Leon XIV: Ponawiam apel o położenie kresu przemocy!
Moje serce łączy się z cierpieniem ludności, która od lat żyje w niepokoju i lęku – mówił Leon XIV po modlitwie Anioł Pański
fot. Vatican Media
***
Chrześcijanie są wezwani do życia „długiem wzajemnej miłości” – podkreślił Papież w niedzielnym rozważaniu. Odwołując się do słów św. Pawła z Listu do Rzymian, wskazał, że wszystkie przykazania streszczają się w miłości bliźniego.
Jezus, jak zaznaczył Leon XIV, uczy nie tylko przebaczania długów, ale także przyjmowania dobra, które otrzymujemy od innych, i odpowiadania na nie troską oraz odpowiedzialnością. Miłość jest długiem, który nie zniewala, lecz prowadzi do wolności.
Braterskie upomnienie zamiast obmowy
Papież wskazał dwa konkretne sposoby przeżywania wzajemnej miłości we wspólnocie. Pierwszym jest braterskie upomnienie – szczere zmierzenie się z problemem, najpierw w rozmowie w cztery oczy, a w razie potrzeby także z udziałem innych osób i całej wspólnoty.
Jak zauważył, narzekanie i obmowa są łatwiejsze, ale nie prowadzą do rozwiązania konfliktów. Ewangelia natomiast uczy, jak przemieniać trudności w okazję do wzrostu.
Zgoda, która prowadzi do jedności
Drugim wymiarem wzajemnej miłości jest dążenie do zgody i jedności, także w modlitwie. Przywołując słowa Jezusa: „Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie…”, Ojciec Święty podkreślił, że wspólna modlitwa pozwala odkrywać wspólne pragnienia, cierpienia i nadzieje oraz wzrastać w jedności.
„Radosny dług” wobec drugiego człowieka
Na zakończenie Papież zawierzył tę naukę Maryi, która po zwiastowaniu pospieszyła do Elżbiety, aby dzielić z nią radości i trudy. Prosił, by nauczyła chrześcijan przeżywać wzajemną miłość jako „radosny dług” wobec drugiego człowieka.
Skąd wzięło się nabożeństwo pierwszych sobót? Dlaczego jest ich pięć? Jak odprawiać to nabożeństwo?
Nabożeństwo pierwszych sobót to wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi. Zostało podyktowane przez Matkę Bożą podczas objawień fatimskich. „Przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeśli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie wiele cierpiał. Różne narody zginą, na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje” – przekazała Matka Boża w Fatimie.
Dlaczego pięć sobót?
Pięć sobót nawiązuje do pięciu rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu, Jej Dziewictwu, Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka, bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki, bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach.
Jak odprawiać nabożeństwo pierwszych sobót?
Nabożeństwo należy odprawiać przez 5 kolejnych pierwszych sobót miesiąca. Nabożeństwu towarzyszą 4 warunki.
Warunek 1: Spowiedź święta w pierwszą sobotę miesiąca.
Spowiedź można odbyć na przykład w ramach pierwszego piątku miesiąca, pamiętając jednak o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi. Do spowiedzi – co istotne – należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. Intencję można wzbudzić podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas. Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2: Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca.
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną między niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3: Różaniec (jedna część) w pierwszą sobotę miesiąca.
Rozpoczynając różaniec należy wzbudzić intencję wynagradzającą, powiedzieć Matce Najświętszej, że będziemy się modlić, by ratować grzeszników i okazać Jej dowód miłości. Jeśli modlimy się prywatnie, spróbujmy zrobić to własnymi słowami. Jeżeli odmawiamy różaniec we wspólnocie, można odmówić następującą modlitwę:
Królowo Różańca Świętego. Oto klękamy do modlitwy, by w pierwszą sobotę odmówić różaniec, o który prosiłaś. Chcemy przez niego zadośćuczynić za grzechy swoje, naszych bliskich, naszej Ojczyzny i całego świata. Pragniemy modlić się szczególnie za tych, którzy najdalej odeszli od Boga i najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Wspomóż nas, abyśmy pamiętali o tej intencji wyznaczonej przez Ciebie. Pomóż nam wynagradzać naszym różańcem cierpienia Twego Niepokalanego Serca i Najświętszego Serca Jezusowego.
Po każdej tajemnicy różańca należy odmówić Modlitwę:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Warunek 4: Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca.
Podejmujemy piętnaście minut rozmyślania o ściśle określonej przez niebo tematyce: mamy pochylić się nad jedną (lub kilkoma) z tajemnic różańca. Możemy rozmyślać nad dowolną tajemnicą, również nowymi tajemnicami: tajemnicami światła. Wzbudźmy intencję wynagradzającą za grzeszników, którzy nie chcą słuchać Matki Najświętszej ani być Jej dziećmi, którzy okazują Maryi obojętność, a nawet Ją nienawidzą i wiele czynią, by pomniejszyć Jej chwałę. Możemy w tym celu odmówić następującą modlitwę:
Matko Najświętsza, Niepokalana Maryjo! Z radością przyjmuję Twe zaproszenie do udziału w Twoim rozmyślaniu. W pierwsze soboty otwierasz Swe Niepokalane Serce dla każdego, kto pragnie wlać we własne serce te najważniejsze znaki, jakie Bóg ukazał nam we Fatimie. Proszę, otwórz przede mną Swoje Serce. Ośmielam się prosić o to z całą pokorą, ale i z dziecięcą śmiałością, ponieważ chcę Cię naśladować, ponieważ chcę żyć miłością do Twego Syna, ponieważ pragnę zawsze trwać w stanie łaski i miłować Twój święty Różaniec, wreszcie – ponieważ pragnę wszystkiego, co tylko mogę ofiarowywać w duchu zadośćuczynienia za grzeszników. Daj mi uczestniczyć w Twym rozmyślaniu, a ja obiecuję wprowadzać w życie Słowo, które wlejesz do mego małego serca, by stawało się coraz milsze Tobie, bliższe Tobie, podobniejsze do Twego Niepokalanego Serca. A jeśli chcesz, zawsze możesz zabrać me serce, a dać mi Swoje – jak uczyniłaś to z tyloma swoimi dziećmi. Będę wtedy duszą najszczęśliwszą na świecie!
Piętnastominutowe rozmyślanie (przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
Z pokorą pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
rozważ wcielenie Syna Bożego.
Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Dziś 6 września wspominamy w kalendarzu liturgicznym św. Matkę Teresę
Dlaczego Matka Teresa nazywała Matkę Boża swoją „towarzyszką podróży”?
Matka Teresa miała niezachwiane przekonanie, że Maryja ją wysłucha i spełni jej prośbę. Nie bez powodu nazywała Matkę Jezusa swoją towarzyszką podróży. Wiąże się z tym sympatyczna anegdota.
Pod koniec kwietnia zaczęłam sobie planować, jak dobrze przeżyć maj z Maryją: codzienny różaniec, w miarę możliwości codzienna msza święta, mniej sądów, więcej rozsądku.
I jak to zwykle bywa, życie regularnie wywraca mi plany do góry nogami, a wieczorem mogę tylko skonstatować, jak niewiele czasu poświęcam na modlitwę. 13 maja, w święto Matki Bożej Fatimskiej, obiecałam sobie, że odprowadzę córkę do szkoły, a potem pójdę na mszę na 8.30. I jeszcze nocą wezmę udział w pielgrzymce do siedmiu kościołów.
Matka Boża Fatimska
Oczywiście nic z tego nie wyszło: cały dzień w biegu, kompletnie zakręcona, nie znalazłam nawet chwili, żeby pomyśleć o Matce Bożej Fatimskiej, a co dopiero pielgrzymować do siedmiu kościołów. Udało mi się tylko w czasie obiadu króciutko opowiedzieć dzieciom historię Franciszka, Hiacynty i Łucji.
Wieczorem, kiedy sięgałam na półkę po książkę, którą dzieci chciały poczytać przed snem, na ziemię spadła jakaś karteczka. „A cóż to takiego?” – zapytałam głośno. Podnoszę i… tadam!!! Obrazek z Matką Bożą Fatimską!
„Spokojnie, jestem z Tobą”
Odruchowo uklękłam na dywanie pośród rozrzuconych zabawek, żeby Jej podziękować za ten cudowny prezent. Ona po prostu powiedziała: „Spokojnie, jestem z Tobą”.
Tak to właśnie jest. Matka Boża woła nas jako pierwsza, jak każda matka. Nie czeka, aż się odezwiesz, sama się troszczy. Maryja pozwala się znaleźć, zanim ja zdam sobie sprawę, że jej szukam.
Św. Teresa z Kalkuty i Matka Boża
We włoskiej książce Madre Teresa. Il mio segreto: prego uderzyły mnie anegdoty opowiadające o relacji świętej z Kalkuty z Matką Bożą.
W domu dla porzuconych dzieci Shishu Bhavan, czytamy w książce, Matka Teresa przyjmowała wiele dzieci. Niektóre z nich były w takim stanie, że nie miały szans na przeżycie. Ale ona nie przejmowała się, kiedy zarzucano jej, że w ośrodku jest wysoka śmiertelność. Zależało jej na tym, żeby dać tym najmniejszym choćby godzinę troski i miłości.
„Mamy je przyjmować i kochać”
“Nie troszczę się o to, co ludzie mówią o wskaźniku śmiertelności. Nawet jeśli umrą godzinę później, mamy je przyjmować i kochać. Nie chcę, żeby umierały, nie otrzymawszy choćby odrobiny opieki i miłości, ponieważ nawet najmniejsze dziecko jest w stanie to sobie uświadomić” – napisała.
W czasie odwiedzin zatrzymywała się przy łóżeczkach dzieci, bawiła się i rozmawiała z nimi, a kiedy widziała, że któreś z nich jest u kresu swojej drogi (…) owijała je w kocyk i odmawiała Zdrowaś, Maryjo, trzymając je w ramionach. Potem oddawała je którejś z sióstr lub opiekunce, przykazując, żeby tuliły je mocno do końca.
Jedno Zdrowaś, Maryjo i przytulanie. W tym obrazku jest czułość i ufność. Matka Teresa miała pewność, że żeby wezwać Matkę Bożą „teraz i w godzinie śmierci naszej”, wystarczy jedno Zdrowaś, Maryjo.
Matka Teresa: „Matka Boża jest moją towarzyszką podróży”
Matka Teresa miała mocne, niezachwiane przekonanie, że Matka Boża ją wysłucha i spełni jej prośbę. Zresztą jedno pociąga za sobą drugie. Nie bez powodu nazywała Matkę Jezusa swoją towarzyszką podróży. Wiąże się z tym sympatyczna anegdota.
Pewnego dnia Matka Teresa miała przewieźć pociągiem dużą, słynącą cudami figurę Matki Bożej, którą dostała od pewnego księdza. Miała darmowy bilet, na którym było napisane „Matka Teresa i osoba towarzysząca”, ale kontroler chciał, żeby zapłaciła za przewóz skrzyni z figurą…
Figura Matki Bożej podróżuje ze mną
„To jest osoba towarzysząca, powiedziałam. To figura Matki Bożej, która podróżuje ze mną jako osoba towarzysząca!”. No i zgodzili się na przewiezienie skrzyni. Odtąd mówię, że Matka Boża jest moją towarzyszką podróży” – czytamy w książce.
Tę historyjkę przypomniał mi brat Ettore Boschini, który jeździł z figurą Najświętszej Maryi Panny przymocowaną na dachu rozlatującego się samochodu.
„Latająca nowenna” Matki Teresy
Dopiero kilka lat temu odkryłam, że modlitwa, której mój dziadek nauczył moją mamę (obiecał 10 dolarów temu ze swoich dzieci, które się jej nauczy) i której ona nauczyła mnie (bez żadnego wynagrodzenia…), nazywa się Memorare i jest przypisywana św. Bernardowi z Clairvaux.
Kiedy Matka Teresa i jej siostry prosiły Matkę Bożą o jakąś pilną łaskę, odmawiały właśnie tę modlitwę, dziewięciokrotnie. Matka Teresa nazywała ją „latającą nowenną”.
Zawierzyć na kolanach
Pewnego dnia – był rok 1980 – Matka Teresa przywiozła do domu w Berlinie Wschodnim (pierwszego w komunistycznym kraju) pewną siostrę, która miała tam pracować. Tyle, że siostra nie miała wizy, więc miała prawo do pobytu tylko przez jeden dzień. Władze wyraziły się jasno: przed wieczorem hinduska siostra ma opuścić Berlin Wschodni. Wtedy Matka Teresa i siostry zaczęły odmawiać modlitwę św. Bernarda. Ktoś zadzwonił z informacją, że chyba nic nie da się zrobić, ale święta z Kalkuty nie podała się i znowu zaczęła odmawiać nowennę, tym razem na klęczkach. Przy ósmym powtórzeniu zadzwonił telefon: wiza przyznana – siostra może zostać.
A ja zmieniłam swoje plany: mniej miotania się na stojąco, więcej zawierzenia na klęczkach.
Sakrament pokuty i pojednania (spowiedź św.) potrzebny jest do przywrócenia stanu łaski uświęcającej tylko tym, którzy zgrzeszyli śmiertelnie, aby mogli odprawić nabożeństwo pierwszego piątku.
***
Historia praktykowania pierwszych piątków miesiąca jako kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa
– W Paray-le-Monial we Francji, w zupełnym ukryciu w klasztorze sióstr wizytek, żyła skromna zakonnica św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690). W tym samym czasie żył jezuita o. Kasper Drużbicki SI (1590-1662), prekursor kultu Bożego Serca w Polsce i Europie i oratorianin, ks. Jan Eudes (1601-1680), wychowanek kolegium jezuickiego w Caen, który założył Zgromadzenie Jezusa i Maryi i poświęcił się misji szerzenia kultu i nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i do Serca Maryi. W latach 1673-1689 s. Małgorzata doświadczyła przed Najświętszym Sakramentem 80 prywatnych wizji i objawień związanych z tajemnicą Serca Jezusowego, z których 30 opisała na polecenie swojego pierwszego spowiednika i kierownika duchowego jezuity o. Klaudiusza de la Colombière SI. Podczas trzeciego wielkiego objawienia 2 lipca 1674 r. w piątek oktawy Bożego Ciała w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu ukazał się siostrze Jezus “jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, jaśniejącymi jak słońce”. Pan Jezus ponownie odsłonił swoją pierś i pokazał swoje Serce w pełnym blasku. Zażądał, aby w zamian za niewdzięczność, jaka spotyka Jego Serce i Jego miłość, okazaną rodzajowi ludzkiemu, dusze pobożne wynagradzały temuż Sercu zranionemu grzechami i niewdzięcznością ludzką. Pragnął, aby w duchu wynagrodzenia w każdą noc przed pierwszym piątkiem miesiąca odbywałą się godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu (tzw. godzina święta) oraz aby Komunia święta w pierwsze piątki miesiąca była ofiarowana w celu wynagrodzenia Boskiemu Sercu za grzechy i oziębłość ludzką. Podczas ostatniego wielkiego objawienia 10 czerwca 1675 r. w piątek po oktawie Bożego Ciała podczas adoracji Najśw. Sakramentu Jezus św. Małgorzacie Alacoque dwanaście obietnic, dotyczących czcicieli Jego Serca, a w ostatniej z nich przyrzekł: “W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia”.
– S. Małgorzata zmarła w opinii świętości w klasztorze w Paray-le-Monial 17 października 1690 r., gdzie do dziś spoczywa jej ciało w Kościele Sióstr Wizytek. Już za życia s. Małgorzaty w obiegu była książeczka poświęcona czci Bożego Serca, napisana przez wizytkę s. J. M. Joly. Jean Croiset otrzymał ją od świętej i zachęcany przez kilka osób postanowił ją przejrzeć, poprawić i powiększyć. W ciągu kilku tygodni powstało poważne dzieło noszące tytuł: La dévotion au Sacré-Coeur de Notre-Seigneur Jésus-Christ (Nabożeństwo do Najświętszego Serca naszego Pana Jezusa Chrystusa).W ciągu trzech letnich miesięcy 1689 r. książka miała trzy wydania. W Paray-le-Monial została przyjęta z entuzjazmem. Pod koniec 1689 lub 1690 roku Croiset odwiedził Paray-le-Monial. Wizyta ta była dla niego nowym bodźcem do propagowania kultu Bożego Serca. W Wielki Czwartek 1690 r. otrzymał święcenia kapłańskie w zakonie jezuitów, a z nimi nowe możliwości oddziaływania na wiernych. Był ostatnim spowiednikem św. Małgorzaty Alacoque. Dzieło J. Croiseta cieszyło się popularnością w całej Francji, z aprobatą zostało przyjęte przez teologów. Przygotowano jego przekład na język włoski, a po 1697 r. było już znane w Polsce.
– Praktyka pierwszych piątków przyczyniła się do spopularyzowania częstego przystępowania do Komunii. Przez kilku papieży Stolica Apostolska potwierdzała wagę tych objawień stopniowo zatwierdzając formy kultu Serca Pana Jezusa.
– Biskupi polscy wysłali Memoriał Episkopatu Polskiego z 11 lutego 1764 r. do papieża Klemensa XIII, w którym obszernie zawarli historyczny przegląd kultu, a następnie uzasadniali bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa. W odpowiedzi, 6 lutego 1765 r. Klemens XIII dekretem „Instantibus” wydanym przez Kongregację Obrzędów zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa dla Królestwa Polskiego, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów. Tak opisuje to Sługa Boży Pius XII w encyklice “Haurietis aquas”: “Nie pod wpływem prywatnego objawienia, ale na prośby wiernych, na wniosek Kongregacji Rytów, ukazał się dnia 25 stycznia 1765 r. dekret Kongregacji Rytów, zatwierdzony dn. 6 lutego tegoż roku przez Papieża Klemensa VIII, udzielający pozwolenia Biskupem Polskim i Rzymskiemu Arcybractwu Serca Jezusowego na celebrowanie uroczystego święta ku czci Najświętszego Serca Jezusa. Aktem tym Stolica Apostolska wyraziła życzenie, żeby kult już istniejący i kwitnący rozwijał się jeszcze więcej w tym celu, by “ożywić symbolicznie wspomnienie miłości Bożej”, która sprawiła, że Zbawiciel nasz złożył ofiarę wynagradzającą za grzechy ludzkie.”
– 23 sierpnia 1856 r. w dekrecie św. Kongregacji Rytów papież bł. Pius IX w odpowiedzi na liczne prośby i życzenia biskupów Francji i całego prawie świata, rozszerzył uroczystość ku czci Najświętszego Serca Jezusa na cały świat i przepisał dla niej godne formy liturgiczne. Tak opisuje to Sługa Boży Pius XII w encyklice “Haurietis aquas”: “Po tej pierwszej aprobacie udzielonej w formie przywileju i w pewnych granicach, nastąpiła druga dopiero o wiek później, już o wiele donioślejsza, w formie więcej uroczystej. Mówić chcemy tu o przedtem wspomnianym dekrecie św. Kongregacji Rytów z dnia 23 sierpnia 1856 roku. Poprzednik nasz, Papież Pius IX w odpowiedzi na liczne prośby i życzenia Biskupów Francji i całego prawie świata, rozszerzył uroczystość ku czci Najświętszego Serca Jezusa na cały świat i przepisał dla niej godne formy liturgiczne. Zdarzenie to zasługuje na wieczną pamięć wiernych, albowiem, jak czytamy w liturgii tejże uroczystości, “odtąd kult Najświętszego Serca Jezusa jako rzeka wezbrana, usunąwszy wszelkie zapory, rozlał się na cały świat”.
– 18 września 1864 roku bł. Pius IX beatyfikował s. Małgorzatę Marię Alacoque, a dwa lata po uroczystej beatyfikacji, pod wpływem napływających nieustannie próśb i błagań, rozpoczęto proces kanonizacyjny.
– 28 czerwca 1889 roku Leon XIII podniósł dekretem uroczystość Serca Jezusowego do święta stopnia pierwszej klasy.
– 25 maja 1899 roku papież Leon XIII wydał encyklikę „Annum sacrum” o poświęceniu się ludzi Najświętszemu Sercu Jezusa, do której dołączył osobiście napisany akt oddania rodzaju ludzkiego Najśw. Sercu Pana Jezusa.
– 11 czerwca 1899 roku Leon XIII oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.
– Papież Benedykt XV kanonizował s. Małgorzatę Marię Alacoque 13 maja 1920 roku, gdy w Europie wygasła burza wojenna.
– Papież Pius XI poświęcił Sercu Jezusowemu encyklikę „Miserentissimus Redemptor” 8 maja 1928 r. Wtedy nastąpiło bezpośrednie odniesienie do praktyki pierwszych piątków miesiąca i ich formalne zatwierdzenie przez papieża: “Za przyczynieniem się i wolą Boga stało się, że z dnia na dzień coraz bardziej wzrastała wśród wiernych chęć uczczenia Najświętszego Serca Jezusowego, stąd to tu i tam powstały owe sodalicje ku szerzeniu czci Boskiego Serca, stąd to ów zwyczaj przyjmowania Komunii św. wedle życzenia Jezusa Chrystusa w pierwszy piątek każdego miesiąca, który do czasów obecnych wszędzie się rozpowszechnił” (3). “Spośród praktyk, związanych najściślej ze czcią Najświętszego Serca, wybija się pobożna praktyka poświęcenia Sercu Jezusa samych siebie i wszystkiego, co posiadamy. (…) należy dołączyć jeszcze inny hołd (…) obowiązek godnego zadośćuczynienia Najświętszemu Sercu Jezusa. Albowiem jeśli poświęcenie się ma na celu głównie i przede wszystkim odwzajemnienie Stwórcy miłością za miłość, wynika stąd, że należy się zadośćuczynienie tej samej odwiecznej miłości za krzywdy wyrządzone jej bądź przez niedbalstwo i zapomnienie (…). Dla zmazania tych win, wśród wielu środków Jezus wskazuje św. Małgorzacie Marii dwa jako sobie najmilsze: aby ludzie w celu ekspiacji przyjmowali tzw. Komunię wynagradzającą i aby przez całą godzinę oddawali się modlitwie i błaganiu, co słusznie nazywano Godziną św. Te pobożne ćwiczenia Kościół nie tylko zatwierdził, lecz obdarzył także nader obfitymi łaskami” (12).
– Czcigodny Sługa Boży papież Pius XII w encyklice „Haurietis aquas” z 15 maja 1956 r. napisał: “Podamy dla przykładu, że dla ustalenia tego kultu i jego rozwoju dobrze zasłużyli się świeci; Bonawentura, Albert Wielki, Gertruda, Katarzyna Sieneńska, bł. Henryk Suso, Piotr Kanizy, Franciszek Salezy, Jan Eudes. Ten ostatni był autorem pierwszego officium liturgicznego ku czci Najświętszego Serca Jezusa. Na prośby biskupów francuskich pierwsze święto ku czci Najświętszego Serca Jezusa było dozwolone i obchodzone 20 października 1672 roku. Szczególne miejsce wśród promotorów tego najwznioślejszego kultu zajmuje św. Małgorzata Maria Alacoque. Przy pomocy swego duchowego przewodnika, bł. Klaudiusza de la Colombiere, przez wytrwałe i wspaniałe swoje wysiłki osiągnęła to, że kult przybrał pewne określone formy i rozwijał się dobrze wśród entuzjazmu wiernych, że wśród innych form pobożności odznaczał się i wyróżniał duchem miłości i wynagrodzenia. Wystarczy krótkie wspomnienie owych czasów, byśmy należycie zrozumieli, że swój niezwykły rozwój kult ten zawdzięczał temu, że zgadzał się doskonale z istotą chrześcijańskiej religii, religii miłości. Nałoży więc stwierdzić, że kult ten nie stąd wziął początek, że przez Boga był prywatnie objawiony, że nagle zjawił się w Kościele, ale ten kult wyrósł z wiary żywotnej i z gorliwej pobożności, a rozszerzali go ludzie obdarzeni łaskami, mający cześć dla Zbawiciela i dla jego chwalebnych ran, osoby, które w sposób wymowny przekonywały umysły i porywały serca dla tego kultu. Objawienia św. Małgorzaty Marii, jak wiemy, nie przyniosły żadnych nowych objawień, nie dodały nowych treści dla nauki katolickiej. Główna ich myśl polega na tym, że Chrystus Pan, okazując swe serce w sposób niezwykły i wyjątkowy, chciał wezwać umysły ludzi do rozważania i czczenia tajemnicy miłości, okazanej ludzkości przez Boga miłosiernego. Przez to szczególniejsze objawienie Chrystus w słowach wyraźnych, kilka razy powtórzonych, wskazał na Serce swoje, jako na symbol, któryby zachęcił ludzi do poznania i uznania swej miłości. Zarazem JEZUS uczynił to Serce jakby znakiem i poręczeniem miłosierdzia i łaski dla Kościoła w naszych czasach. […] Dlatego niech wszyscy będą o tym najmocniej przekonam, że w tym kulcie Najświętszego Serca Jezusa zewnętrzne praktyki pobożności nie zajmują pierwszego miejsca, i że ten kult jest ważny nie dlatego, że daje wiele dobrodziejstw. Chrystus Pan dlatego do objawień prywatnych dołączył pewne obietnice o łaskach, by ludzie najgłówniejsze obowiązki religii katolickiej miłości i ekspiacji wykonywali więcej gorliwie i tak lepiej zabezpieczyli swoje i bliźnich zbawienie”.
– Św. Jan Paweł II w czasie wizyty w Paray-le-Monial, 5 października 1986 roku miał mszę św. i Anioł Pański, nawiedził Klasztor wizytek, gdzie modlił się w Kaplicy Objawień oraz przy grobach św. Małgorzaty Marii Alacoque i bł. Klaudiusza La Colombiere. Następnie miał spotkanie z generałem jezuitów o. Peterem Hansem Kolvenbachem SI. Tego dnia papież tak modlił się w kaplicy objawień Serca Jezusa: „Składamy dzięki za szerokie rozpowszechnienie się adoracji i komunii eucharystycznej, które tu właśnie nabrały nowego rozmachu dzięki kultowi Serca Jezusa, rozwijanemu zwłaszcza przez Zakon Wizytek i Ojców Jezuitów, a następnie zatwierdzonemu przez papieży. Wiele owoców przyniosło nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca, wprowadzone w wyniku naglących wezwań skierowanych do Małgorzaty Marii”. Tego dnia św. Jan Paweł II w liście przekazanym na spotkaniu generałowi jezuitów o. Kolvenbachowi napisał: “Gorąco pragnę, byście z wytrwałością szerzyli prawdziwy kult Serca Jezusa i byście zawsze byli gotowi nieść skuteczną pomoc moim Braciom w Biskupstwie, by wszędzie rozwijać ten kult, troszcząc się o znalezienie najodpowiedniejszych środków do przedstawiania i praktykowania go, aby człowiek współczesny, ze swoją mentalnością i wrażliwością, odkrył w nim pełną odpowiedź na swoje pytania i oczekiwania“.
– W 1999 r. sto lat po encyklice Leona XIII, św. Jan Paweł II przynajmniej trzykrotnie odmówił Akt poświęcenia rodzaju ludzkiego podczas czerwcowych nabożeństw jakie odprawiał w czasie siódmej pielgrzymki w Polsce: 6 czerwca w Elblągu dla 250 tys. wiernych m.in. powiedział: “Wynagradzajmy Sercu Bożemu za grzechy popełnione przez nas i przez naszych bliźnich. Wynagradzajmy za odrzucanie dobroci i miłości Boga. Przybliżajmy się każdego dnia do tego źródła, z którego płyną zdroje wody żywej.” Nabożeństwa czerwcowe odbyły się jeszcze z udziałem Jana Pawła II 7 czerwca w Toruniu i 11 czerwca w domu sióstr urszulanek szarych w kaplicy domowej, skąd w październiku 1978 r. wyjechał na konklawe do Rzymu, dokładnie 100 lat po tym jak uczynił to Leon XIII.
Pierwsze piątki miesiąca znane są najczęściej od czasu Pierwszej Komunii św. W ten sposób uczyliśmy się m.in. systematyczności w praktykowaniu spowiedzi. Czy jednak dziś są one równie popularne jak dawniej?
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Kapłani podkreślają, że penitentów jest mniej niż kiedyś. Bywają parafie, w których w pierwszy piątek miesiąca do spowiedzi systematycznie przystępuje tylko garstka tych najbardziej świadomych wiernych. Są jednak takie rejony Polski, gdzie wciąż w ten dzień do konfesjonałów ustawiają się długie kolejki. Co zatem zrobić: odpuścić sobie tę praktykę jako niemodną czy może jednak propagować i wskazywać aktualność przesłania pierwszych piątków?
Obietnice
Początki praktyki pierwszych piątków miesiąca sięgają 1673 r., gdy francuskiej zakonnicy – św. Małgorzacie Marii Alacoque podczas adoracji Najświętszego Sakramentu objawił się Pan Jezus. Przez ponad 1,5 roku Boski Mistrz ukazywał jej swoje Najświętsze Serce i zapraszał do umiłowania Go w tej tajemnicy. Orędzie zostało spisane i przekazane wiernym na całym świecie. Idea praktyki pierwszych piątków sprowadza się do podjęcia zaproszenia Pana Jezusa, by przez 9 kolejnych pierwszych piątków przystąpić do Komunii św. i ofiarować ją jako wynagrodzenie za grzechy własne i rodzaju ludzkiego. Kto zaś podejmie to zaproszenie, temu Boże Serce zapewni miłosierdzie w chwili zgonu – nie umrze bez Jego łaski.
Pan Jezus miał św. Małgorzacie przekazać jeszcze dwanaście innych obietnic dotyczących czcicieli Najświętszego Serca: „Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci. Wyleję obfite błogosławieństwo na wszystkie ich przedsięwzięcia. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych. Imiona tych, którzy rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w moim Sercu i na zawsze w Nim pozostaną. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.
Sianie
Najczęściej uczymy dzieci praktykowania pierwszych piątków przy okazji Pierwszej Komunii św. Duszpasterze podkreślają, że dzięki temu dzieci uczą się systematyczności w życiu duchowym. Co także istotne – gdy połączymy okres przygotowania do Pierwszej Komunii św. z nabożeństwem pierwszych piątków miesiąca, wydłużamy czas ich formacji liturgicznej do blisko 2 lat.
– W mojej wspólnocie parafialnej od wielu lat są praktykowane wśród dzieci, które były u Pierwszej Komunii św., spowiedź i Komunia św. w pierwsze piątki. Dzieci podczas „białego tygodnia” otrzymują książeczki, w których zbierają podpisy. W ciągu 9 lat, jak jestem proboszczem w tej parafii, zauważam, że taka forma pobożności jest dobrze przeżywana przez dzieci i rodziców – podzielił się swoim doświadczeniem ks. Jacek Makowski, proboszcz parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Bytoniu.
O tym, że warto szerzyć ideę tego nabożeństwa wśród najmłodszych, przekonany jest także ks. Michał Gławdel z parafii Trójcy Świętej w Gorzowie. Podkreśla jednak potrzebę odpowiedniego zmotywowania dzieci. – Do wielu spraw przymusić się nie da, ale można je pozytywnie wypromować. Osobiście już w czasie przygotowania do Pierwszej Komunii św., podczas comiesięcznych spotkań dla rodziców, podejmuję ten temat. Pierwszy raz na spotkaniu pt. „Spowiedź św. dziecka”, już w lutym, wyjaśniam wartość stałej, regularnej spowiedzi. Spotkania formacyjne kończymy tematem: „Komunia św. i co dalej?”. To katecheza w całości poświęcona formacji dziecka w klasie IV i klasach następnych, a szczególnie pierwszym piątkom miesiąca. Z pierwszymi piątkami startujemy po wakacjach. Czas urlopów, kolonii, obozów może być trudny dla praktyki pierwszych piątków, zaś w roku szkolnym mamy 10 miesięcy na naukę, a nam potrzeba ich tylko 9. Dzieci w październiku dostają motywacyjne kalendarze, by samemu się sprawdzić i kontrolować swoje postępy. To pozwala nam całość zakończyć w czerwcu wspólną rocznicą Komunii św. – podkreślił duchowny.
Owoce
Z czasem może się jednak zrodzić przekonanie, że pierwsze piątki są tylko dla najmłodszych. Ciekawe doświadczenie w tej sprawie mają duszpasterze z parafii Mariackiej w Słupsku. – Zaczęło się od tego, że nasz proboszcz przywiózł obrazki do zbierania pierwszych piątków i powiedział, że trzeba coś z tym zrobić – opowiada ks. Wojciech Marcinkiewicz. – Akurat ja miałem dyżur kaznodziejski i zdecydowałem się powiedzieć o pierwszych piątkach kazanie. To była ostatnia niedziela sierpnia ub.r. Na koniec powiedziałem, że przy wyjściu można zabrać ze sobą te obrazki i podjąć osobiście praktykę. Efekt był taki, że do maja przez tych 9 miesięcy przy konfesjonałach był prawdziwy tłum. Dopiero w czerwcu parafian przyszło mniej. Na koniec sierpnia znów przypomnimy o tej praktyce i zachęcimy do kolejnego cyklu. Także dzieci, które rok temu przystąpiły do Pierwszej Komunii św., podjęły tę praktykę. Gdy była kwarantanna i nie mogły wychodzić z domu, rodzice sami dzwonili na parafię i prosili, by kapłan przyszedł ze spowiedzią do ich dziecka.
Na praktykę pierwszych piątków warto spojrzeć jak na szansę dla całej rodziny, a szczególnie dla rodziców, którzy mają pomagać swoim dzieciom w rozwoju sumienia. – Pierwsza Komunia św. i pierwsza spowiedź za każdym razem były w naszej rodzinie wydarzeniem wyjątkowym – opowiadają Anna i Hubert Kowalewscy ze Szczecina. – Troje z naszych dzieci już je przeżywało. Rodzinna katecheza oraz parafialne przygotowania były bazą dla zachowania regularności przystępowania do comiesięcznej spowiedzi. Na początku zachętą dla dzieci były obrazki z zaznaczonymi pierwszymi piątkami miesiąca, rozdawane przez księdza proboszcza. Przywiązywaliśmy ogromną wagę do tego, aby wspólnie z dziećmi przygotowywać się i przystępować do spowiedzi. Jest to dla całej naszej rodziny bardzo ważne, że o relacji z Panem Bogiem, o modlitwie, o sakramentach rozmawiamy i nigdy nie sprowadziliśmy tego do jakichś „intymności”, o których się nie wspomina. Mimo że dzieci są już duże, mają 21, 18 i 13 lat, o zbliżającej się spowiedzi zwyczajnie przypominamy.
Dobrze wykorzystana praktyka pierwszych piątków z pewnością przyniesie obfite owoce w życiu zarówno parafii, jak i poszczególnych rodzin.
Bp Adrian Put –Tygodnik Niedziela
***
Rodzinny przewodnik po pierwszych piątkach
To pierwsze tak kompleksowe narzędzie, którym nie tylko pomagamy przeżyć nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, ale robimy jeszcze dużo więcej dobrych rzeczy, które mogą wydać błogosławione owoce dla dziecka i całej rodziny – mówi Adrian Pakuła z Zespołu ODDANIE33.
Kamil Krasowski: Dwa miesiące temu na rynku wydawniczym ukazała się niezwykła publikacja SERCE9. Weź udział w przygodzie 9 pierwszych piątków. Szybko podbiła serca czytelników, stała się bestsellerem. Co to za projekt?
Adrian Pakuła: Przygotowaliśmy książkę dla dzieci, ale też dla rodziców, duszpasterzy i katechetów, która może stać się skuteczną pomocą w przeżyciu nabożeństwa dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. To bardzo dobra okazja do tego, by wiele duchowego dobra mogło się wydarzyć w życiu zarówno dzieci, jak i rodziców. Praktykując to nabożeństwo, uczymy dzieci comiesięcznej, regularnej spowiedzi św., a przy okazji pokazujemy, że warto uczestniczyć we Mszy św. nie tylko w dzień Pański, ale również w dni powszednie. Uczymy także, czym jest wynagrodzenie, bo w ramach nabożeństwa wyjaśniamy, że w każdy pierwszy piątek przyjmujemy Komunię św. jako wynagrodzenie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa za nasze grzechy. Zawsze przyświeca nam też piękna obietnica Pana Jezusa związana z tym nabożeństwem, bo myślę, że każdy, komu zależy na dziecku, najbardziej na świecie chciałby, żeby ono kiedyś poszło do nieba. Nabożeństwo jest jedną z ważnych i cennych dróg w tym kierunku, ponieważ nasz Zbawiciel obiecał, że każdy, kto odprawi nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków, nie umrze bez sakramentów, czyli w chwili śmierci będzie się znajdował w stanie łaski uświęcającej, a tym samym będzie miał zapewnione przejście do nieba. Dlatego te pierwsze piątki nazywamy takimi „biletami do nieba dla dzieci”. Książka SERCE9 to atrakcyjne narzędzie, wykorzystujące wszystko to, co może zainteresować dziecko pierwszymi piątkami i dopomóc mu w jeszcze głębszym przeżyciu tego nabożeństwa.
Jak strukturalnie prezentuje się publikacja, którą jako Zespół ODDANIE33 opracowaliście?
Zadbaliśmy o piękne grafiki, które bardzo się podobają dzieciom, zresztą nie tylko im. Postaraliśmy się, by forma przekazu tych duchowych treści była również urozmaicona. Znajdziemy w tej publikacji piosenki, rymowanki, a także duchowe pierwszopiątkowe zatrzymania, w których mamy piękne opowiadania o najważniejszych prawdach wiary: miłości, grzechu, wspólnocie czy Duchu Świętym. Można te treści odczytywać, można też skorzystać z kodów QR, żeby ich odsłuchać. W każdym z poszczególnych modułów znajdziemy refleksje o spowiedzi św. związane z tematem danego pierwszego piątku, po to, by inspirować i zachęcać dzieci do comiesięcznej spowiedzi, która wydaje błogosławione owoce. Dalej są refleksje o Eucharystii i zachęta do częstej Komunii św., nie tylko w niedziele czy święta. W książce znajdziemy również zadania do wykonania – w całej pozycji znajduje się ich dwadzieścia siedem. Przed każdym pierwszym piątkiem jest zadanie wprowadzające, bo jak wiadomo, lepiej coś przeżywamy, kiedy na coś oczekujemy. Później – zadanie na pierwszy piątek i po pierwszym piątku, np. by zaaranżować swój własny kącik modlitewny. Chodzi o to, żeby dziecko jak najbardziej w to nabożeństwo zaangażować, by nie zapomniało, że w nim uczestniczy. Tym, co wyróżnia tę publikację, są również ciekawostki, atrakcyjne nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców. Na końcu książki znajduje się coś, co docenili również dorośli – bardzo prosty, a jednocześnie głęboki rachunek sumienia. Jest to pierwsze tak kompleksowe, interaktywne i urozmaicone narzędzie, którym nie tylko dopomagamy przeżyć nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, ale robimy jeszcze dużo więcej dobrych rzeczy, które mogą wydać błogosławione owoce dla dziecka i całej rodziny.
Jaki jest fenomen książki, która w ciągu pierwszych 48 godzin od premiery rozeszła się w liczbie 500 egzemplarzy, choć tak naprawdę jeszcze nie trafiła do księgarń?
Książka składa się z dwóch osobnych wersji publikacji – dla chłopców i dziewczynek. Skąd pomysł na taki podział?
To jedna z cech naszego podejścia do pracy, które wydaje piękne owoce. Jako Zespół ODDANIE33 próbujemy dotrzeć do każdego odbiorcy. Prawdą jest – co potwierdzimy pod każdym względem – że chłopcy i dziewczynki się różnią: wrażliwością estetyczną, tym, jakie kolory preferują, jakiej muzyki słuchają, i tym, że chłopcy wzorują się na przykładach chłopców, a dziewczynki – dziewczyn. Przygotowując publikację, uwzględniliśmy te wszystkie aspekty. W wersji dla chłopców przewodnikami po pierwszych piątkach są święci chłopcy, tacy jak Dominik Savio, Józef Sánchez del Río czy Staś Kostka, których piękne wizerunki możemy zobaczyć. Dziewczynki natomiast mają swoje święte patronki: Ritę z Cascii, Karolinkę Kózkównę czy Hiacyntę z Fatimy. Obie wersje różnią się kolorystyką, osobne piosenki są przygotowane dla chłopców i dziewczynek. I to się pięknie sprawdza. Oczywiście, z roku na rok chcemy to narzędzie jeszcze bardziej ulepszać i dostosowywać. Będziemy tworzyć różne materiały dodatkowe, które będą pomagać w nabożeństwie dziewięciu pierwszych piątków. Myślimy o grze planszowej, o kartach kolekcjonerskich z wizerunkami świętych czy specjalnych aplikacjach. Chcemy cały czas to rozwijać, żeby pierwsze piątki były czymś, co każde dziecko zna i w czym uczestniczy, by mogło dostąpić tej pięknej obietnicy, którą dał nam Pan Jezus.
rozmowę z Adrianem Pakułą przeprowadził Kamil Krasowski – Tygodnik Niedziela
***
LITURGIA MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENTY
w naszym ojczystym języku sprawowane są w kościele św. Piotra
46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
I czwartek miesiąca – 3 września
MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00
po MSZY ŚWIĘTEJ GODZINNA ADORACJA w intencji kapłanów.
w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD)
Kaplice adoracji nie są jedynie schronieniem dla pobożnych wiernych. Są one pełnymi blasku ośrodkami intensywnego Boskiego działania, które wychodzi poza mury kaplicy – do domów, szkół i szpitali, a także do ciemnych i zimnych miejsc, w których dusze są zniewalane przez szatana – i przenika serca, uzdrawia chorych i nawołuje do powrotu do domu tych, którzy oddalili się ode Mnie. To właśnie dlatego dzieło nieustannej adoracji – albo choćby dłuższej codziennej adoracji – ma głęboko apostolski charakter i wyróżnia się nadprzyrodzoną owocnością. (z książki “IN SINU JESU” )
NIEOCENIONY DAR DLA LUDZKOŚCI
Sakrament kapłaństwa jest nieocenionym darem dla całej ludzkości, ponieważ przez posługę kapłanów Jezus uobecnia swoją zbawczą misję w świecie, przebacza grzechy, Eucharystii daje nam życie wieczne. Święty dar sakramentu kapłaństwa Pan Jezus składa w słabe i grzeszne ludzkie serca, a jego moc pochodzi nie od czlowieka, ale od samego Chrystusa. Bez kapłańskiej „posługi nie byłoby Eucharystii, misji i samego Kościoła” – napisał papież Benedykt XVI. Z tego nieocenionego daru, jakim jest sakrament kapłaństwa, mogą korzystać wszyscy.
Święty Jan Maria Vianney o kapłaństwie
W jednym ze swoich kazań Proboszcz z Ars tak mówił do swoich parafian o sakramencie kapłaństwa: „Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do (społeczności) Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Kto przywróci jej spokój sumienia? Tylko kapłan. Nie znajdziecie żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan.
Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«.
Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego sakramentu. Kapłan nie żyje dla siebie, żyje dla was. Po Bogu kapłan jest najważniejszy! Zostawcie parafię bez kapłana przez dwadzieścia lat, a zaczną w niej adorować cielca. Kiedy ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie nie ma kapłana, nie ma już ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. Kapłaństwo to miłość Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie”.
Znienawidzeni przez siły zła
Pan Jezus uświadamia nam, że Jego kapłani będą znienawidzeni i prześladowani przez siły zła: “Jeżeli was świat znienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie o słowie, które do was powiedziałem: “Sługa nie jest wiekszy od swego pana”. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15,18-20). Złe moce za wszelką cenę chcą zniszczyć Kościół i dlatego z taka nienawiścią atakują kapłanów z zewnątrz o od wewnątrz. Strategią ich działalności jest kłamstwo, które ma pozory prawdy. I tak na przykład w środkach masowego przekazu podaje się nieprawdziwe informacje, plotki i pomówienia lub nagłaśnia się bolesne przypadki kapłanów, którzy tak jak Judasz zdradzili Jezusa, sugerując, że wszyscy kapłani są tacy sami jak ci nieliczni zdrajcy. W tej antykościelnej propagandzie – jak mówił św. Jan Paweł II – wypowiadane slowo jest spętane “kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych”. Powinniśmy zdecydowanie przeciwstawiać się tej antyklerykalnej kampanii, której celem jest ateizacja i wzbudzanie nienawiści do Kościoła i kapłanów. W jaki sposób? Święty Jan Paweł II daje nam odpowiedź: “Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt. 4,1-11), i pouczył uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób por. Mk 9,29). Zdobądźmy się zatem na pokoręi odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa”(Evangelium vitae, 100).
z książki “IN SINU JESU”
***
Modliła się za kapłanów i wynagradzała Bogu za ich niewierności. Rok Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej
W Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów od 2 sierpnia przeżywany jest Rok Sł. B. siostry Wandy Boniszewskiej CSA, ustanowiony z okazji setnej rocznicy jej przyjęcia do nowicjatu w tym Zgromadzeniu. Jest to czas wdzięczności za dar jej życia i powołania oraz szczególnej modlitwy o jej beatyfikację.
Służebnica Boża s. Wanda Boniszewska
Każdego drugiego dnia miesiąca w kaplicy Sióstr od Aniołów w Domu Generalnym w Konstancinie-Jeziornie sprawowana jest Msza święta w intencji beatyfikacji Służebnicy Bożej. 2 września Eucharystii przewodniczył delegat metropolity warszawskiego Trybunału Beatyfikacyjnego s. Wandy Boniszewskiej ks. kanonik dr Jacek Wiliński. W koncelebrze uczestniczył również ks. prałat Lech Sitek.
W homilii ksiądz kanonik przypomniał, że Pan Bóg pragnie być obecny w całym naszym życiu – nie tylko w świątyni i podczas modlitwy, ale także w naszych domach, obowiązkach, relacjach i codziennych decyzjach. Wiara ma przenikać codzienność i prowadzić nas do rozpoznawania Bożej woli.
Msza Święta sprawowana w intencji beatyfikacji Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej
W tym świetle szczególnie wymowne jest świadectwo życia s. Wandy Boniszewskiej. Była świadoma swojego powołania i misji, którą otrzymała od Boga. Jej życie było naznaczone modlitwą, ofiarą i troską o innych, szczególnie o kapłanów i osoby konsekrowane. Wiernie podejmowała modlitwę i pokutę w ich intencji, powierzając Bogu ich życie i posługę, oraz wynagradzając za niewierności kapłanów.
Ks. Wiliński odwołał się również do wydarzenia przejścia Izraelitów przez Morze Czerwone. Lud Boży znalazł się w sytuacji, w której po ludzku nie było wyjścia: przed nim było morze, za nim ścigające go wojsko egipskie. Dopiero całkowite zaufanie Bogu otworzyło drogę.
Także w naszym życiu stajemy wobec sytuacji, których nie potrafimy rozwiązać własnymi siłami. Świadectwo s. Wandy przypomina, że w takich momentach szczególnie potrzebne są modlitwa, zaufanie i wierność powołaniu. Bóg może otworzyć drogę tam, gdzie człowiek jej nie widzi.
Prośby o modlitwę przez wstawiennictwo Sł. B. s. Wandy Boniszewskiej
Ksiądz kanonik zachęcił nas, abyśmy bliżej poznawali osobę Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej – jej życie, powołanie, duchowość i niezwykłe świadectwo wiary. Poznawanie jej historii może stać się dla nas inspiracją do głębszego przeżywania własnej relacji z Bogiem i odkrywania Jego działania w naszym życiu. Jesteśmy bardzo wdzięczne za Księdza obecność, modlitwę oraz wygłoszone do nas słowo.
Przeżywany Rok Sł. B. Siostry Wandy Boniszewskiej jest więc nie tylko wspomnieniem jej życia, ale również zaproszeniem skierowanym do każdego z nas, aby pytać Boga: „Do czego mnie powołujesz? Jaka jest Twoja wola wobec mojego życia?”
Niech kolejne miesiące tego wyjątkowego Roku będą czasem pogłębiania wiary, wdzięczności za świadectwo S. Wandy oraz gorliwej modlitwy o jej beatyfikację. Niech jej przykład uczy nas, że świętość rodzi się z codziennej wierności Bogu – w modlitwie, pracy, cierpieniu, służbie i miłości do drugiego człowieka.
Serdecznie zapraszamy każdego drugiego dnia miesiąca do wspólnej modlitwy w intencji beatyfikacji s. Wandy podczas Mszy św. w naszej kaplicy w Konstancinie-Jeziornie.
zdjęcia i tekst:s. Joanna Andruszczyszyna, CSA – Tygodnik Niedziela
***
3 września 2026
Św. Grzegorz Wielki i chorał gregoriański. Co dla muzyki kościelnej zrobił ten papież reformator?
fot. pixabay.com / Arcaion
***
Chorał gregoriański swoją nazwę zawdzięcza papieżowi Grzegorzowi Wielkiemu, który go zebrał i skodyfikował. Ten rodzaj śpiewu jest jednak znacznie starszy, bowiem wywodzi się z Rzymu już z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Rozwijał się w Europie zachodniej i centralnej przez całe średniowiecze – a nawet i później – i aż do dziś jest pierwszorzędnym śpiewem Kościoła katolickiego.
Już od pierwszych wieków chrześcijanie modlili się śpiewem psalmów. Ewangeliści Mateusz i Marek wspominają, że Chrystus wraz z Apostołami „odśpiewali hymn” zanim wyszli z Wieczernika na Górę Oliwną (Mt 26,30; Mk 14,26). Kiedy jeszcze w czasach apostolskich Rzym stał się centrum chrześcijaństwa, to tam również rozwijał się liturgiczny śpiew. Na przełomie VI i VII wielki papież Grzegorz Wielki (590-604) zebrał te śpiewy i ułożył w zorganizowany system. Tak historię śpiewu gregoriańskiego wyjaśnia papież Pius XII w wydanej w 1955 r. encyklice Musicae sacrae disciplina:
Liczne świadectwa Ojców i Pisarzy Kościoła stwierdzają, że z nastaniem wolności i pokoju dla Kościoła [Edykt mediolański z 313 r. – red.], psalmy i pieśni liturgiczne były w codziennym niemal użyciu. Co więcej, tworzono nowe rodzaje świętych pieśni, które bardziej udoskonalały Szkoły śpiewacze, szczególnie w Rzymie. Poprzednik zaś Nasz, błogosławionej pamięci święty Grzegorz Wielki, jak to przekazała nam tradycja, wszystko to, co zostawiły w spuściźnie dawne pokolenia, troskliwie zebrał i mądrze uporządkował, chroniąc czystość i całość śpiewu kościelnego odpowiednimi prawami i regułami.
Zbiór, w który św. Grzegorz Wielki zgromadził wszystkie znane dotąd śpiewy, nazwano Antyfonarzem. Choć oryginał tej księgi zaginął w X wieku, to przetrwały jego ręczne odpisy; najstarszy z nich pochodzi z klasztoru benedyktynów w St. Gallen w Szwajcarii. Reforma papieża Grzegorza miała jednak znacznie większe znaczenie; zjednoczyła bowiem Kościół – przynajmniej ten zachodni – pod względem liturgicznym. To właśnie dzięki temu papieżowi, a potem dzięki cesarzowi Karolowi Wielkiemu, większość Kościoła katolickiego sprawuje liturgię w ten sam rzymski sposób. Podobne było z muzyką kościelną, gdyż jest to zasługą właśnie św. Grzegorza, że śpiew gregoriański rozpowszechnił się na cały zachodni Kościół i tam się rozwijał.
Tradycyjnie śpiew gregoriański był śpiewem jednogłosowym, wykonywanym a cappella, jednak w VIII lub IX zaczęto chorał gregoriański ozdabiać towarzyszeniem organów. Niektóre zakony pozostały przy tradycyjnej formie śpiewu bez instrumentów, a inne przyjęły praktykę śpiewania go z organami. Również od IX w. zaczęto dopisywać do chorału gregoriańskiego drugą, zwykle niższą, równoległą linię melodyczną, nazywaną organum.
Chorał gregoriański początkowo przekazywany był wyłącznie ustnie, aż wreszcie w IX i X w. rozpoczęto jego spisywanie. Stało się to dzięki benedyktynowi Guidonowi z Arezzo, który opracował sposób zapisywania melodii za pomocą notacji liniowej. Najpierw była to jedna linia, a potem kilka, aż do czterech – i właśnie w taki sposób zapisuje się chorał gregoriański aż do dzisiaj. W późnym średniowieczu dołożono jeszcze jedną linię, otrzymując używaną również dziś w muzyce nowoczesnej – pięciolinię.
To właśnie śpiew gregoriański pozostał jedynym dopuszczonym do liturgii przez stulecia. Dopiero pod koniec średniowiecza zaczęły pojawiać się pierwsze kompozycje polifoniczne, czyli na kilka głosów jednocześnie. Ojcowie Soboru Trydenckiego (1545-1563) zastanawiali się jednak czy takie utwory powinny być w ogóle dopuszczone do wykonywania podczas Mszy św. Przekonał ich najwybitniejszy z katolickich kompozytorów – Giovanni Pierluigi da Palestrina – swoimi modlitewnymi kompozycjami. Utwory Palestriny, choć wielogłosowe, to często bazowały na melodii zaczerpniętej właśnie z chorału gregoriańskiego.
Rozwój muzyki polifonicznej i innych późniejszych form nie zmniejszył bynajmniej znaczenia śpiewu gregoriańskiego. Ten rozwijał się nadal, choć już w mniejszym stopniu; większość obchodów liturgicznych miała już bowiem opracowane śpiewy, a zatem potrzeba było stworzyć melodie tylko do nowo wprowadzanych świąt. Pomimo swojego bogatego dziedzictwa muzycznego Kościół zawsze utrzymywał chorał gregoriański na pierwszym miejscu. Tak pisał o nim w 1903 r. św. Pius X w motu prorpio Tra le sollecitudini:
Kościół przechował go wiernie przez wieki całe w księgach swych liturgicznych, podaje go wiernym jako śpiew swój własny, przepisuje, by w niektórych częściach liturgii używano wyłącznie tylko jego i cieszy się, że wskutek najnowszych poszukiwań naukowych przywrócono mu dawną jego nieskazitelność i czystość.
Warto podkreślić, że chorał gregoriański nigdy nie został „zniesiony” ani – przynajmniej oficjalnie – zdegradowany. Niestety dzisiaj rzadko już można go usłyszeć w kościołach – chyba że podczas Mszy św. sprawowanej w rycie tradycyjnym. Niesłusznie współczesne odejście od śpiewu gregoriańskiego tłumaczy się to potrzebą „rozumienia śpiewu przez uczestników liturgii”. Modlitewny śpiew łaciński potrafi bowiem znacznie bardziej przykuć uwagę uczestników liturgii i skierować ją ku Bogu niż współczesne śpiewy w językach narodowych. Co ciekawe, nawet dokumenty Soboru Watykańskiego II mówią wprost, że chorał gregoriański jest pierwszorzędnym (!) śpiewem Kościoła Rzymskiego.
Śpiew gregoriański Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej. Dlatego w czynnościach liturgicznych powinien on zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu – czytamy w Konstytucji o Liturgii Świętej z 1963 r.
Mimo iż na pierwszy rzut oka chorał gregoriański może wydawać się mało wyszukanym, to jego budowa jest w rzeczywistości bardzo bogata. Ta jedna linia melodyczna zawiera niezwykle wysublimowany rytm, pełen melizmatów – coś, co bez wątpienia można nazwać sztuką wysoką. Jednak jego największą zaletą jest modlitewny charakter i adekwatne podłożenie melodii pod tekst, dające wrażenie niezwykłej płynności śpiewu. Korzyść ze słuchania śpiewu gregoriańskiego można odnieść nawet bez rozumienia jego słów; jeśli jednak posiada się przed oczami jego tłumaczenie, tym bardziej pomaga to w modlitwie.
Chorał gregoriański przetrwał w oryginalnej formie w wielu zakonach, które modlą się nim na co dzień. Największymi strażnikami tego rodzaju śpiewu są benedyktyni. W klasztorach takich jak Solesmes czy Fontgombault śpiew gregoriański jest integralną (!) częścią codziennej Mszy św. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać o pacierzach kapłańskich, czyli Brewiarzu, który duchowni odmawiają aż osiem razy dziennie; w niektórych klasztorach wszystkie te modlitwy śpiewa się na melodie chorałowe. Oczywiście w innych zakonach śpiew gregoriański też jest pielęgnowany; wydaje się jednak, że benedyktyni troszczą się o niego w sposób szczególny. I to właśnie z tego zakonu pochodził papież, który go zebrał i uporządkował, czyli św. Grzegorz Wielki.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
Pluscarden Abbey to jedyny średniowieczny klasztor w Szkocji, który do dziś służy celom, jakie przyświecały jego założycielom. Klimat toczącego się tu życia nie różni się niczym od tego, jaki znali modlący się w opactwie mnisi w XIII wieku.
Msza łacińska i śpiewy gregoriańskie są ogniwem spinającym siedem stuleci historii monastycyzmu.
Opactwo powstało w 1230 roku dzięki staraniom króla Szkocji, Aleksandra II. W tym czasie powstały także dwa inne domy, Beauly w Ross i Ardchattan w Argyll. Oba związane były z tradycją benedyktyńską.
Opactwo zamieszkali ojcowie valliskulianie. Ich nazwa pochodzi od nazwy doliny, w której znajduje się opactwo (łac. Vallis Caulium). Kim byli? Pochodzili od bł. Viarda, który jako kartuz otrzymał zezwolenie, aby stać się eremitą.
Po reformacji władze Szkocji zlikwidowały klasztory i zagrabiły ich majątki. Taki też los spotkał Pluscarden.
Budynki klasztorne zaczęły podupadać, a z czasem przeszły w ruinę. W tym czasie nielegalnie z punktu widzenia prawa świeckiego sprawowano tu Eucharystię.
W XVIII wieku, aby upokorzyć bardzo nielicznych katolików mieszkających w okolicy, rozebrano dużą część pozostałości dawnego klasztoru, aby zdobyty w ten sposób materiał użyć do budowy kościoła protestanckiego.
W 1897 r. John Crichton-Stuart, III markiz Bute, stał się właścicielem ruin Opactwa. Wcześniej, w 1868 r. przyjął on katolicyzm (co było ogromnym skandalem w tamtej epoce) i stał się nieformalnym przywódcą katolickiej arystokracji w Wielkiej Brytanii. Jego najmłodszy syn lord Colum Crichton-Stuart podarował w 1943 r. Opactwo Pluscarden benedyktynom z Prinknash. Dzięki pomocy lorda Crichton-Stuarta, benedyktyni rozpoczęli odbudowę Opactwa i w 1948 r. zamieszkali tam. W 1955 r. odbudowano częściowo kościół klasztorny. Pluscarden zyskało niezależność organizacyjną w 1966 r., a rangę opactwa otrzymało oficjalnie w 1974 r.
zdjęcie i informacje – ks. Mariusz Rosik – Ocalić od zapomienia. Pluscarden Abbey
***
Gregoriański śpiew Kościoła
fot. Ośrodek Formacji Liturgicznej
***
„Chorał gregoriański jest śpiewem własnym liturgii rzymskiej i w liturgii on powinien zajmować pierwsze miejsce”, II Sobór Watykański, Konstytucja o liturgii, rozdział VI poświęcony muzyce.
4 listopada 1963 roku II Sobór Watykański zalecił kultywowanie tradycji śpiewu chorału gregoriańskiego. Musimy poznać jego źródła i zrozumieć jego miejsce i zadanie w liturgii. Pomaga nam w tym wyznanie Tomasza Mertona, konwertyty, cystersa trapisty, pisarza i współczesnego mistyka, dotyczące śpiewu gregoriańskiego: „Ciepło śpiewu gregoriańskiego jest pełne surowej powagi. Ukrywa się głęboko pod powierzchnią zwykłego wzruszenia i dlatego nigdy cię nie nuży. Ta muzyka wciąga cię w głąb, gdzie kołysze cię w skupieniu i pokoju i gdzie odnajdujesz Boga. Spoczywa w Nim i On cię uzdrawia swoją ukrytą mądrością”. Początki muzyki kościelnej wywodzą się z tradycji synagogalnej, greckiej i bizantyjskiej. Pierwsze śpiewy liturgiczne w kościele to psalmy i hymny. Muzyka w Kościele jest uzupełnieniem liturgii i jej integralną częścią a chorał gregoriański jest śpiewem kościelnym występującym od początku Kościoła katolickiego. Jest on modlitwą śpiewaną przez jedną lub kilka osób. Melodyka dostosowana jest do skali przeciętnego głosu ludzkiego. Nigdy nie miał być śpiewem koncertowym czy też estradowym. Jest śpiewem jednogłosowym, bez względu ile osób śpiewa zawsze brzmi jedna i ta sama melodia (choć nie wszystkie średniowieczne melodie udało się odtworzyć). I ta sama melodia trwa przez wieki aż do dzisiejszych czasów.
Daje to uczestnikom liturgii poczucie trwania w Kościele w czasie i przestrzeni.. Chorał śpiewa się w języku łacińskim.
Chorał gregoriański jest muzyką wokalną dostosowaną do słów. Oznacza to, że tekst jest najważniejszy. Melodie gregoriańskie nie istnieją same dla siebie, są stworzone, aby uwypuklić tekst liturgiczny, z którym stoją w najściślejszym związku; melodia oddaje i podkreśla znaczenie słów. Melodia chorału jest dla tekstu dźwiękową szatą – ubiera go i ozdabia. Unika jednak ozdobników muzycznych i indywidualnych popisów wokalnych gdyż służy modlitwie, czyli rozmowie duszy z Bogiem. Stąd słuchając śpiewu chorałowego mamy odczucie dostojności i powagi, skupienia i „dotykania” Boga. Wszystko, co w naszej muzyce współczesnej, tak świeckiej jak i para religijnej, jest mdłe, sentymentalne, romantyczne, zniewieściałe – nie występuje w chorale gregoriańskim. Można powiedzieć zatem, że bogactwo tkwi w jego prostocie. To powoduje, że ten śpiew jest męski w swoim wyrazie i brzmieniu. Śpiewy chorałowe są wtopione w liturgię. Chorał i liturgia to jedna nierozerwalna całość, jak dusza i ciało. Wartość śpiewu gregoriańskiego jest doceniana i jest on stawiany kompozytorom i artystom za wzór, który wskazuje jak kościelna muzyka ma wyglądać i jakie cechy powinna posiadać. Wielu współczesnych wykonawców stylizuje swoją muzykę na wzór średniowiecznej nuty gregoriańskiej. Chorał gregoriański zajmuje zaszczytne miejsce w liturgii Kościoła. Jego rozkwit rozpoczął się za pontyfikatu św. Grzegorz Wielkiego w VI w. gdy papież zebrał i uporządkował zbiór używanych w liturgii melodii. Dzieło św. Grzegorza bardzo szybko rozszerzyło się na terenach dzisiejszych Włoch, a przez jego uczniów trafiło do Anglii. We Francji śpiew ten wprowadzany został przez króla Pepina. Na cześć św. Grzegorza Wielkiego nazwano zbiór tych melodii carmen gregorianum. Pierwszy raz użył tego określenia papież Leon IV około 850 roku.
Historycy i badacze dziejów Kościoła wymieniają wśród źródeł chorału gregoriańskiego księgi liturgiczne rękopiśmienne lub drukowane. Najstarsze teksty zawarte są w sakramentarzach: leoniańskim (V w.), galezjańskim (VII-VIII w.) oraz gregoriańskim (VIII w.). Z tych ksiąg powstały następnie mszały (Missalia plenaria), w Polsce najstarszym tego typu mszałem jest rękopis pochodzący z opactwa benedyktyńskiego Niederaltaich k. Pasawy (ok. 1070-1131). Innymi źródłami są kantatoria, zawierające śpiewy solowe liturgii mszalnej, antyfonarze, graduały oraz procesjonały. Najstarsze rękopisy tych źródeł zawierające chorał gregoriański zachowały się w bibliotekach opactw benedyktyńskich Sankt Gallen, Metz, Einsiedeln, Monte Cassino. W Polsce opracowano wydanie śpiewów oparte na dawnych rękopisach. Graduał i Antyfonarz zatwierdzone zostały w 1621 i 1628 roku przez Synod Piotrkowski i Uniwersytet Jagielloński. Prace nad rekonstrukcją chorału gregoriańskiego rozpoczęto w XIX w. Największe znaczenie zyskali benedyktyni z opactwa Solesmes we Francji, którzy zrekonstruowali średniowieczną wersję chorału gregoriańskiego (słynna szkoła solesmeńska). Ich praca została zaakceptowana przez papieża Leona XIII a papież Pius X w encyklice Tra le Sollecitudini z 22 listopada 1903 roku zlecił im nową redakcję ksiąg liturgicznych. (tzw. Editio Vaticana). Następnie Pius XI ogłosił konstytucję Divini cultus, dotyczącą pielęgnowania chorału gregoriańskiego, a Pius XII wydał 2 encykliki potwierdzające dawne przepisy. W 1957 r. benedyktyni przygotowali nowe wydanie Graduału rzymskiego, które zostało ostatecznie zatwierdzone przez Sobór Watykański II zwołany przez papieża Jana XXIII w 1963 roku.
ARTYKUŁ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W LISTOPADZIE 2012 ROKU.
***
Ksiądz Biskup Marek Mendyk:
Szkoła nie jest świecka. Szkoła jest publiczna
W przeddzień rozpoczęcia nowego roku szkolnego bp Marek Mendyk mocno zabrał głos w sprawie obecności religii w szkole i kierunku wychowania młodego pokolenia. – Usiłuje się za wszelką cenę, także podstępem i także z łamaniem praw wyprowadzić religię ze szkoły – powiedział biskup świdnicki.
Słowa padły 29 sierpnia w katedrze świdnickiej podczas Mszy św. za Ojczyznę i NSZZ „Solidarność”, sprawowanej w związku z Dniem Solidarności i Wolności. Bp Marek Mendyk przypomniał w homilii wydarzenia sprzed ponad 45 lat, rolę św. Jana Pawła II w przemianach społecznych oraz znaczenie solidarności rozumianej jako odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Od historycznych doświadczeń przeszedł jednak do spraw bardzo aktualnych. W perspektywie rozpoczynającego się roku szkolnego zwrócił uwagę na spór dotyczący wychowania dzieci i młodzieży oraz miejsca religii w polskiej szkole.
– Wkrótce zacznie się rok szkolny. Trzeba stale – nie tylko dzisiaj – ale stale o tym mówić. Usiłuje się za wszelką cenę, także podstępem i także z łamaniem praw wyprowadzić religię ze szkoły, uczynić ze szkoły świecką placówkę. Zapominając przy tym, że szkoła nie jest świecka; szkoła jest publiczna i każdy ma do niej prawo – mówił bp Mendyk.
Biskup podkreślił, że w jego ocenie nie jest to jedynie dyskusja dotycząca organizacji zajęć czy liczby godzin katechezy. Problem jest znacznie głębszy i dotyczy odpowiedzi na pytanie o to, jaka wizja człowieka ma stać u podstaw wychowania młodego pokolenia.
– Atak na lekcję religii i wprowadzana siłą „edukacja zdrowotna” to tak naprawdę jeden poważny spór: spór o człowieka. Idzie o antropologię, nie o godziny dla katechetów, ale właśnie o wizję człowieka, z którym będzie można potem zrobić wszystko. Powtórzę jeszcze raz: nie chodzi o godziny w szkole, nie chodzi o etaty, ale o integralną wizję człowieka – zaznaczył.
W ten sposób bp Mendyk wskazał, że dyskusji o miejscu religii w szkole nie można sprowadzić do kwestii zawodowych katechetów. Chodzi przede wszystkim o rozumienie człowieka, wychowania, wolności rodziców oraz odpowiedzialności szkoły za formację młodego pokolenia.
Hierarcha połączył ten temat z dziedzictwem „Solidarności”, która przed laty upominała się o prawa i godność człowieka.
– Upomina się o człowieka Solidarność, upomina się Kościół. Dlaczego? Bo mamy integralną propozycję na wychowanie młodego pokolenia. Propozycję, za którą przemawiają całe wieki chrześcijaństwa – powiedział.
Wypowiedź biskupa świdnickiego, wygłoszona zaledwie kilka dni przed pierwszym szkolnym dzwonkiem, staje się tym samym apelem o poważną debatę nad przyszłością polskiej szkoły. Nie tylko nad programami i liczbą godzin, ale przede wszystkim nad tym, jakiego człowieka szkoła ma wychowywać i na jakim fundamencie ma budować jego rozwój.
Tygodnik Niedziela
***
Ks. Wojciech Węgrzyniak:
Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty Barbara Nowacka
Po usunięciu jednej godziny religii, wyrzuceniu jej z siatki godzin i wprowadzeniu edukacji zdrowotnej, cała Polska mogła zobaczyć, że na edukację zdrowotną zapisało się w roku 2025/2026 30% uczniów, licząc wszystkie poziomy edukacji. Na religię w roku 2024/2025 chodziło 75% uczniów. W roku 2025/26 pewno parę procent mniej.
Jaka jest reakcja minister?
Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii.
Homo sapiens próbowałby się dogadać: jedna godzina religii obowiązkowa w zamian za zgodę na obowiązkową edukację zdrowotną. Homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu.
Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji.
Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii.
Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji.
Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię.
Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie.
Homo sapiens mówiąc, że “musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił “o rozpasaniu kleru”.
W “Quo Vadis” Sienkiewicza jest taki piękny list, w którym Petroniusz pisze do Nerona, by robił wszystko, nawet palił Rzym, tylko żeby nie śpiewał. Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech nie mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens.
Tygodnik Niedziela
Ks. Węgrzyniak:
Przestańcie kłamać. To KOŚCIÓŁ utrzymuje państwo, nie odwrotnie!!!
Jeszcze się nie zdarzyło w mojej historii z Twitterem, żeby tyle reakcji wywołało jedno zdanie: „Polsce bardziej potrzebny jest rozdział państwa od złodziei niż od Kościoła.”
Jeszcze się nie zdarzyło w mojej historii z Twitterem, żeby tyle reakcji wywołało jedno zdanie: „Polsce bardziej potrzebny jest rozdział państwa od złodziei niż od Kościoła.”
Wiadomo, że każde hasła są uproszczające i mogą budzić skrajne reakcje. Dlatego dodam parę myśli w sprawie rozdziału Kościoła od państwa, skoro temat ten wydaje się tak aktualny.
Po pierwsze, Kościół jest rozdzielony od państwa w tym sensie, że ani władze Kościoła nie wpływają na rządy w państwie ani władze państwowe nie ingerują w rządzenie Kościołem. I co jak co, ale parlamentarzyści, którzy uchwalają ustawy powinni znać statystykę, ile z przegłosowanych ustaw zostało uchwalonych tylko dlatego, że tak chciała Konferencja Episkopatu Polski.
Po drugie, musimy ustalić pojęcia i raz na zawsze zrozumieć, że Kościół to jest wspólnota ludzi a nie biskupi i księża. A skoro państwo składa się z obywateli, to znaczy, że państwo polskie z 90% składa się z Kościoła katolickiego. To Kościół płaci państwu polskiemu największe podatki i to Kościół w dużej mierze utrzymuje państwo polskie. Jeśli chcemy całkowitego rozdziału Kościoła od państwa, to nie ma problemu. Katolicy mogą przestać płacić podatki i zorganizować sobie swoje przedszkola, szkoły, uniwersytety, szpitale, straż, a nawet swoją policję. Z tych wszystkich podatków, które wpłacamy jako obywatele do państwa, zorganizujemy sobie spokojnie życie bez wypominania nam, że my tylko bierzemy od państwa.
Po trzecie, każdy kto myśli wie, że nie da się rozdzielić całkowicie żadnej organizacji od państwa, tylko trzeba się dogadać. Sprawy między państwem a Kościołem są dogadane i o tym mówi m.in. konkordat. Czy jednak możemy pewne rzeczy zmienić jak chociażby kwestię religii w szkole? Pewno, że możemy. Potrzebne są jednak dwa warunki.
Najpierw musimy przestać kłamać. Bo mantra o tym, że państwo płaci księżom na ubezpieczenia, albo że Fundusz Kościelny to są pieniądze darowane Kościołowi przez państwo to jedno wielkie kłamstwo. W skróci to jest tak: Państwo ukradło Kościołowi po wojnie majątki na niebywałą skalę. W zamian zobowiązało się, że z tych kradzionych dóbr łaskawie będzie wydzielać co roku jakąś daninę. Ale teraz już nie chce. Tak jakby złodziej ukradł milion i co roku okradzionemu zobowiązał się wypłacać po tysiąc złotych. Niestety po 30 latach zaczął krzyczeć, że on nie ma zamiaru finansować okradzionego. Każdy normalny w Kościele wolałby, żeby państwo oddało nam to, co zabrało a nie wymachiwało co jakiś czas tekstami o Funduszu.
Drugim warunkiem dogadania się jest uczciwość intelektualna i wzajemność. Jeśli mamy usunąć religię ze szkół, to usuńmy też przygotowanie do życia w rodzinie, edukację seksualną, godziny wychowawcze, wykłady na medycynie, które promują antykoncepcję. Usuńmy finansowanie szpitali, w których ma miejsce aborcja i in vitro. Usuńmy wszelkie dotacje stowarzyszeń, czasopism, organizacji, zajęć i ludzi, które głoszą wartości niezgodne z nauką Kościoła.
Rozumiem, że niewierzących denerwuje, że z ich pieniędzy opłacane są lekcje religii. Niech jednak i oni zrozumieją, jak bardzo nas, katolików boli, że za nasze pieniądze opłacani są ludzie, którzy niszczą nas samych i to, w co głęboko wierzymy.
Jeśli nie będziemy kłamać, jeśli postawimy na wzajemność i uczciwość intelektualną, wtedy możemy wiele spraw poukładać na nowo. Dlaczego by nie? Ale jeśli w całej dyskusji o rozdziale państwa od Kościoła, chodzi tylko o hucpę, darujmy sobie. Szkoda życia na takie potyczki. Szkoda też śmierci. Bo to ona często decyduje, że ludzie wolą jednak nie zamykać sobie drogi przez Kościół do nieba. Nawet jeśli ono nie jest dla wielu tak pewne jak dopłata z budżetu dla partii politycznych. I to dopłata głównie z pieniędzy katolików.
ks. Wojciech Węgrzyniak
***
87 ROCZNICA II WOJNY ŚWIATOWEJ
Wikipedia | Domena publiczna
***
1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkośćmówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”
I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.
Niemcy bez wypowiedzenia wojny o świcie przekroczyły na całej długości granice naszego państwa. Osamotniona Polska mimo bohaterskiego oporu trwającego ponad pięć tygodni nie mogła skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji przeprowadzonej 17 września.
***
Obraz Matki Bożej Królowej Pokoju
Liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Królowej Pokoju obchodzimy 1 września, ponieważ data ta jest rocznicą wybuchu II wojny światowej. Wybór tego dnia ma głęboki wymiar symboliczny i modlitewny – w rocznicę rozpoczęcia tragicznego konfliktu Kościół w Polsce zwraca się o wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny jako dawczyni pokoju, jedności i pojednania między narodami.
Kult ten jest w Polsce związany z konkretnym miejscem i historią:
Sanktuarium w Stoczku Warmińskim: Kult Maryi jako Królowej Pokoju rozwinął się wokół sanktuarium w Stoczku Klasztornym (Warmińskim). Świątynia ta powstała w XVII wieku jako wotum dziękczynne biskupa Mikołaja Szyszkowskiego za zawarcie pokoju ze Szwedami w Sztumskiej Wsi w 1635 roku.
Święty Jan Paweł II w czasie pielgrzymki do Ojczyzny 19 czerwca 1983 roku na Jasnej Górze po raz kolejny koronował obraz Matki Bożej ze Stoczka Warmińskiego nazywając Ją Matką Pokoju i zawierzając Jej losy naszej Ojczyzny.
W Stoczku Warmińskim był uwieziony przez komunistyczne władze błogosławiony Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski. To właśnie tam w 1953 roku napisał on swój akt osobistego oddania się Matce Bożej.
Historia obrazu
Do nowej świątyni w Stoczku Klasztornym biskup Mikołaj Szyszkowski sprawdził w 1640 roku z bazyliki rzymskiej Matki Bożej Większej kopię obrazu Matki Bożej, Salus Populi Romani(Ocalenie Ludu Rzymskiego) i umieścił go w ołtarzu głównym.
Obraz Matki Bożej, którego kopia znajduje się w Stoczku Klasztornym jest wizerunkiem bardzo czczonym w całym Kościele już od średniowiecza, a zwłaszcza po bitwie pod Lepanto, która rozegrała się 7 października 1571 roku. W tym dniu wojska chrześcijańskie odniosły zwycięstwo nad wojskami tureckimi. Zwycięstwo floty chrześcijańskiej było wyraźnym znakiem i dowodem wstawiennictwa Matki Bożej. Aby wyprosić zwycięstwo i obronę chrześcijaństwa przed zalewem islamu, papież zarządził specjalne modlitwy w tej intencji. Obraz Matki Bożej był niesiony w procesji po ulicach Rzymu i odmawiano różaniec. Po zwycięstwie floty chrześcijańskiej nad turecką obraz Matki Bożej był czczony jako obraz Matki Bożej Zwycięskiej albo obraz Matki Bożej Różańcowej, a kult obrazu rozpowszechniał się po całym chrześcijańskim świecie.
Na ziemiach Rzeczypospolitej zauważa się rozwój kultu Matki Bożej Zwycięskiej zwłaszcza po Soborze trydenckim(1543-1563) i po zakończeniu Synodu Krakowskiego w 1621 roku, który polecił, aby Matka Boża była malowana na wzór obrazu częstochowskiego lub rzymskiego ”Salus Populi Romani”. Sytuacja polityczno – społeczna w jakiej znalazła się Rzeczypospolita w tym czasie sprawiła, że wizerunek Matki Bożej Zwycięskiej był przyjmowany jako znak szczególnej opieki Matki Bożej nad naszym narodem w obliczu zagrożenia ze strony wrogich mocarstw: Rosji, Turcji i Szwecji.
Budowa nowej świątyni w Stoczku Klasztornym jako wotum wdzięczności za podpisany rozejm ze Szwedami i obecność w niej kopi Obrazu Matki Bożej Zwycięskiej miało szczególne znaczenie dla ówczesnej Rzeczypospolitej.
Obraz Matki Bożej Stoczkowskiej namalowany na płótnie o wymiarach 230 cm wysokości i 166 cm szerokości jest oceniany przez historyków w sztuki jak obraz o „nieprzeciętnej wartości artystycznej”. Nie zachowały się żadne informacje na temat autora ani czasu wykonani kopi obrazu.
Obraz przedstawia całą postać Matki Bożej, która obiema rękoma podtrzymuje Dzieciątko Jezus. Wzrok Maryi i Dzieciątka jest zwróconej w kierunku patrzących. U stóp Matki Bożej widzimy półksiężyc, a w tle wokół postaci obłoki, od dołu obrazu mgliste, a wyżej coraz bardziej złociste. Postacie na obrazie są wielkości nieco większej niż naturalna. Oblicze Matki Bożej jest pełne pokoju , godności i wyraża dobroć Jej serca i gotowość niesienia pomocy. Dziecię Jezus trzyma w lewej ręce księgę Pisma Świętego a prawą unosi w geście błogosławieństwa. Palce prawej dłoni Maryi mają bardzo wymowną symbolikę i znaczenie. Trzy złączone palce wyrażają wiarę w Trójcę Świętą, a dwa pozostałe oznaczają unię hipostatyczną dwóch natur Jezusa Chrystusa – Jego Bóstwo i Człowieczeństwo. Taki sam jest układ palców prawej dłoni Dzieciątka Jezus. Treść obrazu jest bardzo wymowna i czytelna. Maryja jakby mówiła do patrzących, patrzcie na Jezusa, nie na mnie, On jest celem waszego życia, Jego słuchajcie.
Opisując obraz warto jeszcze zwrócić uwagę na pierścień na środkowym palcu prawej dłoni Matki Bożej. Jest to pewien szczegół, bardzo ważny, który znajduje się tylko na oryginalnym obrazie i niektórych kopiach, nie znajdziemy go natomiast na kopi obrazu Matki Pokoju w Stoczku Klasztornym. Pierścień na palcu Matki Bożej jest symbolem zaślubin i oblubieńczej miłości Maryi do Boga oraz wyraża Jej wierność Bogu. Przybywając do Matki Pokoju jako Oblubienicy Wiernej pielgrzymi mogą odnajdywać pokój i pojednanie z Bogiem i drugim człowiekiem. Wszyscy wierni mogą też znaleźć u Matki Bożej umocnienie swojej oblubieńczej wierności Bogu.
Kopia obrazu matki Bożej Stoczkowskiej została otoczona szczególna czcią wiernych. W 1670 roku obraz został przyozdobiony dwiema koronami, a w roku 1687 udekorowany srebrną szatą, podarowaną Matce Bożej przez biskupa Michała Radziejowskiego, bratanka króla Jana III Sobieskiego, jako wotum wdzięczności za zwycięstwo pod Wiedniem. Srebrna szata została wykonana w barokowym stylu i skomponowana z dużej ilości stylizowanych kwiatów: słoneczników, piwonii i żonkili. Na sukience Dzieciątka motywy kwiatów są drobne. Głowa Matki Bożej jest otoczona kolistym nimbem z gwiazdami, a Dzieciątka Jezus promienistą aureolą. Szatę wykonano z osiemdziesięciu darów wotywnych, co świadczy o szczególnej czci i otrzymywanych łaskach za wstawiennictwem do Matki Bożej.
ks. Wojciech Sokołowski MIC – Kustosz Sanktuarium
***
Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:
“Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — towrzesień...
… Takie zatem, a nie inne — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.
…Wrzesień…
Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili dzieci, żołnierze bez broni, bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…
… Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…
Tysiące oszalałych ludzi wędruje na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.
(Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.
Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla płonęły czerwienią i złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.
Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie wróci. Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.
Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...
Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?
Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…
***
Co święta siostra Faustyna Kowalska mówiła
o drugiej wojnie światowej?
fot. Wikipedia
***
Święta siostra Faustyna zmarła na rok przed wybuchem II wojny światowej. Jednak już za swojego życia mówiła o okrutnej wojnie i cierpieniu Polaków.
Tym, którzy przeszli przez doświadczenie II wojny światowej, słowa zapisane w „Dzienniczku” św. Faustyny jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku – pisał Jan Paweł II.
święta siostra Faustyna o II wojnie światowej. Takie słowa skierowała do błogosławionego księdza Michała Sopoćki
W 1938 roku w szpitalu na krakowskim Prądniku, Faustyna kilku innym siostrom zakonnym, zapowiedziała wybuch II wojny światowej. Miała widzenia ogromnych zniszczeń, eksterminacji, prześladowań duchowieństwa.
Swojemu spowiednikowi, księdzu Sopoćce mówiła, że „w Polsce przyjdą bardzo ciężkie chwile. Widziałam rodaków wywożonych na wschód i zachód”.
Ważne słowa Pana Jezusa do Faustyny. Dotyczyły Polski
W ostatnim roku życia usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).
Te słowa były na różne sposoby interpretowane. Jan Paweł II w swojej wypowiedzi z 17 sierpnia 2002 roku mówił, że ową iskrą jest orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane przez św. Faustynę. W jego opinii „iskra” nie jest pojedynczą, konkretną osobą, ale jest zadaniem czcicieli Bożego Miłosierdzia z Polski i całego świata, która przygotuje przemianę, w imię Bożego miłosierdzia, Polski i całego świata.
święty Jan Paweł II: Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia
Posłannictwo Miłosierdzia Bożego miało swój czas, był to czas straszliwej II wojny światowej, straszliwej pod wielu względami, była to jakaś ostateczna eskalacja zła na naszym kontynencie. Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia, którego świadkiem, rzecznikiem stała się ta prosta córka polskiej ziemi – mówił Jan Paweł II w Płocku, 7 czerwca 1991 roku.
święta siostra Faustyna o Ojczyźnie: „Rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę”
Faustyna codziennie modliła się za Polskę i ofiarowywała za nią cierpienia. W swoim „Dzienniczku” zapisała: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna.” (Dz. 1038)
W innym miejscu pisała: „Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.” (Dz 1188)
PapieżLeon XIV: jak Piotr mówmy Bogu to, co naprawdę czujemy
Prośmy Pana, abyśmy w naszym życiu wiary mieli taką samą szczerość jak Piotr, pokornie mówiąc Mu to, co naprawdę czujemy, nawet gdy w sercu panuje zamęt – wskazał Leon XIV w rozważaniu przed dzisiejszą modlitwą Anioł Pański.
Trzeba ufać Bogu nawet wtedy, gdy Jego drogi są inne niż nasze oczekiwania. – mówił Papież w rozważaniu, wygłoszonym w Castel Gandolfo.
Pokusa, by pomyśleć, że Pan się myli
Ojciec Święty nawiązał do fragmentu z niedzielnej Ewangelii wg św. Mateusza i dialogu Jezusa z Piotrem, który upomina Pana, słysząc, że ma On wiele wycierpieć i zostać zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie.
„Wbrew pięknemu wyznaniu wiary, które właśnie złożył – upomina Chrystusa. Wydaje się mówić: ‘Tak, wierzę, że jesteś Mesjaszem, ale nie w ten sposób zbawia się świat’” – przypomniał Papież.
„Również nam nie zawsze jest łatwo zrozumieć i zaakceptować drogi Boga, zwłaszcza gdy są one bardzo odległe od naszych. Wtedy pojawia się pokusa, by wbrew wszelkiej logice wiary pomyśleć, że to Pan się myli, albo – co gorsza – że nas nie słucha lub się nami nie interesuje” – mówił Leon XIV..
Nauka od Piotra
Wskazał jednak, że – pomimo swej porywczości – Piotr w tej scenie uczy nas po pierwsze, aby nigdy „nie przerywać dialogu z Panem, lecz z ufnością mówić Mu również o naszych trudnościach ze zrozumieniem tego, o co nas prosi.”
„Po drugie jednak, nigdy nie należy osądzać działania Boga, lecz raczej z pokorą, na modlitwie, wsłuchiwać się w to, co objawia nam poprzez swoje działanie, nawet jeśli to nie odpowiada naszym oczekiwaniom” – dodał Papież.
Pierwszy z Apostołów okazał się wielki, bo na ostrą odpowiedź Jezusa „Zejdź Mi z oczu, szatanie!”, podejmie wyzwanie, zaprze się samego siebie i weźmie swój krzyż, pozostając wiernym słowom Chrystusa, którego uznał za swojego Odkupiciela, przez całe życie, aż do męczeństwa.
Szczerze mówmy Jezusowi
„Prośmy więc Pana, abyśmy i my w naszym życiu wiary i w naszej modlitwie mieli taką samą szczerość jak Piotr, pokornie mówiąc Mu to, co naprawdę czujemy, nawet gdy w sercu panuje zamęt, a jednocześnie potrafili pielęgnować tę samą co On uległość, przyjmując to, o co nas prosi, nawet gdy wykracza to poza nasze oczekiwania” – podkreślił Leon XIV.
s. Róża Chrzanowska CSFN, Wojciech Rogacin – Watykan
***
Kapłani pracujący w Polskiej Misji Katolickiej w Szkocji zapraszają na doroczną pielgrzymkę
Niedziela – 30 sierpnia
do szkockiego sanktuarium w Carfin,
aby wspólnie modlić do Miłosiernego Boga
za naszą Ojczyznę
przez wstawiennictwo Bożej Matki,
która Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie.
Tego dnia z racji pielgrzymki nie będzie Mszy św. niedzielnej w kościele św. Piotra o godz. 14.00
***
Pielgrzymowanie Polaków do Carfin rozpoczęło się w czasie II wojny światowej. To tutaj przybywali, jeszcze w wojskowych mundurach razem ze swoim Biskupem polowym Józefem Gawliną i z polskimi kapłanami. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził Szkocję nasz wielki Rodak.
***
***
Across from the Glass Chapel is the Polish Shrine built in 1983. The shrine has an image of Our Lady of Częstochowa – The Black Madonna and a statue of Pope St John Paul II which was blessed by Archbishop Szczepan Wesoły in 2001.
***
PROGRAM PIELGRZYMKI:
GODZ. 14.00 – ROZPOCZĘCIE MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE
PO PROCESJI – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM ZAKOŃCZONA KORONKĄ DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA O GODZ. 15.00
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.
GODZ. 16.00 – UROCZYSTA MSZA ŚW. KONCELEBROWANA
*** Tego dnia jest również możliwość pielgrzymować pieszo do Carfin
Początek pielgrzymki:
niedziela 30 sierpnia 2026 godz. 8.00 – na parkingu Morrisons Cambuslang
o godz. 8.15 pielgrzymka wyrusza z modlitwą na kładce dla pieszych nad rzeką Clyde
Po drodze jest wspólny Różaniec
Zakończenie pielgrzymki – w sanktuarium w Carfin Mszą św. o godz. 16.00
(poniżej jest plakat pieszej pielgrzymki do Carfin z Glasgow z minionego roku)
***
Przejście całej trasy trwa około 7 godzin marszurazem z krótkimi postojami.
Pielgrzymi szlak z Glasgow zaczyna się na pograniczu Glasgow i Cambuslang i biegnie zielonymi dróżkami, które w wielu miejscach są bardzo wąskimi ścieżkami w dolinie rzeki Clyde i South Calder Water.
***
Dogodne miejsca gdzie można dołączyć po drodze:
– stacja kolejowa NEWTON (Lanark) G72 7TD – około godz. 9.00 (z Newton do Carfin 21 km)
– okolice muzeum w BLANTYRE G72 9BY – około godz. 11.00 (z Blantyre do Carfin 16 km)
– przy parku rozrywki M&D’s ML1 3RT – około godz.13.00 (z M&D’s do Carfin 10 km)
***
Każdy kto zdecyduje się na pieszą pielgrzymkę idzie na własną odpowiedzialność.
Osoby niepełnoletnie muszą być pod opieką osoby dorosłej.
***
Transportpubliczny:
autobusem ze stacji Buchanan o godz. 11.30 do Motherwell a następnie do Carfin (numery autobusów: X 11, 240, 255)
pociąg ze stacji Central Station w kierunku Edynburga zatrzymuje się w Carfin
***
+++
W NASZYCH MODLITWACH PAMIĘTAJMY O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:
***
+KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
+KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
+KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
+KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
+KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
+KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth
+++++++
+++
RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRZY POZOSTAWILI NAM MOCNO WYDEPTANE ŚLADY PIELGRZYMKOWYCH DRÓŻEK.
***
***
Dlaczego wciąż idziemy do Matki?
26 sierpnia 2026
fot. Piotr Tumidajski / Forum
***
Hałas, ekrany, tysiące powiadomień i nieustanny bieg – codzienność potrafi przytłoczyć układ nerwowy do granic możliwości. Podobnie jak przez cały sierpień, tak i dziś – w Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, na jasnogórskich błoniach meldują się tysiące pątników. Wśród nich są ci, którzy szukają tam czegoś absolutnie bezcennego: ciszy, resetu i powrotu do tego, co w życiu najważniejsze.
Dlaczego idę?
– Idę, by spotkać się z Bogiem, ze sobą i z drugim człowiekiem. Idę, by wyraźnie usłyszeć, co Bóg do mnie mówi. Chodzę w grupie wyciszenia, gdzie nie ma gitar, gdzie w czasie wędrówki nie odzywamy się do siebie. To jest mój czas. Bóg mówi w ciszy. Czasem jestem mocno przebodźcowany, a na pielgrzymce wracają „ustawienia fabryczne”. Na nowo odzyskuję pokój w sercu. Idę także ponieważ chcę w czasie pielgrzymkowego trudu oddać sprawy dla mnie ważne dobremu Bogu. Zwyczajnie lubię tę formę modlitwy – mówi o. Leonard Bielecki OFM, Minister Prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu Braci Mniejszych – Franciszkanów w Polsce.
To samo pytanie zadaje sobie co roku tysiące pątników, jednak odpowiedzi bywają bardzo osobiste.
– Na to pytanie pewnie każdy pielgrzym odpowiedziałby trochę inaczej. Niesiemy ze sobą własną historię, swoje intencje, radości, trudności i sprawy, które chcemy powierzyć Bogu. Dla mnie pielgrzymka od lat jest przede wszystkim czasem zatrzymania się, „przeglądu” swojego serducha i spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy – mówi Marceli Łyczko, uczestnik Gliwickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. – Zazwyczaj idę z konkretnymi intencjami. W tym roku było jednak trochę inaczej. Tegoroczna pielgrzymka miała dla mnie charakter pokutny. Była czasem, w którym chciałem nie tylko prosić, ale przede wszystkim podziękować, przeprosić i oddać Bogu to, co przez ostatni czas było dla mnie trudne. Kilkadziesiąt kilometrów drogi daje przestrzeń, żeby pewne rzeczy poukładać, przemodlić i ponazywać – dodaje pielgrzym.
Bo choć cel podróży jest wspólny, to bagaż niesionych intencji i doświadczeń pozostaje sprawą głęboko indywidualną. Indywidualne zmagania na szlaku szybko jednak ustępują miejsca sile, jaka drzemie we wspólnym wędrowaniu.
– Chyba najważniejsi na pielgrzymce są dla mnie ludzie. Idziemy razem – osoby, które często na co dzień bardzo się od siebie różnią. Mamy inne historie, zawody, charaktery i problemy. A jednak przez te kilka dni łączy nas coś bardzo prostego: wiara, wspólne wartości i przekonanie, że warto podjąć trud drogi do Matki Bożej – mówi pielgrzym z Gliwickiej Pieszej Pielgrzymki. – To jest niezwykłe doświadczenie. Można iść obok kogoś, kogo wcześniej się nie znało, a po kilku godzinach rozmawiać o rzeczach, o których czasem trudno powiedzieć nawet bliskim. Są wspólna modlitwa, śpiew, zmęczenie, żarty, cisza i zwykła ludzka pomoc. Kiedy jednemu zaczyna brakować sił, drugi po prostu idzie obok i towarzyszy – wyjaśnia Marceli.
Ta wspólnotowa wędrówka ma też swój głęboki fundament formacyjny, który pozwala pątnikom spojrzeć poza horyzont samej trasy.
– Bardzo mocno wybrzmiało to dla mnie również w tegorocznych konferencjach przygotowanych przez ks. Daniela Bembenka i ks. Tomasza Wolnika. Ich temat: „Podróż po nowe serce” był czymś więcej niż tylko hasłem na trzy dni. Pojawiła się tam myśl o tym, że pielgrzymka nie kończy się w momencie wejścia na Jasną Górę. Droga ma prowadzić dalej – do naszego codziennego życia, relacji i decyzji – mówi. – I chyba właśnie to najbardziej daje mi pielgrzymka. Nie ucieczkę od codzienności, ale możliwość powrotu do niej z odmienionym sercem. Z większą wdzięcznością, większym pokojem i świadomością, że nie idę przez życie sam – dodaje.
W tym roku, kiedy przeżywaliśmy 400-lecie gliwickiego pielgrzymowania, szczególnie mocno czułem, że jesteśmy częścią czegoś większego. Przed nami szli nasi przodkowie, a po nas pójdą kolejni. My tylko na chwilę przejmujemy tę drogę i mamy ją przekazać dalej. 400 lat przy sercu Mamy – i mam nadzieję, że jeszcze wiele kolejnych – podsumowuje gliwicki pątnik.
Gliwice to jednak tylko jeden z wielu punktów na mapie, z których Polacy wyruszają w stronę Jasnej Góry. Szlak zyskuje zupełnie inne, niemal poetyckie barwy w opowieściach pątników ze stolicy. Dla Magdaleny, która z Warszawską Akademicką Pielgrzymką Metropolitalną pielgrzymowała w tym roku po raz piąty, pielgrzymka ma wiele zmysłowych odcieni. To doświadczenie, które rejestruje się sercem.
– Dla mnie pielgrzymka ma kolor wschodzącego słońca, które nieśmiało o poranku budzi się do życia. Ma smak ciepłej zupy, którą ktoś zupełnie obcy chce mnie nakarmić. Kojarzy mi się z otwartym sercem i wyciągniętą dłonią, która pomaga iść wtedy, gdy sama nie mam już sił – mówi.
To właśnie w tych drobnych momentach i napotkanej na szlaku bezinteresowności kryje się sedno rekolekcji w drodze.
– Pielgrzymka jest dla mnie wielką, coroczną lekcją wdzięczności. Uczy, że piękno często rodzi się w prostocie i uważności. Piękny staje się świat, kiedy nie masz nic, a od Pana otrzymujesz wszystko. W codziennym pośpiechu łatwo jednak przeoczyć, jak wiele mamy – zauważa Magdalena. – Dlatego tak bardzo doceniam czas pielgrzymki. Każdego roku otwiera mi oczy na to, co naprawdę ważne oraz odziera ze złudzeń, w których żyję na co dzień – podsumowuje pątniczka.
Oprócz osobistego zachwytu nad prostotą drogi, kluczowym elementem pielgrzymowania okazuje się doświadczenie wspólnoty.
– Pielgrzymka jest dla mnie czasem w roku, który weryfikuje stan mojego serca, pomaga obrać kierunek na następny rok. Pielgrzymując od wielu lat, wiem, że jest dla mnie stałym punktem w roku. To właśnie podczas pielgrzymki nawiązałam najlepsze i najtrwalsze relacje – mówi Magda, która od szesnastu lat bierze udział w WAPM. – Co roku zawierzam się na nowo Maryi oraz zanoszę nowe intencje swoje i bliskich. Trud przebytej drogi daje mi siłę do kroczenia w życiu drogą wiary, a piękno żywego Kościoła przyciąga do powrotu w to samo miejsce za rok – podsumowuje Magda.
Ten magnetyzm jasnogórskiego szlaku i potrzebę cyklicznego powrotu do Matki doskonale rozumieją również pielgrzymi z południa Polski.
– Nie wyobrażam sobie, aby nie iść do Matki Bożej Częstochowskiej, to takie ładowanie akumulatorów na cały rok. Coroczna droga do Matki Bożej to podziękowanie za łaski otrzymane od Boga przez Jej wstawiennictwo przez cały rok i prośba o dalsze wsparcie na kolejne dni – mówi Barbara z Katowickiej Pieszej Pielgrzymki, która w tym roku była dwudziesty drugi raz. – Pomimo upału czy deszczu – cudowna droga, ze wspaniałymi ludźmi, tworzącymi jedną, wielką Wspólnotę opartą na wierze i miłości – podkreśla pątniczka.
Ta sama wewnętrzna tęsknota towarzyszy Marii, dla której tegoroczna piesza pielgrzymka była już piętnastą w życiu.
– Mam taką potrzebę płynącą z serca, dziękując Bogu za dar życia, rodzinę. Idąc na pielgrzymkę do Matki Boskiej Częstochowskiej czuję się szczęśliwa będąc w tak dużej rodzinie, jaką są wszyscy pątnicy – mówi pątniczka Katowickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę.
Zupełnie inny region Polski, ale dokładnie te same emocje i poczucie wdzięczności budzą się na trasie wiodącej z Podkarpacia.
– Pielgrzymuję, ponieważ mogę. Mogę iść, śpiewać, modlić się, służyć innym w drodze – i już samo to daje mi mnóstwo powodów do wdzięczności. A jednocześnie zawsze znajdzie się coś, co mogę powierzyć Bogu i o co mogę Go prosić – mówi Karolina z Przemyskiej Pieszej Pielgrzymki. – Pielgrzymka jest dla mnie wyjątkowym czasem – z jednej strony spotkania z samą sobą i z Bogiem, budowania i pogłębiania tej relacji, a z drugiej spotkania z drugim człowiekiem. W drodze tworzą się więzi, które często zostają na długo po powrocie do domu i potrafią dodawać siły także w zwykłej codzienności. Chyba właśnie dlatego wracam na pielgrzymi szlak – żeby dziękować, prosić, być z ludźmi i na chwilę zostawić za sobą codzienny pęd – dodaje Karolina.
Z kolei na Podlasiu to niezwykłe doświadczenie drogi i wspólnoty staje się szkołą życiowej pokory.
– Do końca nie da się wytłumaczyć tego fenomenu pielgrzymki, dopóki samemu się nie pójdzie. Jest to ogromne święto wspólnoty Kościoła w drodze, poczucie jedności, braterstwa, zauważenia drugiego człowieka a może bardziej zauważenia Chrystusa w drugim człowieku – mówi Piotrek Skowron, muzyk Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej. – Jest to też walka z samym sobą, ze swoimi słabościami fizycznymi, trudnościami, ćwiczenie silnej woli poprzez trudności pielgrzymiego szlaku. Zawsze powtarzam, że pielgrzymka uczy ogromnej pokory, ale i docenienia tego, co małe, drobne, choćby butelki wody, odpoczynku w cieniu. Chodzi o dostrzeganie Boga w tak małych i prostych rzeczach. Pielgrzymka to Kościół w drodze, Kościół poszukujący Boga i ewangelizujący. Daje mi od lat duchowe naładowanie, duchową moc na pokonywanie trudności w codziennym życiu później, przez cały rok. Pielgrzymka to budowanie jedności małżeńskiej i rodzinnej, przyjacielskiej. To na pielgrzymce zbudowałem również relacje w naszej rodzinie – dodaje muzyczny z Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej.
Wszystkie te historie – od ciszy w milczącym tłumie, przez zachwyt prostotą, aż po budowanie rodzinnych więzi – sprowadzają się ostatecznie do jednej decyzji: by wstać z kanapy i ruszyć przed siebie. Bez względu na to, ile kilometrów ma się do pokonania.
Dlaczego pieszo?
– Bo pielgrzymka to też proces. To również zmęczenie, to zdanie się na Opatrzność Bożą. Różne noclegi, różna pogoda. Zresztą wyruszenie z miejsca gdzie jestem wymaga też wyjścia ze strefy komfortu. I oczywiście można samochodem czy pociągiem, ale jak wspomniałem ja lubię tak, na pieszo, by dać sobie czas – wyjaśnia o. Leonard Bielecki OFM.
Marta Dybińska/PCh24.pl
***
środa 26 sierpnia
Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej
Msza święta o godz. 19.00
w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego
***
Piękną poetycką modlitwą do Królowej Polskiej Korony jest wzruszający wiersz Jana Lechonia, powstały w 1942 roku w Nowym Jorku. Wiersz zatytułowany “Matka Boska Częstochowska” zawiera nawiązania do historii obrazu i do miejsc szczególnego kultu maryjnego w Polsce:
Matka Boska Częstochowska, ubrana perłami, Cała w złocie i brylantach, modli się za nami. Aniołowie podtrzymują Jej ciężką koronę I Jej szaty, co jak noc są gwiazdami znaczone.
Ona klęczy i swe lice, gdzie są rany krwawe, Obracając, gdzie my wszyscy, patrzy na Warszawę. O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie I w kościele, i w sklepiku, i w pysznejkomnacie,
W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci, I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci. Która perły masz od królów, złoto od rycerzy, W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,
Która widzisz z nas każdego cudnymi oczami, Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami! Daj żołnierzom, którzy idą, śpiewając w szeregu, Chłód i deszcze na pustyni, a ogień na śniegu.
Niechaj będą niewidzialni płynący w przestworzu I do kraju niech dopłyną, którzy są na morzu. Każdy ranny niechaj znajdzie opatrunek czysty I od wszystkich zagubionych niechaj przyjdą listy.
I weź wszystkich, którzy cierpiąc patrzą w Twoją stronę. Matko Boska Częstochowska, pod Twoją obronę. Niechaj druty się rozluźnią, niechaj mury pękną, Ponad Polską, błogosławiąc, podnieś rękę piękną
I od Twego łez pełnego, Królowo, spojrzenia Niech ostatnia kaźń się wstrzyma, otworzą więzienia. Niech się znajdą ci, co z dala rozdzieleni giną, Matko Boska Częstochowska, za Twoją przyczyną.
Nieraz potop nas zalewał, krew się rzeką lała, A wciąż klasztor w Częstochowie stoi jako skała. I Tyś była też mieczami pogańskimi ranną, A wciąż świecisz ponad nami, Przenajświętsza Panno,
I wstajemy wciąż z popiołów, z pożarów, co płoną, I Ty wszystkich nas powrócisz na Ojczyzny łono. Jeszcze zagra, zagra hejnał na Mariackiej wieży Będą słyszeć Lwów i Wilno krok naszych żołnierzy.
Podniesiemy to, co legło w wojennej kurzawie, Zbudujemy Zamek większy, piękniejszy w Warszawie. I jak w złotych dniach dzieciństwa będziemy słuchali Tego dzwonka sygnaturki, co Cię wiecznie chwali.
***
Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna.
Był rok 1382 lub 1384. Książę Władysław Opolczyk podróżował do Opola, wioząc na załadowanym po brzegi wozie znaleziony na zamku księcia ruskiego Lwa Daniłowicza w Bełzie obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W pobliżu Częstochowy konie nagle zatrzymały się i nie chciały ruszyć z miejsca. A książę we śnie otrzymał polecenie, by przewożony obraz umieścić w pobliskim klasztorze. Od tej pory Jasna Góra staje się miejscem wyjątkowego kultu Matki Bożej, a Jej wizerunek, nazywany jasnogórskim, otaczany jest szczególną czcią przez wiele pokoleń Polaków. W roku 1931, na skutek starań generała paulinów Piotra Markiewicza, watykańska Kongregacja Obrzędów ustanowiła święto Matki Boskiej Częstochowskiej, które jest obchodzone 26 sierpnia.
Nie ustalono, gdzie i kiedy powstał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, mimo że całe pokolenia badaczy trudzą się nad wyjaśnieniem tych kwestii. Według jednej z legend, obraz miał wykonać św. Łukasz Ewangelista na desce pochodzącej ze stołu stojącego w nazaretańskim domu Świętej Rodziny. Św. Helena przywiozła go z Jerozolimy do Konstantynopola i podarowała swemu synowi Konstantynowi Wielkiemu. Potem należał on do cesarza Karola Wielkiego, a wreszcie trafił do rąk księcia ruskiego Lwa Daniłowicza, który ukrył obraz w zamku w Bełzie, skąd zabrał go Władysław Opolczyka
Obraz jasnogórski podobny jest do ikon, na których Matka Boska przedstawiana jest z Dzieciątkiem na lewym ramieniu jako Hodegetria, czyli Przewodniczka, Wskazująca Drogę. W ikonografii terminem tym określa się konkretny sposób przedstawiania Maryi z Dzieciątkiem, który obrazuje dogmat o wcieleniu Syna Bożego dla zbawienia człowieka (w odróżnieniu od ikon przedstawiających macierzyńskie uczucia Maryi wobec Syna, bardziej eksponujących człowieczeństwo Chrystusa, określanych mianem Eleusa, Galaktotrofusa lub Kykkotissa).
Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest więc jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna. Ona nie skupia uwagi na sobie ani nie tuli zaborczo Dziecka, ale wskazuje na Syna jako na Emmanuela, przez którego człowiek wraca do Boga, dostępuje zbawienia. Maryja przyniosła światu Zbawcę, nie zatrzymuje Jezusa dla siebie, ale oddaje Go człowiekowi. Ułożenie prawej dłoni Madonny wyraża prawdę o tym, że jest Ona przewodniczką w wierze, że prowadzi do Syna. Na twarzy widoczny jest smutek, a jednocześnie jakaś łagodność i spokój, co podkreśla godność Boskiego macierzyństwa Maryi.
Sposób przedstawienia Dzieciątka charakterystyczny dla tego typu ikon – z główką lekko uniesioną w stronę Matki, ale nie przytuloną do Niej, wzrokiem skierowanym na wprost, w lewej ręce trzymającego zwój lub księgę Ewangelii, a prawą uniesioną w geście błogosławieństwa – wyraża prawdę, że Chrystus, chociaż wcielony, a więc wyobrażalny, jest zarazem Bogiem. Jego Boski majestat symbolizuje gest błogosławieństwa i pełen godności wyraz twarzy, a także księga w lewej dłoni – symbol Słowa (Logosu), które stało się Ciałem, jak czytamy w Ewangelii wg św. Jana (zob. J1,1). Wyniosła postawa przypomina o wyjątkowej misji, jaką ma do spełnienia na ziemi Syn Boży – zbawienia świata. Sposób ukazywania postaci Madonny i Dzieciątka podkreśla prawdę, że macierzyństwo Maryi jest wyjątkowe, że jest Ona przede wszystkim Matką Boga.
W 1430 roku na jasnogórski klasztor napadła banda zbójców. Zrabowali naczynia liturgiczne i klasztorne skarby. Wdarli się do kaplicy z Cudownym Obrazem, który po odarciu z kosztowności sprofanowali. Twarz Madonny została pocięta mieczem, a w końcu ikona rozbita. Obraz został poddany renowacji, jednak, aby zachować pamięć o tym smutnym wydarzeniu, pozostawiono blizny na twarzy Matki Bożej. Są obrazy o tematyce religijnej, które nawet podobają się oglądającym je, są uznawane za arcydzieła, dostrzega się w nich talent artysty, ale nie wpływają na ich wiarę czy pobożność. A są obrazy cudowne, słynące łaskami, których twórcom udało się uchwycić i wyrazić Tajemnice, które zbliżają do Boga, przemieniają serce człowieka. Takim obrazem jest wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry.
(tekstze strony parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy we Wrocławiu)
***
Papież Leon XIV łączy się z uczestnikami uroczystości na Jasnej Górze
Leon XIV w pozdrowieniach do Polaków podczas środowej audiencji generalnej łączył się z wiernymi i hierarchami zgromadzonymi na Jasnej Górze. Po 70 latach odnawiane są tam dzisiaj Jasnogórskie Śluby Narodu. Papież zachęcił, aby zawarty w nich program odnowy moralnej ciągle był „inspiracją do budowania sprawiedliwości i braterstwa”.
Pełna treść pozdrowienia Leona XIV do Polaków:
„Serdecznie pozdrawiam Polaków. Łączę się duchowo ze zgromadzonymi w Częstochowie, gdzie po 70 latach odnawiane są dzisiaj Jasnogórskie Śluby Narodu, opracowane przez uwięzionego kard. Stefana Wyszyńskiego. Niech zawarty w nich program odnowy moralnej społeczeństwa przez ochronę życia ludzkiego, troskę o małżeństwo i rodzinę oraz o wychowanie dzieci i młodzieży będzie ciągle inspiracją do budowania sprawiedliwości i braterstwa. Wszystkim wam błogosławię!”.
70 lat po historycznym wydarzeniu
W środę 26 sierpnia, w 70. rocznicę Jasnogórskich Ślubów Narodu, biskupi i wierni w Polsce ponawiają zawarte w nich przyrzeczenia. Główna Msza św. w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej rozpocznie się o godz. 11.00 przy ołtarzu polowym na Jasnej Górze. Przewodniczyć jej będzie i homilię wygłosi Prymas Polski abp Wojciech Polak. Na obchody przybywają pielgrzymi z różnych stron kraju.
Tekst Ślubów ułożony przez kard. Wyszyńskiego odczytał 26 sierpnia 1956 roku bp Michał Klepacz. Akt powstał w 300. rocznicę ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza jako program religijnej i moralnej odnowy narodu. Wzywał m.in. do wierności Bogu i Kościołowi, troski o rodzinę, życie i sprawiedliwość społeczną.
Artur Hanula, Karol Darmoros/Vatican News
***
Andrzej Solak:
Jasnogórskie Śluby Narodu AD 1956.
I co dalej?
26 sierpnia 2026
Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego fot. Henryk Przondziona / Gość Niedzielny / Forum
***
– Zapaliliśmy wam pochodnię Jasnogórskich Ślubów na „górach wysokich, osobno” – mówił kardynał Stefan Wyszyński do górali w Zakopanem, w pierwszą rocznicę pamiętnego wydarzenia. – Powstały one wśród gór, w odosobnieniu mego więzienia, gdy prymasowi Polski dana była radość „dla imienia Jezusowego zelżywości cierpieć” (Dz 5, 41). Ogromny program pracy w nich zawarty, nie tylko w górach jest zrodzony, ale w górę prowadzi. […] Mamy przecież podnieść całą Polskę wzwyż! Musimy mówić naszemu Narodowi: Sursum corda! W górę serca!…
Noc długa i ciemna
Rok 1956 miał okazać się wyjątkowy w dziejach naszych i całej Europy Wschodniej.
Z początku nic tego nie zapowiadało. W całym Soc-Łagrze krzepko dzierżyli niepodzielną władzę twardogłowi komuniści. W Polsce za murami więzień i obozów wciąż przebywały tysiące patriotów. Trwało dorzynanie antykomunistycznego podziemia, a właściwie garstki partyzantów, co wciąż tułali się po lasach, bez nadziei zwycięstwa. Obecne w każdym mieście ubeckie katownie wzbudzały nieopisany lęk. W szkołach, zakładach pracy, gazetach forsowano ateizm i dyskryminację wierzących. Na szarego człowieka wylewały się potoki propagandy, nieustannie wychwalającej uroki życia pod rządami Partii.
I nagle ten potężny gmach terroru zachwiał się, u samych fundamentów. W lutym w Moskwie, w trakcie XX Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Nikita Chruszczow potępił „kult jednostki” i zbrodnie epoki stalinizmu. Chruszczow nie był typem nawróconego grzesznika. Za życia Stalina zaliczał się do jego najwierniejszych popleczników. Wciąż uważał się za prawdziwego komunistę. Miał ręce lepkie od krwi. Teraz odciął się od niedawnej przeszłości dla celów polityki doraźnej, w ramach frakcyjnej walki na szczytach władz. Nie przewidział, jakie wrażenie w całym bloku komunistycznym wywoła podważenie „nieomylnych” dotąd dogmatów.
Publiczne obnażenie zbrodniczości systemu wywołało społeczną lawinę, którą trudno było okiełznać. Ludzie coraz śmielej podnosili głowy, także w naszym kraju. W czerwcu na ulice Poznania wyległo sto tysięcy demonstrantów, żądających „chleba, wolności i nauki religii w szkołach”. Protest przerodził się w walki zbrojne, które pochłonęły dziesiątki ofiar. Władze okrutnie zdławiły rewoltę, groziły „odrąbywaniem rąk prowokatorom i szaleńcom”, ale wrzenie narastało. W powietrzu czuć było zbierającą się burzę, choć nikt nie wiedział, dokąd to wszystko doprowadzi, co przyniesie jutro.
Interrex
W rządzonej przez marksistów Polsce jedyną instytucją, która wciąż rozpaczliwie broniła swej niezależności, pozostawał Kościół katolicki.
Dwanaście dotychczasowych lat „czerwonego” panowania przyniosło bolesne rany. Blisko stu zamordowanych oraz tysiąc uwięzionych kapłanów, nadto nieprzeliczone ofiary wśród świeckich, administracyjny ucisk na każdym kroku, codzienne szykany w każdej parafii, próby wywołania rozłamów i wasalizacji… Widok potęgi wroga mógł odebrać nadzieję, a miejsce przy rydwanie zwycięzcy kusiło przywilejami. Były więc także upadki, zdrady, odstępstwa. Jednakże wspólnota wierzących miała to szczęście, że na jej czele stanął człowiek wyjątkowy – duchowy mocarz, a zarazem mąż stanu, który potem zyska u Polaków miano Prymasa Tysiąclecia.
Od 1948 roku godność arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego i warszawskiego, a tym samym prymasa Polski, dzierżył Stefan Wyszyński, cztery lata później wyniesiony do godności kardynalskiej. Człowiek szczerej wiary i patriota, był zarazem twardo stąpającym po ziemi realistą. W 1944 roku, jako kapelan Armii Krajowej, na własne oczy oglądał dramat powstańczej Warszawy; wiedział czym kończy się rzucenie ofiarnej, ale bezbronnej młodzieży przeciw czołgom, artylerii i bombowcom. Dlatego jako prymas starał się unikać otwartej konfrontacji z władzami. Negocjował z komunistami, lawirował, a gdy uznał to za konieczne – szedł na ustępstwa. Chciał dać Kościołowi czas na przeczekanie najgorszego. Jednakże komuna wciąż żądała więcej i więcej. W końcu nie było się gdzie wycofać.
8 maja 1953 roku, co znaczące w dniu wspomnienia św. Stanisława Szczepanowskiego Męczennika, z inicjatywy prymasa Episkopat Polski wystosował list do rządu PRL w obronie prześladowanego Kościoła:
„Gdy postawiono nas wobec alternatywy – albo poddanie jurysdykcji kościelnej jako narzędzia władzy świeckiej, albo osobista wiara – wahać się nie będziemy. Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, idąc z wewnętrznym spokojem i świadomością, że do prześladowania nie daliśmy najmniejszego powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie za co innego, lecz tylko za sprawę Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno: Non possumus!”.
Tego władza nie mogła darować. 25 września 1953 roku bezpieka zatrzymała prymasa. Został następnie internowany pod strażą w klasztorze w Rywałdzie Śląskim, potem w budynkach poklasztornych w Stoczku Warmińskim, w Prudniku Śląskim oraz w klasztorze sióstr Nazaretanek w Komańczy. Mimo wielu starań wrogów nie dał się złamać. Nie pozwolił też, by zawładnęło nim uczucie nienawiści, czy choćby niechęci do prześladowców, przecież po ludzku zrozumiałe w jego położeniu. Jak stwierdził:
– Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził.
Dał nam przykład Jan Kazimierz
W roku 1956 przypadało trzechsetlecie Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza.
Równo przed trzema wiekami szwedzko-protestancki „potop” zalewał niepowstrzymaną falą polskie ziemie. Wtedy to wracający z wygnania nasz monarcha, w zawsze wiernym polskim Lwowie powierzył Ojczyznę opiece Matki Bożej, nadając jej miano Królowej Korony Polskiej. Pokonana militarnie i politycznie Rzeczpospolita sięgnęła wówczas po swą broń ostateczną – duchowe siły narodu. Ta moc poprowadziła ją ku ocaleniu.
Zaskakujące, że prymasa Wyszyńskiego zainspirowała… literatura piękna. Przypadek sprawił, że podczas internowania w Prudniku w zasięgu ręki prymasa znalazł się „Potop” Henryka Sienkiewicza, zawierający potężną scenę Ślubów Lwowskich.
– Czytając „Potop” Sienkiewicza, uświadomiłem sobie właśnie w Prudniku, że trzeba pomyśleć o tej wielkiej dacie – wspominał kardynał. – Byłem przecież więziony tak blisko miejsca, w którym król Jan Kazimierz i prymas Leszczyński radzili, jak ratować Polskę z odmętów. Pojechali obydwaj na południowy wschód, do Lwowa: drogę torowali im górale, jak to pięknie opisuje Henryk Sienkiewicz. Gdy z kolei i mnie przewieziono tym samym niemal szlakiem, z Prudnika na południowy wschód, do czwartego miejsca mego odosobnienia, w góry, jechałem z myślą: musi powstać akt Ślubowań odnowionych!
Czy zatem o nadchodzących wydarzeniach rzeczywiście zadecydował przypadek? Fakt, że prymas sięgnął właśnie po tę, a nie inną książkę?
„Przypadek to pseudonim Boga, gdy nie chce pod czymś umieścić Swego autografu” – napisał niegdyś Anatol France…
Najpiękniej pisze się w więzieniu
Myśl o odnowieniu Ślubów Lwowskich, przystosowanych do nowej sytuacji, dojrzewała także w innych kręgach.
Do więzionego w Komańczy prymasa przybyła jego dawna współpracownica, Maria Okońska, założycielka Stowarzyszenia Żeńskiej Młodzieży Katolickiej. Przedstawiła prośbę biskupów oraz jasnogórskich paulinów o zredagowanie nowej wersji Ślubów Narodu.
– W pierwszym momencie twarz Ojca rozpromieniła się radośnie – wspominała wysłanniczka. – Widoczne było, że Ojciec nie tylko uradował się naszym przybyciem, ale także tą prośbą.
Nieoczekiwanie dla wszystkich prymas jął wahać się i zwlekać z wypełnieniem zadania. W końcu, indagowany przez Okońską, wyznał:
– Gdyby Matka Boża chciała, abym Śluby napisał, byłbym wolny, a ja jestem więźniem i nie uczynię dobrowolnie niczego, co mogłoby się Jej nie podobać.
Na szczęście rozmówczyni natychmiast rozwiała jego wątpliwości: – […] powiedziałam: „Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł najpiękniejsze swoje listy do wiernych pisał z więzienia!”. Ojciec popatrzył na mnie jakoś dziwnie, jakby mnie pierwszy raz zobaczył, i odpowiedział: „Masz rację, najpiękniejsze jego listy pochodziły z więzienia”.
Nazajutrz, 16 maja, w dniu wspomnienia św. Andrzeja Boboli, tekst nowych Ślubów był gotów. Zawarto w nim wielki program odnowy religijnej i moralnej narodu.
– Stajemy przed Tobą pełni wdzięczności, żeś była nam Dziewicą Wspomożycielką wśród chwały i wśród straszliwych klęsk tylu potopów. Stajemy przed Tobą pełni skruchy, w poczuciu winy, że dotąd nie wypełniliśmy ślubów i przyrzeczeń ojców naszych – pisał prymas. W tekście odnawiał śluby przodków, uznawał Matkę Bożą za Patronkę i Królową narodu polskiego. Powierzał Jej opiece „wszystkie ziemie polskie”, przyrzekał wierność w „życiu osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Ślubował bronić życia poczętego, małżeństwa, godności kobiety i ognisk domowych, wychowywać dzieci w wierności Chrystusowi, w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, odrzucając nienawiść, przemoc i wyzysk. Obiecywał wreszcie walkę z wadami narodowymi – lenistwem, lekkomyślnością, marnotrawstwem, pijaństwem i rozwiązłością. Śluby kończyło wezwanie: „Prowadź nas poprzez poddaną Ci ziemię polską do Bram Ojczyzny Niebieskiej. A na progu nowego życia sama okaż nam Jezusa, błogosławiony Owoc żywota Twojego. Amen”.
Prymas zarządził, by Śluby zostały odczytane z Wałów Jasnogórskich w dniu 26 sierpnia przez biskupa Michała Klepacza, zastępującego w tym czasie uwięzionego prymasa. Gdyby z jakichkolwiek powodów biskup nie mógł tego uczynić, tekst miał odczytać generał paulinów o. Alojzy Wrzalik, bądź przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński, w ostateczności zaś „niech to uczyni kuchcik jasnogórski, byleby tylko Śluby były złożone”.
Ów dzień
Maria Okońska nadal pełniła swą pracę emisariuszki między prymasem a pozostającymi na wolności hierarchami Kościoła:
„Przyjechałam do Komańczy 25 sierpnia wieczorem. Przywiozłam dokładny program uroczystości na Jasnej Górze i prośbę ojców paulinów, aby Ksiądz Prymas czynił to samo w Komańczy, z 10-minutowym wyprzedzeniem. Tak też się stało.
Bardzo przeżyłam moment składania Ślubów. Ojciec [tj. Prymas] stanął przed ogromnym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej, wziął tekst Ślubów do ręki i powiedział do mnie:
– Powtarzaj – «Królowo Polski – przyrzekamy!». Jesteśmy jakby symbolem ludu zebranego pod Szczytem Jasnej Góry.
Czytał dobitnie, wyraźnie, z ogromnym wzruszeniem. Ja drżącym głosem powtarzałam:
– Królowo Polski, przyrzekamy!”
A w dalekiej Częstochowie, na Jasnogórskich Wałach, odczytywał tekst ślubów biskup Michał Klepacz. „Królowo Polski, przyrzekamy!” odpowiadała potężnym chórem milionowa rzesza pielgrzymów. Zwracał uwagę pusty fotel przeznaczony dla prymasa. Ktoś położył na nim biało-czerwoną wiązankę kwiatów.
Polska zmieniała się. W październiku, na fali politycznych przeobrażeń na szczytach władz, zwrócono wolność prymasowi. Stalinowska frakcja komunistów została zmuszona do odwrotu. Udało się przy tym uniknąć krwawej jatki, jakiej w owym czasie doświadczyły bratnie Węgry. Rządy marksistów miały potrwać jeszcze długie dekady. W tym czasie wyrządzono jeszcze wiele krzywd i zniszczono wielu ludzi, jednakże najbrutalniejszy okres „Polski Ludowej”, czas prawdziwie masowego codziennego terroru został zamknięty.
Jasnogórskie Śluby Narodu nie były jednorazowym wydarzeniem. W nawiązaniu do nich zrealizowano we wszystkich parafiach program Wielkiej Nowenny, przygotowujący do przeżywania Milenium Chrztu Polski.
Modlitwa na zgliszczach
Jasnogórskie Śluby Narodu, podobnie jak niegdyś Śluby Lwowskie odegrały ogromną rolę, konsolidując Polaków w dramatycznych dla nich chwilach. Co pozostało po złożonych przyrzeczeniach? Czy zostały dotrzymane?
Do serca Twego, Pani świata
My, Twoje dzieci garniem się…
– śpiewały wciąż nowe pokolenia polskich katolików. Czy dzisiaj Matka Boża chętnie przyznałaby się do naszej czeredy?
Ślubowaliśmy jako naród i teraz odnawiamy nasze przyrzeczenia. Ale co wiąże się z faktem, że coś ślubujemy? Czymże jest dziś naród polski?
Nie będę już wracał do czasów komuny, kiedy łudziliśmy się, że wszystko jest winą obcych; że wystarczy tylko wyprosić z naszych granic sowieckie dywizje, a wtedy przykładnie posprzątamy i zagospodarujemy nasz wspólny dom. Bo co zrobiliśmy z ofiarowaną nam wolnością? Jakich wyborów dokonywał nasz naród?
Toż nie przypiszemy cudzoziemskim bagnetom mordów na nienarodzonych maleństwach. Nie zwalimy na obce rządy odpowiedzialności za rozpadające się małżeństwa, za konkubinaty nowomodnie zwane „związkami partnerskimi”, za tolerowanie zboczeń i wynaturzeń. Czy tak ma wyglądać polskie Królestwo Maryi?
Jakże często przyznanie się do polskości sprowadzało się do wymachiwania flagą i odśpiewania paru piosenek. Ale kiedy obce flagi wisiały na naszych urzędach – ilu z nas to nie przeszkadzało? Ilu z nas biło brawa szubrawcom z gębami pełnymi patriotycznych frazesów, co jawnie uprawiali uniżone służalstwo wobec obcych, wobec wrogów?
A kiedy setki tysięcy wyznawczyń lesbijki Lempart maszerowały ulicami polskich miast, żądając prawa do mordowania dzieci nienarodzonych – ilu z nas podążyło bronić kościołów, a ilu tłumaczyło swą bierność restrykcjami kowidowymi ogłoszonymi przez tak zwany „nasz rząd”?
Prawda, mieliśmy w tamtych czasach rządowe zakazy procesji, zgromadzeń, nawet pogrzebów. Przychodziłem wtedy do kościoła, był prawie pusty; była nas garść. Gdzie był naród?
Który biskup wspiera dziś POLSKOŚĆ? Który wspiera zasadę SPRAWIEDLIWOŚCI wynikającą z katolickiej nauki społecznej? Który w minionych latach odważył się powiedzieć głośno, że polskie dzieci spychane w dół w kolejkach do lekarzy nie są wcale mniej ważne od dzieci ukraińskich imigrantów? Który stwierdził, że Polak nie powinien być we własnym kraju obywatelem gorszego sortu?
Który biskup napomniał naszych greckokatolickich braci w Wierze o ich kleryków i duchownych, co pieją przed kamerą „Baćko nasz Bandera, Ukraina mati”? Który oświadczył tym ludziom otwarcie, prosto w oczy, że promowanie zbrodniarzy przez duchownych jest nikczemnością, że stanowi zaprzeczenie Chrystusowej wiary; że wiernych niezorientowanych w temacie prowadzi ku potępieniu?
Ślubowaliśmy jako naród i jako naród upadaliśmy wielokrotnie. To ostatnie nie jest niczym wyjątkowym w ludzkich dziejach. Przecież upadali nawet Apostołowie. Tyle, że oni nie poklepywali się wtedy po plecach, nie pocieszali się krzepiącym pustosłowiem. Gdy wreszcie opuścili swe kryjówki, w których wcześniej chowali się „ze strachu przed Żydami”, zaczęli od rachunku sumienia, od aktu żalu. Pierwszy św. Piotr, co po trzykroć publicznie zaparł się Zbawiciela – on pierwszy ukorzył się i szczerze zapłakał nad własną nędzą. To uczyniło zeń twardą, niezniszczalną Skałę, na której zbudowano Kościół.
Potrzebne są nam wielkie, narodowe rekolekcje.
Andrzej Solak/PCh24.pl
***
Napisane w więzieniu, wypowiedziane na Jasnej Górze
Pusty fotel na Jasnej Górze przypominał, że Prymasa nie ma wśród pół miliona wiernych. Kard. Stefan Wyszyński był więziony w Komańczy, ale to napisane przez niego słowa 26 sierpnia 1956 r. rozbrzmiewały w Częstochowie. Tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu powstał w ciągu jednego poranka i został potajemnie przewieziony na Jasną Górę. 70 lat później historyczna księga Ślubów znów jest w sanktuarium.
Archiwum Instytutu Prymasowskiego Stefana Kardynała Wyszyńskiego.
Oby każde słowo Ślubów Jasnogórskich weszło w naszę krew, pisał Pryms Tysiąclecia
***
Śluby nosił już w sercu
Był rok 1956. Mijało 300 lat od ślubów lwowskich Jana Kazimierza, a internowany od 1953 r. kard. Stefan Wyszyński przebywał w Komańczy. Myśl o odnowieniu historycznego aktu towarzyszyła mu jednak już wcześniej, podczas uwięzienia w Prudniku. Gdy jesienią 1955 r. przewożono go stamtąd do Komańczy, przemierzał część drogi, którą trzy wieki wcześniej król podążał do Lwowa.
Episkopat przygotowywał już „Rok Ślubów Narodowych”. Komunistyczne władze próbowały jednak storpedować te plany. 17 marca Wyszyński zapisał, że rząd „wyraził życzenie”, aby program obchodów został wycofany. Prymas pytał wówczas, czy powodem był lęk przed „masowymi wystąpieniami opinii katolickiej pod przewodnictwem Episkopatu”.
Kilka dni później, 24 marca, do Komańczy przyjechały z Jasnej Góry Maria Okońska i Janina Michalska. Przywiozły Prymasowi wiadomości o przygotowaniach do Roku Ślubów Narodowych. Okońska przekonywała go, aby napisał nowy tekst ślubowania. Wyszyński jednak odmawiał.
„Więzień musi milczeć”
Prymas uważał, że skoro Bóg dopuścił jego uwięzienie, powinien przyjąć również wynikające z niego milczenie. „Jestem więźniem z woli Bożej, a więzień musi milczeć” – argumentował.
Maria Okońska przypomniała mu wtedy św. Pawła, który właśnie z więzienia pisał listy i prowadził założone przez siebie wspólnoty. Ten argument przełamał opór Wyszyńskiego. Gdy Okońska zapytała, czy wie, co chciałby napisać, odpowiedział: „Marysiu, ja je już od Prudnika noszę w sercu!”
Rankiem 16 maja 1956 r., we wspomnienie św. Andrzeja Boboli, Prymas przelał to, co nosił w sobie, na papier. Według zachowanych relacji rozpoczął około godz. 5.00. Dwie godziny później gotowy był kilkustronicowy rękopis Jasnogórskich Ślubów Narodu, niemal bez poprawek.
Tajny tekst rusza w drogę
Rękopis przepisano na maszynie. 22 maja Janina Michalska wyruszyła z tekstem do Częstochowy. Wiozła także listy Prymasa do przełożonych paulinów. Wyszyński liczył się z możliwością kontroli. Przed zaklejeniem kopert przeczytał więc Michalskiej ich treść, aby w razie konieczności mogła zniszczyć dokumenty, a wiadomość przekazać ustnie.
Misja się powiodła. Śluby dotarły na Jasną Górę. Aby nie dopuścić do przedwczesnego ujawnienia tekstu, był on następnie przepisywany m.in. w klasztorach klauzurowych. Przygotowano także uroczystą księgę Ślubów.
Nawet jasnogórski kuchcik
Wyszyński zdawał sobie sprawę, że 26 sierpnia może nie otrzymać zgody na wyjazd do Częstochowy. Dlatego przygotował szczegółowy plan. Śluby miał odczytać bp Michał Klepacz. Gdyby władze mu to uniemożliwiły – generał paulinów, a następnie przeor Jasnej Góry. Prymas był zdecydowany: w ostateczności miał zrobić to nawet „jasnogórski kuchcik”. Najważniejsze było, aby Śluby zostały złożone.
26 sierpnia Wyszyński rzeczywiście pozostał w Komańczy. Na Jasnej Górze ustawiono dla niego pusty fotel. Tekst odczytał bp Klepacz, a zgromadzone tłumy odpowiadały: „Królowo Polski, przyrzekamy!”
Tego samego dnia Prymas pisał w Komańczy: „Te słowa będą mówiły za mnie do ludzi. A ja będę mówić tylko do Ciebie – za nich”. I dodawał: „Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu”.
Pusty fotel z herbem Prymasa “Soli Deo”
***
Księga znów na Jasnej Górze
Trzy dni po uroczystości księga dotarła do Komańczy. Wyszyński złożył pod tekstem swój podpis i dopisał: „In vinculis pro Ecclesia” – „w kajdanach za Kościół”.
Dziś, 70 lat później, historyczny dokument ponownie można zobaczyć na Jasnej Górze. Księga „Odnowienie Ślubów Narodu na Jasnej Górze 1956 RP”, przechowywana na co dzień w Archiwum Archidiecezjalnym w Gnieźnie, jest prezentowana do połowy września na wystawie poświęconej Prymasowi Tysiąclecia w Bastionie św. Rocha.
Historia zatacza więc symboliczne koło. Tekst powstał w Komańczy, potajemnie dotarł na Jasną Górę, wrócił do uwięzionego Prymasa po jego podpis, a po 70 latach znów znalazł się w miejscu, w którym jego słowa wypowiedziały setki tysięcy Polaków.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
Dokonało się wielkie dzieło
26 sierpnia 1956 r. na Jasnej Górze wydarzyło się coś, co nie byłoby możliwe w żadnym innym kraju znajdującym się pod wpływem Związku Sowieckiego.
Malowidło z Klasztoru Franciszkanów w Prudniku-Lesie – miejsca uwięzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego
fot. Grażyna Kołek
***
Ponad milion ludzi składało przyrzeczenie Matce Najświętszej: „Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Komuniści mogli się tylko bezradnie przyglądać rozmodlonej rzeszy wiernych i słuchać, jak po każdym z dziewięciu wezwań rozlegało się potężne: „przyrzekamy”.
Obrona przed zalewem nowych „czarów”
W tym czasie autor ślubów – kard. Stefan Wyszyński przebywał w więzieniu w Komańczy, przy granicy ze Związkiem Sowieckim. Śluby były początkiem gigantycznego planu duszpasterskiego prymasa Wyszyńskiego, dzięki któremu chciał przygotować naród na Tysiąclecie Chrztu Polski, przypadające w 1966 r.
Kardynał Wyszyński, więzień władzy komunistycznej, która usiłowała budować państwo bez Boga, dostrzegł, że trzeba pomyśleć o „obronie Jasnej Góry” w innych kategoriach: jako obronie duszy, rodziny, narodu, Kościoła, przed zalewem nowych „czarów”, pod którym to pojęciem można rozszyfrować wrogą kulturze chrześcijańskiej ideologię.
Tłumaczył to następująco: „«Obrona Jasnej Góry» dziś – to obrona chrześcijańskiego ducha Narodu, to obrona kultury rodzinnej, obrona jedności serc ludzkich w Bożym Sercu, to obrona swobodnego oddechu człowieka, który chce wierzyć bardziej Bogu niż ludziom, a ludziom po Bożemu”.
W Prudniku prymas rozmyślał także o zbliżającej się rocznicy ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych podczas potopu szwedzkiego 1 kwietnia 1656 r. w katedrze we Lwowie. Komuniści nie mogli wiedzieć, że w głowie prymasa Polski kiełkowała myśl, której realizacja wstrząśnie podwalinami budowanego z tak ogromnym nakładem sił i środków nowego ustroju. Prymas nie miał wątpliwości, że w 300. rocznicę ślubów lwowskich, które uważał za jeden z „największych porywów sprawiedliwości społecznej” w Polsce, powinien powstać tekst nowych ślubów, dostosowanych do czasów współczesnych. Kiedy w końcu października 1955 r. był przewożony z Prudnika do Komańczy w Bieszczadach, ostatniego miejsca uwięzienia, zdał sobie sprawę, że porusza się tym samym szlakiem, którym przed 300 laty podążał do Lwowa król Jan Kazimierz z prymasem Wacławem Leszczyńskim, aby tam złożyć swe śluby: ogłosić Maryję, Matkę Chrystusa, Królową Polski, zawierzyć Jej wojsko i lud oraz przyrzec ulżenie doli chłopów.
Pomny na to wielkie historyczne wydarzenie ksiądz prymas postanowił, że w następnym roku – 1956, a więc w 300. rocznicę ślubów króla Jana Kazimierza, powstanie tekst odnowionego ślubowania, składanego już nie przez króla, ale przez cały naród. Z tą myślą jechał do Komańczy, aby rozpocząć trzeci rok swego uwięzienia.
Z więzienia, jak św. Paweł
Prymas nie był sam. Również na Jasnej Górze dojrzewała myśl o ponowieniu ślubów. Nikt nie miał wątpliwości, że ich tekst powinien napisać prymas Polski. Gdy jednak dotarła do niego prośba episkopatu Polski i paulinów z Jasnej Góry, kard. Wyszyński odmówił, tłumacząc, że jest więźniem z woli Bożej, a więzień musi milczeć. Odmówił również bp Michał Klepacz, który pełnił obowiązki przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Sytuację próbowali ratować paulini, ale zredagowany przez ich kierownictwo tekst, co przyznali sami zakonnicy, nie dorastał do rangi wydarzenia.
Był to już czas, kiedy uwięzionego kard. Wyszyńskiego mogły odwiedzać osoby z jego najbliższego otoczenia. 24 marca 1956 r. do Komańczy pojechały Maria Okońska i Janina Michalska z Instytutu Prymasowskiego. Ponownie przedstawiły kard. Wyszyńskiemu prośbę biskupów i paulinów. Na te słowa twarz prymasa rozpromieniła się radośnie, jednak dni mijały, a tekstu ślubów nadal nie było. „Ojcze, dlaczego?” – pytała codziennie Maria Okońska. Dawał wymijające odpowiedzi. Wreszcie, a było to 15 maja, uzasadnił odmowę: „Gdyby Matka Boża chciała, abym Śluby napisał, byłbym wolny, a ja jestem więźniem i nie uczynię dobrowolnie niczego, co mogłoby się Jej nie podobać”.
Wówczas Marii Okońskiej przyszła do głowy olśniewająca myśl: „Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł najpiękniejsze swoje listy do wiernych pisał z więzienia”. Prymas przyznał jej rację.
Na drugi dzień rano wszedł do domowej kaplicy z rozpromienioną miną. Na klęczniku Marii Okońskiej położył plik papieru maszynowego, zapisanego jego drobniutkim pismem. Na pierwszej stronie widniał tytuł: „Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego”.
Teraz zostało do wykonania najtrudniejsze zadanie: dostarczyć tekst na Jasną Górę, aby nie dostał się w niepowołane ręce. Zadanie to prymas powierzył Janinie Michalskiej, załączył też list do ojca generała. W liście tym prosił, aby 26 sierpnia 1956 r. tekst Ślubów został odczytany z wałów jasnogórskich, wobec zebranych pielgrzymów, przez bp. Klepacza, który zastępował uwięzionego prymasa. Jeżeli władze komunistyczne przeszkodzą, niech tekst Ślubów przeczyta generał paulinów o. Alojzy Wrzalik, gdy i ten będzie „przeszkodzony”, niech przeczyta przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński. A jeżeli i jemu zabronią, „niech to uczyni kuchcik jasnogórski, byleby tylko Śluby były złożone”.
W Jej imieniu jednoczyć i odradzać
Na szczęście nikt nie został „przeszkodzony”, a rotę ślubów odczytał bp Klepacz. Dziesięć minut wcześniej, w swoim pokoju w Komańczy, przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, tekst ślubowania wypowiedział prymas Wyszyński. Rolę „ludu Bożego” odegrała Maria Okońska, która po każdym wezwaniu odpowiadała: „przyrzekamy”. Kardynała bardzo ucieszyła przywieziona przez nią hostia jako znak łączności z Jasną Górą.
Prymas, prymus w szkole Maryi, nie buntował się, że nie ma go wśród rzeszy Polaków zgromadzonych przed jasnogórskim szczytem. Widział w tym wolę Matki Najświętszej. Pod datą 26 sierpnia 1956 r. zapisał: „W tej chwili cała Polska modli się o moją obecność na Jasnej Górze. Tylko my dwoje wiemy, że jeszcze nie przyszedł czas, że ma się stać wola Twoja. W tym jest Twoja wielka moc, której ja ulegle się poddaję, jako całkowity niewolnik najpotężniejszej Królowej. Bądź uwielbiona w tej mocy, którą mi dajesz, bym w pełni uznał, że największa moc i miłość jest w tej uległości”.
Po odczytaniu roty Ślubów ogarnął go wielki spokój. Rozsadzająca radość podyktowała mu słowa: „Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu”.
Trzy dni później, w liście do generała paulinów, prymas napisał: „Bóg jeszcze raz pokazał, w imię jakiej siły trzeba jednoczyć i odradzać Naród”. Dla kard. Wyszyńskiego tą niezawodną siłą była Maryja.
Grzegorz Polak –Tygodnik Niedziela
***
Uroczystość NMP Częstochowskiej
Nietypowy wizerunek NMP Częstochowskiej. W towarzystwie kard. Wyszyńskiego. Obraz znajduje się w Prudniku, w sanktuarium św. Józefa.
fot. HENRYK PRZONDZIONO / Gość Niedzielny
***
W środę w Kościele przypada uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Obraz Matki Bożej na Jasnej Górze otaczany jest przez Polaków czcią od XIV w. Co roku do jasnogórskiego sanktuarium pielgrzymuje ok. 2 mln wiernych.
W ciągu roku na Jasnej Górze są dwa szczyty pielgrzymkowe – 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz 26 sierpnia w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Najwięcej pątników dociera do Częstochowy w pielgrzymkach pieszych, jednak część przyjeżdża na rowerach i na rolkach, a część w pielgrzymkach biegowych.
Legenda głosi, że Cudowny Obraz Matki Bożej Częstochowskiej został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Maryi. Rzeczywista data powstania ikony i jej autor nie są znane. Historycy sztuki wykazują na duże podobieństwo do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria, co oznacza: “Ta, która prowadzi”. Zdaniem ekspertów obraz może pochodzić z X w.
Wiadomo, że ikonę sprowadził do Częstochowy na przełomie lat 1382-1384 książę Władysław Opolczyk. Obraz uznany został za cudowny i otoczony kultem, a na Jasną Górę zaczęli przybywać pielgrzymi przynoszący z sobą liczne wota. Przyciągnęły one też złodziei, którzy w 1430 r. dokonali napaści na klasztor.
Napad opisał kronikarz Jan Długosz. Według jego relacji napastnicy ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby, a także złoto i klejnoty, którymi przyozdobiony był obraz. Następnie, w czasie ucieczki, uszkodzili twarz Maryi cięciem szabli. Choć z rozkazu króla Władysława Jagiełły ikona poddana została renowacji, ślady napaści z 1430 r. pozostały widoczne – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi.
Przed ikoną wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk, Stefan Batory, Zygmunt III Waza, Jan Kazimierz i Jan III Sobieski.
Obraz Matki Bożej Częstochowskiej został dwukrotnie ozdobiony papieskimi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego – decyzją Klemensa XI – odbyła się w 1717 r. To on sam ufundował korony dla Matki Bożej. Korony te skradziono w nocy z 22 na 23 października 1909 r. wraz z perłową suknią i innymi kosztownościami. Po kradzieży nowe korony ofiarował Maryi papież Pius X. Powtórna koronacja odbyła się 22 maja 1910 r.
Po wieloletnich staraniach uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w 1904 r. ustanowił dla Jasnej Góry i diecezji włocławskiej papież Pius X. Ogłoszenie święta wyjednał u papieża bł. Honorat Koźmiński. W 1931 r. Pius XI rozciągnął obchody na całą Polskę.
Z Matką Bożą na Jasnej Górze od młodości byli mocno związani zarówno św. Jan Paweł II, jak i bł. kard. Stefan Wyszyński. Papież Jan Paweł II podczas mszy św. na Jasnej Górze 4 czerwca 1979 r. wskazał, że “jeśli chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj. Trzeba przyłożyć ucho do tego miejsca. Trzeba usłyszeć echo życia całego narodu w Sercu jego Matki i Królowej”.
Prymas Tysiąclecia napisał tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, które nawiązywały do lwowskich ślubów Jana Kazimierza z 1656 r., oddających naród w opiekę Maryi. Tekst ten w czasie uroczystości odpustowych w 1956 r. odczytał bp Michał Klepacz.
W ramach przygotowanego przez kard. Wyszyńskiego programu odnowy moralno-duchowej, przygotowującego do obchodów tysiąclecia chrztu Polski, stworzono kopię obrazu jasnogórskiego, która od 26 sierpnia 1957 r. odwiedza kolejne diecezje w kraju.
4 września 1966 r. obraz został siłą zatrzymany przez władze komunistyczne w drodze do Katowic i odwieziony do Warszawy, gdzie przechowywano go w zakrystii. Jednak, kiedy przed oknem zakrystii zaczęli gromadzić się wierni, kopia ikony została przewieziona do kaplicy św. Antoniego na Jasnej Górze. Po zatrzymaniu obrazu, od 1966 do 1972 r., po polskich diecezjach pielgrzymowały tylko puste ramy i ewangeliarz. “Aresztowanie Matki Bożej” odczytane zostało przez wiernych jako symbol braku wolności religijnej w Polsce i wywołało w społeczeństwie wiele emocji. Ostatecznie obraz powrócił na trasę 18 czerwca 1972 r. po tym, jak potajemnie wykradł go z Jasnej Góry ks. Józef Wójcik z pomocą dwóch sióstr służek z Markówki: s. Heleny Trentowskiej i s. Marii Kordas.
Wizerunek do dziś wędruje po Polsce. 26 sierpnia br. kopia ikony rozpoczęła wędrówkę po diecezji świdnickiej, która zakończy się 24 kwietnia 2027. Obraz odwiedzi 192 parafie w 24 dekanatach.
Gość Niedzielny
***
Jacek Kowalski:
Matka Boska Częstochowska.
Mity narodowe – kity naukowe
26 sierpnia 2026
Public domain, via Wikimedia Commons
***
Pewne grono wykształconych Polaków wciąż wierzy, że blizny na obliczu Matki Boskiej Częstochowskiej zostały sztucznie domalowane przez średniowiecznych malarzy, bo Obraz nigdy nie został zbezczeszczony przez husytów, a jedynie obrabowany z kosztowności wskutek katolickiej prowokacji. Takie przekonanie wynika z nieaktualnego już – uwaga, PRL-owskiego u korzeni – stanu badań. Było zaskakująco inaczej.
W Niedzielę Wielkanocną 16 kwietnia 1430 roku napastnicy najechali jasnogórski klasztor, wpadli do kaplicy Cudownego Obrazu, odarli Obraz z kosztowności, wlekli po ziemi, zadawali ciosy malowanemu Obliczu, wreszcie oberwali srebrną blachę scalającą deski podobrazia, które rozpadło się na części.
To fakty. Rany zadane Obliczu były bardzo liczne – znacznie liczniejsze niż te, które widzimy na Obrazie dziś, a zadano je ze szczególną perwersją (wszystko to wiemy dzięki najnowszym badaniom konserwatorskim).
Kto był sprawcą napadu?
Ksiądz kanonik Jan Długosz w swoich Rocznikach Królestwa Polskiego zapisał, iż przez długi czas uważano, że tego występku dopuścili się czescy heretycy, to znaczy husyci, w związku z czym zarówno król Władysław, jak panowie polscy zamierzali wszcząć wojnę z Czechami (…) po zbadaniu jednak sprawy i dojściu do prawdy wyszło na jaw, że napadu dokonali pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi. Pragnąc długi te spłacić, urządzili napad, dobrawszy sobie rabusiów z Czech, Moraw i Śląska. Po odkryciu tego faktu, król wtrącił sprawców do więzienia.
Problem w tym, że w tradycji jasnogórskiego klasztoru trwał inny przekaz: że napadu dokonali husyci – i kropka. W tejże tradycji zapisano, że król Jagiełło zlecił naprawę znieważonego Obrazu, ale mimo usiłowań nie udało się zamalować blizn na Obliczu Matki Bożej: farba nieodmiennie spływała. Dlatego blizny pozostały i są do dziś.
Jak widzimy, dwa równoległe źródła są ze sobą niezgodne. Historyk Długosz i klasztorna tradycja paulinów mówią co innego.
Problemy badaczy minionej epoki
W latach panowania „światopoglądu naukowego”– czyli epoce PRL-u – okazało się, że polscy komuniści mają z tym wydarzeniem problem. Husytów wypadało bowiem uznawać za ruch postępowy – prekursorów rewolucji. Ba, doszło wręcz do uprzedmiotowienia Husa przez dogmatyczny marksizm (to cytat z Pawła Krasa i Martina Nodla). Co więcej, napad na klasztor i likwidacja katolickiej dewocji mogły zostać uznane przez komunistów za czyn chwalebny, bo rewolucyjny. A jednak głupio im było chwalić się zbezczeszczeniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Mimo wszystko.
Zaczęły się więc inne spekulacje – swoją drogą niepozbawione logiki. W roku 1430 na Śląsku trwała wszak wojna. Husyci radykalni ścierali się z umiarkowanymi, którzy gotowi byli do ugody z cesarzem Zygmuntem Luksemburczykiem i resztą katolickiego świata. Zygmunt Luksemburczyk zaś to notoryczny sojusznik Krzyżaków. Radykałowie dążyli więc do zawarcia z Jagiełłą antykrzyżackiego sojuszu. Taki sojusz (do którego ostatecznie doszło) mógł się wielu wydawać wątpliwy. Otóż napad wydarzył się właśnie wtedy, kiedy Jagiełło przyjmował w Kaliszu husyckie poselstwo, rozpoczynając rozmowy w tej sprawie. Czyli był to kij w szprychy porozumienia.
Badacze zaczęli więc sugerować, że cały ten napad to po prostu katolicka prowokacja, która podała broń do rękiantyheretyckiej propagandzie, aby oczernić husytów (swoją drogą trudno było ich oczerniać na tej podstawie, bo eksces częstochowski to i tak pryszcz wobec tego, co wyrabiali u siebie). Napad opisywano więc jako husycki w cudzysłowie, dokonując zdjęcia odpowiedzialności z czeskich husytów za wypadek częstochowski. Inni badacze uważali, że Długosz w ogóle konfabulował, skoro nieznane są jakiekolwiek zapiski o tym, iż srodze ukarana została zbrodnicza szlachta. Czyli wszystko to katolicka fikcja, gwoli wykreowania blizn na obliczu Maryi na atrybut Królowej Korony Polskiej i nabożną metaforę naszych dziejów.
Współczesna konsternacja
A tymczasem – rękopisy nie płoną. W świetle niedawno odkrytych dokumentów relacja Długosza okazała się dokładna i prawdziwa, tak samo jak… tradycja zakonna. Sęk w tym, że oba przekazy omijały część prawdy – tu niewygodnej dla króla Jagiełły, tam wstydliwej dla rycerstwa polskiego. Nowo odkryte źródła – w połączeniu z relacją Długosza – wskazały, że sprawcą napadu był husycki oddział księcia Fedka Ostrogskiego, acz jego przewodnikami lub prowodyrami było faktycznie kilku polskich młodzieńców z dobrych rodów: Jakub Nadobny z Rogowa, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa i Rogala z Kozolina.
Tu wyjaśnienie: Fedko Ostrogski to ruski kniaź, który przekabacił się na radykalnego heretyka i hulał po Śląsku, ale wcześniej, za młodu, bywał prawą ręką Jagiełły. Z kolei polscy młodzieńcy do husytów nie należeli. Zapewne zawędrowali na Śląsk w asyście jakiegoś (królewskiego?) poselstwa. Faktycznie byli straszliwie zadłużeni, więc albo sami podsunęli husytom pomysł napadu, albo najęli się za przewodników w zamian za udział w łupach. Wszyscy trzej trafili do wawelskich lochów (skąd zresztą szybko się wydostali). Tylko książę Fedko, pozostający poza królewską jurysdykcją, uszedł bez szwanku.
Średniowieczna konserwacja
Tymczasem król zlecił naprawę Obrazu i ufundował srebrne blachy dla jego ozdoby, oddając dzieło w ręce malarzy krakowskich. Rozłamane deski podobrazia scalono, ujmując je w malowaną ramę (istniejącą do dziś). Pamiętamy, że wedle tradycji wynajęci malarze żadną miarą zamalować nie mogli blizn na Obliczu Maryi. Otóż to nieprawda: stało się wręcz przeciwnie. Malarzom udało się zamalować niemal wszystkie blizny, których było bardzo wiele. Te, które widzimy dziś, nie zostały jednak domalowane: to zapuszczone czerwoną farbą fragmenty prawdziwych szram, pozostałych po ciosach, które obrazoburcy-rabusie zadali Obliczu Maryi. Te blizny malarze (decyzją paulinów?) pozostawili jako świadectwo dla przyszłych pokoleń.
Książka profesora Kurpika
W ciągu ostatnich kilku dekad zmieniał się radykalnie stan badań nad Jasnogórskim Obrazem. Parę lat temu otrzymaliśmy ich podsumowanie: książkę Częstochowska Hodegetria, pióra zasłużonego konserwatora i badacza, świętej pamięci profesora Wojciecha Kurpika.
To pozycja, którą każdy wykształcony polski katolik powinien mieć na półce. Nie negując większości dotychczasowych ustaleń, lecz dodając arcyważne szczegóły, profesor Kurpik przedstawia krytycznie dzieje badań, dodając nieznane dotąd fakty i nowe przesłanki. Z tej właśnie książki w znacznym stopniu czerpię moją opowieść. Przechodząc wreszcie do wcześniejszych dziejów Matki Boskiej Częstochowskiej, którymi wypada zakończyć ten tekst.
Legenda i prawda
Pierwsze doniesienia o Obrazie, zapisane w XV wieku, są niestety wewnętrznie sprzeczne. Mowa w nich o namalowaniu wizerunku Maryi przez świętego Łukasza na deskach ze stołu w domu Matki Bożej, następnie o przeniesieniu Obrazu przez cesarza Konstantyna Wielkiego z Jerozolimy do Konstantynopola; legenda podaje, że Konstantyn miał potem ofiarować Obraz księciu Rusi Halickiej – Lwu, który umieścił go na zamku w Bełzie. Kiedy książę Władysław Opolczyk został namiestnikiem Rusi z ramienia króla Ludwika Węgierskiego, Bełz oblegli Tatarzy. Wtedy to pogańska strzała utkwić miała w obliczu Maryi, a Tatarzy pierzchli za sprawą Boskiej interwencji. Następnie książę ofiarował Obraz klasztorowi jasnogórskiemu.
Niestety, ta wersja nie jest wiarygodna. Jak to bywa w legendach, wykluczają się wzajemnie daty i osoby. Co do świętego Łukasza, przypisuje mu się wiele obrazów, ale jego autorstwo można ze spokojem przenieść w sferę mitu. Opowieść o Ewangeliście jako malarzu powstała dopiero u końca pierwszego tysiąclecia, a za czasów Konstantyna Wielkiego nie znano jeszcze ikon. Dalej, w czasach Konstantyna Ruś nie istniała, a za Władysława Opolczyka Bełz nie był oblegany przez Tatarów.
Obraz mówi
Mimo to legendy lekceważyć nie wolno. Tytuł: malowany przez świętego Łukasza trwał przy obrazach o szczególnym znaczeniu i pochodzeniu. Tak jest i w tym przypadku. Choć nie zgadzają się chronologia i geografia opowieści, zgadzają się, o dziwo, fakty, które pozostawiły wyraźne ślady w deskach podobrazia i na częstochowskim malowidle. Można by rzec, że wydarzenia, o których mówi legenda, miały istotnie miejsce – lecz w innym czasie i okolicznościach, których nie znamy i może nigdy już nie poznamy.
Aby spróbować do nich dotrzeć, trzeba pozwolić, aby Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej przemówił swoją materialną historią. Otóż namalowano go na kilku zespolonych ze sobą deskach. Pierwotnie był prawosławną ikoną, powstałą bodaj na Bałkanach w drugiej połowie XIII wieku. Zapewne już po kilkudziesięciu latach czczony był jako cudowny i jako dzieło świętego Łukasza. W istocie stanowił część jakiegoś cerkiewnego ikonostasu (o czym mówią ślady na deskach).
W niewiadomych okolicznościach, w wieku XIV, został zbezczeszczony: ugodzono go ostrym narzędziem (strzałą?) i po raz pierwszy połamano. To do tego wydarzenia odnosi się opowieść o tatarskiej napaści. Kto naprawdę był obrazoburcą – trudno powiedzieć, ale akt obrazoburstwa wątpliwości nie ulega.
Mniej więcej wtedy Obraz przeszedł z rąk prawosławnych w katolickie. Może jako dar monarszy? Rozerwane deski na powrót zespolono, obijając je od tyłu srebrną blachą, a ślad uderzenia – u dołu szyi Matki Bożej, przy ramieniu – ujęto w ozdobną aplikację (dziś już jej nie ma). Na starych deskach, traktowanych jak prawdziwe relikwie, jakiś italski malarz wykonał obecny, nowy Obraz – ten, który znamy i który de facto ikoną już nie jest, choć bywa tak nazywany.
W rękach świętej Jadwigi
W tym stanie Obraz trafił do skarbca królowej Węgier, Elżbiety Łokietkówny, a potem do jej synowej, królowej Elżbiety Bośniaczki, matki świętej Jadwigi. Wymieniają go królewskie inwentarze. Niewykluczone, że był drogocennym darem od któregoś z prawosławnych władców, może nawet cesarza Konstantynopola? Kiedy święta Jadwiga udawała się do Polski, prawdopodobnie otrzymała cudowny Obraz na drogę, a występujący w jej imieniu książę Władysław Opolczyk ofiarował Go do nowo założonego klasztoru paulinów na Jasnej Górze. Tu Matka Boża zasłynęła łaskami. Wkrótce potem, po objęciu tronu przez Władysława Jagiełłę, polski król stał się głównym patronem i dobrodziejem klasztoru.
Musimy wszakże pamiętać, że znaczna część tej opowieści to jednak hipoteza. Ojcowie paulini opublikowali zarówno książkę profesora Kurpika, jak i wiele artykułów naukowych, które przeczą legendzie, ale też bywają sprzeczne ze sobą. A ojcowie nie porzucają legendy definitywnie. Może się jeszcze okazać, że jakieś nowe ziarna prawdy oświetlą ją w niespodziewany sposób.
Jacek Kowalski/PCh24.pl
***
sobota – 22 sierpnia
Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej
Koronacja Matki Boskiej, El Greco, 1591, Muzeum Santa Cruz, Toledo, Hiszpania
Charakterystyczna dla obrazów El Greca świetlistość opływa scenę koronacji Najświętszej Marii Panny. W dole zebrali się Apostołowie – wznoszą wzrok w górę, kontemplując niebiańską scenę: trzy osoby Świętej Trójcy koronują Matkę Bożą na Królową Niebios.
***
Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.
“Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.
papież Pius XII
***
“Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.
zKonstytucji Dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II – Lumen gentium(KK59)
***
Bardzo serdecznie zapraszam do kościoła św. Piotra na godz. 18.00, aby odnowić AKT ODDANIA SIĘ MATCE BOŻEJ RODZICIELCE, KRÓLOWEJ ŚWIATA,
który złożyliśmy 22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona. Wtedy oddaliśmy siebie i całą naszą wspólnotą do dyspozycji Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za tak wiele błogosławieństw, które dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.
***
Akt osobistego oddania się Matce Bożej
Matko Boża, Niepokalana Maryjo! Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam. Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości. Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką. Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie. Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam. Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz. Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna była rzeczywistym Królestwem Twego Syna i Twoim. Amen.
***
22 sierpnia 2012
Maryja to królowa, która służy
Królowaniu Maryi poświęcił papież swoją katechezę podczas audiencji ogólnej w Castel Gandolfo. Ojciec Święty zaznaczył, że temat ten obrał w związku z przypadającym dziś w kalendarzu liturgicznym wspomnieniem Najświętszej Maryi Panny, Królowej.
Dzisiaj przypada liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny przyzywanej jako „Królowa”. Święto to wprowadzono niedawno, chociaż jego pochodzenie i kult są bardzo dawne. Ustanowił je Czcigodny Sługa Boży Pius XII w 1954 roku, na zakończenie Roku Maryjnego, wyznaczając jego datę na 31 maja (por. Encyklika Ad Caeli Reginam, 11 octobris 1954: AAS 46 [1954], 625-640). Przy tej okazji papież powiedział, że Maryja jest Królową, bardziej niż wszelka inna istota stworzona ze względu na wyniesienie Jej duszy i doskonałość otrzymanych darów. Nieustannie obsypuje Ona ludzkość wszystkimi skarbami swej miłości i troski (por. Discorso in onore di Maria Regina, 1° novembre 1954). Obecnie, po posoborowej reformie kalendarza liturgicznego zostało ono umieszczone osiem dni po uroczystości Wniebowzięcia NMP, aby podkreślić ścisły związek między królowaniem Maryi a Jej uwielbieniem w duszy i ciele, u boku swego Syna. W konstytucji dogmatycznej II Soboru Watykańskiego Lumen gentium czytamy: „Maryja z ciałem i duszą została wzięta do niebieskiej chwały i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobnić się do swego Syna” (n. 59).
Tutaj jest źródło dzisiejszego święta: Maryja jest Królową, ponieważ jest związana w sposób wyjątkowy ze swym Synem, zarówno w życiu doczesnym, jak i w chwale nieba. Jak stwierdza Efrem Syryjczyk, królewskość Maryi pochodzi z Jej Boskiego macierzyństwa: jest Matką Pana, Króla królów (por. Iz 9, 1-6), a ukazuje nam Jezusa jako nasze życie, zbawienie i nadzieję. Jak już przypominał Sługa Boży Paweł VI w adhortacji apostolskiej Marialis Cultus: „W Maryi Pannie wszystko odnosi się do Chrystusa i od Niego zależy: mianowicie ze względu na Niego Bóg Ojciec od wieków wybrał Ją na Matkę pod każdym względem świętą, a Duch Święty przyozdobił darami, jakich nikomu innemu nie udzielił”(n. 25),
Pytamy się teraz, co oznacza, „ Maryja-Królowa”? Czy to jeden z tytułów między innymi, czy korona jest jedną z ozdób? Jak już wskazałem jest to konsekwencja Jej zjednoczenia z Synem, przebywania w niebie, czyli w jedności z Bogiem. Ma Ona udział w odpowiedzialności Boga za świat i miłości Boga wobec świata. Istnieje popularne pojęcie króla czy królowej, zgodnie z którym miała by to być osoba obdarzona władzą i bogactwem. Nie jest to jednak ten rodzaj królowania, właściwy Jezusowi i Maryi. Pomyślmy o Panu Jezusie. Królowanie Chrystusa jest utkane z pokory, służby i miłości. Jest to przede wszystkim służenie, pomaganie, miłowanie. Pamiętajmy, że Jezus został ogłoszony królem na krzyżu, gdy Piłat napisał „Król żydowski”. Na krzyżu ukazał On, że jest królem i w jaki sposób jest królem – cierpiąc za nas, z nami, miłując aż do końca i w ten sposób rządzi, tworzy prawdę, miłość, sprawiedliwość. Czy też podczas Ostatniej Wieczerzy, pochylając się i obmywając stopy swoim uczniom. Tak więc królowanie Jezusa nie ma nic wspólnego z panowaniem władców tego świata, jest Królem, który służy swoim sługom. Ukazał to na przestrzeni całego swego życia ziemskiego.
Tak samo jest z Maryją: jest Ona Królową w służbie Bogu i ludzkości; jest Królową miłości, przeżywającą dar z siebie dla Boga, aby wejść w plan zbawienia człowieka. Odpowiada aniołowi: „Oto ja, Służebnica Pańska”, a w Magnificat wyśpiewuje: „Bóg wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy”. Pomaga nam i jest Królową właśnie miłując nas, kochając nas. W każdej naszej potrzebie jest naszą siostrą, pokorną służebnicą.
Jak Maryja sprawuje tę królewskość służby i miłości? Czuwając nad nami, Jej dziećmi: dziećmi, które zwracają się do Niej w modlitwie, aby Jej podziękować lub wypraszać Jej macierzyńską opieką i Jej niebiańską pomoc, być może zagubiwszy drogę, uciskani bólem lub udręką z powodu smutnych i trudnych perypetii życiowych. W pomyślności czy też mrokach życia zwracamy się do Maryi, powierzając się jej nieustannemu wstawiennictwu, aby wyjednywała nam u Syna wszelkie łaski i miłosierdzie potrzebne na nasze pielgrzymowanie po drogach świata. Do Tego, który rządzi światem i trzyma w ręku losy wszechświata zwracamy się ufni, za pośrednictwem Maryi Panny. Jest Ona od wieków przyzywana, jako Królowa Nieba. Po modlitwie Różańca Świętego osiem razy jest Ona w Litanii Loretańskiej przyzywana jako Królowa aniołów, patriarchów, proroków, apostołów, męczenników, wyznawców, dziewic, Wszystkich Świętych i rodzin. Rytm tych starożytnych wezwań i codziennych modlitw, jak na przykład Salve Regina, pomaga nam w zrozumieniu, że Najświętsza Dziewica jako nasza Matka u boku Syna swego Jezusa w chwale niebios jest z nami zawsze, w dniu powszednim naszego życia. Tak więc tytuł „Królowej” jest więc tytułem zaufania, radości, miłości. Wiemy, że Ta, która ma po części w ręku losy świata jest dobra, kocha nas i pomaga w naszych trudnościach.
Drodzy przyjaciele, nabożeństwo do Matki Bożej jest ważnym elementem życia duchowego. W naszej modlitwie zwracamy się do Niej ufni. Maryja nie omieszka wstawiać się za nami u swego Syna. Spoglądając na Nią, naśladujmy Jej wiarę, pełną gotowość wypełniania Bożego planu miłości, hojne przyjęcie Jezusa, uczymy się od Maryi życia. Maryja jest Królową Nieba, bliska Bogu, ale jest również matką bliską każdego z nas, miłującą nas i wysłuchującą nasz głos. Dziękuję za uwagę.
Benedykt XVI
Watykan news/Kai
***
Dlaczego nazywamy Maryję Królową?
Matka Boża jest czczona jako Królowa. Dlaczego tak ją nazywamy?
Królowa matka
Tytuł „Królowa matka” odnosi się do wdowy po zmarłym królu, która jest matką panującego władcy. Matki monarchów miały wielokrotnie duży wpływ na dworze, często bywały także regentkami. Świadectwo tego zjawiska znajdziemy także w Biblii. Na dworach wielu królów z dynastii Dawida była gebira – Wielka Pani, czyli ich matka. Król Salomon tak zwracał się do swojej mamy, Batszeby: „Król Samolom odrzekł jej [Batszebie]: «Proś, moja matko, bo tobie nie będę odmawiał»” (1 Krl 2, 20). Alegoryczna interpretacja tych słów kieruje naszą uwagę na Maryję, Matkę Jezusa z rodu Dawida.
W zwiastowaniu Maryja słyszy, że jej Syn będzie „będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego ojca, Dawida” (Łk 1, 31). W tym momencie sama otrzymuje ona tytuł królowej matki.
Królowa wszystkich świętych
Wśród wezwań Litanii loretańskiej znajdziemy kilka, które opiewają Maryję, jako Królową Wszystkich Świętych: apostołów, dziewic, męczenników, wyznawców… Co oznacza, że Maryja jest ich królową?
Co więcej, jej królowanie nie oznacza władzy związanej z uciskiem, odbieraniem hołdów i danin. Jej królowanie wynika z panowania Jezusa, które objawiło się przez miłość po krzyż, po służbę do oddania własnego życia.
Królowa Niebios
Maryja jest w końcu nazywana Królową Niebios. Jak twierdzi Pius XII w Encyklice „Ad Caeli Reginam”:
Do niebios Królowej zasyłał lud chrześcijański korne modły i zbożne pienia już od pierwszych wieków chrześcijaństwa, czy to w chwilach radosnych uniesień, czy zwłaszcza wśród ciężkich udręk światowych i nigdy go nie zawodziła nadzieja pokładana w Matce Boskiego Króla, Jezusa Chrystusa i nigdy w nim wiara nie słabła, że Bogarodzica Dziewica Maryja włada po macierzyńsku całym tu światem, jak w szczęśliwości niebieskiej dzierży koronę królewskiej chwały (ACR, 1).
Ten sam papież wyjaśnia, że królewska godność Maryi, która obejmuje także niebo, opiera się na jej macierzyństwie. Jan Damasceński napisał: „Kiedy stała się Matką Stwórcy, stała się prawdziwie Królową wszelkiego stworzenia”. A skoro stała się Matką Pana Niebios, sama stała się ich Królową.
Jak stać się jej poddanym?
Stajemy się jej poddanymi, gdy wypełniamy jej testament: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Możemy także modlić się za jej przyczyną.
Panie, zmiłuj się nad nami! Panie, zmiłuj się nad nami!
Chryste, zmiłuj się nad nami! Chryste, zmiłuj się nad nami!
Panie, zmiłuj się nad nami! Panie, zmiłuj się nad nami!
Maryjo, Królowo Niepokalana, króluj nad nami! Świątynio Świętej Trójcy… Umiłowana Córko Ojca… Najgodniejsza Matko Syna Bożego… Najczystsza Oblubienico Ducha Świętego… Od grzechu pierworodnego zachowana… Przez Najwyższego pełnią łaski obdarzona… Błogosławiona między niewiastami… Matko czystej miłości… Różo miłosierdzia… Lilio czystości… Kwiecie pokory… Królowo wszelkich cnót…
Maryjo, Królowo Niepokalana, błagamy Cię, wysłuchaj nas! Matko Bożego miłosierdzia, bądź ucieczką dla biednych grzeszników… Zwycięska w Bożych zmaganiach, nawróć wszystkich prześladowców Kościoła… Ty, która odnosisz zwycięstwo nad złem i śmiercią, bądź nadzieją dla umierających… Matko o doskonałym macierzyńskim sercu, zmiłuj się nad nędzą biednych… Matko o doskonałym macierzyńskim sercu, ulżyj cierpieniu wszystkim samotnym…
Maryjo, Królowo Niepokalana, bądź nam zwycięska! Dziewico najsłodsza, Władczyni serc wszystkich… Dziewico najlepsza, Królowo ognisk rodzinnych… Dziewico najczystsza, Królowo dziecięcych dusz… Najwierniejsza Dziewico, Królowo osób konsekrowanych… Znaku zbawienia, Królowo naszej Ojczyzny… Królowo pokoju… Królowo wszystkich narodów…
Maryjo, Królowo Niepokalana, bądź umiłowana, błogosławiona, wywyższona i władaj całym wszechświatem, tak na ziemi, jak i w niebie!
Módlmy się. Wszechmogący wieczny Boże, Ty zabrałeś Maryję, Matkę Twojego Syna i naszą Matkę, do chwały nieba z Jej duszą i ciałem, i ukoronowałeś Ją jako niepokalaną Królową nieba i ziemi, spraw, aby wszyscy ludzie mogli rozpoznać Ją na Jej właściwym miejscu i sprawić, by zatriumfowała i królowała we wszystkich sercach i życiach. Amen.
źródło: Stacja7, en.wikipedia.org, maryjni.pl
***
Pontyfikat pod płaszczem Maryi. Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa.
Papież podczas modlitwy przy wizerunku Matki Bożej z Guadalupe (fot. @Vatican Media)
***
Pierwszą podróż jako nowo wybrany papież Leon XIV odbył już dwa dni po wyborze – do sanktuarium maryjnego w Genazzano, gdzie zawierzył swój pontyfikat Maryi Matce Dobrej Rady. W pierwszym roku swego pontyfikatu Leon XIV wielokrotnie zawierzał Maryi trudne sprawy. Był w ukochanym przez Jana Pawła sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na górze Mentorella, polecał sprawy pokoju na świecie podczas czuwań różańcowych. O samym różańcu mówił, że jak na krośnie tworzy tkaninę pokoju.
Pierwsza wizyta – u Matki Bożej w Genazzano
– Bardzo pragnąłem przybyć tutaj w tych pierwszych dniach nowej posługi, którą powierzył mi Kościół, aby kontynuować tę misję jako następca Piotra – tak powiedział Leon XIV, kiedy dwa dni po swoim wyborze, 10 maja 2025 roku, przybył do sanktuarium Matki Bożej Dobrej Rady w Genazzano, będące pod opieką augustianów.
Przypominając wizytę do tego samego sanktuarium, którą odbył po wyborze na przeora generalnego Zakonu Świętego Augustyna, oraz decyzję o „ofiarowaniu życia Kościołowi”, papież podkreślił swoją „ufność w Matkę Dobrej Rady”, towarzyszkę „światła i mądrości”.
Do Matki Bożej Łaskawej
Kolejnym miejscem związanym z nabożeństwem maryjnym, jakie odwiedził Leon XIV było położone na górze Mentorelli sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, którym się opiekują polscy Zmartwychwstańcy. 19 sierpnia 2025 roku, na zakończenie swoich letnich wakacji papież przybył tu, by modlić się do Maryi.
Celem wizyty Leona XIV na zakończenie wakacji było oddanie się pod opiekę Matki Bożej Łaskawej.
– Gdy papież wszedł do kościoła – opowiadał kustosz sanktuarium o. Adam Dźwigoń – u stóp Madonny zapalił świecę, wyrażając szczególną prośbę o pokój na świecie.
Ksiądz Adam relacjonował, że Leon podzielił także obiad z zakonnikami. – Było to bardzo wzruszające spotkanie, a zarazem pełne prostoty, ducha ojcostwa i braterstwa między ojcem świętym a nami, którzy tu jesteśmy stróżami tego miejsca – podsumował kustosz.
Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa
Dla Leona XIV Maryja jest Tą, która wskazuje na Jezusa i zachęca do wsłuchania się w słowa Zbawiciela.
„Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” – te słowa Maryi z Kany Galilejskiej Podczas czuwania modlitewnego w intencji pokoju, 11 października 2025 roku, przy figurze Matki Bożej z Fatimy Papież mówił, że te słowa są ostatnimi, jakie zapisała Ewangelia, są zatem jakby testamentem matki dla jej dzieci.
– Cokolwiek wam powie. Jest pewna, że Syn przemówi, że Jego Słowo nie jest skończone, że nadal stwarza, rodzi, działa, napełnia świat wiosną, a stągwie weselne winem. Maryja, niczym drogowskaz, kieruje poza siebie, pokazuje, że punktem docelowym jest Pan Jezus i Jego Słowo, centrum, do którego wszystko zmierza, oś, wokół której obracają się czas i wieczność – wskazywał Leon XIV.
I zachęcał za Maryją: „Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam powie: całą Ewangelię, słowo wymagające, pocieszającą czułość, upomnienie i uścisk. To, co rozumiesz, a także to, czego nie rozumiesz. Maryja zachęca nas, abyśmy byli jak prorocy: abyśmy nie pozwolili, żeby choć jedno z Jego słów się zmarnowało.
8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Leon XIV modlił się pod kolumną Niepokalanej przy Placu Hiszpańskim w Rzymie:
„Jesteś Matką rodzącego się Kościoła”
„Spójrz, o Maryjo, na tak wielu synów i córki, w których nie zgasła nadzieja:
niech w nich wzrośnie to, co zasiał Twój Syn,
On – Żywe Słowo, które w każdym z nas pragnie dalej wzrastać,
przyjąć ciało, oblicze i głos.
Niech jubileuszowa nadzieja rozkwita w Rzymie i w każdym zakątku ziemi,
nadzieja na nowy świat, który Bóg przygotowuje
i którego Ty, Panno, jesteś jak klejnot i jutrzenka.
Po świętych drzwiach niech otworzą się teraz inne drzwi
domów i oaz pokoju, w których niech odrodzi się godność,
niech wychowuje się do niestosowania przemocy, niech uczy się sztuki pojednania.
Niech przyjdzie królestwo Boże,
nowość, na którą tak bardzo liczyłaś i na którą całkowicie się otworzyłaś,
jako dziewczynka, jako młoda niewiasta i jako Matka rodzącego się Kościoła.”
Szczególnie przejmującą modlitwę do Maryi wypowiedział papież cztery dni później w homilii podczas Mszy św. w Bazylice św. Piotra we wspomnienieNajświętszej Marii Panny z Gadalupe. Przy wizerunku Maryi czczonej w całej Ameryce Południowej wołał, nawiązując do słów Jana Pawła II wypowiedzianych w Syrakuzach w 1994 roku: – Matko „Boga prawdziwego, dla którego się żyje”, przyjdź z pomocą Następcy Piotra, aby był umocnieniem w jedynej drodze, prowadzącej do błogosławionego Owocu Twojego łona tych wszystkich, którzy zostali mi powierzeni. Przypomnij temu swojemu synowi, „któremu Chrystus powierzył klucze królestwa niebieskiego dla dobra wszystkich”, że klucze te mają służyć „misji wiązania i rozwiązywania, dla odkupienia wszelkiej ludzkiej nędzy”. I spraw, abyśmy ufając Twojej opiece, postępowali coraz bardziej zjednoczeni z Jezusem i między sobą, ku wiecznej ojczyźnie, którą On nam przygotował i w której Ty na nas czekasz. Amen.”
Różaniec, tkanina życia i pokoju
Leon XIV wielokrotnie zachęca do modlitwy do Maryi, zwłaszcza w intencji pokoju. Czyni to podczas audiencji generalnych, czy w czasie pozdrowień po modlitwie Anioł Pański w niedziele.
11 kwietnia 2026 r. zaprosił wiernych na całym świecie do włączenia się razem z nim w modlitewne czuwanie w intencji pokoju, któremu przewodniczył w Bazylice św. Piotra. Tak mówił wtedy o tej maryjnej modlitwie: „Różaniec – podobnie jak inne prastare formy modlitwy – zjednoczył nas dziś wieczorem swoim równym rytmem, opartym na powtarzaniu: w taki właśnie sposób pokój toruje sobie drogę – słowo po słowie, gest po geście; jak skałę drąży kropla po kropli, jak na krośnie stopniowo powstaje tkanina. Są to długie okresy życia, znak cierpliwości Boga.”
Jak mówił papież, to właśnie modlitwa, także różańcowa stanowi potężną siłę przeciwko złu.
„Modlitwa wychowuje nas do działania. Ograniczone ludzkie możliwości łączą się w modlitwie z nieskończonymi możliwościami Boga. Wówczas myśli, słowa i czyny kruszą demoniczny łańcuch zła i oddają się na służbę Królestwu Bożemu.”
To także dlatego swoją pierwszą rocznicę na tronie Piotrowym Papież zapragnął spędzić w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach, gdzie odmówi suplikę pompejańską do Matki Bożej.
Modlitwa różańcowa kropla po kropli drąży skałę, w ten sposób pokój toruje sobie drogę – wskazał Leon XIV podczas czuwania w intencji pokoju .
Wojciech Rogacin/Vatican News/dm
***
Cudowne uratowanie życia i nawrócenie… pilota! Niezwykła historia Apelu Jasnogórskiego
fot. Wenhao Ryan,Unsplash/ jasnagora.pl
***
Apel Jasnogórski jest wieczorną modlitwą kierowaną do Maryi, Królowej Polski i Matki Kościoła w intencji Ojczyzny i Kościoła. Można go przeżywać indywidualnie, w rodzinie lub w większej wspólnocie. Apel sprawowany jest szczególnie uroczyście – jako odrębne nabożeństwo maryjne – na Jasnej Górze, codziennie o godzinie 21.00. Piękna jest jego geneza.
„Zniż lot, ląduj!”
Kapitan Władysław Polesiński, pilot, podczas próbnego lotu usłyszał nagle jakby wewnętrzny rozkaz: „Zniż lot, ląduj!” Wylądował szczęśliwie, a po tym, jak wysiadł – samolot eksplodował. Było to o godzinie 21.00.
Gdy po powrocie do domu opowiedział swojej żonie o tym wydarzeniu, ona zapytała go, którego to było dnia i o której godzinie to się stało. Okazało się, że właśnie tego dnia o godzinie 21.00 polecała go Matce Bożej. Kapitan stanął „na baczność”, zasalutował i zwrócił się do Matki Bożej Jasnogórskiej, meldując się Jej jako swemu Dowódcy, od którego otrzymał wewnętrzny nakaz ratujący go od śmierci. Odtąd czynił to codziennie.
Kapitan Władysław Polesiński – wcześniej skłócony z Panem Bogiem – nawrócił się, zmienił życie i założył wśród oficerów polskich katolicką organizację – „Krzyż i Miecz”. Członkowie tej organizacji mieli w zwyczaju codziennie o godzinie 21.00 meldować się na apel przed Matką Bożą Częstochowską. W tej historii upatruje się genezy Apelu Jasnogórskiego.
„Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”
Ks. Leon Cieślak, pallotyn, szerzył tę praktykę w Warszawie wśród młodzieży akademickiej na tajnych kompletach i w sodalicjach mariańskich podczas okupacji. O godzinie 21.00 młodzież modliła się do Matki Bożej Jasnogórskiej i odmawiała akt zawierzenia. To ks. Cieślak ułożył słowa: „Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”.
W tym samym czasie o. Polikarp Sawicki, paulin, gromadził różne grupy akademickie, najczęściej członków sodalicji mariańskiej, na wieczorną modlitwę przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej.
Po II Wojnie Światowej Apel pojawił się na Jasnej Górze. Kiedy kard. Wyszyński przebywał w więzieniu, w roku 1953, 8 grudnia, jeden z ojców paulinów – o. Polikarp Sawicki – zapoczątkował odmawianie Apelu codziennie o 21.00 w intencji uwolnienia prymasa Wyszyńskiego. Kiedy po trzech latach komuniści wreszcie go uwolnili, on sam pokochał tę modlitwę. Kiedy tylko mógł, osobiście prowadził ją na Jasnej Górze. Potem pokochał Apel krakowski kardynał, Karol Wojtyła.
Wyznanie miłości
Ta tradycja trwa do dzisiaj. Każdego wieczoru o 21.00 w kaplicy Cudownego Obrazu wierni gromadzą się na Apelu, zaczynając go od śpiewu “Bogurodzicy”. Następnie śpiewany jest trzykrotnie Apel oraz prowadzona jest modlitwa różańcowa. Na koniec udziela się modlącym błogosławieństwa.
Apel transmitowany jest drogą internetową, radiową i telewizyjną. Dzięki temu codziennie może w nim uczestniczyć duchowo każdy chętny. Apel został też przełożony na sześć języków. Tekst łaciński apelu przygotował Marian Plezia i brzmi następująco: Maria, Regina mundi, Maria, Mater Ecclesiae, Tibi assumus. Tui memores. Vigilamus!
Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki na Jasną Górę w 1983 r., ukazał szczególnie polskiej młodzieży, że apel jest programem i wezwaniem skierowanym do każdego Polaka i Polki. Podkreślił on również, jak bogate treści ewangeliczne mieszczą się w tych zwięzłych słowach: Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam!
“Słowa: Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam są wyznaniem miłości, którą pragniemy odpowiedzieć na miłość, jaką jesteśmy odwiecznie miłowani. Są one zarazem wewnętrznym programem miłości. Miłować – to znaczy: być przy Osobie, którą się miłuje i nosić Ją w sercu. Czuwać – to znaczy być człowiekiem sumienia i czuć się odpowiedzialnym za to wielkie, wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska”
informacje z cyklu „Jasna Góra z bliska” powstały w oparciu o materiały od jasnogórskich paulinów, wydane przez nich książki oraz informacje zawarte na stronie www.jasnagora.pl
Stacja7.pl/ artykuł opublikowany 21 lipca 2017 roku.
***
Socjolog: figura Matki Bożej z Konotopia przebija bańki medialne i skłania do refleksji
21 sierpnia 2026
Figura Matki Bożej Miłosiernej w Konotopie, fot. Marzena Nykiel/Radio Maryja
***
Monumentalna figura Matki Bożej z Konotopia jest próbą zaakcentowania miejsca religii w przestrzeni publicznej – powiedział PAP dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego dr hab. Marcin Jewdokimow. Dodał, że statua swoim rozmiarem przebija bańki medialne i skłania do refleksji.
Pomnik Matki Bożej Miłosiernej o wysokości 55,6 m został 15 sierpnia poświęcony w Konotopiu (woj. kujawsko-pomorskie) przez ordynariusza diecezji włocławskiej bp. Krzysztofa Wętkowskiego. Monument stanął na polu przy drodze krajowej nr 10, na trasie między Szczecinem a Warszawą. Jego inicjatorami i fundatorami są Grażyna i Roman Karkosikowie, którzy ofiarowali go jako „osobiste wotum wdzięczności za powrót do zdrowia i życia”.
Dr Jewdokimow przypomniał, że w okolicy pomnika kult Matki Bożej obecny jest od dawna. Od 1855 r. znajduje się tam figura Matki Boskiej Bolesnej, która od lat była celem pielgrzymek wiernych z okolicznych parafii. W 1948 r. stanęła tam murowana kaplica.
– Możemy więc powiedzieć, że kult Matki Bożej w tym miejscu rozwija się od dawna – od małej figurki, poprzez kaplicę, aż do monumentalnej figury Matki Bożej Miłosiernej – zaznaczył.
Według socjologa pomimo faktu, że fundatorami i pomysłodawcami budowy są osoby prywatne, to sama obecność figury w tym miejscu ma wymiar społeczny.
– Niestety, nie rozmawiałem osobiście z państwem Karkosikami, jednak z ich wypowiedzi medialnych wynika, że ich intencją było dziękczynienie Matce Bożej za doznane łaski, konkretnie za powrót do zdrowia. Mimo tego nie jest to oczywiście działanie wyłącznie prywatne, ale fakt społeczny. W tym sensie, że odnosi się do kwestii obecności religii w przestrzeni publicznej, do pamięci i tożsamości zbiorowej i związana jest z procesami sekularyzacyjnymi, które mają miejsce w Europie i w Polsce – ocenił.
Zdaniem dr. Jewdokimowa tym, co odróżnia figurę z Konotopia od licznie obecnych w Polsce przedstawień Maryi jest rozmiar pomnika. – Nasuwa się pytanie: dlaczego twórca zdecydował się na budowę figury tak monumentalnej? – pytał.
W ocenie rozmówcy PAP odpowiedzi na to pytanie należy szukać m.in. w wypowiedzi autora figury Matki Bożej Miłosiernej, rzeźbiarza Adama Matejkowskiego. W jednym z wywiadów twórca wyjaśnił, że figurę rzeźbił z myślą o ludziach młodych, ponieważ „starsi znają drogę do kościoła”. Według Matejkowskiego młodzi są dzisiaj „pogubieni”, „oddają wolną wolę za gadżety, a „Matka Boska ma być zatrzymaniem”.
– W interpretacji socjologicznej możemy więc myśleć o tej figurze jako o materialnej reakcji na sekularyzację. Monumentalizacja religii jest odpowiedzią na słabnącą oczywistość religii w przestrzeni publicznej i społecznej oraz w świadomości zbiorowej. Uważam, że jest to również próba wpłynięcia na postawy religijne w skali ogólnopolskiej – ocenił.
Dr Jewdokimow przypomniał, że przedstawień Matki Bożej lub Jezusa Chrystusa podobnych rozmiarów jest więcej. W Polsce znajduje się jeszcze pomnik Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie, a najsłynniejszą tego typu figurą na świecie jest pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro.
Każdy monument ma inną historię: pomnik Matki Bożej z Konotopia został sfinansowany z pieniędzy prywatnych. Monument z Rio powstał w latach 1922–1931 z inicjatywy Kościoła i brazylijskiej społeczności. Został sfinansowany z ogólnokrajowej zbiórki, a jego wzniesienie związane było z obchodami setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Brazylię.
Inicjatorem budowy pomnika Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie, który wyglądem nawiązuje do figury z Rio, był proboszcz parafii i sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Świebodzinie ks. Sylwester Zawadzki. Koszty budowy zostały pokryte z dobrowolnych datków parafian, lokalnych przedsiębiorców i polonii amerykańskiej.
Zdaniem dyrektora ISKK wszystkie te figury, które powstały w innym czasie i z inicjatywy innych osób, łączy dążenie do mocnego zaakcentowania znaczenia i obecności religii w przestrzeni publicznej.
– W krajach, w których religia jest czymś oczywistym, nie ma potrzeby, by w takiej skali uwidaczniać ją w przestrzeni publicznej. Natomiast kiedy status religii zaczyna być negocjowany czy nawet podważany przez niektórych, wtedy silny fakt społeczny, jakim jest ogromna figura Matki Boskiej, może być głośną wypowiedzią twórców na temat tego, że religia ma dla nich fundamentalne znaczenie – ocenił.
Zauważył, że pomimo faktu, iż budowa figury była inicjatywą prywatną, to jednak jej powstanie wywołało w internecie burzliwą dyskusję. Zdaniem socjologa podziały pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami monumentu z Konotopia pokrywają się ze światopoglądem internautów. Najczęściej pomnik krytykowały osoby mające negatywny stosunek do religii w ogóle, a osoby religijne broniły jego powstania.
Dodał, że w perspektywie socjologicznej pomniki są nie tylko wyrazicielami pewnych idei. Ich zadaniem jest również kształtowanie postaw w dłuższej perspektywie.
– Podobnie jak pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro czy Chrystusa Króla w Świebodzinie, pomnik Matki Bożej Miłosiernej w Konotopiu będzie wpływał na dyskurs i praktyki religijnew Polsce, właśnie ze względu na jego rozmiar. Moje osobiste zdanie jest takie, że to będzie oddziaływanie pozytywne – zastrzegł.
Według dr Jewdokimowa obecnie wielu ludzi żyje w bańkach informacyjnych, w których treści religijne przebijają się słabo albo wcale.
– W przypadku pomnika Matki Bożej z Konotopia mamy do czynienia z obiektem, który swoją skalą przebija bańki medialne i staje się dostrzegalny także dla osób, do których treści religijne w ogóle nie docierają. To może pobudzić do refleksji i pozwolić zastanowić się nad swoją religijnością tych ludzi, którzy nie robili tego od dłuższego czasu, albo nawet nigdy wcześniej – stwierdził.
PCh24.pl/źródło: PAP / Iwona Żurek
***
Filip Obara:
Komu przeszkadza pomnik Matki Bożej w Konotopiu?
18 sierpnia 2026
Pomnik Matki Bożej w Konotopiu / fot. PCh24 TV
***
Na nagłówki wszystkich mediów głównego nurtu trafiła sprawa pomnika Matki Bożej w Konotopiu. Spośród Polaków powstały zastępy bojowników o sprawiedliwość, którzy wiedzą lepiej, jak bliźni powinien wydawać swoje pieniądze. Zastanawiam się, czy oburzenie byłoby takie samo, gdyby na przykład szewc wystawił pomnik nożyczek albo jakiś Janusz Palikot zechciał podobnej wielkości monumentem zakpić z postaci religijnych…
Gdyby w szczerym konotopskim polu stanęły nożyczki, napisałaby o tym lokalna prasa i co najwyżej jakiś tabloid. Gdyby jakiś znany antyklerykał zakpił monumentalnie z wiary, zapewne odezwałyby się głosy, że wy, katole, nie macie dystansu, a ten oto bohatersko kontestuje zastane, fasadowe wzorce. Pech chciał, że na działce Romana Karkosika w Konotopiach stanęła ogromna figura Najświętszej Matki Zbawiciela jako wotum dziękczynne za wyjście z ciężkiej choroby. Tego uśmiechnięci, wiecznie aspirujący do mitycznego Zachodu, Polacy nie mogli puścić płazem.
Odpalono dyżurny w takich przypadkach argument, że po co wydawać na pomnik, jeżeli można dać na chore dzieci. Takie nagłówki i infografiki dotarły do wszystkich zakątków polskiego internetu. W komentarzach objawiły się tabuny Polaków, którzy wiedzą najlepiej, jak burżuj ma wydawać swoje pieniądze.
Co ciekawe, jest to dyżurny argument nie tylko w Polsce. Swego czasu głośno było o niejakim Milo Yiannopoulosie, Amerykaninie greckiego pochodzenia, który z sukcesem wyleczył się z homoseksualnych skłonności, a na znak wyrwania się z tego duchowego i cielesnego zniewolenia wrzucił swój bajońsko drogi pierścionek „zaręczynowy” do morza. O, jaki jazgot się podniósł – że mógł oddać potrzebującym, a on wolał zaświecić całemu światu przed oczami swoim „homofobicznym” gestem.
Przypomina mi się przy tej okazji inny post, który podpowiedział mi kiedyś Facebook. Dotyczył pomnika w Czechach, przedstawiającego Chrystusa, który zszedł z krzyża, by usiąść na jednym z jego ramion i… popijać wino. Choć Syn Boży pił wino i dzielił się nim z innymi, to jednak w odniesieniu do symboliki Męki Krzyżowej, takie przedstawienie było co najmniej nie na miejscu. Dziś mówi się o tym używając enigmatycznego terminu „obraza uczuć religijnych”. Ale co tam uczucia religijne, przecież mamy wolność artystyczną, a naczelnym celem sztuki jest przełamywanie konwenansów – tak mniej więcej brzmiała spora część komentarzy wstukiwanych po polsku…
Nie jest moją intencją bronić pana Romana Karkosika, gdyż nie mam pojęcia kto zacz i niezbyt mnie to interesuje. Bardziej godna uwagi wydaje mi się reakcja części rodaków, dla których budowa pomnika stała się okazją do rytualnego wylewu bezinteresownej zawiści.
Jest w tej nagonce coś bolszewickiego. Jeden z komentujących na Facebooku postanowił wyjawić „całą prawdę” na temat pana Karkosika, wskazując na jego domniemane „winy”, takie jak omijanie podatków przez zakładanie fundacji czy zatrudnianie ludzi na czarno. Autor komentarza, jak widać, dobrze przyswoił dogmaty socjalistycznego etatyzmu. Wszak jest rzeczą „patriotyczną” oddawać połowę obrotu państwu, które zajmuje się wszystkim oprócz zabezpieczenia naszego dobra wspólnego, podobnie jak zbrodnią jest zatrudniać Polaków z pominięciem przymusowych „składek” na ZUS i innych haraczy.
Nie wiem, czy jest to prawda, ale towarzyszowi, który wysmarował ten „demaskatorski” komentarz, przypominam, że gdyby nie przedsiębiorcy, którzy mają odwagę żyć normalnie w systemie biurokratycznej opresji, to nie wiadomo, czy z tego państwa byłoby jeszcze co zbierać.
Ale załóżmy, że mówią prawdę ludzie, którzy twierdzą, iż „stary komuch” pan Karkosik cieszy się złą sławą w swoim mieście, ponieważ krzywdził pracowników. W takim wypadku, albo mamy do czynienia z nawróceniem (i jest sprawą sumienia penitenta, żeby wynagrodzić swoje winy) albo… tak czy inaczej nic to nie zmienia, bo w dalszym ciągu mamy do czynienia z prywatnym człowiekiem, który za prywatne pieniądze postawił na prywatnej działce pomnik, który nie reprezentuje zła. I nikomu nic do tego.
Inna sprawa, że krytyka pojawia się również w kręgach katolickich. Pomijam fakt takiej a nie innej estetyki pomnika, bo akurat o niej można by dyskutować. Ale pragnę zauważyć, że sytuacja ta wypisz wymaluj przypomina sceny z trzech Ewangelii, w których Chrystus Pan jest namaszczany przez niewiasty (u dwóch ewangelistów jest to przypadkowa kobieta, u trzeciego – publiczna grzesznica).
Czemu uprzykrzacie się tej kobiecie? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Albowiem zawsze ubogich macie u siebie, lecz Mnie nie zawsze macie – mówi Pan do uczniów i innych osób, które oburzyły się widząc, jak niewiasta wylewa drogi olej na głowę Mesjasza. Już tam pojawił się – i to dosłownie – argument, że olejek należało sprzedać, a pieniądze rozdać potrzebującym (Mateusz XXVI, 6 i Marek XIV, 3).
Tymczasem właśnie o tej niewieście mówi Pan: Gdziekolwiek opowiadana będzie Ewangelia ta po wszystkim świecie, i co ta uczyniła, powiadać będą na pamiątkę jej. I dodaje św. Chryzostom w swoim komentarzu: Kto więc jest tak nieszczęsny, by sprzeciwiać się tak wielkiej prawdzie? Bo oto, co On powiedział, spełniło się i gdziekolwiek się udasz, zobaczysz ją sławioną.
W przypadku jawnogrzesznicy (Łukasz VII, 36) Chrystus idzie jeszcze dalej. Łamie konwenans ku oburzeniu faryzeuszy. Tam nie chodziło już tylko o pieniądze wydane na olejek, ale o niegodność ofiarowującej go. Tamta scena zamyka dyskusję. Syn Boży uznaje za godne i sprawiedliwe wylanie drogocennego kosmetyku nie tylko przez zamożniejszą niewiastę, ale i przez tę, która pokutowała za znane wszystkim grzechy.
Zresztą, spójrzmy z pespektywy wieczności, do której pan Karkosik ma już bliżej niż dalej. Co zostanie po bogaczu. Majątek? Z niego będą korzystały dzieci i wnuki, przy założeniu, że prawdziwą korzyść wyniosą tylko wtedy, gdy pomyślności finansowej będzie towarzyszyła cnota. Co jeszcze? Wdzięczność ludzi, którym pomógł budowniczy pomnika? Tak, ale w tym wypadku obowiązuje zasada: niechaj nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni. I tu dochodzimy do kwestii non omnis moriar, która ma przecież prawo zrodzić się w głowie bogacza wiedzącego, że majątku do grobu nie zabierze.
Sytuacja ta pokazuje wyrugowanie nadprzyrodzoności ze sfery publicznej, co było postulatem masonerii w XIX wieku, a stało się powszechną rzeczywistością w naszych czasach. Skoro w Hucisku może stać ogromne krzesło upamiętniające Tadeusza Kantora, to dlaczego w Konotopiu nie miałby stać pomnik oddający cześć Maryi z Nazaretu? Może dlatego, że ten drugi pomnik przypomina, że może jednak jest „coś więcej” – a może nawet Ktoś, kto stawia nam wymogi moralne i nie jest entuzjastą dowolnego stylu życia?
Czemu się uprzykrzacie temu człowiekowi? Wypada zapytać. Tym bardziej, że jest to ten rodzaj celnego przytyku, w którym Boski Autor nie unosił się gniewem (to robił przy innych, poważniejszych okazjach), ale wskazywał na małoduszność osób, których szemrania w ten sposób ucinał. Czemu uprzykrzacie się temu człowiekowi, jak muchy latające koło ucha, zamiast zająć się własnymi sprawami?
Filip Obara/PCh24.pl
***
17 sierpnia 2026
„W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój”. Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu
17 sierpnia 2002 roku, w czasie swojej ostatniej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II przybył do Łagiewnik, gdzie poświęcił Bazylikę Bożego Miłosierdzia i zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu.
17 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował nową świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.
Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia!
Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat – mówił Jan Paweł II w homilii i apelował: Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście!
To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia! – mówił.
Treść Aktu Zawierzenia Świata Bożemu Miłosierdziu
Boże, Ojcze miłosierny, który objawiłeś swoją miłość w Twoim Synu Jezusie Chrystusie, i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu, Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka.
Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei.
Ojcze przedwieczny, dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna, miej miłosierdzie dla nas i całego świata!
KAI,zś/Stacja7
***
fot. M. Mazur/Flickr episkopat.pl
***
Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?
Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego? Na to pytanie odpowiedzi szukają wszyscy Ci, którzy rozpoczynają swoją przygodę z poznawaniem Bożego Miłosierdzia. Nie da się ukryć, że ta modlitwa jest kluczem i sednem do zrozumienia sensu Bożej Miłości.
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).
Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.
W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.
12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.
Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?
odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek
Na początku
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.
Na dużych paciorkach (1 raz) Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.
Na małych paciorkach (10 razy) Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Na zakończenie (3 razy) Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.
***
. fot. domena publiczna, wikipedia,org/ Freepik / Eugeniusz Kazimirowski, Obraz Jezusa Miłosiernego
***
Najczęstsze błędy w formule Koronki do Bożego Miłosierdzia, których należy unikać
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. Wskazał On konkretne słowa, jakie należy odmawiać podczas tej modlitwy.
Koronkę do Bożego Miłosierdzia można odmawiać indywidualnie i we wspólnocie. Zdarza się, że w tekście formuły tej modlitwy popełniamy błędy – sprawdź, czego unikać.
Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?
Zanim wskażemy częste błędy w formułach modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia, przypomnijmy ich prawidłowe brzmienie. Są to słowa, które Jezus przekazał św. siostrze Faustynie (por. Dz. 476). Taka formuła modlitwy jest przeznaczona do indywidualnego i wspólnotowego jej odmawiania.
Koronkę do Bożego Miłosierdzia odmawiamy na różańcu. Na początku modlitwy odmawiamy trzy modlitwy: Ojcze nasz… , Zdrowaś Maryjo…, Wierzę w Boga. Następnie kolejno, na dużych paciorkach, jeden raz odmawiamy modlitwę w formule:
Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.
Na małych paciorkach (10 razy) odmawiamy formułę:
Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Na zakończenie całej modlitwy, 3 razy odmawiamy formułę:
Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.
Najczęstsze błędy w formule Koronki do Bożego Miłosierdzia
1. Przekształcanie liczby mnogiej na pojedynczą
Niedopuszczalna jest zamiana formuły „nasze grzechy” na: „moje grzechy”; „miej miłosierdzie dla nas” na: „miej miłosierdzie dla mnie” itd.
Ktokolwiek zmieniłby w recytacji indywidualnej liczbę mnogą na pojedynczą działałby wbrew woli Jezusa – pisze ks. prof. Ignacy Różycki – i to, co recytowałby, nie byłoby już Koronką do Miłosierdzia.
Kim są „my” w tej formule modlitwy? „My” oznacza recytującego i wszystkich tych, za których się on specjalnie modli, podczas gdy „cały świat”, to są wszyscy inni, żyjący i zmarli. W ten sposób Jezus domagając się, aby recytujący Koronkę błagał o litość „dla nas” – a nie „dla mnie” – zwalcza egoizm w modlitwie i czyni z Koronki do Miłosierdzia akt ofiarnej miłości – wyjaśnia ks. prof. Ignacy Różycki.
2. Wprowadzanie zmian przez dodawanie jakichkolwiek słów lub ich usuwanie
W treści Koronki do Miłosierdzia Bożego nie tylko nie można zmieniać liczby, ale także wprowadzać żadnych zmian przez dodawanie jakichkolwiek słów lub ich ujmowanie.
Najczęstsze błędy to:
dodawanie różnych słów lub zdań, np.: miej miłosierdzie dla nas, dla Ojca Świętego, dla… i całego świata lub: dla Jego bolesnej męki, dla siedmiu boleści Matki Bożej, miej miłosierdzie…
dodawanie modlitwy Chwała Ojcu i Synowi… wstawione po: Wierzę w Boga.
opuszczanie słów np. w zakończeniu nie odmawia się słów: … i nad całym światem, poprzestając na formule wyjętej z Suplikacji. Wszelkie zmiany, „dodatki” lub ujmowanie słów z treści Koronki do Miłosierdzia Bożego sprawiają zmianę znaczenia i w efekcie odmawiamy już inną modlitwę, nie tę, którą podyktował Pan Jezus.
3. Dodawanie rozważań pomiędzy poszczególne dziesiątki
Koronki do Bożego Miłosierdzia nie powinno się odmawiać na wzór różańca i poszczególne dziesiątki rozdzielać rozważaniami, intencjami czy jakimikolwiek tekstami.
Intencje czy teksty do rozmyślań powinny być podane na początku, przed tekstem Koronki, aby ona odmówiona była w całości w takiej formie, jak ją podał Pan Jezus.
Uwaga! Jedyna dopuszczalna zmiana w tekście Koronki do Bożego Miłosierdzia
W formule Koronki do Miłosierdzia Bożego dopuszczalne jest tylko przestawienie słów: świata całego na: całego świata, ponieważ ono nie wprowadza żadnej zmiany merytorycznej, a bardziej właściwe jest dla składni języka polskiego.
Eugeniusz Kazimirowski, Obraz Jezusa Miłosiernego | Fot. Wikipedia
***
Obietnice, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia
Koronka do Bożego Miłosierdzia to modlitwa, jaką Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. W “Dzienniczku” zapisała ona obietnice, jakie Jezus złożył wszystkim odmawiającym tę modlitwę.
W „Dzienniczku”, w którym św. s. Faustyna zapisywała słowa Jezusa, znajdziemy treść obietnic, jakie Jezus złożył wszystkim modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia.
O trzeciej godzinie – mówił Pan Jezus do Siostry Faustyny – błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego (Dz. 1320).
14 obietnic, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Miłosierdzia Bożego:
1.Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały.
(Dz 48)
2. Te dwa promienie oznaczają krew i wodę. Blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz…
Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia Mojego wówczas, kiedy konające serce Moje zostało włócznią otwarte na krzyżu.
Te promienie osłaniają dusze przed zagniewaniem Ojca Mojego. Szczęśliwy, kto w ich cieniu żyć będzie, bo nie dosięgnie go sprawiedliwa ręka Boga.
(Dz 299)
3.Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci.
(Dz 687)
4. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie Moje. Niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają Mojemu miłosierdziu.
(Dz 687)
5. Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski; niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat.
(Dz 699)
6. Dusze, które odmawiać będą tę koronkę, miłosierdzie Moje ogarnie je w życiu, a szczególnie w śmierci godzinie.
(Dz 754)
7. Dusze, które szerzą cześć miłosierdzia Mojego, osłaniam je przez życie całe, jak czuła matka swe niemowlę, a w godzinę śmierci nie będę im Sędzią, ale miłosier(21)nym Zbawicielem. W tej ostatniej godzinie nic dusza nie ma na swą obronę, prócz miłosierdzia Mojego; szczęśliwa dusza, która przez życie zanurzała się w zdroju miłosierdzia, bo nie dosięgnie jej sprawiedliwość.
(Dz 1075)
8. Utrata każdej duszy pogrąża Mnie w śmiertelnym smutku. Zawsze Mnie pocieszasz, kiedy się (36)modlisz za grzeszników. Najmilsza Mi jest modlitwa – to modlitwa za nawrócenie dusz grzesznych; wiedz, córko Moja, że ta modlitwa zawsze jest wysłuchana.
(Dz 1397)
9. Większe jest miłosierdzie Moje aniżeli nędze twoje i świata całego. Kto zmierzył dobroć Moją? Dla ciebie zstąpiłem z nieba na ziemię, dla ciebie pozwoliłem przybić się do krzyża, dla ciebie pozwoliłem otworzyć włócznią najświętsze serce swoje i otworzyłem ci źródło miłosierdzia; przychodź i czerp łaski z tego źródła naczyniem ufności. Uniżonego serca nigdy nie odrzucę, nędza twoja utonęła w przepaści miłosierdzia Mojego. Czemuż byś miała przeprowadzać ze Mną [spór] o nędzę twoją. Zrób Mi przyjemność, że Mi oddasz wszystkie swe biedy i całą nędzę, a Ja cię napełnię skarbami łask.
(Dz 1485)
10. Córko Moja, nie ustawaj w głoszeniu miłosierdzia Mojego, ochłodzisz przez to serce Moje, które pała płomieniem litości dla grzeszników. Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu Moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim. Kapłanom, którzy głosić będą i wysławiać miłosierdzie Moje, dam im moc przedziwną i namaszczę ich słowa, i poruszę serca, do których przemawiać będą.
(Dz 1521)
11. Odmów tę koronkę, której cię nauczyłem, a burza ustanie. Zaraz zaczęłam odmawiać tę koroneczkę i nawet jej nie skończyłam, a burza nagle ustała i usłyszałam słowa: Przez nią uprosisz wszystko, jeżeli to, o co prosisz, będzie zgodne z wolą Moją.
(Dz 1731)
12. Zatwardziali grzesznicy, gdy ją odmawiać będą, napełnię dusze ich spokojem, a godzina śmierci ich będzie szczęśliwa.
(Dz 1541)
13. Żadna dusza, która wzywała miłosierdzia Mojego, nie zawiodła się ani nie doznała zawstydzenia. Mam szczególne upodobanie w duszy, która zaufała dobroci Mojej. Napisz: Gdy tę koronkę przy konających odmawiać będą, stanę pomiędzy Ojcem a duszą konającą nie jako Sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel miłosierny.
(Dz 1541)
14. O trzeciej godzinie błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego. Pozwolę ci wniknąć w Mój śmiertelny smutek. W tej godzinie nie odmówię duszy niczego, która Mnie prosi przez mękę Moją…
(Dz 1320)
***
fot. Magnolia/Cathopic
***
Litania do Miłosierdzia Bożego
“Pomnóż w nas ufność w miłosierdzie swoje, byśmy nigdy w największych nawet trudnościach nie poddawali się rozpaczy, lecz zawsze ufnie zgadzali się z wolą Twoją, która jest samym miłosierdziem”.
Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson. Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas. Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami. Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami. Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami.
Miłosierdzie Boże, nieogarniony przymiocie Stwórcy, Ufam Tobie Miłosierdzie Boże, najwyższa doskonałości Odkupiciela, Miłosierdzie Boże, niezgłębiona miłości Uświęciciela, Miłosierdzie Boże, niepojęta tajemnico Trójcy Świętej, Miłosierdzie Boże, wyrazie największej potęgi Pana, Miłosierdzie Boże, w stworzeniu duchów niebieskich, Miłosierdzie Boże, powołujące nas z nicości do istnienia, Miłosierdzie Boże, ogarniające wszechświat cały, Miłosierdzie Boże, darzące nas życiem nieśmiertelnym, Miłosierdzie Boże, chroniące nas przed zasłużonymi karami, Miłosierdzie Boże, dźwigające nas z nędzy grzechu, Miłosierdzie Boże, usprawiedliwiające nas w Słowie wcielonym, Miłosierdzie Boże, wypływające z ran Chrystusowych, Miłosierdzie Boże, tryskające z Najświętszego Serca Jezusowego, Miłosierdzie Boże, dające nam Najświętszą Maryję Pannę za Matkę Miłosierdzia, Miłosierdzie Boże, w objawieniu tajemnic Bożych, Miłosierdzie Boże, w ustanowieniu Kościoła powszechnego, Miłosierdzie Boże, w ustanowieniu sakramentów świętych, Miłosierdzie Boże, przede wszystkim w sakramencie chrztu i pokuty, Miłosierdzie Boże, w sakramencie ołtarza i kapłaństwa, Miłosierdzie Boże, w powołaniu nas do wiary świętej, Miłosierdzie Boże, w nawracaniu grzeszników, Miłosierdzie Boże, w uświęcaniu sprawiedliwych, Miłosierdzie Boże, w udoskonalaniu świątobliwych, Miłosierdzie Boże, pociecho dla chorych i cierpiących, Miłosierdzie Boże, ukojenie serc udręczonych, Miłosierdzie Boże, nadziejo dusz zrozpaczonych, Miłosierdzie Boże, towarzyszące wszystkim ludziom zawsze i wszędzie, Miłosierdzie Boże, uprzedzające nas łaskami, Miłosierdzie Boże, pokoju konających, Miłosierdzie Boże, rozkoszy niebiańska zbawionych, Miłosierdzie Boże, ochłodo i ulgo dusz czyśćcowych, Miłosierdzie Boże, korono wszystkich świętych, Miłosierdzie Boże, niewyczerpane źródło cudów.
Baranku Boży, któryś okazał największe miłosierdzie w odkupieniu świata na krzyżu – przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który się miłosiernie ofiarujesz za nas w każdej Mszy świętej – wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który z nieprzebranego miłosierdzia gładzisz grzechy nasze – zmiłuj się nad nami.
K. Miłosierdzie Boże ponad wszystkie dzieła Jego. W. Przeto miłosierdzie Pańskie na wieki wychwalać będę (Ps 144,9; Ps 88,2).
Módlmy się: Boże, którego miłosierdzie jest niezgłębione, a skarby litości nieprzebrane, wejrzyj na nas łaskawie i pomnóż w nas ufność w miłosierdzie swoje, byśmy nigdy w największych nawet trudnościach nie poddawali się rozpaczy, lecz zawsze ufnie zgadzali się z wolą Twoją, która jest samym miłosierdziem. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Króla miłosierdzia, który z Tobą i Duchem Świętym okazuje nam miłosierdzie na wieki wieków. Amen.
adonai.pl
***
14 sierpnia 2026
Wigilia Wniebowzięcia Matki Bożej. Dzień postu i przygotowania do chwalebnej uroczystości
PCh24.pl
***
Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny Kościół tradycyjnie poprzedzał pokutną Wigilią. Post, modlitwa i rozważanie nadchodzącej uroczystości pomagają nam lepiej się do niej przygotować.
Tradycyjnie obchód największych świąt w ciągu roku Kościół poprzedzał Wigiliami. Wszyscy znamy Wigilię Bożego Narodzenia, a być może słyszeliśmy również o Wigilii Paschalnej przygotowującej do Wielkanocy. Wigilii jest jednak więcej. W taki sposób tradycyjnie przygotowywano się m.in. do uroczystości Zesłania Ducha Świętego, Wszystkich Świętych (1 listopada), św. Jana Chrzciciela (24 czerwca), śś. Piotra i Pawła (29 czerwca), czy święta św. Wawrzyńca (6 sierpnia). Swoją własną Wigilię posiada również obchodzona 15 sierpnia uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej.
Wigilie były dniami postu i abstynencji od mięsa. I choć obecnie taki wymóg już nie obowiązuje, to wciąż podjęcie jakiejś praktyki pokutnej jest rzeczą jak najbardziej dobrą, a nawet wskazaną. Poprzez dzień wyciszenia i umartwienia możemy lepiej przygotować się na świętowanie radosnego obchodu Wniebowzięcia Najświętszej Dziewicy.
Również liturgia Mszy św. w Wigilię tej uroczystości (wciąż obecna w tradycyjnym rycie rzymskim) odprawiana jest w kolorze fioletowym, który symbolizuje pokutę. Nie odmawia się Gloria („Chwała na wysokości”) ani nie ma radosnego Alleluia przed Ewangelią. Pozostałe teksty liturgiczne mówią o Matce Bożej, podkreślając Jej Boże Macierzyństwo i Jej obcowanie w Niebie. Kościół poprzez liturgię zwraca naszą uwagę na to, co mamy świętować już następnego dnia, aby przez rozważanie i modlitwę lepiej się przygotować do święta.
Wiara we Wniebowzięcie Matki Bożej obecna była w Kościele katolickim już przez dwa tysiące lat, mimo iż oficjalnie jako dogmat ogłosił to dopiero papież Pius XII w roku 1950. Kościół jednak nie odpowiedział na pytanie czy przed Wniebowzięciem Matka Boża umarła czy nie. Wyznawcy prawosławia wierzą iż śmierć Maryi miała miejsce, jednak w ciągu trzech dni Bóg wskrzesił Ją do życia i zabrał – z ciałem i duszą – do Nieba. Kościół katolicki nie podziela – ale też nie neguje – tego poglądu. Jest to równie możliwe, że Maryja tylko zasnęła; stąd używany zarówno przez katolików jak i prawosławnych termin dormitio (“zaśnięcie”), który nie wskazuje jednoznacznie czy śmierć Maryi nastąpiła czy nie.
Jednak ciekawą obserwacją jest, że teksty tradycyjnej katolickiej liturgii Wigilii Wniebowzięcia NMP wskazują, że śmierć Maryi mogła mieć miejsce. Udziel, miłosierny Boże, ochrony naszej słabości, abyśmy, którzy obchodzimy spoczynek świętej Matki Bożej, powstali z naszych grzechów dzięki pomocy Jej wstawiennictwa – mówi treść modlitwy Postcommunio.
Użyte w tekście łacińskim słowo requiem (“spoczynek”) w kontekście liturgicznym często odnosi się do tego wiecznego odpoczynku, czyli śmierci; nawet sama liturgia za zmarłych nosi właśnie nazwę Requiem. Zacytowana wersja modlitwy po Komunii używana była tylko do Soboru Trydenckiego. Wtedy bowiem sformułowanie requiem celebrámus (“obchodzimy spoczynek”) zastąpiono frazą festivitátem praevenímus (“wyprzedzamy/oczekujemy uroczystość”), co może oznaczać, że autorzy reformy liturgicznej nie chcieli zajmować w stanowiska w debacie o możliwej śmierci Matki Bożej. Niezależnie od tego, którą opcję przyjmiemy, jedno jest pewne: Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba, i tę prawdę wiary świętujemy w Kościele co roku 15 sierpnia.
PCh24.pl – żródło: newliturgicalmovement.org
***
14 sierpnia 2026
Święty Maksymilian Maria Kolbe. Anioł w Auschwitz
oprac. GS/Pch24.p
***
– Był dla mnie jak anioł, ocierał zawsze moje łzy… – wspominał Zygmunt Gorson, polski Żyd ongiś więziony w obozie KL Auschwitz. Gorson trafił do lagru wraz z najbliższymi, mając trzynaście lat. To tutaj Niemcy zabili mu rodziców, dziadków, trzy siostry. Z całej rodziny przeżył tylko on jeden, aby dać świadectwo prawdzie. Także prawdzie o pewnym polskim franciszkaninie, który w owej otchłani zła i okrucieństwa otoczył opieką żydowskie dziecko.
Dwie korony
Czterdzieści siedem lat wcześniej w Zduńskiej Woli, w ówczesnym Królestwie Polskim włączonym do Imperium Rosyjskiego, przyszedł na świat Rajmund Kolbe.
W młodości, wedle opinii matki, „był chłopcem bardzo żywym, bystrym, trochę łobuzowatym”, ale gdy trzeba także posłusznym, prawdziwą podporą rodziców we wszelkich pracach domowych. Otrzymał pobożne wychowanie, wszak ojciec i matka należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. W pamięci rodziców zachował się pewien epizod z dzieciństwa Rajmunda. Syn opowiedział im, ogromnie poruszony, przeżytą wizję spotkania z Matką Bożą, od której dobrowolnie przyjął dwie korony – białą oznaczającą, że wytrwa w czystości, oraz czerwoną zapowiadającą męczeństwo.
Rajmund szybko odnalazł swe powołanie. Jako trzynastolatek wstąpił do Małego Seminarium Ojców Franciszkanów we Lwowie. Trzy lata później, po rozpoczęciu nowicjatu, przybrał zakonne imię Maksymilian, potem, przy okazji ślubów wieczystych uzupełnione jeszcze o imię Maria. W 1912 roku rozpoczął studia w Krakowie, kontynuowane w Rzymie, zwieńczone doktoratem z filozofii, następnie z teologii.
Czarne chorągwie z Lucyferem
W Rzymie Maksymilian zderzył się z ostrym antyklerykalizmem, forsowanym przez loże masońskie Wielkiego Wschodu Włoch. W owym czasie godność wielkiego mistrza tamtejszych „farmazonów” pełnił Ernesto Nathan, naturalizowany we Włoszech angielsko-niemiecki Żyd, który walkę z Kościołem uznał za swe posłannictwo.
W październiku 1917 r. Maksymilian Maria Kolbe miał wątpliwą przyjemność oglądać w Rzymie hałaśliwe, agresywnie antykatolickie manifestacje wolnomularzy, hucznie świętujących dwustulecie założenia ich organizacji. Na czarnych chorągwiach masonów widniał wizerunek Lucyfera, depczącego Michała Archanioła.
– Jątrzące ręce ośmielały się wypisywać takie hasła jak: „Szatan panować będzie na Wzgórzu Watykańskim, a papież będzie mu sługą” – wspominał święty.
Kolbe był wstrząśnięty, jednakowoż nie zamierzał poprzestać na wyrazach oburzenia. Jeszcze w tym samym miesiącu, wraz z sześcioma klerykami z Międzynarodowego Kolegium Franciszkańskiego „Seraphicum”, powołał nowy ruch maryjny – Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae), do walki z „siłami ciemności” zagrażającymi Kościołowi. Rycerze mieli się „starać o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków, a najbardziej masonów, i o uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej”.
Założyciel ruchu zalecał: „Niechaj każdy z członków i każda z członkiń Milicji uważnie, a gorąco, co dzień odmawia nasz akt strzelisty: »O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy, i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają, a zwłaszcza za masonami«, bo masoni to nic innego, jak tylko zorganizowana klika fanatycznych Żydów, dążących nieopatrznie do zniszczenia Kościoła katolickiego, któremu nam Bóg Człowiek zapewnił, że bramy piekielne nie zwyciężą go”.
Maksymilian był człowiekiem czynu i walki. Zadanie powołanego Rycerstwa przedstawiał jako udział w duchowej bitwie pod Bożymi sztandarami: „Rycerz, Milicja, walka: wojowniczo brzmią te słowa, bo i oznaczają wojnę. Nie walkę przy pomocy karabinów, kulomiotów, armat, samolotów, trujących gazów, ale – prawdziwą walkę. Jakaż jej taktyka? Przede wszystkim modlitwa”.
Wielkie dzieła
Powrócił do wolnej już Polski w roku 1919 i od razu rzucił się w wir pracy. Zniespożytą energią realizował wciąż nowe dzieła.
Chyba najbardziej znaczące z nich to wzniesienie franciszkańskiego klasztoru w Niepokalanowie, który w roku 1939 stał się najliczniejszym konwentem katolickim na świecie. To również prowadzona z rozmachem działalność wydawnicza –- na czele z pismami o charakterze religijno-społeczno-polityczno-kulturalnym, „Rycerzem Niepokalanej” oraz „Małym Dziennikiem”. Były także miesięczniki dla dzieci, był „Biuletyn Misyjny” i „Informator Rycerstwa Niepokalanej”. Łączny nakład tych pism w roku 1939 sięgnął półtora miliona egzemplarzy!
Maksymilian, choć posiadacz tytułów naukowych z zakresu teologii i filozofii, wykazywał też ogromne zainteresowanie naukami ścisłymi. Studiował matematykę, fizykę, chemię, biologię, astronomię. Postęp techniczny nie przerażał go, szukał możliwości wykorzystania jego potencjału. Jeszcze na studiach opracował projekt pojazdu kosmicznego. W Niepokalanowie uruchomił elektrownię, zamierzał ulokować tam również lotnisko, siedzibę radia i telewizji. Wybuch wojny pokrzyżował większość z tych planów, choć zdołano wyemitować kilka próbnych audycji radia SP3-RN (Stacja Polska 3 – Radio Niepokalanów), z melodią pieśni Po górach, dolinach jako sygnałem wywoławczym.
Niezwykle trafnie przewidział konieczność tworzenia silnych mediów katolickich:
– Możemy wybudować wiele kościołów. Ale jeśli nie będziemy mieli własnych mediów, te kościoły będą puste.
Błogosławiona góra Hikosan
W roku 1930 zakon zatwierdził Maksymilianowi projekt powołania placówki misyjnej na Dalekim Wschodzie.
Udał się tam niezwłocznie w towarzystwie kilku współbraci. Po pierwszym niepowodzeniu w chińskim Szanghaju, został serdecznie przyjęty na Wyspach Japońskich. Rychło rozpoczął tam wydawanie miejscowej edycji „Rycerza Niepokalanej”, o nakładzie sięgającym 60 000 egzemplarzy (z japońskimi redaktorami dogadywał się znakomicie – po łacinie). Najpoważniejszym przedsięwzięciem w Kraju Kwitnącej Wiśni było wzniesienie klasztoru franciszkańskiego – Ogrodu Niepokalanej (Mugenzai no Sono) oraz seminarium duchownego w Nagasaki.
Oczywistą lokalizacją klasztoru wydawała się zdominowana przez katolików dzielnica Urakami, chlubiąca się wspaniałą katedrą Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Tymczasem Maksymilian zaskoczył wszystkich, nakazując, by konwent wznieść na drugim końcu miasta, na stoku góry Hikosan.
Czternaście lat później, 9 sierpnia 1945 roku, dokładnie nad katolicką dzielnicą Urakami eksploduje bomba atomowa, zrzucona przez Amerykanów. Szatański „blask tysiąca słońc” spopieli dzielnicę wraz z mieszkańcami, zrujnuje doszczętnie katedrę (choć w jej ruinach przetrwa, w sposób po ludzku niewytłumaczalny, drewniany posąg Maryi, odtąd zwany Postnuklearną Madonną). Z ogniowej burzy ocaleje klasztor zbudowany przez Maksymiliana. Góra Hikosan osłoniła konwent przed falą uderzeniową i promieniowaniem cieplnym.
O nawrócenie Żydów
Po pięcioletnim pobycie w Azji Maksymilian powrócił do ojczyzny. A Polska okresu międzywojennego, budująca swą państwowość po długim okresie niewoli, gnębiona skutkami niedawnych działań wojennych oraz bieżącymi następstwami światowego kryzysu gospodarczego, borykała się z wieloma problemami.
Pełno było konfliktów społecznych, politycznych i narodowościowych. Były także spory polsko-żydowskie. Trwała zawzięta, a niekiedy brutalna walka o swoje miejsce na ziemi; o dominację – w polityce, gospodarce, handlu, oświacie. Nikt uczciwy nie może zaprzeczyć, że wzajemne kontakty Polaków i Żydów, ich codzienne sąsiedztwo miewały różne, niekiedy skrajnie odmienne następstwa w rozmaitych okolicznościach. Były więc przejawy życzliwości, pomocy sąsiedzkiej, a co najmniej zaciekawienia odmiennością drugiej strony. Występowały także obojętność, nieufność i podejrzliwość. Zdarzały się wreszcie akty wrogości, a nawet przypadki przemocy z jednej i drugiej strony (choć skala takich zjawisk została potężnie zmitologizowana).
Trudno tu generalizować, bo przecież wielu Żydów okazało się lojalnymi obywatelami Rzeczypospolitej. Ale równocześnie szerokie rzesze ich ziomków nie utożsamiały się z państwem polskim (co dobitnie potwierdzi ich postawa we wrześniu 1939 roku). Kręgi ekstremalne zaangażowały się w działalność konspiracji komunistycznej, dążącej do zniszczenia naszej państwowości.
Maksymilian Maria Kolbe, pamiętając co widział w Rzymie w roku 1917, niestrudzenie prowadził swą antymasońską krucjatę modlitewną. Dostrzegał także zagrożenie ze strony Żydów:
„Żydostwo szkodziło i szkodzi nam na każdym kroku, wżera się jak rak w ciało narodu, szerzy przekupstwo i zepsucie wśród dorosłych, a rozpustę i bezbożnictwo wśród młodzieży, wydziera nam handel, przemysł, rzemiosło, a nawet ziemię”.
Maksymilian zawsze żywo reagował na ataki wymierzone w Kościół. Nigdy nie chował głowy w piasek, także w obliczu antychrześcijańskich wystąpień Żydów. „W Talmudzie nazywają owi rabini chrześcijan bałwochwalcami, gorszymi od Turków, mężobójcami, rozpustnikami, nieczystymi, gnojem, zwierzętami w ludzkiej postaci, gorszymi od zwierząt, synami diabła […] księgę […] dyszącą nienawiścią ku Chrystusowi Panu i chrześcijanom wtłacza się w głowy, że to księga święta, ważniejsza od Pisma Świętego […]” – pisał z wyrazistością, która zawstydzać musi dzisiejszych, ugrzecznionych hierarchów Kościoła.
Maksymilian stwierdzał też jednak: „Ani przeciętny żyd, ani rabin nie ma zazwyczaj pojęcia o religii Chrystusowej, karmiony jedynie nienawiścią ku swemu Odkupicielowi, zakopany w sprawach doczesnych, goniący za złotem i władzą, nie przypuszcza nawet, ile pokoju i szczęścia daje jeszcze na tej ziemi wierna, gorliwa i wspaniałomyślna miłość Ukrzyżowanego, jak ono przewyższa wszystkie „szczęścia” zmysłowe, czy umysłowe, które daje nędzny świat. […] Pamiętajmy, że za każdego, bez względu na różnicę narodowości, umarł Pan Jezus. I że każdy, a więc i każdy Żyd, jest niewdzięcznym, ale jednak dzieckiem naszej Matki w niebie”.
Zwalczając religijne błędy żydowskich innowierców Maksymilian kochał ich jako bliźnich, jako dzieci Boże. Chciał ratunku ich dusz, ich nawrócenia, prowadzonego „w sposób roztropny, doprawdy bardzo roztropny”. Stanowczo odżegnywał się od przemocy, ostrzegał przed nienawiścią, zalecając rozwagę i umiarkowanie:
„Mówiąc o Żydach bardzo bym uważał na to, żeby czasem nie wzbudzić, albo nie pogłębić nienawiści do nich w czytelnikach i tak już nastrojonych do nich czasem nawet wrogo. Na ogół więcej bym się starał o rozwój polskiego handlu i przemysłu niż piętnował Żydów. Oczywiście zdarzają się i wypadki złej woli z ich strony, kiedy to trzeba będzie wystąpić energiczniej, nie zapominając, jednak o tym, że naszym pierwszorzędnym celem jest zawsze nawrócenie i uświęcenie dusz, czyli zdobycie ich dla Niepokalanej, miłość ku wszelkim duszom, nawet Żydów i masonów i heretyków…”.
Dzień wyboru
Po napaści Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r., okupanci aresztowali ojca Maksymiliana. Przez blisko trzy miesiące więziono go w obozach w Łambinowicach, Gębicach i Ostrzechowie. Zwolniony, powrócił do Niepokalanowa.
Rychło siedziba konwentu stała się prężnie działającym ośrodkiem pomocowym, dając schronienie między innymi tysiącom Wielkopolan wypędzonych przez Niemców z ojcowizny. Spiesząc tułaczom na ratunek Maksymilian nie stosował żadnych kryteriów narodowościowych ani religijnych – pod jego opieką znalazło się także 1500 Żydów.
Aresztowany powtórnie w lutym 1941 r., przetrzymywany na warszawskim Pawiaku, został wysłany do obozu koncentracyjnego w Auschwitz (Oświęcimiu), gdzie oznaczono go numerem 16670. Przydzielony do komanda „Babice”, pracował przy wyrębie lasu, znosząc codziennie katorżniczy wysiłek, głód i bestialstwo strażników.
W lipcu 1941 r. zastępca komendanta obozu, SS-Haupsturmführer (kapitan SS) Karl Fritzsch, skazał dziesięciu więźniów na powolną śmierć w bunkrze głodowym. Jeden z nieszczęśników, więzień nr 5659 Franciszek Gajowniczek, jęknął z żalu za żoną i dziećmi…
Wówczas dobrowolnie wystąpił więzień nr 16670. Jeden ze świadków, Michał Micherdziński, tak zapamiętał rozmowę Maksymiliana z niemieckim oficerem. Niemiec zapytał:
– Czego chce ta polska świnia?
Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. Ojciec Maksymilian w postawie na baczność odpowiedział spokojnie po niemiecku:
– Chcę umrzeć za niego.
I wskazał lewą ręką stojącego obok Gajowniczka. Padło kolejne pytanie:
– Kim jesteś?
– Jestem polskim księdzem katolickim.
Ojciec Maksymilian, mimo iż wiedział, jak Niemcy traktują polskich księży, nie bał się przyznać do swego kapłaństwa. Panowała wtedy nieznośna cisza. Każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS, który zawsze zwracał się do więźniów przez wulgarne „ty”, zwrócił się do o. Maksymiliana per „pan”:
– Dlaczego chce pan umrzeć za niego?
Ojciec Maksymilian odpowiedział:
– On ma żonę i dzieci.
Po chwili esesman odpowiedział:
– Dobrze.
Ocalony Gajowniczek relacjonował po latach: „Wyciągnęli mnie z tej dziesiątki. Minąłem Ojca Maksymiliana, który tam, w tym szeregu został, na moim miejscu. Nic do siebie nie powiedzieliśmy, nawet nie mogłem powiedzieć: – Dziękuję”.
Dwanaście dni Golgoty
Maksymiliana oraz dziewięciu innych skazańców umieszczono nagich w bunkrze głodowym (blok 11).
Pracujący w okolicy więźniowie wspominali, że niektórzy skazani, ogarnięci rozpaczą, zrazu głośno bluźnili przeciw Bogu; jednakże pod wpływem ojca Kolbego zmienili swą postawę. Odtąd z bunkra dobiegały tylko wspólnie odmawiana modlitwa różańcowa i pieśni maryjne. Po dwunastu dniach żyło już tylko czterech skazanych, wśród nich Maksymilian. Niemiecki kryminalista Bock dobił ich zastrzykiem fenolu.
Maksymilian Maria Kolbe zginął męczeńską śmiercią w dniu 14 sierpnia 1941 roku, w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
Franciszek Gajowniczek przeżył obóz. Po wojnie przyjechał odwiedzić miejsce swej niedoli. Pokazano mu bunkier, w którym cierpiał ostatnie katusze jego wybawiciel. Na ścianie Gajowniczek odkrył wydrapany paznokciami krzyż.
Przyjaciele i wrogowie
Maksymilian Maria Kolbe został beatyfikowany jako wyznawca w roku 1971, zaś jedenaście lat później kanonizowany jako męczennik.
– Światu […] potrzeba Bożych szaleńców, którzy będą szli przez ziemię, jak Chrystus, jak Wojciech, Stanisław czy Maksymilian Maria Kolbe […], którzy będą mieli odwagę miłować i nie cofną się przed żadną ofiarą – rzekł o nim papież św. Jan Paweł II.
Bezkompromisowość świętego do dziś pozostaje solą w oku wielu wrogów Kościoła.
– Ojciec Kolbe był nacjonalistą o wielkiej żarliwości. Jego sprzeciw wobec nazizmu był typu nacjonalistycznego, a nie moralnego – gromił „niesłuszne” poglądy więźnia nr 16670 Żyd Elie Wiesel.
– Kolbe był również w jakiejś mierze twórcą „Rycerza Niepokalanej” i „Małego Dziennika”, a więc pism, które symbolizują ciemny i obskurancki nurt polskiego katolicyzmu, pism prymitywnych, krzewiących religijną nietolerancję i etniczną nienawiść – wybrzydzał „tolerancyjnie” inny esteta, Żyd Adam Michnik.
Nad rzekomym „antysemityzmem” męczennika biadali zgodnym chórem tak „światli” osobnicy, jak minister komunistycznego rządu PRL Żyd Jerzy Urban, czy mistrz masońskiej loży „Kopernik” Jan Józef Lipski (ten ostatni na łamach tytularnie katolickiego „Tygodnika Powszechnego”…). Znaczące, że wśród osobników gorliwie rozliczających życiorys więźnia nr 16670 znalazła się pokaźna grupa dziennikarzy… niemieckich (!!!).
Takie i podobne enuncjacje zawodowych tropicieli „antysemityzmu” zderzały się ze świadectwami ludzi, których los postawił na drodze świętego; także Żydów.
Cytowany na wstępie Zygmunt Gorson, co jako bezradny dzieciak znalazł się w Auschwitz, tak wspominał polskiego duchownego:
– Był dla mnie jak anioł, i jak matka bierze swe pisklęta pod skrzydła, tak on mnie wziął w ramiona. Ocierał zawsze moje łzy. Od tego momentu wierzę o wiele bardziej w Boga, ponieważ od czasu, kiedy zmarli moi rodzice, pytałem siebie nieustannie: „Gdzie jest Bóg?”. I straciłem wiarę. Kolbe mi ją przywrócił! On wiedział, że byłem żydem, lecz to nie stanowiło różnicy. Jego serce nie czyniło rozróżnienia między osobami i nie miało dla niego znaczenia to, czy są żydami, katolikami lub z jeszcze innych religii: on kochał wszystkich i dawał miłość, nic innego jak miłość.
Profesor Eugene Zolli, Wielki Rabin Rzymu, który doznał łaski nawrócenia na katolicyzm, stwierdził:
– Jeśli byłbym zdolny napisać książkę o Maksymilianie Kolbe – nie jestem tego godny, inaczej Opatrzność dałaby mi zdolność uczynienia tego – zatytułował bym ją: „Ojciec MaksymilianKolbe, zmarły w imię miłości”.
Czas drogi
– Co chwila bądź lepszy. Teraz czas drogi – nauczał św. Maksymilian.
Żyjemy w czasach, kiedy ogarnięci pychą „teologowie” uznają się za mądrzejszych od Pana Boga. Skwapliwie przypochlebiając się obowiązującym modom, w imię „politycznej poprawności” przystępują do „poprawiania” zapisów Ewangelii, katechizmu i nauczania Ojców Kościoła, do swoistej lustracji biogramów świętych. Miernoty, które nigdy nie podejmowały wyborów w obliczu bunkra głodowego i zastrzyku fenolu, rwą się do rozliczania męczenników. Święty Maksymilian precyzyjnie wskazał na źródła takich pogubień:
– Szatani są lepszymi teologami niż my. A jednak, chociaż w rzeczach Bożych niejedno mogą więcej wiedzieć – są szatanami. Jest to wiedza, która nic nie pomoże.
Zaś tym wszystkim, którzy upadli na duchu, tym z nas, którzy ogarnięci przerażeniem i brakiem nadziei rozglądają się po otaczającym nas zewsząd świecie ruin, Anioł z Auschwitz zostawił słowa otuchy:
– Wszystko się skończy, więc i cierpienia się skończą. Droga chwały to droga krzyża. Matka Najświętsza z nami, Ona nam zawsze pomaga.
Andrzej Solak/PCh24.pl
***
Czy Maryja umarła?
Grota Wniebowzięcia Matki Bożej. Sanktuarium w Licheniu Starym Fot. MA
Wiemy, że Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Ale czy przed tym Wniebowzięciem Najświętsza Dziewica umarła, czy może tylko zasnęła?
Kiedy człowiek umiera, nieśmiertelna dusza opuszcza jego ciało, które następnie ulega rozkładowi. Dusze tych, którzy umarli w stanie łaski uświęcającej, idą wtedy do nieba – choć może po czasowej pokucie w czyśćcu; zaś dusze tych, którzy opuścili ten świat w stanie grzechu ciężkiego, skazane są na męki wieczne w piekle. Na końcu czasów, gdy Chrystus przyjdzie ponownie na ziemię by sądzić ludzkość, ciała zmartwychwstaną – tzn. dusze ponownie połączą się z nimi – i właśnie w takiej postaci wszyscy staniemy przed Sądem Bożym.
Rozkład nie dotknął jednak ciała Matki Bożej, a to było rezultatem Jej Niepokalanego Poczęcia. Bóg zabrał Maryję – z duszą i ciałem – do chwały Nieba. W konsekwencji doświadcza Ona nie tylko tego szczęścia, którym się cieszą dusze zbawionych w niebie, ale również przebywa tam wraz ze swoim ciałem, co wszyscy inni sprawiedliwi osiągną dopiero po Sądzie Ostatecznym.
Spod tego rodzaju ogólnego prawa zechciał Bóg wyjąć Najświętszą Maryję Pannę. Ona to, na mocy zupełnie szczególnego przywileju, swoim Niepokalanym Poczęciem zwyciężyła grzech, i dlatego nie podlega temu prawu trwania w rozkładzie grobowym, ani nie musiała aż do końca świata czekać na wybawienie swego ciała – pisze papież Pius XII (Konstytucja Apostolska Munificentissimus Deus, określająca dogmat o Wniebowzięciu NMP, 1.11.1950).
Pismo Święte przytacza przykłady dwóch innych osób, które zostały zabrane „do niebios” lub „do Boga”; chodzi tu o Eljasza i Henocha. O tym pierwszym opowiada Druga Księga Królewska w słowach: Oto [zjawił się] wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi (…), a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios (2 Krl 2,11). Dzieje Henocha są znowu opisane w Księdze Rodzaju: Żył więc Henoch w przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg (Rdz 5,24). Jednak – jak podkreśla św. Tomasz z Akwinu – żadnej z tych dwóch historii nie należy interpretować jako wniebowzięcia takiego jak w przypadku Matki Bożej. Raczej, Eljasz i Henoch przebywają w jakimś innym miejscu, które można rozumieć jako „raj ziemski” i tam oczekują powtórnego przyjścia Chrystusa. Henoch został przeniesiony do raju ziemskiego, gdzie – jak się wierzy – żyje wraz z Eliaszem aż do przyjścia Antychrysta – pisze Akwinata (ST III q. 49 a. 5 ad. 2). Opinię Doktora Anielskiego podzielają Ojcowie Kościoła. Eljasz i Henoch byli bowiem obciążeni grzechem pierworodnym, którego skutkiem jest śmierć, czyli oddzielenie duszy od ciała. Maryja jednak – na mocy szczególnego wybrania Bożego – została od grzechu pierworodnego zachowana i dlatego jej ciało może już teraz obcować w Niebie.
Wiemy zatem, iż Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Pojawia się jednak pytanie: czy Maryja przed swoim Wniebowstąpieniem umarła?
Taką wersję wydarzeń uznają wyznawcy prawosławia. Opierają się oni na Tradycji, szczególnie na pismach św. Jana Ewangelisty, św. Jana Damasceńskiego i św. Dionizego Areopagity. Prawosławni wierzą, że anioł ukazał się Maryi trzy dni przed Jej śmiercią, obwieszczając Jej to nadchodzące wydarzenie. Najświętsza Dziewica miała spędzić te ostatnie dni swojego życia na modlitwie i trosce o wdowy. Gdy leżała już na łożu śmierci, Apostołowie – poza Tomaszem – zostali w cudowny sposób przeniesieni z różnych stron świata do Jerozolimy, by tam towarzyszyć konającej Matce ich Mistrza. Gdy Ona dokonała już swojego żywota, uczniowie złożyli Jej martwe ciało w Ogrodzie Getsemani. Ale gdy trzy dni później przybył tam również Tomasz i zajrzał do grobu, by po raz ostatni pokłonić się Maryi, okazało się, że Jej ciała już tam nie było. Matka Boża miała jednak pocieszyć zasmuconego Tomasza, zsyłając mu z nieba pas od swojej szaty.
W konsekwencji prawosławni wierzą, że Maryja umarła tak jak wszyscy ludzie, tzn., że Jej nieśmiertelna dusza opuściła Jej materialne ciało, ale gdzieś w ciągu trzech dni to martwe ciało zostało na nowo połączone z duszą, a następnie zabrane do nieba. Oznacza to iż Maryja już wtedy dostąpiła zmartwychwstania umarłych, które nas spotka na końcu czasów.
Kościół katolicki nie podziela – ale też nie neguje – tego poglądu. Jakkolwiek dogmat o Wniebowzięciu Matki Bożej ogłoszony przez papieża Piusa XII potwierdza jasno i niezaprzeczalnie, że również Jej ciało zostało zabrane do Nieba, to nie zajmuje jednak stanowiska czy przedtem nastąpiła Jej śmierć, czy też nie. Jest to bowiem możliwe, że Maryja nigdy nie umarła, a tylko zasnęła. Oznaczałoby to, że będąc cały czas żywą, Jej ciało i dusza – nigdy nie rozłączone od siebie – zostały zabrane do nieba. I właśnie taka wersja wydarzeń jest zwykle przedstawiana na katolickich obrazach. Zarówno katolicy jak i prawosławni używają terminu dormitio, dosłownie znaczącego zaśnięcie, który nie wskazuje jednoznacznie czy nastąpiła śmierć Maryi czy nie.
Niezależnie od tego, którą opcję przyjmiemy, jedno jest pewne: Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Mimo, że nie było świadków tego wydarzenia, to jest to jednoznaczny wniosek płynący ze wspomnianego już Jej Niepokalanego Poczęcia, a także z faktu iż była ona Matką Syna Bożego. I chociaż Kościół potwierdził to nieomylnym dogmatem dopiero w 1950 r., to we Wniebowzięcie Maryi wierzono przez całe dwa tysiące chrześcijaństwa. Dogmat był zatem tylko jednoznacznym potwierdzeniem tej prawdy obecnej w Kościele już od wieków.
Wydaje się rzeczą wprost niemożliwą, widzieć oddzieloną od Niego po ziemskim życiu, jeśli nie duchem to przecież ciałem, Tę która Go poczęła, porodziła, mlekiem własnym wykarmiła, na rękach piastowała i do serca swego tuliła – mówi treść ogłoszonego przez Piusa XII dogmatu.
Wreszcie, fragmenty Pisma Świętego łączą się w spójną konkluzję dowodzącą Wniebowzięcia Matki Bożej. Księga Psalmów mówi: Wyrusz, o Panie, na miejsce Twego odpocznienia, Ty i Twoja arka pełna chwały! (Ps 131,8). A to właśnie Maryja jest uważana za „Arkę Przymierza”, bowiem Jej ciało nosiło samego Boga. W Arce zaś przymierza zrobionej z niepsującego się drzewa i umieszczonej w świątyni Bożej, widzą jakby obraz przeczystego ciała Dziewicy Maryi, które zostało zachowane wolnym od wszelkiego Skażenia grobowego i wyniesione do tak wielkiej chwały w niebie – wyjaśnia Pius XII w treści dogmatu.
Podobne teologowie katoliccy wnioskują, że nie ma innej możliwości poza tą iż także ciało Maryi została zabrane do nieba.
Maryja została przez Syna uhonorowana szczególnym przywilejem, zachowując w Chrystusie ciało, które zrodziła; czemu więc nie także ciało, przez które zrodziła? – pisze św. Augustyn. Tron Boga, komnata Pana, dom i przybytek Chrystusa powinny być tam, gdzie On sam jest. Tak cenny skarb bardziej przystoi, by strzegło go niebo, niż ziemia – kontynuuje.
Podobnie stwierdził św. Albert Wielki w słowach: Jest rzeczą jasną, że Najświętsza Matka Boża z duszą i ciałem została wzięta do nieba ponad chóry anielskie. Wierzymy, że jest to prawda pod każdym względem.
Wiara we Wniebowzięcie Matki Bożej była obecna w Kościele od samego momentu Jej śmierci bądź zaśnięcia i nie ma (!) ani w Piśmie Świętym ani w Tradycji choćby jednego wersu, który by temu przeczył. Co więcej, nie można rozumowo podważyć tej prawdy, ponieważ jest ona spójną konkluzją wynikającą z Objawienia Bożego. Dlatego papież Pius XII w 1950 r. uczynił naukę o Wniebowzięciu Najświętszej Dziewicy dogmatem wiary katolickiej.
Ogłaszamy, wyjaśniamy i określamy, jako dogmat przez Boga objawiony, że Niepokalana Bogarodzica Zawsze Dziewica Maryja, po zakończeniu biegu życia ziemskiego, została z ciałem i duszą wzięta do niebieskiej chwały – mówi treść dogmatu. Dlatego też, gdyby ktoś, nie daj Boże, dobrowolnie odważył się temu cośmy określili przeczyć, lub o tym powątpiewać, niech wie, że odstąpił zupełnie od wiary Boskiej i katolickiej – zaakcentował papież.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
13 sierpnia Kościół czci Matkę Bożą Kalwaryjską
Matka Boża Kalwaryjska (fragm.)
***
13 sierpnia Kościół krakowski czci Matkę Bożą Kalwaryjską. Wizerunek Matki Bożej z sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej należy do najbardziej znanych i otoczonych szczególnym kultem obrazów maryjnych w Polsce. Jak się szacuje rocznie przybywa tu ponad milion pielgrzymów z kraju i zagranicy.
Kalwaria Zebrzydowska leży około 40 km na południowy zachód od Krakowa między majestatycznie wznoszącymi się górami Lanckoroną i Żarem. Miejsce to znane jest z najsłynniejszej w Polsce Kalwarii – kompleksu 21 kaplic i kościołów postawionych wzdłuż tzw. Dróżek Matki Bożej i Pana Jezusa. Wybudowana w XVII wieku Droga Krzyżowa wzorowana jest w dużej mierze na kościołach i kaplicach związanych z Męką Pana Jezusa w Jerozolimie.
Znajdujące się w Kalwarii Zebrzydowskiej sanktuarium maryjne od początku swego istnienia aż do dzisiaj pozostaje pod opieką oo. Bernardynów. Główny kościół Kalwarii to bazylika pod wezwaniem Matki Bożej Anielskiej. Od 1641 roku zwiększa się gwałtownie sława Kalwarii jako sanktuarium maryjnego za sprawą podarowanego bernardynom cudownego obrazu Płaczącej Madonny. Kult tego obrazu rozpoczął się od wydarzenia, które miało miejsce 3 maja 1641 roku. Wówczas obraz Matki Bożej zapłakał krwawymi łzami. O fakcie tym właściciel obrazu Stanisław Paszkowski powiadomił władze duchowne. Kiedy obraz trafił do kościoła kalwaryjskiego, zaczęły napływać rzesze pielgrzymów pragnących oddać mu cześć. Ówczesny biskup krakowski nakazał na pewien czas przechowywać go w zakrystii. Pobożny lud nadal garnął się do Kalwarii i wielu za sprawą tego wizerunku doznawało licznych łask i uzdrowień.
Przez 17 lat obraz pozostawał w zakrystii, po czym biskup zezwolił na umieszczenie go w bocznym ołtarzu kościoła. W 1667 roku umieszczono wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem w specjalnie wybudowanej dla niego kaplicy, którą zaczęły wypełniać wota za otrzymane łaski. Wkrótce rozpoczęto starania o koronację obrazu. Rozbiory opóźniły ten dzień, aż do 15 sierpnia 1887 roku. Na uroczystość przybyło około 230 tys. wiernych z wszystkich dzielnic Polski, a także z Węgier, Słowacji i Czech. Koronacji papieskimi koronami Leona XIII dokonał ówczesny ordynariusz krakowski ks. abp Albin Dunajewski.
Obraz o wymiarach 74×90 cm namalowany farbą olejną na płótnie, przedstawia Matkę Bożą z tulącym się do Niej Dzieciątkiem. „Zawsze, kiedy tu przychodziłem, miałem świadomość, że zanurzam się w tym rezerwuarze wiary, nadziei i miłości, które naniosły na te wzgórza, na to sanktuarium całe pokolenia Ludu Bożego ziemi, z której pochodzę, i że ja z tego skarbca czerpię. Nawet niewiele dając z siebie, czerpię… I zawsze też miałem świadomość, że owe tajemnice Jezusa i Maryi, które tu rozważamy, modląc się za żywych lub umarłych są istotnie niezgłębione…” – mówił o tym sanktuarium papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Kalwarii 7 czerwca 1979 r.
W stulecie koronacji obrazu, 10 czerwca 1987 Jan Paweł II przekazał dla sanktuarium złotą różę. Ceremonia miała miejsce podczas III pielgrzymki Papieża do Ojczyzny. Na tę okoliczność Obraz opuścił Kalwarię Zebrzydowską i został umieszczony przy ołtarzu na krakowskich Błoniach. źródło: PzM, KAI
***
Dlaczego dzieci w Fatimie nie spotkały się z Maryją 13 sierpnia?
Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons
***
Choć objawienia fatimskie najczęściej kojarzymy z 13. dniem miesiąca, to w sierpniu 1917 r. było inaczej. Do spotkania Matki Bożej z Łucją, Hiacyntą i Franciszkiem doszło dopiero 19 sierpnia. Wszystko dlatego, że 13 sierpnia dzieci zostały uwięzione.
Środowiska i media wrogie Kościołowi początkowo starały się przemilczeć sprawę objawień, jednak wraz ze wzrostem liczby ludzi przybywających do Cova da Iria, gdzie ukazywała się Matka Boża, stało się to niemożliwe. Sięgnięto zatem po kolejny oręż: ośmieszanie, kpiny i szyderstwa z Kościoła i ludu, którzy wierzyli w „zabobon fatimski”.
13 sierpnia 1917 r. doszło nawet do uwięzienia Łucji, Franciszka i Hiacynty przez Artura de Oliveirę Santosa, burmistrza Vila Nova de Ourém, do którego administracyjnie należała Fatima. O ile rodzice Hiacynty i Franciszka byli przerażeni tym faktem, o tyle matka Łucji, niedowierzająca córce, miała nadzieję, że dzieci w końcu przyznają się do prawdy. Mama Łucji bardzo kochała córkę, choć nie szczędziła jej wielu przykrości i upokorzeń, licząc na to, że córka wyzna kłamstwo w sprawie Fatimy. Pani dos Santos do końca życia była sceptyczna co do objawień i tego, że tak wielkie wyróżnienie spotkało jej córkę.
Po latach Łucja tak wspominała uwięzienie w Ourém: – Co mnie bolało najbardziej, to obojętność, jaką mi okazywali moi rodzice, a którą odczuwałam tym bardziej, gdyż widziałam, z jaką miłością wujostwo otaczało swoje dzieci. Pamiętam, że w czasie tej podróży zrobiłam to spostrzeżenie: Jak różni są moi rodzice od wujostwa. Oni aby swe dzieci obronić, sami osobiście stawiali się w urzędzie. Moi rodzice natomiast oddawali mnie z największą obojętnością władzom. (cytat za: sekretariatfatimski.pl).
Przed 13 sierpnia
Wspomniany Artur de Oliveira Santos był m.in. członkiem Sądu Najwyższego, jednak znana jest również jego działalność w masonerii. Krótko przed 13 sierpnia 1917 r. burmistrz polecił rodzicom dzieci, aby przybyli do niego ze swoimi pociechami 11 sierpnia. Ojciec Hiacynty i Franciszka Manuel Marto poszedł sam; tłumaczył, że jego dzieci są zbyt małe, żeby odbyć podróż do Ourém. Łucja natomiast udała się tam na osiołku z ojcem.
Intryga burmistrza
13 sierpnia Artur de Oliveira Santos przybył do proboszcza i do domów dzieci w Aljustrel nieopodal Fatimy. Oznajmił, że osobiście zabierze wizjonerów samochodem na miejsce objawień, żeby przekonać się o ich prawdziwości. Mimo oporu dzieci wsiadły do jego samochodu. Najpierw przyjechali do miejscowego proboszcza, który zadawał Łucji pytania. – Jeżeli kłamcy idą do piekła, ja tam na pewno nie pójdę, ponieważ wszystko, co mówiłam, jest prawdą. Jeżeli chodzi o ludzi, którzy zdążają do Cova, to idą tam, ponieważ sami chcą iść, my ich do niczego nie namawiamy – powiedziała dziewczynka odważnie proboszczowi i burmistrzowi.
Trudne chwile dzieci w Ourém
Dzieci ponownie zostały zmuszone, aby wsiąść do samochodu burmistrza. Co ważne, ten kierował się jednak nie do Cova da Iria, ale do Vila Nova de Ourém. Sprawca tego incydentu przykrył dzieci płachtą, aby je ukryć w aucie. Ludzie przybyli na miejsce spodziewanego czwartego objawienia, jednak dowiedzieli się o porwaniu dzieci. Ich złość skierowała się na burmistrza i niesłusznie również na księdza, którego posądzano o bycie wspólnikiem w porwaniu.
Warto dodać, że choć dzieci nie mogły tego dnia przybyć do Cova, zebrany tłum dostrzegł małą chmurkę nad dębem, nad którym ukazywała się Maryja. Słychać było też grzmot, któremu towarzyszyła błyskawica. Wspomniana chmurka szybko zniknęła.
W Ourém dzieci przeżyły prawdziwe fizyczne i psychiczne tortury. Było im bardzo smutno również z tego powodu, że ominęło ich spotkanie z Matką Bożą. Zamknięto je w pokoju i grożono, że warunkiem ich uwolnienia jest wyjawienie tajemnicy ws. rzekomych objawień. Stosowano różne sposoby, aby je zmusić do mówienia – łącznie z groźbą, że zostaną usmażone w oleju. Nic jednak nie poskutkowało. Wszystko miało na celu przestraszenie ich i zmuszenie do mówienia prawdy, ale dzieci były skłonne raczej umrzeć niż wyjawić tajemnicę otrzymaną od Maryi miesiąc wcześniej. W trakcie pobytu u burmistrza mogły liczyć jedynie na sympatię ze strony jego żony.
Ze wspomnień Łucji wiemy, że dzieci przez pewien czas przebywały w areszcie z kilkoma więźniami, którzy byli poruszeni ich postawą i modlili się wraz z nimi. Łucja zawiesiła na ścianie medalik, przed którym wspólnie się modlili. Czas aresztowania najgorzej znosiła najmłodsza Hiacynta, ale wszystko wraz z bratem i kuzynką ofiarowali Bogu i Maryi.
Artur de Oliveira Santos wierzył, że na skutek aresztowania dzieci uda się przynajmniej zniszczyć zainteresowanie ludzi Fatimą, ale jak wiemy, skutek jego działań był przeciwny do zamierzonego. Koniec końców nic nie poskutkowało i dzieci zostały prawdopodobnie po dwóch dniach odwiezione do domu, a 19 sierpnia po raz czwarty przyszła do nich Matka Boża.
Muzeum miejskie w Ourém (Museu Municipal de Ourém)
W dawnym mieszkaniu Artura de Oliveiry Santosa istnieje Muzeum Miejskie. Można tam znaleźć eksponaty związane z dziedzictwem i historią Ourém, ale oczywiście w tym miejscu upamiętnia się również temat pobytu dzieci fatimskich.
źródło: Polskifr.fr / KAI
***
10 ważnych faktów na temat Fatimy
fot. Źródło: kadr filmu Fatima – Orędzie wciąż aktualne
***
Liczni czciciele Matki Bożej Fatimskiej znają najistotniejsze aspekty Jej przesłania oraz różne wydarzenia związane z objawieniami sprzed ponad stu lat. Niektóre szczegóły i niuanse mogą jednak zostać przeoczone. Przypominamy więc o kilku faktach dotyczących Fatimy, o których często zapominamy, a o których naprawdę warto pamiętać!
1. Będzie siódme objawienie
Matka Boża ukazała się w Fatimie sześciokrotnie, od maja 1917 roku do października tego roku. Jednak już podczas pierwszego objawienia Matka Boża zapowiedziała, że powróci do Cova da Iria jeszcze po raz siódmy. „Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz”.
Specjaliści nie są zgodni co do tych słów. Większość sądzi jednak, że nie jest sprzecznym z wiarą uważać, że Najświętsza Panna jeszcze do Fatimy powróci, i że może to się stać w najbliższej przyszłości. Z całą pewnością jest to jedno z najbardziej chwalebnych wydarzeń, na jakie pobożny katolik może oczekiwać, szczególnie w naszych zatrważających, pełnych chaosu czasach. Mamy wielką nadzieję, że wraz z owym siódmym przyjściem nadejdzie upragniony pokój i – jak prorokował święty Ludwik de Montfort – triumf Jej Niepokalanego Serca.
2. Różaniec i czyściec
Najświętsza Maryja Panna w Fatimie przypomniała trójce dzieci o istocie różańca oraz o istnieniu czyśćca! Odpowiadając na pytania Łucji mówiła, że Franciszek musi zmówić jeszcze wiele różańców, nim trafi do Nieba, a o Amelii, że na pewno będzie przebywać w czyśćcu do końca świata. Królowa świętych przypomniała więc nam wszystkim o zbawiennej praktyce odmawiania różańca świętego – a więc o sposobie ratowania własnej duszy. Oferuje wręcz różaniec jako gwarancję na bezpieczne przejście z ziemi do Nieba, jak właśnie w przypadku Franciszka.
Co szczególnie istotne, Matka Boża wskazuje na samą rzeczywistość istnienia czyśćca, o której tak wielu katolików, w tym niestety duchownych, zdaje się zapominać. A przecież – przypomina Maryja – wiele spośród dusz w czyśćcu czekać będzie aż do końca świata. Według badań księdza Sebastiano dos Reis wspomniana Amelia zmarła w okolicznościach wskazujących na hańbę w sprawach czystości! Szokujące dla niektórych może się wydawać, że siostra Łucja mówiła o wiecznym cierpieniu w piekle licznych dusz, które zmarły mając na sumieniu tylko jeden grzech śmiertelny!
3. Różnica między objawieniami Maryi i Anioła
Bardzo ciekawym było, że fizyczne, emocjonalne i psychologiczne doświadczenie objawień Anioła Portugalii i Matki Bożej opisane było przez dzieci jako zupełnie różne. Siostra Łucja pisze w swych wspomnieniach: „Nie wiem dlaczego, ale faktem jest, że objawienia Matki Bożej miały inny wpływ na nas. Towarzyszyła nam, co prawda, ta sama intymna radość, ten sam pokój i to samo szczęście. Jednak, zamiast fizycznego zmęczenia, czuliśmy pewną ekspansywną żywotność, zamiast odrętwienia z powodu Bożej obecności, czuliśmy pewien rodzaj radości, zamiast trudności w mówieniu, czuliśmy pewien rodzaj entuzjazmu komunikacyjnego…”
Istnieje wyraźna różnica między objawiającymi się Matką Bożą i Aniołem – wynika to z ich różnej natury. Anioł to wszak czysty duch, Maryja posiada jednak i duszę i ciało. Po spotkaniu z Aniołem Portugalii pastuszkowie czuli się wyczerpani, chodziło stworzenie o wyższej naturze. Jako że dzieci były tej samej natury co Najświętsza Panna, przy spotkaniu z Nią czuły się bardziej swobodnie. Potwierdza to dogmat wiary o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny do nieba wraz z ziemskim ciałem.
4. Znaczenie modlitwy, pokuty, ofiary i umartwienia dla nawrócenia grzeszników
Ludzie współcześni, słysząc o umartwieniu i pokucie, kojarzą te hasła ze średniowieczem. Kryzys moralny ogarniający cały świat jest niezwykle poważny, wymaga ciągłej modlitwy, pokuty i ofiary. Prawda ta stale przewija się w Orędziu Matki Bożej Fatimskiej. W swojej niewinności dwoje młodszych pastuszków zrozumiało potrzebę ofiarowania się jako przebłagalne ofiary. Ale przecież apel Matki Bożej, w którym zwraca się z prośbą o modlitwę i pokutę, odnosi się również do reszty ludzkości.
Zwykli śmiertelnicy mogą dużo zyskać umartwiając ciało. Praktyka ta pozwala opanować niesforne namiętności, które przechodzą pod kontrolę łaski i woli. Cierpienie bowiem łatwo staje się potęgą w sprawach Bożych. Pan Jezus odkupił ludzkość poprzez krwawą ofiarę i ogromne cierpienia znoszone na Kalwarii.
5. Prześladowania z powodu objawień
Objawienia Matki Bożej były dla dzieci niewątpliwym wyróżnieniem, ale przecież nie tylko. Trójka pastuszków poniosła ciężkie ofiary przez sam fakt świadczenia o przybyciu Maryi do Fatimy. Szczególnie cierpiała Łucja – nie wierzyła jej ani matka, ani krewni, którzy w dodatku przestali okazywać jej jakąkolwiek czułość. Te cierpienia młodej dziewczynki musiały być bardzo intensywne.
Chociaż Franciszek i Hiacynta nie spotkali się z prześladowaniami w rodzinie, narażeni byli na stałe kpiny ze strony sąsiadów i szyderstwa przybyszy. Co więcej, świeckie media narażały dzieci na śmieszność i sarkazm. Krajowe gazety prowadziły ohydną kampanię nienawiści i oczerniania. Wszystko, by zdyskredytować objawienia. Pomimo tych zniewag dzieci zachowywały się z godną podziwu cierpliwością. Co więcej, zawsze pamiętały o wezwanie Matki Bożej, by ofiarować swoje cierpienia za grzeszników.
6. Zmiany w Nabożeństwie Pięciu Pierwszych Sobót
Matka Boża prosiła pierwotnie, by przystępować do spowiedzi i Komunii Św. przez pięć pierwszych sobót miesiąca, odmawiać pięć dziesiątek Różańca i medytować przez 15 minut nad tajemnicami, w celu zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. Jednak Łucja, w trakcie kolejnego objawienia opowiedziała o trudnościach w wypełnianiu tego nabożeństwa. Zostały więc wprowadzone zmiany: do spowiedzi można przystępować w inne dni niż w pierwszą sobotę, o ile Pan Jezus jest przyjmowany godnie i z zamiarem zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. A jeśli ktoś zapomni o wypowiedzeniu intencji, może to zrobić przy okazji następnej spowiedzi, korzystając z pierwszej ku temu sposobności.
Siostra Łucja wyjaśniła także, że nie ma potrzeby rozważać wszystkich tajemnic Różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca – wystarczy rozważać jedną z nich albo kilka.
7. Dlaczego ustanowiono Nabożeństwo Pięciu Pierwszych Sobót?
Nabożeństwo to odpowiada pięciu rodzajom grzechów i bluźnierstw popełnianych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Są to:
– bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu; – bluźnierstwa przeciw Jej dziewictwu; – bluźnierstwa przeciw Jej Boskiemu macierzyństwu – wpajanie nienawiści, obojętności, a nawet pogardy do Niepokalanej Matki w sercach dzieci; – bezpośrednie lżenie Jej świętych wizerunków
8. Udaremnienie większego cudu niż cud słońca!
Siostra Łucja ujawniła, że słynny „cud słońca” mógłby być jeszcze większy. Dzieci zostały jednak uprowadzone przez Arthura Oliveira Santosa, administratora Rady Administracyjnej Vila Nova de Ourém.
Jest to przykład przestępstwa popełnionego wbrew woli Matki Bożej, którego nie ukarała. Tak czy inaczej, tłumy osób zebranych w Fatimie po południu 13 października 1917 r. zostały pozbawione możliwości ujrzenia znacznie większego cudu, niż i tak ogromny „cud słońca”.
9. Zorza polarna czy ostrzeżenie przed wojną?
Siostra Łucja uznała nadzwyczajne światło świecące nad Europą w nocy z 25 na 26 stycznia 1938 roku w godzinach od 20:45 do 01:15 za „wielki znak” od Matki Bożej, wskazujący, że nieuchronnie zbliża się wojna.
Astronomowie i sceptycy orzekli oczywiście, że była to jedynie zorza polarna. Jednak większość z nich zaświadczała, że postać jaką przybrała, nie miała wcześniej precedensu.
10. Ostatnie, porażające słowa Hiacynty
Zaledwie 10-letnia Hiacynta była dziewczyną nad wyraz dojrzałą. Posiadała prorocze wizje i wiele prywatnych objawień. Słowa wypowiedziane przez Hiacyntę ukazują też głębię jej duszy w obliczu moralnego upadku świata. Oto jedne z jej ostatnich słów:
– Grzechami prowadzącymi najwięcej dusz do piekła są grzechy cielesne.
– Aby być czystym na ciele konieczne jest utrzymanie czystości. Być czystą na ciele to znaczy strzec niewinności. A być czystą na duszy to znaczy nie grzeszyć, nie oglądać tego, czego nie powinno się widzieć, nie kraść, nie kłamać, mówić zawsze prawdę, także wtedy, gdy nas to wiele kosztuje.
– Mody, które nadejdą, będą bardzo obrażać Pana. Osoby, które służą Bogu, nie mogą iść za głosem mody. W Kościele nie ma zmiennych mód. Jezus jest zawsze ten sam.
– Lekarzom brak światła i wiedzy, by leczyć chorych, bo brak im miłości Boga.
– Księża powinni zajmować się tylko sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo kapłanów i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa.
– Aby być zakonnicą, trzeba być bardzo czystą duszą i ciałem.
– Wiele jest niedobrych mód; nie podobają się one Jezusowi, nie są Boże.
– Spowiedź jest sakramentem miłosierdzia. Dlatego trzeba zbliżać się do konfesjonału z ufnością i radością. Bez spowiedzi nie ma zbawienia.
PCh24.pl/malk
***
Niedziela 23 sierpnia – Anioł Pański z papieżem
Leon XIV zachęca, aby wracać do pytania: kim jest dla mnie Jezus?
W rozważaniu przed południową modlitwą Anioł Pański, Leon XIV mówił o fundamentalnym znaczeniu pytania: kim jest dla mnie Jezus? Podkreślił, że należy często je ponawiać, a odpowiedź weryfikować także w relacjach i sytuacjach dnia codziennego. Przestrzegł też przed zadowalaniem „przekonaniami” na temat wiary, który nie może zastąpić osobistej więzi z Panem.
Wiara nie jest dana raz na zawsze
Odwołując się do dzisiejszej Ewangelii, w której Jezus pyta uczniów, za kogi Go uważają, Papież podkreśla, że jest to pytanie na które każdy wierzący powinien nieustannie szukać odpowiedzi, bowiem wiara nie jest nikomu dana raz na zawsze, ale wymaga ciągłej troski. „Zawsze musimy na nowo odkrywać oblicze Chrystusa i Jego Ewangelię, zgłębiać Jego przesłanie i odnawiać wybory naszego życia, aby były spójne z tym, co wyznajemy, pokonując pokusę, że już wszystko wiemy i że wiara staje się dla nas zwyczajem” – mówił.
Na Placu św. Piotra było wielu pielgrzymów z Polski (@Vatican Media)
Szukać odpowiedzi na modlitwie i codzienności
Ojciec Święty zauważa również, że odpowiedź na to pytanie pojawia się zarówno w modlitwie i podczas medytacji Ewangelii, jak też w codziennych sytuacjach, zwłaszcza tych, które poruszają nasze sumienie. „W praktyce naszego życia możemy sprawdzić, czy Pan Jezus jest dla nas jedynie wielką postacią historyczną, która powiedziała i uczyniła ważne rzeczy, czy też Chrystusem Boga, Tym, który został posłany, aby wprowadzić nas w miłość Ojca i przemienić nasze życie oraz świat, w którym żyjemy”.
Pielgrzymi chronili się w cieniu kolumnady Berniniego (@Vatican Media)
Przestroga przed religijnymi pewnikami
„Najdrożsi, nauczmy się nie zamykać w naszych przekonaniach i religijnych pewnościach, aby pozostać otwartymi na autentyczną relację z Chrystusem” – zachęca Leon XIV. Przestrzega przed zadowalaniem się stereotypami i przekazem „z drugiej ręki” – nawet jeśli głoszącym je przyświecały dobre intencje. „Jezus wzywa nas do osobistej odpowiedzi, do poznania Go z bliska, do pozwolenia, by przyjaźń z Nim nas kształtowała, w nieustannie nowym spotkaniu, które może nawet wymagać od nas podążania nieznanymi dotąd drogami i dokonywania wyborów innych niż te, które sobie wyobrażaliśmy” – przekonuje Ojciec Święty. Dotyczy to nie tylko wiary, przeżywanej osobiście, ale też całego Kościoła i wyborów duszpasterskich, w których nie należy ulegać pokusie postępowania według utartych schematów.
„Ważne jest natomiast, byśmy często zadawali sobie pytania: kim jest dla mnie Pan? Czy naprawdę Go znam? O co prosi mnie dzisiaj Jego Ewangelia? Jakie kroki i jakie wybory powinienem podjąć?” – zaprasza Ojciec Święty.
Dorota Abdelmoula-Viatican News
***
środa – 12 sierpnia
Leon XIV: Wirtualna obecność nie zastąpi udziału we Mszy świętej
Samej obecności wirtualnej nie można uznać za udział w niedzielnej Eucharystii – powiedział Leon XIV podczas środowej audiencji generalnej. Papież podkreślił również, że zgromadzenie liturgiczne nie może pozostawać bierne.
fot. Vatican Media
***
Podczas audiencji w Bazylice Świętego Piotra Leon XIV kontynuował cykl katechez poświęconych dokumentom Soboru Watykańskiego II. Omawiając konstytucję Sacrosanctum Concilium, zatrzymał się nad znaczeniem roku liturgicznego i niedzieli, nazwanej przez św. Jana Pawła II „Paschą tygodnia” oraz „dniem dni”.
Papież przypomniał, że centrum niedzieli stanowi Eucharystia, podczas której wspólnota słucha słowa Bożego, przyjmuje Ciało Chrystusa i gromadzi się razem. – Takiego zgromadzenia nie może zastąpić sama obecność wirtualna ani też nie można go sprowadzić do biernego uczestnictwa – powiedział Leon XIV. Jak dodał, zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się przez czynny udział braci i sióstr.
Papież nie odniósł się w tym miejscu do sytuacji chorych ani osób, które z poważnych powodów nie mogą dotrzeć do kościoła. Jego wypowiedź dotyczyła znaczenia rzeczywistego zgromadzenia wiernych jako elementu właściwego przeżywania niedzielnej Eucharystii. W oficjalnym streszczeniu katechezy Stolica Apostolska zaznaczyła wprost: „Świętowanie niedzieli polega głównie na czynnym udziale w Eucharystii – nie można go zastąpić wirtualną transmisją”.
Leon XIV zaapelował również o tworzenie „jak najlepszych warunków”, aby we Mszy świętej mogły uczestniczyć osoby, które w niedzielę nie mogą powstrzymać się od pracy. Rok liturgiczny – podsumował – nie jest wyłącznie przypominaniem wydarzeń z przeszłości, lecz uobecnia dzieło zbawienia i stanowi podstawowy punkt odniesienia dla całej działalności duszpasterskiej.
Pełny tekst katechezy papieskiej
Piąty rozdział Konstytucji soborowej Sacrosanctum Concilium (SC) poświęcony jest rokowi liturgicznemu. Nad tym właśnie zagadnieniem chcemy się dziś zatrzymać, aby ukazać jego znaczenie w życiu każdego wierzącego.
Przede wszystkim należy przypomnieć, że określenie cyklu świąt chrześcijańskich mianem „roku liturgicznego” upowszechniło się w języku kościelnym dzięki dziełu Sługi Bożego, Opata Prospera Guérangera (1805-1875).
W Encyklice Mediator Dei Papież Pius XII stwierdza, że [rok liturgiczny] „nie jest zimnym i bezwładnym przedstawieniem spraw, tyczących się minionych czasów, ani też prostym i czczym przypomnieniem wypadków z dawnych wieków. Jest to raczej sam Chrystus, który trwa w Kościele swoim i kroczy drogą ogromnego miłosierdzia swego, którą rozpoczął za swego doczesnego życia, (…) aby dusze ludzi zbliżyły się do Jego tajemnic i nimi niejako żyły. A te tajemnice zaiste bez przerwy żyją teraz i działają” (III. Divinum Officium et Annus Liturgicus, II. Cyclus Mysteriorum)[1]. Rok liturgiczny należy zatem rozumieć jako nieustanne uobecnianie dzieła zbawienia, którego Chrystus dokonuje w historii. Przemierzając ten cykl czasu, Kościół pozostaje w żywym kontakcie z odkupieńczym działaniem Pana, dzięki czemu wszyscy wierni zostają napełnieni Jego łaską (por. SC, 102c). Spotkanie z Jezusem, który umarł i zmartwychwstał dla nas, jest celem, do którego Kościół nieustannie zmierza, stawiając w centrum każdego okresu roku liturgicznego celebrację wydarzenia paschalnego.
Dlatego Ojcowie Soboru uznają właśnie niedzielę za „podstawę i rdzeń całego roku liturgicznego”, za „pierwotny dzień świąteczny” (por. SC, 106). W wielu współczesnych językach sama jej nazwa poświadcza, że jest to dies Domini, czyli „dzień Pański”. Także w tych językach, w których przeważyło odniesienie do „dnia słońca” (Sunday, Sonntag), można dostrzec związek z Chrystusem: to Chrystus jest prawdziwym „Słońcem sprawiedliwości”, które oświeca każdego człowieka!
Św. Jan Paweł II w Liście apostolskim Dies Domini (31 maja 1998) naucza, że niedziela jest dniem Pańskim, dniem Kościoła, dniem człowieka i wreszcie „dniem dni”: „Skoro niedziela jest Paschą tygodnia, która przypomina i uobecnia dzień zmartwychwstania Chrystusa, to jest także dniem, który objawia sens czasu. (…) Bierze początek ze zmartwychwstania i narzuca własny rytm ludzkim miarom czasu – miesiącom, latom i wiekom; jest jakby wektorem, który je przenika i sprawia, że prowadzą ku drugiemu przyjściu Chrystusa. Niedziela jest prefiguracją dnia ostatniego, dnia Paruzji” (n. 75)[2], kiedy wszyscy zmartwychwstaniemy.
Aby uświęcić niedzielę, nieodzowne jest sprawowanie Eucharystii. Słuchanie Słowa Bożego i uczestnictwo w Ciele Chrystusa zakładają – według Ojców Soboru – „convenire in unum” (por. SC, 106), czyli świąteczne zgromadzenie wiernych. W nim wspólnota chrześcijańska ukazuje w sposób widzialny swoją komunię z Panem oraz daje świadectwo przynależności do Chrystusa i wierności Kościołowi. Takiego zgromadzenia nie może zastąpić sama obecność wirtualna ani też nie można go sprowadzić do biernego uczestnictwa. Zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się bowiem poprzez czynny udział braci i sióstr, zwołanych razem, aby „składać dziękczynienie Bogu, który «przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził ich żywej nadziei» (1 P 1, 3)” (tamże).
W związku z tym zachęcam wszystkich do tworzenia jak najlepszych warunków, aby we Mszy św. mogli uczestniczyć także ci, którzy w niedzielę nie mają możliwości powstrzymania się od pracy.
Najdrożsi, rok liturgiczny, którego rytm wyznaczają niedziele, ma interesującą historię, w której splatają się wiara i pobożność Kościoła. Już od II w. po Chr. do obchodzenia cotygodniowej Paschy dołączyła celebracja Paschy dorocznej, „największej uroczystości” (SC, 102), rozciągnięta na radosny okres pięćdziesięciu dni, zwieńczony Pięćdziesiątnicą, a poprzedzony Wielkim Postem o charakterze pokutnym (por. SC, 109). Późniejszy rozwój cyklu Bożego Narodzenia, ukształtowanego na wzór cyklu paschalnego, pozwolił na nowo przeżywać misteria Wcielenia Słowa Bożego, Jego narodzenia i objawienia się światu. Następnie Kościół włączył w poszczególne okresy roku liturgicznego cześć Najświętszej Maryi Panny, „nierozerwalnym węzłem złączonej ze zbawczym dziełem swojego Syna” (SC, 103), a także „wspomnienia męczenników oraz innych świętych, którzy (…) wyśpiewują Bogu w niebie doskonałą chwałę i wstawiają się za nami” (SC, 104).
