze mną. Jezus dobrze znał cierpienie i nie składał mi pustych obietnic, mówiąc, że wszystko będzie w porządku – On sam tego doświadczył” – zapisała Kate. I dodała: „Chciałabym powiedzieć, że tak jest za każdym razem, gdy modlę się na różańcu, ale tak nie jest. Wtedy do głosu dochodzi wiara – świadomość, że to wszystko jest bardzo realne, nawet jeśli tego nie odczuwamy. To jedno z najpiękniejszych pocieszeń, jakie otrzymałam od Pana, i często o tym rozmyślam”.
Pożytek i radość
Niektórzy ludzie boją się zagłębiać w tajemnice bolesne Różańca, bo mają obawę, że przez to sami pogrążą się w boleści, a w każdym razie doświadczą smutku, wynikającego z rozpamiętywania cierpienia. Ale rozważanie cierpienia Jezusa nie jest wzmacniaczem naszego cierpienia – jest sposobem na nie. To trochę jak z prawem Archimedesa: na ile zanurzysz się w męce Chrystusa, o tyle sam jesteś lżejszy. Tu, jak nigdzie indziej, działa paradoks jarzma i brzemienia, które Jezus czyni słodkim i lekkim, kiedy się do Niego przychodzi. W lutym 1935 roku św. Faustyna usłyszała zapewnienie Jezusa: „Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej męki większą zasługę ma aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość”.
Nikt głębiej nie rozważał męki Chrystusa niż Jego Matka. To Ona towarzyszyła Synowi w Jego drodze aż na Golgotę i pozostała pod krzyżem aż do końca. Dziś Maryja modli się też z nami, gdy rozważamy tajemnice bolesne.
Heroizm modlitwy
Jeszcze nie nadeszli oprawcy, nikt Jezusa jeszcze nie dotknął, a już nastało „panowanie ciemności” – diabeł otrzymał dostęp do Jedynego Sprawiedliwego. Zajadłość Złego przyniosła Jezusowi duchową mękę, jakiej nikt inny z ludzi nie doświadczył ani nie zdołałby przetrwać. Ewangelista Łukasz zapisał: „Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił” (22,44). To czysty heroizm tak się modlić, gdy wzburzona przez Nieprzyjaciela wyobraźnia szaleje, nie dając chwili wytchnienia i odcinając, wydawałoby się, wszelką możliwość zwrócenia myśli w inną stronę. Człowiek w chwili ciemności ma skłonność dyskutować z oskarżycielem i walczyć z falami rozpaczy. Ale to daremne – trzeba wołać do Boga. Mimo wszystko, pod prąd pokusie zwątpienia i poczuciu „małej wieczności” tego stanu.
Jezus pokonał tę pokusę, przeciwstawiając jej wierną modlitwę do Ojca, zanoszoną wbrew wszelkim przeszkodom i przeciwnościom. Ciemności duszy to cierpienie nieraz większe niż ciężki ból fizyczny, ale też zanoszona w takim stanie modlitwa do Boga jest wyjątkowo płodna. To czas oczyszczenia, po którym następuje obfitsze owocowanie.
Nauka, jaka płynie z tej tajemnicy w Różańcowej Szkole Maryi, to wezwanie do wytrwania w modlitwie. Trwoga i smutek, i pokusa beznadziei, jakie przeżywasz, to nie są symptomy odrzucenia – to szczególna okazja do upodobnienia się do Jezusa, który też to przeżywał, tylko ciężej. Ten kryzys okaże się błogosławiony, gdy, jak Jezus, przyjdziesz z nim do Ojca. Jemu możesz powiedzieć wszystko, także: „oddal ten kielich”. Możesz przed Nim jęczeć, wykrzyczeć Mu swoje niezrozumienie, a nawet pretensje – On zrozumie. I obsypie łaskami.
On usprawiedliwia
Najwięcej ran, jakie otrzymał Pan Jezus, zadano Mu podczas biczowania. Ślady na Całunie Turyńskim wskazują, że Zbawiciel otrzymał 120 smagnięć, a każde z nich powodowało kilka ran zadanych metalowymi zakończeniami. W sumie ponad 600. Wydaje się, że przy słupie biczowania nad Chrystusem znęcali się jacyś potworni psychopaci. Zachodzi jednak obawa, że to… my. We wszystkim, co się wtedy z Jezusem działo, w mistycznym sensie uczestniczyła cała ludzkość, zarówno ci żyjący wcześniej i ludzie Jemu współcześni, jak i ci, którzy zjawili się na świecie po Nim, a także ci, którzy dopiero się zjawią. My też tam byliśmy, a wszystkie nasze złe lub dobre wybory były dla Niego bólem lub wytchnieniem. To nie metafora – my też, grzesząc, mamy udział w biczowaniu Jezusa. Nikt nie jest bez winy, bo jak powie apostoł, „wszyscy zgrzeszyli”. Tu nie chodzi o wpędzanie w poczucie winy, ale o pokorę, która wynika z prawdy o sobie. A prawdą jest, że grzeszymy i potrzebujemy Bożego przebaczenia. „Nie jestem lepszy” – to bolesna świadomość, ale ona chroni przed jeszcze gorszym grzechem faryzeizmu.
Konfesjonały stają się tym „mniej modne”, im wyższe ludzie mają o sobie mniemanie. Bo żądło śmierci tkwi nie w samej grzeszności, ale w jej nieuznawaniu i w wynikającym z tego celebrowaniu swojej fałszywej doskonałości. Nie bądź pewny swojej dobroci, nie zagłuszaj sumienia wyliczaniem swoich zasług i usprawiedliwianiem swoich upadków. Jezus chce cię usprawiedliwić, ale to dokonuje się przez uznanie swojej grzeszności, skruchę i wyznanie grzechów.
Taka nauka płynie z postawy Maryi – wzoru pokory.
Takie królowanie
„Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida” – usłyszała Maryja w czasie zwiastowania. Okazało się, że wielkość wcielonego Syna Bożego, Jego tron i atrybuty władzy daleko odbiegają od ludzkich wyobrażeń. Cierniowa korona na skroniach Jezusa była dla Niego źródłem bólu, a dla oprawców narzędziem wyszydzenia Go. A jednak dziś każdy świadomy chrześcijanin rozumie, że nie ma zaszczytniejszych symboli panowania nad te, którymi „przyozdobiono” Chrystusa w dniu Jego męki. Królować znaczy służyć – i nie ma w tym królowaniu żadnej dominacji, wynoszenia się ani dawania do zrozumienia, kto tu rządzi, ani też nieuczciwego dorabiania się kosztem podwładnych. Służba to troska o potrzeby innych, a Jezus, znosząc ból cierniowego wieńca, zatroszczył się o naszą największą potrzebę – o zbawienie. Taką władzę winien sprawować każdy z nas, bo każdy jakąś władzę ma: polityczną, zawodową, administracyjną, rodzicielską, duchowną, duchową lub jeszcze jakąś inną.
Maryja, wskazując na Jezusa ukoronowanego cierniem, przypomina, że Jezus królujący nie ma nic wspólnego z zadzieraniem nosa i rozpychaniem się na stołkach. Naśladowanie Go to służba – szczera troska o dobro innych.
Najlepsza opcja
Jezus poniósł krzyż na Golgotę, doświadczając niewyobrażalnych cierpień. Słysząc Jego wezwanie do wzięcia swojego krzyża i pójścia za Nim, doświadczamy być może obawy, że to oferta przyjęcia podobnej męki. Klucz tkwi w słowach: „niech weźmie krzyż swój”. Swój – nie Jezusowy. Nasz jest akurat dla nas i dla nikogo innego. I ten mamy wziąć. Słowa: „niech weźmie” wskazują na osobistą decyzję poniesienia tego ciężaru, który po prostu nieść powinienem, bo wynika z moich obowiązków, zobowiązań, uczciwości i wierności temu, co rozpoznaję jako wolę Bożą. To wcale nie oznacza, że temu, kto swojego krzyża nie bierze, będzie łatwiej. O tym, jaka to „łatwizna”, przekonują się ci, co uciekają od swoich obowiązków, którzy łamią swoje słowo, uciekają od powinności, żyją nieuczciwie, a motywowani chciwością – kłamią i oszukują.
„Nikt z was niech nie cierpi jako zabójca albo złodziej, albo złoczyńca, albo jako niepowołany nadzorca obcych dóbr!” – wzywa św. Piotr (1 P 4,15). Bo życie z nieczystym sumieniem to nie jest żaden komfort. Ci, którzy nie podejmują własnego krzyża, cierpią naprawdę ciężko, żyjąc w niezadowoleniu i niepokoju, które towarzyszą nieuczciwości.
Maryjna nauka z tej tajemnicy płynie taka, że wzięcie własnego krzyża i pójście za Jezusem to najlepsza życiowa opcja. Cierpienie tam też jest, ale ono jest słodkie i twórcze. I prowadzi do wiecznego szczęścia.
Do ostatka
Ostatnie słowa Jezusa brzmiały: „Wykonało się”. Ten, który w Ogrójcu prosił, aby Go ominął ten kielich, na krzyżu wypił go do końca, do ostatniej kropli. Przyjął każde cierpienie, jakie Ojciec na Niego dopuścił, wiedząc, że każda wola Boża jest dobra, nawet tak po ludzku niezrozumiała jak męka i śmierć na krzyżu. Dzięki temu dług człowieka został spłacony, a brama nieba otwarta. To wtedy z boku Jezusa wypłynęły krew i woda jako znak niewyczerpanego Bożego miłosierdzia. To źródło wciąż bije i każdy, kto chce, może z niego zaczerpnąć.
Matka Boża pod krzyżem z woli Jezusa stała się także naszą Matką. To oznacza, że zawsze się nami opiekuje i nigdy nie przestaje nas kochać. Ona też w tajemnicy śmierci Pana Jezusa na krzyżu uczy wytrwałości i zaufania Bożym planom. One są perfekcyjne, choć droga ich realizacji nieraz prowadzi przez ciemną dolinę. Zawsze jednak na końcu jest niegasnące światło.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Różańcowa Szkoła Maryi: Bóg chce naszego zbawienia
W tajemnicach chwalebnych Matka Boża wskazuje na niebo. To jest nasz cel – każdy inny jest chybiony.
Maryja jako królowa wciąż służy nam z nieba, troszcząc się o to, żebyśmy także tam się znaleźli.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Okrągła rocznica bombardowania Hiroszimy i Nagasaki stała się okazją do przypomnienia zdarzeń, noszących znamiona ingerencji nadprzyrodzonej. Należy do nich historia jezuitów z Hiroszimy, którzy w niewytłumaczalny sposób ocaleli z nuklearnej zagłady. To znaczy – niewytłumaczalny po ludzku. Osoby wierzące wskazują na jeden trop: Różaniec.
Był 6 sierpnia 1945 roku. O godzinie 8.16 nad miastem eksplodowała bomba Little Boy o sile 16 kiloton. Dom misji jezuickiej znajdował się 1300 metrów od epicentrum wybuchu. Wszystkie domy wokół przestały istnieć. Każdy, kto znajdował się w takiej odległości, zginął od razu lub zmarł wkrótce wskutek choroby popromiennej – z wyjątkiem czterech zakonników: Francuza Hugona Lassalle’a, Niemców Huberta Schiffera i Wilhelma Kleinsorge’a oraz Polaka Huberta Cieślika. Jezuici w chwili eksplozji przebywali w domu parafialnym przy kościele Matki Bożej Wniebowziętej. O. Hubert Cieślik zapisał w swoim dzienniku: „Świat za oknem rozbłysnął niesamowitym światłem. Pomyślałem, że bomba uderzyła niedaleko, może nawet na terenie kościoła. Położyłem się na podłodze, w przejściu między dwoma pomieszczeniami. Po jakimś czasie wszystko ucichło, nie dało się usłyszeć żadnego dźwięku. Podniosłem nieco głowę i rozejrzałem dookoła. Ku mojemu zaskoczeniu, panowała ciemność. Na tyle na ile byłem w stanie sięgnąć wzrokiem, w każdym kierunku widziałem tylko morze ruin i zniszczenia. Przetrwały tylko resztki odartych z kształtu betonowych budowli i dom księży, z którego właśnie wyszedłem. A to był drewniany budynek”.
Okazało się, że wszyscy czterej jezuici doznali tylko obrażeń od potłuczonego szkła, a budynek, w którym się znajdowali, stracił jedynie dach. Najdziwniejsze było to, że żaden z zakonników nie miał powikłań zdrowotnych wskutek promieniowania. W ciągu 30 lat byli badani około 200 razy przez wielu lekarzy i nigdy nie znaleziono w ich ciałach nawet śladu promieniowania. Ostatni z nich, o. Hugo Lassalle, żył do roku 1990 i zmarł w wieku 92 lat.
Ojciec Hubert Schiffer, pytany o tajemnicę ich ocalenia, powiedział w jednym z wywiadów: „Nasza jezuicka grupa była szczególnie oddana przesłaniu fatimskiemu”. To samo mówili pozostali. „Żyliśmy, modliliśmy się na różańcu i odprawialiśmy pokutę, do której wzywała Maryja w Fatimie w tym właśnie domu, który ocalał” – powtarzali wielokrotnie. O. Schiffer stwierdził też, że bomba atomowa nie okazała się więc najpotężniejszą bronią na ziemi ani żadną z tych, które ludzie jeszcze wymyślą, „nigdy nie będzie w stanie odjąć prymatu mocy modlitwy i zjednoczenia ludzkiego stworzenia z Bogiem”.
Dyskretna potęga
Ocalenie zakonników z Hiroszimy nie oznaczało, że byli lepsi od tych, którzy zginęli – ich historia była znakiem, że to Stworzyciel ma prawdziwą władzę nad stworzeniem, zarówno na ludzką duszą, jak i ciałem człowieka. Wszystkie cuda, jakich doświadczają ludzie na ziemi, są jedynie słabym odblaskiem tego, co zdarzyło się w Jerozolimie na trzeci dzień po śmierci Zbawiciela. Zmartwychwstanie Jezusa jest największym cudem wszechświata. A jednak, rzecz dla ludzi dziwna, nie dokonało się to w blasku dnia, na oczach tłumu. „Jaka szkoda” – nasuwa się myśl. „Przecież to przekreśliłoby wszelkie wątpliwości, zamknęłoby usta niedowiarkom, zmusiłoby wrogów do skruchy albo do ucieczki. I byłby triumf godny tego słowa”.
Owszem, tak byłoby po ludzku – ale nie po Bożemu. Bóg, który w swojej ludzkiej naturze przyszedł na świat dyskretnie i niepozornie, pozostał konsekwentny i nawet zmartwychwstał bez żadnej ostentacji. Widocznie tak jest lepiej. Bóg zna ludzką naturę i wie, jak przewrotnie ludzie mogą interpretować to, co oczywiste, i zaprzeczać nawet temu, co niezaprzeczalne. „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą” – mówi Abraham w Jezusowej przypowieści. Sprawdziło się to po wskrzeszeniu Łazarza, gdy żydowska elita, zamiast uwierzyć, postanowiła zabić wskrzeszającego i wskrzeszonego.
Maryja w tajemnicy zmartwychwstania Jezusa uczy nas wiary, jakiej oczekuje Zbawiciel. Takiej, jaką sama miała. Każde wydarzenie, zrozumiałe i niezrozumiałe, było dla Niej podstawą do zaufania Bogu. Bo głęboka wiara zawsze ma związek z zaufaniem, z krokiem w ciemno. Taka wiara nie bierze się z doświadczenia, to z niej bierze się doświadczenie. I tak się dzieje: ci, którzy zaufali Chrystusowi, otrzymują upewnienie mocniejsze od tego, które daje zobaczenie i dotknięcie – ono obejmuje całe ich życie, w którym Zmartwychwstały jest źródłem niezrównanego pokoju i radości.
Daleko, a blisko
Byłoby dla nas czymś ekscytującym wiedzieć, że Jezus jest obecny wśród nas, podobnie jak był za dni swojego pobytu na ziemi. Ale, jak powiedział uczniom Zbawiciel: „Pożyteczne jest dla was Moje odejście”. Jezus, wstępując do nieba, zlecił uczniom misję niesienia Dobrej Nowiny, po czym zapewnił: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Odchodzi, a jednak zostaje na zawsze. Jak to możliwe?
Uczniowie wtedy jeszcze tego nie rozumieli, ale my dziś to wiemy, bo wciąż tego doświadczamy: od tamtej pory Jezus jest obecny w sakramentach, w swoim słowie i we wspólnocie wiary. Gdy przyjmujemy Go w Chlebie Eucharystycznym, jest tak blisko, że aż w nas. Odtąd możemy się z Nim spotkać zawsze i w każdym miejscu. Nawet gdy próbujemy zasnąć, zamiast liczyć owce, możemy porozmawiać z Pasterzem. A to wszystko mało wobec tego, co czeka na nas tam, gdzie wstąpił Chrystus.
Maryja przez tajemnicę wniebowstąpienia Jezusa wskazuje nam Kościół jako miejsce szczególnej obecności Jej Syna także w doczesności. Nie ma lepszego domu nad ten, w którym mieszka Chrystus. A On chce mieszkać z nami.
Niezrównane wyposażenie
To ludzka rzecz się bać. Ważne, żeby mimo lęku realizować wolę Jezusa – jak apostołowie w Wieczerniku. W dniu Pięćdziesiątnicy byli tam wszyscy i wraz z Maryją modlili się. Nagle zerwał się jakby gwałtowny wiatr, a nad każdym z obecnych spoczął jeden język ognia. „I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić” – czytamy w Dziejach Apostolskich. I nagle, choć na zewnątrz nic się nie zmieniło, wszystko się zmieniło wewnątrz – zalęknieni dotąd ludzie wyszli śmiało na zewnątrz i zaczęli głosić Ewangelię. Strach ustąpił przed doświadczeniem Bożej potęgi. Uczniowie Jezusa, którzy do niedawna nie odnajdywali w sobie dość sił i odwagi, żeby otworzyć drzwi, teraz przemawiali do tłumów, i to tak, że każdy ich rozumiał. To robi Duch Święty. Uczniowie poszli w świat bez laski, bez torby i bez pieniędzy, ale wyposażeni w Ducha Świętego – a to dużo więcej niż najlepszy ludzki ekwipunek.
Maryja w tajemnicy zesłania Ducha Świętego uczy: nie licz na własne siły, módl się i czekaj na pomoc z wysoka. On, Paraklet, napełni cię mocą – wtedy staniesz się Jego świadkiem.
Niebo dotykalne
„Powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła, i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” – tymi słowami 1 listopada 1950 r. Pius XII ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny.
Matka Boża w różańcowej tajemnicy wniebowzięcia pokazuje, że niebo jest rzeczywistością dla człowieka całkowicie realną i w jakiś sposób nawet dotykalną, bo zbawienia dostąpiło także Jej materialne ciało. Przez tę tajemnicę zwraca nam uwagę, jak święte są nasze ciała, skoro stanowią mieszkanie Ducha Świętego. Wprawdzie, w odróżnieniu od Jej ciała, nasze ulegną rozpadowi, ale w niebie je odzyskamy – odnowione i uwielbione. W czasach kultu wygody, który nie znosi cielesnych niedomagań, coraz częściej oferując cierpiącym eutanazję, Matka Boża przypomina, że to Bóg stworzył ludzkie ciało i tylko On wie, kiedy człowiek dojrzał do wieczności. Przyśpieszanie tego procesu „na własnych warunkach” jest w istocie działaniem na warunkach Nieprzyjaciela. To Bóg jest Panem człowieka – duszy i ciała.
Korona pokory
Prawdziwa wielkość i chwała płyną z życia w pokorze, posłuszeństwie i zaufaniu Bogu. Tego uczy różańcowa tajemnica ukoronowania Maryi w niebie. Matka Boża otrzymuje koronę, o którą nigdy nie zabiegała. Otacza Ją chwała, jakiej na ziemi nigdy nie zaznała, ani jakiej nie poszukiwała, a jednak w Magnificat o niej prorokowała: „Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia”. Dlaczego? Bo Bóg „wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej”. Takie są niebiańskie kryteria królowania: uniżenie, pokora. Świadomość własnej kondycji i zależności od Boga. To nie jest optyka odwrócona: to ziemska optyka stoi na głowie. „To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych” – powie Jezus o faryzejskiej „świętości”.
Maryja w proroczym uniesieniu śpiewa o Bogu, który „strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych”. Gdzie dostrzegła to wywyższenie, skoro wtedy właśnie światem rządziło Imperium Rzymskie, a na tronie Judei zasiadał Herod, człowiek w najwyższym stopniu pyszny i zazdrosny o władzę? Cóż, dostrzega to chyba każdy, kto przyjmuje działanie Boga w swoim życiu, kto z Nim utrzymuje więź i z miłością wypełnia Jego wolę. Wtedy właśnie, gdy pozwalam Mu wejść do swojego serca, dostrzegam tę potężną różnicę między kimś, kto pyszni się swoimi zasobami i wpływem na ludzi, a „ubogim Pana”, który swoje skarby – czyny miłości – gromadzi w niebie.
Każdy ziemski tron się rozpadnie, a tron niebiański trwa na wieki. Każdy mieszkaniec nieba otrzyma koronę, ale nie ma tam rywalizacji władców – tam jest rywalizacja służby. Maryja koronę otrzymała jako pierwsza z ludzi, bo jest pierwsza w miłości. Jako królowa wciąż służy nam z nieba, troszcząc się nade wszystko o to, żebyśmy także się tam znaleźli.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Za odmówienie różańca możesz uzyskać odpust.
O czym trzeba koniecznie pamiętać?
fot. Therese Westby / Unsplash
***
Uzyskanie odpustu – zarówno zupełnego, jak i cząstkowego – dzięki różańcowi wcale nie jest trudne. Jak to zrobić? I czy odpust za różaniec można uzyskać tylko w październiku?
Odmawianie różańca to jedna z czynności wiary, które są dla nas pomocą w życiu nie tylko dlatego, że modlitwa zbliża nas do Boga, ale także dlatego, że są z nimi związane odpusty, czyli uwolnienie nas od skutków naszych grzechów, które psują nam życie, niszczą relacje, kradną radość i nie pozwalają się pozbierać.
Za odmawianie modlitwy różańcowej w dokumencie Penitencjarii Apostolskiej z 29 czerwca 1969 roku przewidziane jest kilka możliwości uzyskania odpustu.
Odpust zupełny – za publiczne odmówienie różańca
Za odmówienie różańca w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu (wystarczy odmówić tylko jedną część różańca) zyskujemy odpust zupełny; natomiast za odmówienie poza tymi miejscami lub wspólnotami – odpust cząstkowy – podaje wykaz Penitencjarii. Co więcej, gdy nie odmawiamy całej części różańca, już za samo pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen zyskujemy odpust cząstkowy, podobnie jak za odmówienie wyznania wiary.
By uzyskać odpust zupełny, muszą być dodatkowo spełnione zwykłe warunki: bycie w stanie łaski uświęcającej i przyjęcie komunii św., brak przywiązania do grzechu i modlitwa w intencjach, w których modli się papież.
Czy odpust za odmówienie różańca można zyskać tylko w październiku?
Odpust zupełny za odmówienie różańca można uzyskać w dowolnym momencie roku. W październiku jest to jednak łatwiejsze ze względu na nabożeństwa różańcowe, odprawiane w każdej parafii – łatwiej wtedy o okazję do publicznego odmówienia różańca i uzyskania odpustu zupełnego.
Czym jest odpust w Kościele katolickim?
To łaska, którą można ofiarować za zmarłą osobę albo “zużyć” dla siebie. Jest związana z faktem, że wszystkie popełnione przez nas grzechy i zaniedbania mają swoje konsekwencje. Wina zostaje nam w stu procentach wybaczona, gdy dostajemy rozgrzeszenie w spowiedzi, jednak skutki naszych grzechów mogą nas nękać jeszcze za życia i ciągnąć się za nami po śmierci, a wtedy zamiast prosto do nieba idziemy do czyśćca, by odpokutować za zło, które się przez nas wydarzyło.
źródło: DEON / mł
***
czwartek 16 października
Dziś 47. rocznica wyboru Kardynała Karola Wojtyły na papieża
fot. Pixabay
***
Dziś mija 47. rocznica wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża. Ówczesny metropolita krakowski został wybrany w poniedziałek 16 października 1978 r. w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego „Księdze czynności biskupich”, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.
Publikujemy garść faktów, wspomnień, opinii i ciekawostek dotyczących pamiętnego konklawe.
Bardzo znamiennie, z perspektywy przyszłych wydarzeń, brzmią słowa jakie kard. Wojtyła wypowiedział 11 października 1978 w bazylice Mariackiej, podczas Mszy św. intencji zmarłego papieża, Jana Pawła I: „Mężowie stanu, głowy państw mówią o tym, że zapoczątkował nowy styl pasterzowania na Stolicy Apostolskiej. Styl pełen ogromnej prostoty, pełen ogromnej skromności, pełen olbrzymiego poszanowania dla człowieka”.
15 sierpnia 1963 r. podczas uroczystości koronacji przez prymasa Wyszyńskiego figury Matki Bożej Ludźmierskiej miał miejsce znamienny – z perspektywy późniejszych wydarzeń – epizod. Kardynał Wojtyła uchwycił berło, jakie podczas procesji w pewnym momencie wypadło z ręki Madonny. „Karolu, Maryja dzieli się z Tobą władzą” – powiedział do bp. Wojtyły stojący obok jego kolega, ks. Franciszek Macharski.
Niektórzy bliscy znajomi kard. Wojtyły uważają, że jego niezwykłe zachowanie w dniach poprzedzających konklawe (w tym szczególne skupienie i małomówność) mogło wskazywać, że przeczuwał on to, co się ostatecznie wydarzyło. Kiedy rankiem 29 września 1978 r. metropolita krakowski dowiedział się o niespodziewanej śmierci Jana Pawła I, głęboko wstrząśnięty powiedział: “Niezbadane są wyroki Boże, chylimy przed nimi głowę”.
Ostatnią noc przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe, przyszły papież spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W tym samym domu od lat mieszkał wybitny historyk filozofii Stefan Swieżawski, od lat przyjaciel Karola Wojtyły. „Był bardzo milczący. Pożegnaliśmy się właściwie bez słowa. Widziałem, że nie chce nic mówić. A on już wiedział…”
Przed konklawe, które wybrało go na papieża kard. Wojtyła mieszkał w Papieskim Kolegium Polskim przy Piazza Remuria. Wczesnym rankiem, 14 października 1978 r. w kaplicy Kolegium odprawił Mszę św. Po południu odjechał na konklawe samochodem prowadzonym przez brata Mariana Markiewicza ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Wysłużone już wówczas auto kupił po latach amerykański aktor Jon Voight, odtwórca roli papieża w amerykańskim filmie „Jan Paweł II” (USA, 2005).
Bezpośrednim poprzednikiem Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej był kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Zmarł na atak serca 28 września 1978 r. po 33 dniach pontyfikatu. Wedle niepotwierdzonych doniesień, papież zmarł we śnie trzymając w dłoni słynne dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.
Kard. Wojtyła niemal „na styk” zdążył na konklawe, które wybrało go na papieża. 14 października metropolita krakowski wybrał po południu do rzymskiej kliniki Gemelli, by odwiedzić chorego przyjaciela, biskupa Deskura. Do Kaplicy Sykstyńskiej wszedł ostatni a trzeba wiedzieć, że po zamknięciu wrót Kaplicy do środka nie wpuszcza się nikogo, nawet kardynałów….
Kard. Karol Wojtyła został wybrany na papieża w poniedziałek, 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.
Podczas konklawe, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński szepnął kardynałowi Wojtyle: “Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać…”.
Znamienne reminiscencje z konklawe zamieścił papież w swoim testamencie: „Kiedy w dniu 16. października 1978 konklawe kardynałów wybrało Jana Pawła II, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński powiedział do mnie: ‘zadaniem nowego papieża będzie wprowadzić Kościół w Trzecie Tysiąclecie’. Nie wiem, czy przytaczam to zdanie dosłownie, ale taki z pewnością był sens tego, co wówczas usłyszałem. Wypowiedział je zaś Człowiek, który przeszedł do historii jako Prymas Tysiąclecia. Wielki Prymas. Byłem świadkiem Jego posłannictwa, Jego heroicznego zawierzenia. Jego zmagań i Jego zwycięstwa. ‘Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję’” – zwykł był powtarzać Prymas Tysiąclecia słowa swego Poprzednika kard. Augusta Hlonda.
Kolegium Kardynalskie, które dokonało wyboru liczyło 111 purpuratów. Spośród kardynałów elektorów tylko 18 było młodszych od kard. Wojtyły. Został on najmłodszym z papieży, jakich wybrano od półtora wieku. Zgodnie z kościelną normą określoną przez papieża Pawła VI, w konklawe nie brali udziału kardynałowie powyżej 80. roku życia.
Jan Paweł II był pierwszym od 455 lat papieżem nie-Włochem (od czasu pontyfikatu Hadriana VI, który był Holendrem i pełnił najwyższy urząd w Kościele w latach 1522-23), najprawdopodobniej pierwszym w dziejach papieżem-Słowianinem i pierwszym w historii Kościoła papieżem, który przybranym imieniem powołuje się aż na trzech swoich bezpośrednich poprzedników (Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I).
Pełne, oficjalne i uroczyste określenie urzędu, na jaki wybrano kard. Wojtyłę brzmi: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego, przedtem Arcybiskup i Metropolita Krakowski Karol Kardynał Wojtyła”.
Obrady są absolutnie tajne, zaś kardynałów obowiązuje tajemnica, niemniej wedle miarodajnych opinii metropolita krakowski został wybrany w ósmym głosowaniu, przytłaczającą większością 99 głosów (spośród 111 wszystkich uczestników konklawe).
Chociaż kardynał Wojtyła zyskiwał od czasu udziału w obradach coraz większe uznanie wśród hierarchów z całego świata, to nie był wymieniany przez media w gronie papabili a więc purpuratów, których wybór na papieża jest wielce prawdopodobny. Wynik konklawe był absolutną światową sensacją.
Postać papieża z Polski stała się przez szereg dni po konklawe kluczowym temat światowych mediów, które nie kryły zafascynowania jego osobą. Zwracano uwagę na jego horyzonty intelektualne, wszechstronność zainteresowań, bogactwo doświadczeń duszpasterskich; podkreślano, że zna biegle sześć języków, lubi spływy kajakowe, uprawia narciarstwo a do tego jest poetą…
Gdy uczestnicy konklawe zostali zapoznani z wynikami rozstrzygającego głosowania, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Villot, zadał metropolicie Krakowa przewidziane rytuałem pytanie: “Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?” Wyraźnie wzruszony kard. Wojtyła odpowiedział: „W duchu posłuszeństwa wobec Chrystusa, mojego Odkupiciela i Pana, w duchu zawierzenia wobec jego Matki – przyjmuję”.
Zgodnie ze zwyczajem, tuż po wyborze nowy papież przyjmuje od kardynałów elektorów ślubowanie posłuszeństwa. Jak poinformowali świadkowie tego wydarzenia, Jan Paweł II dokonał w tej ceremonii znamiennej modyfikacji, którą biorąc pod uwagę styl całego pontyfikatu, można określić jako wręcz symboliczną: w przeciwieństwie do poprzedników odebrał ten hołd w pozycji stojącej a nie siedząc na tronie.
Jednym z hierarchów, który podczas przerw w kolejnych sesjach konklawe, optował na rzecz wyboru metropolity krakowskiego był ówczesny arcybiskup Wiednia i przyjaciel metropolity krakowskiego, kard. Franz König. Wielce znamienną rozmowę odbył on z kard. Wyszyńskim, któremu zasugerował, że Polska ma odpowiedniego kandydata. “Co? Miałbym opuścić Warszawę i pozostać w Rzymie? To byłby triumf komunistów!” – odparł na to Prymas. Kard. König doprecyzował więc, kogo miał na myśli…
Niezwykłą adnotację zawiera księga metrykalna parafii Karola Wojtyły w Wadowicach. Nazajutrz po konklawe z 16 października 1978, pod kolejnymi adnotacjami – o chrzcie, bierzmowaniu, święceniach, sakrze biskupiej, kreowaniu kardynałem – ksiądz proboszcz Edward Zacher, w obecności dziennikarzy z całego świata, wypisał wiecznym piórem: “Die 16 X 1978, in Summum Pontificem electus, et imposuit sibi nomen: Joannes Paulus PP”…
Postać nowego papieża wzbudzała medialną gorączkę na całym świecie, zaś osoby, które znały kard. Wojtyłę udzielały nieskończonej liczby wywiadów. Tuż po konklawe ciekawą charakterystykę metropolity krakowskiego przedstawił włoskiemu radiu sekretarz Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski: “Żyje bardzo ubogo. Gdybyście widzieli, jak mieszka w Krakowie, gdzie jest wielki pałac, a on zajmuje mały pokoiczek, nic więcej… To człowiek pracy. Śpi mało, pracuje wiele (…) Mogę powiedzieć, że jest ludzki, że to człowiek święty, bardzo dobry, otwarty dla wszystkich”.
Wśród wielu zadziwiających faktów dotyczących Karola Wojtyły, jakie u kresu pontyfikatu zebrał szwajcarski dziennik „Tribune de Geneve” podano i ten, że metropolita krakowski przybył na konklawe mając ze sobą wyjątkowo skromne kieszonkowe, stanowiące odpowiednik 125 franków szwajcarskich.
Dla bloku państw komunistycznych, na czele z ZSRR wybór polskiego kardynała na papieża był potężnym ciosem. Ciężki szok przeżywało kierownictwo PZPR, które tuż po wyborze zwołało specjalną naradę. Jej klimat opisywał jeden z jej funkcjonariuszy: “Konsternacja widoczna. Olszewski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie. Czyrek ładuje się z tezą (…) – ‘ostatecznie lepszy Wojtyła jako Papież tam, niż jako Prymas tu’. Teza jest chwytliwa. Trafia do przekonania. Ulga”.
Oficjalna reakcja władz na wybór kard. Wojtyły na Papieża była utrzymana w tonie radości i satysfakcji. Niekiedy starania aby robić “dobrą minę do złej gry” przynosiły efekt humorystyczny. W telegramie wystosowanym przez władze PRL nazajutrz po zakończeniu konklawe napisano m.in.: “Na tronie papieskim po raz pierwszy w dziejach jest syn polskiego narodu, budującego w jedności i współdziałaniu wszystkich obywateli wielkość i pomyślność swej socjalistycznej ojczyzny…”
Wybór hierarchy “zza żelaznej kurtyny” wywołał radość i wzbudził wiele nadziei. Vaclav Havel, wówczas słynny dysydent i dramaturg (później prezydent Czechosłowacji a następnie Republiki Czeskiej) siedział z przyjaciółmi w swoim górskim domku. “Kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość, zaczęliśmy wiwatować i krzyczeć z radości do późnego wieczora. Instynktownie czuliśmy, że jest to olbrzymie wsparcie dla wszystkich ludzi kochających wolność a żyjących w świecie komunistycznym”.
Wielki pisarz rosyjski, wygnany z ojczyzny przez władze radzieckie, autor słynnego „Archipelagu Gułag”, Aleksander Sołżenicyn, tak skomentował decyzję konklawe z 16 października 1978 r.: „Wybór papieża Wojtyły to jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się ludzkości dwudziestego wieku”.
Wietnamski arcybiskup van Thuan czwarty rok siedział w odosobnieniu skazany przez komunistyczne władze swojego kraju (w areszcie domowym i więzieniach spędził w sumie lat 13). Kilka lat wcześniej widział się kard. Wojtyłą w Rzymie. Ktoś potajemnie przekazał mu wieść o wyniku konklawe. “Bardzo się ucieszyłem, ponieważ w moim przekonaniu była to wielka łaska dla Kościoła”.
Pontyfikat Jana Pawła II od pierwszych dni pełen był zachowań, słów i gestów, które odmieniły oblicze papiestwa w oczach świata, przybliżając je do zwykłych ludzi. Już pierwszego dnia po wyborze Ojciec Święty zdecydował się na rzecz nie do pomyślenia przez poprzedników: opuścił mury Watykanu by udać się do szpitala Gemelli w odwiedziny do chorego przyjaciela, kard. Andrzeja Deskura.
Brytyjski „The Times” nazajutrz po konklawe z 16 października: „Wybór kardynała Wojtyły na papieża jest wydarzeniem o niezwykłym znaczeniu. Kardynałowie wyprawili Kościół w podróż, której koniec nie jest znany (…) Być może postąpili najmądrzej, jednak zaryzykowali wyzwolenie takich sił ludzkich, politycznych i religijnych, który nie będą w stanie kontrolować”.
Wybór papieża z Polski był niezwykłym wydarzeniem w dziejach świata, ale, jak się okazało, zapowiedzianym w poetyckim proroctwie innego Polaka. Juliusz Słowacki napisał w 1848 r.: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza/W ogromny dzwon,/Dla słowiańskiego oto papieża/Otworzył tron, (…)// Twarz jego słowem rozpromieniona,/Lampa dla sług,/Za nim rosnące pójdą plemiona/W światło, gdzie Bóg./Na jego pacierz i rozkazanie/Nie tylko lud -/Jeśli rozkaże, to słońce stanie,/Bo moc – to cud!
Proroctwo Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu odczytano na Placu św. Piotra podczas koncertu jaki zorganizowano dokładnie w 20. rocznicę wyboru kard. Wojtyły. Wielotysięczny tłum pielgrzymów i turystów gorącym aplauzem przyjął słowa polskiego wieszcza odczytane po włosku przez jednego z aktorów. Kilka chwil później niemal dokładnie co do minuty w 20 lat po swoim wyborze, w oknie Pałacu Apostolskiego pojawił się Jan Paweł II. Pozdrowił krótko przybyłych, podziękował im za pamięć o rocznicy i pobłogosławił ich.
Według tak zwanego Proroctwa świętego Malachiasza przydomek papieża Wojtyły brzmi „De labore Solis” – Z trudu słońca. Tego rodzaju alegorycznymi czy poetyckimi określeniami w proroctwie tym określano kolejnych papieży. Tekst proroctwa św. Malachiasza (prymasa Irlandii) powstał w XII wieku.
Kiedy drugiego (i ostatniego) dnia konklawe dyskusje wśród kardynałów coraz wyraźniej wskazywały na możliwość wyboru metropolity krakowskiego, dawny rzymski znajomy ks. Wojtyły a wówczas już kardynał, o. Maksymilian de Fuerstenberg, pochylił się nad nim cytując słowa z Ewangelii św. Jana: „Dominus adest et vocat te” (Pan jest i woła cię).
Uczestnik konklawe, hiszpański kardynał Enrique y Tarancon, powiedział po wyborze kard. Wojtyły: „Nie szukaliśmy kandydata konserwatywnego ani postępowego, tylko ‘pewnego’ jeśli chodzi o kontynuowanie linii Soboru Watykańskiego II. Kryteria oceny nie miały charakteru ideologicznego. Poza tym Wojtyła był typem biskupa-duszpasterza, co miało zasadnicze znaczenie”.
Powracając po latach do czasów swojego wyboru na papieża, Jan Paweł II oceniał, że w ten sposób konklawe „jak gdyby zażądało świadectwa Kościoła, z którego ten kardynał przychodził – jakby go zażądało dla dobra Kościoła powszechnego. (…) Wybór Polaka nie mógł nie oznaczać jakiegoś przełomu. Świadczył o tym, że konklawe, idąc za wskazaniami Soboru, starało się odczytywać ‘znaki czasu’ i w ich świetle kształtować swoje decyzje”.
W homilii podczas Mszy z okazji 25. rocznicy pontyfikatu, 16 października 2003 r. Papież wyznał, że w momencie wyboru silne odczuł w swym sercu pytanie, jakie skierował Jezus do Piotra: „Miłujesz Mnie, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”(J 21, 15-16); i dodał: „Każdego dnia odbywa się w mym sercu ten dialog, a w duchu wpatruję się w to łaskawe spojrzenie zmartwychwstałego Chrystusa, które ośmiela, aby jak Piotr ze świadomości swej ludzkiej ułomności ze spokojem odpowiadał: ‘Panie, Ty wiesz… Ty wiesz, że Cię kocham, a potem podejmować zadania, jakie On sam przed nami stawia”.
Wybitny polski pisarz Andrzej Kijowski, który znał ks. Wojtyłę jeszcze z czasów jego pracy w kościele św. Floriana, tu po wyborze polskiego kardynała na papieża opublikował w miesięczniku “Więź” ciekawą “przepowiednię”: “Nie będzie cudzoziemcem ani w Rzymie, ani w świecie, ponieważ ma ten rodzaj inteligencji, która każdemu, kto się z nim zetknie, uświadamia jego inteligencję własną. Ma dar otwierania serc na tajemnie Boga i tajemnice człowieka. (…) uniwersalna mądrość tego papieża, jego talent identyfikacji z innymi, jego wewnętrzna wielość i jego wielkość rzucą blask na całą nadchodzącą epokę w historii Kościoła”.
Tomasz Królak/Kai
***
Jak prymas Stefan Wyszyński papieża wybierał
14 października 1978 r. do Kaplicy Sykstyńskiej wchodzi 111 kardynałów z 49 krajów. Nikt z nich nie przeczuwa, że za 2 dni zmienią bieg historii
Bachledówka k. Zakopanego, lipiec 1973 r
fot. Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego
***
Śmierć Jana Pawła I, po zaledwie 33-dniowym pontyfikacie, jest ogromnym szokiem także dla kardynałów. Zastanawiają się, co przez to doświadczenie chciał im powiedzieć Duch Święty. Nie mają czasu na dogłębne analizy, bo termin nowego, drugiego już konklawe w 1978 r. zbliża się wielkimi krokami.
Do Kolegium Kardynalskiego dociera informacja o manifeście wybitnych ojców soborowych, którzy domagają się charyzmatycznego pasterza. Kardynałowie mają świadomość, że nowy papież powinien być człowiekiem o silnej, wyrazistej osobowości, który byłby zdolny zahamować kryzys w Kościele. Kryzys, który – jak zauważył założyciel Wspólnoty św. Idziego prof. Andrea Riccardi – wynika nie z zewnętrznych sił bądź czynników, jak w czasach rewolucji francuskiej czy polityki państw ateistycznych, ale pochodzi z wnętrza Kościoła.
Nie do końca spełniają te wymagania i oczekiwania dwaj główni faworyci mediów, jak również większości elektorów: arcybiskup Genui kard. Giuseppe Siri, który z trudem przyjmuje zmiany posoborowe inicjowane przez Pawła VI, oraz arcybiskup Florencji kard. Giovanni Benelli, zdolny zachować ciągłość linii tego papieża.
Wojtyła powodem konfliktu z Sowietami?
Niektórzy z wpływowych kardynałów niewłoskich stawiają na kandydatów spoza Włoch. Arcybiskup Sao Paolo kard. Paulo Evaristo Arns oświadcza wprost, że najlepszym pretendentem byłby kard. Karol Wojtyła. O metropolicie krakowskim dużo się mówi przed konklawe w kręgach Kurii Rzymskiej. Cieszy się on tam opinią wspaniałego człowieka, zdolnego pasterza, ale nikt poważnie nie bierze pod uwagę jego kandydatury. Dlaczego? Bo – jak wspomina w niedawnym wywiadzie dla PAP znakomity watykanista Luigi Accattoli – ich zdaniem, „wybór papieża z kraju komunistycznego byłby wielkim zagrożeniem, gdyż mógłby doprowadzić do konfliktu z sowieckim systemem”.
Daleki od takiego myślenia jest arcybiskup Wiednia kard. Franz König, który jeszcze przed konklawe daje niedwuznacznie do zrozumienia, że sytuacja w Kościele dojrzała do tego, by papieżem mógł zostać nie-Włoch. Kardynał dobrze się orientuje w realiach socjalistycznych, bo jako pierwszy purpurat z Zachodu w charakterze nieformalnego przedstawiciela papieża odwiedza kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Zna abp. Wojtyłę z jego wizyt w Wiedniu i ze swoich rewizyt w Krakowie. Ceni jego intelekt, walory moralne i talenty duszpasterskie. W rozmowach z członkami Kolegium Kardynalskiego sonduje możliwość wyboru nie-Włocha i w tym kontekście wymienia nazwisko Wojtyły, lobbując, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, za jego kandydaturą.
Dlaczego Prymas odmówił
Kardynał König rozmawia także na ten temat z kard. Wyszyńskim. Wedle znanej anegdoty, słowa arcybiskupa Wiednia o godnym następcy św. Piotra z Polski Prymas odnosi do siebie, choć jedzie na konklawe z absolutnym przekonaniem, że papieżem powinien zostać Włoch. Znane są jego wypowiedzi sprzed konklawe na ten temat, zapisuje także to przekonanie w „Pro memoria”.
Kiedy dwaj główni faworyci włoscy blokują się nawzajem, bo żaden z nich nie może uzyskać wymaganej większości głosów, w przerwie między głosowaniami zgłasza się do Prymasa grupa elektorów z pytaniem, czy przyjąłby wybór. Kardynał Wyszyński zdecydowanie odmawia i po raz kolejny wyraża przekonanie, że papieżem powinien zostać Italczyk. Tłumaczy się ponadto zaawansowanym wiekiem, brakiem wszechstronnego przygotowania oraz koniecznością obrony Kościoła na Wschodzie, co określa jako swoje życiowe zadanie. „Do mnie należy nawet paść na granicy polsko-sowieckiej, gdyby Bóg tego ode mnie zażądał” – czytamy w „Pro memoria”. Mówi jednak kardynałom: „Gdyby wybór padł na kard. Wojtyłę, uważam, że miałby obowiązek wybór przyjąć, gdyż jego zadania w Polsce są inne”. Kiedy Prymas się orientuje, że szanse metropolity krakowskiego rosną, staje się gorącym rzecznikiem jego kandydatury.
To Jej dzieło!
Drugiego dnia konklawe, wobec niemożności uzyskania przewagi jednego z włoskich kandydatów, kard. König podczas posiłków wymienia nazwisko kard. Wojtyły, czym daje do zrozumienia, że będzie na niego głosował.
Nazajutrz, 16 października, po obiedzie, jak wynika z lakonicznych zapisków Prymasa, przejmuje on inicjatywę. Staje się, używając języka piłkarskiego, głównym rozgrywającym. W „Pro memoria” zapisuje: „Po obiedzie długa moja rozmowa z kard. Królem, a później z kard. Königiem. Nic więcej! Później z kardynałami niemieckimi. Nic więcej!”. Co to oznacza – wiadomo. Wymienieni należą do grona wpływowych purpuratów, których kard. Wojtyła ma po swojej stronie. Można się domyślić, że dyskutują o tym, jak zmobilizować do postawienia na metropolitę krakowskiego elektorów niezdecydowanych. Czas poobiedniego wypoczynku jest dla nich bardzo pracowity. „Czuło się ożywienie na korytarzach” – notuje kard. Wyszyński.
„Grupa Prymasa” okazuje się skuteczna, bo ósme głosowanie jest formalnością. Kardynał Wyszyński przesuwa się do metropolity krakowskiego, który siedzi za nim w drugim rzędzie, i prosi go o przyjęcie wyboru. „Gdyby Księdza Kardynała wybrano, proszę pomyśleć, czy nie przyjąć imienia Jana Pawła II. Dla włoskiej opinii publicznej byłoby to obrócenie na dobro tego kapitału duchowego, który zebrał Jan Paweł I” – czytamy w „Pro memoria”.
Podczas homagium obaj płaczą. Prymas wspomina po powrocie do Polski w jednym z kazań: „(…) usta nasze niemal jednocześnie otworzyły się imieniem Matki Bożej Jasnogórskiej: to Jej dzieło! Wierzyliśmy w to mocno i wierzymy nadal”.
Później Prymas wypowie prorocze słowa, które Papież zapisze w swoim testamencie, a po latach powtórzy w Gorzowie Wielkopolskim: „Masz teraz wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie”.
Opatrznościowy udział
Choć Prymas i Papież są przekonani, że wynik konklawe to „sprawa” Madonny Jasnogórskiej, to jednak Jan Paweł II docenia rolę czynnika ludzkiego. Świadczy o tym jego niepublikowany dotąd odręczny list do kard. Wyszyńskiego z 3 listopada 1978 r., w którym dziękuje Księdzu Prymasowi za „tak opatrznościowy udział w ostatnim konklawe”. Czytamy w nim m.in.: „Nie muszę już więcej pisać, Wasza Eminencja sam wie, o co chodzi, o czym myślę. To są drogi Boże, które tym bardziej nam się uświadamiają, im bardziej objawia się ich zobowiązujące znaczenie. Ksiądz Prymas wie, że miał bezpośredni udział w objawieniu się tego właśnie zobowiązującego znaczenia na tle całego przebiegu konklawe, a w szczególności w dniu 16 października, w uroczystość św. Jadwigi”. Prymas i Papież rozumieli się „w pół słowa”. Ale i my po przeczytaniu tego fragmentu nie mamy wątpliwości, że Jan Paweł II dziękuje kard. Wyszyńskiemu za to, że w sposób zasadniczy przyczynił się do jego wyboru na papieża.
Po konklawe Prymas „na gorąco” wyraża przypuszczenie, że wybór papieża z Polski może „przyhamować akcję ateistyczną, płynącą z ZSRR, gdy Moskwa zorientuje się, że w centralnej Europie wyrosła niespodziewanie nowa siła”. I dodaje za starcem Symeonem: „Teraz puszczasz w pokoju swego sługę, Panie, ponieważ moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, które przygotowałeś przed obliczem wszystkich narodów” (por. Łk 2, 29-31).
Zanim to się stanie, Prymas przeżyje chwile wielkiej chwały, kiedy podczas homagium 22 października 1978 r. Papież w bezprecedensowym geście podniesie go z klęczek i ucałuje jego ręce, i kilka miesięcy później, kiedy w czerwcu 1979 r. będzie gospodarzem pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny.
Grzegorz Polak/Tygodnik Niedziela
***
Pontyfikat Jana Pawła II
w dokumentach KGB.
Papież widziany z Kijowa.
Dokumenty wytworzone przez ukraińskie KGB pokazują, jak wybór Jana Pawła II zmienił układ sił na świecie i dał nadzieję milionom chrześcijan żyjących w krajach komunistycznych.
AP PHOTO/ EASTNEWS
***
W książce pt. „Żarliwy antykomunista. Pontyfikat Jana Pawła II w dokumentach KGB Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (1979–1991)” prezentuję wyniki kwerendy przeprowadzonej w Kijowie pod koniec stycznia i na początku lutego 2020 roku. Trzydzieści jeden dokumentów pochodzi z Wydzielonego Państwowego Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Dziewięć z nich wytworzył Zarząd I KGB Ukraińskiej SRS, a więc wywiad. Znajdują się one w Wydzielonym Archiwum Państwowym Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy. Jest ono niedostępne dla zewnętrznych badaczy, a dokument otrzymałem dzięki uprzejmości kierownictwa tej instytucji.
Pierwszy z tych dokumentów powstał w listopadzie 1979 roku i opisuje reakcję KGB na wybór Jana Pawła II. Ostatnie pochodzą z sierpnia 1991 roku, kiedy Związek Sowiecki się walił, a Ukraina zmierzała w stronę niepodległości. Kwerenda miała być kontynuowana, ale kilka dni po moim wyjeździe z Kijowa zaczęła się pandemia, a później Rosja napadła na Ukrainę. Nieprędko więc nadarzy się okazja do kolejnych badań.
Sowieckie reakcje
Dokumenty te pozwalają zrozumieć znaczenie tematyki ukraińskiej dla pontyfikatu Jana Pawła II oraz rolę, jaką papież odegrał dla wolności religijnej w Związku Sowieckim, a zwłaszcza dla legalizacji Kościoła greckokatolickiego. Interesujące są zawarte w nich oceny stosunku nowego papieża do komunizmu oraz przestrogi dla władz przed konsekwencjami, jakie ten pontyfikat może mieć dla ideowej spoistości Związku Sowieckiego. Wyłania się z nich także szeroka panorama życia religijnego na Ukrainie w ostatniej dekadzie trwania sowieckiego imperium, ze szczególnym uwzględnieniem miejsca, jakie w tym kraju zajmował Kościół katolicki. Wyjątkowe znaczenie w tej kolekcji mają dwa dokumenty: telegram szyfrowy szefa KGB Ukrainy gen. Witalija Fiedorczuka do przewodniczącego KGB Jurija Andropowa oraz telegram szyfrowy gen. Nikołaja Czerpaka ze Lwowa do gen. Fiedorczuka. Powstały one bezpośrednio po zamachu na życie Jana Pawła II w maju 1981 r. i w tym kontekście powinny być analizowane.
Andrzej Grajewski Żarliwy antykomunista. Pontyfikat Jana Pawła II w dokumentach KGB Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (1979–1991) Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego,
***
Wśród dokumentów przeważają materiały analityczno-informacyjne, przygotowywane przez kierownictwo KGB Ukrainy dla KC Komunistycznej Partii Ukrainy, ale są tam również dokumenty operacyjne, m.in. plany przedsięwzięć organizacyjnych oraz agenturalnych, prowadzonych na kierunku walki z przeciwnikiem ideologicznym przez Zarząd Kontrwywiadu w Kijowie oraz jego odpowiedniki terenowe we Lwowie i Chmielnickim. Dotyczą nie tylko katolików. Pontyfikat Jana Pawła II wywołał ferment ideowy w całym społeczeństwie i ożywił wiele wspólnot wyznaniowych, zwłaszcza tzw. wolnych Kościołów ewangelikalnych, które w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku coraz śmielej zaczęły szukać możliwości funkcjonowania poza granicami stworzonymi przez sowieckie prawo wyznaniowe.
Wróg nr 1
Warto zwrócić uwagę na specyficzny, nadzwyczaj zideologizowany język tych dokumentów. Funkcjonariusze KGB nie tylko opisują konkretne wydarzenia, ale zawsze ideologicznie je oceniają. Widać to zwłaszcza w opisach działającego w podziemiu Kościoła greckokatolickiego. Dla kolejnych pokoleń czekistów był on symbolem ukraińskiego nacjonalizmu, wrogiem numer jeden i główną przeszkodą w realizacji planu sowietyzacji Ukrainy. Warto dodać, że represje wobec grekokatolików zamieszkujących Rzeczpospolitą Obojga Narodów zaczęły się zaraz po jej upadku. W lutym 1839 r. na synodzie w Połocku zlikwidowano unicką diecezję litewską i białoruską, a w 1875 r. diecezję chełmską. Grekokatolicy przetrwali jedynie na terenie Galicji Wschodniej, znajdującej się pod rządami Habsburgów. Umocnili swe pozycje w okresie międzywojennym, ale po wojnie Stalin zdecydował o zniszczeniu tego Kościoła rękami rosyjskiego prawosławia. W marcu 1946 r. NKWD zorganizowała tzw. sobór we Lwowie. Kościół greckokatolicki w Galicji Wschodniej został na nim zlikwidowany, a wierni i duchowieństwo przymusowo wcieleni do Patriarchatu Moskiewskiego. Ci, którzy nie chcieli się temu podporządkować, za wierność papieżowi płacili latami spędzonymi w łagrach, więzieniach, a często i życiem. Te historyczne wątki i oceny często powracają w publikowanych przeze mnie dokumentach KGB, zwłaszcza w charakterystykach poszczególnych duchownych i hierarchów greckokatolickich oraz w ocenach ukraińskich organizacji emigracyjnych. W raportach i analizach KGB z końca lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych XX w. powtarzane są te same negatywne, antyukraińskie klisze, które znajdujemy w dokumentach NKWD z okresu 1939–1945. Wskazuje to na szczególne miejsce w „resortowej pamięci” problematyki religijnej, zwłaszcza Kościoła greckokatolickiego. To wyjaśnia alergiczną wręcz reakcję kierownictwa KGB Ukraińskiej SRS na wybór Jana Pawła II, okazującego od pierwszych chwil swego pontyfikatu tak wiele sympatii grekokatolikom. Odnotowano, że wkrótce po inauguracji papież przyjął na audiencji duchowego lidera grekokatolików, kard. Josyfa Slipyja. Możliwość legalizacji Kościoła greckokatolickiego postrzegano w szerszej perspektywie. Jak oceniono w jednym z dokumentów, „dzisiaj unici domagają się własnego Kościoła, jutro będą chcieli mieć własne państwo”. Dlatego w tak alarmującym tonie sformułowane są depesze z Kijowa, wysyłane do Moskwy w okolicach 13 maja 1981 r.
Zresztą we współczesnej rosyjskiej propagandzie antyukraińskie obsesje odgrywają tę samą rolę jak w czasach carskich czy sowieckich. Nadal każdy przejaw ukraińskiego patriotyzmu, czy akcentowania duchowej przynależności do narodu ukraińskiego, w Rosji ocenia się jako przejaw nacjonalizmu czy wręcz faszyzmu.
Historyczny zwrot
Aby zrozumieć znaczenie zwrotu, jakiego dokonał Jan Paweł II w kwestii podejścia do swobód wyznaniowych w Związku Sowieckim, a zwłaszcza jego zaangażowanie na rzecz grekokatolików, należy przypomnieć zachowanie poprzednich papieży. Jan XXIII ograniczył się do interwencji w 1963 r. na rzecz uwięzionego kard. Slipyja, ale zrobił to pod naciskiem greckokatolickich hierarchów, protestujących, że na Sobór Watykański II zaproszono delegację Patriarchatu Moskiewskiego, podczas gdy wierni Stolicy Apostolskiej ukraińscy hierarchowie nadal gnili w łagrach i więzieniach. Paweł VI unikał publicznego upominania się o swobody wyznaniowe w Związku Sowieckim. Nie podnosił także kwestii likwidacji Kościoła greckokatolickiego. Inaczej postąpił Jan Paweł II. Od początku wpisał obronę praw ludzi wierzących na Ukrainie w szerszy plan duszpasterski, którego celem było powiększenie obszaru swobód religijnych, a zarazem budowanie mostów do wschodniego chrześcijaństwa. Dzięki papieskiemu wsparciu grekokatolicy w podziemiu przetrwali kolejną falę represji w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nowe możliwości otwarły się przed nimi dopiero wtedy, kiedy w 1986 r. zostały podjęte głębokie reformy społeczne i polityczne, zainicjowane przez nowego sekretarza generalnego KC KPZS Michaiła Gorbaczowa.
Wiele dokumentów z tego zbioru dotyczy okresu przygotowań do obchodów Millennium Chrztu Rusi Kijowskiej, które od dawna przykuwały uwagę Jana Pawła II. Inicjatorem obchodów był kard. Slipyj. W liście przekazanym papieżowi w listopadzie 1978 roku postulował wykorzystanie owego millennium w 1988 roku do upomnienia się o losy Kościoła skazanego przez Stalina na zagładę. To zainspirowało Jana Pawła II do podjęcia wielkiego wysiłku organizacyjnego oraz dyplomatycznego, aby wykorzystać uroczystości milenijne do nowego religijnego otwarcia na Wschodzie. Z publikowanych w tym zbiorze dokumentów jasno wynika, że przygotowanie do obchodów Millennium Chrztu Rusi Kijowskiej stało się ważnym obszarem aktywności Jana Pawła II wobec Związku Sowieckiego i szerzej – w relacjach ze wschodnim chrześcijaństwem. Być może papieska inicjatywa była jednym z ważniejszych czynników skłaniających sowieckie państwo oraz Patriarchat Moskiewski do zorganizowania obchodów, co miało później tak wielkie konsekwencje dla życia religijnego w Związku Sowieckim. Skutkowało bowiem zmianą prawa wyznaniowego, od 1918 roku jednego z fundamentów sowieckiego państwa.
Te dokumenty są ważnym przyczynkiem do oceny historycznej roli pontyfikatu Jana Pawła II, który, wykorzystując sprzyjającą koniunkturę geopolityczną, wygrał wojnę, jaką wszystkim religiom wydał bolszewicki ateizm, próbując w imię socjalnej i politycznej utopii pozbawić ludzi prawa do wiary w Boga. Podkreślają wagę kwestii greckokatolickiej w wielkim ewangelizacyjnym planie papieża, który i dzisiaj nie stracił na aktualności.
Moja praca ma jednak charakter wybiórczy i wymaga kontynuacji. Dlatego apeluję o stworzenie programu badawczego, który pozwoliłby w skali całej Europy Środkowej i Europy Wschodniej zebrać dokumenty i osadzić pontyfikat Jana Pawła II w jego historycznych realiach – wielkiego katalizatora ludzkich marzeń o wolności – i pokazać, jak to marzenie zmieniło bieg historii. •
Andrzej Grajewski/Gość Niedzielny
***
Życie pod nadzorem
Przez prawie 45 lat funkcjonariusze SB gromadzili informacje o aktywności Wojtyły, jego znajomych, trybie życia i planach.
Awers pierwszej z kart dotyczących ks. Karola Wojtyły z kartoteki ewidencji operacyjnej księży. Kraków, 14 października 1963 r.Archiwum IPN Kraków
***
W niedatowanym dokumencie, prawdopodobnie z 1946 r., w którym funkcjonariusze UB w Krakowie ujęli kilkadziesiąt osób, o których zbierali informacje, znalazł się także „Wojtyła Karol (…), z zawodu kleryk, słuchacz Teologii w Krakowie”. Jest to pierwsza znana wzmianka o Wojtyle w dokumentach komunistycznej bezpieki. Zapewne miała ona związek z tym, że przyszły papież był w tym czasie wiceprezesem akademickiej Bratniej Pomocy, która organizowała spacyfikowane przez Urząd Bezpieczeństwa obchody 3 Maja w 1946 r. w Krakowie. Przez kolejnych kilka lat bezpieka nie prowadziła jednak wobec niego aktywnych działań. Tym bardziej że w latach 1946–1948 ks. Wojtyła studiował w Rzymie. Gdy wrócił, trafił początkowo do małej parafii w Niegowici. Już wtedy bezpieka sporządziła notatkę o „ks. Wojdule z Niegowici”, który prowadził zebranie zarządu Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej. Do Krakowa duchowny powrócił w 1949 r. Został wtedy wikarym w parafii św. Floriana. Zainteresowano się nim, gdyż prowadził Kółko Ministrantów – pracując z młodzieżą, miał na nią wpływ, a z punktu widzenia komunistów odciągał ją tym samym od materializmu. Na przełomie lat 40. i 50. jego nazwisko pojawiało się w kilku sprawach prowadzonych przez bezpiekę przeciw krakowskiemu Kościołowi, ale także Teatrowi Rapsodycznemu i Mieczysławowi Kotlarczykowi. Jego aktywność duszpasterska była dostrzegana nie tylko przez wiernych, ale także przez bezpiekę. Systematyczną inwigilację młodego księdza Wojtyły – „prowadzącego działalność na odcinku akademickim” – Urząd Bezpieczeństwa rozpoczął w 1955 r. Założono wtedy przeciwko niemu sprawę operacyjną o kryptonimie „Pedagog”. Charyzmatyczny duchowny, który skupiał wokół siebie coraz większe grupy osób, dla bezpieki był zagrożeniem. Jego aktywność osłabiała starania reżimu zmierzające do laicyzacji społeczeństwa.
Bezpieka wobec metropolity krakowskiego
Bezpieka zintensyfikowała działania w 1958 r., po uzyskaniu przez Wojtyłę nominacji biskupiej. Interesowano się zwłaszcza jego wpływem na krakowskich studentów i intelektualistów, ale także robotników – zwłaszcza w Nowej Hucie, nad którą jako biskup pomocniczy objął szczególną pieczę. W 1960 r. Służba Bezpieczeństwa rozpoczęła sprawę „Grupa F”, w ramach której inwigilowano bp. Wojtyłę i skupione wokół niego środowisko, między innymi Janinę i Jerzego Janików oraz Jerzego Ciesielskiego. Trzy lata później, w związku z nowymi procedurami obowiązującymi w Departamencie IV MSW (czyli antywyznaniowym pionie Służby Bezpieczeństwa), sufraganowi krakowskiemu założono Teczkę Ewidencji Operacyjnej na Biskupa, w ramach której poddano go indywidualnej inwigilacji. Pion IV rozpracowywał sufragana, a później metropolitę krakowskiego do 1978 r., a później zadania te przejął przede wszystkim Departament I – czyli wywiad PRL. Od 1946 r. bezpieka z różnym natężeniem, a po uzyskaniu przez inwigilowanego sakry biskupiej w 1958 r. z większą systematycznością gromadziła informacje o życiu księdza, a później kardynała Wojtyły. Funkcjonariuszy interesowało właściwie wszystko, co dotyczyło duchownego. Zbierali dane o jego cechach charakteru, nawykach życiowych, zainteresowaniach, osobach, z którymi się kontaktował, o tym, kogo lubił, a kogo nie darzył sympatią. Bezpiekę interesowały plany i zamierzenia biskupa Wojtyły, jego reakcje na bieżącą sytuację w PRL i poszczególne decyzje partii czy administracji komunistycznej.
Siedem worków akt
Bezpieka wykorzystywała wobec Wojtyły wszelkie dostępne środki działania. W jego otoczeniu działało kilkudziesięciu tajnych współpracowników – duchownych i świeckich. Byli wśród nich pracownicy kurii, kapłani z diecezji krakowskiej i osoby świeckie. Setki agentów wymieniały Wojtyłę w swych donosach choćby zdawkowo. Krakowski biskup pomocniczy, a potem metropolita wymieniany był także w setkach spraw prowadzonych przez SB przeciw innym duchownym i świeckim, a także wobec kurii czy poszczególnych parafii. Funkcjonariusze starali się podsłuchiwać jego rozmowy telefoniczne, montowali podsłuchy w pomieszczeniach, obserwowali go podczas uroczystości – pisali raporty o jego aktywności i fotografowali ją, nagrywali kazania i wystąpienia. Posługując się zgromadzoną wiedzą i bliskimi Wojtyle osobami, które zostały zwerbowane do współpracy, funkcjonariusze próbowali wpływać na jego decyzje. To się im jednak nie udawało. Metropolita krakowski miał świadomość prowadzonych wobec niego działań, dlatego by uniknąć podsłuchu, wiele istotnych rozmów prowadził poza budynkami, podczas spacerów. Nie był też podatny na wpływy – nawet bliskich mu osób. Zasięgał ich opinii, słuchał, ale decyzje podejmował sam. Usiłowano go także konfliktować z ludźmi, którym ufał i na których mógł polegać, a także skłócać go z kard. Stefanem Wyszyńskim. Próbowano go także kompromitować wśród duchownych i wiernych, choćby jako współautora głośnego listu biskupów polskich do niemieckich poprzedzającego obchody Milenium Chrztu Polski, który stał się pretekstem do wielkiej antykościelnej kampanii. Te działania w języku SB nazywano dezintegracją. Niejawne działania operacyjne komuniści wzmacniali naciskiem administracyjnym, skoordynowane akcje SB, Urzędu ds. Wyznań czy np. Wojewódzkiej Rady Narodowej miały paraliżować te inicjatywy Wojtyły, które bezpieka uznawała za szczególnie niebezpieczne dla systemu. Z wielu takich sytuacji krakowski ordynariusz wychodził zwycięsko, unikając ustawiania go w pozycji, w której chciała go widzieć komunistyczna władza. Bezpieka zgromadziła olbrzymi materiał o wszystkich niemal aspektach życia przyszłego papieża. Po konklawe z października 1978 r. cały ten zbiór materiałów funkcjonariusze Departamentu IV przewieźli z Krakowa do Warszawy. Wywieziono wtedy 16 pakietów, upchanych w 6 lub 7 wielkich pocztowych workach. Mimo że po wyborze kard. Wojtyły na Tron Piotrowy główne operacje przejął wywiad SB, Departament IV, a także jego odpowiedniki w terenie nadal zbierały informacje o Janie Pawle II – szczególnie intensywnie w czasie papieskich pielgrzymek do ojczyzny.
dr hab. Filip Musiał, dyrektor Oddziału IPN w Krakowie
***
Październik w rytmie dziesiątek różańca
fot. Freepik
***
Kiedy jesień przynosi pierwsze chłody i zapach mokrych liści, każdy z nas szuka małych rytuałów, które wypełnią coraz dłuższe wieczory i mgliste poranki. W Kościele takim rytuałem października jest różaniec.
Dlaczego akurat październik?
7 października przypada wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. To ono sprawiło, że z czasem cały październik stał się miesiącem poświęconym tej modlitwie. Papieże zachęcali, by właśnie jesienią częściej sięgać po różaniec. Dlaczego? Może dlatego, że jesień sprzyja refleksji – dni robią się krótsze, a w długie wieczory łatwiej znaleźć chwilę spokoju. Różaniec od wieków był modlitwą „na trudne czasy”, a tych przecież nigdy nie brakuje. To modlitwa, którą łatwo wpisać w codzienność – nie trzeba od razu całych godzin. Czasem wystarczy jedna dziesiątka, by dzień nabrał innego rytmu.
Odmawiajcie codziennie różaniec…
Można zapytać: spośród tylu modlitw – dlaczego właśnie ta? Odpowiedź jest banalnie prosta: bo działa.
Gdy w 1917 roku Maryja ukazała się trojgu dzieciom w Fatimie, powiedziała wyraźnie: Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny. Przy kolejnych spotkaniach fatimskich znów prosiła: Chcę, żebyście codziennie odmawiali różaniec – wskazując, że to warunek potrzebnych łask. Podobne przesłanie usłyszały dwie polskie dziewczynki podczas objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku: Maryja odpowiedziała im: Życzę sobie, abyście codziennie odmawiały różaniec.
To nie przypadek. Różaniec jest prosty, dostępny zawsze i dla każdego. Nie wymaga specjalnych przygotowań ani warunków. Możesz odmawiać go w autobusie, w kolejce do lekarza albo na spacerze. Możesz wybrać jedną tajemnicę i pomyśleć o kimś, komu akurat potrzebne jest wsparcie. I tyle. W świecie, w którym wszystko musi być szybkie i efektowne, różaniec przypomina, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.
Metoda małych kroków
Największym błędem jest zaczynać od zbyt dużych oczekiwań. Nikt Ci nie każe od razu odmawiać całego różańca codziennie. Jedna dziesiątka to świetny początek – krótka chwila, która może wejść w nawyk.
A skoro już o nawykach mowa – tu z pomocą przychodzi nasz Nawykownik Różańcowy. To coś w rodzaju duchowego planera, który nie tylko pomaga nam przejść przez kolejne październikowe dni, ale też podsuwa intencje na każdy dzień miesiąca: za chorych, za rodziny, o pokój na świecie czy za prześladowanych chrześcijan. Dzięki temu codzienny różaniec przestaje być tylko osobistą praktyką, a staje się modlitwą splecioną z realnymi sprawami świata. Możesz wpisać własną intencję, zaznaczyć dzień, w którym się udało – i zobaczyć, jak z czasem tworzy się mała mapa Twojej duchowej drogi.
Z kolei Do Syna Swego nas prowadź. Modlitewnik Różańcowy to świetny towarzysz, gdy chcesz się bardziej skupić. W modlitewniku znajdziesz krótkie rozważania i wskazówki, które pomagają zatrzymać się na chwilę przy każdej tajemnicy. Dzięki nim różaniec nie jest tylko powtarzaniem znanych słów, ale nabiera sensu i prowadzi przez konkretne obrazy. Każda dziesiątka staje się wtedy małą pauzą w codzienności – chwilą skupienia, która zostawia ślad na resztę dnia.
Październik z różańcem w dłoni
Może warto w tym roku spojrzeć na październik trochę inaczej? Nie jak na miesiąc dodatkowych nabożeństw, ale jak na okazję, by wprowadzić do dnia prosty rytuał spokoju? Może to być poranna dziesiątka różańca w drodze do pracy albo wieczorna chwila ciszy zamiast scrollowania telefonu. Nie trzeba wiele – wystarczy zacząć.
Każdy miesiąc ma swój rytm. Październik może być tylko kolejną kartką w kalendarzu, albo stać się zaproszeniem, by złapać oddech i odnaleźć ciszę w różańcu. A Ty – jak chcesz go przeżyć?
Stan łaski uświęcającej: Być w stanie, w którym nie ma na sumieniu grzechów ciężkich.
Wyzbycie się przywiązania do grzechu: Oznacza to całkowite i świadome odrzucenie nawet grzechów lekkich, do których jest się przywiązanym.
Spowiedź sakramentalna: Można przystąpić do spowiedzi kilka dni przed lub po wypełnieniu pozostałych warunków. Po jednej spowiedzi można uzyskać wiele odpustów.
Komunia Eucharystyczna: W danym dniu, kiedy chcemy uzyskać odpust, należy przyjąć Komunię Świętą.
Modlitwa w intencjach Ojca Świętego: Jest to zazwyczaj odmówienie modlitwy “Ojcze nasz” oraz “Wierzę w Boga”, a także dowolnej modlitwy w intencjach, które są bliskie Papieżowi.
Dzieło odpustowe w Dzień Matki Bożej Różańcowej:
Pobyt w kościele, kaplicy, w gronie rodzinnym, wspólnocie zakonnej lub stowarzyszeniu, a następnie odmówienie Modlitwy Różańcowej.
***
CZYM JEST ODPUST?
Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).
„Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).
a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.
b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej. „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).
KIEDY UZYSKUJEMY ODPUST RÓŻAŃCOWY?
Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:
w kościele,
w miejscu publicznych modlitw,
w rodzinnym gronie,
w zakonnej wspólnocie,
w pobożnym stowarzyszeniu.
Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.
WARUNKI, KTÓRE NALEŻY WYPEŁNIĆ DLA UZYSKANIA ODPUSTU ZUPEŁNEGO:
Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).
Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.
Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy.
POZOSTAŁE WARUNKI DLA UZYSKANIA KAŻDEGO ODPUSTU ZUPEŁNEGO:
Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
Przyjąć Komunię świętą.
Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).
Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.
INNE MOŻLIWOŚCI UZYSKANIA ODPUSTU :
1. Adoracja Najświętszego Sakramentu przez pół godziny. 2. Lektura Pisma Świętego przez pół godziny. 3. Odprawienie Drogi krzyżowej przed stacjami prawnie erygowanymi. 4. Odmówienie jednej części różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu. 5. Na terenie Polski za odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego w kościele, w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem (nie musi być wystawiony). Chorzy za odmówienie Koronki z ufnością i pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym. 6. Publiczne odmówienie O Stworzycielu Duchu, przyjdź w Nowy Rok i w Zesłanie Ducha Świętego. 7. Uroczyste odmówienie Przed tak wielkim Sakramentem w Wielki Czwartek i w Boże Ciało. 8. Odmówienie po Komunii w każdy piątek Wielkiego Postu oraz w Wielki Piątek przed wizerunkiem Chrystusa Ukrzyżowanego: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu. 9. Uczestniczenie w Gorzkich żalach raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu (tylko na terenie Polski). 10. Udział w publicznej adoracji i ucałowanie krzyża podczas liturgii w Wielki Piątek. 11. Odnowienie przyrzeczeń chrztu świętego w czasie liturgii Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę lub w rocznicę swego chrztu. 12. Publiczne odmówienie O Jezu najsłodszy w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego. 13. Nawiedzenie kościoła parafialnego w święto tytułu oraz 2 VIII (święto Porcjunkuli) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 14. Nawiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 XI i modlitwa za zmarłych; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące. 15. Nawiedzenie kościoła, kaplicy w Dniu Zadusznym (2 XI) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące. 16. Publiczne odmówienie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusa w uroczystość Chrystusa Króla. 17. Publiczne odmówienie Ciebie, Boga, wysławiamy w ostatnim dniu roku. 18. Wysłuchanie kilku kazań w czasie misji i udział w ich uroczystym zakończeniu. 19. Udział w ćwiczeniach duchownych przez trzy pełne dni. 20. Udział w świętej czynności (Mszy świętej lub nabożeństwie), której przewodniczy wizytator (np. biskup) z okazji wizytacji pasterskiej. 21. Nawiedzenie kościoła, kaplicy zakonnej w uroczystość świętego założyciela i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 22. Nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu konsekracji i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 23. Nawiedzenie kościoła (jednorazowe), w którym odbywa się synod diecezjalny i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 24. Udział w nabożeństwie eucharystycznym na zakończenie Kongresu eucharystycznego. 25. Przyjęcie choćby przez radio lub telewizję błogosławieństwa papieskiego Urbi et Orbi. 26. Przyjęcie po raz pierwszy Komunii świętej lub uczestniczenie w tej uroczystości. 27. Kapłan za odprawienie Mszy świętej prymicyjnej i wierni za pobożne w niej uczestnictwo. 28. Odnowienie przez kapłana w 25-lecie, 50-lecie, 60-lecie święceń postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego powołania. Wierni – za uczestnictwo we Mszy świętej jubileuszowej, połączonej z pewną ceremonią. 29. W godzinę śmierci, gdy nie ma kapłana, a konający jest odpowiednio dysponowany, o ile miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw, i posłuży się krzyżem. Może uzyskać ten odpust, choćby w tym dniu zyskał inny odpust zupełny. 3o. Pobożne posłużenie się poświęconym przez papieża lub biskupa przedmiotem religijnym (krzyżyk, różaniec, szkaplerz, medalik) w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła i odmówienie wyznania wiary. 31. Nawiedzenie jednej z czterech patriarchalnych bazylik rzymskich i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga: a) w święto tytułu, b) w jakiekolwiek święto nakazane, c) raz w roku w dowolnym dniu. 32. Nawiedzenie bazylik mniejszych w całym świecie: a) w uroczystość św. Piotra i Pawła, b) w święto tytułu, c) w święto Porcjunkuli (2 VIII), d) w wybrany dzień w roku, oraz odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 33. Nawiedzenie kościoła stacyjnego w Rzymie w określonych dniach roku zaznaczonych w Mszale Rzymskim i uczestniczenie w świętych czynnościach (Mszy świętej lub nabożeństwie).
NIEKTÓRE ODPUSTY CZĄSTKOWE:
Pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Uważne i pobożne wysłuchanie kazania.
Podejmowanie w duchu pokuty aktów postu i dobrowolnego powstrzymania się od rzeczy godziwych i miłych.
Za modlitwy: Wierzę w Boga, Psalmy 129 i 50, Anioł Pański, Magnificat, Pod Twoją obronę, Wieczny odpoczynek, Witaj, Królowo itp.
Poświęcanie siebie, swego czasu, swoich dóbr doczesnych bliźnim znajdującym się w potrzebie.
Za wykonywanie swoich obowiązków i znoszenie przeciwności życiowych ze skierowaniem swojej myśli z pokorną ufnością do Boga i dołączając, choćby tylko wewnętrznie, pobożne wezwanie.
Pełny wykaz odpustów cząstkowych można znaleźć w książeczce s. Elii Maciejewskiej FSK, Sakrament pokuty. Rachunek sumienia dla osób dorosłych. Odpusty, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2003.
***
Przypadające dziś, 7 października, wspomnienie Matki Boskiej Różańcowej to dzień szczególny w powszechnym i polskim kalendarzu maryjnym.
Episkopat News
***
Modlitwa różańcowa jak żadna inna obejmując cały świat katolicki wskazuje, że Maryja to Mater omnium, udzielająca się wszystkim we wszystkich potrzebach jako Pośredniczka prowadząca do Chrystusa. Różaniec stał się modlitwą powszechną, najdobitniejszym wyrazem czci i kultu maryjnego.
Istotna jest także łącząca się integralnie z tytułem Matki Bożej Różańcowej rola Maryi jako Matki Bożej Zwycięskiej, której kult zainaugurowała bitwa pod Lepanto w 1571 r. Jako patronka wojsk katolickich w decydujących starciach – Biała Góra, Nordlingen, Częstochowa, Chocim, Beresteczko, Wiedeń – zapisała się w historii Europy i Polski. Zwycięstwo pod Wiedniem Innocenty XI uczcił ustanawiając święto Imienia Maryi.
Różaniec – symbol i mistyka róży
Słowo różaniec (łac. rosarium) wywodzi się z litanijnego wezwania „Rosa mystica” (Róża duchowa). Porównanie to łączy się z symboliką róży i krzewu różanego, i posiada głębokie implikacje w mistyce chrześcijańskiej. Modlitwa różańcowa jest wyrazem misteryjnego nurtu duchowości średniowiecza, której szczególnym znamieniem był rosnący i różnicujący się kult maryjny.
Wszystkie znaczenia róży wynikają z jej funkcji sakralnej. Podstawę sakralności róży stanowią jej przyrodzone właściwości – kształt, barwa i zapach, które dopiero w strukturze symbolu ewokują jej prawdziwe znaczenie. Powodują one, że róża jest przede wszystkim kwiatem mistycznym. Najbardziej znanym wyobrażeniem ze sfery mistyki róży jest różaniec. Różaniec to rosarium, czyli ogród lub wieniec różany, miejsce mistycznej łączności z Bogiem i kontemplacji niebiańskiego bytu.
Modlitwa różańcowa jako akt kultowy zawiera dwa aspekty: jest techniką modlitewną przez powtarzanie i rytmikę wezwań oraz jest formą kontemplacji wydarzeń świętej historii. Wspólnie prowadzą one do możliwie doskonałego uczestniczenia w Bożych tajemnicach i realizacji celu eschatologicznego. Dlatego też różaniec, jako swoisty „środek” modlitewny posiada charakter uniwersalny i stosowany jest także w buddyzmie, hinduizmie i islamie.
Pierwociny różańca stanowiły „sznury modlitewne”, na których z czasem zawiązywano węzełki, a potem nizano paciorki, aby ułatwić liczenie modlitw. Różaniec muzułmański wylicza 99 imion Allacha, a setny, niewidzialny paciorek otwiera powrót do niego. Różaniec hinduski jest przypisany Brahmie i Sarasvati, symbolizuje wszystkie światy i etapy objawienia. Triparasundari – róża kosmiczna, wyraża skończoną doskonałość, jednię i niczym nie skażone spełnienie.
Różaniec chrześcijański odnosi się do Najświętszej Dziewicy, która przedstawiana jest często w wieńcu z róż i w ogrodzie różanym. Jest to hortus conclusus (ogród zamknięty), co wskazuje na bezczasowe trwanie i żywot, a róże to niebiańskie cnoty Dziewicy. Ona sama jest bowiem Różą Mistyczną, symbolem wiecznej doskonałości.
Początki i rozwój
Geneza chrześcijańskiej modlitwy różańcowej nie została do tej pory jednoznacznie ustalona. Ogólnie przyjętej tradycji nie potwierdzają bowiem źródła w kilku istotnych sprawach. Miarodajne będzie zatem stwierdzenie, że różaniec stanowi wynik wielowiekowej ewolucji różnych form modlitewnych.
Chrześcijaństwo znało sznury modlitewne już we wczesnym średniowieczu. Służyły one do odmawiania modlitwy Pańskiej i nosiły nazwę signula de Pater Noster. Prawdopodobnie ok. połowy XII w. z takim praróżańcem powiązano maryjną modlitwę Ave Maria, co było oznaką rosnącego znaczenia Matki Bożej w Kościele. Pierwszego usystematyzowanego połączenia obu modlitw: 5 Pater Noster i 50 Ave Maria dokonał prawdopodobnie kartuz Henryk Eghen. Dalsze, pewne już wiadomości pochodzą z pierwszej połowy XV w. Uformowana modlitwa różańcowa powstała w środowisku kartuzów – Dominik z Prus i Adolf z Essen z klasztoru w Trewirze połączyli 50 Ave Maria z pięćdziesięcioma rozmyślaniami. Była to „reforma trewirska”, co świadczy o istnieniu wcześniejszych form różańca. System trewirski posiadał kilka wariantów, odmawiano np. 63 Ave Maria, które odpowiadały symbolicznej liczbie 63 lat życia Matki Bożej i łączono je z rozmyślaniami o tajemnicach maryjnych.
Następne źródła pochodzą z kręgu dominikańskiego. Alanus de Rupe (Alain de la Roche) napisał ok. 1470 r. dzieło „De utillitate Psalteri Mariae”, pierwszą książkę poświęconą różańcowi (pierwszą polską książkę o tematyce różańcowej pt. „Różanego wianka Panny Mariey wyłożenie nabożne” napisał ks. Benedykt Herbest w 1568 r.). Na wzór zawartych w „Psałterzu“ 150 psalmów, de Rupe ustalił sposób odmawiania 150 Ave Maria połączone z rozważaniami tajemnic i przedzielił je 15 modlitwami Pater Noster. Powiązał także ideę różańcową z symboliką wianka różanego. W 1475 r. przeor klasztoru dominikanów w Kolonii, Jakub Sprenger, założył pierwsze bractwo różańcowe, obdarzone kilka lat później przywilejami i odpustami papieskimi. System jaki wprowadzili de Rupe i Sprenger nosił miano „reformy kolońskiej”. Ostatnia zmiana nastąpiła w 1483 r. Liczbę tajemnic różańca zredukowano do 15 i wprowadzono ich podział na radosne, bolesne i chwalebne. W tej postaci różaniec trwał do 2002 r., kiedy to Jan Paweł II 16 października powiększył go o Tajemnice Światła.
Główny nurt tradycji różańcowej wywodzi się jednak od św. Dominika. Według tej tradycji, święty przebywający w 1212 r. w klasztorze Prouille na wyspie Albi, doznał we śnie objawienia. Ukazała mu się Matka Boska, podarowała różaniec, wyjaśniła jak należy się na nim modlić i zachęciła do jego rozpowszechniania. Według przekazów dominikańskich, głównie Alanusa de Rupe, św. Dominik ewangelizując i głosząc kazania odmawiał różaniec łącząc modlitwę z wyjaśnianiem tajemnic wiary. Modlitwa różańcowa miała się przyczynić do zaniku herezji albigensów, których nawracał św. Dominik. Świętemu nie obca była mistyka rosarium – określał on różaniec jako „koronę z róż Najświętszej Maryi Panny”.
Przekaz pozostawiony przez Alanusa de Rupe jest kontrowersyjny, nie znajduje bowiem potwierdzenia w innych źródłach. Żadne dokumenty nie świadczą również o istnieniu bractw różańcowych współczesnych św. Dominikowi. A właśnie one są najlepszym świadectwem potwierdzającym istnienie rozbudowanej formy różańca.
Modlitwa różańcowa ogarnęła szybko świat chrześcijański i było to w głównej mierze zasługą bractw różańcowych. Pod koniec XVI w. nie było prawie miasta w Europie bez tej konfraterni. Erygowano w kościołach kaplice różańcowe lub ołtarze brackie, które otrzymywały liczne odpusty. Przyczyniły się one niemało do popularności różańca. Modlitwa różańcowa choć nie weszła do kultu liturgicznego osiągnęła rangę modlitwy powszechnej, praktykowanej przez wszystkie stany. Byłą dostępna dla ludzi nie umiejących czytać (stanowiło to w znacznym stopniu o jej powszechności) i zwano ją dlatego „brewiarzem dla ludu”.
Prawdziwy rozkwit przeżyło nabożeństwo różańcowe w dobie kontrreformacji. Łącząc praktykę modlitwy z kontemplacją prawd wiary, różaniec, ta „skrócona Ewangelia” znakomicie realizował zalecenia Soboru Trydenckiego, był niezastąpiony w dziele poszerzania i popularyzacji wiary katolickiej. Rozwój ten wiązał się z działalnością dominikanów. W XVII w. byli oni jednym z najpotężniejszych zakonów. W samej Rzeczpospolitej posiadali wówczas 182 klasztory. „Nie było prawie parafii, gdzieby bractwo różańcowe nie istniało” – pisał historyk obyczajów Łukasz Gołębiowski. Należeli do nich dosłownie wszyscy – od króla do chłopa. Szlachcic (katolik) obok szabli miał zawieszony u pasa różaniec. Religijna gorliwość potrydencka powodowała, że do bractw różańcowych zapisywano nawet zmarłych.
Ikonografia
Kult Matki Boskiej Różańcowej znalazł wyraz w ikonografii maryjnej. Wyobraźnia artystyczna w oparciu o treści ideowe różańca nie stworzyła jednak nowego typu przedstawienia. Zaadoptowano istniejące już wzory ikonograficzne wyposażając je w atrybuty kultu różańcowego.
Pierwszą grupę przedstawień tworzą wizerunki maryjne nawiązujące do schematu Niewiasty Apokaliptycznej, opartego na wizji św. Jana. Początkowo, postać Niewiasty Apokaliptycznej uważano za personifikację Kościoła, później związano ją z osobą Matki Bożej. Typ Niewiasty Apokaliptycznej dał początek wizerunkom Immaculaty (Niepokalanie Poczętej), Assunty (Wniebowziętej) i Incoronaty (Królowej Nieba). Matka Boska przedstawiana jest w nich w całej postaci z symbolami apokaliptycznymi: słońcem, księżycem i gwiazdami. Immaculata jako Matka Boska Różańcowa malowana była z wieńcem różanym lub z różańcem w dłoniach. Występuje też w koronie jako Królowa Różańca. Wersja różańcowa Assunty i Incoronaty przedstawia Matkę Bożą na tle krzewu różanego lub otoczoną wieńcem z róż. Kwiaty białe symbolizują tajemnice radosne, czerwone – bolesne, złote – chwalebne.
Druga grupa przedstawień różańcowych ukazuje scenę przekazywania różańca przez Matkę Bożą św. Dominikowi lub innym świętym dominikańskim. Jest Ona przedstawiana razem z Dzieciątkiem, w postaci stojącej lub wychylającą się z obłoków.
Jeszcze inna grupa obrazów oparta jest na typie Maryi Orędowniczki wiernych. Malowano Ją w całej postaci jako adorowaną przez wiernych wszystkich stanów i rozdającą im sznury różańca. Matka Boska występuje tu jako Mater Omnium – Matka i Opiekunka wszystkich ludzi. Na takich wizerunkach idea różańcowa obejmuje często także Kościół cierpiący, ukazując dusze czyśćcowe, które za wstawiennictwem Matki Bożej aniołowie wprowadzają do nieba. Na obrazach takich występują często święci dominikańscy jak Dominik, Katarzyna ze Sieny, Tomasz z Akwinu, Jacek Odrowąż orędujących za duszami czyśćcowymi. I wreszcie ostatnim typem wizerunków Matki Boskiej Różańcowej, który zdobył największą popularność, to przedstawienia wzorowane na obrazie Matki Boskiej Śnieżnej (Salus Populi Romani) w Rzymie. W Polsce znajdowały się w prawie każdym kościele dominikańskim.
Święto Matki Boskiej Różańcowej
Powstanie święta łączy się z wydarzeniem militarnym, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie. Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a Leon XIII w 1888 r. ustalił liturgię święta i przeznaczył październik na odprawianie nabożeństwa różańcowego.