Rok liturgiczny ukazuje w ten sposób, w formie sakramentalnej, pedagogię historii zbawienia, prowadząc wiernych od oczekiwania na Mesjasza ku pełni misterium paschalnego i zapowiedzi przyszłej chwały. W ciągu tego roku Kościół celebruje zbawczą aktualność misterium Chrystusa, umożliwiając wiernym coraz pełniejsze w nim uczestnictwo. Dlatego rok liturgiczny stanowi zasadnicze źródło inspiracji i podstawowy punkt odniesienia dla wszelkiej działalności duszpasterskiej.
mt/stacja7.pl, Vatican News
***
17 sierpnia 2026
Leon XIV mówi „nie” wirtualnej liturgii. Msza św. domaga się obecności
PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI
***
Bezpośredniego uczestnictwa we Mszy świętej niedzielnej nie można zastąpić wirtualnym nabożeństwem – przypomniał papież Leon XIV w jednej z katechez wygłoszonej 12 sierpnia br. na temat znaczenia liturgii. Katolicy, którzy nie mają przeszkód, aby brać bezpośredni udział w niedzielnej Mszy świętej, nie mogą tłumaczyć się tym, że uczestniczą w liturgii wirtualnie.
Leon XIV wezwał wiernych do priorytetowego uczestnictwa w niedzielnej Mszy Świętej, albowiem aktywnego uczestnictwa w Eucharystii nie można zastąpić spotkaniami wirtualnymi.
– Zachęcam wszystkich do tworzenia jak najlepszych warunków, aby we Mszy św. mogli uczestniczyć także ci, którzy w niedzielę nie mają możliwości powstrzymania się od pracy – mówił podczas katechezy wygłoszonej w Watykanie 12 sierpnia.
Ojciec Święty kontynuował swoje cotygodniowe rozważania na temat konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” Soboru Watykańskiego II.
Leon wyjaśnił znaczenie roku liturgicznego. Nawiązywał do nauki papieża Piusa XII, a także Sługi Bożego, francuskiego benedyktyna, opata Prospera Guérangera z Solesmes, kluczowej postaci ruchu liturgicznego.
Dodał za Piusem XII, że rok liturgiczny nie jest jedynie „zimnym i bezwładnym przedstawieniem spraw, tyczących się minionych czasów, ani też prostym i czczym przypomnieniem wypadków z dawnych wieków”. „Jest to raczej sam Chrystus, który trwa w Kościele swoim i kroczy drogą ogromnego miłosierdzia swego, którą rozpoczął za swego doczesnego życia, (…) aby dusze ludzi zbliżyły się do Jego tajemnic i nimi niejako żyły. A te tajemnice zaiste bez przerwy żyją teraz i działają”.
– Rok liturgiczny należy zatem rozumieć jako nieustanne uobecnianie dzieła zbawienia, którego Chrystus dokonuje w historii. Przemierzając ten cykl czasu, Kościół pozostaje w żywym kontakcie z odkupieńczym działaniem Pana, dzięki czemu wszyscy wierni zostają napełnieni Jego łaską. Spotkanie z Jezusem, który umarł i zmartwychwstał dla nas, jest celem, do którego Kościół nieustannie zmierza, stawiając w centrum każdego okresu roku liturgicznego celebrację wydarzenia paschalnego – wyjaśnił Leon.
Dodał, że Kościół zawsze postrzegał niedzielę jako cotygodniowe święto zmartwychwstania Chrystusa: „dies Domini” („dzień Pański”). Dlatego tak ważny jest bezpośredni udział we Mszy świętej w niedzielę. Leon XIV apelował, by nie zastępować „takiego zgromadzenia” „obecnością wirtualną”. Nie można go także „sprowadzić do biernego uczestnictwa”. – Zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się bowiem poprzez czynny udział braci i sióstr, zwołanych razem, aby ‘składać dziękczynienie Bogu, który «przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził ich żywej nadziei» (1 P 1, 3)’ – wskazał.
Rok liturgiczny, którego rytm wyznaczają niedziele „ukazuje (…) w formie sakramentalnej, pedagogię historii zbawienia, prowadząc wiernych od oczekiwania na Mesjasza ku pełni misterium paschalnego i zapowiedzi przyszłej chwały”.
– W ciągu tego roku – kontynuował papież – Kościół celebruje zbawczą aktualność misterium Chrystusa, umożliwiając wiernym coraz pełniejsze w nim uczestnictwo – przypomniał papież.
PCh24.pl/źródła: ewtnnews.com, vatican.va
***
Nie zamykaj drzwi, przez które Bóg może jeszcze wejść
Jak rozmawiać o wierze z dorosłymi dziećmi, które przestały chodzić do Kościoła?
Są zdania, które w rodzinie bolą bardziej niż kłótnia o pieniądze, wybór studiów czy decyzja o wyjeździe za granicę: nie chodzę już do kościoła”, „nie wierzę tak jak wy”, „Kościół mnie nie przekonuje”, „nie chcę o tym rozmawiać”….
Adobe Stock
***
Dla wierzących rodziców takie słowa nie są jedynie informacją o zmianie poglądów, ale dotykają one samego rdzenia religijnego życia: chrztu, modlitwy przy łóżku dziecka, pierwszej komunii, rodzinnych świat, niedzielnej eucharystii, pacierza, krzyża na ścianie czy też w końcu nadziei zbawienia.
W takiej chwili pojawiają się pytania: co zrobiliśmy źle? Czy za mało wymagaliśmy? Czy za mało tłumaczyliśmy? Czy zlaicyzowany świat odebrał nam dziecko? Czy może Kościół je zranił? Czy Bóg odnajdzie jeszcze moje dziecko?
Właśnie wtedy, w tej pierwszej chwili bólu i wywołanej nim reakcji, rodzic musi bardzo uważać, bo można powiedzieć słowa, które nie przyprowadzą dziecka bliżej Boga, ale odsuną je jeszcze dalej. Łatwo bowiem pomylić troskę z kontrolą, świadectwo z naciskiem, wiarę z pretensją, a miłość z lękiem.
Nie jesteś prokuratorem wiary
Pierwsza zasada w takiej sytuacji jest prosta, choć zarazem bardzo trudna. Dorosłego dziecka nie wolno traktować jak oskarżonego. Rodzic bowiem nie jest prokuratorem wiary, a rodzinny stół nie jest salą sądową. Pytania (choć mogą wydawać się słuszne i potrzebne): „dlaczego nie chodzisz do Kościoła?”, „jak możesz nam to robić?”, „czy ty w ogóle myślisz o zbawieniu?”, „po co ci był chrzest, komunia, bierzmowanie?” mogą wypływać z bólu i wydawać się słuszne i potrzebne, zwykle jednak rodzą opór, ale nie nawrócenie.
Dorosłego człowieka nie da się doprowadzić do Boga przymusem.
Można go zaprosić, poruszyć, zaintrygować, wzruszyć, dać mu świadectwo, czasem powiedzieć mocne słowo, ale nie da się wymusić wiary tak, jak wymusza się wykonanie obowiązku domowego. Wiara nie jest meldunkiem posłuszeństwa wobec rodziców. Wiara jest wolną odpowiedzią człowieka na łaskę Boga. Dlatego pierwszym zadaniem rodzica nie jest wygrać spór w dyskusji o wierze i sposobie jej wyznawania, ale ocalić więź. Jeśli bowiem zniszczymy więź z dzieckiem, bardzo często burzymy także ostatni most, po którym kiedyś mogłaby wrócić rozmowa o Bogu.
Za odejściem często kryje się rana
Nie każde odejście od Kościoła zaczyna się od buntu przeciw Bogu. Czasem zaczyna się od zgorszenia, od złego doświadczenia, od chłodu i obojętności w spólnoty, od skandalu, od niezrozumienia, od złego doświadczenia, od języka , który bardziej ranił niż prowadził, od spowiedzi, która bardziej podnieść – upokorzyła, od kazań, które nie odpowiadały na realne pytania życia, od poczucia, że w Kościele nie ma miejsca na moje wątpliwości, moje osobiste cierpienie, moje sumienie i moją historię. Dlatego warto usłyszeć nie tylko deklarację: „nie chodzę do kościoła”, ale także to, co się pod nią kryje. Może tam jest wołanie: „nie umiem już wierzyć tak jak dawniej”, może: „zostałem zraniony”, może: „nie widzę sensu”, „nie spotkałem Boga, tylko instytucję”, „nie chcę udawać”. Rodzic, który od razu odpowiada kontrargumentem, może przegapić to co najważniejsze. Natomiast rodzic, który pyta: „co się stało?”, „co cię najbardziej oddaliło”, „czego dziś nie możesz przyjąć?”, „czy ktoś cię zranił”, „jak to przeżywasz” nie zdradza wiary, on otwiera przestrzeń, w której prawda może zostać wypowiedziana bez lęku.
Słuchanie nie jest kapitulacją
Wielu rodziców boi się, że jeśli zaczną słuchać, to tak jakby przyznawali dziecku rację. To nieporozumienie. Słuchanie nie jest zgoda na wszystko. Jest aktem miłości, jest powiedzeniem: „twoja historia jest dla mnie ważna, nawet jeśli nie zgadzam się z twoimi poglądami i wnioskami”. Komunikacyjnie dojrzała rozmowa o wierze nie zaczyna się od wykładu, ale od uznania doświadczenia drugiego człowieka. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze umieć podać prawdę tak, by nie stała się kamieniem rzuconym w twarz. Prawda bez miłości może upokarzać, a miłość bez prawdy może rozmywać, ale prawda wypowiedziana w miłości może stać się początkiem drogi. Rodzić może powiedzieć: „nie ukrywam, że jest mi z tym trudno. Wiara jest dla mnie czymś najgłębszym, ale chce cię zrozumieć. Nie chce cię przesłuchiwać, ale chce wiedzieć, co się w tobie dzieje”. Tego typu zdanie ma większą moc niż dziesięć oskarżeń. Ono nie zamyka rozmowy, ono ją rozpoczyna.
Wiara nie może być narzędziem emocjonalnego nacisku
Jednym z najpoważniejszych błędów jest użycie wiary jako narzędzia emocjonalnego nacisku: „przez ciebie cierpię”, „zawiodłeś nas”, „tak staraliśmy się ciebie wychować, a ty wszystko zmarnowałeś”, „co ludzie powiedzą?”, „ja w twoim wieku dwa razy dziennie chodziłam do kościoła”, „babcia by tego nie przeżyła”. Takie zdania mogą budzić poczucie winy, a z pewnością rzadko budzą wiarę. Bóg nie powinien być w rodzinie argumentem do zawstydzania, Kościół nie może być kijem wychowawczym a modlitwa nie może stać się formą wyrzutu. Jeśli dziecko zacznie kojarzyć Boga głownie z presją, obowiązkiem, rozczarowaniem rodziców i rodzinnym napięciem, wtedy im więcej będziemy mówić o wierze, tym bardziej dziecko może się przed nią bronić. Trzeba odróżnić świadectwo od nacisku. Świadectwo bowiem mówi: „wiara mnie niesie, daje mi siłę”. Nacisk mówi: „masz wierzyć, żeby mnie nie ranić”. Świadectwo zaprasza, nacisk osacza. Świadectwo może pracować w sercu przez lata, nacisk często zamyka człowieka w jednej chwili.
Miłość nie oznacza milczenia
Czy zatem w tej przykrej i skomplikowanej sytuacji rodzice mają nic nie mówić? Oczywiście, że nie, bo milczenie może zostać odebrane jako obojętność. Rodzice mają prawo mówić, że wiara jest dla nich święta. Mają prawo powiedzieć, że wiara jest dla nich święta i maja prawo powiedzieć, że cierpią. Maja prawo bronić swoich przekonań, domowych znaków religijnych, świątecznych zwyczajów, niedzielnej Eucharystii. Dorosłe dziecko ma prawo do własnej drogi, ale rodzice maja prawo do szacunku wobec swojej wiary. W rozmowie chodzi jednak o ton, moment i i intencję. Inaczej brzmi zdanie wypowiedziane przy stole w obecności krewnych, jako publiczne upomnienie, inaczej brzmi to samo zdanie wypowiedziane spokojnie, w cztery oczy, z troską. Sprawy sumienia wymagają delikatności, bo dusza nie otwiera się przed reflektorem. Można powiedzieć: „boli mnie, że odchodzisz od Kościoła, bo wiara jest dla mnie źródłem sensu, ale chcę, żebyś wiedział: nie kocham cię mniej, nie jesteś dla mnie mniej ważny, nie zamykam przed tobą drzwi i zawsze możesz ze mną o tym porozmawiać”. Taka rozmowa to nie jest słabość, to jest ewangeliczna siła.
Zachować dom jako miejsce powrotu
Najmądrzejsza szkołą rodzicielskiej postaw pozostaje przypowieść o synu marnotrawnym, gdzie ojciec pozwala odejść synowi, choć zapewne pęka mu serce. Nie urządza za nim pościgu, nie upokarza go, nie przeklina, nie mówi: „już nie jesteś moim synem”, ale też nie przestaje czekać. To czekanie nie jest jednak bezradnością i bezczynnością, ale jest miłością, która nie zamyka serca, ani nie zamienia bólu w przemoc. Ojciec zachowuje dom jako miejsce powrotu. Gdy syn wraca, nie spotyka najpierw komisji moralnej ani sądu rodzinnego, ale ramiona ojca. Nie słyszy wykładu, ale zostaje przywrócony do godności. Zanim pojawia się rozliczenie, jest miłosierdzie. To bardzo ważne. Dom rodzinny nie może kojarzyć się dziecku wyłącznie z sądem nad wiarą. Ma być miejsce,, w którym nawet człowiek daleki od Kościoła nie przestaje czuć, że jest synem, córką, kimś kochanym. Tylko taki dom może stać się kiedyś przestrzenią powrotu.
Codzienność jest pierwszą amboną rodziców
Najbardziej przekonujące rozmowy o wierze nie odbywają się przy wielkich słowach. Często dzieją się po cichu, w sposobie, w jaki rodzice przebaczają sobie i dzieciom, jak nie plotkują, jak przezywają chorobę, jak traktują innych, jak mówią o nieobecnych, jak przezywają chorobę, jak modlą się bez demonstracji, jak idą do kościoła bez pogardy wobec tych, którzy nie idą.
Dorosłe dzieci bardzo uważnie patrzą i obserwują i bardziej niż słów słuchają stylu życia. Jeśli widzą wiarę nerwową, agresywną, pełną pretensji, mogą uznać, że nie daje ona ani wewnętrznego, ani zewnętrznego pokoju. Jeśli widzą wiarę cierpliwą, szczerą, uczciwą, pokorną, zdolną do przebaczania, mogą po latach zapytać: ”skąd oni to mają?”. Codzienność jest pierwszą amboną rodziców, niekiedy jedynej z której dorosłe dziecko jeszcze chce słuchać.
Miłość bez warunków, wiara bez agresji
Najważniejsza postawa wobec dorosłego dziecka, które odeszło od Kościoła, łączy cztery rzeczy: miłość bez warunków, wiarę bez agresji, cierpliwość bez obojętności i modlitwę bez manipulacji. Nie trzeba wyrzekać się własnej wiary, aby kochać dziecko i nie trzeba ranić dziecka, aby pozostać wiernym Bogu. Być może najważniejsze zdanie jakie rodzic może wypowiedzieć, brzmi: „nie przestanę cię kochać, nie przestane się modlić za ciebie i nie zamknę przed tobą drzwi”. W tym zdaniu nie ma rezygnacji z Ewangelii. Bóg czeka, puka, zaprasza, szuka, przebacza i wygląda powrotu. Rodzic, który kocha w taki sposób, nie przegrywa walki o wiarę dziecka, ale staje się znakiem Boga, który nawet, gdy człowiek odchodzi, nie przestaje być Ojcem.
ks. dr hab. Witold Ostafiński, prof. UPJPII – Tygodnik Niedziela
***
poniedziałek – 10 sierpnia
Ofiarowanie dnia
Modlitwa, krzyż · fot. via Pixabay.com
***
Niech wszystko, co czynię, przeniknie miłość Twoja.
Dalsza część artykułu pod videoPlay
Napełnij duchem Twoim wszystko, co czynię,
napełnij mocą Twoją trud mojego dnia.
Nieustannie proszę Cię, Panie, wyrwij ze mnie wszelką złość, obdarz pokorą, wytrwałością, zaparciem się siebie.
Niech gardzę działaniem, które nie szuka Ciebie;
niech uciekam przed ciszą, która nie spoczywa w Tobie.
Obdarz mnie Twoją radością, niech ona mnie ogarnie
jak płomień niegasnący i wśród tego, co ciężkie,
i wśród tego, co boli.
Obdarz mnie światłem, aby przeniknęło ciemności,
w których ludzie zapomnieli o Tobie.
Obdarz mnie męstwem w działaniu,
cierpliwością w wypełnianiu codziennych zadań,
wytrwałością, kiedy wynik moich trudów zakrywasz przede mną
w tajemnicy zamierzeń Twoich.
Panie, przyjmij ten dzień i wszystkie dni życia mojego.
Niech wszystko, co czynię, przenika miłość Twoja.
żródło: Fronda.pl
***
W sierpniu obserwujemy na niebie „łzy św. Wawrzyńca”
W sierpniu, jak o żadnej innej porze roku, możemy obserwować na niebie „spadające gwiazdy”. Kiedy Ziemia na swojej drodze wokół Słońca przecina tor komety Swifta-Tuttle’a, wielkie ilości odłamków komety pędzące z prędkością 60 km na sekundę, a więc 216 tys. km na godzinę, które dostają się w sferę okołoziemską i tam się spalają.
Adobe.Stock
***
Liczba spadających gwiazd nie jest co roku taka sama: wynika to z faktu, że Swift-Tuttle szczególnie zbliża się do orbity Ziemi tylko co 134 lata – ostatnio w 1992 r., a drugi raz w 2126 r. Bliżej Słońca, kometa traci jedną część swojej materii podczas każdego orbitowania. Pozostałości rozkładają się w podobny sposób, jak gdyby ciężarówka podczas jazdy traciła piasek ze swego załadunku.
Ludowa tradycja mówi, że to „płacze niebo”, albo że są to „łzy świętego Wawrzyńca”, ponieważ nasilenie tego zjawiska ma miejsce w okresie, w którym przypada wspomnienie tego świętego – 10 sierpnia.
Określenie „łzy św. Wawrzyńca” nawiązuje do świętego, który zmarł śmiercią męczeńską 10 sierpnia 258 r. w Rzymie. Poddany został okrutnym torturom, w trakcie których, jak głosi tradycja, płakał nad grzechami ludzi na świecie. Inna legenda mówi, że męczennik śmiał się w czasie, gdy go torturowano i pomagał swoim oprawcom, gdy przewracali go z boku na bok na rozżarzonym ruszcie. Do dziś św. Wawrzyniec jest patronem osób poparzonych na skutek pożaru, gorączkujących oraz strażaków, kucharzy i piekarzy, a także węglarzy. Święty ten chroni także przed ogniem piekielnym.
Bardziej prawdopodobne są podania, według których Wawrzyniec był jednym z siedmiu diakonów w Rzymie i odpowiadał za finanse oraz opiekę nad ubogimi. Ponieważ odmówił cesarzowi Walerianowi wydania własności kościelnych, został skazany na tortury i stracony na rzymskiej Via Tiburtina.
W krótkim czasie stał się on jednym z najbardziej czczonych świętych. Nad jego grobem cesarz Konstantyn wzniósł w 330 r. kościół San Lorenzo fuori la Mura (dziś bazylika św. Wawrzyńca za Murami). Jego doczesne szczątki spoczywają obok relikwii „pierwszego męczennika” – św. Szczepana.
Kult św. Wawrzyńca bardzo się rozwinął w Europie po zwycięstwie cesarza Ottona I nad Węgrami w dniu św. Wawrzyńca 955 r. Najcenniejsza relikwia – głowa świętego znajduje się w Watykanie. Jej część ma także katedra w Dubrowniku.
Dzień św. Wawrzyńca ma też znaczenie w przekazach ludowych w różnych krajach, Tego dnia w kościołach błogosławiony jest specjalny „chleb św. Wawrzyńca”, rozdawany następnie biednym. „Zielem św. Wawrzyńca” jest nazywana nawłoć, kwitnąca złotymi kiściami o tej porze roku i mająca znaczenie lecznicze. W kalendarzu rolniczym święty męczennik jest pierwszym spośród „jesiennych braci”, zapowiadającym rozpoczęcie zbioru owoców jesieni. Właściciele winnic cieszą się, „kiedy w świętego Wawrzyńca piękna pogoda”, bo wtedy mają zapewnione obfite winobranie i beczki pełne nowego wina.
Kai/Tygodnik Niedziela
***
Niedziela – 9 sierpnia
Leon XIV: „W Jezusie odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki”
“W każdej sytuacji Jezus nas nie opuszcza, jeśli z pokorą przyjmiemy Go do łodzi naszego życia – poprzez modlitwę, sakramenty i słuchanie Jego Słowa – w Nim odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki” – zapewnił Leon XIV przed dzisiejszą modlitwą “Anioł Pański”.
fot. Vatican Media
***
O tym, „abyśmy nie wynosili się z powodu sukcesów i nigdy nie przeceniali własnych sił, a zarazem, abyśmy nie popadali w rozpacz nawet w chwilach ciemności” mówił Papież w rozważaniu przed południową modlitwą Anioł Pański – informuje Vatican News.
Papież nawiązał do Ewangelii dnia mówiącej o Jezusie, który przyszedł do uczniów pośród burzy, krocząc po wodzie Jeziora Galilejskiego (por. Mt 14, 22-33).Leon XIV przypomniał, że Apostołowie po doświadczeniu sukcesu, kiedy byli uczestnikami cudownego znaku rozmnożenia chlebów i ryb, „teraz stają bezradni i przerażeni wobec groźby fal i przeciwnego wiatru”.
Rozpoznać Boga we własnej słabości
Po przybyciu Jezusa wszystko się zmieniło. Św. Piotr był nawet w stanie uczynić kilka kroków po falach w stronę Mistrza, ale potem ogarnął go lęk i zaczął tonąć. Jezus go uratował. Po wejściu Chrystusa do łodzi, burza ustała, a uczniowie wyznali wiarę w to, że Jezus jest Synem Bożym.
Papież podkreślił, że Apostołowie właśnie w doświadczeniu własnej słabości rozpoznali obecność Boga, choć niedawno byli świadkami cudu rozmnożenia chlebów i ryb, co wydawało się sukcesem w oczach ludzi. Jednak dopiero doświadczając porażki „mogli naprawdę otworzyć oczy i serce na Jego bliskość, odnajdując pokój nawet pośród burzy”.
Papież przypomniał słowa Jezusa, który na kartach Ewangelii zachęca uczniów do wiary przenoszącej góry. Wskazał, że „pokój Chrystusa, który wcześniej modlił się na górze, dotarł do nich pośród szalejących wód”.
Nie popadać w skrajności
Jak zaznaczył Ojciec Święty, cud Jezusa uczy nas, abyśmy „nie wynosili się z powodu sukcesów i nigdy nie przeceniali własnych sił, a zarazem, abyśmy nie popadali w rozpacz nawet w chwilach ciemności”, gdy czujemy się bezradni wobec problemów i gdy wydaje się nam, że cofamy się pomimo podejmowanych wysiłków.
Papież zapewnił, że „w każdej sytuacji Jezus nas nie opuszcza”. Trzeba tylko z pokorą przyjąć Go „do łodzi naszego życia – poprzez modlitwę, sakramenty i słuchanie Jego Słowa”. To w Nim „odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki”.
Niech Maryja pomaga nam żyć w ten sposób, z pełnym ufności zawierzeniem Bogu – Ona, która została nazwana błogosławioną ze względu na swoją wiarę – podsumował Leon XIV.
Artur Hanula, Vatican News/Stacja7
***
sobota – 8 sierpnia 2026
Święty Dominik Guzman nocami kładł się na posadzce kościoła i płakał: Co się stanie z grzesznikami?
Modlitwa Świętego Dominika; obraz pędzla El Greca/Wikipedia
***
Opat ze św. Pawła w Narbonne pisał, że „nigdy nie znał nikogo, kto by modlił się tak wiele i tak dużo płakał”.
Płacze jeszcze ojciec czytając publicznie Biblię? – zapytałem o. Tomasza Nowaka, rozchwytywanego rekolekcjonistę. „Coraz bardziej! Ostatnio najczęściej wtedy, kiedy sobie uświadamiam bliskość Jezusa, ale też – od niedawna – gdy wspominam św. Dominika”.
Dominik Guzmán nocami zamykał się w pustym rzymskim kościele św. Sabiny na Wzgórzu Awentyńskim i leżąc na posadzce, płakał: „Boże, co się stanie z grzesznikami?”. Dominikanie zrodzili się z tego płaczu.
„Dominik był, jak zauważył kardynał Villot, człowiekiem »zdumiewająco wolnym«” – pisze Irlandczyk Paul Murray OP. „Zwłaszcza podczas modlitwy z ledwością mógł się opanować, często wołał do Boga pełnym głosem. Jego prywatna modlitwa była otwartą księgą dla braci”. Jordan z Saksonii notował: „Bóg obdarzył Dominika specjalną łaską płaczu nad grzesznikami oraz nad nieszczęśliwymi i strapionymi; nosił ich cierpienia w wewnętrznym sanktuarium swojego współczucia, a owo współczucie, które wobec nich odczuwał, zraszał serdecznymi łzami”. „Był człowiekiem, który płakał, i w jego błyszczących łzach widać było miłość ludzką i delikatną; ludzką, ponieważ boską” – dodaje dominikanin Simon Tugwell, przywołując opinię opata ze św. Pawła w Narbonne, który „nigdy nie znał nikogo, kto by się modlił tak wiele i tak dużo płakał”.
W czasach, w których żył założyciel Zakonu Kaznodziejskiego, w południowej Francji i we Włoszech jak grzyby po deszczu wyrastały sekty głoszące, że należy żyć w całkowitym ubóstwie. Dominik zdawał sobie sprawę z tego, że by dotrzeć do tych ludzi, sam musi stać się żebrakiem. Zaczął od tego, że… zdjął z nóg sandały.
Mocno akcentował element życia żebraczego. Poszedł w tym nawet dalej niż Biedaczyna z Asyżu. Święty Franciszek mówił do braci: „Gdy zabraknie wam pożywienia i będziecie głodni, idźcie żebrać”, a Dominik uczynił z żebrania sposób głoszenia Dobrej Nowiny i dotarcia do ludzi. Wraz z biskupem Diego (który proponował cysterskim opatom debatującym w Montpellier, jak zdławić dynamicznie rozwijającą się herezję albigensów: „Jeśli chcecie nawrócić ku prawdzie te zbłąkane umysły, zacznijcie od dania im dobrego przykładu. Porzućmy zbytek naszych orszaków i pieszo, ubodzy, jak nasz Zbawiciel, głośmy prawdziwą naukę Ewangelii”), przez lata głosił Dobrą Nowinę, wędrując po terenach południowej Francji. Był w tym niestrudzony. Po roku 1207 większość z tych, którzy ruszali wraz z nimi, wycofała się z misji, widząc, że niewiele osiągnęli. „Brat Dominik pozostał sam, nieustannie głosząc” – dopowiadał Jordan z Saksonii.
To on zanotował: „Gdy mistrz Dominik zbliżał się do końca ziemskiej pielgrzymki, przywołał do swego łoża najroztropniejszych braci i powiedział im w zaufaniu, że będzie dla nich bardziej pożyteczny po śmierci niż za życia”.
Zmarł 6 sierpnia 1221 roku w Bolonii – mieście z czerwonej cegły, które słynie z najstarszego uniwersytetu świata i portyków, które w samym centrum mają długość 38 kilometrów.
„To jest mój Syn umiłowany”. Pełnia Objawienia Bożego ukazana w Osobie Jezusa Chrystusa
Raphael, Public domain, via Wikimedia Commons
***
Od początku świata Pan Bóg stopniowo dawał się poznać ludziom; objawił się Adamowi i Ewie, Noemu, czy Abrahamowi, przemawiał przez patriarchów i proroków. Jednak najbardziej dał się poznać przyjmując ludzką naturę. To właśnie podkreślają słowa: „To jest mój Syn umiłowany” oraz „Jego słuchajcie!”, słyszane z obłoku podczas Przemienienia na Górze Tabor. Wskazują one iż pełnia Objawienia Bożego zawarta jest właśnie w Jezusie Chrystusie.
Scena Przemienienia Chrystusa symbolicznie łączy Stary i Nowy Testament. To właśnie wtedy Chrystus – Bóg Wcielony, centralna Osoba Nowego Testamentu – rozmawiał z dwoma przedstawicielami Starego Przymierza: Mojżeszem i Eliaszem. Mojżesz symbolizuje Prawo, czyli Torę. W tych pierwszych pięciu Księgach Starego Testamentu Bóg przekazał ludziom nakazy, które mieli zachowywać. Eliasz z drugiej strony jest jednym z proroków, których zadaniem było przygotowanie Narodu Wybranego na przyjście Zbawiciela. Cudowne przejście Mojżesza przez Morze Czerwone zapowiedziało przejście Chrystusa ze śmierci do życia, a wzięcie Eliasza do nieba wskazuje na późniejsze Wniebowstąpienie Jezusa Chrystusa.
Nie bez znaczenia jest fakt, że Mojżesz i Eliasz ukazali się akurat podczas Przemienienia na Górze Tabor. To właśnie wtedy bowiem, w słowach: „Jego słuchajcie!”, Bóg Ojciec wskazał na Chrystusa jako prawodawcę Nowego Przymierza. Zaś zestawienie Go z Mojżeszem i Eliaszem stanowi łącznik między Starym i Nowym Testamentem.
To w tym momencie Bóg Ojciec przemówił z obłoku: „To jest mój Syn umiłowany” (Mt 17,5). Słowa te niezaprzeczalnie potwierdzają Bóstwo Chrystusa, który – jak pisze św. Paweł – „jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty” (Hbr 1,3). A Sam Chrystus powiedział Apostołowi Filipowi: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. (…) Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14,9-11). Nikt bowiem nie może ukazać ludziom Bóstwa lepiej niż sam Syn Boży, który w jednej Osobie łączy Boską i ludzką naturę.
Jedność dwóch natur w jednej – Boskiej – Osobie Chrystusa czyni Go najlepszym pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem. Św. Paweł podkreślił to pisząc do Tymoteusza: „Jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus” (1 Tm 2,5). Dlaczego Apostoł napisał właśnie „człowiek, Chrystus Jezus”? Chrystusowe pośrednictwo stało się bowiem możliwe z chwilą Wcielenia, czyli przyjęcia przez Niego ludzkiej natury. Chociaż zawsze był w pełni Bogiem, to w momencie poczęcia w łonie Maryi stał się również w pełni człowiekiem, przyjął pełną ludzką naturę. Mając tak wiele wspólnego z obiema stronami, jest idealnym pośrednikiem między nimi. Ojcu zanosi nasze modlitwy i ofiary – w tym najdoskonalszą Ofiarę Mszy Świętej; dla ludzi zaś otrzymuje łaski i dary, którymi ich hojnie obdarza.
Jedność dwóch natur w Chrystusie powoduje również, że to właśnie w Nim zawarta jest pełnia Objawienia Bożego. Objawienie można w skrócie wyjaśnić jako działanie Boga, przez które daje się On poznać ludziom, aby przez to doprowadzić ich do zjednoczenia z Sobą w niebie. W Objawieniu Bóg ujawnił w sposób tajemniczy misteria nadprzyrodzone i prawdy naturalne religii w taki sposób, by mogły być następnie nieomylnie przedkładane przez Kościół bez jakiejkolwiek zmiany znaczenia, aż do skończenia świata – pisze w dziele De Revelatione wybitny teolog, tomista i dominikanin, ojciec Réginald Garrigou-Lagrange.
Choć Pan Bóg dawał się poznać ludzkości od samego początku świata, to Jego Objawienie osiągnęło pełnię właśnie w Osobie Jezusa Chrystusa. Święty Paweł pisze w Liście do Hebrajczyków: Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat (Hbr 1,1-2). Poprzez swoje Wcielenie, niewidzialny Bóg dał się ludziom zobaczyć w widzialnej postaci.
Stary Testament zawiera Objawienie Boże, ale niepełne i – można powiedzieć – „w kawałkach”. Był to etap przygotowania ludzkości na przyjście Zbawiciela. Poprzez patriarchów i proroków, poprzez dziejące się wtedy wydarzenia, Bóg objawiał Izraelitom jakąś część wiedzy o Sobie. Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 54-64) wylicza kilka tego przykładów: stworzenie świata, przymierze z Noem po potopie, powołanie Abrahama, czy wybranie Izraela jako Ludu Bożego. Przykłady można by mnożyć, jednak żaden z nich nie stanowił pełni Objawienia Bożego, która miała miejsce dopiero w Osobie Jezusa Chrystusa.
Najgłębsza zaś prawda o Bogu i o zbawieniu człowieka jaśnieje nam przez to objawienie w osobie Chrystusa, który jest zarazem pośrednikiem i pełnią całego objawienia – czytamy w konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei Verbum (paragraf 2).
To Objawienie odbyło się przez czyny Chrystusa, Jego nauczanie, a przede wszystkim przez śmierć i chwalebne zmartwychwstanie. Wszystko to zostało spisane na kartach Ewangelii, które są Torą Nowego Testamentu, czyli podstawowym zbiorem praw Nowego Przymierza. Nie bez powodu jest zatem obecność w scenie Przemienienia właśnie Mojżesza: ten, który był bożym instrumentem w przekazaniu Starego Prawa, teraz stoi obok samego Chrystusa w momencie, w którym Bóg Ojciec wypowiada z obłoku polecenie: „Jego słuchajcie!”. Bóg Ojciec jasno wskazuje wtedy iż odtąd ludzkość ma słuchać już nie patriarchów czy proroków, ale Jego własnego Syna.
Nie oznacza to jednak, że Stary Testament został wówczas wyrzucony do kosza. Oczywiście nie obowiązują nas już starotestamentalne przepisy ceremonialne, rytualne, czy oczyszczenia, ponieważ zostały one zastąpione jedną doskonałą Ofiarą Chrystusa na krzyżu. Jednak wszystkie Księgi Pisma Świętego – zarówno Starego jak i Nowego Testamentu – zawierają Objawienie Boże i są niezbędne do zrozumienia sensu chrześcijaństwa. Znajdują one jednak swoje wypełnienie właśnie w owej nowotestamentalnej Torze, czyli w Ewangeliach, i dlatego nie mogą być rozumiane w oderwaniu od treści Ewangelii.
Bóg, sprawca natchnienia i autor ksiąg obydwu Testamentów, mądrze postanowił, by Nowy Testament był ukryty w Starym, a Stary w Nowym znalazł wyjaśnienie. Bo choć Chrystus ustanowił Nowe Przymierze we krwi swojej (…), wszakże księgi Starego Testamentu, przyjęte w całości do nauki ewangelicznej, w Nowym Testamencie uzyskują i ujawniają swój pełny sens (…) i nawzajem oświetlają i wyjaśniają Nowy Testament (konstytucja Dei Verbum, 16). To właśnie zostało podkreślone obecnością Mojżesza w scenie Przemienienia.
Przyjście na świat Chrystusa było nie tylko najdoskonalszym, ale również ostatnim publicznym objawieniem w historii zbawienia. Nie należy się już spodziewać żadnego nowego objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się Pana naszego Jezusa Chrystusa (konstytucja Dei Verbum, 4). W erze po Chrystusie mogą jeszcze mieć miejsce objawienia prywatne, ale te nic nowego nie wniosą do prawdy objawionej, a jedynie podkreślą bądź zwrócą uwagę wiernych na różne aspekty doktryny Kościoła.
I tak choćby św. Małgorzata Maria Alacoque doznawała prywatnych objawień Chrystusa, których przesłanie dotyczyło kultu Jego Najświętszego Serca. Nie wniosło to nic nowego do nauczania Kościoła, ale zwróciło uwagę katolików właśnie na ten boski atrybut – Serce Jezusa – który do tej pory był nieco marginalizowany. Podobnie można powiedzieć o objawieniach Matki Bożej w Fatimie, Gietrzwałdzie, czy wszystkich innych zatwierdzonych przez Kościół objawieniach.
Skoro wszystko, co możemy tu na ziemi wiedzieć o Bogu, zostało objawione, czy oznacza to, że żaden postęp teologiczny nie może mieć miejsca? Bynajmniej! Postęp może, a nawet powinien mieć miejsce, jednak nie polega on na dalszym objawianiu się Boga, a raczej na naszym głębszym zrozumieniu Go. Nasze zdobywanie wiedzy o Bogu dokonuje się poprzez łączenie objawionych faktów, poszukiwanie zależności między nimi i wyciąganie wniosków. Taki postęp jest nam potrzebny, bowiem dążenie do coraz głębszego poznania Boga powoduje w nas wzrost miłości do Niego. Jak mówi św. Augustyn: „Nie można kochać tego, czego się nie zna” (De Trin. X, 1,2).
Oczywiście taki postęp musi się odbywać w nawiązaniu do Pisma Świętego, Tradycji i magisterium Kościoła. Spotykamy niestety teologów, których tezy zrywają z tym, co Kościół orzekł podczas dwóch tysięcy lat swojego istnienia. Ich metodologia jest błędna. Poznawanie Boga nie może bowiem polegać na zaprzeczaniu temu co już o Nim wiemy, ale raczej na rozwijaniu już istniejącej wiedzy. Tak właśnie działali wielcy teologowie Kościoła – ze św. Tomaszem z Akwinu na czele. A żyjący w IV w. św. Wincenty z Lerynu tak wyjaśnił jak powinien wyglądać rozwój doktryny w Kościele:
Może jednak ktoś zapyta: Jak to? Więc nie będzie w Kościele Chrystusowym żadnego postępu religii? Owszem, powinien być, i to jak największy. (…) Ale ten postęp niech będzie naprawdę postępem wiary, a nie zmianą. Boć przecie istota postępu na tym polega, że rzecz jakaś rozrasta się w sobie; istota zaś zmiany na tym, że rzecz jakaś przechodzi w zupełnie inną. Niechże więc wzrasta i olbrzymie nawet postępy czyni zrozumienie, wiedza, mądrość, (…) ale koniecznie w swojej jakości, to jest w obrębie tego samego dogmatu, w tym samym duchu, w tym samym znaczeniu.
Adrian Fyda/PCh24.pl
komentarz ze strony PCh24.pl: Podstawowym pytaniem, jest pytanie o sens życia oraz kim jest człowiek? Nauki empiryczne nie są w stanie przedstawić pełnego skończonego obrazu świata. Człowiek usiłuje rozumem poprzez refleksję filozoficzną poznać rzeczywistość świata, odnajdując znaki i ślady boskiej działalności. Wg. św. Pawła wszyscy ludzie są zdolni do poznania Boga na płaszczyznie racjonalnej z analizy dzieł stworzenia ( Rz. 1, 19-20) Racjonalne dowody na istnienie Boga w oparciu o filozoficzną analizę rzeczywistości udzielił św. Tomasz z Akwinu, doszedł do wniosku, że jeśli bytowanie człowieka nie ma być bezsensowne i absurdalne, to musi swoją celowość odnosić do Absolutu. Jednakże, cokolwiek by się nie powiedziało, to ostatecznie Bóg jawi się człowiekowi jako Wielka Tajemnica, której nie da się ogarnąć ludzkim rozumem, gdyż przekracza to jego pojemność poznawczą. Bóg ukazany w Biblii w sposób szczególny i pełny objawił się przez Jezusa Chrystusa, który jest obrazem Boga dla ludzi, gdyż posiada naturę ludzką i boską. Sobór Trydencki pouczał by nikt nie ośmielał się objaśniać Pisma Święte wbrew sensowi, który utrzymywał i utrzymuje święta Matka Kościół, któremu został powierzony mandat nauczania, jaki Chrystus pozostawił apostołom i ich prawowitym następcom; dlatego Tradycja jako świadek przeszłości, jaką pozostawili wielcy święci, Sobory Powszechne, świadectwa pobożności jest wiążąca jeśli nie stoi w sprzeczności z Pismem Świętym. Bóg kieruje losami świata i ludzi, których obdarzył wolnością i ją respektuje. Opatrzność Boża jest w ścisłej relacji z Bożym planem. Bóg jest stwórcą bytów widzialnych i niewidzialnych czyli duchowych, wszystkie one uczestniczą w Bożym planie. Człowiek egzystuje w przestrzeni między rzeczywistością duchową i materialną. Pierwszy człowiek utracił świętość i sprawiedliwość, którą został obdarzony i ten ” pra-grzech ” jest przekazywany jako utrata łaski i sprawiedliwości. Jezus przyszedł na świat aby przywrócić utracone szczęście człowiekowi jakiego pragnie Bóg,; gdyż tylko On posiadając dwie natury, mógł tego dokonać. Jezus wziął na siebie akt karzącej sprawiedliwości za grzechy całej ludzkości; św. Paweł naucza, iż za wielką cenę jesteśmy odkupieni. Chrześcijańskie orędzie głosi iż odkupienie i zbawienie polega na wszczepieniu i wspólnocie z Jezusem, i przez żywą wiarę zakotwiczoną w miłości Boga i człowieka, będącą darem łaski Bożej. Człowiek nie może dostąpić zbawienia siłami natury l bez łaski Bożej. Chrystusa spotykamy w Kościele, a poza Kościołem nie ma zbawienia, kto z własnej winy odrzuca Kościół Chrystusowy, odrzuca zbawienie. Przynależność do Kościoła Chrystusowego urzeczywistnia się w różnym stopniu i nie należy go redukować do instytucji administracyjnej. Kościół jest święty, gdyż jest związany z Jezusem. Sukcesja apostolska jest uczestnictwem w misji Jezusa. a sakramenty są widzialnymi znakami niewidzialnej łaski przynoszącej owoce duchowe. Nadzieja chrześcijańska sięga poza doczesność, a wspólnota z Bogiem w doczesności jest mocniejsza od śmierci i prowadzi do pełni życia wiecznego, do którego wszyscy nieuchronnie zdążamy. Tak w wielkim skrócie i uproszczeni można przedstawić orędzie wiary katolickiej.
***
Dziś w pierwszy czwartek miesiąca MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00
po MSZY ŚWIĘTEJ GODZINNA ADORACJA w intencji kapłanów.
w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD)
Kaplice adoracji nie są jedynie schronieniem dla pobożnych wiernych. Są one pełnymi blasku ośrodkami intensywnego Boskiego działania, które wychodzi poza mury kaplicy – do domów, szkół i szpitali, a także do ciemnych i zimnych miejsc, w których dusze są zniewalane przez szatana – i przenika serca, uzdrawia chorych i nawołuje do powrotu do domu tych, którzy oddalili się ode Mnie. To właśnie dlatego dzieło nieustannej adoracji – albo choćby dłuższej codziennej adoracji – ma głęboko apostolski charakter i wyróżnia się nadprzyrodzoną owocnością. (z książki “IN SINU JESU” )
NIEOCENIONY DAR DLA LUDZKOŚCI
Sakrament kapłaństwa jest nieocenionym darem dla całej ludzkości, ponieważ przez posługę kapłanów Jezus uobecnia swoją zbawczą misję w świecie, przebacza grzechy, Eucharystii daje nam życie wieczne. Święty dar sakramentu kapłaństwa Pan Jezus składa w słabe i grzeszne ludzkie serca, a jego moc pochodzi nie od czlowieka, ale od samego Chrystusa. Bez kapłańskiej „posługi nie byłoby Eucharystii, misji i samego Kościoła” – napisał papież Benedykt XVI. Z tego nieocenionego daru, jakim jest sakrament kapłaństwa, mogą korzystać wszyscy.
Święty Jan Maria Vianney o kapłaństwie
W jednym ze swoich kazań Proboszcz z Ars tak mówił do swoich parafian o sakramencie kapłaństwa: „Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do (społeczności) Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Kto przywróci jej spokój sumienia? Tylko kapłan. Nie znajdziecie żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan.
Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«.
Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego sakramentu. Kapłan nie żyje dla siebie, żyje dla was. Po Bogu kapłan jest najważniejszy! Zostawcie parafię bez kapłana przez dwadzieścia lat, a zaczną w niej adorować cielca. Kiedy ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie nie ma kapłana, nie ma już ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. Kapłaństwo to miłość Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie”.
Znienawidzeni przez siły zła
Pan Jezus uświadamia nam, że Jego kapłani będą znienawidzeni i prześladowani przez siły zła: “Jeżeli was świat znienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie o słowie, które do was powiedziałem: “Sługa nie jest wiekszy od swego pana”. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15,18-20). Złe moce za wszelką cenę chcą zniszczyć Kościół i dlatego z taka nienawiścią atakują kapłanów z zewnątrz o od wewnątrz. Strategią ich działalności jest kłamstwo, które ma pozory prawdy. I tak na przykład w środkach masowego przekazu podaje się nieprawdziwe informacje, plotki i pomówienia lub nagłaśnia się bolesne przypadki kapłanów, którzy tak jak Judasz zdradzili Jezusa, sugerując, że wszyscy kapłani są tacy sami jak ci nieliczni zdrajcy. W tej antykościelnej propagandzie – jak mówił św. Jan Paweł II – wypowiadane slowo jest spętane “kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych”. Powinniśmy zdecydowanie przeciwstawiać się tej antyklerykalnej kampanii, której celem jest ateizacja i wzbudzanie nienawiści do Kościoła i kapłanów. W jaki sposób? Święty Jan Paweł II daje nam odpowiedź: “Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt. 4,1-11), i pouczył uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób por. Mk 9,29). Zdobądźmy się zatem na pokoręi odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa”(Evangelium vitae, 100).
z książki “IN SINU JESU”
***
czwartek – 6 sierpnia
Papież w Asyżu: „Nie mylcie ewangelicznego radykalizmu z fundamentalizmem”
Leon XIV mówił do 2,5 tys. młodych zebranych w Asyżu. Papieska wizyta zakończyła czterodniowe franciszkańskie spotkanie młodzieży.
Leon XIV w Asyżu. fot. Vatican Media
***
Leon XIV przybył w czwartek 6 sierpnia do Asyżu na zakończenie „GO! Franciscan Youth Meeting 2026”. W spotkaniu uczestniczyło około 2,5 tys. osób w wieku od 18 do 33 lat, przybyłych z różnych krajów Europy i świata. Wśród nich znajdowali się również młodzi, którzy nie deklarują się jako osoby wierzące.
Nowa Kapituła Namiotów
Wydarzenie odbyło się w roku 800. rocznicy śmierci św. Franciszka. Według organizatorów Leon XIV osobiście wybrał właśnie spotkanie młodych spośród wielu inicjatyw przygotowanych na jubileusz franciszkański.
Franciszkanie porównują spotkanie młodych do słynnej Kapituły Namiotów z 1221 r. Około pięciu tysięcy braci z różnych części Europy zebrało się wówczas wokół Porcjunkuli. Ponieważ nie było dla nich odpowiednich budynków, spali na prostych matach i pod prowizorycznymi zadaszeniami.
Osiem wieków później w tym samym miejscu spotkali się młodzi ludzie z różnych krajów. Wielu z nich również nocowało w prostych warunkach, w śpiworach. Przez cztery dni uczestniczyli w modlitwach, warsztatach, spotkaniach formacyjnych i rozmowach poświęconych wierze, pokojowi i powszechnemu braterstwu.
Radykalizm to nie fundamentalizm
Przed Mszą św. papież odpowiedział na trzy pytania dotyczące dawania świadectwa w podzielonym świecie, podejmowania decyzji na całe życie oraz miłości do Kościoła pomimo jego ran.
Papież podkreślił, że ewangeliczny radykalizm jest przeciwieństwem fundamentalizmu. Nie czyni człowieka ślepym i gwałtownym, lecz wrażliwym i uważnym, zawsze podążającym za Jezusem, a przez to pokornym i otwartym na wszystkich – mówił.
Radykalizm Ewangelii nie polega na zaostrzeniu języka, bezwzględnej walce z przeciwnikami ani zamknięciu się w grupie ludzi myślących w ten sam sposób. Oznacza przyjęcie Ewangelii bez zastrzeżeń i pozwolenie, aby przemieniła relację człowieka z Bogiem, innymi ludźmi i dobrami materialnymi.
Papież zachęcił młodych, aby uczyli się od św. Franciszka ewangelicznego radykalizmu. Wskazał również na potrzebę odrzucenia kultury siły i budowania cywilizacji miłości.
„Pośród was nowi święci”
Podczas Mszy św. papież nawiązał do tajemnicy Przemienienia Pańskiego. Zwrócił uwagę, że Piotr chciał zatrzymać niezwykłe doświadczenie na górze, ale uczeń Chrystusa nie może jedynie przyglądać się rozmowie Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem. Musi sam w nią wejść, słuchać i podejmować decyzje.
Chrześcijanie są wezwani do odczytywania Pisma Świętego razem z Chrystusem, rozumienia własnych czasów oraz pisania nowych kart historii. W Asyżu rozpoczęła się kiedyś przemiana Franciszka, Klary i tysięcy innych młodych ludzi, którzy przyjęli Ewangelię bez zastrzeżeń i pozwolili, aby nadała ich życiu nową formę.
– Drodzy młodzi, dziś Europa i cały świat poszukują pośród was nowych świętych – mówił Leon XIV.
Papież wezwał młodych do uwolnienia się od kultury siły, burzenia murów oraz odrzucenia obrazu świata zbudowanego z wymyślonych wrogów. Zaznaczył, że nie oznacza to zdrady rodziny, miasta ani tradycji, lecz oczyszczenie ich z lęku, niewiedzy i przemocy.
„Go!” oznacza posłanie
Leon XIV zwrócił uwagę, że sama nazwa spotkania – „Go!”, czyli „Idź!” – zawiera program misyjny. Zachęcał młodych, aby udawali się na peryferie, gdzie niesprawiedliwość, wojna i obojętność odbierają ludziom godność oraz możliwość realizowania marzeń.
Chrześcijanin nie powinien szukać bezpiecznych miejsc pozwalających mu zachować dystans wobec ludzkiego cierpienia. Ma dotykać ran świata i budować cywilizację miłości, której pierwszymi znakami są bezinteresowność, służba i praca na rzecz pokoju.
– Idźcie! A jeszcze lepiej: idźmy! – zachęcił papież.
Osiem zobowiązań młodych
Na zakończenie spotkania młodzi przedstawili zobowiązania wypracowane podczas czterech dni rozmów. Postanowili wybierać ciszę, która pozwala słuchać, budować braterstwo, troszczyć się o stworzenie i tworzyć autentyczne relacje.
Wśród zobowiązań znalazły się także odpowiedzialne korzystanie z technologii, odkrywanie piękna jako drogi ewangelizacji, odwaga podejmowania życiowych decyzji oraz gotowość do zbliżania się do ran współczesnego człowieka.
Papież otrzymał kopię Kodeksu 338 zawierającego najstarszy zachowany zapis „Pieśni słonecznej” św. Franciszka oraz projekt jednej z figur przygotowywanych z okazji jubileuszu. Rzeźba autorstwa Eleny Mutinelli ma stanąć na Lampedusie.
Franciszkanie podarowali Leonowi XIV także reprodukcję starego fresku z Ospedale delle Pareti. Dzieło łączy tradycję franciszkańską z augustiańską, dlatego miało szczególne znaczenie dla pierwszego papieża wywodzącego się z Zakonu św. Augustyna.
Po zakończeniu Mszy św. i ceremonii pożegnania Leon XIV odleciał do Watykanu. Spotkanie zakończyło się nie tylko błogosławieństwem, lecz także posłaniem młodych do ich krajów i wspólnot.
– On wam ufa, na was liczy i pozostaje zawsze z wami – powiedział papież.
mt/stacja7.pl, VaticanNews
***
środa – 5 sierpnia 2026
Wizerunek Matki Bożej Śnieżnej i tajemnica śniegu w letni dzień
oprac. GS/PCh24.pl
***
Historia Kościoła obfituje w niezwykłe zdarzenia, będące owocem ingerencji Nieba w porządek ziemski. Wierzących budują moralnie, z kolei dla odrzucających wiarę stanowią przyczynę zgorszenia lub, w najlepszym wypadku, budzą ich sceptycyzm. Do takich faktów należą m.in. dzieje bazyliki i obrazu Matki Bożej Śnieżnej.
Śnieg w letni poranek
Rzymianie, którzy 5 sierpnia 352 roku przechodzili przez wzgórze eskwilińskie, z wielkim zdziwieniem obserwowali niezwykłe zjawisko. Mimo letniej pory jego zbocze pokrywała warstwa śniegu. Co było przyczyną niezwykłego wydarzenia, wiedział papież Liberiusz oraz rzymski patrycjusz Jan. W nocy ukazała im się bowiem Matka Boża i wyraziła wolę, by w tym miejscu stanęła świątynia ku Jej czci. Jak mówi stara tradycja, wspomniany patrycjusz oraz jego żona nie doczekawszy się potomstwa, zastanawiali się, jak spożytkować ku chwale Bożej swój majątek. Jakże zadziwić, a zarazem uradować musiała ich taka odpowiedź…
W miejscu cudu stanęła pierwsza świątynia poświęcona Bogarodzicy. Nie była jeszcze tak wielka i wspaniała jak dziś. Tę wzniesiono dopiero za pontyfikatu Ojca Świętego Sykstusa III (432-440), który chciał uczcić sukces soboru w Efezie, a przede wszystkim ogłoszenie dogmatu, że Najświętszej Maryi Pannie przysługuje tytuł Bożej Rodzicielki (Theotokos). Świątynia zyskała nazwę bazyliki Matki Bożej Większej.
Pamięć cudu leżącego u genezy fundacji świątyni przetrwała w nazwie wizerunku Maryi czczonego w jej wnętrzu oraz święcie ustanowionym w rocznicę niezwykłego zjawiska (5 sierpnia) – Matki Bożej Śnieżnej. Piękna legenda przenosi moment powstania ikony daleko wstecz, przypisując jej namalowanie św. Łukaszowi Ewangeliście. Według historyków sztuki, znany nam obecnie obraz powstał najprawdopodobniej w XII wieku. Do Rzymu trafił zapewne w XIII stuleciu, wraz z krzyżowcami powracającymi do Europy.
Wybawicielka Rzymian
Obraz cieszy się sławą cudownego, a przedstawia Maryję trzymającą na lewej ręce małego Pana Jezusa, który z kolei lewą rączką podtrzymuje Księgę, a prawą wyciąga przed siebie w geście błogosławieństwa. Znany jest także pod nazwą Salus Populi Romani, czyli Ocalenie Ludu Rzymskiego. Wielokroć bowiem, w chwilach poważnych zagrożeń, Matka Boża Śnieżna przychodziła z pomocą Rzymianom.
To właśnie Jej ingerencji lud rzymski przypisuje ocalenie miasta przed dżumą za pontyfikatu św. Grzegorza Wielkiego. Później, podczas wielkiego pożaru, który wybuchł w 847 roku, gdy papieżem był Leon IV, wizerunek Matki Bożej Śnieżnej niesiono ulicami Wiecznego Miasta, wypraszając wygaśnięcie ognia. Podobna procesja z obrazem Maryi Salus Populi Romani przeszła przez Rzym w trakcie starcia z flotą muzułmańską pod Lepanto w 1571 roku. Wtedy to losy bitwy rozstrzygnęły się na korzyść połączonej floty katolickiej.
Należy dodać, że wizerunek Matki Bożej Śnieżnej stał się bardzo popularny w całym świecie chrześcijańskim. Do jego rozpropagowania przyczynił się generał jezuitów św. Franciszek Borgiasz, zamawiając liczne kopie cudownego wizerunku, by potem wysłać je do różnych zakątków świata. Jedna z nich trafiła do Jarosławia w Polsce. W oparciu o ten obraz powstały kolejne repliki.
Rada na wagę zwycięstwa
Należy podkreślić, że także w Polsce Matka Boża Śnieżna uczyniła cud porównywalny do rzymskich, przyczyniając się do zwycięstwa w bitwie chocimskiej.
Stało się to w 1621 roku, gdy rok po zwycięstwie nad armią polską na polach Cecory, w której zginął hetman Stanisław Żółkiewski, Turcy szykowali nową wyprawę na Rzeczpospolitą. Całej potędze Turcji drogę zastąpiły szczupłe siły pod dowództwem hetmana Jana Karola Chodkiewicza. Niestety, utalentowany militarnie hetman zmarł w oblężonym obozie. Gdy wieść o tym doszła do kraju, biskup Marcin Szyszkowski zarządził w Krakowie uroczystą procesję błagalną, podczas której niesiono ulicami miasta przechowywaną w kościele oo. Dominikanów kopię wizerunku Matki Bożej Śnieżnej. Gdy wszystko zapowiadało klęskę, bo otoczone przez pogan wojska polskie dysponowały zaledwie jedną beczką prochu, dowodzącemu nimi regimentarzowi Stanisławowi Lubomirskiemu ukazała się Matka Boża. Madonna wypowiedziała tylko jedno słowo: Wytrwałość. Wódz zastosował się do rady, dzięki czemu Polska strona wynegocjowała pokój na korzystnych warunkach. Sukces uznano za dzieło Niepokalanej.
Jako wotum dziękczynne dla Bogarodzicy żona Stanisława Lubomirskiego, Anna, ufundowała w Krakowie kościół i klasztor ss. Dominikanek, naturalnie pod wezwaniem Matki Bożej Śnieżnej. Do dziś zakonnice oraz wierni czczą w nim Maryję, modląc się przed jedną z kopii eskwilińskiego obrazu.
Modlitwa do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej
O Maryjo, Matko moja Niebieska, najczulsza, najlepsza z matek, do stóp i do Serca Twego Macierzyńskiego tulę się z miłością i ufnością dziecięcą. Patrz, oto Twe dziecię przychodzi do Ciebie i wzywa Twej pomocy! Czy potrzeba o Matko, by wiele Ci mówiło, Twe Serce wszystko już odczuło… Ty wiesz, że cierpi, że płacze, że zgrzeszyło… O Matko łaski Bożej, źródło życia i radości, o Ty wsławiona w tym cudownym Obrazie łaskami bez miary, spraw Twoim wstawiennictwem u Boga, by i na moje serce dotknięte cierpieniem i winami, spadły białe, śnieżne płatki Twej pociechy, zmiłowania i wysłuchania. Bóg Ci niczego odmówić nie może, jeśli tylko prośby nasze nie sprzeciwiają się zamiarom Jego Ojcowskiego Serca, tak bardzo nas miłującego. O Matko Najświętsza, wierzę, iż wszystko możesz u Boga! O Matko Miłosierdzia, ufam Twemu Macierzyńskiemu Sercu, O Matko Najczulsza, Tobie powierzam wszystko, co dotyczy mojej duszy, mego ciała i moich najdroższych! O Matko Ukochana, miłuję Cię i wiem, że miłujesz mnie jak dziecię swoje. W Twoje ręce najświętsze składam życie, śmierć i wieczność moją, wierząc, że nie zginę na wieki. Amen.
Litania do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej
Kyrie, eleison. Chryste, eleison. Kyrie, eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z Nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata Boże, Duchu Święty Boże, Święta Trójco, Jedyny Boże,
Święta Maryjo, módl się za nami. Święta Maryjo Panno Śnieżna, Święta Maryjo Dziewico Niepokalana, Święta Maryjo Pokorna Służebnico Pańska, Święta Maryjo Żywy Przybytku Słowa Wcielonego, Święta Maryjo Nowa Ewo, obiecana w raju, Święta Maryjo Pociecho, radości i błogosławieństwo Ludu Wybranego, Święta Maryjo Idąca za Chrystusem aż do stóp Krzyża, Święta Maryjo Świeczniku ozdobiony w siedmiorakie dary Ducha Świętego, Święta Maryjo Najwyższa chlubo świata chrześcijańskiego, Święta Maryjo Królowo Nieba i ziemi, Święta Maryjo Wzorze modlitwy i wyrzeczenia, Święta Maryjo Wspomożenie małżeństw i rodzin, Święta Maryjo Opiekunko pielgrzymów i podróżujących, Matko nasza najłaskawsza, Matko Miłosierdzia, Matko ofiarności i dobroci, Matko poświęcenia i służby, Matko zsyłająca swe łaski wraz z płatkami śniegu, Matko prowadząca zagubionych w chaosie świata, Matko darząca uśmiechem swoich gości, Matko o każdej porze roku zapraszająca do siebie czcicieli, Matko udzielająca wszelkiej pomocy potrzebującym, Matko wypraszająca łask wszelkich, Matko której bezgranicznie zaufaliśmy, Matko pouczająca o Miłowaniu Boga i bliźnich, Matko wypraszająca pokój i Boże przebaczenie, Matko nawołująca do gorliwego odmawiania Różańca, Matko wzywająca do czynienia pokuty, Matko umacniająca chorych i cierpiących, Matko wychowawczyni powołań kapłańskich, zakonnych i misyjnych, Matko otaczająca opieką wszystkich parafian, Matko roztaczająca Macierzyńską opiekę nad młodzieżą i dziećmi, Matko chroniąca nas od niewiary, Matko ucząca nas prostoty i życia w prawdzie, Matko pomagająca naszej Ojczyźnie i światu całemu, Matko towarzysząca nam w pielgrzymce wiary, Matko pocieszająca strapionych i nadziejo umierających, Matko prosząca swego Syna o świętość dla nas,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – zmiłuj się nad nami.
K. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się: Boże Wszechmogący, Ojcze i Przyjacielu ludzi, Ty prowadzisz Swój lud pośród zmieniających się kolei życia. Dzięki Ci składamy za to, że łaskawie wejrzałeś na naszą ziemię, gdzie czcimy Najświętszą Maryję Pannę Śnieżną. Udziel nam i tym wszystkim, którzy powierzają się Jej Matczynej Opiece, łaski coraz większego umiłowania Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen
źródło: dladuszy.piotrskarga.pl/PCh24.pl
***
wtorek – 4 sierpnia
Jan Vianney: wiejski proboszcz, którego świętość nawróciła tysiące
fot: http://stock.adobe.com/
***
Święty Jan Maria Vianney – wzór kapłaństwa zrodzonego z modlitwy, Eucharystii i spowiedzi. Skromny, pokorny proboszcz z Ars żył miłością i oddaniem wobec Stwórcy oraz innych ludzi. Jego wiara była tak autentyczna, że przekonała do Boga ogromne rzesze.
Jan Maria Vianney został kanonizowany przez papieża Piusa XI wiosną 1925 roku. Wówczas Ojciec Święty ogłosił proboszcza z Ars „niebiańskim patronem wszystkich kapłanów świata”. O wzorze kapłańskich cnót, jakim jest święty Jan Maria, mówiono też podczas uroczystości rocznicowych celebrowanych w Ars, a centralnie w sanktuarium Ars-sur-Formans. – Święty Proboszcz z Ars był pokornym kapłanem, ale wielkim przed Bogiem, bo żył z miłością i oddaniem wobec innych – podkreślił kardynał Lazzaro Heung-sik You, prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa.
Wskazał on na jeszcze inną, mocną stronę Chrystusowego kapłaństwa, które wiernie naśladował proboszcz z Ars. Otóż takie wypełnianie powołania ma moc jednoczenia wokół spraw najważniejszych. – Ars stało się duchowym centrum Europy, gdyż św. Jan Maria Vianney stawiał Boga na pierwszym miejscu, bez kompromisów – przypomniał. Jakże daleko od takiej duchowości są rządzący dzisiejszą Unią Europejską, przez co zamiast jednoczyć, coraz bardziej dzielą.
Jan Maria Vianney jest przykładem człowieka, którego pokora zaprowadziła na szczyty świętości. Jego młodość przypadła na trudne czasy porewolucyjnej Francji. Do Pierwszej Komunii Świętej przystępował w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę. Wejście do niej, z obawy przed bezwzględnymi przewrotowcami, zasłonięto furą siana. Młody Jan Maria naukę mógł podjąć dopiero kiedy miał 17 lat. Wcześniej wiejskie szkoły podstawowe, które funkcjonowały jedynie przy parafiach katolickich, były zamknięte przez władze rewolucyjne, czyli krwawy Dyrektoriat.
Droga Jana Marii do uzyskania święceń kapłańskich była jeszcze trudniejsza. Pochodził z ubogiej chłopskiej rodziny, więc nie stać go było na opłacenie swojego utrzymania w seminarium duchownym. Tę poważną przeszkodę udało się pokonać dzięki dobremu człowiekowi – księdzu Karolowi Balley, który wcześniej uczył go w szkole parafialnej i poznał niezwykłą pobożność młodego Vianneya.
Nauka od początku szła Janowi Marii bardzo trudno. Dlatego też do seminarium musiał zdawać dwa razy. Na początku studiów w seminarium nie było lepiej. Szczególnie gramatykę języka francuskiego i łacinę kleryk Vianney ledwo ciągnął, jak przysłowiowy „koń furę pod górę”. Nauka tych przedmiotów sprawiała mu taką udrękę, że chciał zrezygnować z seminarium. Na szczęście jego wierny przyjaciel ks. Balley, odwiódł go od tej decyzji. Trudno sobie wyobrazić, jak dzisiejsza młodzież, której rodzice usuwają każdą, nawet najmniejszą przeszkodę spod nóg, mogłaby pokonać takie olbrzymie przeszkody, z jakimi mierzył się Jan Maria Vianney?
Jan dobrnął do końca seminarium, ale z obawy przed tym, że nie da rady zdać końcowych egzaminów po łacinie, jak wówczas zdawano, pozwolono mu zaliczać przedmioty po francusku. W ten sposób szczęśliwie ukończył seminarium i został wyświęcony na księdza. Z powodu słabej znajomości łaciny, na pewien okres zabroniono mu jednak spowiadać. Ta decyzja wydaje się dziś paradoksalna – przecież św. Jan Maria Vianney, z powodu swego niezwykłego charyzmatu udzielania sakramentu pokuty oraz ogromnych kolejek do jego posługi, przez potomnych nazwany został „niewolnikiem konfesjonału”.
Wszystkie duchowe osiągnięcia św. Jana Marii Vianneya, dzięki któremu Bóg mógł nawrócić tysiące „zagubionych owiec”, wiele proboszcza z Ars kosztowały – dlatego były tak niezwykle cenne. Podobnie było z jego kaznodziejstwem. Na początku podczas kazań często gubił wątek i z przejęcia okrutnie jąkał się. Z czasem stał się jednak charyzmatycznym mówcą, którego słuchały rzesze ludzi.
Używając porównania rodem z wojska, ks. Jan Maria Vianney był w francuskim Kościele wybitnym komandosem do zadań specjalnych. Dlatego też skierowano go jako proboszcza do parafii w Ars, którą duchowo niemal zupełnie wyjałowiła rewolucja francuska. Kiedy ks. Vianney obejmował tamtejszą parafię, spośród 250 ochrzczonych mieszkańców do kościoła na Mszę świętą przychodziło zaledwie około 20 osób.
Najstraszniejszym „biczem”, jakiego użył nowy proboszcz, aby na powrót zagonić zbłądzone owieczki do zagrody Pańskiej, były modlitwa i post. „Wchodził do kościoła przed jutrzenką i nie wychodził aż do wieczornej modlitwy Anioł Pański” – opisywała praktykę modlitewną ks. Vianneya jedna z jego parafianek Katarzyna Lassagne. Proboszcz nie bał się również „smagać” mieszkańców Ars biczem słowa. Sam Vianney w jednym ze swoich kazań mówił:
– Jeśli duszpasterz nie chce się potępić na wieki, powinien bez miłosierdzia chłostać wszelkie nadużycia w parafii; powinien przy tym zdeptać nogami wzgląd ludzki i obawę przed wzgardą lub nienawiścią ze strony parafian; a choćby miał pewność, że go zabiją, skoro zejdzie z ambony – nie wolno mu ustąpić.
Dobroć księdza Vianneya, także surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca – powoli nawracały kolejnych mieszkańców Ars. Kościół, z początku prawie pusty, zaczął się z wolna zapełniać nie tylko w niedziele i święta, ale nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów. W końcu nawróciła się ogromna większość. Do ich proboszcza na spowiedź i kazania z całej Francji przybywały rocznie tysiące wiernych. Módlmy się o takich świętych kapłanów, bo „żniwa wprawdzie wielkie, ale robotników mało” (Mt 9, 37).
Adam Białous/PCh24.pl
***
Księża przywożą do Ars kryzysy. Święty wciąż wskazuje drogę
Współcześni kapłani przybywają do grobu św. Jana Marii Vianneya z doświadczeniem zwątpienia, społecznej niechęci i ciężaru odpowiedzialności za powierzoną im misję. Proboszcz z Ars przypomina im, że odnowa kapłaństwa zaczyna się od postawienia Chrystusa na pierwszym miejscu.
św. Jan Maria Vianney.fot. Jakub Szymczuk / Gość Niedzielny
***
Rektor z Ars: św. Jan Maria Vianney inspiruje współczesnych księży 4 sierpnia Kościół powszechny obchodzi wspomnienie św. Jana Marii Vianneya, Proboszcza z Ars, ogłoszonego w 1929 roku przez Piusa XI „patronem wszystkich proboszczów świata”. W rozmowie z mediami watykańskimi rektor sanktuarium w Ars, ks. Rémi Griveaux, opowiada o wsparciu, jakie u tego świętego odnajdują współcześni kapłani, zmagający się z wewnętrznymi kryzysami i trudnościami w otoczeniu. Adélaïde Patrignani, Dorota Abdelmoula-Viet – Watykan
Św. Jan Maria Vianney, znany jako Proboszcz z Ars (1786–1859), pochodził ze skromnej rodziny i miał tak duże trudności w nauce, że wątpiono, czy poradzi sobie z przygotowaniem do kapłaństwa. Ostatecznie jednak przyjął święcenia w 1815 roku, a posługa, jaką pełnił w niewielkiej francuskiej miejscowości Ars i okolicznych wioskach, wydała niezwykłe owoce, szczególnie poprzez sakrament pojednania i świadectwo zanurzenia w modlitwie. W ostatnich latach jego życia odwiedzało go ok. 100 tys. osób rocznie, a dziś do sanktuarium w Ars, w którym jest pochowany przybywają liczne grupy z całego świata, a wśród nich wielu kapłanów. Także ostatni papieże przybliżali tę postać Kościołowi: w 150-lecie jego śmierci (2009 r.) Benedykt XVI ogłosił Rok Kapłański, któremu patronował francuski święty, zaś 10 lat później Franciszek poświęcił mu obszerne fragmenty okolicznościowego listu, skierowanego do kapłanów.
Zranienia i niepokoje przywożone do Ars
Mówiąc o dzisiejszym kulcie św. Jana Marii Vianneya, rektor sanktuarium w Ars, ks. Rémi Griveaux, podkreśla, że cechy, które charakteryzowały Proboszcza z Ars – nieustanna więź z Bogiem oraz miłosierdzie, dobroć i gościnność okazywane każdemu człowiekowi – przemawiają także do współczesnych księży, którzy przyjeżdżają do jego grobu z własnym bagażem doświadczeń.
„Kiedy patrzę na kapłanów, którzy tutaj przybywają, widzę, że są oni naznaczeni wyzwaniami politycznymi, gospodarczymi, społecznymi i kulturowymi we Francji, w Niemczech czy w Ameryce. A jednocześnie dostrzegam w nich miłość do Boga i do posługi, która została im powierzona – mówi – Są odpowiedzialni i świadomi ciężaru powierzonej im misji. Doświadczają wokół siebie pogardy, a jednocześnie odczuwają, że ludzie mają wobec nich oczekiwania”.
Mówiąc o trudnościach, z jakimi mierzą się współcześni księża, podkreśla, że kluczowym pozostaje pytanie o to, czy współczesny świat przyjmuje dziś ich posługę. „To właśnie budzi ich niepokój. A jednocześnie wiedzą, że to Bóg zbawia – mówi ks. Griveaux – Widzę u nich autentyczną troskę pasterzy, którzy pragną dotrzeć do ludzi żyjących w najróżniejszych warunkach”.
Proboszcz z Ars – wzór dla współczesnych księży
Rektor francuskiego sanktuarium wskazuje, że święty patron proboszczów już za życia słynął zarówno z niezwykłej gościnności i braterskiej atmosfery, jaka udzielała się odwiedzającym go, jak też z tego, że nigdy nie wypowiadał się źle o innych kapłanach. To przykład na nasze czasy, podobnie jak niezwykłe zaufanie wobec świeckich, którym powierzył liczne dzieła społeczne i miłosierdzia w czasach, gdy powierzano je przede wszystkim zakonom. „Jeśli ktoś uważa go za postać przestarzałą, staromodną czy wręcz muzealną, wystarczy spojrzeć na jego elastyczność i dyspozycyjność” – zachęca.
Jednocześnie podkreśla, że „przede wszystkim Bóg zawsze był dla niego na pierwszym miejscu”, a on sam wiele czasu poświęcał każdego dnia na modlitwę. „Ludzie to dostrzegali”. To z tej bliskości z Bogiem, brały początek inne jego cechy, jak choćby wyjątkowy talent spowiednika. „Warto przypomnieć słowa jego biskupa – mówi ks. Griveaux – ‘Może nie jest uczony, ale jest oświecony’. To zdanie jest niezwykle wymowne. Zmienia spojrzenie na człowieka i otwiera drogę ku Jezusowi Chrystusowi, ku Bogu i ku Kościołowi”.
Odnowić otrzymane kapłaństwo
Dla księży spotkanie ze św. Proboszczem z Ars jest zaproszeniem do odnowienia własnego kapłaństwa, także w czasie kryzysu czy zwątpień i takim doświadczeniem dzieli się wielu spośród tych, którzy przybywają dziś do południowo-francuskiej miejscowości. „Chodzi o ponowne odkrycie Chrystusa jako Tego, który jest pierwszy: Chrystusa umiłowanego, spotkanego, rozpoznanego, adorowanego i ofiarowanego duszom – mówi rektor – Świętość jest darem Boga. Od kapłanów wymaga się nawrócenia – ale także samo nawrócenie jest łaską Boga. Świętość oznacza komunię z Bogiem, dyspozycyjność wobec Niego, przyjaźń z Nim. Oznacza karmienie się Jego słowem, życie sakramentami i sprawowanie sakramentów. Jeśli sami nie będziemy się nawracać i wchodzić na drogę Boga, jak mamy pozwolić Mu działać przez nas? On i tak będzie działał, ale lepiej nie być przeszkodą ani zasłoną – lepiej być Jego sługą”.
4 sierpnia 2026VATICANNEWS.VA
***
Odpust za nawiedzenie kościoła parafialnego.
2 sierpnia uzyskać Odpust Porcjunkuli!
Francesco Vanni, Public domain, via Wikimedia Commons
***
Odpust Porcjunkuli jest szczególnym darem Kościoła – 2 sierpnia każdy wierny może go uzyskać, niezależnie od miejsca zamieszkania. Łaskę tę wyprosił u Boga św. Franciszek. Na sklepieniu kościoła Matki Bożej Anielskiej w Asyżu widnieje napis odnoszący się do tego przywileju: „To jest brama życia wiecznego, zawsze otwarta”.
Porcjunkula. Cóż to jest?
Porcjunkula (z łac. mała cząstka, coś małego) to ulubiony kościół św. Franciszka w Asyżu, który w roku 1207 wyremontował on własnymi rękami. Otrzymał go od benedyktynów w symbolicznej dzierżawie. Pierwotnie ten malutki kościół mieli zbudować w VI wieku pielgrzymi powracający z Ziemi Świętej. Mieli tu umieścić grudkę ziemi z grobu, do którego złożono ciało Matki Bożej, po jej zaśnięciu (ten pusty grób Matki Bożej znajduje się w Dolinie Jozafata). Świątynia ta, po odbudowie przez św. Franciszka, który nadał jej imię Matki Bożej Anielskiej, stała się miejscem narodzin i sercem wspólnoty franciszkańskiej. Dziś, gdy wchodzi się do wnętrza tego kościoła, na progu widnieje napis: „hic locus sanctus est” – czyli „to miejsce jest święte, ponieważ tutaj Bóg rozmawiał z Franciszkiem.
Jak Bóg przemówił do Franciszka w Porcjunkuli
Pewnej nocy św. Franciszek leżąc krzyżem w kościele Porcjunkula i będąc cały zatopiony w modlitwie, ujrzał jak nagle ciemne wnętrze małej świątyni, rozświetla światło. Franciszek podniósł się z posadzki i zobaczył nad ołtarzem Chrystusa i Jego Najświętszą Matkę w towarzystwie mnóstwa aniołów. Franciszek padł na kolana i zaczął uwielbiać Boga. Wtedy usłyszał pytanie Stwórcy „Czego pragniesz dla zbawienia dusz?”. Odpowiedź Franciszka była natychmiastowa: „Błagam, aby wszyscy, którzy skruszeni i wyspowiadani przyjdą odwiedzić ten kościół, mogli uzyskać obfite i hojne przebaczenie z całkowitym odpuszczeniem wszystkich kar za grzechy”. Pan Jezus obiecał mu spełnienie tej prośby pod warunkiem, że zwróci się do papieża po stosowne zezwolenia.
Czym Franciszek przekonał papieża?
Z samego rana wyruszył w drogę do Rzymu. Kiedy stanął już przed papieżem Honoriuszem III, zaraz przedłożył mu swoją prośbę. Ojciec święty zgodził się, zapytał jednak „Franciszku, na ile lat chcesz tego odpustu?”. Franciszek chcąc, aby papież zatwierdził nowy odpust bezterminowo, odpowiedział dyplomatycznie „Ojcze Święty, nie proszę o lata, ale o dusze”. Ojciec święty zrozumiał intencję Franciszka i postąpił tak, jak on chciał.
„Chcę was wszystkich wysłać do raju!”
Był dzień 2 sierpnia 1216 roku. Mały kościółek Porcjunkula wypełniony był wiernymi po brzegi. Przy ołtarzu stał Franciszek i kilku biskupów. Wspólnie ogłosili oni początek nowego odpustu. Franciszek mówiąc o odpuście zaczął tymi słowami „Bracia moi, chcę was wszystkich wysłać do raju!”. Był to pewien przełom w uzyskaniu odpustu za ciężkie grzechy. Wcześniej odpust taki można było uzyskać jedynie odbywając pielgrzymkę pokutną do Jerozolimy, Santiago lub Rzymu, a na to było stać niewielu. Z czasem ziściło się marzenie Franciszka, aby odpust ten był dostępny dla wszystkich. Obecnie 2 sierpnia można go uzyskać w każdym kościele na świecie, a w kościele Porcjunkula każdorazowo, kiedy tylko nawiedzi się tę świątynię.
Warunki odpustu Porcjunkuli
Każdy, kto 2 sierpnia pobożnie nawiedzi swój kościół parafialny, odmówi w nim „Ojcze nasz” i wyznanie wiary, a także przystąpi do spowiedzi i przyjmie Komunię Świętą oraz pomodli się w intencjach wyznaczonych przez papieża i wyzbędzie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet lekkiego, zyska odpust zupełny.
źródła – niezbędnik.niedziela.pl, brewiarz.pl, misericors.org
Adam Białous/PCh24.pl
***
Odpust Porcjunkuli
2 sierpnia w kościołach i klasztorach franciszkańskich obchodzone jest patronalne święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli. W Kalendarzu Liturgicznym czytamy, iż tego dnia w kościołach parafialnych można uzyskać odpust zupełny Porcjunkuli. Za zgodą biskupa diecezjalnego odpust ten może być przeniesiony na niedzielę, która poprzedza 2 sierpnia lub po nim następuje.
Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula – fot. Grażyna Kołek
***
Trochę historii
Dlaczego święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli?
Otóż ma to związek z kościołem Matki Bożej Anielskiej pod Asyżem. Według podania, była to pierwotnie kapliczka ufundowana w VI w. (2 km na południe od Asyżu) przez pielgrzymów wracających z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej. Za czasów św. Franciszka kapliczka ta miała już nazwę Matki Bożej Anielskiej. Była ona wówczas w stanie ruiny, dlatego też św. “Biedaczyna” z Asyżu w zimie 1207/1208 r. odbudował ją i tam zamieszkał. Wkrótce przyłączyli się do niego towarzysze. Nie jest wykluczone, że ona sam nadał jej nazwę Matki Bożej Anielskiej, bo jak głosi legenda, słyszano często nad kapliczką głosy anielskie. W tym czasie kapliczka wraz z przyległą posesją stanowiła jeszcze własność benedyktynów z pobliskiej góry Subasio, jednak wkrótce (1211 r.) odstąpili ją św. Franciszkowi i jego współbraciom, którzy wybudowali sobie tam ubogie szałasy – domy. W kilka lat później, dokładnie 2 sierpnia 1216 r., miało miejsce uroczyste poświęcenie (konsekracja) kapliczki-kościółka.
W tym też czasie funkcjonowała w stosunku do ww. kościółka druga nazwa – Porcjunkula, być może również wprowadzona przez św. Franciszka. Etymologicznie oznacza ona tyle, co kawałeczek, drobna część. Prawdopodobnie nawiązywała ona do bardzo małych rozmiarów kościółka i przyległego terenu. Tak więc Porcjunkula stała się macierzystym domem zakonu św. Franciszka.
Dwieście lat później – w roku 1415 św. Bernardyn ze Sieny osadził tu swoich synów duchowych – obserwantów, którzy wystawili tu spory klasztor wraz z okazałym kościołem. W latach 1569-1678 wybudowano świątynię, w środku której znajduje się w stanie surowym zachowany pierwotny kościółek-kapliczka Porcjunkula. Przy końcu bocznej nazwy jest cela, w której mieszkał i dokonał życia św. Franciszek. 11 kwietnia 1909 r. papież Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności Bazyliki patriarchalnej i papieskiej.
Skąd odpust Porcjunkuli?
Łączy się on z legendą. Głosi ona, że pewnej nocy latem 1216 r. św. Franciszek usłyszał w swojej celi głos: “Franciszku, do kaplicy!” . Kiedy tam się udał, ujrzał Pana Jezusa siedzącego nad ołtarzem, a obok z prawej strony Najświętszą Maryję Pannę w otoczeniu aniołów. Usłyszał głos: “Franciszku, w zamian za gorliwość, z jaką ty i bracia twoi, staracie się o zbawienie dusz, w nagrodę proś mię dla nich i dla czci mego imienia o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła” . Franciszek upadł na twarz i rzekł: “Trzykroć Święty Boże! Ponieważ znalazłem łaskę w Twoich oczach, ja który jestem tylko proch i popiół, i najnędzniejszy z grzeszników, błagam Cię z uszanowaniem, na jakie tylko zdobyć się mogę, abyś raczył dać Twoim wiernym tę wielką łaskę, aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy, mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”. Następnie św. Franciszek zwrócił się do Najświętszej Maryi Panny: “Proszę błogosławionej Dziewicy, Matki Twojej, Orędowniczki rodzaju ludzkiego, aby poparła sprawę moją przed Tobą”. Maryja poparła modlitwę Franciszka. Wtedy Chrystus Pan powiedział: “Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi”. Podanie głosi, że następnego dnia św. Franciszek udał się do Perugii, gdzie przebywał wówczas papież Honoriusz III, który faktycznie udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kapliczki Porcjunkuli, tj. 2 sierpnia. Początkowo więc odpust zupełny można było uzyskać jedynie w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu i to jedynie 2 sierpnia.
Od XIV w. papieże zaczęli podobny odpust na ten dzień przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. Dostępować go mieli wszyscy ci wierni, którzy tego dnia nawiedzą któryś z kościołów franciszkańskich. W 1847 r. Papież Pius IX poszedł jeszcze dalej i przywilej odpustu rozszerzył na wszystkie kościoły parafialne i inne, przy których jest III Zakon św. Franciszka. W 1910 r. papież Pius X udzielił na ten dzień tego odpustu wszystkim kościołom, jeśli tylko biskup uzna to za stosowne. W rok później św. Pius X przywilej ten rozszerzył na wszystkie kościoły.
By uzyskać wspomniany odpust, należy jednak spełnić następujące warunki, a więc:
– pobożnie nawiedzić kościół,
– odmówić w nim Modlitwę Pańską oraz Wyznanie Wiary,
– przystąpić do spowiedzi świętej,
– przyjąć Komunię świętą,
– pomodlić się według intencji Ojca Świętego,
– wykluczyć przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.
Warto więc tego dnia skorzystać ze “skarbca Bożego Miłosierdzia” i uzyskać za przyczyną Matki Bożej Anielskiej i św. Franciszka odpust zupełny, czyli darowanie kary doczesnej za popełnione grzechy.
ks. Paweł Staniszewski – Tygodnik Niedziela
***
Niedziela – 2 sierpnia
Leon XIV: Chrystus zaspokaja nasz głód prawdy i życia
Chrystus nie tylko uzdrawia ludzkie zmysły, ale nadaje życiu głęboki sens i prowadzi do pełni zbawienia – wskazał Ojciec Święty w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański”.
fot. Vatican Media
***
Odwołując się do ewangelicznego opisu rozmnożenia chleba (Mt 14, 13-21), papież podkreślił, że Jezus objawia w nim bliskość Królestwa Bożego.
Na pustyni, czyli w miejscu naszej potrzeby, Chrystus jest chlebem życia – zaznaczył, wskazując, że obfitość daru Boga wyraża troskę, która nigdy nie ustaje.
Chrystus zaspokaja nasze głody
Leon XIV zwrócił uwagę, że Chrystus zaspokaja nie tylko głód fizyczny, ale także głód prawdy i życia. Zauważył, że cud rozmnożenia chleba jest jednocześnie wezwaniem do dzielenia się z innymi. Przestrzegł przed zachłannością, która prowadzi do obojętności wobec cierpienia ludzi pozbawionych podstawowych środków do życia.
Na pustyni wojny i arogancji zobaczmy, z jaką dobrocią Pan «spojrzał w niebo», «odmówił błogosławieństwo», „połamał chleby i dał je” swoim uczniom, aby rozdali je tłumom (por. w. 19). W tym cudzie miłości rozpoznajemy charakterystyczne gesty Jezusa, które osiągają swój szczyt podczas Ostatniej Wieczerzy. Wtedy bowiem Syn Boży oddaje nam swoje własne życie jako nasz brat w człowieczeństwie – wskazał Ojciec Swięty.
Wyrażajmy piękno Ewangelii w codzienności!
Papież zachęcił wiernych, aby piękno Eucharystii wyrażali w codziennych gestach miłości, m.in. przez dzielenie się chlebem w rodzinach i wspólnotach. Podkreślił, że także czas wakacji może stać się okazją do budowania braterstwa i pamięci o osobach znajdujących się w potrzebie.
Kosztując łaski Eucharystii, starajmy się dawać świadectwo o jej pięknie naszymi codziennymi gestami, poczynając od błogosławieństwa posiłku, gdy dzielimy się chlebem w rodzinie i wśród przyjaciół. W towarzystwie Jezusa także wakacje mogą stać się czasem braterskiej pogody ducha, obejmującym również tych, którzy obok nas znajdują się w potrzebie – mówił.
Na zakończenie modlił się za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, prosząc, aby pomagała wiernym wzrastać w miłości i trosce o to, by nikomu nie zabrakło chleba powszedniego.
Watykan/KAI/Stacja7
***
sobota – 1 sierpnia
Dziś sobota pierwszego sierpnia. O godz. 17-tej w Warszawie znowu dźwięk syren zatrzyma nas Polaków na moment, aby upamiętnić 82 rocznicę Powstania Warszawskiego. My zgromadziliśmy się tutaj również I z innego powodu, bo wciąż nosimy w sobie żywą pamięć o kościele św. Szymona. Stoimy tutaj przy jego zgliszczach w zadumie i w modlitewnej refleksji. Minęło już pięć lat od owej pamiętnej nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021. Ta noc pozostanie w nas nocą z związaną ze smutkiem. Przypomnijmy sobie co przeżywaliśmy tu, na tym miejscu, uczestnicząc w Liturgii Kościoła w oprawie naszej ojczystej tradycji – pamiętamy nasze polskie szopki, grób Pański czy procesje z Bożym Ciałem…Tamtej nocy kościół św. Szymona, będący szczególnym miejscem dla nas Polaków żyjących tu na obcej ziemi, stał się, niestety, czasem minionym.
Przypomnę, w krótkim zarysie historię tego miejsca.
Kościół św. Piotra był jedną z najwcześniejszych parafii katolickich, która została przywrócona po reformacji (o dwie dekady wcześniej zanim na nowo przywrócono strukturę hierarchii Kościoła katolickiego). To tu, na West End, została odprawiona pierwsza Msza święta, po bardzo okrutnych prześladowaniach katolików przez szkockich kalwinów, pod gołym niebem w Roku Pańskim 1855 w pobliżu obecnej Merkland Street. Historyczny parasol, który chronił wtedy przed deszczem kapłana celebrującego Mszę świętą znajduje się w biurze parafialnym św. Piotra, jako cenna pamiątka z tamtych czasów. Pierwszy kościół św. Szymona został otwarty przy Bridge Street w maju 1858 roku. Wtedy też została wybudowana plebania i szkoła. Kościół św. Szymona na początku był pod wezwaniem św. Piotra, ale kiedy okazało się, że jest zbyt mały dla rosnącej liczby katolików na “Partiku”, w roku 1903 powstał dużo większy kościół św. Piotra. Żeby nie myliło się o który kościół chodzi, dlatego pierwszy nazwano Bridge Street Church. Ale w roku 1945 powrócono do patrona św. Piotra używając jego pierwszego imienia – Szymon.
Podczas II wojny światowej, w latach 1940-1944, polscy żołnierze każdej niedzieli przychodzili do tego kościoła na Mszę świętą z Yorkhill, gdzie znajdowały się koszary, jedne z wielu, w których tubylcy zakwaterowali polskie wojsko. I od tamtej pory kościół św. Szymona powszechnie był nazywany jako “Polish Church”. Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Glasgow, byli bardzo związani z tym kościołem. W 1975 roku ks. Arcybiskup Szczepan Wesoły wyznaczył mnie, abym objął polskie duszpasterstwo po śmierci ks. kanonika Jana Gruszki. W tamtym czasie proboszczem parafii św. Szymona był powszechnie znany ks. Patrick “Pady” Tierney, dzięki któremu kościół św. Szymona nie został zamknięty, bo Archidiecezja miała taki zamiar ze względu na istniejący w pobliżu obszerny kościół św. Piotra.
***
Patrzę teraz na zgliszcza spalonego kościółka św. Szymona
i klękam razem z tymi,
których tutaj Pan nasz Jezus Chrystus
karmił swoim Słowem i swoim Ciałem.
To miejsce pozostanie już uświęcone również dlatego,
że tutaj w płomieniach ogromnego ognia
pozostało całkowicie wypalone Przenajświętsze Tabernakulum
przywalone osmolonymi szkockimi kamieniami.
Dobrze jest teraz przypomnieć sobie św. Augustyna,
który zapewnia, że Pan Bóg potrafi cudownie wyciągać
nawet ze zła wiele dobra.
Te olbrzymie buchające płomienie z wnętrza ginącej świątyni,
w ciemną noc z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021,
już sprawiły,
że tlący się nikły płomyk wiary w naszych sercach,
osłabiony także wieloma miesiącami przesadzonego lęku,
który nawet urzędowo nakazywał
dystans oddzielający nas od Pana Boga – ożywa.
Nie jest dobrze, aby pochopnie osądzać,
że wiara w wielu ludziach wygasła.
Bo to nie jest według Bożego spojrzenia.
Maleńka iskierka ma w sobie moc rozpalić płomień,
nawet w gasnącym popiele ludzkich serc,
które żyją na wyjałowionej ziemi tego świata,
wydawałoby się – opuszczonej przez Boga.
A tymczasem płomienie palącego się kościółka św. Szymona
rozświetliły ciemności,
w których wielu przyzwyczaiło się chodzić po omacku.
Widok ten sprawił,
że przebudziło się ludzkie serce
uśpione przez tego, który działa w ciemnościach.
Niech będzie błogosławiony wstrząs,
który sprawia, że nagle, choć tak różni jesteśmy,
powracamy do tego co jest najistotniejsze.
Każda zmiana boli,
bo lubimy się przyzwyczajać – tak jak przyzwyczailiśmy się,
że kościół św. Szymona był już od zawsze na “Partyku”.
Widać potrzebne było,
aby Słowo Boga,
wykute na kamieniach wznoszących Boży Dom,
niewidzialne już dla wielu, stało się na nowo żywe.
W tych zgliszczach
pozostała również Matka Bożego Syna,
która jest i naszą Matką
w obrazie Jasnogórskim – zawsze obecna
i pod krzyżem i w każdej Eucharystii.
Czterdzieści dwa lata temu
przywieźliśmy Jej wizerunek z Jasnej Góry,
pobłogosławiony przez Prymasa Tysiąclecia,
kardynała Stefana Wyszyńskiego,
którego Kościół za dni 44 będzie nazywał już błogosławionym.
***
Mój pierwszy zapis o kościele św. Szymona z dnia 28 lipca 1975 roku:
Glasgow jest miastem, w którym dzwonów nie słychać,
mimo licznych i pięknych wież kościelnych wyciosanych z kamienia.
Jedne są jak wieże obronne,
inne – jak strzały wycelowane prosto w niebo.
Według tutejszego prawa, jakie pozostało z religijnych wojen,
katolikom dzwonić nie wolno.
Nasi bracia, którzy kiedyś odeszli na znak protestu,
tworząc z kolei całą mozaikę przeróżnych grup religijnych,
budowali swoje własne kościoły.
Teraz nie wiadomo co z nimi zrobić,
bo te, które jeszcze nie zostały przemienione na różne biznesy,
stoją puste ze smutną swoją archaiczną architekturą.
Ludzi zaś pełno w dużych magazynach sklepowych,
bo na oścież są otwarte i „w piątek i w świątek”.
W takiej oto scenerii w niedzielny poranek
na skrzyżowaniu Dumbarton Road i Byres Road
można usłyszeć polską mowę.
Moi współziomkowie idą do maleńkiego i uroczego kościoła św. Szymona.
I tak kolejne już pokolenia
w tym miejscu karmią się Jezusowym Słowem
i Jezusowym Ciałem.
A potem wychodząc, na pewno mają świadomość,
choćby nawet niewielką,
że nie tylko spotkali, ale przyjęli samego Boga.
Bo skąd wzięłaby się zwycięska walka,
zupełnie niewidoczna dla ludzkich oczu?
Statystyki cóż mogą powiedzieć
o cierpieniu, o przyjaźni, o miłości, o wierności,
gdzie dokonują się ludzkie wybory,
gdzie rodzi się prawdziwe życie.
Maleńki kościół św. Szymona jest szczyptą drożdży
otoczony z jednej strony młynem, gdzie ziarno ściera się na mąkę,
a z drugiej – ludzkim życiem, które toczy się,
jak w każdym wielkim mieście – niczym ciasto w dzieży.
***
po spaleniu kościoła św. Szymona w lipcu 2021 roku LITURGIA MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENTY w naszym ojczystym języku sprawowane są w kościele św. Piotra – 46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
kaplica-izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00
PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA
***
W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00
***
WCZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.
POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.
W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2026 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
18 marca (środa) – Środa Popielcowa
25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
***
Papież Leon XIV podczas środowej audiencji 5 sierpnia 2026 roku przypomniał:
Liturgia jest sercem modlitwy Kościoła i szkołą życia duchowego
Fot: Remo Casilli / Reuters / Forum
***
Liturgia, a zwłaszcza Eucharystia i Liturgia Godzin, stanowi centrum modlitwy Kościoła oraz podstawowe źródło życia duchowego – podkreślił papież w kolejnej katechezie poświęconej konstytucji Soboru Watykańskiego II Sacrosanctum Concilium o liturgii świętej. Zwrócił uwagę, że we współczesnym świecie, zdominowanym przez kult skuteczności i konsumpcji, modlitwa bywa postrzegana jako zbędna, tymczasem pozostaje ona podstawowym wymiarem ludzkiego życia.
Leon XIV przypomniał, że to Duch Święty uczy Kościół modlitwy i nieustannie ożywia jego życie od dnia Pięćdziesiątnicy. Jak zaznaczył, liturgia jest przede wszystkim miejscem spotkania Boga z człowiekiem, a nie jedynie zbiorem obrzędów. Reforma liturgiczna Soboru Watykańskiego II, oparta na konstytucji Sacrosanctum Concilium, miała prowadzić do pełnego i czynnego uczestnictwa wiernych w tym spotkaniu.
Ojciec Święty zwrócił uwagę, że modlitwa nie może być sprowadzana do techniki służącej osiąganiu dobrego samopoczucia ani traktowana jako ucieczka od rzeczywistości. Przypomniał słowa św. Pawła VI, który nazwał liturgię „pierwszym źródłem udzielanego nam życia Bożego” oraz „pierwszą szkołą życia duchowego”.
Szczególne miejsce w katechezie papież poświęcił Liturgii Godzin. Zachęcił, aby codzienna modlitwa Kościoła była coraz szerzej praktykowana zarówno przez wspólnoty, jak i przez osoby świeckie, stając się szkołą modlitwy dla wszystkich, zwłaszcza katechumenów.
Ojciec Święty przypomniał, że Eucharystia i Liturgia Godzin są „oddechem życia Kościoła”, przez który Duch Święty jednoczy wiernych z Chrystusem i włącza ich coraz głębiej w misterium paschalne. Cytując św. Augustyna, podkreślił, że Chrystus modli się za swój lud, modli się w nim i jest Tym, do którego Kościół zanosi swoje modlitwy.
Na zakończenie Leon XIV zaznaczył, że Liturgia Godzin uświęca rytm codziennego życia – od porannej modlitwy po nocny spoczynek – i podtrzymuje nadzieję Kościoła oczekującego na chwalebny powrót Chrystusa.
„Każdego tygodnia i każdego dnia Eucharystia oraz Liturgia Godzin są oddechem życia Kościoła” – mówił Leon XIV. Jak dodawał, dzięki tej modlitwie wierni są coraz bardziej włączani w misterium paschalne i upodabniani do Chrystusa. Papież wskazał również, że związana z Eucharystią Liturgia Godzin uświęca codzienność – od poranka aż po noc. Każda z tych Godzin jest, jak zaznaczył, aktem nadziei i czuwaniem z całym Kościołem w oczekiwaniu na chwalebny powrót Pana.
KAI/Vatican Media
***
Ojciec św.Leon XIV na temat Mszy świętej w internecie mówi bardzo zdecydowanie:
Eucharystii nie zastąpi ekran.
fot. Grzegorz Gałązka / deon.pl
***
Niedziela nie jest jedynie dniem wolnym od pracy ani cotygodniowym obowiązkiem religijnym. Jest spotkaniem ze Zmartwychwstałym Chrystusem, który nieustannie działa w życiu Kościoła – podkreślił Leon XIV podczas audiencji generalnej. Papież zachęcił wiernych do odkrywania piękna roku liturgicznego i przypomniał, że uczestnictwa we Mszy świetej nie może zastąpić obecność wirtualna.
Kontynuując cykl katechez poświęconych Konstytucji “Sacrosanctum Concilium”, Leon XIV przypomniał, że rok liturgiczny nie jest jedynie kalendarzem świąt i wspomnień, lecz drogą, na której Chrystus nieustannie uobecnia swoje dzieło zbawienia.
Cytując encyklikę “Mediator Dei” Piusa XII, Papież podkreślił, że rok liturgiczny nie jest “zimnym i bezwładnym przedstawieniem” wydarzeń z przeszłości, ale żywą obecnością Chrystusa działającego w Kościele. To właśnie dzięki liturgii wierni mogą nieustannie spotykać Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego oraz czerpać z łaski płynącej z Jego misterium paschalnego.
Niedziela sercem roku liturgicznego
Leon XIV przypomniał nauczanie Soboru Watykańskiego II, który nazwał niedzielę “podstawą i rdzeniem całego roku liturgicznego”. To dzień Zmartwychwstania Pańskiego, w którym Kościół gromadzi się, aby celebrować Eucharystię i odnawiać swoją więź z Chrystusem.
Papież nawiązał także do nauczania św. Jana Pawła II zawartego w liście apostolskim “Dies Domini”, przypominając, że niedziela jest jednocześnie dniem Pana, dniem Kościoła i dniem człowieka. To ona nadaje rytm chrześcijańskiemu przeżywaniu czasu i kieruje spojrzenie wierzących ku ostatecznemu spotkaniu z Chrystusem.
Eucharystii nie zastąpi ekran
Szczególne miejsce w środowej katechezie zajęło przypomnienie znaczenia wspólnotowego sprawowania Eucharystii. Leon XIV podkreślił, że zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się poprzez czynny udział wiernych zgromadzonych w jednym miejscu. Dlatego, jak zaznaczył Papież obecność wirtualna nie może zastąpić uczestnictwa we Mszy świętej, ponieważ liturgia jest spotkaniem żywej wspólnoty z Chrystusem.
Papież zaapelował również, aby tworzyć jak najlepsze warunki do uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii wszystkim tym, którzy ze względu na obowiązki zawodowe mają z tym trudności.
Rok liturgiczny szkołą wiary
Ojciec Święty przypomniał, że rok liturgiczny rozwijał się stopniowo w historii Kościoła. Od cotygodniowej celebracji niedzieli chrześcijanie przeszli do obchodów dorocznej Paschy, okresu Wielkiego Postu i Pięćdziesiątnicy, a następnie cyklu Bożego Narodzenia. Z czasem w rytm roku liturgicznego wpisano również wspomnienia Najświętszej Maryi Panny oraz świętych.
Jak zaznaczył Leon XIV, rok liturgiczny prowadzi wiernych od oczekiwania na Mesjasza, poprzez celebrację misterium paschalnego, aż po nadzieję przyszłej chwały. To właśnie dlatego pozostaje on podstawowym punktem odniesienia dla życia duchowego i działalności duszpasterskiej Kościoła.
źródło: Ks. Łukasz Bańkowski / Vatican News / Deon.pl
***
Msza św. w sobotę wieczorem zamiast niedzielnej?
Czy Msza św. w sobotę wieczorem liczy się już jako niedzielna? Tak. Ale czy zawsze? Czy są wyjątki?
Msza święta w sobotę wieczorem liczy się jako niedzielna. Stwierdza to kan. 1248 § 1 prawa kanonicznego, że właśnie taka Msza św. dzień wcześniej wieczorem już zalicza się do świętowania niedzieli. Nie jest to wariant “awaryjny”. Możesz normalnie przyjść na Mszę świętą w sobotę wieczorem i jest to zawsze traktowane jak normalne uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej.
Czy od tej zasady są wyjątki? Czy idąc tą logiką Msza św. w niedzielę wieczorem liczy się jako poniedziałkowa? Co z nabożeństwem pierwszych sobót – jeśli pójdę na Mszę św. wieczorem w sobotę, nie liczy się ona do tego nabożeństwa?
Najkrócej: formularz to zbiór tekstów używanych w danej Mszy św.
Chodzi o zestaw modlitw i antyfon przypisanych do konkretnego dnia, święta albo uroczystości w Mszale rzymskim: przede wszystkim kolekta (modlitwa dnia), modlitwa nad darami i modlitwa po Komunii św., czasami własne prefacje, a także antyfony na wejście i Komunię, nierzadko nawet Czytania i Ewangelię. To one zmieniają się z dnia na dzień i sprawiają, że raz modlimy się np. o „pogłębienie wiary”, innym razem „za zmarłych”, jeszcze innym „o jedność chrześcijan”.
Formularz to więc to, co “zmienne” podczas Mszy św, dobrane według kalendarza liturgicznego lub okazji (ślub, chrzest, Msza za zmarłych itd.), podczas gdy modlitwa eucharystyczna czy stałe obrzędy Mszy św. (Ojcze nasz, Baranku Boży itp.) pozostają zasadniczo te same.
2. Czym się różni Msza św. niedzielna od Eucharystii w sobotę czy w inne dni tygodnia?
“Pamiętaj, aby dzień święty święcić” – III przykazanie Dekalogu od czasów Jezusa dotyczy każdej niedzieli. Niedziela jest w Kościele pamiątką Zmartwychwstania dniem świętym, a więc i dniem nakazanym: obowiązuje udział we Mszy św. (albo w samą niedzielę, albo w sobotni wieczór – o tym zaraz). Używa się formularza niedzielnego; Czytania biorą się z 3-letniego cyklu (A/B/C), zwykle są trzy Czytania + Psalm. Zasadniczo w niedzielę śpiewa się hymn Chwała na wysokości Bogu i Wyznanie wiary.
Msza św. w tygodniu (dni powszednie): Nie ma obowiązku uczestnictwa (poza jasno wskazanymi uroczystościami albo świętami nakazanymi wypadającymi w tygodniu). Stosuje się formularz dnia powszedniego albo wspomnienia, zazwyczaj są dwa Czytania (1. Czytanie + Psalm + Ewangelia). Z rzadka śpiewa się Chwała, jeszcze rzadziej odmawia Credo; Msza św. jest zwykle krótsza.
3. Sobotnia Msza św. wieczorna „liczy się” jako niedzielna. Czy są wyjątki? Jak poznać, jaka Msza św. jest odprawiana?
Co mówi prawo? Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1248 §1) stwierdza, że nakazowi uczestnictwa we Mszy świętej w niedzielę i święta nakazane czyni zadość ten, kto bierze w niej udział albo w sam dzień świąteczny, albo „wieczorem dnia poprzedzającego”.
Dla spełnienia obowiązku nie jest decydujące, jaki jest formularz (czy ślubny, pogrzebowy), ale że jest to pełna Msza św. w obrządku katolickim odprawiana w sobotni wieczór. W praktyce przyjmujemy, że „wieczór” zaczyna się mniej więcej od godz. 16.00. W wielu parafiach sobotnia Msza św. odprawiana jest według formularza niedzielnego, “z niedzieli”, z Czytaniami i homilią na niedzielę.
Cała zasada bierze się stąd, że w tradycji żydowskiej dzień rozpoczynał się o zachodzie słońca poprzedniego dnia, my liczymy nowy dzień “od północy”. Te dwa sposoby liczenia dnia będą nam się jeszcze przeplatać.
4. Czy sobotnia Msza św. podczas wesela, chrztu, urodzin itd. zwalnia z uczestnictwa w niedzielę?
Jeśli spełnione są dwa warunki, to tak: To jest pełna Msza święta (nie tylko sam sakrament małżeństwa bez Eucharystii) oraz – jest sprawowana w sobotę wieczorem, czyli w czasie, który Kościół traktuje jako „wieczór dnia poprzedzającego” niedzielę (zwykle od ok. 16.00 wzwyż).
Wtedy nieważne, czy formularz jest ślubny, chrzcielny, jubileuszowy, „z dnia” czy niedzielny. Z punktu widzenia prawa kanonicznego uczestnictwo w takiej Mszy św. wypełnia obowiązek niedzielny.
Warto jednak dodać apel o świętowaniu samej niedzieli. Nawet jeśli obowiązek jest spełniony, dobrze jest zadbać także o przeżycie samej niedzieli jako „dnia Pańskiego”: modlitwa, odpoczynek, Słowo Boże, czas z rodziną.
5. Dlaczego w ciągu jednego dnia mogą być różne formularze Mszy świętej?
Bo Kościół łączy kalendarz liturgiczny z konkretnymi potrzebami duszpasterskimi.
Kilka przykładów:
W sobotni poranek pierwsza Msza św. może być z dnia. W sobotnie przedpołudnie może to być już Msza pogrzebowa (obowiązuje wtedy formularz za zmarłych), po południu Msza ślubna (znowu z własnym formularzem i czytaniami), zaś wieczorem Msza św. z formularza niedzielnego. A jeszcze po ostatniej Mszy św. uroczystość w parafii – przyjazd biskupa i bierzmowanie młodzieży. Każda z tych Mszy św. będzie miała inny formularz.
Drugi przykład: w pewne wielkie uroczystości są specjalne Msze św. wigilijne, których formularz bierze się już wieczorem dnia poprzedniego. W takich sytuacjach obie Msze św. – ta “w ciągu dnia” i wieczorna – też będą miały inny formularz.
6. Skoro w sobotę wieczorem jest formularz niedzielny, to czy w niedzielę wieczorem Msza św. jest poniedziałkowa?
Oczywiście że nie. Będzie to Msza św. niedzielna. Skąd różnica?
Tylko niektóre dni, a dokładnie niedziele i uroczystości, zaczynają się liturgicznie w przeddzień wieczorem. Są to tzw. wigilie. Doskonałym przykładem jest wigilia Bożego Narodzenia 24 grudnia, która rozpoczyna świętowanie Bożego Narodzenia (25 grudnia).
Poniedziałek takim dniem nie jest – chyba że wypadłaby wtedy jakaś uroczystość – dlatego w niedzielę wieczorem Msza św. jest niedzielna.
Gdy zaś w poniedziałek przypadłaby uroczystość, kalendarz liturgiczny na podstawie tabeli pierwszeństwa obchodów liturgicznych decyduje, co jest ważniejsze – II nieszpory niedzielne, czy I nieszpory z danej uroczystości.
7. Czy idąc tą logiką – w czwartek wieczorem obowiązuje post od mięsa
Wstrzemięźliwość od mięsa obowiązuje w Kościele łacińskim we wszystkie piątki roku, chyba że w dany piątek przypada uroczystość.Prawo mówi o „piątku” jako dniu od północy do północy (kan. 202 § 1). To nie jest logika dnia, którego początek liczy się w wieczór wcześniej.
Dlatego w czwartek wieczorem nie obowiązuje jeszcze piątkowy post. Natomiast jeśli sam piątek jest uroczystością, bo przypada wtedy np. uroczystość NMP Królowej Polski, to wtedy liturgicznie obchód rozpoczyna się w czwartek wieczorem, ale… w takim przypadku w piątek jako uroczystość nie obowiązuje przecież w ogóle wstrzemięźliwość od mięsa…
8. Czy Msza św. w pierwszy piątek wieczorem to jest już w sobotę?
Zgodnie z tą samą logiką wyjaśnioną powyżej – nie. Pierwsze piątki dotyczą piątku jako dnia kalendarzowego (od północy do północy), podobnie jak pierwsze soboty.
Liturgicznie i kanonicznie dzień powszedni (np. piątek, sobota) nie ma wigilii „pierwszych nieszporów” dnia następnego, jak niedziela czy uroczystości. Więc piątek wieczór jest nadal piątkiem.
9. Pierwsze soboty a Msza św. w sobotę wieczorem: co się liczy?
Warunki nabożeństwa pierwszych sobót (fatimskiego) obejmują m.in.: spowiedź (w pierwszą sobotę lub wcześniej). Przyjęcie Komunii świętej w pierwszą sobotę miesiąca w intencji wynagradzającej. Różaniec i .15-minutowa medytacja. Pytanie dotyczy o Komunię św. przyjmowaną podczas sobotniej Mszy św. wieczornej, czyli “niedzielnej”. Czy Komunia św. na sobotniej Mszy św. wieczornej „niedzielnej” liczy się jako pierwsza sobota?
Tak. Dla tego nabożeństwa liczy się data kalendarzowa: pierwsza sobota miesiąca, a nie formularz Mszy św. Sobota wieczorem (nawet z formularzem niedzielnym) jest wciąż sobotą w sensie kalendarzowym, więc Komunia św. przyjęta tego dnia może być Komunią wynagradzającą pierwszosobotnią.
10. Jeśli pójdę na Mszę św. w sobotę rano i wieczorem – to dwa razy w sobotę czy raz w sobotę i raz w niedzielę (chodzi o Komunię św.)?
Tu trzeba rozdzielić Komunię św. od obowiązku niedzielnego.
1. Obowiązek niedzielny to udział we Mszy św. w sobotę wieczorem (po ok. 16.00). Msza św. poranna w sobotę takiego skutku nie ma.
2. Komunia święta: ile razy można przyjąć? Prawo mówi jasno: Kan. 917: „Kto przyjął już Najświętszą Eucharystię, może ją ponownie tego samego dnia przyjąć jedynie podczas sprawowania Eucharystii, w której uczestniczy”. A kan. 202 §1 precyzuje, że „dzień” w prawie kanonicznym to 24 godziny od północy do północy.
W praktyce oznacza to, że w sobotę możesz dwa razy przyjąć Komunię św.: np. rano i wieczorem. To nadal jeden dzień kanoniczny. Wieczorna Msza św. sobotnia jednocześnie spełnia obowiązek niedzielny, ale wciąż jest to druga Komunia św. tego samego dnia. W niedzielę (następny dzień kalendarzowy) możesz znów przyjąć Komunię św. – znowu maksymalnie dwa razy (np. rano i wieczorem), jeśli uczestniczysz w całych Mszach św. Czyli: Komunia św. liczona jest „na dzień kalendarzowy”, a nie „na formularz niedzielny/powszedni”.
opracowanie według strony:Stacja7.pl
***
Jak pokonać trudności na modlitwie?
Modlitwa każdego człowieka jest inna, zależna od etapu jego duchowego rozwoju. Jednak to, co jest jedną z cech wspólnych – niezależnie od stażu modlitwy – są trudności i rozproszenia. Ks. prof. Józef Naumowicz, propagator modlitwy Jezusowej, odpowiada na pytanie, jak pokonać trudności na modlitwie.
fot. Joanna Popławska/Tygodnik Niedziela
***
Trwajmy na modlitwie
„Modlitwa nie jest sprawą łatwą, szczególnie na początku, kiedy ktoś odzwyczaił się od modlitwy, ale też na każdym etapie ma swoje trudności polegające na rozproszeniach, na tym, że nasze serce jest nieraz ospałe, że trudno nam się modlić albo trudno znaleźć czas – mówi ks. prof. Józef Naumowicz. – I to, co jest ważne, to to, żeby nie poprzestać na tych trudnościach, żeby na nich się nie skupić, żeby mimo wszystko wrócić do modlitwy, żeby zacząć się modlić. A jeżeli zacząłem się modlić, żeby wytrwać mimo tych trudności i żeby skupiać się nie na trudnościach, ale właśnie na pięknie modlitwy, którą odkrywamy. Im bardziej się modlimy, tym bardziej odkrywamy wartość modlitwy. I oczywiście warto czytać różnego rodzaju przewodniki po modlitwie.
Dobrze należeć do jakiejś grupy modlitewnej albo mieć jakiegoś towarzysza takiego duchowego, z którym możemy dzielić się naszymi trudnościami, ale też łaskami otrzymywanymi na modlitwie. Ale to, co jest ważne, że najlepiej uczymy się modlitwy, modląc się. Nie należy szukać jakichś bardzo łatwych dróg modlitwy, jakichś ułatwień czy szukać wyłącznie jakiejś przyjemności na modlitwie. Trzeba przede wszystkim się modlić. I to jest też wyraz naszej miłości, tak jak miłości do drugiego człowieka, że miłość, nawet największa, ma swoje pełne trudności, ale ważne, żeby na tej drodze miłości wytrwać. I podobnie, żeby wytrwać na drodze modlitwy, uczymy się modlitwy, odkrywamy jej wartość modląc się. Im więcej modlimy się, tym ta modlitwa nam daje więcej”.
Modlitwa w doświadczeniu cierpienia
„Odkrywamy coraz bardziej bogactwo modlitwy. Odnajdujemy coraz bardziej Boga w obliczu wielkich trudności. Cierpienie należy do rzeczy najbardziej niezrozumiałych, niepojętych. Wtedy jest najtrudniej się modlić. Ale wtedy właśnie modlitwa ma największą wartość. Pan Bóg pozostaje dla nas jedynym oparciem, bo nie znajdujemy znikąd ratunku, znikąd pomocy. Kiedy człowiek jest bezradny, kiedy dziecko jest bezradne, wtedy spogląda na ojca, na matkę i żebyśmy my tak potrafili, trzeba starać się o to. Nawet jeżeli nie jest łatwo, to starać się, żeby w takich momentach, w takich trudnościach nie zwątpić. I nawet jeżeli, tak jak Pan Jezus powiedział na krzyżu, „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”, wydaje się, że jesteśmy opuszczeni, być może wtedy Bóg jest najbardziej z nami i chce, żebyśmy o tym pamiętali. I do Pana Boga się zwrócili. Warto wybrać sobie jakiegoś świętego, wielkiego autora, czy to współczesnego, czy z dawnych czasów. Trwajmy przy nim przez długi czas, czytajmy, zgłębiajmy myśl tego autora. Oczywiście dla nas najważniejszą lekturą jest Pismo Święte. I nawet jeżeli czytamy Pismo Święte bardzo długo i zgłębiamy je, to zawsze jest źródłem inspiracji. Nie szukajmy jednak prostych dróg, ale bezinteresownie skupiajmy się i czytajmy. Odnajdziemy wówczas tam najlepsze źródło do tego, żeby naszą relację z Bogiem w modlitwie pogłębić”.
ks. prof. Józef Naumowicz -Tygodnik Niedziela
***
Jak się przygotować do spowiedzi generalnej?
Adobe.Stock.pl
Odpowiedź na pytanie: Spowiadam się regularnie, ale mam pragnienie odbycia spowiedzi z całego życia. Na czym polega spowiedź generalna i jak się do niej przygotować?
Przede wszystkim każda spowiedź jest doświadczeniem miłości Bożej. Każdy, kto się spowiada, najlepiej regularnie, powinien ze spowiedzi wyjść umocniony prawdą, że Bóg go kocha. Sakrament pokuty i pojednania przyczynia się do tego, że człowiek może się zastanowić nad swoim postępowaniem, przeanalizować swoje życie duchowe i moralne. Są jednak penitenci, którzy obok zwyczajnej spowiedzi mają pragnienie, by podsumować pewien fragment swojego życia, i pytają o możliwość spowiedzi generalnej, jak to sami określają – spowiedzi z całego życia. Taka forma spowiedzi praktykowana jest w Kościele od początku. Mówili o niej święci, np. św. Wincenty a Paulo czy św. Ignacy Loyola.
Gdy przygotowujemy się do takiej spowiedzi, warto sobie uświadomić, że nie chodzi jedynie o wyliczenie grzechów. Spowiedź generalna daje możliwość popatrzenia na własne życie w szerszym kontekście. W czasie rachunku sumienia warto zapytać siebie nie tylko o konkretne grzechy, ale również o to, co udało mi się zmienić w życiu. Warto zapytać o dobro, które było moim udziałem. Przygotowując się do sakramentu pojednania, powinniśmy podziękować Bogu za dobro, które było w nas. Należy pamiętać, że każda zwyczajna spowiedź jest spotkaniem z Bogiem, który wybacza grzechy. Z praktycznego punktu widzenia dobrze byłoby na początku poinformować spowiednika, że chcemy przystąpić do spowiedzi generalnej. Warto się wcześniej umówić na taką spowiedź. Przede wszystkim dobrze jest mieć stałego spowiednika i kierownika duchowego. Warto jest również skorzystać z rekolekcji, które pomogą nam się przygotować do takiej spowiedzi. Bardzo cenne w tym względzie są rekolekcje ignacjańskie. Jeśli przygotowujemy się do tej formy spowiedzi, należy pamiętać również o warunkach dobrej spowiedzi: rachunku sumienia, żalu za grzechy, mocnym postanowieniu poprawy, szczerej spowiedzi oraz zadośćuczynieniu Bogu i ludziom. Dobrze jest również pomodlić się wcześniej za spowiednika.
Spowiedź generalna, podobnie jak każda spowiedź, uczy pokory i stawia nas przed Bogiem odpuszczającym grzechy.
ks. Mariusz Frukacz –Tygodnik Niedziela
***
Jakie książki czyta abp Galbas? Lektura jako propozycja na wakacje
Żałuję, że mam mało czasu na czytanie, aczkolwiek każdą wolną chwilę na to wykorzystuję i bardzo zachęcam do tego, żebyśmy czytali dużo literatury pięknej – wskazał w rozmowie z Polskifr.fr metropolita warszawski abp Adrian Galbas. Czytanie wartościowych książek to dobra propozycja na wakacje.
Abp Adrian Józef Galbas SAC
***
Czytanie a rozwój
Dla mnie dobra literatura jest bardzo wielką pomocą w rozwijaniu życia duchowego.
– zaznaczył abp Galbas. Polecił też lekturę listu papieża Franciszka o roli literatury w życiu Kościoła i osób wierzących.
Papież wyraźnie tam mówi, że ten list jest adresowany nie tylko do duchownych, ale do każdego wierzącego. Jest o tym, w jaki sposób czytanie literatury kształtuje nas duchowo, jak pogłębia nie tylko naszą wyobraźnię, ale także relację z Panem Bogiem.
– mówił metropolita warszawski. Dodał, że w dobrej literaturze znajdujemy wiele orientacji i pomocy do kształtowania swojego życia.
Literatura przypisem do Biblii
Przeczytałem niedawno ciekawą myśl prof. Ryszarda Koziołka z Uniwersytetu Śląskiego, że w pewnym sensie cała literatura europejska jest przypisem do Biblii, gdyż w dużej części podejmuje tematy biblijne, albo kłóci się z Biblią, dyskutuje z nią, kontestuje. Biblia daje nam ponadto mnóstwo stylów, form i gatunków literackich.
– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr. – Bardzo mi się ta myśl podoba i bardzo się z nią utożsamiam”.
Propozycja do przeczytania: encyklika Leona XIV
Mając więcej czasu w wakacje, warto sięgnąć także po papieskie teksty, jak choćby ostatnią encyklikę Leona XIV „Magnifica humanitas”.
Ta encyklika na pewno bardzo porządkuje wiele kwestii. Stawia zasadnicze pytanie: jaki świat chcemy dziś zbudować? Mamy wiele sprawnych narzędzi, potrafimy się nimi posługiwać, ale to za mało. Co chcemy wybudować sobie i przyszłym pokoleniom? To jest istota.
– ocenił abp Adrian Galbas. Porównał ją do słynnej encykliki Leona XIII „Rerum Novarum”, która była reakcją Kościoła na rewolucję przemysłową. Obecnie jesteśmy świadkami nowej rewolucji, za sprawą dynamicznego rozwoju sztucznej inteligencji.
Papież daje tu jasny i konkretny impuls. Mówi przede wszystkim, by sztucznej inteligencji się nie bać i jednocześnie by jej nie ubóstwiać.
– zaznaczył metropolita warszawski, mówiąc o „Magnifica humanitas”.
Jak podkreślił abp Galbas, papież w encyklice „Magnifica humanitas” apeluje o to, byśmy ciągle pamiętali, że „mamy do czynienia z maszyną, z technologią, nie z osobą”.
Nie możemy się spodziewać tego, że tak naprawdę sztuczna inteligencja nas zrozumie w takim znaczeniu, w jakim rozumiemy się nawzajem jako ludzie, że nas pokocha, że będzie nas traktowała z szacunkiem, doceniając naszą niepowtarzalność i indywidualność
– dodał metropolita warszawski.
Na pewno ostatnia encyklika papieża Leona jest bardzo ważnym i porządkującym głosem Kościoła, jest też kolejnym istotnym ogniwem w ciągu encyklik z zakresu katolickiej nauki społecznej
Polskifr.fr – BP KEP
***
Za czym tęsknię, kiedy nie idę?
Piesza Pielgrzymka Wrocławska. –fot. Karol Białkowski/Gość Niedzielny
***
Z punktu widzenia współczesnego człowieka piesza pielgrzymka jest przedsięwzięciem dość absurdalnym.
Na Jasną Górę można przecież dojechać samochodem w kilka godzin. Tymczasem każdego lata dziesiątki tysięcy ludzi wybierają kilkaset kilometrów marszu, pobudki bladym świtem, odciski, spanie na podłodze, w stodole albo pod namiotem. Jednego dnia maszerują w ponad trzydziestostopniowym upale, następnego zakładają peleryny i godzinami mokną w deszczu. I jeszcze wracają za rok.
Pielgrzymkowy rytm zaczyna być mocno widoczny już w lipcu, a apogeum osiąga w sierpniu przed uroczystościami Wniebowzięcia i Matki Bożej Częstochowskiej. Tylko w sierpniu tego roku organizatorzy zapowiedzieli przybycie na Jasną Górę 193 grup liczących około 80 tys. pątników. W lipcu na odpust Matki Bożej z Góry Karmel dotarło około 3700 pieszych. Można powiedzieć, że odpowiedź na pytanie „po co właściwie idą?” jest oczywista: modlić się, nieść intencje swoje i innych, przeżyć rekolekcje w drodze, podjąć wyrzeczenie czy pokutę.
Tyle że to zaledwie część odpowiedzi.
Kto choć raz ruszył w drogę na Jasną Górę, wie, że pomiędzy różańcem, konferencją i Eucharystią wydarza się coś jeszcze. Kilkaset obcych sobie osób zaczyna tworzyć wspólnotę. Ktoś dzieli się wodą, ktoś plastrem na odcisk, ktoś ostatnią kanapką. Kiedy jeden słabnie, drugi bierze jego plecak. Rozmawiają ze sobą ludzie, którzy w zwyczajnych okolicznościach prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali.
Pielgrzymka jest trochę rekolekcjami, trochę szkołą wspólnoty, a czasem całkiem konkretnym survivalem. Bywa trzydzieści kilka stopni i nie ma cienia. Bywa ściana deszczu, burza i przemoczony do ostatniej nitki plecak. Bywa nocleg na ściernisku i poranek, kiedy człowiek jest pewien, że jego nogi odmawiają dalszej współpracy.
Paradoksalnie właśnie wtedy łatwiej dostrzec Boży palec. Bo kiedy odpada codzienny komfort, bardzo szybko okazuje się, jak niewiele potrzeba do funkcjonowania i jak bardzo człowiek potrzebuje drugiego człowieka. „Napij się”. „Usiądź”. „Poczekam”. „Pomogę”. Wielkie słowa stają się niepotrzebne.
I jest jeszcze druga strona pielgrzymowania, o której mówi się chyba za mało. Ludzie stojący przy drodze. Co roku ktoś wystawia przed dom stół, przygotowuje kanapki, wodę, kompot czy ciasto. Ktoś otwiera furtkę i pozwala kilkudziesięciu obcym ludziom rozbić namioty w ogrodzie. Ktoś udostępnia łazienkę, choć wie, że za chwilę ustawi się do niej kolejka. Ktoś oddaje pokój, stodołę albo kawałek podłogi.
Nikt im za to nie płaci. Często nawet nie wiedzą, jak mają na imię ludzie, których przyjmują. A przecież oni także pielgrzymują. Tylko nie ruszając się z domu.
I chyba dlatego najważniejszym doświadczeniem pielgrzymki – obok spotkania z Bogiem – staje się braterstwo. Na kilka dni przestają obowiązywać niektóre reguły świata, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Obcy człowiek przestaje być obcy. Nie pytasz, czy opłaca się mu pomóc. Pomagasz, bo akurat tego potrzebuje.
W tym roku patrzę na to wszystko inaczej. Po raz pierwszy od ponad 25 lat nie mogłem wyruszyć choćby na część drogi na Jasną Górę. Zdrowotne zawirowania zmusiły mnie do rezygnacji. I ze zdziwieniem odkryłem, że uczuciem, które najbardziej mi towarzyszy, jest tęsknota.
Oczywiście tęsknię za modlitwą w drodze, za śpiewem, za chwilą, kiedy wreszcie gdzieś na horyzoncie pojawia się wieża jasnogórskiego klasztoru. Ale chyba jeszcze bardziej tęsknię za ludźmi.
Bo tych kilka czy kilkanaście dni jest niezwykłą baterią ludzkich relacji. Często z ludźmi, których wcześniej kompletnie się nie znało. Jest w tym gigantyczna dawka życzliwości, otwartości serca, wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka i zwyczajnej gotowości do pomocy. Dopiero kiedy mnie tam zabrakło, uświadomiłem sobie, jak bardzo można za tym tęsknić.
Może właśnie to tłumaczy fenomen, którego nie da się wyjaśnić samymi statystykami. Dlaczego ludzie, którzy mogą w kilka godzin dojechać do Częstochowy klimatyzowanym samochodem, wolą przez wiele dni iść poboczem drogi? Dlaczego po deszczu, upale, odciskach i niewyspaniu mówią: „Do zobaczenia za rok”?
Bo pielgrzymka prowadzi na Jasną Górę, ale nie wszystko, co w niej najważniejsze, czeka na końcu drogi. Czasem Boży palec najłatwiej dostrzec gdzieś po drodze – w kubku wody podanym przez obcego człowieka.Piesza Pielgrzymka Wrocławska.Karol Białkowski /Foto Gość
Karol Białkowski -Gość Niedzielny
***
26 sierpnia – uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej
Przewodniczący Episkopatu:
Jasnogórskie Śluby Narodu są wciąż aktualne
Powinniśmy jeszcze bardziej skierować nasze serce ku Maryi, ku Matce Bożej Częstochowskiej, która jest naszą Królową i naszą Matką – powiedział przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC przed zbliżającą się 70. rocznicą Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego.
***
“W tym roku przeżywamy 70. rocznicę Ślubów Jasnogórskich. Były one poprzedzone nowenną, przygotowującą do odrodzenia naszego narodu, a jednocześnie umocnione cierpieniem i modlitwą Wielkiego Prymasa Tysiąclecia” – przypomniał Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.
Abp Wojda zaznaczył, że Jasnogórskie Śluby Narodu miały istotny wpływ na odnowę wiary i ducha narodowego w Polsce, a także na pojednanie między Episkopatami Polski i Niemiec.
„Śluby Jasnogórskie, które spowodowały odnowę naszego Narodu, odnowę naszej wiary, a przede wszystkim odnowę naszego ducha narodowego, przyczyniły się do wielkich przemian. To między innymi owocem przygotowania do Ślubów było wybaczenie wszystkich krzywd wyrażone pod adresem Konferencji Episkopatu Niemiec” – powiedział.
Abp Tadeusz Wojda SAC zauważył, że pamięć o przyrzeczeniach sprzed 70 lat jest również istotna w obliczu aktualnej sytuacji społecznej w Polsce. Jak zaznaczył, w czasach współczesnych nie powinniśmy zapominać o modlitwie do Matki Bożej.
„Myślę, że warto pamiętać o tych wydarzeniach, zwłaszcza dzisiaj, kiedy dzieje się tak wiele zła w naszym kraju, podziałów oraz różnych trudności. Dlatego w tę rocznicę prośmy, szczególnie za pośrednictwem i przez orędownictwo Wielkiego Prymasa bł. kard. Stefana Wyszyńskiego, aby obfite owoce tamtych ślubów spływały również dzisiaj na nas wszystkich” – stwierdził Przewodniczący KEP.
Jasnogórskie Śluby Narodu miały miejsce na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku. Złożono wówczas Matce Bożej dziewięć przyrzeczeń, które stały się programem dla całego narodu. Autorem tekstu był więziony wówczas przez komunistów w Komańczy kard. Stefan Wyszyński.
W wielu polskich diecezjach trwa nowenna przygotowująca do obchodów tej ważnej rocznicy. Główne uroczystości jubileuszowe odbędą się 26 sierpnia na Jasnej Górze, w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, i będą połączone z dorocznym odpustem.
BP KEP –Tygodnik Niedziela
***
Ks. prof. Węgrzyniak: Barbara Nowacka – szczególny rodzaj homo sapiens
„Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty, Barbara Nowacka” – pisze w mediach społecznościowych ks. prof. Wojciech Węgrzyniak.
fot. screenshot: YouTube (Wojciech Węgrzyniak, Janusz Jaskółka)
***
– „Jaka jest reakcja minister? Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii”
– pisze duchowny.
Homo sapiens vs homo barbarus
Jak zauważa, człowiek rozumny szukałby jakiegoś kompromisu, natomiast „homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu”.
– „Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji”
– dodaje.
Wymienia też inne absurdalne zachowania minister Barbary Nowackiej.
– „Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii. Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji. Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię. Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie. Homo sapiens mówiąc, że “musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił >>o rozpasaniu kleru<<”
– zauważa.
Na koniec autor przywołuje list Petroniusza do Nerona z „Quo Vadis”, w którym doradca cesarza prosi go, by robił wszystko, nawet palił Rzym, ale nie śpiewał.
– „Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech nie mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens”
– podkreśla ks. Węgrzyniak.
Homo barbarus
Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty, Barbara Nowacka.
Po usunięciu jednej godziny religii, wyrzuceniu jej z siatki godzin i wprowadzeniu edukacji zdrowotnej, cała Polska mogła zobaczyć, że na edukację zdrowotną zapisało się w roku 2025/2026 30% uczniów, licząc wszystkie poziomy edukacji. Na religię w roku 2024/2025 chodziło 75% uczniów. W roku 2025/26 pewno parę procent mniej.
Jaka jest reakcja minister? Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii.
Homo sapiens próbowałby się dogadać: jedna godzina religii obowiązkowa w zamian za zgodę na obowiązkową edukację zdrowotną. Homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu.
Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji.
Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii.
Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji.
Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię.
Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie.
Homo sapiens mówiąc, że „musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił „o rozpasaniu kleru”.
W „Quo Vadis” Sienkiewicza jest taki piękny list, w którym Petroniusz pisze do Nerona, by robił wszystko, nawet palił Rzym, tylko żeby nie śpiewał. Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech niech mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens.
Amerykański arcybiskup: patriotyzm wynika z obowiązku wdzięczności
fot. youtube
Patriotyzm jest cnotą zakorzenioną w chrześcijańskiej wdzięczności wobec ojczyzny, a nie bezkrytycznym uwielbieniem państwa – podkreślił przewodniczący Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych (USCCB), abp Paul Coakley.
Podczas inauguracji 144. Najwyższej Konwencji Rycerzy Kolumba w Denver hierarcha wyjaśnił, że patriotyzm wyrasta z czwartego przykazania i stanowi „formę miłości rodzinnej rozciągniętej na ojczyznę”. Odwołując się do nauczania św. Tomasza z Akwinu oraz Katechizmu Kościoła Katolickiego, przypomniał, że miłość i służba swej ojczyźnie wynikają z obowiązku wdzięczności i należą do porządku miłości bliźniego.
Jak zaznaczył, patriotyzm nie oznacza przekonania o wyższości własnego narodu nad innymi ani ślepej lojalności wobec państwa. Jest raczej uznaniem długu wdzięczności wobec kraju, który dał człowiekowi życie, język, kulturę i warunki rozwoju. – Kościół nigdy nie prosił nas, byśmy kochali nasz-ojczyznę zamiast Boga ani bardziej niż prawdę – powiedział.
Abp Coakley podkreślił, że chrześcijanin może kochać swoją ojczyznę, a jednocześnie dostrzegać jej błędy i niesprawiedliwości. W tym kontekście odróżnił patriotyzm od nacjonalizmu, który – jak zaznaczył – domaga się bezwarunkowej lojalności wobec narodu i nie dopuszcza krytyki. – Patriotyzm przypomina miłość dobrego syna do matki: szanuje ją, broni jej, jest jej wdzięczny, ale właśnie dlatego, że ją kocha, potrafi powiedzieć jej prawdę, gdy zboczy z właściwej drogi – wyjaśnił.
Hierarcha wskazał, że autentyczna miłość do ojczyzny powinna prowadzić do troski o pokój, sprawiedliwość społeczną, dobro ubogich i budowanie przyjaźni obywatelskiej. W praktyce oznacza to odpowiedzialne uczestnictwo w życiu publicznym, głosowanie zgodnie z dobrze ukształtowanym sumieniem oraz służbę bliźnim. Przypomniał również o tych, którzy okazują patriotyzm, ryzykując życie w służbie wojskowej.
Na zakończenie zachęcił katolików do przekazywania młodemu pokoleniu właściwie rozumianego patriotyzmu. – Szanujcie swój kraj tak, jak szanujecie swoich rodziców – z wdzięcznością, lojalnością i uczciwością. Stawiajcie Boga na pierwszym miejscu i niech wasz patriotyzm wynika z tego priorytetu, a nie z nim konkuruje – zaapelował.
źródło: KAI / ewtnnews/PCh24.pl
***
Ani polski ani katolicki. Czyli czym tak naprawdę jest „kościół” polskokatolicki?
20 lipca metropolita gdański abp Tadeusz Wojda zwrócił uwagę na niepokojące zjawisko. Niektóre domy weselne oferują bowiem usługę „z udziałem kapłana”, którym w rzeczywistości okazuje się być… duchowny polskokatolicki. Arcybiskup podkreślił, że duchowni ci nie mają prawa asystować przy ślubach katolików, a zawarte w ten sposób małżeństwa są nieważne. To dobra okazja, by odpowiedzieć na pytanie, czym naprawdę jest „kościół” polskokatolicki? Wbrew nazwie nie jest on ani polski, ani – tym bardziej – katolicki.
Na wstępie warto poczynić jedno wyjaśnienie. W odniesieniu do polskokatolików będę używał słowa „kościół” w cudzysłowie i pisał je małą literą, aby odróżnić tę wspólnotę od Kościoła katolickiego. Choć zasady języka polskiego dopuszczają na pisanie nazw innych „kościołów” z wielkiej litery, to w rzeczywistości Kościół jest jeden – święty, apostolski i właśnie katolicki, a wszystkie inne chrześcijańskie grupy wyznaniowe są niezależnymi od niego odłamami.
Skąd się wziął „kościół” polskokatolicki?
Początków tej wspólnoty należy szukać wśród polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku. Dochodziło wówczas do napięć między Polonią a duchownymi pochodzenia niemieckiego i irlandzkiego, którzy często nie rozumieli specyfiki polskich emigrantów ani ich potrzeb.
Jak czytamy na stronie internetowej „kościoła” polskokatolickiego, wierni domagali się wglądu w sprawy finansowe parafii, używania języka polskiego w liturgii oraz opieki duszpasterskiej sprawowanej przez kapłanów wywodzących się z polskiej społeczności. Konflikty te doprowadziły do narodzin idei polskokatolicyzmu, która rozwijała się równolegle w trzech ośrodkach: Buffalo, Chicago i Scranton.
Polski Narodowy „Kościół” Katolicki (PNKK) został oficjalnie założony w Scranton w 1898 roku. Z kolei zjednoczenia trzech wspomnianych ośrodków dokonał ks. Franciszek Hodur. W 1904 roku został on wybrany przez swoją wspólnotę biskupem, a trzy lata później przyjął sakrę biskupią. Ponieważ odbyło się to bez mandatu Stolicy Apostolskiej, konsekracja miała charakter nielegalny i stanowiła akt schizmy.
Również w 1904 roku odbył się pierwszy synod nowej wspólnoty, podczas którego określono jej doktrynę, zbliżoną do poglądów starokatolickich. To właśnie z rąk starokatolickiego biskupa Unii Utrechckiej ks. Hodur przyjął sakrę i włączył PNKK do rodziny wspólnot starokatolickich.
Kim są starokatolicy?
Starokatolicy to wspólnoty, które odłączyły się od Kościoła katolickiego po Soborze Watykańskim I w 1870 roku. Nie przyjęły one nauczania Kościoła o uniwersalnej jurysdykcji papieża ani o jego nieomylności w sprawach wiary i moralności, gdy przemawia ex cathedra. Z czasem wspólnoty te zrzeszyły się w tzw. Unii Utrechckiej.
„Kościół” polskokatolicki
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości część Polonii amerykańskiej powróciła do kraju. Wśród repatriantów znaleźli się również wierni i duchowni PNKK, którzy zaczęli tworzyć jego struktury na ziemiach polskich. W 1951 roku polska część PNKK uniezależniła się od macierzystej organizacji w USA i przyjęła nazwę „Kościół Polskokatolicki” (pisownia oryginalna), zachowując przynależność do Unii Utrechckiej.
Nie są katolikami
Odrzucenie prymatu papieża i jego powszechnej jurysdykcji sprawiły, że zarówno „kościół” polskokatolicki, jak i inne wspólnoty starokatolickie pozostają poza Kościołem katolickim. Nie można bowiem jednocześnie należeć do Kościoła katolickiego i odrzucać zwierzchnictwa Następcy św. Piotra.
Może pojawić się pytanie: czy sytuacja polskokatolików jest podobna do tej, w jakiej znajdują się grekokatolicy? Odpowiedź brzmi: nie. Grekokatolicy, podobnie jak pozostałe Kościoły Wschodnie sui iuris, pozostają w pełnej jedności z Kościołem katolickim, uznając zwierzchnictwo papieża oraz wszystkie dogmaty wiary katolickiej. Są zatem katolikami, a posiadają jedynie własną liturgię, prawo kanoniczne i tradycję duchową.
Polskokatolicy i inne wspólnoty starokatolickie są w sytuacji zupełnie innej, ponieważ odrzucają część nauczania Kościoła katolickiego, w szczególności dotyczącą powszechnej jurysdykcji papieża. A katolikiem nie można być „częściowo”. Wyznawanie wiary katolickiej oznacza przyjęcie całego depozytu wiary przekazywanego przez Kościół, a świadome i uporczywe odrzucenie prawdy uznanej za dogmat jest określane jako herezja. Oczywiście nie trzeba zgadzać się z każdą wypowiedzią papieską, ale dogmaty ustalone przez Kościół oraz nieomylne nauczanie papieża (czyli nauczanie ex cathedra) trzeba przyjmować w całości.
Podobnie osoba, która odrzuca zwierzchnictwo papieża i odmawia pozostawania w jedności z Kościołem pod jego przewodnictwem, dokonuje aktu schizmy.
Z tego względu „kościół” polskokatolicki nie stanowi części Kościoła katolickiego. W konsekwencji używanie przymiotnika „katolicki” w nazwach prowadzonych przez niego instytucji jest nieuprawnione.
Również określenie „polski” jest w pewnym sensie mylące. Wspólnota ta nie powstała w Polsce, lecz jedynie w środowisku polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych. Nie można zatem powiedzieć, by polskokatolicy byli w jakikolwiek sposób reprezentatywną grupą polskiego społeczeństwa. Wbrew swojej nazwie „kościół” polskokatolicki nie jest więc ani polski ani – tym bardziej – katolicki.
Czy sakramenty są ważne?
Ponieważ u starokatolików zachowała się sukcesja apostolska, czyli nieprzerwana linia ważnych święceń od czasów apostolskich, a polskokatoliccy biskupi przyjęli sakrę właśnie od nich, dlatego zarówno jedni jak i drudzy posiadają ważnie wyświęconych kapłanów i biskupów. Oznacza to również, że polskokatolicy sprawują ważnie większość sakramentów, z wyjątkiem dwóch – spowiedzi i małżeństwa. Do ważności tych dwóch sakramentów nie wystarczają bowiem ważne święcenia kapłańskie, lecz kapłan musi ponadto otrzymać specjalne upoważnienie.
Jednak nawet te sakramenty, które polskokatoliccy duchowni sprawują ważnie, są sprawowane niegodnie, ponieważ są oni grupą schizmatycką. Dlatego katolikom nie wolno uczestniczyć we Mszy św. ani przyjmować innych sakramentów z rąk kapłanów polskokatolickich. Wyjątek stanowi sytuacja zagrożenia życia, gdy w przypadku braku dostępu do katolickiego kapłana rozgrzeszenia może udzielić również kapłan ważnie wyświęcony, choć pozostający w schizmie.
Duchowny polskokatolicki to nie kapłan katolicki
20 lipca arcybiskup gdański Tadeusz Wojda skierował do kapłanów i wiernych swojej archidiecezji specjalne słowo, w którym zwrócił uwagę, że część osób nie zdaje sobie sprawy, iż duchowni polskokatoliccy nie pozostają w jedności ze Stolicą Apostolską.
W ostatnim czasie do Kurii Metropolitalnej Gdańskiej coraz częściej napływają niepokojące zgłoszenia dotyczące nadużyć związanych ze sprawowaniem pogrzebów oraz asystowaniem przy zawieraniu małżeństw na terenie naszej archidiecezji. Sytuacje te dotyczą przewodniczenia przez duchownych Kościoła polskokatolickiego – wspólnoty, która nie pozostaje w pełnej wspólnocie hierarchicznej i doktrynalnej ze Stolicą Apostolską – liturgii i obrzędom kościelnym. Niektórzy wierni Kościoła rzymskokatolickiego traktują te działania jako posługę własnych duszpasterzy – napisał hierarcha.
„Usługa z udziałem księdza”
Arcybiskup zauważył, że przyczyną takich sytuacji jest nie tylko brak wiedzy wiernych, ale również określone praktyki o charakterze komercyjnym, które należy jednoznacznie potępić.
Część prywatnych zakładów pogrzebowych i pewna grupa właścicieli domów weselnych podejmują stałą współpracę z księżmi polskokatolickimi. Podmioty te, kierując się wyłącznie zyskiem, włączają do swojej oferty „udział kapłana”, sugerując, że jest to usługa w pełni tożsama z działaniem duszpasterskim prowadzonym przez Kościół rzymskokatolicki – zaznaczył biskup.
Jak podkreślił abp Wojda, wierni często dopiero po fakcie „ze zdumieniem i bólem zdają sobie sprawę z manipulacji, której doświadczyli i nieuporządkowanego stanu duchowego, w którym się znaleźli”.
Małżeństwa zawierane nieważnie
Najpoważniejszy problem dotyczy sakramentu małżeństwa. Do jego ważnego zawarcia konieczna jest bowiem obecność dwóch świadków (prawo kanoniczne zezwala na odejście od tej zasady w bardzo szczególnych przypadkach) oraz kapłana lub diakona, który nie tylko ważnie przyjął święcenia, ale także posiada specjalną delegację do asystowania przy zawarciu małżeństwa przez konkretną parę narzeczonych.
W praktyce proboszcz parafii, na terenie której zawierany jest ślub, posiada z mocy prawa władzę do ważnego asystowania przy małżeństwach zawieranych na terenie swojej parafii. Każdy inny duchowny – zarówno wikariusz, ksiądz rezydent, jak i kapłan spoza parafii – potrzebuje specjalnej delegacji od niego udzielonej na konkretny ślub.
Takiej delegacji może udzielić także biskup diecezjalny lub wikariusz generalny diecezji (zazwyczaj jest nim biskup pomocniczy).
Duchowny polskokatolicki nie posiada uprawnień do asystowania przy małżeństwie rzymskokatolickim. Z tego powodu małżeństwo zawarte w ten sposób przez wiernych Kościoła rzymskokatolickiego jest w świetle prawa kanonicznego nieważne. Nie wywołuje ono skutków sakramentalnych – przypomniał abp Wojda.
Inne sakramenty oraz pogrzeby
Jak podkreślił hierarcha, posługa duchownego innego wyznania wobec katolika jest dopuszczalna tylko w sytuacjach nadzwyczajnych (np. niebezpieczeństwo śmierci przy braku katolickiego kapłana) i za zgodą ordynariusza.
Organizowanie pogrzebów katolików przez szafarzy polskokatolickich z pobudek czysto komercyjnych i logistycznych stanowi rażące złamanie tych norm – wyjaśnił ordynariusz gdański.
A co z chrztami?
Ważnego chrztu może udzielić nie tylko kapłan. W sytuacji konieczności może go bowiem udzielić każda osoba – także świecka lub niewierząca – pod warunkiem zachowania właściwej formy i intencji. Dotyczy to jednak wyłącznie sytuacji nadzwyczajnych, zwłaszcza zagrożenia życia dziecka. W zwyczajnych okolicznościach Kościół nakazuje udzielanie sakramentu chrztu przez kapłana lub diakona.
Abp Wojda zauważył, że choć chrzest udzielony przez duchownego polskokatolickiego jest ważny, to może wiązać się z późniejszymi trudnościami natury formalnej.
Aby takie dziecko mogło w pełni uczestniczyć w życiu Kościoła rzymskokatolickiego, konieczne jest formalne i publiczne wyznanie wiary oraz przyjęcie go do pełnej wspólnoty (tzw. admissio) – wyjaśnił hierarcha.
Apelujemy do sumień rodziców, aby ze względów czysto formalnych lub osobistych nie wprowadzali zamętu w religijne życie swoich dzieci i dbali o ich pełną, klarowną jedność z Kościołem powszechnym od samego początku ich drogi wiary – dodał.
Potrzeba katechezy na ten temat
Na koniec arcybiskup Wojda zwrócił się do kapłanów swojej archidiecezji z prośbą o wyjaśnienie wiernym tej kwestii, np. poprzez organizowanie parafialnej katechezy. Jednocześnie zaapelował do diecezjan o czujność i roztropność.
Organizując pogrzeb bliskich lub planując ślub, zawsze w pierwszej kolejności kierujcie swoje kroki do kancelarii własnej parafii rzymskokatolickiej. Nie pozwólcie, aby komercyjne pakiety firm zewnętrznych decydowały o ważności i godziwości Waszych sakramentów oraz katolickim charakterze pochówku Waszych zmarłych – zaznaczył ordynariusz gdański.
Adrian Fyda/ – PCh24.pl – źródła: diecezja.gda.pl, KAI, polskokatolicki.pl
***
„Muzułmanie są pierwszymi ofiarami islamu”. Włoska autorka nie gryzie się w język
ZDJĘCIE ILUSTRACYJNE. Fot. Pixabay
***
Islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego – podkreśla włosko-argentyńska autorka o pseudonimie Paola Kafira. Kobieta podkreśla, że głoszenie Chrystusa to jeden z najpiękniejszych uczynków miłosierdzia, jaki chrześcijanin może ofiarować wyznawcom Proroka.
„Uwolnienie muzułmanina od jego religii to najlepsza przysługa, jaką można mu wyświadczyć” – pisał pod koniec XIX wieku francuski filozof i historyk religii Ernest Renan. Do jego słów nawiązuje Paola Kafira, autorka książki „Islam: jasny i prosty przewodnik”, poświęconej analizie islamu na podstawie jego tekstów źródłowych.
Kafira to pseudonim przyjęty przez włosko-argentyńską badaczkę. Słowo kāfir w języku arabskim oznacza „niewiernego” i jest określeniem odnoszonym w tradycji islamskiej do osoby, która nie wyznaje islamu. Autorka wydała książkę niezależnie. Jak wyjaśniła w rozmowie z włoskim portalem Tempi.it, nie zwracała się do wydawnictw, ponieważ – jej zdaniem – proces podejmowania decyzji przez redakcje trwa zbyt długo w stosunku do pilności poruszanej przez nią problematyki.
W publikacji Kafira ma charakter akademicki i odwołuje się bezpośrednio do Koranu, hadisów oraz tradycji dotyczącej życia Mahometa. Przedstawia m.in. podstawowe zasady islamu, koncepcję szariatu i różne znaczenia pojęcia dżihadu, a także stosunek islamu do osób niebędących muzułmanami. Książka Kafiry, opublikowana jako niezależna publikacja, spotkała się z zainteresowaniem czytelników i osób zajmujących się problematyką islamu. Autorka przedstawia ją jako próbę przybliżenia islamu przede wszystkim poprzez analizę jego własnych tekstów religijnych, bez przyjmowania założeń, które miałyby łagodzić lub pomijać kontrowersyjne aspekty tej religii.
– Musimy wyjść od jednego założenia: islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego. Krytyka różnych przejawów szariatu oznacza ochronę życia muzułmańskich kobiet. Jest więc dokładnym przeciwieństwem ich dyskryminowania. Zresztą tematem mojej książki jest ideologia, a nie ludzie – tłumaczy autorka w rozmowie z Tempi.it.
Kafira z uznaniem wypowiedziała się na temat listu pasterskiego bp Antonio Suetty, ordynariusza diecezji Ventimiglia-San Remo, który podkreślał, że głoszenie Chrystusa muzułmanom to „największy czyn miłości bliźniego”. – List pasterski biskupa Suetty jest ważny i piękny (…) Podkreśla on, że Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, również dla imigrantów wyznających islam – podkreśla. Jak dodała, zarówno historia jak i tradycja Kościoła ukazują ewangelizację wyznawców Proroka jako wysiłek „obowiązkowy i konieczny”.
Każdy rozdział książki wyjaśnia jeden z aspektów szariatu. Szczególnie wstrząsający jest fragment dotyczący małżeństw między kuzynami, które – według śledztwa BBC – sprawiają, że „brytyjscy Pakistańczycy, stanowiący około 3 procent wszystkich osób urodzonych w Wielkiej Brytanii, są rodzicami prawie jednej trzeciej wszystkich brytyjskich dzieci z chorobami genetycznymi”.
Kafira bezkompromisowo pokazuje, że wiele dzisiejszych niedopuszczalnych praktyk ma swoje źródło w samej postaci Mahometa, który według wyznawców islamu był człowiekiem „idealnym”. Tymczasem według tradycyjnych źródeł, Mahomet poślubił swoją kuzynkę pierwszego stopnia, Zajnab. Podobna sytuacja dotyczyła jego najmłodszej żony, Aiszy. Związek małżeński zawarto, gdy dziewczynka miała sześć lat, a małżeństwo zostało skonsumowane, gdy miała lat dziewięć.
Z kwestią pedofilii wiąże się wyrażony w tradycyjnej wykładni Koranu, zakaz adoptowania sierot. W muzułmańskim świecie miliony dzieci przebywając w przepełnionych sierocińcach są narażone na wykorzystywanie seksualne. W domach dziecka swoich ofiar poszukiwali najczęściej członkowie tzw. grooming gangs z Pakistanu, działający przez lata bezkarnie na terenie Wielkiej Brytanii.
Choć w wielu krajach muzułmańskich istnieją świeckie przepisy zakazujące podobnych praktyk, wśród gorliwych muzułmanów nie mają one żadnego znaczenia. - Są to przepisy stworzone przez ludzi, a w niektórych środowiskach uważa się je za gorsze lub całkowicie nieistotne w porównaniu z prawem Allaha – przekonuje autorka.
Dlatego, jak podkreśla, do obowiązku chrześcijan należy głoszenie muzułmanom Chrystusa Wyzwoliciela. Co z uwagi na brutalną, nie cierpiącą sprzeciwu naturę islamu, nie jest łatwe. Badaczka wyjaśnia, że muzułmański „apostata” bardzo często idąc za Chrystusem, musi faktycznie opuścić swoją rodzinę, która się go wyrzeka.
- Traci majątek, przyjaźnie, pracę, dom – właściwie wszystko. Właśnie wtedy jednak zyskuje coś innego: wiarę w Jezusa Chrystusa – podkreśla Kafira.
- Dla tych odważnych mężczyzn i kobiet staje się ona siłą, która towarzyszy im na drodze zmartwychwstania. Znam wiele ich osobistych historii i są one niezwykle poruszające. Wielu z nich mówi, że kiedy patrzą w lustro, widzą siebie inaczej. Niespotykany wcześniej spokój i szczęście sprawiają, że ich rysy stają się bardziej rozluźnione, a twarz jaśniejsza – przekonuje.
Zapytana o groźby stosowane wobec niej przez wyznawców Proroka, autorka jest przekonana, że „prędzej czy później” dojdzie do ataku z nią. – Wierzę jednak, że Bóg nie postawiłby mnie na tej drodze, gdyby miała ona być aż tak niebezpieczna – przekonuje.
źródło: KAI / oprac. pR – PCh24.pl
***
środa – 19 sierpnia 2026
Papież Leon XIV mówiąc o muzyce kościelnej zachęcał: „Niech każdy z was włączy się w chór”
Podczas dzisiejszej audiencji ogólnej papież omawiał szósty rozdział konstytucji “Sacrosanctum Concilium”. “Muzyka sakralna jest integralną częścią liturgii, a nie jedynie jej ozdobą” – podkreślił Leon XIV. Publikujemy pełną treść katechezy
fot. Vatican Media
***
Szósty rozdział Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC) Soboru Watykańskiego II poświęcony jest muzyce sakralnej. Stwierdza on: „Muzyczna tradycja całego Kościoła stanowi skarbiec nieocenionej wartości, wyróżniający się wśród innych form wyrazu artystycznego szczególnie tym, że śpiew kościelny, jako związany ze słowami, jest nieodzowną oraz integralną częścią uroczystej liturgii” (SC, 112), a następnie precyzuje: „Muzyka kościelna będzie tym wznioślejsza, im ściślej zespoli się z czynnością liturgiczną, czy to serdeczniej wyrażając modlitwę, czy przyczyniając się do jednomyślności, czy wreszcie nadając uroczysty charakter świętym obrzędom” (tamże).
Muzyka częścią liturgii, nie ozdobą
Znajdujemy tu sedno nauczania soborowego, które potwierdza i pogłębia funkcję ministerialną muzyki w liturgii, podkreśloną już przez św. Piusa X w Motu proprioInter sollicitudines (22 listopada 1903). Muzyka jest bowiem częścią czynności liturgicznej, a nie jedynie ozdobą celebracji.
W liturgii śpiew i gra na instrumentach oznaczają modlitwę, która zestraja nasze serce z sercami sióstr i braci oraz z Bogiem, poprzez czynne uczestnictwo w celebrowanym misterium. Muzyka wyraża w szczególności uczuciowy wymiar modlitwy, jak stwierdza św. Augustyn: „Cantare amantis est”, czyli „śpiew jest właściwością miłującego” (Sermo336, 1). Jest to bardzo ważne, ponieważ pomaga otworzyć serce na działanie Boga poprzez łaskę i pozwolić, aby ono nas kształtowało.
Śpiew ponadto sprzyja komunii. Poprzez symfonię głosów przyczynia się do jedności serc, przezwyciężając różnice między osobami i jednocząc wszystkich w uwielbieniu Boga. Staje się w ten sposób epifanią Kościoła, namacalnym przejawem komunii, która należy do samej jego natury.
Forma szlachetna i prosta
Z głębokiej wartości teologicznej śpiewu sakralnego, będącego integralną częścią czynności liturgicznej, wynikają pewne wymagania.
Pierwszym jest to, że niezależnie od mód czy szczególnej wrażliwości autorów śpiew sakralny powinien na każdym poziomie jak najbardziej odpowiadać danemu momentowi celebracji. Forma zaś, zwłaszcza pod względem melodycznym, powinna być zarazem szlachetna i prosta, odznaczać się wysoką jakością muzyczną i być łatwa do wykonania, zwłaszcza gdy ma być śpiewana przez całe zgromadzenie (por. SC, 121).
Z tego samego powodu Sobór zaleca, aby również teksty były odpowiednie, głębokie, a zarazem łatwo zrozumiałe, inspirowane przede wszystkim Pismem Świętym, księgami liturgicznymi i duchową Tradycją Kościoła. Należy czuwać nad tym, aby dynamika wyrażona w starożytnej zasadzie „lex orandi, lex credendi” – oznaczającej, że prawo modlitwy jest także prawem wiary – pozostała żywa i nadal się rozwijała.
Sacrosanctum Concilium poświęca wiele miejsca tematowi czynnego uczestnictwa wiernych (por. n. 114). „Winno być [ono] rozumiane (…) począwszy od większej świadomości tajemnicy, która jest celebrowana, aż do jej związku z codzienną egzystencją” (Benedykt XVI, Posynod. Adhort. apost. Sacramentum caritatis, 52) w „duchu ciągłego nawracania się, który winien charakteryzować życie wszystkich wiernych” (tamże, n. 55). Jeśli chodzi natomiast o konkretne sposoby realizowania aktywnego uczestnictwa poprzez szczególną rolę muzyki sakralnej, Konstytucja udziela jasnej odpowiedzi: „Należy zachęcać wiernych do wykonywania aklamacji, odpowiedzi, psalmów, antyfon, pieśni” oraz do zachowywania „pełnego czci milczenia” (SC, 30), i zachęca każdego – czy to duchownego, czy wiernego świeckiego – aby wykonywał „w pełni wyłącznie tylko to, co należy do niego z natury rzeczy i na podstawie przepisów liturgicznych” (SC, 28), w harmonijnej równowadze między różnymi posługami, poszczególnymi działaniami i chwilami milczenia.
Wielka waga śpiewu gregoriańskiego
Sobór przywiązuje następnie wielką wagę do śpiewu gregoriańskiego, nie wykluczając jednak z celebracji innych rodzajów muzyki sakralnej. Szczególną uwagę poświęca również organom (por. SC, 120), natomiast użycie innych instrumentów jest dopuszczalne, „o ile nadają się, albo mogą być przystosowane do użytku sakralnego, jeżeli odpowiadają godności świątyni i rzeczywiście przyczyniają się do zbudowaniu wiernych” (SC, 120).
Jednym z tematów bliskich reformie soborowej jest inkulturacja, także w dziedzinie muzyki sakralnej. W odniesieniu do tradycji muzycznych różnych kultur szczególnie podkreśla się znaczenie traktowania ich z należytą powagą jako części życia religijnego i społecznego ludzi. Dlatego z jednej strony zaleca się, aby wszystkim zapewnić odpowiednie „kształtowanie zmysłu religijnego” (SC, 119), z drugiej zaś – aby „w miarę możliwości (…), pielęgnować tradycyjną muzykę tych ludów, tak w szkołach, jak i w liturgii” (tamże).
W kontekście liturgicznym szczególne zadanie przypisuje się zespołowi śpiewaków [schola cantorum], będącemu narzędziem duszpasterskim, którego rozwój należy wspierać. Do takich zespołów należy „poprawne, zgodne z różnymi rodzajami śpiewu, wykonywanie właściwych im części liturgii oraz wspomaganie wiernych, gdy ci śpiewem w niej uczestniczą” (Święta Kongregacja Obrzędów, Instrukcja Musicam sacram, 19)[2].
W tym celu kompozytor muzyki sakralnej jest wezwany do poznawania i strzeżenia muzycznego dziedzictwa Kościoła oraz do czerpania z niego inspiracji przy tworzeniu nowych kompozycji służących liturgii, z poszanowaniem współczesnej wrażliwości i różnych tradycji kulturowych oraz z koniecznością „«usunięcia z kultu niekonsekwencje stylu, przestarzałych formy wyrazu, niedbałej muzykę i tekstów, które nie odpowiadają wielkości sprawowanego aktu», aby zapewnić godność i wysoką jakość form muzyki liturgicznej” (Św. Jan Paweł II, Chirograf o muzyce sakralnej, 22 listopada 2003, 3)[3].
Z tych wszystkich względów Ojcowie Soborowi zalecają promowanie kształcenia i praktyki w zakresie muzyki sakralnej „w seminariach, nowicjatach oraz domach studiów dla zakonników i zakonnic, a także w innych instytutach i szkołach katolickich” (SC, 115), jak również zapewnienie muzykom i śpiewakom rzetelnej formacji liturgicznej (por. tamże).
Drodzy bracia i siostry, Ojcowie Kościoła przywiązywali wielką wagę do śpiewu liturgicznego, będącego symbolem komunii eklezjalnej. Dlatego możemy zakończyć tymi pięknymi słowami św. Ignacego z Antiochii: „I niech każdy z was także włączy się w ów chór, abyście w harmonii waszej zgody, biorąc ton Boga w jedności, śpiewali jednym głosem Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Wówczas On was usłyszy i pozna przez wasze dobre czyny, że jesteście członkami Syna Jego” (Epistula ad Ephesios, IV, 1-2)
KAI
***
Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi
Pierwsze objawienie. Myślałam, że już wszystko stracone. Drogi, którą Pan Bóg dla mnie przeznaczył, nie mogłam znaleźć. Przez czas dłuższy byłam bardzo przygnębiona. Pocieszałam się myślą, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby zostać zakonnicą. Od dziecka miałam wielkie nabożeństwo do dusz czyśćcowych. Nasza matka często mawiała: „Jeżeli macie wielką potrzebę, zwróćcie się do dusz czyśćcowych, to są wdzięczne pomocnice”.
Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi
***
Pierwsza dusza czyśćcowa przyszła do mnie w 1940 roku. Obudziły mnie w nocy czyjeś kroki w pokoju, spojrzałam i zobaczyłam jakiegoś mężczyznę. Strach był dla mnie uczuciem obcym. Ponieważ nie znałam tego człowieka, ostro zapytałam go: „Jak wszedłeś do mojego pokoju? Coś tu zgubił?” Udawał, że mnie nie słyszy i dalej chodził po pokoju tam i z powrotem. Pytam: „Ktoś ty?” Znów nie odpowiada. Wyskoczyłam więc z łóżka i próbowałam go złapać, ale ręce trafiły w próżnię. Mężczyzna zniknął. Położyłam się i zobaczyłam go znowu, słyszałam też, jak chodził po pokoju. Wyraźnie przecież zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śpię, dlaczego więc nie mogę go złapać. Raz jeszcze wyskoczyłam z łóżka, żeby to zrobić i znowu zniknął. Zrobiło mi się nieswojo, położyłam się, była czwarta godzina nad ranem, nie mogłam więcej zasnąć. Po Mszy Św. poszłam do mojego kierownika duchowego i opowiedziałam mu wszystko. Pouczył mnie, abym zapytała, jeżeli ten człowiek znowu przyjdzie, nie kim jest, ale czego żąda. Kiedy rzeczywiście przyszedł on następnej nocy i na moje pytanie czego żąda, odpowiedział: „Postaraj się o trzy Msze Św. za mnie, a będę wybawiony”, poznałam, że to dusza pokutująca w Czyśćcu. To potwierdził mi również mój spowiednik. Od 1940 do 1953 przychodziły co roku dwie lub trzy dusze czyśćcowe, najczęściej w listopadzie. Nie dopatrywałam się w tym szczególnego zadania Bożego; zawsze też informowałam o tym mojego proboszcza, ks. Alfonsa Matta. Poradził mi, abym żadnej duszy nie odrzucała i każdą chętnie przyjęła.
Cierpienie zastępcze
Dusze czyśćcowe prosiły mnie następnie, abym za nie cierpiała. Były to ciężkie cierpienia. iedy jakaś dusza przychodzi, budzi mnie czy to przez pukanie, wołanie czy też szarpnięcie. Obudzona pytam zaraz: „Czego chcesz?” albo „Co mogę zrobić dla ciebie?” i wtedy dopiero może taka dusza powiedzieć, co jej brakuje, l tak zapytała mnie pewnego razu jedna z nich: „Czy mogłabyś za mnie cierpieć?” Pytanie to było nieco dziwne, po raz pierwszy proszono mnie o to, zaraz powiedziałam: „Co mam robić?” Otrzymałam odpowiedź: „Przez trzy godziny będziesz miała bóle w całym ciele, ale po upływie tego czasu będziesz mogła wstać i pracować, jak gdyby nic nie zaszło. Odbierzesz mi tym 20 lat Czyśćca”. Zgodziłam się. Natychmiast opanowały mnie tak straszne cierpienia, że wiedziałam zaledwie, gdzie jestem i pozostała mi tylko świadomość, że przyjęłam je jako pokutę za duszę czyśćcową i że to ma trwać trzy godziny. Wydawało mi się, że czas ten dawno upłynął i że minęło już co najmniej parę dni lub tygodni. Kiedy skończyło się wszystko i spojrzałam na zegarek, stwierdziłam, że cierpienia moje trwały dokładnie trzy godziny. Zdarzało się często, że wystarczyło 5 minut cierpienia, a jakże ten czas wydawał się długi.
Co dusze czyśćcowe wiedzą o nas?
Dusze czyśćcowe wiedzą o nas i o tym, co się dzieje więcej, niż myślimy. Wiedzą, np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy tylko idzie, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy Św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy Św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz. Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.
Co pomaga duszom czyśćcowym?
Najwartościowszą pomocą dla dusz pokutujących jest Msza Św., ale tylko w tym stopniu, jak sobie dana dusza ceniła ją za życia, l tu spełnia się powiedzenie: Co się sieje, to się zbiera. Wielkie mają znaczenie Msze Św. wysłuchane w dni powszednie, a więc nie tylko te obowiązkowe w niedziele i święta. Oczywiście nie każdy może wysłuchać Mszy Św. w dzień powszedni, ma pracę zawodową i obowiązki, a spełnienie ich ma w dnie powszednie bez szkody dla swoich obowiązków, np.pierwszeństwo. Niejeden emeryt przecież mógłby chodzić na Mszę Św., szczególnie jeżeli jest zdrów i mieszka blisko kościoła. Cóż, kiedy on tak sobie mówi: „W niedziele jestem obowiązany pójść na Mszę Św., ale nie w dzień powszedni, więc nie idę”. Kto myśli tak i postępuje, długo musi po śmierci czekać, zanim mu się jakaś Msza Św. dostanie, bo ją sobie za życia mało cenił. Jeżeli sami nie możemy brać udziału w nabożeństwie, posyłajmy przynajmniej dzieci szkolne i to jak najczęściej. W wielu miejscowościach nie ma w ogóle dzieci na Mszy Św. w dni powszednie. Gdyby wiedziano, jak wielką wartość dla wieczności posiada wysłuchanie jednej Mszy Św., kościoły byłyby pełne nie tylko w święta. W chwili śmierci, za życia wysłuchane Msze Św., są dla nas wielkim skarbem i mają większą wartość od ofiarowanych Mszy Św. za dusze po śmierci. Rodzice i wychowawcy skarżą się, że dzisiejsze dzieci są ordynarne i nie chcą słuchać starszych. Nic dziwnego. Dawniej uczęszczały dzieci szkolne co dzień na szkolną Mszę Św. Modlitwa oraz Komunia Św. dawały im siłę do tego, że były posłuszne i obowiązkowe. Ani ojciec, ani matka, ani katecheta nie potrafią włożyć dziecku w duszę tego, co Zbawiciel przez łaskę daruje dziecku we Mszy i Komunii Św. Pytano mnie, czy ma sens i wartość palić świece i lampki oliwne. Naturalnie że ma, zwłaszcza jeżeli są poświęcone. A chociażby i nie były, należy pamiętać, że świece te czy oliwa są kupione z miłości dla zmarłych, a każdy akt miłości posiada wartość. Podobnie i woda święcona ma wartość, osobliwie jeżeli używamy jej z wiarą i ufnością. Obojętne jest, czy całą dłoń, czy kroplę dajemy duszom czyśćcowym, lepiej jednak kroplę wraz z aktem strzelistym. Niestety, w dzisiejszych czasach często w ogóle nie ma przy drzwiach kropielniczki z wodą święconą. Pragnę wyjaśnić, że w Vorarlbergu wchodzący do domu czy wychodzący żegnają się wodą święconą, zaś resztkę kropli z palca strzepują na ziemię z aktem strzelistym za dusze czyśćcowe. Nazywa się to dać duszom czyśćcowym wodę święconą.
Jak cierpią dusze czyśćcowe?
Jest tyle różnych rodzajów Czyśćca, ile dusz. Każdą duszę trapi tęsknota za Bogiem i to powoduje najboleśniejsze ze wszystkich cierpienie. Poza tym jest każda dusza tak karana, jak grzeszyła. To samo jest na ziemi, gdzie kara idzie w ślad za występkiem. Kto grzeszy obżarstwem, dostaje bólu żołądka i staje się otyły, kto za dużo pali, dostaje zatrucia nikotyną albo i raka płuc itp. Żadna dusza nie chciałaby wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ posiada poznanie, o którym my pojęcia nie mamy. Dusze pokutujące w Czyśćcu Pragną oczyszczenia. Czy możemy sobie wyobrazić dziewczynę, która odważyłaby się przyjść na pierwszy bal w brudnej sukience i nie uczesana? Dusza w miejscu oczyszczenia, czyli w Czyśćcu, posiada tak świetlane pojęcie o Bogu, że przedstawia się jej Bóg w oślepiającej piękności. Żadna siła nie zdołałaby jej zmusić, aby stanęła przed Jego Obliczem, jeżeli najdrobniejsza skaza nie została z niej jeszcze zmazana. Tylko doskonale czysta dusza odważy się stanąć przed Bogiem, aby oglądać Go twarzą w twarz.
Stuletnia staruszka na ulicy
Było to w 1954 roku. Około godziny 14.30 po południu szłam do sąsiedniej wioski Marul. Na drodze spotkałam staruszkę wyglądającą na przeszło sto lat. Pozdrowiłam jągrzecznie, na co mi odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego pozdrawiasz mnie? Mnie już nikt nie pozdrawia”. Wyjaśniłam więc: „Jesteś godna pozdrowienia, jak każdy inny człowiek”. Wtedy zaczęła skarżyć się, że nikt nie ma dla niej zrozumienia, nikt nie daje nic do zjedzenia i że musi spać na ulicy. Pomyślałam, że jest to niemożliwe, a może na skutek starości stała się tak nieznośna i z tego powodu nikt nie chce jej mieć u siebie. Powiedziałam wobec tego, że zapraszam ją do swojego domu, gdzie dostanie i jeść, i spanie. „Ale ja nie posiadam pieniędzy, aby zapłacić”. Na to odpowiedziałam: „To nic nie szkodzi, będziesz musiała przyjąć to, co mam, gościnnego pokoju nie posiadam, ale zawsze lepsze to niż spanie na ulicy”. Podziękowała mi wtedy: „Bóg zapłać, obecnie jestem wybawiona”, i znikła. Nie zauważyłam dotąd, że była to dusza czyśćcowa. Widocznie za życia odmówiła komuś potrzebującemu pomocy i dlatego teraz czekać musiała, aż ktoś dobrowolnie zaofiaruje jej gościnę.
Spotkanie w pociągu
Pewna dusza czyśćcowa zapytała mnie, czy ją znam. Musiałam zaprzeczyć. „Ale wiesz o mnie, bo towarzyszyłam ci w pociągu, kiedy jechałaś do Hali”. Przypomniałam sobie wtedy, że był to mężczyzna, który głośno wygadywał na Kościół i religię. Miałam wtedy zaledwie 17 lat. Powiedziałam mu, że nie jest dobrym człowiekiem, skoro tak bezcześci rzeczy święte. „Jesteś zbyt młoda, abyś mnie pouczała” -odpowiedział. „Mimo to jestem mądrzejsza od ciebie”, odcięłam się. Spuścił głowę i nie odezwał się więcej. Kiedy wysiadł, prosiłam Pana Boga, by nie pozwolił tej duszy zginąć. „Twoja modlitwa uratowała mnie, inaczej byłby marny mój koniec” – przyznał.
Wskazania dusz czyśćcowych
Otrzymuję często od dusz czyśćcowych wskazówki i praktyczne pouczenia. A więc, że Najświętszy Sakrament nie jest dostatecznie czczony. W wielu kościołach dzisiaj Eucharystia nie stanowi centralnego punktu nabożeństwa. Często obrazy i figury świętych uwłaczają raczej temu, co przedstawiają. Większą troską należy otaczać Różaniec, bo jest on wielką potęgą. Maryja Panna jest Wspomożeniem Wiernych i Matką Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych. Dusze czyśćcowe napominają, abyśmy sporządzili testament w odpowiednim czasie. Brak tego dokumentu lub źle sporządzony jest powodem wielu kłótni i nieporozumień w rodzinie. Ważną rzeczą jest, aby każdy pomagał budować Królestwo Boże. Jeżeli rodzice nie wciągają dzieci do tej pracy, odpowiadają za to przed Bogiem. Młodzież ponosi winę, jeżeli dla wygody zaniedbuje dobre uczynki.
Z księdzem Marianem Rajchelem, egzorcystą diecezji przemyskiej i psychologiem, rozmawia Robert Krawiec OFMCap.
ks. Marian Rajchel · fot. Zrzut ekranu (Youtube) – Edycja Świętego Pawła
***
Tabu w Kościele
– Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?
Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: „Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.
– W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?
Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić
– W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…
W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego.
Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.
– Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?
Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.
Egzorcyści
– Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: „Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?
Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.
– Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście?
Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo „miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): „Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.
Inny SMS był taki: „Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: „nie boję się”, a równocześnie „zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia!
Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.
– Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.
A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…
– bo człowiek jest wolny…
…tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: „Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.
– Czy ze złym duchem można rozmawiać?
Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: „Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. „Odmówić «Ojcze nasz» po francusku” – usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło.
Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: „Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. „Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił.
Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu
– Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą?
Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania…
Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy.
Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: „Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: „Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.
– Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.
Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka.
U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha.
– Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?
Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.
– Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli?
Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.
– Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?
Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem)
– Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?
Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: „Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: „Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: „Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: „Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?
Metody złego ducha
– W jaki sposób zły duch wpływa na ludzi?
Szatan działa na dwa sposoby: zwyczajnie kusi do złego lub działa w sposób nadzwyczajny, czyli stosuje dręczenia i opętania.
– Zły duch manifestuje, że kogoś opętał, czy też jak najdłużej się ukrywa?
Dziwne zachowanie siedmioletniej dziewczynki zaniepokoiło rodziców – podejrzewali, że została opętana, ale po modlitwie nie było objawów. Kiedy zdejmowałem stułę i odkładałem krzyż po modlitwie nad jej krewną, po której też nie było objawów opętania, nagle usłyszałem: „Bo ja się mogę ukryć”. Dla mnie była to nauka, aby nigdy nie być łatwowiernym; jak po pierwszych modlitwach działanie złego ducha się nie ujawniło, to wcale nie oznacza, że człowiek jest wolny.
Zły duch może się ukryć i chętnie to robi, ale gdy zostanie „namierzony”, wówczas nie ma interesu w ukrywaniu się. Może najwyżej udawać, że już wyszedł, co też jest niebezpieczne.
– Czy opętanym można zostać bezwiednie, bez własnej woli?
Tak, można nim stać się bez własnej winy. Może to sprawić czyjaś wina. Najmłodsze opętane dziecko, z którym miałem do czynienia, miało dwa i pół roku! Po wysłuchaniu opowieści jego rodziców i własnej obserwacji nietypowych wrzasków nie miałem wątpliwości, że chodzi o opętanie. Było ono spowodowane obciążeniami pokoleniowymi.
– Co jest celem działania złego ducha?
Kiedyś upadłe duchy odrzuciły Pana Boga i od tamtej pory prowadzą niszczycielską walkę z ludźmi. Chcą zdobyć nasze dusze na wieczność pod swoje okrutne panowanie w piekle. Robią zatem wszystko, by doprowadzić nas do zatracenia, moralnej i fizycznej degradacji.
Zły duch stara się sięgnąć do duszy – dostęp do niej wiedzie przez grzech ciężki. Natomiast bezpośrednio może opanować nasze ciało: podczas dręczenia człowiek często jest jak sparaliżowany, nie może ruszyć ręką ani nogą, nie potrafi wypowiedzieć słowa. Wolne pozostają tylko myśli. W myślach trzeba się modlić: Maryjo, ratuj! Jezu, ratuj! Po takiej modlitwie ataki i dręczenia złego ducha po jakimś czasie ustąpią.
– Można skutecznie powstrzymać negatywne działanie złego ducha?
„Zło dobrem zwyciężaj!” Jeśli grzech odrywa nas od Boga i oddaje pod panowanie złego ducha, to nasze wyzwolenie i bezpieczeństwo polega na zjednoczeniu się ze Stwórcą. Człowiek będący blisko Boga może cierpieć, ale nie będzie to cierpienie, które wywoła bunt przeciwko Stwórcy. Ludzie uwolnieni z opętania szybko pogłębiają wiarę, codziennie uczestniczą w Eucharystii i mają wewnętrzne wyczucie dobra i zła. Niekiedy świadomie i ofiarnie znoszą skutki grzechów bliskich z rodziny.
– Czy przebywanie w sekcie satanistycznej zawsze kończy się opętaniem?
Oczywiście, że tak! Wejście do sekty satanistycznej oznacza oddanie duszy szatanowi. To nie może się skończyć inaczej, jak opętaniem. Osobie, która świadomie weszła w satanizm i oddała się złemu duchowi, będzie bardzo trudno wyjść z sekty, z tego paktu.
– Gdzie udają się złe duchy po wypędzeniu ich z osób opętanych?
Oby do piekła! Ja zawsze modlę się, aby wróciły tam, skąd przyszły. Zawsze pod krzyż je odsyłam, bo wiem, że Pan Jezus wskaże, gdzie jest ich miejsce.
Jednak przypomnijmy sobie scenę z Ewangelii, kiedy złe duchy prosiły Chrystusa: „Pozwól nam wejść w świnie”, co znaczy, że one w tym miejscu pozostały. Dlaczego Jezus im na to pozwolił? Ponieważ mieszkańcy miasteczka, gdy zobaczyli, co się stało, prosili Go, aby odszedł z jego granic – bardziej chcieli być ze złymi duchami niż z Panem Jezusem. Dlatego Chrystus nie wyrzucił złych duchów do piekła, bo to było wbrew woli tamtych ludzi.
Po egzorcyzmie upadli aniołowie odchodzą do piekła, ale mogą też pozostać, aby kusić kolejnych ludzi.
Modlimy się, aby złe duchy już nikogo nie kusiły, aby Pan Bóg usunął je ze świata i wyrzucił do piekła raz na zawsze.
Opętanie
– Słyszałem, że osoby opętane przy pierwszym kontakcie są uśmiechnięte i miłe, ale później wpadają w trans i mają siłę kilku dorosłych ludzi…
Może tak być. Objawy występują przed modlitwą egzorcyzmu i po niej. Bywa, że ktoś już na powitanie mnie opluje (raz na przywitanie opętana dziewczyna nawet mnie pogryzła). Niekiedy od razu widać wściekłość. Czasami dopiero podczas egzorcyzmu manifestuje się obecność złego ducha albo po kilku modlitwach. Każdy zły duch ma swoje imię. Poznanie go, a później wypowiedzenie podczas egzorcyzmu jest dla diabła ogromnym ciosem. Dla niego opuszczenie zdobyczy jest porażką, odczuwa to jako powtórne skazanie na potępienie.
– Ile procent zgłaszających się przypadków to faktyczne opętania?
Tych mocno opętanych nie jest wielu, bo około pięć procent wszystkich zgłaszających się do mnie osób. Natomiast olbrzymia większość przypadków to dręczenia, różne problemy psychiczne, małżeńskie, rodzinne, wychowawcze, niepowodzenia życiowe, nieszczęścia – takie rozmaitości.
– Jak odróżnić opętanie od choroby psychicznej?
Najtrudniejszy przypadek mamy wtedy, gdy jednocześnie występuje opętanie i choroba psychiczna. Jeśli mamy do czynienia tylko z chorobą psychiczną, to stosunkowo łatwo ją rozpoznać. Niedawno pewna chora osoba znalazła adresy wszystkich egzorcystów w Polsce, skserowała swoje dane i wysłała do nas siedem stron maszynopisu, w którym jednoznacznie stwierdziła, że jest to jedno z największych opętań w ostatnim stuleciu; wymieniła, ilu ma w sobie nieczystych duchów i prosiła, aby ją ratować. Po kilku miesiącach napisała, że to wstyd dla polskich egzorcystów, że nikt jej nie odpowiedział. Każdy egzorcysta łatwo się zorientował, że jest to choroba psychiczna. Opętany nie wie, co się z nim dzieje.
Kiedyś zatelefonowała do mnie z drugiego końca diecezji pielęgniarka: „Proszę księdza, mam pacjenta, wydaje się, że jest opętany”. Potem poprosiła go do telefonu. Chłopak powiedział, jak ma na imię i jeszcze jedno zdanie. Po czym jak nie ryknie do słuchawki, aż mi ciarki przeszły po plecach. Od razu powiedziałem, żeby przyjechali do mnie na egzorcyzmy. Wtedy nie miałem żadnych wątpliwości co do opętania.
Czasami trudno jest rozeznać, więc trzeba zadać pytania dotyczące przeszłości, żeby dowiedzieć się, co mogło spowodować wejście w krąg działania złego ducha.
Nie przypominam sobie, aby jakiś psychiatra odesłał kogoś do egzorcysty, natomiast każdy egzorcysta odesłał wiele osób do psychiatry – kapłan egzorcysta jest specjalistą tylko od sfery duchowej i świata nadprzyrodzonego. Niestety, psychiatrzy często błędnie uważają, że posiadają całą wiedzę o człowieku. Gdy słyszą o wizjach, twierdzą, że to schizofrenia. Gdy widzą pacjenta rzucającego się z wielką siłą, diagnozują, że to tylko padaczka.
Pewna dziewczyna odczuwająca silne dręczenia, chodziła do psychologa, który zabronił jej kontaktować się ze mną. Po roku dziewczyna przyszła rozbita psychicznie i duchowo do tego stopnia, że nie chciała żyć i stwierdziła, że jest ateistką.
W przypadku dręczeń i opętań potrzeba większej współpracy między lekarzami i egzorcystami. Niektórzy chorzy psychicznie poza chorobą mają dodatkowy problem natury duchowej. Jest w nich coś jeszcze, co nie daje im spokoju – zły duch.
– Nauka nie działa na złego ducha? Medycyna przegrywa z opętaniem?
Czy jest pigułka na złego ducha? Długi kontakt ze złem musi się odbić na człowieku, dlatego niekiedy i psychikę potrzeba wzmocnić. To jest tylko podprowadzenie do egzorcyzmu. Nawet naukowiec może zostać opętany. Na złego ducha działa tylko modlitwa! Uwolnienie od zła dokonuje się tylko przy pomocy Kościoła, każdy egzorcyzm to modlitwa w imieniu Kościoła.
Medycyna przynależy do innej sfery życia. Jeśli ktoś leczy się psychiatrycznie, zawsze mu mówię, że najpierw należy dokończyć leczenie, a dopiero później przyjść do mnie na modlitwę. Nigdy egzorcysta nie może powiedzieć do chorego psychicznie, żeby nie brał leków, bo to byłaby pycha i zarozumiałość.
Walka ze złym duchem
– Wielu ludzi bagatelizuje znaczenie wróżek, treningów umysłu, zajęć, na których można nauczyć się wyzwalania energii. Dlaczego wróżby, seanse spirytystyczne, astrologia, amulety i sekty okultystyczne nam szkodzą?
Ponieważ jest to inicjacja kontaktu ze złym duchem. Skąd wróżka wie o pewnych sprawach? Przecież karty są dla każdego człowieka takie same. Ona wie, bo ma udział w tajemnej wiedzy złego ducha, a to jest odwrotność charyzmatu proroctwa w Kościele. Pan Bóg dawał i daje ludziom dar przepowiadania i poznania przyszłości, na przykład na modlitwach o uzdrowienie. Diabeł też daje poznanie przyszłości do złego udziału. Więc wróżka musi mieć potężny kontakt, umowę ze złym duchem, jeśli mówi prawdę o naszym życiu. Takie wróżki są najgroźniejsze, bo gdy któraś plecie głupoty, to tylko uczy się wróżyć. Często podczas egzorcyzmów słyszymy, jak zły duch oddane mu wróżki nazywa „moje siostrzyczki”! To też coś mówi!
Seanse spirytystyczne polegają na wywoływaniu duchów. To nie dziadek czy babcia wychodzą z czyśćca na przepustkę, bo się dzieci bawią, ale zły duch odpowiada, który zna wywoływane zmarłe osoby i intencje dzieci, bo one wcześniej o tym mówią. Taki kontakt ze złym duchem negatywnie odbije się na człowieku nawet po dziesięciu czy dwudziestu latach. Osoby dręczone czy opętane zawsze pytamy w wywiadzie przed egzorcyzmem, czy nie było w dzieciństwie takich zabaw. Niestety, dzisiaj seanse spirytystyczne to dość modna praktyka wśród studentów. Nasza przyszła elita tak się zabawia! A raz otwarta furtka jest bardzo trudna do zamknięcia.
Często w sektach okultystycznych prosi się o pomoc przewodników duchowych, których przedstawia się jako istoty opiekuńcze. W rzeczywistości jest to kontakt ze złym duchem! Adeptów pyta się: „Czy wyrzekają się przeszłości?”. Jesteśmy przyzwyczajeni, że w sakramencie pokuty wyrzekamy się grzesznej przeszłości. A im chodzi o przeszłość katolicką, aby w ten sposób została odrzucona cała nasza duchowa obrona i kontakt z Panem Bogiem. Po złożeniu takiego przyrzeczenia, bardzo trudno później wyjść z sekty. Ten, kto uczestniczy w takich praktykach, sam wystawia się na nadzwyczajne działanie Złego.
– Czy złego ducha trzeba zwalczać, czy go lekceważyć?
Nigdy nie lekceważyć! Wroga się nie lekceważy. Kto tak czyni, ten przegrywa walkę. Trzeba wiedzieć, że diabeł jest niebezpieczny. Należy z nim walczyć, ale nie samemu, tylko mocą Bożą. Do najważniejszych środków zapobiegawczych należą: życie w stanie łaski Bożej, wierność modlitwie i zamknięcie drogi złemu duchowi, czyli trzymanie się z dala od wszelkich form okultyzmu. Życie w łasce uświęcającej oznacza brak grzechów ciężkich. Jeśli jednak się przydarzą, trzeba natychmiast skorzystać z sakramentu spowiedzi. W sprawach duchowych ważne jest, aby odciąć się od korzeni zła. Jeśli zdarzy się złe słowo, natychmiast trzeba zniwelować je dobrym, wyrażając skruchę: „Jezu, ufam Tobie! Jezu, kocham Ciebie!”. Pomaga też woda święcona, olej i sól egzorcyzmowana.
– W kilku modlitewnikach spotkałem modlitwy – egzorcyzmy. Można wypowiadać egzorcyzmy nad sobą samym i innymi osobami?
Sami z siebie nie mamy nad złym duchem żadnej mocy. Możemy tylko powiedzieć: „W imię Jezusa Chrystusa idź precz ode mnie!”. Tylko rodzice mogą wypowiadać nad małymi dziećmi takie modlitwy – związek dzieci z rodzicami jest tu bardzo istotny. Nie radzę czynić tego wobec innych osób. Lepiej powiedzieć: „Panie Boże, Ty to zrób”. W niektórych modlitewnikach zatwierdzonych przez Kościół bez wcześniejszej konsultacji z księżmi egzorcystami proponuje się takie modlitwy dla wszystkich. A szkoda.
Dlaczego Bóg zezwala na zło
– Dlaczego Bóg pozwala na kuszenie człowieka i dopuszcza cierpienie?
To odwieczna pretensja do Pana Boga. A On dał wyraźne przykazanie: „nie będziesz korzystał z owoców tego drzewa”, co znaczy, że zakazał pewnych czynów. Człowiek dał się wciągnąć w bunt przeciwko Bogu.
Jeśli ktoś przez swoje złe czyny oddał siebie szatanowi, to zły duch uważa go za swoją własność. Jego potomstwo też. W magii jest specjalny rytuał, podczas którego otrzymuje się szczególną moc od złego ducha w zamian za ofiarowanie swojej duszy i potomstwa do któregoś pokolenia. Nie znaczy to, że ludzie ci są z góry przeznaczeni do piekła. W życiu takie osoby będą o wiele częściej atakowane, mając o wiele mniejsze szanse na pokonanie pokus. Pan Bóg o tym wie i przygotowuje dla tych ludzi większą łaskę. Tylko czy oni zechcą z niej skorzystać?…
Trzeba mieć poczucie odpowiedzialności, bo żyjemy nie tylko dla siebie, ale także dla innych.
– Czy złemu duchowi zostały wyznaczone granice działania i szkodzenia ludziom?
Granice złu wyznaczamy my. Gdyby nie było grzechów na ziemi, zły duch nie miałby żadnej mocy nad nami. Ile złych duchów wyzwalamy swoimi grzechami ciężkimi, by działały na ziemi?
– Dlaczego diabeł nie przebywa w piekle, gdzie jest jego miejsce, tylko w świecie, by kusić ludzi?
„Nie wyrzucaj mnie. Dłużej tu nie mogę wytrzymać” – kiedyś mówił do mnie zły duch podczas egzorcyzmów. „No to się wynoś z tej osoby w imię Jezusa” – rozkazuję mu. „Gdzie ja pójdę?”. „Idź tam, skądżeś przyszedł”. „Ale tam jest jeszcze gorzej” – odpowiada mi.
Szkodzenie człowiekowi przynosi tylko pewną ulgę złym duchom, bo nie mają z tego żadnego pożytku ani zasług. Nazywamy to diabelską złośliwością. Diabły cieszą się, kiedy człowiek się martwi i narażony jest na niebezpieczeństwo. Cieszą się też, że dokuczyły Panu Bogu, który nas kocha jak własne dzieci i tyle zainwestował w nasze zbawienie. Odczuwają satysfakcję, że znienawidzonych przez siebie ludzi gnębią, bo sami, potępieni, do Boga wrócić już nie mogą, a my możemy zająć ich miejsce w niebie. I to stanowi przedmiot ich zazdrości: szatan zazdrości człowiekowi jego pozycji, obietnicy nieba i tego, że jest kochany przez Boga.
Są takie przypuszczenia, że jeśli zły duch da się wyrzucić z człowieka i wróci do swojego miejsca w piekle, to będzie tam gnębiony jeszcze bardziej przez innych potępionych. W piekle nie ma przyjaźni i miłości pomiędzy diabłami. Sataniści mylą się, uważając, że będą przyjaciółmi szatana. W piekle nie ma przyjaciół i solidarności, tam jest tylko wzajemna nienawiść.
– Czasami ludzie pytają, czy diabeł może się nawrócić i zbawić? Czy jest on zdolny do uczynienia jakiegoś dobra?
Nie! Proszę się nie łudzić. Zły duch swoją wolną wolę już tak ustawił przeciwko Panu Bogu, że nikt tego nie zmieni. Stwórca mógłby przywrócić mu ją przy użyciu siły, ale tego nie robi. Nikt tak nie szanuje naszej wolnej woli, jak Pan Bóg.
„Głos Ojca Pio” [70/4/2011]Fronda.pl
***
Opętanie. Czym tak naprawdę jest?
Wyjaśnia ks. prof. Guzowski
Powstaje wiele publikacji omawiających fenomen opętania przez złe duchy. Jak chrześcijanie powinni mówić o opętaniach i zniewoleniach, by było to zgodne z wolą Bożą?
Opętania, pentagram · fot. via Pixabay.com
***
Panuje w tej kwestii wśród chrześcijan rzeczywiste zamieszanie: mówić o Szatanie czy nie? A jeśli mówić, to w jakiej formie? Philippe Madre pokazuje, że filmy i media laickie wykreowały pewną popularność Szatana, poprzez zachwalanie artystycznych sukcesów muzyków promujących satanizm oraz reklamę okultyzmu jako nowo odkrytego obszaru ludzkiego potencjału. Istnieje więc rodzaj autopromocji Szatana, do którego nie wolno nam przykładać ręki.
Boża miłość przede wszystkim
Bagatelizowanie zjawiska nie jest rozsądne, ale jako chrześcijanie mamy własny sposób mówienia o Szatanie jako szkodniku, który został zwyciężony przez Chrystusa. Parafrazując zdanie pewnego teologa amerykańskiego, możemy stwierdzić, że Szatan chce, abyśmy o nim mówili, ale na zasadach wygodnych dla niego. Wyjaśnimy to w trzech punktach. Szatan chce, abyśmy mówili o opętaniach, ale w odizolowaniu od Ewangelii, gdzie Chrystus jest ukazany jako mający absolutną władzę nad Szatanem. Po drugie, Szatan chce, abyśmy mówili o grzechu, ale w oderwaniu od prawdy o miłosierdziu Boga i przebaczeniu. Szatan się boi miłosierdzia, jak pisała św. Faustyna, które jest Bożą sprawiedliwością, dlatego chce je zastąpić sprawiedliwością ludzką, a ludzi przekonać, że nie ma przebaczenia. Po trzecie, zły duch nie ma nigdy ochoty się ujawniać. Zdemaskowanie go jest równoznaczne z jego pokonaniem, dzięki mocy Ducha Świętego, którego Chrystus przekazał Kościołowi. Więc o podstępnym jego działaniu należy mówić, ale jedynie po to, by wysławiać Bożą potęgę i przestrzegać przed naiwnym paktowaniem ze złem.
Czym jest opętanie?
Wyróżniamy dwa sposoby działania diabelskiego: zwyczajne i nadzwyczajne. Do zwyczajnych zaliczamy pokusy i nieuzdrowione rany serca, a do nadzwyczajnych opętania, zniewolenia, dręczenia, obsesje diabelskie, negatywne uzależnienia duchowe. Istnieje tendencja sprowadzania nadzwyczajnego działania diabelskiego do opętań, ale ilościowo one są najrzadsze w stosunku do innych form oddziaływania złego ducha na ludzi, chociaż są najbardziej uciążliwe. Znany egzorcysta G. Amorth tak opisuje zjawisko opętania: „Jest to nadzwyczaj wielkie utrapienie i ma ono miejsce wówczas, gdy zły duch opanuje ciało (nie duszę) człowieka, każąc mu coś czynić lub mówić tak, jak on chce. Ofiara nie może się temu przeciwstawić, a więc nie jest odpowiedzialna moralnie”. W stanie opętania demon wykorzystuje ludzki mózg, aby sterować ciałem opętanego, zmuszając go do mówienia i robienia rzeczy, za które ta osoba nie jest odpowiedzialna. W opętaniu działanie szatańskie nie jest ciągłe, dlatego przeplatają się okresy kryzysów i odpoczynku. Charakterystyczne jest otępienie czasowe intelektualne, uczuciowe, a także blokada woli. Pojawiają się także umiejętności, których dana osoba nie miała: posługiwanie się nieznanymi dla tej osoby językami, nadludzka siła, znajomość myśli innych osób, typowa niechęć do świętości, której często towarzyszy bluźnierstwo.
Opętanie jest zwykle zawinione, chociaż zdarzają się przypadki opętania niezawinione, których przyczyny zazwyczaj trudno rozpoznać. Na opętanie naraża się każdy, kto praktykuje najróżniejsze formy magii, satanizmu, astrologii, spirytyzmu, wróżbiarstwa lub czarów, przez które dąży do pozyskania tajemnych sił, by się nimi posługiwać i osiągać nadnaturalną siłę. Najczęściej to „tajemne siły” duchowe zaczynają w pewnej chwili władać ludźmi. Dziś słuchanie muzyki satanistycznej jest częstym powodem opętania. Żadne opętanie nie niweluje woli człowieka, z wyjątkiem momentów kryzysu. Niezmiernie istotne jest właściwe rozeznanie, czy rzeczywiście zachodzi w danym przypadku opętanie wymagające egzorcyzmu, czy też występuje lżejsze zniewolenie, które wymaga samej tylko modlitwy o uwolnienie, którą — z kolei — może odmówić każdy kapłan lub diakon na mocy święceń. Przy dręczeniach, każdy może odmówić modlitwę we własnej intencji, jak to podaje Nowy Rytuał Egzorcyzmów. Doświadczony egzorcysta z reguły potrafi odróżnić zniewolenie od choroby psychicznej lub urojonego opętania, czasem po zasięgnięciu opinii zaufanego psychiatry. Oto kilka objawów opętania, które według ks. G. Amortha upoważniają do podjęcia egzorcyzmów: lekarze nie są w stanie postawić diagnozy, a lekarstwa nie skutkują; u osoby poszukującej pomocy u egzorcysty pojawia się niemożność modlitwy i chodzenia do kościoła, chociaż była praktykująca; osoba ta również okazuje wściekłość na widok świętych obrazków i niechęć do wszystkiego co święte; pojawiają się napady złości i gwałtowności, co jest niezgodne z jej dotychczasowym charakterem; osoba taka po obraźliwym zachowaniu zazwyczaj nie pamięta tego, czego się dopuściła.
Jako czynnik pozwalający dokładnie odróżnić opętanie od choroby psychicznej jest to, że „człowiek chory na fobię religijną, co zwykle jest elementem jakiejś poważnej choroby psychicznej, będzie reagował na zwykłą wodę, jeśli tylko zasugeruje się mu, że chodzi o wodę święconą” (D. Sikorski). Z kolei człowiek opętany będzie reagował tylko na wodę święconą, nawet jeśli się to przed nim ukryje, sugerując, iż chodzi o zwykłą wodę.
Zniewolenia, dręczenia, obsesje
Lżejszą formą wpływu złego ducha na człowieka są zniewolenia i dręczenia. Podobnie jak w przypadku opętań, zniewolenia występują o różnym natężeniu i w różnych formach. „Zniewolenie jest stanem powstałym w wyniku nawiedzenia przez złego ducha konkretnej sfery psychiki danej osoby” (M. Scanlan). Trzeba odróżnić zniewolenie od dręczeń, gdy osoba jest dręczona z zewnątrz. Dręczenie powoduje ociężałość, wyczerpanie i zniechęcenie. Pojawia się w sytuacji, gdy dana osoba wejdzie w bliższy kontakt z magią lub czarami, albo może być zaatakowana przez demony po tym, jak wzięła udział w egzorcyzmach. Zwykle jeden rozkaz w imię Jezusa sprawia, że dana osoba od razu doświadcza poprawy, której towarzyszy nieznane dotąd uczucie pokoju i radości. Trzeba podkreślić, iż różnica pomiędzy dręczeniem a zniewoleniem polega na tym, że duch dręczący danego człowieka znajduje się poza nim samym, natomiast w przypadku zniewolenia duch gnieździ się w człowieku. Zniewolenie jest lżejsze od opętania, gdyż w opętaniu demon opanowuje również ludzką świadomość i w trakcie napadów człowiek nie jest świadomy, co czyni, natomiast w zniewoleniu człowiek pozostaje świadomy.
Bywają też obsesje myślowe, które najczęściej dotyczą rzeczy i spraw świętych. Mamy do czynienia z nimi wówczas, gdy osobie towarzyszy dręczące przekonanie, że zostanie potępiona, albo że jest nic niewarta w oczach Bożych, dlatego że grzeszy i nie jest w stanie się z grzechu wyzwolić. Uwolnienie z obsesji myślowych pojawia się często w momencie sakramentalnej spowiedzi, gdy z pomocą spowiednika penitent otworzy się na miłość Boga i w nią uwierzy. Niejednokrotnie obsesje mogą towarzyszyć zniewoleniu. Diabeł nie chce, by człowiek wierzył w miłosierdzie Boże i trzyma człowieka w rozpaczy. Z tego względu uzdrowienie człowieka z obsesji lub zniewoleń dokonuje się bardzo często podczas grupowej modlitwy wstawienniczej, która jest normalną modlitwą wsparcia (dlatego nie należy jej mylić z egzorcyzmem ani modlitwą o uwolnienie), gdy dana osoba doświadcza miłości, a nie odrzucenia — ze strony ludzi modlących się za nią oraz ze strony Boga. Dziś nikt nie powinien poczuć się odrzuconym przez Kościół jako wspólnotę, chociaż mało jest jeszcze grup pomocowych, które niosłyby również pomoc duchową, łącząc terapię z kierownictwem duchowym. W każdym nałogu osoby są narażone na nękania demoniczne, a zwłaszcza alkoholicy, wytwarzający sobie negatywny obraz otoczenia, które chcąc im pomóc, uderza w czuły punkt ich uzależnienia alkoholowego, podczas gdy oni zwykle widzą przyczynę problemu poza nimi. Również osoby o pewnych zaburzeniach w sferze seksualnej, nie mając pomocy ze strony środowiska, postanawiają same sobie pomóc, co tylko pogarsza ich stan. Złe duchy wkraczają w sferę ludzkich słabości, gdy nie ma szczerego przyznania się do nich przed Panem, albo uznania własnej bezradności.
Serce wolne od przywiązań
Ktoś może się zdziwić, że złe duchy mogą mieć aż tak dużą władzę nad ludzkim życiem. Należy pamiętać, że są to byty duchowe inteligentne, które mają zdolność wpływania na nasze myśli, a także kuszenia nas. Dlatego w naszym życiu duchowym konieczna jest współpraca z Duchem Świętym poprzez codzienną modlitwę, rozpalanie swej miłości do Boga oraz ascezę, czyli panowanie nad głosami ciała, egoizmem i zwyczajnymi zachciankami. Drobne wyrzeczenia i nieprzywiązywanie się do dóbr materialnych kształtują i wzmacniają wolną wolę do podejmowania dóbr trwałych. Eucharystia, a także jałmużna, post i modlitwa są środkami, które możemy podjąć dla pomocy osobom dręczonym lub zniewolonym. Zawsze jednak trzeba pamiętać, że będąc w stanie łaski, czyli przyjaźni z Bogiem, jesteśmy chronieni przed złymi zamiarami Szatana. W czasie pokus lub dręczeń nigdy nie jesteśmy sami i w modlitwie możemy się powierzać Duchowi Świętemu. By jednak być pewnym, że z naszej strony uczyniliśmy wszystko, aby nie być narażonymi na dręczenia i pokusy szatańskie, trzeba odrzucić wszelkie formy bałwochwalstwa. Polega ono na ubóstwianiu tego, co nie jest Bogiem. Wówczas miejsce najwyższej czci przysługującej Bogu zajmuje inny człowiek, władza, przyjemność, pieniądze, nałóg, itp. (por. KKK 2113). Dogłębne nawrócenie polega na uwolnieniu serca od nieuporządkowanych przywiązań, a wówczas z życia znika większość pokus, którymi zwykł nas kusić przeciwnik Boga.
ks. Krzysztof Guzowski, teolog dogmatyk, profesor nadzwyczajny KUL, twórca Katedry Personalizmu Chrześcijańskiego, założyciel Apostolatu Ducha Świętego.
Fronda.pl – źródło: Przewodnik Katolicki 26/2015
***
Alicja Lenczewska, mistyczka naszych czasów. Plan dnia konsultowała z Panem Jezusem
To niezwykła, poruszająca biografia Alicji Lenczewskiej szczecińskiej nauczycielki i mistyczki naszych czasów, której duchowe doświadczenia wciąż inspirują tysiące osób w Polsce i za granicą.
Fragment książki “Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów”
Książka Ewy Czaczkowskiej to coś więcej niż klasyczna opowieść o życiu to wnikliwa, rzetelnie udokumentowana i jednocześnie głęboko duchowa historia kobiety, która pozwoliła Bogu prowadzić się daleko w głąb serca.
Fragment książki Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów
Dopiero kilka miesięcy później, 1 marca 1987 roku, Alicja miała odwagę ująć słowami, czym jest zjednoczenie z Bogiem, którego doświadczała: […] podczas Twej bliskości ciało jakby zatracało swą spoistość staje się całkiem przenikliwe, jakby – rozrzedzone coraz bardziej. Prawie znikające w Tobie. Moja dusza jest zanurzona w Tobie i wypełniona Twoją czułością, tak bardzo delikatną, subtelną i jednocześnie potężną, zawierająca moc, przed którą drży wszechświat. Cisza, powolność przenikania i moc. Czuję się jak ziarnko piasku, które zagarnęła fala oceanu. I niesie w swą głębię, nieznaną, nieskończoną. Jest jasność, ciepło, łagodność. Taki ogromny spokój, nie ma odczucia czasu ani materii. Jest nieskończona przestrzeń, od której nie jestem oddzielona mimo mojej maleńkości. I teraźniejszość, która jest wiecznością.
Na koniec notatki zauważyła przytomnie: „A jednak czas się przesunął – jest 12:25”118. To zjednoczenie trwało ponad godzinę, od godziny 11:15. Alicja Lenczewska została obdarzona wieloma mistycznymi darami. Najwyższym darem było doświadczenie miłości oblubieńczej – zjednoczenie duszy z Bogiem. Równie niezwykłym, subtelnym darem był znak obecności Pana w postaci dotyku dłoni Alicji, o czym pisała wielokrotne, choć nader dyskretnie. Potwierdzam podczas każdej twej modlitwy Moją obecność przy tobie. Dotykam twoich dłoni i Moja moc przez nie płynie – mówił Jezus. – […] Każdego ranka daję ci potwierdzenie tego, co słyszysz poprzez Słowa z Pisma, każdego wieczora w dotyku twych dłoni.119
Alicja przeżywała również ekstazy. Nie opisywała tego stanu własnymi słowami – w czym przejawiała się jej dyskrecja – ale dopytywała o niego Pana: „Czym jest ekstaza?”, a Jezus odpowiedział: „Radością we Mnie”120. W 1987 roku Alicja Lenczewska otrzymała niewidzialne stygmaty, czyli zaczęła odczuwać ból w miejscach ran ukrzyżowania Chrystusa. Rok później otrzymała stygmat korony cierniowej: Dziś otrzymałaś z ręki Mojej koronę cierniową – włóż ją na swoją głowę – wszak Moją małżonką będziesz. Niech odciśnie się na twojej głowie i na twym sercu ten znak męczeństwa dla Królestwa Mego. Niech spełnia się twoje powołanie ukrzyżowania w miłości121 – oznajmił jej Jezus.
A nieco później wytłumaczył: Godząc się na przyjęcie Moich Ran, trzeba zgodzić się na przyjęcie tego, co zawierała Moja Godzina i całe Moje życie człowiecze.122 Alicja Lenczewska miała wiele tak zwanych widzeń ocznych, czyli doświadczanych zmysłem wzroku.123 Na przykład 25 kwietnia 1990 roku podczas Mszy Świętej, po konsekracji, ujrzała, jak po zewnętrznej ściance kielicha spłynęła łza. Wszystko na stole ołtarza było żywe, jakby poruszające się i emanujące na zewnątrz drżeniem świateł. Odczułam Słowa: Na Ołtarzu Eucharystycznym podczas Ofiary skupia się energia – moc stwarzająca i podtrzymująca życie milionów istot. Ukryta przed okiem ludzkim Moja Święta Moc. Ukryta, aby dać możliwość zasługi wiary i ufności.124
W listopadzie 1994 roku Alicja ujrzała postać Jezusa na krzyżu – „ogromny krzyż nad całym światem i na nim rozpięte Jego żywe Ciało”. To był obraz nieustannego umierania Jezusa za świat.125 Lenczewska otrzymała także dar poznawania rzeczy duchowych w sposób mistyczny, niedostępny rozumem, oraz opisywania ich językiem zmysłów, czego przykładów wiele daje jej dziennik. Poznała na przykład w sposób nadprzyrodzony, czyli w chwilach kontemplacji wlanej, że wszystko, co Bóg dopuszcza w życiu człowieka, odczuwa przede wszystkim sam Jezus, który jest w każdym człowieku, a zwłaszcza ochrzczonym. „Szczególnie cierpienia duchowe, jakie dane są ku nawróceniu, są cierpieniem Pana Jezusa”126.
Ciekawie brzmi opis głębi duszy, którą poznała i w którą schodziła. Po raz pierwszy zeszła w głąb duszy 5 września 1994 roku, kiedy zanurzyła się „w ogromną przestrzeń ciszy, łagodności, ukojenia płynących od Pana, którym wszystko było przeniknięte i było zatrzymane w Nim. Czas nie istniał. Było tylko «teraz» i «jest»”127. Innym razem tak opisywała to doświadczenie: Jest to przestrzeń poza materią i czasem – jest to Bóg Nieskończony w duszy ludzkiej. W Nim – ukazanym mi jako nieskończona przestrzeń – znajduje się wszystko, co jest, co istniało w czasie od początku jego zaistnienia i co zaistnieje w czasie przyszłym i nadchodzącym: cały wszechświat materialny i duchowy w swej teraźniejszości i przepływie. Jak atomy w materii tak tam jesteśmy od początku naszego istnienia po jego nieskończoność. Będąc w tej wewnętrznej głębi duszy, wszystko „widzi się” i poznaje w prawdzie i jakby z zewnątrz: siebie, innych, sytuacje minione lub przyszłe, na tyle, na ile jesteśmy czyści i zagłębieni w tej wewnętrznej przestrzeni Boga we własnej duszy i na ile On nam chce to ukazać.128
Alicja Lenczewska była obdarzona także innymi łaskami. Rozmawiała nie tylko z Jezusem, ale również z Bogiem Ojcem, Duchem Świętym, a także z Matką Bożą, aniołami i świętymi, również z duszami czyśćcowymi. Modliła się w językach i miała dar modlitwy łez.129 O darze prorokowania Lenczewskiej, czyli wyrażania natchnionych treści w języku, stylu i kodzie kulturowym proroka, świadczy jej cały dwutomowy dziennik duchowy, a także słowa przeznaczone dla członków Apostolstwa Czystej Miłości.
– Wierzę, że to są słowa Jezusa – wyznała Janina Klimek z Rodziny Serca Miłości Ukrzyżowanej, która dopiero po śmierci Alicji dowiedziała się, że ona otrzymywała te słowa. – One mnie budują. Są drogowskazem, radą, pomocą w życiu codziennym. Natomiast Ewa Hurko, sąsiadka Lenczewskiej, z lekkim zawstydzeniem przyznała, że dziennika Alicji czytać nie może. Oba tomy dziennika stoją w pokoju na półce, czasem nawet do nich zagląda. Ale czytać nie może. Dlaczego? – Ja rozpoznaję w nich styl, sposób mówienia Alicji – przyznała.
A to z jakiegoś powodu jej przeszkadzało. Na szczęście spowiednik uspokoił Ewę Hurko, tłumacząc, że nie musi czuć się winną, że nie ma obowiązku czytania. W objawienia prywatne uznane przez Kościół, jak wiadomo, nie ma obowiązku wierzenia. Poza tym nie jest niczym nowym – a przeciwnie: dobrze znanym z Ewangelii – że prorokom najtrudniej jest wśród swoich. „Słowa zawsze bardzo przerastają tego, przez kogo Pan mówi, a ludzie, obserwując człowieka i porównując, mogliby wątpić w prawdziwość słów”130 – pisała Lenczewska w listopadzie 1989 roku do siostry Teresy Łozowskiej. Ponadto jej dziennik był, jak to ujęła, „zanieczyszczony” jej emocjami, zwierzeniami na temat doznanej bliskości czy łask otrzymanych od Pana. „Jest to dla mnie krępujące, a nawet wstydliwe i trudno mi o tym rozmawiać”131. Z tego powodu prosiła nawet kilkoro bliskich jej osób, do których wysyłała fragmenty dziennika do ewentualnego wykorzystania w duszpasterstwie, aby zachowali jej anonimowość (prosiła o to między innymi księdza Mieczysława Piątkowskiego, brata Sławomira, siostrę Teresę Łozowską, do pewnego czasu także księdza Waltera Rachwalika).
Alicja Lenczewska pisała swój dziennik piękną współczesną polszczyzną. Miała też ładny charakter pisma. Notowała dużo, relacjonowała całe dialogi z Jezusem, bo takie było Jego życzenie, choć nie pisała o wszystkim, bo też sam Pan mówił, że pewne sprawy powinny zostać ich tajemnicą. Z tego powodu, jak można przypuszczać, w jej zapiskach tak mało jest wzmianek o wydarzeniach z jej codzienności. Plan dnia konsultowała z Jezusem (!), ale w dzienniku właściwie go nie ma. Tę warstwę pomijała w zapiskach. W opisywaniu zaś stanów zjednoczenia duszy z Bogiem czy ekstaz Alicja zachowywała powściągliwość, utrzymywała pewien dystans. Bo Alicja, jak mówili świadkowie jej życia, z natury nie była wylewna, a nawet bywała oschła, wycofana, zdystansowana. Choć z czasem to się zmieniało.
– Ona bała się, aby w jej słowach nie było czegoś nieczystego, czegoś od niej – mówiła siostra Teresa Łozowska. Dzięki cechom charakteru, świadomości własnej niegodności, obawom, by w tekście nie znalazło się nic, co byłoby jej myślą, a nie Prawdą, zapisane przez nią miłosne dialogi z Jezusem ujmowała w formę tak bezpretensjonalną, nieegzaltowaną, subtelną. Rozmowy te są pełne Ducha, który daje pewność, od Kogo pochodzi.
4 marca 1987 roku, w środę, o godzinie 22:10, Alicja zapisała: – Cały dzień jest oczekiwaniem na wieczorne spotkanie z Tobą. A wszystkie dni: tęsknotą, pragnieniem i nadzieją. Cóż mi powiesz? – Przytul się. Przecież nie trzeba słów. – Nie pobrudzę Cię? – Nie jesteś brudna. A gdyby nawet, oczyściłbym cię.132
Takich dialogów pełnych najczulszej miłości oblubieńczej w dziennikach Lenczewskiej jest wiele. Jak opisać czułość Twojej miłości, gdy po Komunii pochyliłeś się nade mną, by uklęknąć przy mnie i otulałeś mnie Sobą. Że była Twoja świętość, Twoja troskliwość i Twoja delikatność tak wielka – dotykająca i przenikająca we mnie wszystko. Że był moment takiego nasilenia Twojej miłości, że gdyby trwał sekundę dłużej, musiałabym umrzeć, bo ludzkie serce nie może przyjąć więcej […]. Jak to jest, że ja jestem Twoim dzieckiem, Twoją oblubienicą z moim grubiaństwem, prymitywnością, niewdzięcznością…? Jak to jest, że chcesz w ogóle spojrzeć na mnie, tym spojrzeniem Miłości, pod którym można tylko płakać nad sobą?133
W sobotę 1 sierpnia na godz. 14.00 zapraszam tych dla których wciąż żywa jest pamięć o kościele św. Szymona, aby wspólnie stanąć przy jego zgliszczach w zadumie i w modlitewnej refleksji. Bo oto minęło pięć lat od owej pamiętnej nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021. Ta noc pozostanie już w nas nocą z związaną ze smutkiem i to bardzo wielkim. Bo tamtej nocy kościół św. Szymona, będący szczególnym miejscem dla nas Polaków żyjących tu na obcej ziemi, stał się, niestety, czasem minionym.
OD PIĄTKU 30 LIPCA 2021 ROKU MSZA ŚWIĘTA I SAKRAMENTY KOŚCIOŁA W NASZYM OJCZYSTYM JĘZYKU SPRAWOWANE SĄ TERAZ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA
46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS
***
Kościół św. Piotra jest jedną z najwcześniejszych parafii katolickich, która została przywrócona po reformacji (o dwie dekady wcześniej zanim na nowo przywrócono strukturę hierarchii Kościoła katolickiego). To tu, na West End, została odprawiona pierwsza Msza święta, po bardzo okrutnych prześladowaniach katolików przez szkockich kalwinów, pod gołym niebem w Roku Pańskim 1855 w pobliżu obecnej Merkland Street. Historyczny parasol, który chronił wtedy przed deszczem kapłana celebrującego Mszę świetą znajduje się w biurze parafialnym św. Piotra, jako cenna pamiątka z tamtych czasów. Pierwszy kościół św. Szymona został otwarty przy Bridge Street w maju 1858 roku. Wtedy też została wybudowana plebania i szkoła. Kościół św. Szymona na początku był pod wezwaniem św. Piotra, ale kiedy okazało się, że jest zbyt mały dla rosnącej liczby katolików na “Partiku”, w roku 1903 powstał dużo większy kościół św. Piotra. Żeby nie myliło się o który kościół chodzi, dlatego pierwszy nazwano Bridge Street Church. Jednak od roku 1945 powrócono do patrona św. Piotra używając jego pierwszego imienia – Szymon.
Podczas II wojny światowej, w latach 1940-1944, polscy żołnierze każdej niedzieli przychodzili do tego kościoła na Mszę świętą z Yorkhill, gdzie znajdowały się koszary, jedne z wielu, w których tubylcy zakwaterowali polskie wojsko. I od tamtej pory kościół św. Szymona powszechnie był nazywany jako “Polish Church”. Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Glasgow, byli bardzo związani z tym kościołem. W 1975 roku kapelanem dla Polaków został mianowany przez ks. Arcybiskupa Szczepana Wesołego ks. Marian Łękawa SAC, który objął polskie duszpasterstwo po śmierci ks. kanonika Jana Gruszki. W tamtym czasie proboszczem parafii św. Szymona był powszechnie znany ks. Patrick “Pady” Tierney, dzięki któremu kościół św. Szymona nie został zamknięty, bo Archidiecezja miała taki zamiar ze względu na istniejący w pobliżu obszerny kościół św. Piotra.
Patrzę teraz na zgliszcza spalonegokościółka św. Szymona
i klękam razem z tymi,
których tutaj Pan nasz Jezus Chrystus
karmił swoim Słowem i swoim Ciałem.
To miejsce pozostanie już uświęcone również dlatego,
że tutaj w płomieniach ogromnego ognia
pozostało całkowicie wypalone Przenajświętsze Tabernakulum
przywalone osmolonymi szkockimi kamieniami.
Dobrze jest teraz przypomnieć sobie św. Augustyna,
który zapewnia, że Pan Bóg potrafi cudownie wyciągać
nawet ze zła wiele dobra.
Te olbrzymie buchające płomienie
z wnętrza ginącej świątyni,
w ciemną noc z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021,
już sprawiły,
że tlący się nikły płomyk wiary w naszych sercach,
osłabiony także wieloma miesiącami przesadzonego lęku,
który nawet urzędowo nakazywał
dystans oddzielający nas od Pana Boga – ożywa.
Nie jest dobrze, aby pochopnie osądzać,
że wiara w wielu ludziach wygasła.
Bo to nie jest według Bożego spojrzenia.
Maleńka iskierka ma w sobie moc rozpalić płomień,
nawet w gasnącym popiele ludzkich serc,
które żyją na wyjałowionej ziemi tego świata,
wydawałoby się – opuszczonej przez Boga.
A tymczasem płomienie palącego się kościółka św. Szymona
rozświetliły ciemności,
w których wielu przyzwyczaiło się chodzić po omacku.
Widok ten sprawił,
że przebudziło się ludzkie serce
uśpione przez tego, który działa w ciemnościach.
Niech będzie błogosławiony wstrząs,
który sprawia,
że nagle, choć tak różni jesteśmy,
powracamy do tego co jest najistotniejsze.
Każda zmiana boli,
bo lubimy się przyzwyczajać – tak jak przyzwyczailiśmy się,
że kościół św. Szymona był już od zawsze na “Partyku”.
Widać potrzebne było,
aby Słowo Boga,
wykute na kamieniach wznoszących Boży Dom,
niewidzialne już dla wielu, stało się na nowo żywe.
W tych zgliszczach
pozostała również Matka Bożego Syna,
która jest i naszą Matką
w obrazie Jasnogórskim – zawsze obecna
i pod krzyżem i w każdej Eucharystii.
Czterdzieści dwa lata temu
przywieźliśmy Jej wizerunek z Jasnej Góry,
pobłogosławiony przez Prymasa Tysiąclecia,
kardynała Stefana Wyszyńskiego,
którego Kościół za dni 44 będzie nazywał już błogosławionym.
***
Poniżej jest mój pierwszy zapis o kościele św. Szymona z dnia 28 lipca 1975 roku:
Glasgow jest miastem, w którym dzwonów nie słychać,
mimo licznych i pięknych wież kościelnych wyciosanych z kamienia.
Jedne są jak wieże obronne,
inne – jak strzały wycelowane prosto w niebo.
Według tutejszego prawa, jakie pozostało z religijnych wojen,
katolikom dzwonić nie wolno.
Nasi bracia, którzy kiedyś odeszli na znak protestu,
tworząc z kolei całą mozaikę przeróżnych grup religijnych,
budowali swoje własne kościoły.
Teraz nie wiadomo co z nimi zrobić,
bo te, które jeszcze nie zostały przemienione na różne biznesy,
stoją puste ze smutną swoją archaiczną architekturą.
Ludzi zaś pełno w dużych magazynach sklepowych,
bo na oścież są otwarte i „w piątek i w świątek”.
W takiej oto scenerii w niedzielny poranek
na skrzyżowaniu Dumbarton Road i Byres Road
można usłyszeć polską mowę.
Moi współziomkowie idą do maleńkiego i uroczego kościoła św. Szymona.
I tak kolejne już pokolenia
w tym miejscu karmią się Jezusowym Słowem
i Jezusowym Ciałem.
A potem wychodząc, na pewno mają świadomość,
choćby nawet niewielką,
że nie tylko spotkali, ale przyjęli samego Boga.
Bo skąd wzięłaby się zwycięska walka,
zupełnie niewidoczna dla ludzkich oczu?
Statystyki cóż mogą powiedzieć
o cierpieniu, o przyjaźni, o miłości, o wierności,
gdzie dokonują się ludzkie wybory,
gdzie rodzi się prawdziwe życie.
Maleńki kościół św. Szymona jest szczyptą drożdży
otoczony z jednej strony młynem, gdzie ziarno ściera się na mąkę,
a z drugiej – ludzkim życiem, które toczy się,
jak w każdym wielkim mieście – niczym ciasto w dzieży.
***
Niedziela 26 lipca
Leon XIV: Musimy nauczyć się rozpoznawać to, co najbardziej się liczy
Papież Leon XIV odmówił z wiernymi modlitwę „Anioł Pański” na Piazza della Liberta’ w Castel Gandolfo
fot. screen: Youtube/Vatican Media
„Podczas gdy przemysł konsumpcji urabia nasz smak, budząc wciąż nowe potrzeby, aby potem sprzedawać nam rozwiązania, które nie nasycają, a niekiedy zatruwają serce, musimy nauczyć się dostrzegać to, co naprawdę się liczy: skarb relacji z Bogiem” – mówił papież Leon XIV.
Zwrócił uwagę, że w „centrum nauczania Jezusa znajduje się tajemnica Królestwa Bożego”, o którym mówił on w przypowieściach, porównując je do perły i skarbu, które znajdują rolnik i kupiec. Człowiek ze zdumieniem „znajduje coś, czego nie śmiał nawet oczekiwać, tak że sprzedanie albo pozostawienie wszystkiego nie jawi się już jako wyrzeczenie, lecz jako zysk”. Ewangeliści „opisują wezwanie Jezusa do pójścia za Nim jako nieodparte: wolne, oczywiście, lecz naglące i zdolne wzbudzić odpowiedź szybką, zrodzoną z pragnienia” – wskazał papież.
Bohaterami innych przypowieści są rybacy, uczony w Piśmie, kobieta, która zaczynia mąkę, kobieta porządkująca dom, król planujący wojnę, człowiek zamierzający zbudować wieżę, zarządcy zajmujący się wypłatami albo inwestycjami. „Królestwo Boże objawia swoje bezcenne piękno na różnych drogach, ale wszystkich – mężczyzn i kobiety, młodych i starszych, biednych i bogatych – wzywa do głębokiej odnowy. Wszyscy mogą je zrozumieć i czują się przez nie pociągnięci” – zauważył Leon XIV.
Podkreślił, że również dzisiaj „Kościół jest komunią osób różniących się pochodzeniem, kulturą, kompetencjami i stopniem odpowiedzialności, lecz wszystkie one są wezwane, by odkryć, że w Jezusie Chrystusie stanowią jedno”. To „On jest ukrytym skarbem, drogocenną perłą, siecią, która gromadzi rozproszonych”. „Od początku bowiem Jezus powoływał i gromadził wokół siebie osoby, które w przeciwnym razie nigdy by się ze sobą nie spotkały. Właśnie w ten sposób ukazał, że Bóg nie ma względu na osoby, a Jego wybór jest szczególnym umiłowaniem – zwłaszcza tych, którzy są mali i odrzuceni” – stwierdził papież.
Zachęcił do modlitwy – wzorem króla Salomona – o „dar rozpoznania drogocennej perły, dar dostrzeżenia skarbu, dla którego warto sprzedać wszystko”. „Podczas gdy przemysł konsumpcji urabia nasz smak, budząc wciąż nowe potrzeby, aby potem sprzedawać nam rozwiązania, które nie nasycają, a niekiedy zatruwają serce, musimy nauczyć się dostrzegać to, co naprawdę się liczy: skarb relacji z Bogiem, która otwiera nas na radość i pomaga nam jak najlepiej przeżywać nasze wzajemne relacje” – przekonywał Leon XIV.
Watykan –KAI – stacja7.pl
***
Niedziela 19 lipca
Papież Leon: ziarno Ewangelii kiełkuje po cichu, bez rozgłosu
Papież Leon w Castel Gandolfo; fot. Vatican Media
***
Pochopne osądy, narzucanie się siłą i pokusa dominacji nie mają nic wspólnego z Ewangelią – przypomniał Papież Leon w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański. Papież wezwał wierzących, aby naśladowali sposób działania Boga, który cierpliwie przemienia świat od wewnątrz, nie odbierając człowiekowi wolności.
Rozważając ewangeliczne przypowieści o chwaście pośród zboża, ziarnku gorczycy i zaczynie chlebowym (por. Mt 13, 24-43), Ojciec Święty zwrócił uwagę, że przypowieści Jezusa ukazują sposób, w jaki Królestwo Boże wzrasta w historii i w życiu człowieka.
Bóg wybiera to, co małe
Papież Leon podkreślił, że człowiek często oczekuje spektakularnych interwencji Boga i pragnie, aby zło zostało natychmiast usunięte. Tymczasem – jak zaznaczył – Bóg działa zupełnie inaczej. „Bóg wybiera to, co małe, jako znak swojej dyskretnej miłości, która pozostawia nas wolnymi, byśmy go przyjęli lub odrzucili, która usiłuje znaleźć sobie drogę nawet pośród chwastu, działa w sposób ukryty i niewidoczny jak najmniejsze ze wszystkich ziaren i jak zaczyn, który bez rozgłosu zakwasza ciasto” – powiedział Papież. Dodał, że właśnie taki sposób działania Boga uczy cierpliwości i pomaga dostrzegać dobro, które wzrasta nawet pośród zła.
Styl Boga powinien stać się stylem Kościoła
Najważniejszym przesłaniem katechezy było wezwanie, aby sposób działania Boga stał się wzorem dla chrześcijan i całego Kościoła. „Ten Boży styl powinien stać się również sposobem, w jaki – zarówno jako poszczególni wierni, jak i cały Kościół – żyjemy w otaczającej nas rzeczywistości. Jesteśmy wezwani do przyjęcia stylu ewangelicznego: bez pochopnego przeciwstawiania się innym przez wydawanie aroganckich sądów, bez narzucania się przy pomocy władzy i siły oraz bez utraty zaufania do dzieła Bożego” – powiedział Papież.
Zaznaczył też, że Królestwo Boże rozwija się również pośród chwastu. Dlatego chrześcijanie nie powinni ulegać zniechęceniu ani wydawać pochopnych osądów, lecz cierpliwie towarzyszyć procesom i dostrzegać dobro obecne w codzienności. Nawet „gdy wydaje się nam, że Bóg jest nieobecny. W rzeczywistości bowiem On zawsze nam towarzyszy, a Jego miłość nieustannie działa dla naszego dobra”.
Logika ziarna
Leon XIV przywołał również słowa ówczesnego kard. Josepha Ratzingera, który mówił o „logice ziarna”. Nie jest ona logiką sukcesu, wielkości czy dominacji, lecz drogą pokory i służby drugiemu człowiekowi. „W ten sposób sami staniemy się jak małe ziarno Ewangelii, które kiełkuje i jak zaczyn miłości, który przemienia ciasto świata” – powiedział Papież.
Vatican News / Łukasz Bankowski / JK
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street, Glasgow, G11 5PS
***
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
kaplica-izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00
PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA
***
W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00
***
WCZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.
POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.
W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2026 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
18 marca (środa) – Środa Popielcowa
25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
***
Msza św. w sobotę wieczorem zamiast niedzielnej?
Czy Msza św. w sobotę wieczorem liczy się już jako niedzielna? Tak. Ale czy zawsze? Czy są wyjątki?
Msza święta w sobotę wieczorem liczy się jako niedzielna. Stwierdza to kan. 1248 § 1 prawa kanonicznego, że właśnie taka Msza św. dzień wcześniej wieczorem już zalicza się do świętowania niedzieli. Nie jest to wariant “awaryjny”. Możesz normalnie przyjść na Mszę świętą w sobotę wieczorem i jest to zawsze traktowane jak normalne uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej.
Czy od tej zasady są wyjątki? Czy idąc tą logiką Msza św. w niedzielę wieczorem liczy się jako poniedziałkowa? Co z nabożeństwem pierwszych sobót – jeśli pójdę na Mszę św. wieczorem w sobotę, nie liczy się ona do tego nabożeństwa?
Najkrócej: formularz to zbiór tekstów używanych w danej Mszy św.
Chodzi o zestaw modlitw i antyfon przypisanych do konkretnego dnia, święta albo uroczystości w Mszale rzymskim: przede wszystkim kolekta (modlitwa dnia), modlitwa nad darami i modlitwa po Komunii św., czasami własne prefacje, a także antyfony na wejście i Komunię, nierzadko nawet Czytania i Ewangelię. To one zmieniają się z dnia na dzień i sprawiają, że raz modlimy się np. o „pogłębienie wiary”, innym razem „za zmarłych”, jeszcze innym „o jedność chrześcijan”.
Formularz to więc to, co “zmienne” podczas Mszy św, dobrane według kalendarza liturgicznego lub okazji (ślub, chrzest, Msza za zmarłych itd.), podczas gdy modlitwa eucharystyczna czy stałe obrzędy Mszy św. (Ojcze nasz, Baranku Boży itp.) pozostają zasadniczo te same.
2. Czym się różni Msza św. niedzielna od Eucharystii w sobotę czy w inne dni tygodnia?
“Pamiętaj, aby dzień święty święcić” – III przykazanie Dekalogu od czasów Jezusa dotyczy każdej niedzieli. Niedziela jest w Kościele pamiątką Zmartwychwstania dniem świętym, a więc i dniem nakazanym: obowiązuje udział we Mszy św. (albo w samą niedzielę, albo w sobotni wieczór – o tym zaraz). Używa się formularza niedzielnego; Czytania biorą się z 3-letniego cyklu (A/B/C), zwykle są trzy Czytania + Psalm. Zasadniczo w niedzielę śpiewa się hymn Chwała na wysokości Bogu i Wyznanie wiary.
Msza św. w tygodniu (dni powszednie): Nie ma obowiązku uczestnictwa (poza jasno wskazanymi uroczystościami albo świętami nakazanymi wypadającymi w tygodniu). Stosuje się formularz dnia powszedniego albo wspomnienia, zazwyczaj są dwa Czytania (1. Czytanie + Psalm + Ewangelia). Z rzadka śpiewa się Chwała, jeszcze rzadziej odmawia Credo; Msza św. jest zwykle krótsza.
3. Sobotnia Msza św. wieczorna „liczy się” jako niedzielna. Czy są wyjątki? Jak poznać, jaka Msza św. jest odprawiana?
Co mówi prawo? Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1248 §1) stwierdza, że nakazowi uczestnictwa we Mszy świętej w niedzielę i święta nakazane czyni zadość ten, kto bierze w niej udział albo w sam dzień świąteczny, albo „wieczorem dnia poprzedzającego”.
Dla spełnienia obowiązku nie jest decydujące, jaki jest formularz (czy ślubny, pogrzebowy), ale że jest to pełna Msza św. w obrządku katolickim odprawiana w sobotni wieczór. W praktyce przyjmujemy, że „wieczór” zaczyna się mniej więcej od godz. 16.00. W wielu parafiach sobotnia Msza św. odprawiana jest według formularza niedzielnego, “z niedzieli”, z Czytaniami i homilią na niedzielę.
Cała zasada bierze się stąd, że w tradycji żydowskiej dzień rozpoczynał się o zachodzie słońca poprzedniego dnia, my liczymy nowy dzień “od północy”. Te dwa sposoby liczenia dnia będą nam się jeszcze przeplatać.
4. Czy sobotnia Msza św. podczas wesela, chrztu, urodzin itd. zwalnia z uczestnictwa w niedzielę?
Jeśli spełnione są dwa warunki, to tak: To jest pełna Msza święta (nie tylko sam sakrament małżeństwa bez Eucharystii) oraz – jest sprawowana w sobotę wieczorem, czyli w czasie, który Kościół traktuje jako „wieczór dnia poprzedzającego” niedzielę (zwykle od ok. 16.00 wzwyż).
Wtedy nieważne, czy formularz jest ślubny, chrzcielny, jubileuszowy, „z dnia” czy niedzielny. Z punktu widzenia prawa kanonicznego uczestnictwo w takiej Mszy św. wypełnia obowiązek niedzielny.
Warto jednak dodać apel o świętowaniu samej niedzieli. Nawet jeśli obowiązek jest spełniony, dobrze jest zadbać także o przeżycie samej niedzieli jako „dnia Pańskiego”: modlitwa, odpoczynek, Słowo Boże, czas z rodziną.
5. Dlaczego w ciągu jednego dnia mogą być różne formularze Mszy świętej?
Bo Kościół łączy kalendarz liturgiczny z konkretnymi potrzebami duszpasterskimi.
Kilka przykładów:
W sobotni poranek pierwsza Msza św. może być z dnia. W sobotnie przedpołudnie może to być już Msza pogrzebowa (obowiązuje wtedy formularz za zmarłych), po południu Msza ślubna (znowu z własnym formularzem i czytaniami), zaś wieczorem Msza św. z formularza niedzielnego. A jeszcze po ostatniej Mszy św. uroczystość w parafii – przyjazd biskupa i bierzmowanie młodzieży. Każda z tych Mszy św. będzie miała inny formularz.
Drugi przykład: w pewne wielkie uroczystości są specjalne Msze św. wigilijne, których formularz bierze się już wieczorem dnia poprzedniego. W takich sytuacjach obie Msze św. – ta “w ciągu dnia” i wieczorna – też będą miały inny formularz.
6. Skoro w sobotę wieczorem jest formularz niedzielny, to czy w niedzielę wieczorem Msza św. jest poniedziałkowa?
Oczywiście że nie. Będzie to Msza św. niedzielna. Skąd różnica?
Tylko niektóre dni, a dokładnie niedziele i uroczystości, zaczynają się liturgicznie w przeddzień wieczorem. Są to tzw. wigilie. Doskonałym przykładem jest wigilia Bożego Narodzenia 24 grudnia, która rozpoczyna świętowanie Bożego Narodzenia (25 grudnia).
Poniedziałek takim dniem nie jest – chyba że wypadłaby wtedy jakaś uroczystość – dlatego w niedzielę wieczorem Msza św. jest niedzielna.
Gdy zaś w poniedziałek przypadłaby uroczystość, kalendarz liturgiczny na podstawie tabeli pierwszeństwa obchodów liturgicznych decyduje, co jest ważniejsze – II nieszpory niedzielne, czy I nieszpory z danej uroczystości.
7. Czy idąc tą logiką – w czwartek wieczorem obowiązuje post od mięsa
Wstrzemięźliwość od mięsa obowiązuje w Kościele łacińskim we wszystkie piątki roku, chyba że w dany piątek przypada uroczystość.Prawo mówi o „piątku” jako dniu od północy do północy (kan. 202 § 1). To nie jest logika dnia, którego początek liczy się w wieczór wcześniej.
Dlatego w czwartek wieczorem nie obowiązuje jeszcze piątkowy post. Natomiast jeśli sam piątek jest uroczystością, bo przypada wtedy np. uroczystość NMP Królowej Polski, to wtedy liturgicznie obchód rozpoczyna się w czwartek wieczorem, ale… w takim przypadku w piątek jako uroczystość nie obowiązuje przecież w ogóle wstrzemięźliwość od mięsa…
8. Czy Msza św. w pierwszy piątek wieczorem to jest już w sobotę?
Zgodnie z tą samą logiką wyjaśnioną powyżej – nie. Pierwsze piątki dotyczą piątku jako dnia kalendarzowego (od północy do północy), podobnie jak pierwsze soboty.
Liturgicznie i kanonicznie dzień powszedni (np. piątek, sobota) nie ma wigilii „pierwszych nieszporów” dnia następnego, jak niedziela czy uroczystości. Więc piątek wieczór jest nadal piątkiem.
9. Pierwsze soboty a Msza św. w sobotę wieczorem: co się liczy?
Warunki nabożeństwa pierwszych sobót (fatimskiego) obejmują m.in.: spowiedź (w pierwszą sobotę lub wcześniej). Przyjęcie Komunii świętej w pierwszą sobotę miesiąca w intencji wynagradzającej. Różaniec i .15-minutowa medytacja. Pytanie dotyczy o Komunię św. przyjmowaną podczas sobotniej Mszy św. wieczornej, czyli “niedzielnej”. Czy Komunia św. na sobotniej Mszy św. wieczornej „niedzielnej” liczy się jako pierwsza sobota?
Tak. Dla tego nabożeństwa liczy się data kalendarzowa: pierwsza sobota miesiąca, a nie formularz Mszy św. Sobota wieczorem (nawet z formularzem niedzielnym) jest wciąż sobotą w sensie kalendarzowym, więc Komunia św. przyjęta tego dnia może być Komunią wynagradzającą pierwszosobotnią.
10. Jeśli pójdę na Mszę św. w sobotę rano i wieczorem – to dwa razy w sobotę czy raz w sobotę i raz w niedzielę (chodzi o Komunię św.)?
Tu trzeba rozdzielić Komunię św. od obowiązku niedzielnego.
1. Obowiązek niedzielny to udział we Mszy św. w sobotę wieczorem (po ok. 16.00). Msza św. poranna w sobotę takiego skutku nie ma.
2. Komunia święta: ile razy można przyjąć? Prawo mówi jasno: Kan. 917: „Kto przyjął już Najświętszą Eucharystię, może ją ponownie tego samego dnia przyjąć jedynie podczas sprawowania Eucharystii, w której uczestniczy”. A kan. 202 §1 precyzuje, że „dzień” w prawie kanonicznym to 24 godziny od północy do północy.
W praktyce oznacza to, że w sobotę możesz dwa razy przyjąć Komunię św.: np. rano i wieczorem. To nadal jeden dzień kanoniczny. Wieczorna Msza św. sobotnia jednocześnie spełnia obowiązek niedzielny, ale wciąż jest to druga Komunia św. tego samego dnia. W niedzielę (następny dzień kalendarzowy) możesz znów przyjąć Komunię św. – znowu maksymalnie dwa razy (np. rano i wieczorem), jeśli uczestniczysz w całych Mszach św. Czyli: Komunia św. liczona jest „na dzień kalendarzowy”, a nie „na formularz niedzielny/powszedni”.
opracowanie według strony:Stacja7.pl
***
Rok liturgiczny. Dlaczego nie rozpoczyna się wraz z Nowym Rokiem kalendarzowym?
Obecnie rozpoczynamy rok liturgiczny w pierwszą z czterech niedziel Adwentu poprzedzających święta Narodzenia Pańskiego. Ten podział, chociaż nie pokrywa się z porządkiem roku „świeckiego” wydaje się bardzo logiczny i uporządkowany.
Wyrażenie „rok liturgiczny” jest sformułowaniem stosunkowo nowym. Dopiero w XIX wieku zaczęto przywiązywać uwagę do historii. W tym kontekście zrodziło się często dzisiaj używane wyrażenie oznaczające ogół celebracji i świąt kościelnych w ciągu roku. To określenie porządkuje i racjonalizuje te wydarzenia, które w ciągu roku dotykają bez wyjątku wszystkich, wierzących i niewierzących. Bo przecież nawet jeśli ateista nie obchodzi świąt Bożego Narodzenia, to te dni i tak stają się dla niego dniami wolnymi, a oświetlone dekoracje uliczne, mimo woli, przypominają mu o konkretnym wydarzeniu roku liturgicznego.
Boże Narodzenie jako punkt wyjścia
Obecne księgi liturgiczne wspominają o początku i końcu roku liturgicznego, ale taki układ nie jest analogicznym do początku i końcu roku szkolnego. Pojawienie się ksiąg liturgicznych w VII wieku spowodowało, że wydarzenia związane z życiem Jezusa nabrały porządku w formie cyklu rocznego, który różni się od roku cywilnego i który ma swój własny początek i czas trwania. Starożytna księga liturgiczna z terenów dzisiejszej Francji, skomponowana około roku 500 po Chrystusie, oznaczała początek roku liturgicznego na dzień Wielkanocny. Nie jest to przypadek, bowiem takie rozpoczęcie ma swoje korzenie w chrześcijańskiej starożytności. Zasadniczą bowiem zasadą było stwierdzenie (obecne m.in. w pismach papieża św. Leona Wielkiego [+461 r.]), że Chrystus zmartwychwstał dokładnie w tym samym dniu, w którym Bóg stworzył świat.
Mówimy o roku liturgicznym w Kościele rzymskim, dlatego warto zwrócić uwagę na podział czasu w starożytnym Rzymie. Wiadomo, że już w II wieku przed Chrystusem rok cywilny rozpoczynał się tam 1 marca, a nowi konsulowie rozpoczynali swoje rządy 1 stycznia, czemu towarzyszyły huczne zabawy i praktyki pogańskie. Kościół rzymski nie przyjął jednak tych dat, obawiając się zbyt pogańskiej symboliki, mimo iż w marcu (14 dzień nisan wg. kalendarza żydowskiego) obchodzono Paschę.
Wreszcie od VI wieku zaczyna brać górę data Bożego Narodzenia, jako początku nowego roku liturgicznego. Pojawia się ona w Chronografie w roku 354, chociaż początkowo jest ona określana jako rocznica narodzin Jezusa na równi z rocznicami śmierci męczeńskiej innych świętych. Święty Augustyn jeszcze w roku 400 mówi o Wielkanocy jako o „wydarzeniu zbawczym” (in sacramento celebrari), a Boże Narodzenie grupuje wraz z innymi wspomnieniami liturgicznym (memoria).
Kluczowe znaczenie w ułożeniu kalendarza liturgicznego w Kościele rzymskim miał wspomniany już św. Leon Wielki. W swoich homiliach często powtarzał, że Boże Narodzenie jest nie tylko rocznicą, ale początkiem zbawienia człowieka i stanowi niejako punkt wyjścia do tego co dokonało się w czasie męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Ten wielki papież przenosi w księgach liturgicznych na sam początek celebracje liturgiczne związane z czasem „adwentu” czyli nadejścia Bożego Narodzenia i z uroczystościami Narodzenia Pańskiego (25 grudnia) i Objawienia Pańskiego (6 stycznia). Ta teologiczna interpretacja powiązania narodzin Chrystusa z Jego męką i śmiercią (doszukiwano się wielu analogii, których poetyckie echa wyśpiewujemy do dzisiaj w naszych kolędach) sprawiła, że rok liturgiczny, który w centrum stawia wydarzenia wielkanocne i do niego je sprowadza, ma swój początek z celebrowaniem obchodów ku czci wcielenia Chrystusa. Inaczej mówiąc: początek i rozwój roku liturgicznego w Kościele rzymskim pierwszych wieków i zachowany obecnie, znajdują wytłumaczenie w ruchu wywodzącym się od środka (Wielkanoc) i docierającym do obrzeża (Boże Narodzenie).
Nieustanne, codzienne wyznanie wiary
Obecnie zatem rozpoczynamy rok liturgiczny w pierwszą z czterech niedziel Adwentu poprzedzających święta Narodzenia Pańskiego. Kiedy kończą się te obchody, następuje tzw. okres zwykły w ciągu roku, podczas którego czytane są Ewangelie opowiadające o życiu i działalności Pana Jezusa. Po kilku tygodniach, w zależności od ustalonej daty Wielkanocy, rozpoczyna się, w Środę Popielcową czas przygotowana paschalnego, czyli Wielki Post. Trwa on symboliczne 40 dni, nie licząc niedziel. Kończy się w Wielkim Tygodniu, przed trzema najważniejszymi dniami w ciągu roku: Triduum Paschalnym. Czas po Wielkanocy to pięćdziesiąt dni do uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Po niej Kościół powraca do czasu zwykłego, który ponownie potrwa do pierwszej niedzieli Adwentu.
Ten podział, chociaż nie pokrywa się z porządkiem roku „świeckiego” wydaje się bardzo logiczny i uporządkowany. Prowadzi nas, od samego początku – od tajemnicy przyjęcia przez Jezusa ludzkiej natury czyli tzw. wcielenia, przez narodziny, publiczną działalność aż do męki i zmartwychwstania Jezusa.
Można zatem powiedzieć, że czas przeżywany przez nas według kalendarza liturgicznego jest nieustannym, codziennym wyznaniem wiary, która może i powinna przeplatać się z naszą codziennością…
Rozliczenie z grzechów czy sakrament uzdrowienia i pojednania? Spotkanie z bezwzględnym Sędzią czy z przebaczającą Miłością? O tym, jaki jest sens spowiedzi i co warto o niej wiedzieć, zanim się do niej przystąpi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Nigdy nie poznajemy Boga lepiej, niż wtedy, kiedy On nam przebacza grzechy – napisał papież Franciszek w bulli Spes non confundit. Sakrament pokuty i pojednania jest zatem nieocenionym darem, dzięki któremu możemy nie tylko trwać przy Bogu mimo naszej ludzkiej grzeszności, ale także poznać Go tak, jak nie jest to możliwe nigdzie indziej. Oto kilka zamyśleń i uwag, które pomogą zarówno w głębszym zrozumieniu spowiedzi, jak i w bardziej adekwatnym jej przeżywaniu.
Przebaczenie przed skruchą
Na samym początku warto przypomnieć, że – jak zauważył w jednej z homilii papież Leon XIV – “przebaczenie uprzedza skruchę”. Stąd w naszym myśleniu o spowiedzi i przygotowaniu do niej należy pamiętać o tym, że pierwszy krok w stronę naszego pojednania został już zrobiony: postawił go Jezus. Ojcowie Kościoła, komentując w tym duchu Ewangelię o Bożym Narodzeniu, widzą w żłobie Pana symbol naszego ludzkiego grzechu: tak jak zwierzęta nieustannie wracają do paśnika, gdyż głodnieją, tak my, ludzie, wracamy nieraz do tych samych grzechów. W samym ich środku został jednak złożony Jezus – Zbawiciel. Dlatego muszę wiedzieć, że zanim w ogóle pomyślę, by zgrzeszyć, już czeka na mnie On, by mnie rozgrzeszyć. To nie jest tak zatem, że ja muszę się nawrócić, by otrzymać łaskę. Jest odwrotnie: łaska dana mi w samym środku mojego „nienawrócenia” umożliwia postawienie kroków w dobrą stronę i je uprzedza. Przebaczenie jest – jak uczył Franciszek – dla „wszystkich, wszystkich, wszystkich”, bez warunków wstępnych. Wystarczy podejść, a i to już jest łaską. Pierwsza zachęta dotycząca spowiedzi jest zatem następująca: podejdź do niej, cokolwiek by się w twoim życiu w przeszłości nie działo lub cokolwiek nie dzieje się w nim teraz. U Jezusa Miłosiernego jesteś zawsze, bezwarunkowo, mile widziany.
Bramy szeroko otwarte
Papieże Franciszek i Leon XIV proszą usilnie nas, spowiedników, abyśmy nigdy nie stawiali się w roli „kontrolerów” lub „filtrów” łaski. Mamy być „amforami pełnymi wody, od których nikt nie odejdzie spragniony”, oraz „bramami” szeroko otwartymi, a zarazem kimś, kto nawet w najbardziej zawikłanej sytuacji życiowej znajdzie „szczelinę, przez którą wedrze się z łaską rozgrzeszenia”. Taki był i jest przecież Jezus, który w Ewangelii według św. Łukasza rozdział 19. spojrzał na Zacheusza, „zwierzchnika celników i bardzo bogatego” – a zatem na kogoś, kto trwał w stałej i bliskiej okazji do grzechu ciężkiego, bo żył z kradzieży – i powiedział, że „musi zatrzymać się w jego domu”. Tym swoim przymusem „zatrzymania się” w najbardziej nieuporządkowanych domach serc Jezus dzieli się z nami, spowiednikami, i to nam poleca „zorganizowanie” Mu tego pobytu, choćby była to sprawa wybitnie niełatwa. Przemiana życia Zacheusza zaś nie jest warunkiem wstępnym do spotkania z Panem, ale jest jego konsekwencją. Taka właśnie jest optyka Jezusa i w taki, i tylko taki, sposób i w takim duchu my, spowiednicy, możemy tym sakramentem szafować. Mamy być sługami Chrystusa Sługi, któremu bardziej niż nam zależy na naszym pojednaniu. A Wy, drodzy Penitenci, macie prawo po pierwsze – to wiedzieć, a po drugie – tego od nas oczekiwać.
Wybór według potrzeb
Dalej teologia uczy, że „łaska buduje na naturze”. Warto uwzględnić „naturalne” uwarunkowania przy wyborze spowiednika, czasu i miejsca spowiedzi. Wszystko to powinno być uzależnione od potrzeb, jakie wiążą się z naszym aktualnym stanem. Jeśli potrzebujemy prostej spowiedzi z dość zwykłych grzechów z niedługiego okresu, możemy iść do niej gdziekolwiek. Jeśli jednak potrzebujemy spowiedzi dłuższej, po latach, czy też takiej, podczas której chcemy poruszyć jakieś głębsze problemy towarzyszące naszemu życiu – nie jest najlepszym pomysłem ustawienie się w długiej kolejce np. w pierwszy piątek miesiąca czy podczas niedzielnej Mszy św. w parafialnym kościele, kiedy to spowiednikowi zależy na tym, by zdążyć usłużyć wszystkim, co sprawia, że czasu na pogłębioną refleksję jest znacznie mniej. Warto w takich sytuacjach korzystać z dostępnych w większych miejscowościach stałych konfesjonałów i dyżurów spowiedniczych lub umówić się z księdzem, który nam odpowiada. Warto także zatroszczyć się o stałego spowiednika, zwłaszcza jeśli nasz kontekst życia jest „nieregularny”.
Okazanie nawrócenia
Jeśli chodzi o przygotowanie do spowiedzi i samego wyznania grzechów – ważniejsza w nim wydaje się wspomniana znajomość Osoby Boga niż jakiegokolwiek prawa. Benedykt XVI napisał, że prawem Jezusa jest sam Jezus. Wynika z tego, że grzechem nie jest tak bardzo to, co w moim życiu jest naruszeniem jakiejś zewnętrznej normy, ale są nim te sytuacje, w których miałem przekonanie, że Jezus na moim miejscu postąpiłby tak, a ja świadomie wybrałem zupełnie inaczej. To poznawany na modlitwie słowem styl bycia Jezusa – jak uczył Franciszek – powinien być kryterium mojego rachunku sumienia: kiedy nie wiem, jak postąpić, albo czy dobrze postąpiłem, muszę się pytać, jak Jezus zachowałby się na moim miejscu. Wyznanie grzechów zaś – jak uczą księgi liturgiczne – ma być przede wszystkim „okazaniem nawrócenia”, a nie skrupulatnym i nerwowym wymienianiem detali.
Uczynienie zadość
I jeszcze jedno: zadośćuczynienie. Czym ono jest i ma być, uczy w encyklice Dilexit nos papież Franciszek. Chodzi w nim o „uczynienie zadość” pragnieniu Serca Jezusa, by „przyszli do Niego wszyscy”. Mam zatem, w ramach zadośćuczynienia, przede wszystkim zacieśnić moją więź z Panem. To zresztą najlepszy gwarant mojego postanowienia poprawy, bo „kto z kim przestaje, takim się staje”. Franciszek uczy dalej, że to podejście bliżej Serca Jezusa wiąże się z wejściem w misję tego Serca, a jest nią rozprowadzanie krwi – miłości Bożej – po całym Ciele Kościoła. Uczynię zatem Bogu zadość wtedy, kiedy będę świadczył o tym, co od Niego dostałem, a Jego miłość „rozprowadzę” aż na peryferie Kościoła przez moją pasję „poszerzania grona przyjaciół Jezusa” – ludzi, którzy w Kościele czują się u siebie. Tak oto zrealizuje się podstawowy cel spowiedzi: moje podobieństwo do Boga, ale Boga w Trójcy, Wspólnoty Osób. Upodabniam się zatem do Niego nie wtedy, kiedy do świętości idę w pojedynkę, ale wówczas, gdy idę we wspólnocie i ze wspólnotą, nieustannie ją poszerzając.
ks. Karol Godlewski/Tygodnik Niedziela
(autor jest doktorem teologii, asystentem w Katedrze Chrystologii i Personalizmu Chrześcijańskiego KUL JPII)
***
czwartek, 16 lipca 2026
Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel
Public Domain
***
Szkaplerz karmelitański jest to sakramentalium, znakiem zawierzenia i przymierza z Najświętszą Maryją Panną. Składa sie z dwóch części materiału połączonych tasiemkami, które związane są ze zwykłym fartuchem zakonnym.
W Kościele szkaplerz stał się pierwowzorem nowego objawu pobożności, jakim jest noszenie szkaplerza np. dominikańskiego, franciszkańskiego czy szkaplerza św. Michała Archanioła z przypisanymi im zobowiązaniami i obietnicami.
“Noście zawsze Szkaplerz święty. Ja zawsze go noszę i wiele z tego nabożeństwa doznałem pożytku. Pozostałem mu wierny i stał się on moją siłą!”
św. Jan Paweł II
Szkaplerz karmelitański Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel jest ściśle związany z historią i duchowością Zakonu Karmelitańskiego. Szkaplerz został podarowany Karmelitom w momencie, kiedy dalsze istnienie tego zakonu było bliskie rozwiązania. Matka Boża objawiła się św. Szymonowi Stock, Generałowi Zakonu Karmelitańskiego w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku podczas modlitwy w klasztorze w Aylesford w Anglii i powiedziała: Przyjmij, najmilszy synu, Szkaplerz twojego Zakonu. Kto w nim umrze nie dozna ognia piekielnego“. Jest znakiem ochrony przed potępieniem i rychłym wybawieniem z czyśćca. Jest więc znakiem szczególnej opieki Bożej Matki. Przywileje i łaski Szkaplerza św. były potwierdzone wielokrotnie przez papieży. Potwierdzili je: Klemens VII (bullą z dnia 12 sierpnia 1530 r.), Pius V, Grzegorz XIII, Paweł V, Klemens X, a nabożeństwo szkaplerzne polecali wiernym: Pius XI, Pius XII (1951), Paweł VI, Jan Paweł II (2001).
Szkaplerz w istocie jest „habitem”. Ten, kto go przyjmuje, zostaje włączony w mniej lub więcej ścisłym stopniu do Zakonu karmelitańskiego, poświęconego służbie Matki Najświętszej, aby doświadczać słodkiej i macierzyńskiej obecności Maryi w codziennym trudzie przyoblekania się w Jezusa Chrystusa (św. Jan Paweł II). Serce nabożeństwa szkaplerznego stanowi oddanie się Chrystusowi na wzór Maryi przez poświęcenie się na Jej służbę, życie w zjednoczeniu z Nią i naśladowanie Jej cnót.
Znaczenie duchowe szkaplerza
Szkaplerz jest Szatą Maryi, jest znakiem pokuty i nawrócenia.Kto przyjmuje Szkaplerz św., wyrzeka się złego ducha, odnawia przyrzeczenia Chrztu św. i oddaje się Maryi jako Jej dziecko. Kto przyjmuje Szkaplerz, przyjmuje, jak św. Jan Apostoł pod Krzyżem, Maryję do siebie, by żyć w zjednoczeniu z Nią i Jej służyć.
Szkaplerz oznacza poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi i naśladowanie Jej cnót – szczególnie cnoty czystości i pokory. „Niech wszyscy noszący Szkaplerz św., który jest pamiątką otrzymaną od Matki Bożej, widzą w nim oznakę poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Dziewicy” (św. Jan Paweł II).
Szkaplerz oznacza przymierze przyjaźni z Maryją,w którym Ona zobowiązuje się dopomóc nam do zbawienia i uświęcenia, a my zobowiązujemy się do Jej naśladowania, służenia Jej i rozszerzania Jej czci.
Szkaplerz oznacza habit Zakonu poświęconego służbie i czci Matki Bożej.Przyjmując Szkaplerz, pragniemy odtąd żyć tym samym duchem Karmelu, pełnić tę samą misję i żyć w zjednoczeniu z Maryją, dla Maryi, przez Maryję i w Maryi.
Obietnice szkaplerzne
Cała maryjna tradycja Karmelu wiąże ze Szkaplerzem św. dwie wielkie obietnice Maryi i dwie łaski, które z nich wypływają:
Kto w Nim umrze nie dozna ognia piekielnego(słowa Matki Bożej wypowiedziane do św. Szymona). Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem św. pomoc na drodze zbawienia.
Wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci.Jest to tak zwany przywilej sobotni. Matka Boża zapewniła rychłe wybawienie z czyśćca (bulla pap. Jana XXII w 1322 r.), tym, którzy nosząc Szkaplerz, zachowają czystość według stanu i wierność modlitwie: Ja, Matka w pierwszą sobotę po ich śmierci miłościwie przyjdę do nich i ilu ich zastanę w czyśćcu, uwolnię i zaprowadzę ich na świętą Górę żywota wiecznego. Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem pomoc na drodze uświęcenia.
Pomoc i obrona w niebezpieczeństwach duszy i ciała.Maryja obiecuje nas wspierać na drodze naśladowania Chrystusa, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci, pomóc nam w ostatecznej walce o wieczne zbawienie.
Uczestnictwo w dobrach duchowych całego Zakonu karmelitańskiego za życia i po śmierci(w Mszach św., pokutach, modlitwie i ofiarach), gdyż Matka i Królowa Karmelu, jednoczy z sobą w jedną Rodzinę tych, którzy przyjmują Szkaplerz św. Tworzący erygowaną prawnie wspólnotę Bractwa Szkaplerznego korzystają także z daru odpustów zupełnych.
Zobowiązania szkaplerzne
Aby dostąpić spełnienia wielkich obietnic związanych ze Szkaplerzem, potrzeba z naszej strony gotowości do podjęcia pewnych zobowiązań:
Zobowiązujemy się do troski o swoje zbawienie.Podstawowymi wymaganiami dla otrzymania pierwszej obietnicy są: staranie się o swoje zbawienie, zachowywanie przykazań Bożych i kościelnych, unikanie grzechu śmiertelnego i życie w łasce uświęcającej. Jest to także świadome i dobrowolne podejmowanie wyrzeczeń, umartwień i pokut w celu przezwyciężenia zła, wynagrodzenia Bogu i uświęcenia bliźnich.
Zobowiązujemy się do zachowania czystości według stanu, naśladowania cnót Matki Bożej i starania się o świętość życia,aby móc za Jej wstawiennictwem być wybawionym z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci. Codziennie należy więc poświecić jakiś czas na rozmyślanie nad życiem Maryi i nad Jej sposobem służby Bogu (np. w tajemnicach Różańca św.), by umieć Ją naśladować.
Zobowiązujemy się do codziennej modlitwy, zwłaszcza maryjnej.Codzienne odnawiamy poświęcenie się Maryi przez modlitwę nadaną w dniu przyjęcia Szkaplerza przez kapłana (zazwyczaj jest to: Pod Twoją obronę, Witaj Królowo lub 3 Zdrowaś Maryjo).
Zobowiązujemy się do życia duchem i misją Zakonu Karmelitańskiego,z uwzględnieniem charakteru naszego powołania a w jedności z całym Zakonem, zobowiązujemy się raz w roku odprawić w dniach od 7 do 15 lipca nowennę ku czci Matki Bożej Szkaplerznej (prywatnie lub wspólnotowo) i w dniu 16 lipca, w samą Uroczystość, przystąpić do Sakramentów świętych, by otrzymać odpust zupełny, ofiarowany za siebie lub za zmarłych.
Wskazania dotyczące szkaplerza
Aby godnie przyjąć i nosić szkaplerz należy:
przygotować się duchowo przez pojednanie z Bogiem, Spowiedź i Komunię św. (gdyż stan łaski uświęcającej jest warunkiem otrzymania odpustu cząstkowego w dniu przyjęcia Szkaplerza św., a odpustu zupełnego w dniu wstąpienia do Bractwa Szkaplerznego),
poprosić kapłana o poświęcenie i nałożenie Szkaplerza w swojej parafii lub klasztorze karmelitańskim. Każdy kapłan i diakon katolicki może błogosławić i nałożyć Szkaplerz karmelitański według zatwierdzonego Obrzędu. Nie nakładamy go sami, ale otrzymujemy tak, jak habit zakonny lub obrączkę ślubną. Szkaplerz winien być nakładany po uprzednim poświęceniu. Kapłan wyznacza także codzienną modlitwę.
Szkaplerz nosimy na szyi tak, aby jedna jego część spoczywała na piersi, a druga na plecach (można go potem samemu zastąpić medalikiem szkaplerznym).
Zniszczonego Szkaplerza nie powinno się wyrzucać, gdyż został poświęcony, lecz najlepiej go spalić.
Po przyjęciu Szkaplerza dobrze jest pogłębiać maryjną karmelitańską duchowość we wspólnotach Bractwa Szkaplerznego.
karmel.pl
***
Święty Szymon Stock – karmelita, któremu Matka Boża przekazała szkaplerz święty
Rok 2026 jest szczególnym czasem dla całej rodziny karmelitańskiej oraz wszystkich czcicieli Matki Bożej Szkaplerznej. Przypada bowiem 775. rocznica objawienia Matki Bożej św. Szymonowi Stockowi i przekazania mu szkaplerza świętego – znaku Jej opieki, który od wieków prowadzi wiernych do głębszego życia z Chrystusem.
Początki Zakonu Karmelitów
Historia św. Szymona Stocka nierozerwalnie splata się z dziejami Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Początki zakonu sięgają XII wieku, kiedy na Górze Karmel w Ziemi Świętej osiedlili się pustelnicy pragnący prowadzić życie modlitwy, pokuty i kontemplacji. Ich duchowym wzorem był prorok Eliasz, a szczególną patronką i Matką – Najświętsza Maryja Panna.
Około 1209 roku św. Albert, patriarcha Jerozolimy, nadał pustelnikom Regułę Życia, która do dziś stanowi fundament duchowości karmelitańskiej. Po utracie Ziemi Świętej i nasilających się prześladowaniach zakonnicy zostali zmuszeni do opuszczenia Góry Karmel i przenieśli się do Europy.
Nowe warunki okazały się niezwykle trudne. Karmelici spotkali się z nieufnością, a nawet wrogością. Wiele środowisk uważało ich za niepotrzebną konkurencję dla istniejących już zakonów. Powoływano się na postanowienia Soboru Laterańskiego IV z 1215 roku, który zakazywał tworzenia nowych zgromadzeń zakonnych. Ponieważ reguła karmelitańska została zatwierdzona w Ziemi Świętej, istniało realne zagrożenie rozwiązania zakonu.
To właśnie w tym trudnym okresie Bóg powołał człowieka, który stał się jednym z największych obrońców i odnowicieli Karmelu – św. Szymona Stocka.
Życie św. Szymona Stocka
Święty Szymon Stock urodził się około 1165 roku w hrabstwie Kent w Anglii. Według dawnej tradycji już jako młody chłopiec pragnął poświęcić swoje życie Bogu. Przez pewien czas prowadził życie pustelnicze w wydrążonym pniu drzewa. Od angielskiego słowa stock („pień drzewa”) miał powstać jego przydomek.
Około 1213 roku związał się z Zakonem Karmelitów, który właśnie rozpoczynał swoją działalność w Europie. Jego gorliwość, roztropność i zdolności organizacyjne szybko zostały dostrzeżone. Ówczesny generał zakonu, św. Brokard, powierzył mu urząd wikariusza generalnego prowincji europejskich.
W 1237 roku uczestniczył w Kapitule Generalnej Zakonu w Ziemi Świętej, a podczas kolejnej kapituły, która odbyła się w Aylesford w 1245 roku, mimo podeszłego wieku został wybrany szóstym przeorem generalnym Zakonu Karmelitów.
Jako przełożony generalny podjął ogromny wysiłek ocalenia zakonu. Zabiegał o uznanie jego miejsca w Kościele, prowadził rozmowy z władzami kościelnymi i troszczył się o rozwój nowych klasztorów. Dzięki jego mądrości i odwadze karmelici przetrwali najtrudniejszy okres swojej historii. To właśnie za jego rządów zakon przekształcił się z pustelniczego w zakon żebraczy, prowadzący działalność duszpasterską i kaznodziejską w miastach Europy.
Pod płaszczem Maryi
W obliczu zagrożenia istnienia zakonu św. Szymon Stock nie polegał wyłącznie na własnych zdolnościach. Zachęcał współbraci do nieustannego zawierzenia Matce Bożej i gorąco modlił się, aby zachowała zakon noszący Jej imię – Zakon Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel.
Według wielowiekowej tradycji karmelitańskiej, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku, podczas modlitwy w klasztorze w Aylesford w Anglii, ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna otoczona aniołami. W rękach trzymała brązowy szkaplerz karmelitański i wręczając go świętemu powiedziała:
„Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.”
Od tego momentu szkaplerz przestał być jedynie częścią habitu chroniącą zakonny strój podczas pracy. Stał się znakiem szczególnej opieki Matki Bożej nad zakonem karmelitańskim, a z czasem również nad wszystkimi wiernymi, którzy z wiarą przyjmują go i żyją zgodnie z Ewangelią.
Słowo „szkaplerz” pochodzi od łacińskiego scapulae, oznaczającego „ramiona” lub „barki”. W pierwotnej formie była to szeroka część habitu opadająca z przodu i z tyłu. Dziś najczęściej ma postać dwóch niewielkich płatków sukna połączonych tasiemkami. Część spoczywająca na plecach przypomina o poddaniu się woli Bożej i cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża, natomiast część znajdująca się na piersiach wskazuje, że serce chrześcijanina powinno być zwrócone ku Bogu i bliźnim.
Rozwój nabożeństwa szkaplerznego
Siedemdziesiąt jeden lat po objawieniu św. Szymonowi Stockowi, według tradycji karmelitańskiej, Matka Boża ukazała się papieżowi Janowi XXII, przekazując tzw. przywilej sobotni. Obiecała szczególną pomoc duszom tych, którzy wiernie nosili szkaplerz i prowadzili życie zgodne z wiarą. Tradycja ta znalazła odzwierciedlenie w bulli wydanej 3 marca 1322 roku.
W kolejnych wiekach papieże wielokrotnie potwierdzali znaczenie nabożeństwa szkaplerznego. Papież Sykstus V ustanowił 16 lipca świętem Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, a przywilej noszenia szkaplerza został rozszerzony na wszystkich wiernych.
Szkaplerz nosili liczni święci i władcy, między innymi św. Ludwik IX, św. Karol Boromeusz, św. Franciszek Salezy, św. Wawrzyniec Justynian oraz św. Jan Paweł II, który wielokrotnie podkreślał swoje przywiązanie do tego znaku maryjnej pobożności. W Polsce szkaplerz cieszył się ogromnym szacunkiem już od czasów przedrozbiorowych. Przypomina o tym zarówno obraz Jana Matejki przedstawiający Tadeusza Rejtana ze szkaplerzem na szyi, jak i znane powiedzenie: „Szkaplerz noś, na różańcu proś.”
Gorliwość apostolska i cuda
Święty Szymon Stock zasłynął nie tylko jako odnowiciel zakonu, ale również jako gorliwy kaznodzieja i człowiek głębokiej modlitwy. Tradycja karmelitańska przypisuje jego wstawiennictwu liczne łaski i cuda.
Jednym z najbardziej znanych jest opowieść o nawróceniu brata możnego europejskiego władcy. Człowiek ten prowadził życie pełne pychy i oddalone od Boga. Święty Szymon przez długi czas modlił się o jego przemianę, polecając go opiece Matki Bożej. Według przekazu modlitwy zostały wysłuchane – mężczyzna doznał głębokiego nawrócenia, pojednał się z Bogiem i całkowicie odmienił swoje życie. Dla współczesnych stało się to znakiem, że nie ma człowieka, którego Boże miłosierdzie nie mogłoby dosięgnąć.
Przez całe życie św. Szymon wskazywał, że największym cudem nie jest uzdrowienie ciała, lecz przemiana ludzkiego serca i powrót do Boga.
Śmierć i kult
Święty Szymon Stock zmarł 16 maja 1265 roku podczas wizytacji klasztoru karmelitańskiego w Bordeaux we Francji. Został pochowany w tamtejszym kościele karmelitów. Obecnie jego grób znajduje się w katedrze św. Andrzeja w Bordeaux, gdzie do dziś modlą się pielgrzymi.
Już w XV wieku rozwinął się jego kult, który w 1654 roku został rozszerzony na cały Zakon Karmelitów. Kościół wspomina św. Szymona Stocka 16 maja. Jest patronem karmelitów oraz wszystkich wiernych noszących szkaplerz karmelitański.
Święty pozostawił po sobie listy, homilie, dwie antyfony ku czci Matki Bożej oraz dzieło „O pokucie chrześcijańskiej”. Jednak jego największym dziedzictwem pozostaje nabożeństwo szkaplerzne, które od ponad siedmiu i pół wieku prowadzi miliony wiernych do głębszego zawierzenia Chrystusowi przez ręce Maryi.
Szkaplerz nie jest amuletem ani talizmanem. Jest znakiem przymierza z Matką Bożą i zobowiązaniem do życia w łasce uświęcającej, modlitwy, korzystania z sakramentów oraz pełnienia uczynków miłosierdzia. Dla każdego, kto go nosi z wiarą, pozostaje przypomnieniem o nieustannej opiece Maryi oraz wezwaniem do świętości.
W jubileuszowym roku 775-lecia przekazania szkaplerza świętego warto na nowo odkryć przesłanie św. Szymona Stocka: całkowicie zaufać Chrystusowi i oddać swoje życie pod opiekę Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel.
Modlitwa do św. Szymona Stocka
Święty Szymonie Stocku, umiłowany synu Maryi i gorliwy sługo Najświętszej Dziewicy z Góry Karmel, który całym sercem zaufałeś Jej opiece i otrzymałeś od Niej znak szkaplerza świętego, módl się za nami.
Wyproś nam łaskę głębokiej wiary, wytrwałości w modlitwie i wierności Chrystusowi. Pomóż nam naśladować Twoją miłość do Maryi oraz żyć tak, aby nasze serca zawsze należały do Boga.
Niech szkaplerz, który nosimy, będzie dla nas znakiem zawierzenia Matce Bożej, ochroną w chwilach próby i przypomnieniem o powołaniu do świętości.
Święty Szymonie, prowadź nas drogą miłości ku Chrystusowi i Maryi.
Kto może przyjąć szkaplerz? Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?
W dniu święta Matki Bożej z Góry Karmel, zwanej też Szkaplerzną, rozmawiamy o historii, obietnicach i zobowiązaniach związanych ze szkaplerzem karmelitańskim.
Dorota i Kamil Szumotalscy: Skąd wywodzi się szkaplerz?
O. Mateusz Maria od Krzyża OCD: Szkaplerz był zawsze zwykłym fartuchem mnichów. Tunika będąca częścią habitu była bardzo droga i musiała starczyć mnichowi na całe życie. Dlatego mnisi zakładali taki fartuch na tunikę, aby materiał się mniej niszczył i mniej brudził.
Pan Bóg wybiera proste rzeczy – chleb, wino, wodę i z tego czyni gesty sakramentalne. Tak też zrobiła Matka Boża, która objawiła się w XIII wieku św. Szymonowi Stockowi. Dla generała karmelitów był to trudny czas, kiedy nie można było przyjmować nowych powołań do zakonu.
Maryja powiedziała mu wtedy: patrz, ten fartuch, ta prosta rzecz będzie znakiem przymierza między mną a tobą, między mną a twoim zakonem, będzie znakiem dla tych, którzy będą ten szkaplerz nosić jako znak mojej miłości. Fartuch stał się znakiem przymierza między Maryją a ludźmi.
Kto może przyjąć szkaplerz?
Każdy. Od najmniejszego dziecka po najstarszą osobę. Nie trzeba być tego nawet do końca świadomym. Na przykład Jan Paweł II nie był świadomy, kiedy przyjmował szkaplerz, ponieważ mu go nałożono, kiedy był małym dzieckiem. Jest to sakramentalium Kościoła, więc może go nałożyć osoba duchowna – diakon, kapłan.
Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?
Obietnica Matki Bożej mówi, że ten kto umrze odziany w szkaplerz, tego Maryja wyciągnie w pierwszą sobotę po jego śmierci z czyśćca.
Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?
Przy noszeniu szkaplerza jest zachęta, żeby nosić go pobożnie i naśladować cnoty Maryi. Zachęca się do odmawiania codziennej modlitwy, która została odmówiona podczas obrzędu przyjęcia szkaplerza. Tak naprawdę wszystko wiąże się z pogłębianiem życia chrześcijańskiego otrzymanego z łaską chrztu.
Kiedyś przyjąłem szkaplerz, ale już lata temu o nim zapomniałem. Jak wrócić do wypełniania zobowiązań?
Jeżeli nie odrzuciło się szkaplerza z pogardy do niego, to obrzęd nałożenia jest jednorazowy i nie trzeba go powtarzać. Jeżeli po prostu zaniedbałem jego noszenie, to należy go po prostu założyć. Zachęca się też do podjęcia jakiejś pokuty, postu, w ramach wynagrodzenia Matce Bożej za to zaniedbanie i do powrotu do zobowiązań, które zostały nam dane.
Co zrobić ze szkaplerzem, który się zniszczył? Czy nowy szkaplerz musi być ponownie nałożony przez kapłana?
Nie, można go sobie nałożyć samemu. Stary należy spalić, zakopać lub zatopić w godnym miejscu. Ewentualnie można zostawić sobie na pamiątkę.
Czym różni się szkaplerz karmelitański od szkaplerza dominikańskiego lub franciszkańskiego?
Szkaplerz karmelitański jest zdecydowanie pierwowzorem. Jest novum, które nagle pojawiło się w życiu Kościoła. Całkowitą nowością jest to, że ludziom świeckim można dać cząstkę życia zakonnego w postaci szkaplerza karmelitańskiego. Z czasem zrodziły się poboczne formy pewnej pobożności oraz wykorzystania symbolu. Szkaplerz wykorzystuje się dzisiaj jako symbol wejścia w jakąś szczególną więź ze świętymi, z Bogiem.
„Jest on moją siłą”. św. Jan Paweł II najsłynniejszym miłośnikiem szkaplerza
Creative Commons
***
Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.
Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.
Wśród licznej rzeszy duchownych i świeckich miłośników nabożeństwa szkaplerznego najsłynniejszym był św. Jan Paweł II – przypomina o. dr hab. Szczepan Praśkiewicz OCD, konsultor watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.
Szkaplerz noszę zawsze
Karol przyjął znak opieki Matki Bożej w wieku chłopięcym w Wadowicach. To właśnie podczas spotkania w 1999 r. w swym rodzinnym mieście papież przywołał – obok słynnych kremówek – moment, gdy na wadowickiej Górce u ojców karmelitów przyjął jako młody chłopiec szkaplerz.
o. Praśkiewicz przywołuje inne słowa młodego bp. Karola Wojtyły, skierowane do karmelitów bosych:
Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra, noszę zawsze. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel.
Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny glos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem – mówił wówczas przyszły papież.
Fotografie – świadectwa
O tym, że św. Jan Paweł II zawsze nosił szkaplerz, świadczą też liczne fotografie. „Najbardziej znane są trzy: na jednej widzimy sukniany szkaplerz na barkach junaka Karola Wojtyły, pozującego do pamiątkowego zdjęcia wraz z kolegami. Na drugiej szkaplerz widnieje na szyi kardynała, odpoczywającego na Mazurach.