Idea odwoływania się do wstawiennictwa Matki Bożej w potrzebach militarny przez modlitwę różańcową praktykowana była także w Rzeczpospolitej. Olbrzymia procesja różańcowa z biskupem Marcinem Szyszkowskim przeszła ulicami Krakowa 3 października 1621 r. w intencji wojsk polskich pod Chocimiem. I tu niesiono kopię obrazu Matki Boskiej Śnieżnej przywiezioną do Krakowa z Rzymu w 1600 r. Na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem odbywała się odtąd w Krakowie co roku procesja różańcowa. Grzegorz XV (1621-1623) polecił aby Kościół w Rzeczpospolitej obchodziły rocznicę Chocimia uroczystym nabożeństwem ze śpiewem Te Deum.
Chrystocentryzm różańca
Różaniec jest najintensywniejszą formą pobożności maryjnej, a także najbardziej uniwersalnym sposobem modlitwy w katolicyzmie. W istocie jest on jednak modlitwą chrystocentryczną. Maryja powinna być czczona jako Pośredniczka, która włącza wiernych w misterium życia Chrystusa. Poznawanie tajemnic Jego zbawczego dzieła ukazuje niebiański i historyczny zarazem wymiar tych wydarzeń oraz akcentuje ich realność i zakorzenienie w świecie wyrażając istotne elementy dziejów zbawienia. W ten sposób różaniec przeciwstawia się redukcji świętej historii do zespołu jedynie ponadczasowych idei. Różaniec wpisuje misterium Chrystusa w tok Jego ziemskiego życia i życia Maryi, czyniąc je przez to bliskim i zrozumiałym.
Największa w dziejach bitwa morska rozegrała się 454 lat temu. Dawno – ale jej konsekwencje trwajądo dzisiaj.
Świat nie widział dotąd tak wielu okrętów. Na przedzie armady Ligi Świętej płynęło sześć potężnych i powolnych galeasów. To były istne „pancerniki” (60–80 m długości, 10–16 m szerokości i do 1000 ton wyporności) z wysokimi burtami, a na każdym z nich stało po 60 dział. Za nimi płynęły trzy eskadry galer, miarowo bijąc wiosłami powierzchnię morza. Jeszcze dalej widać było transportowce pełne żołnierzy.
Wczesnym rankiem 7 października 1571 r. chrześcijańska flota znalazła się u wejścia do zatoki Patras. Nagle powietrze rozdarł huk wystrzału z admiralskiego okrętu „Real di Spagna”. To umówiony sygnał: „Wróg blisko”. Okazało się, że w głębi zatoki stoi olbrzymia flota turecka. Dowódcy eskadr i kapitanowie zebrali się na „Realu” na naradę. Dowodzący armadą Don Juan de Austria wręczył kapitanom plan bitwy z zaznaczonym miejscem ich okrętów w szyku. Ten „spóźniony rycerz krzyżowy” (tak o nim mówiono) był nieślubnym synem cesarza Karola V. Otrzymał dowództwo ze względu na wybitny talent dowódczy.
Niektórzy doradzali wycofanie się. „Panowie, czas narad się skończył, nadszedł czas bitwy” – uciął dyskusję admirał.
Pochód półksiężyca
Istotnie, czas nadszedł. Pochód islamu można było powstrzymać jedynie otwartą konfrontacją.
Od czasu, gdy Turcy zdobyli Konstantynopol, sułtani uznali się za spadkobierców cesarzy rzymskich i bizantyńskich. Zaczęli sobie rościć pretensje do ziem niegdyś należących do starożytnego imperium. Dziesiątki tysięcy świetnie wyekwipowanych żołnierzy maszerowało pod sztandarem Proroka, zajmując kolejne ziemie chrześcijan. Imperium osmańskie liczyło już prawie 6 mln km kw. i było najludniejszym państwem w tym rejonie świata. Flota wojenna sułtana zaczynała dominować w basenie Morza Śródziemnego. Turcy uderzyli na Bałkany, dotarli na Węgry, w opałach znalazł się Wiedeń. Padła wyspa Rodos, w ogniu stanął należący do Wenecji Cypr. Jasne było, że w końcu kolej przyjdzie na stolicę chrześcijaństwa – Rzym.
Niełatwo było w podzielonej Europie zmontować koalicję zdolną stawić czoła zagrożeniu. Dokonał tego Pius V, papież pełen żarliwej wiary, a przy tym człowiek prosty i miłosierny. Porywał wiernych stylem życia, gdy chodził boso i z odkrytą głową w procesjach błagalnych o zatrzymanie ekspansji półksiężyca. Dzięki jego wysiłkom powstała Liga Święta – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii.
Flota katolicka wyszła w morze w połowie września z portu w Mesynie. Wspierały ją modlitwy i post milionów wiernych z całej Europy. Członkowie załóg wyspowiadali się, a na prośbę papieża każdego dnia odmawiali Różaniec. Robili to tym chętniej, że było wśród nich wielu ochotników, którzy zaciągnęli się ze szczerym pragnieniem obrony chrześcijaństwa.
Do ataku
Gdy wrogie floty spotkały się w zatoce Patras niedaleko miasta Lepanto, każda ze stron była zaskoczona rozmiarami armady przeciwnika. Ale Don Juan postanowił atakować. Jego rozkaz dla załóg brzmiał: „Przybyliście tu walczyć za Święty Krzyż, zwyciężyć albo zginąć! Czy macie jednak zwyciężyć, czy zginąć, czyńcie dziś swą powinność, a chwalebną nieśmiertelność sobie zyskacie!”.
Na okrętach odmówiono modlitwę, a kapelani udzielili załogom rozgrzeszenia.
Turcy dostrzegli flotę przeciwnika o godzinie 7.40. Gdy kapudan (odpowiednik admirała) Muezzinzade Ali Pasza, stojący na flagowym okręcie „Sułtan”, zdał sobie sprawę z sytuacji, przeraził się. Nie spodziewał się, że chrześcijanie odważą się ich zaatakować. Flota Ligi okazała się znacznie silniejsza niż sądził. Miał przed sobą ponad 200 okrętów plus jednostki pomocnicze, a na nich 30 tys. żołnierzy i 50 tys. marynarzy i wioślarzy. On dysponował nieco większą siłą, ale nie taką, która dawałaby gwarancję zwycięstwa. Trzeba było coś postanowić. Kapudan dał rozkaz do ataku.
Kiedy Turcy zbliżyli się do płynących przodem galeasów, kolosy rozbłysły ogniem potężnej artylerii. Kule zaczęły demolować osmańskie jednostki. Znajdujące się w pobliżu okręty próbowały oddalić się od galeasów, co spowodowało zderzenia z sąsiednimi galerami.
Po ominięciu z dużymi stratami galeasów Turcy stanęli naprzeciw linii chrześcijan. Wzdłuż frontu Ligi Świętej rozbrzmiał okrzyk „Jezus! Maryja!” – i główne siły obu stron zwarły się ze sobą, zamieniając wody zatoki w krwawy kocioł.
Determinacja walczących była nadzwyczajna, toteż i rozlew krwi był makabryczny. Na wiele mil dokoła słychać było huk wystrzałów, krzyki mordujących się ludzi, trzask łamanych kadłubów i wioseł. Razem ze snującym się nad zatoką dymem płonących jednostek stworzyło to upiorny spektakl o skali, jakiej świat dotąd nie oglądał.
Krytycznym momentem było starcie okrętów admiralskich obu stron. Na „Sułtanie”, pod sztandarem kapudana, stało 300 janczarów z rusznicami i 100 łuczników. Don Juan miał na „Realu” 400 żołnierzy regimentu sardyńskiego, uzbrojonych w arkebuzy. Ich ogień okazał się druzgocący dla Turków, mimo to jednak „Sułtan” dziobowym taranem sięgnął kadłuba chrześcijańskiej galery. „Real” wytrzymał uderzenie, a jego załoga zaatakowała pokład „Sułtana”. Kapudan Muezzinzade padł trafiony pociskiem z rusznicy, a galernik z „Reala” odciął mu głowę.
Turcy z innych okrętów patrzeli ze zgrozą, jak z masztu „Sułtana” spada wielka chorągiew ich dowódcy. Wiedzieli, że to koniec.
Walka jeszcze trwała, ale były to już zmagania agonalne. Rozproszone jednostki Turków były niszczone jedna po drugiej.
Rekordy strat
Po pięciu godzinach walki było po wszystkim. Rozwiewający się dym odsłonił rozmiar katastrofy, jakiej uległa flota muzułmanów. Z ich 229 galer poszło na dno lub spłonęło 80, a 117 wpadło w ręce chrześcijan. Z 60 galeotów (lekkich okrętów żaglowo-wiosłowych) zniszczonych zostało 27, a 13 zdobyli zwycięzcy.
Straty w ludziach były szokujące. Po stronie tureckiej zginęło prawdopodobnie około 20 tysięcy żołnierzy i marynarzy (niektóre źródła podają liczbę dwukrotnie większą). Do tej liczby trzeba doliczyć kilkanaście tysięcy poległych galerników chrześcijańskich, przykutych do wioseł tureckich jednostek. Przeżyło ponad 10 tysięcy wioślarzy. Tym klęska Turków przyniosła wolność.
Zginęli prawie wszyscy wyżsi dowódcy tureccy. W ręce chrześcijan wpadły 274 działa okrętowe i ogromna ilość kosztowności.
Dokładnie policzono straty zwycięzców. Poległo 7656 żołnierzy i marynarzy, a 7784 odniosło rany. Porównywalne były straty wśród wioślarzy na okrętach Ligi. Na dno poszło 15 chrześcijańskich galer. Poległo też kilku znacznych oficerów.
Wśród rannych był najsławniejszy uczestnik bitwy, 24-letni hiszpański szlachcic Miguel Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Służył na galerze „Marquesa”. Tego dnia leżał pod pokładem z wysoką gorączką, gdy jednak usłyszał wrzawę bitewną, wybiegł na zewnątrz i wziął udział w walce. Dostał trzy kule – w pierś i w lewą rękę. Krwawiąc, walczył do końca. Ramię pozostało bezwładne, on jednak był dumny ze swojego kalectwa. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – mówił. Bitwę nazwał „najszczytniejszą potrzebą, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”.
Bitwa pod Lepanto zatrzymała ekspansję turecką. Wprawdzie imperium osmańskie pozostało jeszcze przez ponad sto lat potęgą, ale jego potencjał nie był już tak przytłaczający jak wcześniej.
Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa Pius V ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na święto Matki Bożej Różańcowej.
Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja Różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.•
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Różaniec na szaniec
Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?
Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, „otrzymają wszystko, o co poproszą”, usłyszał od samej Maryi błogosławiony Alanus de la Roche. Historia zna wiele przypadków, które pokazują, że tłum rozmodlonych ludzi był w stanie zatrzymać wielkie historyczne kataklizmy.
Bitwa ze wspomaganiem „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się sułtan Selim II. Nie wyglądało to na puste przechwałki. Sto lat wcześniej tureckie imperium zdobyło Konstantynopol, stolicę wschodniego chrześcijaństwa. Teraz żarłocznie pochłaniało kolejne połacie Europy. Sztandar proroka łopotał już na Bałkanach, na Węgrzech, zagroził Wiedniowi. Padła wyspa Rodos, padł Cypr. Po Adriatyku uganiała się flota turecka, atakując weneckie placówki. W Europie Zachodniej nie rozumiano powagi sytuacji. Francja wręcz namawiała Turków do akcji zaczepnych przeciw swoim rywalom. Jedynie papież Pius V próbował zorganizować jakąś koalicję. Wreszcie udało się stworzyć Świętą Ligę – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii. Tylko tyle. Ale Pius V liczył na „tajną broń” – Różaniec. „Brat chodak” – tak o nim mówiono – nie pasował do swoich poprzedników, papieży renesansu. Żył surowo, po wyborze nie zdjął nawet swojego dominikańskiego habitu. Choć nie zaniedbywał żadnych niezbędnych działań, modlitwę uważał za środek najskuteczniejszy.
Gdy u brzegów Sycylii zaczęła gromadzić się chrześcijańska flota, Pius V zorganizował „drugi front”. Na jego prośbę w całej Europie miliony ludzi pościły i odmawiały Różaniec w intencji zwycięstwa. Papież spędzał długie godziny na modlitwie w swojej kaplicy. Każdego dnia ulicami Rzymu ciągnęły procesje bractwa różańcowego z obrazem Matki Bożej Śnieżnej. Również załogi okrętów, na prośbę Piusa, codziennie odmawiały Różaniec. Rankiem 7 października 1571 roku flota chrześcijan starła się z turecką armadą w Zatoce Korynckiej, w pobliżu miasta Lepanto.
Zanim słońce zaszło, z dumnej floty „pana całej ziemi” zostały tylko drzazgi pływające w czerwonej od krwi wodzie. Trzydzieści tysięcy Turków poległo lub zostało rannych, trzy tysiące dostało się do niewoli. Piętnaście tysięcy chrześcijańskich wioślarzy-niewolników odzyskało wolność. Chrześcijan poległo 8 tysięcy, a 21 tysięcy odniosło rany. Wśród tych ostatnich był pewien młody Hiszpan. Nazywał się Miguel de Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Do końca życia chwalił się udziałem w bitwie pod Lepanto, „najszczytniejszej potrzebie, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”. Bezwładną rękę traktował jak zaszczytną pamiątkę. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – napisał.
Gdy posłaniec z wieścią o zwycięstwie dotarł do Rzymu, papież, dzięki widzeniu, które miał w dniu bitwy, wiedział o wszystkim. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na obchodzone do dziś w całym Kościele święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.
Austriacy na kolanach Historycy mają twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad powojennymi losami Austrii, która, podobnie jak Niemcy, podzielona została na strefy okupacyjne, przy czym Związkowi Radzieckiemu przypadła najbogatsza część kraju – Dolna Austria – opowiada Mirosław Laszczak w „Historii różańca” – „Wyzwoliciele” spod znaku czerwonej gwiazdy za nic nie chcieli opuścić zajętych przez siebie terenów. I wtedy – po raz kolejny – okazało się, że pomoc płynąca z Różańca ma nie tylko duchowy charakter.
Austria była dla Stalina łakomym kąskiem: zdobył przyczółek, z którego mógł kontrolować sytuację w Czechach, Niemczech i na Węgrzech. Wiedeń podzielony był jak Berlin. Austria miała podzielić los Niemiec. Sowieci wywozili urządzenia przemysłowe i niszczyli gospodarkę znakomicie rozwiniętego kraju. Nikogo nie dziwiło, że wojska radzieckie nie chciały opuścić kraju nad Dunajem.
I wtedy, w obliczu zagrożenia komunizmem, skromny austriacki franciszkanin, ojciec Petrus Pavlicek, poprosił o codzienny Różaniec w intencji odzyskania niepodległości. Wezwał naród do Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Jego wezwanie nagłośniły władze kościelne. Mnich miał niesamowitą charyzmę: jeździł po całym kraju, namawiając ludzi do modlitwy i nawrócenia. Żar, z jakim przemawiał, sprawiał, że ludzie chętnie wstępowali w szeregi krucjaty. – Wierzono, że skoro kilka wieków wcześniej, walczący pod sztandarem Maryi, król Jan III Sobieski wspomagany modlitwami bractw różańcowych ochronił Wiedeń, i tym razem ocalenie przyjdzie za sprawą gorliwie odmawianego Różańca – pisze Mirosław Laszczak. – Aż siedemset tysięcy Austriaków prze-suwało w palcach paciorki, przed obrazami Ma-tki Boskiej Różańcowej odbywały się błagalne modlitwy i nabożeństwa. Na klęczkach proszono o wyjście Armii Radzieckiej z Austrii.
Modlitwa różańcowa ogarnęła cały kraj. W 1950 r. ponad 35 tysięcy Austriaków przeszło przez Wiedeń w ogromnej Maryjnej Procesji Światła. Co ciekawe, na czele procesji szli politycy: kanclerz Leopold Figl i Julius Raab, liderzy Austriackiej Partii Ludowej. Cztery lata później w podobnej procesji przez wiedeńskie ulice szło już 60 tys. Austriaków. Sprawa negocjacji ze Stalinem wydawała się beznadziejna. Rząd Austrii spotykał się z ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem ponad 300 razy. Bez skutku. Gdy wiosną 1955 r. po raz kolejny Raab i Figl jechali do Moskwy, wezwali członków krucjaty do gorącej modlitwy. I wówczas, gdy delegacja rządu toczyła żmudne negocjacje z Mołotowem, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 13 kwietnia – w dzień fatimski – Sowieci niespodziewanie zgodzili się opuścić Austrię. Zadowolili się odszkodowaniem finansowym. Austrię ogarnął szał radości. 15 maja 1955 roku stojący na balkonie wiedeńskiego Belwederu minister Leopold Figl zawołał: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu, podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!”.
Fatima, córka Mahometa Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy w zapomnianej przez wszystkich wiosce troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Łucja ma dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a najmłodsza Hiacynta siedem. Objawienie w Fatimie ma kluczowe znaczenie w historii Różańca. To tu Maryja wielokrotnie wzywała do odmawiania tej modlitwy, z tą zapomnianą przez ludzi wioską wiązała wielkie obietnice.
Znany publicysta katolicki Vittorio Messori w samej nazwie wioski doszukuje się niezwykłego symbolu: „Dlaczego Matka Boża z tylu miejsc, w których mogła się ukazać, wybrała właśnie zagubioną pośród gór wioskę, która nazywa się tak samo jak umiłowana córka Mahometa? Fatima w świecie muzułmańskim, a przede wszystkim szyickim, spełnia rolę maryjną.
Jest związana między innymi z apokaliptycznymi wydarzeniami końca świata – tak jak Maryja – i pełni rolę związaną z miłosierdziem, zwłaszcza dla szyitów. O ile mi wiadomo, a sprawdziłem to dość dobrze, w całej Europie Zachodniej istnieje tylko jedno miejsce o nazwie Fatima i – nawiasem mówiąc – jest to zagubiona między górami wioska, której nikt jeszcze niedawno nie znał, nawet w Portugalii. Dlaczego Matka Boża miałaby się ukazać właśnie tam? Czy to był przypadek? W tych sprawach nic nie jest przypadkowe”.
Autor książki „Przekroczyć próg nadziei” przypomina, że sam zamach na Papieża nieprzypadkowo miał miejsce 13 maja, dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Maryi. Plac Świętego Piotra rozdarły strzały. Wszechmoc Boża znów objawiła się w słabości. Bezradny, zakrwawiony Jan Paweł II na oczach całego świata ukazał kwintesencję chrześcijaństwa: z serca przebaczył zamachowcowi. Ludzie na całym świecie dotknęli tajemnicy Boga.
Rok później Jan Paweł II przez czterdzieści minut modlił się w Fatimie, dziękując Maryi za ocalenie życia i powrót do zdrowia. Co chciała nam powiedzieć Maryja, wzywając do modlitwy różańcowej w wiosce mającej imię córki Mahometa?
Sprawdzona broń Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo – napisali marynarze.
Zanim Jan III Sobieski zatrzymał inwazję turecką pod Wiedniem, ponad wiek wcześniej podobnego czynu dokonał papież św. Pius V. Jego bronią był Różaniec.
W 1570 roku muzułmańskie wojska Turcji zajęły Nikozję, stolicę Cypru, a po długim oblężeniu zdobyły Famagustę, gdzie dokonały straszliwej rzezi chrześcijan. W obronie zaatakowanego Cypru stanął papież Pius V, który stworzył związek katolickich państw, zwany Świętą Ligą. Wystawiona przez nią flota wypłynęła naprzeciw przeważającym liczebnie statkom nieprzyjaciela.
Obie armady spotkały się 7 września 1571 roku, kilkadziesiąt kilometrów od portu Lepanto. Papież modlił się na różańcu, prosząc Matkę Bożą o pomoc dla chrześcijańskiej armii. Nagle usłyszał szum wiatru i łoskot żagli. Dzięki widzeniu znalazł się na miejscu bitwy. Zobaczył ogromne floty gotowe do starcia. Nad nimi stała Maryja, która okryła płaszczem wojska chrześcijańskie. Dzięki temu wiatr zmienił kierunek, co zablokowało manewr flocie tureckiej, a sprzyjało chrześcijańskiej.
Bitwa pod Lepanto należała do najkrwawszych bitew morskich w dziejach. Po czterech godzinach walki Święte Przymierze zdołało zatopić 60 galer wroga, zdobyć połowę okrętów tureckich, uwolnić 12 tys. chrześcijańskich galerników. Morska potęga Turcji została rozbita. Pius V ustanowił dzień 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, „aby – jak pisał – nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesionego w walce przeciw nieprzyjaciołom wiary katolickiej”.
Jego następca Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na Matki Bożej Różańcowej. Wiara w zwycięstwo Maryi i przekonanie o sile Różańca nie były tylko pobożnymi życzeniami papieży. Uczestnicy bitwy morskiej, weneccy marynarze, ufundowali w swoim mieście kaplicę, na której wyryto napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”. Dziś, jak zauważył papież Benedykt XVI, „łódeczka myśli wielu chrześcijan jest nierzadko huśtana przez fale, miotana z jednej skrajności w drugą”. Walka trwa. Potrzeba sprawdzonej broni. Różaniec jest bardzo na czasie.
Marcin Jakimowicz, Franciszek Kucharczak,wiara.pl
autor tekstu “Sprawdzona broń” – ks. Piotr Studnicki
***
Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy. To Różańcowa Pani dała zwycięstwo
(Oprac. PCh24.pl)
***
Mało kto wie, że celebrowane dziś wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej, kiedy zostało ogłoszone, nosiło nazwę – Matki Bożej Zwycięskiej. Nazwa ta bezpośrednio odnosiła się do wspaniałego zwycięstwa wojsk chrześcijańskich z muzułmańską flotą turecką pod Lepanto w roku 1571. W późniejszych dziejach świata, wszystkie batalie wojenne i walki toczone z mocami zła pod niebieską flagą Maryi zawsze kończyły się zwycięstwem.
Pierwsza cudowna wiktoria różańcowa
Największym, a jednocześnie pierwszym historycznie udokumentowanym cudem różańcowym było zwycięstwo floty chrześcijańskiej w bitwie pod Lepanto. Wydarzenie to zadecydowało o przyszłości Europy, gdyż muzułmanie chcieli zająć ją całą, a chrześcijan siłą „przerobić” na mahometan. Była to druga połowa wieku XVI, na stolicy piotrowej zasiadał papież Pius V. Pisano o nim, że był on „jednym z niewielu chrześcijan traktujących dosłownie słowa i czyny Chrystusa, nie uznającym wyjątków i ograniczeń”. Do tego, jako dominikanin, duchowy syn św. Dominika Guzmana – pierwszego propagatora modlitwy różańcowej, czcił Maryję i codziennie stosował Jej straszną broń na Złego, czyli właśnie Różaniec.
To Pius V włączył dwuczęściowe Zdrowaś Maryjo do zreformowanego brewiarza, przez co nadał Pozdrowieniu Anielskiemu ostateczną postać, zatwierdzoną przez liturgię Kościoła. To właśnie ten papież napisał „Różaniec jest najpobożniejszym sposobem modlitwy do Boga, sposobem łatwym do stosowania przez wszystkich, którzy trwają w wysławianiu Najświętszej Dziewicy”. Dlatego też gorąco propagował odmawianie Różańca, szczególnie w obliczu grożącemu Europie – muzułmańskiemu potopowi. Wieść o tym dotarła do sułtana Selima II, który szykował się właśnie do krwawego podboju świata chrześcijańskiego i napełniła go lękiem. Sułtańscy kronikarze odnotowali fakt, że Selim II, spoglądając na Adriatyk, wyszeptał „Bardziej niż wszystkich galeonów chrześcijańskich obawiam się modlitwy Piusa V”.
Wkrótce okazało się, że miał się czego obawiać. Sułtańska flota została pod Lepanto całkowicie rozgromiona. W tym samym czasie Pius V, w swojej kaplicy, trwał na modlitwie różańcowej. Między kolejnymi częściami dodawał „Daj zwycięstwo. Nie dla naszej chwały, ale dla Twojej, Pani i Matko. Pod płaszcz Twego miłosierdzia uciekamy się. Uznaj nas za swe dzieci, weź pod swoją opiekę”. Zwycięstwo pod Lepanto było ogromne. Zatopiono pięćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników.
Pius V, świadomy komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, ogłosił całemu katolickiemu światu, iż dzień 7 października już na zawsze jest świętem Najświętszej Panny Dziewicy. Pierwotnie święto to nazwane zostało – Matki Bożej Zwycięskiej. Dopiero później zmieniono tę nazwę na wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. W encyklice Pius V napisał: „Pragniemy szczególnie, aby nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesione w walce przeciw Turkom, nieprzyjaciołom wiary katolickiej”. Natomiast Wenecjanie tę samą prawdę wypisali na ścianie zbudowanej w swym mieście kaplicy dziękczynnej „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”.
Kolejne zwycięstwa Maryi Różańca Świętego
W późniejszych dziejach świata, wszystkie batalie wojenne, społeczne i osobiste walki toczone z mocami zła pod niebieską flagą Maryi zawsze, wcześniej czy później, kończyły się zwycięstwem. Maryja zwyciężała jako patronka wojsk katolickich w decydujących starciach z innowiercami lub wojującymi ateistami – m.in. Biała Góra, Nordlingen, Częstochowa, Chocim, Beresteczko, Wiedeń, Bitwa Warszawska, Bitwa Niemeńska, jako patronka Solidarności, wyjście z Austrii Armii Czerwonej – Maryja zawsze zwyciężała.
Co ciekawe w historii Polski wiele zwycięskich bitew z muzułmanami i innowiercami nasze wojska stoczyły w miesiącu maryjnym – październiku. Dla przykładu były to bitwy z Krzyżakami pod Koronowem (1410), z Rosjanami (1581) pod Mohylewem czy z Kozakami pod Białą Cerkwią (1651). Natomiast wiktoria w bitwie z Turkami i Tatarami pod Podhajcami miała miejsce 6 października 1667 roku, w wigilię święta Matki Bożej Różańcowej. Choć przeciwnik liczył 30 tysięcy a wojska polskie tylko 18 tysięcy. Husaria rozgromiła wówczas siły tatarsko tureckie w perzynę. Dowodził hetman polny koronny Jan Sobieski. To była „rozgrzewka” przed Wiedniem.
Matka wciąga nas na Różańcu do nieba
Matka Boża prawdę o mocy modlitwy różańcowej przekazała nam osobiście podczas objawień w Lourdes (1858) czy w Gietrzwałdzie (1877). Maryja wskazała tam na różaniec jako narzędzie Bożego Miłosierdzia. W 1917 roku do trojga dzieci z Fatimy powiedziała: „Odmawiajcie codziennie różaniec”, a z Jej prawego ramienia zwisał sznur perłowych paciorków zakończony krzyżem. Podczas szóstego, ostatniego objawienia w Fatimie, Maryja ujawniła swe imię jako – Matka Boża Różańcowa. Powiedziała przez to, że różaniec jest ogromnie ważną modlitwą.
Obecnie do Polaków Maryja kieruje specjalne orędzie różańcowe. Pokazuje nam, jak miłe są Jej nasze różańce płynące do nieba każdego październikowego dnia. Przyjrzyjmy się czasowi, w którym miał miejsce cud Eucharystyczny w Sokółce. Stał się on w różańcowym październiku. Dlatego też cudownie przemieniona Cząstka Ciała Pańskiego w kościele św. Antoniego jest wystawiona do adoracji nie gdzie indziej, ale w pięknie odnowionej kaplicy Matki Bożej Różańcowej.
A jak głęboka jest wymowa ostatniego różańca prowadzonego przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Było to parę godzin przed jego uprowadzeniem i męczeństwem. W kościele św. Braci Polskich Męczenników w Bydgoszczy, 19 października 1984 roku, ksiądz Jerzy mówił:
„Nas, których dręczą rany i bóle fizyczne, wspieraj, Maryjo. Nas, których tak często spotyka niepokój, rozterka i załamanie, podtrzymuj na duchu, Maryjo. Nam, którzy jesteśmy upokorzeni, pozbawieni nieraz praw i godności ludzkiej, użycz męstwa i wytrwałości. Nam, którzy dokładamy wszelkich starań, aby odnowić oblicze tej ziemi, w duchu Ewangelii, okaż swą matczyną opiekę, Maryjo. Nam, którzy w trudzie i znoju walczymy o Prawdę, Sprawiedliwość, Miłość, Pokój i Wolność w Ojczyźnie naszej, podaj pomocną dłoń”. Zwycięstwo zawsze przychodzi przez Krzyż i Maryję.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Jak różaniec zmieniał losy świata?
14 najważniejszych wydarzeń
moomin201 | Shutterstock
***
W aktach Stolicy Apostolskiej z lat 1212–1716 opisano około 40 wielkich zwycięstw różańcowych. Jak poprzez różaniec zmieniano losy świata?
1 ZWYCIĘSTWO ŚW. DOMINIKA NAD HEREZJĄ ALBIGENSÓW (XIII WIEK)
Wwarunkach rozprzestrzeniającej się herezji albigensów, św. Dominik podjął modlitwę różańcową/ Dzięki różańcowi obroniono wiarę katolicką.
Bitwa pod Lepanto (1571). Autor nieznany
2 BITWA POD LEPANTO (1571)
W całej Europie papież Pius V wezwał do modlitwy różańcowej – zwycięstwo znacznie mniejszej floty Świętej Ligi.
3 ZWYCIĘSTWO POD CHOCIMIEM (1621)
Niewielka armia katolików (35 000) stanęła naprzeciw ogromnej, 400-tysięcznej armii tatarsko-tureckiej. W kraju trwała intensywna modlitwa różańcowa: procesje, czuwania, noszono obraz Matki Bożej Różańcowej.
4 ZWYCIĘSTWO POD LWOWEM (OK. 1675–1676)
Jan III Sobieski przerwał uroczystości koronacyjne i jeszcze jako książę, z zaledwie 6 000 żołnierzy wyruszył na odsiecz przeciwko armii turecko-tatarskiej liczącej 300 000. Ludzie biorą różaniec w ręce, organizują procesje.
„Jan III Sobieski wysyła wiadomość o zwycięstwie papieżowi Innocentemu XI” – Jan Matejko
5 BITWA POD WIEDNIEM (1683)
Jan III Sobieski zawierzył Maryi Odsiecz Wiedeńską modląc się na Jasnej Górze. Gdy Polacy walczyli pod Wiedniem, w Krakowie wyruszyła procesja od Wawelu do kościoła mariackiego. Ze śpiewem różańca niesiono Najświętszy Sakrament i cudowny obraz Matki Bożej Różańcowej.
6 BITWA POD WENECJĄ (1716)
Armia turecko-tatarska liczyła 200 000 ludzi, natomiast chrześcijan było zaledwie 64 000. Zwycięstwo osiągnięto dzięki gorliwej modlitwie różańcowej, mimo przewagi wroga. To ostateczna klęska armii islamskiej próbującej zdobyć Europę. Maryja jako pośredniczka zwycięstwa pozwalała przez różaniec mniejszej sile pokonać liczebnie potężniejszego przeciwnika.
7 OBJAWIENIA W GIETRZWAŁDZIE (1877)
Pod zaborami, w czasach zakazów modlitwy po polsku, Maryja objawia się dwóm dziewczynkom i wzywa do gorliwej modlitwy różańcowej. Efektem była odnowa duchowa narodu: zanik pijaństwa, pragnienie życia w czystości, wzrost powołań kapłańskich.
Daniel O’Connell
8 OBRONA WOLNOŚCI IRLANDZKICH KATOLIKÓW PRZEZ DANIELA O’CONNELLA (XIX WIEK)
W Irlandii adwokat Daniel O’Connell w kącie parlamentu odmawiał różaniec o wolność dla 7 milionów irlandzkich katolików. W czasie jego modlitwy posłowie zaczęli się kłócić. Dzięki wytrwałej modlitwie różańcowej O’Connell osiągnął swój cel – 7 milionów katolików otrzymało wolność.
9 PORTUGALIA OCALONA PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ DZIĘKI RÓŻAŃCOWI
W Portugalii odpowiedziano na wołanie Matki Bożej z Fatimy i oddano kraj Niepokalanemu Sercu Maryi. Portugalia nie doznała zniszczeń w czasie II wojny światowej.
10 AUSTRIA – POWSTRZYMANIE KOMUNIZMU DZIĘKI MODLITWIE RÓŻAŃCOWEJ (1955)
Po II wojnie światowej Austria była podzielona na strefy okupacyjne, m.in. część z Wiedniem była pod wpływem ZSRR. Ludzie wzywani byli do modlitwy różańcowej. Kiedy około 10% narodu gorliwie modliło się różańcem, sowieci niespodziewanie opuścili kraj 15 sierpnia 1955 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
11 BRAZYLIA – OBRONA KRAJU PRZED KOMUNIZMEM DZIĘKI RÓŻAŃCOWI (LATA 60.–70.)
W 1954 r., gdy usiłowano w Brazylii wprowadzić komunizm, około 600 000 ludzi wyszło na ulice z różańcami w ręku. Potężna modlitwa różańcowa sprawiła, że kraj został obroniony przed komunizmem i pozostał katolicki. Czerwona Rewolucja została udaremniona na dwa dni przed planowanym przez komunistów przejęciem władzy.
12FILIPINY – POKOJOWA REWOLUCJA DZIĘKI RÓŻAŃCOWI (1986)
W 1986 roku, 2 miliony ludzi wyszło z różańcami w ręku przeciwko czołgom. Strzały nie padły, a przewrót doprowadził do ustąpienia dyktatora.
13 WĘGRY – ZWYCIĘSTWO POLITYCZNE DZIĘKI MODLITWIE RÓŻAŃCOWEJ (1956–2006)
Na prośbę prymasa Węgier w 2006 roku rozpoczęto modlitwę różańcowa, która trwała 4 lata. Dzięki temu katolicy wygrali wybory, wprowadzono w konstytucji obronę życia oraz odniesienia do świętych patronów.
Różaniec w intencji pokoju przez cały październik.
Ze szczególnym apelem modlitwy w intencji pokoju, papież Leon XIV zwrócił się podczas środowej audiencji do wiernych na placu św. Piotra.
FOT. VATICAN MEDIA/CANVA PRO
***
Na zakończenie środowej audiencji ogólnej Ojciec Święty przypomniał, że październik jest zwłaszcza poświęcony modlitwie różańcowej. Dlatego zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie – powiedział papież.
Zapowiedział, że w październiku codziennie o 19.00 w bazylice watykańskiej będzie odmawiany różaniec. Dodał również, że 11 października na Placu św. Piotra odbędzie się szczególne czuwanie modlitewne w 63. rocznicę inauguracji Soboru Watykańskiego II.
***
Ludzkość błaga o pokój – mówi Leon XIV.
W różańcowym miesiącu błagajmy Boga o pokój razem z Królową Pokoju.
Ta, która usłyszała w Nazarecie od Archanioła: Shalom, została Królową Pokoju. W Fatimie, na Bałkanach czy w Rwandzie interweniowała, wołając o pokój, ale okazało się, że nie tylko Polacy mądrzy są po szkodzie.
Wzgórze Podbrdo. „Mir”, czyli…„pokój”, to słowo, które najczęściej usłyszymy w Medjugorju.
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
O wezwaniu Fatimy pisałem wielokrotnie, ale dopiero dziś zwróciłem uwagę na pewien „detal”. Było wokół tyle miejsc, ale Maryja objawiła się akurat w miejscu, które nosi nazwę Cova da Iria, czyli Dolina Pokoju. I to kilka dni po tym, jak papież Benedykt XV w liście do sekretarza stanu kard. Pietra Gasparriego wyraził pragnienie, by do Litanii Loretańskiej na stałe została dodana inwokacja: Regina pacis, ora pro nobis (Królowo pokoju, módl się za nami).
Budziły się demony
Nieustannie wracam do książek poświęconych wojnie na Bałkanach, by zrozumieć pęknięcia, wielowarstwowość i genezę krwawego konfliktu, który przez lata rozgrywał się nad Drawą, Sawą i Neretwą. Gdy 28 czerwca 1989 roku, w 600. rocznicę bitwy na Kosowym Polu, Slobodan Milošević wygłosił przemówienie, wielu obywateli Jugosławii, zwłaszcza Albańczyków i Chorwatów, uznało to za złowieszczy rodzaj „straszaka”. „Dzisiaj, sześć wieków później, znowu jesteśmy w bitwach i przed bitwami. One nie są zbrojne, chociaż i takie nie są jeszcze wykluczone” – wołał.
To było jak zapalenie zapałki na stacji benzynowej. Od lat relacje między Serbami, Chorwatami i Bośniakami były napięte do granic możliwości, a w krwiobiegu medialnym do głosu dochodziły szeptane dotąd słowa: „ustasze”, „czetnicy”, „Jasenovac”. Budziły się uśpione demony, którym reżim Tity zamknął na kilkadziesiąt lat pyski. A jeszcze niedawno media sprzedawały obraz yugo-sielanki, a „kolo” wspólnie tańczyli mieszkańcy kraju od Macedonii po słoweńskie Alpy. Świat jeździł nad Jadransko more, witany radosnym: Dobrodošli!
25 czerwca 1991 roku Słowenia ogłosiła deklarację niepodległości od Jugosławii, co oznaczało faktyczną secesję z federacji. Tego samego dnia niepodległość ogłosiła Chorwacja. Belgrad uznał obie deklaracje za nielegalne i brutalnie zainterweniował. Rozpoczęło się piekło.
Daruj nam mir
I gdzie był Bóg? – powraca jak bumerang stawiane w takich sytuacjach pytanie. No, gdzie?
Dziesięć lat wcześniej (25 czerwca 1981 r.) w nikomu nieznanym skalistym Medjugorju kilkorgu dzieciom objawiła się Gospa (po chorwacku Pani), która przedstawiła się jako Kraljica Mira (Królowa Pokoju). Mówiła, że pokój jest zagrożony, i wzywała do gorącej modlitwy (wiążące będzie dla mnie zdanie Watykanu, ale ostateczna ocena objawień kończących się zdaniem: „Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie” będzie możliwa dopiero, gdy ustaną). Po dekadzie świat osłupiał, czytając o Bośni, Srebrenicy, oblężeniu Sarajewa i tysiącach gwałtów. Do Medjugorja przylgnęło powtarzane odtąd przez miliony pielgrzymów zawołanie: Mir, mir, mir! Jeśli autorzy biblijni powtarzają dwukrotnie jakieś słowo („Amen, amen” czy „Zaprawdę, zaprawdę”), robią to po to, by nadać mu jeszcze większy ciężar gatunkowy. Jak zatem uznać potrójne wołanie: „Pokój, pokój, pokój!”, które słyszeli wizjonerzy? Mieszkańcy hercegowińskiej wioski, nucący kanon: Daruj nam mir, wiedzą doskonale, o czym śpiewają.
Wszystko płonęło
Gdy w 1982 roku rwandyjskie nastolatki z Kibeho powtarzały przesłanie Maryi: „Przyszłam przygotować drogę mojemu Synowi, ale wy tego nie chcecie zrozumieć. Czas, który wam pozostał, jest już krótki”, ludzie kwitowali to wzruszeniem ramion. „Wszystko płonęło. Widziałam głębokie ciemne doły, głowy rozrąbane na pół” – opowiadała Alphonsine, jedna z widzących. Po 12 latach, wieczorem 6 kwietnia 1994 r., „nieznani sprawcy” zestrzelili samolot prezydenta Rwandy Juvénala Habyarimany. Wtedy Hutu sięgnęli po maczety. „Kraj tysiąca wzgórz” spłynął krwią. Ludzie przypomnieli sobie profetyczne obrazy sprzed lat.
Bóg interweniuje zawczasu, wysyłając posłańca z przesłaniem pokoju. Czasem Matkę Jezusa, a czasem… papieża z Wadowic. W mediach pojawiły się zarzuty, że Jan Paweł II pozostał bierny wobec ludobójstwa, jakie dotknęło Rwandę. Naprawdę? Dziś można napisać wszystko. Jedynie w latach 1994–1995 do tragedii, jaka wstrząsnęła tym afrykańskim krajem, odniósł się w 40 różnych tekstach! Według Human Right Watch był pierwszą głową państwa, która publicznie nazwała ten konflikt ludobójstwem: „Przez pierwsze tygodnie zabójstw międzynarodowi przywódcy odmawiali mówienia o ludobójstwie, widocznie obawiając się prawnych i moralnych zobowiązań, które wyniknęłyby z uznania zbrodni. 27 kwietnia 1994 roku, potępiając przemoc, papież użył tego słowa: »Zapraszam was, pełen przygnębienia, do pełnej cierpienia i gorliwej modlitwy za Rwandę. Tragedia tego narodu wydaje się nie mieć końca: okrucieństwa, zemsty, zabójstwa, przelana krew niewinnych, wszędzie zgroza i śmierć. Zapraszam tych, którzy są odpowiedzialni, do wspaniałomyślnego i skutecznego działania, żeby zatrzymać to ludobójstwo. Czas się pojednać!«”. Gdy pod koniec roku magazyn „Time” przyznał mu tytuł Człowieka Roku, wymienił również jego gorące apele o pokój w Bośni czy Rwandzie.
Prorok pokoju
Papież odwiedził ten kraj cztery lata przed rzezią. 5 września 1990 roku w Burundi – państwie również nękanym sporem między Hutu i Tutsi – zwracając się do elit, wołał: „Wasze obowiązki chrześcijańskie ściśle włączyliście w obraz przemian, jakich dokonuje naród Burundi, aby skonsolidować własną jedność. I mówiliście o konieczności przeprowadzenia rachunku sumienia. To prawda, że te problemy stanęły przed wami jako skutek przeszłości pełnej konfliktów i cierpień. Wy ich nie unikacie. Wydaje mi się, że one stawiają przed wami dwa podstawowe wyzwania. Z jednej strony elity narodu powinny jako pierwsze w zdecydowany sposób wejść na ścieżkę przebaczenia i pojednania. Pamiętacie, co Jezus odpowiedział Piotrowi, gdy ten pytał Go, ile razy trzeba przebaczać: »Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy« – innymi słowy, bez żadnych ograniczeń. Nie chodzi o to, by usuwać wszystkie wspomnienia, ale by móc budować jedność, pozwolić zwyciężyć braterskiej miłości nad dawnymi elementami niezgody i rywalizacji. Drugie wyzwanie dla chrześcijan to zachowywanie należytego szacunku dla godności każdej istoty ludzkiej. Prawnicy, którzy są pośród was, dobrze wiedzą, że dla państwa prawa jest to podstawowa zasada, od której nie można odejść. Nie chodzi o to, by w sztuczny sposób negować odmienność członków populacji, by negować różnice pomiędzy grupami i jednostkami, pomiędzy talentami i kompetencjami; należy raczej dążyć do prawdy jeszcze bardziej fundamentalnej: każda istota ludzka została stworzona przez Boga, który, wierny swej miłości, oddał swego Syna na zbawienie wielu”.
Rasizm to ślepa uliczka
W Rwandzie papież Polak przypomniał: „Błogosławieństwa to drogi, które prowadzą do szczęścia. Jest wśród nich jedna, na którą chciałbym zwrócić uwagę, ponieważ wydaje mi się, że mieszkańcy Rwandy potrzebują dziś ją usłyszeć. Oto ona: »Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój«. Jezus chce powiedzieć w ten sposób, że jedna z dróg do szczęścia to praca na rzecz zjednoczenia ludzi i budowania pokoju pomiędzy nimi. Zadaliście pytanie: »Ojcze Święty, czy wiesz, że rasizm i regionalizm srożą się w Rwandzie, a nawet wewnątrz Kościoła? Jakie zadanie wyznaczysz swojemu Kościołowi, żeby się nawrócił i potępił niesprawiedliwości?«. By odpowiedzieć na to pytanie, należy oprzeć się na podstawowych elementach naszej wiary – wszystkie istoty ludzkie to dzieci Ojca, stworzone na Jego podobieństwo. Ojcostwo Boga ma charakter uniwersalny, więc i braterstwo pomiędzy ludźmi jest tak samo uniwersalne. Noszenie w sobie odczuć rasistowskich jest niezgodne z przesłaniem Chrystusa, ponieważ bliźni, którego Jezus nakazuje nam kochać, to nie tylko człowiek z mojej grupy społecznej, z mojego regionu czy z mojego kraju: bliźni to każdy człowiek, którego spotykam na mojej drodze. Wraz z moimi braćmi biskupami Rwandy mówię wam: »Żyjcie w miłości, szanujcie się wzajemnie, niech nikt nie pogardza swoim bratem, uważając się za lepszego bądź ważniejszego – wprost przeciwnie, akceptujmy się nawzajem, dziękując Panu, który stworzył nas różnymi«”.
„Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”. Październik to dobry czas, by trzymając w dłoni różaniec, gorąco o niego wołać. „Ludzkość błaga o pokój!” – podkreślił niedawno Leon XIV, dodając: „Nie ma konfliktów »dalekich«, gdy w grę wchodzi godność ludzka. Żadne zbrojne zwycięstwo nie zrekompensuje bólu matek, przerażenia dzieci i skradzionej przyszłości”.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Ojciec św.Leon XIV: nabożeństwo do Maryi ma szczególne miejsce w moim sercu
fot. Vatican Media
***
W poniedziałkowe popołudnie Papież odwiedził rzymski dom pielgrzyma Domus Australia, prowadzony przez ojców marystów i służący głównie anglojęzycznym pielgrzymom. Przewodniczył tam pierwszym nieszporom ze wspomnienia NMP Różańcowej, a wcześniej poświęcił obraz Matki Bożej z Pompejów, podarowany zakonnikom przez bł. Bartola Longo. W homilii podczas nabożeństwa, mówił o Maryi, jako wzorze nadziei i zachęcał do jej naśladowania.
REKLAMA
„To nabożeństwo do naszej Błogosławionej Matki zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, dlatego tym bardziej cieszę się, że mogę dzielić ten moment z australijską wspólnotą, obecną na uroczystym poświęceniu odnowionego wizerunku Matki Bożej z Pompejów” – podkreślił Ojciec Święty, zwracając się do ojców marystów i wszystkich osób związanych z Domus Australia. Ten dom pielgrzyma, znajdujący się w centrum Rzymu, skrywa wyjątkową pamiątkę: wizerunek Matki Bożej Pompejańskiej, podarowany przez popularyzatora nabożeństwa do Maryi czczonej w tym wezwaniu – błogosławionego, a wkrótce świętego Bartola Longa. Obraz, będący kopią tego, który znajduje się w pompejańskim sanktuarium, został odrestaurowany na kilka dni przed tegorocznym konklawe.
Maryja – uosobienie cnoty nadziei
Papież podkreślił, że Maryja jest wyjątkowym wzorem dla wierzących, przeżywających obecny Rok Jubileuszowy. „Z Bożej Opatrzności spotykamy się w tym Roku Jubileuszowym, który koncentruje się na cnocie teologalnej Nadziei – mówił – Maryja w szczególny sposób uosabiała tę cnotę poprzez swoje zaufanie, że Bóg wypełni swoje obietnice. Ta nadzieja dawała Jej siłę i odwagę, by z ochotą poświęcić swoje życie dla Ewangelii i całkowicie powierzyć się woli Bożej”.
Leon XIV przypomniał przy tym refleksję, mówiącą o tym, że „Wcielenie dokonało się najpierw w sercu Maryi, zanim dokonało się w Jej łonie — co podkreśla Jej codzienną wierność Bogu”.
„Bóg nigdy się nie spóźnia”
Papież podkreślił, że zaufanie Bogu na wzór Maryi wymaga zawierzenia, pomimo nieznajomości czasu i miejsca Bożego działania. „Bóg nigdy się nie spóźnia — to my musimy nauczyć się ufać, nawet jeśli wymaga to cierpliwości i wytrwałości. Czas Boga jest zawsze doskonały” – zapewnił Papież, odwołując się do biblijnych przykładów.
Nawiązując do słów św. Augustyna, który mówił, że Pan Bóg nie może zbawić człowieka bez niego samego, Ojciec Święty przypomniał, że chrześcijanin wezwany jest do współpracy z Bogiem, poprzez życie w Jego łasce. „Nawet jeśli nie wiemy, co przyniesie przyszłość, na wzór Maryi, możemy zawsze z ufnością i wdzięcznością przyjmować Jego dzieło zbawienia” – mówił.
Czciciel Matki Bożej z Pompejów wkrótce będzie świętym
Bł. Bartolo Longo, popularyzator nabożeństwa do Matki Bożej z Pompejów i nowenny pompejańskiej zostanie kanonizowany przez Papieża Leona XIV wraz z sześciorgiem innych błogosławionych w niedzielę 19 października. Liturgia rozpocznie się na Placu św. Piotra o godz. 10.30.
Dzieci wiedzą, że najskuteczniej jest prosić mamę o upragnioną rzecz razem i w odpowiednim czasie. Tą sprawdzoną strategią kierują się też organizatorzy dużych inicjatyw modlitewnych, które w maryjnym październiku gromadzą rzesze wiernych na modlitwie różańcowej i to nie tylko w kościołach.
Różaniec na granicach
Jedna z największych, różańcowych inicjatyw modlitewnych ostatnich lat wyszła z Polski. Otóż w roku 2017 dwaj twórcy filmów katolickich – Maciej Bodasiński i Krzysztof Dokowicz we współpracy z Konferencją Episkopatu Polski, w liturgiczne święto Matki Bożej Różańcowej, 7 października 2017 roku, zorganizowali akcję modlitewną „Różaniec do granic”. To był prawdziwy szturm modlitewny. Na miejsca zebrań wiernych, którzy zdecydowali się fizycznie włączyć do akcji, wyznaczono 320 kościołów położonych blisko wszystkich granic Polski. Każda z 320 grup po wstępnej modlitwie w świątyni, wyruszyła na obszar przygraniczny, by tam na modlitwie różańcowej „przeprosić i wynagrodzić za wszelkie bluźnierstwa, zniewagi popełnione w naszym kraju przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi”. Proszono również Boga, za pośrednictwem najskuteczniejszej orędowniczki Maryi, o „pokój, ratunek dla Polski i świata”.
Zorganizowana przez Polaków akcja modlitewna zainspirowała katolików z różnych krajów świata. Postanowili oni przeprowadzać podobne inicjatywy na granicach swoich państw. Najszybciej zareagowali Włosi, którzy już w październiku 2017 roku modlili się na Różańcu zaledwie tydzień po Polakach. Później za Różaniec chwycili katolicy z Anglii, Irlandii, USA, Australii. Co ciekawe, wszędzie inicjatywa ta rodziła się oddolnie, w grupach wiernych świeckich.
Najmocniej zaszczepiła się w Belgii. Po raz pierwszy „Różaniec na granicach” odmawiano tam w październiku 2017. Od tamtego roku ta inicjatywa różańcowa jest organizowana każdego roku. Tegoroczne modlitwa różańcowa pod hasłem „Do Jezusa przez Maryję, w intencji Belgii i całego świata” będzie miała miejsce na granicach tego kraju 4 października. Z roku na rok belgijski „Różaniec na granicach” zyskuje coraz większe poparcie. Świeccy organizatorzy dbają o to, by z modlitwą docierać także do środowisk „peryferyjnych”: szpitali, więzień i domów spokojnej starości. Wierni będą modlili się także w kościołach, w których, z powodu braku kapłanów, nie są sprawowane Msze św. W tych świątyniach główną intencją będzie oczywiście wzbudzenie wśród Belgów nowych powołań kapłańskich.
Nie wypuszczaj różańca z ręki
Na progu, można powiedzieć, miesiąca maryjnego, dokładnie 27 września inicjatywę modlitewną u Matki Bożej Częstochowskiej przeprowadzili polscy mężczyźni. Spotkali się tam tłumnie na Męskim Oblężeniu Jasnej Góry. Podczas tego spotkania, używając języka naszych przodków, „pobożnych mężów” modlono się na różańcu, adorowano Chrystusa, uważnie wsłuchiwano się w treści pouczających wykładów – ogólnie mówiąc formowano się do męskiej rozprawy ze złem. „W czasach, gdy większość (8 na 10) samobójstw w Polsce popełniają mężczyźni, a ponad połowa mężczyzn poniżej 24 roku życia odczuwa silne poczucie samotności – potrzeba nowego podejścia do męskiej formacji duchowej i emocjonalnej staje się pilniejsza niż kiedykolwiek” – czytamy w informacjach organizatorów Męskiego Oblężenia Jasnej Góry.
Również ojciec święty Leon XIV podczas ostatniej audiencji generalnej ogłosił własną październikową inicjatywę różańcową. „Zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie. Ponadto zapraszam wszystkich, którzy pełnią posługę w Watykanie, aby codziennie o godzinie 19.00 uczestniczyli w tej modlitwie w Bazylice św. Piotra” – zaapelował papież.
Na koniec tego felietonu pozwolę sobie zwrócić uwagę drogiego czytelnika na zastanawiający fakt, iż święto Najświętszej Maryi Panny Różańcowej ustanowiono na pamiątkę wspaniałej wiktorii chrześcijańskiego oręża w bitwie z muzułmanami pod Lepanto, nie mając wówczas zupełnie pojęcia, że 454 lata później, również w październiku, świat stanie przed jeszcze większym kataklizmem, który zapoczątkowała tzw. „rewolucja październikowa”. Na komunistyczną zarazę najlepszym, kontrrewolucyjnym orężem okazał się być wówczas Różaniec, o domawianie którego Maryja prosiła we wszystkich swoich objawieniach (m.in. Gietrzwałd, Fatima). I teraz kiedy odrastają głowy neokomunistycznej hydry, nie wypuszczajmy z rąk Różańca, a szczególnie w maryjnym październiku.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Różaniec – historia i teologia
fot. James Coleman/Unsplash
***
Październik jest miesiącem modlitwy różańcowej. Tradycja tej modlitwy sięga średniowiecza. Różaniec łączy w sobie prostotę i głębię, duchowość chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. Papież Leon XIII mówił, że jest on „streszczeniem całej Ewangelii”.
Modlitwa różańcowa, jaką znamy dziś, kształtowała się przez wiele wieków. Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.
Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria (Zdrowaś Maryjo) ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie „czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za „nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi. W Europie rozpowszechnił ją św. Dominik, założyciel Zakonu Kaznodziejskiego.
Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.
Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go „otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.
Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemierzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.
Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście „Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.
Zarys teologii różańca
Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo „Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.
Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby „oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba „przegadać” wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.
Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje „List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie „ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.
Różaniec łączy prostotę i głębię. „Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.
Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.
Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).
o.Marcin Lisak OP – Kai.pl
***
Aby Boża Matka była coraz bardziej znana, miłowana,uwielbiana i słuchana!
***
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
św. Josemaría Escrivá de Balaguer
fot.wiseGeek
*****
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc październik 2025
Intencjapapieska:
*Módlmy się, aby wyznawcy różnych tradycji religijnych współpracowali ze sobą w obronie budowania pokoju, sprawiedliwości i braterstwa.
1) Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
2) Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
3) Ojciec św. Leon XIV, zdając sobie sprawę jak w niebezpiecznym znajdujemy się czasie, zwraca się ze szczególnym apelem, abyśmy w tych październikowych dniach żarliwie modlili się na różańcu o pokój, którego świat dać nie może – tylko i jedynie Chrystus Pan. Królowo Różańca świętego – módl się za nami!
Dodatkowe intencje
dla Róż: św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
4) Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Róży: bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
5) Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 października 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 30 września 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się również w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.
Modlitwa różańcowa jest bronią najpotężniejszą – co potwierdzają święci, mistycy i wydarzenia na przestrzeni dziejów świata i w ludzkich sercach Tym, którzy tego nie potrafią zauważyć a jedynie tylko kpiąco z pogardą wyśmiewać – można zapytać – co pomoże walczącemu nawet najpotężniejsza broń, którą ma do dyspozycji, jeżeli nie potrafi się nią posługiwać?
***
Żywy Różaniec to największy ruch modlitewny w Polsce i na świecie
Różaniec jest moją codzienną modlitwą. To była nasza codzienna modlitwa wieczorna. W domu rodzinnym wspólnie klękaliśmy do modlitwy różańcowej – o roli Żywego Różańca, dziedzictwie bł. Pauliny Jaricot oraz osobistym doświadczeniu wyniesionym z domu rodzinnego opowiedział w rozmowie z Polskifr.fr ks. Jacek Gancarek, krajowy moderator Stowarzyszenia Żywego Różańca.
Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej
***
W kontekście rozpoczynającego się października szczególnie poświęconego Różańcowi, ks. Gancarek przypomniał, że “modlitwa różańcowa od wieków stanowi serce duchowości katolickiej. Jest nie tylko osobistym aktem pobożności, ale i wspólnotową siłą Kościoła”. Dodał, że dla człowieka wierzącego Różaniec jest „szkołą kontemplacji i przede wszystkim spotkania z Bogiem przez Serce Maryi”.
Dziedzictwo bł. Pauliny Jaricot
Wspólnota Żywego Różańca, obecna dziś właściwie w każdej polskiej parafii, sięga korzeniami XIX wieku. Założycielką tego dzieła była Francuzka bł. Paulina Jaricot, która w 1822 r. powołała Dzieło Rozkrzewiania Wiary, a cztery lata później – Dzieło Żywego Różańca, jako duchowe zaplecze dla tego pierwszego. „Żywy Różaniec powstały dzięki bł. Paulinie Jaricot jest jednym z największych i najdynamiczniej rozwijających się ruchów modlitewnych w Kościele. W Polsce jest to największy ruch modlitewny. To wspólnota, która czyni Różaniec modlitwą wszystkich, jak pragnęła założycielka” – podkreślił krajowy moderator.
Maryja – Matka Różańca i Orędowniczka pokoju
Duchowy kierunek obrany przez bł. Paulinę Jaricot potwierdzają też objawienia maryjne w Fatimie, Lourdes, La Salette, Gietrzwałdzie czy Medziugorie, które są jednoznacznym wezwaniem do modlitwy różańcowej. Maryja prosi w nich o codzienne odmawianie Różańca, będącego drogą do nawrócenia, pokoju i zakończenia wojen.
Papieże o Różańcu
Ks. Jacek Gancarek zaznaczył, że papieże ostatnich dziesięcioleci nieustannie podkreślają wartość modlitwy różańcowej. Św. Jan Paweł II nazywał Różaniec modlitwą chrystologiczną, Benedykt XVI – kontemplacją Oblicza Chrystusa z Maryją, a Franciszek przypominał, że to modlitwa przemieniająca codzienność, podtrzymująca Kościół w jego wędrówce. Leon XIV zapowiedział, że 11 października br. z Placu św. Piotra popłynie modlitwa różańcowa o dar pokoju na świecie.
Różaniec jako żywa wspólnota Kościoła
Dla ks. Gancarka Różaniec to nie tylko modlitwa indywidualna, ale wspólnota duchowa, która łączy wiernych w wielu intencjach. „Wielokrotnie w swoich wypowiedziach akcentuję, że Różaniec nie jest tylko modlitwą prywatną, ale żywą wspólnotą serc, która codziennie łączy się w intencji Kościoła i świata. Do tych wszystkich intencji, które podaje papież, możemy dołączyć również swoje modlitwy. Różaniec jest dla mnie modlitwą serca, ale też modlitwą ewangelizacyjną, która ożywia wiarę i daje moc w codziennych trudnościach”.
Różaniec dziś – modlitwa, która niesie Kościół
W czasach niepewności i napięć, modlitwa różańcowa jawi się jako niezastąpione źródło nadziei, pokoju i duchowej siły. „Wiemy doskonale, że dla człowieka wierzącego Różaniec jest drogą do głębszego zjednoczenia z Chrystusem. Jest źródłem pokoju i siły w codziennych trudnościach. Różaniec jest modlitwą wstawienniczą za świat, za Kościół i wypraszającą wiele łask w tych intencjach, które polecamy przez modlitwę różańcową. Różaniec jest również szkołą cierpliwości, wytrwałości i ufności” – wskazał rozmówca Polskifr.fr. Zadanie moderatora krajowego to prowadzić Żywy Różaniec jako wspólnotę modlitwy, która niesie Kościół” – dodał.
Osobiste świadectwo i zaangażowanie w dzieło
Dla ks. Gancarka modlitwa różańcowa nie jest jedynie obowiązkiem wynikającym z funkcji moderatora. To jego codzienność, wyniesiona jeszcze z domu rodzinnego. „Nigdy nie uczyłem się modlitwy różańcowej, bo u mnie w rodzinie i babcia, i tato, i mama, i rodzeństwo – cała rodzina, myśmy odmawiali codziennie Różaniec – opowiedział. – Dla mnie Różaniec jest narzędziem budowania jedności w rodzinie, w Kościele. Jest też narzędziem misyjności Kościoła”.
W swoim duszpasterstwie ks. Gancarek nie tylko głosi wartość Różańca, ale aktywnie buduje wokół niego wspólnotę: organizuje ogólnopolskie pielgrzymki Żywego Różańca na Jasną Górę i do innych miejsc, prowadzi krajowe kongresy różańcowe, rekolekcje oraz apele jasnogórskie. Dba także o formację moderatorów diecezjalnych i parafialnych – w ramach regularnych spotkań Konferencji Moderatorów oraz Ogólnopolskiego Forum dla zelatorów diecezjalnych. Szczególną troską otacza również zaangażowanie Żywego Różańca w Papieskie Dzieła Misyjne.
To właśnie osobiste zaangażowanie i świadectwo sprawiają, że posługa ks. Gancarka przynosi realne owoce. Jak sam mówi: „Wielokrotnie mogę zaświadczyć, że kiedy się modlę, Matka Boża bardzo często wspomaga mnie i widać owocność tej modlitwy”.
Polskifr.fr/Tygodnik Niedziela
***
Twój łańcuch bezpieczeństwa
Dwadzieścia tajemnic, kluczowych wydarzeń z życia Chrystusa i Jego Matki, o których napisano wiele. Często całkowicie nie na temat. Mężczyzna, banita, chce się dowiedzieć, co konkretnie daje mu modlitwa różańcem i dlaczego jest dla niego bronią – mówią mu: „Musisz, bo tak wypada”. Nie potrafimy tym orężem władać, ponieważ w świecie natychmiastowych i krótkotrwałych korzyści stał się najnudniejszą z możliwych formą modlitwy. Na nasze życzenie.
fot. Karol Porwich/Niedziela
***
Nuda na własny koszt
„Klepanie Różańca jest dla babci”. W Polsce to „klepanie” bardzo wiele niszczy w nas, młodych, którzy próbujemy zrozumieć i pytać, a dostajemy pusty czasownik. To działanie Złego Ducha, który z pewnej, pomocnej w modlitwie formy, próbuje ulepić swoje oblicze. Oblicze nudy i bezcelowości. Myślisz, że dlaczego Różaniec jest tak nielubiany? Bóg jest dynamiczny. Modlitwa jest żywa – jest rozmową, jest „tu i teraz”. Forma Różańca pozwala być non stop w kontakcie z Rozmówcą. Trwać. Modlitwa to ponadto pewne zmaganie, to znaczy walka. Wspiera nas ona w bitwie ze Złym i jego wspólnikami.
Różaniec staje się tym nudniejszy, im rzadziej się go odmawia, czyli im rzadziej rozmawia się z Dowódcą, z Bogiem. Jeśli nie konsultujesz strategii i nie konfrontujesz swoich planów z Jego planami – umiejętność strzelania na nic się zda. „Jedno tylko «Zdrowaś Maryjo» dobrze powiedziane wstrząsa całym piekłem” – pisał św. Jan Maria Vianney.
Draka z Panem Bogiem
Z Dowódcą można się kłócić. Konrad Kruczkowski, autor bloga roku 2013, pisze o tym tak: „Tę męską rozmowę rozpocząłem pretensją «Do reszty Ci odwaliło? Chcesz się znów licytować? No to śmiało». Tyle że kiedy ta modlitwa się kończy, nie ma już we mnie buntu, ale jest zaufanie i świadomość, że On wie lepiej”.
Wiedział o tym św. Jan Paweł II: „Różaniec to modlitwa przedziwna w swej prostocie i głębi zarazem”.
Nie bój się pokłócić z Bogiem. Powiedzieć Mu o swoich zranieniach. Poprosić, aby nauczył cię władać orężem Różańca i mądrze korzystać z jego potęgi. Bóg jest tak dobry, że będzie o ciebie walczył do końca, choćby miał cię wciągnąć po piachu do Nieba. Będzie wyciągał do ciebie dłoń, którą możesz złapać, nawet resztkami sił.
Na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie widnieje potężne, naścienne malowidło. Obrazuje Sąd Ostateczny. Zawiera pewien element, który pokazuje to, o czym przed chwilą przeczytałeś. Duch Boży dźwiga z otchłani człowieka uczepionego na różańcu. Równie dobrze możesz to być ty, twój wróg, mogę to też być ja.
Łańcuch bezpieczeństwa
Gdy wisisz na stromej skale szczytów górskich, mając w sercu pragnienie ich zdobycia, liczą się trzy rzeczy: wytrwałość, precyzja i zaufanie – Trenerowi i sobie, swojemu sercu.
Pierwszą można wyćwiczyć, zamieniając „klepanie” na przepinanie kolejnej klamry podczas wspinaczki. Precyzję dostarcza rozum, który otrzymaliśmy od Boga. To wystarczy, by podążać za jego „złotą nicią”, a ona w końcu doprowadzi nas do Źródła. Zaufanie zaś rodzi się w ciszy. W modlitwie. W długich, często ostrych rozmowach. Rozmowach nad przepaścią. „Nie wolno się zatrzymywać na żadnej tajemnicy. Trzeba iść dalej. Bo pełnia życia jest u szczytów” (kard. Stefan Wyszyński).
Możesz też „klepać” bez celu.
Jesteś wolny.
Krzysztof Sebastian Kołacz/Tygodnik Niedziela
***
Różaniec – chrześcijańska odpowiedź na zmęczenie świata
Wśród wielu bolączek współczesnego człowieka jest zmęczenie, przepracowanie, zestresowanie. Człowiek poszukuje ciszy, sensu życia. Jest szeroka oferta dająca człowiekowi to czego szuka. Niektóre z nich tylko pozornie niosą pomoc, a mogą przy okazji siać duże spustoszenie w duszy człowieka. W tym całym poszukiwaniu człowieka dziś niestety przodują kursy mindfulness, aplikacje do medytacji, weekendowe wyjazdy z jogą. Bierze się to, co popularne, a pomija się fakt, że chrześcijaństwo od wieków ma swoją medytację, która nie tylko uspokaja, ale przemienia życie.
Adobe Stock
***
Przykre jest to, że wielu katolików nie jest świadoma tego, jak ta modlitwa potrafi działać piękne rzeczy w życiu człowieka. Tymczasem zamiast używać go w praktyce, chowa się go w szufladzie, pomija, lekceważy – tym narzędziem do modlitwy jest różaniec, który nie jest starą dewocją do odklepania, ale żywą modlitwą, w której bije serce Ewangelii.
Różaniec ma swoją historię. Już średniowieczni mnisi byli jej prekursorami. Charakteryzowało się to tym, że przez długie godziny śpiewali – 150 utworów muzycznych, były to najczęściej Psalmy. Jednak wymagało to znajomości łaciny. Zakonnicy nie mieli z tym problemu. Ale gdy chciano włączyć w modlitwę osoby nieumiejące czytać ani nieznające łaciny, zaczęto zastępować Psalmy modlitwą “Zdrowaś Maryjo”. Z czasem modlitwę tę uporządkował św. Dominik, któremu modlitwę różańcową miała przekazać sama Maryja. Z czasem stała się ona rytmem życia, który towarzyszył wiernym w codzienności – w pracy na roli, w podróży, w chorobie. Od wieków ludzie biorą różaniec w ręce z powodu pragnienia modlitwy. Wielkość tej modlitwy potwierdza sama Maryja, która np. w Gietrzwałdzie, Lourdes, czy Fatimie i innych miejscach, prosiła, aby modlić się różańcem.
Kto nie poznał tajemnicy różańca i nie docenił jej wielkości, najczęściej powie, że czymś nudnym jest powtarzanie w kółko tego samego”. Ale gdy popatrzymy na organizm człowieka, oddech ma swoją powtarzalność, serce również bije w tym samym rytmie.Jest to potrzebne i konieczne. Gdy małżonkowie mówią: “kocham cię” – nie jest nudne, bo wyraża coś więcej niż tylko słowa i za każdym razem jest prawdziwe i potrzebne. Jedzenie także jest czynnością, która jest powtarzalna, a jakże jest potrzebna i konieczna do życia.
Tymczasem w poszukiwaniu spokoju i sensu życia konieczny i potrzebny jest rytm modlitwy różańcowej. Każda dziesiątka różańca to kadr z Ewangelii. Tajemnica po tajemnicy, dziesiątka po dziesiątce przechodzimy przez życie Jezusa i Maryi:od Nazaret przez Betlejem, Egipt, Kanę Galilejską, Górę Tabor, Golgotę, pusty grób. W ten sposób różaniec to nie monotonne klepanie, ale okazja, aby nasze serce stało się projektorem tworzącym film, które napełnia Bożym obrazem nasze myśli. Rozważając wydarzenia z życia Jezusa i Maryi, kontemplując wydarzenia zbawcze można poczuć się, jakby to była nasza historia.
Modlitwa różańcowa ma przewagę nad np. medytacjami wschodu. One uczą wyciszać myśli, uspokajać oddech, ale różaniec idzie krok dalej. Bo nie jest to samo w sobie puste poszukiwanie ciszy, ale spotkanie. Różaniec to modlitwa, która prowadzi do relacji z Bogiem. W tej modlitwie nie zostajesz sam ze sobą i swoimi myślami. Przewodniczką po tej drodze jest Maryja, która krok po kroku prowadzi do Jezusa. To także modlitwa, która jest niczym balsam, gdy przychodzi kryzys, choroba, śmierć w rodzinie, czy kogoś bliskiego, problemy w rodzinie. Różaniec to nie tylko technika relaksu, ale narzędzie do nabrania sił i przetrwania trudnych chwil. To modlitwa dla każdego. Przez wieki sięgali do niej papieże, święci, władcy i przywódcy. Niósł siłę tym, którzy się źle mieli i tym, którzy byli na szczycie. Odmawiają ją wielcy tego świata, a także osoby starsze, schorowane, robotnicy czy dzieci. Kto przeżywa wiarę świadomie wie, że jest to źródło pokoju i odwagi.
Z własnego doświadczenia wiem, że jest to modlitwa, która łączy. Można go odmawiać indywidualnie, ale także we wspólnocie. W ciszy albo na głos. Klęczac w ławce czy jadąc samochodem lub autobusem. Siedząc w kolejce do lekarza czy spacerując po parku. Teraz, gdy mamy miesiąc październik możemy poprzez tę modlitwę tworzyć wielką różańcową rodzinę, bo przecież na całym świecie odbywają się nabożeństwa różańcowe zarówno w wielkich miejskich parafiach, jak i tych niewielkich wiejskich. Kościół nie tylko w październiku, ale przez cały rok trwa w tej nieustannej modlitwie.
Różaniec to nie amulet ani gadżet, ale najprostsze narzędzie, jakie człowiek może mieć w ręku. Prowadzi on do Boga i pomaga wejść na wyżyny duchowych doświadczeń. To modlitwa. dla każdego, kto chce mieć serce bijące w rytmie Ewangelii i o wiele skuteczniejszy w walce ze stresem, kryzysem, czy poszukiwaniu ciszy, spokoju i sensu życia.
ks. Łukasz/Tygodnik Niedziela
***
Co jest w modlitwie różańcowej takiego, że Maryja tak usilnie ją ludziom zaleca?
„Przez Różaniec lud chrześcijański niejako wstępuje do szkoły Maryi” – pisał Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae. Ta „Pani” nauczy najlepiej.
Był rok 1997. Ksiądz Eugeniusz Hanas, filipin, głosił rekolekcje w Gdyni. W jego pamięci szczególnie mocno zapisał się jeden dzień. Duchowny wyszedł wcześnie rano, żeby odwiedzić z sakramentami chorych parafian i zdążyć na wygłoszenie kazania o 11.00. W charakterze przewodnika towarzyszył mu pan z Bractwa św. Franciszka. „Ksiądz niesie Pana Jezusa, więc nie będziemy rozmawiać. Pomodlę się na różańcu za tych, do których idziemy” – powiedział mężczyzna. – Niosąc Pana Jezusa, podążałem za nim i również modliłem się w intencji chorych. Dość sprawnie nam to szło – wspomina duchowny.
Wreszcie do odwiedzenia pozostała już tylko jedna chora, ale przewodnik jakoś nie umiał trafić pod właściwy adres. Stojąca na parterze dziewczyna nie znała podanego nazwiska. „Nikogo takiego tu nie ma, ale chorą znajdzie ksiądz piętro wyżej, tylko że tam na drzwiach jest inne nazwisko” – odpowiedziała. Poszli tam. Faktycznie inne nazwisko. – Mimo to dzwonimy. Po chwili otwiera starszy mężczyzna. Na mój widok zaczyna krzyczeć: „Nie, nie, nie wpuszczę! Usiłuje zatrzasnąć drzwi, ale mój towarzysz błyskawicznie wkłada nogę między futrynę a drzwi. Mężczyźni mocują się przez chwilę, ja usiłuję się w to włączyć i wtedy z mieszkania wychodzi kobieta i mówi: „Wpuść, mężu, tego księdza” – opowiada kapłan.
Dostali się do środka. Okazało się, że pomylili klatki schodowe – ale ta pomyłka była precyzyjnie zaplanowana przez Kogoś innego. „Czekam na księdza, bo jestem umierająca” – wyznała kobieta. Wskazując na męża, powiedziała: „To stary komunista”. I opowiedziała swoją historię. Jej mąż przed ślubem obiecywał, że nie będzie jej przeszkadzał w praktykach religijnych. Po dwóch tygodniach jednak zakazał żonie udziału w Mszy Świętej. Tłumaczył, że przez nią nie dostanie awansu. Próbując uniemożliwić jej wyjście do kościoła na niedzielną liturgię, posuwał się nawet do rękoczynów. „To było nie do zniesienia. Wymyśliłam więc inny sposób. W każdą sobotę brałam siatki na zakupy, żeby mąż niczego się nie domyślił, i szłam na Mszę Świętą: najpierw na jedną za siebie, potem na drugą – za niego” – tłumaczyła. Podobnie było w pierwsze piątki miesiąca. W każdą pierwszą sobotę miesiąca prosiła Matkę Bożą: „Spraw, żebym nie umarła bez Ciebie”.
Gdy zachorowała, mąż nie pozwolił jej pójść do szpitala, bo tam przyszedłby ksiądz, a ona ma umrzeć bez Boga. „Nie umrę bez Niego, bo modlę się na różańcu i Matka Boża mi Go przyprowadzi” – odpowiedziała. Wtedy mąż złapał jej różaniec i rozdarł go na kawałki. Odtąd modliła się na palcach. „I widzi ksiądz, nie umrę bez Pana Jezusa! Maryja mi Go przyprowadziła” – powiedziała uszczęśliwiona.
– Wyspowiadała się, przyjęła sakrament namaszczenia chorych, ja zdążyłem do kościoła – wspomina filipin. Kiedy po kazaniu wszedł do zakrystii, czekał tam na niego… mąż tamtej kobiety. Padł na kolana „Żona przed chwilą umarła. Niech mnie ksiądz wyspowiada, ja już wszystko rozumiem” – zawołał.
Modlitwa z Nią
Nie sposób zliczyć świadectw łask Bożych, otrzymanych w kontekście odmawiania Różańca. „W życiu ludzkim nie ma takiego problemu, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą modlitwy różańcowej” – stwierdziła siostra Łucja z Fatimy.
Co jest w tej modlitwie takiego, że Maryja tak usilnie ją ludziom zaleca? Robi to niemal w każdym z uznanych przez Kościół objawień. Często sama ukazuje się z różańcem w dłoni, a Jej orędzie, zawsze skoncentrowane na Bogu, jest wołaniem o nawrócenie i odnowienie wiary.
Powszechnie uważa się, że Różaniec jest modlitwą do Maryi. Bardziej precyzyjne byłoby jednak stwierdzenie, że jest to modlitwa z Maryją. Naocznie przekonała się o tym 14-letnia Bernadeta Soubirous. 11 lutego 1858 roku zobaczyła „piękną Panią”, która stanęła obok niej. Gdy dziewczynka zaczęła odmawiać Różaniec, Pani przesuwała w palcach paciorki różańca jednocześnie z nią. Uśmiechała się przy tym, ale podczas słów „Zdrowaś, Maryjo” i „Ojcze nasz” milczała. Wypowiadała natomiast wraz z Bernadetą „Chwała Ojcu”, pochylając się przy tym z najgłębszym szacunkiem.
To logiczne – „Ojcze nasz” jest modlitwą ludzi grzesznych, zanurzonych w doczesności. Maryja nie potrzebuje „chleba powszedniego”, a jako mieszkanka nieba nie prosi o Boże przebaczenie ani też o nieuleganie pokusom. Byłoby również niezrozumiałe, gdyby pozdrawiała sama siebie słowami „Zdrowaś, Maryjo”. Pierwsze objawienie Maryi w Lourdes zawiera zatem istotne komunikaty: gdy odmawiamy Różaniec, Maryja staje obok nas, razem z nami przesuwa paciorki i wraz z nami oddaje chwałę Trójcy Świętej, powtarzając z nami te same słowa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.
Czy żarliwa modlitwa, w której uczestniczy sama Maryja i razem z modlącym się zwraca się do Boga, mogłaby zostać bez odpowiedzi? Odpowiedź na to pytanie znajdujemy w liście apostolskim św. Jana Pawła II: „Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy”. Ojciec Święty zachęca, aby w dziesiątki Różańca „wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości. Sprawy osobiste, sprawy naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy nam są najbliżsi, tych, o których najbardziej się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa różańcowa pulsuje niejako życiem ludzkim”.
Pokój i rodzina
Znaczące, że Maryja w objawieniach często łączy modlitwę różańcową z uproszeniem pokoju. „Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny!” – prosiła w Fatimie. 13 października 1917 roku dzieci usłyszały: „Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać Różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu”.
„Krucjatom różańcowym” przypisuje się oddalenie niebezpieczeństw grożących całym państwom, jak w 1920 roku w Polsce, gdy bolszewicy zostali odparci pod Warszawą, jak w 1955 roku, gdy Sowieci opuścili Austrię, czy jak w 1986 roku na Filipinach, gdzie „rewolucja różańcowa” w pokojowy sposób obaliła dyktaturę Ferdinanda Marcosa.
Na pilną potrzebę wołania do Boga o pokój zwrócił uwagę św. Jan Paweł II w Liście Apostolskim Rosarium Virginis Mariae. „Różaniec nieraz wskazywali moi Poprzednicy i ja sam jako modlitwę o pokój” – przypomniał, zauważając, że podczas odmawiania Różańca „nie można nie czuć się wyraźnie zobowiązanym do służby sprawie pokoju”.
Święty papież już wówczas, w 2002 roku, dostrzegał niepokojące symptomy, skłaniające do uznania, „że nadzieję na mniej mroczną przyszłość może w nas wzbudzić jedynie interwencja z Wysoka, zdolna pokierować sercami tych wszystkich, którzy żyją w sytuacjach konfliktowych, i tych, którzy trzymają w swych rękach losy narodów”.
Ojciec Święty nazwał Różaniec modlitwą pokoju „z racji samego faktu, że polega na kontemplowaniu Chrystusa, który jest Księciem Pokoju i »naszym pokojem« (Ef 2,14)”. Tym samym Różaniec „czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie”.
W tym samym liście Jan Paweł II podkreślił znaczenie modlitwy różańcowej dla zachowania jedności w rodzinach. „Jako modlitwa o pokój, różaniec był też zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę” – zauważył, apelując o powrót „do modlitwy w rodzinie i do modlitwy za rodziny, wykorzystując nadal tę formę modlitwy”.
Papież wezwał duszpasterzy rodzin, żeby z przekonaniem zachęcali do odmawiania Różańca. „Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje” – zaznaczył, przypominając, że modlitwa różańcowa szczególnie sprzyja gromadzeniu się rodziny.
W Różańcowej Szkole Maryi
Czytelnikom „Gościa” proponujemy cztery lekcje w Różańcowej Szkole Maryi. W październikowych numerach tygodnika znajdą się materiały, z których dowiecie się, czego można nauczyć się od Maryi, rozważając tajemnice radosne, światła, bolesne i chwalebne.
Nie wolno jednak ograniczać się do poznawania teorii na temat Różańca – modlitwę różańcową trzeba praktykować. Intencje podpowiada św. Jan Paweł II, który w liście Rosarium Virginis Mariae napisał: „Pewne okoliczności historyczne sprawiają, że przypomnienie o modlitwie różańcowej nabiera szczególnej aktualności. Pierwszą z nich jest pilna potrzeba wołania do Boga o dar pokoju. Różaniec nieraz wskazywali moi Poprzednicy i ja sam jako modlitwę o pokój”. Nieco dalej dodał: „Równie pilna potrzeba wysiłków i modlitwy wyłania się w innym punkcie krytycznym naszych czasów, jakim jest rodzina, coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność, które budzą obawy o jej przyszłość”.
A zatem przez cały październik, przesuwając paciorki różańca i rozważając różańcowe tajemnice, błagajmy Boga o pokój we wszystkich ogarniętych wojną i konfliktami miejscach na świecie oraz w intencji rodzin – może swojej, a może jakiejś bliskiej, zaprzyjaźnionej, albo takiej, która właśnie przeżywa trudności.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Jasna Góra: odpust ku czci Matki Bożej Różańcowej
O tym, że różaniec jest szczególnym znakiem wiary, nadziei i ratunkiem dla świata. A Maryja jest Tą, Która nieustannie o niego prosi przypomniał o. Arnold Chrapkowski. Generał Zakonu Paulinów przewodniczył Sumie odpustowej ku czci Matki Bożej Różańcowej. Uroczystość zwieńczyła czterodniowe rekolekcje Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej. Na Jasną Górę przybyło ponad 3 tys. wiernych.
– Jesteśmy dzisiaj u Maryi ze szczególnym znakiem wiary, z różańcem w rękach i wołamy: Panie dodaj nam wiary, byśmy nigdy różańca nie wypuścili z rąk, byśmy pozostali do końca wierni modlitwie różańcowej – podkreślał o. Arnold Chrapkowski. Generał Zakonu Paulinów zauważył, że ta modlitwa uczy nas wiary, ponieważ w jej centrum stoi Chrystus, a także wytrwałej i ofiarnej służby. Zwracał uwagę, że gdyby nie wiara, ludzie nie byliby w stanie przetrwać wielu trudnych sytuacji. Gdyby nie ona nie byłoby wolności w naszej Ojczyźnie, gdyby nie wiara, nie byłoby małżeństw i rodzin, a także powołań kapłańskich i zakonnych, bez wiary nie ma miłości.
Kaznodzieja zwrócił uwagę, że gdy odmawiamy różaniec, Maryja uczy nas odkrywać i rozumieć Boże tajemnice. Uczy wiary, która jest szczególną odpowiedzią człowieka na słowo Boże. – Modląc się na różańcu, stajemy się naśladowcami Maryi. Ona umacnia naszą wiarę i przybliża do Boga. W różańcu Maryja jest z jednej strony orędowniczką, z drugiej Tą, Która jako jedna z nas doszła do pełnego zjednoczenia z Bogiem i jest gwarancją Jego obietnic oraz źródłem naszej nadziei – podkreślał o. Chrapkowski. Generał Zakonu Paulinów zauważył, że modlitwa różańcowa jest także szczególną służbą: cichą i pokorną. Służbą, którą może pełnić każdy i w każdej chwili. Zaznaczył, że „różaniec jest kołem ratunkowym danym przez Opatrzność Bożą człowiekowi stojącemu często nad przepaścią”.
Kaznodzieja przypomniał, że wezwanie Maryi wypowiedziane w Fatimie „Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny” jest stale aktualne. Jak wyjaśniał przez wieki do tego zachęca Kościół i jego pasterze, ale na to wołanie powinien odpowiedzieć każdy z nas. – Na to wołanie trzeba odpowiedzieć naszą gorliwą modlitwą. Potrzebuje jej nasza Ojczyzna, rodziny, dzieci nienarodzone, których życie tak często jest zagrożone i cały współczesny świat – mówił. Zachęcał, abyśmy z tego powołania do modlitwy różańcowej nie rezygnowali, ponieważ powołał nas do niej Bóg.
– Nie ja jeden, nie jedna, ale jesteśmy jedną, wielką wspólnotą złączoną modlitwą i miłością do Maryi. Nie możemy zrażać się trudnościami, ale trzeba trwać w jedności wiary, modlitwy i apostołować poprzez różaniec. Mamy zostać wierni do końca otrzymanej wierze, powołaniu i głosić prawdę nie zważając na względy ludzkie – zwracał się do członków Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej o. Arnold Chrpkowski.
Na początku Eucharystii słowa powitania skierował o. Marian Waligóra. Opiekun Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej zwrócił uwagę, że święto Matki Bożej Różańcowej to wyjątkowy dzień uwielbienia Maryi i dziękczynienia za Jej wsparcie w codzienności. Przypomniał, że św. Jan Paweł II mówił o różańcu, że jest jego umiłowaną, ulubioną modlitwą. Także bł. kard. Stefan Wyszyński, patron Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej wielokrotnie zachęcał, abyśmy pod płaszczem zwycięskiej Pani Jasnogórskiej trwali z różańcem w ręku. Paulin zauważył, że teraz nieustannie do niej zaprasza Ojciec Święty Leon XIV, aby była ona „codziennością” w parafiach i naszych domach.
Uczestnicy odpustu Matki Bożej Różańcowej podkreślali, że to dla nich ważne święto i przybywają na Jasną Górę, by tu nabrać sił na lepsze życie. – To jest dla każdego z nas bardzo ważne, że jesteśmy tutaj u najważniejszej z Kobiet, Królowej Świata i Matki Nadziei a dziś w Jej święto pragniemy „ogarnąć jasnogórskie mury” naszą modlitwą – mówiła Bożena Borecka z Radomia. Adiutorka zauważyła, że jasnogórskie rekolekcje dają jej siłę i poczucie wspólnoty różańcowej. Dodała, że modlitwa jest dla niej pomocą i siłą w codzienności, a patrząc z troską na to co dzieje się w Polsce i na świecie, szczególnie prosi o pokój i bezpieczną przyszłość.
Beata z powiatu ciechanowskiego na rekolekcje i odpust Matki Bożej Różańcowej przyjechała pierwszy raz. Podkreślała, że pomoc Maryi dostrzega w codziennym życiu. Zawdzięcza Królowej Polski uzdrowienie córki z choroby nowotworowej i pomyślnie przebytą swoją operację. Przyjechała z nią Wanda, która także opowiedziała o kilku „interwencjach Matki Bożej”. Kobieta zwróciła uwagę, że kiedyś nie mogła samodzielnie podnieść się z łóżka, a dziś porusza się o własnych siłach. Natomiast jej mąż chorował na zatorowość płucną, której towarzyszyły zakrzepy i także w jego sytuacji modlitwa i zawierzenie okazały się najskuteczniejszą „bronią”.
Stanisława z okolic Poznania opowiadała, że modlitwy różańcowej nauczyła ją mama, a teraz ona codziennie odmawia ją ze swoja córką. Maria, która jest nauczycielem akademickim zauważyła, że dzisiejszy świat jeszcze bardziej potrzebuje wiernych modlących się na różańcu. – Rada na to, co dzieje się jest jedna. Trzeba przyjść we właściwe miejsce i wszystko zawierzyć Maryi – przekonywała. Z kolei dla Ewy i Małgorzaty z Płońska Maryja jest „Królową Rodzin” i „Matką Bożą Miłosierną”. – Nie można kochać Jezusa, jeśli nie kocha się Jego Matki – zapewniały kobiety.
Suma odpustowa zwieńczyła czterodniowe rekolekcje Jasnogórskiej Rodziny Różańcowej. W tym roku były one zachętą do szczególnej troski o życie od poczęcia do naturalnej śmierci. To pragnienie wyrażało się nie tylko w modlitwie różańcowej, ale także w odbywających się spotkaniach. Hasłem rekolekcji było wezwanie: „Maryjo, Matko nadziei, módl się za nami”. Prowadził je o. Łukasz Kręgiel, przeor klasztoru i proboszcz paulińskiej parafii w Toruniu.
Jasnogórska Rodzina Różańcowa wyrosła z wielowiekowej tradycji. Apostolstwo modlitwy różańcowej bierze swój początek od Bractwa Różańcowego z 1610 r. Apostolstwem wspólnoty jest szerzenie misji Jasnej Góry w Polsce i na świecie poprzez modlitwę różańcową. Wśród stałych intencji podejmowanych przez członków jest modlitwa za papieża, biskupów i kapłanów, o wierność Bogu, błogosławieństwo dla Ojczyzny i o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
Modlitwa różańcowa „wpisana jest” w Jasną Górę. Jest ona odprawiana codziennie o 16.15 w Kaplicy Cudownego Obrazu. W październiku różaniec połączony jest z nabożeństwem do Najświętszego Serca Pana Jezusa odprawiany jest o godz. 18.00 w Kaplicy Matki Bożej.
BP @JasnaGóraNews | Częstochowa
***
Uroczystości i święta
w Roku Liturgicznym 2025
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Wśród licznych świąt kościelnych są święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.
Święta nakazane w 2025 roku:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
5 marca (środa) – Środa Popielcowa
17-19 kwietnia – Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota– Triduum Paschalne (Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy świętej)
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 30 listopada.
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
***
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
***
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Przyjmujesz Komunię św. na rękę?
Grozi ci utrata wiary. To fakt, nie opinia
(fot. Pixabay)
***
Tradycyjna duchowość, wyrażająca się poprzez staranne formy liturgiczne czy przyjmowanie Komunii Świętej do ust, sprzyja większej wierze w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Tak wynika z badania przeprowadzonego na Uniwersytecie Williama Patersona w USA.
Autorzy badania przeprowadzili ankiety wśród 860 katolików ze Stanów Zjednoczonych. Spośród respondentów jedynie 31 proc. zadeklarowało wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Jedna czwarta przyznała, że Komunia Święta ma dla nich znaczenie „symboliczne”. Reszta uczestników ankiety nie miała w tej kwestii sprecyzowanego zdania.
Najbardziej uderzający wniosek dotyczył korelacji pomiędzy sposobem przyjmowania Komunii Świętej oraz formą ekspresji liturgicznej, a wiarą w realną obecność. Wiarę w naczelną katolicką prawdę deklarowało 55–60 procent. przyjmujących Komunię do ust. W grupie przyjmujących „na rękę”, wynik ten wynosił tylko 31 proc.