Na trzeciej zaś dostrzegamy brunatny szkaplerz Karmelu na szyi Jana Pawła II przebywającego w Poliklinice Gemelli w 1981 r., tuż po zamachu na jego życie. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nie pozwolił zdjąć ze swej szyi brunatnego szkaplerza karmelitańskiego” – podkreśla o. Praśkiewicz.
Jan Paweł II mówi o szkaplerzu
Oto trzy wybrane cytaty, w których przejawia się wielkie przywiązanie do szkaplerza oraz niezwykłe oddanie Matce Bożej.
„W duchowości szkaplerznej istnieje bardzo mocny i głęboko zakorzeniony pierwiastek chrystocentryczno maryjny: iść za Chrystusem, naśladując Maryję! (…) Duchowość ta ma swój widzialny znak w szkaplerzu, który ja noszę od dawna. (…) Pozostałem szkaplerzowi wierny i jest on moją siłą. (…) Dzień święta Matki Bożej Szkaplerznej jest mi bardzo drogi”.
„Szkaplerz jest przewodnikiem czułej i synowskiej pobożności maryjnej. Poprzez szkaplerz czciciele Maryi (…) wyrażają pragnienie kształtowania swojego życia w oparciu o Jej przykład jako Matki, Opiekunki, Siostry, Przeczystej Dziewicy, przyjmując z czystym sercem Słowo Boże i oddając się służbie braciom. Niech Wam zatem towarzyszy Matka Boża Szkaplerzna! (…) Niech was Ona prowadzi jak gwiazda, która nigdy nie znika z horyzontu. I niech was Ona zawiedzie w końcu do Boga, ostatecznego portu, ostatniej Przystani nas wszystkich”.
„Również i ja od bardzo długiego czasu noszę na moim sercu szkaplerz karmelitański! Z miłości, jaką żywię wobec wspólnej Matki niebieskiej, której opieki doświadczam ustawicznie, życzę, aby wiernym, którzy Ją czczą jako Jej dzieci, żeby wzrastali w Jej miłości i promieniowali w świecie obecnością tej Niewiasty milczenia i modlitwy, wzywanej jako Matka miłosierdzia, Matka nadziei i łaski”.
Kai/Aleteia.pl
***
„Zaniedbywany skarb”. Matematyk ze szkaplerzem: Kościół dostał płaszcz od Mamy
Shutterstock
***
Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystanie z niego.
Prof. dr hab. inż. Ireneusz Jóźwiak jest matematykiem i informatykiem, wykładowcą Politechniki Wrocławskiej. Prywatnie jest mężem Elżbiety, ojcem czwórki dzieci i… wielkim propagatorem szkaplerza.
Szkaplerz – zaniedbany skarb Kościoła… Czy nosisz? Czy jesteś wtulony w płaszcz Maryi, który chroni nie od zwykłego deszczu i chłodu, ale od ognia piekielnego?
16 lipca, w dniu odpustu Matki Bożej z Góry Karmel, nazywanej Szkaplerzną, warto nie tylko odnowić swoje zawierzenie – jeśli już przyjęliśmy ten skarb – ale i zachęcić innych – męża, żonę, dzieci, przyjaciół, znajomych, aby zechcieli przyjąć szatę Maryi, szkaplerz karmelitański – podkreśla prof. Ireneusz Jóźwiak.
Jak to się zaczęło?
Profesor wspomina, że po raz pierwszy usłyszał o szkaplerzu karmelitańskim w czasach studiów doktoranckich. Były lata osiemdziesiąte, mieszkał wtedy w akademiku dla doktorantów i zachorował. W odwiedziny przyszedł przyjaciel i – zupełnie bez racjonalnego powodu – opowiedział mu o szkaplerzu. Co ciekawe, okazało się, że pan Ireneusz nosił już medalik szkaplerzny, ale nie był tego świadomy.
Po tym spotkaniu myśl o szkaplerzu nie dawała mu spokoju. Pojechał do sióstr karmelitanek przy Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu i siostry pożyczyły mu książkę z 1940 r. o. Bernarda od Matki Bożej pt. „Znak zbawienia. Rozmyślania z przykładami dla czcicieli Matki Boskiej Szkaplerznej.”
Ta książka bardzo go zafascynowała i zaczął opowiadać o swoim odkryciu. Szkaplerz stał się przedmiotem rozmów – najpierw z przyjaciółmi, a potem na prywatnych przyjęciach, wreszcie zaczął głosić o nim prelekcje. „Miałem potrzebę mówić o tym, co mnie do głębi poruszyło” – wspomina profesor.
Prelekcje o „zaniedbanym skarbie”
Na jednym z przyjęć jego opowieść usłyszał człowiek związany ze środowiskiem oazy. Spytał, czy wygłosi prelekcję dla grup oazowych we wrocławskim kościele pw. św. Mikołaja przy ul. św. Antoniego u księży salezjanów.
Zgodził się, a po tym pierwszym spotkaniu od razu zaproszono go do innych parafii. I tak zaczęło się pielgrzymowanie z prelekcją pt. „Zaniedbywany skarb Kościoła”, które trwa do dziś.
Od lat 80. odwiedził wiele parafii – nie tylko w archidiecezji wrocławskiej, ale też poza nią. Opowiadał o szkaplerzu w Mrągowie, w Szczecinie i w wielu innych miastach. Jedną z ostatnich, jeszcze przed pandemią, wygłosił w Sanoku.
Schemat spotkań jest prosty: najpierw wykład, który trwa ok. półtorej godziny, a po nim nabożeństwo z nałożeniem szkaplerza karmelitańskiego dla chętnych go przyjąć. Pan Ireneusz prosi kapłanów, aby po prelekcji była możliwość przystąpienia do spowiedzi.
„To niezwykle ważne” – mówi. „Gdy w 2015 r. głosiłem prelekcję w DA Redemptor na wrocławskim Wittigowie, studenci otrzymali łaskę pragnienia spowiedzi tak wielką, że kilku kapłanów musiało usiąść do konfesjonałów, żeby wyspowiadać chętnych” – opowiada. Dlaczego „zaniedbany”? „Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystania z niego” – wyjaśnia.
Nie ma piątki za szkaplerz
Profesor lubi opowiadać o szkaplerzu studentom, dlatego chętnie przyjmuje zaproszenia do duszpasterstw akademickich. Niektórzy nie ukrywają zaskoczenia, gdy w prelegencie rozpoznają nagle swojego wykładowcę rachunku prawdopodobieństwa.
Do ciekawych rozmów dochodzi też podczas wykładów albo egzaminów, zwłaszcza latem, gdy studenci chodzą ubrani lekko i noszony na piersi i plecach tkaninowy szkaplerz łatwo rzuca się w oczy.
Ale profesor nie faworyzuje studentów ze szkaplerzem – wyjaśnia to od razu, żeby nie było wątpliwości – po prostu nawiązuje się między nimi wyjątkowa nić, która nie ma nic wspólnego ani z matematyką, ani ze studiami. Wielu z nich należy do grona jego przyjaciół, z którymi kontakt trwa, mimo że po ukończonych studiach wyjeżdżają z Wrocławia. Łączy ich… szkaplerz.
Maryja chce nas ukryć…
Prof. Jóźwiak od początku czuje, że to Maryi zależy, by mówić o szkaplerzu. Łaski, które Maryja obiecała tym, co szkaplerz przyjmą, zaskakują. „Wśród wielu znanych mi młodych ludzi, którzy przyjęli szkaplerz, duża liczba po jakimś czasie wybrała kapłaństwo. To wielki dar Maryi – powołanie do sprawowania ofiary jej Syna” – mówi profesor.
Gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. św. Szymon Stock zobaczył Maryję, która przekazała mu szkaplerz, pośród wielu obietnic usłyszał od niej zapewnienie o uniknięciu kary wiecznej dla tych, którzy będą go nosili aż do śmierci. Pan Ireneusz wysłuchał przez lata świadectw wielu osób, które noszą szkaplerz i doświadczają cudownej opieki Maryi. Na przytoczenie wszystkich potrzeba osobnej publikacji, ale szczególnie wybrzmiewa jedno z nich.
„Kiedyś po prelekcji podeszła do mnie pani i opowiedziała pewne wydarzenie. Syn jej koleżanki chciał popełnić samobójstwo, stanął na krawędzi, żeby skoczyć. I wtedy, na dole, zobaczył strasznie wyglądającego osobnika, który nakazał mu: «Zanim skoczysz, wyrzuć to chomąto, które masz na szyi».
Mężczyzna najpierw nie zrozumiał, ale po chwili dotarło do niego, że jedyne co ma na szyi, to łańcuszek ze szkaplerznym medalikiem… Nie skoczył. Przeżył głębokie nawrócenie i dziś jest pewien, że to Maryja go ocaliła” – opowiada pan Jóźwiak. I przypomina, że jedna z obietnic Maryi dla noszących szkaplerz brzmi: „kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Założony na szyi niedoszłego samobójcy szkaplerz był dla szatana przeszkodą nie do pokonania, skoro zjawił się, by nakazać go zdjąć…
Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że to płaszcz Maryi. Po drugie dlatego, że nieokryci jesteśmy łatwym celem dla złego – odsłonięci, nadzy i skorzy do upadków. Płaszcz jest tym w naszym zestawie ubrań, co chroni, zabezpiecza przed zimnem, deszczem, śniegiem.
Płaszcz Maryi chroni nas nie od zwykłego chłodu, nie od śniegu, nie od ognia pożaru, ale od ognia piekielnego! Czy może być coś lepszego do okrycia w czasie ziemskiej wędrówki niż płaszcz od Mamy?
13 lipca 1917 roku był dniem, w którym Matka Boża przeraziła troje pastuszków, pokazując im piekło i ostrzegając o kolejnej światowej wojnie oraz o nowej epoce męczeństwa. To zaskakujące – i nadzwyczaj surowe – objawienie miało wpływ na kształt wiary Kościoła w naszych czasach. Warto tę sprawę prześledzić.
Objawienie z 13 lipca przywróciło piekło do centrum katolickiej świadomości
Kiedy Matka Boża Fatimska zaczęła objawiać się trzynastego dnia każdego miesiąca, począwszy od maja 1917 roku, Maria Łucja dos Santos miała 10 lat, jej kuzyn Franciszek 8, a kuzynka Hiacynta Marto – 7. Ale w lipcu, zamiast zachęcać dzieci do odmawiania różańca i kierować ich ku niebu, pokazała im straszliwy widok.
„Widzieliśmy jakby morze ognia” – pisze Łucja. „W tym ogniu były demony i dusze w ludzkiej postaci… Wśród szaleństw i jęków bólu i rozpaczy, które przeraziły nas i sprawiły, że drżałyśmy ze strachu”.
Trzeba oddać Matce Bożej z Fatimy, że wizja piekła nastąpiła dopiero po okresie przygotowania, w tym wizyt anioła i wielu zapewnieniach o niebie. Ale ta wizja mocno dziećmi wstrząsnęła, zwłaszcza Hiacyntą, której osobowość od tego momentu najwyraźniej uległa odmianie.
Jedynym usprawiedliwieniem pokazania takiej wizji dzieciom – że było to rzeczą właściwą, a nie nadużyciem emocjonalnym – wydaje się fakt, że chodziło o drastyczne uświadomienie, iż piekło jest realną rzeczywistością, a my jesteśmy naprawdę zagrożeni niebezpieczeństwem znalezienia się w nim, jeśli nie zrobimy czegoś radykalnego.
To prawda. Piekło jest realną rzeczywistością. A my jesteśmy zagrożeni.
Maryja powtórzyła najbardziej niepopularne – i najważniejsze – przesłanie chrześcijaństwa
Przesłania Jezusa (Mk 1,15), Jana Chrzciciela (Mt 3,1-2) i św. Piotra (Dz 2,38) były takie same: „Nawracajcie się!”. Jezus określił misję Kościoła jako głoszenie nawrócenia i odpuszczenia grzechów (Łk 24,47).
Każdy papież ostatnich dekad, od Piusa XII do Franciszka, mówi: „Grzechem stulecia jest utrata poczucia grzechu”. Odmowa nawracania się – przekonanie, że grzech nie ma znaczenia – leży u podstaw poważnych katastrof moralnych naszych czasów: od aborcji do handlu ludźmi, od epidemii pornografii po liczne brutalne przestępstwa. Ci, którzy nie widzą zła, robią straszne rzeczy.
Wizja piekła ukazana przez Matkę Bożą Fatimską była absolutnie niezbędnym skorygowaniem niedorzecznego oczekiwania, że wszyscy idziemy do nieba bez względu na wszystko. To prawda, że Bóg chce każdemu wybaczyć. Ale jedna rzecz Go może powstrzymać: brak naszego nawrócenia.
Matka Boża Fatimska odarła wojnę z romantyzmu
„Ta wojna się skończy” – powiedziała Matka Boża dzieciom w lipcu 1917 roku. „Ale jeśli ludzie nie powstrzymują się od obrażania Boga, rozpocznie się kolejna, straszliwsza wojna”.
Bez względu na to, jak dzieci zrozumiały szczegóły tego przesłania, ogólny jego sens był dla nich prosty: wojna nie jest dla Boga okazją, aby nagradzać zwycięzców. Wojna jest związana z karą za grzechy.
Paradygmat „nagrody” istniał od dawna w historii chrześcijaństwa: od Karola Wielkiego do Joanny d’Arc, od Matki Bożej Zwycięskiej do konkwistadorów. Kultura chrześcijańska miała swoich Robin Hoodów i królów Arturów, bohaterów o niekonwencjonalnych cnotach, stosujących przemoc w sposób inteligentny.
Ale Matka Boża Fatimska ukazała to wszystko we właściwym świetle. Istnieją cnoty żołnierskie, ale są one przykładem na to, jak Bóg wyprowadza dobro ze zła, a nie przykładem na realizację woli Bożej przemocą.
Wizja z 13 lipca odarła męczeństwo z romantyzmu
Matka Boża Fatimska pokazała również nasze rozumienie męczeństwa. W epoce kina domowego wielu z nas dopiero teraz ogląda „Milczenie” Martina Scorsese, historię jezuity, który traci złudzenia, gdy – szukając chwały pośród prześladowań w Japonii – znajduje grozę, od której martwieje dusza.
Matka Boża Fatimska udzieliła tej lekcji 100 lat temu. Dzieci zobaczyły wizję papieża, który „na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem” szedł, modląc się za ciała zmarłych, które napotykał, dopóki sam nie został zabity. Matka Boża wie, że w perspektywie nieba męczeństwo jest chwalebne – ale na ziemi bolesne i smutne.
Więcej pocieszenia niż potępienia
Po tych wizjach pastuszkowie przekonali się, że muszą bezzwłocznie zacząć pocieszać Jezusa, nawracać grzeszników i powierzać się Maryi.
13 lipca jest tylko częścią ich wielkiej opowieści. Opowieści, która zawiera znacznie więcej pocieszenia niż potępienia i jest przeznaczona dla każdego pokolenia, także naszego.
13 lipca przypada 109. rocznica trzeciego objawienia fatimskiego. Z tej okazji przypominamy związki z Polską jednej z wizjonerek – s. Łucji dos Santos.
Łucja miała świadomość tego, że Polska jest krajem, w którym Matka Boża jest szczególnie czczona i gdzie wielką maryjną pobożnością odznaczali się m.in. kard. Hlond, kard. Wyszyński, a przede wszystkim Jan Paweł II. Z Papieżem Polakiem łączyła ją wyjątkowa duchowa przyjaźń. Kilka razy się spotkali. Poza tym wiedziała, że Polacy są narodem powierzonym szczególnej opiece Niepokalanej, co dokonało się zwłaszcza 8 września 1946 r. pod przewodnictwem kard. Hlonda na Jasnej Górze. „O Polakach zawsze mówiła z wielką miłością i szacunkiem. Miała do nich swoistą słabość: kochała polskich karmelitów, otaczała wielkim szacunkiem Kustosza Sanktuarium Fatimskiego w Zakopanem” – czytamy na stronie sekretariatfatimski.pl.
Rektor Fatimy, ks. Luciano Guerra, przekazywał Polakom słowa s. Łucji, z których wynikało, że Polskę czekają lepsze czasy, ale też stanowiły zapowiedź okresu prześladowań będących próbą wiary. Nade wszystko przesłanie wizjonerki z Fatimy było zachętą do nawrócenia tu i teraz, a także zawierzenia trosk Maryi.
W 1940 r. Łucja napisała list do papieża Piusa XII, w którym przypomniała zapewnienie Matki Bożej o specjalnej opiece nad Portugalią w czasie II wojny światowej. Biskupi portugalscy jeszcze w okresie międzywojennym zawierzyli kraj Maryi. Wizjonerka zachęcała też inne narody do pójścia w ślady Portugalii. Niewykluczone, że na ten list w rozmowie z polskimi hierarchami powołał się papież, czego owocem był akt poświęcenia Matce Bożej narodu polskiego, dokonany w 1946 r.
Symbolicznym wydarzeniem pod kątem relacji s. Łucji z Polską był też obecność polskiego kapłana blisko głównych celebransów jej uroczystości pogrzebowych 15 lutego 2005 r. Polska jak widzimy była bardzo bliska sercu słynnej siostry zakonnej.
Choć związki s. Łucji z Polską nie miały charakteru osobistej obecności czy bezpośredniej działalności w kraju, to jednak były one wyraźne i skupiały się przede wszystkim na relacji z Janem Pawłem II, wpływie orędzia fatimskiego na duchowość Polaków oraz na symbolicznym znaczeniu Polski w kontekście przemian religijnych i politycznych XX wieku.
Polskifr.fr/Tygodnik Niedziela
***
Zaskakujący związek pomiędzy Matką Bożą z Fatimy i islamem
Wisam Sami | AFP
***
Sanktuarium w Fatimie jest nie tylko miejscem pielgrzymek chrześcijan, lecz że przyciąga także wielu muzułmanów.
Najświętsza Maria Panna ukazała się trojgu pastuszkom w pobliżu portugalskiej Fatimy, miasta noszącego imię pewnej muzułmańskiej księżniczki oraz córki Mahometa.
W XII w. wojska chrześcijańskie starały się odbić z rąk muzułmanów zajęte przez nich hiszpańskie i portugalskie miasta. Wtedy to rycerz Gonçalo Hermigues wraz z towarzyszami pojmali muzułmańską księżniczkę Fatimę. Jedna z wersji tej historii mówi o tym, że uwięziona księżniczka zakochała się w portugalskim rycerzu, a ponieważ miłość ta była odwzajemniona, oboje wkrótce zaręczyli się.
Przed ślubem Fatima przyjęła chrzest w wierze katolickiej i przyjęła imię Oureana. Tej właśnie księżniczce nazwy swe zawdzięczają dwa portugalskie miasta: Fatima oraz Ourem.
Interesujące jest także to, że muzułmańska księżniczka nosiła imię jednej z córek Mahometa, Fatimy bint Muhammad, kobiety czczonej w całym muzułmańskim świecie. Przysługiwał jej tytuł al-Zahra – „źródło światła”.
Sam Mahomet powiedział o niej, że spośród wszystkich kobiet w raju będzie ustępowała wyłącznie Maryi, bowiem choć wyznawcy islamu nie traktują Najświętszej Maryi Panny w ten sam sposób, co katolicy, otaczają ją najwyższym szacunkiem.
Jak twierdzi biskup Miguel Angel Ayuso, sekretarz Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego, związek powyższy może być okazją do dialogu. Podczas spotkania modlitewnego chrześcijan i muzułmanów w roku 2014 biskup Ayuso zauważył:
„Kościół katolicki ma świadomość, iż wyznawcy islamu otaczają czcią Maryję Dziewicę, Matkę Jezusa i nabożnie Ją traktują… Koran zawiera wiele ustępów odnoszących się do Maryi. Jeśli Jej imię wspominane jest w islamie, zazwyczaj dodaje się po nim słowa Alayha l-salam, czyli: pokój niech będzie z Nią. Maryja, wzór dla muzułmanów i chrześcijan, jest także wzorem dialogu”.
Sługa Boży abp Fulton Sheen poczynił w przeszłości interesującą obserwację dotyczącą związku pomiędzy szacunkiem muzułmanów dla Maryi i córki Mahometa oraz objawieniem się Matki Boskiej w Fatimie:
„Prowadzi nas to do drugiego punktu argumentacji, mianowicie do wyjaśnienia, dlaczego Najświętsza Matka w XX wieku wybrała na miejsce swojego objawienia małą, nieistotną wioskę Fatima, aby odtąd przyszłe pokolenia znały ją jako Matkę Boską z Fatimy. Cokolwiek dzieje się ze zrządzenia Nieba, wszystkie szczegóły dopracowane są z najwyższą finezją. Wierzę, że Najświętsza Dziewica wybrała sobie miano Matki Boskiej z Fatimy jako obietnicę i znak nadziei dla ludów muzułmańskich i jako zapewnienie, że ci, którzy okazują Jej tak wiele szacunku, pewnego dnia przyjmą również Jej Boskiego Syna”.
Nie powinien więc zdumiewać fakt, że sanktuarium w Fatimie jest nie tylko miejscem pielgrzymek chrześcijan, lecz że przyciąga także wielu muzułmanów. Wyznawcy islamu przyjeżdżają zobaczyć na własne oczy miejsce objawień Maryi w miejscowości, która nazwę swą zawdzięcza jednej z najbardziej czczonych w ich religii kobiet.
Najświętsza Maria Panna wezwała w Fatimie chrześcijan do modlitwy o pokój na świecie. W czasie, gdy jakże wiele przemocy popełnianej jest w imię islamu, o ileż żarliwiej winniśmy zanosić do Matki Boskiej Fatimskiej modlitwy o pokój! Czyńmy to nieustannie i traktujmy Matkę Bożą jako pomost pomiędzy muzułmanami i chrześcijanami, błagając ją o położenie kresu nienawiści, która na całym świecie zbiera swe okrutne żniwo.
Leon XIV: Moc miłości Boga jest silniejsza niż nasze słabości!
Do słuchania, czytania i rozważania Słowa Bożego w okresie wakacyjnym zachęcił Ojciec Święty w rozważaniu przed niedzielną modlitwą „Anioł Pański” w Castel Gandolfo.
fot. Vatican Media
Nawiązując do przypowieści o siewcy z Ewangelii św. Mateusza (Mt 13, 1-23), papież wskazał, że Jezus jest ziarnem, które Ojciec rozsiewa w świecie, aby przyniosło obfity owoc. Zaznaczył, że choć ludzkie serca bywają zamknięte lub nieprzygotowane na przyjęcie Bożego słowa, Bóg nie przestaje obdarzać ich swoją łaską, ponieważ Jego miłość jest silniejsza od ludzkiej słabości.
Bóg potrafi przemienić każde serce
Przywołując słowa św. Jana Chryzostoma, Leon XIV podkreślił, że to, co z ludzkiej perspektywy wydaje się nierozsądne, w Bożym działaniu staje się źródłem nadziei. Jak zaznaczył, Bóg potrafi przemienić nawet najbardziej nieurodzajną „glebę” ludzkiego serca w miejsce wydające owoce.
Jezus czasem napotyka w nas glebę twardą i niewrażliwą, innym razem rozproszoną, podobną do udeptanej ziemi na ścieżkach, do gruntu skalistego albo do krzewów cierniowych. Są jednak chwile, gdy znajduje ziemię przyjmującą i żyzną, a wtedy dokonują się cuda miłości, zdolne przemienić wszystko inne, jak z pewnością także my doświadczyliśmy tego w naszym życiu. Dlatego Ojciec nie przestaje siać, ponieważ wie, że moc Jego miłości jest silniejsza od naszej słabości.
Ojciec Święty zwrócił uwagę, że hojność Boga nie jest przejawem naiwności, lecz wyrazem mądrej miłości, która dostrzega w człowieku dobro, często niewidoczne nawet dla niego samego. Zachęcił wiernych do powierzania się Bogu i otwierania na Jego działanie.
Współczesny świat potrzebuje tych postaw
Podkreślił również, że przyjęcie Słowa Bożego prowadzi do rozwoju owoców Ducha Świętego, takich jak miłość, radość, pokój, cierpliwość, dobroć, wierność, łagodność i opanowanie. Zaznaczył, że współczesny świat szczególnie potrzebuje tych postaw.
Na zakończenie papież wezwał, by w okresie wakacyjnym znaleźć czas nie tylko na odpoczynek, ale „na także słuchanie, czytanie i rozważanie Słowa Bożego, pielęgnując – obok wypoczynku i zdrowej rozrywki – także ważne chwile ciszy i modlitwy”. Zawierzył tę intencję wstawiennictwu Maryi, Królowej Apostołów i Gwiazdy Ewangelizacji.
Zaangażujmy się więc, szczególnie w tych dniach wakacji, aby znaleźć miejsce na słuchanie, czytanie i rozważanie Słowa Bożego, pielęgnując – obok wypoczynku i zdrowej rozrywki – także ważne chwile ciszy i modlitwy.
Watykan – Kai – Stacja7
***
83 lata po Krwawej Niedzieli. Ukraina sama wypisuje się z europejskiej cywilizacji
Europejska cywilizacja wyrosła na trzech fundamentach. Każdy z nich posługiwał się innym językiem. Grecja mówiła językiem filozofów, Jerozolima – językiem Objawienia, a Rzym wypowiedział się językiem prawa. Wszystkie te języki, choć tak różne, wyraziły wspólną prawdę. Głosi ona, że nie można odmówić człowiekowi pochówku.
Grafika wygenerowana komputerowo
***
Wiosna 2025 roku. Po wielu latach batalii z władzami Ukrainy, zespół koordynowany przez Fundację „Wolność i Demokracja” dokonuje w nieistniejącej już wsi Puźniki na zachodzie Ukrainy ekshumacji ofiar ataku oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii z 13 lutego 1945 roku. Odnaleziono szczątki co najmniej 42 ofiar. Kilka miesięcy później wreszcie doczekały się one grobu.
Po co szukać kości ludzi pomordowanych 80 lat temu? Czemu ma służyć cała ta wrzawa, zamęt i szum?
Odpowiedź na to pytanie cywilizacja łacińska zna od swoich narodzin. Dwa i pół tysiąca lat temu udzielił jej Sofokles. W „Antygonie” wskazał, że istnieje prawo wyższe od prawa państwowego. Nad prawem stanowionym stoi prawo naturalne. W to drugie wpisuje się właśnie prawo do bycia godnie pochowanym i prawo do godnego pochowania swoich bliskich. Król Kreon nie zgadza się na pogrzebanie Polinejkesa, ale Antygona lekceważy ten zakaz i ryzykując własnym życiem, spełnia ostatnią powinność wobec swojego brata. „Dłużej mi zmarłym miłą być trzeba niż ziemi mieszkańcom, bo tam zostanę na wieki” – mówi, wyjaśniając swoje motywacje Ismenie. Przypomnijmy, jak potoczyła się ta opowieść. Po samobójstwie Antygony na swoje życie targnął się też wybranek jej serca, syn króla Hajmon. Ze śmiercią syna nie mogła pogodzić się żona władcy, która również sama zakończyła swój żywot. Kreon, który odważył się sprzeciwić niezbywalnemu prawu, kończy tragicznie jako samotny i załamany człowiek. W ten sposób Sofokles przestrzegał sobie współczesnych, a dziś przestrzega potomnych – nie wolno lekceważyć prawa do pochówku i nie wolno zaniedbywać obowiązku pochówku.
To, co Ateny wyczytały z prawa naturalnego, Jerozolimie zostało objawione. Zgodnie z Bożym nakazem, nawet największy zbrodniarz nie może pozostać bez pochówku. „Jeśli ktoś popełni zbrodnię podlegającą karze śmierci, zostanie stracony i powiesisz go na drzewie – trup nie będzie wisiał na drzewie przez noc, lecz tegoż dnia musisz go pogrzebać” – głosi Księga Powtórzonego Prawa. Tego nadanego przez Boga prawa wiernie przestrzegał Tobiasz.
Dawałem mój chleb głodnym i ubranie nagim. A jeśli widziałem zwłoki któregoś z moich rodaków wyrzucone poza mury Niniwy, grzebałem je. I grzebałem także, jeśli kiedy zabił kogoś Sennacheryb, gdy po swej ucieczce powrócił z Judei w dzień sądu, który wykonał na nim Król Nieba za jego bluźnierstwa. W swoim gniewie pomordował on wielu synów Izraela. Ja zaś potajemnie zabierałem ich ciała i grzebałem je. Sennacheryb zaś szukał ich, ale ich nie znalazł. A jeden z mieszkańców Niniwy poszedł i doniósł królowi, że to ja jestem tym, który grzebie potajemnie. Wtedy musiałem się ukrywać, a kiedy dowiedziałem się, że król mnie szuka, aby mnie zabić, bałem się i uciekłem. Wtedy cały mój majątek zagrabiono i nie zostało mi nic (Tb 1, 17-20a)
Podobnie jak Antygona, Tobiasz ryzykował własnym życiem, w tajemnicy grzebiąc pozostawione na śmietnisku poza miastem ciała. Postawił nakaz Boga ponad wolę ziemskiego władcy, choć musiał za to zapłacić bardzo wysoką cenę.
Co Ateny wyczytały z prawa naturalnego, a Jerozolimie zostało objawione – Rzym uporządkował w prawie stanowionym. W ramach ius sepulchri kwestia pogrzebu otrzymała swoją konstrukcję prawną. „Grobowce otacza się wielką czcią…” – pisał Cyceron. Grób nie jest jedynie prywatną sprawą rodziny. Jest dobrem chronionym przez prawo.
Chrześcijańska cywilizacja wiernie strzeże tej wspólnej dla Aten, Jerozolimy i Rzymu intuicji. Dlatego tak wielką wagę do pogrzebu przykłada Kościół katolicki, widząc w nim spełnienie powinności „oddania czci ciałom zmarłych wiernych, które były świątynią Ducha Świętego” oraz okazję do wyznania wiary w życie wieczne i modlitwy za zmarłych. W ten sposób „to, co zmarłym przynosi duchową pomoc, pozostałym daje pociechę płynącą z nadziei”. Katechizm Kościoła Katolickiego włącza więc grzebanie zmarłych do uczynków miłosierdzia względem ciała. Jak głodnych trzeba nakarmić, a spragnionych napoić, tak umarłych trzeba pogrzebać. Każdy człowiek ma prawo do posiłku i każdy człowiek ma prawo do pochówku. Sprawiedliwość – oddanie tego, co się komuś słusznie należy – wymaga przyznania zmarłym prawa do grobu.
Tymczasem jedynie niewielka część z ponad 100 tys. pomordowanych na Wołyniu i w Galicji Wschodniej Polaków otrzymała chrześcijański pochówek. Szczątki wielu z nich leżą w tzw. dołach śmierci. Duża część ofiar w ogóle nie została pochowana – ich ciała pozostawiono w miejscach zbrodni, na przykład w spalonych zabudowaniach. Właśnie stąd ta wrzawa, zamęt i szum. „Dla nas, rodzin zamordowanych, pamiętać, to przede wszystkim móc odnaleźć mogiłę, postawić tam krzyż i swobodnie, bez lęku móc się modlić, opłakiwać najbliższych, składać kwiaty, palić znicze. Czy to tak dużo?” – pytał w 2012 roku dr Leon Popek. Ukraińscy nacjonaliści wymordowali około 40 członków jego rodziny. Niestety, dalej zderza się on z tym, że dla wielu to wciąż za dużo.
Władze w Kijowie muszą zrozumieć, że Ukraina sama stawia się poza kręgiem europejskiej cywilizacji tak długo, jak długo utrudnia ekshumacje i pochówek ofiar. Cywilizacja ta bowiem zaczyna się tam, gdzie nawet zabity wróg ma prawo do grobu.
„Nie o zemstę, lecz o pamięć i prawdę wołają ofiary”
Dla ofiar Wołynia sprawiedliwość to jednak nie tylko pochówek. Sprawiedliwość domaga się też pamięci o zbrodni, a w ramach tej pamięci – wskazania jej sprawców. Nie po to, by kierować tę pamięć przeciw komuś, ale by mogli z niej czerpać ci, którzy będą po nas – jako przestrogę przed nienawiścią, nacjonalizmem i przemocą.
„25 lat temu we Lwowie Jan Paweł II powiedział: >>Niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy będą gotowi stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to, co dzieli, ażeby razem budować przyszłość opartą na wzajemnym szacunku, na braterskiej wspólnocie, braterskiej współpracy i autentycznej solidarności<<” – napisał w czerwcu szef polskiego rządu Donald Tusk, zabierając głos w sprawie napięć wywołanych gloryfikacją OUN-UPA na Ukrainie. W ten sposób dołączył do chóru osób, które chcą wykorzystać autorytet świętego papieża do zamknięcia ust sprawcom owego „szumu”. Łatwo z papieskiego nauczania wyrwać jedno zdanie, które odpowiada bieżącym potrzebom. Zamiast tego, w 83. rocznicę Krwawej Niedzieli lepiej jednak zastanowić się, czego na temat pamięci o Wołyniu tak naprawdę uczy nas św. Jan Paweł II. By to zrobić, trzeba najpierw przypomnieć sobie to wszystko, co papież przełomu tysiącleci mówił o pamięci narodu, z której rodzi się jego tożsamość. Dalej trzeba przypomnieć, co mówił o sprawiedliwości, bez której nie ma pokoju. W Orędziu na Światowy Dzień Pokoju 2002 roku, wspominając cierpienia ofiar nazizmu i komunizmu, Wojtyła postawił pytanie: „w jaki sposób można przywrócić pełny porządek moralny i społeczny, tak barbarzyńsko pogwałcony?”. I zaraz udzielił na nie odpowiedzi: „pogwałcony porządek można przywrócić w pełni jedynie wtedy, gdy powiążemy ze sobą sprawiedliwość i przebaczenie”. Te dwie rzeczywistości, podkreślał ojciec święty, są „filarami prawdziwego pokoju”.
Potrzeba więc sprawiedliwości i przebaczenia. Czy przebaczenie się dokonało? Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech przypomni sobie rok 2022. Uciekający przed wojną Ukraińcy nie trafiali do obozów dla uchodźców. W Polsce byli przyjmowani w domach, jak bracia potrzebujący pomocy. Polskie społeczeństwo zmobilizowało się i każdy, jak tylko mógł, zaangażował się we wsparcie walczącej Ukrainy. Trudno więc twierdzić, że naród polski nie przebaczył narodowi ukraińskiemu.
Papież zaznacza przy tym, że „przebaczenie w żadnej mierze nie przeciwstawia się sprawiedliwości, gdyż nie polega na rezygnacji ze słusznych żądań, by naruszony porządek został naprawiony”. By i sprawiedliwość w kwestii Wołynia mogła się dokonać, Ukraina musi nazwać zbrodnię po imieniu. Dopóki to się nie stanie, Wołyń pozostanie – mimo przebaczenia – „otwartą raną, w którą sypie się wieczny piasek”.
„Kto nie pamięta historii, skazany jest na jej powtarzanie”
Utrudnianie ekshumacji ofiar i brak jednoznacznego wskazania na zbrodnię to jeszcze nie wszystkie problemy, które w związku z Wołyniem generują władze Ukrainy. Jest jeszcze problem trzeci – ze wszystkich najgroźniejszy.
Odwiedzając w czerwcu 1979 roku nazistowski obóz zagłady Auschwitz-Birkenau, św. Jan Paweł II zauważył, że „Oświęcim jest rozrachunkiem z sumieniem ludzkości poprzez te tablice, które świadczą o ofiarach, jakie poniosły narody. Oświęcim jest miejscem, którego nie można tylko zwiedzać. Trzeba przy odwiedzinach pomyśleć z lękiem o tym, gdzie leżą granice nienawiści”.
Podobnie – z tym samym lękiem – trzeba myśleć o ofiarach Wołynia. Tymczasem Kijów kreuje politykę historyczną, w której zamiast lęku w miejscu tym pojawia się duma. Ukraińskie władze budują narrację, w której historia zbrodniarzy z Ukraińskiej Powstańczej Armii zamiast ostrzeżeniem, staje się przykładem do naśladowania. W ten sposób na nowo budzą w duchu ukraińskiego narodu demony nacjonalizmu, które 83 lata temu doprowadziły do bestialskiego wymordowania dziesiątek tysięcy Polaków i przedstawicieli innych mniejszości. Kwestia Wołynia to więc również problem propagowania banderowskiej ideologii. Wobec tego problemu społeczność międzynarodowa nie może pozostać obojętna. Obojętność groziłaby tym, że Europa, która wyrosła z Akropolu, Golgoty i Kapitolu, zdradzając swoje ideały, ponownie doprowadzi nas do Auschwitz.
Karol Kubicki – źródło: Fronda.pl
***
Wołyń jest jak Katyń
Dyskusja z Ukraińcami o Wołyniu jest podobna do tej jaką przez dekady toczyliśmy z Rosjanami o Katyniu. W jednym i drugim przypadku były masowe mordy na Polakach. W obydwu przypadkach musimy się mierzyć z kłamstwem i relatywizowaniem zbrodni.
wikipedia.org
***
Od wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie w 2022 roku przekonuje na łamach „Niedzieli”, że należy wspierać Ukrainę, która została zbrodniczo zaatakowana przez imperialną Rosję. Taka jest nasza racja stanu, bo Moskwa od wieków jest dla nas zagrożeniem egzystencjalnym. A o fakcie, że Polska też jest celem wojny Władimira Putina oficjalnie poinformował szef rosyjskiej dyplomacji w grudniu 2021 roku.
Przez lata niepokojąco tlił się spór o Rzeź Wołyńską, wychwalanie UPA i kult Stepana Bandery. Wydawało się, że po 2022 roku Ukraina ma już wielu nowych bohaterów, którymi może zastąpić wątpliwe etycznie postacie z okresu II wojny światowej. Nadzieje dawał również fakt, że na poziomie centralnym tzn. prezydenckim do gloryfikacji UPA oraz postaci bezpośrednio zamieszanych w mordowanie Polaków dotychczas nie dochodziło.
Niestety wszystko zmieniło się kilka tygodni temu, gdy prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał dekret, którym nadał imię „bohaterów UPA” jednej z elitarnych jednostek wojskowych. By było jasne, nie mam pretensji do walczących żołnierzy, którzy po prostu mogą nie wiedzieć, że UPA była też formacją zbrodniczą i ma krew 100 tys. Polaków na rękach – głównie bezbronnych kobiet i dzieci. Pretensje mam do ukraińskiej klasy politycznej, która celowo ten konflikt z Polską zaostrza i do elit intelektualnych Ukrainy, która fałszywymi mitami historycznymi karmi ukraińskie społeczeństwo. Przeciętny Ukrainiec nie ma bowiem pojęcia, że UPA mordowała Polaków, Żydów, Czechów, a nawet samych Ukraińców. Wiedzą jedynie, że UPA walczyła z sowietami i nic nie wiedzą, że współpracowała z niemieckimi nazistami, a Bandera był tajnym agentem Abwery.
Od kilku tygodni śledzę dyskusję na ten temat w polskich i ukraińskich mediach. Szczerze powiem jestem przerażony jak bardzo niski jest poziom wiedzy historycznej wśród polityków, dziennikarzy i prawie całej ukraińskiej klasy opiniotwórczej. Jednocześnie jest tam wysoki poziom arogancji, odporności na fakty historyczne, butności, a nawet pogardy. Oczywiście są odstępstwa od tej reguły, ale z całości ukraińskiej debaty na temat UPA i Rzezi Wołyńskiej, wyłania się bardzo ponury krajobraz. Dlatego też chylę czoła przed polskimi publicystami, ekspertami i historykami, którzy w języku ukraińskim i próbują dyskutować z nimi w ukraińskich mediach.
Mam też nieodparte wrażenie, że polski dyskurs na temat UPA i Rzezi Wołyńskiej nie był na Ukrainie w ogóle obecny. Zupełnie tak jakby Polskie instytucje odpowiedzialne za politykę historyczną nie prowadziły tam kampanii edukacyjnej i informacyjnej. Nie znalazłem żadnego filmu w mediach społecznościowych w ukraińskim języku, który naświetlałby polski punkt widzenia na tragiczne wydarzenia z 1943 roku. A przecież w czasach mediów społecznościowych dotarcie do ukraińskiego społeczeństwa nie jest czymś specjalnie trudnym i drogim. O tym, że Ukraińcy zupełnie nie znają historii i polskiej wrażliwości świadczą badania przeprowadzone przez Centrum Mieroszewskiego. Okazało się, że przytłaczająca większość Ukraińców o „problemie” Zbrodni Wołyńskiej dowiedziała się dopiero po przyjeździe do Polski.
Jednym z argumentów, który pojawia się w ukraińskiej debacie publicznej jest fakt, że UPA i ukraińskie organizacje nacjonalistyczne nie zostały skazane w czasie Procesów Norymberskich. Niewątpliwie jest to fakt, który łączy Zbrodnię Wołyńską z Katyniem. Sowiecki komunizm i jego zbrodnie też nie zostały osądzone w Norymberdze, co skrzętnie wykorzystuje w swojej polityce Władimir Putin w procesie wybielania zbrodni z czasów ZSRR, a nawet samego Józefa Stalina.
Wołyń i Katyń – te dwa spory historyczne można, a nawet warto porównać, ponieważ dla polskiej pamięci narodowej Katyń i Wołyń są bardzo bolesnymi ranami z czasów II wojny światowej. Choć podłoże zbrodni było inne, to dynamika polityczna i dyplomatyczna tych sporów wykazuje uderzające podobieństwa. Rosja po krótkim okresie otwartości w latach 90. zamknęła śledztwo i utajniła jego akta, uniemożliwiając pełne badanie miejsc pochówku i poznanie pełnej listy zamordowanych ofiar. Natomiast Ukraina przez lata stosowała moratoria na prowadzenie prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych dla polskich specjalistów, uzależniając zgodę od ustępstw politycznych. Polska strona oficjalnie uznaje zarówno Katyń, jak i Wołyń za ludobójstwo. Ani Rosja, która uznała Katyń jedynie za “przestępstwo służbowe”, ani Ukraina, która unika terminu ludobójstwo i mówi tylko o tragedii, nie zgadzają się z polską definicją prawną ludobójstwa. Oczywiście są też różnice, bo Katyń był zbrodnią państwową, zaplanowaną na najwyższych szczeblach komunistycznego państwa, a Wołyń był zbrodnią partyzancką przy masowym udziale ukraińskiego chłopstwa.
Rosyjska polityka historyczna pod rządami Władimira Putina celowo używa Katynia, a kłamstwo i relatywizacja zbrodni są elementem wrogiej polityki imperialnej, mającej na celu upokorzenie i destabilizację Polski, a więc nie większych szans na jakieś polsko-rosyjskie porozumienie. W przypadku Ukrainy istnieje szansa na dialog, ale blokuje go ukraiński strach przed utratą „bohaterów”. Budowanie narodowej tożsamości, z pomięciem faktów niestety często przeradza się w arogancką formę obrony, która ma niewiele wspólnego z historyczną prawdą. Ten fakt również wykorzystuje Moskwa, by siać wrogość miedzy Polakami i Ukraińcami. Niestety polityka historyczna Kijowa obficie Rosjanom w tym pomaga.
Artur Stelmasiak -Tygodnik Niedziela
***
fot. Radio Nadzieja/Łomża
***
Nowenna do Matki Bożej z Góry Karmel Szkaplerz znakiem opieki
Nowennę można odmówić na 9 dni przed liturgicznym wspomnieniem Najśw. Maryi Panny z Góry Karmel (16 lipca), czyli w dn. 7-15 lipca.
Dzień pierwszy
Modlitwa wstępna
Chwalebna Królowo nieba i ziemi, Dziewico Niepokalana, Matko Syna Bożego. Z pokorą cześć Tobie oddajemy i z dziecięcą ufnością prosimy Ciebie, abyś zwróciła na nas swoje miłosierne oczy i raczyła przyjąć tę ofiarę, którą podczas tej nowenny Tobie przynosimy. Dopomóż nam godnie i owocnie przygotować się do przeżycia Twojej uroczystości.
Rozważanie
Najświętsza Maryjo, Ozdobo i Matko Karmelu. Jasny obłok wznoszący się nad morzem, który widział prorok Eliasz, użyźnił spragnioną ziemię obfitym deszczem i był zapowiedzią Twojego dziewiczego macierzyństwa. Ty porodziłaś światu Jezusa – Zbawiciela, który wylał na nasze dusze ożywcze tchnienie łaski.
Pokornie prosimy Ciebie, Bogarodzico, uproś nam u Twojego Syna zdroje łask, abyśmy nimi wzbogaceni i umocnieni, przynosili owoce cnót i dobrych uczynków oraz służyli Bogu z wiarą i miłością, i zasłużyli na oglądanie Go w wiecznej szczęśliwości.
Modlitwa o łaskę
O Najświętsza Dziewico, wyjednaj nam tę łaskę, o którą z pokorą i ufnością, za Twoim pośrednictwem prosimy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Najświętsza Maryjo, Gwiazdo Karmelu i nasza Matko. Ty szczególną miłością darzysz swoje dzieci, opiekujesz się nimi, wypraszasz światło i pouczasz przykładem. Uproś nam, najłaskawsza Pani, aby Syn Twój, Jezus Chrystus, swoim światłem rozproszył ciemności naszego umysłu, abyśmy poznali głębię Jego miłości i całym sercem Go umiłowali, a także umiłowali nasze powołanie i wiernie wypełniali płynące z niego zobowiązania.
Niech Twoja przyczyna to sprawi, byśmy nasze życie ofiarowali dla większej chwały Boga i zbawienia bliźnich.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Maryjo, Mistrzyni i Matko Karmelu. Ty przyjęłaś ofiary sług Twoich, którzy na Górze Karmel cześć Tobie oddawali jako Matce Zbawiciela. Przez dobroć Twoją, jaką im okazałaś i nam nieustannie świadczysz, prosimy Ciebie, dopomóż nam przekształcić nasze serca na świątynie Boga żywego.
Dopomóż ozdobić je kwiatami cnót i dobrych uczynków, aby stały się godnym i miłym mieszkaniem dla Syna Twojego, Jezusa.
Daj nam oderwać się od tego, co niskie i ziemskie, abyśmy wznieśli serca ku temu, co wieczne i nade wszystko miłowali Boga i wielbili Go naszym życiem.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Maryjo, Chwało Karmelu i nasza Matko. Ty na znak szczególnej Twej miłości chcesz, abyśmy nazywali się Twoimi dziećmi. Obudź w naszych sercach pragnienie, byśmy we wszystkich trudach i cierpieniach życia u Ciebie szukali schronienia, pomocy i pociechy. Zachęcaj nas Twoim przykładem do pełnienia cnót i dobrych czynów. Matko Miłosierdzia, dopomóż nam wieść życie pobożne i święte, abyśmy stali się dziećmi godnymi Ciebie i zostali zaliczeni do grona sprawiedliwych, których imiona zapisane są w księdze życia.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
O Maryjo, Obrończyni Karmelu i nasza Matko. Ty w czasie burz dziejowych broniłaś swój zakon karmelitański i ochraniałaś go swoją opieką od zniszczenia i upadku. Prosimy Ciebie, Orędowniczko nasza, broń nas od nieprzyjaciół duszy i ciała, byśmy w pokoju i bezpieczeństwie służyli Bogu dla Jego większej chwały i Twojej czci.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Maryjo, Królowo Karmelu i Matko nasza. Ty zaszczyciłaś tytułem przybranego synostwa wiernego sługę Twego, Szymona Stocka i przez niego obiecałaś wyprosić obfite zdroje łask i błogosławieństw dla tych, którzy wierni swojemu powołaniu nabożnie nosić będą Twoją szatę. Dopomóż nam, o Maryjo, aby przywileje szkaplerza świętego – wielokrotnie przez Kościół potwierdzane – stały się naszym udziałem w tym życiu, a zwłaszcza w godzinie naszej śmierci, abyśmy zostali dopuszczeni do uczestnictwa w chwale niebieskiej.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Maryjo, Opiekunko i Matko Karmelu. Twój święty szkaplerz jest naszą obroną pośród niebezpieczeństw. Prosimy Ciebie, niech Twoje potężne wstawiennictwo zachowa nasze dusze i ciała od wszelkich złych przygód. Strzeż nas nieustannie, o Matko pełna dobroci i miłosierdzia, abyśmy nie dopuścili się żadnego grzechu, który zasmuciłby Boskie Serce Twojego Syna. Bądź nam przewodniczką po drogach prawdy i umiłowania Bożych przykazań.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Dziewico Maryjo, Ozdobo Karmelu i nasza Matko. Dar szkaplerza świętego jest widzialnym znakiem Twojej ku nam miłości. Z woli Twojego Syna zechciałaś nas przygarnąć jako najmilsze dzieci Twoje. Opiekuj się nami i wyjednaj u Jezusa tę łaskę, abyśmy nigdy Ciebie nie zasmucali, lecz zawsze byli Twoją radością i chwałą.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Dziewico Maryjo, Opiekunko Karmelu i nasza Matko. Wierzymy, że nigdy nie opuszczasz swoich wiernych sług. Dopomóż nam, o Matko najmilsza, abyśmy pozostali Tobie zawsze wiernymi. Opiekuj się naszymi sercami, pomóż nam obmyć je z brudów grzechu i przyozdobić miłymi Bogu kwiatami cnót. Niech Syn Twój zamieszka w nich na zawsze, aby nieprzyjaciel ludzkich dusz odstąpił od nas i byśmy w ostatniej godzinie doznali radości widzenia Boskiego oblicza. Wyjednaj nam także, o Najświętsza Dziewico, tę łaskę, o którą podczas tej nowenny – za Twoim pośrednictwem – z pokorą i ufnością prosiliśmy Twojego Syna, naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków. Amen.
K. Módl się za nami, Królowo szkaplerza świętego. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się. Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty ozdobiłeś zakon karmelitański zaszczytnym tytułem Najświętszej Rodzicielki Twojego Syna, Maryi, zawsze Dziewicy, † spraw łaskawie, abyśmy oddając Jej cześć i umocnieni Jej obroną * zasłużyli na osiągnięcie wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Szkaplerz karmelitański – kto go nosi, nie pójdzie do piekła
Flos Carmeli, fot. Fr Lawrence Lew, OP/Flickr.com
***
Noszenie Szkaplerza Karmelitańskiego jest wyrazem szczególnej czci ku Matce Bożej oraz prośbą o jej matczyną opiekę, szczególnie w godzinie śmierci.
„Kwiat Karmelu”
Historia Szkaplerza Karmelitańskiego związana jest z osobą św. Szymona Stocka, generała oo. Karmelitów na Górze Karmel w Palestynie. 16 lipca 1251 roku objawiła mu się Matka Boża, wręczając szkaplerz koloru brunatnego i wypowiadając słowa:
Przyjmij, najukochańszy Synu, szkaplerz zakonu twego jako znak mojego Bractwa i szczególniejszej łaski dla ciebie i dla wszystkich Karmelitów. Kto umierając mieć będzie na sobie ten szkaplerz, zachowany zostanie od ognia piekielnego, jest to bowiem godło zbawienia, puklerz i tarcza przeciw wszelkim niebezpieczeństwom, rękojmia pokoju i szczególnej mej opieki do końca wieków.
Szkaplerz stał się znakiem szczególnej opieki Matki Bożej nad Zakonem Karmelitańskim, a za przykładem oo. Karmelitów poszli ludzie świeccy, a także święci. Nosili go m.in. św. Jan Maria Vianney, św. Jan Bosko, św. Jan Paweł II.
Nałożeniu szkaplerza towarzyszy oddzielny obrzęd, w czasie którego kapłan wyznacza przyjmującemu codzienne odmawianie określonej modlitwy maryjnej. Wszyscy ci, którzy z wiarą noszą szkaplerz oraz przestrzegają warunków z tym związanych, dostąpią łaski zachowania od ognia piekielnego.
Znaczenie duchowe
Sam szkaplerz składa się z dwóch prostokątnych kawałków wełnianego sukna w kolorze brunatnym. Jego przednia część, noszona na piersi ma przypominać, że nasze serce bije dla Boga i bliźnich i za pośrednictwem Maryi ma wiązać się z dobrami wiecznymi. Cześć tylna, noszona na plecach przypomina, że wszystkie trudy i krzyże powinniśmy znosić z pokorą, jak to czyniła Maryja. Na co dzień, zamiast szkaplerza, dozwolone jest noszenie medalika szkaplerznego.
Noszenie szkaplerza oznacza uznanie Maryi za duchową Matkę, jest znakiem nabożeństwa maryjnego, które polega na oddaniu i poświęceniu się Świętej Rodzicielce. Członkowie Bractwa Szkaplerza Świętego Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel starają się wytrwale naśladować Matkę Bożą, kierując się w życiu cnotami posłuszeństwa, pokory i skromności.
W Polsce istnieje sto kilkadziesiąt bractw szkaplerznych, głównie przy zakonach karmelitów trzewiczkowych i bosych, ale także przy parafiach – najwięcej jest ich na Śląsku.
Akt oddania się Matce Bożej Szkaplerznej (karmelitański)
O najchwalebniejsza Dziewico Maryjo, Matko Szkaplerza świętego! Oto ja, niegodny zaszczytu nazywania się Twoim sługą, ośmielony Twoją dobrocią i pragnieniem służenia Tobie, obieram Cię za moją jedyną i najlepszą Matkę i Orędowniczkę.
Wobec Trójcy Przenajświętszej, Ciebie, mojego Anioła Stróża, uroczyście odnawiam przyrzeczenia, które złożyłem Tobie, Matko Najświętsza w dniu przyjęcia Szkaplerza świętego.
Pragnę wiernie i gorliwie służyć Tobie i Twemu Boskiemu Synowi przez całe moje życie. Składam Ci również synowskie podziękowanie za to, żeś mnie spośród tylu milionów dusz, poprzez Szkaplerz święty, zaliczyć raczyła do umiłowanych dzieci swoich.
Przyrzekam Ci i postanawiam, że pragnę pozostać wiernym Twoim synem, całym sercem Cię kochać oraz naśladować Cię w cnocie i pobożności.
Przyjmij, Matko Najświętsza, tę moją ofiarę i spraw łaskawie, aby Szkaplerz święty, który noszę, stał się dla mnie znakiem Twojej szczególnej opieki, ochroną przed grzechem, tarczą przed atakami nieprzyjaciela, zachętą do praktykowania cnoty i środkiem do osiągnięcia zbawienia. Proszę Cię o to przez Twojego Syna, Jezusa. Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Stacja7.pl
***
Jak i gdzie przyjąć szkaplerz? Praktyczne informacje
fot. karmel.pl
***
Tym, którzy przyjmą szkaplerz, Maryja obiecała: “Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Kto może przyjąć szkaplerz? Jakie są warunki jego przyjęcia? Gdzie można znaleźć obrzęd nałożenia szkaplerza?
Szkaplerz przystosowany do użytku wiernych świeckich złożony jest z dwóch prostokątnych wycinków brązowego sukna wełnianego połączonych dwoma tasiemkami. Wymiary płatków mogą być dowolne. Jest on niejako zminimalizowanym habitem. Zwykle na obu płatkach jest umieszczony wizerunek lub symbol Pana Jezusa, i Matki Bożej Szkaplerznej. Oto kilka praktycznych informacji dotyczących szkaplerza.
Szkaplerz. Jak go przyjąć?
1. Jakie są warunki przyjęcia szkaplerza?
Istnieje jeden zasadniczy warunek: niewymuszone, szczere i świadome pragnienie przyjęcia szkaplerza oraz zawierzenia siebie Maryi w tym znaku. Zawierzenie to obejmuje decyzję dzielenia z Maryją własnej codzienności i naśladowania Jej stylu życia.
2. Jak przygotować się do przyjęcia szkaplerza?
Przygotowanie powinno wyrazić się odbyciem sakramentalnej spowiedzi, aby w czasie przyjmowania szkaplerza znajdować się w stanie łaski uświęcającej. Umożliwi to Maryi skuteczniejsze oddziaływanie i pomoc oddanemu Jej człowiekowi.
3. Czy do przyjęcia szkaplerza konieczna jest spowiedź?
Jeżeli spowiedź jest możliwa i nie ma żadnej przeszkody, by ją odbyć, powinna poprzedzić przyjęcie szkaplerza. Istnieją jednak sytuacje, w których spowiedź nie jest możliwa: np. związek niesakramentalny, którego stanu nie da się obecnie uregulować z powodu istniejącej przeszkody kanonicznej. W takich okolicznościach można przyjąć szkaplerz wyrażając pragnienie, by Maryja w tym znaku pomogła wytrwać w dobrym i – gdy ustanie przeszkoda – uregulować życie sakramentalne.
4. Czy szkaplerz trzeba przyjąć osobiście?
Tak, szkaplerz trzeba przyjąć osobiście. Domaga się tego powaga samego znaku jak i charakter relacji z Maryją, która pragnie nawiązać z każdym z nas indywidualną, intymną i niepowtarzalną relację.
5. Czy osoba świecka może ważnie przyjąć do szkaplerza?
Osoba świecka nie może ważnie przyjąć innej osoby do szkaplerza.
6. Kto może mnie przyjąć do szkaplerza?
Do szkaplerza może ważnie przyjąć każdy kapłan zakonny lub diecezjalny oraz diakon, posługując się zatwierdzonym przez Stolicę Świętą obrzędem.
7. Czy mogę nałożyć szkaplerz osobie starszej lub chorej?
Można nałożyć szkaplerz osobie starszej lub chorej. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to oficjalne przyjęcie do szkaplerza. Gdy ustanie przeszkoda choroby, osoba powinna udać się do kapłana z prośbą o nałożenie szkaplerza. Jeśli z powodu starości nie może tego uczynić, trzeba poprosić kapłana do domu, aby takiego nałożenia dokonał.
8. Gdzie mogę znaleźć obrzęd nałożenia szkaplerza?
Tekst obrzędu można znaleźć na stronie internetowej www.karmel.pl. Znajduje się on również w Nowennie Szkaplerznej, którą można zamówić w karmelitańskim Wydawnictwie, pisząc na adres: Wydawnictwo Karmelitów Bosych, ul. Z. Glogera 5, 31-222 Kraków, lub dzwoniąc na numer tel. (012) 416 85 00.
9. Skąd wziąć szkaplerz?
Szkaplerz można nabyć w każdym klasztorze karmelitów bosych i karmelitanek bosych udając się tam osobiście lub pisząc na adres któregoś z tych klasztorów.
10. Co to jest księga szkaplerzna?
Księga Szkaplerzna to dokument zawierający wykaz osób, które przyjęły szkaplerz.
11. Czy muszę wpisać się do księgi szkaplerznej?
Księga Szkaplerzna to dokument świadczący o ludzkiej wierze w pośrednictwo Maryi. Wszyscy przyjmujący szkaplerz zachęcani są do pozostawienia w niej swych podstawowych danych: imię i nazwisko, wiek, miejsce zamieszkania. Wpis do Księgi Szkaplerznej nie jest jednak warunkiem przyjęcia szkaplerza i jeśli ktoś nie chce, nie musi takiego wpisu dokonywać.
12. Jak wpisać się do księgi szkaplerznej?
Jeśli osoba przyjmuje szkaplerz w innym miejscu niż klasztor karmelitański, który posiada Księgę Szkaplerzną, a chce do takiej Księgi być wpisana, wystarczy, że prześle informację o fakcie przyjęcia szkaplerza na adres: Karmelici Bosi, Czerna 79, 32-065 Krzeszowice. Informacja powinny obejmować dane: a) miejsce i datę przyjęcia szkaplerza; b) imię, nazwisko i wiek osoby, która przyjęła szkaplerz; c) imię i nazwisko kapłana, który szkaplerz nakładał.
13. Co zrobić ze zniszczonym szkaplerzem?
Jeśli osoba nosiła szkaplerz sukienny, który uległ zniszczeniu i chce założyć nowy, stary szkaplerz najlepiej spalić. Nie powinno się go wyrzucać do śmieci ze względu na szacunek dla Maryi, od której ten znak otrzymaliśmy.
14. Czy ponownego nałożenia szkaplerza musi dokonać kapłan?
Osoba, która zmienia stary szkaplerz na nowy czyni to sama. Nie potrzeba prosić o to kapłana. W sytuacji, gdy szkaplerz został odrzucony z pogardy, ponowne nałożenie go, po dobyciu spowiedzi, powinno dokonać się rękami kapłana.
15. Czy potrzebny jest obrzęd nałożenia szkaplerza?
Forma noszonego szkaplerza (z sukna czy medalik) jest osobistym wyborem konkretnego człowieka. Natomiast uczestnictwo w łaskach z nim związanych wymaga przyjęcia według obrzędu zatwierdzonego przez Stolicę Świętą. Oczywiście każdy może sobie założyć medalik szkaplerzny na szyję i z pewnością Maryja będzie mu w życiu towarzyszyć. Jednak uczestnictwo w łaskich związanych z szkaplerzem karmelitańskim wymaga pełnej formy przyjęcia tego znaku.
16. Kiedy mogę przyjąć szkaplerz?
Szkaplerz można przyjąć w dowolnym, wybranym przez siebie dniu. Szczególnej jednak wymowy nabiera jego przyjęcie w jakieś święto maryjne. Wówczas związek z Maryją staje się jeszcze bardziej wyraźny.
17. Czy przyjęcie szkaplerza można co jakiś czas odnawiać?
Raz dokonanego obrzędu przyjęcia szkaplerza z rąk kapłana nie trzeba powtarzać. Istnieje natomiast piękny zwyczaj ponawiania swego oddania się Maryi każdego roku, w rocznicę przyjęcia szkaplerza. Zwyczaj ten nie ma określonej formy. Najczęściej wyraża go nawiedzenie kościoła, podziękowanie Maryi za łaskę przyjęcia Jej znaku oraz ponowienie w sercu aktu zawierzenia się Jej.
Stacja 7.pl
***
Modlitwa do Matki Bożej Szkaplerznej
Pietro Novelli, Our Lady of Carmel and Saints/Wikipedia.org/domena publiczna
***
Proszę Cię Maryjo, aby Twój szkaplerz był dla mnie znakiem zbawienia, bronią w niebezpieczeństwach duszy i ciała.
O Najchwalebniejsza, Królowo Niebios, Maryjo. Najczystsza, Dziewico i Najgodniejsza Boża Rodzicielko. Przypominam dziś sobie w głębi serca przez przyjęcie szkaplerza świętego zawarte z Tobą przymierze, że przez całe życie będę jak najwierniej i jak najgorliwiej służył(a) Tobie i Twojemu Boskiemu Synowi. Składam Ci najpokorniejsze dzięki, o Najpotężniejsza Pani, że raczyłaś mnie biednego grzesznika (grzesznicę) przyjąć do grona Braci (Sióstr) za pośrednictwem szkaplerza świętego. Obieram Cię dzisiaj na zawsze za moją Najukochańszą Matkę, Opiekunkę i Pośredniczkę przed Bogiem.
Proszę Cię pokornie, aby Twój szkaplerz był dla mnie znakiem zbawienia, bronią w niebezpieczeństwach duszy i ciała. O Najlitościwsza Matko, wyjednaj mi u Boskiego Syna odpuszczenie grzechów moich, łaskę do prawdziwej pokuty i poprawy mojego życia, stałość w wierze świętej, w nadziei, w miłości Boga i bliźniego, w cierpliwości i w czystości odpowiedniej do mojego stanu. Szczególniej zaś stań przy mnie w ostatniej chwili mego życia i daj mi doznać tego, coś przyrzekła, że kto w tym świętym Twoim szkaplerzu umrze bogobojnie, ten nie będzie cierpiał ognia wiecznego. Amen.
P. Módl się za nami, Królowo, Ozdobo Karmelu. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się: Prosimy Cię Panie, niech nas wspomaga pełne godności wstawiennictwo chwalebnej Dziewicy Maryi, Matki i Królowej Karmelu, abyśmy wsparci Jej opieką mogli dojść na szczyt góry, którą jest Chrystus, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.
Stacja7.pl
***
Odpoczynek. Niebiański i ziemski
Południe – Odpoczynek od pracy (wg Milleta), Vincent van Gogh
***
Pobyt w Raju to nie leniuchowanie naturystów w pięknych okolicznościach przyrody.
Bóg powołał człowieka do pracy, ale położył także nacisk na potrzebę odpoczynku. W tym kontekście rodzi się pytanie, czy po śmierci czeka nas faktycznie wieczny odpoczynek? Czy tak bardzo zmęczymy się życiem na ziemi, że będziemy musieli przez całą wieczność odpoczywać? Przez całą wieczność?!
Oferta pracy… od Boga
Niektórzy naiwnie wyobrażają sobie pierwotny stan szczęścia, który był udziałem Adama i Ewy, jako coś na kształt sielanki, bez konieczności chodzenia do pracy, bez obowiązków, bez trudu. Krótko mówiąc stan laby. Wystarczyło tylko nie zrywać zakazanego owocu i wiodłoby się gnuśną egzystencję, hasając na golasa na łonie natury. Trzeba otwarcie powiedzieć, że taka wizja Raju jest całkowicie sprzeczna z Biblią. Bóg stworzył człowieka i osadził w ogrodzie Eden, aby tam pracował. Pobyt w Raju nie był leniuchowaniem naturystów w pięknych okolicznościach przyrody.
„Pan Bóg zatem wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2,15).
Między innymi ten fragment przywołuje Zacharia Sitchin, który uważa, że ludzi stworzyła rasa istot z planety Nibiru, ponieważ potrzebowali oni na Ziemi niewolników do pracy. Jednakże, według Biblii, Bóg, choć stworzył człowieka do pracy, nie pragnął mieć niewolnika, ale zaprosił nas do partnerstwa i współpracy w dziele stworzenia. Chciał, abyśmy razem z nim panowali nad światem. Człowiek został bowiem stworzony, aby panował nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi (por. Rdz 1, 26). Panował, czyli dbał i troszczył się o cały stworzony świat!
Tak pojmowana praca jest współpracą z dziełem Stwórcy, kontynuacją tego, co On rozpoczął – wspomaganiem Bożego działania. Jest to równocześnie droga samodoskonalenia się człowieka, jego rozwoju jako indywidualnej osoby i jako wspólnoty ludzi.
Z pewnością nie wszystkich zachwyca, że według Biblii Stwórca powołał nas do pracy, do podejmowania trudu i wysiłku na wzór naszych pierwszych rodziców. Oczywiście wynika to z faktu, że pracę postrzegamy często jako źródło udręki, ale to już jest konsekwencją grzechu pierworodnego. Przed upadkiem podejmowany wysiłek nie był dla pierwszych ludzi żadną przykrością, ale raczej radością i okazją do spotkania ze Stwórcą. Człowiek czuł się szczęśliwy i spełniony, mogąc pracować i trudzić się. Praca była powołaniem człowieka, przynoszącym mu pokój i radość. Grzech pierworodny wszystko popsuł i wprowadził dysonans do istniejącej harmonii. Odtąd praca często stawała się synonimem harówki i uciemiężenia, była elementem wykorzystywania i wyzysku człowieka przez człowieka. Grzech pierworodny zmienił okoliczności na mniej przyjemne, ale nie zmieniło się nasze fundamentalne powołanie do pracy.
„Odpoczynek” Charles Sprague Pearce
***
Naśladuj Boga – i też odpoczywaj!
Na samym początku Pisma Świętego czytamy, że gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym trudzie, jaki podjął (Rdz 2, 2). Oczywiście autor Księgi Rodzaju nie pisał reportażu czy też sprawozdania z siedmiu dni stwarzania. Bogu, jako Duchowi czystemu odpoczynek nie jest potrzebny. W Księdze Izajasza czytamy: „On się nie męczy ani nie nuży” (Iz 40,28). O odpoczynku Boga napisano ze względu na człowieka, który potrzebuje odpoczynku. Bóg dał więc przykład człowiekowi, kiedy i jak należy odpoczywać.
Odpoczynek jest przewidziany przez Boga jako coś dobrego dla ludzi. A nawet boskiego, bo przecież sam Bóg odpoczywał i polecił nam, abyśmy go naśladowali (zarówno w pracy, jak i w odpoczywaniu): „Sześć dni będziesz się trudził i wykonywał swą pracę, lecz w siódmym dniu jest szabat Pana, Boga twego. Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służąca, ani twój wół, ani twój osioł, ani żadne twoje zwierzę, ani obcy, który przebywa w twoich bramach; aby wypoczął twój niewolnik i twoja niewolnica, jak i ty.” (Pwt 5,13-14). Można powiedzieć, że przykazanie jest tu podwójne, zawiera dwa polecenia: nakazuje odpoczynek w szabat i pracę przez sześć dni w tygodniu. To Bóg nakazał człowiekowi pracę i nakazał odpoczynek.
Tym, co odróżniało ich od innych ludów i narodów, było właśnie świętowanie szabatu, ostatniego dnia tygodnia, który następował po sześciu dniach pracy. Izraelici dali wyraz przekonaniu, że w życiu ludzkim regularnie trzeba wyznaczyć czas, w którym człowiek uświadamia sobie, kim naprawdę jest oraz jaki sens mają jego życie i podejmowane wysiłki. Wzmianka o Bogu, który odpoczął siódmego dnia (Rdz 2,2), leży u podstaw ustanowienia szabatu jako dnia odpoczynku (Kpł 16,31), roku szabatowego (Kpł 25,3-6) jako roku wytchnienia dla ziemi uprawnej i roku jubileuszowego jako czasu społecznej restytucji dóbr i własności (Kpł 25,8-17).
Błędy i wypaczenia odpoczywania
To dość dziwne, ale ludzie potrafią zrobić nawet z odpoczynku udrękę. Wyznawcy judaizmu – zwłaszcza ci bardziej ortodoksyjni – do dziś traktują przykazanie nie pracowania w szabat bardzo kategorycznie. Pobożni Żydzi od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę nie robią nic, co choćby przypomina pracę. Pochodzący z żydowskiej rodziny słynny amerykański fizyk-noblista, Richard Feynman, wspominał w swojej autobiografii („Pan raczy żartować, panie Feynman”), że jego ojciec w szabat nie używał windy, bo w latach dwudziestych XX w., kiedy wciskało się guzik przywołujący windę, w przełączniku przeskakiwała iskra. A iskra to ogień. Tymczasem w szabat nie wolno było rozpalać ognia… Przed wojną w kursujących w sobotę pociągach można było podobno spotkać Żydów siedzących na butelkach z wodą. W szabat istniał bowiem zakaz podróżowania, chyba że płynęło się statkiem i poruszało się po wodzie. Butelka miała więc zastąpić morze czy rzekę. Izraelscy specjaliści zbudowali natomiast specjalne koszerne lodówki, w których w szabat po otwarciu drzwiczek nie zapala się światło.
Warto sobie zadać pytanie, czy gdzieś nie zagubiła się tu idea odpoczynku?
„Odpoczynek” John Singer Sargent
***
O zaletach godziwego odpoczynku
Godziwy odpoczynek nie jest udręką, ale czynnością, która przywraca człowiekowi siły, odnawia możliwość tworzenia i kreatywności. W Biblii jest bardzo wiele fragmentów, w których bezpośrednio mowa jest o ludzkim wypoczynku, choćby w Psalmach, gdzie czytamy: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć” (Ps 23, 1-2). Oprócz szabatu Biblia uznaje potrzebę codziennego odpoczynku dla zwierząt (Ez 34,14), a także dla ludzi (2 Sm 4,5). W przypadku człowieka szczególnie pożądany jest spokój duszy (Ps 116,7). Synonimem odpoczynku jest bowiem właśnie spokój i zadowolenie, zarówno jeśli chodzi o spokój ziemi (Iz 14,7), ludzi (Hi 3,13), czy społeczności (Jr 6,16). Brak spokoju z powodu przeciwności (Ps 22,2), cierpienia lub pracy (Koh 2,23) pozbawia człowieka odpoczynku. 2 Krn 14,5 opisuje pokojowe rządy króla jako czas odpoczynku dla królestwa. Brak zakłóceń międzynarodowych postrzegano bowiem jako czas odpoczynku dla monarchy (2 Krn 20,30). Także wyzwolenie od ucisku wrogów uważano za odpoczynek (2 Krn 32,22).
Jak wiadomo, król Saul odpoczywał, słuchając muzyki, jaka wydobywała się z harfy Dawida.
Wieczny odpoczynek racz nam dać Panie?
Obietnicę życia wiecznego Biblia nazywa odpoczynkiem przygotowanym przez Boga (Hbr 4,1) na wzór odpoczynku obiecanego Izraelitom w czasach Mojżesza (Hbr 3,10-11). „Pan powiedział: »Moja obecność pójdzie z tobą i dam ci odpocznienie«” (Wj 33,12-14). Pisarze chrześcijańscy uznawali, że słowa te wypełniły się dla wszystkich ludzi w Chrystusie (Rz 4,16; Hbr 3,1-2), a za cel życia uważali osiągnięcie tego rodzaju odpoczynku, który jest darem Boga (Ap 14,13).
Nieraz pracoholicy mówią, że odpoczną sobie po śmierci. Ba! Utrwala się taki obraz poprzez zwrot „wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!”. Tak jakbyśmy w tym zabieganym świecie, głównie marzyli o odpoczynku… Odpoczynek, obiecany i przygotowany przez Boga, spełni się, gdy spotkamy Go twarzą w twarz w królestwie niebieskim. Można powiedzieć, że to będą nasze wakacje. Ale przecież odpoczynek to niekoniecznie bezczynność. Nawet tu na ziemi, często odpoczywamy przez rozwijanie zainteresowań czy realizację pasji.
Peter Kreeft w książce „Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Niebie, ale nie śniło ci się zapytać” dokonał interesującego spostrzeżenia, że niektórzy być może świadomie lub nieświadomie, boją się Nieba, ponieważ boją się nudy. Śmierć jest dla nich straszna, gdyż oferuje tylko dwie alternatywy: niebiańską nudę lub piekielne męki. Wiele amerykańskich filmów wyobraża sobie mieszkańców Nieba na podobieństwo ubranego w białe szaty chóru Gospel. Taki wiejący nudą ocean bieli. I tak przez całą wieczność – możemy zapytać ze zgrozą? Będziemy chodzić w powłóczystych szatach, uśmiechać się błogo, leżeć „na zielonych pastwiskach”, grać na harfach i śpiewać w chórach anielskich? Kto by chciał w ten sposób spędzić całą wieczność? W końcu człowiek zanudziłby się na śmierć w takim Niebie. Jest to konsekwencja poglądu, że w Niebie nie ma nic do roboty, bo cóż można robić w doskonałym świecie? Czy jednak moglibyśmy być szczęśliwi bez twórczej pracy?
Peter Kreeft objaśnia, że Nieba potrzebujemy przede wszystkim po to, żebyśmy mogli się spełnić, dokończyć, a zadanie to zaczynamy tu – na ziemi. Nikt nie umiera w formie skończonej. Nigdy nie ma dość czasu, żeby zrobić wszystko, co moglibyśmy i powinniśmy zrobić, aby być tym wszystkim, czym moglibyśmy i powinniśmy być. Pierwsze i fundamentalne przykazanie Boga skierowane do człowieka, wzywa go, aby czynił sobie Ziemię poddaną, czyli twórczo uczestniczył w Bożym dziele stwarzania świata. Być może nakaz ten nie straci na aktualności także po przyszłej Paruzji. Niebo jest pełne kreacji. Będziemy w nim mieli szansę na pełną realizację swoich kreatywnych możliwości. Wszystko, co nas ogranicza na ziemi i utrudnia realizowanie siebie, w Niebie zostanie usunięte. Niebo nie będzie tylko oglądaniem Boga i odpoczynkiem rozumianym jako nic nie robienie. Będzie czymś dokładnie przeciwnym. Bóg jest przecież tryskającym źródłem życia i działania, a my powołani jesteśmy, by panować i zasiąść wraz z Panem na Jego tronie oraz aby panować nad wszechświatem (por. Ap 3, 21; 22, 5; Łk 22, 28-30; 2 Tm 2, 12; Mt 25, 34). Wieczny odpoczynek będzie tak naprawdę wieczną pracą… ale taką, która nie przynosi zmęczenia, tylko satysfakcję i radość.
A może weekend w klasztorze? 10 propozycji na wakacje dla wierzących
fot. Family News Service/Stacja7
***
Nie masz pomysłu na wakacje? Przedstawiamy 10 propozycji na ciekawe i wartościowe spędzenie tego czasu.
1. Spotkajmy się!
W wakacje odbywa się wiele interesujących wydarzeń. Jedną z propozycji jest Festiwal Życia w Kokotku, gdzie 4 lipca spotkają się młodzi ludzie z różnych zakątków Polski. Wystąpią znani artyści. Odbędzie się ekstremalny bieg przełajowy. Program wydarzenia jest bardzo bogaty. Szczegóły na festiwalzycia.pl.
2. Św. Mikołaj – edycja letnia
Myślałeś kiedyś o wyjeździe na misje? Propozycje wolontariatu można znaleźć w internecie. Nie każdy jednak musi wyjeżdżać w dalekie strony. A gdyby tak przynajmniej na czas wakacji zaangażować się w bezinteresowną pomoc starszej osobie w robieniu zakupów? A może ktoś zwyczajnie potrzebuje twoich odwiedzin? Św. Mikołajem możesz być nie tylko w grudniu.
3. Pogromca zaległości
W ciągu całego roku dużo się dzieje, odkładamy ważne sprawy. Wakacje mogą być doskonałym czasem, żeby wreszcie do kogoś zadzwonić, może naprawić zepsutą relację.
4. Jak mnich w klasztorze
Nie trzeba być zakonnikiem, żeby poczuć rytm życia klasztornego. Wszystko dzięki możliwości spędzenia czasu w klasztorze w roli gościa. Można m.in. pojechać do słynnych tynieckich benedyktynów albo żyjących szczególnie surowo kamedułów w Krakowie.
5. Z Biblią w podróży
Jeśli czujesz, że życie klasztorne to jednak nie twoja bajka, warto poszukać kontaktu ze swoim wnętrzem i naturą, wybierając się np. na wyprawę górską albo wycieczkę rowerową. Dobrze jest wziąć ze sobą Biblię. Ogrody Biblijne w Muszynie (muszynskieogrodybiblijne.pl).
6. Z krzyżem i różańcem
Michał Ulewiński to Polak, który w 2020 roku z krzyżem na ramionach przeszedł Polskę wzdłuż i wszerz wypraszając pokój dla ojczyzny. Nie każdy jest w stanie zdobyć się na takie spędzenie wakacji, ale warto się zainspirować. Dawniej niektórzy mierzyli czas lub odległość liczbą odmówionych różańców. Co powiecie na rodzinną wycieczkę z punktu A do B z różańcami w dłoniach?
7. Autostopowicz-ewangelizator
Podróże autostopem to nie tylko sposób na spotykanie ciekawych ludzi i niekonwencjonalne podróże. To także doskonała okazja do ewangelizowania. Rozmawiać o wierze można oczywiście także w pociągu, tramwaju czy autobusie.
8. Zagramy?
Na wypadek nie najlepszej pogody warto przygotować sobie plan B, czyli pomysł na spędzanie czasu w domu. Niekoniecznie musimy sięgać po gotowe planszówki czy gry komputerowe. A może coś bardziej kreatywnego? Można zawsze pokusić się o stworzenie własnej gry. Jej forma zależy od inwencji twórczej domowników.
9. Wartościowa lektura – Biblia w 90 dni
Nie ma to jak wartościowa lektura na wakacje, tym bardziej gdy jest to Biblia. Czas wakacji to dobry moment, żeby przeczytać całą Biblię. Można to zrobić nawet w 90 dni. Warto skorzystać z darmowej aplikacji Biblia90dni, która zadba, żeby nie umknął nam żaden werset. Dla studentów to nawet w sam raz okres trzech wakacyjnych miesięcy.
10. Bądź kreatywny!
Numer 10 na naszej liście to zupełnie twój pomysł. Wymyśl coś swojego, co pozwoli Ci spędzić wakacje z Bogiem i drugim człowiekiem.
kh, Family News Service/Stacja7
***
Niedziela 5 lipca 2026
Leon XIV: „Tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione
“Pójść do Jezusa znaczy odpowiedzieć na Jego miłość i dzielić Jego życie aż po krzyż” – mówił papież Leon XIV podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański.
***
Naśladowanie Chrystusa nie jest zadręczającą ascezą, lecz szkołą wolności. Mówił o tym Leon XIV w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański” na Placu św. Piotra w Watykanie.
Papież wskazał, że Bóg lubi objawiać się „prostaczkom”, pozostając ukrytym przed „mądrymi i roztropnymi”, którzy „są tak pełni własnych idei, że nie rozpoznają obecności Chrystusa”. Ludzka mądrość staje się wówczas arogancją, a nauka przeradza się w pychę – zauważył Leon XIV.
Leon XIV: „Tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione”
Komentując zachętę Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście”, wyjaśnił, że pójść do Jezusa „znaczy odpowiedzieć na Jego miłość i dzielić Jego życie aż po krzyż”. Taki „dar z siebie składany z miłości jest «jarzmem» Jezusa, czyli syntezą Jego nauczania, sercem Jego mądrości, płonącej miłością ku wszystkim”.
Ciężar krzyża może być „lekki” i „słodki”, ponieważ „Pan niesie go jako pierwszy i razem z nami wszystkimi, nigdy nie zostawiając nas samych w tym, co nas przytłacza”. Jezus „bierze na siebie ludzkość zranioną przez zło, aby ją otoczyć troską”.
Gdy naśladujemy Chrystusa, nasza droga nie jest zadręczającą ascezą: jest ona szkołą wolności, która poważnie traktuje dramat historii i zawsze rozświetla jego sens, zwłaszcza w najbardziej mrocznych chwilach. Rzeczywiście, tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione; tylko w Jego męce nasze śmiertelne utrudzenie znajduje pociechę i wyzwolenie – przekonywał papież.
W niewoli Chrystus jest wyzwoleniem. Pod biczem wojny Chrystus jest nadzieją. W godzinie grzechu Chrystus jest przebaczeniem. Taka jest prawdziwa mądrość, droga, którą chcemy iść razem, zjednoczeni jako uczniowie w Jego imię– podkreślił Leon XIV.
vatican.va – Stacja7.pl
***
Miesiąc Najdroższej Krwi
Lipiec poświęcony jest czci Najdroższej Krwi Pana Jezusa. W rozważaniach, chcemy pokazać dar, jakim było i jest przelanie przez naszego Odkupiciela drogocennej Krwi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Boży Syn nie tylko w czasie Męki, ale dużo wcześniej przelewał Krew, by odkupić rodzaj ludzki. Przypominają nam o tym nabożeństwa, które mają na celu uczczenie Męki Pańskiej, ale też te szczególnie poświęcone Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa.
Na początku spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego lipiec?
Odpowiedzi poszukajmy w historii, a dokładnie w 1849 roku, kiedy to papież Pius IX dekretem „Redempti sumus” wyznaczył na 1 lipca Święto Najdroższej Krwi Chrystusa (zniesione podczas reformy liturgicznej w 1969). Do rozwoju kultu przyczynił się św. Kasper del Bufalo i założone przez niego Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Św. Kasper, nazwany przez Papieża Jana XXIII prawdziwym i największym na świecie apostołem pobożności do Najdroższej Krwi Jezusa, zdołał, na początku minionego wieku, wprowadzać ją prawie we wszystkich miesiącach roku, na zmianę, w różnych kościołach Rzymu i we wszystkich miastach i wioskach (a były one liczne), które były miejscem jego apostolstwa.
W Mszale Rzymskim możemy znaleźć formularz Mszy Świętej o Krwi Chrystusa. Został on zatwierdzony przez Benedykta XIV. Święty Jan XXIII zatwierdził do publicznego odmawiania Litanię do Najdroższej Krwi Chrystusa. Uczynił to listem apostolskim „Inde a Primis” z 1960.
Mimo bogatej historii kultu, nabożeństwo lipcowe jest mało rozpowszechnione na terenie Polski. Sprawowane jest we wszystkich klasztorach Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach i w nielicznych parafiach. A przecież praktyka ta nie jest nowa.
Oto dlaczego tak święto, jak i miesiąc Najdroższej Krwi zostały ustanowione w środku roku prawie, by przypomnieć nam pełnię samego Odkupienia. Ale jest jeszcze inny motyw: właśnie w lipcu życie chrześcijańskie osłabia się, a życie ziemskie nabiera rozmachu i w tym ferworze tryumfuje zło. Dlatego konieczna jest jakaś pomoc, a znaleźć ją można właśnie we Krwi Chrystusa.
Warto pamiętać, że po maju dla Maryi i czerwcu dla Najświętszego Serca Jezusowego, Kościół świadomie ustalił, że lipiec będzie poświęcony Najdroższej Krwi Jezusa. Lipiec jest centrum roku słonecznego, jest miesiącem nad miesiącami, miesiącem słońca, które praży swym najintensywniejszym skwarem: a Odkupienie nie jest może stołem obfitującym w cudowne źródło – Boskiej Krwi – wlewanej w dusze przez miłość Chrystusa?
ks. Krzysztof Hawro -Tygodnik Niedziela
***
Krew w Biblii – od symbolu życia do źródła zbawienia
opr. PCh24.pl
***
Choć w Starym Testamencie spożywanie krwi było surowo zakazane, to Chrystus nie tylko polecił Apostołom pić swoją Krew, lecz – co więcej – uczynił to warunkiem życia wiecznego. Czy Zbawiciel zniósł starotestamentalne Prawo, czy raczej doprowadził je do pełni?
Krew utożsamiana z życiem
Współczesnemu człowiekowi krew kojarzy się przede wszystkim z medycyną. Wiemy, że transportuje tlen do komórek organizmu, znamy rodzaje krwinek, a wyniki badań krwi pomagają diagnozować wiele chorób.
Izraelici nie posiadali tak rozwiniętej wiedzy medycznej. Dostrzegali jednak prostą zależność: gdy człowiek lub zwierzę traciło krew, następowała śmierć. Krew była więc dla nich znakiem życia. Zresztą także z dzisiejszej perspektywy nie jest to bezpodstawne – przecież zgodnie z tradycyjnym kryterium sercowo-oddechowym śmierć stwierdza się po ustaniu pracy serca i oddechu, czyli wtedy, gdy krew przestaje krążyć w organizmie.
Zakaz spożywania krwi
Skoro krew oznaczała życie, a życie należy do Boga, dlatego Pan – najpierw przez Noego, a później przez Mojżesza – zakazał spożywania krwi. Nie była ona uważana za coś nieczystego. Wręcz przeciwnie – była tak święta, że człowiekowi nie wolno było jej spożywać. Zakaz ten pojawia się wielokrotnie na kartach Starego Testamentu:
Jeżeli ktoś z domu Izraela albo spośród przybyszów, którzy osiedlili się między nimi, będzie spożywał jakąkolwiek krew, zwrócę oblicze moje przeciwko temu człowiekowi spożywającemu krew i wyłączę go spośród jego ludu. (…). Bo życie wszelkiego ciała jest we krwi jego – dlatego dałem nakaz synom Izraela: nie będziecie spożywać krwi żadnego ciała, bo życie wszelkiego ciała jest w jego krwi. Ktokolwiek by ją spożywał, zostanie wyłączony (Kpł 17,10-11.14).
Nie wolno wam tylko jeść mięsa z krwią życia (Rdz 9,4).
Ale się wystrzegaj spożywania krwi, bo we krwi jest życie, i nie będziesz spożywał życia razem z ciałem. Nie będziesz jej spożywał, ale jak wodę na ziemię ją wylejesz (Pwt 12,23-24).
Krew ocalenia
W historii Narodu Wybranego symbolika krwi stopniowo nabierała coraz głębszego znaczenia. Po raz pierwszy wyraźnie widzimy to podczas nocy paschalnej, gdy Izraelici opuszczali Egipt. Pokropienie odrzwi domów krwią baranka przynosiło ocalenie od śmierci pierworodnych. Krew stała się więc nie tylko znakiem życia, lecz także znakiem ocalenia:
I wezmą krew baranka, i pokropią nią odrzwia i progi domu, w którym będą go spożywać. (…) Tej nocy przejdę przez Egipt, zabiję wszystko pierworodne w ziemi egipskiej, od człowieka aż po bydło, i odbędę sąd nad wszystkimi bogami Egiptu – Ja, Pan. Krew posłuży wam do oznaczenia domów, w których będziecie przebywać. Gdy ujrzę krew, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię egipską (Wj 12,7.12-13).
Krew Przymierza
Po przejściu przez Morze Czerwone Izraelici zawarli z Bogiem przymierze na Synaju, a jego pieczęcią stała się właśnie krew. Zanim bowiem Mojżesz otrzymał od Boga Dekalog, pokropił lud krwią na znak przymierza:
Mojżesz wziął krew i pokropił nią lud, mówiąc: „Oto krew przymierza, które Pan zawarł z wami na podstawie wszystkich tych słów” (Wj 24,8).
Krew Przebłagania
Krew zyskała jeszcze większe znaczenie, kiedy Pan Bóg przekazał Mojżeszowi wytyczne dotyczące składania ofiar, czego szczegółowy opis znajdujemy w pierwszych rozdziałach Księgi Kapłańskiej. Przepisy te określały kto, gdzie i w jaki sposób ma składać ofiary. Tym samym Bóg ustanowił uporządkowany kult.
Składając ofiary ze zwierząt, kapłani mieli pokropić ołtarz ich krwią, a w przypadku niektórych rodzajów ofiar – wylać ją na podstawę ołtarza. Kilka rozdziałów dalej dowiadujemy się dlaczego tak miało być – skoro krew była znakiem życia należącego do Boga, to właśnie przez nią miało odbywać się pojednanie:
Życie ciała jest we krwi, a Ja dopuściłem ją dla was [tylko] na ołtarzu, aby dokonywała przebłagania za wasze życie, ponieważ krew jest przebłaganiem za życie (Kpł 17,11).
Stary Testament przygotowaniem do Chrystusa
Czytając kolejne księgi Starego Testamentu, łatwo zauważyć, że znaczenie krwi stopniowo wzrastało. Swój szczyt osiągnęło ono jednak dopiero w Nowym Przymierzu ustanowionym przez Chrystusa. Znaczenie Jego krwi przekroczyło wszystko, co zapowiadały wcześniejsze ofiary.
Wydarzenia Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku nadały całej wcześniejszej symbolice ostateczny sens. Ostatnia Wieczerza oraz Ofiara Krzyża nie były zerwaniem ze Starym Testamentem, lecz jego wypełnieniem.
Widać zatem jasno, że rosnące znaczenie krwi w historii Izraela było przygotowaniem do jedynej i doskonałej Ofiary Chrystusa oraz ustanowienia Eucharystii.
Noc Ostatniej Wieczerzy
Podczas Ostatniej Wieczerzy Chrystus przemienił wino w swoją Krew i polecił Apostołom pić ją „na Jego pamiątkę”. Czy oznaczało to złamanie starotestamentalnego zakazu spożywania krwi? Nie. Dawne ograniczenie wynikało z faktu, że krew oznaczała życie należące do Boga, którego człowiekowi nie wolno było sobie samowolnie przywłaszczać.
W Eucharystii sytuacja jest jednak zupełnie inna – to nie człowiek przywłaszcza sobie krew, lecz sam Bóg daje mu swoją Krew jako napój. Tylko Chrystus mógł powiedzieć: „Pijcie z niego wszyscy”, ponieważ dał ludzkości nie krew zwierzęcia ani człowieka, lecz swoje własne życie jako dar dla świata. Nie jest to więc zniesienie dawnego prawa, lecz jego doskonałe wypełnienie.
Co więcej, Jezus uczynił spożywanie swojego Ciała i Krwi warunkiem życia wiecznego. Mówi o tym wyraźnie w mowie eucharystycznej zapisanej w szóstym rozdziale Ewangelii według św. Jana:
Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,53-58).
Szósty rozdział Ewangelii św. Jana ma szczególne znaczenie teologiczne. Łączy on bowiem cud rozmnożenia chleba z zapowiedzią Eucharystii oraz z mową eucharystyczną Jezusa. W ten sposób Chrystus przygotowuje uczniów na wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, podczas której rzeczywiście przemieni chleb i wino w swoje Ciało i Krew. Mowa eucharystyczna stanowi zarazem mocny argument przeciwko protestanckiej interpretacji Eucharystii jako jedynie symbolu. Słowa Zbawiciela wskazują bowiem, że nie chodzi jedynie o duchowe czy metaforyczne przyjmowanie Ciała Pańskiego, lecz o rzeczywiste spożywanie Jego Ciała i Krwi pod postaciami chleba i wina.
Ofiara Krzyża
Pełne znaczenie symboliki krwi objawiło się jednak dopiero na Golgocie. Tak jak krew baranka paschalnego ocaliła Izraelitów od śmierci, tak Krew Chrystusa przelana na krzyżu przynosi wybawienie od grzechu i śmierci wiecznej.
Od tej chwili starotestamentalne ofiary utraciły swoją skuteczność, ponieważ zostały wypełnione przez jedyną i doskonałą Ofiarę Chrystusa. Nie ma już potrzeby składania w ofierze kozłów czy cielców, a nawet gdyby ktoś to uczynił, ofiary te nie mogłyby już zgładzić grzechów (!)
Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu – pisze autor Listu do Hebrajczyków (Hbr 9,11-14).
Kilka wersetów dalej dodaje:
Chrystus bowiem wszedł nie do świątyni zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej [świątyni], ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga, ani nie po to, aby się wielekroć sam miał ofiarować, jak arcykapłan, który co roku wchodzi do świątyni z krwią cudzą, gdyż w takim przypadku musiałby cierpieć wiele razy od stworzenia świata. A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków, aby zgładzić grzech przez ofiarę z samego siebie (Hbr 9,24-26).
Przytoczony fragment Nowego Testamentu jasno dowodzi, że przebłagania za grzech dokonuje już nie krew zwierząt, lecz wyłącznie Krew Chrystusa przelana raz na zawsze na krzyżu. My zaś możemy korzystać z tego wielkiego daru przystępując do sakramentu spowiedzi świętej. Jak mówił abp Fulton Sheen w jednej ze swoich nauk rekolekcyjnych:
Za każdym razem, gdy kapłan podnosi rękę w konfesjonale, spływa z niej krew. Za każdym razem, gdy grzeszymy, naszą nadzieją na natychmiastowe odpuszczenie jest odwołanie się do Krwi Chrystusa.
Nabożeństwo do Najdroższej Krwi Chrystusa
Do reformy kalendarza liturgicznego w 1969 roku, Najdroższą Krew Chrystusa czczono specjalnym świętem obchodzonym 1 lipca, co wciąż praktykują wierni przywiązani do tradycyjnej formy Mszy Świętej. Niestety w nowym kalendarzu liturgicznym tajemnica ta została połączona z uroczystością Bożego Ciała, tworząc jedną uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Teksty liturgiczne na ten dzień skupiają się jednak na tajemnicy Eucharystii, co oznacza, że tajemnica Najdroższej Krwi Pańskiej została niejako pominięta.
Z tym świętem wiązała się również piękna tradycja poświęcenia całego lipca Najdroższej Krwi Chrystusa oraz odmawiania Litanii do Krwi Chrystusa. Może warto dziś do tej praktyki powrócić. Tak jak maj jest miesiącem nabożeństw maryjnych, a czerwiec poświęcony jest Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, tak również lipiec mógłby stać się czasem szczególnej modlitwy do Najdroższej Krwi Chrystusa i ponownego odkrywania tajemnicy naszego odkupienia.
PCh24.pl – Adrian Fyda
***
Litania do Najdroższej Krwi Pana Jezusa
Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami. Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza, wybaw nas. Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas. Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas. Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony, wybaw nas. Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy, wybaw nas. Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników, wybaw nas. Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców, wybaw nas. Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice, wybaw nas. Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonych, wybaw nas. Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, pociecho płaczących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, otucho umierających, wybaw nas. Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszych, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza, wybaw nas.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
P. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją. W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.
Módlmy się: Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc lipiec 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
– Módlmy się o szacunek i ochronę ludzkiego życia na wszystkich jego etapach, a także by było ono uznawane za dar Boga.
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
1) Dziękujemy Ci Najdroższy nasz Zbawicielu, że Twoja Krew nieustannie oczyszcza nas w sakramencie pojednania i umacnia w Eucharystii.
2) Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
3) Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
Dodatkowe intencje dla Róż:
R11 – św. Moniki, R15 -Matki Bożej Częstochowskiej II i R20 – bł. Pauliny Jaricot:
Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
R18 – bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 lipca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 czerwca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
***
Znamy cuda św. Szarbela.
Czas poznać tajemnicę jego modlitwy
św. Szarbel
***
Św. Szarbel kojarzy się milionom wiernych przede wszystkim z niezwykłymi cudami i uzdrowieniami. Tymczasem najnowsza książka ks. dr. Jerzego Jastrzębskiego Maryja oczami św. Szarbela.Rozważania różańcowe pisane w Libanie zaprasza do odkrycia tego, co było źródłem świętości libańskiego mnicha – jego głębokiej modlitwy oraz niezwykłej relacji z Matką Bożą. To duchowa podróż do Libanu i szkoła zawierzenia prowadzona przez jednego z największych mistyków naszych czasów.
Fenomen św. Szarbela trwa
Fenomen św. Szarbela nie słabnie. Do jego grobu w Annaya w Libanie każdego roku przybywają pielgrzymi z całego świata, również z Polski. Za jego wstawiennictwem odnotowano już ponad 45 tysięcy łask i cudów, a świadectwa uzdrowień i nawróceń sprawiają, że kult libańskiego mnicha wciąż dynamicznie się rozwija.
Coraz więcej osób pielgrzymuje do miejsc związanych z jego życiem. Zachwycamy się niezwykłymi znakami, których doświadczały tysiące ludzi. Jednak obok fascynacji cudami rodzi się jeszcze jedno pytanie: skąd brała się świętość człowieka, przez którego Bóg działa z tak niezwykłą mocą?
Mniej o cudach, więcej o modlitwie
Na to pytanie odpowiada najnowsza książka ks. dr. Jerzego JastrzębskiegoMaryja oczami św. Szarebla. Powstała podczas pielgrzymki autora do Libanu, gdzie – modląc się w miejscach związanych ze św. Szarbelem – pisał kolejne rozważania różańcowe.
Jak zauważa sam autor, o cudach św. Szarbela powiedziano już bardzo wiele. Znacznie mniej wiemy natomiast o jego codziennej modlitwie, duchowości i niezwykłej więzi z Maryją. To właśnie ta relacja była jednym z fundamentów jego świętości.
Maryja zajmowała wyjątkowe miejsce w życiu św. Szarbela. W jego celi wisiał obraz Matki Bożej Pompejańskiej, a różaniec był jedną z najważniejszych dróg prowadzących go do Chrystusa. To od Matki Bożej uczył się pokory, milczenia, wierności i całkowitego oddania Bogu. Ks. Jerzy Jastrzębski prowadzi czytelnika właśnie tą drogą. Pokazuje Maryję jako Orędowniczkę i Nauczycielkę zawierzenia oraz pomaga odkryć, jak tę drogę przeżywał św. Szarbel. Dzięki temu różaniec przestaje być jedynie powtarzaniem modlitw, a staje się drogą głębokiego spotkania z Jezusem.
Duchowa pielgrzymka do Libanu
Maryja oczami św. Szarbela jest czymś więcej niż zbiorem medytacji. To zaproszenie do wejścia w duchowość Kościoła maronickiego i modlitwy, która przez wieki kształtowała świętych Wschodu. Książkę wzbogacają przesłania św. Szarbela, świadectwa działania Boga przez jego wstawiennictwo oraz fragmenty starochrześcijańskich hymnów św. Efrema Syryjczyka – jednego z największych poetów i teologów pierwszych wieków chrześcijaństwa, którego tekstami modlili się mnisi maroniccy, a najprawdopodobniej także sam św. Szarbel.
Nowa książka ks. Jerzego Jastrzębskiego nie opowiada jedynie o libańskim mnichu. Jest przede wszystkim propozycją dla tych, którzy chcą pogłębić swoją modlitwę i odkryć różaniec jako drogę prowadzącą do żywej relacji z Chrystusem.
W czasie, gdy tysiące ludzi szukają u św. Szarbela nadzwyczajnych łask, autor przypomina, że największy cud dokonywał się każdego dnia w jego sercu – w cichej, wiernej modlitwie i całkowitym zawierzeniu Maryi. To właśnie do tej szkoły modlitwy zaprasza czytelników książka Maryja oczami św. Szarbela.
PCh.24.pl
***
PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS
***
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
kaplica-izba Jezusa Miłosiernego
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD
***
W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00
PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA
***
W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00
***
WCZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.
POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.
W kościele św. Piotra – GODZINNA ADORACJA od godz. 18.00
Na zakończenie ADORACJI przed MSZĄ ŚWIĘTĄ śpiewamy LITANIĘ do KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W tym czasie jest możliwość SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
fot. wikipedia
***
Dlaczego oddajemy cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Poznała ona tajemnice serca Pana Jezusa i zrozumiała jak wiele Ono wycierpiało podczas męki i jak często o tym zapominamy…
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwsze objawienia miały miejsce 27 grudnia 1673 r. we wspomnienie św. Jana Ewangelisty. Wówczas święta poznała tajemnice Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zrozumiała, jak często zapominamy o tym, co wycierpiało Serce Chrystusa, a które mimo to wciąż obdarza każdego z nas swoją niewysłowioną Miłością.
Podczas widzenia Jezus prosił Małgorzatę, byśmy praktykowali zadośćuczynienie za niewdzięczność wobec Jego umiłowania wyrażonego na Golgocie. Chrystus pragnął, by kult Jego Serca stał się powszechnym i publicznym.
Rozwój kultu Najświętszego Serca Jezusowego w Kościele
Tak też się stało. Pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się świętem poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Święto to ustanowił papież Klemens dla ówczesnego Królestwa Polskiego oraz Konfraterni Najświętszego Serca Jezusa w Rzymie. Następnie kult rozszerzył się dzięki papieżowi Piusowi IX, a Leon XIII w 1899 r. dokonał aktu poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
27 lipca 1920 r. biskupi w obliczu zagrożenia bolszewickiego, na Jasnej Górze zawierzyli Najświętszemu Sercu Jezusa polski naród. Rok później, 3 czerwca 1921 r., po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, biskupi dokonali aktu poświęcenia Ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. To wydarzenie było równoległe z konsekracją świątyni Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie.
Kiedy zakończyła się II wojna światowa, biskupi zachęcali wiernych, by dokonywali osobistego aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a 28 października 1951 r., Prymas bł. kard. Stefan Wyszyński, odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Pana Jezusa na Jasnej Górze. Odnawiano go następnie w 1975 r, 2011 r., a następnie w 100. rocznicę dokonania aktu – 11 czerwca 2021 r. w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa.
12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
pokój w rodzinach;
pocieszenie w strapieniach;
opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
6. grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.
Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego i do Serca Bożego. Czym się różni?
fot. Canva.cof
***
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego jest tylko jakąś odmianą nabożeństwa do Serca Bożego, że pomiędzy tymi nabożeństwami nie ma istotnej różnicy. Tymczasem możemy wyróżnić cztery istotne różnice.
W tym przekonaniu może utwierdzać także pobieżna lektura „Dzienniczka” Siostry Faustyny, w którym często jest mowa o Sercu Jezusa. Jednak teologiczna analiza treści tego dzieła prowadzi do wyraźnego rozgraniczenia tych dwóch nabożeństw, tak popularnych w Kościele.
Czym różni się nabożeństwo do Serca Jezusa i do Miłosierdzia Bożego?
Takiej analizy dokonał ks. prof. I. Różycki i na jej podstawie ukazał zasadnicze różnice, jakie istnieją pomiędzy nabożeństwem do Serca Jezusowego i do Miłosierdzia Bożego. Dotyczą one przedmiotu istotnego i rzeczowego, samej istoty nabożeństw oraz czasu uprzywilejowanego, z którym wiążą się określone obietnice.
1. Różne przedmioty istotne
Przedmiotem właściwym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest miłosierdzie całej Trójcy Świętej, natomiast w nabożeństwie do Serca Jezusowego przedmiotem właściwym jest Boska Osoba Syna Bożego Wcielonego.
2. Różne przedmioty rzeczowe
Przedmiotem rzeczowym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest obraz Jezusa Miłosiernego odpowiadający wizji, jaką miała Siostra Faustyna 22 lutego 1931 roku w Płocku. Natomiast w nabożeństwie do Serca Pana Jezusa przedmiotem rzeczowym jest ludzkie, fizyczne Serce Jezusowe.
3. Inna istota nabożeństwa
Istota nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego polega na ufności, natomiast istotą nabożeństwa do Serca Jezusowego jest wynagrodzenie.
4. Czas uprzywilejowany
Czasem uprzywilejowanym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest godzina 3 po południu każdego dnia (moment konania Jezusa na krzyżu) oraz dzień święta Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Natomiast w nabożeństwie do Serca Bożego czasem uprzywilejowanym są dni: pierwsze piątki miesiąca oraz święto Serca Jezusowego.
Stacja7.pl
***
Pierwsza Sobota Miesiąca – 4 lipca 2026
w kościele św. Piotra Msza św. niedzielna (Vigil Mass) o godz. 18.00
Przed Mszą św. od godz. 17.00 możliwość spowiedzi św.
Po Mszy św. Nabożeństwo Wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Panny
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
WPROWADZENIE
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało: Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała: Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
Przeciw Jej Dziewictwu,
Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA
PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1 Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej! Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków! Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Na temat objawień Matki Bożej w Fatimie napisano już wiele i zapewne wiele jeszcze zostanie napisane. Bez cienia wątpliwości możemy jednak stwierdzić, że wydarzenie to jest jednym z najdonioślejszych faktów we współczesnych dziejach Kościoła, tym więcej, że treść objawień odnosi się do całej ludzkości. Można utyskiwać, że jest ono objawieniem prywatnym i nie jesteśmy w stanie do końca zweryfikować jego wiarygodności, itd. Wszystko to można. Skoro jednak zajmujemy się treścią fatimskiego Orędzia należy odstawić na bok wszelkie próby przysłowiowego dzielenia włosa na czworo, gdybyśmy bowiem zakwestionowali z takich czy innych powodów jego autentyczność należałoby konsekwentnie o całej sprawie zapomnieć, co zapewne wielu czyni. Dla nas wystarczającym motywem przyjęcia Orędzia jest uznanie przez Kościół autentyczności objawień, co miało miejsce 13 maja 1930 roku, a więc dokładnie 13 lat po ich zaistnieniu. Pierwszym tego owocem było poświęcenie Portugalii Niepokalanemu Sercu Maryi rok później*. Dlaczego akurat Niepokalanemu Sercu Maryi?
Jak wiemy objawienia Maryi w Fatimie wobec trójki małych dzieci trwały od 13 maja do 13 października 1917 roku każdego trzynastego dnia miesiąca z wyjątkiem sierpnia, kiedy to objawienie miało miejsce 19 dnia tegoż miesiąca z powodu przetrzymywania małych wizjonerów w areszcie. Wiemy też, że Matka Boża wezwała w nich świat do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy za grzeszników przestrzegając przed straszliwymi konsekwencjami trwania w grzechu, tak w wymiarze doczesnym jak i wiecznym. W widzeniu lipcowym dzieci doświadczyły wizji piekła, o czym Łucja, jedyna z żyjących do niedawna wizjonerów opowiedziała na wyraźny rozkaz spowiednika dopiero w 1940 roku. Z tą wizją była jednak związana obietnica ratunku dla grzeszników poprzez nabożeństwo właśnie do jej Niepokalanego Serca.
Maryja zapowiedziała dzieciom, że przyjdzie aby prosić o poświęcenie Jej Niepokalanemu Sercu Rosji, oraz o komunię świętą wynagradzającą w pierwsze soboty miesiąca. Ludziom odprawiającym to nabożeństwo obiecała zbawienie, zapewniając też, że w godzinę śmierci będzie obecna z łaskami koniecznymi do zbawienia przy każdym kto to nabożeństwo odprawi. Mówiła także o ostatecznym tryumfie swego Niepokalanego Serca.
Zapowiedziane przyjście Maryi dokonało się wobec Łucji 10 grudnia 1925 roku w Pontevedra. To tam dane było jej ujrzeć Serce Maryi otoczone cierniami ludzkich grzechów, bluźnierstw i niewdzięczności. Akty wynagrodzenia miały być sposobem na wyjmowanie tychże cierni. Maryja owo zadośćuczynienie połączyła z nabożeństwem pięciu pierwszych sobót miesiąca.
W ramach tego nabożeństwa należy więc odbyć spowiedź, przyjąć komunię świętą, odmówić jeden różaniec, oraz przez piętnaście minut towarzyszyć Maryi rozmyślając nad piętnastoma tajemnicami różańca; wszystko to w intencji zadośćuczynienia.
Drugie objawienie, według jej relacji miało miejsce 13 czerwca 1929 roku przed północą w kaplicy klasztornej. Wtedy Łucja doświadczyła wizji Trójcy Świętej:
„Na ołtarzu ukazał się jasny krzyż sięgający aż do sufitu. W jaśniejszym tle można było zobaczyć w górnej części krzyża oblicze i górną część ciała człowieka. Nad piersią gołąbka również ze światła. A do krzyża przybite ciało drugiego człowieka. Trochę niżej bioder w powietrzu wisiał kielich i wielka Hostia, na którą spadały krople krwi z oblicza Ukrzyżowanego i z jednej rany piersiowej. Z Hostii spływały te krople do kielicha. Pod prawym ramieniem krzyża stała Najświętsza Maryja Panna. Była to Matka Boska Fatimska ze swym Niepokalanym Sercem w lewej ręce, bez miecza i róż, ale z cierniową koroną i płomieniem. Pod lewym ramieniem krzyża wielkie litery jakby z czystej wody źródlanej biegły na ołtarz tworząc słowa: Łaska i Miłosierdzie. Zrozumiałam, że mi została przekazana tajemnica Trójcy Przenajświętszej. I otrzymałam natchnienie na temat tej tajemnicy, którego mi jednak nie wolno wyjawić. Potem rzekła Matka Boska do mnie: << Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka. Tyle dusz zostaje potępionych przez sprawiedliwość Bożą z powodu grzechów przeciw mnie popełnionych. Przychodzę przeto prosić o zadośćuczynienie. Ofiaruj się w tej intencji i módl się>>”[1].
Wizja z czerwca 1929 roku jakby dostosowana do percepcyjnych możliwości człowieka zawiera więc wyraźne już żądanie Maryi dotyczące zadośćuczynienia jej Niepokalanemu Sercu. W liście (kolejnym już) skierowanym do papieża Piusa XII w 1940 roku Łucja ponowiła prośbę o poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi z wyraźnym wymienieniem Rosji wskazując, że przyniesie to ukrócenie cierpień wywołanych wojną, głodem i prześladowaniem Kościoła. Tego samego aktu mieli dokonać wszyscy biskupi świata w łączności z papieżem. Kierując się tym świadectwem Łucji biskupi portugalscy jakby „ubiegli” papieża dokonując poświęcenia swojego kraju Sercu Maryi w 1931 roku. Warte zauważenia jest, że właśnie Portugalię ominęła zawierucha II wojny światowej a wcześniej krwawa wojna domowa w sąsiedniej Hiszpanii, która łatwo mogła rozlać się i na ten kraj, zważywszy, że siły wrogie chrześcijaństwu były również tutaj bardzo aktywne.
Pius XII odpowiedział na to wezwanie Łucji, ale połowicznie. W przemówieniu radiowym skierowanym do wiernych uczestniczących w uroczystym zakończeniu obchodów 25-lecia objawień w Fatimie 31 października 1942 roku zawarł modlitwę, która była poświęceniem świata Niepokalanemu Sercu, lecz uczynił to bez łączności z biskupami świata i bez wymienienia Rosji. W ogólnym odczuciu papież poprzez ten akt „wypełniał jedynie życzenie przekazane przez Najświętszą Dziewicę w Fatimie”[2]. Był to akt na tyle wyrazisty, że zainspirował do podobnego kroku Episkopat Polski o czym w dalszej części artykułu.
Rozpatrując więc różne aspekty fatimskiego orędzia trzeba z naciskiem podkreślić, że głównym jego przesłaniem jest poświęcenie świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi oraz nabożeństwo wynagradzające pięciu pierwszych sobót miesiąca.
Apel o to nabożeństwo skierowany jest do każdego wierzącego. Może być ono odprawiane indywidualnie i w każdym okresie roku, może być ponawiane, bo przecież nigdy dosyć zadośćuczynienia. Owszem, ważne jest wspominanie i czczenie kolejnych rocznic objawień i związana z tym modlitwa różańcowa, procesje i czyny pokutne, tym bardziej że przynosi to także owoce nawrócenia czy duchowego umocnienia, lecz pamiętać należy, że nade wszystko Maryja prosi nas o nabożeństwo pierwszych sobót i poświęcenie się Jej Sercu. Dopełnieniem aktu poświęcenia z roku 1942, było ustanowienie przez Piusa XII w roku 1954 święta Maryi Królowej wraz z nakazem aby tego dnia ponawiano poświęcenie ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi. Ten nakaz ulotnił się niestety z powszechnej świadomości Kościoła.
W ślad za Piusem XII jego następca papież Paweł VI zwrócił się w 1967 roku z apelem do „wszystkich synów Kościoła” o osobiste ponowienie tego aktu, by przez to starali się „coraz doskonalej wypełniać wolę Bożą, naśladować ze czcią Królową Niebios i służyć Jej w duchu synowskim”. Poświęcenie nie miałoby być, co przy tej okazji warto z naciskiem podkreślić, jedynie zewnętrznym i werbalnym oddaniem się Maryi, ale nade wszystko łączyć się powinno z wewnętrzną przemianą, zerwaniem z grzechem i naśladowaniem Maryi w Jej oddaniu się Bogu. Chrześcijanin miałby przez to stać się zaczynem zakwaszającym dobrem współczesny świat. Oddanie się Maryi miało być jeszcze jednym środkiem pomocnym i według Jej słów skutecznym w dziele przywracania świata Bogu i ratowania ludzi zagrożonych wiecznym potępieniem. Ostatecznie aktu poświęcenia Kościoła i świata Niepokalanemu Sercu Maryi i – wedle słów siostry Łucji – w zgodzie z pragnieniem Matki Bożej, dokonał Jan Paweł II 25 marca 1984 roku. Gdy patrzymy z dzisiejszej perspektywy nie może jednak nie zastanawiać ogromna skala trudności z dokonaniem tego aktu przez kolejnych papieży, z których niektórzy w ogóle nie odnieśli się publicznie do fatimskiego orędzia.
Chociaż papieskie oddanie świata Niepokalanemu Sercu Maryi nie obligowało Kościołów lokalnych do podobnego kroku Episkopat Polski postanowił powtórzyć je na gruncie polskim po zakończeniu II wojny światowej, by w ten sposób wypełnić życzenie Maryi i odpowiedzieć pozytywnie na przykład i zachętę ze strony Piusa XII. Po duchowym przygotowaniu aktu tego dokonano 8 września 1946 roku na Jasnej Górze w obecności ok. 1 miliona wiernych przybyłych z różnych zakątków zniszczonego wojną kraju. Uroczystość jasnogórska poprzedzona została podobnym aktem poświęcenia o charakterze bardzo uroczystym na szczeblu parafii (7 lipca) oraz diecezji (15 sierpnia), przy czym poświęcenie parafii obejmowało także oddanie się Niepokalanemu Sercu Maryi poszczególnych rodzin i osobiście każdego jej członka. Akt ten poprzedzony był kazaniami wyjaśniającymi ich sens oraz spowiedzią i komunią świętą. Nie miał to być jedynie akt jednorazowy. W zamierzeniach Episkopatu miał on wycisnąć mocne piętno na życiu Narodu, dlatego „poszczególni biskupi zachęcali, a nawet zobowiązywali swych duszpasterzy do przypominania wiernym tego faktu, a zwłaszcza do uroczystego obchodzenia jego rocznic” i oczywiście „gorliwego wypełniania” podjętego aktu[3], którym należy żyć i nieustannie go odnawiać[4].
Podobnego poświęcenia na wzór parafialny i diecezjalny dokonały także 19 sierpnia 1946 roku na Jasnej Górze wspólnoty zakonne zobowiązując się do wspomagania grzeszników, a także wynagrodzenia wszystkich zniewag i ran doznanych przez Maryję od ludzi, zobowiązano się także do poświęcania pierwszych sobót miesiąca czci Jej Niepokalanego Serca według wskazówek, jakich udzieliła za pośrednictwem dzieci fatimskich.[5]
Łatwo zauważyć, że akt poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi obok części „fatimskiej” zawiera także odniesienie do aktualnej sytuacji w Polsce i nawiązuje do wcześniejszych ślubów Jana Kazimierza, zawiera też słowa oddania i wierności Maryi i Jej Synowi oraz obietnicę szerzenia Królestwa Chrystusowego. Ks. prof. L. Balter zauważa w Akcie „Zaakcentowaną bardziej niż w modlitwie papieskiej rzeczywistość przymierza: przymierza jakie lud zawiera z Maryją, a nawet z Bogiem, za pośrednictwem Najśw. Dziewicy. Przymierze natomiast jako takie jest rzeczywistością na wskroś biblijną i teologiczną: poprzez wieki całe Bóg zawierał z ludzkością (względnie odnawiał nadrywane na skutek grzechów ludzkich) przymierze, które szczyt swój osiągnęło w Jezusie Chrystusie – Dawcy nowego i wiecznego Przymierza./…/ Poświęcając się Matce Najśw. i Jej Niepokalanemu Sercu w 1946 r. naród polski nie tylko odnawiał zawarte przed wiekami, bo w momencie swego chrztu narodowego, przymierze z Bogiem i postanawiał się podźwignąć z wad i słabości, które doprowadziły go do upadku, ale czynił to wszystko za przyczyną i pośrednictwem Tej, która „będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku…przyświeca Ludowi Bożemu pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (KK, 68), gdyż jest prawdziwą Matką wszystkich wierzących w Chrystusa”[6]. Nadto „cechą charakterystyczną poświęcenia polskiego jest to, że miało ono prowadzić wprost do Chrystusa i jego Królestwa”[7]. Autor przypomina także i o tym, że w specjalnym liście z 1 stycznia 1948 roku biskupi zachęcili do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu oraz intronizacji tegoż Serca w rodzinach, co miało przygotować do poświęcenia Narodu Sercu Jezusowemu do którego poświęcenie z 1946 roku było „prześlicznym wstępem”[8]. Słusznie więc sugeruje, że istotnym elementem aktu poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi jest odnowa Przymierza zawartego przed wiekami przez Boga z Narodem[9].
Mając na uwadze to wszystko co pobieżnie zostało tu przypomniane wypada zapytać, na ile wypełniamy dziś podjęte zobowiązania. Zwieńczeniem drogi papieży ku wypełnieniu oczekiwań Maryi było wspomniane zawierzenie dokonane przez bł. Jana Pawła II w 1984 roku. Ten akt papieski nie zamyka jednak „sprawy Fatimy”. Samo orędzie nie przestało być aktualne, co podkreśla także Benedykt XVI, tak jak nie przestały być aktualne problemy jakie doprowadziły do jego przekazania ludzkości. Można powiedzieć nawet, że zjawiska, które wtedy były przedmiotem troski Nieba nasiliły się dzisiaj w stopniu niespotykanym. Zanegowanie Dekalogu i wręcz prawa Boga do stworzonego przezeń świata, życie jakby Bóg nie istniał, przyznanie prawa obywatelstwa i nobilitacja wszelkich grzechów i wynaturzeń, nienawiść i egoizm, konsumpcyjny styl życia całkowicie zamazujący perspektywę wieczności i wiele innych każą wręcz przypuszczać, że przestrogi Maryi zostały przez świat zignorowane przez co zmierza on ku nieuchronnej katastrofie, pomimo zabiegów i modlitwy milionów ludzi dobrej woli. To na gruncie światowym.
A na naszym rodzimym? Tu trzeba zapytać wprost: – kto dziś pamięta o wydarzeniu z 8 września 1946 roku? W 1996 roku minęło od niego już pięćdziesiąt lat i zbliża się jego siedemdziesiąta rocznica. Ileż tam zobowiązań przyjęliśmy na siebie, jak chociażby i to, że będziemy swoje poświęcenie odnawiać każdego roku. Czynimy to? Znamy jego treść? Te pytania dotyczą wszystkich – świeckich i duchownych, nade wszystko jednak tych drugich, na których spoczywa odpowiedzialność za przypominanie i inspirowanie do realizowania Aktu Poświęcenia i życia nim. Czy nie czas na opracowanie programu duszpasterskiego w oparciu o ducha poświęcenia tak papieskiego z 1942 i 1984 roku jak i polskiego z roku 1946 i przywrócenie tym faktom należnego im miejsca w naszej praktyce pobożności?
To samo dotyczy wspólnot zakonnych. Ciekaw jestem czy, a jeśli tak to w ilu z nich jest dziś praktykowane nabożeństwo pierwszych sobót i modlitwa za grzeszników? Obawiam się, że nastąpiła u nas wielka dewaluacja wielkich spraw. Może zbyt dużo tych naszych jubileuszy, peregrynacji, poświęceń, oddań, które stają się celem samym w sobie zamiast być punktem wyjścia ku wytężonej pracy duszpasterskiej i środkiem osobistego uświęcenia najpierw duszpasterzy a potem powierzonych im ludzi. Wielki i zbawienny akt z 1946 roku, który prawdopodobnie osłonił nas w trudnych czasach komunizmu, pozostał z naszej strony bez odpowiedzi i został praktycznie zapomniany. A czy nie podobnie jest z milenijnym aktem oddania? Pamiętamy o nim, nawiązujemy do niego w katechezie, kazaniach? Ileż tam obietnic, które Niebo mogłoby nazwać dziś bez przesady „obiecankami”? Czy próbuje się wcielać w życie wizjonerskie zamysły Prymasa Tysiąclecia? Osobiście tego nie widzę. Aktywni jesteśmy za to w wymyślaniu coraz to nowych akcji, które błyszczą krótkotrwałym ogniem, by równie szybko zagasnąć i odejść w niebyt. Obawiam się, że Bóg który wypełnia nieustannie swoją część obietnicy zbawczej prędzej czy później, w taki czy inny sposób upomni się o nasze zobowiązania. Bowiem przymierze z Bogiem to nie żart ani sprawa chwilowego kaprysu!
To samo odnosi się do nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca, które jest centralnym przesłaniem płynącym do nas z Fatimy obok wezwania do pokuty i nawrócenia. To skuteczny sposób ocalenia dla każdego z nas i tych którym pomożemy tę drogę odnaleźć lub ją wskażemy. Bo ostatecznie to chyba jednak życie wieczne jest najważniejsze. Same ślubowania choćby ponawiane codziennie nie przyniosą owocu jeśli nie będą wypełniane, same procesje i peregrynacje nic nie dadzą, jeśli nie towarzyszyć im będzie szczere nawrócenie, nie emocjonalne i pod wpływem chwili po którym człowiek po opadnięciu fali uniesień wraca do „starego”, ale trwałe, wymagające ewangelicznego czuwania, wytrwałości, samozaparcia. Tu nie do przecenienia jest rola duszpasterzy, kierowników duchowych, rekolekcjonistów i misjonarzy. Ale aby to czynili wierni, wpierw sami duszpasterze powinni dokonać pewnych przewartościowań we własnym życiu. Stąd oczywisty wydaje się postulat powrotu do praktykowania także w życiu osobistym fatimskiego posłania.
W orędziu fatimskim, podobnie jak w tym otrzymanym za pośrednictwem siostry Faustyny Opatrzność Boża daje nam proste i łatwe recepty dla zbawienia własnego i innych ludzi. Za tym „łatwym” kryje się jednak trud przemiany i zerwania z grzechem. Same deklaratywne akty niczego w nas i wokół nas nie zmienią. Można spotkać się z opiniami, że wszelkie poświęcenia się, koronki czy nabożeństwo pierwszych sobót to takie „dewocyjne” środki dobre dla ludzi prostych. Tak już jest, że najchętniej poprawialibyśmy Pana Boga i zastępowali Jego środki własnymi pomysłami. Podobnie jak starotestamentalny Syryjczyk Naaman zgorszony tym, że sposobem na pozbycie się przezeń trądu miało być siedmiokrotne obmycie się w Jordanie, który z jego punktu widzenia i na tle rzek jego kraju nie wyglądał zbyt, powiedzmy, atrakcyjnie. W dodatku samo obmycie się także należało do zadań z rzędu „łatwych”. I odszedłby od proroka oburzony, wraz ze swoim trądem, gdyby nie powstrzymała go roztropność sług.
Jesteśmy chyba w podobnej sytuacji. Za dużo w nas pychy, „logiki”, i racjonalności zagłuszającej prostotę dziecka. Dlatego ciągle szukamy i wymyślamy środki w naszym mniemaniu atrakcyjniejsze i skuteczniejsze. Warto to sobie przemyśleć. Warto także nie czekać na cudze inicjatywy, decyzje, oświadczenia, ale zacząć od siebie i od dawania przykładu, każdy na miarę swoich możliwości, tak duchowni jak świeccy. To będzie dobra decyzja. Takich „dobrych decyzji” należałoby oczekiwać na każdym szczeblu struktur kościelnych. Inaczej znowu zaprzepaścimy wiele szans na odrodzenie a w chwilach trudnych po raz kolejny będziemy oczekiwali na znak z nieba, by potem szybko o nim zapomnieć, tymczasem, jak powiedział bł. Jan Paweł II w Fatimie 13 maja 1982 roku, „ Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”. Słuchać znaczy wypełniać, bo można słuchać i nie słyszeć. Zanim więc rzucimy się do proklamowania kolejnych ślubowań, wypełnijmy te, które zadał nam Bóg przez Maryję, tak, by nie stał się On sam narzędziem realizacji naszych osobistych wizji i pomysłów. Wielka Nowenna Fatimska jest chyba dobrą okazją ku temu.
Akt poświęcenia się Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi
8 września 1946 r.
Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz obrał Ciebie za Patronkę i Królową Państwa, a Rzeczpospolitą polecił Twojej szczególnej opiece i obronie, tak i my, dzieci Narodu Polskiego, stajemy teraz przed Twym tronem hołdem miłości, serdecznej czci i wdzięczności. Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały Naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie, oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Twojemu Synowi a naszemu Odkupicielowi, ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła i szerzenie Jego Królestwa.
Pani i Królowo nasza, pod Twoją obronę uciekamy się. Otocz rodzinę polską macierzyńską opieką i strzeż jej świętości. Natchnij nadprzyrodzonym duchem pobożności naszą parafię, ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swoimi łaskami. Uproś Narodowi Polskiemu stałość w wierze, świętość życia i zrozumienie posłannictw. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj polskiej ziemi przesiąkłej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczypospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, Natchnieniem i Patronką.
Potężna Wspomożycielko wiernych, otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół Święty. Bądź mu puklerzem w dni prześladowania. Wyjednaj mu światłość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności z Chrystusową Owczarnią. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.
Władna Świata Królowo, spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy ludzkiego rodzaju. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom szczere i trwałe pojednanie. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowali swoje życie. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie i zaufaniu. Matko Boga i nasza, przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie. Przygarnij wszystkich do Swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym Królestwem. Amen.
Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi.
Powodowany miłością ku Tobie oraz pragnieniem zadośćuczynienia Twemu Niepokalanemu Sercu za zniewagi i bluźnierstwa, oraz powodowany pragnieniem chwały Trójcy Przenajświętszej i zbawienia własnego oraz bliźnich oddaję się Twemu Niepokalanemu Sercu na wyłączną własność, abyś mogła posługiwać się mną dla chwały Twego Syna i Twojej. Posługuj się mną według swojej woli, ale też ochraniaj płaszczem Swojej opieki i wypraszaj potrzebne łaski i moce abym mógł wypełnić w życiu wolę Bożą i Twoją. Bądź mi Matką, Opiekunką i Panią, a po ziemskim żywocie Syna Twego Miłosiernego mi okaż. Bądź pozdrowiona Pełna łaski. Amen.
*Artykuł powstał na bazie luźnych materiałów archiwalnych będących w posiadaniu pallotyńskiego Sekretariatu Fatimskiego w Zakopanem – Krzeptówkach. Cytaty i opinie nie opatrzone odnośnikami pochodzą z tego źródła. (F.G.)
[1] L. Kondor, Załącznik do książki Siostra Łucja mówi o Fatimie, Zał. nr 2, Archiwum Sekretariatu Fatimskiego,
Zakopane-Krzeptówki, s.1.
[2] L. Balter, Uzasadnienie teologiczne aktu ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, w: Grzybek S., Maryja Matka
Narodu Polskiego, Częstochowa 1983, s. 155. Autor podaje też faktografię, omawia nadto cały kontekst aktu
ks. Franciszek Gomułczak SAC – pallotyn/Sekretariat Fatimski
***
Święcenia w Bractwie św. Piusa X – rana na Ciele Chrystusa
Konsekracja biskupów dokonana wbrew woli papieża ma miejsce dwa dni po tym, kiedy w Ewangelii słyszeliśmy słowa Chrystusa, który ustanawia prymat Piotra i jego następców.
Święcenia otrzymali Pascal Schreiber ze Szwajcarii, Pascal Schreiber z USA oraz dwaj Francuzi: Michel Poinsinet de Sivry i Marc Hanappier.EPA/CYRIL ZINGARO
***
Konsekracja biskupów dokonana wbrew woli papieża ma miejsce dwa dni po tym, kiedy w Ewangelii słyszeliśmy słowa Chrystusa, który ustanawia prymat Piotra i jego następców.
To bardzo smutny dzień. Lipiec – miesiąc poświęcony Najświętszej Krwi Chrystusa, przelanej za nas na krzyżu – rozpoczął się od potężnej rany, zadanej Jego Ciału. Bo święcenia biskupie, udzielone wbrew woli papieża czterem prezbiterom Bractwa św. Piusa X, są zadaniem rany Kościołowi. Momentem bolesnym i trudnym dla całej wspólnoty.
Liturgia, sprawowana w szwajcarskim Écône, rozpoczęła się od pytania konsekratora: „Czy macie mandat apostolski?”. Oczywiście nie mogła tutaj paść odpowiedź twierdząca. Zamiast tego notariusz, otwierając dokument przypominający bullę, odczytał długie uzasadnienie dzisiejszej konsekracji. Oprócz powoływania się na wyjątkowe okoliczności, wśród argumentów padł i taki: „Ponieważ od Soboru Watykańskiego II aż do dnia dzisiejszego władze Kościoła kierują się duchem przeciwnym duchowi wiary, działają przeciwko Świętej Tradycji i nie znoszą już zdrowej nauki, ale odwracają słuch od prawdy”.
Chwilę później kandydaci na biskupów złożyli przysięgę wierności wobec urzędu papieskiego, w której padła także deklaracja „Będę zwalczał i ścigał wedle mojej mocy heretyków, schizmatyków i buntowników wobec naszego Ojca Świętego – papieża i jego następców”. Przysięga ta składana w sytuacji jawnego buntu przeciwko papieskiej decyzji brzmi przynajmniej groteskowo.
Inaczej niż w 1988
Na naszych oczach kolejny raz dochodzi do podziału wewnątrz Kościoła. Papież Leon XIV nazwał wczoraj decyzję bractwa rozdzieraniem tkanej Tuniki Chrystusa. Ktoś powie – nie pierwszy raz, przecież w 1988 roku abp Marcel Lefebvre udzielił już sakry biskupiej wbrew Rzymowi. Dzisiejsza sytuacja jest jednak inna. Wówczas osoby przywiązane do dawnej liturgii nie miały możliwości uczestniczyć w niej poza Bractwem.
Po konsekracji biskupów Jan Paweł II powołał komisję Ecclesia Dei, aby objąć opieką wiernych, którzy chcieli uczestniczyć w dawnej formie liturgii, a jednocześnie pozostać wiernymi Kościołowi. Na jej kanwie powstało Bractwo św. Piotra i instytuty i stowarzyszenia, jak Instytut Dobrego Pasterza czy Instytut Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana. Dzięki nim istnieje możliwość uczestnictwa w Eucharystii, sprawowanej według dawnego mszału.
Papież Franciszek w motu proprio Traditionis Custodes nałożył na taką liturgię poważne ograniczenia. Być może dobrym pomysłem byłoby zrewidowanie przez Stolicę Apostolską zapisów tego dokumentu i złagodzenie niektórych decyzji, tak, aby wierni mieli możliwość regularnego uczestnictwa w wybranej przez siebie formie liturgii. Nie można dziś jednak powiedzieć, że tylko Bractwo zachowało tradycyjną formę rytu rzymskiego – można w niej uczestniczyć w pełnej jedności z Kościołem.
Zwolennicy Bractwa wytykają papieżowi, że spotyka się z niekatolikami, a nie odpowiedział na prośbę przełożonego generalnego o osobistą audiencję. To prawda, Leon XIV nie spotkał się z ks. Davidem Pagliaranim. Jednak natychmiast po ogłoszeniu decyzji o święceniach na spotkanie zaprosił go kard. Victor Manuel Fernandez, prefekt Dykasterii Nauki Wiary. Po tym spotkaniu przełożony Bractwa napisał list, w którym wyraźnie napisał, że nie może zaakceptować perspektywy ani celów, w imię których Dykasteria proponuje wznowienie dialogu w obecnej sytuacji. Następnie wylicza przeszkody, które czynią dialog niemożliwym do podjęcia. Zerwanie dialogu było więc decyzją Bractwa, nie Stolicy Apostolskiej. Trudno zrozumieć, dlaczego po liście, który tak jednoznacznie zamyka drogę do porozumienia, członkowie Bractwa uważają, że papież popełnił błąd, nie spotykając się z ks. Pagliaranim.
Z papieżem czy przeciw niemu?
Dzisiejsza homilia, wygłoszona przez przełożonego bractwa, nie pozostawiała wątpliwości, że dla Bractwa dzisiejszy dzień jest wielkim świętem. Nie dało się w niej wyczuć smutku, że do święceń dojść musiało. Przeciwnie – wygłoszona została w tonie triumfalizmu, ze wskazaniem błędów Stolicy Apostolskiej. Kaznodzieja przekonywał, że tylko Bractwo zachowało pełnię wiary katolickiej. Połączenie tych słów z kolejny raz wypowiedzianą deklaracją miłości do papieża kolejny raz zabrzmiało ironicznie.
Zaledwie przedwczoraj w Kościele obchodziliśmy uroczystość świętych Piotra i Pawła. Także w kalendarzu przedsoborowym to święto przypada 29 czerwca i także tam w liturgii odczytywana jest Ewangelia, w której Piotr deklaruje: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. W odpowiedzi Jezus mówi Piotrowi, że stanie się fundamentem Kościoła i dodaje: „cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”.
W sporze z Bractwem św. Piusa X nie chodzi tylko o przywiązanie do „starej” formy mszy. Problem leży znacznie głębiej: w rozumieniu istoty Kościoła i Tradycji. A jeszcze głębiej: w poważnym traktowaniu słów Jezusa, dotyczących prymatu Piotra. Członkowie Bractwa negują zapisy dokumentów Soboru Watykańskiego II – dokumentów podpisanych przez papieży, przyjętych jako nauczanie Kościoła i włączonych w część Tradycji. Odrzucanie ich musi stawiać pytanie o wierność słowom Chrystusa, który nadał papieżom władzę podejmowania decyzji, dotyczących Kościoła na ziemi.
Swoim czynem biskupi-konsekratorzy i nowowyświęceni biskupi zaciągnęli na siebie ekskomunikę z mocy samego prawa. Być może w najbliższych dniach dowiemy się o innych konsekwencjach, które wyciągnie Stolica Apostolska. Warto wówczas pamiętać, że kary kościelne nie są narzędziem zemsty, a ich nałożenie nie powinno wywoływać żadnej satysfakcji u „prawowiernych” członków Kościoła. Ekskomunika jest karą naprawczą, której celem jest skłonienie ukaranego do refleksji, żalu i nawrócenia, a w konsekwencji do pełnego powrotu do jedności z Kościołem. I właśnie o taką pełną jedność dla tych, którzy dziś zaciągnęli na siebie karę ekskomuniki, powinniśmy się modlić.
Bractwo Kapłańskie św. Piusa X i Stolica Apostolska – pół wieku konfliktu o liturgię i doktrynę
Konflikt między Bractwem Kapłańskim św. Piusa X a Stolicą Apostolską trwa już ponad pół wieku. Zapowiedziane przez Bractwo wyświęcenie 1 lipca czterech kapłanów na biskupów dopisze do niego kolejny rozdział. Od Soboru Watykańskiego II (1962-1965) mniejszość tradycjonalistów sprzeciwia się modernizacji Kościoła katolickiego i jego liturgii. Centralnym punktem sporu jest celebracja tzw. tradycyjnej Mszy łacińskiej. Wykaz kluczowych wydarzeń w konflikcie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X z Rzymem z opublikowała niemiecka agencja katolicka KNA.
Bractwo Św. Piusa X zapowiedziało udzielenie 1 lipca święceń biskupich bez zgody papieża. Stolica Apostolska poinformowała, że konsekracje odbędą się wbrew wyraźnemu zakazowi i wezwała Bractwo do odstąpienia od tego zamiaru./unsplash
***
Bractwo Św. Piusa X zapowiedziało udzielenie 1 lipca święceń biskupich bez zgody papieża. Stolica Apostolska poinformowała, że konsekracje odbędą się wbrew wyraźnemu zakazowi i wezwała Bractwo do odstąpienia od tego zamiaru.unsplash
1962–1965: Sobór Watykański II podejmuje decyzję o modernizacji Kościoła katolickiego. Niewielka mniejszość odrzuca reformy; krytykuje m.in. otwarcie ekumeniczne, deklarację o wolności religijnej i innowacje w liturgii.
1970: Arcybiskup Marcel Lefebvre, uczestnik Soboru, zakłada Bractwo św. Piusa X, początkowo uznawane przez Kościół. Zarzuca Kościołowi rzymskokatolickiemu, że poprzez Sobór i późniejszą reformę liturgiczną zniszczył tradycję Kościoła.
1975: Rzym cofa kanoniczną legitymację Bractwa św. Piusa X w Écône, w szwajcarskim kantonie Valais.
1976: papież Paweł VI zawiesza abp. Lefebvre’a w pełnieniu obowiązków biskupich. Arcybiskup nadal jednak wyświęca księży.
1984: Jan Paweł II zezwala pod pewnymi warunkami na Mszę trydencką według Mszału z 1962 roku, wychodząc tym samym naprzeciw lefebrystom.
1988: Prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Joseph Ratzinger negocjuje kompromis z abp. Lefebvre’em, który na krótko przed podpisaniem arcybiskup odrzuca i 30 czerwca, wbrew zakazowi papieża, udziela sakry biskupiej czterem księżom. Skutkuje to ekskomuniką zaangażowanych, którą papież formalnie ogłasza.
Natomiast lefebryści nadal uważają się za członków Kościoła. Papież powołuje Komisję „Ecclesia Dei” do dialogu z tradycjonalistami. Niektóre grupy, takie jak tradycjonalistyczne Bractwo Kapłańskie św. Piotra, zostają ponownie zintegrowane z Kościołem katolickim.
1991: Śmierć abp. Lefebvre’a. Jego następcą na stanowisku przełożonego generalnego Bractwa św. Piusa X jest szwajcarski biskup Bernard Fellay, którego sam wyświęcił.
2005: Bp Fellay wita wybór kard. Josepha Ratzingera na papieża jako „promień nadziei”. W sierpniu bp Fellay zostaje przyjęty przez Benedykta XVI. Według Watykanu, ich rozmowa ujawnia „pragnienie osiągnięcia pełnej wspólnoty”.
2007: W liście apostolskim „Summorum Pontificum” Benedykt XVI zezwala na odprawianie Mszy św. według rytu z 1962 roku. Obecnie nazywa się to nadzwyczajną formą rytu rzymskiego.
Koniec 2008: w imieniu czterech biskupów, bp Fellay prosi o zniesienie ekskomuniki. Zapewnia o uznaniu prymatu papieskiego i akceptacji nauczania papieża.
Styczeń 2009: Kongregacja ds. Biskupów znosi ekskomunikę czterech biskupów z Bractwa św. Piusa X. Niemal jednocześnie przypomniano wywiad dla telewizji szwedzkiej, w którym jeden z biskupów, Richard Williamson, zaprzecza Holokaustowi oraz istnieniu komór gazowych. Pomimo próśb Rzymu, nie wycofuje swoich wypowiedzi.
Marzec 2009: Benedykt XVI pisze do wszystkich biskupów Kościoła powszechnego i przyznaje się do błędów proceduralnych Kurii w sprawie bp. Williamsona. Jednocześnie potwierdza swój zamiar przywrócenia Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X do Kościoła katolickiego.
Wrzesień 2011: Stolica Apostolska przedstawia kierownictwu Bractwa do podpisu „deklarację doktrynalną” dotyczącą fundamentalnych zasad nauczania katolickiego. W marcu 2012 r. Rzym odrzuca odpowiedź Bractwa jako niewystarczającą.
Marzec 2013: Po wyborze papieża Franciszka, przełożony dystryktu Bractwa św. Piusa X w Ameryce Południowej, ks. Christian Bouchacourt, oświadczył, że postrzega nowego papieża jako „idealistycznego apostoła ubóstwa z lat 70.”. Jego zdaniem, były arcybiskup Buenos Aires uprawia „wojowniczą pokorę, która może okazać się upokarzająca dla Kościoła”.
Wrzesień 2014: Kard. Gerhard Ludwig Müller, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, po raz pierwszy spotkał się z bp. Fellayem. Obaj wyrazili nadzieję na „całkowite pojednanie”, jak później oświadczył Watykan.
Wrzesień 2015: W Roku Świętym Miłosierdzia papież Franciszek zezwolił wszystkim wiernym na ważną spowiedź u kapłanów Bractwa. Później przedłużył tę decyzję.
Lato 2016: Negocjator watykański ogłasza, że bp Fellay zaakceptował propozycję utworzenia dla Bractwa „prałatury personalnej” w Kościele, na wzór Opus Dei.
Styczeń 2017: Bp Fellay opowiada się za zakończeniem separacji od Rzymu. Zapowiada, że porozumienie jest „w drodze”. Nie trzeba czekać, aż sytuacja wewnątrz Kościoła będzie „absolutnie satysfakcjonująca”.
Kwiecień 2017: Watykan sugeruje biskupom lokalnym uznanie małżeństw kościelnych osób ze wspólnoty tradycjonalistycznej. Podobnie jak w przypadku ważności spowiedzi, celem jest „przywrócenie pełnej wspólnoty Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X z Kościołem”.
2018: Bractwo Kapłańskie św. Piusa X wybiera Włocha, ks. Davide Pagliaraniego na nowego przełożonego generalnego. Jego oświadczenia od tego czasu nie pozostawiają wiele miejsca na pojednanie.
Lipiec 2021: Papież Franciszek ogranicza odprawianie trydenckiej Mszy. W motu proprio „Traditionis custodes” ustanawia Mszę wg Mszału z 1970 roku jako „jedyny wyraz” obrządku rzymskiego. Nadzwyczajna forma rytu rzymskiego, na którą Benedykt XVI zezwolił na szerszą skalę w 2007 roku, może być teraz sprawowana wyłącznie za zgodą biskupa miejsca i na bardziej rygorystycznych warunkach. Poprzednia praktyka powodowała zbyt duże podziały.
Styczeń 2025: Po śmierci bp. Richarda Williamsona (inny biskup, Bernard Tissier de Mallerais zmarł w październiku 2024 roku), w Bractwie św. Piusa X pozostało tylko dwóch biskupów konsekrowanych w 1988 roku.
Maj 2025: Nowym papieżem zostaje wybrany Amerykanin Robert Francis Prevost. Leon XIV chce nawiązać dialog z tymi, którzy opowiadają się za starym rytem Mszy św. „Stało się to tak spolaryzowaną kwestią, że ludzie często nie są gotowi słuchać się nawzajem” – mówił papież w jednym z wywiadów.
Luty 2026: Bractwo św. Piusa X ogłasza nowe święcenia biskupie na 1 lipca; byłoby to ponownie aktem schizmy. Watykan zaprasza do rozmów, ale pozostają one bezowocne.
Maj 2026: Dykasteria Nauki Wiary ponownie zakazuje święceń; nie ma na nie zgody papieża. Naruszający te zasady zostaną ekskomunikowani, tzn. wykluczeni ze wspólnoty kościelnej.
29 czerwca 2026: w uroczystości świętych Piotra i Pawła, na dwa dni przed zapowiadanymi święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego, które stanowiłyby nowy akt schizmy, Leona XIV wysyła list do przełożonego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Prosi o odstąpienie od tego zamiaru i raz jeszcze zapewnia, że „Kościół jest gotów podjąć drogę dialogu i porozumienia, którą Duch Święty może uczynić możliwą i owocną”.
Gość Nieedzielny
***
Watykan ogłosił ekskomunikę po konsekracjach biskupów Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X
Opublikowano: 2 lipca 2026
Dokument, podpisany przez kardynała prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kard. Víctora Manuela Fernándeza, określa obrzęd dokonany 1 lipca jako „czyn o naturze schizmatyckiej”.
fot. FSSPX Polska,youtube (print screen)
Biskupi Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X – Alfonso de Galarreta i Bernard Fellay (odpowiednio główny konsekrator i współkonsekrator) oraz nowo konsekrowani biskupi Pascal Schreiber, Michael Goldade, Michel Poinsinet de Sivry i Marc Hanappier zaciągnęli „ipso facto” ekskomunikę „latae sententiae”, zarezerwowaną Stolicy Apostolskiej, za dokonanie „czynu o naturze schizmatyckiej”, jakim była „konsekracja biskupia czterech prezbiterów bez papieskiego zlecenia i wbrew woli Papieża”.
Taka jest treść dekretu podpisanego przez kardynała Víctora Manuela Fernándeza, prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kontrasygnowanego przez dwóch sekretarzy tejże Dykasterii. Jest to – niestety zapowiadany – finał wydarzeń, który nastąpił dwadzieścia cztery godziny po uroczystej ceremonii sprawowanej w Écône w Szwajcarii rankiem 1 lipca 2026 roku.
Dekret dawnego Świętego Oficjum potwierdza, że zarówno biskupi udzielający konsekracji, jak i ci, którzy ją przyjęli, zaciągnęli przewidzianą ekskomunikę. Jest to bolesny finał wydarzeń, będący konsekwencją decyzji podjętej przez lefebrystów wbrew wielokrotnie wyrażanej woli Papieża Leona XIV. Ekskomunika odłącza od Kościoła rzymskiego zarówno biskupów, jak i kapłanów należących do Bractwa Świętego Piusa X. Jeżeli chodzi o wiernych świeckich, za ekskomunikowanych należy uważać tych, którzy formalnie przystąpili do Bractwa. Szczegóły zawarte są w „Nocie wyjaśniającej”, opublikowanej przez Dykasterię równocześnie z dekretem o ekskomunice, której pełny tekst zamieszczamy poniżej.
Nota Dykasterii:
Od czasów św. Pawła VI aż po ostatnie rozmowy, które odbyły się niedawno w tej Dykasterii, liczne próby doprowadzenia członków ruchu zapoczątkowanego przez abp. Marcela Lefebvre’a do pełnej komunii z Kościołem katolickim okazały się daremne.
Sytuacja ta uległa dalszemu pogorszeniu wskutek ostatnich konsekracji biskupich dokonanych bez papieskiego zlecenia, wbrew woli Ojca Świętego oraz z jawnym naruszeniem prawa kanonicznego. W związku z tym Dykasteria, wiernie wykonując powierzone jej zadania, uznaje za konieczne stwierdzić, że czyn ten stanowi przestępstwo schizmy, pociągające za sobą przewidziane przez prawo kanoniczne konsekwencje dla duchownych oraz zaangażowanych wiernych świeckich.
Duchowni należący do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X znajdują się w schizmie i dlatego należy ich uważać za schizmatyków (por. Ecclesia Dei, nr 5 c; Papieska Rada ds. Tekstów Prawnych, Nota wyjaśniająca dotycząca ekskomuniki za schizmę, w którą popadają członkowie ruchu biskupa Marcela Lefebvre’a, 24.08.1996, nr 5-6). W związku z tym podlegają oni ekskomunice przewidzianej przez prawo kanoniczne (kan. 1364 § 1 KPK).
W odniesieniu do wiernych świeckich za schizmatyków i ekskomunikowanych należy uznać tych, którzy formalnie przystępują do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X na warunkach określonych w Nocie wyjaśniającej Papieskiej Rady ds. Tekstów Prawnych z 1996 roku (por. tamże, nr 7), która nadal zachowuje moc obowiązującą i którą niniejsza Dykasteria przyjmuje jako własną.
Na zakończenie informuje się święty Lud Boży, że duchowni Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X sprawują sakramenty w sposób niegodziwy (illicite), a sakrament pokuty udzielany przez nich oraz małżeństwa, przy zawieraniu których asystują, są nieważne.
Kościół, jako troskliwa Matka, z serdeczną miłością i żywą troską przyjmie wszystkich, którzy pragną powrócić do pełnej komunii. Nuncjusze Apostolscy określą procedury, z których ordynariusze będą mogli korzystać w poszczególnych przypadkach.
Na koniec zachęca się wszystkich wiernych, aby trwali niewzruszenie w komunii z Biskupem Rzymu, z biskupami pozostającymi z nim w jedności oraz z całym Kościołem (por. Lumen Gentium, nr 22; kan. 751 KPK), a także powstrzymywali się od uczestnictwa w celebracjach liturgicznych i działalności organizowanej przez wspomniane Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X.
Stacja7.pl
***
2 lipca 2026
Ekskomunika dla biskupów, ale co z wiernymi?
Ks. prof. Piotr Majer wyjaśnia decyzję Watykanu
fot. FSSPX Polska,youtube (print screen)/ Ks. prof. Piotr Majer (upjp2)
***
Czy wierni uczestniczący w działalności Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X mogą popaść w ekskomunikę? Po najnowszej decyzji Watykanu wyjaśnia to ks. prof. Piotr Majer, wskazując na różnicę między formalnym przynależeniem a okazjonalnym udziałem w liturgii.
Dykasteria do spraw Nauki Wiary wydała dekret potwierdzający ekskomunikę biskupów wyświęconych bez mandatu Stolicy Apostolskiej oraz notę wyjaśniającą konsekwencje kanoniczne dla duchownych i wiernych związanych z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X. Co dokładnie oznacza ta decyzja, kogo obejmuje i dlaczego argumenty Bractwa o “stanie wyższej konieczności” nie znajdują uznania w oczach Kościoła – w rozmowie z KAI wyjaśnia ks. prof. Piotr Majer, kanonista z UPJPII.
Dawid Gospodarek (KAI): Wczoraj w Bractwie Kapłańskim św. Piusa X wyświęcono czterech biskupów bez zgody papieża, podobnie jak w 1988 r. zrobił to założyciel Bractwa, abp Marcel Lefebvre. Ostrzegano, że ten czyn pociąga za sobą ekskomuniki, jednak Bractwo nie przejęło się tym. Dziś rano oficjalnie zareagowała Stolica Apostolska.
Ks. Piotr Majer: Dziś Dykasteria Nauki Wiary wydała w tej sprawie dwa dokumenty. Pierwszy to dekret Dykasterii, w którym deklaruje się karę ekskomuniki – zarówno za przestępstwo konsekrowania biskupów bez mandatu Stolicy Apostolskiej, jak i za przestępstwo schizmy, do którego doszło. Ekskomunika ta jest automatyczna, działa mocą samego czynu (latae sententiae). Prawo kanoniczne przewiduje jednak zaostrzenie skutków takiej kary, jeżeli zostaje ona deklarowana, czyli oficjalnie potwierdzona i podana do publicznej wiadomości.
To właśnie ma miejsce niestety dzisiaj, po ogłoszeniu dekretu Dykasterii do spraw Nauki Wiary. Warto zwrócić uwagę, że w dekrecie wymienia się dwa przestępstwa. Pierwsze to konsekrowanie biskupów bez mandatu Stolicy Apostolskiej – kanon 1387 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Karę ekskomuniki za to przestępstwo zaciąga główny konsekrator, czyli bp Alfonso de Galarreta, a także ci, którzy przyjęli od niego święcenia biskupie – w dekrecie wymienione są nazwiska czterech wyświęconych wczoraj, niegodziwie, biskupów. Wszyscy oni zaciągnęli także ekskomunikę za drugie przestępstwo – schizmę (kan. 1364 § 1 KPK). Natomiast biskup, który był współkonsekratorem – Bernard Fellay – zaciągnął ekskomunikę za akt schizmatycki, i ta ekskomunika również została zadeklarowana.
Oprócz dekretu Dykasteria wydała także Notę wyjaśniającą, w której nawiązuje się do listu apostolskiego świętego Jana Pawła II z 1988 r. oraz do dokumentu ówczesnej Papieskiej Rady do spraw Tekstów Prawnych z 1996 r. W Nocie wyjaśnia się, że wszyscy “święci szafarze”, czyli duchowni należący do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, znajdują się w schizmie, mają być uważani za schizmatyków i zaciągają ekskomunikę przewidzianą przez prawo za przestępstwo schizmy.
Co ciekawe, w punkcie trzecim tej noty wyraźnie potwierdza się, że duchowni ci niegodziwie sprawują sakramenty, a sprawowany przez nich sakrament pokuty oraz asystowanie przy zawieraniu małżeństwa są nieważne. Tym samym odwołane zostaje upoważnienie do spowiadania, którego w 2015 r. udzielił kapłanom Bractwa papież Franciszek, a które potem przedłużył do odwołania. Budziło to niegdyś pewne niezrozumienie, bo o tym, że duchowni ci są obłożeni karami kościelnymi, mówiło się już od dawna, a mimo to – choć Kościół uznawał ich za schizmatyków – papież udzielił im upoważnienia do spowiadania. Dla mnie, jako kanonisty, było to trudne do pogodzenia, a nawet wewnętrznie sprzeczne. Z dzisiejszego dokumentu wynika, że tamten akt papieża Franciszka już nie obowiązuje – księża Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X nie mają więc upoważnienia ani do spowiadania, ani do asystowania przy zawieraniu małżeństw.
W Nocie wyjaśniającej jest też zapowiedź ewentualnych kar dla świeckich…
Tak, dokument stanowi, że dotyczy to tych, którzy formalnie przynależą do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Nie znam dokładnie struktury tego Bractwa i nie potrafię powiedzieć, kto spośród świeckich formalnie do niego przynależy. Nie o to jednak chodzi – i Kościół wyraźnie nie chce tu pochopnie karać wszystkich świeckich, zaznaczając, że każdy przypadek musi być osądzony osobno. Ekskomunice nie podlegają ci, którzy okazjonalnie uczestniczą w celebracjach czy nabożeństwach sprawowanych przez schizmatyckich księży należących do Bractwa św. Piusa X.
Jak zrozumieć tę sytuację wiernych – kiedy pojawia się realne niebezpieczeństwo zaciągnięcia ekskomuniki? Poprzez regularne, formalne uczestnictwo w liturgiach? Przez posyłanie dzieci do szkół prowadzonych przez Bractwo? Należenie do organizacji dla świeckich prowadzonych przez Bractwo, jak np. Rycerstwo Niepokalanej?
We wspomnianej Nocie z 1996 r. wyraźnie stwierdzono, że nie wydaje się stosowne głębsze formalizowanie warunków schizmy, ponieważ mogłoby to stworzyć większe problemy. Kościół mówi jedynie o „formalnym” uczestnictwie. Co to oznacza w praktyce? Jeśli ktoś świadomie i dobrowolnie należy do jakiejś struktury, z uzewnętrznionym zamiarem wypowiedzenia posłuszeństwa papieżowi. Bez wątpienia formalnie do schizmy przystępują duchowni, ponieważ przyjmują święcenia albo obejmują urzędy w tym schizmatyckim Bractwie.
Formalność oznacza, że muszą zostać spełnione określone procedury przyjęcia do struktur Bractwa, a przynajmniej akt zewnętrzny, który w niewątpliwy sposób wskaże, iż ktoś do Bractwa przynależy. Jeśli chodzi o pozostałych wiernych, moim zdaniem celowo pozostawia się tu pewną przestrzeń niedopowiedzianą, by nie wywoływać konfliktów sumienia u tych, którzy jedynie okazjonalnie korzystają z posługi duszpasterskiej u kapłanów Bractwa. Jak jednak czytamy w dzisiejszych dokumentach, nuncjusze apostolscy otrzymają odpowiednie wskazania i przekażą je biskupom diecezjalnym co do tego, jak postępować wobec wiernych – a także duchownych – którzy chcieliby zejść z błędnej drogi i pojednać się z Kościołem.
Nie chciałbym oceniać, nie mając pełnej wiedzy o stanowisku Stolicy Apostolskiej w tej konkretnej kwestii – a sama Stolica Apostolska również, jak sądzę, nie chce się jednoznacznie wypowiadać wobec wiernych świeckich. Poczekajmy na dodatkowe komentarze ze strony Kurii Rzymskiej.
W 1988 roku, po święceniach dokonanych przez arcybiskupa Lefebvre’a i ogłoszeniu ekskomunik, Bractwo utrzymywało, że te ekskomuniki w ogóle nie były skuteczne – ponieważ działało ono w stanie wyższej konieczności, nie miało intencji schizmatyckiej, a poza tym uznaje papieża, skoro wymienia go w kanonie mszalnym. Teraz również zapowiadano, że będzie podobnie: że nawet jeśli Watykan ogłosi ekskomunikę, to tak naprawdę jej nie ma. Jak podchodzić do tego argumentu Bractwa?
Po pierwsze, samo wymienianie imienia Ojca Świętego w kanonie eucharystycznym nie wystarczy. Aby uznawać prymat Piotrowy, trzeba stosować się do poleceń papieża, a nie tylko wymieniać jego imię. W tym przypadku akt konsekracji biskupów bez zezwolenia papieskiego wyraźnie pokazuje, że nie ma tu miejsca na posłuszeństwo wobec Ojca Świętego.
W Nocie wyjaśniającej z 1996 roku Kościół wyraźnie odrzucił tezę, jakoby kara ekskomuniki nie miała miejsca, ponieważ akt konsekracji dokonany został w stanie wyższej konieczności. Rzeczywiście, prawo kanoniczne przewiduje możliwość złagodzenia, a nawet zwolnienia z kary kanonicznej – ale nie sam sprawca może o tym decydować, tylko ten, kto go osądza i ocenia sytuację. Zarówno wtedy, jak i dziś, mamy do czynienia z jasną deklaracją, że taka ekskomunika została zaciągnięta. Dykasteria do spraw Nauki Wiary, w pełni świadoma argumentów, które na swoje usprawiedliwienie przytacza Bractwo Świętego Piusa X, argumenty te odrzuca.
W tamtej pierwszej Nocie wyjaśniającej z 1996 roku czytamy wyraźnie, że nigdy nie może zaistnieć konieczność wyświęcenia biskupa wbrew woli Ojca Świętego, głowy Kolegium Biskupów. W rzeczywistości oznaczałoby to możliwość „służenia” Kościołowi poprzez zamach na jego jedność w tak fundamentalnej sprawie, jaką jest wyświęcanie biskupów. I wtedy, w 1988 i 1996 roku – najpierw Jan Paweł II, potem Papieska Rada do spraw Tekstów Prawnych – a teraz Dykasteria Nauki Wiary, wyraźnie tę argumentację odrzucają.
Dawid Gospodarek (KAI)
***
Szkocja: kolejna grupa planuje sakry bez zgody papieża
Opublikowano: 3 lipca 2026
Nie tylko lefebryści – 25 lipca dojdzie do zerwania jedności z Ojcem Świętym ze strony innej grupy Redemptorystów Zaalpejskich. Wydarzenie zaplanowano na wyspie Papa Stronsay w archipelagu Orkadów.
fot. Wikipedia
***
Ta niewielka grupa ultrakonserwatystów wyrosła z ruchu abp. Marcela Lefebvre’a, ostro krytykując Kościół, a przede wszystkim Sobór Watykański II.
Następnie w 2008 roku dzięki Benedyktowi XVI doszło do pojednania. Teraz są jednak gotowi do aktu schizmatyckiego. „Wyświęcę ojca Michaela Mary’ego 25 lipca, jeśli Bóg pozwoli” oraz „zostanie on wyświęcony bez mandatu apostolskiego, ponieważ Stolica Rzymska jest wyraźnie obsadzona przez wrogów Boga” – ogłosił kilka tygodni temu wyświęcony bez mandatu papieskiego bp. Pierre Roy, przełożony generalny. Oprócz niego udzielającymi sakry będą wyświęceni bez mandatu papieskiego Brazylijczyk bp Rodrigo Ribeiro da Silva oraz Argentyńczyk bp Fernando Altamira.
Żaden wierny nie powinien w tym uczestniczyć
Biskup Aberdeen, Hugh Gilberta oświadczył w związku z tym: „Święcenia te miałyby zostać udzielone bez mandatu papieskiego przez grupę biskupów, którzy zaprzeczają, że nasz Ojciec Święty, papież Leon XIV, jest faktycznie papieżem. Ponieważ konsekracja ta ma się odbyć w granicach geograficznych diecezji Aberdeen, czuję się zobowiązany do wyjaśnienia wiernym tej diecezji, że każda taka konsekracja biskupia byłaby bezprawna i stanowiłaby poważny akt nieposłuszeństwa, oddzielający uczestników od jedności z Kościołem katolickim. Żaden wierny nie powinien w niej uczestniczyć. Działanie to nie służy «dobru Kościoła katolickiego», jak fałszywie się utrzymuje. Sytuacja ta budzi głęboki żal i możemy jedynie modlić się, aby osoby, których to dotyczy, zmieniły zdanie” – stwierdził hierarcha.
Bractwo nie uznaje posoborowych „pretendentów do papiestwa”
Synowie Najświętszego Odkupiciela (Redemptoryści Zaalpejscy) powstali w 1988 roku z inicjatywy byłego redemptorysty o. Michaela Marii Sima, z powodu krytyki zmian, jakie zaszły w zakonie po soborze watykańskim II. Zgromadzenie to do 2008 roku współpracowało z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X. Od sierpnia 2012 do maja 2026 było instytutem kleryckim życia konsekrowanego na prawie diecezjalnym. 2 maja 2026 roku w deklaracji „Dogmat, którym należy się kierować” ogłosiło, że nie uznaje posoborowych „pretendentów do papiestwa” jako rzeczywiście urzędujących papieży – stając się sedewakantystami i ponownie odłączając się od oficjalnych struktur kościoła rzymskokatolickiego.
KAI/Stacja7
***
Watykan otwiera drogę powrotu po schizmie w Bractwie św. Piusa X. Tak wygląda procedura dla księży i świeckich
Opublikowano: 3 lipca 2026
Dykasteria Nauki Wiary przekazuje biskupom na całym świecie komunikat dotyczący działań, jakie należy podjąć w celu ponownego przyjęcia do wspólnoty katolickiej tych, którzy zdecydują się opuścić Bractwo św. Piusa X po akcie schizmatyckim, który doprowadził do nowej ekskomuniki.
fot. Shalone Cason/unsplash.com
***
W celu powrotu do wspólnoty katolickiej po akcie schizmatyckim z 1 lipca nie będzie trzeba powoływać specjalnej komisji, jak miało to miejsce w przeszłości w ramach inicjatywy „Ecclesia Dei”, ponieważ Dykasteria Nauki Wiary opracowała już procedurę zarówno dla kapłanów, jak i dla wiernych świeckich, angażując bezpośrednio ordynariuszy diecezjalnych oraz przełożonych wspólnot stosujących ryt tradycyjny i trwających w jedności z Rzymem. Instrukcje są przekazywane w tych dniach za pośrednictwem nuncjatur, jak już ogłoszono w nocie wyjaśniającej opublikowanej 2 lipca przez Dykasterię.
Pojednanie dla kapłanów
Praktyka stosowana przez Dykasterię Nauki Wiary, obowiązująca od 1 lipca 2026 r., przewiduje, że kapłan, który zdecydował się opuścić Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, gotowy jest zaakceptować Sobór Watykański II oraz zasadność novus ordo Missae, choć pozostaje przywiązany do rytu tradycyjnego, powinien „znaleźć ordynariusza (biskupa diecezjalnego, wyższego przełożonego kapłańskich instytutów zakonnych na prawie papieskim oraz kapłańskich stowarzyszeń życia apostolskiego na prawie papieskim itp.), który będzie gotów przyjąć go ad experimentum”.
Następnie kapłan będzie musiał „napisać własnoręcznie list do Ojca Świętego, w którym się przedstawi i poprosi o zniesienie sankcji nałożonych z powodu święceń kapłańskich udzielonych przez biskupa ekskomunikowanego lub nie mającego uregulowanego statusu, lub z powodu tego, że po ważnym i zgodnym z prawem przyjęciu święceń kapłańskich wstąpił następnie do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X”.
Wyznanie wiary i formuła przystąpienia
Kapłan będzie musiał ponadto dołączyć świadectwo święceń kapłańskich oraz załączyć, podpisane i opatrzone datą, „Professio fidei i Formula adhaesionis, opatrzone datą i podpisem”. Chodzi o wyznanie wiary, które podsumowuje treści wiary katolickiej, oraz o formułę przynależności, w której kapłan obiecuje wierność Papieżowi, zobowiązując się do nieatakowania publicznie ani jego samego, ani jego nauczania. Odzwierciedla to nauczanie zawarte w punkcie 25 Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium, dotyczącej wierności nauczaniu Kościoła. Oświadcza ponadto, że uznaje za ważne sprawowanie Mszy św. zgodnie z obrzędami ogłoszonymi przez Pawła VI i Jana Pawła II oraz że przestrzega norm Kodeksu Prawa Kanonicznego ogłoszonego przez Jana Pawła II.
Kapłan powinien zlecić przesłanie dokumentów (listu wraz z zaświadczeniem, profesji oraz formuły przynależności) przez ordynariusza, „który w liście towarzyszącym wyrazi gotowość przyjęcia go ad experimentum do swojej diecezji lub do swojego instytutu”. Zaraz po otrzymaniu dokumentów od ordynariusza Dykasteria sporządza reskrypt o zniesieniu sankcji, upoważniając ordynariusza do przyjęcia wnioskującego kapłana „na okres próbny trwający co najmniej rok i nie dłuższy niż trzy lata, po upływie którego będzie można przystąpić do jego inkardynacji”.
Pojednanie dla wiernych świeckich
Ta praktyka, wyjaśnia Dykasteria, „dotyczy kwestii przypisania winy lub stopnia odpowiedzialności subiektywnej wiernych świeckich, którzy formalnie przystąpili do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X lub do niego uczęszczają i którzy proszą o przyjęcie do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim”. Nałożenie kary na świeckich należących do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X nie może bowiem „być zakładane automatycznie, lecz musi być rozpatrywane indywidualnie dla każdego przypadku”.
„Ponieważ odpowiedzialność wymaga pełnej świadomości i świadomej zgody”, jak czytamy w dokumencie Dykasterii Nauki Wiary, przykłady udowodnionej odpowiedzialności mogą dotyczyć: świeckich należących do Trzeciego Zakonu Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X; świeckich, którzy regularnie uczestniczą w nabożeństwach Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, formalnie podzielając jego stanowiska doktrynalne”.
Postępowanie, którego należy przestrzegać
Ewentualna procedura, jaką należy zastosować w przypadku świeckich należących do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, na których nałożono karę i którzy proszą o przyjęcie do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, „oznacza formalny akt pełnej przynależności do doktryny i posłuszeństwa wobec hierarchii katolickiej, pod jurysdykcją miejscowego ordynariusza, który jest gwarantem jedności Kościoła lokalnego”.
W związku z tym wierny świecki, który zdecydował się opuścić Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, musi przedłożyć swojemu biskupowi Professio fidei oraz Formula adhaesionis, opatrzone datą i podpisem. „Po otrzymaniu dokumentacji miejscowy ordynariusz zadba o przyjęcie wiernego świeckiego w terminie i w sposób, jakie uzna za najbardziej stosowne”.
Świeccy, których nie można obarczać winą
W dokumencie zaznaczono, że „nie należy obarczać winą: świeckich, którzy uczęszczali do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X wyłącznie z powodów liturgicznych lub duchowych; świeckich, którzy – choć świadomi napięć ze Stolicą Apostolską – nie odrzucają Magisterium ani autorytetu Papieża”. W przypadku tych ostatnich wystarczy, aby zwrócili się „do kapłana pozostającego w pełnej wspólnocie, z postanowieniem, że w przyszłości nie będą uczęszczać do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X”.
Vatican News, pa/Stacja7
***
Ekskomunika, suspensa i inne kary kościelne.
Za co, kiedy i dla kogo?
Shutterstock
***
Na katolika może zostać nałożona ekskomunika mocą samego prawa, czyli bez ingerencji władzy kościelnej – automatycznie, gdy dopuści się określonych czynów. Jakich?
Każdy z nas słyszał o karach kościelnych, ale mało kto wie coś o nich konkretnie. Uzupełnijmy tę lukę. Zasadniczo omawiane kary dzielą się na:
kary poprawcze
kary ekspiacyjne.
Kary poprawcze
Są nimi ekskomunika, suspensa i interdykt. Najcięższą jest ekskomunika. Może ona dotyczyć każdego katolika. Powoduje m.in. następujące zakazy:
zakaz pomocy w sprawowaniu mszy świętej i innych obrzędów religijnych, czyli bycia np. ojcem chrzestnym;
zakaz sprawowania sakramentaliów i sakramentów oraz przyjmowania sakramentów;
zakaz sprawowania jakichkolwiek kościelnych urzędów, posług i zadań oraz podejmowania w Kościele władczych decyzji („aktów rządzenia”).
„Mocą samego prawa”, czyli od razu po popełnieniu czynu, ekskomuniką karany jest ten, kto:
odstąpiłby od wiary katolickiej, byłby heretykiem lub schizmatykiem;
użyłby przemocy fizycznej wobec papieża lub go zabił;
dałby rozgrzeszenie wspólnikowi w grzechu przeciw 6 przykazaniu;
porzuciłby konsekrowane hostie lub w celach świętokradczych zabrał je lub przechowywał;
wyświęciłby kogoś na biskupa bez zgody papieża,
przyjąłby wspomniane święcenia;
bezpośrednio wyjawia grzechy, o których wie dzięki spowiedzi;
powoduje przerwanie ciąży. Dotyczy to zarówno rodziców, jak i np. lekarza czy osób postronnych namawiających do aborcji.
Interdykt
Nałożyć na kogoś ekskomunikę można też dokumentem. I to za różne przestępstwa, np. za zdradzenie tajemnicy spowiedzi przez tłumacza, który w niej pośredniczył.
Również interdykt może dotyczyć każdego katolika. Stanowią go dwa pierwsze zakazy wymienione przy okazji omawiania ekskomuniki. Obowiązuje mocą samego prawa lub jest nałożony personalnie.
W drugim przypadku wyraźnie przewidziany jest tylko dla katolika popierającego jakiekolwiek stowarzyszenie działające przeciw Kościołowi lub nim kierującego.
W pierwszym przypadku odnosi się ona zaś do tego, kto:
fałszywie donosi przełożonemu o tym, że jego podwładny przy okazji spowiedzi nakłania penitenta do grzechu przeciw przykazaniu „nie cudzołóż”;
nie będąc księdzem, usiłuje odprawiać mszę świętą;
nie mogąc rozgrzeszać, próbuje to robić, lub tylko słucha spowiedzi;
będąc zakonnikiem ślubów wieczystych, usiłuje zawrzeć małżeństwo, nawet cywilne;
stosuje przemoc fizyczną wobec biskupa.
Suspensa
Suspensa wreszcie to kara dotycząca wyłącznie osób duchownych, czyli księży diecezjalnych, diakonów, kleryków i zakonników. Nie jest ona tak jednoznaczna, jak interdykt i ekskomunika, gdyż w zależności od sytuacji stanowią ją takie lub inne zakazy działań wynikających z posiadania przez ukaranego:
święceń (np. zakaz odprawiania publicznych mszy świętych),
władzy rządzenia np. biskupiej,
urzędu np. kanclerza kurii biskupiej.
Również suspensa jest nakładana albo mocą samego prawa, albo personalnie. W pierwszym przypadku suspensą karany jest ten, kto:
usiłuje zawrzeć małżeństwo, w tym cywilne;
nie mając święceń kapłańskich, próbuje sprawować mszę świętą;
nie mogąc dać rozgrzeszenia, usiłuje go udzielić, lub słucha spowiedzi sakramentalnej;
używa przemocy fizycznej wobec biskupa.
Jeżeli chodzi o suspensę nakładaną personalnie, to może ona spaść np. na tego, kto stosując symonię (handel sakramentami), przyjmuje je lub udziela.
Kary ekspiacyjne
Ich celem jest ekspiacja, czyli zadośćuczynienie (swoiste „wyrównanie” szkód) przez ukaranego. Należą do nich:
zakaz lub nakaz przebywania na określonym miejscu [np. w danym klasztorze] lub terytorium, np. w jakiejś diecezji;
zakaz korzystania z tego, co wyliczono w n. 2, lub zakaz korzystania z tego w określonym miejscu lub poza określonym miejscem;
karne przeniesienie na inny urząd;
wydalenie ze stanu duchownego.
Kary wymienione w 1 i 5 punkcie dotyczą tylko duchownych. Karami obowiązującymi „mocą samego prawa” mogą być zaś jedynie te z punktu 3. Oczywiście pod warunkiem, że tego typu prawo zostanie wydane. Wprost zagrożone wspomnianymi karami są zaś jedynie: zabójstwo, porwanie, okaleczenie i zranienie.
Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową”
List ks. Gary’ego Campbella do bp. Bernarda Fellaya sprzed lat wraca dziś jako mocne świadectwo duchownego, który odszedł z Bractwa św. Piusa X i postawił fundamentalne pytania o posłuszeństwo, Tradycję, sumienie oraz granice prywatnego osądu wobec Magisterium Kościoła. Tekst, opublikowany ponownie przez serwis Trad Recovery w cyklu „Why I Left the SSPX”, pochodzi z 4 maja 1999 roku i jest osobistym wyjaśnieniem decyzji kapłana.
Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową” · fot. via Pixabay.com
***
Campbell zaczyna spokojnie, ale od razu dotyka sedna sporu. „Po długich rozważaniach i modlitwie postanowiłem opuścić Bractwo św. Piusa X” — napisał do bp. Fellaya. Jak wyjaśnił, problemem nie były emocje, lecz narastające przekonanie, że praktyczna postawa Bractwa prowadzi do niebezpiecznego paradoksu: z jednej strony odrzuca ono kierownictwo Stolicy Apostolskiej, z drugiej samo ustanawia się sędzią tego, czym jest prawdziwa Tradycja.
Najmocniej brzmi jego pytanie o prywatną interpretację Magisterium. Campbell zauważa, że Bractwo uznaje posłuszeństwo papieżowi tylko wtedy, gdy jego wypowiedzi uzna za zgodne z wcześniejszym nauczaniem. „Skąd więc wiemy, kiedy potwierdza on Tradycję?” — pyta. I odpowiada, że taka ocena jest „z konieczności subiektywna i obarczona niebezpieczeństwem”. Pada też zdanie szczególnie ostre: „Prywatna interpretacja aktów Magisterium jest nie mniej niekatolicka niż prywatna interpretacja Pisma Świętego”.
Kapłan wskazuje, że Stolica Apostolska ma „boską gwarancję pomocy Ducha Świętego”, podczas gdy prywatne środowisko, nawet przekonane o własnej wierności Tradycji, takiej gwarancji nie posiada. W jego ocenie praktyka Bractwa prowadzi do sprzeczności: jeśli każdy sam miałby oceniać, kiedy papież i biskupi są wierni Tradycji, pojawiłby się chaos; jeśli zaś rozstrzyga to kierownictwo Bractwa, powstaje zastępczy autorytet stojący ponad realną władzą Kościoła.
Campbell pisze również o konsekwencjach teologicznych. Jego zdaniem, mimo licznych prób wyjaśniania własnego stanowiska, Bractwo w praktyce musi przyznać, że „Kościół popełnił błąd”, a więc nie zdołał prowadzić dusz do zbawienia. „Pomimo naszych gorących protestów, nie możemy uniknąć praktycznej herezji, twierdząc, że Kościół nie jest nieomylny” — stwierdza. To właśnie tutaj jego list przestaje być tylko osobistym rozstaniem, a staje się oskarżeniem o wewnętrzną nielogiczność całej konstrukcji.
Były ksiądz Bractwa przyznaje, że początkowo wstąpił do FSSPX, aby „uwolnić się od liberałów”, bo nie chciał, by inni myśleli za niego. Potem jednak — jak pisze — odkrył, że wpadł w podobną zależność po drugiej stronie. „Teraz jednak okazuje się, że to tradycjonaliści myślą za mnie” — stwierdza. I dodaje jedno z najważniejszych zdań całego listu: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową; teraz to rozumiem”.
Campbell uderza także w pojęcie „Kościoła soborowego”, którym środowiska radykalnego tradycjonalizmu często opisują posoborową rzeczywistość kościelną. Pyta, czym właściwie miałby być ten byt: Kościołem odstępczym, który jednak posiada hierarchię i zwyczajną jurysdykcję? „Czym jest ten hybrydowy Kościół Vaticanum II; ten potwór, który jest w połowie Chrystusem, a w połowie szatanem?” — pyta w dramatycznym fragmencie listu.
Osobny wątek dotyczy osoby abp. Marcela Lefebvre’a. Campbell podkreśla, że wierzy w jego moralną uczciwość, ale przypomina, że świętość nie oznacza nieomylności. „Moim autorytetem nie jest człowiek, lecz Kościół” — pisze. Wskazuje przy tym na atmosferę, w której opinie założyciela Bractwa zaczęły funkcjonować jak niemal obowiązująca norma, a wątpliwości wobec nich były odbierane jako zagrożenie albo „pokusa”.
Watykan od lat oceniał sytuację Bractwa jako poważny problem kościelny. Jan Paweł II w motu proprio „Ecclesia Dei” po konsekracjach biskupich dokonanych przez abp. Lefebvre’a w 1988 roku pisał, że u źródła aktu schizmatyckiego leży „niepełne i sprzeczne pojęcie Tradycji”, ponieważ nie uwzględnia ono żywego charakteru Tradycji w Kościele. Benedykt XVI w 2009 roku przypominał natomiast, że dopóki Bractwo nie ma statusu kanonicznego w Kościele, jego duchowni „nie wykonują prawowicie żadnej posługi w Kościele”.
Najbardziej poruszająca część listu dotyczy powrotu. Campbell przewiduje zarzut, że „wraca do Novus Ordo”, po czym odpowiada: „Nie, powrócę do Kościoła katolickiego”. Nie idealizuje jednak tej drogi. Pisze, że nie idzie „na zielone pastwiska”, bo „pole Pana jest brązowe i surowe”. Przyznaje, że może tęsknić za bezpieczeństwem i spokojem tradycjonalistycznego świata, ale uznaje ten spokój za odcięcie się od burzy, w której żyje Lud Boży.
List kończy się osobistym tonem. Campbell dziękuje Bractwu za formację kapłańską, ale stwierdza, że dziecko „nie może podążać za ojcem w błąd”. „Moje sumienie nie pozwala mi trwać w całkowitym podważaniu wszelkiej władzy kościelnej na rzecz naszego własnego osądu. Czyż nie na tym polega schizma?” — pyta. I dodaje, że nie żywi urazy, lecz musi być posłuszny sumieniu.
Świadectwo ks. Campbella jest ważne nie dlatego, że zamyka spór o Bractwo św. Piusa X, ale dlatego, że pokazuje go od środka — jako dramat sumienia, autorytetu i rozumienia Tradycji. To głos człowieka, który nie odszedł od wiary, lecz uznał, że nie może bronić Tradycji przeciwko Kościołowi, któremu ta Tradycja została powierzona.
źródło: mp/Trad Recovery, Vatican News, Fronda.pl
***
Biskup Marian Eleganti: to prawdziwa wiara decyduje, czy jesteśmy katolikami
fot. YouTube/Marian Eleganti
***
„To Magisterium właściwie interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem! – pisze szwajcarski biskup Marian Eleganti. „Wiara Kościoła jest kryterium i cechą definiującą katolika. Wszelkie odstępstwa od niej nazywamy herezjami. W istocie, właśnie tym są: zamiast inny rodzaj katolików, trafniej byłoby powiedzieć: już nie są katolikami! Poglądy tych ludzi, biegłych w sofistyce, należy określić jako heretyckie” – podkreśla.
Hierarcha jest jednym z założycieli ruchu Pro Fide Ecclesiae, który w ostatnich dniach zaapelował do papieża Leona XIV o wycofanie poparcia dla niemieckiej, heretyckiej Drogi Synodalnej. Nawiązując do założeń nowopowstałej organizacji biskup wyjaśnił popularne nieporozumienie wokół rzekomego pluralizmu poglądów na istotne prawdy wiary katolickiej.
„Pewne terminy, takie jak konserwatywny i postępowy, zakorzeniły się w naszym języku potocznym” – odnotowuje bp Marian Eleganti na łamach Life Site News. „Najwyraźniej istnieją różne rodzaje katolików: katolicy lewicowi; katolicy prawicowi; katolicy reformistyczni; postępowcy; reakcjoniści; tradycjonaliści; progresiści i tak dalej. Szczególnie pomysłowy neologizm pochodzi od biskupa Georga Bätzinga: inni katolicy” – wylicza autor.
W jego ocenie, wskutek przyzwyczajenia powszechnym stało się używanie wymienionych terminów, jednak zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak są one błędne.
„Albo jest się katolikiem, albo nie. Trzecia możliwość jest wykluczona (tertium non datur). Dlatego założyliśmy stowarzyszenie – a raczej zainicjowaliśmy ruch – którego celem jest przywrócenie świadomości i obrona tego, co znaczy być katolikiem zgodnie z wiarą Kościoła. Autorytet do definiowania tego nie należy do nas, lecz do Magisterium Kościoła (Katechizmu Kościoła Katolickiego). To Magisterium właściwie interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem!” – wskazuje hierarcha.
Biskup Eleganti przypomina w tym miejscu – wydawałoby się, truizm: Wiara Kościoła stanowi kryterium i cechę definiującą katolika. Wszelkie odstępstwa od niej nazywamy herezjami. „W istocie, właśnie tym są: zamiast innym rodzajem katolika, trafniej byłoby powiedzieć już nie są katolikami!. Poglądy tych ludzi, biegłych w sofistyce, należy określić jako heretyckie” – stwierdza.
„(…) dodatkowe atrybuty przypisywane określeniu katolicki ujawniają, że odpowiadająca mu interpretacja wiary lub praktyki wiary są tak naprawdę skorumpowane, błędne lub fałszywe. To, co oznacza katolicki w pełnym tego słowa znaczeniu, nie wymaga dalszych wyjaśnień. Prawosławie i ortopraksja to jedno i to samo. Kościół opowiada się tu za jednoznacznością. Niech wasze tak będzie tak, a wasze nie będzie nie. A co ponad to, od Złego pochodzi (Mt 5,37)” – czytamy.
Dalej hierarcha rozbraja bombę rzekomego pluralizmu w głoszeniu pod sztandarem katolicyzmu poglądów na doktrynę.
„Jeśli chodzi o wiarę Kościoła, nie ma żadnej różnorodności. Jedyne różnice tkwią w obrzędach, poprzez które wyraża się ta wspólna wiara. Wiara Kościoła w Niemczech nie różni się jednak od wiary Kościoła w Afryce. W swej istocie jest jednoznaczna i niepodzielna, katolicka i apostolska. Jest pogłębiana z biegiem czasu, interpretowana w sposób właściwy dla każdej epoki (zgodnie z ustaleniami Magisterium) i przekazywana (Tradycja apostolska)” – wskazuje biskup Eleganti.
Przypomina również: depositum fidei, depozyt wiary nie zmienia się z biegiem czasu, lecz jest wiernie przekazywany z pokolenia na pokolenie przez Magisterium Kościoła. „W tym kontekście Piotr jest skałą, a nie ruchomą wydmą, która przesuwa się z każdym (fałszywym) zdaniem” – zauważa autor. Natomiast beneficjenci rzekomego pluralizmu podkreślają swoją rzekomą przynależność do Kościoła w nieuprawniony sposób.
„Chcą być postrzegani jako katolicy, ale i redefiniować wiarę Kościoła od wewnątrz, zgodnie z własnym rozumieniem i żyć nią inaczej (różnorodnie), na przykład jako para homoseksualna. Nie przyznają się otwarcie, że nie podzielają wiary Kościoła; chcą ją zmienić, żyć nią w sposób współczesny (puste określenie, które można wypełnić dowolnym znaczeniem)” – podkreśla.
Tymczasem być katolikiem oznacza nienawiść świata (por. J 15,19), który „kocha tylko to, co do niego należy” – pisze biskup Marian Elegfanti.
PCh24.pl -źródło: Life Site News –RoM
***
Biskup Marian Eleganti:
Albo ktoś jest katolikiem, albo nie – nie ma trzeciej drogi!
Jak zauważa biskup Marian Eleganti, przyzwyczailiśmy się do takich etykietek, jak „konserwatywny” czy „postępowy”. Stąd przyjmujemy też, że „najwidoczniej istnieją wszelkie typy katolików: lewicowi katolicy, prawicowi katolicy” itp. „Szczególnie inteligentny neologizm pochodzi od biskupa Georga Bätzinga: inni katolicy” – pisze z ironią szwajcarski biskup w tekście opublikowanym na portalu „Life Site News”.
„Tak przyzwyczailiśmy się do tych określeń i często używamy je sami bez uświadomienia sobie, jak całkowicie są one mylne – stwierdza bp Eleganti. – Albowiem albo ktoś jest katolikiem, albo nim nie jest. Trzecia możliwość nie istnieje (tertium non datur)”.
W związku z powyższym biskup ogłasza założenie ruchu, którego celem jest nie tylko przywrócenie świadomości, „co to oznacza być katolikiem w zgodzie z wiarą Kościoła”, ale także stawanie w obronie tej prawdy. Bowiem „władza definiowania tego nie zależy od nas, ale od Magisterium Kościoła katolickiego (Katechizm Kościoła katolickiego). To Magisterium prawidłowo interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem!”
Podkreślając wiarę Kościoła jako „kryterium i definiującą charakterystykę katolika”, bp Eleganti zauważa, że wszelkie odejście od tego kryterium oznacza po prostu herezję. Jeśli zatem ktoś się określa jako „innego typu katolik”, to w rzeczywistości mógłby powiedzieć: „już nie katolik!”. Nadanie etykietki „katolicki” nie oznacza, że dana rzecz jest w rzeczywistości „katolicka” – pisze biskup.
Z drugiej strony „dodatkowe atrybuty dołączane do słowa katolik wyjawiają, że odpowiednia interpretacja wiary czy praktyka wiary jest w rzeczywistości zniekształcona, błędna lub fałszywa”. Bp Eleganti nie ma wątpliwości, że to, „co katolicki oznacza w pełnym rozumieniu tego słowa, nie wymaga dalszych wyjaśnień”. Kościół opowiada się za brakiem dwuznaczności.
Szwajcarski biskup podkreśla, że jeśli chodzi o wiarę Kościoła, to „nie ma tu różnorodności”, a Kościół katolicki jest jeden i ten sam, niepodzielny, niezależnie od kraju i miejsca na kuli ziemskiej. Różnice mogą istnieć „w obrzędach, przez które ta wspólna wiara się wyraża”. Ta wiara Kościoła „pogłębiana jest z czasem, interpretowana w sposób właściwy dla każdej epoki (jak to określa Magisterium) i przekazywana dalej (tradycja apostolska)”.
„Pod tym względem mówimy o depositum fidei – depozycie wiary, który nie ulega zmianie z upływem czasu, ale jest wiernie przekazywany z pokolenia na pokolenie przez Magisterium Kościoła. W tym kontekście Piotr jest opoką, a nie ruchomą piaskową wydmą, która zmienia się z każdą (fałszywą) opinią” – pisze bp Eleganti.
Ponownie autor podkreśla, że ci wszyscy, którzy próbują definiować katolicyzm poprzez dodawanie różnych określeń do niego, w rzeczywistości są odstępcami od wiary: „Chcą przynależeć, być uznani za katolików, jednak definiować wiarę Kościoła na nowo od wewnątrz według własnego rozumienia i żyć inaczej (różnorodnie), np. jako para homoseksualna”. Nie podzielając wiary Kościoła tacy ludzie chcą ją zmienić po to, by móc „żyć nią we współczesny sposób”.
„Nie będziemy się na to dłużej zgadzać i będziemy głosem katolików, którzy są po prostu katolikami. Albo nimi jesteście, albo nie! To o to w tym wszystkim chodzi!” – konkluduje bp Eleganti, podkreślając jasno cel ruchu.
źródło: fronda.pl
***
Cykl wakacyjny Gosc.pl:
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
portret św. Jana od Krzyża pędzla Francisco de Zurbarana PD
***
Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem będzie doświadczony specjalista o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikować będziemy we wtorkowe wieczory.
– Teksty św. Jana od Krzyża rozpalają coś głęboko w duchu człowieka. Warto zakosztować tego doświadczenia – mówi ojciec profesor – Lektura Jana od Krzyża jest dla tych, którzy chcieliby zmierzyć się z tajemnicą człowieka: głęboką tajemnicą jego pochodzenia i jego przeznaczenia do przemiany w istnienie boskie – podkreśla.
Nie jest to przekaz łatwy, ale zawarta w nim prawda zaczyna w nas pracować i pociągać do Boga. Bo w gruncie rzeczy chodzi o odkrycie żywego Boga. To wysoki ideał, bardzo ambitny, odważny. Św. Jan pokazuje nam jednak drogę sprawdzoną i pewną. Gdy legendarna hiszpańska armada w XVI w. eksplorowała zamorskie krainy, Jan od Krzyża zgłębiał otchłanie ducha. Gdy konkwistadorzy szukali złota, on zdobywał bogactwa duchowe. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu mistyków potrafił to precyzyjnie opisać.
Bardzo wcześnie zaczął uczyć się heroicznej miłości – jego ojciec zmarł wcześnie, więc Jan od najmłodszych lat musiał ciężko pracować i uczyć się jednocześnie. Był już całkiem nieźle wykształcony, gdy wstąpił do karmelitów. Później studiował jeszcze na słynnym uniwersytecie w Salamance. Miał 25 lat, gdy spotkał św. Teresę od Jezusa. Razem prowadzili reformę zakonu karmelitańskiego. Jan zapłacił za to 9-miesięcznym pobytem w zakonnym więzieniu w Toledo. – Tam dojrzewała jego najpiękniejsza mistyka – mówi o. prof. Zawada.
Dodaje, że Jan nie miał ambicji napisania całościowego traktatu na temat życia duchowego. Chciał tylko poruszyć kilka najtrudniejszych kwestii, takich jak: natura kontemplacji, problem cierpienia, poczucie bycia otoczonym przez zło i odrzuconym przez Boga. Pojawia się u niego także motyw drogi – drogi na Górę Karmel – prowadzącej przez duchowe ciemności do zjednoczenia z Bogiem, napełnienia Bożą miłością. Ukazuje ideał zjednoczenia Boga z człowiekiem przez łaskę, która działa na ludzki umysł, pamięć i wolność. O tych właśnie sprawach mówić będziemy w tegorocznym cyklu wakacyjnym.
Jan nie zajmuje się moralnością, nie zajmuje się grzechami – jeśli mówi o zagrożeniach w życiu duchowym, to ma na myśli szczególny typ zniewolenia poprzez małe chaotyczne pragnienia. One pochłaniają niesamowity potencjał, jaki człowiek w sobie nosi. Sprowadzają z radykalnej drogi wolności od siebie, od świata i od wyobrażeń o Bogu.
Idea Drogi na Górę Karmel – podkreśla nasz przewodnik – nie jest drogą zewnętrznego odrzucenia świata, w którym żyjemy. Jest to raczej droga uwolnienia wewnętrznego: człowiek pozostaje w świecie, ale zupełnie zmienia swój stosunek do niego. Nie jest już jego niewolnikiem. Nie jest niewolnikiem ani własnych pragnień, ani cudzych opinii.
– Jan proponuje nam pójście do końca logiką pierwszego przykazania: miłości Boga całym sercem, całą duszą i ze wszystkich sił. Nie bawi się w duchowe uprzejmości, nie pociesza, nie wspiera. Mówi: „chcesz szybko dojść na szczyt, gdzie spotkasz się z Bogiem? idź tą drogą”. Nie jest to droga utartymi szlakami, ale prosto w górę, na azymut – mówi o. prof. Zawada.
Jarosław Dudała –Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#1: Droga przez ciemność
Chrystus mówi ogólnie, że trzeba się narodzić na nowo. Św. Jan od Krzyża opisuje ten proces w detalach – mówi o dr. hab. Marian Zawada w pierwszym odcinku cyklu poświęconego duchowości wielkiego mistyka.
o. prof. Marian Zawada OCD/ fot. Henryk Przondziono – Gość Niedzielny
***
Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła..
Jarosław Dudała: Pierwsze wielkie dzieło św. Jana od Krzyża to „Droga na Górę Karmel”. Dokąd prowadzi ta droga?
O. prof. Marian Zawada OCD: Chodzi o przeprowadzenie duszy przez wszystkie naturalne i nadprzyrodzone pojęcia o Bogu, przez uwolnienie się od wszystkich szkód i złudzeń – aż do zjednoczenia z Bogiem.
Każda droga ma jakieś etapy. Jakie są etapy drogi na Górę Karmel?
Są trzy elementy podstawowe jednego procesu.
Punkt wyjścia, jak mówi Jan od Krzyża, to często fałszywy obraz Boga, okrojony przez nasze pojęcia. Powstaje on w wyniku różnych doświadczeń, wizji naszych rodziców, różnych traum czy nieszczęść dzieciństwa. Czasem człowiek ma ojca surowego albo nieobecnego i dlatego czuje się opuszczony, zagubiony, niechciany. W efekcie buduje sobie wizję Boga, który go prześladuje, nie życzy mu szczęścia, nie kocha go absolutnie, odrzuca go. Widzi w nim sędziego, policjanta, gnębiciela czy nawet sadystę, który mu rzuca kłody pod nogi i zabrania wszystkiego, co lubi. Niektórzy – np. Marcin Luter – z takiego bardzo negatywnego doświadczenia Boga wyprowadzali później swoją doktrynę. Jan od Krzyża mówi, że trzeba porzucić te wszystkie wyobrażenia o Bogu.
Drugi to głębokie oczyszczenie ludzkiego wnętrza (rozumu, pamięci i wolności), które przemienia. Żeby wejść na drogę wiary, trzeba je porzucić – wejść w pozbawioną pojęć obecność z Bogiem, nauczyć się obcować z Bogiem żywym.
Trzeci etap to osiągnięcie pełnego zjednoczenia.
Jak wejść w pozbawioną pojęć obecność Boga? My przecież naturalnie posługujemy się w swoim myśleniu pojęciami, nawet jeżeli tego nie reflektujemy. Zawsze mamy jakieś pojęcie czy wyobrażenie rzeczywistości, o której myślimy.
Tego dzieła dokonuje Bóg, a my mamy Mu się doskonale poddać. Jan nazywa to drogą nocy wiary. Uważa, że nasza osobista „wersja” Boga – to, jak Go rozumiemy – to pewne ograniczenie, które trzeba powierzyć wierze. Wiarę rozumie jako Boskie poznanie udzielane człowiekowi. Działa ona jak oślepiający reflektor – coś, co swoim blaskiem… zaciemnia. Nasz umysł w naturalnej formie nie może tego kontemplacyjnego daru przyjąć. Wiara jest zarazem darem i ofiarowanym narzędziem poznania. Droga na Górę Karmel polega więc na tym, żeby porzucić te wszystkie małe, ograniczone wyobrażenia o Bogu i uwierzyć – pozornie jest to oślepienie umysłu, ale tak naprawdę jest to naprawa myślenia. Człowiek już się nie posługuje jakimiś ograniczonymi pojęciami, ale wchodzi w nurt wiary, snop światła, w głębsze poznanie.
Czyli nie jest to porzucenie rozumu, tylko jego przebudowa?
To jest przebudowa myślenia. Człowiek uczy się na nowo rozumieć siebie, świat i Boga. Dosyć trudno to tłumaczyć, gdyż jest to – jak to ujął sam Chrystus – droga przez śmierć, nowe narodziny. Chodzi o porzucenie pojęć naturalnych, ale także porzucenie wyobrażeń o Bogu, sobie itd. Jan wskazuje, że nie wolno nawet przywiązywać się do bardzo pozytywnych doświadczeń duchowych, bo nawet one są tylko jakąś naszą interpretacją. Rada jest prosta, choć bardzo trudna: staraj się zająć samym Bogiem w czystej formie.
I co dalej?
Potem idziemy przez noc ciemną, która jest drogą uwolnienia od wszystkich złudzeń duchowych, niebezpieczeństw i szkód duchowych.
Jakich?
Przede wszystkim od zasadzek i szkodliwości demona, od uwodzenia współczesnego świata. I własnego lenistwa czy oporu natury. Zejście schodami ciemnej wiary powoduje, że demon w jakimś sensie traci „namiary” na nas, nie potrafi nam zaszkodzić, ponieważ my mu w wierze jakby znikamy, bo nie ma on wglądu w rzeczywistości czysto Boskie (może się jedynie domyślać!). Zwykle namierza nas, widząc nasze słabości, skłonność do grzeszenia, ale gdy człowiek wchodzi na drogę ciemnej wiary, jakby znika demonowi z pola widzenia.
Co to znaczy: iść drogą oczyszczenia duchowego?
To droga ciemnej wiary, nadziei i miłości. Wiara oznacza przebudowę całego myślenia, bo poznanie dokonuje się już nie przez zmysły, ale człowiek zaczyna działać pod wpływem natchnień Ducha Bożego. człowiek idący tą drogą opiera się na poznaniu wewnętrznym. Wie, czego Bóg od niego chce, co ma robić, jakie decyzje podejmować.
Drugą przestrzenią jest pamięć człowieka i działanie nadprzyrodzonej nadziei. My posiadamy siebie dzięki pamięci: pamiętamy siebie i swoje przeżycia, dzięki czemu wiemy, kim jesteśmy. To także zostaje przebudowane: człowiek traci podmiotowość opartą na sobie i swoim doświadczeniu, a jego „jestem” zostaje osadzone na „jestem” Boga. W tym procesie pamięć zostaje wypełniona nadzieją, czyli posiadaniem Boga. To jest boski sposób posiadania: posiadanie w nadziei. Dla człowieka jest to niezwykłe, bo gdy posiada w nadziei, to może mieć niewiele, a jednak posiadać wszystko. To paradoks nadziei, że my tutaj, na ziemi możemy żyć bardzo skromnie, a zarazem być bardzo bogatymi w nadziei. Żyjemy wtedy obietnicą, żyjemy duchowym posiadaniem, posiadaniem Boga. To właśnie jest drugi element doktryny św. Jana: przekształcenie pamięci samego siebie samego – memoria sui, jak mówił św. Augustyn – w memoria Dei, pamięć Boga. Taki człowiek pamięta o Bogu, wszędzie Go widzi, Bóg mu się ze wszystkim kojarzy.
A trzeci wymiar drogi na Górę Karmel?
On dotyczy miłości i woli. Miłość powoduje, że zmieniają się podstawy radości człowieka – z radości zmysłowego zaspokajania w radość miłowania. Następuje wtedy rozpłomienienie w miłości: człowiek po prostu ma radość z tego, że kocha na sposób Boski, tak jak Bóg sobie tego życzy. W końcu cały zamienia się w miłość. To jest bardzo ciekawy proces: człowiek, który wykonuje nawet coś zwyczajnego z miłością, życzliwością czy uprzejmością, świadczy już tak wysokie dobro, że staje się jakby żywą miłością, żywym płomieniem. To jest moment, w którym człowiek działa pod wpływem Ducha Świętego.
Trudne to wszystko do zrozumienia.
Tak. Dzieje się to z kilku powodów. Proces oczyszczenia w swych zewnętrznych objawach przypomina czasem trudności psychologiczne: zagubienie, dezorganizację życia, trudność w radzeniu sobie ze zwykłymi sytuacjami życiowymi, a nawet depresją. Ale jest inna przyczyna. Przyczyną nocy nie jest wyczerpanie człowieka, ale nadprzyrodzone działanie Boga.
Trudno też w kilku zdaniach wyjaśnić proces uwolnienia, przeprowadzenia przez bardzo trudną przemianę prawdziwego obywatela nieba aż do pełnego zjednoczenia z Bogiem. Nie do jedności z drugim człowiekiem, nie ze stworzeniem ale właśnie z Bogiem. Ta jedność jest czystą formą szczęścia, ponieważ człowiek przez łaskę staje się istnieniem Boskim. Bóg dopuszcza go do Siebie i przekształca w Siebie. Podobieństwo człowieka do Boga narasta tak, że trudno już rozpoznać, kto jest miłującym, a kto umiłowanym. Oni już są jednym.
Tu, na ziemi czy dopiero w niebie?
Św. Jan od Krzyża jest znany z nieprawdopodobnego duchowego przyspieszenia i niecierpliwości – chce osiągnąć cele duchowe już tu, na ziemi. Życie w zjednoczeniu z Bogiem jest możliwe w życiu doczesnym. Nie ma więc co tracić czasu, bierzmy się do roboty, rozpędzajmy się, biegnijmy w górę, na azymut. Takie nadprzyrodzone przeobrażenie, które jest dziełem Bożej łaski, fachowo nazywa się restrukturyzacją antropologiczną. Człowiek staje się wtedy jakby samym Bogiem i posiada to, co On.
To się wydaje wręcz nieosiągalne.
Jeżeli ktoś zrobi pierwszy, drugi krok, to Bóg go hojnie obdarowuje. Ale to się niestety wiąże się z coraz większą radykalizacją życia. Weźmy na przykład ks. Dolindo Ruotolo, który cierpiał bez żadnej winy ze swojej strony. Każdy zresztą ma inną drogę. Ale w każdym razie wspinaczka na Górę Karmel polega na wielkim przekształceniu człowieka z istnienia naturalnego w czyste istnienie nadprzyrodzone. Człowiek w zjednoczeniu z Bogiem może kochać tak, jak Bóg – to jest wielka łaska. Dla ludzi świętych, mistyków jest to coś pierwszorzędnego.
Gość Niedzielny
Jarosław Dudała – dziennikarz, prawnik, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Współpracował m.in. z Radiem Watykańskim i Telewizją Polską. Od roku 2006 pracuje w „Gościu”.
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#2: Uwolnienie
Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy św. Jan od Krzyża.
o. prof. Marian Zawada OCD fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Uwolnienie w kontekście życia duchowego kojarzy się najczęściej z uwolnieniem od grzechu, nałogu czy choroby. Czy o takie uwolnienie chodziło św. Janowi od Krzyża?
O. prof. Marian Zawada: Św. Jan zwraca uwagę na coś, bez czego nie można wyruszyć na Górę Karmel: na wolność od tego, co stworzone. Chodzi o wolność od rzeczy, od przyziemności, od siebie, od innych, od fałszywego obrazu Boga.
Czyli: gdy Jan mówi o uwolnieniu, chodzi o zrzucenie obciążeń przeszkadzających w duchowym marszu?
Tak! Bo człowiek ma skłonność do przylegania do ziemskiej doczesności. Klei się do tego, co jest w jego zasięgu, a to go wiąże i ogranicza.
A konkretnie: do człowiek czego lgnie? Do rzeczy materialnych?
Nie tylko. To są także nasze przyzwyczajenia, nasze stereotypy, schematy zachowań. To impulsywne, dzikie pragnienia, namiętności, np. namiętność posiadania czy kupowania. Albo wyrachowanie: człowiek ciągle coś kalkuluje, a to go wprowadza w mentalność, która wiąże go z tą ziemią, z doczesnością. W tym właśnie tkwi problem, wolność względem rzeczy doczesnych jest potrzebna, żeby ściślej obcować z Bogiem. Można to nazwać opcją na rzecz nieba.
Czasem człowiek jest duchowo związany poprzez radość.
Radość?!
Tak. Ona – po pierwsze – bywa w niektórych przypadkach generalnie kiepska, bo osadzona w złośliwości czy jakimś szyderczym stylu. Ale nawet jeśli nie ma w niej szyderstwa, to często jej napędem jest siła zmysłów. Lubimy to, co sprawia nam radość i przyjemność. Mamy więc radość widzenia, radość słuchania, radość dotykania, smakowania życia.
No, ale gdzie tu jest problem?
Problem w tym, że taka radość wytwarza swoistą grawitację: człowieka coraz bardziej ciągnie do tej radości. Szuka jej. Te doświadczenia powielamy i się od nich uzależniamy. To rodzi przyzwyczajenia, np. oglądanie seriali, uczestniczenia w jakiejś banalnej kulturze.
Czyli: „jeśli chcesz iść za św. Janem od Krzyża, musisz zrezygnować z Netflixa”?
To by było zbyt proste. Chodzi raczej o to, żeby tę swoją radość uzdrowić, tzn. związać ją przede wszystkim z rzeczami duchowymi: byciem z Bogiem, z sakramentami. To jest moment kluczowy – zmienić źródła mojej radości.
Chyba najtrudniejsze jest to, że sama w sobie radość z drobnych rzeczy doczesnych nie jest zła, ale przywiązanie do niej jest już problemem. Istnieje bardzo subtelna granica pomiędzy odnoszoną do Boga radością z rzeczy doczesnych, która nas buduje a taką, która w dalszej perspektywie jakby zawiesza nas w doczesności, czyni ślepymi na rzeczywistość duchową. W praktyce jednak trudno je odróżnić.
Jeżeli człowiek rozwija radość duchową: radość bycia z Bogiem, z modlitwy, z adoracji, podziwia przyrodę, która staje się wtedy dla niego językiem Boga. Z drugiej strony, możemy podziwiać piękno w sposób czysto zmysłowy, namiętny. Człowiek wtedy pożąda czegoś. Dominuje w nim chęć posiadania, zawładnięcia pięknem.
I nie chodzi wyłącznie o pożądanie czy posiadanie seksualne?
Chodzi o coś znacznie szerszego: o zasadniczą chęć posiadania tego, co mi się podoba.
Inną rzeczą, która nas wiąże duchowo, są nasze nadzieje. Nadzieje banalne – jak by powiedział Jan od Krzyża. Mamy w języku polskim takie wyrażenie: wiązać nadzieje z czymś. To jest klucz do zrozumienia, o co chodzi: jeżeli wiążemy nadzieję z osobami, rzeczami, zasobami czy wyobrażeniami o nas samych, to nasza nadzieja nadprzyrodzona (w odniesieniu do Boga, szczęścia wiecznego) w ogóle nie funkcjonuje. Człowiek tak wtedy rozbudowuje nadzieje związane z doczesnością, że na niebo albo nie ma już miejsca, albo nie ma siły, albo to niebo jest dla niego dalekie. Dlatego pozostaje przy tych swoich małych nadziejach – i one go wiążą.
A lęki?
A lęki, obawy o utratę czegoś, traumy, różne małe czy większe koszmary paraliżują nas. Kto jest uwięziony w lękach, nie potrafi kochać. Człowiek żyjący pod wpływem lęku nie rozwija się duchowo.
Co wtedy zrobić?
Zastąpić lęk bojaźnią Bożą, czyli unikaniem tego, co mnie oddala od Boga.
Kolejna rzecz, od której trzeba się uwolnić, to smutek. Trzeba się zastanowić, co mnie zasmuca. Ogólnie rzecz biorąc, smutek rodzi się z jakiegoś braku. Bywają smutki nieokreślone, ale one też wynikają z jakiegoś braku.
Mówi Ojciec, że obciążeniem duchowym jest smutek, a chwilę wcześniej tak samo opisywał Ojciec radość.
Tak, to są dwie, a właściwie nawet cztery przeciwstawne twarze Światowida: smutek i radość, nadzieja i lęk.
Jest też kolejny obszar, w którym potrzebujemy uwolnienia: trzeba przestać bać się stracić siebie. To jest właśnie ten moment, w którym Chrystus mówi nam, że kto nie wyrzeka się wszystkiego, ten nie może być Jego uczniem. Albo też: „kto chce zachować swoje życie, ten je straci”. I jeszcze: „kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Jest to duchowa zależność, którą trzeba odkryć, bo człowiek lubi bezpieczeństwo, chce ocalić siebie.
Co wtedy?
Trzeba więc dokonać pewnego wyboru. Mały format życia, który pojawia się na skutek postaw, o których mówiłem, powoduje, że człowiek jest zmęczony czy przebodźcowany. Te wszystkie przywiązania rodzą niepokój, bo one w człowieku krzyczą, że chcą być zaspokajane. Każdy ma jakieś swoje przyzwyczajenia czy uzależnienia.
Na przykład?
Np. uzależnienie od muzyki, albo od hałasu. Cisza może być wtedy czymś przerażającym, jak nieistnienie. Może to być uzależnienie od plotek, newsów, bycia na bieżąco. Czy przymus kontrolowania. U podstaw tego wszystkiego jest marnowanie czasu, nastawienie na banał, trywialność. Chłoniemy to wszystko bez większej refleksji – i staje się to dla nas wielkim obciążeniem.
Czy my sami musimy się uporać z tym całym bagażem, czy to Pan Bóg nas od tego uwalnia? A może potrzebne jest i jedno, i drugie?
Pan Bóg daje nam sytuacje, które nas uczą. Może to być np. przykrość, rozczarowanie, klęska, upadek jakiegoś projektu na życie. Bóg przez nie uczy nas, że powinniśmy zmienić wartościowanie i że jesteśmy za bardzo uzależnieni od opinii innych. Tymczasem my jesteśmy tak przesterowani, że obawa o to, co powiedzą inni, budzi w nas przerażenie. A przecież mam prawo do swojej opinii i mogę ją wyrażać. Może się to komuś podobać albo nie, ale to powinien być standard. A my się boimy, że ktoś zmarszczy brwi. Uważamy to za hejt, odrzucenie, czy swoją porażkę.
Wracając jednak do Jana od Krzyża: chodzi o to, żeby nie zadowalać się okruszynami, ale sięgać po rzeczy wielkie, rzeczy boskie. – Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy Jan.
To brzmi dumnie.
I słusznie, bo człowiek w głębi serca nie chce marnować swojego potencjału, nie chce być produktem. Nie chce płycizny, pospolitości, tuzinkowości, ale chce związać się z Bogiem i to właśnie jest dla niego kluczowe. Dlatego trzeba nabrać dystansu do tego, co widzimy, słyszymy i czujemy. Jan od Krzyża idzie nawet dalej i mówi, że trzeba to odrzucić. Nie zajmować się tym. Nie jest to łatwe, bo nasza natura ciągle zajmuje się sobą. Kieruje potencjał życia na tanie, bezwartościowe realizacje, sycenie siebie. Jan idzie tu drogą odmowy. Tu właśnie leży klucz do drogi na Górę Karmel – drogi, którą on nazywa drogą „nic”.
Co to znaczy?
To znaczy, że to, co napotykam, co jest stworzone, nie ma żadnej proporcji czy podobieństwa do tego, kim jest Bóg. Rezygnuję z tego, by zająć się Bogiem, a nie tym, co On stworzył. Na tym polega pewien rodzaj uwielbienia Boga, że to On jest dla mnie najważniejszy. Trzeba to odkryć.
Jak?
Trzeba narodzić się na nowo. A żeby się narodzić na nowo, trzeba umrzeć. Stracić siebie. To bardzo trudny proces duchowy, ponieważ człowiek realnie traci siebie, ale zyskuje nową podmiotowość w Bogu. Jan od Krzyża używa nawet takiego okrutnego słowa: ogołocenie.
Rzeczywiście, brzmi to strasznie.
Ale to znaczy: strząśnij z siebie wszystkie ozdobniki, makijaże, bądź prawdziwy, wolny i boski!
Jest taka znana, ale trudna fraza Jana od Krzyża: „By dojść do smakowania wszystkiego, nie chciej smakować czegoś w niczym. By dojść do posiadania wszystkiego, nie chciej posiadać czegoś w niczym”. Co to właściwie znaczy?
Reklama
To znaczy: żeby dojść do smakowania/posiadania wszystkiego, nie chciej smakować/posiadać czegoś szczegółowego. Po prostu idź na samą górę i mijaj to, co napotkasz. Nie pozwól się temu zatrzymać.
Jan mówi też rzecz podobną: żeby dojść do poznania wszystkiego, nie chciej poznawać czegoś szczególnego – czegoś, co człowiek może ogarnąć – bo idziesz poznać Kogoś, kto jest nie do ogarnięcia.
Dlatego trzeba uwolnić serce od spraw doczesnych, panować nad doczesnością, a nie być jej niewolnikiem. Nie zawłaszczać osób i rzeczy, ale uczyć się je tracić. Przylgnąć za to do nieba, do Boga żywego – czyli zmienić hierarchię wartości.
To jest przewrót kopernikański…
Tak, to jest odwrócenie porządku. Jan od Krzyża często powtarza, że dla człowieka duchowego najbardziej pożądane są rzeczy duchowe. Natomiast dla człowieka zmysłowego najważniejsze i najbardziej godne pożądania są rzeczy zmysłowe. Taki jest światowy standard. Św. Paweł tłumaczy w Pierwszym Liście do Koryntian, że człowiek zmysłowy nie pojmuje tego, co jest z Ducha Bożego i jest to dla niego głupstwem. Taki np. dzielny, przedsiębiorczy gość widzi kogoś, kto przychodzi do kościoła, adoruje, modli się, poświęca czas Bogu, jedzie na rekolekcje – a dla niego to jest głupota, marnowanie czasu, życia, okazji. Uważa, że lepiej byłoby wyskoczyć na weekend i przeżyć coś fajnego. Tymczasem chodzi o to, żeby uwolnić się od takiego banału. Uwolnić się od przyziemności i odkryć wielką tajemnicę ducha, którą człowiek w sobie nosi. Odkryć cel, dla którego dostał życie i ku któremu zmierza.
Byłoby wielkim dramatem, gdyby w momencie śmierci okazało się, że jesteśmy zaskoczeni, że jesteśmy bankrutami, bo nie pracowaliśmy dotąd w rzeczywistość duchowej. Ona nie miała dla nas żadnego znaczenia, a tu nagle wyrasta przed nami duchowa wieczność – a więc stan niezmienny.
Zakonnikom jest łatwiej?
Ideał Jana od Krzyża trudno jest realizować także w ramach życia zakonnego. Wprawdzie to środowisko życia sprzyja zajmowaniu się sprawami Bożymi, ale wiadomo, że natura potrafi nas rozegrać i w efekcie wspólnoty zakonne stają się czasem dobrze prosperującymi małymi firmami. Działają sprawnie, ale może być w tym mało rzeczywistości Bożej i miłości do Boga, a jedynie funkcjonowanie w doczesnych kryteriach sprawności, osiągów, statystyk, zasięgów itd.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#3: Przepaści
Są w człowieku niesamowite otchłanie, przepaści. Pierwsza to nasz rozum, zdolność poznawania, chłonięcia. Ona jest z natury nieskończona, czyli przygotowana na spotkanie z nieskończonym Bogiem. Funkcjonując w świadomości doczesnej, nie uświadamiamy sobie wszystkich naszych możliwości – mówi o. dr hab. Marian Zawada OCD w trzecim odcinku wakacyjnego kursu duchowości św. Jana od Krzyża.
o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Bardzo malowniczego pojęcia używa św. Jan od Krzyża: mówi o przepaściach. O co konkretnie chodzi?
O. prof. Marian Zawada: Po pierwsze, Jan często wraca do założenia, że istnieje przepaść, czyli różnica między Bogiem a człowiekiem, między Stwórcą a stworzeniem. Jan mówi, że Bóg przemawia z wysokości niebios, a my pojmujemy jedynie drogi ciała i czasu. Mamy więc ogromną niespójność w istnieniu i w funkcjonowaniu rzeczywistości ziemskiej i boskiej. Człowiek opiera się na własnym poznaniu i odczuwaniu. Przeżywa to, co do niego dochodzi przez zmysły. I nawet jeżeli to poznanie jest wzniosłe, metafizyczne, to jednak jest ono zawsze za małe i niepodobne do wiedzy Bożej i do tego, kim jest Bóg.
O człowieku też się mówi, że jest tajemnicą.
Tak, człowiek sam dla siebie jest tajemnicą i zawiera w sobie nieskończone możliwości. Trzeba sobie uświadomić, że nie ma żadnego podobieństwa istotowego pomiędzy człowiekiem a resztą stworzenia.
A zwierzęta, z którymi wiele nas łączy pod względem biologicznym?
Jesteśmy do nich podobni wyłącznie przez „opakowanie”, czyli cielesność. Jednak istotą człowieka nie jest ciało, ale duch, dusza. Owszem, mamy podobną biologię, ale istotą człowieka jest nieskończona zdolność bycia, życia, miłowania, poznawania. Tu nie chodzi tylko o to, że dusza ludzka jest nieśmiertelna. Nieskończona jest także dynamika naszego życia. Ono po śmierci się rozwinie. Jan od Krzyża mówi o oszałamiających przepaściach, które tkwią w duszy, we wnętrzu człowieka. One są nieskończone i niewyczerpane w swoich możliwościach, ale trwają jakby w uśpieniu. Człowiek nie ma do nich oczywistego dostępu. Czasem nawet o nich nie wie. Tymczasem już antyczna filozofia i teologia wzywały: poznaj samego siebie, poznaj własną tajemnicę.
Jaka więc jest tajemnica człowieka?
Jan od Krzyża odsłania przed nami coś niesamowitego: nasze powołanie do boskości – do tego, żeby być synami/córkami Boga i to w pełnym wymiarze. Bóg z miłości dopuszcza nas do tego, żebyśmy byli członkami Jego rodziny. Prawdziwymi, realnymi synami i córkami. To jest coś, co wyznacza godność człowieka.
Kościół toczy o to spór ze współczesną cywilizacją, która ogranicza człowieka w zasadzie tylko do doczesności. Dla niej człowiek to wykwintny, subtelny produkt; zaawansowana biomasa, która ma instynktowne potrzeby, głody, pragnienia, na których zaspokajanie nastawiony jest przemysł.
A co o człowieku mówi Jan od Krzyża?
Mówi, że są w nim niesamowite otchłanie, przepaści.
Pierwsza to nasz rozum, umysł, zdolność poznawania, chłonięcia. Ona jest z natury nieskończona, czyli przygotowana na spotkanie z nieskończonym Bogiem. Funkcjonując w świadomości doczesnej, nie uświadamiamy sobie wszystkich naszych możliwości. Tymczasem, jak już mówiłem, zasadą filozofii antycznej i życia duchowego jest: poznać samego siebie, własną tajemnicę. Tajemnica ta polega na tym, że w samej istocie człowieka, na jej dnie czy – jak mówi Jan od Krzyża – na wyżynie ducha jest szczególne miejsce, w którym Bóg przebija się do człowieka. Nie jest tak, mówią gnostycy, że człowiek nosi w sobie pierwiastek Boży albo że sam jest Bogiem. Istnieje jednak niedostępny dla psychologii punkt – szczyt duszy, na którym Stwórca spotyka się z człowiekiem.
Można by też powiedzieć, że w centrum istnienia ludzkiego jest Bóg. Człowiek, który normalnie się rozwija, na zasadzie pewnej grawitacji ciąży do Boga. Jan od Krzyża mówi, że człowiek jest jak kamień rzucony w nieskończoną przepaść – nabiera i prędkości, coraz szybciej zmierza do centrum. A ponieważ Bóg jest nieskończony, więc ten lot nie ma końca. Jesteśmy tak stworzeni, że nasz umysł i pamięć, nasza wolność i zdolność do miłowania ciągle rosną.
To jest pierwsza przepaść we wnętrzu człowieka. A druga?
Drugą otchłanią jest nasza wola. W woli rodzi się niesłychane pragnienie bycia i miłowania. Ono już teraz narasta, a w niebie narastać będzie w sposób nieskończony i czysty.
Trzecia otchłań to…
…pamięć, która jest otwarta na nieskończoność Boga. Ona jest pamięcią Boga. Można by powiedzieć, że jest Jego domem.
W „Pieśni duchowej” Jan od Krzyża tak pięknie pisze: „O duszo, najpiękniejsza pomiędzy wszystkimi stworzeniami, która tak pragniesz poznać miejsce, gdzie przebywa twój Umiłowany, abyś Go mogła znaleźć i złączyć się z Nim, wiedz o tym, że ty sama jesteś schronieniem, gdzie On przebywa, ty sama jesteś Jego ustroniem i miejscem tajemnym, gdzie On się ukrywa!”
Inaczej mówiąc, człowiek w życiu duchowym rozwija swą nieskończoną możliwość bycia. Boskość i pragnienie Boga, pragnienie bycia z Nim stają się pierwszorzędne. Człowiek przemienia się zupełnie. Wszystko przeżywa w Bogu. Jego podmiotowość nie jest już osadzona na własnych przeżyciach, ale oparta jest na „jestem” Boga.
Jan od Krzyża mówi, że dla takiego człowieka wszystko jest za ciasne: i ziemia jest za ciasna, i niebo jest za ciasne. On dociera już jakby do nieskończoności i pragnie żyć w takim wymiarze. To jest niezwykła sprawa – moment odkrycia swego przeznaczenia. To tak, jakby człowiek żył zamknięty niczym w orzechu aż tu nagle skorupka pękła i widać, że wokół jest ogród – zupełnie nowe środowisko życia. To jest to nowe narodzenie, o którym mówił Jezus Nikodemowi.
Jan od Krzyża mówi tu o wielkim przekształceniu. Inny jest odtąd typ świadomości, inny typ myślenia, inny typ miłowania, inny typ człowieczeństwa. To jest ten nowy człowiek, o którym mówi św. Paweł.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#4: Wiara ufająca bardziej Bogu niż sobie
Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.
o. prof. Marian Zawada/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Doktorat Karola Wojtyły poświęcony był kwestii wiary u św. Jana od Krzyża. Jak bardzo ważne jest to zagadnienie?
O. prof. Marian Zawada OCD: Ono jest kluczowe dla Jana od Krzyża i w ogóle dla życia duchowego. Interesujące jest już samo to, jak Jan rozumie wiarę, ponieważ mamy tu kilka punktów widzenia. Po pierwsze, wiara to są nasze przekonania, nasze poglądy.
To jest typowe podejście. Możliwe jest inne?
Dla Jana od Krzyża wiara jest przede wszystkim czymś, co przychodzi do nas z góry, od Boga. To jest Boży dar. To jest misterium Boga: Bóg żywy, życie Boga. Kluczem są tu słowa Biblii: „Kto wierzy, ten ma życie wieczne”.
Z drugiej strony, wiara to także narzędzie poznania. Bóg w chrzcie świętym daje nam wiarę, ale w zarodku. Dlatego jednocześnie wyposaża nas w zdolność wchodzenia w Jego tajemnice. Wiara jest więc przede wszystkim boskim poznaniem, strumieniem nadprzyrodzonej prawdy, nadprzyrodzonym światłem. Jan od Krzyża mówi, że Bóg udziela się rozumowi – i to właśnie jest wiara.
Jak ją przyjąć?
Trzeba przyznać, że wiara to strumień światła, który nieskończenie przewyższa możliwości asymilacji przez nasz umysł. Jest to strumień żywej wiedzy, świętej wiedzy wolnej od doczesnych komponentów. My tymczasem jesteśmy „z pogranicza”: z jednej strony jest duch i duchowość; z drugiej – nasza biologia, materia, cielesność. Bóg więc przychodzi od strony ducha jako Prawda – Prawda nadprzyrodzona, na którą człowiek się otwiera, przyjmuje ją. Ta prawda w nim pracuje i go przemienia.
Jan od Krzyża mówi o „przepaściach wiary”. Mówi, że być wierzącym to znaczy być człowiekiem, który skacze w przepaść. Co to znaczy?
To znaczy, że trzeba porzucić wszystko, co człowiek zna, co mu daje poczucie bezpieczeństwa, co uważa za swoje: swój sposób rozumienia siebie, świata, Boga. Bo Bóg jest niepodobny do tego, co znamy, czego pragniemy i co sobie wyobrażamy. To jest podstawowy klucz: wiara przynosi nam nowy typ światła ujawniającego, kim jest Bóg, co do Niego należy, co jest Jego życiem i co jest do Niego podobne. To ważne, bo rzeczywistość – zwłaszcza kultura, w której żyjemy – często jest niepodobna do Boga. Nie chodzi tylko o tę kulturę, która ostentacyjnie odrzuca Boga. Chodzi w ogóle o to wszystko, co znamy, co jest dla nas dostępne, ale nie „mówi” nam o Bogu.
Św. Paweł mówi, że wiara zwycięża świat. Na czym polega to zwycięstwo?
Na tym, że Bóg – dając nam wiarę jako rodzaj poznania – naświetla to, co jest z Niego i co jest do Niego podobne oraz pokazuje, co jest do Niego niepodobne. To jest moment swoistego uderzenia: człowiek w świetle wiary widzi, jak wiele jest w nim złogów kłamstwa, niepodobieństwa do Boga. To może powodować wielki kryzys, bo my na ogół dbamy o dobre mniemanie o sobie, pocieszamy się, że jesteśmy w miarę wierzący, modlimy się, chodzimy do kościoła… Aż tu nagle Bóg daje nam światło, które umożliwia nam zupełnie inne patrzenie na świat. Zaczynamy dostrzegać zupełnie inne wartości. Inaczej rozumiemy Boga. To jest zwycięstwo wiary nad światem, bo – jak mówi Jan od Krzyża – tylko ona może być środkiem do poznania Boga i do bezpośredniego zjednoczenia z Nim.
W takim rozumieniu wiara nie jest ograniczeniem czy wręcz wyłączeniem rozumu, ale rozszerzeniem jego możliwości?
Tak, ponieważ wiedza Boga przekracza nasze zdolności. Zarazem w wierze mamy do czynienia z nadmiarem światła, z nadmiarem bitów, z nadmiarem dawki poznawczej. Rozsadza to nasze myślenie. Dlatego idziemy do Boga niejako oślepieni.
To jest ta słynna noc ciemna, o której tyle pisze św. Jan od Krzyża?
Tak. W kolejnej rozmowie pomówimy o tym szerzej, ale już dziś można powiedzieć, że noc ciemna polega na tym, że człowiek przechodzi przez rozpacz, śmierć, rozpad własnego życia. Bóg wypala je ogniem kontemplacji. To nie jest tzw. kontemplacja naturalna, podczas której rozczulamy się, zachwycamy, czujemy jakąś emocjonalną zwyżkę, czujemy się porwani w jakiś wyższy wymiar egzystencji. Ta kontemplacja to konkretna miłość Boga, bardzo wymagająca. To poznanie, które człowieka przepala jak ogień. Jest to ogromne cierpienie, ból ducha, którego nie da się nawet określić. Człowiek nie znajduje słów, żeby go opisać. Jest zagubiony wewnętrznie, bo znany mu „normalny” świat jakby znika. Idzie odtąd przez ciemność, niepewność. W tym momencie wszystko polega na ufności.
Takiej, jaką miał biblijny Abraham?
To dobry przykład, bo Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.
Paradoks…
Paradoks uruchamiający rzeczy niemożliwe. To już nie jest zaufanie oznaczające wiarę, że Bóg mnie chroni, życzy mi dobrze, więc będę miał szczęście, coś mi się uda. W takim momencie chodzi o to, by wytrzymać napór zakwestionowanej obietnicy. Człowiekowi rozlatuje się wtedy całe życie: całe jego wnętrze, wszystko, co w życiu zdobył, cała jego wiedza, sposób miłowania człowieka, świata, Boga. To jest mu jakby odbierane, wypalane.
I co dalej?
Bóg stopniowo, etapami wprowadza go w swój sposób miłowania. Człowiek zaczyna funkcjonować na zupełnie nowym poziomie duchowym. Idzie w ciemności, ufając, że jest ona wypełniona Bogiem. Dociera do stanu duchowego, który staje się coraz bardziej wypełniony dobrem, szczęściem, smakiem Boga. Traci wtedy smaki naturalne – to, co lubi, czego chce, czego pragnie – a uczy się smakowania Boga, uczuć duchowych związanych z tajemnicami naszego Pana, z Eucharystią, z modlitwą, z miłością. Bo wiara jest ponad zmysłami – ponad tym i poza tym, co odczuwalne. Człowiek czuje się wtedy zagubiony, a jednocześnie cały coraz bardziej staje się miłosną uwagą. Dotąd był bardzo sensoryczny i dlatego żył w rozproszeniu albo przebodźcowaniu. Teraz oddala się od zmysłów i idzie w stronę ducha. Jego istnienie jest bardziej subtelne, już nie psychologiczne, ale czysto duchowe.
To moment, w którym człowiek obcuje z Prawdą. Ona go wypełnia. Wyzwala nową zdolność bycia. Boża Prawda przekracza oczywiście możliwości ludzkiego rozumu, dlatego istotą takiej postawy, jest – jak mówi Jan – przylgnięcie umysłem, sercem i wolą do Miłującego. Jest to zarazem wielka próba ufności. Zazwyczaj człowiek odmawia pacierze, medytuje, chodzi do kościoła, wchodzi w świętą przestrzeń, przeżywa na swój sposób obecność Boga. Czasami mu to wychodzi, czasem nie, bywa rozproszony albo rozdygotany jakimiś emocjami, znudzony, senny albo zmęczony. W łasce nocy ciemnej to przylgnięcie do Boga umysłem, sercem i wolą nie mija, bo to nie jest stan uczuciowy, emocjonalny, ale duchowy.
Objawia się to jakoś na zewnątrz?
Człowiek zmienia swoje usposobienie, nabiera nowych obyczajów. Ale nie chodzi już tylko o to, żeby być porządnym, dobrym, szlachetnym człowiekiem. Świętość polega na tym, że potrafimy we właściwy sposób odpowiedzieć na obecność Boga, na Jego działanie. Człowiek uczy się pokornie trwać w potędze i majestacie Boga. Często widzi swoją nieudolność. Najczęściej ma poczucie, że jest totalnym grzesznikiem, a nawet „zbrodniarzem” duchowym. Ale jego wiara nadal jest bezwarunkowym otwarciem się na udzielanie się Boga. To go przemienia, odbudowuje jego ducha na nowych, Boskich podstawach.
Jak najkrócej zdefiniować wiarę w rozumieniu św. Jana od Krzyża?
Wiara jest bezpośrednim narzędziem zjednoczenia z Bogiem. Inne jej cele są nieistotne.
Wiara jest też bezpośrednim, pozapojęciowym sposobem ujmowania Boga.
Jak poznać, że idzie się drogą autentycznej wiary? Że nie jest to tylko jakaś emocja, myślenie życzeniowe, złudzenie albo inny rodzaj (samo)oszukiwania?
To może się zdarzyć, ale warto się zabezpieczyć przed takimi zjawiskami.
Jak?
Powierzyć się Bogu wewnętrznym aktem. Może to być także akt zewnętrzny, np. konsekracja zakonna. A potem iść drogą prawdy, czyli pokory, a więc uległości i odnalezienia właściwego miejsca dla siebie danego przez Boga w wierze. Wtedy człowiek zaczyna rozumieć swoje przeznaczenie. Rozumieć, po co otrzymał od Boga życie. Rozumieć, czego Bóg od niego chce. I zaczyna nad tym pracować.
Co to znaczy: pracować nad tym?
Jeżeli człowiek rozeznaje, że Bóg czegoś od niego chce albo coś jest wolą Bożą, to podejmuje to, chociażby to było trudne. Praca ta oznacza więc przede wszystkim wierność Bogu. Człowiek nie kombinuje, co mu się bardziej opłaca, jakie będzie miał z tego korzyści. Jest coraz bardziej czuły na duchowe natchnienia Boga. Chce wiedzieć, czego Bóg od niego chce na co dzień, w konkretnych rzeczach. I w gruncie rzeczy nie chodzi o to, co ma robić, bo przecież wiemy dobrze, jakie są nasze obowiązki życiowe. Tu bardziej chodzi o jakość, o to, ile w wypełnianiu zwykłych obowiązków jest miłości do człowieka, do Boga.
Jaki jest cel efekt tego procesu, cel wiary?
Zjednoczenie dwóch kompletnie różnych natur: nieskończonej i niestworzonej natury Boskiej i ograniczonej natury człowieka. To jest całkowite przeobrażenie człowieka w Boga w miłości danej przez Niego.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#5: Szalona miłość
Oto klucz do duchowości Jana od Krzyża: kiedy człowiek się zakochuje, gotowy jest wszystko dla miłości stracić, poddać się jej mocy. I wtedy wszystko się zmienia.
o. prof. Marian Zawada/ fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Mówi się, że najbardziej karmelitańską księgą Biblii jest Pieśń nad Pieśniami…
O prof. Marian Zawada OCD: Tak! Historia Oblubienicy oszalałej na punkcie swojego Oblubieńca, która przemierza olbrzymie przestrzenie z wielkim napięciem i pragnieniem spotkania, która dostępuje wielkiego daru bycia w ogrodzie – w łożu Oblubieńca – jest schematem miłosnym, który pasuje i do pożycia małżeńskiego (miłości naturalnej), i do życia duchowego.
Bóg porównuje relację Siebie i człowieka do relacji dwojga zakochanych. Co nam to mówi o Nim i o nas?
Że jesteśmy stworzeni do miłości, a Bóg sam jest miłością. Jan Apostoł mówił, że Bóg jest miłością, a Jan od Krzyża ciągle wraca do tego tematu, mówiąc, że Bóg jest żywym płomieniem miłości, ogniem trawiącym, wypalającym do cna.
Używa metafory polana, które jest wrzucone do ognia. Taki kawałek drewna zazwyczaj jest wilgotny, nasączony czymś. Pierwszym etapem jest więc uwolnienie od tej wilgoci. Słychać trzaski, sypią się iskry. Jan od Krzyża opisuje w ten sposób uwalnianie człowieka z grzechu i innych elementów niedoskonałości natury ludzkiej. Następuje wtedy wypalenie tego, co nie jest podobne do Boga. Potem to polano samo staje się ogniem. Jest to piękny obraz rozpalenia miłością. Człowiek zazwyczaj startuje do życia duchowego z bagażem miłości naturalnej. Jakoś wyobraża miłość i sposób, w jaki chciałby Pana Boga uczcić: zrobić coś dla Niego, namalować, stworzyć, przeprowadzić jakąś akcję – jak zakochany, który zaczyna świadczyć dobro ukochanej osobie. Później następuje nadprzyrodzony zapłon i większa, nadprzyrodzona, Boska miłość zdobywa człowieka.
To jest klucz interpretacyjny do św. Jana od Krzyża?
Jan od Krzyża pięknie mówi w prologu „Drogi na Górę Karmel”: „Miłujesz Ty, Panie, roztropność, miłujesz światło, lecz ponad wszystkie czynności duszy kochasz najbardziej miłość. Dlatego te słowa będą wskazówkami roztropności dla podejmującego podróż, światłem dla jego drogi i źródłem miłości krzepiącej go w czasie pielgrzymowania”.
To jest klucz do duchowości Jana od Krzyża: kiedy człowiek zakochuje się, gotowy jest wszystko dla miłości stracić, poddać się jej mocy. I wtedy wszystko się zmienia. Podobnie jest z miłością do Boga. Człowiek coraz bardziej gotowy jest zrobić dla Boga wszystko: nawet ośmieszyć się, zrobić coś niekonwencjonalnego…
Jak św. Franciszek, który zrzucił z siebie szaty?
Tak! To zewnętrzny przejaw wewnętrznego, Boskiego ognia. Człowiek, w którym ten ogień płonie, znajduje coraz więcej coraz więcej „miłosnego miodu” w sakramentach, w Eucharystii, na modlitwie, w doświadczeniu dobra, w miłości bliźniego, pomaganiu bliźniemu.
Miłowanie i świadczenie o miłości sprawiają mu radość. Jednak – jak mówi Jan – żeby wejść na tę drogę, człowiek sam musi być najpierw zdobyty przez większą, Bożą miłość. Ona zaczyna dominować w jego sercu. To jest prawdziwa szkoła miłości. Kiedy człowiek idzie wiernie, nie kombinuje, ofiaruje się jednoznacznie, nie ulega egoistycznym postawom, ale rozdaje siebie, to Bóg rozkochuje go w Sobie jeszcze bardziej. Ofiarowuje mu łaski mistyczne.
Jakie łaski mistyczne?
Jan od Krzyża mówi, że taki człowiek zachowuje się jak pszczoła, która zbiera nektar z roślin: jest na niego wyczulona i znajduje go z coraz większą łatwością. Nektar oznacza tu metaforycznie słodycz miłości, która bywa zawarta w ciężkich sytuacjach. Ona powoduje, że nawet trudna miłość nie męczy. Człowiek jest w stanie ofiarować komuś dodatkową godzinę albo zająć się czymś jeszcze, bo do tego prowadzi go wewnętrzna logika miłości. Jego serce jest zdolne do ofiary, bo rozkoszuje się prawdą i miłością, odnajduje coraz więcej radości w Eucharystii, modlitwie. Może adorować Boga kilka godzin albo nawet całą noc.
Cała tajemnica polega na tym, żeby odkryć tę miłość, wejść w jej logikę. Człowiek traci siebie, często jest w jakiejś formie zawieszony na krzyżu, ale zaczyna już miłować ten krzyż. Inni nie rozumieją, jak można kochać cierpienie czy trudne, uciążliwe sytuacje. Ale u świętego miłość powoduje, że on to rozumie, zgadza się na większe cierpienie i może dzięki temu generować jeszcze więcej miłości – jak Chrystus, który ofiaruje się z miłości za ludzkość. Człowiek podobnie – przestaje myśleć o swoim zbawieniu, a myśli o zbawieniu innych. Chce ofiarować najwyższe i ostateczne szczęście innym. To jest wewnętrzna przemiana: człowiek poddaje się wewnętrznemu płomieniowi miłości.
Jan od Krzyża mówi, że może to być nawet traktowane jako choroba.
Choroba?
Choroba duszy. Właściwie są dwie takie choroby: jedna to grzech, a druga to miłość do Boga. Człowiek duchowy jest chory z miłości, ponieważ brakuje mu pełni miłości, czyli pełnego obcowania z Bogiem. W końcu jednak osiąga pełne zdrowie, którym jest Bóg i miłość.
To wszystko dzieje się stopniowo, jak między kobietą i mężczyzną. W naturalnym schemacie rozwoju miłości dwoje ludzi najpierw się poznaje, pojawia się wzajemna atrakcyjność, myślenie o sobie, potem jedna osoba zaczyna wypełniać świat tej drugiej. Dalej pojawia się pomysł na wspólne życie, pojawia się propozycja narzeczeństwa (czyli zapewnienie o miłości) i małżeństwo. Jan od Krzyża też mówi o narzeczeństwie i małżeństwie duchowym.
Na czym polega małżeństwo duchowe?
To jest trwały stan, w którym Bóg i człowiek są zjednoczeni duchowo, a wszystkie dobra niebieskie są wspólne. Człowiek jest dopuszczony do tajemnic Bożych.
Brzmi pięknie.
Ale i tym stanie jest pewien problem: żar, który rozpala miłość, jednocześnie rani.
Dlaczego?
Rani, ponieważ miłość rozszerza serce człowieka i obejmuje nie tylko Boga, ale i innych ludzi. Z tego rodzą się różne inicjatywy kościelne, np. założenie zakonu czy powołanie wspólnoty. Miłość rozrasta się aż do miłości nieprzyjaciół – grzeszników, wrogów Boga. Im również chce zapewnić szczęście wieczne. Człowiek szaleje z miłości i umiera z miłości. Jan od Krzyża nazywa to śmiercią z pragnienia. Przychodzi moment, w którym człowiek prosi Boga, żeby zdarł tę ostatnią zasłonę – zasłonę śmierci – bo wie, że śmierć jest bramą do pełni. Modli się: „Boże, ile jeszcze muszę czekać?” Coś takiego często pojawia się w „Dzienniczku” św. Faustyny. Można to traktować psychologicznie jako rodzaj pierwotnej tęsknoty za szczęściem, za niebem, ale można to także postrzegać duchowo. Bo Bóg zaczyna składać w człowieku swoje uczucia, swoje pragnienia. Pragnienie miłości do człowieka wypełnia serce mistyka, który dąży do zjednoczenia z Bogiem. Przeżywa on cierpienie Boga, gdy ludzie odsuwają się od Niego, porzucają Go, nie kochają Go. Dla świętego jest to wielki dramat.
Tu znowu nasuwa mi się św. Franciszek, który biadał, że Miłość jest niekochana…
To jest właśnie ogień miłości, który sprawia niezwykłą rozkosz, ale i ból.
W końcu jednak cała struktura ludzka wypełniona zostaje Bogiem. Człowiek staje się Miłością, działa z miłości i dla miłości. Miłość staje się jedynym kryterium, wykładnią całego życia. Człowiek w miłości i przez miłość jednoczy się z Bogiem i w tej miłości zostaje zrównany z Bogiem. Dzięki łasce staje się jak Bóg.
To jest to, co w teologii nazywa się przebóstwieniem?
Tak. To jest piękne, niebywałe, oszałamiające. Czuła miłość Boga doprowadza człowieka do tak niesłychanego wywyższenia.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#6: Noc ciemna
Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce.
o. prof. Marian Zawada/ fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Zanim powiemy, czym jest noc ciemna według św. Jana od Krzyża, powiedzmy najpierw, czym ona… nie jest.
O. prof. Marian Zawada: Po pierwsze, noc ciemna nie jest zjawiskiem naturalnym, ale nadprzyrodzonym.
Nie jest to więc ani melancholia, ani smutek z powodu zewnętrznych trudności, ani kliniczna depresja?
Nie, choć niektóre objawy mogą być podobne. To jest dosyć trudna kwestia i rozumieją to tylko ci, którzy to przeżyli albo jeszcze są na tej drodze.
Noc ciemna to wprowadzenie człowieka w bardzo głęboki kryzys – kryzys tożsamości sięgający samych korzeni człowieczeństwa, którego przejście jest niezbędne do tego, by móc swobodnie w funkcjonować w rzeczywistości nadprzyrodzonej. Zanim to jednak nastąpi, pojawia się poczucie zagubienia, pustki i obcości w świecie, w którym się żyło do tej pory. Człowiek jakby zaczyna się wyprowadzać z tego świata.
Noc ciemna najbardziej przypomina zjawisko, które polski psycholog Kazimierz Dąbrowski nazywał dezintegracją pozytywną: człowiek się rozpada w swojej dotychczasowej konstrukcji, w dotychczasowej osobowości po to, żeby się lepiej złożyć na nowo. To jest straszne przeżycie. Wymaga farmakologii, żeby pomóc człowiekowi przez to przejść.
Taka dezintegracja pozytywna jest jednak – w przeciwieństwie do nocy ciemnej – zjawiskiem naturalnym?
Tak. Noc ciemna należy już do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Jest to proces przebóstwienia człowieka – przemiany jego samego i wszystkich jego relacji: z Bogiem, ze światem, z sobą samym. Punktem wyjścia jest tu – jak pisał św. Paweł – stary człowiek, żyjący pod dominującym wpływem żywiołu sił naturalnych, prowadzący naturalne, soczyste życie. I z tego właśnie życia on się wyprowadza do tego, co duchowe i Boskie. Odmawia zmysłom zaspokojenia, wybiera ogołocenie. Zmieniają się jego relacje, a on sam z dawnego człowieka (grzesznego, a przynajmniej zmysłowego) coraz bardziej staje się istnieniem duchowym, coraz bardziej podobnym do Boga. To właściwie jest istota nocy ciemnej: pozbawienie się naturalnych praw i naturalnej działalności, by nabrać sprawności nadprzyrodzonej.
Jak wygląda noc ciemna z perspektywy zewnętrznego obserwatora?
Na zewnątrz może się to u kogoś objawiać chronicznym smutkiem, brakiem przekonania do działania. Władze naturalne zalega pustka. Szczególnie dotyczy to pamięci. Człowiek zapomina, kim był. Zaburzone może być także funkcjonowanie umysłu. Człowiek rozumie rzeczywistość i funkcjonuje w niej, ale ma kłopoty z zapamiętywaniem. Rodzi się syndrom zagubienia w dziedzinie zmysłów, ponieważ one działają zgodnie z zasadą przyjemności. Tymczasem w nocy ciemnej człowiek nabiera wstrętu do rzeczy, które lubił. Postrzega je jako stratę czasu. Więcej korzyści widzi w rozważaniu rzeczy Bożych i własnej tajemnicy. Odkrywa, że cisza, która wcześniej go przerażała, teraz go pociąga.
Czym to się różni od depresji czy wypalenia?
Zewnętrzne objawy mogą być podobne. Różnica tkwi przede wszystkim w przyczynach. W przypadku depresji czy wypalenia mamy do czynienia z ludzką słabością, syndromem chorobowym. Natomiast w nocy ciemnej przyczyna jest teologiczna – powodem ciemności w sferze poznawczej czy problemów w funkcjonowaniu jest bezpośrednie spotkanie ducha ludzkiego i Ducha Bożego.
A jeśli ktoś nie chce doświadczyć nocy ciemnej?
Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce. To jest dar Boga dla tych, którzy ćwiczą się już w wolności wewnętrznej i mocno współpracują z Bożą łaską. Oni chcą zjednoczyć się z Bogiem. Świętość jest ich zadaniem życiowym, a nie sprawą, która zajmuje ich przez kwadrans dziennie. Tacy ludzie idą drogą sprawdzonego, często heroicznego dobra, np. opiekują się innymi, rozsmakowują się w modlitwie, a świadomie odrywają się od rzeczy doczesnych.
Zwykła noc zaczyna się od zmroku. A noc ciemna?
Pierwszy etap to czynna noc zmysłów. Podczas niej człowiek sam podejmuje pewne wysiłki w przestrzeni zmysłów. Przestaje kierować się zasadą przyjemności, czyli wyboru tego, co mu pasuje, na co ma ochotę. Uwalnia się od swej natarczywej zmysłowości, dążenia do wygody, do tego, co radosne, pozytywne. Np. jeśli ktoś lubił pikantną kuchnię orientalną, uwalnia się od tego upodobania. Ktoś, kto lubił hip-hop, szuka muzyki nastrojowej, która wprowadza ciszę i harmonię wewnętrzną. Generalnie chodzi o uwolnienie od naturalnej uczuciowości. Człowiek nie działa już tak bardzo pod wpływem emocji, ale stara się pełnić wolę Bożą. Nie rozprasza swych sił. Wie, do czego jest powołany i to realizuje.
Skoro jest noc czynna, to jest pewnie także noc bierna?
Tak. Bierna noc zmysłów to już nie jest działanie człowieka, ale Boga.
W jaki sposób?
Bóg przejmuje inicjatywę wtedy i prowadzi nas poprzez wiele bolesnych zaburzeń w codziennym działaniu. Zmysły człowieka pozostają głodne, oschłe i puste – jak mówi Jan od Krzyża. Człowiek po to odmawia sobie zmysłowych realizacji, by wzmocnić ducha. A Bóg pozwala mu odkrywać smak boskich spraw. Dokonuje się to przez doskonałe poddanie się Bogu. Narasta duchowy pokój i budzą się zmysły duchowe, które są zdolne funkcjonować w rzeczywistości nieba.
Oprócz ciemnej nocy zmysłów, istnieje także ciemna noc ducha.
Ta sama łaska kontemplacji wlanej inaczej działa na zmysły, a inaczej na władze duszy, czyli na umysł, pamięć i wolę.
Zacznijmy od umysłu.
W nocy ducha umysł uczy się nowego, Bożego widzenia i rozumienia spraw. Dzięki otwarciu na Boga wchodzi w posiadanie Bożej mądrości, która pochodzi od Ducha Świętego. Nie zatrzymuje się na powierzchni spraw, ale sięga istoty, co pozwala mu łatwiej odczytywać Boże natchnienia, którymi się kieruje.
Na czym polega działanie na ludzką pamięć?
Pamięć to potężna władza człowieka. Ale w nocach zostaje oczyszczona ze zwykłych, doczesnych treści, staje się pusta. Jest to trudne doświadczenie pozbawienia swego wnętrza, poczucia bycia u siebie. Ta pustka go przeraża, wydaje się go niszczyć. Później jednak jego wnętrze napełnia się Bożą obecnością i nadzieją która wnosi chwałę, potęgę, piękno. Człowiek traci siebie, ale odzyskuje w planie nadprzyrodzonym.
A jeśli chodzi o wolę?
W niej dokonuje się selekcja zaangażowania. Człowiek nie wchodzi już sytuacje typowe dla – mówiąc za św. Pawłem – dawnego człowieka. Odtąd liczy się tylko miłość do Boga i człowiek jest gotów robić niekonwencjonalne rzeczy dla Niego. Czasem wydaje się, że oszalał, jak św. Maksymilian Kolbe, który wybiera się do Japonii, by podbić świat dla Maryi.
Po co to wszystko?
Noc ducha polega na przystosowaniu ducha ludzkiego do bezpośredniego udziału w życiu Boga, czyli na udoskonaleniu natury człowieka przez łaskę. Bóg w nocy ciemnej najpierw oczyszcza, potem uzdrawia, a potem umacnia do swobodnego funkcjonowania w dziedziach niebieskich. W nocy ciemnej dokonuje się pełne uzdrowienie natury ludzkiej, aż po usunięcie skutków grzechu pierworodnego. Człowiek działa wtedy w sposób doskonale pełny, podmiotowy, całościowy, mądry, nie ulegając niższej części swojej natury.
Mamy zatem proces przejścia od człowieka całkowicie zależnego i zniewolonego instynktami i popędami (co dziś niektóry uważają za szczyt wolności) do osiągnięcia możliwej pełni człowieczeństwa. Droga ta prowadzi jednak przez bolesny demontaż naszej nadpsutej natury.
Czy to wszystko nie mogłoby się odbyć jakby… w znieczuleniu?
To jest w gruncie rzeczy kwestia zbieżna z pytaniem: czy Chrystus nie mógłby nas zbawić inaczej niż przez tajemnicę krzyża? dlaczego dał się aż tak sponiewierać?
Jan od Krzyża udowadnia, że proces nocy ciemnej to jest przejście przez mękę i krzyż – z tym, że człowiek nie jest krzyżowany fizycznie, ale duchowo. Czuje się odrzucony przez Boga, czuje się przez Boga niekochany – jak Chrystus, który się skarżył: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” Dramat polega na tym, że trzeba przejść przez duchową śmierć krzyżową i spędzić symboliczne trzy dni w otchłani, by dojść do zmartwychwstania – do rzeczywistości czystego daru Bożego.
Czyli do czego?
Do odnowienie całego człowieczeństwa, uporządkowania go na nowo, do wewnętrznej siły i pewności, do nowego typu integracji – czyli do zjednoczenia z miłością Boga. Całe człowieczeństwo zostaje uzdrowione. Rozum zaczyna wtedy myśleć w nowy sposób, bo ma dostęp do tajemnic Boga. Wola człowieka osiąga prawdziwą wolność. Jego pamięć jest pamięcią samego Boga. Teologicznie nazywamy to przebóstwieniem – przeobrażeniem duszy w Umiłowanego. Wyraża to symbol zaślubin, używany też w Piśmie św. Człowiek poślubiony Bogu stanowi z Nim jedno w myśleniu, pragnieniu, działaniu – jak dobre małżeństwo. Planują, działają i dokonują wszystkiego razem. Ich miłość staje się owocna w sposób duchowy.
Gosć Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#7: Nadzieja rozpłomieniona
Może i moja dotychczasowa biografia była mizerna czy nieudana, ale ważniejsze jest to, co Bóg we mnie złożył i to, kim mogę być w przyszłości.
o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Pamięć potrafi czasem zabić w nas nadzieję. Dlaczego więc św. Jan łączy nadzieję właśnie z pamięcią?
O. prof. Marian Zawada OCD: Pamięć pełni w strukturze człowieczeństwa bardzo istotną rolę. Jest sposobem zamieszkiwania w samym sobie, w historii, a także w Kościele. „Pamiętam” to znaczy: mam własne przeżycia, mam doświadczenie bycia sobą i na tym buduję swoją tożsamość. Wiem, z czego wyrastam (z mojego otoczenia, mojej kultury). Pamięć to także sposób posiadania siebie, ciągłość istnienia i rozumienia siebie, swojego bogactwa, własny dorobek różnych dzieł i rozwiązań, pomysłów, realizacji. Pamięć objawia człowiekowi jego samego: dzięki niej wiem, kim jestem.
Dlatego św. Jan Paweł II zatytułował jedną ze swych książek: „Pamięć i tożsamość”?
Tak!
Pamięć to także forma czuwania przy rzeczach ważnych: pamiętam to, co jest dla mnie istotne. My posiadamy siebie poprzez pewne obrazy, pewne doświadczenia, pewne figury – mówi Jan od Krzyża. Nasze doświadczenia najczęściej jednak wypełniają pamięć treścią przyziemną. W dodatku czasem może nas ona oszukiwać: jednych faktów nie pamiętamy, inne reinterpretujemy.
Mamy też pamięć dobra i pamięć zła. Pamięć dobra przechowuje pozytywne doświadczenia Boga, Jego miłości, Jego łaski.
Pamięć zła to pamięć zdrady, grzechów, upadków. Ta ostatnia może nas zniechęcać. Demon często pracuje nad nami, przypominając nam nasze niecne czyny albo porażki. Gnębi nas w ten sposób. Człowiek chciałby pomedytować, ale ciągle mu się coś przypomina: że ktoś mu coś powiedział, obraził go albo nie dopuścił do realizacji planów…
Jakie to wszystko ma znaczenie dla życia duchowego?
Jan od Krzyża mówi o potrzebie wolności od posiadania siebie poprzez swoją pamięć i przywiązanie do niej. Żeby wyzwolić się od siebie, od swego niedoskonałego człowieczeństwa, musimy zapomnieć o sobie, czyli jakby uwolnić się z mocy własnej pamięci. My na ogół pamiętamy wiele rzeczy zbędnych. Oglądamy dzienniki, czytamy newsy czy sprawozdania. Delektujemy się fantazjami, prognozami, snujemy scenariusze. Zanurzamy się w fantazjach: czy to erotycznych, czy to egoistycznych (np. o tym, że kogoś pokonujemy albo mścimy się na kimś). Ale nie chodzi tylko o to, żeby przestać robić śmietnik ze swej pamięci.
Jan od Krzyża mówi, że trzeba zaprzestać złego używania pamięci, to znaczy: jakby zapomnieć siebie, zapomnieć o „ja” i „moje”, a pamiętać o tym, co istotne: o Bogu i o tym, co jest Boże. Chodzi o wolność od tego, co przywiązuje nas do samych siebie, do świata.
W jaki sposób dokonuje się oczyszczenia pamięci?
Ono następuje przez duchowe ubóstwo. W duchu takiego ubóstwa trzeba się wyrzec nie tylko pamięci o rzeczach negatywnych czy zranieniach, ale także wyrzec się pamięci o samym siebie – nie koncentrować się na sobie, ale na Bogu. W ten sposób człowiek uwalnia się od przeszłości, a nastawia się na obecność i na przyszłość.
Co mu to daje?
Wtedy pamięć, która jest domeną przeszłości, zaczyna się wypełniać nadzieją.
Na co?
W Pierwszym Liście św. Jana Apostoła (1J 3, 2) jest napisane, że jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, o czym będziemy. Czyli: już jesteśmy dziećmi Boga, ale nosimy w sobie ukrytą tajemnicę. Może i moja dotychczasowa biografia była mizerna czy nieudana, ale ważniejsze jest to, co Bóg we mnie złożył i to, kim mogę być w przyszłości. Ta optyka zaczyna dominować, gdy zapominamy o sobie.
Co na to psychologia?
Psychologia często podchodzi do tego inaczej: zajmuje się przeszłością i w jej świetle wyjaśnia, kto mnie skrzywdził i dlaczego, wskazuje winnych. Jan tymczasem proponuje, by ofiarować przeszłość Bogu i już do niej nie wracać – zacząć żyć przyszłością, celowością swojego życia, tym, co mnie czeka – a czeka nas zbawienie, niebo, czeka nas Bóg.
Inaczej mówiąc, wyzwolenia pamięci powoduje, że najważniejszy staje się po prostu Bóg. Człowiek schodzi do głębi swej duszy, zapomina o rzeczywistości i rozpłomienia się Bogiem. Jego pamięć staje się wypełniona Bogiem: pamięta o Nim, pamięta, dokąd idzie, a nie to, co przeżył do tej pory. W ten sposób jego pamięć zostaje przemieniona w nadzieję.
Człowiek jest wtedy jak wąż, który zrzuca swą skórę. Albo jak gąsienica jedwabnika, która zawija się w kokon i przemienia się w pięknego motyla.
Zmienia się wtedy także sposób posiadania: człowiek nie chce już posiadać siebie. Wytrzymuje to, że teraz nie ma nic albo ma niewiele. Całe bogactwo, zwłaszcza to nadprzyrodzone, posiada w nadziei. Przyszłość jest dla niego upragniona, bo czeka w niej Bóg.
Dziś w spojrzeniu na przyszłość dość powszechnie dominuje lęk.
Reklama
Tak! Ludzie się boją, bo z przyszłości wychyla się do nich zniszczenie, katastrofa, to, co negatywne czy wręcz demoniczne. Tymczasem człowiek duchowy nabiera przekonania, że przyszłość to Bóg. Jego nadzieja to doskonałe przyciąganie Boga do siebie. Jego nadzieja jest pusta w środku, czyli niezaśmiecona innymi, małymi nadziejami. Dlatego otwiera się na nieskończone dobro i może przyjąć Boga.
To jest moment, w którym nadzieja nie daje nam jakichś dóbr cząstkowych, ale daje nam samego Boga. A Bóg to jest Ktoś, nie: coś. Często zastanawiamy się, co ja tam będę miał w niebie: czy będę miał to, co lubię? moja muzykę? osoby, które kocham? Tymczasem w niebie dostaniemy samego Boga.
Z tą nadzieją związana jest chwała, wypełnienie człowieka Boską chwałą.
Co to znaczy?
To znaczy, że rozum otrzymuje Boskie rozumienie, wola – Boską miłość, a pamięć jest Boskim posiadaniem chwały.
Co to właściwie jest chwała?
Chwała to jest piękno plus moc.
Jak ją zdobyć?
Trzeba wytrzymać napór ubóstwa. Na tym polega tajemnica ludzi świętych, że oni chcą być ubodzy po to, żeby być bogatymi Bogiem. Inni pozostają w kręgu motywacji naturalnych: jak mogę coś mieć, a jest to dla mnie pożyteczne, to oczywiście biorę to i używam. To jest popularne narzędzie do zdobywania chociażby dobrego samopoczucia. Człowiek duchowy myśli jednak zupełnie inaczej: chce mieć jak najmniej doczesnych dóbr, żeby zachować całą swą nadzieję pustą, czyli w pełni otwartą na posiadanie Boga. Czyściec jest im niepotrzebny.
Dlaczego?
Dlatego, że w czyśćcu usuwane są nasze przywiązania do doczesności. Proces ten jest konieczny, bo my często żyjemy kompletnie na peryferiach prawdziwego życia, nie mamy doświadczenia jego głębi. Tymczasem człowiek oczyszczony z trywialnych przywiązań od razu jednoczy się z Bogiem. Śmierć jest dla niego bramą życia.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#8: Gdy Bóg budzi się w człowieku
Łaska mistyczna, o której mówimy, polega na tym, że Bóg jakby otwiera oczy w głębi naszego istnienia. Człowiek staje się wtedy duchowym złotem. Rozumie historię i rozumie człowieka od wewnątrz. Rozumie Boga.
o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: W Pieśni nad Pieśniami Oblubieniec prosi: „nie budźcie ukochanej, póki nie zechce sama”. O co chodzi z tym duchowym przebudzeniu?
O. prof. Marian Zawada: U św. Jana od Krzyża znajdujemy koncepcję, wedle której człowiek wymaga przebudzenia, bo jest pogrążony we śnie, żyje jakby w matriksie i jest nieświadomy celów, dla których został stworzony. Nie uświadamia sobie, że krok po kroku zmierza do Boga, z którym się spotka i z którym się zjednoczy – i to jest jego pierwszoplanowym zadaniem. Problemem jest więc brak wrażliwości na rzeczywistość duchową, życie zamknięte we własnym świecie albo w złudzeniach. Czasem mówi się w tym kontekście o teatrze cieni. Te cienie to dominujące w życiu lęki, które sprawiają, że człowiek nie żyje autentycznie. Dlatego potrzebuje otwarcia oczu. To jest jeden motyw dotyczący przebudzenia.
Motyw drugi to prawda, że współczesny człowiek otwiera drzwi serca wszystkiemu, co do niego przychodzi. Wsłuchuje się we wszystkie intuicje. Ufa temu, co rodzi się w jego umyśle. Domaga się, żeby go nieustannie inspirowano, pobudzano, tworzono wewnętrzną dynamikę, budowano jego wewnętrzne bogactwo. I to go usypia w odniesieniu do zasadniczych celów. Jan od Krzyża tymczasem proponuje ascezą odmowy: nie interesuje go realizacja samego siebie w tym świecie. Cały swój potencjał kumuluje na tym, co duchowe, Boskie. Ale żeby dojść do tego, trzeba sobie najpierw uświadomić, że trwamy we śnie.
Na czym polega przebudzenie z tego snu?
Ono się przejawia na wielu płaszczyznach. Mamy więc przebudzenie na płaszczyźnie poznawczej. Jest to otwarcie oczu na nową, nieznaną, niezauważaną do tej pory Boską rzeczywistość. Przebudzenie to otwiera nas na wyższe poziomy istnienia. Potem pojawia się przebudzenie serca. Można by powiedzieć, że jest to przebudzenie do miłości. Człowiek zaczyna wtedy intensyfikować swoje relacje z Bogiem. I jest wreszcie przebudzenie w sensie czysto religijnym – przebudzenie z życia w grzechu do życia w łasce. Jest to łaska odnalezienia prawdy o sobie i oddzielenia się od grzechu. Inaczej nazywa się to nawróceniem. Człowiek porzuca schematy kłamliwych zachowań. Porzuca grzech, kłamstwo – również kłamstwo o sobie. Domaga się prawdy – również od siebie.
Drugie przebudzenie to przebudzenie do współpracy z Duchem Świętym. Człowiek odchodzi od dotychczasowego podświadomego standardu działania. Kończy się traktowanie ludzi jako spraw do załatwienia – pojawia się przebudzenie do obcowania z Chrystusem, który jest w drugiej osobie. Tracą na znaczeniu schematy zewnętrzne (np. bogactwo czy prestiż). Pojawia się spojrzenie duchowe, które odnajduje Boga w relacjach z drugim człowiekiem.
To chyba miał na myśli papież Franciszek, gdy mówił o nawróceniu pastoralnym. Jeśli tak, to jest ono czymś głęboko wewnętrznym, a nie jakąś nowomodną, zewnętrzną strategią Kościoła.
Tak, to jest podejście do człowieka w ogóle, do prawdy o człowieku, do jego tajemnicy.
Jakiej tajemnicy?
Mówiliśmy o niej w rozmowie o duchowych przepaściach. Chodzi o obecność Boga w strukturze człowieka. Człowiek, który kocha Boga, nabiera szacunku do drugiego człowieka, chociażby nawet był on biedny czy niezbyt uczciwy. Chce tego człowieka ocalić, dopomóc mu do zbawienia.
To jest przebudzenie, na skutek którego serce staje się bardziej wrażliwe na łaskę, na działanie Ducha Świętego, na natchnienia wewnętrzne – one zaczynają dominować. Człowiek chce pełnić wolę Bożą, nie swoją. Dobro, które chce świadczyć, jest Boskiego pochodzenia.
Zna Ojciec kogoś takiego?
Tak było na przykład z Edytą Stein. To był umysł numer jeden wśród świeckich katolików w tamtym czasie. Miała być ikoną Kościoła w Niemczech, przepracowywać najnowsze tematy, takie jak feminizm czy obecność świeckich Kościele. Ona tymczasem zamknęła się za klauzurą, jakby znikła z życia Kościoła oficjalnego.
Skąd wiedziała, że Bóg tego chce?
Przebudzenie powoduje, że człowiek zyskuje klarowność w postrzeganiu rzeczywistości. Nie liczy się z opinią publiczną – liczy się tylko z Bogiem. To jest – jak mówi św. Jan od Krzyża – przebudzenie duszy w Bogu. Wtedy piękno natury, przyroda, kosmos – wszystko to jest dla niego językiem, w którym mówi Bóg. Spotkanie z drugim człowiekiem uważa on za wydarzenie religijne: Bóg przysyła mu kogoś i to jest dar – czasami trudny, bo oznacza potrzebę rozwiązania jakiejś sprawy, rozeznania sytuacji albo nawrócenia kogoś. Św. o. Pio, który miał dar przenikania serc, stosował czasami bardzo radykalne rozwiązania – wrzeszczał albo wyganiał z konfesjonału kogoś, kto kręcił, nie chciał uznać swojej winy albo próbował ukryć jakiś grzech.
Jest też tzw. przebudzenie ascetyczne. Człowiek zaczyna się brać za siebie, porządkować siebie. Chce, żeby piękno duchowe, które poznaje, odwzorowywało się w nim. Staje się jakby lustrem Boga. Wtedy rodzi się największy ból mistyków. Bo oni chcieliby, ale nie potrafią kochać tak, jak zostali ukochani przez Boga – w sposób nieskończony.
To już jest duchowy szczyt?
Jest jeszcze przebudzenie do życia mistycznego. Jan od Krzyża pisze o nim w ostatnich rozdziałach swego niedokończonego utworu „Żywy płomień miłości”. Jest tam mowa o bardzo ciekawym przebudzeniu – przebudzeniu Boga w duszy.
Jak to: przebudzeniu Boga? Jak Bóg może się przebudzić, skoro – jak pisze św. Jakub – nie ma u Niego przemiany ani cienia zmienności?
No właśnie! To jest bardzo ciekawe doświadczenie mistyczne. Jan ma taką koncepcję, że na dnie naszego istnienia – czy na szczycie naszego bytu – jest jakby ukryty Bóg, który… śpi. Jan pisze w „Pieśni duchowej”, że dusza człowieka jest łożem, na którym śpi Oblubieniec, czyli Bóg. Łaska mistyczna, o której tu mówimy, polega na tym, że Bóg jakby otwiera oczy w głębi naszego istnienia. Wtedy człowiek zaczyna patrzeć na wszystko Bożymi oczyma. Rozpoznaje swoje niezwykłe piękno. Widzi nieskończone przestrzenie, które się w nim znajdują. Rozumie do głębi prawdę o stworzeniu i powołaniu człowieka do nieprawdopodobnego szczęścia i miłości, którymi będzie żył w życiu przyszłym.
Bóg uchyla mu rąbka tajemnicy nieba?
Tak, Bóg pozwala niektórym mistykom dotknąć tajemnic, którymi w rzeczywistości nieba będziemy żyć bez końca. To przebudzenie Boga na łożu duszy jest także wielkim zaproszenie do miłości. Jest to łaska małżeństwa duchowego. Człowiek odkrywa wtedy siebie przy Bogu, a On ujawnia Swoją obecność. To jest moment kluczowy. Człowiek nie tylko nabiera wówczas nowego typu świadomości, ale rozmiłowuje się w Bogu. Staje się jakościowo nowym człowiekiem, duchowym złotem. Widzi rzeczywistość Bożymi oczyma. Rozumie historię i rozumie człowieka od wewnątrz. Rozumie Boga. To jest wielki dar poznania i miłowania.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#9: Szczyt szczytów
Najbardziej oszałamiające jest zjednoczenie przemieniające, które przemienia nas w istotę Boską. Jesteśmy wtedy dziećmi Bożymi. I nie jest to żadna metafora.
o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła.
***
Jarosław Dudała: Droga, którą proponuje św. Jan od Krzyża, jest bardzo wymagająca. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto nią pójść, trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie, co jest na końcu tej drogi…
O. prof. Marian Zawada: Tak, św. Jan jest znany z języka ascetycznego: języka ogołocenia, odmowy, wielkiego zmagania ze swoimi słabościami, z ograniczeniami natury. Ale gdy sobie uświadomimy, co jest na szczycie mistycznej Góry Karmel – a jest to zjednoczenia z Bogiem – to widać, że Jan dobiera środki, które go najszybciej i najsprawniej prowadzą do tego celu. To wszystko jest bardzo logiczne, zwarte. Człowiek uczy się rozróżniać pomiędzy Bogiem i stworzeniem i ciągle odnosić swoje myślenie, działanie i pragnienia do Boga, mniej zajmując się stworzeniem. Albo raczej: zajmuje się stworzeniem, ale przez Boga.
Co to znaczy?
To znaczy, że człowiek nie tworzy relacji ze stworzeniem sam, ale najpierw tworzy relację z Bogiem i dopiero w Bogu zajmuje się tym, co odnajduje w codziennym życiu.
Jak mówi psalm, „w Jego (Bożym) świetle oglądamy światło”?
Tak! Jan ostatecznie zaprasza nas do niesamowitego piękna – do czegoś, co przekracza absolutnie naszą wyobraźnię i w ogóle możliwości człowieka. Ale do tego niezbędna jest przemiana, pozwalająca człowiekowi funkcjonować w zupełnie innych warunkach.
Jan bardzo sobie cenił piękno, w tym piękno naturalne. Dostrzegał potęgę stworzenia świata z niczego w sposób pełny wdzięku i ładu. Bożą hojność i wyobraźnię widział w niezliczonej liczbie różnych stworzeń. Szczególnie podkreślał piękno człowieka wyniesione na niebywały poziom przez Wcielenie: Syn Boży, Bóg, który przyjął Ciało i stał się człowiekiem. Postawiło to ludzkość w zupełnie nowej sytuacji. Jan mówi, że całe stworzenie powstało niejako w pośpiechu (w ciągu sześciu dni), zaś Syn Boży jest niebywałym arcydziełem Boga, zawierającym w sobie nieporównanie więcej tajemnic.
Jan był artystą, poetą…
Zdecydowanie miał poczucie piękna – i tego naturalnego, i tego duchowego. Pisał: „Zadaj śmierć widokiem Twojej Boskiej piękności”. To wyrażenie ma podwójne znaczenie. Z jednej strony, człowiek, który chce widzieć piękno Boga, musi umrzeć. Ale z drugiej strony, on się tej śmierci nie boi – prosi o nią.
Pisał też: „Gdy mnie Swym wzrokiem ogarniałeś, zostawiłeś w mej duszy Twych oczu odblaski i przez to we mnie tak się rozkochałeś, a mym źrenicom dano wzniosłe łaski”. Ten fragment miałem na myśli, gdy w poprzedniej rozmowie starałem się mówić o duchowym przebudzeniu. Mianowicie, Bóg udzielając Siebie, prawdy o Sobie, miłości, Swojej obecności jednocześnie zmienia wnętrze człowieka i zostawia w duszy Swoje zwiastuny przyszłej chwały: człowiek czuje, że jest przez Boga kochany. A dzięki temu, że Bóg nas czyni piękniejszymi, może nas kochać jeszcze bardziej. To jest jakby podwójny dar Boga: On obdarza nas pięknem, żeby jeszcze bardziej nas kochać. Jan jest wręcz oszołomiony potęgą Boskiego miłowania i tym pięknem, które w Bogu odnajduje. Problem w tym, że bardzo trudno jest o tym mówić…
Jan był nie tylko mistykiem, ale i poetą, i niezłym teologiem…
Tylko niektórzy mistycy mają specjalną łaskę, pozwalającą wyrazić bogactwo ich doświadczeń w słowach.
Wróćmy jednak do początkowego pytania: co czeka na nas na szczycie mistycznej Góry Karmel?
Chwała Boga. Tylko chwała. Jan pisze, że chwała to najwyższy stan dobra, potęgi istnienia, wszechwładzy. Bóg udziela człowiekowi Swoich przymiotów.
Jakich przymiotów?
Np. właśnie wszechwiedzy, wszechwładzy. Dzieje się tak dlatego, że człowiek jest wtedy tak doskonale zjednoczony z Bogiem, że stanowią jedno i działają razem. Człowiek widzi to, co widzi Bóg. To jest wejście w tajemnicę Trójcy Świętej, w której są trzy Osoby, będące doskonale zjednoczone, przenikające siebie, tworzące jedno. Ich piękno odsłania się w sposób całkowity, bezpośredni. Z tym wiąże się rozkosz – absolutne szczęście istnienia. Człowiek w pełni przeżywa wtedy swoje szczęście.
Chyba niewielu z nas żyje tą perspektywą.
My, niestety, w ogóle nie mamy o tym zielonego pojęcia. Ludzi zadowalają zmysłowe przyjemności: coś sobie zjemy, rozsmakujemy się w dobrej muzyce, przeżyjemy ekstazę artystyczną. Ale to jest tylko strzęp zmysłowy, a tam mamy do czynienia z pełnymi kategoriami: jeżeli mówimy o szczęściu, to jest to szczęście niewyobrażalne. Jeśli ktoś tego skosztuje, to mówi jak św. Paweł, że chciałby być tam, ale dla dobra innych musi być jeszcze tu. Kontynuuje więc życie ziemskie, ale przynależy całkowicie do tamtego świata.
Paweł używa świetnego sformułowania, mówiąc, że Bóg nosił nas w Sobie jeszcze przed założeniem świata: wszystkich, całą historię, całą ludzkość. Dlatego to nie jest przypadek, że dany człowiek żyje w określonym czasie, że rodzi się w określonym kontekście kulturowym, religijnym, duchowym. To wszystko jest bardzo precyzyjne w oczach Bożych.
A my często mówimy, że gdybyśmy się urodzili w innym miejscu, w innym czasie, to nasze życie potoczyłoby się inaczej, lepiej, szczęśliwiej…
Możemy czuć się zagubieni. Możemy uważać, że nie pasujemy do świata, w którym żyjemy. Niektórzy mówią, że urodzili za wcześnie czy za późno, ale nie o to tutaj chodzi. Tu chodzi o nasze przeznaczenie do szczęścia w zjednoczeniu mistycznym z Bogiem.
To bardzo ciekawe, że gdy w teologii mówimy o tym zjednoczeniu, to rozróżniamy trzy jego typy.
Jakie?
Pierwszy to zjednoczenie ekstatyczne, chwilowe. Człowiek wpada w ekstazę, przeżywa stan doskonałego zjednoczenia z Bogiem, ale trwa to jakiś czas – czasem ułamek sekundy – a potem wraca do realiów swego życia ubogacony tym doświadczeniem.
Jest też tzw. zjednoczenie pełne: człowiek duchowo – przez wolę, umysł, pamięć i nadzieję – przylega całkowicie do Boga.
Ale najbardziej oszałamiające jest zjednoczenie przemieniające, które przemienia nas w istotę Boską.
Jak to? Przemienia nas w bogów?
Tak, bo jesteśmy wtedy dziećmi Bożymi. I nie jest to żadna metafora. Naprawdę należymy do rodziny Boga. Jesteśmy Ciałem Mistycznym Chrystusa. On nosi nas w Sobie. To są wielkie tajemnice, o których trudno jest mówić. W każdym razie Odkupienie dało nam o wiele wyższy status niż stworzenie, bo Adam nie był synem Boga. Tymczasem w Odkupieniu jesteśmy powołani do zyskania statusu dziecka Bożego. Bóg w miłości zrównuje nas z Sobą. Gdyby ludzie to przyjęli, otworzyli oczy na tę rzeczywistość, to świat zupełnie inaczej by wyglądał. Ale niestety człowiek zajmuje się sobą i na Boga nie ma czasu.
Papież Leon napisał ostatnio encyklikę o trans- i posthumanizmie, czyli o pomysłach na to, jak stać się bogiem bez Boga.
To są idee współczesnych gnostyków, którzy chcą zagwarantować sobie samozbawienie i samorealizację o własnych siłach, przy pomocy technologii. To się kończy pogardą wobec innych. Nie chodzi o to, by potępiać postęp techniczny, ale pragnienie, by stanąć na równi, a nawet wyżej niż Bóg to przejaw pychy. Droga chrześcijańska jest inna – to droga pokory, poddania się Bogu. A jeśli nawet człowiek dzięki technologii uzyska takie czy inne możliwości, to co mu po nich bez miłości? Tymczasem Jan od Krzyża mówi, że dusza zjednoczona z Bogiem miłuje Go mocą i wolą samego Boga. Jan od Krzyża upiera się, że można do tego dojść już w tym życiu.
Taki człowiek nie podlega już pokusom?
Demon omija taką osobę szerokim łukiem, ponieważ ma ona moc burzenia wszystkich jego zamysłów i spotkanie z nią zawsze oznacza dla niego porażkę. A on się tego boi.
Potęga takiego człowieka jest niesłychana. Święta Faustyna miała taki moment, że Jezus przyszedł do niej i powiedział: „Jeżeli chcesz, stworzę w tej chwili nowy świat piękniejszy od tego, a resztę dni w nim przeżyjesz” (Dzienniczek, 587). Odpowiedziała: „Nie chcę żadnych światów, ja pragnę Ciebie, Jezu, pragnę Cię kochać taką miłością, jaką Ty mnie kochasz”.
Myślę, że składając tę propozycję, Jezus nie żartował.
Kiedy człowiek będzie w pełni zjednoczony z Bogiem, to będzie mógł stwarzać nowe światy?
Myślę, że tak, bo miłość Boska jest nieskończenie twórcza i przynosi największe owoce.
Gość Niedzielny
***
Bóg Ojciec wybrał nas, zanim powstał świat – co to dla mnie oznacza?
UfaBizPhoto | Shutterstock
Niezależnie od tego, co się wydarzyło od naszego poczęcia, poczęliśmy się już wybrani, chciani, powołani, umiłowani przez odwiecznego Ojca.
Wybór Boga jest odwieczny i suwerenny, niezależny od tego, co uczynił z tym wyborem nasz grzech. Więcej o tym pisze w swojej najnowszej książce ks. Krzysztof Wons SDS.