Podobna korealacja zachodziła w przypadku innych czynności liturgicznych, np. wykorzystania na Mszy dzwonków. Wyższe wskaźniki wiary w Chrystusa Eucharystycznego odnotowano także wśród katolików, którzy mieli kontakt z klasycznym rytem rzymskim Mszy świętej.
W ocenie autorki badania, dr Natalie A. Lindemann, powrót do tradycyjnych form eucharystycznych, takich jak przyklękanie, czy przyjmowanie Komunii na klęcząco i do ust ma potencjał wzmocnić w katolikach wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie.
PCh24.pl/źródło: vaticannews.com
***
Każdy, kto sobie tego życzy, może przyjąć Komunię św. podczas Eucharystii?
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
W 1986 r. Krajowa Konferencja Biskupów Katolickich opracowała wytyczne dotyczące otrzymywania Komunii św., które zostały wydrukowane na tylnej okładce wielu mszalików.
Nieprawda. W 1986 r. Krajowa Konferencja Biskupów Katolickich opracowała wytyczne dotyczące otrzymywania Komunii św., które zostały wydrukowane na tylnej okładce wielu mszalików: „Katolicy w pełni uczestniczą w Eucharystii, kiedy otrzymują Komunię św., wypełniając nakaz Chrystusa o spożywaniu Jego Ciała i piciu Jego Krwi. Osoba przystępująca do Komunii św. nie może być w stanie grzechu ciężkiego, musi powstrzymać się od jedzenia na godzinę przed przystąpieniem do Komunii i dążyć do życia w miłości i zgodzie z bliźnimi. Osoby pozostające w stanie grzechu ciężkiego muszą najpierw pojednać się z Bogiem i z Kościołem w sakramencie pokuty. Częste przystępowanie do sakramentu pokuty jest zalecane dla wszystkich wiernych”.
52 najczęstsze pomyłki związane z rozumieniem wiary katolickiej wyjaśnia Karl Keating w książce “W co wierzą katolicy”.
***
Szczególnie należy podkreślić dwie kwestie. Po pierwsze: trzeba być w stanie łaski uświęcającej, żeby otrzymać Komunię św. Jeśli nie jesteście [a przyjmujecie Komunię św.], to popełniacie świętokradztwo, równoznaczne z bezczeszczeniem świętości. Świętokradztwo jest grzechem (1 Kor 11,27). Niegodne przyjęcie Komunii św. nie tylko nie daje wam żadnych łask, ale powoduje jeszcze większe szkody duchowe niż te, które zostały spowodowane przez grzech ciężki; w takiej sytuacji lepiej cicho siedzieć w ławce. Co to jest grzech ciężki? Jest on tym samym, co poważny grzech lub grzech śmiertelny. Możemy nazwać grzech ciężki śmiertelnym, ponieważ stanowi śmiertelną ranę dla duszy, poprzez pozbawienie łaski uświęcającej. Osoba dopuszczająca się grzechu śmiertelnego jedzostaje „zdyskwalifikowana dla Nieba” [dopóki nie odbędzie ważnej spowiedzi i pokuty – przyp. tłum.]. Grzechy śmiertelne oznaczają wszystkie poważne wykroczenia związane z siedmioma grzechami głównymi (pycha, chciwość, zazdrość, nieczystość, gniew, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, lenistwo). Najbardziej „popularne” grzechy naszych czasów, które dyskwalifikują nas, jeśli chodzi o przyjmowanie Komunii św., to: aborcja, antykoncepcja, cudzołóstwo i rozpusta. Grzechem śmiertelnym nazywamy każdy z grzechów, który spełnia następujące trzy warunki: 1. Jest poważnym wykroczeniem [dotyczy rzeczy ważnej – przyp. tłum.]; 2. Jest popełniany przy pełnej zgodzie woli (dobrowolnie); 3. Był czas na przemyślenie powagi danego czynu – może to być nawet kilka sekund – i świadomość zła, które się czyni. Jeśli któryś z tych czynników nie zaistniał, mamy do czynienia z grzechem lekkim lub dany czyn nie jest kwalifikowany jako grzech. Zauważmy, że biskupi podkreślają konieczność częstej spowiedzi.
Wszyscy ostatnio zasiadający na stolicy św. Piotra papieże [książka została opublikowana za pontyfikatu św. Jana Pawła II – przyp. tłum.] przystępowali co tydzień do spowiedzi. Można śmiało powiedzieć, że żyli lepiej niż większość z nas, która uważa, że nie potrzebuje spowiedzi częściej niż jest do tego przyzwyczajona. Spowiadanie się raz w roku – czy nawet rzadziej – wydaje się odpowiednie jedynie dla osób, które są praktycznie niezdolne do grzechu. No cóż, istnieją osoby, które zdają się być przekonane, że „zostały niepokalanie poczęte” (!), a więc nie grzeszą – takie mniemanie to wielki błąd! Albo są to osoby tak obojętne na wszystko i pozbawione energii życiowej, że nie są w stanie robić zupełnie nic, w tym także grzeszyć.
Jeśli papieże rozumieli potrzebę spowiadania się co tydzień, to może reszta z nas powinna spowiadać się co miesiąc, jak zalecają to kierownicy duchowi. Ci, którzy nie byli u spowiedzi dłużej niż od roku, powinni poważnie się zastanowić, czy mogą przystąpić do Komunii św. Nie powinniśmy przyjmować Komunii tylko dlatego, że wydaje się, że wszyscy inni do niej przystępują. Komunia św. nie jest „wydarzeniem towarzyskim”, tylko bardzo intymnym spotkaniem z Bogiem. Jeśli przez dłuższy czas nie byliśmy u spowiedzi, powinniśmy się zastanowić, czy nasza wrażliwość na grzech nie została przytępiona. Jeśli nie czujemy się grzesznikami, to prawdopodobnie dlatego, że nasze sumienie zostało zaciemnione grzechami. Innymi słowy: im mniej grzeszni się czujemy, tym bardziej potrzebujemy spowiedzi. To tyle dla katolików. Oto wytyczne od biskupów dla chrześcijan innych wyznań, którzy pragną uczestniczyć w katolickiej Mszy św.: „Witamy na naszym nabożeństwie tych chrześcijan, którzy nie są w pełni z nami zjednoczeni. Konsekwencją smutnego podziału chrześcijaństwa jest to, że nie możemy zaprosić was do przyjmowania Komunii św. Katolicy wierzą, że Eucharystia jest działaniem uczestniczącej w celebracji wspólnoty, a to oznacza jedność wiary, życia i kultu. Przyjmowanie Komunii św. przez chrześcijan, którzy nie są jeszcze z nami zjednoczeni, nie może zatem mieć miejsca – o to, żeby chrześcijanie innych obrządków mogli się stać częścią naszego Kościoła, musimy się modlić”. Zauważmy, co napisali biskupi katoliccy: „nie możemy poszerzyć zaproszenia do przyjmowania Komunii św. na chrześcijan innych wyznań”. Jednak istnieją okoliczności, w których chrześcijanin wyznania niekatolickiego może otrzymać Komunię św. z rąk katolickiego kapłana. Przepisy z tym związane możemy odnaleźć w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 844, par. 3): „Szafarze katoliccy godziwie udzielają sakramentów pokuty, Eucharystii i namaszczenia chorych członkom Kościołów wschodnich nie mających pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, gdy sami o nie proszą i są odpowiednio przygotowani. Odnosi się to także do członków innych Kościołów, które według oceny Stolicy Apostolskiej, gdy idzie o sakramenty, są w takiej samej sytuacji, jak i wspomniane Kościoły wschodnie”.
„Kościoły wschodnie” to nic innego jak Kościoły prawosławne, w których są kapłani (niższych i wyższych stopni), jak również zachowane zostało wszystkich siedem sakramentów. Te Kościoły oderwały się od Kościoła katolickiego w 1054 r. podczas Wielkiej Schizmy Wschodniej. Ich doktryny są podobne do naszych. W każdym razie prawosławni mogą uczestniczyć w katolickiej Mszy św. i otrzymać Komunię św., jeśli o to poproszą. No dobrze, ale co w takim razie z członkami innych Kościołów? Czy mogą oni uczestniczyć w Mszy św. pod takimi samymi warunkami jak prawosławni? Niektórzy członkowie tych wspólnot mają tendencję do myślenia, że katolicy robią jakieś wyjątki odnośnie do udziału we Mszy św. i dystrybucji sakramentów; prawdopodobnie pojawią się w tym momencie u wielu osób myśli o wykluczeniu wiernych wszystkich wyznań protestanckich. Rzeczywiście, protestanci nie mogą otrzymać Komunii św. podczas katolickiej Mszy św. Inna sprawa, czy się tego w ogóle domagają.
Postscriptum: katoliccy biskupi zapraszają także osoby niechrześcijańskiego wyznania do udziału w Mszy św. z zaznaczeniem, że nie mogą one otrzymać Komunii św., ale są zaproszone do zjednoczenia się z nami na modlitwie.
fragment z książki: „W co wierzą katolicy”, Karl Keating wydawnictwo Biały Kruk,.
***
„Powrót do domu Ojca” – cud łaski ukryty za kratką konfesjonału
***
W zadumie nad tajemnicą „ażurowego ucha Boga”, czyli poetyckiej nazwy konfesjonału, uczyńmy wstępem „ubraną w stare szaty” myśl autorki: „Cóż jest piękniejszego w świecie nad żywot człowieka grzesznego, który dzięki łasce z Nieba pojmie niecność swych postępków? A gdy pozna ich dogłębność, zechce klęknąć”. Doprawdy trzeba nie znać ludzkiego serca, tak nieraz mocno zranionego, by nie widzieć w dokonującej się w grzeszniku przemianie naocznego cudu. Jeśli ktoś powie, że nic wielkiego się nie stało, to znaczy, że nic nie rozumie.
A wiedzą o tym ci „męczennicy” konfesjonału, którym dane było słyszeć litanię skarg siedzących „za kratkami” więźniów grzechu, skłonnych oddalić prawdziwe nawrócenie w nieznaną nikomu przyszłość, jakby nagła śmierć nie była realnym zagrożeniem. Głos nierzadko utyskujący na niezgodę absolucji, jakby mogła przynieść ulgę w nieładzie codzienności. Krzyk wręcz na warunki drugiej strony pomawianej o uparte trwanie na pozycji zakładnika Bożej sprawiedliwości. Dla tych spowiedników cudem jest głos upokorzony, chwilami nieufny, ale na kolanach, w prawdzie, dogłębnie zrozumiały tylko dla Chrystusa, wołający krótko: „przebacz mi”. Tylko w takiej przestrzeni ludzkiego jestestwa może odbić się blask Bożego miłosierdzia.
Ale nim to się stanie, trzeba niekiedy przejść przez biblijny chlew „marnotrawnego syna”, usłyszeć wyrzuty jego starszego brata, a na ostatek przyzwolić na darmowe przebaczenie zdradzonego ojca. Trzeba dać odpowiedź w sobie na zewnętrzną skargę: „Przyjąłeś go tak, jakby nic się nie stało” (por. Łk 15, 29-30), mierząc się nieustannie z pokusą chęci odkupienia siebie własną mocą. Ileż czasu musi nieraz upłynąć, by tkwiący w tym dramacie zrozumiał, iż nie da się przywrócić roztrwonionego dziedzictwa, cofnąć straconego czasu. Wtedy to bowiem na horyzoncie dostrzec będzie można trzeciego z synów miłosiernego ojca. Jest nim ten, który wyruszył na poszukiwanie młodszego brata, czego nie uczynił starszy. I Bóg jest tym, który to czyni. Bo Bóg w osobie Syna Człowieczego bardzo dobrze wie, co się dzieje w grzeszącym człowieku.
Bóg jest więc poszukującym zaginionej owieczki „Dobrym Pasterzem” i Bóg jest, używając metaforyki św. Ireneusza, „synem marnotrawnym”, nie z powodu własnego grzechu, ale dla naszego zbawienia. On to bowiem, rzec można, poszedł do tego chlewu, a ująwszy za rękę głodującego brata, powiedział: „Biorę na siebie konsekwencje twoich czynów, wchodzę na twoje miejsce, ty wracaj do domu”. W logikę sprawiedliwości Jezus wpisuje logikę miłosierdzia. Przyjmuje na siebie śmierć – brak życia, by „marnotrawny syn” mógł z odwagą opowiedzieć o swoim chlewie, przyznać się do niego. Powrót do domu Ojca dokonuje dzięki Chrystusowi, tylko On mógł to uczynić.
Gdy zatem grzesznik postanawia się nawrócić, to w gruncie rzeczy postanawia w nim to Boży Syn. Zaświadczą o tym najżarliwiej ci szafarze sakramentu pokuty, którzy w proszącym głosie: „odpuść mi” zobaczą, jak dopełnia się historia zbawienia. Jeśli ktoś powie, że nic wielkiego się nie stało, to znaczy, że nic nie rozumie.
Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl
Tekst jest autorską recepcją treści zawartych w książce pt. „Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu”.
***
Przemysław Babiarz: Nic tak nie przywraca człowieka do rzeczywistości jak sakrament pokuty i pojednania
O właściwej życiowej hierarchii, wierze w Boga, która jest najważniejsza w życiu, i pokorze, która pomaga to dostrzec, mówi Przemysław Babiarz.
Zawsze najbliżej do drugiego człowieka jest przez Pana Boga.
fot. Anita Walczewska /East News
***
Irena Pręcikowska-Chełminiak:
Jesteś człowiekiem głębokiej wiary w świecie, który zmierza, wydaje się, w przeciwnym kierunku. Internet wciąga bardziej niż prawdziwe życie, ludzie szukają wirtualnych relacji. Jak w takich warunkach człowiek wiary może odnaleźć i czynić dobro?
Przemysław Babiarz:
Aby czynić dobro, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, co jest źródłem dobra – i czym ono jest naprawdę. Wszystkie pojęcia ogólne, które serwuje nam popkultura, zawierają pewien pozór dobra. Za dobro bierzemy uczestnictwo w akcjach dobroczynnych, dawanie pieniędzy lub klikanie „łapki w górę”, by kogoś pocieszyć. To ma nas terapeutyzować z naszego poczucia winy. Ale to jest fałszywe podejście, bo zupełnie odcięte od źródła dobra, którym jest Pan Bóg. Jak powiedział Jezus w Ewangelii św. Marka: „Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg”. Bo to Bóg jest osobowym dobrem. Jeśli będziemy robili cokolwiek, co jest sprzeczne z Jego wolą, nie będziemy zachowywać Jego przykazań, to na pewno nie będziemy czynić dobra. Istnieje współczesne zjawisko, które nazywa się dobroludzizm. Polega ono na tym, że wiele osób przez świat wirtualny wytwarza modę na bycie człowiekiem dobrym, czyli uczestniczącym w akcjach dobroczynnych. Wychodzą oni z założenia, że jeśli dotujemy kopanie studni w Afryce, pomagamy jakimś odległym od nas ludziom, to jesteśmy dobrzy.
Ale jeśli ktoś przeznacza środki na pomoc dzieciom lub budowę studni w Afryce, to przecież rzeczywiście czyni dobro. Nie możemy temu zaprzeczyć.
Oczywiście. Pójdźmy jednak krok dalej. Rozważmy sytuację, kiedy podejmujemy duchową adopcję dziecka w Afryce, wysyłamy relatywnie niedużą sumę pieniędzy, która wystarcza na utrzymanie i edukację tego dziecka. Ale oprócz tego my to dziecko adoptujemy duchowo, otaczamy je modlitwą, uzyskujemy z nim jakiś rodzaj duchowej bliskości w Panu Bogu. To jest właściwy trójkąt osobowy: ja, drugi człowiek, Pan Bóg. Zawsze najbliżej jest do drugiego człowieka przez Pana Boga. To jest zresztą ten trójkąt, który pięknie wyraża się w sakramencie małżeństwa.
Uważasz, że czynienie dobra nie wystarczy, trzeba to jeszcze otoczyć modlitwą i zawierzyć Bogu?
Pamiętam rozmowę z synem jednego z moich przyjaciół, który powiedział, że nie trzeba określać własnego wyznania. Wystarczy być dobrym. To jest pułapka humanizmu, który jako prąd umysłowy i kulturalny stawia człowieka w centrum, czyli w miejscu, które powinien zajmować Bóg. To jest wielkie niebezpieczeństwo dla współczesnego człowieka, który zaczyna siebie postrzegać jako prawodawcę, stawia się w roli Boga i chce decydować o życiu i śmierci. Ktoś taki może wymyślić nieetyczną procedurę medyczną, która pozwoli mu decydować o długości życia ludzi, gdy stwierdzi, że ono jest już nie dość komfortowe, wiąże się z cierpieniem i trzeba je skrócić. Może decydować o tym, kto przyjdzie na świat, a kto zostanie unicestwiony w łonie matki. O tym wszystkim będzie rozstrzygał człowiek – w myśl idei, że to człowiek jest na pierwszym miejscu. Tymczasem wiemy od św. Augustyna, że jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu. A ja sobie do tego na własny użytek dodaję, że jeśli w życiu wierzącego Bóg nie jest na pierwszym miejscu, to On staje się intruzem, bo zaczyna przeszkadzać człowiekowi w samounicestwieniu. Tymczasem żyjemy w określonej przestrzeni, utrzymujemy relacje z konkretnymi ludźmi i ponosimy odpowiedzialność za nich, za rodzinę, przyjaciół, współpracowników. Nie możemy się sami rozgrzeszyć z niespełniania tych powinności.
To trudna droga. Jak przekonać ludzi do podjęcia wysiłku, by zmieniali na lepsze własne otoczenie?
Konieczne jest odłączenie się od rzeczywistości wirtualnej, która daje łatwe i szybkie kompensacje i doznania. My dlatego tyle scrollujemy w internecie, że mamy go pod ręką. Zawsze mnie ostrzegano, i w domu, i w szkole, że to, co łatwe, bywa przeważnie mało wartościowe. To, co rzadkie i trudne, jest cenniejsze. Zatopienie się w internecie kompensuje trudy zmierzenia się z rzeczywistością samego siebie i z rzeczywistością całego świata. Drogę zmiany można rozpocząć w bardzo prosty sposób: zrobić rachunek sumienia i pójść do spowiedzi. Nic tak nie przywraca człowieka do rzeczywistości jak sakrament pokuty i pojednania. Człowiek współczesny, nawet wierzący, oczekuje od Boga tylko zaspokajania jego potrzeb, a zapomniał o okazywaniu Bogu czci. Oczywiście jest On naszym Ojcem, ale jako Istota doskonała jest kimś nieporównywalnie od nas wyższym. Kiedy przyglądam się życiorysom świętych, mistyków, zawsze napotykam głęboką cześć dla Boga i ogromne poczucie własnej ułomności. Dostrzegam to i w „Dzienniczku” siostry Faustyny, i w przemyśleniach ojca Pio, i w zapiskach pochodzącego z mojej diecezji bł. ks. Jana Wojciecha Balickiego, którego pamięta moja mama. Dewizą jego życia były słowa: „Dobrze, Panie, żeś mnie upokorzył, dobrze…”. Jaki człowiek dzisiaj jest w stanie napisać takie zdanie? Czy to masochizm? Nie. To przywraca poczucie rzeczywistości, pomaga być człowiekiem prawdziwym, a nie człowiekiem pozorów.
A w jaki sposób – Twoim zdaniem – nie zagubić się w codzienności?
Należy wprowadzić porządek. Otóż zawsze w centrum powinien być Pan Bóg. To On musi być najważniejszy. Przypomina mi się historia pewnej rodziny. W czasie okupacji Niemcy pacyfikowali wieś. Kazali wszystkim mieszkańcom w ciągu dziesięciu minut zabrać rzeczy i wyjść na zewnątrz. Ta rodzina wbiegła do swojego domu i matka nakazała dzieciom i mężowi, aby uklękli i odmówili litanię. W tym czasie Niemcy zabrali pozostałych mieszkańców wsi i odjechali, a o nich zapomnieli. Rozsądek wskazywałby, aby pakować rzeczy. Oni wybrali modlitwę i zostali ocaleni. Na drugim miejscu są najbliżsi. Nie możemy ze względu na nasze różne aktywności zaniedbywać rodziny, żony i dzieci. Ich dobro jest dobrem większym. Dobrze jest, kiedy ludzie, którzy chcą dokonywać wielkich dzieł na niwie społecznej, pozostają samotni, nierozproszeni. Przykładem jest kapłaństwo realizowane w celibacie. Ale pamiętajmy, że wszyscy wierni stają się rodziną kapłana. Kolejny krąg to przyjaciele, którym nie powinniśmy szczędzić uwagi. I tak dalej. Ustalamy kolejne ważne powinności i z tej perspektywy oceniamy, gdzie i w jakim zakresie możemy się zaangażować. Tylko taka budowla będzie stabilna. Jak najmniej abstraktów, jak najwięcej konkretów. Lepiej konkretnemu człowiekowi poświęcić minutę na rozmowę czy pomóc mu w jakiś sposób niż zasilać wielkie organizacje. W mojej opinii konkretne działania są najistotniejsze, z nich zostaniemy rozliczeni, zgodnie ze słowami z Ewangelii Mateusza: „Bo byłem głodny, a daliście mi jeść; byłem spragniony, a daliście mi pić”. Oczywiście nie zmierzam do tego, żeby zniechęcić do działania np. w ramach Caritasu. Ja również wspieram różne akcje, choć nie jestem ich inicjatorem. Jestem człowiekiem, który troszczy się o rodzinę, a także wykonuję swoją pracę jak najlepiej. Do tego czuję się powołany w pierwszej kolejności.
Każdy człowiek jest do czegoś stworzony. Choć czasami ludzie latami poszukują własnej drogi i nie mogą jej znaleźć. Jak Ty odnalazłeś swoje powołanie i realizujesz je?
Dziecko nie ma trudności z wyborem. Mówi się, że ono dokładnie wie, czego chce. Jako dziecko występowałem z mikrofonem, za który służyła mi drewniana kula do ucierania ciasta lub inna zabawka. Oglądając telewizję, starałem się naśladować występujące postaci. A potem to porzuciłem i miałem trudności z wyborem drogi. Ale moim zadaniem było jednak występowanie. Odbieram to jako łaskę, że wykonuję zawód pokrewny zawodowi wyuczonemu, czyli aktorstwu. Zawód komentatora sportowego czy prowadzącego wiąże się z występowaniem. Staram się jak najlepiej przygotowywać i wykonywać moją pracę, a jednocześnie nie odgradzać się od ludzi murem z napisem VIP, nie uciekać przed nimi. Takie etykietki z punktu widzenia wiary są kompletnie nieistotne. Mój zawód jest zawodem wielkiej pokusy i walka z nią jest niezwykle istotna. Jest to bardzo niebezpieczne zajęcie z punktu widzenia wzrostu ego. Świat mówi: skoro jesteś artystą, panem z telewizji, wolno ci wszystko. Wielu artystów nie potrafi sprzeciwić się takiemu światu, boi się tego. Chcą oni pozostać na czele stawki i są nawet przekonani, że muszą ten świat wyprzedzić.
Jak się zmobilizować do czynienia dobra, zamiast scrollować w internecie?
Jeżeli scrollujemy, a czujemy wewnętrzne ciśnienie emocji, zamknięcia albo braku komfortu psychicznego, to zacznijmy od posprzątania swojego otoczenia. Odnosi się to zarówno do wyrzucenia śmieci, odkurzania i zmywania podłogi, umycia naczyń czy zrobienia prania, jak i do porządku duchowego, czyli posprzątania swojej duszy. Doszedłem kiedyś do prostego wniosku, że jeżeli nie jestem w stanie się zmienić, to muszę modlić się o to do Boga, prosić Go o łaskę dokonania zmiany. Jeśli włączymy Pana Boga w nasze starania, to On nami pokieruje. Takie doświadczenie miałem w czasie pobytu w szpitalu. Bóg obdaruje nas łaską, jeśli pozwolimy Mu działać.
Dlaczego jesteśmy powołani do angażowania się?
Pan Jezus rozsyłał apostołów, by byli pracownikami winnicy Pańskiej. To zachęcanie do aktywności. Ważne jest, aby pamiętać, że to także modlitwa. Bez wsparcia modlitwą każde nasze działanie zakończy się fiaskiem. Było takie powiedzenie ludowe: „Bez Boga ani do proga”. Ono jest zawsze aktualne.
Przemysław Babiarz dziennikarz, komentator sportowy, aktor, teatrolog. Od lat związany z TVP i TVP Sport. Był ambasadorem ŚDM zorganizowanych w Krakowie w 2016 roku. Pochodzi z Przemyśla.
Gość Niedzielny
***
Błogosławiony Bartolo Longo dołączy do grona świętych Kościoła. To on ułożył modlitwę znaną jako nowenna pompejańska, praktykowana codziennie przez miliony wiernych na całym świecie.
Ojciec święty Leon XIV ogłosi go świętym
Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra, której przewodniczyć będzie papież Leon XIV.
***
Apostoł Różańca, katolicki wychowawca młodzieży, uznany błogosławionym przez Jana Pawła II dominikański tercjarz Bartolo Longo zostanie kanonizowany 19 października przez Papieża Leona XIV. Wraz z nim świętymi zostanie uznanych sześcioro innych błogosławionych.
bł. Bartolo Longo
***
Siedmioro kanonizowanych
Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra. Przewodniczyć jej będzie Papież Leon XIV. Wraz z włoskim błogosławionym kanonizowani zostaną także: Ignazio Choukrallah Maloyan – ormiańskokatolicki biskup, Peter To Rot – katechista z Nowej Gwinei, Vincenza Maria Poloni – włoska zakonnica, Maria del Monte Carmelo Rendiles Martínez – zakonnica z Wenezueli, Maria Troncatti – włoska zakonnica, José Gregorio Hernández Cisneros – wenezuelski lekarz, tercjarz franciszkański.
Nawrócony satanista
Bartolo Longo, urodzony w 1841 roku i pochodzący z włoskiej Apulii, to apostoł różańca i wizerunku Matki Bożej Różańcowej, który nazywał narzędziem do realizacji jednego z największych zamierzeń Bożego Miłosierdzia. Zanim sam nawrócił się na chrześcijaństwo, Longo praktykował satanizm, jednak pod wpływem przyjaciela porzucił zgubną drogę. Szczególnie ukochał nabożeństwo różańcowe i przy wsparciu wiernych wybudował w Pompejach kościół pod Jej wezwaniem. Przy świątyni stworzył domy wychowawcze dla dzieci więźniów i sierot, szkoły.
Beatyfikowany przez Jana Pawła II
Dziś zbudowany przez niego kościół znajduje się pod zarządem papieża. Jan Paweł II w 1980 roku beatyfikował Bartola Longo, a na początku 2025 roku papież Franciszek zatwierdził cud za wstawiennictwem błogosławionego. To otworzyło drogę do jego kanonizacji.
Vatican Media –Tygodnik Niedziela
***
Autor Nowenny Pompejańskiej zostanie kanonizowany
fot. radio Niepokalanów
***
Ojciec Święty zatwierdził dekrety Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, dotyczące pięciorga Sług Bożych, m.in. Polki, Kunegundy Siwiec. Zaaprobował też kanonizację dwóch świeckich błogosławionych – m.in. czciciela Matki Bożej Pompejańskiej bł. Bartolo Longo – i zadecydował o zwołaniu konsystorza, związanego z uroczystościami kanonizacyjnymi.
Dekrety dotyczące nowych świętych i błogosławionych Ojciec Święty podpisał wczoraj w Klinice Gemelli, gdzie przyjął Sekretarza Stanu kard. Pietro Parolina oraz Substytuta abp Edgara Peña Parrę. Przyszli kanonizowani to postaci, otaczane wielką czcią w swoich ojczyznach: bł Bartolo Longo, twórca Nowenny Pompejańskiej, niezwykle popularnej także w Polsce oraz bł. Giuseppe Gregorio Hernández Cisneros, Wenezuelczyk, tercjarz franciszkański, zwany „lekarzem ubogich”.
Brat Różaniec – nawrócony satanista
Najbardziej znanym z grona przyszłych świętych i błogosławionych jest bł. Bartolo Longo, czciciel Matki Bożej z Pompejów i autor Nowenny Pompejańskiej, którą modlą się wierni na całym świecie. Był świeckim prawnikiem, żyjącym w latach 1841-1926. W młodości słynął z wypowiedzi wrogich Kościołowi, a przez pewien czas związany był z satanistami, doświadczył jednak głębokiego nawrócenia i powrócił do wiary chrześcijańskiej. Jako dominikański tercjarz przyjął imię Brat Różaniec, ze względu na swoje głębokie nabożeństwo do Matki Bożej.
W 1875 roku Bartolo Longo przywiózł do Pompejów obraz Matki Bożej, a w 1876 roku rozpoczął budowę sanktuarium, które miało stać się światowym centrum kultu maryjnego. Świątynia została poświęcona Matce Bożej Różańcowej 7 maja 1891 roku. Papież Leon XIII jemu i jego małżonce powierzył administrowanie świątyni, a on sam poświęcił resztę życia promowaniu nabożeństwa różańcowego. Zmarł w opinii świętości. W 1980 r. beatyfikował go papież Jan Paweł II. Ogromna popularność nabożeństwa Nowenny Pompejańskiej skłoniła w 2024 r. arcybiskupa-prałata Pompejów Tommasa Caputa oraz przewodniczącego regionalnej Konferencji Episkopatu Kampanii Antoniego Di Donnę, by poprosić Ojca Świętego to, aby bł. Bartolo Longo został kanonizowany.
Święty w lekarskim kitlu
José Gregorio Hernández Cisneros żył w Wenezueli w latach 1864 – 1919. Marzył o kapłaństwie i medycynie, jednak z uwagi na problemy zdrowotne nie mógł wstąpić do seminarium. Po ukończeniu studiów medycznych zaczął pracować w zawodzie, poświęcając się ludziom ubogim, których nie stać było ani na opiekę medyczną, ani na zakup leków.
Znany z tego, że za własne pieniądze wykupował recepty swoich pacjentów i nie pobierał opłat za leczenie, szybko zyskał przydomek „lekarza ubogich”. Zmarł wskutek obrażeń, jakich doznał, gdy – wychodząc z apteki, gdzie zaopatrywał swoich pacjentów – został potrącony przez samochód. Został ogłoszony błogosławionym w 2021 r., a jego doczesne szczątki znajdują w kościele Matki Bożej z Candelarii w Caracas.
Polka wśród przyszłych błogosławionych
Papież Franciszek zatwierdził również dekrety, dotyczące:
– ofiary życia Sługi Bożego ks. Emila Józefa Kapauna, kapelana wojskowego, urodzonego 20 kwietnia 1916 r. w Pilsen w amerykańskim Stanie Kansas i zmarłego w północnokoreańskim obozie jenieckim w Pyokton 23 maja 1951 r.;
– ofiary życia Sługi Bożego Salva D’Acquisty, świeckiego, ur. 15 października 1920 r. w Neapolu i zm. 23 września 1943 w Palidoro;
– heroiczności cnót Sługi Bożego Michała Maura Montanera, hiszpańskiego kapłana i ewangelizatora robotników, ur. 6 września 1843 r. w Palma de Mallorca i zmarłego tamże 19 września 1915 r.;
– heroiczności cnót Sługi Bożego Didaco Bessiego, założyciela zgromadzenia Sióstr Dominikanek Matki Bożej Różańcowej, ur. 5 lutego 1856 we włoskim Iolo i zmarłego tamże 25 maja 1919 r.;
– heroiczności cnót Sługi Bożej Kunegundy Siwiec, świeckiej Polki, urodzonej w Stryszawie 28 maja 1876 r. i zmarłej tamże 27 czerwca 1955 r.
vaticannews.va/TygodnikNiedziela
***
Świadectwo byłego masona: Nawróciłem się w Lourdes
Masonerię, jak każdą tajną organizację, otacza aureola misterium. Wokół niej krąży wiele legend i trudno zdobyć wiarygodne informacje na jej temat. Dlatego cenny jest każdy głos, który pochodzi z tego zamkniętego dla niewtajemniczonych świata. Takim głosem jest książka-świadectwo francuskiego lekarza Maurice’a Cailleta – kiedyś agnostyka, przez 15 lat masona, przez 2 lata stojącego na czele jednej z masońskich lóż – który w czasie pobytu w Lourdes w 1984 r. nawrócił się na katolicyzm i wystąpił z masonerii („mason w śnie”). Poprosiłem go o rozmowę na temat jego doświadczeń w Wielkim Wschodzie Francji.
Włodzimierz Rędzioch: – Jak to się stało, że w wieku 36 lat postanowił Pan wstąpić do masonerii?
Dr Maurice Caillet: – W 1968 r. pracowałem jako ginekolog. Byłem wtedy racjonalistą, materialistą i ateistą. W owym czasie starałem się o rozwód i czułem się osamotniony. W maju mój przyjaciel zaproponował mi wstąpienie do nowej „rodziny duchowej” – masonerii, z jej pociągającymi ideałami Wolności, Równości, Braterstwa, Tolerancji i Solidarności. Byłem oczarowany, tym bardziej że przyjął mnie bardzo serdecznie sam Wielki Mistrz Wielkiego Wschodu Francji – może dlatego, że byłem już wówczas znany jako lekarz stosujący sztuczne zapłodnienie i sterylizację oraz jako zwolennik liberalizacji aborcji. W ten sposób stałem się masonem. Byłem nim przez 15 lat, z czego 2 lata jako przełożony loży. Wiele szczegółów dotyczących mojej działalności w masonerii umieściłem na mojej stronie internetowej: www.cailletm.com.
– Czym są rytuały inicjacji masońskiej?
– Rytuały inicjacji masońskiej zbliżone są do obrzędów inicjacji wyznawców animizmu. Mają symbolizować przejście ze świata rzeczy świeckich do świata sacrum. Profan, tzn. kandydat na wolnomularza, poddawany jest czterem próbom symbolizującym ziemię, wodę, powietrze i ogień. Musi złożyć także przysięgę, iż będzie dotrzymywał tajemnicy masońskiej – zabrania ona wyjawiania nazwisk „braci” masonów oraz działalności loży, nawet współmałżonkowi.
– Wolnomularze starają się prezentować masonerię jako filozofię humanistyczną, której celem jest poszukiwanie prawdy. Jak jednak można poszukiwać prawdy, gdy głosi się jednocześnie skrajny relatywizm, a więc i prawda staje się czymś bardzo względnym?
– Wolnomularstwo wychwala humanizm, ale chodzi o humanizm bez Boga, który dowartościowuje i gloryfikuje człowieka – Boga określa się niekiedy jedynie jako Wielkiego Architekta Wszechświata. Wolnomularstwo poświęca się poszukiwaniu prawdy, a raczej częściowych prawd, gdyż dla masona nie jest możliwe odkrycie żadnej prawdy. Masoneria odrzuca także jakiekolwiek dogmaty, czyniąc w ten sposób z relatywizmu rodzaj dogmatu. Oznacza to także odrzucenie objawienia judeochrześcijańskiego.
– Czy to właśnie odrzucenie objawienia judeochrześcijańskiego powoduje, że masoneria, szczególnie francuska, jest tak bardzo antykatolicka?
– W Kościele francuskim istnieje silna tradycja gallikańska (gallikanizm – zainicjowany w średniowieczu ruch polityczno-religijny dążący do uniezależnienia Kościoła francuskiego od władzy papieskiej i ograniczenia uprawnień papieskich – przyp. W.R.), która istniała jeszcze przed powstaniem masonerii. Wielu biskupów, książąt i królów odrzucało opiekę Magisterium. Gdy w 1738 r. Klemens XII potępił przynależność do wolnomularstwa, we Francji ta ekskomunika nie została oficjalnie podana do wiadomości ani przez państwo, ani przez Episkopat. W czasie rewolucji francuskiej w 1789 r. duchowieństwo i arystokracja stały się kozłem ofiarnym władz rewolucyjnych – większość księży zostało zamordowanych lub skazanych na wygnanie. Po okresie względnego spokoju, w latach 1895-1905, Kościół francuski znowu był prześladowany przez rządy masońskie, aż do definitywnego rozdziału Kościoła od państwa, co nastąpiło w 1905 r. Z kolei rząd Vichy (kolaborujący z nazistowskimi Niemcami rząd Philippe’a Pétaina z siedzibą w mieście Vichy – przyp. W. R.), począwszy od 1940 r., prześladował masonów, którzy byli oddawani w ręce policji, więzieni i często wywożeni do Niemiec. Wzajemna niechęć pozostaje wciąż żywa, tym bardziej że w 1983 r. kard. Joseph Ratzinger uznał, iż dla katolika przynależność do wolnomularstwa jest grzechem ciężkim, który nie pozwala na przyjmowanie Komunii św. (chodzi o dokument „Declaratio de associationibus massonicis”, wydany w 1983 r. przez Kongregację Nauki Wiary, której prefektem był kard. Joseph Ratzinger – przyp. W. R.).
– Masoni składają przysięgę, która zobowiązuje ich do wzajemnej pomocy. Jakie praktyczne konsekwencje ma ta przysięga?
– Konsekwencje są różnorodne. Z punktu widzenia politycznego i społecznego wprowadza to pewien zamęt, który nie służy zdrowej demokracji. „Bracia” masoni przynależą zarówno do partii prawicowych, jak i lewicowych, lecz gdy chodzi o pewne kwestie społeczne – działają razem w tajemnicy, aby wprowadzać ustawy dotyczące np. antykoncepcji, aborcji, rozwodów, „małżeństw” osób tej samej płci, adopcji dzieci przez homoseksualistów, eutanazji czy manipulacji ludzkimi embrionami. Z punktu widzenia gospodarczego niektóre prace zarezerwowane są w pierwszym rzędzie dla ludzi należących do masonerii, a to dzięki kontaktom w loży, a szczególnie w bractwach (les Fraternelles), które skupiają masonów określonej gałęzi działalności, np. Bractwo Budownictwa i Robót Publicznych. Gdy chodzi o wymiar sprawiedliwości, spotykamy się z różnymi formami faworyzowania, jeżeli osoba osądzana należy do masonerii. Masoni odgrywają dużą rolę w świecie kultury, szczególnie w mediach i w szkolnictwie. Dzięki ich działalności społeczeństwo systematycznie akceptuje ideały masońskie, takie jak źle pojmowana idea wolności, której celem miałoby być obalenie „tabu” tradycyjnej moralności.
– Z tego wynika, że wielki wpływ masonerii na życie polityczne, gospodarcze i kulturalne nie jest mitem, lecz rzeczywistością…
– We Francji wpływ masonerii nie jest już co prawda tak duży jak w XIX i na początku XX wieku, ale pozostaje ciągle rzeczywistością.
– Ostatnio wyjawił Pan, że w socjalistycznym rządzie Mitterranda było dwunastu masonów, a w obecnym rządzie Sarkozy’ego jest ich dwóch. Natomiast w swej książce jako przykład wpływu masonerii na politykę francuską podaje Pan sprawę wprowadzenia aborcji w 1974 r. Czy mógłby Pan podać jakieś szczegóły tej sprawy?
– Osobiście brałem udział w walce o wprowadzenie prawa zezwalającego na aborcję. W 1974 r. masoneria, przez organizację Planning Familial (Planowanie Rodzinne), wywierała presję na opinię publiczną, zawyżając dane dotyczące nielegalnych aborcji: 300 tys. w roku, podczas gdy poważne badania demograficzne podawały o wiele mniejszą liczbę – ok. 50 tys. Nowy prezydent Republiki – Valéry Giscard d’Estaing, który umieścił w swym programie wyborczym legalizację aborcji, zatrudnił jako swego osobistego doradcę Jeana-Pierre’a Prouteau – wielkiego mistrza Wielkiego Wschodu Francji. Natomiast doradcą Simone Veil, ówczesnej minister zdrowia, był dr Pierre Simon – wielki mistrz Wielkiej Loży Francji i założyciel Planning Familial. W Zgromadzeniu Narodowym (Assemblée Nationale – parlament francuski) bez problemów przegłosowano projekt, bo masoni z lewicy i z prawicy głosowali jak jeden mąż!
– Czy miał Pan kontakty z masonami poza Francją i czy wie Pan, jakie są wpływy masonerii w innych państwach?
– Nie miałem kontaktów z masonami poza Francją. Poza tym wyszedłem z masonerii w 1987 r. i od tej pory śledzę wydarzenia jedynie z mediów. Dlatego np. nie mogę potwierdzić tego, co piszą media na temat rozkwitu masonerii po upadku muru berlińskiego w państwach dawnego bloku sowieckiego, gdzie wolnomularstwo było prześladowane przez komunizm – inny „humanizm”, bez Boga.
– Jak to się stało, że nawrócił się Pan na chrześcijaństwo?
– W 1984 r. zawiozłem ciężko chorą żonę do Lourdes w nadziei, że wyzdrowieje. Podczas gdy moja małżonka była w basenie sanktuarium, ja poszedłem do krypty. Tam po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem we Mszy św. Ewangelia tego dnia mówiła: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone”, a były to słowa znane mi z rytuału masońskiego na stopień Wielkiego Ucznia. Zobaczyłem też po raz pierwszy w konsekrowanej Hostii Światło, którego na próżno szukałem w 18 masońskich inicjacjach. Wstrząśnięty, usłyszałem wewnętrzny głos, który wzywał mnie do złożenia ofiary. Dlatego po Mszy św. poszedłem za księdzem do zakrystii i poprosiłem o chrzest, aby ofiarować całe moje jestestwo Bogu.
– Co oznacza dla Pana „być katolikiem”?
REKLAMA
– Dla mnie być katolikiem znaczy wierzyć w Jezusa Chrystusa – prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka, zmarłego za moje grzechy i zmartwychwstałego, akceptować naukę wszystkich soborów, czcić Boga w Eucharystii, czcić Matkę Bożą i przyjmować naukę Papieża (triduum candorum custodia – trzy prawdy strzegące jasności). W końcu oznacza to praktykowanie – w miarę moich możliwości – cnót teologalnych (wiary, nadziei i miłości) oraz cnót kardynalnych (męstwa, sprawiedliwości, roztropności i umiarkowania). Dzięki temu, że jestem katolikiem, mogę być także członkiem Związku Pisarzy Katolickich, co stanowi dla mnie wielką radość.
– Na zakończenie chciałbym Pana zapytać, czy porzucenie masonerii przysporzyło Panu problemów?
– Porzuceniu masonerii towarzyszył konflikt zawodowy z moim dyrektorem – masonem z tej samej loży. Gdy chciałem uregulować nasz konflikt przed państwowym wymiarem sprawiedliwości, a nie przed instancjami masońskimi, otrzymałem poważne pogróżki (grożono mi śmiercią). Chrystus jest jednak zwycięzcą i w końcu wygrałem proces przeciwko temu człowiekowi.
***
Wielka zmiana religijna w Wielkiej Brytanii. Pierwszy raz od Henryka VIII
Shutterstock
***
W Wielkiej Brytanii dokonuje się przemiana, która może mieć znaczenie historyczne i duchowe: katolicy są coraz bliżej, by stać się największą wspólnotą chrześcijańską na Wyspach, wyprzedzając liczebnie anglikanów. Jeśli prognozy się sprawdzą, byłby to pierwszy taki moment od czasów króla Henryka VIII w XVI wieku.
Katolicy coraz liczniejsi – dane i porównania
Zbadań think tanku Theos wynika, że w Londynie katolicy stanowią dziś 35% chrześcijan, a anglikanie 33%. To drobna różnica, ale wyraźny znak trendu, który może wkrótce objąć całą Wielką Brytanię.
Również w praktykach religijnych katolicy wykazują większą żywotność. Tylko 11% katolików deklaruje, że nigdy się nie modli, podczas gdy wśród anglikanów ten odsetek sięga 36%. Podobnie w przypadku uczestnictwa w nabożeństwach – 15% katolików nigdy nie chodzi do kościoła, wobec aż 45% anglikanów.
Jeszcze wyraźniej widać zmiany w Irlandii Północnej. Spis ludności z 2021 roku przyniósł historyczny przełom: katolicy 45,7%, a protestanci 43,4%.
Również wśród młodzieży katolicyzm okazuje się atrakcyjniejszy – liczba młodych katolików jest ponad dwukrotnie wyższa niż liczba młodych anglikanów.
Dlaczego katolicyzm rośnie?
Źródeł tego zjawiska jest kilka.
Migracja: do Wielkiej Brytanii przybywa wielu katolików z Polski, Litwy, Ukrainy, a także z Afryki i Ameryki Łacińskiej.
Życie parafialne: katolickie wspólnoty zachowują dynamikę, a młodzi częściej odnajdują w nich przestrzeń dla swojej wiary.
Kryzys anglikanów: Kościół Anglii zmaga się z postępującą sekularyzacją, niejasnością doktrynalną i masowymi odejściami wiernych.
Znaki czasu i konsekwencje
Możliwe, że wkrótce dojdzie do epokowej zmiany – katolicyzm po raz pierwszy od wieków stanie się największym wyznaniem chrześcijańskim w Wielkiej Brytanii. To wydarzenie wpisuje się jedna w szerszy proces: w całej Europie spada liczba chrześcijan, rośnie za to liczba osób niewierzących oraz muzułmanów.
Jeśli pominąć statystyczną rywalizację katolików i anglikanów trudno szukać pozytywów obecnej sytuacji. Społeczna rola Kościoła Anglii dramatycznie maleje – aż 73% Brytyjczyków przyznaje, że nie odgrywa on żadnej roli w ich codziennym życiu. Można dodać, że zapewne w życiu w większości z tych respondentów żadnej roli nie odgrywanie nie tylko Kościół Anglii, ale w ogóle chrześcijaństwo.
Co oznacza ta zmiana?
Choć przewidywane przetasowania mają wymiar statystyczny, ich znaczenie jest głębsze. Oznaczają odchodzenie od tradycyjnych schematów religijnych, które przez stulecia kształtowały kulturę brytyjską. Jednocześnie pokazują, że katolicyzm – mimo ogólnego kryzysu wiary w Europie – jest bardziej żywotny, ponieważ będąc religią powszechną wędruje razem ze swoimi wiernymi. Jak wiemy Wielka Brytania jest dziś krajem-celem dla wielu migrantów.
Być może jest to jeden ze „znaków czasu”: przypomnienie, że Kościół, choć często w mniejszości, zachowuje zdolność do przetrwania a nawet odnawiania się i niesienia nadziei w sercu społeczeństw.
„Zrozumiałem, że tylko Kościół katolicki, wraz ze swym magisterium, posiada kościelną integralność, teologiczną dojrzałość i duchową moc, by bronić wiary, odnowić społeczeństwo i zbawić dusze w pełni wiary”
Konwersja anglikańskiego biskupa
W najbliższą niedzielę, 22 grudnia były kapelan królowej Elżbiety zostanie przyjęty do Kościoła rzymskokatolickiego. Anglikański biskup Gavin Ashenden zrezygnował z tej funkcji przed dwoma laty, po tym jak stanowczo sprzeciwił się korzystaniu z Koranu podczas liturgii w episkopalnej katedrze w Glasgow.
Na jedną z lektur wybrano wówczas koraniczny fragment, w którym wspomina się co prawda o Maryi, ale zarazem w sposób jednoznaczny neguje się bóstwo Jezusa.
Jak podaje tygodnik „The Catholic Herald”, anglikański duchowny zostanie przyjęty do wspólnoty Kościoła katolickiego w katedrze w Shrewsbury przez miejscowego biskupa Marka Daviesa, który osobiście towarzyszył mu w konwersji. Bp Davies podkreśla znaczenie świadectwa, które dał bp Ashenden w brytyjskim życiu publicznym. „Modlę się, aby to świadectwo trwało nadal i stało się zachętą dla wielu” – dodał ordynariusz Shrewsbury.
Powody odejścia od anglikanizmu
Mówiąc o swej duchowej drodze, bp Ashenden przyznaje, że decydujące znaczenie w jego nawróceniu odegrał różaniec, a także refleksja nad cudami eucharystycznymi, które nigdy nie miały miejsca we wspólnocie anglikańskiej. W końcu, dzięki świadectwu św. Jana Henryka Newmana, zdał sobie sprawę ze znaczenia magisterium Kościoła.
„Zrozumiałem, że tylko Kościół katolicki, wraz ze swym magisterium, posiada kościelną integralność, teologiczną dojrzałość i duchową moc, by bronić wiary, odnowić społeczeństwo i zbawić dusze w pełni wiary” – dodał anglikański duchowny.
Wyraził przy tym ubolewanie z powodu przemian w jego rodzimym Kościele anglikańskim, który jak stwierdził, skapitulował wobec zsekularyzowanego świata.
ks.Krzysztof Bronk/vaticannews.va/Aleteia.pl
***
Anglikański biskup, który przeszedł na katolicyzm: „Czuję, że dotarłem do domu”
źródło: cbcew.org.uk
***
Richard Pain to anglikański biskup, który przeszedł do Kościoła katolickiego. Opowiada o powodach swojej decyzji.
Anglikański biskup Richard Pain to 11. hierarchia Kościoła Anglii, który przeszedł do Kościoła katolickiego. „Czuję, że dotarłem do domu” – tak powiedział w wywiadzie dla National Catholic Register.
Pain urodził się w Londynie w 1956 r. Został wyświęcony w katedrze Newport w 1986 r. Przez wiele lat zajmował się formacją duchowieństwa. W 2013 r. został wybrany biskupem diecezji Monmouth. Ma żonę oraz dwóch synów. W 2019 r. przeszedł na biskupią emeryturę. 2 lipca został przyjęty do Kościoła katolickiego i dołączył do ordynariatu personalnego Matki Bożej z Walsingham, który skupia tych anglikanów, którzy przeszli do Kościoła katolickiego. Wierni trwają tam w jedności z Rzymem, zachowując jednocześnie swoje tradycje liturgiczne i duchowe.
Od anglikanizmu do katolicyzmu
Biskup Pain w 2019 r. z powodów zdrowotnych złożył urząd biskupa. Rekonwalescencja trwała kilka lat. Jak sam mówi: „czas przerwy w służbie dał mi możliwość ponownego zastanowienia się nad moją duchową podróżą”.
Richard Pain należał do tzw. High Church, odłamu anglikanizmu, któremu najbliżej do katolicyzmu. To dlatego, jak mówi, pociągał go Kościół katolicki. W czasie emerytury miał czas, by spokojnie podjąć decyzję. „Nie potrzebowałem wielkiego skoku wiary, aby zostać katolikiem […] . Z jednej strony jestem zaskoczony, jak łatwo jest podjąć decyzję i szczerze czuję, że wróciłem do domu” – stwierdza w rozmowie z National Catholic Register.
Na pytanie, czy zostanie wyświęcony na księdza w Kościele katolickim, były biskup anglikański odpowiedział z prostotą: „jeśli mogę zostać wikariuszem i okazać się użytecznym, to zobaczmy, czy taka jest wola Boża”.
Kościół katolicki odpowiedzią na kryzys anglikanizmu?
W rozmowie z National Catholic Register Richard Pain zauważa, że Kościół katolicki przechodzi przez takie same zmagania i dyskusje, jak anglikanie. Dotyczą one przecież świata, w którym działa Kościół. Mówi, że „Kościół anglikański, pełniąc swoją rolę kościoła ustanowionego, był szczególnie świadomy zmian w nastawieniu do religii i moralności i próbował się do nich odnieść i zaproponować drogę naprzód, która pozostaje zgodna z Biblią i duchem tradycji Kościoła.” Mówi, że katolicyzm dysponuje natomiast charyzmatem papieża, niezbędnym dla stabilności i jedności. Dostrzega także to, że choć Kościół katolicki może się zmieniać bez podziałów, istnieje niebezpieczeństwo ucieczki od dialogu i okopania się na własnych pozycjach.
Na pytanie, czy za jego przykładem pójdą inni hierarchowie stwierdził: „Nie mogę mówić za innych w tak osobistej sprawie. Prognoza sugeruje raczej strużkę niż ulewę”.
Richard Pain podkreślił także, że wybór Kościoła jest jego osobistym krokiem, przemodlonym i przemyślanym. Uważa, że „przejście do Rzymu [jedności z papieżem – przyp. tłum] nie jest panaceum dla rozczarowanych anglikanizmem”. Stwierdził, że wybór wyznania nie jest szukaniem Kościoła, który pasuje do światopoglądu, ale jest „oddaniem się życiu Kościoła i uznanie jego autorytetu oraz wiara w jego integralność jako posiadacza prawdy”.
źródło: ncregister.com/Aleteia.pl
***
Modlitwa św. Jana Pawła II
o pokój
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.
Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.
Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.
Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,
Święty Benedykcie, módl się za nami,
Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,
Święta Brygido, módl się za nami,
Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,
Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.
***
Suplicacjeczyli błaganie
(od łacińskiego słowa suplicatio)
Jest to pieśń błagalna, śpiewana przede wszystkim w okresie wielkich zagrożeń, klęsk i nieszczęść:
Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny Zmiłuj się nad nami…
Od powietrza, głodu, ognia i wojny Wybaw nas Panie!
Od nagłej i niespodzianej śmierci Zachowaj nas Panie!
My grzeszni Ciebie Boga prosimy Wysłuchaj nas Panie!
Jezu, przepuść! Jezu, wysłuchaj! O Jezu, zmiłuj się nad nami! Matko, uproś! Matko, ubłagaj! O Matko, przyczyń się za nami! Wszyscy Święci i Święte Boże, módlcie się za nami!
Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Bez Ewangelii i bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani naszego kraju.
To puenta debaty o roli polskiego katolicyzmu w Europie i na świecie, która odbyła się w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Gościem specjalnym konferencji, zorganizowanej z okazji 20. rocznicy śmierci św. Jana Pawła II oraz 1000-lecia królestwa polskiego, był kard. Robert Sarah, były prefekt Kongregacji (Dykasterii) ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Spotkanie wskazało na nierozerwalny związek chrześcijaństwa z Polską, misyjną rolę katolicyzmu polskiego w Europie oraz dziedzictwo bł. Stefana kard. Wyszyńskiego i św. Jana Pawła II jako inspiracji współczesnych wyzwań Kościoła i chrześcijaństwa.
Wyzwania współczesności
Na jeden z kluczowych i bardzo aktualnych tekstów pontyfikatu św. Jana Pawła II – encyklikę Evangelium vitae – wskazał kard. Sarah. Parlamenty uzurpują sobie dziś prawo do decydowania o życiu i śmierci, obrona życia bywa wyśmiewana, a nawet traktowana jak przestępstwo. Wołanie o szacunek dla każdego człowieka brzmi dziś szczególnie mocno i odsłania słabość współczesnych demokracji, które coraz częściej przybierają rysy totalitarne. W tym kontekście Jan Paweł II mówił o „spisku przeciw życiu”, gdyż człowiek – decydując o tym, co dobre i złe – sam siebie czyni „bogiem”. Dochodzi do redefinicji małżeństwa i rodziny oraz wypaczenia rodzicielstwa. Zło bywa nazywane dobrem, a dobro spychane na margines. Rzeczywiście – stwierdził ks. prof. Robert Skrzypczak – w centrum naszej cywilizacji znajduje się dziś błędnie rozumiana koncepcja wolności jako prawa do wszystkiego, bez względu na prawdę i dobro wspólne. Zaś jednym z powodów odchodzenia od Kościoła i porzucania chrześcijaństwa jest przekonanie, że religia ogranicza wolność i psuje radość życia. Tymczasem jest odwrotnie. Bo to Kościół pozostaje ostatnim bastionem ludzkiej wolności. Jeszcze do niedawna stawał on w obronie duchowej wolności człowieka i jego świętości, dziś musi dodatkowo bronić samej istoty człowieczeństwa. Techniczna mentalność bowiem niszczy dawne tradycje, podważa fundamenty moralne i nie odwołuje się do wartości ostatecznych.
Wolność w prawdzie
Współczesna epoka cechuje się kryzysem prawdy: rzeczywistość bywa traktowana jako kwestia percepcji, a nie obiektywny fakt. Prowadzi to do „agonii moralności”. Tymczasem prawda nie ogranicza wolności, lecz pozwala korzystać z niej w sposób odpowiedzialny. Dla ks. Karola Wojtyły, św. Jana Pawła II, prawda była kluczem do wolności i fundamentem godności osoby. Aby człowiek mógł być naprawdę wolny, musi mieć dostęp do prawdy. Tej objawionej w Chrystusie. Bo choć dyktatury formalnie upadły, to w duszy człowieka i w życiu społecznym walka o wolność człowieka trwa nadal. W tym kontekście ks. Robert Skrzypczak wskazuje na słowa św. Jana Pawła II wypowiedziane w 1991 roku w Krakowie, krótko po obaleniu komunizmu, o tym, że „wolność jest trudna” i że „trzeba się jej uczyć, aby nie stała się naszą niewolą i przyczyną zniewolenia innych”.
To właśnie Kościół jest przestrzenią, w której człowiek broni się przed samym sobą – przed pokusą złego użycia wolności. Człowiek jest prawdziwie wolny, gdy odpowiedzialnie przyjmuje prawdę i czyni ze swojego życia odpowiedź na jej wymagania. To dlatego papież z Polski często wracał do słów Ewangelii św. Jana: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.
Polska – laboratorium wiary?
Obok kryzysu moralności, do którego prowadzi życie bez prawdy, pojawia się dziś kryzys wiary. Chrześcijaństwo – zauważa kard. Sarah – przestało być postrzegane jako siła zdolna kształtować kulturę i sumienia, a w wielu środowiskach zanikło już poczucie transcendencji i sensu istnienia. A przecież w niedalekiej przeszłości giganci wiary, Prymas Tysiąclecia bł. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II, podjęli wysiłek odnowienia chrześcijańskiej tożsamości Polaków. Ich celem było wzmocnienie człowieka od wewnątrz – przez powrót do źródeł, głębsze przeżywanie chrztu i ukazanie perspektywy wieczności. Kard. Wyszyński wiedział, że siła duchowa narodu wypływa z tożsamości zakorzenionej w chrzcie. Taki cel miała Wielka Nowenna przygotowująca do Tysiąclecia Chrztu Polski w 1966 roku: duchowe odnowienie Polski. Ksiądz prymas mówił, że „istotą chrześcijaństwa jest nosić w sobie Boga. Gdziekolwiek wchodzi chrześcijanin, nie wchodzi sam – niesie w sobie Boga”. Zaś Jan Paweł II – najpierw z polskiej, a następnie rzymskiej perspektywy – przypominał, że chrześcijaństwo zawsze było otwarte na pytania i niepokoje świata. Odpowiadał na nie, zakorzeniony w polskiej historii i cierpieniu, ale przede wszystkim w osobistej relacji z Chrystusem. Dlatego – podkreśl kard. Sarah – dziedzictwo papieża z Polski nie jest jedynie zapisem historycznym. To wciąż żywe wyzwanie i zadanie: bronić życia, przypominać o prawdzie, wychowywać do wolności zakorzenionej w Bogu.
Czy Polska ma do odegrania szczególną rolę wobec narastającej obojętności religijnej i odrzucania chrześcijańskich fundamentów Europy? U progu pontyfikatu św. Jan Paweł II zastanawiał się, dlaczego w 1978 roku papieżem został syn polskiej ziemi. Sądził, że być może dlatego, iż Polska stała się ziemią szczególnego świadectwa i odpowiedzialności wobec Europy. „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – klucz do zrozumienia człowieka” – mówił papież. To przesłanie znajduje potwierdzenie nie tylko w jego nauczaniu, ale i w świadectwie męczenników XX wieku, np. bł. ks. Jerzego Popiełuszki, także tych niewyniesionych na ołtarze. Ich wierność Ewangelii – podkreśla kard. Sarah – przyczyniła się do wyzwolenia Polski spod jarzma komunizmu. W ich determinacji, sile wiary, oddaniu życia za Chrystusa można dostrzec szczególną misję katolicyzmu polskiego wobec świata i współczesnych ideologii. Misja ta – zdaniem prof. Andrzeja Nowaka – niejako wpisana jest w dzieje Polski od samego początku, od chrztu Mieszka I, od chrztu Polski, i trwa nadal.
Ewangelia życia
Można też do niej zaliczyć teologię ciała św. Jana Pawła II. „Wybierajcie życie” – to przesłanie papieża, które pozostaje nie tylko wskazaniem duchowym, ale także programem cywilizacyjnym dla współczesności. Poszukująca swej tożsamości Europa bardzo go potrzebuje. Bo fundamentem chrześcijańskiego spojrzenia na świat jest Ewangelia życia z jej jednoznacznym przekazem: „Nie zabijaj”. Już tylko Kościół przypomina, że życie ludzkie jest święte i nienaruszalne – od poczęcia aż po naturalną śmierć. Współczesny świat – zauważa kard. Sarah – lansuje ideologię gender, stwarzając możliwość zmiany płci. Ale praktyki te prowadzą do zagubienia i zamętu, szczególnie wśród młodych. A przecież człowiek – mężczyzna i kobieta – powołany jest do miłości i daru z siebie w małżeństwie otwartym na życie. Seksualność, przeżywana w wymiarze jednoczącym i prokreacyjnym, buduje więź i daje życie. Czy nauczanie św. Jana Pawła może umocnić antropologię chrześcijańską, która nadal stanowi fundament cywilizacji Zachodu? Ciało i seksualność nie są eksperymentalnym tworem, lecz darem, który należy przyjąć w odpowiedzialności i zgodzie z prawem naturalnym. Formacja duchowa i moralna są kluczem do prawdziwej wolności. Kwestionowanie wewnętrznego życia człowieka w Bogu, ograniczanie roli i nauczania religii czy wyciszanie głosu Kościoła tego nie zmienią. Wprawdzie budowanie na prawdzie kosztuje, ale tylko ono prowadzi do pełni ludzkiego życia, w wolności i z Bogiem. Tyle że – jak alarmuje kard. Sarah – niepokojące jest to, iż w imię źle pojętej tolerancji część katolików wspiera postulaty sprzeczne z nauczaniem Kościoła – aborcję, związki jednopłciowe czy surogację. Pojęcia te bywają używane instrumentalnie, by usprawiedliwiać to, co w świetle Ewangelii i prawa naturalnego jest nie do przyjęcia.
Co dalej?
Czas pokaże, jaką drogą pójdzie Polska i jaki kształt przybierze polski katolicyzm. Jak dotąd ani przemoc, ani narzucane siłą ideologie czy siejące spustoszenie dyktatury nie zniszczyły wiary i chrześcijaństwa, ale znacząco ją osłabiły. Niezmiennie potrzebujemy świadków Chrystusa; ich odwagi i poświęcenia; życia w autentycznej wolności i prawdzie, stawania po stronie życia i ciągłego nawracania się.
Konferencja o roli polskiego katolicyzmu została zorganizowana przez prowincję warszawską Zakonu Rycerskiego Bożego Grobu w Jerozolimie. Była próbą spojrzenia na tysiącletnią historię Polski w świetle wiary – nie jako dodatku do dziejów, lecz jako ich źródła i rdzenia. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Polska w swoim dziejowym biegu nosi w sobie kod genetyczny, którym jest Ewangelia. Bez niej, bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani samej Polski.
O północy z czwartku na piątek 9/10 października w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w ósmej godzinie rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.
***
Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:
szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl
***
Mija 352 lat od objawień dotyczących Serca Jezusowego
Mija 352 lat od pierwszego objawienia (27 grudnia 1673 roku), jakie otrzymała św. Małgorzata Maria Alacoque w swoim klasztorze we francuskim miasteczku Paray-le-Monial. Jezus przekazał jej tajemnice swojego Serca i z tych wydarzeń rozpoczął się rozprzestrzeniony dziś w całym świecie kult. Z okazji wspomnianego jubileuszu nuncjusz apostolski we Francji, abp Celestino Migliore, odprawił specjalną Mszę św. dziękczynną.
Adobe Stock
***
W homilii hierarcha wskazał na paralelność sytuacji na świecie w czasach św. Małgorzaty Marii Alacoque i dzisiaj, która wskazuje na ciągłą aktualność odnoszenia się do Serca Bożego.
„W XVII w. istniała wielka potrzeba humanizacji życia prywatnego, rodzinnego, społecznego oraz politycznego ludzkości. I to właśnie w tym kontekście ma miejsce objawienie otrzymane przez Małgorzatę Marię. Atmosfera, w której żyjemy, po raz kolejny oznacza epokę o wielkiej potrzebie humanizacji – podkreślił abp Migliore. – Dziś świat zmaga się ze skutkami pandemii, z niepewnością i strachem o teraźniejszość oraz przyszłość. Nastąpiło też odrodzenie przemocy na wszystkich poziomach. Dochodzi do barbarzyńskiej wojny w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie, do dekonstrukcji życia rodzinnego, społecznego czy politycznego. Do tego pojawia się obojętność wobec przegranych, pokonanych, zapomnianych. Wszystko to składa się na obraz ludzkiej nędzy, w której żyjemy. «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście, a Ja was pokrzepię» – mówi nam Jezus“.
***
Początki kultu Serca Jezusowego widoczne są już w wiekach średnich, kiedy to niezależnie, w różnych miejscach, pojawia się nabożeństwo do Serca Jezusowego. Od XVII wieku kult Najświętszego Serca rozszerza się na cały Kościół. Przyczyniło się do tego szczególnie dwoje ludzi: św. Małgorzata Maria Alacoque oraz jej spowiednik, św. Jan Eudes. On właśnie jako pierwszy, za pozwoleniem biskupa Rennes, wprowadził w 1670 r. święto Serca Pana Jezusa, które było obchodzone odtąd we wszystkich domach założonego przez niego Zgromadzenia Jezusa i Maryi (eudystów). W dwa lata później otrzymał pozwolenie na odprawienie Mszy św. o Sercu Pana Jezusa. Nabożeństwo zaś do Serca Jezusa łączył ściśle z nabożeństwem do Serca Maryi.
Główna jednak zasługa w rozpowszechnieniu kultu Najświętszego Serca przypadła św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690) z klasztoru wizytek w Paray-le-Monial. Pan Jezus wielokrotnie objawiał świętej swoje Serce, a czcicielom Serca obiecywał liczne łaski. We wspomnienie św. Jana Ewangelisty, 27 grudnia 1673 r., siostra Małgorzata Maria, dzięki mistycznej łasce, została obdarzona poznaniem tajemnic Najświętszego Serca Pana Jezusa. Serce Zbawiciela dało jej odczuć, że jest tak często przez ludzi zapominane, a mimo to wciąż ogarnia hojną miłością każdego człowieka. Pan Jezus prosił wizytkę o praktykowanie zadośćuczynienia za niewdzięczność tak wielu ludzi wobec bezgranicznej miłości Boga, objawionej w dramacie Golgoty. Potem następowały kolejne objawienia, podczas których Pan Jezus udzielał jej wskazań o tym, jak szerzyć kult Jego Najświętszego Serca.
Kolejne objawienia miały miejsce w 1674 r., podczas których Pan Jezus wyraził żądanie pierwszopiątkowej Komunii świętej przyjmowanej w duchu wynagrodzenia. W piątek 10 czerwca 1675 r., po oktawie Bożego Ciała, miało miejsce ostatnie objawienie Jezusowego Serca św. Małgorzacie Marii. Jezus powiedział do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję”.
Do Stolicy Apostolskiej napływały potem liczne prośby o zatwierdzenie kultu i święta Serca Pana Jezusa, Rzym jednak długo się wahał. Po dokładnych badaniach Stolica Apostolska uznała wiarygodność objawień św. Małgorzaty Marii i zezwoliła na obchodzenie tego święta. Pierwszy zatwierdził je papież Klemens XIII w 1765 r. Na dzień uroczystości wyznaczono – zgodnie z żądaniem, które Jezus przedstawił św. Małgorzacie Marii – piątek po oktawie Bożego Ciała. Pius IX w. r. 1856 rozszerzył to święto na cały Kościół. On również 31 grudnia 1899 r. oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki. Papież Pius XI encykliką “Miserentissimus Redemptor” dodał do święta oktawę. Ogłosił także formularz mszalny i oficjum święta. Pius XII zaś opublikował w 1956 r. specjalną encyklikę „Haurietis aquas”, poświęconą czci Jezusowego Serca.
Wśród najpopularniejszych form kultu Serca Jezusa, oprócz samej uroczystości, jest odprawiane przez cały czerwiec nabożeństwo do Serca Jezusa, Litania do Serca Jezusowego, a także akt zawierzenia Sercu Jezusa. Również liczne zakony i bractwa poświęcone są Sercu Jezusa. Najbardziej znane zgromadzenia to: sercanie, sercanki, Bracia Serca Jezusowego, siostry Sacré Coeur oraz urszulanki Serca Jezusa Konającego. Wśród bractw najliczniejsze jest Bractwo Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa, powstałe dzięki inicjatywie zgromadzenia sióstr wizytek, do którego należała św. Małgorzata Maria Alacoque.
***
Św. Małgorzata Maria Alacoque urodziła się 22 lipca 1647 r. w Lauthecourt we Francji. W wieku 24 lat wstąpiła do klasztoru wizytek w Paray-le-Monial. Już w początkowym okresie swego życia zakonnego doświadczała osobistych spotkań z Jezusem Chrystusem, który przekazał jej zadanie niesienia ludziom posłannictwa o Jego Najświętszym Sercu – kochającym ludzi i spragnionym ich miłości. W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, doznała wielu przykrości i sprzeciwów. W pewnych okresach pełniła w klasztorze funkcje asystentki przełożonej zgromadzenia oraz mistrzyni nowicjuszek. Zmarła w klasztorze 17 października 1690 r. w wieku 43 lat. Kiedy wieść o tym rozniosła się po okolicy, wierni przybyli licznie do kościoła, aby pożegnać osobę cieszącą się już za życia opinią świętości. Została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a świętą 13 maja 1920 r. przez papieża Benedykta XV. W liturgii Kościoła katolickiego wspomnienie św. Małgorzaty Marii Alacoque obchodzi się 14 października. W ikonografii przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.
Vatican News/KAI
***
Skarby Serca Jezusowego objawione światu: nowenna do św. Małgorzaty-Marii Alacoque
Piszą w żywocie Św. Małgorzaty Marii, że gdy pewnego razu zajęta była czytaniem, ukazał się jej Pan Jezus i odkrywając przed nią Swe Boskie Serce wyrzekł do niej: „Pozwolę ci czytać w księdze żywota, w której zawarta jest umiejętność miłości”. Starajmy się w ciągu tej Nowenny wraz z naszą Świętą zatopić wzrok w tej Boskiej Księdze i wyczytać w niej słowa zbawienia. Serce Najświętsze wzywa nas do tego.
W każdy pierwszy piątek miesiąca widziała Św. Małgorzata Maria Najświętsze Serce Pana Jezusa podobne do słońca jaśniejącego nieporównanym blaskiem. Jego gorejące promienie padając wprost na jej serce rozpalały je ogniem tak wielkim, że znieść tego żaru nie mogła. Wtenczas to Boski Mistrz odkrywał jej Tajemnice Serca Swego. Mówił do niej, że Jego Boskie Serce przepełnione jest pragnieniem pozyskania dla Siebie miłości ludzi. To pragnienie skłoniło Go do objawienia światu nabożeństwa do tegoż Najświętszego Serca, „ażeby w tych ostatnich czasach okazać ten najwyższy wysiłek Swej Miłości“ i tym sposobem pozyskać nieczułe serca ludzkie. Chce im otworzyć wszystkie Skarby Miłości, Miłosierdzia, Łaski, uświęcenia i zbawienia zawarte w Boskim Sercu, aby wszyscy, którzy zechcą Mu oddać cześć i miłość, na jaką zdobyć się mogą, byli przeobficie ubogaceni tymi Boskimi Skarbami, gdyż Najświętsze Serce jest ich niewyczerpanym i zawsze bijącym źródłem.
Z pomiędzy szczególnych praktyk, mających na celu uczczenie Boskiego Serca na pierwszym miejscu postawić należy poświęcenie się Jemu. Na życzenie Boskiego Mistrza sama Św. Małgorzata Maria poświęciła się zupełnie Najświętszemu Sercu i akt ten własnoręcznie spisany wraz z wizerunkiem tego Bożego Serca umieściła na swoim sercu.
Wkrótce potem spowiednik Świętej, Bł. Klaudiusz de la Colombiere również poświęcił się Sercu Najświętszemu. Odtąd Św. Małgorzata Maria nie przestawała zachęcać i nawoływać wszystkich do spełnienia tego życzenia Boskiego Zbawcy, obiecując w Jego Imieniu najobfitsze Łaski i Błogosławieństwa duszom, które zupełnie poświęcą się Najświętszemu Sercu. W tym celu pod natchnieniem Pana Jezusa spisała akt poświęcenia się.
Zastanowiwszy się bliżej nad tym żądaniem zobaczymy, że nie jest to nic innego jak tylko świadome i uroczyste ponowienie obietnic na Chrzcie Świętym uczynionych. Przez akt poświęcenia wyrzekamy się „wszystkiego, co Sercu Jezusa nie podobać się może“, czyli szatana, pychy i spraw jego — a uznajemy Chrystusa za naszego Pana, Władcę i Króla, przyjmując nadto dobrowolny obowiązek, aby „czcić, miłować i wielbić” Boskie Serce Jego. Jeżeli znaleźli się tacy, którzy dla osiągnięcia doczesnych korzyści dusze swoje zapisali szatanowi, to dlaczegóż nie mielibyśmy dusz i serc naszych poświęcić i zapisać Boskiemu Sercu, skoro wiemy, że Ono pragnie dla nas tylko szczęścia i zbawienia?
O Jezu Najdroższy, tak niewiele żądasz, a tak hojnym się okazujesz! Oto serca nasze gotowe oddać się Tobie i poświęcić z najgłębszą czcią, pokorą i miłością. Z Świętą Powiernicą Twoją, Małgorzatą Marią, każdy z nas ochotnie zawoła, że całym jego szczęściem i chwałą będzie żyć i umierać jako twój wierny sługa! „O jak bylibyśmy szczęśliwi, gdybyśmy mogli pocieszyć Serce Twoje i życie oddać dla rozszerzenia Jego Chwały!” (Słowa Św. Małgorzaty Marii).
DZIEŃ DRUGI (6 października)
Pan Jezus domaga się, aby rodziny poświęcały się Jego Sercu.
Rozważanie
W żywocie Św. Małgorzaty Marii napotykamy na miły obrazek, pełen prostoty i wdzięku. Rzecz dzieje się w klasztorze Nawiedzenia w Paray-le-Monial dnia 20 lipca 1685 r. O północy zrywa się ze snu gromadka nowicjuszek i śpieszy do nowicjatu. Cicho a zręcznie ustawiają ołtarzyk, zdobią go światłem, zielenią i kwieciem, a w pośrodku umieszczają z triumfem skromny, atramentem na papierze skreślony obrazek Najświętszego Serca Pana Jezusowego. W ten sposób młode i gorliwe te duszyczki pragną w dniu imienin sprawić przyjemność świątobliwej swej Mistrzyni, Małgorzacie Marii. Rano wchodząc do nowicjatu nasza Święta promienieje radością na widok tej czci po raz pierwszy oddanej Bożemu Sercu. Pada na kolana i poświęca Najświętszemu Sercu siebie wraz z całą gromadką nowicjuszek. Tak odbyła się pierwsza intronizacja Bożego Serca.
Pan Jezus pragnie, aby nie tylko każda dusza z osobna poświęciła się Jego Boskiemu Sercu, lecz również i wszystkie ludzkie społeczności, a przede wszystkim rodziny chrześcijańskie. Chce być życiem nie tylko poszczególnych dusz, ale też rodzin naszych; pragnie, by rodzina wspólnie ogłosiła Go swym Królem i Panem. Chce, by Jego obraz umieszczono na miejscu widocznym, jako znak oddania się Mu i poświęcenia całej rodziny. O tym życzeniu Boskiego Zbawcy świadczy Św. Małgorzata Maria, głosząc wspaniałe Jego obietnice dla tych, którzy tę cześć Boskiemu Sercu oddadzą. We wszelkie błogosławieństwa obfitować będzie dom Jemu poświęcony. Pan Jezus zobowiązał się dać członkom tych rodzin wszelką pomoc potrzebną w ich stanie, pokój i zgodę wzajemną, ulgę w pracy, błogosławieństwo we wszystkich przedsięwzięciach i pociechę w niedoli.
Widzimy jak cudownie ziszczają się te obietnice w ostatnich czasach, gdy dzięki żarliwemu apostolstwu Ojca Mateo intronizacja Serca Jezusowego w rodzinach rozszerzyła się po całym świecie. Wśród rodzin poświęconych Boskiemu Sercu, intronizacja działa nieraz nawrócenia prawdziwie zdumiewające, zakwitają w nich cudne kwiaty świętości, widzieć można dzieci zachowujące swą niewinność pośród zepsutego świata, ludzi dojrzałych przepojonych duchem Chrystusowym, niezachwianych o w wierze i miłości ku Bogu, mężnych w doświadczeniach, miłosiernych dla bliźnich, stanowiących chlubę Kościoła Świętego.
DZIEŃ TRZECI (7 października)
Serce Pana Jezusa pragnie królować wśród społeczeństw i narodów.
Rozważanie
Boskie Serce Pana Jezusa żąda, aby poświęcały Mu się poszczególne dusze i całe rodziny, lecz na tym nie dosyć. Oto co mówi Św. Małgorzata Maria: „Serce Pana Jezusa ma jeszcze większe zamiary, które mogą być dokonane tylko przez Jego Wszechmoc”. I zapewnia, że jeśli uwierzymy, ujrzymy Potęgę Jego Serca i wspaniałej Jego Miłości”.
Chrystus Pan jest Królem Wszechświata. Przyjdzie dzień, w którym ziemia ujrzy Go „przychodzącego w Chwale z Mocą wielką i Majestatem” (Mat. XXIV, 30), a na biodrach i szacie Jego jaśnieć będzie napis: „Król królów i Pan panujących” (Ks. Ap. XIX, 16). Podczas Bolesnej Swej Męki „uniżył się, stawszy się posłusznym aż do śmierci”, lecz dlatego „Bóg wywyższył Go i dał Mu Imię, Które jest nad wszelkie imię“ (Filip. II, 8, 9). Serce Pana Jezusa jest Królem narodów i społeczeństw i to przede wszystkim chciał podkreślić Ojciec Święty Pius XI, ustanawiając święto Chrystusa Króla.
Zobaczmy, że już od Św. Małgorzaty Marii zażądał Pan Jezus uznania Swego Panowania nad narodami. W objawieniu ujrzała Święta, że Ojciec Niebieski pragnąc wynagrodzić gorzkości i udręczenia, jakie Najświętsze Serce Jego Boskiego Syna odczuło w domach książąt tej ziemi pośród poniżeń i zniewag męki, chce ustanowić Jego Panowanie na dworach królewskich. Małgorzata Maria otrzymuje zlecenie, aby królowi Francji, Ludwikowi XIV, przedłożyć życzenia Najświętszego Serca, a mianowicie, aby on sam wraz z całym dworem poświęcił się Boskiemu Sercu, aby wzniósł przybytek, w którym by Obraz tego Najświętszego Serca odbierał hołdy publiczne oraz umieścił ten Święty Wizerunek na swych sztandarach i orężach, co im zapewni zwycięstwo nad wszystkimi wrogami, a zwłaszcza nad nieprzyjaciółmi Kościoła Świętego. — Temu wezwaniu Boskiego Serca, zwróconemu w osobie króla do całego narodu, Francja niestety nie odpowiedziała. I wkrótce runęły na nią wszystkie nieszczęścia. Wielka rewolucja francuska pozostanie na zawsze groźną przestrogą dla narodów, które lekceważyć będą Głos Boży. Po dwustu latach dopiero naród francuski przypomniał sobie żądanie Najświętszego Serca i wzniósł na wzgórzu Montmartre w Paryżu świątynię ku Jego czci w duchu pokuty i przebłagania.
Módlmy się gorąco, aby narody chrześcijańskie, do których ponownie zwraca się dzisiaj Pan Jezus z żądaniem, aby poświęciły się Jego Boskiemu Sercu, nie zaniedbały tego wezwania, lecz oddały Mu cześć publicznie, a przez to zasłużyły na szczególną Opiekę i Łaskę Najświętszego Serca. Wówczas dopiero, gdy wszystkie ludy uznają nad sobą panowanie Najwyższego Króla serc wszystkich, spodziewać się będzie można trwałego i prawdziwego pokoju na ziemi. Błagajmy Serce Najświętsze przez pośrednictwo Świętej Apostołki Jego, Małgorzaty Marii, o przyśpieszenie chwili Jego Triumfu, w której spełnią się te wyrzeczone do Świętej słowa: „Będę panował, pomimo wszystkich wysiłków nieprzyjaciół Moich”.
DZIEŃ CZWARTY (8 października)
Najświętsze Serce Pana Jezusa domaga się wynagrodzenia.
Rozważanie
W swej encyklice „Miserentissimus Redemiptor” Papież Pius XI słuszną robi uwagę, że samo poświęcenie się Sercu Pana Jezusowemu nie wystarczy, albowiem równie ważnym obowiązkiem naszym względem Boskiego Zbawcy jest wynagrodzenie. Jeżeli go zaniedbamy i przyjdziemy poświęcić się Najświętszemu Sercu z dusza zbrukaną grzechem, nie oczyszczoną przez skruchę i pokutę, nie możemy się spodziewać, aby poświęcenie nasze zostało przyjęte i przyniosło zbawienne owoce.
Królewskie Serce Zbawiciela przed Swoją Męką i odejściem z tego świata zostawiło nam cudowny dar miłości Swojej,
Eucharystię Świętą… „Umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, do końca ich umiłował11 (Jan XIII, 1)… W Najświętszym Sakramencie pozostał z nami Pan Jezus aż do skończenia świata. A co w zamian otrzymał od ludzi? Słuchajmy co mówi do Św. Małgorzaty Marii: „Oto Serce, które tak bardzo ludzi umiłowało, że dla okazania im Swej Miłości niczego nie szczędziło, aż do zupełnego strawienia się i wyniszczenia; a za całe wynagrodzenie odbiera od nich po największej części tylko niewdzięczność, nieuszanowanie, świętokradztwa, oziębłość i pogardę w Sakramencie Miłości”. I Najsłodszy Zbawiciel dodaje ze zwykłą Sobie Dobrocią: „Wszystko cokolwiek uczyniłem dla ludzi, wydawałoby mi się niczym, gdyby oni wzajemnością mi się odpłacali”.
Czy i dzisiaj Pan Jezus nie miałby powodu powtórzyć skarg Swoich? Jakże często widzieć można Chrześcijan-Katolików, zachowujących się w kościele bez żadnego uszanowania; czy możemy policzyć jak wiele świętokradztw dokonuje się w katolickich kościołach? Chrystus milczy… i znosi wszystko, ale Serce Jego boleśnie jest zranione… Każda dusza szlachetna, zdolna odczuwać cudze cierpienia, zrozumie skargę Jezusowego Serca… Czego żąda Zbawiciel jako wynagrodzenia? Mówi o tym Ojciec Święty Pius XI we wspomnianej Encyklice i wzywa wszystkich wiernych do oddania Boskiemu Sercu hołdu wynagrodzenia i zadośćuczynienia przede wszystkim w dniu uroczystości tego Najświętszego Serca przez publiczny i uroczysty akt oraz przez Komunię Świętą wynagradzającą. Podobne wynagrodzenie składała Najświętszemu Sercu na Jego życzenie Św. Małgorzata Maria w każdy pierwszy piątek miesiąca, a za jej przykładem wszyscy wierni czciciele Jego.
Pamiętajmy więc przy Komunii I-piątkowej na jaką intencję Ją przyjmujemy. Ofiarować ją mamy Boskiemu Sercu Zbawiciela na wynagrodzenie za zniewagi, jakie w Najświętszym Sakramencie odbiera od ludzi złych i obojętnych. Przepraszajmy, wynagradzajmy przede wszystkim za własne nasze winy, za swoją oziębłość i brak miłości. Pobudzajmy się do gorącego umiłowania Boskiego Serca, dla którego mamy tak niezmierne długi wdzięczności. Przepraszajmy i wynagradzajmy za naszych bliskich, za wszystkich grzeszników i z Świętą pocieszycielką Serca Jezusowego, Małgorzatą Marią, wzywajmy płomieniejących Serafinów, aby ogniem Swojej Miłości wynagradzali Boskiemu Sercu oziębłość naszą i wszystkich stworzeń.
DZIEŃ PIĄTY (9 października)
Pan Jezus zaleca nabożeństwo Godziny Świętej.
Rozważanie
Jeżeli Pan Jezus wszystkich bez wyjątku wzywa do oddawania czci Boskiemu Sercu przez poświęcenie się i wynagrodzenie, to od dusz szczególnie Mu bliskich i drogich żąda czegoś więcej. Czytamy w Ewangelii, że gdy zbliżyła się godzina Męki i Chrystus Pan szedł modlić się do Ojca w ogrodzie oliwnym, wziął ze sobą nie wszystkich Apostołów, lecz tylko trzech wybranych, najbliższych Jego Sercu. Podobne zadanie jak wybrani uczniowie spełniać miała z Woli Boskiego Mistrza Św. Małgorzata Maria.
Pewnego dnia zjawił się przed nią Boski Zbawiciel w uwielbionej swej ludzkiej postaci. Z Pięciu Świętych Ran rozchodziły się lśniące promienie, w piersiach płonął ogień jaśniejszy od słońca. Odkrył jej niezgłębione cuda swej przeczystej Miłości dla ludzi, uskarżając się na ich niewdzięczność i zalecił, aby przyjmowała Komunię Świętą w każdy pierwszy piątek miesiąca. Zapowiedział przy tym Małgorzacie Marii, że każdej nocy z czwartku na piątek da jej udział w śmiertelnym smutku, któremu dobrowolnie poddał się w Ogrodzie Oliwnym. „Aby Mi towarzyszyć w tej pokornej modlitwie, którą zanosiłem do Mojego Ojca pośród tych wszystkich udręczeń, będziesz wstawać między jedenastą a dwunastą w nocy i leżąc krzyżem twarzą ku ziemi, będziesz w czasie tej godziny łagodziła Gniew Boży, prosząc o Miłosierdzie dla grzeszników oraz będziesz w pewnej mierze osładzała Mi Boleść zadaną przez opuszczenie od Apostołów…” — „Tam więcej cierpiałem niż w ciągu całej Męki…”
Wezwanie Boskiego Serca usłyszały dusze wierne i miłujące i za przykładem Św. Małgorzaty Marii poczęły w nocy z czwartku na piątek lub też we czwartek z wieczora odbywać tzw. Godzinę Świętą, aby w miarę możności pocieszać Najświętsze Jezusowe Serce udręczone boleścią i smutkiem na widok grzechów ludzkich.
Mówią obojętni: Pan Jezus już nie cierpi; jest szczęśliwy w Niebie. Na co zda się Go pocieszać? Na to odpowiada Ojciec Święty Pius XI: „Dajcie mi kogoś kto miłuje, a on zrozumie co chcę powiedzieć”. Wszak Pan Jezus w Ogrójcu cierpiał nie tylko za grzechy już spełnione, ale i za te, które w przyszłości miały się dokonać. Jeżeli więc obecne nasze przewinienia raniły wówczas Jego Serce, nie można wątpić, że wynagrodzenie i akty miłości teraz Mu ofiarowane, przytomne Jego Boskiej Wszechwiedzy, przyniosły Mu pociechę w chwili bolesnego konania.
Prośmy więc Pana Jezusa, aby wybrał Sobie liczne dusze, które by umiały z Nim współczuć i pocieszać Jego Serce. A jeżeli w nas chudzi się pragnienie, aby się znaleźć w ich liczbie, złóżmy Mu ochotnie tę daninę czci i współczującej miłości, której tak spragnione jest Jego Serce Najświętsze. Z Św. Małgorzatą Marią dla osłodzenia Mu tych Cierpień ucałujmy Jego Święte Stopy i ofiarujmy Mu serca nasze jako miejsce spoczynku i ukojenia.
DZIEŃ SZÓSTY (10 października)
Serce Pana Jezusa pragnie, aby pamiętano o Jego Obecności w Najświętszym Sakramencie.
Rozważanie
Święta Małgorzata Maria od najmłodszych lat miała niezwykły pociąg do przebywania u Stóp Najświętszego Sakramentu; niewidzialna siła pociągała ją jak najbliżej do Tabernakulum, w którym mieszkał Umiłowany jej serca. Jako zakonnica wszystkie wolne chwile spędzała przed Najświętszym Sakramentem i sama mówiła, że byłaby tam chętnie trwała dnie i noce nie jedząc i nie pijąc, z gorącym pragnieniem, by płonąć jak lampa gorejąca w Obecności Jego i oddawać Mu miłość za Miłość. Kiedy nasza Święta pracowała z innymi siostrami, o ile mogła, starała się być jak najbliżej Najświętszego Sakramentu i często w tym celu usuwała się na małe podwórko, przyległe do kościoła. Na tym miejscu pewnego dnia otrzymała niezwykłą Łaskę. Gdy na klęczkach w głębokim skupieniu wykonywała swą pracę, ujrzała przed sobą Najświętsze Serce Pana Jezusa jaśniejsze od słońca, pełne płomieni czystej Miłości w otoczeniu Aniołów, których Niebiański śpiew zachwycił Małgorzatę Marię. Nie śmiała swego głosu połączyć z ich Chórem, pomimo, że zachęcali ją do tego; Aniołowie jednak oświadczyli, że przyjmują ją — do Swego grona i czynią z nią następującą umowę: Oni zastępować ją będą przed Najświętszym Sakramentem, gdy będzie zmuszona stamtąd się oddalić, a w zamian za to staną się uczestnikami jej miłości i cierpień. Słowa tej umowy ujrzała Święta zapisane złotymi głoskami w Najświętszym Sercu. Odtąd jeszcze większą miłość odczuwała przed Najświętszym Sakramentem, a odchodząc, nie zapominała wzywać Niebieskie Duchy, aby za nią czciły i kochały Boskie Serce Pana Jezusa. Brzmiały jej w uszach słowa słyszane dnia jednego z ust Boskiego Zbawcy: „Gorąco pragnę, aby ludzie czcili Mnie w Najświętszym Sakramencie, a nie znajduję prawie nikogo, kto by usiłował zaspokoić to trawiące Mnie pragnienie i odpłacał Mi się miłością”.