Poczęliśmy się chciani przez Boga
Ojciec w Synu swoim wybrał nas (ekseleksato hemas) przed położeniem fundamentu (katabole), przed zapłodnieniem ludzkości, zanim jeszcze stworzył świat i uczynił go płodnym. Wezwał nas „świętym powołaniem (…) stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami” (2 Tm 1, 9).
„On był wprawdzie przewidziany przed stworzeniem świata, dopiero jednak w ostatnich czasach objawił się ze względu na was” (1 P 1, 20). To oznacza, że zostaliśmy powołani i wybrani przez Ojca w Synu, zanim Syn pojawił się na ziemi. Pojawienie się Jezusa w naszej historii jest objawieniem naszego wybrania przed wiekami. Pojawił się, aby nam objawić, że jesteśmy wybrani przed założeniem świata! Ten wybór nie zależy od kogokolwiek czy czegokolwiek, co jest na ziemi. Na nasze wybranie i umiłowanie przez Ojca przed założeniem świata nie miało żadnego wpływu nic, co ziemskie i ludzkie. Niezależnie od tego, co się wydarzyło od naszego poczęcia, poczęliśmy się już wybrani, chciani, powołani, umiłowani przez odwiecznego Ojca. Jego wybór jest odwieczny i suwerenny, niezależny od tego, co uczynił z tym wyborem nasz grzech.
Dlaczego Bóg nas wybrał?
Jesteśmy wybrani przez Ojca od zawsze i na zawsze. Dlaczego nas wybrał? Jaki był Jego pierwotny zamysł, jakie odwieczne pragnienie? Jaki sens, cel? Po co nas wybrał? Paweł daje odpowiedź: abyśmy byli święci i bez skazy (hagius kai àmomus) przed Jego obliczem (katenopion), „przed oczyma Jego miłości” – przetłumaczył Jakub Wujek. Z góry przeznaczeni (proorizas), ustaleni od wieczności.
Ojciec w swoim Synu wybrał nas (ekseleksato hemas) dla siebie. Tłumacząc co do litery, oznacza to, że wybrał jednego spośród wielu, wybrał tego, którego uznał za godnego Jego łaski, i oddzielił od reszty ludzkości, aby był Jego szczególną własnością, aby towarzyszyło mu stale Jego łaskawe spojrzenie, Jego opieka. Jak rozumieć dosłowne znaczenie słowa eklegomai, którego Paweł użył w Liście do Efezjan? Może odnosi się do jakiejś wybranej grupy ludzi, wybranych przez Ojca w Chrystusie, a więc do chrześcijan, których oddzielił jako drogich sobie od bezbożnego tłumu. Jeśli tak jest, to czy nie rodzi się w nas pytanie o Boga Ojca, który jednych sobie wybiera, a innych nie? Czy można twierdzić, że jedni mają Ojca w niebie, a inni nie? Czy dla jednych jest Ojcem, a dla innych nie? Przecież czytamy w Biblii, że „Bóg naprawdę nie ma względu na osoby” (Dz 10, 34). Nie kieruje się ludzkimi kryteriami. Jest Panem wszystkich (por. Dz 10, 36).
Nasz początek
Musimy koniecznie wrócić do początku naszego zaistnienia. Jaki był nasz początek? Od kiedy się zaczął w Bogu? Czy w ogóle możemy mówić o początku, skoro Bóg Ojciec jest odwieczny i odwieczny jest Jego ojcowski zamiar? Bóg zwierza się nam, odsłaniając tajemnicę naszego początku: „Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31, 3).
My nie jesteśmy odwieczni. Odwieczny jest nasz Ojciec. Nasz początek jest sekretem Ojca. Nasz początek wymyka się zupełnie naszej percepcji. Owszem, Biblia mówi o początku stworzenia: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1). W jednym z midraszy żydowskich czytamy, że „na początku” oznacza „na początku czasu”, gdyż czas nie istniał przed tym wydarzeniem.
To, co jest wcześniej przed wydarzeniem stworzenia, nie należy do sfery czasu. Raszi powie, że „Dzieło Stworzenia jest głęboką tajemnicą, której nie można zrozumieć ze zwykłego znaczenia wersetów”.
Kiedy więc czytamy „na początku” (bereszit), myślimy o czymś tajemniczym. Musimy pozostawić na boku myślenie kategoriami czasu. Autor natchniony pisze o czymś, co przekracza czas. Słowo bereszit odwołuje się do tajemniczej, wewnętrznej przestrzeni istnienia, która jest w Bogu Ojcu. Kiedy więc autor tekstu pisze „na początku”, chce powiedzieć: „w głębi”, która jest w Bogu Ojcu, „u samego korzenia”, u źródła istnienia.
Bóg niejako się „skurczył”
Od pierwszej stronicy Biblii spotykamy Boga, który daje życie i błogosławi życiu. Jest miłośnikiem życia. Cieszy się życiem. Radość Jego sięga „apogeum”, gdy stwarza człowieka. Bóg błogosławi życiu – oznacza to także, że On jest źródłem życia. Hebrajski zwrot „błogosławić” (brk) odnosi się do płodności rozumianej właśnie jako Boże błogosławieństwo.
A więc Bóg błogosławi – to znaczy daje życie! Czasownik bara – „stwarzać” – odnosi się w Biblii wyłącznie do Boga. Nigdy nie jest używany do tworzenia czegoś przez ludzi. Skrywa się w nim tajemnica aktu miłosiernej dobroci Boga. Rdzeń bara oznacza „stworzyć pustą przestrzeń”, „stanąć na zewnątrz” (stąd łacińskie existere). Mistyka żydowska rozumie tajemnicze działanie Boga w następujący sposób: aby powołać nas do istnienia, Bóg niejako się „skurczył” – wielkodusznie wycofał i przygotował w sobie miejsce dla stworzenia, które inaczej nie mogłoby istnieć. Przygotował miejsce, aby Jego światło i siła życia mogły być przekazane stworzeniom. „Gdzie, jeśli nie w łonie Boga – który pomniejszył się, aby przyjąć świat, jak matka przyjmuje nowe życie w swoim łonie – mógłby zamieszkać świat”.
W „pomniejszeniu się” Boga objawia się miłość Ojca. Jest to miłość pełna szacunku i pokory wobec każdego z nas. Oto nasz rodowód. Poczęliśmy się w łonie mamy już przeniknięci miłością Boga Ojca. Przed poczęciem byliśmy już zamierzeni, umiłowani i chciani przez Ojca.
W łonie mamy „pojawiliśmy się” odwiecznie kochani i oczekiwani. A to znaczy, że każdy z nas może powiedzieć o sobie: zostałem umiłowany, zanim pokochali mnie lub zranili mój ojciec, matka, brat, siostra, Kościół.
Jestem umiłowany i tego nikt i nic nie może zmienić, ponieważ należę do Boga, który miłuje mnie miłością wieczną. Jezus przyszedł nam powiedzieć to, co Ojciec od wieków usiłował przekazać w Starym Przymierzu o naszym tajemniczym początku. Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał przez proroków (por. Hbr 1, 1): „Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31, 3); „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1, 5); „Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49, 16).
Całą wieczność należymy do Ojca
Pomyślmy o tym, że istnieliśmy w Ojcu już przed założeniem świata. Zanim ukształtował nas w łonie naszej mamy, istnieliśmy w Nim z całym potencjalnym bogactwem naszej osoby, z bogactwem psychicznej i duchowej niepowtarzalności.
Możemy powiedzieć, że całą wieczność należymy do Ojca. Każdy z nas jest sekretem Ojca. Wybrał nas w swoim sercu. Jego jedynym pragnieniem jest, aby każdy z nas odkrył, że jest miłowany przez Ojca, i abyśmy mogli przyjąć Jego miłość i odpowiedzieć na nią. Każdy z nas tę miłość przeżywa jako wyjątkową, jedyną, zwróconą osobiście do niego samego, bo miłość jest osobista i przekazywana Twarzą w twarz, tak jak Twarzą w Twarz Ojciec przekazuje miłość Synowi, który jest w Jego łonie. W Nim wybrał nas do relacji miłości z Nim samym.
siostra Gaudia Skass: Gdy wpadam w małości, Jezus mi pokazuje: „Dziewczyno, Ja to naprawdę wszystko ogarniam”
Siostra Gaudia Skass ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia łączy życie zakonne z nieustannym byciem w drodze i głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia. W rozmowie z okazji Festiwalu Życia w Kokotku otwarcie opowiada o swoich lękach, wewnętrznych zmaganiach i głębokim zaufaniu Jezusowi, który – jak podkreśla – „wszystko ogarnia”. Siostra dzieli się też cennymi wskazówkami, jak autentycznie mówić o Bogu młodym ludziom oraz dlaczego temat nieufności jest jednym z najważniejszych w życiu duchowym.
s. Gaudia Skass/ archiwum prywatne
***
Karol Porwich: Jak można pogodzić życie zakonne z aktywnym głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia z życiem w drodze?
S. Gaudia Skass: Tylko Pan Jezus wie jak to ogarnąć, naprawdę czasem mam wrażenie, że pędzę w jakimś pociągu, który ma szalone tempo, ale On to jakoś ogarnia. Także cały czas trzyma się Jego mocno i jakoś to wszystko leci do przodu – dodam nawet więcej niż jakoś. Ja jestem po prostu w tym bardzo szczęśliwa i pomimo, że ciągle wpadam w jakieś swoje małości, najbardziej widoczne w różnych lękach, którym ulegam, to On mi potem pokazuje: „Dziewczyno, Ja to naprawdę wszystko ogarniam, to wszystko wyprowadzam”. I to wszystko ma jakiś szalony sens. Ja to odkrywam stopniowo, więc coraz więcej pokoju jest w moim życiu i sercu.
A jak w tym wszystkim odbiera siostra przystanek Festiwal Życia w Kokotku?
Przystanek Kokotek jest dla mnie bardzo szczęśliwy. Jestem tutaj drugi raz i poprzednio prowadziłam warsztaty. Teraz głosiłam konferencję ze sceny i bardzo się cieszę, że został mi powierzony temat nieufności, bo to jest w ogóle fundamentalny temat dla życia. My się rodzimy wszyscy z raną nieufności. Żeby ta rana ciągle nie kierowała nami i żebyśmy ciągle nie ulegali jakimś dziwnym poranionym mechanizmom – bo tak to działa w życiu i znamy to dobrze z psychologii i tak samo wygląda to w naszym życiu duchowym, to trzeba nam ją zrozumieć. Wiedzieć skąd się wzięła i jak te mechanizmy w nas się ciągle odtwarzają, które budują między nami a Bogiem przepaść. Zaczynamy wówczas po prostu nie wierzyć w to, że Bóg nas kocha i wtedy wszystko się sypie.
Żeby mówić o Bogu młodym ludziom trzeba umieć właściwie z nimi rozmawiać. Jak robić to najlepiej?
Dorosły powinien być przede wszystkim szczery i szczerze mówić. Na pewno nie cudować, nie szukać jakichś słów, których używa młodzież, które nie są moje, bo to są jakieś dziwne zabiegi, a oni od razu to wyczują. Mówić jak najprościej, z serca, z własnego doświadczenia i tylko o tym, w co samemu się wierzy. Wówczas to zawsze do nich trafia. Nawet jeżeli jest między nami różnica pokoleń – bo jest olbrzymia, to zawszę mówię po prostu o swoich doświadczeniach, które mam nadzieję, są również ich doświadczeniami. Jestem tylko „kawałek” dalej z nimi, trochę starsza i trochę już przeszłam, dlatego ufam w ich otwartość na to, że chcą posłuchać tego czym chce się z nimi podzielić człowiek, który żyje dwa razy dłużej, i któremu zależy na nich, żeby nie wpadli w te same pułapki co ja wpadłam.
rozmawiał Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Gdy miał trudne sprawy, modlił się po polsku, na głos. Intymne chwile Jana Pawła II okiem jego fotografa.
***
Arturo Mari: W czasie jednej z pielgrzymek z Janem Pawłem II wszedłem do leprozorium. Już po chwili miałem ochotę stamtąd uciec, tak bardzo śmierdziały ciała trędowatych. A Ojciec Święty każdego z tych ludzi po kolei całował i przytulał. Płakałem i robiłem zdjęcia.Sześć godzin przed śmiercią Jana Pawła II usłyszał od niego „dziękuję”. Arturo Mari jako fotograf pracował u boku papieża przez cały pontyfikat, wykonał miliony zdjęć. Był członkiem tzw. papieskiej rodziny, a mimo to pozostał bardzo skromnym człowiekiem. Świętego papieża z Polski nazywa swym prawdziwym ojcem.
– Zawsze miał czas, by mnie wysłuchać. Poczułem się bardzo wyróżniony, gdy powiedziano mi, że chce mnie zobaczyć. Gdy przyszedłem, usłyszałem: „Arturo, dziękuję”. Nie spodziewałem się tego. Tego nie można zapomnieć, tych słów i tego, że chciał mnie zobaczyć… – wyznaje, a z jego oczu płyną łzy.
Najważniejsze zdjęcie Jana Pawła II
Światowe agencje oferowały mu miliony lirów za zdjęcia z zamachu na Jana Pawła II. Wszystkie otrzymały trzy fotografie za darmo. Astronomicznymi sumami kuszono go w czasie stanu wojennego po spotkaniu papieża z Lechem Wałęsą w Tatrach. Kiedy nie wziął przyniesionej mu do biura walizki pełnej dolarów, usłyszał: „chyba zwariowałeś!”.
Arturo uważa, że żadne pieniądze nie są warte zaufania Ojca Świętego. Kiedy pytam, ile zdjęć zrobił przez te lata, bezradnie rozkłada ręce i śmiejąc się, mówi: „któż by to był w stanie policzyć”.
Pytany o najważniejsze zdjęcie odpowiada jednak zdecydowanie: „Jana Pawła II wtulonego w Krzyż Chrystusa w czasie wielkopiątkowej drogi krzyżowej”.
Świadek intymnych chwil papieża
Przez cały 27-letni pontyfikat Jana Pawła II ani razu nie był na zwolnieniu. Rytm jego pracy wyznaczał napięty kalendarz papieża z dalekiego kraju. Pobudka o 5.15. O 6.20 wchodził do swego biura, przygotowywał aparaty i o 6.40 był już w papieskim apartamencie. Z przerwami towarzyszył Ojcu Świętemu aż do kolacji.
– Nieraz bywało tak, że ledwo zdążyłem wrócić do domu i ściągnąć marynarkę, dzwonił telefon: Arturo, przyjdź – wspomina. Właściwie nie miał prywatnego życia. Jest jednym z uprzywilejowanych świadków najbardziej intymnych chwil życia świętego papieża.
Kiedyś podczas obiadu, na którym był kard. Franciszek Macharski, Ojciec Święty, żartując, powiedział: „Najważniejszą osobą nie jest papież, ale Arturo!”.
– Jan Paweł II lubił żartować. Pamiętam, jak w Saint Louis wszedłem do saloniku, w którym rozmawiał z prezydentem Clintonem. Papież spytał go, czy wie, kim jestem. Gdy ten, zdziwiony, odpowiedział, że nie wie, Jan Paweł II powiedział: To jest Arturo, jest dla mnie jak syn. Niewiele słów, prawda? Ale stałem się całkiem maleńki… – opowiada fotograf.
– W 1982 r. ks. Stanisław zażartował: „Ojcze Święty, biedny Arturo uwiecznia na zdjęciach wszystkich, a jemu nikt nie robi zdjęć”. Jan Paweł II natychmiast chwycił moje ręce w swoje dłonie i ks. Dziwisz zrobił nam zdjęcie. Jest to moje najważniejsze zdjęcie z papieżem – mówi Arturo.
Leżał krzyżem w kaplicy
– Na początku pontyfikatu powiedział: „Nie lękajcie się” i sam nigdy niczego się nie bał. Niezależnie od sytuacji był świadkiem Boga. Siłą jego posługi była modlitwa. Nieraz leżał krzyżem na podłodze kaplicy i rozmawiał z Chrystusem. Szczególnie kiedy miał do rozwiązania trudne sprawy, mówił do Niego na głos.
Modlił się po polsku. Z tych paru słów, których się nauczyłem, mogłem zrozumieć, jak błagał: pomóż mi, Boże, przymnóż mi sił, wzmocnij moją wiarę. On! – prosił o pomoc.
Przed spotkaniami z ludźmi mówił do nas: oni tak wiele ode mnie oczekują. I bronił życia, rodziny, kobiety, walczył o poszanowanie praw człowieka i o chleb dla każdego. Jednak wszystko, co robił, najpierw dokonywało się w kaplicy.
W czasie pielgrzymek na modlitwę potrafił wstawać o piątej rano czy trwać na niej późno w nocy. Byłem świadkiem tego, czego dzięki niej dokonywał – wspomina.
Zdjęcia i łzy
Wyznaje, że zawsze swobodnie mógł fotografować papieża. Nikt go nigdy nie ograniczał. Zdarzały się jednak fotografie robione przez łzy. – W czasie jednej z pielgrzymek z Janem Pawłem II wszedłem do leprozorium. Już po chwili miałem ochotę stamtąd uciec, tak bardzo śmierdziały ciała trędowatych. A Ojciec Święty każdego z tych ludzi po kolei całował i przytulał. Płakałem i robiłem zdjęcia.
Nieraz emocje czy wzruszenie brały górę, ale pstrykałem dalej, bo takie było moje zadanie i tego oczekiwał ode mnie papież – mówi wzruszony Arturo. Wspomina, jak w Peru, kiedy Ojciec Święty przemawiał, pewien ubogi człowiek mu przerwał. Podbiegł do papieża i zaczął mówić: „Ojcze Święty wszystko to są piękne słowa, ale moja sytuacja, i nie tylko moja, tu, na tej ziemi, jest kompletnie odmienna. Kiedy wrócę do domu i wezmę do ręki talerz, on będzie pusty. Co dam do jedzenia moim dzieciom?”.
Takie problemy pojawiały się często. Ojciec Święty natychmiast pytał głowy państw, co robią, by pomóc tym biednym ludziom. Sam też pomagał. – Nie zatrzymywał się przed żadnym reżimem. Tak było w Nikaragui. Na Sycylii podniósł głos przeciwko niszczącej człowieka mafii. Gdziekolwiek poszedł, zostawiał ślad. On nie bał się jednak rozwalać kolejnych murów – mówi papieski fotograf.
Dziękuję, do zobaczenia w niebie
Przyjaciele Arturo śmieją się, że jego zdjęciami można by kilkakrotnie opasać kulę ziemską. Są na nich także te ujęcia, których nigdy nie chciałby utrwalić. – Zdjęcia z zamachu na Jana Pawła II i jego pośmiertne fotografie. One kosztowały mnie najwięcej – mówi ze smutkiem.
Wspomina też niezwykłą modlitwę w papieskim apartamencie, do którego nagle wezwał go sekretarz Jana Pawła II: – Zobaczyłem przejmującą scenę. Papież klęczał na ziemi przy wózku niepełnosprawnego chłopca.
Młodzieniec był wycieńczony, ważył może 25 kg. Jego ostatnim pragnieniem było spotkać się z papieżem. Przyjaciele złożyli się na podróż. Przywieźli go z Brescii do Watykanu i bez zapowiedzi zjawili się przed Spiżową Bramą. On musi spotkać papieża – przekonywali gwardzistów. Gwardziści poinformowali ks. Stanisława, a on pozwolił im wejść.
Ojciec Święty modlił się, klęcząc przy chłopcu może kwadrans. Ten wpatrywał się w niego rozpromienionym wzrokiem. W pewnym momencie Jan Paweł II rozpiął sutannę, ściągnął łańcuszek z krzyżykiem, który miał na szyi, i udzielając błogosławieństwa, nałożył go chłopcu na szyję.
On chwycił go za rękę, ucałował ją i szeptem powiedział: “dziękuję, do zobaczenia w niebie”. Cztery dni później zmarł. Jego mama opowiedziała nam potem, że umierał spokojny.
Od poczucia opuszczenia do kościoła Sacré-Cœur – droga 24-letniej Mélanie
Maria Vargas
A la lumière de son histoire d’enfant de parents divorcés, Mélanie découvre dans le Cœur de Jésus un refuge, qui la porte dès lors chaque jour.
***
24-letnia Mélanie, dotknięta rozwodem rodziców, przez długi czas czuła się opuszczona. W Lourdes spowiedź całkowicie zmieniła jej życie i skierowała ją na drogę do Najświętszego Serca Jezusowego. Dziś, jako członkini Gwardii Honorowej, świadczy o sile serca oddającego się Bogu.
„Proście Boga, aby dał wam serce pełne oddania” To zdanie Mélanie usłyszała w wieku 16 lat, w samym środku trudnego okresu, podczas spowiedzi w Lourdes. W tamtej chwili nie zrozumiała jego znaczenia. Spotkanie z Najświętszym Sercem Jezusa, które nastąpiło wiele lat później, rzuciło na to światło. W kontekście swojej historii jako dziecka rozwiedzionych rodziców Mélanie odkryła w Sercu Jezusa schronienie, które odtąd każdego dnia ją podtrzymuje.
Rana spowodowana rozwodem
Urodzona w 2002 roku Mélanie dorastała na przedmieściach Paryża w praktykującej rodzinie katolickiej pochodzenia polskiego. Jej rodzice rozwiedli się, gdy miała dziewięć lat. Była to dla niej głęboka trauma. Jednak w obliczu tej sytuacji nie podważała istnienia Boga. „Tak, czułam się opuszczona przez Pana. W obliczu rodzinnego cierpienia myślałam sobie, że Bóg chyba nie przejmuje się mną zbytnio. Postanowiłam więc w zamian przestać się Nim interesować. Ale wierzyłam w Niego” – wyznaje.
Po pierwszej komunii świętej przestała chodzić na mszę i przez kilka lat stopniowo oddalała się od Kościoła. „Całe moje nastoletnie życie przepełniało głębokie poczucie niepokoju. Byłam smutna, zagubiona, pogrążona w depresji, nie potrafiłam odnaleźć swojego miejsca”. Okres ten młoda kobieta uważa za najciemniejszy w swoim życiu.
Lourdes: od śmierci do życia
W ciemnościach to właśnie przyjaciele pomagają Mélanie utrzymać się na powierzchni. „Nie byli wierzący, niektórzy nawet bardzo krytycznie odnosili się do Kościoła, ale byli radośni i lojalni”. W drugiej klasie liceum zaproponowano jej przygotowanie się do bierzmowania. Bez większego przekonania Mélanie zgodziła się. W kwietniu 2018 roku wyjechała do Frat de Lourdes w towarzystwie swoich kolegów i koleżanek.
„Módlcie się dużo za swoich rodziców, nikt nie zrobi tego za was”
Właśnie wtedy, nagle, w trakcie pielgrzymki, postanowiła pójść do spowiedzi. „Poczułam coś w rodzaju wezwania, by udać się do księdza”. Tam, przed tym, którego twarzy nie zapamiętała, a jedynie „duże niebieskie oczy”, opowiedziała wszystko: o ranie spowodowanej rozwodem, nieustannych konfliktach w domu, poczuciu opuszczenia. Zanim udzielił jej rozgrzeszenia, ksiądz wypowiedział dwa zdania: „Módl się dużo za swoich rodziców, nikt nie zrobi tego za ciebie”, a następnie: „Proś Boga, aby dał ci serce pełne oddania”. Słowa, których młoda kobieta w tamtej chwili nie rozumiała. „Pierwsze zdanie wydawało mi się niemal niesprawiedliwe. Co do drugiego, wprawiało mnie w zakłopotanie: czyż moje serce nie było wystarczająco oddane?”. Jednak te słowa zapoczątkowały nawrócenie Mélanie. „Ta spowiedź zmieniła moje życie – twierdzi. Przybyłam do Lourdes martwa wewnętrznie, a wyjechałam stamtąd żywa”.
Po nawróceniu i przez wiele kolejnych lat Mélanie wyrusza na poszukiwania. Stara się zrozumieć, co tak naprawdę oznacza to „porzucone serce”.Marie-Christine Bertin (diecezja paryska)
Prosić o serce podobne do serca Jezusa
Po nawróceniu i przez wiele kolejnych lat Melanie podążała śladami tej drogi. Starała się zrozumieć, co tak naprawdę oznacza to „serce oddane”. Odpowiedź przychodziła stopniowo. W jej sercu rodziło się wówczas coraz silniejsze przywiązanie do Najświętszego Serca Jezusowego na Montmartre. „Pewnego wieczoru – opowiada – kiedy przyszłam tam, by spędzić noc na adoracji, zatrzymałam się przed kaplicą św. Małgorzaty Marii Alacoque. Znalazłam tam małą ulotkę przedstawiającą obietnice Najświętszego Serca”. Jej uwagę przyciągnęło zdanie: „Zaprowadzę pokój w waszych rodzinach”. Te słowa głęboko ją poruszyły. Wtedy wszystko stało się jasne: po raz pierwszy zrozumiała związek między „sercem oddanym”, o którym mówił jej ksiądz, a Sercem Chrystusa. „Zrozumiałam, że zachęcał mnie do proszenia o serce podobne do serca Jezusa: serce oddane miłości Ojca, Jego woli i Jego miłosierdziu”.
Zaangażowanie na całe życie
To oddanie, które Mélanie głęboko sobie przyswoiła, skłoniło ją do podjęcia dożywotniego zobowiązania w Gwardii Honorowej Najświętszego Serca, duchowym ruchu powstałym w Paray-le-Monial. „Zasada jest prosta” – wyjaśnia – „każdy członek wybiera jedną godzinę swojego dnia, którą ofiarowuje Panu w jedności z Najświętszym Sercem. W ciągu tej godziny kontynuujemy nasze zwykłe czynności, ale przeżywamy je w duchu modlitwy i ofiary”.
„Mój dzień jest naprawdę wypełniony chwilami modlitwy, których centralnym punktem jest Serce Chrystusa. To rytm, który nadaje strukturę mojemu życiu”.
Mélanie zdecydowała się na godzinę 15. „Każdego dnia odmawiam modlitwę Straży Honorowej, a następnie ofiarowuję tę godzinę Chrystusowi, w jedności z tysiącami członków obecnych na całym świecie”. Ale to zaangażowanie nie kończy się na tym. Uroczyście poświęcona Najświętszemu Sercu Jezusa z Montmartre, każdego ranka odmawia również modlitwę osobistego poświęcenia. „Mój dzień jest rzeczywiście wypełniony chwilami modlitwy, których centralnym punktem jest Serce Chrystusa. To rytm, który nadaje strukturę mojemu życiu.”
Mélanie, która uroczyście poświęciła się Najświętszemu Sercu Jezusa na Montmartre, każdego ranka odmawia również modlitwę osobistego poświęcenia.Mélanie Niemiec
Najświętsze Serce Jezusa a rana dzieci rodziców rozwiedzionych
Mélanie jest przekonana, że dzieci rodziców rozwiedzionych mogą odnaleźć w Sercu Chrystusa coś z samych siebie. „Serce dziecka zmagającego się z rozstaniem rodziców jest sercem rozdartym. Niezależnie od jego zdolności do radzenia sobie z trudnościami, ta rana pozostaje głęboko w nim wyryta”. Melania podważa zresztą powszechne przekonanie, że dzieci dostosowują się do sytuacji i w końcu czują się bardzo dobrze. „Oczywiście, mogą nauczyć się żyć z tym cierpieniem, ale to nie oznacza, że rana znika. Odkryłam, że tylko łaska Boża może naprawdę dotrzeć do tej głębi”. Dla Mélanie Najświętsze Serce nie jest tylko jednym z wielu nabożeństw, lecz „domem, schronieniem i szkołą miłości”.
Ostatni apel Papieża do lefebrystów: nie rozdzierajcie tuniki Chrystusa
“Wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi!”
– pisze Leon XIV w liście do przełożonego Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, w związku z planowanymi na jutro w Écône święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego.
fot. Vatican Media
***
List, wysłany przez Leona XIV do przełożonego Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, nosi datę 29 czerwca, uroczystości świętych Piotra i Pawła, dwa dni przed zapowiadanymi święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego, które stanowiłyby nowy akt schizmy.
Zgodnie z zapowiedzią, przekazaną w ostatnich dniach dziennikarzom w Castel Gandolfo, Papież Leon XIV skierował ostatnie wezwanie do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, prosząc, by nie przystępowano do sakry czterech nowych biskupów bez mandatu papieskiego, jak jest to zaplanowane na przedpołudnie, 1 lipca w szwajcarskim Écône.
„Z ojcowską troską pragnę zwrócić się do Księdza, a za Księdza pośrednictwem do biskupów, kapłanów, seminarzystów i wiernych związanych z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X, świadomy odpowiedzialności, którą Pan powierzył mi jako Następcy Apostoła Piotra – pisze Leon XIV – Kościół uznaje przywiązanie do życia liturgicznego, zaangażowanie w formację kapłańską, gorliwość apostolską oraz pragnienie wierności Tradycji, które charakteryzują wiele osób i wspólnot związanych z tym Bractwem. To właśnie stanowiło motyw postawy uwagi i życzliwości, jaką moi Poprzednicy nieustannie wam okazywali”.
„W tym duchu – kontynuuje Papież – przepełniony chrześcijańską miłością, wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi! Zachęcam was, abyście z całą powagą rozważyli dobro duchowe wiernych, ponieważ akt schizmy, którego byście się dopuścili, pozbawiłby ich możliwości godziwego, a w niektórych przypadkach nawet ważnego przyjmowania sakramentów, które miłują i których poszukują dla swojego uświęcenia”.
„Kościół jest gotów – czytamy następnie w papieskim liście, napisanym w języku francuskim i skierowanym do przełożonego generalnego Bractwa, ks. Davide Pagliaraniego – podjąć drogę dialogu i porozumienia, którą Duch Święty może uczynić możliwą i owocną. Modlę się za was, ponieważ rozdzieranie całej tkanej bez szwów Tuniki Chrystusa jest grzechem niezwykle ciężkim. Niech Pan oświeci wasze sumienia i obudzi wasze serca. Mocą władzy otrzymanej od Chrystusa, z sercem przepełnionym bólem, ale wciąż pełnym nadziei, czuję się zobowiązany prosić was, abyście odstąpili od swojego zamiaru, i powierzam te intencje Niepokalanemu Sercu Maryi, Matki Dobrej Rady”.
Papież raz jeszcze prosi więc lefebrystów, by zrezygnowali z dokonania schizmatyckiego aktu święceń biskupich bez papieskiego mandatu. Znamienne jest również, że najmocniejszym argumentem, jaki zawarty jest w liście, jest dobro dusz wiernych Bractwa Świętego Piusa X. Bowiem ów akt schizmatycki sprawiłby, że sprawowane sakramenty byłyby niegodziwe, a w niektórych przypadkach (w odniesieniu do spowiedzi sakramentalnej i małżeństwa) wręcz: nieważne.
VATICANNEWS.VA – Gość Niedzielny
***
Matka Boża Gietrzwałdzka w Watykanie!
Dziś, 30 czerwca, uroczyste odsłonięcie wizerunku
W Ogrodach Watykańskich zostanie dziś odsłonięta i poświęcona mozaika Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Uroczystość zainauguruje obchody 150. rocznicy objawień maryjnych – jedynych w Polsce uznanych przez Kościół.
fot. Vatican News
***
W Ogrodach Watykańskich zostanie dziś odsłonięta mozaika Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. To znak czci dla wizerunku od wieków obecnego w warmińskim sanktuarium. W ten sposób w sercu Kościoła inaugurowane są obchody 150-lecia objawień w Gietrzwałdzie – jedynych objawień maryjnych w Polsce zatwierdzonych przez Kościół.
Wizerunek z Warmii
Mozaika, która zostanie odsłonięta w Ogrodach Watykańskich, nawiązuje do łaskami słynącego obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. To właśnie ten wizerunek znajduje się w głównym ołtarzu Bazyliki Narodzenia NMP w Gietrzwałdzie i od stuleci stanowi centrum maryjnego kultu na Warmii.
Obraz przedstawia Maryję okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewej ręce Dzieciątko Jezus ubrane w długą, czerwoną suknię. W górnej części wizerunku dwaj aniołowie podtrzymują wstęgę z napisem: „Ave Regina Caelorum, ave Domina Angelorum”, czyli: „Bądź pozdrowiona Królowo Nieba, bądź pozdrowiona Pani Aniołów”.
Nieznany autor
Autor obrazu nie jest znany. Historycy sztuki wskazują, że powstał on prawdopodobnie w warsztacie poznańskim w połowie XVI wieku. Pierwsza wzmianka o wizerunku pochodzi z 1583 roku, gdy biskup Marcin Kromer w „Opisie Biskupstwa Warmińskiego” wymienił go jako cudowny. Już pod koniec XVI wieku obraz przeniesiono do ołtarza głównego, co świadczyło o rozwijającym się kulcie.
W kolejnych stuleciach wizerunek był otaczany szczególną czcią. W 1717 roku ozdobiono go srebrnymi koronami, później zastąpionymi bardziej kosztownymi, wysadzanymi drogimi kamieniami. W 1734 roku obraz otrzymał także srebrne sukienki.
Objawienia i obraz
Gietrzwałd stał się szeroko znany dzięki objawieniom Matki Bożej, które trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Maryja ukazywała się dwóm dziewczynkom: trzynastoletniej Justynie Szafryńskiej i dwunastoletniej Barbarze Samulowskiej. Przemówiła do nich po polsku – jak zapisał ks. Franciszek Hipler – „w języku takim, jakim mówią w Polsce”.
Po objawieniach kult Matki Bożej Gietrzwałdzkiej jeszcze się umocnił. Władze pruskie, niechętne wydarzeniom w sanktuarium, nakazały usunięcie obrazu z kościoła albo przeniesienie go w mniej widoczne miejsce. Wizerunek trafił wtedy do ołtarza na emporze południowej.
Koronacja i pamięć
Do głównego ołtarza obraz powrócił w 1949 roku. Uroczystej koronacji dokonał 10 września 1967 roku prymas Polski kard. Stefan Wyszyński, przy udziale kard. Karola Wojtyły i bp. Józefa Drzazgi. Dzisiejsze odsłonięcie mozaiki w Watykanie przypomina więc nie tylko same objawienia, lecz także długą historię obrazu, który dla pielgrzymów pozostaje znakiem modlitwy, nadziei i duchowej tożsamości Warmii.
Karol Darmoros, Vatican News, pa/Stacja7
***
Jak oddać rodzinę Najświętszemu Sercu Jezusa?
5 prostych praktyk
vetre | Shutterstock
***
Obraz Serca Jezusa w domu, poranne ofiarowanie, pierwsze piątki miesiąca i krótka modlitwa w ciągu dnia. Konsekracja Najświętszemu Sercu Jezusa może stać się czymś bardzo konkretnym dla całej rodziny.
Tego lata, gdy USA świętuje 250. rocznicę swojego istnienia, 11 czerwca biskupi Stanów Zjednoczonych dokonają konsekracji Amerykanów Najświętszemu Sercu Jezusa. Zachęcają jednocześnie, by dokonać poświęcenia rodzin Sercu Jezusowemu w każdym domu. Szczególnie zachęca do tego apb. Paul Etienne (Seattle).
Nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa od początku miało — i nadal ma — nie tylko wymiar osobisty, ale także rodzinny i społeczny. W objawieniach przekazanych św. Małgorzacie Marii Alacoque Chrystus prosił, by Jego Serce było publicznie czczone, a Jego wizerunek zajmował ważne miejsce w życiu wierzących.
Z tą pobożnością związane są także szczególne obietnice: łaski potrzebne w codziennym życiu, pokój w rodzinach, pociecha w trudnościach, błogosławieństwo dla domów, w których obraz Najświętszego Serca będzie zawieszony i czczony.
Dlatego oddanie rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa prowadzi dalej: do codziennego powierzania Chrystusowi domu, relacji, trudności, decyzji i przyszłości rodziny.
Oto pięć prostych praktyk, które pomagają rodzinie żyć tą pobożnością w konkretny sposób.
1. Umieść obraz Najświętszego Serca Jezusa w swoim domu
Umieszczenie pięknego obrazu lub figury Najświętszego Serca Jezusa w centralnym miejscu domu sprawia, że obecność Chrystusa staje się widzialna i zaprasza do codziennej kontemplacji. Arcybiskup Etienne wspomina, że w domach obojga jego dziadków takie wizerunki zajmowały ważne miejsce — obrazy wisiały w jadalni, a figury stały w sypialni — i że ukształtowało to jego trwającą przez całe życie świadomość obecności Jezusa.
Zgromadź rodzinę, by pobłogosławić i intronizować ten wizerunek. Módlcie się razem, prosząc Jezusa, by królował w waszym domu. Ten prosty gest przemienia dom w szkołę bliskości, w której członkowie rodziny często podnoszą wzrok ku Panu, który zna ich i kocha osobiście.
2. Módlcie się jako rodzina modlitwą porannego ofiarowania
Jednym z fundamentów nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego jest modlitwa porannego ofiarowania, która może zjednoczyć cały dzień rodziny — modlitwy, prace, radości i cierpienia — z miłującym Sercem Jezusa. Arcybiskup wspomina, że jego rodzina odmawiała ją codziennie po modlitwie przed posiłkiem, a praktyka ta uczyła go życia w stałej komunii z Chrystusem.
Można posłużyć się tradycyjną wersją: „O Jezu, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci moje modlitwy, prace, radości i cierpienia tego dnia…”. Włączcie ją do śniadania lub kolacji. Z czasem modlitwa ta kształtuje relację serca z Sercem, pomagając zarówno dzieciom, jak i dorosłym doświadczać tego, że Jezus jest obecny w każdej zwyczajnej chwili.
3. Praktykujcie razem nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca
Jezus objawił św. Małgorzacie Marii Alacoque swoje pragnienie przyjmowania Komunii Świętej w pierwsze piątki miesiąca jako wynagrodzenia za grzechy i obojętność. Ta praktyka otwiera rodziny na głębsze przyjęcie miłosiernej miłości Chrystusa w Eucharystii.
Jeśli to możliwe, uczestniczcie jako rodzina we Mszy Świętej w pierwsze piątki miesiąca, przyjmujcie Komunię Świętą z pobożnością i poświęćcie czas na adorację. W domu ofiarujcie modlitwy wynagrodzenia i wdzięczności. Takie chwile budują bliskość, wprowadzając rodzinę w ofiarną miłość samego Chrystusa, która uzdrawia rany.
4. Wzywajcie Najświętszego Serca w ciągu dnia
Krótkie, płynące z serca wezwania, takie jak „Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami” albo „Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według Serca Twego”, można wplatać w codzienne życie. Arcybiskup Etienne zachęca do częstego korzystania z tych modlitw, by „mieć oczy utkwione w Jezusie” (Hbr 12,2).
Podczas jazdy samochodem, domowych obowiązków czy posiłków zatrzymajcie się na chwilę, by podzielić się jedną sytuacją, w której danego dnia doświadczyliście Bożej miłości, albo jedną intencją modlitewną, którą chcecie powierzyć Jego Sercu. Te małe nawyki przemieniają rutynę w relację, pomagając każdemu członkowi rodziny poznawać Chrystusa nie jako odległą postać, lecz jako kochającego Przyjaciela.
5. Odmówcie rodzinny akt konsekracji
Podążając za przykładem biskupów, możecie dokonać formalnego aktu konsekracji jako rodzina. Najlepiej dokonać tego w obecności kapłana, przygotowując się do aktu intronizacji specjalnie dedykowaną nowenną, istnieje gotowy rytuał intronizacji, jednak można tego dokonać też w postaci aktu osobistego oddania rodziny. Oto treść modlitwy:
Akt poświęcenia rodziny
Najświętszemu Sercu Pana Jezusa
Akt w tej formie został zatwierdzony przez św. Piusa X dnia 19 maja 1908 roku, i jako taki jest wymagany dla uzyskania odpustu. Nie może być zatem zmieniony. Odmawia się go w pozycji klęczącej, zarówno kapłan jak rodzina. Jeśli kapłan nie jest obecny, przewodniczy głowa rodziny.
Najświętsze Serce Jezusa, któreś oznajmiło świętej Marii Małgorzacie pragnienie królowania chrześcijańskim rodzinom, wejrzyj na nas. Oto zbliżamy się dzisiaj do Twego tronu, aby rodzinę naszą oddać pod Twoją nieograniczoną władzę. Postanawiamy pielęgnować w sercach naszych te cnoty, które — wedle Twej obietnicy — już tu na ziemi utwierdzają trwały pokój. Wyrzekamy się ducha tego świata, który Ty potępiłeś. Bądź naszym rozumem przez żywą wiarę, kieruj naszym sercem bezgraniczną miłością ku Tobie, której ogień będziemy rozniecali częstą Komunią świętą. O Boskie Serce, racz przewodniczyć rodzinie naszej, błogosław naszym duchowym i doczesnym zamiarom, usuwaj od nas wszelkie troski, łagodź cierpienia. Jeśliby który z członków naszej rodziny miał nieszczęście obrazić Ciebie grzechem ciężkim, przypomnij mu, Najłaskawsze Serce Jezusa, iż jesteś pełne miłosierdzia i litości dla skruszonych grzeszników. A gdy dla którego z członków naszej rodziny nastąpi godzina rozłąki z tym światem i śmierć wniesie żałobę w dom nasz, wszyscy — zarówno ten, kto umiera, jak i ci co pozostają — poddamy się kornie niezbadanym wyrokom Opatrzności Twojej. Będziemy się pocieszali myślą, że nastanie kiedyś dzień, gdy cała nasza rodzina, w niebie połączona, wiecznie chwałę Twoją wyśpiewywać i Twe dobrodziejstwa wielbić będzie. Niech Niepokalane Serce Maryi i błogosławionego patriarchy św. Józefa zaniosą przed oblicze Twoje to poświęcenie się nasze i niech nam je przypominają na każdy dzień życia naszego. Niech żyje Najświętsze Serce Jezusa, Króla i Ojca naszego.
Ten akt powierza Jezusowi radości, zmagania i przyszłość waszej rodziny, budując głębokie poczucie przynależności do Niego.
Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami. Niepokalane Serce Maryi, módl się za nami.
Jak Kościół czcił Eucharystyczne Serce Jezusa? Zapomniane święto, które porusza serca
Stock Studio 4477 | Shutterstock
***
Ta mała, biała Hostia jest posłuszna dłoniom prezbitera. Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia przemienia się w żywego Jezusa. Rozumiecie to? Serce Jezusa tak nas ukochało, że za każdym razem podczas mszy św. ożywa i umiera! W rozmowie z Aleteią o. Mariusz Balcerak, jezuita, wicepostulator procesu o. Józefa Andrasza, krakowskiego spowiednika św. s. Faustyny, mówi o święcie Eucharystycznego Serca Jezusa.
Niemal nieznane święto – Eucharystyczne Serce Jezusa
Aleteia: Poszukując informacji o Słudze Bożym, o. Józefie Andraszu w starych księgach, natrafił ojciec na ślady wyjątkowego święta – Eucharystycznego Serca Pana Jezusa.W internecie niemal nic nie można o nim znaleźć…
O. Mariusz Balcerak SJ: Rzeczywiście, w starych księgach odnalazłem wiele wiadomości o święcie, o którym chyba większość z nas nie słyszała. Kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa to połączenie kultu Eucharystii i Najświętszego Serca Pana Jezusa.
W 1878 r. papież Leon XIII potwierdził, że nie sposób jest oderwać od siebie obu tych kultów, a papież Benedykt XV w 1921 r. zatwierdził formularz mszalny o Eucharystycznym Sercu Jezusowym. To on także zapoczątkował liturgiczne wspomnienie w czwartek, kończący oktawę Bożego Ciała. Natomiast papież Pius XII w encyklice Haurietis aquas(Zaczerpnijcie wody) z 1956 r. napisał, że „trudno byłoby zrozumieć moc tej miłości, która kazała Chrystusowi stać się naszym duchowym pokarmem, jeśli nie pielęgnowalibyśmy w sposób szczególny kultu Eucharystycznego Serca Jezusowego. Ten kult jest zaproszeniem, byśmy coraz bardziej odkrywali tajemnicę miłości Chrystusa do nas. Jak widzimy kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa jest ważny dla Kościoła.
Decyzje papieży stanowią zwieńczenie rozważań o Eucharystycznym Sercu Jezusa, które rozpoczęto dużo wcześniej…
Już blisko 300 lat przed decyzjami papieży wierni mieli pewne intuicje. Pionierami byli przedstawiciele szkoły duchowości zwanej École Française reprezentowanej przez Pierre de Bérulle (1575-1629) oraz Charlesa de Condren (1588-1641). Zwrócili oni uwagę na Jezusa Chrystusa w Hostii, który jest zarazem kapłanem i ofiarą, złożoną Ojcu na krzyżu – i uobecnianą w każdej mszy św. To rozumienie prowadzi nas w kierunku przebitego Serca Jezusa, które zdecydowało się podjąć tę ofiarę.
Z kolei Jean-Jacques Olier (1608-1652) zwracał uwagę na to, że podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, Chrystus staje przed człowiekiem w postawie całkowitego wyniszczenia się z miłości do Ojca i do stworzenia. To pierwszy moment, w którym podkreśla się, że wyniszczenie następuje nie tylko na poziomie ciała, ale też serca – czyli rezygnacji z własnej woli i pragnień po to, żeby spełnić wolę Ojca. Warto też wspomnieć św. Jana Eudesa (1601-1680), który łączy kult Serca Jezusa i Maryi z Eucharystią – szczególnie czczoną podczas mszy św.
Objawienia Najświętszego Serca Jezusa
I tu przychodzi czas na wspomnienie słynnych objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690)?
Tak. Św. Małgorzata doświadczyła około osiemdziesięciu objawień Serca Jezusowego, które – mówiąc w ogromnym skrócie – zmierzały do ustanowienia święta ku czci Serca Jezusowego, komunii św. wynagradzającej i uroczystemu wynagradzaniu Chrystusowi, odmawianemu przed Najświętszym Sakramentem.
Jednak wciąż nie wspomniano tu o Eucharystycznym Sercu Jezusa, chociaż te powiązania były jednoznaczne…
Tak. Pierwszy raz tego określenia użył Jean Paul Salut w dziele wydanym w latach 1701-1703, zgłębiając chwałę Serca Pana Jezusa w Eucharystii, a potem w 1706 r. Antoine Ginther, zgłębiając miłość Serca Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Widać więc tu wyraźnie, że duchowość Eucharystycznego Serca Jezusa rozwija się po rewolucji francuskiej, która przyniosła ogromne zniszczenie moralne i duchowe.
Co ciekawe, w latach 50. i 60. XIX w. pojawiło się sporo zgromadzeń męskich i żeńskich, które nawiązują w swoim charyzmacie do Najświętszego Serca i do adoracji Najświętszego Sakramentu, często w duchu wynagrodzenia.
Dokładnie. Należy tu wspomnieć św. Piotra Julian Eymarda (1811-1868), który założył Zgromadzenie Księży Najświętszego Sakramentu i Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Sakramentu. W tym czasie także świeccy zakładali stowarzyszenia i bractwa, szerzące kult Eucharystycznego Serca Boga, które jest obecne w Najświętszym Sakramencie. Papież Pius IX udzielił w 1868 r. trzem francuskim biskupom zgody na używanie inwokacji „Sercu Eucharystycznemu Jezusa należy się w każdej chwili cześć, uwielbienie, miłość i dziękczynienie we wszystkich tabernakulach świata aż do skończenia wieków”. W zbiorze odpustów, związanych z modlitwami do Eucharystycznego Serca Jezusa, papież Leon XIII w 1787 r. bardzo mocno łączył Serca Jezusa z sakramentem ołtarza. A w 1903 r. wyniesiono w Rzymie Bractwo Eucharystyczne Serca Jezusowego do poziomu arcybractwa. Pius X wzbogacił kult do Eucharystycznego Serca Jezusa licznymi odpustami. Kult Eucharystycznego Serca Jezusa rozwijał się dość mocno w zgromadzeniach redemptorystów oraz sercanów.
Różnice
Czym różni się kult Serca Jezusa od kultu Eucharystycznego Serca Jezusa?
Serce Eucharystyczne jest tym samym, co Serce Jezusa – z uwydatnieniem prawdy, że żyje Ono w świętych postaciach eucharystycznych. Równocześnie zwraca się uwagę, że jest to Serce, które tak ukochało człowieka, że stało się dla niego darem w Eucharystii. To właśnie podkreślali papieże Pius XI i Pius XII. A dziś, dzięki nauce, wiemy o tym jeszcze dużo, dużo więcej.
Idąc dalej: odpowiedź na Pani pytanie przynosi wspominania już encyklika Haurietis aquas, w której Pius XII nie mówi, że kult Eucharystycznego Serca Jezusa jest czymś innym od kultu Serca Jezusowego. Chodzi w nim raczej – jak podkreślają teologowie – o oddawanie czci Sercu Jezusa w odniesieniu do Eucharystii, z wdzięcznością za Jej ustanowienie i zachowanie do końca świata. Chodzi tu także o miłość Jezusa, która jest żywa w Jego Sercu i w Eucharystii. I myślę, że to akcent, który dziś może dać nam nowe impulsy do przeżywania adoracji Najświętszego Sakramentu, Jego uwielbiania i wynagradzania Mu za zniewagi.
Kult Eucharystycznego Serca Jezusa u o. Andrasza
A jak wyglądał kult Eucharystycznego Serca Jezusa u Sługi Bożego o. Józefa Andrasza, spowiednika św. s. Faustyny?
O. Andrasz napisał w latach trzydziestych XX w. niewielką książeczkę „Westchnienia i modlitwy do Eucharystycznego Serca Jezusa”. Podjął się w niej wyjaśnienia teologicznego, jak rozumieć i przeżywać nabożeństwo do Niego. Wskazał na spójność kultu Eucharystii z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Spisał także akty strzeliste, litanię, akt oddania się i modlitwę ouproszenie poprawy życia u Eucharystycznego Sercu Jezusa. Przygotowując proces beatyfikacyjny o. Andrasza odkrywam, że Eucharystyczny Kult Serca Jezusowego był u niego czymś niesamowitym. Myślę, że o. Andrasz, którego ludzie postrzegali jako odprawiającego mszę św. godnie i z pobożnością, doskonale rozumiał, że po konsekracji dokonuje się naprawdę coś mistycznego. Na ołtarzu pojawia się Bóg, który z miłości do człowieka zgadza się umrzeć za nas, aby nas zbawić. Jezus robi to ofiarnie, wie, że w ten sposób wznawia swą mękę; męczy się w agonii, aby pokazać człowiekowi jak bardzo nas umiłował. Po sposobie, w jaki o. Józef to opisuje w ,,Westchnieniach’’ mam takie wrażenie, że sam duchowo to przeżywał.
Cuda eucharystyczne
Wspomina ojciec o współczesnych badaniach naukowych, które rzucają jeszcze mocniejsze światło na te tajemnice. W jaki dokładnie sposób?
We wszystkich zbadanych cudach eucharystycznych, począwszy od Lanciano we Włoszech(VII w.) a nacudach w Buenos Aires (1996 r.), Sokółce (2008 r.) i Legnicy (2013 r.) kończąc, odkryto, że jest to prawdziwe ludzkie ciało z konkretnym DNA i prawdziwa ludzka krew grupy AB. Zbadano, że jest to dokładnie fragment mięśnia ludzkiego serca, odpowiedzialny za jego skurcze. W mięśniu sercowym znajduje się wiele białek, które wniknęły w tkankę – co oznacza, że w chwili pobierania wycinka serce żyło i cierpiało.
Cud w Lanciano przebadał w latach 1970–1971 profesor Odoardo Linoli. Cud w Buenos Aires badało dr Frederick Zugibe, patolog z Rockland County w stanie Nowy York. Cud w Sokółce został poddany dwóm niezależnym analizom. Cud w Legnicy przebadała m.in. naukowiecBarbara Engel – lekarz kardiolog, ordynator Oddziału Kardiologicznego w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Legnicy, która jest członkiem komisji diecezjalnej. Wszyscy naukowcy przed badaniem nie wiedzieli, skąd pochodzą próbki.
Ojcze Mariuszu, jakie z tego płyną wnioski?
Warto uświadomić sobie, że próbki do analizy medycznej były w każdym z tych przypadków pobierane w momencie, gdy serce znajdowało się w procesie przedśmiertelnym – oznacza to, że Eucharystia to Serce Jezusa w agonii. W niekończącej się fazie umierania – tak jakby resztkami sił, jeszcze żyło i chciało wyrazić miłość do swego Ojca: Zobacz Abba, to z miłości do Ciebie i do człowieka.Proszę, zrozumieć: Jezus w każdej konsekrowanej Hostii jest obecny ze swoim przebitym Sercem! Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia – mocą Ducha Świętego – przemienia się w żywego Jezusa. Od tego momentu żywy Chrystus staje się obecny na ołtarzu podczas mszy św., podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu, gdy przebywa ukryty w tabernakulum i wtedy doświadcza nieustannej agonii.
Kult Eucharystycznego Serca Jezusa, który rozwijał się od XVI w. oznacza, że mistycy, o których rozmawialiśmy, odkrywali tę duchową głębię, którą dziś potwierdzają niezależni naukowcy: w Eucharystii znajduje się żyjąca tkanka Serca Jezusa. To Serce Jezusabije na ołtarzach całego świata z miłości do nas; to Serce ożywa i umiera, ożywa i umiera. I finalnie daje nam się spożyć.
Spróbujmy to sobie uświadamiać, gdy przyjmujemy Najświętszy Sakrament.
Leon XIV do polityków: Broń nie zbuduje pokoju, a większość nie decyduje o godności człowieka
Papież w hiszpańskim parlamencie.- Vatican Media
***
Papież podczas wizyty w hiszpańskim parlamencie przypomniał, że prawa człowieka nie zależą od politycznych większości ani społecznych mód. W mocnym wystąpieniu mówił o ochronie życia, znaczeniu rodziny, granicach władzy państwa oraz odpowiedzialności za przyszłość społeczeństw w epoce gwałtownego rozwoju technologii.
Odwołując się do bogatej tradycji tego kraju, Leon XIV przypomniał, że Hiszpania potrafiła postrzegać człowieka jako coś więcej niż tylko element porządku społecznego, gospodarczego czy politycznego. Uznała go za istotę otwartą na prawdę, obdarzoną wolności i ukierunkowaną przez pragnienie wieczności, którego żadna doczesna rzeczywistość nie jest w stanie ugasić.
Godność człowieka w dobie odkryć geograficznych
Papież przypomniał, że refleksja ta rozwinęła się w sposób szczególny w dobie wielkich odkryć geograficznych, kiedy to uczeni z Salamanki wprowadzili do historycznego rozeznawania pytanie o niezbywalną wartość każdej istoty ludzkiej i moralne granice władzy. Przyczynili się w ten sposób do ukształtowania świadomości prawnej i moralnej, że władza zawsze wiąże się z odpowiedzialnością, a każda istota ludzka musi być uznana za podmiot praw i obowiązków.
Leon XIV podkreślił, że dziedzictwo to jest szczególnie ważne dzisiaj, kiedy nowe światy otwierają się przed nami nie na mapach, lecz w technice, gospodarce, biomedycynie i wszechświecie cyfrowym. Odsyłając do ogłoszonej ostatnio encykliki, podkreślił, że technologia sama w sobie nie jest neutralna, ponieważ przybiera oblicze tych, którzy ja wymyślili, finansują, regulują i wykorzystują.
Odwołując się z kolei do przemówienia Benedykta XVI w parlamencie niemieckim, Leon XIV przypomniał hiszpańskim deputowanym, że każde prawdziwie sprawiedliwe społeczeństwo opiera się na uznaniu nienaruszalnej godności osoby ludzkiej. Godność ta jest uprzednia względem tego, co przyznaje jej państwo i nie może być podporządkowana zmiennym konsensusom społecznym ani wahaniom większości.
Obrona życia to sprawa cywilizacji, a nie religii
W tym kontekście Papież przypomniał w sposób szczególny o potrzebie ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. „Jeśli życie przestaje być uznawane za wartość fundamentalną, jaką przyszłość mogą mieć nasze społeczeństwa? Czy można nazwać w pełni sprawiedliwą wspólnotę, która pozostawia w cieniu dziecko jeszcze nienarodzone, osobę starszą, chorego, cierpiącego w milczeniu lub człowieka całkowicie zależnego od opieki innych?” – pytał Papież. Podkreślił, że obrona życia ludzkiego nie jest kwestią poboczną ani interesem wyznaniowym; jest celem cywilizacji.
Od poczęcia do naturalnej śmierci
„Każde życie ludzkie powinno być szanowane i chronione od poczęcia aż do naturalnej śmierci, w każdej sytuacji swojej egzystencji – podkreślił Papież. – Gdy pewność ta zostaje zachwiana, najbardziej narażeni na zranienie stają się pierwszymi ofiarami, a prawo traci swoje najgłębsze znaczenie: służbę każdej osobie i jej ochronę. Dlatego moralna wielkość narodu objawia się przede wszystkim w jego zdolności do towarzyszenia, chronienia i miłowania tych istnień, które doświadczają największej kruchości”.
Mocne słowa w obronie rodziny
Równie mocno Papież wypowiedział się w obronie rodziny. Podkreślił, że jest ona podstawową rzeczywistością ludzką i naturalnym fundamentem wspólnoty. W niej splatają się pokolenia i przekazywana jest żywa pamięć, która zapewnia społeczeństwu wewnętrzną ciągłość. Tam, gdzie wspierana jest rodzina, umacnia się również duchowa i społeczna stabilność narodów. Ojciec Święty przypomniał też o niezbywalnym prawie rodziców do decydowania o rodzaju wychowania, jakie otrzymują ich dzieci.
Broń nie zapewni trwałego pokoju
W hiszpańskim parlamencie Leon XIV odniósł się również do innych aktualnych kwestii, takich jak edukacja, dramat migracji czy pokój. Podkreślił, że świat przechodzi dziś głęboki kryzys duchowy i kulturowy, który przejawia się w licznych formach przemocy, polaryzacji i wzajemnej nieufności. W tym kontekście pokój jawi się jako prawdziwy wymóg moralny. Aby go osiągnąć potrzeba dyplomatycznej odwagi, etycznej odpowiedzialności oraz wizji przyszłości opartej na poszanowaniu tożsamości każdego narodu. „Broń może narzucić czasowe milczenie, lecz nigdy nie będzie w stanie zbudować autentycznego i trwałego pokoju”. – powiedział Ojciec Święty.
Wolność myśli, sumienia i wyznania
Papież przypomniał, że kwestia pokoju bezpośrednio wiąże się z wolnością myśli, sumienia i wyznania. „Każde społeczeństwo rzeczywiście wolne wymaga również właściwego wyznaczenia granic władzy publicznej, tak aby wolność osób, wspólnot i stowarzyszeń nie była bezpodstawnie ograniczana. Z tej perspektywy uprawniona autonomia porządku doczesnego nie może być nigdy interpretowana jako wrogość wobec zjawiska religii” – podkreślił Leon XIV. W tym kontekście wspomniał o potrzebie poszanowania tajemnicy spowiedzi
Zwracając się do parlamentarzystów, Papież życzył Hiszpanii by nigdy nie straciła pamięci o swych korzeniach ani odwagi, by patrzeć w przyszłość.
.Vatican Media- Gość Niedzielny
***
Niedziela 7 czerwca 2026
Leon XIV do uczestników kongresu w Wilnie: Miłosierdzie jest odpowiedzią na wojny i lęk
fot. PAP/Valdemar Doveiko
Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej podczas mszy świętej sprawowanej w ramach Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia w Wilnie. Tegoroczna edycja wydarzenia odbywa się pod hasłem “Budowanie miasta miłosierdzia”.
***
„Nasz świat woła o miłosierdzie” – napisał Leon XIV w przesłaniu skierowanym do uczestników Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia. Papież wskazał, że bez przebaczenia, otwartości i zaufania Bożej łasce nie da się zbudować trwałego pokoju ani w sercach ludzi, ani między narodami.
„Nasz świat woła o miłosierdzie” – napisał Leon XIV w przesłaniu skierowanym do uczestników Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia. Papież wskazał, że bez przebaczenia, otwartości i zaufania Bożej łasce nie da się zbudować trwałego pokoju ani w sercach ludzi, ani między narodami.
VI Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia rozpoczyna się w niedzielę 7 czerwca w Wilnie. Potrwa do 12 czerwca – informuje Vatican News. Papież na wstępie pozdrowił uczestników wydarzenia, którego „tak bardzo pragnął” jego poprzednik, św. Jan Paweł II. Szczególne pozdrowienia Papież skierował do metropolity wileńskiego abp. Gintarasa Grušasa, który „przyjmuje w swojej diecezji tak wielu pielgrzymów miłosierdzia z całego świata”. Papież pozdrowił również prezydenta Litwy Gitanasa Nausėdę oraz patriarchę ekumenicznego Konstantynopola Bartłomieja I, jednego z prelegentów.
Miłosierdzie Boże nadzieją dla świata
Leon XIV przypomniał przesłanie św. Augustyna, który w „Wyznaniach” pisał, że jedyną nadzieją jest niezmierzone miłosierdzie Boże. Papież podkreślił, że istotnie „źródłem wielkiej radości i prawdziwej nadziei jest doświadczenie tego, jak miłosierny jest Bóg wobec każdego z nas”. Ważne jest odnowienie zaufania Bożemu Miłosierdziu.
Miłosierdzie drogą do prawdziwego pokoju
Ojciec Święty przypomniał, że współczesny świat, „pełen lęków i niepokojów, napięć i wojen, sprawia, że pokój w sercach zarówno poszczególnych osób, jak i całych narodów staje się coraz bardziej pilną potrzebą”. Gdy przemoc zatruwa relacje i niszczy życie, Boże Miłosierdzie czeka, aż wpuścimy je do naszych serc wraz z jego niezwykłą mocą odnowy. Jak zaznaczył Papież, miłosierdzie jest w stanie zmienić życie człowieka, poprzez otwarcie drogi do miłości i przebaczenia – charakterystycznych cech oblicza Boga objawiającego się wśród nas.
Bóg jest zawsze miłosierny
Leon XIV przypomniał również, że Bóg nigdy nie ustaje w okazywaniu miłosierdzia. W psalmie 136 czytamy, że Boża łaska trwa na wieki, tymczasem, jak powiedział Papież, „nasz świat woła o miłosierdzie” na każdym poziomie. Upragniony przez człowieka prawdziwy pokój można osiągnąć tylko poprzez miłosierdzie. Papież zachęcił do ufności w nieskończone miłosierdzie Boże, przy jednoczesnym osobistym zaangażowaniu w budowanie bardziej otwartego i miłosiernego społeczeństwa. To musi mieć początek już w rodzinach.
Papieskie błogosławieństwo
Na zakończenie wideo przesłania Papież wyraził nadzieję, że uczestnictwo w VI Światowym Apostolskim Kongresie Miłosierdzia będzie owocowało także po jego zakończeniu, po powrocie uczestników do swoich wspólnot. Ojciec Święty udzielił uczestnikom i ich bliskim apostolskiego błogosławieństwa.
VATICANNEWS.VA
***
Wilno stało się stolicą Miłosierdzia. Ruszył światowy kongres z udziałem tysięcy pielgrzymów
Wilno. Kościół św Trójcy.
fot. Jakub Szymczuk /Gość Niedzielny
***
Procesja Bożego Ciała ulicami Wilna zainaugurowała VI Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia. W obecności pielgrzymów z wielu krajów abp Gintaras Grušas przypomniał, że Eucharystia jest „samym centrum Bożego Miłosierdzia”, a współczesny świat – mimo technologicznego rozwoju – coraz bardziej cierpi z powodu samotności, niepokoju i duchowego głodu.
„Dziś w sercu Wilna rozpoczyna się Szósty Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia. Nieprzypadkowo rozpoczyna się on w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Eucharystia jest samym centrum Bożego Miłosierdzia. W Eucharystii Chrystus nie tylko mówi o miłości. On daje siebie. On karmi, uzdrawia i przemienia swój lud” – powiedział arcybiskup Wilna Gintaras Grušas podczas Mszy św. przed Archikatedrą św. Stanisława i św. Władysława, inaugurującej WACOM 6, który potrwa do 12 czerwca. Jego tematem jest „Budowanie Miasta Miłosierdzia”. Po Mszy św. ulicami miasta przeszła procesja Bożego Ciała.
Arcybiskup Wilna podkreślił, że dziś ulicami Wilna „przejdzie nie idea, symbol ani starożytna tradycja religijna, dziś przez to miasto przejdzie sam żywy Chrystus, ten sam Chrystus, który objawił się w tym mieście świętej Faustynie jako Pan Miłosierdzia”.
Abp Grušas zwrócił uwagę, że nasza epoka doświadcza swoistej pustyni. „Dysponujemy ogromną technologią, ogromną ilością informacji i niespotykaną dotąd władzą. Jednak napotykamy również samotność, niepokój i głęboki duchowy głód” – powiedział arcybiskup i nawiązał do encykliki Leona XIV „Magnifica humanitas”: „Żywy Bóg zstępuje w naszą historię, aby wyzwolić nas z wszelkiej niewoli, bierze na siebie naszą słabość i przekształca ją w miejsce zbawienia”.
Podkreślił, że takie jest znaczenie Bożego Miłosierdzia. „Bóg nie unika naszych ran. Wchodzi w nie. Rany Chrystusa stają się źródłem życia. Eucharystia jest zatem sakramentem Miłosierdzia – nie dlatego, że przyjmują ją ludzie doskonali, ale dlatego, że w niej Chrystus karmi i przemienia słabych, strudzonych, grzeszników i poszukujących” – powiedział abp Grušas i nawiązał do „Dzienniczka” św. Faustyny, która zapisała słowa Jezusa: „Im nędzniejszy jest stan duszy, tym większe ma prawo do miłosierdzia Mojego”.
Przywołując temat Kongresu – „Budowanie Miasta Miłosierdzia” – arcybiskup zwrócił uwagę, że nie dotyczy to budynków czy struktur. „Prawdziwe Miasto Miłosierdzia zbudowane jest z ludzi przemienionych Bożą miłością” – podkreślił.
Zaznaczył, że Eucharystia przemienia nas w to, co przyjmujemy. „Chrystus buduje siebie z nas. Czyni nas Swoim Ciałem w świecie. Dlatego prawdziwie można powiedzieć: Wy jesteście Miastem Miłosierdzia. I dziś zobaczymy tę rzeczywistość, krocząc w procesji eucharystycznej ulicami Wilna” – powiedział abp Grušas zwracając uwagę, że podczas wędrówki przez miasto zatrzymamy się w miejscach, które przypominają nam o ranach tego miasta, ale także świadczą o uzdrowieniu.
Przypomniał, że w czasach sowieckich katedra została przekształcona w muzeum i salę koncertową. W pewnym momencie planowano nawet przekształcić ją w fabrykę traktorów. „A jednak dziś Chrystus ponownie wyłania się z katedry jako żywy Pan. Kościół św. Jana stoi na terenie uniwersytetu, gdzie przez wiele lat nauczano marksistowskiego ateizmu. Tam, gdzie niegdyś lansowano świat bez Boga, ponownie głoszona jest Ewangelia. Kościół św. Kazimierza został przekształcony w Muzeum Ateizmu. Chrystus został wygnany, a jednak powrócił. Bramie Ostrej groziła kiedyś zburzenie, jednak to Sanktuarium Matki Bożej Miłosierdzia pozostało, jako znak, że miłosierdzia Bożego nie da się zniszczyć. Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Rojaus został przekształcony w więzienie. Dziś główne miejsce obrad Kongresu znajduje się obok niego” – powiedział abp Grušas.
Podkreślił, że procesja eucharystyczna to coś więcej niż wędrówka przez miasto. „To wędrówka przez naszą historię, przez rany narodu i przez nasze własne osobiste rany. A w tej wędrówce Chrystus idzie z nami. Idzie, aby wyzwolić ludzkie serce” – powiedział arcybiskup Wilna.
Zaznaczył, że z ran, przebitego Serca Chrystusa wypływają krew i woda i rodzi się Kościół. „Stamtąd wypływają sakramenty. Stamtąd tryskają promienie Bożego Miłosierdzia” – powiedział abp Grušas i podkreślił, że „naszą misją nie jest tylko mówienie o miłosierdziu. Naszym powołaniem jest pozwolić, aby Miłosierdzie w nas się wcieliło. Święta Faustyna modliła się: „Pragnę przemienić się cała w Twoje miłosierdzie i być żywym odbiciem Ciebie”.
Arcybiskup Wilna zaznaczył, że procesja eucharystyczna „nie jest to nostalgicznym wspominaniem przeszłości, ale triumfalnym pochodem Chrystusa. Jest to znak, że Zmartwychwstały Pan nadal idzie ze swoim ludem i pozostaje obecny w swoim ludzie dzisiaj”. „Niech Chrystus, którego przyjmujemy dziś w Eucharystii, uczyni każdego z nas żywym kamieniem w Mieście Miłosierdzia. Niech Jego miłosierdzie uleczy nasze rany. Niech Jego Ciało przemieni nasze serca. A świat, patrząc na Kościół, rozpozna żywe Oblicze Miłosierdzia” – wezwał na zakończenie.
Sześciodniowy program Kongresu obejmuje modlitwę i liturgię, konferencje i świadectwa, Msze święte, nabożeństwa pojednania, pielgrzymki po Wilnie oraz dzieła charytatywne. Oczekuje się udziału około 6 tysięcy pielgrzymów.
źródło: KAI
***
Pierwsza Sobota Miesiąca – 6 czerwca 2026
Jubileusz 200-lecia Żywego Różańca
W 2026 r. Kościół w Polsce i na świecie przeżywa Jubileusz 200-lecia powstania Żywego Różańca, założonego w 1826 r. przez bł. Paulinę Jaricot – świecką kobietę, która zaufała mocy modlitwy różańcowej i jej misyjnemu oddziaływaniu na cały świat.
Wspólnota Żywego Różańca została założona w 1826 roku przez bł. Paulinę Jaricot w Lyonie. Jest to międzynarodowa wspólnota opierająca się na idei „róż” – grupy 20 osób, z których każda codziennie odmawia jedną wyznaczoną tajemnicę, tworząc razem pełny różaniec.
plakat zapraszający na kongres i pielgrzymkę.
***
Czas łaski i wdzięczności
W związku z Jubileuszem w dniach 5-6 czerwca 2026 r. na Jasnej Górze trwa III Ogólnopolski Kongres Różańcowy pod hasłem „Różaniec modlitwą o Boże Miłosierdzie dla świata”, połączony z XIV Ogólnopolską Pielgrzymką Żywego Różańca.
Jubileusz jest szczególnym momentem dziękczynienia za dwa stulecia istnienia wspólnoty, która stała się jedną z największych inicjatyw modlitewnych w Kościele. Żywy Różaniec od 200 lat pozostaje szkołą modlitwy, wspólnoty i odpowiedzialności za Kościół oraz za misję ewangelizacji świata. Prosta, codziennie podejmowana modlitwa różańcowa przynosi nieustannie duchowe owoce: nawrócenia, pokój serca i odnowę wiary.
„Pragnę serdecznie zaprosić całą rodzinę Żywego Różańca do wspólnego przeżywania Jubileuszu w trzech stacjach, które tworzą jedną drogę modlitwy, wdzięczności i misyjnego posłania” – napisał moderator krajowy Stowarzyszenia Żywy Różaniec, ks. Jacek Gancarek.
Stacja ogólnopolska – Jasna Góra
ot. siostry Loretanki
***
Centralnym wydarzeniem Jubileuszu jest wczorajszy i dzisiejszy dzień ogólnopolskiej podczas pielgrzymki i Kongresu Różańcowego na Jasnej Górze.
Dziś w sobotę 6 czerwca o godz. 12.30 została odprawiona uroczysta dziękczynna Eucharystia, której przewodniczył nuncjusz apostolski w Polsce Antonio Guido Filipazzi.
Stacja diecezjalna
Drugą częścią jubileuszowych obchodów są stacje diecezjalne, przeżywane w każdej diecezji wraz z biskupem miejsca. Jest to czas modlitwy dziękczynnej za wspólnoty Żywego Różańca, czas ich umacniania oraz odnawiania gorliwości modlitewnej i misyjnej.
W wielu diecezjach powstają również Diecezjalne Rady Żywego Różańca, które wraz z moderatorami diecezjalnymi będą wspierać rozwój tej wspólnoty w Kościele lokalnym.
Stacja parafialna
Trzecią częścią Jubileuszu będą stacje parafialne, przeżywane w wyznaczoną przez lokalnego biskupa Niedzielę Różańcową. W tym dniu wspólnoty parafialne będą dziękować za dar Żywego Różańca i modlić się o dalszy rozwój tej inicjatywy.
Ta stacja ma przyczynić się do tego, aby w każdej parafii wspólnota różańcowa była widocznym znakiem modlącego się Kościoła – wspólnoty wiernej, odpowiedzialnej i otwartej na potrzeby świata.
Pielgrzymka do Lyonu
Podsumowaniem jubileuszowych obchodów będzie ogólnopolska pielgrzymka do Francji, do Lyonu, gdzie znajduje się grób bł. Pauliny Jaricot. Odbędzie się w dniach 15-23 października 2026 r. pod patronatem delegata Konferencji Episkopatu Polski ds. Żywego Różańca, abp. Wacława Depo.
U grobu bł. Pauliny zostanie złożona Księga Wielkiej Nowenny Różańcowej – owoc modlitwy tysięcy osób w całej Polsce i znak wdzięczności za dzieło Żywego Różańca.
Narodowe rekolekcje „Różaniec 33”
Ważnym elementem duchowego przygotowania do Jubileuszu są Narodowe Rekolekcje „Różaniec 33”, który rozpoczeły się 2 maja 2026 r., w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Dziś, w pierwszą sobotę czerwca, zakończyły się podczas spotkania na Jasnej Górze uroczystym oddaniem Jezusowi Chrystusowi przez Niepokalane Serce Maryi .
Jubileuszowe owoce
Jednym z owoców Jubileuszu, zgodnie z pragnieniem bł. Pauliny Jaricot, będzie wsparcie dzieła misyjnego poprzez budowę Centrum bł. Pauliny Jaricot w Papui-Nowej Gwinei. Modlitwa różańcowa łączy się z konkretną pomocą dla Kościoła na terenach misyjnych.
fot. B. Kałużny
***
Drugim owocem będzie film poświęcony bł. Paulinie Jaricot – założycielce dwóch wielkich dzieł w Kościele: Żywego Różańca oraz Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Jego celem jest przybliżenie jej historii i ukazanie młodym pokoleniom, że modlitwa różańcowa może przemieniać człowieka i świat również dzisiaj.
O tym, jak godzić modlitwę różańcową z dynamicznym stylem współczesnego świata, co robić, by ustrzec się przed pustym rytuałem „zdrowasiek”, oraz w jaki sposób dotrzeć do młodzieży – mówi ks. kan. dr Jacek Gancarek, moderator krajowy Stowarzyszenia Żywy Różaniec.
Mateusz Kuca/zywyrozaniec.eu
***
Andrzej Tarwid: Obchodzimy jubileusz 200-lecia istnienia Stowarzyszenia Żywy Różaniec. Podniosłe rocznice to czas świętowania, ale i refleksji nad przyszłością. Co jest największym wyzwaniem dla moderatora krajowego Żywego Różańca (ŻR)?
Ks. dr Jacek Gancarek: Wyzwaniem, a zarazem najgłębszym pragnieniem jako moderatora krajowego jest kontynuacja wizji naszej założycielki. Błogosławiona Paulina Jaricot chciała, aby Różaniec stał się modlitwą powszechną, dostępną dla każdego człowieka, bez względu na jego wykształcenie, status społeczny czy stopień zaangażowania w życie parafii. Dziś to wyzwanie polega na tym, by pokazać współczesnemu człowiekowi, że ta tradycyjna forma modlitwy jest w rzeczywistości niezwykle nowoczesnym narzędziem budowania wewnętrznego pokoju i relacji z Bogiem i ludźmi.
Skoro mowa o powszechności, to ile osób należy do Żywego Różańca?
Oficjalnie w strukturach stowarzyszenia zarejestrowanych jest ok. 2,5 mln osób, które zobowiązały się do codziennego odmawiania przynajmniej jednego dziesiątka Różańca. Jeśli jednak spojrzymy na krajobraz modlitwy różańcowej całościowo, to trzeba uwzględnić jeszcze ok. 20 innych wspólnot o takim charakterze.
Ile w takim razie osób w całej Polsce modli się na różańcu i co to mówi o naszej wierze, o naszym kraju?
Szacuję, że na różańcu modli się ok. 7 mln osób. Bez wątpienia możemy więc powiedzieć, że w Polsce istnieje ogromna, cicha, ale wytrwała duchowa siła, która zanosi do Pana Boga modlitwy w intencjach Kościoła, ojczyzny i najbliższych.
Jaki jest socjologiczny „portret” osób należących do stowarzyszenia?
Do Żywego Różańca należą zarówno kobiety, jak i mężczyźni, całe wielopokoleniowe rodziny, a także prężnie rozwijające się koła młodzieżowe i dziecięce. Mówiąc socjologicznie – nie ma grupy społecznej, która nie byłaby reprezentowana w naszych szeregach. Oczywiście, statystyki pokazują, że najliczniejsze grono stanowią osoby starsze, wśród których zdecydowana większość to kobiety. Warto jednak zaznaczyć, że w grupach dorosłych co dziesiąta osoba to mężczyzna. Istnieją parafie, gdzie na kilkanaście kół żeńskich przypada przynajmniej jedno typowo męskie koło oraz kilka mieszanych.
Przewaga pań w grupach modlitewnych jest jednak bardzo duża. Z czego ona wynika?
Kobiety z natury wykazują większą wrażliwość duchową i intuicyjnie wyczuwają potrzebę wsparcia nadprzyrodzonego. Panie widzą w modlitwie wspólnotowej potężną siłę i traktują ją jako tarczę dla swoich dzieci i wnuków czy rodzin.
A co można powiedzieć o współczesnych mężczyznach?
Obserwujemy obecnie niezwykły renesans męskiej duchowości maryjnej. Formacje takie jak Wojownicy Maryi czy Męski Różaniec potrafią zgromadzić tysiące mężczyzn, którzy publicznie, z różańcem w dłoni, dają świadectwo swojej wiary. Widok potężnej grupy mężczyzn odmawiających tę modlitę kruszy stereotypy, jakoby Różaniec był wyłącznie dla „starszych pań”. Poza Wojownikami Maryi i Męskim Różańcem są jeszcze inne męskie wspólnoty, np. Rycerze Jana Pawła II czy Rycerze Kolumba, gdzie Różaniec jest także stałym elementem formacji.
Imponująca liczba ludzi modli się na Różańcu, ale w Kościele zawsze zwracamy także uwagę na jakość. Stąd pytanie: czy Żywy Różaniec to autentyczna, pulsująca życiem wspólnota, czy może tradycja podtrzymywana z przyzwyczajenia?
Dla wielu osób to rzeczywiście piękna tradycja, przekazywana z pokolenia na pokolenie, ale tradycja niezwykle żywotna. Nie znam w Polsce parafii, w której nie funkcjonowałoby przynajmniej jedno koło różańcowe. Fenomen tej wspólnoty polega na jej zdolności do ciągłego samoodnawiania. Kiedy starsi członkowie odchodzą do wieczności lub z powodu stanu zdrowia nie mogą już pełnić swoich obowiązków, ich miejsca zajmują nowi ludzie. Kiedyś modlitwa ta składała się z 15 tajemnic, ale po wprowadzeniu przez św. Jana Pawła II tajemnic światła, jest ich 20. To sprawia, że ŻR nie tylko nie maleje, ale rozwija się, dostosowując do nowych realiów.
Á propos nowych realiów – jak wpisujecie się w nowoczesny świat mediów cyfrowych?
Obok tradycyjnych struktur parafialnych ogromna przestrzeń modlitewna powstaje w internecie. Szacujemy, że w grupach internetowych modli się ponad 300 tys. osób. Nie wykluczam jednak, że ta liczba jest znacznie większa. Chcemy iść tam, gdzie są ludzie, zwłaszcza młodzi, i pokazać im, że Różaniec to nie artefakt z przeszłości, ale żywe narzędzie komunikacji z Bogiem dostępne na ekranie smartfona.
Powszechne jest jednak przekonanie, że młodzież raczej omija szerokim łukiem taką formę pobożności.
Moim zdaniem, to stwierdzenie nie jest do końca sprawiedliwe. Pracuję z młodymi i widzę, że jeśli przedstawi im się konkretne owoce tej modlitwy i obietnice Matki Bożej, które spisał bł. Alan de la Roche, to ich nastawienie diametralnie się zmienia. Młodzi ludzie szukają autentyczności i skuteczności. Kiedy poznają głębię Różańca, nie przechodzą obok niego obojętnie. Problem leży więc nie w niechęci młodych, ale często w tym, jak my, dorośli, próbujemy im tę modlitwę przekazać.
Część krytyków twierdzi, że ważny jest nie tylko sposób przekazu, ale że forma odmawiania Różańca powinna zostać zreformowana, by lepiej pasowała do współczesnego stylu życia. Czy to właściwa droga?
Zdecydowanie uważam, że nie możemy ingerować w samą istotę tej modlitwy. To tak, jakbyśmy chcieli zmieniać fundamenty domu, w którym mieszkamy. Dziesiątek Różańca to stały punkt odniesienia, który daje poczucie bezpieczeństwa i ciągłości.
A co odpowiedziałby Ksiądz tym, którzy mówią, że wielokrotne powtarzanie tych samych słów jest monotonne i prowadzi do mechanicznego odmawiania „zdrowasiek” bez głębszej refleksji?
Święty Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, że Różaniec to modlitwa kontemplacyjna. Wymaga ona pewnego rytmu, który paradoksalnie pomaga wyciszyć się w dzisiejszym, niezwykle hałaśliwym i pędzącym świecie. Ludzie podświadomie szukają chwili wytchnienia, a te 3 czy 4 minuty poświęcone na jeden dziesiątek to czas bezcenny dla własnego zbawienia.
Niemniej jest realne ryzyko, że taka modlitwa może stać się pustym rytuałem. Jak się przed tym ustrzec?
Kluczem jest dyspozycja serca. Można przecież być fizycznie na Mszy św. i zupełnie nie spotkać się z Bogiem. Dlatego tak ważne jest uświadomienie sobie już na początku, przed znakiem krzyża, że ten czas chcę oddać Stwórcy. Nawet osoby bardzo dojrzałe duchowo miewają gorsze dni, kiedy modlitwa wydaje się „byle jaka”, pełna rozproszeń i niepokoju. Ale paradoksalnie to właśnie modlitwa, o którą musieliśmy zawalczyć, może być w oczach Bożych najbardziej owocna. Pamiętajmy też, że jeśli potrafimy przezwyciężyć własną niechęć czy zmęczenie, każdy kolejny dzień staje się krokiem naprzód w naszym rozwoju wewnętrznym.
Część osób rezygnuje z Różańca, bo przeraża ich wizja poświęcenia 1,5 godziny na odmówienie wszystkich tajemnic, inni z kolei podważają sens odmawiania tylko części tej modlitwy. Czy modlenie się tylko jedną dziesiątką, jak to robią członkowie Żywego Różańca, może realnie wpłynąć na czyjeś życie?
To właśnie jest geniusz naszej założycielki! Błogosławiona Paulina Jaricot zrozumiała, że siła tkwi we wspólnocie. Kiedy odmawiasz swój jeden dziesiątek jako członek koła, spływają na ciebie łaski, tak jakbyś odmówił cały Różaniec. Twoja modlitwa jest dopełniana przez modlitwę pozostałych 19 osób. Paulina genialnie porównała to do ogniska, gdzie jeden płonący patyk może rozpalić inne swoim żarem. Wspólnie tworzymy wielki płomień, który ogrzewa każdego z osobna. Oczywiście, jeśli ktoś czuje taką potrzebę, może odmawiać więcej dziesiątków, ale ten jeden dziesiątek to nasze wspólne, solidarne zobowiązanie.
Zna Ksiądz tysiące relacji o niezwykłych łaskach wyproszonych tą modlitwą. A czy jest takie wydarzenie, które mocniej zapadło Księdzu w pamięć?
Tak, to historia z początków mojego kapłaństwa. W pewien pierwszy piątek miesiąca, który zbiegł się ze świętem Matki Bożej Różańcowej, odwiedziłem młodą kobietę chorą na nowotwór. Miała zaledwie 35 lat i dwójkę małych dzieci. Była pełna goryczy i bólu, pytała, czy mam dla niej jakieś lekarstwo. Odpowiedziałem, że mam lekarstwo duchowe. Dałem jej misyjny różaniec i kartkę z obietnicami Maryjnymi. Kiedy spotkaliśmy się miesiąc później, była już zupełnie inną osobą – spokojniejszą. Powiedziała, że szczególnie poruszyła ją obietnica, iż nikt, kto odmawia Różaniec, nie odejdzie z tego świata bez sakramentów. Jakiś czas potem wezwano mnie na oddział intensywnej terapii. Zobaczyłem tam wyniszczoną chorobą kobietę, która w dłoniach trzymała wytarty od modlitwy różaniec. Chora zapytała, czy ją poznaję i czy poznaję różaniec, bo to był ten, który jej podarowałem. Wyznała, że od tamtego spotkania nie opuściła ani jednego dnia. Przyjęła Eucharystię i spokojnie zasnęła w Panu. Myślę, że każdy z nas chciałby odchodzić w takim pokoju.
Na koniec wróćmy do jubileuszu. Jakich owoców się Ksiądz spodziewa?
Program jubileuszowych obchodów jest bardzo szeroki, Czytelnicy Niedzieli znajdą go na stronie: zywyrozaniec.eu . Jeśli zaś chodzi o owoce, to ufamy, że wspólne przeżywanie 200-lecia Żywego Różańca ukaże światu piękno i skuteczność modlitwy różańcowej, a także umocni w nas świadomość misyjną, tak bliską sercu bł. Pauliny Jaricot. A poza tym są dwa konkretne owoce Jubileuszu Żywego Różańca. Pierwszym jest budowa centrum bł. Pauliny Jaricot na misjach w Papui-Nowej Gwinei. Drugim owocem jest nagranie filmu o bł. Paulinie – dar naszego pokolenia dla innych.
z ks. kan. dr Jackiem Gancarkiem rozmawia Andrzej Tarwid -Tygodnik Niedziela
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc czerwiec 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
– Módlmy się, aby sport stał się narzędziem pokoju, spotkania i dialogu między kulturami oraz narodami, a także by promował takie wartości, jak szacunek, solidarność i rozwój osobisty.
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
– Panie Jezu Chryste prosimy Cię o łaskę skruszonego serca. W Sercu Twoim racz nas obmyć, do Serca Twojego racz nas przytulić, w Twym Sercu na wieki racz nas zachować.
– Módlmy się za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
– Módlmy się za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
Dodatkowe intencje dla Róż – Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki, i bł. Pauliny Jaricot: :
– Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Rożybł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
– Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 czerwca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 maja z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
***
Pierwsza Sobota Miesiąca – 6 czerwca 2026
w kościele św. Piotra Msza św. niedzielna (Vigil Mass) o godz. 18.00
Przed Mszą św. od godz. 17.00 możliwość spowiedzi św.
Po Mszy św. Nabożeństwo Wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Panny
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
WPROWADZENIE
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało: Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała: Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
Przeciw Jej Dziewictwu,
Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA
PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1 Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej! Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków! Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Na temat objawień Matki Bożej w Fatimie napisano już wiele i zapewne wiele jeszcze zostanie napisane. Bez cienia wątpliwości możemy jednak stwierdzić, że wydarzenie to jest jednym z najdonioślejszych faktów we współczesnych dziejach Kościoła, tym więcej, że treść objawień odnosi się do całej ludzkości. Można utyskiwać, że jest ono objawieniem prywatnym i nie jesteśmy w stanie do końca zweryfikować jego wiarygodności, itd. Wszystko to można. Skoro jednak zajmujemy się treścią fatimskiego Orędzia należy odstawić na bok wszelkie próby przysłowiowego dzielenia włosa na czworo, gdybyśmy bowiem zakwestionowali z takich czy innych powodów jego autentyczność należałoby konsekwentnie o całej sprawie zapomnieć, co zapewne wielu czyni. Dla nas wystarczającym motywem przyjęcia Orędzia jest uznanie przez Kościół autentyczności objawień, co miało miejsce 13 maja 1930 roku, a więc dokładnie 13 lat po ich zaistnieniu. Pierwszym tego owocem było poświęcenie Portugalii Niepokalanemu Sercu Maryi rok później*. Dlaczego akurat Niepokalanemu Sercu Maryi?
Jak wiemy objawienia Maryi w Fatimie wobec trójki małych dzieci trwały od 13 maja do 13 października 1917 roku każdego trzynastego dnia miesiąca z wyjątkiem sierpnia, kiedy to objawienie miało miejsce 19 dnia tegoż miesiąca z powodu przetrzymywania małych wizjonerów w areszcie. Wiemy też, że Matka Boża wezwała w nich świat do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy za grzeszników przestrzegając przed straszliwymi konsekwencjami trwania w grzechu, tak w wymiarze doczesnym jak i wiecznym. W widzeniu lipcowym dzieci doświadczyły wizji piekła, o czym Łucja, jedyna z żyjących do niedawna wizjonerów opowiedziała na wyraźny rozkaz spowiednika dopiero w 1940 roku. Z tą wizją była jednak związana obietnica ratunku dla grzeszników poprzez nabożeństwo właśnie do jej Niepokalanego Serca.
Maryja zapowiedziała dzieciom, że przyjdzie aby prosić o poświęcenie Jej Niepokalanemu Sercu Rosji, oraz o komunię świętą wynagradzającą w pierwsze soboty miesiąca. Ludziom odprawiającym to nabożeństwo obiecała zbawienie, zapewniając też, że w godzinę śmierci będzie obecna z łaskami koniecznymi do zbawienia przy każdym kto to nabożeństwo odprawi. Mówiła także o ostatecznym tryumfie swego Niepokalanego Serca.
Zapowiedziane przyjście Maryi dokonało się wobec Łucji 10 grudnia 1925 roku w Pontevedra. To tam dane było jej ujrzeć Serce Maryi otoczone cierniami ludzkich grzechów, bluźnierstw i niewdzięczności. Akty wynagrodzenia miały być sposobem na wyjmowanie tychże cierni. Maryja owo zadośćuczynienie połączyła z nabożeństwem pięciu pierwszych sobót miesiąca.
W ramach tego nabożeństwa należy więc odbyć spowiedź, przyjąć komunię świętą, odmówić jeden różaniec, oraz przez piętnaście minut towarzyszyć Maryi rozmyślając nad piętnastoma tajemnicami różańca; wszystko to w intencji zadośćuczynienia.
Drugie objawienie, według jej relacji miało miejsce 13 czerwca 1929 roku przed północą w kaplicy klasztornej. Wtedy Łucja doświadczyła wizji Trójcy Świętej:
„Na ołtarzu ukazał się jasny krzyż sięgający aż do sufitu. W jaśniejszym tle można było zobaczyć w górnej części krzyża oblicze i górną część ciała człowieka. Nad piersią gołąbka również ze światła. A do krzyża przybite ciało drugiego człowieka. Trochę niżej bioder w powietrzu wisiał kielich i wielka Hostia, na którą spadały krople krwi z oblicza Ukrzyżowanego i z jednej rany piersiowej. Z Hostii spływały te krople do kielicha. Pod prawym ramieniem krzyża stała Najświętsza Maryja Panna. Była to Matka Boska Fatimska ze swym Niepokalanym Sercem w lewej ręce, bez miecza i róż, ale z cierniową koroną i płomieniem. Pod lewym ramieniem krzyża wielkie litery jakby z czystej wody źródlanej biegły na ołtarz tworząc słowa: Łaska i Miłosierdzie. Zrozumiałam, że mi została przekazana tajemnica Trójcy Przenajświętszej. I otrzymałam natchnienie na temat tej tajemnicy, którego mi jednak nie wolno wyjawić. Potem rzekła Matka Boska do mnie: << Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka. Tyle dusz zostaje potępionych przez sprawiedliwość Bożą z powodu grzechów przeciw mnie popełnionych. Przychodzę przeto prosić o zadośćuczynienie. Ofiaruj się w tej intencji i módl się>>”[1].
Wizja z czerwca 1929 roku jakby dostosowana do percepcyjnych możliwości człowieka zawiera więc wyraźne już żądanie Maryi dotyczące zadośćuczynienia jej Niepokalanemu Sercu. W liście (kolejnym już) skierowanym do papieża Piusa XII w 1940 roku Łucja ponowiła prośbę o poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi z wyraźnym wymienieniem Rosji wskazując, że przyniesie to ukrócenie cierpień wywołanych wojną, głodem i prześladowaniem Kościoła. Tego samego aktu mieli dokonać wszyscy biskupi świata w łączności z papieżem. Kierując się tym świadectwem Łucji biskupi portugalscy jakby „ubiegli” papieża dokonując poświęcenia swojego kraju Sercu Maryi w 1931 roku. Warte zauważenia jest, że właśnie Portugalię ominęła zawierucha II wojny światowej a wcześniej krwawa wojna domowa w sąsiedniej Hiszpanii, która łatwo mogła rozlać się i na ten kraj, zważywszy, że siły wrogie chrześcijaństwu były również tutaj bardzo aktywne.
Pius XII odpowiedział na to wezwanie Łucji, ale połowicznie. W przemówieniu radiowym skierowanym do wiernych uczestniczących w uroczystym zakończeniu obchodów 25-lecia objawień w Fatimie 31 października 1942 roku zawarł modlitwę, która była poświęceniem świata Niepokalanemu Sercu, lecz uczynił to bez łączności z biskupami świata i bez wymienienia Rosji. W ogólnym odczuciu papież poprzez ten akt „wypełniał jedynie życzenie przekazane przez Najświętszą Dziewicę w Fatimie”[2]. Był to akt na tyle wyrazisty, że zainspirował do podobnego kroku Episkopat Polski o czym w dalszej części artykułu.
Rozpatrując więc różne aspekty fatimskiego orędzia trzeba z naciskiem podkreślić, że głównym jego przesłaniem jest poświęcenie świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi oraz nabożeństwo wynagradzające pięciu pierwszych sobót miesiąca.
Apel o to nabożeństwo skierowany jest do każdego wierzącego. Może być ono odprawiane indywidualnie i w każdym okresie roku, może być ponawiane, bo przecież nigdy dosyć zadośćuczynienia. Owszem, ważne jest wspominanie i czczenie kolejnych rocznic objawień i związana z tym modlitwa różańcowa, procesje i czyny pokutne, tym bardziej że przynosi to także owoce nawrócenia czy duchowego umocnienia, lecz pamiętać należy, że nade wszystko Maryja prosi nas o nabożeństwo pierwszych sobót i poświęcenie się Jej Sercu. Dopełnieniem aktu poświęcenia z roku 1942, było ustanowienie przez Piusa XII w roku 1954 święta Maryi Królowej wraz z nakazem aby tego dnia ponawiano poświęcenie ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi. Ten nakaz ulotnił się niestety z powszechnej świadomości Kościoła.
W ślad za Piusem XII jego następca papież Paweł VI zwrócił się w 1967 roku z apelem do „wszystkich synów Kościoła” o osobiste ponowienie tego aktu, by przez to starali się „coraz doskonalej wypełniać wolę Bożą, naśladować ze czcią Królową Niebios i służyć Jej w duchu synowskim”. Poświęcenie nie miałoby być, co przy tej okazji warto z naciskiem podkreślić, jedynie zewnętrznym i werbalnym oddaniem się Maryi, ale nade wszystko łączyć się powinno z wewnętrzną przemianą, zerwaniem z grzechem i naśladowaniem Maryi w Jej oddaniu się Bogu. Chrześcijanin miałby przez to stać się zaczynem zakwaszającym dobrem współczesny świat. Oddanie się Maryi miało być jeszcze jednym środkiem pomocnym i według Jej słów skutecznym w dziele przywracania świata Bogu i ratowania ludzi zagrożonych wiecznym potępieniem. Ostatecznie aktu poświęcenia Kościoła i świata Niepokalanemu Sercu Maryi i – wedle słów siostry Łucji – w zgodzie z pragnieniem Matki Bożej, dokonał Jan Paweł II 25 marca 1984 roku. Gdy patrzymy z dzisiejszej perspektywy nie może jednak nie zastanawiać ogromna skala trudności z dokonaniem tego aktu przez kolejnych papieży, z których niektórzy w ogóle nie odnieśli się publicznie do fatimskiego orędzia.
Chociaż papieskie oddanie świata Niepokalanemu Sercu Maryi nie obligowało Kościołów lokalnych do podobnego kroku Episkopat Polski postanowił powtórzyć je na gruncie polskim po zakończeniu II wojny światowej, by w ten sposób wypełnić życzenie Maryi i odpowiedzieć pozytywnie na przykład i zachętę ze strony Piusa XII. Po duchowym przygotowaniu aktu tego dokonano 8 września 1946 roku na Jasnej Górze w obecności ok. 1 miliona wiernych przybyłych z różnych zakątków zniszczonego wojną kraju. Uroczystość jasnogórska poprzedzona została podobnym aktem poświęcenia o charakterze bardzo uroczystym na szczeblu parafii (7 lipca) oraz diecezji (15 sierpnia), przy czym poświęcenie parafii obejmowało także oddanie się Niepokalanemu Sercu Maryi poszczególnych rodzin i osobiście każdego jej członka. Akt ten poprzedzony był kazaniami wyjaśniającymi ich sens oraz spowiedzią i komunią świętą. Nie miał to być jedynie akt jednorazowy. W zamierzeniach Episkopatu miał on wycisnąć mocne piętno na życiu Narodu, dlatego „poszczególni biskupi zachęcali, a nawet zobowiązywali swych duszpasterzy do przypominania wiernym tego faktu, a zwłaszcza do uroczystego obchodzenia jego rocznic” i oczywiście „gorliwego wypełniania” podjętego aktu[3], którym należy żyć i nieustannie go odnawiać[4].
Podobnego poświęcenia na wzór parafialny i diecezjalny dokonały także 19 sierpnia 1946 roku na Jasnej Górze wspólnoty zakonne zobowiązując się do wspomagania grzeszników, a także wynagrodzenia wszystkich zniewag i ran doznanych przez Maryję od ludzi, zobowiązano się także do poświęcania pierwszych sobót miesiąca czci Jej Niepokalanego Serca według wskazówek, jakich udzieliła za pośrednictwem dzieci fatimskich.[5]
Łatwo zauważyć, że akt poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi obok części „fatimskiej” zawiera także odniesienie do aktualnej sytuacji w Polsce i nawiązuje do wcześniejszych ślubów Jana Kazimierza, zawiera też słowa oddania i wierności Maryi i Jej Synowi oraz obietnicę szerzenia Królestwa Chrystusowego. Ks. prof. L. Balter zauważa w Akcie „Zaakcentowaną bardziej niż w modlitwie papieskiej rzeczywistość przymierza: przymierza jakie lud zawiera z Maryją, a nawet z Bogiem, za pośrednictwem Najśw. Dziewicy. Przymierze natomiast jako takie jest rzeczywistością na wskroś biblijną i teologiczną: poprzez wieki całe Bóg zawierał z ludzkością (względnie odnawiał nadrywane na skutek grzechów ludzkich) przymierze, które szczyt swój osiągnęło w Jezusie Chrystusie – Dawcy nowego i wiecznego Przymierza./…/ Poświęcając się Matce Najśw. i Jej Niepokalanemu Sercu w 1946 r. naród polski nie tylko odnawiał zawarte przed wiekami, bo w momencie swego chrztu narodowego, przymierze z Bogiem i postanawiał się podźwignąć z wad i słabości, które doprowadziły go do upadku, ale czynił to wszystko za przyczyną i pośrednictwem Tej, która „będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku…przyświeca Ludowi Bożemu pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (KK, 68), gdyż jest prawdziwą Matką wszystkich wierzących w Chrystusa”[6]. Nadto „cechą charakterystyczną poświęcenia polskiego jest to, że miało ono prowadzić wprost do Chrystusa i jego Królestwa”[7]. Autor przypomina także i o tym, że w specjalnym liście z 1 stycznia 1948 roku biskupi zachęcili do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu oraz intronizacji tegoż Serca w rodzinach, co miało przygotować do poświęcenia Narodu Sercu Jezusowemu do którego poświęcenie z 1946 roku było „prześlicznym wstępem”[8]. Słusznie więc sugeruje, że istotnym elementem aktu poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi jest odnowa Przymierza zawartego przed wiekami przez Boga z Narodem[9].
Mając na uwadze to wszystko co pobieżnie zostało tu przypomniane wypada zapytać, na ile wypełniamy dziś podjęte zobowiązania. Zwieńczeniem drogi papieży ku wypełnieniu oczekiwań Maryi było wspomniane zawierzenie dokonane przez bł. Jana Pawła II w 1984 roku. Ten akt papieski nie zamyka jednak „sprawy Fatimy”. Samo orędzie nie przestało być aktualne, co podkreśla także Benedykt XVI, tak jak nie przestały być aktualne problemy jakie doprowadziły do jego przekazania ludzkości. Można powiedzieć nawet, że zjawiska, które wtedy były przedmiotem troski Nieba nasiliły się dzisiaj w stopniu niespotykanym. Zanegowanie Dekalogu i wręcz prawa Boga do stworzonego przezeń świata, życie jakby Bóg nie istniał, przyznanie prawa obywatelstwa i nobilitacja wszelkich grzechów i wynaturzeń, nienawiść i egoizm, konsumpcyjny styl życia całkowicie zamazujący perspektywę wieczności i wiele innych każą wręcz przypuszczać, że przestrogi Maryi zostały przez świat zignorowane przez co zmierza on ku nieuchronnej katastrofie, pomimo zabiegów i modlitwy milionów ludzi dobrej woli. To na gruncie światowym.
A na naszym rodzimym? Tu trzeba zapytać wprost: – kto dziś pamięta o wydarzeniu z 8 września 1946 roku? W 1996 roku minęło od niego już pięćdziesiąt lat i zbliża się jego siedemdziesiąta rocznica. Ileż tam zobowiązań przyjęliśmy na siebie, jak chociażby i to, że będziemy swoje poświęcenie odnawiać każdego roku. Czynimy to? Znamy jego treść? Te pytania dotyczą wszystkich – świeckich i duchownych, nade wszystko jednak tych drugich, na których spoczywa odpowiedzialność za przypominanie i inspirowanie do realizowania Aktu Poświęcenia i życia nim. Czy nie czas na opracowanie programu duszpasterskiego w oparciu o ducha poświęcenia tak papieskiego z 1942 i 1984 roku jak i polskiego z roku 1946 i przywrócenie tym faktom należnego im miejsca w naszej praktyce pobożności?
To samo dotyczy wspólnot zakonnych. Ciekaw jestem czy, a jeśli tak to w ilu z nich jest dziś praktykowane nabożeństwo pierwszych sobót i modlitwa za grzeszników? Obawiam się, że nastąpiła u nas wielka dewaluacja wielkich spraw. Może zbyt dużo tych naszych jubileuszy, peregrynacji, poświęceń, oddań, które stają się celem samym w sobie zamiast być punktem wyjścia ku wytężonej pracy duszpasterskiej i środkiem osobistego uświęcenia najpierw duszpasterzy a potem powierzonych im ludzi. Wielki i zbawienny akt z 1946 roku, który prawdopodobnie osłonił nas w trudnych czasach komunizmu, pozostał z naszej strony bez odpowiedzi i został praktycznie zapomniany. A czy nie podobnie jest z milenijnym aktem oddania? Pamiętamy o nim, nawiązujemy do niego w katechezie, kazaniach? Ileż tam obietnic, które Niebo mogłoby nazwać dziś bez przesady „obiecankami”? Czy próbuje się wcielać w życie wizjonerskie zamysły Prymasa Tysiąclecia? Osobiście tego nie widzę. Aktywni jesteśmy za to w wymyślaniu coraz to nowych akcji, które błyszczą krótkotrwałym ogniem, by równie szybko zagasnąć i odejść w niebyt. Obawiam się, że Bóg który wypełnia nieustannie swoją część obietnicy zbawczej prędzej czy później, w taki czy inny sposób upomni się o nasze zobowiązania. Bowiem przymierze z Bogiem to nie żart ani sprawa chwilowego kaprysu!
To samo odnosi się do nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca, które jest centralnym przesłaniem płynącym do nas z Fatimy obok wezwania do pokuty i nawrócenia. To skuteczny sposób ocalenia dla każdego z nas i tych którym pomożemy tę drogę odnaleźć lub ją wskażemy. Bo ostatecznie to chyba jednak życie wieczne jest najważniejsze. Same ślubowania choćby ponawiane codziennie nie przyniosą owocu jeśli nie będą wypełniane, same procesje i peregrynacje nic nie dadzą, jeśli nie towarzyszyć im będzie szczere nawrócenie, nie emocjonalne i pod wpływem chwili po którym człowiek po opadnięciu fali uniesień wraca do „starego”, ale trwałe, wymagające ewangelicznego czuwania, wytrwałości, samozaparcia. Tu nie do przecenienia jest rola duszpasterzy, kierowników duchowych, rekolekcjonistów i misjonarzy. Ale aby to czynili wierni, wpierw sami duszpasterze powinni dokonać pewnych przewartościowań we własnym życiu. Stąd oczywisty wydaje się postulat powrotu do praktykowania także w życiu osobistym fatimskiego posłania.
W orędziu fatimskim, podobnie jak w tym otrzymanym za pośrednictwem siostry Faustyny Opatrzność Boża daje nam proste i łatwe recepty dla zbawienia własnego i innych ludzi. Za tym „łatwym” kryje się jednak trud przemiany i zerwania z grzechem. Same deklaratywne akty niczego w nas i wokół nas nie zmienią. Można spotkać się z opiniami, że wszelkie poświęcenia się, koronki czy nabożeństwo pierwszych sobót to takie „dewocyjne” środki dobre dla ludzi prostych. Tak już jest, że najchętniej poprawialibyśmy Pana Boga i zastępowali Jego środki własnymi pomysłami. Podobnie jak starotestamentalny Syryjczyk Naaman zgorszony tym, że sposobem na pozbycie się przezeń trądu miało być siedmiokrotne obmycie się w Jordanie, który z jego punktu widzenia i na tle rzek jego kraju nie wyglądał zbyt, powiedzmy, atrakcyjnie. W dodatku samo obmycie się także należało do zadań z rzędu „łatwych”. I odszedłby od proroka oburzony, wraz ze swoim trądem, gdyby nie powstrzymała go roztropność sług.
Jesteśmy chyba w podobnej sytuacji. Za dużo w nas pychy, „logiki”, i racjonalności zagłuszającej prostotę dziecka. Dlatego ciągle szukamy i wymyślamy środki w naszym mniemaniu atrakcyjniejsze i skuteczniejsze. Warto to sobie przemyśleć. Warto także nie czekać na cudze inicjatywy, decyzje, oświadczenia, ale zacząć od siebie i od dawania przykładu, każdy na miarę swoich możliwości, tak duchowni jak świeccy. To będzie dobra decyzja. Takich „dobrych decyzji” należałoby oczekiwać na każdym szczeblu struktur kościelnych. Inaczej znowu zaprzepaścimy wiele szans na odrodzenie a w chwilach trudnych po raz kolejny będziemy oczekiwali na znak z nieba, by potem szybko o nim zapomnieć, tymczasem, jak powiedział bł. Jan Paweł II w Fatimie 13 maja 1982 roku, „ Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”. Słuchać znaczy wypełniać, bo można słuchać i nie słyszeć. Zanim więc rzucimy się do proklamowania kolejnych ślubowań, wypełnijmy te, które zadał nam Bóg przez Maryję, tak, by nie stał się On sam narzędziem realizacji naszych osobistych wizji i pomysłów. Wielka Nowenna Fatimska jest chyba dobrą okazją ku temu.
Akt poświęcenia się Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi
8 września 1946 r.
Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz obrał Ciebie za Patronkę i Królową Państwa, a Rzeczpospolitą polecił Twojej szczególnej opiece i obronie, tak i my, dzieci Narodu Polskiego, stajemy teraz przed Twym tronem hołdem miłości, serdecznej czci i wdzięczności. Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały Naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie, oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Twojemu Synowi a naszemu Odkupicielowi, ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła i szerzenie Jego Królestwa.
Pani i Królowo nasza, pod Twoją obronę uciekamy się. Otocz rodzinę polską macierzyńską opieką i strzeż jej świętości. Natchnij nadprzyrodzonym duchem pobożności naszą parafię, ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swoimi łaskami. Uproś Narodowi Polskiemu stałość w wierze, świętość życia i zrozumienie posłannictw. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj polskiej ziemi przesiąkłej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczypospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, Natchnieniem i Patronką.
Potężna Wspomożycielko wiernych, otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół Święty. Bądź mu puklerzem w dni prześladowania. Wyjednaj mu światłość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności z Chrystusową Owczarnią. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.
Władna Świata Królowo, spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy ludzkiego rodzaju. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom szczere i trwałe pojednanie. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowali swoje życie. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie i zaufaniu. Matko Boga i nasza, przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie. Przygarnij wszystkich do Swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym Królestwem. Amen.
Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi.
Powodowany miłością ku Tobie oraz pragnieniem zadośćuczynienia Twemu Niepokalanemu Sercu za zniewagi i bluźnierstwa, oraz powodowany pragnieniem chwały Trójcy Przenajświętszej i zbawienia własnego oraz bliźnich oddaję się Twemu Niepokalanemu Sercu na wyłączną własność, abyś mogła posługiwać się mną dla chwały Twego Syna i Twojej. Posługuj się mną według swojej woli, ale też ochraniaj płaszczem Swojej opieki i wypraszaj potrzebne łaski i moce abym mógł wypełnić w życiu wolę Bożą i Twoją. Bądź mi Matką, Opiekunką i Panią, a po ziemskim żywocie Syna Twego Miłosiernego mi okaż. Bądź pozdrowiona Pełna łaski. Amen.
*Artykuł powstał na bazie luźnych materiałów archiwalnych będących w posiadaniu pallotyńskiego Sekretariatu Fatimskiego w Zakopanem – Krzeptówkach. Cytaty i opinie nie opatrzone odnośnikami pochodzą z tego źródła. (F.G.)
[1] L. Kondor, Załącznik do książki Siostra Łucja mówi o Fatimie, Zał. nr 2, Archiwum Sekretariatu Fatimskiego,
Zakopane-Krzeptówki, s.1.
[2] L. Balter, Uzasadnienie teologiczne aktu ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, w: Grzybek S., Maryja Matka
Narodu Polskiego, Częstochowa 1983, s. 155. Autor podaje też faktografię, omawia nadto cały kontekst aktu
ks. Franciszek Gomułczak SAC – pallotyn/Sekretariat Fatimski
***
Pierwszy Piątek Miesiąca – 5 czerwca 2026
W kościele św. Piotra – GODZINNA ADORACJA od godz. 18.00
Na zakończenie ADORACJI przed MSZĄ ŚWIĘTĄ śpiewamy LITANIĘ do SERCA JEZUSOWEGO. W tym czasie jest możliwość SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
fot. wikipedia
***
Dlaczego oddajemy cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Poznała ona tajemnice serca Pana Jezusa i zrozumiała jak wiele Ono wycierpiało podczas męki i jak często o tym zapominamy…
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwsze objawienia miały miejsce 27 grudnia 1673 r. we wspomnienie św. Jana Ewangelisty. Wówczas święta poznała tajemnice Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zrozumiała, jak często zapominamy o tym, co wycierpiało Serce Chrystusa, a które mimo to wciąż obdarza każdego z nas swoją niewysłowioną Miłością.
Podczas widzenia Jezus prosił Małgorzatę, byśmy praktykowali zadośćuczynienie za niewdzięczność wobec Jego umiłowania wyrażonego na Golgocie. Chrystus pragnął, by kult Jego Serca stał się powszechnym i publicznym.
Rozwój kultu Najświętszego Serca Jezusowego w Kościele
Tak też się stało. Pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się świętem poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Święto to ustanowił papież Klemens dla ówczesnego Królestwa Polskiego oraz Konfraterni Najświętszego Serca Jezusa w Rzymie. Następnie kult rozszerzył się dzięki papieżowi Piusowi IX, a Leon XIII w 1899 r. dokonał aktu poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
27 lipca 1920 r. biskupi w obliczu zagrożenia bolszewickiego, na Jasnej Górze zawierzyli Najświętszemu Sercu Jezusa polski naród. Rok później, 3 czerwca 1921 r., po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, biskupi dokonali aktu poświęcenia Ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. To wydarzenie było równoległe z konsekracją świątyni Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie.
Kiedy zakończyła się II wojna światowa, biskupi zachęcali wiernych, by dokonywali osobistego aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a 28 października 1951 r., Prymas bł. kard. Stefan Wyszyński, odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Pana Jezusa na Jasnej Górze. Odnawiano go następnie w 1975 r, 2011 r., a następnie w 100. rocznicę dokonania aktu – 11 czerwca 2021 r. w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa.
12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
pokój w rodzinach;
pocieszenie w strapieniach;
opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
6. grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.
Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego i do Serca Bożego. Czym się różni?
fot. Canva.cof
***
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego jest tylko jakąś odmianą nabożeństwa do Serca Bożego, że pomiędzy tymi nabożeństwami nie ma istotnej różnicy. Tymczasem możemy wyróżnić cztery istotne różnice.
W tym przekonaniu może utwierdzać także pobieżna lektura „Dzienniczka” Siostry Faustyny, w którym często jest mowa o Sercu Jezusa. Jednak teologiczna analiza treści tego dzieła prowadzi do wyraźnego rozgraniczenia tych dwóch nabożeństw, tak popularnych w Kościele.
Czym różni się nabożeństwo do Serca Jezusa i do Miłosierdzia Bożego?
Takiej analizy dokonał ks. prof. I. Różycki i na jej podstawie ukazał zasadnicze różnice, jakie istnieją pomiędzy nabożeństwem do Serca Jezusowego i do Miłosierdzia Bożego. Dotyczą one przedmiotu istotnego i rzeczowego, samej istoty nabożeństw oraz czasu uprzywilejowanego, z którym wiążą się określone obietnice.
1. Różne przedmioty istotne
Przedmiotem właściwym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest miłosierdzie całej Trójcy Świętej, natomiast w nabożeństwie do Serca Jezusowego przedmiotem właściwym jest Boska Osoba Syna Bożego Wcielonego.
2. Różne przedmioty rzeczowe
Przedmiotem rzeczowym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest obraz Jezusa Miłosiernego odpowiadający wizji, jaką miała Siostra Faustyna 22 lutego 1931 roku w Płocku. Natomiast w nabożeństwie do Serca Pana Jezusa przedmiotem rzeczowym jest ludzkie, fizyczne Serce Jezusowe.
3. Inna istota nabożeństwa
Istota nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego polega na ufności, natomiast istotą nabożeństwa do Serca Jezusowego jest wynagrodzenie.
4. Czas uprzywilejowany
Czasem uprzywilejowanym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest godzina 3 po południu każdego dnia (moment konania Jezusa na krzyżu) oraz dzień święta Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Natomiast w nabożeństwie do Serca Bożego czasem uprzywilejowanym są dni: pierwsze piątki miesiąca oraz święto Serca Jezusowego.
Stacja7.pl
***
czwartek 4 czerwca
Uroczystość Bożego Ciała
Msza św. o godz. 20.00
Po Mszy św. – procesja Eucharystyczna
wkościele św. Piotra
PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS
***
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU CZERWCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO SERCA JEZUSOWEGO. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
kaplica-izba Jezusa Miłosiernego
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD
***
W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00
PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA
(w czerwcu z racji Bożego Ciała – Msza św. będzie w kościele św. Piotra)
***
W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00
***
WCZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.
POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.
W wielu wypadkach błogosławimy małżeństwa, ufając, że przyjdzie czas, gdy uświęcająca łaska sakramentu przyjdzie z pomocą. Bo nawet apostata może wrócić do Kościoła.
fot. Romek Koszowski / Gość Niedzielny
***
Sądy diecezjalne prowadzą od kilkudziesięciu do dwustu spraw małżeńskich rocznie. Według oficjała sądu metropolitalnego w Szczecinie ks. dr. Andrzeja Maćkowskiego Kościół nie unieważnia małżeństwa, lecz stwierdza jedynie nieważność jego zawarcia.
Sądy diecezjalne prowadzą od kilkudziesięciu do dwustu spraw małżeńskich rocznie. Według oficjała sądu metropolitalnego w Szczecinie ks. dr. Andrzeja Maćkowskiego Kościół nie unieważnia małżeństwa, lecz stwierdza jedynie nieważność jego zawarcia.
Sąd Metropolitalny Szczecińsko-Kamieński w 2025 r. przyjął 40 pozwów o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Rok wcześniej – 52, w 2023 r. – 32, a w 2022 r. – 33. Przez cztery lata w I instancji zakończono 194 sprawy. Najwięcej w 2022 r. – 77, przy czym wyroków pozytywnych było 34, a negatywnych – 43. Podobne proporcje widać w 2023 r.: wyroków pozytywnych było 20, a negatywnych – 25. W latach 2024 i 2025 r. zapadło w sumie 70 rozstrzygnięć, w tym 44 pozytywne.
– Kościół nie unieważnia sakramentu małżeństwa, nie rozwiązuje małżeństw. Opierając się na konkretnych faktach, badając je szczegółowo, stwierdzamy nieważność małżeństwa, a przyczyną często bywa niezdolność stron do tworzenia wspólnoty życia małżeńskiego – wyjaśnił PAP oficjał sądu w Szczecinie ks. dr Andrzej Maćkowski.
Przypomniał, że małżeństwo jest sakramentem, jeśli zawarły je dwie osoby ochrzczone. Stwierdzenie zaś jego nieważności może nastąpić z trzech grup powodów. Pierwszym z nich jest tzw. brak formy (regulują to kanony 1108-1123 Kodeksu prawa kanonicznego). Związek małżeński musi być zawarty wobec ordynariusza miejsca (biskupa diecezjalnego lub jego wikariusza), proboszcza lub delegowanego przez nich kapłana, w obecności dwóch świadków. Takie sprawy nie wymagają procesu, nieważność stwierdza się administracyjnie.
Kolejną grupą powodów są “przeszkody zrywające” (1083-1094 KPK), np. wiek małżonków (mężczyzna co najmniej 16 lat, kobieta 14), trwanie poprzedniego małżeństwa, pokrewieństwo, otrzymane wcześniej święcenia, uprzednia i trwała niezdolność do odbycia aktu małżeńskiego (impotencja) albo np. uprowadzenie kobiety celem zmuszenia jej do zawarcia związku.
Trzecią grupą powodów jest tzw. niezdolność konsensualna stron (1095-1103 KPK). Większość tego typu spraw koncentruje się na badaniu zdolności stron do budowania wspólnoty życia małżeńskiego. Proces ma ustalić, z jakiego powodu to się nie udało.
– Czy powodem takiego stanu rzeczy były jakieś trudności i brak współdziałania, co przy dobrej woli mogło być przezwyciężone, czy też faktyczna niezdolność, której przejawy były obserwowane już przed zawarciem małżeństwa i która, nawet przy dobrej woli stron, czyniła niemożliwym wspólne życie małżeńskie? – zaznaczył ks. Maćkowski.
Kodeks prawa kanonicznego (kan. 1095) określa m.in., kto jest niezdolny do zawarcia małżeństwa z przyczyn psychicznych. Wskazuje m.in. osoby głęboko upośledzone, ale też “dotknięte poważnym brakiem rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich” oraz osoby, “które z przyczyn natury psychicznej nie są zdolne do podjęcia obowiązków”, takich jak wierność, nierozerwalność, troska o małżonka. Jako podstawową grupę przyczyn wskazuje się anomalie psychiczne: nerwice, psychozy i psychopatie.
– Każda historia ludzka jest swoista, osobliwa i całkowicie odmienna. I zawsze wymaga gruntownego rozważenia – podkreślił ks. Maćkowski.
Zaprzeczył, jakoby sądy kościelne były “zasypane” sprawami o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Wyjaśnił, że dość długi czas oczekiwania na wyrok wynika ze specyfiki procesu kanonicznego, dyspozycyjności stron i świadków oraz ograniczeń kadrowych. Zgodnie z zaleceniami Stolicy Apostolskiej sprawa w I instancji powinna trwać maksymalnie 12 miesięcy, a rozpatrzenie odwołania – pół roku.
Potwierdzają to dane z diecezji. Np. Metropolitalny Sąd Duchowny we Wrocławiu w 2022 r. przyjął 82 pozwy, w 2023 r. – 67, w kolejnych latach – 86 i 82. Spraw zakończonych w I instancji w ubiegłym roku było 75, w 55 przypadkach stwierdzono nieważność małżeństwa. Jak przekazał PAP rzecznik prasowy archidiecezji wrocławskiej Maciej Rajfur, liczba prowadzonych spraw od lat jest podobna. W 2022 r. wydano 84 wyroki (68 pozytywnych), w 2023 r. – 76 (58), w 2024 r. – 84 (70).
Sąd Kościelny Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej w Gorzowie Wlkp. w 2025 r. przyjął 33 sprawy, w 2024 r. – 28, w 2023 r. – 50, w 2022 r. – 35. Notariusz kurii w Zielonej Górze ks. Andrzej Sapieha poinformował, że w ubiegłym roku z 36 spraw 16 zakończyło się stwierdzeniem nieważności małżeństwa. W latach wcześniejszych odsetek był wyższy: w 2022 r. – 67 wyroków (pozytywne 44), w 2023 r. – 48 (pozytywne 28) i w 2024 r. – 32 (pozytywne 17).
Rzecznik archidiecezji lubelskiej ks. Adam Jaszcz poinformował, że w 2022 r. tamtejszy sąd przyjął do rozpoznania 210 skarg powodowych, w 2023 r. – 195, w 2024 r. – 215, a w 2025 r. – 216. Duchowny przekazał, że średnio 84 proc. spraw kończy się wyrokiem stwierdzającym nieważność małżeństwa.
Sąd Biskupi w Kielcach rozpatruje średnio 60 spraw rocznie. Jak poinformował ks. Dariusz Gącik, wikariusz sądowy, około 80 proc. postępowań kończy się wyrokiem pozytywnym. Wyjaśnił, że najczęstszą przyczyną stwierdzania nieważności jest niezdolność psychiczna do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich. Zastrzegł, że nie chodzi o chorobę psychiczną, lecz o zaburzenia osobowości, np. skrajną niedojrzałość emocjonalną, uzależnienie czy przemocowość.
Sąd Biskupi w Rzeszowie w ubiegłym roku miał na wokandzie 80 spraw. W latach 2024 i 2023 prowadzono po 100 spraw, a w 2022 r. – 90. Liczba wyroków także zmienia się nieznacznie: w 2025 r. – 92 (71 pozytywnych), w 2024 r. – 114 (82 pozytywne), w 2023 r. – 119 (89 pozytywnych) i w 2022 r. – 97 (86 pozytywnych).
Ks. Maćkowski w rozmowie z PAP przyznał, że liczba pozwów zwiększyła się, gdy na początku pontyfikatu papieża Franciszka (2013-2025) zapowiedziano, że procesy w sądach kościelnych będą szybsze. Oficjał podkreślił jednak, że każda sprawa musi być szczegółowo i indywidualnie badana, z udziałem m.in. biegłych psychologów i psychiatrów.
– Ich opinie są bardzo pomocne – ocenił ks. Maćkowski.
Zaznaczył, że sąd, aby stwierdzić nieważność małżeństwa, musi ustalić ewentualną niezdolność stron nie w momencie procesu, ale w chwili, gdy zawierały małżeństwo. Dlatego na świadków powołuje się osoby, które znają historię ich znajomości przedślubnej, czas i okoliczności decyzji o małżeństwie i o rozstaniu. Najczęściej są to rodzice i przyjaciele.
Ks. Maćkowski zwrócił uwagę, że nie wszystkie pozwy przyjmuje się do procedowania. Niektóre są “pozbawione jakiejkolwiek podstawy i nie może się zdarzyć, aby w trakcie procesu jakaś podstawa się ujawniła” (kan. 1505 §2, 4). Duchowny podkreślił, że pozew powinien wskazywać fakty i wydarzenia, które stają się przesłankami wskazującymi, że małżeństwo mogło być nieważnie zawarte. Potocznie określa się je jako “fumus invaliditatis”, czyli “dym nieważności”. Mogą to być np. cechy osobowości, przebyte choroby, trudna sytuacja rodzinna, różne formy przymusu.
Oficjał szczecińskiego sądu zaznaczył, że nie omówi konkretnych spraw i nie skomentuje głośnych przypadków, gdy osoba publiczna po raz drugi wzięła ślub kościelny. Przedstawił natomiast m.in. historię marynarza, którego żona wniosła o stwierdzenie nieważności małżeństwa, mimo że trwało ono ponad 20 lat i było troje dzieci. Ksiądz opisał też losy kobiety, która w młodym wieku zerwała relację z chłopakiem na prośbę mamy, a później, pod jej presją, zawarła związek małżeński, który się szybko rozpadł.
– Orzekliśmy, że działała pod wpływem bojaźni szacunkowej, która zabrała jej wewnętrzną wolność co do decyzji o małżeństwie. To był swego rodzaju przymus wywołany dużym szacunkiem do matki, która bardzo poświęciła się rodzinie, przyjmując na siebie wiele cierpień, i stała się bardzo dużym autorytetem – wyjaśnił duchowny.
Tzw. małżeństwa aranżowane to jednak rzadkość. Ks. Maćkowski ocenił, że młodzi ludzie są “wolni” w swoich wyborach. Jednocześnie zwrócił uwagę, że wielu jest nieprzygotowanych do wejścia w sakramentalny związek. Podobnie jak wiele rodzin nie jest gotowych do chrztu św., Kościół jednak rzadko odmawia sakramentów.
– W wielu wypadkach błogosławimy małżeństwa, ufając, że przyjdzie czas, gdy uświęcająca łaska sakramentu przyjdzie z pomocą. Bo nawet apostata może wrócić do Kościoła – zauważył ks. Maćkowski.
Duchowny zwrócił uwagę na rosnącą liczbę rozwodów cywilnych oraz powszechność związków nieformalnych.
– Ludzie boją się małżeństwa. A trendy są takie, żeby wszystko było szybciej i łatwiej – skomentował.
Sądy diecezjalne sprawy o stwierdzenie nieważności małżeństwa zwykle prowadzą w trzyosobowych składach. W procesie występuje też tzw. obrońca węzła (małżeńskiego); ponadto mogą uczestniczyć rzecznik sprawiedliwości i adwokaci z uprawnieniami kanonistycznymi.
– Ale oni nie są przeciwko sobie! Adwokat kościelny jest dany stronom do pomocy, żebyśmy wydobyli prawdę o tym małżeństwie, a nie wskazali winnego – powiedział.
Proces w zasadzie nie jest prowadzony wobec zasiadającego trybunału, tylko na podstawie dokumentów. Zeznania są spisywane. Jeden sędzia ma kontakt ze wszystkimi stronami. Kiedy materiał dowodowy jest kompletny, wyznacza się termin tzw. sesji wyrokowej. Każdy sędzia przygotowuje na piśmie swoje votum. Nie muszą być jednomyślni.
Oficjał sądu podkreślił, że uczestnicy nie składają zeznań publicznie, tak jak w sądach powszechnych, żeby “nie wywoływać napięć”, negatywnego przeżycia, poczucia krzywdy.
Ks. Maćkowski dodał, że w procesach mogą uczestniczyć “cywilni” adwokaci, ale z uprawnieniami kanonistycznymi. Duchowny za nieetyczne uznał sytuacje, kiedy adwokat “ukrywa się”, przygotowuje pozew, choć nie ma do tego tytułu.
– Przestrzegam przed korzystaniem z takich usług. Zazwyczaj są bardzo drogie – podsumował.
Koszty procesu kanonicznego w Szczecinie to ok. 2 tys. zł. Za opinie biegłych płaci się dodatkowo kilkaset złotych. Instancją odwoławczą jest Metropolitalny Sąd Duchowny w Poznaniu. Można też złożyć apelację do Roty Rzymskiej.
Tomasz Maciejewski (PAP) – Gość Niedzielny
***
Gdy wnuczek nie jest ochrzczony… Czy dziadkowie mogą ochrzcić dziecko?
W pytaniu tym chodzi zapewne o sytuację, w której rodzice nie chcą ochrzcić swojego dziecka, natomiast chcą tego dziadkowie. To trudna sytuacja. Zmiany, które obecnie zachodzą w społeczeństwie będą prowadziły do tego, że takie sytuacje mogą zdarzać się coraz częściej. Chodzi tu o konflikt między bardzo ważnymi wartościami dotyczącymi wiary. Z jednej strony mamy troskę dziadków o zbawienia dziecka, o przekazanie wiary kolejnemu pokoleniu, natomiast z drugiej – prawo rodziców do wychowania swojego potomstwa według takich wartości, jakie dla nich są istotne.
Adobe Stock
***
Wiemy, że choć troska o zbawienie wszystkich ludzi spoczywa na każdym wiernym, szczególnie na członkach rodziny (więc również na babci i dziadku), to jednak w tym przypadku prawo Kościoła staje po stronie prawa rodziców. Kodeks Prawa Kanonicznego reguluje tę sprawę następująco: „do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się, aby zgodę na chrzest wyrazili rodzice lub przynajmniej jedno z nich albo ten, kto ich zgodnie z prawem zastępuje” (kan. 868, § 1). Nie ma więc tu miejsca dla innych osób, nawet tak blisko spokrewnionych jak dziadkowie.
Także „Instrukcja duszpasterska Episkopatu o udzielaniu sakramentu chrztu świętego dzieciom” (1975), która skierowana jest do wszystkich duszpasterzy na terenie Polski, postanawia, by „nie udzielać sakramentu chrztu św. małym dzieciom bez faktycznej wiedzy rodziców (opiekunów), lub wbrew ich woli” (nr 2a). Jeśli jedno z rodziców dziecka jest wierzące, a drugie nie, takiemu dziecku duszpasterz powinien udzielić chrztu (nr 2c). Dla duszpasterza konieczna jest więc prośba przynajmniej jednego z rodziców (nie dziadków). Instrukcja ta sugeruje także duszpasterzom, że jeśli sytuacja będzie wyjątkowo trudna i zawikłana duszpasterz może zwrócić się do Ordynariusza (nr 2 d).
Co więcej, Instrukcja ta wymaga tego, by już przy samym już zgłoszeniu chrztu w kancelarii byli obecni oboje rodzice lub, jeśli istnieje uzasadniona przyczyna, przynajmniej jedno z nich (nr 3).
Również wiele kanonów KPK dotyczących udzielania sakramentu chrztu św. mówi tylko o roli rodziców i rodziców chrzestnych. Pojawiają się oni w kanonach o: znaczeniu tego sakramentu i o związanych z nim obowiązkach (kan. 851), nadaniu właściwego imienia dziecku (kan. 855) oraz terminie chrztu św. (kan. 867).
Rola rodziców mocno podkreślana jest także w księdze liturgicznej „Obrzędy chrztu dzieci”. Znajdujące się w niej „Wprowadzenie teologiczne i pastoralne” zwraca uwagę na rolę rodziców podczas liturgii sakramentu. To oni publicznie proszą Kościół o chrzest dla dziecka, kreślą znak krzyża na czole dziecka, wyrzekają się szatana i składają wyznanie wiary, niosą niemowlę do chrzcielnicy, trzymają zapaloną świecę oraz otrzymują specjalne błogosławieństwo (nr 5). Tu nie ma wymienionych żadnych innych osób. To zadanie rodziców.
Szczególnie ważne jest wyznanie wiary. Choć chrzest udzielany jest w oparciu o wiarę Kościoła, to jednak istotną jest również wiara samych rodziców. To na wierze rodziców i rodziców chrzestnych jest budowany chrzest.
Rola rodziców nie kończy się przecież na samym obrzędzie. Wraz z przyjęciem sakramentu chrztu przez ich dziecko rodzice biorą na siebie obowiązek wychowania go w wierze. Przywoływana Instrukcja duszpasterska Episkopatu wyraźnie precyzuje, co jest obowiązkiem rodziców: „doprowadzenie dziecka do świadomej przyjaźni z Chrystusem, a to dokonuje się przez: przekazanie dziecku podstawowych prawd wiary i zasad moralności głoszonych przez Kościół katolicki, a przede wszystkim nauczenie dziecka modlitwy, włączenie go w życie wspólnoty katolickiej (Msza św. niedzielna), posyłanie na naukę religii, doprowadzenie do pełnego udziału w Eucharystii i do przyjęcia sakramentu bierzmowania oraz wprowadzenie w dojrzałe i odpowiedzialne życie chrześcijanina” (nr 2).
W związku z tymi obowiązkami KPK mówi, że koniecznym do godziwego ochrzczenia dziecka jest „uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku” (kan. 868, § 1, p. 2). Potajemne ochrzczenie dziecka nie rozwiąże problemu jego wychowania. Choć dziadkowie mogą pomóc w tym wychowaniu, to jednak brak zgody rodziców na chrzest uniemożliwia wypełnienie tego zadania. Żaden duszpasterz nie może się więc zgodzić na taki chrzest. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że KPK nie mówi o odmowie chrztu św. w takiej sytuacji, lecz o tym, że należy go odłożyć w czasie (kan. 868, § 1, p. 2).
Są jednak sytuacje, w których dziadkowie mogliby zgodnie z prawem Kościoła prosić o chrzest dla wnuka. Jest to możliwe, jeśli rodzice dziecka zmarli lub zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej, a sąd ustanowił dziadków prawnymi opiekunami dziecka. Wówczas to oni są całkowicie odpowiedzialni za religijne wychowanie dziecka i mają pełne prawo, by poprosić o udzielenie ich wnukowi sakramentu chrztu.
Kolejną sytuacją, w której dziadkowie mogliby zdecydować się na chrzest wnuka bez wiedzy rodziców, a nawet wbrew ich woli, jest niebezpieczeństwo śmierci dziecka. KPK postanawia, że „dziecko rodziców katolickich, a nawet i niekatolickich, w niebezpieczeństwie śmierci jest chrzczone godziwie nawet wbrew woli rodziców” (kan. 568 § 2). Tylko w tej sytuacji odpowiedzialność dziadków za zbawienie dziecka staje się ważniejsze od zachowania praw rodzicielskich.
Co więc mogą zrobić dziadkowie? Czy skazani są tylko na ból i cierpienie? Skoro nie mogą godziwie (czyli zgodnie z prawem Kościoła) ochrzcić dziecka, muszą podjąć zadanie przekazania dziecku wiary w życiu codziennym, jeśli rodzice nie będą temu przeciwni. Wykorzystanie każdej sytuacji, by uczyć je modlitwy, zaprowadzić do Kościoła, opowiadać o Bogu, dawać dobry przykład wiary i chrześcijańskiego życia. Ich bronią jest również modlitwa w tej intencji, by dziecko, jak dorośnie, samo zdecydowało o swoim chrzcie. Mogą również wpływać na rodziców, by zmienili swoją decyzję i zgodzili się na chrzest dziecka. Wtedy to oni przed duszpasterzem mogliby się zobowiązać do chrześcijańskiego wychowania dziecka.
ks. dr hab. Janusz Mieczkowski, prof. UPJPII, Wydział Teologiczny/Gość Niedzielny
***
Niektórzy nie doceniają tego daru.
Co nam daje chrzest św.?
…. Ksiądz Biskup Piotr Greger podkreślił, że święto Chrztu Pańskiego jest okazją do uwielbienia Boga za to, że zostaliśmy ochrzczeni i włączeni w Chrystusowy Kościół.
– Została nam dana szansa wzrastania i dojrzewania na drodze wiary, umacniając się słowem Bożym i sakramentami. Największym odkryciem człowieka nie jest odnalezienie czegoś czy kogoś, lecz samego siebie. Są dzisiaj ludzie, którzy potrafią się w życiu odnaleźć, chociaż przychodzi to często ze znacznymi oporami i po wielkich trudach. Są także i tacy, którzy nadal miewają poważne problemy w odnalezieniu siebie jako ludzi ochrzczonych, wciąż nie chcą albo nie potrafią docenić tych darów, które otrzymali od Boga w sakramencie chrztu świętego. Pomimo tego Bóg im tych darów nie odwołuje ani nie odbiera – podkreślił hierarcha. Dodał, że świadczy o tym „niezatarte znamię, trwały charakter, jaki chrzest wycisnął na ludzkiej duszy, niezniszczalny i nieusuwalny znak przynależności do Chrystusa i Jego Kościoła”.
Zaznaczył, że poprzez chrzcielne oczyszczenie otwarły się przed ludźmi bramy Kościoła. – Moment chrztu świętego to nie tylko czas „wejścia” do tej wspólnoty wiary; to jest tylko jedna strona medalu będąca spojrzeniem bardzo płaskim, ograniczonym do wymiaru horyzontalnego. Stąd wiele kryzysów, niezrozumienia, porzucenia i żądania usunięcia swojego imienia i nazwiska z rejestru ludzi ochrzczonych – mówił, dopowiadając że chrzest jest wydarzeniem nieskończenie większym, ponieważ stanowi wejście w trwały związek z Bogiem Ojcem jako Jego dzieckiem, z Jezusem jako członkiem Jego Mistycznego Ciała, z Duchem Świętym jako Jego świątynią.
– Człowiek otrzymuje chrzest w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, a nie w imię papieża, biskupów czy jakiegokolwiek kapłana! Sakrament chrztu daje nam mocne zakorzenienie w Bogu, to jest początek naszego wspólnego bycia razem! Od nas zależy, od naszych wyborów i podejmowanych decyzji, od tego, czy będziemy żyć na co dzień w łasce uświęcającej, czy ta nasza jedność z Bogiem będzie trwała na zawsze – precyzował hierarcha.
z artykułu Moniki Jaworskiej/Tygodnik Niedziela
***
Wczoraj i dziś Bożego Ciała, czyli uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
fot.Piotr Tumidajski/Kai
***
Boże Ciało to jedno z głównych świąt w Kościele katolickim. Od samego początku obchodzone jest w sposób wyjątkowy, w formie publicznej procesji ulicami miast i wsi. Ustanowione zostało na prośbę samego Jezusa, wyrażoną w jednym z objawień. Data Bożego Ciała nie jest stała. Zawsze jednak jest to czwartek po święcie Trójcy Świętej – w tym roku 19 czerwca.
Procesje Bożego Ciała są okazją do publicznej manifestacji, że wiara nie jest tylko sprawą prywatną, realizowaną w przestrzeni sakralnej lub rodzinnej, ale że winna ona przenikać życie społeczne we wszystkich jego wymiarach. Jezus eucharystyczny niesiony jest ulicami, wychodząc w tej sposób do tych, którzy go odrzucają, są mu wrodzy lub wątpią w Jego obecność. Ta powszechna – nigdy nie przerwana – coroczna manifestacja wiary miała olbrzymie znaczenie w okresach niewoli, kiedy towarzyszyła jej bogata symbolika narodowa, bądź w czasach prześladowań Kościoła. Wiernym dodawała nadziei, a niechętne Kościołowi władze wprawiała w poważny kłopot.
Geneza
Choć świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, jednak trzeba było czekać aż dziesięć stuleci zanim zewnętrzne przejawy tego kultu powstały i zadomowiły się w Kościele.
W pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa Eucharystia była spożywana w trakcie Mszy świętej, nie istniał natomiast odrębny kult Eucharystii. Eucharystii nie przechowywano, poza tą przeznaczoną do zaniesienia chorym, nie oddawano jej też czci poza zgromadzeniem eucharystycznym.
Geneza święta Bożego Ciała sięga XIII wieku i była formą odpowiedzi Kościoła na pojawiające się wówczas nurty w teologii, które podkreślały symboliczną, a nie realną obecność Jezusa w Eucharystii (Berengariusz z Tours).
U progu tego stulecia – na Soborze Laterańskim IV (1215) – w Kościele katolickim przyjęto dogmat o transsubstancjacji, orzekający, że Chrystus jest obecny w Eucharystii realnie, a nie symbolicznie jak postulował Berengariusz. „Jeden jest przeto powszechny Kościół-zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew…” – stwierdzał dekret soboru.
Wraz z ogłoszeniem dogmatu, wzrosło zainteresowanie kultem Eucharystii, która przestawała być jedynie elementem liturgii, lecz coraz mocniej postrzegana była jako dowód na trwałą obecność Chrystusa na Ziemi. Święto eucharystyczne przypadało w tym okresie zwyczajowo w Wielki Czwartek, w czasie, którego – zgodnie z tradycją ewangeliczną – Jezus po raz pierwszy dokonał przemiany chleba i wina w swoje Ciało i Krew.
Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia bł. Julianny z Cornillon, augustianki. Około 1207 r., jako szesnastoletnia dziewczyna, przeżyła pierwsze widzenia, choć były one jeszcze mgliste i niezrozumiałe. Zgodnie z tradycją hagiograficzną, dopiero kilkanaście lat później, w 1245 roku, św. Juliannie ukazać miał się Chrystus, który w widzeniu domagał się ustanowienia święta Eucharystii na pierwszy czwartek po święcie Trójcy Przenajświętszej. Pod wpływem tych objawień bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liège oraz zainaugurował pierwszą procesję eucharystyczną ulicami miasta.
Wkrótce zaczęto jednak wysuwać przeciwko Juliannie oskarżenia o herezję, a decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała w diecezji Liège uznano za przedwczesną. Zarzuty te spowodowały, że święto przestało być obchodzone.
Sprawa święta Eucharystii nie została jednak zapomniana. Problemem tym zajął się archidiakon katedry w Liège Jakub Leodyjski, późniejszy biskup Verdun, a od 1261 papież Urban IV. Do ostatecznego uznania święta Bożego Ciała za ogólnokościelne, papieża skłonił inny cud eucharystyczny, jaki miał miejsce w Bolsenie (w środkowych Włoszech) w 1263 roku. W czasie jednej z Mszy św., podczas przemienienia, odprawiający kapłan zauważyć miał, że z konsekrowanej hostii zaczynały spadać krople krwi. Poplamiona krwią chusta została przesłana papieżowi, który w tym czasie przebywał w Liège w Umbrii. Urban IV umieścił relikwię w tutejszej katedrze (do dziś jest ona tam obecna), a pod wpływem fascynacji cudem rozpoczął aktywne starania, których celem miało być ustanowienia święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.
Ułożenie liturgii i tekstów odczytywanych w czasie święta, papież zlecić miał samemu św. Tomaszowi z Akwinu, który na tę okazję stworzył jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych pt. „Pange lingua”.
11 sierpnia 1264 r. Urban IV ogłosił bullę „Transiturus de hoc mundo”, na mocy której Boże Ciało stało się świętem całego Kościoła. Śmierć papieża przeszkodziła jednak ogłoszeniu bulli. Dokonał tego papież Jan XXII (w 1334 r.), natomiast papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone.
W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej, natomiast w Kościele unickim – synod zamojski w 1720 r. W Kościele katolickim w Polsce pod koniec XIV w. święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.
Prawdziwa obecność Chrystusa w Eucharystii
Kościół od samego początku głosił wiarę w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chrystus ustanowił Najświętszy Sakrament przy Ostatniej Wieczerzy. Opisali to trzej Ewangeliści: Mateusz, Marek i Łukasz oraz i św. Paweł Apostoł. Prawdziwa i rzeczywista obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina opiera się według nauki Kościoła na słowie Jezusa: „To jest Ciało moje … To jest krew moja” (Mk 14,22.24).
Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, iż „sposób obecności Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi jest wyjątkowy… W Najświętszym Sakramencie Eucharystii są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus.” (KKK 1374).
Kult Najświętszego Sakramentu
Od XVI w. przyjęła się w Kościele katolickim praktyka 40-godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Praktykę tę wprowadził do Mediolanu św. Karol Boromeusz w 1520 r. Dzisiaj praktyka ta jest obecna w całym Kościele katolickim. Zostały założone nawet specjalne zakony, których głównym celem jest nieustanna adoracja Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Polsce istnieją trzy zakony od wieczystej adoracji: benedyktynki-sakramentki, franciszkanki od Najświętszego Sakramentu i eucharystki.
Procesje
Procesje eucharystyczne w dniu Bożego Ciała wprowadzono później niż samo święto. Pierwszym śladem ich istnienia jest wzmianka o uroczystej procesji przed sumą w Kolonii w latach 1265-75. Podczas procesji niesiono krzyż z Najświętszym Sakramentem. W ten sposób nawiązywano do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami.
W XV w. procesje eucharystyczne odprawiano w całych Niemczech, Anglii, Francji, północnych Włoszech i Polsce. W Niemczech procesję w uroczystość Bożego Ciała łączono z procesją błagalną o odwrócenie nieszczęść i dobrą pogodę, dlatego przy czterech ołtarzach śpiewano początkowe teksty Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa. W Polsce zwyczaj ten wszedł do „Rytuału piotrkowskiego” z 1631 r. Rzymskie przepisy procesji zawarte w „Caeremoniale episcoporum” (1600 r.) i „Rituale romanum” (1614 r.) przewidywały jedynie przejście z Najświętszym Sakramentem bez zatrzymywania się i błogosławieństwo eucharystyczne na zakończenie.
Procesję odprawiano z wielkim przepychem od początku jej wprowadzenia. Od czasu zakwestionowania tych praktyk przez reformację, udział w procesji traktowano jako publiczne wyznanie wiary.
W Polsce od czasów rozbiorów z udziałem w procesji łączyła się w świadomości wiernych manifestacja przynależności narodowej. Po II wojnie światowej procesje w czasie Bożego Ciała były znakiem jedności narodu i wiary. Z tej racji ateistyczne władze państwowe niejednokrotnie zakazywały procesji urządzanych ulicami miast.
Konferencja Episkopatu Polski zmodyfikowała 17 lutego 1967 r. obrzędy procesji Bożego Ciała, wprowadzając w całej Polsce nowe modlitwy przy każdym ołtarzu oraz czytania Ewangelii tematycznie związane z Eucharystią.
Przy pierwszym ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Mateusza o ostatniej wieczerzy, nawiązujący do ustanowienia przez Jezusa Eucharystii. Drugi ołtarz jest związany z fragmentem Ewangelii wg. św. Marka dotyczącym rozmnożenia chleba. Przy trzecim ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Łukasza, który opowiada o zaproszonych na ucztę a czwarty ołtarz jest związany z Ewangelią wg św. Jana i modlitwą Jezusa „aby wszyscy stanowili jedno”. (J 17)
e-Kai.pl
***
Boże Ciało. Święto, którego brakowało samemu Chrystusowi
fot. Dulce María/Cathopic
***
Kluczowe dla ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, były wizje bł. Julianny z Retine, w czasie których Jezus wyznał, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii.
Pierwsze obchody odbywały się w Krakowie
Wszystkie starożytne święta w Kościele są związane ze wspomnieniem konkretnego wydarzenia z historii zbawienia.
Dopiero późne średniowiecze wprowadza do kalendarza liturgicznego tzw. święta idei, a więc uroczystości, w których czcimy Boga, w jakimś Jego przymiocie, czy tajemnicy: Uroczystość Trójcy Świętej, Uroczystość Najświętszego Serca Pan Jezusa a nade wszystko Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, tradycyjnie nazywana Bożym Ciałem.
Oczywiście święto nie rozpowszechniło się w Kościele od razu, ale już od XIV wieku było obchodzone we Francji, Niemczech, Hiszpanii i Polsce. Boże Ciało w Polsce obchodzono po raz pierwszy w diecezji krakowskiej w 1320 roku. Dopiero 100 lat później święto obowiązywało we wszystkich diecezjach polskich. Od XV wieku uroczystości towarzyszyła jedna procesja eucharystyczna w mieście.
Ułożenie oficjum (formularz mszalny i Liturgia Godzin) tej uroczystości wiązano z osobą św. Tomasza z Akwinu, nie jest to jednak pewne. Najprawdopodobniejsze jest autorstwo Akwinaty sekwencji Lauda Sion, która nie została włączona do nowego Mszału. Formularz z Mszału potrydenckiego został przeniesiony do Mszału Pawła VI z 1970 roku, jednakże została zmieniona nazwa święta na: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi sollemnitas).
Z pragnienia adoracji
Na powstanie święta Bożego Ciała złożyło się wiele okoliczności. Pierwszą z nich jest paradoksalna sytuacja, która ma swoje początki pod koniec I tysiąclecia, a apogeum osiąga na przełomie XI-XII w., w której wraz z niebywałym rozwojem kultu eucharystycznego praktycznie zanika wśród wiernych przystępowanie do Komunii świętej.
Na kolejnych synodach i soborach wydaje się dekrety ograniczające możliwość przystępowania do komunii dla wiernych, do tego stopnia, że później trzeba wręcz przykazaniem – zachowanym do dnia dzisiejszego – nakazywać wiernym, żeby przynajmniej raz w roku w okresie wielkanocnym do komunii jednak przystąpili (dekret Soboru Laterańskiego IV z 1215 r.). Skoro – rodziło się to z takiego formy pobożności i doświadczenia niegodności – wierni w średniowieczu rzadko przystępowali do Komunii świętej, to rodziło się w nich pragnienie oglądania (adorowania) hostii, którą zaczęto wystawiać w monstrancjach. Do liturgii zostało wprowadzone podniesienie hostii i kielicha, aby wierni mogli patrzeć na Ciało i Krew Pana, skoro nie mogli ich spożyć. Zaczynają się pojawiać procesje eucharystyczne.
Wizje bł. Julianny z Retine
Równocześnie w tym czasie pojawiły się herezje negujące realną obecność Chrystusa w Eucharystii, co Kościół musiał skutecznie potępić. Najważniejszym jednak wydarzeniem były wizje bł. Julianny z Retine (koło Liège) żyjącej w XIII wieku. Miała ona widzieć jasną tarczę księżyca z jedną ciemną sferą. Świecąca tarcza księżyca miała symbolizować blask wszystkich uroczystości kalendarza liturgicznego, zaś ta jedna ciemna sfera symbolizowała brak jednego święta.
Julianna usłyszała w czasie tej wizji od Chrystusa, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii. Julianna, która tę wizję miała w wieku zaledwie 16 lat, ujawniła jej treść znacznie później. Wtedy komisja teologiczna, w skład której wchodził także archidiakon Jakub Pantaleone (późniejszy Urban IV) stwierdziła, że takie święto nie sprzeciwia się prawdom wiary, a wręcz przeciwnie, dopełnia kult Eucharystii w Kościele.
Niezwykły cud eucharystyczny
W 1246 roku biskup Robert de Thourotte ustanowił święto Bożego Ciała, które pierwotnie odnosiło się tylko do diecezji Liège, a które było obchodzone w czwartek po uroczystości Trójcy Świętej. Kiedy Jakub Pantaleone został papieżem, jako Urban IV bullą Transiturus de hoc Mundoustanowił dla całego Kościoła uroczystość Najświętszego Ciała Pana naszego Jezusa Chrystusa. Prawdopodobnie miał na to wpływ także cud eucharystyczny, który miał miejsce w Bolsena w 1263 roku. Papież Urban przebywający wtedy w Orvieto miał zobaczyć korporał splamiony krwią spływającą z hostii. Celami tego święta było przeproszenie za zniewagi Najświętszego Sakramentu, przeciwstawienie się herezjom oraz uczczenie ustanowienia Eucharystii.
“Dla zmysłów niepojęte”. Historia Bożego Ciała i słynnego hymnu
fot. Jacob Bentzinger/Unsplash
***
W jednym czasie i w jednym miejscu spotkały się trzy osoby. Gdyby nie ten przypadek, historia święta Bożego Ciała byłaby zupełnie inna.
Miejsce akcji: Bolsena, Orvieto
Oba miasteczka znajdują się jakieś 100 kilometrów na północ od Rzymu. Bolsena rozciąga się nad brzegiem pięknego powulkanicznego jeziora. Orvieto, Urb vetus, Stare Miasto, wznosi się na tufowym klifie z daleka widocznym, gdy w stronę Rzymu jedziemy Autostradą Słońca z Florencji.
W XIII wieku Bolsena przyciąga pielgrzymów za sprawą grobu św. Krystyny. Córka – prawdopodobnie – prefekta Bolseny zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań za czasów Dioklecjana, dziewięć wieków wcześniej. Jej kult jest wciąż żywy.
Odległość między Bolseną i Orvieto to zaledwie 12 kilometrów najkrótszą ścieżką. Ta odległość ma znaczenie, stanie się trasą pierwszej w historii procesji Bożego Ciała.
Czas akcji: 1263
Są to burzliwe czasy dla papiestwa. Rezydencją papieży stało się Orvieto. Przeniósł się tu Aleksander IV, a było to wynikiem zatargu z królem Sycylii Manfredem – przywódcą stronnictwa Gibellinów, walczących z papiestwem. Kiedy Manfred zdobył poparcie rzymian, którzy wybrali go senatorem, Aleksander IV musiał uciekać z Rzymu. Schronienie znalazł w jednej z rezydencji w trudnym do zdobycia dzięki naturalnemu położeniu Orvieto, podobnie jak jego następca, papież Urban IV.
Bohaterowie
Urban IV
Zanim został papieżem, Jakub Pantaleon, Francuz z pochodzenia, pełnił funkcję archidiakona między innymi w Liege. To tam zetknął się z objawieniami prywatnymi augustianki, Julianny z Mont Cornillon. Twierdziła, że Jezus przykazał jej starania o ustanowienie święta ku czci swojego Ciała i Krwi. Pod wpływem tych objawień, od 1247 roku w Liege istniało już lokalne święto Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Propagatorem kultu eucharystycznego i wprowadzenia takiego święta do kalendarza liturgicznego był sam kardynał Jakub. Podobnie jak ona, był przekonany o prawdziwości słów Jezusa: “A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Był przekonany o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii.
Tomasz z Akwinu
Od dwóch lat w klasztorze dominikanów w Orvieto przebywa 39-letni Tomasz z Akwinu, ceniony już teolog i filozof. Po powrocie z Paryża, gdzie zdobywa wykształcenie i sławę, przyjmuje powierzone mu przez władze zakonne zadanie prowadzenia stałej formacji dla dominikanów posługujących w Orvieto. Jednocześnie przygotowuje kolejne głośne dzieła, między innymi Summę contra gentiles.
Piotr z Pragi
Dużo o nim nie wiemy. Był Niemcem, podróżował z Francji do Rzymu. Zatrzymał się na szlaku pątniczym w Bolsenie, by u grobu św. Krystyny odprawić Mszę św. Wszystko wskazuje na to, że powątpiewał w realną obecność Chrystusa w Eucharystii.
Kwestia ta jest żywo dyskutowana przez teologów. Poszukuje swojego sformułowania, uzasadnienia, zrozumienia, definicji. Pół wieku wcześniej Sobór Laterański IV sformułował taką oto prawdę o Eucharystii, a zwłaszcza o jej kluczowym momencie, przeistoczeniu, transsubstancjacji: Jeden jest przeto powszechny Kościół, zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew.
Darmo wzrok to widzieć chce
Podczas każdej Mszy św. kapłan powtarza słowa Jezusa z Ostatniej Wieczerzy: “To jest Ciało moje”. Na patenie jest chleb, biała hostia. Czy rzeczywiście w chwili wypowiadania tych słów chleb staje się ciałem? Przecież żadnej zmiany nie widać. Wzrok wciąż widzi chleb. Widzieć Ciało Chrystusa w tym chlebie pozwala wiara. A może naiwność?
Z tymi wahaniami od miesięcy targającymi myśli, Piotr z Pragi rozpoczyna w krypcie św. Krystyny sprawowanie Mszy św.
Słowem więc Wcielone słowo Chleb zamienia w Ciało swe
I wtedy, gdy Piotr odprawia Mszę św., podczas transsubstancjacji, przeistoczenia, dzieje się cud. Na jego słowa “To jest Ciało moje” na hostii pojawia się krew. Jej stróżki wsiąkają w korporał, barwiąc go na czerwono, krew wsiąka w kamienną podłogę. Struktura części chleba przypominała partykułę prawdziwego ludzkiego ciała.
O wydarzeniu natychmiast robi się głośno. Piotr postanawia udać się do papieża.
Co dla zmysłów niepojęte
Wszystko, co dzieje się później, jest wynikiem tego, że w Orvieto w tym samym czasie przebywają trzy osoby: Jakub Laodejski – papież Urban IV, Tomasz z Akwinu i Piotr z Pragi, chcący wszystko opowiedzieć papieżowi.
Papież wysłuchuje jego bezpośredniej relacji. Prawdopodobnie o wydarzeniach w Bolsenie zdążył się już dowiedzieć, teraz przyszedł czas na wiarygodną weryfikację pogłosek. Papież wysyła do Bolseny biskupa Orvieto, by ten z kolei na miejscu zbadał hostię i zakrwawiony korporał.
Urban IV wie o obecności w Orvieto zyskującego uznanie Tomasza z Akwinu. Niedaleko przebywa również pochodzący z niedalekiego Bagnoregio franciszkanin, Bonawentura. Obu przyszłych wielkich świętych i doktorów Kościoła postanawia zaangażować w zbadanie niewytłumaczalnego zjawiska. Zresztą nie tylko. Zostaną zaangażowani w przygotowanie liturgii święta, które obchodzimy po dziś dzień.
Hołd po wszystkie nieśmy dni
To podobno oni, dominikanin, Doktor Anielski, i franciszkanin, Doktor Seraficki, szli na czele procesji z Bolseny do Orvieto, podczas której przeniesiono cudownie zmienioną hostię, Najświętszy Sakrament. Dwunastokilometrowa procesja napotkała na Moście Słońca nieopodal Orvieto samego papieża, który oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi i sam przeniósł Hostię do katedry.
Dla Tomasza, przyszłego świętego i doktora Kościoła, był to moment istotny. Wkrótce światło dzienne ujrzy jego Suma Teologiczna, w której zawrze swe sformułowanie prawdy o transubstancjacji, wyrażenie jej w kategoriach pojęciowych, filozoficzno-teologicznych. To, co stało się w Bolsenie, jeszcze bardziej uwydatniło to, co jest cudem podczas każdej Mszy świętej, nawet jeśli fizycznie nadal nic się nie zmienia.
Kilka lat później w Sumie Teologicznej Tomasz napisze: Zmysły nie mogą stwierdzić obecności prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa w sakramencie Eucharystii. O tej obecności mówi nam jedynie wiara w oparciu o Boże świadectwo. Nawiązując do słów Pana: “To jest Ciało moje, które za was będzie wydane”, Cyryl mówi: “Nie wątp w prawdziwość słów Zbawiciela, ale raczej przyjmij je z wiarą. On nie kłamie, wszak sam jest Prawdą”
Sław języku tajemnicę
Już rok później, w 1264 roku, po raz pierwszy pod przewodnictwem papieża odbyły się uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Dekret wydał w ten sprawie Urban IV, który zlecił ponadto Tomaszowi i Bonawenturze przygotowanie całej liturgii. Tej liturgii, którą sprawujemy po dziś dzień w czwartek Bożego Ciała, a której oryginalne części wciąż funkcjonują, nawet jeśli przez wieki jej forma ewoluowała.
To wtedy, w 1264 roku, św. Tomasz z Akwinu, napisał słynny hymn, w całości śpiewany w Wielki Czwartek oraz w uroczystość Bożego Ciała, a powszechnie znany w swej ostatniej części, bo wyśpiewywany przy okazji wystawienia Najświętszego Sakramentu. Hymn, którego nawet polskie, czasem zawodne, tłumaczenie, pokazuje kunszt i geniusz Tomasza, który w literackiej formie, w rytmicznych wersach i rymach potrafił sformułować teologię przeistoczenia:
Sław języku tajemnicę Ciała i najdroższej Krwi, którą jako Łask Krynicę wylał w czasie ziemskich dni, Ten, co Matkę miał Dziewicę, Król narodów godzien czci.
Z Panny czystej narodzony, posłan zbawić ludzki ród, gdy po świecie na wsze strony ziarno słowa rzucił w lud, wtedy cudem niezgłębionym zamknął Swej pielgrzymki trud.
W noc ostatnią, przy Wieczerzy, z tymi, których braćmi zwał, pełniąc wszystko jak należy, czego przepis prawny chciał, sam Dwunastu się powierzył, i za pokarm z Rąk Swych dał.
Słowem więc Wcielone Słowo chleb zamienia w Ciało Swe, wino Krwią jest Chrystusową, darmo wzrok to widzieć chce. Tylko wiara Bożą mową pewność o tym w serca śle.
Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz, niech przed Nowym Testamentem starych praw ustąpi czas. Co dla zmysłów niepojęte, niech dopełni wiara w nas.
Bogu Ojcu i Synowi hołd po wszystkie nieśmy dni. Niech podaje wiek wiekowi hymn triumfu, dzięki, czci, a równemu Im Duchowi niechaj wieczna chwała brzmi.
Święto, któremu nie dali rady ani zaborcy, ani komuniści. Czyli unikalność obchodów Bożego Ciała w polskiej kulturze
wiara.pl
***
Uroczystość Bożego Ciała jest dniem wyjątkowym dla każdego Polaka. Łączy ona bowiem dwie najważniejsze dla nas wartości: wiarę katolicką i patriotyzm. Tego święta nie znieśli ani zaborcy, ani komuniści. Również dziś nikt poważny nie protestuje, gdy dochodzi do zamknięcia całych ulic czy centrów miast na uroczystą procesję. W tym dniu publicznie wyznajemy swoją wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, a także swoje przywiązanie do naszych narodowych tradycji.
Święto Bożego Ciała ma prawie tysiącletnią historię. Na początku II tysiąclecia pojawiły się bowiem spory próbujące wytłumaczyć w jaki sposób Chrystus jest obecny w Eucharystii. Z jednej strony katolicyzm borykał się z heretykami głoszącymi fałszywe poglądy; z drugiej – miał też wielkich świętych broniących prawdziwej wiary. To właśnie wtedy żył największy z teologów, czyli św. Tomasz z Akwinu, którego Summa Teologiczna do dziś stanowi niepodważalny podręcznik doktryny katolickiej. Toczące się w tych czasach dysputy powodowały większą świadomość katolików na temat teologii Eucharystii. Za tym szła większa pobożność eucharystyczna i potrzeba adoracji Chrystusa w niej obecnego.
W tym samym czasie żyła zakonnica i mistyczka – św. Julianna z Mont Cornillon. Doznawała ona wizji mistycznych podczas adoracji Najświętszego Sakramentu i rozważań nad tekstem Ewangelii: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Siostra Julianna zabiegała o ustanowienie specjalnego święta ku czci Najświętszej Eucharystii, co spotkało się z aprobatą duchownych i teologów.
Po raz pierwszy święto Bożego Ciała było obchodzone jeszcze za życia św. Julianny w Liège (dzisiejsza Belgia) w 1246 r., a do Polski dotarło niewiele później, bo już w roku 1320. Święto to jest wyrazem wdzięczności Panu Bogu za Jego obecność w Najświętszym Sakramencie. Jest to w końcu cud nieporównywalny, że sam Bóg zechciał przebywać pośród nas – nie tylko podczas Mszy św., ale również w poza nią, w tabernakulum, byśmy mogli adorować Go w ciągu dnia.
Jednak wyjaśnienie w jaki sposób Chrystus jest obecny w Najświętszym Sakramencie jest rzeczą niełatwą. Trudność tę zauważył św. Tomasz z Akwinu, umieszczając w znanym hymnie Adoro Te devote słowa: „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas; tu ukryte z Bóstwem Człowieczeństwo wraz”. Na krzyżu bowiem widzieliśmy Chrystusa jako cierpiącego człowieka i trudno było zrozumieć, że był On Bogiem. W Eucharystii zaś nawet Jego Człowieczeństwo jest niełatwe do wytłumaczenia, bo naszym oczom ukazuje się tylko biała Hostia. Nie możemy zatem zobaczyć Chrystusa w sposób jak widzimy innych ludzi, ale On wciąż tam jest. Kościół określa Jego obecność jako prawdziwą, rzeczywistą i substancjalną.
Pod pojęciem prawdziwej obecności Kościół naucza, że Eucharystia nie jest wyłącznie symbolem czy figurą, ale, że Chrystus jest w niej prawdziwie obecny. W Wieczerniku nie powiedział bowiem: „To jest symbol Mojego Ciała”, ale: „To jest Ciało Moje”. Heretycki pogląd, że Eucharystia jest jedynie symbolem obecności Chrystusa głosił przede wszystkim Urlich Zwingli, uważając ją za swego rodzaju powrót do przeszłości, czyli do czasu Ostatniej Wieczerzy. Poglądy Zwinglego zostały potępione przez Sobór Trydencki.
Rzeczywista obecność Chrystusa oznacza, że fakt ten jest obiektywny, czyli niezależny od naszej wiary i od innych czynników zewnętrznych. Luter szerzył bowiem błędny pogląd jakoby Chrystus był przebywał w Hostii tylko w czasie samej Mszy św., a później już nie. Pojawiły się też inne mylne wytłumaczenia – jak to mówiące, że wspólnota zgromadzonych miałaby powodować obecność Chrystusa. Wszystkie te poglądy są błędne, ponieważ w czasie Mszy św. Chrystus jest rzeczywiście obecny, a nasza wiara, nasze subiektywne doznania czy wspólnota wierzących tego nie zmienia. Co więcej, Chrystus jest obecny pod sakramentalnymi postaciami również po zakończeniu Mszy św. i czeka na nas w tabernakulum.
Wreszcie przymiotnik substancjalna oznacza, że podczas konsekracji cała substancja chleba przemienia się w substancję Ciała Chrystusa. Podobnie ma się sprawa z winem: cała jego substancja przemienia się w substancję Krwi Chrystusa. Zewnętrzne atrybuty – wygląd, smak, zapach, łamliwość itd. – pozostają takie same, lecz zmienia się substancja, w której się zawierają. Ta przemiana nosi nazwę transsubstancjacji.
Pomimo prawdziwej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.
Należy również pamiętać – w odróżnieniu od tego, co głosiła herezja Jana Husa – że cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch postaci: zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Nie potrzeba nam zatem przyjmować Komunii św. pod obiema postaciami; sposób ten propagowany był właśnie przez husytów w celu szerzenia ich herezji. W rzeczywistości tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.
Sobór Trydencki nie pozostawił wątpliwości, że w Eucharystii jest obecny Christus Totus, czyli cały Chrystus. Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem w roku, kiedy Kościół daje nam tę wielką tajemnicę do rozważania. To właśnie w tym dniu teksty mszalne zawierają przepiękną sekwencję Lauda Sion Salvatorem („Chwal, Syjonie, Zbawiciela”), autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu. Doktor Anielski w charakterystyczny dla siebie sposób zwarł wiele konkretnych sformułowań teologicznych w formie przepięknego hymnu.
Oprócz samej Mszy św., szczególnym wydarzeniem są odbywające się tego dnia procesje eucharystyczne. Ich celem jest oddanie czci Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie oraz manifestacja katolickiej wiary. Dzięki procesji ulicami miast i wsi Pan Bóg „odwiedza” swoich wiernych; tego jednego dnia możemy Go spotkać nie tylko w kościele, ale i poza nim. Na trasie procesji kapłan udziela błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem przy jednym bądź dwóch ołtarzach; w Polsce liczba tych ołtarzy jest zwiększona do czterech.
Dla Polaków procesje Bożego Ciała mają szczególne znaczenie. Łączą one bowiem katolicyzm i patriotyzm, czyli dwie najważniejsze dla nas wartości. Z jednej strony, wychodzimy na ulice by oddać cześć Chrystusowi ukrytemu w Hostii. Z drugiej – manifestujemy swoją wiarę i przywiązanie do naszych narodowych tradycji, jakimi są np. stroje czy pieśni ludowe. Widać to było w czasie zaborów i PRL-u, kiedy polskość i wiara katolicka znajdowały się pod opresją. Jedni i drudzy okupanci podejmowali próby walki ze świętem Bożego Ciała i ograniczenia go, ale nigdy go nie znieśli. Wiedzieli, że z tym jednym świętem nie wygrają; że ludzie nie pozwolą sobie odebrać tej uroczystości. W ten dzień Polacy mogli poczuć się prawdziwie wolnymi: wychodzić na ulice i pokazywać oprawcom, że duch polskiego katolicyzmu jest silniejszy od ich opresji.
Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem dla Polaków również dzisiaj. Głębokie nabożeństwo eucharystyczne naszego narodu jest widoczne przede wszystkim w liczbie uczestników odbywających się tego dnia procesji. Jednoczą one lokalne społeczności na wspólnym oddaniu czci Chrystusowi ukrytemu w monstrancji. Ich mieszkańcy wspólnie przygotowują przydrożne ołtarze – niejednokrotnie na swoich własnych podwórkach – oczekując „odwiedzin” samego Boga. Procesje zawsze odbywają się z wielką pompą: odświętne stroje, chłopcy dzwoniący dzwonkami, dziewczynki sypiące kwiaty, chorągwie i feretrony, a nieraz i orkiestra dęta. Nawet służby mundurowe mają swoje miejsce w tym uroczystym orszaku. Dla Polaków jest to dzień bez wątpienia ważny i szczególny.
Uroczystość Bożego Ciała jest jedynym dniem w roku, kiedy Polacy nie narzekają na zamykanie ulic, mimo że normalnie krytykujemy wszystko. Każdy toczący się remont, każde zwężenie jezdni powoduje ogromne emocje u przeciętnego mieszkańca naszego kraju. Jednak w ten jeden dzień nikt nie protestuje – może po części dlatego, że bierzemy udział w procesjach w swoich lokalnych parafiach, więc przemieszczenie się nie jest tak istotne. Jednak mimo tego jest to ciekawa socjologiczna obserwacja, pokazująca, że w ten jeden dzień zamknięcia centrów miast czy głównych wiejskich ulic odbywają się bez żadnego oporu społecznego. To pokazuje głębokie zakorzenienie katolicyzmu w naszym narodzie; nawet ci którzy nie biorą udziału w procesji, przynajmniej są wyrozumiali dla tego wydarzenia. Chodzi tu również o osoby niewierzące, które choć niejednokrotnie oburzają się na praktyki religijne katolików, to na to jedno wydarzenie są zdecydowanie bardziej pobłażliwi.
Niestety trzeba to podkreślić, że przynajmniej część katolickiego społeczeństwa traktuje procesję Bożego Ciała wyłącznie jako element swoistego folkloru. Można powiedzieć, że ci „letni” katolicy przypominają sobie o swojej wierze dwa razy w roku: w Wielką Sobotę, żeby pójść z koszyczkiem do poświęcenia, i właśnie w Boże Ciało – tym razem ze względu na „atrakcje” dla dzieci jakimi jest sypanie kwiatków czy dzwonienie dzwoneczkami. Mimo wszystko jednak ich obecność jest okazją do działania łaski bożej; w końcu idą oni w procesji, w której „idzie” sam Bóg, co może być dla nich okazją do nawrócenia.
Chociaż trzeba przyznać smutny fakt, że jesteśmy społeczeństwem laicyzującym się, gdzie coraz trudniej być katolikiem, to dzień Bożego Ciała co roku napawa nas nadzieją i optymizmem. Widok uroczystych orszaków pełnych ludzi pokazuje, że katolicyzm w narodzie jest wciąż żywy i obecny – szczególnie na wsiach, gdzie całe wspólnoty parafialne jednoczą się, by oddać cześć Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie i zamanifestować swoją wiarę. Duch polskiego katolicyzmu jest wciąż żywy i nie podda się tak łatwo.
Adrian Fyda –PCh24.pl
***
Mój wymarzony ołtarz na Boże Ciało
Kapa1966 | Shutterstock
***
Nigdy nie miałem okazji przygotowywać ołtarza na Boże Ciało. Jeśli to jednak nastąpi, zrobię go w ten sposób!
Ołtarz na Boże Ciało, o którym myślę, byłby bardzo prosty. Nawiązywałby do obrazu Jezu, ufam Tobie.
Inspiracja sprzed lat
Pomysł na ten ołtarz nie jest mój. Usłyszałem go wiele lat temu od – wtedy kleryka – dziś księdza i zakonnika, który wspominał swój nowicjat na małopolskiej wsi. Zawsze miał zmysł artystyczny i dlatego polecono mu zrobienie ołtarza na Boże Ciało. Z właściwym sobie zapałem zabrał się do pracy. Wszyscy spodziewali się bogato zdobionej konstrukcji, wielu kwiatów, obrazu i mądrego cytatu.
Jakie było ich zdziwienie, gdy zobaczyli zwykły stół z obrusem, za nim pustą ramę obrazu i przyczepione do niej dwie wstążki.
Zrozumienie
Mój znajomy opowiadał, że gdy procesja zbliżała się do tego ołtarza wszyscy patrzyli na konstrukcję ze zdziwieniem i niezrozumieniem. Wszystko to jednak minęło, gdy ksiądz położył Najświętszy Sakrament w monstrancji na ołtarzu.
Jezus znalazł się dokładnie na środku ramy. Dwie wstążki: biała i czerwona wychodziły jakby z centrum monstrancji. Było to oczywiste nawiązanie do obrazu Jezu, ufam Tobie, tylko że zamiast namalowanego Chrystusa, obecny był On sam: żywy i prawdziwy.
Skopiowałbym ten pomysł
Gdybym miał okazję do zbudowania ołtarza na Boże Ciało skopiowałbym ten pomysł. Dodałbym może tylko jedną rzecz: czarne tło w ramie obrazu i dwa kwiaty.
Jak nie pozostać „obcym i milczącym widzem” liturgii i otworzyć się na Boga?
fot. Vatican Media
***
Musimy pozwolić, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały, dbając z wyczuciem i bez dowolności o piękno naszych celebracji oraz angażując się w autentyczną mistagogię.
Kontynuując cykl katechez na temat soborowej konstytucji o liturgii świętej papież mówił dziś ojej istotnych elementach: obrzędzie, znaku i symbolu.
Drodzy Bracia i Siostry!
Kontynuując Katechezy na temat soborowej Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC), pragniemy zatrzymać się nad kilkoma konstytutywnymi elementami świętej liturgii, takimi jak obrzęd, znak i symbol.
Sobór Watykański II, czerpiąc ze skarbca cennej pracy Ruchu liturgicznego, pomógł nam na nowo odkryć prawdę bardzo żywą w świadomości Kościoła starożytnego i w nauczaniu Ojców. Obrzędy liturgii chrześcijańskiej nie są zewnętrzną otoczką misterium sakramentalnego, zbiorem dowolnie ustalonych ceremonii, ale eklezjalnym pośrednictwem, poprzez które dociera do nas dar Boży. Właśnie dlatego Sobór zachęca do zrozumienia Mysterium fidei (misterium wiary), które urzeczywistnia się w liturgii poprzez obrzędy i modlitwy (por. SC, 48).
Uczymy się żyć w rytmie przenikniętym obecnością Ducha Świętego
Obrzęd nadaje kształt czynności liturgicznej, a poprzez nią – naszemu życiu, rodząc w nas duchową wrażliwość, która pozwala nam doświadczać obecności Boga przez Jezusa Chrystusa. Oczywiście dzieje się tak, jeśli nie pozostajemy obcymi lub milczącymi widzami (por. tamże) wobec liturgii, lecz uczestniczymy w niej całymi sobą – ciałem, umysłem i sercem – w posłuszeństwie wobec nakazu Pana. Poprzez święty obrzęd jesteśmy w ten sposób formowani do słuchania Słowa Bożego, do składania dziękczynienia i adoracji, do braterskiego dzielenia się i komunii eklezjalnej. Odkrywamy, że jesteśmy zgromadzeniem o wielu obliczach, zjednoczonym tą samą wiarą.
Obrzęd włącza nas w ściśle określoną sekwencję gestów i modlitw, co niekiedy może być sprzeczne z naszą indywidualną skłonnością do spontaniczności. Jego logika nie polega jednak na krępowaniu wolności za pomocą schematów. Wręcz przeciwnie – poprzez uroczystą prostotę swoich rytmów obrzęd przerywa gorączkową aktywność i przywraca nas temu, co najistotniejsze. Odkrywamy w ten sposób inny wymiar działania -niepodporządkowany rachunkowi wydajności – oraz inne doświadczenie czasu i przestrzeni. W obrzędzie doświadczamy logiki darmowości, znajdujemy chwilę wytchnienia, która odnawia serce, uznajemy, że uprzedza nas łaska Boża, uczymy się żyć w rytmie przenikniętym obecnością Ducha Świętego.
Gramatyka obrzędu utkana jest ze znaków i symboli właściwych liturgii. W niej, jak stwierdza Sobór, „przez znaki dostrzegalne wyraża się i w sposób właściwy dla poszczególnych znaków dokonuje uświęcenie człowieka” (SC, 7). Katechizm Kościoła Katolickiego pogłębia wartość tych znaków, przypominając, że „ich znaczenie ma swoje korzenie w dziele stworzenia i w kulturze ludzkiej, ukonkretnia się w wydarzeniach Starego Przymierza, a w pełni objawia w osobie i dziele Chrystusa” (KKK, 1145). Emblematyczny jest znak wody: od początków stworzenia po potop, od przejścia przez Morze Czerwone po Jordan, aż po wodę wypływającą z boku Chrystusa, która staje się sakramentalnym znakiem zanurzenia w Jego śmierci i zmartwychwstaniu.
Pozwólmy, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały
„Znak” i „symbol” to terminy, które często są używane jako synonimy. W istocie znak ma charakter symboliczny wtedy, gdy odsyła nie tylko do idei, ale do całego systemu znaczeń i wartości. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy zostajemy pokropieni wodą święconą, ożywa w nas świadomość daru otrzymanego w chrzcie i naszej przynależności do nowego życia w Chrystusie. Po drugie, symbole mają zasadniczo charakter praktyczny, będąc nade wszystko działaniami: prostszymi i powszechnymi, jak klękanie i przekazywanie sobie znaku pokoju, lub bardziej doniosłymi, jak czynności konstytutywne dla każdego sakramentu. Przede wszystkim symbole mają wyjątkowy wymiar sprawczy i przemieniający, zarówno w odniesieniu do elementów materialnych, które je stanowią, jak i wobec tych, którzy wchodzą z nimi w kontakt, rodząc przynależność, poruszając serce i umysł oraz wzbudzając autentyczne relacje eklezjalne.
W Liście apostolskim Desiderio desideravi Papież Franciszek, czyniąc własnym stwierdzenie Romano Guardiniego, wskazał „pierwsze zadanie dzieła formacji liturgicznej: człowiek musi stać się na nowo zdolny do rozumienia symboli” (n. 44). Musimy pozwolić, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały, dbając z wyczuciem i bez dowolności o piękno naszych celebracji oraz angażując się w autentyczną mistagogię. Doświadczenie żywej i pobożnej liturgii, któremu towarzyszy odpowiednia katecheza mistagogiczna, jest najlepszym środkiem do rozbudzenia w każdym człowieku otwartości na spotkanie z Bogiem, które – zgodnie z logiką Wcielenia – może nastąpić jedynie poprzez zaangażowanie całego człowieka: ducha, duszy i ciała (por. 1 Tes 5, 23).
Leon XIV do Polaków o świadectwie wiary w Boże Ciało
W procesjach eucharystycznych, zwłaszcza z udziałem rodzin, dzieci i młodzieży, Papież widzi odważne świadectwo wiary we współczesnym świecie. Podczas audiencji generalnej Ojciec Święty zachęcił Polaków, aby rozpoczynające się obchody Bożego Ciała stały się okazją do publicznego wyznania wiary w Chrystusa obecnego w Eucharystii.
Eucharystia świadectwem obecności Boga
Podczas dzisiejszej audiencji generalnej Ojciec Święty zwrócił się do polskich pielgrzymów, nawiązując do przypadającej jutro Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Papież zachęcił wiernych do publicznego wyznawania wiary poprzez udział w procesjach eucharystycznych, podkreślając, że są one znakiem obecności Boga pośród swojego ludu i świadectwem dla współczesnego świata.
Oto pełny tekst papieskiego pozdrowienia:
„Serdecznie pozdrawiam Polaków! Począwszy od uroczystości Bożego Ciała i w kolejnych dniach będziecie oddawać szczególną cześć Chrystusowi obecnemu w Eucharystii. Niech udział w procesjach eucharystycznych – zwłaszcza rodzin, dzieci i młodzieży – będzie odważnym świadectwem wiary i przypomina wszystkim, że Bóg jest obecny pośród swego ludu oraz towarzyszy mu w codziennym życiu. Wszystkich was błogosławię!”
Vatican News
***
Czerwcowy miesiąc poświęcony jest
Najświętszemu Sercu Pana Jezusa
“Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie”.
(Objawienie Serca Pana Jezusa, 27 grudnia 1673 r.)
kaplica Serca Pana Jezusa w Sanktuarium św. Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie.
W tej kaplicy jest całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.
fot.Michał Zięba
***
Kult Serca Jezusowego rozwinął się w Polsce jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje papieskie. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.
„Kult Serca Jezusowego ukazuje wielką miłość Pana Boga do nas, który nie cofa jej w zależności od postępowania człowieka. Kontemplując Serce Boże, odkrywamy nieskończoną miłość Boga, którą nam objawił w swoim Synu. Chodzi jednak o to, aby nie zatrzymywać się tylko na tym, ale by starać się naśladować przymioty Bożego Serca: łagodność, cierpliwość, pokorę. W ten sposób będziemy przyczyniać się do budowania +cywilizacji miłości+” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.
Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII. Był to przywilej tylko dla Polski, dla ówczesnego Królestwa Polskiego i jednej Konfraterni Najświętszego Serca w Rzymie. W ten sposób Stolica Apostolska odpowiedziała na memoriał biskupów polskich z 1764 r.
Początku samego kultu Serca Jezusowego można upatrywać wcześniej. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podkreślał, że pierwszą Jego czcicielką była bez wątpienia Najświętsza Panna. „Dwa te najpiękniejsze Serca – Jezusa i Maryi – biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu czy męki” – pisał kard. Wyszyński w 1965 r. Do grona czcicieli Najświętszego Serca Jezusowego należeli m.in. św. Bernard, Bonawentura, Katarzyna ze Sieny, Franciszek Salezy. Najbardziej znaną pozostaje jednak św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690), wizytka z klasztoru w Paray-le-Monial. Obok takich praktyk pobożnych jak pierwsze piątki, Komunia św. wynagradzająca czy „godzina święta” (adoracja przez godzinę Najśw. Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek) – Pan Jezus zlecił jej podjęcie starań o ustanowienie w Kościele święta Jego Serca, w piątek po oktawie Bożego Ciała.
Na ziemiach polskich Serce Boskiego Zbawcy czczone było jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwszy w świecie podręcznik tego nabożeństwa napisał o. Kacper Drużbicki. Autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa” zmarł 13 lat przed objawieniami w Paray-le-Monial. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi. Dekret z 1765 r. był właśnie odpowiedzią na sławny memoriał polskich biskupów, który podaje historyczny przegląd kultu i uzasadnia wymowę tego nabożeństwa. Prymas Polski abp Ledóchowski poświęcił Najświętszemu Sercu metropolię gnieźnieńską. Nabożeństwem do Serca Jezusowego odznaczali się biskupi Bilczewski i Pelczar, autor dzieł o Najświętszym Sercu i założyciel zgromadzenia sióstr sercanek. Kolejny prymas, kard. Dalbor, w imieniu Episkopatu powierzył Polskę Sercu Zbawiciela i Jego Najświętszej Matce. W 1921 r. jako wotum wdzięczności Sercu Bożemu za odzyskanie niepodległości przez Naród Polski konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. W Poznaniu wzniesiono też pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta” (został on zburzony w 1940 r.). W 1948 r. biskupi zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
„Sam Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Serce spragnione miłości, żądał tego poświęcenia, które ona nazywała prywatnym albo małym w odróżnieniu od publicznego poświęcenia się całych społeczeństw” – przypomnieli biskupi. Praktyka prywatnego poświęcenia się Sercu Pana Jezusa została zapomniana i dopiero po 200 latach, po objawieniach w Paray-le-Monial, przypomniał je papież Pius XI. O osobistym poświęceniu mowa w encyklice „Miserentissimus Redemptor” z roku 1928.
Polscy biskupi zachęcali do osobistego poświęcenia Sercu Jezusowemu, ale i oddania całych rodzin, co nazywane jest intronizacją Serca Jezusowego w rodzinach. Dopiero zwieńczeniem modlitw prywatnych było wspólne poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusowemu Narodu i Rzeczypospolitej. Nastąpiło to w uroczystość Chrystusa Króla w 1951 r. Akt poświęcenia poprzedził tydzień modlitw do Serca Jezusowego.
11 czerwca 2021 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, biskupi polscy zgromadzeni na 389. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, który dokonał także ponowienia Aktu. „Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie” – powiedział przewodniczący Episkopatu odczytując Akt.
Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Znamienny jest też akt oddania całego Kościoła i rodzaju ludzkiego w opiekę Serca Jezusowego, jakiego dokonał 31 grudnia 1899 roku papież Leon XIII. Nowy rys nadał papież Jan Paweł II. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, ustanowił on Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.
Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami. Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
K: Jezu cichy i pokornego serca, W: Uczyń serca nasze według Serca Twego.
Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa, † daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia, * i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.
***
Zanurz się w sercu. Litania do Serca Jezusowego
fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny
***
Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby.
Litania jest jedną z wielu praktyk pobożnych ku czci Bożego Serca. Warto, więc przypomnieć sobie, w jaki sposób powstała i jakie są jej główne myśli, by jeszcze pobożniej ją odmawiać. Dzięki niej można kontemplować miłość Serca Pana Jezusa i niepojęte bogactwa Chrystusa oraz odwieczny plan zbawienia ukazany nam przez tę litanijną modlitwę. Można wraz ze św. Pawłem Apostołem ogarnąć ludzkim umysłem: czym jest szerokość, długość, wysokość i głębokość i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę (Ef 3, 14-19).
Aby Litanię do Serca Jezusowego dobrze zrozumieć, należy przenieść się do środowiska, w którym powstała i została rozpowszechniona.
Oto krótka historia jej powstania. W 1720 roku Marsylię nawiedziła straszna epidemia cholery. Biskup tego miasta, oprócz pomocy charytatywnej, z jaką spieszył doświadczonym zarazą, starał się także pomóc duchowo swoim wiernym przez specjalne modlitwy błagalne i pokutę. Specjalnym dekretem zarządził uroczyste poświęcenie swej diecezji Sercu Jezusa i wieczysty obchód święta ku Jego czci. Akt poświęcenia odmówiono 1 listopada 1720 roku w czasie uroczystej ceremonii przebłagalnej. Od tej chwili epidemia poczęła szybko ustępować. Biskup zarządził też dodatkowe procesje pokutne i nakazał w 1721 roku odprawianie uroczystej nowenny do Najświętszego Serca Jezusowego. Odmawiano ten akt codziennie i wzywano ratunku u Pana Jezusa przez adorację wieczystą i litanię, która została ogłoszona drukiem w 1718 roku. Autorką i przekazicielką tej litanii była s. Anna Magdalena Remusat. Po ustaniu zarazy marsy1czycy odmawiali nadal tę litanię z wdzięcznością za ocalenie.
Zanim dekret rzymskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego, wydany dopiero w 1899 roku, rozciągnął ją na cały Kościół, prawie przez 150 lat litania była odmawiana w diecezjach: Marsylia, Autun i Annecy. Odmawiano ją również w klasztorach Wizytek i Jezuitów.
Litania do Serca Jezusowego składa się obecnie z 33 wezwań na cześć 33 lat ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Siostra Anna Magdalena ułożyła litanię z 27 wezwań, w tym 12 zaczerpnęła od o. Jana Croiset SJ, który już w 1691 roku w ten sposób czcił Serce Pana Jezusa i dał początek tej pięknej modlitwie, 6 zaś dodała rzymska Kongregacja przy ostatecznym zatwierdzeniu litanii.
Układ wezwań litanii do Bożego Serca jest logicznie zestawiony. Można w niej wyróżnić trzy grupy wezwań: pierwsza grupa dotyczy stosunku Jezusa do Ojca i Ducha Świętego, ukazane jest Serce Jezusa w relacji do całej Trójcy Przenajświętszej (1-7); druga dotyczy przymiotów Serca Jezusowego (8-16); trzecia grupa kładzie akcent na stosunek Bożego Serca do ludzi (17-33).
Wezwania litanii mają głębokie odniesienie do Pisma Świętego. Większość z nich jest prawie dosłownym cytowaniem Biblii, a inne biorą z niej natchnienie. Każde wezwanie zostało poprzedzone zwrotem Serce Jezusa. Wypowiadając te dwa słowa mamy na myśli samego Chrystusa, który kocha nas swoim Sercem. Jan Paweł II w swoim pierwszym przemówieniu poświęconym Sercu Jezusa w 1979 roku ukazał nam głębię znaczenia tego określenia. Powiedział: Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby. W wielu następnych wystąpieniach powracał do tej myśli: Serce jako centralny organ ludzkiego organizmu Chrystusa jest równocześnie prawdziwym symbolem Jego wewnętrznego życia: Jego myśli, Jego uczuć (1982 rok); Kiedy mówimy: Serce Jezusa Chrystusa – zwracamy się przez wiarę do całej chrystologicznej tajemnicy: tajemnicy Boga-Człowieka. Serce Jezusa Chrystusa stanowi wielkie i nieustanne wołanie, jakie Bóg kieruje do ludzkości, do każdego ludzkiego serca (1984 rok).
Czciciele Serca Jezusowego, odmawiając tę litanię, mają zawsze przed oczami głęboką treść teologiczną, którą ona zawiera. Do każdego wezwania dodajemy błagalne: zmiłuj się nad nami, będące wołaniem o miłosierdzie i potrzebne łaski, tak dla poszczególnych osób, jak i całego Kościoła. Dzisiaj w niektórych wspólnotach zamiast zmiłuj się nad nami powtarzanych po poszczególnych wezwaniach, powtarza się słowa: naucz nas kochać. Można niekiedy używać tego nowego wezwania. Wydaje się, że ono pozwoli nam jeszcze głębiej przeżywać litanię do Bożego Serca i nauczy nas takiej miłości, jakiej wzorem jest Serce Jezusa. Modlitwa końcowa po litanii swoją treścią odpowiada okolicznościom historycznym, w jakich została pierwszy raz publicznie odmówiona. Mieszkańcy Marsylii, dotknięci zarazą, błagają, by Bóg dał się przebłagać przez hołdy i zadośćuczynienia składane w imię Serca Jezusowego.
Kościół, rozciągając tę modlitwę na cały świat i na wszystkie czasy, przypomina, że grzechy ludzi są przyczyną klęsk duchowych, które niekiedy są gorsze od chorób ciała. Dlatego ciągle potrzebne jest wołanie o miłosierdzie dla całego świata i modlitwa wynagradzająca. Grzech bowiem przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego ludzkie serca. Grzech jest wielkim złem w całym swoim wielorakim wymiarze, poczynając od pierworodnego, poprzez wszystkie grzechy osobiste każdego człowieka, poprzez grzechy społeczne, grzechy, które obciążają dzieje całej ludzkości” – mówił Ojciec Święty w Elblągu w 1999 roku. Tam też zwrócił się z apelem: Wynagradzajmy Sercu Bożemu za grzechy popełnione przez nas i naszych bliźnich. Wynagradzajmy za odrzucenie dobroci i miłości Boga.
W każdy pierwszy piątek miesiąca i Uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego po litanii jest odmawiany akt poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Bożemu Sercu. To modlitwa papieża Leona XIII, przez którą poświęcił on całą ludzkość Jezusowi Chrystusowi w nadchodzącym XX wieku. Natomiast w czasie nabożeństw czerwcowych po odmówionej lub odśpiewanej litanii dodajemy jeszcze antyfonę: Do Serca Twojego uciekamy się…
ks. Włodzimierz Lewandowski/Gość Niedzielny
***
Najświętsze Serce Pana Jezusa
Kult Serca Jezusowego – istota nabożeństwa
Rozpoczął się miesiąc czerwiec. Tak, jak miesiąc maj poświęcony jest Maryi, tak czerwiec poświęcony jest Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Jest to szczególny czas, kiedy dziękujemy za wielką miłość Zbawiciela, jaką otoczył ludzi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa wiąże się przede wszystkim z osobą św. Małgorzaty Marii Alacoque. To właśnie Jej w XVII w. objawił się Pan Jezus. W widzeniach, które trwały od grudnia 1673 roku do czerwca 1675 roku, Pan Jezus opowiadał o swoim nieskończonym Miłosierdziu dla ludzi i o potrzebie zwrócenia się wszystkich do Jego Serca poprzez specjalne nabożeństwo. Miało ono stać się źródłem wielkich łask. Podczas ostatniego, tzw. Wielkiego objawienia, 16 czerwca 1675 roku. Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Boskie Serce, powiedział: Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie szczędziło aż do wyczerpania i wyniszczenia się, by im dać dowody swej miłości. A w zamian od większości ludzi doznaje tylko niewdzięczności, przez nieuszanowanie i świętokradztwa, przez oziębłość i pogardę, z jaką się odnoszą do Mnie w tym Sakramencie Miłości.
Pan Jezus wyraził również pragnienie, aby rozpowszechniono nabożeństwo ku czci Jego Najświętszego Serca. Zwrócił się do św. Małgorzaty mówiąc: Przyrzekam ci w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że tym wszystkim, którzy przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu przystępować będą do Stołu Pańskiego, wszechmocna Miłość Mego Serca da łaskę pokuty przy śmierci”.
Pierwszym z Papieży, który zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów był Klemens XIII. Uczynił to w 1765 roku, a więc sto lat po wspominanych już objawieniach. Decydującym w tej sprawie stał się memoriał biskupów polskich wysłany do tego papieża w 1765 roku. Memoriał podaje najpierw historyczny przegląd kultu, a następnie uzasadnia bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa.
Papież Pius IX w roku 1856 rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół. Leon XIII 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.
Miesiąc czerwiec – jak już wspomniałem – jest szczególnym miesiącem Serca Jezusowego, a stało się tak za sprawą papieża Leona XIII i jego następcy Piusa X.
Właśnie teraz, kiedy rozpoczyna się ten szczególny miesiąc, możemy być pewni, że Boskie Serce Pana Jezusa, zsyła ogrom łaski na dusze, które praktykują nabożeństwo ku Jego czci. Pamiętajmy, że Jezus oczekuje od nas wynagrodzenia wszystkich grzechów i zniewag, jakie Jego kochające Serce doznaje od nas ludzi. Jeśli Bóg do nas mówi, przez świętą Małgorzatę, to nie zlekceważmy, ale korzystajmy z daru łaski, jakie to nabożeństwo ze sobą niesie. W naszych czasach, kiedy zanika dar pobożności, chciejmy rozwijać to piękne nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa.
Nasz wielki Rodak, święty Jan Paweł II tak mówił w Elblągu, 6 czerwca 1999 roku: cieszę się, że ta pobożna praktyka, aby codziennie w miesiącu czerwcu odmawiać albo śpiewać Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa, jest w Polsce taka żywa i ciągle podtrzymywana”.
Niech słowa świętego Papieża, będą dla nas słowami zachęty, do ufnej modlitwy wynagradzającej Najświętszemu Sercu naszego Zbawiciela. W tym Sercu połóżmy naszą ufność i w Nim chciejmy odnaleźć źródło naszej nadziei.
Najświętsze Serce Jezusa, uczyń serca nasze według Serca Twego.
Ks. Krzysztof Hawro/Tygodnik Niedziela
***
Niezwykłe wizje mistyczne dwóch świętych, które zapoczątkowały kult Serca Pana Jezusa
fot. Wikipedia/Canva
***
Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa kojarzy się nieodłącznie ze świętą Małgorzatą Marią Alacoque, ale już w średniowieczu, w zgromadzeniu cystersek w Helfcie żyły dwie mistyczki, które miały widzenia Boskiego Serca i żywiły do Niego szczególne nabożeństwo.
Mechtylda z Magdeburga i Gertruda Wielka żyły w ścisłym zjednoczeniu z Sercem Pana Jezusa. Z Nim i w Nim przeżywały zwykłe trudności dnia codziennego, a także wszelkie cierpienia duchowe i fizyczne, których doświadczały.
Któregoś dnia Mechtylda opowiadała, jak podczas spotkania Pan tak mocno przycisnął jej serce do Swojego, iż miała wrażenie, że te dwa serca stanowią jedno. Do tego zjednoczenia serc Chrystus przygotowywał je od najmłodszych lat.
Serce Jezusa, Św. Gertruda i nawrócenie… w klasztorze
Gertruda już jako pięcioletnia dziewczyna trafiła do zgromadzenia cystersek w Helfcie i spędziła tam całe życie. Najpierw była uczennicą, a po latach nauki została mniszką. W zgromadzeniu przeżyła wewnętrzne nawrócenie, bowiem nauka pochłonęła ją tak bardzo, iż niemal straciła z oczu Boga.
Gdy zrozumiała, że nie można przedkładać idei nad rzeczywistość, a czytania o miłosierdziu nad czynienie go, rozpoczął się nowy etap w jej życiu naznaczony darem kontemplacji, nadprzyrodzonych ekstaz, objawień i proroczych wizji. W swoim dziele opisywała miłość Boga do duszy oraz duszy do Boga, której źródło tkwi w Najświętszym Sercu Jezusa.
Niezwykłe dzieło św. Mechtyldy o Sercu Jezusa, które tworzyła 40 lat!
Mechtylda natomiast w wieku 12 lat miała wizję Ducha Świętego i od tego wydarzenia wiele czasu poświęcała na praktyki religijne i rozwój duchowy. Mając 23 lata opuściła dom i związała się z beginkami w Magdeburgu. Był to ruch religijny i społeczny wywodzący się z franciszkanizmu, a kierowany przez dominikanów. Jego członkowie prowadzili życie zgodne z Ewangelią, wypełnione modlitwą i pracą.
Mechtylda przez czterdzieści lat tworzyła dzieło zatytułowane Strumień światła boskości, w którym opisywała swoje przeżycia mistyczne. Posługując się symbolami płomienia, światła, ciepła i rosy, ukazywała w jaki sposób spotykają się pragnienia duszy i Boga.: „Dusza wyszła z Serca Bożego i powinna tam ponownie wrócić”. W wieku 60 lat, zmuszona sytuacją polityczną, ale również krytyką ze strony niektórych hierarchów kościoła, schroniła się w klasztorze cystersek w Helfcie, gdzie pozostała aż do śmierci.
Jak wygląda Serce Jezusa?
Mechtylda z Magdeburga zapisała w „Strumieniu Światła Boskości” słowa:
„Kiedy uboga dusza przybywa na dwór, jest rozumna i delikatna. Pełna radości patrzy na swego Boga. Ach, z jak wielką miłością jest przyjmowana! Milczy ona i niezmiernie pragnie Jego chwały. Wówczas On ukazuje jej z wielkim pragnieniem swe Boskie Serce.
Jest podobne do czerwonego złota, które płonie w wielkim ogniu rozżarzonych węgli. A On wkłada ją do swego rozpalonego Serca. Kiedy najwyższy Władca i mała służebnica obejmują się tak serdecznie i są złączeni jak woda z winem, wtedy ona jakby znika i odchodzi sama od siebie. Skoro tylko ona nic już nie może zrobić, On z tęsknoty za nią jest chory z miłości, tak jak już był zawsze, gdyż On w swoim odwiecznym pragnieniu miłosnym nie wzrasta ani nie maleje. Wtedy dusza mówi: <Panie, Ty jesteś moim Umiłowanym, moją tęsknotą, moim tryskającym źródłem, moim słońcem, a ja jestem Twoim zwierciadłem>. Tak wygląda podróż na dwór miłującej duszy, która nie może istnieć bez Boga”.
Rozmowa ze św. Janem o Sercu Jezusa
Niemal w tym samym czasie Gertruda, która z czasem otrzymała przydomek Wielka, w dziele zatytułowanym Objawienia, czyli Poseł Bożej pobożnościopisała rozmowę ze świętym Janem, umiłowanym uczniem Pana Jezusa.
„Powiedz mi – zapytała Gertruda – jakich uczuć doznawałeś, spoczywając podczas ostatniej uczty na sercu Jezusa? Jan zaczął opowiadać. Wspominał o głębokim zanurzeniu swej duszy w duszy Jezusa Chrystusa i o gorejącym ogniu, jaki go ogarniał. – A dlaczegóż w takim razie – dopytywała – dlaczegóż, nic o tym nie napisałeś? – Dlatego – odpowiedział – że miałem tylko polecone przedstawiać powstającemu Kościołowi nauki Słowa i przekazywać prawdy wiekom, w miarę jak wieki te będą zdolne je pojąć; bo nikt ich dokładnie zrozumieć nie zdoła. Co do niewysłowionych rozkoszy, których doznawałem na sercu Jezusowym, postanowiłem o nich mówić później, aby poznanie tych niewymownych słodyczy rozpaliło na nowo oziębłą i dogasającą miłość starzejącego się świata i obudziło go z odrętwienia”.
Serce Jezusa! Przez boleść Twoją nad tymi, którzy w Ciebie nie wierzą, zmiłuj się nad nami, niewiernych racz oświecić światłem Wiary świętej, wierzącym zaś, daj pomnożenie w tej świętej Wierze, i w cnotach jej przyzwoitych.
O Przenajświętsze Serce Jezusa mojego! przez boleść Twoją nad tymi, którzy Cię nie znają, zmiłuj się nad nami, a daj wszystkim poznanie Dobroci Twojej nieskończonej.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy w Ciebie nie wierzą, zmiłuj się nad nami, niewiernych racz oświecić światłem Wiary świętej, wierzącym zaś, daj pomnożenie w tej świętej Wierze, i w cnotach jej przyzwoitych.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy w grzechu śmiertelnym zostają, zmiłuj się nad nami, a daj opamiętanie tym, którzy Cię obrażają, i nas od najmniejszej Twojej strzeż obrazy.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad niewdzięcznością ludzką i nad tymi, którzy się oddalają od Ciebie, zmiłuj się nad nami, i pociągnij nas wszystkich do swojej miłości.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad oziębłymi sługami Twoimi, zmiłuj się nad nami, a zapal serce moje żarliwą ku sobie miłością.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją w chwili Poczęcia i Narodzenia Twojego, zmiłuj się nad nami, daj nam prawdziwe poznanie tak drogiego Odkupienia, żeś Jednorodzonym Synem Bożym będąc, z nieba na ziemię zstąpił, abyś nas niewolników z ciężkiej grzechów niewoli wybawił.
Serce Jezusa! przez boleści Twoje, w calom życiu, i podczas Męki i śmierci Twojej, osobliwie, widząc jak wiele ludzi, dla swych nieprawości i ślepoty, żadnego pożytku nic miało odnieść z okrutnej Męki i śmierci Twojej, i być potępionymi. Zmiłuj się nad nami, a nie dopuszczaj, abyśmy na to nieszczęście przyjść mieli.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad małą liczbą wybranych, zmiłuj się nad nami, a daj łaskę, znaleźć się w tej liczbie w dzień ostatniego Sądu Twojego.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad prześladowcami i bluźniercami Najświętszego Imienia Twojego, zmiłuj się nad nami, spraw, aby serca nasze tyle Ci oddawały czci, chwały i uwielbienia, ile ciż niewdzięczni wyrządzają zniewag i bluźnierstw przeciw nieskończonej Twojej Dobroci.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad zelżywością Matki Twej Najświętszej, Świętych Twoich, sług i służebnic, zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę, abyśmy żyli i umierali pod obroną i opieką tej Najświętszej Matki i Świętych Twoich, a naśladując cnoty ich, i powinną cześć im oddając, mogliśmy potem wespół z nimi wychwalać na wieki święto Imię Twoje.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy nie dbają o łaskę Twoją, o chwałę Twoją, i o wieczne duszy swój zbawienie, zmiłuj się nad nami, racz oświecić ich zatwardziałość i ślepotę, nam zaś wszystkim daj prawdziwe poznanie naszej nędzy i słabości, że bez Ciebie i Twej łaski, nic nie możemy.
Serce Jezusa! przez boleści Twoje nad świętokradzkimi spowiedziami wielu ludzi, zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę szczerego i pokornego grzechów naszych na spowiedzi wyznania z obrzydzeniem onych; skruchę prawdziwą i mocne przedsięwzięcie, więcej Pana Boga nieskończonej miłości godnego nie obrażać.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad kapłanami świętokradzko sprawującymi Najświętsze Ofiary, i nad świętokradzko komunikującymi, zmiłuj się nad nami, a daj nam należyte przysposobienie do godnego Ciebie w Przenajświętszym Sakramencie przyjmowania; osobliwie w ostatnią śmierci naszej godzinę, racz posilić dusze nasze tym Pokarmem Niebieskim, na długą i niebezpieczną drogę wieczności.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad bałwochwalcami, czarownikami, heretykami i złymi katolikami, zmiłuj się nad nami, daj wszystkim prawdziwe do siebie nawrócenie, poznanie Dobroci i Miłości Twojej, a obrzydzenie wszelkiego błędu i niedowiarstwa.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tym wszystkim, coć się w nas grzesznych nie podoba; zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę, iżbyśmy raczej śmierć obrali sobie, niżeli kiedy co uczynić mieli niepodobającego się Boskiemu Majestatowi Twojemu, któremu niech będzie cześć, chwała i uwielbienie, teraz i przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Stacja7.pl/źródło: „Chwała Boża” (1884r.)
***
Niezwykłe wizje mistyków. Co widzieli podczas Mszy świętej?
fot. Wikipedia/Freepik
***
Mistycy Kościoła otrzymali niezwykły dar widzenia Pana Jezusa podczas Mszy świętej już tu, na ziemi. Ich doświadczenia pomagają nam na nowo odkrywać siłę i tajemnicę sakramentu Eucharystii.
Poznaj co widzieli w swoich wizjach mistycznych w czasie Mszy świętej znani mistycy Kościoła katolickiego – św. Ojciec Pio, św. s. Faustyna Kowalska oraz o. Joachim Badeni.
Święty ojciec Pio. „On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu”
Fragment książki „Serce Ojca Pio”:
Opowiedz mi, Ojcze, o cierpieniach, jakie przeżywasz w czasie Mszy świętej. Wszystko, co wycierpiał Jezus podczas swojej męki, ja także – choć w niewspółmiernie mniejszym stopniu – przeżywam, na ile jest to możliwe dla ludzkiej istoty. A to wszystko dzieje się nie dzięki moim zasługom, lecz jedynie dzięki Jego dobroci.
Widziałem, że Ojciec drżał, wychodząc na stopnie ołtarza. Dlaczego? Czy z powodu tego, co miał Ojciec wycierpieć? Nie z powodu tego, co miałem wycierpieć, ale co miałem ofiarować.
W jakich godzinach dnia Ojciec najwięcej cierpi? W czasie odprawiania Mszy świętej. Najboleśniejszy moment trwa od Konsekracji do Komunii.
Dlaczego Ojciec płacze w czasie Ofertorium? Jest to moment, w którym dusza oddziela się od tego, co ziemskie.
Czy w Boskiej ofierze Ojciec bierze na siebie nasze nieprawości? Nie można inaczej postąpić, ponieważ to należy do Boskiej ofiary.
Co powinniśmy robić podczas Mszy świętej? Współodczuwać z Jezusem i braćmi oraz kochać.
Jak powinniśmy uczestniczyć we Mszy świętej? Tak samo, jak Najświętsza Maryja oraz pobożne niewiasty i święty Jan uczestniczyli w ofierze eucharystycznej i ofierze krzyża.
Co Jezus czyni podczas Komunii? On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu. Komunia polega na zjednoczeniu się z Panem, jak dwie świece, które się topią i nie można ich już odróżnić.
Jakie dobrodziejstwa otrzymujemy podczas Komunii? Nie można ich wyliczyć. Zobaczycie je wszystkie w niebie!
Czy we Mszy świętej Ojciec umiera? Mistycznie w Świętej Komunii.
Czego oczekujesz od nas? Od moich dzieci pragnę tylko tego: Mszy świętej i Komunii każdego dnia.
Ojciec Joachim Badeni. „Dane mi było czuć Ciało Pańskie”
Byłem na wieczornym nabożeństwie u dominikanów. Ksiądz wyszedł z zakrystii, wszedł na stopnie ołtarza – dla mnie to były nowości, bo w życiu nie chodziłem na nabożeństwa, na msze niedzielne zawsze, ale na Różaniec, to tylko babcia chodziła. Ksiądz wystawił w monstrancji Hostię, okadził i zaczął mówić „Zdrowaśki” – ten fragment przedrzemałem, bo ciągle jeszcze byłem obojętny. Ksiądz skończył się modlić i znowu wszedł po stopniach ołtarza – zdjął monstrancję i pobłogosławił wiernych trzy razy. Patrzę na monstrancję, widzę białe kółko w środku. Nagle zobaczyłem: Ciało, Krew, Dusza, Bóstwo, Chrystus – jasne, okazałe, bez egzaltacji. Od razu do spowiedzi poszedłem. Dość długo trwało, zanim się wyspowiadałem. Mówię: „Ja nie tylko wierzę w to, ale ja to widzę”.
Ta wizja pozostała we mnie później przez całą wojnę. Wszędzie, gdzie tylko był kapelan, kościół, biegłem do Komunii – miałem ogromny głód Eucharystii w sobie. Potem kiedy zostałem księdzem, bardzo wyraźnie czułem, co trzymam w ręce podczas konsekracji – tylko czasem były w tym przerwy. Ale prawie na co dzień dane mi było czuć Ciało Pańskie – miękkość Jego Ciała. Nie tylko raz od święta wielka wizja. Dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku.
To wszystko otrzymałem od Matki Boskiej. To Jej dar. Dzisiaj, z dalszej perspektywy, widzę to w taki sposób: najpierw wyciągnęła mnie z błota, posłała do kościoła – dotknęła, pokazała mi Ciało Syna, dała głód tego właśnie Pokarmu. Jej plan układał się dalej: niech będzie księdzem i jako ksiądz będzie widział, co trzyma w ręce. To bardzo kobiece działanie, działanie Matki. Na pierwszym miejscu jest Syn Jednorodzony, potem trzeba kogoś ratować – dlaczego właśnie mnie?… Nie wiem. Byłem bardzo pospolitym grzesznikiem, nawrócenie mnie nie było żadną sensacją, dlaczego tak się stało… to tajemnica Opatrzności.
(fragment książki „Siła nadziei”)
Św. siostra Faustyna Kowalska. „W jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą”
Widziałam w czasie przed podniesieniem Pana Jezusa ukrzyżowanego, który odrywał prawą rękę od krzyża, i światło, które wychodziło z rany, dotykało ramienia jego; powtórzyło się to w trzech Mszach świętych. Zrozumiałam, że Bóg da mu moc do spełnienia dzieła tego, pomimo trudności i przeciwności. Dusza ta, miła Bogu, jest ukrzyżowana wielorakimi cierpieniami, ale nie dziwię się wcale temu, bo tak Bóg postępuje z tymi, których szczególnie miłuje. (Dz 1253)
Byłyśmy na nabożeństwie popołudniowym. Była śpiewana litania do Najsłodszego Serca Jezusa. Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, po chwili ujrzałam małego Pana Jezusa, który wyszedł z Hostii i Sam spoczął na rękach moich. Trwało to krótka chwilę; radość niezmierna zalewała duszę moją. Tak samo wyglądało Dziecię Jezus, jak w tej chwili, kiedy weszłyśmy do kapliczki z Matka Przełożoną, a dawniejszą Mistrzynią moją – Matka Józefą. (Dz 406)
Na drugi dzień, w czasie Mszy świętej, przed podniesieniem, duch ten zaczął śpiewać te słowa: Święty, Święty, Święty. Głos jego jakoby głosów tysiące, niepodobna tego napisać. Wtem duch mój został zjednoczony z Bogiem, w jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą, a zarazem poznałam nicość, jaką jestem sama z siebie. Poznałam, wyraźniej niżeli kiedy indziej, Trzy Boskie Osoby: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jednak istność ich jest jedna i równość, i majestat. Dusza moja obcuje z tymi Trzema, lecz słowami nie umiem tego wyrazić, ale dusza rozumie to dobrze. Ktokolwiek jest złączony z jedną z tych Trzech Osób, przez to samo jest złączony z całą Trójcą Świętą, ponieważ Ich jedność jest nierozdzielna. To widzenie, czyli poznanie, zalało duszę moją szczęściem niepojętym, dlatego że Bóg jest tak wielkim. Nie widziałam tu tego, com napisała, oczami, jako dawniej, ale czysto wewnętrznie, w sposób czysto duchowy i niezależny od zmysłów. Trwało to do końca Mszy świętej. Teraz zdarza mi się to często i nie tylko w kaplicy, ale i przy pracy, i w czasie, jak się najmniej tego spodziewam. (Dz 472)
“Trójca Święta sprawia, że kochamy wszystko i wszystkich” – powiedział papież Leon XIV w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański” w Watykanie.
fot. Vatican Media
***
Ojciec Święty zaznaczył, iż celebrując tajemnicę Trójcy Świętej, odkrywamy na nowo życie Boże ofiarowane nam w Jezusie Chrystusie, aby tworzyć Kościół jako wspólnotę spotkania i komunii. Papież podkreślił, iż w czytanym dziś fragmencie Ewangelii (J 3, 16-18) Pan Jezus tę tajemnicę miłości ukazuje Nikodemowi, który przyszedł do Niego nocą, szukając prawdy.
Leon XIV o Trójcy Świętej
Leon XIV wskazał, iż w tajemnicy Ojca, Syna i Ducha Świętego odnajdujemy nasz dom. Trójca Święta sprawia, że kochamy wszystko i wszystkich. Odkrywamy, że każde stworzenie zostało stworzone do komunii, relacji i spotkania. A przez przeciwieństwo rozumiemy, dlaczego podziały, polaryzacje i pogarda dla różnorodności niosą światu zniszczenie, smutek i jałowość – stwierdził papież.
Dodał, iż także my jesteśmy dziś zaproszeni, by przyjąć Ducha komunii i żyć radością Ewangelii. Kończąc Ojciec Święty zachęcił, byśmy wraz z Maryją mówili tak” względem miłości Trójcy Przenajświętszej.
Papież pozdrowił polskich mężczyzn, którzy idą w wyjątkowej pielgrzymce
Leon XIV pozdrowił mężczyzn i chłopców uczestniczących w „wielkiej” – jak powiedział – pielgrzymce do sanktuarium Matki Bożej Sprawiedliwości Społecznej w Piekarach Śląskich. W wydarzeniu wzięło udział w tym roku ok. 80 000 wiernych.
W tym wielkim wydarzeniu często uczestniczył kard. Karol Wojtyła. Arcybiskup wezwał w Piekarach mężczyzn do obrony tradycyjnego modelu małżeństwa i rodziny. „Wy, chrześcijańscy mężczyźni, jeśli chcecie się wykazać prawdziwą odwagą, to stańcie do obrony prawdy o małżeństwie i rodzinie” – mówił metropolita katowicki.
Bliskość z chorymi i cierpiącymi
Leon XIV po modlitwie Anioł Pański przypomniał, że w maju cały Kościół zgodnie wołał o pokój na świecie, szczególnie poprzez modlitwę różańcową. Stanowiła ona niejako nieprzerwany łańcuch, w którym powierzano wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny narody doświadczone przez wojnę – wskazał Leon XIV.
Ojciec Święty modlił się, by Boża Mądrość w szczególny sposób oświetlała sumienia sprawujących władzę i kierowała ich decyzje ku szczerej trosce o sprawiedliwy i trwały pokój.
Papież przekazał wyrazy bliskości osobom chorym i cierpiącym oraz wszystkim, którzy niosą im pomoc i wsparcie, z okazji obchodzonego dziś 25. Dnia Ulgi w Cierpieniu.
KAI, Vatican Media
***
Jak Trójcę Świętą można odnaleźć w całym stworzeniu
Jakub Badelek | Shutterstock
Niezależnie od tego, czy spoglądamy w gwiazdy, czy przyglądamy się mikroskopijnym organizmom, wszędzie znajdziemy ślady Trójcy Świętej.
***
Czasami możemy błędnie wyobrażać sobie Boga jako kogoś istniejącego „poza” światem – jakby mieszkał gdzieś ponad chmurami, które widzimy na niebie.
To prawda, że Bóg istnieje poza czasem i przestrzenią. Jednocześnie jest obecny w całym swoim stworzeniu. Każda rzecz stworzona – zarówno na ziemi, jak i na księżycu – nosi w sobie obecność Trójcy Świętej.
Jak przypomina The Catholic Encyclopedia: „Sługa Boży lub dusza pobożna może być świadoma Jego obecności także w inny sposób – poprzez rozum oświecony wiarą. Widzi Boga w ziemi, morzu, powietrzu i we wszystkich rzeczach”.
Ślad Trójcy
Myśl tę rozwinął także Benedykt XVI w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański w uroczystość Trójcy Świętej w 2009 roku:
Możemy to dostrzec, obserwując zarówno makrokosmos: naszą ziemię, planety, gwiazdy i galaktyki, jak i mikrokosmos: komórki, atomy oraz cząstki elementarne. Imię Trójcy Przenajświętszej jest w pewnym sensie odciśnięte we wszystkich rzeczach, ponieważ wszystko, co istnieje – aż po najmniejszą cząstkę – pozostaje w relacji. W ten sposób dostrzegamy Boga jako relację, a ostatecznie jako stwórczą Miłość.
Papież wyjaśniał dalej, że wszystko, co istnieje, zawiera w sobie cząstkę miłości Trójcy:
„Wszystko pochodzi z miłości, ku miłości zmierza i porusza się dzięki miłości, choć oczywiście z różnym stopniem świadomości i wolności. «O Panie, nasz Panie, jak przedziwne Twe imię po całej ziemi!» (Ps 8,2) – woła psalmista”.
Człowiek jako obraz Boga
Zdaniem Benedykta XVI najmocniejszym dowodem Bożej miłości jest sam człowiek:
Najmocniejszym dowodem na to, że zostaliśmy stworzeni na obraz Trójcy, jest fakt, że tylko miłość czyni nas szczęśliwymi. Żyjemy bowiem w relacji i żyjemy po to, by kochać i być kochanymi. Posługując się analogią z biologii, można powiedzieć, że człowiek nosi w swoim «genomie» głęboki ślad Trójcy – Boga, który jest Miłością.
Bóg nie jest istotą samotną, lecz samą komunią: Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Jego natura wzywa nas więc nie tylko do jedności z Nim, ale także do jedności między sobą. Bóg pragnie, aby wszyscy stanowili jedno w Nim.
Trójca Święta pozostaje jednak wielką tajemnicą, trudną do pełnego zrozumienia. Podobnie jak otaczający nas świat, wymaga całego życia, by uchwycić choć niewielką część jej głębi.
Dopiero po śmierci będziemy mogli w pełni poznać tajemnicę Trójcy.
Znamy ją doskonale od dzieciństwa. Trwa kilka sekund. Można ją odmawiać wiele razy w ciągu dnia i w każdych okolicznościach, wciąż od nowa korzystając z jej głębi i owoców.
Najstarszy zapis formuły trynitarnej, czyli wymieniającej razem wszystkie Trzy Osoby Boskie – Ojca, Syna i Ducha Świętego – znajdujemy w zakończeniu Ewangelii wg św. Mateusza (50-60 r.). Jezus wyraźnie poleca uczniom udzielać „chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19).
W tym wypadku pełni ona przede wszystkim funkcję impresywną – jest precyzyjnie wyrażonym nakazem, poleceniem.
Doksologie nowotestamentalne
Z kolei w listach apostolskich natrafiamy na dość liczne doksologie (gr. doksa = chwała), czyli formuły mające na celu wyrażenie i oddanie chwały, czci Osobom Boskim. Najczęściej są one skierowane ku Bogu Ojcu lub ku Synowi Bożemu, Jezusowi Chrystusowi:
Bogu, który jedynie jest mądry, przez Jezusa Chrystusa, niech będzie chwała na wieki wieków. Amen (Rz 16,27).
Łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego, i od Pana Jezusa Chrystusa (…) Jemu to chwała na wieki wieków! Amen (Ga 1,3-5).
Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen (Ef 3,20-21).
Bogu zaś i Ojcu naszemu chwała na wieki wieków! Amen (Flp 4,20).
A Królowi wieków nieśmiertelnemu, niewidzialnemu, Bogu samemu – cześć i chwała na wieki wieków! Amen (1 Tm 1,17).
Wyrwie mię Pan od wszelkiego złego czynu i wybawi mię, przyjmując do swego królestwa niebieskiego. Jemu chwała na wieki wieków! Amen (2 Tm 4,18).
[Bóg] niech was uzdolni do wszelkiego dobra, byście czynili Jego wolę, sprawując w was, co miłe jest w oczach Jego, przez Jezusa Chrystusa, któremu chwała na wieki wieków! Amen (Hbr 13,21).
… aby we wszystkim był uwielbiony Bóg przez Jezusa Chrystusa. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (1 P 4,11).
Wzrastajcie zaś w łasce i poznaniu Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa! Jemu chwała zarówno teraz, jak i do dnia wieczności! Amen (2 P 3,18).
Jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, chwała, majestat, moc i władza przed wszystkimi wiekami i teraz, i na wszystkie wieki! Amen (Jud 25).
Tak samo w Apokalipsie:
… i uczynił nas [Jezus] królestwem – kapłanami Bogu i Ojcu swojemu, Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (Ap 1,6).
Zasiadającemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc, na wieki wieków! (Ap 5,13)
Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen (Ap 7,12).
Alleluja! Zbawienie i chwała, i moc u Boga naszego… (Ap 19,1)
Chwała Ojcu przez Syna
Jak nietrudno spostrzec, w żadnej z nowotestamentowych doksologii nie jest wprost wymieniony Duch Święty. Zanim jednak zajmiemy się tym „brakiem” i spróbujemy go wyjaśnić, najpierw zwróćmy uwagę na co innego: Najczęściej doksologie dotyczą Boga Ojca; kilkukrotnie Ojca i Syna; rzadziej samego Syna. Natomiast w części formuł pojawia się konstrukcja mówiąca o chwale oddawanej Ojcu p r z e z Jezusa – w znaczeniu: przez Jego pośrednictwo. Tak ujmuje to św. Paweł:
… przez Niego wypowiada się nasze „Amen” Bogu na chwałę. (2 Kor 1,20)
To ważny trop w naszych rozważaniach. Formuły doksologiczne, które napotykamy w pismach Nowego Testamentu, nie są nigdy prywatnym aktem kultu zapisującego je autora. Są wezwaniem, w które (przynajmniej intencjonalnie) włączona jest społeczność adresatów, czyli Kościół. Ten z kolei nie oddaje Bogu czci sam z siebie, ale przez Jezusa, jako Pośrednika, swoją Głowę i „pierworodnego między wielu braćmi” (por. Rz 8,29). To zaś jest możliwe dzięki Duchowi Świętemu:
Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze!” (Ga 4, 6).
Spiritus movens
Możemy zatem dość śmiało postawić tezę, że brak wzmianek o Duchu Świętym w nowotestamentalnych doksologiach wynika nie tyle z braku zainteresowania Trzecią Osobą Trójcy, ile z przekonania, że jest ona bezpośrednio „zaangażowana” w sam akt doksologii, który faktycznie dokonuje się dzięki niej. Jakby nie patrzeć, już na samym początku Dziejów Apostolskich Duch Święty objawia się jako spiritus movens Kościoła.
Chwała… – mała doksologia
Trynitarna doksologia, wymieniająca wszystkie Trzy Osoby Boskie ukształtowała się niedługo po okresie apostolskim. Już pisarze wczesnochrześcijańscy, jak Hipolit Rzymski (+235), Tertulian (+240), czy Orygenes (+254) wspominają niejednokrotnie o znaku krzyża czynionym z przywołaniem Trójcy Świętej, jako o stałej i powszechnie znanej wśród chrześcijan praktyce.
Najprawdopodobniej równolegle z tą praktyką powstawały pierwsze trynitarne formuły doksologiczne. Najczęściej oddawały one cześć Ojcu przez [gr. dia] Syna z [gr. meta] Duchem Świętym. Już na początku IV wieku zaczęto stosować w nich spójnik „i” [gr. kai], aby w ten sposób odróżnić się od arian, uważających Syna za niższego od Ojca i podporządkowanego Mu. W ten sposób powstała znana nam dziś wersja:
Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu… zwana zwyczajowo „małą doksologią”.
W Credo nicejsko-konstantynopolitańskim (381 r.) mowa jest o Duchu Świętym, „który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę”. Z czasem ukształtowało się także znane nam dzisiaj zakończenie formuły: …jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
W tej części Chwała… występują dziś różnice pomiędzy różnymi chrześcijańskimi tradycjami. W wersji używanej przez Kościół prawosławny nie występuje fraza „jak była na początku”. Tekst syryjski natomiast ogranicza się do samego „na wieki wieków. Amen”.
Chwała… w modlitwie Kościoła
W Kościele łacińskim doksologia w znanej nam formie już w starożytności chrześcijańskiej używana była jako zakończenie psalmów, pieśni i hymnów. Do dziś w Liturgii godzin, czyli tzw. brewiarzu, kończy się nią każdy psalm i pieśń (z jednym tylko wyjątkiem Kantyku Trzech Młodzieńców, który posiada własną trynitarną formułę doksologiczną).
Chwała Ojcu… znalazło także swoje stałe miejsce w modlitwie różańcowej. To dlatego, że początkowo stanowiła ona substytut Liturgii godzin. Chwała Ojcu… odmawiane (lub śpiewane) jest także w liturgii Wigilii Paschalnej przy poświęceniu wody chrzcielnej oraz każdorazowo przy udzielaniu sakramentu chrztu świętego – zaraz po trzykrotnym polaniu głowy przyjmującego chrzest.
To bodajże jedyne „miejsce” w liturgii, gdzie dwie formuły trynitarne występują w bezpośrednim sąsiedztwie (najpierw przy polaniu głowy w formie: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” i bezpośrednio potem jako doksologia: Chwała Ojcu…). Mała doksologia pojawia się także w różnego rodzaju nabożeństwach.
Doksologia trynitarna w Mszy świętej
W obecnym kształcie liturgii mszy świętej (mówimy już tylko o Kościele łacińskim) mała doksologia nie występuje. Niegdyś kończyła zwyczajowo odmawiane w trakcie liturgii psalmy. Dzisiejsza msza (tak samo jak dawna) zawiera natomiast tzw. wielką doksologię, która wieńczy modlitwę eucharystyczną i ze względu na swój charakter zasadniczo powinna być śpiewana przez celebransa:
Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże, Ojcze wszechmogący, w jedności Ducha Świętego, wszelka cześć i chwała, przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Kilka sekund, wiele skutków
Podobnie jak znak krzyża czyniony „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, tak i mała doksologia odmawiana „prywatnie” za każdym razem osadzać ma nas w kontekście, jaki naświetliliśmy na początku tego tekstu. Bynajmniej nie jest to tylko nasz osobisty, jednostkowy akt pobożności.
Przez modlitwę tę włączamy się w nieustanne uwielbienie Ojca przez Syna, które dzięki działaniu Ducha Świętego dokonuje się w Mistycznym Ciele tegoż Syna. Krótkie Chwała Ojcu… to zatem modlitwa, która:
Zanurza nas w pełne miłości (a właściwie będące samą miłością) wewnętrzne życie Trójcy Świętej,
Jednoczy nas z Jezusem oddającym Ojcu nieustanną cześć w miłości,
Jest doświadczeniem działania w nas Ducha Świętego, dzięki któremu możemy ją wypowiedzieć,
Wyrywa nas z naszych samotności, włączając nas w działanie całego Kościoła,
Stanowi najkrótsze wyznanie wiary, będące jednocześnie aktem modlitwy (a więc „teoria” od razu staje się w niej „praktyką”),
Przypomina nam i umacnia w nas naszą chrześcijańską tożsamość.
Uroczystość Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana
Stacja7.pl
***
Msza święta w języku angielskim w kościele św. Piotra o godz. 19.00
Przed Mszą św. – godzinna adoracja przed Najświętszym Sakramentem
***
Święto Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana
Papież Benedykt XVI ustanawiając to święto, pragnął, by było ono obchodzone w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego.
Ustanowione przez papieża Benedykta XVI święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana jest owocem Roku Kapłańskiego, który był obchodzony w Kościele katolickim od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r.
Ustanowione przez papieża Benedykta XVI święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana jest owocem Roku Kapłańskiego, który był obchodzony w Kościele od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. To nowe święto jest zachętą dla duchownych, by wpatrywali się w Chrystusa Kapłana.
Dla wiernych świeckich ten dzień jest okazją do medytacji nad znaczeniem kapłaństwa służebnego i wspierania duchownych w trosce o prowadzenie ludzi do Chrystusa. Liturgiczna celebracja zaprasza do rozważenia tajemnicy świętości i piękna kapłaństwa Chrystusowego oraz skłania do intensywnej modlitwy o uświęcenie duchowieństwa. Obecne czasy wskazują na aktualność duchowej walki, jaka toczy się w świecie i podkreślają rolę kapłanów, jako wybranych przez Chrystusa na głosicieli Słowa, szafarzy sakramentów i przewodników Ludu Bożego. Treścią doświadczeń mistycznych wielu świętych XX i XXI wieku było Boże wezwanie do troski o świętość kapłanów i wspieranie ich w duchowej walce z mocami zła.
Papież Benedykt XVI ustanawiając to święto, pragnął, by było ono obchodzone w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego. Poszczególne episkopaty miały prawo zdecydować, czy przyjmą to święto w swoich krajach. Episkopat Polski na konferencji w listopadzie 2012 roku podjął decyzję o wprowadzeniu święta w Polsce. Warto pamiętać, że początki święta Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana sięgają 1952 r., gdy na prośbę biskupa José María García Lahiguera, założyciela kontemplacyjnego Zgromadzenia Sióstr Oblatek Chrystusa Kapłana, papież Pius XII wyraził zgodę na obchodzenie go w Hiszpanii.
Tak, jak ustanowienie sakramentu Eucharystii, które miało miejsce w Wieczerniku, jest obchodzone w specjalnej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwanej potocznie Bożym Ciałem. Tak też pragnieniem wiernych było ustanowienie specjalnego święta umożliwiającego celebrację ustanowienia sakramentu kapłaństwa. Chrystus w Wieczerniku objawia prawdę, że jest najwyższym Kapłanem który na krzyżu złoży ofiarę ze swego życia za grzechy całego świata. Wybierając do pełnienia sakramentalnej posługi, ludzi, których wyposaża w świętą władzę, Odkupiciel chce kontynuować dzieło zbawienia przez posługę słowa i sprawowanie świętych misteriów.
W celebracji święta Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana Kościół w Polsce nawiązuje także do życiowego przesłania św. Jana Pawła II, które wyraża się w medytacji nad jego tekstami kierowanymi do kapłanów w listach na Wielki Czwartek oraz przyjęciu za swoją odmawianej przez niego litanii do Chrystusa Kapłana i Ofiary. Swoje przeżywanie kapłaństwa papież Polak przedstawił w książce „Dar i Tajemnica”.
PAN PRYZYSIĄGŁ I TEGO nie odwoła: Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka[1].
List do Hebrajczyków dokładnie określa kapłana, mówiąc, że jest on spomiędzy ludzi brany, dla ludzi jest ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy(Hbr 5, 1). Dlatego kapłan, jako pośrednik między Bogiem i ludźmi, jest ściśle związany ze składaną Ofiarą, gdyż jest ona głównym aktem kultu, w którym wyraża się uwielbienie Stwórcy przez stworzenie.
W Starym Testamencie składano Bogu ofiary jako wyraz uznania dla Jego panowania i wdzięczności za otrzymane dary. Polegały one na całkowitym lub częściowym spaleniu darów ofiarnych na ołtarzu. Stanowiły symbol i obraz prawdziwej ofiary, którą Chrystus wraz z nadejściem pełni czasu złożył na Kalwarii. Ustanowiony Najwyższym Kapłanem na zawsze, Jezus ofiarował samego Siebie jako Ofiarę miłą Bogu, o wartości nieskończonej: sam stał się Kapłanem, Ołtarzem i Barankiem ofiarnym[2]. „Trzeba, ażeby człowiek oddawał Stwórcy cześć z wdzięcznością i uwielbieniem za wszystko, co od Niego otrzymał. Człowiek nie może stracić poczucia tego długu, który tylko on jeden spośród ziemskich istot może rozpoznać i spłacać jako stworzenie uczynione na obraz i podobieństwo Boga. A zarazem, biorąc pod uwagę jego ograniczoność jako stworzenia oraz fakt, że naznaczony jest grzechem, człowiek nie byłby zdolny do tego aktu sprawiedliwości wobec Stwórcy, gdyby sam Chrystus, współistotny Ojcu Syn i prawdziwy Człowiek, nie podjął tej eucharystycznej inicjatywy”[3]. Na Kalwarii Jezus, Najwyższy Kapłan, złożył Bogu najmilszą ofiarę uwielbienia i dziękczynienia. Ofiara Chrystusa była tak doskonała, że nie do pomyślenia jest jakakolwiek wyższa ofiara[4]. Była to równocześnie ofiara przebłagania i zadośćuczynienia za nasze grzechy. Jedna kropla Krwi Chrystusa wystarczyłaby na odkupienie grzechów ludzkości wszech czasów. Prośba Chrystusa na Krzyżu za jego braci, ludzi, została wysłuchana przez Ojca z największym upodobaniem i teraz pozostaje taka sama w niebie, bo Chrystus wciąż żyje, aby się wstawiać za nimi (Hbr 7, 25). Jezus Chrystus prawdziwie jest kapłanem, ale kapłanem dla nas, nie dla siebie, ofiarując Ojcu Przedwiecznemu pragnienia i uczucia religijne w imieniu rodzaju ludzkiego. Podobnie jest On ofiarą, ale dla nas, ofiarując sam siebie zamiast człowieka obarczonego winą. Otóż owe słowa apostoła: abyście wzorem Chrystusa te same uczucia żywili wymagają od wszystkich chrześcijan, ażeby odtwarzali w sobie, jak tylko jest to możliwe, te same uczucia, które żywił Boski Odkupiciel, kiedy składał Siebie w ofierze, czyli ażeby naśladowali Jego pokorę i zanosili przed Najwyższy Majestat Boży uwielbienie, cześć, chwałę i dziękczynienie. Wymaga ponadto, ażeby w jakiś sposób podzielili los ofiary, wyrzekając się siebie według przykazań ewangelicznych, oddając się dobrowolnie i chętnie pokucie, każdy wyrzekając się swoich grzechów i wyznając je[5]. Uczyńmy dzisiaj takie postanowienie.
„CHRYSTUS JEZUS, Najwyższy i Wieczny Kapłan pragnął, aby Jego jedyne i niepodzielne kapłaństwo stało się udziałem Jego Kościoła”[6]. W odkupieńczej misji Chrystusa Kapłana uczestniczy cały Kościół „i zaleca się wszystkim członkom Ludu Bożego, ażeby przez sakramenty wtajemniczenia stali się uczestnikami kapłaństwa Chrystusowego w celu ofiarowania Bogu duchowej ofiary i dawania ludziom świadectwa o Jezusie Chrystusie”[7]. Wszyscy wierni uczestniczą w tym kapłaństwie Chrystusa, jakkolwiek w sposób zasadniczo odmienny od kapłanów. Dzięki duszy prawdziwie kapłańskiej uświęcają świat przez swoje doczesne działania, wykonywane w sposób po ludzku doskonały i we wszystkim dążą do chwały Bożej: matka troszcząca się o ognisko domowe, żołnierz dający przykład miłości do ojczyzny przez cnoty wojskowe, przedsiębiorca starający się o rozwój swojego zakładu i praktykujący sprawiedliwość społeczną i wszyscy ludzie wynagradzający za grzechy popełniane codziennie na świecie i ofiarujący podczas Mszy św. swoje życie i swoje prace.
Kapłani – biskupi i prezbiterzy – zostali wyraźnie „wydzieleni w jakiś sposób z Ludu Bożego, jednak nie w celu odłączenia ich od niego lub od jakiegokolwiek człowieka, lecz by całkowicie poświęcili się dziełu, do którego powołuje ich Pan. Nie mogliby być sługami Chrystusa, gdyby nie byli świadkami i szafarzami innego życia niż ziemskie; lecz nie potrafiliby też służyć ludziom, gdyby pozostali obcymi w stosunku do ich życia i warunków”[8]. Kapłan został wzięty z ludu i obdarzony godnością, która wprawia w zachwyt samych aniołów, lecz zostaje ludziom na nowo przywrócony, aby im służyć zwłaszcza w sprawach dotyczących Boga, co jest jego szczególną i jedyną misją w dziele zbawienia. Kapłan w wielu okolicznościach zastępuje na ziemi Chrystusa. Ma władzę odpuszczania grzechów, naucza drogi do nieba, a nade wszystko użycza swego głosu i swoich rąk Chrystusowi w doniosłym momencie Mszy św.: w Ofierze Ołtarza dokonuje konsekracji in persona Christi, w osobie Chrystusa. Żadna godność nie dorównuje godności kapłańskiej. Jedynie boskie macierzyństwo Maryi przewyższa tę Boską tajemnicę.
Kapłaństwo jest olbrzymim darem Jezusa Chrystusa dla Kościoła. „Podczas gdy kapłaństwo wspólne wiernych urzeczywistnia się przez rozwój łaski chrztu, przez życie wiarą, nadzieją i miłością, przez życie według Ducha, to kapłaństwo urzędowe służy kapłaństwu wspólnemu. Przyczynia się ono do rozwoju łaski chrztu wszystkich chrześcijan. Jest ono jednym ze środków, przez które Chrystus nieustannie buduje i prowadzi swój Kościół”[9]. Kapłan to „codzienne i bezpośrednie narzędzie zbawczej łaski, którą zdobył nam Chrystus. Jeśli rzeczywiście się to zrozumiało, jeśli przemyślało się to w aktywnej ciszy modlitwy, jak można uważać kapłaństwo za rezygnację? Jest ono zyskiem, którego nie można obliczyć. Nasza Święta Matka Maryja, najświętsza ze stworzeń – większy niż Ona tylko Bóg – raz jeden przyniosła na świat Jezusa. Kapłani przynoszą Go na naszą ziemię, do naszych ciał, do naszych dusz każdego dnia: przychodzi Chrystus, aby pożywić nas, aby ożywić nas, aby być, już teraz, zaczątkiem przyszłego życia”[10].
Dzisiaj powinniśmy podziękować Jezusowi za ten wielki dar. Dzięki, Panie, za powołania kapłańskie, które codziennie kierujesz do ludzi! Uczyńmy postanowienie, że będziemy traktować kapłanów z coraz większą miłością, szacunkiem, widząc w nich Chrystusa, który przechodzi, przynoszącego nam najcenniejszy dar, jakiego człowiek może zapragnąć – życie wieczne.
ŚWIADOM GODNOŚCI i odpowiedzialności kapłanów św. Jan Chryzostom na początku sprzeciwiał się wyświęceniu na kapłana i usprawiedliwiał się tymi słowami: „Jeżeli kapitan wielkiego okrętu, pełnego wioślarzy i naładowanego cennymi towarami, kazałby mi zasiąść przy sterze i polecił przepłynąć Morze Egejskie lub Tyrreńskie, natychmiast bym odmówił. A gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego, odpowiedziałbym od razu: ponieważ nie chcę zatopić okrętu”[11]. Ale, jak dobrze zrozumiał święty, Chrystus zawsze jest blisko kapłana, blisko okrętu. Ponadto zechciał On, żeby kapłanów ustawicznie otaczał szacunek i modlitwy wszystkich wiernych Kościoła. „Sami wierni (…) niech się odnoszą do nich, pasterzy swych i ojców, z synowską miłością. Uczestnicząc także w ich troskach, niechaj ile możności modlitwą i czynem będą pomocą dla swoich prezbiterów, by mogli lepiej przezwyciężać przeszkody i owocniej wykonywać swe zadania”[12]. Powinni się modlić, aby kapłani zawsze świecili przykładem i swoją skuteczność opierali na modlitwie, aby sprawowali Mszę św. z wielką miłością, aby z żarliwością dbali o katechezę, aby zawsze zachowywali radość, która rodzi się z oddania i która tak bardzo pomaga nawet najbardziej oddalonym od Pana.
W dniu dzisiejszym możemy się modlić za kapłanów bardziej żarliwie niż zazwyczaj, żeby zawsze byli otwarci na wszystkich i oderwani od siebie samych. Kapłan nie należy do siebie, jak nie należy do swoich krewnych i przyjaciół, ani też do określonej ojczyzny. Same jego myśli, wola, uczucia nie należą do niego, ale do Chrystusa, który jest jego życiem.
Kapłan jest narzędziem jedności. Pan pragnie, ut omnes unum sint, aby wszyscy stanowili jedno (J 17, 21). On sam zaznaczał, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie pustoszeje a miasto pozbawione jedności nie ostoi się. Kapłani powinni usiłować zachować jedność. To wezwanie św. Pawła „dotyczy głównie tych, którzy otrzymali święcenia kapłańskie w tym celu, by dalej podtrzymywać posłannictwo Chrystusa”[13]. Właśnie kapłan powinien czuwać nad zgodą między braćmi, czuwać, żeby jedność w wierze była mocniejsza niż antagonizmy spowodowane przez różnice w poglądach na sprawy nieistotne i doczesne. Kapłan powinien swoim przykładem i słowem utrzymywać wśród braci świadomość, że żadna ludzka sprawa nie jest tak ważna, by mogła zniszczyć tę cudowną rzeczywistość jedności. Cor unum et anima una(Dz 4, 32), którymi żyli pierwsi chrześcijanie, a którą my również powinniśmy praktykować. To posłannictwo jedności można pełnić łatwo, jeżeli jest się otwartym na wszystkich, jeżeli jest się cenionym przez swoich braci. „Módl się za kapłanów, tych obecnych i tych, którzy przyjdą, by prawdziwie miłowali swoich braci – ludzi, coraz bardziej i bez względu na osobę, i by potrafili pozyskać ich miłość dla siebie”[14].
Jan Paweł II, zwracając się do wszystkich kapłanów świata, zachęcał ich tymi słowami: „Sprawując Eucharystię na tylu ołtarzach świata, dziękujmy Wieczystemu Kapłanowi za dar udzielony nam w sakramencie kapłaństwa. I w tym dziękczynieniu można by słyszeć słowa, które Ewangelista wkłada w usta Maryi z okazji odwiedzin u Jej krewnej Elżbiety: Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię (Łk 1, 49). Podziękujmy również Maryi za niewypowiedziany dar kapłaństwa, przez który możemy służyć w Kościele każdemu człowiekowi. Niechaj to dziękczynienie rozbudzi również naszą żarliwość (…)!
Dziękujmy za to ustawicznie, całym naszym życiem, tym wszystkim, do czego jesteśmy zdolni. Podziękujmy razem z Maryją, Matką kapłanów. Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? Podniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pańskiego (Ps 116(115), 12-13)”[15].
[1]Mszał Rzymski, Msza Św. z dnia, antyfona na wejście.
[15] Św. Jan Paweł II, List do kapłanów na Wielki Czwartek 1988, 25 III 1988, 8.
Opus Dei
***
To nowe święto wpisuje się w cykl uroczystości i świąt, szczególnych dni, obchodzonych po zakończeniu cyklu paschalnego. Radość wielkanocna ze Zmartwychwstania Chrystusa i Jego zwycięstwa trwa pięćdziesiąt dni, kończy go uroczysty 50. dzień – Zesłanie Ducha Świętego – który pieczętuje świąteczny okres obchodów liturgicznych. I dopiero po zakończeniu tego okresu w określone dni, mające rangę uroczystości czy święta, powraca się do pewnych tajemnic wiary, które zaistniały w Wydarzeniu Wielkanocnym. Wówczas nie było możliwości świętowania konkretnej tajemnicy, konkretnego aspektu wiary, ponieważ Triduum Paschalne i Wielkanoc zawiera jak w pigułce całą naszą wiarę, to, co jest najważniejsze, więc godzina po godzinie objawiają się kolejne tajemnice, które rozważamy i przeżywamy.
W Wieczerniku w Wielki Czwartek wieczorem świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii, ale zaraz się zaczyna świętowanie Męki Pańskiej, bo przecież Msza Wielkiego Czwartku zaczyna Triduum Męki Chrystusa. Nie ma czasu na uroczyste obchody ku czci Eucharystii. Dlatego została ustanowiona specjalna uroczystość – Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, by ten sakrament uczcić. W Wielki Piątek Jezus kona na krzyżu, następuje moment przebicia Jego Serca. Nie ma w liturgii wielkopiątkowej miejsca na rozbudowanie wątku uczczenia miłości Boga, objawionej w przebitym Sercu Jezusa – stąd oddzielna uroczystość – Najświętszego Serca Pana Jezusa – także po zakończeniu cyklu uroczystości paschalnych.
I ta propozycja – święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana – wpisuje się w ten ciąg. Jezus w Wieczerniku ustanawia sakrament kapłaństwa. Sam objawia się poprzez całe Misterium Paschalne i to, czego dokonuje – że On jest najwyższym Kapłanem, On składa ofiarę, tak naprawdę jedyną skuteczną – za grzechy świata. W Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, gdy wspólnota wiernych zgromadzi się w danej parafii, nie bardzo jest miejsce dla uczczenia kapłaństwa Chrystusa, w które wpisane jest kapłaństwo ludzi, przyjmujących sakrament święceń, by przez nich Pan Jezus Swoje kapłaństwo wykonywał. Stąd potrzeba pogłębienia tej tajemnicy i wprowadzenia odrębnego święta.
Niedoszła ofiara Abrahama pokazała, jak wielką ofiarę złożył za nas Bóg.
fot. Ikona Kiko Arguello
***
Ta Liturgia Słowa to jakby jedna historia opowiedziana kilkukrotnie. Historia Ojca, który składa w ofierze swego Syna. Najpierw „zaaranżowana” w życiu Abrahama, w dramatycznej dla niego i jego syna Izaaka próbie, tak jakby Bóg chciał zapowiedzieć, co zrobi w przyszłości, i uświadomić jednocześnie, jak kosztowna nawet dla Boga-Ojca to ofiara (PIERWSZE CZYTANIE Rdz 22, 9–18).
Potem słyszymy Syna, posyłanego przez Ojca, który mówi: Oto idę. Dialog odbywa się jakby w niebiosach, a może w modlitwie w Getsemani (PIERWSZE CZYTANIE Hbr 10,4–10). Uświadamia, jak kosztowna nawet dla Syna Bożego to ofiara. W końcu ofiara się spełni, nie zostanie przerwana, jak w Księdze Rodzaju. Przepełniona trwogą modlitwa w Ogrodzie Oliwnym to przygotowanie Syna. Choć to Bóg, Jezus – prawdziwy też Człowiek, podejmuje ostatecznie decyzję (EWANGELIA).
Jest sam, opuszczony przez uczniów. Paradoksalnie, gdy my jesteśmy sami i czujemy się opuszczeni przez Boga, On z nami jest, bo wcześniej wziął na siebie nasze trwogi. Niewidoczny jak Baranek w zaroślach.
Stacja7.pl
***
Jezus Chrystus – Dobry Pasterz i Pośrednik Nowego Przymierza – jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem
Spełniając funkcję kapłańską, złożył samego siebie na ołtarzu krzyża jako ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi. Pojednał świat z Bogiem, stając się jedynym skutecznym Pośrednikiem pomiędzy Bogiem i ludźmi. Jezus Chrystus nie zatrzymuje niczego dla siebie. Dlatego, jako Najwyższy Kapłan, zechciał podzielić się swoim kapłaństwem z tymi wszystkimi, którzy za Nim pójdą. Wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie. Dziękujemy za tych pasterzy, którzy otaczają miłością lud święty, karmią go słowem i wzmacniają sakramentami, poświęcają swoje życie dla zbawienia braci. Prosimy, aby byli dobrymi pasterzami, którzy okażą się wierni w wykonywaniu przyjętego urzędu posługiwania i każdego dnia będą upodabniać się do Chrystusa, składając świadectwo wiary i miłości. To święto jest okazją, by wesprzeć ich modlitwą – zarówno tych, którzy już odpowiedzieli pozytywnie na Boże wezwanie i posługują w Kościele jako biskupi, kapłani, diakoni, bracia zakonni i siostry zakonne, osoby konsekrowane, misjonarze i katechiści, jak i tych, którzy w tych dniach podejmują kluczowe dla swego życia decyzje. Niech nie zabraknie im naszego wsparcia w postaci modlitwy i życzliwości. Amen.
MODLITWA O UŚWIĘCENIE KAPŁANÓW
O Jezu, wiekuisty Najwyższy Kapłanie, zachowaj Twoich kapłanów w opiece Twojego Najwyższego Serca, gdzie nikt im nie może zaszkodzić. Zachowaj nieskalanymi ich namaszczone dłonie, które codziennie dotykają Twojego Świętego Ciała. Zachowaj czystymi ich wargi, które zraszane są Twoją Najdroższą krwią. Zachowaj czystymi ich serca naznaczone wspaniałą pieczęcią Twojego Kapłaństwa. Spraw, aby wzrastali w miłości i wierności Tobie, chroń ich przed zepsuciem i skażeniem tego świata. Wraz z mocą przemiany chleba i wina udziel im również mocy przemiany serc. Błogosław ich trudowi, aby wydał obfite owoce. Niech dusze, którym służą, będą ich pociechą tu na ziemi, a także wieczną koroną w życiu przyszłym. Amen.
MODLITWA O POWOŁANIA
Jezu, Synu Boga, w którym mieszka cała pełnia bóstwa. Ty powołujesz ochrzczonych, by wypłynęli na głębię, krocząc drogami świętości. Wzbudź w sercach ludzi młodych pragnienie, by być świadkami potęgi Twojej miłości. Napełnij młodych Twoim Duchem odwagi i roztropności, aby prowadził ich ku głębi tajemnicy człowieka, aby stali się zdolnymi do odkrycia pełnej prawdy o sobie i o własnym powołaniu. Nasz Zbawicielu, posłany przez Ojca, aby objawić Jego miłosierną miłość. Obdarz Twój Kościół darem ludzi młodych, którzy są gotowi wypłynąć na głębię, aby być wśród ludzi znakiem Twojej obecności, która odnawia i zbawia. Najświętsza Dziewico, Matko Zbawiciela, niezawodna Przewodniczko na drodze ku Bogu i bliźniemu. Ty, która zachowywałaś słowa Jezusa w głębi Twojego serca, wspieraj Twoim macierzyńskim wstawiennictwem rodziny i wspólnoty kościelne, aby pomagały ludziom młodym w hojnej odpowiedzi na wezwanie Pana. Amen.
Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej/parafia św. Karola Boromeusza
***
czwartek 28 maja
fot. Vatican Media
***
„Miał niespotykany pokój”. Jak umierał kard. Stefan Wyszyński? Ostatnie chwile Prymasa Tysiąclecia
“To była śmierć, ale bez oznak konania, nie można było dostrzec ostatniego tchnienia, Ks. Prymas zgasł, po prostu dopaliło się to piękne życie. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego” – zanotowała w pamiętniku s. Józefa.
Siostra Józefa Kozieł była pielęgniarką szpitalną, oddelegowaną do zajmowania się chorym Prymasem. Prowadziła dokładny dziennik, w którym zapisywała swoje spostrzeżenia i obserwacje z czasu tej niezwykłej swojej posługi. Od początku mówiła, że nie miała jeszcze takiego pacjenta, nie tylko z uwagi na jego funkcję, rozpoznawalność i wielki szacunek, ale przede wszystkim z uwagi na jego podejście do chorowania. Rzadko się skarżył, cierpiał w milczeniu, nawet w największym bólu zwracał uwagę na potrzeby innych. Siostra Józefa wspomina, jak na kilka dni przed śmiercią, mocno cierpiący Prymas martwił się, że… ona chodzi boso.
Kard. Wyszyński: „Zaczyna się początek końca”
A wszystko zaczęło się ledwie dwa miesiące wcześniej. Była wiosna 1981 roku. Już od końca marca kardynał bardzo źle się czuł, niemal nie opuszczał łóżka. Badania, którym go poddano najpierw wykazywały, że to nie rak, by w końcu 13 kwietnia 1981 r. stwierdzić obecność komórek rakowych w jamie brzusznej. Wyrok brzmiał: nowotwór trzustki w zaawansowanej aktywności.
Prymas jednak od początku choroby wiedział, że jest ona śmiertelna. Dwa tygodnie przed wyrokiem lekarzy zanotował w dzienniku, że “zaczyna się początek końca”. Ciągle jednak bardziej martwił się sytuacją w kraju, niż tym, co się dzieje z nim samym. W Wielki Piątek 17 kwietnia zanotował:
“W tej strasznej nocy zdołałem opuścić siebie. Ale owładnęła mnie męka ludów wschodnich, które już od trzech pokoleń cierpią od zbrodniarzy, którzy mordują w ZSRR Chrystusa, Jego Kościół i znaki dobrej nowiny ewangelicznej. To jest moja nocna modlitwa od szeregu lat. A dziś była szczególnie dotkliwa. Obraz ludzi bez świątyń, bez kapłana, bez ołtarza i Mszy św., obraz dzieci bez Eucharystii i nauki Wiary św. – obraz matek bez pomocy wychowawczej, potworne udręki więźniów i »pacjentów« szpitali psychiatrycznych, nieustanne zagrożenia wojenne w tylu krajach, którym ZSRR przychodzi »z pomocą«, by umacniać zbrodniczy ustrój. A w Ojczyźnie naszej groźba interwencji w sprawy wewnętrzne Polski. To wszystko jest przedmiotem mojej modlitewnej męki i bolesnego wołania do Pani Ostrobramskiej, przecież Matki Miłosierdzia”.
12 maja ostatni raz odprawił Mszę świętą
Od początku swojej choroby i swego umierania Prymas był otoczony wielką modlitwą, nie tylko domowników, przyjaciół i księży, ale dosłownie całej Polski.
Był to z pewnością niezwykły maj. Do wielkiej modlitwy w intencji śmiertelnie chorego kard. Wyszyńskiego dołącza 13 maja kolejna wielka modlitwa: o ocalenie życia Jana Pawła II. “Kiedy dowiedział się o tym zamachu jakby skurczył się w sobie i po chwili powiedział: “Zawsze się tego bałem” – notuje ks. Bronisław Piasecki, osobisty sekretarz i kapelan Prymasa Tysiąclecia.
Powoli kard. Wyszyński wyłączał się z podstawowych aktywności. 12 maja ostatni raz odprawił Mszę św.; 17 maja przyjął sakrament namaszczenia chorych i tego dnia był też po raz ostatni na spacerze w ogrodzie, wieziony na wózku inwalidzkim przez opiekujące się nim pielęgniarki.
Ciągle jednak przyjmuje gości, którzy chcą się z nim pożegnać lub którym chce przekazać ważne przesłania. Tak przyjmuje delegację Episkopatu, tak przyjmuje kard. Dziwisza, który wysłany przez papieża przybywa z Rzymu. Tak przyjmuje też swoją rodzinę.
Pokój, w którym umarł kard. Stefan Wyszyński, stan krótko po pogrzebie | FOT. “Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia”
“W tych ostatnich tygodniach był niezwykle cierpliwy, nigdy o nic sam nie prosił, trzeba było pytać albo domyślać się, czy przewrócić, czy w czymś ulżyć. Godził się wtedy i dziękował, ale sam nie występował z żadną prośbą. A przecież wszystko bolało, trudno wyobrazić sobie jak bardzo. Kiedyś zdradził się mimo woli mówiąc: <Ciekaw jestem czy Ojca Św. też tak bolą plecy od leżenia jak mnie…> Nigdy się nie skarżył, nie jęczał, a przecież zabiegi męczyły Go bardzo. Niektóre trwały bardzo długo, np.: punkcja trwała czasem cztery godziny i tak przez ten czas leżał z igłą w brzuchu, prawie nieruchomo” – notowała siostra Józefa, pielęgnująca go dniem i nocą. Siostra zauważyła również, że ten sposób cierpienia emanował na cały dom. Mimo napięcia, w którym wszyscy żyli byli dla siebie uważni i dobrzy, zdaniem siostry – właśnie dzięki postawie samego Cierpiącego.
Do samego końca Prymas przyjmował Komunię Świętą
Prymas bardzo cierpiał, nie sypiał nocami. Miał ciężkie zaburzenia krążenia i oddychania. Do ostatniego momentu jednak Prymas był w stanie przyjmować Komunię Świętą, która była mu podawana codziennie.
Ostatnie chwile nadeszły 27 maja. Ciągle w kaplicy jego domu trwała nieustanna modlitwa. Ok. 11, po przyjęciu ostatniej w życiu Komunii św. Prymas zapadł w głęboki, ciężki sen. Ks. Piasecki notuje, że “traci kontakt z otoczeniem”. O północy odprawiona została Msza św., przy łóżku nieustannie byli obecni lekarze, pielęgniarka i domownicy. Po Mszy podeszła do łóżka Maria Okońska i powiedziała Prymasowi, że wszyscy się za niego modlą. Prymas otworzył oczy, patrzył na nią przytomnie. Zdaniem s. Józefy – było to ostatnie jego spojrzenie.
Agonia zaczyna się dwie godziny później, ok. 3.30 nad ranem. Nieustannie odmawiane są modlitwy za konających, lekarze monitorują na bieżąco pracę serca. Ks. Piasecki wkłada w ręce Umierającego gromnicę – znak Zmartwychwstania i Życia.
O godz. 4.40 następuje zatrzymanie oddechu. “Tej ostatniej chwili towarzyszy cisza i spokój” – notuje ks. Piasecki. Siostra Józefa również o tym pisze, dodając, że niemal nie dało się zauważyć tego ostatniego oddechu.
“Ks. Prymas zgasł, po prostu dopaliło się to piękne życie. Tyle lat jestem pielęgniarką, tylu chorym towarzyszyłam w ich ostatniej chwili życia, ale tu był niespotykany pokój i majestat śmierci – a może to było samo życie, które stało się Spełnieniem. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego”.
Anna Druś/Stacja7.pl
(na podstawie książki „Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia” ks. Bronisława Piaseckiego oraz pamiętnika s. Józefy Kozieł).
***
środa – 27 maja 2026
fot. Vatican Media
***
„Nie dopuścić do dezorientacji wiernych”. Leon XIV apeluje o przestrzeganie norm liturgicznych
„Wzywam wszystkich, którzy są powołani do przygotowywania celebracji Bożych misteriów, zwłaszcza kapłanów pełniących posługę przewodniczenia liturgii, aby zawsze zachowywali szacunek dla tekstów i norm liturgicznych” – powiedział papież podczas dzisiejszej audiencji ogólnej.
Omawiając soborową konstytucję o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” papież mówił dziś o reformie liturgii – tradycji i rozwoju.
Drodzy Bracia i Siostry!
W Encyklice Mediator Dei, Czcigodny Sługa Boży Pius XII pisał: „Niewątpliwie Kościół jest żywym zespołem członków, dlatego także i w zakresie świętej liturgii rozrasta się, rozwija się i ulega z biegiem czasu przemianom według potrzeb i okoliczności, do których się dostosowuje, nie naruszając przy tym czystości swojej nauki” (I,V)[1].
W pełnej ciągłości z tą zasadą Sobór Watykański II we Wstępie do Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC) uznaje, że „do jego zadań należy szczególna troska o odnowienie i rozwój liturgii” (n. 1). Zgromadzenie soborowe postawiło sobie za cel „nieustanne pogłębianie chrześcijańskiego życia wiernych; lepsze dostosowanie do potrzeb naszych czasów tych instytucji, które są skłonne poddawać się zmianom; popieranie tego wszystkiego, co może przyczynić się do zjednoczenia wszystkich wierzących w Chrystusa; umacnianie tego, co prowadzi do wezwania wszystkich ludzi na łono Kościoła”.
Zachować tradycję, a jednocześnie pozwolić na postęp
W tamtej chwili dziejowej szczególnie mocno odczuwano potrzebę odnowy form obrzędowych, za pomocą których od wieków Kościół oddawał chwałę Bogu i uświęcał lud chrześcijański. Dzięki Ruchowi Liturgicznemu dojrzało przekonanie, wyrażone później przez św. Jana Pawła II, że „zachodzi bowiem niesłychanie ścisły, organiczny związek pomiędzy odnową liturgii a odnową całego życia Kościoła. Kościół nie tylko działa, ale wyraża się w liturgii, żyje liturgią i z liturgii czerpie siły do życia” (List Dominicae Cenae, 13)[2].
Aby ułatwić wiernym dostęp do bogactwa darów łaski udzielanych w świętej liturgii, Konstytucja Sacrosanctum Concilium wskazuje zatem w bardzo trafnej formule kierunek, którym należy podążać: „zachować zdrową tradycję, a jednocześnie otworzyć drogę do uprawnionego postępu” (SC, 23).
Papież Benedykt XVI dostrzegł w tej deklaracji „program reformy” Ojców soborowych, zachowujący „równowagę między wielką tradycją liturgiczną przeszłości i przyszłości”, zauważając przy tym, że „niejednokrotnie przeciwstawia się w niekorzystny sposób tradycję postępowi”, podczas gdy „w rzeczywistości obydwa pojęcia uzupełniają się: tradycja jest żywą rzeczywistością, toteż zawiera w sobie początek rozwoju, postępu. To tak jakby powiedzieć, że rzeka tradycji niesie w sobie także własne źródło i zmierza ku ujściu” (Przemówienie do uczestników Kongresu z okazji 50. rocznicy założenia Papieskiego Instytutu Liturgicznego św. Anzelma, 6 maja 2011)[3].
Zachowywać szacunek dla tekstów i norm liturgicznych
Sobór potwierdza zasadność takiego postępu, zakorzenionego w autentycznej Tradycji, rozróżniając w liturgii „część niezmienną, pochodzącą z Bożego ustanowienia”, oraz „części podlegające zmianom”, które „z biegiem czasu mogą, lub nawet powinny, być zmieniane, jeżeli wkradły się do nich elementy niezupełnie odpowiadające wewnętrznej naturze samej liturgii albo jeżeli te części stały się mniej odpowiednie” (SC, 21). Tego rodzaju zmiany dokonywały się nieustannie na przestrzeni wieków, aby umożliwić wiernym owocne uczestnictwo – poprzez czynności obrzędowe – w paschalnym misterium Chrystusa, stanowiącym fundament wiary chrześcijańskiej. Kult Kościoła „wcielał się” zatem w formy kulturowe poszczególnych epok, potrafiąc zarazem na nie oddziaływać, a nawet je przekształcać. Przez wieki liturgia była w ten sposób siłą napędową ewangelizacji. Dziś trzeba odnowić tę energię w ciągłości z autentyczną i żywą tradycją katolicką, to znaczy zgodnie z dynamiką, która prowadzi wierzących ku pełni prawdy.
Staje się więc zrozumiałe, dlaczego Ojcowie soborowi zalecili, aby rewizji obrzędów – ilekroć wymaga jej „prawdziwe i niewątpliwe dobro Kościoła” – dokonywano zawsze z zastrzeżeniem, „że nowe formy będą niejako organicznie wyrastać z form już istniejących” (SC, 23). Dla dobra całego Kościoła każdą reformę powinny zawsze poprzedzać „dokładne studia teologiczne, historyczne i pastoralne” (Tamże). W ten sposób Magisterium soborowe zachęca, by nie dopuszczać do dezorientacji wiernych, przypominając, że nikomu nie wolno na własną rękę niczego dodawać, usuwać ani zmieniać w liturgii (por. SC, 22). Postęp, o którym mówi Konstytucja soborowa, w żaden sposób nie zagraża komunii kościelnej; przeciwnie, ma ją umacniać i ją wspierać.
Dlatego wzywam wszystkich, którzy są powołani do przygotowywania celebracji Bożych misteriów, zwłaszcza kapłanów pełniących posługę przewodniczenia liturgii, aby zawsze zachowywali szacunek dla tekstów i norm liturgicznych – szacunek rodzący się z wewnętrznej postawy gotowości i zawierzenia Bogu, wyrażając pokorę wobec Jego wielkości oraz szczerą wierność komunii eklezjalnej.
[1]Encyklika o liturgii (Mediator Dei), tłum. J.W. Kowalski, Kielce 1948, s. 52. [2] Jan Paweł II, Nauczanie papieskie, t. III,1, przygot. do druku: E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1985, s. 259. [3]Liturgia jest szczególnym świadkiem żywej Tradycji Kościoła, „L’Osservatore Romano” nr 7 (335)/2011, s. 24.
KAI – Stacja7.pl
***
26 maja 2026
Modlitwa do Matki Bożej od spraw codziennych
fot. cathopic.com
***
“Przyjmij, Matko, nasze troski powszednie jako naszą codzienną litanię”.
Wszędzie, w każdym miejscu, w tłumie ciasnym i niespokojnym, w autobusach, tramwajach i pociągach, w pośpiechu i zagonieniu, w kolejkach i na targach, w śmiechu i udręce, w smutku i we łzach – wszyscy jesteśmy tacy sami!
Przyjmij, Matko, nasze troski powszednie jakby naszą litanię. Matko naszych codziennych zadań i prac. Matko naszych niekończących się sprzątań i prań. Matko naszych dni bez radości. Matko naszych dni pod koniec miesiąca, gdy już brakuje nam pieniędzy, Matko naszych lat bez wakacji…
Skromna gospodyni, sąsiadko tak niepozorna, zawsze do usług gotowa a w pracy wytrwała: od Bożego Narodzenia w stajni do biedy naszych mieszkań; od Twojego lęku o Dzieciątko podczas ucieczki do Egiptu do trosk naszych matek o dzieci; od Twoich drobnych codziennych posług domowych do naszych małych czynów wzajemnej pomocy – bądź z nami i pomagaj nam kochać i służyć.
W Twoim życiu biednym, ale pogodnym, w naszych kłopotach i zabiegach pozdrawiamy Cię, Maryjo!
Matko wszystkich ludzi w Synu Bożym i Twoim, w Jezusie, Ty czuwasz nad kolebką świata, który wciąż się rodzi. Ta ludzkość to Twój Syn, który rośnie. W Twojej ogromnej radości o poranku wielkanocnym, w Twojej głębokiej miłości o brzasku każdego dnia rozpoznajemy Jezusa Chrystusa – nasze Życie i nasze Zmartwychwstanie.
Dziękujemy Ci, Matko.
autorem tej modlitwy jest francuski ksiądz i pisarz Louis Rétif./Stacja7.pl
***
Mamy codziennie święte
Matki spełnione to te, które przyjmują swoje życie tak samo jak życie dzieci – z miłością.
Był czerwiec 1960 roku. Iza właśnie urodziła Stasia, pierwszego syna. Miała głębokie przekonanie, że otrzymuje w depozyt skarb. – Czułam, że to dowód zaufania ze strony Boga. Zwróciłam się wtedy do Niego z taką modlitwą: „A więc, Panie Boże, ustalmy jedno: to dziecko jest Twoje. Chciałabym, żeby na końcu swej drogi powróciło do Ciebie takie, jakie mi dałeś, czyli niewinne. Ty znasz jego drogę. Gdyby miało się potknąć i wpaść w przepaść zatracenia, Ty możesz temu zapobiec. Możesz je zabrać, zanim do tego dojdzie. Nie zważaj na mój ból. Nie o mnie tu chodzi”. Układałam się z Bogiem przez całą bezsenną noc. Jestem pewna, że takiej prośbie Bóg nie odmawia – opowiada. Mówi, że taką samą „polisę ubezpieczeniową” zawarła dla kolejnych trojga dzieci. – Teraz, gdyby coś zawirowało, mogę powiedzieć: „Spokojnie, jesteście ubezpieczeni na życie” – uśmiecha się. Ma dziś 84 lata, a wszystkie jej dzieci są przekonane, że błogosławieństwo jej heroicznej modlitwy wciąż promieniuje na ich życie. Cała czwórka dzięki mamie lepiej rozumie, że świętość to w istocie pełna zaufania zgoda na działanie Boga w każdym obszarze życia.
W czasie, gdy rodziły się kolejne dzieci Izabeli, aborcja była już zwyczajną praktyką w państwach rządzonych przez komunistów, a więc i w PRL. Preferowano model rodziny 2 plus 1. Stąd też Izabela nieraz słyszała od lekarzy standardowe: „Rodzimy czy usuwamy?”.
Cóż, ludzkie opinie i wszelkie „trendy” nie mają żadnego znaczenia, gdy kolidują ze słowem Boga. Droga do harmonii i szczęśliwego życia niejednokrotnie wiedzie przez sprzeciw wobec tego, co mówi „świat”, gdy mówi coś innego niż Ewangelia. A „świat” dziś bardzo głośno krzyczy o prawie do aborcji. Pewnie dlatego na prośbę o nadsyłanie świadectw o współczesnych świętych matkach tak wiele osób wskazało na kluczową postawę szacunku ich rodzicielek wobec życia już na jego najwcześniejszym etapie.
Skąd ta siła?
– Moja mama Zofia, dziś już świętej pamięci, przy czwórce dzieci nigdy nie traciła nadziei – wspomina Żaneta. Pamięta, że od lat 60. do 90. minionego wieku mieć więcej niż dwoje dzieci było uważane za patologię. – Moja mama była namawiana do aborcji przez swojego lekarza, ośmieszały ją nawet koleżanki, z którymi pracowała, ale ona żadnego dziecka nie pozbawiłaby życia. Zawsze mówiła, że po to jest rodzina, żeby były dzieci. Uważała, że życie jest świętością i nikt nie ma prawa na nie podnosić ręki. Przekazała nam wiarę w Boga. To jest najcenniejsze w moim życiu. Pamiętam, jak ją pytałam, skąd bierze siłę na to wszystko: czworo dzieci, praca… Odpowiedziała, że jej siłą jest Różaniec – przypomina sobie córka. – Mama zasiała w nas wiarę w Boga. Dużo z nią o tym rozmawiałam i to owocuje do dziś w moim życiu. To był najcenniejszy spadek, jaki nam zostawiła – wspomina Żaneta. Dodaje, że gdy mama odchodziła z tego świata, wołała na pomoc św. Józefa, który przynosił jej pokój i ukojenie w bólu. – Gdy już nie było słychać żadnego oddechu, nagle jakby się rozpromieniła, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech – wzrusza się córka. – Tego się nie zapomina – podkreśla.
Przejmująca jest historia Anny, matki Piotra Falany. Przez wiele lat wraz z mężem bezskutecznie starali się o dziecko. Ona pracowała jako technik rentgenowski w szpitalu. – To były stare technologie, przy których narażenie na promieniowanie było bardzo duże. Kiedy wreszcie okazało się, że mama jest w ciąży, urządzenie, które bada ilość przyjętych dawek rentgenowskich, wykazało nieprawdopodobnie wysokie napromieniowanie. Jego przyczyną była prawdopodobnie awaria aparatu – opowiada Piotr. W związku z tym zalecono natychmiastową aborcję dziecka, ponieważ lekarze byli absolutnie pewni, że urodzi się potwór. – Rodzice zdecydowali się nie pójść za radą lekarzy… i urodziłem się ja – mówi syn Anny. Okazał się zupełnie zdrowym dzieckiem, dziś jest mężczyzną w sile wieku, mężem i ojcem rodziny. – W dzisiejszych czasach wielu ludzi, chcąc zachować wygodne życie, rezygnuje z posiadania dziecka. Mama nie zgodziła się na zabicie mnie, chociaż wszyscy wręcz nakazywali jej to zrobić – podkreśla z wdzięcznością Piotr Falana.
Albo ty, albo dziecko
Maria Stasiak nie urodziłaby się, gdyby jej matka posłuchała lekarza. – Powiedział mamie, że musi mnie usunąć, bo inaczej umrze – opowiada. Domyśla się, że musiało to być dla matki bardzo trudne, bo w domu czekało na nią dwóch synków, z których starszy chodził do pierwszej klasy. – Mama jest bardzo wierząca. Powierzyła mnie Maryi i przez całe dziewięć miesięcy leżała ze mną w szpitalu. Jestem przekonana, że dzięki temu zawierzeniu urodziłam się jako śliczna, zdrowa dziewczynka. Mama obiecała też Maryi, że jeśli urodzi się córeczka, będzie nosiła jej imię – uśmiecha się. Nazywa swoją mamę chodzącym aniołem. Gdy zachorowała jej siostra z Wielkopolski, pojechała do niej i opiekowała się nią przez osiem miesięcy. – Teraz, choć we wrześniu skończy 84 lata, opiekuje się moim niepełnosprawnym bratem, który kilkanaście lat temu uległ wypadkowi i wymaga stałej pomocy. Moja mama jest święta – podkreśla Maria.
W podobnej sytuacji znalazła się kiedyś mama Ireneusza Sobczyka, dziś franciszkanina o zakonnym imieniu Symplicjusz. Lekarz nalegał na usunięcie rozwijającego się w jej łonie dziecka. Jego zdaniem matka mogła nie przeżyć ciąży, a dziecko, nawet jeśli zdołałoby się urodzić, nie byłoby zdrowe. Matka jednak nie miała żadnych wątpliwości i nie posłuchała lekarza. Bardzo czekała na to dziecko, swojego drugiego syna. – Mama pozwoliła mi się urodzić, gdy lekarz chciał mnie zabić. Choć jej życie było zagrożone, wszystko oddała Matce Bożej – wspomina dziś syn. Matka przeżyła, a i dziecko urodziło się zdrowe.
Nie byłam sama
Wiele matek oczekujących dziecka musi dźwigać ciężar niepokoju, wzmaganego diagnozami. – W obecnych czasach już podejrzenie wady wrodzonej płodu uprawnia do aborcji. Z racji tego, że byłam w ciąży po 35. roku życia, z automatu dostałam skierowanie na badania prenatalne. Wynik: 90 proc. prawdopodobieństwa, że dziecko urodzi się z zespołem Downa – opowiada Agnieszka Borc. Lekarz poinformował ją, że jest kwalifikowana do amniopunkcji i że przysługuje jej prawo do „zabiegu”. – Ani na jedno, ani na drugie nie wyraziłam zgody. Co przeżyłam, to moje, a dziecko urodziło się w pełni zdrowe – cieszy się. – Czasami wiara ratuje życie i daje życie. Chwała Panu – kończy pani Agnieszka.
Syn Marii Bober ma dziś 37 lat. – Ciąża była zagrożona, otarliśmy się z dzieckiem prawie o śmierć, ale wiem, że nie byłam sama. Z różańcem w dłoni schroniliśmy się pod płaszczem Maryi. Kiedy patrzę na syna, dziękuję Bogu za dar jego życia i za osoby, które mnie w tym czasie wspierały – wyznaje pani Maria. I przywołuje powiedzenie swojej mamy, które na zawsze zapadło jej w serce: „Lepiej na ramieniu niż na sumieniu”.
Odmowa poddania się aborcji sugerowanej ze względów medycznych oczywiście nie zawsze kończy się przeżyciem i matki, i dziecka. Bodaj najbardziej znanym przykładem macierzyńskiej miłości, oddającej życie za dziecko, jest św. Joanna Beretta-Molla. Takich matek jest znacznie więcej, choć mało kto wie o ich poświęceniu. Irena Sawicka nie pamięta swojej matki. – Moja mama była namawiana na aborcję, bo chorowała na nerki. Ale ona nie usunęła mnie, żeby ratować swoje życie. Urodziła, wiedząc, że umrze, i rzeczywiście trzy dni po porodzie zmarła. Oddała swoje życie za mnie, za swoje dziecko, i cieszy się na pewno wielką chwałą nieba – mówi córka.
To było w latach 80. 38-letnia kobieta zaszła w trzecią ciążę. Poszła do ginekologa i po badaniu usłyszała: „Ze względu na stan zdrowia matki zalecana jest aborcja”. Wyszła z gabinetu, płacząc. Mąż, dowiedziawszy się o przyczynie łez, powiedział: „Nie zabijemy tego dziecka, z Bożą pomocą wszystko będzie dobrze”. – I tak na świecie pojawiłam się ja – uśmiecha się Dorota Gaś, która opowiedziała tę historię, zaznaczając, jak ważna była postawa ojca, który stanął na wysokości zadania. – Może to opowieść nie tylko o świętej matce, która zdecydowała się mnie urodzić mimo zagrożenia swojego życia, ale też o postawie ojca w obliczu takiej wiadomości. Teraz, kiedy rodziców już ze mną nie ma, musiałam się tym podzielić – wyznaje.
Herbata zawsze czeka
To zrozumiałe, że świętość macierzyństwa buduje się od momentu poczęcia, bo wtedy kobieta staje się matką, ale ta budowa trwa przez całe życie. O codziennej świętości matek, niezwykłych w swojej zwyczajności, świadczą ich dzieci. – Moja mama Irena poroniła dwa razy, zanim mnie urodziła. Zrezygnowała wtedy z pracy i poświęciła się, aby być ze mną. W stanie wojennym stała w kolejkach od rana, aby mi niczego nie brakowało. Miała bardzo dobry kontakt z sąsiadami. Pod koniec życia, kiedy już bardzo chorowała i cierpiała, wytrwale modliła się na różańcu – zapamiętała Barbara Reiman.
Beata Bogusz jest przekonana, że jej mama jest święta już tutaj, na ziemi. – Urodzona w kochającej się, ale biednej rodzinie. Najmłodsza, ale od początku ciężko pracująca w gospodarstwach innych ludzi. Dość wcześnie wyszła za mąż za człowieka pracowitego i dobrego, ale skłonnego do uzależnień – wspomina. Pamięta, że bywały takie noce, podczas których mama musiała ją i rodzeństwo zabierać z domu z powodu awantur. Mimo to nigdy się nie skarżyła, zawsze była uśmiechnięta i dobra dla potrzebujących. – I uczyła tego nas, swoje dzieci. Zawsze się wszystkim dzieliła i dzieli: jedzeniem, piciem, czasem. Niezwykle gościnna. Odwiedzający ją goście podkreślają niezwykłą atmosferę i czekającą na nich herbatę – opowiada pani Beata. Dodaje, że mama prawie nigdy się nie skarży, a gdy jej ciężko, bierze w dłonie różaniec. I modli się, modli za wszystkich: za dzieci, wnuki, bliskich i dalszych znajomych, o pokój na świecie i w wielu innych intencjach. I codziennie także wspólnie z tatą odmawiają Różaniec. – Patrząc po ludzku, żadnej kariery nie zrobiła. Ale jest niezwykła. Taka codzienna święta – podkreśla córka.