Ta wzruszająca skarga Boskiego Serca zapewne skłoniła w 200 lat później grono świątobliwych dusz do założenia stowarzyszenia Straży Honorowej Najświętszego Serca, którego członkowie kolejno przez dzień w ciągu obranej przez siebie godziny w duchu stawiają się u Stóp Tabernakulum, aby ukrytemu w nim Zbawcy oddawać hołd czci, miłości i wynagrodzenia, a tak pocieszać Boskie Serce Jego. Odkąd Straż Honorowa rozszerzyła się po całej kuli ziemskiej, można powiedzieć, że nie ma chwili we dnie, ani w nocy, w której by Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie nie odbierał tego hołdu. Tym sposobem tworzy się jakby dalszy ciąg owego związku Św. Małgorzaty Marii z serafinami, do którego przypuszczone zostały teraz całe szeregi dusz miłujących. Szczęśliwe dusze, które przyjęły na siebie ten obowiązek i wiernie się z niego wywiązują! Do nich odnosi się ta pocieszająca obietnica Pana Jezusa: „Przyrzekam, że Serce moje tym obficiej rozlewać będzie Miłość Swoją i Łaski na te serca, które większą mi cześć oddając, więcej się przyczyniają do rozszerzania Chwały Mojej”.
DZIEŃ SIÓDMY (11 października)
Boskie Serce Pana Jezusa szuka dusz ofiarnych.
Rozważanie
Najświętsze Serce Pana Jezusa od chwili, gdy bić poczęło w Łonie Niepokalanej Dziewicy aż do skonania na Krzyżu było ciągłą Ofiarą. Boski Zbawca przychodząc na świat ujrzał przed Sobą czekającą Go wielką Ofiarę, która miała być ceną naszego zbawienia. I Serce Jego od pierwszej chwili objęło wszystko, na wszystko się zgodziło, nie tylko z rezygnacją, ale z Miłością i poświęceniem bez granic. „Ecce venio… — Oto idę, o Boże, abym czynił Wolę Twoją” (Ps. 40/39/, 8-9).
Ofiara Chrystusowa była całkowita i zupełna, tak że umierając mógł wyrzec „Consummatum est! — Wykonało się!” (Jan XIX, 30). Wiemy jednak, że w Swoim Kościele Chrystus żyje dalej i w sposób mistyczny ponawia Tajemnice Swego Życia doczesnego; Przede wszystkim spełnia nadal Posłannictwo Zbawiciela i Pośrednika między Bogiem a ludźmi. Jako Najwyższy Kapłan złożył z Siebie na drzewie Krzyża Ofiarę przebłagania i zadośćuczynienia za grzechy ludzkie, a Ofiarę tę ponawia co dzień na Ołtarzu. Jednakowoż we Mszy Świętej ofiaruje się nie tylko Sam Chrystus, lecz w łączności z Nim ofiarowani są i wszyscy wierni na Chwałę Trójcy Przenajświętszej. „Są oni, jeśli się tak można wyrazić, krwawą żertwą ofiarną tej Świętej Ofiary, gdyż Pan Jezus już nie cierpi i teraz muszą z kolei mistyczne członki Chrystusa ofiarować swe cierpienia Panu Bogu w zjednoczeniu z Męką Chrystusową” (Mszał Rzymski O. Lefebvre).
Wszyscy wierni są zatem do pewnego stopnia ofiarami. Jednakże Pan Bóg wybiera Sobie dusze wspaniałomyślne i raczy je wzywać w sposób szczególny do współudziału w dziele zbawienia świata. Taką właśnie duszą ofiarną była Św. Małgorzata Maria. Była jeszcze nowicjuszką, gdy Pan Jezus dał jej pewnego razu słyszeć te słowa: „Szukam dla Mego Serca ofiary, która by chciała stać się poświęconą hostią ku spełnieniu zamiarów moich”.
Święta nie przypuszczając, że Pan Jezus ją ma na myśli, poczęła wymieniać zakonnice, które wydawały się jej najgodniejsze Bożego wybrania. Ale Zbawiciel odpowiedział: „Nie kogo innego, lecz ciebie wybrałem”. Małgorzata Maria nie była z liczby tych, co targują się z Panem Bogiem i ociągają w spełnieniu Jego Woli. Choć serce jej i ciało zadrżały w pierwszej chwili w przeczuciu czekających ją cierpień, nie zawahała się, lecz uzyskawszy pozwolenie Przełożonych oddała się sercem ochotnym na całkowitą ofiarę Sercu Pana Jezusowemu.
Posłannictwo swe ofiary spełniała Święta wiernie do końca życia. Z początku cierpienia zewnętrzne i wewnętrzne, których jej Pan Bóg nie szczędził, dotkliwie ją raniły i zasmucały, lecz z czasem poznała słodycz w krzyżu zawartą i serce jej radować się poczęło każdym nowym cierpieniem, zwłaszcza gdy ono było ukryte przed wzrokiem ludzkim. W końcu krzyż stał się tak dalece jej umiłowanym towarzyszem, że żyć bez niego nie mogła, i z chwilą gdy cierpienia jej ustały, oświadczyła, że musi już umrzeć, bo nie ma nic do cierpienia.
I dzisiaj Pan Jezus szuka dusz ofiarnych. Pamiętajmy jednak, że On Sam wybiera je Sobie i daje to niekiedy odczuć duszy wybranej przez szczególne natchnienie, które winno być zatwierdzone przez kierownika duchownego.
Szczęśliwe dusze, które usłyszą Głos Boży i za wzorem Św. Małgorzaty Marii odpowiedzą nań z gotowością! Zabłysną one kiedyś w niebie jako drogocenne klejnoty w koronie Boskiego Serca.
DZIEŃ ÓSMY (12 października)
Najświętsze Serce Pana Jezusa naszym zbawieniem.
Rozważanie
Pan Jezus wzywając dusze do oddawania czci Jego Boskiemu Sercu poczynił Św. Małgorzacie Marii wspaniałe obietnice dla tych, którzy spełnią to Jego życzenie. Największą i najważniejszą z nich jest obietnica zbawienia.
Mamy wprawdzie wszyscy nadzieję, że zbawienia dostąpimy dla Zasług Męki i Śmierci Chrystusowej, jednakowoż wiemy, że groźni wrogowie czyhają, aby nam wydrzeć skarb Łaski uświęcającej i wtrącić w przepaść zatracenia. Wszystko zależy od naszej wolnej woli, a ta wola tak słaba, tak chwiejna i skłonna do złego! Jedna chwila przyzwolenia na pokusę, a już niebo dla nas stracone, jeżeli przez skruchę i Spowiedź nie pojednamy się z Panem Bogiem. Gdyby nas śmierć w tym stanie zaskoczyła, co by się z nami stało? Strach o tym pomyśleć. Czy znajdziemy sposobność wyspowiadania się? Czy zdołamy przynajmniej wzbudzić żal doskonały? Nie wiemy. Słusznie więc Apostoł napomina: „Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie wasze sprawujcie” (Flp II, 12).
Kto się głębiej zastanowi nad niebezpieczeństwami zagrażającymi naszej wieczności, ten dopiero oceni niezrównaną słodycz Obietnicy Najświętszego Serca, którą nam głosi Św. Małgorzata Maria.
„Wszystkim, którzy oddadzą się i poświęcą, aby Boskie Serce czcić i miłować, Pan Jezus przyobiecuje zbawienie i nigdy nie dozwoli im zginąć… Będę im bezpieczną ucieczką w życiu, a osobliwie w godzinę śmierci… Grzesznicy znajdą w Mym Sercu Źródło i niezgłębione morze Miłosierdzia ”…
Dla dopełnienia tych cudownych przyrzeczeń daje wreszcie Pan Jezus za pośrednictwem naszej Świętej Swoją „wielką Obietnicę”.
„W nadmiarze Miłosierdzia Mego Serca, przyobiecuję, że wszystkim, którzy przez dziewięć pierwszych piątków z rzędu przyjmą Komunię Świętą, Moja Wszechmocna Miłość udzieli Łaski ostatecznej pokuty, iż nie umrą niepojednani ze Mną ani bez Sakramentów Świętych”.
„Jeżeli dziwimy się temu, mówi Ks. Hamon, jeżeli tak wspaniała i Boska nadzieja z trudnością przenika do naszej zdumiałej duszy zawsze skłonnej do niedowierzania, odczytajmy powoli te pocieszające słowa. Pan Bóg tak postanowił. Nie idzie tu ani o nabyte zasługi, ani o wymierzenie sprawiedliwej nagrody, lecz o Nieskończone Miłosierdzie, które spływa na świat i zalać go pragnie wezbraną falą miłości. Zbawiciel nas uprzedza, że to nie jest zwyczajny skutek tego Nieskończonego Miłosierdzia, ale jego nadmiar; jedno z tych Boskich pociągnięć, które zachwyca ludzi i Aniołów. Przypomina nadto Zbawiciel, że na usługę tego nadmiaru Miłosierdzia oddała się Miłość Wszechmocna, Miłość Stwórcy, Odkupiciela, miłość zawarta w Eucharystii… Nadmiar Miłosierdzia, Miłość Wszechmocna, taka wspaniałość mowy, taki przepych wyrażeń nie może zawierać obietnicy zwyczajnej. W zetknięciu z Bożymi myślami mądrością jest też podnieść myśli nasze. Jedna nadzieja więcej rozjaśnia i raduje nasze życie na ziemi, dzięki Miłosierdziu Pańskiemu, które „na wieki wyśpiewywać będziemy” (Ps. 89/88/, 2).
DZIEŃ DZIEWIĄTY (13 października)
Najświętsze Serce Pana Jezusa naszym uświęceniem.
Rozważanie
Świętość — to ideał pociągający dusze szlachetne, które w świetle wiary pojęły prawdziwe piękno i wartość życia. Jedne usiłują dojść do niego na zwyczajnej drodze, inne dla osiągnięcia wymarzonego celu rzucają świat i przywdziewają habit zakonny. Ale czy wszystkie te dusze spragnione świętości dochodzą do celu swych pragnień? Niestety, przyznać musimy z ojcem Mateo, że ma Pan Jezus wiele dusz pobożnych, dobrych, obowiązkowych, lecz ofiarnych, bohaterskich, świętych, znajduje mało. Niewiele osób, nawet z tych, co poświęciły się Bogu, dochodzi do świętości. Dlaczego tak jest? Świętość nie jest rzeczą łatwą. Pragniemy pozbyć się wad i przywar swoich, a na to miejsce nabyć cnoty, które do świętości prowadzą, ale nie mamy nieraz odwagi zdobyć się na taką miarę pokory i wyrzeczenia się siebie, jakiej wymaga uświęcenie nasze.
Św. Małgorzata-Maria przychodzi z pomocą naszym dobrym chęciom i pragnieniom i wskazuje wszystkim duszom dobrej woli prosty a skuteczny środek uświęcenia. Jest nim nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zapewnia Święta, że ci, którzy oddadzą się i ofiarują Boskiemu Sercu z zapałem, doznają na sobie wielkiej przemiany wewnętrznej… „Dusze oziębłe staną się gorliwymi, a gorliwe w krótkim czasie dojdą do najwyższej doskonałości”. I następnie dodaje: „Nie wiem, czy jest w życiu duchownym jakie nabożeństwo odpowiedniejsze do doprowadzenia duszy w krótkim czasie do najwyższej świątobliwości i dla nasycenia jej tą prawdziwą słodyczą, jaka się znajduje w Służbie Bożej.“ A na innym miejscu: „Duszom oddanym czci Boskiego Serca obiecuje Pan Jezus, że sam będzie miał staranie o ich uświęcenie i uczyni je wielkimi przed Ojcem niebieskim, w miarę jak starać się będą rozszerzyć panowanie Jego we wszystkich sercach”.
Były za czasów Św. Małgorzaty Marii w jej klasztorze niektóre zakonnice, bynajmniej nie odznaczające się doskonałością, na co sam Boski Zbawca uskarżał się przed Świętą. Małgorzata Maria usilnie błagała, aby przywrócił Zakonowi Nawiedzenia ducha cichości i pokory, którego weń tchnął jego Założyciel, Św. Franciszek Salezy, i klęcząc przed Najświętszym Sakramentem tak długo nalegała, aż za przyczyną Matki Najświętszej odniosła skutek próśb swoich. Szatan pełen złości w tejże chwili wzniecił tak straszliwy huragan, że omal cały kościół się nie zawalił. Rama zasłony na kracie zakonnego chóru złamała się z trzaskiem, tak że Siostra, która wraz z Świętą klęczała na adoracji, przerażona chciała uciekać. Małgorzata Maria zatrzymała ją mówiąc: „Wszystko skończone, już nic więcej nie zrobi“. Pan Jezus ukazał Świętej, że nabożeństwo do Najświętszego Serca stanie się środkiem, który przywróci zakonowi pierwotną doskonałość. Istotnie, pod wpływem nabożeństwa do Najświętszego Serca, zaszczepionego w zgromadzeniu przez Św. Małgorzatę Marię kosztem wielu cierpień i ofiar, dała się uczuć w siostrach zakonnych ogromna zmiana. Duch pokory i miłości wzajemnej przeniknął wszystkie serca i ożywił je nową gorliwością w służbie Bożej. Były to pierwsze triumfy Boskiego Serca.
Jednakże to nabożeństwo nie jest wyłącznym przywilejem zakonu Nawiedzenia. Te same skutki uświęcenia sprawia Boskie Serce w każdej duszy, zakonnej czy świeckiej, która gorliwie poświęci się czci Jego. Spieszmy więc „czerpać z radością ze Źródeł Zbawicielowych“ (Ks. Iz. XII, 3). Ukryjmy się w Ranie Najświętszego Serca za przykładem Św. Małgorzaty Marii, a przede wszystkim gorącą miłością odpłacajmy Zbawicielowi Jego Miłość dla nas, bo pamiętajmy, że istota nabożeństwa do Jezusowego Serca to miłość, która „jest wypełnieniem Zakonu” (Rz. XIII, 10) i jedyną prawdziwą świętością.
Modlitwa na każdy dzień nowenny
O Najmiłosierniejszy Jezu, Którego Serce pała niewypowiedzianą Miłością ku ludziom, prosimy Cię przez przyczynę wiernej służebnicy Twojej, Św. Małgorzaty Marii, abyś raczył serca nasze zapalić Świętym Ogniem Miłości Twojej i użyczył nam Łask, które przez tę Nowennę wyjednać od Ciebie pragniemy. Wysłuchaj próśb naszych, o Najsłodszy Jezu, nie odwracaj od nas Miłosierdzia Twego, ulituj się nad nami. Ufamy, że nie odmówisz niczego umiłowanej Uczennicy Najświętszego Twego Serca.
O Święta Małgorzato Mario, któraś zasłużyła oglądać już tu na ziemi Skarby Miłości i Łaski zawarte w Najświętszym Sercu Zbawiciela, i przez swą żarliwą miłość stałaś się powiernicą i pocieszycielką Jego, prosimy Cię gorąco, wstaw się za nami. Wyjednaj nam pomnożenie wiary i miłości oraz spełnienie wszystkich próśb naszych, które za Twym pośrednictwem z ufnością zanosimy do Boskiego Serca.
Gdy Cię wzywamy w potrzebach naszych, — Św. Małgorzato Mario, módl się za nami.
Gdy życie nasze ustaje wśród ucisków, —
Gdy zwątpienie nas ogarnia, —
Kiedy Wiara nasza słabnie, —
Gdy niebezpieczeństwa zewsząd nas otaczają, —
Gdy nie wiemy, w którą zwrócić się stronę, —
Gdy boleść serce nam napełnia, —
Gdy łzy nam płyną z oczu, —
Gdy Cię prosimy o ratunek, —
Gdy błagamy o wytrwanie, —
Gdy żebrzemy Miłosierdzia, —
Gdy prosimy o Królestwo Boże, —
Gdy wzdychamy za dniem zmiłowania, —
Gdy błagamy o nawrócenie błądzących, —
Kiedy z ufnością zwracamy się do Ciebie, —
Módlmy się. Nie odrzucaj próśb naszych, Święta Małgorzato Mario, żarliwa Apostołko Serca Jezusowego, któraś była Jego radością i Chwałą. Chociaż niegodni jesteśmy wysłuchania, Tobie Pan nie odmówi, gdy Go prosić będziesz za nami. Wejrzyj na boleści i smutki nasze, spojrzyj na udręczenia Kościoła Świętego, uproś nawrócenie grzesznym, pociechę smutnym, radość uciśnionym. Niech za Twoją przyczyną rychło nadejdzie dzień przez Ciebie zapowiedziany, w którym Boskie Serce Jezusa zakróluje na świecie całym pomimo wysiłków swych nieprzyjaciół. Niech poświęcą Mu się wszystkie dusze, rodziny i narody, aby pokój Chrystusowy zamieszkał na ziemi i ze wszystkich krańców świata wznosił się ku Niebu hymn Chwały i wdzięczności dla Najsłodszego Serca Zbawcy naszego Jezusa Chrystusa, Który z Ojcem i Duchem Świętym żyje i króluje na wieki wieków. Amen.
Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami.
***
Święta Małgorzata Maria Alacoque
ŚWIĘTA MAŁGORZATA MARIA ALACOQUE – OBLUBIENICA SERCA JEZUSOWEGO
WIOSNA ŻYCIA Był rok 1647. 22 lipca zamek Lauthecourt zabrzmiał radością. Dziedzicowi Klaudiuszowi Alacoque, notariuszowi z Verovres i jego małżonce urodziła się druga córeczka – piąte dziecko. Ochrzczono ją po 3 dniach, nadając imię Małgorzaty. Kiedy miała 4 lata chrzestna matka zabrała ją na zamek Corcheval, odległy o milę od rodzinnego domu. Zdarzało się tam, że dziewczynkę znajdowano w kaplicy albo w kościele, zatopioną w modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Klęczała bez ruchu, bo jej powiedziano, że w tabernakulum przebywa nieustannie i prawdziwie Boski Zbawca. W zabawie była jednak Małgorzata tak żywa, że nieraz ganiono ją za zachowanie. Wystarczało jednak powiedzieć: „Nie powinnaś tak robić, bo tym brzydzi się nasz kochany Bóg”, by ją powstrzymać. Małe serduszko pałało dziwną odrazą do grzechu. „O moja jedyna Miłości – pisała o swoim dzieciństwie Małgorzata – już od najwcześniejszych lat pragnąłeś być władcą serca mego”. Nieustannie czuła też natchnienie do powtarzania: „Mój Boże, poświęcam ci moją czystość, ślubuję Ci wieczyste dziewictwo”. Wierność wewnętrznym natchnieniom stała się dla niej krynicą niewyczerpanych zdrojów błogosławieństwa Bożego. Po wczesnej śmierci ojca na matkę spadła troska o siedmioro dzieci. Małgorzata znalazła się u SS. Urbanistynek w Charolles. Siostry zauważyły niepospolitość pensjonarki i zaledwie Małgorzata ukończyła 9 lat, dopuściły ją do Komunii św. „Pierwsza Komunia św. – pisała później Małgorzata – rozlała tyle goryczy na zabawy i przyjemności mojego wieku, że chociaż do nich lgnęłam, stawały się dla mnie przykre i wprost nieznośne. Ile razy zabrałam się z koleżankami do zabawy, tyle razy miałam wrażenie, że jakaś tajemnicza moc gwałtem mnie od nich odrywa, że jakiś wewnętrzny głos, który mię rwał do samotności, tak długo mi nie dawał spokoju, aż mu uległam, by klęcząc lub pochylona ku ziemi, zatopić się w modlitwie, aż mnie w tym stanie znajdowano, co znowu stale było dla mnie niemałą przykrością…” Bolesna choroba, która nawiedziła Małgorzatę po dwuletnim pobycie u Sióstr, zmusiła ją do powrotu do domu: choć patrzyła na nie z podziwem, postanawiając naśladować ich życie, to nie tutaj chciał ją mieć Boski Mistrz. Przez 4 lata lekarze leczyli ją bezskutecznie. Zrozpaczona matka zwróciła się więc do Maryi tymi słowy: „Święta Matko Boża, jeśli dziecko moje powróci do zdrowia, poświęcę je całkowicie Twej służbie”. Po żarliwej modlitwie zranionego serca matki, Małgorzata odzyskała zdrowie. Tak stanęła u bram życia, w okresie, w którym pęd ku swobodzie wiedzie w ułudne krainy przyjemności. Szesnastoletnia panienka, otoczona dostatkami, obdarzona zaletami umysłu i ciała, pełnymi haustami poczęła pić z upajającego kielicha dozwolonych przyjemności. Owładnęła nią zalotność i pragnienie podobania się. Nie przekroczyła granicy chrześcijańskiej moralności, a jednak to, że za wiele troszczyła się o wygląd i raz w karnawale poszła z przyjaciółką w przebraniu na bal, przez całe życie opłakiwała, jako swoje największe przewinienia. Jezus postanowił ją wyrwać ze świata i jego przyjemności. Jako Jego towarzyszka – nim się stała tłumaczem Jego wzgardzonej przez ludzi miłości – miała wstąpić na kalwaryjską ścieżkę i zranić cierpieniem stopy.
CZAS WALKI Matka Małgorzaty powierzyła prowadzenie domu krewniaczkom. Skończyły się kłopoty finansowe, ale i swoboda matki i dzieci. W domu rządziła tyrania. Małgorzata pożyczała czasem u sąsiadek suknię, by móc udać się do kościoła. Jedyną pociechę znajdowała u stóp tabernakulum. Wkrótce zakazano jej bez zezwolenia opuszczać dom, a jeśli jedna krewna pozwoliła jej na odwiedzenie kościoła, wtedy druga ją zatrzymywała. Wobec tak bolesnej odmowy Małgorzata zalewała się łzami. Wyrzucano jej więc niesprawiedliwie, że to nie kościół ją tak gorąco pociąga, ale pewnie tajemna schadzka z mężczyzną, a wstyd, iż słowa danego nie dotrzyma, gorzkie łzy wyciska jej z oczu. Kryła się więc w ogrodzie, skąd swobodnie spoglądała na kościół: „Tam On dla mnie przebywa i z miłości ku mnie”, powtarzała zalewając się łzami. Całe dni spędzała w tej kryjówce, nie jedząc i nie pijąc, chyba że wieśniacy przynieśli jej mleka lub owoców. Pod wieczór wracała do zamku drżąc ze strachu, jak po ciężkiej zbrodni. Spadały na nią nagany, że nie pracuje i nie troszczy się o rodzeństwo. Jednej nocy objawił się jej Chrystus jako ‘Ecce homo’, mówiąc, że dopuszcza te cierpienia, aby ją do siebie bardziej upodobnić. Objawienia powtarzały się. Widywała Zbawiciela ociekającego krwią lub obarczonego krzyżem. Widzenia te umacniały ją do tego stopnia, że czasami było jej nawet przykro, że grożąca ręka wstrzymała się przed spełnieniem pogróżek. W osobach, które niesprawiedliwie ją traktowały, zaczęła widzieć najlepsze przyjaciółki. Chwaliła je i szanowała. „Ale – pisze o sobie – nie ja spełniałam to wszystko, lecz Mistrz mój Boski, który mnie do tego skłaniał, i który nie pozwolił, aby skarga wypełzła na moje wargi, albo by jakieś drgnienie niechęci przemknęło się po moim obliczu, albo bym szukała współczucia i pociechy. On to nakazał mi mówić, że one słusznie ze mną postępują, podczas gdy ja przez moje grzechy na więcej jeszcze zasłużyłam przykrości”. W tych czasach prób, cierpień i walki powtarzała nieustannie: „Panie, gdybyś Ty tego wszystkiego nie dopuszczał, to by się ono dziać nie mogło; dziękuję Ci, że to na mnie zsyłasz, bo w ten sposób upodobniam się do Ciebie”. Przez szereg lat wyłącznym przewodnikiem na drodze modlitwy i rozmyślania był dla niej Jezus. „Od tego czasu, kiedy poczęłam samą siebie poznawać – opowiada później – stał się On wyłącznym panem mej woli, tak iż musiałam Mu we wszystkim ulegać, nie mogąc nawet stawić Mu oporu. On sam ganił mnie łagodnie, ale stanowczo z powodu błędów, choćby one były i najdrobniejsze. Od tego czasu taki wstręt powzięłam do grzechu, iż po najmniejszym wykroczeniu poszukiwałam samotności, by się móc głośno wypłakać”. „Uczułam w sobie silny pociąg do rozmyślania, i niemało cierpiałam z tego powodu, iż nie mogłam się dowiedzieć, jak to się przy tym zachować, nie miałam bowiem nikogo, kto by mnie w tym względzie pouczył; nie wiedziałam także, na czym ono właściwie polega, ale już sama nazwa: ‘modlitwa myślna’ miała w sobie dla mnie coś pociągającego”. Małgorzata prosiła Boskiego Mistrza, by On sam raczył nauczyć ją rozmyślania. Jezus polecił jej rzucić się na ziemię i błagać Go o przebaczenie za wszystko, czym Go obraziła, a potem całe rozmyślanie Jemu ofiarować. I wtedy to w najwyraźniejszych konturach zjawiał się przed jej duchem Zbawiciel w tej tajemnicy, w jakiej Go sobie właśnie przedstawiała; zdawało się jej, jak gdyby wszystkie władze jej duszy zagubiły się w Bogu, tak że żadne roztargnienie nie mąciło jej wewnętrznej ciszy, a serce jej ogarniał żar pożądania Komunii św. i cierpienia. Kiedy bracia zaczęli zarządzać rodzinnymi dobrami, powrócił do domu dobrobyt. Jednak walka o powołanie zakonne stała się ostrzejsza. Wśród zwalczających ją stanęła ukochana matka, gdy o Małgorzatę – pochodzącą z dobrej rodziny, posiadającą miły charakter i piękną – zaczęli się ubiegać młodzieńcy. Czy jednak nie złożyła ślubu czystości? Czy nie czuła nieustannego pociągu do życia w murach klasztornych? Czy ma wzgardzić łaską powołania? Krewni naciskali: musi wyjść za mąż, zamiast zdeptać własne szczęście. „Drogie dziecię… – mówiła matka – wybierz sobie pobożnego męża i pozwól mi u ciebie mojego życia dokonać; tak mi osłodzisz te ciężkie lata goryczy, które w tym domu przeżyć musiałam”. Nękała ją myśl: jeśli wstąpisz do klasztoru, matka umrze ze smutku, a ma prawo do opieki, odpowiesz wtedy przed Bogiem za surowość i oziębłość wobec matki. Równocześnie w sercu rosła skłonność do życia zakonnego, by zostać oblubienicą Tego, który ją przed wszystkimi ukochał. Małgorzata – niemalże pokonana – stwierdziła wreszcie, że ślub czystości, złożony Bogu w wieku 4 lat, nie mógł być przeszkodą w zawarciu małżeństwa. Zaczęła się też bać, że stan zakonny domaga się świętości, jakiej nigdy nie osiągnie. Życie w zakonie stałoby się więc powodem potępienia. Zaczęła się stroić, by znaleźć męża. Szukała przyjemności… ale nie mogła ich znaleźć. Niewidzialne strzały Bożej miłości boleśnie raniły jej serce. Jakaś siła zmuszała ją do szukania samotności, a tam czekał na nią Jezus zazdrosny o jej miłość. Upadłszy na twarz, błagała o przebaczenie… A potem znowu pozwoliła się unieść prądowi otoczenia i znowu stawiła Bogu opór. Pewnego wieczora, kiedy Małgorzata wkładała na siebie świetne stroje, stanął przed nią Zbawiciel zelżony, okrwawiony, ubiczowany. Odezwał się: „Spojrzyj, czego twa próżność na mnie dokonała. Trwonisz czas drogocenny, z którego w godzinę śmierci złożyć będziesz musiała rachunek. Więc nie będziesz mi wierną? Prześladujesz mnie za to, że ci tyle dałem jawnych dowodów mojej ku tobie miłości, że cię do siebie chciałem upodobnić?” Raniące wyrzuty wywarły na nią wpływ głęboki. W żalu postanowiła pokutować, by upodobnić się do Boskiego Męczennika. Opasała się powrozem poskręcanym w węzły tak, że ledwie mogła oddychać i z trudem jadła. Tak długo na sobie go nosiła, aż wpił się głęboko w jej ciało i z wielką boleścią można go było usunąć. W nocy kładła się na łoże wysłane sękami, zrywała się, by się dręczyć biczowaniem. Upokorzenia ze strony krewnych, nie wystarczały, by zaspokoić pragnienie cierpienia. Walczyła tak prawie 5 lat. Tęsknota za życiem zakonnym rosła nieustannie, choć nieustannie trwał też opór rodziny. Kiedy budziło się w niej pragnienie rozrywki, przed oczyma duszy wyłaniał się krwią zbroczony Chrystus i szeptał: „Ty szukasz przyjemności? A jam jej nigdy nie zaznał. Wszystko przecierpiałem, byle twe serce pozyskać, a ty mi go teraz nie chcesz powierzyć (…) Wybrałem cię na mą oblubienicę i przyrzekliśmy sobie wierność wzajemną wtedy, kiedy to ślub dziewictwa dla mnie w ofierze złożyłaś; jam cię nim natchnął, zanim jeszcze świat nawet najdrobniejszej cząsteczki w tobie nie posiadł, bo chciałem twe serce uczynić wolnym od więzów doczesnych. I aby Cię dla mnie dziewiczą zachować, uwolniłem Twą wolę od zła wszelkiego i oddałem cię w opiekę mej świętej Matki, aby cię według moich zamiarów kształciła”. I tak, mając 22 lata, przybierając imię Maria, Małgorzata przystąpiła do bierzmowania. Umocniona tym sakramentem rozpoczęła ostateczną walkę o swe powołanie. Matka wznowiła wyrzuty, a duch ciemności szeptał: „Ty chcesz zostać zakonnicą? Ośmieszysz się tylko, bo przecież w zakonie stanowczo nie wytrwasz. Jakiż to wstyd spadnie na ciebie, kiedy będziesz musiała habit zakonny odłożyć i na świat znowu powrócić. Gdzież się wtedy ukryjesz?”. Małgorzata nie była już daleka od decyzji o zamążpójściu. Jednak Jezus po raz ostatni sprzeciwił się temu. Kiedy pewnego dnia przyjęła Komunię św., zjawił się przed nią jako najpiękniejszy, najbogatszy, najpotężniejszy i najbardziej porywający. Czynił jej wyrzuty, że ośmieliła się zapragnąć innego. „Jeśli wyrządzisz mi tę obelgę – zagroził – wtedy opuszczę cię na zawsze; ale jeśli dotrzymasz mi słowa, trwać będę przy tobie i zapewnię ci triumf nad twymi wszystkimi wrogami. Można ci wybaczyć, bo dotąd mnie jeszcze nie poznałaś, pójdź za mną, a ja ci się objawię”. Małgorzata postanowiła raczej umrzeć niż zawrzeć małżeństwo.
NARESZCIE WOLNA! Kiedy rodzina pogodziła się z decyzją Małgorzaty, postanowiono, że musi wstąpić do Urszulanek. Jej zaś wydawało się, że jakiś głos wewnętrzny nieustannie jej szepce: „Nie tutaj pragnę cię posiadać, ale wśród córek Maryi”. Bliskiej realizacji planów przeszkodziła choroba matki. „Widzisz, jak twa nieobecność na matkę zgubnie oddziałuje – wyrzucano jej – jeszcze się staniesz przyczyną jej śmierci”. Nawet kapłani temu przyświadczali. Małgorzata zdwajała pokuty, wołając: „O mój ukochany Zbawco, jakżebym gorąco pragnęła, żebyś mnie gorzkich swych cierpień uczynił wspólniczką”. „Dokonam tego – brzmiała odpowiedź – jeśli ty się nie sprzeciwisz, i jeśli ze swej strony uczynisz wszystko, co w twej będzie mocy”. Małgorzata surowo umartwiała się, biczując się aż do krwi. Niepewna, czy podoba się Boskiemu Mistrzowi, błagała: „Panie, ześlij mi kogoś, kto by mną pokierował, kogo bym we wszystkim słuchać musiała”. „Czyż ja ci nie wystarczam?” – brzmiało pytanie Chrystusa. „Czyż dziecię, które jest tak ukochane jak ty, może źle postępować pod kierunkiem ojca, który jest wszechmocny?” Wreszcie w roku 1670, kiedy papież Klemens X, ogłosił Rok Jubileuszowy, przyszedł Małgorzacie z pomocą kapłan głoszący rekolekcje. W spowiedzi otwarła przed nim serce. Jasne było, że Bóg powołał ją do zakonnego życia. Polecił więc jej bratu, by zamiast piętrzyć przed nią trudności, dopomógł jej wreszcie w spełnieniu zamiaru. Wśród klasztorów, które jej wyliczono, wybrała Paray jako najbardziej odległy od domu. Spodziewała się, że tam najmniej dozna roztargnień ze strony rodziny. Wiosną r. 1671 wybrała się z bratem Chryzostomem prosić o przyjęcie u Sióstr Nawiedzenia. Kiedy wkroczyła do rozmównicy, usłyszała głos: „Pragnę byś tutaj została”. Mając 24 lata pożegnała się więc z bliskimi i przyjaciółmi z radością podobną do niewolnicy, dla której godzina wyzwolenia nareszcie wybiła. U wrót klasztoru stanęła w sobotę 25 maja i tak stała się nowicjuszką zakonu Nawiedzenia. Na żądanie św. Franciszka Salezego, zakon ten posiadał w godle Serce Boże przebite, otoczone cierniową koroną i uwieńczone krzyżem. Małgorzata Maria o tym nie wiedziała! Wiedział jednak Ten, który ją wybrał i pokierował jej wyborem. On przygotowywał ją na posłańca Swego Serca.
ŻYCIE OFIARY Nowicjat był dla niej okresem szczęścia. Ponosiła ofiary, buntowała się miłość własna, ale czymże to było w porównaniu z tym, czego już w swoim życiu doznała w domu? Odczuwała radość, wiedząc, że wypełniła wolę Bożą. Kiedy szukała rady, jak rozmyślać, mistrzyni powiedziała jej: „Uklęknij przed Najświętszym Sakramentem i stań się jakby płótnem rozpiętym przed malarzem”. Małgorzata nie ośmieliła się pytać, co to oznaczało. Za to usłyszała wyraźnie słowa: „Pójdź tylko, a ja cię pouczę”. Boski Mistrz objawił życzenie, by dusza jej stała się płótnem, na którym On wymaluje główne rysy swego życia. Rozniecił w jej sercu taki żar miłości i pragnienie cierpienia, iż jedynym dążeniem jej było cierpieć z miłości ku Niemu. 25 sierpnia r. 1671 odbyły się obłóczyny. „Był to dzień moich zaręczyn – pisała – który nową władzę nade mną oddał memu Oblubieńcowi, a mnie nałożył zobowiązanie, bym Go wyłącznie i jeszcze goręcej umiłowała. On natomiast, jako Oblubieniec najczulszy, złożył mi to przyrzeczenie, że mi z początku da zakosztować wszelkiej słodyczy, jaka się w miłości ukrywa”. Małgorzata wskutek wewnętrznego szczęścia wpadała w zachwyt i nie zdawała sobie sprawy z tego, co czyniła. Martwiło ją, że coś może zdradzić stan jej duszy. Przełożone, widząc w jej nieprzepartej skłonności do modlitwy przeszkodę w spełnianiu reguł, obawiały się, że może ją to sprowadzić na manowce. „Siostro – powiedziano jej – duch naszego zakonu nie znosi wszystkiego, co wygląda na niezwykłe w modlitwie i ćwiczeniach pokutnych; dlatego o ile się nie odmienisz, nie możesz być dopuszczoną do ślubów.” W czasie przeznaczonym na modlitwę zlecano jej więc zamiatanie korytarzy. Kiedy prosiła o odprawienie opuszczonej modlitwy, odmawiano. A jednak – mimo rozpraszających czynności – żyła w Bożej obecności. Daleka od unikania cierpienia, prosiła mistrzynię o umartwienia. Najczęściej otrzymywała upokarzającą odmowę albo polecenie wykonania czegoś, do czego czuła wstręt. Mówiła: „Panie, musisz mi teraz dopomóc, bo czyż nie Ty dałeś mi takie zlecenia?” „Uznaj tylko – odpowiadał życzliwie Jezus – że beze mnie niczego nie zdołasz, a ja cię nie opuszczę, jeśli tylko swą niemoc i słabość o moją oprzesz potęgę”. Przełożone nabrały jednak przekonania, że Małgorzata nie nadaje się do zachowania prostej i wspólnej reguły św. Franciszka Salezego i nadal nie chciały jej dopuścić do ślubów. Małgorzata nigdy nie przebyła cięższej próby. Skarżyła się, ale tylko Temu, który całą winę ponosił za to, On zaś dodał jej odwagi: „Powiedz przełożonej, że nie potrzebuje się obawiać i że na moją odpowiedzialność może cię do ślubów przypuścić.” Ciężar spadł z serca Małgorzaty, ale przełożona poleciła jej wybłagać znak u Zbawiciela na potwierdzenie, że będzie potrafiła zachować reguły. Jezus rzekł: „Przyrzekam ci, że cię uczynię bardziej pożyteczną dla zakonu, aniżeli tego przełożona się domyśla, ale w taki sposób, który jest na razie mnie tylko jednemu wiadomy. Od tej chwili łask moich udzielać ci będę w zespole z duchem twej reguły, ze względu na twą słabość i ze względu na żądanie twoich przełożonych. Nie ufaj zatem w przyszłości niczemu, co by cię miało od zachowania reguły odwodzić, ponieważ chcę, abyś ją ponad wszystko stawiała. Wolę przełożonej winnaś przedkładać nad swoją własną wolę i na jej rozkaz wszystkiego poniechać, czego spełnienie ja bym ci polecił. Oddaj się całkowicie jej kierownictwu. A ja już troszczyć się będę, by plany moje zostały spełnione, choćbym miał wszelkie przeszkody zamienić na środki do celu. Ale sercem twym muszę ja sam swobodnie rozporządzać; ono do mnie należy, nie powierzaj go nikomu.” Nadszedł poranek 6 listopada r. 1672. Małgorzata Maria złożyła uroczyste śluby. Po Komunii św. Jezus powiedział: „Spojrzyj tu na ranę mojego boku. Tu musisz na zawsze zamieszkać, jeśli chcesz szatę niewinności, którą cię dziś odziałem, zachować i życie Boga-Człowieka prowadzić.” Słodycz zalała jej serce, ale kiedy ujrzała Boskiego Oblubieńca skrwawionego i okrytego ranami, jakby na Golgocie, zaczęła się skarżyć: „Ach, nie jestem podobna do Ciebie”. „Pozwól mi uczynić wszystko w swoim czasie – odpowiedział Jezus. – Powierz się tylko mojej miłości i memu upodobaniu, nic na tym nie stracisz. Ja cię nie opuszczę.” I obdarzył ją łaską swej niewidzialnej obecności tak, jak tego nie doświadczyła jeszcze w swoim życiu. „Widziałam Go – pisała później – czułam Go przy sobie, słyszałam głos Jego, a to wszystko wyraźniej, aniżeli przy pomocy zmysłów, bo wszelkie roztargnienie było wykluczone, moja uwaga nie mogła się od Niego oderwać. Obecność mojego Boskiego Mistrza doprowadziła mnie do najgłębszego zrozumienia mojej nicości, i tego zrozumienia odtąd nigdy nie straciłam. W poczuciu głębokiej czci byłabym najchętniej trwała nieustannie na kolanach u Jego stóp. I o ile moja praca i ma słabość na to pozwalały, przybierałam owo położenie. Mimo mojej skłonnej do pychy natury, pragnęłam gorąco być zapomnianą i wzgardzoną i radość mą znajdowałam w upokorzeniu oraz w przeciwnościach. Boski mój Nauczyciel powiedział, że to musi się stać moim najmilszym pokarmem i jeśliby mi ludzie tej strawy dostarczyć nie chcieli, On sam miał jej braki uzupełnić, lecz w sposób daleko bardziej dający się odczuć”. Przełożoną klasztoru w Paray została matka Franciszka de Saumaise: zakonnica troskliwa o zachowanie reguły i przeciwniczka nowości. Mimo wszystko od pierwszych dni nie przestała podziwiać Małgorzaty Marii. Jednak jako przezorna i roztropna przełożona, umiała w ciągu 6 lat sprawowania urzędu – czyli w czasie najważniejszych zdarzeń w życiu Małgorzaty – ukryć cześć i podziw dla Świętej. Nakazała jej jednak spisać wszystkie łaski i dary otrzymane od Zbawiciela. A po złożeniu urzędu włączyła się w szerzenie kultu Serca Jezusowego.
ŚLADAMI JEZUSA Pewnego dnia Boski Mistrz przyszedł trzymając w jednej ręce obraz życia zakonnego, spędzonego w szczęściu, w drugiej – rozdartego katuszami duszy i udręką ciała. Małgorzata musiała wybierać: „Wybieraj teraz, które życie pragniesz prowadzić? W jednym i drugim z równą łaską towarzyszyć ci będę”. Małgorzata przypadła do stóp Jezusa: „Panie, Ty mi wystarczysz, ja tylko Ciebie pragnę, Ty dla mnie wybieraj”. Odkupiciel nalegał. „Panie – powiedziała – w takim razie daj mi to, co będzie na większą Twą chwałę. Nie zważaj na moje skłonności, na moje zachcianki; postąp ze mną według Twojego upodobania, niczego innego nie pragnę”. „Patrz! – rzekł Jezus – oto dla ciebie wybieram – wskazał jej życie pełne cierpień – czynię to dlatego, aby się spełniły na tobie moje zamiary, jak również, by cię bardziej upodobnić do Siebie”. Małgorzata Maria, przejęta drżeniem, ucałowała rękę, która ofiarowywała jej życie hańby i cierpienia. Pewnego ranka, wyszła do ogrodu. Nieraz słyszała tu głos Boskiego Mistrza. Zażądał od niej odnowienia ofiary. Potem pokazał jej krzyż. Jak daleko Małgorzata mogła sięgnąć wzrokiem, zdobiły go kwiaty. „Patrz, oto ołtarz – rzekł do niej Zbawiciel – na którym czyste me oblubienice muszą dokonać ofiary. Kwiaty te zwiędną, ale ciernie, które pod nimi się kryją, trwać będą i tak boleśnie wbiją się w ciebie, że całej potęgi mojej miłości potrzeba ci będzie, byś na tym krzyżu mogła wytrzymać.” Później ujrzała po Komunii św. Zbawiciela z cierniową koroną w rękach. Koroną tą uwieńczył jej skronie: „Przyjmij moja córko, tę koronę, jako zapowiedź innych cierpień, które cię wkrótce do mnie upodobnią”. Od tego czasu płonęła w jej sercu potrójna żądza: cierpieć, przyjmować Komunię św. i umrzeć – trzy przejawy jednego pragnienia: z Oblubieńcem serca na wieki się połączyć. Gdzie się zatrzymała, dokąd zwróciła kroki, wszędzie znajdowała Chrystusa z krzyżem. W tym czasie podjęła pracę przy chorych. Szatan z zazdrości o jej miłość do Zbawiciela wytrącał jej nieustannie z rąk to, co niosła. Było to przyczyną wielu upokorzeń ze strony innych. Potem odzywał się: „Głupia, nigdy niczego dobrego nie zrobisz”. Pewnego dnia chciała wyciągnąć ze studni wiaderko wody, ale uchwyt koła nieszczęśliwie wymknął się jej i tak silnie uderzył w twarz, że runęła na ziemię. Przednie zęby zostały wybite, a dziąsła poszarpane. Spowodowane przez to boleści i nieustanny ból głowy, sprowadziły na nią niejedną bezsenną noc. Zatopiona w rozmyślaniu o cierpieniach Zbawiciela w ogrodzie oliwnym, uczuła w sercu pragnienie uczestniczenia w mękach Boskiego Oblubieńca. Jezus odezwał się: „Przeszedłem tam większe wewnętrzne cierpienia, niż w całej mej pozostałej męce, ponieważ uczułem się opuszczonym i obciążonym brzemieniem grzechów świata całego. Te cierpienia i ta trwoga konania dręczą każdego grzesznika, kiedy dochodzi do poznania Bożej świętości. Wstyd na niego spływający zda się go prawie druzgotać. Teraz właśnie gniew mój gotowy, by w kilku grzeszników ugodzić. Ale za nich ty musisz odczuć, co w ogrodzie getsemańskim przecierpiałem.” W dzień Zmartwychwstania Pańskiego nie mogła z innymi siostrami odprawić rozmyślania. To pozbawiło ją humoru, ale natychmiast usłyszała głos Boskiego Mistrza: „Modlitwa ofiary i poddania się jest mi przyjemniejszą, niż wszelka inna modlitwa”.
POWIERNICA SERCA JEZUSOWEGO W ostatnich dniach października, r. 1673, kiedy Małgorzata po raz pierwszy po złożeniu ślubów zaczęła właśnie ćwiczenia duchowne, Zbawiciel pokazał jej miłością rozpromienione Serce, krwią zlane od ran i uderzeń: „Oto rany, które mi zadaje mój naród wybrany; inni ranią me ciało, ci przeszywają me Serce”. Małgorzata błagała o przebaczenie dla tych, którzy zawinili, ale cierpienie jej trwało bez przerwy. Komunia św. stała się dla niej męczarnią, bo w spojrzeniu umiłowanego Mistrza wciąż odczytywała ból. Całując w duchu krwawiące rany Boskiego Nauczyciela usłyszała ciche słowa: „Dziecię moje, czy chcesz mi oddać twe serce, aby na nim mogła odpocząć wzgardzona ma miłość?” „Panie – odpowiedziała – Ty wiesz, że całkowicie do Ciebie należę; postąp ze mną tak, jak Tobie się tylko podoba”. „Czy wiesz, dlaczego ci tyle łask użyczam? Twoje serce musi się stać ołtarzem, na którym by nieustannie gorzał ogień miłości; nic zmazanego znaleźć się tam nie może. Ciebie wybrałem, by Ojcu memu wiekuistemu, złożyć ofiarę miłości i pojednania”. Małgorzata Maria prosiła więc przełożoną, by wolno jej było podwoić pokuty. Stanowczo jej odmówiono. Zawstydzona wróciła do Boskiego Mistrza, On zaś wskazał na własne jej błędy i niedoskonałości, wyrzucał, że niedawno, wyraziła o sobie z próżności jakąś pochwałę: „Z czego ty się możesz szczycić prochu i popiele? Czyż ty jesteś z siebie czymś innym, jak prochem i nicością? Patrz, jakie łaski zlewam na ciebie, a czym ty sama z siebie jesteś?” I ukazał jej oczom obraz, na którego widok krzyknęła: „O Boże usuń ten obraz lub każ mi umrzeć! Niepodobna mi bowiem patrzeć na ten mój stan i żyć jeszcze!” 27 grudnia r. 1673, w uroczystość św. Jana Ewangelisty, zbliżyła się Małgorzata z siostrami do Stołu Pańskiego, i w tym momencie uczuła, że tak jak św. Lutgarda, powinna wargi swoje przycisnąć do Najświętszej Rany Jezusowego boku. Pełnymi haustami poczęła pić z tego źródła szczęścia. Usłyszała słowa: „Czy widzisz teraz, że nie ma żadnej obawy u źródła potęgi i że w tej rozkoszy o wszystkim się zapomina?” W dniu tym miała więcej wolnego czasu, więc powróciła przed tabernakulum, by przy piersi Boskiego Mistrza wypocząć, jak Jan, umiłowany uczeń. Wtedy po raz pierwszy, otwarło się przed nią Boskie Serce, a z tajemnic, które dotychczas były przed nią zakryte, opadła zasłona. Małgorzata Maria upadła na kolana w zachwycie na widok tych cudów dobroci, a Jezus przemówił: „Moje Boskie Serce przepełnione jest miłością ku ludziom, a zwłaszcza ku tobie, dlatego też biją z niego płomienie, by się przez ciebie ludziom objawić, i w skarby, na które ty patrzysz, ich zaopatrzyć, w skarby, na które składają się łaski konieczne do tego, by ludzi wybawić z przepaści zatracenia. Ciebie niegodną i nieuczoną wybrałem do wypełnienia moich zamiarów, aby jasną było rzeczą, że wszystko jest wyłącznie moim dziełem. Dlatego daj mi serce twoje!” I wziął Jezus serce Małgorzaty i oddał je jej rozpłomienione miłością ze słowami: „Patrz ukochana, oto zadatek mojej miłości! Żar, który zapaliłem w twym sercu, nigdy nie zgaśnie i tylko pewną ulgę znajdziesz krwi swej upuszczeniem, chociaż i ten środek raczej upokorzenie, niż ulgę w cierpieniu przynosić ci będzie. Ale powinnaś o to prosić, by w ten sposób krew swoją dla mnie przelewać i byś się mogła przekonać, że to wszystko nie jest jakimś urojeniem, ale oznaką, iż pierwsza z łask, które przeznaczyłem dla ciebie, udzielona ci będzie. Ranę serca twego zasklepiłem, ale ból jego zatrzymasz; dlatego od tej chwili już nie, jak dotychczas, niewolnicą Serca mego, ale ‘uczennicą Serca Jezusa’, nazywać się będziesz”. Płomień, który rozgorzał w jej piersi, sprawiał gwałtowny ból. Widziała Najświętsze Serce Jezusa na płomiennym tronie, wysyłające, niby słońce, promienie na wszystkie strony, a zarazem przejrzyste, jakby z kryształu. Widać było ranę zadaną włócznią, a całe Serce otaczała cierniowa korona. Na szczycie wznosił się krzyż. Te oznaki cierpienia Chrystusa pokazywały, że Jego miłość ku ludzkości stała się źródłem wszelkiego cierpienia i pogardy, którą od pierwszej chwili Wcielenia na siebie przyjął i w Najświętszym Sercu odczuwał, jak i ona jedynie tłumaczy cierpliwe znoszenie zniewag, na które wystawił się w Najświętszym Sakramencie Ołtarza. „Następnie dał mi poznać – pisze Małgorzata Maria – jak pragnienie wzajemnej miłości skłoniło Go do objawienia ludziom swego Serca, wraz ze wszystkimi skarbami miłości, miłosierdzia, łaski i świętości, które w sobie zawiera, tak że każdy, ktokolwiek tylko zechce, pełną dłonią może z niego czerpać. Nadto złożył mi zapewnienie, że osobliwą to będzie dla Niego radością, jeżeli temu Sercu cześć składać będą i że wizerunek Jego wszędzie wystawiony być musi, by nieczułe serca ludzkie poruszyć do głębi. Tym, którzy temu Sercu cześć oddają, pozwoli obficie uczestniczyć w największych łaskach a na dom, gdzie obraz tego Serca szczególną czcią otaczany będzie, przebogate spłyną błogosławieństwa, to nabożeństwo jest bowiem jedną z ostatnich prób Jego miłości, by ludzi do siebie pociągnąć”. „Patrz, moja córko – powiedział – do jakiego to zadania ciebie wybrałem! Dlatego ci tyle łask wyświadczałem już od najwcześniejszego dzieciństwa. Twoim mistrzem i przewodnikiem sam być chciałem, by cię na moje łaski przygotować; ale za największe dobrodziejstwo to uważaj, żem ci objawił i podarował me Serce”. Co roku w uroczystość św. Jana powtarzało się to objawienie. Wskazując na swoje Serce, Jezus powtarzał: „Pragnę cześć w Najświętszym Sakramencie odbierać, a nie ma nikogo, kto by mnie przez miłość wzajemną choć nieco chciał orzeźwić”. Małgorzata chętniej wyznałaby grzechy przed siostrami, niż tajemnice, powierzone jej przez Boskiego Mistrza i Oblubieńca. A jednak musiała to czynić i ze względu na wolę Jezusa, i z posłuszeństwa regule. Przełożona – słuchając jej wyznań – z przekonania lub może dla jej zbadania – żartowała z opowiadań o zjawieniu się Zbawcy i jej bólu. Małgorzata, niezdolna do wytrzymania trawiącego ją nieustannie żaru Bożej miłości, zachorowała. Z dnia na dzień coraz bardziej opadała z sił. Dopiero gdy na jej prośbę – przy sprzeciwie lekarzy – upuszczono jej krwi, odzyskała siły, zgodnie z zapowiedzią Jezusa. Powtarzało się to wiele razy. Począwszy od 27 grudnia r. 1673, dolegliwości odnawiały się w każdy pierwszy piątek miesiąca. Zjawiało się jej przed oczyma Boskie Serce Jezusa do błyszczącego słońca podobne i zsyłało płonące promienie w jej duszę. Siostry, które nie znały powodu jej cierpień, naśmiewały się z tej regularnie powracającej słabości. 8 lutego 1674 r. Małgorzata klęczała, zatopiona w modlitwie przed tabernakulum. Zjawił się przed nią Zbawiciel. Z pięciu ran rozchodziły się lśniące promienie, a pierś świeciła jasnym żarem. W głębi piersi wskazał jej Boski Mistrz na Serce, jako na ognisko owego płomienia i znowu jej opowiadał o miłości ku ludziom i jak oni tylko niewdzięcznością płacą, co mu większą sprawia udrękę, niż wszystkie cierpienia, które w czasie męki wycierpiał: „Gdyby mi okazywali miłość wzajemną, wtedy bym za nic poczytał to wszystko, com dla nich uczynił, ale oni pozostają zimni i bez żadnego odczucia. Wynagradzaj więc przynajmniej Ty, ile zdołasz to, czego im nie dostaje.” „Jakżeż mogę tego dokonać, mój Panie? Jestem tak słaba i tak niegodna”. „Patrz, oto teraz potrafisz” – odpowiedział jej Zbawca. W tej chwili płomień, który wytrysnął z Bożego Serca, przeniknął jej serce tak, że myślała, iż skona, i tylko prosiła: „Oszczędź mnie, o Panie, śmiertelnym jestem człowiekiem!” „Ja będę twą mocą, nie trwóż się, ale spełnij to, co ci polecę. Najpierw musisz tak często, jak tylko ci posłuszeństwo zezwoli, przyjmować mnie w Komunii św., choćby kosztem upokorzenia i hańby. W każdy pierwszy piątek miesiąca przystępuj do Stołu Pańskiego. Następnie w każdym tygodniu w nocy z czwartku na piątek pozwolę ci uczestniczyć w mej trwodze konania, jaką na górze oliwnej przeszedłem, tak, że nie wiedząc nawet w jaki sposób, doznawać będziesz trwóg konania. Dlatego powinnaś w nocy od 11-12 godziny łączyć się z moją modlitwą w ogrojcu i leżąc twarzą zwrócona ku ziemi, błagać o miłosierdzie dla grzeszników i pocieszać mnie w opuszczeniu przez śpiących uczniów.” Przełożona, nazwawszy wszystko wymysłem próżności i urojeniem, zakazała jej wykonania czegokolwiek z Bożych poleceń. Małgorzata osłabiona postami znowu zaczęła chorować tak, że przełożona sądziła, że bliska jest jej śmierć. Czy to wszystko było tylko złudną grą gorączką rozpalonej wyobraźni, czy też dowodem Bożej łaski? Przełożona nie ośmieliła się rozstrzygać. „Siostro – powiedziała – proś Pana Boga o twe wyzdrowienie, abyś wspólnie z innymi siostrami mogła wypełniać święte reguły zakonne. Jeśli rzeczywiście nagle zdrowie odzyskasz, to ci pozwolę na Komunię w pierwszy piątek miesiąca, oraz na wstawanie w noc czwartkową”. Małgorzata Maria prosiła o wyzdrowienie z nadzieją, że nie zostanie wysłuchana, bo kochała cierpienia i upokorzenia. A jednak postawiony warunek został wypełniony. Mimo to przełożona ociągała się z zezwoleniem Małgorzacie na to, o co prosił Jezus, zaś kapłani, do których zwróciła się o radę wydali jednogłośny wyrok: „Przesada, urojenie, marzycielstwo. Nie zważać na rzekome objawienia, skrócić modlitwy”. Tak osądzona Małgorzata stwierdziła, że pewnie kroczy błędnymi ścieżkami. Czasem skarżyła się na niedolę Jezusowi i prosiła, by już raz walce tej koniec położył. Usłyszała: „Przyślę ci sługę mojego, przedstaw mu wszystkie tajniki twego serca, a on cię na prawej drodze umocni”.
UPEWNIENIE W DRODZE Pod koniec roku 1674 o. Klaudiusz de la Colombiere został rektorem Jezuitów w Paray. Fakt ten wywołał powszechne zdziwienie, nie dlatego, że kapłan był młody, bo – jako doświadczony w życiu duchowym – cieszył się powagą, szacunkiem i zaufaniem. Żałowano jedynie, że znalazł się nagle w miejscu tak nieznanym i ciasnym. Takie jednak były drogi Bożej Opatrzności… Kiedy po raz pierwszy odwiedził siostry, Małgorzata Maria usłyszała głos wewnętrzny: „Ten to jest, którego ci posyłam”. Był on nadzwyczajnym spowiednikiem sióstr i w czasie wielkiego postu w r. 1675 po raz pierwszy rozmawiał z Małgorzatą w konfesjonale. O. de la Colombiere zatrzymał ją dłużej i mówił tak, jakby wiedział o tym, co działo się w jej sercu. Małgorzata Maria całkowicie zamilczała o nadzwyczajnych łaskach. Usiłowała szybko odejść, by nie zmuszać sióstr do czekania. Ojciec, po nauce do sióstr, zapytał przełożoną: „Kim jest młoda siostra, która tam siedziała?”. Wskazał na pewne miejsce. Przełożona wymieniła Małgorzatę Marię, na co kapłan odrzekł: „Wielce to łaskami obdarzona dusza”. Przełożona postanowiła więc powierzyć kierownictwo Małgorzaty Marii o. de la Colombiere i odesłała ją do niego. On zaś zapewnił, że powinna słuchać głosu, który do niej przemawiał, i całkowicie się Bogu powierzyć. Gdy się skarżyła, że Boski Zbawca nieustannie przy niej przebywa i uniemożliwia jej ustną modlitwę, odpowiedział roztropnie: „Nie powinnaś się przymuszać, odmawiaj tylko godzinki i różaniec, o ile potrafisz”. Z prawdziwą ulgą opuściła Małgorzata Maria o. de la Colombiere i tak często, jak tylko mogła, śpieszyła do niego po radę. Rozeszła się wieść, że o. de la Colombiere stał się przewodnikiem duchownym Małgorzaty Marii. On, pytany o „marzycielkę”, wyrażał się o niej z głęboką czcią. Zaczęto więc mówić, iż dał się zwieść i oszukać, bo uważa za prawdziwe to, co starsi kapłani nazwali obłudą i szaleństwem. Poważanie wobec niego zaczęło się zmniejszać, a ponieważ ojciec de la Colombiere szacunku świata nie szukał, dlatego nie zmienił sądu o swej penitentce.
WIELKIE OBJAWIENIE SERCA JEZUSOWEGO
Jezus nie zaprzestawał przygotowywać wiernej uczennicy do głównego objawienia swojej wzgardzonej miłości. Z początkiem lata r. 1675 siostry zebrały się przy pracy na wewnętrznym dziedzińcu klasztornym. Małgorzata Maria uczuła wewnętrzny pociąg, by usiąść pod murem kaplicy, w której przechowywano Najświętszy Sakrament. Siostry wołały, żartowały tak długo, aż wreszcie powstała. Jednak natchnienie, by wróciła pod mur kaplicy, stało się tak silne, że poprosiła o radę przełożoną. „Idź i tam sobie usiądź” – brzmiała odpowiedź. Mimo głośnych śmiechów sióstr wróciła na dawne miejsce i klęcząc spełniała pracę, ale z tak wielkim skupieniem, jak gdyby się znajdowała w jakiejś ustronnej samotni. Nagle zjawiło się przed nią Serce Zbawiciela, jaśniejące jak słońce, płomieniami uwieńczone. Chór Serafinów zstąpił z obłoków i śpiewał: „Z miłości tryska radość i zasług zdrój płynie. Szczęśliwy, kto Serce Pana pokochał jedynie”. Duchy niebieskie wezwały Małgorzatę, by śpiewała razem z nimi, ale się nie ośmieliła. Następnie wysłańcy nieba oświadczyli, że przybyli razem z nią złożyć u stóp Serca Jezusa hołd, uwielbienie i miłość i że zastępować będą jej miejsce, ilekroć nie będzie mogła trwać przed Najświętszym Sakramentem, by w ten sposób za ich pośrednictwem mogła przebywać nieustannie u stóp Jezusa. Objawienie to wyryło w pamięci Małgorzaty niezatarte wspomnienia. Jeszcze głębszy wpływ już na cały świat katolicki, miało wywrzeć objawienie, którym Małgorzata zaszczycona została 19 czerwca tego samego roku 1675, w oktawie Bożego Ciała. Wybrana uczennica Pańska, klęcząc przed tabernakulum, odbierała objawy miłości Boskiego Oblubieńca. Pod wpływem tych łask zbudziło się w jej sercu gwałtowne pragnienie, by złożyć Zbawicielowi dowody wzajemnej miłości. Wtedy Chrystus tak przemówił: „Niczym innym nie potrafisz lepiej okazać mi swojej miłości, jak spełniając to, czego już tyle razy od ciebie żądałem”. Przy tych słowach Zbawiciel odsłonił Serce i tak dalej mówił: „Patrz! Oto Serce, które tak bardzo ludzi ukochało, i które niczego nie szczędziło, by się za nich poświęcić i wyczerpać się w objawach miłości; a jako nagrodę odbieram od największej części ludzi tylko oziębłość, brak czci, pogardę i świętokradztwa w tym Sakramencie miłości. Ale co mi największy ból sprawia to to, że serca szczególniej mi poświęcone, w ten sposób ze mną postępują. Dlatego żądam od ciebie, by pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała, szczególną był uroczystością ku czci Serca mego, by w tym dniu zbliżano się do Stołu Pańskiego, by mi cześć składano, celem wynagrodzenia tych wszystkich zniewag, które Serce me spotykają, gdy na ołtarzach przebywam. A ja ci powiadam, że Serce moje w obfitej mierze da odczuć wpływ swej miłości tym, którzy je czcią otoczą i którzy o to starać się będą, by i inni cześć mu oddawali.” „Ależ Panie – ośmieliła się Małgorzata przemówić – do kogóż Ty się zwracasz? Do nędznego stworzenia, do biednej grzesznicy, której niegodność musi stanąć w poprzek drogi spełnieniu się Twego życzenia! Znasz przecież tyle szlachetnych dusz, którym możesz owo zlecenie powierzyć” „Czyż nie wiesz, że używam słabych, by mocnych zawstydzić? – odpowiedział Boski Nauczyciel. – Że wszechmoc moja objawia się w małych i ubogich duchem, aby sobie samym niczego przypisywać nie mogli?” „To wskaż mi przynajmniej środek do spełnienia tego, co mi rozkazujesz – odrzekła odważnie Małgorzata Maria. A Chrystus odpowiedział: – Zwróć się do mego sługi, o. Klaudiusza de la Colombičre z Towarzystwa, które Imię moje nosi i poleć mu w moim imieniu, by wszystko uczynił, co tylko leży w jego mocy, by memu Boskiemu Sercu żądane wynagrodzenie zapewnić. Liczne trudności, na które napotka, nie powinny go odstraszać, ale o tym niech pamięta, że ten, co sobie nie ufa, lecz całą swą ufność we mnie pokłada, wszystkiego dokonać potrafi”. O. Klaudiusz de la Colombičre dowiedział się od Małgorzaty, jakie zadanie zostało jemu wyraźnie zlecone. Znając ją nie żywił w sercu żadnej wątpliwości co do objawienia, którym była zaszczycona i z pokorą przyjął to słodkie brzemię. 21 czerwca, w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała poświęcił się całkowicie i niepodzielnie Boskiemu Sercu Jezusa, gotów dla czci i chwały tegoż Serca żyć, pracować i życie poświęcić. Zachęcał penitentki w Paray, by w pierwszy piątek każdego miesiąca przystępowały do Stołu Pańskiego celem wynagrodzenia Zbawicielowi za obojętność i zniewagi, jakie, przebywając na ołtarzach, miał wycierpieć. Zwycięstwo wydawało się bliskie. Tymczasem Jezus przygotował Małgorzacie nową ofiarę. O. de la Colombičre nie tylko nie pozostał w Paray, ale nawet musiał opuścić Francję. On przywrócił pokój i pogodę jej sercu wtedy, kiedy ona sama i wszyscy inni byli przekonani, że zły duch wiedzie ją na manowce. Małgorzata Maria odczuła więc głęboko ten cios, choć go przewidziała. Aż do końca swego krótkiego życia pozostał wierny misji szerzenia kultu Najświętszego Serca Jezusa, według wskazówek udzielonych św. Małgorzacie Marii w objawieniach Zbawcy. Po wyjeździe o. de la Colombičre uczennica Najświętszego Serca Jezusa prowadziła dalej życie, które przyjęła z rąk Boskiego Oblubieńca: życie cierpienia i miłości. W listopadzie 1677 r., Boski Mistrz odezwał się: „Pragnę ci oddać me Serce, ale najpierw musisz złożyć całopalną ofiarę, by razem ze mną odczuć karzącą prawicę mojego Ojca, ponieważ w swym sprawiedliwym gniewie grozi, że pewien klasztor surowo ukarze.” Czy ta groźba odnosiła się do klasztoru Nawiedzenia w Paray? Małgorzata Maria zamilczała odpowiedź na to pytanie nawet przed przełożoną. Jednak w otoczeniu Małgorzaty oprócz gorliwych zakonnic znajdowały się i oziębłe, które niezupełnie żyły według ducha reguł i objawiały niechęć wobec uczennicy Zbawiciela. Jezus odsłonił przed nią cierpienia, jakie miały ją spotkać. Widok ten przejął ją drżeniem, więc stwierdziła, że bez pozwolenia przełożonej do niczego nie może się zobowiązywać. Nie poprosiła jednak o pozwolenie z obawy, że przełożona może się na wszystko zgodzić. Nie zaznała spokoju. Przełożona widząc jej udrękę, zapytała ją o przyczynę łez i przerażenia. Usłyszawszy odpowiedź, natychmiast udzieliła Małgorzacie pozwolenia, przed którym właśnie taki lęk ją ogarniał. Małgorzata ociągała się z ostateczną decyzją. Miała przed oczyma anioła sprawiedliwości z biczem, którym ją miał ukarać z chwilą, kiedy się na ofiarę zdecyduje. Wśród wahań i lęku uklękła w wigilię uroczystości Ofiarowania Najświętszej Marii Panny wraz z innymi siostrami przed Najświętszym Sakramentem. Usłyszała głos Boży: „Trudno ci będzie stawić opór pragnieniu mojej sprawiedliwości; ale upokorzenia, które było złączone z twoją ofiarą, doznasz teraz w podwójnej mierze. Pragnąłem tylko ukrytej ofiary, nie chciałaś. Teraz wbrew twym ludzkim rachubom złożyć ją musisz publicznie i wśród nadzwyczaj upokarzających okoliczności, które cię przez całe życie będą poniżać, tak w oczach własnych, jak i wobec innych. Teraz poznasz, co to znaczy, sprzeciwiać się Bogu”. Kiedy dokonała wynagrodzenia i w uroczystość Ofiarowania Najświętszej Marii Panny zbliżyła się do Stołu Pańskiego, Jezus ukoił jej udręczone serce, mówiąc: „Rana się zamknęła; sprawiedliwości mojej stało się zadość. Ofiarę twą zespoliłem z moją ofiarą. Nie szukaj nadal w swym cierpieniu niczego innego, jak tylko mego upodobania. Cierp i pracuj w cichości na chwałę Bożą i ku rozszerzeniu królestwa mojego Serca wśród ludzi, bo do tego właśnie dzieła cię wybrałem”. W roku 1678 miejsce Matki de Saumaise zajęła Rozalia Greyffié z klasztoru Annecy, kobieta szczególnej cnoty i pokory. Małgorzata od pierwszego dnia powierzyła się jej całkowicie, zgodnie z regułą posłuszeństwa i zaleceniem Jezusa. Nowa przełożona nie mogła sobie wyrobić o Świętej jasnego zdania na podstawie tego co mówiono o niej w Paray. Nie zwracała więc uwagi na nadzwyczajne doznania Małgorzaty, nie powierzała jej żadnego urzędu i korzystała z każdej sposobności, by ją upokarzać. Spostrzegła, że to było Małgorzacie najmilsze. By nie zaszkodzić jej zdrowiu, nie pozwoliła jej na godzinę rozmyślania, które odprawiała w noc czwartkową, leżąc na ziemi z rozciągniętymi ramionami. Nieco później, nie znając powodów, które skłaniały Małgorzatę Marię do tej modlitwy w czasie nocnego spoczynku klasztoru, zakazała jej zupełnie tego rozmyślania. Małgorzata posłusznie poddała się zarządzeniu, ale przekazała przełożonej, że Jezus nie jest zadowolony i że da jej to odczuć. Kiedy 14 grudnia r. 1678, jedna z najlepszych sióstr po krótkiej chorobie skonała na rękach matki Greyffié, uznała ona wreszcie w tej stracie karę Bożą i pozwoliła bezzwłocznie siostrze Alacoque na jej rozmyślanie. Podczas rekolekcji Małgorzata doznawała w takim stopniu objawów miłości ze strony Oblubieńca, że była zmuszona wołać: „Dosyć, Panie, dosyć!”. Ale Jezus odpowiedział: „Jedz i pij z stołu moich radości; potrzebujesz siły i orzeźwienia, by naprzód odważnie kroczyć. Długa i ciężka droga ściele się przed tobą i od czasu do czasu będziesz musiała odetchnąć i wypocząć w moim Sercu, które dla Ciebie zawsze bezpiecznym będzie schronieniem. Jeśli dam ci poznać, że sprawiedliwość moja gniewa się z powodu grzeszników, wtedy zbliżaj się do św. Stołu i módl się do mnie serdecznie i gorąco. A nie opieraj mi się, ponieważ musisz mi służyć jako narzędzie, by pozyskać ludzkie serca dla mojej miłości.” „Ależ nie pojmuję, o Boże, w jaki sposób stać się to może”. „Przez moją wszechmoc, która wszystko z nicości wywiodła. Pomnij, że do mnie należysz, i że tobie nic nie pozostaje; natomiast rozporządzać możesz sercem moim; skarby w nim zawarte możesz podług upodobania swojego rozdzielać, komukolwiek tylko zechcesz. A w podarkach nie bądź skąpa, bo skarby te nieskończone. Jeszcze wielkim i ciężkim krzyżem obarczę twe ramiona, ale niczego się nie obawiaj, jestem dość potężny, by stać się twoją podporą. Szatan pragnie twą cnotę na próbę wystawić, ale pozwolę mu dręczyć cię tylko tymi samymi pokusami, z którymi przyszedł do mnie na pustynię. Połóż tylko ufność swą we mnie, a ja będę twą ochroną”. W Wielki Piątek 1687 r., dnia 28 marca dusza Małgorzaty tak pragnęła Eucharystycznego Chleba, że zaczęła mówić do swego Oblubieńca: „Miły Jezu, chcę strawić się w pragnieniu Ciebie, a nie mogąc Cię dzisiaj posiadać, nie przestanę Cię łaknąć”. Jezus przyszedł ją pocieszyć: „Twoje pragnienie tak przeniknęło moje Serce, że gdybym nie ustanowił tego Sakramentu miłości, uczyniłbym to teraz, by stać się twoim pokarmem. Znajduję tyle przyjemności w tym, gdy mnie ktoś z taką żarliwością pragnie, że ile razy jakie serce to pragnienie wyrazi, tyle razy spoglądam na nie z miłością, by je do siebie przygarnąć”. Przeniknęło mnie to tak wielkim żarem, iż dusza moja czuła się na wskroś uniesiona i nie mogła wyrazić swych uczuć inaczej, jak tylko przez te słowa: O miłości, o nadmiarze miłości Boga względem tak nędznego stworzenia!
MISTRZYNI NOWICJUSZEK Przyszedł jednak – wśród cierpień i upokorzeń, których Małgorzacie nigdy nie brakowało – czas, w którym Jezus postanowił dać jej sposobność rozszerzenia pragnień Jego Serca na inne dusze. I tak z końcem 1684 r. zachorowała mistrzyni nowicjatu. Bez zastanowienia przeznaczono na ten urząd Małgorzatę. Pokorna zakonnica była doskonałą mistrzynią. I nie mogło być inaczej, skoro za podstawę oddziaływania na dusze przyjęła zasadę, by udzielać tylko to, co sama otrzyma od Serca Jezusowego. Przez cały czas, gdy była mistrzynią, Mistrzem nowicjatu w klasztorze w Paray było Najświętsze Serce Jezusa. Dobrze zrozumiała swoje zadanie i czuła, że Jezus pragnie, by i w innych wszczepiała poznanie i cześć Jego Serca. Wesołym, ujmującym wyglądem i dzięki łagodnemu i przyjaznemu usposobieniu pozyskała natychmiast zaufanie nowicjuszek. „Zachowujcie – mawiała – z wielką wiernością wszystkie reguły nawet i najmniejsze, przez to pozyskacie sobie Serce Ojca, który tak czule was kocha. Jak długo Mu wierne będziecie, nie potrzebujecie się obawiać niczego. Nie popełniajcie nigdy z rozmysłem jakiegokolwiek uchybienia. Pamiętajcie, że jesteście oblubienicami ukrzyżowanego Boga i że dlatego całkowicie do Niego musicie należeć, jeśli zechce w was królestwo Boże utrwalić. A królestwo Jego jest królestwem pokoju w cierpieniach”.
DALSZE PRÓBY I PIERWSZE ZWYCIĘSTWA W r. 1685 w uroczystość jej imienin, w piątek, nowicjuszki chciały ofiarować mistrzyni kilka wianuszków kwiatów. Ona zaś poprosiła, by złożyły je Boskiemu Sercu Jezusa w ofierze. Spełniając życzenie ukochanej mistrzyni, zbudowały więc maleńki ołtarzyk, umieściły na nim wycięte z papieru, uwieńczone płomieniami serce i ozdobiły ołtarz kwiatami. Następnie wśród objawów żywej radości poprowadziły mistrzynię do tego skromnego ołtarza. Ona uniesiona wewnętrzną radością rzuciła się na kolana przed tym symbolem miłości Jezusa Chrystusa i w świętym zachwycie głośno poświęciła się Sercu Boskiemu. To samo uczyniła gromadka nowicjuszek. Nieopisaną była radość mistrzyni, kiedy zauważyła, że ogień miłości Boskiego Serca Jezusa poczyna żarzyć się w niewinnych sercach młodych nowicjuszek. Ale to jej nie wystarczało. By jak najwięcej dusz pozyskać dla umiłowanego Zbawcy zaprosiła kilka starszych sióstr. Zaproszone nie zjawiły się, z wyjątkiem trzech, które przyszły z grzeczności. Niektóre szydziły i stanowczo wystąpiły przeciw „duchowi świętych reguł nie odpowiadającym nowościom”. Boski Oblubieniec przepowiedział jej, że sprawa ta napotka na wielkie przeszkody, ale że mimo wszystko nabożeństwo do Boskiego Jego Serca rozszerzy się po całym chrześcijańskim świecie i że zakwitnie w zakonie Nawiedzenia. Dlatego pełna otuchy mówiła do młodych nowicjuszek: „Dobrze, one nie chcą przyjść, ale Serce Jezusa i tak je do siebie pociągnie. Jezus pragnie wszystkiego z miłości, a niczego nie chce z musu. Trzeba ten czas przeczekać, który On naznaczył, a czas stosowny nadejdzie.” Już po roku wypełniła się przepowiednia Małgorzaty. Na razie publicznie napomniano Małgorzatę i zakazano objawiać nabożeństwo w klasztorze, chyba że w ukryciu, w nowicjacie. Za karę nie wolno jej było częściej niż innym siostrom przystępować do Stołu Pańskiego. Jezus pocieszał ją: „Bądź spokojna, moja córko; ja będę panował mimo mych nieprzyjaciół, i mimo wszystkich, którzy mi się sprzeciwiają”. Pełna ufności spoglądała wtedy Małgorzata na tabernakulum i wzdychała: „Kiedyż, ukochany Zbawicielu, wybije ta szczęśliwa godzina? Tymczasem powierzam Tobie Twą własną sprawę. Będę cierpieć i milczeć”. W kilka zaledwie tygodni po tych zdarzeniach, jedna z nowicjuszek poważnie się rozchorowała. Mało już było nadziei utrzymania jej przy życiu. Kiedy Małgorzata gorąco błagała o jej wyzdrowienie, Jezus dał jej poznać, że zdrowie chorej się nie polepszy, dopóki jej przełożona nie pozwoli na Komunię św. w pierwszy piątek miesiąca. Małgorzata zapisała usłyszane słowa: „Powiedz swojej przełożonej, że wielką wyrządziła mi przykrość przez to, że dla przypodobania się stworzeniom nie zawahała się mnie obrazić, zabraniając ci Komunii św., której przyjmowanie nakazałem ci w tym celu, aby przez zasługi Serca mojego Ojcu niebieskiemu składać zadośćuczynienie za wszystkie wykroczenia przeciwne miłości. Ciebie sobie wybrałem, byś mi składała ofiarę błagalną, więc skoro ona przeszkadza postąpić ci według mej woli, zabiorę jako ofiarę, tę cierpiącą siostrę”. Przełożona natychmiast pozwoliła jej na Komunię św. i niebezpieczeństwo minęło. Duch ciemności poruszał wszystkie sprężyny, by ją usunąć z urzędu mistrzyni. Ale Boski Zbawiciel sam jej przyrzekł, że jej nowicjuszki staną się kamieniem węgielnym świątyni poświęconej czci Jego Serca. Kiedy kadencja Małgorzaty Marii jako mistrzyni nowicjatu dobiegła końca, kilka sióstr, które miały wyjść z nowicjatu w tym czasie, co ich ukochana mistrzyni, postanowiło zabrać mały obrazek Najświętszego Serca. W oddalonym miejscu, gdzie rzadko zachodzono, znalazły niewielką niszę i tam umieściły ów obrazek. Urządziły tam małe oratorium, które wychodziło na schody prowadzące do wieży nowicjatu. Pierwsze czcicielki Serca Jezusowego uczyniły z tego małe sanktuarium, upiększając je według możliwości. Nowy duch ożywił zgromadzenie od czasu, gdy zaczęto czcić w nim Serce Jezusa. Ks. Languet opisuje wspaniałą przemianę klasztoru w Paray pod wpływem nabożeństwa do Najświętszego Serca: „W ten sposób nabożeństwo do Serca Pana naszego dokonało w tym zgromadzeniu cudownej zmiany, którą siostra Małgorzata osiągnęła przez swoje łzy i cierpienia. Jej cierpliwość i pokora przezwyciężyły wszystko, a Syn Boży przemienił serca, które zaczęły czcić Jego Najświętsze Serce. Rozlał w nich umiłowanie doskonałości zakonnej i gorliwość w nabywaniu jej. Ale w miarę jak siostrom otwierały się oczy na świętość swych obowiązków, otwierały je równocześnie na zasługi tej, która sprowadziła na nie tyle błogosławieństw Bożych. Sprzeciwy i wzgardy, których dotychczas doznawała, zmieniły się w uwielbienie. Nie nazywano jej inaczej, jak tylko świętą i słuchano jej słów jak wyroczni”. Na cały dom spływało błogosławieństwo tego nabożeństwa. Siostry złożyły dary, prosząc przełożoną o zamówienie obrazu Serca Jezusowego. Uznała ona jednak za lepsze poczekać, aż będzie mogła zbudować kaplicę. Dla apostołki Najświętszego Serca nadszedł więc dzień szczęścia. Kaplica ku czci Serca Jezusa, zaprojektowana 21 czerwca 1686 r., została ukończona w końcu 1688 r. Uroczyste poświęcenie wyznaczono na dzień 7 września 1688 r. Całe miasto pragnęło wziąć udział w uroczystości. Rozpoczęły się modlitwy i ceremonie. Małgorzata Maria była w stanie ekstazy, przebywała raczej w niebie niż na ziemi.
DROGA KU NIEBU Złożywszy urząd mistrzyni nowicjatu, siostra Małgorzata Maria wróciła na stanowisko pomocnicy w infirmerii. Tam znowu miała dosyć okazji do praktykowania wyrzeczenia i pokory. Cieszyła się jednak widząc, że kaplicę Serca Jezusowego nawiedzały wszystkie siostry i że stała się ona celem pielgrzymek zgromadzenia, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, kiedy siostry udawały się tam w procesji, śpiewając litanię do Najświętszego Serca i odmawiając modlitwy przebłagalne oraz akt poświęcenia. W roku 1690 imię s. Małgorzaty Marii miało się znaleźć na karteczkach sióstr dokonujących wyboru nowej przełożonej. Przerażona Małgorzata błagała Jezusa o odjęcie tego krzyża. Uzyskała zgodę. Nowa przełożona pragnęła jej jednak jako asystentki. Małgorzata prosiła o zwolnienie i z tego, lecz to nie podobało się Jezusowi i zganił ją z tego powodu. Tak więc pozostała asystentką, a zarazem zaufaną przyjaciółką tak przełożonej jak i wszystkich sióstr, które spieszyły do niej po radę. Rozmawiała z nimi o Bogu tak porywająco, że nawet najmniej gorliwe zmuszone były do miłowania Go. Kiedy Małgorzata poprosiła nową przełożoną, by mogła noc z czwartku na piątek spędzać na modlitwie, ta odmówiła ze względu na jej słabość i niedomagania. Zakazała jej też wszelkich ćwiczeń pokutnych. Małgorzata stwierdziła: „Nie pożyję ja już długo, brak mi bowiem cierpień. Matka nasza zanadto troszczy się o mnie”. Do innej siostry powiedziała: „Na pewno umrę w tym roku, bo nie doznaję już żadnego cierpienia, a życie moje przeszkadza zebraniu owoców, które pewna książka o czci Najświętszego Serca Jezusa przynieść może”. Istotnie po książce o. de la Colombičre, wydanej już po jego śmierci, teraz jezuita, o. Croiset, pisał dziełko o nabożeństwie do Serca Jezusa. Wydał je w rok po śmierci Małgorzaty. Nie chciała dożyć pojawienia się tej książki, by nie wychodzić ze swego ukrycia, choć z drugiej strony gorąca miłość Serca Jezusa budziła w niej pragnienie, aby dzieło to było jak najszybciej poznane i rozszerzane. Rosło w niej przekonanie, że dzień jej odejścia jest bliski. Dlatego poprosiła w dniu urodzin, 22 lipca 1690 r. o pozwolenie na 40-dniowe rekolekcje, by przygotować się na spotkanie z Boskim Oblubieńcem. Wśród cierpień rozpoczęła je w październiku. 8-go października pozostała już w łóżku. Lekarz, który odwiedził chorą, oświadczył, że słabość jest tylko nieznaczna. Jednak Małgorzata nadal twierdziła, że na tę chorobę życie zakończy. „Czy wiesz – rzekła do niej pielęgniarka – że lekarz orzekł właśnie coś zupełnie przeciwnego?” W kilka dni potem zapragnęła przyjąć Wiatyk. „Siostro, przecież to jest rzeczą niedozwoloną – odpowiedziano jej – nie jesteś w niebezpieczeństwie”. „Proszę mi jednak podać Komunię św., jeszcze jestem na czczo”. Przeczuwała, że na ziemi czyni to po raz ostatni. Prośbę jej spełniono. Mimo gwałtownych cierpień, lekarz nie obawiał się niczego: siostra Małgorzata zawsze była cierpiąca, wychudła i blada. Niespodziewanie odwaga jej została wystawioną na ciężką próbę. Myśl o nieskończonej sprawiedliwości Bożej przejmowała ją obawą i drżeniem. Obejmując kurczowo krzyż, przyciskała go do piersi, wzdychając: „Miłosierdzia Boże mój, miłosierdzia…” Wkrótce jednak rozjaśniły się jej oczy i oblał ją rumieniec radości: „Miłosierdziu Twemu, o Panie, pragnę śpiewać wieczystą pieśń. Cóż jest na niebiosach i czego pożądam na ziemi prócz Ciebie!” Teraz nawet lekarz zauważył, że Małgorzata popadła w osłabienie. „Dzięki Bogu – wyszeptała – że się już zabezpieczyłam, przypuszczałam, że mnie nie uznają za zbyt chorą. Dzięki Bożej dobroci przyjęłam w ostatniej Komunii św. Zbawcę mojego jako Wiatyk… O, goreję, goreję wewnętrznie. Ach, żeby to pochodziło z miłości ku Bogu. Alem nigdy nie kochała doskonale Boga mojego. Siostry proście Go za mnie o przebaczenie i kochajcie Go z całego serca waszego, aby Mu wynagrodzić za wszystkie przeze mnie zmarnowane chwile. Kochać Boga, o cóż to za szczęście! O miłujcie Go, miłujcie!” Był dzień 17 października r. 1690. Małgorzata Maria błagała siostry, by zechciały odmówić litanię do Boskiego Serca Jezusa i do Matki Bożej, aby wyjednać ich pomoc na ostatnią godzinę. Kiedy kapłan udzielił jej sakramentu namaszczenia, wtedy otworzyła jeszcze raz wargi i wezwanie: ‘Jezus’ było ostatnim jej słowem. Siostra Małgorzata Maria Alacoque przeżyła 43 lata. 19 lat spędziła w klasztorze Sióstr Nawiedzenia (Wizytek). Siostry gorzko płakały po stracie takiego wzoru życia. Widziały jednak, jak lekką i słodką jest śmierć dla tych, którzy żarliwie czcili Najświętsze Serce Jezusa. Zaledwie wiadomość o śmierci wyszła poza kraty klauzury, już zaczęto w mieście opowiadać: „Umarła święta”! Na drugi dzień, gdy otwarto kościół, ludzie przybyli tłumnie. Pogrzeb odbył się wieczorem 18 października.
ŚWIĘTA Grób s. Małgorzaty Marii zaczął Bóg uświetniać nieustannie wielkimi cudami. Największym cudem, jaki zdziałała prawica Boża przez tę słabą i światu nieznaną dziewicę, było rozszerzenie nabożeństwa do Boskiego Serca Jezusa, z którego spłynęły i spływają bogate strumienie łask na Kościół Boży i wiernych. Tak spełniła Małgorzata Maria powierzone jej przez Boskiego Mistrza zadanie. 22 września 1827 r. kardynałowie, którym zlecono zbadanie jej dzieł, oznajmili papieżowi Leonowi XII, że pisma te nie przedstawiają przeszkody do prowadzenia procesu beatyfikacyjnego. Z dokładnie zbadanych pism wyjęto dwanaście obietnic dla czczących Boskie Serce Jezusa, które we wszystkich językach świata rozbrzmiały donośnie, a 18 września 1864 r. Pius IX ogłosił Małgorzatę Marię błogosławioną. W kilka miesięcy później w Paray-le-Monial obchodzono uroczystości ku jej czci. Święte szczątki złożono w złocistym relikwiarzu. Wkrótce potem podniesiono w całym Kościele święto Najświętszego Serca Jezusa do godności uroczystości. Od tego czasu rozlewa się to nabożeństwo po świecie, niosąc zdroje niezliczonych łask i cudów. Tam, gdzie dociera nauka Kościoła, tam zjawia się i wizerunek Boskiego Serca, które darzy wszystkich czcicieli przedziwnymi łaskami. W 2 lata po uroczystej beatyfikacji, pod wpływem napływających nieustannie próśb i błagań, rozpoczęto proces kanonizacyjny. Uroczystość tę zachowało Serce Jezusa na czas, gdy świat rozdarty ranami wojny potrzebował balsamu na swe cierpienia. Gdy burza wojenna przycichła, z woli Ojca św. odbyło się w Rzymie 13 maja 1920 roku, uroczyste zaliczenie błogosławionej Małgorzaty w poczet Świętych.
w: „Vox Domini” nr 5/97, str. 2-9. Oprac. red. na podstawie:
1. Ks. W. van Nieuwenhoff Żywot św. Małgorzaty Marii Alacoque. Tłum.: Ks. E. Kosibowicz wyd. II. Kraków, 1930.
2. Święta Małgorzata Maria, Wydawnictwo Sióstr Loretanek Warszawa 1976
Kiedy jesień przynosi pierwsze chłody i zapach mokrych liści, każdy z nas szuka małych rytuałów, które wypełnią coraz dłuższe wieczory i mgliste poranki. W Kościele takim rytuałem października jest różaniec.
Dlaczego akurat październik?
7 października przypada wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. To ono sprawiło, że z czasem cały październik stał się miesiącem poświęconym tej modlitwie. Papieże zachęcali, by właśnie jesienią częściej sięgać po różaniec. Dlaczego? Może dlatego, że jesień sprzyja refleksji – dni robią się krótsze, a w długie wieczory łatwiej znaleźć chwilę spokoju. Różaniec od wieków był modlitwą „na trudne czasy”, a tych przecież nigdy nie brakuje. To modlitwa, którą łatwo wpisać w codzienność – nie trzeba od razu całych godzin. Czasem wystarczy jedna dziesiątka, by dzień nabrał innego rytmu.
Odmawiajcie codziennie różaniec…
Można zapytać: spośród tylu modlitw – dlaczego właśnie ta? Odpowiedź jest banalnie prosta: bo działa.
Gdy w 1917 roku Maryja ukazała się trojgu dzieciom w Fatimie, powiedziała wyraźnie: Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny. Przy kolejnych spotkaniach fatimskich znów prosiła: Chcę, żebyście codziennie odmawiali różaniec – wskazując, że to warunek potrzebnych łask. Podobne przesłanie usłyszały dwie polskie dziewczynki podczas objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku: Maryja odpowiedziała im: Życzę sobie, abyście codziennie odmawiały różaniec.
To nie przypadek. Różaniec jest prosty, dostępny zawsze i dla każdego. Nie wymaga specjalnych przygotowań ani warunków. Możesz odmawiać go w autobusie, w kolejce do lekarza albo na spacerze. Możesz wybrać jedną tajemnicę i pomyśleć o kimś, komu akurat potrzebne jest wsparcie. I tyle. W świecie, w którym wszystko musi być szybkie i efektowne, różaniec przypomina, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.
Metoda małych kroków
Największym błędem jest zaczynać od zbyt dużych oczekiwań. Nikt Ci nie każe od razu odmawiać całego różańca codziennie. Jedna dziesiątka to świetny początek – krótka chwila, która może wejść w nawyk.
A skoro już o nawykach mowa – tu z pomocą przychodzi nasz Nawykownik Różańcowy. To coś w rodzaju duchowego planera, który nie tylko pomaga nam przejść przez kolejne październikowe dni, ale też podsuwa intencje na każdy dzień miesiąca: za chorych, za rodziny, o pokój na świecie czy za prześladowanych chrześcijan. Dzięki temu codzienny różaniec przestaje być tylko osobistą praktyką, a staje się modlitwą splecioną z realnymi sprawami świata. Możesz wpisać własną intencję, zaznaczyć dzień, w którym się udało – i zobaczyć, jak z czasem tworzy się mała mapa Twojej duchowej drogi.