Matka dla zgody
Codzienną świętość dostrzega w życiu swojej mamy także Karina Zdziebłowska. – Kiedy urodziła mnie, pierwszą z trzech córek, zrezygnowała z pracy zawodowej. Poświęciła nam swoje życie – ocenia córka. Mówi o wzruszeniu, jakie ją ogarniało, gdy codziennie wieczorem widziała mamę lub tatę modlących się na kolanach przy łóżku. Zaświadcza, że i dziś zawsze można na mamę liczyć. – Nigdy ona sama nie jest dla siebie najważniejsza. Zawsze cierpliwa i nigdy nie narzekająca. Płacząca w ukryciu, modląca się i niezwykle skromna. Zawsze staje w obronie zgody w małżeństwach swoich córek, przemilczy, gdy dzieje się źle, nie wtrąca się, ale wiem na pewno, że oddaje to Bogu. Potrafi swoją nienarzucającą się, lecz pełną miłości postawą wpłynąć na nas, by zgoda była ponad wszelkie różnice. Myślę, iż jej ogromną zasługą jest fakt, że dziś stanowimy naprawdę dużą już rodzinę, taką do tańca i do różańca – podsumowuje Karina.
– Moja żona jest świętą mamą pięciorga naszych dzieci – podkreśla Jacek Sommer. Jak mówi, widział to, gdy małe wtedy dzieci zasypiały przy wspólnie odmawianej modlitwie. – Często żona kładła się obok nich i toczyły się długie rozmowy o Bogu, o niebie… Ciekawość dziecięcych wyobrażeń przedłużała te chwile, padało wiele pytań: jak tam jest, a co Matka Boża gotowała na obiad etc. – wspomina mąż. Zaświadcza, że były też dramatyczne momenty. Dwukrotnie stracili cały dobytek w pożarach. – Ucieczka z dziećmi w popłochu, chwile grozy… Cudem przeżyliśmy. Te i inne doświadczenia życiowe pomagają nam, gdy mamy okazję dawać świadectwo, np. wobec młodzieży przed bierzmowaniem, gdy pełniliśmy posługę katechistów archidiecezji poznańskiej – mówi pan Jacek. I dodaje z przekonaniem: – Doceniam to, co robi moja żona.
Franciszek Kuchrczak/Gość Niedzielny
***
fot. pixabay.com
***
Najpiękniejsza modlitwa za mamę. Odmów ją dziś!
Dzień Matki to jeden z bardziej wyjątkowych dni w roku. Pamiętajmy w naszej modlitwie o tych, którym tyle zawdzięczamy!
Modlitwa za Matkę
Boże Ojcze, dziękuję Ci za miłość do mojej mamy, która jest zaszczepiona w sercu moim. Nie dopuść, aby to uczucie kiedykolwiek wygasło we mnie; chroń mię od tego wszystkiego, co by ją zmartwić lub zasmucić mogło i nie pozwól, abym zapomniał, że jej życie, wychowanie i opiekę winien jestem. Nie mogę się jej odwdzięczyć za wszystkie dobro jakie mi wyświadczyła, Ty więc, o mój Boże, nagródź ją za mnie. Ześlij na nią wszystko co dobre, pozwól jej długo i szczęśliwie żyć, a mną tak kieruj, ażebym zawsze ją szanował i kochał, żadnej przykrości jej nie sprawił, a z czasem stał się podporą w jej starości.
Amen.
Modlitwa za rodziców
Wszechmogący, wieczny Boże, Ojcze, któryś człowiekowi dał przykazanie, aby czcił swego ojca i swoją matkę – dziękuję Ci za rodziców i proszę za nimi. Kocham ich całym sercem i chcę, żeby szczęśliwi żyli jak najdłużej.
Po Tobie, Boże, zawdzięczam im najwięcej. Oni byli Twoimi współpracownikami w daniu mi życia ciała i nadprzyrodzonego życia duszy. Wiele włożyli oni, i wkładają, troski o moje zdrowie, wykształcenie i wychowanie.
Boże Ojcze, spraw, abym umiał docenić ich starania i umiał być im za wszystko wdzięczny. Ty zaś łaską swoją racz wynagrodzić ich trud. Daj im, Panie, zdrowie i wszystkie łaski, które im są potrzebne do szczęścia i do zbawienia. Mnie zaś, Boże Ojcze, daj być dla nich pociechą, wspomóż mnie, abym ich kochał, szanował oraz im dopomagał.
Boże Ojcze, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i ziemi, wysłuchaj modlitwy swojego dziecka i błogosław we wszystkim moim rodzicom. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Modlitwa za poczęte dziecko i jego rodziców
Panie Jezu Chryste bardzo dziękujmy za Dar Macierzyństwa i Dar Ojcostwa. Prosimy, pobłogosław dziecko, które rozwija się pod sercem (imię mamy). Prosimy Cię aby potrafiła je otoczyć miłością i w pełni zaakceptować takie jakie jest. Ucałuj je świętym pocałunkiem. Prosimy Cię już teraz o wiarę, nadzieję i miłość dla niego (nich), dla rodziców i dla naszych najbliższych. Maryjo Matko Dzieciątka Bożego, módl się za nami.
Amen.
Stacja7.pl
***
poniedziałek. 25 maja
Dziś obchodzimy święto Maryi, Matki Kościoła, które zawdzięczamy błogosławionemu kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu
fot. wikimedia
***
W poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego Kościół na całym świecie obchodzi święto Najświętszej Maryi Panny – Matki Kościoła. Kościołowi, rodzącemu się w dniu Pięćdziesiątnicy towarzyszy Matka Jezusa, jako ta która wspiera i ochrania wspólnotę uczniów swojego Syna.
Choć tytuł Matki Kościoła teologowie nadawali Maryi od początku dziejów Kościoła, święto dedykowane temu imieniu Matki Bożej było pomysłem dopiero polskich biskupów w XX w. Starania zainicjował w 1964 prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podczas trzeciej sesji soboru Watykańskiego II. Wraz z polskimi biskupami postulował też, aby święto to obchodzono nie tylko w Polsce, ale też w całym Kościele. Ustanowił je jednak dopiero papież Franciszek, a 21 maja 2018 r. obchodzone było ono na świecie po raz pierwszy.
Matka odkupionych
W dekrecie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 11 lutego 2018 roku, podpisanym przez prefekta watykańskiej dykasterii liturgicznej kard. Roberta Saraha, przypomniano motywację biblijną i teologiczną obchodów tego święta, a także słowa bł. Pawła VI z 21 listopada 1964 roku ogłaszające Maryję Matką Kościoła. Zaznaczono, że święto to zostało wpisane do szeregu partykularnych kalendarzy liturgicznych.
„Uroczystość ta pomoże nam także w przypomnieniu sobie, że życie chrześcijańskie potrzebuje dla swego wzrostu zakotwiczenia w tajemnicy krzyża, ofierze Chrystusa w uczcie eucharystycznej oraz w składające ofiarę Dziewicy, Matce Odkupiciela i wszystkich odkupionych” – czytamy w dekrecie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Stacja7, KAI
***
Sobór, kard. Wyszyński i Matka Kościoła
Uczestnicy Soboru Watykańskiego II w bazylice św. Piotra w Rzymie. ALBUM ONLINE /EAST NEWS
***
Od testamentu z krzyża („Oto Matka twoja”) do ogłoszenia Maryi Matką Kościoła musiało minąć niemal 2 tysiące lat. Kropkę nad „i” postawił Paweł VI podczas Soboru Watykańskiego II. Udział w tym miał kard. Stefan Wyszyński.
Przeto na chwałę Matki Bożej i ku naszemu pokrzepieniu ogłaszamy Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, to jest Matką całego Ludu Bożego, zarówno wiernych jak i pasterzy, którzy nazywają Ją najukochańszą Matką. Pragniemy, by pod tym tytułem od tej chwili Dziewica Matka była jeszcze bardziej czczona i wzywana przez lud chrześcijański (…). Odpowiada to doskonale celowi, który wytknął sobie obecny Sobór, a mianowicie – aby ukazać prawdziwe oblicze Kościoła świętego, z którym Maryja jest wewnętrznie złączona i którego – jak to słusznie zauważono – jest Ona cząstką największą, cząstką najlepszą, cząstką szczególną, cząstką najwyborniejszą – mówił papież Paweł VI w dniu 21 listopada 1964 roku, na zakończenie trzeciej sesji Soboru Watykańskiego II. Na tę decyzję pracował cały sztab biskupów, teologów, świeckich. Ale jedna osoba szczególnie czuła się w tym momencie szczęśliwa: prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński zakrył dłońmi twarz, ale nie zdołał ukryć płynących z oczu łez.
Jak w Efezie
Gdy przed laty trafiłem do ruin starożytnego Efezu, poza amfiteatrem, w którym św. Paweł wygłaszał swoje kazania, koniecznie chciałem odnaleźć również miejsce, w którym odbywał się Sobór Efeski w 431 roku. Nie prowadziły do niego żaden znak ani tablica informacyjna. Po zasięgnięciu języka miejsce „znalazło się” tuż przy bramkach wyjściowych, obok… toalet, za którymi biegnie ledwo widoczna ścieżka, zarośnięta krzakami i trawą. Po paru krokach wyłoniły się ruiny kościoła Maryi Dziewicy, z nie najgorzej – jak na ogólny stan – zachowanymi fragmentami prezbiterium. W tym miejscu efescy ojcowie soborowi ogłosili dogmat o Bożym macierzyństwie Maryi (Theotokos – Boża Rodzicielka). Kiedy patriarcha Aleksandrii św. Cyryl ogłosił tę prawdę publicznie, efezjanie zaczęli świętować na ulicach. Zmysł wiary prostych ludzi utwierdzał cały Kościół.
Przypomniałem sobie o tym, gdy parę lat później czytałem wspomnienie kard. Stefana Wyszyńskiego z Vaticanum II: „Fantastyczny entuzjazm napełnia aulę, trwają długotrwałe oklaski. Wszyscy biskupi powstają ze swoich miejsc. Uniesienie – równe może temu, które panowało w Efezie. Trwa to długą chwilę. Jest świadectwem jedności ojców soborowych, nie widać tu ani konserwatystów, ani progresistów – są biskupi wierzący, pragnący Matki” (cyt. za: Ewa Czaczkowska, Kardynał Wyszyński. Biografia). Tak zareagowali ojcowie soborowi, gdy Paweł VI ogłosił Maryję Matką Kościoła. Najbardziej wzruszony był z pewnością polski prymas. Bo to jego pragnienie i „lobbing” sprawiły, że papież zdecydował się na ten krok. Reakcja ojców soborowych z całego świata pokazała jednak, że polski hierarcha tylko wymodlił i „wychodził” to, co przez całe wieki było częścią chrześcijańskiego krwiobiegu – choć nie nazwane wprost i oficjalnie, to jednak stanowiło część tożsamości Kościoła.
Wieczernik XX wieku
Echo tej radości ojców soborowych i samego prymasa Wyszyńskiego słychać w jego wspomnieniach: „Tegoż wieczoru Ojciec Święty zaprosił mnie do siebie na prywatną audiencję pożegnalną. Gdy przyszedłem do niego, dziękowałem za to, co uczynił – że tak życzliwie przyjął Memoriał Episkopatu Polski. Papież uśmiechnął się i powiedział: – Zapewne jesteście zadowoleni, spełniłem wasze życzenia. Odpowiedziałem: – Jesteśmy porwani, podniesieni na duchu! Mamy bolesne doświadczenia w naszej Ojczyźnie, ale są one osłodzone obecnością Świętej Bożej Rodzicielki, która jest naszą Matką, daną »ku obronie« Narodu polskiego. I dodałem jeszcze: – Dziękując jeszcze za to, co Wasza Świątobliwość uczynił dla chwały Matki Boga i ludzi, pragnę przypomnieć, że kiedyś w Wieczerniku też było tak jak dzisiaj w Bazylice Piotrowej. Był tam Piotr, pierwszy papież, i Maryja w gronie zalęknionych Apostołów. A dziś, w Bazylice Piotrowej, powtórzyło się to samo. Był Piotr w Pawle VI i była Maryja. A więc – w imię Boże”.
Ten fragment zapisków kard. Wyszyńskiego przypomniał mi znowu o soborze w Efezie, gdzie Maryję ogłoszono Matką Boga. To nie przypadek, że mariologia triumfowała właśnie w Efezie. Tam przecież w starożytności popularny był, obok Artemidy, kult egipskiej bogini-matki. Przedstawiano ją często… z dzieciątkiem karmionym piersią. To tam właśnie św. Cyryl wygłosił pochwałę Matki Boga: „Dzięki Tobie czczona jest Trójca, dzięki Tobie w całym świecie hołd odbiera krzyż drogocenny! Dzięki Tobie cały świat pogrążony w służbie bałwanom poznaje prawdę”. W Efezie również znajduje się domek Maryi, gdzie według tradycji miała spędzić ostatnie chwile życia na ziemi i skąd miała zostać zabrana z duszą i ciałem do nieba. Ta sama nieprzypadkowość, zgodność miejsca i okoliczności wybrzmiewa w porównaniu, którego użył kard. Wyszyński: nie było lepszej okazji, by ogłosić Maryję Matką Kościoła, niż zebranie w jednym miejscu wszystkich następców apostołów pod przewodnictwem Piotra, bo to powtórzenie doświadczenia Wieczernika, w oczekiwaniu na zesłanie Ducha Świętego, razem z Matką Jezusa.
Odkurzanie Kościoła
Jest jeszcze jedna okoliczność, która sprawiła, że to właśnie Sobór Watykański II stwarzał najlepsze warunki do oficjalnego ogłoszenia Maryi Matką Kościoła: sobór po raz pierwszy od wielu wieków nie zajmował się herezjami i błędami, które należało potępić, ale próbował na nowo odkryć istotę, naturę Kościoła, odkurzyć w nim to, co zostało przykryte niepotrzebną fasadą. Taki „odkurzony” Kościół miał również zdefiniować na nowo swój stosunek do świata współczesnego i swoje w nim miejsce. Skupienie się na tajemnicy Kościoła było idealną okazją, by rozważyć również rolę Maryi w jego życiu. Pierwszą osobą, która na forum zgłosiła propozycję ogłoszenia Maryi Matką Kościoła, był kardynał Giovanni Montini. Zrobił to już podczas pierwszej sesji soboru. Nikt jeszcze, łącznie z nim samym, nie wiedział, że ten właśnie kardynał będzie zamykał obrady soboru jako papież Paweł VI. Już po drugiej sesji wyraził nadzieję, że Maryja zostanie ogłoszona Matką Kościoła, co wywołało pierwsze poruszenie wśród ojców soborowych. Panował niemal powszechny entuzjazm w tej sprawie, choć nie brakowało teologów, którzy mieli wątpliwości, czy na pewno można to uczynić. Dlatego też kard. Wyszyński wraz z całym Episkopatem Polski zajął się przygotowaniem solidnego opracowania, które wyjaśniałoby wszelkie teologiczne pytania w tej kwestii.
Miejsce dla Miriam
Aktywność soborowa kardynała Wyszyńskiego sięga jeszcze okresu poprzedzającego sesje: w latach 1960–62 uczestniczył już w pracach Centralnej Komisji Przygotowawczej, do której powołał go papież Jan XXIII. Później współtworzył Sekretariat do Spraw Nadzwyczajnych, a w 1963 r. już nowy papież Paweł VI powołał go do Prezydium Soboru, czyli bardzo wąskiego grona kierującego pracami tego zgromadzenia biskupów z całego świata. Kard. Wyszyński zabierał również głos na forum podczas dziesięciu sesji generalnych.
Polski prymas podejmował głównie wątki dotyczące przygotowania tekstu maryjnego – początkowo miał powstać osobny dokument poświęcony Maryi, ostatecznie zaś umieszczono obszerny fragment Jej poświęcony w konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium. Kardynał Wyszyński nie ukrywał, że jego zdaniem bardziej właściwe byłoby przyjęcie osobnego dokumentu poświęconego Maryi. Był już nawet gotowy projekt takiej konstytucji dogmatycznej, ale po głosowaniu uznano, że zostanie połączony z konstytucją dogmatyczną o Kościele. Kardynał Wyszyński przekonywał wówczas, że nauka o Matce Boga nie może być tylko dodatkiem do nauki o Kościele, dołączonym na końcu dokumentu. „O najdostojniejszej Matce Boga wiele i prawdziwie należy powiedzieć raczej w traktacie o Chrystusie Odkupicielu i Jego Kościele, i to nie tylko okazjonalnie, lecz także w sposób fundamentalny i istotny”, mówił. Większość ojców soborowych miała jednak inne zdanie i trzeba przyznać, że włączenie Maryi do dokumentu o Kościele nie tylko niczego Jej nie ujmuje, ale przeciwnie, pokazuje Jej rolę w życiu uczniów Jezusa, żywą, aktywną i nierozłączną. Postulaty kard. Wyszyńskiego szły wyraźnie w kierunku uznania Maryi za Współodkupicielkę, ale to postulat, który – choć mający swoich zwolenników do dziś – swego czasu nawet kard. Joseph Ratzinger uznał za trudny do uzasadnienia na gruncie biblijnym i teologicznym. Za to jak najbardziej oparte na Biblii i Tradycji było uznanie Maryi za Matkę Kościoła. I tu również rola kard. Wyszyńskiego okazała się nieoceniona.
Mozaika na ścianie przy bazylice św. Piotra w Rzymie.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Dowody w sprawie
To polski episkopat, pod przewodnictwem kard. Wyszyńskiego, zwrócił się do Pawła VI z prośbą, by wspólnie z ojcami soborowymi, dokonał aktu oddania Matce Bożej całego Kościoła. Polscy biskupi wysłali papieżowi specjalny Memoriał, który został przygotowany przez teologów w Jasnogórskim Studium Mariologicznym. Memoriał postulował również, by po papieżu i soborze aktu oddania dokonali poszczególni biskupi w swoich diecezjach na całym świecie. Autorzy Memoriału i polscy biskupi byli przekonani, że stanowiłoby to potwierdzenie prawdy o Maryi jako Matce Kościoła, co byłoby równoznaczne z uznaniem tego tytułu przez cały Kościół. W tekście Memoriału biskupi odwoływali się do nauczania Kościoła od czasów patrystycznych aż do ostatnich papieży. „Dowodem w sprawie” były również teksty liturgiczne, potwierdzające wiarę ludu Bożego w duchowe macierzyństwo Maryi. W Memoriale biskupi polscy powoływali się również na wspomniane już wyżej przemówienie Pawła VI na zakończenie drugiej sesji soborowej, w której nowy papież wyraził nadzieję na przyznanie Maryi tytułu Matki Kościoła. Chodziło o te słowa Pawła VI: „że ten Sobór poda najwłaściwsze rozwiązanie kwestii schematu o Najświętszej Maryi Pannie, tak mianowicie, aby jednomyślnie i z największym pietyzmem uznano najbardziej uprzywilejowane miejsce, które Matka Boża zajmuje w świętym Kościele […], miejsce po Chrystusie najwyższe i równocześnie nam najbliższe, tak że możemy Ją uczcić imieniem »Matki Kościoła« – dla Jej chwały, a naszego pokrzepienia” (cytuję za: Jan Pach OSPPE, „Salvatoris Mater” 16/1/4).
Sobór wyklęczany
Ta nadzieja Pawła VI szła w parze z nadzieją polskich biskupów, zwłaszcza prymasa Wyszyńskiego. Nic dziwnego, że gdy nadzieja się spełniła i papież ogłosił Maryję Matką Kościoła, „niewzruszony kardynał” nie potrafił ukryć emocji. Arcybiskup Antoni Baraniak, który był świadkiem reakcji prymasa Wyszyńskiego, zanotował: „Gdy Papież wypowiadał słowa: Proclamamus Mariam Matrem Esslesiae – Ogłaszamy Maryję Matką Kościoła – wszyscy biskupi zerwali się z miejsc i zaczęli klaskać z ogromnej radości, długo i żarliwie. Ciągle patrzyłem na Ojca Prymasa. Ojciec stał, miał twarz zasłoniętą rękami: między palcami spływały łzy. Widziałem, że był ze wszech miar wstrząśnięty. Dokonywała się jego umiłowana sprawa, przeogromna chwała Maryi, którą on ukochał i za którą gotów był poświęcić wszystko”. Ta historia nie byłaby pełna, gdyby pominąć w niej jeden istotny fakt: za sprawą prymasa Wyszyńskiego cały Kościół w Polsce – tysiące wiernych i duchownych – modlił się za sobór przez cały czas. Czuwania w intencji soboru, zwłaszcza na Jasnej Górze, ale również we wszystkich diecezjach, były fenomenem na skalę nieznaną w innych Kościołach lokalnych. Nie ma wątpliwości, że również przyznanie, a raczej potwierdzenie przez papieża prawdy, że Matka Boga jest też Matką Kościoła, zostało wymodlone przez tysiące kolan w polskich świątyniach. To przekonanie prymasa wybrzmiewa także w tej części jego notatek: Kard. Cerejeira mówi mi: »To kardynał polski zwyciężył, bo ja nic nie mówiłem«. Odpowiadam: zwyciężył Bóg, któremu na dzisiejsze czasy potrzebna jest większa chwała Maryi” (źródło: S. Wilk, A. Wójcik, Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, cyt. za: Ryszard Matejuk SJ, „Studia Gnesnensia” 2018). Łzy kard. Wyszyńskiego płynęły także dlatego, że miał świadomość, ile serca w ten proces włożyli polscy katolicy.
Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny
***
Maryja – lustro Kościoła
Matka to obecność. To ktoś, kto jest zawsze czynnie obecny. Ktoś, kto rodzi, wychowuje, uczy, każdego dnia oddaje życie, daje przykład, tworzy wypełnione miłością środowisko. Motywuje i ukazuje cel.
Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i Jego braćmi
***
Maryja jest Matką. Również Kościół jest Matką… Nie będzie on jednak dobrą Matką, jeśli nie będzie swej Matki Maryi znał, kochał i naśladował. Jeśli z Nią nie będzie. Ona pokazuje, jak ma wyglądać Kościół, by spełnił swą dziejową rolę. By historia mogła się wypełnić Bogiem po brzegi. Pomaga mu takim się stać. Podczas rekolekcji głoszonych w 1976 r. w Watykanie kard. Karol Wojtyła uczył, że „ponowne przyjście [Chrystusa] musi być przygotowane przez Ducha Świętego już nie w łonie Dziewicy, ale w całym Ciele Mistycznym”. Według niego, Kościół ma w czasach ostatnich odzwierciedlić w pełni cechy Maryi i przejąć Jej zbawczą rolę. Innymi słowy, ma być „jak Maryja” – święty i nieskalany, stając się ikoną uniżenia, w której jest już miejsce tylko dla Boga. Wtedy – przekonywał przyszły papież – trudna historia będzie mogła przejść w chwalebną wieczność.
Czyżbyśmy byli narodem prorockim? Wygląda na to, że wyprzedziliśmy czasy o pół wieku… Przypomnijmy fakty: w 1964 r. Paweł VI na prośbę polskiego episkopatu ogłosił Maryję Matką Kościoła. Do tego aktu przekonała go teologiczna argumentacja kard. Wojtyły. W 1971 r. za zgodą papieża święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła zostało wprowadzone do polskiego kalendarza liturgicznego. Cztery lata później Kościół włączył do mszału formularz Mszy wotywnej ku czci Maryi Matki Kościoła.
Decyzją papieża Franciszka od 2018 r. święto to stało się obowiązkowe w całym Kościele. Jest ono obchodzone – na wzór polski – w poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego. Franciszek wyjaśnił, że ustanowienie tego święta winno „pobudzić wzrost matczynego zmysłu Kościoła” i przyczynić się do „rozwoju prawdziwej pobożności maryjnej”.
Papieskie uwagi są wymowne. Z jednej strony Ojciec Święty ostrzega, że Kościół może w swych strukturach nie mieć nic z kochającej matki – zawsze czule obecnej i pomocnej – i że istnieje pobożność maryjna, która nie przynosi owoców, ponieważ jest fałszywa. Z drugiej strony daje nam do zrozumienia, że kult Maryi jako Matki Kościoła – prawdziwy, nie zaś przestrzeganie samej litery – sprawi, iż Kościół odkryje swój profil Maryjny, czyli stanie się podobny do Matki Najświętszej, a więc: zatroskany, służebny, pokorny i radosny. Co więcej – nabożeństwo do Maryi Matki Kościoła może wyprostować i oczyścić w pobożności to wszystko, co w niej niedoskonałe lub błędne.
Skąd to przekonanie? Przez to święto Kościół otwiera się na właściwą perspektywę, w której – jak uczył Jan Paweł II – obok profilu Piotrowego jest obecny również profil Maryjny. Wielu może zaskoczyć stwierdzenie papieża, że „profil Maryjny jest dla Kościoła równie, a może nawet bardziej istotny i charakterystyczny, niż głęboko z nim związany profil apostolski i Piotrowy”. Słyszymy nawet, że „jedynym celem potrójnego munus [misji Kościoła] jest budowanie Kościoła według tego ideału świętości, którego pierwowzorem jest Maryja”. To dlatego powtórne przyjście Chrystusa „musi być przygotowane (…) już nie w łonie Dziewicy, ale w całym Ciele Mistycznym”.
Z samej natury chrześcijaństwo jest maryjne. Mówił o tym Paweł VI, podkreślając, że „chrześcijański znaczy maryjny”.
W pierwszych wiekach słowa „Kościół” i „Maryja” były słowami zamiennymi, a mariologia była częścią eklezjologii. Benedykt XVI podkreślał, że kiedy Sobór Watykański II umieścił naukę o Maryi w ostatnim rozdziale Konstytucji dogmatycznej o Kościele, po prostu powrócił do źródeł, i że zaakcentowanie relacji Maryja – Kościół pomaga zrozumieć, czym w swej istocie jest chrześcijańska wspólnota.
Wracamy do tego sposobu myślenia. Kościół odkrywa, że Maryja jest jego lustrem, że ma się on uczyć od Niej i odkrywać, iż jego prawdziwą tożsamością jest… święta i niepokalana Dziewica i Matka.
Bez Maryi, która jest kimś więcej niż wzorem, bo jako Matka Kościoła jest „wzorem pomagającym”, Kościołowi grozi to, że w oczach wielu ludzi będzie rzeczywistością czysto świecką, nieukazującą im Boga.
Hans Urs von Balthasar wyjaśniał: „Bez mariologii grozi chrześcijaństwu, że będzie nieludzkie. Bez niej Kościół staje się czysto funkcyjny, bezduszny, staje się gorączkowo zabieganym przedsiębiorstwem, w którym nie ma miejsca na ciszę i spokój (…). Wszystko staje się w nim polemiczne, krytyczne, pozbawione humoru, a w końcu nudne. Ludzie masowo odchodzą od takiego Kościoła”.
W pierwszych wiekach podkreślano utożsamianie się każdego wierzącego z Chrystusem. A to oznacza, że Matka Zbawiciela jest Matką każdego, kto jest „jak Chrystus”, kto jest „drugim Chrystusem”. Profil Maryjny musi być w nas obecny.
Ten tytuł jest szansą na odnowę Kościoła. Przypomina, że to, co może zmienić Kościół, nie przyjdzie z jego zaangażowania w wymiar horyzontalny. Kościół nie będzie Bożym zaczynem, jeśli jego wizytówką będzie tylko samo działanie: działalność społeczna, charytatywna, mediacyjna etc. „Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5, 47) – można by zacytować słowa Chrystusa. Boska moc, która może zmienić świat, płynie z kierunku wertykalnego – z otwarcia się na Boga przez modlitwę i kontemplację. Tego poganie nie czynią. To dlatego Jan Paweł II głosił prymat życia duchowego: dla niego najważniejszą działalnością była modlitwa i adoracja. To dlatego Benedykt XVI podkreślał pierwszorzędne znaczenie liturgii. Dlatego też klasztor kontemplacyjny w Ogrodach Watykańskich, wspierający papieża „przez posługę modlitwy, adoracji, uwielbienia i zadośćuczynienia”, nosi tytuł Mater Ecclesiae.
Tytuł Maryi Matki Kościoła uświadamia nam, że nasze rozumienie roli Najświętszej Maryi Panny rozwijało się nieustannie na przestrzeni wieków. Maryja, doskonale zjednoczona z Bogiem, ma udział w Jego tajemnicy i pozostanie nam wieczność na pełne zrozumienie tego, kim Ona jest i jaka jest Jej rola. Wciąż jeszcze nie rozumiemy w pełni Jej chwalebnej misji w Bożym planie zbawienia. Wiele „odkryć” jest jeszcze przed nami. Niektórzy proponują, aby nadać Maryi dogmatyczne tytuły Pośredniczki wszelkich łask i Współodkupicielki. Nauczanie ostatnich papieży sygnalizuje być może inny kierunek – teologowie nazwaliby go eklezjologicznym: dziś trzeba przede wszystkim zrozumieć Jej rolę w Kościele i postawić Ją Kościołowi za wzór.
Wzywamy Maryję jako Matkę Kościoła. Gdy pojmiemy znaczenie tego tytułu, wszystko w Kościele stanie się dla nas zrozumiałe: jego misja, cel, droga, postać… A Maryja stanie się dla nas inspiracją, wzorem i motorem świętości. Aż po przywoływaną przez nas codziennie Paruzję!
Wincenty Łaszewski/Tygodnik Niedziela
***
25 maja 2026
Encyklika Leona XIV „Dignita humanitas”
Pełna treść pierwszej encykliki Leona XIV poświęconej człowieczeństwu w czasach sztucznej inteligencji
fot. Vatican Media
***
ENCYKLIKA
MAGNIFICA HUMANITAS
OJCA ŚWIĘTEGO LEONA XIV O TROSCE O OSOBĘ LUDZKĄ W DOBIE SZTUCZNEJ INTELIGENCJI
Wspaniałe człowieczeństwo stworzone przez Boga staje dziś wobec decydującego wyboru: wznieść nową wieżę Babel albo budować miasto, w którym Bóg i ludzkość zamieszkują razem. Każde pokolenie otrzymuje w dziedzictwie zadanie nadania kształtu swoim czasom: doprowadzenia do dojrzewania dziejów jako przestrzeni, w której godność każdej osoby będzie otoczona troską, będzie umacniana sprawiedliwość, a braterstwo stanie się możliwe. Nad każdą jednak epoką wisi ryzyko budowania świata nieludzkiego i jeszcze bardziej niesprawiedliwego. Tam, gdzie ludzkości grozi utrata własnego oblicza, my, chrześcijanie, wznosimy oczy ku Bogu, który stał się ciałem, wiedząc, że „misterium człowieka wyjaśnia się prawdziwie jedynie w misterium Słowa Wcielonego” [1]. To wspaniałe człowieczeństwo w Jezusie Chrystusie staje się Drogą, Prawdą i Życiem, otwierając każdemu z nas drogę wzrastania ku pełni.
Oparci na Chrystusie – żywym kamieniu – doświadczamy potężnego i tajemniczego działania Ducha Świętego oraz wierzymy, że każdy autentyczny ludzki wysiłek współpracy z Nim dla osiągnięcia dobra będzie pobłogosławiony przez Ojca niebieskiego, w którym pokładamy naszą nadzieję. Dlatego możemy z zaangażowaniem włączać się w te wszystkie inicjatywy, które budują świat bardziej sprawiedliwy, i możemy wzywać innych do współdziałania z nami na rzecz integralnego rozwoju każdej istoty ludzkiej. Pragniemy wejść w dialog ze wszystkimi mężczyznami i kobietami naszych czasów, z którymi dzielimy doświadczenia, pytania i dążenia ludzkości [2]. Chcemy razem z nimi szukać nowych dróg ku dobru wspólnemu i ku promowaniu godnego życia dla wszystkich. Taka postawa dialogu stanowi integralną część powołania Kościoła, ponieważ on – ustanowiony „w Chrystusie jakby sakramentem (…) wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” [3]– rozpoznaje w historii miejsce, w którym Ewangelia stawia pytania ludzkiemu doświadczeniu i mu towarzyszy.
W tym duchu Leon XIII opublikował w 1891 r. Encyklikę Rerum novarum, której 135. rocznicę z żywą wdzięcznością obchodzimy w tym roku. Tym dokumentem mój umiłowany Poprzednik dał impuls tej refleksji nad społeczeństwem, ekonomią i polityką, którą dziś nazywamy „nauką społeczną Kościoła”. A kiedy niektórzy stawiali zarzut, że Kościół nie powinien trwonić sił na sprawy doczesne, lecz troszczyć się o głoszenie orędzia życia wiecznego, odpowiadał on z realizmem i mądrością, iż głoszenie Ewangelii nie może pomijać konkretnego życia narodów [4]. Od tego czasu minęło wiele dziesięcioleci, a Magisterium, pasterze, teologowie i wierni nadal podejmowali refleksję nad kwestiami społecznymi w świetle Ewangelii. Dziś nauka społeczna Kościoła stanowi dziedzictwo mądrości, w którym odnajdujemy zasady myślenia, kryteria rozeznawania i osądu oraz konkretne wskazania do działania. Opiera się ona na Piśmie Świętym i Tradycji, a w dialogu z naukami pomaga nam trafnie odczytywać wyzwania teraźniejszości, wskazując drogi właściwe dla przeżywania jasnego świadectwa chrześcijańskiego, z radością i w służbie światu. Nauka społeczna Kościoła nie jest statycznym zbiorem pojęć, lecz żywym korpusem prawdy, który strzeże i interpretuje powołanie ludzkości do życia pełnego i sprawiedliwego. Do tej żywej tradycji pragnę zatem dołączyć także mój głos, przyzywając pomocy Ducha mądrości, który od początku zamieszkuje świat (por. Prz8, 22-31).
Rzeczy nowe (res novae) naszych czasów
O ile Leon XIII mówił w swoim czasie o „rzeczach nowych” ( rerum novarum), o tyle dzisiaj nie możemy po prostu powtarzać jego cennego nauczania, lecz winniśmy prosić Boga o mądrość potrzebną do odczytania wielkich tendencji naszych czasów, w szczególności postępu techniki. W ostatnich latach staje się coraz bardziej oczywiste, jak szybko i jak głęboko cyfryzacja, sztuczna inteligencja (AI) i robotyka przekształcają nasz świat. Techniki samej w sobie nie należy uważać za siłę przeciwstawną osobie ludzkiej; przeciwnie, jest ona od samego początku wpisana w nasze dzieje jako „działalność głęboko ludzka, związana z autonomią i wolnością człowieka” [5]. Rozwój technologiczny w ciągu wieków przyczyniał się do znacznej poprawy warunków życia ludzkości; zarazem jednak każdy etap postępu ukazywał także dwuznaczne oblicze narzędzi mogących wyrządzać szkody, jeśli nie są ukierunkowane ku dobru. Dziś jednak stajemy wobec nowej sytuacji, w której potęga i wszechobecność rodzących się technologii wnikają w tkankę codzienności, kształtują procesy decyzyjne i głęboko oddziałują na wyobraźnię zbiorową: „Ludzkość nigdy nie miała tyle władzy nad sobą samą” [6]. Nowe technologie otwierają horyzont rozciągający się w kierunkach, których – choć możemy się domyślać – nie jesteśmy jeszcze w stanie w pełni przewidzieć. To sprawia, że trudniej jest ocenić ich wpływ oraz długofalowe skutki dla godności osoby i dobra wspólnego.
Teraz do nas należy, aby z jasnością umysłu i poczuciem odpowiedzialności podjąć wyzwania naszych czasów. Konieczne jest przyjęcie odpowiednich narzędzi normatywnych, zdolnych strzec sprawiedliwości i ograniczać wypaczające skutki władzy technologicznej. Kwestia ta nie wyczerpuje się jednak w samej regulacji. Jak przestrzegał Papież Franciszek, trzeba z realizmem pytać, kto dzisiaj dzierży tę władzę i ku jakim celom ją ukierunkowuje: „Nie możemy jednak ignorować faktu, że energia jądrowa, biotechnologia, informatyka, znajomość naszego DNA i inne możliwości, które zyskaliśmy, (…) umożliwiają tym, którzy posiadają wiedzę – a nade wszystko władzę ekonomiczną, aby ją wyzyskiwać – niezwykłe panowanie nad całym rodzajem ludzkim i nad całym światem” [7]. Niegdyś to przede wszystkim państwa prowadziły i ukierunkowywały innowacje. Dziś natomiast głównymi motorami rozwoju są podmioty prywatne, często ponadnarodowe, dysponujące zasobami i zdolnością oddziaływania większymi niż wiele rządów. Władza technologiczna przybiera zatem nowe oblicze, w przeważającej mierze „prywatne”, a przez to jest jeszcze trudniejsza do rozeznania, uporządkowania i ukierunkowania ku dobru wspólnemu.
Dlatego trzeba podjąć wspólne rozeznanie, zdolne dotrzeć do duchowych i kulturowych korzeni dokonujących się przemian. Jeśli bowiem zatrzymamy się jedynie na tym, co doraźne, ryzykujemy, że o kierunku naszej wędrówki zadecyduje za nas następujący po sobie ciąg naglących stanów kryzysowych. Przeżywamy obecnie gwałtowny etap przejścia, „zmianę epoki”, w której – podczas gdy jedni współzawodniczą o przyszłość nowych technologii, a inni są zaangażowani w podejmowanie nad nimi refleksji – większość osób pozostaje w oczekiwaniu, przygląda się z oddalenia i po prostu ma nadzieję, że wszystko ułoży się dobrze. Właśnie dlatego w naszym sumieniu stajemy przed rozstrzygającymi pytaniami, których nie można już dłużej uchylać: Dokąd zmierzamy? Ku jakiemu celowi pragniemy się skierować? Jaki kierunek winniśmy obrać jako wspólnota ludzka i jako narody?
Dwa obrazy biblijne
Aby odpowiedzieć na te pytania i rozeznać, jak odpowiedzialnie odnaleźć się w dobie sztucznej inteligencji, pragnę przywołać dwa obrazy biblijne: budowę wieży Babel (por. Rdz11, 1-9) oraz odbudowę murów Jerozolimy (por. Ne 2-6). W Księdze Rodzaju opowiadanie o wieży Babel pojawia się u początków dziejów ludzkości, bezpośrednio po genealogiach synów Noego. Ludzie, osiedliwszy się na równinie Szinear, postanawiają zbudować miasto i wieżę, „której wierzchołek będzie sięgał nieba” (Rdz 11, 4). Chcą w ten sposób zapewnić sobie trwałość i potęgę, a nade wszystko „rozsławić swoje imię”, lękając się rozproszenia po ziemi. Przedsięwzięcie wydaje się imponujące: jeden język, jedna technologia, jeden kierunek. Projekt ten kryje w sobie jednak wielką zasadzkę: jest to dzieło pomyślane bez odniesienia do Boga, wsparte jednolitością, która usuwa różnorodność i która – zamiast komunii – wybiera uniformizację. Gdy miasto budowane jest na pysze i na roszczeniu samowystarczalności, komunikacja ulega zerwaniu, języki się mieszają, a ludzie przestają się rozumieć. Owocem nie jest jedność, lecz rozproszenie. Wieża Babel ukazuje zatem ograniczenie każdej budowli, która – choćby imponująca – wyrasta z absolutyzacji tego, co ludzkie, i z ludzkiego roszczenia samowystarczalności, poświęca godność osób na rzecz skuteczności i pragnie dosięgnąć nieba bez błogosławieństwa Boga.
Z kolei Księga Nehemiasza otwiera się w chwili wielkiej słabości w dziejach starożytnego Izraela. Po niewoli babilońskiej część ludu powróciła do Jerozolimy, lecz miasto nadal pozostaje w ruinie, mury są zwalone, a bramy spalone (por. Ne1-2). Nehemiasz – Żyd pozostający na służbie u perskiego króla Artakserksesa – otrzymuje wiadomość o katastrofalnym stanie miasta ojców. Zanim podejmie działanie, pości, modli się i wstawia za ludem; następnie prosi króla o pozwolenie na powrót do Jerozolimy, a gdy tam przybywa, w milczeniu ogląda zburzone miejsca. Nie narzuca rozwiązań z góry. Zwołuje rodziny, każdej powierza odcinek muru do odbudowy, wysłuchuje lęków, koordynuje wysiłki i stawia czoło sprzeciwom. Opowiadanie ukazuje, że miasto odradza się nie dzięki inicjatywie pojedynczej osoby, lecz przez wspólną odpowiedzialność całego ludu: kapłanów, rzemieślników, naczelników rodów, kobiet i młodzieży. Jest to dzieło, które ma w centrum Boga i odbudowuje więzi jeszcze wcześniej niż kamienie. W ten sposób dawna Jerozolima odnajduje na nowo wspólny język: nie język jednolitości, lecz komunii; harmonię, która rodzi się wówczas, gdy każdy przyjmuje swoją część odpowiedzialności, a cały lud uznaje, że jego siła pochodzi od Pana.
W świetle tych dwóch obrazów Duch Święty przemawia dziś do nas w kwestii relacji z techniką i z trwającą rewolucją cyfrową. Odkrycia naukowe są talentem powierzonym ludzkości po to, aby mogła z niego czerpać korzyści (por. Mt25, 14-30). Technologia może leczyć, łączyć, wychowywać, strzec wspólnego domu; może jednak także dzielić, odrzucać i rodzić nowe niesprawiedliwości. W ujęciu abstrakcyjnym sama w sobie nie stanowi ona rozwiązania problemów ludzkości, tak jak sama w sobie nie jest złem; konkretnie rzecz ujmując, nie jest jednak neutralna, ponieważ przyjmuje ona oblicze tych, którzy ją projektują, finansują, regulują i wykorzystują. Dlatego pierwszym wyborem nie jest wybór między „tak” a „nie” dla technologii, lecz między budowaniem wieży Babel a odbudową Jerozolimy: między władzą, która rości sobie pretensję do panowania nad niebem, a ludem, który – w obecności Boga – podejmuje zgodnie pracę nad odbudową murów braterskiego współistnienia.
Unikajmy zatem „syndromu wieży Babel”, polegającego na bałwochwalstwie zysku, którego ofiarą padają słabi; na jednolitości spłaszczającej różnice oraz na roszczeniu do jednego języka – także cyfrowego – zdolnego przełożyć wszystko, nawet tajemnicę osoby, na dane i wydajność. Na tym polega niebezpieczeństwo dehumanizacji – budowania przyszłości z wyłączeniem Boga i zredukowania drugiej osoby do roli środka – pokusy dawnej i wciąż nowej, która dziś przybiera również oblicze techniczne. Wybierzmy natomiast „drogę Nehemiasza”, która ukazuje wartość wspólnej pracy podejmowanej po to, by uczynić miasto Boże bezpiecznym dla powracających wygnańców. Odbudowywać znaczy dzisiaj uznać, że pośród wielości głosów i wizji, przypominającej niekiedy rozproszenie języków, istnieje jednak pewna świetlana możliwość, polegająca na budowaniu razem, przemieniając różnorodność w zasób i czyniąc ze słuchania i dialogu wspólną przestrzeń, w której mogą wzrastać sprawiedliwość i braterstwo. Wewnątrz tego wspólnego dzieła chrześcijanie odnajdują zaś właściwą sobie formę budowania: jest nią ukierunkowywanie działania ku Bogu, aby w Jego świetle pluralizm nie przeradzał się w chaos, lecz – w praktyce synodalności – stawał się przestrzenią, w której ludzkość na nowo odnajduje swoje trwałe fundamenty i swój cel ostateczny. W Apokalipsie Jan widzi nowe Jeruzalem „zstępujące z nieba od Boga” (Ap21, 2) jako dar dla całej ludzkości. Ta zaś wizja łaski jest dla nas, chrześcijan, wezwaniem do wspólnej pracy nad kształtowaniem w dzisiejszych „miastach” pokojowego, sprawiedliwego i godnego życia wspólnego.
Budować na fundamencie dobra
Budowanie miasta opartego na fundamencie dobra wspólnego domaga się zatem przede wszystkim wznoszenia na skale relacji z Bogiem. Oznacza to uznać, że prawda Jego miłości wzywa nas do życia „w obfitości” ( J10, 10) oraz do komunii z Nim. Wraz ze św. Augustynem również i my możemy powiedzieć: „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest nasze serce, dopóki w Tobie nie spocznie” [8]. Bóg wpisał bowiem w nasze serce pragnienie szczęścia, obejmujące wszystkie wymiary życia, a Kościół – podejmując dialog z mężczyznami i kobietami naszych czasów – odczuwa pilną potrzebę pielęgnowania tego dążenia i ukierunkowywania go ku jego najgłębszej prawdzie.
Po drugie, budować na fundamencie dobra znaczy przyjąć ograniczoność i kruchość człowieczeństwa, nie uznając ich za błąd, który należałoby skorygować. Dzisiaj właściwe istocie ludzkiej pragnienie pełni może zostać skierowane ku zwodniczym celom: przez iluzję techniki, która obiecuje wyzwolić nas od wszelkiej kruchości, albo przez modele dobrobytu, które spychają całe narody na margines. Nierzadko pokładamy nadzieję w nieograniczonym wzmacnianiu ludzkich możliwości, w formach postępu, które mogą zaostrzać nierówności, w doraźnych rozwiązaniach, które nie są zdolne uleczyć rany zadane narodom. I tak, podczas gdy jedni ulegają mirażowi nieograniczonej samorealizacji, wielu pozostaje pozbawionych tego, co konieczne. Kościół przypomina – głosem pokornym, lecz stanowczym – że prawdziwe spełnienie nie rodzi się z usuwania ludzkiej kruchości, lecz z harmonijnego wzrastania: tam, gdzie wolność i odpowiedzialność splatają się ze wzajemną troską i prawdziwą solidarnością, a postęp mierzy się godnością każdego człowieka i dobrem narodów.
Po trzecie, budowanie świata, w którym wszyscy mogą „rozkwitać”, domaga się odważnej współodpowiedzialności. Żadna ręka sama nie zdoła unieść ciężaru wyzwań, które dotykają współczesnego świata; i żadna nie jest tak słaba, by nie mogła dać swego wkładu: „Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor12, 9). Każdemu przypadnie jego odcinek muru: uczonym i badaczom, przedsiębiorcom i pracownikom, wychowawcom i prawodawcom, społeczeństwu obywatelskiemu, ruchom społecznym i wspólnotom wiary. Taka jest logika pomocniczości, która docenia współpracę między pokoleniami, narodami, dyscyplinami i kulturami jako uprzywilejowaną drogę prowadzącą do wzrostu trwałości, pomyślności i pokoju. Napięcia i różnice nie powinny budzić lęku: mogą stać się twórczą energią, jeśli zostaną ukierunkowane przez współdzieloną odpowiedzialność.
Wreszcie, budowanie na fundamencie dobra domaga się języka ewangelicznego. Unikajmy słów, które upokarzają albo przeciwstawiają jednych drugim. Wybierajmy jasność, która oświeca, a także szczerość, która otwiera drogi. Nie ulegajmy naiwnym uniesieniom i nie podsycajmy jałowych lęków. Raczej wskazujmy kryteria rozeznania, czyli: godność osoby, powszechne przeznaczenie dóbr, opcję preferencyjną na rzecz ubogich, troskę o wspólny dom i pokój – oraz przekładajmy je na praktykę: odpowiedzialne planowanie, ocenę wpływu na człowieka i życie społeczne, włączanie najbardziej kruchych, alfabetyzację cyfrową oraz badania naukowe i przemysł ukierunkowane na sprawiedliwość i pokój.
Pozostać ludźmi
Podczas niedawnego Zwyczajnego Roku Jubileuszowego 2025 wędrowaliśmy jako pielgrzymi nadziei i zostaliśmy obdarowani obfitością łask. Umocnieni tymi darami możemy z ufnością ducha podejmować trudne zadania i wymagające wyzwania, przed jakimi stoi nasza przyszłość. W dobie sztucznej inteligencji, w której godność człowieka narażona jest na przesłonięcie przez nowe formy dehumanizacji, spoczywa na nas naglący obowiązek, by pozostać prawdziwie ludźmi, z miłością otaczając troską owo wspaniałe człowieczeństwo, które zostało nam darowane i ukazane w całej pełni w Chrystusie, a którego żadna maszyna nigdy nie zdoła zastąpić w jego blasku. Prawdziwy postęp rodzi się zawsze z serca otwartego na drugiego człowieka, z rozumu gotowego do słuchania oraz z woli, która szuka bardziej tego, co jednoczy, aniżeli tego, co dzieli.
Zwracam się z usilnym apelem do wszystkich wiernych katolików, do wszystkich chrześcijan, do wszystkich mężczyzn i kobiet dobrej woli: nie lękajmy się pobrudzić sobie rąk na placu budowy naszych czasów. Módlmy się jak Nehemiasz, planujmy mądrze, pracujmy wytrwale, przywracając Boga na horyzont naszego działania, a istotę ludzką stawiając w centrum naszych wyborów. Wówczas kamienie odrzucone – ubodzy, chorzy, migranci, najmniejsi – staną się kamieniem węgielnym, a na ziemi powstanie wspólne mieszkanie – solidne i gościnne – gdzie łaskawość i wierność wreszcie spotkają się z sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój (por. Ps85, 11). Oto błogosławieństwo, o które błagamy Boga, i zadanie, które stoi przed nami: być budowniczymi komunii, a nie architektami wieży Babel; być sługami Królestwa, które nadchodzi, a nie właścicielami wież skazanych na upadek. Z sercem pasterza i ojca proszę zatem wszystkich, aby zatrzymać wznoszenie kolejnej wieży Babel i zjednoczyć siły w budowaniu na fundamencie dobra, tak aby ludzkość nigdy nie utraciła swego piękna i aby świat mógł raz jeszcze rozpoznać w sercu istoty ludzkiej to miejsce, w którym pragnie zamieszkać Bóg.
ROZDZIAŁ I
MYŚL DYNAMICZNA I WIERNA EWANGELII
W tym pierwszym rozdziale pragnę pokrótce prześledzić drogę, poprzez którą nauka społeczna Kościoła kształtowała się w najnowszym nauczaniu Papieży oraz Soboru Watykańskiego II, aby ukazać jej dynamiczny charakter. W każdej bowiem epoce res novaepobudzają to nauczanie do mierzenia się z pytaniami historii w świetle Prawdy objawionej. Dlatego również sztuczną inteligencję należy rozumieć nie jako tematyczny dodatek ani jako sytuację kryzysową, którą trzeba zarządzać, lecz jako przemianę, która od wewnątrz stawia pytania kategoriom katolickiej nauki społecznej i domaga się jej dalszego rozwoju w wierności Ewangelii.
Jednakże ten tok rozważań nie byłby naprawdę zrozumiały, gdybyśmy – zanim zatrzymamy się nad wkładem poszczególnych Papieży i najważniejszymi dokumentami – nie wyjaśnili pewnych podstawowych przekonań dotyczących sposobu obecności Kościoła w historii i jego relacji ze światem. Bez takiego doprecyzowania nauka społeczna mogłaby jawić się jako niewłaściwa ingerencja w kwestie doczesne albo jako zewnętrzny, narzucany odgórnie kodeks etyczny. W rzeczywistości wyrasta ona z Kościoła, który pielgrzymuje razem z ludzkością, uznaje ona autonomię rzeczywistości ziemskich oraz rozróżnienie między wspólnotą eklezjalną a wspólnotą polityczną, i właśnie dlatego stawia sobie za cel służbę dobru wspólnemu.
Kościół pielgrzymujący w dziejach ludzkości
Reklama
Kościół obecny w świecie jako znak jedności dla całej rodziny ludzkiej w pytaniach i wyzwaniach obecnego czasu rozpoznaje miejsce, w którym urzeczywistnia własne powołanie do słuchania, dialogu i służby, pozwalając, by przemawiało do niego wszystko to, co dotyczy życia mężczyzn i kobiet naszych czasów. To splecenie życia z dziejami narodów sprawia, że coraz głębiej pojmuje on, iż jego misja ma wymiar historyczny i niesie odpowiedzialność za sposób, w jaki kształtowane są relacje społeczne. Dlatego Kościół nie może uważać się za obcy wobec dynamizmów, które kształtują oblicze społeczeństwa. Przeciwnie, z zaangażowaniem uczestniczy on w drogach, poprzez które społeczeństwo to wzrasta i organizuje się oraz wnosi własny wkład w osiąganie bardziej sprawiedliwego i braterskiego współistnienia. Papież Franciszek z mocą przypominał o tym historycznym wymiarze misji Kościoła, stwierdzając, że „nikt nie może od nas domagać się, abyśmy usuwali religię w przestrzeń tajemniczego wnętrza osób bez żadnego jej wpływu na życie społeczne i narodowe, nie przejmując się kondycją instytucji społeczeństwa świeckiego, bez wypowiadania się na temat wydarzeń, które interesują obywateli” [9].
Powołanie i zaangażowanie w podążanie razem z ludzkością w konkretności dziejów prowadzą Kościół do uznania, że rzeczywistości ziemskie mają własną spójność i własny porządek. Sobór Watykański II wyraził tę zasadę ze szczególną precyzją w Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes, której 60. rocznicę obchodziliśmy z wdzięczną pamięcią 7 grudnia 2025 r.: „Jeżeli przez autonomię rzeczywistości ziemskich rozumiemy to, że rzeczy stworzone i same społeczeństwa cieszą się własnymi prawami i wartościami (…), wówczas rzeczywiście godzi się jej domagać” [10]. To podkreślenie ukazuje, że stworzenie nosi w sobie odciśniętą pierwotną dobroć, której ludzkie spojrzenie winno strzec, pielęgnować i doprowadzać do dojrzałości. W tej perspektywie Kościół jawi się jako obecność pomagająca odczytywać rzeczywistość w jej głębi, wspierając z pokorną stanowczością te wybory, które służą godności każdej osoby, spójności wspólnot i dobru wszystkich. W ten sposób staje on u boku świata, nie zajmując jego miejsca, aby w każdej ludzkiej historii mogła kiełkować obietnica sprawiedliwości i pokoju, którą Duch Święty nieustannie wzbudza w sercu ludzkości.
Uznając, że Bóg towarzyszy wolności istnień ludzkich w kształtowaniu się historii, Sobór Watykański II potwierdził rozróżnienie między wspólnotą eklezjalną a wspólnotą polityczną, wskazując, że każda z nich winna działać w jak najpełniejszej autonomii. Obecność Kościoła w świecie wyraża się zatem również w jego relacji do społeczeństwa obywatelskiego i instytucji publicznych. Wchodząc z nimi w dialog, Kościół uznaje wartość rzeczywistości społecznych i politycznych oraz szanuje ich własną odpowiedzialność, wspierając wszystko to, co chroni życie osób i umacnia fundamenty tkanki społecznej. Nie rości sobie on pretensji do przejmowania funkcji należnych państwu; przeciwnie, ceni jego służbę dobru wspólnemu i z przekonaniem uznaje odpowiedzialność, którą instytucje cywilne sprawują w społeczeństwie. Zarazem jednak misja powierzona Kościołowi nie pozwala mu pozostawać z dala od konkretnych cierpień mężczyzn i kobiet naszych czasów. Jego bliskość nie rodzi się z zamiaru wyręczania instytucji ani tym bardziej z ukrytej krytyki ich działania, lecz z ewangelicznej miłości, która przynagla go, by pochylał się nad ranami ludzkości w chwilach, gdy ujawniają się one z największą dotkliwością. Kiedy Kościół interweniuje, czyni to na wzór miłosiernego Samarytanina – z dyskrecją i bliskością – świadom, że to, co rodzi się z bezpośredniej konieczności, nie może stać się normą ani zastąpić instytucjonalnej odpowiedzialności właściwej wspólnocie obywatelskiej.
W świetle tego podwójnego uznania – autonomii rzeczywistości ziemskich oraz rozróżnienia kompetencji między wspólnotą eklezjalną a polityczną – pełniej rozumiemy kierunek, jaki Sobór Watykański II wyznaczył Kościołowi w jego relacji do świata. Gaudium et spesprzypomina: „Zadaniem całego Ludu Bożego, a zwłaszcza pasterzy i teologów, jest z pomocą Ducha Świętego wysłuchiwanie, rozważanie i interpretowanie w świetle słowa Bożego różnych form wypowiedzi naszych czasów, tak aby objawiona Prawda mogła być zawsze dokładniej ujmowana, lepiej rozumiana i właściwiej przedstawiana” [11]. Słuchanie „różnych form wypowiedzi” nie jest zwykłą uwagą socjologiczną, lecz zakłada rozeznanie duchowe, w którym Lud Boży – z pomocą Ducha – rozpoznaje w przemianach kulturowych i społecznych zarówno znaki obecności Chrystusa, który przychodzi i prowadzi historię ku jej wypełnieniu, jak i te wypaczenia, które przesłaniają Jego oblicze. W ten sposób Prawda objawiona nie ulega zmianie w swoim istotnym rdzeniu, lecz zostaje pełniej wyrażona i przyjęta jako żywe kryterium ukierunkowujące konkretne wybory, inspirujące drogi osobistego i wspólnotowego nawrócenia, wspierające reformę struktur i podtrzymujące nowe formy ewangelicznego świadectwa w życiu publicznym. Historia jest zatem jednym z miejsc, w których Kościół pozwala Duchowi pouczać się o humanizującej mocy Ewangelii i uczy się wyrażać swoje nauczanie w służbie godności każdej osoby i dobra narodów.
Mądrość Słowa i dialog z naukami o człowieku
Kościół uznaje za towarzyszy drogi wszystkich, którzy szczerze poszukują „prawdy, dobra i piękna”, widząc w nich „cennych sprzymierzeńców” [12]w obronie godności każdej osoby oraz w trosce o ochronę stworzenia. Przyjmując duszpasterski styl Soboru Watykańskiego II, który wzywa do słuchania, rozeznawania i odczytywania znaków czasu, Kościół – oświecony mądrością Słowa – nie lęka się spotkania z ludzką wiedzą. Słowo Boże daje pewne niezawodne kryteria, aby ukierunkowywać drogi sprawiedliwości oraz otwierać ścieżki pojednania i pokoju między ludźmi. Gdy zaś chodzi o zastosowanie tych kryteriów w złożonych sytuacjach naszych czasów, nieodzowny okazuje się wkład filozofii oraz nauk o człowieku i nauk społecznych, które pomagają głębiej rozumieć i wnikliwiej analizować dynamikę przemian kulturowych, ekonomicznych i politycznych. Św. Jan Paweł II przypominał, że Kościół przyjmuje wkład nauk społecznych i czerpie z nich „konkretne wskazania, aby z ich pomocą wypełniać swoją misję nauczania” [13]. Konfrontacja z tymi dziedzinami wiedzy nie osłabia mocy Ewangelii; przeciwnie, pozwala z większą jasnością rozpoznać to, co rzeczywiście służy życiu osób i wspólnot. Papież Franciszek, pozostając w tej perspektywie, podkreślał, że w wielu kwestiach szczegółowych Kościół nie rości sobie prawa do formułowania „definitywnych rozwiązań” [14], lecz uznaje znaczenie wsłuchiwania się w badania naukowe i wspierania rzetelnego oraz uczciwego dialogu między uczonymi, z poszanowaniem różnorodności opinii.
Czerpiąc z tego owocnego dialogu między Ewangelią a ludzką wiedzą, Kościół stopniowo pogłębiał swoją naukę społeczną, kształtując z biegiem czasu dziedzictwo mądrości odznaczające się teologiczną i antropologiczną spójnością, zakorzenioną w chrześcijańskiej wizji osoby. Właśnie dlatego, że wyrasta ono z wiary i z jej rozumienia rzeczywistości, dziedzictwo to nie sprowadza się do zbioru rozwiązań technicznych ani do modelu ekonomicznego czy politycznego przeciwstawianego innym: należy do innego porządku [15]– do porządku zasad, które ukierunkowują odczytywanie wydarzeń i wspierają ewangeliczną interpretację procesów historycznych oraz związanych z nimi wyborów. Stąd wypływa właściwa funkcja nauki społecznej Kościoła, która nie zamierza zastępować odpowiedzialności polityki i instytucji, lecz ofiarowuje się jako wsparcie dla wspólnego rozeznawania, pomagając rozpoznawać i szerzyć to, co służy godności osób, żywotności wspólnot oraz dobru wszystkich.
Nauka społeczna jako rozeznawanie wspólnotowe
Pojmowanie prawdy jako daru, którym należy się dzielić, a nie jako własności, do której trzeba rościć sobie prawo, wyzwala Kościół z pokusy oglądania się z tęsknotą ku formom obecności opartym na władzy. Św. Jan Paweł II wzywał, by ze szczerością spojrzeć na czasy, w których dozwalano stosowanie „w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą” [16], aby na nowo odnaleźć ewangeliczną drogę łagodnego głoszenia i prawdy, która się nie narzuca. W tym samym duchu przypomniałem, że Kościół „nie chce rościć sobie prawa do posiadania prawdy” [17], ponieważ prawda nie jest terytorium, którego należy bronić, lecz dobrem, którym należy się dzielić. Tę samą perspektywę streścił Papież Franciszek w znanych słowach, wedle których „czas przewyższa przestrzeń” [18]: nie chodzi przede wszystkim o zajmowanie przestrzeni władzy ani o obsadzanie twierdz kulturowych, lecz o zapoczątkowywanie procesów dobra i o pozwolenie, by dojrzewały; tak prawda Ewangelii nie narzuca się z góry, ale wzrasta w czasie, pośród konkretnego splotu ludzkich losów, wspólnot i kultur. Jest to prawda, która nie lęka się różnorodności, lecz ją przyjmuje i porządkuje; która nie usuwa konfliktów, ale je przemienia; która na nowo scala to, co historia skłonna jest rozproszyć. Stąd także obraz wielościanu – figury o wielu ścianach, w których z różnych perspektyw odbija się ta sama prawda Ewangelii [19].
Taka postawa otwartości na prawdę – jedną, a zarazem wielorako wyrażaną – w głęboki sposób ukazuje powszechność Kościoła, który obejmuje całą rodzinę ludzką, a równocześnie żyje zanurzony w konkretnych uwarunkowaniach narodów i kultur. Sobór Watykański II przypomina, że właśnie na mocy tej katolickości „poszczególne części przynoszą innym częściom i całemu Kościołowi właściwe sobie dary” [20]; dzięki temu Kościół jako całość i każda poszczególna wspólnota wzrastają przez wzajemną wymianę oraz wspólny wysiłek ku coraz pełniejszej komunii. Wynika stąd, że Lud Boży nie tylko złożony jest z wielu narodów, lecz także wewnątrz siebie utkany jest z różnych funkcji, powołań, kultur i tradycji, wezwanych do tego, by wzajemnie się wspierać i ubogacać. W tej perspektywie św. Paweł VI dostrzegał, że ze względu na wielką różnorodność sytuacji historycznych nie sposób realistycznie oczekiwać, by nauka społeczna Kościoła mogła zaproponować jedną odpowiedź, właściwą dla wszystkich kontekstów [21]; dlatego zachęcał każdą wspólnotę chrześcijańską, by z jasnością spojrzenia i poczuciem odpowiedzialności odczytywała rzeczywistość własnego kraju. To płodne napięcie między powszechnością misji a zakorzenieniem lokalnym należy do samej istoty życia Kościoła: Kościół niesie horyzont całego świata, a zarazem przyjmuje pytania każdego kontekstu jako rzeczywiste miejsce, w którym Ewangelia przybiera ciało.
W świetle tego, co zostało dotąd powiedziane, nauka społeczna Kościoła ukazuje się w swoim najbardziej autentycznym obliczu: nie jako podręczny zbiór zasad i norm do zastosowania, lecz jako droga wspólnotowego rozeznawania. Rodzi się ona ze spotkania odwiecznej prawdy Ewangelii z pytaniami historii, pozostaje uważna na znaki czasu; karmi się wkładem nauk, kultur i ludzkich doświadczeń. Dlatego, gdy godność braci bywa oszpecana, gdy polityka nie odpowiada na dramaty ludzkości, gdy ekonomia zwraca się przeciw człowiekowi albo nauka przekracza granice własnej metody [22], Kościół – wraz z innymi wyznaniami chrześcijańskimi i wyznawcami innych religii – powinien pozwolić słyszeć swój głos nie po to, by panować, lecz by służyć komunii. Tak rozumiana nauka społeczna Kościoła staje się teologią komunii w historii – miejscem, w którym Słowo, które stało się ciałem, nadal staje się dialogiem, pamięcią i proroctwem.
Rozwój Magisterium społecznego od Leona XIII do dzisiaj
Po ukazaniu sposobu, w jaki Kościół jest obecny w historii i podejmuje dialog ze światem, pragnę teraz zatrzymać się nad rozwojem nauki społecznej w Magisterium, które od XIX w. aż po nasze dni towarzyszyło wielkim transformacjom społecznym. Nie sposób oczywiście przedstawić całego bogactwa tego nauczania, którego podstawowe zasady zostały ukazane w Kompendium nauki społecznej Kościoła, a w nowszym Magisterium znalazły dalsze pogłębienie. Nie będę też mógł w sposób systematyczny podejmować tego wszystkiego, co zostało rozwinięte w Encyklikach moich ostatnich czcigodnych Poprzedników, zwłaszcza w Laudato si’i Fratelli tutti. Zamierzam jednak przywołać niektóre zasadnicze linie, aby ukazać, że to, co przedstawiam, wpisuje się w ciągłość tej tradycji, a zarazem by uwydatnić, w jaki sposób trwały rdzeń prawd objawionych o osobie i o ludzkim współżyciu splata się w niej z nieustannie odnawianą zdolnością słuchania okoliczności dziejowych i przyjmowania pytań, które wynikają z teraźniejszości. Pragnę zatem prześledzić kilka decydujących etapów tego rozwoju, poczynając od czasu otwartego przez Encyklikę Rerum novarum.
Pierwsze kroki nauki społecznej Kościoła
To, co dziś nazywamy „nauką społeczną Kościoła”, nie narodziło się nagle w czasach współczesnych, lecz zbiera i porządkuje długą tradycję eklezjalnej refleksji nad życiem społecznym, mającą swe źródła w Piśmie Świętym, u ojców Kościoła oraz w opracowaniach teologicznych i prawniczych średniowiecza i czasów nowożytnych. Wyrażenie „nauka społeczna Kościoła” zostało po raz pierwszy użyte przez Piusa XII w 1950 r. [23], lecz treść, którą ono obejmuje, rozumiana jako organiczny korpus nauczania społecznego, zaczęła zarysowywać się wraz z Encykliką Rerum novarumLeona XIII. Wobec „rzeczy nowych” swoich czasów – konfliktu między kapitałem a pracą, kwestii robotniczej, przemian gospodarczych i społecznych – Leon XIII nie ograniczył się do odnotowania trudności, lecz uznał te sytuacje za przestrzeń duszpasterskiej misji Kościoła, poddał je wnikliwemu rozeznaniu, a ich przyczyny oraz możliwe drogi wyjścia ukazał w świetle Ewangelii i integralnej wizji osoby stworzonej na obraz Boga. Św. Jan Paweł II dostrzegał w takim sposobie działania „wzór postępowania” [24] nauki społecznej Kościoła: wzorcową praktykę, przez którą Kościół wobec przemian historycznych wypełnia swoje prawo i obowiązek badania rzeczywistości społecznych, wypowiadania się na ich temat i wskazywania dróg sprawiedliwego rozwiązania. W ten sposób nieprzemijające treści wiary i dawnej mądrości eklezjalnej układają się w żywą naukę, która – pozostając wierna Ewangelii – wzrasta w konfrontacji z „rzeczami nowymi” każdej epoki.
Encyklika Rerum novarumLeona XIII stanowi kamień milowy w rozwoju Magisterium społecznego. Dokument ten stawia w centrum swej refleksji godność pracy i pracownika, potwierdza prawo do sprawiedliwej płacy dla niego i jego rodziny, uznaje w osobach wartość nadrzędną względem kapitału i zysku, broni własności prywatnej wraz z jej niezbywalną funkcją społeczną, docenia zrzeszenia pracownicze oraz proponuje formy współpracy między różnymi częściami społeczeństwa jako alternatywę wobec logiki „walki klas”. Nie dziwi zatem, że Pius XI mógł nazwać ją „Wielką Kartą” ( Magna Charta) [25] działania społecznego chrześcijan: w Rerum novarum dawna mądrość Kościoła dotycząca osoby i życia społecznego przybiera nową postać, zdolną zmierzyć się z epoką przemysłową i dać pierwszy wielki, systematyczny zarys tej nauki społecznej, którą następne dziesięciolecia miały dalej rozwijać. Chociaż wiele warunków historycznych opisanych przez Leona XIII uległo zmianie, co najmniej dwa osiągnięcia pozostają nadal niezwykle aktualne: prymat pracy ludzkiej nad wszelką logiką czysto produkcyjną lub finansową – a stąd także uwaga poświęcona osobom i rodzinom najbardziej narażonym na wyzysk, oraz nierozerwalny związek między głoszeniem Ewangelii a poszukiwaniem bardziej sprawiedliwego ładu społecznego. W ten sposób Rerum novarum nie przestaje przypominać nam, że nie ma autentycznej ewangelizacji, która nie dotykałaby również struktur ludzkiego współistnienia.
Encyklika Quadragesimo annoPiusa XI, ogłoszona w 1931 r., w 40. rocznicę Rerum novarum i pośród wielkiego światowego kryzysu gospodarczego, stanowi dalszy krok w rozwoju Magisterium społecznego. Nie ogranicza się do ponownego podjęcia „kwestii robotniczej”, lecz poszerza spojrzenie na całościowy kształt ładu gospodarczego i politycznego. Piętnuje koncentrację władzy ekonomicznej w rękach nielicznych; krytykuje zarówno nieograniczoną konkurencję, jak i te projekty kolektywistyczne, które niweczą wolność i odpowiedzialność osób; stanowczo przypomina o prawie pracowników do zrzeszania się i ponownie podkreśla konieczność tego, by płaca była proporcjonalna nie tylko do wykonywanej pracy, ale także do potrzeb pracownika i jego rodziny. W tym kontekście formułuje w sposób systematyczny zasadę pomocniczości, która miała stać się jednym ze stałych punktów odniesienia nauki społecznej, a wedle której to, co może być dokonane przez osoby, rodziny, ciała pośrednie i wspólnoty lokalne, nie powinno być przejmowane przez instancje wyższego rzędu. Obok tego Pius XI jasno przypomina społeczną funkcję własności, a w różnych wypowiedziach swego Magisterium – od Encyklik Non abbiamo bisogno i Mit brennender Sorge aż po Divini Redemptoris – potępia totalitaryzmy, które poniżają godność osoby, dławią życie społeczne, wyolbrzymiają znaczenie państwa ponad jego rzeczywistą wartość i stosują dyskryminującą kategorię rasy. Dla naszych czasów szczególnie aktualne pozostają przynajmniej trzy intuicje jego nauczania społecznego: świadomość, że niesprawiedliwości nie dotyczą jedynie zachowań indywidualnych, lecz również struktur ekonomicznych i instytucjonalnych; wartość zasady pomocniczości, która zachęca do umacniania tkanki zrzeszeniowej i wspólnotowej, unikając nowych koncentracji władzy; a także związek między godnością pracy, sprawiedliwym wynagrodzeniem i rzeczywistą możliwością prowadzenia przez rodziny życia na miarę ludzkiej godności.
W dramatycznym kontekście II wojny światowej i lat powojennej odbudowy Magisterium Piusa XII wnosi znaczący wkład w rozwój nauki społecznej Kościoła, zwłaszcza poprzez bożonarodzeniowe Orędzia radiowe, w których nakreśla zasadnicze rysy ładu międzynarodowego opartego na uznaniu godności ludzkiej, na sprawiedliwości i pokoju. W tych wystąpieniach Papież proponuje dialog ze społeczeństwem, wychodząc od wymagającego odwołania do prawa naturalnego, rozumianego jako zespół obiektywnych zasad, które poprzedzają interesy jednostek i państw i które powinny regulować zarówno życie wewnętrzne narodów, jak i ich wzajemne relacje. Pius XII przypisuje ponadto doniosłą rolę stowarzyszeniom zawodowym, zrzeszeniom pracowniczym i różnym ciałom pośrednim życia gospodarczego i społecznego, uznając w tych zorganizowanych formach życia zbiorowego istotne zabezpieczenie równowagi obywatelskiej i ochrony dobra wspólnego. Podkreśla on konieczność istnienia solidnego państwa prawa, aby zapobiegać nadużyciom władzy, oraz uznaje demokrację za narzędzie sprzyjające właściwemu sprawowaniu rządów. Zarazem przestrzega przed wszelką próbą opierania prawa na użyteczności albo na sile, przypominając, że ład międzynarodowy podporządkowany korzyści silniejszych naraża narody słabsze na przemoc i podważa u samych podstaw zaufanie między państwami. Wreszcie, w głębokich nierównościach gospodarczych między krajami dostrzega jeden z czynników podsycających konflikty [26]. Dla naszych czasów, naznaczonych nowymi formami globalnej władzy i narastającymi nierównościami, szczególnie znamienne pozostają trzy wskazania: konieczność, by prawo poprzedzało interes; świadomość, że dysproporcje ekonomiczne stają się podatnym gruntem dla napięć i przemocy oraz wartość tkanki stowarzyszeniowej, zdolnej pośredniczyć między jednostką a państwem. Wskazówki te nadal dostarczają nauce społecznej Kościoła ważnych kryteriów odczytywania dynamiki globalizacji i wspierania bardziej sprawiedliwego oraz pokojowego ładu międzynarodowego.
Lata Soboru Watykańskiego II
Wraz ze św. Janem XXIII rozpoczyna się nowy etap Magisterium społecznego, naznaczony poświęceniem wyraźniejszej uwagi światowemu wymiarowi kwestii społecznych oraz językowi praw. W Mater et magistraukazuje on wiarę chrześcijańską jako światło zdolne ogarniać zarazem niebo i ziemię, przypominając, że Kościół – choć jego pierwszorzędną misją jest uświęcanie i głoszenie dóbr wiecznych – nie zaniedbuje przez to konkretnych wymogów codziennego życia osób, lecz troszczy się o wszelkie autentyczne dobro człowieka [27] . Wychodząc od tej integralnej wizji człowieka, podkreśla, że życie społeczne domaga się równowagi między inicjatywą powołanych do samoorganizacji i współdziałania obywateli i grup społecznych a działaniem państwa, które winno koordynować i wspierać, nie tłumiąc zarazem wolności i odpowiedzialności podmiotów; stąd jego uwaga poświęcona sprawiedliwemu wynagrodzeniu za pracę, uczestnictwu pracowników oraz narastającym nierównościom między państwami. Kilka lat później, w Pacem in terris, zwracając się po raz pierwszy nie tylko do wiernych, lecz także do wszystkich ludzi dobrej woli, Jan XXIII wiąże w sposób organiczny godność osoby z uznaniem podstawowych praw i obowiązków oraz wskazuje ład współżycia – również na płaszczyźnie międzynarodowej – oparty na prawdzie, sprawiedliwości, miłości i wolności [28] . Dla naszych czasów, przenikniętych rozległymi konfliktami i nowymi formami globalnej współzależności, szczególnie znaczące pozostają wskazania: powszechny horyzont wezwania papieskiego, odwołanie do praw człowieka jako do wspólnego języka oraz przekonanie, że trwały pokój wymaga instytucji i relacji między narodami inspirowanych godnością każdej osoby.
Sobór Watykański II wyznaczył punkt zwrotny w samoświadomości Kościoła wobec świata współczesnego. W Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spespozostawił nam obraz Kościoła, który staje się bliski ludzkości, angażuje się w sprawy świata i podejmuje refleksję, nie opierając się na abstrakcyjnych schematach, lecz wychodząc od konkretu sytuacji historycznych. Tekst ten podejmuje wielkie kwestie małżeństwa i rodziny, życia gospodarczego i społecznego, wspólnoty politycznej, wojny i pokoju, podkreślając, że struktury ekonomiczne i instytucjonalne są sprawiedliwe jedynie wówczas, gdy służą integralnemu rozwojowi osoby i sprzyjają odpowiedzialnemu uczestnictwu wszystkich [29] . Znaczenie tego dokumentu soborowego dla nauki społecznej Kościoła polega nie tylko na tym, że otworzył on nowe perspektywy refleksji tematycznej, lecz także na tym, że przekazał metodę rozeznawania, która zachęca do odczytywania przemian dziejowych za pomocą spojrzenia ewangelicznego i z ludzką kompetencją. Styl ten ukazuje, że dialog ze światem nie jest dla Kościoła wyborem taktycznym, lecz konkretną formą jego misji, ponieważ Ewangelia – niby zaczyn – może od wewnątrz przemieniać struktury współistnienia i otwierać drogi ku pełniejszemu człowieczeństwu. W ten horyzont wpisuje się również Deklaracja Dignitatis humanae, w której Sobór uznaje, że wolność religijna jest podstawowym prawem zakorzenionym w godności osoby i że powinno być ono zagwarantowane przez porządek prawny, aby nikt nie był zmuszany do działania wbrew sumieniu ani pozbawiany możności prywatnego i publicznego szukania i wyznawania prawdy [30] . Zasada ta, mająca wielkie znaczenie również dla naszych czasów, nadal dostarcza nauce społecznej Kościoła kryteriów rozstrzygających dla ochrony osoby oraz dla budowania społeczeństw pluralistycznych i pokojowych.
Z Pontyfikatu św. Pawła VI wyłania się takie rozumienie pokoju, które nie sprowadza się do braku wojny, lecz nabiera kształtu na drodze integralnego rozwoju człowieka. W Populorum progressioopisuje on rozwój jako przejście od warunków życia mniej ludzkich do warunków bardziej ludzkich i pojmuje go jako proces obejmujący każdego człowieka i całego człowieka [31] , to znaczy każdy wymiar osoby oraz wszystkie narody bez wyjątku. Na tej podstawie Paweł VI może stwierdzić, że tak rozumiany rozwój w istocie „oznacza to samo, co pokój” [32] , ponieważ zmierza do usunięcia korzeni niesprawiedliwości i konfliktu oraz do otwierania dla wszystkich przestrzeni bardziej godnego życia. Ustanowienie Papieskiej Komisji Iustitia et Pax należy także odczytywać w tym świetle jako próbę nadania tej intuicji trwałej formy na płaszczyźnie eklezjalnej i międzynarodowej, przy jednoczesnym podtrzymywaniu żywej świadomości narastającej przepaści między krajami bogatymi a ubogimi oraz potrzeby takiej polityki, która będzie sprzyjać rzeczywiście bardziej ludzkim warunkom życia dla wszystkich.
W Liście apostolskim Octogesima adveniens, napisanym z okazji 80. rocznicy Rerum novarum, Paweł VI wnosi tę perspektywę w rzeczywistość społeczeństwa postindustrialnego, naznaczonego przemianami urbanistycznymi, nowymi formami ubóstwa, zmianami w świecie pracy i szybkimi przeobrażeniami kulturowymi, które stawiają pod znakiem zapytania przyszłość osób i wspólnot. Dla Pawła VI Ewangelia – chociaż została ogłoszona, napisana i wprowadzana w życie w kontekście historyczno-kulturowym bardzo odmiennym od naszego – nie jest przesłaniem „przestarzałym”, lecz wizją osoby ludzkiej, relacji, władzy i dobra wspólnego, zdolną również dzisiaj ukierunkowywać wybory ekonomiczne, polityczne i kulturowe [33]. Innymi słowy, Ewangelia pozostaje zawsze aktualna, ponieważ daje kryteria pozwalające rozpoznać to, co humanizuje, i to, co dehumanizuje; to, co wyzwala, i to, co uciska – pośród nieustannie nowych sytuacji. Dla nauki społecznej Kościoła najbardziej wymagającym dziedzictwem Pawła VI pozostaje właśnie to: dopóki w świecie będą istniały narody wyłączone z rozwoju godnego człowieka, dopóty wspólnota chrześcijańska nie będzie mogła zadowolić się abstrakcyjnym głoszeniem pokoju, lecz będzie musiała pozwolić, by Ewangelia osądzała – wychodząc od tych, którzy pozostają na marginesie – te struktury ekonomiczne i polityczne, które – jak przypomniałby Jan Paweł II – mogą stać się prawdziwymi „strukturami grzechu” [34] , tak aby żadna osoba i żaden naród nie były traktowane jako coś, co można poświęcić w procesach rozwoju.
Najnowsze Magisterium
Bogate Magisterium społeczne św. Jana Pawła II sytuuje się na styku kryzysu wielkich systemów ideologicznych XX w. oraz początków globalizacji ekonomicznej. W Encyklice Laborem exercens, napisanej dziewięćdziesiąt lat po ogłoszeniu Rerum novarum, otwiera on nowy kierunek refleksji nad pracą. Sprawiedliwa płaca zostaje tam ukazana jako konkretny sprawdzian słuszności całego systemu społeczno-gospodarczego, ponieważ odsłania, czy pracownik jest traktowany jako osoba, czy jedynie jako koszt produkcji [35]. Praca nie jest postrzegana tylko jako problem do rozwiązania lub jako środek do uzyskania dochodu, lecz jako podstawowe dobro osoby, zasada działalności gospodarczej i klucz do całej kwestii społecznej. W niej człowiek angażuje własną wolność, własną twórczość i zdolność współdziałania, przyczyniając się do kulturowego i moralnego wzrostu społeczeństwa [36] . W świetle tego różne formy niepewności, fragmentaryzacji ścieżek zawodowych i automatyzacji nie mogą być oceniane wyłącznie w kategoriach efektywności, lecz muszą być rozpatrywane z punktu widzenia godności pracownika, jego prawa do wystarczającego wynagrodzenia oraz rzeczywistej możliwości uczestnictwa w życiu społecznym.
W 20. rocznicę Populorum progressio, w Encyklice Sollicitudo rei socialis, św. Jan Paweł II powraca do rany słabego rozwoju gospodarczego i uznaje niepowodzenie wielu prób przezwyciężenia ekonomicznego opóźnienia ludów ubogich oraz wspierania ich uprzemysłowienia, stwierdzając trwałość, a niekiedy nawet pogłębianie się przepaści między Północą a Południem świata [37]. Piętnuje ponadto mechanizmy gospodarcze, finansowe i handlowe, które – pozostając pod kontrolą krajów silniejszych – w sposób strukturalny służą ich interesom i dławią gospodarki słabsze, domagając się, by zostały one poddane nie tylko ocenie technicznej, lecz także poważnemu osądowi moralnemu [38] . W tym kontekście solidarność zostaje ukazana jako konkretna współodpowiedzialność osób, ludów i narodów, jako forma przyjaźni społecznej i miłości politycznej, ukierunkowana ku „cywilizacji miłości”, o której mówił św. Paweł VI [39] .
W stulecie Rerum novarumEncyklika Centesimus annus przynosi wreszcie rozeznanie dotyczące upadku systemu sowieckiego oraz umacniania się demokracji i gospodarki rynkowej: św. Jan Paweł II podejmuje na nowo przesłanie Piusa XII, wedle którego Kościół może uznać wartość demokracji o tyle, o ile zapewnia ona rzeczywisty udział obywateli, pozwala na pokojowy wybór i zmianę rządzących oraz nie dopuszcza do tego, by władza została zmonopolizowana przez wąskie elity kierujące się interesami partykularnymi albo ideologicznymi [40] . Podobnie uznaje pozytywny potencjał rynku i prywatnej inicjatywy tylko wtedy, gdy pozostają one podporządkowane prawu moralnemu i ukierunkowane zasadą solidarności, nie składając najsłabszych w ofierze logice zysku [41] . W ten sposób w nauce społecznej Kościoła pozostaje szczególnie aktualne dziedzictwo: podkreślenie więzi między godnością pracy, solidarnością między narodami oraz krytyczną oceną demokracji i gospodarki rynkowej nadal dostarcza kryteriów do osądu nowych form wyzysku, wykluczenia i kryzysu reprezentacji politycznej.
Papież Benedykt XVI w swojej Encyklice społecznej Caritas in veritatechciał na nowo podjąć i pogłębić pojęcie rozwoju przedstawione w Populorum progressio, odczytując je w perspektywie globalizacji. Przypomina, że taki rozwój powinien wyrażać się poprzez „realny wzrost, obejmujący wszystkich i rzeczywiście zrównoważony” [42] , to znaczy poprzez postęp gospodarczy prawdziwie inkluzywny i szanujący granice stworzenia. Stwierdza jednak, że w krajach bogatych powstają nowe kategorie ubogich i mnożą się niespotykane wcześniej formy wykluczenia, podczas gdy w regionach najuboższych niewielkie grupy żyją w konsumpcyjnym dobrobycie współistniejącym z dehumanizującą nędzą [43] . Zauważa ponadto, że nowy globalny system gospodarczo-finansowy, naznaczony wielką ruchliwością kapitału i środków produkcji, ograniczył polityczną władzę państw oraz ich zdolność do ukierunkowywania procesów gospodarczych [44] . Dlatego raz jeszcze podkreśla, że działalność ekonomiczna nie może rościć sobie pretensji do rozwiązywania problemów społecznych jedynie przez rozszerzanie logiki rynku, lecz musi być podporządkowana dobru wspólnemu, za które wspólnota polityczna ponosi odpowiedzialność własną i niezastąpioną [45] .
W centrum tej reinterpretacji Benedykt XVI stawia miłość, stwierdzając, że jest ona „fundamentem nauki społecznej Kościoła” [46], pod warunkiem wszakże, że pozostaje zawsze złączona z prawdą; zarazem z niepokojem zauważa on, iż właśnie na polach społecznym, prawnym, politycznym i ekonomicznym coraz częściej usiłuje się ogłaszać jej niewielkie znaczenie moralne. Nowość jego wkładu polega na ukazaniu, że rozwój, sprawiedliwość, instytucje i rynek nie są rzeczywistościami neutralnymi, lecz przestrzeniami, w których miłość w prawdzie winna urzeczywistniać się w historii. Dla współczesności naznaczonej narastającymi nierównościami, presją rynków finansowych, kryzysem środowiskowym i nieufnością wobec polityki nauczanie to zachowuje całą swą aktualność, ponieważ domaga się oceniania każdego modelu rozwoju według jego zdolności do bycia zarazem inkluzywnym i trwałym, do ponownego zespolenia ekonomii i polityki wokół dobra wspólnego oraz do uznania miłości za siłę krytyczną i twórczą w życiu publicznym.
Magisterium społeczne Papieża Franciszka rozwija się zgodnie z linią Konstytucji Gaudium et spes, która zachęca, by patrzeć na historię, wychodząc od ran i nadziei osób oraz wprowadzać je w dialog z Ewangelią. Kierunek ten ujawnia się ze szczególną jasnością w Evangelii gaudium, gdzie zostaje stwierdzone, że orędzie chrześcijańskie ma wewnętrzny wymiar społeczny, a zarazem wybrzmiewa wezwanie do Kościoła zdolnego do wsłuchania się w wołanie ubogich, migrantów i ofiar nowych form niewolnictwa. W tej samej perspektywie należy widzieć również nacisk Franciszka na Kościół synodalny, Kościół, który „idzie razem”, stara się odczytywać znaki czasu w świetle Ewangelii i pozwala, by ubodzy, z którymi dzieli historię, na nowo go ewangelizowali [47].
W Laudato si’Franciszek daje pierwsze wielkie, systematyczne ujęcie kryzysu środowiskowego w Encyklice społecznej, ukazując, że nie jest on kwestią ograniczoną do jednego obszaru, lecz ekologicznym aspektem współczesnego kryzysu społeczno-gospodarczego. Jego propozycja ekologii integralnej łączy troskę o wspólny dom z opcją preferencyjną na rzecz ubogich i z mocą stwierdza, że „zarówno wołanie ziemi, jak i krzyk biednych” [48] nie mogą być od siebie oddzielane. W tym świetle na nowo wysuwają się na pierwszy plan: powszechne przeznaczenie dóbr, krytyka paradygmatu technokratycznego, który rości sobie pretensję do sprowadzania wszystkiego do przedmiotu panowania, obrona pracy ludzkiej zagrożonej logiką odrzucenia, wymóg sprawiedliwości między pokoleniami oraz wezwanie do prawdziwego dialogu między polityką a ekonomią, tak aby żadna z nich nie zamykała się we własnej samowystarczalności.
Wobec rozpadu tkanki społecznej, „trzeciej wojny światowej w kawałkach”, globalizacji indywidualistycznej oraz skutków pandemii COVID-19 dla więzi wspólnotowych Franciszek we Fratelli tuttipodejmuje na nowo marzenie o ludzkości, która potrafi wybrać przyjaźń społeczną i powszechne braterstwo. Proponuje kulturę spotkania, „lepszą politykę”, zdolną szukać dobra wspólnego, drogi pojednania, oraz świat, który zapewni „ziemię, dom i pracę dla wszystkich” [49]. Wreszcie, w Dilexit nos ukazuje, że te wielkie zobowiązania społeczne nie dają się oddzielić od osobistej więzi z Chrystusem: wracając do Słowa Bożego, przypomina, iż najprawdziwszą odpowiedzią na miłość Serca Jezusowego jest konkretna miłość wobec braci, i stwierdza, że „nie ma większego czynu, jaki możemy Mu ofiarować, aby miłość odwzajemnić miłością” [50].
Odczytywanie dziejów w świetle wiary
Gdy spojrzy się na tę drogę jako na całość, można dostrzec, że nauka społeczna Kościoła nie jest owocem projektu opracowanego przy biurku, lecz wynikiem cierpliwie splatanej historii, w której każdy Papież – wraz z Soborem Watykańskim II – wniósł własny, oryginalny wkład w świetle „rzeczy nowych” swoich czasów. Każdy z nich, podejmując wyzwania swojej epoki i odczytując przemiany dziejowe w świetle Ewangelii, wydobywał różne aspekty jednego dziedzictwa: godność osoby, wartość pracy, powszechne przeznaczenie dóbr, solidarność i pomocniczość, troskę o stworzenie, centralne znaczenie pokoju i braterstwa. Wyłania się stąd rozwój harmonijny, choć nie zawsze linearny, charakteryzujący się różnymi akcentami, stopniowym pogłębianiem oraz niekiedy zmianami perspektywy, które nie zrywają z tym, co wcześniejsze, lecz pozwalają dojrzewać zawartym w nim konsekwencjom. Jeżeli dziś możemy mówić o korpusie wspólnych zasad i kryteriów, to dlatego, że to odczytywanie dziejów w świetle wiary nigdy nie zostało zarzucone i potrafiło podejmować wyzwania stawiane przez pytania kolejnych pokoleń. Właśnie temu zasadniczemu rdzeniowi – to znaczy wielkim zasadom nauki społecznej, które ukierunkowują rozeznanie wierzących w życiu osobistym i publicznym – pragnę teraz poświęcić uwagę, aby lepiej uchwycić ich wewnętrzną spójność i ich żywotną moc dla naszych czasów.
ROZDZIAŁ II
PODSTAWY I ZASADY NAUKI SPOŁECZNEJ KOŚCIOŁA
Nauka społeczna Kościoła jest rzeczywistością żywą, pozostającą w dialogu z historią, kulturami i naukami, a zarazem strzegącą rdzenia prawdy, która nie przemija. Dlatego może być uznana za formę mądrości, zdolną także dzisiaj ukierunkowywać życie osobiste i społeczne wierzących. W niniejszym drugim rozdziale pragnę zatrzymać się nad niektórymi podstawami i zasadami nauki społecznej, które pomagają odczytywać „rzeczy nowe” naszych czasów w świetle podstawowej godności osoby ludzkiej. Uważam, że dzisiaj – jeśli chcemy otoczyć troską osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji – musimy na nowo podjąć refleksję nad dobrem wspólnym, powszechnym przeznaczeniem dóbr, pomocniczością, solidarnością i sprawiedliwością społeczną. Jestem przekonany, że harmonijna relacja między tymi zasadami wymaga, aby były one rozpatrywane łącznie, tak by mogło się jasno uwidocznić, jak wzajemnie się dopełniają i objaśniają.
Proponując te refleksje, pragnę przede wszystkim pomóc wiernym świeckim oraz wszystkim kobietom i mężczyznom dobrej woli odkryć na nowo ich zadanie polegające na tym, by wnosić w codzienność – w relacje rodzinne, w pracę i w uczestnictwo społeczne – zasady, które zamierzam przypomnieć, pozwalając, by ożywiało ich pragnienie wcielania miłości Boga w konkretne wątki historii. Równocześnie chciałbym zachęcić akademie i uniwersytety, by nadały tym zasadom nowy impuls, podejmując nad nimi namysł w sposób wierny dzisiejszym realiom i skuteczny wobec wyzwań rewolucji cyfrowej. W ten sposób refleksja teologiczna i filozoficzna będzie mogła pogłębiać i wspierać drogę duszpasterską Kościoła, przyczyniając się do wypełniania przez Magisterium jego zadania oświecania sumień wierzących i ukierunkowywania ich zaangażowania na rzecz bardziej sprawiedliwego i bardziej braterskiego kształtu życia naszych społeczeństw.
Podstawy nauki społecznej Kościoła
Człowiek obrazem Boga Trójjedynego
Nauka społeczna Kościoła prowadzi nas z powrotem do samego serca naszej wiary – do misterium Boga żywego, objawionego w Jezusie Chrystusie jako komunia Osób: Ojca, Syna i Ducha Świętego – miłości w relacji, która wzajemnie się udziela i otwiera na świat [51]. Jak przypomina Sobór, osoba ludzka jest powołana do komunii z Bogiem i nie może się „w pełni odnaleźć inaczej, jak tylko przez szczery dar z siebie samego” [52]: jej najgłębszym powołaniem jest wejść w trynitarny dynamizm miłości otrzymanej i współdzielonej.
Jeżeli misterium Boga-Miłości jest źródłem nauki społecznej Kościoła, to jego najbardziej konkretny obraz kontemplujemy w Jezusie Chrystusie, Słowie Wcielonym. Stając się człowiekiem, Syn Boży wchodzi w naszą historię i przyjmuje nasze ciało, wnosząc w nie tę miłość, która łączy Go z Ojcem i Duchem Świętym. „Misterium człowieka wyjaśnia się prawdziwie jedynie w misterium Słowa Wcielonego” [53], ponieważ Jego człowieczeństwo jest w pełni wolne, otwarte na innych, zdolne budować więzi solidarne i piękne, oddane całkowitemu darowi z siebie. Kto w Niego wierzy, zostaje włączony w wielkie dzieło odnowy zapoczątkowane przez misterium Jego męki, śmierci i zmartwychwstania oraz współdziała w budowaniu Królestwa Bożego, ucząc się przyjmować każdą kobietę i każdego mężczyznę jako siostrę i brata – dzieci jednego Ojca. W ten sposób zarówno głoszenie, jak i doświadczenie chrześcijańskie, prowadzone przez Ducha Świętego, zmierzają do wywoływania skutków społecznych w świecie [54].
W centrum chrześcijańskiej wizji człowieka znajduje się wielkie twierdzenie, że mężczyzna i kobieta zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego (por. Rdz1, 26-27). Każda osoba, konstytutywnie ukierunkowana na relację, jest zamierzona i chciana przez Boga po to, by wejść w historię komunii z Nim, z innymi oraz ze stworzeniem. Jej godność nie zależy od zdolności, jakie posiada, od bogactw czy zajmowanego miejsca, od słusznych bądź błędnych wyborów, których dokonuje, lecz jest darem, który ją poprzedza i przewyższa, złożonym przez Boga jako wyraz Jego miłości, która nigdy nie ustaje. Dlatego osoba ludzka pozostaje zawsze „drogą Kościoła” [55] oraz sercem każdej autentycznej drogi integralnego rozwoju człowieka [56].
Równa godność wszystkich istnień ludzkich
Św. Jan Paweł II stwierdzał, że „pogłębiona wrażliwość na godność ludzkiej osoby i na jej wyjątkowość, a także należny respekt dla decyzji sumienia stanowi niewątpliwie pozytywny dorobek współczesnej kultury” [57]. Stwierdzenie to wpisuje się w linię wytyczoną już przez Sobór Watykański II, który odnotował wzrost świadomości wzniosłej godności każdej osoby, jej wartości przewyższającej wszelkie rzeczy oraz jej powszechnych i nienaruszalnych praw i obowiązków [58]. Ważne jest, by czuwać, aby ten wzrost świadomości godności człowieka nie został przesłonięty pod naciskiem nowych ideologii lub określonych, bardzo potężnych interesów obecnych w dzisiejszym świecie. Wśród tych ideologii za szczególnie podstępną uważam tę, która daje do zrozumienia, że każdy człowiek powinien zasłużyć na swoją wartość albo ją usprawiedliwić, do tego stopnia, iż większą wartość przypisuje się tym, którzy są bardziej wydajni i sprawniejsi. W takiej perspektywie osoba zostaje ostatecznie sprowadzona do środka służącego osiąganiu rezultatów, do zasobu, którym można się posłużyć i który można wyzyskiwać, i nie jest już ona uznawana za cel sam w sobie, który nigdy nie podlega instrumentalizacji. Tymczasem wartość osoby nie zależy od tego, co ona osiąga lub wytwarza, a pewne prawa przysługują każdemu już przez sam fakt bycia osobą. Żadna ludzka władza nie może ich prawomocnie odmówić ani arbitralnie ograniczać [59].
Gdy mówimy o godności, nie zawsze używamy tego słowa w tym samym znaczeniu: niekiedy mamy na myśli godność moralną, to znaczy sposób, w jaki człowiek ukierunkowuje swoje wybory i swoje działanie; innym razem myślimy o godności społecznej, a więc o warunkach życia człowieka i o konkretnym szacunku, jakim darzy go społeczeństwo; w jeszcze innych przypadkach wskazujemy na godność egzystencjalną, to znaczy na sposób, w jaki człowiek postrzega wartość samego siebie i własnego życia. Te wymiary godności mogą wzrastać albo maleć. Oprócz tych znaczeń istnieje jednak poziom głębszy i najważniejszy, którym jest godność ontologiczna. Jest to godność przysługująca każdej istocie ludzkiej po prostu z racji jej istnienia, tego, że była chciana, stworzona i umiłowana przez Boga [60]: żaden grzech, żadne niepowodzenie, żadne upokorzenie, żadne wykluczenie nie mogą naruszyć głębokiej wartości życia ludzkiego, którego On zapragnął i które powołał do istnienia [61].
Dlatego podstawowej godności każdej osoby nie nabywa się ani się na nią nie zasługuje, nie potrzebuje też ona udowadniania. Niedawna Deklaracja Dignitas infinitaprzedstawiła syntetyczne ujęcie przekonań Kościoła w tej kwestii: „Nieskończona godność, niezbywalnie związana z istotą samego bytu, przysługuje każdej osobie ludzkiej, niezależnie od jakichkolwiek okoliczności i jakiegokolwiek stanu lub sytuacji, w jakich się znajduje” [62], to znaczy zawsze i bez wyjątku. O godności tej, przysługującej każdej istocie ludzkiej, można mówić jako o nieskończonej – jak czynił to św. Jan Paweł II [63] – z dwóch racji: ponieważ nieskończona jest miłość Boga, który powołuje człowieka do przyjaźni z sobą, oraz ponieważ jest ona absolutnie bezwarunkowa, w tym sensie, że nawet gdyby szukać w nieskończoność, nigdy nie znajdzie się niczego, co mogłoby ją przekreślić albo podać w wątpliwość.
Najwyższa wartość praw człowieka
Kościół z wdzięcznością uznaje, że „dążenie do sformułowania i ogłoszenia praw człowieka jest jednym z najbardziej znaczących kroków, będących skuteczną odpowiedzią na niezbywalne wymogi ludzkiej godności” [64]. Jak zaś stwierdził św. Jan Paweł II, Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, ogłoszona przez Organizację Narodów Zjednoczonych 10 grudnia 1948 r., pozostaje po dziś dzień jednym z najwznioślejszych wyrazów ludzkiego sumienia [65]. Stanowi ona „prawdziwy słup milowy na drodze postępu moralnego ludzkości” [66]. Dlatego w perspektywie chrześcijańskiej prawa człowieka nie są czymś zewnętrznie dodanym do osoby, lecz historycznym wyrazem jej przyrodzonej godności, do której ochrony i promocji jest wezwana wspólnota międzynarodowa.
Prawa człowieka są nienaruszalne, ponieważ „są one wpisane w istotę osoby ludzkiej i jej godności” [67]. W konsekwencji są one powszechne i niezbywalne [68]. Właśnie dlatego, że są zakorzenione we wspólnej godności każdego mężczyzny i każdej kobiety, pociągają za sobą konsekwencje praktyczne i skutki prawne, ponieważ „daremne byłoby głoszenie praw, gdyby jednocześnie nie podejmowano wszelkich starań, by zapewnić należyte ich poszanowanie ze strony wszystkich, wszędzie i w stosunku do każdego” [69]. Wśród nich pierwszym prawem człowieka jest prawo do życia, od poczęcia aż do naturalnego kresu [70], bez którego niemożliwe jest korzystanie z jakiegokolwiek innego prawa. Gdy to podstawowe prawo bywa negowane, jak dzieje się to w przypadku aborcji, zabijania niewinnych osób i eutanazji, mamy do czynienia z wyborami, które Kościół uznaje za moralnie niedopuszczalne [71].
Patrząc na nasze czasy, nie możemy nie dostrzec, że ochrona praw człowieka wystawiona jest dziś na dwa szczególnie poważne zagrożenia. Pierwszym z nich jest ryzyko, że pozostaną one jedynie deklaracją formalną, podczas gdy – równolegle z postępem technologicznym – nasilają się, w sposób ukryty lub jawny, naruszenia godności ludzkiej. Drugim zaś ryzykiem, które w istocie leży u podstaw pierwszego, jest utrata zdolności rozpoznania fundamentu ich powszechności, ponieważ zaniechano „poszukiwania najbardziej solidnych podstaw stojących za naszymi wyborami, a także naszych praw” [72]. Papież Franciszek zachęcał, by nie lekceważyć tego ostatniego problemu. Przypominał, że gdy rozum stawia sobie na serio pytania o naturę ludzką, zdolny jest odkrywać wartości obowiązujące wszystkich, ponieważ z niej właśnie one wypływają. Gdyby jednak ten wysiłek poszukiwania został zaniechany, mogłoby się zdarzyć, że prawa dziś uznawane za nienaruszalne w przyszłości zostałyby zakwestionowane lub zaprzeczone przez tych, którzy dzierżą władzę, być może po uzyskaniu jedynie pozornego przyzwolenia ze strony społeczeństw zastraszanych albo manipulowanych [73].
Wraz ze wzrostem świadomości wartości każdej osoby ludzkiej i jej praw wzrosło także uznanie praw mniejszości. Jednak wciąż pozostaje długa droga do przebycia, aby na całym świecie prawa tej znacznej części społeczeństwa, którą stanowią kobiety, były rzeczywiście i wszędzie jednakowo gwarantowane. Faktem jest bowiem, że „podwójnie biedne są kobiety narażone na sytuacje wykluczenia, złego traktowania i przemocy, ponieważ często mają mniejsze możliwości obrony swoich praw” [74]. Nie wystarczy więc stwierdzać słowami, że mężczyźni i kobiety mają tę samą godność i takie same prawa; trzeba, aby znajdowało to odzwierciedlenie w konkretnych decyzjach: w prawie, w dostępie do pracy, do wykształcenia, do odpowiedzialności społecznej i politycznej, a także w sposobie, w jaki społeczeństwo słucha kobiet i docenia ich wkład. Dopóki ta przepaść będzie się utrzymywać, nie będzie można powiedzieć, że społeczeństwo naprawdę – w pełni – uznaje równą godność kobiet i mężczyzn.
Liczą się konkretne osoby, każda z nich, a także ich rodziny. Ruchy społeczne, wielkie deklaracje polityczne na rzecz ludu i ideologie wspólnotowe nie znaczą nic, jeśli ostatecznie nie prowadzą do wspierania osób – mężczyzn i kobiet – wraz z ich niezbywalnymi prawami. Podobnie nie wystarczy wychwalać wolności jednostki ani prywatnej inicjatywy, jeśli zarazem godzimy się na to, by rzesze ludzi nadal żyły bez godnej pracy, bez żadnej ochrony, bez dostępu do dóbr podstawowych.
Zasady nauki społecznej Kościoła
Zasada dobra wspólnego
Uznanie, że każda kobieta i każdy mężczyzna noszą w sobie niezbywalną godność oraz prawa, których żadna ludzka władza nie może naruszyć ani przekreślić, domaga się kształtowania sposobu, w jaki żyjemy razem, naszych wyborów ekonomicznych i politycznych oraz konkretnego oblicza naszych miast. Stąd rodzi się pierwsza wielka zasada nauki społecznej, którą pragnę przypomnieć: dobro wspólne. Możemy je określić jako społeczny kształt godności uznanej w każdym człowieku. Gdy Benedykt XVI mówił o wartościach nienegocjowalnych, których Kościół powinien zawsze bronić, zaliczył do nich również „promocję dobra wspólnego” [75]. Dla chrześcijanina bowiem wyjście z ciasnego świata własnych interesów i zaangażowanie – na miarę własnych możliwości – na rzecz dobra wspólnego jest wartością nienegocjowalną, podobnie jak obrona życia.
Sobór Watykański II stwierdził, że dobro wspólne to „suma tych warunków życia społecznego, które pozwalają bądź to grupom, bądź poszczególnym jego członkom pełniej i szybciej osiągnąć ich własną doskonałość” [76]. Ta definicja daje nam pierwszą cenną wskazówkę, ponieważ dobro wspólne nie daje się sprowadzić do zwykłego wykazu warunków czy instytucji. Nie pokrywa się ani z sumą korzyści poszczególnych osób, ani ze zbieżnością ich partykularnych interesów; jest dobrem większym, które należy do wszystkich i które można budować, pomnażać i strzec jedynie wspólnymi siłami. Można powiedzieć, że działanie społeczne osiąga swoją pełnię wtedy, gdy zmierza ku temu dobru wspólnemu, podobnie jak moralne działanie osoby znajduje swoje spełnienie w wyborze dobra prawdziwego [77].
W tym sensie możemy powiedzieć, że „całość jest czymś więcej niż część” [78]i że właśnie dlatego „sama suma korzyści indywidualnych nie jest w stanie stworzyć lepszego świata dla całej ludzkości” [79]. Iluzją jest myślenie, że wystarczy zabiegać o własny postęp, aby przyczyniać się do dobra wszystkich, bez rzeczywistej troski o innych. Taka wizja pomija właściwą i specyficzną wartość dobra wspólnego: jest ono owocem „współzależności” [80], która tworzy sieć dobra społecznego, rozprzestrzeniającą się i oddziałującą na ludzi. Dobro wspólne jest czymś więcej [wł. plus], jest wynikiem wzajemnego oddziaływania i wpływu, który łączy rozmaite działania, inicjatywy, wysiłki i decyzje. Gdyby zsumować jedynie dobra jednostkowe, nie dałoby się wyjaśnić istnienia owego „więcej”, które je przewyższa, a zarazem ubogaca.
To właśnie dążenie do dobra wspólnego daje początek ludowi, pojmowanemu nie jako zwykła suma jednostek, lecz jako żywa rzeczywistość, w której ludzie uczą się dostrzegać wzajemne powiązania i współodpowiedzialność za res publica. W tym sensie każda osoba przyczynia się do budowania swojego narodu przez „powolną i żmudną pracę, wymagającą gotowości integrowania się i nauczenia się tego, by można było stworzyć kulturę spotkania w wielokształtnej harmonii” [81]. Wspólna praca na rzecz dobra wszystkich oznacza posiadanie wspólnego projektu. Jest rzeczą oczywistą, że między różnymi osobami istnieje wiele różnic natury ideologicznej i pragmatycznej, istnieją rozbieżne interesy i częste kontrasty, nie znaczy to jednak, że niemożliwa jest droga dialogu prowadząca do wypracowania podstawy porozumienia, pozwalającego na tworzenie projektu dla wszystkich i podążania razem.
Do państwa należy zadanie zapewnienia spójności, jedności i sprawiedliwego uporządkowania społeczeństwa obywatelskiego, tak aby dobro wspólne mogło być rzeczywiście realizowane przy udziale wszystkich. Oznacza to konkretnie, że władza publiczna ma delikatny obowiązek „sprawiedliwego harmonizowania” [82]różnych wchodzących w grę interesów, poszukując równowagi między dobrami partykularnymi a dobrem wspólnym, nie pozostawiając na boku najsłabszych. Kiedy polityka rezygnuje z długofalowej wizji i sprowadza się do krótkoterminowych kalkulacji lub jałowych polaryzacji, mówienie o dobru wspólnym traci wiarygodność, a jednocześnie narastają nierówności i pęknięcia społeczne.
Dotyczy to również polityki międzynarodowej. W miarę jak rosną dystanse między narodami, torują sobie drogę logiki przeciwstawienia i agresji, a trudna droga ku światu bardziej zjednoczonemu i braterskiemu doznaje nowych i bolesnych zahamowań. W takim kontekście mówienie o wspólnej drodze ku bardziej sprawiedliwemu rozwojowi całej rodziny ludzkiej „brzmi dziś jak majaczenie” [83]. Nie możemy jednak tracić nadziei. Zachęcam wszystkich do zastanowienia się nad formami współpracy i skuteczniejszymi instytucjami międzynarodowymi, zdolnymi do strzeżenia globalnego dobra wspólnego bez zanegowania prawowitej różnorodności narodów i państw. Promowanie dobra wspólnego nie może bowiem być nigdy oddzielone od poszanowania prawa narodów do istnienia, do zachowania własnej tożsamości oraz do wnoszenia swej oryginalności do rodziny narodów [84]. Wszelka próba czy projekt unicestwienia albo podporządkowania jakiegoś narodu są czymś głęboko niemoralnym, a zatem nie do przyjęcia.
Zasada powszechnego przeznaczenia dóbr
„Wśród rozlicznych wymiarów dobra wspólnego szczególnego znaczenia nabiera zasada powszechnego przeznaczenia dóbr” [85]. Zasada ta przypomina nam przede wszystkim, że dobra ziemi – gleba, woda, powietrze, zasoby naturalne – zostały dane przez Boga całej rodzinie ludzkiej, aby podtrzymywały życie wszystkich, zarówno dzisiaj, jak i w przyszłych pokoleniach, oraz że każdej osobie przysługuje pierwotne prawo do korzystania z tych dóbr. Św. Jan Paweł II przypominał, że „Bóg dał ziemię całemu rodzajowi ludzkiemu, aby utrzymywała wszystkich jego członków, nie wykluczając ani nie wyróżniając nikogo” [86]. W konsekwencji „nie jest zgodne z planem Bożym, by rozporządzać tym darem tak, że z jego dobrodziejstw korzystaliby jedynie nieliczni” [87]. Dzisiaj jesteśmy wezwani uznać, że owo powszechne przeznaczenie obejmuje nie tylko dobra materialne, lecz także dobra niematerialne i kulturowe.
Istnieje prawo do własności prywatnej, które ma swój sens i właściwą sobie funkcję, ale zawsze pozostaje podporządkowane powszechnemu przeznaczeniu dóbr. Według św. Jana Pawła II podporządkowanie to stanowi złotą regułę życia społecznego i „pierwszą zasadę całego porządku społeczno-etycznego” [88]. Tradycja Kościoła postrzegała własność jako środek służący strzeżeniu dóbr i zarządzania nimi tak, aby mogły one lepiej służyć dobru wspólnemu. Ponieważ „tradycja chrześcijańska nigdy nie uznawała prawa do własności prywatnej za absolutne i nienaruszalne” [89], społeczna funkcja własności nie powinna być uważana za zwykłą opinię teologiczną, lecz za pewną doktrynę Kościoła, obecną już w Piśmie Świętym i u Ojców. Dlatego Papież Franciszek przypomniał, że solidarność przeżywana w całej swej głębi oznacza także „zwrócić ubogiemu to, co mu się należy” [90].
Dzisiaj do dóbr przeznaczonych powszechnie dla wszystkich musimy zaliczyć także nowe formy własności: patenty, algorytmy, platformy cyfrowe, infrastrukturę technologiczną i dane. W kontekście, w którym bogactwo narodów coraz bardziej zależy od wiedzy i technologii, gdy dobra te pozostają skupione w rękach nielicznych, bez odpowiednich form dzielenia się nimi i dostępu do nich, powstaje nowa nierównowaga, sprzeczna z powszechnym przeznaczeniem dóbr i pogłębiająca przepaść między włączonymi a wykluczonymi, między tymi, którzy mogą uczestniczyć w rewolucji cyfrowej, a tymi, którzy pozostają na jej marginesie. Ponadto troska o wspólny dom oraz odpowiedzialność wobec ubogich i przyszłych pokoleń wymagają, aby korzystanie z dóbr stworzenia i z nowych możliwości oferowanych przez technikę było regulowane w taki sposób, by szanować środowisko, unikać marnotrawstwa i nowych form grabieży.
Zasada pomocniczości
Zasada pomocniczości wyrasta z tego samego spojrzenia na osobę, które kierowało naszymi rozważaniami nad godnością i dobrem wspólnym. Skoro każda kobieta i każdy mężczyzna są powołani, by stawać się podmiotami własnego życia i uczestniczyć w budowaniu społeczeństwa, to również organizacja życia społecznego winna szanować i wspierać tę odpowiedzialność. Nauka społeczna Kościoła nazywa „pomocniczością” zasadę, zgodnie z którą to, co mogą uczynić osoby, rodziny, wspólnoty lokalne i ciała pośrednie, nie powinno być przejmowane przez instancje wyższe. Instytucje wyższego szczebla winny uznawać, chronić i wspierać wolność oraz kreatywność niższych szczebli, koordynując ich wkład tak, aby mógł on skutecznie służyć dobru wspólnemu [91].
Od początku nowożytnego Magisterium społecznego, poczynając od Leona XIII, Kościół podkreślał, że ani osoba, ani rodzina nie mogą zostać wchłonięte przez państwo, lecz – na ile to możliwe i bez szkody dla dobra wspólnego – należy pozostawić im możliwość swobodnego działania [92]. Św. Jan Paweł II podjął i pogłębił tę perspektywę, przypominając, że wspólnota polityczna pozostaje w służbie społeczeństwa obywatelskiego, a państwo winno czuwać nad dobrem wspólnym, interweniując wtedy, gdy jest to konieczne, ale nie zastępując w sposób trwały odpowiedzialności organizmów pośrednich i rzeczywistości społecznych [93]. Pomocniczość nie usprawiedliwia więc wycofania się państwa, lecz ukierunkowuje jego działanie: interwencja publiczna jest potrzebna właśnie po to, aby umożliwić wszystkim podmiotom społecznym wypełnianie ich misji bez przygniatania ich ciężarem struktur wyższych. Do wspólnoty politycznej należy tworzenie takich warunków, by osoby, rodziny, stowarzyszenia i organizmy pośrednie mogły realizować swoje społeczne powołanie, nie będąc zastępowanymi ani sprowadzanymi do roli samych wykonawców [94].
Zasada ta zachęca do przezwyciężania wszelkich form paternalistycznego czy czysto opiekuńczego zarządzania życiem społecznym, promując styl współodpowiedzialności: państwo, które dowartościowuje inicjatywę obywateli, oraz społeczeństwo obywatelskie zdolne do tworzenia więzi i uruchamiania sił służących dobru wspólnemu. Zgodnie z logiką pomocniczości decyzje podejmuje się na poziomie możliwie najbliższym osobom, których one dotyczą, dowartościowując życie stowarzyszeniowe, tak aby ludzie nie stawali wobec decyzji już podjętych, lecz mogli uczestniczyć w procesie ich kształtowania. Tam, gdzie rodziny, stowarzyszenia, wspólnoty lokalne, rzeczywistości wolontariatu i tak zwanego „trzeciego sektora” są uznawane i wspierane, życie społeczne staje się bliższe osobom, usługi bardziej uważne na rzeczywiste potrzeby, a odpowiedzi – bardziej twórcze i bardziej szanujące godność każdego człowieka [95].
Zasada pomocniczości ma szczególne znaczenie także w kontekście rewolucji cyfrowej. Tutaj wyższym szczeblem nie jest państwo, lecz każdy duży podmiot gospodarczy i technologiczny, który faktycznie wywiera wpływ na warunki życia wspólnego. Poziomem przejmującym kompetencje, dane i zdolność decydowania stają się przedsiębiorstwa i platformy, określające warunki dostępu, zasady widoczności treści, formy relacji, a nawet możliwości ekonomiczne. Pomocniczość domaga się, aby procesy te nie były narzucane z góry w sposób nieprzejrzysty i jednostronny, lecz by były ukierunkowane na dobro wspólne dzięki przejrzystości, odpowiedzialności i rzeczywistym formom uczestnictwa (takim jak niezależne audyty, przejrzystość algorytmów, sprawiedliwy dostęp do danych i środki odwoławcze) [96].
W tym kontekście państwa i instytucje ponadnarodowe są wezwane do zapewniania sprawiedliwych norm i skutecznych zabezpieczeń, aby wspólnoty lokalne, ciała pośrednie, szkoły, uniwersytety oraz rzeczywistości kościelne i stowarzyszeniowe mogły mieć głos i wnosić swój wkład w rozeznanie decyzji wpływających na życie osób: na pracę, dostęp do usług, zarządzanie danymi i środowiska cyfrowe. W decyzjach dotyczących przepływów ekonomicznych i platform cyfrowych, w zarządzaniu danymi i algorytmami nie można dopuścić do tego, by nieliczne podmioty samodzielnie wyznaczały bieg procesów; konieczne jest budowanie takich form współpracy, które uszanują różne poziomy wspólnoty światowej i uczynią je współodpowiedzialnymi za dobro wspólne [97].
Zasada solidarności
Po rozważeniu dobra wspólnego i pomocniczości pragnę zatrzymać się nad zasadą solidarności. Wyrasta ona z wizji osoby, która pochodzi z wiary: każda istota ludzka została stworzona na obraz Boga i włączona w sieć relacji wiążących ją z innymi, z narodami i z całym stworzeniem. Św. Paweł VI przypominał, że zobowiązania solidarności, sprawiedliwości i miłości zakorzenione są w ludzkim i nadprzyrodzonym braterstwie łączącym między sobą ludzi i narody [98]. Braterstwo nie jest jedynie wewnętrznym pragnieniem wierzącego, lecz społeczną i polityczną formą życia, która winna znaleźć wyraz we wspólnych wyborach i drogach działania. Solidarność jest zatem konkretnym uznaniem, że los każdego z nas związany jest z losem wszystkich: naprawdę „nikt nie ocala się sam” [99]. W ten sposób oczywisty staje się ścisły związek między pomocniczością a solidarnością. Gdy pomocniczości nie towarzyszy solidarność, łatwo przekształca się ona w zwykłą ochronę partykularnych interesów; gdy zaś solidarność nie jest wsparta pomocniczością, ulega wynaturzeniu, przeradzając się w opiekuńczość, która nie sprzyja odpowiedzialności [100]. To powiązanie odsyła również do odpowiedzialności za autentyczne uczestnictwo: solidarność wyraża się wtedy, gdy każdy – osobiście i razem z innymi – bierze udział w życiu wspólnoty, zdobywa potrzebne informacje, zrzesza się, zabiera głos, przyczynia się do podejmowania decyzji i działań publicznych – przyjmując rzeczywistą odpowiedzialność za to, by dobro wspólne przekładało się na podejmowane wspólnie wybory.
W wielu obszarach doświadczamy już pewnego rodzaju „solidarności faktycznej”: nasze losy są ze sobą ściśle powiązane, ekonomia i środki komunikacji sprawiają, że to, co dzieje się w jednym miejscu, ma dalekosiężne skutki, a sieci cyfrowe łączą w czasie rzeczywistym osoby i wspólnoty z każdego zakątka świata. Ta struktura relacji nie jest jednak jeszcze solidarnością w pełnym znaczeniu, jeśli nie staje się świadomym wyborem. Wiara zachęca nas, aby odczytywać tę rzeczywistość jako wezwanie: nie jesteśmy jedynie po prostu blisko siebie, lecz zostaliśmy sobie wzajemnie powierzeni, aby każdy – na miarę swoich możliwości – brał na siebie życie i rany brata oraz siostry. Solidarność rodzi się właśnie wtedy, gdy decydujemy się nie pozostawać obojętnymi wobec tego, co spotyka naszego bliźniego, i gdy przekształcamy nieodzowne więzi – ekonomiczne, kulturowe, technologiczne – w drogi dzielenia się, współpracy i wzajemnej troski, ucząc się „mówienia i działania w kategoriach wspólnoty” [101].
Magisterium społeczne podkreślało, że solidarność jest zarazem zasadą i cnotą. Jako zasada wyraża ona obiektywny porządek relacji między osobami, grupami i narodami oraz odsyła do świadomości współzależności, zgodnie z którą dobro każdego łączy się z dobrem innych. Jako cnota wymaga natomiast „mocnej i trwałej woli angażowania się na rzecz dobra wspólnego” [102], ze szczególną uwagą poświęconą najsłabszym. Papież Franciszek przypomniał, że solidarność jest „sposobem kształtowania historii” [103], który buduje ludy, a nie zwykłe masy jednostek. Dlatego zakłada ona style życia nacechowane umiarem i dzieleniem się, zdolność rezygnacji z doraźnych korzyści, aby otworzyć innym nowe perspektywy na przyszłość, a także gotowość do podawania w wątpliwość przyzwyczajeń i przywilejów – również tych związanych z konsumpcją cyfrową i używaniem technologii – kiedy uniemożliwiają one innym życie z godnością.
W świecie naznaczonym coraz ściślejszymi relacjami między osobami, wspólnotami i narodami solidarność przyjmuje również wymiar globalny. Benedykt XVI dobitnie przypominał o związku między rozwojem, sprawiedliwością i odpowiedzialnością wobec przyszłych pokoleń, przypominając, że autentyczny rozwój domaga się solidarności międzypokoleniowej [104]oraz dbałości o więzi łączące nas ze środowiskiem naturalnym. Dzisiaj odpowiedzialność ta rozciąga się także na infrastrukturę cyfrową i informacyjną: podobnie jak środowisko naturalne, również „ekosystem cyfrowy” może być chroniony albo eksploatowany, współdzielony albo monopolizowany. Solidarność domaga się, by decyzje dotyczące danych, algorytmów, platform i sztucznej inteligencji brały pod uwagę nie tylko doraźną korzyść nielicznych, lecz także wpływ na całość narodów i na przyszłe pokolenia.
Zasada sprawiedliwości społecznej
Dla wspólnoty chrześcijańskiej sprawiedliwość społeczna jest konkretną formą naśladowania Jezusa i wierności Jego Ewangelii. W Nowym Testamencie Jezus głosi „dobrą nowinę ubogim” ( Łk4, 18) i utożsamia się z małymi, chorymi, więźniami i cudzoziemcami (por. Mt 25, 31-46). Tym samym uczy nas, że sprawiedliwość rodzi się i realizuje w braterstwie, ponieważ sposób, w jaki podchodzimy do najmniejszych i odnosimy się do nich, staje się konkretną miarą naszej relacji z Bogiem i z braćmi. Sprawiedliwość nie dotyczy jednak jedynie postępowania poszczególnych osób, lecz także sposobu, w jaki pomyślane i urządzone są struktury współżycia społecznego. Sobór Watykański II przypomina w tym kontekście, że każda instytucja jest wezwana do służby osobie ludzkiej i jej godności [105]. Sprawiedliwość społeczną rozpoznaje się zatem po tym, czy dany porządek społeczny, gospodarczy i polityczny pozwala wszystkim – a w szczególności najsłabszym – żyć prawdziwie po ludzku, tak by nikt nie został pominięty.
Najnowsze Magisterium podkreślało, że sprawiedliwość społeczna wymaga spojrzenia rozpoczynającego się od owych ostatnich. Św. Jan Paweł II mówił o opcji preferencyjnej na rzecz ubogich [106], która winna kształtować wybory osobiste i społeczne, podczas gdy Papież Franciszek piętnował „kulturę «odrzucenia»” [107], rodzącą coraz to nowe formy wykluczenia. W tej perspektywie sprawiedliwość społeczna domaga się patrzenia na osoby i narody, wychodząc od tych, którzy są najbardziej bezbronni: od ubogich, migrantów, uchodźców, od osób przesiedlonych w obrębie własnego kraju, ofiar przemocy, osób żyjących na peryferiach miejskich i egzystencjalnych.
Pojęcie „sprawiedliwości społecznej” pomaga uznać, że niesprawiedliwości nie rodzą się wyłącznie z błędnych decyzji poszczególnych osób, lecz również ze struktur, mechanizmów oraz układów ekonomicznych i kulturowych, które niemal automatycznie powodują nierówność. Św. Jan Paweł II mówił w tym sensie o strukturach grzechu [108], które sprzeciwiają się woli Bożej i domagają się zaangażowania na rzecz nawrócenia osobistego i społecznego. W tej perspektywie sprawiedliwość nie odnosi się wyłącznie do bardziej sprawiedliwego podziału dóbr czy do korygowania istniejących niesprawiedliwości, lecz nabiera także wymiaru naprawczego. Zmierza ona do odbudowy zerwanych więzi i do ponownego włączenia tych, którzy zostali wykluczeni, biorąc pod uwagę rany pozostawione przez niesprawiedliwości – wojny, kolonializm, dyskryminację rasową lub płciową, przemoc wobec całych narodów oraz wyzysk. Może to oznaczać przywracanie godności i głosu tym, którzy byli ignorowani, wspieranie procesów uzdrowienia pamięci zbiorowej, przeciwstawianie się dyskryminującym prawom i praktykom, a także konkretne wspieranie tych, którzy do dziś ponoszą skutki doznanych w przeszłości krzywd.
W dzisiejszych czasach sprawiedliwość społeczna musi mierzyć się także ze środowiskiem kształtowanym przez technologie cyfrowe. Rozpowszechnianie globalnych sieci, platform i systemów sztucznej inteligencji zmienia sposób pozyskiwania informacji, komunikowania się i uzyskiwania dostępu do usług. Sprawiedliwość domaga się, by nie dopuszczać do powstawania nowych form wykluczania i pozbawiania wolności: osób i narodów, którym odmawia się lub ogranicza dostęp do podstawowych technologii, społeczności narażonych na inwazyjną inwigilację, grup społecznych krzywdzonych przez nieprzejrzyste algorytmy, powielające uprzedzenia i dyskryminację. Sprawiedliwy porządek społeczny w epoce cyfrowej to taki, który gwarantuje wszystkim równy dostęp do możliwości, chroni najmniejszych i najsłabszych, przeciwstawia się nienawiści i dezinformacji, poddaje publicznej kontroli korzystanie z danych i technologii, tak aby kryterium nie był wyłącznie zysk, lecz godność każdej osoby i dobro narodów.
Jednym z decydujących sprawdzianów sprawiedliwości społecznej pozostaje dziś sytuacja migrantów, uchodźców i wszystkich tych, którzy zmuszeni są do przemieszczania się z powodu biedy, przemocy, zmian klimatycznych i katastrof środowiskowych. Sposób, w jaki społeczeństwo ich traktuje, pokazuje, czy jego rozumienie sprawiedliwości opiera się na strachu czy też braterstwie. Papież Franciszek zachęcał, by dostrzegać w migrantach nie tylko problem do rozwiązania, lecz „żywy obraz Ludu Bożego w drodze” [109]; osób obdarzonych godnością, zasobami i marzeniami, które mają prawo do bycia traktowanymi z szacunkiem i proszą o możność stania się czynną częścią społeczeństw, które je przyjmują. Sprawiedliwość społeczna w tej dziedzinie zakłada co najmniej dwa wzajemnie dopełniające się zobowiązania. Z jednej strony, strzec prawa do nadziei tych, którzy są zmuszeni do wyjazdu, zapewniając im drogi bezpieczne i legalne, godne warunki przyjęcia oraz rzeczywiste ścieżki integracji. Z drugiej zaś, wspierać także prawo do pozostania na własnej ziemi w pokoju i bezpieczeństwie, stawiając czoła głębokim przyczynom, które zmuszają do migracji, także tym związanym z niesprawiedliwościami gospodarczymi i kryzysem klimatycznym. Gdy prawa te są szanowane, migracje mogą stać się okazją do spotkania i wzajemnego ubogacenia narodów.
Integralny rozwój człowieka
W Encyklice Populorum progressiośw. Paweł VI stwierdza, że rozwój jest autentyczny jedynie wówczas, gdy jest „integralny”, to znaczy „przyczynia się do rozwoju każdego człowieka i całego człowieka” [110]. W następnych dziesięcioleciach nauka społeczna Kościoła podejmowała i pogłębiała to wyrażenie, aby wskazać konkretny sposób, w jaki te wielkie zasady – godność, dobro wspólne, powszechne przeznaczenie dóbr, pomocniczość, solidarność i sprawiedliwość społeczna – urzeczywistniają się w historii. Przez „integralny rozwój człowieka” rozumiemy proces, w którym wzrost osób i narodów obejmuje wszystkie wymiary egzystencji oraz otwiera przyszłość również dla przyszłych pokoleń.
Rozwój, zarówno osób, jak i narodów, jest zadaniem i zarazem prawem: domaga się on minimalnych warunków, które umożliwią każdej osobie i każdemu narodowi dojrzewanie zgodnie z własną godnością, bez utrzymywania ich w zależności i bez wykluczania z dostępu do niezbędnych dóbr. Rozwój jest ludzki, gdy stawia w centrum osoby, a nie gromadzenie dóbr, a także gdy dotyczy również narodów, a nie jedynie jednostek. Sprawiedliwość wymaga uznania praw społecznych i praw narodów oraz obejmuje odpowiedzialność wobec tych, którzy przyjdą po nas. Nie jest zatem ludzki taki rozwój, który pomnaża konsumpcję niektórych, przerzucając koszty i rany na innych, albo który spycha całe regiony do ról podporządkowanych, nie pozwalając im rozwinąć własnego potencjału [111]. Rozwój jest integralny wtedy, gdy nie ogranicza się do sfery ekonomicznej, lecz promuje jakość życia w jego wymiarze duchowym, kulturowym, moralnym i relacyjnym, z poszanowaniem wspólnego domu, różnorodności narodów oraz ich sposobów życia [112].
Idea integralnego rozwoju człowieka znajduje dziś decydujące kryterium weryfikacji w ekologii integralnej, która stała się nieodzownym wymiarem nauki społecznej Kościoła. Jakość rozwoju mierzy się bowiem jego zdolnością do łączenia – bez ich rozdzielania – sprawiedliwości wobec osób i troski o wspólny dom, sprzyjając godnym warunkom życia, dostępowi do niezbędnych dóbr, sprawiedliwym relacjom społecznym, trosce o stworzenie oraz zważaniu na przyszłe pokolenia. Wynika stąd, że nie jest prawdziwym postępem to, co zwiększa dobrobyt jednych kosztem degradacji ekosystemów, przerzucając koszty na wspólnoty najbardziej bezbronne albo pogarszając warunki życia tych, którzy przyjdą po nas.
Tak rozumiany integralny rozwój człowieka stanowi horyzont, w ramach którego należy odczytywać przemiany naszych czasów, również te związane z rewolucją cyfrową. Innowacje technologiczne – w tym sztuczna inteligencja – nie są neutralne: mogą poszerzać uczestnictwo i sprawiedliwość, ale mogą też pogłębiać nierówności, kontrolę i wykluczenie. Dlatego należy je oceniać w świetle pytania zasadniczego: czy rzeczywiście przyczyniają się do wzrastania osób i narodów w człowieczeństwie i braterstwie, z poszanowaniem wspólnego domu i przyszłych pokoleń? Właśnie tutaj zasady nauki społecznej stają się konkretnymi kryteriami rozeznawania w dziedzinach, które podejmiemy w kolejnych rozdziałach.
Sprawdzian dla Kościoła
Na zakończenie pragnę poruszyć kwestię szczególnie mi bliską. Nauka społeczna Kościoła nie jest jedynie słowem skierowanym do społeczeństwa: jest ona także rachunkiem sumienia dla Kościoła – domu i szkoły komunii, zawsze wezwanego do sprawdzania, czy zasady przedstawione w tym rozdziale są urzeczywistniane przede wszystkim w jego własnym wnętrzu. W kontekście eklezjalnym dobro wspólne przybiera postać synodalnego stylu dla misji w służbie Królestwa. Kościół jest bowiem „wspólnotowym i historycznym podmiotem synodalności i misji” [113]. Domaga się to troski o sposób podejmowania decyzji i sprawowania odpowiedzialności. Dokument końcowySynodu pośród praktyk decydujących o przemianie misyjnej wymienia kulturę przejrzystości, rozliczalności i oceny [114].
W tej perspektywie pomocniczość staje się kryterium rządzenia i życia duszpasterskiego, które uznaje i wspiera odpowiedzialność wiernych oraz kościelnych ciał pośrednich, dowartościowuje charyzmaty i kompetencje, a zarazem pozwala unikać wszelkiego paternalizmu, który tłumi ewangeliczną wolność. W praktyce udział ochrzczonych w procesach decyzyjnych oraz ich współodpowiedzialność za misję dokonują się za pośrednictwem rzeczywistych, a nie jedynie nominalnych organów uczestnictwa [115].
Solidarność w życiu wspólnoty chrześcijańskiej ma swoje źródło w misterium Chrystusa i karmi się Eucharystią. Rodzi się ona z komunii w wierze i w sakramentach: chrzest i bierzmowanie jednoczą nas w Chrystusie, abyśmy byli jednym ciałem i jednym duchem, jednym sercem i jedną duszą (por. Ef4, 4; Dz 4, 32). Eucharystia – sakrament jedności – umacnia naszą przynależność do Ciała Chrystusa i wychowuje nas do dzielenia się. Różne wrażliwości obecne w Kościele, mocne przekonania ożywiające każdego z nas są bogactwem, o ile pozostają zakorzenione w pewności, że jedność jest darem otrzymanym i zarazem zadaniem, które trzeba podjąć.
Żyć sprawiedliwością w Kościele znaczy oczyszczać relacje i struktury kościelne z tych wypaczeń, które powodują nierówności, nieprzejrzystości i nadużycia. W tym względzie słuchanie ofiar wykorzystania duchowego, ekonomicznego, instytucjonalnego, seksualnego, nadużyć władzy i sumienia stanowi integrującą część drogi sprawiedliwości, obejmującej uznanie wyrządzonej szkody, sprawiedliwe zadośćuczynienie oraz prewencję. Każda władza służy komunii i misji. Każdy urząd jest w służbie Ludu Bożego. Ta diakonia wyraża się nie tylko w wierze celebrowanej i przeżywanej w sakramentach oraz w przyswajaniu stylu synodalnego, lecz także w konkretnym dzieleniu się dobrami: na wzór Kościoła pierwotnego zasoby kościelne winny rzeczywiście stawać się wspólne, aby nikt pośród nas nie cierpiał niedostatku (por. Dz4, 34) i aby zarządzanie nimi wspierało misję głoszenia Ewangelii najuboższym. Należy promować regularne formy oceny sposobu sprawowania odpowiedzialności ministerialnej, które nie byłyby sądem nad osobami, ale narzędziami uczenia się i korygowania ukierunkowanymi na misję [116]. W takiej mierze, w jakiej jesteśmy otwarci na działanie Ducha Świętego, te zasady nauki społecznej urzeczywistnią się w życiu eklezjalnym. W ten sposób Kościół jest zdolny dać społeczeństwu wiarygodny znak tego, że wspólne dążenie do dobra wszystkich – we współodpowiedzialności i braterstwie – nie jest utopią, lecz realną możliwością [117].
ROZDZIAŁ III
TECHNIKA I PANOWANIE. WIELKOŚĆ OSOBY LUDZKIEJ WOBEC OBIETNIC SZTUCZNEJ INTELIGENCJI
Po przypomnieniu zasad, które rzucają światło na naukę społeczną Kościoła, pragnę teraz skierować spojrzenie ku niektórym wyzwaniom, dotykającym szczególnie naszego sposobu przeżywania obecnego czasu. Biblijnym obrazem, który towarzyszy tym stronom, jest obraz budowli: z jednej strony wieża Babel, gdzie wspólne dzieło kierowane jest zamysłem panowania, który ostatecznie prowadzi do dehumanizacji (por. Rdz11, 1-9); z drugiej zaś ruiny Jerozolimy, odbudowywane kawałek po kawałku pod przewodnictwem Nehemiasza jako dzieło wspólnej odpowiedzialności (por. Ne 2-6). Jesteśmy wezwani, by postawić sobie pytanie o wielki plac budowy naszej epoki: co właściwie wznosimy? Podczas gdy rozwój technologiczny szybko zmienia języki, relacje, instytucje i formy władzy, my – wierzący, możemy i powinniśmy wybrać, nad jakim projektem i w jakim duchu chcemy pracować, aby otaczać troską i doceniać wspaniałe człowieczeństwo, które zostało nam dane w darze. Nie chodzi o wybór dotyczący naszej przyszłości, lecz naszego teraźniejszego życia, ponieważ sztuczna inteligencja i inne nowe technologie już teraz należą do naszej codzienności.
Towarzyszy mi przekonanie, że konkretny sposób przeżywania relacji społecznych w świetle Ewangelii nie jest ustalony raz na zawsze, lecz pozostaje zadaniem powierzanym wspólnocie chrześcijańskiej z pokolenia na pokolenie. Pod przewodnictwem Ducha Świętego Kościół pozwala się oświecać Słowu, aby odczytywać znaki czasu i z twórczą odwagą poszukiwać nowych dróg, dzięki którym relacje między osobami i narodami stawałyby się coraz bardziej zgodne z wymogami Królestwa Bożego [118]. Dlatego zachęcam wszystkich, a w sposób szczególny wiernych świeckich, aby nie bali się konfrontować z rzeczywistością, by umieli wzajemnie się słuchać i z mocą podejmowali własną odpowiedzialność za budowanie społeczeństwa bardziej ludzkiego i braterskiego.
Paradygmat technokratyczny i władza cyfrowa
W Encyklice Laudato si’Papież Franciszek piętnował rosnącą dominację paradygmatu technokratycznego [119] w zglobalizowanym świecie: tendencję do tego, by logika efektywności, kontroli i zysku sama rządziła wyborami osobistymi, społecznymi i gospodarczymi. Tym samym jeszcze wyraźniej widać, że technika nie jest zwykłym narzędziem i że – gdy staje się kryterium – ostatecznie sama decyduje o tym, co ma znaczenie, a co może zostać odrzucone, sprowadzając stworzenie do przedmiotu eksploatacji, a osoby do trybików systemu, który ma być coraz bardziej wydajny.
Paradygmat ten szybko rozszerzył się w ostatnich latach, również wskutek rozpowszechniania sztucznej inteligencji, nauk kognitywnych, nanotechnologii, robotyki i biotechnologii. Same w sobie innowacje te mogą stać się wielką pomocą dla integralnego rozwoju człowieka i troski o wspólny dom. Jednak właśnie ze względu na swoją moc mogą pełnić funkcję akceleratora paradygmatu technokratycznego i dlatego potrzebują nowych ram duchowych, etycznych i politycznych. To, co potężniejsze, niekoniecznie znaczy lepsze. W tym sensie aktualne pozostają słowa Romana Guardiniego: „Człowiek nowoczesny nie został wychowany tak, aby umiał się posługiwać swą mocą właściwie” [120].
Niebezpieczeństwo, że ludzkość stanie się ofiarą własnych zdobyczy, zostało już z wielką jasnością dostrzeżone przez św. Pawła VI, gdy przestrzegał, że „najbardziej niezwykłe postępy naukowe, najbardziej niesamowite osiągnięcia techniczne, najcudowniejszy rozwój gospodarczy, jeśli nie łączą się z autentycznym postępem społecznym i moralnym, w ostatecznym rachunku zwracają się przeciw człowiekowi” [121]. Dlatego postęp techniczny – sam w sobie cenny – domaga się rozeznania co do antropologicznej wizji, która nim kieruje, oraz celów, do których zmierza. Jeżeli rozwój technologiczny dokonuje się bez odpowiedniego dojrzewania etycznego i społecznego, może się zdarzyć, że środki będą się mnożyć, natomiast nie będzie w tej samej mierze wzrastać człowieczeństwo: „ma się więcej”, ale nie „jest się bardziej”, a osoba ryzykuje, że będzie oceniana przede wszystkim na podstawie osiągów, jakie jest w stanie zagwarantować [122].
Trzeba tu uznać fakt decydujący, do którego już wcześniej nawiązałem: w wielu przypadkach w kontekście cyfrowym kontrola nad platformami, infrastrukturami, danymi i mocą obliczeniową nie należy do państw, lecz do wielkich podmiotów gospodarczych i technologicznych, które de factoustalają warunki dostępu, zasady widoczności treści, a nawet same możliwości uczestnictwa. Kiedy władza o takim zasięgu koncentruje się w nielicznych rękach, ma tendencję do stawania się nieprzejrzystą i wymykania się kontroli publicznej, a zarazem wzrasta ryzyko wypaczonego rozwoju, który rodzi nowe zależności, wykluczenia, manipulacje i nierówności.
W obliczu tej koncentracji władzy w świecie cyfrowym wielkie zasady nauki społecznej: zasada niezbywalnej godności osoby, dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, solidarności i sprawiedliwości społecznej, stają się kryteriami oceny i rozeznawania nowej sytuacji. Domagają się one sprawdzenia, czy władza infrastruktur cyfrowych i algorytmów rzeczywiście sprzyja uczestnictwu i odpowiedzialności, chroni najsłabszych, zapewnia sprawiedliwy dostęp do możliwości i pozostaje podporządkowana dobru wszystkich. Wychodząc od tych przesłanek, możemy teraz rozważyć bliżej, czym jest sztuczna inteligencja, jakie możliwości otwiera i jakie ryzyka niesie ze sobą.
Sztuczna inteligencja
Nie jest moją intencją, by w tym miejscu przedstawiać wykład na temat sztucznej inteligencji ani przytaczać bibliografię, dziś już bardzo obszerną; istnieją już bowiem autorytatywne opracowania, także w środowisku kościelnym, do których można się odwołać [123]. Ograniczę się do przypomnienia kilku elementów istotnych dla rozeznania moralnego i społecznego, które otaczają troską prymat osoby, tak aby to zawsze inteligencja ludzka – wraz ze swoim sumieniem i swoją wolnością – kierowała innowacjami technicznymi oraz odpowiedzialnie określała ich zastosowanie i granice.
Wypada poprzedzić te rozważania dwiema uwagami. Po pierwsze, istnieje ryzyko, że wszelkie tezy dotyczące AI mogą się w krótkim czasie zdezaktualizować ze względu na zdumiewające tempo rozwoju tych systemów. Po drugie, wszyscy – także ci, którzy je projektują – niewiele wiemy o ich rzeczywistym funkcjonowaniu. Współczesne systemy sztucznej inteligencji są bowiem bardziej „hodowane” niż „konstruowane”: twórcy nie projektują bezpośrednio każdego ich szczegółu, lecz tworzą architekturę, na której AI „się rozwija”. W konsekwencji podstawowe aspekty naukowe – takie jak wewnętrzne reprezentacje i procesy obliczeniowe tych systemów – pozostają obecnie nieznane. Tym pilniej ujawnia się potrzeba podjęcia podwójnego wysiłku: z jednej strony pogłębiania badań naukowych, z drugiej – praktykowania rozeznawania moralnego i duchowego.
Nie jest możliwe podanie jednej, jednoznacznej i wyczerpującej definicji AI. Możemy jednak stwierdzić, że należy unikać błędnego utożsamiania tej „inteligencji” z inteligencją ludzką. Systemy te naśladują niektóre funkcje ludzkiej inteligencji.Czyniąc to, często przewyższają ją szybkością i zakresem obliczeń, oferując konkretne korzyści w licznych dziedzinach. Niemniej jednak ta moc pozostaje związana wyłącznie z przetwarzaniem danych: tak zwane systemy sztucznej inteligencji nie przeżywają doświadczenia, nie posiadają ciała, nie odczuwają radości i bólu, nie dojrzewają w relacji, nie znają od wewnątrz tego, co znaczą miłość, praca, przyjaźń i odpowiedzialność. Nie mają również świadomości moralnej: nie oceniają dobra i zła, nie ujmują ostatecznego sensu sytuacji, nie biorą na siebie ciężaru konsekwencji. Mogą naśladować języki, zachowania i oceny, mogą symulować empatię albo zrozumienie, ale nie rozumieją tego, co wytwarzają, ponieważ nie żyją w sferze afektywnej, relacyjnej i duchowej, w których człowiek staje się mądry.Także wtedy, gdy narzędzia te przedstawiane są jako zdolne do „uczenia się”, ich sposób działania różni się od sposobu właściwego osobie ludzkiej. Nie jest to doświadczenie kogoś, kto pozwala kształtować się życiu i wzrasta w czasie poprzez dokonywanie wyborów, popełnianie błędów, przebaczanie i wierność; jest to raczej statystyczne dostosowanie na podstawie danych i informacji zwrotnych, które może być bardzo skuteczne, ale nie oznacza wewnętrznego wzrostu.
Cenne wsparcie wymagające uwagi
W świetle tego, co zostało powiedziane, możemy lepiej zrozumieć, dlaczego AI może być cenną pomocą, a zarazem wymagać podejścia trzeźwego i czujnego. W ostatnich latach jej prywatne wykorzystanie znacznie wzrosło i z wielu stron podejmuje się refleksję nad możliwościami i zagrożeniami związanymi z jej szybkim upowszechnieniem. W przypadku użycia osobistego należy zwrócić szczególną uwagę na trzy aspekty: łatwość uzyskania wyniku, wrażenie obiektywności oraz symulację komunikacji ludzkiej. Szybkość i prostota, z jakimi można uzyskać wskazówki, złożone opracowania, treści medialne oraz formy konkretnej pomocy upraszczają nasze życie, mogą jednak także przyzwyczajać nas do zbyt daleko idącego delegowania zadań i do szukania gotowych odpowiedzi, osłabiając osobisty osąd i kreatywność. Wrażenie obiektywności, jakie mogą wywoływać odpowiedzi i propozycje tych systemów, niesie ryzyko, że zapomnimy, iż odzwierciedlają one parametry kulturowe tych, którzy je zaprojektowali i wytrenowali, ze wszystkimi ich zaletami i wadami. Sztuczne naśladowanie pozytywnej komunikacji ludzkiej – słów rady, empatii, przyjaźni, miłości – może być satysfakcjonujące, a nawet użyteczne, ale niewystarczająco świadomych użytkowników może wprowadzać w błąd i stwarzać złudzenie, że pozostają oni w relacji z autentycznym podmiotem osobowym. Gdy słowo jest symulowane, nie buduje relacji, lecz jedynie jej pozór. Sztuczne naśladowanie relacji opiekuńczej lub towarzyszenia może stać się niebezpieczne, gdy wkrada się w kontekst ubogi w realne relacje i uczucia: wówczas istnieje ryzyko nie tylko tego, że jakaś osoba uwierzy, iż rozmawia z inną osobą, lecz tego, że utraci samo pragnienie rzeczywistego szukania drugiego człowieka.
Poszerzając spojrzenie na zastosowanie AI w naszych społeczeństwach, stwierdzamy, że jest ona już obecna w procesach decyzyjnych we wszystkich dziedzinach i na różnych poziomach: w komunikacji, zarządzaniu i kontroli. Korzyści w zakresie efektywności oraz potencjał poprawy niektórych usług są oczywiste; jednak szybkie i bezkrytyczne wdrażanie naraża nas na różne ryzyka, w tym także na ryzyko niedocenienia jej wpływu na środowisko. Obecne systemy AI wymagają wielkich ilości energii i wody, w sposób znaczący wpływają na emisję dwutlenku węgla i intensywnie zużywają zasoby. Wraz ze wzrostem złożoności, zwłaszcza w przypadku wielkich modeli językowych, rosną także potrzeby w zakresie mocy obliczeniowej i zdolności przechowywania danych, opierające się na całym zespole maszyn, przewodów, centrów danych i energochłonnej infrastruktury. Dlatego niezbędne jest rozwijanie bardziej zrównoważonych rozwiązań technologicznych w celu zmniejszenia wpływu na środowisko i ochrony naszego wspólnego domu [124].
Odpowiedzialność, przejrzystość i zarządzanie sztuczną inteligencją
Korzystanie z AI nigdy nie jest faktem czysto technicznym: kiedy wkracza ona w procesy oddziałujące na życie ludzi, dotyka praw, szans, reputacji i wolności. Delikatne decyzje dotyczące pracy, kredytu, dostępu do usług i reputacji osób mogą zostać powierzone całkowicie systemom zautomatyzowanym, które nie znają „współczucia, miłosierdzia, przebaczenia, a nade wszystko otwartości na nadzieję przemiany osoby” [125]i w ten sposób mogą rodzić nowe formy wykluczenia. Mogą istnieć zastosowania w oczywisty sposób antyludzkie, jak manipulowanie informacją czy naruszanie prywatności, ale może istnieć także pułapka mniej jawna, gdy systemy AI, przedstawiając się jako neutralne i obiektywne, odzwierciedlają i umacniają stereotypy lub stanowiska ideologiczne tych, którzy je zaprojektowali i wytrenowali.
Powierzyć w praktyce algorytmowi władzę rozstrzygania o tym, kto zasługuje, a kto nie, bez tego, by ktokolwiek brał już na siebie ciężar decyzji, znaczy powierzyć mu zadanie ponownego wyznaczania granic ludzkich możliwości. Tym, czego w tym procesie brakuje, nie jest tylko empatia wobec wykluczonego, którą można sztucznie naśladować, lecz odpowiedzialność polityczna, ponieważ odrzucenie słabych zostaje przyobleczone w pozór neutralności i obiektywności, wobec których nie sposób protestować. Tym samym niesprawiedliwość staje się milcząca, a współczucie, miłosierdzie i przebaczenie – nie jako zwykły pozór, lecz jako gesty polityczne – znikają z horyzontu.
Z tego wynika prosta, ale zobowiązująca konsekwencja: nie możemy uważać AI za moralnie neutralną. W rzeczywistości każde urządzenie techniczne niesie z sobą wybory i priorytety: to, co mierzy, to, co ignoruje, to, co optymalizuje, a także sposób, w jaki klasyfikuje osoby i sytuacje. Jeśli jakiś system zostaje pomyślany lub wykorzystywany w taki sposób, że traktuje niektóre życia jako mniej godne albo wyklucza je bez możliwości odwołania, nie jest on zwykłym narzędziem, „którego należy dobrze używać”: wprowadza już kryterium sprzeczne z niezbywalną godnością osoby. Dlatego rozeznawanie etyczne nie może ograniczać się do pytania, czy używamy danego systemu do celu dobrego czy złego, lecz musi także pytać, jak został on zaprojektowany i jaka wizja osoby oraz społeczeństwa została wpisana w dane i modele, które nim kierują [126].
Aby AI szanowała godność ludzką i rzeczywiście służyła dobru wspólnemu, konieczne jest, by odpowiedzialność była jasno określona na wszystkich etapach: od tych, którzy projektują i trenują systemy, aż po tych, którzy z nich korzystają, oraz tych, którzy decydują o powierzeniu im konkretnych rozstrzygnięć. W wielu przypadkach jednak wewnętrzne procesy prowadzące do danego wyniku mogą pozostawać mało przejrzyste, a to utrudnia przypisanie odpowiedzialności i korygowanie błędów. Właśnie tutaj decydującego znaczenia nabiera to, co nazywamy accountability– możliwość ustalenia, kto ma „zdać sprawę” z decyzji, uzasadnić je, poddać kontroli, a gdy to konieczne – zakwestionować je i naprawić szkody, które z nich wynikają [127].
Domagać się roztropności, wnikliwej weryfikacji, a niekiedy nawet spowolnienia we wdrażaniu sztucznej inteligencji nie znaczy być przeciwnikiem postępu, lecz wyrażać odpowiedzialną troskę o rodzinę ludzką. Wymóg ten jest tym pilniejszy, że często istnieje brak równowagi między szybkością rozwoju technologicznego a tempem, w jakim dojrzewają świadomość, normy, mechanizmy kontroli i instytucje zdolne zarządzać jego skutkami. Nie wystarczy ogólnikowo odwoływać się do etyki: potrzebne są odpowiednie ramy prawne, niezależny nadzór, edukacja użytkowników oraz polityka, która nie wyrzeka się własnego zadania. W przeciwnym razie zmiana będzie zarządzana wyłącznie przez logikę technokratyczną i przedstawiana jako konieczna oraz nieuchronna, kończąc się narzucaniem reguł dyktowanych przez tych, którzy posiadają dane, infrastrukturę i zdolności obliczeniowe.
Nie możemy ograniczać się do postulowania moralizacji maszyny, tak zwanego „dostosowania” (alignment) AI do wartości ludzkich, nie mając odwagi postawić jeszcze jednego warunku: możliwości dyskutowania o kodeksie etycznym, który ma zostać zastosowany, poddając go kryteriom wspólnie podzielanej sprawiedliwości społecznej. W przeciwnym razie ci, którzy kontrolują AI, narzucą własną wizję moralną, która stanie się niewidzialną infrastrukturą systemów. Nie wystarczy, by AI była bardziej moralna, jeśli o tej moralności decydują nieliczni. Potrzeba polityki bardziej obecnej, zdolnej spowalniać tam, gdzie wszystko przyspiesza, i chronić przestrzenie, w których wspólnoty mogą nadal uczestniczyć i stawiać pytania.
Istotnie, jak bywa w przypadku każdego wielkiego przełomu technologicznego, AI skłonna jest pomnażać przede wszystkim władzę tych, którzy już dysponują zasobami ekonomicznymi, kompetencjami i dostępem do danych. W świetle dobra wspólnego i powszechnego przeznaczenia dóbr zjawisko to budzi poważny niepokój: małe, lecz bardzo wpływowe grupy mogą ukierunkowywać informację i konsumpcję, warunkować procesy demokratyczne i oddziaływać na dynamikę gospodarczą dla własnej korzyści, wbrew sprawiedliwości społecznej i solidarności między narodami. Dlatego niezbędne jest, by korzystaniu z AI – zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy ona dóbr publicznych i praw podstawowych – towarzyszyły jasne kryteria i skuteczne mechanizmy kontroli, inspirowane uczestnictwem i zasadą pomocniczości: wspólnoty i ciała pośrednie nie mogą zostać zredukowane do roli odbiorców decyzji podjętych gdzie indziej, lecz muszą móc wnosić swój wkład w rozeznawanie i nadzór. Ponadto własność danych nie może być powierzona wyłącznie podmiotom prywatnym, lecz musi zostać poddana regulacjom. Dane są owocem wkładu wielu osób i nie mogą być sprzedawane ani powierzane nielicznym. Potrzebna jest kreatywność zdolna zarządzać nimi jako jednym z dóbr wspólnych lub zbiorowych, w logice współdzielenia, jak sugerował już św. Jan Paweł II w odniesieniu do dóbr zbiorowych [128].
Zasady nauki społecznej pomagają nam odczytywać tę nową rzeczywistość. W świecie, w którym nieliczne podmioty skupiają dane, kapitał obliczeniowy i zdolność normatywną, mówienie o dobru wspólnym oznacza demaskowanie tej nowej asymetrii epistemicznej, ekonomicznej i politycznej, nazywając po imieniu nowe monopole AI. Mówienie o powszechnym przeznaczeniu dóbr oznacza szukanie sposobów zapewnienia powszechnego dostępu do technologii i formacji. Mówienie o pomocniczości oznacza ochronę zdolności wspólnot do wybierania i korygowania, nie sprowadzając ich udziału do samego nadzoru po tym, jak standardy zostały ustalone gdzie indziej. Mówienie o solidarności zobowiązuje do uznania niewidzialnej pracy, często wykonywanej w warunkach wyzysku, która zasila modele algorytmiczne. Mówienie o sprawiedliwości oznacza pytanie o geografie władzy wyznaczające, kto może trenować modele, a kto jest jedynie przedmiotem tego treningu, oraz uznanie, że sprawiedliwość społeczna nie jest tylko celem, którego należy strzec po wdrożeniu technologii, lecz warunkiem uprzednim, który trzeba urzeczywistniać już w samym ich projektowaniu.
Chciałbym wreszcie użyć słowa, które jest mi szczególnie drogie: „rozbroić”. Rozbroić AI znaczy wyrwać ją z logiki zbrojnej rywalizacji, która dzisiaj nie jest już wyłącznie militarna, lecz także ekonomiczna i poznawcza. Jest to wyścig do stworzenia najsprawniejszego algorytmu i najszerszego zbioru danych (dataset)po to, by utrwalić przewagę geopolityczną lub handlową nad wszystkimi innymi. Rozbroić znaczy zerwać tę równoznaczność między potęgą techniczną a prawem do rządzenia. Rozbroić nie znaczy wyrzec się technologii, lecz nie dopuścić, by zapanowała nad tym, co ludzkie. Znaczy wyzwolić ją spod monopoli, uczynić ją przedmiotem debaty i sprzeciwu, a tym samym przestrzenią przyjazną ludziom, przywracając ją wielości ludzkich kultur i form życia. Zadanie stojące dziś przed nami nie ma wymiaru tylko etycznego ani tylko technicznego: ma ono charakter ekologiczny w sensie najbardziej radykalnym, ponieważ dotyczy nowego wymiaru naszego wspólnego domu. Sztuczna inteligencja jest już środowiskiem, w którym jesteśmy zanurzeni, i władzą, z którą musimy się liczyć. Dlatego nie wystarczy jej regulować: trzeba ją rozbroić i uczynić przyjazną.
Szczególny apel kieruję do tych, którzy zajmują się rozwijaniem systemów sztucznej inteligencji. Innowacja technologiczna może być w pewnym sensie ludzką formą uczestnictwa w Bożym akcie stworzenia. Na twórcach systemów AI spoczywa zatem szczególna odpowiedzialność etyczna i duchowa, ponieważ każda decyzja projektowa wyraża określoną wizję ludzkości. Tak jak autor dzieła artystycznego czy literackiego powinien brać pod uwagę wartości, które ono wyraża, tak i oni powinni z należytą powagą traktować wartości, które wpisują w swoje projekty: w sposób przejrzysty, z poczuciem odpowiedzialności wobec społeczności, których one dotyczą, oraz z czujnością, która pozwala zweryfikować, czy to, co jest rozwijane, rzeczywiście służy dobru.
To, czego nie możemy utracić
Po przywołaniu kwestii odpowiedzialności i zarządzania AI trzeba powrócić do naszego tematu centralnego: co to znaczy troszczyć się o to, co ludzkie. Zagrożenie nie polega jedynie na tym, że niektóre technologie mogą być źle używane, lecz na tym, że paradygmat technokratyczny, w którym jesteśmy zanurzeni, wzmocniony przez rewolucję cyfrową i AI, sprawia, iż za słuszną i normalną zaczyna uchodzić wizja antyludzka, wedle której pełnia życia miałaby polegać na tym, by więcej posiadać, zmniejszać kruchość, eliminować to, co nieprzewidywalne, i wszystko kontrolować. Gdy wydajność staje się miarą wartości, człowiek ulega pokusie myślenia o sobie bardziej jako o projekcie, który należy zoptymalizować, niż jako o stworzeniu powołanym do relacji i komunii.
W rzeczywistości absolutyzowanie jednego tylko wymiaru człowieka jest zawsze błędem. Nie tylko bowiem brak rodzi nieład. Również to, co wzrasta bez miary, może stać się formą biedy. W ekosystemie harmonia zostaje zachwiana, gdy jeden gatunek zaczyna dominować kosztem pozostałych. Podobnie dzieje się w przypadku człowieka, gdy jakaś jedna z jego władz rości sobie pretensję do bycia miarą wszystkiego. Tak więc inteligencja, gdy zostaje absolutyzowana, ostatecznie przesłania inne istotne wymiary życia: uczucia, wolę, oddanie i relację. Jeśli władza techniczna nie zostaje zrównoważona, nie zwiększa naszych zdolności, ale czyni nas bardziej samotnymi i bardziej wystawionymi na logikę panowania i wykluczenia. Nie chodzi oczywiście o przeciwstawianie się inteligencji, lecz o przypomnienie, że kiedy zamyka się ona w sobie samej, zapomina, iż została dana po to, by służyć życiu i osobie ludzkiej.
Jakość cywilizacji mierzy się nie potęgą jej środków, lecz troską, jaką potrafi otoczyć człowieka, zdolnością uznania drugiego za twarz, a nie za funkcję. Zdolność troski jedni o drugich stanowi ważny wymiar naszego człowieczeństwa. Zdolności tej uczy się i doskonali się ją poprzez doświadczenie. Czytanie baśni dziecku, towarzyszenie osobie starszej, uczynienie jakiegoś miejsca gościnnym – to gesty przeżywane w środowisku rodzinnym, które pomagają nam uczyć się i uwewnętrzniać znaczenie troski także na poziomie społecznym oraz wyrabiają w nas zdolność uznawania drugiego człowieka za osobę godną uwagi. Technologia może wspierać także wzajemną troskę między ludźmi, na przykład, jeśli dostarcza narzędzi pomagających przewidywać i organizować, ale nie pozbawia istoty ludzkiej jej wolności i zdolności osądu, skoro to człowiek jest podmiotem relacji i ponosi odpowiedzialność za decyzje.
Podstawowe narracje: transhumanizm i posthumanizm
Próbując wydobyć kulturowe założenia towarzyszące trwającej rewolucji cyfrowej, chciałbym teraz zwrócić uwagę na niektóre nurty, które postrzegają postęp jako przekroczenie tego, co ludzkie, a które możemy określić jako transhumanizm i posthumanizm. Stanowią one ideologiczne tło obecne w niektórych ośrodkach władzy technologicznej i w uproszczonej formie kolonizują wyobraźnię zbiorową, szczególnie za pośrednictwem mediów i sieci społecznościowych, wzbudzając entuzjazm dla nowych technologii przez futurystyczną wizję „człowieka wzmocnionego” albo „człowieka zhybrydyzowanego” z maszyną.
Transhumanizm i posthumanizm obejmują wielość nurtów i wrażliwości, dlatego trudno przedstawić ich jednoznaczny opis. Można je porównać do archipelagu różnych wysp pojęciowych, połączonych jednak tym samym morzem założeń, jakim jest centralne miejsce techniki i marzenie o przekroczeniu granic ludzkiej kondycji. Ogólnie rzecz biorąc, transhumanizm wyobraża sobie wzmocnienie istoty ludzkiej za pośrednictwem technologii (biomedycyny, inżynierii ciała, urządzeń i algorytmów) w celu zwiększenia jej sprawności i zdolności. Posthumanizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych odmianach, idzie jeszcze dalej: krytykuje antropocentryzm i kreśli perspektywę formy hybrydyzacji istoty ludzkiej, maszyny i środowiska, aż po wyobrażenie sobie przekroczenia progu, w którym ludzkość przezwycięży samą siebie, wchodząc w nowe stadium ewolucji. Nawet gdy hipotezy te pozostają w dużej mierze spekulatywne, nabierają znaczenia, ponieważ zmieniają wyobraźnię zbiorową, a w konsekwencji ukierunkowują wybory społeczne, gospodarcze i polityczne [129].
W świetle nauki społecznej Kościoła punktem krytycznym nie jest samo używanie techniki, lecz wizja leżąca u jej podstaw: jeśli istota ludzka jest traktowana jako materiał do udoskonalenia albo do przekroczenia, wówczas łatwiej przyjąć, że niektórzy zostaną uznani za mniej użytecznych, mniej pożądanych czy mniej godnych. W imię postępu można dojść do wyobrażenia sobie „koniecznych ofiar” i kazać najsłabszym płacić cenę domniemanej optymalizacji gatunku. Wspomniana już przestroga św. Pawła VI pozostaje więc niezwykle dalekowzroczna: osiągnięcia nauki i techniki, jeśli zostają oderwane od postępu moralnego i społecznego, w końcu obracają się przeciwko człowiekowi [130]. Dlatego konieczne jest jasne odróżnienie jednego od drugiego: czym innym jest włączanie technologii w wizję ludzką i relacyjną, czym innym zaś poddanie się wyobraźni, która deprecjonuje ograniczenia i obiecuje czysto techniczne „zbawienie”.
Ograniczenia, serce i wielkość istoty ludzkiej
Wydaje się, że nasze odnoszenie się do życia znajduje się dziś w kryzysie. Wszystko to, co jawi się jako „ograniczenie” – niezdolność, choroba, starość, cierpienie, podatność na zranienia – bywa odczytywane przede wszystkim jako defekt, który należy skorygować, a nie jako przestrzeń, w której człowiek dojrzewa i otwiera się na relację. Tymczasem trzeba pamiętać, że człowieczeństwo rozkwita nie pomimoograniczenia, lecz bardzo często poprzez ograniczenie. Spojrzenie na rzeczywistość w świetle wiary pomaga rozpoznać to, co nazywamy „przygodnością” rzeczy tego świata. O ile z jednej strony naszym obowiązkiem jest starać się usuwać cierpienie naznaczające ludzkie życie, o tyle z drugiej mądrze jest uznać naszą konstytutywną skończoność, wiedząc, że „doświadczenie religijne, a w szczególności wiara chrześcijańska, proponują przeżywanie – bez uproszczeń – tej ambiwalencji między wielkością a ograniczonością człowieka, odczytywanej w świetle pierwotnej i fundamentalnej relacji z Bogiem” [131].
To właśnie w naszej ograniczoności znajdują miejsce współczucie, szczera troska o potrzeby innych, wielkoduszność, która potrafi zaskoczyć nawet pośród mroku i porażki, doświadczenie duchowe oraz adoracja Boga. Widzimy to w wielu chwilach, gdy ograniczenie staje się w naszym życiu czymś konkretnym: gdy spotyka nas odrzucenie, gdy cierpimy z powodu choroby albo śmierci ukochanej osoby, gdy doświadczamy własnej niezdolności lub porażki. W tajemniczy sposób właśnie w takich chwilach możemy odnaleźć nową mądrość, namacalnie doświadczyć serdeczności innych ludzi i doznać obecności Pana.
Także wtedy, gdy ograniczenie objawia się jako ból wewnętrzny, mądrość życiowa uczy, by go nie usuwać ani nie tłumić, lecz go integrować. Aby całkowicie stłumić ból, trzeba by w gruncie rzeczy wygasić również miłość i pragnienie. Kto bowiem kocha i pragnie, nie może uniknąć przejścia przez próbę i cierpienie; dlatego też przez lata nosimy w sobie nauczanie, które odciska się jak blizny – pamięć drogi przebytej pośród wolności i upadków, marzeń i rozczarowań. Dopiero dzięki splotowi tych elementów dokonują się w sercu owe duchowe cuda, które pozwalają nam kosztować najsłodszy smak naszego człowieczeństwa [132]. Rezygnacja z tej przygody – zarazem dramatycznej i wspaniałej – w imię rzekomego przezwyciężenia wszelkiego ograniczenia mogłaby oznaczać wszystko, tylko nie to, by pozostać istotą ludzką.
Moralne zepsucie wynikające z ograniczoności właściwej stworzeniu – zło, które w sposób oczywisty porusza serce człowieka – rujnuje społeczeństwo i ludzkie życie, dochodząc aż do skrajnych postaci odczłowieczenia. A jednak także ta bolesna forma ograniczenia pozostawia otwarte szczeliny dla dobra. Nawet wtedy, gdy istota ludzka się dehumanizuje i wywołuje tragedie, małe światełko nadal świeci w człowieczeństwie i pozostaje zdolne rozpalić się na nowo – za łaską Boga – na drogach nawrócenia i pojednania. Viktor Frankl słusznie mówił, że w chwilach grozy „mieliśmy okazję przekonać się, jaki naprawdę jest człowiek. Jest on wszak istotą, która skonstruowała komory gazowe w Auschwitz, a zarazem tą samą istotą, która wchodziła do owych komór z podniesioną głową i modlitwą Pańską – Szema Jisrael– na ustach” [133].
Kiedy skończoność zostaje przyjęta w prawdzie, nie zubaża istoty ludzkiej, lecz otwiera ją na rozpoznanie oblicza Boga i drugiego człowieka. Właśnie dlatego, że doświadcza ograniczenia – zranienia, bólu, porażki – może ona uznać własną i cudzą godność za nienaruszalną. I właśnie w tym samym doświadczeniu ograniczenia człowiek pozostaje zdolny do przeczuwania braterstwa jako większego od siebie i uznawania niesprawiedliwości jako zgorszenia. Kultura i sztuka, gdy są autentyczne, strzegą tej iskry, nie dopuszczając do normalizacji zła. W ten sposób niektóre dzieła nabrały wartości quasiprofetycznej: IX SymfoniaBeethovena jako pragnienie jedności; Guernica jako potępienie dehumanizacji; Lista Schindlera jako wezwanie, by przeszłości nie skazywać na zapomnienie.
Historia jawi się nie tylko jako katalog naszych aktów przemocy, lecz także jako dowód, że człowiek potrafi tworzyć instytucje zdolne chronić wspólne życie. W ostatnich dwóch stuleciach widzimy to w kilku znamiennych osiągnięciach: w powstaniu Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (1863), którego operacyjna neutralność zapewnia wszystkim pełną współczucia opiekę; w długim procesie, który doprowadził do zniesienia niewolnictwa, a który nie był zwykłą zmianą prawną, lecz przemianą świadomości; w ustanowieniu Organizacji Narodów Zjednoczonych (1945) i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka(1948), które ustaliły wspólny język pozwalający powiedzieć – przynajmniej jako wspólny ideał – że godność jest powszechna; w Konwencji dotyczącej statusu uchodźców (1951), uznającej obowiązek ochrony wobec tych, którzy uciekają przed prześladowaniami i zagrożeniem. W tych przykładach pragnienie dobra przekłada się konkretnie na formy publiczne – normy, instytucje, praktyki – zdolne do ograniczania siły i obrony słabych. Nic z tego jednak nie zrodziło się bez zmagania się z oporem, małostkowymi interesami i kulturową inercją. Zdobyczom moralnym niemal zawsze towarzyszy oblicze drogi długiej i mozolnej, naznaczonej także porażkami: pomyślmy o przerwanych procesach pokojowych czy o powolnie wdrażanych zobowiązaniach ekologicznych. A przecież właśnie kruchość tych osiągnięć ukazuje, jak cenna jest odpowiedzialność tych, którzy je inicjują i je wspierają.
Niektóre wydarzenia pomagają dostrzec, że historia może się zmieniać, kiedy choćby jeden mężczyzna lub jedna kobieta naprawdę poważnie traktują godność wszystkich: ruch na rzecz praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych Ameryki, związany także ze świadectwem Martina Luthera Kinga Jr., czy też kres apartheiduw Republice Południowej Afryki po uwolnieniu Nelsona Mandeli i jego decyzji, by nie oddawać przyszłości w ręce nienawiści. W odmiennych kontekstach wyróżniły się ponadto kobiety odważne i wielkoduszne, takie jak św. Laura Mantoya, św. Teresa z Kalkuty, Dorothy Day, Maria Skłodowska-Curie, Maria Montessori, Elisabeth Elliot, Wangari Maathai, Benazir Bhutto i wiele innych ze wszystkich kontynentów, które swoim zaangażowaniem przyczyniły się do uczynienia historii bardziej ludzką.
Obok tych znaków publicznych istnieje bardziej ukryta, lecz decydująca tkanka: wspólnoty zakonne, które wybierają miejsca dotknięte nędzą i niebezpieczne; męczennicy braterstwa i sprawiedliwości – jak św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Oscar Romero i bł. Enrique Angelelli, wraz ze świadkami, którzy w trudnych i często nieludzkich warunkach wcielali nadzieję Ewangelii i godność człowieka; jak czcigodny François-Xavier Nguyễn Văn Thuận. Nade wszystko zaś „męczennicy codzienności”, którzy bez rozgłosu troszczą się, wychowują, towarzyszą i pocieszają – jak rodzice, pielęgniarze, lekarze, wolontariusze, osoby pozostające u boku osoby starszej lub wykluczonej. Ich świadectwo pokazuje, że dobro nie dokonuje się automatycznie, lecz wymaga wytrwałości, pamięci i nawrócenia, które uzdalnia do zaczynania od nowa nawet po porażkach.
Właśnie to połączenie sprawiedliwych instytucji, wiarygodnych świadectw i codziennych wierności podtrzymuje nadzieję i wskazuje kierunek: rozwijać technikę, nie dopuszczając do cofania się serca. Dlatego człowieczeństwo – wspaniałe i zranione – nie może zostać ani zastąpione, ani przekroczone: może przyjmować postępy techniki, by łagodzić cierpienia i otwierać nowe możliwości, pod warunkiem, że nie wyprze się tego, co stanowi o jego tożsamości, czyli zdolności do relacji i miłości. W tym miejscu nasuwa się pytanie rozstrzygające: jeśli istnieje coś, co jest autentycznie „więcej niż ludzkie”, to gdzie to się znajduje? Wiara chrześcijańska odpowiada, wskazując na spełnienie, które nie wypływa z technologicznego ubóstwienia człowieka, lecz z przebóstwienia dokonywanego przez łaskę Bożą otrzymaną w Chrystusie.
To, co prawdziwie „więcej niż ludzkie”: łaska i humanizm chrześcijański
Wyrażenie „więcej niż ludzkie” nie należy wyłącznie do języka technicznych obietnic. Od wieków tradycja chrześcijańska głosi, że istota ludzka nie jest zamknięta w granicach własnej natury, lecz jest powołana do przekraczania samej siebie – nie przez ucieczkę od rzeczywistości ani przez wzgardę dla ograniczeń, lecz po to, by osiągnąć pełnię w miłości. Wiara zna to, co wykracza „poza”, co rodzi się z daru Bożego. Ta przemiana jest dziełem Ducha Świętego. Jak nauczał św. Tomasz z Akwinu, ten proces wyniesienia i przemiany „przewyższa zdolność natury” [134], ponieważ między naszą naturą a życiem Boga istnieje nieskończony dystans [135]. A jednak możliwe jest wszczepienie nas w łono tego niewyczerpanego życia, nawet wtedy, gdy wędrujemy pośród ograniczeń tego świata. I tylko Nieskończony, który daje samego siebie, może uczynić tę wędrówkę możliwą: sam Bóg przekracza ową „nieskończoną” niewspółmierność [136]. Tak dokonuje się nowe stworzenie człowieka: „Jeżeli więc ktoś [pozostaje] w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto «wszystko» stało się nowe” ( 2 Kor5, 17).
Kiedy uznajemy tę możliwość przekraczania samych siebie z pomocą łaski Boga, nie zaprzeczamy samym sobie ani nie stajemy się mniej ludzcy. Przeciwnie, jak wyjaśnia Papież Franciszek: „Stajemy się w pełni ludzcy, gdy przekraczamy nasze ludzkie ograniczenia, gdy pozwalamy Bogu poprowadzić się poza nas samych, aby dotrzeć do naszej prawdziwej istoty” [137]. W tym właśnie ujawnia się radykalna różnica wobec prometejskich marzeń: człowieka nie ocala wzmocniona samowystarczalność, lecz relacja, która wyzwala, oraz komunia, która przemienia. Wobec tego technologia, która klasyfikuje i optymalizuje to, co już istnieje, może – niezamierzenie – stać się przeszkodą dla przemiany i wzrostu. Dla algorytmu błąd jest czymś, co należy skorygować; dla osoby może stać się początkiem głębokiej przemiany. Przyszłości osoby nie da się obliczyć, ponieważ jest ona powierzona jej wolności, wyniesionej przez niewyczerpaną łaskę Bożą, oraz więziom, które pielęgnuje.
Dwa miasta i dwie miłości
Humanizm chrześcijański nie odrzuca nauki i techniki, lecz przyjmuje je z wdzięcznością i realizmem oraz osadza je mocno w rzeczywistości, wpisując w wyższe powołanie. Twórcza inteligencja istoty ludzkiej jest darem, który może łagodzić cierpienia i otwierać nowe możliwości, musi jednak pozostawać podporządkowana dobru wspólnemu, sprawiedliwości, trosce o słabych i o stworzenie. W tym sensie rzeczywista alternatywa nie polega na wyborze między entuzjazmem a lękiem, lecz między dwoma sposobami budowania: między postępem, który służy osobie i narodom, oraz postępem, który podporządkowuje je logice władzy. Ostatecznie rozstrzygającym jest pytanie, na które wskazywał św. Jan Paweł II: czy AI „czyni życie ludzkie na ziemi pod każdym względem «bardziej ludzkim», bardziej «godnym człowieka»?” [138]. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, wówczas możemy uznać w niej dobrą możliwość, którą należy wykorzystać odpowiedzialnie na drodze cierpliwej i wspólnej odbudowy, wzorowanej na odrodzeniu Jerozolimy opisanym w Księdze Nehemiasza. Jeżeli natomiast rośnie potęga, podczas gdy serce jałowieje, a więzi się rozpadają, wówczas mamy do czynienia z nową formą wieży Babel: budowlą wspaniałą, ale nieludzką.
Stawiać sobie pytanie o tę alternatywę postępu oraz o nasz sposób jej rozumienia i przeżywania, to w gruncie rzeczy zawsze pytać również o własne serce. Sposób bowiem, w jaki myślimy o relacjach, pracy i instytucjach, oraz jak je kształtujemy, ujawnia nasze podstawowe wartości i w ostatecznym rozrachunku rodzi się z tego, co jest najbliższe sercu. Prowadzi nas miłość: to, co naprawdę kochamy – jako jednostki i jako społeczeństwo – nadaje kierunek naszemu życiu i działaniu. Św. Augustyn opisuje historię ludzkości jako miejsca zmagania dwóch miłości, które zbudowały dwa sposoby zamieszkiwania świata i współżycia – dwa „miasta” [„państwa”]: z jednej strony miłość Boga i bliźniego, z drugiej zaś miłość wyłącznie siebie samego. „Dwojaka tedy miłość dwojakie państwo uczyniła: ziemskie państwo uczyniła miłość własna aż do pogardy Boga posunięta; niebieskie państwo uczyniła miłość Boża aż do pogardy siebie samego posunięta” [139]. Jak w całych dziejach ludzkości, tak i dziś te dwie miłości walczą w naszym sercu o pierwszeństwo. Epoka AI nie wymyka się tej regule: budowa wieży Babel albo Jerozolimy zaczyna się w każdym z nas.
Po naszkicowaniu horyzontu, w którym sytuuje się wyzwanie przemiany technologicznej, a zwłaszcza tej związanej z AI oraz nurtami transhumanistycznymi i posthumanistycznymi, nie możemy zatrzymać się na poziomie samych tylko analiz ogólnych. Gdy zmieniają się języki i narzędzia, zmieniają się również codzienne gesty i relacje społeczne. Dlatego trzeba zatrzymać się nad niektórymi przestrzeniami, w których przemiany te pociągają za sobą bardzo konkretne, a niekiedy dramatyczne konsekwencje. W świetle zasad nauki społecznej Kościoła przemiana cyfrowa domaga się od nas ponownego odkrycia prawdy jako dobra wspólnego, ochrony godności pracy oraz strzeżenia wolności przed wszelką zależnością i utowarowieniem.
Prawda jako dobro wspólne
Prawda i demokracja
Wykorzystanie platform cyfrowych i systemów AI przyspiesza głębokie przemiany w komunikacji publicznej i politycznej. Narzędzia, które mogłyby sprzyjać debacie i uczestnictwu, bywają często wykorzystywane do tworzenia zniekształconych narracji i zacierania granic między prawdą a fałszem przez mieszanie faktów i opinii. Dezinformacja nie narodziła się wraz z AI, lecz znajduje dziś w niej potężny czynnik zwielokrotnienia. Możliwość manipulowania treściami, obrazami i filmami wystawia obywateli na jednostronne lub wprowadzające w błąd perspektywy. Problem ten dotyczy wymiaru kulturowego i moralnego, ponieważ jakość komunikacji publicznej bezpośrednio zależy od zaufania społecznego i zarazem na nie oddziałuje. Wiarygodna informacja nie rodzi się bowiem ze scentralizowanej ani zautomatyzowanej kontroli. W dyskursie publicznym prawda faktów ma wymiar racjonalny, ponieważ wymaga weryfikacji, potwierdzenia źródeł i odpowiedzialności w argumentacji; jeszcze głębiej jednak ma wymiar relacyjny: buduje się przez więzi zaufania i wspólne praktyki, w uczciwej konfrontacji z innymi i z rzeczywistością. Jedynie wspólne poszukiwanie prawdy o faktach, uznanej za dobro wspólne, może stać się podstawą sprawiedliwej komunikacji.
Ci, którzy dysponują potężnymi środkami technicznymi i ekonomicznymi – a wraz z nimi także znacznymi zasobami ludzkimi potrzebnymi do oddziaływania – mają wielką zdolność wywoływania przemian kulturowych i – ostatecznie – przekonywania znacznej liczby osób co do tego, jaka jest prawda o istocie ludzkiej, o świecie, o sensie istnienia, o rodzinie, a nawet o Bogu. Jest to czysta władza pozbawiona prawdy, która w sposób subtelny lub jawny narzuca to, co chce, aby inni uznali za prawdziwe. U podłoża tego wszystkiego kryje się chora, trudna do rozpoznania przyczyna: fakt, że „człowiek współczesny żywi mylne przekonanie, że jest jedynym twórcą samego siebie, swojego życia i społeczeństwa. To mniemanie jest konsekwencją egoistycznego skupienia się na sobie” [140]. Dlatego człowiek sądzi, że może konstruować rzeczywistość i że to, co najlepiej odpowiada jego roszczeniom, samo przez się jest ważne. Św. Jan Paweł II rozważał konsekwencje „kryzysu wokół zagadnienia prawdy”, dochodząc do stwierdzenia: „Zanik idei uniwersalnej prawdy o dobru, dostępnym poznawczo dla ludzkiego rozumu, w nieunikniony sposób doprowadził także do zmiany koncepcji sumienia” [141]. W ten sposób zanika uznanie powszechnie obowiązujących prawd, które nas poprzedzają i które sumienie powinno uznać. To doprowadziło Papieża Franciszka do realistycznego pytania: „Czym jest prawo bez osiągniętego na długiej drodze ku refleksji i mądrości przekonania, że każdy człowiek jest sacrumi jest nietykalny?”, i do konkluzji: „Aby społeczeństwo mogło mieć przyszłość, konieczne jest, by dojrzał w nim zmysł poszanowania dla prawdy o godności ludzkiej, której się podporządkowujemy. Wówczas będziemy unikali zabicia kogokolwiek nie tylko, aby uniknąć społecznej pogardy i ze względu na prawo, ale i z przekonania. Jest to nieodzowna prawda, którą rozpoznajemy rozumem i akceptujemy sumieniem. Dane społeczeństwo jest szlachetne i godne szacunku również z powodu pielęgnowania poszukiwania prawdy i swego przywiązania do najbardziej podstawowych prawd” [142].
Poszukiwanie prawdy stanowi istotny element demokracji, która sama jest narzędziem uczestnictwa w dobru wspólnym. Kiedy pytanie o to, co jest prawdziwe, przestaje budzić zainteresowanie, a górę bierze pragmatyzm zadowalający się tym, co wydaje się użyteczne albo skuteczne, życie demokratyczne słabnie. Nie opiera się ono bowiem wyłącznie na zasadach i procedurach, lecz nade wszystko na lojalnym stosunku do faktów i rzeczywistym ukierunkowaniu na dobro osób oraz całego ciała społecznego. Obojętność wobec prawdy powoli, lecz nieuchronnie prowadzi ku totalitaryzmowi, dla którego – jak napisała filozof Hannah Arendt – idealnym poddanym jest nie tyle człowiek ideologicznie przekonany, ile „człowiek, dla którego nie istnieje już rozróżnienie między faktem a zmyśleniem (tzn. rzeczywistość doświadczenia) i rozróżnienie między prawdą a fałszem (tzn. normy myślenia)” [143].
Komunikacja i wyobraźnia zbiorowa
W tej perspektywie trzeba pamiętać, że komunikacja „nie jest tylko przekazywaniem informacji, ale także tworzeniem kultury” [144]. Treści krążące w środowiskach cyfrowych wpływają na sposób, w jaki osoby postrzegają świat i wprowadzają do świadomości zbiorowej obrazy oraz narracje, które ukierunkowują pragnienia i oddziałują na codzienne wybory. „Świat cyfrowy nie jest światem paralelnym ani czysto wirtualnym” [145], ponieważ to, co powstaje w sieci, staje się już częścią życia ludzi, zwłaszcza młodych.
Dlatego ci, którzy sprawują kontrolę nad platformami cyfrowymi i środkami przekazu, dysponują znaczną zdolnością oddziaływania na wyobraźnię zbiorową i przedstawiania określonej wizji rzeczywistości jako pożądanej. Jest to władza, która nieustannie domaga się oświecania przez poszukiwanie prawdy i poszanowanie godności człowieka, aby kultura rodząca się w sieci nie stała się narzędziem nadmiernego rozproszenia, ujednolicania i panowania, lecz przestrzenią, w której mogą dojrzewać wolność wewnętrzna i myślenie krytyczne.
Ku ekologii komunikacji
Pierwszym zadaniem, jakie stoi przed nami, jest to, by nie demonizować narzędzi ani ich nie ubóstwiać, lecz nimi kierować, wychodząc od jednej fundamentalnej zasady: prawda jest dobrem wspólnym, a nie własnością tych, którzy posiadają władzę lub są rozpoznawalni. Trzeba zatem rozwijać ekologię komunikacji: na poziomie regulacji publicznych oznacza to ustanawianie zasad, które uczynią bardziej przejrzystymi mechanizmy selekcji i wzmacniania treści, a zarazem zapewnią ochronę danych osobowych; na płaszczyźnie społecznej i kulturowej oznacza to wzmacnianie ciał pośrednich, wspieranie rzetelnego dziennikarstwa oraz takich miejsc debaty, w których większą wagę mają argumentacja i weryfikacja niż natychmiastowa reakcja; na poziomie szkoły i rodziny oznacza to dojrzewanie potrzeby nowej świadomości wychowawczej oraz formację do właściwego i krytycznego korzystania z narzędzi cyfrowych, AI oraz platform zakupowych i inwestycyjnych; na płaszczyźnie uniwersytetu zaś – podjęcie wielkiego wyzwania integracji wiedzy, rozwijając zarówno zdolność łączenia i harmonizowania różnych dziedzin poznania w celu odczytywania złożoności rzeczywistości, jak i techniki służące weryfikacji faktów.
Również wspólnoty chrześcijańskie powinny angażować się w transparentną komunikację i w uczciwe poszukiwanie faktów. Niestety, nie zawsze tak bywało. Ze wstydem obserwowaliśmy bolesne i trudne odkrywanie prawdy także o niektórych członkach Kościoła i o rzeczywistościach kościelnych. W szczególności niektórzy dziennikarze autentycznie oddani prawdzie odegrali zasadniczą rolę w ujawnianiu niesprawiedliwości i wykorzystania. Właśnie im chciałbym powtórzyć słowa, które Papież Franciszek skierował do watykanistów: „Dziękuję wam także za to, co opowiadacie o tym, co w Kościele nie funkcjonuje, za to, jak pomagacie nam nie zamiatać tego pod dywan, oraz za głos, który daliście ofiarom wykorzystania” [146]. Jednak czujność i transparentność są przede wszystkim poważną odpowiedzialnością samego Kościoła i nie wolno nam czekać, aż inni zmuszą nas do zmierzenia się z niewygodną prawdą o nas samych.
Przymierze wychowawcze dla ery cyfrowej
W czasach, gdy prawda bywa tak często naginana do interesów i strategii komunikacyjnych, świat wychowania i edukacji nabiera decydującego znaczenia. Gwałtowne przemiany technologiczne ukazują jednak wyraźnie, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani na płaszczyźnie wychowawczej. Wszechobecność mediów cyfrowych rodzi kulturę natychmiastowości i hiperstymulacji, która podsyca zniechęcenie, znużenie duchowe i apatię w obliczu wysiłku niezbędnego do poszukiwania prawdy.
Procesy wychowawcze potrzebują natomiast czasu na dojrzewanie, konfrontacji z rzeczywistością wykraczającą poza pozory oraz cierpliwej drogi. Kwestia ta ma charakter radykalny, ponieważ każda technologia wychowuje tego, kto się nią posługuje. Wychowywać do korzystania ze sztucznej inteligencji oznacza zatem także wychowywać do rozeznania, kiedy i w jakich celach nienależy jej używać. Szybkość i łatwość, z jaką otrzymuje się odpowiedź albo syntezę, niosą ryzyko wygaszenia pragnienia stawiania pytań, które tylko w dłuższej perspektywie przynoszą owoc. Jak pisze Platon, rzeczy najgłębszych i najważniejszych człowiek uczy się dopiero po długim czasie i wielu wysiłkach, podejmując wraz z innymi dyskusję i „ocierając” o siebie pojęcia oraz doświadczenia niczym krzemienie, aż w nas samych zapłonie iskra zrozumienia [147]. Trzeba wychowywać się do postu od sztucznej inteligencji i chronić naszą młodzież przed obietnicą doskonałej maszyny, przed tą subtelną pokusą, która każe uznać ludzkie myślenie za zbędne właśnie wtedy, gdy jest ono najbardziej potrzebne.
W ostatnich latach literatura psychologiczna i psychiatryczna z coraz większym naciskiem dokumentuje, w jaki sposób wczesna i nieograniczona ekspozycja na urządzenia cyfrowe oraz media społecznościowe może negatywnie wpływać na sen, uwagę, regulację emocjonalną i relacje, zwłaszcza w najbardziej wrażliwym wieku, co niekiedy prowadzi do dramatycznych konsekwencji. Do tego dochodzi łatwość dostępu do scen przemocy i okrucieństwa, które ranią wrażliwość, do treści pornograficznych i nadmiernie seksualizowanych, do przekazów banalizujących ciało i uczuciowość, do propozycji normalizujących zachowania ryzykowne. W sieci nie należą do rzadkości zjawiska uwodzenia, szantażu i wykorzystywania seksualnego nieletnich, tym bardziej podstępne, że wspierane przez używanie fałszywych profili, algorytmów wzmacniających niebezpieczne kontakty oraz przez narzędzia AI zdolne manipulować obrazami i nagraniami. Zbyt wczesne posiadanie osobistego telefonu i korzystanie z niego bez kontroli ze strony dorosłych może pogłębiać wrażliwość i sprzyjać uzależnieniom u młodych, wystawiając ich na dynamikę izolacji, przemocy rówieśniczej i cyberprzemocy oraz na presję dzielenia się intymnymi obrazami czy danymi wrażliwymi.
Rodzicom trudno jest samodzielnie opierać się naciskowi modeli biznesowych, które czerpią zysk z uwagi i czasu człowieka. Dlatego niezbędne jest przymierze między polityką, instytucjami wychowawczo-edukacyjnymi i rodzinami, zdolne do konkretnego wspierania dorosłych w ich zadaniu. Poprzez dalekowzroczne decyzje publiczne należy przeciwstawiać się doraźnemu interesowi platform – skupionych w rękach nielicznych – ilekroć pozostaje on w sprzeczności z dobrem małoletnich. W tej perspektywie zasadne są działania legislacyjne, które ustalą granice wieku, nałożą odpowiedzialność na dostawców usług – nie przerzucając ciężaru ograniczeń na rodziny – a także przewidzą szczególne zabezpieczenia przed wszelką formą wykorzystywania i przemocy seksualnej w sieci, tak aby rzeczywiście chronić dzieciństwo i dorastanie jako dobra cenne, powierzone naszej trosce [148]. Równocześnie trzeba wychowywać dzieci, młodzież i młodych, aby uczyli się rozpoznawać manipulacje, bronić własnej godności i szanować godność innych także w środowiskach cyfrowych [149].
Centralna rola szkoły
Szkoła jest miejscem, w którym nowe pokolenia mogą uczyć się szukać i miłować prawdę, stawiać pytania o sens życia i o godność każdej osoby. Dlatego wielu rodziców, którzy pragną, aby ich dzieci wzrastały jako osoby zdolne do nawiązywania relacji, krytycznego myślenia i trwałych wartości, pokłada w niej wielkie nadzieje, widząc w niej cennego sprzymierzeńca w wychowaniu swoich dzieci. Do rodziców należy bowiem pierwszorzędne i niezbywalne prawo wyboru rodzaju nauczania i formacji, jakie mają być przekazane ich dzieciom, zgodnie z własnymi przekonaniami moralnymi, kulturowymi i religijnymi. Świat szkoły staje dziś wobec kilku wyzwań, których nie można odkładać na później.
Pierwsze wyzwanie ma charakter społeczno-polityczny. Zarówno w obrębie poszczególnych krajów, jak i między różnymi regionami świata utrzymują się poważne nierówności w dostępie do wykształcenia podstawowego i do studiów wyższych. W niemałej liczbie państw rządzący nie przeznaczyli jeszcze środków koniecznych do zapewnienia wszystkim wysokiej jakości edukacji – zarówno przez odpowiednie wspieranie publicznego systemu szkolnictwa, jak i przez wspomaganie instytucji prywatnych, oferujących tę podstawową usługę. Gdy znaczna część kształcenia na różnych poziomach powierzona jest szkołom prywatnym, może się zdarzyć, że dostęp do szkoły byłby nazbyt uzależniony od możliwości finansowych rodzin, przy braku odpowiedniego wsparcia publicznego. Wobec tego ryzyka należy jednak docenić i wspierać wkład licznych katolickich dzieł wychowawczych, które – choć są instytucjami prywatnymi – zapewniają inkluzywne przyjęcie dzieciom i młodzieży z różnych środowisk, także wtedy, gdy sytuacja materialna rodzin by na to nie pozwalała.
Drugie wielkie wyzwanie ma charakter pedagogiczny. Wiele systemów kształcenia ma trudności z nadążaniem za tempem przemian i wspieraniem integralnego rozwoju uczniów. Rozwój technologii informatycznych i AI sprawia, że programy nauczania pomyślane dla innej epoki szybko stają się nieadekwatne, podczas gdy organizacja szkoły, przestrzeń, metody oceniania, a nawet sama postać nauczyciela domagają się ponownego przemyślenia w perspektywie wychowania naprawdę integralnego, otwartego na wszystkie wymiary osoby. Konieczne jest wspieranie stałej formacji nauczycieli przez cały okres ich kariery zawodowej, aby potrafili prowadzić twórczy dialog z nowymi technologiami, pomagając uczniom korzystać z nich w sposób odpowiedzialny, krytyczny i twórczy, a nie poddawać się biernie ich wpływowi.
Trzecie wielkie wyzwanie ma charakter intelektualny i mądrościowy. Jeśli nie zachowamy czujności, może ukształtować się system wychowawczy pozbawiony miłości do prawdy, w którym nieustanny przepływ informacji zastępuje trud poszukiwania, refleksji i rozeznawania. Mnożą się wiadomości fragmentaryczne, ale coraz trudniej uchwycić rzeczywistość w jej całości, stawiać pytania o sens i rozwijać autentyczne myślenie krytyczne oraz twórcze. Wielu wychowawców dostrzega już oznaki możliwej dehumanizacji, w której ludzie „wiedzą wiele rzeczy”, lecz z trudem nadają kierunek własnemu życiu, także z powodu niezdolności łączenia informacji i wiedzy oraz utraty horyzontu sensu. Należy promować prawdziwą higienę uwagi: taki rytm życia, który obejmuje ciszę, pogłębione studium, lekturę i rozważną wymianę myśli – bez tych elementów wewnętrzna wolność może ulec osłabieniu.
Nauka społeczna Kościoła wzywa rodziny, szkoły, wspólnoty chrześcijańskie i instytucje publiczne do odnowionego przymierza wychowawczego. Staje się ono konkretne wtedy, gdy podstawowe zasady przekładają się na cele wychowawcze: wychowywać do wstrzemięźliwości i poczucia ograniczoności; wychowywać do uznania prawa drugiego człowieka i tych, którzy przyjdą po nas, do korzystania z dóbr, które zostały nam dane lub które ludzki geniusz czyni dostępnymi; wychowywać do wolności i odpowiedzialności; wychowywać do wrażliwości na transcendencję i na dobro wspólne. Szkoła nie jest powołana do tego, by podążać za tempem świata cyfrowego, lecz by ofiarować to, czego świat cyfrowy sam dać nie może, czyli wspólny czas na naukę i relacje godne zaufania.
Godność pracy w okresie przemiany cyfrowej
Wartość pracy
Od początku nauki społecznej – wraz z Rerum novarum– Kościół zwraca uwagę na ochronę pracowników i na konieczność przeciwstawiania się wszelkim formom wyzysku. Przede wszystkim jednak Magisterium uznało w pracy „klucz, i to chyba najistotniejszy klucz” [150] do zrozumienia całej kwestii społecznej, ponieważ przez nią osoba rozwija wiele wymiarów własnego istnienia. W tej perspektywie można lepiej pojąć również wielką intuicję św. Benedykta z Nursji, który połączył modlitwę i pracę, wskazując codzienną aktywność jako część odpowiedzi osoby na Boże powołanie. Stworzeni na obraz Stwórcy, poprzez nasze dzieła w pewien sposób przedłużamy Jego dzieło, przyczyniamy się do postępu społeczeństwa i budowania dobra wspólnego, rozwijamy otrzymane zdolności, ulepszamy i upiększamy świat, utrzymujemy nasze rodziny, wchodzimy w relacje współpracy i uczymy się wspólnie budować – w słuchaniu i dialogu – coś, czego nikt nie mógłby zrealizować samodzielnie.
Z tych racji praca nie jest zwykłym narzędziem, lecz wyraża i pomnaża godność naszego życia. Jest ona wymogiem wpisanym w ludzką kondycję, zwyczajną drogą do dojrzałości, rozwoju i samorealizacji. W tej optyce pomoc materialna dla biednych pozostaje czasem konieczna w sytuacjach kryzysowych, nie może jednak stać się jedyną odpowiedzią, ponieważ celem jest zapewnienie każdemu warunków do godnego życia poprzez własną pracę [151].
Dzisiaj splot automatyzacji, robotyki i AI szybko przekształca samą strukturę pracy. Mówi się, że przyniesie to dla wszystkich wielkie udogodnienia. W rzeczywistości jednak „nowe sposoby” pracy niekoniecznie są lepsze, ponieważ „choć sztuczna inteligencja obiecuje wzrost wydajności poprzez przejmowanie rutynowych zadań, często wymusza na pracownikach dostosowanie się do tempa i wymagań maszyn, zamiast być projektowaną jako wsparcie dla ludzi. W efekcie, wbrew zapowiadanym korzyściom, obecne podejścia do AI mogą paradoksalnie prowadzić do obniżenia kwalifikacji pracowników, poddawania ich automatycznemu nadzorowi oraz sprowadzania ich roli do sztywnych i powtarzalnych czynności. Konieczność nadążania za tempem technologii może osłabiać poczucie sprawczości pracowników i tłumić ich zdolność do innowacyjnego myślenia, której oczekuje się od nich w miejscu pracy” [152]. Właśnie po to, aby uniknąć takiego wynaturzenia, należy projektować systemy skoncentrowane na osobie, a nie jedynie na wydajności.
Problem bezrobocia
Św. Jan Paweł II przypominał, że bezrobocie jest poważnym złem, które – zwłaszcza gdy przybiera rozmiary masowe – może stać się prawdziwą klęską społeczną w sposób szczególny wzywającą państwo do odpowiedzialności [153]. Dzisiaj, w „czwartej rewolucji przemysłowej”, niepokój ten staje się jeszcze bardziej naglący, ponieważ innowacja bywa często przyjmowana wyłącznie ze względu na redukcję kosztów i wzrost zysków [154]. W niektórych kontekstach realna jest obawa przed znacznym i szybkim zmniejszeniem liczby dostępnych miejsc pracy – co wywołuje efekt domina – który głęboko dotyka rodziny, ludzi młodych i lokalne gospodarki. W wielu sektorach przekłada się to już na nowe formy niestabilności i nierówności: bardzo wysokie wynagrodzenia dla nielicznej, wysoko wyspecjalizowanej mniejszości oraz coraz niższe płace dla szerokiej części ludności aktywnej zawodowo.
Z pewnością pożądane jest, aby technologia uwalniała człowieka od prac szczególnie uciążliwych, powtarzalnych lub niebezpiecznych oraz oferowała inteligentne wsparcie dla działalności człowieka, jednak zasadą ogólną musi pozostać ochrona miejsc pracy oraz niezastąpionej roli osoby. Cel osiągania większych zysków nie może usprawiedliwiać decyzji, które systematycznie poświęcają zatrudnienie, ponieważ osoba ludzka jest celem, a nie środkiem, a porządek gospodarczy musi pozostawać podporządkowany jej godności i dobru wspólnemu.
W tym samym czasie musimy uznać, że każda rzeczywista przemiana dokonuje się w sposób nieciągły: jest nierówna, fragmentaryczna, a niekiedy konfliktowa. Nie istnieje więc jeden model zmiany ani jedno globalne rozwiązanie: istnieją konkretne terytoria i historie, które domagają się odmiennych odpowiedzi. Z powodu nierówności charakteryzujących nasz świat upowszechnianie AI i systemów obliczeniowych wywołuje odmienne skutki w różnych miejscach. Społeczeństwa zamożne automatyzują się szybko i w sposób chaotyczny, ograniczając zapotrzebowanie na pracę ludzką oraz wytwarzając obszary bezrobocia i napięć instytucjonalnych. Z kolei rozległe regiony świata pozostają uwięzione w gospodarkach hybrydowych, gdzie słabo opłacana praca ludzka i częściowe technologie współistnieją, nie prowadząc nigdy do rzeczywistej przemiany. Terytoria te stają się rezerwuarami niepewnych zasobów siły roboczej oraz ogniskami niestabilności i przymusowych migracji. Rozwiązania muszą zatem być poszukiwane na poziomie krajowym i lokalnym, z udziałem wspólnot pośrednich. Potrzebne są narzędzia zdolne do adaptacji: zróżnicowane modele, eksperymenty lokalne, stopniowa redystrybucja, nowe prawa dostępu do dóbr podstawowych. Nie chodzi o poszukiwanie abstrakcyjnej harmonii, lecz o budowanie konkretnych form ludzkiego współistnienia pośród dokonujących się transformacji.
Praca pozostaje fundamentalnym wymiarem ludzkiego doświadczenia: nie jest jedynie środkiem utrzymania, lecz miejscem ekspresji, nawiązywania relacji i wkładu we wspólnotę. Dlatego problemy związane z pracą nie dotyczą wyłącznie dochodu koniecznego do utrzymania rodzin. Społeczeństwo, które zapewniałoby pracę jedynie niewielkiej części ludności, narażałoby wielu na stan przymusowej bezczynności, braku odpowiedzialności, codziennych zobowiązań i bodźców, czego skutkiem byłoby zubożenie ludzkie i kulturowe, stojące w sprzeczności z wysokim poziomem rozwoju technicznego. Stanęlibyśmy wobec paradoksu postępu materialnego i regresu antropologicznego, w którym zabrakłoby warunków dla sprawiedliwego i trwałego pokoju społecznego. Dlatego nauka społeczna Kościoła podkreśla, że dostęp do pracy dla wszystkich musi pozostać priorytetowym celem polityki publicznej i procesów ekonomicznych oraz kryterium osądu przy ocenie ludzkiej jakości danego modelu rozwoju [155]. Zresztą w tych częściach świata, w których praca ulega ograniczeniu lub radykalnej przemianie wskutek procesów technologicznych i organizacyjnych wymykających się demokratycznej kontroli, konieczne jest ponowne przemyślenie samego pojęcia pracy oraz jej związku z obywatelstwem, tak aby brak zatrudnienia nie ograniczał uczestnictwa w życiu społecznym.
W świetle tego przekonania możemy na nowo odczytać także historię nauki społecznej Kościoła po Rerum novarum. Inicjatywy, które z niej wyrosły – stowarzyszenia, związki zawodowe, spółdzielnie, dzieła pomocy społecznej – w decydujący sposób przyczyniły się do poprawy ustawodawstwa dotyczącego pracy, ochrony osób najbardziej wrażliwych i promowania bardziej ludzkich warunków życia [156]. Dzisiaj jednak narzędzia te same już nie wystarczają wobec przemian przyniesionych przez AI, nową organizację rynków oraz konkurencyjność, która rzadko troszczy się o zrównoważony rozwój społeczny. Potrzebny jest nowy, wspólny wysiłek odpowiedzialnych za politykę, organizacji zrzeszających pracowników, środowiska przedsiębiorców i wspólnoty naukowej, aby w krótkim czasie wypracować odpowiednie i uzgodnione normy oraz zabezpieczenia, również na poziomie międzynarodowym [157]. Organizacje związkowe, które Kościół zawsze wspierał, są wezwane do otwarcia się na nowe formy pracy i na nowych pracowników, by ich reprezentować i bronić w sytuacji, w której – bez odważnych decyzji – rysuje się perspektywa większego ubóstwa i większych nierówności, z rzeszą wykluczonych otoczonych przez maszyny i systemy zautomatyzowane, które zajęły ich miejsce.
W tej przemianie nie wystarczy reagować wtedy, gdy miejsca pracy już znikają, lecz trzeba zawczasu kierować samym procesem przemiany. Jedną z możliwych dróg jest przede wszystkim ustalenie społecznych kryteriów innowacji: każdemu wprowadzaniu automatyzacji i AI powinny towarzyszyć weryfikowalne decyzje dotyczące ochrony zatrudnienia, przekwalifikowania i udziału pracowników, tak aby technologia była ukierunkowana na uwalnianie ludzkiego czasu i zdolności, a nie na powodowanie wykluczenia. Po drugie, konieczne jest, aby aktywna polityka zapewniła wszystkim dostęp do kształcenia ustawicznego i możliwość rozwoju zawodowego, nie obciążając przy tym poszczególnych osób całym kosztem dostosowania się do zachodzących transformacji. Wreszcie, potrzebna jest odpowiedzialność przedsiębiorstw, która wśród wskaźników sukcesu uwzględnia jakość i godność pracy. Gdy warunki te są spełnione, innowacja może stać się sprzymierzeńcem bezpieczniejszej, bardziej twórczej i godniejszej pracy; gdy zaś ich brakuje, ma ona tendencję do przekształcania się w przyspieszenie niesprawiedliwości.
Ekonomia dowartościowująca godność człowieka
Rynek pracy jest jedną z tych dziedzin, w których ryzyka związane z nowymi technologiami ujawniają się z największą wyrazistością. Dlatego trzeba przypomnieć, że wolność gospodarcza nie jest absolutna i zawsze musi być mierzona dobrem wspólnym oraz godnością każdej osoby. Przedsiębiorczość może być prawdziwym powołaniem, zdolnym rodzić bogactwo i poprawiać warunki życia wszystkich, pod warunkiem jednak, że uzna tworzenie pracy godnej i wartościowej za istotną część swojej służby społeczeństwu, a nie za zmienną zależną wyłącznie od zysku [158].
W duchu profetycznym Papież Franciszek przestrzegał przed wolnością gospodarczą głoszoną jedynie słowami, podczas gdy rzeczywiste warunki nie pozwalają wielu ludziom naprawdę z niej korzystać [159]. Modele ekonomiczne, które wywyższają wydajność i indywidualny sukces, mają tendencję do uznawania za bezużyteczne albo mało opłacalne inwestowanie w osoby wychodzące z sytuacji niekorzystnych lub rozwijające się wolniej, jakby ich los miał zależeć wyłącznie od zdolności dotrzymywania kroku zwycięzcom. Tymczasem społeczeństwo sprawiedliwe wymaga obecności państwa i instytucji obywatelskich zdolnych wyjść poza samą logikę wydajności, kierując zasoby, twórczość i normy wyraźnie na korzyść osób najbardziej wrażliwych [160]. Zamiast oczekiwać na korzyści ze wzrostu, który „w końcu” miałyby dotrzeć także do ubogich, potrzebne są decyzje, dzięki którym wzrost od początku będzie miał charakter inkluzywny. Doświadczenia ostatnich dziesięcioleci pokazują, że w kryzysach gospodarczych i finansowych to biedni zawsze płacą najwyższą cenę, podczas gdy teorie obiecujące automatyczny dobrobyt powszechny okazują się często iluzoryczne.
Należy zauważyć, że konieczne jest przezwyciężenie obecnych wskaźników pomiaru rozwoju, które od ponad osiemdziesięciu lat pozostają zakotwiczone w pojęciu produktu krajowego brutto, a niemal systematycznie pomijają zasadnicze aspekty całościowego dobrostanu człowieka i środowiska. Zarazem dowartościowują one działania, które w krótkiej albo długiej perspektywie oddziałują negatywnie na życie naszej planety. Opracowanie parametrów i wskaźników uzupełniających PKB jest sprawą decydującą dla ulepszenia podstawowych danych wykorzystywanych do analiz, podejmowania decyzji politycznych oraz gospodarczych, a także do wyboru priorytetów regionalnych, krajowych i międzynarodowych. Wprowadzenie nowych parametrów pozwoli oceniać – spojrzeniem szerokim i odpowiadającym naszym czasom – skutki decyzji ustawodawczych i regulacyjnych dla godności pracy, wspólnego dobrobytu, redukcji nierówności i ochrony środowiska. Będzie ono oddziaływać także na samo pojęcie rozwoju, na procesy formacyjne, na mentalność i na opinię publiczną, jak i na pokój, który jest prawdziwy tylko wtedy, gdy opiera się na sprawiedliwości.
W ostatnich latach finanse zyskały coraz większe znaczenie, a także uległy głębokim przemianom w wyniku wprowadzenia kryptowalut. Refleksje i wskazania zawarte w Magisterium moich Poprzedników, zwłaszcza w Encyklikach, ukazały, że funkcjonowanie pośrednictwa finansowego, „gdy zostało oderwane od odpowiednich podstaw antropologicznych i moralnych, nie tylko doprowadziło do rażących nadużyć i niesprawiedliwości, ale okazało się także zdolne do wywoływania kryzysów systemowych o zasięgu globalnym” [161]. Równie prawdziwe jest to, że dochód z kapitału jest zagrożony zastępowaniem dochodu z pracy, spychanej często na margines głównych zainteresowań systemu ekonomicznego. A przecież oszczędności, które zostają przekształcone w kredyt dla realnej gospodarki, a więc służą tworzeniu pracy – zarówno zatrudnienia, jak i samozatrudnienia – pozostają kluczowe dla rozwoju i dla inwestycji, które powinny towarzyszyć trwającym transformacjom. Społeczna funkcja kredytu pozostaje niezastąpiona. Finanse dla samych finansów są czymś zupełnie innym niż finanse służące rozwojowi oraz tworzeniu i ewolucji pracy.
Perspektywę tę należy rozpatrywać w szerszym kontekście dynamiki globalnej. Światowe bogactwo wzrosło w kategoriach absolutnych, ale nasiliła się jego koncentracja w nielicznych rękach, a nierówności powiększyły się zarówno między państwami, jak i wewnątrz poszczególnych państw: „Nieliczni mają zbyt wiele, a zbyt wielu ma zbyt mało: taka jest logika dnia dzisiejszego” [162]. Postęp naukowy i technologiczny, także w dziedzinie medycyny, nie jest łatwo dostępny dla zdecydowanej większości ludności, co w sposób dramatyczny ujawniło się w czasie ostatniej pandemii COVID-19. Podczas gdy w niektórych regionach inwestuje się w rzeczy zbędne albo w marzenia o indywidualnym ulepszaniu, na które stać jedynie nieliczne osoby, w innych częściach świata nadal brakuje podstawowego wyposażenia potrzebnego do ocalenia milionów ludzkich istnień. Sądzić, że nowe technologie automatycznie przyniosą korzyść wszystkim, to ignorować oczywistość: jeśli transformacjami nie kieruje się tak, by już na etapie projektowania priorytetem było zapobieganie dalszym i nowym nierównościom, wówczas postęp technologiczny sam rodzi nierówności strukturalne. Sprawiedliwość wiąże się dziś także z dostępem do korzyści płynących z innowacji: do opieki, wiedzy, narzędzi i możliwości.
Z pewnością potrzebne są sprawiedliwe prawa i narzędzia redystrybucji, które będą korygować nierówności, także przez systemy fiskalne zmniejszające obciążenia najsłabszych i wymagające więcej od tych, którzy dysponują większymi zasobami. Nie należy jednak traktować poszukiwania sprawiedliwości społecznej jako kwestii odrębnej i późniejszej wobec wytwarzania bogactwa, jak gdyby ekonomia miała jedynie tworzyć wartość, a polityka interweniować dopiero potem, aby ją rozdzielać. Przeciwnie, sprawiedliwość dotyczy wszystkich faz działalności gospodarczej: od pozyskiwania zasobów po finansowanie, od produkcji po konsumpcję, a każdy wybór niesie ze sobą konsekwencje moralne [163].
Tym bardziej w epoce AI i robotyki nie można już powierzać wszystkiego samej „niewidzialnej ręce” rynku [164]: polityka ma obowiązek nadawać procesom ekonomiczno-technologicznym kierunek zgodny z dobrem wspólnym, wspierając godną pracę, integrację społeczną i sprawiedliwy podział korzyści płynących z innowacji. Ponieważ wiele decyzji gospodarczych przekracza granice państw, konieczna jest także współpraca międzynarodowa zdolna wypracowywać wspólne strategie, zwłaszcza na rzecz państw i grup najbardziej wrażliwych, aby wspierać rozwój i przezwyciężać asystencjalizm. Logiką, która powinna inspirować te wybory, jest ogromna godność każdej osoby, dobro wspólne i świat naprawdę pomyślany dla wszystkich. Współzależność między pokojem a rozwojem, o której proroczo pisał w 1967 r. św. Paweł VI [165], można dziś wyrazić na nowo: dobrobyt może przyczyniać się do budowania i umacniania pokoju tylko wtedy, gdy jest powszechny, inkluzywny i zrównoważony.
Konkretnie rzecz ujmując, ukierunkowanie ekonomii na godność człowieka oznacza przyjęcie kilku stałych kryteriów działania, także w epoce AI. Przede wszystkim przejrzystość i odpowiedzialność: gdy dane i algorytmy wpływają na udzielanie kredytu, dobór pracowników, dostęp do usług lub możliwości, konieczne jest, aby decyzje były zrozumiałe, możliwe do zakwestionowania i poddane kontroli, tak aby osoba nie została sprowadzona do profilu. Po drugie, inkulzywność i dostęp: korzyści z innowacji muszą iść w parze z inwestycjami w kompetencje, infrastrukturę i usługi podstawowe, tak by technologia nie pogłębiała przepaści między tymi, którzy posiadają, a tymi, którzy nie posiadają. Wreszcie, potrzebne są środki na rzecz sprawiedliwości: system podatkowy, opieka społeczna i polityka przemysłowa powinny korygować nierówności rodzące się z koncentracji bogactwa i władzy. Kryteria te nie są hamulcem dla innowacji: w rzeczywistości sprawiają one, że staje się ona znośna i bardziej ludzka.
Rodzina i ludzie młodzi: społeczne warunki nadziei
Rodzina jest podstawowym dobrem społecznym. Oparta na trwałym związku mężczyzny i kobiety, stanowi ona pierwsze środowisko, w którym każdy rozwija swoje możliwości, uświadamia sobie własną godność i uczy się pierwszych form prawdy i dobra, interioryzując nawyki przygotowujące do życia społecznego [166]. Jako pierwsza naturalna społeczność, obdarzona prawami pierwotnymi, rodzina jest podstawową i niezastąpioną komórką wszelkiego zorganizowanego życia wspólnotowego [167]. W konsekwencji, gdy projekty polityczne i wielkie decyzje gospodarcze spychają rodzinę do roli marginalnej lub drugorzędnej, zagrożony zostaje autentyczny rozwój całego ciała społecznego [168].
Rodzina jest jednak kruchym dobrem społecznym, które bezpośrednio odczuwa skutki transformacji ekonomicznych i technologicznych zmieniających świat pracy i które domaga się wsparcia kulturowego, prawnego i ekonomicznego. Powszechnie znany jest niszczący wpływ bezrobocia i niestabilności zatrudnienia na tkankę rodzinną. W krótkiej perspektywie obniżanie kosztów pracy lub maksymalizowanie wydajności finansowej może wydawać się korzystne, w dłuższej podważa jednak same podstawy współżycia społecznego: podczas gdy popada się w zachwyt nad sukcesami technologicznymi, struktura społeczna ulega stopniowej erozji, niczym niszczona przez cichego wirusa.
Dla ludzi młodych niestabilność zatrudnienia jest szczególnie dramatyczna. Jak przypominają biskupi Stanów Zjednoczonych Ameryki, praca nie jest jedynie źródłem dochodu, lecz decydującą przestrzenią, w której kształtuje się tożsamość, nawiązują się przyjaźnie i więzi, uczy się konkretnych odpowiedzialności i rozeznaje się własne powołanie [169]. Gdy dostęp do pracy jest utrudniony przez wysokie bezrobocie, niewystarczające systemy kształcenia albo bariery strukturalne, wielu młodych ludzi widzi zablokowaną drogę własnej realizacji ludzkiej i zawodowej. Konieczność wielokrotnej zmiany zawodu w ciągu życia domaga się dróg stałego dokształcania i przekwalifikowania, które uzdolnią nowe pokolenia do podejmowania z kompetencją i autonomią ryzyka związanego ze zmiennym i często nieprzewidywalnym kontekstem gospodarczym [170].
Stąd wynika szczególna odpowiedzialność publiczna. Państwo ma obowiązek wspierać działalność przedsiębiorstw przez tworzenie warunków sprzyjających zatrudnieniu, wspierać pracę tam, gdzie jej brakuje, a także bronić jej w czasach kryzysu, ponieważ to właśnie praca jest dobrem podstawowym dla rodzin i dla społeczeństwa [171]. W sposób szczególny w okresie głębokich przemian technologicznych potrzebna jest polityczna kreatywność na rzecz pracy, stawiająca w centrum rodzinę i nowe pokolenia, jeśli nie chcemy, aby postęp ekonomiczny przełożył się na nowe formy niepewności i wykluczenia.
Wspieranie rodzin i młodych w tej transformacji wymaga decyzji, które uczynią stabilność czymś realnie osiągalnym. Jak już zostało powiedziane, potrzebna jest polityka pracy sprzyjająca ciągłości i jakości zatrudnienia, przeciwstawiająca się nietrwałości jako zwyczajnemu warunkowi życia oraz wspierająca realistyczne drogi wejścia na rynek pracy i rozwoju zawodowego. Po drugie, potrzebne są rozwiązania, które zagwarantują ludzki rytm życia: bez równowagi między pracą, usługami i odpoczynkiem rodzina słabnie, a młodym trudno jest dojrzewać do odpowiedzialności. Ponadto decydujące znaczenie ma inwestowanie w dostępne szkolenia i przekwalifikowanie, aby mobilność zawodowa wymagana przez gospodarkę cyfrową nie stała się okrutną selekcją między tymi, którzy mogą się dokształcać, a tymi, którzy nie mają takiej możliwości. Wreszcie, trzeba wspierać więzi społeczne: sieci i wspólnoty wychowawcze, które towarzyszą wyborom życiowym i nie pozwalają, by niepewność rodziła samotność i uzależnienia. W ten sposób przez transformację technologiczną można przejść bez naruszania tego, co sprawia, że społeczeństwo ma potencjał twórczy, czyli zdolności do budowania przyszłości.
Strzec wolności przed uzależnieniem i utowarowieniem
Uzależnienia i kontrola społeczna
Po rozważeniu kwestii prawdy i wychowania, pracy i rodziny, musimy teraz mówić o wpływie rewolucji cyfrowej na ludzką wolność, zastanawiając się, jak stawić czoła zarówno zagrożeniom dotykającym psychiki jednostki, jak i dramatycznym zjawiskom społecznym. Nie wolno lekceważyć subtelniejszych form uzależnienia związanych z cyfrową ekonomią uwagi, w której platformy i usługi są projektowane tak, aby pochłaniać czas i uwagę użytkowników, wykorzystując ich wrażliwość i osłabiając wolność wewnętrzną. Gdy modele biznesowe rozwijają się dzięki ludzkiej słabości, osoba traktowana jest jako środek, a nie jako cel, a ci, którzy projektują lub finansują takie systemy, przyjmują na siebie odpowiedzialność moralną, od której nie mogą się uchylić. Należy pilnie wspierać taki sposób korzystania z technologii, który umacnia wolność wewnętrzną: wychowanie do umiaru w korzystaniu z technologii cyfrowych, ochronę nieletnich oraz przeciwstawienie się modelom, które żerują na ludzkiej wrażliwości.
Kolejnym zagrożeniem – mniej widocznym, ale nie mniej poważnym – jest kontrola społeczna, którą umożliwia masowe gromadzenie danych i stosowanie systemów algorytmicznych. Gdy każda aktywność – przemieszczanie się, zakupy, relacje, upodobania – pozostawia ślady, rodzi się nowa postać władzy: władza profilowania, przewidywania i ukierunkowywania zachowań, często bez pełnej świadomości samych zainteresowanych. Jeżeli dane te są wykorzystywane do podejmowania decyzji wpływających na konkretne możliwości życiowe (jak dostęp do kredytu, dobór pracowników, dostęp do usług), istnieje ryzyko naruszenia wolności i dyskryminowania osób najbardziej bezbronnych. Co więcej, kontrola nie dokonuje się jedynie poprzez wyraźne zakazy, lecz także przez samą architekturę rozpoznawalności: to, co zostaje wzmocnione albo uczynione nierozpoznawalnym, to, co bywa nagradzane albo karane, ostatecznie kształtuje opinie i wybory, rodząc konformizm i autocenzurę. Dlatego wolność w epoce cyfrowej nie jest jedynie sprawą wewnętrzną: jest także kwestią publiczną, która domaga się jasnych reguł, przejrzystości, możliwości odwołania się i proporcjonalnych ograniczeń w stosowaniu inwazyjnych technologii, tak aby technika pozostawała w służbie osoby, a nie stawała się formą panowania nad sumieniami.
U źródła tych problemów leży mentalność technokratyczna i posthumanistyczna, skłonna postrzegać osobę jako przedmiot manipulacji albo zasób, który należy optymalizować [172], eliminując wszystko to, co stawia granice maksymalizacji zysku: liczy się wydajność, a nie poszanowanie wolności i godności osoby ludzkiej. Niektóre nurty posthumanistyczne posuwają się wręcz do tego, że stawiają hipotezy o istnieniu istot ludzkich „drugiej kategorii”, podporządkowanych interesom elit, które uważają się za lepsze: jest to perspektywa niepokojąca, tym groźniejsza, im bardziej łączy się z narzędziami technologicznymi, które w sposób wykładniczy zwiększają władzę kontroli i selekcji. Także pewne logiki strukturalnego zadłużenia, utrzymujące całe narody w stanie zależności, ujawniają tę samą mentalność, która godzi się – w nowych formach – na relacje podporządkowania zbliżone do niewolnictwa.
Rozerwać kajdany nowych zniewoleń
Ta zniekształcona wizja osoby przekłada się dziś na różne formy zniewolenia bezpośrednio związane z gospodarką cyfrową. W świecie AI nie ma nic niematerialnego ani magicznego. Każda odpowiedź, która wydaje się natychmiastowa i doskonała, rodzi się z długiego łańcucha pośrednictw, z rozległej sieci zasobów naturalnych, z infrastruktury energetycznej, a nade wszystko z osób. Znaczna część funkcjonowania gospodarki cyfrowej opiera się na cichej pracy milionów istot ludzkich, zatrudnionych przy zajęciach mało widocznych, lecz nieodzownych: oznaczaniu danych, moderacji treści – nierzadko tych najgorszych – oraz trenowaniu modeli. W wielu przypadkach są to ludzie młodzi, przeważnie kobiety, którzy ciężko pracują za minimalne wynagrodzenie. Do tego niewidzialnego wysiłku dołącza jeszcze trud bardziej brutalny, związany z wydobywaniem surowców niezbędnych do produkcji urządzeń i mikroprocesorów, na których opiera się AI. W niektórych regionach świata nastolatki i dzieci pracują w niebezpiecznych warunkach przy kruszeniu materiałów, z których pozyskuje się pierwiastki ziem rzadkich. Ciała pokryte bliznami, okaleczone, wyniszczone po to, by nie został przerwany przepływ obliczeń. Ponadto sieci przestępcze posługują się platformami internetowymi, systemami komunikacji, anonimowymi płatnościami i technikami profilowania, by werbować, kontrolować i przemieszczać ofiary handlu ludźmi, w wielu przypadkach nieletnich, zamieniając kobiety i mężczyzn w „dane” do śledzenia i „przesyłki” do przekazywania w obrębie tych samych obiegów cyfrowych, które podtrzymują znaczną część światowej gospodarki. Ta rzeczywistość głęboko porusza sumienie moralne naszych czasów. Nie wystarczy odwoływać się do wydajności ani sławić korzyści płynących z innowacji, jeśli zbudowane są one na łańcuchu wyzysku, który pozostaje celowo ukrywany. Jeżeli jakaś technologia obiecuje wyzwolenie, a zarazem tworzy nowe formy globalnego podporządkowania, zaprzecza ona fundamentalnej zasadzie godności osoby.
Walka z nowymi formami niewolnictwa jest jednym z rozstrzygających sprawdzianów etycznego rozeznawania AI i transformacji cyfrowej. W nurcie tradycji zapoczątkowanej przez Leona XIII Kościół ponawia stanowcze potępienie wszelkiej formy niewolnictwa, handlu ludźmi i utowarowienia osób, a zarazem przypomina o pilnej potrzebie szerokiego ruchu refleksji i działania, który postawi w centrum uwagi niezbywalną godność każdej istoty ludzkiej oraz dobro wspólne jako cel społeczeństwa i kryteria każdego wyboru osobistego, społecznego i politycznego. Bez tej etycznej i humanizującej refleksji rosnąca władza systemów cyfrowych może prowadzić nas ku nowym okrucieństwom – nie mniej haniebnym niż te z przeszłości – które dziś potępiamy, podczas gdy nadal uważamy się za społeczeństwa „rozwinięte” i „cywilizowane”.
Handel ludźmi należy uznać za współczesną formę niewolnictwa i za ciężkie pogwałcenie godności człowieka; brak stanowczej reakcji albo jakakolwiek tolerancja wobec tych praktyk oznacza dziś – w pewnej mierze – współudział w winach popełnianych dawniej, gdy niewolnictwo bywało usprawiedliwiane lub przemilczane [173].
W miarę dojrzewania swojej doktryny Kościół stopniowo uświadamiał sobie ciężar tych realiów. To prawda, że wydarzeń przeszłości nie można osądzać w oderwaniu od kontekstu historycznego, tak jakby wszystkie kryteria wypracowane z biegiem czasu były zawsze dostępne. Nie możemy jednak zaprzeczać ani umniejszać opóźnienia, z jakim Kościół i społeczeństwo potępiły plagę niewolnictwa. O ile bowiem w starożytności i w średniowieczu wiele osób i instytucji kościelnych posiadało niewolników, to już w epoce nowożytnej rzymska Stolica Apostolska, pobudzana prośbami władców, wielokrotnie interweniowała, by regulować i uprawomocniać sposoby podporządkowania, a w niektórych przypadkach także zniewolenia „niewiernych” [174]. Trzeba było czekać aż do XIX w., aby pojawiło się formalne, absolutne i powszechne potępienie niewolnictwa, zwłaszcza przez Leona XIII [175]. Stanowi to wyraźny przykład wzrastania Kościoła w rozumieniu odwiecznych prawd Objawienia, których on strzeże. Chociaż nie znajdujemy tu jednorodności co do samej kwestii – skoro przez długi czas tolerowano niewolnictwo, a dopiero później całkowicie je potępiono – to na przestrzeni dziejów widoczna jest ciągłość w przekonaniu o godności każdej istoty ludzkiej, stworzonej na obraz Boga, choć przez osiemnaście wieków nie zdołano oficjalnie wyrazić całkowitej niezgodności tego faktu z niewolnictwem. Jest to rana w pamięci chrześcijańskiej i nie możemy uważać, że nas to nie dotyczy [176]. Nie sposób nie odczuwać głębokiego bólu, gdy rozważamy ogromne cierpienie i upokorzenie, jakie niewolnictwo oznaczało dla tak wielu osób, w sprzeczności z ich nieograniczoną godnością, nieskończenie umiłowaną przez Pana. Dlatego w imieniu Kościoła szczerze proszę o przebaczenie.
Właśnie dlatego pamięć o współudziale i ślepocie minionych czasów wobec niesprawiedliwości niewolnictwa staje się dla nas wezwaniem do czujności: to, czego się nauczyliśmy, musi przełożyć się na rozeznawanie i odpowiedzialność w teraźniejszości. Jeżeli nie chcemy w przyszłości prosić o przebaczenie za to, że nie byliśmy wierni skarbowi godności ludzkiej, który zawiera nasza wiara, to dziś do nas należy, byśmy bezpośrednio i stanowczo piętnowali handel ludźmi w jego wielu przejawach i wspierali, krok po kroku, wraz ze wszystkimi zaangażowanymi w tę sprawę, rzeczywiste drogi zapobiegania, ochrony, wyzwolenia i rehabilitacji.
Kolonializm przybiera dziś nieznane dotąd oblicze. Nie panuje już tylko nad ciałami, lecz przywłaszcza sobie dane, przemieniając życie osobiste w informacje nadające się do wykorzystania. Całe terytoria, zwłaszcza te o mniejszym znaczeniu geopolitycznym i większej kruchości strukturalnej, zostają dziś objęte nową logiką eksploatacji: logiką przepływu danych zdrowotnych, profili epidemiologicznych, map genetycznych i danych demograficznych. To są nowe „pierwiastki ziem rzadkich” władzy: kluczowe informacje, które po skorelowaniu mogą zostać użyte do trenowania modeli predykcyjnych, kierowania strategiami inwestycyjnymi, do przewidywania kryzysów, a nade wszystko do selekcjonowania tego, kto i co ma znaczenie. Kto posiada dane zdrowotne całych populacji, gromadzone dziś często pod hasłem pomocy, badań lub innowacji, ten w rzeczywistości posiada strukturalną dźwignię wpływu na przyszłość: może modelować potrzeby i rynki. Może też decydować – wcześniej niż inni – komu przeznaczyć leki, inwestycje i środki ochronne. Właśnie tu rozgrywa się jedna z najpilniejszych kwestii moralnych naszych czasów: przekształcać wspólną wiedzę w dobro wspólne, a nie w narzędzie dominacji; zwrócić narodom nie tylko dane, które je opisują, lecz także możliwość decydowania o tym, jak będą one używane, przez kogo i dla kogo. W przeciwnym razie era cyfrowa nie będzie postkolonialna, lecz kolonialna, tylko pod inną postacią.
Nowe formy niewolnictwa karmią się łańcuchami gospodarczymi i infrastrukturą cyfrową. Trzeba więc działać w wielu kierunkach: najpierw po to, aby uczynić bardziej rygorystyczną przejrzystość łańcuchów dostaw podtrzymujących przemysł technologiczny i gospodarkę cyfrową, tak by żadna przewaga konkurencyjna nie była budowana na niewidocznym wyzysku. Po drugie, konieczne jest, aby przedsiębiorstwa i inwestorzy przyjęli jasne kryteria prewencyjnej weryfikacji etycznej (due diligence), uwzględniając wśród priorytetów ochronę pracowników, przeciwdziałanie pracy przymusowej oraz społeczny wpływ modeli biznesowych opartych na danych. Ponadto platformy cyfrowe muszą zostać zobowiązane do odpowiedzialnej współpracy z władzami i ze społeczeństwem obywatelskim, aby narzędzia komunikacji, płatności i profilowania nie stawały się kanałami werbunku i kontroli ofiar. Gdy te decyzje pójdą w parze, środowisko cyfrowe może przemienić się z przestrzeni drapieżności w przestrzeń ochrony, zapobiegania i poszanowania godności.
Współdzielona odpowiedzialność
Rozważane tu poszczególne dziedziny, czyli poszukiwanie prawdy w życiu publicznym, wychowanie w środowisku cyfrowym, przemiany świata pracy, kruchość rodzin oraz nowe formy niewolnictwa – nie są zjawiskami od siebie oderwanymi. Ukazują one tę samą stawkę: jeśli technika staje się kryterium absolutnym, osoba ludzka narażona jest na to, by traktowano ją jak dane, trybik w maszynie albo towar; jeśli natomiast technika zostaje wpisana w horyzont mądrości, może stać się okazją do wzrostu, sprawiedliwości i braterstwa.
W tej perspektywie nauka społeczna Kościoła proponuje współdzieloną odpowiedzialność. Domaga się ona, aby procesy te były kierowane z dalekowzrocznością: przez instytucje zdolne do regulowania bez dławienia oraz do ochrony bez zastępowania; przez przedsiębiorstwa, które w pracy i godności uznają kryterium sukcesu; przez ciała pośrednie i wspólnoty wychowawcze, które odbudowują zaufanie i więzi; przez obywateli, którzy pielęgnują odpowiedzialność, umiar, rozeznawanie i zmysł prawdy. Tylko w ten sposób innowacja będzie mogła rzeczywiście stać się integralnym rozwojem człowieka, a nie czynnikiem wykluczenia i panowania; i tylko w ten sposób obietnica postępu będzie mogła zostać uznana za prawdziwą, bo mierzona nienaruszalną godnością każdego mężczyzny i każdej kobiety.
ROZDZIAŁ V
KULTURA POTĘGI A CYWILIZACJA MIŁOŚCI
Po rozważeniu, w jaki sposób AI przekształca niektóre wymiary życia i społeczeństwa, co ma poważne konsekwencje dla godności ludzkiej, należy zwrócić uwagę na jeszcze bardziej dramatyczną dziedzinę: na wojnę. W tym przypadku nie chodzi jedynie o skuteczność nowych narzędzi, lecz o ryzyko, że technika, oddzielona od etyki i odpowiedzialności, sprawi, że decyzje o życiu i śmierci będą podejmowane szybciej i w sposób bardziej bezosobowy, a użycie siły stanie się opcją natychmiastową i możliwą do zastosowania. W świecie pełnym współzależności pokój nie jest jednym z wielu tematów, lecz warunkiem powszechnego dobra wspólnego oraz sprawdzianem moralnej dojrzałości narodów, zwłaszcza osób, na których spoczywa odpowiedzialność za rządzenie.
Rewolucja cyfrowa zmienia sposób, w jaki prowadzi się konflikty. Obok wojny widzialnej pojawiają się formy hybrydowe: cyberataki, manipulowanie informacją, kampanie wpływu, automatyzacja decyzji strategicznych. Sztuczna inteligencja wkracza w te procesy jako czynnik przyspieszający w kontekście, w którym wiele technologii ma z natury charakter ambiwalentny: to, co powstaje w celu obrony, może szybko zostać przekształcone w narzędzie ataku, a granica między ochroną a agresją ulega zatarciu. Sztuczna inteligencja może wzmacniać obronę i ochronę ludności cywilnej, ale może także obniżać próg użycia siły, zaciemniać odpowiedzialność i podsycać kulturę, w której nieprzyjaciel zostaje sprowadzony do danych, a ofiara do „ubocznych strat”. Wobec tych przemian trzeba na nowo przywołać zasady nauki społecznej Kościoła: zasadę godności osoby, dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, solidarności, sprawiedliwości – jako kryteria pozwalające osądzić, czy technologie rzeczywiście służą ludzkości, czy też ostatecznie ją sobie podporządkowują – oraz uznać te kryteria za wskazania dla naszych wyborów.
W tym rozdziale zamierzam zatem zestawić ze sobą dwie przeciwstawne logiki, które już przywołałem za pomocą obrazów biblijnych: z jednej strony pokusę budowania wieży Babel – w ufności pokładanej w potędze i pysze, z drugiej zaś cierpliwość odbudowywania Jerozolimy, jak za czasów Nehemiasza, „kawałek po kawałku” – z troską o to, co ludzkie, i o dobro wspólne.
Jeśli przyjrzymy się dynamice współczesnego świata, coraz wyraźniej dostrzegamy rozszerzanie się kultury potęgi, naznaczonej polaryzacjami i różnymi formami przemocy. Współczesna wieża Babel nie jest jedynie zglobalizowanym paradygmatem technokratycznym, lecz także starciem na odległość między przeciwstawnymi imperializmami, między mocarstwami pragnącymi zachować swoją przewagę a tymi, które dążą do jej zdobycia, przy całej wielości konfliktów lokalnych. Jest nim również wyścig w rozwijaniu coraz potężniejszych technologii albo w zapewnianiu sobie nad nimi kontroli, zgodnie z dehumanizującą dynamiką, która zdaje się nie znać ograniczeń. A jednak, obok tej tendencji można dostrzec znaczną część ludzkości, która usiłuje pozostać ludzka i podejmuje wysiłek budowania miasta współistnienia i pokoju. Wszyscy często jesteśmy jego nieświadomymi budowniczymi i nieskoordynowanymi architektami, zdolnymi do szlachetnych porywów, lecz pozbawionymi całościowej wizji: jest to budowa wolniejsza, mniej widoczna i mniej spektakularna, która domaga się lepszego zrozumienia i większej koordynacji, aby mogła stać się w ten sposób świadomym i uporządkowanym zobowiązaniem każdej wspólnoty – od rodziny aż po rządzących państwami i ich wzajemne relacje. Tę właśnie perspektywę zaangażowania, ten plac budowy nadziei nazywamy „cywilizacją miłości”.
Cywilizacja miłości w erze cyfrowej
Kiedy św. Paweł VI wprowadził wyrażenie „cywilizacja miłości” [177], świat był naznaczony zimną wojną, wyścigiem zbrojeń i głębokimi nierównościami gospodarczymi. W tym kontekście Kościół wskazywał alternatywną drogę wobec ideologicznego przeciwstawienia systemów, ukazując ład społeczny, w którym sprawiedliwość i miłosierdzie splatają się ze sobą, a miłość staje się zasadą organizującą życie gospodarcze, polityczne i kulturalne. Dzisiaj trzeba nam z nową mocą podjąć tę wizję: cywilizacja miłości nie jest naiwną utopią, lecz wymagającym projektem. Polega ona na przekładaniu miłosierdzia na struktury sprawiedliwości, na nadawaniu braterstwu kształtu instytucjonalnego oraz na uznaniu drugiego – czy to osoby, czy narodu – za niezbędnego sojusznika w budowaniu dobra wspólnego. Jak przypomniała nam Encyklika Fratelli tutti, jedynie ta miłość społeczna, zdolna stać się kulturą i normą, może zrodzić stabilny ład międzynarodowy, przemieniając współistnienie z samej tylko uzbrojonej koegzystencji we wspólnotę przeznaczenia [178].
Dzisiaj, w kontekście przełomu cyfrowego, intuicja ta nabiera jeszcze większego znaczenia. Sieci cyfrowe, zglobalizowana gospodarka i rozwój AI tworzą coraz gęstsze powiązania, łącząc w czasie rzeczywistym decyzje podejmowane w jednym miejscu ze skutkami, jakie wywołują one gdzie indziej. Dlatego nadal aktualne pozostają słowa Soboru Watykańskiego II o rosnącej współzależności między narodami: dobro wspólne nabiera coraz bardziej wymiaru powszechnego, wraz z prawami i obowiązkami obejmującymi całą rodzinę ludzką [179]. Projekt cywilizacji miłości podejmuje tu zasadnicze zadanie przemiany tej wymuszonej współzależności w solidarność zamierzoną i świadomie wybieraną. Jest to kryterium ukierunkowujące procesy technologiczne: nie wystarczy, by AI czyniła nas bardziej wydajnymi albo lepiej połączonymi; powinna służyć budowaniu tej powszechnej rodziny ludzkiej – ze wspólnymi prawami i obowiązkami – w której cyfrowa bliskość staje się rzeczywistą okazją do spotkania i wzajemnej troski.
Kultura potęgi
W czasach, w których żyjemy, umacnia się kultura potęgi, w której dostępność środków i zdolność dominowania dyktują agendę i kryteria podejmowania decyzji, spychając dobro wspólne ludzkości na dalszy plan i redukując dramat narodów dotkniętych wojną do zmiennej drugorzędnej wobec interesów strategicznych. Ta kultura potęgi przenika społeczeństwo, przekształca relacje i zachowania, rozprzestrzenia się, normalizując wojnę, podsycając dążenie do coraz większej potęgi militarnej, wykorzystując kryzys multilateralizmu i podsycając fałszywy realizm, który powtarza, że alternatywy nie istnieją.
Normalizacja wojny
W 1965 r. wobec Zgromadzenia Ogólnego ONZ mocno wybrzmiał okrzyk św. Pawła VI: „Nigdy więcej wojny, nigdy więcej wojny!” [180]. Trzeba uznać, że pomimo pragnień pokoju i pokojowych deklaracji ostatnie sześćdziesiąt lat zostało naznaczone konfliktami o przerażającej brutalności, które często w sposób masowy dotykały ludność cywilną, powodując niewinne ofiary, fale uchodźców, destabilizację społeczną i rany trwające przez długie lata. Jednak w dyskursie publicznym powszechne było przekonanie, że wojna powinna pozostać extrema ratio, otoczoną ścisłymi ograniczeniami etycznymi i prawnymi, a w każdym razie podporządkowaną politycznemu horyzontowi pokoju. Nawiązując do przemian, które dokonały się w okresie międzywojennym, po II wojnie światowej nastąpił przełom: pokój został umieszczony w centrum ładu międzynarodowego, o czym świadczy szczególnie Karta Narodów Zjednoczonych, która stawia sobie za cel „uchronić przyszłe pokolenia od klęski wojny” [181]; wiele konstytucji narodowych, idąc w tym samym kierunku, ograniczało sięganie po broń do przypadków skrajnych i ściśle ograniczonych. Nawet podczas zimnej wojny – mimo istnienia poważnych konfliktów – trwała świadomość, że za wszelką cenę należy uniknąć nowego konfliktu światowego.
Dziś natomiast jesteśmy świadkami prawdziwej zmiany paradygmatu w dyskursie publicznym i w decyzjach dotyczących zbrojeń, wraz z niepokojącą rehabilitacją wojny jako narzędzia polityki międzynarodowej, podczas gdy ulegają erozji właśnie te kryteria etyczne, które ograniczały jej stosowanie. Przedłużające się konflikty regionalne, eskalacja napięć i wzajemne groźby stają się niemal czymś zwyczajnym, a ponadto powracają formy konfliktu służącego ekspansji terytorialnej, które uważano za przezwyciężone. Opinia publiczna jest stopniowo ukierunkowywana i przyzwyczajana przez spolaryzowane narracje medialne, często wzmacniane przez algorytmy, które premiują konfrontację i przeciwstawianie.
Jesteśmy także świadkami niepokojącej utraty pamięci historycznej. Słabnięcie bezpośredniego świadectwa Shoahoraz obu wojen światowych ułatwia wybiórcze albo zniekształcone przepisywanie przeszłości, w klimacie, w którym fałszywe wiadomości i manipulacje narracyjne zaciemniają przyswojone lekcje. Bez żywej pamięci o okrucieństwach wojny istnieje ryzyko podejmowania decyzji politycznych jedynie na podstawie kalkulacji siły, pozbawionych wizji długofalowych konsekwencji.
Do tego wszystkiego dochodzi nowy i rozstrzygający element: wymiar medialny i cyfrowy. Sieci komunikacyjne, rozdrobnione środowiska informacyjne oraz algorytmy nagradzające konfrontację mogą wzmacniać polaryzację i resentyment, przyspieszać propagandę i utrudniać wspólne rozeznawanie. W ten sposób wojna jest nie tylko prowadzona, lecz także przygotowywana kulturowo poprzez upraszczające narracje, logikę „przyjaciel-wróg”, dezinformację i lęk. Gdy słabnie pamięć historyczna i rozmywają się kryteria etyczne chroniące ludność cywilną i najsłabszych, łatwiej przedstawić przemoc jako coś koniecznego, nieuchronnego, a nawet „czystego”. To właśnie w takim klimacie ludzkość stacza się w brutalną kulturę potęgi, w której pokój nie jawi się już jako zadanie do wykonania, lecz jako niepewna przerwa między konfliktami. Dziś bardziej niż kiedykolwiek trzeba potwierdzić przezwyciężenie teorii „wojny sprawiedliwej”, zbyt często przywoływanej w celu usprawiedliwiania wszelkiej wojny, przy równoczesnym zachowaniu prawa do uprawnionej obrony, rozumianej w sensie najściślejszym [182]. Ludzkość dysponuje środkami o wiele skuteczniejszymi i bardziej sprzyjającymi ludzkiemu życiu w mierzeniu się z konfliktami – narzędziami takimi jak dialog, dyplomacja i przebaczenie. Uciekanie się do siły, przemocy i broni świadczy o ubóstwie relacyjnym, które zawsze pociąga za sobą katastrofalne konsekwencje dla ludności cywilnej.
Siła bez ograniczeń
Jednym z decydujących elementów obecnej sytuacji jest rozwój przemysłu zbrojeniowego, który w niektórych państwach stał się kluczowym sektorem gospodarki. Ścisłe powiązanie interesów ekonomicznych, struktur wojskowych i decyzji politycznych tworzy „naród uzbrojony”, w którym wojna jawi się niemal jako naturalna kontynuacja polityki, a rynek zbrojeniowy staje się autonomicznym motorem decyzji wojennych. Nie możemy pomijać ogromnych interesów ekonomicznych stojących za wojną. Przemysł zbrojeniowy i kraje dostarczające broń czerpią zyski z rynku, który rozwija się właśnie dzięki konfliktom. W tym sensie istnieje również logika ekonomiczna, która przyczynia się do podsycania napięć w różnych regionach świata.
Arsenały wojskowe znów skupiają na sobie uwagę. W przeszłości uznanie zagrożenia ze strony broni zdolnej zniszczyć całą ludzkość sprzyjało procesom odprężenia i negocjacjom na rzecz rozbrojenia. Niestety, oddaliliśmy się od tej perspektywy, a rozwój arsenałów nuklearnych – łącznie z perspektywą ich użycia „taktycznego” – sprawia, że sięgnięcie po taką broń wydaje się możliwością coraz mniej odległą. W tym kontekście wejście w życie w 2021 r. Traktatu o zakazie broni jądrowej, popieranego przez ponad siedemdziesiąt państw, stanowi ważny znak, lecz grozi tym, że pozostanie w znacznej mierze symbolem, ponieważ główne mocarstwa atomowe do niego nie przystępują. W ten sposób upowszechniło się błędne przekonanie, że odstraszanie nuklearne jest niezbędnym warunkiem bezpieczeństwa, co w rezultacie napędza nowy i trudny do kontrolowania wyścig zbrojeń, któremu towarzyszy stopniowe demontowanie porozumień o redukcji broni jądrowej oraz rozwój „zminiaturyzowanych” pocisków, przez co łatwiej jest uznać ich użycie za realną opcję.
Tę samą logikę widać w konfliktach konwencjonalnych: siła militarna, słabość inicjatyw dyplomatycznych i złożoność wchodzących w grę interesów sprzyjają konfliktom, które mają tendencję do przedłużania się, co wiąże się z ogromnymi kosztami ludzkimi i środowiskowymi. O wiele łatwiej jest rozpocząć wojnę niż ją zatrzymać, a jednak refleksja nad zapobieganiem konfliktom pozostaje dramatycznie marginalna.
Obraz ten staje się jeszcze bardziej niestabilny z powodu obecności nowych uzbrojonych podmiotów – grup dżihadystycznych, prywatnych bojówek, siatek przestępczych – które wyznaczają kres państwowego monopolu na użycie siły. Często podmioty te łączą niejasne motywacje ideologiczne z bardzo konkretnymi interesami ekonomicznymi, przemieniając wojnę w prawdziwy sposób życia dla całych pokoleń młodych ludzi i dzieci: celem nie jest już określone zwycięstwo, lecz podtrzymywanie konfliktu jako źródła władzy i dochodów.
Broń i sztuczna inteligencja
Z tym scenariuszem łączy się nieustanny rozwój systemów uzbrojenia, a zwłaszcza broni związanej z AI. Stolica Apostolska zauważyła niedawno, że rosnąca łatwość, z jaką można wykorzystywać systemy uzbrojenia o autonomii operacyjnej, sprawia, że wojna staje się bardziej „wykonalna” i mniej podlega ludzkiej kontroli, sprzeciwiając się zasadzie, wedle której użycie siły zbrojnej powinno być ostatecznością w przypadku uprawnionej obrony [183]. Dlatego rozwój i wykorzystywanie sztucznej inteligencji w działaniach wojennych muszą zostać poddane najsurowszym ograniczeniom etycznym – z poszanowaniem godności człowieka i świętości życia – tak aby zapobiec wyścigowi zbrojeń [184].
Niekiedy mówi się o „sztucznych podmiotach moralnych”, jak gdyby maszyna mogła zagwarantować – z większą konsekwencją niż człowiek – rozróżnienie między dobrem a złem. Tymczasem sąd moralny nie daje się sprowadzić do obliczeń: zakłada on sumienie, osobistą odpowiedzialność i uznanie drugiego człowieka za osobę. Dlatego nie wolno powierzać sztucznym systemom decyzji śmiercionośnych ani w ogóle nieodwracalnych. Nie istnieje żaden algorytm, który mógłby uczynić wojnę moralnie dopuszczalną. Sztuczna inteligencja nie odbiera konfliktowi jego wewnętrznie nieludzkiego charakteru: może jedynie uczynić go szybszym i bardziej bezosobowym, obniżając próg uciekania się do przemocy i przemieniając obronę w operacyjne przewidywanie, przy czym ofiary zostają zredukowane do danych. W ten sposób przyzwyczaja nas ona do myśli, że przemoc jest nieuchronna i trzeba ją jedynie optymalizować. Dlatego sprawą najwyższej wagi jest wprowadzanie wartości i roztropnego osądu w programowanie tworzonych przez nas sztucznych systemów, tak aby mogły one przyczyniać się do budowania ekosystemu moralnego, w którym ludzie będą bardziej zdolni do słuchania własnego sumienia, a modelom AI zostaną wyznaczone właściwe granice.
Nie wystarczy ogólnikowo odwoływać się do etyki: trzeba wskazać konkretne kryteria rozeznawania. Pierwsze dotyczy odpowiedzialności osobistej. Gdy decyzja o ataku ulega automatyzacji albo staje się nieprzejrzysta, wzrasta ryzyko uchylenia się od odpowiedzialności. Dlatego łańcuch odpowiedzialności musi pozostawać identyfikowalny i weryfikowalny: ten, kto projektuje, kto trenuje, kto wydaje zgodę, kto używa, powinien móc zdać sprawę ze swoich wyborów. Drugie kryterium dotyczy czasu osądu moralnego. Sztuczna inteligencja ma tendencję do skracania czasu podejmowania decyzji; tymczasem na wojnie nieodwracalne decyzje nie mogą mieć za nadrzędne kryteria szybkości i skuteczności. Trzecim kryterium jest identyfikacjaoraz ochrona ludności cywilnej. Każda technologia, która ułatwia uderzenie bez oglądania twarzy drugiej osoby, obniża moralny próg konfliktu. Wybór celów i użycie siły nie mogą zacierać różnicy między walczącymi i niewalczącymi ani lekceważyć skutków dla bezbronnej ludności.
Z tych kryteriów wynikają pewne nienegocjowalne wymagania. Przede wszystkim, w odniesieniu do każdego systemu używanego w działaniach wojennych muszą być zapewnione identyfikowalność i możliwość odtworzenia procesu decyzyjnego, tak aby odpowiedzialność i ewentualna wina nie rozpływały się „w maszynie”. Po drugie, decyzja o użyciu śmiercionośnej siły nie może być powierzana procesom nieprzejrzystym ani zautomatyzowanym, lecz musi pozostawać pod rzeczywistą, świadomą i odpowiedzialną kontrolą człowieka. Wreszcie, konieczne jest ustanowienie wspólnych zasad, również na poziomie międzynarodowym, które powstrzymają wyścig zbrojeń technologicznych i zapewnią szczególną ochronę ludności cywilnej oraz infrastruktury niezbędnej dla jej przetrwania.
Kryzys multilateralizmu
Kultura potęgi wyrasta również z kryzysu systemu multilateralnego. Instytucje powołane do strzeżenia idei wspólnego losu narodów i światowego dobra wspólnego wydają się osłabione, nie tylko z powodu ograniczeń strukturalnych, lecz także dlatego, że często brakuje wspólnej woli, by je wspierać, reformować i uznawać ich autorytet moralny. Zamiast iść naprzód, cofamy się wobec historycznego przełomu XX w. Po 1989 r. upadkowi reżimów komunistycznych w Europie towarzyszyła globalizacja o charakterze głównie gospodarczym, pozbawiona odpowiedniej architektury politycznej zdolnej podtrzymywać dialog i pokój. Niemal ślepo powierzono rynkom zdolność do tworzenia dobrobytu, demokracji i stabilności, podczas gdy w rzeczywistości globalizacja nie zrodziła automatycznie jedności ani pokoju, lecz wywołała reakcje fundamentalistyczne, tożsamościowe i nacjonalistyczne. Rezultat ten daleki jest od autentycznego multilateralizmu: przypomina raczej nieuporządkowaną i konfliktową wielobiegunowość, w której górę bierze nieufność wobec drugiego.
Powraca pokusa budowania tożsamości zbiorowej w opozycji do wroga, podsycając narracje, w których każdy przedstawia siebie jako ofiarę uprawnioną do odwetu. Upraszczanie rzeczywistości do schematów – „najpierw ja”, „przyjaciel-wróg”, „my-oni” – ułatwia podejmowanie decyzji często nieodpowiedzialnych, które podkopują wzajemne zaufanie między narodami. Siła prawa międzynarodowego zostaje w ten sposób zastąpiona rzekomym „prawem silniejszego”, a jego narzędzia – od trybunałów właściwych w sprawach zbrodni wojennych po sądy powołane do rozstrzygania sporów między państwami – bywają często omijane albo osłabiane, z katastrofalnymi skutkami dla kultury politycznej i dla współżycia społecznego [185].
W tym kontekście budowanie pokoju zeszło na dalszy plan: współpraca na rzecz rozwoju, rozbrojenie, zapobieganie konfliktom i budowanie wzajemnego zaufania są odkładane na bok w imię logiki potęgi. W ten sposób słabną również osiągnięcia prawa humanitarnego: zasada proporcjonalności w odpowiedzi na akty agresji, ochrona dostępu do wody, żywności i dóbr podstawowych, poszanowanie życia ludności cywilnej i dzieci – wszystko to bywa traktowane jak naiwne wspomnienia przeszłości.
Rzekomy realizm polityczny
Żyjemy w czasach znacznej ślepoty duchowej i kulturowej. Fałszywy pragmatyzm zachęca do odcinania korzeni pamięci, jak gdyby można było zapoczątkować swego rodzaju „nowe stworzenie” oderwane od przeszłości; także ci, którzy odwołują się do wielkich zasad moralnych, mogą popaść w ten historyczny nihilizm, łudząc się, że okrucieństwa XX w. nie mogą się już powtórzyć. W rzeczywistości te same mechanizmy powracają pod nowymi postaciami. Na nowo zdaje się narzucać logika równowagi zbrojnej i odstraszania. Jednak w przeciwieństwie do dwubiegunowego scenariusza z czasów zimnej wojny, dziś mnożenie się podmiotów i frontów konfliktu sprawia, że logika ta staje się coraz mniej stabilna. Eskalacja konfliktów popycha ku wojnom asymetrycznym i „hybrydowym”, prowadzonym także na polu gospodarczym, finansowym i informatycznym, z wykorzystaniem dezinformacji i kampanii podsycających lęk, mających na celu wywarcie wpływu na opinię publiczną. W wielu krajach, także na globalnym Południu, wzrost wydatków wojskowych przedstawiany jest jako jedyna odpowiedź na niepewną przyszłość albo na postrzegane zagrożenia, podczas gdy rzeczywisty koszt ponoszą najbiedniejsi, którzy widzą, jak kurczą się środki przeznaczone na ochronę zdrowia, kształcenie i pomoc społeczną.
U podstaw tego wszystkiego leży fałszywy „realizm”, oparty nie tylko na utrwalonej logice siły, lecz także na pewnym przekonaniu kulturowym i antropologicznym, jakoby wojna była nieuchronnie częścią ludzkiej natury. Zawsze tak było – jak się powiada – z wyjątkiem krótkich przerw, i tak będzie zawsze! A zatem problemem nie jest już pokój, utracony jako punkt odniesienia na arenie międzynarodowej, lecz to, jak i kiedy podjąć działania militarne, przy równoczesnym utrzymywaniu, że nieprzygotowanie się do starcia byłoby nieodpowiedzialne. Natomiast tym, co jest naprawdę nieodpowiedzialne, jest właśnie Realpolitik– ta postać politycznego „realizmu”, która zasiewa w sumieniach i kulturze pogodzenie się z wojną jako z czymś nieuniknionym, a pokój i dialog przedstawia jako postawy utopijne albo irracjonalne, rzekomo ignorujące istniejące zagrożenia. Tymczasem pokój nie jest naiwną nadzieją ani jedynie brakiem wojny: jest owocem – zawsze możliwym – sprawiedliwości i miłosierdzia.
W takiej atmosferze nihilizm i pragmatyzm splatają się ze sobą i prowadzą do normalizacji najcięższych błędów: religijne ekstremizmy i fanatyzmy tożsamościowe sprzymierzają się z irracjonalnym ekonomizmem, podczas gdy polityka z łatwością ucieka się do dezinformacji, ośmieszania przeciwnika oraz systematycznego budowania lęków i resentymentów. W ten sposób odmienność drugiego coraz częściej bywa postrzegana jako zagrożenie, podsycając pragnienie posiadania, chęć dominacji, ambicje hegemoniczne, nadużycia władzy i lęk przed różnicą, a zarazem przygotowując grunt, na którym nowe konflikty mogą dojrzewać niemal niezauważalnie [186].
Jest to podatny grunt dla nowych wojen, być może jeszcze groźniejszych niż dawne, ponieważ mają one tendencję do przekraczania wszelkich granic etycznych. To, co niegdyś uważano za niedopuszczalne, dziś może być realizowane niemal bez wahania, podczas gdy reakcja międzynarodowa dostosowuje się raczej do wygody poszczególnych rządów niż do obiektywnej wagi faktów. Decyzje wydają się dziś podyktowane niemal wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, podtrzymywanym przez medialne złudzenia, sztucznie wytwarzane euforie i „marzenia”, które nieuchronnie się rozpadają, rodząc frustrację i nową przemoc. Gdy człowiek daje się przekonać, że nic nie jest naprawdę prawdziwe, a „zasady” są jedynie pustą osłoną, w samych sercach osób zapala się lont nowych wybuchów nietolerancji i agresji.
W tym scenariuszu pozostaje otwarte pytanie o realne zabezpieczenia przed nową przemocą. Kiedy jakaś kultura normalizuje i usprawiedliwia konflikt, pojawia się niebezpieczna pochylnia: to, co dziś wydaje się nie do pomyślenia, jutro może zostać uznane za akceptowalne na podstawie kalkulacji użyteczności albo bezpieczeństwa. W krajach naznaczonych poważnymi napięciami społecznymi nie możemy wykluczyć, że ktoś w końcu uzna konflikt zbrojny za skuteczny sposób odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych i za narzędzie cynicznego zarządzania trudnościami.
Szczególna odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy działają w świecie badań naukowych. Wszyscy uczestnicy tej dziedziny – naukowcy, przedsiębiorcy, inwestorzy, władze akademickie, politycy i inni – są wezwani do działania w duchu przejrzystości i odpowiedzialności, przy zachowaniu żywej świadomości szerokiego kontekstu, w jakim osadzony jest współtworzony przez nich postęp technologiczny, w tym ten związany z AI. Kiedy człowiek ogranicza się do patrzenia wyłącznie na własną dziedzinę, łudzi się, że wykonuje zadanie moralnie neutralne i uchyla się od pytań o cele ostateczne, które ukierunkowują określone eksperymenty; w ten sposób naraża się na współudział, być może niezamierzony, w złowrogich projektach, które zasilają nowe formy przemocy, manipulacji i dominacji.
Budować cywilizację miłości
Budowanie świata pozostającego w permanentnym stanie wojny jest złem i trzeba to nazwać po imieniu. Taki sposób opisu rzeczywistości, w której żyjemy, może wydawać się ponury albo pesymistyczny, uważam jednak, że jest to osąd konieczny. Perspektywa chrześcijańska nie wyczerpuje się jednak w samym piętnowaniu zła. Patrzymy na historię w świetle Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, któremu Ojciec dał „wszelką władzę w niebie i na ziemi” (Mt28, 18). Nie interpretujemy teraźniejszości jako zamkniętego przeznaczenia, lecz jako przestrzeń otwartą na nawrócenie osobiste i wspólnotowe. Wierzymy w siłę Królestwa, które rozwija się z małości ziarnka gorczycy, jak ziarno, które raz zasiane kiełkuje i wzrasta (por. Mk 4, 26-32). Podczas gdy otacza nas zgiełk zamętu, dobro wzrasta z ziemi w milczeniu. Jak mówi prorok: „Oto Ja dokonuję rzeczy nowej; pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43, 19).
Potwierdza to uważna lektura historii. Nawet w najciemniejszych nocach Pan wzbudza mężczyzn i kobiety zdolnych do tego, by nie ulegać rezygnacji i wytrwale trwać przy dobru: są to osoby, które chronią słabych i otwierają bramy pojednania. Pamięć o świętych i sprawiedliwych, o tak często zapomnianych budowniczych pokoju, ukazuje, że łaska nie usuwa konfliktu jednym magicznym gestem, lecz rodzi czynny opór wobec zła i zaskakującą kreatywność w czynieniu dobra. Chrześcijanie dostrzegają ciemności i nazywają je po imieniu, ale nie zatrzymują się na ich kontemplowaniu: znają światłość i wiedzą, że ciemność jej nie ogarnęła i nie może jej zwyciężyć (por. J1, 5). Dlatego służą dobru także tam, gdzie wydaje się, że ostatnie słowo należy do cierpienia, podtrzymywani przez nadzieję teologalną, która wyznacza rzeczywistości horyzont i kierunek.
Wszyscy możemy wnieść swój wkład
W tym miejscu pojawia się jednak subtelna pokusa: myślenie, że problemy są zbyt wielkie, a my zbyt mali, i że wobec tego nasze wybory niczego nie zmieniają. Jest to elegancka forma kapitulacji, często ukrywająca się pod maską realizmu. Oczywiście, nie wszyscy mają taką samą możliwość oddziaływania na rzeczywistość: jedni sprawują władzę, inni decydują o inwestycjach, kierują instytucjami, prowadzą badania naukowe, wychowują, informują, wytwarzają; są też tacy, którzy zdają się mieć jedynie własne życie codzienne. A jednak nikt nie jest pozbawiony odpowiedzialności. Każdy dysponuje własną przestrzenią działania i właśnie tam – a nie gdzie indziej – jest wezwany do wyboru, czy podsycać logikę siły (choćby tylko przez obojętność, cynizm, kłamstwo czy nienawiść), czy też strzec logiki pokoju (przez prawdę, umiar, bliskość i troskę).
Pewien pisarz katolicki XX w., John Ronald Reuel Tolkien, ustami jednego z bohaterów swojej powieści wyraził naszą odpowiedzialność w ten sposób: „Ale nie do nas należy panowanie nad wszystkimi falami przepływającymi przez ten świat; my mamy za zadanie zrobić, co w naszej mocy, dla tej epoki, w której żyjemy, wytrzebić chwasty ze znanego nam pola, aby przekazać następcom rolę czystą, gotową do uprawy” [187]. Cywilizacja miłości nie rodzi się z jednego, spektakularnego gestu, lecz z sumy małych i wytrwałych aktów wierności, które stawiają tamę dehumanizacji. Dlatego warto zatrzymać się i rozważyć kilka aspektów tego, w jaki sposób każdy – we własnej dziedzinie – może współpracować przy jej budowaniu. Nie roszcząc sobie pretensji do wyczerpania tematu, proponuję pięć ścieżek codziennej i publicznej odpowiedzialności: rozbrajać słowa, budować pokój w sprawiedliwości, spojrzeć oczami ofiar, pielęgnować zdrowy realizm oraz ożywiać na nowo dialog i multilateralizm.
Rozbroić słowa
Pierwszym wkładem, jaki możemy wnieść w budowanie bardziej ludzkiej cywilizacji, jest troska o nasze słowa. „Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia świata” [188]. Potęga słów jest ogromna i doświadczamy jej w codziennej komunikacji, gdy ktoś powie nam coś, co zmienia nasze usposobienie – na lepsze albo na gorsze. „Pokój zaczyna się od każdego z nas: od sposobu, w jaki patrzymy na innych, jak ich słuchamy i jak o nich mówimy. W tym sensie sposób komunikowania się ma znaczenie fundamentalne: musimy powiedzieć «nie» wojnie słów i obrazów, musimy odrzucić paradygmat wojny” [189]. Wszyscy musimy więc uczynić rachunek sumienia w odniesieniu do słów, których używamy, do uprzedzeń, jakimi są one przeniknięte, oraz do agresji – jawnej bądź ukrytej – która w nich tkwi. Mamy realną możliwość przyczyniania się do dobra za każdym razem, gdy mówimy prawdę, dajemy mądrą radę, wspieramy tego, kto potrzebuje pocieszenia, piętnujemy niesprawiedliwość albo dajemy głos temu, kto go nie ma.
Budować pokój w sprawiedliwości
Wszyscy, na każdym poziomie, możemy przyczyniać się do budowania tego, co stanowi fundament pokoju, a mianowicie sprawiedliwości. Nie szukamy bowiem jakiegokolwiek pokoju, jakiegoś braku konfliktu za wszelką cenę, lecz tego prawdziwego pokoju, który rodzi się ze sprawiedliwości. „Istnieje ścisła zależność między sprawiedliwością każdego człowieka a pokojem wszystkich” [190]. Komentując werset Psalmu: „Ucałują się sprawiedliwość i pokój” ( Ps85, 11b), św. Augustyn pisze: „Nie ma wszak takiego, kto nie chciałby pokoju, ale nie wszyscy chcą czynić sprawiedliwość. (…) Ale czyń sprawiedliwość, ponieważ sprawiedliwość i pokój udzielają sobie pocałunku, nie kłócą się. Czemu ty kłócisz się ze sprawiedliwością? Oto sprawiedliwość powiada ci: Nie kradnij, a nie słuchasz; Nie cudzołóż, nie chcesz słyszeć; Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, nie mów drugiemu, czego nie chcesz sam posłyszeć. (…) Chcesz więc wejść do pokoju? Czyń sprawiedliwość!” [191]. Nie zniechęcajmy się zatem w dążeniu do sprawiedliwości!
Spojrzeć oczami ofiar
Są sytuacje, w których – jeśli chcemy pozostać ludźmi – musimy porzucić wahania i zająć stanowisko. Istnieją konflikty, wobec których nie godzi się zachowywać neutralności i nie wystarcza samo przekonanie o tym, że nie mamy „współudziału” [192]. Gdy stajemy wobec bombardowań ludności cywilnej, ataków na szpitale, szkoły i infrastrukturę niezbędną do życia, wobec przemocy dotykającej dzieci, znajdujemy się wobec zgorszeń raniących samo człowieczeństwo. Dlatego nie możemy pozostawać na poziomie abstrakcyjnych analiz. Jak przypomniał Papież Franciszek, musimy „dotknąć ciała” [193]cierpiących: patrzeć w twarze, słuchać historii i uznawać rany. Bolesne wydarzenia potrzebują zarówno rzetelnego opisu historycznego, jak i zachowania w pamięci: tego pierwszego, aby próbować opowiadać fakty, a drugiego, aby dawać świadectwo o tym, co zostało przeżyte.
Udzielanie miejsca – w przekazie informacji i w wychowaniu – spojrzeniu i głosowi ofiar pomaga naprawdę uświadomić sobie otchłań zła zawartą w wojnie i – ogólnie rzecz biorąc – w każdej przemocy; pomaga nie uznawać logiki konfliktu za coś normalnego; nie odwracać wzroku, gdy dochodzi do zniewagi godności człowieka; pomaga przywracać ludziom dotkniętym przemocą godność bycia rozpoznanymi i wysłuchanymi [194]. Uwaga poświęcana tym głosom umacnia przekonanie, że poza brutalnymi mniejszościami ludzkość nie pragnie wojny. Kościół może być w sposób szczególny miejscem żywej pamięci ofiar. Jak przypominał św. Paweł VI, czuje się on zobowiązany uczynić własnym zarówno głos poległych w minionych wojnach, jak i głos żyjących, którzy nadal noszą ich rany, aby ich krzyk stawał się wezwaniem do pokoju i zgody, a nie zapowiedzią nowych konfliktów [195].
Pielęgnować zdrowy realizm
Potrzebujemy zdrowego realizmu, który pozwala uniknąć zarówno idealizmu politycznego, jak i cynizmu. Istnieje bowiem taki idealizm, który – chcąc ocalić swój światopogląd – wybiera fakty, nagina je i nadaje im nowe nazwy, aż w końcu zaczyna żyć w rzeczywistości skonstruowanej na miarę własnych przekonań. Istnieje jednak również realizm zdegenerowany, który myli stwierdzenie faktu z rezygnacją: skoro dominuje siła, to dochodzi do wniosku, że powinna ona panować. Autentyczny realizm nie rezygnuje z przemieniania świata: zaczyna od jasnego dostrzeżenia interesów, lęków, ograniczeń i układów sił właśnie po to, by rozeznać, co można rzeczywiście osiągnąć i jakimi drogami. Nie sprowadza polityki do moralizmu, ale też nie wydaje jej na pastwę przemocy: szuka możliwych dróg, aby pokój był czymś więcej niż tylko słowem – a więc wiarygodnych instytucji, sprawdzalnych gwarancji, cierpliwych negocjacji, zapobiegania konfliktom i ochrony ludności cywilnej.
Na nowo ożywić dialog
Aby budować cywilizację miłości, musimy praktykować dialog. Jest on głównym narzędziem współistnienia między osobami i między narodami oraz alternatywą wobec otwartego konfliktu. Przypominał o tym już Pius XII u progu II wojny światowej, gdy mówił, że dzięki pokojowi nic się nie traci, podczas gdy przez wojnę można stracić wszystko, oraz że ludzie powinni na nowo zacząć ze sobą rozmawiać, ponieważ szczera i wytrwała wymiana poglądów zawsze otwiera możliwość znalezienia honorowego rozwiązania [196].
Dialog jest zwyczajnym wymiarem ludzkiego życia i nie dotyczy jedynie stosunków między państwami. Chodzi o nabycie postawy zdolnej budować więzi braterstwa, wynikające ze słuchania, szczerego spojrzenia, poświęconego czasu, a nawet czasu pozornie straconego razem. Jeżeli bowiem doświadczamy autentycznego spotkania z drugim człowiekiem – z tym, który jest odmienny, jest obcokrajowcem, migrantem – wówczas o wiele trudniej jest choćby wyobrazić sobie wojnę.
Na płaszczyźnie politycznej pilnie potrzeba przejścia od „kultury potęgi” do autentycznej „kultury negocjacji”, w której dialog i relacje dyplomatyczne staną się zwyczajną drogą mierzenia się z konfliktami, jak tego pragnął Giorgio La Pira: „Metodę wojny trzeba zastąpić metodą pokoju: metodą negocjacji, spotkania, porozumienia; a więc metodą autentycznie ludzką!” [197]. Świadomość wspólnego losu narodów domaga się, aby kultura negocjacji coraz bardziej stawała się wspólnym zobowiązaniem zarówno politycznym, jak i kulturowym, zdolnym stopniowo wyprowadzać ludzkość ze spirali przemocy.
Tym, którzy mają zaszczyt i obowiązek sprawowania rządów, pragnę powtórzyć słowa, które wypowiedziałem na początku mojego Pontyfikatu: „Ludy pragną pokoju, a ja, z sercem na dłoni, zwracam się do przywódców: spotkajmy się, rozmawiajmy, negocjujmy! Wojna nigdy nie jest nieunikniona, broń może i powinna zamilknąć, gdyż nie rozwiązuje problemów, lecz je pogłębia. Do historii bowiem przejdzie ten, kto sieje pokój, a nie ten, kto zbiera ofiary; ponieważ inni nie są przede wszystkim wrogami, lecz istotami ludzkimi: nie złymi, by ich nienawidzić, lecz osobami, z którymi trzeba rozmawiać. Odrzućmy manichejskie podziały, typowe dla narracji pełnych przemocy, które dzielą świat na dobrych i złych” [198].
W odrzucaniu logiki przemocy rozstrzygającą rolę odgrywa dialog między religiami, ponieważ w centrum wielkich dróg duchowych znajduje się orędzie pokoju [199]. Kto posługuje się imieniem Boga, aby usprawiedliwiać terroryzm, przemoc albo wojnę, ten zdradza Jego oblicze: walczyć w imię religii znaczy w rzeczywistości uderzać w samą religię [200]. „Duch Asyżu”, zapoczątkowany przez św. Jana Pawła II i rozwijany przez zaangażowanie Papieża Franciszka – na przykład w dialogu z Wielkim Imamem Al-Azharu – ukazuje, że wierzący mogą na nowo czerpać z najautentyczniejszych źródeł własnych tradycji duchowych, gdzie nie ma miejsca na sakralizowaną nienawiść.
Konieczność dyplomacji i multilateralizmu
W stosunkach międzynarodowych dialog jest niezastąpionym narzędziem dyplomacji, służącym zapobieganiu konfliktom i odbudowywaniu więzi zaufania. W obliczu impulsywnej komunikacji, agresywnej retoryki i logiki potęgi, które naznaczają nasze czasy, „powołaniem dyplomacji jest wspieranie dialogu ze wszystkimi, w tym z rozmówcami uważanymi za szczególnie «niewygodnych», lub z tymi, których nie uważa się jako uprawnionych do negocjacji” [201], wykorzystując aż do granic wytrwałości pokorę i cierpliwość, by na nowo splatać nawet najwątlejsze oznaki dobrej woli stron pozostających w konflikcie i w ten sposób otwierać drogę do procesu pokojowego.
Również cyberprzestrzeń stała się polem konfrontacji: ataki informatyczne, manipulowanie danymi, kampanie wpływu rozgrywane za pomocą AI mogą destabilizować całe kraje, zanim jeszcze dojdzie do otwartego starcia zbrojnego. Przypisanie odpowiedzialności na tym obszarze bywa często niepewne: gdy nie jest jasne, kto zaatakował, wzrasta ryzyko nieproporcjonalnych reakcji, błędów w ocenie sytuacji i eskalacji konfliktu. Dlatego potrzebna jest dyplomacja zdolna do działania także w tym nowym środowisku, negocjując wspólne zasady korzystania z technologii cyfrowych i chroniąc ludność cywilną oraz najbardziej bezbronnych przed formami przemocy niewidocznej, lecz przez to nie mniej realnej.
Organizacje międzynarodowe, w szczególności ONZ, pozostają niezbędnymi narzędziami wspierania cywilizacji miłości: przez podtrzymywanie dialogu między narodami, pokojowe rozwiązywanie konfliktów, integralny rozwój ludów, ochronę osób najbardziej bezbronnych oraz rozbrojenie i troskę o stworzenie. Dzięki tym instancjom wspólnota międzynarodowa może starać się ograniczać nierówności, bronić praw uchodźców i mniejszości, uwalniać środki przeznaczane na zbrojenia, aby służyły rozwojowi człowieka, oraz chronić wspólny dom. Stolica Apostolska popiera i towarzyszy tym wysiłkom, uznając zarazem, że obecna słabość ONZ i międzynarodowego systemu politycznego ujawnia potrzebę głębokich reform: nie chodzi jedynie o korekty techniczne, ponieważ kryzys przekonań i wartości dotyka także etycznych fundamentów życia narodów i utrudnia ukierunkowanie multilateralizmu na prawdziwe dobro wspólne [202].
W kontekście międzynarodowym dyplomacja Stolicy Apostolskiej przyjmuje ewangeliczną zasadę miłosierdzia jako konkretne kryterium działania politycznego. Jest to jeden ze sposobów, za pomocą których Stolica Apostolska staje w służbie ludzkości, odwołując się do sumień oraz wzywając je do miłości i prawdy, broniąc godności każdej osoby oraz stając się głosem dotkniętych biedą, migrantów i ofiar wojen. W ten sposób dyplomacja papieska wyraża powszechność Kościoła i przyczynia się do budowania cywilizacji miłości, w której także nowe technologie są ukierunkowane na dobro wspólne.
Modlić się i mieć nadzieję
Te drogi zaangażowania czerpią siłę z modlitwy i zarazem ją podtrzymują. Dla nas bowiem pokój przede wszystkim „pochodzi od Boga, Boga, który miłuje nas wszystkich bezwarunkowo” [203]. Jest on darem przekazanym przez Jezusa swoim uczniom w dniu Zmartwychwstania: „Pokój z wami! Taki jest pokój Chrystusa Zmartwychwstałego, pokój nieuzbrojony i pokój rozbrajający, pokorny i wytrwały” [204]. Tymi słowami pozdrowiłem Kościół i świat w dniu mojego wyboru na Tron Piotrowy i pragnę je powtórzyć, aby zachęcić wszystkich do proszenia o ten dar. Nie ustawajmy w modlitwie o pokój i w wysiłku, by urzeczywistniać go w naszych relacjach i w społeczeństwie.
ZAKOŃCZENIE
„Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje” (1 Kor3, 10): są to słowa św. Pawła, który zachęca chrześcijan w Koryncie, aby strzegli jedności. Najdrożsi bracia i siostry, stawialiśmy sobie pytania o świat, który budujemy, pytając zarazem, co znaczy troska o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji. Na zakończenie tej refleksji pragnę pozostawić wam pewien sposób życia chrześcijańskiego: powściągliwy i wymagający, dzięki któremu można przeżywać tę zmianę epoki w świetle Ewangelii. Jest to wędrówka, która rodzi się z kontemplacji zamysłu Bożego, żyje jednością Kościoła, karmi się Słowem Bożym i Eucharystią, buduje świat w dobru i łączy się w modlitwie z Maryją Panną.