Z kolei Do Syna Swego nas prowadź. Modlitewnik Różańcowy to świetny towarzysz, gdy chcesz się bardziej skupić. W modlitewniku znajdziesz krótkie rozważania i wskazówki, które pomagają zatrzymać się na chwilę przy każdej tajemnicy. Dzięki nim różaniec nie jest tylko powtarzaniem znanych słów, ale nabiera sensu i prowadzi przez konkretne obrazy. Każda dziesiątka staje się wtedy małą pauzą w codzienności – chwilą skupienia, która zostawia ślad na resztę dnia.
Październik z różańcem w dłoni
Może warto w tym roku spojrzeć na październik trochę inaczej? Nie jak na miesiąc dodatkowych nabożeństw, ale jak na okazję, by wprowadzić do dnia prosty rytuał spokoju? Może to być poranna dziesiątka różańca w drodze do pracy albo wieczorna chwila ciszy zamiast scrollowania telefonu. Nie trzeba wiele – wystarczy zacząć.
Każdy miesiąc ma swój rytm. Październik może być tylko kolejną kartką w kalendarzu, albo stać się zaproszeniem, by złapać oddech i odnaleźć ciszę w różańcu. A Ty – jak chcesz go przeżyć?
ud/Stacja7
***
Objawienia Fatimskie były prawdziwe! Sprawdź, o co prosiła Matka Boża
Fatima, niewielka osada położona pośród gór, drugie dziesięciolecie XX w. Tego dnia nic nie wskazywało na to, że wydarzy coś, co zmieni bieg historii, co stanie się żywą przepowiednią przyszłych wydarzeń…
Trwa I wojna światowa. Na świecie zaczyna już brakować nadziei na pokój. W Portugalii wszechobecny, antykościelny reżim wykańcza chrześcijańskich duchownych, a w Rosji coraz wyraźniej widać widmo rewolucji. Papież Benedykt XV, widząc napiętą sytuację polityczną, rozpoczyna odmawianie nowenny o pokój. Modlitwa trwa od 5 maja 1917 aż do 13 maja. Wtedy wydarza się coś, czego nikt się nie spodziewał…
Dzieci odmawiają pobożnie różaniec, gdy nagle zrywa się wiatr, a świat zatrzymuje. Oczom dzieci ukazuje się młodzieniec, który niczym nie przypomina portugalskiego pasterza. Kiedy wypowiada pierwsze słowa, dla nikogo nie jest już zaskoczeniem, że to przybysz z wyjątkowej krainy.
Powiedział “Jestem Aniołem Pokoju” i wtedy dla dzieci stało się jasne, że mają do czynienia z boskim przedstawicielem… Anioł Pokoju nie bez powodu pojawił się na wzgórzu Loca do Cabeco. Przyszedł, by przygotować dzieci na coś, co już za moment miało się wydarzyć. To było ich pierwsze i nie ostatnie spotkanie – proces przygotowania na Jej przyjście zajął nieco ponad rok…
ŁUCJA, FRANCISZEK I HIACYNTA
***
A ja też pójdę do nieba?
13 maja 1917 r. trójka dzieci: Hiacynta, Łucja i Franciszek, zobaczyli kogoś, kogo nigdy wcześniej nie widzieli.
Ich oczom ukazała się postać, która nie przypominała jednak Anioła Pokoju, to był ktoś inny – ten ktoś okazał się Matką Bożą, która zstąpiła na Ziemię, by zwiastować pokój!
Ich oczom ukazała się postać, która nie przypominała Anioła Pokoju, to był ktoś inny – ten ktoś okazał się Matką Bożą, która zstąpiła na Ziemię, by zwiastować pokój!
Podczas pierwszego objawienia Łucja zapytała Jasnej Pani: “Skąd Pani jest?”, na to Maryja odpowiedziała “Jestem z nieba”. Wtedy Łucja pytała dalej: A ja też pójdę do nieba? Maryja odpowiedziała: “Tak”. Łucja drążyła dalej, “A Hiacynta?”. Matka Boża odparła: “Także”. Łucja kontynuowała: “A Franciszek?”. Maryja rzekła: “Również, ale musi jeszcze odmówić wiele różańców”.
Podczas drugiego, czerwcowego objawienia Jasna Pani zapowiedziała, że w niebie już wkrótce znajdą się Hiacynta z Franciszkiem, a Łucja ma stać się świadkiem, przekazać ludziom orędzie Maryi, które poprowadzi ich do Niepokalanego Serca Maryi. Tak też się stało…
Tylko Łucja mogła rozmawiać z Maryją, Hiacynta słyszała i widziała, a Franciszek tylko widział, lecz nie słyszał. Dziewczynki przekazywały mu każde słowo Jasnej Pani. Podczas widzeń Maryja przekazała Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi trzy tajemnice, które Łucja przez następne lata przekazywała światu. Jasna Pani ukazywała się dzieciom sześciokrotnie, a widzenia zakończyły się 13 października 1917 r. I wtedy…
I wtedy zdarzył się cud!
Wiele osób myślało, że dzieciom się przywidziało, nikt nie wierzył, że to może dziać się naprawdę. Maryja wiedziała, że dzieci spotykają się z niezrozumieniem, że ludzie nie wierzą w to, czego doświadczają. Nawet rodzice Łucji nie byli gotowi na to, by uwierzyć swojej najmłodszej córce. Właśnie dlatego Maryja podczas lipcowego objawienia, zapowiedziała dzieciom: “Uczynię cud tak wielki, aby wszyscy uwierzyli, że objawienia te są prawdziwe”.
13 października, kiedy wiadomo było, że dzieci spodziewają się wizyty Maryi, w Cova da Iria w Fatimie, zebrał się tłum liczący prawdopodobnie ok. 40 tys. zebranych, by obserwować cud, który zapowiedziała Matka Boża. Wtedy przyszła Jasna Pani, która poprosiła dzieci, by w miejscu objawień postawiono kaplicę na jej cześć. Przedstawiła się jako “Matka Boża Różańcowa”. Zapowiedziała zakończenie wojny i zapewniła, że żołnierze, ojcowie, mężowie już wkrótce powrócą do domów.
Cud słońca
Łucja podczas każdego objawienia prosiła Maryję o uzdrowienia i nawrócenia. Maryja tym razem odpowiedziała: “Jednych uzdrowię, innych nie. Trzeba, aby się poprawili i prosili o przebaczenie swoich grzechów. Niech nie obrażają więcej Boga naszego Pana, który już i tak jest bardzo obrażany”
Po tych słowach na niebie zaczęło się dziać coś, czego nikt nigdy wcześniej nie widział. Łucja krzyknęła “Spójrzcie na słońce!”.
Nagle niebo znacznie się ściemniło, zaczął padać intensywny deszcz, który w mgnieniu oka zmoczył wszystkich zabranych. Następnie ukazało się słońce, które zaczęło mienić się na wszystkie kolory i wirować po niebie. Słońce oderwało się od ziemi, jakby zaraz miało w nią uderzyć. Światło było tak intensywne, że już po chwili przemoczone nakrycia zebranych, stały się zupełnie suche. Tłum padł na kolana, a wielu rozpoczęło życiową spowiedź, obawiając się końca świata. Inni płakali, modlili się i błagali o odpuszczenie grzechów.
TŁUM OBSERWUJĄCY CUD SŁOŃCA
***
Piekło istnieje naprawdę
Podczas objawień Maryja przekazała dzieciom trzy tajemnice, które przez następne lata były wyjawiane przez Łucję.
Pierwsza z nich jest dziś wciąż aktualna. Maryja wzywała do nawrócenia grzeszników i była szczególnie zatroskana o sytuację na świecie, o brak pobożności. Jasna Pani przyszła, by ostrzec świat przed skutkami grzechu, przed karą, którą przygotował Bóg. Tego dnia w wizji zabrała dzieci do piekła, by pokazać im ogrom cierpienia, który czeka na wszystkie dusze, które nie podporządkują się Bożym nakazom. Hiacynta, Łucja i Franciszek ujrzeli morze ognia, w którym widzieli demony i dusze, które tak naprawdę były rozżarzonymi węglami w piekielnej przestrzeni. Dzieci słyszały dobiegający stamtąd rozpaczliwy krzyk i płacz.
Były przerażone. Z pewnościę nie był to widok dla małych urwisów, mających niespełna po 10 lat. Dlaczego więc Matka Boża pokazała dzieciom piekło? Pragnęła przestrzec je przed tym, co czeka wszystkich grzeszników. Zrobiła to, aby uratować ludzi, którzy nie chcą się nawrócić i obrażają Boga.
Jak ocalić tych wszystkich grzeszników? Maryja tłumaczyła pastuszkom, że pokazała im piekło, żeby ratować dusze grzeszników. Wyjaśnia, że “Jezus chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca, a jeśli to się zrobi, to wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie”.
Po latach Łucja tak skomentowała wizję piekła: “Piekło, piekło… Jak mi żal tych dusz, które idą do piekła, i tych ludzi, którzy tam żywcem płoną, jak drzewo w ogniu…”
Czy jest jeszcze nadzieja dla tego świata?
Maryja przekazała dzieciom takżę inną tajemnicę. Podkreśliła w niej jak ważne jest zabieganie o pokój we współczesnym świecie. W drugiej tajemnicy Maryja kontynuuje swoją misję ratowania grzeszników. Zwraca się do dzieci ze szczególną prośbą o modlitwę w intencji Rosji. Podkreśla, że tylko przez Jej Niepokalane Serce jest jeszcze szansa na pokój na świecie. Jedynym ratunkiem dla wszystkich grzeszników jest zadośćuczynienie za grzechy i nawrócenie.
Maryja zapowiedziała także, że jeśli ludzie się nie opamiętają, jeśli nie zaczną wierzyć, na świat przyjdzie głód i kolejna wojna, jeszcze gorsza niż ta, która obecnie trwała. Zapowiedziała także prześladowania chrześcijan i Ojca Świętego.
Gdzie jest ratunek?
Matka Boża widzi jednak nadzieję i mówi, że dla ratowania grzeszników przed piekłem należy wprowadzić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, a także ustanowić w Kościele nabożeństwo pięciu kolejnych Pierwszych Sobót Miesiąca, wraz z Komunią św. wynagradzającą – to jedyny ratunek, by ocalić świat!
“Jeśli te życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatryumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie” – powiedziała Maryja.
Prorocza wizja trzeciej tajemnicy
Maryja przekazała dzieciom trzecią, ostatnią tajemnicę. Była ona strzeżona przez wiele lat, przedstawił ją dopiero w 2000 roku Jan Paweł II. Ta tajemnica stała się najbardziej przejmująca dla Łucji, Hiacynty i Franciszka. Dziś wiemy, że ma ona charakter proroczej wizji, która wypełniła się kilkadziesiąt lat później…
W wizji trzeciej tajemnicy dzieci ujrzały Anioła trzymającego w lewej dłoni ognisty miecz, który wyrzucał języki ognia. Języki zdawało się, że podpalą świat, jednak od podpalenia chronił blask Jasnej Pani.
Anioł po chwili pokazał prawą ręką na ziemię i powiedział: “Pokuta, Pokuta, Pokuta!”. Wtedy ich oczom ukazało się światło, a po chwili ujrzały biskupa w bieli – dzieci miały poczucie, że jest to Ojciec Święty. BIała postać przechodziła przez zrujnowane miasto, modląc się za dusze zmarłych, których ciała napotykał na drodze.
Kiedy dotarł na szczyt góry, na której znajdował się krzyż, został postrzelony kilka razy pociskami z broni palnej. Po nim ginęli także biskupi, księża i zakonnicy oraz wielu świeckich. Jak relacjonowała s. Łucja, “pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręce konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga”.
Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę
Kiedy Jan Paweł II bliżej zainteresował się orędziem fatimskim, dostrzeżono w nim spełnione proroctwo. Wiele osób wizję postrzelonego biskupa w bieli utożsamia z nieudanym zamachem na Jana Pawła II na Placu Świętego Piotra w 1981 r. Zamach ten nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17.19.
Jan Paweł II wierzył, że swoje ocalenie zawdzięcza woli Boskiej: “Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę” – powiedział i podkreślił: “Za przyczyną Matki Bożej życie zostało mi na nowo darowane”.
Modląc się do niej, papież wyznał: „Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność… We wszystkim, co się wydarzyło, zobaczyłem – i stale będę to powtarzał – szczególną matczyną opiekę Maryi”.
Kulę, która go trafiła, Papież przekazał do Fatimy. Została ona umieszczona w koronie Matki Bożej Fatimskiej.
Rok po zamachu Papież Jan Paweł II przypomniał w Fatimie o orędziu Maryi, które przekazała pastuszkom. “W świetle miłości Matki rozumiemy całe przesłanie Pani Fatimskiej. Największą przeszkodą w drodze człowieka do Boga jest grzech, trwanie w grzechu, a w końcu wyparcie się Boga, świadome wyrzucenie Boga ze świata ludzkiej myśli, oderwanie od Niego całej ziemskiej aktywności człowieka, odrzucenie Boga przez człowieka” – powiedział.
Stacja 7.pl
***
poniedziałek 29 września
Święto Archaniołów:
Michała, Gabriela i Rafała
fot. Joan Sutter / Cathopic / Kai
***
Kim są najbardziej znani archaniołowie?
29 września w Kościele katolickim przypada święto trzech archaniołów – Michała, Gabriela i Rafała. Ich imiona pojawiają się na kartach Biblii. Niebiańscy wysłannicy towarzyszą ludziom w konkretnych wydarzeniach, a każdy z nich ma szczególną misję i zadanie do wykonania. Każdy z nich objawił się w konkretnym czasie. Św. Michał ukazywał się aż cztery razy, doprowadzając do ustanowienia swojej własnej bazyliki w podziemnej grocie na Górze Gargano we Włoszech.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Aniołowie są istotami duchowymi, nadrzędnymi wobec ludzi. Posiadają rozum oraz wolę. Św. Grzegorz Wielki tłumaczył, że słowo anioł nie oznacza natury, ale zadanie. „Duchy, które zapowiadają wydarzenia najbardziej doniosłe nazywają się archaniołami. Niektórzy z nich mają imiona własne, wskazujące na określone ich zadania czy posługę” – wyjaśniał papież i doktor Kościoła. Aniołowie i archaniołowie pośredniczą między Bogiem i ludźmi, a ich interwencje świadczą o tym, że są zawsze gotowi, aby nam pomóc. 29 września, w rocznicę konsekracji starożytnej bazyliki św. Michała w Rzymie Kościół katolicki wspomina trzech archaniołów, którym Bóg wyznaczył szczególne misje w historii zbawienia. Przypominamy kilka ciekawych informacji na ich temat.
Objawienia i interwencje Archanioła Michała
Pierwszym znanym z imienia archaniołem jest św. Michał.. Jego imię pochodzi od hebrajskiego Mika’el (hebr. מיכאל) i oznacza dosłownie „któż jak Bóg”. Ukazywał się prorokowi Danielowi, pojawił się też w wielkich wizjach apokaliptycznych św. Jana. Zajmuje on pierwsze miejsce wśród archaniołów, a kiedy szatan zbuntował się przeciwko Bogu, to właśnie archanioł Michał wystąpił przeciwko niemu jako pierwszy wypowiadając słowa: „Któż jak Bóg”.
Archanioł Michał kilkakrotnie objawiał się na ziemi. Góra Gargano w południowych Włoszech była miejscem jego 4 objawień. Do pierwszego z nich doszło w V wieku. Wtedy archanioł Michał objawił się biskupowi – św. Wawrzyńcowi. Przemówił do niego następującymi słowami: „Ja jestem Michał Archanioł, stojący przed obliczem Boga. Grota jest mnie poświęcona; ja sam jestem jej strażnikiem. Tam, gdzie się otwiera skała, będą przebaczone grzechy ludzkie. Modlitwy, które będziecie tu zanosić do Boga, zostaną wysłuchane. Idź w góry i poświęć tę grotę dla kultu chrześcijańskiego”. Duchowny zorganizował 8 maja 493 roku procesję liturgiczną na górę Gargano. Obecni tam mieszkańcy usłyszeli przepiękne głosy aniołów, które dobiegały z groty. Powiadomił o tym fakcie papieża Gelazego I, który uznał objawienie za prawdziwe. Drugi raz archanioł Michał objawił się w 493 roku. Biskup wraz z wiernymi udali się na miejsce poświęcenia groty. Wewnątrz zobaczyli kamienny ołtarz z krzyżem, a obok w skale, odbita została stopa – znak obecności archanioła Michała. Do kolejnych objawień doszło podczas epidemii dżumy, w 1656 roku. Biskup Alfonso Puccinelli modlił się w grocie za wstawiennictwem św. Michała i prosił o wsparcie. Archanioł poprosił go, aby ten poświęcił kamyki znajdujące się grocie. Każdy chory, który ich dotknął został uzdrowiony.
Na pamiątkę tego wydarzenia w Gargano co roku odbywają się uroczyste procesje przyciągające rzesze wiernych.
Święty Michał wielokrotnie objawiał się także w Polsce. W XIII wieku ukazał się księciu krakowskiemu Leszkowi Czarnemu i obiecał zwycięstwo nad Jaćwingami. O interwencji archanioła pisze też Jan Długosz. Pomocy św.. Michała wzywał także pod Kircholmem Karol Chodkiewicz. Prosił o pomoc w obliczu nacierających na ojczyznę wojsk szwedzkich. Archanioł Michał jest patronem Kościoła świętego, wielu państw i miast, złotników, radiologów, policjantów oraz żołnierzy.
Misja i objawienie archanioła Gabriela
W języku hebrajskim imię archanioła Gabriela – Geber’el (hebr. גַּבְרִיאֵל) składa się z dwóch wyrazów: „geber”, co oznacza „silny” oraz „el” – „Pan Bóg”. Znaczenie jego imienia to „wojownik Boży”, „moc Boża”. To archanioł Gabriel przybył do Maryi z dobrą nowiną i zwiastował Jej narodzenie Jezusa. Powiadomił też o tym fakcie św.. Józefa. Udał się również do Zachariasza z informacją, że mężczyzna zostanie ojcem Jana Chrzciciela. Gabriel jest jednym z trzech aniołów pojawiających się w Starym Testamencie. Kościół katolicki uznaje archanioła Gabriela za patrona radia, telewizji, telefonu, ale również dyplomatów, filatelistów, posłańców, doręczycieli, urzędników pocztowych.
Rafał – archanioł w ludzkiej postaci
Imię archanioła Rafała pochodzi z hebrajskiego – Rapha’el (hebr. רפאל) znaczy „Bóg uzdrawia”, „Bóg uleczył”. Wspomina o nim tylko jedna księga w Piśmie Świętym – Księga Tobiasza, napisana na przełomie IV/III wieku przed Chrystusem. Rafał przedstawia się Tobiaszowi jako jeden z siedmiu aniołów posłanych przez Boga, aby wskazać mu drogę. W drodze, archanioł, okazał się nie tylko towarzyszem, ale także przyjacielem, mentorem, przewodnikiem oraz wsparciem w pokonywaniu trudności. To właśnie on pouczył Tobiasza, jak ma postępować i radzić sobie z niebezpieczeństwami. Archanioł Rafał czczony jest nie tylko w tradycji chrześcijańskiej, ale również w judaizmie. Jest patronem podróżnych, młodych ludzi, dzieci, pielgrzymów, aptekarzy oraz skutecznym orędownikiem w modlitwach o uzdrowienie.
Family News Service/Tygodnik Niedziela
***
John Henry Newman. Aniołowie i siły natury
(oprac. PCh24.pl)
Jako swych posłów używasz wichry, jako sługi – ogień i płomienie (Ps 104, 4)
***
Omawiając dzisiejsze święto warto skierować nasze myśli ku błogosławionym sługom Bożym, którzy nigdy nie zaznali grzechu; którzy są wśród nas, choć niewidzialni, zawsze radośnie służąc Bogu zarówno na ziemi, jak i w niebie; którzy dzięki łaskawej woli swojego Stwórcy służą odkupionym w Chrystusie, dziedzicom zbawienia.
Grzech naszej epoki
Były takie momenty w dziejach świata, gdy niektórzy ludzie przywiązywali zbyt dużą wagę do aniołów i oddawali im nadmierną cześć, do tego stopnia, że zapominali o najwyższym kulcie należnym Wszechmogącemu Bogu. Jest to grzech mrocznej epoki. Ale grzechem epoki zwanej oświeconej, a tak zwane są również nasze czasy, jest coś zupełnie przeciwnego: lekceważenie aniołów lub całkowite ich ignorowanie; przypisywanie wszystkiego, co widzimy wokół siebie nie ich działaniu, ale pewnym domniemanym prawom natury. To, jak twierdzę, jest naszym grzechem, proporcjonalnym do stopnia, w jakim jesteśmy wtajemniczeni w nauczanie tego świata; i to jest niebezpieczeństwo wielu (tak zwanych) poszukiwań naukowych, obecnie modnych i gorliwie polecanych uwadze znacznej części społeczności, dotychczas im obcej — chemii, geologii i tym podobnych. To niebezpieczeństwo polegające na tym, że polegamy na rzeczach widzialnych, zapominając o rzeczach niewidzialnych i naszej niewiedzy na ich temat.
Spróbuję wyjaśnić dokładniej, co mam na myśli. Pismo Święte, zacytowane na początku, informuje nas, że Wszechmogący Bóg tworzy swoje anioły jako duchy lub wiatry, a swoje sługi jako płomienie ognia. Zastanówmy się, co to oznacza.
Jakże wiele pięknych i cudownych obiektów otacza nas ze wszystkich stron! A jak mało o nich wiemy! W niektórych dopatrujemy się oznak inteligencji i potrafimy wyobrazić sobie, czym one są. Na przykład, wciąż niewiele wiemy o zwierzętach, ale zauważamy, że mają zmysły – rozumiemy, że ich, uchwytna dla nas, fizyczna postać, stanowi jedynie zewnętrzny znak czegoś, czego nie dostrzegamy. W przypadku ludzi jest to jeszcze bardziej przejrzyste: patrzymy, jak się poruszają, mówią i działają, i wiemy, że wszystko, co widzimy, dzieje się w wyniku ich woli, ponieważ mają w sobie ducha, choć nie możemy go bezpośrednio obserwować.
Ale dlaczego rzeki płyną? Dlaczego pada deszcz? Dlaczego słońce nas ogrzewa? A wiatr, dlaczego wieje? Tutaj zawodzi nasz naturalny rozum; wiemy, że to duch w człowieku i zwierzęciu sprawia, że człowiek i zwierzę się poruszają, ale rozum nie mówi nam o żadnym duchu mieszkającym w tym, co powszechnie nazywamy światem naturalnym. Duchu, który sprawia, że spełnia on swoje codzienne obowiązki. Oczywiście to wola Boga podtrzymuje wszystko; tak samo wola Boga umożliwia nam poruszanie się, ale to nie przeszkadza, a w pewnym sensie można powiedzieć, że poruszamy się sami. Ale dlaczego poruszają się wiatr i woda, ziemia i ogień?
To Bóg powiedział nam, do czego potrzebuje aniołów
Tutaj wkracza Pismo Święte i wydaje się nam mówić, że cała ta cudowna harmonia jest dziełem aniołów. Zjawiska, które przypisujemy przypadkowi – jak pogoda lub naturze – jak pory roku, to obowiązki wypełniane wobec Boga. Sprawia On, że Jego aniołowie są wiatrami, a Jego słudzy – płomieniem ognia.
I tak na przykład, to przecież anioł nadał wodzie w ewangelicznej Sadzawce Owczej zwanej Betesda właściwości lecznicze. Nie ma powodu, abyśmy wątpili, że inne źródła lecznicze w tym oraz innych krajach nie posiadają takich właściwości dzięki podobnej, niewidzialnej służbie. A pożary na górze Synaj? Grzmoty i błyskawice były dziełem aniołów, a w Apokalipsie czytamy o aniołach powstrzymujących cztery wiatry! Przypisuje się im również dzieła zemsty – ognista lawa wulkanów, która (jak się wydaje) była przyczyną zniszczenia Sodomy i Gomory, została wywołana przez dwóch aniołów, którzy uratowali Lota. Wojska Sennacheryba zostały zniszczone przez anioła, prawdopodobnie za pomocą duszącego wiatru. Zaraza w Izraelu, gdy Dawid przeprowadzał spis ludności, była dziełem anioła. Trzęsienie ziemi w dniu Zmartwychwstania było dziełem anioła. W Apokalipsie ziemia jest na różne sposoby doświadczana karami przez aniołów zemsty.
A zatem, wedle przekazu Pisma Świętego dowiadujemy się, że bieg natury – tak cudowny, tak piękny i jednocześnie budzący taki respekt – jest wynikiem działania tych właśnie niewidzialnych istot. Natura nie jest nieożywiona; jej codzienna praca jest inteligentna; jej dzieła wynikają z obowiązków. W związku z tym Psalmista mówi: Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego obwieszcza nieboskłon (Ps 19,2) oraz Na wieki, o Panie, trwa Twoje słowo, niewzruszone jak niebiosa. Wierność Twoja z pokolenia na pokolenie; umocniłeś ziemię i trwa. Trwa ona do dziś według Twoich wyroków, bo wszystkie rzeczy Tobie służą (Ps 119, 89 – 91).
Natura powiewem anielskiej szaty
Nie twierdzę, że Pismo Święte wyjaśnia nam, czym jest materia. Potwierdzam jednak, że tak jak nasze dusze poruszają nasze ciała – niezależnie od tego, czym one są – tak istnieją Duchowe Istoty Rozumne, wprawiające w ruch te cudowne i rozległe części świata przyrody, które wydają się być nieożywione. I tak jak gesty, mowa i wyraziste miny przyjaciół wokół nas umożliwiają nam kontakt z nimi, tak w ruchach wszechświata, w przemianie dnia i nocy, lata i zimy, wiatru i burzy, wypełniających Jego słowo, przypomina nam się o błogosławionych i posłusznych aniołach.
Tak więc, w dniu dzisiejszym, podczas święta, śpiewajmy hymn o trzech młodzieńcach, których Nabuchodonozor wrzucił do ognistego pieca. Wynika zeń, że aniołom nakazano zmianę natury płomienia i uczynienie go nieszkodliwym dla młodzieńców; ci zaś wezwali wszystkie stworzenia Boże, a zwłaszcza aniołów, aby wielbili Boga. Chociaż od tamtego czasu minęło wiele setek lat, a świat teraz na próżno sądzi, że wie więcej niż wtedy oraz że znalazł prawdziwe przyczyny niemal wszystkich rzeczy widzialnych, nadal możemy wołać z wdzięcznością i prostotą serca: Błogosławcie Pana, wszystkie dzieła Pańskie, chwalcie i wywyższajcie Go na wieki! Błogosławcie Pana, aniołowie Pańscy, błogosławcie Pana, niebiosa! Błogosławcie Pana, wody nad niebiosami, błogosławcie Pana, wszystkie moce Pańskie! Błogosławcie Pana, słońce i księżycu, błogosławcie Pana, gwiazdy nieba! Błogosławcie Pana, wszelki deszczu i rosie, błogosławcie Pana, wszystkie wiatry (Dn 3,57 – 61).
Ilekroć zatem wyglądamy poza własne granie, przypomina nam się o tych najłaskawszych i najświętszych Istotach, sługach Najświętszego, którzy raczą służyć dziedzicom zbawienia. Każdy powiew powietrza, każdy promień światła i ciepła, każdy piękny widok jest jakby powiewem szat tych, których twarze widzą Boga w Niebie. I pytam teraz każdego z was, czy odnoszenie ruchów świata przyrody do aniołów nie jest równie filozoficzne i pełne intelektualnej przyjemności, jak próba wyjaśnienia wszystkiego za pomocą teorii naukowych? Teorie te, z pewnością użyteczne do określonych celów, mogą (przy podporządkowaniu się tej wyższej perspektywie) znaleźć również zastosowanie religijne.
Pycha człowieka współczesnego
I tak dochodzę do kolejnego zastosowania rozważanej doktryny. Podnosi ona nas na duchu i daje do myślenia, ale jest również pożyteczna jako doktryna pokory, co już wykazałem. Oto człowiek próżny bowiem chciałby być mądry – bada więc z ciekawością dzieła natury w taki sposób, jakby były one martwe i pozbawione sensu. Jakby tylko on sam posiadał inteligencję, a owe dzieła były tylko bezwartościową, nieożywioną materią, choć może nawet początkowo niezwykle pomysłowo skonstruowaną. Potem, człowiek ów, śledząc porządek rzeczy, poszukując w nim przyczyn, nadając nazwy napotkanym cudom, dochodzi do wniosku, że rozumie to, czemu nadał nazwę. W końcu zaś tworzy teorię, przedstawia ją na piśmie i nazywa siebie uczonym. Wszystkie te teorie naukowe, jak powiadam, są przydatne, ponieważ klasyfikują i pomagają nam przypomnieć sobie dzieła i ścieżki Boga oraz Jego aniołów. Ponadto są one niezwykle przydatne, umożliwiając nam zastosowanie Jego opatrzności i nakazów Jego woli dla dobra człowieka. W ten sposób możemy cieszyć się Bożymi darami. Dziękujmy Mu za wiedzę, która nam to umożliwia, i czcijmy tych, którzy są Jego narzędziami w przekazywaniu jej.
Bywa jednak, iż ktoś zaczyna wyobrażać sobie, że ponieważ wie coś o wspaniałym porządku tego świata, to wie również, jak naprawdę przebiegają wszystkie sprawy. Traktuje cuda natury niczym zwykłe procesy mechaniczne, które same z siebie trwają; które są uruchamiane i działają same przez siebie tak jak dzieła ludzkiego umysłu (na przykład zegar). Można takiego człowieka nazwać lekceważącym w swoim postępowaniu wobec natury, gdy sądzi, że ona (jeśli mogę tak powiedzieć) go nie słyszy. Że ona nie widzi, jak on się wobec niej zachowuje. Taki człowiek uważa, że porządek natury, który częściowo udało mu się dostrzec, zastąpi Boga, stwórcę natury. Uważa, iż wszystkie rzeczy trwają i działają nie dzięki Bożej woli i mocy oraz działaniu tysięcy i dziesiątek tysięcy Jego niewidzialnych sług, ale dzięki ustalonych prawom, samoczynnym i samopodtrzymującym się. Jakimż biednym, słabym robakiem i nędznym grzesznikiem staje się taki człowiek!
Obawiam się jednak, że taka jest obecnie sytuacja wielu ludzi, którzy głośno mówią i wydają się sobie oraz innym wyroczniami nauki, gdyż – w sferze faktów – rzeczywiście wiedzą znacznie więcej o działaniu natury niż ktokolwiek z nas.
Gdyby uczony spotkał anioła
A jak to wygląda w rzeczywistości? Załóżmy, że badacz, którego opisałem, badając kwiat, zioło, kamyk lub promień światła, które traktuje jako coś tak podrzędnego w skali istnienia, nagle odkrył, iż znajduje się w obecności jakiejś potężnej istoty. Istoty ukrytej za badanymi przezeń, widzialnymi rzeczami. Istoty, która choć ukrywa swoją mądrą rękę, nadaje tym rzeczom piękno, wdzięk i doskonałość, czyniąc je narzędziem Boga do konkretnego celu.
Jakie wówczas byłyby myśli takiego uczonego człowieka? Czyż nie jest tak, że gdy przypadkowo okazujemy niegrzeczność wobec bliźniego, nadepniemy na rąbek jego szaty lub przypadkowo go popchniemy, jesteśmy zawstydzeni nie tyle tym, że go skrzywdziliśmy, ile obawą, że okazaliśmy mu brak szacunku?
Dawid obserwował straszliwą zarazę przez trzy dni, bez wątpienia nie z ciekawością, ale z nieopisaną grozą i wyrzutami sumienia. Ale kiedy w końcu podniósł oczy, ujrzał Anioła Pańskiego [który spowodował zarazę] stojącego między ziemią a niebem, z mieczem wyciągniętym w ręku, wyciągniętym nad Jerozolimą. Wtedy Dawid i starsi, odziani w wory, upadli na twarze (1 Krn 21, 16). Zwróćmy uwagę – oto tajemnicza plaga stała się jeszcze bardziej przerażająca, gdy poznano jej przyczynę!
Ale to, co jest prawdą w odniesieniu do tego, co w działaniu natury straszne, stanowi również prawdę wobec tego, co przyjemne i atrakcyjne. Kiedy więc spacerujemy na świeżym powietrzu i medytujemy o zmierzchu, jakże wiele zaskakujących i przytłaczających wrażeń dostarczają nam wszystkie zioła i kwiaty! Nawet gdybyśmy wiedzieli o nich tyle, co najmądrzejsi z ludzi, to jednak wokół nas są tacy – choć niewidzialni – dla których największa ludzka wiedza jest po prostu zupełną ignorancją. A kiedy rozmawiamy na tematy związane z naturą w sposób naukowy, powtarzając nazwy roślin i gleb oraz opisując ich właściwości, powinniśmy robić to z szacunkiem, jakbyśmy rozmawiali wielkich sługach Boga. Nawet z pewnego rodzaju nieśmiałością, którą zawsze odczuwamy, gdy przemawiamy przed uczonymi i mądrymi przedstawicielami naszego śmiertelnego gatunku, jako biedni nowicjusze w dziedzinie wiedzy intelektualnej czy uczynków moralnych.
To nie fantazja, to fakt religijny
Oczywiście mogę sobie wyobrazić osoby mówiące, iż wszystko to jest fantazją. Ale jeśli tak się komuś wydaje, to tylko dlatego, że wciąż nie przywykliśmy do myślenia w ten sposób. A przecież Pismo Święte nie mówi nam o aniołach przez przypadek, ale w celach zupełnie praktycznych. A nie potrafię wyobrazić sobie bardziej praktycznego zastosowania naszej wiedzy niż połączenie widoku tego świata z myślą o przyszłym życiu. Nie wyobrażam sobie bardziej praktycznego zastosowania wiedzy niż to, gdyż przecież ogromną pociechę stanowi świadomość, że gdziekolwiek się udamy, otaczają nas istoty, które służą wszystkim nam, wszystkim dziedzicom zbawienia.
Nawet jeśli ich nie widzimy.
Owszem, doktryna o aniołach była kiedyś – jako się rzekło – przyjmowana nawet zbyt chętnie. A jeśli ktoś chciałby przypominać, że to niebezpieczne, niech przypomni sobie wielką zasadę naszego Kościoła, wedle której „nadużycie nie znosi właściwego użycia”. I niech wyjaśni, jeśli potrafi, dlaczego święty Paweł „zaklina” Tymoteusza wobec Boga i Chrystusa Jezusa i wybranych aniołów (1 Tm 5, 21)? Dlaczego w Liturgii nasz Kościół uczy nas, abyśmy łączyli nasze uwielbienie z uwielbieniem „aniołów i archaniołów” a pierwsi chrześcijanie wyrażali nawet nadzieję, że aniołowie uczestniczą w nabożeństwach Kościoła i wraz z nim wielbią Boga?
Odpowiedzi na te pytania mają bezpośredni wpływ na naszą wiarę w Boga i Jego Syna, ponieważ im szerzej możemy patrzeć w kierunku przyszłego świata, tym lepiej. Kiedy patrzymy na Wszechmogącego Boga otoczonego przez Jego świętych aniołów, tysiące duchów służących Mu i dziesiątki tysięcy stojących przed Nim, idea Jego potężnego majestatu jawi się nam w sposób jeszcze bardziej imponujący i poruszający. Zaczynamy dostrzegać, jak mali jesteśmy, jak bardzo jesteśmy nieznaczący i bezwartościowi, a jak wielki i budzący strach jest On. Nawet najniższy z Jego aniołów jest nieskończenie ponad nami w naszym obecnym stanie! Jakże więc wielki musi być Pan aniołów! Nawet serafini wielbiąc go zakrywają twarze przed Jego chwałą, a zatem jak bardzo powinni się wstydzić grzesznicy stając przed Nim!
Jedną z motywacji dla naszych prób wypełnienia woli Bożej jest myśl, że jeśli osiągniemy Niebo, staniemy się towarzyszami błogosławionych aniołów. Cóż bowiem innego wiemy o dworach niebieskich, jeśli nie to, że są one zamieszkane właśnie przez nich? Dlatego też są oni nam objawieni, abyśmy mieli na czym oprzeć nasze myśli gdy patrzymy w Niebo. Niebo jest pałacem Wszechmogącego Boga i z pewnością musimy myśleć przede wszystkim o Nim, o Jego Synu, naszym Zbawicielu, który umarł za nas i który objawia się w Ewangeliach. To jest konkret, na którym możemy się oprzeć marząc o Niebie. I z tego samego powodu są nam objawieni aniołowie – aby Niebo było w naszej wyobraźni miejscem jak najmniej nieznanym.
Myślmy więc o aniołach Bożych i starajmy się myśleć o nich z szacunkiem. Ale uważajmy, aby kontemplacja ich nie stała się dla nas sensem, sentymentalizmem i rodzajem wysublimowania wyobraźni. Ziemski świat ma być bowiem dla nas światem praktyki i pracy – Bóg objawia nam przebłyski Trzeciego Nieba dla naszej pociechy, ale myślenie o nim musi służyć głównemu celowi naszego obecnego istnienia. Jeśli nie będziemy każdego dnia uświęcać się, aby w przyszłości cieszyć się pełnią znajomości Nieba, wszelkie dzisiejsze rozważania staną się jedynie pułapką naszego wroga. Codzienne praktyki religijne, posłuszeństwo Bogu w naszym powołaniu i w zwykłych sprawach, starania o naśladowanie naszego Zbawiciela Chrystusa w słowach i czynach, nieustanna modlitwa do Niego i poleganie na Nim – to są główne przygotowania do przyjęcia Jego objawień i czerpania z nich korzyści.
John Henry Newman, 29 września 1831/tłumaczenie PCh24.pl
***
Sześć faktów o Archaniołach
Michał, Gabriel i Rafael to jedyni Archaniołowie wymienieni z imienia w katalogu świętych. Kościół wspomina ich 29 września.
Pierwotnie jednak data ta upamiętniała w Kościele wyświęcenie bazyliki rzymskiej w 530 r. i wspominała tylko świętego Michała. W przeszłości był nawet okres, w którym dzień ten stanowił dla katolików święto obowiązkowe!
Dlaczego Kościół wyznaczył dzień liturgiczny, by upamiętnić Archaniołów? Kim byli? Czy nadal istnieją? Jaki wpływ mają na nasze życie?
Oto sześć najważniejszych faktów dotyczących Archaniołów:
1. Kim jest „Archanioł”?
Słowo „Archanioł” (grec. archangelos) oznacza „wysokiego rangą anioła” – tak samo jak „arcybiskup” oznacza wysokiego rangą biskupa.
Warto pamiętać, że tylko święty Michał jest wspominany w Piśmie Świętym jako Archanioł: „Gdy zaś archanioł Michał tocząc rozprawę z diabłem spierał się o ciało Mojżesza, nie odważył się rzucić wyroku bluźnierczego, ale powiedział: Pan niech cię skarci! (Jud 1, 9). Niestety nie posiadamy więcej informacji na temat tego sporu. Co ciekawe święty Michał nie odważa się samodzielnie wydać wyroku przeciw szatanowi, oddaje tę powinność Panu Bogu. Są to jedyne słowa jakie wypowiada on w Piśmie Świętym: Pan niech cię skarci!
Powszechne czci się jednak także świętych Gabriela i Rafaela również jako Archaniołów.
Tradycyjnie aniołowie podzieleni są na „dziewięć chórów”. Hierarchia ta opiera się na dziewięciu nazwach szeregów aniołów, które można odnaleźć w Piśmie Świętym.
Święty Grzegorz Wielki wymienił te „chóry” w swojej homilii: „Powiedzieliśmy, iż jest dziewięć chórów anielskich, a mianowicie wiemy z Pisma Świętego, iż są aniołowie, archaniołowie, moce, potęgi, księstwa, panowania, trony, cherubini i serafini” (Grzegorz Wielki, Homilie na Ewangelie, Warszawa 1970: 2, 34, 7).
Chociaż święty Michał posiada władzę nad innymi aniołami sam podlega Panu Jezusowi, który zajmuje od niego o wiele wyższą pozycję. Św. Michał archanioł nie jest równy Jezusowi – Synowi Bożemu, którego wszyscy aniołowie powinni czcić (por. Hbr 1, 5-9).
2. Dlaczego nazywa się ich świętymi skoro są aniołami, a nie ludźmi?
Z greckiego hágios oznacza „święty”. Słowo to nie odnosi się jednak wyłącznie do „świętego człowieka”, ale może określać świętych, którzy nie są ludźmi. Ponieważ święci Michał, Gabriel i Rafael opowiedzieli się po stronie Pana Boga a nie diabła, są świętymi aniołami, czyli nadprzyrodzonymi świętymi, uświęconymi przez religię, otaczanymi czcią i kultem.
Wszyscy aniołowie, którzy stoją u boku Boga są świętymi, ale te trzy imiona są nam znane i dlatego wyodrębniane w liturgii.
3. Jakie zadanie powierzono Archaniołom?
Bardzo różne. Najniższe szeregi aniołów to te, które są nam najbardziej znane, ponieważ to one komunikują się z nami lub z nami współdziałają. Uważa się, że Michał jest tym aniołem, który dostarczył Boże inspiracje św. Janowi w Księdze Objawienia. Święty Michał Archanioł znany jest również z roli jaką odegrał w wypędzeniu zbuntowanego anioła Lucyfera z Nieba. Ponadto uznaje się go za obrońcę Kościoła, chroniącego przed złem.
W Apokalipsie św. Jana to Archanioł Michał wespół ze swoimi aniołami ma stanąć do walki z szatanem: „I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony wielki Smok, Wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan (..)” (Ap 12, 7-9).
Święty Gabriel został po raz pierwszy wymieniony w Księdze Daniela, kiedy to pomaga Danielowi w jego misji na ziemi. Później anioł Gabriel ukazuje się Zachariaszowi i Najświętszej Dziewicy Maryi, przekazując największe i najwspanialsze przesłanie wszechczasów dotyczące wcielenia Syna Bożego i obcowania z człowiekiem.
W Księdze Tobiasza wspomina się z kolei o aniele Rafaelu, który to miał uzdrowić Tobiasza i uwolnić Sarę od demonów. Rafael dokonał obu tych czynów, prowadząc i pouczając Tobiasza w trakcie ich wspólnej drogi.
4. Czy Archaniołowie posiadają skrzydła, ciała i miecze?
Nie wiadomo. W przeciwieństwie do nas, aniołowie są czystymi duchami i nie posiadają niczego materialnego. Czasami wyglądają jak człowiek, ale to tylko ich pozorne oblicze, które mogą przybrać.
Amerykański katolik, pisarz, publicysta i wykładowca uniwersytecki dr Peter Kreeft doskonale wyjaśnia to w swojej książce „Anioły i Demony”: „Z powodu nieposiadania ciał, aniołowie nie zajmują przestrzeni tak jak my i poruszają się po naszym świecie bez zajmowania przestrzeni. Najlepszą analogią obrazującą to jak poruszają się anioły są elektrony i skoki cząsteczek. Anioły poruszają się błyskawicznie z jednego miejsca do drugiego, nie przechodząc przez żadną przestrzeń ani czas pomiędzy nimi”.
Z drugiej strony, nawet jeśli nie posiadają ciał materialnych, anioły mogą oddziaływać na świat materialny i wpływać na niego. Są to czyste duchy (jak Bóg) i mają taką inteligencję i moc umysłową, że mogą poruszać rzeczami materialnymi lub przyjmować postać ciała ludzkiego. Jak dokładnie to wszystko się dzieje pozostaje jednak tajemnicą. Święty Tomasz z Akwinu zagłębia się w tej tematyce w „Sumie teologicznej”.
Warto pamiętać, że skrzydła i miecze to nic innego jak artystyczne przedstawienie ról i działań aniołów w naszym świecie, jako posłańców i opiekunów.
5. Czy Archaniołowie mogą obronić nas przed złem?
Ba! Jeżeli święty Michał wraz z Gospodarzem Niebieskim mogą wypędzić Szatana i jego sługi z Nieba, to aniołowe są z pewnością są w stanie walczyć z demonami dręczącymi świat, a także ochronić nas przed ich wpływem. Jedną z najwspanialszych modlitw do św. Michała jest modlitwa, która przez wiele lat była regularnie wypowiadana na zakończenie Mszy Świętej:
„Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen”.
6. Czy Archaniołowie istnieją we współczesnym świecie?
Tak. I na szczęście aniołowie nie polegają na naszej wierze w ich istnienie. Bóg stworzył ich nieśmiertelne duchy na początku czasu i nie przestaną istnieć przez całą wieczność.
Niekoniecznie musimy ich widzieć, słyszeć, czy odczuwać ich obecność, ale są prawdziwe tak jak ekran, który Drogi Czytelniku masz właśnie przed sobą. Czasami dają nam do zrozumienia, że są blisko. Jednak przez większość czasu są bardzo zajęte chroniąc nas, bez naszej świadomości, przed zagrażającymi nam krzywdami. Warto przez chwilę zastanowić się, co by się działo, gdyby ich tutaj nie było!
Dzieci rozumieją, że aniołowie istnieją i ufają całkowicie, że są obecni i modlą się do nich bez wahania. Być może potrzebujemy jakiejś prostoty serca przypominającej dziecko, aby odnowić naszą wiarę w te istoty niebieskie: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3).
malk/PCh24pl
***
Wspólna modlitwa do Bożego Miłosierdzia
Po raz pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego został wystawiony 90 lat temu w Ostrej Bramie
Pierwsza wersja czczonego na całym świecie obrazu Jezusa Miłosiernego, który namalował Eugeniusz Kazimirowski według wskazówek św. Faustyny, została wystawiona publicznie w Ostrej Bramie 25 kwietnia 1935 roku.
W niedzielę 28 września o godz. 15:00 na ulicach miast i wsi w Polsce i na wielu miejscach całego świata będziemy modlić się Koronką do Bożego Miłosierdzia.
Od kilku lat w rocznicę beatyfikacji bł. księdza Michała Sopoćki, spowiednika św. Faustyny, wierni modlą się w publicznej przestrzeni Koronką do Bożego Miłosierdzia, aby prosić o przemianę swoich rodzin, społeczności i świata.
Modlitwa potrwa 15 minut – dla świata to zaledwie kwadrans, ale dla Pana Boga to jest potężne wołanie grzeszników szukających miłosierdzia i wsparcia.
Papież Leon XIV podczas środowej audiencji 24 września powiedział, że to właśnie w Polsce objawiło się Boże Miłosierdzie: “W waszej Ojczyźnie objawiło się Boże Miłosierdzie. Niech ono nieustannie ożywia waszą wiarę, nadzieję i miłość, płynące ze spotkania z Panem w Misterium Paschalnym, zwłaszcza w sakramentach świętych. Z serca Wam błogosławię“.
Intencje Koronki:
Intencje tegorocznej Koronki na ulicach miast są następująco:
Aby w Panu Bogu pokładać nadzieję stawiając Go na pierwszym miejscu w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.
Za Kościół Boży, aby wiernie konsekwentnie bronił depozytu wiary i moralności.
Za Papieża Leona XIV, kardynałów, biskupów i księży, aby byli kapłanami według Serca Jezusowego.
Za Prezydenta RP Karola Nawrockiego i wszystkich rządzących, aby sprawowanie władzy traktowali jako służbę na rzecz wspólnego dobra nas wszystkich.
O poszanowanie ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnego przejścia w życie wieczne..
O pokój na całym świecie, zwłaszcza w miejscach wojen i niepokoju, a szczególnie za Haiti ogarnięte zamętem i bezprawiem.
Za wszelkich więźniów, a zwłaszcza tych, którzy trwają daleko od Boga, nie widzą sensu nawrócenia, którym brakuje nadziei w Boże Miłosierdzie.
Za prześladowanych chrześcijanin, aby wytrwali w wierze.
Za żołnierzy, aby wiernie służyli Ojczyźnie, stojąc na straży pokoju i bezpieczeństwa
Za nasze kraje, miasta, nasze rodziny i nas samych.
***
FOT. CANVA PRO
***
To wydarzenie obejmuje coraz więcej lokalizacji. Tomasz Talaga, współorganizator akcji, w rozmowie z Radiem Watykańskim – Vatican News poinformował, że obecnie zgłoszonych jest około 300 miejsc i w ostatnich dniach wciąż zgłaszają się kolejne miejscowości. Organizatorzy spodziewają się, że w modlitwie weźmie udział blisko pół tysiąca grup.
Koronka do Bożego Miłosierdzia
Koronka do Miłosierdzia Bożego została podyktowana przez Pana Jezusa s. Faustynie w Wilnie 14 września 1935 roku jako modlitwa na przebłaganie i uproszenie Bożego zmiłowania. Objawiając się św. Faustynie Pan Jezus obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci.
Ci którzy się modlą tą koronką ofiarują Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a jednocząc się z ofiarą Pana Jezusa, odwołują się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.
W tej modlitwie proszą również o „miłosierdzie dla nas i całego świata” i tym samym spełniają uczynek miłosierdzia. Dodając do tego podstawę ufności i wypełniając warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), wierni mogą oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic, które dotyczą szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko te osoby, które modlą się koronkę do Bożego Miłosierdzia, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.
***
Włączmy się do tej bardzo ważnej modlitwy, bo to przecież są słowa samego Pana Jezusa, aby wspólnie wołać o Boże miłosierdzie dla naszych rodzin i dla świata całego.
***
Kościół przypomina o wrześniowych Suchych Dniach.
Prastara praktyka wciąż żywa
(PCh24.pl)
***
Wierni przywiązani do tradycyjnej liturgiirozpoczynają dziś Suche Dni. Są to trzy dni modlitwy i wstrzemięźliwości obchodzone na początku każdej pory roku. Dawniej to właśnie w soboty Suchych Dni udzielano Święceń Kapłańskich.
Suche Dni to trzy dni (środa, piątek i sobota), które Kościół przeznacza w sposób szczególny na modlitwę i praktyki pokutne na początku każdej pory roku. Dziękujemy w nich za dotychczasową pomyślność i prosimy o Boże błogosławieństwo w nadchodzącym kwartale.
Zgodnie z tradycyjną dyscypliną, w Suche Dni należy zachować post zarówno ilościowy (maksymalnie trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta) jak i jakościowy (abstynencja od pokarmów mięsnych) oraz poświęcić więcej czasu na modlitwę. Zasady z 1962 roku zezwalają jednak na jeden posiłek mięsny w środę i sobotę Suchych Dni.
Jakkolwiek obowiązek postu ścisłego i abstynencji został zniesiony w 1966 r., wierni są nadal zachęcani do zachowania tej pięknej praktyki. Niestety reforma liturgiczna z 1969 r. pozostawiła decyzję o obchodzeniu Suchych Dni konferencjom episkopatu poszczególnych krajów, z których niewiele zachowało ten zwyczaj.
Post i modlitwa mają nam pomóc uśmierzać nasze pożądliwości i zwracać się ku Bogu. Sama Ewangelia zawiera zachętę do takich praktyk. Apostołowie zapytali bowiem Jezusa czemu nie mogli wyrzucić konkretnego rodzaju złego ducha. Chrystus im wtedy odpowiedział: „Ten rodzajżadnym sposobem wyjść nie może, jak tylko przez modlitwę i post” (Mk 9,28, Ewangelia na Środę Suchych Dni Wrześniowych).
Choć nie ma pewności, kiedy dokładnie zaczęto obchodzić Suche Dni, wiadomo, że mają one prastary rodowód. W Rzymie zachowywano je już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, a święty papież Leon Wielki (V w.) głosił w swoich kazaniach, że były one ustanowione jeszcze przez samych Apostołów. Liber Pontificalis natomiast przypisuje zapoczątkowanie Suchych Dni papieżowi św. Kalikstowi (218-225). Najprawdopodobniej jednak zostały one ustanowione przez papieża Syrycjusza (384-399).
Suche Dni były chrześcijańską odpowiedzią na pogańskie celebracje obchodzone w tym czasie w Rzymie. Poganie bowiem trzy razy do roku świętowali dni modlitwy i ofiar zanoszonych do bożków, dziękując za właśnie zakończoną porę roku i prosząc o pomyślność w nadchodzącej. Pierwsze takie uroczystości miały miejsce przed przesileniem zimowym, kiedy Rzymianie prosili o pomyślny zasiew. W pozostałych celebracjach – czerwcowych i wrześniowych – błagali swoich bożków o błogosławieństwo dla zbiorów – odpowiednio: zbóż i wina.
Gdy chrześcijaństwo stało się oficjalną religią Imperium Rzymskiego, Kościół wziął to, co było dobre w pogańskim pierwowzorze Suchych Dni – modlitwę i umartwienie – i uświęcił je kierując je ku prawdziwemu Bogu. Potem dodano również czwarte Suche Dni – wielkopostne – aby w ten sposób rozpoczynać już każdą porę roku i aby nawiązać do czterech okresów pokutnych wspomnianych w Księdze Zachariasza (Zach 8,19). W podobnym czasie ustalono, aby były to trzy dni pokuty: środa, piątek i sobota, w które historycznie poza niedzielą najwcześniej sprawowano Ofiarę Mszy św. Celebracja Suchych Dni kończyła się nocnym czuwaniem z soboty na niedzielę i Mszą św. o świcie.
Z czasów papieża Gelazjusza I pochodzi zwyczaj udzielania święceń kapłańskich – nie tylko stopnia Prezbiteratu, ale i wszystkich poprzedzających – w sobotę Suchych Dni. Tradycyjnie było siedem stopni święceń, stąd też siedem czytań mszalnych w ten dzień. Już Dzieje Apostolskie nakazują, aby święcenia było poprzedzone postem i modlitwą (Dz 13,3), zatem nie tylko sami kandydaci, ale i cały Kościół ofiarował modlitwę i post Suchych Dni w intencji nowych kapłanów.
Według mszału z 1962 r., Suche Dni są obchodzone w trzecim tygodniu Adwentu, w pierwszym tygodniu Wielkiego Postu, w oktawie Zesłania Ducha św. oraz w trzecim tygodniu września.
PCh24.pl
***
129 lat temu zmarła polska mistyczka, którą papież stawiał za wzór
Dokładnie 129 lat temu we wsi Parzno w województwie łódzkim, 25 września 1896, przeszła do wieczności jedna z najsłynniejszych polskich świeckich mistyczek Wanda Malczewska. Jan Paweł II stawiał Malczewską jako wzór świeckiego apostoła.
Urodzonej w Radomiu w 1822 roku Wandzie Malczewskiej Chrystus wielokrotnie w sposób mistyczny udzielał mistycznych wizji i pouczeń.
W roku 1872, w setną rocznicę I rozbioru Polski, 50-letnia wówczas Malczewska usłyszała od Matki Bożej również słowa dotyczące utraty przez nasz kraj niepodległości.
„Tak, Polska kiedyś wyróżniała się nabożeństwem do Mnie – toteż serdecznie ją kocham. Pod Moją opieką wzrastała, nieprzyjaciół nawet silniejszych, zwyciężała. Jej oręż pod Moim berłem, gdy szła do boju, wsławił się wobec całego chrześcijaństwa.
Dostaliście się do niewoli wskutek niezgody wewnętrznej i sprzedajności wielu waszych rodaków. Rozebrali was na kawałki, ale Pan Bóg na Moją prośbę tego rozbioru nie zatwierdził. Zbliża się czas, gdy Sprawiedliwość Boska upokorzy chciwość waszych zaborców, tępicieli wiary katolickiej i nabożeństwa do Serca Mojego Syna. Oni upadną, a Polska, na Moją prośbę, będzie wskrzeszona. Ale niech strzeże wiary i nie dopuszcza niedowiarstwa, zdrady, niezgody, lenistwa, bo te wady mogą ją na powrót zgubić i to na zawsze. Pragnę widzieć Polskę szczęśliwą, ale niech Polacy do tego rękę przykładają… Modlę się za Polskę, za jej nabożeństwo do Mnie.
Ojczyzna Twoja i Kościół w Twojej Ojczyźnie przez krwawą pracę i jedność bratnią dojdą do upragnionej wolności. Niech tylko naród tej wolności nie obróci w swawolę, bo jeśli pozbędzie się wiary, straci przywróconą Ojczyznę” – miała powiedzieć mistyczce Matka Boża.
Fronda.pl/ren/Wanda Malczewska. Wizje, przepowiednie, upomnienia”; oprac. ks. A. Majewski, Wrocław 2003
***
Różaniec w intencji pokoju przez cały październik. Papież wzywa do modlitwy
Ze szczególnym apelem modlitwy w intencji pokoju, papież Leon XIV zwrócił się podczas środowej audiencji do wiernych na placu św. Piotra.
FOT. VATICAN MEDIA/CANVA PRO
***
Na zakończenie środowej audiencji ogólnej Ojciec Święty przypomniał, że październik jest zwłaszcza poświęcony modlitwie różańcowej. Dlatego zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie – powiedział papież.
Zapowiedział, że w październiku codziennie o 19.00 w bazylice watykańskiej będzie odmawiany różaniec. Dodał również, że 11 października na Placu św. Piotra odbędzie się szczególne czuwanie modlitewne w 63. rocznicę inauguracji Soboru Watykańskiego II.
***
Ludzkość błaga o pokój – mówi Leon XIV.
W październiku będziemy błagać Boga o pokój razem z Królową Pokoju.
Ta, która usłyszała w Nazarecie od Archanioła: Shalom, została Królową Pokoju. W Fatimie, na Bałkanach czy w Rwandzie interweniowała, wołając o pokój, ale okazało się, że nie tylko Polacy mądrzy są po szkodzie.
Wzgórze Podbrdo. „Mir”, czyli…„pokój”, to słowo, które najczęściej usłyszymy w Medjugorju.
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
O wezwaniu Fatimy pisałem wielokrotnie, ale dopiero dziś zwróciłem uwagę na pewien „detal”. Było wokół tyle miejsc, ale Maryja objawiła się akurat w miejscu, które nosi nazwę Cova da Iria, czyli Dolina Pokoju. I to kilka dni po tym, jak papież Benedykt XV w liście do sekretarza stanu kard. Pietra Gasparriego wyraził pragnienie, by do Litanii Loretańskiej na stałe została dodana inwokacja: Regina pacis, ora pro nobis (Królowo pokoju, módl się za nami).
Budziły się demony
Nieustannie wracam do książek poświęconych wojnie na Bałkanach, by zrozumieć pęknięcia, wielowarstwowość i genezę krwawego konfliktu, który przez lata rozgrywał się nad Drawą, Sawą i Neretwą. Gdy 28 czerwca 1989 roku, w 600. rocznicę bitwy na Kosowym Polu, Slobodan Milošević wygłosił przemówienie, wielu obywateli Jugosławii, zwłaszcza Albańczyków i Chorwatów, uznało to za złowieszczy rodzaj „straszaka”. „Dzisiaj, sześć wieków później, znowu jesteśmy w bitwach i przed bitwami. One nie są zbrojne, chociaż i takie nie są jeszcze wykluczone” – wołał.
To było jak zapalenie zapałki na stacji benzynowej. Od lat relacje między Serbami, Chorwatami i Bośniakami były napięte do granic możliwości, a w krwiobiegu medialnym do głosu dochodziły szeptane dotąd słowa: „ustasze”, „czetnicy”, „Jasenovac”. Budziły się uśpione demony, którym reżim Tity zamknął na kilkadziesiąt lat pyski. A jeszcze niedawno media sprzedawały obraz yugo-sielanki, a „kolo” wspólnie tańczyli mieszkańcy kraju od Macedonii po słoweńskie Alpy. Świat jeździł nad Jadransko more, witany radosnym: Dobrodošli!
25 czerwca 1991 roku Słowenia ogłosiła deklarację niepodległości od Jugosławii, co oznaczało faktyczną secesję z federacji. Tego samego dnia niepodległość ogłosiła Chorwacja. Belgrad uznał obie deklaracje za nielegalne i brutalnie zainterweniował. Rozpoczęło się piekło.
Daruj nam mir
I gdzie był Bóg? – powraca jak bumerang stawiane w takich sytuacjach pytanie. No, gdzie?
Dziesięć lat wcześniej (25 czerwca 1981 r.) w nikomu nieznanym skalistym Medjugorju kilkorgu dzieciom objawiła się Gospa (po chorwacku Pani), która przedstawiła się jako Kraljica Mira (Królowa Pokoju). Mówiła, że pokój jest zagrożony, i wzywała do gorącej modlitwy (wiążące będzie dla mnie zdanie Watykanu, ale ostateczna ocena objawień kończących się zdaniem: „Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie” będzie możliwa dopiero, gdy ustaną). Po dekadzie świat osłupiał, czytając o Bośni, Srebrenicy, oblężeniu Sarajewa i tysiącach gwałtów. Do Medjugorja przylgnęło powtarzane odtąd przez miliony pielgrzymów zawołanie: Mir, mir, mir! Jeśli autorzy biblijni powtarzają dwukrotnie jakieś słowo („Amen, amen” czy „Zaprawdę, zaprawdę”), robią to po to, by nadać mu jeszcze większy ciężar gatunkowy. Jak zatem uznać potrójne wołanie: „Pokój, pokój, pokój!”, które słyszeli wizjonerzy? Mieszkańcy hercegowińskiej wioski, nucący kanon: Daruj nam mir, wiedzą doskonale, o czym śpiewają.
Wszystko płonęło
Gdy w 1982 roku rwandyjskie nastolatki z Kibeho powtarzały przesłanie Maryi: „Przyszłam przygotować drogę mojemu Synowi, ale wy tego nie chcecie zrozumieć. Czas, który wam pozostał, jest już krótki”, ludzie kwitowali to wzruszeniem ramion. „Wszystko płonęło. Widziałam głębokie ciemne doły, głowy rozrąbane na pół” – opowiadała Alphonsine, jedna z widzących. Po 12 latach, wieczorem 6 kwietnia 1994 r., „nieznani sprawcy” zestrzelili samolot prezydenta Rwandy Juvénala Habyarimany. Wtedy Hutu sięgnęli po maczety. „Kraj tysiąca wzgórz” spłynął krwią. Ludzie przypomnieli sobie profetyczne obrazy sprzed lat.
Bóg interweniuje zawczasu, wysyłając posłańca z przesłaniem pokoju. Czasem Matkę Jezusa, a czasem… papieża z Wadowic. W mediach pojawiły się zarzuty, że Jan Paweł II pozostał bierny wobec ludobójstwa, jakie dotknęło Rwandę. Naprawdę? Dziś można napisać wszystko. Jedynie w latach 1994–1995 do tragedii, jaka wstrząsnęła tym afrykańskim krajem, odniósł się w 40 różnych tekstach! Według Human Right Watch był pierwszą głową państwa, która publicznie nazwała ten konflikt ludobójstwem: „Przez pierwsze tygodnie zabójstw międzynarodowi przywódcy odmawiali mówienia o ludobójstwie, widocznie obawiając się prawnych i moralnych zobowiązań, które wyniknęłyby z uznania zbrodni. 27 kwietnia 1994 roku, potępiając przemoc, papież użył tego słowa: »Zapraszam was, pełen przygnębienia, do pełnej cierpienia i gorliwej modlitwy za Rwandę. Tragedia tego narodu wydaje się nie mieć końca: okrucieństwa, zemsty, zabójstwa, przelana krew niewinnych, wszędzie zgroza i śmierć. Zapraszam tych, którzy są odpowiedzialni, do wspaniałomyślnego i skutecznego działania, żeby zatrzymać to ludobójstwo. Czas się pojednać!«”. Gdy pod koniec roku magazyn „Time” przyznał mu tytuł Człowieka Roku, wymienił również jego gorące apele o pokój w Bośni czy Rwandzie.
Prorok pokoju
Papież odwiedził ten kraj cztery lata przed rzezią. 5 września 1990 roku w Burundi – państwie również nękanym sporem między Hutu i Tutsi – zwracając się do elit, wołał: „Wasze obowiązki chrześcijańskie ściśle włączyliście w obraz przemian, jakich dokonuje naród Burundi, aby skonsolidować własną jedność. I mówiliście o konieczności przeprowadzenia rachunku sumienia. To prawda, że te problemy stanęły przed wami jako skutek przeszłości pełnej konfliktów i cierpień. Wy ich nie unikacie. Wydaje mi się, że one stawiają przed wami dwa podstawowe wyzwania. Z jednej strony elity narodu powinny jako pierwsze w zdecydowany sposób wejść na ścieżkę przebaczenia i pojednania. Pamiętacie, co Jezus odpowiedział Piotrowi, gdy ten pytał Go, ile razy trzeba przebaczać: »Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy« – innymi słowy, bez żadnych ograniczeń. Nie chodzi o to, by usuwać wszystkie wspomnienia, ale by móc budować jedność, pozwolić zwyciężyć braterskiej miłości nad dawnymi elementami niezgody i rywalizacji. Drugie wyzwanie dla chrześcijan to zachowywanie należytego szacunku dla godności każdej istoty ludzkiej. Prawnicy, którzy są pośród was, dobrze wiedzą, że dla państwa prawa jest to podstawowa zasada, od której nie można odejść. Nie chodzi o to, by w sztuczny sposób negować odmienność członków populacji, by negować różnice pomiędzy grupami i jednostkami, pomiędzy talentami i kompetencjami; należy raczej dążyć do prawdy jeszcze bardziej fundamentalnej: każda istota ludzka została stworzona przez Boga, który, wierny swej miłości, oddał swego Syna na zbawienie wielu”.
Rasizm to ślepa uliczka
W Rwandzie papież Polak przypomniał: „Błogosławieństwa to drogi, które prowadzą do szczęścia. Jest wśród nich jedna, na którą chciałbym zwrócić uwagę, ponieważ wydaje mi się, że mieszkańcy Rwandy potrzebują dziś ją usłyszeć. Oto ona: »Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój«. Jezus chce powiedzieć w ten sposób, że jedna z dróg do szczęścia to praca na rzecz zjednoczenia ludzi i budowania pokoju pomiędzy nimi. Zadaliście pytanie: »Ojcze Święty, czy wiesz, że rasizm i regionalizm srożą się w Rwandzie, a nawet wewnątrz Kościoła? Jakie zadanie wyznaczysz swojemu Kościołowi, żeby się nawrócił i potępił niesprawiedliwości?«. By odpowiedzieć na to pytanie, należy oprzeć się na podstawowych elementach naszej wiary – wszystkie istoty ludzkie to dzieci Ojca, stworzone na Jego podobieństwo. Ojcostwo Boga ma charakter uniwersalny, więc i braterstwo pomiędzy ludźmi jest tak samo uniwersalne. Noszenie w sobie odczuć rasistowskich jest niezgodne z przesłaniem Chrystusa, ponieważ bliźni, którego Jezus nakazuje nam kochać, to nie tylko człowiek z mojej grupy społecznej, z mojego regionu czy z mojego kraju: bliźni to każdy człowiek, którego spotykam na mojej drodze. Wraz z moimi braćmi biskupami Rwandy mówię wam: »Żyjcie w miłości, szanujcie się wzajemnie, niech nikt nie pogardza swoim bratem, uważając się za lepszego bądź ważniejszego – wprost przeciwnie, akceptujmy się nawzajem, dziękując Panu, który stworzył nas różnymi«”.
„Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”. Październik to dobry czas, by trzymając w dłoni różaniec, gorąco o niego wołać. „Ludzkość błaga o pokój!” – podkreślił niedawno Leon XIV, dodając: „Nie ma konfliktów »dalekich«, gdy w grę wchodzi godność ludzka. Żadne zbrojne zwycięstwo nie zrekompensuje bólu matek, przerażenia dzieci i skradzionej przyszłości”.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Uciekajmy się do Matki. Nie wypuszczajmy różańca z ręki
(pixabay.com)
***
Dzieci wiedzą, że najskuteczniej jest prosić mamę o upragnioną rzecz razem i w odpowiednim czasie. Tą sprawdzoną strategią kierują się też organizatorzy dużych inicjatyw modlitewnych, które w maryjnym październiku gromadzą rzesze wiernych na modlitwie różańcowej i to nie tylko w kościołach.
Różaniec na granicach
Jedna z największych, różańcowych inicjatyw modlitewnych ostatnich lat wyszła z Polski. Otóż w roku 2017 dwaj twórcy filmów katolickich – Maciej Bodasiński i Krzysztof Dokowicz we współpracy z Konferencją Episkopatu Polski, w liturgiczne święto Matki Bożej Różańcowej, 7 października 2017 roku, zorganizowali akcję modlitewną „Różaniec do granic”. To był prawdziwy szturm modlitewny. Na miejsca zebrań wiernych, którzy zdecydowali się fizycznie włączyć do akcji, wyznaczono 320 kościołów położonych blisko wszystkich granic Polski. Każda z 320 grup po wstępnej modlitwie w świątyni, wyruszyła na obszar przygraniczny, by tam na modlitwie różańcowej „przeprosić i wynagrodzić za wszelkie bluźnierstwa, zniewagi popełnione w naszym kraju przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi”. Proszono również Boga, za pośrednictwem najskuteczniejszej orędowniczki Maryi, o „pokój, ratunek dla Polski i świata”.
Zorganizowana przez Polaków akcja modlitewna zainspirowała katolików z różnych krajów świata. Postanowili oni przeprowadzać podobne inicjatywy na granicach swoich państw. Najszybciej zareagowali Włosi, którzy już w październiku 2017 roku modlili się na Różańcu zaledwie tydzień po Polakach. Później za Różaniec chwycili katolicy z Anglii, Irlandii, USA, Australii. Co ciekawe, wszędzie inicjatywa ta rodziła się oddolnie, w grupach wiernych świeckich.
Najmocniej zaszczepiła się w Belgii. Po raz pierwszy „Różaniec na granicach” odmawiano tam w październiku 2017. Od tamtego roku ta inicjatywa różańcowa jest organizowana każdego roku. Tegoroczne modlitwa różańcowa pod hasłem „Do Jezusa przez Maryję, w intencji Belgii i całego świata” będzie miała miejsce na granicach tego kraju 4 października. Z roku na rok belgijski „Różaniec na granicach” zyskuje coraz większe poparcie. Świeccy organizatorzy dbają o to, by z modlitwą docierać także do środowisk „peryferyjnych”: szpitali, więzień i domów spokojnej starości. Wierni będą modlili się także w kościołach, w których, z powodu braku kapłanów, nie są sprawowane Msze św. W tych świątyniach główną intencją będzie oczywiście wzbudzenie wśród Belgów nowych powołań kapłańskich.
Nie wypuszczaj różańca z ręki
Na progu, można powiedzieć, miesiąca maryjnego, dokładnie 27 września inicjatywę modlitewną u Matki Bożej Częstochowskiej przeprowadzili polscy mężczyźni. Spotkali się tam tłumnie na Męskim Oblężeniu Jasnej Góry. Podczas tego spotkania, używając języka naszych przodków, „pobożnych mężów” modlono się na różańcu, adorowano Chrystusa, uważnie wsłuchiwano się w treści pouczających wykładów – ogólnie mówiąc formowano się do męskiej rozprawy ze złem. „W czasach, gdy większość (8 na 10) samobójstw w Polsce popełniają mężczyźni, a ponad połowa mężczyzn poniżej 24 roku życia odczuwa silne poczucie samotności – potrzeba nowego podejścia do męskiej formacji duchowej i emocjonalnej staje się pilniejsza niż kiedykolwiek” – czytamy w informacjach organizatorów Męskiego Oblężenia Jasnej Góry.
Również ojciec święty Leon XIV podczas ostatniej audiencji generalnej ogłosił własną październikową inicjatywę różańcową. „Zachęcam wszystkich, aby każdego dnia nadchodzącego miesiąca odmawiali Różaniec w intencji pokoju, osobiście, w rodzinie, we wspólnocie. Ponadto zapraszam wszystkich, którzy pełnią posługę w Watykanie, aby codziennie o godzinie 19.00 uczestniczyli w tej modlitwie w Bazylice św. Piotra” – zaapelował papież.
Na koniec tego felietonu pozwolę sobie zwrócić uwagę drogiego czytelnika na zastanawiający fakt, iż święto Najświętszej Maryi Panny Różańcowej ustanowiono na pamiątkę wspaniałej wiktorii chrześcijańskiego oręża w bitwie z muzułmanami pod Lepanto, nie mając wówczas zupełnie pojęcia, że 454 lata później, również w październiku, świat stanie przed jeszcze większym kataklizmem, który zapoczątkowała tzw. „rewolucja październikowa”. Na komunistyczną zarazę najlepszym, kontrrewolucyjnym orężem okazał się być wówczas Różaniec, o domawianie którego Maryja prosiła we wszystkich swoich objawieniach (m.in. Gietrzwałd, Fatima). I teraz kiedy odrastają głowy neokomunistycznej hydry, nie wypuszczajmy z rąk Różańca, a szczególnie w maryjnym październiku.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Modlitwa św. Jana Pawła II
o pokój
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.
Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.
Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.
Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,
Święty Benedykcie, módl się za nami,
Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,
Święta Brygido, módl się za nami,
Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,
Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.
***
Suplicacjeczyli błaganie
(od łacińskiego słowa suplicatio)
Jest to pieśń błagalna, śpiewana przede wszystkim w okresie wielkich zagrożeń, klęsk i nieszczęść:
Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny Zmiłuj się nad nami…
Od powietrza, głodu, ognia i wojny Wybaw nas Panie!
Od nagłej i niespodzianej śmierci Zachowaj nas Panie!
My grzeszni Ciebie Boga prosimy Wysłuchaj nas Panie!
Jezu, przepuść! Jezu, wysłuchaj! O Jezu, zmiłuj się nad nami! Matko, uproś! Matko, ubłagaj! O Matko, przyczyń się za nami! Wszyscy Święci i Święte Boże, módlcie się za nami!
Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Bez Ewangelii i bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani naszego kraju.
To puenta debaty o roli polskiego katolicyzmu w Europie i na świecie, która odbyła się w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Gościem specjalnym konferencji, zorganizowanej z okazji 20. rocznicy śmierci św. Jana Pawła II oraz 1000-lecia królestwa polskiego, był kard. Robert Sarah, były prefekt Kongregacji (Dykasterii) ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Spotkanie wskazało na nierozerwalny związek chrześcijaństwa z Polską, misyjną rolę katolicyzmu polskiego w Europie oraz dziedzictwo bł. Stefana kard. Wyszyńskiego i św. Jana Pawła II jako inspiracji współczesnych wyzwań Kościoła i chrześcijaństwa.
Wyzwania współczesności
Na jeden z kluczowych i bardzo aktualnych tekstów pontyfikatu św. Jana Pawła II – encyklikę Evangelium vitae – wskazał kard. Sarah. Parlamenty uzurpują sobie dziś prawo do decydowania o życiu i śmierci, obrona życia bywa wyśmiewana, a nawet traktowana jak przestępstwo. Wołanie o szacunek dla każdego człowieka brzmi dziś szczególnie mocno i odsłania słabość współczesnych demokracji, które coraz częściej przybierają rysy totalitarne. W tym kontekście Jan Paweł II mówił o „spisku przeciw życiu”, gdyż człowiek – decydując o tym, co dobre i złe – sam siebie czyni „bogiem”. Dochodzi do redefinicji małżeństwa i rodziny oraz wypaczenia rodzicielstwa. Zło bywa nazywane dobrem, a dobro spychane na margines. Rzeczywiście – stwierdził ks. prof. Robert Skrzypczak – w centrum naszej cywilizacji znajduje się dziś błędnie rozumiana koncepcja wolności jako prawa do wszystkiego, bez względu na prawdę i dobro wspólne. Zaś jednym z powodów odchodzenia od Kościoła i porzucania chrześcijaństwa jest przekonanie, że religia ogranicza wolność i psuje radość życia. Tymczasem jest odwrotnie. Bo to Kościół pozostaje ostatnim bastionem ludzkiej wolności. Jeszcze do niedawna stawał on w obronie duchowej wolności człowieka i jego świętości, dziś musi dodatkowo bronić samej istoty człowieczeństwa. Techniczna mentalność bowiem niszczy dawne tradycje, podważa fundamenty moralne i nie odwołuje się do wartości ostatecznych.
Wolność w prawdzie
Współczesna epoka cechuje się kryzysem prawdy: rzeczywistość bywa traktowana jako kwestia percepcji, a nie obiektywny fakt. Prowadzi to do „agonii moralności”. Tymczasem prawda nie ogranicza wolności, lecz pozwala korzystać z niej w sposób odpowiedzialny. Dla ks. Karola Wojtyły, św. Jana Pawła II, prawda była kluczem do wolności i fundamentem godności osoby. Aby człowiek mógł być naprawdę wolny, musi mieć dostęp do prawdy. Tej objawionej w Chrystusie. Bo choć dyktatury formalnie upadły, to w duszy człowieka i w życiu społecznym walka o wolność człowieka trwa nadal. W tym kontekście ks. Robert Skrzypczak wskazuje na słowa św. Jana Pawła II wypowiedziane w 1991 roku w Krakowie, krótko po obaleniu komunizmu, o tym, że „wolność jest trudna” i że „trzeba się jej uczyć, aby nie stała się naszą niewolą i przyczyną zniewolenia innych”.
To właśnie Kościół jest przestrzenią, w której człowiek broni się przed samym sobą – przed pokusą złego użycia wolności. Człowiek jest prawdziwie wolny, gdy odpowiedzialnie przyjmuje prawdę i czyni ze swojego życia odpowiedź na jej wymagania. To dlatego papież z Polski często wracał do słów Ewangelii św. Jana: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.
Polska – laboratorium wiary?
Obok kryzysu moralności, do którego prowadzi życie bez prawdy, pojawia się dziś kryzys wiary. Chrześcijaństwo – zauważa kard. Sarah – przestało być postrzegane jako siła zdolna kształtować kulturę i sumienia, a w wielu środowiskach zanikło już poczucie transcendencji i sensu istnienia. A przecież w niedalekiej przeszłości giganci wiary, Prymas Tysiąclecia bł. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II, podjęli wysiłek odnowienia chrześcijańskiej tożsamości Polaków. Ich celem było wzmocnienie człowieka od wewnątrz – przez powrót do źródeł, głębsze przeżywanie chrztu i ukazanie perspektywy wieczności. Kard. Wyszyński wiedział, że siła duchowa narodu wypływa z tożsamości zakorzenionej w chrzcie. Taki cel miała Wielka Nowenna przygotowująca do Tysiąclecia Chrztu Polski w 1966 roku: duchowe odnowienie Polski. Ksiądz prymas mówił, że „istotą chrześcijaństwa jest nosić w sobie Boga. Gdziekolwiek wchodzi chrześcijanin, nie wchodzi sam – niesie w sobie Boga”. Zaś Jan Paweł II – najpierw z polskiej, a następnie rzymskiej perspektywy – przypominał, że chrześcijaństwo zawsze było otwarte na pytania i niepokoje świata. Odpowiadał na nie, zakorzeniony w polskiej historii i cierpieniu, ale przede wszystkim w osobistej relacji z Chrystusem. Dlatego – podkreśl kard. Sarah – dziedzictwo papieża z Polski nie jest jedynie zapisem historycznym. To wciąż żywe wyzwanie i zadanie: bronić życia, przypominać o prawdzie, wychowywać do wolności zakorzenionej w Bogu.
Czy Polska ma do odegrania szczególną rolę wobec narastającej obojętności religijnej i odrzucania chrześcijańskich fundamentów Europy? U progu pontyfikatu św. Jan Paweł II zastanawiał się, dlaczego w 1978 roku papieżem został syn polskiej ziemi. Sądził, że być może dlatego, iż Polska stała się ziemią szczególnego świadectwa i odpowiedzialności wobec Europy. „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – klucz do zrozumienia człowieka” – mówił papież. To przesłanie znajduje potwierdzenie nie tylko w jego nauczaniu, ale i w świadectwie męczenników XX wieku, np. bł. ks. Jerzego Popiełuszki, także tych niewyniesionych na ołtarze. Ich wierność Ewangelii – podkreśla kard. Sarah – przyczyniła się do wyzwolenia Polski spod jarzma komunizmu. W ich determinacji, sile wiary, oddaniu życia za Chrystusa można dostrzec szczególną misję katolicyzmu polskiego wobec świata i współczesnych ideologii. Misja ta – zdaniem prof. Andrzeja Nowaka – niejako wpisana jest w dzieje Polski od samego początku, od chrztu Mieszka I, od chrztu Polski, i trwa nadal.
Ewangelia życia
Można też do niej zaliczyć teologię ciała św. Jana Pawła II. „Wybierajcie życie” – to przesłanie papieża, które pozostaje nie tylko wskazaniem duchowym, ale także programem cywilizacyjnym dla współczesności. Poszukująca swej tożsamości Europa bardzo go potrzebuje. Bo fundamentem chrześcijańskiego spojrzenia na świat jest Ewangelia życia z jej jednoznacznym przekazem: „Nie zabijaj”. Już tylko Kościół przypomina, że życie ludzkie jest święte i nienaruszalne – od poczęcia aż po naturalną śmierć. Współczesny świat – zauważa kard. Sarah – lansuje ideologię gender, stwarzając możliwość zmiany płci. Ale praktyki te prowadzą do zagubienia i zamętu, szczególnie wśród młodych. A przecież człowiek – mężczyzna i kobieta – powołany jest do miłości i daru z siebie w małżeństwie otwartym na życie. Seksualność, przeżywana w wymiarze jednoczącym i prokreacyjnym, buduje więź i daje życie. Czy nauczanie św. Jana Pawła może umocnić antropologię chrześcijańską, która nadal stanowi fundament cywilizacji Zachodu? Ciało i seksualność nie są eksperymentalnym tworem, lecz darem, który należy przyjąć w odpowiedzialności i zgodzie z prawem naturalnym. Formacja duchowa i moralna są kluczem do prawdziwej wolności. Kwestionowanie wewnętrznego życia człowieka w Bogu, ograniczanie roli i nauczania religii czy wyciszanie głosu Kościoła tego nie zmienią. Wprawdzie budowanie na prawdzie kosztuje, ale tylko ono prowadzi do pełni ludzkiego życia, w wolności i z Bogiem. Tyle że – jak alarmuje kard. Sarah – niepokojące jest to, iż w imię źle pojętej tolerancji część katolików wspiera postulaty sprzeczne z nauczaniem Kościoła – aborcję, związki jednopłciowe czy surogację. Pojęcia te bywają używane instrumentalnie, by usprawiedliwiać to, co w świetle Ewangelii i prawa naturalnego jest nie do przyjęcia.
Co dalej?
Czas pokaże, jaką drogą pójdzie Polska i jaki kształt przybierze polski katolicyzm. Jak dotąd ani przemoc, ani narzucane siłą ideologie czy siejące spustoszenie dyktatury nie zniszczyły wiary i chrześcijaństwa, ale znacząco ją osłabiły. Niezmiennie potrzebujemy świadków Chrystusa; ich odwagi i poświęcenia; życia w autentycznej wolności i prawdzie, stawania po stronie życia i ciągłego nawracania się.
Konferencja o roli polskiego katolicyzmu została zorganizowana przez prowincję warszawską Zakonu Rycerskiego Bożego Grobu w Jerozolimie. Była próbą spojrzenia na tysiącletnią historię Polski w świetle wiary – nie jako dodatku do dziejów, lecz jako ich źródła i rdzenia. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski bez chrztu Mieszka I. Polska w swoim dziejowym biegu nosi w sobie kod genetyczny, którym jest Ewangelia. Bez niej, bez obecności Kościoła nie byłoby ani naszej historii, ani samej Polski.
ks. Rafał Skitek/Gość Niedzielny
***
Jakby piekło się wściekło
Udręki, jakie ludzie zgotowali sobie w XX wieku, miały w sobie coś mistycznego. Bez uwzględnienia kryteriów duchowych nie da się tego zrozumieć.
SMOLBATTLE.RU
***
Mroźną nocą z 24 na 25 stycznia 1938 roku nad pogrążoną we śnie Europą zaczęło jarzyć się czerwone światło. Płonąca na północnym niebie kurtyna oświetliła wsie i miasta, nadając wszystkiemu krwawą barwę.
Nazajutrz obserwatoria astronomiczne w różnych częściach świata informowały, że nocne światło było wynikiem powstania wyjątkowo silnej zorzy polarnej. Łucja, jedyna żyjąca wizjonerka z Fatimy, wiedziała, co to znaczy: nadchodziła kolejna wojna, jeszcze straszniejsza od poprzedniej.
Nieznane światło
Przenieśmy się wstecz o 21 lat. Był 13 lipca 1917 roku. Od trzech lat trwała wielka wojna, angażująca niemal cały świat w mordercze zmagania monstrualnych armii. 2 tysiące kilometrów na południowy zachód od koszmarnej linii okopów frontu zachodniego, w której ludzie urządzili sobie ziemskie piekło, troje dzieci zobaczyło piekło nadprzyrodzone. Matka Boża pokazała pastuszkom z Fatimy wizję potwornej rzeczywistości, „jakby morze ognia”, w którym wieczną karę ponoszą ci, którzy konsekwentnie i do końca odrzucali Boże miłosierdzie.
Wizja w najwyższym stopniu przeraziła dzieci, ale jednocześnie wzbudziła w nich determinację, żeby bez ustanku wypraszać dla grzeszników miłosierdzie Boże i pokutować za nich. O to też prosiła Niepokalana. Wezwała do poświęcenia Rosji Jej Niepokalanemu Sercu i do Komunii św. wynagradzającej w pierwsze soboty miesiąca.
„Wojna zmierza ku końcowi. Lecz jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, wybuchnie druga, jeszcze gorsza, w czasie panowania Piusa XI” – ostrzegła. Padły też zagadkowe słowa: „Gdy zobaczycie noc rozświetloną nieznanym światłem, wiedzcie, że jest to wielki znak, który da wam Bóg, iż nadchodzi kara dla świata za jego zbrodnie w postaci wojny, głodu i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”.
Wizja piekła i przytoczone słowa Maryi wchodzą w skład pierwszej i drugiej części tzw. tajemnicy fatimskiej, której dzieci miały na razie nie wyjawiać. W 1941 roku, za zgodą Matki Bożej i na polecenie biskupa Leirii, spisała je Łucja. Niebawem też zostały ujawnione. Trzecia tajemnica została spisana w 1944 roku i upubliczniona dopiero w roku 2000.
To zapowiada wiele krwi
Tajemnicze światło pojawiło się jeszcze raz, tuż przed wybuchem II wojny światowej, po drugiej w nocy 22 sierpnia 1939 roku. Zjawisko obserwował główny sprawca nadchodzącej wielkiej rzezi, Adolf Hitler, spędzający czas w swojej alpejskiej rezydencji Berghof. Źle sypiał, więc zwykle kładł się dopiero nad ranem. Okoliczności tamtej sierpniowej nocy opisał w swoich wspomnieniach współpracownik Führera Albert Speer, architekt, a później minister zbrojeń Rzeszy. „Staliśmy z Hitlerem na tarasie Berghofu i podziwialiśmy rzadkie zjawisko. Wyjątkowo jaskrawa zorza polarna przez całą godzinę zalewała czerwonym światłem położony po przeciwnej stronie legendarny Untersberg, podczas gdy niebo grało wszystkimi kolorami tęczy. Ostatni akt »Zmierzchu bogów« nie mógłby się rozgrywać w efektowniejszej scenerii. Nasze twarze i ręce były nienaturalnie zabarwione na czerwono. Widowisko to wywołało nastrój dziwnej zadumy” – wspominał Speer. Wtem Hitler, zwracając się do jednego ze swych adiutantów, powiedział: „To zapowiada wiele krwi. Tym razem nie obejdzie się bez użycia siły”.
Następnego dnia nazistowska gazeta „Volkischer Beobachter” donosiła: „We wtorek rano (22.8), począwszy od godz. 2.45, w obserwatorium astronomicznym Sonnenberg obserwowano na północno-zachodniej i północnej części nieba bardzo silną zorzę polarną”.
Marksistowskie żądło
Dziesięć dni później niemieckie dywizje runęły na Polskę. 17 września z drugiej strony wkroczyła Armia Czerwona. Zaczęła się wojna, która już wkrótce rzeczywiście okazała się jeszcze gorsza od poprzedniej. O ile w pierwszej wojnie ginęli głównie żołnierze, o tyle tym razem mordowano także cywilów – metodycznie i na skalę przemysłową. Udręczone narody doświadczyły bestialstw, które, wydawałoby się, nie są już możliwe w „nowoczesnym społeczeństwie”. A jednak XX wiek, który zaczął się w okresie zwanym piękną epoką, okazał się czasem ludobójstwa o niewyobrażalnych rozmiarach.
Gdy po sześciu latach ustały walki, okazało się, że wojna pochłonęła życie ponad 55 milionów ludzi, z czego większość stanowili bezbronni mieszkańcy miast i wsi.
Koniec wojny nie oznaczał jednak końca czasu wielkiego ucisku. To także zapowiedziała Maryja w Fatimie: „Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych”.
Słowa te wybrzmiały w chwili, gdy Rosja zaczynała pogrążać się w ogniu rewolucji bolszewickiej. Błędną nauką okazał się komunizm, który po I wojnie sterroryzował całą Rosję, a po II wojnie zawładnął państwami ościennymi, sięgając swoimi wpływami w różne części świata. Wspólną cechą wszystkich reżimów komunistycznych, które jak zaraza opanowały wiele państw, była nienawiść do religii.
Wydawany w Związku Sowieckim dziennik „Bezbożnik przy pracy” z 1929 r.; Robotnicy wyrzucają „Spasa”, czyli Zbawiciela, i rozbijają cerkiewny dzwon.
SMOLBATTLE.RU
***
„Nienawidzę wszystkich bogów, ponieważ istnienie jakiegokolwiek boga jest tym, co ogranicza człowieka i jego ludzką zdolność myślenia, ludzką zdolność działania i tak naprawdę jest czymś, co nas pęta i czyni z nas niewolników” – pisał Marks. Komuniści, w myśl tezy niemieckiego filozofa o religii jako „opium ludu”, bezwzględnie niszczyli wszelkie przejawy religijności. W chwili wybuchu rewolucji październikowej w 1917 roku rosyjska Cerkiew liczyła ponad 110 milionów wiernych. Duchownych prawosławnych było 65 tys., a mnichów i mniszek 90 tys. Po ziemi rosyjskiej rozsianych było 48 tysięcy cerkwi parafialnych. Cała ta potęga została w dwie dekady niemal całkowicie unicestwiona. U progu II wojny światowej duchownych było już tylko 5665. Obiektów sakralnych ocalało jedynie tysiąc. Kto zachował wiarę, ten skrzętnie ją ukrywał, żeby nie stracić życia.
Symbole rewolucji – sierp i młot, czerwona gwiazda – oraz zdjęcia bolszewickich przywódców, w tym Lenina – w świątyni, w miejscu usuniętych wizerunków Jezusa i świętych.
SMOLBATTLE.RU
***
Jako że natura nie znosi próżni, komunizm zaczął sakralizować własne bożki, którymi stali się przywódcy czerwonych państw. Ich kult, tyleż karykaturalny, co przerażający, był przeciwieństwem kultu prawdziwego Boga. Terror, zastraszenie połączone z przymusowym uwielbieniem – wszystko to na niespotykaną skalę zaczęło się w Związku Sowieckim, a później rozlało się na Chiny i inne kraje. Przymusowej ateizacji doświadczyły też państwa „demokracji ludowej”, które, jak Polska, po wojnie znalazły się w strefie sowieckiej. Polacy, dzięki wyjątkowo silnemu katolicyzmowi, nie pozwolili komunistom podporządkować sobie Kościoła, ale sąsiednie państwa nie miały już takiego szczęścia. W Czechosłowacji biskupi zostali internowani, zakony rozwiązane, Kościół stracił wszystkie szkoły, zakazano działalności wszystkim organizacjom kościelnym, zamknięto większość pism katolickich. Duchowni zostali poddani ścisłej kontroli, z cenzurą kazań i wydawaniem zgody na odprawianie nabożeństw. Księża szli do więzień na przykład za duszpasterstwo, na które nie mieli zgody.
Coraz silniejsze zaciskanie pętli przepisów miało docelowo całkowicie zdusić chrześcijaństwo, co w pewnej mierze przyniosło skutek w postaci wyjałowienia duchowego w społeczeństwach niektórych państw.
Czy to nawrócenie?
„Na koniec zatriumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju” – mówiła Maryja w Fatimie.
Znaczące, że Jan Paweł II padł pod kulami zamachowca w rocznicę pierwszego objawienia fatimskiego – 13 maja 1981 roku. Rok później był już w Fatimie, żeby podziękować Maryi za cudowne ocalenie. 25 marca 1984 roku, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, poświęcił Rosję i całą ludzkość Niepokalanemu Sercu Maryi.
Wkrótce zaczął się rozpadać Związek Radziecki. Polska, jako pierwszy z krajów rządzonych przez komunistów, w 1989 roku odzyskała niepodległość. Po niej jarzmo niewoli zaczęły zrzucać kolejne kraje. W każdym z nich natychmiast też przywracano wolność religijną.
W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, 8 grudnia 1990 roku, przywódcy istniejących jeszcze republik sowieckich podpisali „układ białowieski” o likwidacji Związku Radzieckiego. Wszystko te wydarzenia przebiegały nieomal bez rozlewu krwi, choć jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się to niemożliwe.
Czy Rosja to dziś kraj nawrócony? Choć wolność religii została tam przywrócona, w świetle agresji na Ukrainę i powszechnego przyzwolenia na to rosyjskiego społeczeństwa można mieć wątpliwości. Znów, jak za cara, religia staje się tam narzędziem władzy. Nawrócenie jednak nigdy nie jest procesem zakończonym ani – dopóki toczy się życie – nieodwracalnym. Widać to także w państwach cywilizacji zachodniej, które dziś, jak się zdaje, raczej wywracają się niż nawracają. Trudno się temu jednak dziwić – podobno ludzki egoizm umiera trzy godziny po śmierci właściciela.
Jedno pozostaje faktem: taka systemowa nienawiść wobec religii i zajadłość w walce z nią, jaką przyniósł komunizm, już się nie powtórzyła. Choć Rosja wciąż sieje niepokoje i wzmaga zamęt, to Związek Radziecki – „mistyczne ciało szatana” (określenie sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego) – utracił już swoją moc „rozszerzania błędów” natury duchowej. A te są najgorsze, bo zabijają nie tylko ciało.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
piątek 19 września
Matka Boża Płacząca
Jest rok 1846. Francja przechodzi poważny kryzys, epokę fermentu i zmian społecznych. Kraj przeżywa najpierw rewolucję, czasy napoleońskie, wreszcie lata nędzy. Rodzi się moda na racjonalizm i krytykę Kościoła. W wielu miejscach z wolna zanika wiara.
***
Nawet najzdrowsze zdawałoby się środowiska – wsie – tracą swą tożsamość i wyrzekają się swoich tradycji. W Corps ludzie żyją tak, jakby Boga nie było. Tam właśnie mieszkała Melania Calvat (lub Mathieu). W 1846 r. miała czternaście lat. Tam żył też jedenastoletni Maksymin Giraud. Choć oboje mieszkali w tej samej parafii, La Salette, pierwszy raz spotkali się dopiero na dwa dni przed objawieniem się Matki Najświętszej. Nic dziwnego, byli tak różni, że nawet gdyby się gdzieś zobaczyli, nie zauważyliby swojej obecności.
OBJAWIENIE SIĘ PŁACZĄCEJ PANI
Była sobota, gdy o brzasku wyruszyli razem w góry. Melania nie była z tego zadowolona. Jej towarzysz gadał bez przerwy, bez ładu i składu, ona zaś pragnęła ciszy. Ta zapanowała dopiero w południe, kiedy dzwony bijące na Anioł Pański oznajmiły dzieciom, iż nadszedł czas posiłku. Możemy zaryzykować twierdzenie, że w tym momencie zakradła się do nich nadprzyrodzoność. Oto, zjadłszy chleb i ser, dzieci poczuły dziwne znużenie, położyły się na trawie i zasnęły. Kiedy po niemal dwóch godzinach Melania zbudziła się, przerażona zaczęła >z Maksyminem szukać stada. Wkrótce zobaczyli, że zwierzęta znajdują się nieco dalej i spokojnie się pasą. Melania wróciła do wąwozu, by zabrać stamtąd torby i resztę jedzenia. Nagle stanęła jak rażona piorunem. Zdołała tylko zawołać Maksymina i po chwili oboje przypatrywali się niezwykłemu zjawisku.
Niedaleko, w suchym korycie rzeki, jaśniała świetlista kula. Jej blask stawał się coraz wspanialszy, aż w pewnym momencie kula otworzyła się jak olbrzymia muszla i dzieci ujrzały w niej jakąś kobiecą postać, która siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Gdy się podniosła, skrzyżowała dłonie na piersiach. Była niezwykle piękna. Na głowie miała czepek, a na nim świetlistą koronę. Z białej sukni wytryskały promienie światła, na szyi wisiał łańcuszek ze złotym krucyfiksem – na jednym jego ramieniu wisiał młotek, na drugim obcęgi. Całą postać otaczała aureola.
Płacząca Pani zaczęła mówić: „Chodźcie do mnie, moje dzieci. Nie bójcie się. Przyszłam, żeby powiedzieć wam o sprawach najwyższej wagi”. Melania i Maksymin wspominają: „Jak tylko powiedziała nam, abyśmy się zbliżyli, natychmiast zeszliśmy, przeszliśmy przez strumyk (…). Prawie się dotykaliśmy, byliśmy bardzo blisko (…)”. I Najświętsza Maryja Panna zaczęła mówić o swej miłości, o ludzkich grzechach, gniewie Boga, o karze czekającej grzeszników. „Jeżeli lud mój mnie nie posłucha, będę musiała puścić ramię mego Syna. Jest ono tak ciężkie, tak mnie przygniata, że nie jestem w stanie dalej go powstrzymywać. Od jak dawna już cierpię za was!”. Maryja mówiła po francusku, ale szybko ujrzała zmieszanie Melanii, która niewiele rozumiała, znała bowiem tylko miejscową gwarę. Uśmiechnęła się lekko: „O, widzę, że nie rozumiecie francuskiego, moje dzieci”. Odtąd posługiwała się już lokalną mową.
Mówiła: „Jeżeli mój Syn ma was nie odrzucić, muszę Go o to nieustannie błagać. Wy jednak nie zwracacie na to najmniejszej uwagi. Bez względu na to, jak wiele będziecie się modlić w przyszłości, bez względu na to, jak dobrze będziecie postępować, nigdy nie będziecie w stanie odwdzięczyć mi się za to, co dla was wycierpiałam”. Oto wytyczne dla naszej maryjności. Nigdy dość modlitwy, nigdy dość wynagrodzenia, ofiary i miłości. Nigdy najmniejszej nawet myśli o swoich zasługach, dobru czy świętości. Bowiem przenigdy nie będziemy w stanie odwdzięczyć się Maryi za Jej miłość i cierpienie.
TEMAT PODJĘTY PRZEZ MATKĘ BOŻĄ
„Jeżeli żniwa będą nieudane, będzie to wasza własna wina. Ostrzegałam was w ubiegłym roku przez kartofle. Nie zwróciliście na to żadnej uwagi. Wręcz przeciwnie, kiedy zobaczyliście, że kartofle zgniły, przeklinaliście imieniem mego Syna. Będą one dalej gniły i do Bożego Narodzenia nie będzie już ani jednego”. To ciekawa uwaga, której nie wolno nam przeoczyć i to z dwóch powodów.
Zwróćmy najpierw uwagę na temat podjęty przez Matkę Bożą. Rozmawia Ona nie o życiu duchowym, nie o cnotach i łaskach, nie o niebie i życiu wiecznym, ale o… ziemniakach! Tymczasem nas nie powinno to dziwić. Przecież Maryja sama żyła w ubóstwie i bywało, że cierpiała niedostatek; Ona dobrze rozumie, że głód i cierpienie wcale nie muszą zbliżać nas do Boga. Bywa, że przed Nim zamykają. Co więcej, czy wolno nam dokonywać ostrego podziału na to, co naturalne i nadprzyrodzone, na doczesność i wieczność, na to, co „godne Boga” i co „niegodne”?
fot. Monika Książek/Tygodnik Niedziela
***
Matka Najświętsza wypowiedziała słowa wielkiej obietnicy: „Jeżeli ludzie się nawrócą, to skały zmienią się w sterty zboża i okaże się, że kartofle same się zasadziły”. Ale nawrócenie oznacza nie tylko zmianę życia; to także oddanie się modlitwie. Maryja bowiem po chwili milczenia zapytała: „Czy dobrze odmawiacie modlitwy, moje dzieci?”. Odpowiedź wizjonerów była przecząca – żadne z nich nie uczęszczało na lekcje katechizmu, ich domy były obojętne religijnie. „Ach, moje dzieci – powiedziała Matka Boża – to bardzo ważne. Odmawiajcie je wieczorem i rano. Kiedy nie macie wiele czasu, odmawiajcie przynajmniej jedno Ojcze nasz i jedno Zdrowaś Maryjo. A kiedy możecie, odmawiajcie więcej”.
UKRYTA WSZECHOBECNOŚĆ MARYI
Maryja zapytała: „Moje dzieci, czy widzieliście kiedyś zepsute zboże?”, na co Maksymin odpowiedział: „Nie, nigdy”. Wówczas usłyszał: „Ależ, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć…”. I Matka Najświętsza opowiedziała szczegółowo o pewnym zdarzeniu, w którym uczestniczył tylko chłopiec i jego ojciec. Nie było przy tym nikogo innego! Skąd Maryja wiedziała to wszystko? – pytał siebie zdumiony Maksymin. Tak, Matka Najświętsza tam była, jest bowiem wszechobecna, pozostaje zawsze blisko każdego ze swych dzieci. Objawienie w La Salette dobiega końca. Matka Boża z powagą patrzy na dzieci i poleca im: „Moje dzieci, ogłoście to całemu memu ludowi”. Powoli odwraca się i zaczyna odpływać w głąb wąwozu.
Zatrzymuje się, by nie odwracając się, powtórzyć: „Ogłoście to całemu memu ludowi”. Spogląda w kierunku nieba, a wtedy na Jej twarzy pojawia się radość. Już nie płacze. Patrzy z troską na świat, a potem ku Rzymowi. Otaczające Ją światło zaczyna być coraz bardziej oślepiające, a Jej postać powoli rozpływa się w powietrzu. Dzieci długo wpatrywały się w tę niewidzialną bramę do nieba, za którą zniknęła Maryja. W końcu otrząsnęły się i, już mocno spóźnione, pognały stado w dół zbocza.
fot. Monika Książek/Tygodnik Niedziela
***
DOWÓD PRAWDZIWOŚCI OBJAWIEŃ – NAWRÓCENIA
W tym miejscu zaczyna się druga część objawień w La Salette. Tym razem niewidzialnych. Wydaje się, że właśnie to, co zaczęło się dziać po 19 września 1846 r., zadecydowało o uznaniu objawień w La Salette za prawdziwe. I nie chodzi tu wcale o cuda. Owszem, były one liczne, i to już w pierwszych dniach po objawieniach. Z miejsca, gdzie siedziała Matka Najświętsza, wytrysnęło źródło, a jego woda zaczęła uzdrawiać. Przykłady można by mnożyć. Nie one jednak stanowią o fenomenie La Salette. Objawienie Płaczącej Pani pociągnęło za sobą lawinowe nawrócenia. Były one widoczne już nazajutrz, w niedzielę, kiedy po raz pierwszy od lat świątynia parafialna nie była pusta. Ludzie wzięli sobie do serca napomnienia Matki Bożej i sprawili, że nie spełniły się zapowiedzi Maryi.
Mama płacze w La Salette. Objawienie, które nie jest „modne” i mamy z nim kłopot
Figura płaczącej Maryi w La Salette/ fot. A Bugała
***
To, co powiedziała Maryja w La Salette było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…
Czy przypominasz sobie dzień, w którym zobaczyłeś łzy na policzkach swojej mamy? Chwilę, w której po raz pierwszy w życiu twoja mama siedziała bezradna na krześle, fotelu, czy podłodze i zasłaniając dłońmi twarz próbowała ukryć się przed całym światem? Łzy ziemskiej mamy mogą wywołać szok, a co dopiero łzy Mamy Jezusa…
Łzy matki wprawiają nas w zakłopotanie. Nie wiemy, jak się zachować, gdy widzimy ją płaczącą. Mama jest tą, która zna odpowiedź na wszystkie pytania. Zna rozwiązania spraw najtrudniejszych, potrafi pomóc w tych sytuacjach, w których nikt inny nie wie, co robić.
Zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie to ona jest pierwszą i ostatnią instancją, u której szukamy ratunku. Nasza mama czarodziejka. To dlatego dziecko nie wie, co robić, gdy widzi mamę zalaną łzami. Czy tak było 19 września 1846 r. w La Salette?
Maleńkie La Salette leży wysoko we francuskich Alpach. Najpierw trzeba dojechać do Corps, niewielkiej miejscowości o ciasnych uliczkach i przytulonych do siebie zabudowaniach. A potem wyjechać poza nią i wąską drogą wspinać się coraz wyżej.
Droga wije się wśród drzew, potem zbocze jest już nagie i odsłania coraz piękniejsze widoki. Ślady rdzy na asfalcie przypominają, że zimą nie da się tu jeździć bez łańcuchów. W niektórych miejscach chmury otaczają krawędzie szczytów, raz po raz przepuszczając promienie słońca.
Zieleń i błękit mieszają się ze sobą we wszystkich odcieniach i nagle, zza zakrętu i wysokiej skały, wyłania się krzyż na wieży sanktuarium wybudowanego w miejscu objawień Matki Jezusa. Objawień, z którymi wciąż mamy sporo kłopotu. Dlaczego?
Zawsze z miłości. Przychodzi, bo widzi, że zeszliśmy z trasy, a zejście z trasy nie tylko oddala cel – często prowadzi do przepaści. Orędzia i przesłania, które zostawia Maryja w miejscach, które wybiera na spotkania, zawsze pokazują kondycję człowieka i świata. I nawołują do nawrócenia.
Każde ze spotkań z Maryją – od Lourdes, przez Fatimę, Gietrzwałd, Akitę i inne – było prośbą Matki do dzieci, aby zmieniły swoje życie. Aby zrezygnowały z tego, co im szkodzi, prowadzi do zguby i by podjęły trud naprawy, wróciły do modlitwy i uznania w Bogu Boga.
Objawienia są niczym innym, jak odwiedzinami Mamy, która tęskni za swoimi dziećmi. Kocha je, a one nie chcą z nią kontaktu. Gorzej – często obmawiają ją, wyśmiewają, drwią z jej Syna. Żyją tak, jakby ona nic dla nich nie znaczyła.
Mimo to przychodzi, bo wie, że dziecko, zanim znajdzie właściwą drogę, błądzi, schodzi na manowce, gubi cel. I mimo pogardy dla rodziców zawsze potrzebuje pomocy.
19 września 1846 r. dwoje dzieci: 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud zobaczyli kulę jasnego światła na zboczu. Podeszli bliżej i wtedy okazało się, że kula tylko otacza Piękną Panią siedzącą w środku.
Kobieta, ubrana w strój miejscowych, siedziała, jakby zrezygnowana, skulona w sobie. Miała łokcie oparte na kolanach i dłońmi zasłaniała twarz. Płakała. Co robić, gdy obca, piękna kobieta siedzi na kamieniu w świetlistej kuli i płacze?
Gdy odsunęła ręce od twarzy dzieci zobaczyły, że na piersiach, zamiast korali, które zakładają kobiety z wioski, miała krzyż z Jezusem Chrystusem i z zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem i obcęgami. Gdy wstała, zaprosiła dzieci, by podeszły bliżej.
To, co powiedziała później i co dziś nazywamy treścią objawienia z La Salette, było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które często mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…
Mówiła o cierpieniu podejmowanym za dzieci, o trudzie. Mówiła o realiach prostego ludu z okolicznych wiosek, który nawet gdy psują się ziemniaki, przeklina za to Jezusa.
„Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna – mówiła. – Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej podtrzymać. Od jak dawna już cierpię za was. Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie.
Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem, co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni tak ciężkim ramię mego Syna.
Woźnice przeklinając wymawiają imię mego Syna. Te dwie rzeczy tak bardzo obciążają ramię mojego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robicie. Przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinacie, wymawiając wśród przekleństw imię mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.
Przypomniała też podstawowe zasady bycia chrześcijaninem – konieczność modlitwy, uczestniczenia we mszy świętej, przestrzegania postów. Minimum, które jest konieczne, abyśmy nie żyli jak zwierzęta.
„Ach, moje dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem – mówiła. – Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze Nasz i Zdrowaś, Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Na mszę świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na mszę świętą jedynie po to, by drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy”.
„Jeżeli Maryja płacze, to znaczy, że ma do tego powody!”, „Matka płacze, gdy dzieciom zagraża zło, duchowe czy fizyczne. Łzy Maryi są zawsze uczestnictwem w płaczu Chrystusa nad Jerozolimą” – mówił św. Jan Paweł II.
Mimo to mamy kłopot z orędziem, które Matka Jezusa wygłosiła Melanii i Maksyminowi. Jego treść nie przebiła się do powszechnej świadomości, nie rozpowszechniła tak jak tajemnice z Fatimy czy obietnice z Lourdes. Czy potrafimy zacytować słowa żalącej się Matki w La Salette?
Maryja, zalana łzami, z narzędziami męki Syna nie stała się modna. W La Salette nie sprzedaje się kubków z Jej twarzą, ręczników i wachlarzy. Nie ma kiczowatych figurek i straganów z chińskimi dewocjonaliami. Czy tylko dlatego, że do sanktuarium prowadzi trudna droga?
A może gdy widzimy Maryję zalaną łzami dociera do nas smutna prawda, że jednak nie żyjemy tak, jak nas wychowywała? I wolimy nie konfrontować tego odkrycia z jej szczerym wyznaniem?
Gdybyśmy wpadli do naszej ziemskiej mamy w odwiedziny, a w pokoju zamiast nakrytego stołu i pachnącej na nim drożdżówki zobaczylibyśmy siedzącą mamę, z twarzą zalaną łzami i zakrytą rękami, a potem usłyszelibyśmy jej gorzką skargę, wyrzut, że nie żyjemy zgodnie z Dekalogiem, to może też wolelibyśmy o tym spotkaniu szybko zapomnieć?
O północy z czwartku na piątek 18/19 września w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.
***
Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:
szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl
***
Ojciec św. Leon XIV:
Bóg nie pozwoli, by zabrakło serc i rąk niosących pomoc i pocieszenie
fot. FILIPPO MONTEFORTE/AFP/East News
***
„Jesteśmy pewni, że pośród tak wielkiej przemocy Bóg nie pozwoli, aby zabrakło serc i rąk niosących pomoc i pocieszenie, ludzi wprowadzających pokój zdolnych podnosić na duchu tych, którzy są pogrążeni w bólu i smutku” – powiedział Ojciec Święty podczas czuwania modlitewnego Jubileuszu Pocieszenia. Na tę uroczystość szczególnie zaproszono osoby, które przeżywają czas bólu i cierpienia z powodu chorób, żałoby, przemocy i doznanego wykorzystywania.
***
Homilia papieża Leona XIV
na czuwaniu modlitewnym
podczas Jubileuszu Pocieszenia
15 września 2025
„Pocieszcie, pocieszcie mój lud” (Iz 40,1). Taka jest zachęta proroka Izajasza, która dociera dziś w sposób wymagający także do nas: wzywa nas do dzielenia się Bożym pocieszeniem z wieloma braćmi i siostrami, którzy przeżywają sytuacje słabości, smutku i cierpienia. Dla tych, którzy płaczą, którzy są pogrążeni w rozpaczy, w chorobie i żałobie, jasno i mocno rozbrzmiewa prorocze obwieszczenie woli Pana, aby położyć kres cierpieniu i przemienić je w radość. W tym sensie pragnę ponownie podziękować dwóm osobom, które złożyły swoje świadectwo. Cały ból można przemienić dzięki łasce Jezusa Chrystusa. Dziękuję! To współczujące Słowo, które stało się ciałem w Chrystusie, jest owym miłosiernym Samarytaninem, o którym mówiła nam Ewangelia: to On opatruje nasze rany, to On troszczy się o nas. W chwili mroku, nawet wbrew wszelkim oczywistościom, Bóg nie pozostawia nas samych; wręcz przeciwnie – właśnie w takich sytuacjach jesteśmy bardziej niż kiedykolwiek wezwani do pokładania nadziei w bliskości Jego jako Zbawiciela, który nas nigdy nie opuszcza.
Szukamy kogoś, kto by nas pocieszył, i często go nie znajdujemy. Czasami staje się dla nas wręcz nie do zniesienia głos tych, którzy szczerze pragną uczestniczyć w naszym bólu. To prawda. Są sytuacje, w których słowa nie pomagają, a stają się wręcz zbędne. W takich chwilach pozostają być może jedynie łzy płaczu, o ile się jeszcze nie wyczerpały. Papież Franciszek przypominał o łzach Marii Magdaleny, zagubionej i samotnej, przy pustym grobie Jezusa. „Po prostu płacze. Widzicie, niekiedy w naszym życiu okularami pozwalającymi zobaczyć Jezusa są łzy. Jest taki moment w naszym życiu, kiedy tylko łzy przygotowują nas do zobaczenia Jezusa. I jakie jest przesłanie tej kobiety? «Widziałam Pana»”[1].
Drogie siostry i drodzy bracia, łzy są językiem, który wyraża głębokie uczucia zranionego serca. Łzy są niemym krzykiem o współczucie i pocieszenie. Ale przede wszystkim są wyzwoleniem i oczyszczeniem oczu, uczuć, myśli. Nie należy wstydzić się płaczu; jest to sposób wyrażania naszego smutku i pragnienia nowego świata; jest on językiem, który mówi o naszym słabej i poddanej próbie ludzkiej naturze, która jest jednak powołana do radości.
Tam, gdzie jest cierpienie, nieuchronnie pojawia się pytanie: dlaczego tyle zła? Skąd się bierze? Dlaczego spotkało właśnie mnie? W swoich Wyznaniach św. Augustyn pisze: „Gdzie więc jest zło? Skąd i w jaki sposób do tego świata się wkradło? Jaki jest jego korzeń? Co jest jego nasieniem? […] Skąd więc to zło pochodzi? Bo przecież Bóg stworzył wszystkie rzeczy, a będąc dobrym, stworzył je jako dobre (…) Takie to gorączkowe snułem w biednym sercu medytacje … (…) Mocno jednak była w serce wszczepiona wiara – otrzymana w Kościele katolickim – w Chrystusa, Syna Twego, a naszego Pana i Zbawcę. W wielu sprawach poglądy moje były jeszcze nie ukształtowane i odbiegały od właściwej nauki, ale umysł mój nie chciał od niej odejść” (VII, 5; tłum. Z. Kubiak, Kraków 2007, s. 182-183).
Przejście od pytań do wiary jest tym, czego uczy nas Pismo Święte. Istnieją bowiem pytania, które sprawiają, że zamykamy się w sobie i dzielą nas wewnętrznie, a także oddzielają od rzeczywistości. Istnieją myśli, z których nic nie może się zrodzić. Jeśli izolują nas i pogrążają w rozpaczy, poniżają również nasz intelekt. Lepiej aby – jak w Psalmach – pytanie było protestem, lamentem, wołaniem o tę sprawiedliwość i ten pokój, które obiecał nam Bóg. Wtedy wznosimy most ku niebu, nawet jeśli wydaje się to nieme. W Kościele szukamy otwartego nieba, którym jest Jezus, most Boga ku nam. Istnieje pocieszenie, które dociera do nas wtedy, gdy „mocna i trwała” pozostaje ta wiara, która wydaje nam się „nieukształtowana i chwiejna” jak łódź na wzburzonym morzu.
Tam, gdzie jest zło, tam musimy szukać pocieszenia i ukojenia, które je przezwyciężają i nie dają mu wytchnienia. W Kościele oznacza to: nigdy samotnie. Oparcie głowy na ramieniu, które cię pociesza, płacze z tobą i daje ci siłę jest lekarstwem, którego nikt nie może się pozbawić, ponieważ jest znakiem miłości. Tam, gdzie ból jest głęboki, jeszcze silniejsza musi być nadzieja, która rodzi się z komunii. A ta nadzieja nie zawodzi.
Wysłuchane przez nas świadectwa przekazują tę pewność: że cierpienie nie musi rodzić przemocy; że przemoc nie jest ostatnim słowem, ponieważ zostaje zwyciężona przez miłość, która potrafi przebaczać. Jakiego większego wyzwolenia możemy oczekiwać, jeśli nie tego, które pochodzi z przebaczenia, zdolnego dzięki łasce otworzyć serce, mimo że doznało ono wszelkiego rodzaju brutalności? Doznanej przemocy nie można przekreślić, ale przebaczenie udzielone tym, którzy ją spowodowali, jest zapowiedzią Królestwa Boga na ziemi, jest owocem Jego działania, które kładzie kres złu i zaprowadza sprawiedliwość. Odkupienie jest miłosierdziem i może uczynić naszą przyszłość lepszą, w czasie gdy wciąż oczekujemy na powrót Pana. Tylko On otrze wszelką łzę i otworzy księgę dziejów, pozwalając nam odczytać te karty, których dziś nie potrafimy usprawiedliwić ani zrozumieć (por. Ap 5).
Również wam, bracia i siostry, którzy doświadczyliście niesprawiedliwości i przemocy wykorzystania, Maryja powtarza dzisiaj: „Jestem twoją Matką”. A Pan Bóg w głębi serca mówi wam: „Ty jesteś moim synem, ty jesteś moją córką”. Nikt nie może odebrać tego osobistego daru ofiarowanego każdemu. A Kościół, którego niektórzy członkowie niestety was zranili, dziś klęka razem z wami przed Matką. Obyśmy wszyscy uczyli się od Niej strzec najmniejszych i najsłabszych z czułością! Obyśmy uczyli się wsłuchiwać w wasze rany i iść razem. Obyśmy mogli otrzymać od Matki Bożej Bolesnej siłę, aby uznać, że życie nie jest określone tylko przez zło, którego doświadczyliśmy, ale przez miłość Boga, który nigdy nas nie opuszcza i prowadzi cały Kościół.
Słowa św. Pawła sugerują nam ponadto, że kiedy otrzymujemy pocieszenie od Boga, stajemy się zdolni do pocieszania innych: „Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga” (2 Kor 1, 4) – pisze Apostoł. Sekrety naszego serca nie są ukryte przed Bogiem: nie powinniśmy przeszkadzać Mu w pocieszaniu nas, łudząc się, że możemy polegać wyłącznie na własnych siłach.
Siostry i bracia, na zakończenie tego czuwania zostanie wam ofiarowany mały dar: Agnus Dei. Jest to znak, który będziemy mogli zabrać do naszych domów, aby pamiętać, że misterium Jezusa, Jego śmierci i zmartwychwstania jest zwycięstwem dobra nad złem. On jest Barankiem, który daje Ducha Świętego Pocieszyciela, który nas nigdy nie opuszcza, pociesza nas w potrzebach i umacnia nas swoją łaską (por. Dz 15, 31).
Ci, których kochamy, a którzy zostali nam wyrwani przez siostrę śmierć, nie są utraceni ani nie znikają w nicości. Ich życie należy do Pana, który jako Dobry Pasterz obejmuje ich i trzyma blisko siebie, a pewnego dnia nam ich zwróci, abyśmy mogli cieszyć się wieczną i wspólną radością.
Najmilsi, tak jak istnieje cierpienie osobiste, tak również w naszych czasach istnieje cierpienie zbiorowe całych narodów, które przytłoczone ciężarem przemocy, głodu i wojny błagają o pokój. Jest to potężny krzyk, który zobowiązuje nas do modlitwy i działania, aby ustała wszelka przemoc, a cierpiący mogli odzyskać pogodę ducha; zobowiązuje on przede wszystkim Boga, którego serce drży ze współczucia, aby przyszedł do swego Królestwa. Prawdziwą pociechą, którą musimy być w stanie przekazać, jest ukazanie, że pokój jest możliwy, i że kiełkuje w każdym z nas, jeśli go nie przytłumimy. Niech przywódcy narodów wsłuchają się w szczególny sposób w krzyk wielu niewinnych dzieci, aby zapewnić im przyszłość, która będzie ich chronić i pocieszać.
Jesteśmy pewni, że pośród tak wielkiej przemocy Bóg nie pozwoli, aby zabrakło serc i rąk niosących pomoc i pocieszenie, ludzi wprowadzających pokój zdolnych podnosić na duchu tych, którzy są pogrążeni w bólu i smutku. A razem, jak nauczył nas Jezus, będziemy wołać jeszcze prawdziwiej: „Przyjdź Królestwo Twoje!”.
papież Leon XIV
Vaicannews/kai.pl
[1] FRANCISZEK, Msze św. w Domu św. Marty, przemówienia i homilie papieskie. Łzy są łaską (2 kwietnia 2013); w: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, n. 6 (353)/2013, s. 6.
„Nigdy nie przestanę być augustianinem”. Leon XIV kieruje wzrok katolików na wartość życia zakonnego
Jezus do Faustyny: „Na to powołałem klasztory, aby przez nie uświęcać świat; z nich ma wybuchać silny płomień miłości i ofiary”. Czy wybuchnie z nową siłą?
Leon XIV, krótko po objęciu urzędu papieskiego, podczas obiadu z członkami swojego zakonu, powiedział: „Będę musiał zrezygnować z wielu rzeczy; moje życie się zmieniło, ale nigdy nie przestanę być augustianinem”. Deklaracja ta być może oznacza coś więcej niż duchową jedność ze wspólnotą, z której papież się wywodzi. Niedawno włoska gazeta „La Repubblica” poinformowała, że nowy papież zamierza zamieszkać w Pałacu Apostolskim z małą wspólnotą augustianów.
Azyl dla ducha
Obecny Ojciec Święty nie jest pierwszym zakonnikiem na tronie Piotrowym, zachowującym żywą więź ze swoim zakonem. Pierwszym mnichem, który został papieżem, był św. Grzegorz Wielki (zm. 604). Ten bogaty rzymski patrycjusz i prefekt Rzymu wycofał się z życia publicznego i w swoim domu rodzinnym urządził klasztor benedyktynów, do których sam wstąpił. Znalazł we wspólnocie zakonnej spełnienie, ale papież Pelagiusz wysłał go jako legata do Konstantynopola. Funkcja ta w cesarskim mieście gwarantowała wysłannikowi biskupa Rzymu wszystko to, czego nie chciał – bogactwo, zaszczyty, zgiełk. Znalazł jednak sposób. Zgodził się przyjąć misję pod warunkiem, że wyjedzie z grupą współbraci i razem z nimi będzie – w miarę możliwości – prowadził życie mnicha, „zakotwiczony w bezpiecznym porcie modlitwy, zamiast dryfować ogłuszony zgiełkiem tego świata”.
Tak się stało. Choć jego rezydencją był oszałamiający przepychem pałac, wydzielił w nim przestrzeń dla siebie i pozostałych mnichów. Pełniąc swoje obowiązki, przyjmował gości w kapiących złotem salach, w bogatych ogrodach i na rozległych tarasach, a potem wracał do swojej celi, w której były tylko krzesło, stolik i materac wypchany słomą. W tej przestrzeni starał się zachować część swojego życia zakonnego. Modlił się ze wspólnotą, medytował w samotności i znajdował czas na czytanie świętych ksiąg. Tym sposobem dotrwał do końca swojej misji, nie przywiązując się do blichtru, w którym łatwo było o osłabienie relacji z Bogiem.
Gdy wrócił do Rzymu, nie dane mu było długo żyć w klasztorze, bo po śmierci Pelagiusza w 590 r. wybrano go przez aklamację na kolejnego papieża. Żyjąc na tak wysokim świeczniku, zachował dystans do zaszczytów. Był świadom, jak łatwo „zakosztowanie chwały zmienia się w wyniosłość”. Do zachowania pokory z pewnością przyczyniły się jego zakonne doświadczenia. Jako papież pozostał wierny modlitwie i bezustannemu przebywaniu w obecności Bożej.
Piorunochron
Po Grzegorzu Wielkim na stolicy Piotrowej zasiadło jeszcze 43 zakonników, spośród 267 wszystkich papieży – w tym Franciszek i obecny Ojciec Święty. Wielu z nich zachowało sentyment do swoich zakonów, choć żaden nie łączył życia zakonnego z posługą papieską. Pomysł Leona XIV kieruje wzrok katolików na wartość życia zakonnego i przypomina, że wspólnoty ludzi, którzy oddali życie Bogu, są potrzebne także tym, którzy realizują swoje powołanie na innych drogach. Wymownie wyraził to kard. Karol Wojtyła, jeszcze jako arcybiskup krakowski. „Krakowianie, czy wiecie, dzięki komu wasze miasto stoi bezpieczne i nienaruszone przez tyle stuleci? To kameduli są waszym piorunochronem” – powiedział przyszły papież o mnichach – pustelnikach, żyjących w klasztorze na podkrakowskiej Srebrnej Górze. Pokolenia tych białych zakonników, prowadząc surowy tryb życia wśród modlitw, postów i wyrzeczeń, czuwają przed Bogiem, upraszając łaski światu – choć świat nie ma pojęcia, ile im zawdzięcza.
– Życie zakonne w jakiejś mierze jest lekarstwem na choroby cywilizacyjne, które są chorobami ducha, psychiki, osobowości. Ono ma pokazywać, że można żyć inaczej – mówi s. Agnieszka Grzybek OCD, karmelitanka bosa z Gdyni-Orłowa. Zastrzegając, że ludzi w klasztorach też dosięgają skutki grzechu pierworodnego, zauważa, że ich życie wspólne jest próbą szukania form komunikacji, które pozwalają odkryć w drugim człowieku osobę stworzoną przez Boga. Zaznacza, że życie wspólnotowe odziera ze złudzeń o własnej doskonałości, ale też pomaga w codziennym wybieraniu Pana Boga. – Ale myślę, że najważniejszym zadaniem życia zakonnego jest wskazywanie na absolutny prymat Pana Boga w świecie. Zakony powstały po to, by pokazać, że początek przyszłego życia jest już tutaj, na ziemi. Chcemy już tu rozpocząć życie tylko i wyłącznie dla Pana Boga – deklaruje siostra.
W podobnym duchu wypowiada się urszulanka s. Aleksandra Stachnik OSU. – Źródłem, sensem i celem naszego życia wspólnotowego jest Jezus. Jeśli Go nie ma, to nie można mówić o wspólnocie zakonnej. A jak Go jest mało, to wszyscy dookoła czują, że coś jest nie tak. Jezus jest smakiem tej wspólnoty – podkreśla. Zaznacza, że wspólnota, która Jezusa naprawdę ma i stawia Go tam, gdzie trzeba, „nie mówiąc – mówi o Nim”. – I wtedy to smakuje tym, którzy w niej żyją, i tym, którzy są dookoła – zauważa. Jej smakuje. – Jestem w przepięknej wspólnocie, która mnie tego uczy. Szósty rok służę naszym starszym, chorym siostrom i widzę, że jak Jezus jest, to żyjąc najpiękniej w całej kruchości, jesteśmy w stanie naprawdę mówić o Nim. Zdarza mi się to widzieć na własne oczy – w moich siostrach. I to jest wygrane życie – zapewnia. – No i wspólnota jest bardzo dobrym środowiskiem, żeby się nauczyć naprawdę kochać – zaznacza.
Bóg nie jest samotny
Karmelita bosy o. Mariusz Wójtowicz OCD jest mile zaskoczony zamiarem papieża. Uważa, że dla wielu konsekrowanych jest to bardzo motywujące. – Papież, pochodząc z rodziny zakonnej i budując wokół siebie przestrzeń klasztorną, przywraca nam nadzieję, że to powołanie jest istotne dla Kościoła. To pokazuje, jak zakonny rytm życia pomaga w podejmowaniu poważnych decyzji, dotyczących całego świata. Myślę, że to też podkreśla siłę wspólnoty, wspólnej modlitwy, pracy, posiłku, odpoczynku – zauważa.
Franciszkanin o. Idzi Soroburski OFM wskazuje, że mimo różnic charyzmatów cechą wspólną dla większości rodzin zakonnych jest wspólnota. – Ten sposób realizowania wskazań Ewangelii podkreślał św. Franciszek z Asyżu. W swoim Testamencie napisał, że to „Pan dał mu braci”. Wspólnota braci jest więc darem. Taki dar staje się również wyzwaniem – podkreśla zakonnik. Zwraca uwagę, że wspólnota uczy przekraczać własne ograniczenia duchowe i ludzkie, ale też pozwala skuteczniej głosić Ewangelię. Dla współczesnego świata staje się znakiem, który pozwala przezwyciężyć szerzącą się i bardzo niszczącą ludzkość samotność. – Ona może dotknąć każdego, nawet papieża. Dlatego trwanie na modlitwie i w życiu we wspólnocie swoich braci może dać mu pewność, że nie jest sam, nie idzie sam. Życie i posługa stają się wtedy autentycznym świadectwem życia Bogiem i z Bogiem – mówi. I podsumowuje: – Bóg nie potrafi być samotny. I nie chce, by ktokolwiek z nas taki był. Warto podjąć takie wyzwanie.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
o. Piotr Rostworowski: Trzeba żyć wiarą a nie uczuciem!
fot. Screenshot – YouTube (Opactwo Benedyktynów w Tyńcu)
***
Nasze życie duchowe znajduje się na poziomie wiary, a nie na poziomie uczucia.
Pragnienie samotności i pragnienie kontaktu z Bogiem w modlitwie wcale nie znaczy, że potrafimy się modlić. Modlitwa jest wielkim misterium, chociaż jest ludzką czynnością. Bo modlitwa wychodzi poza granice tego widzialnego świata i nawiązuje kontakt z Niewidzialnym i Niepojętym. Bóg nas uczynił swoimi synami przez łaskę i chce z tymi synami pozostawać w żywym kontakcie, pragnie z nimi rozmawiać.
W każdym miejscu gdzie stoisz, Bóg jest obecny. W każdym miejscu i w każdej sytuacji. Musisz Go dosięgnąć przez wiarę, możesz mówić do Niego, a On usłyszy. W każdej sytuacji masz możność współżycia z Nim. To nie znaczy, że zawsze masz możność odczucia Jego obecności i odczucia Jego działania. To, co w modlitwie jest nadprzyrodzone, nie zawodzi nigdy, ale jej akompaniament przyrodzony może zawieść. Jeśli powiesz: „Boże mój, zmiłuj się nade mną”, to nie ma żadnej wątpliwości, że się modliłeś i Bóg usłyszał Twą modlitwę, ale twoje uczucia mogły nie towarzyszyć twoim słowom, i nie zasygnalizowały nawet Twojej modlitwy, i pozostały jakby martwe czy uśpione. W takiej sytuacji Ty masz wrażenie, że się wcale nie modliłeś i że twoja modlitwa „nie dociera” do Boga, że ginie, jak ginie głos na pustkowiu, który nie znajduje żadnego ucha. Jest to uczucie przykre, które wielu zniechęciło do modlitwy.
Tłumaczy się, że „modlitwa nic mi nie daje”, „Bóg mnie nie słucha”. Moje wołanie rozbija się o sklepienie niebios i rozbite spada na ziemię w okruchach. Jest to jednak iluzja, ale iluzja niebezpieczna, bo potwierdzona przez doświadczenie bardzo bolesne i zniechęcające. A jednak Bóg twą modlitwę przyjmuje. Cieszy się nią i na nią oczekuje. Taka jest rzeczywistość potwierdzona przez objawienie. I żadne wrażenia nie zdołają obalić prawdy obietnicy Chrystusa: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą (Mt 7,7n). Trzeba po prostu oprzeć się na wierze samej, a nie na uczuciu i postępować dalej konsekwentnie według woli Bożej, którą znamy.
Jest trudno modlić się tak zupełnie na sucho, bez żadnej zachęty ze strony uczucia. Impet woli kończy się szybko, jakby w lotnych piaskach, ustajemy i nie wiemy, co mówić dalej. Mamy dość i nic nas już nie zachęca… Ale trzeba wtedy wbrew wszystkiemu do duszy swojej przemówić: „Czego Ty chcesz?” Wiara ci mówi: nie zniechęcaj się, proś, szukaj, kołacz. Ty to właśnie robisz. Wiara zapewnia ci wysłuchanie. A więc wiesz, że Bóg wysłuchuje; wysłucha Twoje modlitwy, jeżeli w nich okażesz się wytrwały. A więc wiesz dobrze, co masz zrobić; masz wytrwać i dziękować Bogu za wysłuchanie… „Ale ja nie czuję, bym był wysłuchany”. A któż ci powiedział, że to odczujesz? Chrystus obiecał, że będziesz wysłuchany, masz więc spokojnie w to wierzyć i jeśli wytrwale prosiłeś, masz być przekonany, że Twoja modlitwa dotarła do Niego i została wysłuchana. A więc za to wysłuchanie masz Bogu dziękować.
Trzeba żyć wiarą a nie uczuciem. Nasze życie duchowe znajduje się na poziomie wiary, a nie na poziomie uczucia.
Bóg się nie zmienia. Jak Cię umiłował od początku, tak i teraz Cię miłuje miłością niezawodną, bo jednym z głównych atrybutów Bożych, na który Pismo Święte stawia akcent, jest Jego wierność niezawodna. Potrzebna Ci jest więc przede wszystkim wiara prosta, mocna i konsekwentna. Ona Ci pozwoli dać sobie radę. Uwierzyłeś w miłość, uwierzyłeś w wierność niezawodną, uwierzyłeś, że modlitwa ma zapewnione wysłuchanie, jeśli spełnia elementarne warunki. A więc módl się i ufaj, i nie żądaj od modlitwy tej słodyczy, która nie jest koniecznie związana z obiecanym jej wysłuchaniem.
Uparta oschłość na modlitwie może jednak nie być bez znaczenia. Może Pan chce nam coś przez to powiedzieć. Może w naszym życiu modlitwy jest coś nie tak…
Otóż wydaje mi się, że zszedłeś na drogę nadmiernego intelektualizmu. Rozważasz Pismo Święte nie tak jak chrześcijanin, który się modli, ale jak komentator, który rozgryza tekst tak, aby go mógł całkowicie wytłumaczyć. Jest to solidne studium, które daje nawet zadowolenie, ale nie rodzi modlitwy. Modlitwa z takiej medytacji nie popłynie. Kto szuka modlitwy, nie chce całego tekstu sobie przyswoić, ale chce się nim tylko posłużyć, aby się skontaktować z życiodajnym Misterium, które przewyższa nasze zrozumienie. Dusza nie chce niczego posiadać, nie chce objąć niczego, nie szuka pełnego zrozumienia. Chce tylko dotknąć Misterium, dotknąć Ducha Świętego i zagubić się w Jego nieskończoności żywej i niepojętej. Tekst Pisma Świętego jest tym miejscem spotkania, miejscem tego dotknięcia, które przestaje budzić modlitwę skoro dusza chce przywłaszczać sobie te myśli, formułować je i analizować zamiast zagubić się w nieskończoności Misterium, które porywa człowieka i przemienia go. Jak rybka w oceanie może cieszyć się całym jego bezmiarem, jeżeli nie pragnie go połknąć, a tylko w nim się zanurzyć i zatracić.
Kto chce posiąść, nigdy nie może się zatracić, a więc nie może cieszyć się nieskończonością, w czym jest istota modlitwy. Modlitwa łączy się z absolutnym ubóstwem. Nie należy wybierać tekstów do komentowania, ale czytając z głęboką czcią dla Misterium i w pragnieniu Ducha Bożego, pozwolić tym tekstom dotykać naszej duszy.
fragment książki „Wiara, nadzieja i miłość”
Piotr Rostworowski OSB / EC – benedyktyn, pierwszy polski przeor odnowionego w 1939 roku klasztoru w Tyńcu. Więzień za czasów PRL-u. Kameduła – przeor eremów w Polsce, Włoszech i Kolumbii. W ostatnim okresie życia rekluz oddany całkowitej samotności przed Bogiem. Zmarł w 1999 roku i został pochowany w eremie kamedulskim we Frascati koło Rzymu. “Był zawsze bliski mojemu sercu” – napisał po Jego śmierci Ojciec Święty Jan Paweł II. Autor licznych publikacji z dziedziny duchowości i życia wewnętrznego.
tyniec.com.pl
***
środa 17 września
Morderstwa, wywózki i grabieże. Tak Sowieci ogołocili polskie pałace i dwory z dzieł sztuki
(Oprac. PCh24.pl)
Po 17 września 1939 roku bolszewicka dzicz zalała wschodnie ziemie Rzeczypospolitej. Nie dość, że Sowieci mordowali polskich patriotów i wywozili ich z całymi rodzinami na Sybir, to jeszcze barbarzyńsko niszczyli lub kradli całe kolekcje dzieł sztuki gromadzone przez wiele pokoleń w pałacach, dworach i kościołach.
Cios w plecy Rzeczypospolitej
Pierwsza okupacja sowiecka (wrzesień 1939 – czerwiec 1941) była wynikiem tajnego układu Ribbentrop-Mołotow, zawartego 23 VIII 1939 roku, oraz późniejszych roboczych uzgodnień między okupantami – ZSRR i III Rzeszą Niemiecką. Po agresji Armii Czerwonej 17 września 1939 na Polskę, Sowieci zajęli jej wschodnie tereny. Do ZSSR włączono 40 procent powierzchni przedwojennej Polski zamieszkanej przez 12,5 mln osób. Okupant niemiecki i radziecki umową o „granicy i przyjaźni”, zawartą 28 września, rozdarli Rzeczpospolitą między sobie, granicą poprowadzoną wzdłuż rzek Pisy, Narwi, Bugu i Sanu.
Czerwony terror
Kiedy Bolszewicy zajęli ziemie grodzieńską i białostocką postanowili przyłączyć je do ZSRR tworząc tu Republikę Zachodniej Białorusi. W Białymstoku powołano władze tej republiki, którą stanowiło Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Białorusi. Rozpoczęły się krwawe rządy bolszewików.
– We wrześniu 1939 roku byłem małym chłopcem, ale wszystko pamiętam. Do Białegostoku weszli Sowieci. Wojsko sowieckie prezentowało się bardzo nędznie. Obszarpani, prawie na bosaka, karabiny na sznurkach. Byli bardzo okrutni, dzicy. Bili kogo popadło, nastąpiły aresztowania patriotów i rozstrzeliwania. Z dworca fabrycznego wywozili masy ludzi na Sybir – mówi, sędziwy dziś, Józef Minkiewicz, mieszkaniec Białegostoku. Według niektórych danych z terenu byłego województwa białostockiego tylko podczas pierwszej deportacji wywieziono ponad 13 tysięcy osób. Podczas wszystkich – około 40 tysięcy Polaków. Natomiast z całych Kresów wywieziono około miliona osób.
Sowieckie rządy w Białymstoku
Zaraz po zajęciu miasta, zburzono barokowy Ratusz, gdyż komunistyczne władze uważały go za symbol „pańskiej Polski”. W tym miejscu przyszłej stolicy sowieckiej Republiki Zachodniej Białorusi, zaplanowano zbudowanie Obwodowego Muzeum Sztuk Pięknych, w którym prezentowane miały być skradzione w pałacach, kościołach i dworach dzieła sztuki. W połowie 1940 roku sprowadzono je ( około 2 tysięcy dzieł sztuki) do Białegostoku z Grodna, gdzie Sowieci zgromadzili wszystkie zrabowane na terenie dawnych województw grodzieńskiego i białostockiego m.in. obrazy i rzeźby. Dzieła sztuki zmagazynowano w Bibliotece Publicznej w Białymstoku, gdzie czekały na powstanie Muzeum Sztuk Pięknych.
Muzeum to jednak nie powstało, gdyż w czerwcu 1941 roku Niemcy zaatakowały ZSRR. Rosjanie uciekali tak szybko, że nie zdążyli zabrać ze sobą wszystkich „zdobycznych”, jak nazywali oni skradzione dobra, dzieł sztuki. Choć część z nich wywieźli do Moskwy i Petersburga. Podczas okupacji niemieckiej Polacy zaangażowani w działalność konspiracyjną, w tym nauczyciele tajnego nauczania, z narażeniem życia, ocalili, do tej pory nieznaną, liczbę zrabowanych dzieł sztuki. Ukryte w różnych miejscach miasta, między innymi w zakamarkach i skrytkach kościoła farnego, przetrwały wojnę. Po wojnie, kiedy w Białymstoku zainstalowała się władza komunistyczna, skradzione przez Sowietów przedmioty trafiły pod opiekę Ministerstwa Kultury i Sztuki. W roku 1946, kiedy Stalin rozważał przyłączenie Białegostoku do ZSRR, ministerstwo zdecydowało się ewakuować dzieła sztuki w głąb Polski m.in. do Krakowa. Zostały one tam zdeponowane na Wawelu.
Niezwykła wystawa obrazów odnalezionych po 80 latach
Zespół białostockich historyków dwa lata prowadził badania nad dziejami 30 obrazów zrabowanych z dworów i pałaców dawnego województwa grodzieńskiego i białostockiego. Dwadzieścia trzy z tych dzieł jest od 5 września prezentowanych w Muzeum Podlaskim w Białymstoku na specjalnej wystawie pt. „Milczące obrazy”.
– Prześledziliśmy całą drogę, całą politykę rabunkową sowieckich władz okupacyjnych, która polegała na tym, że z majątków zagrabionych właścicielom, rabowano dzieła sztuki – bardzo różne, bo nie tylko obrazy, ale też cenny księgozbiór, rzemiosło artystyczne, meble. Wszystko to najpierw wywożono do muzeum w Grodnie – mówi dr Krystyna Stawecka, zastępca dyrektora Muzeum Podlaskiego w Białymstoku.
15 eksponowanych w stolicy województwa podlaskiego obrazów znajdowało się do tej pory w Muzeum na Wawelu, po jednym w Muzeum Etnograficznym w Krakowie, Muzeum Narodowym w Warszawie oraz w Muzeum Literatury imienia Adama Mickiewicza w Warszawie. Pięć obrazów pochodzi natomiast z kolekcji prywatnych. Według opisów obrazów, dokonanych w roku 1946, zostały one zrabowane z dworów i pałaców rodów takich jak m.in. Potoccy, Starzeńscy, Kossakowscy, Glinkowie, Platerowie czy Ejnerowiczowie. Wszystkie te obrazy posiadają sygnaturę Muzeum Sztuk Pięknych, które Sowieci zamierzali utworzyć w Białymstoku.
Na ekspozycji, prezentowanej do końca roku, oglądać można przepiękny obraz „Jan Chrzciciel” Carla Dolciniego (XVII w.) zrabowany przez bolszewików z pałacu hrabiowskiej rodziny Kossakowskich w Brzostowicy Wielkiej na Grodzieńszczyźnie. Bolszewicy skradli też z tego pałacu bardzo cenny XVIII wieczny obraz „Anioł ze sceny zwiastowania”, na razie nie rozpoznanego twórcy. To dzieło sztuki malarskiej można również podziwiać na białostockiej wystawie. Inne prezentowane obrazy to „Pieta ze św. Janem Ewangelistą”- autor nieznany. Obraz ten niewątpliwie wyszedł spod mistrzowskiej dłoni, powstał w pierwszej ćwierć XVII wieku. Najstarszy z obrazów datowany jest na wiek XVI. Najmłodsze są z pierwszej połowy wieku XX.
„Wystawa opowiada o dziełach wywiezionych z Białegostoku. To historia mówiąca o rabunkowej polityce okupantów radzieckich, motywowanej chęcią zniszczenia polskości, pamięci o trwaniu narodu i jego dziedzictwie kulturowym. Dzieła sztuki, archiwalia, księgozbiory, rzemiosło artystyczne, konfiskowane, rozkradane, wyrwane ze swego naturalnego otoczenia, rozproszone, pozbawione kontekstu miejsca, stać się miały narzędziami w kreowaniu nowej sowieckiej rzeczywistości. Obiekty zabytkowe miały służyć zobrazowaniu nieodwracalnych zmian społecznych i stać się symbolem zwycięstwa proletariatu” – z opisu białostockiej wystawy, poznajemy smutną prawdę historyczną o sowieckim barbarzyństwie.
Sowieckie barbarzyństwo
17 września 1939 r. wschodnie tereny II Rzeczypospolitej – województwa lwowskie, wileńskie, nowogrodzkie, poleskie, wołyńskie, stanisławowskie, tarnopolskie i białostockie – zostały zaatakowane i zagarnięte przez ZSRS. W sowieckich rękach znalazły się miasta od wieków związane z kulturą i tradycją polską m.in. Grodno, Lwów, Łuck, Nowogródek, Stanisławów, Wilno, Grodno i Białystok.
Po 17 września na Kresach rabowano zarówno prywatne domy i dwory, jak i kościoły, budynki użyteczności publicznej i muzea. Rabunku dokonywali pojedynczy sowieccy żołnierze, a również stworzone do tego celu specjalne tzw. trofiejne bataliony, masowo grabiące dzieła sztuki i wywożące je do ZSRS.
Według licznych relacji świadków sowieccy żołnierze często dokonywali bezmyślnych zniszczeń: tłukli porcelanę, meble, boazerie, klepki podłogowe, palili cenne starodruki w ogniskach.
Do dziś część zrabowanych w latach II wojny dzieł sztuki z polskich zbiorów znajduje się w muzeach w Petersburgu oraz w Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina w Moskwie. Kilka lat temu Rosjanie nieopatrznie zamieścili na stronie internetowej tej placówki zdjęcia obrazów z magazynów. Okazało się, że jest tam co najmniej kilkanaście obrazów skradzionych w Polsce. Od roku 2000 strona polska złożyła drogą dyplomatyczną 20 wniosków restytucyjnych obejmujących kilkanaście tysięcy pojedynczych dzieł sztuki. Wnioski zostały przekazane w trzech partiach – w 2004, 2012 i 2014 r. Rząd Federacji Rosyjskiej do tej pory ich nie rozpatrzył. Dziś wiadomo już, że Sowieci skradli Polsce podczas wojny co najmniej 35 tysięcy dzieł sztuki.
Adam Białous/PCh24.pl
***
poniedziałek 15 września
Wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej
Ból Najświętszej Maryi Panny Kościół nazywa współcierpieniem. W Ewangeliach nie ma żadnej wzmianki o Jej użalaniu się nad swoim losem. Matka Boga i Matka każdego z nas własnego cierpienia nie ma. Jeśli stoi pod krzyżem, to skamieniała wobec paschy Baranka, który dał życie dla naszego zbawienia. Jeśli objawia się, płacząc i wzywając do nawrócenia, to Jej łzy i zatroskanie są z naszego grzechu. Ból wyrasta z Jej macierzyństwa, a jego miarą jest matczyna miłość. Dziękujemy Bogu dzisiaj za ten niezwykły dar i wielbimy Go otoczeni Jej modlitwą i orędownictwem.
***
Matka Boża Bolesna – bliska Bogu, bliska człowiekowi
Wikimedia Commons | domena publiczna
***
Maryja pomimo tego, że nie przelała tak, jak Chrystus swojej krwi w sposób fizyczny, często nazywana jest w tradycji mianem Matki Bolesnej (łac. Mater Dolorosa) i Królowej Męczenników (Regina Martyrum). Ewangelie w subtelny, ale jednocześnie w wyraźny sposób pokazują, że ciche, pokorne i wydawałoby się nienarzucające się życie Matki Bożej było przepełnione współodczuwaniem z jej Synem
Dzień 15 września, obchodzony w kalendarzu liturgicznym jako wspomnienie NMP Bolesnej, w liturgii przedsoborowej funkcjonujący pod nazwą Siedmiu Boleści NMP, pozostaje nieco w cieniu dwóch innych, znaczących świąt obchodzonych w zbliżonym czasie – Narodzenia NMP (8 września) oraz Podwyższenia Krzyża Świętego (14 września). Dodatkowo, w 2024 roku 15 września przypada w niedzielę, w związku z tym łatwo jest to wspomnienie przeoczyć. Tymczasem niesie ono ze sobą istotną teologię, która może pomóc nam lepiej zrozumieć unikalne posłannictwo Matki Bożej w dziele zbawienia.
Figura Matki Bożej przebitej siedmioma mieczami boleści w kościele św. Krzyża w Salamance
***
Współczucie i gościnność
Wspomnienie Matki Bożej Bolesnej weszło do tradycji katolickiej w XVII w. i stało się popularne dzięki zakonowi Sług Najświętszej Maryi Panny (Ordo Servorum Mariae), nazywanych popularnie Serwitami, założonym przez św. Filipa Benicjusza w XIII w. na terenie Włoch. Szczególnym rysem pobożności tego zgromadzenia było poświęcenie się Matce Bożej Bolesnej poprzez przyjęcie dwóch kojarzących się z Maryją zasad życia – współczucia z cierpiącymi i gościnności, obejmującej pomoc pielgrzymom i ubogim. Szczególny wzrost duchowy Serwitów miał miejsce w średniowieczu, gdy zakon szybko rozprzestrzenił się na znaczną część Europy i świata, w tym dotarł do Polski.
Od epoki oświecenia zgromadzenie zaczęło jednak podupadać w związku z niechętną postawą niektórych władców świeckich na Starym Kontynencie, skutkującą zamykaniem lub kasatą domów klasztornych. Można wręcz powiedzieć, że pomimo częściowego odrodzenia od połowy XIX w. zakon ten już nie powrócił w pełni do swojej dawnej potęgi. Docenieniem duchowości serwickiej było jednak wprowadzenie przez papieża Piusa VII w 1814 r. święta poświęconego Matce Bożej Bolesnej dla Kościoła powszechnego. Dzień jego obchodu liturgicznego ustalono na 15 września, aby dobitnie pokazać wiernym związek pomiędzy cierpieniami Matki a Bożej a Męką Chrystusa ukoronowaną krwawą ofiarą na krzyżu, wspominaną przez święto Podwyższenia Krzyża Świętego dzień wcześniej.
Siedem Boleści NMP
Sformułowanie „siedem boleści” przeszło w języku polskim do języka potocznego i nabrało zdecydowanie ironicznego charakteru. Warto jednak uświadomić sobie, że charakter ten nie ma związku z dawną, tradycyjną nazwą wspomnienia NMP Bolesnej. Skąd jednak wzięło się rozróżnienie siedmiu cierpień Matki Bożej? Wiemy o nich z Ewangelii oraz Tradycji. Są to następujące wydarzenia:
proroctwo Symeona, które Maryja usłyszała podczas ofiarowania Pana Jezusa w świątyni: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34)
ucieczka Świętej Rodziny do Egiptu, o której wspomina Ewangelia św. Mateusza: „(…) oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić». On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda” (Mt 2, 13-15).
ból i lęk z powodu zaginięcia 12-letniego Chrystusa w Jerozolimie, który odnalazł się po trzech dniach w Świątyni Jerozolimskiej. Św. Łukasz przytacza przy tej okazji słowa Maryi: „(…) «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie»” (Łk 2, 48).
spotkanie Matki Bożej i Chrystusa podczas niesienia krzyża na Golgotę. Nie jest ono co prawda utrwalone w Ewangelii, ale od czasów wczesnochrześcijańskich istniało przekonanie, że do tego, być może kilkusekundowego i milczącego spotkania doszło jeszcze przed ukrzyżowaniem. Znajduje to odzwierciedlenie w IV stacji nabożeństwa Drogi Krzyżowej, poświęconej temu wydarzeniu.
ukrzyżowanie, śmierć Chrystusa i złożenie Jego Przenajświętszego Ciała do grobu – Ewangelie pokazują, że te trzy ostanie wydarzenia kończące Mękę Pańską odbyły się w obecności Maryi. Szczególnie znaczenie ma w tym wymiarze Janowy fragment o kobietach stojących pod krzyżem – Matce Bożej, jej siostrze Marii Kleofasowej oraz Marii Magdalenie (J 19, 25-27).
Wszystkie powyższe wydarzenia wskazują nie tylko na ból i cierpienia wewnętrzne Maryi połączone z cierpieniami i doskonałą ofiarą krzyżową Jej Syna, ale tez na fakt, że musiała ona mierzyć się z różnymi po ludzku trudnymi i niekiedy niezrozumiałymi sytuacjami od samego początku. Miała więc w sobie uświęconą łaską Bożą umiejętność współodczuwania i współcierpienia, doskonale połączoną ze zbawczym działaniem Chrystusa.
W sztuce chrześcijańskiej Matka Boża Bolesna przedstawiana jest często jako przenikana siedmioma mieczami lub ostrzami w okolicy serca. Każde z tych ostrzy symbolizuje jedno z wymienionych wyżej cierpień, które dotykały Maryję w czasie jej ziemskiego życia.
Każde słowo, które próbuje opisać stan ducha Maryi stojącej pod Krzyżem Syna, to co przeżywała wcześniej, w czasie Drogi Krzyżowej, w momencie pojmania Chrystusa, jest bezradne. I może dlatego opis ewangeliczny dotyczący Matki jest tak skromny. Wiemy jedno. Maryja była pod Krzyżem, była w bliskości Syna i z Jej ust nie padło żadne słowo skargi – podkreślił ks. prof. Paweł Bortkiewicz, gość specjalny programu fatimskiego na kanale PCh24 TV. Czego nas uczy Matka Bolesna?
– Maryja trwała w zawierzeniu, w głębokim zjednoczeniu z Męką Syna. Zresztą Ona jest Nieustanną Obecnością. Znamy jej dialog ze zwiastowania, znamy jej postawę z Kany Galilejskiej. Mimo wszystko jest to kobieta małomówna. To jest Matka, która jest obecna w najważniejszych momentach życia Syna – mówił.
Jak wskazał, postawa Matki Bolesnej, jest wielką lekcją obecności. – To jest też wielka lekcja zawierzenia. Bezwzględnego, radykalnego zawierzenia, którego nie sposób wyrazić słowami, które dotyka nas swoją mocą. To zawierzenie niejako pokonuje tę śmierć – dodał.
Ks. prof. Bortkiewicz zaznaczył, że w tych dniach trzeba przywoływać te wielkie wskazania Maryi – obecność i wiara. – A skoro wiara tak heroiczna, to i równie heroiczna miłość. Miłość, która wyraża się w akcie przyjęcia Jana pod Krzyżem, a wraz z Janem – nas wszystkich, jako swoje dzieci. Maryja – tak po ludzku – tracąc swojego Syna na Krzyżu, przyjmuje nas wszystkich, Do tego potrzeba ogromnego serca. Maryja to pokazuje. I ta postawa Matki jest dla nas inspiracją. I każdy we własnym sumieniu winien podjąć refleksję nad tą postawą Maryi – dodał.
PCh24.pl
***
Siedem Boleści Maryi. Trudno znaleźć inne nabożeństwo, za odprawianie którego obiecano tak wiele łask
fot. Vincent Desjardins / Wikimedia Commons / / CC BY 2
***
15 września Kościół katolicki obchodzi wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej, dzień po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego. To wyjątkowa okazja, by rozważać Siedem Boleści Maryi – od proroctwa Symeona, przez ucieczkę do Egiptu, utratę Jezusa, aż po Jego śmierć i złożenie do grobu. Wierni, którzy oddadzą się temu nabożeństwu, mogą otrzymać liczne łaski: pociechę w cierpieniach, pokój w rodzinie, duchową ochronę i nagrodę w niebie. Nabożeństwo do Matki Boskiej Bolesnej pomaga pogłębić więź z Maryją i Jezusem oraz odnaleźć siłę i nadzieję w codziennym życiu.
15 września Kościół katolicki obchodzi wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej, dzień po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego.
Siedem Boleści Maryi to biblijne wydarzenia, w których Jej serce szczególnie cierpiało – od proroctwa Symeona, przez ucieczkę do Egiptu i utratę Jezusa, aż po Jego śmierć i złożenie do grobu.
Jezus i Maryja obiecali szczególne łaski tym, którzy rozważają Siedem Boleści – m.in. dar skruchy, pociechę w cierpieniach, opiekę w godzinie śmierci, pokój rodzinom oraz ochronę przed złem.
Nabożeństwo do Matki Boskiej Bolesnej jest zaproszeniem do pogłębienia więzi z Maryją i Jej Synem; umacnia nadzieję na zbawienie oraz staje się źródłem siły i pociechy w codziennym życiu.
Kościół katolicki 15 września obchodzi wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej. Niezwykle wymowne jest to, że wspomnienie to wypada dzień po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego, zupełnie jakby Kościół – tuż po okresie wakacji i odpoczynku – chciał przypomnieć wiernym o męce Jezusa i odkupieniu, a więc o tym, co jest najważniejsze dla naszej wiary. Wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej to wyjątkowa okazja, by – wspólnie z Maryją – przeżyć nie tylko mękę Jej Syna, ale również wszystkie te momenty z Jej życia, w których Jej matczyne Serce cierpiało szczególnie, tym bardziej że – jak pisał święty Alfons Liguori – “Jezus docenia duszę, która rozmyśla nad Siedmioma Boleściami Matki Bożej” i składa za to cztery konkretne obietnice.
Siedem Boleści Matki Bożej
Siedem Boleści Matki Bożej jest związanych z konkretnymi wydarzeniami z życia Maryi, które możemy znaleźć w Piśmie Świętym. Oto one.
Proroctwo Symeona Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: «Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu» (Łk 2, 34-35)
Ucieczka do Egiptu Gdy oni odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić». On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego. Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał [oprawców] do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma. A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie, i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia» (Mat 2,13-21)
Zagubienie dwunastoletniego Jezusa w świątyni Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami.Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie». Lecz On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. (Łk 2,41-50)
Spotkanie z Jezusem niosącym krzyż A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota (J 19,17)
Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa. Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: «Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski». Ten napis czytało wielu Żydów, ponieważ miejsce, gdzie ukrzyżowano Jezusa, było blisko miasta. A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim. Arcykapłani żydowscy mówili do Piłata: «Nie pisz: Król Żydowski, ale że On powiedział: Jestem Królem Żydowskim». Odparł Piłat: «Com napisał, napisałem». Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza po części; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: «Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć». Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty, a los rzucili o moją suknię7. To właśnie uczynili żołnierze. A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: «Pragnę». Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: «Wykonało się!». I skłoniwszy głowę oddał ducha. (J 19,18-30)
Zdjęcie Jezusa z krzyża Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa w nocy1 i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. 40 Zabrali więc ciało Jezusa i obwiązali je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania. (J 19,39-40)
Złożenie Jezusa do grobu A na miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo.Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu. (J 19,41-42)
Obietnice złożone błogosławionej Weronice Binasco
Święty Alfons Liguori w dziele “Chwała Maryi” przywołał słowa Jezusa, które zostały objawione błogosławionej Weronice Binasco. Urodziła się ona w r. 1445 w bardzo ubogiej rodzinie wieśniaczej. Gdy w r. 1466 chciała wstąpić do augustianek w Mediolanie, zmuszono ją, by nauczyła się czytać i pisać. W czasie tej nie najłatwiejszej dla niej pracy przeżyła wizję Najświętszej Marii Panny i odtąd już ciągle otrzymywała różne łaski mistyczne oraz polecenia do rozmaitych dostojników kościelnych. Chrystus miał jej powiedzieć, że współczucie okazywane Jego Matce jest Mu szczególnie drogie, bardziej nawet, niż współczucie okazywane Jemu.
“Córko moja, łzy wylane z powodu Mojej Męki są Mi drogie; jednak jeszcze cenniejsze są dla Mnie te, które płyną z miłości do Mojej Matki Maryi i współczucia dla bólu, jaki Ona przeżywała podczas Mojej śmierci” – miał powiedzieć Jezus błogosławionej Weronice Binasco.
Cztery obietnice Jezusa dla tych, którzy oddadzą się nabożeństwu Siedmiu Boleści Matki Bożej:
“Ci, którzy przed śmiercią będą wzywać Boską Matkę przez Jej boleści, otrzymają łaskę prawdziwej skruchy za wszystkie swoje grzechy”.
“Będę ich strzegł w cierpieniach, a szczególnie w godzinie śmierci”.
“Utrwalę w ich sercach pamięć o Mojej męce, a za to otrzymają nagrodę w niebie”.
“Oddam takie pobożne dusze w ręce Maryi, aby mogła nimi rozporządzać według swej woli i wypraszać im wszystkie potrzebne łaski”.
Nie są to jednak jedyne obietnice związane z nabożeństwem Siedmiu Boleści Matki Bożej. Kolejne obietnice miała przekazać świętej Brygidzie Szwedzkiej sama Maryja. Matka Boża miała ją poprosić, by rozważaniu każdego z Jej cierpień towarzyszyło jedno “Zdrowaś Maryjo”.
Siedem obietnic Matki Bożej dla tych, którzy codziennie rozważają Jej Siedem Boleści:
“Obdarzę pokojem ich rodziny”.
“Otrzymają światło w poznawaniu Bożych tajemnic”.
“Pocieszę ich w cierpieniach i będę towarzyszyć im w codziennej pracy”.
“Udzielę im wszystkiego, o co będą prosić, jeśli tylko nie sprzeciwia się to czci należnej Mojemu Boskiemu Synowi ani uświęceniu ich dusz”.
“Będę ich bronić w duchowych zmaganiach z nieprzyjacielem piekielnym i chronić w każdej chwili ich życia”.
“Widocznie wspomogę ich w chwili śmierci – ujrzą oblicze swojej Matki”.
“Otrzymałam od Mojego Boskiego Syna szczególną łaskę: ci, którzy będą szerzyć nabożeństwo do Moich łez i boleści, zostaną zabrani prosto z tego życia do wiecznej szczęśliwości, gdyż wszystkie ich grzechy zostaną im odpuszczone, a Mój Syn stanie się ich wieczną pociechą i radością”.
Wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej jest więc nie tylko okazją do modlitwy i zadumy, ale także zaproszeniem do realnego pogłębienia więzi z Maryją i Jej Synem. Rozważanie Siedmiu Boleści Maryi naprawdę może umocnić nadzieję na zbawienie, a obietnice Jezusa i Jego Matki – stać się źródłem pociechy i siły w codziennym życiu.
ChurchPOP / DEON.pl / red
***
Bolesna Matka Najświętsza i Koronka do Jej Siedmiu Boleści
Bliska jest nam Maryja Niepokalana, kochamy Ją jako Królową, jakże zachwycająca jest w dniu swego Wniebowzięcia. Ale najbardziej bliska, najbardziej człowiecza jest Maryja Bolesna. Dlaczego właśnie Ona?
Matka Boża Bolesna
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Chyba dlatego, że żadna matka na ziemi nie przeżyła tyle i nie przecierpiała tyle, co Matka Zbawiciela. Jakże bolesnym echem odbiły się w Jej sercu prorocze słowa Symeona, wypowiedziane w świątyni jerozolimskiej w dniu ofiarowania Pana Jezusa: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (por. Łk 2,35). Stąd jakże bardzo Maryja – jako Matka Boża Bolesna rozumie każdego człowieka, każdego cierpiącego, wszystkich, którzy jesteśmy Jej dziećmi.
Kult Matki Bożej Bolesnej kształtował się powoli. Od poł. XVII wieku okresem oddawania czci Współodkupicielce – Matce Bożej Bolesnej stał się wrzesień. Z upływem lat wspomnienie boleści Najświętszej Maryi Panny zaczęło zbliżać się do dnia wyznaczonego jako następny po uroczystości Podwyższenia Krzyża Świętego (najpierw jego obchód wyznaczono na trzecią niedzielę września). Od 1735 r., tj. 8 lat po wprowadzeniu przez papieża Benedykta XIII święta Matki Bożej Bolesnej w całym Kościele, czczono – zwłaszcza w Hiszpanii – boleści Najświętszej Maryi Panny 17 września. Następnie, za sprawą papieża Piusa VII, w 1814 r. ustalona została w całym Kościele data czci na 18 września. Jednak na początku XX wieku (1908 r.) dzięki inicjatywie papieża Piusa X ostateczny wyznacznik tego święta został ustalony na dzień 15 września. Ojciec Święty Paweł VI, reformując w 1969 r. kalendarz rzymski, ustanowił na ten właśnie dzień wspomnienie obowiązujące. Nowy formularz mszalny z 1970 r. mówi o współcierpieniu Matki Bożej z Chrystusem, która pod krzyżem stała się Matką Kościoła.
>W celu podkreślenia cierpień duchowych i fizycznych Świętej Bożej Rodzicielki, mających ścisły związek z misją zbawczą Boga-Człowieka, przywołuje się na pamięć tajemnice bolesnych dla Najświętszej Maryi Panny zdarzeń z życia Pana Jezusa, ukazanych na kartach Ewangelii. Miejsce Bogarodzicy w Bożym planie zbawczym, Jej rolę w historii zbawienia na kanwie współcierpień z Synem Bożym można prześledzić, kontemplując Jej siedem boleści. Trzy bolesne dla Maryi zdarzenia dotyczą dzieciństwa Jezusa. Stanowią je: proroctwo Symeona (por. Łk 2,34-35), ucieczka do Egiptu (por. Mt 2,13-15) oraz poszukiwanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni jerozolimskiej (por. Łk 2,43-51). Cztery kolejne, związane z Męką Pańską, to: spotkanie na Drodze Krzyżowej (por. Łk 23,26-32; J 19,16-17), Ukrzyżowanie (por. J 19,25-27), zdjęcie z krzyża (por. Łk 23,50-52; J 19,38), złożenie do grobu (por. Łk 23,53-56; J 19,39-42).
Wśród wielu modlitw do Matki Bożej Bolesnej zalecanych przez Kościół Święty i odmawianych w wielu sanktuariach jest Koronka ku czci Jej Siedmiu Boleści. Na Koronce tej rozważa się ziemskie życie i cierpienia Matki Najświętszej:
1. Boleść – Proroctwo Symeona, 2. Boleść – Ucieczka do Egiptu, 3. Boleść – Zgubienie Pana Jezusa, 4. Boleść – Spotkanie na Drodze Krzyżowej, 5. Boleść – Trwanie pod krzyżem, 6. Boleść – Piastowanie po zdjęciu z krzyża Ciała Pana Jezusa, 7. Boleść – Złożenie do grobu.
O tej modlitwie mówiła w Kibeho w Rwandzie Matka Boża, przedstawiając się widzącym Ją dzieciom jako Matka Słowa. (Wypada wspomnieć, iż w latach 1981-83 w Kibeho miały miejsce objawienia Matki Bożej, zatwierdzone przez Kościół). W uznaniu objawień z Kibeho za autentyczne dużą rolę odegrał fakt, że Matka Boża, płacząc, zapowiedziała widzącym, że w Rwandzie będą się działy przerażające rzeczy. Dziewczęta widziały rzeki pełne krwi, mordujących się wzajemnie ludzi, porozrzucane, zmasakrowane ciała i wiele innych wstrząsających obrazów.
Odpowiadały one dokładnie temu, co zdarzyło się w tym kraju w 1994 r. podczas niebywałej zbrodni międzyplemiennej, która pochłonęła ponad milion ofiar, a niezliczone rzesze ludzi okaleczyła fizycznie i psychicznie.
W czasie objawień Maryja mówiła tam m.in.: „Gdy objawiam się komuś i rozmawiam z nim, zwracam się do całego świata (…). Możesz rozpowszechnić to nabożeństwo po całym świecie, nawet nie ruszając się z tego miejsca. Łaska jest wszechmogąca…”.
Maryja wielokrotnie powtarzała: „Obudźcie się. Wstańcie. Obmyjcie się i rozejrzyjcie uważnie. Musicie oddać się modlitwie. Musicie rozwinąć w sobie cnoty miłości, oddania i pokory. (…) Okażcie skruchę, żałujcie, żałujcie! Nawróćcie się, kiedy jeszcze jest czas”.
W czasie swych objawień w Kibeho Matka Najświętsza szczególnie poleciła rozważać Mękę Pańską, odmawiać Różaniec oraz Koronkę do Siedmiu Boleści Matki Bożej. Rozpoczyna się wrzesień, miesiąc, w którym Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę Bolesną. Sięgnijmy w tym czasie w swojej pobożności maryjnej także po tę ostatnią formę modlitwy, świadomi, że rozważając te tajemnice, w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.
ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela
***
Niedziela 14 września
Uroczystość Podwyższenia Świętego Krzyża
fot. Paweł Żulewski
***
14 września Kościół obchodzi Święto Podwyższenia Krzyża. Wiąże się ono z odnalezieniem drzewa krzyża, na którym umarł Jezus Chrystus, a także wyraża głęboki sens krzyża w życiu chrześcijanina. Istotą święta jest ukazanie tajemnicy Krzyża jako ceny zbawienia człowieka.
Początki święta związane są z odnalezieniem przez św. Helenę relikwii krzyża na początku IV wieku i poświęceniem w Jerozolimie bazyliki ku jego czci w 335 r. Na pamiątkę, tego wydarzenia, ostatecznie 14 września, w Kościele obchodzi się uroczystość Podwyższenia Krzyża świętego.
Znak krzyża był obecny w chrześcijaństwie od śmierci Jezusa. W początkach Kościoła nieraz przyjmował formę kotwicy albo trójzębu. Jako przedmiot kultu upowszechnił się i nabrał znaczenia po roku 313. W tym bowiem roku, według przekazu, cesarz Konstantyn Wielki, przed bitwą z uzurpatorem Maksencjuszem, zobaczył na tle słońca znak krzyża i słowa „w tym znaku zwyciężysz”. Poza tym tenże cesarz zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie.
Do VI w. na krzyżu nie umieszczano postaci Chrystusa. Także później nie ukazywano Jezusa umęczonego lecz chwalebnego: jako Króla z diademem zamiast cierniowej korony na głowie, albo jako Arcykapłana, albo jako Dobrego Pasterza. Od wieku XII pojawia się motyw cierpienia. Od tego czasu aż do dziś w Kościele łacińskim zwykle używany jest krzyż gotycki, pasyjny, który wskazuje na mękę i śmierć Chrystusa jako cenę zbawienia. W tradycji prawosławnej do dziś używany jest krzyż chwalebny.
Od czasów Konstantyna, kiedy to chrześcijanie uzyskali wolność wyznawania swojej wiary, krzyż stał się znakiem rozpoznawczym chrześcijan. Od tego czasu jest bardzo często używany w liturgii i uświęca całe życie chrześcijańskie: zaczyna i kończy modlitwę, dzień i każdą ważniejszą czynność, uświęca przestrzeń i jest używany przy wszelkich błogosławieństwach.
Ojcowie Kościoła podkreślali, że krzyż jest symbolem, w którym streszczają się najistotniejsze prawdy wiary chrześcijańskiej. Św. Jan Damasceński pisze: „Krzyż Pana naszego Jezusa Chrystusa, a nie cokolwiek innego, zwyciężył śmierć, zgładził grzech praojca, pokonał piekło, darował nam zmartwychwstanie, udzielił siły do wzniesienia się ponad doczesność i ponad samą śmierć, zgotował powrót do dawnej szczęśliwości, otworzył bramy raju, umieścił naturę naszą po prawicy Boga, uczynił nas Jego dziećmi i dziedzicami”.
Znak krzyża rozpoczyna i kończy modlitwę chrześcijanina. W liturgii jest gestem błogosławieństwa. Krzyż zawieszany na szyi, w mieszkaniu, w pracy, stawiany na szczytach świątyń przypomina wierzącym o ich powołaniu. Jego znaczenie staje się szkołą życia dla chrześcijan widzących w nim ostateczne zwycięstwo dobra nad złem.
e-Kai
***
Na drzewie zwyciężył czy na drzewie został pokonany? Czyli o wężu w Biblii i Krzyżu Świętym
Wąż pojawia się w Biblii kilkakrotnie. Po raz pierwszy, w Księdze Rodzaju, szatan pod taką właśnie postacią nakłonił Adama i Ewę do grzechu pychy. Następnie w Księdze Liczb węże były jednocześnie karą za nieufność Bogu i lekarstwem wybawiającym od śmierci. Wreszcie wydarzenia te łączą się ponownie w scenie ukrzyżowania Chrystusa, kiedy pokonuje On „węża”, czyli szatana, jednocześnie dając wzór pokory i zaufania Ojcu.
Pierwszy wąż pojawił się już na samym początku Biblii, czyli w Księdze Rodzaju. To właśnie tam szatan przyjął postać węża by skłonić pierwszych rodziców do nieposłuszeństwa Bogu. Przez niego Adam i Ewa przekroczyli Boży nakaz i tym samym sprowadzili grzech na świat.
Wąż (…) rzekł do niewiasty: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Niewiasta odpowiedziała wężowi: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli”. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,1-5).
Wąż kusił Ewę nie tylko samym owocem, lecz grzechem pychy. Chciał bowiem, by pierwsi rodzice uznali się za równych samemu Bogu. To znajdujące się w środku ogrodu drzewo było drzewem poznania dobra i zła. I chociaż w posiadaniu wiedzy nie ma nic złego (wprost przeciwnie, zdobywanie wiedzy jest rzeczą chwalebną!), to w przypadku pierwszych rodziców to pragnienie miało miejsce w sposób nieumiarkowany, czyli ponad odpowiednią miarę. Chcąc posiadać wiedzę, pragnęli w rzeczywistości posiadać doskonałość równą samemu Bogu.
Pierwszy człowiek zgrzeszył głównie przez pożądanie Bożego podobieństwa w zakresie „poznania dobra i zła” za namową węża, to znaczy, że swoją własną naturalną mocą chciał decydować, co jest dobre, a co złe – pisze św. Tomasz z Akwinu (ST II-II q. 163 a. 2 c.) W drugiej kolejności zgrzeszył przez pożądanie Bożego podobieństwa w zakresie własnej mocy działania, to znaczy, że swoją własną naturalną mocą chciał działać w taki sposób, aby osiągnąć szczęście – dodaje Akwinata.
Skutkiem grzechu pierwszych rodziców była śmierć i wygnanie z raju. Co zaś tyczy się węża, to za karę od tamtego momentu miał już czołgać się na brzuchu, a w przyszłości miała pojawić się niewiasta, która zmiażdży mu głowę.
Surowość kary wymierzonej za ten pierwszy grzech odpowiada wielkości samego grzechu – nie ze względu na jego rodzaj, lecz ze względu na to, że był pierwszym grzechem: ponieważ zniszczył on niewinność naszego pierwotnego stanu i, pozbawiając go niewinności, sprowadził nieład na całą naturę ludzką – wyjaśnia Doktor Anielski (ibid., a. 3 ad. 2).
Węże pojawiają się ponownie w Księdze Liczb – tym razem już nie jako powód grzechu, lecz jako kara za grzech i lekarstwo z niego wybawiające. Izraelici po długiej drodze przez pustynię zaczęli tracić cierpliwość i szemrać przeciw Bogu i Mojżeszowi. Karą za ten grzech była właśnie plaga jadowitych węży. Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła (Lb 21,6). Lekarstwem chroniącym od śmierci również stał się wąż – tym razem miedziany, uczyniony przez Mojżesza na polecenie Boga.
Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: „Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu”. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogoś wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu (Lb 21,8-9).
Izraelici poprzez swoje szemranie pokazali brak zaufania wobec Stwórcy; co więcej, oskarżali Tego, których ich wybawił, o ukryty podstęp zaprowadzenia ich na śmierć. Bóg na lekarstwo od grzechu wybrał właśnie miedzianego węża, ponieważ spojrzenie na ten posąg było aktem ufności Bogu; Izraelici patrzyli na węża, bo Bóg im tak polecił, a z zaufania Bożej obietnicy przychodziło wybawienie od śmierci. Figura sporządzona przez Mojżesza nie była zatem przedmiotem kultu bałwochwalczego, ale wyrazem zaufania Bogu.
W Nowym Testamencie symbolika węża nabiera zupełnie innego znaczenia, ponieważ dwa wspomniane wydarzenia łączą się w scenie śmierci Jezusa na krzyżu. Sam Zbawiciel podkreślił bowiem, że wywyższenie węża było zapowiedzią Jego własnego ukrzyżowania:
Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,14-16).
Śmierć Jezusa na krzyżu była odwróceniem złej doli ludzkości po grzechu pierworodnym. Zbawiciel bowiem swoją śmiercią otworzył im bramy raju – które to podwoje były zamknięte od chwili grzechu pierwszych rodziców. I jak mówi św. Tomasz, konieczny był wykup zniewolonej ludzkości z niewoli grzechu.
Skoro więc diabeł zwyciężył człowieka, skłaniając go do grzechu, człowiek stał się poddany jego niewoli. (…) Męka Chrystusa była wystarczającym i nadobfitym zadośćuczynieniem za grzech i dług rodzaju ludzkiego; była ceną, za którą zostaliśmy uwolnieni (ST III q. 48 a. 4 c.)
W czasie swojej Męki Zbawiciel pokazał cnoty przeciwne grzechom pychy i nieufności, które popełnili odpowiednio: pierwsi rodzice w raju i Izraelici na pustyni. Śmierć Chrystusa była bowiem najgłębszym wyrazem jego posłuszeństwa. Pozwolił się przybić do krzyża, ośmieszyć; pozwolił nawet by Jego Bóstwo było w pewien sposób „ukryte” – bo przecież trudno było uwierzyć, że ten konający człowiek był Bogiem. Chrystus „odwrócił” również grzech pierwszych rodziców, ponieważ gdy Adam i Ewa chcieli być równymi Bogu, to On – Bóg, druga Osoba Trójcy – stał się równy ludziom, a następnie cierpiał i umarł jak człowiek.
Zbawiciel dał również przykład zaufania Bogu, którego tak bardzo brakowało Izraelitom na pustyni. Podczas modlitwy w Ogrojcu Chrystus prosił Ojca by – jeśli to możliwe – odsunął od Niego to cierpienie, które miało nadejść. W swojej Boskiej naturze wiedział, jak bardzo miał cierpieć, a w ludzkiej – zwyczajnie się tego bał. Zaufał jednak Ojcu i pokornie przyjął to okrutne cierpienie, które czekało Go już kilkanaście godzin później.
Wybór drzewa jako narzędzia męki Zbawiciela wydaje się celowo dokonanym przez Boga, a przypomina o tym jedna z prefacji mszalnych w słowach: Tyś postanowił dokonać zbawienia rodzaju ludzkiego na drzewie krzyża, aby skąd śmierć wzięła początek, stamtąd i życie zmartwychwstało, i aby ten, który na drzewie zwyciężył, na drzewie również został pokonany (Prefacja o Męce Pańskiej). Widać bowiem, że scena z ogrodu Eden i scena ukrzyżowania Chrystusa mają wspólne cechy. W raju to właśnie drzewo, z którego Ewa zerwała jabłko, stało się narzędziem pozornego triumfu szatana (symbolizowanego przez węża) i śmierci. Nie jest to więc przypadkowe, że właśnie na drzewie krzyża Zbawiciel odniósł zwycięstwo nad „wężem” i śmiercią. Znany łaciński hymn Vexilla Regis, czyli Króla wznoszą się znamiona, podkreśla, że to właśnie na krzyżu Chrystus ukazał swoje królowanie, mówiąc, że „Bóg królował z drzewa”.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
Nauka krzyża
Kiedy z ust Pana Jezusa padają słowa o Jego „wywyższeniu”, wszystko się zgadza z naszymi wyobrażeniami.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Ciągle robimy rankingi, tworzymy klasyfikacje, urządzamy konkurencje, aby ktoś znalazł się na podium. Zwycięzca zostaje „wywyższony” przez uznanie, poklask i sławę, innym razem natomiast otrzymuje władzę, pieniądze czy prawo do bycia autorytetem. Dobrze, że prawdziwe osiągnięcia są nagradzane.
Kiepsko, gdy hołdujemy oszczercom, naciągaczom czy fałszerzom. Ale sprawa wywyższenia Mistrza z Nazaretu wygląda inaczej, gdyż doskonale wiemy, że chodzi tutaj o krzyż. Z naturalnego punktu widzenia jest on absurdem, hańbą, porażką, totalnym zaprzeczeniem jakiegokolwiek zwycięstwa. Na czym zatem polega wspomniana konieczność wywyższenia, o której mówi Zbawiciel? Pan Jezus niewątpliwie umarł za głoszoną przez siebie prawdę. Ale przecież podobnym męczennikiem był chociażby Sokrates. Zginął on, bo nie chciał zrezygnować ze swoich poglądów i sposobu życia, choć łatwo mógł uniknąć śmierci. O wyjątkowości krzyża Pana Jezusa świadczy to, że był Synem Bożym.
Objawił ostateczną prawdę o człowieku i Prawdę o swym Ojcu. Śmierć Jezusa miała wymiar odkupieńczy i zbawczy. Przebaczając oprawcom, wypełnił głoszone przez siebie przykazanie miłości nieprzyjaciół. Ale uczynił jeszcze coś. Pokazał, co to znaczy kochać. Miłość to nie tylko uczucie, nasz dobrostan czy samospełnienie. Miłość Jezusowa zakłada umiejętność cierpienia dla sprawy, dla dobra, dla prawdy, dla osoby, której się to obiecało, wreszcie dla samego Boga, gdy inne motywacje okazują się niewystarczające.