Słowo stało się ciałem
W świecie przenikniętym tyloma działaniami mającymi na celu zdobywanie rynków i stref wpływu, a które często przybierają postać uspokajających narracji i uwodzicielskich konstrukcji ideologicznych, nasze serce odczuwa potrzebę odkrycia innego zamysłu – mądrego i łaskawego – podobnego do tego, który Maryja kontempluje w Magnificat, gdy głosi, że z pokolenia na pokolenie miłosierdzie Boga rozciąga się nad tymi, którzy się Go boją [205]. Ten zamysł miłosierdzia przenika również dziś historię, także w jej najszybszych i najbardziej niespokojnych przemianach, naznaczonych przez algorytmy i globalne sieci, oraz staje się kompasem dla ewangelicznego życia w epoce cyfrowej.
W centrum znajduje się tajemnica Wcielenia: Słowo stało się ciałem i pośród nas rozbiło swój namiot. Ciało Syna – ubogie i bezbronne – przywodzi na myśl ciała tylu braci i sióstr ogołoconych z godności i skazanych na milczenie [206]; a poprzez tę bliskość dar pokoju wkracza w świat w paradoksalny sposób – jako moc stawania się dziećmi Bożymi, która budzi się w nas, gdy pozwalamy, by dotknął nas płacz najmniejszych, kruchość osób starszych, milczenie ofiar, trud tych, którzy zmagają się ze złem, którego nie chcieliby popełniać [207]. W tym zranionym i umiłowanym ciele Ojciec ukazuje nam prawdziwe człowieczeństwo – życie, które spełnia się w otwartości i komunii, aż do tego stopnia, że rodzi w nas pragnienie, by Jego wola wypełniała się jako w niebie, tak i na ziemi [208].
W obietnicach transhumanizmu i niektórych nurtów posthumanistycznych, dążących do człowieczeństwa ulepszonego i niemal odcieleśnionego, rozpoznajemy pragnienie, które dotyczy także i nas: potrzebę życia pełniejszego, mniej narażonego na słabość i cierpienie. Wcielenie otwiera jednak inną drogę. Podczas gdy dawne i nowe ideologie popychają człowieka ku technicznemu przekraczaniu ograniczeń i ku wynoszeniu się ponad innych w celu umocnienia panowania, misterium Syna Bożego, który wkracza w naszą kondycję, opowiada o ruchu przeciwnym: żywy Bóg zstępuje w naszą historię, aby wyzwolić nas z wszelkiej niewoli [209], bierze na siebie naszą słabość i przekształca ją w miejsce zbawienia. Nie ma takiej chwili ani takiego stanu człowieka, który byłyby niegodny Boga: „Zgodnie z nauczaniem naszej wiary mamy i adorujemy w naszych misteriach Boga, który rodzi się w żłobie; Boga, który żyje i przemierza Judeę; Boga, który umiera na krzyżu; Boga umarłego, który spoczywa w grobie” [210]. Przyszłość ludzkości znajduje więc swoje kryterium w zdolności przyjęcia tego Bożego sposobu stawania się bliskim, współdźwigania ciężaru świata i przemieniania relacji od wewnątrz. „O, cudzie (…): człowiek jest Bogiem, a ten Bóg-Człowiek przechodzi przez wszystkie te stopnie, znosi wszystkie te stany i je uszlachetnia, uświęca, przebóstwia w sobie samym!” [211]. Tym, co zbawia człowieka, jest miłość Boża, która zstępuje aż do najdelikatniejszego punktu ludzkiej historii i odnawia ją, poczynając od głębi.
Dlatego ja – jako wierzący pośród wierzących – zapraszam do kontemplacji w obliczu Syna wspaniałego człowieczeństwa, które rzuca światło także na epokę AI. W Chrystusie rozumiemy, że człowiek jest powołany, by być współpracownikiem w dziele stworzenia, a nie zrezygnowanym widzem procesów technologicznych, które ograniczają jego wolność i odpowiedzialność [212]. Godność, którą Duch Święty rzeźbi w każdym z nas, wyraża się również w zdolności do krytycznego myślenia, do dokonywania wyborów i do bezinteresownej miłości oraz do wchodzenia w autentyczne relacje. Żaden system obliczeniowy, choćby najbardziej wyrafinowany, nie rodzi serca zdolnego się ofiarować ani sumienia zdolnego rozeznawać dobro. Nawet gdy maszyny osiągają niezwykłą wydajność, centrum historii pozostaje ludzkie oblicze, które domaga się, by na nie spojrzeć. To ludzkie oblicze jest pełnią, ku której zmierza historia. Jest tajemnicą rekapitulacji, pewnością, że Ojciec postanowił przywrócić wszystko Chrystusowi – jedynej Głowie – to, co w niebiosach, i to, co na ziemi (por. Ef1, 10). W tym zamyśle nic z tego, co autentycznie ludzkie, nie zostanie utracone, lecz wszystko zostanie oczyszczone i na nowo zjednoczone w Tym, który zbiera każdy okruch życia, każdą łzę i każde autentyczne ludzkie osiągnięcie, aby wyrwać je nicości i przekazać Ojcu jako odkupione.
Jedno ciało w Chrystusie
Duchowość, której potrzebujemy, jest duchowością eucharystyczną, to znaczy duchowością eklezjalnej jedności w miłości. Wcielenie i Zmartwychwstanie objawiają Boga, który wchodzi w naszą ludzką kondycję i przemienia ją w dar z siebie. Dar ten pozostaje obecny i skuteczny w Eucharystii, w której Pan udziela samego siebie i gromadzi Kościół, aby Jego ofiara stawała się zasadą jedności i źródłem nowego życia. Z tej komunii rodzi się także solidarność chrześcijańska, ponieważ „zjednoczenie z Chrystusem jest jednocześnie zjednoczeniem z wszystkimi, którym On daje siebie” [213]. Jak św. Augustyn wyjaśnia nowo ochrzczonym w swoim Kościele, chleb i wino na ołtarzu są sakramentem jedności wiernych w Chrystusie: „To, co się widzi, ma postać materialną, to, co się rozumie, niesie owoc duchowy. Jeśli więc chcesz zrozumieć Ciało Chrystusa, słuchaj, co Apostoł mówi do wiernych: «Wy zaś jesteście Ciałem Chrystusa i członkami» ( 1 Kor12, 27). Jeśli więc jesteście Ciałem Chrystusa i Jego członkami, to tajemnica wasza jest złożona na stole Pańskim – stamtąd otrzymujecie waszą tajemnicę. Na to, czym jesteście, odpowiadacie «Amen», a tak odpowiadając, składacie podpis. Słyszysz bowiem: «Ciało Chrystusa», i odpowiadasz: «Amen». Bądź więc członkiem Kościoła, aby to «Amen» znaczyło prawdę” [214].
„Amen”, które wypowiadamy w liturgii, Ciało, które spożywamy, i Krew, którą pijemy, nadają kształt całemu naszemu życiu. Eucharystia jest „bardzo osobistym spotkaniem z Panem, a jednak nie jest nigdy tylko aktem indywidualnej pobożności” [215]. W niej ukazuje się w sposób widzialny, że „jesteśmy Kościołem Chrystusa, jesteśmy Jego członkami, Jego ciałem. Jesteśmy w Nim braćmi i siostrami. I w Chrystusie, mimo że jest nas wielu i jesteśmy różni, stanowimy jedno: « In Illo uno unum»” [216]. Eucharystia otwiera nas na sprawiedliwość i dzielenie się, ze szczególną troską o tych, którzy dźwigają ciężar biedy i wykluczenia. Podczas gdy nowe sieci ekonomiczne i technologiczne mogą rodzić wykluczenie, izolację i uzależnienia, Kościół karmiony Eucharystią jest powołany, by ukazywać inną miarę, pielęgnując więzi, przywracając głos tym, którzy są niewidoczni, i ukierunkowując procesy na godność osoby.
Plac budowy naszych czasów
Duchowość, którą pragnę przekazać, jest duchowością „roztropnego budowniczego”, który – ożywiony nadzieją na Królestwo Boże – angażuje się w budowanie świata w dobru (por. 1 Kor3, 10). Jak napisałem na początku tych rozważań [217], nasze budowanie musi mieć dziś jako fundament relację z Bogiem, jako zasadę – przyjęcie ludzkiej ograniczoności jako rzeczywistości naturalnej i pozytywnej, zaś jako styl – współodpowiedzialność i język ewangeliczny. Na koniec tej wędrówki projekt cywilizacji miłości zarysowuje się wyraźniej, a plac budowy wydaje się już otwarty, zwłaszcza dzięki wielu żywym kamieniom mocno zjednoczonym z Chrystusem – kamieniem węgielnym (por. 1 P 2, 4-6). Jesteśmy wezwani, by podjąć czynny udział w tym dziele, nie uciekając się ani do spirytualizmu, ani do naszych małych światów: musimy pozostać wierni prawdzie, inwestować w wychowanie, troszczyć się o relacje oraz miłować sprawiedliwość i pokój.
Pozostańmy wierni prawdzie! Żyjąc zanurzeni w nieustannym przepływie informacji, opinii i obrazów, wiemy, jak łatwo można dziś ukierunkowywać decyzje i preferencje za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych algorytmów [218]. W tym kontekście ważne jest pielęgnowanie serca, które miłuje prawdę, które bardziej pragnie tego, co słuszne, niż tego, co przyciąga uwagę, i które bardziej szuka mądrości niż natychmiastowego efektu. Prawdą, której nie wolno nam utracić, jest prawda o Bogu i o istocie ludzkiej, tak jak objawił nam ją Chrystus. Trzeba porzucić indywidualistyczną i techniczną wizję człowieka, jakby rzeczywistość była jedynie czystą materią, którą można kształtować według egoistycznych interesów, zarówno jednostkowych, jak i zbiorowych [219]. Kształtujmy natomiast to, co Papież Franciszek nazwał „antropocentryzmem umiejscowionym” [220], który uznaje człowieka za stworzenie wpisane w sieć relacji z innymi istotami żyjącymi i z całym stworzeniem. Wierność prawdzie domaga się włączenia oferowanych przez technikę możliwości w drogę mądrości, która jest zdolna strzec zarazem godności każdej osoby i przyszłości naszego wspólnego domu.
Inwestujmy w wychowanie, które rozpoczyna się od nas samych! Wszyscy potrzebujemy formacji, aby na sposób ludzki żyć w świecie cyfrowym, co jest integralną częścią wychowania do wiary i do dobrego życia według Ewangelii. Musimy wychowywać samych siebie do patrzenia na świat cyfrowy jak na nowy kontynent, domagający się ewangelizacji i potrzebujący wielkodusznych i dojrzałych w wierze misjonarzy. W sposób szczególny potrzeba dziś dorosłych, którzy na nowo odkryją swoje powołanie do bycia mistrzami wychowania, gotowymi do codziennej i cierpliwej pracy, wspartej przez szerokie i wspólne przymierza wychowawcze. Towarzyszenie dzieciom i młodzieży w takim korzystaniu z technologii, by były one przestrzenią odpowiedzialnych relacji, pomaganie im w rozpoznawaniu ich zagrożeń i wybieraniu tego, co sprzyja rozwojowi wolności wewnętrznej, stanowi dziś konkretną formę miłosierdzia i ochrony ich godności. Wychowywanie nowych pokoleń do przekonania, że ewolucja technologii nie podąża nieuchronną ścieżką, lecz może być ukierunkowywana przez odpowiedzialność osobistą i zbiorową, stanowi jedną z najcenniejszych posług dla dobra wspólnego.
Troszczmy się o relacje! W epoce, która dąży do przyspieszenia i fragmentaryzacji, ludzkie ciało wciąż domaga się troski i uznania ze strony rąk zdolnych do czułości, uważnych umysłów i dobrych słów. Kultura cyfrowa mnoży połączenia i otwiera nowe możliwości spotkania; serce człowieka zachowuje jednak niezbywalną potrzebę bliskości. Zachęcam do pielęgnowania miejsc i chwil, w których fizyczna obecność pozostaje niezastąpiona, a są nimi: wspólnota stołu, gromadząca się wspólnota chrześcijańska, wizyta u osób samotnych czy posługiwanie osobom biednym. Są to znaki człowieczeństwa, które wciąż wierzy, że każde ciało jest świątynią Ducha Świętego i domem Boga; właśnie to przymierze chwały i kruchości staje się kryterium oceny modeli antropologicznych proponowanych przez współczesną kulturę.
Miłujmy sprawiedliwość i pokój! Te same technologie, które ułatwiają komunikację i dostęp do zasobów, mogą wspierać modele wyzyskujące najbardziej bezbronnych, podsycać nowe formy niewolnictwa i przemieniać konflikt w okazję do zysku. Każdy wybór techniczny czy ekonomiczny przekształca się w miejsce duchowego rozeznawania, sposobność do sprawdzania, czy postęp w dziedzinie AI otwiera przestrzenie sprawiedliwości i uczestnictwa, czy też skupia bogactwo i władzę w rękach nielicznych. Zachęcam, by z trzeźwością patrzeć na łańcuchy produkcji cyfrowej, na warunki pracy ukryte za naszymi urządzeniami, na mechanizmy czerpiące korzyść z manipulacji i wojny, a zarazem by szukać konkretnych dróg wzrostu sprawiedliwości, uczestnictwa i troski o stworzenie. Nadzieja, którą głosimy, przychodzi z nieba, „aby tutaj, na ziemi, stworzyć nową historię”; właśnie dlatego wierzący angażują się, aby nierówności ustępowały miejsca większej sprawiedliwości i aby „zamiast przemysłu wojny zwyciężało rzemiosło pokoju” [221].
Patrząc w przyszłość, pragnę przywołać obraz Nehemiasza, którego na początku tych rozważań obraliśmy jako towarzysza i przewodnika. Nehemiasz słyszy wołanie zranionego miasta, niesie ten ból w modlitwie, rozeznaje przed Bogiem, prosi o pomoc, otrzymuje pozwolenie, by wyruszyć, organizuje pracę, stawia czoła oporowi wewnętrznemu i zewnętrznemu, a także cegła po cegle odbudowuje wraz z ludem mury Jerozolimy. W nim dostrzegamy jasną przypowieść o naszym powołaniu do życia w czasach transformacji cyfrowej: byśmy nie byli biernymi widzami społecznych i kulturowych podziałów ani zwykłymi komentatorami ruin, lecz kobietami i mężczyznami, którzy wchodzą na place budowy historii – do laboratoriów badawczych, firm technologicznych, szkół, mediów, instytucji i wspólnot lokalnych – aby podnosić to, co zostało zrujnowane, i chronić to, co jest wystawione na zagrożenie. Jak Nehemiasz, również my jesteśmy wezwani do łączenia słuchania i odwagi, modlitwy i odpowiedzialności, aby miasto ludzkie stawało się bardziej nadające się do życia, także wtedy, gdy zdają się przeważać logiki technokratyczne i partykularne interesy.
Obraz odbudowy Jerozolimy przywołuje obietnicę Nowego Testamentu dotyczącą miasta świętego, które nade wszystko zostaje nam dane w darze. W Apokalipsie nowa Jerozolima zstępuje ku nam jako dar dla całego Ludu Bożego, „przystrojona jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża” (Ap21, 2). Mury Jerozolimy nie są już fortyfikacjami obronnymi, lecz drogocennymi ozdobami Oblubienicy Baranka. Jej bramy, których Nehemiasz strzegł z tak wielką troską, pozostają na stałe otwarte dla wszystkich narodów. Obecność Boga daje wszystkim światło i życie. Miasto jest nowym Edenem, z jego wodą życia darowaną spragnionym i z jego drzewem życia, którego liście „służą do leczenia narodów” (Ap 22, 2). Oczekując na wypełnienie tej wizji, mamy ją przed oczami jako zachętę, jako wezwanie do przezwyciężania naszych podziałów i do wspólnej pracy: oto droga Jezusa Chrystusa – wczoraj, dziś i na wieki.
Pieśń nadziei: Magnificat
Czwartym punktem tego programu życia chrześcijańskiego – po wierze, która kontempluje zamysł miłości Ojca; po miłości, która jednoczy nas w jednym ciele eklezjalnym; po nadziei, która podtrzymuje nasze działanie w świecie – jest modlitwa. Naszemu zaangażowaniu towarzyszy Pieśń Maryi. Gdy Elżbieta oznajmia Jej, że stała się Matką Pana, Maryja wznosi hymn uwielbienia i radości: Jej dusza wielbi Pana, a Jej duch raduje się w Bogu, Jej Zbawicielu, ponieważ On wybrał dla swego planu zbawienia młodą, ubogą i małą dziewczynę. Nagle Maryja widzi całą historię oczami tego odkrycia. Wokół Niej nic się nie zmieniło: sytuacja społeczno-polityczna Jej epoki pozostaje taka sama – Rzymianie nadal panują nad Jej ziemią, a Jej lud pozostaje podzielony i upokorzony. A jednak wszystko zmieniło się w Niej samej i to pozwala Jej dostrzec to, co niewidzialne. Bóg jużobjawił moc swego ramienia, już rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich, strącił władców z tronu, wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił. Bóg już ujął się za swoim sługą Izraelem. „Opowiada się On po stronie ostatnich. Jego zamysł jest często przysłonięty nieprzejrzystą warstwą ludzkich kolei życia, gdzie jest widoczny tryumf «pysznych, władców i bogatych». A jednak w końcu ujawnia się Jego tajemnicza moc” [222].
Maryja Panna nie tylko uczy nas dostrzegać niewidzialne dzieło Boga, lecz także kieruje nasze spojrzenie „na przełomowe punkty ludzkości, gdzie dochodzi do zaburzenia świata, w konflikcie między pokornymi a możnymi, między ubogimi a bogatymi, między sytymi a głodnymi”, wychowując nas „do przyjęcia innej perspektywy, aby spojrzeć na świat od dołu, oczami cierpiących, a nie z perspektywy wielkich; aby patrzeć na historię oczami maluczkich, a nie z perspektywy możnych; aby interpretować wydarzenia historyczne z punktu widzenia wdowy, sieroty, cudzoziemca, poranionego dziecka, wygnańca, uciekiniera” [223]. W ten sposób Maryja Panna staje się „poetką i prorokinią odkupienia”, ponieważ z Jej ust wypływa „najpotężniejszy i najbardziej nowatorski hymn, jaki kiedykolwiek został wygłoszony, Magnificat; to Ona objawia przeobrażający plan ekonomii chrześcijańskiej, jej historyczny i społeczny skutek, który po dziś dzień czerpie z chrześcijaństwa swoje źródło i swoją siłę” [224].
Z tą samą wiarą, jaką miała Maryja, stańmy się tkaczaminadziei w naszym świecie, dzieląc się tym, kim jesteśmy i co posiadamy, tak aby pośród nas wzrastała obecność Jezusa i kształtowało się Jego Królestwo. W pokornej wierności każdego dnia również epoka AI może stać się czasem, w którym Duch Święty doprowadza do dojrzałości cywilizację miłości w naszym życiu: Pan nadal czyni wszystko nowe i pozostawia każdej epoce otwartą możliwość, by stała się historią zbawienia w świetle Wcielenia. Zawierzam to pragnienie Matce Chrystusowej, Niewieście Magnificat, aby towarzyszyła naszym krokom w zmieniającej się teraźniejszości i strzegła w każdym z nas ufności pokładanej w Ewangelii, tak abyśmy mogli dawać świadectwo o pięknie wspaniałego człowieczeństwa, w którym mieszka Bóg.
Dano w Rzymie, u Świętego Piotra, dnia 15 maja 2026, w drugim roku mego Pontyfikatu.
LEON PP. XIV
[1] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 22: AAS 58 (1966), s. 1042.
[4] Por. Leon XIII, Enc. Rerum novarum (15 maja 1891), 22: ASS 23 (1890-1891), s. 653: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 52-53.
[5] Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate(29 czerwca 2009), 69: AAS 101 (2009), s. 702.
[6] Franciszek, Enc. Laudato si’(24 maja 2015), 104: AAS 107 (2015), s. 888.
[8] Św. Augustyn, Confessiones, I, 1, 1: CCSL 27, Turnhout 1981, s. 1: Wyznania, tłum. Z. Kubiak, Kraków 2007, s. 25.
[9] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 183: AAS 105 (2013), s. 1097.
[10] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 36: AAS 58 (1966), s. 1054; por. Tenże, Dekret Apostolicam actuositatem, 7: AAS 58 (1966), s. 843-844.
[11] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 44: AAS 58 (1966), s. 1065.
[12] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 257: AAS 105 (2013), s. 1123.
[13] Św. Jan Paweł II, List apost. w formie Motu proprioSocialium scientiarum (1 stycznia 1994): AAS 86 (1994), s. 209: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3 (161)/1994, s. 39.
[14] Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 61: AAS 107 (2015), s. 871.
[16] Tenże, List apost. Tertio millennio adveniente (10 listopada 1994), 35: AAS 87 (1995), s. 27: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 12 (168)/1994, s. 15.
[18] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 222: AAS 105 (2013), s. 1111.
[19] Por. tamże, 236: AAS 105 (2013), s. 1115; Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 215: AAS 112 (2020), s. 1045-1046.
[20] Sobór Watykański II, Konst. dogmat. Lumen gentium, 13: AAS 57 (1965), s. 17.
[21] Por. Św. Paweł VI, List apost. Octogesima adveniens (14 maja 1971), 4: AAS 63 (1971), s. 403: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 430.
[22] Por. Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 243: AAS 105 (2013), s. 1118.
[23] Por. Pius XII, Adhort. apost. Menti Nostrae (23 września 1950): AAS 42 (1950), s. 657-702.
[24] Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus(1 maja 1991), 5: AAS 83 (1991), s. 799.
[25] Pius XI, Enc. Quadragesimo anno (15 maja 1931), 39: AAS 23 (1931), s. 189: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 76; por. Pius XII, Orędzie radiowe w L rocznicę„Rerum novarum”: AAS 33 (1941), s. 198.
[26] Por. Pius XII, Przemówienie do członków Świętego Kolegium i Prałatury Rzymskiej (24 grudnia 1940): AAS 33 (1941), s. 13.
[27] Por. Św. Jan XXIII, Enc. Mater et magistra (15 maja 1961), 2-3: AAS 53 (1961), s. 402: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 221.
[28] Por. Tenże, Enc. Pacem in terris (11 kwietnia 1963), 87 [w tłum. pol. n. 163]: AAS 55 (1963), s. 301: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 302.
[29] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.
[31] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397.
[32]Tamże, 87: AAS 59 (1967), s. 299: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 416.
[33] Tenże, List apost. Octogesima adveniens (14 maja 1971), 4-7: AAS 63 (1971), s. 404-406: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 430-431.
[63] Por. Św. Jan Paweł II, Anioł Pański z osobami z niepełnosprawnościami w Katedrze w Osnabrück (16 listopada 1980): Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. III/2, Città del Vaticano 1980, s. 1232: Byłem upośledzony i przyszliście mi z pomocą, Tenże, Nauczanie papieskie, t. III, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1986, s. 634.
[64] Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 152.
[65] Por. Św. Jan Paweł II, Przemówienie na Pięćdziesiątym Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (5 października 1995), 2: Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. XVIII/2, Città del Vaticano 1998, s. 731: Od praw człowieka do praw narodów, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 11-12 (178)/1995, s. 5.
[66] Tenże, Przemówienie na XXXIV Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (2 października 1979), 7: AAS 71 (1979), s. 1148: Godność osoby ludzkiej fundamentem sprawiedliwości i pokoju, Tenże, Nauczanie papieskie, t. II, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań 1992, s. 261.
[67] Tenże, Orędzie na XXXII Światowy Dzień Pokoju (1 stycznia 1999), 3: AAS 91 (1999), s. 379: Poszanowanie praw człowieka warunkiem prawdziwego pokoju, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (209)/1999, s. 4.
[68] Por. Św. Jan XXIII, Enc. Pacem in terris (11 kwietnia 1963), 5 [w tłum. pol. n. 9]: AAS 55 (1963), s. 259: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 272.
[69] Św. Paweł VI, Przesłanie na Międzynarodową Konferencję Praw Człowieka (15 kwietnia 1968): AAS 60 (1968), s. 285: cyt. za: Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 153.
[70] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Evangelium vitae (25 marca 1995), 2: AAS 87 (1995), s. 402.
[71] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 27: AAS 58 (1966), s. 1047-1048; Św. Jan Paweł II, Enc. Veritatis splendor (6 sierpnia 1993), 80: AAS 85 (1993), s. 1197-1198; Tenże, Enc. Evangelium vitae (25 marca 1995), 7-28: AAS 87 (1995), s. 408-427.
[72] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 208: AAS 112 (2020), s. 1043.
[73] Por. tamże, 209: AAS 112 (2020), s. 1043-1044.
[74]Tamże, 23: AAS 112 (2020), s. 977. Por. Tenże, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 212: AAS 105 (2013), s. 1108.
[75] Por. Benedykt XVI, Adhort. apost. Sacramentum caritatis (22 lutego 2007), 83: AAS 99 (2007), s. 169.
[76] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.
[77] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 164.
[78] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 235: AAS 105 (2013), s. 1115.
[79] Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 105: AAS 112 (2020), s. 1005.
[81] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 220: AAS 105 (2013), s. 1110.
[82] Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 169.
[83] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 16: AAS 112 (2020), s. 974.
[84] Por. Św. Jan Paweł II, Przemówienie na L Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (5 października 1995), 8: Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. XVIII/2, Città del Vaticano 1998, s. 735: Od praw człowieka do praw narodów, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 11-12 (178)/1995, s. 6-7.
[85] Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 171.
[86] Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 31: AAS 83 (1991), s. 831.
[87] Tenże, Homilia podczas Mszy św. sprawowanej dla rolników w Recife, Brazylia (7 lipca 1980), 4: AAS 72 (1980), s. 926: Ziemia jest darem Boga dla wszystkich ludzi, Tenże, Nauczanie papieskie, t. III, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1986, s. 97.
[88] Tenże, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 19: AAS 73 (1981), s. 626.
[89] Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 93: AAS 107 (2015), 884; por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 120: AAS 112 (2020), s. 1010.
[90] Tenże, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 189: AAS 105 (2013), s. 1099.
[91] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 187.
[92] Por. Leon XIII, Enc. Rerum novarum (15 maja 1891), 26: ASS 23 (1890-1891), s. 656: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 54-55.
[93] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 11: AAS 83 (1991), s. 806-807.
[96] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 169: AAS 112 (2020), s. 1028.
[97] Por. tamże, 168: AAS 112 (2020), s. 1027-1028.
[98] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 17: AAS 59 (1967), s. 265-266: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397-398.
[99] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 32, 54: AAS 112 (2020), s. 980, 988.
[100] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 58: AAS 101 (2009), s. 693-694.
[101] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 116: AAS 112 (2020), s. 1009.
[110] Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397.
[111] Por. tamże, 17: AAS 59 (1967), s. 265-266: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397-398; Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 125-127: AAS 112 (2020), s. 1012-1013.
[112] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397; Benedykt XVI, Przemówienie do Korpusu Dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej (8 stycznia 2007): AAS 99 (2007), s. 73: Wolność religijna wyrazem ludzkiej wolności, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2 (290)/2007, s. 19-21; Franciszek, Przemówienie do przedstawicieli ludów rdzennych z okazji XL Sesji Rady Zarządu Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (15 lutego 2017): AAS 109 (2017), s. 244-245.
[113]Dokument końcowy Drugiej Sesji XVI Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów (26 października 2024), 17.
[117] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 94: AAS 112 (2020), s. 1001.
[118] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 53.
[119] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 106-109, AAS 107 (2015), s. 889-891.
[120] R. Guardini, Das Ende der Neuzeit, Würzburg 1951, s. 89: Koniec czasów nowożytnych. Świat i osoba. Wolność, łaska, los, tłum. Z. Włodkowa, M. Turowicz, J. Bronowicz, Kraków 1969, s. 68.
[121] Św. Paweł VI, Przemówienie z okazji XXV rocznicy powstania FAO (16 listopada 1970), AAS 62 (1970), s. 833.
[122] Por. Franciszek, Przemówienie do Rady ds. Kapitalizmu Inkluzywnego (11 listopada 2019), „L’Osservatore Romano”, 11-12 listopada 2019, s. 8.
[123] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), AAS 117 (2025), s. 159-210; Franciszek, Orędzie na LVII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2023), AAS 116 (2024), s. 54-64: Sztuczna inteligencja i pokój, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (459)/2024, s. 4-9; Tenże, Orędzie na LVIII Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2024): AAS 116 (2024), s. 261-266: Sztuczna inteligencja i mądrość serca – dla komunikacji w pełni ludzkiej, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2-3 (460)/2024, s. 4-7; Tenże, Przemówienie podczas Sesji G7 poświęconej sztucznej inteligencji. „Narzędzie fascynujące i zarazem przerażające” (14 czerwca 2024): AAS 116 (2024), s. 866-875; Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy dotyczących przyszłości człowieka (9 lutego 2026); Orędzie na LX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2026): „L’Osservatore Romano”, 24 stycznia 2026, s. 2-3: Chronić ludzkie głosy i twarze, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2-3 (480)/2026, s. 48-51.
[124] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 96: AAS 117 (2025), s. 201.
[125] Franciszek, Przemówienie do uczestników spotkania „Minerva Dialogues”, zorganizowanego przez Dykasterię Kultury i Edukacji (27 marca 2023): AAS 115 (2023), s. 465.
[126] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 41: AAS 117 (2025), s. 178.
[127] Por. tamże, 44-45, AAS 117 (2025), s. 179-180.
[128] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 40: AAS 83 (1991), s. 843.
[129] Por. Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy przyszłości człowieka (9 lutego 2026), 63.
[130] Por. Św. Paweł VI, Przemówienie z okazji XXV rocznicy powstania FAO (16 listopada 1970): AAS 62 (1970), s. 833.
[131] Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy przyszłości człowieka (9 lutego 2026), 3.
[132] „Jeśli serce jest dewaluowane, dewaluuje się również to, co oznacza mówienie od serca, działanie z sercem, dojrzewanie i uzdrawianie serca. Kiedy nie doceniamy specyfiki serca, tracimy odpowiedzi, których sama inteligencja nie może dać, tracimy spotkanie z innymi, tracimy poezję. Tracimy także historię i nasze dzieje, ponieważ prawdziwa osobista przygoda to ta, którą buduje się zaczynając od serca. U schyłku życia tylko to będzie się liczyć”: Franciszek, Enc. Dilexit nos (24 października 2024), 11: AAS 116 (2024), s. 1372.
[133] V. Frankl, Man’s Search for Meaning. An Introduction to Logotherapy, Boston 1963, s. 213: Człowiek w poszukiwaniu sensu, tłum. A. Wolnicka, Warszawa 2009, s. 197.
[134] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologiae, I-II, q. 112, a. 1, co.; q. 114, a. 5, co.: ed. Leonina, VII, Roma 1892, s. 323, 349.
[136] Por. Tenże, Super Boetium De Trinitate, q. 1, a. 2, ad 3: ed. Leonina, L, Roma 1992, s. 96; Summa Theologiae, I, q. 7, a. 1, ad 3: ed. Leonina, IV, Roma 1888, s. 72.
[137] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 8: AAS 105 (2013), s. 1022.
[138] Św. Jan Paweł II, Enc. Redemptor hominis (4 marca 1979), 15: AAS 71 (1979), s. 286-287.
[139] Św. Augustyn, De civitate Dei, XIV, 28: CCSL 48, Turnhout 1955, s. 451: Państwo Boże, tłum. W. Kubicki, Kęty 2002, s. 546.
[141] Św. Jan Paweł II, Enc. Veritatis splendor (6 sierpnia 1993), 32: AAS 85 (1993), s. 1159.
[142] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 207: AAS 112 (2020), s. 1043.
[143] H. Arendt, The Origins of Totalitarianism, t. III, New York 1962, s. 474: Korzenie totalitaryzmu, tłum. M. Szawiel, D. Grinberg, Warszawa 1993, s. 510.
[144]Przemówienie do pracowników mediów (12 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 681-682: Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia Ziemi, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 26.
[145] Benedykt XVI, Orędzie na XLVII Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2013): AAS 105 (2013), s. 183: Serwisy społecznościowe: portale prawdy i wiary; nowe przestrzenie ewangelizacji, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3-4 (351)/2013, s. 11.
[146] Franciszek, Przemówienie z okazji wręczenia insygniów Kawalera i Damy Wielkiego Krzyża Orderu Piusa IX Panu Philipowi Pullelli i Pani Valentinie Alazraki (13 listopada 2021): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2021, s. 12.
[147] Por. Platon, List VII, 344b-c: ed. Souilhé, t. XIII/1, Paris 1931 ( CUF, Série grecque 63), s. 54: Tenże, Listy (Biblioteka Klasyków Filozofii), przeł. M. Maykowska, przedm. i koment. uzup. M. Pąkcińska, Warszawa 1987, s. 55-56.
[148] Por. Przemówienie do uczestników Konferencji „The Dignity of Children and Adolescents in the Age of Artificial Intelligence” (13 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2025, s. 3.
[149] Por. Przemówienie do członków Advisory Board RCS Academy (7 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 7 listopada 2025, s. 4.
[150] Św. Jan Paweł II, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 3: AAS 73 (1981), s. 584.
[151] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 128: AAS 107 (2015), s. 898.
[152] Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 67: AAS 117 (2025), s. 188-189.
[153] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 18: AAS 73 (1981), s. 622-625.
[154] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 109: AAS 107 (2015), s. 891.
[155] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 32: AAS 101 (2009), s. 666.
[156] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 268.
[157] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 64: AAS 101 (2009), s. 698.
[158] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 129: AAS 107 (2015), s. 899.
[160] Por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 108: AAS 112 (2020), s. 1006.
[161] Por. Kongregacja Nauki Wiary – Dykasteria do spraw Służby Integralnemu Rozwojowi Człowieka, „Oeconomicae et pecuniariae quaestiones”. Rozważania służące etycznemu rozeznaniu niektórych aspektów współczesnego systemu gospodarczo-finansowego (6 stycznia 2018), 6: AAS 110 (2018), s. 772.
[162] Franciszek, Pozdrowienie do pracowników Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (IFAD) (14 lutego 2019): AAS 111 (2019), s. 309. Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 22: AAS 101 (2009), s. 657.
[164] Por. Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 204: AAS 105 (2013), s. 1105-1106.
[165] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 87: AAS 59 (1967), s. 299.
[166] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 39: AAS 83 (1991), s. 841.
[167] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 211.
[168] Por. Św. Jan Paweł II, List Gratissimam sane (2 lutego 1994), 17: AAS 86 (1994), s. 903-906: List do Rodzin z okazji Roku Rodziny 1994, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3 (161)/1994, s. 24-25.
[169] Por. Konferencja Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych, Sons and Daughters of the Light. A Pastoral Plan for Ministry with Young Adults (12 listopada 1996), Washington D.C. 1996, I, 3.
[170] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 290.
[172] Por. Franciszek, Orędzie na XLVIII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2014), 4: AAS 107 (2015), s. 70-71: Już nie niewolnicy, lecz bracia, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 12 (367)/2014, s. 6-7.
[173] Por. Międzynarodowa Komisja Teologiczna, Pamięć i pojednanie. Kościół i winy przeszłości, Città del Vaticano 2000, 5.3.
[174] Jak na przykład w Bullach Eugeniusza IV Sicut dudum (13 stycznia 1435) i Etsi suscepti (9 stycznia 1442) oraz w Bullach Mikołaja V Dum diversas (18 czerwca 1452) i Romanus Pontifex (8 stycznia 1455). Naciski polityczne, a niekiedy także ekonomiczne, przeważały nad wymogami ewangelicznymi. Ewangelizacja była w ten sposób często naginana albo błędnie interpretowana pod wpływem ingerencji władz doczesnych, co prowadziło do relatywizowania niezgodności niewolnictwa z sumieniem chrześcijańskim.
[175] Por. Leon XIII, Enc. In plurimis (5 maja 1888): Acta Leonis XIII, t. VIII, Roma 1889, s. 169-192: Breviarium missionum. Wybór dokumentów Kościoła dotyczących dzieła misyjnego, t. 1, oprac. B. Wodecki, F. Wodecki, F. Zapłata, Warszawa 1979, s. 154-172. Warto zauważyć, że jeszcze w 1866 r. Święte Oficjum rozróżniało między niemoralnymi i moralnymi aspektami poddaństwa, nie potępiając go w pełni: Rzym, Archiwum Dykasterii Nauki Wiary, Istr. 1293: Instrukcja Świętego Oficjum w odpowiedzi na różne wątpliwości biskupa Massaia, Wikariusza Apostolskiego w kraju Galla [ Oromo], kwiecień 1866, odpowiedź na pytanie 15.
[176] Por. Św. Jan Paweł II, Bulla Incarnationis mysterium (29 listopada 1998), 11: AAS 91 (1999), s. 139-141: Bulla ogłaszająca Wielki Jubileusz Roku 2000, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (209)/1999, s. 13-15.
[177] Por. Św. Paweł VI, Regina caeli (17 maja 1970): Insegnamenti di Paolo VI, t. VIII, Città del Vaticano 1971, s. 506.
[178] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 183: AAS 112 (2020), s. 1033-1034.
[179] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.
[180] Św. Paweł VI, Przemówienie na forum XX Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (4 października 1965): AAS57 (1965), s. 877-881.
[181] Organizacja Narodów Zjednoczonych, Karta Narodów Zjednoczonych (26 czerwca 1945), Preambuła.
[182] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 258: AAS 112 (2020), s. 1060-1061. „Faktycznie, w ostatnich dekadach wszystkie wojny były rzekomo «usprawiedliwione». Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o możliwości uprawnionej obrony przy użyciu siły zbrojnej, co oznacza wykazanie, że istnieją pewne «ścisłe warunki uprawnienia moralnego». Łatwo jest jednak popaść w zbyt szeroką interpretację tego możliwego prawa. Próbuje się w ten sposób usprawiedliwić także ataki «prewencyjne» lub działania wojenne, które łatwo pociągają za sobą «poważniejsze zło i zamęt, niż zło, które należy usunąć»”; por. KKK, 2309.
[183] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 99: AAS 117 (2025), s. 202-203.
[185] Por. Przemówienie do uczestników Zgromadzenia Dzieł Pomocy Kościołom Wschodnim (ROACO) (26 czerwca 2025): AAS 117 (2025), s. 847-849.
[186] Por. Franciszek, Orędzie na LIII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2019): AAS 112 (2020), s. 54-61: Pokój jako droga nadziei – dialog, pojednanie i nawrócenie ekologiczne, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (419)/2020, s. 4-7.
[187] J.R.R. Tolkien, The Lord of the Rings. Part III: The Return of the King, New York 1965, s. 190: Władca Pierścieni, t. III: Powrót Króla, tłum. M. Skibniewska, Warszawa 1990, s. 148.
[188]Przemówienie do pracowników mediów (12 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 682: Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia Ziemi, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 26.
[190] Św. Jan Paweł II, Orędzie na XXXI Światowy Dzień Pokoju (1 stycznia 1998), 1: AAS 90 (1998), s. 147: Sprawiedliwość każdego człowieka źródłem pokoju dla wszystkich, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (199)/1998, s. 4.
[191] Św. Augustyn, Enarrationes in Psalmos, 84, 12: CCSL 39, Turnhout 1956, s. 1172-1173: Objaśnienia Psalmów. Ps 78-102, tłum. J. Sulowski, oprac. E. Stanula, Warszawa 1986, s. 83-84.
[192] Por. Franciszek, Enc. Dilexit nos (24 października 2024), 22: AAS 116 (2024), s. 1375-1376.
[193] Por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 115: AAS 112 (2020), s. 1008-1009.
[195] Por. Św. Paweł VI, Przemówienie na forum XX Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (4 października 1965): AAS 57 (1965), s. 878-879.
[196] Por. Pius XII, Orędzie radiowe Un’ora grave (24 sierpnia 1939): AAS 23 (1939), s. 334.
[197] G. La Pira, Riflessioni sul Concilio. Discorso del Sindaco di Firenze Prof. Giorgio La Pira alle «Guides de France» (Rzym, 4 września 1962), Firenze 1962, s. 6.
[202] Por. Tenże, Przemówienie do uczestników XXXVIII Sesji FAO (20 czerwca 2013): AAS 105 (2013), s. 616-617.
[203]Pierwsze błogosławieństwo „Urbi et Orbi” (8 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 660: Chcemy być Kościołem, który zawsze szuka pokoju, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 8.
[209] Por. Homilia Mszy w nocy Narodzenia Pańskiego (24 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 27 grudnia 2025, s. 2: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (479)/2026, s. 57-59.
[210] P. de Bérulle, Discours de l’état et des grandeurs de Jésus, Discours IV, Unité de Dieu en l’incarnation: Œuvres complètes, Paris 1856, kol. 218.
[212] Por. Przemówienie na Konferencji „Artificial Intelligence and Care of Our Common Home” (5 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 5 grudnia 2025, s. 2.
[213] Benedykt XVI, Enc. Deus caritas est (25 grudnia 2005), 14: AAS 98 (2006), s. 228-229.
[214] Św. Augustyn, Sermones, 272: In die Pentecostes ad infantes de sacramento: PL 38, Paris 1865, kol. 1247: Karmię was tym, czym sam żyję. Ojcowie Kościoła prowadzą przez święta roku kościelnego, oprac. M. Starowieyski, komentarze J. Miazek, Kraków 2015, s. 285.
[215] Benedykt XVI, Homilia podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej (21 kwietnia 2011): AAS 103 (2011), s. 321: Eucharystia jest tajemnicą wielkiej bliskości i komunii każdego człowieka z Panem, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 6 (334)/2011, s. 35.
[218] Por. Przemówienie na konferencji „The Dignity of Children and Adolescents in the Age of Artificial Intelligence” (13 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2025, s. 3.
[219] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 34: AAS 101 (2009), s. 668-670.
[220] Franciszek, Adhort. apost. Laudate Deum (4 października 2023), 67: AAS 115 (2023), s. 1059.
[224] Św. Paweł VI, Homilia w sanktuarium Matki Bożej w Bonarii (24 kwietnia 1970): AAS 62 (1970), s. 301.
***
Czym jest dokładnie encyklika?
fot. Vatican Media
***
Pierwsza encyklika papieża Leona XIV „Magnifica humanitas”, która zostanie ogłoszona 25 maja, będzie – według niektórych zestawień – 301 tego typu dokumentem w historii Kościoła katolickiego.
Słowo „encyklika”, pochodzące z greki, oznacza „list okólny”. W tradycji katolickiej jest to uroczysty dokument papieski kierowany do Kościoła powszechnego. Papież, jako odpowiedzialny za cały Kościół, zwraca się w nim do Kościołów pozostających w komunii z biskupem Rzymu.
Encyklika nie jest jedyną formą papieskiego nauczania, ale należy do jego najbardziej uroczystych i rozpoznawalnych dokumentów.
Encykliki wywodzą się ze starożytnej praktyki wysyłania listów przez jednych biskupów do drugich, by zapewnić jedność doktryny i życia Kościoła. Praktykę tę wznowił papież Benedykt XIV (1740-1758), wysyłając „listy okólne” do biskupów na tematy doktrynalne, moralne lub dyscyplinarne, dotyczące całego Kościoła. Sam termin „encyklika” wszedł jednak do powszechnego użytku dopiero za pontyfikatu Grzegorza XVI (1831-1846).
Najwięcej encyklik ogłosił papież Leon XIII (1878-1903) – aż 86 w ciągu 25 lat swego pontyfikatu. Dla porównania św. Jan Paweł II (1978-2005) w ciągu ponad 26 lat wydał ich 14. Wiele encyklik Leona XIII było jednak tekstami krótkimi i dziś nazwano by je raczej listami apostolskimi lub orędziami.
Tytuł encykliki pochodzi od pierwszych słów jej oficjalnej, łacińskiej wersji. Encykliki są ważnymi dokumentami nauczania papieskiego. Zwykle dotyczą spraw doktrynalnych, moralnych, duchowych lub społecznych i służą wyjaśnieniu oraz pogłębieniu nauczania Kościoła.
Gdy encykliki poruszają kwestie społeczne, bywają adresowane nie tylko do katolików, ale także do wszystkich ludzi dobrej woli. Praktykę tę zapoczątkował w 1963 r. św. Jan XXIII encykliką „Pacem in terris”, chociaż już słynna encyklika Leona XIII „Rerum novarum”, ze względu na podjęcie ważnego tematu społecznego, miała o wiele większy zasięg oddziaływania niż tylko w ramach Kościoła katolickiego.
Ostatnia ogłoszona encyklika papieska to „Dilexit nos” papieża Franciszka, opublikowana 24 października 2024 r. Dotyczy „ludzkiej i Bożej miłości Serca Jezusa Chrystusa”.
stacja7.pl, KAI
***
NIEDZIELA ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO
24 maja
Dziś – siedem tygodni po obchodach zmartwychwstania Jezusa Chrystusa – Kościół katolicki obchodzi uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Tym samym świętuje swoje narodziny, bo w tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało “uzbrojone mocą z wysoka” a Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm – wspólnotę. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele okres wielkanocny.
Adobe.Stock.pl
***
W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się “Pięćdziesiątnicą” – z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, – bo obchodzi się je 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.
Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. “I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).
W ten sposób rozpoczyna się nowy etap – czas Kościoła, który ożywiony darem z nieba rozpoczyna przepowiadanie radosnej nowiny o zbawieniu w Chrystusie.
Duch Święty dzięki swoim darom: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz “do dzieła, które im wyznaczyłem”, czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego.
Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.
Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.
W Polsce w niektórych regionach Wielkanoc nazywa się Białą Paschą, a Zesłanie Ducha Świętego – Czerwoną, prawdopodobnie dlatego, że dopiero po Jego zstąpieniu Apostołowie stali się zdolni do dawania świadectwa krwi.
Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są “majem” – najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim okres wielkanocny.
Symbolem Ducha Świętego jest gołębica. Zwykło się też przedstawiać go w postaci ognistych języków, gdyż tak Dzieje Apostolskie opisują jego zesłanie na Apostołów.
Kai -Tygodnik Niedziela
***
Ojciec św.Leon XIV w niedzielę zesłania Ducha Świętego mówił o pokoju po odpuszczenia grzechów i przebaczeniu
Duch Zmartwychwstałego jest Duchem pokoju, misji i prawdy – na te trzy wymiary zwrócił uwagę Leon XIV w homilii podczas uroczystości Zesłania Ducha Świętego. „Zaskakując nas swoją miłością, właśnie On – Zmartwychwstały, mówi: «Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone»” – podkreślił Papież.
Papież Leon XIV – Vatican Media
***
Dlatego Pięćdziesiątnica jest świętem paschalnym i świętem Ciała Chrystusa, którym jesteśmy dzięki łasce.
– podkreślił Papież.
„Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone”
W swej homilii Leon XIV zatrzymał się na trzema aspektami. Pierwszy: „Duch Zmartwychwstałego jest Duchem pokoju”. Papież zaznaczył, że poprzez swoją Paschę Chrystus wprowadza pokój między Bogiem a ludzkością, a Duch Święty wlewa go w serca i rozlewa na świat.
Ten pokój pochodzi z przebaczenia i prowadzi nas do przebaczenia: zaczyna się od przebaczenia darowanego przez samego Jezusa, który został przez nas zdradzony, skazany i ukrzyżowany.
Ojciec Święty dodał, że „Pan wylewa Ducha pokoju od początku do końca dziejów, ponieważ Ten, który wszystkich odkupił od śmierci, nikogo nie wyklucza”.
Kościół bohaterem Ewangelii, a nie tylko jej stróżem
„Duch Zmartwychwstałego jest Duchem misji” – to drugi aspekt, na który zwraca uwagę Papież i dodaje, że sam Jezus mówi: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”.
Najdrożsi, naprawdę jesteśmy uczestnikami Ewangelii: cały Kościół jest jej bohaterem, a nie tylko jej stróżem.
– podkreśla Leon XIV.
Papież zaznaczył, że to mocą Ducha Świętego nasze głoszenie staje się pełne radości i nadziei, ponieważ to my – właśnie my – jesteśmy nowością świata, światłem i solą ziemi.
Z pewnością nie dzięki naszym zasługom ani przywilejom, ale dzięki słowu Pana, które uświęca grzesznika, uzdrawia trędowatego, a z tego, kto się Go zaparł, czyni apostoła.
Jedność buduje się w prawdzie
Jako trzeci aspekt Leon XIV podkreślił, to, że misja rozpoczyna się od głoszenia prawdy o Bogu i o człowieku, ponieważ Duch Zmartwychwstałego jest „Duchem Prawdy”.
Sam Pan nam to obiecał, prosząc o jedność dla swojego Kościoła – jedność opartą na miłości Boga – źródle naszej miłości. Duch, który mówił przez proroków, zawsze buduje jedność w prawdzie, ponieważ wzbudza w nas zrozumienie, zgodę i spójność życia.
– zaznaczył Papież.
Niech Duch Zmartwychwstałego wybawi nas od zła wojny
Na koniec Papież apelował: „z żarliwym sercem módlmy się dzisiaj, aby Duch Zmartwychwstałego wybawił nas od zła wojny, którą zwycięża nie supermocarstwo, lecz Wszechmoc miłości. Prośmy Go, aby uleczył nas z plagi grzechu przez odkupienie ogłoszone wszystkim narodom w imię Jezusa”.
Papież modlił się, aby ta łaska, która wlewa w Apostołów odwagę napełniła nią „również nas – dziś i zawsze – za wstawiennictwem Maryi, Matki Kościoła”.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
„Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa” – mówił Papież podczas modlitwy Anioł Pański.
fot. Vatican Media
„Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa, rozpoznawać Go w nas i odkrywać znaki Jego obecności w codziennym życiu” – zaznaczył Papież, dodając, że „poprzez dar swojego Ducha Bóg obdarza nas prawdziwą wiarą, pozwala nam rozumieć sens Pisma Świętego, daje się poznać jako bliski i umożliwia uczestnictwo w Jego własnym życiu”.
Bez Ducha Świętego Kościół pozostaje więźniem strachu
Drugimi drzwiami które otwiera Duch Święty są te do Wieczernika, czyli Kościoła. „Bez ognia DuchaŚwiętego Kościół pozostaje więźniem strachu, lękającym się wyzwań świata, zamkniętym w sobie, a zatem również niezdolnym do nawiązania dialogu ze zmieniającymi się czasami” – podkreślił Leon XIV.
Kościół ma otwarte drzwi dla wszystkich
Papież zaznaczył, że Duch otwiera drzwi Kościoła, aby był on przyjmujący i gościnny dla wszystkich, nawet dla tych, którzy zamknęli drzwi przed Bogiem, przed drugim człowiekiem, przed nadzieją i radością życia. Jak przypomniał Papież Franciszek, jesteśmy powołani, by być «Kościołem, który błogosławi i dodaje otuchy […] Kościołem otwartych drzwi dla wszystkich».
Duch pomagając pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia
Papież powiedział, że „Duch Święty otwiera drzwi naszych serc, pomagając nam pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia oraz uzdalniając nas do życia jako dzieci Boże i jako bracia między sobą”. Dodał, że tam, gdzie jest Duch Pański, „rodzi się braterstwo między ludźmi, grupami i ludami ziemi, a wszyscy mówią jednym językiem miłości, która jednoczy i harmonizuje różnorodność”.
„Musimy przyzywać Ducha Świętego, aby otworzył wszystkie drzwi, które wciąż pozostają zamknięte” – apelował Papież.
„Podobnie jak pierwsi uczniowie, pokładajmy ufność we wstawiennictwie Maryi Panny, która jest Przybytkiem Ducha Świętego i Matką Kościoła” – powiedział Leon XIV.
„Trzeba nam na nowo odkryć Boga jako Ojca, który nas kocha, budować Kościół, w którym wszyscy czują się jak w domu, i tworzyć braterski świat, w którym między wszystkimi narodami króluje pokój” – powiedział papież w rozważaniu przed modlitwą Regina Caeli w uroczystość zesłaniu Ducha Świętego, 24 maja 2026 roku.
Cała treść przemówienia papieża.
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
W dzisiejszą uroczystość Pięćdziesiątnicy jesteśmy wezwani do kontemplacji daru Ducha Świętego, wylanego obficie na rodzący się Kościół, a dziś ponownie udzielanego jego członkom jako światło i siła towarzyszące im w każdej sytuacji życiowej.
Możemy przyjrzeć się obrazowi Ducha Świętego, który przedstawia nam dzisiejsza liturgia: Duch otwiera drzwi. Ewangelia mówi nam bowiem, że „tam, gdzie przebywali uczniowie, […] drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami” (J 20, 19), a jednocześnie Księga Dziejów Apostolskich opowiada nam, że Duch zstąpił jak gwałtowny wicher (por. Dz 2, 2), który otworzył te drzwi, skłonił uczniów do wyjścia i głoszenia Dobrej Nowiny o Chrystusie Zmartwychwstałym.
Również dzisiaj możemy zadać sobie pytanie: jakie drzwi otwiera Duch Święty?
Pierwsze drzwi prowadzą do samego Boga, ponieważ otwierają nam dostęp do Jego misterium, objawionego w Jezusie Chrystusie. Poprzez dar swojego Ducha Bóg obdarza nas prawdziwą wiarą, pozwala nam rozumieć sens Pisma Świętego, daje się poznać jako bliski i umożliwia uczestnictwo w Jego własnym życiu. Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa, rozpoznawać Go w nas i odkrywać znaki Jego obecności w codziennym życiu.
Drugimi drzwiami są drzwi Wieczernika, czyli Kościoła. Bez ognia Ducha Świętego Kościół pozostaje więźniem strachu, lękającym się wyzwań świata, zamkniętym w sobie, a zatem również niezdolnym do nawiązania dialogu ze zmieniającymi się czasami. Duch otwiera drzwi Kościoła, aby był on przyjmujący i gościnny dla wszystkich, nawet dla tych, którzy zamknęli drzwi przed Bogiem, przed drugim człowiekiem, przed nadzieją i radością życia. Jak przypomniał Papież Franciszek, jesteśmy powołani, by być „Kościołem, który błogosławi i dodaje otuchy […] Kościołem otwartych drzwi dla wszystkich” (Homilia podczas Mszy św. otwierającej Zwyczajne Zgromadzenie Ogólne Synodu Biskupów, 4 października 2023)[1].
Wreszcie, Duch Święty otwiera drzwi naszych serc, pomagając nam pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia oraz uzdalniając nas do życia jako dzieci Boże i jako bracia między sobą. Tam, gdzie jest Duch Pański, rodzi się braterstwo między ludźmi, grupami i ludami ziemi, a wszyscy mówią jednym językiem miłości, która jednoczy i harmonizuje różnorodność.
Bracia i siostry, również w naszych czasach, a zwłaszcza w tym dniu Pięćdziesiątnicy, musimy przyzywać Ducha Świętego, aby otworzył wszystkie drzwi, które wciąż pozostają zamknięte. Trzeba nam na nowo odkryć Boga jako Ojca, który nas kocha, budować Kościół, w którym wszyscy czują się jak w domu, i tworzyć braterski świat, w którym między wszystkimi narodami króluje pokój.
Podobnie jak pierwsi uczniowie, pokładajmy ufność we wstawiennictwie Maryi Panny, która jest Przybytkiem Ducha Świętego i Matką Kościoła.
www.vatican.va
***
sobota 23 maja 2026
Dziś Wigilia Zesłania Ducha Świętego!
fot. Serge Taeymans / Unsplsah
***
Czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego to ważne wydarzenia, które obchodzone są w wielu wspólnotach w całej Polsce i na świecie. W tym roku Wigilia Zesłania Ducha Świętego przypada w nocy z 23 na 24 maja.
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego to szczególny moment dla chrześcijan na całym świecie. Jest to święto nazywane inaczej Pięćdziesiątnicą, ponieważ Duch Święty objawił się zebranym w Wieczerniku apostołom pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Chrystusa.
W związku z wigilią Zesłania Ducha Świętego, która przypada w wieczór poprzedzający uroczystość, w wielu parafiach w Polsce i na całym świecie organizowane są nocne czuwania połączone ze wspólną modlitwą, uwielbieniem, a często również agapą i Eucharystią. Dostępne informacje o czuwaniach można znaleźć w lokalnych ogłoszeniach parafialnych oraz w mediach społecznościowych wspólnot i parafii.
Deon.pl
***
Królowo Apostołów módl się za nami
Dzisiejszego Dnia, w sobotę przed Uroczystością Zesłania Ducha Świętego,Księża Pallotyni (Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego) obchodzą swoje Patronalne Święto Królowej Apostołów – nawiązując do Wieczernika, gdzie Najświętsza Maryja Panna wraz z Apostołami oczekiwała na Ducha Pocieszyciela. Tego dnia cała wspólnota jednoczy się wokół swojej głównej Patronki, prosząc o łaskę charyzmatu apostolstwa.
Święto Maryi Królowej Apostołów nie mówi jedynie o godności Maryi. Mówi o tajemnicy Kościoła. O źródle wszelkiego apostolstwa. O ciszy, z której rodzi się ogień. Dla św. Wincenty Pallottiego Kościół nie był jakąś religijną administracją. Był organizmem żywym, ciałem oddychającym Duchem Świętym. Bolało go chrześcijaństwo ospałe, zamknięte w zakrystiach, oddzielające świętość od życia. Był przekonany, że każdy ochrzczony nosi w sobie wezwanie do apostolstwa, jak iskra nosi w sobie możliwość wskrzeszenia potężnego ognia.
Ale gdzie znaleźć wzór Kościoła żywego?
Św. Wincenty Pallotti odnalazł go nie w pałacach, nie w traktatach teologicznych i nie w triumfach historii. Odnalazł go w Wieczerniku.
To tam, pośród lęku, zamkniętych drzwi i drżących serc, rodzi się Kościół. Nie z siły ludzi, ale z mocy Boga. Apostołowie nie są jeszcze bohaterami. Są ubodzy, zagubieni i bezradni. I właśnie pośród nich trwa Ona – Maryja. Nie naucza. Nie przewodzi. Nie zajmuje miejsca Piotra. A jednak jest centrum tej ciszy, z której za chwilę wybuchnie Pięćdziesiątnica.
Św. Wincenty Pallotti rozumiał tę tajemnicę głębiej niż wielu teologów. Wiedział, że istnieje autorytet większy od władzy: autorytet obecności. Maryja nie była Apostołem, a jednak została Królową Apostołów. Nie dlatego, że mówiła najwięcej, lecz dlatego, że najpełniej pozwoliła działać Bogu.
W swoich duchowych zapiskach zanotował niezwykłe postanowienie:
„Postanawiam przedstawiać sobie (…), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku (…), z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem”.
To nie była pobożna metafora. Dla Pallottiego Wieczernik stawał się stanem duszy. Człowiek prawdziwie apostolski to ten, kto żyje nieustannie między modlitwą a ogniem Ducha Świętego.
Dlatego także swoje dzieło, Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, budował nie na strategii, lecz na duchu Wieczernika. Uważał, że wszelkie apostolstwo umiera wtedy, gdy przestaje klękać. Aktywizm bez kontemplacji staje się tylko hałasem. Człowiek może mówić o Chrystusie całemu światu, a jednocześnie samemu oddalać się od Niego.
Pallotti odkrył także coś jeszcze: że Maryja jest najskuteczniejszą pomocą każdego apostoła nie dlatego, że usuwa trudności, ale dlatego, że uczy miłości wiernej aż do końca. Apostoł bez miłości staje się propagandystą. Apostoł z sercem Maryi staje się świadkiem. Właśnie dlatego pod koniec życia zapragnął pozostawić swoim duchowym synom obraz. W rzymskim kościele Najświętszego Zbawiciela na Fali polecił namalować ikonę Maryi pośród Apostołów w dniu Zesłania Ducha Świętego. I znamienne jest to, że pośród Apostołów znajdują się tam również kobiety. To nie detal artystyczny. To manifest duchowy. Pallotti chciał powiedzieć Kościołowi: apostolstwo nie jest przywilejem wybranych. Duch Święty nie zna kast. Maryja w Wieczerniku nie stoi ponad Kościołem. Jest w sercu Kościoła. Jak płomień lampy, który nie zwraca uwagi na siebie, a bez którego wszystko pogrąża się w ciemności.
I może właśnie tego najbardziej potrzeba współczesnemu chrześcijaństwu: ludzi Wieczernika, ludzi, którzy zanim zaczną mówić światu o Panu Bogu, pozwolą najpierw, by Miłosierny Pan, który jest Miłością, rozpalił ich własne serca.
***
Królowa Apostołów w życiu św. Wincentego Pallottiego
W dniu dzisiejszym przypada liturgiczne święto Najświętszej Maryi Panny, Królowej Apostołów, głównej patronki Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Poniżej jest fragment z artykułu ks. Jana Kupki SAC opublikowany w miesięczniku „Miejsca Święte”, pod tytułem: „Królowa Apostołów, Patronka Pielgrzymów”.
Św. Wincenty Pallotti pragnął, aby Kościół był żywym organizmem. Uważał, że wszyscy ludzie ochrzczeni powinni aktywnie uczestniczyć w realizacji apostolskiej misji Kościoła. Troska o Kościół żywy i poszukiwanie powszechnego wzoru, według którego wszyscy mogliby realizować swoje apostolskie powołanie, zaprowadziły Pallottiego do jerozolimskiego Wieczernika. Tam bowiem Duch Święty napełnił swoją mocą uczniów Chrystusa, uświęcił ich i obdarza swoimi darami, aby Kościół mógł się objawić publicznie i głosić Ewangelię, prowadząc wszystkich ludzi do Chrystusa. Dlatego Wieczernik stał się dla Pallottiego obrazem żywego Kościoła i przestrzenią realizacji powołania apostolskiego.
Nic więc dziwnego, że w swoich zapiskach duchowych zanotował w 1816 roku następujące oświadczenie: „Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego” (Wybór Pism, t. III, s. 46–47).
Pallotti dążył również do tego, aby z duchowości jerozolimskiego Wieczernika czerpać moc do swojej działalności apostolskiej i wskazać go jako model swoim synom i córkom duchowym. Opisując przeżycia duchowe, jakimi obdarzył go Bóg w Osimo w 1840 roku, zanotował, że gdy przeczytał żywot Matki Bożej, Jezus Chrystus „ukształtował w jego umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Wybór Pism, t. I, s. 201). Chodzi tu o żywot Najświętszej Maryi Panny noszący tytuł Mistyczne Miasto Boże, a napisany przez hiszpańską mistyczkę Marię z Agredy, żyjącą w latach 1602–1665. Znajdujemy tam opis zgromadzenia apostołów w Wieczerniku jerozolimskim po Wniebowstąpieniu i dokonania przez nich podziału zadań apostolskich. Po dziesięciodniowej wspólnej modlitwie i poście z Maryją św. Piotr z natchnienia Bożego „podzielił” ówczesny świat na dwanaście regionów i poprzydzielał je poszczególnym apostołom. Właśnie według tego opisu Pallotti nakreślił podczas pobytu w Camaldoli w 1839 roku gigantyczny plan apostolski obejmujący wszystkie dziedziny działalności apostolskiej Kościoła. Zadania te podzielił na 13 sektorów, które nazwał prokurami. W ten sposób rozwinął ideę o powszechnym apostolstwie i nadał jej konkretny kształt jako wzorzec apostolskiego działania w Kościele.
Godna podkreślenia jest myśl Pallottiego, że wszyscy ludzie wierzący rozwijają swoje apostolstwo pod najskuteczniejszą opieką Niepokalanej Matki Boga, Królowej Apostołów z dwóch powodów: po pierwsze – przez swoje zasługi i wstawiennictwo wyprasza Ona u Boga wszelkie dary i łaski potrzebne apostołom, a po drugie – jest Ona dla wszystkich najdoskonalszym wzorem gorliwości i doskonałej miłości. Dlatego jak w początkach Kościoła Maryja wspierała Apostołów swoją obecnością w Wieczerniku i jednoczyła na modlitwie, tak również dzisiaj jest obecna jako Matka Kościoła, przynaglając wszystkich wyznawców Chrystusa do jednoczenia wysiłków apostolskich i działania w mocy Ducha Świętego we współczesnym świecie.
Całą swoją duchowość dotyczącą Maryi Królowej Apostołów Wincenty Pallotti wyraził w obrazie Królowej Apostołów namalowanym z jego inspiracji w 1848 roku dla kościoła Najświętszego Zbawiciela na Fali w Rzymie. Obraz ten namalował włoski malarz Serafin Cesaretti według sztychu niemieckiego malarza Johanna Friedricha Overbecka. Przedstawia on Matkę Bożą otoczoną Apostołami w dniu zesłania Ducha Świętego. Ideę Pallottiego o powszechnym apostolstwie wyraża na tym obrazie obecność dwóch kobiet pośród Apostołów.
***
Droga do wieczernika. Maryja, Królowa Apostołów
Wezwanie “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.
fot. Wikipedia
***
Maryja jest Królową Apostołów, bo jest razem z Kościołem, razem z apostołami w wieczerniku.
Czym jest wieczernik?
To miejsce, gdzie Jezus zostawił nam Eucharystię, gdzie spotkał się z uczniami na ostatniej wieczerzy. To także miejsce, gdzie uczniowie schowali się po śmierci Jezusa z lęku przed zagrożeniem, przed tym, że będą uznani za Jego uczniów i będą wezwani do tego, by oddać za Niego życie.
Wieczernik to także miejsce, gdzie uczniowie z Maryją czekali na zesłanie Ducha Świętego. To miejsce, gdzie kształtuje się apostołów. Wieczernik to szkoła dla każdego z nas, gdzie uczymy się, jak być z Maryją i oczekiwać na dar Ducha Świętego.
Tam, gdzie czekasz na Ducha Świętego
Dla mnie jako pallotynki Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być apostołem, ale miejsce, z którego wychodzę – wychodzę do człowieka, na ulicę, do świata. Tam, gdzie człowiek czeka na Ducha Świętego. Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być z Maryją i z Maryją z niego wychodzić.
Czym wieczernik jest dla ciebie, czy masz miejsce, gdzie uczysz się, jak być z Bogiem, jak być Maryją? Czy masz takie miejsce, gdzie doświadczasz jej obecności, że ona tam jest? Co jest Wieczernikiem Twojej codzienności, gdzie uczysz się, jak być apostołem, jak czekać i otrzymywać dar Ducha Świętego? Czy masz swoje miejsce, z którego wychodzisz, by dawać świadectwo o Bogu, który jest i który żyje?
Może Wieczernikiem jest Twój dom, gdzie żyjesz, gdzie spotykasz swoich najbliższych, gdzie razem z nami się modlisz. Może to miejsce, gdzie modlisz się w samotności. A może Wieczernikiem jest park, gdzie spacerujesz i doświadczasz obecności Pana Boga i z niego wychodzisz do pracy, do ludzi, napełniony Duchem Świętym do swoich obowiązków. A może to są twoje relacje bliskości, intymność i ciepła. Może Wieczernikiem są twoje relacje, swoje więzi.
Tam, gdzie jest Ona
Wieczernik z Maryją to miejsce, gdzie apostołowie doświadczali tego, że ona z nimi jest i że razem, we wspólnocie, doświadczają obecności Ducha Świętego. Jeśli nie wiesz, co jest twoim Wieczernikiem, jeśli dzisiaj nie masz takiego miejsca w sobie albo wokół siebie, to może warto go poszukać. Wezwanie w litanii loretańskiej “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.”
Maryjo, Ty znałaś Apostołów, chodziłaś z nimi, widziałaś ich upadki i nawrócenie do Chrystusa Zmartwychwstałego. Wspierałaś ich w ich misji głoszenia Słowa i nadal podtrzymujesz biskupów w budowaniu Kościoła. Pomagaj im, by całym swoim życiem świadczyli o prawdzie zmartwychwstania.
(Maciej Okoński OP, „52 furtki do nieba”)
***
O Wigilii Zesłania Ducha Świętego.
Czyli po co obchodzić Wigilię Paschalną jeszcze raz?
– Jeśli Okres Wielkanocny ma być jednym wielkim świętem (…), to jeszcze bardziej uzasadnione staje się zakończenie tego czasu radości ze Zmartwychwstania Chrystusa echem wielkiej Wigilii Paschalnej – niczym otwarcie i zamknięcie wielkich drzwi – zanim otworzy się przed nami kolejny „rozdział” historii zbawienia – mówi dr Peter Kwasniewski. Amerykański filozof i pisarz wyjaśnia, dlaczego Kościół aż do 1955 r. – czyli przez ponad 1000 lat – obchodził Wigilię Zesłania Ducha Świętego w tak uroczysty i rozbudowany sposób.
Wraz z reformami liturgicznymi roku 1955 papież Pius XII zniósł obrzędy Wigilii Zesłania Ducha Świętego, pozostawiając samą Mszę św. z tego dnia. Wcześniej jednak liturgia była o wiele dłuższa. Zawierała połowę (6 z 12) czytań z Wigilii Paschalnej, obrzęd poświęcenia wody chrzcielnej, Litanię do Wszystkich Świętych, a przede wszystkim – Sakrament Chrztu udzielany katechumenom. Było to swego rodzaju powtórzenie Wigilii Paschalnej w nieco skróconej formie, co dr Peter Kwasniewski trafnie nazwał „miniaturą Wigilii Paschalnej”.
– Jeśli Okres Wielkanocny ma być jednym wielkim świętem (…), to jeszcze bardziej uzasadnione staje się zakończenie tego czasu radości ze Zmartwychwstania Chrystusa echem wielkiej Wigilii Paschalnej – niczym otwarcie i zamknięcie wielkich drzwi – zanim otworzy się przed nami kolejny „rozdział” historii zbawienia – mówi dr Kwasniewski. – Tak jak Wigilia Paschalna łączy ciemność Wielkiej Soboty z pełnym światłem Niedzieli Wielkanocnej, tak Wigilia Zesłania Ducha Świętego sprzed 1955 roku głęboko jednoczy tajemnicę Wielkiej Nocy z wylaniem Ducha Świętego – dodaje.
W słynnym „Roku Liturgicznym” francuski liturgista Dom Guéranger OSB pisze:
– Dawniej Wigilia ta była sprawowana w sposób podobny do Wigilii Paschalnej. Wierni udawali się do kościoła wieczorem, aby uczestniczyć w uroczystym udzielaniu chrztu. (…) Zamiast dwunastu Proroctw, które czytano w Noc Wielkanocną, gdy kapłani odprawiali nad katechumenami obrzędy przygotowujące do chrztu, odczytywano tylko sześć; przynajmniej taki był zwyczaj, co sugeruje, że liczba chrzczonych w Zesłanie Ducha Świętego była mniejsza niż w Wielkanoc. Paschał był ponownie wnoszony tej nocy łaski, aby wzbudzić w nowo ochrzczonych szacunek i miłość do Syna Bożego, który stał się człowiekiem, aby być Światłością świata. Obrzędy już wcześniej opisane i wyjaśnione przy okazji Wielkiej Soboty były powtarzane, a Ofiara Mszy Świętej, w której uczestniczyli neofici, rozpoczynała się jeszcze przed świtem.
Z czasem jednak – gdy chrześcijaństwo stawało się coraz powszechniejsze – liczba katechumenów spadała, bowiem Chrzest był udzielany zaraz po narodzinach. W konsekwencji niejednokrotnie nie było katechumenów przyjmujących Chrzest w Noc Pięćdziesiątnicy, lecz mimo to liturgia ta nie straciła swojej tradycyjnej treści.
Dr Peter Kwaśniewski wyjaśnia, że udzielanie Sakramentu Chrztu właśnie w Wigilię Zesłania Ducha Świętego ma podłoże teologiczne. Istnieje bowiem związek między Chrztem, Duchem Świętym i Zmartwychwstaniem Chrystusa, wskazany już przez św. Jana Apostoła w słowach: Trzej bowiem dają świadectwo: Duch, woda i krew, a ci trzej w jedno się łączą (1 J 5,7-8).
– Te tajemnice są nierozdzielne – do tego stopnia, że celebrować chrzest to zjednoczyć człowieka ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa; to obmyć z grzechów i napełnić jego duszę łaską oraz miłością Boga, czyniąc ją mieszkaniem Ducha Świętego. Mówiąc prościej: chrzcić to wzywać Ducha Świętego, a celebrować Jego zstąpienie to albo udzielać chrztu, albo z wdzięcznością wspominać swój własny chrzest wcielający w Chrystusa i dążyć do jego pogłębienia – zwraca uwagę amerykański pisarz i filozof.
Zaś św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie (Rz 6, 3-5).
Związek między tymi trzema tajemnicami – Chrztu, Zmartwychwstania i Ducha Świętego – nadaje szczególny sens udzielaniu Sakramentu Chrztu właśnie w Noc Pięćdziesiątnicy. Dr Kwaśniewski zauważa, że w języku angielskim tradycyjna nazwa tego dnia to Whitsunday, czyli dosłownie „Niedziela biała” albo „Niedziela białych szat” – w nawiązaniu do koloru szat noszonych przez katechumenów.
Pomiędzy obydwiema wigiliami – czyli Wielkanocnej i Zesłania Ducha Świętego – są jednak drobne różnice, a raczej ta druga jest „skróconą” wersją Wigilii Paschalnej. Wtedy nie błogosławi się już ognia ani nie śpiewa Exultetu – bo nie trzeba już ogłaszać Zmartwychwstania Chrystusa. Wciąż jednak błogosławi się wodę chrzcielną i zanurza się w niej Paschał poświęcony w Noc Wielkanocną. Te same czytania są wygłaszane ponownie, choć jest iż już tylko 6, a nie 12. Zachowane są wszystkie śpiewy pomiędzy nimi (czyli Traktusy) oraz Litania do Wszystkich Świętych, a wszystko kulminuje się – tak samo jak w Noc Wielkanocną – w uroczystym Gloria odśpiewanym na początku Mszy, podczas którego po raz pierwszy brzmią organy.
Widać zatem głęboką mądrość starszych pokoleń i liturgistów, którzy w taki sposób ozdobili Paschalne Misterium. Kościół bowiem rozpoczyna okres Wielkanocny od „wielkiej” Wigilii Paschalnej, po czym następuje 50 dni radości wielkanocnej, zwieńczonej Oktawą Zesłania Ducha Świętego – również poprzedzaną przez Wigilię, choć tym razem już nieco uproszczoną. Szkoda, że reformy liturgiczne roku 1955 przetrwała sama Msza Wigilii Pięćdziesiątnicy, a wcześniejsze (ponad tysiącletnie!) obrzędy zostały usunięte. Jest to tym bardziej tragiczne, że drugie co do wielkości święto w roku liturgicznym straciło należny mu dzień przygotowania.
Peter Kwaśniewski/PCh24.pl/źródło: onepeterfive.com/AF
***
W Zesłanie Ducha Świętego możesz pomóc duszom czyśćcowym
godongphoto | Shutterstock
***
W uroczystość Zesłania Ducha Świętego można w bardzo konkretny sposób pomóc duszom czyśćcowym.
Jutro, 24 maja 2026, przypada uroczystość Zesłania Ducha Świętego, która wiąże się z możliwością uzyskania odpustu zupełnego.
Jak uzyskać odpust zupełny w uroczystość Zesłania Ducha Świętego?
W uroczystość zesłania Ducha Świętego każdy wierny może uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami za siebie lub za jedną osobę w czyśćcu.
Te warunki to: brak grzechu ciężkiego, przyjęcie Komunii Świętej w dany dzień, wyrzeczenie się przywiązania do najmniejszego grzechu i modlitwa w intencjach papieża Leona.
Aby uzyskać ten opust należy odmówić lub odśpiewać hymn „O Stworzycielu Duchu, przyjdź” – „Veni Creator Spiritus”.
Zazwyczaj jest od odmawiany w czasie Eucharystii.
„O Stworzycielu Duchu, przyjdź”
O Stworzycielu, Duchu, przyjdź, Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg. Niebieską łaskę zesłać racz Sercom, co dziełem są Twych rąk.
Pocieszycielem jesteś zwan I najwyższego Boga dar. Tyś namaszczeniem naszych dusz, Zdrój żywy, miłość, ognia żar.
Ty darzysz łaską siedemkroć, Bo moc z prawicy Ojca masz, Przez Boga obiecany nam, Mową wzbogacasz język nasz.
Światłem rozjaśnij naszą myśl, W serca nam miłość świętą wlej I wątłą słabość naszych ciał Pokrzep stałością mocy Twej.
Nieprzyjaciela odpędź w dal I Twym pokojem obdarz wraz. Niech w drodze za przewodem Twym Miniemy zło, co kusi nas.
Daj nam przez Ciebie Ojca znać, Daj, by i Syn poznany był. I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch, Niech wyznajemy z wszystkich sił.
Niech Bogu Ojcu chwała brzmi, Synowi, który zmartwychwstał, I Temu, co pociesza nas, Niech hołd wieczystych płynie chwał.
Amen.
Taki sam odpust można uzyskać w uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, czyli w Nowy Rok. Zazwyczaj Msze Święte w ten dzień rozpoczyna się właśnie od hymnu do Ducha Świętego.
7 prostych sposobów, by na co dzień żyć swoim chrztem
Photo by Handout / VATICAN MEDIA / AFP
***
Zbliżamy się do końca okresu wielkanocnego – czasu, w którym Kościół ze szczególną mocą celebruje zmartwychwstanie Chrystusa i nasze odrodzenie w sakramencie chrztu. Choć to Wigilia Paschalna jest momentem uroczystego odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych, to świadomość bycia dzieckiem Bożym powinna nam towarzyszyć każdego dnia.
Chrzest nie jest bowiem tylko jednorazowym wydarzeniem z przeszłości, ale fundamentem naszej tożsamości. Jak w praktyce przypominać sobie o tym, że zostaliśmy włączeni w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa? Oto 7 prostych wskazówek.
1 Świadomy znak krzyża
To jedna z najkrótszych, a zarazem najgłębszych modlitw. Wykonując ten gest, oddajemy nasz umysł, emocje i czyny Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Przez chrzest uczestniczymy w kapłańskiej misji Jezusa – oznacza to, że każda chwila naszej codzienności może stać się duchową ofiarą składaną Bogu. Niech znak krzyża będzie dla ciebie znakiem przynależności.
2 Korzystanie z wody święconej
Warto mieć ją w swoim domu (np. w małym kropielniku przy drzwiach). Znak krzyża wykonany wodą święconą to bezpośrednie nawiązanie do momentu polania głowy nad chrzcielnicą. Woda symbolizuje oczyszczenie i nowe życie. Przypomina, że w Chrystusie „umarliśmy dla grzechu”, by stać się nowym stworzeniem (por. Rz 6, 8).
3 Modlitwa „Chwała Ojcu…”
To najkrótsza doksologia, czyli modlitwa uwielbienia Trójcy Świętej. Jest ona ściśle związana z formułą chrzcielną. Pamiętaj, że „za wielką cenę zostaliście nabyci” (1 Kor 7, 23) i wyrwani z niewoli. Krótkie „Chwała Ojcu” wypowiedziane w ciągu dnia to akt wdzięczności za dar odkupienia.
4 Lektura Słowa Bożego
Chrzest włącza nas w prorocką misję Chrystusa. Prorok to ktoś, kto słucha Boga i niesie Jego słowo światu. Aby żyć zgodnie z Ewangelią, musimy ją najpierw znać. Regularne sięganie po Pismo Święte pozwala poznać naukę Mistrza i – dzięki mocy Ducha Świętego – wcielać ją w czyn.
5 Drobne dobre uczynki
Sakrament ten daje nam również udział w królewskiej misji Chrystusa. W chrześcijaństwie „królować” oznacza jednak „służyć”. Każdy gest życzliwości, drobna pomoc czy uśmiech to realizacja Twojego chrześcijańskiego powołania. W ten sposób upodabniasz się do Chrystusa-Sługi.
6 Błogosławienie innych
To szczególne zadanie dla małżonków i rodziców, ale nie tylko. Każdy ochrzczony jest powołany do tego, by „błogosławić, a nie złorzeczyć” (por. Rz 12, 14b). Możesz to robić dwutorowo: modląc się za osoby, które spotykasz, oraz dostrzegając dobro w otaczającym Cię świecie. Dzielenie się radością to także forma błogosławieństwa.
7 Odważne dzielenie się wiarą
Duch Święty, którego otrzymaliśmy na chrzcie (i który umocnił nas w bierzmowaniu), uzdalnia nas do świadectwa. Nie każdy musi głosić kazania, ale każdy ma swoją przestrzeń: rozmowę z przyjacielem, dyskretną pomoc potrzebującym czy zaangażowanie we wspólnocie parafialnej. Znajdź sposób dopasowany do twojej osobowości – Duch Święty podpowie ci, jak to zrobić.
Kilka dni temu islamista we włoskiej Modenie wjechał w grupę przechodniów. Ranna została również Polka. Jedna z poszkodowanych osób straciła obie nogi. Po ataku natychmiast stwierdzono, jakoby sprawca miał problemy psychiczne. Problem w tym, że wypisywał też agresywnie antychrześcijańskie e-maile…
O tym oczywistym akcie islamskiej przemocy mówił w rozmowie z włoską “Il Giornale” bp Marian Eleganti ze Szwajcarii, emerytowany biskup pomocniczy diecezji Chur.
– Dlaczego chrześcijanie nie dopuszczają się takich aktów terrorystycznych? Najwyraźniej ich religia oferuje znacznie większy potencjał indywidualnej odporności w obliczu demonicznych aktów przemocy, wymierzonych w niewinnych ludzi, którzy nie mają osobistych relacji ze sprawcą. Benedykt XVI miał absolutną rację, diagnozując problem przemocy w islamie. To oczywisty fakt – powiedział.
– Islam jest niezgodny z naszą koncepcją społeczeństwa i państwa, ukształtowaną przez chrześcijaństwo, z naszą koncepcją wolności religijnej i osobistej wolności sumienia. Islam był religią antychrześcijańską od samego początku – dodał hierarcha.
– Wszędzie doprowadził do zaniku lub niemal całkowitego chrześcijaństwa – podkreślił.
– To pozostaje aktualne do dziś. Wielu lewicowców i muzułmanów podziela dziś swoją fundamentalną wrogość wobec chrześcijaństwa; a przynajmniej żaden z nich nie kiwnąłby palcem, by chrześcijaństwo przetrwało w naszych społeczeństwach. Zamiast tego marzą o erze postchrześcijańskiej – zaznaczył hierarcha.
Jak podkreślił, kiedy tylko muzułmanie zdobędą większość, przekonamy się o prawdziwej skali przemocy, do jakiej jest gotowy islam. – Wtedy tak zwani niewierni, czyli niemuzułmanie, nie będą mieć się już dobrze… – ocenił.
PCh24.pl/źródło: Il Giornale/Pach
***
22 maja 2026
„Zawsze szuka kontaktu z Bogiem”. Osobisty sekretarz ujawnia, jaki na co dzień jest Leon XIV
Za murami Watykanu Leon XIV ma jeden niezmienny rytuał. Jego osobisty sekretarz, ks. Edgard Rimaycunaa zdradził, co papież robi każdego dnia, zanim zajmie się sprawami Kościoła.
fot. Agustinos, youtube (printscreen)/Vatican Media
W wywiadzie opublikowanym 18 maja przez Zakon św. Augustyn osobisty sekretarz Leona XIV, pochodzący z Peru ksiądz Edgard Rimaycunaa zdradził szczegóły dotyczące codziennego życia duchowego Ojca Świętego. Przyznał, że papież spędza każdy dzień, skupiając się na modlitwie, milczeniu i poszukiwaniu Boga, nie zapominając przy tym o obowiązkach związanych z kierowaniem Kościołem.
Ks. Rimaycuna opisał papieża Leona jako człowieka, który „żyje zawsze w nieustannej obecności Boga”. Od początku dnia ma ustalone pory modlitwy, w tym Mszę świętą i odmawianie Liturgii Godzin; modlimy się również na różańcu – wyjaśnił.
Dodał również, że papież przez cały dzień „zawsze szuka kontaktu z Bogiem poprzez ciszę i modlitwę przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy”. Jego zdaniem na duchowość Leona XIV głęboki wpływ ma myśl św. Augustyna. Ojciec Święty szuka Boga w sobie; rozmawia z Nim, to jest modlitwa – dodał.
„Jest człowiekiem, który stara się budować mosty”
Pochodzący z Peru duchowny zaznaczył, że duchowe doświadczenie Leona XIV znajduje następnie odzwierciedlenie w jego relacjach z ludźmi, z którymi pracuje. Ta bliskość przejawia się w czasie, jaki poświęca każdej osobie, która do niego przychodzi oraz w uwadze, jaką poświęca tym, którzy zwierzają się jemu ze swoich trudności lub trosk. Kiedy ktoś powierza mu konkretną intencję lub troskę, bardzo o tym pamięta – zapewnił.
Ks. Rimaycuna opisał również Leona XIV jako człowieka cierpliwego i rozważnego w sprawowaniu rządów nad Kościołem. Nie jest człowiekiem podejmującym błyskawiczne decyzje. Zawsze myśli, słucha i bierze pod uwagę także poglądy przeciwne – powiedział. Zaznaczył, iż Ojciec Święty stara się unikać konfrontacji i promować jedność. Jest człowiekiem, który stara się budować mosty, dąży do dialogu i zawsze unika konfrontacji – stwierdził.
Pokój: nieustanna troska
Papieski sekretarz zwrócił również uwagę, że jednym z największych źródeł cierpienia Ojca Świętego są obecne wojny. Bardzo cierpi z tego powodu – powiedział, odnosząc się do konfliktów na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie. Przypomniał, że pierwsze słowa Leona XIV po wyborze na Stolicą Piotrową były wezwaniem do pokoju: „Pokój wam wszystkim”. On zawsze działa na rzecz pokoju; nieustannie wzywa władze do zawieszenia broni – podkreślił.
Ks. Rimaycuna poprosił wiernych o nieustanne modlitwy w intencji Ojca Świętego, biorąc pod uwagę duchowy ciężar, jaki papież niesie, kierując Kościołem powszechnym.
Watykan/Stacja7.pl
***
20 maja 2026
Co znaczy, że liturgia czyni nas Ciałem Chrystusa?
“Liturgia jest zarówno przestrzenią, czasem, jak i kontekstem, w którym Kościół otrzymuje od Chrystusa swoje życie”.
fot. Vatican Media
***
Kontynuując cykl katechez na temat dokumentów II Soboru Watykańskiego papież rozpoczął omawianie Konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium”.
Drodzy Bracia i Siostry, dzień dobry i witajcie!
Rozpoczynamy dziś cykl katechez poświęconych pierwszemu dokumentowi promulgowanemu przez Sobór Watykański II, czyli Konstytucji o liturgii świętej Sacrosanctum Concilium (SC).
Opracowując tę konstytucję, Ojcowie soborowi chcieli nie tylko podjąć reformę obrzędów, ale także doprowadzić Kościół do kontemplacji i pogłębienia tej żywej więzi, która go tworzy i jednoczy: misterium Chrystusa. Liturgia bowiem porusza samo serce tego misterium: jest zarówno przestrzenią, czasem, jak i kontekstem, w którym Kościół otrzymuje od Chrystusa swoje życie. W liturgii bowiem „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia” (SC, 2), które czyni z nas wybrane plemię, królewskie kapłaństwo, naród święty, lud, który Bóg nabył sobie na własność (por. 1 P 2, 9).
Jak ukazała potrójna odnowa – biblijna, patrystyczna i liturgiczna – która dokonała się w Kościele w ciągu XX w., Misterium, o którym mowa, nie oznacza jakiejś mrocznej rzeczywistości, lecz zbawczy zamysł Boga, ukryty od wieczności i objawiony w Chrystusie, zgodnie ze słowami św. Pawła (por. Ef 3, 3-6). Oto zatem Misterium chrześcijańskie: wydarzenie paschalne, to znaczy męka, śmierć, zmartwychwstanie i uwielbienie Chrystusa, które właśnie w liturgii zostaje nam uobecnione sakramentalnie, tak że ilekroć uczestniczymy w zgromadzeniu zebranym „w Jego imię” (Mt 18, 20), zostajemy zanurzeni w tym Misterium.
Chrystus – żywe serce misterium Kościoła
Sam Chrystus jest wewnętrzną zasadą misterium Kościoła, świętego Ludu Bożego, zrodzonego z Jego boku przebitego na krzyżu. W świętej liturgii, mocą swojego Ducha, On nadal działa. Uświęca Kościół, swoją Oblubienicę, i włącza go do swojej ofiary składanej Ojcu. Wypełnia swoje absolutnie jedyne kapłaństwo – On, który jest obecny w głoszonym Słowie, w sakramentach, w osobach celebrujących szafarzy, w zgromadzonej wspólnocie oraz – w najwyższym stopniu – w Eucharystii (SC, 7). Tak więc, według św. Augustyna (por. Sermones, 277), sprawując Eucharystię, Kościół „przyjmuje Ciało Pana i staje się tym, co przyjmuje”: staje się Ciałem Chrystusa, „by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha” (Ef 2, 22). To jest „dzieło naszego odkupienia”, które upodabnia nas do Chrystusa i umacnia nas w komunii.
W liturgii świętej ta komunia urzeczywistnia się „przez obrzędy i modlitwy” (SC, 48). Rytuały Kościoła wyrażają jego wiarę – zgodnie ze słynnym wyrażeniem lex orandi, lex credendi – i jednocześnie kształtują tożsamość eklezjalną: głoszone Słowo, celebracja sakramentu, gesty, milczenie, przestrzeń – wszystko to ukazuje i nadaje kształt ludowi zgromadzonemu przez Ojca, Ciału Chrystusa, Świątyni Ducha Świętego. Każda celebracja staje się w ten sposób prawdziwą epifanią Kościoła trwającego na modlitwie, jak przypomniał św. Jan Paweł II (List apost. Vicesimus quintus annus, 9).
Liturgia tworzy wspólnotę otwartą i gościnną dla wszystkich
Jeśli liturgia służy misterium Chrystusa, można zrozumieć, dlaczego została zdefiniowana, że „jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc” (SC, 10). To prawda, że działanie Kościoła nie ogranicza się wyłącznie do liturgii, jednak wszelka jego działalność (przepowiadanie, posługa ubogim, towarzyszenie sprawom ludzkim) zmierza ku temu „szczytowi”. Z drugiej strony liturgia wspiera wiernych, zanurzając ich nieustannie i na nowo w Paschę Pana, a zatem poprzez głoszenie Słowa, sprawowanie sakramentów i wspólną modlitwę są oni pokrzepiani, umacniani i odnawiani w swoim zaangażowaniu w wiarę i w swojej misji. Innymi słowy, uczestnictwo wiernych w czynności liturgicznej jest jednocześnie „wewnętrzny” i „zewnętrzny”.
Oznacza to również, że owo uczestnictwo ma konkretnie przenikać całe życie codzienne w dynamice etycznej i duchowej, tak aby celebrowana liturgia przekładała się na życie i domagała się wierności, zdolnej do urzeczywistnienia tego, co zostało przeżyte podczas celebracji: w ten sposób nasze życie staje się „ofiarą, żywą, świętą, Bogu miłą”, realizując naszą „służbę Bożą” (Rz 12, 1).
W ten sposób „liturgia przekształca tych, którzy są wewnątrz Kościoła, w święty przybytek w Panu” (SC, 2) i tworzy wspólnotę otwartą i gościnną dla wszystkich. Jest ona bowiem przeniknięta Duchem Świętym, wprowadza nas ona w życie Chrystusa, czyni nas Jego Ciałem i we wszystkich swoich wymiarach stanowi znak jedności całego rodzaju ludzkiego w Chrystusie. Jak powiedział Papież Franciszek: „Świat jeszcze tego nie wie, ale wszyscy są zaproszeni na ucztę weselną Baranka (Ap 19, 9)” (List apost. Desiderio desideravi, 5).
Najdrożsi, pozwólmy, aby obrzędy, symbole, gesty, a przede wszystkim żywa obecność Chrystusa w liturgii, wewnętrznie nas kształtowały – będziemy mieli jeszcze okazję zgłębić to w kolejnych katechezach.
Katecheza Papieża -Stacja7.pl – KAI
*** Pierwsza encyklika papieża Leona XIV: Sztuczna inteligencja w rocznicę „Rerum Novarum”
Antoine Mekary | ALETEIA
***
Watykańskie źródła donoszą, że 15 maja papież Leon XIV podpisze swoją pierwszą encyklikę.
Papież Leon wkrótce podpisze dokument poświęcony sztucznej inteligencji, pokojowi oraz ładu światowemu co będzie historycznym ukłonem w stronę katolickiej nauki społecznej. Jak podaje niemiecka agencja prasowa KNA, powołując się na „różne źródła watykańskie”, publikacja ma nastąpić już w przyszłym tygodniu. Wybór tej daty nie jest przypadkowy. Dzieło papieża stanie się kontynuacją tradycji encyklik społecznych, które ukształtowały zaangażowanie Kościoła w sprawy współczesnego świata.
Cytat z dokumentu papieża Leona, adhortacji „Dilexi Te”:
***
Dziedzictwo Leona XIII
Precedens ten zapoczątkował papież Leon XIII swoją encykliką „Rerum Novarum”, wydaną 15 maja 1891 roku. Dokument ten był pierwszą systematyczną odpowiedzią Kościoła na wstrząsy rewolucji przemysłowej – poruszał kwestie praw pracowniczych, własności prywatnej oraz moralnych obowiązków zarówno robotników, jak i pracodawców. To właśnie z tego tekstu wyrosła dzisiejsza katolicka nauka społeczna (lub inaczej: nauka społeczna Kościoła).
Nieliczne encykliki społeczne wydane w kolejnych dekadach często ogłaszano właśnie w rocznice dokumentu Leona XIII. W tym roku przypada 135. rocznica tego wydarzenia. Leon XIV od początku dawał do zrozumienia, że jego pontyfikat jest inspirowany postacią Leona XIII i że zamierza pochylić się nad wielkimi zmianami zachodzącymi w naszym świecie – zwłaszcza tymi wywołanymi przez AI. Wydaje się więc, że data 15 maja była mu w pewien sposób pisana.
Historyczne encykliki majowe
W historii Kościoła publikacja encyklik często miały miesce 15 maja:
1931 r. „Quadragesimo Anno”: Dokładnie w 40. rocznicę „Rerum Novarum” papież Pius XI pogłębił myśl swojego poprzednika. Pod wpływem jezuickiego myśliciela Oswalda von Nell-Breuninga sformułował zasadę pomocniczości (subsydiarności) i doprecyzował krytykę socjalizmu, wytykając mu brak poszanowania dla osoby ludzkiej i własności prywatnej.
1961 r. „Mater et Magistra”: Trzy dekady później św. Jan XXIII wydał w tym samym dniu dokument opowiadający się za większym udziałem pracowników w życiu gospodarczym.
Choć inne ważne teksty, jak „Pacem in Terris” (1963) Jana XXIII czy „Populorum Progressio” (1967) Pawła VI, ukazywały się w innych terminach, to papież Jan Paweł II starał się powrócić do „tradycji majowej”.
Encyklika „Laborem Exercens” miała zostać opublikowana 15 maja 1981 roku, jednak plany te pokrzyżował zamach na życie papieża z 13 maja. Ostatecznie dokument ukazał się we wrześniu. Kolejna, „Centesimus Annus” – podsumowująca upadek komunizmu i oferująca wyważoną afirmację gospodarki rynkowej przy jednoczesnym akcentowaniu jej etycznych granic – została wydana w „setną rocznicę” „Rerum Novarum”, 1 maja 1991 roku.
„Magnifica humanitas”
Doniesienia oraz komentarze samego papieża sugerują, że pierwsza encyklika Leona XIV, roboczo zatytułowana „Magnifica humanitas” (Wspaniałe człowieczeństwo), podejmie kwestie o nie mniejszym znaczeniu. Sztuczna inteligencja budzi dziś palące pytania o ludzką sprawczość, pracę i odpowiedzialność. Dodatkową nagłość nadają publikacji kruchość prawa międzynarodowego oraz trwające konflikty zbrojne.
To, co wyróżnia ten moment, to nie tylko tematyka, ale świadome odwołanie do historii. Wybierając datę 15 maja, Leon XIV wysyła sygnał, że nauka społeczna Kościoła nie jest statyczna. Ewoluuje ona w odpowiedzi na nową rzeczywistość, pozostając jednak zakotwiczona w niezmiennych zasadach: godności każdej osoby, prymacie dobra wspólnego oraz moralnych ograniczeniach władzy.
Jeśli te przewidywania się potwierdzą, Leon XIV wpisze się w żywą tradycję, która niezmiennie stara się odpowiadać na najbardziej złożone wyzwania każdej epoki.
prezydent Polski Karol Nawrocki wraz z małżonką Martą modlił się przy grobie Papieża Polaka
W 106. rocznicę urodzin Jan Paweł II prezydent Karol Nawrocki wraz z małżonką Martą Nawrocką odwiedzili Bazylikę św. Piotra w Watykanie. Przy grobie Papieża Polaka złożono kwiaty i modlono się za ojczyznę. Modlitwie przewodniczył bp Wiesław Lechowicz, biskup polowy Wojska Polskiego.
Wizyta miała miejsce 18 maja, w dniu urodzin Karola Wojtyły. Po modlitwie przy grobie świętego odśpiewano hymn „Boże, coś Polskę”.
Wcześniej przy grobie Papieża Polaka sprawowana była Msza św. w języku polskim, której przewodniczył bp Jan Ozga, ordynariusz diecezji Doumé-Abong’ Mbang w Kamerunie. Homilię wygłosił ks. Paweł Ptasznik, wieloletni współpracownik Jana Pawła II i przewodniczący Watykańskiej Fundacji Jana Pawła II.
– Wielbimy Pana, bo w naszym skomplikowanym świecie dał nam strażnika godności każdego człowieka, strażnika rodziny, strażnika życia i wszystkich niezbywalnych wartości ludzkich i społecznych – mówił ks. Ptasznik, podkreślając, że pontyfikat Jana Pawła II pozostaje ważnym punktem odniesienia także dla kolejnych pokoleń.
Vatican News / Gość Niedzielny
***
„Dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie”
fot. Wikimedia Commons
***
W myślach i modlitwie wracam do Wadowic, mego rodzinnego miasta. Wspominam wpierw mych rodziców i dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie.
Odpowiedziami na pytania są wypowiedzi św. Jana Pawła II pochodzące z: List do rodzin Gratissimam Sane, Ojca Świętego Jana Pawła II (2 lutego 1994 r., w Święto Ofiarowania Pańskiego), Homilia w czasie pobytu w Nursji (23 marca 1980 r.), Przemówienia Ojca Świętego na zakończenie koncertów (Rzym, Wadowice) w dniu jego 80-tych urodzin (18 maja 2000 r.)
Jakie myśli towarzyszą Papieżowi w dniu urodzin?
W myślach i modlitwie wracam do Wadowic, mego rodzinnego miasta. Wspominam wpierw mych rodziców i dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie.
Tyle wydarzeń, tyle doświadczeń, tyle ludzkiej dobroci, tyle łaski Bożej… Jak nie dziękować za to wszystko! Z wdzięcznym sercem staję przed Bogiem i obejmuję myślą wszystkich, którzy od pierwszych chwil, przez ciche świadectwo wiary i godziwego życia, przez serdeczną przyjaźń i codzienną troskę nadawali kształt mojemu człowieczeństwu i kapłaństwu. Wiem, że tak, jak w Wadowicach, tak też w całej Polsce i na świecie jest wielu ludzi, którzy darzą mnie swoją życzliwością. Dziś w sposób szczególny pragnę im za to podziękować.
Nie można żyć dla przyszłości, nie mając poczucia sensu, który jest większy od doczesności – wyższy od niej.
W dniu urodzin, zawsze przychodzą człowiekowi na myśl pytania o sens życia, sens istnienia. Jaki jest ten sens?
Pełną prawdę o sensie życia ludzkiego wyraził św. Paweł, gdy w liście do Filipian pisał: „zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie” (Flp 3, 13 – 14). Te słowa napisał Apostoł narodów, nawrócony faryzeusz, dając świadectwo o swoim własnym nawróceniu i swojej wierze. Równocześnie te słowa objawione zawierają prawdę, która wraca do Kościoła i do ludzkości na różnych etapach dziejów: Ku czemu idzie człowiek? Nie można żyć dla przyszłości, nie mając poczucia sensu, który jest większy od doczesności – wyższy od niej. Jeśli społeczeństwa i ludzie naszego kontynentu stracili poczucie tego sensu, muszą go odnaleźć. Czy mogą w tym celu cofnąć się wstecz o piętnaście stuleci?
Nie, cofnąć się wstecz nie mogą. Sens życia muszą odnaleźć w kontekście naszych czasów. Nie inaczej.
FOT. diecezja.pl
Czyli człowiek rodzi się dokładnie w tym momencie i czasie, w którym jest potrzebny, kochany i w którym jego istnienie nie jest przypadkowe…
Człowiek zawsze przychodzi na świat w określonych wymiarach historii; również i Syn Boży stał się Synem Człowieczym w czasie i dał początek nowym czasom, które po Nim nastały.
Pomyślmy: sam Chrystus przyszedł na świat w określonych warunkach – czasu, miejsca, środowiska, sytuacji politycznej itd. – stworzonych przez ten właśnie system.
Gdy z małżeńskiej jedności dwojga rodzi się nowy człowiek, to przynosi on z sobą na świat szczególny obraz i podobieństwo Boga samego: w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby.
Bóg powołuje do życia człowieka, bo ma on swoją bardzo dokładnie określoną rolę w świecie, określone zadanie?
Wiemy, że człowiek rodzi się na świat dzięki swoim rodzicom. Wyznajemy, że przychodząc na świat z ziemskich rodziców, którzy są jego ojcem i matką, rodzi się zarazem do łaski Chrztu, aby zanurzając się w śmierci Chrystusa ukrzyżowanego otrzymać uczestnictwo w tym życiu, jakie On objawił swoim zmartwychwstaniem. Przez łaskę otrzymaną na Chrzcie człowiek uczestniczy w odwiecznych narodzinach Syna z Ojca Przedwiecznego, staje się bowiem Synem z Bożego przybrania: synem z Syna.
Gdy z małżeńskiej jedności dwojga rodzi się nowy człowiek, to przynosi on z sobą na świat szczególny obraz i podobieństwo Boga samego: w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby.
To dość proste, rodzimy się po, by naśladując Jezusa spełnić swoją rolę w świecie. Rodzimy się jako „synowie i córki Boga”, nasza rola jest więc ogromna.
Jeśli mówimy, że małżonkowie jako rodzice są współpracownikami Boga-Stwórcy w poczęciu i zrodzeniu nowego człowieka, to sformułowaniem tym nie wskazujemy tylko na prawa biologii, ale na to, że w ludzkim rodzicielstwie Bóg sam jest obecny – obecny w inny jeszcze sposób niż to ma miejsce w każdym innym rodzeniu w świecie widzialnym, „na ziemi”. Przecież od Niego tylko może pochodzić „obraz i podobieństwo”, które jest właściwe istocie ludzkiej, tak jak przy stworzeniu. Rodzenie jest kontynuacją stworzenia.
Tak więc wraz z poczęciem nowego człowieka, wraz z jego urodzeniem, rodzice stają prawdziwie wobec „wielkiej tajemnicy” (por. Ef 5,32). Nowa ludzka istota jest – tak jak oni sami – powołana do istnienia osobowego, jest powołana do życia „w prawdzie i miłości”. Powołanie zaś otwiera się nie tylko na całą doczesność.
Rodzice tak bardzo czekają na narodziny swojego dziecka, ale jeszcze bardziej na te narodziny czeka Bóg. Czy Jego radość jest większa?
Człowiek jest „jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego”. Geneza człowieka – to nie tylko prawa biologii, to równocześnie stwórcza wola Boga. Należy ona do genealogii każdego z synów i córek ludzkich rodzin. Bóg „chciał” człowieka od początku – i Bóg go „chce” w każdym ludzkim poczęciu i narodzeniu. Bóg „chce” człowieka jako istoty do siebie podobnej, jako osoby. Człowiek ten – każdy człowiek – jest stworzony przez Boga „dla niego samego”. Odnosi się to do każdego człowieka, do wszystkich, również do tych, którzy przychodzą na świat z jakimś głębokim schorzeniem lub niedorozwojem. W osobową konstytucję każdego i wszystkich wpisana jest wola Boga, który chce, aby człowiek posiadał celowość jemu tylko właściwą. Bóg daje człowieka rodzinie i społeczeństwu. Rodzice, stając wobec nowej ludzkiej istoty, mają lub winni mieć pełną świadomość tego, że Bóg „chce” tego człowieka „dla niego samego”.
domena publiczna/wikipedia
Rodzice muszą więc mieć świadomość, że dziecko nie jest tylko ich?
Małżonkowie chcą dzieci dla siebie. Widzą w nich zwieńczenie swej wzajemnej miłości. Chcą ich też dla rodziny, jako drogocennego daru. Trzeba, ażeby w to chcenie Boga włączało się ludzkie chcenie rodziców: aby oni chcieli nowego człowieka, tak jak go chce Stwórca. Ludzkie chcenie zawsze poddane jest prawu czasu, prawu przemijania. Boże — jest odwieczne. „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię — mówi prorok Jeremiasz — nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1,5). Genealogia osoby jest naprzód związana z wiecznością Boga, a potem dopiero z momentem ludzkiego rodzicielstwa. Już w samym poczęciu człowiek jest powołany do wieczności w Bogu.
Jaką rolę mają spełnić rodzice w tym planie Bożym, by dziecka „nie popsuć”?
Dobrem wspólnym małżonków jest miłość, wierność i uczciwość małżeńska oraz trwałość ich związku „aż do śmierci”. To dobro obojga jest równocześnie dobrem każdego z nich. Ma z kolei stać się dobrem ich dzieci. Należy do istoty dobra wspólnego, że łącząc poszczególnych ludzi, stanowi zarazem prawdziwe dobro każdego.
Jeżeli słowa przysięgi wyrażają to, co jest dobrem wspólnym małżonków, to równocześnie wskazują one też na to, co ma być dobrem wspólnym przyszłej rodziny. Aby to uwydatnić, Kościół pyta, czy są gotowi przyjąć i po chrześcijańsku wychować dzieci, którymi Bóg ich obdarzy. Pytanie to odnosi się do dobra wspólnego przyszłej rodziny. Dodatkowe pytanie o potomstwo i wychowanie pozostaje w ścisłej łączności ze ślubowaniem miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej oraz dozgonności ich związku. Przyjęcie i wychowanie potomstwa — dwa spośród podstawowych celów rodziny — są uwarunkowane wypełnieniem tego ślubu. Rodzicielstwo jest zadaniem natury duchowej — nie tylko fizycznej. Przebiega przez nie zawsze genealogia w Bogu i która do Boga także ma prowadzić.
Dlatego tak ważne jest to, by rodzice wychowywali, kształtowali swoje dzieci razem z Bogiem, pamiętając, że one należą do Niego?
Trzeba, aby każdy człowiek był w rodzinie „omadlany” na miarę dobra, jakie stanowi — na miarę dobra, jakim jest dla niego rodzina i on dla rodziny.
„Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?” (Ps 8,5) — pyta Psalmista. Trzeba, aby każdy człowiek był w rodzinie „omadlany” na miarę dobra, jakie stanowi — na miarę dobra, jakim jest dla niego rodzina i on dla rodziny.
W modlitwie rodzina odnajduje się jako pierwsze „my”, w którym każdy jest „ja” i „ty”. Tym są dla siebie wzajemnie: mężem lub żoną, ojcem lub matką, synem lub córką, bratem lub siostrą, dziadkiem lub wnukiem.
To nowe „ty” jest takie kruche i często „my” rodzice nie mamy świadomości jaką odpowiedzialność powierzył nam Pan Bóg. Jak nauczyć się tej świadomości?
Małżonkowie dają życie własnemu dziecku. Jest to nowe ludzkie „ty”, które pojawia się w orbicie ich rodzicielskiego „my”. Istota, do której mówić będą nowym imieniem: „nasz syn… nasza córka…”. „Urodziłam człowieka za sprawą Boga” (por. Rdz 4,1) — mówi pierwsza rodząca kobieta w Księdze Rodzaju: biblijna Ewa. Jest to człowiek naprzód oczekiwany przez dziewięć miesięcy, potem „objawiony” rodzicom i rodzeństwu. Cały ten proces — poczęcia, rozwoju w łonie matki, wreszcie zrodzenia, wydania na świat — służy do stworzenia stosownej jakby przestrzeni, aby ten nowy człowiek mógł się objawić jako „dar”. Albowiem również on — ten nowy człowiek — jest od początku takim właśnie darem. Jakże inaczej można określić tę istotę kruchą i bezbronną, która całkowicie jest zależna od swych ludzkich rodziców, całkowicie im zawierzona? Nowo narodzony człowiek oddaje siebie rodzicom przez sam fakt swojego zaistnienia. Istnienie — życie — jest pierwszym darem Stwórcy dla stworzenia.
Dziecko to dar, ale przecież i nowe obowiązki, problemy, zadania, strach, odpowiedzialność. Chyba coraz łatwiej przychodzi nam rezygnowanie z tego daru. Co zrobić, by widzieć w narodzinach dziecka więcej łaski niż obowiązków?
To, że narodził się człowiek, wydaje się zwykłym faktem statystycznym, który rejestruje się jak tyle innych faktów. Przelicza się ten fakt w cyfrach i bilansach demograficznych. Z pewnością dziecko oznacza dla rodziców nowy trud, nowy zasób potrzeb i kosztów. Stąd też pokusa, ażeby go nie było. Pokusa bardzo mocna w niektórych środowiskach społecznych i kulturowych. Czy więc nie jest ono darem? Czy tylko przychodzi zabierać, nie dawać? Te pytania to myśli natrętne, od których z trudem wyzwala się współczesny człowiek. Dziecko przychodzi zająć miejsce, którego i tak coraz mniej jest na świecie. Czy jednak naprawdę niczego nie wnosi do rodziny i społeczeństwa? Czyż nie jest „cząstką” tego wspólnego dobra, bez którego ludzkie wspólnoty rozpadają się i umierają? Trudno temu zaprzeczyć. Dziecko obdarowuje sobą rodzinę. Jest darem dla rodzeństwa i dla rodziców. Dar życia staje się równocześnie darem dla samych dawców. Nie mogą nie odczuć jego obecności, jego uczestnictwa w ich życiu, tego, co wnosi do dobra wspólnego małżeństwa i wspólnoty rodzinnej. Poprzez wszystkie meandry ludzkiej psychologii prawda ta pozostaje oczywista w swej prostocie oraz w swej głębi. Człowiek jest dobrem wspólnym każdej ludzkiej społeczności.
I wszyscy jesteśmy dziećmi Boga i mamy boską naturę? Taki jest największy sens naszego bytu?
Jest rzeczą ogromnie znamienną, iż zwięzła historia dziecięctwa Pana Jezusa mówi prawie równocześnie o Jego narodzeniu i o zagrożeniu, któremu musi zaraz stawić czoło. Ten fakt, że Jezus jako rodzące się Dziecko został prawie od pierwszego dnia postawiony w obliczu zagrożenia swojego życia, ma wymowę profetyczną. Już jako Dziecię jest „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”.
W Ewangelii dziecięctwa zwiastowanie życia, które w sposób przedziwny spełnia się w narodzeniu Odkupiciela, zostaje wyraźnie przeciwstawione zagrożeniu życia. Zwiastowanie życia odnosi się do tajemnicy Wcielenia Słowa, odnosi się więc do całej rzeczywistości Bosko-ludzkiej Chrystusa. „Słowo stało się ciałem” (J 1,14), Bóg stał się człowiekiem. Do tej tajemnicy tak często odwoływali się Ojcowie Kościoła: „Bóg stał się człowiekiem, abyśmy zostali przebóstwieni”. Ta prawda wiary jest równocześnie prawdą ludzkiego bytu.
Dziś rocznica urodzin Karola Wojtyły. “Miłość moich najbliższych dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy”
Wydarzenia, jakich Karol Wojtyła doświadczył w dzieciństwie, są praktyczną lekcją jak z trudnych sytuacji wyjść silniejszym. W rocznicę urodzin Karola Wojtyły warto wrócić do tej niezwykłej lekcji miłości w rodzinie.
fot. Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach
***
Heroiczna decyzja Emilii i Karola Wojtyłów
Niewiele brakowało, a Karol Wojtyła by się nie urodził. Z zapisków wadowickiego historyka Michała Siwica-Cielebona dowiadujemy się o trudnej decyzji, przed którą stanęli Emilia i Karol Wojtyłowie: “Jeśli niemowlę przeżyje – ona umrze. Aby więc ratować siebie, Emilia powinna dokonać aborcji”.
Mimo bardzo poważnego zagrożenia ciąży, życia matki i życia dziecka, Emilia nie zgodziła się na zalecaną przez lekarza aborcję i urodziła w 1920 roku syna, który później został papieżem. Oczywiście, była to decyzja nie tylko Emilii, tylko obojga małżonków. Wypływała z ich systemu wartości, także z głębokiej wiary, co także potwierdzali mieszkańcy Wadowic, którzy znali Wojtyłów. Nie ulega też wątpliwości, że była to decyzja heroiczna – mówi Milena Kindziuk, autorka książki „Emilia i Karol Wojtyłowie. Rodzice św. Jana Pawła II” w rozmowie ze Stacją7.
Kiedy zbierałam materiały do biografii Wojtyłów, dotarłam do relacji o tym, że Karol o uratowanie żony i życia poczętego dziecka poprosił żydowskiego lekarza, który przyjmował na terenie koszar, doktora Samuela Tauba. To on wyraził zgodę na poprowadzenie ciąży Wojtyłowej, chociaż potwierdził, że istnieje ryzyko powikłań przy porodzie, ze śmiercią Emilii włącznie. Nie proponował jednak aborcji. Zastrzegł jedynie, że podejmie się ryzyka na wyraźną prośbę obojga małżonków oraz na ich odpowiedzialność.
Dlaczego otrzymał imię Karol?
Karol Wojtyła przyszedł na świat 18 maja 1920 r. Nieco ponad miesiąc później, 20 czerwca 1920 roku rodzice zanieśli synka do kościoła pw. Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, gdzie został ochrzczony, otrzymując imiona: Karol Józef. W Księdze Chrztów z 1920 roku zapisano w języku łacińskim: „Karol Józef Wojtyła, syn Karola i Emilii Kaczorowskiej, ur. 18 maja 1920 r.; ochrzczony 20 czerwca 1920 r. Rodzice chrzestni: Józef Kuczmierczyk i Maria Wiadrowska. Ochrzcił Franciszek Żak, kapelan wojskowy”.
Już jako papież, Jan Paweł II wielokrotnie odnosił się do tego dnia, wyjaśniając dlaczego rodzice nadali mu właśnie takie imię. „A czy wiecie, dlaczego na chrzcie otrzymałem imię Karol? Dlatego, że mój ojciec żywił ogromny podziw dla cesarza Karola I, którego był żołnierzem” – wyjaśniał.
„Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki”
Mały Karol, zwany przez najbliższych Lolkiem, od dzieciństwa doświadczał czułej opieki i miłości najbliższych. We wspomnieniach znajomych zachował się obraz Emilii Wojtyłowej, która z przekonaniem często mówiła: „Zobaczycie, mój Lolek będzie kiedyś wielkim człowiekiem”.
Emilia, zgodnie z prognozami lekarzy, nie podźwignęła się po porodzie. Czuła się coraz gorzej, a choroba postępowała. W maju 1929 r. Karol – junior miał przystąpić do I Komunii św. Stan zdrowia jego matki znacznie się pogorszył i zmarła 13 kwietnia 1929 r., po przyjęciu ostatnich sakramentów w obecności czuwającego przy łożu męża.
Matka zdążyła nauczyć go znaku krzyża i pierwszej modlitwy. „Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki, która – składając małe dziecięce dłonie do pacierza – pokazywała, jak kreśli się krzyż – znak Chrystusa, który jest Synem Boga żywego” – wspominał po latach Jan Paweł II.
Edmund – niezawodny brat i przyjaciel
Niezawodnym przyjacielem dziecięcych lat Karola był jego starszy brat Edmund. Miał czternaście lat, gdy w 1920 roku urodził się jego młodszy brat, Karol. Cztery lata wcześniej tuż po urodzeniu zmarła jego siostra Olga. Edmund często samodzielnie opiekował się bratem, pomagał też matce w znoszeniu wózka z pierwszego piętra domu przy ulicy Kościelnej 7, gdzie wynajmowali mieszkanie.
Ze wspomnień Janiny Urbanówny dowiadujemy się, że po śmierci matki, Edmund Wojtyła czuł powinność opieki nad swoim młodszym bratem Karolem. Edmund kochał bardzo swego brata Karola, co jest zrozumiałe. Gdy jednak zmarła matka, poczuwał się do wzięcia jej roli na siebie. Na każdej wycieczce dużo opowiadał o Lolku. Chwalił jego zdolności. Cieszył się jego sukcesami w nauce początkowej. Miał tylko pretensje do ojca, że wymaga od Lolka świadectw z samymi piątkami. (…)
Jego poczucie odpowiedzialności za brata niezwykle dosadnie obrazuje historia, która dotyczyła wędrówki na tatrzański szczyt. W ostatnie jego wakacje, tj. w r. 1932 wędrowaliśmy po Tatrach. Celem wycieczki był Gerlach. Ponieważ spadł w nocy śnieg i skały były oblodzone, Edmund zawahał się i odradził dalszą wędrówkę mówiąc: „Nie mogę ryzykować życiem. Mam brata, którym muszę się opiekować. Jestem mu potrzebny”.
Życie, w które Edmund dopiero co wkraczał, przerwane zostaje nagle pod koniec 1932 roku. Po zaledwie półtora roku pracy zaraził się od młodej pacjentki szkarlatyną. Choroba zabrała go w ciągu kilku dni. Edmund umarł w niedzielny wieczór 4 grudnia 1932 roku. W wieku dwunastu lat Karol pozostał sam z ojcem, który starał się wychować syna na dobrego człowieka. W kształtowaniu charakteru Karola wspierały go trzy ważne miejsca: kościół, szkoła i teatr.
Wielka lekcja duchowa od ojca
Danuta Pukło, koleżanka małego Karola wspomina ich rodzinny dom po śmierci Emilii i Edmunda, mówiąc o relacji ojca do syna: „Zabierał go codziennie na wczesną Mszę świętą. Żeby się nie spóźnić pomagał mu nawet sznurować buty. Gdy Karol miał narysować konia, pan Wojtyła najpierw zrobił mu wykład na temat anatomicznej budowy tego zwierzęcia (…). Ojciec Karola nie rozpaczał, kiedy został sam, nie użalał się nad sobą. Z żelazną konsekwencją wykonywał swoje ojcowskie, rodzicielskie obowiązki. Wychował synów swoją postawą uczciwego, mądrego, szlachetnego człowieka, ucząc miłości i stawiania sobie wysokich wymagań”.
Pan Karol po stracie 45-letniej żony Emilii właściwie zastępował synkowi matkę, był dla niego troskliwym opiekunem, wspaniałym wychowawcą, wiernym towarzyszem spacerów i wycieczek turystycznych. Doskonale się zgadzali i wzajemnie rozumieli – wspominał Eugeniusz Mróz, sąsiad i szkolny kolega małego Karola.
Jednak ojciec, przy pełnym poświęceniu i troskliwości, nie rozpieszczał syna, wymagał od niego porządku, wpajał poczucie obowiązkowości, systematycznej nauki. Sądzę, że ogromną rolę odegrał jego ojciec w ukształtowaniu prawego charakteru Lolka, jego wielkiej osobowości, mocnej postawy moralnej, w osiągnięciu wspaniałych wyników w nauce. Ten człowiek poświęcił synowi wszystkie swe siły, na pewno nie było łatwo samotnie wychować syna. Postawa tego skromnego, dzielnego ojca była wzorem szlachetności i obowiązkowości, wzorem również dla nas – kolegów jego syna”.
Gdy przyszły papież miał 12 lat, usłyszał od ojca pamiętne słowa: „Nie jesteś dobrym ministrantem! Nie modlisz się wystarczająco do Ducha Świętego. Musisz się do niego modlić”. Karol Wojtyła nauczył wówczas syna tej modlitwy. Papież wspominał po latach: „To była dla mnie wielka lekcja duchowa, trwalsza i mocniejsza niż wszystkie, jakie potem miałem dzięki wielu lekturom i studiom. To w jakimś sensie jemu zawdzięczam napisanie encykliki do Ducha Świętego”.
„Po synowsku całuję próg domu rodzinnego, wyrażając wdzięczność Opatrzności Bożej za dar życia przekazany mi przez moich Rodziców, za ciepło rodzinnego gniazda, za miłość moich najbliższych, która dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy, nawet wtedy, gdy przychodziło zetknąć się z doświadczeniem śmierci i trudami codziennego życia w niespokojnych czasach” – mówił Jan Paweł II w Wadowicach 16 czerwca 1999 roku.
18 maja 1944 roku żołnierze 2 Korpusu Polskiego pod dowództwem generała Władysława Andersa zdobyli ruiny klasztoru benedyktynów na Monte Cassino. Zwycięskie natarcie Polaków zakończyło wielomiesięczne nieudane próby zdobycia wzgórza przez wojska alianckie.
Bitwa o Monte Cassino
Walka o zdobycie Monte Cassino rozpoczęła się w styczniu 1944 r. Brali w niej udział żołnierze dziesięciu narodowości z pięciu kontynentów. Bezskutecznie – do czasu ostatniej i tym razem zwycięskiej ofensywy, przeprowadzonej w maju 1944 roku przez polskich żołnierzy.
Natarcie 2 Korpusu Polskiego na wyznaczone cele rozpoczęło się 11 maja 1944 roku o godz. 23.00 przygotowaniem artyleryjskim. 12 maja do ataku ruszyła 3 Dywizja Strzelców Karpackich oraz 5 Kresowa Dywizja Piechoty. Pierwsze natarcie zakończyło się niepowodzeniem. Dopiero drugi atak, rozpoczęty 17 maja i kontynuowany następnego dnia, przyniósł sukces w postaci opanowania kluczowych celów: wzgórza „593”, Widma oraz San Angelo. Po przełamaniu niemieckich pozycji w rejonie Monte Cassino wydzielone oddziały 2 Korpusu Polskiego kontynuowały natarcie na Piedimonte san Germano, zakończone wyparciem Niemców z pozycji obronnych 25 maja 1944 roku.
Zwycięstwo w bitwie o Monte Cassino zostało okupione olbrzymimi stratami – w walkach zginęło ponad 1 000 żołnierzy, a ok. 3 000 odniosło rany. Poległych pochowano u stóp wzgórz Monte Cassino, na Polskim Cmentarzu Wojennym, gdzie później spoczął także gen. Władysław Anders.
Upamiętnienie polskich żołnierzy
Polski Cmentarz Wojenny znajduje się w tzw. Dolinie Śmierci – rejonie najcięższych walk 3 Dywizji Strzelców Karpackich, które miały miejsce między Monte Cassino a wzgórzem „593”. Został zbudowany w latach 1944-1945 przez żołnierzy-uczestników bitwy. Autorami projektu nekropolii byli architekci – Wacław Hryniewicz i Jerzy Skolimowski. Prace rzeźbiarskie wykonał Michał Paszyn oraz włoski artysta prof. Duilio Cambellotti. Otwarcie cmentarza nastąpiło w 6. rocznicę wybuchu II wojny światowej – 1 września 1945 roku.
***
Bp Lechowicz na Monte Casino:
Dzisiaj wszyscy ubolewają nad podziałami. Ale brakuje konkretnych czynów.
– Dzisiaj wszyscy ubolewają nad niszczącymi odporność społeczną i bezpieczeństwo Polski podziałami, ale brakuje konkretnych czynów. Monte Cassino woła o takie czyny, które mają na celu dobro wspólne naszej Ojczyzny – mówił bp Wiesław Lechowicz podczas Mszy św. polowej sprawowanej 18 maja na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino w 82. rocznicę bitwy. Po zakończeniu Mszy św. na Monte Cassino odbył się apel pamięci. W uroczystościach wziął udział prezydent Karol Nawrocki z małżonką.
Ordynariusz polowy WP bp Wiesław Lechowicz podczas polowej Mszy świętej na Polskim Cmentarzu Wojennym pod Monte Cassino
W homilii biskup polowy nawiązał do wizyty św. Jana Pawła II na Monte Cassino w 1979 r. i przytoczył jego słowa:
Wiele razy chodziłem po tym cmentarzu. Czytałem wypisane na grobach napisy (…) Te napisy (…) nie przestają wołać (…) tak, jak wołały serca walczących tu żołnierzy: Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki….
Ordynariusz wojskowy podkreślił, że z „przejmującego głosu” mogił płynie najważniejsza lekcja.
Z napisów nagrobnych wynika, że żołnierze gen. Andersa różnili się wiekiem, pochodzeniem, wyznawaną wiarą. Tym, co ich łączyło była tęsknota za wolną Polską. Ona ich przyprowadziła tutaj. Dla niej, czyli dla miłości Ojczyzny, bo tęsknota bierze się z miłości, byli gotowi ofiarować swoje zazwyczaj młode życie.
– wskazywał bp Lechowicz. Dodał, że
jesteśmy im wdzięczni za to, że my nie musimy tak tęsknić, ale nie możemy nie troszczyć się o wolność z podobną determinacją jak oni.
Bp Lechowicz mówił też o wymiarze jedności i odpowiedzialności, odczytywanym dzisiaj w świetle świadectwa spod Monte Cassino. Jak podkreślił, przykład żołnierzy gen. Andersa „pokazuje nam jak to czynić: mimo różnic być zjednoczonymi w wysiłkach na rzecz tego, co nazywamy polską racją stanu”.
Dzisiaj wszyscy ubolewają nad niszczącymi odporność społeczną i bezpieczeństwo Polski podziałami. Ale brakuje konkretnych czynów. Monte Cassino woła o takie czyny, które mają na celu dobro wspólne naszej Ojczyzny!
– podkreślił.
Biskup zatrzymał się też przy pytaniu o sens ofiary, przypominając, że wielu poległych pochodziło z Kresów wschodnich Rzeczpospolitej, które po wojnie miały znaleźć się poza granicami Ojczyzny.
Polscy żołnierze spod Monte Cassino nie wiedząc o tym, walczyli o Polskę, której w dotychczasowym kształcie już nie było. Można by postawić pytanie: jaki sens miała ich walka i śmierć? Oczami wiary inaczej się widzi. Oczy wiary dostrzegają sens tam, gdzie inni nie widzą sensu. Wiara podpowiada nam, że każda ofiara podjęta w imię dobra nie ulega przedawnieniu, zmarnowaniu, zniszczeniu.
– powiedział. Dodał, że ofiara naszych żołnierzy też nie poszła na marne, ale niczym ziarno wrzucone w ziemię przyniosła i przynosi owoce.
Nawiązując do Ewangelii dnia, bp Lechowicz wskazał trzy zdania Jezusa jako „filary” postawy zwycięzców. Przypomniał, że „Słowo Jezusa to pierwszy filar, na którym możemy oprzeć nasze życie, jeśli chcemy należeć do grona zwycięzców”, bo „słowo Boga, przeciwnie, nigdy nie zawodzi”. Drugi filar odczytał w słowach: „nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną”, podkreślając, że skoro Chrystus „nigdy nie był sam, nawet na krzyżu, to również i my nigdy nie jesteśmy sami”. Trzecią perspektywę nadziei i otuchy biskup wyraził cytatem: „Jam zwyciężył świat” – wskazując, że „zwycięstwo należy do tych, którzy wzorem Jezusa podążają drogą prawdy, wolności, sprawiedliwości, miłości i pokoju”.
Wsłuchujmy się więc uważnie w głos, który dzisiaj dociera do naszych uszu, umysłów i serc – z tego cmentarza, z tych grobów i Ewangelii. Po to między innymi tu przybyliśmy.
– powiedział.
Na Monte Cassino przybyli ostatni żyjący żołnierze 2. Korpusu, których pobyt zorganizował Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Obecna jest Para Prezydencka Karol i Marta Nawroccy. We Mszy św. uczestniczyli m.in. Lech Parell, szef UdSKiOR, Jan Józef Kasprzyk, doradca prezydenta RP, liczne delegacje z Polski i Włoch.
Eucharystię koncelebrowali kapelani Ordynariatu Polowego, miejscowi księża oraz duchowni z Polski pracujący we Włoszech. Obecny jest opat Monte Cassino o. Antonio Luca Fallica OSB.
Po Mszy św. rozpoczął się apel pamięci z udziałem prezydenta Karola Nawrockiego oraz ceremonia złożenia kwiatów.
Tygodnik Niedziela/Kai
***
Zdobycie masywu Monte Cassino wraz ze znajdującym się na szczycie wzgórza opactwem benedyktynów w maju 1944 r. przez żołnierzy 2. Korpusu Polskiego pozwoliło przełamać niemieckie umocnienia obronne, zwane linią Gustawa i otworzyć aliantom drogę do Rzymu. Zwiększyło też zasięg samolotów alianckich, startujących z Półwyspu Apenińskiego. Podczas walk zginęło 923 żołnierzy polskich, niemal 3000 zostało rannych, a 345 uznano za zaginionych.
Na przełomie lat 1944-1945 decyzją gen. Władysława Andersa w miejscu bitwy powstał Polski Cmentarz Wojenny, na którym spoczęło ponad tysiąc polskich żołnierzy. W jego centralnym punkcie znajduje się grób dowódcy 2. Korpusu Polskiego, który zmarł w 1970 r. w Londynie. 40 lat później obok gen. Andersa spoczęła także jego żona Irena.
W 1965 r. na Monte Cassino przeniesiono także ciało abp. Józefa Feliksa Gawliny, biskupa polowego w latach 1933-1947, a po wojnie protektora Polaków mieszkających poza Ojczyzną. Abp Gawlina był obecny w czasie walk o Monte Cassino, pełnił posługę sanitariusza i kapelana liniowego w czasie bitwy. Oprócz niego posługę źródła wymieniają także o. mjr. Innocentego Bocheńskiego OP, ks. kpt. Szczepana Gąsiora, ks. Bonifacego Sławika, ks. mjr. Stanisława Piotra Targosza, ks. kpt. Adama Studzińskiego OP, ks. rtm. Jana Malinowskiego i ks. kpt. Stanisława Cynara. Na kilka dni przed decydującą fazą bitwy, w rejonie punktu opatrunkowego zginął o. kpt. Augustyn Huczyński.
***
Na cmentarzu wypisane są między innymi takie słowa:
PRZECHODNIU POWIEDZ WSZYSTKIM,
ŻE POLEGLIŚMY Z HONOREM
DUCHA ODDALIŚMY BOGU
SERCA POLSCE,
CIAŁO ZIEMI WŁOSKIEJ
***
BłogosławionaMatka Speranza na Monte Cassino
Z Matką Speranzą i Polską wiąże się jeszcze jedna niezwykła historia. Przyszła błogosławiona w 1951 r. odwiedziła Monte Cassino. Obdarzona niezwykłą empatią zakonnica tak wzruszyła się historią polskich żołnierzy, że nad ich grobami prosiła Boga, by dusze tych przebywających jeszcze w czyśćcu Pan zabrał do nieba. Świadkiem tego wydarzenia był towarzyszący zakonnicy w podróży o. Alfredo, który następnie tak zaświadczył:„Byłem z Matką, gdy weszła w ekstazę i zaczęła rozmawiać z Jezusem, prosząc, aby zabrał do siebie dusze, za które tak wiele modliła się poprzedniego dnia. Słyszałem, jak mówiła do Niego:«Panie, czekam na Ciebie w czasie przeistoczenia». I rzeczywiście, w momencie podniesienia Świętej Hostii zauważyłem, że uważnie wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy; stwierdziłem, że była lodowata. Po chwili dał się słyszeć jej urywany oddech i odzyskała świadomość. Zaczęła dziękować Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Po Mszy spytałem, dlaczego była tak zmarznięta. Wtedy powiedziała mi, że chwilę wcześniej była w czyśćcu i widziała, jak wszystkie te dusze szły do raju”.
Błogosławiona Matka Speranza – jest jedną z największych mistyczek XX wieku bardzo związana z Polską
Czy Matka Speranza, mało znana w Polsce hiszpańska mistyczka,przewidziała wybór Karola Wojtyły na papieża? Czy 13 maja 1981 r. pomogła ocalić Jana Pawła II? Czy to ona przyczyniła się do wyniesienia na ołtarze s. Faustyny Kowalskiej? Czy wyprosiła dla poległych pod Monte Cassino polskich żołnierzy łaskę nieba? Wreszcie czy to prawda, że ta niepozorna, skromna i zawsze uśmiechnięta zakonnica posiadała dar bilokacji , stygmatów, wglądu w ludzkie serca i kontaktu z duszami czyśćcowymi?
Na te intrygujące pytania twierdząco– bez cienia wahania – odpowiada biograf bł. Speranzy José María Zavala. Jeśli ma rację, to zapewne już wkrótce możemy się spodziewać wybuchu zainteresowania życiem tej wyjątkowej mistyczki, a ona ma szansę dołączyć do grona ulubionych przez Polaków świętych. Tak było choćby ze św. Ritą czy ostatnio z czekającym jeszcze na wyniesienie na ołtarze o. Dolindo. Może się tak stać tym bardziej,że sensacyjna książka Zavali opisująca dogłębnie życie Matki Speranzy właśnie ukazała się w Polsce.
Dary mistyczne
Matka Speranza pochodziła z Hiszpanii, ale większość życia spędziła we Włoszech.Dziełem jej życia był ogłoszenie orędzia Bożego Miłosierdzia. Założyła Zgromadzenia Sióstr i Synów Miłości Miłosiernej oraz doprowadziła do powstania sanktuarium Miłości Miłosiernej w Collevalenzie. Ale tym, co czyni ją wyjątkową,są liczne dary mistyczne, które otrzymała od Boga. Dość powiedzieć,że przyjaźniła się ze św. Ojcem Pio, tyle że ich spotkania odbywały się… dzięki darowi bilokacji obydwojga mistyków.„Książka o Matce Speranzie była dla mnie wielkim odkryciem– mówi „Dobrym Nowinom” José María Zavala. – To pokrewna dusza Ojca Pio, która tak jak on miała stygmaty, rany Chrystusa na dłoniach, stopach i w boku; rozmnażała jedzenie, wykarmiając każdego dnia ponad 3 tys. osób kawałkiem chleba w czasie drugiej wojny światowej w Rzymie we Włoszech. To mistyczka, której w wieku trzynastu lat objawiła się św. Teresa z Lisieux i która czytała w duszy Jacqueline Kennedy,wdowy po J.F. Kennedym.Przyjechała do Collevalenzy na północy Rzymu, gdzie stworzyła wspaniałe sanktuarium Miłości Miłosiernej i odkryła cudowne źródełko, dzięki czemu miejsce to zostało nazwane „włoskim Lourdes”.Doszło tam do licznych uzdrowień i nawróceń, a pośród nich także do cudu, który przyczynił się do beatyfikacji Matki Sperazy w 2014 r.”.
Przełom w procesie s. Faustyny
Wierni w Polsce zapewne nie zdają sobie sprawy, jak wiele łączyło bł. Speranzę z naszą Ojczyzną. W 1964 r. doszło do spotkania hiszpańskiej mistyczki z Karolem Wojtyłą. Był to czas,gdy biskup z Krakowa zmagał się z odmową Świętego Oficjum co do uznania zgodności z nauką Kościoła Dzienniczka s. Faustyny i rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego tej krakowskiej zakonnicy. Ale Matka Speranza, dzięki mistycznym darom, wiedziała więcej. Wskazała przyszłemu papieżowi,by jeszcze raz przyjrzano się tłumaczeniu Dzienniczka,sugerując, że wkradły się tam błędy. Biskup Wojtyła skorzystał z rad. Jak się okazało, był to przełom w zatwierdzeniu Dzienniczka i rozpoczęciu procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny. Zavala, który jest także biografem św. Ojca Pio, a nawet wyreżyserował popularny również w polskich kinach film Tajemnica Ojca Pio, twierdzi, że do Matki Speranzy po radę skierował Karola Wojtyłę sam stygmatyk z Pietrelciny. Kilka miesięcy po spotkaniu z krakowskim biskupem zakonnica wyraziła przekonanie,że wróci on kiedyś do Collevalenzy jako… papież.U Matki Speranzy bywał też kard. Stefan Wyszyński. W 1963 r.ofiarował jej obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, który już na zawsze zawisł na ścianie jej celi.
Zamach i ofiara krwi
Los polskiego papieża szczególnie leżał na sercu Matce Speranzie. 13 maja 1981 r. już o drugiej w nocy mistyczka doznała potężnego ataku bólu połączonego z silnym krwotokiem.„Siostry zdecydowały się zadzwonić po jej osobistego lekarza Tomaso Bacarellego, który,kiedy przyjechał, złapał się na głowę – relacjonuje dramatyczne wydarzenia tamtego dnia Maria Isabel Matarazzo, dokumentalistka życia błogosławionej. – Obok Matki Speranzy leżało pięć ręczników nasiąkniętych krwią. Zakonnica była bardzo blada. Lekarz powiedział,że należy natychmiast przeprowadzić transfuzję krwi,Odkrywamy postać jednej z największych mistyczek XX w.Bł. Matka Speranza aby uniknąć śmierci. Kiedy jednak zaczęto badać krew, okazało się,że poziom czerwonych krwinek był absolutnie w normie. Jedyną pewną rzeczą było to, że Matka Speranza nie przestała wymiotować krwią do czasu, aż dowiedziała się, że minęło zagrożenie życia Jana Pawła II”.Nie ma wątpliwości, że hiszpańska zakonnica wiedziała wcześniej, co się wydarzy i że Ojciec Święty po zamachu straci mnóstwo krwi, co zagrozi jego życiu. Mistyczka przyjęła zatem tę formę cierpienia, ofiarowując je w intencji uratowania Jana Pawła II. Wydaje się, że sam papież również wiedział,co w dniu zamachu wydarzyło się w Collevalenzie. Na miejsce swojego dziękczynienia Bogupo uratowaniu życia wybrał bowiem właśnie sanktuarium Miłości Miłosiernej, gdzie spotkał po raz drugi Matkę Speranzę.
Przyjaźń ze świętą
Matka Speranza zmarła 8 lutego 1983 r. Jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II rozpoczął się proces wyniesienia jej na ołtarze. Błogosławioną została ogłoszona w 2014 r. Świadectwa tysięcy cudów wypraszanych przez nią tak za życia, jak i po jej śmierci sprawiają, że rzesze wiernych otaczają ją szczególną miłością i za jej pośrednictwem szturmują niebo. Tak że wielu Polaków żywi kult do bł. Speranzy, jak również pielgrzymuje do sanktuarium i cudownego źródełka w Collevalenzie. Pełna biografia Matki Speranzy, która po raz pierwszy ukazała się w Polsce, zapewne przyczyni się do jeszcze większego rozkwitu przyjaźni polskich wiernych z tą niezwykłą mistyczką…
Dobre Nowiny/Instytut Solidaryzmu
***
Niedziela 17 maja
Wniebowstąpienie Pańskie
Adobe Stock
***
Czterdzieści dni po Niedzieli Zmartwychwstania Chrystusa Kościół świętuje uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Jest to pamiątka triumfalnego powrotu Pana Jezusa do nieba, skąd przyszedł na ziemię dla naszego zbawienia przyjmując naturę ludzką.
***
Leon XIV: „Wniebowstąpienie pociąga również nas ku niebieskiej chwale”
“Jesteśmy złączeni z Jezusem jak członki z Głową w jednym Ciele, a Jego wstąpienie do nieba pociąga także nas wraz z Nim do pełnej komunii z Ojcem”– powiedział papież w rozważaniu przed modlitwą Regina Coeli.
fot. Vatican Media
Leon XIV modlitwę „Regina caeli” odmówił z wiernymi zgromadzonymi na Placu św. Piotra w Watykanie w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.
Papież: Wniebowstąpienie mówi „o żywej więzi”
Papież zauważył, że Chrystus poprzez swe człowieczeństwo „obejmuje i angażuje całą rzeczywistość świata, podnosząc i odkupując człowieka z jego stanu grzechu, niosąc światło, przebaczenie i nadzieję tam, gdzie panowały ciemności, niesprawiedliwość i rozpacz, aby doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa Paschy”.
Wniebowstąpienie mówi nam zatem „nie o odległej obietnicy, lecz o żywej więzi, która pociąga również nas ku niebieskiej chwale, poszerzając i wywyższając już w tym życiu nasz horyzont i zbliżając coraz bardziej nasze myślenie, odczuwanie i postępowanie do miary serca Bożego”.
„Życie Boże nieustannie pociąga nas ku górze”
Drogę tej wędrówki w górę odnajdujemy w Jezusie, „a także widzimy ją nakreśloną w Maryi Pannie i w świętych – zarówno tych, których Kościół daje nam jako uniwersalny wzór, jak i tych, których Papież Franciszek lubił nazywać świętymi «z sąsiedztwa», z którymi przeżywamy nasze dni, w tatach, mamach, dziadkach, osobach w każdym wieku i w każdym stanie, które z radością i zaangażowaniem szczerze starają się żyć zgodnie z Ewangelią”.
Z nimi, przy ich wsparciu i dzięki ich modlitwie możemy uczyć się i my wznoszenia się dzień po dniu ku niebu, czyniąc przedmiotem naszych myśli – jak mówi św. Paweł – wszystko „to, co jest prawdziwe […], co sprawiedliwe, […] co miłe” (Flp 4, 8), i stosując w praktyce, z Bożą pomocą, to, co „słyszeliśmy i widzieliśmy” (w. 9), sprawiając, by rozwijało się w nas i dokoła nas życie Boże, które otrzymaliśmy w chrzcie, a które nieustannie pociąga nas ku górze, ku Ojcu, szerząc w świecie cenne owoce komunii i pokoju – mówił papież.
Watykan/Stacja7.pl
***
Dlaczego wpatrujecie się w niebo?
Grażyna Kołek/Tygodnik Niedziela
***
Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego wyraża znamienny paradoks. Z jednej strony wskazuje na odejście zmartwychwstałego Pana, gdy w obecności Apostołów uniósł się w górę i „obłok zabrał Go im sprzed oczu”. Z drugiej – zawiera Jego obietnicę: „oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Ten paradoks odzwierciedla samo sedno wiary chrześcijańskiej, czyli zmysłową nieobecność pośród nas Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie, oraz Jego obecność i skuteczne wsparcie okazywane każdemu, kto z Nim związał swe życie i losy.
Wstępując do nieba, Jezus definitywnie zakończył najbardziej niezwykły czas w dziejach ludzkości, który nastał wraz z wcieleniem Syna Bożego wtedy, gdy Maryja wypowiedziała w Nazarecie: „Niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38). Jezus jako człowiek został poczęty, urodził się i dorastał, a także musiał umrzeć. Ale Jego życie i śmierć nie należały jedynie do porządku naturalnego, co znalazło potwierdzenie w Zmartwychwstaniu. Przez 40 dni, które potem nastąpiły, Zmartwychwstały, ukazując się swoim uczniom, umocnił w nich dar niezłomnej wiary, że zostali wybrani do przeżycia absolutnie wyjątkowej obecności Boga, a zatem są powołani do dawania wiarygodnego świadectwa. W świecie, w którym żyjemy, fizyczna obecność Jezusa Chrystusa nie mogła trwać bez końca, co odróżnia doczesność od wieczności.
Na takim fundamencie trwa i umacnia się nasza nadzieja. Rozważając wskrzeszenie Jezusa z martwych i posadzenie Go przez Ojca „po swojej prawicy na wyżynach niebieskich”, św. Paweł Apostoł zwraca się do chrześcijan w Efezie, a zarazem do chrześcijan wszystkich czasów, składając życzenie: „Bóg Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały (…) niech da wam światłe oczy serca, byście wiedzieli, czym jest nadzieja, do której On wzywa, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przeogromna Jego moc względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły”. Te słowa niosą wezwanie nie tylko do głębokiej refleksji teologicznej, lecz także, a nawet przede wszystkim, do pobożnej kontemplacji i medytacji. Częsty błąd polega na tym, że poprzestajemy na dociekaniach w celu zrozumienia wiary, nie godząc się na pokorne uznanie, iż rzeczywistość Boga i Jego działania przerastają wszystkie nasze o Nim wyobrażenia i pokusy racjonalizacji wiary w Niego.
W Ewangelii według św. Mateusza pojawia się wzmianka, że będąc świadkami odejścia Jezusa, „niektórzy jednak wątpili”. Ale w co wątpili? Przecież nie w to, na co patrzyli i co widzieli. Kluczem do odpowiedzi na to pytanie są słowa Jezusa: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi”. Wniebowstąpienie nie oznacza porzucenia uczniów ani zdania ich wyłącznie na siebie. Podczas gdy oni, oddając Mu pokłon, obawiali się, że nie uniosą ciężaru i wyzwań świadczenia o Nim, Jezus zapewnia ich o radykalnie nowym sposobie swej obecności w świecie. Jego słowa wkrótce zyskają potwierdzenie, kiedy w dniu Zesłania Ducha Świętego niewielkie grono Apostołów stanie się zaczynem Kościoła.
Andrzej Bobola to „święty od cudów”, ale też patron zwyczajności
Św. Andrzej Bobola
fot. ks. Dariusz Sonak /GośćNiedzielny
***
Andrzej Bobola jest trudnym patronem, a jednak do ludzi bardzo przemawiają jego wierność i wytrwałość. Wiele osób doświadcza też łask za jego wstawiennictwem – mówi jezuita o. Paweł Bucki, kustosz sanktuarium i proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. 16 maja wypada wspomnienie świętego Andrzeja Boboli, patrona Polski. Główne obchody odbędą się w sobotę o godz. 18 w Narodowym Sanktuarium Św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Mszy św. będzie przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas, a kazanie wygłosi przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego o. Arturo Sosa.
Andrzej Bobola jest trudnym patronem, a jednak do ludzi bardzo przemawiają jego wierność i wytrwałość. Wiele osób doświadcza też łask za jego wstawiennictwem – mówi jezuita o. Paweł Bucki, kustosz sanktuarium i proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. 16 maja wypada wspomnienie świętego Andrzeja Boboli, patrona Polski. Główne obchody odbędą się w sobotę o godz. 18 w Narodowym Sanktuarium Św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Mszy św. będzie przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas, a kazanie wygłosi przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego o. Arturo Sosa.
Joanna Operacz (KAI): Nie bał się Ojciec zostać proboszczem parafii świętego Andrzeja Boboli? Ten święty słynie z tego, że potrafił dość natarczywie upominać się o swój kult – na przykład ukazywał się różnym księżom, ostatnio w latach 80. XX wieku.
Paweł Bucki SJ: Nie, nie bałem się Andrzeja Boboli [śmiech]. Jest on dla mnie bardzo ważnym świętym, mocno związanym z moim powołaniem. Tym, co budziło i nadal budzi mój respekt, jest parafia. To duża parafia w centrum Warszawy, w której spotyka się wiele grup i działa wiele duszpasterstw. Krzyżują się tutaj różne wrażliwości, różne sposoby patrzenia na świat, różne potrzeby ludzi. Trzeba to wszystko skoordynować.
Andrzej Bobola to teraz jeden z najpopularniejszych polskich świętych w Polsce. Czy widać to w jego sanktuarium w Warszawie?
Z popularnością świętych jest tak, że trudno ją zmierzyć. Czy liczyć kościoły i parafie pod ich wezwaniem, a może wydawane książki na ich temat? Natomiast jeśli popatrzymy na pobożność ludzi, to na pewno zauważymy coraz większą obecność świętego Andrzeja Boboli.
Nasz kościół odwiedza rocznie kilkadziesiąt grup i wiele osób indywidualnych. Po tablicach rejestracyjnych widać, że przyjeżdżają z całej Polski i nie tylko. Także mieszkańcy Warszawy przychodzą tu na osobistą modlitwę. Mamy też coraz więcej próśb o relikwie.
Jak uzasadniają swoje prośby ci, którzy proszą o relikwie? Dlaczego chcą się modlić za wstawiennictwem akurat tego świętego?
Rodzaje uzasadnień są dwa. Pierwsze są bardziej ogólne: Andrzej Bobola to ważny święty, od 2002 roku patron Polski. Drugie, bardziej szczegółowe, nawiązują konkretnie do tej postaci: historii jego życia albo na przykład faktu, że ten męczennik jest patronem ewangelizacji w trudnych czasach. Trwa teraz wojna na Ukrainie, więc niektórzy zwracają uwagę na to, że święty Andrzej apostołował na wschodzie dawnej Polski, a jego relikwie były przetrzymywane w Moskwie.
Dajemy relikwie parafiom, w których już trwa modlitwa za wstawiennictwem świętego Andrzeja Boboli.
Widać tu jeszcze jeden fenomen: postać świętego Andrzeja Boboli popularyzuje wielu świeckich, na przykład wspólnoty mężczyzn.
Tak, wokół świętego Andrzeja Boboli zaangażowanych jest wielu ludzi. Większość z nich działa indywidualnie, na ogół niezależnie od siebie. Przy naszym sanktuarium istnieje Stowarzyszenie Krzewienia Kultu św. Andrzeja Boboli, które organizuje spotkania formacyjne i wykłady, ale też na przykład opiekuje się relikwiami trzeciego stopnia i prowadzi muzeum św. Andrzeja Boboli.
Mogłoby się wydawać, że święty, który żył w XVI/XVII wieku i nie był nikim znanym, nie będzie szczególnie bliski dzisiejszym ludziom, prawda?
W racjonalnych czy naturalnych kategoriach to jest rzeczywiście nietypowe. Andrzej Bobola jest trudnym patronem. Niełatwo o nim mówić nie tylko z powodu odległości czasowej, która nas dzieli. Zostawił po sobie niewiele zapisków, został okrutnie zamordowany. A jednak do ludzi bardzo przemawia jego wierność i wytrwałość. Żył w trudnym momencie historii – jak nie wojna, to rokosz, jak nie rokosz, to epidemia – i pomagał ludziom doświadczonym trudnościami. Dzisiaj też pomaga.
Andrzej Bobola „robił swoje”. Jego praca to były zwykłe zadania księdza i zakonnika: był on prefektem, nauczycielem, misjonarzem ludowym, kaznodzieją, opiekunem Sodalicji Mariańskiej (czyli – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – grup parafialnych) itp. Każdy z nas, niezależnie, jaką ma sytuację życiową, zawód czy powołanie, może poczuć z nim wspólnotę.
Niedawno odpisywałem pewnemu panu z Japonii, który napisał do nas piękną polszczyzną, że jest pielęgniarzem i że Andrzej Bobola go inspiruje, bo opiekował się chorymi podczas zarazy. Poprosił o informacje o nim i obrazki z relikwiami trzeciego stopnia.
Czy dostajecie wiele takich listów z zagranicy?
Sporo. Te z ostatnich tygodni, które pamiętam, przyszły na przykład z Hiszpanii, Portugalii, Filipin, Stanów Zjednoczonych, Brazylii.
W internecie można znaleźć wiele świadectw cudów i innych łask wymodlonych za wstawiennictwem świętego Andrzeja Boboli. Wiele osób zostawia też swoje prośby na kartkach w sanktuarium i na stronie internetowej. Czy te świadectwa są zbierane?
Tak, zbieramy spisane świadectwa. Kilka razy zdarzyło mi się też wysłuchać takich historii i je spisać. To są piękne opowieści – bardzo różnorodne i dotyczące różnych spraw, które ludzie powierzają temu świętemu. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie.
Pewien pan z powodu splotu niefortunnych okoliczności musiał być operowany niemal bez znieczulenia. Zwrócił się do świętego Andrzeja: „Ty zniosłeś straszne cierpienia. Pomóż mi też je znieść!”. I rzeczywiście ból został od niego jakby odsunięty. Było to zadziwiające i dla niego, i dla zespołu medycznego.
Niedawno trafiła do nas historia, która dotyczy wydarzeń sprzed lat. Starsza pani w czasie choroby poprosiła wnuczkę, żeby modliła się z nią do św. Andrzeja, „tego od cudów”. Wnuczka nie wiedziała, o kogo chodzi. Dopiero kiedy babcia wyzdrowiała, opowiedziała, jak w czasie powrotu relikwii św. Andrzeja Boboli do Polski w 1938 r. jako kilkunastoletnia dziewczynka uczestniczyła w jednym z wydarzeń zorganizowanych z tej okazji. Podczas procesji znalazła się blisko trumny z relikwiami i zobaczyła, że ludzie pocierają o trumnę różne przedmioty, np. chusteczki i medaliki (tak powstają relikwie trzeciego stopnia). Ona akurat nie miała przy sobie nic takiego, więc podniosła płatki róż sypane podczas procesji, potarła je o trumnę i zabrała. Kiedy wróciła do domu, do rodzinnego miasta, dowiedziała się, że jej brat poważnie zachorował. Lekarz nie dawał mu szans na przeżycie. Ta pani położyła płatki kwiatów na klatce piersiowej chorego, cała rodzina zebrała się przy nim i modliła się za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli, i brat wrócił do zdrowia.
W sanktuarium przy ulicy Rakowieckiej można zobaczyć szczątki świętego Andrzeja Boboli w szklanej trumnie. Zachowanie zwłok od rozkładu to także jest fakt, który nie ma racjonalnego uzasadnienia. W jakim stanie są te szczątki dzisiaj?
Ciało świętego Andrzeja Boboli po odnalezieniu 45 lat po śmierci i jeszcze długo później było nietknięte rozkładem. Dzisiaj już tego powiedzieć nie można – zwłoki są zmumifikowane. Ale szczątki świętego Andrzeja są integralne, czyli zachowane w całości, co jest niezwykłe, zważywszy na fakt, że święty został zamordowany trzy i pół wieku temu. Stan zachowania ciała był zresztą powodem wielkiego zdziwienia członków komisji bolszewickiej, którzy w latach 20. XX wieku w kościele w Połocku wyrzucili je z trumny na kamienną posadzkę. Byli przekonani, że się rozpadną, a nic takiego się nie stało.
Moi współbracia jezuici, którzy uczestniczyli w ostatnim otwarciu trumny w 1988 i 2013 roku, mówią, że relikwie są w dobrym stanie.
Czy powie Ojciec coś więcej o swojej przyjaźni z Andrzejem Bobolą?
Z Towarzystwem Jezusowym i świętym Andrzejem zetknąłem się po raz pierwszy jako harcerz przy okazji Duszochwatów, czyli rekolekcji organizowanych przez jezuitów na obozach harcerskich na przełomie XX i XXI wieku. Zastanawiam się teraz, skąd się wzięła ta nazwa. Może stąd, że Bobola w poszukiwaniu ludzi, którzy byli mniej lub bardziej wierzący, dużo chodził po leśnych ostępach i bagnach i docierał w różne niedostępne miejsca – całkiem jak harcerze? Kiedy zacząłem bliżej poznawać zakon, Andrzej Bobola był dla mnie zawsze ważnym punktem odniesienia i patronem.
Dzisiaj mówimy o Andrzeju Boboli jako orędowniku jedności: z innymi chrześcijanami i jedności w narodzie. Myśli Ojciec, że to dobry święty do tej roli?
Niektórzy mówią, że nie. Robi się z niego czasem kogoś w rodzaju wojownika. Myślę, że ten rys wojowniczy jest związany z objawieniami dominikaninowi o. Alojzemu Korzeniewskiemu na początku XIX wieku w Wilnie, kiedy Andrzej Bobola zapowiedział wielką wojnę i odzyskanie przez Polskę niepodległości. Żartujemy sobie z ojcami dominikanami, że jezuita, który ukazał się dominikaninowi, to najlepszy patron jedności [śmiech].
Dzisiaj dominikanin o. Andrzej Bielat uważa, że święty Andrzej bardzo zaznaczył się w polskiej kulturze przez postać Andrzeja Kmicica z „Potopu”, który ponoć jest ukrytym Bobolą. Pierwowzór Sienkiewiczowskiego bohatera nazywał się Samuel Kmicic. Żył w tym samym czasie co Bobola i pochodził z okolic, na których on pracował. Musiał zetknąć się z Bobolą, który często przemierzał tamte tereny i był dobrze znany okolicznej szlachcie. W powieści dostał imię Andrzej, co ponoć było aluzją do Boboli, dobrze zrozumiałą dla czytelników, a niezrozumiałą dla carskiej cenzury. Kmicic z „Potopu” ma sympatyczny, ale niełatwy charakter, nad którym udaje mu się zapanować długą, wytrwałą pracą. To samo pisali o świętym Andrzeju Boboli jego przełożeni. Ponoć najpełniejsza analogia to opis męczeństwa Kmicica, złapanego przez Szwedów pod Jasną Górą. Nie zakończyło się ono śmiercią, ale bohater Sienkiewicza też zostaje powieszony na haku i przypalany ogniem. Myślę, że ta teoria jest bardzo prawdopodobna, bo po beatyfikacji w 1853 roku Bobola był w Polsce znaną postacią.
Święty Andrzej jest dobrym kandydatem na patrona jedności, bo oddał za nią życie – tak jak patronami jedności są na przykład męczennicy z czasów reformacji. Posługiwał wśród unitów, a Unia Brzeska zakładała jedność przy zachowaniu różnorodności obrządków. Kiedy jego ciało zostało odnalezione na początku XVIII wieku, modlili się przy nim i rzymscy katolicy, i unici, i prawosławni. Dzisiaj też w naszym sanktuarium swoje spotkania i liturgie mają katolicy obrządków wschodnich: grekokatolicy, katolicy języka arabskiego i obrządku syro-malabarskiego z Indii.
Święty Andrzej Bobola szedł do różnych ludzi, nie pytając ich o wyznanie, i głosił im Ewangelię. Szukał każdego człowieka – najpierw człowieka! Jak zauważył jeden z naszych współbraci, ten święty w swoich relikwiach poszedł nawet do wojujących ateistów w Moskwie. Pokazał, że coś im się wymyka, że materializm nie obejmuje całej rzeczywistości.
W 1938 r. przy okazji powrotu integralnych relikwii Andrzeja Boboli do Polski odbyła się wielka peregrynacja relikwii po Polsce. Może warto by było dzisiaj również zorganizować coś podobnego, zwłaszcza w obliczu zagrożenia ze wschodu?
W Polsce odbywa się wiele wydarzeń, w których Andrzej Bobola uczestniczy w swoich relikwiach cząstkowych. Na przykład w Warszawie regularnie organizowane są procesje różańcowe. Najbliższa, zaplanowana na 16 maja, przejdzie od sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście do sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej.
Gość Niedzielny
***
czwartek 14 maja
Nowenna do Ducha Świętego
Jak co roku w oczekiwaniu na to Święto Kościół katolicki będzie odprawiał nowennę do Ducha Świętego i tym samym trwał we wspólnej modlitwie, podobnie jak apostołowie, którzy modlili się jednomyślnie po wniebowstąpieniu Pana Jezusa czekając w Jerozolimie na zapowiedziane przez Niego zesłanie Ducha Świętego.
fot. Karol Porwich/Niedziela
***
1. Po wystawieniu Najświętszego Sakramentu można zaśpiewać hymn: “O Stworzycielu, Duchu, przyjdź” lub sekwencję: “Przybądź, Duchu Święty” czy też inną pieśń do Ducha Świętego.
2. Modlitwa wstępna: Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
3. Na poszczególne dni nowenny:
Dzień pierwszy
W ostatnim dniu oktawy Święta Namiotów, Jezus “zawołał donośnym głosem: Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije! A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego” (J 7,37.39).
Módlmy się:
Panie Jezu Chryste, jak drzewo po przyjęciu wody rozwija się i przynosi owoce, również i my pragniemy przyjąć łaskę Ducha Świętego i przynosić owoce cnót. Amen.
Dzień drugi
Pismo Święte poucza:
“Bóg zbawił nas przez obmycie odradzające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego” (Tt 3,5-7).
Módlmy się:
Boże, który w Chrzcie Świętym obficie wylałeś na nas Ducha Świętego, spraw łaskawie, aby wspierał On nasze pragnienie nieba, aby nas zachęcał, uczył, oświecał, pocieszał, umacniał, leczył, usprawiedliwiał i zbawiał. Amen.
Dzień trzeci
Pismo Święte poucza:
“Wszyscyśmy w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem” ( 1 Kor 12,13).
Módlmy się:
Duchu Przenajświętszy, Boże jedności, zgody i pokoju, błagamy Cię pokornie, abyś zawsze jednoczył wszystkich wierzących w Chrystusa w Jego świętym Kościele. Amen.
Dzień czwarty
Pismo Święte poucza:
“Bóg jest tym, który umacnia nas wespół z wami w Chrystusie i który nas namaścił. On też wycisnął na nas pieczęć i zostawił zadatek Ducha w sercach naszych” (2 Kor 1,21-22).
Módlmy się:
Duchu Święty, dziękujemy Ci za to, że nas opieczętowałeś Bożym podobieństwem, które jest zadatkiem szczęścia wiecznego i wezwaniem do świętości. Amen.
Dzień piąty
Pismo Święte poucza:
“Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą” (Rz 8,26-27).
Módlmy się:
Panie Jezu Chryste, dzięki mieszkającemu w nas Duchowi Świętemu, modlitwa nasza zdolna jest ujarzmić szatana i pokusy świata, a także zdolna jest wielbić Ciebie wraz z Ojcem i Duchem Świętym. Amen.
Dzień szósty
Pismo Święte poucza:
“Postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Owocem ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy” (Ga 5,16.22.25).
Módlmy się:
Panie, pomnóż w nas wiarę w Ciebie i zawsze nas oświecaj światłem Ducha Świętego, abyśmy postępowali według ducha i cieszyli się jego owocami. Amen.
Dzień siódmy
Pismo Święte poucza:
“Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6,19-20).
Módlmy się:
Boże, dopóki żyjemy w ciele, walczymy ze złem, spraw przeto, abyśmy umieli opanować wszelkie pokusy i popędy przy pomocy mieszkającego w nas Ducha Świętego, abyśmy żyli wiecznie. Amen.
Dzień ósmy
Pismo Święte poucza:
“Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują. Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha – Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego” (1 Kor 2, 1 ).
Módlmy się:
Przybądź, Duchu Święty, napełnij serca Twoich wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości, abyśmy miłowali Boga całym sercem i otrzymali wieczne szczęście. Amen.
Dzień dziewiąty
Pismo Święte poucza:
“Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dz 2,1-4).
Módlmy się:
Duchu Święty, który sprawiłeś, że apostołowie mówili różnymi językami, spraw abyśmy w życiu chrześcijańskim potrafili mówić językiem słów, językiem czynów, językiem przykładu i wszystkimi możliwymi językami dla pomnożenia chwały Bożej. Amen.
4. Ojcze Nasz…
5. Módlmy się:
Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego, wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
6. Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny (lub do Serca Pana Jezusa)
Wniebowstąpienie Pańskie jest świętem upamiętniającym wstąpienie do nieba Zmartwychwstałego Pana Jezusa, który po 40 dniach przebywania pośród uczniów udał się na Górę Oliwną i w ich obecności uniósł się i wstąpił na niebiosa.
40-ty dzień od Zmartwychwstania Pana Jezusa wypada zawsze w czwartek.
W Polsce od kilku lat Konferencja Episkopatu, za zgodną Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przeniosła tę uroczystość na najbliższą niedzielę.
W Szkocji Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego obchodzona jest zawsze w czwartek i jest świętem obowiązkowym. Dlatego Msza św. będzie odprawiona w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godz. 19.00.
KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO – 4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD
***
środa 13 maja
Wspomnienie Matki Bożej Fatimskiej
45 lat temu świat zatrzymał się na chwilę.
Rocznica zamachu na św. Jana Pawła II na placu św. Piotra
Papież Jan Paweł II ranny w zamachu na pl. św. Piotra w Rzymie, 13 maja 1981 r. (fot. AIPN)
***
45 lat temu, 13 maja 1981 roku, miał miejsce zamach na życie Jana Pawła II. Podczas audiencji generalnej na placu św. Piotra w Rzymie, o godz. 17:19 uzbrojony napastnik Mehmet Ali Agca, oddał w stronę Ojca Świętego strzały. Ciężko rannego papieża natychmiast przewieziono do kliniki w Gemelli, gdzie rozpoczęła się kilkugodzinna dramatyczna walka o jego życie. Cały świat w ogromnym napięciu śledził napływające doniesienia. Wszyscy zadawali sobie pytanie, czy Jan Paweł II przeżyje. Po latach miejsce zamachu na papieża upamiętnia płytka w bruku po prawej stronie przy kolumnadzie Placu św. Piotra.
W czasie środowej audiencji ogólnej 13 maja 1981 r. o godz. 17:00 Ojciec Święty rozpoczął objeżdżanie papamobile Placu św. Piotra, błogosławiąc przybyłych pielgrzymów. Dziewiętnaście minut później turecki płatny morderca Mehmet Ali Agca trzykrotnie wystrzelił do papieża, ciężko raniąc go. Zamachowca ujęto w pobliżu miejsca ataku. – Agca strzelał, by zabić – wspominał po latach emerytowany metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz, wieloletni sekretarz Jana Pawła II.
Zamacowiec został szybko osądzony, ale to tragiczne wydarzenie ciągle pozostaje bez wyjaśnienia. Sprzeczne domniemania krążą do dziś na temat motywów, planu i przebiegu zamachu i ewentualnych jego zleceniodawców. Ali Agca, płatny morderca z ugrupowania “Szare wilki”, chciał zamordować “jedynego papieża z bloku wschodniego” już w 1979 r. podczas jego wizyty w Turcji. W kilka tygodni po zamachu na Placu św. Piotra włoski sąd skazał Turka na dożywocie. W grudniu 1983 r. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu.
Zamachowiec oskarżał początkowo wywiad bułgarski, wkrótce zmienił zeznania. Wikłał się w różnych wypowiedziach kierując śledztwo na fałszywy trop. Starał się zatrzeć swoje kontakty i chronił swoich mocodawców. Jak obliczyli obserwatorzy procesu, w czasie śledztwa Agca podał ponad sto różnych wersji wyjaśnień swojego czynu.
Wielki proces, który miał doprowadzić do wyjaśnienia wszystkich szczegółów zamachu, zakończył się w 1986 r. de facto bez rezultatów. Tylko jeden z oskarżonych został skazany na więzienie i to za nielegalne posiadanie broni. Pozostali, z braku dowodów, wyszli na wolność.
Alego Agcę ułaskawił 13 czerwca 2000 prezydent Włoch Carlo Azeglio Ciampi, po czym deportowano go do więzienia w Turcji, gdzie rozpoczął odbywanie kary za zabójstwo tureckiego wydawcy. Ostatecznie wyszedł na wolność w styczniu 2010 r. po odsiedzeniu wyroku w więzieniu w Ankonie.
Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17:19. Nawiązując do tego faktu papież powiedział: – Nie wiem, kto włożył pistolet w rękę strzelca, wiem jednak, kto zmienił lot kuli. Uważał, że to Fatimskiej Pani zawdzięcza swoje życie. W 1991 roku będąc w Fatimie, u stóp figury Matki Bożej powiedział: – Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność.
Doświadczenie zamachu przyniosło za sobą konkretne owoce: papież zapoznał się z tajemnicami fatimskimi, odbył pielgrzymkę do Fatimy i zawierzył Europę oraz Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi. Pocisk, którym został raniony złożył jako wotum do sanktuarium fatimskiego; został on umieszczony w koronie figury Matki Bożej z Fatimy.
źródło: KAI
***
W miejscu, gdzie kula dosięgnęła Jana Pawła II, Leon XIV zatrzymał się na modlitwę
Podczas przejazdu papamobilem przed audiencją generalną papież Leon XIV zatrzymał się i uklęknął w miejscu, gdzie czterdzieści pięć lat temu, 13 maja 1981 roku, doszło do zamachu na św. Jana Pawła II na Placu św. Piotra.
Leon XIV modlił się w miejscu zamachu na Jana Pawła II
***
Przejeżdżając obok miejsca zamachu, papież Leon XIV polecił zatrzymać papamobile, wysiadł z samochodu i udał się na miejsce, w którym znajduje się tablica upamiętniająca zamach. Papież modlił się w ciszy i przyklęknął.
Rozpoczynając katechezę Leon XIV przypomniał na wstępie, że dziś przypada wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Fatimy. „Właśnie w tym dniu – mówił dalej Papież – 45 lat temu, podczas audiencji generalnej, tutaj, na Placu św. Piotra, św. Jan Paweł II padł ofiarą zamachu, który nie zakończył się śmiercią dzięki opiece Matki Bożej, co on sam wielokrotnie potwierdzał. Dlatego dzisiejszą katechezę, której tematem jest ‘Maryja Panna – wzór Kościoła’, chciałbym dedykować mojemu świętemu Poprzednikowi, którego mottem były słowa ‘Totus tuus’”.
Vatican News
***
W jaki sposób w Maryi Kościół może rozpoznać swoją Matkę
Papież zakończył dziś omawianie konstytucji dogmatycznej Lumen gentium Soboru Watykańskiego II. Katechezę poświęcił Maryi
Leon XIV. Fot. Vatican Media
Drodzy Bracia i Siostry!
Sobór Watykański II zechciał poświęcić ostatni rozdział Konstytucji dogmatycznej o Kościele Najświętszej Maryi Pannie (por. Lumen gentium, 52-69). „Doznaje Ona czci jako najznakomitszy i całkiem szczególny członek Kościoła oraz jego typiczne wyobrażenie i najdoskonalszy wzór w wierze i miłości” (n. 53). Słowa te zachęcają nas, do zrozumienia, w jaki sposób w Maryi – która pod działaniem Ducha Świętego przyjęła i zrodziła Syna Bożego, który przyszedł w ciele – można rozpoznać zarówno wzór, jak i najdoskonalszego członka oraz Matkę całej wspólnoty eklezjalnej.
Pozwalając się kształtować dziełu Łaski, które w Niej osiągnęło wypełnienie, i przyjmując dar Najwyższego ze swoją wiarą oraz ze swą dziewiczą miłością, Maryja jest doskonałym wzorem tego, czym ma być cały Kościół: stworzeniem Słowa Pańskiego i matką dzieci Bożych, rodzących się dzięki posłusznemu poddaniu działaniu Ducha Świętego. Jako zaś wierzącą w najpełniejszym znaczeniu tego słowa – Ta, w której zostaje nam ukazany doskonały kształt bezwarunkowego otwarcia na misterium Boże we wspólnocie świętego Ludu Bożego – Maryja jest najdoskonalszym członkiem wspólnoty kościelnej. Jako wreszcie Ta, która rodzi dzieci w Synu – umiłowane w odwiecznie Umiłowanym, który przyszedł pośród nas – Maryja jest Matką całego Kościoła; do Niej może on zwracać się z dziecięcą ufnością, w pewności, że zostanie wysłuchany, otoczony opieką i umiłowany.
Wszystkie te cechy Najświętszej Maryi Panny można by wyrazić, mówiąc o Niej jako o Niewieście – ikonie Misterium. Termin Niewiasta ukazuje miejsce, jakie zajęła w historii ta młoda Córka Izraela, której dane było niezwykłe doświadczenie stania się Matką Mesjasza. Wyrażenie ikona wskazuje natomiast, że w Niej urzeczywistnia się podwójny ruch: zstępowania i wstępowania. W Maryi jaśnieje zarówno darmowe wybranie ze strony Boga, jak i wyrażona wolna zgoda wiary w Niego. Maryja jest zatem Niewiastą – ikoną Misterium, to znaczy Bożego zamysłu zbawienia, niegdyś ukrytego, a w pełni objawionego w Jezusie Chrystusie.
Sobór pozostawił nam jasne nauczanie o szczególnym miejscu wyznaczonym Najświętszej Maryi Pannie w dziele Odkupienia (por. LG, 60-62). Przypomniał, że jedynym Pośrednikiem zbawienia jest Jezus Chrystus (por. 1 Tm 2, 5-6) i że Jego Najświętsza Matka „żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusa, lecz ukazuje jego moc” (LG, 60). Zarazem „Błogosławiona Dziewica, przeznaczona od wieków razem z wcieleniem Słowa Bożego na Matkę Boga, (…) w całkiem szczególny sposób współpracowała w dziele Zbawiciela przez posłuszeństwo, wiarę, nadzieję i żarliwą miłość dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz ludzkich. Dlatego stała się nam matką w porządku łaski”.
W Najświętszej Maryi Pannie odzwierciedla się również misterium Kościoła: w Niej Lud Boży odnajduje obraz swego początku, swego wzoru i swojej ojczyzny. W Matce Pana Kościół kontempluje własne misterium – nie tylko dlatego, że odnajduje w Niej wzór dziewiczej wiary, macierzyńskiej miłości i oblubieńczego przymierza, do których sam jest powołany, lecz także – a nawet przede wszystkim dlatego – że uznaje w Niej swój archetyp, idealny obraz tego, czym ma się stać.
Vatican NewsStacja7.pl
***
Modlitwa Anioła z Fatimy
“O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię! Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!” “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty, uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany. I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi, proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.
***************
Objawienia Anioła Portugalii
Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
Pierwsze zjawienie się Anioła
Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:
Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.
W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa. Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział: – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną. I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa: – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię. Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział: – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.
I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.
Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze.
Drugie zjawienie się Anioła
Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom: – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu. – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam. – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle. I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.
Trzecie zjawienie się Anioła
Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób:
Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!” Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę: – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników. Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię. Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc: – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga. Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.
Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała. Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.
Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.
Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.
“Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata.”
Przybywający do Fatimy podkreślają wyjątkowy klimat tego miejsca, inny od tego, który panuje na przykład w Lourdes. Mimo sporej ilości pielgrzymów i typowego odpustowego kramu, jest tam jakoś ciszej, spokojniej, jakby skromniej. Wciąż można tam spotkać zwykłych, pobożnych Portugalczyków, przypominających trójkę dzieci, którym ukazała się Maryja. „Daleko tu od wszystkiego, co (rzekomo) ważne: od centrów dowodzenia, znaczenia decydowania, gromadzenia finansów. Nieskończenie daleko od Londynu, Paryża, Berlina i Wall Street” – notuje jeden z pielgrzymów. Jest ubogo i prowincjonalnie. Bóg lubi takie miejsca. Cenili je także papieże: Pius XII, Paweł VI, który był tam jako pielgrzym; Jan Paweł II odwiedził to miejsce dwukrotnie. Benedykt XVI właśnie dopisuje się do tej listy.
W 1916 r. w Fatimie trójce dzieci: Hiacyncie (6 lat), jej bratu Franciszkowi (8 lat) oraz kuzynce Łucji (9 lat) ukazał się anioł, który zapowiedział zjawienie się Maryi. Pierwsze objawienie Matki Najświętszej miało miejsce 13 maja 1917 r. Cudowna Pani powiedziała dzieciom: „Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię. Jestem z nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”. Ostatnie, szóste objawienie, było 13 października. W dolinie zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy byli świadkami niezwykłego zjawiska. Słońce jakby obracało się wokół swej osi i szybko zniżało ku ziemi. Przesłanie Maryi: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”.
Kościół uznał objawienia w roku 1930. Rok później, 13 maja, do sanktuarium fatimskiego przybyło ponad milion pątników. Jan Paweł II podkreślał, że opiece Matki Bożej z Fatimy zawdzięcza uratowanie podczas zamachu z 13 maja 1981 r. w Rzymie. Kula, która go zraniła, jest dziś najcenniejszym fatimskim wotum. Po prawie 100 latach przesłanie płynące z Fatimy nie straciło nic na aktualności: modlitwa różańcowa, pokuta, wezwanie do nawrócenia. Czy nie jest to ratunek dla naszego zakręconego świata? Ale aby w to uwierzyć, trzeba mieć w sobie coś z prostoty portugalskich dzieci. Z tym bywa trudno…
ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny
***
Podmieniona Łucja i inne absurdy.
Przekłamania związane z objawieniami w Fatimie.
Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.
WIKIPEDIA
***
Sporo dziwacznych teorii narosło przez lata wokół objawień fatimskich. Zaczęło się od twierdzeń, że 70 tys. świadków cudu słońca uległo zbiorowej sugestii. Później powstawały książki przekonujące, że Maryja i anioł to ufoludki, a tańczące słońce to ich statek kosmiczny. Teraz internet jest zalany przez wypowiedzi, że złowrogi Kościół podmienił siostrę Łucję na odgrywającą jej rolę aktorkę.
Choć to zadziwiające, każda z tych teorii – i parę innych, które pojawiły się po drodze – zdobyła grono zaciekłych wyznawców. Tak samo jest z najnowszą narracją o siostrze Łucji dos Santos, którą Kościół rzekomo podmienił na podobną do niej aktorkę. Oszustka – według tej narracji – miała odgrywać rolę wizjonerki z Fatimy aż przez 40 lat ostatnich lat życia!
Święcie wierzy w to wiele osób związanych ze środowiskiem sedewakantystów. To osoby nieuznające Soboru Watykańskiego II ani wybieranych od tego czasu papieży.
Na temat fałszywej Łucji powstają dzisiaj książki. „Dowody” wyliczają liczni twórcy kanałów na YouTube, w tym kobiety przedstawiające się jako pustelnice, ubrane w habity przypominające te sprzed soboru.
Łucja podmieniona?
Niektóre z ich argumentów w pierwszej chwili robią wrażenie, zwłaszcza gdy są przekazywane w masie, wszystkie razem. Twórcy jednej ze stron internetowych powołują się na ekspertyzy specjalistów. Człowiek przedstawiany jako grafolog twierdzi, że odręczne pismo młodej siostry Łucji, mimo pewnych podobieństw, istotnie różni się od jej pisma w starszym wieku. Jego zdaniem późniejsze teksty napisał ktoś inny. Zestawiane są obok siebie zdjęcia, na których młoda Łucja wygląda inaczej niż starsza. Podobno program do rozpoznawania twarzy zakwalifikował je jako dwie różne osoby. Przekonanie, że to ktoś inny, wyrażają też chirurg plastyczny czy chirurg jamy ustnej z USA. Trwa drobiazgowa analiza długości rynienki podnosowej, wystającego podbródka oraz wyglądu górnej powieki i jej odległości od brwi u „Łucji A” i „Łucji B”.
Pokazywane obok siebie specjalnie dobrane zdjęcia rzeczywiście mogą u niejednego zasiać ziarno wątpliwości, zwłaszcza że młoda Łucja ma przednie zęby okazałe, a starsza – uzębienie drobne i równe. Zwolennicy tezy o wielkim oszustwie na szczęście czasami przyznają, że starsza Łucja nosiła protezę zębową. Naturalne zęby siostry z powodu zapalenia zostały usunięte przez dentystę jeszcze w końcu lat 40. XX wieku. Mogło to mieć wpływ – wraz z naturalnymi procesami starzenia – także na wygląd jej ust. Zdaniem tej grupy ludzi to nie tłumaczy jednak wszystkiego.
Zwolennicy tej tezy podają zresztą różne jej wersje – na przykład, że prawdziwa Łucja zmarła w 1949 roku albo że zniknęła pomiędzy 1957 a 1967 rokiem. Na rozkaz z samego Watykanu miała ją zastąpić aktorka. Jedna z polskich youtuberek z wielką pewnością siebie oświadcza, że prawdziwa Łucja była przez kilkadziesiąt lat trzymana pod kluczem.Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie.
Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie./WIKIPEDIA
***
Złowrogie siostry
Ksiądz Krzysztof Czapla, pallotyn, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem, jest zaskoczony poziomem absurdu zawartym w tych rewelacjach. – Osoby, które znały siostrę Łucję, miałyby nie zauważyć przez całe lata, że to jest jakaś zupełnie inna osoba? Przecież żyje jej najbliższa rodzina! Nawet jej rodzone siostry miałyby się nie zorientować? Nagle po jej śmierci okazuje się, że interpretacja jakiegoś biegłego sądowego, wydana na podstawie niedoskonałych, czarno-białych zdjęć, jest słuszniejsza niż osób, które przez prawie sto lat spotykały się z siostrą Łucją? – dziwi się.
Druga możliwość jest równie absurdalna: rozmodlone karmelitanki z Coimbry, współsiostry Łucji, musiałyby uczestniczyć w tym watykańskim spisku. Oznaczałoby to, że zarówno te mniszki, jak i członkowie rodziny wizjonerki z Fatimy, wielu innych świadków, portugalscy biskupi i oczywiście kolejni papieże – to osoby do cna zdeprawowane. Zdolne do uczestnictwa w ogromnym oszustwie – a może nawet w morderstwie i w ukryciu ciała. Trzeba by też założyć, że złowrogie zakonnice i inne osoby znające Łucję musiałyby się posługiwać oszustwem solidarnie i w sposób niezwykle szczelny. Nie mogłyby mieć nawet poważnych wyrzutów sumienia, skoro utrzymały spisek w tajemnicy i przez ponad pół wieku żadna się nie wygadała.
Badają to w procesie
W lutym 2024 r. ks. Czapla rozmawiał o tych spiskowych teoriach z księdzem rektorem sanktuarium fatimskiego. – Zapytałem, czy jest w ogóle świadomy tego, co dzieje się w przestrzeni medialnej, a jeśli tak, to jak do tego podchodzi. Odpowiedział, że trudno komentować absurdy, które przekraczają wszelkie granice. W internecie można napisać wszystko i powoływać się na dowolnych ekspertów. Problem w tym, że to jest bardzo trudne do zweryfikowania, tym bardziej iż często bezkrytycznie sięgamy do takich tekstów. – Kiedyś w dyskusji ze mną ktoś powołał się na jakąś wypowiedź postulatora procesu beatyfikacyjnego dzieci fatimskich. Podał jego imię i nazwisko. Poprosiłem: „Proszę, sprawdź, kto był postulatorem, i zobacz, czy to nazwisko się zgadza”. Okazało się, że nie. Co więcej, to nazwisko w tym procesie beatyfikacyjnym w ogóle nie występuje! – relacjonuje.
Hiacynta i Franciszek zostali ogłoszeni świętymi w 2017 roku. Teraz trwa proces beatyfikacyjny ich kuzynki – siostry Łucji. Ksiądz Krzysztof Czapla usłyszał od księdza rektora z Fatimy, że wątek rzekomej podmiany wizjonerki nie mógł w nim zostać zbagatelizowany. – Aby w procesie beatyfikacyjnym dojść do konkluzji, musimy mieć pewność, że wszystkie sprawy dotyczące tożsamości ciała złożonego w grobie są jednoznacznie potwierdzone. W dzisiejszych czasach dzięki badaniom DNA zweryfikowanie tego jest czymś niezmiernie prostym. Zwłaszcza że żyją bardzo bliscy krewni siostry Łucji. Teza, że mamy do czynienia z jej podmianą, musiała już zostać zweryfikowana na etapie diecezjalnym procesu beatyfikacyjnego; aktualnie proces jest już na etapie rzymskim. Zostało już zatwierdzone tzw. positio i siostrze Łucji przysługuje tytuł czcigodnej sługi Bożej. W przeciwnym razie taki zarzut mógłby stanowić przyczynę do podważenia całej beatyfikacji – wskazuje.
Sami piszą tajemnicę
Dlaczego jednak – według zwolenników tej teorii spiskowej – Kościół miałby zastąpić Łucję oszustką? Otóż twierdzą oni, że dla ukrycia treści trzeciej tajemnicy fatimskiej. Ich zdaniem wizja, którą w 2000 r. ujawnił Jan Paweł II, to zaledwie część tej tajemnicy.
Przypomnijmy, że w trzeciej tajemnicy dzieci zobaczyły biskupa odzianego w biel, który modląc się, szedł przez wielkie, w połowie zrujnowane miasto pełne trupów. Gdy na szczycie góry uklęknął u stóp wielkiego krzyża, został zabity – wraz ze swoimi wierzącymi towarzyszami – przez żołnierzy, strzelających z broni palnej i z łuków.
Ponieważ jest to wizja symboliczna, nie wydaje się bardzo szokująca. „Po co było ukrywać przez 40 lat coś, co absolutnie nie wywołuje żadnej sensacji i żadnych emocji?” – komentują na YouTube ludzie wierzący w podmienienie Łucji. Twierdzą oni, że skoro przy pierwszych dwóch tajemnicach Matka Boża dodawała swoje tłumaczenie wizji, to przy trzeciej na pewno też tak było, tylko Watykan to ukrył.
Wyznawcy teorii spiskowej znaleźli jednak na to radę: sami sobie napisali trzecią tajemnicę fatimską i nazwali ten tekst jej rekonstrukcją. Zawarli w niej swoje fobie. Ich zdaniem Matka Boża ostrzega w tej tajemnicy przed „okropną herezją”, czyli soborem, oraz zapowiada, że papież popchnie Kościół w kierunku zniszczenia.
Zdaniem zwolenników teorii spiskowej kolejni papieże ukrywają prawdę o trzeciej tajemnicy fatimskiej. Watykan miał pozbyć się prawdziwej Łucji, żeby tego nie ujawniła. Z kolei zadaniem fałszywej Łucji miało być uwiarygodnienie tej – rzekomo okrojonej – wersji trzeciej tajemnicy.
– Te osoby twierdzą, że Kościół coś ukrył, ponieważ w trzeciej tajemnicy fatimskiej nie znajdują tego, co by chcieli. Czy nie pobrzmiewa tu życzeniowość, chęć sensacji i odsunięcia w tych objawieniach tego, co jest istotne? – pyta ks. Krzysztof Czapla. – Proszę też zwrócić uwagę na to, że przed rokiem 2000, kiedy Jan Paweł II ujawnił trzecią tajemnicę, było w mediach mnóstwo domniemanych wizjonerów, którzy „ujawniali”, co w niej się znajduje. Niektórzy z tych ludzi mieli nawet stygmaty… Okazało się, że żadna z ich przepowiedni, a właściwie z ich domysłów, nawet jednym zdaniem nie otarła się o treść tajemnicy fatimskiej, którą upublicznił Kościół – dodaje.
To statek UFO
Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego uważa, że pojawiające się kolejno dziwaczne teorie, które wprowadzają zamieszanie i odsuwają ludzką uwagę od istoty objawień, wbrew pozorom pokazują, jak wielkie znaczenie ma Fatima. – Zwróćmy uwagę, że takie zarzuty miały miejsce od początku. Niespełna dwa lata po objawieniach umiera Franciszek, a w 1920 r. – Hiacynta. Od razu pojawiły się wtedy informacje: „Kościół zaciera ślady po swojej mistyfikacji, usuwając aktorów tego przedstawienia” – relacjonuje. – Była też teoria o zbiorowej sugestii, jakoby ludzie na miejscu objawień zobaczyli to, co chcieli zobaczyć. Skoro ktoś specjalnie przyjechał, a potem stał przez całą noc i do południa następnego dnia w deszczu i w błocie, to co, miał wrócić i powiedzieć „Nic tam nie było”? Ta teoria nie uwzględniała jednak faktu, że w tym tłumie byli zarówno ci, którzy wierzyli, że Matka Boża przychodzi, jak i zawzięci przeciwnicy tej tezy, a wszyscy zobaczyli to samo. Mało tego, cud słońca widzieli nie tylko ludzie zebrani w miejscu objawień, ale także osoby w miejscowościach wokół Fatimy, które z różnych względów tam nie pojechały, bo na przykład nie miały czasu, albo ich to nie interesowało. To nie mogła więc być zbiorowa sugestia – podkreśla.
Wśród dziwnych fatimskich teorii była też taka, że objawienia były zbiorową obserwacją UFO. Pisał o tym m.in. Erich von Däniken. Tańczące słońce, które widział 70-tysięczny tłum, według tych autorów było statkiem kosmicznym. Obcy po prostu popisywali się akrobacjami, zmienianiem kolorów i wypuszczaniem kolorowych wiązek światła…
– Tego typu interpretacje pojawiały się i pojawiają. A to wszystko pokazuje, jak Fatima jest ważna. Jak napisał św. Ludwik Grignion de Montfort: dobry fałszerz nie podrabia czegoś, co ma małą wartość. Podrabia najcenniejsze kruszce, srebro, a przede wszystkim złoto – uważa ks. Czapla. – Zło zawsze będzie próbowało podważyć to, co jest darem Boga dla nas, co ma wielkie znaczenie. A Fatima czymś takim jest, bo może zmienić dzieje świata – mówi.
Jeśli – jeśli
Dyrektor Sekretariatu zwraca przy tym uwagę, że w tajemnicach fatimskich Maryja nie prorokuje o tym, co ma się na świecie wydarzyć. Wizje otrzymane przez dzieci to nie jest film, ukazujący z wyprzedzeniem przyszłość, w której niczego już nie można zmienić. – W tajemnicy pierwszej Matka Boża przedstawia wizję piekła, pokazuje, gdzie jest źródło zła i grzechu. W drugiej tajemnicy daje lekarstwo na choroby świata, które, jak to widzimy w trzeciej tajemnicy, prowadzą do zniszczenia, do śmierci, a może nawet do zagłady. Do tego doprowadzi stan chorobowy, jeśli nie zaaplikuje się lekarstwa. Co ważne, właściwego lekarstwa – podkreśla.
Ksiądz Czapla wskazuje, że tym lekarstwem jest odmawianie Różańca jako praktyki codziennej oraz nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. – Ma ono wymiar poświęcenia się Niepokalanemu Sercu oraz wynagrodzenia przez nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca – wylicza. – Maryja mówi: „Jeśli ludzie me życzenia spełnią, Rosja się nawróci, zapanuje pokój na świecie i nadejdzie triumf Niepokalanego Serca Maryi”. Coś tak wielkiego, czego, jak mówi Łucja, nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić: w znaku Maryi zwycięstwo nad wszelkim złem. Tu pobrzmiewa pierwsza księga Biblii – bo to potomstwo Niewiasty zmiażdży głowę węża, oraz ostatnia księga, Apokalipsa, gdzie jest mowa o Niewieście obleczonej w słońce i księżycu pod jej stopami – komentuje.
Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego zwraca uwagę, że jeśli życzeń Matki Bożej nie spełnimy, o czym sama Maryja mówiła 13 lipca 1917 r., Rosja rozszerzy swoje błędy po świecie, wywołując wojny i cierpienia sprawiedliwych. Papież będzie bardzo cierpiał i wiele narodów zostanie zniszczonych. – Mamy więc „jeśli – jeśli”. Jeśli uczynimy, mamy przepiękną wizję przyszłości. Jeśli nie uczynimy, będzie miało miejsce coś, co można nazwać kataklizmem, zagładą całych narodów. Widzimy dzisiaj, co się dzieje: jakby świat siedział na beczce prochu. W wizji z trzeciej tajemnicy fatimskiej papież idzie pośród zniszczonych miast i zabitych ludzi, a później pod krzyżem zostaje zabity. Widzimy, że taka przyszłość świata jest możliwa. To się stanie, jeśli nie zawrócimy z naszej drogi. Wszystko zależy jednak od tego, czy uczynimy to, o co prosi Maryja, i w taki sposób, jak o to prosi – podkreśla. – Siostra Łucja u kresu swego życia powiedziała: „Gdyby ludzie żyli tym, co najważniejsze, co już zostało powiedziane! Zajmuje ich tylko to, co jeszcze nie zostało wyjawione, zamiast wypełniać to, o co proszono: modlitwa i pokuta! Napawa strachem, gdy się patrzy na dzisiejszy świat, na którym panuje taki nieporządek i który z taką łatwością pogrąża się w niemoralności. Jako lekarstwo pozostaje wyłącznie jedno rozwiązanie: ludzie muszą żałować za grzechy, zmienić życie i pokutować”. A jak to uczynić, jednoznacznie wskazała nam Maryja w Fatimie, mówiąc o wynagrodzeniu w pierwsze soboty miesiąca – dodaje.
Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej
Lawrence OP CC
***
Na obrzeżach miasteczka Fatima, w miejscu zwanym Cova da Iria, Matka Boża ukazywała się od 13 maja do 13 października trojgu wiejskim dzieciom nie umiejącym jeszcze czytać. Byli to Łucja dos Santos (10 lat), Hiacynta Marto (7 lat) i Franciszek Marto (9 lat). Łucja była cioteczną siostrą rodzeństwa Marto. Pochodzili z podfatimskiej wioski Aljustrel, której mieszkańcy trudnili się hodowlą owiec i uprawą winorośli.
Wcześniej, zanim pastuszkom objawi się Matka Boża, przez ponad rok, od marca 1916 roku, przygotowuje ich na to Anioł. A wszystko zaczęło się w ten sposób. Na wzgórzu Loca do Cabeco, niczego nie spodziewające się dzieci odmawiały różaniec i właśnie zaczynały zabawę. Raptem, gdy słyszą silny podmuch wiatru widzą przed sobą młodzieńca. Przybysz mówi: “Nie bójcie się, jestem Aniołem Pokoju, módlcie się razem ze mną!” Następnie uczy ich jak mają się modlić, słowami: “O mój Boże, wierzę w Ciebie, uwielbiam Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Proszę, byś przebaczył tym, którzy nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i nie kochają Ciebie”. Nakazuje im modlić się w ten sposób, zapewniając, że serca Jezusa i Maryi słuchają uważnie ich słów i próśb.
Anioł w kolejnych miesiącach objawiał się im kilkakrotnie, zachęcając także do umartwień, które byłyby zadośćuczynieniem za grzechy ludzi. Wyjaśnia, że “w ten sposób ściągniecie pokój na waszą ojczyznę”. Wyjaśnia, że jest on Aniołem Stróżem Portugalii. Pewnego dnia udziela im Eucharystii, a dzieci, podczas ekstazy eucharystycznej – jak później wspomina s. Łucja – doświadczają realnej obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina.
“Jasna Pani”
Wreszcie, nadchodzi 13 maja 1917 r. dzień, który otwiera sześć spotkań dzieci z Maryją, zakończonych 13 października. Troje dzieci wypasając owce w Cova da Iria spotykają „Jasną Panią”. Otrzymują od Niej orędzie, którego w wielu fragmentach nie rozumieją, zachowując dla siebie. Siostra Łucja będzie je ujawniać stopniowo po latach, a o upublicznieniu najbardziej strzeżonej “Trzeciej tajemnicy fatimskiej” zadecyduje Jan Paweł II dopiero w 2000 roku.
“Jasna Pani”, gdyż dopiero na koniec objawień wyjawia swe imię (jestem Matką Bożą Różańcową), przekazuje pastuszkom niezwykle bogate w treści przesłanie i liczne polecenia. Poczynając od 13 maja w kolejnych miesiącach prosi je, aby codziennie odmawiały różaniec w intencji pokoju, aby przyjmowały cierpienia jako zadośćuczynienie za grzechy i nawrócenie grzeszników, ukazuje im swoje Niepokalane Serce, mówi, że Pan Jezus pragnie, by kult Jej Serca się szerzył, zapowiada wielki cud na zakończenie objawień.
Maryja przepowiada dzieciom, że będą musiały wiele wycierpieć lecz łaska Boża ich nie opuści. Z Matką Bożą rozmawia tylko najstarsza Łucja. Ona jedyna z trojga pastuszków widzi, słyszy i może mówić do Maryi. Hiacynta tylko widzi i słyszy, Franciszek zaś jedynie widzi. Podczas pierwszego z objawień 13 maja dzieci są same, w czerwcu towarzyszy im ok. 50 zaciekawionych wieśniaków, ich liczba stopniowo wrasta by w październiku osiągnąć nawet ok. 70 tys. przybyszów z całej Portugalii.
Pierwsza tajemnica
Objawiając się w lipcu Matka Boża zleciła dzieciom przekazanie ludzkości swego głębokiego zatroskania spowodowanego bezbożnością i demoralizacją ludzi, dodając, że jeśli się oni nie nawrócą – nastąpi straszliwa kara. Świat się bowiem pogubił odchodząc od Boga i zasad moralnych. W ten sposób prosiła ludzkość o nawrócenie i pokutę, pragnąc zapobiec karom, jakie Bóg przygotował dla grzesznego świata.
Nie zawahała się przed pokazaniem piekła tym trojgu dzieciom, aby jeszcze dobitniej ostrzec ludzi przed jego realnym istnieniem. “Promień światła zdawał się jakby przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby może ognia – wspomina Łucja – a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach, podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru, i równowagi, wśród przeraźliwych krzyków, wycia, i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle”.
Maryja mówi dzieciom, ze pokazała im piekło, ale dlatego żeby ratować dusze grzeszników. Wyjaśnia, że “Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca, a jeśli to się zrobi, to wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie”.
Druga tajemnica
Druga część orędzia przekazana w trakcie objawień w kolejnych miesiącach – wzmacnia dotychczasowe warunki postawione ludzkości przez Matkę Bożą. Stawia ona ludzkość wobec wielkiej alternatywy: jeśli ludzie “nie przestaną obrażać Boga”, to On “ukarze świat za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Ponadto zapowiada prześladowania Kościoła i Ojca Świętego.
Matka Boża przekazała po raz kolejny dzieciom, że dla ratowania grzeszników przed piekłem należy wprowadzić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, a także ustanowić w Kościele nabożeństwo Pięciu kolejnych Pierwszych Sobót Miesiąca, wraz z Komunią św. wynagradzającą.
Maryja zapowiada także, że przybędzie, aby poprosić o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu sercu. Dodaje, że “jeśli te życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świcie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatryumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie”. Warto dodać, że w lipcu 1917 r. nikt nie słyszał jeszcze o Piusie XI ani o bezbożnej dyktaturze w Rosji.
Trzecia tajemnica
Dwie pierwsze tajemnice zostały ujawnione w niespełna ćwierć wieku później, trzecia zaś elektryzować będzie ludzkość przez ponad 80 lat. Wcześniej została ona przekazana przez s. Łucję w tajemnicy kolejnym papieżom. Jej treść – stanowiącą zapowiedź olbrzymich prześladowań Kościoła i samego Ojca Świętego, który pada pod krzyżem – zdecydował się odsłonić dopiero Jan Paweł II w okresie Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa w 2000 r.
Objawienia fatimskie zakończyły się 13 października 1917 roku. Towarzyszył im do dziś nie wyjaśniony, “cud słońca” obserwowany przez 70-tysięczny tłum, który zebrał się aby towarzyszyć wizjonerom. O tym, że cud był realny, a nie wywołany zbiorową psychozą, świadczy fakt, że widzieli go wszyscy, ktokolwiek znajdował się w promieniu 40 km od Fatimy, nawet ludzie całkiem niewierzący.
Dalsze objawienia s. Łucji – Maryja domaga się ofiarowania Rosji Jej Niepokalanemu Sercu.
W 1929 r., papież Pius XI został poinformowany przez Jose da Silva, biskupa diecezji Leiria w której znajdowała się Fatima, o kolejnych objawieniach Matki Bożej, w którym s. Łucja (znajdująca się wówczas w zgromadzeniu sióstr doroteuszek) otrzymała od Maryi ponowną prośbę, by Ojciec Święty dokonał konsekracji Rosji w łączności ze wszystkimi biskupami.
Te kolejne z prywatnych objawień s. Łucja doznawała poczynając od grudnia 1925 r., kiedy Maryja prosi ją by “przekazała wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad 15 tajemnicami różańca towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.
W 1929 roku po raz kolejny objawia się Łucji Matka Boża mówiąc, że “przyszła chwila, w którym Bóg prosi Ojca Świętego, aby wspólnie ze wszystkimi biskupami świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją w ten sposób ocalić”. Z orędzia wynika po raz kolejny, że „jeżeli Rosja nawróci się, to nastanie pokój. Jeżeli nie, rozpowszechni ona swe błędy po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła Świętego. Ojciec Święty będzie cierpiał, wiele narodów zostanie zniszczonych”.
W 1930 roku w czasie objawień Matka Boża Mówi Łucji, że jeśli ludzie się nie nawrócą i nie będą żałować za grzechy, dojdzie do następnej wojny światowej, klęski głodu, wielu konfliktów zbrojnych i prześladowania chrześcijan, a ratunkiem jest zawierzenie się Niepokalanemu Sercu Maryi oraz praktykowanie nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca.
Mimo, że 13 października 1930 biskup Leirii Jose Coreira da Siva uznaje autentyczność objawień, to jednak Pius XI nie spełnia żądania poświęcenia Rosji.
W kwietniu 1939 r. nowym papieżem został Pius XII. 2 grudnia 1940 r. s. Łucja napisała do niego list, upominając się o konieczność konsekracji Rosji. Prośbę tę papież spełnił, ale tylko częściowo w 1942 r., poświęcając narody świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Określając wojnę toczoną między hitlerowskimi Niemcami i stalinowskim ZSRR jako “wojnę dwóch szatanów” nie odważył się jednak oddzielnie wspomnieć o Rosji, obawiając się, aby nie zostało to wykorzystane przez Niemców na rzecz ich propagandy.
W roku 1944 Pius XII ustanowił święto Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, a dwa lata później przez swojego legata koronował figurę Matki Bożej Fatimskiej na Królową Świata. W 1949 r. wydał zgodę na rozpoczęcie prac koniecznych do otwarcia procesu beatyfikacyjnego fatimskich dzieci, Franciszka i Hiacynty.
Dziesięć lat po Poświęceniu Narodów Niepokalanemu Sercu Maryi, w roku 1952 Pius XII powtórzył akt, tym razem wymieniając „wszystkie narody w Rosji” — ale Łucja pozostała nieprzekonana co do wypełnienia w pełni woli Matki Bożej, bowiem nie dokonał tego w łączności ze wszystkimi biskupami Kościoła katolickiego.
Jan Paweł II początkowo nie interesował się specjalnie Fatimą. Zaczęła ona nurtować go po zamachu z 13 maja 1981 r. Poprosił o tekst objawień. Po opuszczeniu Polikliniki Gemelli, Jan Paweł II oświadczył: „Zrozumiałem, że jedyną drogą uniknięcia wojny, uratowania świata przed ateizmem, jest nawrócenie Rosji zgodnie z fatimskim orędziem”. To jego przekonanie potwierdziła s. Łucja w liście adresowanym doń z 12 maja 1982 r. Pisze w nim, że trzecia część tajemnicy odnosi się do słów Matki Bożej: „Jeżeli przyjmą moje żądania, Rosja nawróci się i zaznają pokoju; jeżeli nie, rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, itd.”
W rok po zamachu Jan Paweł II odbył pielgrzymkę do Fatimy, traktując ją jako wotum wdzięczności Matce Bożej za ocalenie życia. W kazaniu wyjaśnił, czemu Kościół przyjął orędzie Matki Bożej Różańcowej – jest tak dlatego, że zawiera prawdę i wezwanie, które są w swej zasadniczej treści prawdą i wezwaniem samej Ewangelii. „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – to przecież pierwsze słowa, jakie Mesjasz skierował do ludzkości” – mówił.
Będąc w Fatimie zawierzył też świat i Rosję Niepokalanemu sercu Maryi. Siostra Łucja prosiła go jednak o ponowienie tego aktu, gdyż nie był on dokonany w łączności ze wszystkimi biskupami.
25 marca 1984 r. Jan Paweł II w duchowej jedności ze wszystkimi biskupami świata (uprzednio do tego wezwanymi) w Bazylice św. Piotra zawierzył ponownie świat i Rosję Maryi. Siostra Łucja osobiście potwierdziła, że taki uroczysty i powszechny akt odpowiadał temu, czego żądała Matka Boża. Jednocześnie dodała, że być może akt ten ustrzegł świat od wojny atomowej.
Treść trzeciej tajemnicy
Trzecią, ukrywaną na życzenie samej Matki Bożej część tajemnicy, siostra Łucja spisała po latach, na żądanie swojego ordynariusza, biskupa Jose da Silva 3 stycznia 1944 r. Powiadomiła biskupa, że tekst został zredagowany i jest do jego dyspozycji w zalakowanej kopercie, z adnotacją, że może ona zostać otwarta dopiero w 1960 r. Od 1957 r. koperta znajdowała się w Tajnym Archiwum Świętego Oficjum.
Otwarcia zalakowanej koperty dokonał Jan XXIII w sierpniu 1959 r., dziesięć miesięcy po wyborze na papieża. Otworzył ją w obecności kard. Alfredo Ottavianiego, prefekta Kongregacji Świętego Oficjum. Nie będąc pewny, czy obaj rozumieją dokładnie wszystkie niuanse portugalskiego tekstu, zażądał sporządzenia jego profesjonalnego tłumaczenia. Po zapoznaniu się z nim zadecydował, że treść tajemnicy nie powinna być jeszcze ujawniona. Jednak 13 grudnia 1962 r., ustanowił święto Fatimskiej Matki Bożej Różańcowej. O fatimskim orędziu wyrażał się, że jest ono „największą nadzieją świata na pokój”.
W 1963 r. rozpoczął się pontyfikat Pawła VI, który – po przeczytaniu pełnej treści objawień fatimskich – postanowił ich nie ujawniać, ale udać się do Fatimy osobiście. Jako pierwszy papież przybył tam z jednodniową, prywatną pielgrzymką, podczas przypadającej wówczas 50. rocznicy objawień.
Dopiero w czerwcu 2000 r. w ramach Wielkiego Jubileuszu chrześcijaństwa, Jan Paweł II, po 56 latach od spisania przez siostrę Łucję, ujawnił trzecią tajemnicę fatimską. Zrobił to w jego imieniu kard. Joseph Ratzinger, sprawujący wówczas urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary, w trakcie konferencji prasowej 26 czerwca 2000 roku w watykańskiej Sala Stampa. Jej tekst brzmi:
“Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!
I zobaczyliśmy, w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg: (coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzą przed nim) Biskupa odzianego w biel (mieliśmy przeczucie, że to jest Ojciec Święty). Wielu innych biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek, jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręku konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga”.
Kard. Ratzinger wyjaśniał, że opublikowany tekst ma charakter proroczej wizji. „Anioł z ognistym mieczem stojący po lewej stronie Matki Bożej przypomina podobne obrazy z Apokalipsy. Przedstawia groźbę sądu, wiszącą nad światem. Myśl, że świat może spłonąć w morzu ognia, nie jawi się już bynajmniej jako wytwór fantazji: człowiek sam przez swe wynalazki zgotował na siebie ognisty miecz”.
Prefekt kongregacji zaznaczał, że tej niszczącej sile zła może się przeciwstawić tylko Matka Boża z ludźmi, którzy przyjmują jej wezwanie do pokuty i nawrócenia. Dodał, że w ten sposób „zostaje podkreślone znaczenie wolności człowieka, gdyż przyszłość nie jest bynajmniej nieodwołalnie przesądzona”.
Prorocza wizja trzeciej tajemnicy fatimskiej – jego zdaniem – w symboliczny sposób mówi o wielkich prześladowaniach, cierpieniach i męczeństwie wielu wyznawców Chrystusa, wśród których są również kapłani, biskupi oraz papieże dwudziestego wieku. Wielkie zniszczenia i prześladowania są spowodowane przez ludzi zniewolonych przez ateistyczne ideologie walczące z Bogiem, a w sposób szczególny przez komunizm.
Trzecia tajemnica fatimska – jak podkreślił – jest dramatycznym ostrzeżeniem przed ateizmem, ponieważ największym zagrożeniem dla ludzkości jest odrzucenie Boga i Jego praw, zarówno przez ateizm w wydaniu komunistycznym jak i przez ateizm ukryty w tej najbardziej rozpowszechnionej mentalności życia takiego, jakby Bóg nie istniał.
Jednocześnie kard. Ratzigner odniósł pośrednio tę wizję do zamachu na Jana Pawła II z 1981 r. Wyjaśniał, że papież „tamtego dnia znalazł się bardzo blisko granicy śmierci”, a jego ocalenie „jest jeszcze jednym dowodem na to, że nie istnieje nieodwołalne przeznaczenie, że wiara i modlitwa to potężne siły, które mogą oddziaływać na historię”.
A jako Benedykt XVI, po pięciu latach swojego pontyfikatu, Joseph Ratzinger przybył do Fatimy 13 maja 2010 r. „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona” – mówił. A nawiązując do zbliżającego się jubileuszu objawień w 2017 r., prosił: „Oby te lata, które dzielą nas od stulecia Objawień, przyspieszyło zapowiadany triumf Niepokalanego Serca Maryi ku chwale Trójcy Przenajświętszej”.
W tym roku, w setną rocznicę objawień Matki Bożej w Fatimie przybył tam 12 maja papież Franciszek. Wyniósł na ołtarze dwoje z trojga uczestników wydarzeń z 1917 r. – Franciszka i Hiacyntę Marto. W homilii wskazał, że Matka Boża zachęca, byśmy „zaciągnęli się do walki Jej Boskiego Syna, zwłaszcza przez codzienne odmawianie różańca w intencji pokoju na świecie”. Wskazał, że słowa Maryi do ludzi pośród obecnego niepokoju na świecie i niepewności o przyszłość wymagają „wytrwałości w poświęceniu się Niepokalanemu Sercu Maryi, przeżywanej codziennie przez odmawianie różańca”. Zaapelował o powstrzymywanie zła, zatrzymując je na sobie, tak jak Chrystus, zamiast przekazywać je przez wyrządzanie krzywdy innemu.
KAI/Aleteia.pl
Jak Maryja ocaliła Jana Pawła II przed śmiercią
fot. János Korom Dr. from Wien,
Austria via Wikipedia, CC BY-SA 2.0 / Eric Draper – whitehouse.gov (wikipedia), CC0
***
Kard. Sodano objawiając 13.05.2000 r. główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej stwierdził: “Według interpretacji Pastuszków, ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy.”
Teraz już wiemy, że to proroctwo wypełniło się wieczorem 13 maja 1981 r. Cały świat obiegła wtedy wstrząsająca wiadomość o zamachu na życie Ojca Świętego. Podczas środowej audiencji, kiedy Ojciec Święty stojąc w “papamobile” po raz drugi okrążał plac św. Piotra i zbliżał się do Spiżowej Bramy, turecki terrorysta Mechmed Ali Agca oddał do niego kilka strzałów (po czwartym zaciął mu się pistolet), raniąc go w jamę brzuszną, prawy łokieć i wskazujący palec prawej ręki.
Ks. biskup Stanisław Dziwisz wspomina: “Huk był ogłuszający. Naturalnie zrozumiałem, że ktoś strzelał. Ale kto? I zobaczyłem, że Ojciec Święty został zraniony. Chwiał się, ale nie było widać ani krwi ani ran. Zapytałem: gdzie? odpowiedział: w brzuch, spytałem jeszcze: czy bardzo boli?, a on odpowiedział: Tak. Stojąc za Ojcem Świętym podtrzymywałem go, żeby nie upadł. Pół-leżal w aucie oparty o mnie i tak dojechaliśmy do ambulansu koło centrum sanitarnego wewnątrz murów watykańskich. Ojciec Święty oczy miał zamknięte, bardzo cierpiał i powtarzał krótkie modlitwy w formie aktów strzelistych. O ile dobrze pamiętam, to najczęściej: Maryjo, Matko moja! Maryjo, Matko moja”. Doktor Buzzonetti i brat Kamil, pielęgniarz, byli ze mną w karetce. Jechała bardzo szybko. Po kilkuset metrach, syrena karetki się popsuta. Trasa, którą normalnie pokonuje się w co najmniej pół godziny, zajęła 8 minut i to w rzymskim ruchu ulicznym! W czasie drogi Ojciec Święty bardzo cierpiał i modlił się coraz bardziej słabnącym głosem. Nie wymówił ani jednego słowa rozpaczy czy urazy, jedynie słowa głębokiej modlitwy, płynącej z wielkiego cierpienia. Później Ojciec Święty powiedział mi, że zachował przytomność aż do przyjazdu do szpitala, i tam dopiero ją stracił. Sakramentu Chorych udzieliłem Ojcu Świętemu tui przed samą operacją. Operacja zaczęła się przed godziną 18. Operował profesor Crucitti, asystowali mu: profesor Manni, reanimator, kardiolog doktor Manzoni, internista doktor Breda i lekarz z Watykanu”.
Podczas przygotowań do operacji stwierdzono, że stan Papieża jest krytyczny. Ojciec Św. stracił trzy czwarte krwi, ciśnienie spadło do stanu alarmującego. Puls był prawie niewyczuwalny. Zgon mógł nastąpić w każdej chwili z powodu wykrwawienia. Nadzieja stopniowo zaczęła wracać, kiedy podczas operacji okazało się, że żaden z ważnych dla życia narządów nie został naruszony. Operacja była bardzo skomplikowana. Trwała około 5 godz. Trzeba było oczyścić jamę brzuszną, wyrównać skutki utraty krwi, w kilku miejscach zaszyć okrężnicę oraz wyciąć 55 cm jelit.
Kiedy Papieża przywieziono do szpitala, wszystko było gotowe do operacji, ale przecież trzeba również przygotować i rannego. To wszystko rozgrywało się w kilku minutach pomiędzy życiem a śmiercią! Podczas gdy zwożono umierającego z dziesiątego piętra do sali operacyjnej na dziewiątym piętrze, na wszystkie strony wysyłano naglące wezwania do profesora Crucitti, któremu cudem udało się dotrzeć na czas do kliniki Gemelli.“Kiedy wjechałem na dziewiąte piętro – wspomina profesor – zakonnica zawołała do mnie: Prędko! Prędko!” Asystenci i siostry dosłownie rzucili się na mnie, Żeby ze mnie zedrzeć marynarkę i spodnie, i włożyć mi strój do operacji, rozsiewając naokoło wszystko, co miałem w kieszeniach: klucze, bilon i portfel. Kiedy pobiegłem myć ręce, jeden wiązał mi na plecach fartuch, drugi wkładał mi operacyjne buty, a w tym samym czasie inny lekarz meldował mi z sali: “Ciśnienie 80, 70, spada dalej”. Kiedy wszedłem, narkoza już zaczęła działać, Papież spał, a ja miałem skalpel w ręce. Ekipa od nagłych wypadków zrobiła już wszystkie niezbędne zabiegi i miałem tylko jedną myśl: otwierać, otwierać, nie tracąc ani sekundy. Otwarłem. I zobaczyłem krew, mnóstwo krwi. Było jej może ze trzy litry w jamie brzusznej. Usuwaliśmy ją aspirując, wycierając i osuszając na wszystkie sposoby, dopóki nie ukazały się źródła krwotoku. Wtedy mogłem się zabrać do tamowania krwawienia. Z chwilą, gdy ranny nie tracił już krwi i transfuzja zaczęta działać, ciśnienie się podniosło. Teraz spokojnie mogliśmy prowadzić operację dalej. Zbadałem więc jamę brzuszną i zobaczyłem szereg ran. Były to liczne uszkodzenia j elita cienkiego i okrężnicy. Jedne powstały przez bezpośrednie obrażenie: przecięcie lub przedziurawienie pociskiem, inne przez pęknięcie. Krezka jelita cienkiego, ta błona, z której wychodzą naczynia krwionośne prowadzące do jelita cienkiego, była uszkodzona w wielu miejscach. Zrobiłem resekcję i konieczne zespolenia, przepłukałem otrzewną, założyłem szwy na esicy. Tam, w ostatniej części okrężnicy znajdowała się straszliwa rana, spowodowana bezpośrednio przejściem pocisku.
Po zatamowaniu krwawienia, skontrolowaniu akcji układu sercowo-naczyniowego i stwierdzeniu, jak poważne są rany, pomyślałem, że sytuacja wymaga z mojej strony przede wszystkim zimnej krwi. Będąc całkowicie świadomy trudności mojego zadania, byłem jednakże przekonany, że wynik będzie pozytywny. Żaden ważny dla życia organ jak: tętnica główna, tętnica biodrowa czy moczowód nie zostały naruszone. Pocisk przeszedł przez kość krzyżową po przebiciu przedniej ściany brzucha. Obficie krwawiący system żylny przed kością krzyżową sprawił nam wiele kłopotu: dla powstrzymania krwotoku musieliśmy go powlec wyjałowionym woskiem. Ale pocisk otarł się tylko o ważne narządy, których uszkodzenie mogłoby sprowadzić śmierć i wydawało się, że sąsiadujące z nimi ośrodki nerwowe nie ucierpiały. To było zupełnie zdumiewające.”
Kiedy operacja się zakończyła, Ojca Świętego przewieziono do sali reanimacyjnej, gdzie przebywał do 18 maja. W pierwszych dniach po operacji Ojciec Święty bardzo cierpiał, głównie z powodu drenów, ale w miarę upływu czasu wszystko powoli wracało do normy.
Po zakończeniu skomplikowanej operacji, prof. Crucitti stwierdził, że dziewięciomilimetrowa kula przeszła przez ciało Papieża nieprawdopodobnym torem, omijając wszystkie istotne dla życia organy, jakby prowadzona niewidzialną ręką. Przeszła o kilka milimetrów od tętnicy głównej. Jej uszkodzenie grozi natychmiastową śmiercią. Ominęła rdzeń kręgowy i inne istotne dla życia narządy. Jest to fakt, który nie da się wytłumaczyć w sposób naturalny. “To był prawdziwy cud i wiem, komu go zawdzięczam. Jedna ręka trzymała pistolet, a inna prowadziła kulę”. Tak skomentował ten fakt sam Ojciec Święty. Zamach miał miejsce 13 maja, w rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Nawet godzina i minuty się zgadzały.
Ks. biskup Dziwisz mówi, że “Ojciec Święty widział w tym wszystkim znak z nieba, a my łącznie z lekarzami, cud. Wydawało się, że wszystkim kieruje niewidzialna ręka. Nazajutrz po operacji Papież przyjął Komunię świętą. Następnego dnia już koncelebrował z nami, leżąc w łóżku. Ojciec Święty ani razu nie opuścił brewiarza. Pamiętam, że nazajutrz po zamachu jego pierwszym pytaniem po odzyskaniu przytomności było: Czy odmówiliśmy kompletę? Co wieczór odprawialiśmy Mszę św., a potem odmawialiśmy litanię do Matki Bożej. Ojciec Święty śpiewał razem z siostrami. Największym pragnieniem personelu była obecność na jego Mszy św. 23 maja lekarze podpisali komunikat, mówiący, że życiu chorego nie grozi już niebezpieczeństwo”.
W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”
Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego zamachowca Ali Agcy. Ojciec Święty odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem Ali Agca powiedział: “Jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał? Ja wiem, że dobrze celowałem. Wiem, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.
Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie, właśnie wtedy Matka Boża apelowała do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”.
Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”.
13.07.1917 r. podczas objawienia w Fatimie Matka Najświętsza powiedziała: “Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci…” Natomiast 13.06.1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy oświadczyła: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa i Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”.
W pamiętny dzień 25 marca 1984 roku Ojciec Święty, na placu św. Piotrą w Rzymie, w łączności z biskupami całego świata, dokonał aktu oddania całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność do Rzymu figurki Matki Bożej z Fatimy. Dwustu kardynałów i biskupów obecnych w tym dniu na Placu św. Piotra razem z wiernymi zdawało sobie sprawę, że jest to wydarzenie, które według fatimskiego orędzia, może zmienić losy świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu poświęcenia, aby przezwyciężyć potęgę zła, która zagraża całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch l ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy… składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po akcie oddania świata Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”.
Dzień oddania całego świata Matce Najświętrzej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. W Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego.
Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie.
13 maja 1994 r. Ojciec Święty przebywał na leczeniu w klinice Gemelli, po złamaniu szyjki kości udowej w prawej nodze. W tym dniu skierował wielkanocne orędzie do włoskich biskupów, w którym napisał: “Piszę te słowa dziś, 13 maja, z polikliniki Agostino Gemelli. Pozwólcie, Bracia umiłowani, że wrócę myślą do tego, co wydarzyło się przed 13 laty na Placu św. Piotra. Wszyscy pamiętamy ten moment, kiedy po południu oddano strzały do papieża, aby go zabić. Kula, która przebiła jamę brzuszną, znajduje się obecnie w Sanktuarium w Fatimie, pas przedziurawiony tą kulą znajduje się w sanktuarium na Jasnej Górze. To macierzyńska ręka kierowała torem kuli, a umierający papież, przewieziony pośpiesznie do kliniki Gemelli, został zatrzymany na progu śmierci. We wrześniu ubiegłego roku, kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w Sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: “Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! Do zdrowia powróciłaś cudem!” Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał.”
W kontekście tych wszystkich wydarzeń niezwykłe znaczenie i wagę ma oświadczenie kard. Sodano po Mszy św. beatyfikacyjnej fatimskich Pastuszków Franciszka i Hiacynty 13.05.2000 r. “Ojciec Święty – stwierdził kardynał – po zamachu 13 maja 1981 uznał za rzecz oczywistą, że “macierzyńska ręka kierowała biegiem kuli, dzięki czemu znajdujący się w agonii Papież” zatrzymał się na progu śmierci”. Z okazji wizyty biskupa Leirii i Fatimy w Rzymie Papież postanowił przekazać kulę, którą po zamachu znaleziono w wiozącym go samochodzie, przekazać Sanktuarium Fatimskiemu. Została ona z inicjatywy biskupa umieszczona w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej.
Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego ateizm reżimu komunistycznego. Także za to Papież dziękuje z głębi serca Najświętszej Dziewicy. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli wydarzenia, do których odnosi się trzecia część tajemnicy fatimskiej, zdają się należeć do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia.
M.P./Miłujcie się! 5-8/2000
***
Zamach na Jana Pawła II – wstrząsające pamiątki wydarzenia sprzed ponad 40 lat
fot. Damian Klamka/East News | wikipedia
***
Dziś, 13 maja mijają 43 lata od zamachu na Jana Pawła II. W wielu miejscach w Polsce i poza granicami, przechowywane są różnego rodzaju przedmioty związane z tym dramatycznym wydarzeniem: przestrzelona sutanna, pocisk, który ranił papieża, pistolet, z którego strzelał Mehmet Ali Agca. Te szczególne pamiątki – z których część z uwagi na ślady krwi mają charakter relikwii – przechowywane są m.in. w Wadowicach, Krakowie i portugalskiej Fatimie.
Sutanna
Jednym z niemych świadków wydarzenia sprzed ponad 40 lat jest sutanna, którą papież miał na sobie w czasie zamachu. Można ją zobaczyć w sanktuarium św. Jana Pawła II na krakowskich Białych Morzach, gdzie spoczywa w szklanej gablocie. Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r. przy przestrzelonej sutannie, noszącej ślady krwi zatrzymywali się pielgrzymi z całego świata.
Tę niezwykłą relikwię przekazał sanktuarium kard. Stanisław Dziwisz 13 maja 2015 roku, a więc w 34. rocznicę zamachu. „Trudno ją było dłużej trzymać w domu. Trzeba było ją przekazać w miejsce, w którym będzie przechowywana. Niech będzie świadkiem tego zamachu, ale też świadkiem wielkości Jana Pawła II” – mówił kard. Stanisław Dziwisz. Od tego czasu sutanna wystawiona jest na widok publiczny w jednej z kaplic górnego kościoła sanktuarium św. Jana Pawła II, będącego częścią papieskiego Centrum „Nie lękajcie się!”. Znajduje się ono na obszarze dawnych Zakładów Sodowych „Solvay”, a więc w miejscu związanym z latami młodości Karola Wojtyły.
Pas
Natomiast w skarbcu sanktuarium na Jasnej Górze przechowywany jest przestrzelony i noszący ślady krwi i pocisku, biały pas sutanny Jana Pawła II. Pas po raz pierwszy publicznie pokazano pielgrzymom 4 czerwca 2004 r. w Kaplicy Matki Bożej. Umieszczono go w specjalnej, pancernej i przeszkolonej szkatule w ołtarzu jasnogórskim po lewej stronie, tuż przy Cudownym Obrazie Matki Bożej.
Kaseta, w której zawisł papieski pas, wykonana jest ze stali ozdobionej srebrem. Oglądanie pasa umożliwia kryształowa, hartowana szyba, chroniąca jednocześnie pas przed światłem i ciepłem. Kaseta waży ponad 20 kilogramów. Wieńczy ją wykonany ręcznie ze srebrnej blachy herb papieski Jana Pawła II połączony z elementami kluczy i tiary. Na wstędze widnieje napis: „Totus Tuus”. Wykonawcami kasety są Lech Dziewulski wraz z Markiem Ganewem z Krakowa.
W czasie uroczystości udostępniania pielgrzymom tego niezwykłego przedmiotu, odtworzono nagranie słów, które Jan Paweł II wypowiedział na Jasnej Górze 19 czerwca 1983 r.: „W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na Placu Św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku w dniu 13 maja byłem w Fatimie, aby dziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny”.
Podkoszulek
Dopiero w 2000 roku Anna Strenghellini, przełożona pielęgniarek na sali operacyjnej Polikliniki Gemelli wyciągnęła cenną pamiątkę i przekazała ją do domu prowincjalnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, z którym od lat była związana. Pani Strenghellini pełniła dyżur tamtego pamiętnego dnia. Już po operacji ciężko rannego papieża, porządkując narzędzia chirurgiczne, zobaczyła na posadzce jego zakrwawiony podkoszulek. Zawinęła go w gazę i przechowywała w szafie.
Dziś cenna relikwia jest eksponowana w domowej kaplicy szarytek przy via Francesco Albergotti 75 w Rzymie. Na zakrwawionej bieliźnie widoczne są trzy otwory od kuli (najwidoczniej podkoszulek musiał być zagięty, że pocisk zostawił tyle śladów) a tuż przy metce zachowały się inicjały „JP” wyhaftowane czerwoną nitką przez posługujące papieżowi siostry zakonne.
Pistolet
W Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach przechowywany jest m.in. oryginalny pistolet Browning HP kaliber 9mm, z którego Ali Agca strzelał do papieża. Broń wypożyczona przez rzymskie muzeum kryminologii jest jednym z przedmiotów wzbudzających największe zainteresowanie wśród zwiedzających muzeum w Wadowicach. 12 maja, broń, wypożyczoną przez rzymskie muzeum kryminologii będzie można zobaczyć podczas specjalnej prezentacji na dziedzińcu Muzeum.
W 2017 r. minister sprawiedliwości Republiki Włoskiej na prośbę wadowickiej placówki, postanowił, że pistolet pozostanie na kolejne pięć lat w depozycie polskiego muzeum. „To trudna pamiątka. Z jednej strony jest narzędziem zbrodni, ale i świadectwem wielkości i świętości Jana Pawła II, który przebaczył zamachowcowi jeszcze w drodze do szpitala” – mówił ówczesny dyrektor Muzeum ks. Jacek Pietruszka.
W tej samej placówce można zobaczyć garnitur szefa watykańskiej ochrony Francesco Pasanisiego, który własnym ciałem osłaniał rannego Papieża przed kolejnymi strzałami. Na spodniach do dzisiaj widoczne są ślady papieskiej krwi.
Ponadto w Wadowicach prezentowane są sprzęty z pokoju szpitalnego z Polikliniki Gemelli, w którym papież przebywał w czasie swoich pobytów w tej klinice: łóżko, szafka nocna, przeszklona szafka na leki oraz dwa krzesła.
Kula
Kulę, która go raniła, Jan Paweł II przekazał sanktuarium maryjnemu w Fatimie, dokąd przybył z dziękczynną pielgrzymką dokładnie w pierwszą rocznicę zamachu, 13 maja 1982 r. Pocisk umieszczono w koronie wieńczącej figurę Matki Bożej. Papież uważał, że właśnie Fatimskiej Pani zawdzięcza swoje życie.
Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17.19. Nawiązując do tego faktu Papież powiedział: „Nie wiem, kto włożył pistolet w rękę strzelca, wiem jednak, kto zmienił lot kuli”. W 1991 r., podczas kolejnego pobytu w Fatimie, u stóp figury Matki Bożej powiedział: „Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność”.
Kilka dni po zamachu Jan Paweł II polecił swoim najbliższym współpracownikom przygotowanie i dostarczenie sobie do szpitala wszelkich materiałów i dokumentów dotyczących trzeciej, nieujawnionej jeszcze wówczas, tajemnicy fatimskiej. Ujawniono ją dopiero w 2000 r.. Tekst ten mówił o „ubranym na biało biskupie, który krocząc z trudem ku krzyżowi wśród ciał zabitych męczenników [głównie duchownych i zakonnic], pada na ziemię jak martwy, rażony strzałami z broni palnej”. Według interpretacji watykańskiej, wizja ta dotyczyła zamachu na Jana Pawła II.
Miejsce…
Kule zamachowca dosięgły Papieża gdy papamobile znajdował się mniej więcej w połowie Placu św. Piotra, po prawej stronie patrząc na bazylikę. Miejsce to upamiętnia kwadratowa tabliczka z białego marmuru, wmontowana w bruk. Widnieje na niej herb Jana Pawła II i data zamachu zapisana w cyfrach rzymskich: XIII V MCMLXXXI.
“Byłem właściwie po tamtej stronie”
W książce “Pamięć i tożsamość” wydanej niedługo przed śmiercią Jana Pawła II, papież wspominał: „Agca wiedział, jak strzelać i strzelał z pewnością bezbłędnie. Tylko że jak gdyby ‘ktoś’ tę kulę prowadził. (…) Pamiętam tę drogę do szpitala. Zachowałem jeszcze przez pewien czas świadomość. Miałem poczucie, że przeżyję. Cierpiałem, był powód do strachu, ale miałem taką dziwną ufność (…) . Byłem już właściwie po tamtej stronie. (…) Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą,że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Acy nie dawało spokoju pytanie: jak to się stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swojego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać?
opr. Tomasz Królak / pz | Warszawa Ⓒ Ⓟ/e-Kai
***
Jasna Góra: przestrzelony pas Jana Pawła II jako wotum wdzięczności
We wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej Kościół katolicki przypomina o zamachu na św. Jana Pawła II, do którego doszło 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra w Watykanie. Strzały oddane do papieża w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie św. Jan Paweł II odczytywał w perspektywie szczególnej opieki Maryi, której przypisywał swoje ocalenie. Wspomnienie liturgiczne Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej upamiętnia pierwsze objawienie Matki Bożej trojgu pastuszkom, do którego doszło 13 maja 1917 r. w Fatima.
fot.Mazur/episkopat.pl
***
Wotum wdzięczności w Fatimie i na Jasnej Górze
Rok po zamachu, 13 maja 1982 r., św. Jan Paweł II udał się do Fatimy, by podziękować za uratowanie życia. Kula, która raniła papieża, została umieszczona jako wotum w koronie figury Matki Bożej Fatimskiej.
Dwa lata po zamachu Ojciec Święty przekazał Jasnej Górze przestrzelony pas swojej sutanny. Zgodnie z jego życzeniem przez ponad 20 lat był on przechowywany w sejfie. Dopiero 4 czerwca 2004 r. Stolica Apostolska wyraziła zgodę na udostępnienie tego wotum pielgrzymom. Obecnie znajduje się ono w ołtarzu przy Cudownym Obrazie Matki Bożej.
Pas w futerale z herbem papieskim Jan Paweł II przekazał ówczesnemu generałowi Zakonu Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika o. Józef Płatek.
– Pamiętam ten moment, kiedy papież składał go jako wotum dziękczynne za ocalenie życia. Dostrzegłem wtedy łzy w oczach papieża, nigdy wcześniej nie widziałem tak wzruszonego Ojca Świętego – wspomina paulin. Jak relacjonuje, Jan Paweł II powiedział wówczas: „Jestem człowiekiem zawierzenia, ono dokonało się tutaj i chcę ten pas tu zostawić”, a następnie poprosił o możliwość samotnej modlitwy przed Cudownym Obrazem Matki Bożej, przed którym spędził blisko dwie godziny.
– Ta szczególna pamiątka, z uwagi na ślady krwi, ma charakter relikwii i stanowi dla wiernych bezcenną pamiątkę – podkreśla o. Józef Płatek.
Obraz Jerzego Dudy-Gracza
O zamachu przypomina również obraz Jerzego Dudy-Gracza znajdujący się w Muzeum 600-lecia na Jasnej Górze.
– Obraz został namalowany w 1982 roku, czyli zaraz po zamachu. Przedstawia Ojca Świętego cierpiącego, z mocno zaznaczonymi miejscami, gdzie papież został raniony. W tle widzimy wieżę Jasnej Góry, a w centralnym miejscu wizerunek Maryi – mówi s. Kornelia ze Zgromadzenie Córek Bożej Miłości.
Zakonnica podkreśla, że dzieło pomaga przybliżać młodemu pokoleniu znaczenie wydarzeń z 13 maja 1981 r. – Trzeba opowiadać o tym zdarzeniu i przypominać, jak ogromnym przeżyciem było ono dla Polski i całego świata – zaznacza.
Świadectwo Mariusza Drapikowskiego
Mariusz Drapikowski, autor m.in. bursztynowej sukni na ikonę Matki Bożej Jasnogórskiej, przyznaje, że 13 maja szczególnie modli się słowami „Pod Twoją obronę”.
– Tę modlitwę zanosiłem w dniu zamachu na Ojca Świętego i zawsze dziękuję Maryi na wzór Jana Pawła II – mówi artysta.
Drapikowski opowiada także o własnym doświadczeniu uzdrowienia, które przypisuje wstawiennictwu św. Jana Pawła II. W wieku 40 lat zachorował na stwardnienie rozsiane, tracąc wzrok i władzę w rękach. Przełomowym momentem była audiencja u papieża sprzed 23 lat.
– Powiedziałem Ojcu Świętemu, że moim marzeniem jest wykonanie bursztynowej sukni dla ikony Matki Bożej na Jasnej Górze. Papież położył wtedy rękę na mojej głowie. Po spotkaniu nastąpiła nagła poprawa zdrowia. To był dla mnie cud, który trwa – podkreśla.
Jak dodaje, doświadczenie to umocniło w nim pragnienie służenia Bogu, Kościołowi oraz Matce Bożej poprzez twórczość artystyczną.
Zamach na Placu św. Piotra
Do zamachu na Jana Pawła II doszło 13 maja 1981 r. o godz. 17.19 na Placu św. Piotra w Watykan. Mehmet Ali Ağca trzykrotnie strzelił do papieża, który w odkrytym papamobile pozdrawiał pielgrzymów.
Po operacji i kilkutygodniowej hospitalizacji Ojciec Święty wrócił do Watykanu, gdzie przechodził długą rekonwalescencję. Jeszcze w drodze do szpitala przebaczył zamachowcowi, co później potwierdził publicznie.
BPJG/Anna Przewoźnik/KAI
***
Dwa objawienia, dwie rewolucje. Kult Serc Chrystusa i Jego Matki a rewolucja francuska i bolszewicka
13 maja 2026
Oprac. GS/PCh24.pl
Objawienia dotyczące Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi miały miejsce niedługo przed rozpoczęciem politycznych rewolucji na świecie – odpowiednio: francuskiej i bolszewickiej. Można powiedzieć, że widzenia te były „ostatnią szansą” na opamiętanie się; szansą niestety niewykorzystaną.
Kult Najświętszego Serca Jezusowego szerzył się od czasu, kiedy w latach 1673-1689 Zbawiciel ukazywał się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Niespełna trzy stulecia później – bo w roku 1917 – Maryja objawiła się trójce dzieci z Fatimy. Zarówno Pan Jezus jak i Jego Matka obiecywali ogromne łaski czcicielom Ich Serc.
Deficyt wiary króla
Jednak poza wezwaniem do oddawania czci Swojemu Najświętszemu Sercu, Zbawiciel wezwał też króla Francji Ludwika XIV i całą jego rodzinę do poświęcenia się temu Sercu, oddawania mu publicznej czci i zbudowania świątyni mu poświęconej. Chrystus obiecał, że jeśli król i cała Francja wypełni to posłannictwo, to będzie jej błogosławił, a jej wrogów złoży u jej stóp. Kraj ten został zatem obdarzony niezwykłą obietnicą; miał szansę stać się przykładem prawdziwej wiary dla innych narodów; można by rzec „narodem wybranym”.
Niestety Francuzi odrzucili to wezwanie. Być może po części było to rezultatem panoszącej się tam herezji jansenizmu, której założenia w dużej mierze zbiegały się z kalwinistycznym poglądem na predestynację. Trudno było bowiem głosić przesłanie o Sercu Jezusowym i o tym, że nabożeństwo do niego mogło ocalić świat, skoro janseniści uważali, że wszystko jest z góry zaplanowane, a ludzkie starania nie mają sensu.
W 1689 r. Małgorzata osobiście udała się do króla Ludwika, który w tym czasie był największym z europejskich monarchów. Niestety Ludwik odmówił poświęcenia siebie i swojej rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa; nie chciał też wybudować kaplicy, by temu Sercu oddawano cześć. Ludwik nie uwierzył posłannictwu siostry Małgorzaty myśląc, że przecież gdyby Pan Bóg faktycznie tego od niego chciał, to mógł objawić się mu osobiście. Usprawiedliwiał się też, że gdyby spełnił boskie żądanie, a Francja mimo tego by cierpiała, to zaufanie ludzi do Boga mogłoby być naruszone. To tak jakby on „wiedział lepiej”.
Nieposłuszeństwo Ludwika przypomina grzech Mojżesza, który chociaż usłyszał boskie polecenie: „Przemów do skały, a ona wyda z siebie wodę” (Lb 20,8), to nie uwierzył, że cud mógłby być aż tak wielki i zamiast tego uderzył skałę laską. Pan Bóg prosił go o niewiele: chciał zamanifestować swoją potęgę, pokazując, że woda może wypłynąć ze skały na same słowa Mojżesza. Ten jednak wolał uderzyć skałę laską, a chociaż wypłynięcie z niej wody wciąż było cudem, to już nie tak wielkim, bo część Izraelitów pomyślała, że pod skałą było ukryte źródło, otwarte poprzez uderzenie. Od Ludwika Pan Bóg również wymagał niewiele, ale ten nie uwierzył autentyczności widzenia św. Małgorzaty i nie spełnił boskiej prośby. Już trzy lata później Ludwik i jego armia ponieśli klęskę w bitwie morskiej pod La Hogue, ulegając wojskom Ligi Augsburskiej, czyli państwom zjednoczonym przeciwko Francji. A to był dopiero początek nieszczęść.
W 1789 r., czyli równo 100 lat od spotkania siostry Małgorzaty z królem Ludwikiem, we Francji rozpoczęła się rewolucja. Monarchia została obalona; katolicy cierpieli ogromne prześladowania, a nawet rzeź. Rewolucja francuska przyniosła szkody nie tylko dla samej Francji, ale i dla całego świata. Był to początek „rozprawiania się” z monarchią, wprowadzania antyklerykalnych i laickich idei – słowem, zeświecczania społeczeństw wielu narodów. Czy można to nazwać karą za niespełnienie prośby Chrystusa? Nawet jeśli tak tego nie zakwalifikujemy, to na pewno Ludwik XIV odrzucił możliwość posiadania nieporównywalnej pomocy z samego nieba – wsparcia, które mogło ocalić jego następcę i cały kraj.
Zatrzymać błędy Rosji
Wydaje się, że tak jak przesłanie Chrystusa do św. Małgorzaty uprzedziło rewolucję francuską, tak samo objawienia Matki Bożej w Fatimie zapowiedziało nadejście rewolucji bolszewickiej. Teraz jednak poświęcenia narodu – już nie Francji, a Rosji – miał dokonać papież w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Matka Boża ukazywała się trójce dzieci – Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie – od 13 maja do 13 października 1917 r., wzywając ich do gorliwej modlitwy różańcowej.
– Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny – prosiła Matka Boża. Do samej zaś Łucji powiedziała: – Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.
Siostra Łucja doznawała widzeń Matki Bożej – a także samego Chrystusa – jeszcze długo po zakończeniu objawień w Fatimie. Ich treść pozostała podobna, a była nią prośba o wprowadzenie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca na cześć Niepokalanego Serca Matki Bożej oraz o konsekrację Rosji właśnie Sercu Maryi. To poświęcenie miało zatrzymać błędy, które Rosja szerzyła na świecie, a pierwszym z nich był bez wątpienia komunizm.
– Nadszedł czas, kiedy Bóg chce, by ojciec święty w jedności z biskupami z całego świata poświęcił Rosję mojemu Niepokalanemu Sercu. To ją uratuje. Sprawiedliwość Boża potępiła wiele dusz za grzechy popełnione przeciwko mnie, dlatego przychodzę, by prosić o zadośćuczynienie. Poświęć się w tej intencji i módl się – powiedziała Matka Boża, ukazując się siostrze Łucji w 1929 r.
Rewolucja bolszewicka wywołała wiele szkód – przede wszystkim w Europie, ale nie tylko. To właśnie przez nią na świecie tak bardzo rozprzestrzenił się komunizm – system, który uważał religię za „opium ludu”. Nie trzeba chyba wspominać jak wiele cierpień on spowodował. Rewolucja bolszewicka uderzyła w Kościół, arystokrację i wartość prywatną. To właśnie komunistyczna Rosja wraz z nazistowskimi Niemcami rozpoczęły II wojnę światową, a po jej zakończeniu władze komunistyczne prześladowały i nadal prześladują katolików. Kiedyś miało to miejsce w krajach tzw. bloku wschodniego; teraz – w Chinach, Korei Północnej, Wietnamie czy na Kubie.
Konsekracji Rosji, o którą prosiła Matka Boża, miał dokonać Ojciec Święty w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Zdaniem siostry Łucji, odbyła się ona dopiero w 1984 r. Jednak część katolików ma wątpliwości, czy prośba Matki Bożej na pewno została wtedy spełniona; ówczesne zawierzenie dotyczyło bowiem całego świata, bez wymienienia Rosji w szczególności. Rosja została jednak wyraźnie wymieniona w konsekracji, której dokonał papież Franciszek w 2022 roku. Można zapytać, czy gdyby poświęcenie Rosji dokonało się wcześniej, to czy może udało by się odwrócić część szkód spowodowanych przez komunizm? Rewolucja wybuchła krótko po objawieniach w Fatimie, bo już w listopadzie 1917 r. Jednak do aktu konsekracji – czy to w 1984 czy też w 2022 roku – minęły całe dziesięciolecia.
Ratunek w godzinie śmierci
Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi są ratunkiem dla grzeszników na godzinę śmierci. Obydwa objawienia zawierają wezwanie do zadośćuczynienia za grzechy i nadzieję na ratunek w godzinie śmierci. Niedługo po objawieniach nastąpiły rewolucje i wojny, a zatem śmierć była powszechnym i dużym zagrożeniem. Przesłania Chrystusa i Matki Bożej można zatem traktować jako zachętę do uporządkowania swojego życia duchowego i zawiązania bliskiej relacji z Nimi, co – zgodnie z obietnicami – będzie ogromną pomocą w godzinie śmierci.
– Obiecuję w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że Jego Miłość wszechpotężna udzieli wszystkim, którzy komunikować będą przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu, łaski pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych i że Moje Serce będzie dla nich bezpieczną ucieczką w ostatniej godzinie ich życia – powiedział Zbawiciel do siostry Małgorzaty Marii Alacoque.
Chrystus poprosił również o ustanowienie specjalnego święta ku czci Jego Serca na piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała. – Dlatego żądam, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony, jako osobne święto na uczczenie Mojego Serca i wynagrodzenia mi przez Komunię Świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję, gdy wystawiony Jestem na ołtarzach. W zamian za to obiecuję ci, że Serce Moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do rozszerzenia Jego święta.
Matka Boża prosiła zaś o ustanowienie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca.
– Córko moja – powiedziała do siostry Łucji – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Do wypełnienia warunków nabożeństw pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca trzeba być w stanie łaski uświęcającej, czyli wolnym od jakiegokolwiek grzechu ciężkiego (do spowiedzi można przystąpić wcześniej) i przyjąć Komunię św. W pierwsze soboty należy również odmówić pięć tajemnic Różańca św. oraz rozważać treść tajemnic różańcowych przez 15 minut. Ważne jest, aby spowiedź i Komunia św. były uczynione w intencji wynagrodzenia. Intencja ta nie musi być jednak jasno wypowiadana co miesiąc, ale wystarczy intencjahabitualna, czyli przyjęta raz i nigdy nie odwołana – jest nią po prostu raz powzięte postanowienie przystępowania do spowiedzi i Komunii św. pierwszopiątkowej i pierwszosobotniej w intencją wynagrodzenia.
Leon XIV: Jezus nas miłuje i nie zostawia nas samych w próbach życiowych
“Kto odpowiada na miłość, jaką Jezus darzy wszystkich, w Duchu Świętym znajduje niezawodnego sprzymierzeńca” – powiedział papież w rozważaniu przed wielkanocną modlitwą Regina Coeli.
fot. VaticanMedia
Ojciec Święty nawiązał do czytanego dziś fragmentu Ewangelii (J 14, 15-21), a szczególnie słów: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania” (J 14,15).
„Kto doświadcza miłości Boga, potrafi również kochać innych”
Podkreślił, iż nie oznacza to, że Bóg kocha nas jedynie wtedy, gdy jesteśmy posłuszni. Przeciwnie – to Jego miłość jest źródłem naszej zdolności do życia według przykazań.
Jezus zaprasza nas do relacji opartej na zaufaniu i miłości, a nie na lęku czy poczuciu winy – zaznaczył. Miłość Jezusa rodzi w nas miłość. Sam Chrystus jest kryterium, normą prawdziwej miłości: na zawsze wiernej, czystej i bezwarunkowej. Miłości, która nie zna ani «ale», ani «może»; która oddaje siebie, nie chcąc posiadać; która oddaje życie, nie oczekując niczego w zamian – powiedział Leon XIV.
Wskazał, że miłość Jezusa staje się wzorem prawdziwej miłości – wiernej, czystej i bezinteresownej. Kto doświadcza miłości Boga, potrafi również kochać innych. Przykazania nie są więc ciężarem, lecz drogą prowadzącą do życia i uzdrowienia serca.
Leon XIV: „Jezus wybawia nas od zła i jednoczy nas w Kościele „
Papież zwrócił uwagę, że Pan Jezus nie pozostawia nas samych w trudnościach. Obiecuje nam Ducha Świętego – Pocieszyciela i Ducha Prawdy, który wspiera i prowadzi wierzących. Duch Święty pomaga nam świadczyć o Bogu, który jest miłością, oraz budować jedność między ludźmi. Ojciec Święty wskazał, że Jezus dzieli się z nami swoją relacją z Ojcem i zaprasza nas do wspólnoty życia z Bogiem.
Ta porywająca komunia życia obala argumenty Oskarżyciela, czyli przeciwnika Parakleta, ducha sprzeciwiającego się naszemu Obrońcy. Rzeczywiście, podczas gdy Duch Święty jest mocą prawdy, ów Oskarżyciel jest «ojcem kłamstwa» (J 8, 44) i chce skłócić człowieka z Bogiem oraz ludzi między sobą. Jest to dokładne przeciwieństwo tego, co czyni Jezus, który wybawia nas od zła i jednoczy nas jako lud braci i sióstr w Kościele – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy Regina Coeli i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.
vatican.va, KAI, zś/Stacja7
***
piątek – 8 maja 2026
Król zamordował go podczas Mszy świętej… Święty Stanisław – patron ładu moralnego
Canva Pro AI
***
Brutalnie zamordowany przez króla, ogłoszony patronem Polski. Jego proces kanonizacyjny był pierwszym w historii Kościoła, w którym brał udział „adwokat diabła”.
Protegowany króla
Stanisław urodził się w 1030 roku w Szczepanowie, niewielkiej wsi położonej w Małopolsce. Jego rodzice mieli szlacheckie pochodzenie, dlatego też od najmłodszych lat dbali o gruntowne wykształcenie syna. Stanisław uczył się więc najpierw w domu, pod okiem prywatnych nauczycieli, później u benedyktynów w Tyńcu, aż w końcu wyjechał na studia za granicę. Źródła nie są zgodne co do miejsca, w którym studiował, jedne podają, że było to Leodium w Belgi, inne – Paryż. Pewne natomiast jest to, że skończył teologię i prawo, a po powrocie do kraju w 1060 roku przyjął święcenia kapłańskie. Ówczesny biskup krakowski Lambert Suła mianował go kanonikiem katedry na Wawelu.
Stanisław swoją pobożnością, dobrotliwością i prostotą ducha bardzo szybko zyskał sobie wiernych, którzy chętnie przychodzili do niego po porady i prośby o wstawiennictwo u króla Bolesława Śmiałego. Polski władca, który był człowiekiem bardzo porywczym niezwykle cenił sobie młodego kanonika, aż do tego stopnia, że po śmierci biskupa Lamberta wskazał Stanisława jako jego następcę. W 1072 roku Stanisław przyjął sakrę biskupią.
Niewygodny biskup
Nowy biskup krakowski przyczynił się do przywrócenia w 1075 roku metropolii w Gnieźnie, czym zasłużył się nie tylko dla Kościoła, ale również dla całego kraju, uniemożliwiając metropolii magdeburskiej kontrolę nad polskimi diecezjami. Jednak stosunki jakie panowały między królem Bolesławem Śmiałym a biskupem Stanisławem zaczęły się diametralnie zmieniać, gdyż duchowny otwarcie krytykował postępowanie władcy i oskarżał go o moralny upadek narodu.
Bowiem Bolesław Śmiały zamiast sprawować władzę nad powierzonym sobie ludem, wolał organizować wojsko i jeździć do sąsiednich krajów, by tam brać udział w zbrojnych walkach i hulankach rycerskich. A w tym czasie w kraju panoszyło się bezprawie, opuszczone żony zdradzały swoich mężów, rozpadały się małżeństwa, szerzyła się niemoralność. Biskup Stanisław wielokrotnie wzywał króla do powrotu do kraju i przywrócenia porządku. Podczas jednej z wypraw na Ruś rycerze zaczęli potajemnie opuszczać króla, gdy ten tygodniami bawił się w najlepsze.
Kiedy Bolesław wrócił do kraju, na niewiernych rycerzy czekała okrutna kara, co wywołało ostrą krytykę ze strony biskupa Stanisława. Postawa duchownego jeszcze bardziej rozzłościła króla, który wydał na niego wyrok śmierci. Nikt jednak nie ważył się podnieść ręki na krakowskiego biskupa.
Kanonizacja męczennika
11 kwietnia 1079 roku król Bolesław Śmiały wtargnął do kościoła na Skałce i zamordował biskupa Stanisława, podczas sprawowania Mszy świętej, uderzając go w głowę, a później nakazał poćwiartować jego ciało. Wiadomość o męczeńskiej śmierci szybko rozniosła się po całej Polsce. Król musiał uciekać z kraju, prawdopodobnie zamknął się w benedyktyńskim klasztorze w Osjaku, gdzie odbywał surową pokutę. Krakowski biskup został pochowany w katedrze na Wawelu.
Proces kanonizacyjny biskupa Stanisława rozpoczął w 1229 roku biskup Iwo Odrowąż, a kontynuował go biskup Prandota. Jak na tamte czasy trwał on dosyć długo. Powołano specjalną komisję do zbadania cudów jakie dokonały się za wstawiennictwem męczennika i prześledzenia szczegółów z jego życia.
Wielkim przeciwnikiem wyniesienia na ołtarze bp. Stanisława był kardynał Rinaldo Conti, późniejszy papież Aleksander IV – odtąd każdy proces kanonizacyjny odbywa się z udziałem tzw. „adwokata diabła”, którego zadaniem jest wyciągnięcie wszystkich niejasności i ciemnych stron życia przyszłego świętego.
Papież Jan Paweł II nazwał biskupa Stanisława patronem ładu moralnego.
Dlaczego liturgiczne wspomnienie św. Stanisława przypada 8 maja?
Co roku w niedzielę po 8 maja, kiedy przypada liturgiczne wspomnienie świętego biskupa Stanisława, z katedry na Wawelu wyrusza procesja na Skałkę do bazyliki świętego Michała Archanioła, gdzie biskup krakowski poniósł śmierć męczeńską.
Ale uroczysta procesja, która gromadzi tłumy krakowian i przybyłych do Krakowa gości, nie odbywa się tylko dla upamiętnienia śmierci świętego. Przypomina ona o pochodach, które w 1253 roku wyruszyły ze wszystkich krakowskich kościołów, aby powitać delegację posłów niosących z Rzymu bullę kanonizacyjną potwierdzającą wyniesienie na ołtarze biskupa Stanisława.
Rok po jego kanonizacji krakowski biskup Prandota zorganizował 8 maja uroczystość podniesienia relikwii św. Stanisława i dlatego w polskim Kościele właśnie tego dnia świętujemy wspomnienie biskupa, patrona Polski.
Modlitwa do świętego Stanisława Biskupa i Męczennika
Boże, który przez świętego Stanisława związałeś Naród polski z Kościołem Chrystusowym zbudowanym na opoce Piotra, przyjmij nasze modlitwy, które Ci składamy i spraw, abyśmy naśladując świętego patrona, kształtowali nasze życie przez jedność wiary i braterską miłość a w Ojczyźnie naszej umacniali Chrystusowe Królestwo Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Święty Stanisławie, módl się za nami W wierze wątpiących utwierdzających, módl się za nami. Patronie we wszystkich potrzebach, módl się za nami. Módl się za nami Święty Stanisławie, abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
***
Nie zrozumiesz Leona XIV, jeśli nie wiesz o nim jednego
7 maja 2026/Vatican Media
***
O. Wiesław Dawidowski zna się z Leonem XIV, bo tak jak on jest augustianinem. W rozmowie ze Stacją7 opowiada o papieżu, który jest misjonarzem, zakonnikiem i człowiekiem Kościoła na niespokojne czasy
STACJA7: Od 1978 roku wielu Polaków mogło powiedzieć: „Znałem papieża”. W przypadku Leona XIV takich osób jest u nas bardzo niewiele. Ojciec jest jedną z nich. Szczerze: czy naprawdę brał Ojciec pod uwagę, że Robert Prevost może zostać papieżem?
Gdy chorował papież Franciszek, uczestniczyłem online w kilku wieczornych modlitwach różańcowych prowadzonych na placu św. Piotra przez kardynałów Kurii Rzymskiej. Jednej z takich modlitw przewodniczył kardynał Prevost. Bacznie obserwowałem jego skupienie na modlitwie i wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że może to jest przyszły papież. Wcześniej zaprosiłem kardynała Prevosta do Warszawy na liturgię Wielkiego Tygodnia do naszej parafii anglojęzycznej, ale odmówił ze względu na trudną sytuację w Watykanie – chociaż napisał mi, że to “kusząca” propozycja.
„Modliłem się, żeby to był on”
W czasie wielu rozmów z braćmi dawałem wyraz przekonaniu, że przyszłym papieżem będzie właśnie o. Prevost. Zapytano mnie też o moje przeczucia co do wyboru, w programie TVP, w dniu rozpoczęcia konklawe. I szczerze? Modliłem się, żeby to był on.
I okazało się, że to on.
Tak, pierwszy kardynał augustianin z czynnym głosem na konklawe od ponad 100 lat. Przed nim był to kardynał Sebastiano Martinelli, który brał udział w konklawe 1903, które po śmierci Leona XIII wybrało Piusa X. Trochę żałuję, że nie obstawiałem na ten wybór żadnych pieniędzy (śmiech). Przydałyby się nam w klasztorze. No, ale Leon XIV uczy, że nie powinniśmy aspirować do niczego, tylko cieszyć się, że wybrał nas Pan Bóg. Więc cieszę, że to jego wybrał Duch Święty głosami kardynałów. Do dzisiaj wspominam tamten dreszcz emocji, który towarzyszył mi od chwili pojawienia się białego dymu do ogłoszenia przez kardynała protodiakona imienia nowego papieża.
Jak właściwie wyglądała wasza znajomość? Była to relacja przełożony-współbrat, zwykła zakonna znajomość, czy może przyjaźń?
Nie mogę aspirować do przyjaźni z papieżem Leonem, to byłaby nieprawda. Ale zna mnie – i to dość dobrze. To on – wówczas jako przełożony generalny augustianów – mianował mnie prowincjałem, przyjął ode mnie przysięgę kanoniczną przy objęciu urzędu. Spotkaliśmy się wiele razy przy okazji spraw dotyczących naszej prowincji. Gdy przyjeżdżałem do Rzymu jako przełożony prowincji, zawsze zalecał, abym zatrzymywał się w naszej Kurii Generalnej. Zresztą taki jest zwyczaj, że tam zatrzymują się przełożeni wyżsi. Sądzę, że określenie “mój współbrat” jest najtrafniejsze.
Jaki był Robert Prevost poza urzędem: przy stole, w zwyczajnej rozmowie, w codzienności zakonnego życia?
Znam go “poza urzędem” z naszego pierwszego spotkania w 1999 roku. Pisałem wtedy doktorat na Gregorianie, a on był już prowincjałem w Chicago. Zawsze skromny, łagodny, słuchający uważnie. Kocha być z braćmi, to jest bardzo augustiańskie. Mogę zdradzić, że kiedy był w Polsce, zaprosiliśmy go na przykład do pewnej krakowskiej restauracji (nazwy nie zdradzę).
Wiem od braci augustianów w Rzymie, że papież powiedział jasno: nie jestem Franciszkiem II, ale Leonem. To coś wyraźnie mówi o samoświadomości Ojca Świętego.
Zawsze skromny i radosny ale też zatroskany o braci. Ostatni raz jadłem z nim obiad na pół roku przed jego wyborem na papieża. Podarowałem mu wtedy grafikę św. Augustyna autorstwa łódzkiego grafika Tadeusza Siary, a on podarował mi godzinę czasu na rozmowę o Kościele. Wspaniały czas.
Gdyby miał Ojciec powiedzieć komuś, kto nigdy go nie spotkał: „Nie zrozumiesz Leona XIV, jeśli nie wiesz o nim jednej rzeczy” – co by to było?
Wspólnota. I dodam: wspólnota augustiańska ze wszystkimi jej konsekwencjami i słabościami. Dwa tygodnie po swoim wyborze papież Leon powiedział do braci w międzynarodowym kolegium augustiańskim św. Moniki w Rzymie: “zmieniła się moja rola, pozycja i misja ale zawsze pozostanę augustianinem”.
Co z tego wynika? Wspólnotowe rozeznawanie drogi. Wspólnotowe podejmowanie decyzji. To nie jest łatwe, bo wymaga wielkiej pokory, a z drugiej strony czasami wzięcia na siebie roli lidera i wyprzedzenia decyzji braci dla wspólnego dobra. Leon XIV, jakiego znam, potrafi mierzyć siły na zamiary i lubi projekty mające konkretny kształt.
“Nie jestem Franciszkiem II”
Przed konklawe najczęściej wskazywano kard. Parolina, bo – chyba słusznie – szukano papieża stabilizacji, głoszącego pokój światu, który stoi na krawędzi wojny. Kardynałowie wybrali jednak Roberta Prevosta, o którym mówiło się znacznie rzadziej. Co ten wybór mówi o Kościele i o samych kardynałach?
Ha! Pamiętam zdziwienie kilku polskich znanych redaktorów, gdy usłyszeli o wyborze i nic nie wiedzieli o kardynale Prevoście. To tylko pokazuje, że ludzkie wybory, analizy i zakłady nie mają znaczenia. Po wyborze napisał mi kardynał Mario Grech: „Jeśli ktoś nie wie, jak działa Duch Święty na konklawe, to on może złożyć o tym świadectwo”. Oczywiście nie w sensie zdrady tajemnicy konklawe, ale w znaczeniu pewnych emocji. A kogo szukali wśród siebie kardynałowie? O to trzeba pytać ich. Na ile znam się na języku ciała, to w dniu ogłoszenia wyboru widziałem na Loggi błogosławieństw uśmiechniętych i szczęśliwych kardynałów. I to był znak, że oni dobrze wiedzieli, jakiego Piotra naszych czasów potrzeba Kościołowi.
Czy w ogóle ma sens pytanie, czy Leon XIV będzie raczej „Franciszkiem II”, czy „Benedyktem XVII”? A jeśli nie, to gdzie Ojciec umieściłby go na mapie dzisiejszych napięć w Kościele?
Przy okazji rozpoczęcia pontyfikatu rozmawiałem w Rzymie z o. Maciejem Giertychem OP i on podpowiedział mi, że w kwestii doktryny to będzie ciągłość z pontyfikatem Jana Pawła II i Benedykta XVI, a w kwestii gestów – ciągłość z pontyfikatem Franciszka. Wiem od braci augustianów w Rzymie, że papież powiedział jasno: nie jestem Franciszkiem II, ale Leonem. To coś wyraźnie mówi o samoświadomości Ojca Świętego. Natomiast dzisiaj, po wielu wystąpieniach publicznych papieża, wiemy już o wiele więcej. W tych dniach ukazuje się książka publikująca teksty o. Prevosta z czasów, gdy był przełożonym generalnym. My augustianie znamy te teksty, ale teraz nabierają one innego znaczenia. Aby zrozumieć Leona, trzeba zebrać te teksty. Nad wydaniem książki „Wolni utwierdzeni w łasce” trudziło się czterech zakonników. Dobrze, że ta książka ukaże się w języku polskim, bo wtedy dla wszystkich stanie się jasne, co było, jest i będzie duchowym pokarmem papieża Leona.
Wiadomo, że Robert Prevost rozważał imię „Augustyn”, ale ostatecznie wybrał „Leon”. Kogo Ojciec zobaczył 8 maja 2025 roku: Leona czy Augustyna?
Imię Leon mnie zaskoczyło, aczkolwiek dobry znajomy jezuita o.prof. Marek Inglot, twierdzi, że przewidział wybór tego imienia. Imię ma znaczenie, bo wiele mówi. Sam papież powiedział, że miał taką myśl, aby to był „Augustyn”, jednak wybrał imię Leon, po Leonie XIII, wielkim przyjacielu augustianów, wręcz dobroczyńcy naszego zakonu. Był to papież, który wychował się w augustiańskiej parafii w Carpineto, studiował teologię w kolegium w Viterbo, skąd pochodził bł. Jakub z Viterbo, augustianin, notabene twórca pierwszego podręcznika eklezjologii.
Augustyn na czas końca imperiów
Amerykanin z urodzenia, Peruwiańczyk z doświadczenia, watykański kurialista z urzędu, augustianin z tożsamości. Po pierwszym roku pontyfikatu która z tych warstw wydaje się Ojcu najważniejsza?
Proszę zwrócić uwagę, na korzenie genealogiczne Leona XIV. Matka była Kreolką, Ojciec Sycylijczykiem, babka i ojciec po stronie matki to byli mulaci o francuskich, hiszpańskich i afrykańskich korzeniach. Tak więc jest to niezwykły mix kulturowy zakorzeniony głęboko w Kościele katolickim, czyli powszechnym. Papież Leon jest człowiekiem Kościoła i to wyraża się zarówno w jego motto „In ille uno unum”, jak i w jego duchu misyjnym. Miałem szczęście być razem z reprezentacją mojego duszpasterstwa anglojęzycznego na osobistej audiencji i przyglądałem się z bliska interakcjom Ojca Świętego z rozmaitymi delegacjami. Wtedy przyszła mi myśl: to jest duszpasterz. To jest biskup Kościoła zatroskany o każdego człowieka. Rzecz jasna, że biegła znajomość języków, doświadczenie misyjne, znajomości z biskupami i kurialistami bardzo pomagają. Wiem – a powiedział mi to jo jeszcze jako kardynał – że bardzo leży mu na sercu jakość życia zakonnego we współczesnym Kościele. On naprawdę wierzy, że zakony są sercem Kościoła i jeśli to serce cierpi na stan przedzawałowy, to cierpi całe ciało.
Leon XIV często mówi św. Augustynem. To tylko naturalny kod augustianina, czy także świadome lekarstwo na dzisiejszą sytuację świata i Kościoła?
Dla nas augustianów to zupełnie naturalne myśleć i mówić św. Augustynem. Augustyn jest dla nas tym, kim św. Tomasz dla dominikanów, a w mojej formacji zakonnej i teologicznej zalecano, żeby w każdym kazaniu powołać się na autorytet biskupa Hippony.
Proszę zwrócić uwagę, na korzenie genealogiczne Leona XIV. Matka była Kreolką, Ojciec Sycylijczykiem, babka i ojciec po stronie matki to byli mulaci o francuskich, hiszpańskich i afrykańskich korzeniach. Tak więc jest to niezwykły mix kulturowy zakorzeniony głęboko w Kościele katolickim, czyli powszechnym.
W przeciwieństwie do Tomasza Augustyn żył na przełomie epok. Na nim kończy się starożytność i zaczyna średniowiecze. Ale Augustyn jest też świadkiem końca epoki potęgi Imperium Romanum. Doświadczamy na naszych oczach pewnego kresu naszych Imperiów, o czym mówiłem w książce napisanej razem z Damianem Jankowskim: „Leon XIV. Papież na niespokojne czasy”. Otóż, uważam, że żyjemy u kresu Pax Americana, a także u kresu nowożytności. To jest oczywiście długi proces, ale na pewno do annałów odchodzi światowy porządek polityczny, jaki został skonstruowany po II wojnie światowej. Wielki amerykański gwarant pokoju już się takim nie jawi, co zresztą coraz bardziej wybija się w głosach politologów.
Średniowieczne wędrówki ludów, których świadkiem był Augustyn, też są paradygmatem naszych zmian kulturowych. Współczesne migracje to znak pewnej fluktuacji kultur. Proszę zwrócić uwagę, ilu cudzoziemców spotykamy na naszych ulicach i nikogo to już nie dziwi. Jeśli więc ktoś myśli, że jest w stanie urzędowo i przy pomocy aparatu państwowego zatrzymać współczesne migracje jest albo naiwnym człowiekiem, albo populistą, albo fanatykiem. Św. Augustyn był świadkiem upadku Imperium Romanum, a jednocześnie wielkim apologetą interkulturowego chrześcijaństwa. Papież Leon XIV doskonale to czuje i myślę, że w najbliższych latach będziemy wiele razy słyszeć cytaty ze św. Augustyna.
W Polsce św. Augustyn bywa sprowadzany do kilku szkolno-homiletycznych obrazków: późne nawrócenie, dziecko nad morzem i próba przelania morza do kałuży, „niespokojne jest serce nasze”… Czy Leon XIV może sprawić, że Augustyn stanie się postacią tej rangi, co św. Tomasz z Akwinu?
Augustyn nie jest łatwym pisarzem, jego styl kaznodziejski jest stylem oratorskim wzorowanym na Wergiliuszu, Horacym, Cyceronie i innych wielkich retorach starożytności i w przeciwieństwie do Tomasza nie jest teologiem systematycznym. Osobiście widzę w Polsce od lat wielkie zainteresowanie myślą Augustyna. Publikuje się coraz więcej jego tekstów. Ostatnio zespół filologów klasycznych pod kierunkiem prof. Przemysława Nehringa wydał na Uniwersytecie UMK w Toruniu monumentalne dzieło 5 tomów listów św. Augustyna, a one pozwalają nam zrozumieć rozwój myśli tego wielkiego konwertyty. Tak więc ten Augustyn jakoś zaczyna wędrować, fakt, że do elit, ale może dzięki Leonowi zawędruje też do ludzi o mniejszym wyrobieniu teologicznym i literackim.
W czym Leon XIV najbardziej przypomina papieża Franciszka, a w czym już teraz widać wyraźną różnicę?
Z jednej strony, ekscytacja tym, że papież założył na pierwsze błogosławieństwo komżę, mucet i tradycyjną stułę była nietrafna, bo to jest tylko decorum. Z drugiej, pamiętajmy, że kardynałowie nie wybrali następcy Franciszka, ale następcę św. Piotra, bo każdy papież jest właśnie Piotrem naszych czasów. Natomiast historia tak się układa, że pewne wyzwania, przed jakimi stawał papież Franciszek, trwają i one są podejmowane przez papieża Leona. Myślę tutaj chociażby o kwestii migracji, problemie eskalacji, pełzającej Trzeciej Wojny Światowej, ale też problemach natury ekologicznej.
Problemem są też wewnętrzne sprawy Kościoła jak chociażby kryzys katolicyzmu w Europie, spadek kandydatów do kapłaństwa, kryzys życia zakonnego wielu wspólnot, zarówno męskich jak i żeńskich. Te problemy sygnalizował już Franciszek i te kwestie podejmuje papież Leon. Tak więc nie mamy do czynienia z zerwaniem, ale wyraźną ciągłością, bo to przecież ciągle jest ten sam Kościół, głoszący ewangelię nadziei i Chrystusa zwycięzcę śmierci.
AI, Ameryka i moralny autorytet papieża
Imię Leon XIV od razu przywołało skojarzenie z nauczaniem społecznym Leona XIII. Czego Ojciec spodziewa się po pierwszej encyklice tego pontyfikatu (15 maja)? Czy jej założeniem będzie powtórzenie tezy Leona XIII, że są takie problemy społeczne, których ani żadne państwo, ani Kościół samodzielnie nie rozstrzygnie, że potrzeba tu współpracy?
Mamy już dwa tropy. Przede wszystkim – próbkę literacką i doktrynalną w postaci adhortacji “Dilexi Te”. Wspomniałem też o książce z czasów, gdy Leon XIV był przeorem generalnym augustianów, posiadająca w tytule piękny cytat z Reguły zakonnej św. Augustyna ”Wolni, utwierdzeni w łasce”. Nie chciałbym więc wróżyć czy przewidywać, o czym będzie pierwsza encyklika – nie mam też śmiałości napisać maila do Ojca Świętego w tej sprawie – (śmiech), ale…
…Coraz częściej mówi się, że pierwsza encyklika może dotyczyć sztucznej inteligencji i przemian technologicznych. Czy to byłby “temat Leona” społeczny, ale jednocześnie bardzo współczesny?
Skoro do młodzieży amerykańskiej, łącząc się na platformie streamingowej online, mówił o problemach mediów społecznościowych czy potrzebie przyswajania wiedzy w tradycyjny sposób, to może podejmie właśnie te kwestie. Nie tak dawno mówił księżom, aby nie polegali na sztucznej inteligencji przy pisaniu kazań, bo to zabija głębię Słowa Bożego. Więc może będzie to encyklika o AI właśnie? Tak mówią niektórzy dziennikarze.
Z jednej strony, ekscytacja tym, że papież założył na pierwsze błogosławieństwo komżę, mucet i tradycyjną stułę była nietrafna, bo to jest tylko decorum. Z drugiej, pamiętajmy, że kardynałowie nie wybrali następcy Franciszka, ale następcę św. Piotra, bo każdy papież jest właśnie Piotrem naszych czasów.
Żyjemy w czasach tak szybko postępującej rewolucji technologicznej, że czasem boimy się, jaki będzie świat, gdy nam to wszystko ktoś jakąś wojną wyłączy? Boimy się też poprawiania ludzkości, a przecież musimy pamiętać że AI już wkroczyło w sferę bioetyki. Medycy są np w stanie korygować łańcuch DNA człowieka. Powstają samochody autonomiczne i jest tylko kwestią czasu jak wielu ludzi straci tradycyjną pracę na skutek postępującej robotyzacji wielu gałęzi przemysłu. To są kolosalne wyzwania, które niektórzy starsi widzą, ale młode pokolenie czuje lepiej. I te różne światy i kultury technologiczne trzeba jakoś ze sobą godzić sięgając po to co jest niezmienne i żywe czyli Słowo Boże spajające Kościół i ludzi dobrej woli.
Katolicyzm w USA nie jest jednorodny, jest bardziej spolaryzowany niż w Polsce. Czy Leon XIV, pierwszy Amerykanin jako następca św. Piotra, jest w stanie pogodzić obie grupy?
Pierwszy raz pojechałem do USA w 1989, będąc po drugim roku studiów teologicznych. Doświadczyłem wtedy tych dwóch różnych prędkości Kościoła: tradycyjnego i otwartego. Jednocześnie w obu tych obozach była nieprawdopodobna praca świeckich. W Polsce wtedy było czymś niewyobrażalnym, aby w kurii biskupiej pracowali świeccy, a tam, nawet w konserwatywnej diecezji Providence, Rhode Island było to normą. We frakcjach otwartych świeccy byli z księżmi na “ty”, w konserwatywnych “per ksiądz”. Na ile znam papieża Leona, nie ma w nim tendencji do antagonizowania frakcji, ale raczej zachęcania do pracy na rzecz dobra wspólnego.
Dawno temu biskup Fulton Sheen, dziś kandydat na ołtarze przyrównał Kościół amerykański do Kościoła Laodycei z księgi Apokalipsy. I tam jest napisane: „Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości,i biedny i ślepy, i nagi”. To była prawda o Kościele w Ameryce, który bardzo mocno zmienia się w perspektywie doktryny teologicznej, jak i społecznej. Dzieje się to dzięki nowym nominacjom biskupim, które są jasnym sygnałem, w jakim kierunku prowadzi Kościół obecny papież.
A tak na marginesie, czy ten cytat z Apokalipsy nie odnosi się dzisiaj do Kościoła w Polsce? My też mamy swoje lekcje do odrobienia i to naprawdę bardzo poważne.
Massimo Franco opisał relację USA-Watykan jako spotkanie dwóch „imperiów równoległych”. Dziś na ich czele stoją dwaj Amerykanie: Donald Trump i Leon XIV. Jak Ojciec czyta niewątpliwy spór pomiędzy nimi?
Tutaj mogę powołać się na samego papieża, a nie na moje osobiste wyczucie tematu. Przede wszystkim to Ojciec święty został zaatakowany przez prezydenta Trumpa. A Ojciec święty ze spokojem odpowiedział „Nie jestem politykiem. Mówię o Ewangelii”.
Trump obraził papieża mówiąc, że on jest słaby. Tymczasem to sam Trump okazał się słaby, co widać chociażby po fiasku wojny z Iranem. Świetnie to określił biskup Antonio Staglianò, w artykule „Trzeźwy Pasterz i pijany król”. Papież Leon jest pasterzem wielkiej trzeźwości umysłu i stoi po stronie prawdy. To tyle jeśli chodzi o spór. Natomiast w kwestii dwóch Amerykanów na czele dwóch imperiów to powtórzę: z jednej strony widzimy schyłek Pax Americana. A z drugiej, Papież Leon XIV jeszcze jako zakonnik nigdy nie obnosił się swoją amerykańskością. On był i jest wszystkim dla wszystkich. Dotykał biedy, ale też nie gardził ludźmi bogatymi.
I na koniec lżej: gdy Leon XIV przyjedzie do Polski, prawdopodobnie w 2028 roku, czy Ojciec już szykuje się do roli papieskiego tłumacza?
Kilkukrotnie byłem już tłumaczem o. Roberta Prevosta w czasie jego wielu wizyt w Polsce. Znam biegle angielski, chociaż znam swoje miejsce w szeregu. Odpowiem dykteryjką. Ojciec Edward Daleng, nigeryjski augustianin, po wielu latach pracy w Rzymie miał wracać do Nigerii. Walizki już były spakowane, bilet kupiony i na dzień przed wyjazdem odebrał telefon od papieża. Ojciec święty poprosił go zaprosił go do siebie i poprosił, aby został vice-regensem Domu Papieskiego.
Tak więc papieżowi się nie odmawia.
rozmawiał: ks. Przemysław Śliwińsk/Stacja 7.pl
o. Wiesław Dawidowski OSA – augustianin, doktor teologii fundamentalnej, duszpasterz i publicysta. Od 2004 roku związany jest z anglojęzycznym duszpasterstwem cudzoziemców w Warszawie, którego jest rektorem; w 2024 roku został mianowany Krajowym Dyrektorem Duszpasterstwa Migrantów przy KEP. W latach 2012-2021 był przełożonym prowincjalnym augustianów w Polsce, a wcześniej współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Osobiście poznał i pracował z o. Robertem Prevostem, późniejszym biskupem i kardynałem, dziś papieżem Leonem XIV.
***
Leon XIV w rocznicę wyboru u Matki Bożej w Pompejach: Tu miłość dokonuje cudów
Vatican Media
***
Bądźcie ludźmi modlitwy, aby odbijać światło pochodzące od Boga. W ten sposób staniecie się, poprzez służbę, dialog i życie wiary, wiarygodnymi wzorami oraz mądrymi przewodnikami młodzieży – mówił Leon XIV do osób zaangażowanych w dzieła charytatywne w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Przybył tu w pierwszą rocznicę swego wyboru na Stolicę Piotrową.
Rocznica i szczególny dzień
Równo o godz. 8.00 rano Papież helikopterem wyleciał do Pompejów. Po około godzinie podróży przybył do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. To dzień szczególny – rocznica jego wyboru na Papieża, a także dzień odmawiania supliki do Matki Bożej Pompejańskiej.
W tym kontekście spotkanie z osobami zaangażowanymi w dzieła charytatywne Sanktuarium w Pompejach nabiera szczególnego znaczenia. „Bardzo się cieszę ze spotkania” – powiedział Ojciec Święty do osób objętych pomocą, zakonników, wychowawców i wolontariuszy.
Śladami św. Bartola Longa
„Cieszę się, że mogę rozpocząć tę Wizytę Duszpasterską śladami św. Bartola Longa, którego miałem radość kanonizować 19 października ubiegłego roku. Nazywał on Dolinę Pompejów ‘miejscem miłości, która ogrzewa serce’, ‘triumfem wiary i miłości bliźniego’ – cnót, które określał jako ‘dwa skrzydła złączone w jednym locie’” – dodał Ojciec Święty w pozdrowieniu.
Jak stwierdził, tutaj, w Pompejach „Świątynia Miłości” i „Świątynia Wiary” wzajemnie się wspierają. „Modlitwa podtrzymuje gościnność, serdeczność, służbę i hojność tak wielu osób – w ośrodkach wychowawczych, domach rodzinnych oraz w jadłodajni dla ubogich, noszącej imię papieża Franciszka. A miłość dokonuje cudów, które wykraczają daleko poza wszelki wysiłek i oczekiwania: w ciałach cierpiących, a jeszcze bardziej w duszach” – podkreślił Ojciec Święty.
Od nędzy do nadziei
Przypomniał, że kiedy św. Bartolo po raz pierwszy przybył do Doliny Pompejów, zastał ziemię dotkniętą wielką nędzą, zamieszkaną przez nielicznych bardzo ubogich rolników, nawiedzaną przez malarię i bandytów. „Potrafił jednak dostrzec w każdym oblicze Chrystusa: w dorosłych i dzieciach, a szczególnie w sierotach i dzieciach więźniów, którym swoją czułością pozwalał odczuć bicie serca Boga” – wskazał Leon XIV.