Jan Paweł II napisał: „(…) cierpienie jest w świecie po to, ażeby wyzwalało miłość, ażeby rodziło uczynki miłości bliźniego, ażeby całą ludzką cywilizację przetwarzało w «cywilizację miłości»” (Salvifici doloris, n. 30). „Cierpienie ludzkie osiągnęło swój zenit w męce Chrystusa. Równocześnie (…) zostało związane z miłością, która tworzy dobro, wyprowadzając je również ze zła. (…) Krzyż Chrystusa stał się źródłem, z którego biją strumienie wody żywej” (tamże, n. 18). Okazuje się, że coś, czego tak bardzo się boimy, może stać się „miejscem” przemiany w nas i w świecie. Chrystus nie wytłumaczył cierpienia, ale je przyjął i włączył w historię miłości, i to tak wielkiej, że wielu jej nie pojęło.
Dlatego krzyż jest znakiem miłości, zwycięstwa i symbolem chrześcijan.
Na polskiej ziemi papież powiedział: „Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych, szpitali. Niech on tam pozostanie!” (Zakopane, 1997 r.). Intronizujmy dziś w sobie krzyż Jezusowy jako drogę do pełni życia i codziennej „rezurekcji” oraz zwycięskiego zmartwychwstania w wieczności. Jerzy Liebert napisał w Jeźdźcu: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. Wybierać miłość umiejącą cierpieć – oto „nauka krzyża”.
ks. Dariusz Kowalczyk/Tygodnik Niedziela
***
sobota 13 września
90-ta rocznica objawienia Koronki do Bożego Miłosierdzia
W piątek 13 września 1935 r. Pan Jezus podyktował św. Faustynie tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś jest to jedna z najpopularniejszych modlitw. – Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą, jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą – powiedział Pan Jezus.
***
fot. Katarzyna Matejek/Gość Niedzielny
***
Pochodzenie i obietnice
Tę modlitwę podyktował Pan Jezus siostrze Faustynie w Wilnie w piątek 13 września 1935 roku. W następnych objawieniach ukazał jej wartość i skuteczność oraz przekazał obietnice do niej przywiązane.
W tej modlitwie ofiarujemy Bogu Ojcu “Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa, łączymy się z Jego ofiarą złożoną na Krzyżu dla zbawienia świata. Ofiarując Bogu Ojcu Jego “najmilszego Syna”, odwołujemy się do najsilniejszego argumentu, by być wysłuchanym. Prosimy o “miłosierdzie dla nas i całego świata”. Słowo “nas” oznacza odmawiającego koronkę i tych, za których pragnie lub jest zobowiązany się modlić. Natomiast “cały świat” – to wszyscy ludzie żyjący na ziemi i dusze w czyśćcu cierpiące. Modląc się słowami tej koronki, spełniamy akt miłości bliźniego, który – obok ufności – jest nieodzownym warunkiem otrzymania łask.
Przez odmawianie tej koronki – obiecał Pan Jezus – podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą (1541) i dodał: jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą. (1731)
Szczegółowe obietnice dotyczą godziny śmierci: łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci. Mogą je uprosić tylko ci, którzy sami z ufnością i wytrwale odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.
Kapłani – powiedział Jezus – będą (ją) podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko odmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. (687) Chociaż raz, ale w postawie zgodnej z treścią modlitwy, a przede wszystkim z wiarą, ufnością i w pokorze oraz ze szczerym i głębokim żalem za grzechy.
W “Dzienniczku”
Pod datą 13 września 1935 roku, Święta siostra Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku taką oto wizję odnośnie tej koronki:
Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z promiennym obliczem, obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi. Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię, […] zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę. Jednak niczym prośba moja była wobec gniewu Bożego. W tej chwili ujrzałam Trójcę Przenajświętszą. Wielkość majestatu Jej przeniknęła mnie do głębi i nie śmiałam powtórzyć błagania mojego. W tej samej chwili uczułam w duszy swojej moc łaski Jezusa, która mieszka w duszy mojej; kiedy przyszła mi świadomość tej łaski, w tej samej chwili zostałam porwana przed stolicę Bożą. O, jak wielki jest Pan i Bóg nasz i niepojęta jest świętość Jego. Nie będę się kusić opisywać tej wielkości, bo niedługo ujrzymy Go wszyscy, jakim jest. Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi.
Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła, i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa te, którymi błagałam Boga, są następujące: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas.
Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj. Kiedy odmówiłam tę modlitwę, usłyszałam w duszy te słowa:
Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego, odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Maryjo”, i “Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach “Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: “Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach “Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: “Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem”. (474 – 476)
Sposób odmawiania:
(na zwykłym różańcu)
Na początku:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego . Amen.
Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa. Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego; narodził się z Maryji Panny. Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.
Na dużych paciorkach (1 raz):
Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.
Na małych paciorkach (10 razy):
Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Na zakończenie (3 razy):
Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.
Gość Niedzielny
***
Koronka do Miłosierdzia Bożego – potężna modlitwa grzeszników
90 lat temu, 13 i 14 września 1935 roku, Pan Jezus podczas objawienia przekazał siostrze Faustynie treść Koronki do Miłosierdzia Bożego. To najbardziej dziś znana na świecie modlitwa do Bożego Miłosierdzia, która – zgodnie z obietnicą Jezusa – wyjednuje wiele łask dla grzeszników. Do jej odmawiania zachęcał Jan Paweł II. Jej przesłanie wybrzmiało także podczas organizowanej na całym świecie Symfonii Miłosierdzia.
***
Objawienie i bezsilność anioła kary
Objawienie Koronki wydarzyło się w dniach 13 i 14 sierpnia, kiedy zakonnica otrzymała wizję anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Jak pisze w Dzienniczku (Dz. 474-475), widząc znak kary na grzeszną ludzkość wychodzący od anioła, natchniona zaczęła się modlić słowami koronki. „Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy” – pisze s. Faustyna.
Treść Koronki
Następnego dnia, 14 września, po wejściu rano do kaplicy siostra Faustyna usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu Mojego. Odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw, odmówisz jedno „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”, i „Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach „Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego; na paciorkach „Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.”
Obietnice związane z odmawianiem Koronki
Jak zapisała s. Faustyna w Dzienniczku, Pan Jezus obiecał wylać wiele łask osobom, które będą odmawiać Koronkę.
„Zachęcaj dusze do odmawiania tej koronki. Przez nią podoba mi sie dać wszystko, o co mnie prosić będą zatwardziali grzesznicy” – czytamy w Dzienniczku. „Gdy ją odmawiać będą, napełnię dusze ich spokojem, a godzina ich śmierci będzie szczęśliwa. (…) Powiedz, że żadna dusza, która wzywała Miłosierdzia mojego, nie zawiodła się, ani nie doznała zawstydzenia. Mam szczególne upodobanie w duszy, która zaufała dobroci mojej. Napisz: gdy tę koronkę odmawiać będą przy konających, stanę pomiędzy Ojcem a duszą konającą nie jako sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel Miłosierny” (Dz. 1541).
Łaski w godzinie śmierci
Jezus wskazał s. Faustynie na wielką moc odmawiania Koronki w godzinie śmierci. „Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby grzesznik był najzatwardzialszy, jeżeli tylko raz zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia mojego” (Dz. 687).
Mówił też Jezus: „Każdą duszę, która odmawiać będzie tę koronkę, bronię w godzinie śmierci jako swej chwały. (…) Kiedy przy konającym inni odmawiają tę koronkę, uśmierza się gniew Boży, a miłosierdzie niezgłębione ogarnia duszę.” (Dz. 811)
Modlitwa w godzinie Męki Jezusa
Jezus polecił także siostrze Faustynie, by o godzinie 15.00 w szczególny sposób błagać Miłosierdzia Bożego, rozważając Mękę Chrystusa.
„O trzeciej godzinie błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego” – mówił Jezus do siostry Faustyny, a słowa te zapisane zostały w jej „Dzienniczku” (Dz. 1320).
O łaskach płynących z odmawiania Koronki oraz nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego głośno wołano na cały świat podczas wielkiego wydarzenia religijno-muzycznego Symfonia Miłosierdzia, które zostało zorganizowane jednocześnie w Krakowie, Rzymie i na wszystkich kontynentach 21 kwietnia bieżącego roku. Była to wigilia Święta Miłosierdzia Bożego, a koncert religijny z Krakowa – Łagiewnik transmitowano na cały świat za pośrednictwem łączy telewizyjnych.
Jan Paweł II w Akcie zawierzenia
Do słów z Koronki nawiązał także papież Jan Paweł II podczas Aktu zawierzenia świata Miłosierdziu Bożemu, dokonanemu w sierpniu 2002 roku w Łagiewnikach. „Ojcze przedwieczny, dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna, miej miłosierdzie dla nas i całego świata!” – zakończył Akt zawierzenia Jan Paweł II.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
Czemu modlimy się na paciorkach?
Dlaczego powtarzamy wciąż to samo?
Różaniec to koronka, a koronka to nie tylko Różaniec – ale gdy się jej dobrze używa, zawsze coś w człowieku zmienia.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
W połowie września 1935 roku Jezus polecił św. Faustynie odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Powiedział: „Odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca”, a następnie wyjaśnił, jakie słowa należy wypowiadać „na paciorkach »Ojcze nasz«”, a jakie „na paciorkach »Zdrowaś, Maryjo«”.
Różaniec jest bazą wielu koronek. Sam także jest koronką, bo termin ten oznacza formę modlitwy powtarzającej się określoną ilość razy. Koronką nazywa się także sznur ułożonych odpowiednio paciorków. Istnieją koronki o innym układzie i z inną liczbą paciorków niż w przypadku różańca, jednak najbardziej rozpowszechnioną dziś jest różaniec właśnie – a po nim, w tym samym układzie, Koronka do Miłosierdzia Bożego. Są koronki do Ducha Świętego, do Opatrzności Bożej, do Krwi Chrystusa, do Najświętszej Trójcy, do Maryi, do świętych i wiele innych. Autorami licznych z nich są święci Kościoła katolickiego.
Koronka porządkuje, zwalnia modlącego się z konieczności liczenia powtarzających się modlitw. Po co jednak w ogóle je powtarzać? Dlaczego ma ich być tak wiele i o tej samej treści? Kto jest w stanie wytrwać w skupieniu na wypowiadanych tyle razy słowach?
Zbawiciel też powtarzał
Najbardziej popularnym wyjaśnieniem powtarzalności wezwań w koronkach jest ich charakter – są to bowiem modlitwy medytacyjne. Rozwinięty na Zachodzie Różaniec w pewien sposób odpowiada praktykowanej na chrześcijańskim Wschodzie „modlitwie Jezusowej”. Polega ona na wielokrotnym wzywaniu Jezusa słowami: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”. Powtarzalność tej modlitwy znajduje wzór w samym Zbawicielu, który w Ogrójcu – jak zapisał ewangelista – „modlił się, powtarzając te same słowa” (Mk 14,39). Towarzyszy temu przekonanie, że gdy modlący zwraca się do Jezusa, Jezus modli się w nim – podobnie jak w Ogrójcu.
Podobnie jest z koronkami – nie chodzi w nich o „klepanie” w kółko tych samych słów, ale, jak w przypadku Różańca, o pogrążenie się w rozważanych tajemnicach wiary. „Różaniec, właśnie dlatego, że odwołuje się od początku do doświadczenia Maryi, jest modlitwą wybitnie kontemplacyjną. Pozbawiona tego kontemplacyjnego wymiaru modlitwa różańcowa traci swoje znaczenie” – stwierdza Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae. Przywołuje słowa swojego poprzednika, Pawła VI, który w adhortacji Marialis cultus wskazał: „Jeśli brak kontemplacji, Różaniec upodobnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł, oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: »Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani«” (Mt 6,7).
Jan Paweł II jest świadom powierzchownego postrzegania Różańca jako praktyki jałowej i nużącej. Zauważa jednak: „Do zupełnie innych wniosków na temat koronki można dojść, kiedy uzna się ją za wyraz nigdy nie znużonej miłości, która ciągle powraca do ukochanej osoby z gorącymi uczuciami, które, choć podobne w przejawach, są zawsze nowe ze względu na przenikającą je czułość”. W tym samym dokumencie papież analizuje symbolikę samego przedmiotu pomocnego do odliczania kolejnych modlitw, jakim jest koronka różańcowa. Zwraca uwagę, że świadomość tej symboliki może nadać nową treść kontemplacji. „W związku z tym trzeba najpierw zauważyć, że koronka zwraca się ku wizerunkowi Ukrzyżowanego, który otwiera i zamyka samą drogę modlitwy. Na Chrystusie skupia się życie i modlitwa wierzących. Wszystko od Niego wychodzi, wszystko ku Niemu zdąża, wszystko przez Niego, w Duchu Świętym, dochodzi do Ojca”. Jan Paweł II wskazuje, że „wyznaczając rytm posuwania się w modlitwie, koronka przypomina nie kończącą się nigdy drogę kontemplacji i doskonałości chrześcijańskiej”. Święty papież przywołał postać wielkiego propagatora Różańca, bł. Bartłomieja Longo, który w koronce widział „łańcuch” łączący nas z Bogiem. „Owszem, łańcuch, ale łańcuch »słodki«. Taką okazuje się zawsze relacja z Bogiem, który jest Ojcem. »Synowski« łańcuch, który pozwala nam jednoczyć się z Maryją, »służebnicą Pańską«, a w końcu i z samym Chrystusem, który, będąc Bogiem, stał się »sługą« dla naszej miłości” – podkreśla Ojciec Święty. Zauważa wreszcie, że koronka „przypomina więzi komunii i braterstwa, łączące nas wszystkich z Chrystusem”.
Koronka i Różaniec
Od czasu popularyzacji przesłania zleconego św. Faustynie słowo „koronka” najczęściej jest kojarzone z modlitwą do Miłosierdzia Bożego. Jednak Faustynie ta sama koronka, na której odmawiała modlitwy do Miłosierdzia Bożego, przede wszystkim służyła do odmawiania Różańca. Ta modlitwa towarzyszyła jej stale jako rzecz oczywista. Nie miała w związku z modlitwą różańcową żadnych objawień ani nie wspominała o dotyczących go spektakularnych wydarzeniach. Święta po prostu odmawiała Różaniec, sięgając po niego przy najróżniejszych okazjach. O niektórych z nich sama wzmiankuje. „W sobotę cząstkę różańca z rozkrzyżowanymi rękami” – zanotowała w rubryce „drobne umartwienia” po tym, gdy otrzymała takie pozwolenie.
„W pewnej chwili, kiedy po południu przyszłam do ogrodu, powiedział mi Anioł Stróż: Módl się za konających. I zaraz zaczęłam różaniec za konających z ogrodniczkami” – zapisała w „Dzienniczku”. W innym miejscu zakonnica opisuje ataki szatana, który w nocy próbował jej dokuczyć. „Modliłam się cały ten czas na różańcu; nad ranem ustąpiły owe postacie i mogłam zasnąć” – zanotowała.
Modlitwa różańcowa towarzyszyła Faustynie w najrozmaitszych sytuacjach. „Wieczorem, kiedy chodziłam po ogrodzie, odmawiając różaniec, kiedy przyszłam do cmentarza, uchyliłam drzwi i zaczęłam się modlić chwilę” – wspominała. Pod datą 24 września 1936 roku Faustyna zapisała: „Matka Przełożona poleciła, żebym odmówiła jedną tajemnicę różańca za wszystkie ćwiczenia i zaraz poszła się położyć”. Kilka dni później zanotowała: „Dziś w czasie różańca nagle ujrzałam puszkę z Najświętszym Sakramentem. Puszka ta była odkryta i dość dużo napełniona Hostiami. Z puszki wyszedł głos: Te hostie przyjęły dusze nawrócone modlitwą i cierpieniem twoim. Tu odczułam obecność Bożą na sposób dziecka, dziwnie się czułam dzieckiem”. Innym razem przyszedł do Faustyny Jezus, pocieszając ją w jej rozterce. „W piątek wieczorem, w czasie różańca, kiedy myślałam o jutrzejszej podróży i o ważności sprawy, którą miałam przedstawić ojcu Andraszowi, lęk mnie ogarnął, widząc jasno nędzę i nieudolność swoją, a wielkość dzieła Bożego. Zmiażdżona tym cierpieniem, zdawałam się na wolę Bożą. W tej chwili ujrzałam Jezusa przy moim klęczniku w szacie jasnej i powiedział mi te słowa: Czemu się lękasz pełnić wolę Moją? Czyż ci nie dopomogę, jako dotychczas? Powtarzaj każde żądanie Moje przed tymi, którzy Mnie na ziemi zastępują, a czyń tylko to, co ci każą. W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją” – czytamy.
To tyle w „Dzienniczku” na temat Różańca. W sumie niewiele, ale u Faustyny był on jak powietrze lub codzienny chleb: nie mówi się za wiele o tym, czym się stale żyje.
Wydaje się, że niebo samo potwierdziło związek Faustyny z Różańcem. Święta zmarła w miesiącu różańcowym – 5 października, a jej pogrzeb odbył się dwa dni później – w dniu liturgicznego wspomnienia Najświętszej Maryi Panny Różańcowej.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
piątek 12 września
Uroczystość Najświętszego Imienia Maryi, Bożej Matki
Msza św. o godz.19.00 w sali parafialnej przy kościele św. Piotra.
Godzinna Adoracja od godz. 18.00 z możliwością przystąpienia do sakramentu spowiedzi św.
Ta piękna ikona, napisana w siódmym wieku, jest jednym z najstarszych znanych przedstawień Matki Boskiej. To prawdziwy skarb – z tego czasu zachowały się jedynie nieliczne dzieła. (Aleteia.pl)
***
Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.
Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się m.in. “Mój Pan jest wielki”, “Pani” i “Gwiazda morza”.
Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Bożej.
Najświętsza Maryja Panna Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).
Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.
brewiarz.pl/Tygodnik Niedziela
***
Najświętsze Imię Maryja
Bazylika Santa Maria Maggiore – najważniejsza świątynia dedykowana Matce Bożej/fot. ks. Zbigniew Chromy
***
Wśród wielu uroczystości, świąt i wspomnień Najświętszej Maryi Panny, jakich wiele jest w ciągu roku liturgicznego, dowolne wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi jest nieco zapomniane, już przez sam fakt, że jest ono dowolne. Święto imienia Maryi zaczęto obchodzić w Hiszpanii, ale dopiero po zwycięstwie odniesionym przez Jana III Sobieskiego pod Wiedniem, 12 września 1683 r. papież bł. Innocenty XI, na wniosek polskiego króla rozciągnął jego obchód na cały Kościół katolicki. Zgodnie z tradycją i żydowskim zwyczajem Matka Boża cztery dni po swoim urodzeniu otrzymała imię Maryja. Ponieważ Jej urodziny obchodzimy 8 września, stąd 12 września przypada wspomnienie nadania Najświętszej Dziewicy imienia Miriam. To hebrajskie imię oznacza „być pięknym lub wspaniałym”, zaś w języku aramejskim, którym posługiwano się w Palestynie w czasach Jezusa i Maryi, imię to występuje w znaczeniu „Pani”. Gdy zsumujemy znaczenia tego imienia w języku hebrajskim i aramejskim, otrzymamy tytuł „Piękna Pani”. Zatem Maryja to „Piękna Pani”, i tak jest ona nazywana od najdawniejszych czasów. Potwierdziły to badania archeologiczne przeprowadzone w Grocie Nazaretańskiej pod kierownictwem o. Bellarmimo Bagattiego. Największą niespodzianką było wydobycie kamienia z napisem: EMAPIA. To skrót greckiego wyrażenia: „Chaire Maria” (Bądź pozdrowiona, Maryjo). To jedne z najstarszych dowodów czci oddawanej Maryi, Matce Bożej. Po przeprowadzeniu zaś wnikliwych badań archeolodzy doszli do wniosku, że znaleziska te są fragmentami najstarszej świątyni chrześcijańskiej w Nazarecie. Znaleziono tam również dwa inne napisy z końca I wieku. Drugi z nich zawiera dwa słowa: „Piękna Pani”. Kiedy czytamy relacje osób widzących Matkę Bożą, np. św. Katarzyny Labouré, św. Bernadety Soubirous czy Dzieci z Fatimy, wszystkie te osoby nazywają Maryję Piękną Panią. Przejdźmy teraz do samego wspomnienia Najświętszego Imienia Maryi. Wyżej powiedziano, że bł. Innocenty XI wspomnienie to rozciągnął na cały Kościół na wniosek naszego Króla Polski. W 1683 r. potężna turecka armia groziła całej Europie, w tym Stolicy Apostolskiej. Pewny siebie Sułtan Mehmed IV rozmyślał, jak to uczyni z Bazyliki św. Piotra stajnię dla swoich rumaków. Wydawało się, że nie ma już ratunku ani dla oblężonego Wiednia i całego chrześcijaństwa. W tym ciężkim położeniu bł. Innocenty XI wysłał posła do Jana III Sobieskiego z prośbą, aby pośpieszył na odsiecz, podobne poselstwo wysłał cesarz austriacki. Jednak Sejm, mając na uwadze pusty skarb i wyczerpany wojnami kraj, wahał się. Wtedy to spowiednik króla św. Stanisław Papczyński dzięki Maryi ostatecznie przekonał króla oraz sejm. Matka Boża ukazała się św. Stanisławowi i zapewniła o zwycięstwie. Kazała iść pod Wiedeń i walczyć. Założyciel Marianów wystąpił wobec króla, senatu, legata papieskiego i przemówił tymi słowami: „Zapewniam cię, królu, Imieniem Dziewicy Maryi, że zwyciężysz i okryjesz siebie, rycerstwo polskie i Ojczyznę nieśmiertelną chwałą”. Sobieski idąc na odsiecz Wiednia, zatrzymał się na Jasnej Górze. Wstępował też po drodze do innych sanktuariów maryjnych, aby błagać Maryję o pomoc. 12 września Sobieski przed bitwą uczestniczył w dwóch Mszach św., w tej drugiej służąc bł. Markowi d’Aviano jako ministrant. Przystąpił do Komunii św. i leżąc krzyżem, wraz z całym wojskiem ufnie polecał się Matce Najświętszej. Chcąc, aby wszystko działo się pod Jej znakiem, dał rycerstwu hasło: „W imię Panny Maryi – Panie Boże, dopomóż!”. Polska jazda z imieniem Maryi na ustach ruszyła do ataku, śpiewając „Bogurodzicę”. Armia turecka licząca ok. 200 tys. żołnierzy uciekała przed 23 tys. polskiej jazdy. Atak był tak piorunujący i widowiskowy, że wojska cesarza austriackiego opóźniły swoje uderzenie, żeby podziwiać szarżę naszej husarii. Tego dnia zginęło 25 tys. Turków, a Polaków tylko jeden tysiąc.
Nasz władca, poruszony tym, co się stało, nie przypisał zwycięstwa sobie, ale Bogu i Jego Matce, wypowiadając słowa: „Przybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył”. Wysłał też list do papieża z prośbą, aby ustanowił 12 września świętem Imienia Maryi. Miał to być znak wdzięczności i świadectwo dla wszystkich pokoleń, że mocą tego Imienia osiągnięto tak wielkie zwycięstwo. W jednym z objawień św. Małgorzaty Marii Alacoque, apostołce Kultu Najświętszego Serca Jezusowego, Chrystus zapowiedział możliwy podbój Europy przez muzułmanów jako karę za grzechy. Panowanie to miał trwać 500 lat. Po wielu miesiącach bolesnych aktów pokuty oraz żarliwych modlitw, wynagradzających Bogu za grzechy ludzi i błagań o uratowanie Europy, Zbawiciel powiedział św. Małgorzacie, że jej prośby zostały wysłuchane i dodał: „znalazł się król, który pokonawszy Turków, nie przypisze zwycięstwa sobie, ale Mnie i Mojej Matce”. W przyzywaniu Maryi jest ogromna siła, która wielokrotnie w dziejach naszego narodu okazała się niezwykle skuteczna. Módlmy się do Maryi, by i w naszym życiu miały miejsce wiedeńskie zwycięstwa, bo historia lubi się powtarzać. Ave Maria. Ora pro nobis. Amen.
ks. Zbigniew Chromy/Tygodnik Niedziela
***
Czy wiesz, który polski król ma własną salę w Muzeach Watykańskich?
Domena Publiczna/Wikipedia
***
Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, często wybieramy „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda.
Muzea Watykańskie odwiedza się zazwyczaj ze względu na imponującą Kaplicę Sykstyńską. Ewentualnie ważne dla turystów są także freski Rafaela czy starożytne rzeźby. Jednak mało kto wie, że pomiędzy innymi zachwycającymi dziełami sztuki znajdziemy też obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” autorstwa Jana Matejki. I to właśnie od niego wzięła się nazwa Sala Sobieskiego, której północną ścianę zajmuje płótno o wielkości ponad 40 metrów kwadratowych.
Krótka powtórka z historii
Obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” jest upamiętnieniem wydarzeń z 12 września 1683 roku. Wtedy miała miejsce bitwa pod Wiedniem między armią Imperium Osmańskiego a polsko-niemiecko-austriackimi wojskami dowodzonymi przez Jana III Sobieskiego.
Było to wydarzenie rozstrzygające dla chrześcijańskiej przyszłości Europy, udało się bowiem powstrzymać islamskie ataki z Turcji. Matejko ukazał na obrazie wyobrażenie sceny po Wiktorii Wiedeńskiej – kiedy król Polski postanowił wysłać papieżowi Innocentemu XI zdobytą „Świętą Chorągiew Proroka” oraz list królewski, rozpoczynający się słowami „Venimus, vidimus, Deus vicit” (Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył).
Głównymi elementami, które widzimy na płótnie Matejki, są: moment przekazania listu przez króla Jana III Sobieskiego wysłannikowi ze Stolicy Apostolskiej, kanonikowi Denhoffowi; pochylona turecka chorągiew; zwycięska husaria polska; pokonana armia turecka oraz rozciągająca się na niebie tęcza. Jej końce sięgają Wiednia oraz namiotu wezyra, w jej centrum zaś znajduje się głowa Jana III Sobieskiego. Układ ten najprawdopodobniej wskazywać ma na potęgę Polski jako przedmurza chrześcijaństwa. Warto też pamiętać, że nie ma w tym obrazie niczego przypadkowego, zwłaszcza że nie jest on w pełni zgodny z rzeczywistymi wydarzeniami. Wspomnieć tu należy chociażby o błędnym przedstawieniu chorągwi, która u Matejki ma cechy renesansowe i niezgodna jest z opisem oryginału.
W jakich okolicznościach powstał obraz?
Jan Matejko był malarzem zaangażowanym społecznie, starał się poprzez swoją sztukę upamiętniać ważne dla Polski wydarzenia historyczne. Jego dzieła miały zatem charakter edukacyjny. „Sobieskiego pod Wiedniem” malował przez co najmniej rok, przygotowując się na 200. rocznicę pokonania armii islamskiej przez wojska chrześcijańskie. W tym czasie austriacka propaganda głosiła wyłącznie o własnych zasługach w związku ze zwycięstwem z roku 1683.
Co postanowił artysta, polski patriota? Zbuntować się i uświadomić społeczeństwu prawdę. W Wiedniu wystawił więc publicznie swój imponujący obraz. I zrobił to bezpłatnie, wynajmując w tym celu salę za własne pieniądze (co było i zapewne wciąż jest ewenementem wśród artystów). Dzięki temu cały naród austriacki mógł sobie przypomnieć o nieocenionej pomocy Polski i zdolnościach przywódczych króla Jana III Sobieskiego.
Dlaczego obraz znajduje się akurat w Watykanie?
Bo tak zdecydował sam Matejko. Osobiście zawiózł „Sobieskiego” papieżowi Leonowi XIII jako „dar od narodu polskiego”. Dzieło miało stać się upamiętnieniem zwycięstwa Jana III Sobieskiego oraz symbolem siły Polski, która w 1883 roku wciąż jeszcze nie odzyskała niepodległości.
Sala Sobieskiego w XVI wieku stanowiła część apartamentów papieża Piusa V, które w XIX wieku papież Pius IX przeobraził w Galerię świętych i błogosławionych – miejsce, gdzie wystawiano współczesne dzieła sztuki zamawiane specjalnie na ceremonię kanonizacji lub beatyfikacji. Obecnie, oprócz płótna polskiego artysty, można tu znaleźć obrazy Porziano Loveriniego, Francesco Grandiego, Francesco Podestiego oraz dzieło Cesare Fracassiniego pt. „Męczennicy z Gorkum”, które w 1572 roku odniosło wielki sukces w Rzymie.
Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, odwiedzający często ją omijają, wybierając „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda. Bo naprawdę warto docenić fakt istnienia polskiej sztuki w Muzeach Watykańskich. Ostatecznie przecież Matejko stworzył swój obraz ku chwale naszego Narodu.
Specjalna modlitwa „o Jej miłosierne pośrednictwo”
Fr Lawrence Lew OP/Flickr
***
12 września obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi. W ten szczególny dzień zachęcamy do odmówienia tej pięknej modlitwy.
„Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja” (Łk 1,26-27).
Czy nadane nam przez rodziców imię posiada jakieś znaczenie? Czy potrafi ono określać nas przez całe życie? Dlaczego niektóre imiona kojarzą nam się źle, a inne dobrze? Czy istnieją imiona ponadczasowe? I dlaczego imię Matki Boga zostało wywyższone w sposób szczególny?
Wpisując w wyszukiwarkę frazę: „znaczenie imion”, internet huczy. Czytam o wielkiej księdze imion, magii oraz zabobonnych skojarzeniach związanych ze swoim mieniem. Znajduję również słowa pani profesor Krystyny Leśniak-Moczuk, które są poparte badaniami i dzięki nim mogę odpowiedzieć na powyższe pytania, oczywiście w dużym skrócie.
Imię ma znaczenie, jest ono wyrazem, który w ciągu życia słyszymy najczęściej w odniesieniu do siebie. Dlatego organizm przyzwyczaja się do jego brzmienia, drgania i dźwięku. Tym samym dziecko, które nie skończyło jeszcze 5 miesięcy, potrafi odróżnić swoje imię od innych usłyszanych wyrazów. A kiedy kończy 3 lata, zauważa znaczenie noszonego imienia.
Nadane imię potrafi nas określać. Np. Radosław – oznacza kogoś radosnego. W starożytności imię oznaczało rolę, którą dana osoba musi spełnić, np. Bogusława to kobieta pobożna, sławiąca imię Boga.
Niektóre imiona z czymś nam się kojarzą, np. “Monika, dziewczyna ratownika”. Jest to związane z kulturą, tradycją, przysłowiami, ale i również ich… długością. Imię Aleksander zazwyczaj kojarzone jest z sukcesem, pewnością siebie oraz inteligencją.
Wyliczenia pokazały, że mniej więcej po trzech pokoleniach wracają stare imiona, które wcześniej uważane były za niemodne. Do imion uniwersalnych w Polsce zaliczane są takie jak: Anna, Wiktoria, Piotr, Adam, Jan, Małgorzata, Magdalena czy w końcu Maria. Ostatnie z wymienionych imion posiada wiele znaczeń i bez wątpienia pochodzi od imienia Matki Bożej.
Etymologia imienia Maryja nie jest jednoznaczna. Św. Hieronim uważał, że imię to oznacza “Pani”. Natomiast wg św. Bonawentury imię to jest wieloznaczne, np. ,,morze” – od metafory mówiącej, że Maryja jest morzem łask Ducha Świętego, lub “gwiazda”, bo swoim życiem i przykładem, a także jaśniejącą czystością wskazuje ludziom odpowiednią drogę.
Z kolei w Polsce najczęściej nazywana jest Królową, szczególnie przez pielgrzymów odwiedzających sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Jej imię zapisało się w historii narodu już dawno, np. kiedy Jan III Sobieski wygrał bitwę z Turkami pod Wiedniem w 1683 r.
Ówczesny król był gorliwym czcicielem Maryi, to właśnie Jej imię umieścił na chorągwiach podczas odsieczy wiedeńskiej. W liście do papieża Innocentego XI napisał: “Przyszliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”. Z wdzięczności za wygraną chrześcijaństwa nad islamem Innocenty XI ogłosił dla całego Kościoła święto Imienia Maryi – które obecnie obchodzimy 12 września.
W litanii do Najświętszej Maryi Panny czytamy, że nazwana jest w różnoraki sposób: Boża Rodzicielka, Panna nad pannami, Matka Chrystusa, Matka łaski Bożej, Panna roztropna, Panna wierna, Pocieszycielka strapionych, Królowa męczenników i dziewic, Królowa rodzin i pokoju.
Bez względu na to, jakiego tytułu użyjemy zwracając się do Niej o pomoc, Ona zawsze wstawi się za nami do swojego Syna, Jezusa. Liczne przykłady z życia świętych potwierdzają te słowa. Natomiast dziś, w ten szczególny dzień, zachęcam do odmówienia tejmodlitwy:
Spraw miłościwie, wszechmogący Boże, aby wierni słudzy Twoi, którzy pod zasłoną Imienia Najświętszej Maryi Panny cieszą się Jej opieką, za Jej miłosiernym pośrednictwem od wszelkiego złego uchowani zostali na ziemi i do wesela wiecznego doprowadzeni byli w niebie. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.
Prawdziwa data i miejsce urodzenia Maryi nie są znane. Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Jak podaje tradycja, choć od 20 lat byli małżeństwem, nie mieli potomstwa. Ślubowali Bogu, że jeżeli urodzi im się dziecko, poświęcą je na służbę Panu. Z wiarą i nadzieją co roku udawali się do Jerozolimy i tam prosili o potomka. Pewnego dnia Joachimowi ukazał się anioł i zapewnił, że jego prośba została wysłuchana. Oznajmił, że żona urodzi córkę, którą nazwie Maryją i która w łonie matki zostanie napełniona Duchem Świętym. Anioł objawił się także Annie, zwiastując, że córka będzie błogosławiona nad wszystkie niewiasty. Obojgu, oddzielnie, nakazał udać się do Złotej Bramy w Jerozolimie. Kiedy małżonkowie spotkali się przy bramie, nie mieli wątpliwości, że anioł mówił prawdę.
Zgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego, Maryja była Niepokalanie Poczęta, to znaczy bez obciążenia grzechem pierworodnym.
„Będzie Ona błogosławiona między wszystkimi niewiastami. Będzie darem dla całej ludzkości, bowiem z Niej narodził się Zbawiciel”
Prorok Micheasz, Stary Testament
„Święto Narodzenia Matki Bożej. Kościół dziękuje Jej za to, że jest światłością Ludu Bożego. Jest to światłość, w której odbija się światło słowa przedwiecznego, światło Chrystusa. Ona najpełniej, najwierniej odbija to światło i przekazuje Ludowi Bożemu we wszystkich Kościołach na całej ziemi.”
św. Jan Paweł II, 1993 r.
ze strony parafii w Siemiechowie
***
Urodziny Najpiękniejszej
Ile lat kończy 8 września Maryja? Matka Boża nie ma z tym problemu. Spełniwszy wiernie swoje życie, uczestniczy w wiecznej młodości Boga.
***
We wschodniej części starej Jerozolimy, obecnie zamieszkanej przez większość muzułmańską, znajdują się wykopaliska odnalezionej w minionym wieku Sadzawki Owczej (Betesda), przy której Jezus uzdrowił paralityka. Tuż obok wznosi się zbudowana przez krzyżowców romańska bazylika św. Anny. Dużo wcześniej jednak, bo już w V wieku, stał tu bizantyński kościół upamiętniający miejsce narodzin Najświętszej Maryi Panny. To tu bowiem, według starożytnej tradycji, był dom Joachima i Anny, rodziców Maryi, i tu urodziła się i wychowała matka Zbawiciela.
Stąd do świątyni było bardzo blisko. Pasuje to do wczesnochrześcijańskiego przekazu, według którego Maryja urodziła się nieomal w cieniu murów Przybytku. Jest to jednak przekaz wyłącznie pozabiblijny. Pismo Święte nic nie wspomina o okolicznościach, czasie i miejscu urodzenia Matki Bożej. Nawet imiona Jej rodziców pojawiają się jedynie w literaturze apokryficznej.
Znaczna rodzina?
Wśród licznych apokryfów mówiących o pochodzeniu i pierwszych latach życia Maryi najstarsza jest tzw. Protoewangelia Jakuba. Powstała około roku 150 po Chrystusie. Według tego utworu Joachim i Anna byli ludźmi bardzo zamożnymi, jednak cierpieli z powodu braku potomstwa. Pewnego razu zasmucony Joachim odszedł na pustynię, aby pościć przez 40 dni i nocy. Powiedział wtedy do siebie: „Nie zstąpię z góry ani aby jeść, ani aby pić, póki nie spojrzy na mnie Pan, Bóg mój, i będzie mi modlitwa pokarmem i napojem” – czytamy w apokryfie.
W tym samym czasie Anna, żona Joachima, opłakiwała swoją bezdzietność. Któregoś dnia zwróciła się do Boga: „Panie ojców moich, pobłogosław mi i wysłuchaj modlitwę moją tak, jak pobłogosławiłeś Sarę i dałeś jej syna – Izaaka”. Wtedy ujrzała anioła Pańskiego. „Anno, Anno. Wysłuchał Pan Bóg modlitwę twoją. Poczniesz i porodzisz, a potomstwo twoje będzie przepowiadane po całej ziemi” – powiedział niebieski posłaniec. Anna odpowiedziała obietnicą, że urodzone dziecko ofiaruje Bogu. „Na Boga żywego, czy zrodzę chłopca, czy dziewczynkę, zawiodę ją w darze Panu, Bogu mojemu, i [dziecko to] będzie Mu służyło po wszystkie dni swego żywota” – zapewniła.
Opisana sytuacja przypomina historię innej niepłodnej kobiety, także Anny, która tysiąc lat wcześniej otrzymała obietnicę narodzenia syna. Tamta kobieta również przeznaczyła dziecko na służbę w świątyni. Chłopiec otrzymał imię Samuel i stał się potężnym prorokiem Izraela.
Według Protoewangelii Jakuba Anna, żona Joachima, dowiedziawszy się, że urodziła dziewczynkę, powiedziała: „W tym dniu dusza moja została wywyższona”, a po upłynięciu dni rytualnej nieczystości „poczęła piersią karmić dziecko i nazwała je imieniem Maryja”.
Gdy dziecko miało roczek, Joachim wydał wielką ucztę z udziałem kapłanów, arcykapłanów, uczonych w Piśmie i innych ważnych postaci, goście zaś błogosławili Maryję, mówiąc: „Bóg ojców naszych niech pobłogosławi to dziecię, niech da jej imię znakomite pośród wszystkich narodów na wieki”.
Gdy Maryja skończyła trzy lata, Joachim i Anna postanowili spełnić zobowiązanie i zaprowadzić Maryję do świątyni. Miała tam wejść w orszaku dziewic idących z kagankami w rękach. „Niech kaganki będą zapalone, by nie zwróciła się wstecz i serce jej nie zostało uwięzione daleko od świątyni Pańskiej” – zalecił Joachim. Gdy malutka Maryja weszła do świątyni, przyjął ją arcykapłan, który wygłosił przy tym proroctwo: „Pan Bóg wywyższy twe imię pośród wszystkich narodów. Na tobie w dniach ostatecznych ukaże Pan zbawienie synom Izraela”. Dalej czytamy, że „Maryja przebywała w świątyni Pańskiej i żyła jak gołąbka, i otrzymywała pokarm z rąk anioła”. Miała tam przebywać do 12. roku życia.
Popularny utwór
Protoewangelia Jakuba jest chrześcijańskim midraszem, czyli opowieścią, której celem jest wyjaśnienie poszczególnych fragmentów biblijnych. W tradycji żydowskiej ta metoda była powszechnie stosowana jako sposób interpretowania i komentowania Pisma Świętego.
Autor Protoewangelii Jakuba zna opisy narodzenia Jezusa według ewangelistów Mateusza i Łukasza, i uzupełnia je informacjami, o których pisma natchnione nie mówią, próbując zharmonizować je z tekstami Starego i Nowego Testamentu.
Niektóre elementy apokryficznego opisu środowiska, w jakim urodziła się Maryja, były odpowiedzią na zarzuty stawiane chrześcijanom przez pogan. Ci, jak na przykład filozof Celsus z II wieku, twierdzili, że Jezus był zrodzonym z cudzołóstwa synem ubogiej prządki marnego pochodzenia. To wyjaśnia nacisk, z jakim autor apokryfu podkreśla majętność i koligacje rodziców Maryi. Z tego też powodu wiele w tekście nadzwyczajnych zdarzeń, proroczych zapowiedzi i podobieństw do dziejów Samuela, Abrahama, Tobiasza czy Judyty. Niektóre z tych wątków pojawiają się także w innych apokryfach.
Niezależnie od pewnej baśniowości tych opisów Protoewangelia Jakuba zajmuje ważne miejsce w literaturze mariologicznej. Przede wszystkim jest to tekst bardzo wczesny, być może korzystający z tradycji ustnej, przekazywanej w środowisku chrześcijan tamtej epoki. Oznacza też, że na wiedzę o pochodzeniu Maryi panowało już wtedy duże zapotrzebowanie. Na tym utworze zresztą bazuje wiele kolejnych maryjnych tekstów – apokryfów, żywotów Maryi i dzieł pobożnościowych. Nic dziwnego, że apokryf ten przez wieki cieszył się wielkim powodzeniem.
Siewna
Stopniowo w Kościele pojawiły się liturgiczne obchody narodzin Maryi. Najwcześniejsze wzmianki o nich sięgają początku VI wieku. Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w całym Kościele wprowadził w roku 688 papież św. Sergiusz I.
W Polsce święto Narodzenia NMP bywa także nazywane dniem Matki Bożej Siewnej. Nazwa pochodzi od zwyczaju, wedle którego dopiero po tym święcie rolnicy wychodzili na pola, żeby rozpocząć orkę i siew. Chcieli, żeby ziarno rzucone w ziemię pobłogosławiła Matka Boża. Święto Matki Bożej Siewnej bywało też tradycyjnym czasem urządzania dożynek. Czasem wdzięczności i radości, bo też urodziny Maryi to – jak każde urodziny – święto bardzo radosne. Wyraża to antyfona na wejście w Mszale rzymskim, która zawiera zdanie: „Z radością obchodzimy narodzenie Najświętszej Maryi Panny, z Niej wzeszło Słońce sprawiedliwości, Chrystus, który jest naszym Bogiem”.
Narodzenie Maryi jest zapowiedzią nadejścia Zbawiciela. Matka Boża jest nazywana Gwiazdą Zaranną, bo Jej pojawienie się oznacza przyjście Słońca sprawiedliwości. „Wypadało, aby to promienne i zdumiewające przyjście Boga do ludzi poprzedzało jakieś wydarzenie, które by nas przygotowało na przyjęcie z radością wielkiego daru zbawienia. I takie jest znaczenie święta, które dzisiaj sprawujemy, gdyż narodzenie Matki Bożej jest wstępem do tej skarbnicy dóbr (…). Niechaj więc całe stworzenie wyśpiewuje z zadowolenia i na swój sposób przyczyni się do radości właściwej temu dniowi. Niechaj niebo i ziemia złączą się w tych obchodach i niechaj świętuje wszystko, co jest na świecie i ponad światem” – pisał w VII wieku św. Andrzej z Krety.
Nasza nieznajomość w pełni wiarygodnych „danych biograficznych” Maryi nie stoi na przeszkodzie radosnemu świętowaniu, bo niewątpliwe pozostaje to, że Maryja się urodziła. A przyszedłszy na świat, wiernie spełniła wszystko, o co poprosił Ją Bóg. Dlatego, jak sama powiedziała w proroczym uniesieniu, błogosławią Ją wszystkie pokolenia.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Ewangelia na 8 września: Urodziny NMP
Ewangelia ze Święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny wraz z komentarzem. “Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama”. Do tej genealogii dołączają liczne pokolenia tych, którzy przyjmują Bożą łaskę daną w Jezusie Chrystusie. Stają się oni również dziećmi Maryi, której urodziny dziś świętujemy.
Mt 1,1-16.18-23
Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego. Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy: «Bóg z nami».
Komentarz
Drzewo genealogiczne, od którego św. Mateusz rozpoczyna swoją Ewangelię, ukazuje Jezusa jako człowieka, który włącza się w ludzkie dzieje wraz z ich wzlotami i upadkami. Bóg jest wierny. Obietnica dana Abrahamowi, od którego rozpoczyna się genealogia, spełnia się w Jezusie: „On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1,21).
W Mateuszowym rodowodzie Jezusa wspomina się również o czterech kobietach z dziejów Izraela. Nie ma wśród nich Sary, Rebeki, Lei czy Racheli, uznanych w tradycji Izraela za kobiety wyróżniające się znaczeniem, dokonaniami czy zasługami. Mateusz wylicza takie, które na ludzki rozum lepiej raczej pominąć milczeniem. Naruszają bowiem czystość drzewa genealogicznego. Uznawano je raczej za skazę na dziejach Izraela. Kolejną cechą wspólną czterech kobiet z rodowodu jest to, że nie były one Żydówkami. Te poganki pojawiają się w zwrotnych punktach dziejów Izraela. Rachab, będąca jawnogrzesznicą, otwiera wysłannikom Jozuego drogę do Jerycha. Rut dobrowolnie przyłącza się do Izraela i staje się matką rodu Dawida. Batszeba, żona Uriasza, zostaje matką Salomona. Z kolei Tamar podstępem wymusza od Judy prawo do potomstwa, królestwo zostanie związane z pokoleniem Judy, przez co może się spełnić błogosławieństwo Jakuba: „Nie zostanie odjęte berło od Judy, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów” (Rdz 49,10). Drzewo genealogiczne, które na pierwszy rzut oka jest drzewem Abrahama i Dawida, dzięki tym czterem kobietom staje się drzewem genealogicznym Kościoła, do którego należą Żydzi i poganie. Rodowód wskazuje tym samym na to, co ma nadejść: Kościół dla wszystkich narodów.
Mateusz już na samym początku swej Ewangelii ukazuje myśl, do której będzie powracał: ostatni będą pierwszymi. U Boga ludzkie miary zostają odwrócone. Bóg wybrał to, co słabe w oczach ludzkich, lecz przez Boże wybranie staje się mocne i cenne. Grzeszne kobiety są włączone w drzewo łaski, która pochyla się nad grzesznikiem i która buduje na przebaczeniu, a nie na ludzkiej wielkości czy ludzkich dokonaniach.
Cały opis genealogiczny zmierza jednak do piątej kobiety: do Maryi, a przez Nią do Jezusa. Gdy rodowód dochodzi do Niej, w opisie Mateusza następuje zmiana. Józef nie zrodził Jezusa, lecz był jedynie „mężem Maryi, z której narodził się Jezus, zwanym Chrystusem” (Mt 1, 16). Jezus – jako syn Józefa – należy do tej genealogii wyłącznie za sprawą przynależności prawnej, a nie z więzi biologicznej. Mamy tu do czynienia z nowym początkiem. Ten prawdziwy początek, od którego ostatecznie wszystko zależy, dokonuje się poprzez wiarę, dzięki „tak” wypowiedzianemu przez Maryję. Do Jej „tak” przyłącza się Józef, biorąc do swojego domu Maryję wraz z nienarodzonym Zbawicielem. Do tej genealogii dołączają liczne pokolenia tych, którzy przyjmują Bożą łaskę daną w Jezusie Chrystusie. Stają się oni również dziećmi Maryi, której urodziny dziś świętujemy.
Opus Dei
***
Narodzenie Maryi.
Dlaczego 8 września?
Narodzenie Maryi nie jest „zwykłą” rocznicą. Święto to nawiązuje do jerozolimskiego kościoła, w którym czczono tajemnicę Jej narodzin.
Daty uroczystości i świąt kościelnych rzadko są przypadkowe. Zwykle mają swoją genezę, a niekiedy także głęboką logikę. Jedne odnotowują „rocznicę” wydarzeń zbawczych, inne zyskały określone miejsce w kalendarzu w wyniku rozumowania teologicznego czy symbolicznego.
Do pierwszej grupy należy Wielkanoc. Choć nie wiemy dokładnie, w którym roku nastąpiła śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa (tradycyjnie wskazuje się rok 33, choć niektórzy badacze podają rok 30), to pewne jest, że stało się to podczas pierwszej wiosennej pełni księżyca. Właśnie ten moment został utrwalony w zasadzie obliczania daty Wielkanocy, określonej przez Sobór Nicejski. Dlatego Wielkanoc w naszym kalendarzu jest świętem ruchomym – ale zawsze ściśle powiązanym z pierwszą pełnią księżyca po równonocy wiosennej.
Od daty Wielkanocy zależy wiele innych uroczystości roku liturgicznego: Środa Popielcowa otwierająca Wielki Post, a także Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha Świętego, uroczystość Trójcy Świętej czy Boże Ciało. Wszystkie one są umieszczone w kalendarzu w stałym związku z Paschą.
Inaczej jest ze świętami „stałymi”. Boże Narodzenie obchodzimy zawsze 25 grudnia, a Zwiastowanie Pańskie – dziewięć miesięcy wcześniej, 25 marca. To właśnie data Zwiastowania zadecydowała o grudniowym święcie Narodzenia Pańskiego, a nie odwrotnie. W badaniach przeważa tzw. teoria kalkulacyjna: przyjmowano, że Jezus Chrystus począł się dokładnie w tym samym dniu, w którym później umarł na krzyżu – w zachodniej tradycji 25 marca. Zasada ta miała obowiązywać największe postaci ludzkości, których życie tworzyło pełny, symboliczny krąg. W ten sposób obliczono dziewięć miesięcy od poczęcia i otrzymano datę Bożego Narodzenia – 25 grudnia. Istnieje wprawdzie także hipoteza, że chrześcijaństwo wykorzystało w tym dniu święto Sol Invictus, ale pierwszeństwo ma logika „25 marca”.
Wiele innych świąt ustalano stopniowo. Od pierwszych wieków 29 czerwca czczono w Rzymie apostołów Piotra i Pawła, a 24 czerwca – narodzenie Jana Chrzciciela. Z czasem do kalendarza weszły też daty innych apostołów i męczenników. W starożytności rozumiano je zazwyczaj jako dies natalis, czyli dzień narodzin dla nieba – rocznicę śmierci lub translacji relikwii.
Narodzenie Maryi a zasada „dziewięciu miesięcy”
Zasada „dziewięciu miesięcy” pojawia się także w odniesieniu do Maryi: 8 grudnia obchodzimy Jej Niepokalane Poczęcie, a dziewięć miesięcy później – 8 września – Jej narodziny. W rzeczywistości jednak najpierw świętowano Narodzenie Maryi (od pierwszego tysiąclecia przypadające 8 września), a dopiero wiele wieków później – w XV wieku – utrwalono w kalendarzu łacińskim uroczystość Niepokalanego Poczęcia, zachowując logikę naturalnego cyklu życia.
Narodzenie Maryi należy do najstarszych świąt chrześcijańskich. Odnotowuje je już Sakramentarz gelazjański (kompilacja z VII wieku, zachowany w rękopisach od VIII wieku), który zawiera formularze na główne maryjne uroczystości: Oczyszczenie Maryi (2 lutego), Zwiastowanie (25 marca), Zaśnięcie/ Wniebowzięcie (15 sierpnia) oraz właśnie Narodzenie Maryi (8 września). W tym samym źródle znajdujemy też liczne święta obchodzone w tych samych dniach co dziś: Boże Narodzenie, Objawienie Pańskie, św. Jana Ewangelisty, Świętych Młodzianków, świętych apostołów czy narodzenie św. Jana Chrzciciela.
Dlaczego 8 września? Jerozolima jako punkt odniesienia
Tradycja daty 8 września wiąże się z Jerozolimą. Tego dnia obchodzono tam rocznicę dedykacji kościoła wzniesionego w pobliżu sadzawki Betesda, czczonego jako miejsce narodzin Maryi i domu Joachima i Anny. Świątynia nosiła wezwanie Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i szybko stała się celem pielgrzymek chrześcijan z całego Wschodu. Zwyczaj corocznego świętowania rocznicy jej konsekracji rozpowszechnił się w Kościołach wschodnich, a następnie – za pontyfikatu papieża Sergiusza I († 701) – w Rzymie i w całym Kościele zachodnim.
Tak jak Boże Narodzenie ma swój geograficzny punkt odniesienia w Betlejem, tak Narodzenie Maryi związano z tym jerozolimskim miejscem. Stąd data 8 września nabrała znaczenia symbolicznego i została na trwałe wpisana do kalendarza liturgicznego. Nie jest ona „historyczną rocznicą” urodzin Maryi – których nigdy nie znano – lecz upamiętnieniem i celebracją miejsca, gdzie od IV wieku czczono tajemnicę Jej narodzin. W ten sposób Kościół podkreślił, że życie Maryi – od narodzin, poprzez zwiastowanie i macierzyństwo, aż po zaśnięcie – pozostaje nierozerwalnie związane z historią zbawienia i ze świętą geografią: Jerozolimą, Betlejem, Nazaretem.
ks. Przemysław Śliwiński/Stacja7.pl
***
Maryja przemówiła w Gietrzwałdzie
W Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, w Fatimie – sześć. W Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy około 160 razy.
Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie
***
W niewielkiej miejscowości Gietrzwałd, leżącej kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Olsztyna, w czerwcu 1877 r. pojawiła się Piękna Pani, która wkrótce przedstawiła się jako Maryja Niepokalanie Poczęta.
Taki był początek trwających do 16 września objawień – jedynych na terytorium Polski oficjalnie uznanych przez Kościół. W tym roku obchodzimy 148. rocznicę tamtych wydarzeń.
Specyfika
Objawienia w Lourdes (1858 r.), Gietrzwałdzie (1877 r.) i Fatimie (1917 r.) nazywane są czasami objawieniami różańcowymi i można się doszukać wielu podobieństw między nimi. Podczas wszystkich tych objawień Matka Boża ukazywała się dzieciom z ubogich, lecz pobożnych rodzin wiejskich. W Gietrzwałdzie były to 13-letnia Justyna Szafryńska oraz 12-letnia Barbara Samulowska. Wszędzie Maryja wskazywała wprost lub pośrednio na swoje Niepokalane Poczęcie: w Gietrzwałdzie Justynie przedstawiła się jako „Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta”, Barbarze – jako „Maryja Niepokalane Poczęcie”. Zawsze nawoływała do odmawiania Różańca i obiecywała udzielenie licznych łask przez tę modlitwę. Wszystkie objawienia zyskały dużą popularność już w okresie swojego trwania lub bezpośrednio po nim. Przy czym popularność Gietrzwałdu wśród Polaków w tym początkowym okresie być może nawet przewyższała popularność Lourdes wśród Francuzów czy Fatimy wśród Portugalczyków (co uległo zmianie, gdy Lourdes i Fatima zyskały międzynarodową popularność). W roku objawień (praktycznie przez 6 miesięcy) Gietrzwałd odwiedziło ok. pół miliona pątników, podczas gdy stałych mieszkańców było ok. 400.
Istnieją jednak różnice między Lourdes i Fatimą a Gietrzwałdem. Pierwszą z nich – i bardzo zaskakującą – jest niezwykła intensywność warmińskich objawień. O ile w Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, a w Fatimie – sześć, to w Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy pojawiła się ok. 160 razy: do 24 lipca Maryja ukazywała się prawie codziennie, a od tego dnia do końca objawień nawet i trzy razy w ciągu dnia! Drugą różnicą jest intensywność nawoływań do odmawiania Różańca. W Fatimie, znanej z wagi, jaką Maryja przywiązywała do modlitwy różańcowej, wzywała głównie do błagań w intencji nawrócenia grzeszników. W Gietrzwałdzie Piękna Pani (bo tak nazywały Maryję widzące) wskazywała na Różaniec jako na środek na wszystkie kłopoty – w życiu zarówno osobistym, jak i społecznym.
Panaceum
Ważnym aspektem objawień w Gietrzwałdzie – o wyraźnym znaczeniu ponadczasowym – jest szczególny nacisk na potrzebę modlitwy różańcowej odmawianej w najróżniejszych sytuacjach kryzysowych. Jedne z pierwszych zanotowanych podczas warmińskich objawień słów Maryi brzmiały: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec”, słowa ostatnie zaś: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Między tymi dwoma wezwaniami znajdziemy różne zachęty do odmawiania Różańca (a dodajmy jeszcze, że wiele wizji nawiedzało Justynę i Barbarę podczas odprawianych w parafii nabożeństw różańcowych).
Jak to bywa w czasie objawień maryjnych, w trakcie rozmów z Bogurodzicą widzący zadają pytania, na które Maryja odpowiada. Nie inaczej było w Gietrzwałdzie: za pośrednictwem Justyny i Barbary ludzie pytali, a Niepokalana odpowiadała. I na podstawie tych odpowiedzi rysuje się obraz wszechstronnej skuteczności modlitwy różańcowej: potrzebne jest uzdrowienie z choroby – należy odmawiać Różaniec; chcemy czyjegoś nawrócenia – Różaniec; pomyślne rozwiązanie problemów Kościoła – Różaniec… Podczas gietrzwałdzkich objawień Najświętsza Maryja Panna ukazuje nam więc modlitwę różańcową jako swoiste panaceum – lekarstwo na wszystkie prawie dolegliwości ducha i ciała, indywidualne i społeczne.
Gietrzwałd i polityka
Objawienia gietrzwałdzkie mają też znaczenie polityczne. W najśmielszych wizjach komentatorów objawienia w małej warmińskiej wsi mocno wpłynęły na losy ówczesnej Europy i świata, zapobiegając w drugiej połowie XIX wieku ni mniej, ni więcej, tylko światowej wojnie i opóźniając ten konflikt o prawie 40 lat (I wojna światowa trwała w latach 1914-18). W skromniejszym wymiarze wskazuje się na rolę Gietrzwałdu w procesie odzyskania niepodległości przez nasz kraj. Pamiętajmy, że w 1877 r. Polska pozostawała pod zaborami, a w zaborze pruskim, gdzie leżał Gietrzwałd (wówczas Dietrichswalde), szalał Kulturkampf, czyli wytężona akcja germanizacyjna, skierowana przeciwko polskości i katolicyzmowi. W zaborze rosyjskim natomiast był to wciąż okres brutalnych prześladowań po powstaniu styczniowym (1863 r.). Widoki na odzyskanie niepodległości były więc w tej sytuacji niewielkie. Tymczasem Święta Dziewica objawia się dwóm polskim dziewczynom i mówi do nich po polsku (dzisiaj ostrożnie mówi się o miejscowym dialekcie, tylko że ten dialekt jako przejaw polskości był tępiony przez Prusaków). Mówiąca po polsku (choć w dialekcie) i o Polsce Maryja przyciągała do Gietrzwałdu setki tysięcy głównie polskich pielgrzymów z wszystkich zaborów. W tym kontekście objawienia były jednym z impulsów wzmocnienia polskości, które zaowocowało odzyskaniem niepodległości w 1918 r. Wpływ objawień gietrzwałdzkich na losy Polski ma znaczenie przede wszystkim dla Polaków, lecz jego wydźwięk jest również uniwersalny – jako kolejny znak zbawczego zaangażowania Boga w losy ludzkości. Kardynał Karol Wojtyła w kazaniu z 11 września 1977 r., podczas obchodów 100. rocznicy objawień, zinterpretował je jako Boże potwierdzenie praw wszystkich narodów i regionów do podmiotowości oraz wolności, czyli m.in. własnego wyznania, kultury, języka i tradycji.
Przesłanie
Objawienia gietrzwałdzkie, nieco zapomniane przez Polaków, są przesłaniem nadziei, ponieważ wskazują na działanie Bożej Opatrzności w dziejach poszczególnych ludzi i całych narodów. Mieszczą się one w szeregu licznych świadectw, które wskazują, że człowiek nie jest bezbronną igraszką mrocznych i przytłaczających sił drzemiących w jego psychice czy też geopolitycznych planów mocarstw dążących do podporządkowania sobie narodów, lecz ma Obrońcę i Opiekuna, czyli jest dzieckiem Boga, który w dzisiejszej dobie historii chce działać szczególnie przez Niepokalane Serce Maryi. Jest to przesłanie podobne do tego, które znamy z Lourdes czy Fatimy oraz wielu innych miejsc objawień: ratunek jest w nawróceniu, na porzuceniu grzechów i zaufaniu Bogu, a środkiem do tego jest modlitwa, zwłaszcza różańcowa. W Gietrzwałdzie przesłanie to zostało skierowane do Polski i świata w naszym języku (przy wszystkich zastrzeżeniach, o których było wyżej), a przez to spotkały nas nie tylko zaszczyt, ale i szczególne zobowiązanie do pamiętania i realizowania wezwań Pięknej Pani z podolsztyńskiej miejscowości.
Jarosław Mitek/Tygodnik Niedziela
***
Justyna Szafrańska i Barbara Samulowska. To im w Gietrzwałdzie ukazała się Matka Boża
Matka Boska Gietrzwałdzka, fot. Wikipedia
***
Pierwsze było francuskie Lourdes, 20 lat później Matka Boska objawiła się w Gietrzwałdzie. To jedyne w Polsce objawienia maryjne zatwierdzone przez Kościół. Maryję widziały Justyna Szafrańska i Barbara Samulowska.
Gietrzwałd, niewielka warmińska wieś, 27 czerwca 1877 roku. Justyna Szafrańska wraca z mamą z kościoła, z egzaminu przed I Komunią Świętą. Jej uwagę przykuwa przykościelny klon i rozchodzący się wokół blask. Matka się spieszy, niczego nie widzi i popędza dziewczynkę. Ale ta, jak to dziecko, jest ciekawa. Myśli, że to ogień: „Czekajcie no, matulu, aż zobaczę, co to takiego białego na drzewie” – mówi do mamy. Podchodzi bliżej i w koronie liści dostrzega przepiękną, ubraną w białą suknię „Jasną Panią” oraz małego aniołka w biało-złotych szatach. Tylko tyle i aż tyle.
Justyna szarpnięta przez mamę za rękę, sprawia wrażenie przebudzonej z głębokiego snu. Musi się otrząsnąć. Jasność znika, ale trudno jej o niej zapomnieć. Później opowiada o wszystkim proboszczowi Augustynowi Weichslowi. Jest oczarowana, ale też zdezorientowana. Bo co to mogło być? Ale ksiądz przeczuwa, że do Gietrzwałdu przyszła Maryja. Radzi dziewczynce, aby jeszcze raz podeszła do klonu. Ma rację. Justyna ponownie widzi „Jasną Panią”. Za drugim razem aniołowie sadzają ją na tronie z Dzieciątkiem Jezus. Maluch trzyma w lewej rączce kulę ziemską.
Gietrzwałdzki proboszcz Augustyn Weichsel, fot. Wikipedia
„Dobrze ułożona i skromna dziewczyna”
Justyna Szafryńska jest córką młynarza Wilhelma z Woryt i Anny Schlonga. Przychodzi na świat 31 marca 1864 roku. Gdy rozpoczynają się objawienia, ma 13 lat i blisko 3 miesiące.
– Wzrostu na swój wiek ani małego, ani też wybujałego, postawy wątłej, pokornej, nieco chudawa, ruchy jej umiarkowane, skromne, ni prędkie, ni powolne, słowem jak mówią dobrze ułożona i skromna dziewczyna – czytamy o Justynie w broszurze „Najświętsza Panna w Gietrzwałdzie” wydanej w Poznaniu w 1877 roku. — Twarz jej blada, ni biała, ni opalona, dość regularna, pociągła, lecz nie odznaczająca się po prostu niczym, tak że ani dobrze spamiętać można. Obojętności tej nie zmieniają wcale jej oczy, są bowiem blado niebieskie, spokojne, wcale nie żywe, zawsze w siebie zwrócone, o świat zewnętrzny się nie troszczące. Wstydliwości wielkiej, chodzi między ludźmi, jakby ich nie widziała, gdy pomaga w pracy np. w nakrywaniu stołu, to wcale nie odrywa oczu od roboty swojej, choć izba pełna ciekawych. (…) Na uzupełnienie dodam, że suknia Szafryńskiej jest bardzo skromna, pół wełniana, pół bawełniana, brudnożółta, nieznaczna. Prócz sukni nie ma na widoku nic, jak ciemnoczerwoną wełnianą chusteczkę na głowie, podpiętą pod brodę, tak jak zwykle w miastach noszą dziewczęta stanu uboższego.
Z tego opisu wynika, że Justyna Szafrańska jest przeciętną dziewczynką. Ma trudności w nauce, a nawet zdaje egzamin przed I Komunią Świętą z opóźnieniem. Nie zmienia to faktu, że jest pobożna i po prostu dobra. Dlatego to właśnie jej ukazuje się Maryja.
„Obraz niczym nieskrępowanej swobody”
Justyna ma koleżankę, Barbarę Samulowską. To przyjaciółki od serca, choć spokrewnione. Dlatego zdradza jej, co widziała. Razem idą pod klon i widzą Maryję.
Barbara jest młodsza od Justyny, przychodzi na świat 21 stycznia 1865 roku w Worytach, jako córka Józefa i Karoliny Barczewskiej.
– Jeżeli Justyna Szafryńska jest obrazem cichości i wielkiej nawet powolności, to przeciwnie mała Barbara biega ciągle jak kozaczek lub płocha sarenka – czytamy w książeczce „Najświętsza Panna w Gietrzwałdzie”. — Twarzyczkę ma bardzo nieregularną, nosek zadarty, usta szerokie, z których wychodzą ciągle dwa białe rzędy, niezupełnie drobnych ząbków. Oczy czarne i płoche, cera jeżeli nie spalona, to oliwkowa z natury, włosy ciemne. Barbara pewnie nie chodzi, tylko ciągle skacze, gdy ją chcesz zatrzymać, ledwie się obróci, ledwie posłucha, wyrwie się i ucieka dalej. Jest to obraz niczym nieskrępowanej swobody, obraz prostoty i natury jak przystało na małą wiejską dziewczynę z zakątku kraju, o którym dotąd nikt nie wiedział.
„Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”
Najciekawsze jest to, że Maryja nie przemawia ani pierwszego dnia, ani następnego. Dopiero trzeciego dnia, gdy Barbara Samulowska odmawia pod klonem różaniec i widzi Matkę Bożą, na pytanie: „Kto ty jesteś?” uzyskuje odpowiedź: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”. Gdy Barbara pyta, czego chce, Maryja nakazuje codziennie odmawiać różaniec. Obiecuje, że jeśli ludzie będą się gorliwie modlić, to parafie pozbawione kapłanów odzyskają ich, a prześladowania Kościoła osłabną. Wszystko to mówi po polsku, w lokalnej gwarze. To ważne, bo w tym czasie na Warmii jest nakaz mówienia po niemiecku. Germanizacja daje się Polakom we znaki. „Gazeta Olsztyńska” pisze wówczas: „Jeśli Matka Boska przemówiła w języku polskim do dzieci, jeśli moce niebieskie nie gardzą tym językiem, jakże my, ludzki, szary proch możemy się wstydzić polskości”.
Objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie na znaczku, fot. Poczta Polska
160 objawień w Gietrzwałdzie
Wieść o objawieniach roznosi się po terenach dawnej I Rzeczpospolitej lotem błyskawicy. Przez pobliską granicę przybywają pątnicy z zaboru rosyjskiego, a ci z zaboru pruskiego przyjeżdżają koleją. Wysiadają na oddalonej ok. 7 kilometrów stacji Biesal, po niemiecku Biessellen, i idą piechotą. Przybywają z książeczkami do nabożeństw i różańcami, modlą się i proszą dziewczynki, by zadawały Maryi pytania dotyczące najróżniejszych kwestii.
W sumie Matka Boża w Gietrzwałdzie objawia się 160 razy. Poświęca źródełko znajdujące się na łące opodal kościoła, by chorzy mogli czerpać z niego wodę. Później w tym miejscu miejscowi stawiają kapliczkę, a w niej umieszczają figurę wykonaną według opisu Justyny i Barbary.
Kościół katolicki uznaje objawienia w Gietrzwałdzie i zatwierdza ich kult po stu latach od tych wydarzeń — 11 września 1977 roku. Oficjalny dokument zatwierdzający objawienia podpisuje biskup warmiński Józef Drzazga. Tym samym jest to jedyne zatwierdzone miejsce objawień maryjnych na terytorium Polski i jedno z 12 tego typu miejsc na świecie.
Ślub w Paryżu i misja w Gwatemali
Życie Justyny i Barbary po objawieniach nie jest łatwe. Władze pruskie chcą je aresztować, więc dziewczynki znajdują schronienie u Sióstr Miłosierdzia w Lidzbarku Warmińskim. Robią to poniekąd na życzenie Matki Bożej, która chciała, by żyły w zakonie. Następnie razem z siostrami jadą do Chełmna. Kontynuują naukę w Domu Św. Józefa w Pelplinie. W kolejnych latach jadą do Paryża, do domu macierzystego zgromadzenia. Obie wstępują do zakonu. Ich drogi po kilku latach jednak się rozchodzą.
Siostra Barbara Samulowska w Gwatemali pod koniec życia, fot. Wikipedia
Justyna nie jest w stanie wytrwać w życiu zakonnym. W 1897 roku odchodzi z zakonu, a w 1899 roku w Paryżu wychodzi za mąż za Raymonda Etienne Bigota. Co dzieje się z nią później? Nie wiadomo. Nie znamy daty jej śmierci ani miejsca pochówku.
Barbara natomiast czuje, że jej powołaniem jest praca misyjna. W 1895 roku wyjeżdża do Gwatemali, gdzie pełni wiele funkcji i pomaga potrzebującym na wszystkie możliwe sposoby. W 1917 roku zostaje siostrą przełożoną w tamtejszym szpitalu. Po 54 latach posługi misyjnej, 6 grudnia 1950 roku, umiera na skutek ciężkiej choroby. Jej życzliwość, troska, pokora i więź z Bogiem sprawiają, że umiera w opinii świętości. Po staraniach o proces beatyfikacyjny, przysługuje jej tytuł Sługi Bożego.
– Było w niej coś takiego, że kolejki ustawiały się do niej po rady w trudnych sprawach życiowych, małżeńskich, zawodowych, a nawet związanych z funkcjonowaniu miasta po trzęsieniu ziemi. Ta kobieta miała w sobie „magnes”, który sprawiał, że ludzie garnęli się do niej, potrzebowali jej obecności i rady. Nie zawdzięczała tego spektakularnym darom, ale była to konsekwencja osobistej bliskiej więzi z Panem Bogiem. Ta więź zawsze sprawia, że człowiek jest atrakcyjny także dla innych, gdziekolwiek by nie pracował — wspomina Barbarę Samulowską ks. prof. Lucjan Świto, delegat biskupi trybunału diecezjalnego w procesie beatyfikacyjnym Barbary Samulowskiej. — Natomiast o swoich objawieniach siostra Samulowska nigdy nie opowiadała. Było wiadomo, że widziała Matkę Bożą, natomiast kiedy próbowano ją dopytać o szczegóły, jedynie się uśmiechała i nie odpowiadała. Z pewnością jednak była bardzo mocno związana z Matką Bożą, a same objawienia odegrały w jej życiu ważną rolę.
ze strony: Kopernik na Warmii
***
6 września – pierwsza sobota miesiąca
W kościele św. Piotra od godz. 17.00 możliwość przystąpienia do sakramentu pokuty
Msza święta niedzielna (wigilijna ) o godz. 18.00
Po Mszy świętej nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, które jest modlitwą wynagradzającą za obelgi i bluźnierstwa wypowiadane przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
fot. Cathopic
***
I. POCHODZENIE NABOŻEŃSTWA WYNAGRADZAJĄCEGO W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA
Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi powstało ze wskazań Matki Bożej z Fatimy. Dziesiątego grudnia 1925 r. Matka Najświętsza objawiając się s. Łucji – wizjonerce znanej z objawień fatimskich, skierowała do niej następujące słowa: „Posłuchaj moja córko – moje Serce otaczają ciernie, które niewdzięczni ludzie bezustannie mi wbijają przez bluźnierstwa i niewdzięczność. Przynajmniej ty spróbuj mnie pocieszyć i rozgłaszaj, że wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwszą sobotę miesiąca, wyspowiadają się, przyjmą Komunię Świętą, odmówią różaniec i przez piętnaście minut dotrzymają mi towarzystwa, medytując nad różańcowymi tajemnicami w celu ulżenia mi w bólu, obiecuję, że będę przy nich w godzinie śmierci ze wszystkimi łaskami niezbędnymi dla zbawienia ich dusz”.
Ta nowa forma kultu Matki Bożej ma na celu wynagrodzenie Niepokalanemu Sercu Maryi za cierpienia zadane przez grzechy ludzkości. Pan Jezus, objawiając się s. Łucji 30 maja 1930 r., wskazał, że to nabożeństwo jest zadośćuczynieniem za pięć zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu Maryi,
obelgi przeciw dziewictwu Najświętszej Maryi Panny,
obelgi przeciw Jej Bożemu macierzyństwu,
obelgi, przez które publicznie usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec Niepokalanej Matki,
bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
Szyderstwa i obelgi skierowane przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi sprawiają największy ból Synowi Bożemu – Jezusowi Chrystusowi, gdyż jest to obrażanie Tej, którą On kocha najbardziej. Są także dowodem braku zrozumienia Jej wyjątkowej roli w zbawieniu ludzkości.
Tym, co nas deprymuje w oczach Boga, są zniewagi przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi; domagają się ekspiacji i zadośćuczynienia ze strony ludzi. Ponieważ jednym aktem nie możemy dokonać należnego wynagrodzenia, Matka Boża prosi i wzywa, aby odprawiać nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi.
II. ELEMENTY NABOŻEŃSTWA PIERWSZYCH SOBÓT
By wynagrodzić Matce Bożej pięć zniewag zadawanych Jej Sercu, nabożeństwo zawiera w sobie pięć ćwiczeń duchowych do spełnienia w pierwszą sobotę miesiąca (wyjątkiem jest spowiedź święta, którą według słów Jezusa do Łucji możemy odbyć wcześniej, ważne jednak by była ona w intencji pierwszosobotniej tzn. wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu Maryi i byśmy byli w stanie łaski uświęcającej.)
Są to:
Spowiedź święta.
Przyjęcie komunii świętej.
Odmówienie jednej części różańca (pięć tajemnic).Każdą tajemnicę kończymy słowami: „O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”.
Towarzyszenie Matce Bożej przez piętnastominutowe rozmyślanie o tajemnicach różańcowych (jednej lub wielu).
Wszystkie powyższe elementy nabożeństwa należy spełnić w intencji wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu Maryi.
III. DLACZEGO PIERWSZA SOBOTA DNIEM WYNAGRODZENIA NIEPOKALANEMU SERCU MARYI?
W tradycji chrześcijańskiej sobota jest dniem poświęconym czci Maryi, gdyż to cotygodniowe wspomnienie w sposób szczególny przypomina o stałej, dynamicznej i matczynej obecności Najświętszej Dziewicy w życiu Kościoła. Pierwsza sobota miesiąca jest dniem szczególnie uprzywilejowanym, w którym możemy przeżywać duchowo pamiątkę postawy Maryi jako Matki i Uczennicy Pańskiej. Ona w Wielką Sobotę – pomiędzy dniem ukrzyżowania Jezusa a dniem Jego zmartwychwstania – sama jedna spośród wszystkich uczniów trwała mocno w wierze i nadziei, oczekując zmartwychwstania Pana. Wielka Sobota była dniem wiary Maryi. W każdą pierwszą sobotę okazujemy wdzięczność Matce Najświętszej za Jej łaskawość wobec grzeszników, a przez nabożeństwo pierwszych sobót pragniemy wyrównywać braki naszej wiary i wynagradzać zniewagi uczynione naszej Matce.
Na nabożeństwo pięciu pierwszych sobót składa się: intensywna praca nad wykorzenieniem zła z serc ludzi; bronienie się przed pokusami, które mu grożą i troska o świętość życia. Ważnym elementem pierwszosobotniego nabożeństwa jest piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi. To rozważanie jest potrzebne, aby Słowo Boże i zbawcze tajemnice rzeźbiły wnętrze człowieka i nakłaniały go do lepszego życia na wzór Maryi. Tak przeżywana sobota powinna oddziaływać na cały tydzień i tygodnie, aby człowiek stawał się bardziej Boży. Bo właśnie temu służy praktyka pierwszych sobót miesiąca. Nie przez lenistwo duchowe i wystawianie się na zło, ale przez wzmożony wysiłek, aby wraz z Maryją budować „nowe pokolenie”, które Ona formuje i oddaje Bogu, dokonuje się triumf Niepokalanego Serca. Nabożeństwo pierwszych sobót ma być nie tylko środkiem wynagradzania Niepokalanemu Sercu Maryi, ale i skuteczną formą własnego uświęcenia.
o.Melchior Wróbel OCD
(tekst jest fragmentem artykułu pochodzącego z półrocznika „Głos Karmelu” nr 95)
W tym czasie – możliwość przystąpienia do sakramentu pokuty
Msza święta o godz. 19.00
fot.Zvonimir Atletic | Shutterstock
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty. Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Dziś pierwszy piątek. Podejmiesz wyzwanie?
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
4 września – pierwszy czwartek miesiąca jest szczególnym dniem modlitwy za kapłanów.
W kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego Msza święta o godz. 19.00
Następnie – Godzina Święta
fot.vatican.va
***
W pierwszy czwartek miesiąca Kościół zachęca swoich wiernych do modlitwy za kapłanów. Tak jak księża w codziennej Liturgii Godzin i w osobistej modlitwie polecają Miłosiernemu Bogu swoich parafian – potrzebne jest również modlitewne wsparcie ze strony wiernych, aby kapłani mocą Ducha Świętego mogli głosić Boże Słowo i godnie udzielać święte Sakramenty.
Istnieje Dzieło Duchowej Adopcji Kapłana, które trwa już od 12 lat. Polega ona na duchowej adopcji poprzez codzienną modlitwę wybranego przez siebie kapłana – jeśli nie za tego, którego nazwisko sam podasz, to tego, którego można wybrać z listy oczekujących. Można podjąć się adopcji stałej lub terminowej – wybór należy do Ciebie. Ksiądz adoptowany na stałe otrzymuje Kartę Adopcyjną, na pamiątkę przyjęcia przez Ciebie zobowiązania. O adopcji kapłan może się dowiedzieć lub nie – tu także wybór należy do osoby adoptującej.
Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów powstało po to, by zachęcać ludzi pragnących wspierać kapłanów w ich posłudze, przede wszystkim poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpień duchowych lub fizycznych, czy udział we Mszy Świętej.
Na stronie DDAK podane są szczegóły o tej inicjatywie.
***
Dobry pasterz, pasterz według Bożego serca, jest największym skarbem, jaki dobry Bóg może dać parafii i jednym z najcenniejszych darów Bożego miłosierdzia .
św. Jan Maria Vianney
Modlitwa za kapłanów
Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje Słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.
***
Szczęśliwa dziewiątka.
Skąd wzięła się praktyka odprawiania nowenn?
Nowenna nie polega na przekonywaniu Boga, żeby dał. Bóg daje, ale ma coś lepszego.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Wczesną wiosną 1936 roku św. Faustyna zanotowała w „Dzienniczku” takie słowa spowiednika: „Niech siostra odprawia nowennę po nowennie, a Bóg łask nie odmówi”. Święta przekonywała się wielokrotnie o prawdziwości tego zapewnienia. Owocem nowenn były konkretne łaski. Gdy na przykład o. Andrasz polecił jej odprawienie nowenny w intencji lepszego poznania woli Bożej w odniesieniu do zaistnienia nowego zgromadzenia, pod koniec tej modlitwy zakonnica otrzymała „wewnętrzne światła i zapewnienie, że zgromadzenie to będzie i jest miłe Bogu”. Towarzyszyło temu duchowe pocieszenie: „w duszę moją wstąpił zupełny spokój i siła z wysoka”.
Święta wielokrotnie, za zgodą przełożonych, odprawiała nowenny w różnych intencjach. W sierpniu 1937 roku, gdy do uroczystości Niepokalanego Poczęcia NMP przygotowywało się całe zgromadzenie, odprawiając wspólną nowennę, Faustyna otrzymała dodatkowo zgodę na odmówienie na cześć Maryi tysiąc razy „Zdrowaś Maryjo” każdego dnia przez dziewięć dni.
„Już trzeci raz odprawiam taką nowennę do Matki Bożej, to jest składającą się z jednego tysiąca »Zdrowasiek« dziennie, to jest dziewięć tysięcy pozdrowień składa się na całość tej nowenny” – wyjaśniła Faustyna. Dodała, że choć odprawiła taką nowennę już trzy razy w życiu, to nigdy nie przeszkodziło jej to w wykonywaniu obowiązków. „W dniach tych nie wymówiłam ani jednego słowa niekoniecznie potrzebnego, chociaż muszę przyznać, że ta sprawa wymaga dość dużo uwagi i wysiłku. Ale dla uczczenia Niepokalanej nic nie ma za wiele” – zaznaczyła. W dniu uroczystości Niepokalanego Poczęcia przed Komunią Świętą ujrzała „Matkę Najświętszą w niepojętej piękności”. Maryja powiedziała z uśmiechem: „Córko Moja, z polecenia Boga mam ci być w sposób wyłączny i szczególny Matką, ale pragnę, abyś i ty szczególnie była Mi dzieckiem”.
Odmawianie nowenn zalecał Faustynie także sam Jezus, wzywając ją na przykład do odprawienia tego nabożeństwa w intencji ojczyzny. Szczególne znaczenie ma nowenna poprzedzająca Białą Niedzielę, czyli obecne święto Miłosierdzia Bożego. „W tej nowennie udzielę duszom wszelkich łask” – obiecał Zbawiciel, osobiście dyktując też treść każdego dnia nowenny.
Czekanie na Ducha
Praktyka odprawiania nowenn ma swoje źródło u samych początków Kościoła – w czasie modlitewnego oczekiwania, jaki upłynął między wniebowstąpieniem a zesłaniem Ducha Świętego. Z Dziejów Apostolskich dowiadujemy się, że kiedy Jezus wstąpił do nieba, uczniowie wrócili z Góry Oliwnej do Jerozolimy i „weszli do sali na górze”. Tradycja utożsamia tę salę z Wieczernikiem na wzgórzu Syjon. „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” – czytamy (1,14). Dziesiątego dnia po wniebowstąpieniu Jezusa na zebranych zstąpił Duch Święty. Modlitwa w Wieczerniku trwała zatem dziewięć dni.
Słowo „nowenna” pochodzi właśnie od słowa „dziewięć” (łac. novem).
Już w średniowieczu istniała praktyka Mszy nowennowych, odprawianych przez 9 dni w jakiejś ważnej intencji. W XVIII wieku były znane nowennowe Msze za zmarłych – sprawowano je przez 9 dni po pogrzebie.
Dość szybko popularność wśród wiernych zdobyła też praktyka nowenn modlitewnych, która z czasem stała się rodzajem nabożeństwa trwającego 9 dni, miesięcy lub lat, odprawianego prywatnie lub publicznie ku czci Boga lub świętego. Może mieć charakter dziękczynny, błagalny lub wielbiący.
Nowenny odprawiane publicznie poprzedzają przede wszystkim święta i uroczystości kościelne. Oficjalnie w Kościele odmawia się nowennę przed Bożym Narodzeniem (o takiej modlitwie wspomina już Synod Toledański w 694 roku) i nowennę przed Zesłaniem Ducha Świętego. Tę ostatnią usilnie zalecił w 1897 roku Leon XIII.
„Postanawiamy więc i polecamy, by w całym katolickim świecie w tym roku, a także po wszystkie czasy, we wszystkich kościołach parafialnych oraz, jeśli ordynariusze miejscowi uznają to za stosowne, także w innych świątyniach i kaplicach, była odprawiana nowenna przed Zesłaniem Ducha Świętego” – pisał papież w encyklice Divinum illud munus, udzielając za odprawienie nowenny, pod zwykłymi warunkami, odpustu zupełnego.
Do tradycji w wielu parafiach weszło także wspólne odmawianie nowenny przed Niedzielą Miłosierdzia Bożego.
Nowenny poprzedzają także obchody świąt lokalnych, przeżywanych w parafiach, zgromadzeniach czy instytutach życia konsekrowanego. Chodzi w nich o duchowe przygotowanie do uroczystości, a także uproszenie szczególnej łaski u Boga, często za wstawiennictwem świętego.
Nowenny do świętych najczęściej są odmawiane w związku z ich charyzmatami. Popularne są nowenny do św. Józefa, na przykład o pomoc w znalezieniu dobrego męża czy dobrej żony albo o rozwiązanie jakiejś trudnej sprawy. Często w sprawach „beznadziejnych” wzywani w nowennach są św. Rita lub św. Juda Tadeusz. W kwestiach odnalezienia rzeczy zagubionych często odprawiane są nowenny do św. Antoniego. Niemniej trzymanie się „specjalizacji” świętych nie jest wymagane. Każdy może sobie wybrać dowolnego świętego – na przykład swojego patrona – i przez 9 dni wytrwale zwracać się za jego wstawiennictwem w swojej sprawie. Wielu ludzi potwierdza, że taka modlitwa przyniosła ważne zmiany w ich życiu.
Wielkie nowenny
Specjalnym rodzajem tego rodzaju nabożeństw są nowenny ogłaszane z racji nadchodzących wydarzeń, szczególnie ważnych dla danej społeczności lub całego Kościoła. W Polsce wyjątkowa pod tym względem była Wielka Nowenna – dziewięcioletni program duszpasterski poprzedzający Milenium Chrztu Polski. Jej obchody zapoczątkował prymas Stefan Wyszyński, który przebywając na przymusowym odosobnieniu, postanowił uczynić z tej nowenny rodzaj rekolekcji narodowych. Miały one przygotować Polaków do jubileuszu tysiąclecia chrześcijaństwa w Polsce. Program Wielkiej Nowenny został rozpisany na 9 lat, a każdy rok koncentrował się na kwestiach wyznaczanych przez odpowiednie motto, na przykład: „Małżeństwo – sakrament wielki w Kościele”, „Młodzież wierna Chrystusowi” czy „Weź w opiekę Naród cały”. Treści nowenny uwrażliwiały społeczeństwo na potrzebę życia w trzeźwości, czystości, w wierności Bogu. Ostatni rok Wielkiej Nowenny był wielką modlitwą maryjną, która akcentowała rolę Maryi czczonej na Jasnej Górze jako źródła narodowego ocalenia. Nowennie towarzyszyła peregrynacja kopii wizerunku Matki Bożej z Jasnej Góry. W założeniu obraz miał odwiedzić wszystkie parafie w Polsce, jednak we wrześniu 1966 roku został „aresztowany” przez służby PRL. Nie zatrzymało to peregrynacji – odbywała się dalej, w symbolu pustych ram. Nie osłabiło to duchowego oddziaływania przedsięwzięcia, za to jeszcze wymowniej dało świadectwo systemowi komunistycznemu.
Wielka Nowenna była przeżyciem jedynym w swoim rodzaju. Wpłynęło ono na całe ówczesne pokolenie, to zaś przyczyniło się do osłabienia prądów laicyzacyjnych, obecnych już w Europie Zachodniej i w państwach o podobnej sytuacji, w jakiej znajdowała się Polska.
W tym roku Kościół w Polsce rozpoczął kolejną Wielką Nowennę – tym razem jej celem jest, jak napisał przewodniczący KEP abp Tadeusz Wojda, „odrodzenie duchowo-moralne i przygotowanie do Jubileuszu dwutysiąclecia Odkupienia”. Głównymi punktami tej nowenny będą coroczne uroczystości Triduum Paschalnego, Wniebowstąpienia Pańskiego, Zesłania Ducha Świętego i uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata. „Obchodząc co roku te najważniejsze momenty liturgiczne, będziemy w sposób szczególny dziękować i uwielbiać Boską Trójcę za dzieło Odkupienia, które ogarnia cały świat” – zapowiedział metropolita gdański.
Co ważniejsze
Liczne świadectwa osób wysłuchanych potwierdzają „skuteczność” nowenn. Nie samo wypełnienie próśb jednak jest w nowennie najistotniejsze, lecz fakt, że skłaniają one człowieka do wytrwałej modlitwy. Regularne zwracanie się ku Bogu jest wartością samą w sobie, dużo większą niż zaspokojenie doraźnych potrzeb – choć i tym sprawom Bóg chętnie zaradza. Ostatecznie okaże się, że w nowennie to nie człowiek nakłania Boga do udzielenia łask, ale On łowi człowieka, aby przyjął łaskę największą: Jego samego. Ta łaska gwarantuje szczęście: i teraz, i w wieczności.
O północy z czwartku na piątek 25/26 września w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.
***
Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:
O północy z czwartku na piątek 11/12 września w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.
szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl
***
Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:
O północy z czwartku na piątek 4/5 września w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.
***
O inicjatywie i jej autorach
Inicjatywę 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę współtworzy grupa modlitewna osób pochodzących z różnych części Polski, żyjących duchowością pasyjną. Została zainicjowana w parafii Trójcy Przenajświętszej w Burzynie, gdzie w sierpniu 2022 r. po raz pierwszy zostało zorganizowane, znane w obecnej formie, rozważanie 24 Godzin Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny, choć samo nabożeństwo przy udziale tych samych osób było organizowane w tej parafii już wcześniej, a przez inne grupy i wspólnoty także w innych częściach Polski.
Od tego czasu 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę odbyło się w wielu kościołach, kaplicach i sanktuariach maryjnych w Polsce, jak np. na Jasnej Górze, w Gietrzwałdzie, w Krakowie na Skałce, w Małym Płocku, w Rychwałdzie.
Opiekunem grupy jest o. Josip Magdić ze zgromadzenia oo. Misjonarzy Montfortanów z Częstochowy, który udzielił swojego błogosławieństwa na to dzieło.
Jego istotą jest modlitwa przebłagalno-ekspiacyjna za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz w intencji wypełnienia się w niej Woli Bożej. Polega na trwaniu przez 24 godziny przed wystawionym Najświętszym Sakramentem i rozważaniu, godzina po godzinie, Męki naszego Zbawiciela wg pism włoskiej mistyczki Luizy Piccarrety.
Grupa tworząca dzieło 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę organizuje w wybranych parafiach takie nabożeństwa kilka w razy w roku, ale oprócz tego zachęca inne grupy, aby we własnym zakresie, ale w łączności, także podejmowały tę inicjatywę, tak aby cała Polska była objęta łaskami płynącymi z tych rozważań. I tak się dzieje. Na zaproszenie odpowiedziała już ponad setka parafii, nie tylko w Polsce. W niektórych Męka odbywa się już cyklicznie raz w miesiącu.