Miłość, która przemienia
Przekonywał, że miłość może prowadzić ku dobru „nawet najbardziej trudnych chłopców i dziewczęta, oraz że w każdej dziedzinie działania tylko miłość bliźniego zapewnia zwycięstwa pewne, wielkie i trwałe.”
Dzięki temu utworzył tu centrum życia chrześcijańskiego i pobożności wobec Najświętszej Maryi Panny, znane na całym świecie.
Papież zaznaczył, że podstawą tego dzieła jest modlitwa, zwłaszcza Różaniec Święty, który jest „ukrytym motorem, który czyni możliwym całą resztę.” Papież zachęcił zatem do podtrzymywania i szerzenia tej modlitwy, dzięki której, kontemplując tajemnice życia Jezusa prostymi i macierzyńskimi oczami Maryi, „to, czego On dokonał”, przenika do naszych serc i przemienia nasze życie.
Program życia
„Niech to będzie wasz program życia: być ludźmi modlitwy, aby niczym czyste i pokorne zwierciadła odbijać światło pochodzące od Boga. W ten sposób będziecie podtrzymywać gestami i słowami płomień miłości rozpalony przez św. Bartola i staniecie się, poprzez służbę, dialog i życie wiary, wiarygodnymi wzorami oraz mądrymi przewodnikami dla tej wspaniałej młodzieży” – mówił Ojciec Święty do duszpasterzy, opiekunów i wychowawców.
A podopiecznych zachęcił do zaufania Jezusowi – „Przyjacielowi, który nigdy nas nie opuszcza ani nie odrzuca; Bratu, który nas rozumie i zawsze idzie z nami.”
Wojciech Rogacin/VATICANNEWS.VA
***
Papież Leon XIV zawierzył się Maryi, prosi o różaniec za rodziny i pokój
Zostałem wybrany na Następcę Piotra w dzień Supliki do Matki Bożej Różańcowej z Pompejów. Musiałem więc tu przybyć, aby powierzyć moją posługę opiece Najświętszej Dziewicy – powiedział Leon XIV podczas Mszy przed sanktuarium maryjnym w Pompejach. Opierając się na nauczaniu św. Jana Pawła II i św. Bartłomieja Longo, założyciela sanktuarium, przypomniał o znaczeniu modlitwy różańcowej. Prosił, by na różańcu modlić się w szczególności za rodziny i o pokój.
Vatican Media
***
Leon ponawia apel Jana Pawła II: głośmy Chrystusa
Leon XIV zwrócił uwagę na szczególną wymowę tego sanktuarium, którego budowa rozpoczęła się przed 150 laty, w miejscu, gdzie w 79 r. erupcja Wezuwiusza pogrzebała pod popiołem ślady wielkiej cywilizacji. Papież przywołał słowa, które w tym samym miejscu powiedział w 2003 r. Jan Paweł II: „Dzisiaj podobnie, jak w czasach starożytnych Pompejów, konieczne jest głoszenie Chrystusa społeczeństwu, które oddala się od wartości chrześcijańskich, a nawet traci o nich pamięć”.
„Zdrowaś Maryjo” przenosi nas do chwili Zwiastowania
Papież zauważył, że różaniec, oparty na modlitwie „Zdrowaś Maryjo” przenosi nas do chwili Zwiastowania, kiedy Słowo Boże stało się ciałem w łonie Maryi. „Z tego łona promieniuje Światło, które nadaje pełny sens historii i światu. Pozdrowienie, które anioł Gabriel kieruje do Dziewicy, jest zaproszeniem do radości: ‘Bądź pozdrowiona, łaski pełna’. Tak, ‘Zdrowaś Maryjo’ jest zaproszeniem do radości: Gabriel mówi do Maryi, a w Niej do nas wszystkich, że na gruzach naszego człowieczeństwa, dotkniętego grzechem i dlatego zawsze skłonnego do nadużyć, ucisku i wojen, zstąpiła czułość Boga, czułość miłosierdzia, która w Jezusie przybiera ludzkie oblicze”.
Jezus widziany oczami i sercem Matki, wyżyny kontemplacji
Leon XIV zauważył, że ten historyczny moment Wcielenia ma w sobie słodycz i moc, które przyciągają serce i prowadzą je na wyżyny kontemplacji, z której rodzi się różaniec. Powtarzana w niej modlitwa „Zdrowaś Maryjo” jest niczym echo pozdrowienia Gabriela, które przetrwało wieki i kieruje wzrok ku Jezusowi widzianemu oczami i sercem Matki. „Jezus jest adorowany, kontemplowany, przyswajany w każdej z Jego tajemnic, abyśmy wraz ze św. Pawłem mogli powiedzieć: ‘Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus’ (Ga 2,19)”.
Wyznanie miłości, które prowadzi do Jezusa
Ojciec Święty powiedział, że modlitwę „Zdrowaś Maryjo” można też postrzegać jako wyznanie miłości, „kocham Cię”, które po paciorkach różańca prowadzi nas do Jezusa i Eucharystii. Jak mówił bowiem św. Bartłomiej, „Eucharystia jest żywym różańcem, a wszystkie tajemnice odnajdują się w Najświętszym Sakramencie w formie aktywnej i żywej”. Potwierdził to również Jan Paweł II, kiedy nauczał, że różaniec ma charakter maryjny, ale jego serce jest chrystologiczne i eucharystyczne.
Modlitwa, która była ochroną dla wielu pokoleń wierzących
Papież przypomniał, że „pokolenia wierzących zostały ukształtowane i strzeżone przez tę modlitwę, prostą i ludową, a jednocześnie zdolną do mistycznych wyżyn i będącą skarbnicą najbardziej istotnej teologii chrześcijańskiej. Cóż bowiem jest bardziej istotnego niż tajemnice Chrystusa, niż Jego święte Imię, wymawiane z czułością Dziewiczej Matki? To w tym Imieniu, i w żadnym innym, możemy być zbawieni (por. Dz 4,12)”.
Jak w Wieczerniku, przypomnieć sobie Jezusa
Leon XIV zauważył, że różaniec przenosi nas do Domu w Nazarecie, a także do Wieczernika, gdzie po wniebowstąpieniu Maryja i Apostołowie oczekiwali na zstąpienie Ducha Świętego, a zarazem starali się przypomnieć sobie wszystkie chwile z życia Jezusa. „Żaden szczegół nie mógł im umknąć! Wszystko należało zapamiętać, przyswoić, naśladować. Tak rodzi się droga kontemplacyjna Kościoła, której, podobnie jak rok liturgiczny, różaniec oferuje syntezę w codziennej medytacji świętych tajemnic. Słusznie różaniec został uznany za kompendium Ewangelii, które św. Jan Paweł II chciał uzupełnić Tajemnicami Światła”.
Papież podkreślił, że odmawianie różańca jest źródłem miłości, kieruje nasz wzrok na potrzeby świata. Świadczą o tym dzieła charytatywne, które powstały przy sanktuarium w Pompejach.
Módlcie się za rodziny i o pokój
Jak Jan Paweł II, tak i Leon XIV w sposób szczególny zachęcił wiernych, by modlili się w dwóch intencjach: za rodzinę, która odczuwa osłabienie więzi małżeńskich, oraz o pokój, któremu zagrażają napięcia międzynarodowe i ekonomia, przedkładająca handel bronią na poszanowanie ludzkiego życia. Trwające w wielu regionach świata wojny – powiedział Papież – wymagają nie tylko nowego zaangażowania ekonomicznego i politycznego, ale również duchowego. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują media.
Wierzmy w Jezusa i w Nim pokładajmy nadzieję
Niech za wstawiennictwem Maryi, „wszechmocnej dzięki łasce” – mówił Papież – „od Boga pokoju spłynie obfity strumień miłosierdzia, który dotknie serca, uciszy urazy i bratnią nienawiść, oświeci tych, którzy ponoszą szczególną odpowiedzialność za rządzenie. Bracia i siostry, żadna ziemska potęga nie zbawi świata, ale tylko Boska moc miłości, którą Jezus, Pan, nam objawił i darował. Wierzmy w Niego, pokładajmy w Nim nadzieję, naśladujmy Go!”
Drodzy bracia i siostry!
„Wielbi dusza moja Pana”. Te słowa, którymi odpowiedzieliśmy na pierwsze czytanie, płyną z serca Dziewicy Maryi, gdy przedstawia Elżbiecie owoc swojego łona, Jezusa, Zbawiciela. Po niej będą śpiewać dla Chrystusa Zachariasz, ojciec Jana Chrzciciela, oraz starzec Symeon. Te trzy kantyki wyznaczają każdego dnia uwielbienie Kościoła w Liturgii Godzin. Są one spojrzeniem starożytnego Izraela, który widzi wypełnienie swoich obietnic; są spojrzeniem Kościoła-Oblubienicy, spoglądającej ku swojemu Boskiemu Oblubieńcowi; są one niejako spojrzeniem całej ludzkości, która znajduje odpowiedź na swoje pragnienie zbawienia.
Sto pięćdziesiąt lat temu, kładąc kamień węgielny pod to Sanktuarium, w miejscu, gdzie erupcja Wezuwiusza w 79 roku po Chrystusie pogrzebała pod popiołem ślady wielkiej cywilizacji, chroniąc je przez wieki, św. Bartłomiej Longo wraz ze swoją żoną, hrabiną Marianną Farnararo De Fusco, położył podwaliny nie tylko pod świątynię, ale pod całe miasto maryjne. W ten sposób wyrażał świadomość Bożego planu, który św. Jan Paweł II, przemawiając w tym miejscu łaski 7 października 2003 r., na zakończenie Roku Różańca, ponownie przedstawił na Trzecie Tysiąclecie, w perspektywie nowej ewangelizacji: „Dziś – mówił- tak jak w czasach starożytnych Pompejów, trzeba głosić Chrystusa społeczeństwu, które odchodzi od wartości chrześcijańskich, a nawet traci o nich pamięć”.
Dokładnie rok temu, kiedy powierzono mi posługę Następcy św. Piotra, był to właśnie dzień Supliki do Matki Bożej. Ten piękny dzień Supliki do Matki Bożej Różańcowej z Pompei. Musiałem więc przybyć tutaj, aby powierzyć moją posługę opiece Najświętszej Dziewicy. Wybór imienia Leon stawia mnie ponadto na śladach Leona XIII, który miał między innymi zasługę rozwijania obszernego nauczania o Różańcu. Do tego dochodzi niedawna kanonizacja św. Bartłomieja Longo, apostoła Różańca. Ten kontekst daje nam klucz do refleksji nad właśnie wysłuchanym Słowem Bożym.
Ewangelia o Zwiastowaniu wprowadza nas w moment, w którym Słowo Boże staje się ciałem w łonie Maryi. „Z tego łona promieniuje Światło, które nadaje pełny sens historii i światu. Pozdrowienie, które anioł Gabriel kieruje do Dziewicy, jest zaproszeniem do radości: «Bądź pozdrowiona, łaski pełna» (Łk 1,28; por. Sof 3,14). Tak, «Zdrowaś Maryjo» jest zaproszeniem do radości: Gabriel mówi do Maryi, a w Niej do nas wszystkich, że na gruzach naszego człowieczeństwa, dotkniętego grzechem i dlatego zawsze skłonnego do nadużyć, ucisku i wojen, zstąpiła czułość Boga, czułość miłosierdzia, która w Jezusie przybiera ludzkie oblicze. Maryja staje się w ten sposób Matką miłosierdzia. Jako uczennica Słowa i narzędzie Jego wcielenia, naprawdę objawia się jako „pełna łaski”. Wszystko w Niej jest łaską! Ofiarowując Słowu swoje ciało, staje się ona również, jak naucza Sobór Watykański II na podstawie św. Augustyna, „matką członków (Chrystusa) … ponieważ swoją miłością współdziała w tym, aby wierni, którzy są członkami owej Głowy, rodzili się w Kościele” (Konst. dogm. Lumen gentium, 53; por. św. Augustyn, De S. Virginitate, 6). W „Oto ja” Maryi rodzi się nie tylko Jezus, ale także Kościół, a Maryja staje się jednocześnie Matką Boga – Theotòkos – i Matką Kościoła.
Wielka tajemnica! Wszystko dzieje się w mocy Ducha Świętego, który okrywa cieniem Maryję i czyni jej dziewicze łono płodnym. Ten moment historii ma w sobie słodycz i moc, które przyciągają serce i prowadzą je na tę kontemplacyjną wysokość, na której rodzi się modlitwa Różańca Świętego. Modlitwa ta, która powstała i stopniowo rozwijała się w drugim tysiącleciu, ma swoje korzenie w historii zbawienia, a jej preludium stanowi właśnie pozdrowienie Anioła Pańskiego skierowane do Dziewicy. „Ave Maria”! Powtarzanie tej modlitwy w Różańcu jest jak echo pozdrowienia Gabriela, echo, które przetrwało wieki i kieruje wzrok wierzącego ku Jezusowi, widzianemu oczami i sercem Matki. Jezus jest adorowany, kontemplowany, przyswajany w każdej z Jego tajemnic, abyśmy wraz ze św. Pawłem mogli powiedzieć: «Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus» (Ga 2,19)”.
Poprzedzona głoszeniem Słowa Bożego, osadzona między „Ojcze nasz” a „Chwała Ojcu”, modlitwa „Zdrowaś Maryjo”, powtarzana w Różańcu, jest aktem miłości. Czyż nie jest cechą miłości powtarzanie niestrudzenie: „Kocham cię”? Akt miłości, który na paciorkach różańca, jak dobrze widać na obrazie maryjnym w tym Sanktuarium, prowadzi nas do Jezusa i do Eucharystii, „źródła i zarazem szczytu całego życia chrześcijańskiego” (Lumen gentium, 11). Był o tym przekonany św. Bartołomiej Longo, pisząc: „Eucharystia jest żywym Różańcem, a wszystkie tajemnice odnajdują się w Najświętszym Sakramencie w formie aktywnej i żywej” (Różaniec i Nowa Pompeja, 1914, s. 86). Miał rację. W Eucharystii wszystkie tajemnice życia Chrystusa odnajdują się, że tak powiem, skoncentrowane w pamiątce Jego ofiary i w Jego rzeczywistej obecności. Różaniec ma charakter maryjny, ale jego serce jest chrystologiczne i eucharystyczne (por. List apostolski Rosarium Virginis Mariae, 1). Jeśli Liturgię Godzin wyznacza rytm uwielbienia Kościoła, to Różaniec wyznacza rytm naszego życia, nieustannie przywracając je do Jezusa i Eucharystii.
Pokolenia wierzących zostały ukształtowane i strzeżone przez tę modlitwę, prostą i ludową, a jednocześnie zdolną do mistycznych wyżyn i będącą skarbnicą najbardziej istotnej teologii chrześcijańskiej. Cóż bowiem jest bardziej istotnego niż tajemnice Chrystusa, niż Jego święte Imię, wymawiane z czułością przez Dziewicę Maryję? To właśnie w tym Imieniu, i w żadnym innym, możemy być zbawieni (por. Dz 4,12). Powtarzając je w każdym Zdrowaś Maryjo, w pewien sposób doświadczamy domu w Nazarecie, niemal ponownie słysząc głos Maryi i Józefa w długich latach, kiedy Jezus mieszkał z nimi. Doświadczamy również Wieczernika, gdzie apostołowie wraz z Maryją oczekiwali na zstąpienie Ducha Świętego. Właśnie to wskazało nam pierwsze czytanie. Jak nie pomyśleć, że w tym czasie między Wniebowstąpieniem a Pięćdziesiątnicą Maryja i apostołowie prześcigali się w przypominaniu sobie różnych momentów życia Jezusa? Żaden szczegół nie mógł im umknąć! Wszystko należało zapamiętać, przyswoić, naśladować. Tak rodzi się droga kontemplacyjna Kościoła, której, podobnie jak rok liturgiczny, różaniec oferuje syntezę w codziennej medytacji świętych tajemnic. Słusznie różaniec został uznany za kompendium Ewangelii, które św. Jan Paweł II chciał uzupełnić Tajemnicami Światła”. Również ten wymiar był bardzo żywy u św. Bartłomieja Longo, który oferował pielgrzymom głębokie medytacje, aby uchronić Różaniec przed pokusą mechanicznego odmawiania i zapewnić mu biblijny, chrystologiczny i kontemplacyjny charakter, który powinien go cechować.
Siostry i bracia, jeśli Różaniec jest „odmawiany” i, ośmielę się powiedzieć, „celebrowany” w ten sposób, to jest on również, co wynika z tego naturalnie, źródłem miłości. Miłość do Boga, miłość do bliźniego: dwie strony tego samego medalu, jak przypominało nam drugie czytanie, zaczerpnięte z Pierwszego Listu św. Jana, kończące się wezwaniem: „nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1 J 3,18). Dlatego św. Bartłomiej Longo był apostołem Różańca, a jednocześnie apostołem miłosierdzia. W tym maryjnym mieście przyjmował sieroty i dzieci więźniów, ukazując odradzającą moc miłości. Tutaj również dzisiaj najmłodsi i najsłabsi są przyjmowani i otoczeni opieką w dziełach Sanktuarium. Różaniec kieruje nasz wzrok na potrzeby świata, jak podkreślała List apostolski Rosarium Virginis Mariae, proponując w szczególności dwie intencje, które pozostają niezwykle aktualne: rodzina, która odczuwa osłabienie więzi małżeńskiej, oraz pokój, zagrożony przez napięcia międzynarodowe i gospodarkę, która przedkłada handel bronią nad poszanowanie życia ludzkiego.
Kiedy św. Jan Paweł II ogłosił Rok Różańca – w przyszłym roku minie ćwierć wieku – chciał go w szczególny sposób powierzyć opiece Matki Bożej z Pompei. Od tamtej pory czasy się nie poprawiły. Wojny, które wciąż toczą się w wielu regionach świata, wymagają nie tylko nowego zaangażowania ekonomicznego i politycznego, ale również duchowego. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują media.
Pokój rodzi się w sercu. Ten sam Papież w październiku 1986 r. zgromadził w Asyżu przywódców głównych religii, zapraszając wszystkich do modlitwy o pokój. Przy różnych okazjach, również niedawno, zarówno papież Franciszek, jak i ja prosiliśmy wiernych na całym świecie o modlitwę w tej intencji. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują nam media. Z tego sanktuarium, którego fasadę św. Bartłomiej Longo zaprojektował jako pomnik pokoju, dziś z wiarą wznosimy nasze błaganie. Jezus powiedział nam, że modlitwa pełna wiary może wszystko wyjednać (por. Mt 21,22). A św. Bartłomiej Longo, myśląc o wierze Maryi, nazywa ją „wszechmocną dzięki łasce”. Niech za jej wstawiennictwem od Boga pokoju spłynie obfity strumień miłosierdzia, który dotknie serca, uciszy urazy i braterską nienawiść, oświeci tych, którzy ponoszą szczególną odpowiedzialność sprawowania władzy.
Bracia i siostry, żadna ziemska potęga nie zbawi świata, ale tylko boska moc miłości. Ta boska moc miłości, którą Pan Jezus nam objawił i podarował. Wierzmy w Niego, pokładajmy w Nim nadzieję, naśladujmy Go!
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
„Brat Różaniec” i niezwykła historia Nowenny Pompejańskiej
Oprac. PCh24.pl
***
„Niezbadane są wyroki Boskie” ten znany cytat z listu św. Pawła do Rzymian przychodzi na myśl, kiedy poznajemy historię powstania Nowenny Pompejańskiej i cudów jakie Matka Boża dokonuje za jej pomocą. Czy potrafimy ogarnąć rozumem to, że podobnie jak Chrystus na głosiciela Ewangelii na cały ówczesny świat wybrał swojego prześladowcę Szawła, tak Maryja na propagatora na cały współczesny świat swojej „Nowenny nie do odparcia” wybrała satanistę Bartłomieja?
Brat Różaniec
Autorem pierwotnej wersji nowenny pompejańskiej jest włoski prawnik Bartłomiej Longo (1841 – 1926). Choć jego rodzice byli ludźmi pobożnymi i w domu został wychowany po katolicku, to podczas studiów prawniczych w Mediolanie dał się zwieść, toksycznej dla duszy, ideologii masońskiej. Jego odstępstwo od wiary było tak głębokie, że przez pewien okres pełnił nawet wysokie funkcje w sekcie satanistycznej. To doprowadziło go niemal do obłędu. Pewnej nocy, udręczony szatańskim nękaniem, niespodziewanie usnął jak małe dziecko. Wówczas ukazał mu się jego ojciec. Jego twarz była bardzo smutna. Poprosił syna tylko o jedno – aby wrócił do Boga. Ten sen tak mocno wstrząsnął młodym studentem prawa, że szczerze zapragnął nawrócenia.
Wówczas z pomocą przyszedł mu jego wykładowca prof. Vincenzo Pepe, człowiek głęboko wierzący, który pomógł mu odzyskać wiarę. Bartłomiej trafił pod duchową opiekę wybitnych kapłanów m.in. ojca Ludovica z Casorii (kanonizowany w roku 2014). Inny jego kierownik duchowy i spowiednik, ojciec Albert Radente, przyjął go do trzeciego zakonu dominikańskiego. Młody prawnik, wyrwany z szatańskich sideł, wybrał sobie imię zakonne „Rosario”, czyli Różaniec. O. Albert wiele modlił się za swojego podopiecznego. Któregoś razu podczas takiej modlitwy usłyszał w duszy, że Bartłomiej dokona wielkich duchowych dzieł. Dominikanin nie omieszkał mu tego powiedzieć. Rosario zaczął od dzieła pomocy biednym i chorym. Jako, że posługiwał w przytułkach przy łóżkach chorych z zawieszonym na szyi różańcem, nazwano go „brat Różaniec”.
Choć Bartłomiej Longo zerwał kontakty z organizacjami, które służą złu i radykalnie zmienił swoje życie, to dawne demony wciąż nie dawały mu spokoju. „Pomimo pokuty wciąż gnębiła mnie myśl, że należę do szatana i nadal jestem jego niewolnikiem, a on oczekuje na mnie w piekle. Rozważając to popadłem w rozpacz i byłem bliski samobójstwa. Wtedy usłyszałem w moim sercu echo słów ojca Alberta, powtarzającego za Maryją: „Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony.” Te słowa oświeciły moją duszę” – tak brat Rosario opisał przełomową chwilę swojego życia. Zbawienny głos zabrzmiał w jego sercu, kiedy przebywał, w sprawach służbowych, w Pompejach, słynnych z tragicznego wybuchu wulkanu Wezuwiusz, co miało swój czas w roku 79 po narodzeniu Chrystusa.
Kościół Różańca
Brat Rosario chodził po wsi, zwanej przez jej mieszkańców Nowe Pompeje i myślał jakby mógł propagować modlitwę różańcową na większą niż dotychczas skalę. To wówczas przyszła mu do głowy myśl, żeby zbudować w Pompejach kościół poświęcony Matce Bożej Różańcowej, który byłby centrum szerzenia Różańca. W Nowych Pompejach funkcjonowała podupadła parafia, która posiadała mały, chylący się ku ruinie kościółek. Bartłomiej postanowił więc nie czekać ani chwili. Z pomocą miejscowego proboszcza udało mu się uzyskać pozwolenie na budowę i zaraz potem zaczął realizować swój pomysł wzniesienia nowej, pięknej świątyni. Zamieszkał w Nowych Pompejach, żeby osobiście nadzorować budowę. Wówczas była to mała wioska na skraju pustkowia zastygłej lawy, która zatopiła wszystkie budynki starożytnej Pompei.
Stare Pompeje były siedliskiem rozpusty. Świadczą o tym odkrycia archeologiczne. Funkcjonowało tu m.in. 25 domów publicznych. Zniszczenie Pompei wskutek erupcji Wezuwiusza ówczesna rzymska wspólnota chrześcijan widziała jako karę Bożą. Bartłomiej Longo miał świadomość, że budowa w tym miejscu świątyni poświęconej Matce Bożej równa się oddaniu tej ziemi Jej królowaniu i jest w pewnym sensie ekspiacją za popełnione tu grzechy.
Cud budowy
W budowie, która rozpoczęła się w 1876 roku, pomagali prawie wszyscy mieszkańcy wsi. Fundusze zebrane na wzniesienie kościoła, który miał pomieścić dwa tysiące osób, były skromne, jednak Maryja czuwała nad tym dziełem. Znalazła wybitnego architekta, który tak zapalił się ideą budowy świątyni dla chłopów i wszystkich ludzi ubogich, że projekt wykonał za darmo. W ciągu 15 lat ciężkiej pracy, powstała w Nowych Pompejach przepiękna świątynia, która później stała się Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. W 1894 roku Bartłomiej Longo podarował kościół w Pompejach papieżowi Leonowi XIII, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny papież). Leon XIII 4 maja 1901 roku podniósł kościół do godności bazyliki papieskiej.
Obraz zamiast porady
W bazylice, w ołtarzu głównym, znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Pompejańskiej. Obraz przedstawia Matkę Bożą siedzącą na tronie z Dzieciątkiem Jezus na kolanach. U Jej stóp, po lewej stronie, klęczy św. Dominik, a po prawej św. Katarzyna ze Sieny. Niezwykła jest historia tego malowidła. W roku 1875 Bartłomiej Longo udał się do Neapolu z zamiarem zakupienia obrazu Matki Bożej Różańcowej do nowego kościoła, w którym w tym czasie odbywały się misje. Po poradę w sprawie tego zakupu udał się do znajomej siostry Marii Concetty de Litalla. Ta zamiast porady dała mu obraz. Otrzymała go od o. Alberta Radente, kierownika duchowego brata Różańca. Obraz był w koszmarnym stanie – zniszczony, popękany i podziurawiony, w niektórych miejscach farba się wykruszyła, natomiast w górnej części obrazu brakowało fragmentu płótna. Bartłomiej, gdy go ujrzał, „załamał ręce”. Jednak za namową siostry Marii, która powiedziała mu, że dzięki temu wizerunkowi Maryi, wiele osób dostąpi łask Bożych, postanowił go przygarnąć. Malowidło udało się doprowadzić do pięknego stanu. Dziś znają go katolicy na całym świecie.
Tak powstawała Nowenna Pompejańska
Podczas budowy kościoła powstała pierwsza wersja Nowenny Pompejańskiej. W dramatycznych dla siebie okolicznościach utworzył ją Bartłomiej Longo. Zachorował na dur brzuszny, a lekarze stwierdzili, że medycyna nie może mu pomóc. Wtedy Bartłomiej rozpoczął błagalną modlitwę różańcową, odmawiając 15 tajemnic dziennie. Po dziewięciu dniach stał się cud – Matka wysłuchała swego oddanego sługę i przywróciła mu zdrowie. Wówczas Longo z sercem przepełnionym wdzięcznością przez kolejnych dziewięć dni modlił się 15 tajemnicami dziennie. Tak więc w pierwszej wersji Pompejankę odmawiało się przez 18 dni.
Początkiem historii powstania obecnej wersji nowenny, którą wierni modlą się dziś na całym świecie i za pośrednictwem Maryi upraszają przez nią u Boga wielu łask, był mały maryjny medalik. „Pan Mariano Rosati, gorliwy pomocnik w budowie świątyni, przybył do mnie i poprosił o poświęcony medalik Matki Bożej Pompejańskiej. Chciał go wręczyć swojemu przyjacielowi, doktorowi Belmontemu dla jego ciężko chorej pacjentki, Fortunatiny Agrelli” – dowiadujemy się z fragmentu książki pt. „Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach”, którą napisał Bartolo Longo. Brat Różaniec miał wówczas przeczucie, że pompejański medalik, kiedy trafi do panny Agrelli, może bardzo wiele zdziałać. Nie spodziewał się jednak – jak wiele.
„Jeżeli Najświętsza Panna Pompejańska uzdrowi pannę Agrelli, to do grona jej czcicieli na pewno dołączy wielu neapolitańczyków. Ojciec chorej ma sporo przyjaciół. Wyślę jej także książeczkę z nowenną, niech rodzina się modli, a obrazek Matki Bożej Pompejańskiej niech zawieszą nad łóżkiem chorej” – w ten sposób Bartłomiej, we wspomnianej książce, odtworzył swój błogosławiony ciąg myśli. Obrazek miał wisieć „nad łóżkiem chorej” gdyż choroba była tak daleko posunięta, że Fortunatina nie dała rady z niego wstać.
Prośba do Matki
Wszystkie podarunki z Pompei szybko dotarły do chorej Natiny, jak ją nazywali bliscy. Gdy je otrzymała poczuła w sercu ulgę i radość. Będąc pod wpływem tych uczuć, postanowiła skierować do Maryi pisemną prośbę o uzdrowienie. „Ciężko chora Fortunatina Agrelli prosi o uzdrowienie Najświętszą Pannę Różańcową w Pompejach. Jeżeli zostanie wysłuchana, przyrzeka osobiście przybyć do Pompejów, złożyć swoje podziękowanie i przekazać ofiarę na Jej kościół” – napisała do Matki Bożej Natina. Pan Rosati odesłał ten list do Pompejów, Bartolo Longo złożył go na ołtarzu u stóp Madonny, a Fortunatina i cała jej rodzina rozpoczęła, ułożoną przez Bartłomieja, nowennę w intencji odzyskania zdrowia.
Niezwykła wizyta
Po kilku dniach kuracji intensywną modlitwą Matka Boża postanowiła osobiście odwiedzić swoją „pacjentkę”, gdyż miała jej coś bardzo ważnego do przekazania. Ukazała się Natinie z dzieciątkiem Jezus na kolanach i różańcem w dłoni. „Gdy ją ujrzałam, natychmiast uczyniłam znak krzyża… piękno Maryi i wspaniałość nieba mnie zachwyciły. Maryja patrzała na mnie czułym, macierzyńskim wzrokiem. Wzbudziło to moje zaufanie i zaczęłam ją błagać: Królowo Różańca Świętego w Pompejach, udziel mi łaski zdrowia! Już złożyłam Ci tę prośbę, odmówiłam nowennę, ale nie doświadczyłam jeszcze Twojego miłosierdzia. O Maryjo, dotąd nie wyświadczyłaś mi jeszcze żadnej łaski. Chcę być zdrowa!” – ze szczerego serca powiedziała Natina. Maryja odpowiedziała jej bez zwłoki: „Modliłaś się do mnie pod różnymi wezwaniami i zawsze odbierałaś łaski. Teraz, gdy mnie wzywasz pod imieniem Królowej Różańca Świętego z Pompejów, które mi jest bliższe ponad wszystkie inne, nie mogę ci odmówić. Odpraw trzy nowenny, oddawaj mi cześć, a wyzdrowiejesz” – obiecała chorej Maryja.
Wiara i uzdrowienie
Po dwóch tygodniach Matka Boża znów ukazała się cierpiącej dziewczynie i oznajmiła jej „Ponieważ znosiłaś chorobę z poddaniem się woli Bożej, Bóg udzieli ci tej łaski na Moją prośbę. W 26 dniu tego miesiąca zostaniesz uzdrowiona z porażenia. 30 kwietnia ustaną wszystkie inne cierpienia. Od tego dnia będziesz mogła chodzić. Kiedy znów staniesz na nogi, uklęknij i odmów trzy razy Zdrowaś, Maryjo w podziękowaniu. Zanim upłynie maj, wyjdziesz z domu”. Dokładnie tak właśnie się stało. Zanim odeszła, dodała głosem pełnym przychylności i dobroci „Ktokolwiek pragnie otrzymać łaski, niech odprawi na moją cześć trzy nowenny, odmawiając piętnaście tajemnic różańca, a potem niech odmówi znowu trzy nowenny dziękczynne”. Natina niedługo po uzdrowieniu pojechała do Bartolo Longo i powiedział mu wszystko to, co usłyszała od Matki Bożej. Bartłomiej uwierzył Natinie. Pewny wstawiennictwa Maryi, zmodernizował nowennę według Jej słów. Tak powstała Nowenna Pompejańska, którą dziś znamy.
Cuda z rąk Matki
Bartłomiej Longo, który po śmierci został beatyfikowany a później kanonizowany, skrzętnie gromadził świadectwa łask słane do kościoła w Pompejach przez tysiące osób nie tylko z Włoch, ale także ze wszystkich krajów Europy, z obu Ameryk, Afryki, a nawet w Indii i Chin. Do dziś napływają one do kustosza Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Poznajmy kilka świadectw z Polski.
Magda (nadesłane w roku 2026)
Nowenna Pompejańska to nowenna „nie do odparcia”, to prawda. Matka Boska pokazała mi jak wielką ma moc. Moje małżeństwo się skończyło, kiedy mój mąż powiedział, że nie chce już że mną być, już mnie nie kocha. Żyliśmy ze sobą po ślubie, sześć lat. Mamy synka. Mój cały świat się zawalił, wszystko nagle się skończyło. Nie mogłam uwierzyć w te słowa… błagałam, prosiłam ale to było na nic. Nie mogłam się pogodzić z tym, co się stało, że nie jesteśmy już rodziną, o której tak bardzo marzyliśmy. Było mi tak bardzo ciężko, że nie miałam ochoty już na nic. Wiedziałam jednak, że muszę się modlić o to małżeństwo. Zaczęłam odmawiać Nowennę ale szybko ją przerwałam, bo nie miałam siły się modlić. Mój mąż był jak skała, wiedziałam, że tylko cud może nas uratować. Zaczęłam odmawiać raz jeszcze i znowu przerwałam, miałam takie wrażenie, że nie dam rady. Postanowiłam jeszcze raz spróbować i odmówiłam całą Nowennę. Moi bliscy również modlili się Nowenną Pompejańską o uratowanie mojego małżeństwa. Miałam chwile zawahań, czasami nawet wątpiłam ale modliłam się cały czas. Mój mąż był nieugięty, ja nie przestawałam w modlitwie, chociaż z każdym dniem było coraz gorzej. Nie byliśmy ze sobą rok. Już pod koniec nie wierzyłam, że coś może się wydarzyć, a Matka Boska pokazała mi swoją moc. Stał się cud wróciliśmy do siebie. Maryja cały czas była przy mnie i opiekowała się mną. Nie umiem nawet wyrazić tego, co czuję. Wiara czyni cuda, a tam na górze wszystko jest możliwe Mamusiu moja kochana dziękuję Ci za Twoją opiekę i za to, że zawsze przy mnie jesteś i czuwasz Kocham Cię całym moim sercem. Uratowałaś moją kochana rodzinę. Nigdy się nie poddawajcie, nawet jeśli już nie macie sił weźcie różaniec do ręki i zacznijcie się modlić. Matka Boska jest zawsze obok nas, a wiara czyni cuda.
Mateusz (2026)
Byłem uzależniony od narkotyków – nie dawałem sobie rady. W sumie to pogodziłem się z tym, że już zawszę to będę robił aż do momentu, w którym nie przesadzę do takiego stopnia, że stanie się coś złego. Któregoś razu dowiedziałem się o nowennie pompejańskiej, zacząłem ją odmawiać – i coś się zmieniło. Mimo iż, na początku dalej brałem i popełniałem te same błędy to z każdym tygodniem to zanikało. Wiem, że to dzięki Maryi, która się za mną wstawiła tego nie robię. Wiem, że się mną opiekuję i czuję jej obecność mocno w swoim życiu. Mam nadzieję, że moje świadectwo pomoże osobom, które również zmagają się z tym nałogiem. Nie bójcie się zwrócić o pomoc do Maryi, która zawsze was wysłucha i was poprowadzi do swojego Syna.
Aleksandra (2025)
Piszę to świadectwo, aby wesprzeć wszystkie matki w stanie błogosławionym, które oczekują narodzin swojego dziecka, a jednocześnie muszą zmierzyć się z trudną diagnozą choroby lub wady rozwojowej… Dnia 8 maja 2025 roku – w dniu wyboru Papieża oraz w święto Matki Bożej Pompejańskiej – podczas badania USG II trymestru dowiedzieliśmy się dwóch niezwykle ważnych rzeczy. Pierwszą była radosna wiadomość, że spodziewamy się syna. Drugą – bardzo trudna diagnoza: u naszego dziecka wykryto guz w obrębie nosa, który mógł wskazywać na przepuklinę mózgu. Mój mąż od razu powiedział, że nasz syn otrzyma imię po Papieżu oraz że podejmuje Nowennę Pompejańską w intencji jego zdrowia. Ja początkowo czułam, że nie podołam tej wymagającej modlitwie. Jednak już następnego dnia, pomimo wewnętrznych obaw i trudności, również zdecydowałam się ją rozpocząć. Nadszedł dzień rozwiązania… Na sali było wielu lekarzy, przygotowanych na najgorsze. Jednak gdy nasze dziecko przyszło na świat, od razu zapłakało i zaczęło samodzielnie oddychać. Otrzymało 10 punktów w skali Apgar. Był to moment ogromnej wdzięczności i wzruszenia.
Adam Białous/PCh24.pl
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 HyndlandStreet , Glasgow, G11 5PS
W każdy piątek jest Godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata o godz. 19.00
***
W każdą sobotę od godz. 17.00 jest możliwośc spowiedzi.
Msza św. niedzielna (Vigil Mass) jest o godz. 18.00
W pierwszą sobotę miesiąca po Mszy św. jest nabożeństwo wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Bożej Matce.
***
W drugą sobotę miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecią sobotę miesiąca po Mszy św. modlimy się przed Najświętszym Sakramentem na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Pół godziny przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość spowiedzi. Po Mszy św. – Godzina Miłosierdzia z Koronką do Bożego Miłosierdzia.
***
kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W pierwszy czwartek miesiąca Msza św. o godz. 19.00 i Godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu w kapicy izbie Jezusa Miłosiernego.
***
Maj – miesiąc poświęcony Matce Bożej
fot. Jakub Kołacz SJ
***
W polskiej tradycji i krajobrazie maj to czas, w którym Kościół katolicki w sposób uroczysty oddaje cześć Maryi, szczególnie przez „nabożeństwa majowe”, popularnie zwane „majówkami”. Dziś zwykle odprawia się je w kościołach, ale kiedyś spotkano się przy przydrożnych figurach i kapliczkach, aby przy nich śpiewać maryjne pieśni i litanię.
Historia ukryta w wiekach
Choć maj kojarzy nam się z polską wiosną, korzenie maryjnego kultu sięgają znacznie głębiej. Już w V wieku na Wschodzie zaczęły powstawać pierwsze pieśni sławiące Maryję. W XIII i XIV wieku w Hiszpanii zrodził się, a potem upowszechnił zwyczaj wspólnych modlitw przed wizerunkami Bożej Rodzicielki. W XVI wieku pojawił się termin „Maj duchowy” (Niemcy) – określenie to weszło do języka za przyczyną książeczki wydanej w odpowiedzi na reformację, która oficjalnie nazywa maj miesiącem Maryi.
Wielcy promotorzy nabożeństwa
W popularyzację tej formy modlitwy i pobożności zaangażowanych było wielu świętych i zakonników: Bł. Henryk Suzo, nadreński mistyk, który już jako dziecko dekorował figury Maryi polnymi kwiatami; św. Filip Neri, który gromadził rzymskie dzieci na radosnej modlitwie przy maryjnych ołtarzach; o. Ansolani, jezuita z Neapolu, którego uważa się za „ojca” nabożeństw majowych w ich nowożytnej formie.
Ewolucja i oficjalne zatwierdzenie
Kluczowym momentem dla popularyzacji „majówek” był wiek XIX. W 1859 roku papież Pius IX zatwierdził obowiązującą do dziś strukturę nabożeństwa, na którą składa się śpiew litania Loretańskiej, nauka kapłana w formie krótkie rozważanie), całość zaś wieńczy błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem.
Litania Loretańska
Nazwa tej najpopularniejszej litanii, odmawianej lub śpiewanej codziennie przez cały maj, pochodzi od miejscowości Loreto we Włoszech. Zbiór jej wezwań zatwierdzono już w 1587 roku i chroniono przed samowolnymi zmianami, by zachować jego teologiczną czystość. Nowe wezwania dodawane są jedynie za zgodą Stolicy Apostolskiej, co zresztą w ostatnim czasie zrobił Papież Franciszek.
Polska tradycja i wyjątkowe wezwanie
W Polsce nabożeństwa majowe zaczęto odprawiać w 1838 roku w Tarnopolu dzięki jezuitom. Szybko zyskały popularność i rozprzestrzeniły się cały kraj: od Warszawy po Kraków i Lwów. Polska litania jest unikalna w skali świata. W okresie międzywojennym, po oficjalnym ustanowieniu święta NMP Królowej Polski, papież Pius XI zezwolił na dołączenie do niej wezwania: „Królowo Polski, módl się za nami”. Dziś, mimo upływu lat, majowe modlitwy przy kapliczkach, wciąż odprawiane nie tylko na wsiach – w blasku zachodzącego słońca i przy zapachu kwitnących bzów – pozostają jednym z najpiękniejszych przejawów ludowej pobożności, łączącym wszystkie pokolenia.
Deon.pl
***
Szczególny miesiąc poświęcony Bożej Matce z pięknymi nabożeństwami majowymi
W Polsce wciąż żywa jest tradycja odprawiania nabożeństw majowych przy przydrożnych kapliczkach i krzyżach, w otoczeniu „łąk umajonych” i napełnionych ptasim śpiewem lasów. W naszym kraju, szczególnie na wsiach, ciągle można spotkać grupy ludzi szczerze modlących się Litanią do Matki Bożej i śpiewających maryjne pieśni. Podtrzymywaniu pięknej tradycji nabożeństw majowych dobrze służą programy renowacji przydrożnych kapliczek i krzyży, które podejmuje coraz więcej samorządów, stowarzyszeń oraz osób prywatnych.
Przepiękny miesiąc maj poświęcony jest Matce Bożej. Choć zwyczaj odprawiania nabożeństw majowych, w całym Kościele trwa od połowy XIX wieku, to rodowód tej tradycji jest o wiele wcześniejszy. Gromadzenie się i śpiewanie pieśni na cześć Matki Bożej było znane na Wschodzie już w V wieku. W Kościele zachodnim w I tysiącleciu maj jako miesiąc Maryi święcono raczej sporadycznie. Dopiero na przełomie XIII i XIV wieku powstała myśl, aby ten cały, piękny miesiąc poświęcić Matce Bożej. Pierwszym, który wcielił tę myśl w czyn, był król hiszpański Alfons X, żyjący w drugiej połowie XIII wieku. Władca ów sam brał udział w nabożeństwach majowych i swoim poddanym zalecał, aby czynili podobnie.
Wśród ważnych dat w rozwijaniu się, trwającym przez całe wieki, nabożeństwa majowego jest rok 1549, kiedy to ukazała się w Niemczech niewielka książeczka pod tytułem „Maj duchowy”, gdzie po raz pierwszy maj został nazwany miesiącem Maryi. Natomiast w roku 1713 jezuita ks. Ansolani opracował kształt nabożeństwa majowego, jaki jest praktykowany po dziś dzień. Pierwsze „majowe”, lub też „majówki”, pod przewodnictwem ks. Ansolaniego, odprawiane były każdego dnia maja w kaplicy królewskiej w Neapolu.
Papież Pius VII nabożeństwo majowe, odprawiane w kościele, obdarzył odpustami. Dalsze odpusty do tego szczególnego nabożeństwa, na które składa się Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, nauka kapłana oraz błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, w 1859 roku przypisał papież błogosławiony Pius IX. W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe wprowadzili jezuici, na dawnych Kresach Rzeczypospolitej, w Tarnopolu (1838). W tym samym czasie cześć „Królowej maja” szerzył w Galicji, swoją poezją, jezuita o. Karol Antoniewicz, autor słów słynnej pieśni „Chwalcie łąki umajone”. W połowie XIX wieku nabożeństwo majowe przyjęło się w niemal wszystkich krajach świata.
Dziś w wielu miejscowościach Polski wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy przydrożnych kapliczkach czy krzyżach. Ten zwyczaj powstał na wsiach. Do świątyni było przeważnie daleko, a w maju trwają już intensywne prace polowe i „robotę” kończono późno. Dlatego wiejska wspólnota zbierała się przy kapliczce dopiero o godzinie 19.00 lub nawet 20.00. Wówczas to odmawiano Litanię Loretańską i inne modlitwy „majowe”. Osoba, która najlepiej we wsi śpiewała, intonowała maryjne pieśni, a inni się włączali. Dbano, aby w maju kapliczki i krzyże były pięknie przystrojone kwiatami i kolorowymi wstążkami.
Obecnie tradycja odprawiania nabożeństwa majowego w plenerze, jest szczególnie żywa na Podlasiu. Przemierzając pomniejsze drogi Podlasia w maju, wieczorową porą, możemy ujrzeć grupy mieszkańców podlaskich miasteczek i wsi, jak zebrani przed kapliczką lub krzyżem odmawiają Litanię Loretańską lub śpiewem chwalą Matkę Najświętszą. Często są to całe rodziny wielopokoleniowe – babcie, dziadkowie, rodzice, dzieci. Piękny to widok, kiedy ludzie wspólnie się modlą „na Majowym” w plenerze. Kapliczki okraszone kwiatami. Wokół świeża zieleń, pół i łąk. Jakby nie tylko ludzie oddawali cześć Maryi, Królowej Nieba i Ziemi, ale i cała przyroda. Wokół cudne zapachy kwiatów, a często lasu, w którym swoje pochwalne pieśni śpiewają ptaki.
Dla osób, które spotykają się na Majowym codziennie, jest to ważna tradycja modlitewna, ale i rodzinna, przekazywana z pokolenie na pokolenie – Codzienną modlitwę majową odprawiam z tradycyjnej, starej książeczki. W tych nowoczesnych nie ma tej codziennej modlitwy. Ta książka ma ponad 110 lat – dostałam ją od swoje mamy, a moja mama dostała ją z kolei od swoje mamy. Myślę, że jeszcze przekażę ją swojej córce. W tej książeczce są takie modlitwy, których nie ma już w tych nowoczesnych wydaniach. To jest tradycyjne. Strzegę jej bardzo, jak ważnego dokumentu – opowiada pani Irena ze wsi Rafałówka niedaleko Białegostoku. Pani Irena nabożeństwo majowe odprawia od przeszło 40 lat. Ludzie z Rafałówki spotykają się w maju pod przydrożną kapliczką, z figurą Maryi.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Coś więcej niż tylko śpiew.
Fenomen nabożeństw majowych
fot: Łukasz Zarzycki / Forum
***
W majowe wieczory, gdy wiosna roztacza wokół swój zapach, wierni udają się do kościołów lub przydrożnych kapliczek, aby śpiewem litanii loretańskiej uczcić Matkę Bożą. Nabożeństwa majowe mają w sobie coś wyjątkowego, skoro co roku przyciągają liczne rzesze wiernych. Być może dzieje się tak dlatego, że odmawiając litanię loretańską, składamy Matce Bożej swoisty bukiet kilkudziesięciu pięknych wezwań.
Historia nabożeństw majowych
Choć dziś centralnym punktem nabożeństw majowych jest litania loretańska, ich historia sięga czasów znacznie wcześniejszych niż jej powstanie. Już w V wieku na Wschodzie wierni gromadzili się, by wspólnie śpiewać pieśni maryjne, natomiast zwyczaj odprawiania nabożeństw w maju ukształtował się na przełomie XIII i XIV wieku. Za twórcę właściwej formy nabożeństw majowych uznaje się jezuitę, ojca Ansolaniego (1713), który w kaplicy królewskiej w Neapolu codziennie w maju organizował koncert pieśni maryjnych, po którym następowało błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem. Z kolei papieże Pius VII oraz bł. Pius IX obdarzyli nabożeństwo majowe odpustami. W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe odprawili jezuici w Tarnopolu w 1838 roku.
Litania loretańska
Wbrew swojej nazwie litania loretańska nie powstała w Loreto, lecz najprawdopodobniej we Francji, w XII wieku, kiedy to litanie zaczęły zyskiwać dużą popularność. Z tego okresu pochodzi jej najstarszy zachowany rękopis, przechowywany w Paryżu.
Jak wyjaśnia historię litanii do Matki Bożej ks. Tomasz Jaklewicz, do istniejącej od V wieku Litanii do Wszystkich Świętych stopniowo dodawano kolejne wezwania ku czci Bożej Rodzicielki. „Intuicja wiernych była taka, że świętość Matki Jezusa wyrasta ponad innych świętych, dlatego dokładano ciągle nowe Jej określenia. W końcu było ich tak dużo, że powstała osobna litania”[1]
Określenie loretańska wzięło się stąd, że właśnie w włoskim Loreto była ona szczególnie propagowana i odmawiana, a także dlatego, że używany tam jej schemat najbardziej się rozpowszechnił. W mieście tym, w bazylice, znajduje się – według tradycji przewieziony z Nazaretu – Domek Świętej Rodziny, w którym mieszkała Maryja i gdzie archanioł Gabriel zwiastował Jej poczęcie Syna Bożego. W Loreto litania odmawiana jest w każdą sobotę już od 1531 roku, a w 1575 roku dyrygent tamtejszego chóru, Constanzo Porta, opracował jej wersję chóralną na osiem głosów.
W 1601 roku papież Klemens VIII, widząc rozpowszechnianie się różnych litanii, nierzadko zawierających niewłaściwe elementy, nakazał zniesienie wszystkich tego typu nabożeństw, czyniąc jednak wyjątek dla dwóch: Litanii do Wszystkich Świętych oraz litanii loretańskiej. Trzydzieści lat później wprowadzono obowiązek uzyskania aprobaty Stolicy Apostolskiej dla wszelkich zmian w jej tekście, co przyczyniło się do jej ujednolicenia i dalszego upowszechnienia. Istotną rolę w szerzeniu litanii odegrały również zakony: dominikanie, kapucyni i karmelici.
Bogactwo tytułów Matki Bożej
Liczba wezwań zawartych w litanii do Matki Bożej zmieniała się na przestrzeni wieków. W paryskim rękopisie znajduje się ich 73 – utrzymane w jednolitym rytmie i uporządkowane według starannie zaplanowanego układu. Tymczasem w modlitewniku z Loreto z 1572 roku odnajdujemy jedynie 43 wezwania. Z biegiem czasu dodawano jednak do litanii kolejne tytuły maryjne.
Już w 1675 roku bractwa różańcowe uzyskały przywilej śpiewania wezwania Królowo Różańca Świętego, które w 1883 roku – na prośbę generała dominikanów – zostało rozciągnięte na cały Kościół. Ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny w 1854 roku przyniosło wezwanie Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta, a dogmatu o Wniebowzięciu Matki Bożej z 1950 r. – Królowo Wniebowzięta. W kolejnych latach dodawano następne wezwania: Matko Dobrej Rady (1903), Królowo Pokoju (1917), Matko Kościoła (1980), Królowo Rodziny (1995; w Polsce w liczbie mnogiej: Królowo rodzin), a w 2020 roku: Matko Miłosierdzia, Matko nadziei, oraz Pociecho migrantów.
W Polsce przynajmniej od 1656 r. odmawiano wezwanie Królowo Korony Polskiej; oficjalnie zatwierdzone je w 1922 r., a po II wojnie światowej przyjęło ono formę Królowo Polski. Od 1954 r. w niektórych kościołach śpiewa się również wezwanie Królowo świata, a od 1983 r. w archidiecezji katowickiej – Matko sprawiedliwości i miłości społecznej. W diecezji zamojsko-lubaczowskiej dodaje się z kolei wezwanie Matko Odkupiciela.
Wezwania zawarte w litanii do Matki Bożej dzielą się na kilka grup. Na początku Maryja przyzywana jest jako Święta, następnie jako Matka, Panna i Królowa. Z kolei środkowe wezwania nie znajdują się w żadnej z tych grup – są bardzo bogate teologicznie, choć niekiedy mogą być trudniejsze w odbiorze.
Zwierciadło sprawiedliwości
W Starym Testamencie sprawiedliwość utożsamiano przede wszystkim z wypełnianiem przepisów Prawa. Choć jest to istotny jej wymiar, nie wyczerpuje on jednak całego znaczenia tego pojęcia – Bóg nie oczekuje od człowieka jedynie posłuszeństwa wynikającego z lęku. Człowiek sprawiedliwy nie tylko zachowuje przykazania, lecz także prowadzi życie zgodne z Bożym zamysłem.
Maryja jest dla nas w tym względzie wzorem, co w sposób szczególny ujawnia scena Zwiastowania. Choć słowa anioła mogły wydawać się po ludzku niezrozumiałe – że ma zostać Matką Boga, i to bez udziału mężczyzny – nie sprzeciwiła się, lecz całkowicie zaufała woli Bożej. W ten sposób stała się dla nas nie tylko przykładem sprawiedliwości, lecz także swoistym zwierciadłem: patrząc na Nią i odnosząc się do Jej postawy, możemy dostrzec, czego jeszcze nam brakuje, abyśmy mogli być nazwani ludźmi sprawiedliwymi.
Stolica mądrości
Ojcowie Kościoła utożsamiali Mądrość, o której mówią księgi Starego Testamentu – m.in. Księga Mądrości, Syracha czy Przysłów – z Synem Bożym, który jest Słowem, Logosem, ponieważ pochodzi z Boskiego Intelektu. To On “był na początku u Boga i przez Niego wszystko się stało” (prolog Ewangelii wg św. Jana).
Słowo „stolica” oznacza także tron. Mówimy przecież o Stolicy Piotrowej, czyli o Watykanie – między innymi dlatego, że to tam znajduje się tron pierwszego papieża i tam zasiadają jego następcy. Nic więc dziwnego, że Maryja nazywana jest Stolicą Mądrości, czyli Tronem Słowa Wcielonego, ponieważ to Jej ciało stało się pierwszym tronem, na którym spoczął na tym świecie Wcielony Bóg.
Słowa Księgi Mądrości Kościół odnosi również do samej Matki Bożej, gdyż Ona także istniała w zamyśle Bożym od początku. Zdanie: „Od wieków zostałam ustanowiona, od początku, przed pradziejami ziemi” (Prz 8,23) odnosi się właśnie do Niej. Maryja była napełniona Duchem Świętym i całym swoim życiem świadczyła o wielkich dziełach Boga. „Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny” (Łk 1,49) – mówiła, ukazując Bożą Mądrość i dając o niej świadectwo wobec ludzi, wśród których żyła.
Róża duchowna
Róża od wieków uchodzi za kwiat wyjątkowy, nazywany wręcz „królową” wśród kwiatów; w średniowieczu jej piękno opiewali trubadurzy w swojej poezji. Nie wiemy, jak wyglądała Matka Boża – możemy jedynie przypuszczać, że była kobietą piękną – jednak bez wątpienia odznaczała się niezwykłym pięknem duchowym. Już archanioł Gabriel nazwał Ją „pełną łaski”, a łaska Boża jest przecież światłem, które rozjaśnia wnętrze człowieka i czyni go duchowo pięknym.
Piękno ducha Maryi przejawiało się także w tym, że „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (por. Łk 2,51), kontemplując dzieła Boga dokonujące się w Jej życiu. Podczas spotkania ze św. Elżbietą wyznała zaś: „raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,47). Jej dusza była nieustannie zwrócona ku Bogu i to z Niego czerpała swoje piękno.
Można więc powiedzieć, że życie duchowe Maryi było piękne niczym róża. Dzięki szczególnej łasce, wynikającej z Jej wybrania na Matkę Bożą, została zachowana od grzechu pierworodnego. Jej dusza była czysta od samego poczęcia i pozostała nieskalana przez całe życie.
Nie sposób wreszcie pominąć symboliki róży wyrastającej pośród cierni – znaków bólu i duchowych zmagań. A tych w życiu Maryi nie brakowało: od przejmującego proroctwa Symeona aż po złożenie ciała Jej Syna do grobu. Mimo tych doświadczeń nie zachwiała się w wierności Bogu; przeciwnie – pośród cierpienia jaśniała duchowym pięknem niczym róża.
Wieża Dawidowa i wieża z kości słoniowej
Wieża od zawsze pełniła podwójną funkcję: obronną i obserwacyjną. Stanowiła niezwykle istotny element fortyfikacji – z jej szczytu można było dostrzec zbliżającego się wroga, a niejednokrotnie była także ostatnim bezpiecznym schronieniem w razie ataku.
Jak głosi tradycja, wieża Dawida została wzniesiona po jego zwycięstwie nad Filistynami, około roku 1000 przed Chrystusem, i stanowiła ważny element systemu obronnego Jerozolimy. W jej obrębie znajdowała się siedziba władcy oraz świątynia poświęcona Panu. Maryja nazywana jest Wieżą Dawidową, ponieważ przez dziewięć miesięcy nosiła w swoim łonie Władcę i Boga.
Kość słoniowa natomiast była materiałem niezwykle cennym i kosztownym, wykorzystywanym w sztuce i budownictwie. Nazywając Matkę Bożą „wieżą z kości słoniowej”, podkreślamy Jej piękno i wyjątkowość, a także fakt, że pod swoim sercem nosiła najcenniejszy dar – samego Boga.
Arka Przymierza i Dom złoty
Arka Przymierza była skrzynią, w której przechowywano laskę Aarona, naczynie z manną oraz kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. Dla Izraelitów stanowiła znak Bożej obecności – niesiona przez kapłanów towarzyszyła im w drodze. Otaczano ją szczególną czcią, chroniono podczas wypraw wojennych, a w czasie wędrówki do Ziemi Obiecanej pozostawała centralnym elementem kultu. Bezpośredni dostęp do niej miał jedynie arcykapłan.
W okresie wędrówki Arkę przechowywano w Namiocie Spotkania, natomiast po zbudowaniu świątyni przez króla Salomona została umieszczona w Miejscu Najświętszym. Była dla Izraelitów widzialnym znakiem obecności Boga, który powiedział: „I uczynią Mi święty przybytek, abym mógł zamieszkać pośród nich” (Wj 25,8).
Maryja nazywana jest Arką Przymierza, ponieważ stała się mieszkaniem Boga Wcielonego – to w Jej łonie przez dziewięć miesięcy przebywał Bóg-Człowiek. Z tego samego powodu określa się Ją również mianem Domu złotego: duchowego tabernakulum, miejsca obecności Chrystusa.
Brama niebieska
To właśnie dzięki Maryi na świat przyszedł Zbawiciel – Ten, który swoją Męką i Śmiercią otworzył wierzącym bramy Niebios. Nie dziwi więc, że nazywamy Ją Bramą niebieską. Istnieje jednak także inny powód tego tytułu: Maryja jest Pośredniczką do swojego Syna. Można powiedzieć, że jest bramą oddzielającą nas – ludzi, żyjących w sferze profanum – od Boga, który jest rzeczywistością sacrum. To właśnie przez tę Bramę Zbawiciel udziela nam wszelkich łask.
Kościół zachęca również wiernych, aby w godzinie śmierci wzywali imienia Maryi, w nadziei, że Jej wstawiennictwo pomoże im stanąć przed obliczem Jej Syna. Jest to zatem jeszcze jeden powód, by nazywać Ją Bramą niebieską.
Gwiazda zaranna
Gwiazda zaranna to obiekt astronomiczny widoczny tuż przed wschodem Słońca. W rzeczywistości nie jest ona gwiazdą, lecz planetą Wenus. Świeci – a właściwie odbija światło słoneczne – do końca nocy; pozostaje widoczna jeszcze o świcie, by następnie zniknąć w blasku wschodzącego Słońca. Dla astronomów jest zjawiskiem szczególnym, ponieważ gdy inne gwiazdy stopniowo bledną, ona jako ostatnia pozostaje na niebie przy wschodzącym Słońcu, zapowiadając nadejście poranka; można wręcz powiedzieć, że „wprowadza” Słońce na świat.
Nie bez powodu Kościół nazywa Maryję Gwiazdą zaranną. To Ona poprzedziła przyjście Zbawiciela – Słońca Sprawiedliwości. Zajaśniała tuż przed Jego narodzeniem i towarzyszyła Mu w czasie Jego ziemskiej misji oraz dzieła Odkupienia. Fakt, że gwiazda zaranna nie jest w istocie gwiazdą, lecz planetą, może paradoksalnie jeszcze pełniej oddawać sens tego tytułu: Maryja nie świeci własnym światłem, lecz jedynie odbija blask chwały swojego Syna.
Bukiet dla Matki Bożej
Ofiarowanie litanii na ręce Matki Bożej można porównać do wręczenia Jej bukietu złożonego z różnorodnych kwiatów. Nie jest to bowiem nazwanie Jej jednym czy dwoma tytułami, lecz przyzywanie Jej pod wieloma – często kilkudziesięcioma – wezwaniami. Można to rozumieć jako swoiste składanie Jej duchowych komplementów oraz wysławianie cnót oraz przywilejów, którymi obdarzył Ją Bóg.
Choć różne melodie, na które w Polsce śpiewa się litanię loretańską, są piękne, a sam jej tekst pełen poruszających określeń, którymi oddaje się cześć Matce Bożej, wiernych do kościołów i przydrożnych kapliczek nie przyciąga jedynie nostalgia. Przede wszystkim jest to pragnienie oddania Maryi czci i złożenia Jej tego symbolicznego bukietu w postaci litanii loretańskiej.
Litanią tą – szczególnie śpiewaną – stosunkowo łatwo się modlić. Jej obrazowy język ułatwia skupienie uwagi. Można wówczas wyobrażać sobie Maryję jako m.in. Arkę Przymierza czy Bramę Niebios i przez chwilę zatrzymać się na tych obrazach w modlitwie.
Praktyka nabożeństw majowych przy przydrożnych kapliczkach pokazuje również, że ludzie potrafią zostawić codzienne zajęcia, by o zachodzie słońca udać się na wspólną modlitwę i odśpiewać litanię loretańską. Nierzadko gromadzą się sami z sąsiadami, znajomymi, a czasem po prostu z osobami, które – podobnie jak oni – dzielą maryjną pobożność. Wieczór jest też naturalną porą wyciszenia po całym dniu pracy, by zatrzymać się na chwilę i poświęcić czas modlitwie do Matki Bożej, która jest dla wierzących orędowniczką u swojego Boskiego Syna.
Zawarte w litanii tytuły i obrazy nie są celem samym w sobie, ponieważ Maryja zawsze wskazuje na Chrystusa. Dlatego litania, choć tak bogata w określenia, pozostaje w istocie modlitwą skierowaną ku Bogu przez Jej wstawiennictwo.
Pomirska Z., Akatyst i litania loretańska w duchowości maryjnej, „Język – Szkoła – Religia”, 2013, nr 8/1, s. 147-155.
[1] T. Jaklewicz, ks., Śpiewana ikona, „Gość Niedzielny” 32/2011, http://kosciol.wiara.pl/doc/918903.Spiewana-Ikona.
***
Litania Loretańska
Miesiąc maj, poświęcony jest w szczególny sposób Matce Bożej. Jest to miesiąc nabożeństw, podczas których rozbrzmiewa w kościołach, przy kapliczkach czy figurach przydrożnych Litania do Najświętszej Maryi Panny, nazywana popularnie Litanią Loretańską.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Dlaczego loretańska?
Nazwa pochodzi od włoskiego miasta Loreto, gdzie w sanktuarium maryjnym, istniejącym od końca XII wieku, litania ta odmawiana jest publicznie od 1531 roku.
Jak powstała Litania loretańska?
To, że odmawiano ją w Loreto, nie oznacza, że tam powstała [została napisana]. Śpiewali ją w różnych formach pielgrzymi przybywający do sanktuarium, dodając wciąż nowe wezwania. Jest dziełem wielu anonimowych i nieznanych autorów. Jedna z teorii mówi o tym, że powstała w Paryżu lub jego okolicach w latach 1150-1200. Po raz pierwszy tekst Litanii loretańskiej opublikowano w 1558 roku w Dillingen, dzięki staraniom Piotra Kanizjusza, propagatora kultu maryjnego. Pierwszą znaną melodię do jej tekstu skomponował dyrygent chóru w Loreto – Constanzo Porta, w 1576 roku. Pierwotny test powstał w języku łacińskim, który obowiązywał wtedy w Kościele.
Co oznaczają zwroty Kyrie elejson, Chryste elejson?
W języku greckim Kyrios znaczy Pan, Władca. W Starym Testamencie słowem Kyrios zastępowano imię Boga Ojca, a w Nowym Testamencie odnosiło się ono do Chrystusa [stąd Chryste, od greckiego Christe]. Czasownik elejson znaczy „litować się”, „okazać łaskę i miłosierdzie”. Kyrie elejson tłumaczymy więc jako: „Panie, zmiłuj się”.
Dlaczego wezwanie to powtarza się trzykrotnie?
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kyrie elejson powtarzano wiele razy, zwłaszcza w liturgii wschodniej. Dopiero w IX wieku liczbę wezwań ograniczono do trzech ze względu na Trzy Osoby Boskie. Pierwsze Kyrie odnosi się do Boga Ojca, drugie do Syna Bożego [zastąpiono je więc słowem Chryste], trzecie do Ducha Świętego.
Geneza Litanii Loretańskiej jest trudna do ustalenia.
Najprawdopodobniej w swej charakterystycznej formie i podstawowym zarysie pojawiła się w manuskrypcie paryskim z końca XII wieku. Można również wykazać, że niektóre wezwania skierowane do Maryi znajdowały się w Litanii do Wszystkich Świętych, z biegiem czasu dodawane nowe tytuły maryjne stawały się coraz liczniejsze i stopniowo utworzyły nową grupę, która oderwała się od początkowego pnia.
Litania zwana jest „Loretańską” od miasteczka Loreto, położonym w prowincji Ancona, we Włoszech, gdzie znajduje się słynne sanktuarium maryjne. Wierzono, że w XIII wieku został przeniesiony przez aniołów do Loreto Domek Nazaretański, w którym przyszła na świat Matka Boża. Faktem jest, że litania była szczególnie propagowana i odmawiana przez pielgrzymów w tym sanktuarium maryjnym. Przybrała tam ostateczną formę i zaczęła promieniować na cały Kościół. Z roku 1531 pochodzi świadectwo używania jej w tym sanktuarium. Po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1572 r. we Florencji i zawierała 43 wezwania. Do końca XVI wieku jeszcze co najmniej 20 razy, co świadczy o jej wielkim rozpowszechnianiu.
W dokumentach papieskich pojawiła się o niej wzmianka w 1581 r. w bulli „Redituri” papieża Sykstusa V, który udzielił za jej odmawianie 200 dniowego odpustu i zachęcał wiernych do jej odmawiania. Kolejne odpusty przypisali do niej Pius VII oraz Pius XI w 1932 r. Natomiast papież Benedykt XIV urzędowo ją zatwierdził i zezwolił stosować w publicznym kulcie Kościoła.
Wezwania Litanii Loretańskiej podlegały zmianom (dzisiejsza wersja litanii zawiera 52 wezwania). Usuwano lub wzbogacano ją nowymi wezwaniami w zależności od potrzeb i okoliczności. I tak w ciągu wieków oficjalnie dodano następujące inwokacje: „Wspomożenie wiernych” przypisywana Piusowi V w związku ze zwycięstwem nad Turkami pod Lepanto (1571); „Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta” – Piusowi IX, dzień przed ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu NMP (1854); Leon XIII wprowadził wezwanie „Królowo Różańca świętego” (1883) oraz „Matko dobrej rady” (1903). W 1908 r.
Kościół w Polsce uzyskał zgodę na włączenie tytułu „Królowo Korony Polskiej” (przekształcone po drugiej wojnie światowej w „Królowo Polski”). „Królowo pokoju” włączył Benedykt XV (1917), a papież Pius XII – „Królowo wniebowzięta” (1950) w związku z ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu NMP; „Matko Kościoła” (tytuł nadany przez Pawła VI w czasie Soboru Watykańskiego II) Jan Paweł II przyznał prawo Konferencji Episkopatów do włączenia go do litanii (1980); Janowi Pawłowi II zawdzięczamy też wezwanie „Królowo Rodziny” (1995).
Oprócz zezwoleń na powszechne wprowadzenie inwokacji, wydano wiele zezwoleń ograniczonych do poszczególnych diecezji lub zgromadzeń zakonnych. I tak np. franciszkanie uzyskali pozwolenie na umieszczenie (na ostatnim miejscu) własnego wezwania „Królowo zakonu serafickiego” (1910), a karmelici stosują od 1689 wezwanie „Królowo szkaplerza świętego”.
Co do pobożnej praktyki odmawiania lub śpiewania Litanii warto przytoczyć fragment „Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii”. Czytamy tam: „W wyniku rozporządzenia papieża Leona XIII o kończeniu odmawiania różańca w październiku śpiewem Litanii Loretańskiej liczni wierni byli przeświadczeni, że litania jest tylko rodzajem dodatku do różańca. W rzeczywistości jednak jest ona czymś niezależnym. Litanie bowiem mogą stanowić samodzielny element hołdu składanego Maryi, być śpiewem procesyjnym, stanowić część nabożeństwa Słowa Bożego lub innych aktów liturgicznych”.
ks. Eugeniusz Burzyk/Justyna Wołoszka/Tygodnik Niedziela
***
Litania Loretańska
Adobe Stock
Kyrie eleison. Christe, eleison. Kyrie eleison.
Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, Jedyny Boże, — zmiłuj się nad nami.
Święta Maryjo, — módl się za nami.
Święta Boża Rodzicielko,
Święta Panno nad pannami,
Matko Chrystusowa,
Matko Kościoła,
Matko miłosierdzia,
Matko łaski Bożej,
Matko nadziei,
Matko nieskalana,
Matko najczystsza,
Matko dziewicza,
Matko nienaruszona,
Matko najmilsza,
Matko przedziwna,
Matko dobrej rady,
Matko Stworzyciela,
Matko Zbawiciela,
Panno roztropna,
Panno czcigodna,
Panno wsławiona,
Panno można,
Panno łaskawa,
Panno wierna,
Zwierciadło sprawiedliwości,
Stolico mądrości,
Przyczyno naszej radości,
Przybytku Ducha Świętego,
Przybytku chwalebny,
Przybytku sławny pobożności,
Różo duchowna,
Wieżo Dawidowa,
Wieżo z kości słoniowej,
Domie złoty,
Arko przymierza,
Bramo niebieska,
Gwiazdo zaranna,
Uzdrowienie chorych,
Ucieczko grzesznych,
Pociecho migrantów,
Pocieszycielko strapionych,
Wspomożenie wiernych,
Królowo Aniołów,
Królowo Patriarchów,
Królowo Proroków,
Królowo Apostołów,
Królowo Męczenników,
Królowo Wyznawców,
Królowo Dziewic,
Królowo wszystkich Świętych,
Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta,
Królowo wniebowzięta,
Królowo różańca świętego,
Królowo rodzin,
Królowo pokoju,
Królowo Polski,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — zmiłuj się nad nami.
P. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się. Panie, nasz Boże, daj nam, sługom swoim, cieszyć się trwałym zdrowiem duszy i ciała, † i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy * uwolnij nas od doczesnych utrapień i obdarz wieczną radością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.
Antyfona
Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona. O Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza. Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj.
Modlitwa św. Bernarda
Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. W. Amen.
***
Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.
Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.
***
fot. Mateusz Kuca | Shutterstock/Aleteia.pl
***
Dlaczego litania jest loretańska?
Dlaczego litanię poświęconą czci Matki Bożej nazywamy “loretańską”?
W litanii loretańskiej mamy aż cztery grupy wezwań, które mają nam pomóc zrozumieć Matkę Bożą; ale nie tylko Ją samą, chyba też trochę Pana Boga… Tekst litanii, może stać się dla nas jak rekolekcje, jak zapis kolejnych punktów do rozmyślania.
Samo słowo „litania” oznacza w języku greckim prośbę. Początki litanii loretańskiej sięgają XII w. i wiążą się z Francją. Wzorem dla jej twórców była pewnie poezja rycerską i nazywanie Maryi „Panią”. Sama nazwa litanii nawiązuje do Loreto – włoskiego miasteczka, do którego w średniowieczu przeniesiono autentyczny dom rodzinny Maryi z Nazaretu.
Rodzinny dom Maryi
To niezwykłe sanktuarium Maryjne, bowiem nie czci się tu przede wszystkim wizerunku Matki Bożej, ale… jej rodzinny dom. Jak podaje legenda, w średniowieczu, z powodu muzułmańskich podbojów Ziemi Świętej, dom Maryi miał być w cudowny sposób przeniesiony z Nazaretu do włoskiej wsi na wybrzeżu Adriatyku. Za niebiańskim transportem gabarytowej relikwii mieli zaś stać zwyczajnie aniołowie.
Badacze historii Domku Maryi, znajdującego się dziś we włoskim Loreto opowiadają ją jednak bardziej przekonująco dla współczesnych racjonalnych umysłów. Aniołami jest w niej bogata rodzina Angelich, zaś cudowny transport polegał w istocie na rozebraniu i rekonstrukcji w nowym miejscu domostwa, w którym według tradycji wychowywała się Maryja.
Domek Maryi a Litania Loretańska
Gdy w XIII w. krzyżowcy zaczęli ratować spod panowania muzułmańskiego kolejne relikwie swojej wiary, zadbali także o ten Domek. Dzięki pokaźnej dotacji ze strony rodziny Angelich z Włoch udało się domek precyzyjnie rozebrać, opisując każdą część i przewieźć przez Chorwację na wschodnie wybrzeże Włoch. Tam w miejscowości Loreto pieczołowicie domek odbudowano. Prace rekonstrukcyjne zaś zakończyły się dokładnie 10 grudnia 1294 r. Data wspomnienia liturgicznego Matki Bożej z Loreto została przesunięta jeden dzień później z uwagi na wcześniej obchodzony już 10 grudnia dzień św. Grzegorza III. Na przenosiny budowli ma wskazywać stan zaprawy w kamieniach, badany już współcześnie.
W nowej, włoskiej ojczyźnie nazaretański Domek również otoczono pokaźną bazyliką. Modlitwy do Maryi i jej kolejne wezwania powtarzane w tym miejscu przekształciły się zaś w ciągu wieków w Litanię zwaną przez nas Loretańską.
(fragmenty tekstów autorstwa Szymona Hiżyckiego OSB oraz Anny Druś) Stacja7.pl
***
siostra Wanda Putyra:
W młodości litania loretańska mnie nudziła. Dziś odkrywam ją na nowo!
O nabożeństwach majowych pachnących bzem, znaczeniu i sensie modlitwy słowami Litanii Loretańskiej i budowaniu więzi z Maryją, rozmawiamy z s. Wandą Putyrą, nauczycielką muzyki, dyrygentką chóru i scholi gregoriańskiej w szkołach sióstr prezentek w Krakowie.
Zofia Świerczyńska: Z czym kojarzy się siostrze maj?
s. Wanda Putyra: Kiedy sięgam pamięcią do swojego dzieciństwa, maj kojarzy mi się z kościołem, zapachem kadzidła, z organami i… Litanią Loretańską.
Co wyjątkowego jest w tej modlitwie?
To jest modlitwa, która nas uczy być jak Maryja, przez nią możemy wyprosić bardzo wiele. To jest najlepsza forma do przeżycia miesiąca poświęconego czci Maryi. To również okazja do zbudowania takiej serdecznej więzi z Matką Bożą. Wyjątkowość tej modlitwy stanowią słowa, którymi otaczamy Maryję jak wiankiem z najpiękniejszych kwiatów. To słowa miłości… Chyba każda mama lubi słyszeć od swojego dziecka tyle słów czułości, wdzięczności i podziwu. A my, jako dzieci uczymy się przez to bezinteresownej miłości. Pamiętam, kiedy byłam małą dziewczynką, zawsze chodziliśmy z mamą i moim rodzeństwem na nabożeństwa majowe. Moja mama uczyła mnie jak modlić się do Matki Bożej, pokazywała mi Maryję jako mądrą, dobrą i piękną kobietę. Pamiętam bzy, jaśminy, Litanię Loretańską i to piękno, którym jest otoczona Maryja. To dobre wspomnienia, do których często wracam z sentymentem.
Nabożeństwa majowe wpisane są we wspomnienia z dzieciństwa wielu z nas. Co zrobić, by to nie było tylko wspomnienie, lecz nasza codzienność?
Przyznam szczerze, że moja wiara w dzieciństwie to taka sielanka – majówki, litania… W czasie młodości strasznie mnie to nudziło. Nie mogłam przekonać się do tej modlitwy, bo wydawało mi się, że ciągle wołamy i wzywamy Maryję tymi samymi wezwaniami, na ciągle taką samą melodię… To było po prostu nudne! Pamiętam słowa śp. ks. Pawlukiewicza, które wtedy bardzo mnie poruszyły, i na nowo przekonały do tej modlitwy. Ksiądz Piotr powiedział, że litanie i koronki – modlitwy, które mają w sobie pewną powtarzalność słów i wyrażeń, wymyślili… mężczyźni i małe dzieci. Bo małe dzieci wołają “mamo kup, mamo kup” i mama w końcu się zlituje, a mężczyźni “pocałuj, pocałuj, pocałuj” i dziewczyna w końcu się zgodzi. Te słowa do mnie przemówiły (śmiech). I to żartobliwe porównanie pomogło mi na nowo odnaleźć sens i wrócić do tej modlitwy jaką jest Litania Loretańska.
Które z określeń Matki Bożej najbardziej siostrę poruszają?
Teraz, osiągnąwszy wiek troszkę większy niż naście lat (śmiech), przeżywam modlitwę litanią na nowo i odkrywam w niej Maryję jako piękną, dobrą, mądrą kobietę i wzór kobiecości dla siebie. Bardzo lubię te wezwania “Panno wierna”, “Panno łaskawa”, “Panno wsławiona”, “Panno można”. Odkrywam w nich wzór Matki duchowej, siostry która towarzyszy innym. Dla mnie cenne jest to wezwanie “Panno wierna”, bo chcę być wierna moim ślubom zakonnym, co wcale nie jest łatwe. To wezwanie i ukazanie Maryi jako kobiety wiernej, pomaga mi w codzienności.
Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.
W litanii słyszymy też dużo wezwań, które brzmią archaicznie, niezrozumiale…
Z jednej strony jest to piękne, ponieważ ten język jest sięgnięciem do skarbca Kościoła, do tradycji naszych przodków. Ja to odczytuję w ten sposób, że włączam się w coś, czym Kościół żyje już kilkaset lat, dlatego ten język – choć stary – jest taki piękny. Z drugiej strony, język oczywiście jest archaiczny, ale mamy teraz takie możliwości, że wystarczy gdzieś kliknąć w Internecie i jeżeli ktoś chce poznać lepiej swoją Mamę, wystarczy wpisać hasła w wyszukiwarkę i po prostu znaleźć znaczenie tych słów. Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.
Zgodziła się siostra wyśpiewać tą niezwykłą modlitwę. Dlaczego warto włączyć się w to wspólne “wołanie do Mamy”?
Dla mnie to proste i oczywiste… Któż inny, jak Uzdrowienie chorych, Ucieczka grzesznych i Pocieszycielka strapionych zrozumie nas lepiej, wysłucha i pomoże przejść przez to, czym teraz żyjemy?
Stacja7.pl
***
Nabożeństwa majowe przetrwały wieki. Jakie były początki tej pobożności.
Polskie kapliczki (fot. fot.mateusz/depositphotos.com/pl)
***
Maj od wieków zajmuje wyjątkowe miejsce w duchowości katolickiej jako miesiąc szczególnie poświęcony Matce Bożej. Nabożeństwa majowe, czyli „majówki”, wpisały się na stałe w religijny pejzaż Polski, odbywając się wieczorami w świątyniach, przy kapliczkach, grotach i przydrożnych figurach. Ich centralnym punktem pozostaje Litania Loretańska, której wezwania przez wieki pogłębiały maryjne przeżywanie wiary.
Początki maryjnej pobożności
Choć źródła maryjnej pobożności sięgają V wieku na Wschodzie, dopiero na przełomie XIII i XIV wieku miesiąc maj zaczęto na Zachodzie poświęcać Maryi – głównie z inicjatywy króla Hiszpanii Alfonsa X, który zachęcał wiernych do wspólnej modlitwy przy figurach Matki Bożej.
Tradycja ta szybko się rozprzestrzeniła, a swój rozwój zawdzięczała także postępowi technicznemu – drukowane modlitewniki, jak „Maj duchowy” z 1549 roku, popularyzowały majowe formy kultu jako odpowiedź na kryzys Reformacji.
Włoski jezuita o. Ansolani uchodzi za ojca nabożeństw majowych. W XVIII wieku organizował w Neapolu koncerty pieśni maryjnych zakończone błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Dzieło to rozwinął o. Muzzarelli, wprowadzając „majówki” w kościele Il Gesù w Rzymie i propagując je w całej Europie.
Majówki po raz pierwszy w Polsce
W Polsce po raz pierwszy odnotowano nabożeństwa majowe w Tarnopolu w 1838 roku, a w kościele Świętego Krzyża w Warszawie oficjalnie odprawiono je w 1852 roku. Do końca XIX wieku zwyczaj ten przyjął się w większości polskich parafii. W wielu miejscowościach wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy kapliczkach czy na ulicach miast. Integralną częścią nabożeństwa jest Litania Loretańska – modlitwa powstała prawdopodobnie w XII wieku, zatwierdzona przez papieża Sykstusa V w 1587 roku.
Zawiera ona wezwania dogmatyczne, historiozbawcze i eschatologiczne, wskazując na rolę Maryi w historii zbawienia i jej duchową obecność pośród wiernych. W czerwcu 2020 roku papież Franciszek zatwierdził trzy nowe wezwania do Litanii Loretańskiej: „Matko miłosierdzia”, „Matko nadziei” oraz „Pociecho migrantów”.
„Pociecho migrantów” – nowe wezwanie papieża Franciszka
Decyzja ta została ogłoszona przez Dykasterię ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, a jej celem było uwzględnienie aktualnych wyzwań duszpasterskich oraz pogłębienie refleksji nad rolą Maryi we współczesnym świecie. Nowe wezwania znalazły swoje miejsce w określonych punktach Litanii: „Matko miłosierdzia” po „Matko Kościoła”, „Matko nadziei” po „Matko łaski Bożej”, a „Pociecho migrantów” po „Ucieczko grzesznych”.
W Polsce zmiany te weszły w życie pod koniec sierpnia 2020 roku, po oficjalnym zatwierdzeniu przez Konferencję Episkopatu Polski. Wezwanie „Matko miłosierdzia” funkcjonowało wcześniej w polskiej wersji litanii, jednak po wprowadzeniu zmian zostało przeniesione na nowe miejsce, zgodnie z układem wyznaczonym przez Stolicę Apostolską.
Papież Benedykt XVI mówił w 2010 roku, że maj, jako najpiękniejszy miesiąc w roku, poświęcony jest „najpiękniejszemu kwiatowi stworzenia” – Maryi, która jest duchowym sercem Kościoła i pamięcią o Jezusie. Takie rozumienie miesiąca maryjnego nie traci na aktualności i wciąż inspiruje do codziennej, wspólnotowej modlitwy – zarówno w rodzinach, jak i w przestrzeni publicznej.
KAI/deon.pl
***
Obraz, przed którym po raz pierwszy na ziemiach polskich odprawiono nabożeństwo majowe
Emerytowana nauczycielka Antonina Mrozówna wraz z siostrą z narażeniem życia przechowały ten wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej. Domena publiczna
***
Zwyczaj nabożeństw majowych, o czym przypomniał już jakiś czas temu, Dominik Dubiel SJ w tekście „Majowe w czasach popkultury. Nabożeństwo bez przyszłości?”, rozpropagowali w XIX w. jezuici. Oni też wprowadzili majówki w naszym kraju.
Jednak obraz Matki Bożej, przed którym w 1838 r. odprawiono pierwszą majówkę na ziemiach polskich, znajduje się w kościele… dominikańskim. Jak to możliwe?
Kasaty zakonów
Przedstawienie Matki Bożej Różańcowej z Tarnopola zostało namalowane w połowie XVIII w. do właśnie budowanego tam kościoła dominikanów. Ukończono go w latach 70. tego stulecia. A Maryi oddano do dyspozycji jedną z bocznych kaplic, ponieważ głównym opiekunem duchowym miejsca został św. Wincenty Ferreriusz.
Kaznodzieje jednak nie nacieszyli się długo swoją świątynią. Najpierw „dokwaterowano” im parafię. Wkrótce potem nadeszły zabory i cesarz austriacki skasował ten klasztor, odsyłając ojców do ich domu zakonnego w Żółkwi.
Pozostawili po sobie jednak całkiem nowy i zdecydowanie ładny kompleks budynków. A że w Rosji właśnie skasowano dla odmiany jezuitów, ci przybyli do Tarnopola i „tymczasowo” osiedli w miejsce dominikanów. Miało to miejsce w 1820 r. i tymczasowy pobyt przedstawicieli Towarzystwa Jezusowego wydłużył się do 1901 r.
To właśnie sprawiło, że kiedy w 1838 r. o. Franciszek Ksawery Asum SJ postanowił odprawić pierwszą majówkę na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej, odbyła się ona przed obrazem de facto dominikańskim. Jezuici wprowadzili zresztą zwyczaj, że na maj przenosili go do ołtarza głównego, tak, aby więcej wiernych mogło wziąć udział w nabożeństwie, a przy okazji też podziwiać piękno tego przedstawienia.
Powrót dominikanów i wyjazd obrazu
Jezuici opuścili klasztor tarnopolski w 1901 r. (wreszcie zdołali zbudować własny), a dwa lata później wrócili do niego dominikanie, sarkając nieco na przemalowania i przebudowy dokonane przez poprzednich mieszkańców.
Dramatycznym momentem w jego historii był wrzesień 1939 r., kiedy wtargnęli do niego sowieccy żołnierze, którzy go ograbili, a następnie podpalili. Na szczęście Matka Boża Różańcowa była już wtedy bezpieczna w rękach emerytowanej nauczycielki Antoniny Mrozówny i jej siostry, które z narażeniem życia przechowały wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej (1939-1941).
Kiedy w 1945 r. bracia kaznodzieje znów zostali zmuszeni do opuszczenia Tarnopola, tym razem przez komunistyczne władze, zabrali ze sobą też cudowny obraz. Ten przez Lwów w 1946 r. trafił do Krakowa, gdzie w tamtym czasie miało miejsce coś w rodzaju zjazdu cudownych przedstawień Matki Bożej.
Znalazły się tam wszystkie wizerunki z kresowych sanktuariów dominikańskich – Podkamienia, Czortkowa, Lwowa i właśnie Tarnopola. Ten ostatni trafił do Poznania, zapewne w tym samym roku. Przygotowywano się tam do budowy kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej, więc tarnopolski wizerunek idealnie wpisywał się w kontekst.
Nowe sanktuarium
Wbrew trudnościom z zaopatrzeniem i tym administracyjnym, piętrzonym przez komunistyczne władze, budynek powstał i w 1949 r. odbyło się wmurowanie kamienia węgielnego. Dzięki zapiskom na temat tej uroczystości wiemy, że 2 października tego roku Matka Boża Tarnopolska została umieszczona w nowym kościele w, najpierw prowizorycznym, ołtarzu głównym.
Dziś każdy, kto chce pomodlić się przed Jej obrazem, odnajdzie go w kaplicy adoracji poznańskich dominikanów. Nie tylko jest piękny wizualnie, ale również jego historia to wspaniały przykład tego, że nie ma nic złego w konkurowaniu między sobą zakonów. Oczywiście pod warunkiem, że ścigają się w pobożności. Także maryjnej.
1. Chwalcie łąki umajone, Góry, doliny zielone. Chwalcie, cieniste gaiki, Źródła i kręte strumyki!
2. Co igra z morza falami, W powietrzu buja skrzydłami, Chwalcie z nami Panią Świata, Jej dłoń nasza wieniec splata.
3. Ona dzieł Boskich korona, Nad Anioły wywyższona; Choć jest Panią nieba, ziemi, Nie gardzi dary naszymi.
4. Wdzięcznym strumyki mruczeniem, Ptaszęta słodkim kwileniem, I co czuje, i co żyje, Niech z nami sławi Maryję!
***
Chwalcie łąki umajone jest przepiękną pieśnią pochwalną ku czci Najświętszej Maryi Panny. Słowa napisał jezuicki zakonnik Karol Antoniewicz w latach 40-tych XIX wieku. Natomiast nie jest znany kompozytor melodii.
***
Kim jestautor pieśni „Chwalcie, łąki umajone”?
Życie naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień
Epitafium Karola Bołoza-Antoniewicza w kościele św. Jakuba w Obrze, gdzie zmarł w 1852 r. fot. ks. Marcin Siewruk/Gość Niedzielny
***
Liryczne strofy, które w maju śpiewa dla Maryi cała Polska, zrodziły się w sercu człowieka doświadczonego cierpieniem Hioba. Utracił wszystko, co kochał, ale jego ból wydał zadziwiające owoce wiary i niezachwianej ufności.
Karol Bołoz-Antoniewicz znany jest jako autor pieśni „Chwalcie, łąki umajone” czy „W krzyżu cierpienie”, ale jego spuścizna literacka jest o wiele bogatsza. Tworzył wiersze, rozmyślania, wspomnienia i kazania, zostawił po sobie imponującą kolekcję napisanych przepięknym językiem listów i świadectwa duszpasterskiej żarliwości, ale prawdziwym opus magnum stało się jego życie, naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień, które wydają się nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. Był szlachcicem, powstańcem, romantycznym poetą, jezuitą i misjonarzem. Był także nieszczęśliwym, wcześnie owdowiałym mężem i zbolałym ojcem piątki dzieci, z których żadne nie przeżyło na tej ziemi więcej niż rok.
Poeta i romantyk
Urodził się 6 listopada 1807 roku w znanej szlacheckiej rodzinie polskich Ormian mieszkających we Lwowie. Jego ojciec Józef Antoniewicz był doktorem obojga praw i krajowym adwokatem, matka Józefa z Nikorowiczów również pochodziła z ormiańskiej rodziny. Gdy w 1818 roku ojciec zachorował, Antoniewiczowie przenieśli się do majątku we Skwarzawie k. Lwowa. Pięć lat później Józef zmarł. Pierwsze doświadczenie straty ukochanej osoby przerwało szczęśliwą młodość przyszłego jezuity, który odtąd szukał pociechy w modlitwie i samotności. Debiutancki wiersz napisał jako 17-latek i dedykował go ukochanej matce.
Po powrocie do Lwowa rozpoczął studia prawnicze. Poznał kilka języków obcych, z zamiłowaniem grał na fortepianie, komponował muzykę. Wkrótce zaciągnął się w szeregi powstańców listopadowych, ale ta przygoda nie trwała długo. Po powrocie z powstania, ku zaskoczeniu krewnych i przyjaciół, Karol poprosił o rękę Zosię, najstarszą córkę swojego wuja Ignacego Nikorowicza, który po śmierci pierwszej żony ożenił się powtórnie. Macocha zamierzała szybko wydać Zosię za mąż, choć kandydat był od niej dużo starszy. Karol więc sam poprosił o jej rękę. Nie zamierzał się wiązać, chciał tylko zyskać czas i znaleźć dziewczynie odpowiedniego kandydata. Ten fortel nie spodobał się jednak jego matce, która orzekła, że w takiej sytuacji Karol powinien ożenić się z Zofią. O zgodę trzeba było prosić papieża, bo pokrewieństwo młodych było bliskie. „Ty Zosi pokochać nie możesz, żenisz się tylko dla danego słowa – patrz, żebyś nie był nieszczęśliwy” – miał mu powiedzieć któryś z przyjaciół. Słowa te okazały się ponurym proroctwem, choć ten człowiek w jednym nie miał racji. Karol pokochał Zofię miłością głęboką, która przetrwała ciosy, jakie wkrótce, raz za razem, zaczęły spadać na młode małżeństwo.
Litania cierpień
Pierwsze dziecko, którego imienia nie znamy, żyło zaledwie kilka miesięcy, potem zmarła maleńka Maria i kolejna dziewczynka, również Maria. Zmarło też dwóch synków, obaj nosili imię Józef. Żałoba stała się codziennym chlebem Zofii i Karola. Po latach, już jako kapłan, pisał we wspomnieniach: „Byłem ojcem − ach to słowo, to było jedno słowo, którem posłyszał z ust dzieci moich! Jakby tylko na to przyszły na świat, aby mnie w imieniu Boga tym słowem powitać, tym słowem pożegnać. Boże! Ty wiesz, żeśmy te dzieci dla Ciebie tylko wychować chcieli, żeśmy je zawsze jak Twoją własność uważali; dziękowaliśmy Ci, gdyś je nam powierzył, nie skarżyliśmy się, gdyś je nam odebrał! Cieszyliśmy się nad ich kolebką, płakaliśmy nad ich grobem”.
Małżonkowie szukali ukojenia w modlitwie i uczynkach miłosierdzia, troszcząc się o biednych, chorych i opuszczonych. We Lwowie podejmowali różne posługi w szpitalu sióstr miłosierdzia. To w tych murach zakiełkowało i zaczęło dojrzewać powołanie Karola. Jeszcze mocniej odezwało się w sercu jego żony. Złożyli wówczas prywatne śluby czystości. Ukochana Zofia wkrótce zachorowała na gruźlicę. Małżonkowie obiecali sobie, że jeśli wyzdrowieje, oboje wstąpią do zakonu. Zofia do szarytek, Karol – do jezuitów. Niestety, w wieku 27 lat jego żona zmarła.
Nowe życie
„Szukałem dla siebie jeszcze innego nieba, i wszystkom utracił i nicem nie uzyskał! − O! nie, uzyskałem wszystko; wśród łez i cierpienia ujrzałem po raz pierwszy duszą i sercem Ciebie, o Jezu, Ciebie na krzyżu rozpiętego!” – wyznawał Antoniewicz.
Śmierć żony była dla Karola wstrząsem, który zmusił go do rewizji życia i podtrzymał w decyzji o wstąpieniu do jezuitów. „Przeczuwał, że tylko na tej drodze może odnaleźć ulgę w swym bólu, gdyż sensu cierpienia nikt mu nie wyjaśni i musi sam je w sobie przeżyć. Zrozumiał, że tajemnica życia kryje się w szczęściu przybitym do krzyża” – pisze o tym przełomowym momencie życia poety s. Bożena Leszczyńska, autorka poświęconej Antoniewiczowi książki „W Krzyżu – miłości nauka…”. Jej czytelnikami są m.in. rodzice dzieci chorych i tych, które odeszły. Siostra pracuje w szpitalu dziecięcym w Krakowie i z doświadczenia wie, że ks. Antoniewicz może stać się bliski ludziom, którzy stracili dzieci. Sama uczy się od niego pokory. – Pokory wobec tego, co przynosi życie. Pokory wobec krzyża obecnego w życiu człowieka. Zaufania do Pana Boga, przekonania, że On wszystkim kieruje, że ze wszystkiego potrafi wyprowadzić dobro – wyjaśnia.
„Żyje ta pamięć w głębi duszy, a jeśli ją poruszę, to chwilka po chwilce, uczucie po uczuciu, tak żywo powraca, jakby ten przeciąg czasu jednym tylko ciężkim był snem (…), chciałem się modlić, ale nie znalazłem słów, tylko łzy!” – opisywał puste mury opuszczonego domu przyszły jezuita. „Stan ten porównać można do doświadczenia nocy ciemnej opisywanej przez św. Jana od Krzyża, kiedy to Bóg prowadzi człowieka ku światłu zmartwychwstania przez ciemność, a dusza cierpi bez pociechy i nadziei światła czy duchowego dobra. (…) Poddana oczyszczeniu i wypaleniu w ogniu cierpienia, rozjaśniona zostaje przez Bożą Mądrość” – pisze s. Leszczyńska.
Cierpienie nie złamało Antoniewicza, ale stało się fundamentem jego duchowej przemiany. „Serce jego stało się ze zbolałego tkliwym, ze smutnego rzewnym, z zamkniętego otwartym, z cierpkiego słodkim, z rozburzonego cichym, z hardego pokornym, z przygasłego gorejącym najczystszą Boga i ludzi miłością” – opisywał stan ducha poety ks. Aleksander Jełowicki. Pod krzyżem przemienił się w nowego człowieka.
Za zakonną furtą
Druga część życia autora pieśni „Chwalcie, łąki umajone” upłynęła we wspólnocie jezuitów. Spokój odzyskał w Starej Wsi, gdzie odbył nowicjat. To właśnie tam, zachwycony pięknem krajobrazu Pogórza Brzozowskiego, stworzył strofy tego hymnu i ubrał je w melodię, która stała się symbolem majowych nabożeństw. Klimat starowiejskiego kościoła, piękno krajobrazów i miłość Karola do Matki Bożej zaowocowały zresztą całym cyklem wierszy i pieśni ku czci Maryi, zebranych w tomiku „Wianeczek majowy”. W naznaczonym trudami życiu Antoniewicza Maryja odgrywała bardzo ważną rolę, wnosząc w nie klimat radości i szczęścia dziecka bez reszty ufającego Matce. Wielokrotnie pisał o tym, że Najświętsza Dziewica była dla niego opiekunką, pociechą i ostoją.
W Starej Wsi ks. Karol Antoniewicz spędził lata 1839–1841. Jako wotum dla Matki Bożej zostawił tutaj najcenniejszą pamiątkę poprzedniego życia – swoją ślubną obrączkę. – Polecił, by włożyć ją w koronę figurki Matki Bożej Nowicjackiej – opowiada jezuita o. Stanisław Groń. Ta niewielka, bo 24 cm mierząca statua, kopia Matki Bożej Loretańskiej, była otoczona serdeczną modlitwą wielu pokoleń jezuickich nowicjuszy. „Przed tą statuą przez dwa lata modliłem się, codziennie odprawiałem rozmyślania i nieraz walczyłem i płakałem gorzką łzą, nie łzą żalu za światem, ale łzą żalu za grzechy, którymi tyle, tyle Boga obrażałem” – pisał ks. Antoniewicz.
Najważniejsza ofiara
Ostatnia dekada życia ks. Antoniewicza upłynęła pod znakiem misji, żarliwego kaznodziejstwa, niestrudzonego przemierzania wielu miast i wsi dla głoszenia Ewangelii i pokrzepiania ludności ciemiężonej przez zaborców. Karol był misjonarzem słuchanym i cenionym, ale nie przez wszystkich mile widzianym. Nie w smak były ówczesnym władzom jego dążenia do tego, by dodawać ludziom odwagi i nadziei, by podtrzymywać ich wiarę, miłość do Boga i ojczyzny. Głosił słowem i życiem, bo na pierwszym miejscu stawiał zawsze chorych i cierpiących, którym posługiwał z oddaniem, jak niegdyś z Zofią w szpitalu sióstr szarytek. Misjonarskie drogi prowadziły go do Lwowa i na Huculszczyznę, do Krakowa i niewielkich małopolskich miejscowości, na Śląsk i do Wielkopolski. Był aktywny mimo mnożących się przeciwności, mimo zakazów, jakie nakładały na niego władze, mimo wrogości różnych środowisk. Był „aniołem pociechy” dla mieszkańców Krakowa, gdy miasto ogarnął wielki pożar. Na zgliszczach kościołów głosił kazania i opatrywał rany ofiar pożogi.
Żywiołem, który ostatecznie zakończył życie niestrudzonego jezuity, okazał się jednak nie pożar, ale epidemia. Spowiadał umierających na cholerę i nie opuszczał ich do ostatniej chwili. Szedł tam, gdzie żaden ksiądz czy lekarz nie chciał wchodzić. „Dziś od pierwszej w nocy do siódmej rano 17 chorych odwiedziłem. O! biedny, biedny lud! Powiedziałem sercu: milcz! − i milczy, bo inaczej, jeśli nie z cholery, to z boleści byłbym umarł” – pisał na początku września 1852 roku z Kościana.
Jego ostatnią misją miało być utworzenie domu zakonnego w Obrze, gdzie dotarł 4 listopada 1852 roku. W nocy 7 listopada poczuł się jednak bardzo źle. „Gasnąca epidemia cholery upomniała się o swą najważniejszą ofiarę” – pisała s. Leszczyńska. Cierpiał przez kilka dni, do końca przytomny i rozmodlony. Zmarł 14 listopada 1852 roku. Miał 45 lat.
Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny
***
o. Jacek Salij OP fot. Screenshot – YouTube (salve tv)
Dziś Jezus mówi do wszystkich, którzy chcą zmieniać naukę Kościoła: OPAMIĘTAJCIE SIĘ!
Pan Jezus uzdrawiał niewidomych, głuchych, trędowatych i sparaliżowanych, uwalniał od duchów nieczystych i różne inne cuda czynił. Zatem jakiego innego znaku oczekiwali od Niego ci, którzy mówili: “Nauczycielu, chcielibyśmy jakiś znak widzieć od Ciebie?” I dlaczego ta prośba tak oburzyła Pana Jezusa?PauseMute
Otóż nauka, jaką głosił Jezus, stanowiła jedno z cudami, jakie czynił. Stanowiła też jedno z Jego miłością do Ojca, z Jego modlitwą i z Jego troską o ludzi. Faryzeuszów to wszystko nie obchodziło. Jego nauka ich denerwowała i nie zamierzali jej słuchać. To, że nauka Jezusa była pełna mocy i przelewała się coraz to nowymi cudami, raczej pobudzało ich do gniewu niż do wsłuchiwania się w to, co On mówił do ludzi.
Otóż człowiek złej woli zazwyczaj wie o tym, że wola jest w nim zła, a jednocześnie chciałby przekonać samego siebie i innych, że postępuje właściwie. Ten właśnie mechanizm zadziałał w faryzeuszach. “Niech nam Jezus pokaże taki znak, który by nas naprawdę przekonał, bo nas nie przekonuje ani to, że niewidomi widzą, sparaliżowani chodzą, trędowaci są oczyszczeni, ani też inne cuda Jezusa.”
Żądanie to było podwójnie przewrotne. Faryzeusze próbowali rozkazywać Panu Bogu, co On powinien zrobić, żeby oni byli łaskawi uwierzyć. A ponadto żądali oni takiego cudu, który jednocześnie nie byłby cudem. Przecież samą istotą cudu autentycznego, cudu religijnego jest to, że jest on integralną częścią kierowanej do człowieka Bożej nauki. Cud oddzielony od przesłania religijnego nie jest już cudem, tylko popisem kuglarskim.
Toteż Pan Jezus mówi im: “Ludzie, opamiętajcie się! Zacznijcie wreszcie słuchać naukę, jaką wam przyniosłem od mojego Ojca! Przecież nawet Niniwici usłyszeli naukę proroka Jonasza, a Ja jestem kimś więcej niż Jonasz. Przecież królowa Saby podjęła długą i męczącą podróż, aby słuchać mądrości Salomona, a Ja jestem kimś więcej niż Salomon. Ludzie kochani – taki jest sens słów Pana Jezusa – spróbujcie wreszcie wsłuchać się w moją naukę.”
A swoją drogą, jakżeż często nam samym zdarzają się obie te przewrotności, którymi zgrzeszyli faryzeusze. Przecież my również próbujemy nieraz rozkazywać Panu Bogu i wyznaczać Mu warunki, które powinien On spełnić, żebyśmy byli łaskawi Mu uwierzyć.
I jakże często jest w nas pożądanie cudów odizolowanych od nauki Ewangelii. A przecież wystarczyłoby trochę bardziej na serio żyć Ewangelią, żeby oglądać cuda pojednania skłóconych, cuda wyzwolenia z paraliżu egoizmu oraz cud wzrastającej międzyludzkiej życzliwości.
„Zbytnio skupiamy się na tym, co jest bezpośrednio widoczne”. Leon XIV o pomijanej misji Kościoła
Papież kontynuuje cykl katechez o Konstytucji dogmatycznej o Kościele “Lumen gentium”
fot. Vatican Media
***
Zatrzymując się dzisiaj nad fragmentem rozdziału VII soborowej Konstytucji o Kościele, rozważmy jedną z jego kluczowych cech, jaką jest wymiar eschatologiczny. Kościół bowiem pielgrzymuje przez tę ziemską historię, zawsze zmierzając ku ostatecznemu celowi, jakim jest ojczyzna niebieska. Jest to wymiar zasadniczy, który jednak często pomijamy lub pomniejszamy, ponieważ zbytnio skupiamy się na tym, co jest bezpośrednio widoczne, oraz na bardziej konkretnych dynamikach życia wspólnoty chrześcijańskiej.
Kościół jest Ludem Bożym pielgrzymującym w dziejach, a celem wszystkich jego działań jest Królestwo Boże (por. LG, 9). Jezus zapoczątkował Kościół właśnie poprzez głoszenie tego Królestwa miłości, sprawiedliwości i pokoju (por. LG 5). Jesteśmy zatem wezwani do rozważenia wspólnotowego i kosmicznego wymiaru zbawienia w Chrystusie oraz do skierowania wzroku ku temu ostatecznemu horyzontowi, aby wszystko mierzyć i oceniać w tej perspektywie.
Kościół żyje w dziejach służąc przychodzeniu Królestwa Bożego na świat. Głosi on wszystkim i zawsze słowa tej obietnicy, otrzymuje jej zadatek w celebrowaniu sakramentów, zwłaszcza Eucharystii, realizuje i doświadcza jej logiki w relacjach miłości i służby. Ponadto Kościół wie, że jest miejscem i środkiem, w którym zjednoczenie z Chrystusem realizuje się „mocniej” (LG, 48), uznając jednocześnie, że zbawienie może być dane przez Boga w Duchu Świętym również poza jego widzialnymi granicami.
Kościół realizuje swoją misję pomiędzy „już” początku Królestwa Bożego w Jezusie a „jeszcze nie” spełnienia obiecanego i oczekiwanego
W tym względzie Konstytucja Lumen gentium zawiera ważne stwierdzenie: Kościół jest „powszechnym sakramentem zbawienia” (LG, 48), to znaczy znakiem i narzędziem tej pełni życia i pokoju obiecanej przez Boga. Oznacza to, że Kościół nie utożsamia się całkowicie z Królestwem Bożym, ale jest jego zalążkiem i początkiem, ponieważ wypełnienie zostanie dane ludzkości i wszechświatu dopiero na końcu czasów. Wierzący w Chrystusa kroczą zatem przez tę ziemską historię, naznaczoną dojrzewaniem dobra, ale także niesprawiedliwościami i cierpieniami, nie ulegając ani złudzeniom, ani rozpaczy; żyją oni ukierunkowani obietnicą otrzymaną od Tego, który „czyni wszystko nowe” (Ap 21, 5). Dlatego Kościół realizuje swoją misję pomiędzy „już” początku Królestwa Bożego w Jezusie a „jeszcze nie” spełnienia obiecanego i oczekiwanego. Jako strażnik nadziei, która oświeca wędrówkę, Kościół jest również obdarzony misją wypowiadania jasnych słów, aby odrzucać wszystko, co uśmierca życie i uniemożliwia jego rozwój, oraz opowiadać się po stronie ubogich, wyzyskiwanych, ofiar przemocy i wojny oraz wszystkich cierpiących na ciele i na duchu (por. Kompendium nauki społecznej Kościoła, 159).
Będąc znakiem i sakramentem Królestwa, Kościół jest Ludem Bożym pielgrzymującym na ziemi, który wychodząc właśnie od ostatecznej obietnicy, na podstawie Ewangelii odczytuje i interpretuje dynamikę dziejów, demaskując zło we wszystkich jego formach i głosząc słowami i czynami zbawienie, które Chrystus pragnie urzeczywistnić dla całej ludzkości, oraz Jego Królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju. Kościół nie głosi zatem samego siebie, wręcz przeciwnie, w nim wszystko musi odsyłać do zbawienia w Chrystusie.
W tej perspektywie Kościół jest wezwany do pokornego uznania ludzkiej kruchości i przemijalności swoich instytucji, które – choć służą Królestwu Bożemu – posiadają przemijającą postać tego świata (por. LG, 48). Żadna z instytucji kościelnych nie może być absolutyzowana, lecz przeciwnie – ponieważ istnieją one w dziejach i w czasie – są wezwane do ciągłego nawracania, do odnawiania form i reformowania struktur, do ciągłego odradzania relacji, tak aby mogły naprawdę odpowiadać swojej misji.
W perspektywie Królestwa Bożego należy również rozumieć relację między chrześcijanami, którzy dziś wypełniają swoją misję, a tymi, którzy już zakończyli swoje ziemskie życie i znajdują się w stanie oczyszczenia lub zażywają chwały. Lumen gentium stwierdza bowiem, że wszyscy chrześcijanie zrastają się w jeden Kościół oraz że istnieje komunia i współuczestnictwo w dobrach duchowych oparta na jedności wszystkich wierzących z Chrystusem, na braterskiej trosce (fraterna sollicitudo) między Kościołem ziemskim a Kościołem niebiańskim; jest nim owo obcowanie świętych (consortium cum Sanctis), którego doświadcza się w szczególności w liturgii (por. LG, 49-51). Modląc się za zmarłych i podążając śladami tych, którzy już żyli jako uczniowie Jezusa, my również otrzymujemy wsparcie w naszej wędrówce i umacniamy oddawanie czci Bogu: naznaczeni jednym Duchem i zjednoczeni w jednej liturgii, wraz z tymi, którzy poprzedzili nas w wierze, wielbimy i oddajemy chwałę Trójcy Przenajświętszej.
Jesteśmy wdzięczni Ojcom soborowym za przypomnienie nam o tym tak ważnym i tak pięknym wymiarze bycia chrześcijanami; starajmy się pielęgnować go w naszym życiu.
Watykan/KAI
***
Niedziela 3 maja 2026
Regina Coeli. Leon XIV mówił o atrakcyjności nieba. „Jest dostępne dla wszystkich”
“W starym świecie… uwagę przyciągają miejsca ekskluzywne, doświadczenia dostępne tylko dla nielicznych czy przywilej wejścia tam, gdzie nikt inny nie ma wstępu. Natomiast w nowym świecie, dokąd prowadzi nas Zmartwychwstały, to, co ma największą wartość, jest dostępne dla wszystkich” – powiedział papież.
fot. Vatican Media
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
W okresie wielkanocnym, podobnie jak rodzący się Kościół, powracamy do słów Jezusa, które odsłaniają pełnię swego znaczenia w świetle Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. To, co wcześniej umykało uczniom lub budziło w nich niepokój, teraz powraca w pamięci, rozpala serca i daje nadzieję.
Ewangelia czytana w tę niedzielę wprowadza nas w rozmowę Mistrza z uczniami podczas Ostatniej Wieczerzy. W szczególności słyszymy obietnicę, która już teraz włącza nas w misterium Jego zmartwychwstania. Jezus mówi: „A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14, 3). Apostołowie odkrywają w ten sposób, że w Bogu jest miejsce dla każdego. Dwóch z nich doświadczyło tego już podczas pierwszego spotkania z Jezusem nad rzeką Jordan, kiedy to On zauważył, że idą za Nim, i zaprosił ich, aby tamtego popołudnia zatrzymali się w Jego domu (por. J 1, 39). Również teraz, w obliczu śmierci, Jezus mówi o domu – tym razem bardzo wielkim: jest to dom Jego Ojca i naszego Ojca, w którym jest miejsce dla wszystkich. Syn opisuje siebie jako sługę, który przygotowuje pokoje, aby każdy brat i każda siostra, przybywając tam, znaleźli gotowe swoje mieszkanie i poczuli się od zawsze oczekiwani i wreszcie odnalezieni.
Najdrożsi, w starym świecie, w którym wciąż pielgrzymujemy, uwagę przyciągają miejsca ekskluzywne, doświadczenia dostępne tylko dla nielicznych czy przywilej wejścia tam, gdzie nikt inny nie ma wstępu. Natomiast w nowym świecie, dokąd prowadzi nas Zmartwychwstały, to, co ma największą wartość, jest dostępne dla wszystkich. Nie traci to jednak przez to swej atrakcyjności. Wręcz przeciwnie, to, co jest otwarte dla wszystkich, przynosi teraz radość: wdzięczność zajmuje miejsce rywalizacji; gościnność usuwa wykluczenie; obfitość nie pociąga już za sobą nierówności. Przede wszystkim nikt nie zostaje pomylony z kimś innym, nikt nie jest zagubiony. Śmierć grozi wymazaniem imienia i pamięci, ale w Bogu każdy jest nareszcie sobą. W rzeczywistości jest to miejsce, którego szukamy przez całe życie, czasami gotowi na wszystko, byleby tylko uzyskać odrobinę uwagi i uznania.
„Wierzcie” – mówi do nas Jezus. Oto sekret! „Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie” (J 14, 1). Właśnie ta wiara uwalnia nasze serce od niepokoju posiadania i zdobywania, od złudzenia pogoni za prestiżowym miejscem, by coś znaczyć. Każdy ma już nieskończoną wartość w misterium Boga, który jest prawdziwą rzeczywistością. Miłując się wzajemnie tak, jak Jezus nas umiłował, przekazujemy sobie tę świadomość. To jest nowe przykazanie: w ten sposób antycypujemy niebo na ziemi, ukazujemy wszystkim, że braterstwo i pokój są naszym przeznaczeniem. W miłości bowiem, pośród rzeszy braci, każdy odkrywa, że jest jedyny i niepowtarzalny.
Prośmy zatem Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Kościoła, aby każda wspólnota chrześcijańska była domem otwartym dla wszystkich i wrażliwym na każdego.
Watykan/Stacja7.pl
***
Prorocze pytania przyszłego papieża. Ks. Prevost trafnie wskazał dylemat, z którym mierzy się Kościół
fot. Grzegorz gałązka / galazka.deon.pl
***
Pytania skierowane szesnaście lat temu do augustianów przez ówczesnego przeora Roberta Francisa Prevosta brzmią szokująco aktualnie dziś w odniesieniu do Kościoła w Polsce.
Właśnie dzisiaj, 4 maja 2026 r., do księgarń trafia opublikowana w języku włoskim przez wydawnictwo Libreria Editrice Vaticana książka pod tytułem “Wolni dzięki łasce. W szkole św. Augustyna wobec wyzwań historii”. Zawiera ona wystąpienia i przemówienia Roberta Francisa Prevosta, czyli obecnego papieża Leona XIV, z okresu, gdy był przeorem Zakonu św. Augustyna. Pretekstem do jej wydania jest przypadająca 8 maja br. pierwsza rocznica wyboru Leona XIV na Stolicę Piotrową. Wiadomo, że planowane jest opublikowanie tej książki w co najmniej trzydziestu krajach świata. Niestety nie podano, czy i kiedy ukaże się po polsku.
Informując o nowej pozycji wydawniczej Libreria Editrice Vaticana media Stolicy Apostolskiej opublikowały w całości jeden z umieszczonych w niej tekstów. To homilia wygłoszona przez ówczesnego przeora Roberta Francisa Prevosta z okazji inauguracji jednej z Kapituł Generalnych Prowincji Santo Niño de Cebù. Obecny Następca św. Piotra wygłosił ją w kościele św. Augustyna de Intramuros w Manili 19 września 2010 roku.
Przeor Prevost przywołał w swym wystąpieniu postać Andrésa de Urdanety, słynnego szesnastowiecznego hiszpańskiego żeglarza, badacza południowego Pacyfiku, który został augustianinem. Przypomniał, że Urdenta zasłynął, ponieważ odkrył bezpieczną i szybką morską trasę powrotną z Filipin do Meksyku, określaną słowem “tornaviaje” (hiszp. podróż powrotna). Nawiązując do tego odkrycia dzisiejszy papież zwrócił uwagę, że żeglarz i zakonnik w swoim życiu odbył znacznie ważniejszą “podróż powrotną”, czyli swoje nawrócenie i wstąpienie do zakonu.
Używając metafory podróży ks. Prevost powiedział: “Jako augustianie przeżywamy ją we wspólnocie życia i poprzez posługi apostolskie. Możemy jednak w pewnym momencie tej drogi zwolnić, stać się zadowoleni z siebie i rozproszeni, a nawet zatrzymać się i popaść w stagnację w życiu duchowym i pracy duszpasterskiej”. Przestrzegł, że wiele wspólnot lokalnych i jednostek zakonnych może utracić zdolność inspirowania i przyciągania innych. “Entuzjazm, pełen energii, typowy dla młodych, może stopniowo zanikać i łatwo wpadamy w codzienną rutynę – zawsze tę samą, niezmienną” – mówił w roku 2010 dzisiejszy papież.
Postawił też pytania, odnoszące się wówczas przede wszystkim do zadania, przed którym stanęli uczestnicy augustiańskiej kapituły. “Czy chcemy zachować to, co mamy, pozostać tam, gdzie jesteśmy, czy też pragniemy wsłuchać się w niespokojne serce, słuchać w modlitwie, stać się uważnymi na Słowo Boże i wsłuchiwać się także w tych spośród nas, którzy poszukują i odczytują znaki czasu? Czy jesteśmy otwarci na możliwość wyboru czegoś innego, na nowy i odnowiony sens misji w naszym życiu?” – pytał Robert Prevost swych zakonnych współbraci. Wskazywał, że być może są rozdarci między pragnieniem pójścia za Chrystusem – bez względu na cenę – “a pragnieniem pozostania tam, gdzie jesteśmy, zadowoleni i z niewielką chęcią lub zdolnością do zmiany drogi, którą kroczymy”.
Skrótowo mówiąc, dylemat przywołany przez przeora Prevosta brzmiał: “zachowanie czy misja?”. Pytał swoich współbraci, czy po prostu podtrzymują to, co jest, czy też duch misyjny jest żywy w ich sercach. Zwracał uwagę, że jeśli chodzi o rozumienie posługi, grupa nastawiona wyłącznie na zachowanie powie: “Musimy pozostać wierni naszej przeszłości”, natomiast wspólnota o duchu misyjnym powie: “Musimy być wierni naszej przyszłości”. Wskazywał też na różnice stylu przywództwa, zależne od przyjętego nastawienia. Wyjaśniał, że w mentalności tych, którzy preferują zachowawczość, jest on przede wszystkim menedżerski – dobrze zorganizowany i efektywny, liderzy starają się utrzymać wszystko w porządku i dopilnować, by wszystko przebiegało sprawnie. “Natomiast wspólnota obdarzona wizją prorocką i żyjąca misją będzie dążyć do innego rodzaju przywództwa: stylu, który przede wszystkim przemienia, zdolnego ukazywać wizję tego, co może się stać, z gotowością, by iść daleko i podejmować liczne ryzyka, aby ta wizja stała się rzeczywistością” – tłumaczył Leon XIV zaledwie piętnaście lat przed swoim wyborem na Stolicę Piotrową.
Pytania skierowane wtedy do augustianów brzmią szokująco aktualnie w odniesieniu do Kościoła w Polsce. Stoimy przed nimi nie od dziś, lecz od wielu lat, można śmiało powiedzieć, że od dekad. A jednak wciąż nie wybrzmiewają one wystarczająco głośno, tak głośno, aby rzeczywiście zaczęło się szukanie na nie rzetelnych i wynikających z odważnej troski odpowiedzi. Obserwacja codziennego funkcjonowania katolickiej wspólnoty w naszym kraju podpowiada, że póki co nastawieni jesteśmy o wiele bardziej na “zachowanie”, na “konserwowanie” tego, co udało się zbudować jeszcze wczasach PRL-u niż na misyjność. Paradoksalnie nawet parafialne misje adresowane są bardzo często do tych, którzy wciąż przychodzą do kościoła, a nie do tych, którzy trzymają się od świątyni daleko.
“Polska była wierna Chrystusowi – i pragniemy, aby taka pozostała” – mówił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC 2 maja br. na Jasnej Górze w uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski. Brzmi to ze wszech miar słusznie, jednak czy nie jest równocześnie (nie do końca uświadomioną) deklaracją zachowawczości? Opowiedzeniem się zdecydowanie bardziej za wiernością przeszłości niż wiernością przyszłości?
Opublikowana przez watykańskie media homilia, którą obecny papież wygłosił szesnaście lat temu jako augustiański przeor, może budzić skojarzenia ze słynnym “proroctwem Ratzingera”, czyli wypowiedzią późniejszego papieża Benedykta XVI z 24 grudnia 1969 roku, na zakończenie cyklu wykładów radiowych w rozgłośni Hessian Rundfunk. Zapowiadał Kościół mniejszościowy, pozbawiony przywilejów społecznych. “Będzie Kościołem bardziej duchowym, który nie przypisze sobie mandatu politycznego, flirtując raz z lewicą a raz z prawicą. Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich” – mówił późniejszy prefekt Kongregacji Nauki Wiary. “Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich” – przewidywał. Takie skojarzenie wydaje się w pełni uprawnione. Ks. Prevost trafnie wskazał dylemat, że którym w XXI stuleciu mierzy się Kościół. Zasugerował odpowiedź, jednak jak wielu katolików (także w naszej Ojczyźnie) zechce ją przyjąć?
Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w tym roku jest przeniesiona na 2 maja
Główne uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski odbędą się w tym roku na Jasnej Górze w sobotę 2 maja (a nie jak zwykle 3 maja) z uwagi na przypadającą dzień później V Niedzielę Wielkanocną.
Uroczystość NMP Królowej Polski została ustanowiona przez papieża Benedykta XV w 1920 r. na prośbę polskich biskupów. Jest ona głęboko zakorzeniona w polskiej historii – nawiązuje do Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza z 1656 r., Konstytucji 3 maja oraz oddania Polski pod opiekę Maryi po uzyskaniu niepodległości.Play
Geneza – Maryja objawia się włoskiemu jezuicie jako królowa Polski
Już w średniowieczu na ziemiach polskich żywy był silny kult maryjny, a Matka Boża była traktowana jako szczególna opiekunka Królestwa Polskiego. Jan Długosz nazwał Maryję „Panią świata i naszą”, a maryjna pieśń Bogurodzica od XV wieku pełniła rolę nieoficjalnego hymnu państwowego.
Mało kto wie, że po raz pierwszy Maryja została nazwana wprost Królową Polski w trakcie objawień jakich doświadczył w Neapolu włoski jezuita ojciec Juliusz Mancinelli 14 sierpnia 1608 r. Miał on objawienie, podczas którego Maryja poleciła mu, aby nazwał ją Królową Polski: „A czemu mnie Królową Polski nie zowiesz? Ja to Królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku Mnie pałają jego synowie”. Treść tych objawień rozpowszechnił na ziemiach Rzeczypospolitej książę Albrecht Radził, Wielki Kanclerz Litewski.
W czasie najazdu szwedzkiego, 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej, przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej Łaskawej, król Jan Kazimierz złożył uroczyste śluby, zawierające formułę: „Ciebie za patronkę moją i za Królowę państw moich dzisiaj obieram”. W trakcie ślubowania zobowiązywał się szerzyć cześć Maryi, wystarać się u papieża o pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej, a także zająć się losem chłopów i zaprowadzić w państwie sprawiedliwość społeczną.
Temu wiekopomnemu wydarzeniu towarzyszyło odśpiewanie litanii do Najświętszej Panny. Nuncjusz apostolski abp Pietro Vidoni, który przewodniczył uroczystej Mszy św. w katedrze lwowskiej, dodał do modlitwy wezwanie “Królowo Korony Polskiej, módl się za nami”, które zgromadzeni biskupi i senatorowie trzykrotnie powtórzyli. Po ślubowaniu władcy, w imieniu senatorów i szlachty, podobną rotę odczytał podkanclerz koronny biskup krakowski Andrzej Trzebnicki, a wszyscy obecni powtarzali słowa jego ślubowania.
Jan Kazimierz nie mógł jednak dopełnić ślubów. Państwo opanowywał wówczas coraz większy chaos, a sam władca w niedługim czasie (1668 r.) zdecydował się abdykować i wyjechać za granicę. Szczególne związanie kultu Maryi, Królowej Korony Polskiej, z Jasną Górą nastąpiło 8 września 1717 r., kiedy to dokonano koronacji jasnogórskiego obrazu, co uznano za koronację Maryi na Królową Polski.
Odnowienie ślubów w sytuacji narodowej niewoli
W roku 1856 r. w Paryżu, nastąpiło odnowienie ślubów Jana Kazimierza przez jednego z twórców zgromadzenia zmartwychwstańców ks. Aleksandra Jełowickiego oraz krąg osób z nim związanych m. in. Adama Mickiewicza, którzy byli przekonani, że najwłaściwszą drogą do odzyskania niepodległości jest moralne odrodzenie polskiego społeczeństwa. Te idę propagowało później powstałe w tym kręgu zgromadzenie Księży Zmartwychwstańców, a silnie oddziaływała ona na ziemie pod zaborami i kształtujący się tam ruch zakonotwórczy.
Kolejna aktualizacja ślubów Jana Kazimierza miała miejsce w 1904 roku. Dokonał tego św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup Lwowa, który zgromadził tam przedstawicieli wszystkich zaborów. Bilczewski wskazał po raz kolejny realizację ślubów Jana Kazimierza jako drogę do odzyskania niepodległości. Papież Pius X w 1908 r. zezwolił na wpisanie wezwania „Królowo Polski” na stałe do Litanii Loretańskiej. W tym samym roku ustanowił dla diecezji lwowskiej święto Królowej Polski.
Ustanowienie ogólnopolskiego święta Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „Królowej Polski”. Papież Benedykt XV przychylił się do tej prośby 14 stycznia 1920 r. ustanawiając święto dla całej Polski.
W obliczu zagrożenia nowym “potopem”, tym razem bolszewickim, w 1920 r. Polacy ponownie zwrócili się o pomoc Matki Bożej. Episkopat odwołał się do ślubów Jana Kazimierza, szukając umocnienia narodu na Jasnej Górze, wzywając wiernych do zachowania nadziei i postawy na wzór ojca Augusta Kordeckiego. Niedługo później, 15 sierpnia, polska armia odniosła zwycięstwo nad bolszewikami, zwane „Cudem nad Wisłą”.
Biskupi zaproponowali Ojcu świętemu dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, a zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 r. pierwszą polską Konstytucją. W 1925 r. Pius XI rozszerzył święto NMP Królowej Polski na wszystkie diecezje w Polsce a jako datę jego obchodów wyznaczył 3 maja.
Śluby Jasnogórskie zainicjowane przez kard. Hlonda
Gorącym orędownikiem odnowienia ślubów narodu polskiego był prymas August Hlond. W 1936 roku na Jasnej Górze, przybyła tam w licznie 100 tys. osób młodzież akademicka, złożyła ślubowanie, w którym wybrała Matkę Bożą na swoją patronkę, zobowiązując się kształtować życie społeczne na wartościach religijno-narodowych, w duchu chrześcijańskim.
Podczas wojny 31 października 1943 r. Pius XII dokonał poświęcenia całej rodziny ludzkiej Niepokalanemu Sercu Maryi.
Po II wojnie światowej – z inicjatywy kard. Hlonda – 8 września 1946 r. milionowa rzesza wiernych, złożyła na Jasnej Górze Akt Ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, tym samym ponownie uaktualniając śluby Jana Kazimierza. Uroczystość ta nawiązywała również do aktu, którego w 1943 roku dokonał Pius XII.
Nowa wersja ślubów opracowana przez internowanego Prymasa
W 300. rocznicę królewskich ślubów Jana Kazimierza, nową ich wersję opracował internowany wówczas w Komańczy prymas Polski kard. Stefan Wyszyński. 26 sierpnia 1956 r. wierni na Jasnej Górze uroczyście ślubowali Maryi: “Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Przyrzekali “wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii”, strzec chrześcijańskich obyczajów, wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem”.
Tekst ślubów odczytał biskup Michał Klepacz (pełniący w tym czasie obowiązki przewodniczącego Episkopatu). O osobie uwięzionego Prymasa przypominał pusty fotel, ustawiony przed ołtarzem.
W 1957 r. z inicjatywy prymasa Wyszyńskiego rozpoczęła się “Wielka Nowenna” przygotowująca Kościół w Polsce do obchodów Millennium Chrztu Polski. Połączona została z peregrynacją cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Nawet “aresztowanie” obrazu przez SB nie wpłynęło na zastraszenie społeczeństwa.
W 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił Maryję Królową Polski i jej główną patronką, a święto NMP Królowej Polski stało się świętem I klasy we wszystkich diecezjach polskich. W 1969 Paweł VI na prośbę prymasa Wyszyńskiego podniósł święto do rangi uroczystości.
Podczas jasnogórskich obchodów Millennium chrztu Polski 3 maja 1966 r. cały polski Episkopat w obecności kilkuset tysięcy pielgrzymów dokonał uroczystego ślubowania NMP. W uroczystościach milenijnych pragnął uczestniczyć papież Paweł VI, na to jednak nie zgodziły się komunistyczne władze. Dopiero Jan Paweł II, mógł jako pierwszy w historii papież przybyć na Jasną Górę.
Zawierzenie Jana Pawła II
3 i 4 czerwca 1979 r. Jan Paweł II dokonał aktu zawierzenia Pani Jasnogórskiej: “… Zawierzam Ci, o Matko Kościoła, wszystkie sprawy tego Kościoła, całą jego misję i całą jego służbę w perspektywie kończącego się drugiego tysiąclecia dziejów chrześcijaństwa na ziemi”.
W 1982 r. Kościół obchodził 600-lecie obecności Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Zwieńczeniem kilkuletnich przygotowań do tego jubileuszu była kolejna obecność w Częstochowie Jana Pawła II, który przewodniczył obchodom 18 i 19 czerwca 1983 r.
Biskupi polscy opracowali również w 1990 r. “Drugą Wielką Nowennę”, która miała za zadanie przygotować Kościół w Polsce na kolejne tysiąclecie chrześcijaństwa.
Od 1992 r. (tak jak w okresie międzywojennym) dzień ten jest świętem narodowym Polski – dla upamiętnienia zarówno uchwalenia Konstytucji w r. 1791, jak i święta Królowej Polski.
Akt zawierzenia z okazji 1050-lecia chrztu Polski
Nowego Aktu Zawierzenia Narodu Polskiego Matce Bożej – z okazji rocznicy 1050-lecia chrztu Polski – dokonał 3 maja 2016 r. ówczesny przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki.
Poważnym współczesnym problemem – podkreślał – jest wypaczone pojęcie wolności, gdyż dla wielu współczesnych “wolność staje się wręcz religią”, skutkującą tym, że “wywyższa się człowieka kosztem Boga i liczy się tylko nieskrępowana wolność poszczególnych jednostek”.
Drugim nowym problemem – jak stwierdził – jest odniesienie do prawa Bożego, z czego – w przeciwieństwie do twórców Konstytucji 3 Maja – współcześni prawodawcy rezygnują.
Trzecim aktualnym problemem – wskazywał ówczesny przewodniczący Episkopatu Polski – jest obecny kształt polskiego patriotyzmu. “Autentyczny patriotyzm nie zna nienawiści do nikogo (…) trzeba bezwzględnie unikać ryzyka tego, ażeby ta niezbywalna funkcja narodu nie wyrodziła się w nacjonalizm” – wyjaśniał abp Gądecki.
Ponowne zawierzenie w „dzisiejszym trudnym doświadczeniu”
W 2020 r. abp Stanisław Gądecki dokonał w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, kolejnego zawierzenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Matce Bożej Królowej Polski. Służył temu specjalny akt zawierzenia, nawiązujący do 100-lecia urodzin św. Jana Pawła II, przyszłej beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego jak również stulecia ocalenia Polski w Bitwie warszawskiej.
„Wraz z Maryją, Bogurodzicą Dziewicą, Królową Polski i Świętymi Patronami, błagamy o ratunek dla naszej Ojczyzny w jej dzisiejszym trudnym doświadczeniu. (…) Zawierzamy Tobie naszą Ojczyznę i Naród, wszystkich Polaków żyjących w Ojczyźnie i na obczyźnie. Tobie zawierzamy całe nasze życie, wszystkie nasze radości i cierpienia, wszystko czym jesteśmy i co posiadamy, całą naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” – modlił się abp Stanisław Gądecki na Jasnej Górze.
W tym roku główne uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski będą miały miejsce w sobotę 2 maja z udziałem Episkopatu Polski. Mszy św. sprawowanej na Jasnogórskim Szczycie o godz. 11.00 będzie przewodniczył i homilię wygłosi abp Tadeusz Wojda SAC, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.
Na prośbę przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, Dykasteria ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wyraziła zgodę, aby obchody uroczystości NMP Królowej Polski, przypadające w tym roku w V Niedzielę Wielkanocną, zostały przeniesione z 3 maja na 2 maja.
Kai/Gość Niedzielny
***
Jasna Góra: Mamy wspaniałą historię i wspaniałą Królową!
Matka Boża jest Królową! Jest godna czci i dlatego oddajemy Jej honory królewskie, bo Ona prowadzi nas do swojego Syna – mówią pielgrzymi. Na Jasnej Górze trwają uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Mszę św. odpustową z udziałem tysięcy wiernych celebruje przewodniczący Episkopatu Polski, abp Tadeusz Wojda SAC.
W uroczystościach biorą udział wierni z całej Polski także zorganizowane grupy pielgrzymów jak: Rycerze Orderu Jasnogórskiej Bogurodzicy, Wdowy Konsekrowane i Bractwo Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polski.
Szczególnie przeżywamy ten dzień; to nie tylko pierwsza sobota miesiąca, ale i nasze święto patronalne – powiedziała Maria Dziemian, starsza Bractwa. W każdą pierwszą sobotę miesiąca podejmują zawierzenie Niepokalanemu Sercu Maryi, które gromadzi w częstochowskim Sanktuarium tysiące ludzi.
Na zawierzenie, które przypada w tym roku w Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski przyjechała z Przemyśla s. Antonia, Felicjanka. Dzień wcześniej świętowała w domu rodzinnym urodziny swojej „ziemskiej” mamy, ale jej marzeniem było przybyć tu na Uroczystość, bo jak podkreśliła, najpiękniejszym prezentem urodzinowym jest Msza św. i zawierzenie „Mamie Niebieskiej”. S. Antonia podkreśliła, że jest dumna z tego, że jest Polką. – Mamy wspaniałą historię i wspaniałą Królową – powiedziała zakonnica. Wyraziła też wdzięczność dla Matki Bożej za Jej opiekę nad Ojczyzną, pomimo tego, że zarówno jako naród, jak i indywidualne osoby, często „nie dochowujemy wierności”.
W trakcie Mszy św. odnowiono też milenijny Akt Oddania Polski w Macierzystą Niewolę Maryi, Matce Kościoła, za Wolność Kościoła Chrystusowego.
***
Polska duchową monarchią. Czyli co to znaczy, że Maryja jest naszą Królową?
2 maja 2026
oprac. GS/PCh24.pl
***
Trzeciego dnia maja naród polski w szczególny sposób czci Maryję jako swoją Królową. Co Jej monarsza godność oznacza dla nas i dlaczego winniśmy oddawać Jej cześć?
Pierwsza Księga Królewska pokazuje odmiennie zachowanie dwóch królów – Dawida i Salomona – wobec Batszeby. Kiedy Dawid był królem, a Batszeba – jego żoną, po wejściu przed jego oblicze, Batszeba uklękła i oddała mu pokłon (1 Krl 1,16). Wraz ze śmiercią Dawida, królem został ich syn – Salomon. Kiedy Batszeba weszła przed oblicze króla Salomona, wtedy to on wstał i pokłonił się jej (1 Krl 2,19).
Dlaczego obaj władcy zachowali się tak odmiennie wobec niej? Otóż w tradycji hebrajskiej tytuł królowej przysługiwał nie żonie, ale matce króla. Za panowania Dawida, Batszeba była jedynie żoną króla, ale wraz z koronacją jej syna, przypadła jej godność królowej, co zresztą jest opisane jeszcze w tym samym wersie: A wtedy postawiono tron dla matki króla, aby usiadła po jego prawej ręce (1 Krl 2,19). Pokłon ze strony Salomona dotyczył zatem piastowanego przez nią urzędu i należnej jej królewskiej czci.
Przytoczony fragment Pisma Świętego jest mocnym argumentem przeciwko zarzutom heretyków podważających oddawanie czci Maryi jako Matce Bożej. Do tej grupy zalicza się w zasadzie większość protestantów z Lutrem i Kalwinem na czele. W „Instytucji religii chrześcijańskiej” Kalwin pisze, że oddawanie czci Maryi jest niezgodne z nauką Pisma Świętego i powinno być uznane za bałwochwalstwo. A przecież historia Salomona i Batszeby jest świetnym kontrprzykładem do tych bzdur. Skoro bowiem sam król oddał cześć swojej matce przez wzgląd na jej monarszą godność, to o ileż bardziej winniśmy oddawać cześć Maryi my – poddani Jej Syna?
Wbrew protestanckim zarzutom, katolicy nie oddają Matce Bożej uwielbienia przysługującego jedynie Bogu, ale cześć ze względu na Jej szczególne wybranie na Matkę Syna Bożego. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że kult Maryi choć zgoła wyjątkowy, różni się przecież w sposób istotny od kultu uwielbienia, który oddawany jest Słowu Wcielonemu na równi z Ojcem i Duchem Świętym, i jak najbardziej sprzyja temu kultowi. Wyraża się on w świętach liturgicznych poświęconych Matce Bożej oraz w modlitwie maryjnej, takiej jak różaniec, który jest “streszczeniem całej Ewangelii” (KKK 971).
Maryja jako Matka Syna Bożego została wybrana i wywyższona ponad wszystko stworzenie. Pan Bóg potwierdził to jej wybranie w zachowaniu Jej wolną od grzechu pierworodnego, w Jej Wniebowzięciu, a wreszcie w Jej koronacji na Królową nieba i ziemi. I to właśnie do niej odnosi się opisana w Apokalipsie św. Jana wizja kobiety obleczonej w koronę z gwiazd. Ewangelista opowiada bowiem: Wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu (Ap 12,1).
Jeśli ktoś wciąż nie dostrzega, że chodzi tu o Maryję, to słowa zapisane kilka wierszy później nie pozostawiają już żadnych wątpliwości: I porodziła Syna – Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną. I zostało porwane jej Dziecię do Boga i do Jego tronu (Ap 12,5). Tylko Chrystus może być symbolizowany przez owego Syna panującego nad narodami. Co więcej, Jezus po Swoim chwalebnym Wniebowstąpieniu zasiadł na tronie po prawicy Ojca, a dla Maryi zostało przeznaczone miejsce po chrystusowej prawej stronie. Królowa w złocie z Ofiru stoi po twojej prawicy – mówi Psalm 45. Królowanie Maryi nie jest w żaden sposób oderwane czy niezależne od panowania Chrystusa. Raczej, Matka Boża wypełnia królewską funkcję, jako nasza pośredniczka i orędowniczka u Chrystusa.
Ale po co jest nam potrzebne Jej orędownictwo? Św. Ludwik de Montfort wyjaśnia to w „Traktacie o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”. Czytamy tam, że Chrystus łącząc w jednej Osobie dwie Natury – Boską i Ludzką – jest naszym jedynym Pośrednikiem u Ojca. Jednak skoro jest On w pełni Bogiem, to czy nie potrzebujemy pośrednika również do Niego?
Winniśmy – czytamy w „Traktacie” – po trzech stopniach wstępować do Boga: pierwszy, najbliższy i najwięcej odpowiadający naszym zdolnościom to Maryja; drugim jest Chrystus, a trzecim Bóg Ojciec (…) By dojść do Jezusa, trzeba iść do Maryi, bo Ona jest naszą Pośredniczką w orędownictwie. By dojść do Ojca Przedwiecznego, trzeba iść do Jezusa, bo to nasz Pośrednik mocą Odkupienia.
Myśl tę uzupełnia Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 970) mówiąc, że Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc. (…) Jedyne pośrednictwo Odkupiciela nie wyklucza, ale wzbudza u stworzeń rozmaite współdziałanie, pochodzące z uczestnictwa w jednym źródle.
Ale Maryja jest pośredniczką nie tylko każdego z nas z osobna. Polska może się bowiem szczycić faktem, że ma Matkę Bożą za swoją Królową. W ten sposób Maryja jest szczególną przewodniczką całego narodu, a Jej wstawiennictwo pomaga nam żyć zgodnie z nauką Chrystusa i oddać się pod Jego panowanie.
Przepięknym wyrazem tego oddania i czci dla Matki Bożej były Śluby Jana Kazimierza złożone 1 kwietnia 1656 r. we Lwowie. Król zwrócił się wtedy do Maryi w słowach: Ja, Jan Kazimierz, za zmiłowaniem Syna Twojego, Króla królów, a Pana mojego i Twoim król, do Najświętszych stóp Twoich przypadłszy, Ciebie dziś za Patronkę moją i za Królową państw moich obieram. Uznając panowanie Chrystusa, monarcha oddał cały naród pod przemożną opiekę Maryi, którą obrał za Królową. Tak samego siebie, jak i moje Królestwo (…) oraz wojsko obu narodów i wszystkie moje ludy Twojej osobliwej opiece i obronie polecam – mówi tekst Ślubów Lwowskich.
Wreszcie Jan Kazimierz obiecał nowo wybranej Królowej, że postara się, aby Polacy mogli co roku wspominać to wydarzenie poprzez specjalne święto. I chociaż nie udało mu się tego dokonać za życia, to spełnienie tej obietnicy nastąpiło w roku 1920. Wtedy to papież Benedykt XV ustanowił święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, a jego następca – Pius XI – rozciągnął je na cały kraj. Dla zwieńczenia tego dzieła, papież Jan XXIII w 1962 r. ogłosił Maryję Królową Polski główną patronką naszego kraju, wraz ze świętymi Wojciechem i Stanisławem.
Nie sposób nie wspomnieć tu o fragmencie Ewangelii przeznaczonym na tę liturgiczną uroczystość, którym jest opis konania Jezusa na krzyżu według św. Jana. W tych jakże dramatycznych okolicznościach Chrystus oddał swojego umiłowanego ucznia Jana – a przez niego całą ludzkość – pod opiekę Maryi. Oto Matka Twoja – brzmiały jedne z ostatnich słów Zbawiciela na krzyżu. Wymowna jest reakcja Apostoła, który od tej pory wziął Maryję „do siebie”. Za jego przykładem poszedł cały naród polski, oddając się pod opiekę Maryi i uznając Ją za swoją Królową.
A odkąd w 2016 w krakowskich Łagiewnikach – w obecności władz kościelnych i państwowych – ogłoszono Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, można by rzecz, że jesteśmy duchową monarchią. Mamy bowiem samego Boga za Króla, a Jego Matkę za Królową i Orędowniczkę.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
fot. domena publiczna/wikipedia.org
***
2 maja 2019
Dziękujemy Ci Boże, że jesteśmy Polakami
“Świadomi jednak grzechów i wad naszych, prosimy Cię: daj nam uprzątnąć dom ojczysty. Wyzwól nas od zniewoleń ducha. I tak jak cudownie przeprowadziłeś nas suchą nogą przez Morze Czerwone, naucz nas być wolnymi”
PRZEMÓWIENIE PAPIEŻA JANA PAWŁA II WYGŁOSZONE W CZASIE NABOŻEŃSTWA DZIĘKCZYNNEGO Z OKAZJI 200. ROCZNICY KONSTYTUCJI 3 MAJA
Warszawa, 8 czerwca 1991
„Naucz nas być wolnymi”. Ambrozjańskie słowa hymnu Te Deum laudamus – wspaniałe dziedzictwo Kościoła pierwszych stuleci – rozbrzmiewały tu, w tej katedrze, w dniu 3 maja 1791 r. Dwa wieki temu. Nasi przodkowie, ci, którym zawdzięczamy dzieło Konstytucji w tym dniu uchwalonej pod przewodnictwem króla Stanisława Augusta, przynieśli owoc swych prac „przed Twe ołtarze”: „Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny – Boże ojców naszych, Przenajświętszy nasz Ojcze”.
W taki sposób dali wyraz przeświadczeniu, że Konstytucja, czyli Ustawa zasadnicza (Ustawa rządowa) jako dzieło ludzkie winna być odniesiona do Boga. On jest najwyższą Prawdą i Sprawiedliwością. Trzeba, aby prawo ustanowione przez człowieka, przez ludzki autorytet ustawodawczy, odzwierciedlało w sobie odwieczną Prawdę i odwieczną Sprawiedliwość, którą jest On sam – Bóg nieskończonego majestatu: Ojciec, Syn i Duch Święty.
Nasi przodkowie przed dwustu laty dali temu wyraz w warszawskiej katedrze św. Jana. My przychodzimy dziś na to samo miejsce nie tylko po to, aby przypomnieć tamto wydarzenie – przychodzimy równocześnie po to, aby przenieść w naszą epokę tę samą troskę, która wtedy nurtowała twórców 3-majowej Konstytucji: tę samą troskę o dobro wspólne Rzeczypospolitej, tę samą odpowiedzialność.
Dlatego nasze Te Deum, hymn uwielbienia dla Boga, przechodzi w żarliwą modlitwę, naprzód dziękczynienie, a potem błaganie: „Dziękujemy Ci, Boże, za to, że jesteśmy Polakami. Świadomi jednak grzechów i wad naszych, prosimy Cię: daj nam uprzątnąć dom ojczysty. Wyzwól nas od zniewoleń ducha. I tak jak cudownie przeprowadziłeś nas suchą nogą przez «Morze Czerwone», naucz nas być wolnymi”.
Tak modliliśmy się w tej katedrze przed chwilą, pełni troski o dzień dzisiejszy i o przyszłość Ojczyzny, mając przed oczami Ustawę rządową, znaną pod nazwą Konstytucji 3 maja.
Nie sposób nie dziękować Bożej Opatrzności za to, że dokument taki stanął u progu ostatnich dwóch stuleci naszego historycznego bytowania.
Zdumiewa on dojrzałością zawartej w nim prawdy i mądrości. Przemawia w nim dusza narodu – a raczej wielu narodów, które stanowiły wraz z Polakami ówczesną Rzeczpospolitą – narodu, który czuje zagrożenia pochodzące nie tylko od zewnątrz, ale także z wnętrza własnych poczynań i działań. Umiłowanie wolności przerodziło się w nadużycie wolności. I oto twórcy Konstytucji odkrywają ten „zbiorowy Obowiązek” (Cyprian Kamil Norwid), jakim musi stać się całe społeczeństwo, jeśli chce zabezpieczyć swą wolność i swój byt.
Po upływie dwóch wieków doceniamy pełniej jeszcze wagę tego dokumentu: odczytujemy w nim prawdę o Polsce, zakorzenioną w przeszłości, a równocześnie wychyloną w przyszłość. I dlatego Konstytucja 3 maja w tym właśnie dziejowym momencie, wobec bliskiej już groźby utraty niepodległości była dokumentem profetycznym i opatrznościowym. Ona sprawiła, że nie można było odebrać Polsce jej rzeczywistego bytu na kontynencie europejskim, bo ten byt został zapisany w słowach Konstytucji 3 maja. A słowa te, mając moc prawdy, okazały się potężniejsze od potrójnej przemocy, która spadła na Rzeczpospolitą. Słowa tej prawdy okazały się twórcze i „stwórcze”. Synowie i córki tej ziemi nie przestali wierzyć w „odnowę jej oblicza” pod tchnieniem tego Ducha, który natchnął twórców Konstytucji 3 maja.
Papież Pius VI przesłał dla króla i twórców Konstytucji 3 maja błogosławieństwo i wyrazy głębokiego uznania. Dzisiaj staje wśród was syn tej ziemi, którego Chrystus powołał jako następcę św. Piotra na rzymskiej stolicy w naszych czasach.
Przeżywa on tamto wydarzenie sprzed dwóch wieków równocześnie jako jeden z was. Tradycja 3 maja należy do dziejów jego duszy, podobnie jak należy do dziejów duszy wszystkich rodaków.
Nasze dzisiejsze modlitewne wołanie: „Naucz nas być wolnymi”, było aktualne wtedy, przed dwustu laty. Konstytucja 3 maja stanowiła na nie odpowiedź zasadniczą. Wszyscy czujemy, jak jest ono aktualne dziś, po dwustu latach.
Wolności nie można tylko posiadać, nie można jej zużywać. Trzeba ją stale zdobywać i tworzyć.
Bogarodzico Dziewico! Ty, którą ośmielamy się od stuleci nazywać Królową Polski – w szczególności w dniu 3 maja!
W tym świętojańskim sanktuarium stolicy, które przed dwoma wiekami słyszało Te Deum naszych przodków w dniu uchwalenia Konstytucji 3 maja, stajemy dzisiaj, u progu III Rzeczypospolitej. Staje naród i parlament, prezydent państwa i rząd. Niech ta sama prawda i mądrość, jaka wyraziła się w majowej Konstytucji, ukształtuje dalszą przyszłość Rzeczypospolitej w duchu sprawiedliwości i miłości społecznej dla dobra wszystkich ludzi i chwały Boga samego.
PCh24.pl
***
Po czym poznać leniwego człowieka?
Oto cztery jego cechy według Biblii
Pexels | CC0
***
Zrób sobie „biblijny test na lenistwo”. Znamiennym jest, że katechizm wymienia lenistwo jako grzech sprzeciwiający się miłości, a Thomas Merton traktuje je jako jedno z dwóch największych zagrożeń dla życia duchowego.
Każdy z nas otrzymał talenty i możliwości ich realizacji. Jakże wielu jednak przez lenistwo marnotrawi dany czas oraz siły, dzięki którym może się rozwijać i ubogacać – nie tylko siebie, ale również świat, w którym żyje.
Biblia pełna jest opisów różnych osobistości. Począwszy od całych życiorysów, a skończywszy na tych wymienionych tylko z imienia i ewentualnie z pochodzenia. Jedne odgrywają kluczową rolę w historii zbawienia, inne mają charakter epizodyczny. Wśród tych opisów są również takie, których nie można przypisać do nikogo konkretnego. Dlaczego? Bo mogą one pasować do każdego z nas.
Bogate w takie opisy są księgi mądrościowe Starego Testamentu, a wśród nich Księga Przysłów. To właśnie w niej znajdziemy cztery wersety podpowiadające nam cztery cechy, jakimi charakteryzuje się człowiek z upodobaniem oddający się lenistwu (Prz 26,13-16).
1 Nierozumne wykręty
„Leniwy mówi: «Lwica na drodze, lew na miejscach otwartych»”.
Nie ma się co dziwić. Leniwy zawsze znajdzie wymówkę, by nie podejmować pracy. Nie ma też znaczenia czy wymówka jest sensowna, czy też absurdalna jak powyższe zdanie. Znamiennym jest jednak, że Katechizm Kościoła katolickiego wymienia lenistwo jako grzech sprzeciwiający się miłości – tuż obok obojętności, niewdzięczności, oziębłości, znużenia i nienawiści (KKK 2094).
2 Nadmiar snu i wylegiwania się
„Kręcą się drzwi na zawiasach, a leniwy na swoim łóżku”.
Można się śmiać lub nie, lecz położenie człowieka, który unika pracy jest tragiczne. Już św. Paweł w Liście do Tesaloniczan bardzo mocno pouczył, że „Kto nie chce pracować, niech też nie je!” (2 Tes 3,10). Wynika to przede wszystkim z troski o oddającego się lenistwu człowieka, lecz także tych, którzy związani są z nim więzami wszelakich zależności społecznych.
Na innym miejscu mówi Pismo Święte: „Jeszcze trochę snu i trochę drzemki, trochę założenia rąk, aby spocząć, a przyjdzie na ciebie nędza jak ktoś bezczelny i niedostatek jak rozbójnik” (Prz 24,33n).
3 Niedbalstwo objawiające się nawet w jedzeniu
„Leniwy wyciągnął rękę do misy: za trudno mu ją do ust doprowadzić”.
Każdy brak staranności oznacza niedbalstwo lub lekceważenie. Po co robić coś dokładnie i dobrze, skoro można „po łebkach”? Tymczasem o dojrzałości człowieka świadczy m.in. to jak i czy w ogóle wykonuje powierzone sobie zadania.
4 Zarozumiałość
„Leniwy ma się za mądrzejszego niż siedmiu mówiących rozumnie”.
Lubimy być specjalistami od wszystkiego. Wielepkowatość (wiem lepiej) to wspólna cecha bardzo wielu osób. Szczególnie widać to w towarzystwie oraz w internecie. Polityka, sport, prawo, nauki przyrodnicze, religia. Trudno jest powiedzieć „nie wiem”, bo to oznaka słabości, trzeba być przecież wygadanym, mieć opinię na absolutnie każdy temat… Nieważne, gdzie leży prawda, nieważne, że się na tym nie znam… Nieważne, że obok stoi specjalista. Ważne, że „ja wiem lepiej”.
Lenistwo jest jednym z dwóch ogromnych zagrożeń, także dla życia duchowego. Ostrzega przed tym m.in. Thomas Merton, wskazując jednocześnie jak sobie z nim radzić – o czym przeczytać możecie w tekście „Dwa największe zagrożenia dla życia duchowego. Jak je odeprzeć?”.
*** Dwa największe zagrożenia dla życia duchowego. Jak je odeprzeć?
Craig Whitehead/Unsplash | CC0
***
Co podstępnie zabija twoje życie duchowe i jak sobie z tym radzić? Sprawa nie jest prosta. Na szczęście z pomocą przychodzi doświadczony mnich Thomas Merton.
Nie ma chyba osób wierzących, którym nie sprawia ono trudności. Życie duchowe, bo o nim mowa, jest jednym z trudniejszych aspektów życia chrześcijańskiego. Szczególnymi jego wrogami według Thomasa Mertona są lenistwo i tchórzostwo.
Nic w tym dziwnego. Podobnie jak Ewangelia, a razem z nią chrześcijaństwo, tak i życie duchowe oparte na Ewangelii są bardzo wymagające. Wiedział o tym doskonale Thomas Merton, którego zgłębianie przesłania ewangelicznego oraz dzieł św. Jana od Krzyża doprowadziło do kapłaństwa oraz wstąpienia do zakonu trapistów, kierującego się jedną z najsurowszych reguł zakonnych w Kościele katolickim.
Miłość, która przegrywa z wygodnym życiem
Kiedy mówi się w Kościele o życiu duchowym, z pewnością nie brakuje takich, którzy traktują sprawę poważnie. Jednak są i tacy, którzy albo przechodzą nad tym do porządku dziennego, albo wyobrażają sobie, że wiąże się to z ogromem wyrzeczeń, długimi godzinami spędzonymi na klęczkach, postami, ciągłą powagą i uduchowionymi myślami. Przerażeni taką wizją szybko kapitulują.
Są i tacy, którym w natłoku codziennych zajęć po prostu nie chce się podejmować jakiegokolwiek wysiłku duchowego, usprawiedliwiając się brakiem przestrzeni, lub widzą w tym jedynie szkodliwe oderwanie od rzeczywistego życia.
Niepodejmowanie życia duchowego z jakiegokolwiek powodu Merton streszcza w dwóch słowach: lenistwo i tchórzostwo. Te dwie postawy stają się tym groźniejsze, gdy ubierane są w płaszczyk rozwagi, ponieważ to ona „mówi nam, czego Bóg od nas żąda, a czego nie (…), ukazuje nam, kiedy wysiłek jest niepotrzebny, a kiedy konieczny”. Ostatecznie obie te postawy są wynikiem braku ufności do Boga, ufności w Jego miłość, która przegrywa z wygodnym życiem.
Duchowość przeżywana w codzienności
Lenistwo oraz tchórzostwo są ucieczką przed każdym możliwym ryzykiem, które jest nieuniknione, jeśli chce się pójść za Chrystusem. Tchórzostwo dodatkowo czyni człowieka chwiejnym, stawia przed dylematem: świat czy Bóg. Wiara zamiast być przewodnikiem, staje się jedną z opinii. Nadzieja zanika, a miłość pozostaje ukryta za niepewnością. Taki strach potrafi skutecznie sparaliżować również modlitwę.
Jak się temu oprzeć? Odpowiedzią jest realizm życia. Merton zauważa, że życie duchowe należy przeżyć w codzienności, w warunkach, w których w danej chwili się funkcjonuje. Nie jest ono oderwane od świata, zawieszone między aniołami w niebie.
Przeciwnie, chcąc być człowiekiem uduchowionym, należy żyć przede wszystkim własnym życiem, bez strachu przed obowiązkami, ale i zaniedbaniami, jakie przynosi rzeczywistość, w której postawił nas Bóg. To właśnie realizm pozwala odnaleźć wolę i mądrość Bożą.
Żyć swoim życiem i uświęcać je
Ponadto mnich zostawia trzy praktyczne wskazania, których przestrzeganie pomoże prowadzić życie duchowe osadzone na realizmie:
„Jeżeli mamy stać się uduchowieni, musimy pozostać ludźmi. (…) Jezus żył zwykłym życiem ludzi swoich czasów, aby uświęcić zwyczajne życie ludzi wszystkich czasów”.
Tekst oraz cytaty na podstawie książki Thomasa Mertona „Myśli w samotności. Chleb żywy”, wyd. Znak, Kraków 1975 r.
***
Trzy wady, przez które popadasz w grzechy, a których możesz nie być świadomy
Public Domain
***
Grzech przybiera różnorodne formy, gdyż kusiciel chce sprawić, by wydał nam się atrakcyjny i byśmy w niego popadli. Dlatego musimy być czujni i unikać okazji.
Istnieje wiele rodzajów grzechów, ponieważ zły dąży do tego, by ludzie podzielili jego smutny los. Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza:
Grzechy są bardzo zróżnicowane. Pismo święte dostarcza wiele ich wykazów. List do Galatów przeciwstawia uczynki ciała owocom ducha: „Jest… rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, Królestwa Bożego nie odziedziczą” (Ga 5, 19-21)
Oczywiście, diabeł przedstawia nam pokusy jako atrakcyjne. W dzisiejszym świecie, gdzie dewiacje zaczęły być postrzegane jako coś normalnego, musimy uważać, dać się tym trzem wadom: naiwności, obojętności i ignorancji.
1 NAIWNOŚĆ
Naiwność charakteryzuje osobę pozbawioną złej woli, szczerą i pełną ufności. Mówimy, że taka osoba nie grzeszy, ale jest bezbronna i łatwa do oszukania, ponieważ nie podejrzewa tych, którzy chcą jej zaszkodzić. Księga Przysłów mówi:
Wszystko, co mówią, przyjmuje niemądry, a człowiek rozumny na kroki swe zważa […] Udziałem łatwowiernych – głupota, umiejętność wieńczy rozumnych
Ludzie naiwni i o dobrych intencjach mogą zostać wykorzystani przez największe zło. Dlatego musimy troszczyć się o dzieci i bezbronnych, aby unikali upadków. Ci, którzy są już wystarczająco dorośli, ale ciągle upadają, muszą nauczyć się bronić przed manipulacjami.
2 OBOJĘTNOŚĆ
Obojętność to postawa tych, którzy, rozpoznają grzech, ale popełniają go mimo ostrzeżeń. Nie ma na to żadnej wymówki. Obojętność może przybierać różne formy, ale zawsze polega na braku miłości do Boga i bliźniego. Osoba, która nie wzrusza się cierpieniem innych i nie troszczy się o swój ostateczny los, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji. Ewangelia jest jednoznaczna:
Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: “Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”
Wówczas zapytają i ci: “Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” Wtedy odpowie im: “Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».
3 IGNORANCJA
W prawie obowiązuje zasada „Ignorantia iuris non excusat”: nieznajomość prawa nie usprawiedliwia. W przypadku grzechu, nie zwalnia od odpowiedzialności, choć może ją zmniejszać. Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla:
Ignorancja niedobrowolna może zmniejszyć winę, a nawet uwolnić od ciężkiej winy. Nikt jednak nie powinien lekceważyć zasad prawa moralnego, które są wypisane w sumieniu każdego człowieka. Impulsy wrażliwości, uczucia mogą również zmniejszyć dobrowolny i wolny charakter winy, podobnie jak naciski zewnętrzne czy zaburzenia patologiczne. Grzech popełniony ze złości, w wyniku świadomego wyboru zła jest najcięższy.
W dzisiejszym świecie, gdzie technologia daje dostęp do informacji, nie ma wymówek dla ignorancji. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę zamieszanie współczesności, pilną sprawą jest zwalczanie ignorancji i kształcenie katolików, by mogli podążać właściwą drogą, spełniając wolę Pana.
Otwórzcie drzwi kościołów, zwłaszcza tam, gdzie widać dystans między ludźmi a Kościołem – mocne słowa Leona XIV do księży
Posługa kapłańska jest służbą komunii – mówił o tym Leon XIV podczas Mszy św. w Bazylice św. Piotra w Watykanie, w trakcie której udzielił święceń prezbiteratu 10 diakonom. Zachęcił księży do trzymania otwartych drzwi kościołów, „zwłaszcza tam, gdzie liczby wydają się wskazywać na dystans między ludźmi a Kościołem”. „Pozwólcie wchodzić i bądźcie gotowi, aby wyjść”, bo „jesteście kanałem, a nie filtrem”, zachęcił Ojciec Święty.
Święcenia prezbiteratu w bazylice św. Piotra.
PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI
Homilia papieża Leona XIV:
Drodzy Bracia i Siostry!
Pozdrowienie to kieruję w szczególności do tych, którzy zostali właśnie przedstawieni i którzy wkrótce przyjmą święcenia prezbiteratu, do waszych rodzin, do kapłanów rzymskich – z których wielu wspomina swoje święcenia w tę IV Niedzielę Wielkanocną – oraz do was wszystkich tu obecnych!
Oto niedziela pełna życia! Chociaż otacza nas śmierć, obietnica Jezusa już się spełnia: „Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie, i miały je w obfitości” (J 10, 10). W dyspozycyjności młodych ludzi – Kościół dziś prosi, aby zostali oni wyświęceni na prezbiterów – dostrzegamy wielką hojność i entuzjazm. Gromadząc się tak licznie i w różnorodności wokół jedynego Mistrza, odczuwamy moc, która nas odnawia. Jest to Duch Święty, który jednoczy ludzi i powołania w wolności, tak aby nikt już nie żył dla siebie samego. Niedziela – każda niedziela – wzywa nas, byśmy wyszli z „grobu” izolacji i zamknięcia, abyśmy spotkali się w ogrodzie komunii, którego stróżem jest Zmartwychwstały.
Posługa kapłańska, nad którą skłania nas do refleksji powołanie tych braci, jest służbą komunii. „Życie w obfitości” bowiem przychodzi do nas w bardzo osobistym spotkaniu z osobą Syna, ale od razu otwiera nasze oczy na lud braci i sióstr – którzy już tego doświadczają albo wciąż poszukują „mocy, aby się stać dziećmi Bożymi” (J 1, 12). Oto pierwsza tajemnica życia kapłana. Najdrożsi kandydaci do święceń, im głębsza jest wasza więź z Chrystusem, tym bardziej radykalna jest wasza przynależność do wspólnego człowieczeństwa. Nie ma sprzeczności ani rywalizacji między niebem a ziemią: w Jezusie łączą się one na zawsze. To żywe i dynamiczne misterium angażuje serce w miłość nierozerwalną: angażuje je i wypełnia. Oczywiście, tak jak miłość małżonków, tak również miłość, która inspiruje celibat dla Królestwa Bożego, powinna być strzeżona i nieustannie odnawiana, ponieważ każde prawdziwe uczucie dojrzewa i staje się owocne z upływem czasu. Jesteście wezwani do szczególnego, delikatnego i trudnego sposobu miłowania, a jeszcze bardziej – do pozwolenia, by was kochano, w wolności. Jest to sposób, który może uczynić was nie tylko dobrymi kapłanami, ale także uczciwymi i otwartymi obywatelami, budowniczymi pokoju i przyjaźni społecznej.
W tym kontekście uderzające jest, w odczytanej właśnie Ewangelii (J 10, 1-10), odniesienie Jezusa do postaci i gestów agresji: między Nim a tymi, których miłuje, wkraczają bowiem obcy, złodzieje i bandyci, którzy przekraczają granice, przychodzą, mówi Jezus, „tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć” (w. 10), a przede wszystkim mają głos inny niż Jego, nie do rozpoznania (por. w. 5). W słowach Pana jest wielki realizm: On zna okrucieństwo świata, przez który kroczy wraz z nami. Swoimi słowami przywołuje formy agresji fizycznej, ale przede wszystkim duchowej. Nie powstrzymuje go to jednak przed oddaniem swojego życia. Demaskowanie [zła] nie staje się rezygnacją, niebezpieczeństwo nie skłania do ucieczki. Oto druga tajemnica życia kapłana: rzeczywistość nie może nas przerażać. Powołuje nas Pan życia. Niech posługa, która wam zostaje powierzona, najdrożsi, przekazuje pokój tego, kto nawet pośród niebezpieczeństw wie, dlaczego jest bezpieczny.
Dziś potrzeba bezpieczeństwa sprawia, że ludzki duch staje się agresywnym, wspólnoty zamykają się w sobie, i skłania do szukania wrogów i kozłów ofiarnych. Często wokół nas – a może i w nas samych – obecny jest lęk. Niech wasze bezpieczeństwo nie opiera się na pełnionej funkcji, lecz na życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, na historii zbawienia, w której uczestniczycie wraz ze swoim ludem. Jest to zbawienie, które już działa w tak wielu cichych, dobroczynnych dziełach, pośród ludzi dobrej woli, w parafiach i w środowiskach, do których będziecie się zbliżać jako towarzysze drogi. To, co głosicie i celebrujecie, będzie was strzegło także w trudnych sytuacjach i czasach.
Wspólnoty, do których zostaniecie posłani, są miejscami, w których Zmartwychwstały jest już obecny, gdzie wielu już podążało za Nim w przykładny sposób. Rozpoznacie Jego rany, poznacie Jego głos, znajdziecie kogoś, kto wam Go wskaże. Są to wspólnoty, które pomogą również wam stać się świętymi! A wy pomóżcie im, aby podążały zjednoczone za Jezusem, Dobrym Pasterzem, aby stały się miejscami – ogrodami – życia, które zmartwychwstaje i jest przekazywane. Często tym, czego brakuje ludziom, jest miejsce, w którym mogliby doświadczyć, że razem jest lepiej, że razem jest pięknie, że można żyć razem. Ułatwianie spotkań, pomaganie w zbliżaniu się do siebie tym, którzy inaczej nigdy by się nie spotkali, zbliżanie przeciwieństw stanowi jedno z celebracją Eucharystii i sakramentu pojednania. Gromadzenie jest zawsze i na nowo zakładaniem Kościoła.
W Ewangelii znaczący jest obraz, za pomocą którego w pewnym momencie Jezus zaczyna mówić o sobie. Opisywał siebie jako „pasterza”, ale słuchający wydają się tego nie rozumieć. Wtedy zmienia metaforę: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ja jestem bramą owiec” (J 10, 7). W Jerozolimie znajdowały się bramy o tej właśnie nazwie, „bramy owiec”, w pobliżu sadzawki Betesda. Przez nie do świątyni wchodziły owce i jagnięta, najpierw zanurzone w wodzie, a następnie przeznaczone na ofiary. Spontanicznie przychodzi na myśl chrzest.
„Ja jestem bramą” — mówi Jezus. Jubileusz ukazał nam, jak bardzo ten obraz nadal przemawia do serc milionów ludzi. Przez wieki brama – często rzeczywiście okazały portal – zapraszała do przekroczenia progu Kościoła. W niektórych przypadkach chrzcielnica była budowana na zewnątrz, jak starożytna probatica piscina [sadzawka owcza, służąca do obmyć], pod której krużgankami „leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych i sparaliżowanych” (J 5, 3). Drodzy kandydaci do święceń, czujcie się częścią tej cierpiącej ludzkości, która oczekuje życia w obfitości. Wprowadzając innych w wiarę, będziecie odnawiać także własną. Razem z innymi ochrzczonymi będziecie każdego dnia przekraczać próg Misterium – próg, który ma oblicze i imię Jezusa. Nigdy nie ukrywajcie tej świętej bramy, nie zamykajcie jej, nie stawajcie się przeszkodą dla tych, którzy chcą wejść. „Sami nie weszliście, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli” (Łk 11, 52) – to gorzki wyrzut Jezusa wobec tych, którzy ukryli klucz do przejścia, które powinno być otwarte dla wszystkich.
Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek, zwłaszcza tam, gdzie liczby wydają się wskazywać na dystans między ludźmi a Kościołem, trzymajcie drzwi otwarte! Pozwólcie wchodzić i bądźcie gotowi, aby wyjść. To kolejna tajemnica waszego życia: jesteście kanałem, a nie filtrem. Wielu sądzi, że już wie, co znajduje się za tym progiem. Niosą ze sobą wspomnienia, być może z odległej przeszłości; często jest w nich coś żywego, co nie wygasło i co przyciąga; czasami jednak jest tam coś innego, co wciąż krwawi i odpycha. Pan wie i czeka. Bądźcie odbiciem Jego cierpliwości i czułości. Wy należycie do wszystkich i jesteście dla wszystkich! Niech to będzie podstawowy rys waszej misji: trzymać drzwi otwarte, niczym ich nie zastawiać i wskazywać je, nie używając zbyt wielu słów.
Z drugiej strony Jezus nalega i wyjaśnia: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie pastwisko” (J 10, 9). On nie krępuje naszej wolności. Są przynależności, które krępują, wspólnoty, do których łatwo wejść, a z których wyjście jest prawie niemożliwe. Nie tak jest w Kościele Pańskim, nie tak jest we wspólnocie Jego uczniów. Kto jest zbawiony, mówi Jezus, „wejdzie i wyjdzie, i znajdzie pastwisko”. Wszyscy szukamy schronienia, odpoczynku i opieki: drzwi Kościoła są otwarte. Nie po to, by odciąć się od życia: życie nie wyczerpuje się w parafii, w stowarzyszeniu, w ruchu, w grupie. Kto jest zbawiony, „wyjdzie i znajdzie pastwisko”.
Najdrożsi, wyjdźcie i odnajdźcie kulturę, ludzi, życie! Zachwycajcie się tym, co wzrasta dzięki Bogu, a czego my nie zasialiśmy. Ci, dla których będziecie kapłanami – wierni świeccy i rodziny, młodzież i osoby starsze, dzieci i chorzy – zamieszkują pastwiska, które musicie poznać. Czasami będzie wam się wydawało, że nie macie map. Posiada je jednak Dobry Pasterz, którego głosu – tak znajomego – należy słuchać. Jak wielu ludzi czuje się dziś zagubionych! Wielu ludziom wydaje się, że nie potrafią już odnaleźć się w życiu. Nie ma więc cenniejszego świadectwa niż to, które mówi: „Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoją chwałę” (Ps 23, 2-3). Jego imię to Jezus, czyli „Bóg zbawia”! Jesteście tego świadkami. „Dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni życia” (Ps 23, 6). Bracia, siostry, drodzy młodzi: tak niech się stanie!
Gość Niedzielny/Kai
***
26 kwietnia – 2 maja: Tydzień modlitw o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne
W IV Niedzielę Wielkanocną zwaną Niedzielą Dobrego Pasterza, która obchodzona jest jako Światowy Dzień Modlitw o Powołania, rozpoczyna się w Kościele katolickim w Polsce Tydzień Modlitw o Powołania. Tegoroczne hasło tego czasu brzmi: „Z domu do powołania”.
fot. Karol Porwich/Niedziela/Vatican Media
***
Wierni i odważni: jakich księży potrzebuje współczesny Kościół?
Jakiego nawrócenia potrzebują dziś pasterze? Muszą być odważni wobec wilków, godzić się na cierpienie ze względu na miłość do owiec, nie powinni dawać fałszywego pokoju.
Święty John Henry Newman, mówiąc o kryzysach Kościoła, zauważył: „Chrześcijaństwo zbyt często znajdowało się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, abyśmy teraz musieli obawiać się nowej próby. To jest pewne; natomiast to, co jest zwykle niepewne i co jest zazwyczaj wielką niespodzianką, gdy tego doświadczamy, to sposób, w jaki w danym przypadku Opatrzność ratuje i zbawia swoje wybrane dziedzictwo. Czasami nasz wróg staje się przyjacielem; czasami zostaje pozbawiony tej szczególnej zjadliwości zła, która była tak groźna; czasami rozpada się na kawałki; czasami robi tylko tyle, ile jest korzystne [dla Bożego planu – przyp. J.Sz.], a potem zostaje usunięty”. Piękne to słowa. Uczą, że nadzieja położona w Bogu jest matką mądrych, ocalenie jest pewne, a zaskakujące bywają jedynie forma i sposób ocalenia. Lecz trzeba też pamiętać, że służba nadziei nigdy nie polega na biernym czekaniu, ale na aktywnej z nią współpracy. Co to znaczy konkretnie dla polskiego księdza A.D. 2026?
Coraz mocniejsze „tak”
Przede wszystkim musimy, jak radzi święty Piotr, „umocnić nasze powołanie i wybór” (2 P 1,10). Umocnić, czyli pogłębić duchowe fundamenty i teologiczne rozumienie kapłańskiego powołania i osobistego wyboru tej drogi, wyboru sprzed lat.
Wybór dotyczył w swej głębi zgody na to, by Bóg mnie „używał”, bo mnie w swej pokorze „potrzebuje”, ale nigdy nie „wykorzysta”. Bóg potrzebuje ludzi, którzy w kapłaństwie nie szukają siebie, lecz są gotowi postawić na drugim miejscu swoje idee o życiu. Potrzebuje ludzi, którzy nie idą za własnymi fantazjami, pragnieniami i życzeniami dotyczącymi życia, ale są posłuszni innej woli, włączają w nią swoje życie i w ten sposób staje się ona także ich wolą. Ta bezinteresowność w oddaniu siebie Bogu jest rdzeniem kapłańskiego powołania. Zgoda na to, że moje życie nie spełni się według ludzkich kryteriów powodzenia i szczęścia, jest tu fundamentalna. W ten sposób i tylko w ten sposób kapłaństwo staje się otwieraniem drzwi przed Panem, by mógł z nami mieszkać. Z pasterzem i z owcami. Bo w naszym powołaniu miłować Pana i paść trzodę Chrystusa jest tą samą niepodzielną rzeczywistością. Miłujesz Mnie? – pyta Pan. Tak? – Więc paś owce moje (por. J 21,15-17).
Utrzymywać świat w stanie wrażliwości na Boga i Jego sprawy to istota powołania kapłana duszpasterza. Dzieje się to za niemałą cenę. A ponieważ kwota jest wielka, istnieje pokusa odzyskiwania jej w drobnych… Wszelkie gmeranie wokół tej zasadniczej kwestii radykalizmu i definitywności wyboru to bełkot, fanaberie i poduszczenia diabelskie. „Starajcie się umocnić powołanie i wybór”, czyli utrzymywać świeżość i szczerość aktu wywłaszczenia samego siebie. Bóg chce, byśmy żyli i umierali jako księża. Tyle.
Leon XIV w grudniu 2025 r. mówił do księży: „Wierność rodzi przyszłość”.
Godzina ciemności
To wszystko, o czym mówimy, dzieje się w czasie i przestrzeni, które są widownią wielkich – na apokaliptyczną skalę – zmagań z Bogiem i o Boga. „Siejemy wiele, lecz plon mamy lichy”, powtarzamy za prorokiem Aggeuszem (por. Ag 1,6). „Noszę w swoim sercu całą wrogość pogan” (Ps 89,51) – dawno już ten brewiarzowy werset nie przylegał tak dokładnie do serca polskiego księdza. Taka jest prawda naszej społecznej pozycji i duchowej kondycji. To fakty.
Trwa „wasza godzina i panowanie ciemności”, mówi Jezus (Łk 22,53). Godzina ciemności. Ponieważ samym rdzeniem tego, z czym się zmagamy, samym sednem pokusy, którą kuszone są nasz czas (XXI wiek) i przestrzeń (Polska) jest negacja Boga – nic mniej. To pokusa, by odsunąć Boga, pominąć Go, zdegradować, zdewaluować i zdemontować wiarę. I to w dużej mierze perwersyjnie: nie tylko pod pozorami dobra, ale wręcz przy pomocy dobra, osiągnięć, postępu etc. Takie było sedno trzech pustynnych pokus wobec Jezusa i Kościoła wszystkich czasów. Nasza godzina ciemności jest ponowoczesną aktualizacją tamtego kuszenia.
Idźmy głębiej. Noszę w swoim własnym sercu nie tylko wrogość współczesnych neopogan i osobistych nieprzyjaciół Boga, ale też wrogość – wobec Boga i mojego powołania – mojego własnego grzechu. I to jest dopiero pełna odpowiedź na pytanie o godzinę ciemności. Mylą się ci, którzy obarczają wyłącznie świat za bezbożny stan rzeczy. Mylą się także ci, którzy powiadają, że współczesność jest OK, ale Kościół jest zepsuty. Synteza tych dwóch diagnoz jest najbliższa prawdy. Mówiąc Izajaszem, cała szmata jest skrwawiona. I świat, i ja.
Świat w Kościele
Dwie diagnozy Benedykta XVI są w tym kontekście bardzo aktualne. Pierwsza brzmi tak: „Świat w Kościele zwraca się przeciwko Kościołowi [uwaga: nie świat przeciwko Kościołowi, ale świat w Kościele przeciwko Kościołowi – przyp. J.Sz.], chce przeforsować swoje kryteria, z Kościoła chce uczynić świat i nie chce tej decyzji Jezusa, której wymaga posłuszeństwo Jego słowu szczególnie tam, gdzie to słowo nas oczyszcza i zmienia”.
I druga diagnoza: „Siła protestu przeciw Bogu i przeciw Chrystusowi nie miałaby oparcia, gdybyśmy my, którzy łamiemy z Jezusem chleb, wciąż Go nie skazywali, gdybyśmy nie podnosili na Niego ręki. I naszym grzechem jest nasze splamienie chrześcijaństwa, które wciąż skazuje Pana na wyszydzenie i zdaje Go na pastwę losu. Władza ciemności zależy od tego, że ci, którzy zanurzają z Nim rękę w misie, jednocześnie wychodzą i idą za innym prawodawstwem, zapominają o Nim i poprzez swój styl życia, poprzez swoje wewnętrzne »nie« wobec wiary wydają Go w tym świecie na Mękę”.
Trafione w punkt. Nie klerykalizm ani braki emancypacyjne – uczył już jako Papa Emeritus – ale otwarcie śluzy dla ścieku świata do wnętrza Kościoła jest naszą zgubą. Świat w Kościele, forsowanie jego kryteriów, pójście za innym prawodawstwem, w Judaszową noc… „Nie” wobec wiary. W imię czego?
Grzegorz Wielki uczył, że „gdy pasterz kroczy po urwiskach, trzoda postępuje ku przepaści”. I dlatego, ponieważ spotykają się we mnie Bóg i świat, muszę jako pasterz przejść przez oczyszczenie. To konieczny proces. Oto kilka podpowiedzi.
Odwaga
Do nawrócenia należy istotnie powrót do odwagi. Do wiary pasterza należy jego twarde czoło, i to nie wobec owiec i sojuszników, ale wobec wilka. Pasterz nie może być „niemym psem, niezdolnym do szczekania” (Iz 56,10). Nieme psy, wyjaśniał Ratzinger, „z obawy przed naporem liberalnych mediów bezczynnie się przyglądają demontażowi wiary za rzucany im przez nie »ochłap« uznania” a także temu, „jak stopniowo sprzedaje się wiarę za miskę soczewicy tzw. nowoczesności”. Tymczasem prawdziwy pasterz musi być adwokatem wierzących, obrońcą ludu „przed potęgą intelektualnych elit” – za każdą cenę. A z drugiej strony nie może być twardym i bezwzględnym typem, który wprawdzie prowadzi owce właściwą drogą, broni je, ale czyni to, „chłoszcząc je prawdą”, nie bacząc na ich cierpienia, bez współodczuwania. „Autentyczne duszpasterstwo prowadzi do prawdy i pomaga w znoszeniu bólu, który wiąże się z jej przyjęciem”. Nawrócony duszpasterz wraca do odwagi i wyżej stawia dobro owiec niż własny spokój i komfort.
„My zaś nie należymy do hypostoles” (Hbr 10,39), czyli do ludzi wycofujących się, ukrywających się, małodusznych, odchodzących, odstępujących, porzucających wierność z tchórzostwa. „Albowiem nie dał nam Bóg – tłumaczy Paweł Tymoteuszowi – ducha deilias”, czyli bojaźni, trwożliwości, „lecz mocy, miłości i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7). Pasterz staje przed Bogiem i nie boi się dać Mu siebie samego, dać Mu wszystko. I tym samym ruchem mężnego serca staje odważnie przed wilkiem – z twardym czołem. „Niczego się nie boję, bo Pan jest ze mną; cóż może uczynić mi człowiek”? (Ps 118,6).
Zgoda na cierpienie
Są takie sytuacje w życiu, w których nie da się kochać inaczej, jak tylko godząc się na ból. Rezygnacja z cierpienia byłaby wtedy wycofaniem miłości. Związek miłości i cierpienia jest nierozerwalny. Zdaje się, że dzisiaj bywamy wobec wielu złożonych wyzwań bezradni, lecz nie w tym punkcie: możemy chcieć cierpieć z ich powodu, współcierpieć. Chcieć, by nas bolał: nasz Kościół, nasz świat, nasz bliźni. Nasza Polska. I w ten sposób kochać. Zdaje się, że do takiego kształtu miłości nas, swoich przyjaciół, zaprasza Chrystus – do współcierpienia z Nim.
Kościół będzie w takim stopniu przekonujący, jak daleko jego głosiciele będą gotowi na to, aby pozwolić się zranić. Walka Kościoła może być tylko walką tych, którzy wydają się na całopalną ofiarę: walką męczenników. Kto nie przyjmuje cierpienia, nie może też kochać. Życie pasterza jest nie tylko zbiorem aktywności, ale też pasywnością, cierpieniem. Ksiądz, który mówi Panu: „Jestem u kresu, widzę, że niewiara jest potężniejsza niż wiara, lecz nie będę uciekał nigdzie ani w nic, nie chcę w tym znieczulenia, żadnego rodzaju morfiny, którą wszyscy chcą mi podawać, chcę, by mnie to bolało, i chcę w tym przy Tobie trwać; chcę, byś mnie bolał, bylebym tylko mógł Cię kochać”, czyni rzecz prawdziwie wielką ze swojego życia.
Nie dawać fałszywego pokoju
Nie dawać go ani sobie, ani owcom. Pacem falsam non dare. To zdanie pochodzi z Reguły św. Benedykta. Oto wielka pokusa: postawić pokój ponad prawdę. Nie chcemy mieć kłopotów ani kłopotów stwarzać innym. Nie chcemy mieć PR-u zacietrzewieńców. Nie chcemy polaryzacji, eskalacji, wyłamywania się z szeregu. Chcemy zejścia z linii frontu, zgody, odrobiny spokoju. Czy to źle? Ratzinger odpowiada: „W ten sposób łykamy nieprawdy, niesprawiedliwości i mówimy: przynajmniej nie było żadnego wzburzenia. Ale że tym samym pozostała trucizna, że tym samym kłamstwo było silniejsze niż prawda i na dłuższą metę musi nas otruć, o tym wolimy nie mówić w takich momentach”. Żadnych ekscesów, żadnej dramaturgii, żadnego dzielenia ludzi: cichutko przejść obok prawdy, bez hałasu, delikatnie ją nagiąć, żeby mniej bolała i nie prowokowała; nic więcej. Oto sedno pokusy dawania fałszywego pokoju.
Zapowiedź proroka Zachariasza jest dokładnie o tym: „…sprowadzę temu krajowi pasterza, który nie będzie się troszczył o to, co ginie; nie będzie szukał tego, co błądzi; nie będzie leczył tego, co zranione; nie będzie karmił tego, co zdrowe” (Za 11,16). Niech giną, niech błądzą, niech odnoszą nieuleczalne rany, byleby w Kościele panował spokój, a Polska była uśmiechnięta. Biada takiemu pasterzowi, mówi prorok w imieniu Boga: odetnę mu ramię i wyłupię prawe oko (por. Za 11,17), czyli pozbawię go możliwości prowadzenia mojej trzody ku przepaści.
*
Bóg swoim przyjaciołom nie tylko sporo daje, ale i niemało zabiera. Zaś pierwszą rzeczą, którą im zabiera, jest strach.
ks. Jerzy Szymik/Gość Niedzielny
(oprac. na podst. konferencji ascetycznej dla księży, 2–5 marca 2026.Cytaty pochodzą z: J. Ratzinger, „Opera omnia”, t. 14/2 i 14/3.)
***
Drwal, stróż nocny, spowiednik papieża. Niezwykłe losy ks. Tadeusza Fedorowicza
O odwadze Witolda Pileckiego, który celowo dał się wywieźć Niemcom do Auschwitz, Polacy usłyszeli po kilkudziesięciu latach milczenia. Tymczasem o misji bohaterów, którzy zrobili coś bliźniaczo podobnego – na ochotnika dołączyli do nieszczęśników wywożonych na Sybir – wciąż mało kto wie. Może dlatego, że byli… katolickimi księżmi. Przedstawiamy niesamowitą historię jednego z nich: Tadeusza Fedorowicza.
Sowieci, którzy w 1939 r. zagarnęli wschodnie ziemie II Rzeczpospolitej, mordowali lub wywozili na Wschód polskie elity. Przeprowadzili cztery fale masowych deportacji Polaków w stronę Syberii, Kazachstanu czy na mroźną północ europejskiej części Rosji.
Pierwsza z tych deportacji ruszyła w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku. Do bydlęcych wagonów Sowieci upchnęli ok. 140 tysięcy ludzi. Były to przede wszystkim rodziny wojskowych, urzędników, kolejarzy czy pracowników służby leśnej – w tym mnóstwo dzieci. Tygodniami, w głodzie i przejmującym zimnie, jechali w głąb Związku Sowieckiego. Wielu zmarło jeszcze po drodze, wielu już na Syberii czy w Kazachstanie.
Dołączyć do deportowanych
Zdawałoby się, że każdy chciałby uniknąć tego losu. Znalazło się jednak m.in. trzech katolickich księży ze Lwowa, którzy wpadli na szalony pomysł, żeby dołączyć do następnego transportu. Chcieli zapewnić deportowanym nieszczęśnikom opiekę duszpasterską. Ks. Tadeusz Fedorowicz, wikary parafii św. Marii Magdaleny i dyrektor Domu Ubogich Miasta Lwowa, poszedł z tym pomysłem do swojego arcybiskupa, Bolesława Twardowskiego. Hierarcha pozwolił pojechać jemu i ks. Marianowi Folcikowi, wikaremu u św. Elżbiety. Natomiast ks. Włodzimierzowi Cieńskiemu, proboszczowi ks. Tadeusza, kazał zostać, bo potrzebował go na miejscu.
Ks. Fedorowicz w 1942 r. z nauczycielami i uczniami polskiego „gimnazjum” we wsi Bolszaja Bukoń we wschodnim Kazachstanie. Polscy zesłańcy zorganizowali tam sobie szkołę, gdy po ataku Niemców na ZSRR sowieckie władze udzieliły im amnestii. Archiwum. ks. T. Fedorowicza
Ks. Tadeusz Fedorowicz miał wtedy 33 lata. Pochodził z Klebanówki, wsi leżącej niedaleko rzeki Zbrucz, którą biegła wschodnia granica II RP. Zanim wybrał kapłaństwo, zdążył skończyć prawo na Uniwersytecie Lwowskim.
Chciał dołączyć do kolejnego, kwietniowego transportu. Przez przypadek wpadł jednak w kocioł, który enkawudziści zastawili w mieszkaniu jego proboszcza. Zamiast na stepy Kazachstanu, trafił więc do więzienia na lwowskim Zamarstynowie. „Siedzieliśmy w szesnastu w celi przejściowej, z której wzywano na pierwsze przesłuchania. Po nich albo brano głębiej do więzienia, albo wypuszczano na wolność” – napisał po latach w swoich wspomnieniach „Drogi Opatrzności”. „Po dwóch tygodniach niespokojnego czekania, co będzie dalej, gdy po obiedzie moi towarzysze położyli się do snu, a jeszcze kogoś nowego wprowadzono do celi, tak że na podłodze nie starczyło już dla mnie miejsca, stanąłem przy zakratowanym oknie i zacząłem rozmyślać o sytuacji. (…) Pomyślałem, że skoro kameduli siedzą zamknięci w celach za kratami, to i ja mogę tę sytuację dobrowolnie zaakceptować. Gdy tak to sobie ułożyłem, stało mi się lekko i radośnie. Byłem wprost szczęśliwy. Ale po paru minutach tego szczęścia rozległ się zgrzyt klucza w zamku. Wszedł enkawudzista i spytał: – Na bukwu F? [bukwa to po rosyjsku litera – przyp. P.K.] (…). Zgłosiłem się, podając nazwisko. Na to on: – Dawaj z wieszczami! – to jest z rzeczami”. Wyszedł na wolność.
Powiedział sobie wtedy: „Widzisz, jak to jest z Panem Bogiem: trzeba przyjąć to, co cię spotyka. Dzisiejszą łaskę, żeby otrzymać jutrzejszą”. Odtąd tego się w życiu trzymał.
Dlaczego wyszedł? Okazało się, że komendant więzienia, oficer NKWD, mieszkał u staruszki, która kiedyś przez rok spowiadała się u ks. Fedorowicza. Rosjanin wypuścił duchownego, bo został przekupiony… zegarkiem.
Tadeusz Fedorowicz ok. 1925 r., w czasie, gdy kończył gimnazjum i zaczynał studiować prawo. Archiwum. ks. T. Fedorowicza
Hostie i wino w walizeczce
Następna fala deportacji ruszyła w nocy z 27 na 28 czerwca 1940 roku. W stronę stacji kolejowych zmierzały o świcie ciężarówki i furmanki, na których siedzieli wywożeni na Wschód ludzie. Na wybojach kołysały się ich tobołki, które w czasie nocnego najścia łaskawie pozwolili im wziąć Sowieci. W tę samą stronę, ku podlwowskiej stacji Persenkówka, szedł sobie o szóstej rano z walizeczką w ręku ks. Tadeusz Fedorowicz – oczywiście „po cywilnemu”, bez sutanny i koloratki. Powoli zrównał krok z jednym z wozów. Siedzieli na nim państwo Cieszkowscy, starsi ludzie z Poznańskiego. Uzbrojony w karabin sowiecki strażnik szedł kilkadziesiąt kroków za nimi. Ks. Tadeusz przez chwilę szedł obok wozu, później położył na nim walizeczkę, a w końcu sam do niego wskoczył. Sowiecki żołnierz nie zareagował. W walizeczce ks. Fedorowicza, wśród rzeczy osobistych, schowane były butelki wina, hostie i szklany kieliszek, który miał posłużyć zamiast mszalnego kielicha.
Na stacji było już mnóstwo zwiezionych tu, przerażonych ludzi. Funkcjonariusz NKWD zażądał tam od ks. Fedorowicza dokumentów. Gdy okazało się, że ich nie ma, rzucił: „Dawaj, spiszem!”. Kapłan podał nazwisko Jackowski – bo wśród jego przodków byli Fedorowicze-Jackowscy. „Podałem swoje imię, wykształcenie prawnicze, powiedziałem, że jestem z Krakowa z ulicy Kopernika, zmyśliłem jakiś tam numer. Blagą był tylko Kraków i ulica Kopernika. Poza tym wszystko było prawdziwe, oprócz tego, że nie powiedziałem, że jestem księdzem” – wspominał.
Ponieważ jechał dobrowolnie, podchodził pozytywnie do wszystkiego, co go spotykało. Sowieci wydawali deportowanym coś do jedzenia tylko raz dziennie – zwykle jakąś zupę albo kaszę. „Nawet dość mi smakowało” – napisał. Kiedy dojechali do Uralu, zachwycał się pięknem tych gór. Te dwa tygodnie w bydlęcym wagonie nie było dla niego aż tak trudne jak dla wywiezionych w poprzednich falach, bo przynajmniej już było ciepło.
Miał też szczęście, że na Uralu jego pociąg skręcił znów na zachód. Trafił do sowieckiej Republiki Maryjskiej na skraju europejskiej części Związku Sowieckiego. Akurat tam wywiezionych Polaków i Żydów traktowano w miarę dobrze. Dostali miejsca w drewnianych barakach. Ks. Tadeusz wreszcie, po dwóch tygodniach, miał okazję porządnie się umyć. A potem wszedł głębiej w las i na pniu ściętej sosny odprawił pierwszą w czasie swojej wywózki Mszę Świętą.
Ks. Fedorowicz rozdaje polskim żołnierzom Komunię św. w czasie wielkanocnej Mszy św. w Sumach w 1944 r. Archiwum. ks. T. Fedorowicza
Drwal sprawuje Eucharystię
Stawiał tam słupy telegraficzne i rąbał las. Choć komary atakowały chmarami, zapamiętał, że „praca była przyjemna, pogoda śliczna”. „Po skończonej pracy szliśmy kąpać się w rzece, która tamtędy przepływała. Była tam znakomita woda, tak smaczna, że (…) w czasie kąpieli po prostu piłem z rzeki” – zachwycał się. Szczególnie polubił pracę drwala. Ścinał wielkie sosny za pomocą piły, siekiery i klinów. Umiał obchodzić się z końmi, więc także odwoził pnie nad rzekę. „Nigdy w życiu nie byłem tak silny i nigdy tak dobrze nie wyglądałem jak wtedy” – odnotował. Przełożeni zaliczyli go do najlepszych robotników i przyznali mu wysoki limit półtora kilograma chleba na dzień.
Wkrótce na Msze św. zaczęli do niego przychodzić zaufani Polacy. Odprawiał w dolince ze zwalonymi sosnami, które służyły jako ławki. Z czasem udało mu się też odwiedzić Polaków z sąsiedniego obozu, a później oni sami ukradkiem przychodzili do niego. Spowiadał ich, chodząc po lesie. „Gdy mnie dziś pytają, kto mi dał jurysdykcję do spowiadania, odpowiadam, że Stalin. A tak naprawdę, prawo kościelne przewiduje takie sytuacje i daje pozwolenie” – stwierdził w „Drogach Opatrzności”.
Był ostrożny. Nawet wtajemniczeni zwracali się do niego: „panie Tadeuszu”. Listy do Lwowa wysyłał pod nazwiskiem jednej z deportowanych, Heleny Czasz z Poznania. „Ale nie wszyscy byli tacy ostrożni. Otrzymałem list od księdza arcybiskupa Twardowskiego, bardzo serdeczny, zatytułowany: »Drogi Księże Tadeuszu« i podpisany pełnym imieniem i nazwiskiem” – wspominał.
To żydowski kantor?
W totalitarnie rządzonym kraju jego działalność nie mogła jednak w nieskończoność pozostać w tajemnicy. W końcu miejscowi milicjanci dowiedzieli się, że wśród Polaków jest duchowny. Na pierwsze przesłuchanie ks. Fedorowicz trafił jednak jako podejrzany o zorganizowanie w baraku modlitwy… żydowskiej. Jako jedyny Polak mieszkał bowiem w baraku Żydów. Zaprzyjaźnił się z nimi jeszcze w wagonie, jadącym przez dwa tygodnie na Wschód.
Na przesłuchaniu dobrze sobie poradził – zwłaszcza że przecież skończył studia prawnicze. Wykazał, że nie miał z żydowską modlitwą nic wspólnego. Kiedy powiedział współlokatorom, o co go oskarżał komendant obozu, barak zatrząsł się od wielkiego śmiechu. „Zrobili z pana naszego kantora” – powiedzieli mu żydowscy przyjaciele.
Milicja przesłuchiwała jednak kolejne osoby i z czasem dowiadywała się coraz więcej. Dwa razy ktoś już szedł przez las ku dolince, gdzie trwała Msza. Raz był to milicjant Wasjanin. Pięciu małych chłopców, którzy stali na czatach, wykrzykiwało wtedy hasło: „O, jaki wielki czarny grzyb!”, a uczestnicy Mszy szybko rozchodzili się z zabranymi dla kamuflażu koszykami na grzyby i jagody. Przygotowywał tam też do Pierwszej Komunii Świętej polskie dzieci, w tym 11-letnią Tereskę Dąbrowską z Limanowej. Kiedy zmarł tata Tereski, ks. Tadeusz nie tylko poprowadził obrzędy pogrzebowe, ale i sam wykopał dół na jego grób. Teresce po wojnie udało się wrócić z mamą do Polski; skończyła fizykę i zamieszkała we Wrocławiu.
Wśród wywiezionych byli dwaj lekarze dentyści, starsi panowie, którzy nie chcieli pracować przy wyrębie lasu. Zostali skazani na pobyt w łagrze i wywiezieni. Gdyby ks. Fedorowicz został złapany na odprawianiu Eucharystii, pewnie też by tam trafił. Doczekał jednak bezpiecznie wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Polacy stali się wtedy znów potrzebni. Ks. Tadeusz wstąpił wtedy do tworzącego się w Związku Sowieckim polskiego wojska, nazwanego później armią Andersa. Został w niej kapelanem w randze kapitana. Wkrótce armia wyprawiła go do Kazachstanu, żeby odwiedzał wywiezione tam rodziny żołnierzy.
Ks. Tadeusz Fedorowicz odmawia brewiarz na letniej wędrówce z młodzieżą w Polsce Ludowej. Takie wyprawy były w PRL-u nielegalne, więc szedł w cywilnym ubraniu, a młodzi mówili do niego: „Wuju Tadeuszu”. Archiwum OTF LaskI
Dzieci bawią się w księdza
W ten sposób dotarł aż nad chińską granicę. Odczuł, co znaczy temperatura poniżej –50 stopni Celsjusza. Przygotował do Pierwszej Komunii św. setki polskich dzieci. A także Rosjan i Niemców Wołżańskich, których Sowieci też wywieźli do Kazachstanu. Dla wielu było wielkim wzruszeniem znów zobaczyć księdza po przeszło 20 latach przymusowej ateizacji.
Polacy, którym zdrowie pozwalało na pracę, np. w sowieckich kołchozach, dostawali tam niewielkie wynagrodzenie i mieli szansę przeżyć. Gorzej było, gdy żywiciel rodziny był stary lub gdy odchodził z tego świata. Dzieci przymierały wtedy głodem. Ks. Fedorowicz rozdawał więc potrzebującym pieniądze ze swojej gaży oficerskiej. Mógł to robić, bo inni rodacy go karmili. Kiedy pojawiał się w jakiejś wsi, stawiali na stół to, co mieli najlepszego.
Jakiś czas we wschodnim Kazachstanie spędził we wsi Bolszaja Bukoń, z której wyjeżdżał na duszpasterskie wyprawy. Wspominał: „W Bukoni była izba, w której mieszkały trzy polskie rodziny. Zapraszały mnie kolejno na obiad. A najlepsze, czym mogły mnie przyjąć, to były pierogi: z serem, z kartoflami, z kapustą czy z jagodami ze stepu. I tak byłem tam trzy razy na pierogach. Kiedyś później chciałem tych ludzi o coś zapytać i zaszedłem do nich. – Wie ksiądz – zaczęli mi opowiadać – dzieci mają teraz nową zabawę. – Jaką? – Bawią się w księdza. – A to jak? – Ewunia i Jadzia (mają 6 i 8 lat) robią z piasku pierogi. Jędruś (10 lat) przychodzi i zjada te pierogi”.
Góry dają lekcję
W czasie pobytu w sowchozie „Bolszewik” ksiądz wdrapywał się przed zachodem słońca na stok, z którego widać było góry Tarbagataj na granicy z Chinami, bodące niebo szczytami o wysokości 3 tys. metrów. Czasem były wyraźne i cudnie skrzyły się od śniegu, leżącego na wierzchołkach. Innym razem jednak przyszła mgła i widział tylko ich kontury, a później góry całkiem zniknęły mu z oczu w chmurach. Skomentował: „Wtedy zrozumiałem, że tak samo jest z Panem Bogiem. Czasem Pan Bóg jest dla mnie oczywisty i wyrazisty jak te góry w słońcu, a czasem jest mgła w sercu, w tej sferze uczuciowo-zmysłowej, to uczucie przysłania widzenie umysłu. A potem przychodzą chmury i Bóg całkowicie znika. Pozostaje tylko głębokie przekonanie wiary. Wiele nauczyły mnie te góry”.
Najmocniej doświadczał Bożej opieki, kiedy coś dla Niego poświęcał. W mieście Semipałatyńsk w kolejce przed sklepem spotkał Rosjankę, która rozpaczała, że jej kartki na chleb zostały skradzione. Ks. Tadeusz wręczył jej wtedy własną kartkę. Nie był to ogromny heroizm, bo skalkulował sobie, że bez tego chleba jakoś przeżyje. Po południu w bocznej, pustej uliczce drogę zastąpiła mu nieznana Polka. Wyjęła „śliczny bocheneczek chleba, złoty prawie, pszennorazowy, ładnie wypieczony, i dała mi go. – Dlaczego pani mi to daje? – zdziwiłem się. – A zobaczyłam księdza i przyszło mi do głowy, żeby księdzu to dać” – wspominał. Chleb był pyszny, w przeciwieństwie do tego, z którego rano zrezygnował. Podobnych zdarzeń było wiele.
Nie bój się i nie pogardzaj
W 1942 r. nie wyszedł z armią Andersa do Iranu, lecz został z zesłańcami w Kazachstanie. W następnym roku władze zażądały, żeby przyjął sowieckie obywatelstwo. Kiedy odmówił, został oskarżony o „szpiegostwo, kontrrewolucję i brak dokumentów”. Trafił do więzienia w Semipałatyńsku. Przeżył tam 40 przesłuchań. Co noc do piątej rano siedział na zydelku przed śledczymi – a w dzień w celi nie wolno było się położyć… Po trzeciej takiej nocy z rządu był półprzytomny z niewyspania. Mimo to we wspomnieniach opisał z sympatią ludzi, którzy go przesłuchiwali. Swoje cierpienia skwitował krótkim zdaniem, dotyczącym dni po zakończeniu czteromiesięcznej „odsiadki”: „Byłem tak wychudzony, że prosiłem tych, których odwiedzałem, o poduszki na krzesło”.
Pracował później m.in. jako nocny stróż na polu kapusty i buraków w Semipałatyńsku. W 1944 r. doczekał powołania do „ludowego” Wojska Polskiego. Do Polski wrócił jako kapelan IV Dywizji armii Berlinga.
Do śmierci w 2002 r. był duszpasterzem niewidomych w Laskach pod Warszawą. Stał się przewodnikiem duchowym dla setek świeckich i księży. Biskup Bronisław Dembowski, wezwany za młodu na komendę milicji, wspominał radę ks. Fedorowicza, której trzymał się potem przez całe życie: „Jeśli musisz się tam udać, to znaczy, że Bóg cię tam posyła. Pamiętaj, że ci oficerowie milicji są ludźmi mającymi nieśmiertelne dusze, a ty jesteś kapłanem posłanym do nich przez Boga. Nie bój się ich i nie pogardzaj nimi. Mów prawdę. Może coś z niej w nich pozostanie”.
Był też spowiednikiem i kierownikiem duchowym Jana Pawła II. Papież mówił o jego mądrości, podkreślał, że wiele mu zawdzięcza i zwracał się do niego: „Ojcze”. W jednym z listów celnie zauważył: „Kochany Ojciec [Tadeusz] widzi dobro nawet tam, gdzie trzeba by go szukać ze szkłem powiększającym”. Kiedy rozmawiali, nawet kardynałowie musieli poczekać na swoją kolej. W 1980 r. w Rzymie zabrał zaskoczonego ks. Fedorowicza do swojego śmigłowca, lecącego do Castel Gandolfo. Ojciec Święty wspomniał również o nim m.in. w homilii w czasie swojej wizyty w Kazachstanie w 2001 roku.
W pogrzebie ks. Fedorowicza w Laskach 29 czerwca 2002 r. uczestniczyli jego przyjaciele, w tym liczni hierarchowie kościelni; telegram przysłał też Jan Paweł II. Mimo to ks. Tadeusz pozostaje w Polsce szerzej nieznany.
Jego krewna Izabela Broszkowska napisała o nim książkę „Szczęśliwe życie”. Przytacza w niej anegdotę, „która na pewno by mu się spodobała”. Jedna z współpracowniczek ks. Fedorowicza obdzwaniała redakcje katolickich mediów z wiadomością o jego śmierci. „W jednej z rozgłośni radiowych telefon odebrała dyżurująca, bardzo pewna siebie panienka. – Chcę powiadomić – mówi Maryla – i prosić o podanie w wiadomościach, ze w Laskach pod Warszawą zmarł ksiądz Tadeusz Fedorowicz.
Na to panienka: – Proszę pani, ja nie będę zaśmiecać anteny wiadomością o śmierci jakiegoś wiejskiego proboszcza.
– Ależ on nie był wiejskim proboszczem! – protestuje Maryla.
– No widzi pani, nawet proboszczem nie był!”.
Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny
***
środa 22 kwietnia 2026
Ks. prof. Waldemar Chrostowski:
Imieniem Boga jest Jego obecność
Zanim Bóg ogłosił człowiekowi, jakie są Jego nakazy i zakazy, najpierw… postanowił się przedstawić. O pierwszym przykazaniu Dekalogu mówił wybitny biblista ks. prof. Waldemar Chrostowski.
Ks. prof. Waldemar Chrostowski mówił w Klubie Stańczyka o pierwszym przykazaniu Dekalogu: „Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną”.
Wykład odbył się w ramach cyklu spotkań pt. „Dekalog w prawie i rzeczywistości społecznej: 35 lat po IV pielgrzymce św. Jana Pawła II do Ojczyzny”.
Jak podkreślił uczony kapłan, w pierwszym przykazaniu czytamy najpierw: „Jam jest Pan, Bóg Twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”. Po hebrajsku te słowa brzmią tak, żeby się rymowały – co jest rzadkością, bo w hebrajskim zasadniczo nie ma rymu. Użycie go tutaj wskazuje, że to zdanie miało zostać zapamiętane przez każdego, także przez dzieci. Kluczowe jest jednak to, co mówi Bóg. – Otóż zanim Pan Bóg czegokolwiek wymaga, cokolwiek sugeruje, cokolwiek podpowiada, to najpierw się przedstawia. To jest samo-prezentacja Boga. Bóg przedstawia siebie jako ten, który działa nieustannie w dziejach, w historii ludu, który wybrał do szczególnej odpowiedzialności i ukazuje temu ludowi akt czy wydarzenie, które można traktować jako założycielskie – powiedział ks. prof. Waldemar Chrostowski.
Podobne wydarzenie założycielskie, podkreślił, mamy też w polskiej historii. – Takim wydarzeniem założycielskim jest przede wszystkim chrzest polski. Innej Polski niż chrześcijańska nie było. Staliśmy się narodem z przyjęciem chrztu i chociaż to unarodowianie trwało, to jednak właśnie chrzest jest wydarzeniem założycielskim – zaznaczył.
Jak przypomniał, niedawno przypadła 1060. rocznica chrztu. Nie była jednak zbyt hucznie celebrowana – nie tylko w polityce, ale także w Kościele.
Pan Bóg w pierwszym przykazaniu Dekalogu przedstawia się jako Ten, który jest. W tekście hebrajskim jest słowo „Jahwe”, które oznacza „jestem”. – Imieniem Boga jest Jego obecność – zaznaczył. Kapłan przywołał przykład matki, która opiekuje się chorym dzieckiem. – Dziecko jest chore. Mama dała leki, zadbała o wszystko, co było potrzebne. Zmierzyła gorączkę. Dziecko choruje. Mama siedzi obok na łóżku czy na krzesełku i kiedy dzieciak otwiera oczy i patrzy, mama mówi: jestem, jestem. Jestem, więc nic Ci nie grozi. Jestem, więc możesz spać. Jestem, więc będzie dobrze. Obecność – dar obecności – wyjaśniał.
– Taki właśnie jest Bóg. Tak się przedstawia Bóg, zanim jeszcze czegokolwiek od człowieka wymaga. Bo jeżeli Pan Bóg coś od człowieka chce, jeżeli czegoś pragnie, czego się oczekuje, to daje mu zarazem siłę, daje mu moc, uzdalnia go do tego, żeby tego dokonał. Kto ufa Bogu, powtarzał Benedykt XVI, nigdy nie jest sam – wyjaśnił ksiądz profesor.
–Otóż ta autoprezentacja, ta samo prezentacja Boga na początku dekalogu, ona ma zapobiegać samotności człowieka. Kto wierzy w Boga, nie jest sam – dodał.
– W tradycji żydowskiej, biblijnej, do której czasami warto wracać, wszystkie przykazania są nazywane przykazania dające życie. Zabezpieczają przed tym, co złe. Zabezpieczają przed śmiercią wieczną. Zachowywanie przykazań daje życie. Mówiąc innymi słowy, dzięki przykazaniom człowiek odzyskuje, zachowuje swoją godność. […] Kiedy mamy świadomość przykazań i kiedy bierzemy te przykazania, odnosimy je do siebie, to wtedy przykazania nas wprowadzają na drogę nawrócenia, na drogę powrotu do Pana Boga. Przykazania są nie tylko drogowskazem, tylko przykazania dają nam również moc, żeby tę drogę, którą wskazują, pokonać – zaznaczył.
Mówiąc o pierwszym przykazaniu Dekalogu wyjaśnił też, co oznacza zakaz sporządzania sobie wizerunków kultycznych. Chodzi tu o wizerunku różnych rzeczy czy istot, które sporządzali poganie, na przykład w Egipcie, gdzie szerzył się choćby kult krokodyli czy zmarłych.
– Jeżeli chodzi o nasz kult obrazów, to ma on rodowód specyficznie chrześcijański. Mianowicie w czasach Starego Testamentu Bóg był absolutnie niewidzialny. Można go było słyszeć, można go wyczuwać, jego obecność, ale Boga nikt nigdy nie widział. Dlatego Izraelici wołali, jak mówią też psalmy: Panie Boże, ukaż nam swoje oblicze, pokaż, kim jesteś, chcemy Cię zobaczyć – powiedział.
– W Jezusie Chrystusie Bóg stał się jednak człowiek. Gdyby Jezus Chrystus, Bóg i człowiek, żył dzisiaj, to mielibyśmy Jego zdjęcia, nagrania Jego głosu, mielibyśmy wywiady, jeżeliby ich udzielał, może przyszedłby na takie spotkanie, jak nasze. […] Kilka stuleci później zaczęto Go sobie wyobrażać i pokazywać. Dlaczego to było możliwe? Przez wzgląd na to, że nie pokazujemy Boga, tylko pokazujemy Boga, który stał się człowiekiem. Próbujemy Go sobie wyobrazić. Możemy to robić, bo On rzeczywiście był człowiekiem. To nie było ciało pozorne, to nie był jakiś doketyzm, to nie było coś przejściowego, tylko to był prawdziwy, żywy człowiek i możemy Go sobie rekonstruować również na sposób plastyczny – wskazał.
Za tym poszły wizerunki Matki Bożej, świętych i tak dalej.
– Kiedy czcimy wizerunki Jezusa Chrystusa, to wiemy, że nie jest w nich obecny sam Jezus Chrystus. One nas tylko prowadzą do Jezusa Chrystusa – zaznaczył. – Uznajemy, że Bóg jest niewidzialny, ale w Jezusie stał się widzialny. Boga nikt nigdy nie widział, czytamy w Nowym Testamencie, ale Jezus Chrystus Go w sobie objawił – podkreślił gość warszawskiego Klubu Stańczyka.
źródło: PCh24 TV/Pach
***
Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI
(fot. PCh24TV)
***
W Polsce nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat – uważa ks. prof. Waldemar Chrostowski. Zdaniem wybitnego biblisty także Dzień Judaizmu w Kościele katolickim często nie ma wiele wspólnego z perspektywą religijną i teologiczną, bo nabrał charakteru politycznego.
W obszernej rozmowie z KAI duchowny mówi o swojej osobistej i naukowej przygodzie z Biblią, doradza jak czytać Pismo Święte, prostuje nieporozumienia wokół słów Jana Pawła II o Żydach jako „starszych braciach w wierze” i opowiada o swojej pasji filatelistycznej.
1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat.
Tomasz Królak (KAI): Pisze psalmista, że miarą „miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt”. Jak się Ksiądz profesor czuje mając za sobą lat 75?
Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Od młodości znam ten psalm i zawsze myślałem, że siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat to jest tak odległa perspektywa, że nie należy się tym specjalnie przejmować. I przyszedł czas, że mnie to również dotyczy.
Myślę, że to jest dobry moment, aby spojrzeć wstecz i przyznać rację psalmiście, że dożyć tych lat jest błogosławieństwem. To także czas, w którym trzeba zwolnić, pozbywać się rzeczy, które z tej perspektywy okazują się niepotrzebne albo mało ważne, zyskać dystans do siebie samego, a także do tego, co udało się dokonać i do tego, co nie zostało zrobione. Krótko mówiąc: to dobry czas na rozmowę z samym sobą i spokojny rachunek sumienia.
Psalmista dopowiada o latach pisanych człowiekowi: „…a większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy”. Czy i tu się z nim Ksiądz zgadza?
Bóg sprawił, że w moim przypadku nie było tak, że większość przeżytych lat była udręką czy wielkim trudem. Przeciwnie, postrzegam je jako czas intensywny i pod wieloma względami bardzo owocny. Zdarzały się niezwykle trudne chwile, ale z dzisiejszej perspektywy i one były błogosławieństwem.
Czy Biblię zna Ksiądz profesor na pamięć?
Nie i sądzę, że nikt nie zna jej na pamięć. Mogę streścić całą Biblię w miarę wiernie, bo czytałem ją wiele razy, również w oryginalnych językach, czyli Stary Testament po hebrajsku, aramejsku i grecku, a Nowy Testament po grecku. Przetłumaczyłem również bardzo wiele ksiąg biblijnych, przez 35 lat byłem wykładowcą egzegezy Starego Testamentu, wobec tego treść ksiąg Starego i Nowego Testamentu znam stosunkowo dobrze, ale nie na pamięć w tym znaczeniu, żeby je recytować ze sceny.
Czy był taki jeden, konkretny moment, w którym uświadomił sobie Ksiądz – lub może postanowił – że poświęci swoje życie studiowaniu Biblii?
Biblia stała się moim domem stosunkowo wcześnie, kiedy miałem 19 lat. Będąc na drugim roku studiów seminaryjnych musiałem je przerwać i w styczniu 1970 roku zostałem skierowany do pracy jako katecheta w parafii Łęki Kościelne. Warunki w jakich mieszkałem były dobre, a atmosfera stworzona przez proboszcza i miejscowych parafian bardzo życzliwa i serdeczna, ale dla 19-letniego chłopaka było to jednak doświadczenie trudne. Kilka lat wcześniej wyszło pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia. Postanowiłem wtedy, i bardzo chciałem w tym postanowieniu wytrwać, że każdego dnia będę czytał jeden rozdział. Nauczyło mnie to systematyczności, której wcześniej nie miałem, wytrwałości, a przede wszystkim otworzyło na zawartość Pisma Świętego. Kiedy więc ten prawie półroczny eksperyment się skończył i przyszły wakacje, lektura trwała nadal, a swoje postanowienie realizowałem również w seminarium. Na czwartym czy na początku piątego roku studiów lekturę całego Pisma Świętego miałem za sobą, zatem byłem w nie wprowadzony.
Kiedy dzisiaj o tym myślę to uświadamiam sobie, że odczytywałem Biblię w dwóch perspektywach. Z jednej strony jako bardzo ważne świadectwo historyczne o tym, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu, a z drugiej jako księgę, która potrzebna mi jest do życia. Potrzebna po to, żeby zrozumieć jego sens oraz żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za wszelka cenę chcę być księdzem (bo to było najważniejsze pytanie) i w związku z tym, co to znaczy być chrześcijaninem i jakie jest miejsce Jezusa Chrystusa w moim życiu, a jakie być powinno.
Czy ma Ksiądz swoje ulubione księgi biblijne?
Zawsze bardzo głęboko przemawia do mnie Księga Hioba. Cenię ją niezwykle wysoko. Zwłaszcza od czasu, gdy przeczytałem ją po hebrajsku i okazało się, że są w niej treści znacznie głębsze niż te, które udało się pokazać i wydobyć w przekładzie polskim, dostępnym choćby w Biblii Tysiąclecia.
Co do innych ksiąg Starego Testamentu, mam kilka ulubionych, także wśród tych, które wydają się mało znaczące, jak na przykład Księga Aggeusza, która dotyczy istotnego przełomu w historii biblijnego Izraela po zakończeniu wygnania babilońskiego.
Bardzo lubię Księgę Ezechiela, na której uczyłem się, jeżeli tak można powiedzieć, egzegezy biblijnej i robiłem również doktorat, później habilitację. Lubię stanowczość tego proroka i przesłanie tej księgi.
Natomiast co do ulubionych ksiąg Nowego Testamentu, to mógłbym powiedzieć, że lubię właściwie cały, ale w szczególny sposób Listy świętego Pawła, a zwłaszcza – według egzegezy krytycznej to nie jest tekst Pawłowy – List do Hebrajczyków. Ten tekst otworzył mi oczy na relację między Starym a Nowym Testamentem, a także ukazał mi, kim jest naprawdę Jezus Chrystus w kontekście wszystkich biblijnych bohaterów wiary.
Wspominając o Księdze Hioba dotknął Ksiądz wielkiego tematu tłumaczenia tekstów biblijnych. Czy zaryzykowałby Ksiądz wskazanie, który przekład byłby najbardziej adekwatny dla czytelnika XXI wieku, to znaczy najskuteczniej poruszałby współczesną wrażliwość?
Myślę, że dla „przeciętnego” wiernego, który chce poznać Pismo Święte, najlepsza mimo wszystko (zaraz wyjaśnię to „mimo wszystko”) jest Biblia Tysiąclecia.
A to dlatego, że słyszymy ją w Kościele, w czytaniach liturgicznych i pozaliturgicznych, a poza tym od kilkudziesięciu lat zakodowała się w polskiej kulturze i tę kulturę współtworzy. Najlepiej więc sięgnąć po taki przekład, z którym stykamy się w różnych miejscach, zwłaszcza w kościele.
Natomiast o tym, że nie jest to przekład idealny (takich zresztą nie ma) świadczy fakt, że do tej pory ukazało się pięć wydań Biblii Tysiąclecia, każde z nich inne, a obecnie jest przygotowywane jej szóste wydanie. Biblia Tysiąclecia ma mankament, który wynika z jej natury, mianowicie jest dziełem zbiorowym, w związku z czym jakość przekładów poszczególnych ksiąg jest bardzo zróżnicowana.
W ostatnich wydaniach różnice te zostały nieco zniwelowane, ale nie udało się ujednolicić wszystkiego. O ile terminologia stosowana w oryginalnym tekście Pisma Świętego, napisanym w językach hebrajskim, aramejskim i greckim jest dość spójna, o tyle w przekładach dokonywanych przez różnych tłumaczy tej spójności za bardzo nie widać.
Druga sprawa jest związana z pierwszą. Biblia, zwłaszcza Stary Testament, wymaga pewnego klucza, który by pozwolił na jej właściwą, prawidłową interpretację. Z jednej strony osadzoną w tradycji katolickiej, z drugiej zaś wychyloną ku najnowszym osiągnięciom, także tym z zakresu archeologii, historii, językoznawstwa itd. Pod tym względem można było w Biblii Tysiąclecia zrobić więcej, ale trzeba powiedzieć, że jej miejsce zarówno w polskiej pobożności i wierze, jak też w teologii i w kulturze jest bardzo ważne.
Czy ceni Ksiądz profesor tłumaczenia Czesława Miłosza? Pytam dlatego, że przełożył on m.in. wspomnianą Księgę Hioba.
Cenię go jako poetę, natomiast jako teologa – nie. Dlatego, że Psalmy są księgą modlitwy. Oczywiście to jest księga poetycka w języku hebrajskim, ale nie o kunszt poetycki przede wszystkim tam chodzi. U Czesława Miłosza, a także w kilku innych próbach translatorskich tego rodzaju, widać poetycką biegłość, która subiektywnym sposobem patrzenia przesłania orędzie teologiczne. Poza tym trzeba powiedzieć, że Miłosz nie tłumaczył z języka hebrajskiego, bo tego języka nie znał.
Wspomniał Ksiądz, że lektura Starego Testamentu wymaga specjalnego klucza umożliwiającego właściwą interpretację zawartych tam treści. Wydaje się, że Stary Testament jest w powszechnej, może nie tylko polskiej, świadomości obecny wyraźnie gorzej niż Nowy…
Tak, i nie ma w tym nic dziwnego, a ponadto tej sytuacji się nie zmieni. Jesteśmy chrześcijanami i oparciem dla naszej wiary jest przede wszystkim Nowy Testament. Jeżeli chodzi o lekturę Starego Testamentu, to kiedyś, gdy rozpoczynałem pracę naukową, dydaktyczną i duszpasterską, wydawało mi się, że można spokojnie zachęcać do czytania Starego Testamentu. Teraz tak nie myślę.
A to ciekawe, dlaczego?
Uważam zdecydowanie, że chrześcijanin powinien rozpocząć lekturę Pisma Świętego od Nowego Testamentu, przyswoić sobie go sobie kilkakrotnie, i dopiero wtedy sięgnąć do Starego Testamentu, żeby zobaczyć, jak daleka droga została przebyta od jednego do drugiego etapu historii zbawienia. Związki między nimi to ciągłość, ale też brak ciągłości i radykalna nowość osoby Jezusa Chrystusa i Nowego Testamentu.
Wielu chrześcijan czuje konsternację, i słusznie, kiedy czyta Stary Testament. Mamy w nim do czynienia z rzeczywistością, która przeszła do historii – choćby cały kult starotestamentowy, składanie ofiar, kapłaństwo, itd. To jest jedno.
A drugie: Stary Testament – zmagałem się z tym bardzo długo, również pod wpływem rozmaitych pytań, które do mnie były i są kierowane – zawiera zapośredniczony wizerunek Boga. Czytamy, że PAN, Jahwe, nakazał to, czy nakazał tamto i jeżeli chodzi o przykazania albo kult, to wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy dochodzimy do Księgi Jozuego czy do Księgi Sędziów albo do Ksiąg Samuela i czytamy, że PAN nakazał wyniszczyć co do niemowlęcia, na mocy klątwy (hebrajskie: cherem), Amalekitów, Filistynów i innych wrogów Izraela, to zaczynamy mieć poważne trudności i wątpliwości.
Wydawało się do niedawna, że można na to odpowiedzieć tak: w takich przypadkach mamy do czynienia ze starożytnymi realiami, starożytną mentalnością, z uwarunkowaniami, które należą do przeszłości i że pod tym względem Izraelici byli podobni do sąsiednich ludów i narodów. Można też było wybrać inną wykładnię i upatrywać w Kananejczykach – tak, jak to robili ojcowie Kościoła odczytując te teksty na sposób duchowy – grzechów i słabości, które trzeba skutecznie przezwyciężać.
Ale w ostatnich latach moje spojrzenie się zmieniło. Stało się to pod wpływem tego, czego Izrael dopuszcza się w Strefie Gazy i na terytorium Autonomii Palestyńskiej oraz jak zachowuje się wobec swoich bliższych i dalszych sąsiadów. Obecnie nie można powiedzieć, że interpretacja, która dotychczas wiązana z tymi księgami, powinna mieć wymiar czysto historyczny. Do Izraela przybywają bowiem ze Stanów Zjednoczonych i z Europy Zachodniej tysiące żydowskich osadników, którzy, tak samo jak wielu miejscowych Żydów, biorą do ręki Księgę Jozuego i Księgę Sędziów i traktują Palestyńczyków tak, jak w starożytności traktowano Kananejczyków, Amalekitów i innych.
Z chrześcijańskiego punktu widzenia problem polega też na tym, że wśród Palestyńczyków są nie tylko muzułmanie, co w żadnym wypadku nie usprawiedliwia przemocy i okrucieństwa wobec nich, ale również chrześcijanie. Ale pod tym względem mamy do czynienia z ogromną trudnością, z którą stale spotykam się na rozmaitych konferencjach i spotkaniach z katolikami w Polsce, a którą bodaj najdobitniej uświadomiła mi palestyńska katoliczka w Nazarecie. Podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, w każdą sobotę w Nazarecie jest zawsze odmawiany wielonarodowy i wielojęzyczny różaniec. Jedna z tamtejszych dziewcząt dowiedziawszy się, że jestem księdzem i zajmuję się Pismem Świętym, zapytała mnie po takim różańcu: „Niech mi ksiądz powie, dlaczego i jak my, Palestyńczycy, Arabowie, chrześcijanie, mamy czytać te księgi?”. To jest wyzwanie, na które trzeba znaleźć uczciwą i rzetelną odpowiedź, ale – mówię to z dużym smutkiem – Kościół katolicki tej odpowiedzi nie szuka. To pytanie nie pojawia się ani nie jest podejmowane w przestrzeni teologicznej. Uważam, że dzieje się to z wielką szkodą, po pierwsze, dla mieszkających tam ludzi, a po drugie, dla Pisma Świętego.
Dlaczego tego wyzwanie Kościół nie podejmuje, Księdza zdaniem?
Dlatego, że obawia się zarzutu antysemityzmu. Lęk przed tym zarzutem dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek.
Czy bezpośrednia obecność w miejscach opisywanych w Biblii pomaga w czytaniu i zrozumieniu jej treści?
Oczywiście. Pismo Święte dotyczy obecności Boga w dziejach świata, w historii biblijnego Izraela i w historii ludzi, zarówno poszczególnych osób, jak też ludów i narodów. Stary i Nowy Testament jest bardzo mocno osadzony w realiach czasu i przestrzeni, a więc geografii, topografii, uwarunkowań społecznych, politycznych, religijnych czy ekonomicznych. Dopiero wtedy, gdy je znamy, jesteśmy w stanie odkrywać niuanse, meandry, które chronią nas przed nadinterpretacją albo przed subiektywizmem w interpretacji narzucającym na starożytny tekst kategorie, które mamy w sobie, ale one z tym tekstem i jego znaczeniem nie mają wiele wspólnego.
Kiedy w 1978 roku zostałem skierowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego na studia na Papieskim Instytucie Biblijnym, a następnie otrzymałem stypendium do studiowania na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zmieniła się bardzo nie tylko moja percepcja, postrzeganie i rozumienie Biblii, ale sam też się zmieniłem. Uświadomiłem sobie bardziej niż wcześniej realność obecności Boga w świecie, tej obecności, która w Starym Testamencie wyrażała się w oczekiwaniu i tęsknocie, a wraz z Jezusem Chrystusem objawiła całe bogactwo wewnętrznego życia Boga, lecz objawiła je w tych konkretnych realiach.
Jaki sposób czytania Biblii doradzałby ksiądz osobom, które chcą ją poznać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo przeraża ich objętość, onieśmiela specyficzne nazewnictwo, nieznajomość realiów obyczajowych, geograficznych, itd.? Co zrobić, żeby zaszczepić w sobie przyjaźń z Biblią? Nie chodzi mi o cudowną receptę, ale realistyczną podpowiedź.
Istnieje recepta bliska cudu, a zarazem realistyczna. Gdy podejmujemy czytanie i przyswajanie sobie Pisma Świętego, powinna nam towarzyszyć świadomość, że wyrosło ono z wiary w Boga i że jego celem jest budowanie i wzmacnianie wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tak więc, to nie od Pisma Świętego dochodzimy do wiary chrześcijańskiej (zdarza się bardzo rzadko; może taka droga jest możliwa, ale nie spotkałem takich osób), lecz odwrotnie: od wiary chrześcijańskiej, od jej głębi, od jej przyjęcia i przeżywania oraz od życia nią przechodzimy do lektury Pisma Świętego.
Biblia nie jest ani łatwa, ani krótka, więc wymaga niemałego wysiłku. Mam na myśli nie tylko wysiłek intelektualny, konieczny żeby zrozumieć i umiejscowić biblijne osoby i wydarzenia, lecz także wysiłek duchowy. Musimy „przepuścić” wszystkie te wydarzenia i postacie z ich uwikłaniami, ale także z ich możliwościami i dokonaniami, przez filtr własnej wrażliwości. Musimy uznać – nawet jeżeli jakieś postacie biblijne nie są stricte historyczne – że właśnie w nich kumulują się religijne doświadczenia bardzo wielu ludzi, również nasze doświadczenie religijne.
Dla wielu wierzących dużą przeszkodą w czytaniu Biblii i w jej zrozumieniu jest to, że pojmuje się ją wyłącznie w perspektywie historycznej. Zakłada się, że wszystko od początku, czyli od opowiadania o stworzeniu do Apokalipsy, stanowi zapis historyczny, bliski konwencji biografii i akademickiej historii. Tymczasem to nie jest historia w naszym tego słowa znaczeniu, lecz teologia historii, czyli spojrzenia na dzieje z perspektywy religijnej. Żeby to zrozumieć trzeba zadać sobie wysiłek i zapytać samego siebie, czy potrafię spojrzeć na własne życie, na siebie i na swoje otoczenie w perspektywie religijnej; czy kiedykolwiek próbowałem to zrobić. Jeżeli zatem przyjmujemy treść Pisma Świętego w perspektywie teologii historii, to powinniśmy też podjąć trud rozpoznawania w swoim życiu obecności Boga, a być może i tego, co uznajemy za Jego nieobecność albo za Jego dystans wobec nas. Należy zatem popatrzeć nie tylko na Biblię, ale również na siebie. Dopiero wtedy jej lektura staje się głębsza i bardziej owocna.
Na czym polega postęp w dziedzinie nauk biblijnych? Co jest do odkrycia, zgłębienia, zinterpretowania?
W wymiarze historycznym na pewno ważne są odkrycia archeologiczne i starożytne świadectwa literackie i nieliterackie, które pomagają usytuować wydarzenia i postacie biblijne w kontekście geografii i topografii. Tak umacnia się świadomość, że to czy inne wydarzenie opisane w Biblii miało miejsce w konkretnym miejscu i czasie.
Podczas pielgrzymek do Azji Mniejszej, do Turcji, zawsze udajemy się do Kolosów. To miasto w roku 69, czyli niedługo po tym, jak Paweł napisał List do Kolosan, uległo trzęsieniu ziemi. Na miejscu dawnego miasta jest to, co Turcy nazywają hüyük, a w językach semickich nosi nazwę tel, czyli wzgórze pokryte trawą. Obecnie jest tam uprawne pole, a na nim mnóstwo skorup i wystarczy wejść na to wzgórze, żeby uświadomić sobie, jak wiele jest tam do odkrycia. Chrześcijanin, który tam przybywa i wielokrotnie słyszał lub czytał List do Kolosan, lecz nie mógł sobie tego wyobrazić, teraz stoi na tym miejscu i patrzy… A w Liście do Kolosan jest mowa na przykład o obowiązkach mężów i żon, o życiu rodzinnym i o rozmaitych zagrożeniach dla wiary.
Postęp w wiedzy biblijnej polega przede wszystkim na tym, że we współczesnym świecie dzięki nowym możliwościom technicznym i technologicznym możemy przenieść się do świata biblijnego z dowolnego kręgu kulturowego i geograficznego, w jakim żyjemy. I w tym postępie uczestniczą zwyczajni ludzie, jeżeli tylko chcą się otworzyć.
Ktoś więc pojedzie do Turcji na odpoczynek i odkryje, że obok jest Efez, że obok jest Meryemana, Smyrna czy Pergamon i tak wchodzi w świat Biblii. To samo dotyczy Egiptu, Jordanii, Syrii, Iraku, Cypru, Krety, Grecji, Italii, Malty, a najbardziej – rzecz jasna – Ziemi Świętej.
Dla tak zwanego, zwyczajnego chrześcijanina, poziom znajomość Biblii zależy od tego, czy i jak systematycznie ją czyta ale też od niedzielnych homilii. Myślę, że duchowny powinien podzielić się tym, co w odczytanych fragmentach uznał za najważniejsze i co najbardziej go poruszyło. To powinien być, jak sądzę, pokarm na drogę dla zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem bardzo często słyszę odczytywane beznamiętnym głosem gotowce. Jak Ksiądz ocenia jakość dzisiejszych polskich homilii?
Myślę, że w tym zakresie pan jest większym ekspertem niż ja, dlatego że to pan słucha homilii, natomiast ja je wygłaszam i ewentualnie od czasu do czasu słucham głównie w swoim warszawskim kościele. Sobór Watykański II postulował ubiblijnienie teologii, katechezy i nauczania kierowanego do nas z ambony, a więc homilii. Bezpośrednio po Soborze dokonało się pod tym względem dużo dobrego. Zmiany te były widoczne w latach 70., w latach 80., może jeszcze w latach 90. Natomiast – mam tu na myśli naszą, polską sytuację – w latach 90. zaczęła się stagnacja, a nawet pewien odwrót od tej tendencji.
Dlaczego?
Przyczyn jest na pewno wiele. Jedną z nich upatruję w seminariach duchownych, a konkretnie w kształceniu i przygotowywaniu księży. Znacznie zredukowano liczbę przedmiotów biblijnych, takich jak egzegeza i teologia Pisma Świętego oraz języków biblijnych: hebrajskiego, greki, łaciny. W ich miejsce wprowadzono elementy psychologii, psychiatrii, nauk społecznych, socjologii czy teologii praktycznej, przy czym pod to określenie można podłożyć dokładnie wszystko. Wprowadzono więc teologię ciała, płci, kobiecości, zwierząt, rzeczywistości ziemskich i tak dalej. Ukuto rozmaite nazwy, pod płaszczykiem których w gruncie rzeczy nie można odwoływać się do Pisma Świętego, a zatem wydaje się ono niepotrzebne czy wręcz zbyteczne. Teraz zbieramy owoce tych zmian. Bywają księża, którzy mają po 25-30 lat kapłaństwa i wychowali się w tym nowym duchu, ale jeszcze trudniejsza sytuacja jest z tymi, którzy otrzymali święcenia w ostatnich latach.
Poza tym mamy do czynienia ze zjawiskiem, o którym nikt nie chce mówić, a mówić trzeba. Mianowicie w latach dziewięćdziesiątych w wielu miejscach, także na uniwersytetach państwowych, powstały nowe wydziały teologiczne. Promowano wówczas łączenie seminariów duchownych z wydziałami teologicznymi, tak żeby studenci, również jako przyszli katecheci, mieli magisterium. Myśl była taka, że skoro seminaria duchowne zostaną podporządkowane wydziałom teologicznym, to naukowy poziom w seminariach duchownych zostanie podniesiony. Tymczasem – a mówię to z perspektywy uniwersytetów, na których pracowałem, czyli UKSW w Warszawie i UMK w Toruniu – dokonała się rzecz odwrotna. Od czasu, kiedy seminaria duchowne weszły na wydziały teologiczne, zaczęto dostosowywać curriculum studiów wydziałów teologicznych do potrzeb seminariów. Skutkuje to tym, że zamiast podwyższenia poziomu nauczania w seminariach, poziom nauczania na wydziałach teologicznych się obniżył. Dotyczy to, niestety, wielu tych wydziałów.
To sprawiło, że zainteresowanie teologią wśród osób świeckich jest znacznie mniejsze. Jeżeli bowiem ktoś idzie studiować geografię, to niekoniecznie ma w głowie projekt, że będzie nauczycielem geografii. Podobnie, gdy ktoś decyduje się na studiowanie historii, itd. Zatem jeżeli ktoś idzie studiować teologię, to nie można mu wmawiać, że po takich studiach można być tylko katechetą. Te, a także inne czynniki, powodują, że wspomnianego ubiblijnienia polskiej teologii, katechezy i homiletyki za bardzo nie widać.
Można chyba powiedzieć, że znaczna część Księdza dorobku naukowego i publicystycznego dotyczy relacji chrześcijańsko-żydowskich i badań nad judaizmem. Wskazuje Ksiądz, że judaizm rabiniczny nie jest prostą kontynuacją religią Starego Testamentu, religii biblijnego Izraela, lecz powstał częściowo jako reakcja na nauczanie św. Pawła i wiarę w Jezusa jako Zbawiciela. Jak rodziło się to przekonanie? I jakie ma znaczenie dla współczesnego chrześcijanina?
Przede wszystkim sprostowałbym sformułowanie, że judaizm rabiniczny jest reakcją na nauczanie św. Pawła. Nie! Korzenie judaizmu rabinicznego sięgają wstecz, bo jest on reakcją na nauczanie Jezusa.
Sprzeciw i wrogość wobec Jezusa pojawiły się za Jego życia i skumulowały w skazaniu Go na śmierć. W wydarzeniach, które zdecydowały o Jego losie, uczestniczyli przede wszystkim członkowie własnego narodu, czyli Żydzi, a na drugim planie Rzymianie. Po pojmaniu Jezusa nastąpiło sprytne przeniesienie perspektywy religijnej u Kajfasza i przed Sanhedrynem na perspektywę polityczną u Piłata, co zresztą będzie się powtarzało do naszych czasów. Tak więc to są korzenie judaizmu rabinicznego, który w znacznej mierze wyrósł ze stronnictwa czy ugrupowania, które otrzymało nazwę faryzeuszy.
Zanim św. Paweł rozpoczął swoją działalność misyjną, a nawet więcej, kiedy był po drugiej stronie, czyli po stronie przeciwników Jezusa, to już wtedy miało miejsce ukamienowanie Szczepana – znów: nie przez pogan, lecz przez „swoich” – oraz prześladowanie chrześcijan w Jerozolimie, które doprowadziło do tego, że w latach czterdziestych I wieku musieli opuścić Miasto Święte. Prześladowani przez swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa Chrystusa nie uwierzyli, doszli do Antiochii Syryjskiej nad Orontesem, która na krótko stała się drugą stolicą chrześcijaństwa, jeszcze zanim swoje znaczenie zyskał Rzym.
Paweł wpisuje się w cały ten obraz, ale – mocno to podkreślam – korzenie judaizmu rabinicznego sięgają okresu życia Jezusa. To bardzo ważne, dlatego że do Kościoła i do teologii katolickiej przemycane jest w tej kwestii spojrzenie żydowskie, wedle którego judaizm rabiniczny jest odpowiedzią na świętego Pawła, a więc odpowiedzią na nauczanie o Jezusie, a nie na samego Jezusa i na to, czego On sam nauczał.
Dlaczego tezy Księdza Profesora dotyczące korzeni judaizmu rabinicznego uważane są niekiedy za kontrowersyjne? Czy na gruncie teologii są one nowatorskie?
To nie jest spojrzenie nowatorskie, lecz głęboko zakorzenione w tradycji Kościoła, w nauczaniu ojców Kościoła, takich jak Justyn Męczennik, Augustyn, Hieronim czy Jan Chryzostom oraz, co najważniejsze, w Nowym Testamencie. Zostało podjęte i wyjaśnione w nauczaniu świętego Pawła, w jego Liście do Rzymian (wskazałbym zwłaszcza rozdziały od 9 do 11), w Pierwszym i Drugim Liście do Koryntian, w Liście do Galatów, gdzie Apostoł Narodów rozważa to, o czym teraz rozmawiamy, w świetle własnego życiowego doświadczenia i w świetle tej drogi, którą on przebył: od prześladowcy do prześladowanego (tak właśnie brzmi tytuł mojej książki wydanej w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, którą uważam za jedną z moich najważniejszych publikacji). Oni wszyscy mówili to, co tutaj wyjaśniam, jednak w naszych czasach mało kto chce tego słuchać. I to jest problem.
Ale dlaczego tezy Księdza, oparte na Biblii i nauczaniu ojców Kościoła, nie są przyswajane przez Księdza oponentów?
Są niewygodne i dlatego niechciane.
Z jakich powodów, Księdza zdaniem?
Dobrze byłoby zapytać ich samych. Moim największym bólem jest to, że od mniej więcej 30 lat, czyli od kiedy zacząłem o tym otwarcie mówić oraz coraz głośniej i częściej zabierać głos, małe, ale krzykliwe grono, które monopolizuje relacje z Żydami, nazywając je dialogiem, nie zdobyło się na jakikolwiek dialog wewnątrz Kościoła.
Przecież to, o czym rozmawiamy, jest i powinno być tematem poważnej refleksji najpierw w Kościele. Porozmawiajmy między sobą i ze sobą, wyjaśnijmy trudne (a czasami wcale nie takie trudne) kwestie teologiczne, i dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, kim naprawdę jesteśmy, prowadźmy rzetelny dialog. Tylko wtedy bowiem ma on sens.
W przeciwnym wypadku, i tak oceniam stan aktualny, trwa i nasila się parodia dialogu. Ciągle zajmuje się nim bardzo wąskie grono tych samych osób, które powtarzają dwa, zresztą przekręcone, zdania z nauczania Jana Pawła II.
O Żydach jako „starszych braciach”, jak to ujął papież podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 roku?
Wielokrotnie wyjaśniałem tę sprawę, a więc jeszcze raz. Jan Paweł II powiedział wtedy: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. W polskiej wersji zamieszczonej w L’Osservatore Romano zabrakło wyrażenia „w pewien sposób” i mimo licznych sprostowań nie przyjmuje się go do wiadomości. Wskutek tego wymawia się nam, że Jan Paweł II nazwał Żydów rabinicznych naszymi „starszymi braćmi”.
Uzasadnię to pytaniem: Czy kiedy św. Piotr, św. Andrzej, św. Paweł czy inni apostołowie zwracali się do swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa nie uwierzyli i Go odrzucili, nazywali ich „starszymi braćmi”? Nonsens! Natomiast jeżeli mamy mówić o „starszych braciach w wierze”, powinniśmy respektować i doprecyzować to dopowiedzenie, którego nie było w polskim przekładzie w „Osservatore Romano”. Wiernych, którzy stanowili biblijny Izrael, traktujemy jako naszych ojców w wierze. Trzeba podkreślić, że pod koniec ery przedchrześcijańskiej byli wśród nich nie tylko Żydzi, lecz także prozelici i „bojący się Boga”. Jedni i drudzy wywodzili się spośród pogan. Właśnie na takim gruncie wyrosły dwie „zbratane” religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny (istnieją też inne odmiany judaizmu, jak karaimowie). Jest to jednak braterstwo szczególnego rodzaju, bo przez wieki współpracowaliśmy ze sobą we wzajemnym oddalaniu się od siebie. Wyznawcy judaizmu są naszymi braćmi, ale byłoby dobrze, gdyby i oni to braterstwo uznali.
Kto więc jest starszymi braćmi chrześcijan wywodzących się spośród rozmaitych ludów czy narodów? Otóż naszymi starszymi braćmi są ci Żydzi, którzy przyjęli Jezusa. To są nasi starsi bracia! Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskiej.
W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat „dialogu” zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców.
Jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powstałej w 1991 roku, ten dialog wyobrażał Ksiądz sobie zapewne inaczej?
Powtarzam stale jedno: problemem w dialogu nie są Żydzi, bo Żydzi są tacy, jacy są. Jeżeli ich znamy i chcemy wejść z nimi w dialog, powinniśmy ich szanować takimi, jakimi oni są, pod warunkiem, że nie uzewnętrznia się wtedy zapiekła wrogość wobec nas oraz odwrotnie – nasza wobec nich. Problem z tym, co jest nazywane dialogiem, istnieje w Kościele. Przez długie lata, które upłynęły od soborowej deklaracji „Nostra aetate”, nie udało się wypracować w Polsce żadnego pogłębionego spojrzenia na ten dokument, tylko wciąż powtarza się te same zdania, a także – najczęściej przekręcone – wspomniane sformułowanie Jana Pawła II. Bo co to znaczy deklarowanie, że Żydzi rabiniczni są naszymi „starszymi braćmi w wierze”? To znaczy, że, mówiąc dosadnie, rezygnujemy ze Starego Testamentu; uznajemy, że jedynymi kontynuatorami i spadkobiercami Starego Testamentu są Żydzi, a my się tam tylko na jakimś etapie „podłączyliśmy”. A przecież, wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji.
Powiada Ksiądz profesor, że dialog chrześcijańsko-żydowski w naszym kraju jest parodią. Czy podobnie krytycznie patrzy Ksiądz na organizowany corocznie od blisko 30 lat Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce?
Paradoks polega na tym, że od samego początku, od zarania, byłem przy tej inicjatywie i ją popierałem. Była dyskutowana przez kilka lat na posiedzeniach Rady Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, a wtedy jej przewodniczącym był biskup, a potem arcybiskup poznański Stanisław Gądecki. Wówczas na tych posiedzeniach można było rozmawiać, dyskutować, polemizować, uściślać, itd. Głównym celem tego dnia miało być promowanie katolickiej teologii judaizmu na użytek naszych wiernych. Dzięki otwartości biskupa Gądeckiego i właściwemu wyprofilowaniu Dnia Judaizmu, przygotowywane były i drukowane – bez żadnych kosztów ponoszonych przez Kościół! – materiały, które trafiały do wszystkich parafii w Polsce. Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład opartej na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego.
Gdy przystępowaliśmy do zainicjowania obchodów Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, bo taka jest pełna nazwa, to judaizm współczesny był postrzegany jako proste, a nawet jedyne, przedłużenie religii Starego Testamentu. Mieliśmy w Polsce, ustawiony też pod względem politycznym, Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego [działał do 1992 roku; rok później powstał jako jego prawny kontynuator – Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP – KAI].
Wydawało się, że być Żydem to znaczy być wyznania Mojżeszowego. Należało więc tłumaczyć, że wraz z Jezusem Chrystusem na tym korzeniu religii biblijnego Izraela, którego świadectwem są pisma Starego Testamentu, wyrosły dwie rzeczywistości: chrześcijaństwo oraz judaizm rabiniczny. Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa. Oczywiście, ona odwołuje się do Mojżesza, tak jak my się odwołujemy, ale Mojżesz i cały Stary Testament to jest wspólne dziedzictwo – chrześcijaństwa i judaizmu. Po dobrym początku od około 20 lat w Dni Judaizmu dominuje perspektywa historyczna, bardzo często upraszczana i wypaczana, oraz ponawiane zmuszanie katolików i Polaków do nieustannego bicia się w piersi.
Powiem więcej: kiedy przez ostatnie ponad dwa lata trwa krwawa rozprawa z mieszkańcami Gazy i Autonomii Palestyńskiej, gdzie w bestialski sposób zostało zamordowanych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, setki tysięcy zostało kalekami, a 2 miliony wyrzucono z domu, te fakty nie miały żadnego przełożenia ani oddźwięku w dialogu polsko-katolicko-żydowskim. Mało tego, niektórzy jego przedstawiciele mówią, że trzeba zdecydowanie odróżnić perspektywę religijną od perspektywy politycznej. Twierdzą: my zajmujemy się tym, co religijne, natomiast tym, co polityczne nie. Ale przecież ludobójcza polityka prowadzona przez Izrael wobec ludności arabskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej, ma podtekst i uzasadnienie religijne. W styczniu tego roku na centralnych obchodach Dnia Judaizmu, w Płocku, obecny był ambasador Izraela. Czy to jest perspektywa religijna czy polityczna? To wszystko daje do myślenia, ale jest wypierane ze społecznej świadomości.
Jak dziś patrzy Ksiądz – także jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów – na rozchodzenie się swoich dróg ze środowiskami żydowskimi? Czuje się Ksiądz w przegrany, rozgoryczony, nierozumiany?
Przede wszystkim nie czuję, aby te drogi się rozeszły, dlatego że ze środowiskami żydowskimi nigdy nie byłem tak bardzo sfraternizowany, żebym cokolwiek utracił. Nadal utrzymuję kontakty z tymi, którzy mnie szanują i staram się to im szczerze odwzajemniać.
Czuję natomiast rozejście się dróg z niektórymi osobami w Kościele.
Problem tkwi więc raczej w Kościele, aniżeli na linii Kościół-judaizm.
Tak, bo nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat. Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy tym się zajmują, z jakichś sobie tylko wiadomych powodów, chcą podobać się Żydom i mają z tego tytułu pewne profity (przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu to są profity.)
To grono jest bardzo wąskie. Ci najbardziej aktywni to kilkanaście osób. Tych, którzy są tak czy inaczej aktywni, będzie kilkaset, a tych, którzy są bezkrytycznie podatni będzie pewnie tysiąc czy dwa. Ale nas jest 38 milionów, w ogromnej większości katolików, więc nie wystarczy głośno krzyczeć i organizować imprezy, które mają charakter dość zamknięty. Poza tymi, którzy w nich uczestniczą, nikogo to nie interesuje, nie pociąga, a nawet irytuje, bo ludzie nie znajdują odpowiedzi na pytania, które sobie noszą. Tymczasem nad tymi pytaniami przechodzi się do porządku dziennego. Nie na tym ma ten dialog polegać, nie tak był Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zamierzony ani nie takie były jego początki.
Od kilkunastu lat Dzień Judaizmu nabrał rumieńców politycznych, kulturowych, ekonomicznych i często z perspektywą religijną i teologiczną nie ma wiele wspólnego. To, że odbywa się w kościołach, niczego nie zmienia. To, że spotyka się ze sobą rabin i ksiądz czy rabin(ka) i biskup nie oznacza, że to już jest dialog.
Cóż, spotkają się, zjedzą to, co nazywają koszernym jedzeniem, porozmawiają i powiedzą, że mamy siebie nawzajem słuchać. Brzmi to pięknie, z tym, że przypomina słuchanie radia i nie ma przełożenia na to, co jest naprawdę ważne dla wiernych oraz ich wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tradycyjnie już Dzień Judaizmu sąsiaduje w kalendarzu z Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jak postrzega Ksiądz wysiłki ekumeniczne, perspektywy dialogu między chrześcijanami. Chrystus prosił: „aby byli jedno”. Ale jak tę jedność rozumieć: wszystkich w jednym Kościele, czy też w różnych wspólnotach, ale skoncentrowanych na Chrystusie? Bo jedność nie jest tożsama z jednolitością?
Myślę, że ekumenizm jest potrzebny najpierw w obrębie samego Kościoła katolickiego, dlatego, że są w nim nurty, poglądy, tendencje i napięcia, które nas bardzo różnią między sobą.
Wykładałem w Rydze, w Kijowie i w Mińsku na Białorusi. Podróżowałem po Rosji aż po Syberię. Widziałem, jak wygląda tam życie katolików. Tamtejsi katolicy właściwie nie czują żadnej wspólnoty z katolikami w Holandii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Wydaje im się, że tamci ze swoimi postulatami i sposobem życia są na zupełnie innym biegunie.
Na pewno trzeba budować jedność w różnorodności, ale ta różnorodność ma swoje granice. Są one wytyczone przez zasady wiary chrześcijańskiej, przede wszystkim przez objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, dzięki któremu wyznajemy, że Bóg jest Ojcem i Synem, i Duchem Świętym, a także przez żywą wiarę w zmartwychwstanie Jezusa i Jego realną obecność w Eucharystii. Ale co do tych prawd wiary, bardzo różnimy się z protestantami, co przenosi się na sakramenty święte i kapłaństwo. Są zatem sprawy, które nas bardzo różnią i nie wygląda na to, żeby te różnice zostały przezwyciężone.
W tych warunkach ekumenizm polega więc na tym, żebyśmy unikali takich sporów, konfrontacji i waśni, które zaciemniają wiarygodność dawania świadectwa Chrystusowi. Żebyśmy – mając świadomość różnorodności i odmienności, jakiej nie da się przezwyciężyć w dyskusjach – wobec świata, który wymaga spójnego świadectwa wiary występowali jako bracia i siostry.
Patriarcha ekumeniczny Bartłomiej twierdzi, że jeśli jako wierni różnych wyznań chrześcijańskich jesteśmy naprawdę blisko Chrystusa – to w istocie będziemy też bliżej siebie.
Jest to pójście po linii nauczania św. Pawła, który np. zwracał się do wspólnoty korynckiej, która liczyła wtedy kilkaset albo najwyżej kilka tysięcy wiernych, lecz już dochodziło w niej do bardzo silnego zróżnicowania. Widząc narastające podziały, Paweł zapytał ich z przejęciem: „Czy Chrystus jest podzielony?”. I to pytanie dzisiaj jest tak samo aktualne. Chrystus jest jeden, ale my, Jego wyznawcy, jesteśmy podzieleni i skłóceni. Chodzi więc o to, żeby te podziały w żadnym wypadku nie odgradzały nas od Chrystusa, ani nie tworzyły barier pomiędzy nami. Gromadzimy się wokół Chrystusa, przychodzą do Niego ludzie różnych kultur, języków i wyznań, ale On nas łączy.
Nie da się stworzyć jakiegoś świata jednorodnego, bo zawsze będzie on zróżnicowany pod względem płci, wieku, wykształcenia, możliwości umysłowych, intelektualnych, duchowych, itd. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że ludzie w swoich poglądach i sposobie wyznawania wiary różnią się między sobą. Gorzej, jeżeli te różnice są przekuwane we wrogość.
W deklaracji katolicko-muzułmańskiej podpisanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przez Franciszka i wielkiego muftiego czytamy: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”. W 2024 r. podczas trzydniowej wizyty w Singapurze papież Franciszek oświadczył, że „wszystkie religie są drogą do Boga”. Jan Paweł II wymyślił i zrealizował międzyreligijne spotkania w Asyżu. Dużo wcześniej Sobór Watykański II orzekł, że Kościół katolicki nie odrzuca z innych religii tego, co jest w nich prawdziwe i święte. Czyżby Bóg chciał wielu religii?
Odpowiadając, nawiążę krótko do katolickiej teologii judaizmu. Jeżeli ktoś mówi o Żydach jako o „starszych braciach” i powołuje się na Jana Pawła II bez owego znamiennego dopowiedzenia: „w pewien sposób”, to można zadać pytanie: Czyżby przez 1900 lat Kościół nie wiedział, że ma starszego brata? Bo przecież nigdy i nigdzie w chrześcijańskiej teologii i nauczaniu takiego ujęcia nie było. Trzeba było czekać prawie dwa tysiące lat, żeby to „starszeństwo” odkryć? Chodzi bowiem o coś więcej niż braterstwo.
Wspomniał pan o wypowiedziach Jana Pawła II i Franciszka. Ale problem nie jest nowy, bo zajmowano się nim od starożytności. Od I i II wieku zadawano pytanie, jak ma wyglądać stosunek wierzących w Jezusa Chrystusa wobec pogan, którzy byli przecież ludźmi religijnymi. Modelowe jest tu nauczanie Klemensa Aleksandryjskiego (II-III wiek), autora słynnych „Stromata” (Kobierce), przedstawiające różnorodność religijną jako świat utkany z różnych barw i odmiennych wzorów. Od starożytności znana jest zasada, że w innych religiach znajdują się „semina Verbi”, ziarna Słowa. Od zawsze też istniało przekonanie, że starożytni, nie tylko Izraelici, lecz również Grecy przez swoją filozofię i Rzymianie przez swoje prawodawstwo torowali drogę do Jezusa Chrystusa i do objawienia się Boga. Dlatego pojawiały się dające wiele do myślenia dociekania i głosy, że gdy Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, wtedy ci, którzy byli do tego najlepiej przygotowywani, w większości Go nie uznali, natomiast przyjęli Go ci, którzy takiego przygotowania nie mieli. Mieli jednak inne przygotowanie: poprzez filozofię grecką i porządek rzymski czy – co sugeruje opowiadanie o Mędrcach ze Wschodu, którzy przybyli do Betlejem – mądrość perską. Okazało się, że to też była droga Boga do świata. Bardzo obrazowo, zwłaszcza przy okazji święta Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, mówił o tym papież Benedykt XVI.
To, że w innych religiach są „ziarna prawdy”, jest oczywistością. Wystarczy wyjechać poza własne polskie podwórko, choćby na daleką Syberię czy do Mongolii, albo do Afryki czy na Daleki Wschód, żeby spotkać ludzi, którzy nie znając Chrystusa, nigdy o Nim nie słysząc, modlą się, prowadzą dobre życie, mają zasady swojej wiary i określony sposób postępowania, a których postawa w wielu dziedzinach zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na to żebyśmy w swoim wyznawaniu wiary byli równie konsekwentni i równie wytrwali.
Może więc Bóg chciał wielości religii?
Nie wiem, czy Bóg chciał wielości religii. Wielość religii zależy od ludzi, a nie od Boga. Bóg chce jedności rodzaju ludzkiego zbudowanej na wspólnym fundamencie wyznawania Go i pełnienia Jego woli. Natomiast mamy do czynienia ze światem takim, jaki jest. Kwestia więc nie w tym, że Bóg chciał wielości religii, tylko że Bóg – jeżeli mamy użyć antropomorfizmu – musi się pogodzić z wielością różnych religii, bo szanuje wolną wolę ludzi. Zatem w różnych religiach uznaje tę tęsknotę i tę drogę, która tak czy inaczej do Niego prowadzi.
Liczby dotyczące Kościoła w Polsce stale maleją: zmniejszają się tzw. siły apostolskie, liczba powołań itd., księża się starzeją, praktyki religijne spadają, młodzież odchodzi. Czy to Księdza niepokoi czy może wywołuje refleksję, że nadchodzi Kościół – w Polsce i Europie – małych enklaw, od których znów zapłonie ewangeliczny ogień powodujący wzrost?
Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Wiem, jaka była przeszłość i jaka jest teraźniejszość. Wskazałbym na dwie rzeczy. Jeżeli chodzi o zjawisko odejścia od Kościoła, jego przyczyną jest ogromne zaniedbanie wiernych przez Kościół w okresie pandemii. Reakcję wielu z nich streściłbym tak: jeżeli w trudnym czasie nie było przy nas Kościoła, nie było go przy umierających, nie było w szpitalach, świątynie były zamknięte, a niektórzy hierarchowie twierdzili, że pójście do kościoła to grzech, a więc jeżeli w tym tak trudnym czasie można się było obyć bez Kościoła, to do czego jest on potrzebny wtedy, kiedy jest spokój i kiedy wierni nie odczuwają tak wielkich duchowych zagrożeń? Myślę, że skutkiem tego, co się wydarzyło, jest nie wrogość czy sprzeciw wobec Kościoła, lecz coś znacznie gorszego: obojętność. I teraz ponosimy konsekwencje rosnącej obojętności, która jest gorsze niż wrogość, bo ta skłania ku temu, aby rozmawiać, argumentować i się sprzeczać. Przejawem obojętności jest wzruszenie ramionami i grymas na twarzy.
Druga sprawa: powołania. W latach 70, 80. i 90. mieliśmy pełne seminaria. Każdego roku było święconych tysiące księży, budowaliśmy kościoły i wszystkie były obsadzone, księży nie brakowało. No i co się stało? Zmarł Jan Paweł II, rozpoczęły się różnego rodzaju nagonki na Kościół i ci, którzy tak licznie pielgrzymowali do Rzymu, w tym duchowni, i mają fotografię z Janem Pawłem II w swoich domach i plebaniach, uznali nagle, że to przestaje mieć znaczenie i zapomnieli o tym, co przeżyli. Duża liczba księży nie przełożyła się też na jakość duszpasterstwa ani jego skuteczność.
Jeżeli zatem mamy teraz małą liczbę kandydatów do kapłaństwa, trzeba ze wszech miar zachęcić ich, przekonać i zaświadczyć, że bycie księdzem jest czymś szlachetnym i pięknym. Przecież obraz księdza został zohydzony, oszpecony, obrzydzony i wypaczony. Wizerunek księdza z początków mojego kapłaństwa, czyli sprzed pół wieku, i ten dzisiejszy, to coś diametralnie innego. Wytworzono takie stereotypy księdza, siostry zakonnej czy zakonnika, że pójście do seminarium i bycie młodym księdzem graniczy z heroizmem. To wszystko działo się i nadal się dzieje, niestety, z udziałem pewnej części ludzi Kościoła. Przy naszym milczeniu zrobiono wiele, żeby „odjaniepawlić” Kościół w Polsce. Głośnych protestów ze strony hierarchii i duchowieństwa nie było. No więc „odjaniepawlanie” trwa…
Nie możemy poprzestawać na statystykach i socjologii, lecz podjąć teologiczny, religijny obrachunek z przeszłością, którą przeżyliśmy jako dwa czy trzy ostatnie pokolenia. Trzeba to zrobić po to, żeby na tym fundamencie kształtować przyszłość. Bardzo ważne też jest, żeby zaprzestać zohydzania wizerunku kapłana jako tego, kto zagraża dzieciom i młodzieży. Tymczasem każdy przypadek nadużyć, które niestety się zdarzają, jest zwielokrotniany przez nagłaśnianie go i powtarzanie. Nie brakuje też przykładów ogromnej krzywdy wyrządzonej wielu biskupom i księżom, która nie została naprawiona.
Co Księdza osobiście teraz pasjonuje od strony biblijno-naukowej? Nad czym Ksiądz teraz siedzi, co studiuje czy zgłębia?
Na początku swojej pracy dydaktyczno-naukowej zasugerowałem trzy kierunki badań: literatura targumiczna, czyli aramejskie przekłady Biblii Hebrajskiej, natura i znaczenie Septuaginty, czyli Biblii Greckiej, oraz nowatorska koncepcja diaspory Izraelitów w Asyrii. Dwa pierwsze kierunki są rozwijane. Trzeci, bardzo obiecujący, czeka na podjęcie i rozwijanie. Jestem przekonany, że wyznacza drogę, która otwiera nowe możliwości w badaniach biblijnych.
Pracuję nad przekładem Biblii Hebrajskiej na język polski, zaopatrzonym w komentarz. Ukazał się już Pięcioksiąg Mojżesza, dwa wydania. Teraz pracuję nad przekładem zbioru Proroków, też z komentarzami. Robię to z myślą o zwyczajnych wiernych, którzy przeczytają tekst i skorzystają z objaśnień napisanych nie w formie krótkich przypisów, lecz ciągłej i spójnej narracji. Nadal prowadzę też rekolekcje i dni skupienia, konferencje biblijne i wykłady popularne, a także pielgrzymki do krajów biblijnych.
No i oczywiście filatelistyka…
To moja pasja od dzieciństwa. Udokumentowałem do końca roku 2015 pontyfikat Jana Pawła II. Wszystkie znaczki pocztowe i pochodne wobec znaczka pocztowe formy wydawnicze z całego świata zostały przeze mnie zebrane, pokazane, zilustrowane i w dwóch tomach opisane. Jedną kolekcję przekazałem do Muzeum Jana Pawła II i Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, drugą do Muzeum Pamięć i Tożsamość w Toruniu. Mam jeszcze trzecią, najlepsza, która czeka na dobry adres.
Inna, staje powiększająca się, kolekcja to Stary Testament na znaczkach pocztowych. Zgromadziłem kilka tysięcy walorów z całego świata.
Znaczki dotyczące Starego Testamentu są wciąż emitowane?
Oczywiście, każdego roku. Nie tylko archeologia i geografia, lecz także rozmaite motywy biblijne i postacie, jak Dawid i Batszeba, Salomon, Mojżesz, malarstwo, wielkie galerie…
Zgromadzić kilka tysięcy znaczków z motywami Starego Testamentu to chyba nie była łatwa sprawa?
Opowiem panu przygodę sprzed 40 lat. Będąc latem w Zakopanem wszedłem do sklepu filatelistycznego (dziś już go nie ma). Właściciel powiedział mi, że wśród nabytków do sprzedaży jest kilka klaserów, które przyniósł pewien chłopak, bo pozostały po zmarłym dziadku.
To były znaczki ze sztuką, wydane w Związku Radzieckim, NRD, Włoszech, Francji i Bóg wie gdzie jeszcze. Biorę te klasery do ręki i widzę: Adam i Ewa w raju, stworzenie Ewy, Dawid i Batszeba, Zuzanna w kąpieli… Sprzedawca uważnie patrzy się na mnie i na to, co wybieram, i mówi: „Panie, niech pan powie, że gołe babki zbiera, bo ja mam tego więcej”.
Znaczki pocztowe zawładnęły Księdzem już w bardzo młodych latach.
Tak, zbierałem je od dziecka. Z tym, że jeżeli chodzi o Stary Testament, zacząłem je kolekcjonować na studiach w Rzymie, a potem w Jerozolimie. Poza tym mam pełny zbiór znaczków Watykanu oraz zbiór „Królowie i książęta polscy” – bardzo lubię historię Polski.
Filatelistyczne hobby jest wspaniałą odskocznią od profesjonalnego zgłębiania Biblii, ale uzupełnia, choć w lekki sposób, główne pole Księdza zainteresowań.
Jestem członkiem, a od kilku lat honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Biblistów Polskich, ale także Polskiej Akademii Filatelistyki. Zajmuję się tam tematyką religijną i uczestniczę w dorocznych konferencjach. Z kolei biblistom uświadamiam jak wiele biblijnych motywów jest na znaczkach.
W związku z 75. urodzinami życzę Księdzu Profesorowi wielu ważnych odkryć naukowych a także sukcesów w popularyzacji Biblii wśród szerokiej publiczności. A także skutecznego oddziaływania jeśli chodzi o kwestie dotyczące dialogu chrześcijańsko-judaistycznego.
Co do dialogu to wydaje mi się, że stworzyłem pewne podwaliny, od których nie ma ucieczki. W tym sensie, że cztery tomy rozmów ze mną opublikowanych przez wydawnictwo Fronda oraz mnóstwo innych publikacji zmieniło jednak świadomość w tych sprawach. W każdym razie to, co do mnie w tej dziedzinie należało, zrobiłem. Będę kontynuował pracę nad przekładem pierwszej części chrześcijańskiego Pisma Świętego.
A poza tym mam wypróbowanych przyjaciół, dobre warunki mieszkaniowe i kota. Mam też swoją parafię, z którą jestem bardzo związany, i utrzymuję bardzo dobre, przyjacielskie kontakty z miejscowymi księżmi i wiernymi. Tych wartości nie sposób przecenić.
I jeszcze życzę, żeby Księdza oponenci uznali, że w tym, co Ksiądz głosi na temat relacji z Żydami, są jednak jakieś „semina Verbi”.
Byłoby dobrze, gdyby tak się stało, ale powiem nie bez pewnego bólu: nie wiem, czy część z nich jest zdolna do jakiegokolwiek przewartościowania spojrzenia, które próbuje narzucić innym.
Jestem w każdej chwili gotowy do szczerej i uczciwej rozmowy na te tematy. Zwłaszcza w obrębie Kościoła i tych, którzy w Kościele się tymi sprawami zajmują. Natomiast, a mówię to z przykrością, przez ostatnie ponad 20 lat nikt z kościelnych gremiów, które obnoszą się z hasłami dialogu katolicko-żydowskiego, mi tego nie proponował ani nawet nie próbował.
Może ta nasza rozmowa coś zmieni?
Wiele czasu nie ma.
rozmawiał Tomasz Królak (KAI)
***
Biblista: Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak reszta ludzkości
O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza – pisze ks. prof. Waldemar Rakocy CM. Nie znaczy to, jak dodaje, że są ludem wybranym i korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. „Tą wolą było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili” – pisze biblista w przesłanym KAI artykule. Nawiązuje w nim m.in. do niedawnego wywiadu ks. prof. Waldemara Chrostowskiego dla KAI.
Poniżej treść artykułu:
SPORY WEWNĄTRZ CHRZEŚCIJAŃSTWA ZWIĄZANE Z JUDAIZMEM
Jako profesor teologii ze specjalizacją nauk biblijnych pragnę podzielić się z zainteresowanymi kilkoma istotnymi dla chrześcijaństwa tematami powiązanymi – poza ostatnim – z judaizmem. Wśród chrześcijan występują w związku z nimi różnice zdań i zaognione dyskusje. Można to rozstrzygnąć jedynie na gruncie argumentów.
W Polsce częścią tego sporu jest dialog z judaizmem. Z jednej strony mamy stanowisko ks. prof. Waldemara Chrostowskiego (wywiad w eKAI) a z drugiej stanowisko ks. kard. Grzegorza Rysia, które prezentuje on w swoich wypowiedziach. Pragnę odnieść się również do tej części sporu w jednym z punktów, tj. w jakim zakresie dialog z judaizmem ma sens.
1. Czy Żydzi są narodem wybranym? Zdania są tu mocno podzielone. Otóż w zamyśle Bożym przynależność etniczna do jakiegoś ludu nigdy nie równała się wybraństwu w znaczeniu ludu Bożego. Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. W wybraństwie uczestniczy ten, kto odpowiada na Boże wezwanie. Celem wybrania Izraela było obwieszczenie światu przyjścia Mesjasza, Chrystusa. Cel był zbawczy. I z tym celem było związane jego wybranie.
a) Historyczne wybranie ludu izraelskiego jako miejsca Bożego objawienia i przyjścia w nim Chrystusa jest powodem do chluby, ale nie gwarantuje ono automatycznie wybraństwa w sensie wejścia do ludu Bożego. Fakt urodzenia się Żydem nie zapewnia z góry takiego udziału. Stwierdza to jasno apostoł Paweł w Rz 9, 6b: „Nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem”. Innymi słowy nie wszyscy, którzy urodzili się Żydami, są Bożym Izraelem, czyli wybranym ludem Bożym. Są nimi ci, którzy odpowiedzieli na Boże wezwanie (obecna w ST koncepcja ‘wiernej Reszty’). I dalej: „[…] i nie wszyscy przez to, że są potomstwem Abrahama, stają się jego dziećmi” (w. 7); „nie synowie co do ciała są dziećmi Bożymi” (w. 8a). Biologiczne pochodzenie od Abrahama nie decyduje o przynależności do ludu Bożego, czyli o byciu dzieckiem Boga. Decyduje ono jedynie o przynależności do etnicznego Izraela, lecz nie do ludu Bożego. Tu musi mieć miejsce odpowiedź na Boże wezwanie.
Stąd urodzenie się Żydem nie gwarantuje bycia w gronie wybranego ludu Bożego; decyduje jedynie o przynależności do ludu, w którym został zapowiedziany i przyszedł Mesjasz. W przeciwnym razie Bóg byłby niesprawiedliwy: Żyd apostata z racji swego urodzenia uczestniczyłby w Bożym wybraństwie, a bogobojny poganin byłby z niego wykluczony, bo nie urodził się Żydem. Takie są konsekwencje etnicznego rozumienia wybraństwa.
A czy etnicznemu Izraelowi nie przysługuje tytuł ‘wybrany’ z samego faktu wybrania go przez Boga do misji bycia światłem Bożej prawdy w świecie? Wybranie go w pewnym momencie historii jest faktem i powodem do chluby. Nie było to jednak wybranie dla samego wyróżnienia, ale jego celem było zaniesienie światu orędzia o Bożym zbawieniu. Z tej racji samo historyczne wybranie Izraela nie stanowi uzasadnienia dla przywileju wybraństwa. Rangę wybraństwu nadaje Chrystus, Zbawiciel świata, do którego zmierza całe Boże objawienie. Bez Chrystusa ranga wybrania Izraela traci znaczenie. Staje się on jedną z wielu nacji w świecie.
b) Niepoprawnym jest przede wszystkim określenie „naród wybrany”. Po pierwsze, Pismo św. nie zna określenia „naród wybrany” używanego powszechnie w jęz. polskim (lecz nie w jęz. obcych: np. the chosen people [ang.], le peuple élu [fr.], il popole eletto [wł.] itd.); Pismo św. zna jedynie pojęcie ludu wybranego. Po drugie, w tamtych czasach nie istniała jeszcze koncepcja narodu, która jest zjawiskiem nowożytnym (na marginesie: tłumacze ksiąg Pisma św. na jęz. polski błędnie używają w odniesieniu do tamtych czasów terminu ‘naród’; wszędzie powinno być ‘lud’, ‘plemię’ itp.). Po trzecie, Sobór Watykański II (Nostra Aetate, pkt. 4) używa w odniesieniu do Żydów czasów ST określenia „lud wybrany”, a nie „naród”; naród może być izraelski, ale nie wybrany. Po czwarte, określenie „naród wybrany” jest niepoprawne teologicznie, ponieważ ma konotację etniczną, ograniczającą etnicznie dostęp do Bożej łaski, co jest sprzeczne z ekonomią zbawienia. Stąd nie mówimy ‘naród Boży’, ale ‘lud Boży’. Jedynie występującym i poprawnym określeniem jest „lud wybrany”. Wybraństwo jest kategorią zbawczą i obejmuje tych, którzy realizują zamysł Boży.
Określenie „naród wybrany” kształtuje błędne przekonanie, że z racji bycia Żydem ktoś przynależy automatycznie do ludu wybranego. Nigdy przynależność etniczna/narodowa nie równała się Bożemu wybraństwu (chociaż w czasach Jezusa judaizm doszedł już do takiego przekonania). Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną.
c) O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza i w tym sensie ich wybrał jako miejsce Bożego objawienia. Nie znaczy to jednak, że są ludem wybranym, że korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. Tą wolą – jak zostało już powiedziane – było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili. Są grupą etniczną (społecznością) wybraną w pewnym momencie historii jako locus divinae revelationis; następnie część z nich do momentu przyjścia Chrystusa była ludem wybranym (Bożym) w ramach etnicznego Izraela (tzw. ‘wierna Reszta’). Nigdy etniczny, biblijny Izrael jako całość nie stanowił ludu wybranego, ale tzw. ‘wierna Reszta’. Obecnie lud wybrany, lud Boży stanowią ci, którzy przyjęli Chrystusa. Stanowią oni Kościół Chrystusowy, który wywodzi się nie tyle z etnicznego Izraela jako całości, ile z owej ‘wiernej Reszty’ spośród etnicznego Izraela. Kryterium wyboru było zawsze zbawcze. W początkach Kościół składał się z wierzących w Chrystusa Żydów i pogan, a dzisiaj z wierzących w Niego pochodzących z różnych nacji.
Lud wybrany jako lud Boży jest jeden! Z tej racji nie można mówić o wyznawcach prawa mojżeszowego, że są ludem wybranym. Jest to tworzenie dwóch równoległych porządków zbawczych i zakwestionowanie roli Chrystusa w tworzeniu ludu Bożego: można w Niego wierzyć i można nie wierzyć, a i tak należy się do ludu wybranego, Bożego. Jest to relatywizowanie roli Chrystusa w procesie zbawienia ludzkości. Tak niebezpieczne stwierdzenie nie powinno nigdy pojawić się w przypadku chrześcijanina.
Obecny stan wyznawców prawa mojżeszowego jasno obrazuje apostoł Paweł metaforą drzewka oliwnego (Rz 11, 16b-24). Żydzi są od niego odcięci. Mogą być na powrót wszczepieni (Bóg ich miłuje [w. 28b]). Ale aktualnie są odcięci. Z tej racji są według apostoła „nieprzyjaciółmi Boga” (w. 28a), co w języku biblijnym oznacza zerwanie z Nim relacji. Nie znaczy to jednak, że Bóg ich odrzucił i nie mają możliwości powrotu. Bóg nikogo nie odrzuca. Żydzi są stale zaproszeni do tego, aby przyjąć Chrystusa, bo „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (w. 29). Boże wezwanie jest stałe („nieodwołalne”) i dlatego Bóg stale wzywa ich do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.
W dialogu z judaizmem nadużywa się stwierdzenia apostoła Pawła o nieodwołalności Bożego wezwania do tego, żeby dowieść, iż judaizm stale korzysta z przywileju wybrania. Myśl apostoła jest jasna. Izrael odrzucił Mesjasza (Chrystusa) i z tej racji stał się nieprzyjacielem Boga. Trwa stale w tym stanie, bo jego przyczyną jest odrzucenie Chrystusa. Nie zmieni się to, dopóki Go nie przyjmie. Bóg go jednak miłuje, a przyrzeczone mu dary i wezwanie Boże do bycia światłem Bożej prawdy w świecie są do zrealizowania wraz z przyjęciem Chrystusa. ‘Nieodwołalne Boże wezwanie’ nie znaczy, że Żydzi po odrzuceniu Chrystusa nadal korzystają z przywileju wybraństwa. Znaczy to jedynie, że przyjmując Chrystusa mogą ponownie w nim uczestniczyć. Bóg nie zmienia zdania co do wybrania Izraela w pewnym momencie historii i stale wzywa go do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.
Zasada, jaka stosuje się do Żydów z powodu odrzucenia Chrystusa, czyli nieuczestniczenie w Bożym wybraństwie, dotyczy również wspólnoty Kościoła. Przyjście na świat we wspólnocie Kościoła nie oznacza zawsze bycia częścią ludu Bożego, ludu wybranego. Ktoś może odwrócić się od Chrystusa i pozbawić łaski stanowienia lud Boży.
2. Czy przymierze na Synaju jest stale aktualne? Przymierze na Synaju wygasło i tym samym ustało z racji nowego przymierza zawartego w Chrystusie, do którego przygotowywało: „Ponieważ zaś mówi o nowym [przymierzu], pierwsze uznał za przestarzałe; a to, co się przedawnia i starzeje, zanika” (Hbr 8, 13). Utrzymywanie, że przymierze na Synaju nadal trwa, jest uznaniem za niepotrzebne (czy o względnej wartości) przymierza zawartego w Chrystusie. Tymczasem przymierze na Synaju jest etapem na drodze ku Chrystusowi i Jego Kościołowi. Doprowadziło ono do Chrystusa, spełniło swoją rolę i wygasa. Nie jest anulowane, odwołane, ale wygasa, ustaje. Gdyby Żydzi przyjęli Chrystusa, właśnie tak by o nim myśleli i mówili. Postrzegają je jako stale trwające, bo nie przyjęli Chrystusa.
Przymierze na Synaju wygasło, ponieważ według apostoła Pawła było „posługiwaniem śmierci” (2 Kor 3, 7) i „posługiwaniem potępieniu” (w. 9) oraz zaprowadzało stan niewoli z racji ludzkiej grzeszności (Ga 3, 23; 4, 24). Mówiło ono, jak należy postępować w życiu (przykazania), ale nie dawało siły do podążenia wskazaną drogą. W ten sposób pogrążyło człowieka w grzechu (Rz 5, 20a). Przymierze synajskie musiało wygasnąć. Zostało zastąpione relacją z Bogiem nawiązaną w Chrystusie, który wyzwala człowieka z grzechu i zaprowadza w nim pełnię życia z Bogiem.
Posługiwanie się stwierdzeniami, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju albo że ono nie zostało anulowane, kryje w sobie manipulację. Poprzez prawdziwe stwierdzenie, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju (bo ono samo wygasło), prowadzi się adresata do wniosku, że skoro nie zostało odwołane, to nadal trwa, co jest nieprawdą. Bóg go nie odwołał, ale po-prawnym wnioskiem nie jest, że nadal trwa, ale że samo wygasło.
Utrzymywanie, że przymierze na Synaju jest stale aktualne, jest tworzeniem równoległej rzeczywistości zbawczej: jednej z Chrystusem, a drugiej bez Niego. Jest to występowanie przeciwko zbawczemu planowi Boga.