Pomysłodawcami 24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę są zatem konkretni ludzie (jest nim sam Jezus tak naprawdę…), ale organizatorem może stać się każdy, a wręcz jest wskazane, aby lokalne wspólnoty parafian wraz ze swoimi kapłanami włączały się w to nabożeństwo w intencji Ojczyzny. Dla nich to powstała strona: www.vicona.pl/24, która może stać się pomocna przy organizacji w parafii „24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę”.
W sierpniu 2025 r. zrodziła się nowa inicjatywa nieustannego (365 dni w roku) rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny i dusz czyśćcowych. Czyli już nie tylko punktowe wydarzenie w danym miejscu co jakiś czas ale dwadzieścia cztery godziny na dobę w domach wiernych. Ogólna zasada jest taka, aby raz tygodniu rozważyć jedną Godzinę Zegara Męki Pańskiej w zadeklarowanym przez siebie czasie. Osoby zgłaszające się będą podzielone na kilka grup modlitewnych. Każda z nich, aby objęła nieustanną modlitwą cały rok musi zawierać 504 osoby.
Dlaczego modlimy się za Polskę?
Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku?
Jako główną intencję naszej modlitwy przyjęliśmy więc wynagrodzenie za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz intencję o wypełnienie się w niej Woli Bożej. Modlimy się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków.
Zbawiciel pragnie, aby na każdy skrawek polskiej ziemi, na każde miasto i na każdą wioskę spłynęła Jego drogocenna Krew, by je pobłogosławić i ochronić! Luiza Piccarreta tak o tym pisze w swoim dzienniku:
Zadowolenie, jakie Błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy te Godziny jest takie, że życzy On sobie, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji znajdował się w każdym mieście i miejscowości dla praktykowania przez dusze, ponieważ gdy je czytamy, Jezus słyszy w tych zadośćuczynieniach odtwarzany Swój własny głos i Swoje modlitwy jakie wznosił do Ojca w czasie dwudziestu czterech godzin Swojej bolesnej Męki. I jeśli byłoby to praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miejscowości, to wydaje mi się że Jezus daje mi do zrozumienia, że Boża Sprawiedliwość zostałaby częściowo ułagodzona, a Jego uderzenia byłyby częściowo powstrzymane, i jak gdyby przygaszone, w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi.
Zadośćuczynienie
Wielu wierzących nie dostrzega, że każdy grzech popełniony indywidualnie ma swoje negatywne reperkusje nie tylko wobec jednostki ale i całego społeczeństwa czy narodu, i domaga się zadośćuczynienia.
Dlatego podczas 24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę, nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym, wynagradzamy za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie (zarówno przez żyjących jak i zmarłych Polaków), zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady narodu. Wynagrodzenie to nie tylko łagodzi Bożą sprawiedliwość wobec żyjących, ale w przypadku zmarłych, uwalnia ich dusze z czyśćca, a te z kolei, z wdzięcznością orędują za swoimi dobroczyńcami.
Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Modlimy się zatem w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, która została wypowiedziana 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa: „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”. Dlatego i my powtarzamy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem jest wieńczące nasze rozważania nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.
Aby Polska posłuszna była woli Bożej!
Nasz Pan powiedział do św. Siostry Faustyny: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje. (Dz. 1732)
Posłuszeństwo Woli Bożej jest więc kluczowe dla Polski, aby mogły się przez nią wypełnić plany Boże. Abyśmy jako naród wypełnili misję, jaką Bóg przeznaczył nam w planie zbawienia. Mimo, że wiele proroctw mówi o tym, że Polska ma do odegrania ważną rolę, to jednocześnie wiemy, że jest to warunkowe: „jeżeli posłuszna będzie woli Mojej”. Widzimy też, jak niebezpieczne ideologie pojawiające się w naszym kraju, zagrażają dziś naszej wierze, moralności i rodzinie oraz stanowionemu prawu. Młode pokolenie często nie chce mieć już nic wspólnego z Kościołem i dokonuje apostazji, a nawet ją promuje i zachwala. Zagrożona jest również jedność samego Kościoła. Dym szatana, o którym mówił papież Paweł VI, dostał się do jego wnętrza i postępuje coraz śmielej.
W obliczu tych zagrożeń, podejmujemy walkę modlitewną o Polskę, by posłuszna była woli Bożej, i by przygotować duchowy fundament pod iskrę, która ma z niej wyjść.
Nieprzypadkowo temat posłuszeństwa Polski Woli Bożej wiążemy z rozważaniem dzieła napisanego przez włoską mistyczkę Luizę Piccarretę, małą córeczkę Woli Bożej, jak nazywał ją sam Jezus, ponieważ Wola Boża jest istotą całego orędzia, które otrzymała. Ale Wola Boża nie rozumiana jedynie jako jej „spełnianie”, ale „życie w Woli Bożej”, co jest pewną nowością, którą trzeba dobrze zrozumieć. Wola Boża staje się wręcz pożądanym Darem – a więc radością − który możemy posiąść, a nie trudnością i powinnością, którą trzeba wypełnić. Luiza usłyszała od Jezusa, że od niej rozpoczyna się nowe „pokolenie dzieci Woli Bożej”, łańcuch dusz powołanych do życia w Woli Bożej. Wola Boża będzie rozumiana i spełniana na zupełnie nowy sposób, właśnie jako życie w niej i nią jako swoją własną. Będzie to przywrócenie na ziemi pierwotnego porządku, jaki panował przed grzechem pierworodnym – „…bądź Wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi” – choć nie znaczy to, że grzech zostanie zupełnie wyeliminowany, bo to nastąpi dopiero w Królestwie Niebieskim.
Jeśli to prawda, że przyszłe pokolenia (a może już nasze?) otrzymają tę wielką łaskę, aby móc w pełni żyć w Woli Bożej, chcemy już dziś uczyć się tego, otwierając nasze serca na ten Dar – być tym zaczątkiem. I chcemy tego dla Polski. Chcemy modlić się o to, aby również Polska przyjęła ten Dar i żyła nim, stanowiąc prawo, które jest prawem Bożym, i aby przez to wypełniły się Boże zamiary względem niej. Jaka modlitwa mogłaby być do tego odpowiedniejsza, niż rozważanie Męki Pańskiej spisanej przez Małą Córeczkę Woli Bożej, która to modlitwa w całości opiera się na zespoleniu z Wolą Bożą, czy wręcz na „posługiwaniu się” nią?
Jezus mówił do Luizy: (…) większy lub mniejszy efekt tych GODZIN MĘKI wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać.
Odmiennością tych Godzin, w stosunku do innych rozważań Męki Pańskiej, jest odtwarzanie w sobie wszystkich uczuć, myśli, pragnień i zadośćuczynień Jezusa, jakby to były nasze, a więc wejście w Jego Wolę, aby uczynić ją naszą wolą. Przekładając to na intencję za Polskę, którą sobie wyznaczyliśmy − bierzemy pragnienia Jezusa, a więc Jego Wolę względem naszej Ojczyzny i jednocząc się z nią, za jej pomocą, wyrażamy te same pragnienia i prośby do Ojca Niebieskiego, aby spełniło się to, czego On chce i czego my chcemy w Jego Woli. Mamy pewność, że taka intencja nie może być nigdy zła, ponieważ nie prosimy o to, co my uważamy za dobre dla nas, ale o to, czego chce Bóg dla naszej Ojczyzny. A On ma zawsze najdoskonalszy plan!
szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl
***
środowa audiencja – 2 września 2025
Ojciec św.Leon XIV zachęcił Polaków do modlitwyi zaproponował szczególną intencję na miesiąc wrzesień
FOT. VATICAN NEWS/YOUTUBE.COM (PRINT SCREEN)
***
W szczególnych słowach do Polaków Leon XIV zwrócił się w trakcie dzisiejszego spotkania na placu św. Piotra.
Do modlitwy w intencji dzieci i młodzieży powracających do szkół oraz tych, którzy troszczą się o ich wychowanie zachęcił papież Polaków podczas dzisiejszej audiencji ogólnej:
Serdecznie pozdrawiam Polaków! Niech wrzesień będzie czasem modlitwy w intencji dzieci i młodzieży powracających do szkół oraz tych, którzy troszczą się o ich wychowanie i wykształcenie. Proście dla nich, przez wstawiennictwo błogosławionych, a wkrótce świętych, Piera Giorgia Frassatiego i Carla Acutisa, o dar głębokiej wiary na drodze wzrastania. Z serca wam błogosławię! – powiedział papież.
Streszczenie papieskiej katechezy po polsku:
W dzisiejszej katechezie zatrzymujemy się nad dwoma słowami Chrystusa na krzyżu: „pragnę” i „dokonało się”. „Pragnę” wyraża nie tylko potrzebę fizyczną, ale głębokie pragnienie miłości, relacji i komunii. Pokazuje, że prawdziwa miłość nie tylko daje, ale też umie prosić – dlatego Jezus z wysokości krzyża uniża się, prosząc o łyk wody. Z kolei „dokonało się” potwierdza, że ta uniżona miłość w pełni dokonała dzieła Odkupienia. Bóg zbawił nas nie przez swoje działanie, lecz pozwalając, by Jemu coś uczyniono. Podobnie i my – miarą człowieczeństwa nie jest samowystarczalność, ale umiejętność powiedzenia: „potrzebuję”. Postawa proszenia otwiera nas na komunię z Bogiem, prowadzi ku zbawieniu i pozwala doświadczać wolności oraz radości płynących z miłości darowanej i otrzymywanej.
KAI, pa/Stacja7
***
86 ROCZNICA II WOJNY ŚWIATOWEJ
Wikipedia | Domena publiczna
***
1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkośćmówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”
I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.
Niemcy bez wypowiedzenia wojny o świcie przekroczyły na całej długości granice naszego państwa. Osamotniona Polska mimo bohaterskiego oporu trwającego ponad pięć tygodni nie mogła skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji przeprowadzonej 17 września.
***
Najświętsza Maryja Panna Królowa Pokoju. Jej obraz znajduje się w klasztornym kościele w Stoczku Warmińskim.
***
Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:
“Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — towrzesień...
… Takie zatem, a nie inne — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.
…Wrzesień…
Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili dzieci, żołnierze bez broni, bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…
… Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…
Tysiące oszalałych ludzi wędruje na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.
(Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.
Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla płonęły czerwienią i złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.
Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie wróci. Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.
Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...
Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?
Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…
***
fot. Wikipedia
***
Co święta siostra Faustyna mówiła o II wojnie światowej?
Święta siostra Faustyna zmarła na rok przed wybuchem II wojny światowej. Jednak już za swojego życia mówiła o okrutnej wojnie i cierpieniu Polaków.
Tym, którzy przeszli przez doświadczenie II wojny światowej, słowa zapisane w „Dzienniczku” św. Faustyny jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku – pisał Jan Paweł II.
święta siostra Faustyna o II wojnie światowej. Takie słowa skierowała do błogosławionego księdza Michała Sopoćki
W 1938 roku w szpitalu na krakowskim Prądniku, Faustyna kilku innym siostrom zakonnym, zapowiedziała wybuch II wojny światowej. Miała widzenia ogromnych zniszczeń, eksterminacji, prześladowań duchowieństwa.
Swojemu spowiednikowi, księdzu Sopoćce mówiła, że „w Polsce przyjdą bardzo ciężkie chwile. Widziałam rodaków wywożonych na wschód i zachód”.
Ważne słowa Pana Jezusa do Faustyny. Dotyczyły Polski
W ostatnim roku życia usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).
Te słowa były na różne sposoby interpretowane. Jan Paweł II w swojej wypowiedzi z 17 sierpnia 2002 roku mówił, że ową iskrą jest orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane przez św. Faustynę. W jego opinii „iskra” nie jest pojedynczą, konkretną osobą, ale jest zadaniem czcicieli Bożego Miłosierdzia z Polski i całego świata, która przygotuje przemianę, w imię Bożego miłosierdzia, Polski i całego świata.
święty Jan Paweł II: Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia
Posłannictwo Miłosierdzia Bożego miało swój czas, był to czas straszliwej II wojny światowej, straszliwej pod wielu względami, była to jakaś ostateczna eskalacja zła na naszym kontynencie. Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia, którego świadkiem, rzecznikiem stała się ta prosta córka polskiej ziemi – mówił Jan Paweł II w Płocku, 7 czerwca 1991 roku.
święta siostra Faustyna o Ojczyźnie: „Rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę”
Faustyna codziennie modliła się za Polskę i ofiarowywała za nią cierpienia. W swoim „Dzienniczku” zapisała: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna.” (Dz. 1038)
W innym miejscu pisała: „Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.” (Dz 1188)
faustyna.pl, wikipedia, Onet Religia/Stacja7
***
Uroczystości i święta
w Roku Liturgicznym 2025
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Wśród licznych świąt kościelnych można wyróżnić święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.
Święta nakazane w 2025 roku:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
5 marca (środa) – Środa Popielcowa
17-19 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne (UWAGA: Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 30 listopada.
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
***
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
***
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli jednak przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Przyjmujesz Komunię św. na rękę?
Grozi ci utrata wiary. To fakt, nie opinia
(fot. Pixabay)
***
Tradycyjna duchowość, wyrażająca się poprzez staranne formy liturgiczne czy przyjmowanie Komunii Świętej do ust, sprzyja większej wierze w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Tak wynika z badania przeprowadzonego na Uniwersytecie Williama Patersona w USA.
Autorzy badania przeprowadzili ankiety wśród 860 katolików ze Stanów Zjednoczonych. Spośród respondentów jedynie 31 proc. zadeklarowało wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Jedna czwarta przyznała, że Komunia Święta ma dla nich znaczenie „symboliczne”. Reszta uczestników ankiety nie miała w tej kwestii sprecyzowanego zdania.
Najbardziej uderzający wniosek dotyczył korelacji pomiędzy sposobem przyjmowania Komunii Świętej oraz formą ekspresji liturgicznej, a wiarą w realną obecność. Wiarę w naczelną katolicką prawdę deklarowało 55–60 procent. przyjmujących Komunię do ust. W grupie przyjmujących „na rękę”, wynik ten wynosił tylko 31 proc.
Podobna korealacja zachodziła w przypadku innych czynności liturgicznych, np. wykorzystania na Mszy dzwonków. Wyższe wskaźniki wiary w Chrystusa Eucharystycznego odnotowano także wśród katolików, którzy mieli kontakt z klasycznym rytem rzymskim Mszy świętej.
W ocenie autorki badania, dr Natalie A. Lindemann, powrót do tradycyjnych form eucharystycznych, takich jak przyklękanie, czy przyjmowanie Komunii na klęcząco i do ust ma potencjał wzmocnić w katolikach wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie.
PCh24.pl/źródło: vaticannews.com
***
Ks. Rafał Hołubowicz:
Komunia święta na klęcząco i do ust nadal pierwszą i podstawową formą
(Pietro Antoni Novelli (1769) Public domain)
Uroczystość Pierwszej Komunii Świętej – święto Jezusa Eucharystycznego, który za chwilę zagości po raz pierwszy w sercach Mu najbliższych – Dzieci, tych które zawsze szczególnie miłował i które nawet dorosłym stawiał za wzór; w sercach czystych po wczorajszej uroczystości Pierwszej Spowiedzi Świętej, równie ważnej, równie podniosłej i równie pięknej, jak ta dzisiejsza. Atmosfera jest naprawdę niecodzienna, przepełniona jakimś wyczekiwaniem, może pewnym niepokojem czy wszystko się uda, ale także wielką radością, która rysuje się zarówno na twarzach samych dzieci, jak również ich rodziców, którzy przez ostatnie miesiące także trudzili się nad jak najlepszym przygotowaniem swoich pociech do tego niezwykłego wydarzenia. Kościół pięknie przyozdobiony, mnóstwo białych kwiatów, dzieci w białych strojach liturgicznych, tłumy ludzi w świątyni i wokół niej. Wszystko świadczy o tym, że dzieje się coś niezwykłego, coś tajemniczego, coś mistycznego.
Rozpoczyna się uroczysta Liturgia, dzieci biorą w niej czynny udział. Radość i napięcie ciągle rosną, aż w końcu nadchodzi ten wyczekiwany moment pierwszej Komunii Świętej. Na środku, przed ołtarzem przystrojony klęcznik; każde z dzieci podchodzi pojedynczo, klęka z pięknie złożonymi dłońmi, otwiera usta i po raz pierwszy przyjmuje na język, a w rzeczywistości do serca, prawdziwego Jezusa Chrystusa. Ciężko nawet opisać wielką radość i pokój, które promieniują z dziecięcych twarzy. Po dzieciach zaczyna się Komunia Święta pozostałych uczestników uroczystości. Kapłan jest sam, panuje ścisk i zamieszanie, bo kościół jest mały a przybyłych naprawdę dużo. I nagle….
Zbliża się najpierw dwójka dzieci, które wyciągają rękę po Komunię Świętą, ale w obecnych okolicznościach, z pełną rozwagą duszpasterską, kapłan udziela im Komunii na język. Dziewczynki jedna, potem druga spokojnie ją przyjmują i się oddalają. Okazuje się jednak, że następna do Komunii przystępuje ich mama. Także wyciąga rękę, kapłan prosi ją jednak grzecznie o godne przyjęcie Jezusa do ust (co nawiasem mówiąc jest regułą w tej wspólnocie parafialnej). Kobieta jednak obrusza się i odchodzi, odmawiając przyjęcia Chrystusa Eucharystycznego. Jak widać nie On był tutaj najważniejszy.
No a potem, jak nie trudno się domyśleć, zaczynają się problemy. Kilka dni po uroczystości bardzo nieprzyjemny telefon od tej pani, która oczywiście od pierwszych słów zwraca się do księdza per „pan” (zresztą w dniu Komunii Świętej do siostry zakonnej przygotowującej dzieci zwracała się per „pani”). Zarzuca mu zmuszanie dzieci do przyjęcia Komunii wbrew ich woli, czym rzekomo wywołał u nich poważną traumę (nie potwierdza tego ich zachowanie na przyjęciu komunijnym, w którym uczestniczyły). Czuje się obrażona zachowaniem kapłana, który odmówił jej przyjęcia Komunii tak jak tego żądała, choć w rzeczywistości to nie on jej odmówił, bo przecież chciał jej udzielić Komunii, ale ona po prostu odmówiła przyjęcia Pana Jezusa, mimo prośby kapłana. Domaga się oczywiście przeprosin twierdząc, że tacy księża odstręczają ludzi od kościoła. Znowu jednak zostaje skorygowana, gdyż akurat w tej parafii liczba uczestników liturgii ciągle rośnie do tego stopnia, że trzeba było wprowadzić kolejną Mszę, gdyż wierni już się po prostu nie mieścili. I jak można się domyślić nie chodzi tylko o staruszki, ale kościół pełen jest młodych rodzin, dzieci, młodzieży, i to z pewnością nie dlatego, że kapłan udziela Komunii św. na rękę i mówi jakieś miałkie kazania o wszystkim i o niczym. Jest wręcz odwrotnie.
Jednak, wracając do rozmowy z oburzoną „katoliczką”, pani nie jest usatysfakcjonowana tym co słyszy; nie trafiają do niej także żadne merytoryczne argumenty dotyczące przepisów prawa kanonicznego. Rozzłoszczona rzuca słuchawką i straszy kapłana Kurią. I rzeczywiście na ciąg dalszy nie trzeba długo czekać. „Pobożna katoliczka” pisze e-maila do Kurii, rozsyłając go również na wszystkie możliwe adresy, które znalazła na stronie Archidiecezji. Nie omieszkała też poinformować o całym zajściu Rzecznika Praw Dziecka, gdyż kapłan, jak to sama określiła, „wpychał jej dziecku łapy do ust”. Potem telefon z Kurii, i przysłowiowe „udawadnianie, że nie jest się wielbłądem”. Niepotrzebne nerwy i stres, bo nigdy nie wiadomo jak skończy się ta sprawa, gdyż w dużej mierze zależy to od tego, na czyje biurko w Kurii trafi.
Przytoczona tutaj sytuacja, a podobnych w ostatnim czasie coraz więcej, skłoniła mnie do głębszej refleksji nad tym, czym jest Msza św., czym jest Eucharystia i dlaczego w dzisiejszych czasach, gdy tyle słyszymy o profanacjach Najświętszego Sakramentu, i to już nie tylko gdzieś za granicami, ale także w naszej Ojczyźnie, nikt tak naprawdę nie podejmie na nowo tematu sposobu udzielania Komunii św.
Piszę o tym, ponieważ wiem, że podobne sytuacje coraz częściej spotykają kapłanów, którzy na poważnie biorą słowa samego Jezusa odnośnie tego, czym a raczej Kim jest Eucharystia i niejednokrotnie narażeni są na poważne nieprzyjemności ze strony swoich przełożonych, którzy dla tzw. „świętego spokoju” są w stanie poświęcić kapłana, byleby tylko sprawa nie trafiła do mediów.
Inna kwestia, że dzisiaj coraz powszechniejsze jest, tak naprawdę niczym nieuzasadnione, dążenie do powszechnego braterstwa za wszelką cenę, nawet za cenę indyferentyzmu religijnego i zrównania w ważności wszystkich wierzeń i religii. No i kto jest największą w tym przeszkodą? Oczywiście Zmartwychwstały Pan, gdyż od tego, byśmy wszyscy mogli stanąć przy jednym stole i sprawować „coś”, bo przecież nie Boską Liturgię, dzieli nas właśnie prawda o Zmartwychwstaniu Pana i o Jego realnej obecności w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, którą przecież nie wszyscy uznają. I znowu Jezus jest kością niezgody i przeszkodą w drodze do powszechnego braterstwa.
Na kanwie tego wszystkiego chciałbym wykazać pełną prawdę tezy, jak widać nie dla wszystkich dzisiaj jasnej, że forma przyjmowania Komunii św. na rękę nie jest formą zwyczajową w przeciwieństwie do formy przyjęcia Jej do ust. A takie wrażenie odnosi się chociażby, kiedy czyta się dokument Konferencji Episkopatu Polski z 3 marca 2005 r., który zawiera następujące stwierdzenie: „Komunii świętej udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś prosi o Komunię na rękę przez gest wyciągniętych dłoni, należy mu w taki sposób jej udzielić”[1]. I tak od razu, na marginesie, należy zauważyć, że stwierdzenie, iż każdy może prosić o Komunię na rękę nie oznacza automatycznie, że kapłan zawsze ma obowiązek mu ją w tej formie udzielić. Jak zobaczymy w dalszej części, zgodnie z obowiązującym prawem kanonicznym, kapłan ma zawsze możliwość nie podania wiernemu Komunii na rękę.
Inna ważna kwestia, która umyka wielu osobom, potocznie mówiącym o przyjmowaniu Komunii św. na rękę, jest taka, że określenie to jest błędne z samego swego założenia. Nikt nie przyjmuje Komunii św. na rękę. Ciało Pańskie nie przenika przecież przez skórę dłoni do krwiobiegu. Komunię św. można przyjąć tylko i jedynie do ust. Nawet jak ktoś prosi, by mu Ją położyć na dłoni, musi ją później i tak przyjąć na język. Nie ma innej możliwości. Niby oczywiste, a jednak …. I ostatnie ważne dopowiedzenie, które należy zrobić w tym momencie, choć równie oczywiste jak poprzednie, to fakt, że przepisy prawa partykularnego nigdy nie mogą stać w sprzeczności z normami prawa powszechnego.
Od razu także chcę zaznaczyć, że niniejszy artykuł nie jest artykułem naukowym sensu stricto, dlatego też nie przytaczam w nim szczegółowych unormowań odnoszących się do tego zagadnienia na przestrzeni wieków. Pragnę tylko wykazać, że powszechnie przyjęta opinia, wykorzystywana przez wielu zwolenników Komunii na rękę, zwłaszcza gdy wchodzą w konkretnej sytuacji „w konflikt” z kapłanem, jest z zasady błędna, i powinni to uwzględnić także ci, którzy owego kapłana będą strofować, wykazując mu jego niewiedzę i zmuszać do przyjęcia postawy niezgodnej, przede wszystkim z jego kapłańskim sumieniem, ale także z normami Kościoła Powszechnego.
Aby mówić o tak ważnej kwestii, nie sposób przynajmniej w dwóch zdaniach nie poruszyć tematu Najświętszej Eucharystii. Od wieków Kościół uznaje w Eucharystii najświętszy, najczcigodniejszy Sakrament, gdyż jest to sakrament realnej obecności wcielonego Boga, który tak umiłował człowieka, że zapragnął na zawsze z nim pozostać pod postacią tak niepozorną, tak kruchą, jak pszenny chleb. O przyjęciu tej prawdy świadczą niezliczone wypowiedzi Magisterium Kościoła od jego pierwszych wieków aż po czasy obecne.
Przytoczę tu jedynie kilka wypowiedzi z ostatniego okresu, które zawierają wiarę wszystkich wieków. Ostatni Sobór ekumeniczny, w Konstytucji poświęconej Świętej Liturgii podkreślił: „Nasz Zbawiciel podczas Ostatniej Wieczerzy, tej nocy, kiedy został wydany, ustanowił eucharystyczną Ofiarę swojego Ciała i Krwi, aby w niej na całe wieki, aż do swego przyjścia, utrwalić ofiarę krzyża i tak powierzyć Kościołowi, umiłowanej Oblubienicy, pamiątkę swej męki i zmartwychwstania, sakrament miłosierdzia, znak jedności, więź miłości, ucztę paschalną, podczas której przyjmujemy Chrystusa, duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały”[2].
Jest to wypowiedź głęboko osadzona w Piśmie św. i Tradycji, do której wstęp stanowi krótkie, aczkolwiek głębokie stwierdzenie zawarte już we wstępie tejże Konstytucji: „W liturgii, zwłaszcza w Boskiej Ofierze eucharystycznej, „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia”; w najwyższym stopniu przyczynia się ona do tego, aby wierni swoim życiem wyrażali oraz ujawniali innym ludziom misterium Chrystusa i rzeczywistą naturę prawdziwego Kościoła”[3].
W krok za wypowiedziami Soboru idzie Kodeks Prawa Kanonicznego (którego reformy dokonano po Soborze w zgodzie z jego Magisterium), który w kan. 897 stanowi: „Najbardziej czcigodnym sakramentem jest Najświętsza Eucharystia, w której sam Chrystus Pan jest obecny, ofiaruje się oraz jest przyjmowany i dzięki której Kościół ustawicznie żyje i wzrasta. Ofiara eucharystyczna, pamiątka śmierci i zmartwychwstania Pana, w której utrwala się na wieki Ofiara Krzyża, jest szczytem i źródłem całego kultu oraz życia chrześcijańskiego; wyraża ona i sprawia jedność Ludu Bożego, przez nią urzeczywistnia się budowanie Ciała Chrystusa. Pozostałe bowiem sakramenty i wszystkie kościelne dzieła apostolatu mają ścisły związek z Najświętszą Eucharystią i na nią są ukierunkowane”.
Może warto od razu w tym miejscu zamieścić odwołanie do kolejnego kanonu, do którego nawiążę później, a który to kanon zawiera następujące stwierdzenie: „Wierni powinni z największą czcią odnosić się do Najświętszej Eucharystii, biorąc czynny udział w sprawowaniu najczcigodniejszej Ofiary, z największą pobożnością i często przyjmując ten Sakrament i adorując Go z najwyższym uwielbieniem, (…)”[4].
Św. Jan Paweł II, w Encyklice w całości poświęconej Najświętszej Eucharystii, napisał: „Kościół żyje dzięki Eucharystii. Ta prawda wyraża nie tylko codzienne doświadczenie wiary, ale zawiera w sobie istotę tajemnicy Kościoła. Na różne sposoby Kościół doświadcza z radością, że nieustannie urzeczywistnia się obietnica: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dzięki Najświętszej Eucharystii, w której następuje przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana, raduje się tą obecnością w sposób szczególny.
Od dnia Zesłania Ducha Świętego, w którym Kościół, Lud Nowego Przymierza, rozpoczął swoje pielgrzymowanie ku ojczyźnie niebieskiej, Najświętszy Sakrament niejako wyznacza rytm jego dni, wypełniając je ufną nadzieją. Słusznie Sobór Watykański II określił, że Ofiara eucharystyczna jest «źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego». «W Najświętszej Eucharystii zawiera się bowiem całe dobro duchowe Kościoła, to znaczy sam Chrystus, nasza Pascha i Chleb żywy, który przez swoje ożywione przez Ducha Świętego i ożywiające Ciało daje życie ludziom». Dlatego też Kościół nieustannie zwraca swe spojrzenie ku swojemu Panu, obecnemu w Sakramencie Ołtarza, w którym objawia On w pełni ogrom swej miłości”[5].
Obecność Pana pośród swojego Ludu jest fundamentalna i niepodważalna. Podobnie jak wiara tego Ludu w obecność Pana pod postaciami chleba i wina. To właśnie nie co innego, jak zanik tej wiary, papież Benedykt XVI wskazał jako pierwsze i podstawowe źródło obecnego kryzysu Kościoła. Papież napisał: „Nasze podejście do Eucharystii może jedynie budzić niepokój. Sobór Watykański II słusznie skupił się na przywróceniu tego sakramentu Obecności Ciała i Krwi Chrystusa, Obecności Jego Osoby, Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania do centrum życia chrześcijańskiego i samej egzystencji Kościoła.
Częściowo się to naprawdę udało i powinniśmy być szczególnie za to Panu wdzięczni. A jednak dominuje dość odmienne nastawienie. To, co przeważa, to nie nowa rewerencja dla obecności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale sposób postępowania z Nim, który niszczy wspaniałość Misterium. Spadające uczestnictwo w uroczystościach niedzielnej Eucharystii pokazuje, jak niewiele my, dzisiejsi chrześcijanie, wciąż wiemy o docenieniu wspaniałości daru, który polega na Jego rzeczywistej obecności. Eucharystia zostaje zdewaluowana do zwykłego ceremonialnego gestu, kiedy bierze się za oczywistość, że grzeczność wymaga, by ofiarować Go na rodzinnych uroczystościach czy przy okazjach takich jak śluby i pogrzeby wszystkim tym, którzy zostali zaproszeni z powodów rodzinnych. Sposób, w jaki ludzie często po prostu przyjmują Najświętszy Sakrament w komunii siłą rzeczy pokazuje, że wielu postrzega komunię jako gest czysto ceremonialny. Zatem, kiedy myśli się o tym, jakie działanie jest wymagane przede wszystkim, jest raczej oczywiste, że nie potrzeba nam drugiego Kościoła naszego własnego projektu. To, czego potrzeba przede wszystkim, to odnowa wiary w rzeczywistość Jezusa Chrystusa danego nam w Najświętszym Sakramencie”[6].
W kontekście tych słów należy zadać sobie pytanie, czy postawa towarzysząca człowiekowi w momencie przyjmowania Komunii św. nie ma wpływu na jego wiarę w realną obecność Jezusa w tym sakramencie albo odwrotnie, czy postawa ta nie wyraża lepiej tej wiary?
Oczywiście, że ma i oczywiście, że wyraża. Jest to kwestia o fundamentalnym znaczeniu. Dlatego nie można trwać w błędzie co do praktyki Kościoła dotyczącej formy przyjmowania Komunii św. na rękę. Oczywiście, musimy pamiętać, że w dziejach Kościoła różne były praktyki, jeśli chodzi o sposób przyjmowania Komunii św. W Kościele pierwszych wieków wierni przyjmowali Komunię św. na rękę i sami wkładali ją sobie do ust. Nic jednak nie wskazuje na to, aby praktyka taka została wprowadzona dla jakichś szczególnych motywów. Był to jedynie odwieczny obyczaj. Między innymi to właśnie w ten sposób Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy dał Swoje Ciało uczniom (z tym, że pamiętać należy, iż Apostołowie byli pierwszymi biskupami).
Jednym z ciekawszych świadectw tego okresu jest Katecheza chrzcielna św. Cyryla Jerozolimskiego, który w IV w. pisze: „Podchodząc, nie wyciągaj płasko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw dłoń lewą lub prawą niby tron, gdyż masz przyjąć Króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz: «Amen». Uświęć też ostrożnie oczy swoje przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem, bacząc, byś zeń nic nie uronił. To bowiem, co by spadło na ziemię, byłoby stratą jakby części twych członków. Bo czyż nie niósłbyś złotych ziarenek z największą uwagą, by ci żadne nie zginęło i byś nie poniósł szkody? Tym bardziej zatem winieneś uważać, żebyś nawet okruszyny nie zgubił z tego, co jest o wiele droższe od złota i innych szlachetnych kamieni”[7].
Warto zwrócić uwagę, że już nawet w tym momencie rozwoju teologiczno-liturgicznego podkreślano wielki szacunek do Najświętszego Sakramentu i do realnej obecności Jezusa w najmniejszej nawet cząstce (partykule) Komunii św. Dlatego też, w miarę rozwoju nauki o realnej obecności Jezusa w Eucharystii, bardzo szybko zaczęto odchodzić o tej praktyki, na rzecz przyjmowania Komunii św. w postawie klęczącej i do ust, jako postawie wyrażającej większy, niejako doskonalszy szacunek do Boskiej Eucharystii. Praktyka ta zaczęła się formować już na przełomie IV/V w. i tak głęboko zakorzeniła się w Kościele, jako wyraz prawdziwej i głębokiej pobożności, iż począwszy od IX wieku przyjmowanie Komunii św. na rękę zostało zarezerwowane jedynie dla osób duchownych.
Z powodu niebezpieczeństwa profanacji ze strony żydów i heretyków synod w Kordobie z 839 r. odrzuca pretensje kassjanistów do przyjmowania Komunii św. na rękę. Réginon de Prüm w swoim dziele De Synodalibus causis, napisanym ok. 906 r., przypisuje synodowi w Rouen następujący kanon o obowiązkach kapłana: „Niech nie kładzie [Komunii] ani na rękę świeckiego, ani na rękę kobiety, ale tylko do ust, wypowiadając następujące słowa: Ciało i Krew Pańska niech przyczynią się do przebaczenia twoich grzechów i doprowadzą cię do życia wiecznego. Jeśli kto złamie to polecenie, niech będzie odłączony od ołtarza, gdyż gardzi Wszechmocnym i Jemu samemu czci nie okazuje”[8].
Tekst ten stanowi dla nas ważne świadectwo kanoniczne w omawianej materii, gdyż groźba kary tego rodzaju zakłada, że praktyka przeciwna, tzn. Komunia do ust, była normą. Jest ona również przedstawiona jako jedyna dozwolona w Missa illyrica i w Liturgii bizantyńskiej. Dysponujemy wieloma świadectwami, które potwierdzają, że już pomiędzy IX a X wiekiem Komunia św. do ust stała się jedyną formą przyjmowania Najświętszego Sakramentu, ponieważ była doskonalsza i lepiej przystosowana do godności tak wielkiego Sakramentu. W tym samym czasie zaczęto zakazywać drugiego sposobu udzielania Komunii, bardziej prymitywnego i mniej doskonałego.
Taki właśnie sposób przyjmowania Komunii św. (do ust), który staje się powszechny w całym Kościele, zarówno Wschodu jak i Zachodu, służy jasnemu wyrażeniu, w odniesieniu do Eucharystii, dwóch podstawowych prawd wiary: po pierwsze, realnej, substancjalnej i stałej obecności Chrystusa, prawdziwego Boga, w konsekrowanej Hostii i w każdej jej, nawet najmniejszej, partykule; a po drugie: istotnej różnicy między wiernym i kapłanem (między kapłaństwem powszechnym wszystkich ochrzczonych a kapłaństwem hierarchicznych osób wyświęconych), który, jak miał to kiedyś powiedzieć św. Jan Paweł II, ma przywilej dotykania Świętych Postaci i rozdzielania ich ze swych rąk. Zresztą Papież Jan Paweł II napisze później w swoim Liście Apostolskim Dominicae Cenae, że ta istotna różnica jest ukazana w sposób wyrazisty przez obrzęd namaszczenia dłoni w łacińskich święceniach, jak gdyby te dłonie potrzebowały szczególnej łaski i siły Ducha Świętego. To nie znaczy, że te dłonie są bardziej godne, czy że sam kapłan jest kimś lepszym i doskonalszym niż przeciętny wierny, co właśnie jako zarzut wysuwają często przeciwnicy Komunii św. do ust czy w ogóle potrzeby kapłaństwa w Kościele, bo do tego to wszystko się ostatecznie kiedyś sprowadzi. Oznacza to jedynie, że ci konkretni mężczyźni, powołani przez Pana bez żadnej swojej zasługi, zostali przez specjalny sakrament święceń, konsekrowani do sprawowania świętych czynności i do dotykania oraz rozdzielania wiernym Ciała Pańskiego.
Praktyka powrotu do przyjmowania Komunii św. na rękę i jej powolne rozprzestrzenianie się w Kościele katolickim związane jest z tym, iż reformatorzy protestanccy, którzy negowali obie, wspomniane wcześniej prawdy wiary (realną obecność i kapłaństwo), w reakcji na praktykę tak jasno ukazującą doktrynę katolicką, powracali do praktyki pierwotnej. Martin Bucer, zwolennik reformy anglikańskiej, mówi tak: „Nie ma wątpliwości, że praktyka polegająca na niepodawaniu tych sakramentów do ręki wiernym wynika z dwóch nadużyć: po pierwsze fałszywej czci, którą, jak uważają, oddają tym sakramentom i po drugie przewrotnej arogancji księży, którzy z powodu namaszczenia konsekrującego pretendują do posiadania większego stopnia świętości, niż Lud Chrystusowy.” (Jakbym słyszał współczesnych krytyków Komunii św. do ust). Dlatego też pierwsze prośby o zgodę na Komunię św. na rękę kierowane są do Stolicy Apostolskiej właśnie z krajów, gdzie większość stanowią protestanci.
I tutaj dochodzimy do pierwszego, zasadniczego dowodu potwierdzającego tezę, iż w Kościele katolickim nadal jedyną formą zwyczajną przyjmowania Komunii św. jest przyjmowanie jej na klęcząco i do ust. Każdy Episkopat, który chce umożliwić wiernym przyjmowanie Komunii św. na rękę musi prosić o indult Stolicy Apostolskiej. Gdyby więc obie te formy były równoważne, konieczność proszenia o indult byłaby pozbawiona podstaw. Zresztą, sam papież, św. Paweł VI, który Instrukcją Memoriale Domini z 1969 r. otworzył tak naprawdę możliwość powszechniejszego stosowania Komunii św. na rękę, w tym samym dokumencie zaznacza, że forma do ust jest tradycyjną i bardziej odpowiednią: „Zwyczaj ten (przyjmowania Komunii do ust), obecny w Kościele powszechnym, uważany jest nie tylko za bardzo starożytny, ale także za wyrażający szacunek wobec Eucharystii. Praktyka ta nie powinna być zmieniana z powodu nielicznych praktyk przeciwnych w niektórych miejscach”[9].
Z tego zapisu wynika wyraźnie, wbrew powszechnemu sądowi, że możliwość przyjmowania Komunii na rękę została wprowadzona indultem, jako wyjątek od normy a nie norma. Niestety, jak się okazało, ta norma została zmieniona w wielu miejscach, i to bez jakiejkolwiek realnej potrzeby; także w Polsce, gdzie nigdy nie było praktyki Komunii św. na rękę i właściwie nie było żadnej przesłanki, żeby to zmieniać, chyba że próba dostosowania się do modernistycznych prądów w Kościele. Więcej nawet, wszystkie wcześniejsze normy wydawane w tej materii przez Konferencję Episkopatu Polski, jednoznacznie i niezmiennie stwierdzały, że „Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Wierni przyjmują Komunię św. w postawie klęczącej.Mogą również stać, gdy przemawiają za tym szczególne okoliczności”[10].
Przypomnijmy, że możliwość udzielania Komunii na rękę w Polsce wprowadził II Synod Plenarny z 1999 r., zatwierdzony przez Stolicę Apostolską w 2001 r.: „Synod Plenarny potwierdza i wyraża szacunek dla zwyczaju przyjmowania Komunii św. do ust w postawie zarówno klęczącej, jak i stojącej, nie wykluczając jednak innych form przyjmowania Komunii św., z zachowaniem najwyższej czci dla Eucharystii”[11]. Stanowisko to Konferencja Episkopatu potwierdziła na swoim posiedzeniu plenarnym w dniach 8-9 marca 2005 r. W rzeczywistości doprowadziło to do sytuacji, w której każdy wierny, tylko i wyłącznie ze względu na swoje upodobania, może żądać od kapłana przyjęcia Komunii św. w takiej czy innej formie. Nie do końca ta rzeczywistość współgra z zapisami oficjalnych dokumentów Kościoła.
Co ciekawe, Instrukcja Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Redemptionis Sacramentum z 2004 r., o tym, co należy zachowywać, a czego unikać w związku z Najświętszą Eucharystią, wyraźnie podkreśla, powołując się na przytaczaną już encyklikę św. Jana Pawła II Ecclesia de Eucharistia, że „Tajemnica Eucharystii jest zbyt wielka, „ażeby ktoś mógł pozwolić sobie na traktowanie jej wedle własnej oceny, która nie szanowałaby jej świętego charakteru i jej wymiaru powszechnego”. Przeciwnie, kto tak postępuje, pobłażając swojemu sposobowi myślenia, szkodzi, chociażby był kapłanem, prawdziwej jedności obrządku rzymskiego, która winna być gorliwie zachowywana, oraz podejmuje czynności, które w żaden sposób nie odpowiadają na głód i pragnienie Boga żywego, jakich doświadczają ludzie naszych czasów; nie służy też autentycznemu zaangażowaniu duszpasterskiemu ani słusznej odnowie liturgicznej, lecz raczej pozbawia wiernych ich dziedzictwa i tradycji ojców. Samowolne bowiem działania nie wspierają prawdziwej odnowy, lecz szkodzą słusznemu prawu wiernych do czynności liturgicznej zgodnej z tą tradycją i dyscypliną, która jest wyrazem życia Kościoła. Wprowadzają wreszcie pewne deformacje i niezgodności do samej celebracji Eucharystii, która doskonale i ze swojej natury prowadzi do tego, aby objawiała się i w cudowny sposób realizowała wspólnota Boskiego życia i jedność ludu Bożego”[12]. Oczywiście słowa te skierowane są przede wszystkim do kapłanów, ale z pewnością ich przesłanie można także poszerzyć o cały Lud Boży w materii, o której mówimy. Ponadto, to kapłan, jako szafarz Najświętszej Eucharystii, dbać ma o to, aby zawsze i wszędzie przyjmowana była ona z największą czcią i szacunkiem, jak to zaznacza KPK w cytowanym wcześniej kanonie 898.
W tym miejscu należy zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny fakt. Instrukcja Redemptionis Sacramentum w numerze 92 mówi: „Chociaż każdy wierny zawsze ma prawo według swego uznania przyjąć Komunię świętą do ust, jeśli ktoś chce ją przyjąć na rękę, w regionach, gdzie Konferencja Biskupów, za zgodą Stolicy Apostolskiej, na to zezwala, należy mu podać konsekrowaną Hostię. Ze szczególną troską trzeba jednak czuwać, aby natychmiast na oczach szafarza ją spożył, aby nikt nie odszedł, niosąc w ręku postacie eucharystyczne. Jeśli mogłoby zachodzić niebezpieczeństwo profanacji, nie należy udzielać wiernym Komunii świętej na rękę”[13].
To ostatnie zdanie jest bardzo istotne dla omawianej kwestii. Ostatecznie to zawsze kapłan dokonuje oceny sytuacji i zawsze może podjąć decyzję o nieudzieleniu komuś Komunii na rękę.
W wielu komentarzach, które powstały do cytowanej tutaj Instrukcji pojawiały się dokładne specyfikacje co do sytuacji, w których rzeczywiście zachodzi niebezpieczeństwo profanacji. Wśród nich wymienia się, przede wszystkim: dużą liczbę wiernych na Mszy św., tłok i ścisk w kościele, co nie zawsze pozwala kapłanowi zaobserwować, co dzieje się z przyjęta Hostią; obawę przed tym, że partykuły, które zawsze mogą pozostać na dłoni przyjmującego, zostaną po prostu strącone na ziemię albo wytarte w ubranie; czy wprost obawę przed bezpośrednią profanacją Najświętszego Sakramentu.
Ta ostatnia sytuacja wcale nie jest taka niemożliwa, jakby się mogło wydawać, w kontekście coraz większej liczby profanacji miejsc świętych i samego Najświętszego Sakramentu oraz rosnącej nienawiści do katolików, w szczególności do katolickich kapłanów. I chyba właśnie dlatego wielcy obrońcy świętości i szacunku do Eucharystii, jak chociażby papież Benedykt XVI czy żyjący kard. Robert Sarah, jak i wielu innych, z takim naciskiem postulują powrót do uświęconej wiekami tradycji przyjmowania Komunii św. na klęcząco i do ust.
Sam papież Benedykt XVI co prawda nie wydał żadnej instrukcji w tej sprawie, jednak jego postawa mówi sama za siebie: sposób sprawowania Eucharystii i udzielanie Komunii św. tylko i wyłącznie do ust, nie pozostawiają żadnych wątpliwości. I nie miało tu absolutnie znaczenia z jakiego kraju, z jakiej kultury pochodzi osoba przystępująca do Komunii z rąk papieża, i jakie w jej kraju panują w tej materii zwyczaje. Każdy musiał uklęknąć i przyjąć Komunię św. do ust.
Kard. Sarah, jeden z największych obrońców Komunii św. do ust, bardzo często wypowiada się w tej materii, podkreślają toczącą się dzisiaj wojnę, w której Szatan celem swojego ataku uczynił Ofiarę Mszy Świętej i rzeczywistą obecność Jezusa w konsekrowanej Hostii. Jako jedną z form uległości Złemu w tej materii podaje powszechne udzielanie Komunii św. na rękę, które pogłębia w wiernych osłabienie poczucia sacrum oraz wiary w realną obecność Jezusa w Eucharystii. Dlatego też mówi wyraźnie: „Komunia Święta do ust i na kolanach jest formą, która najlepiej wyraża naszą wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii”[14].
Często też zwracał uwagę na to, co już zostało powiedziane nieco wcześniej, że mianowicie przyjmowanie Komunii na rękę prowadzi do rozpraszania bardzo dużej ilości fragmentów (partykuł) podkreślając, że uważanie na najdrobniejszy okruszek, troska przy oczyszczaniu świętych naczyń, nie dotykanie Hostii spoconymi rękami, w każdym przypadku staje się wyznawaniem wiary w rzeczywistą obecność Jezusa, nawet w najmniejszych częściach konsekrowanych postaci. Nie ma przecież znaczenia wielkość fragmentu Hostii, ponieważ to zawsze jest On – Jezus Chrystus!
Wyrażam nadzieję, że te rozważania sprowokują do pogłębionej refleksji nad sposobem przyjmowania Komunii św. przez naszych wiernych, szczególnie w kontekście coraz częstszych profanacji. Z drugiej strony zastanowienie powinien budzić również fakt, że wszędzie tam, gdzie Kościół na nowo się odradza (jak np. we Francji) i gdzie wzrasta liczba powołań, następuje to właśnie w środowiskach żyjących Tradycją Kościoła, gdzie sprawowana jest Msza św. w rycie przedsoborowym, gdzie Komunia św. udzielana jest tylko w postawie klęczącej i do ust.
Tymczasem w Kościele posoborowym profesor papieskiej uczelni – Andrea Grillo, potrafi skrytykować pobożność eucharystyczną błogosławionego (a za chwilę świętego) Carlo Acutisa, któremu zarzuca wiarę w „obsesyjną” i „starą” teologię, która główną wartość Eucharystii widzi w… realnej obecności pod jej postaciami Ciała i Krwi Pańskiej. Czy to wszystko naprawdę nie wskazuje kierunku, w którym powinniśmy zmierzać?
ks. Rafał Hołubowicz/PCh24.pl
[1] KEP, Wskazania po ogłoszeniu nowego wydania Ogólnego wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, (03.03.2005 r.), nr. 40.
[2] Sobór Watykański II, Sacrosanctum Concilium, nr. 47.
[14] Kard. Robert Sarah, Le soir approche et déjà le jour baisse, (2019).
ks. Rafał Hołubowicz, ur. 29.08.1978 r., kapłan Archidiecezji wrocławskiej, święcenia kapłańskie 24.05.2003 r., doktor prawa kanonicznego, wykładowca na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, Dyrektor UTW im. św. Jana Pawła II przy PWT we Wrocławiu, wieloletni pracownik Metropolitalnego Sądu Duchownego we Wrocławiu.
***
Wieczna lampka.
Co oznacza i dlaczego zawsze się pali.
fot. Depositphotos / Frank Vincentz / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0
***
Wieczna lampka to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli obecnych w katolickich świątyniach. Jej ciepłe, nieustannie płonące światło wskazuje na rzeczywistość większą niż ona sama – tajemnicę realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Nie jest to jedynie element dekoracyjny czy tradycyjny zwyczaj, lecz znak głęboko zakorzeniony w historii i teologii Kościoła.
Zwyczaj palenia wiecznej lampki w kościołach zaszczepił na ziemiach polskich bł. Wincenty Kadłubek. Pierwsza zapłonęła po jego powrocie z IV soboru laterańskiego przed tabernakulum na Wawelu. Czas propagowania tego zwyczaju w polskim i światowym Kościele nie jest przypadkowy. W XII wieku coraz częściej wprowadzano go i coraz wyraźniej podkreślano w kazaniach potrzebę większej czci Chrystusa eucharystycznego. Wynikało to z chęci przezwyciężenia pojawiających się we wcześniejszych wiekach błędów w rozumieniu Eucharystii.
Cześć dla obecności Chrystusa
Wiara w wyjątkowość Eucharystii ma w Kościele stały charakter. Do IX wieku nie znajdujemy jednak rozległych traktatów na temat realnej obecności Chrystusa w konsekrowanym chlebie i winie. Owszem, już ojcowie Kościoła nauczali, że spożywana podczas mszy krew jest tą samą, która spływała z ran Chrystusa, a ciało tym samym, które wisiało na krzyżu, ale chociaż prawda ta w ich oczach jawiła się jako oczywista, w IX wieku na skutek silnych przemian kulturowych, determinujących nową wrażliwość i nowy sposób postrzegania świata, zrywających ze starożytną myślą metafizyczną, pojawiły się błędy kwestionujące realną obecność Chrystusa w Eucharystii lub tożsamość Chrystusa eucharystycznego i Chrystusa wcielonego. Jednym z większych herezjarchów w tej kwestii był niejaki Berengariusz z Tours. Głosił on, że Eucharystia nie jest prawdziwym Ciałem i Krwią Chrystusa, ale jedynie Jego symbolem. Tezy Berengariusza zostały oczywiście potępione, a on sam nakłoniony do wyznania wiary Kościoła. Dokładnie rzecz biorąc, sformułowano wyznanie z wprost wypowiedzianą prawdą o tym, że Eucharystia jest prawdziwym Ciałem Chrystusa, poczętym z Najświętszej Maryi Panny, a potem cierpiącym na krzyżu, zmartwychwstałym, w którym Pan Jezus zasiada po prawicy Ojca.
Przypomnienie czcigodnej nauki o Eucharystii w opozycji do rodzących się herezji rodziło także potrzebę symbolicznego uzewnętrznienia tej prawdy w znakach towarzyszących kultowi w Kościele. W tym czasie zrodziły się więc nowe formy pobożności eucharystycznej jak adoracja, procesje itp. Również zwyczaj palenia lampki eucharystycznej jest wyrazem potrzeby oddania większej czci prawdziwie obecnemu Chrystusowi.
Nakaz biblijny
Zwyczaj palenia znicza przed tabernakulum nawiązuje w swojej teologicznej wymowie do starotestamentalnego nakazu z Księgi Wyjścia, wskazującego potrzebę nieustannego podtrzymywania ognia przed miejscem najświętszym przybytku. Zresztą nie jest to jedyny fragment mówiący o symbolicznym znaczeniu ognia i światła jako znaków towarzyszących obecności Boga. Ten naturalny symbol, w rożnych obrządkach religijnych wskazujący na obecność tego, co święte, szczególnie w starotestamentalnej tradycji nabiera wyjątkowego wyrazu. Bóg objawia się w ogniu, a jego atrybutem jest światłość.
Jednoznaczne stwierdzenie i wyznawanie tożsamości Chrystusa historycznego i uwielbionego z Chrystusem eucharystycznym domagało się zatem podkreślenia tej szczególnej wyjątkowości i świętości Eucharystii. Co więcej, symbol nieustannie płonącego ognia w czasach średniowiecza był bardziej sugestywny niż dzisiaj. Zaznaczyć należy, że przepisy liturgiczne Kościoła już wcześniej nakazywały palenie świec podczas sprawowania kultu Bożego, czyli w trakcie odprawiania mszy świętej. Kiedy narodził się zwyczaj adoracji Najświętszego Sakramentu, wytworzyła się reguła nakazująca, by wystawionej w monstrancji Hostii towarzyszyło sześć zapalonych świec. Przed tabernakulum miała zaś nieustannie palić się lampa. Zwyczaje te są o tyle istotne, gdyż w średniowieczu podtrzymywanie ognia świecy było bardzo kosztowne. Świece, wytwarzane jedynie z wosku pszczelego, były towarem luksusowym, toteż zapalanie ich podczas liturgii rzeczywiście, również w sposób ekonomiczny i materialny, podkreślało uroczysty charakter wydarzenia, w którym uczestniczył Kościół. Tak samo kosztowna reguła palenia sześciu świec podczas adoracji uwydatniała wartość i godność Tego,
który był adorowany w Hostii. Nieustanne podtrzymywanie ognia przed tabernakulum nawet w czasie, kiedy w kościele nikt nie przebywa, mogło w średniowieczu wydawać się wręcz rozrzutnością. Jednakże jeśli w konsekrowanej Hostii widziało się stale obecnego prawdziwego Chrystusa, dla takiego Pana nic nie mogło być zbyt cennym i wygórowanym darem.
Co ciekawe, ten wzgląd ekonomiczny był zrozumiały dla chrześcijan jeszcze na początku XX wieku. W pierwszej połowie ubiegłego stulecia, już w świecie przecież nowoczesnym i zelektryfikowanym, Kościół w pierwszym odruchu zabraniał używania lamp elektrycznych – wydawały się one za mało dostojne i zbyt powszednie do wyrażania czci dla samego Boga…
Zabezpieczenie przeciwko herezjom
Warto zaznaczyć, że szczególny moment wzmożonej troski i potrzeby nieustannego świecenia znicza eucharystycznego przed tabernakulum zbiegł się z przykrym wydarzeniem reformacji. Ponieważ protestantyzm w różnoraki sposób kwestionował stałą obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii, Kościół swoją pieczę wyraził w formie prawnej i wprowadził obligatoryjny zwyczaj palenia wiecznej lampki.
Jak widać, symbol i znak pojmowany dzisiaj jako drobny, w historii i tradycji Kościoła miał niebagatelne znaczenie, gdyż wiąże się, co podkreśla w swojej wymowie, z niezwykle ważną realną obecnością Chrystusa w Eucharystii, którą należy rozumieć w sposób jednoznaczny.
Co konkretnie oznacza sformułowanie, że Eucharystia jest Ciałem Pańskim? Wskazuje ono, że Hostia, mówiąc niedelikatnie, nie jest fragmentem tkanki ciała Chrystusa. Ciało posiada w tym wyrażeniu znaczenie całościowe i egzystencjalne. Oznacza całą osobę Chrystusa, zatem w konsekrowanych postaciach Ciała i Krwi obecny jest cały Chrystus. Tę prawdę ma na myśli Kościół, mówiąc, że Najświętszy Sakrament jest dokładnie tym samym ciałem, które poczęło się z Ducha Świętego w łonie Najświętszej Maryi Panny, cierpiało na krzyżu i zmartwychwstało. Co więcej, orzekł on uroczyście, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny rzeczywiście, prawdziwie i substancjalnie. Oznacza to obecność wraz z duszą i ciałem oraz bóstwem. Zatem konsekrowana Hostia to w istocie sam Chrystus.
Tożsamość Chrystusa z Eucharystią
W związku z powyższym Eucharystię należy utożsamiać z samym Panem Jezusem, który aktualnie siedzi po prawicy Ojca, jest z Niego zrodzony i Jemu współistotny, i przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Oznacza to nie tyle istnienie Chrystusa w konsekrowanej Hostii, ile jej bycie Chrystusem. Dobitnie stwierdził tak św. Tomasz z Akwinu w “Sumie teologii”. W artykule 3 zagadnienia 81 części III zadaje pytanie: “Czy Ciało Chrystusa, które On spożył i dał uczniom [podczas Ostatniej
Wieczerzy], mogło doznawać cierpień?”. Odpowiada później, że w Wielki Czwartek w Wieczerniku Chrystus w swoim fizycznym ciele podlegał cierpieniom, gdyż nie było ono jeszcze zmartwychwstałe. Natomiast Eucharystia nie jest substytutem Jego obecności lub alternatywnym jej miejscem, ale dokładnie tym samym ciałem i tym samym Chrystusem! Zatem, jak twierdzi św. Tomasz, ciało eucharystyczne mogło cierpieć i rzeczywiście cierpiało, kiedy Chrystusowi były zadawane rany. Nie mogło doznać cierpienia w samej swej sakramentalnej postaci, tzn. nie dało się zadać cierpienia samej Hostii, ale zadanie cierpienia Chrystusowi w Jego fizycznej postaci skutkowało cierpieniem Chrystusa w Hostii, gdyż jest to ten sam Chrystus. Zatem obecność Chrystusa w Eucharystii polega na absolutnej i rzeczywistej tożsamości Jego ciała fizycznego z ciałem eucharystycznym.
W następnym artykule św. Tomasz idzie jeszcze dalej i zadaje pytanie: “Czy Chrystus byłby umarł w Eucharystii, gdyby Ciało Jego było przechowywane w puszce lub konsekrowane przez jednego z apostołów podczas Jego śmierci na krzyżu?”. Odpowiada na nie również twierdząco: “W sakramencie byłby ten sam Chrystus, który był na krzyżu. Skoro umarł na krzyżu, to umarłby również w przechowywanym sakramencie […]. Wszystko, co dotyczy Chrystusa zasadniczo, możemy odnieść do Niego w Jego postaci właściwej, tak samo jak do Niego w sakramencie. Chodzi tu o takie momenty jak: życie i śmierć, ubolewanie, związek ciała z duszą itp.”.
Oczywiście od czasu zmartwychwstania ciało Chrystusa nie podlega już cierpieniu. Tym samym jednak jest otoczone jeszcze większą czcią.
Kult należny Bogu
Kościół podczas soboru trydenckiego wyciągnął jednoznaczne wnioski: “Nie ma więc żadnej wątpliwości, że wszyscy wierzący w Chrystusa, zgodnie ze zwyczajem zawsze przyjmowanym w Kościele katolickim, winni oddawać Najświętszemu Sakramentowi kult uwielbienia należny prawdziwemu Bogu. Powinności adoracji nie umniejsza fakt, że Chrystus Pan ustanowił go w celu spożywania. Wierzymy bowiem, że jest w nim obecny ten sam Bóg, o którym przedwieczny Ojciec mówi, wprowadzając go na świat: «Niech oddają Mu pokłon wszyscy Aniołowie Boży», przed którym «upadli i pokłonili się Mędrcy», którego adorowali apostołowie w Galilei, wedle świadectwa Pisma” (Dekret o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, rozdział 5a).
Ze względu na tożsamość Eucharystii i żywego Chrystusa uwielbionego w niebie należy się jej dokładnie taki sam kult jak samemu Bogu i Chrystusowi. W tym miejscu trzeba dopowiedzieć, że Kościół zawsze otaczał czcią przedmioty związane z kultem, między innymi oddawał cześć ludziom świętym i ich relikwiom, a także świętym obrazom. Nie jest ona jednak taka sama, jak ta, którą darzy się Boga. Wszystko, co święte Jego świętością, otaczane jest właśnie czcią (łac. dulia), natomiast jedynie samemu Bogu wierni winni są uwielbienie i adorację (łac. latria). W powyższym fragmencie dekretu o czci Eucharystii stwierdza się właśnie, że Najświętszemu Sakramentowi powinno oddawać się kult (latria) uwielbienia należny samemu Bogu. Nie umniejsza tego fakt, że Eucharystia została nam podarowana jako pokarm. Niestety coraz częściej usprawiedliwieniem dla pomniejszenia czci lub zakwestionowania w ogóle kultu eucharystycznego staje się twierdzenie, że przecież Chrystus dając Eucharystię, nie powiedział “bierzcie i patrzcie”, ale “bierzcie i jedzcie”. Zatem Eucharystii winniśmy adorację: pokłon, jaki królowie oddali Dzieciątku, jaki aniołowie dają Przedwiecznemu, jakim uczniowie obdarzają wstępującego do nieba Pana. I rzeczywiście taki kult w Kościele trwa, a w niektórych miejscach nawet się umacnia. Adorujemy Najświętszy Sakrament. Robimy to, klęcząc, gdyż nasza zewnętrzna postawa nie jest bez znaczenia, o czym zresztą przypominał wspomniany sobór trydencki w jednej z anatem do przytaczanego dekretu: “Gdyby ktoś mówił, że w świętym sakramencie Eucharystii nie należy adorować Chrystusa, Jednorodzonego Syna Bożego, kultem uwielbienia, również zewnętrznym, i dlatego nie należy czcić go w szczególnych uroczystościach świątecznych, ani uroczyście obnosić w procesjach zgodnie z chwalebnym i powszechnym obrzędem i zwyczajem świętego Kościoła, ani publicznie wystawiać dla ludu, aby był adorowany, i że jego czciciele są bałwochwalcami – niech będzie wyklęty” (Kanony o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, nr 6). W tę logikę wpisuje się właśnie zwyczaj nieustannego palenia znicza przed tabernakulum. Wieczna lampka nie podkreśla tajemnicy boskiego pokarmu, ale stałą Bożą obecność.
Świętość Eucharystii
Świętość Eucharystii jest zatem nieskończona, nieustająca i nieograniczona, gdyż odnosi się do świętości samego Chrystusa. Eucharystia nie jest jedynie substytutem czy symbolem obecności Boga, ale samym Bogiem. O tym właśnie ma przypominać wieczna lampka: nie wskazuje ona na inny symbol i znak, ale na rzeczywistość.
W przeszłości ów znak był o wiele bardziej sugestywny niż obecnie, co, jak się wydaje, dowodzi umniejszeniu jego znaczenia we współczesnym świecie: cześć Chrystusa eucharystycznego zanika i się zmienia. Warto więc wracać do korzeni – zarówno w rozumieniu czcigodności Eucharystii, jak i pojmowaniu głębi oraz powagi świętych znaków Kościoła, wskazujących na świętą obecności Boga pośród nas – w tym przypadku wiecznej lampki.
Ojciec Jan Strumiłowski – cysters, doktor habilitowany teologii dogmatycznej, wykładowca Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach. Zajmuje się teologią piękna, teologią trynitarną i chrystologią oraz związkiem teologii z współczesnymi trendami myślowymi, szczególnie postmodernizmem.
Deon.pl –tekst pochodzi z najnowszego numeru “Głosu Ojca Pio”.
***
fot. Wikipedia/Freepik
***
Niezwykłe wizje mistyków. Co widzieli podczas Mszy świętej?
Mistycy Kościoła otrzymali niezwykły dar widzenia Pana Jezusa podczas Mszy świętej już tu, na ziemi. Ich doświadczenia pomagają nam na nowo odkrywać siłę i tajemnicę sakramentu Eucharystii.
Poznaj co widzieli w swoich wizjach mistycznych w czasie Mszy świętej znani mistycy Kościoła katolickiego – św. Ojciec Pio, św. s. Faustyna Kowalska oraz o. Joachim Badeni.
Święty ojciec Pio. „On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu”
Fragment książki „Serce Ojca Pio”:
Opowiedz mi, Ojcze, o cierpieniach, jakie przeżywasz w czasie Mszy świętej. Wszystko, co wycierpiał Jezus podczas swojej męki, ja także – choć w niewspółmiernie mniejszym stopniu – przeżywam, na ile jest to możliwe dla ludzkiej istoty. A to wszystko dzieje się nie dzięki moim zasługom, lecz jedynie dzięki Jego dobroci.
Widziałem, że Ojciec drżał, wychodząc na stopnie ołtarza. Dlaczego? Czy z powodu tego, co miał Ojciec wycierpieć? Nie z powodu tego, co miałem wycierpieć, ale co miałem ofiarować.
W jakich godzinach dnia Ojciec najwięcej cierpi? W czasie odprawiania Mszy świętej. Najboleśniejszy moment trwa od Konsekracji do Komunii.
Dlaczego Ojciec płacze w czasie Ofertorium? Jest to moment, w którym dusza oddziela się od tego, co ziemskie.
Czy w Boskiej ofierze Ojciec bierze na siebie nasze nieprawości? Nie można inaczej postąpić, ponieważ to należy do Boskiej ofiary.
Co powinniśmy robić podczas Mszy świętej? Współodczuwać z Jezusem i braćmi oraz kochać.
Jak powinniśmy uczestniczyć we Mszy świętej? Tak samo, jak Najświętsza Maryja oraz pobożne niewiasty i święty Jan uczestniczyli w ofierze eucharystycznej i ofierze krzyża.
Co Jezus czyni podczas Komunii? On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu. Komunia polega na zjednoczeniu się z Panem, jak dwie świece, które się topią i nie można ich już odróżnić.
Jakie dobrodziejstwa otrzymujemy podczas Komunii? Nie można ich wyliczyć. Zobaczycie je wszystkie w niebie!
Czy we Mszy świętej Ojciec umiera? Mistycznie w Świętej Komunii.
Czego oczekujesz od nas? Od moich dzieci pragnę tylko tego: Mszy świętej i Komunii każdego dnia.
***
fot. Fair use/Wikipedia
***
„Widział Pana Jezusa w Hostii. To było coś nieprawdopodobnego!”. Ojciec Pio i Eucharystia
Ojciec Pio doskonale rozumiał istotę i wartość Eucharystii. “Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej” – mówił.
Przez ponad 58 lat ojciec Pio codziennie uczestniczył w Eucharystii łącząc się duchowo z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym. Eucharystia była dla niego – jak przypomniał Jan Paweł II podczas swego pobytu w San Giovanni Rotondo w dniu 23 maja 1987 roku – źródłem i szczytem, punktem oparcia oraz ośrodkiem całego życia i działania. Święty we Mszy św. widział całą Kalwarię, przeżywał ją jako wstrząsającą tajemnicę Męki Pańskiej.
Ojciec Pio doskonale rozumiał znaczenie Mszy świętej, dlatego nazwał ją przerażającą tajemnicą. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet do trzech godzin! Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać Mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.
„Widziałem i przeżywałem – dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”
Ojciec Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, 21 września 1962 roku. I wspomina, że to, co najbardziej wtedy przeżył, to moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”.
„Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę”
Ojciec Pio bardzo pragnął Eucharystii. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.
Ksiądz Nello Castello zanotował niezwykłe wyznanie Świętego: „W czasie Mszy przeżywam trzy godziny agonii na krzyżu”. Włoski mistyk rozpoczynając Eucharystię otrzymywał łaskę widzenia całej ziemi i nieba, a nie tylko przenikania sumień pojedynczych osób – co działo się przy kratkach konfesjonału. Gdy przystępował do ołtarza, jego każdy krok naznaczony był cierpieniem i wydawało się że wstępował na Kalwarię. Już w chwili wypowiadania „Spowiadam się”… skupiał na ołtarzu grzechy świata, brał na siebie przewinienia wszystkich. Jego twarz przyjmowała wyraz całkowitego wyniszczenia. – Wyrok na grzesznika spada na mnie – mówił.
„Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”
Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”. To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów.
Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.
„Nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj”
Uczestnicząc w Eucharystii warto mieć w pamięci słowa mistyka: „Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.
KAI,opoka.org,adonai.pl,glosojcapio.pl,zś/Stacja7
***
Ojciec Joachim Badeni. „Dane mi było czuć Ciało Pańskie”
Byłem na wieczornym nabożeństwie u dominikanów. Ksiądz wyszedł z zakrystii, wszedł na stopnie ołtarza – dla mnie to były nowości, bo w życiu nie chodziłem na nabożeństwa, na msze niedzielne zawsze, ale na Różaniec, to tylko babcia chodziła. Ksiądz wystawił w monstrancji Hostię, okadził i zaczął mówić „Zdrowaśki” – ten fragment przedrzemałem, bo ciągle jeszcze byłem obojętny. Ksiądz skończył się modlić i znowu wszedł po stopniach ołtarza – zdjął monstrancję i pobłogosławił wiernych trzy razy. Patrzę na monstrancję, widzę białe kółko w środku. Nagle zobaczyłem: Ciało, Krew, Dusza, Bóstwo, Chrystus – jasne, okazałe, bez egzaltacji. Od razu do spowiedzi poszedłem. Dość długo trwało, zanim się wyspowiadałem. Mówię: „Ja nie tylko wierzę w to, ale ja to widzę”.
Ta wizja pozostała we mnie później przez całą wojnę. Wszędzie, gdzie tylko był kapelan, kościół, biegłem do Komunii – miałem ogromny głód Eucharystii w sobie. Potem kiedy zostałem księdzem, bardzo wyraźnie czułem, co trzymam w ręce podczas konsekracji – tylko czasem były w tym przerwy. Ale prawie na co dzień dane mi było czuć Ciało Pańskie – miękkość Jego Ciała. Nie tylko raz od święta wielka wizja. Dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku.
To wszystko otrzymałem od Matki Boskiej. To Jej dar. Dzisiaj, z dalszej perspektywy, widzę to w taki sposób: najpierw wyciągnęła mnie z błota, posłała do kościoła – dotknęła, pokazała mi Ciało Syna, dała głód tego właśnie Pokarmu. Jej plan układał się dalej: niech będzie księdzem i jako ksiądz będzie widział, co trzyma w ręce. To bardzo kobiece działanie, działanie Matki. Na pierwszym miejscu jest Syn Jednorodzony, potem trzeba kogoś ratować – dlaczego właśnie mnie?… Nie wiem. Byłem bardzo pospolitym grzesznikiem, nawrócenie mnie nie było żadną sensacją, dlaczego tak się stało… to tajemnica Opatrzności.
Św. siostra Faustyna Kowalska. „W jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą”
Widziałam w czasie przed podniesieniem Pana Jezusa ukrzyżowanego, który odrywał prawą rękę od krzyża, i światło, które wychodziło z rany, dotykało ramienia jego; powtórzyło się to w trzech Mszach świętych. Zrozumiałam, że Bóg da mu moc do spełnienia dzieła tego, pomimo trudności i przeciwności. Dusza ta, miła Bogu, jest ukrzyżowana wielorakimi cierpieniami, ale nie dziwię się wcale temu, bo tak Bóg postępuje z tymi, których szczególnie miłuje. (Dz 1253)
Byłyśmy na nabożeństwie popołudniowym. Była śpiewana litania do Najsłodszego Serca Jezusa. Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, po chwili ujrzałam małego Pana Jezusa, który wyszedł z Hostii i Sam spoczął na rękach moich. Trwało to krótka chwilę; radość niezmierna zalewała duszę moją. Tak samo wyglądało Dziecię Jezus, jak w tej chwili, kiedy weszłyśmy do kapliczki z Matka Przełożoną, a dawniejszą Mistrzynią moją – Matka Józefą. (Dz 406)
Na drugi dzień, w czasie Mszy świętej, przed podniesieniem, duch ten zaczął śpiewać te słowa: Święty, Święty, Święty. Głos jego jakoby głosów tysiące, niepodobna tego napisać. Wtem duch mój został zjednoczony z Bogiem, w jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą, a zarazem poznałam nicość, jaką jestem sama z siebie. Poznałam, wyraźniej niżeli kiedy indziej, Trzy Boskie Osoby: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jednak istność ich jest jedna i równość, i majestat. Dusza moja obcuje z tymi Trzema, lecz słowami nie umiem tego wyrazić, ale dusza rozumie to dobrze. Ktokolwiek jest złączony z jedną z tych Trzech Osób, przez to samo jest złączony z całą Trójcą Świętą, ponieważ Ich jedność jest nierozdzielna. To widzenie, czyli poznanie, zalało duszę moją szczęściem niepojętym, dlatego że Bóg jest tak wielkim. Nie widziałam tu tego, com napisała, oczami, jako dawniej, ale czysto wewnętrznie, w sposób czysto duchowy i niezależny od zmysłów. Trwało to do końca Mszy świętej. Teraz zdarza mi się to często i nie tylko w kaplicy, ale i przy pracy, i w czasie, jak się najmniej tego spodziewam. (Dz 472)
Stacja7.pl
***
Dlaczego J.R.R. Tolkien codziennie uczestniczył we Mszy Świętej?
Domenico Cippitelli / NurPhoto via AFP
***
Autor „Władcy pierścieni”, katolik, chętnie przyjmował Komunię Świętą, która w trudnych chwilach umacniała jego wiarę.
J.R.R. Tolkien przeżył jedne z najczarniejszych wydarzeń w historii ludzkości. Walczył w pierwszej wojnie światowej, doświadczył pandemii hiszpanki, przetrwał okres wielkiego kryzysu i był świadkiem okrucieństw drugiej wojny światowej.
W tym wszystkim wyrobił sobie nawyk codziennego uczestniczenia w Mszy Świętej.
Tolkien: Codzienna Msza Święta z synami
Jego typowy dzień zaczynał się wcześnie, od wspólnej z synami (Michaelem i Christopherem) Mszy Świętej w kościele katolickim pw. św. Alojzego. Rozpoczynała się ona o o 7.30, a Tolkienowie jechali na rowerach. Potem wszyscy wracali do domu, aby zjeść śniadanie, które przygotowała im Edith, żona i matka.
Kiedy syn Michael przeżywał osobiste trudności, Tolkien zachęcał go do zwrócenia się ku Mszy Świętej, podkreślając, jak bardzo umacniała ona jego wiarę w mrocznych czasach.
Z ciemności mojego pełnego udręki życia ukazuję ci jedyną, największą rzecz wartą kochania na ziemi: Przenajświętszy Sakrament… Tam znajdziesz poryw serca, chwałę, honor, wierność i prawdziwą drogę wszystkich twoich miłości na ziemi.
Tolkien: Msza Święta fundamentem wiary
W osobnym liście do Michaela Tolkien raz jeszcze podkreślił, że codzienna Msza Świętajest fundamentem jego wiary.
Jedynym lekarstwem na zachwianie się omdlałej wiary jest Komunia. Najświętszy Sakrament, choć zawsze sam w sobie doskonały, pełny i nienaruszalny, nie działa w każdym z nas całkowicie i raz na zawsze. Podobnie jak akt wiary, musi mieć miejsce ustawicznie i musi wzrastać przez ćwiczenie. Częstotliwość ma największe znaczenie. Siedem razy w tygodniu daje więcej siły niż siedem razy w odstępach czasu.
Tolkien wobec zmian w liturgii po Soborze Watykańskim II
Po Soborze Watykańskim II Tolkien z rezerwą odnosił się do reform liturgicznych. Jego wnuk Simon wspominał, że podczas mszy świętej w Bournemouth dziadek głośno odpowiadał po łacinie, choć cała reszta wiernych odpowiadała już po angielsku.
„Mój dziadek wyraźnie się z tym nie zgadzał i odpowiadał bardzo głośno po łacinie, podczas gdy reszta wiernych odpowiadała po angielsku. Było to dla mnie dość krępujące, ale dziadek zdawał się tego nie zauważać. Po prostu musiał robić to, co uważał za słuszne” – opowiadał Simon Tolkien (The Mail on Sunday, 2003).
Sam Tolkien wyraził swoje obawy wobec kierunku zmian w liście do syna Michaela z 25 sierpnia 1967 r.:
„‘Protestanckie’ szukanie na nowo prostoty i bezpośredniości – choć oczywiście kryje w sobie pewne dobre, czy przynajmniej zrozumiałe motywy – jest błędne i daremne. ‘Pierwotne chrześcijaństwo’ mimo wszelkich badań pozostaje i pozostanie w dużej mierze nieznane; a sama ‘prymitywność’ nie jest żadną gwarancją wartości, lecz w dużej mierze odzwierciedleniem ignorancji. Poważne nadużycia były obecne w zachowaniach liturgicznych chrześcijan od samego początku, tak samo jak dziś. (…) Z pewnością jednak wyrządza się krzywdę, gdy ktoś popada w obsesję powrotu do ziarna czy choćby do pierwszej młodości Kościoła, gdy – jak sobie wyobraża – był on piękny i nieskażony złem. Innym motywem – dziś tak mocno pomieszanym z owym prymitywistycznym podejściem, nawet w umysłach niektórych reformatorów – jest aggiornamento, czyli ‘unowocześnienie’. Ono również niesie ze sobą poważne zagrożenia, jak jasno pokazuje cała historia. Z tym z kolei pomieszano jeszcze ‘ekumeniczność’.” (Letters of J.R.R. Tolkien, 1981, nr 306).
Choć Tolkien wiernie pozostawał w Kościele, nie ukrywał swojego bólu związanego ze zmianami liturgii. Jego przywiązanie do łaciny i dawnej formy Mszy Świętej wynikało nie z sentymentu, ale z przekonania, że liturgia jest żywą częścią Tradycji, którą należy chronić i pielęgnować.
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc wrzesień 2025
Intencjapapieska:
*Módlmy się, abyśmy natchnieni przez świętego Franciszka, doświadczyli wzajemnej więzi ze wszystkimi stworzeniami, ukochanymi przez Pana Boga i godnymi szacunku.
1) Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
2) Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
3) W tym miesiącu tyle razy Kościół przypomina nam o Tobie Boża Matko, bo wspominamy Twoje urodziny i imieniny i boleść Twojego Niepokalanego Serca po siedmiokroć przebitego i pojawienie się Twoje w La Salette i w Gietrzwałdzie – dlatego prosimy Cię “bądź przy nas o Pani, wołamy ze łzami, wśród zwątpień i burz, gdy nad kim Ty czuwasz, nie zbłądzi już”.
Dodatkowe intencje
dla Róż: św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
4) Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Róży: bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
5) Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 września 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 sierpnia 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.
***
Błogosławiony Bartolo Longo dołączy do grona świętych Kościoła. To on ułożył modlitwę znaną jako nowenna pompejańska, praktykowana codziennie przez miliony wiernych na całym świecie.
Ojciec święty Leon XIV ogłosi go świętym
Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra, której przewodniczyć będzie papież Leon XIV.
***
Apostoł Różańca, katolicki wychowawca młodzieży, uznany błogosławionym przez Jana Pawła II dominikański tercjarz Bartolo Longo zostanie kanonizowany 19 października przez Papieża Leona XIV. Wraz z nim świętymi zostanie uznanych sześcioro innych błogosławionych.
bł. Bartolo Longo
***
Siedmioro kanonizowanych
Bł. Bartolo Longo zostanie kanonizowany podczas uroczystości, która rozpocznie się 19 października o godz. 10.30 na Placu św. Piotra. Przewodniczyć jej będzie Papież Leon XIV. Wraz z włoskim błogosławionym kanonizowani zostaną także: Ignazio Choukrallah Maloyan – ormiańskokatolicki biskup, Peter To Rot – katechista z Nowej Gwinei, Vincenza Maria Poloni – włoska zakonnica, Maria del Monte Carmelo Rendiles Martínez – zakonnica z Wenezueli, Maria Troncatti – włoska zakonnica, José Gregorio Hernández Cisneros – wenezuelski lekarz, tercjarz franciszkański.
Nawrócony satanista
Bartolo Longo, urodzony w 1841 roku i pochodzący z włoskiej Apulii, to apostoł różańca i wizerunku Matki Bożej Różańcowej, który nazywał narzędziem do realizacji jednego z największych zamierzeń Bożego Miłosierdzia. Zanim sam nawrócił się na chrześcijaństwo, Longo praktykował satanizm, jednak pod wpływem przyjaciela porzucił zgubną drogę. Szczególnie ukochał nabożeństwo różańcowe i przy wsparciu wiernych wybudował w Pompejach kościół pod Jej wezwaniem. Przy świątyni stworzył domy wychowawcze dla dzieci więźniów i sierot, szkoły.
Beatyfikowany przez Jana Pawła II
Dziś zbudowany przez niego kościół znajduje się pod zarządem papieża. Jan Paweł II w 1980 roku beatyfikował Bartola Longo, a na początku 2025 roku papież Franciszek zatwierdził cud za wstawiennictwem błogosławionego. To otworzyło drogę do jego kanonizacji.
Vatican Media –Tygodnik Niedziela
***
Autor Nowenny Pompejańskiej zostanie kanonizowany
fot. radio Niepokalanów
***
Ojciec Święty zatwierdził dekrety Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, dotyczące pięciorga Sług Bożych, m.in. Polki, Kunegundy Siwiec. Zaaprobował też kanonizację dwóch świeckich błogosławionych – m.in. czciciela Matki Bożej Pompejańskiej bł. Bartolo Longo – i zadecydował o zwołaniu konsystorza, związanego z uroczystościami kanonizacyjnymi.
Dekrety dotyczące nowych świętych i błogosławionych Ojciec Święty podpisał wczoraj w Klinice Gemelli, gdzie przyjął Sekretarza Stanu kard. Pietro Parolina oraz Substytuta abp Edgara Peña Parrę. Przyszli kanonizowani to postaci, otaczane wielką czcią w swoich ojczyznach: bł Bartolo Longo, twórca Nowenny Pompejańskiej, niezwykle popularnej także w Polsce oraz bł. Giuseppe Gregorio Hernández Cisneros, Wenezuelczyk, tercjarz franciszkański, zwany „lekarzem ubogich”.
Brat Różaniec – nawrócony satanista
Najbardziej znanym z grona przyszłych świętych i błogosławionych jest bł. Bartolo Longo, czciciel Matki Bożej z Pompejów i autor Nowenny Pompejańskiej, którą modlą się wierni na całym świecie. Był świeckim prawnikiem, żyjącym w latach 1841-1926. W młodości słynął z wypowiedzi wrogich Kościołowi, a przez pewien czas związany był z satanistami, doświadczył jednak głębokiego nawrócenia i powrócił do wiary chrześcijańskiej. Jako dominikański tercjarz przyjął imię Brat Różaniec, ze względu na swoje głębokie nabożeństwo do Matki Bożej.
W 1875 roku Bartolo Longo przywiózł do Pompejów obraz Matki Bożej, a w 1876 roku rozpoczął budowę sanktuarium, które miało stać się światowym centrum kultu maryjnego. Świątynia została poświęcona Matce Bożej Różańcowej 7 maja 1891 roku. Papież Leon XIII jemu i jego małżonce powierzył administrowanie świątyni, a on sam poświęcił resztę życia promowaniu nabożeństwa różańcowego. Zmarł w opinii świętości. W 1980 r. beatyfikował go papież Jan Paweł II. Ogromna popularność nabożeństwa Nowenny Pompejańskiej skłoniła w 2024 r. arcybiskupa-prałata Pompejów Tommasa Caputa oraz przewodniczącego regionalnej Konferencji Episkopatu Kampanii Antoniego Di Donnę, by poprosić Ojca Świętego to, aby bł. Bartolo Longo został kanonizowany.
Święty w lekarskim kitlu
José Gregorio Hernández Cisneros żył w Wenezueli w latach 1864 – 1919. Marzył o kapłaństwie i medycynie, jednak z uwagi na problemy zdrowotne nie mógł wstąpić do seminarium. Po ukończeniu studiów medycznych zaczął pracować w zawodzie, poświęcając się ludziom ubogim, których nie stać było ani na opiekę medyczną, ani na zakup leków.
Znany z tego, że za własne pieniądze wykupował recepty swoich pacjentów i nie pobierał opłat za leczenie, szybko zyskał przydomek „lekarza ubogich”. Zmarł wskutek obrażeń, jakich doznał, gdy – wychodząc z apteki, gdzie zaopatrywał swoich pacjentów – został potrącony przez samochód. Został ogłoszony błogosławionym w 2021 r., a jego doczesne szczątki znajdują w kościele Matki Bożej z Candelarii w Caracas.
Polka wśród przyszłych błogosławionych
Papież Franciszek zatwierdził również dekrety, dotyczące:
– ofiary życia Sługi Bożego ks. Emila Józefa Kapauna, kapelana wojskowego, urodzonego 20 kwietnia 1916 r. w Pilsen w amerykańskim Stanie Kansas i zmarłego w północnokoreańskim obozie jenieckim w Pyokton 23 maja 1951 r.;
– ofiary życia Sługi Bożego Salva D’Acquisty, świeckiego, ur. 15 października 1920 r. w Neapolu i zm. 23 września 1943 w Palidoro;
– heroiczności cnót Sługi Bożego Michała Maura Montanera, hiszpańskiego kapłana i ewangelizatora robotników, ur. 6 września 1843 r. w Palma de Mallorca i zmarłego tamże 19 września 1915 r.;
– heroiczności cnót Sługi Bożego Didaco Bessiego, założyciela zgromadzenia Sióstr Dominikanek Matki Bożej Różańcowej, ur. 5 lutego 1856 we włoskim Iolo i zmarłego tamże 25 maja 1919 r.;
– heroiczności cnót Sługi Bożej Kunegundy Siwiec, świeckiej Polki, urodzonej w Stryszawie 28 maja 1876 r. i zmarłej tamże 27 czerwca 1955 r.
vaticannews.va/TygodnikNiedziela
***
Leon XII – papież, który bardzo zdecydowanie potępił masonerię i odnowił Rzym
Papież Leon XII – Wikicommons I Charles Picqué, domaine public.
***
Surowy, a zarazem pokorny. Ogłosił Jubileusz, przeprowadził reformy i wypowiedział bezwzględną walkę masonerii. Kim był Leon XII, papież, który zamieszkał w opuszczonym Watykanie i pragnął „resakralizacji” Wiecznego Miasta?
Skromny arystokrata z Marche
Annibale Sermattei della Genga urodził się 2 sierpnia 1760 r. w pobliżu Ankony, w rodzinie należącej do szlachty papieskiej. Był szóstym z dziesięciorga dzieci. W wieku 23 lat otrzymał święcenia kapłańskie i szybko został skierowany do Akademii Szlachetnych Duchownych, czyli uczelni przygotowującej przyszłych nuncjuszy. Słynął z elokwencji – w 1790 r. papież Pius VI powierzył mu wygłoszenie mowy żałobnej po cesarzu Józefie II.
W kolejnych latach rozpoczął karierę dyplomatyczną jako nuncjusz apostolski w trudnym okresie wojen napoleońskich. W 1816 r. Pius VII mianował go kardynałem i powierzył mu m.in. funkcję wikariusza Rzymu. Mimo zdrowia nadszarpniętego chorobami i opinii człowieka bardzo surowego, w 1823 r. został wybrany papieżem i przyjął imię Leon XII.
Ogłoszenie wielkiego jubileuszu, odprawić się mającego w stolicy chrześciańskiey Rzymie przez cały rok tysiączny ośmsetny dwudziesty piąty.
***
Jubileusz i „resakralizacja” Rzymu
Jego pontyfikat trwał zaledwie sześć lat (1823–1829), ale został naznaczony ważnymi wydarzeniami. Leon XII był jedynym papieżem XIX wieku, który mógł ogłosić Rok Jubileuszowy – w 1825 r. Jubileusz miał stać się czasem duchowej odnowy i „resakralizacji” Wiecznego Miasta po latach rewolucyjnych zamieszek i okupacji francuskiej.
Na początku pontyfikatu papież porzucił pałac na Kwirynale, wybierając skromniejszy i zaniedbany wówczas Pałac Apostolski na Watykanie. Chciał w ten sposób podkreślić surowość i odciąć się od dworskiego przepychu.
Reformy Kościoła i Państwa Papieskiego
Leon XII znany był z gorliwości religijnej i dążenia do przywrócenia Kościołowi powagi. W 1827 r. wydał Kodeks reformistyczny, który porządkował prawo w Państwie Kościelnym. Przeprowadził też reformę sądownictwa, przywracając sądy biskupie w sprawach kościelnych i świeckich.
Wspierał edukację: odnowił Uniwersytet Gregoriański prowadzony przez jezuitów, reaktywował drukarnię watykańską, powiększył zbiory Biblioteki Watykańskiej. Był też mecenasem archeologii – objął patronat nad wykopaliskami na Forum Romanum i Forum Trajana. Jednocześnie odbudował bazylikę św. Pawła za Murami, zniszczoną przez pożar w 1823 r.
Działał charytatywnie budując szpitale i sierocińce, które osobiście odwiedzał bez zapowiedzi.
Surowość wobec masonerii
Jednym z najmocniejszych rysów jego pontyfikatu była zdecydowana walka z tajnymi stowarzyszeniami. W konstytucji apostolskiej Quo graviora (13 marca 1826 r.) Leon XII potępił masonerię i podobne ruchy. Pisał:
„[Oni] wielokrotnie powtarzają, że Chrystus jest albo zgorszeniem, albo głupstwem; a nawet, nierzadko, że Boga wcale nie ma. Nauczają, że dusza człowieka ginie razem z ciałem. Kodeksy i statuty, którymi objaśniają swoje cele i nakazy, otwarcie głoszą wszystko to, co już wspomnieliśmy, a co zmierza do obalenia prawowitych władców i całkowitego zniszczenia Kościoła. I ustalono, i należy to uważać za pewne, że te sekty, choć z nazwy różne, połączone są między sobą bezbożnym węzłem plugawych celów.” (Quo graviora, 13 marca 1826 r.)
W tym samym dokumencie podkreślał jeszcze mocniej:
„Tajne związki tych wichrzycieli, całkowicie wrogich Bogu i książętom, oddane są całkowicie temu, by doprowadzić do upadku Kościoła, zniszczenia królestw i nieładu na całym świecie. Ich prawem jest kłamstwo, ich bogiem – diabeł, a ich kultem – występek.” (Quo graviora, 1826 r.)
Słowa te jasno pokazują, że papież postrzegał masonerię nie tylko jako zagrożenie polityczne, ale przede wszystkim duchowe.
Świadectwa współczesnych
Ambasador Francji przy Stolicy Apostolskiej, pisarz François-René de Chateaubriand, tak go opisał:
„Leon XII, książę wielkiej postury i zarazem spokojnego, smutnego wyrazu twarzy, odziany był w prostą białą sutannę. Nie znał przepychu, a przebywał w ubogim gabinecie, niemal bez mebli.”
Ten obraz surowego, ale pokornego papieża koresponduje z jego decyzją, by być pochowanym w prostym grobie ziemnym przed ołtarzem św. Leona Wielkiego w bazylice św. Piotra.