3. Czy Żydzi wierzą w prawdziwego Boga? Izraelitom (Żydom) objawił się Bóg prawdziwy, ale odrzucając Chrystusa, odrzucają oni prawdziwego Boga. Nie wygląda to tak, że Izrael odrzucił Syna Bożego, a trwa przy Bogu. Kto odrzuca Syna, nie ma też Ojca (1 J 2, 23), bo Bóg jest jeden. Izrael odwołuje się do prawdziwego Boga, ale Go nie zna, bo On objawił się w Chrystusie. Dopiero Chrystus objawia Ojca i tajemnicę Trójcy Świętej. To, co o Bogu poznał biblijny Izrael, jest mglistą wiedzą w porównaniu z poznaniem Go w Synu Bożym (J 10, 30: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”; 14, 9: „Ten, kto widzi Mnie, widzi i Ojca”). Sytuacja obecnego Izraela jest trudna, bo zna on tylko „ogólnie” Boga, bo nie zna Ojca, nie zna Ducha Świętego, a Syna Bożego nie tylko nie zna, ale jeszcze odrzuca. Wyznawcy prawa mojżeszowego nie poznali prawdziwej natury Boga – nie poznali tym samym Boga. Na ich oczach spoczywa zasłona (2 Kor 3, 14). Czy w tej sytuacji wierzą oni w prawdziwego Boga czy w swoje wyobrażenie o Nim? Pozostawiam to każdemu do refleksji.
Odrzucając Syna Bożego, Izrael odrzucił Boga Jahwe, bo Jezus razem z Ojcem i Duchem Świętym jest Bogiem Jahwe: „Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM [który jestem], pomrzecie w grzechach swoich” (J 8, 24. 58). Jezus jest Bogiem Jahwe i dlatego odrzucenie Go jest odrzuceniem prawdziwego Boga – stąd konkluzja: „[…] pomrzecie w grzechach swoich”. Nie można trwać przy Bogu, odrzucając Syna Bożego, który poprzez jedną naturę boską jest jednym Bogiem z Ojcem i Duchem Świętym. Odrzucenie Syna Bożego jest odrzuceniem (całego) Boga.
Chrystus nie jest dopełnieniem wiary Żydów w Boga (obrazowo brakujące np. 30%), ale całym poznaniem Boga (obrazowo 100%). Z tej racji „w nikim innym nie ma zbawienia” (Dz 4, 12).
4. Czy Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak pozostała ludzkość? Żyd potrzebuje w takim samym stopniu Chrystusa, i nawrócenia w Nim do Boga, co wszyscy inni ludzie. Dlaczego? Bo odkupienie jest nowym stworzeniem w Chrystusie (Ga 6, 15; 2 Kor 5, 17; Ef 2, 15). Nie jest wydoskonaleniem starego porządku zbawczego, ale powołaniem go do istnienia od początku! Właśnie dlatego, że jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy musi do niego wejść: tak poganin, jak i Żyd, bo nikt wcześniej w nim nie trwał. Żyd był w korzystniejszej sytuacji jedynie z tej racji, że był lepiej przygotowany na przyjęcie nowego porządku zbawczego.
Przyjęcie Chrystusa jest według NT najwyższą formą nawrócenia, której potrzebuje każdy: zarówno Żyd, jak i poganin. Jest odmianą człowieka, jakiej dokonuje w nim Bóg. Nic się nie równa temu, czego Bóg dokonuje w człowieku, kiedy przyjmuje on Chrystusa – odmienia go i wprowadza w nowe życie ze sobą. Żyd potrzebuje takiego nawrócenia tak samo jak poganin, bo porządek religijny Żydów wyznania mojżeszowego nie jest w stanie tego zapewnić! Nie jest prawdą, że przyjmując wiarę w Chrystusa, poganin się nawraca a Żyd jedynie dopełnia swoją wiarę. Skoro jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy wchodzi do niego na tych samych warunkach. Stąd Żyd bezwzględnie potrzebuje Chrystusa.
Przykładem nowego stworzenia, czyli rzeczywistości nieobecnej w ST, a obecnej aktualnie, jest Kościół. Jest on nowym bytem, stworzeniem, bo jego Ciało, tj. Chrystus, jest nowe. Na etapie ST nie ma niczego, co równałoby się darowi Kościoła. Na etapie ST lud Boży był zgromadzony przy Bogu. Obecnie jest on wszczepiony w Chrystusa, Jego Ciało, i stanowi z Nim jedno. W Kościele jesteśmy członkami Ciała Chrystusa. Nie jest to zatem wydoskonalenie porządku ST ani jego dopełnienie w sensie uzupełnienia brakującego elementu, ale danie czegoś nowego. Z tej racji do Kościoła jako nowego stworzenia, nieobecnego w ST, musi wejść zarówno poganin, jak i Żyd, bo żaden z nich wcześniej nie korzystał z takiego przystępu do Boga (jest on czymś nowym).
Innym przykładem jest przymierze Boga z człowiekiem. Nie jest to już przymierze, w którym każda ze stron bierze na siebie określone zobowiązania, bo tu w razie nie wywiązywania się jednej ze stron ze swych zobowiązań, przymierze zostaje zerwane. Obecna relacja z Bogiem, zawarta w Chrystusie, nie ma odpowiednika w ST. Nie jest ona przymierzem, ale testamentem, czyli jednostronnym, wspaniałomyślnym obdarowaniem ludzkości przez Boga relacją ze sobą, gdzie Bóg czyni się gwarantem tej relacji i z tej racji nie zostanie ona nigdy zerwana. Testament nie podlega zerwaniu, a jedynie wykonaniu. Określenia jak wydoskonalenie czy dopełnienie nie są tu adekwatne. Obecna relacja z Bogiem na wzór testamentu, nawiązana w Chrystusie, jest ‘nowym stworzeniem’ względem tej starotestamentowej. Daje to, czego tamta nie dawała. To nie jest tylko danie czegoś więcej. Dobrze rozumieli to u początków chrześcijanie i dlatego nazwali księgi święte Starym i Nowym Testamentem, a nie Starym i Nowym Przymierzem.
‘Nowe stworzenie’ odnosi się także do koncepcji Mesjasza, synostwa Bożego, dekalogu, kapłaństwa, ekspiacji jako modelu pojednania z Bogiem itd. Każda prawda zbawcza ST, każdy przywilej zostają przewyższone w Chrystusie (nowe stworzenie), bo Bóg dał coś nowego i większego niż na etapie ST. Między Starym a Nowym Testamentem jest ciągłość, drugie wynika z pierwszego, ale między nimi jest jednocześnie niewyobrażalny przeskok jakościowy. Różnicę wyznacza osoba Chrystusa: mówimy tu o różnicy między brakiem Chrystusa a Jego obecnością.
Między Starym a Nowym Testamentem nie ma przejścia w sensie dopełnienia pierwszego przez jakieś elementy drugiego; jest to danie czegoś nowego (nowe stworzenie w Chrystusie) – czegoś, co niewyobrażalnie przewyższa pierwsze (stan braku Chrystusa i stan Jego posiadania). Ten przeskok wyraża apostoł Paweł w 2 Kor 3, 10: „Wobec przeogromnej chwały [rzeczywistości nowotestamentowej] okazało się w ogóle bez chwały to, co miało chwałę tylko częściową [rzeczywistość starotestamentowa]. ST przy NT jest jak światło świecy przy świetle Słońca; traci całkowicie swój słaby blask.
5. Jaka jest funkcja Bożych przykazań? Między chrześcijaństwem a judaizmem występuje w tym temacie istotna rozbieżność, chociaż część chrześcijan postrzega wciąż rolę przykazań tak jak Stary Testamentu i świat żydowski. Rodzi to rozdźwięk w łonie chrześcijaństwa, gdzie jedni rozumieją funkcję przykazań w duchu Nowego Testamentu, a drudzy trzymają się nadal jej starotestamentowego rozumienia.
Judaizm i chrześcijaństwo łączy przekonanie, że przykazania zostały dane przez Boga po to, aby człowiek dowiedział się, co jest dobre, a co złe moralnie. Różnica zaczyna występować w momencie, kiedy zapytamy o cel poznania dobra i zła moralnego. Według judaizmu przy-kazania mają pomóc człowiekowi w osiągnięciu stanu sprawiedliwości przed Bogiem. Innymi słowy miały zbliżać go do Boga. Według chrześcijaństwa (głównie nauczania apostoła Pawła) – przeciwnie – celem przykazań było uświadomienie człowiekowi jego grzeszności: „Przez Prawo [przykazania] jest tylko większa znajomość grzechu” (Rz 3, 20b; por. 7, 7) – i tym samym uświadomienie tragicznego stanu wobec Boga. Pawłowe rozumienie przykazań potwierdza przeprowadzany rachunek sumienia, który każdego prowadzi do wniosku, że jest grzesznikiem, a nie świętym. W świetle przykazań jawimy się stale grzesznikami.
Dlaczego celem przykazań nie było doprowadzenie człowieka do stanu sprawiedliwości przed Bogiem? Bo przykazania nie mają takiej mocy. One pouczają, jak należy postępować, ale nie dają mocy do pójścia tą drogą. A dlaczego celem przykazań Bożych było uświadomienie człowiekowi stanu jego grzeszności? Aby mając tego świadomość, wyjścia z tej tragicznej sytuacji szukał w Odkupicielu. Żeby dostrzec potrzebę Odkupiciela, trzeba mieć najpierw świadomość własnej grzeszności i niemożności wyzwolenia się z niej o własnych siłach. Wtedy szukamy kogoś, kto przyjdzie nam z pomocą w naszej tragicznej sytuacji.
Rozumienie roli przykazań przez Żydów jako czyniących człowieka sprawiedliwym i tym samym zbliżających go do Boga doprowadziło ich do przekonania o byciu lepszymi moralnie od innych ludzi i tym samym milszymi Bogu. To zaś popychało w kierunku tworzenia kolejnych przepisów prawnych, aby w jeszcze doskonalszy sposób prowadzić życie. Ostatecznie doprowadziło Żydów do przekonania, że przykazania są skutecznym środkiem w dojściu do Boga i Jego największym darem dla nich. Tak oto zamknęli się na Odkupiciela. Odkupiciel stał się niepotrzebny, a nawet przeszkodą w ich drodze do Boga, bo swoją Osobą usuwał w cień przykazania – ich zdaniem najdoskonalszy i skuteczny środek w dojściu do Boga.
Przystępu do Boga nikt jednak nie zapewni sobie własnym wysiłkiem (tu: zachowywanie przykazań). Przykazania są komunikatem, jak należy postępować w życiu, ale nie mają one mocy zapewnić grzesznikowi przystępu do Boga. Przystęp do Boga zapewnia jedynie Odkupiciel. Dzięki darowi przykazań Żydzi mieli mieć większą od pogan świadomość własnej grzeszności i bić się bardziej od nich w pierś. Dążenie do coraz to wierniejszego zachowywania przykazań miało ich doprowadzić do przekonania, że człowiek jest stale grzeszny i że w przykazaniach nie znajdą rozwiązania sytuacji grzeszności. To pozwoliłoby im otworzyć się na Odkupiciela. Stało się jednak inaczej.
W tym miejscu należy dodać do tego, co dotyczy życia zgodnego z wolą Boga, że moc do zachowywania przykazań, do życia zgodnego z Bożą wolą płynie od udzielonego przez Odkupiciela Ducha Bożego, który w nas zamieszkuje. To On urabia, kształtuje nasze sumienia i pociąga ku temu, co dobre moralnie; wzbudza w nas upodobanie w tym, co Boże. Wtedy wybieramy to, co zgodne z wolą Boga nie pod przymusem, ale z radością, bo sami tego chcemy; to nas pociąga. Bez Ducha Bożego przykazania byłyby ciążącym jarzmem, brzemieniem. Tłumaczy to, dlaczego dar Ducha Świętego został udzielony w żydowskie Święto Tygodni (Pięćdziesiątnica). Owo święto upamiętniało nadanie Prawa na Synaju. Duch Święty zostaje udzielony w święto upamiętniające nadanie Prawa. Jest to jasny sygnał, że udzielony Boży Duch przejmuje funkcję przykazań: ich treść nadal obowiązuje („Czcij Boga”, „Szanuj rodziców”, „Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij” itd.), ale to już Duch Boży, a nie przykazania, pozwala wypełnić Bożą wolę i zaprowadza w nas Boże życie.
Smutne jest to, że Boża prawda, przekazana jasno przez apostoła Pawła, nie przebiła się wystarczająco i nie ukształtowała myślenia chrześcijan. Wciąż ciąży na chrześcijanach myślenie starotestamentowe.
Na koniec ostrzeżenie dla chrześcijan uważających się za lepszych od innych chrześcijan, od wyznawców innych religii lub niewierzących. Wysiłek włożony w życie zgodne w Bożą wolą nie może prowadzić do wyniosłości względem innych, ale do jeszcze mocniejszego bicia się w pierś i pokornego uznania, iż pomimo wysiłków w zachowywaniu przykazań Bożych jesteśmy stale grzesznikami i zbawić nas może jedynie Chrystus. Inaczej popełnimy błąd, jaki popełnił biblijny Izrael.
6. Czy Żydzi są naszymi starszymi braćmi? Zdarza się nadużywać słów Jana Pawła II z 13 kwietnia 1986 r. z jego wystąpienia w synagodze w Rzymie. Przypisuje się papieżowi, że powiedział o Żydach „nasi starsi bracia”. Papież powiedział dokładnie: „[…] i w pewnym sensie można by powiedzieć nasi starsi bracia”. Nie powiedział, że są naszymi starszymi braćmi, bo nie są nimi. Byliby wtedy, gdyby przyjęli Chrystusa. Przez warunkowy charakter wypowiedzi („w pewnym sensie” i „można by powiedzieć”) papież unika znaczenia dosłownego. Jednocześnie wyznacza granicę i rozdział między judaizmem, który odrzucił Chrystusa, a chrześcijaństwem. Są to dwa porządki religijne, które rozwijają się niezależnie od siebie i nie ma między nimi braterstwa wiary w sensie dosłownym, bo występuje rozdźwięk w najistotniejszej kwestii, Mesjasza.
7. Czy Żydzi ukrzyżowali Chrystusa? Odpowiedzialni historycznie za ukrzyżowanie Jezusa byli Żydzi i Rzymianie. Ewangelie nie pozostawiają tu cienia wątpliwości. Chrześcijanie zaś są winni śmierci Chrystusa (KKK 598) w tym sensie, że nasze grzechy doprowadziły do ekspiacyjnej śmierci Chrystusa. Chrystus umarł, ponieważ zgrzeszyliśmy. W tym sensie odpowiedzialna jest cała ludzkość. Trzeba jasno rozgraniczać między historyczną odpowiedzialnością za śmierć Jezusa a winą w sensie religijnym. Nie należy wykorzystywać stwierdzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego do wybielania Żydów z ich winy za ukrzyżowanie Jezusa. Nie rozumiemy ich winy jako winy zbiorowej ani dziedzicznej, ale tylko jako winę tych, którzy usilnie zabiegali o wyrok śmierci dla Jezusa i ten wyrok wymusili na Piłacie.
Posłużę się analogią. To, że Drugą Wojnę Światową wywołali Niemcy, nie znaczy, że wszyscy Niemcy ponoszą za to odpowiedzialność, ale nie znaczy to też, że Niemcy nie wywołali Drugiej Wojny Światowej i nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności.
8. Jaka powinna być nasza postawa względem judaizmu? 1) Należy podtrzymywać kontakty z Żydami, bo wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga, ale prawda zbawcza nie może być wyciszana. 2) Nie należy usprawiedliwiać, wybielać odrzucenia Chrystusa przez Żydów (wypaczanie historii zbawienia), ale trzeba pomóc im w otwarciu się na Niego.
W latach 20. XIX w. Żydzi z synagogi w Strasburgu postanowili przeczytać Nowy Testament i przyjrzeć się jego przesłaniu. Kolejnych trzech rabinów, a z nimi kilkanaście osób z synagogi, przyjęło Chrystusa. Pojawiła się dyspozycja otwartości na prawdę i łaska natychmiast zadziałała. Jest to kierunek, w jakim należy iść w kontaktach z wyznawcami prawa mojżeszowego – tak postępować, aby pojawiła się w nich dyspozycja otwartości na prawdę. Nie należy rezygnować z takich prób. Przykład mamy w apostole Pawle (Rz 11, 14). Nie wolno rezygnować z wysiłków na rzecz pozyskania Żydów dla Chrystusa. Misja ewangelizacyjna stale trwa i obejmuje wszystkich – bez wyjątku. Wymaga jednak roztropności w działaniu.
W nawiązaniu do powyższego, w kontaktach z judaizmem nie może być to dialog jednostronny, w którym my, chrześcijanie, pochylamy się stale nad ich wiarą, zgłębiamy myśl żydowską, a oni zamykają się całkowicie na myśl chrześcijańską. Nie jest to dialog, ale jednostronna rozmowa. W szczerym dialogu każda ze stron powinna wysłuchać racji drugiej strony. Jeżeli tego nie ma, wzajemne spotkania skutkują „urabianiem” przez myśl żydowską chrześcijan biorących w nich udział, którzy przejmują żydowskie myślenie i rozumienie historii zbawienia. Chrześcijanie się judaizują, a Żydzi nie tylko się nie chrystianizują, ale jeszcze utwierdzają w swoich przekonaniach, bo chrześcijanie czynią ustępstwa (np. pokazywanie się chrześcijan z symbolami judaizmu lecz nie odwrotnie). Ustępstwa zaś czyni z zasady ten, kto nie ma racji. Dlatego nasze ustępstwa stale utwierdzają ich w przekonaniu posiadania racji. I tu przychylam się do opinii ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, że dialog z judaizmem w Polsce powinien wyglądać inaczej. Z takich spotkań korzyść dla siebie odnoszą jedynie wyznawcy prawa mojżeszowego. A to nie służy sprawie ewangelizacji.
Chrześcijaństwo i judaizm to dwa porządki religijne rozwijające się równolegle i stale w większej czy mniejszej opozycji do siebie. Pomocny dla zrozumienia Ewangelii jest ST, lecz nie judaizm. Twierdzenie, że poznawanie rozwijającego się przez dwa tysiące lat judaizmu może pomóc lepiej zrozumieć chrześcijaństwo, ociera się o nonsens. Może być pomocne w intelektualnym pogłębieniu zagadnienia, znajomości wzajemnych relacji, ale nie dla zrozumienia istoty przesłania Ewangelii. Rozwijający się po Chrystusie judaizm nie miał na nią żadnego wpływu. Wyrósł wprawdzie z tej samej tradycji starotestamentowej co Ewangelie, ale poszedł inną drogą. Nie jest pomocny w przyswojeniu przesłania Jezusa. Należy natomiast powiedzieć, że nauczanie Jezusa dobrze jest zgłębiać poprzez odwołanie się do tekstów Starego Testamentu i do ówczesnej tradycji żydowskiej, Jemu współczesnej.
Większość chrześcijan nie zagłębiała się w religię żydowską. Czy to znaczy, że nie rozumieją dobrze lub do głębi Ewangelii? Otóż rozumieją istotę jej przesłania w pełni. Bo kto przyjął Chrystusa, razem z Nim poznał całą Bożą prawdę, bo poznał Tego, który zbawia. Tu trzeba kierować podobne zalecenia w drugą stronę (!), czyli żeby Żydzi studiowali księgi NT, bo dopiero wtedy zrozumieją własne wybranie i własną tradycję religijną. Znajdą jej wypełnienie. Czy jest to przedmiotem dialogu z judaizmem w Polsce?
9. Czy w modlitwie konsekracyjnej podczas Mszy św. powinny być słowa o Ciele Chrystusa wydanym i Krwi przelanej „za wielu” czy „za wszystkich”? Poruszam ten temat, ponieważ pojawiały się i pojawiają próby zmiany. Z racji występujących niejasności w temacie chcę to przybliżyć.
W tekście greckim NT (Mt, Mk, Łk i 1 Kor 11) znajdują się dwie formy: „za wielu” (hyper pollōn) i „za was” (hyper hymōn). W żadnym z czterech świadectw nie mówi się o wydanym Ciele Chrystusa i przelanej Krwi „za wszystkich”.
Według Ewangelii Mateuszowej Jezus ma na myśli tych, w których dzieło odkupienia odniesie zamierzony skutek: „Moja Krew …, która będzie wylana … na odpuszczenie grzechów”, czyli przelana za tych, w których dokona odpuszczenia grzechów, tj. którzy skorzystają z łaski odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Jezus nie ma na myśli tych, którzy nie skorzystają z łaski odkupienia, tj. w których przelana krew nie przyniesie zamierzonego skutku. Bóg nie działa na darmo, nie marnuje swojej łaski. Jako istota doskonała, kiedy działa, osiąga cel. Jezus nie ma zatem na myśli wszystkich ludzi, ale tylko owych wielu, którzy odpowiedzą pozytywnie na łaskę odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Zgodnie z intencją słów Jezusa poprawną formą jest „za wielu” (w tym także „za was” – dzisiaj w odniesieniu do każdego, kto uczestniczy w Eucharystii), co znajdujemy na kartach NT i co funkcjonuje w aktualnej modlitwie konsekracyjnej w jęz. polskim.
Forma „za wszystkich” nie występuje w NT, bo jest niezgodna z rozumieniem dzieła odkupienia. Forma „za wielu” naprowadza na jego właściwe rozumienie. Należy porzucić myślenie, że wszyscy zostali odkupieni, czyli wprowadzeni w relację z Bogiem. Wszystkim została otwarta droga do Boga, ale odkupieni zostali ci, którzy weszli w relację z Bogiem (odpowiedzieli pozytywnie). I za nich Jezus przelewa krew (odkupienie utożsamia się tu ze stanem naszego obecnego zbawienia, które już się dokonuje). Jezus nie przelewa krwi za tych, w których nie przynosi to zamierzonego skutku, bo byłoby to działanie daremne. Posługując się obrazem Jezusa, nie rzuca On pereł przed świnie. Zatem dzieło odkupienia swymi owocami dosięga tej części ludzkości, która odpowiada na nie pozytywnie. I to przesłanie zawiera się w wyrażeniu „za wielu”.
Wszystkim życzę coraz bardziej pogłębionego rozumienia Bożych prawd i w rezultacie mocniejszego przylgnięcia do Chrystusa Odkupiciela ludzkości.
ks. prof. Waldemar Rakocy CM/PCh24.pl
***
Ks. prof. dr hab. Waldemar Rakocy CM (ur. 1960) jest emerytowanym profesorem Wydziału Teologii KUL. Kierował Katedrą Hermeneutyki Biblijnej oraz Katedrą Egzegezy Pism Apostolskich NT. Zasiadał w Zarządzie Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Autor książek i ok. 150 artykułów dotyczących tematyki biblijnej, członek kilku krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych.
***
czwartek 23 kwietnia
Św. Wojciech jako patron. Tak ruszyła chrystianizacja północno–wschodnich ziem Królestwa Polskiego
(fot. Piotr Tumidajski / Forum)
***
Zasiew krwi męczenników wydaje dobre owoce przez wieki. Tę prawdę potwierdza historia chrystianizacji północno – wschodnich ziem Królestwa Polskiego. Rozpoczęła się ona w roku 1386 erygowaniem parafii pw. św. Wojciecha w miejscowości Poryte niedaleko Łomży. Jeszcze w tym samy roku wzniesiono tu kościół, a umieszczony wysoko na jego szczycie łaciński krzyż, wskazał wschodni kierunek, w którym od tego czasu niesiona była Ewangelia i chrześcijańska cywilizacja.
Ustanowienie parafii w Porytym dokonało się za sprawą właściciela tych ziem Pawła z Radzynowa herbu „Prawdzic”, który otrzymał je od księcia mazowieckiego Janusza I. Paweł, zwany również Paszko, był rycerzem, który w młodym wieku nie stronił od zabaw i światowych uciech. Jego życie zmieniło się podczas pielgrzymki przeprowadzonej do słynnego sanktuarium Santiago de Compostela. Tą daleką podróż Paweł odbył w roku 1380 wraz z przyjacielem Janem Pilikiem, późniejszym wojewodą mazowieckim. W archiwach zachował się glejt na bezpieczny przejazd, wydany pielgrzymom przez samego króla Aragonii – Piotra IV.
Z Santiago Paweł wrócił duchowo odmieniony. Na sercu mocno zaczęła mu leżeć sprawa mieszkańców jego niedawno założonych wsi, położonych po wschodniej stronie Narwi. Tamtejszy lud, choć katolicki, nie miał żadnego kościoła, aby mógł w nim oddawać cześć Bogu. Wsi tych było już wówczas kilka, gdyż ród Radzanowskich mocno rozwinął swoje dobra. W tym czasie niedaleko Porytego założył dwie wsie – Dzierzbię i Zaborowo. Później zaczęto karczować lasy. Na wykarczowanych terenach Radzanowscy lokowali kolejne miejscowości. Jednak na tych terenach, uważanych za niebezpieczne, wcale nie było łatwo erygować nową parafię. Świadczy o tym sześć długich lat starań, prowadzonych przez Paszkę, u biskupa płockiego Ścibora. Do ustanowienia parafii w Porytym udało się go przekonać dopiero w roku 1386. W tym samym roku Paweł z Radzanowa ufundował wiernym piękną drewnianą świątynię z dzwonnicą. Nareszcie wierni mogli razem uczestniczyć w Eucharystiach i nabożeństwach. Biskup Ścibor i Paszko postanowili, że patronem pierwszego kościoła, na ziemiach, które czekały na chrystianizację, licząc od chrztu Polski, 420 lat nie może być nikt inny jak tylko św. Wojciech.
Pierwsza świątynia po wschodniej stronie Narwi była skromna. Z archiwalnych dokumentów wiadomo, że choć zbudowano ją z materiału, który łatwo niszczy czas i ogień, czyli z drewna (dach był kryty słomianą strzechą) to służyła ona parafianom aż do końca XVII wieku. Na jej dachu umieszczono kopułę z małym dzwonkiem. Kościół był ogrodzony drewnianymi drągami. Od strony drzwi wejściowych zamontowano bramę. Wewnątrz budynku sakralnego był jeden ołtarz. Nad którym zawieszono obraz Najświętszej Marii Panny. Tabernakulum również wykonano z, łatwo tu dostępnego, drewna. Obok poryckiej świątyni wzniesiono piękną, wysoką dzwonnicę. Z niej to spiżowy dźwięk dwóch dzwonów przywoływał wiernych na niedzielną Mszę świętą.
Na ziemiach na wschód od Narwi, przeważnie porośniętych puszczami, były wprawdzie drewniane grody obronne, m.in. w Kolnie i Małym Płocku, ale kościołów nie było. Nie ostały by się, gdyż ciągle trwały tu walki. Wojska księstwa mazowieckiego podążały właśnie przez Poryte (stąd nazwa miejscowości od ziemi porytej kołami wozów) często podążały bronić północnych i wschodnich granic księstwa. W tamtych czasach atakowali je Prusowie, Jaćwingowie, Litwini, a później Krzyżacy.
Założenie wsi Poryte, a potem budowa tu kościoła pw. św. Wojciecha były możliwe dopiero po ustaniu tych wojen. Kilka lat później (rok 1390) w odległej o kilkadziesiąt kilometrów Wiźnie erygowano następną parafię – pw. Marka Ewangelisty. Misja rozpoczęta przez świętego patrona Polski w roku 997, trwała nadal. W ciągu około 150 lat ziemie północno – wschodnie Królestwa Polskiego zostały schrystianizowane. Powstały tu liczne parafie, za nimi zawsze szli ojcowie i bracia zakonni, którzy wznosili kościoły i swoje klasztory. Ziemie, na których niegdyś stały pogańskie bałwany, zaroiły się od miejsc kultu Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Woj Chrystusowy
Tysiąc lat temu chodził po ziemi człowiek, który dostąpił chwały świętości, mimo iż nie sprawdził się jako biskup, nie pozwolono mu zostać zakonnikiem, na koniec zaś okazał się nieskutecznym misjonarzem. W większości swych ziemskich usiłowań poniósł klęskę. Jednak już w chwili śmierci człowiek ów stał się legendą i wzorem, niezwłocznie został wyniesiony na ołtarze, a kult jego rozpowszechnił się w całej christianitas, szczególnie w Polsce, której jest pierwszym patronem. Takie było jego za grobem zwycięstwo.
Nascitur purpureus flos Boemicis terris – tymi słowy rozpoczyna swój Żywot świętego Wojciecha św. Bruno z Kwerfurtu – rodzi się purpurowy kwiat na ziemi czeskiej. Chłopiec, który zostanie później biskupem Pragi, męczennikiem i świętym przyszedł na świat około 956 r. z ojca Sławnika, księcia libickiego i matki Strzeżysławy, niewiasty ze znakomitego rodu. Ojciec pochodził najprawdopodobniej z chorwackich książąt plemiennych.
Pierwotnym zamiarem rodziców było przeznaczenie chłopca do stanu duchownego, jednak po urodzeniu oczarowani wyjątkową urodą dziecka zdecydowali, iż szkoda by było oglądać tak urodziwego młodzieńca w sukni duchownej i przeznaczyli go dla świata. Imię, które mu nadano, miało potwierdzać rodzicielską decyzję; świadczyć o tym może chociażby jego etymologia: Wojciech (Woietech) to pociecha wojów (Woje-ciech – consolatio exercitus). Nic to jednak nie dało – chłopiec najwyraźniej został przeznaczony do życia w sutannie przez samego Boga. Wkrótce po urodzeniu ciężko zachorował i był bliski śmierci, dopiero ofiarowanie dziecka przez rodziców w kościele na ołtarzu Maryi i przeznaczenie go do stanu duchownego spowodowało powrót do zdrowia.
Być duchownym w wieku X znaczyło należeć do nielicznych, którym nieobca jest sztuka odczytywania znaków alfabetu. Kilkunastoletni Wojciech opuszcza około r. 972 rodzinne Libice i jedzie do Magdeburga, by tam pod opieką znanego wcześniej rodzicom arcybiskupa Adalberta (który w drodze na Ruś gościł na dworze Sławnika w r. 961 lub 962 udzielając m.in. małemu Wojciechowi sakramentu bierzmowania) wgłębiać się w arkana wiedzy w cieszącej się znakomitą sławą szkole katedralnej kierowanej przez jednego z największych luminarzy swego wieku, benedyktyna Oktryka. W Magdeburgu zostaje powtórnie bierzmowany przez swego opiekuna i przyjmuje jego imię. Imieniem Adalberta będzie odtąd nazywał go Zachód.
Opuścił szkołę wracając do Czech jako subdiakon, o czym zapewnia nas Kosmas, i tam dopiero z rąk biskupa świętego miasta Pragi przyjął zbroję rycerza Chrystusowego na przyszłe boje – czytamy u Kanapariusza.
W r. 982 zakończył życie biskup praski Dytmar. Umierał przedwcześnie, w potwornej rozpaczy i przerażeniu wykrzykując swe wyrzuty sumienia: nie był dobrym pasterzem, zaniedbał powołanie, nie zrobił nic dla krzewienia wiary w podległej mu diecezji. Podobno miał wizję swego potępienia. Wojciech, będący przy śmierci Dytmara, wyszedł z jego komnaty zdruzgotany. Tejże nocy worem odziany włosianym, z głową siwym popiołem posypaną, obchodził poszczególne kościoły, ubogim hojnie rozdawał, co miał i polecał siebie i sprawę swą w modlitwach Panu. Zmienił się tak, że nie poznawali go towarzysze zabaw i uciech. Sądzili jednak, iż szok wkrótce minie. Nie minął. Nie był to bowiem szok, chociaż przeżycie wryło mu się głęboko w pamięć, lecz opamiętanie. Pojął udzieloną mu lekcję – zrozumiał, jak nie wolno mu żyć.
Został wybrany następcą Dytmara. Wychowany w kulturze europejskiej, mówiący obcymi językami absolwent doskonałej szkoły miał po temu wszelkie predyspozycje zawodowe, może z wyjątkiem młodego wieku (około 26 lat). Niedawne „nawrócenie” i nowy sposób życia – imitatio Christi w duchu reformy kluniackiej czyniły zeń niekwestionowanego kandydata. Toteż 19 II 982 roku w Levý Hradec – miejscu gdzie wzniesiono pierwszy kościół w Czechach miał miejsce jednogłośny wybór: Kogóż innego jak nie ziomka naszego Wojciecha, którego czyny, szlachectwo, bogactwo i życie odpowiednie są dla tej godności. On najlepiej wie, dokąd sam winien dążyć, on również duszami roztropnie pokieruje.
O tak! Wiedział doskonale, dokąd dążyć należy i rad wiódłby tam dusze swoich diecezjan, gdyby tylko mu na to pozwolili. Jednak chrześcijanie w. X nosili krzyż na piersiach, ale rzadko kiedy w sercach. Kiedy konsekrowany 29 VI 983 roku w Weronie biskup Wojciech wrócił do Pragi, zgotowali mu gorące powitanie. Cieszyli się, że jest jednym z nich. Ale on nie był taki sam jak oni. Wkrótce się o tym przekonali.
Nowy biskup nie zamierzał powtarzać błędów starego. Wypowiedział bezpardonową wojnę zepsuciu panującemu w Pradze i w całych Czechach, odzwierciedlającemu wiernie rozkład życia chrześcijańskiego, który po upadku państwa Karolingów sięgał niemal dna. Kronikarze zgodnie wyliczają występki, którym nagminnie hołdowano: nierząd, niewłaściwe zawieranie małżeństw, wielożeństwo, cudzołóstwo, pijaństwo, morderstwa, również na nienarodzonych, niezgodne z chrześcijańskimi obyczajami grzebanie zmarłych w lasach lub na polach, praktyki pogańskie, zabobony, handel niewolnikami. Stan moralności duchowieństwa był podobnie tragiczny: lekceważono powołania, nie przestrzegano celibatu. Mówi Kosmas: To są rzeczy, których Bóg nienawidzi, tym zrażony św. Wojciech nas, owieczki swoje opuścił i wolał iść nauczać obce ludy. Kiedy bowiem spróbował naprawiać obyczaje, wszedł w ostry konflikt ze swoją owczarnią. Praga znienawidziła go – nie chciała tak gorliwego biskupa. Może i po jego stronie było trochę winy, może brakło mu cierpliwości. Sam żył przykładnie, od innych wymagał tego samego. Swą niecierpliwą dezaprobatą wszystkiego, co, owszem, złe, ale dotąd niepotępiane, antagonizował otoczenie. Ówczesna Praga potrzebowała innego biskupa: zręcznego, cierpliwego i przyziemnego dyplomaty-realisty.
Wojciech nie był graczem, miał duszę żołnierza, ale nie wodza. Chciał służyć, walczyć ze złem i grzechem, nie zaś podejmować strategiczne decyzje. Był świadom swej nieudolności, widział, że wysiłki jego najtroskliwszych rządów idą na marne, że więcej nawet sobie samemu szkody przynosi niż pożytku ludowi – podaje Kanapariusz. Dlatego uznał, że najlepszym dla wszystkich rozwiązaniem będzie opuszczenie Pragi. On nie nadaje się na biskupa, będzie się starał, aby zastąpił go ktoś lepszy. Ruszył do Rzymu szukać rady u papieża. Od tego właśnie momentu aż do śmierci nie przestanie podróżować, nigdzie nie mogąc (nie ze swojej zresztą winy) dłużej zagrzać miejsca.
W Rzymie spotkał młodziutkiego cesarza Ottona III. Pobudził go do zainteresowania się sprawami Słowiańszczyzny. W mającym się odrodzić cesarstwie świat słowiański mógł i powinien stać się łącznikiem Zachodu ze Wschodem, więzią tworzącą jedność. Aby to się jednak stało, Sclavinia musi stać się samodzielną jednostką i jako taka znaleźć pełnoprawne miejsce w gronie innych. Opowiadał czeski duchowny swojemu młodocianemu niemieckiemu przyjacielowi o wielkim władcy jednoczących się plemion polskich, opiekunie książąt libickich, Bolesławie zwanym Chrobrym, który niebawem miał stać się serdecznym przyjacielem ich obu.
Biskup Wojciech był w samym centrum najważniejszych wydarzeń, z jego zdaniem liczono się w cesarskim otoczeniu, na dworach książąt i biskupów. Mógł odegrać ogromną rolę w życiu społeczno-politycznym przełomu X i XI w. Jako współpracownik cesarza, czy księcia polskiego mógł wywierać decydujący wpływ na kształtowanie europejskiego porządku, budować wielkie, uniwersalne chrześcijaństwo. Ale nie to było jego celem. Pomny na słowa Pana, iż Królestwo Jego nie jest z tego świata, nie chciał poświęcać się budowaniu ziemskich władztw, pociągało go oderwanie się od światowego zgiełku i całkowite zatopienie w Chrystusie.
Całych pięć lat był rycerzem Chrystusa w klasztorze. Pomysł schronienia się w miejscu poświęconym kontemplacji podsunął mu papież Jan XV. Właściwym miejscem okazał się klasztor św. Bonifacego i św. Aleksego na Wzgórzu Awentyńskim. Tam znalazł wszystko, czego mu brakowało na biskupstwie. Ora et labora – powtarzał codziennie słowa reguły, sumiennie się do nich stosując; studium et silentium – niczego więcej nie chciał i nie potrzebował. Wszystko to, połączone z surową ascezą, dawało mu stracone w Pradze poczucie sensu obranej drogi. Przyjął święcenia zakonne, zamierzał pozostać w klasztorze na zawsze. Dlatego też nakaz powrotu na opuszczone stanowisko wydany przez metropolitę Willigisa przeżył boleśnie jako niekłamaną tragedię. Nade wszystko jednak był posłuszny.
Wrócił, lecz nie na długo. Nie było dlań miejsca w Pradze, gdzie sprawy wyglądały jeszcze gorzej. Zanosiło się na wojnę domową próbujących jednoczyć ziemie czeskie Przemyślidów ze zorientowanymi na Polskę Sławnikowicami. Nie chcąc zaogniać konfliktu swoją osobą, odchodzi ponownie. Nie wpłynęło to jednak na poprawę stosunków między konkurującymi rodami. Bolesław najechał dziedzinę Sławnikowiców i obległ Libice, w których było wówczas czterech synów Sławnika. Zapewnieniem bezpieczeństwa skłonił książąt do kapitulacji. Ci jednak, nie ufając obietnicom, schronili się wraz z rodzinami w kościele. Nie zważając na święte prawo azylu woje Bolesława wtargnęli do świątyni i dokonali rzezi wszystkich tam obecnych razem z żonami i dziećmi. Ludność Libic rozpędzono lub wzięto w niewolę, sam gród zrównano z ziemią. Ocaleli tylko Wojciech i Radzim przebywający wówczas w Rzymie oraz Sobiebor wojujący pod cesarzem przeciwko Lucicom. Ten ostatni udał się potem na dwór gnieźnieński i przyjął służbę u Chrobrego.
W takich warunkach kolejny powrót Wojciecha do Pragi był niemożliwością. Wciąż jednak pozostawał biskupem i dlatego sprawę jego oddano pod obrady synodu papieskiego. Ustalono tam, iż o losie pasterza zadecyduje owczarnia. Jeżeli będą domagać się jego przybycia, pod karą klątwy ma obowiązek wracać do Pragi, czego żądał metropolita. Jest to grzech – dowodził – że gdy każdy kościół jest poślubiony, jedynie Praga jest jak wdowa bez swego pasterza. Jeżeli jednak go nie zechcą, nie wróci do klasztoru, lecz zostanie episcopus gentium – i uda się z misją do pogan. Prażanie jednak nie po to zmuszali swego biskupa do dwukrotnego wyjazdu, by go teraz zapraszać. Nie chcemy Wojciecha – odpowiedzieli. Przyjął to z ulgą.
Wojciech zaczął więc jeździć do pogańskich osad jako misjonarz pod osłoną zbrojnej drużyny. Pachołkowie obalali bałwany i wycinali święte gaje, palili na stosach figury diabła-Swarożyca, a woje walili w pysk każdego, kto próbował oponować. Powstania pogańskie krwawo tłumiono. Była to niewątpliwie metoda skuteczna – barbarzyńska mentalność odczytywała ją bezbłędnie: jakże potężny musi być ten Jezus, skoro wszyscy przerażający nas bogowie i demony pierzchają na sam dźwięk Jego imienia, skoro Jego kapłani nie lękają się ich zemsty, ba! gardzą nimi.
Ten sposób nawracania, jakkolwiek skuteczny, był jednak nie do przyjęcia. Czy tego bowiem uczył Jezus? Czy tak nakazał ludzi do siebie przyprowadzać? Ewangelizacja kroczyła złą drogą. Święty Wojciech był tego w pełni świadom, toteż zdecydował się wyruszyć do pogańskich Prusów bez eskorty, jedynie z bratem Radzimem-Gaudentym i prezbiterem Benedyktem-Boguszą.
Bolesław Chrobry próbował odwieść go od szaleńczego zamiaru – Prusowie to krwiożercze plemię i zdecydowanie wrogie krzyżowi. Na nic się to zdało, determinacji Wojciecha nie można było złamać, a przy tym determinacja i odwaga człowieka, który podejmował się tak niebezpiecznej misji bez broni i prawie samotnie mogła imponować a nawet napawać lękiem, gdyż była czymś większym niż odwaga zbrojnego woja. Odesłał przydaną mu przez Bolesława eskortę pamiętając co mówił Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się abym nie został wydany żydom.Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Pamiętał karcące słowa Zbawiciela skierowane do zbyt porywczego sługi: Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną. Karolowe nawracanie mieczem rozprzestrzeniło się. Uczynieni w ten sposób chrześcijanami Sasi zaczęli później gwałtem i bezprawiem nawracać Słowian. Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc… Nie tego pragnął świątobliwy mnich. Chcę pójść do nich jako woj Chrystusowy uzbrojony w Słowo Pana – powiedział przekraczając pruską granicę.
Zginął jak żołnierz Jezusa. Zatrzymany i pobity przez pruską straż, a później postawiony przed sądem wiecowym w miejscowości Truso i deportowany z powrotem na polską stronę granicy z ostrzeżeniem, iż w przypadku powrotu czeka go śmierć, bynajmniej nie zamierzał rezygnować z misji. Pieszo ruszyli z powrotem do Prus. Najprawdopodobniej byli śledzeni, gdyż wkrótce zostali napadnięci przez zbrojną grupę pod przewodnictwem kapłanów, która dokonała rytualnego mordu na Wojciechu. Przyczyna tej śmierci nie daje się ostatecznie wyjaśnić. Najprawdopodobniej nie była nią jednak profanacja miejsca kultu pogańskiego jak chce najstarsza a zarazem najpopularniejsza teoria. Teza ta nie posiada uzasadnienia źródłowego. Przyjmuje się obecnie, iż zabójstwo było wykonaniem wyroku zawieszonego podczas sądu w Truso. W jej świetle Wojciechowy wybór męczeństwa był świadomy, wiedział bowiem, jakie konsekwencje grożą mu w razie wykrycia jego powtórnej obecności w Prusach.
Pierwsza fala kultu św. Wojciecha przeszła przez kraje Zachodu około roku 1000. Do grobu świętego męczennika zaczęły przybywać liczni pielgrzymi na czele z Ottonem III. Otrzymanymi od Bolesława Chrobrego relikwiami obdarował on wiele kościołów, ufundował również klasztor w Akwizgranie na cześć św. Wojciecha. Od niego wyszła inicjatywa kanonizacji.
Św. Wojciech został patronem Polski. Jego zasługi dla sprawy polskiej państwowości są nieocenione. To on, jeszcze za życia, zwrócił uwagę cesarza na polskiego księcia, w nim upatrując głównego wykonawcę uniwersalistycznych planów, co pozwoliło nieznanej dotąd Polsce zaprezentować swoje możliwości, bogactwo i znaczenie oraz wprowadziło ją w orbitę wpływów i interesów Zachodu. To on, po śmierci już, stał się czynnikiem sprawczym ustanowienia w Gnieźnie polskiego, niezależnego arcybiskupstwa, metropolii, która przetrwała, mimo iż wkrótce młode państwo przeżyło poważny kryzys wewnętrzny, najazd Brzetysława czeskiego spustoszył Wielkopolskę, a w zrujnowanej katedrze św. Wojciecha w Gnieźnie zamieszkały dzikie zwierzęta. Czesi uwieźli ciało Świętego do Pragi, gdzie za życia nie było dla niego miejsca. Ale św. Wojciech na zawsze pozostał w Polsce – w dziełach, którym patronował.
Jerzy Wolak/PCh24.pl
***
19 kwietnia
III Niedziela Wielkanocna – Biblijna
o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski OSPPE:
bez Pisma Świętego nie ma życia
Słowo Boże, które czytamy, ono nas zmienia. To jest źródło naszej wiary, podobnie jak Tradycja Kościoła – wskazał w rozmowie o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski OSPPE, kierownik Katedry Eklezjologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Trzecią Niedzielę Wielkanocną przeżywamy jako Niedzielę Biblijną. Rozpoczyna ona XVIII Tydzień Biblijny obchodzony pod hasłem „Odważnie głosić Ewangelię Boga”.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Paulin o. prof. Napiórkowski podkreślił, że Niedziela i Tydzień Biblijny są nie tylko zachętą do lektury natchnionych tekstów Starego i Nowego Testamentu, ale również do kontaktu z żywym Słowem. „My, gdy mówimy, to tylko wypowiadamy słowo. Jezus Chrystus, gdy nauczał, On sam był tym Słowem. Słowem, które posłał Ojciec do nas – zaznaczył paulin. – To Słowo, które przyjęło ciało, które stało się człowiekiem dzięki Najświętszej Maryi Pannie, która ciągle rozważała to i medytowała w sercu. Ona dała Mu naturę ludzką”. Jezus Chrystus jest jedną Osobą o dwóch naturach, właśnie dzięki Matce Najświętszej.
Św. Paweł i ks. Blachnicki – wybitni teologowie
„Dla mnie największym teologiem pozostaje św. Paweł Apostoł, bo to, co Jezus Chrystus nam przekazał, co zostało spisane w Ewangeliach i listach, najpiękniej zinterpretował właśnie Paweł Apostoł z Tarsu” – podkreślił o. prof. Napiórkowski.
Zdaniem o. prof. Napiórkowskiego zbyt mało mówi się o ks. Franciszku Blachnickim, który „tworzył namioty spotkania i zachęcał młodzież poprzez ruch oazowy, różnego rodzaju krucjaty, do czytania, do studium Pisma Świętego”.
Dwa tysiące lat studiowania Pisma Świętego
Jak podkreślił rozmówca Polskifr.fr przy studiowaniu Biblii musimy trzymać się nauczania Kościoła, dwóch tysiącleci Tradycji. „My, katolicy, ulegamy czasami nieuzasadnionemu zachwytowi nad tradycją judaistyczną, a przecież nasza katolicka Tradycja jest głębsza, gdyż jest chrystocentryczna, pneumatyczna i maryjna” – mówił. Jednocześnie dodał, że „nie do pomyślenia jest oddzielanie Starego i Nowego Testamentu”, które razem są bardzo ważne dla chrześcijan.
Biblijne wyzwanie
O. prof. Napiórkowski wspomniał o wyzwaniu, które podjął z kolegami w czasie nowicjatu w zakonie. „Każdy miał przeczytać Pismo Święte. Nawet nie rozumieliśmy tego za bardzo, ale celem było przeczytać Pismo Święte ‘od deski do deski’; wszystkie księgi Starego i Nowego Testamentu; całe Pismo; od Księgi Rodzaju po ostatnią Księgę Apokalipsy”.
Przykład RomanaBrandstaettera
Na zakończenie paulin przywołał postać nawróconego polskiego Żyda, który przyjął chrzest w Rzymie, wybitnego pisarza Romana Brandstaettera. „Jak wspominał swoje dzieciństwo, to mówił, że uczył się czytać na Piśmie Świętym, na Biblii – opowiedział o Brandstaetterze o. Napiórkowski. – Dziadek mu pokazywał literki. Ta jego Biblia cała była porysowana, pomięta, porwana, ale to pokazywało i było świadectwem, jak ważny jest codzienny kontakt z Pismem Świętym”. „Bez Pisma Świętego nie ma życia. Zachęcam wszystkich do lektury Pisma Świętego” – podsumował kierownik Katedry Eklezjologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II.
Szczególny czas zbliżenia do Słowa Bożego
Tydzień Biblijny obchodzony jest w trzecim tygodniu wielkanocnym od 2009 r. z inicjatywy Dzieła Biblijnego im. Jana Pawła II. Co roku przebiega pod innym hasłem. Rozpoczyna go Niedziela Biblijna. Jest szczególnym czasem odkrywania na nowo piękna Bożego Słowa i zachętą do jego studiowania i głoszenia.
*** Lidia, Abigail i Samarytanka. Jak odważnie głosić Ewangelię bez ambony?
Nastyaofly | Shutterstock
***
Hasło tegorocznej Niedzieli Biblijnej brzmi: „Odważnie głosić Ewangelię Boga”. Brzmi poważnie. Może nawet zbyt poważnie – jak zadanie dla kogoś z teologicznym wykształceniem. A co, jeśli ta misja jest już wpisana w Twój poranek? W kubek kawy, odebrane połączenie i drzwi, które otwierasz sąsiadowi?
Słowo „głoszenie” bywa niefortunne. Często wywołuje obraz kogoś na scenie, kto z ekspresyjną gestykulacją i prezentacją w PowerPointcie przekonuje tłumy. Albo księdza na ambonie. Albo – co gorsza – kogoś, kto osacza przechodniów na rynku pytaniem: „Czy poznałeś Jezusa?”.
Wtedy większość z nas robi krok w tył. Stwierdzamy: „To nie dla mnie”. Chowamy wiarę głęboko – gdzieś pomiędzy listę zakupów a nieodpisane wiadomości.
Ile razy schowałaś swoją nadzieję do kieszeni płaszcza, bo nie wiedziałaś, jak ją wyjąć, by nie wyszło „dziwnie”? Biblia ma na to odpowiedź. I nie dają jej teoretycy, ale trzy kobiety, które żyły zwyczajnie: w biznesie, w trudnym małżeństwie i w cieniu społecznego wykluczenia. Żadna z nich nie miała mikrofonu. Każda zmieniła świat.
Lidia: Patronka odważnych w codzienności
Lidia była kobietą sukcesu. Handlowała purpurą – towarem luksusowym i prestiżowym. Miała dom, kontakty i zasoby. Pewnego szabatu wyszła nad rzekę, by się pomodlić. Tam spotkała Pawła.
Św. Łukasz notuje lakonicznie: „Pan otworzył jej serce” (Dz 16, 14). Ona zareagowała natychmiast – otworzyła dom. To był jej sposób na Ewangelię. Nie kazanie, lecz gościnność.
Wyobraź sobie, że zapraszasz kogoś samotnego na niedzielny obiad. Że zostawiasz klucze sąsiadce, która przechodzi kryzys. Że twój dom – choćby mały, nieperfekcyjny, z bałaganem na stole – staje się azylem, w którym ktoś czuje się ważny.
Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu, przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim! (Dz 16, 15).
Lidia nie analizowała, czy jest wystarczająco święta. Po prostu zrobiła miejsce przy stole. To wystarczyło. Jej dziedzictwo dzisiaj to:
herbata zaparzona dla kogoś, kto właśnie płacze do słuchawki;
dom, do którego można wpaść bez zapowiedzi;
podwiezienie starszej sąsiadki na zakupy.
Gościnność to teologia w praktyce. Mówi bez słów: „Jest Ktoś, dla kogo jesteś cenny”.
Abigail: Patronka mądrej interwencji
Mąż Abigail, Nabal, był – mówiąc delikatnie – człowiekiem trudnym. Biblia nie owija w bawełnę: był twardy i zły. Kiedy śmiertelnie obraził Dawida, a ten ruszył z czterystoma zbrojnymi, by wybić jego ród, Abigail miała tylko kilkadziesiąt minut na reakcję (1 Sm 25, 18-19).
Nie wpadła w panikę. Nie czekała na cud. Przygotowała zapasy i wyjechała naprzeciw gniewowi. Stanęła między nienawiścią a rozlewem krwi. Powiedziała Dawidowi prawdę prosto w oczy: że zemsta będzie błędem, który obciąży jego sumienie. Mówiła z godnością, bez lizusostwa, ale i bez agresji.
Czy masz w swoim otoczeniu miejsca, gdzie kipi od złości – w biurze, w rodzinie, na grupie na Messengerze? Często stoimy z boku, bo „to nie nasza sprawa”. Abigail pokazuje, że bycie znakiem pokoju w toksycznych miejscach to czysta Ewangelia.
Jej mądrość uratowała życie wielu ludziom, a Dawida uchroniła przed samym sobą. Jej dziedzictwo dzisiaj to:
jedno spokojne zdanie w środku awantury: „Zatrzymajmy się, zanim powiemy o jedno słowo za dużo”;
szczera rozmowa z szefem, zanim zebranie zmieni się w lincz;
krótki SMS po kłótni: „Przepraszam, poniosło mnie”.
Pokój nie jest brakiem konfliktu. Jest odwagą, by stanąć w samym centrum pożaru i nie dać się mu pochłonąć.
Samarytanka: Patronka stawania w prawdzie
Przyszła do studni w samo południe. Nie rano, jak inne kobiety – bo rano są plotki, oceniające spojrzenia i pytania o kolejnego męża. Południowy upał gwarantował pustkę. Był bezpieczny dla kogoś, kto ma coś do ukrycia.
Miała za sobą pięciu mężów, a obecny związek był kolejną prowizorką. Żyła na marginesie przyzwoitości. I to właśnie jej Jezus objawił swoją tożsamość najpełniej. Przy tej, której nikt nie chciał słuchać, On zechciał mówić.
Reakcja? Zostawiła dzban, pobiegła do miasta i krzyknęła: „Chodźcie, zobaczcie człowieka, który powiedział mi wszystko, co uczyniłam!”. Nie udawała, że nagle stała się nieskazitelna. Jej siłą było świadectwo: „On zna moje rany, a mimo to ze mną rozmawiał”. To autentyczność pociągnęła całe miasto (J 4, 28-29. 42).
Nie musisz być „naprawiona”, by o Nim mówić. Wystarczy, że będziesz szczera w kwestii tego, skąd przyszłaś i Kto przy tobie usiadł. Jej dziedzictwo dzisiaj to:
przyznanie się: „Wiem, co czujesz, też zaczynałam od zera”;
post w mediach społecznościowych, który nie lukruje rzeczywistości;
rozmowa, która nie jest pouczaniem, ale wspólnym niesieniem ciężaru.
Samarytanka to patronka wszystkich, którzy myślą: „Mam zbyt pokręcone życie, by świadczyć o Bogu”. Ona odpowiada: „Właśnie dlatego masz najwięcej do powiedzenia”.
Niedziela Biblijna 2026
Niedziela Biblijna pod hasłem „Odważnie głosić Ewangelię Boga” to zaproszenie, by Słowo objawiło się w czynach.
Lidia otwiera drzwi. Abigail wychodzi naprzeciw. Samarytanka biegnie z nowiną, wciąż mając mokre dłonie. Żadna z nich nie wygłosiła kazania. Każda stała się „żywą Biblią”, którą inni mogli przeczytać.
Twoje życie to być może jedyna Biblia, jaką ludzie wokół Ciebie kiedykolwiek wezmą do ręki. Jaką historię im dziś opowiesz?
W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.
archiwum Głosu Ojca Pio
***
Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.
Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:
Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.
Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.
Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. Historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo?
W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:
Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.
Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:
Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.
Ojciec Pio z Pietrelciny
o.Tomasz Duszyc OFMCap /naszczas.pl
***
Biblia przetłumaczona już na 743 języki
W ubiegłym roku przetłumaczono pełny tekst Biblii na co najmniej 16 kolejnych języków. Światowa Unia Towarzystw Biblijnych (UBS) poinformowała 4 kwietnia, że pełny tekst Starego i Nowego Testamentu jest teraz dostępny w 743 językach. Nowe tłumaczenia obejmują przekłady na języki używane w Angoli, Beninie, Rosji i Kanadzie. Po 25 latach pracy rdzenny mieszkaniec Kanady ukończył tłumaczenie Biblii na język mohawk. 83-latek przyznał, że “praca ze Słowem Bożym nigdy nie męczy”.
Adobe Stock
***
Doroczny raport UBS wymienia łącznie ukończone projekty tłumaczeń na 106 języków. Większość z nich to tylko fragmenty Biblii. Tymi 106 językami posługuje się 1,25 miliarda ludzi. Celem jest przygotowanie tłumaczeń na kolejne 1200 języków i dialektów w ciągu najbliższych 15 lat. Obecnie realizowane są projekty tłumaczeń na 442 języki.
UBS – United Bible Societies – utworzone 9 maja 1946 roku międzynarodowe stowarzyszenie zrzesza ok. 160 krajowych Towarzystw Biblijnych na całym świecie. Celem działania UBS jest konsultacja, wzajemna pomoc i wspólne działania na rzecz rozpowszechniania Biblii.
Tygodnik Niedziela/Kai.pl
***
Biskup Oslo zachęca do ponownego odkrycia sakramentu spowiedzi
(opr. PCh24.pl)
***
W przejmującym liście pasterskim biskup Oslo, Fredrik Hansen, wezwał wiernych do ponownego odkrycia wartości sakramentu pokuty i do regularnego przystępowania do spowiedzi.
Hierarcha przypomina, że sakramenty należą do „życia liturgicznego Kościoła”. Zostały ustanowione przez Chrystusa, Bóg ich pragnie i „wynikają z dzieła zbawczego Jezusa”. Dlatego „słusznie określa się je jako środki łaski i zbawienia”. W sakramencie pokuty człowiek otrzymuje przebaczenie grzechów; jednocześnie odnawia się jego wspólnota z Bogiem i Kościołem.
Biskup Oslo nawiązuje do liturgicznego aktu pokuty podczas Mszy św., w którym mowa jest o grzechach myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem, zwracając uwagę, iż „grzesząc, próbujemy zająć miejsce Boga i uczynić siebie sędziami dobra i zła, tak jak uczynili to Adam i Ewa w raju”. Zaznacza, iż grzech rani relację z Bogiem, Kościołem i bliźnim, a grzech ciężki zrywa nawet tę więź.
Jednocześnie bp Hansen podkreśla, że to nie grzech ma ostatnie słowo, lecz Boże miłosierdzie. Zatem spowiedź nie jawi się jako przytłaczający obowiązek, ale jako konkretne spotkanie z uzdrawiającą łaską Boga. – Bóg jest bogaty w miłosierdzie i cieszy się z każdego grzesznika, który się nawraca – przypomina.
Hierarcha zwraca się wyraźnie do tych, którym spowiedź sprawia trudność – ponieważ ich ostatnia spowiedź miała miejsce dawno temu, ponieważ nie są pewni, co mają powiedzieć, lub ponieważ czują się obciążeni poczuciem winy. Właśnie im chce pomóc ponownie przekroczyć próg konfesjonału. Droga do niego, jak to ujął, musi być krótka i wolna od przeszkód. – Jako wasz biskup czuję się zobowiązany do pomocy tym wiernym, którzy z tego czy innego powodu boją się pójść do spowiedzi – zaznacza bp Hansen. Prosi jednocześnie swoich diecezjan, aby napisali do niego osobiście, co utrudnia im pójście do spowiedzi, „abyśmy wspólnie mogli uczynić sakrament pokuty żywą częścią życia wszystkich wiernych”.
Jednocześnie biskup Oslo zwraca się do księży. Powinni oni ułatwić dostęp do sakramentu i sprawić, by stał się on czymś naturalnym, a także dawać dobry przykład, regularnie i wiernie przystępując do spowiedzi. W ramach przygotowania do sakramentu biskup przypomina o rachunku sumienia, skrusze i postanowieniu poprawy. Zaleca chwile milczenia i modlitwy, a także kierowanie się Dekalogiem i Pismem Świętym.
Na koniec bp Hansen podkreśla, że dobra praktyka oznacza „więcej niż jedną spowiedź w roku”. Każdy wierzący powinien regularnie chodzić do spowiedzi. – W ten sposób jesteśmy wychowani do sprawdzania naszego życia pod kątem grzechów słabości, coraz głębszego zrozumienia prawa Bożego i gorliwego dążenia do świętości, do której wzywa nas Pan – wyjaśnił duchowny. Dlatego zachęca wszystkich wiernych, aby „chodzili do spowiedzi co najmniej trzy razy w roku: w Wielkim Poście, latem przed świętem św. Olafa oraz w okresie Adwentu.
PCh24.pl/źródło: KAI
***
12 kwietnia
NIEDZIELA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
„Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była Świętem Miłosierdzia”
(słowa Pana Jezusa wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej)
UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00
ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTUod godz. 13.30
SPOWIEDŹ ŚW. PRZED I PO MSZY ŚW.
PO MSZY ŚW. – GODZINA MIŁOSIERDZIA
***
Święto Miłosierdzia w I niedzielę po Wielkanocy ustanowił całego Kościoła papież Jan Paweł II w dniu kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej 30 kwietnia 2000 r.
Wcześniej, jako pierwszy wpisał je do kalendarza liturgicznego kardynał Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej w roku 1985. Dziesięć lat później, na prośbę Polskiego Episkopatu, św. Jan Paweł II ustanowił to święto dla wszystkich diecezji w Polsce.
Po raz pierwszy o ustanowieniu tego święta mówił Pan Jezus siostrze Faustynie w Płocku w 1931 r., gdy przekazywał swą wolę co do powstania obrazu: “Ja pragnę, aby było święto Miłosierdzia. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy – ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (Dz. 49).
Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia jest ściśle związane z wielkanocną Tajemnicą Odkupienia a tajemnicą Bożego Miłosierdzia. Ten związek podkreśla także Nowenna wraz z Koronką do Bożego Miłosierdzia, którą również Pan Jezus podyktował polecając, aby pierwszy dzień nowenny rozpoczynał się w Wielki Piątek.
Święto Bożego Miłosierdzia jest dniem szczególnym, w którym Kościół uwielbia Boga w tajemnicy miłosierdzia a dla wszystkich ludzi jest czasem szczególnej łaski:
“W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).
Wielkość tego święta mierzy się miarą niezwykłych obietnic, jakie Pan Jezus z tym świętem związał: “Kto w dniu tym przystąpi do Źródła Życia – powiedział Chrystus – ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar” (Dz. 300).
“Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat” (Dz. 699).
Aby skorzystać z tych wielkich darów, trzeba wypełnić warunki nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego (ufność w dobroć Boga i czynna miłość bliźniego) oraz być w stanie łaski uświęcającej (po spowiedzi świętej) i godnie przyjąć Komunię Świętą.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Modlitwa, którą św. Jan Paweł II wypowiedział podczas konsekracji Bazylki Bożego Miłosierdzia 7 sierpnia 2002 roku w Łagiewnikach:
Boże, Ojcze Miłosierny, który objawiłeś swoją miłość
w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,
i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym,Pocieszycielu,
Tobie zawierzamy dziś losy
świata i każdego człowieka.
Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość,
przezwycięż wszelkie zło,
pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi
doświadczyć Twojego miłosierdzia,
aby w Tobie, Trójjedyny Boże,
zawsze odnajdywali źródło nadziei.
Ojcze Przedwieczny,
dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna,
miej miłosierdzie dla nas i całego świata!
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Dlaczego tę niedzielę porównuje do „drugiego chrztu”?
Największa łaska
Sam Jezus chciał, aby niedziela po Wielkanocy była obchodzona w Kościele jako Niedziela Miłosierdzia. Mówił o tym do św. siostry Faustyny Kowalskiej. Największą łaską jaką możemy otrzymać jest „zupełne odpuszczenie win i kar”. Należy w tym dniu przyjąć Komunią świętą po dobrze odprawionej spowiedzi (bez przywiązania do najmniejszego grzechu). W 2000 roku, podczas kanonizacji św. siostry Faustyny, papież Jan Paweł II ogłosił drugą niedzielę wielkanocną jako Niedzielę Miłosierdzia dla całego Kościoła.
Słowa klucze
Jezus: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.
Najlepszym komentarzem do tego fragmentu są słowa Jezusa, które powiedział podczas jednego z objawień św. siostrze Faustynie: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski (Dzienniczek św. s. Faustyny, nr 699).
Ks. Prof. Ignacy Różycki, który był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, a wcześniej na polecenie kard. Karola Wojtyły jako arcybiskupa krakowskiego przeprowadził teologiczną analizę Dzienniczka św. s. Faustyny tak skomentował tę obietnicę Jezusa: „odpuszczenie wszystkich win i kar jest tylko sakramentalną łaską chrztu świętego. W przytoczonych zaś obietnicach Chrystus związał odpuszczenie win i kar z Komunią świętą przyjętą w święto Miłosierdzia, czyli pod tym względem podniósł ją do rzędu «drugiego chrztu»”.
Dziś
W Niedzielę Miłosierdzia możemy otrzymać łaskę porównywaną przez teologów do „drugiego chrztu”. Wykorzystajmy tę okazję, którą daje nam Jezus i powiedzmy o tym innym.
ks. Paweł Rytel Andrianik/Tygodnik Niedziela
***
Odpust zupełny na Święto Miłosierdzia
fot. Karol Porwich/Niedziela
***
Ażeby wierni przeżywali to święto z głęboką pobożnością, Ojciec Święty rozporządził, że we wspomnianą niedzielę będzie można dostąpić odpustu zupełnego, zgodnie ze wskazaniami podanymi poniżej. Dzięki temu wierni będą mogli obficiej korzystać z daru pocieszenia Ducha Świętego, a przez to żywić coraz większą miłość do Boga i bliźniego; kiedy zaś uzyskają oni Boże przebaczenie, sami będą z kolei gotowi przebaczyć ochoczo braciom.
Dzięki temu wierni w sposób doskonalszy zachowywać będą ducha Ewangelii, urzeczywistniając w sobie odnowę wskazaną i wprowadzoną przez Sobór Watykański II: «Chrześcijanie, pamiętając o słowach Pana: ‘Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali’ (J 13, 35), niczego nie powinni pragnąć goręcej, niż żeby coraz wielkoduszniej i skuteczniej służyć ludziom w dzisiejszym świecie. (…) Ojciec zaś chce, abyśmy we wszystkich ludziach rozpoznali Chrystusa jako brata i skutecznie miłowali, tak słowem, jak i czynem» (Gaudium et spes, 93).
Dlatego Ojciec Święty, powodowany gorącym pragnieniem rozbudzenia w chrześcijańskim ludzie jak najżywszej czci Bożego Miłosierdzia – ze względu na przebogate duchowe owoce, jakie może ona wydać – podczas audiencji udzielonej w dniu 13 czerwca 2002 r. niżej podpisanym, przełożonym Penitencjarii Apostolskiej, zechciał przyznać odpusty na następujących zasadach:
Udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum, modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).
Udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który – przynajmniej z sercem skruszonym – skieruje do Pana Jezusa Miłosiernego jedno z prawnie zatwierdzonych pobożnych wezwań.
Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wy- darzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się cał- kowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).
www.faustyna.pl/Tygodnik Niedziela
***
Pan Jezus prosił o ustanowienie
Święta Miłosierdzia Bożego
Święto Miłosierdzia Bożego obchodzone jest w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Choć jest ono jednym z najmłodszych w kalendarzu liturgicznym, ukazuje jedną z najważniejszych prawd chrześcijaństwa. Można powiedzieć, że zostało ustanowione na prośbę samego Jezusa, przekazaną w objawieniach s. Faustynie Kowalskiej.
Pragnienie Jezusa
„Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).
Takimi słowami zwrócił się do św. s. Faustyny Pan Jezus. Święto Miłosierdzia zamyka Oktawę Wielkanocy oraz otwiera Tydzień Miłosierdzia. To czas uważnego rozejrzenia się wokół, by lepiej dostrzec tych, którzy szczególnie potrzebują naszej pomocy. Jest czasem budzenia „wyobraźni miłosierdzia”, o którą apelował Jan Paweł II, po konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu.
Święto na zakończenie Oktawy Wielkanocnej
Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia nie jest przypadkowy – na ten dzień przypada oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, która wieńczy obchody Misterium Paschalnego Chrystusa. Ten okres w liturgii Kościoła ukazuje tajemnicę miłosierdzia Bożego, która najpełniej została objawiona właśnie w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Inaczej mówiąc – nie byłoby dzieła odkupienia, gdyby nie było miłosierdzia Boga.
W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego
Przygotowaniem do obchodów święta jest nowenna, polegająca na odmawianiu Koronki do Miłosierdzia Bożego przez 9 dni, poczynając od Wielkiego Piątku. W tej nowennie – mówił sam Jezus – „udzielę duszom wszelkich łask” (Dz. 796).
Święto Miłosierdzia Bożego wpisał do kalendarza liturgicznego najpierw kard. Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej (1985), a potem niektórzy biskupi polscy w swoich diecezjach. Na prośbę Episkopatu Polski Jan Paweł II w 1995 roku wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. Po kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 roku Papież ogłosił to święto jako obowiązujące w całym Kościele.
Kult Bożego Miłosierdzia
Pierwsze objawienia s. Faustyna miała w 1931 r. w Płocku, a później w Wilnie. Wedle jej wskazań malarz Eugeniusz Kazimirowski namalował obraz „Jezu Ufam Tobie” w 1934 r. w Wilnie. Wówczas wydrukowano także jego małe, czarno-białe reprodukcje. Został on umieszczony w wileńskim kościele św. Michała, w 1948 r. skonfiskowany przez sowietów, ale wykupiony potajemnie przez wiernych i ukryty.
Maleńkie modlitewniki z Koronką i reprodukcją obrazu Jezusa Miłosiernego, w czasie II wojny światowej były bardzo popularne. Jest wiele świadectw mówiących o tym, że właśnie w trudnym okresie wojny wierni spontanicznie zwracali się do Miłosierdzia Bożego. Żołnierze polscy roznieśli orędzie s. Faustyny na cały świat.
Dzięki Polakom z armii Andersa, utworzonej w 1941 roku w ZSRR, kult Miłosierdzia dotarł do Iranu, Palestyny, Libanu, Egiptu, a stamtąd – do Afryki i Włoch. Wielkie zasługi w szerzeniu kultu poza granicami oddał marianin ks. Józef Jarzębowski, który podczas okupacji wydostał się z Wilna wywożąc memoriał o nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego ks. Michała Sopoćki, spowiednika s. Faustyny i dotarł w niemal cudowny sposób do Stanów Zjednoczonych, podróżując przez Syberię i Japonię. Jeszcze w czasie wojny pojawiły się teksty nowenny, koronki oraz litanii do Miłosierdzia Bożego w językach: niemieckim, litewskim, francuskim, włoskim i angielskim.
W 1943 r. krakowski spowiednik s. Faustyny, o. Józef Andrasz, jezuita, poświęcił drugi obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Adolfa Hyłę, także według wizji s. Faustyny i ofiarowany do klasztornej kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach. O. Andrasz zapoczątkował też uroczyste nabożeństwo ku czci Miłosierdzia Bożego. Kaplica, która służyła dotąd siostrom i ich wychowankom, stała się miejscem publicznego kultu. Wizerunek bardzo szybko zasłynął licznymi łaskami.
Próba ogniowa
Zaraz po zakończeniu wojny, już w 1946 roku w sprawę zatwierdzenia kultu zaangażowali się biskupi polscy. W 1948 roku skierowana została prośba do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego w myśl poleceń, które otrzymała s. Faustyna (Dzienniczek, nr 49,88,1530). 27 lutego 1948 r. rozgłośnia Radia Watykańskiego nadała audycję o siostrze Faustynie i jej posłannictwie.
Pod koniec lat 50., według Marii Winowskiej – autorki biografii s. Faustyny, apostołka Miłosierdzia Bożego znana była w całej Europie, obu Amerykach, w Australii, w wielu krajach Azji i Afryki. Dzieła teologiczne poświęcone Miłosierdziu Bożemu oraz obrazki wraz z koronką do Miłosierdzia Bożego ukazały się w językach angielskim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim, niemieckim oraz w liturgicznym wówczas języku Kościoła – po łacinie. Same teksty nabożeństw i akt „Jezu, ufam Tobie!” przetłumaczone zostały ponadto na litewski, łotewski, niderlandzki, czeski, słowacki, ukraiński, węgierski oraz chorwacki. W Polsce istniało już wiele ośrodków, w których czczono Boże Miłosierdzie.
W tej sytuacji sporym zaskoczeniem była Notyfikacja Świętego Oficjum z 1958 r., które kwestionowało nadprzyrodzoność objawień siostry Faustyny, sprzeciwiało się wprowadzeniu święta Miłosierdzia Bożego, zakazywało rozpowszechniania obrazków i pism propagujących nabożeństwo w formach proponowanych przez siostrę Faustynę. Wątpliwości związane były nie tyle z samym kultem, co wynikały z pewnych nieprawidłowości w jego formach. Były dwa główne powody wydania przez Święte Oficjum dekretu zakazującego nowego kultu.
Na pierwszy złożyło się rozpowszechnianie wyrwanych z kontekstu albo niedokładnych i „poprawionych” przez jedną z sióstr fragmentów „Dzienniczka” siostry Faustyny, obecnych we włoskim tłumaczeniu, które dotarło do kongregacji, drugim zaś było – co może dziś szokować – stanowisko większości polskich hierarchów. Watykańscy eksperci opierali się na niedokładnych i źle przetłumaczonych odpisach rękopisów „Dzienniczka”. Ich autorka, siostra Ksawera Olszamowska, działając w dobrej wierze, „poprawiła” nieco dzieło Faustyny. Opuściła wielostronicowe fragmenty tekstu, pominęła wiele zdań i pozmieniała sens niektórych sformułowań.
W drugiej nocie Świętego Oficjum z 6 marca 1959 r. autorzy wycofali się jednak z negatywnego sądu co do prawdziwości objawień, nie zakazywano tak ostro propagowania samego kultu, ale powierzono to „roztropności biskupów, włącznie z usunięciem ww. obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. W związku z czym obrazy ze świątyń zostały usunięte, zaprzestano organizowania nabożeństw.
Jednak ówczesny metropolita krakowski abp Eugeniusz Baziak, zdecydował, że obraz Adolfa Hyły przedstawiający Jezusa Miłosiernego, związany z objawieniem siostry Faustyny ma pozostać tam, gdzie był, czyli w kaplicy klasztoru w Łagiewnikach. Z innych kościołów został usunięty.
Karol Wojtyła
Zasadniczą rolę w zdjęciu zakazu i dalszym rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego odegrał następca abp Baziaka, abp Karol Wojtyła, który nie miał wątpliwości, jak pokazują następne wydarzenia, co do prawdziwości objawień siostry Faustyny i szczególnej aktualności przesłania o Bożym Miłosierdziu. Będąc młodym księdzem wracał często do kaplicy w Łagiewnikach. Kronika sióstr odnotowuje, że ksiądz Wojtyła kilkakrotnie głosił kazanie w trzecią niedzielę miesiąca w czasie Mszy świętej i nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia.
Wojtyła jako arcybiskup krakowski od 1964 r., przyjął bardzo mądrą strategię polegającą na tym, że najpierw należy doprowadzić do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, a potem dopiero podjąć kroki mające na celu propagowanie kultu Bożego miłosierdzia.
Proces informacyjny ws. siostry Faustyny w archidiecezji krakowskiej rozpoczął się w 1965. Zakończył po dwóch latach, a w 1968 zaczął być prowadzony jej proces beatyfikacyjny w watykańskiej Kongregacji ds. Świętych. W tym czasie kard. Wojtyła zarządził nowe wydanie „dzienniczka”, gdzie tekst został skopiowany dosłownie, bez opuszczeń i dopisków oraz ze zwróceniem uwag na podkreślenia ołówkiem, którym s. Faustyna zaznaczała słowa Jezusa.
Zlecił on ekspertyzę teologiczną „Dzienniczka” s. Faustyny ks. prof. Ignacemu Różyckiemu z krakowskiego Papieskiego Wydziału Teologicznego, który znany był z tego, że nie był przekonany do orędzia siostry Faustyny. Jednakże napisana przez niego obiektywna, naukowa analiza, dała podstawy do tego, że Paweł VI w 1978 r. odwołał ograniczenia dotyczące kultu Bożego Miłosierdzia. W tym samym roku kard. Wojtyła został papieżem.
Encyklika i „Dzienniczek”
W 1980 roku Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Dives in misericordia” o Bożym Miłosierdziu. Ważny etap rozwoju kultu stanowiła beatyfikacja s. Faustyny (18 kwietnia 1993 roku w Rzymie). Siedem lat później, 30 kwietnia 2000 r., bł. s. Faustyna Kowalska została wyniesiona przez Jana Pawła II do chwały ołtarzy jako święta. 5 maja 2000 roku Kongregacja Kultu Bożego i ds. Dyscypliny Sakramentów wydała dekret ustanawiający obowiązujące w całym Kościele powszechnym Święto Miłosierdzia Bożego. Polecenia Pana Jezusa, sformułowane w trakcie objawień zostały tym samym zrealizowane.
W Polsce do rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego przyczyniło się także wydane w 1981 r. krytyczne opracowanie „Dzienniczka” w jego oryginalnym kształcie. W połowie lat 80. nie było już diecezji, która by nie miała parafii pw. Miłosierdzia Bożego.
Akt zawierzenia
7 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.
„Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka. Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, Trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei” – modlił się wówczas Papież, powierzając cały świat Bożemu Miłosierdziu.
„Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat” – wyjaśniał, apelując, że „Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.
„To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!” – apelował.
Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.
Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca po pierwszych Nieszporach Niedzieli Miłosierdzia 2005 r.; uroczystości, którą sam ustanowił. Fakt ten wydaje się wymownym dopełnieniem roli, jaką odegrał w upowszechnieniu prawdy o Bogu bogatym w miłosierdzie. Prawdy przypomnianej za pośrednictwem prostej s. Faustyny, przy grobie której modlił się w młodości.
Łagiewniki i nie tylko
Dziś do sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie Łagiewnikach przybywa corocznie około 2,5 miliona pielgrzymów z Polski i wszystkich kontynentów. Szczególnie licznie sanktuarium odwiedzili młodzi podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku w Krakowie.
Jednym z owoców konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu w Krakowie, była decyzja o utworzeniu sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Wilnie, mieście, gdzie s. Faustyną doświadczyła większości swych objawień. Obecny na uroczystościach w Łagiewnikach metropolita wileński kard. Audrys Juozas Bačkis postanowił pracować nad ożywieniem kultu na całej Litwie.
Pierwszym krokiem miało być otwarcie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Kardynał wyremontował w tym celu kościół św. Trójcy w Wilnie, do którego przeniósł we wrześniu 2005 r. cudowny obraz Jezusa Miłosiernego. Obraz ten od czasów wojny, przez kilkadziesiąt lat ukrywany był w jednej z parafii na Białorusi, a do Wilna powrócił w 1987 r. i początkowo umieszczony został w należącym do miejscowych Polaków kościele Świętego Ducha.
Dziś w wileńskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia każdego dnia sprawowane są liturgie zarówno po litewsku jak i po polsku oraz w wielu innych językach. Przybywają tam pielgrzymki z całego świata.
W Polsce obok sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach kult Miłosierdzia Bożego szerzony jest również w kilku innych sanktuariach, to znaczy w Dolinie Miłosierdzia w Częstochowie, w Myśliborzu, w Ożarowie Mazowieckim, w Kaliszu, Płocku, Warszawie, w Białymstoku, w Świnicach Warckich.
Kult Bożego Miłosierdzia za granicą
We Włoszech główne miejsce szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego stanowi Centro della Divina Misericordia przy kościele Santo Spirito in Sassia w Rzymie w pobliżu Watykanu. Specyficzną formą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w tym kraju jest peregrynacja obrazu Jezusa Miłosiernego do parafii i wspólnot zakonnych, które tego pragną. Kilkudniowy pobyt obrazu Jezusa Miłosiernego w parafii lub wspólnocie kończy się zapoczątkowaniem odmawiania na stałe koronki do Miłosierdzia Bożego i Godziny Miłosierdzia.
W Niemczech od 1987 roku działa w Brilon Schwester Faustine Sekretariat, zajmujący się wydawaniem i dystrybucją obrazków, folderów i książek propagujących posłannictwo św. Siostry Faustyny i jej duchowość.
We Francji od zakończenia II wojny światowej kult Miłosierdzia Bożego szerzą księża pallotyni z ośrodka w Osny pod Paryżem. W 1993 roku wznowione zostało po 35 latach przerwy czasopismo pt. „Messager de la Misericorde Divine”. Kult Jezusa Miłosiernego sprawowany jest w około 100 kościołach, kaplicach i wspólnotach zakonnych we Francji.
W Portugalii szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego zajmuje się Apostolat Miłosierdzia Bożego z siedzibą w Balsamao. Oprócz Balsamao istnieje w Lizbonie ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego założony przez Stowarzyszenie Katolików Świeckich pod nazwą „Odnowić wszystko w Chrystusie”.
W Anglii i Irlandii istnieją liczne ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego prowadzone przez księży marianów, a także ludzi świeckich. Za przykład można podać Fawley Court w Henley-on-Thames w Anglii. Ośrodek ten rozwija działalność duszpasterską i wydawniczą.
W Czechach ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego w Brnie i innych miastach utrzymują kontakty z sanktuariami polskimi. Czciciele Miłosierdzia Bożego z Czech co roku licznie przybywają do sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach na święto Miłosierdzia.
Na Węgrzech główny ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego mieści się w Egerze, a osobą odpowiedzialną za kontakty i współpracę Episkopatu Węgier z sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach jest tamtejszy sufragan bp Istvan Katona.
Na Słowacji księża pallotyni budują w Spisska Nova Ves kościół pod wezwaniem Bożego Miłsoierdzia i od 1997 roku wydają czasopismo „Apostol Bozieho Molosrdenstva”.
W Szwecji od 1995 roku grupa czcicieli Miłosierdzia Bożego gromadzi się regularnie przy parafii Najświetszej Maryi Panny w Malmo. Podobne grupy działają w Boras i w Göteborgu.
Bardzo żywo kult miłosierdzia rozwija się od czasów II wojny światowej w Stanach Zjednoczonych. Obecnie w USA istnieje 75 sanktuariów Bożego Miłosierdzia, na czele z Narodowym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego Stanów Zjednoczonych w Stockbridge w stanie Massachusetts.
Kult, zapoczątkowany objawieniami św. Faustyny, jest bardzo rozpowszechniony także w Ameryce Południowej i Afryce, na Filipinach, Korei i Nowej Zelandii. W Australii działa Bractwo Miłosierdzia Bożego, które zrzesza ponad 5 tys. osób z 14 krajów. Bardzo prężnym ośrodkiem duszpasterskim i wydawniczym jest również kanadyjska wspólnota w Verdun, której członkowie troszczą się o ludzi zagubionych moralnie.
Czciciele Miłosierdzia Bożego zrzeszają się ponadto w dwóch międzynarodowych organizacjach: Stowarzyszeniu Apostołów Bożego Miłosierdzia „Faustinum”, które liczy ok. 5 tys. osób z ponad 40 krajów oraz w wielomilionowym Apostolskim Ruchu Bożego Miłosierdzia. W samych Stanach Zjednoczonych należy do niego ok. miliona osób.
Szerzeniem orędzia Miłosierdzia Bożego w szczególny sposób zajmuje się zgromadzenie Matki Bożej Miłosierdzia, do którego należała s. Faustyna oraz siostry Jezusa Miłosiernego – zgromadzenie założone przez kierownika duchowego i spowiednika s. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćkę.
KAI –Stacja7.pl
***
„Francuskie Łagiewniki”.
Słyszałeś o tym pięknym sanktuarium?
fot. Pack-Shot / Shutterstock
***
70 km od Paryża, w Dolinie Loary, znajduje się sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon. Można tu znaleźć liczne polskie akcenty. Obowiązkowy punkt do odwiedzenia podczas podróży po Francji!
Wielka łaska Bożego Miłosierdzia
Kult Bożego Miłosierdzia, w ołtarzu relikwie trojga wybitnych Polaków: św. Jana Pawła II, św. s. Faustyny oraz św. Stanisława, biskupa i męczennika, na czele wspólnoty polski rektor pallotyn ks. Adam Gałązka – choć mowa o sanktuarium w Gallardon we Francji, to jednak jest to miejsce, w którym polskie wątki są bardzo wyraźne. „Zapraszamy ludzi do korzystania z wielkiej łaski Bożego Miłosierdzia, regularnie trwamy w konfesjonale i czekamy na tych, którzy tej łaski doświadczają, a potem sami dzielą się wielką radością wolności i uzdrowienia” – powiedział ks. Gałązka, który w 2023 r. został następcą twórcy tego sanktuarium ks. kan. Dominiqe’a Auberta. Gallardon to niewielka miejscowość leżąca ok. 70 km na południowy zachód od Paryża, w Regionie Centralnym – Dolinie Loary we Francji. Znajduje się tu stosunkowo mało znane sanktuarium. Początki kultu Jezusa Miłosiernego w tym miejscu na szerszą skalę sięgają 2015 r., który został ustanowiony przez papieża Franciszka Rokiem Bożego Miłosierdzia.
fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC
***
Miejsce duchowego uzdrowienia
„Na początku sanktuarium niewiele mówiło wiernym, skąd wziął się słynny obraz ‘Jezu, ufam Tobie!’ i co oznacza przesłanie siostry Faustyny” – podkreślił ks. Adam Gałązka SAC. Znaczący wpływ na to miejsce miała wizyta ówczesnego rektora ks. Dominique’a Auberta w sanktuarium w Łagiewnikach. „Rektor nawiązał kontakty z siostrami Matki Bożej Miłosierdzia, zaczął wczytywać się w ‘Dzienniczek’ s. Faustyny” – opowiedział obecny polski rektor tego miejsca. Ówczesny metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz zachęcił ks. Auberta do szczególnego propagowania sakramentu pokuty i pojednania jako wyraźnego znaku Bożego Miłosierdzia. Do Gallardon sprowadzono też relikwie polskich świętych. „Gdy pojawiły się relikwie i obraz Jezusa Miłosiernego, zaczęły pojawiać się osoby, modlić się, wczytywać w przesłanie s. Faustyny i doświadczać wewnętrznego uzdrowienia” – zrelacjonował ks. Gałązka.
Pallotyni od Bożego Miłosierdzia
Zanim ks. Adam Gałązka trafił do Gallardon, trzy lata pracował w pallotyńskim Centrum Dialogu w Paryżu. W tym czasie kończący kadencję rektora sanktuarium w Gallardon ks. Aubert zwrócił się z prośbą do polskich pallotynów. „On wielokrotnie słyszał o charyzmacie pallotynów, dlatego właśnie nawiązał kontakt z naszym przełożonym, ks. Krzysztofem Hermanowiczem, który zgłosił się właśnie do mnie, czy byłbym zainteresowany taką nową posługą przy sanktuarium Bożego Miłosierdzia” – opowiedział ks. Adam Gałązka.
Przypomniał, że pallotyni we Francji znani są z działalności na polu Bożego Miłosierdzia. Pollotyńska regia (prowincja) we Francji nosi właśnie ten tytuł.
Już w czasach II wojny światowej polscy pallotyni we Francji propagowali Boże Miłosierdzie, m.in. odmawianie koronki, do czego zachęcał wiernych były rektor Polskiej Misji Katolickiej we Francji ks. Franciszek Cegiełka. „Doświadczył ocalenia z niemieckiego obozu w Dachau, jak sam o tym świadczył, dzięki zaufaniu Bożemu Miłosierdziu i odprawianiu koronki” – zaznaczył rozmówca Polskifr.fr. Ks. Gałązka przypomniał też postać innego pallotyna ks. Alojzego Misiaka, który na różne sposoby starał się propagować we Francji kult Miłosiernego Chrystusa.
„Czasem spotykam się z ciekawą reakcją ludzi, którzy znają już pallotynów jako propagatorów Miłosierdzia Bożego. Dziwią się, że s. Faustyna nie była pallotynką, tylko pochodziła z innego zgromadzenia” – powiedział z uśmiechem ks. Gałązka.
Głosić Miłosierdzie Boże na różne sposoby
Obraz Miłosierdzia Bożego ma dla Francuzów nieco inną wymowę niż dla Polaków, gdyż powstał w polskich realiach. „To nie przeszkadza w propagowaniu tego, co jest głębią, istotą samego Bożego Miłosierdzia, które w tej chwili jest propagowane już nie tylko przez pallotynów, w różnych miejscach, w różnych formach, poprzez różne ruchy kościelne” – podkreślił ks. Adam Gałązka. Jako przykład podał comiesięczne czuwania modlitewne w pierwsze piątki miesiąca prowadzone w bazylice Sacré-Cœur i kościele Saint-Sulpice, prowadzone przez Francuzkę polskiego pochodzenia Wiolettę Wawer.
fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC
***
Święto Miłosierdzia Bożego, które obchodziliśmy w tym roku 7 kwietnia, ustanowił św. Jan Paweł II, odpowiadając na prośbę Jezusa, który w przesłaniu do s. Faustyny wyraził takie życzenie. „W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” („Dzienniczek”, 699) – mówił Chrystus do polskiej zakonnicy. To święto otwiera w Polsce Tydzień Miłosierdzia.
ks. Adam Gałązka SAC/Aleteia.pl
***
„Dzienniczek” – dzieło w kooperacji Boga
i prostej kobiety
„Dzienniczek” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.
fot.Jacek Bednarczyk/ PAP
***
„Nie umiem pisać” – skarżyła się Jezusowi św. Faustyna. Ale posłuchała Go. Tak powstało dzieło uważane za perłę literatury mistycznej.
Zbliżała się połowa sierpnia 1935 roku. Siostra Faustyna odprawiała trzydniowe rekolekcje w klasztorze w Wilnie. Pierwszego dnia o godzinie dziesiątej kaznodzieja mówił o miłosierdziu Bożym i o dobroci Boga względem człowieka. W tej chwili zakonnica zobaczyła w ołtarzu Pana Jezusa w białej szacie. Zauważyła, że trzymał w ręku zeszyt, w którym notowała swoje przeżycia. „Podczas całej tej medytacji Jezus przekładał karty zeszytu i milczał, jednak serce moje znieść nie mogło żaru, który się w duszy mojej zapalił” – zapisała później. W pewnej chwili Zbawiciel powiedział do niej: „Nie wszystko napisałaś w tym zeszycie o dobroci Mojej ku ludziom; pragnę, ażebyś nic nie pominęła, pragnę, niech się ugruntuje serce twoje w zupełnym spokoju” (Dz. 459).
Sześć zeszytów
Gdy w czerwcu 1938 roku, trzy miesiące przed śmiercią, s. Faustyna kreśliła ostatnie słowa w „Dzienniczku”, świat stał u progu drugiej wojny światowej. Zawarte tam przesłanie o Bożym miłosierdziu było jak diagnoza i recepta dla każdego człowieka. „Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia Mojego” – mówił Jezus do zakonnicy (Dz. 699). Sześć zeszytów, zapisanych niewprawnym pismem – w oryginale pełnych błędów ortograficznych i stylistycznych – składa się na dzieło określane przez teologów jako perła literatury mistycznej. Stworzenie czegoś takiego bez pomocy łaski jest niemożliwe, tym bardziej że Faustyna ukończyła jedynie trzy klasy szkoły podstawowej.
Wiele fragmentów „Dzienniczka” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.
„Rozkosz mi sprawiają dusze, które się odwołują do mojego miłosierdzia. Takim duszom udzielam łask ponad ich życzenia. Nie mogę karać, choćby ktoś był największym grzesznikiem, jeżeli on się odwołuje do mej litości, ale usprawiedliwiam go w niezgłębionym i niezbadanym miłosierdziu swoim” – zapewnia Zbawiciel Faustynę, a poprzez nią świat. Na kartach „Dzienniczka” robi to bezustannie.
Sama święta wcale nie paliła się do pisania. „Mój Jezu, Ty widzisz, że dosyć nie umiem pisać, to jeszcze i pióra nawet dobrego nie mam, a nieraz to naprawdę tak mi się źle pisze, że po jednej literze muszę składać zdania” – skarżyła się Zbawicielowi. Do tego dochodził problem natury technicznej. „Notuję te niektóre rzeczy w sekrecie wobec sióstr, więc muszę nieraz co chwila zamykać zeszyt i cierpliwie wysłuchać opowiadania danej osoby, i czas, który miałam przeznaczony na pisanie, przeszedł, a nagłe zamykanie zeszytu – maże mi się. (…) Dziwna rzecz, że przecież nieraz pisze mi się możliwie, ale nieraz – to naprawdę sama ledwie przeczytam” – tłumaczyła.
Ważna uwaga: Faustyna pisała z nakazu swojego kierownika duchowego i spowiednika, ks. Michała Sopoćki. On sam w liście do władz zgromadzenia z 1972 roku tak wyjaśniał okoliczności owej decyzji: „Byłem wówczas profesorem w Seminarium Duchownym i na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Nie miałem czasu wysłuchiwać jej długich zwierzeń w konfesjonale, poleciłem jej spisać je w zeszycie i podawać mi je od czasu do czasu do przejrzenia. Stąd powstał »Dzienniczek«”.
Napisz wszystko
Choć Faustyna była wzorem posłuszeństwa, nie ustrzegła się błędu. Pewnego razu, gdy jej spowiednik wyjechał na kilka tygodni do Ziemi Świętej, dała się zwieść postaci, którą błędnie wzięła za anioła. „Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości” – przekonywała zjawa. Tłumaczyła, że pisanie jest stratą czasu. Gdy widzenie się powtórzyło, Faustyna spełniła żądanie i spaliła prowadzone zapiski. „Kazałem jej za pokutę odpisać treść zniszczoną, a tymczasem następowały nowe przeżycia, które ona notowała, przeplatając wspomnieniami ze spalonego zeszytu. Stąd w jej »Dzienniczku« nie ma porządku chronologicznego” – wyjaśniał później ks. Sopoćko.
Sam Jezus, objawiając się Faustynie, wiele razy podkreślał, jak ważny jest „Dzienniczek” w jego planach. „Twoim zadaniem jest napisać wszystko, co ci daję poznać o Moim miłosierdziu dla pożytku dusz, które czytając te pisma, doznają w duszy pocieszenia i nabiorą odwagi zbliżać się do Mnie” – mówił, zaznaczając, że święta powinna wszystkie chwile wolne poświęcić pisaniu. Wielokrotnie też motywował Faustynę do kontynuowania zapisków. „Dziś nie miałam chęci do pisania – wtem usłyszałam głos w duszy: Córko Moja, nie żyjesz dla siebie, ale dla dusz, pisz dla ich pożytku. Wiesz, że wolę Moją co do pisania to już ci tyle razy potwierdzili spowiednicy” – zanotowała święta.
Nie zniechęcaj się
Chodzi więc o pożytek dusz, jaki odnoszą one dzięki lekturze „Dzienniczka”, a ten jest niezaprzeczalny. Wielu czytelników od lat zaświadcza, jak wiele dobra przyniosła im lektura zapisków św. Faustyny. Do najnowszych świadectw zaliczyć można m.in. entuzjastyczne komentarze, umieszczane pod kolejnymi odcinkami podkastu Zeszyty Miłości Pełne. Prowadzi go na platformie YouTube siostra Gaudia Skass, rzeczniczka Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. – Tam jest istny wylew wdzięczności i miłości. Ludzie piszą, jak ich „Dzienniczek” porusza i inspiruje – wyjaśnia.
Siostra czyta w podkaście kolejne fragmenty „Dzienniczka” (docelowo „od deski do deski”), komentując je i objaśniając trudne miejsca. Bo i to trzeba powiedzieć, że nie jest to lektura łatwa. Wielu się zniechęca, niektórzy odczuwają nawet strach, czytając o skutkach grzechów, o odpowiedzialności za swoje czyny i o piekle. – Coraz częściej spotykałam się z takimi opiniami. Serce mnie bolało, kiedy słyszałam o ludziach, którzy odkładają „Dzienniczek” po pierwszych fragmentach. Było mi strasznie przykro, bo ta książka dała mi tak wiele… Znam ludzi na całym świecie, których życie zmieniło się o 180 stopni przez lekturę „Dzienniczka” – opowiada s. Gaudia.
Wyjaśnia, że właśnie ta świadomość nasunęła jej myśl o stworzeniu podkastu. – Oczywiście w „Dzienniczku” jest o grzechu i o jego konsekwencjach, ale jeśli ktoś czyta Ewangelię selektywnie, też może uznać, że jest przerażająca. Gdy Jezus mówi tylko „biada, biada, biada”, to nie brzmi to jak dobra nowina. Jeśli się czyta selektywnie „Dzienniczek”, będzie to samo, bo tam, podobnie jak w Ewangelii, jest i opowieść o wielkiej miłości Boga, i przestroga przed konsekwencjami grzechów. Po prostu trzeba czytać całość – doradza s. Gaudia. Zwraca uwagę, że ze stron „Dzienniczka” wylewa się dużo więcej miłości niż przestróg, a te drugie muszą być odczytywane, podobnie jak Jezusowe „biada”, jako troska o ludzkie zbawienie. – W związku z tym Jezus nie może nam mówić tylko: „Kocham was, róbcie, co chcecie”. Z miłości przestrzega nas przed konsekwencjami grzechu, który jest naprawdę niszczący. Kościół katolicki przecież także uczy, że jest grzech, a jego skutki mogą sięgać wieczności. Nie można po Faustynie spodziewać się czegoś innego – żeby ona tam napisała tylko o słodyczach nieba, które osiąga się bez względu na to, jakie prowadziło się życie – zauważa siostra.
Trudności w lekturze „Dzienniczka” mogą brać się także z faktu, że powstał on, bądź co bądź, w innej epoce, a do tego w obcym większości odbiorców środowisku zakonnym. – Trzeba pamiętać, że Faustyna pisze w pierwszej połowie XX wieku, przed Soborem Watykańskim II. Dobrze jest znać charakterystykę tamtych czasów, bo jest tam trochę wątków dziś już niezrozumiałych, zdecydowanie wymagających wyjaśnienia. Natomiast w tym, co w „Dzienniczku” jest wyakcentowane pogrubioną czcionką, czyli w słowach Jezusa, nie ma nic, co byłoby związane tylko z tamtym czasem. Jezus wypowiada się bardzo uniwersalnie – choć mówi językiem Faustyny. To jest Jego piękna subtelność, że gdy się z nami komunikuje, mówi do nas naszym językiem, dostosowuje się. Choć dla nas, czytających zapiski Faustyny, stanowi to pewne wyzwanie – podkreśla s. Gaudia. To wszystko rzeczniczka zgromadzenia bardzo szczegółowo i przystępnie wyjaśnia w podkaście. – Widzę, że to działa. Wielu ludzi pisze, że kiedyś zeszyty Faustyny były dla nich zbyt wymagające, a teraz mówią na przykład: „Aż się boję, że ten »Dzienniczek« się kiedyś skończy. Co wtedy zrobię?” – śmieje się.
Owoc posłuszeństwa
Uniwersalność zawartego w „Dzienniczku” przesłania o miłosierdziu Bożym potwierdza sama popularność tej pozycji. Żadna polska książka nie jest tak znana na świecie i tak często tłumaczona na języki obce. Ogólny nakład, w jakim rozchodzi się „Dzienniczek”, jest nie do oszacowania, zwłaszcza że do wersji drukowanej należy dziś doliczyć obfite korzystanie z wersji elektronicznych. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie posłuszeństwo prostej zakonnicy, którą Bóg posłużył się dla przekonania ludzkości o swoim niezgłębionym miłosierdziu.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Należał do najbogatszych w Polsce, gdy trafił na „Dzienniczek”: prezes prezesów rozłożony na łopatki
Anna Kaczmarz/Dziennik Polski/Polska Press/East News | HistoryIsResearch/Wikipedia | CC BY-SA 4.0
***
Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając „Dzienniczek”, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku.
Z Romanem Kluską – przedsiębiorcą, twórcą i byłym prezesem firmy Optimus, współtwórcą portalu Onet.pl, w latach 90. jednym z najbogatszych Polaków, niesłusznie oskarżonym o wyłudzenie 30 mln złotych podatku VAT; obecnie – właścicielem firmy produkującej zdrową żywność Prawdziwe Jedzenie, hodowcą owiec – rozmawia Małgorzata Bilska.
Rozum i wiara
Małgorzata Bilska: Rozum jest darem Boga, choć nie zawsze wiemy, jak go używać. Do czego w istocie służy?
Roman Kluska: Jesteśmy istotami rozumnymi, stworzonymi na wzór i podobieństwo Pana Boga. Rozum służy do tego, aby poznawać Go, wielbić; uczyć się i doskonalić. Korzystać z niego w każdej możliwej dziedzinie. Abyśmy z każdym dniem byli lepsi.
Od czasu oświecenia drogi rozumu i wiary jakby się rozjechały. Rozum kojarzy się z naukowym racjonalizmem, w opozycji do religii. Do czego przydaje się w wierze?
Nie rozłączałbym tych rzeczywistości. Wiara jest silnie wspomagana przez naukę, a nauka – przez wiarę… Jest to nierozłączna całość. Stanowi o pełni człowieczeństwa. Nie wyobrażam sobie ich rozdzielenia, będziemy wtedy błądzić.
Na poparcie tej tezy mam dziesiątki, jeżeli nie setki spotkań z wybitnymi ludźmi nauki, głównie z obszaru nauk ścisłych (matematykami, fizykami, astronomami, chemikami, biologami itd.). Kiedy siedziałem z nimi wieczorem przy kolacji, prowadziłem z nimi dyskusje, często mówili, że nic tak nie umacnia wiary jak nauka.
Prowadząc badania, rozkoszują się wielkością Stwórcy. Jego doskonałością. Wielkością – niepojętą dla nas. Im więcej wiedzą, tym większy czują zachwyt na dziełem stworzenia; nad Autorem.
Im więcej ktoś wie, tym jest bardziej pokorny.
Panu pokory troszkę brakowało przed spotkaniem Boga. Jak pan sam opowiada, dlatego że jest pan wybitnie inteligentny, co potwierdzają testy i badania. Tak było do wypadku?
To nie całkiem tak. Już od szkoły średniej prowadziłem dyskusje z kolegami (myślącymi), poszukując odpowiedzi na pytanie: Jestem przypadkowym produktem ewolucji czy zostałem stworzony przez Stwórcę? Próbowaliśmy to zgłębić rozumem.
Jako „licealne szczeniaczki”, potem studenci, prowadziliśmy „dyskusje akademickie”, które wielkiego śladu po sobie nie zostawiły. Ale nabrałem takiego nawyku. Przez całe życie, jak miałem chwilkę i wpadła mi w ręce jakaś wybitna publikacja, próbowałem uzyskać odpowiedź na to pytanie.
Po przeczytaniu wielu książek pewności nie miałem, ale doświadczenia innych są pomocne. Jeśli książka jest zrobiona pięknie i godnie – to znaczy rzetelnie. Mając do czynienia z osobą poszukującą, z rozumem, który nie kombinuje, lecz szuka prawdy, mogę po lekturze zajść nawet dalej niż sam autor.
Przez całe życie szukałem odpowiedzi. Była to jednak tylko wiedza, wynik aktywności rozumu. I tu dochodzimy do sedna problemu, który pani postawiła. Rozum czy wiara? W poznaniu naukowym (tak to nazwijmy) posuwałem się do przodu…
Na gruncie teorii.
Tak, argumentów czysto rozumowych. Z dziedziny filozofii, nauk ścisłych itd. Moja wiedza była „sucha”, jak nauka matematyki. Przełomem stało się moje cierpienie. Pozwoliło mi na osobiste przeżycie Dzienniczkasiostry Faustyny.
Wypadek i siostra Faustyna
Złamał pan nogę na nartach?
Gorzej. Byłem człowiekiem bardzo zapracowanym. Nie miałem czasu pójść na narty w dzień, bo musiałbym przestać pracować (śmiech). A co gorsze, za dnia były długie kolejki do wyciągów.
Była niedziela, ale ja nie mogłem sobie pozwolić na takie marnotrawstwo czasu. Gdyby można było rano zjechać 10 razy w ciągu godziny i wrócić, to bym tak zrobił! Ale godzinę stać w kolejce, żeby raz zjechać? To się nie mieściło w mojej racjonalności.
Poszedłem na narty, jak zrobiło się ciemno. Wtedy stoki były: raz – bardzo słabo oświetlone, a dwa – o ratrakach nikomu się nie śniło. Choć to był kurort – Krynica.
Jechałem po ciemku. Skończyło się zerwaniem zaczepu ścięgna Achillesa. Unieruchomiło mnie to w łóżku na długo. Jako człowiek pracy szybko zresztą odkryłem, że z niego można pracować. Korzystając z telefonu (internetu nie było), zarządzałem „imperium”.
Jest pan więc prekursorem zdalnego zarządzania…
(Śmiech) Można tak powiedzieć. Było mi o tyle łatwiej niż w pandemii, że wszyscy inni byli na stanowiskach. Miałem pod sobą około 30 przedsiębiorstw. Byłem szefem szefów i nikt nie dyskutował, jak dzwoniłem. Nieważne, o której godzinie.
Dopóki ludzie byli pracy, gdzieś do 20.00, byłem zajęty. Tylko co potem? Nie potrafię nic nie robić. Pewnego wieczoru zostałem w domu sam, nie mogąc ruszyć się nawet po gazetę czy pilot od telewizora.
Tortura.
Jedyną pozycją, która leżała w zasięgu ręki, były fragmenty Dzienniczka siostry Faustyny. Dziś wiem, że to nie był przypadek.
Żona zostawiła?
Teściowa dostała tę książeczkę w Tarnowie w kościele, przywiozła, a żona położyła ją przy moim łóżku. Leżała aż do tamtego wieczora.
Nie sięgnął pan po nią wcześniej.
Autorka miała ukończone 3 klasy szkoły podstawowej…
Żaden z niej partner do debat naukowych.
A jej wykład jest tak logiczny! Byłem przyzwyczajony do tego, że niemal każdego z moich zastępców, prezesów podległych firm, bez problemu łapałem na niekonsekwencjach czy braku logiki. Wyłapywałem wszystkie uchyłki czyichś umysłów.
Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając Dzienniczek, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Tam nie ma żadnej niekonsekwencji wewnętrznej. Jest logiczna do bólu.
Uznałem, że nie mogła tego sama napisać, naprawdę jest sekretarką Pana Jezusa. Nie byłaby w stanie zrobić spójnego wykładu na 600 stron książki o tym, jak powinniśmy żyć. Co jest dobre, a co złe. W zakonie była mniszką drugiego chóru, na pewno też nikt jej nie pomógł.
Trzeba uznać, posługując się rozumem, że podyktował jej to Pan Jezus. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku, przekazane językiem XX wieku. Tekst nie wymaga tłumaczenia, jak Biblia. Tyle skarbów w jednym!
Inwestycja w poznanie Stwórcy
Jak to na pana wpłynęło?
Zachwyciłem się Panem Bogiem. Jego doskonałością w każdym wymiarze.
Mam wrażenie, że pan lubi pojedynki intelektualne i nie tyle nie złapał na braku logiki siostry Faustyny, co spotkał Boga – Arcymistrza logiki…
Może pani to nazwała po imieniu. Po prostu to było tak piękne, wspaniałe, doskonałe, a równocześnie budujące. I takie konsekwentne!
Bóg mówi człowiekowi: Masz do wyboru moją nieskończoną miłość miłosierną lub moją sprawiedliwość. Wszystko zależy od ciebie. Jesteś wolny! Wybieraj. Wreszcie poczułem, co to znaczy być człowiekiem wolnym… Mam prawo wyboru.
Przeszedł pan długą drogę od wiedzy o Bogu do osobistej relacji z Nim. Jak ją budować?
To jest trudne. Nie mogę być tu ani mistrzem, ani nauczycielem… Jestem marnością, jak my wszyscy. Mogę tylko powiedzieć, że kluczem do relacji jest chyba (mówiąc moim językiem biznesu) inwestycja w poznanie Stwórcy. Jak mogę mieć relację z kimś, kogo nie znam?
Możliwości poznania jest wiele: Biblia, objawienia publiczne i prywatne, modlitwa, teologia. Muszę to potem sam rozważyć, rozumem i sercem. Wiedza to za mało. A następnie zacząć się rozkoszować Jego doskonałą Miłością. Wielkością. Wszechmocą. Musi przyjść zachwyt, a zarazem pokora.
Dopiero gdy poczuję zachwyt, uznając przy tym w pokorze własną marność (to warunek konieczny), może się utworzyć jakaś relacja.
Pana doświadczenie religijne jest zgodne z wiedzą z religioznawstwa. Według Rudolfa Otto są dwa wymiary doświadczenia sacrum: mysterium fascinans i mysterium tremendum. Przed Bogiem czujemy jednocześnie zachwyt i trwogę.
Muszę coś dodać do kwestii miłosierdzia Bożego. Ono nie jest za darmo. Na przeogromną miłość, jaką Bóg nam ofiarował, musimy odpowiedzieć równie silnym zaufaniem. Nawet w naszej marności możemy je z siebie wykrzesać.
W dzisiejszych czasach to jest trudne. Tu się wali, tam pali, a tam – gotuje. Nasz świat wygląda zupełnie inaczej, niż byśmy chcieli. A my musimy – w pokorze – okazać Bogu zaufanie. Do tego dodać jeszcze jakość życia.
Nie mogę iść do Pana, który jest doskonałością, będąc brudnym od grzechów. Bez spowiedzi. Miłosierdzie nie polega na tym, że Bóg jest dobry i można robić, co się chce. To absurd.
Jak mówić „Jezu, ufam Tobie”, skoro spada zaufanie do Kościoła?
To już inny problem. Mnie jest łatwiej, bo jestem człowiekiem starszej daty. Wiem, czym był komunizm i jakimi metodami, jak perfidnie ideologowie niszczyli kapłanów. To była tak ogromna maszyna do niszczenia Kościoła, że konsekwencje są do dzisiaj.
Polski Kościół był niszczony w konfrontacji z realnym socjalizmem, co skutkuje jakością ludzi. Trzeba mu więcej wybaczyć. Nie patrzeć tylko z perspektywy ideału, jaki być powinien.
Czytając „Dzienniczek” krok po kroku będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat i na nasze poruszenia wewnętrzne. Będziemy uczyć się ich interpretacji i rozumienia. Jego lektura może pomóc nam nauczyć się komunikacji z Panem Bogiem i rozumieć jakim językiem komunikuje się z nami – mówi s. Gaudia Skass z podcaście „Zeszyty Miłości Pełne”. W pierwszym odcinku czytany jest „Dzienniczek” w punktach 1-16.
Jak piszą siostry „Dzienniczek” będą czytać od deski do deski, a s. Gaudia będzie pomagać zrozumieć czasem niełatwe treści i odkryć w nich ważne inspiracje na naszą osobistą drogę.
„Celem tej serii nie jest wyjaśnienie wszystkich wątków z „Dzienniczka”, bo seria ta mogłaby trwać dłużej niż życie tych, którzy ją nagrywają. Będziemy się skupiać się na wyszukiwaniu w faustynowych treściach tego, co dla nas najważniejsze, czego możemy się od niej nauczyć i co Jezus chce nam powiedzieć przez jej doświadczenie” – piszą siostry.
– Jest niesamowite, że na trzech stronach siostra Faustyna zdołała opisać 20 lat swojego życia. Pisze o momentach, w których opisuje, jak Bóg dał jej poznać, jak bardzo ją kocha. Opisuje to, co najistotniejsze, momenty, który mają dać zrozumieć jej dalszą historię, jak Pan Bóg ją prowadził i jak doprowadził do momentu, gdzie dzieją się te wszystkie trudne rzeczy w jej życiu. Jak spotykanie Pana Boga i widzenie Pana Boga – mówi w komentarzu s. Gaudia.
Do czego może nas to zainspirować?
– Może byśmy zobaczyli, jak Pan Bóg nas prowadzi. Może teraz na początku roku jest taki dobry moment, żeby spojrzeć wstecz i dostrzec to Boże prowadzenie. By zobaczyć to, że On był zawsze w twoim życiu, że się z tobą komunikował. Przypomnieć sobie momenty jakieś szczególnej łaski, szczególnych spotkań z Panem Bogiem. Być może wkładałeś jakieś poruszenia serca do szuflady, myśląc ze coś ci się wydawało. A może to jednak jest coś istotnego – zachęca.
– Czytanie „Dzienniczka” jest tez po to, żebyśmy się nauczyli komunikacji z Panem Bogiem. Nauczyli się odczytywać i rozumieć Jego język – mówi.
I podkreśla: – Rozumieć to, co chce nam powiedzieć i w jaki sposób się z nami komunikuje. I będziemy się tego uczyć krok po kroku. Czytając „Dzienniczek” siostry Faustyny będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat, na nasze duchowe poruszenia i będziemy się uczyć ich interpretacji i rozumienia ich.
– Siostra Faustyna mówi o tym, że pierwsze poruszenie zewnętrzne, kiedy Pan Bóg ją do czegoś zapraszał działo się w wieku 7 lat. (…) Kiedy jej rodzice, choć pobożni ludzie, nie zgadzają się jednak, by wstąpiła do zakonu, Helena zaczyna żyć tak, żeby o Panu Bogu nie myśleć, zagłuszyć się rozrywkami – mówi zakonnica.
– Jest to naprawdę bardzo wartościowe, że możemy zobaczyć czyją drogę rozwoju – dodaje.
Wiele znaków zapytania i niepewności
– Siostra Faustyna opisuje dużo szczegółów swojej drogi z Bogiem, rozwoju swojej duchowości. Opisuje, jak wszystko zaczyna się od wielu znaków zapytania i niepewności. Nie wie, czy dobrze rozumie, ale Pan Bóg daje jej dużo zrozumienia przez wiele dróg. Ale jedną taką najważniejszą jest powiedzenie tego, co jej dzieje się w jej duszy poprzez kapłana, który jest jej kierownikiem duchowym – mówi siostra Gaudia.
Pierwsze widzenie Boga na balu w Łodzi
I dodaje: – Takim apogeum zagłuszania swojego wewnętrznego głosu jest bal, na który idzie w centrum Łodzi. I to jest genialny moment w jej historii, co trzeba podkreślić, bo to jest ten pierwszy raz, kiedy Helena Pana Boga zobaczy realnie jako człowieka, nie pod postacią Hostii, gdzie jej ukryty. I to jest właśnie na imprezie. To burzy wiele naszych schematów, dotyczących naszej pobożności i tego, jak Pan Bóg może się z nami komunikować – że będzie się to działo tylko w miejscach bardzo świętych, tylko na kolanach, na modlitwie.
– Nie. Pierwsze objawienie, które ma siostra Faustyna pokazuje nam jasno, że Pan Bóg bardzo lubi z nami spędzać codzienność. Nigdy nie wiesz, kiedy przyjdzie moment szczególnej łaski, szczególnego spotkania z Nim. Moment szczególnej komunikacji z Nim może być momentem najgorszego upadku, kiedy Pan Bóg stanie się szczególnie bliski – dodaje s. Gaudia.
s. Gaudia Skass ZMBM /Deon.pl
***
S. Gaudia Skass ZMBM:
Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca
fot. Roman Koszowski/ Gość Niedzielny
***
S. Gaudia Skass pochodzi z Warszawy, gdzie ukończyła studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Po studiach wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Obecnie głosi Boże Miłosierdzie głównie w mediach, prowadząc przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim”.
O „Blisko Rahamim”, malowaniu i rezygnacji z niego mówi s. Gaudia Skass.
Barbara Gruszka-Zych: Jak się Siostra czuje jako dziewczyna z plakatu?
S. Gaudia Skass: Znoszę to z przymrużeniem oka. Wersję z moją twarzą siostry wydrukowały tylko do naszego biura. W innych miejscach plakat reklamujący naszą przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim” zdobi tylko miniaturka naszego pierwszego podcastu.
Zwykle zakonnice usuwają się na drugi plan, a Siostra jest na pierwszym – Wasz kanał oglądają dziesiątki tysięcy zainteresowanych.
Pewnie zachęca ich właśnie nasza normalność, czyli to, że my, jego realizatorzy, nie przejmujemy się kamerą, a skupiamy się na przekazie treści o miłosiernym Bogu. Ludzie doceniają to, że szukamy nowych dróg, by do nich dotrzeć. Szczególnie zależy nam na młodszym pokoleniu, na tych, którzy częściej są w sieci niż w kościele.
Nikt Siostrze nie wypomina, że jest za bardzo medialna?
Rzadko się to zdarza. To dzieło całego naszego zgromadzenia, nawet siostry z innych zgromadzeń mi za nie dziękują. Cieszą się, że odważyłam się na to medialne działanie, a tym samym zmieniam funkcjonujący gdzieś jeszcze fałszywy obraz siostry zakonnej. Rozmawiam z wieloma z nich i wiem, że nie jestem odosobniona w tym, jak żyję i myślę, więc często, mówiąc o miłosierdziu, zamiast zaimka „ja” używam „my”.
Jaka jest ta miłość miłosierna, o której Siostra mówi?
Mam zamiar mówić o tym do skończenia świata lub jak długo Pan Bóg da. Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca. To Bóg, który naprawdę przyjmuje nas takimi, jacy jesteśmy, który otwiera się na człowieka w jego biedzie, słabości, poranieniu. On jest Miłością, która jest gotowa przebaczyć największy grzech. Ale w przyjęciu jej często przeszkadza nam głęboka nieufność, która podpowiada, że akurat takich grzechów jak nasze przebaczyć się nie da. Często zamęczamy się, zmagając się z własnymi historiami przewinień i zaniedbań. Jest też druga skrajność, w którą zdarza się nam wpadać – dziwnie dobrotliwe wyobrażenie miłosiernego Boga, który jakby niedowidział, niedosłyszał. On przypomina takiego dziadzia, który zawsze nas pogłaszcze po głowie, bez względu na to, co przed chwilą zrobiliśmy. To niebezpieczna optyka, bo ktoś tak odbierający Boga przestaje uważać, że jego codzienne wybory są ważne. Myśli, że cokolwiek zrobi, wszystko zostanie mu wybaczone.
To jak się powinno patrzeć na Pana Boga?
Bardzo lubię Jego symboliczny obraz stworzony przez Clive’a Staplesa Lewisa w „Opowieściach z Narnii”. Chrystus ukazany jest tam pod symbolem lwa, potężnego, majestatycznego króla Narnii – dobrego, ale jednocześnie groźnego, a zarazem nieuchwytnego, nieobliczalnego. I choć jest nieprzewidywalny, to jednocześnie wiemy, że cokolwiek zrobi, będzie to dobre. Bo Bóg jest miłością i miłosierdziem.
Wielu kwestionuje miłosierdzie Boga, kiedy spotyka ich cierpienie.
Rozumiem reakcje doświadczonych przez życie osób. Naprawdę trzeba ogromnej dojrzałości duchowej, by w pierwszej chwili zareagować inaczej. Ale są też tacy, którzy z lubością obwiniają Boga o całe cierpienie tego świata, sami nie poczuwając się do żadnej odpowiedzialności. Wydaje mi się, że może to być ich nieuświadomiony sposób radzenia sobie z poczuciem winy. W komentarzach na naszym kanale regularnie pojawiają się te same oskarżenia wobec Boga. Padają pytania: „Czemu milczał, kiedy mordowano ludzi w Oświęcimiu?” czy „Gdzie jest, kiedy dzieci umierają na raka?”. I wiele podobnych.
Co Siostra wtedy odpisuje?
Staram się usłyszeć każdą osobę, bo przeczuwam, że za takim komentarzem stoi osobista historia czyjegoś bólu. Jeśli widzę, że ktoś chce dociec prawdy, wówczas istnieje szansa, żeby dojść do jakiegoś dobra. Myślę, że wielu z nas nie pojmuje tajemnicy Boga Wszechmogącego i Miłosiernego. Jakoś nie łączy się nam to w głowie z tym, że cierpimy z powodu konsekwencji każdego grzechu. Wielu, niestety, nie podejmuje takiej refleksji, ale to my, siostry, mamy prowokować do myślenia, do zadawania niewygodnych pytań. Kiedyś zajmowałam się w sanktuarium korespondencją z anglojęzycznymi pielgrzymami. Pewna pani z Irlandii po powrocie z Łagiewnik napisała do nas list z pretensjami, jak możemy głosić, że Bóg jest taki dobry, skoro dopuszcza tyle cierpienia. Wyjawiła w nim tak trudną historię swojego życia, że po jej przeczytaniu czułam się kompletnie bezradna.
Poradziła jej Siostra coś?
Byłam dopiero dwa lata po ślubach, dlatego poszłam po mądrość do jednej z naszych starszych sióstr. Usłyszałam od niej radę, która do dziś brzmi w moich uszach: „Odpisz jej jedno – »Zachęcam cię do adoracji krzyża Jezusa Chrystusa«”. Tylko tyle. Ale to było bardzo mocne. Kiedy od tej pani otrzymałam kolejny list, było w nim o połowę mniej goryczy. Myślę, że my, ludzie, od dawna mamy problem, który dobrze widać na przykładzie narodu izraelskiego w czasach Jezusa. Oni wtedy oczekiwali, że przyjdzie Mesjasz, który naprawi świat według ich ludzkiej logiki. My też chcemy, żeby przyszedł Bóg, który wszystko po naszemu naprawi. A tu przychodzi Jezus, który naprawia po swojemu – wchodzi w sam środek naszego cierpienia, dzieli je z nami i umiera za nas na krzyżu.
A my chcemy Boga, którego sobie wymyśliliśmy.
Jeżeli okazałby się taki, jak chcemy, to bylibyśmy głęboko rozczarowani.
Cała nasza wiara jest zbudowana z paradoksów i zdziwienia nimi. Siostra Faustyna też musiała budzić zdziwienie. Jak Siostra na nią trafiła?
Trafiłam najpierw na Jezusa, o którym ona pisze. Zaczęłam zaglądać do jej „Dzienniczka”, który leżał na wierzchu w moim domu. Kupiła go moja mama. Błogosławię Boga za mamy, które kupują dobre książki!
Co Siostrę do niego przyciągnęło?
Moc słów Jezusa, Jego wielka miłość i to, że tak po prostu rozmawia z kobietą żyjącą w XX wieku, i to Polką!
Nie miała Siostra pokusy, by pomyśleć, że te duchowe rozmowy s. Faustyny to jakiś odlot?
Wtedy otrzymałam szczególną łaskę, bo zwykle bardzo sceptycznie podchodzę do objawień prywatnych. Specjaliści mówią, że 90 proc. tzw. objawień zewnętrznych to wynik zaburzeń psychicznych lub działań złego ducha. U Faustyny bardzo mnie ujęło to, że sama sobie nie dowierzała, że szczerze szukała prawdy i była gotowa zanegować wszystko, co widziała i słyszała, jeśli Kościół tego nie potwierdzi.
Kiedy Siostra poznawała św. Faustynę, sama była studentką ASP. Zwykle artyści bywają mocno zapatrzeni w siebie.
Rzeczywiście, na studiach kładziono duży nacisk na to, by się wyróżniać. Jednocześnie byliśmy zachęcani, by odkrywać, co chcemy dać światu przez naszą sztukę. Wstępując do zgromadzenia, wiedziałam, że przestanę malować. To była moja świadoma rezygnacja.
A co Siostra malowała na uczelni?
Na ostatnim roku zdecydowałam się na szaleństwo i namalowałam dwadzieścia tajemnic Różańca. Zrobiłam z tego dyplom, przekonana, że muszę zająć się czymś istotnym, bo na dyplom poświęca się przecież minimum rok życia.
A w którym momencie zdecydowała się Siostra wstąpić do klasztoru?
Trzy tygodnie po obronie dyplomu. Chwila wstąpienia była jednocześnie bardzo trudna i bardzo łatwa. Czułam, że niesie mnie jakaś szczególna łaska, bo o własnych siłach nie byłabym w stanie tego zrobić. Potem przeczytałam, że św. Teresa Wielka podobnie przeżyła czas swojego wstąpienia do zakonu.
Wybierając życie zakonne, umiera się dla tego świata?
W czasach s. Faustyny podczas ślubów wieczystych, gdy śpiewana była Litania do Wszystkich Świętych, siostry kładły się krzyżem na ziemi i były przykrywane czarnym kirem z wyszytym na nim białym krzyżem. To był znak, że umierają dla tego świata.
Siostry nie nakryto kirem.
Nie ma już tego zwyczaju, ale czułam, że decyduję się na szczególną drogę świadomego umierania. Litania do Wszystkich Świętych była moim autentycznym wołaniem o pomoc całego nieba, bo mam świadomość własnych słabości.
Jak sobie Siostra z nimi radzi?
Po prostu oddaję je Bogu i nieustannie proszę Go o pomoc. Kilku świętym też się codziennie przypominam.
A co z życiem, z którego Siostra zrezygnowała – dziećmi, mężem?
To jest wielkie dobro, z którego można zrezygnować tylko wtedy, gdy się ma powołanie do innej formy życia. Powołaniu towarzyszy specjalna łaska, której autentycznie doświadczam, co nie znaczy, że łatwo jest żyć ślubami. One stanowią wyzwanie. Dla mnie zawsze najważniejszy był ślub czystości, przez który Jezusa stawiamy w centrum naszego serca, myśli, pragnień, wysiłków. Kiedyś, gdy słyszałam te słowa z Ewangelii: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”, czułam wyrzuty sumienia, że ja tak nie potrafię, myślałam, że to za wysoko podniesiona poprzeczka. Ale potem usłyszałam te słowa jako obietnicę. Ucieszyłam się, że Bóg mi obiecuje, że mnie do takiej miłości doprowadzi!
Pomaga Siostrze to, że jest zakonnicą w Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia?
Dla mnie ważne jest, że zgromadzenie, do którego należę, skupia się na tym, co najistotniejsze w sercu Kościoła, czyli na Bożym miłosierdziu. Mój wybór przypieczętowały słowa papieża Jana Pawła II, które skierował do sióstr w Łagiewnikach w 1997 roku: „Dzisiejszy człowiek potrzebuje waszego głoszenia miłosierdzia; potrzebuje waszych dzieł miłosierdzia i potrzebuje waszej modlitwy o miłosierdzie”. W tym zdaniu ujął całe nasze życie apostolskie, bo to są trzy filary tego, co robimy w Kościele.
Na swoim kanale czyta Siostra codziennie „Dzienniczek”.
Bardzo się cieszę, że od niedawna mogę to robić z tysiącami osób z różnych zakątków świata! Wraz z początkiem roku wystartowaliśmy z nowym podcastem, zatytułowanym „Zeszyty miłości pełne”, w którym czytam i komentuję zapiski św. Faustyny. Do komentowania zapraszam również moje siostry i specjalnych gości. Ten podcast naprawdę wywołuje duże poruszenie. Nigdy w życiu nie czytałam tak wielu pięknych e-maili, wiadomości, komentarzy. Ewidentnie widać w tym projekcie działanie Boga!
A Koronkę do Bożego Miłosierdzia często Siostra odmawia?
Przede wszystkim staram się ją odmawiać z zaangażowaniem serca, skupiając się na Bogu Ojcu, który patrzy na mnie i na wszystkich nas, biednych grzeszników, przez rany swojego Syna. To jest wstrząsający obraz! Dlatego też serce Ojca jest nim głęboko poruszone. Bóg sam obiecał przez św. Faustynę naprawdę wielkie łaski dla tych, którzy będą się modlić koronką. Poza obietnicą dawania nam wszystkiego, o co Go prosić będziemy, oczywiście jeśli to będzie zgodne z Jego wolą, czyli naprawdę dobre, obiecał, że „Chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie Moje. Niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają Mojemu miłosierdziu”.
Gość NIedzielny
***
Dużo światła. I zaufania
Miała na imię Miriam, siedziała w półmroku wejścia do bazyliki Bożego Grobu, trzymała w ręce różaniec. Siedziałem tam i ja.
Oboje patrzyliśmy na przechodzących ludzi, z których część padała na kolana przy płycie ociekającej niesamowicie pachnącym olejkiem. W pewnej chwili spojrzeliśmy na siebie, a ona wyciągnęła z torebki niewielki obrazek z Jezusem Miłosiernym i podpisem w języku arabskim. Była Palestynką, chrześcijanką. Podała mi obrazek, na co zareagowałem radością i słowami: „Mam taki, ale z podpisem po polsku”. Uśmiechnęła się również, odpowiadając, że miłosierdzie Boże to najpiękniejsze, co ją w życiu spotyka. Wzruszyłem się, nie ukrywam, zwłaszcza że dopiero co zetknąłem się z bardzo trudną sytuacją za pobliską granicą; Miriam schowała różaniec, na którym, jak powiedziała, zawsze w tym miejscu, u stóp Golgoty, odmawia Koronkę do Miłosierdzia Bożego.
Arabskie litery pod najbardziej znanym na świecie polskim obrazem porównuję czasem z niezrozumiałymi znakami koreańskimi, dziwnie brzmiącym duńskim, trudnym do wypowiedzenia islandzkim… i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jeśli są takie słowa, które najpierw padły po polsku, a potem zostały przetłumaczone na wszystkie języki tego świata, to zwrot „Jezu, ufam Tobie” należy do nich na pewno. A wizerunek namalowany pod dyktando świętej siostry Faustyny jest chyba najbardziej rozpoznawalnym polskim znakiem eksportowym. Chcę o tym pamiętać, bez pustego nadęcia tak często nam towarzyszącego, bo żadna to nasza zasługa, aczkolwiek cieszyć się z tego nie zamierzam przestać. W pierwszą niedzielę po Wielkanocy natomiast, kiedy obchodzimy święto Miłosierdzia Bożego, zawsze przypominam sobie, że i o miłosierdziu, i o sprawiedliwości niezmiernie rzadko myślimy w sposób właściwy. Trochę to moje doświadczenie z początkowego okresu pontyfikatu Franciszka, gdy opublikował on dokument reformujący (najogólniej rzecz biorąc) proces o nieważność małżeństwa – Mitis iudex. Pół nocy straciłem wówczas na poszukiwaniach kolejnych znaczeń słowa mitis, bo dotychczas znaczyło ono dla mnie „łagodny”, a sędzia – jak wiedziałem – ma być przede wszystkim sprawiedliwy – iudex iustus. Sprawiedliwość i łagodność nie zgadzały mi się wówczas zupełnie, a jeszcze gorzej było, kiedy odkryłem, że jednym z możliwych tłumaczeń łacińskiego mitis jest „słodki”. Tego mi było za dużo. Śmieję się dzisiaj z tamtej zarwanej nad wszystkim posiadanymi słownikami nocy. Dzisiaj wiem, że rozumienie zarówno sprawiedliwości, jak i miłosierdzia kuleje u większości z nas na skutek prostego, aczkolwiek bardzo utrwalonego stereotypu, najmocniej dotyczącego Boga: albo traktując Go jako miłosiernego, przestajemy wierzyć w katastrofalne skutki własnych grzechów, albo uważając, że jest zimnym rygorystą, żyjemy w nieustannym poczuciu winy lub osądzamy innych. Nic z tego nie jest właściwe. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale z błędu świadomie nie wychodzić – diabelską. Życzę w tę szczególną niedzielę dużo światła. I zaufania.
Św. Siostra Faustyna Kowalska zapisała w pierwszym zeszycie swojego “Dzienniczka” modlitwę, w której kolejne wezwania rozpoczyna słowami “Dopomóż mi, Panie” (nr 163)
+ Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.
Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.
Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.
Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.
Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.
Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.
Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem. że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój. (Dz. 163).
***
Św. Siostra Faustyna o modlitwie
Dusza zbroi się przez modlitwę do walki wszelakiej. W jakimkolwiek dusza jest stanie, powinna się modlić. Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swą piękność; modlić się musi dusza dążąca do tej czystości, bo inaczej nie doszłaby do niej; modlić się musi dusza dopiero co nawrócona, bo inaczej upadłaby z powrotem; modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać. I nie ma duszy, która by nie była obowiązana do modlitwy, bo wszelka łaska spływa przez modlitwę (Dz. 146).
Niech dusza wie, że aby się modlić i wytrwać w modlitwie, musi się uzbroić w cierpliwość i mężnie pokonywać trudności zewnętrzne i wewnętrzne – trudności wewnętrzne: zniechęcenie, oschłości, ociężałość, pokusy; zewnętrzne: wzgląd ludzki – uszanować chwile, które są przeznaczone na modlitwę. Sama tego doświadczyłam, że jeżeli nie odprawiłam modlitwy w czasie dla niej przeznaczonym, później też jej nie odprawiłam, bo mi obowiązki nie pozwoliły, a jeżeli ją odprawiłam, to z wielkim trudem, bo myśl ucieka do obowiązku.
Zdarzała mi się ta trudność, że jeżeli dusza dobrze odprawiła modlitwę i wyszła z niej z wewnętrznym, głębokim skupieniem, inni sprzeciwiają jej się w tym skupieniu, a więc musi być cierpliwość, aby wytrwać w modlitwie. Zdarzała mi się rzecz taka niejednokrotnie, że kiedy dusza moja była głębiej pogrążona w Bogu i większy owoc odniosła z modlitwy, i obecność Boża towarzyszyła w ciągu dnia, a przy pracy było większe skupienie i większa dokładność, i wysiłek w obowiązku – to jednak zdarzało mi się, że właśnie wtenczas najwięcej miałam upomnień, że jestem nieobowiązkowa, że jestem obojętna na wszystko, bo dusze mniej skupione chcą, aby i inni byli im podobni, ponieważ są dla nich ustawicznym wyrzutem(Dz. 147).
Poznałam, jak bardzo potrzeba nam wytrwałości w modlitwie, i od takiej ciężkiej modlitwy zależy nieraz nasze zbawienie (Dz. 157).
***
Jak s. Faustyna radziła sobie z cierpieniem?
„Zaczęłam wołać o miłosierdzie…”
Czujesz lęk przed śmiercią, chorobą? A może sam właśnie jesteś w trudniejszym czasie swojego życia? I codziennie pytasz Boga: „Czy Ty nie widzisz, że ja cierpię?”. Zobacz jak w takich sytuacjach radziła sobie św. s. Faustyna!
S. Faustyna mając zaledwie 22 lata przeżywała mroczne doświadczenia: „…zaczęłam wołać o miłosierdzie. Jednak Jezus nie słyszy wołań moich. Czuję zupełne opuszczenie sił fizycznych, padam na ziemię, rozpacz zawładnęła całą duszą moją, prawdziwie przeżywam męki piekielne…” (Dzienniczek, 24).
To zaledwie krótki fragment tego, co doświadczała przed półtora roku. Jednak przeszła przez to doświadczenie zwycięsko. Jak i jakie szczęście czekało ją na końcu drogi? O tym usłyszysz w kolejnym odcinku podcastu „Zeszyty Miłości Pełne” prowadzonym przez s. Gaudię Skass ZMBM.
„Siostra Faustyna walczy”
Kiedy przychodzi cierpienie i kiedy ono trwa i trwa – bez względu na to, czy to jest kilka godzin, kilka dni, miesięcy, lat – wraz z nim przychodzi myśl, która tak bardzo nas osłabia, że to się chyba nigdy nie zmieni, że to już chyba zawsze tak będzie. Tego również doświadczyła św. s. Faustyna. Co robiła w takiej sytuacji?Siostra Faustyna walczy. Opiera się o Słowo Boże – wskazuje s. Gaudia Skass ZMBM.
Siostra Faustyna oprócz cierpienia fizycznego doznała wiele cierpień duchowych. Wiele razy popadała w przekonanie, że Bóg zostawił ją samą, odrzuca ją i jej nie chce. Faustyna pokazuje genialnie, że w takich doświadczeniach duchowych masz moc wybrać, że nie jesteś skazany na to, żeby żyć w rozpaczy, że pomimo, że się ta rozpacz wkrada do twojego serca, ty możesz wybrać, że będziesz ufać, że nie pójdziesz za rozpaczą.
„Zaufanie to WYBÓR”
Faustyna mówi: „Jezu, ufam Tobie, wbrew wszelkiej nadziei, wbrew wszelkiemu uczuciu, które mam wewnątrz, sprzeciwiające się nadziei.” Zobaczcie, widać po tym bardzo jasno, że zaufanie nie jest uczuciem, że zaufanie jest wyborem. Tak, jak miłość nie jest uczuciem, tylko miłość jest wyborem. I my mamy moc wyboru, zawsze.
Słuchajcie, choćby nie wiem co się działo w naszym życiu, to ty zawsze masz moc wyboru, co ty z tym czymś zrobisz. Po jakiej stronie się opowiesz? Jaką wybierzesz postawę wobec Pana Boga w tym wszystkim? Czy Go przekreślisz jako Tego niedobrego, który zsyła na ciebie to wszystko? Czy jednak, pomimo tego cierpienia, będziesz wierzył, że On jest dobrym Ojcem, miłosiernym, kochającym. Że będziesz Mu ufał, że On jakoś jest obecny w tym, że skoro to dopuszcza, to w tym jest jakaś Jego mądrość, jakaś Jego miłość, której ty nie musisz rozumieć.
Stacja7.pl
***
“Będą na ciebie patrzeć jak na dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi”. Co św. Faustyna mówiła o inności?
“Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem” – zapisała św. s. Faustyna w “Dzienniczku”.
Fanatyczka, wizjonerka, histeryczka – to tylko kilka epitetów, które wielokrotnie słyszała Faustyna w związku z jej objawieniami. W tamtym czasie nikt nie wierzył jej, że spotyka się z samym Jezusem.
Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas, a nawet najtrudniejszy w życiu. Ona jednak nie poddawała się i oddawała Jezusowi wszystkie przykrości. Oto co zapisała w “Dzienniczku” na ten temat:
“Jezu, Jezu, już nie mogę”
W pewnym dniu jedna z matek tak się na mnie nagniewała i tak mnie upokarzała, że już myślałam, że nie zniosę tego. – Mówi mi: Dziwaczko, histeryczko, wizjonerko, wynoś mi się z pokoju, niech nie znam siostry. Sypało się na głowę moją wszystko, co się dało. Kiedy przyszłam do celi, padłam na twarz przed krzyżem i spojrzałam na Jezusa, a nie mogłam już ani jednego słowa wymówić. A jednak taiłam się przed innymi i udawałam, jakoby nic nie zaszło pomiędzy nami.
Szatan zawsze korzysta z takich chwil; zaczęły mi przychodzić myśli zniechęcenia: za wierność i szczerość – masz nagrodę. Jak można być szczerą, kiedy się jest tak nie zrozumianą. Jezu, Jezu, już nie mogę. Upadłam znowuż na ziemię pod tym ciężarem i pot wystąpił na mnie, i lęk jakiś zaczął mnie ogarniać. Nie mam się na kim wewnętrznie oprzeć. – Wtem usłyszałam głos w duszy: Nie lękaj się, Ja jestem z tobą. I jakieś dziwne światło oświeciło mój umysł, i poznałam, że nie powinnam się poddawać takim smutkom, i jakaś siła napełniła mnie, i wyszłam z celi z nową odwagą do cierpień.
Dzienniczek, nr 129
“Bóg łaski swojej nie poskąpi”
Bez pokory nie możemy się podobać Bogu. Ćwicz się w trzecim stopniu pokory, to jest nie tylko się nie tłumaczyć i uniewinniać, jak nam coś zarzucają, ale cieszyć się z upokorzenia.
Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem. Jeżeli Bóg będzie chciał coś przeprowadzić, czy wcześniej, czy później przeprowadzi, pomimo trudności przeprowadzi, a ty tymczasem uzbrój się w wielką cierpliwość.
Dzienniczek, nr 270
“Kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać dary Boże”
Gdy pewna siostra ustawicznie mnie prześladuje jedynie z tego powodu, że Bóg ze mną tak ściśle obcuje; jej się zdaje, że to wszystko we mnie jest udane. Kiedy jej się wydaje, że popełniam jakieś uchybienia, wtenczas mówi: Objawienia mają, a takie błędy popełniają.
Rozpowiedziała o tym i innym siostrom, lecz w znaczeniu zawsze ujemnym, raczej podaje opinię jakiejś dziwaczki. W jednym dniu zabolało mnie to, że ta kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać (119) dary Boże. Po Komunii świętej modliłam się, aby ją Bóg oświecił; jednak poznałam, że dusza ta, jeżeli nie zmieni swojego wewnętrznego usposobienia, nie dojdzie do doskonałości.
Dzienniczek, nr 1527
Stacja7.pl
***
„Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz”. Historia obrazu Jezusa Miłosiernego
22 lutego 1931 roku. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Nagle zobaczyła w celi Pana Jezusa.
„Wszystko było jeszcze do zniesienia. Ale kiedy Pan zażądał, abym malowała ten obraz, już teraz naprawdę zaczynają mówić i patrzeć na mnie jako na jakąś histeryczkę i fantastyczkę (12526)” – pisała Siostra Faustyna w Dzienniczku o doświadczeniach z 1931 roku.
„Histeryczka, wizjonerka, dziwaczka”
„Fantastyczka”, a właściwie: fantastka, ale także histeryczka, wizjonerka, dziwaczka, nędza… Ile jeszcze epitetów musiała znieść? A wszystko to za sprawą objawienia Jezusa, który nakazał jej namalowanie obrazu, dzisiaj znanego na całym świecie, z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. To był również początek realizacji misji przekazania światu orędzia o Bożym miłosierdziu.
Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas. Bodaj najtrudniejszy w życiu.
„Wymaluj obraz”
Rozpoczął się 22 lutego 1931 roku. Siostra Faustyna, od sześciu lat w zakonie, niemal od roku mieszkała w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Była po kolacji i modlitwach w klasztornej kaplicy. Przygotowywała się do snu. Nagle zobaczyła w celi Jezusa. „Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady – opisywała w Dzienniczku. – W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie.
„Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały” (47).
– Siostry przechodzące akurat koło oficyny widziały jakieś światło w oknie, jaśniejsze niż lampy naftowej – siostra Klawera Wolska, do niedawna przełożona płockiego domu, powtarza to, co w zakonie przetrwało w ustnych przekazach.
***
Orędzie i misja
Spotkanie w celi nie było złudzeniem. Siostra Faustyna wiedziała to na pewno. Już wcześniej, kilkakrotnie, widziała Pana. Mówił do niej przed wstąpieniem do zgromadzenia, przynaglając do tego kroku, i później, gdy równolegle do formacji zakonnej postępowała na drodze życia mistycznego. Faustyna, po oczyszczeniu zmysłów i ducha podczas znanej tylko mistykom tak zwanej nocy ciemnej, coraz częściej w nagłych momentach światła udzielanego duszy przez Boga poznawała Jego Istotę i doznawała zjednoczenia z Bogiem w miłości.
Dla Faustyny, która wcześniej nie wiedziała nic o meandrach życia mistycznego, były to wielkie, ale i trudne doświadczenia. Dopóki jednak to wszystko działo się wewnątrz jej duszy i dotyczyło jej samej, dopóty było radością jej serca. Ale tamtej niedzieli, 22 lutego 1931 roku, to się zmieniło. Tego dnia Jezus powierzył jej misję głoszenia orędzia o Bożym miłosierdziu całemu światu. Namalowanie obrazu było jej pierwszą częścią.
Cztery lata później Jezus powie Faustynie, że ma przygotować świat na ostateczne Jego przyjście. Niemniej już wtedy, w Płocku, była przerażona wielkością zadania, które z czasem będzie się jeszcze rozrastać. I trudno się dziwić. Sama nie mogła namalować obrazu, gdyż nie miała takich zdolności. Jezus nakazał jej, aby wszystko, o czym jej mówi, przekazywała przełożonym. Ci jednak jej słowom nie dowierzali. „(…) okazują mi litość, jakbym była w złudzeniu albo pod wpływem wyobraźni” (38) – skarżyła się w duszy Bogu, co po latach zapisała w Dzienniczku. Oczekiwała, że przełożeni, którzy w jej przekonaniu powinni mieć lepsze rozeznanie w życiu duchowym niż ona, okażą jej pomoc.
***
Rady spowiedników
Pierwszą osobą, której Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, był spowiednik. Nie wiemy, niestety, kto nim był. W tym czasie spowiedzi w płockim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia słuchali trzej księża: Adolf Modzelewski, Ludwik Wilkoński i Wacław Jezusek. Ten ostatni po drugiej wojnie światowej (zmarł w 1950 roku) dużo i z przejęciem opowiadał klerykom w seminarium w Płocku o objawieniach siostry Faustyny, co nie znaczy, że wcześniej nie mógł być wobec doświadczeń Faustyny krytyczny.
PanJezus prosi o ustanowienie Święta Miłosierdzia
Wiadomo, że Spowiednik, któremu Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, przyjął to z ogromną rezerwą. Właściwie zanegował polecenie Jezusa. Powiedział jej: „To się tyczy duszy twojej. (…) maluj obraz Boży w duszy swojej” (49). Gdy Siostra Faustyna uspokojona taką interpretacją objawienia odeszła od konfesjonału, usłyszała słowa Jezusa: „Mój obraz w duszy twojej jest”.
Po chwili Jezus dodał: „Ja pragnę, aby było Miłosierdzia święto. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (45). Powiedział też, że tego dnia kapłani mają głosić ludziom Jego „wielkie miłosierdzie względem dusz grzesznych” (50).
Jezus sformułował więc kolejne życzenie: ustanowienia święta Bożego Miłosierdzia. Kult Jezusa w obrazie i święto Miłosierdzia Bożego to były dwie pierwsze formy nowego nabożeństwa do Miłosierdzia, o których realizację Siostra Faustyna, ponaglana przez Chrystusa, będzie się odtąd starać wytrwale. A Jezus w kolejnych odsłonach będzie jej dawał poznać, czym jest Boże Miłosierdzie.
***
Niełatwe zadanie
Faustyna, nie znajdując zrozumienia u spowiednika, powiedziała o objawieniu Jezusa przełożonej płockiego klasztoru matce Róży Kłobukowskiej. Ale i ona nie dowierzała. „Kiedy o tym powiedziałam matce przełożonej, że Bóg tego żąda ode mnie, odpowiedziała mi, żeby Jezus dał to wyraźnie poznać przez jakiś znak. Kiedy prosiłam Pana Jezusa o jakiś znak na świadectwo, iż prawdziwie Ty jesteś Bóg i Pan mój i od Ciebie pochodzą te żądania, na to usłyszałam taki głos wewnętrzny: Dam poznać przełożonym przez łaski, których udzielę przez ten obraz” (51). Jezus wymagał, ale nie ułatwiał wykonania zadania.
Dopiero po latach Faustyna zrozumie, a Jezus jej to wyraźnie powie, że trudności są potrzebne dla potwierdzenia prawdziwości objawienia. Ponadto największą wartość w oczach Boga ma nie efekt działania człowieka, ale sama intencja, z jaką się je podejmuje, oraz cierpienie z nim związane. Wówczas jednak, w 1931 roku, Faustyna była zdezorientowana i skonfundowana: „(…) chodziłam od przełożonych do spowiednika, od spowiednika do przełożonych, a uspokojenia nie znajdowałam” (122) – pisała. Jednak przełożone Faustyny też nie miały łatwego zadania. Musiały być mocno zdziwione i strwożone, gdy pewnego dnia młoda zakonnica drugiego chóru oświadczyła im, że ukazał się jej Jezus i nakazał namalować obraz religijny nowego typu. Co więcej, polecił, by Kościół ustanowił nowe religijne święto.
Przełożone Faustyny widziały w niej zapewne dobrą i pokorną, zjednoczoną z Jezusem, ale prostą i niewykształconą zakonnicę, która nie złożyła jeszcze ślubów wieczystych. Dlaczego – mogło im się zdawać – to jej Jezus miał się objawiać? Dlaczego jej przekazywać orędzie? I cóż mogła ona wiedzieć o mistyce? Gdzie owych stanów duchowych doznawać? Za ladą sklepu piekarniczego albo przy piecu kuchennym – gdzie pracowała?
Objawienia – wierzyć czy nie?
Objawienia prywatne są sprawą trudną. Nie stanowią problemu, dopóki są przeznaczone dla człowieka indywidualnie – jego nawrócenia czy wzrostu wiary. Stają się kłopotliwe, gdy wizjoner ogłasza, że otrzymał misję: ma przekazać światu słowa Boga, Maryi czy świętych. Dla Kościoła jedynym i ostatecznym Objawieniem się Boga jest Chrystus, Syn Boży. To najważniejsze Objawienie – zwane publicznym – jest zawarte w Piśmie Świętym. Kościół nie odrzuca objawień prywatnych, jeśli w długim zazwyczaj i żmudnym procesie uzyska pewność, że nie rozszerzają one, nie przekraczają ani nie zmieniają Objawienia publicznego, lecz wydobywają z niego jakieś zapomniane czy niedoceniane wątki, które w danej epoce historycznej są istotne. Drugą nie mniej ważną okolicznością jest upewnienie się, że wizjoner nie ogłasza objawień z przyczyn egoistycznych, nie szuka chwały, zaspokojenia swoich ambicji oraz że prowadzi życie w pełni chrześcijańskie. W ocenie prawdziwości objawień niezmiernie ważne jest też poddanie się dyscyplinie kościelnej, decyzjom przełożonych nawet za cenę cierpienia.
HELENA KOWALSKA (FAUSTYNA TO IMIĘ ZAKONNE) W WIEKU 18 LAT
***
Jedno z największych niebezpieczeństw objawień – podkreśla ksiądz Jan Machniak, profesor teologii duchowości, autor wielu książek poświęconych duchowości siostry Faustyny – wynika z tego, że dokonują się one w sferze zmysłów. Oddziałują na wzrok, słuch, dotyk, węch. – To wszystko, co działa na nasze zmysły, podlega też działalności złego ducha, który może zwodzić człowieka – wyjaśnia ksiądz Jan Machniak. – Dlatego święty Jan od Krzyża mówił, aby odrzucać wszystkie objawienia, nawet te, które przybliżają nas do Boga, aby nie popaść w pułapkę, jaką może zastawić na człowieka zły duch.
Dystans
Przełożone i spowiednicy Faustyny mieli zapewne jeszcze inne powody, by zachować dystans wobec tego, co mówiła. Prawdopodobne nieraz spotkali już osoby, których rzekome objawienia były po prostu wynikiem choroby psychicznej. Przeżycia wewnętrzne bardzo mocno działają bowiem na psychikę człowieka, dlatego czasem trudno odróżnić doznanie mistyka od choroby psychicznej. Potrzeba więc dużej ostrożności, a nawet badań psychiatrycznych. Dlatego kilka lat później, w Wilnie, ksiądz Michał Sopoćko, zanim został kierownikiem duchowym siostry Faustyny i pomocnikiem w głoszeniu orędzia o Bożym miłosierdziu, najpierw poprosił o zbadanie przyszłej świętej przez psychiatrę.
Był jeszcze jeden powód rezerwy wobec objawień Faustyny. Jezuita ojciec Józef Andrasz, który także był kierownikiem duchowym pod koniec życia siostry Faustyny, twierdził, że jej zgromadzenie sceptycznie odnosiło się do nadzwyczajnych objawień, bo zwyczajnie na nie nie czekało. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia „wychowane na ascezie świętego Ignacego”, założyciela jezuitów, „dalekie od wszelkiej egzaltacji” miało już określone metody i kierunek pracy: „Przez swoje reguły, przez swoje ćwiczenia duchowe, przez coroczne rekolekcje, przez konferencje prowadzone przez kapłanów i przełożone, wpaja [zakon – przyp. red.] w swoje siostry wielki szacunek nie dla nadzwyczajności, ale dla cichej, gruntownej pracy, zaczynając od pokuty i pokory, a kończąc na gorącej, ale równocześnie ofiarnej miłości Boga i dusz. (…) Można z całą pewnością stwierdzić, że duchowa gleba zgromadzenia nie jest bynajmniej podatna, aby na niej mogły rozwijać się wizje mistyczne niepewnej wartości” – konkludował ojciec Andrasz, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku dobrze poznał zgromadzenie.
***
Po ludzku – została sama
W ten sposób Siostra Faustyna z objawieniami, które nie były przeznaczone tylko dla niej, ale także dla całego świata, została po ludzku biorąc – sama. Był z nią Jezus, którego obecność i miłość do końca życia będą dodawać jej sił w realizacji powierzonej jej misji. Nie znaczy to jednak, że Faustynie nie towarzyszyły rozterki i wątpliwości. Podsycali je przełożeni, którzy nie dowierzali jej słowom, wprowadzali zamęt w jej sercu. Trwało to do momentu spotkania spowiedników, którzy rozpoznali charakter jej życia duchowego.
Tymczasem w Płocku Siostra Faustyna strofowana przez przełożone zaczęła, jak pisze, „trochę opuszczać” się, czyli unikać wewnętrznych natchnień. „Zaczęłam unikać spotkania się z Panem we własnej duszy, bo nie chciałam być ofiarą złudzenia”. Ale na nic się to zdało, bo „mowa Boża wymowna jest i nic jej zagłuszyć nie może” – pisała. Pan ścigał ją „swymi darami”: „naprawdę, na przemian doznawałam męki i radości” (130).
Gdy próbowała uciekać od nakazu Jezusa, On tym bardziej przynaglał ją do działań. Siostra Leokadia Drzazga pamiętała po latach, że przy jakiejś okazji, w Płocku, Siostra Faustyna powiedziała jej: „Za te dusze, które mają objawienia i widzenia, trzeba bardzo się modlić, bo mają wiele doświadczeń, wątpliwości i niepewności, tak, że mogą się załamać”.
Niepewność i brak pomocy
Kiedyś Siostra Faustyna zmęczona niepewnościami zwróciła się do Jezusa: „Jezu, czy Ty jesteś Bóg mój, czy widmo jakie? Bo mówią mi przełożeni, że bywają złudzenia i widma różne. Jeżeli jesteś Pan mój, to proszę, pobłogosław mi. – Wtem uczynił Jezus duży znak krzyża nade mną, a ja się przeżegnałam. Kiedy przeprosiłam Jezusa za to pytanie, Jezus mi odpowiedział, że tym pytaniem nie sprawiłam mu żadnej przykrości. I powiedział mi Pan, że bardzo Mu się podoba ufność moja” (54) – zapisała w Dzienniczku.
Jednak mijały miesiące, a Siostra Faustyna nie mogła spełnić żadnego z poleceń Jezusa. Siostrze Damianie Ziółek, z którą w Płocku się zaprzyjaźniła, powiedziała kiedyś, że „jedna z sióstr” widziała „ślicznego Pana Jezusa (…) cały w promieniach jaśniejący”, chciała „odmalować Pana Jezusa, ale nie umiała”. Choć Damiana widziała zachwyt, z jakim to mówiła, nie domyślała się, że chodzi o nią. Faustyna prosiła o pomoc inne siostry, nie wtajemniczając ich w sprawę. Siostra Bożenna Pniewska: „Nie umiejąc malować twarzy, a nie wiedząc, że jej chodziło o obraz nowego typu, zaproponowałam, że mając dużo ładnych obrazków, dam je jej do wyboru. Podziękowała mi za tę propozycję, lecz jej nie przyjęła”.
***
Reakcja przełożonej
Jesienią 1931 roku przełożona płockiego domu matka Róża Kłobukowska poinformowała matkę generalną Michaelę Moraczewską, że w przekonaniu siostry Faustyny Jezus polecił jej namalować obraz. Matka Michaela Moraczewska: „(…) mimo woli, przy całej wielkiej życzliwości, musiałam Siostrze Faustynie przyczynić cierpienia. (…) Dopóki jej bogate przeżycia wewnętrzne i mistyczne zamykały się w obrębie murów zakonnych, były tajemnicą między Bogiem, jej duszą i przełożonymi, [cieszyłam się], widząc w tych wszystkich łaskach wielki dar Boży dla Zgromadzenia. Inaczej jednak, gdy objawienia Siostry zaczęły dążyć do ujawnienia na zewnątrz. Bardzo się wtedy lękałam, żeby nie wprowadzić do życia Kościoła choćby najmniejszej nowostki, fałszywych nabożeństw itp., a jako główna przełożona czułam się tu za nasze Zgromadzenie odpowiedzialna”.
Przyznaje też, że obawiała się u Faustyny „podkładu wybujałej fantazji albo może jakiejś histerii, bo nie zawsze co zapowiadała, spełniało się”. Matka Moraczewska pamiętała bowiem, iż pewnego dnia Faustyna prosiła inne siostry, aby modlić się za pewną uczennicę, która była w zakładzie wychowawczym prowadzonym przez zgromadzenie. Miała ona, według słów siostry Faustyny, „doświadczyć wielkich trudności w wyznawaniu swoich grzechów, lecz uczennica nie myślała w ogóle, że będzie się spowiadać, i nic o tym nie mówiła”. Dlatego matka generalna przyznaje, że „chętnie i ze zbudowaniem” słuchała, gdy Faustyna opowiadała „głębokie i śliczne swoje myśli, nadprzyrodzone oświecenia”, do czasu gdy poprosiła „o jakieś posunięcia zewnętrzne”. Wówczas odniosła się do nich „z wielką rezerwą”. Nie wiadomo, co matka Moraczewska poradziła czynić przełożonej klasztoru w Płocku w związku ze sprawą Faustyny. Być może radziła zachować dużą ostrożność i nie ulegać jej sugestiom.
Brak zrozumienia
Gdy w listopadzie 1932 roku Faustyna przyjechała z Płocka do Warszawy i osobiście powiedziała matce generalnej o poleceniu Jezusa, ta odpowiedziała: „Dobrze, dam siostrze farby i płótno, niech siostra maluje!”. Faustyna odeszła smutna.
Nie znajdując u nikogo zrozumienia, modliła się gorąco o kierownika duchowego, który pomoże zrozumieć, co dzieje się w jej duszy i ułatwi spełnić polecenia Jezusa.
***
Pomówienia
Tymczasem w płockim klasztorze wśród sióstr zaczęła rozchodzić się fama, jakoby Faustyna widziała Jezusa. Siostry zaczęły przyglądać się jej z zaciekawieniem, bacznie obserwować. A że na zewnątrz niczym, oprócz szczególnego umiłowania modlitwy, nie wyróżniała się, większość niedowierzała tym wiadomościom. Niektóre siostry ostrzegały Faustynę, że ulega złudzeniom, mówiły, że jest fantastką, histeryczką. Były i siostry życzliwe Faustynie, wśród nich siostra Damiana Ziółek.
Nie wiadomo, czy to ona czy inna zakonnica prosiła Faustynę, by się broniła przed pomówieniami. „Szczera była ta dusza i co słyszała – powiedziała mi szczerze. Ale podobne rzeczy codziennie wysłuchiwać musiałam” (125) – pisała Faustyna. I chociaż ją to wewnętrznie męczyło, postanowiła nie tłumaczyć się, ale wszystko znosić w cichości i pokorze. „Jednych drażniło to moje milczenie, a zwłaszcza więcej ciekawych. Drugie – głębiej myślące – mówiły, że jednak Siostra Faustyna musi być bardzo blisko Boga, że ma siłę znieść tyle cierpień. I widziałam przed sobą jakby dwie grupy sędziów. Starałam się o ciszę wewnętrzną. Nie mówiłam nic, co się tyczyło mojej osoby, chociaż byłam przez niektóre siostry wprost pytana. Zamilkły usta moje. Cierpiałam, jak gołębica, nie skarżąc się. Jednak niektóre siostry miały jakoby przyjemność, aby mi w jakikolwiek sposób dokuczyć. Drażniła je moja cierpliwość, jednak Bóg dawał mi wewnętrznie tyle siły, że znosiłam to ze spokojem” (126).
„Strzeżona jak złodziej”
W Dzienniczku, pisanym przecież od 1934 roku, Faustyna raz jeszcze wraca do sytuacji w płockim klasztorze, co pokazuje, że był to dla niej trudny czas. Po okresie zainteresowania sióstr jej osobą nastąpiło chwilowe uspokojenie, po czym znów ich wścibstwo wybuchło z dużą siłą, a do tego doszły jakieś niepowodzenia zewnętrzne, których jednak Faustyna nie precyzuje. „Widzę teraz, że jestem jak złodziej strzeżona wszędzie: w kaplicy, przy obowiązku, w celi. Już teraz wiem, że oprócz obecności Bożej mam zawsze obecność ludzką; naprawdę, nieraz bardzo ta obecność ludzka mnie męczyła. Były chwile, że się zastanawiałam, czy się rozebrać do mycia czy nie. Naprawdę, biedne moje łóżko, ono także było wiele razy kontrolowane. Śmiech mnie nieraz ogarnął, jak się dowiedziałam, że nawet łóżka nie zostawią w spokoju. Sama mi jedna z sióstr powiedziała, że co dzień wieczorem patrzyła się do mnie do celi, jak się w niej zachowuję” (128).
Siostra Faustyna pomawiana o histerię, pod obstrzałem spojrzeń przełożonych, spowiedników i sióstr, chwilami niedowierzająca samej sobie nie przestawała modlić się o kierownika duchowego. Jej prośby zostały wysłuchane w 1933 roku, gdy w Wilnie poznała księdza Michała Sopoćkę, dziś błogosławionego. Rok później powstał obraz Jezusa Miłosiernego. Ale musiało minąć niemal pół wieku, aby objawienia prywatne siostry Faustyny zostały przez Kościół uznane.
fragment książki „Siostra Faustyna. Biografia Świętej” autorstwa Ewy K. Czaczkowskiej/Stacja7.pl
***
Co można wyczytać
z obrazu Jezusa Miłosiernego?
Prosta siostra Faustyna “od garnków”, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. O co w nim chodzi? O fenomenie Bożego Miłosierdzia opowiada s. Gaudia Skass ZMBM.
„Uratowani” to ludzie, którzy w pewnym momencie swojego życia spotkali Chrystusa i poszli za Nim. „Uratowani” to też Ci, którzy w konfesjonale zostawiają cały swój ból Jezusowi. Jesteśmy wszyscy uratowani przez Miłość, bo za wszystkich nas umarł Chrystus. Wydarzenie Jego męki i śmierci najwięcej mówi o tym, jak bardzo nas kocha. Nie nas ogólnie, ale nas szczególnie – Ciebie i mnie.
Ktoś oddał za Ciebie życie
Nie każdy jest tego świadomy. To wielka szkoda. To straszne, jak wielu ludzi nie wie, że są uratowani. Przypomina mi się historia ze Stanów Zjednoczonych. Wyobraźcie sobie typowy amerykański dom – duży, zadbany, elegancki. W dużym salonie na parterze w szklanej gablocie wisiał mundur strażacki. Brudny, podarty mundur – widać, że po akcji. Kiedyś zaproszeni przez właścicieli goście zapytali, o co chodzi z tym mundurem, bo to dość nietypowe. Właściciel opowiedział im, że kiedy był mały w jego domu rodzinnym wybuchł pożar. Mundur ten należał do strażaka, który uratował go z płomieni, ale sam nie przeżył. „Od tej pory trzymam ten mundur u siebie w domu, żeby codziennie pamiętać, że ktoś oddał za mnie życie” – powiedział właściciel.
fot. Faustyna.pl
***
„Wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”
W pewnym sensie s. Faustyna miała łatwiej, bo mówiła „wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”. Można by jej pozazdrościć. A nam na pewno o Bożym Miłosierdziu mówi ten obraz, obraz Jezusa Miłosiernego. Patrząc na niego możemy mówić „mam wizję, mam objawienie”, bo uczestniczymy w tym samym wydarzeniu, które opisała Faustyna. Ona była zachwycona i przerażona zarazem, bo z jednej strony to wielka radość, że Bóg jest tak blisko, a jednocześnie drżenie – bo to przecież Bóg. Jezus powiedział po prostu „Wymaluj obraz. Chcę by był czczony na całym świecie. Będę dawał wiele łask przez ten obraz.”
Jezus Miłosierny na tym obrazie jest odpowiedzią na kryzys bliskich relacji, których ciągle nam brakuje. On przychodzi zwyczajnie, by z Tobą być, by Ciebie słuchać. Ręce Jezusa mają ślady po gwoździach. Bóg, który do nas przychodzi to poraniony Bóg i może dlatego tak łatwo nam z Nim być – bo też jesteśmy poranieni. Jego dłonie są też odpowiedzią na nasze niskie poczucie własnej wartości, bo krwawa rana to wyryte na nich moje i Twoje imię. Już przez Izajasza Bóg mówił nam „jesteś dla mnie bezcenny, wykupiłem Cię”.
fot. Faustyna.pl
***
Prosta siostra Faustyna od garnków, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. A wszystko zaczęło się w Płocku, w Polsce. Naprawdę dzieją się cuda, ludzie zbliżają się do Boga. Ten obraz jest niejako oknem na spotkanie z Bogiem. Jezus z tego obrazu mówi dziś „Spójrz na moje stopy. Nieustannie idę do Ciebie, nieustannie Cię szukam, ścigam Cię gdy się zagubisz”.
fot. Faustyna.pl
***
Krew i woda – eucharystia i spowiedź, życie i oczyszczenie
Jezus chce wyprostować wszystkie zawikłane ścieżki i chce dać Ci pełnię życia, abyś poczuł jego smak. Dlatego czeka na Ciebie w sakramentach. Jezus powiedział Faustynie – „moją chwałą jest grzesznik”. Bóg nie męczy się przebaczaniem, mówił o tym papież Franciszek. On jest gotów cały czas nam przebaczać. Miłosierdzie Boże to odpowiedź na naszą nieumiejętność przebaczania sobie samym i innym, których często tak łatwo osądzamy.
„Jezu, ufam Tobie”
Ufa się tylko komuś, o kim wiesz, że Cię akceptuje takiego, jakim jesteś; kto Cię nie odrzuci, nawet gdybyś powiedział o najgorszych świństwach swojego życia. Bóg Cię nie odrzuci, będzie wzruszony, że mu zaufałeś. Takiego Boga poznała s. Faustyna – zaufała Mu na całego. Wiedziała, że Bóg jest samą Miłością i nie ma innej opcji, jak tylko zaufać Mu bezgranicznie.
s. Gaudia Skass ZMBM – malarka i dziennikarka, przez wiele lat pracowała w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Współorganizowała duchowe przygotowania do Światowych Dni Młodzieży.
Stacja7.pl
***
fot. Józef Wolny/Gość NIedzielny
***
Wśród pamiątek po bł. ks. Michale Sopoćce można znaleźć mocno zniszczoną z powodu częstego używania ulotkę z tekstem Nowenny do Miłosierdzia Bożego.
***
Koronka do Miłosierdzia Bożego.
Modlitwa o wielkiej mocy
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).
Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.
W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.
12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.
Stacja7.pl
KORONKA DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO
odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek
Na początku
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.
Na dużych paciorkach (1 raz) Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.
Na małych paciorkach (10 razy) Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Na zakończenie (3 razy) Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.
***
Ikona Bożego Miłosierdzia będzie pielgrzymować po świecie
fot. Marcin Jarzembowski / Biuro Prasowe Diecezji Bydgoskiej
***
W Niedzielę Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się ogólnoświatowa peregrynacja ikony Bożego Miłosierdzia. Została ona pobłogosławiona przez papieża Franciszka w czasie listopadowej audiencji dla wolontariuszy i podopiecznych Małego Domu Miłosierdzia z Geli.
Zalecenie Ojca Świętego jest jasne: zanieść przygotowaną specjalnie na tę okazję ikonę Jezusa Miłosiernego do kościołów, na place i do domów na całym świecie aż do 2033 roku, kiedy obchodzone będzie dwa tysiące lat Odkupienia, przechodząc przez zwykły Jubileusz 2025 roku. Wraz z ikoną peregrynować będą po świecie relikwie czworga świętych – Jana Pawła II, Faustyny Kowalskiej, Teresy od Dzieciątka Jezus, Matki Teresy z Kalkuty oraz bł. Carlo Acutisa.
W 2013 roku papież Franciszek poprosił ks. Pasqualino di Dio o założenie Małego Domu Miłosierdzia. Dzięki pracy wolontariuszy rozpoczęły się różne działania solidarnościowe. Dom pomaga w różnych trudnościach udzielając potrzebującym pomocy psychologicznej, żywnościowej. Prowadzi też jadłodajne, akademik i poradnię medyczną. W liście do założyciela, Ojciec Święty nazwał ten ośrodek „latarnią światła i nadziei w ciemności cierpienia i rezygnacji”. A podczas prywatnej audiencji dla 300 pielgrzymów z Geli stwierdził: „Daliście się sprowokować potrzebami braci i sióstr, których Bóg postawił na waszej drodze, zwłaszcza tych ostatnich, najbardziej potrzebujących”. Dodał, że w obecnym czasie niepewności, wojen, mocno wybrzmiewają słowa Jezusa Miłosiernego, powierzone polskiej mistyczce: „Ludzkość nie znajdzie pokoju, dopóki nie zwróci się z ufnością do Bożego Miłosierdzia”.
Vatican News PL/Watykan Ⓒ Ⓟ
***
5 kwietnia
NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO
UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA– godzina 14.00
Trzeci dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl
***
Leon XIV: „Chrystus zmartwychwstał, a wraz z Nim i my zmartwychwstajemy do nowego życia!”
“Nieśmy naszym życiem radość zmartwychwstania, aby wszędzie tam, gdzie wciąż unosi się widmo śmierci, mogło zajaśnieć światło życia” – apelował Leon XIV podczas Mszy św. w Niedzielę Wielkanocną.
fot. Vatican news/youtube.com (print screen)
***
W krótkiej homilii papież Leon XIV wskazał, że to wielkanocne orędzie „otwiera nas na nadzieję, która nie gaśnie, na światło, które nie zachodzi, na tę pełnię radości, której nic nie może przekreślić”, gdyż „śmierć została pokonana na zawsze, śmierć nie ma już nad nami władzy”.
Leon XIV: „moc śmierci nie jest ostatecznym przeznaczeniem”
Zauważył, że nie zawsze łatwo jest nam przyjąć to przesłanie, „ponieważ moc śmierci zagraża nam zawsze, wewnątrz, jak i na zewnątrz nas”. Wewnątrz nas – gdy balast naszych grzechów nie pozwala nam wznieść się w górę; gdy rozczarowania lub samotność, których doświadczamy, gaszą nasze nadzieje; gdy troski lub urazy tłumią radość życia; gdy doświadczamy smutku lub znużenia, gdy czujemy się zdradzeni lub odrzuceni, gdy musimy zmierzyć się z naszą słabością, z cierpieniem, z trudem – wydaje nam się wtedy, że znaleźliśmy się w tunelu, z którego nie widzimy wyjścia – stwierdził Leon XIV.
Zaznaczył, że śmierć zawsze czyha również poza nami. Widzimy jej obecność w niesprawiedliwościach, w partykularnych egoizmach, w ucisku ubogich, w niedostatecznej trosce o najsłabszych. Widzimy ją w przemocy, w ranach świata, w krzyku cierpienia, który wznosi się zewsząd z powodu nadużyć, które miażdżą najsłabszych, z powodu bałwochwalstwa zysku, które pustoszy zasoby ziemi, z powodu przemocy wojny, która zabija i niszczy – wyliczał papież.
Tymczasem Wielkanoc zachęca nas, abyśmy „odkryli, że grób Jezusa jest pusty, a zatem w każdej śmierci, której doświadczamy, jest też miejsce dla nowego życia, które się rodzi”. Pan żyje i pozostaje z nami. Poprzez przebłyski zmartwychwstania przenikające ciemności, powierza On nasze serce nadziei, która nas podtrzymuje: moc śmierci nie jest ostatecznym przeznaczeniem naszego życia. Jesteśmy raz na zawsze ukierunkowani ku pełni, ponieważ w Chrystusie zmartwychwstałym także my zmartwychwstaliśmy – zapewnił Ojciec Święty.
„Biegnijmy jak Maria Magdalena”
Zacytował swego poprzednika, Papieża Franciszka, który w swojej pierwszej adhortacji apostolskiej„Evangelii gaudium”stwierdził, że zmartwychwstanie Chrystusa „nie należy do przeszłości; zawiera żywotną siłę, która przeniknęła świat. Tam, gdzie wszystko wydaje się martwe, ze wszystkich stron pojawiają się ponownie kiełki zmartwychwstania. Jest to siła nie mająca sobie równych. To prawda, iż wiele razy wydaje się, że Bóg nie istnieje: widzimy niesprawiedliwość, złość, obojętność i okrucieństwo, które nie ustępują. Jednak jest tak samo pewne, że pośród ciemności zaczyna zawsze wyrastać coś nowego, co wcześniej czy później przynosi owoc”.
Papież podkreślił, że „w Chrystusie Zmartwychwstałym nowe stworzenie jest możliwe każdego dnia”, gdyż „rodzi się dla ludzkości nowe życie, silniejsze od śmierci”.Pascha jest nowym stworzeniem dokonanym przez Pana Zmartwychwstałego, jest nowym początkiem, jest życiem, które dzięki zwycięstwu Boga nad dawnym Przeciwnikiem zostało wreszcie uczynione wiecznym – stwierdził Leon XIV.
Zachęcił do tego, byśmy tę pieśń nadziei nieśli drogami świata. Biegnijmy więc jak Maria Magdalena, głośmy ją wszystkim, nieśmy naszym życiem radość zmartwychwstania, aby wszędzie tam, gdzie wciąż unosi się widmo śmierci, mogło zajaśnieć światło życia – zaapelował papież.
Watykan/KAI, pa/Stacja7
***
Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,
nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.
Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?
Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.
Każdy z nas też jest na tej drodze
i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:
twarde, zimne i nieubłagane.
Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,
żeby głaz już piersi nie przytłaczał,
żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,
żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,
żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi
zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.
ks. Marian
***
6 kwietnia
PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY
MSZA ŚWIĘTA– godzina 14.00
Czwarty dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska
***
Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego Miłosierdzia.
Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…
Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.
Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.
Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.
Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.
Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, aby jak najszybciej opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.
Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.
Z wielką żarliwością prośmy Zmartwychwstałego Pana, aby i w naszym sercu dokonał wielkiej przemiany.
Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do naszego serca wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.
I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..
ks. Marian
Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr
***
ZMARTWYCHWSTAŁY PAN
Aula Pawła VI (fot. ks. Waldemar Turek, Vatican News)
***
Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.
Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?
Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.
Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.
Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.
Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.
Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.
ks. Marian
***
Trwa Oktawa Wielkanocna
do wigilii Niedzieli Bożego Miłosierdzia 11 kwietnia
***
„Regina Coeli” zamiast modlitwy „Anioł Pański”.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA/ cathopic.com
***
W okresie wielkanocnym –trwającym w Kościele katolickim do Zesłania Ducha Świętego południową modlitwę “Anioł Pański” zastępuje hymn Regina Coeli. To jedna z czterech wielkich antyfon maryjnych. Jej tekst znaleziono w pochodzącym z 1171 r. antyfonarzu z bazyliki św. Piotra.
Kto jest jej autorem „Regina caeli”?
Przyjmuje się, że hymn ten powstał między Xi a XII wiekiem, choć dokładna data ani autor nie są znane. Dość często autorstwo dzieła przypisuje się papieżowi Grzegorzowi V (996-99). Nazywał się on Bruno i był Saksończykiem, synem księcia Karyntii (w dzisiejszej Austrii), spokrewnionym z cesarzem niemieckim Ottonem II. Na Tron św. Piotra wstąpił, mając 24 lata, zapoczątkowując stosunkowo krótki okres papieży niemieckich. Mimo młodego wieku i krótkiego pontyfikatu, w dziejach Kościoła zdążył zapisać się m.in. tym, że jako pierwszy biskup Rzymu ogłosił interdykt, czyli klątwę, obejmującą cały kraj, w tym wypadku Francję z powodu niemoralnego, według niego, postępku jej króla Roberta II. Pod koniec krótkiego, jak się później okazało, życia zaczął reformować Kościół w duchu zmian zapoczątkowanych w Cluny. I właśnie temu papieżowi niektórzy przypisują ułożenie antyfony „Regina Caeli”.
Anielski śpiew
Bardzo piękna, barwna legenda widzi jej autora w innym papieżu o tym samym imieniu, ale wcześniejszym o 4 stulecia – św. Grzegorzu I Wielkim (590-604). Według tej wersji, w r. 596, w okresie wielkanocnym Rzym nawiedziła zaraza. Aby ją powstrzymać, Papież zarządził procesję pokutno-błagalną. O świcie oznaczonego dnia przybył on wraz ze swym duchowieństwem do rzymskiego kościoła Ara Caeli, skąd wyruszono do bazyliki św. Piotra. Papież niósł ikonę Matki Bożej, której autorstwo przypisywano powszechnie św. Łukaszowi Ewangeliście. Gdy mijano Zamek Hadriana, usłyszano głos z wysokości, opiewający Maryję Królową Nieba. Ojciec Święty, zaskoczony niezwykłym zjawiskiem i ujęty anielskim śpiewem, odpowiedział głośno: „Ora pro nobis Deum, alleluia” (Módl się za nami do Boga, alleluja). W tejże chwili ukazał się świetlisty anioł, trzymający w ręku miecz zarazy, który natychmiast schował do pochwy i od tego czasu epidemia ustała.
Na pamiątkę tamtego cudownego wydarzenia nazwę Zamku zmieniono na Zamek Świętego Anioła a słowa anielskiego hymnu umieszczono na dachu kościoła Ara Caeli. Znacznie później (prawdopodobnie w wieku XII) do wezwania tego dopisano następne i tak powstała dzisiejsza antyfona.
Wielkimi jej propagatorami, jak zresztą wielu innych modlitw maryjnych, byli franciszkanie, którzy najpierw odmawiali ją jako dodatek do hymnu Magnificat, wykonywany w w czasie Nieszporów w oktawie wielkanocnej, a w drugiej połowie XIII w. włączyli ją do modlitwy brewiarzowej swego zakonu. Na polecenie Mikołaja III (1277-80) trafiła ona do modlitw kapłańskich w całym Rzymie. Benedykt XIV (1740-58) dekretem z 20 kwietnia 1742 zalecił odmawianie tego hymnu w okresie wielkanocnym, począwszy od Wielkiej Soboty aż do soboty przed Zesłaniem Ducha Świętego.
Oto oryginalny tekst tej modlitwy i tłumaczenie:
Regina Caeli, laetare, alleluia
(Królowo nieba, wesel się, alleluja) Quia quem meruisti portare, alleluia,
(Bo Ten, któregoś nosiła, alleluja) Resurrexit, sicut dixit, alleluia,
(Zmartwychwstał jak powiedział, alleluja) Ora pro nobis Deum, alleluia.
(Módl się za nami do Boga, alleluja.)
Gaude et laetare Virgo Maria, alleluia
(Raduj się i wesel, Panno Mario, alleluja)
Quia surrexit Dominus vere, alleluia
(Bo zmartwychwstał Pan prawdziwie, alleluja).
Oremus. Deus, qui per resurrectionem Filii Tui Domini nostri Iesu Christi mundum laetificare dignatus es: praesta, quaesumus, ut, per eius Genitricem Virginem Mariam, perpetuae capiamus gaudia vitae. Per Christum Dominum nostrum. Wierni: Amen.
Módlmy się. Boże, któryś przez zmartwychwstanie Syna swojego, Pana naszego Jezusa Chrystusa świat uweselić raczył, daj nam, prosimy, abyśmy przez Jego Rodzicielkę Pannę Maryję dostąpili radości życia wiecznego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Stacja7.pl
***
TRIDUUM PASCHALNE
WIELKI CZWARTEK – 2 kwietnia Msza św. Wieczerzy Pańskiej – godz. 20.30 Tego dnia Kościół w szczególny sposób czci Najświętszy Sakrament Eucharystii i Sakrament Kapłaństwa. Podczas Adoracji Pana Jezusa w ciemnicy jest możliwość spowiedzi św.
***
WIELKI PIĄTEK – 3 kwietnia Liturgia Męki Pańskiej – godz. 20.00
Po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.
W tym dniu obowiązuje post ścisły co do jakości i ilości.
Pierwszy dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
***
WIELKA SOBOTA – 4 kwietnia Liturgia Paschalna – godz. 22.30
Wielkanocny zwyczaj święcenia pokarmów – godz. 12.00 i 15.00
W tym czasie jest możliwość spowiedzi św.
Drugi dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
***
Odpusty Wielkiego Postu, Triduum Paschalnego i Wielkiej Nocy
* modlitwa w intencjach papieskich (Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… lub inna dowolna wybrana przez wiernego)
* wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego
DROGA KRZYŻOWA
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie odprawi nabożeństwo Drogi Krzyżowej albo zjednoczy się pobożnie z nabożeństwem Drogi Krzyżowej sprawowanym przez Ojca Świętego i bezpośrednio przekazywanym za pomocą radia, telewizji lub Internetu. Co do uzyskania tego odpustu określa się następujące warunki:
* Nabożeństwo należy odprawić przed stacjami Drogi Krzyżowej prawnie erygowanymi zgodnie z przepisami liturgicznymi Kościoła. Do erygowania zaś Drogi krzyżowej wymaga się 14 krzyży, przy których zwykle zamieszcza się, z pożytkiem duchowym dla wiernych, tyleż wizerunków przedstawiających stacje jerozolimskie.
* Według powszechnego zwyczaju, Droga krzyżowa składa się z 14 pobożnych czytań, do których dodaje się wezwania modlitewne. Jednak dla odprawienia Drogi krzyżowej wymaga się tylko pobożnego rozważania Męki i śmierci Pana Jezusa. Nie jest konieczne rozważanie poszczególnych tajemnic każdej stacji.
* Wymaga się przechodzenia od jednej stacji do drugiej. Jeżeli jednak tę pobożną praktykę odbywa się publicznie i wszyscy nie mogą się przemieszczać od stacji do stacji bez niedogodności, wystarczy, gdy do poszczególnych stacji przechodzi prowadzący, a inni uczestnicy pozostają na swoich miejscach.
* Wierni, którzy mają prawnie uzasadnioną przeszkodę w odprawianiu Drogi Krzyżowej mogą uzyskać odpust zupełny, jeśli przynajmniej przez kwadrans będą pobożnie czytać i rozważać mękę i śmierć Pana naszego, Jezusa Chrystusa.
* Inne praktyki, polegające na rozważaniu męki i śmierci Pana Jezusa w 14 stacjach, zatwierdzone przez kompetentną władzę kościelną, mogą być przyrównane do Drogi krzyżowej, także co do zyskania odpustów.
GORZKIE ŻALE
Za udział w tym nabożeństwie można uzyskać odpust zupełny raz w tygodniu (zazwyczaj Gorzkie żale są śpiewane we wszystkie niedziele Wielkiego Postu).
REKOLEKCJE
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przynajmniej przez pełne trzy dni będzie uczestniczyć w rekolekcjach.
WIELKI CZWARTEK
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który adoruje Najświętszy Sakrament w Wielki Czwartek podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu po Mszy Wieczerzy Pańskiej, połączonej z pobożnym odmówieniem hymnu: Przed tak wielkim Sakramentem wraz z modlitwą (hymn ten jest zawsze odmawiany lub śpiewany wspólnie przez wiernych w kościołach parafialnych, uczestniczących w liturgii Wielkiego Czwartku, a modlitwę odmawia kapłan).
KAŻDY PIĄTEK WIELKIEGO POSTU I WIELKI PIĄTEK
* Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przyjmie Komunię Świętą w jakikolwiek piątek Wielkiego Postu, także w Wielki Piątek, połączoną z odmówieniem przed wizerunkiem Pana Jezusa Ukrzyżowanego modlitwy: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu.
* Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie będzie uczestniczyć w adoracji Krzyża w czasie uroczystej celebracji Pamiątki Męki i Śmierci Pana w Wielki Piątek.
WIELKA SOBOTA
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który w czasie liturgii Wigilii Paschalnej, czyli w Wielką Sobotę wieczorem, odnowi przyrzeczenia chrzcielne.
WIELKANOC
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie przyjmuje błogosławieństwo udzielone przez papieża Urbi et orbi (Miastu i światu); również wtedy, gdy ze słusznej przyczyny nie uczestniczył fizycznie w liturgicznych obrzędach tylko pobożnie śledził same obrzędy w bezpośredniej transmisji przez media.
El Greco (1541-1614)ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia
***
„Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.
Panie Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…
Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.
Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.
Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.
Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie.
Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.
Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.
Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.
+++
W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:
“W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.
***
“Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.
***
“Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”.
***
“Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”.
***
“Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”.
+++
Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek
fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com
***
Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.
Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.
Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek
Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.
O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.
O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.
O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu. Amen.
+++
Jak można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek?
Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.
Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym z warunków uzyskania odpustu zupełnego.
Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?
Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba.
Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek
Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.
Deon.pl
***
fot. stacja7.pl/AI
***
Detale Triduum. Ciemnica
Polskie słowo „ciemnica” mówi więcej niż liturgiczne „miejsce przechowania”, bo prowadzi od adoracji Najświętszego Sakramentu do nocy pojmania i miejsca, gdzie Jezus był więziony czekając na proces i wyrok.
Samo słowo brzmi surowo. Ciemnica. W kościołach przygotowuje się ją co roku, w Wielki Czwartek, ale na krótko: na jedną noc, w praktyce często na jeden wieczór. Czasem bywa bardzo prosta, niemal ascetyczna. Czasem rozbudowana, pełna symboli, kamienia, krat i cienia. Niekiedy przypomina więzienie, niekiedy Ogrójec, a czasem po prostu wydzielone, przyciemnione miejsce modlitwy.
Puste Tabernakulum, Najświętszy Sakrament w ciemnicy
Ciemnica to jedno z tych polskich słów, które brzmią mocniej niż oficjalne liturgiczne objaśnienia. Mszał rzymski mówi o „miejscu przechowania” Najświętszego Sakramentu po Mszy Wieczerzy Pańskiej. Po uroczystej Eucharystii, po wspomnieniu ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa, po geście umycia nóg, po Komunii, liturgia nagle zmienia ton. Ołtarz zostaje obnażony. Tabernakulum pozostaje puste. Najświętszy Sakrament w rytm kołatek zostaje przeniesiony do innego miejsca, do miejsca przechowania.
Sens ciemnicy
Podczas tej procesji śpiewa się wyjątkowy hymn „Sław, języku, tajemnicę”, którego słowa ułożył św. Tomasz z Akwinu. Drugi raz zabrzmi on dopiero w uroczystość Bożego Ciała. To miejsce jest więc najpierw miejscem adoracji i przechowania Eucharystii.
Ale w Polsce wielowiekowe przeżywanie liturgii dopowiedziało coś więcej. W tym przeniesieniu dostrzeżono nie tylko szacunek wobec Najświętszego Sakramentu, lecz także doświadczenie Jezusa z Wielkiego Czwartku, po Ostatniej Wieczerzy: Jezusa wydanego, pojmanego, osamotnionego. Miejsce przechowania stało się zarazem miejscem uwięzienia, miejscem nocnego czuwania przy Jezusie oczekującym na poranny proces. Tak narodził się sens ciemnicy.
Ciemnica należy do tej jednej nocy, kiedy Chrystus, wydany, pojmany i opuszczony, będzie już w rękach ludzi. Ma w sobie coś z rzeczywistego dramatu tamtego czwartku: wspólna uczta z Chrystusem wkrótce przerodzi się w rozproszenie po uderzeniu w Mistrza. Jeszcze przed chwilą wszystko skupiało się przy ołtarzu. Teraz uwaga przesuwa się gdzie indziej, jakby liturgia kazała wiernym nie pozostawać w bezruchu, ale wstać i pójść za Jezusem, nie uciec, ale być, zachować się inaczej niż uczniowie.
Msza bez zakończenia
Dlatego po Mszy Wieczerzy Pańskiej nie ma zwykłego zakończenia. Jest procesja. Jest przeniesienie. Jest czuwanie. Kościół jakby mówił: to jeszcze nie koniec, idziemy za Nim w noc. Wielki Czwartek to nie tylko Ostatnia Wieczerza.
Słowo ciemnica dobrze niesie w sobie ten ruch i ten dramat. Jest w nim mrok, ale nie tylko fizyczny. Chodzi także o ciemność nocy, w której zaczyna chwiać się wszystko: wierność uczniów, ich odwaga, ich zrozumienie. W ciemnicy Kościół modli się już nie wobec triumfu, lecz wobec bezbronności Chrystusa. To adoracja Boga, który nie objawia teraz swojej mocy, ale pozwala się wydać w ręce ludzi.
To adoracja Jezusa, który wszedł już w ten mrok. Jeśli kiedykolwiek w życiu dotknie mnie podobna ciemność, będę wiedział, że On był tam przede mną. Nie będę sam.
Stacja7.pl
***
Świadek i Pasterz. Jan Paweł II o tajemnicy kapłaństwa na Jasnej Górze
Dziś przypada 21. rocznica śmierci św. Jana Pawła II. Papież Polak w każdy Wielki Czwartek, który jest dniem ustanowienia kapłaństwa i Eucharystii kierował listy do kapłanów. Przypominał w nich o tożsamości kapłańskiej, istocie powołania i o potrzebie zakorzenienia w modlitwie. Przez cały swój pontyfikat wspierał kapłanów modlitwą, słowem i obecnością. Wielu z nich teraz szerzy jego nauczanie, jest także ojcem wielu powołań.
Wołanie św. Jana Pawła II o Ducha Świętego na pl. Zwycięstwa stało się początkiem odnowy oblicza Polski
fot. Adam Bujak/Archiwum Biały Kruk
***
Św. Jan Paweł II napisał w sumie dwadzieścia sześć listów do kapłanów. Na początku swojego pontyfikatu, w 1979 roku, zapewnił w nim duchownych o modlitwie: „Nie przestaję prosić Boga, aby napełnił Was, Kapłanów Jezusa Chrystusa, wszelkim swoim błogosławieństwem i łaską. Na znak czego z serca Wam błogosławię”. Ojciec Święty prosił także, aby wraz z całym Kościołem nie ustawali w modlitwie za niego.
26 listów do Kapłanów
– To była jego osobista inicjatywa i wcześniej niespotykana, że przez cały pontyfikat kierował przesłanie i osobiste przemyślenia do kapłanów – mówi o. Marcin Minczyński. Opiekun Sodalicji Mariańskiej zwrócił uwagę, że Ojciec Święty pisał o duchowości, tożsamości kapłańskiej, ale także o największej istocie powołania, czyli istnieniu Eucharystycznym w Szkole Maryi, ponieważ sam w wyjątkowy sposób przeżywał swoje kapłaństwo pragnął dzielić się tym darem z kapłanami.
– Patrzył na różne aspekty istnienia kapłaństwa: istnienie zbawione dla zbawionych, istnienie wdzięczne, to ukierunkowane na Chrystusa i to, którego wzorem jest Matka Boża. Bardzo często Maryja pojawiała się w papieskich listach. Święty nawiązywał w nich także do sytuacji w jakiej znajdował się Kościół i Ojczyzna – wyjaśniał o. Minczyński. Jak wskazywał paulin, pośród listów, które skierował do kapłanów św. Jan Paweł II były także te poświęcone Soborowi Konstantynopolitańskimu, Soborowi Efeskiemu, a także Wielkiemu Jubileuszowi Wieczernika. Zauważał, że były także listy o kulcie Bożego Miłosierdzia, sakramencie pokuty czy związane z duszpasterstwem i współpracą z młodzieżą.
– Wyjątkowa była jego postawa całkowitego poświęcenia się posłudze najpierw kapłańskiej, później biskupiej, która przekładała się na służbę ludziom i całe jego życiowe zaangażowanie – mówił. Dodał, że św. Jan Paweł II także należał do Sodalicji Mariańskiej w czasach gimnazjum, gdzie był jej prezesem, a później w czasach akademickich pielgrzymował ze wspólnotą na Jasną Górę. O. Marcin Minczyński przypomniał, że św. Jan Paweł II podkreślał, że właśnie swoją maryjność zawdzięcza Sodalicji Mariańskiej.
Namaszczony przez papieża Polaka
O. Sebastian Matecki jako jedyny paulin został wyświęcony przez papieża Polaka w czasie Kongresu Eucharystycznego, w Lublinie w 1987 roku. Jak wspomina było to wydarzenie bezprecedensowe, ponieważ po raz pierwszy na polskiej ziemi, Ojciec Święty udzielił sakramentu prezbiteratu. Paulin podkreślił, że dzień swoich święceń ciągle „nosi w sercu”. – Gest nałożenia rąk przez papieża, znak pokoju, później krótka wymiana spojrzeń i słów, pozdrowienie po Mszy Świętej, ale najważniejsze jest to, co w nas pozostawił, czyli Jezusowe kapłaństwo i za to bardzo mu dziękuję – mówił.
O. Matecki przypomniał, że papież Polak podczas homilii w Lublinie podkreślał, że to rodziny są wychowawcami. To są pierwsze seminaria, które kształtują powołanie kapłańskie.
– Ojciec Święty zwracał uwagę na postawę jedności z Bogiem i to żebyśmy byli autentyczni w naszym kapłaństwie, a jest to możliwe, jeżeli będziemy dbali o naszą głęboką relację z Chrystusem. A z tego wypłynie i służba Bogu i drugiemu człowiekowi – opowiadał mnich.
O. Sebastian Matecki zwrócił uwagę, że św. Jan Paweł II całym swoim życiem pokazywał jaki powinien być kapłan, czyli jak wyjaśniał taki, który naśladuje Chrystusa. – Pokazywał Chrystusa, a przez to kapłaństwo jako służbę Bogu i drugiemu człowiekowi. Cały jego pontyfikat to była szczególna troska o formację kapłańską, powołanie i tożsamość. On nie mówił do nas kim powinniśmy być tylko kim jesteśmy jako kapłani – podkreślił.
Paulin dodał, że zadaniem kapłana jest kochać Boga, Jemu służyć i tą miłość nieść bliźnim.
– Św. Jan Paweł II do końca był dla nas wszystkich wspaniałym, niedoścignionym wzorem kapłana. Patrząc na jego życie widzimy oddanie Bogu, człowiekowi, pochylanie się na ludzką biedą, dawanie siebie w modlitwie, o której tak często przypominał, a przede wszystkim umiłowanie Eucharystii do czego jesteśmy powołani – zwracał uwagę.
O. Sebastian Matecki zauważył, że odejście do wieczności św. Jana Pawła II to były dni do końca naznaczone jego wielkim cierpieniem, zmaganiem, a jednocześnie naznaczone były wielką mobilizacją ludzi. – „Cały świat, oczy i serca były zwrócone ku św. Janowi Pawłowi II”. – Jasna Góra w czasie jego pogrzebu wypełniona była pielgrzymami i gorliwą modlitwą. Wyjątkowym momentem był Apel Jasnogórski, który tak bardzo ukochał papież, po którym odszedł do Domu Ojca – przypomniał paulin.
O. Matecki dodał, że szczególnie dziś w Wielki Czwartek jest wdzięczny św. Janowi Pawłowi II, że pokazywał prawdziwe oblicze kapłaństwa oparte na służbie i bezgranicznym oddaniu Bogu.
Jasnogórski testament
Św. Jan Paweł II pielgrzymował na Jasną Górę sześciokrotnie. O. Grzegorz Prus, jasnogórski historyk zwrócił uwagę, że papież Polak podczas pielgrzymek na Jasną Górę pozostawił paulinom ważne zadanie, że „Jasna Góra ma być konfesjonałem i ołtarzem polskiego narodu”. Jak przypomniał, św. Jan Paweł II mówił też o jedności i wielkim charyzmacie, który zakon otrzymał, czyli charyzmacie jasnogórskim. – Mówił, że mamy napełniać się miłością, jednością i nią dzielić się z innymi – zauważył. Paulin dodał, że to jest właśnie zadanie dla paulinów, aby nauczaniem papieża żyć na co dzień i przekazywać go młodym kapłanom, którzy nie mieli możliwości go poznać.
Zaznaczył, że inspiruje go „duch modlitwy” jaki charakteryzował Ojca Świętego, a także jego zaangażowanie duszpasterskie.
Biskupi uczniami papieża Polaka
Nauczanie papieża Polaka, jego myśli, które przekazywał w listach są inspiracją również dla biskupów. Oni są także tymi, którzy szerzą jego nauczanie. Bp Antoni Długosz konsekrowany był przez św. Jana Pawła II. Zwrócił uwagę, że podczas rekolekcji i pielgrzymek przypomina nauczanie świętego. – Przypominam o chrystocentryzmie, antropocentryzmie, o Bogu jako Ojcu pełnym miłosierdzia, o Matce Bożej jako naszej Matce i o tajemnicy cierpienia, które papież ukazywał w różny sposób. On zachęcał, abyśmy doświadczając cierpienia nigdy od Jezusa nie odeszli – mówił. Zwrócił uwagę, że w listach kapłańskich św. Jan Paweł II podkreślał, że to Chrystus jest przewodnikiem kapłanów i to z Nim należy kroczyć przez życie.
– Św. Jan Paweł II mówiąc o tym, dlaczego kapłani są potrzebni odpowiadał: ponieważ Chrystus jest potrzebny. On przekazywał Ewangelię i to w odbiorze własnego serca, ale i w odpowiedzialności za prawdę wobec ludzi, którzy słuchają i do których przybywał, poprzez swoje pielgrzymki apostolskie i poprzez dokumenty – mówił abp Wacław Depo. Metropolita częstochowski zauważył, że jego hasło biskupie zostało zaczerpnięte z encykliki papieża Polaka „Redemptor hominis”- ”Ku Chrystusowi Odkupicielowi człowieka” i jak zapewniał metropolita ta droga jest najpewniejsza.
Abp Depo zwrócił uwagę, że kapłaństwo jest dodatkowym człowieczeństwem dla Chrystusa. – I dlatego kapłan powinien ciałem, duszą, sercem, umysłem, zaangażować się po stronie tej prawdy, której służy. A prawdą jest Chrystus – wyjaśniał metropolita.
Papież Polak zmarł 2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21.37. Już w dniu jego pogrzebu tłum wiernych skandował: „Santo Subito” – „Święty Natychmiast”. To życzenie zaczęło się spełniać już po miesiącu, gdy rozpoczął się jego proces kanonizacyjny. Choć pielgrzymi z całego świata nie mieli wątpliwości, co do jego świętości.
Chociaż dzisiaj upływa 21 lat od śmierci św. Jana Pawła II to na Jasną Górę wciąż pielgrzymują pokolenia Polaków, które jego wzorem zawierzają Matce Bożej swoje życie i za papieżem mówią – „Totus Tuus”. Ojciec Święty jest ważny nie tylko dla kapłanów, osób starszych, ale także dla młodzieży, która jest mu wdzięczna za to, że „zawsze w nich wierzył”.
Tygodnik Niedziela
***
Kapłaństwo nie jest rolą do odegrania –
orędzie prefekta Dykasterii ds. Duchowieństwa na Wielki Czwartek
„Kapłaństwo nie jest rolą do odegrania, lecz darem, którego należy strzec z wdzięcznym sercem i pełnym zachwytem” – pisze w orędziu skierowanym do kapłanów, diakonów i seminarzystów z okazji Wielkiego Czwartku prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa, kard. Lazzaro You Heung-sik. Dokument wyraża wdzięczność Kościoła za wierność duchownych. Wskazuje, że przez ich posługę Chrystus wciąż przybliża się do swojego ludu, uzdrawia, przebacza i karmi.
W orędziu czytamy, że Wielki Czwartek to dzień kontemplacji Chrystusa, który „umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13,1). W dokumencie wyrażono podziękowanie za codzienną posługę kapłańską, która – jak zaznaczono – bywa „cicha i ukryta”. „Dziękujemy za wasze «tak», odnawiane każdego dnia, także pośród trudów, samotności i niezrozumienia” – czytamy w tekście.
Tożsamość kapłańska i przyjaźń z Chrystusem
Prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa, kard. Lazzaro You Heung-sik przypomina, że kapłaństwo „nie jest rolą do odegrania, lecz darem, którego należy strzec z wdzięcznym sercem i pełnym zachwytem”. Przywołano słowa papieża Leona XIV, który podczas Roku Świętego Nadziei wskazał, że „kapłan jest przyjacielem Pana, powołanym do życia z Nim w osobistej i ufnej relacji”.
Zgodnie z treścią orędzia, ta duchowa więź i przyjaźń z Chrystusem stanowi „sens celibatu i siłę służby kościelnej”, pozwalając duchownym na odnawianie pierwotnego powołania w chwilach próby – „także pośród trudów, samotności i niezrozumienia”. Autorzy, idąc za wskazówkami papieża, zachęcają kapłanów do powrotu do Wieczernika jako źródła ich tożsamości, gdzie odkrywają, że „nie są definiowani przez to, co czynią, lecz przez nieskończoną miłość, którą Chrystus ich obdarza”. W orędziu podkreślono też, że duchowny jest „człowiekiem Słowa i Eucharystii, kształtowanym każdego dnia przez to, co celebruje”.
Ofiara i służba jako fundamenty posługi
Prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa skupia się na dwóch kluczowych pojęciach: ofierze i służbie. Wyjaśnia, że ofiara w swoim najgłębszym znaczeniu „nie jest przede wszystkim wyrzeczeniem, lecz darem, ofiarowaniem własnego życia”. Służba natomiast została określona jako „konkretna forma tej miłości”, której miarą jest gest Jezusa umywającego nogi apostołom. „Żyć na sposób eucharystyczny oznacza żyć w perspektywie daru z siebie, czyniąc własne życie ofiarą dla wszystkich” – podkreśla w orędziu.
Apel o bliskość i nadzieję
W obliczu współczesnych trudności, watykańska Dykasteria ds. Duchowieństwa apeluje do duchownych o niezniechęcanie się, nawet gdy „ziemia wydaje się jałowa”. Kapłani zostali wezwani do bycia „ludźmi komunii” oraz „radosnymi świadkami Ewangelii”, cechującymi się bliskością, zdolnością słuchania i współczuciem. Dokument akcentuje także wagę jedności. „Czujcie się zjednoczeni jako prezbiterzy, w komunii z waszymi biskupami, przed którymi odnawiacie przyrzeczenia kapłańskie podczas Mszy Krzyżma” – napisano.
Osobne słowa skierowano do diakonów, których posługę uznano za „cenną i konieczną dla życia Kościoła, dziś bardziej niż kiedykolwiek”. Do seminarzystów wystosowano apel, by „nie bali się oddać całego swojego życia Panu” i strzegli radości swojego powołania. „Kościół potrzebuje waszej autentyczności, waszego entuzjazmu i waszej wiary” – czytamy w dokumencie.
Orędzie kończy się życzeniami owocnego Triduum Paschalnego w jedności z Chrystusem oraz modlitwą o pokój, który „leczy każdy konflikt”.
02.04.2026 – VATICANNEWS.VA
+++
3 kwietnia
Wielki Piątek
Dzień spłacenia długu
Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.
***
W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.
Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.
Tu jest Baranek
Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.
Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.
Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.
Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.
„Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.
Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.
Gdyby wiedzieli…
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).
W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.
Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.
„Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.
To twoja Matka
Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.
Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.
Zapłacono
Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.
Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.
Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.
I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.
Usunięcie przegrody
„A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).
I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
fot. Canva
Modlitwa, która daje odpust zupełny w Wielki Piątek
“Oto ja dobry i najsłodszy Jezu upadam na kolana przed twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę i błagam, abyś wszczepił w moje serce największe uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy”
W każdy piątek Wielkiego Postu, a także w Wielki Piątek można otrzymać odpust zupełny za odmówienie modlitwy „Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu”. Należy się nią pomodlić po Komunii św., przed obrazem Jezusa Chrystusa.
Aby uzyskać odpust zupełny należy pamiętać także o jego podstawowych zasadach:
brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego
bycie w stanie łaski uświęcającej
przyjęcie Komunii Świętej
modlitwa w intencjach, w których modli się Ojciec Święty np. „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”.
Tekst modlitwy:
Oto ja dobry i najsłodszy Jezu upadam na kolana przed twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę i błagam, abyś wszczepił w moje serce największe uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy i silniejszą wolę poprawy. Oto z sercem przepełnionym uczuciem i boleścią w duchu oglądam twoje pięć ran i myślą się w nich zatapiam, pamiętając, co już prorok Dawid włożył w twoje usta „Przebodli ręce moje i nogi moje, policzyli wszystkie kości moje”. Amen.
***
Bądź z Jezusem w Wielki Piątek
Do uważnego patrzenia na Jezusa powinniśmy więc dołączyć jednoczenie się z Nim w bólu i cierpieniu, jednak nie tyle przez aktywne pocieszanie Go i wymyślanie coraz to nowych sposobów, by uniknął nieuniknionego, ile przez czułe i delikatne trwanie obok. Zapraszamy do włączenia się w czuwanie z cierpiącym Chrystusem.
Patrzeć na Chrystusa to czytać Słowo Boże, szczególnie ewangeliczne opisy męki i śmierci, a przez nie przyglądać się Jemu, zadając pytania: co czuł? Co myślał? Jak się zachował? Co znaczą słowa, które powiedział? Dlaczego milczał? Z kim się spotkał? Co było w Jego sercu?
Do uważnego patrzenia na Jezusa powinniśmy więc dołączyć jednoczenie się z Nim w bólu i cierpieniu, jednak nie tyle przez aktywne pocieszanie Go i wymyślanie coraz to nowych sposobów, by uniknął nieuniknionego, ile przez czułe i delikatne trwanie obok.
Święte Triduum Paschalne to czas, gdy Bóg zaprasza nas do bliskości ze sobą przez Słowo, liturgię i codzienność. On nie chce byśmy byli widzami – nawet tymi najbardziej zaangażowanymi i potrafiącymi świetnie zinterpretować to, co oglądają – ale Jego przyjaciółmi, którym Jezus chce opowiedzieć o wszystkim, co usłyszał od swego Ojca (por. J 15,15). Weźmy Jego Słowo, czytajmy je niemalże w każdym miejscu i czasie, patrzmy na Niego i okazujmy Mu miłość przez czułe gesty wobec tych, których spotykamy.
(fragment tekstu Zuzanny Marek)
Poniżej znajdziesz fragmenty Pisma Świętego do indywidualnej medytacji oraz propozycję pytań do refleksji.
Zachęcamy do rozważania fragmentów o określonych porach dnia – by jeszcze mocniej zjednoczyć się z Panem Jezusem w przeżywanych przez Niego wydarzeniach.
Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić. Lecz nie znaleźli, jakkolwiek występowało wielu fałszywych świadków. W końcu stanęli dwaj i zeznali: «On powiedział: „Mogę zburzyć przybytek Boży i w ciągu trzech dni go odbudować”». Wtedy powstał najwyższy kapłan i rzekł do Niego: «Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?» Lecz Jezus milczał. A najwyższy kapłan rzekł do Niego: «Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?» Jezus mu odpowiedział: «Tak, Ja Nim jestem. Ale powiadam wam: Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego, i nadchodzącego na obłokach niebieskich». Wtedy najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: «Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje?» Oni odpowiedzieli: «Winien jest śmierci».
Piotr siedział na zewnątrz na dziedzińcu. Podeszła do niego jedna służąca i rzekła: «I ty byłeś z Galilejczykiem Jezusem». Lecz on zaprzeczył temu wobec wszystkich i rzekł: «Nie wiem, co mówisz». A gdy wyszedł ku bramie, zauważyła go inna i rzekła do tych, co tam byli: «Ten był z Jezusem Nazarejczykiem». I znowu zaprzeczył pod przysięgą: «Nie znam tego Człowieka». Po chwili ci, którzy tam stali, zbliżyli się i rzekli do Piotra: «Na pewno i ty jesteś jednym z nich, bo i twoja mowa cię zdradza». Wtedy począł się zaklinać i przysięgać: «Nie znam tego Człowieka». I w tej chwili kogut zapiał. Wspomniał Piotr na słowo Jezusa, który mu powiedział: «Zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz». Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.
Czy w moim życiu był moment, w którym nie chciałem się przyznać do swojej wiary? Dlaczego tak postąpiłem? Czy potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie i podjąć pracę nad sobą?
Czy potrafię wybaczyć, gdy moi przyjaciele, rodzina i znajomi mówią o mnie: “Nie znam tego człowieka”?
A gdy nastał ranek, wszyscy arcykapłani i starsi ludu powzięli uchwałę przeciw Jezusowi, żeby Go zgładzić. Związawszy Go zaprowadzili i wydali w ręce namiestnika Piłata.
Tak wiele wyroków zapada nade mną w moim życiu: bolesna diagnoza, utrata pracy czy zwykłe kłamstwo na mój temat. Czy potrafię w tych sytuacjach zaufać Bogu? Czy potrafię powiedzieć: “nie moja, lecz Twoja wola…”?
Często ja sam podejmuję sąd nad drugim człowiekiem – czy potrafię za to przeprosić? Czy mam na tyle odwagi, by przyznać się do błędu?
Wtedy Judasz, który Go wydał, widząc, że Go skazano, opamiętał się, zwrócił trzydzieści srebrników arcykapłanom i starszym i rzekł: «Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną». Lecz oni odparli: «Co nas to obchodzi? To twoja sprawa». Rzuciwszy srebrniki ku przybytkowi, oddalił się, potem poszedł i powiesił się. Arcykapłani zaś wzięli srebrniki i orzekli: «Nie wolno kłaść ich do skarbca świątyni, bo są zapłatą za krew». Po odbyciu narady kupili za nie Pole Garncarza, na grzebanie cudzoziemców. Dlatego pole to aż po dziś dzień nosi nazwę Pole Krwi. Wtedy spełniło się to, co powiedział prorok Jeremiasz: Wzięli trzydzieści srebrników, zapłatę za Tego, którego oszacowali synowie Izraela. I dali je za Pole Garncarza, jak mi Pan rozkazał.
PYTANIA DO REFLEKSJI:
Jak zachowuję się w chwilach kryzysu? Czy potrafię prosić o pomoc?
Czy jest we mnie wiara w to, że Bóg może mnie wyprowadzić nawet z największego załamania i z najgorszej bezradności?
Jezusa zaś stawiono przed namiestnikiem. Namiestnik zadał Mu pytanie: «Czy Ty jesteś królem żydowskim?» Jezus odpowiedział: «Tak, Ja nim jestem». A gdy Go oskarżali arcykapłani i starsi, nic nie odpowiadał. Wtedy zapytał Go Piłat: «Nie słyszysz, jak wiele zeznają przeciw Tobie?» On jednak nie odpowiedział mu na żadne pytanie, tak że namiestnik bardzo się dziwił.
Milczenie. Czy stać mnie na taką postawę? Ile razy z milczeniem wygrywał gniew, złość, szyderstwo, oszczerstwo…?
Często milczenie utożsamiane jest ze słabością. “Milczy, bo nie wie co powiedzieć, jest słabszy ode mnie”. Ile razy w ten sposób demonstrowałem swoją siłę, raniąc przy tym drugiego człowieka?
PIŁAT ODSYŁA JEZUSA DO HERODA
Łk 23, 6-12
Gdy Piłat to usłyszał, zapytał, czy człowiek ten jest Galilejczykiem. A gdy się upewnił, że jest spod władzy Heroda, odesłał Go do Heroda, który w tych dniach również przebywał w Jerozolimie.
Na widok Jezusa Herod bardzo się ucieszył. Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć, ponieważ słyszał o Nim i spodziewał się, że zobaczy jaki znak, zdziałany przez Niego. Zasypał Go też wieloma pytaniami, lecz Jezus nic mu nie odpowiedział. Arcykapłani zaś i uczeni w Piśmie stali i gwałtownie Go oskarżali. Wówczas wzgardził Nim Herod wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz i odesłał do Piłata. W tym dniu Herod i Piłat stali się przyjaciółmi. Przedtem bowiem żyli z sobą w nieprzyjaźni.
PYTANIA DO REFLEKSJI:
Jak reaguję na wzgardę? Co czuję? Pielęgnuję w sobie nienawiść czy pragnę przebaczyć?
Co jest fundamentem relacji z moimi przyjaciółmi? Wspólna nienawiść? Sojusz? Korzyść? Czy jestem interesowny w relacjach z innymi?
PIŁAT UZNAJE NIEWINNOŚĆ JEZUSA
Łk 23, 13-16
Piłat więc kazał zwołać arcykapłanów, członków Sanhedrynu oraz lud i rzekł do nich: «Przywiedliście mi tego człowieka pod zarzutem, że podburza lud. Otóż ja przesłuchałem go wobec was i nie znalazłem w nim żadnej winy w sprawach, o które go oskarżacie. Ani też Herod – bo odesłał go do nas; przecież nie popełnił on nic godnego śmierci. Każę go więc wychłostać i uwolnię».
A był zwyczaj, że na każde święto namiestnik uwalniał jednego więźnia, którego chcieli. Trzymano zaś wtedy znacznego więźnia, imieniem Barabasz. Gdy się więc zebrali, spytał ich Piłat: «Którego chcecie, żebym wam uwolnił, Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem?» Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali. A gdy on odbywał przewód sądowy, żona jego przysłała mu ostrzeżenie: «Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu». Tymczasem arcykapłani i starsi namówili tłumy, żeby prosiły o Barabasza, a domagały się śmierci Jezusa. Pytał ich namiestnik: «Którego z tych dwóch chcecie, żebym wam uwolnił?» Odpowiedzieli: «Barabasza». Rzekł do nich Piłat: «Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego nazywają Mesjaszem?» Zawołali wszyscy: «Na krzyż z Nim!» Namiestnik odpowiedział: «Cóż właściwie złego uczynił?» Lecz oni jeszcze głośniej krzyczeli: «Na krzyż z Nim!» .
Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc: «Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz». A cały lud zawołał: «Krew Jego na nas i na dzieci nasze». Wówczas uwolnił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie.
Wtedy żołnierze namiestnika zabrali Jezusa z sobą do pretorium i zgromadzili koło Niego całą kohortę. Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: «Witaj, Królu Żydowski!» Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie. A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili Go na ukrzyżowanie.
Czy nie jestem takim człowiekiem, który potrafi innym zakładać na głowy cierniowe korony? Czy nie przychodzi mi łatwo wyszydzanie innych?
Kiedy ostatnio wykpiłem kogoś w komentarzach w social media? Czy zastanowiłem się jak czuje się ten człowiek?
JEZUS NIESIE KRZYŻ NA GOLGOTĘ
Łk 23, 26-32
Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola. Włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.
A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas! i do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?».
Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą, to znaczy Miejscem Czaszki, dali Mu pić wino zaprawione goryczą. Skosztował, ale nie chciał pić.
Gdy Go ukrzyżowali, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. I siedząc, tam Go pilnowali. A nad głową Jego umieścili napis z podaniem Jego winy: «To jest Jezus, Król Żydowski».
Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go i potrząsali głowami, mówiąc: «Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, wybaw sam siebie; jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!» Podobnie arcykapłani z uczonymi w Piśmie i starszymi, szydząc, powtarzali: «Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Jest królem Izraela: niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego. Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje. Przecież powiedział: „Jestem Synem Bożym”».
Czy prowokuje innych chcąc w ten sposób osiągnąć swój cel?
DWÓCH ŁOTRÓW
Łk 23, 39-43
Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju».
Było tam również wiele niewiast, które przypatrywały się z daleka. Szły one za Jezusem z Galilei i usługiwały Mu. Między nimi były: Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa, oraz matka synów Zebedeusza.
Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat – ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem – Żydzi prosili Piłata, aby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana. I znowu na innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili.
Jak przeżywam śmierć Jezusa? Czy ogarnia mnie jedynie żal, litość nad umęczonym Jezusem, czy raczej jest we mnie wola pracy nad sobą, walki z grzechem, który Jezusa do śmierci doprowadził?
Jaką ostatnio słabość, jaki grzech w sobie „zabiłem”? Jak nad sobą pracuję?
Pod wieczór przyszedł zamożny człowiek z Arymatei, imieniem Józef, który też był uczniem Jezusa. On udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Wówczas Piłat kazał je wydać. Józef zabrał ciało, owinął je w czyste płótno i złożył w swoim nowym grobie, który kazał wykuć w skale. Przed wejściem do grobu zatoczył duży kamień i odszedł. Lecz Maria Magdalena i druga Maria pozostały tam, siedząc naprzeciw grobu.
Czy jestem jak kobiety czujnie pozostające przy Jezusie, czy raczej jak uczniowie, którzy zasnęli kiedy Jezus tylko na chwilę ich opuścił?
Jak zachowuję się gdy spotyka mnie porażka? Wierzę Jezusowi do końca i przyjmuję? Czy raczej usypiam swoją wiarę zniechęcony niepowodzeniem?
wybór i kolejność fragmentów z Pisma Świętego: Ks. Marcin Kowalski
+++
Wielka cisza spowiła ziemię;
wielka na niej cisza i pustka.
Cisza wielka, bo Król zasnął.
Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl
+++
4 kwietnia
Wielka Sobota – cisza i oczekiwanie
Wielka Sobota jest dniem ciszy i oczekiwania. Dla uczniów Jezusa był to dzień największej próby. Według Tradycji apostołowie rozpierzchli się po śmierci Jezusa, a jedyną osobą, która wytrwała w wierze, była Bogurodzica. Dlatego też każda sobota jest w Kościele dniem maryjnym. Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca.
Opinogóra, 25.03.2016. Grób Pański w parafii św. Zygmuntaks.
fot. ks.Włodzimierz Piętka /GośćNiedzielny
***
Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca. Rozpoczyna ją liturgia światła. Na zewnątrz kościoła kapłan święci ogień, od którego następnie zapala się Paschał – wielką woskową świecę, która symbolizuje zmartwychwstałego Chrystusa. Na paschale kapłan żłobi znak krzyża, wypowiadając słowa: “Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen”. Umieszcza się tam również pięć ozdobnych czerwonych gwoździ, symbolizujących rany Chrystusa oraz aktualną datę.
Następnie Paschał ten wnosi się do okrytej mrokiem świątyni, a wierni zapalają od niego swoje świece, przekazując sobie wzajemnie światło. Niezwykle wymowny jest widok rozszerzającej się jasności, która w końcu wypełnia cały kościół.
Zwieńczeniem obrzędu światła jest uroczysta pieśń (Pochwała Paschału) – Exultet, która zaczyna się od słów: “Weselcie się już zastępy Aniołów w niebie! Weselcie się słudzy Boga! Niech zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo!”.
Dalsza część liturgii paschalnej to czytania przeplatane psalmami. Przypominają one całą historię zbawienia, poczynając od stworzenia świata, przez wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej, proroctwa zapowiadające Mesjasza aż do Ewangelii o Zmartwychwstaniu Jezusa.
Tej nocy powraca po blisko pięćdziesięciu dniach uroczysty śpiew “Alleluja”. Celebrans dokonuje poświęcenia wody, która przez cały rok będzie służyła przede wszystkim do chrztu. Czasami, na wzór pierwotnych wspólnot chrześcijańskich, w noc paschalną chrzci się katechumenów, udzielając im zarazem bierzmowania i pierwszej Komunii św. Wszyscy wierni odnawiają swoje przyrzeczenia chrzcielne wyrzekając się grzechu, Szatana i wszystkiego, co prowadzi do zła oraz wyznając wiarę w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego.
Wigilia Paschalna kończy się Eucharystią i procesją rezurekcyjną. Procesja ta pierwotnie obchodziła cmentarz, który zwykle znajdował się w pobliżu kościoła, by oznajmić leżącym w grobach, że Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył śmierć. Ze względów praktycznych w wielu miejscach w Polsce procesja rezurekcyjna nie odbywa się w Noc Zmartwychwstania, ale przenoszona jest na niedzielny poranek.
Ponieważ cud Zmartwychwstania jakby nie mieści się w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy – przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał. Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela, nazywana obecnie także Niedzielą Miłosierdzia Bożego.
W ten dzień w Rzymie ochrzczeni podczas Wigilii Paschalnej neofici, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy św. Jan Paweł II ustanowił ten dzień świętem Miłosierdzia Bożego, którego wielką orędowniczką była św. Faustyna Kowalska.
Wielkanoc jest pierwszym i najważniejszym świętem chrześcijańskim. Apostołowie świętowali tylko Wielkanoc i każdą niedzielę, która jest właśnie pamiątką Nocy Paschalnej. Dopiero z upływem wieków zaczęły pojawiać się inne święta i okresy przygotowania aż ukształtował się obecny rok liturgiczny, który jednak przechodzi różne zmiany.
ks. Włodzimierz Piętka – Gość Niedzielny
***
5 kwietnia
NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO
UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA– godzina 14.00
Trzeci dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl
***
Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,
nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.
Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?
Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.
Każdy z nas też jest na tej drodze
i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:
twarde, zimne i nieubłagane.
Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,
żeby głaz już piersi nie przytłaczał,
żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,
żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,
żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi
zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.
ks. Marian
***
6 kwietnia
PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY
MSZA ŚWIĘTA– godzina 14.00
Czwarty dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia
zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska
***
Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego Miłosierdzia.
Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…
Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.
Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.
Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.
Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.
Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, aby jak najszybciej opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.
Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.
Z wielką żarliwością prośmy Zmartwychwstałego Pana, aby i w naszym sercu dokonał wielkiej przemiany.
Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do naszego serca wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.
I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..
ks. Marian
Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr
***
ZMARTWYCHWSTAŁY PAN
Aula Pawła VI (fot. ks. Waldemar Turek, Vatican News)
***
Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.
Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?
Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.
Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.
Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.
Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.
Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.
ks. Marian
Trwa Oktawa Wielkanocna
do wigilii Niedzieli Bożego Miłosierdzia 11 kwietnia
*** Od 370 lat Królowa Korony Polskiej.
Rocznica ślubów lwowskich Jana Kazimierza
(Jan Matejko, Śluby Jana Kazimierza)
***
370 lat temu król Jan II Kazimierz Waza złożył przed obrazem Matki Bożej Łaskawej śluby lwowskie. Oddając w nich opanowany przez Szwedów i Rosję kraj pod opiekę Maryi, uznał Ją za Królową Polski. Do tego aktu nawiązywali w XX wieku kard. Stefan Wyszyński i papież Jan Paweł II.
1 kwietnia 1656 r. w czasie potopu szwedzkiego król Jan II Kazimierz Waza w katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie złożył śluby lwowskie podczas mszy odprawianej przez nuncjusza Pietro Vidoniego przed obrazem Matki Bożej Łaskawej.
– Wydarzenie to przypada na jeden z tragiczniejszych momentów w historii Polski. Mieliśmy wówczas całkowitą zapaść państwa i poważny kryzys tożsamości społeczeństwa, które nie stawiało oporu najeźdźcom. W konsekwencji kraj niemal w całości został opanowany przez Szwedów i Rosjan. Przyrzeczenia królewskie miały na celu poderwanie do walki z wrogiem nie tylko szlachty, ale też całego ludu – powiedział PAP historyk, prof. Paweł Skibiński z Uniwersytetu Warszawskiego.
Monarcha oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej, nazywając ją Królową Korony Polskiej. „Ciebie za opiekunkę moją i za Królową królestwa mojego obieram. I siebie i królestwo Polskie, księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie i Czernichowskie, wojska obydwu narodów i lud cały Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i litości w tym nieszczęśliwym i przykrym królestwa mojego stanie, przeciwko nieprzyjaciołom św. Rzymskiego Kościoła pokornie błagam” – ślubował Jan Kazimierz.
Władca przyrzekł wówczas szerzyć cześć Matki Bożej i ślubował uzyskać w Stolicy Apostolskiej pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej. Zapewnił także, że zajmie się losem ciemiężonych pańszczyzną chłopów i zaprowadzi w kraju sprawiedliwość społeczną „Obowiązuję się, iż po uczynionym pokoju starać się będę ze stanami Rzeczypospolitej usilnie, ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa” – czytamy w ślubach królewskich.
Po władcy w imieniu senatorów i szlachty podobną rotę odczytał 1 kwietnia 1656 r. podkanclerzy koronny biskup krakowski Andrzej Trzebicki, a świadkowie powtarzali za nim słowa ślubowania. – To pokazuje, że tekst ślubów nie był tylko osobistym aktem religijnym monarchy, ale całej wspólnoty narodowej, która zobowiązała się podjąć konkretne kroki – powiedział prof. Skibiński. Zauważył, że „znaczna część polskich innowierców nie miała nic przeciwko kultowi maryjnemu”. – Zarówno grekokatolicy, jak i prawosławni, którzy w przeważającej większości zamieszkiwali wschodnie ziemie Rzeczypospolitej, uznawali i uznają kult Matki Zbawiciela – powiedział.
Historyk zwrócił uwagę, że prymas Stefan Wyszyński i później papież Jan Paweł II wskazywali na katolicką wizję maryjności „jako pewną esencję wspólnych wartości tworzących polską tożsamość”. – Ujmowali oni wspólnotę narodową nie w kategoriach socjologicznych czy statystycznych, tylko duchowych. Nie oznacza to oczywiście, że zapominali o obecności w kraju wyznawców innych religii, natomiast uznawali, że utożsamiając się z polskością, powinni szanować wymiar duchowy większości członków wspólnoty – powiedział historyk.
– Choć wiele publikacji utrzymuje, że autorem ślubów mógł być jezuita św. Andrzej Bobola, to ich tekst najprawdopodobniej zredagował prymas Andrzej Leszczyński – wskazał.
Niektórzy twierdzą, że zobowiązania Jana Kazimierza były wypełnieniem życzenia Maryi przekazanego za pośrednictwem włoskiego jezuity Giulia Mancinellego. – Mimo zapewnień król Polski nie wypełnił złożonych obietnic dotyczących chłopów. Nie zmniejszono im pańszczyzny ani nie oddano ludności wiejskiej pod jurysdykcję sądów królewskich. Akt królewski jednak na trwałe zapisał się w świadomości narodowej i odwoływano się do niego przy okazji różnych wydarzeń patriotycznych – zwrócił uwagę historyk.
W 1908 r. św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup lwowski, zwrócił się do papieża, by ten na pamiątkę ślubów Jana Kazimierza ustanowił liturgiczne święto Królowej Korony Polskiej dla archidiecezji lwowskiej i diecezji przemyskiej. Papież Pius X zgodził się i pozwolił też na wpisanie do litanii loretańskiej wezwania „Królowo Korony Polskiej – módl się za nami” (wówczas tylko dla tych dwóch diecezji). Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Benedykt XV 14 stycznia 1920 r. rozszerzył użycie tego wezwania na cały kraj. W czasach PRL zostało ono przekształcone na używane dzisiaj: „Królowo Polski”.
Episkopat Polski zwrócił się też do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „NMP Królowej Polski”. Biskupi zaproponowali papieżowi dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z uchwaloną 3 maja 1791 r. pierwszą polską konstytucją. Pozytywną decyzję w tej sprawie podjął papież Pius XI w 1925 r.
Po II wojnie światowej w 1945 r. polscy biskupi pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda odnowili na Jasnej Górze akt poświęcenia się i oddania Bożej Matce. Ponowiono wówczas śluby złożone przez króla Jana Kazimierza.
Ponowne oddanie się pod opiekę Najświętszej Maryi odbyło się w czasie Wielkiej Nowenny będącej przygotowaniem do tysięcznej rocznicy chrztu Polski. Episkopat Polski 26 sierpnia 1956 r. dokonał aktu odnowienia ślubów lwowskich. Uwięzionego wówczas przez władze PRL prymasa Polski symbolizował pusty tron i wiązanka biało-czerwonych kwiatów. 5 maja 1957 r. wszystkie diecezje i parafie Kościoła katolickiego w kraju oddały się pod opiekę Maryi.
Papież Jan XXIII w 1962 r. ogłosił Najświętszą Maryję Pannę Królową Polski główną patronką kraju, a Jej święto stało się świętem „pierwszej klasy” we wszystkich polskich diecezjach.
– To świadczy, że pamięć publicznego zobowiązania króla Jana Kazimierza do wierności kultowi maryjnemu i zbudowania rzeczywistości społecznej kraju na fundamencie moralności chrześcijańskiej jest trwała, co jest do pewnego stopnia ewenementem w historii – powiedział prof. Skibiński.
Formalnie jednak Polska po raz pierwszy w historii została oddana pod opiekę Najświętszej Maryi Panny na cztery lata przed lwowskim ślubowaniem. W 1652 r., po ustaniu epidemii, ratusz Warszawy ogłosił wówczas Matkę Bożą Łaskawą patronką Warszawy (Mater Gratiarum Varsaviensis) i Strażniczką Polski (Custos Poloniae). Był to akt wdzięczności za opiekę nad miastem w latach wojny i klęsk spowodowanych potopem szwedzkim.
źródło: PAP – Magdalena Gronek/PCh24.pl
***
„Z Maryją w Triduum”.
Obchody 370. rocznicy Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza
W związku z 370. rocznicą Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza Instytut Hetmana Żółkiewskiego organizuje w Warszawie obchody ustanowienia Matki Bożej Królową Korony Polskiej.
Odbędą się one w Wielką Środę, dokładnie w rocznicę ślubowania (1 kwietnia 1656 roku), kiedy w czasie potopu szwedzkiego w Katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie król Polski ogłosił Matkę Boską Królową Korony Polskiej i powierzył Jej opiece mieszkańców Rzeczypospolitej.
1 kwietnia 2026 roku, o godz. 18.00 w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie zostanie odprawiona Msza św. dziękczynna za ustanowienie przez króla Jana Kazimierza Najświętszej Panny Maryi Królową Korony Polskiej oraz z prośbą o potrzebne łaski dla ojczyzny i wierność Polaków Panu Bogu, Kościołowi, krzyżowi i Ewangelii przez wstawiennictwo Matki Najświętszej.
Po Modlitwie w dolnym Kościele św. Anny o 19.30 ks. prof. Tadeusz Guz wygłosi prelekcję „Maryja Królową Polski – historia i konsekwencje na dziś”, na którą wstęp jest wolny.
***
Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
Ten obraz jest jak stop-klatka zatrzymana po słowach Jezusa: „Jeden z was Mnie zdradzi”. Widzimy ludzi podobnych do nas. Zdumionych, przestraszonych, niepewnych własnej wierności. Ich nerwowość kontrastuje z pokojem Pana, który daje uczniom Eucharystię.
Bywa tak, że spotkanie z czymś oczekiwanym od dawna rozczarowuje. W tym przypadku spotkanie twarzą w twarz z arcydziełem przerosło moje oczekiwania. Nie potrafiłem oderwać wzroku. Żałowałem, że mam tylko kilka minut, aby pobyć tak blisko, nacieszyć oczy. Ekstaza mieszała się ze wzruszeniem. Na moment przeniosłem się w sam środek dramatu ostatniej wieczerzy.
Ten wizerunek żyje w świadomości milionów dzięki tysiącom kopii, reprodukcji, przetworzeń. Ale źródło jest tylko jedno. Obok Mony Lisy to najsłynniejsze dzieło artysty, którego geniusz łączył się z niespokojnym charakterem i pragnieniem osiągnięcia doskonałości. Pan Bóg jakby przesadził z talentami u Leonarda. Artysta miał ich tyle, że nie mógł się zdecydować, który z nich ma w pełni rozwinąć. Przez całe życie brakowało mu konsekwencji, dotrzymywania terminów i zobowiązań. Wiele dzieł rozpoczynał i nie kończył. Podejmował coraz to nowe projekty, wiecznie eksperymentował, fascynował się techniką, konstruował na papierze machiny wojenne, latające maszyny oraz kopułę na mediolańskiej katedrze, marzył o wykonaniu największego na świecie pomnika konnego z brązu. Był ciągle rozedrgany, jak apostołowie na jego fresku. Zachowało się zaledwie kilkanaście jego obrazów. Leonardo ze szkicownikiem w ręku lubił chodzić po mieście. Przypatrywał się ludziom spotykanym na ulicy, na rynku, na targu. Fascynowały go ludzkie emocje wyrażone grymasami twarzy, a także gestami rąk, co jest narodową cechą Włochów. Utrwalał na papierze bogactwo przejawów ludzkiego życia, także samej natury. To, że powstała „Ostatnia wieczerza”, jest cudem. Po pierwsze, dlatego, że Leonardo ukończył dzieło. Po drugie, dlatego, że fresk, który już po 20 latach od powstania zaczął niszczeć, choć utracił swój pierwotny blask, jednak ocalał.
Postać Jezusa jest większa od apostołów.
Prawą ręką sięga w stronę misy, aby wskazać zdrajcę. Lewa dłoń i wzrok kierują się na chleb, który stanie się Eucharystią. Pierwszy po prawej stronie to św. Tomasz.wikimedia
Nigdy nie malował fresków
Leonardo kształcił się we Florencji u boku Andrei del Verrocchia, który stał się jego mentorem i mistrzem. W jego warsztacie uczył się techniki malarstwa i rzeźby, poznawał tajniki geometrii, nauczył się grać na lutni. Kiedy zaczął samodzielnie tworzyć, nie chciał być naśladowcą. Szukał doskonałości, pragnął tworzyć dzieła, które nie są podążaniem ścieżką innych artystów. Interesowała go otaczająca rzeczywistość, w niej szukał inspiracji. Jego niespokojny duch sprawił, że przez wiele lat nie ukończył żadnego z zamówionych obrazów. We Florencji zyskał sławę wybitnego artysty, który… nie dotrzymuje słowa. Wtedy przeniósł się do Mediolanu, aby tam zacząć od nowa. Chciał porzucić malarstwo i projektować mosty, tunele, machiny wojenne. Mediolanem rządził wtedy potężny książę Ludovico Sforza. On stał się mecenasem Leonarda. W kościele Santa Maria delle Grazie Sforza planował urządzić swoje mauzoleum. Grób wielkiego pana musi mieć porządną oprawę. Był to kościół zakonny przy klasztorze dominikanów. Książę w porozumieniu z zakonnikami zamówił u Leonarda wielki fresk w zakonnym refektarzu. Było to dość dziwne zlecenie, bo artysta nigdy wcześniej nie malował fresku. Nie znał tej techniki, która nie odpowiadała jego charakterowi. Fresk powstaje na mokrym tynku, wtedy farba wiąże się z podłożem. To wymaga olbrzymiej precyzji i szybkiego malowania. Nie ma możliwości poprawki. Leonardo podjął wyzwanie, zakupił Biblię i przystąpił do pracy najprawdopodobniej w 1495 roku.
Piotr w prawej ręce trzyma nóż. To aluzja do obrony Jezusa mieczem w Ogrójcu.wikimedia
Jeden z was Mnie zdradzi
Leonardo znał zapewne wcześniejsze przedstawienia ostatniej wieczerzy i szukał czegoś oryginalnego. Zdecydował się uchwycić jeden moment tego wydarzenia. Nie jest to chwila ustanowienia Eucharystii, ale sekunda po słowach Jezusa: „Jeden z was Mnie zdradzi”. Jan relacjonuje: „Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi”. Artysta starał się oddać te reakcje uczniów. „Dobry malarz maluje dwie sprawy: człowieka i jego wnętrze. Pierwsza jest łatwa, druga trudna” – pisał w traktacie o malarstwie. Wnętrze człowieka oddają jego twarz i gesty. Mamy na fresku całą gamę emocji: zdziwienie, gniew, niedowierzanie, lęk i pytanie: „Chyba nie ja, Panie?”, które być może każdy z nich sobie zadawał. Na obrazie widzimy rozgorączkowanych, gestykulujących uczniów i Chrystusa, który, przeciwnie, emanuje spokojem. Tak to dokładnie jest z nami. Świat jest pełen niepokoju i napięcia. Ratunkiem jest Pan, który rozkłada ręce w geście ofiarowania i zaproszenia do siebie.
Artysta czasem pracował w zawrotnym tempie, ani na chwilę nie odkładając pędzla. Czasem stał i przyglądał się godzinami, analizując namalowane postaci. Powstało wiele teorii na temat modeli wykorzystanych do oddania poszczególnych osób. Historycy sztuki potwierdzają, że modelem Bartłomieja był przyjaciel Leonarda, architekt Bramante. Ponoć Leonardo długo nie mógł znaleźć odpowiedniej twarzy dla Judasza. W końcu miał spotkać na ulicy człowieka o bardzo wymęczonej twarzy i zaprosić go do pozowania. Człowiek ten miał wyznać, że kilka lat wcześniej pozował już do tego obrazu jako model Jezusa. Ta opowieść miała wskazywać na ludzką zdolność zarówno do dobra, jak i do zdrady. Trzeba ją jednak uznać za pobożną legendę. Jedną z wielu, które powstały wokół arcydzieła.
Postać Judasza intryguje. Jego twarz jest zakryta cieniem. W ręce trzyma sakiewkę z pieniędzmi. Druga dłoń sięga do misy i jest wyciągnięta w stronę dłoni Jezusa. Leonardo odstąpił od zwyczaju przedstawiania Judasza po drugiej stronie stołu, jak to bywało u innych malarzy. Zdrajca siedzi po tej samej stronie co wszyscy apostołowie. To przypomina, że zdrada może narodzić się nawet bardzo blisko Jezusa. Przed Judaszem na stole artysta namalował przewróconą solniczkę – symbol zdrady. Piotr trzyma w ręce nóż, którym przed chwilą ukroił chleb, a teraz być może ma ochotę wbić go w zdrajcę. Według Janowej Ewangelii Piotr zapytał dyskretnie Jana: „Kto jest zdrajcą?”. Na fresku widzimy Piotra, który odciągnął Jana od Jezusa i szepcze mu coś do ucha.
Piotr dyskretnie pyta Jana: „Kto jest zdrajcą?”.wikimedia
W centrum jest Chrystus
Jeden z biografów Leonarda twierdził, że ilekroć artysta próbował namalować twarz Syna Bożego, drżała mu ręka. Obraz jest tak zaprojektowany, że skupia uwagę widza na twarzy Jezusa. Chrystus zajmuje dokładnie środek malowidła. Apostołowie są w pewnym oddaleniu, podzieleni na trzyosobowe grupy, dotykając się wzajemnie i zasłaniając, Chrystus jest ukazany w całości. Nie ma wprawdzie aureoli (Leonardo nie lubił jej malować), ale światło bijące z okna za Jezusem zastępuje ją. Jego dłonie są tak ułożone, że tworzą trójkąt – to gest oddania siebie, ofiarowania. Prawa dłoń zmierza w tym samym kierunku, co ręka Judasza. Wzrok Chrystusa skupia się na bochenku chleba. Jezus nie daje się wciągnąć w nerwowość uczniów, ale w oczywisty sposób wskazuje na Eucharystię. Pozostaje spokojnym punktem w samym środku burzy.
Po trzech latach pracy artysta usunął rusztowanie. Obraz mienił się jaskrawymi kolorami, czego dziś już nie widać. Gdy zakonnicy zasiedali do posiłków, stół Jezusa i uczniów dawał złudzenie, że ostatnia wieczerza ma miejsce u dominikanów w Mediolanie. Leonardo znakomicie posługiwał się wiedzą o proporcjach i perspektywie. Ponieważ widział, że mnisi siedzący w różnych miejscach refektarza będą go widzieć nieco inaczej, namalował go w taki sposób, że nie wyznaczył jednego punktu obserwacji. Dzięki tej sztuczce perspektywa nie wydaje się w żadnym miejscu zniekształcona.
Przed Judaszem rozsypana sól – symbol zdrady.wikimedia
Kruche piękno
„Piękno rzeczy śmiertelnych mija – pisał Leonardo – lecz nie piękno sztuki”. Niestety także piękno sztuki jest nietrwałe, jak wszystko na tej ziemi. Obraz zaczął niszczeć niemal od razu. Powodem było to, że artysta zastosował eksperymentalną mieszankę farb olejnych i tempery na suchym tynku. Efekt był piękny, lecz nietrwały. Pigmenty nie związały się na trwałe z podłożem. Już po kilkunastu latach obraz zaczął się łuszczyć i blaknąć. Na dodatek fresk powstał tuż przy klasztornej kuchni, narażony był na wyziewy z pieca i wilgoć. W 1652 roku dominikanie dokonali barbarzyństwa. Trudno to inaczej nazwać. Postanowili wyciąć w ścianie refektarza drzwi, amputując Chrystusowi stopy i naruszając spoistość farby i tynku uderzeniami młotów. Dzieła zniszczenia dopełnili renowatorzy partacze. Obraz w kilku miejscach został przemalowany i tak np. stopa Bartłomieja zamieniła się w nogę krzesła. Armia Napoleona przekształciła refektarz w stajnię, francuscy żołnierze rzucali w apostołów kawałkami cegieł. Potem nadeszła powódź. Przez kilkanaście dni w refektarzu stała woda. Podjęto też nieudaną próbę zdjęcia farby z powierzchni i przeniesienia całości na płótno. „Ostatnia wieczerza” stała się symbolem nietrwałości sztuki. Pisarz Henry James porównał dzieło do „wytrwałego inwalidy, którego odwiedza się niczym umierającego, żeby zobaczyć, jak się trzyma, chodząc wokół niego na palcach i wzdychając przy pożegnaniu”. W sierpniu 1943 r. bomba, która została zrzucona przez aliantów, spadała na klasztor dominikanów. Malowidło zabezpieczone workami z piaskiem przetrwało. W 1977 roku rozpoczęto ratowanie dzieła za pomocą najnowocześniejszych technik. Renowacja trwała ponad 20 lat. Pomocą okazały się liczne kopie dzieła wykonywane prawie od samego początku jego powstania. Niektórzy twierdzą, że „Ostatnia wieczerza” to dziś w 80 proc. dzieło konserwatorów, a w 20 proc. – Leonarda.
Dzieło Leonarda cudem powstało i cudem przetrwało. Czy tak wybitnego artystę mobilizowały do pracy tylko myśli o hojnej zapłacie księcia Sforzy albo o sławie? Musiała nieść go sama treść dzieła, czyli Ewangelia. Przy stole w Wieczerniku – jak przy stole w każdej jadalni – siedzą ludzie podobni do nas. Z wiarą, ale i wątpliwościami, lękiem, a nawet zdradą. Przy takim stole rodzi się Eucharystia. Jezus wnosi w nasz bałagan swój pokój, karmi nas miłością, daje Ciało i Krew.
Zapytałem przewodniczkę, która opowiadała nam o tym dziele, gdzie jest mój patron – Tomasz. Można go poznać po palcu wzniesionym w górę, który chciał włożyć w ranę Jezusa. Ucieszyłem się, że właśnie on jest u Leonarda najbliżej Jezusa.
16.08.1943 roku bomba zniszczyła refektarz. Ściana z wieczerzą ocalała. Na zdjęciu widać ją zabezpieczoną rusztowaniem i workami piasku.
Universal Images Group North America LLC/Alamy Stock Photo/bew
Korzystałem z: Ross King, „Leonardo i Ostatnia Wieczerza”.ks. Tomasz Jaklewicz/ Gość Niedzielny
Msza święta z ceremonią poświęcenia palm o godz. 14.00
(w nocy 28/29 zmiana czasu zimowego na letni)
fot. cactusvstudio/Freepik
***
Leon XIV: „Jezus pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu”
“Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi!” – powiedział papież podczas liturgii Niedzieli Palmowej w Watykanie.
fot. Vatican Media
Ojciec Święty nawiązał do odczytanego wcześniej opisu Męki Pańskiej (Mt 26, 14 – 27, 66) i zaznaczył, iż widzimy w Nim Króla Pokoju – łagodnego i pełnego miłosierdzia, nawet wobec przemocy i nienawiści. Gdy był obarczony naszymi cierpieniami i przebity za nasze grzechy, nie chwycił za broń, nie bronił siebie, nie stoczył żadnej wojny.
Objawił łagodne oblicze Boga, który zawsze odrzuca przemoc, i zamiast ocalić samego siebie, pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu w dziejach ludzkości– stwierdził Leon XIV. Dodał, iż jest to „Bóg, który odrzuca wojnę, którego nikt nie może wykorzystać do usprawiedliwienia wojny, który nie słucha modlitwy tych, którzy wojnę prowadzą, i odrzuca ją”.
Leon XIV zachęcił do dostrzeżenia w cierpieniu Jezusa ból wszystkich ludzi dotkniętych wojną, przemocą i samotnością. Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi! – powiedział papież.
Ojciec Święty zakończył modlitwą Sługi Bożego, biskupa Tonina Bello, prosząc Maryję o nadzieję, że cierpienie i niesprawiedliwość przeminą, a łzy ofiar zostaną osuszone.
Cały tekst homilii papieża Leona XIV:
Drodzy Bracia i Siostry!
Gdy Jezus kroczy drogą krzyżową, idziemy za Nim, podążając Jego śladami. Idąc wraz z Nim, kontemplujemy Jego mękę dla ludzkości, Jego zbolałe serce, Jego życie, które staje się darem miłości.
Spójrzmy na Jezusa, który przedstawia się jako Król Pokoju, gdy wokół Niego trwają przygotowania do wojny. Na Jezusa, który pozostaje niewzruszony w łagodności, w czasie gdy inni szaleją w przemocy. Spójrzmy na Tego, który ofiarowuje się jako ukojenie dla ludzkości, podczas gdy inni chwytają za miecze i kije. Na Tego, który jest światłością świata, podczas gdy wkrótce ziemię mają ogarnąć ciemności. Na Jezusa, który przyszedł, żeby przynieść życie, podczas gdy wypełnia się plan skazania Go na śmierć.
Jako Król pokoju Jezus pragnie pojednać świat w objęciach Ojca i zburzyć wszelkie mury, które oddzielają nas od Boga i od bliźniego, ponieważ „On jest naszym pokojem” (Ef 2, 14).
Jako Król pokoju wjeżdża On do Jerozolimy na osiołku, a nie na koniu, wypełniając starożytne proroctwo, które wzywało do radowania się z przybycia Mesjasza: „Oto Król twój idzie do ciebie, / sprawiedliwy i zwycięski. / Pokorny – jedzie na osiołku, / na oślątku, źrebięciu oślicy. / On usunie rydwany z Efraima, / a konie z Jeruzalem; / łuk wojenny zostanie złamany. / Pokój ludom obwieści” (Za 9, 9-10).
Jako Król pokoju, gdy jeden z Jego uczniów wyciąga miecz, aby Go bronić, i uderza sługę arcykapłana, On natychmiast go powstrzymuje, mówiąc: „Włóż miecz na swoje miejsce, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” (Mt 26, 52).
Jako Król pokoju, gdy był obarczony naszymi cierpieniami i przebity za nasze grzechy, On „nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją” (Iz 53, 7). Nie chwycił za broń, nie bronił siebie, nie stoczył żadnej wojny. Objawił łagodne oblicze Boga, który zawsze odrzuca przemoc, i zamiast ocalić samego siebie, pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu w dziejach ludzkości.
Bracia i siostry, oto nasz Bóg: Jezus, Król pokoju. To Bóg, który odrzuca wojnę, którego nikt nie może wykorzystać do usprawiedliwienia wojny, który nie słucha modlitwy tych, którzy wojnę prowadzą, i odrzuca ją, mówiąc: „Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham. Ręce wasze pełne są krwi” (Iz 1, 15).
Patrząc na Tego, który został za nas ukrzyżowany, widzimy ukrzyżowanych spośród rodzaju ludzkiego. W Jego ranach widzimy zranienia wielu współczesnych kobiet i mężczyzn. W Jego ostatnim wołaniu skierowanym do Ojca słyszymy płacz tych, którzy są zdruzgotani, pozbawieni nadziei, chorzy i samotni. Przede wszystkim słyszymy jęk boleści wszystkich tych, którzy są uciskani przez przemoc oraz wszystkich ofiar wojny.
Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi!
Słowami Sługi Bożego, biskupa Tonina Bello, chciałbym powierzyć to wołanie Najświętszej Maryi Pannie, która stoi pod krzyżem Syna i płacze również u stóp współczesnych ukrzyżowanych:
„Święta Maryjo, Kobieto trzeciego dnia, daj nam pewność, że mimo wszystko śmierć nie będzie już nad nami panować; że dni niesprawiedliwości są już policzone; że łuny wojenne zmniejszą się do rozmiarów świateł zmierzchu; że cierpienia biednych będą miały swój kres. (…) Daj nam wiarę, że łzy bólu wszystkich ofiar przemocy w końcu będą osuszone, jak rosa przez wiosenne słońce”.*)
*)A. Bello, Maria, donna dei nostri giorni, Cinisello Balsamo 1993: Maryja kobieta naszych czasów, tłum. W. Zasiura, oprac. red. E. Popielarz, Zielonka 2019 [ebook].
Vatican – Stacja7.pl
***
Niedziela Palmowa
„Powinna nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować”
Niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia: od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność
Każda Niedziela Palmowa, a dokładniej Niedziela Męki Pańskiej niesie ze sobą wiele tajemnic. Osobiście za każdym razem przeżywam ją inaczej. Każdy rok daje nam mnóstwo możliwości, by przeżyć ten czas na różny sposób, a tym samym, by zobaczyć te wydarzenia od innej strony.
Zatrzymaj się
Kościół w tym dniu wyjątkowo proponuje nam dwa opisy ewangeliczne. Pierwszy fragment Ewangelii czytany jest na początku liturgii, gdy ma się rozpocząć procesja z palmami – słuchamy wtedy opisu uroczystego wjazdu do Jerozolimy. Lud pełen radości i entuzjazmu wita wjeżdżającego na osiołku Jezusa. Po wysłuchaniu tych słów jesteśmy zaproszeni, by również wziąć udział w procesji na wzór tamtej opisanej przez Ewangelistę – Jezusa reprezentuje tu celebrans.
Z radością, która wypełnia nasze serca i euforią, że Jezus jest pośród nas, Kościół nagle, bez większych wstępów i wprowadzeń zaprasza nas w klimat Męki Pańskiej. Wielka radość nagle zostaje zamieniona w powagę i smutek, z wrzawy wchodzimy w zasłuchanie i zapatrzenie się na Jezusa – nie ma już palemek i osiołka, a jest krzyż. Radosny krzyk „hosanna” zamieniony jest w nienawistny ryk „na śmierć z Nim, ukrzyżuj Go!”
Od triumfalnego wyjazdu po ból Golgoty
Ta niedziela mieści się w tych dwóch wielkich ramach: od uroczystego, triumfalnego wjazdu po przeszywającą od bólu pustkę na Golgocie i samotność przy grobie. To niedziela krzyku dochodzącego do Nieba, by obwieścić triumfalny wjazd i krzyku w tajemnicy Krzyża i ogromnego bólu. To jest niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia. Od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność. To jest czas, który powinien nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować. Tu nie ma miejsca na rutynę, na kopiowanie wyuczonych już doświadczeń czy cukierkowato-jarmarcznych procesji czy może spacerów z kolorowymi palmami. Tu trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Tu nie wystarczy pomachać palmą nawet największą, bo zrobioną na konkurs ogłoszony w parafii, ale trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!
Trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!
To także nasza historia
Codzienna liturgia Kościoła, ale chyba najbardziej liturgia Wielkiego Tygodnia, pokazuje nam ludziom wierzącym, że to, czego Jezus doświadczył przez całe życie na ziemi, a szczególnie w ostatnim tygodniu, gdy przebywał w Jerozolimie jest wpisane w ludzką codzienność. Jego życie, Jego droga, Jego historia jest moją, twoją, naszą drogą, życiem i historią lub lepiej ująć to tak, że nasza droga jest naznaczona Jego drogą – On już tędy przeszedł i nasza historia dzięki Jezusowi jest historią zbawienia, historią świętą. Doświadczenie liturgii Niedzieli Męki Pańskiej, a potem codziennej liturgii Wielkiego Tygodnia jest doświadczeniem opisującym rozdzierane codziennie ludzie serce.
Ten czas w Kościele, który nazywamy Wielkim Tygodniem ma nam na nowo i z wielką siłą przypomnieć, że nie jesteśmy sami. O tym tak dobitnie słyszymy już w liturgii Słowa w piątym tygodniu Wielkiego Postu, gdy Jezus w Ewangelii Janowej kilkakrotnie przypomina, że nie jest sam – w Jezusie nie jesteśmy sami. Dobry, troskliwy Ojciec czuwa nad nami. Każdy dzień Wielkiego Postu nas do tego momentu przypominał, a kulminacją doświadczenia bliskości, troski i opieki nad nami będzie Triduum Paschalne z rozświetlającą ciemności swoim blaskiem Wigilia Paschalna. Wszystko, czyli nie tylko 40 dni postu, ale całe nasze życie zmierza i zwrócone jest w kierunku jednej liturgii i z niej wszystko się rodzi, tu wszystko się zaczyna. Liturgia Wigilii Paschalnej zwraca nasze serca na wieczną liturgię, liturgię Paschalnego Baranka w Królestwie Bożym do którego zdążamy i na którą zaprasza nas sam Jezus.
Tylko świadomość, a może nawet bardziej doświadczenie tego w swoim życiu sprawia, że nie tylko jestem gotów przejść przez Wielki Post, ale przede wszystkim jestem gotów i nie boję się tego, co przynosi mi życie. Gdy widzę, że Jezus krok w krok przeszedł już wcześniej to, co teraz ja przechodzę to nie boję się w to wejść, nie chcę się cofać, nie chcę uciekać, ale wytyczoną drogą przez Jezusa otwieram się na potęgę zwycięstwa Boga. To też pomaga mi przejść przez moje upadki i niedoskonałości. Nawet, gdy coś mi się nie uda to pozwolę podnieść się Temu, którego moc udoskonala się w mojej słabości.
Rozpoczyna się coś ważnego
Zanim zapadnie cisza Triduum Paschalnego, nim zanurzymy się w Jego rany i ucałujemy znak naszego odkupienia dokonuje się w nas rozdarcie. Nim dokona się Pascha Chrystusa i nasza pascha musi dokonać się śmierć – Jego i nasza. To musi się dokonać i wydarzyć, by rzeczywiście przeżyć i doświadczyć namacalnie radości Wielkiej Nocy i pustego Grobu.
Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie.
Za chwilę rozpocznie się Wielki Tydzień. Rozpoczyna się coś bardzo ważnego w liturgii Kościoła i w naszym życiu. Na drodze w centrum stoi Krzyż, a tuż za nim czeka na nas zwycięstwo. Jeżeli chcesz zwyciężyć, nie uciekaj od cierpienia. Im bardziej boli, tym bliżej zwycięstwa jesteś. Ten, kto ucieka od Krzyża – przegrywa. Ten, kto dzieli swoje życie z Ukrzyżowanym –zwycięża. Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie. Z Jego pękniętego serca, rozdartego przez włócznię narodził się Kościół, narodziło się nowe życie. Teraz jest czas, by wejść w to nowe życie. Teraz jest czas, by doświadczyć paschy, przejścia ze śmierci do życia. Teraz jest czas zbawienia.
o. Marek Krzyżkowski CSSR/Stacja7pl.
+++
Abp Adrian Galbas SAC:
„Wielki Tydzień poświęćmy na wewnętrzne porządki”
“Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza” – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas w Niedzielę Palmową.
„przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności”
Metropolita warszawski przypomniał, że w Niedzielę Palmową opis Męki Pańskiej zastępuje tradycyjną homilię, ale skierował kilka słów do parafian. Odniósł się m.in. do postaci Barabasza – przestępcy uwięzionego za bunt i zabójstwo, który powinien był iść na śmierć, ale został z okazji święta Paschy ułaskawiony przez Piłata. Zamiast niego został ukrzyżowany Jezus.
Barabasz, Bar Sabas, czyli syn ojca, to jestem ja. Każdy z nas jest synem jakiegoś ojca. Jezus za mnie poszedł na śmierć. Za mnie oddał życie. To ja powinienem nie żyć z powodu zła, które popełniam, z powodu mojego grzechu. Ale Jezus go wziął na siebie. Kiedy stajemy przed krzyżem, pierwszym uczuciem jest wdzięczność. „Jezu, Ty to zrobiłeś za mnie, Barabasza”. Przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności – mówił arcybiskup.
Dalej zachęcił wiernych, aby tak przeżyli rozpoczynający się Niedzielą Palmową Wielki Tydzień, by rzeczywiście w ich życiu był on wielki. On jest wielki nie przez liczbę dni, bo tych jest tyle samo, ale przez akcenty, które w tym tygodniu możemy położyć. I oby to był tydzień, który poświęcimy szczególnie na porządki wewnętrzne – podkreślił.
Wyjaśnił, że „zwykle przed świętami jest ta panika: to jeszcze nie zrobione, tamto jeszcze nie posprzątane”. Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza: przez sakrament pokuty i pojednania, przez udział w niepowtarzalnej liturgii Triduum Paschalnego, być może też przez inne rzeczy, w których widzę, że coś jest nie tak i potrzebuję regeneracji, odbudowania, uporządkowania – mówił abp Galbas.
Wtedy to będzie Wielki Tydzień. Tyle samo dni i godzin, co w każdy inny tydzień. Ale wtedy może być Wielki” – dodał, życząc, aby Wielki Tydzień wprowadził w Wielką Noc. – Oby taki był ten czas – nie byle jaki, nie jako taki, nie przeciętny, ale Wielki. Wielkich przeżyć w Wielkim Tygodniu i w Wielką Noc z całego serca wam życzę – zakończył metropolita warszawski.
ze strony:Stacja7pl.
***
31 marca Wielki Wtorek
Pan Jezus zapowiada trzykrotne zaparcie się Piotra przed pianiem koguta
pl.wikipedia.org
***
Dzisiejszy fragment pochodzi z części Izajasza związanej z wygnaniem babilońskim (Iz 40-55). Tekst zaczyna się od wezwania „wysp” i „ludów dalekich”. Hebrajskie ’ijjim nazywa krainy za morzem, więc Sługa mówi od razu do świata szerszego niż Juda. Powołanie „od łona matki” opisuje pierwszeństwo Boga. Podobny język pojawia się u Jeremiasza, gdy Bóg mówi o poznaniu proroka przed narodzeniem. Imię zostaje wypowiedziane przed jakąkolwiek sceną publiczną. Obraz „ust jak miecz” i „strzały wyostrzonej” dotyka słowa, które tnie złudzenia i otwiera drogę prawdzie. Sługa pozostaje „ukryty w cieniu ręki” i „schowany w kołczanie”. To język długiego przygotowania, bez rozgłosu. Ukrycie w dłoni mówi o ochronie i o chwili użycia wyznaczonej przez Boga.
W wersecie 3 Sługa słyszy imię „Izrael”, a zaraz potem otrzymuje zadanie sprowadzenia Jakuba i zebrania Izraela. Tekst zestawia misję ludu i misję jednej postaci, która niesie w sobie powołanie wspólnoty. Pojawia się doświadczenie jałowego trudu: „Na próżno się trudziłem”. Biblia nazywa zmęczenie posłańca po imieniu. Ciężar sensu zostaje jednak złożony w Bogu: „u Pana jest moja zapłata”. Werset 6 idzie dalej: samo podniesienie pokoleń Jakuba zostaje nazwane „zbyt małą” misją. Sługa otrzymuje zadanie „światła dla narodów” i zbawienia „aż do krańców ziemi”. Dzieje Apostolskie wkładają te słowa w usta Pawła i Barnaby jako uzasadnienie zwrotu ku poganom (Dz 13,47). Orygenes, komentując Ewangelię Jana, cytuje Iz 49,5-6 i pisze, że Syn przyjął postać sługi po to, aby podnieść Jakuba i stać się światłem dla narodów.
Jan opisuje Wieczerzę w tonie pożegnania. Po obmyciu nóg Jezus „wzruszył się w duchu” i wypowiada twarde świadectwo, że jeden z uczniów Go zdradzi. To słowo wprowadza ciszę pełną napięcia. Uczniowie patrzą po sobie, bo zdanie „jeden z was” obejmuje wszystkich. Piotr reaguje żywo, a zarazem ostrożnie. Nie pyta wprost. Daje znak uczniowi spoczywającemu przy Jezusie. Chryzostom zauważa, że Piotr pamięta wcześniejsze upomnienia i dlatego szuka odpowiedzi przez Jana. Jezus wskazuje zdrajcę gestem stołu. Podaje umoczony kawałek chleba (psōmion). W realiach uczty taki gest bywał znakiem wyróżnienia i bliskości. W tym momencie tekst mówi o wejściu szatana w Judasza. Decyzja dojrzewała wcześniej, teraz zostaje doprowadzona do końca.
Słowa „Co czynisz, czyń prędzej” odsłaniają prawdę i przyspieszają bieg wydarzeń. Augustyn wyjaśnia, że Pan nie rozkazuje zdrady, tylko ją zapowiada, a przez ten gest ujawnia zdrajcę. Reszta uczniów nadal nie rozumie. Sądzą, że Judasz idzie kupić coś na święto albo rozdać jałmużnę ubogim, bo nosił wspólny trzos. Ten szczegół pokazuje, jak długo wspólnota potrafi żyć obok ukrytej winy, bez jej rozpoznania.
Judasz wychodzi natychmiast. Jan dopowiada: „Była noc”. To zdanie pełni funkcję znaku. Augustyn pyta o sens dnia po odejściu nocy i łączy „teraz” z męką, w której objawia się chwała Syna Człowieczego. U Jana „uwielbienie” obejmuje krzyż i zmartwychwstanie jako jedno wydarzenie objawienia. Jezus nazywa uczniów „dziećmi”. To jedyne takie miejsce w czwartej Ewangelii. Słowo brzmi jak język ojca, który zostawia domownikom ostatnie polecenia.
Potem zostaje kwestia drogi, na którą Jezus idzie sam. Piotr pyta: „Dokąd idziesz?”. Słyszy odpowiedź o niemożności pójścia „teraz” i o pójściu „później”. Piotr deklaruje gotowość oddania życia. Jezus zapowiada trzykrotne zaparcie się przed pianiem koguta. Augustyn prosi, aby nie bronić Piotra kosztem słów Chrystusa. Nazywa to grzechem słabości i wzywa do uznania prawdy. Chryzostom widzi w Piotrze żar miłości, który wyprzedza siły. Zapowiedź upadku staje się lekcją pokory przed nocą próby.
Co się wydarzyło w Wielkim Tygodniu? Namaszczenie w Betanii
(źródło: brooklynmuseum.org)
***
Według Ewangelii św. Jana, na sześć dni przed Paschą Chrystus przyszedł do Betanii do domu swoich przyjaciół Marii, Marty i Łazarza. Miało to miejsce niedługo po tym jak wskrzesił Łazarza z martwych. Tego dnia wielu Żydów przyszło z ciekawości, aby na własne oczy przekonać się czy to, co słyszeli, było prawdą: że ten, który cztery dni spędził w grobie, znów znalazł wśród żywych.
Nie jest to bez znaczenia, że Chrystus przyszedł do Betanii zaraz przed pójściem do Jerozolimy. W Jerozolimie bowiem będzie miał umrzeć. Tutaj zaś odwiedził tego, który wcześniej był umarły, ale którego sam wskrzesił – i którym to czynem przepowiedział swoje zmartwychwstanie.
„Sześć dni przed Paschą” to czas, kiedy Żydzi rozpoczynali przygotowania do Świąt. To właśnie w ten dzień wybierano baranka, który miał być złożony w ofierze. Świętowanie rozpoczęło się ucztą w Betanii, na którą zaproszono też Jezusa, a obok Niego przy stole znalazł się Łazarz. Ewangelista wspomina o tym, by nie pozostawić wątpliwości, że Łazarz znów przebywał wśród żywych. Prawda została ustanowiona, niewiara Żydów pokonana – mówi św. Augustyn.
W czasie uczty Maria wzięła funt olejku drogocennego – lub inaczej: olejku bez domieszek – i namaściła nim nogi Jezusa, co spowodowało szemranie wśród Jego uczniów. Jednak św. Jan wskazuje szczególnie Judasza, który w swojej obłudzie oburzył się, że przecież lepiej byłoby sprzedać ten olejek, a otrzymane pieniądze rozdać ubogim. W rzeczywistości była to dla niego okazja do kradzieży. To on trzymał trzos, więc mógłby z łatwością przywłaszczyć sobie pieniądze ze sprzedaży olejku – tak samo jak później przywłaszczy sobie trzydzieści srebrników za wydanie czegoś bardziej drogocennego niż olejek – bo samego Jezusa.
Chrystus skarcił go, mówiąc, że Maria zachowała ten olejek na Jego pogrzeb. Ojcowie Kościoła wyjaśniają, że Maria nie będzie miała możliwości namaścić Ciała Chrystusa po śmierci, bo gdy przybędzie do grobu, ten będzie już pusty. Dlatego teraz Boża Opatrzność dała jej tę możliwość. Przy tej okazji Chrystus raz jeszcze przypomniał o swojej nadchodzącej śmierci, mówiąc: Mnie nie zawsze macie (J 12,8) – to tak jakby chciał powiedzieć: „Poczekajcie jeszcze parę dni, a nie będziecie Mnie już mieć przy sobie.”
Arcykapłani wpadli w gniew, bo na widok wskrzeszonego do życia Łazarza wielu Żydów przyłączyło się do Jezusa. Postanowili zatem zabić Łazarza. Św. Jan Chryzostom tak to opisuje: Żaden inny cud Chrystusa nie wzbudził takiej wściekłości jak ten. To było tak jawne i tak cudowne – widzieć człowieka chodzącego i mówiącego po tym jak był martwy przez cztery dni. Fakt ten był niezaprzeczalny. W przypadku innych cudów oskarżali Go o łamanie szabatu i w ten sposób odwracali uwagę ludzi, ale tutaj nie było w czym szukać winy, dlatego wyładowali swój gniew na Łazarzu.
(źródło: Św. Jan Chryzostom, Homilie na Ewangelię według św. Jana Św. Augustyn, Homilie na Ewangelię według św. Jana)
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
2 kwietnia
Wielki Czwartek
Dzień ustanowienia dwóch sakramentów: Eucharystii i Kapłaństwa
Msza święta Wieczerzy Pańskiej
o godz. 20.30
–po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.
+++
El Greco (1541-1614)ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia
***
„Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.
Panie Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…
Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.
Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.
Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.
Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie.
Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.
Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.
Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.
+++
W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:
“W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.
***
“Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.
***
“Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”.
***
“Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”.
***
“Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”.
+++
Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek
fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com
***
Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.
Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.
Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek
Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.
O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.
O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.
O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu. Amen.
+++
Jak można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek?
Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.
Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym z warunków uzyskania odpustu zupełnego.
Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?
Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba.
Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek
Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.
Deon.pl
+++
3 kwietnia
Wielki Piątek
Liturgia Męki Pańskiej
o godz. 20.00
– po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.
–w ten dzień obowiązuje post i abstynencja
–dziś rozpoczyna się pierwszy dzieńNowenny do Bożego Miłosierdzia, który jest jednym z największych darów naszych czasów.
+++
Dzień spłacenia długu
Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.
***
W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.
Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.
Tu jest Baranek
Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.
Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.
Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.
Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.
„Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.
Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.
Gdyby wiedzieli…
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).
W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.
Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.
„Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.
To twoja Matka
Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.
Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.
Zapłacono
Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.
Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.
Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.
I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.
Usunięcie przegrody
„A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).
I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
Wielka cisza spowiła ziemię;
wielka na niej cisza i pustka.
Cisza wielka, bo Król zasnął.
Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl
+++
4 kwietnia
Wielka Sobota
Wigilia Paschalna w Wielką Noc
o godz. 22.30
–święcenie pokarmów na wielkanocne śniadanie:
o godz.12.00 i 15.00
–w tym czasie jest możliwość spowiedzi św.
***
27 marca – piątek
„Czy jest boleść podobna do boleści mojej?”
Kościół wspomina 7 Boleści Matki Bożej
(Oprac. PCh24.pl)
***
W życiu Matki Bożej miecz boleści przebił jej serce aż siedmiokrotnie. Na tydzień przed Wielkim Piątkiem Kościół daje nam do rozważania Jej cierpienia. Stojąc pod krzyżem, Maryja w szczególny sposób uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.
Od 1814 r. do 1960 r. Kościół czcił Siedem Boleści Maryi aż dwukrotnie. Bardzo popularne jest Święto Matki Bożej Bolesnej – lub właśnie Jej Siedmiu Boleści – obchodzone 15 września, choć wcześniej było ono ruchome i przypadało w trzecią niedzielę września. Drugi raz boleści Maryi wspominamy właśnie w piątek w tygodniu Męki Pańskiej, czyli dokładnie na tydzień przed Wielkim Piątkiem – dniem Męki i Śmierci Jezusa.
Tradycja tego Święta sięga roku 1423 i terenów obecnych Niemiec, jednak początkowo było ono obchodzone tam w trzeci piątek po Wielkanocy. Święto bardzo się rozpowszechniało, głównie jako odpowiedź na protestanckie herezje dotykające osoby Maryi. W XVII wieku zaczęto je obchodzić w piątek przed Wielkim Tygodniem, a w 1727 r. papież Benedykt XIII rozciągnął je na cały Kościół Zachodni.
W swoich początkach było ono również nazywane Transfixio, czyli „Święto Przebicia” [Serca NMP]. Starzec Symeon przepowiedział bowiem Maryi w dniu Ofiarowania Jezusa: A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu (Łk 2,35). Stąd też na wielu obrazach artyści przedstawiają serce Maryi przebite aż 7 mieczami.
Liturgia Mszy św. nie wymienia wszystkich siedmiu boleści z osobna, ale skupia się raczej na rozważaniu Matki Bożej stojącej pod krzyżem i cierpiącej wraz z Synem. Widzimy to przede wszystkim w Ewangelii, ale również w przepięknej sekwencji Stabat Mater, pochodzącej z XIII wieku.
Wspominanie Matki Bożej cierpiącej wraz ze swoim Synem dotyka bardzo ważnego zagadnienia teologicznego, a mianowicie zasługi de congruo. Maryja bowiem wyjednała nam zbawienie pod krzyżem, lecz nie ze względu na sprawiedliwość (de condigno) – jak to uczynił Chrystus – a raczej ze względu na swoją szczególną bliskość z Bogiem i pełne posłuszeństwo Jego woli (de congruo). Słusznie zatem przysługuje jej tytuł Współodkupicielki.
Błogosławiona Dziewica, z racji pełni łaski, którą otrzymała, zasłużyła de congruo na zbawienie dla rodzaju ludzkiego – wyjaśnia św. Tomasz z Akwinu w Summie Teologicznej. Również św. Jan Paweł II w swojej encyklice Salvifici Doloris pisze, że Maryja poprzez swoje macierzyńskie cierpienie w sposób wyjątkowy uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.
Siedem Boleści Matki Bożej stanowią poniższe wydarzenia z Jej życia:
1) Proroctwo Symeona (Łk 2,34-35)
2) Ucieczka do Egiptu (Mt 2,13-21)
3) Zagubienie Jezusa w Świątyni (Łk 2,41-50)
4) Dźwiganie krzyża przez Jezusa (J 19,17)
5) Ukrzyżowanie Jezusa (J 19,18-30)
6) Zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie na rękach Matki (J 19,39-40)
Wstęp(przed ołtarzem) Tę Drogę Krzyżową odprawiamy w szczególny sposób z Matką Bolesną. Chcemy się modlić modlitwą Kościoła – Stabat Mater Dolorosa. Matko Bolesna, Ty jesteś jedyną Mistrzynią, która może nas nauczyć prawdziwej miłości Boga i bliźniego.
Prosimy Cię, abyś poprowadziła nas drogą Twego Syna, objaśniła nam jej tajemnice i pobudziła do prawdziwej miłości Jezusa i bliźniego.
Stabat Mater dolorósa iuxta crucem lacrimósa, dum pendébat Fílius.
Stała Matka Boleściwa obok krzyża ledwo żywa, gdy na krzyżu wisiał Syn.
Stacja I Pan Jezus skazany na śmierć Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Prawdopodobnie Maryja była świadkiem wydania niesprawiedliwego wyroku przez Piłata. Jakże musiała przeżywać podłość i tchórzostwo Piłata, wielką niesprawiedliwość tego wyroku i okrzyki tłumu, żądające śmierci Chrystusa! Bóg Ojciec chciał tego – dlatego i Ona pokornie przyjęła wyrok, który powinien być wydany na mnie.
Cuius ánimam geméntem, contristátam et doléntem pertransívit gládius.
Duszę Jej, co łez nie mieści, pełną smutku i boleści, przeszedł miecz dla naszych win.
Stacja II Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Pan Jezus przez przyjęcie krzyża sprawił, że przestał on być hańbiącą karą. Maryja pogodziła się z wolą Boga sprawiedliwego, dzięki temu wyprosiła dla mnie łaskę przyjęcia krzyża.
O quam tristis et afflícta fuit illa benedícta, mater Unigéniti!
O, jak smutna i strapiona Matka ta błogosławiona, której Synem niebios Król!
Stacja III Pan Jezus pierwszy raz upada pod krzyżem Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Pochód posuwał się ciasnymi uliczkami Jerozolimy. Maryja nie mogła być blisko Skazańca. Zapewne tylko przez zatrzymanie się ludzi zrozumiała, że Syn Jej upadł. Bardzo pragnęła Mu pomóc, ale była bezsilna. Podobna sytuacja może zaistnieć dzisiaj, gdy poddaję się pokusom. Ona chciałaby mi pomóc, ale ja nie chcę Jej pomocy.
Quae moerébat et dolébat, pia Mater, dum vidébat Nati poenas íncliti.
Jak płakała Matka miła, jak cierpiała, gdy patrzyła na boskiego Syna ból.
Stacja IV Pan Jezus spotyka swą Matkę Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Dopiero po wyjściu z ciasnych uliczek, za bramą, Maryja mogła zbliżyć się do Jezusa. On i Ona czekali na tę chwilę od dawna, od przepowiedni Symeona. Brakuje słów na wypowiedzenie tego, co powiedzieli sobie spojrzeniami. Dzisiaj Ona chciałaby spojrzeć głęboko w moje oczy. Ileż może dać mnie, grzesznikowi, Jej spojrzenie… Matko Bolesna, proszę, zajrzyj do dna mojej duszy.
Quis est homo qui non fleret, Matrem Christi si vidéret in tanto supplício?
Gdzież jest człowiek, co łzę wstrzyma, gdy mu stanie przed oczyma w mękach Matka ta bez skaz?
Stacja V Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Ona – gdyby mogła – jakże chętnie zastąpiłaby Szymona! Jak Jej przykro, że on czyni to tak niechętnie, ociągając się. I jakaż Jej wdzięczność, gdy pod wpływem łaski Szymon się zmienia. Ona mnie także będzie wdzięczna za każdą pomoc, którą okażę Jezusowi w bliźnich.
Quis non posset contristári, piam Matrem contemplári doléntem cum Fílio?
Kto się smutkiem nie poruszy, gdy rozważy boleść duszy Matki z Jej Dziecięciem wraz?
Stacja VI Weronika ociera twarz Panu Jezusowi Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Z grona niewiast jedna tylko zdobyła się na odwagę i okazanie współczucia czynem – Weronika. Powinienem zrozumieć, że teraz Ona, Matka Bolesna, w wielu wypadkach chce posłużyć się mną.
Pro peccátis suae gentis vidit Iesum in torméntis, et flagéllis súbditum.
Za swojego ludu zbrodnię, w mękach widzi tak niegodnie, zsieczonego Zbawcę dusz.
Stacja VII Pan Jezus drugi raz upada pod krzyżem Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Wyczerpanie Jezusa, którego skutkiem jest drugi upadek, przeszywa Jej serce na nowo. Moje powroty do tych samych grzechów mogą być odpuszczone dzięki łaskom, wysłużonym przez drugi upadek Jezusa i dzięki cierpieniom Jej Serca. Ona pragnie, abym teraz podniósł się, zrobił prawdziwe postanowienie poprawy, starał się zrozumieć, jakie są powody tych upadków i usunął je ze swego serca.
Vidit suum dulcem Natum moriéndo desolátum, dum emísit spíritum.
Widzi Syna wśród konania, jak samotny głowę skłania, gdy oddawał ducha już.
Stacja VIII Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Jakże mizerne i nędzne były pocieszenia niewiast w stosunku do cierpień Jezusa. Ale ani Pan Jezus, ani Maryja nie wzgardzili ich dobrą wolą. Jeśli z pokorą zechcę Jezusa pocieszyć, także moje uczucia zostaną przyjęte. Mogę przecież w każdej chwili łączyć się z Nim duchowo, aby Mu wynagrodzić za grzechy własne i innych.
Eia, Mater, fons amóris me sentíre vim dolóris, fac ut tecum lúgeam.
Matko, coś miłości zdrojem, spraw, niechaj czuję w sercu moim ból Twój u Jezusa nóg.
Stacja IX Pan Jezus trzeci raz upada pod krzyżem Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Pochód niemiłosiernie przyspiesza. Jezus znowu upada. Jak wtedy Maryja pragnęła Mu pomóc, tak teraz pragnie wyrwać mnie ze zniechęcenia do życia, do czynienia dobra, do znoszenia bliźnich. Powinienem przyjąć Jej pomoc. Z Nią na pewno będę mógł przezwyciężyć siebie.
Fac ut árdeat cor meum in amándo Christum Deum, ut sibi compláceam.
Spraw, by serce me gorzało, by radością życia całą stał się dla mnie Chrystus Bóg.
Stacja X Pan Jezus z szat obnażony Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Maryja widzi, jak zdzierają z Niego szaty, jak otwierają się rany. Krew zaczyna spływać obfitymi strugami. Nie może zapomnieć, z jaką czcią ubierała kiedyś Jezusa – Dziecię, a teraz tak Go znieważają… Ale Ona wyprasza dla mnie łaskę, aby pamięć o Jego ranach chroniła mnie przed pokusami i upadkami.
Sancta Mater, istud agas, Crucifíxi fige plagas cordi meo válide.
Matko, ponad wszystko świętsza, Rany Pana aż do wnętrza w serce me głęboko wpój.
Stacja XI Pan Jezus przybity do krzyża Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Mogłoby się wydawać, że Maryja patrząc na przybijanie do krzyża rąk i nóg Najświętszych – bardziej cierpiała niż Jezus. Dzięki tym cierpieniom wyprasza mi łaskę, abym nie poddał się znieczuleniu na swój grzech i na cierpienia innych.
Tui Nati vulneráti, tam dignáti pro me pati, poenas mecum dívide.
Cierpiącego tak niezmiernie Twego Syna ból i ciernie niechaj duch podziela mój.
Stacja XII Pan Jezus umiera na krzyżu Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Maryja razem z Synem przeżywała Jego konanie. Czuła wdzięczność dla Jana i Magdaleny za to, że nie zaparli się Jezusa, że trwali przy Niej, chociaż Jej nie rozumieli. Zapamiętam, że przyznając się do Ukrzyżowanego, mam zapewnioną Jej pomoc, zwłaszcza wtedy, gdy sam będę miał trudności.
Fac me tecum pie flere, Crucifíxo condolére, donec ego víxero.
Spraw, niech leję łzy obficie i przez całe moje życie serce me z Cierpiącym wiąż.
Stacja XIII Pan Jezus zdjęty z krzyża Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
On już nie cierpi, ale Ona nadal współczuje i współcierpi, oglądając rany zadane Synowi. Dzisiaj bardzo potrzebujemy tego, aby na nowo przeżywać te cierpienia, które Pan Jezus kiedyś dla nas poniósł. One zdolne są nasze zatwardziałe serca przemienić i uleczyć.
Iuxta crucem tecum stare, fac me tibi sociáre in planctu desídero.
Pragnę stać pod krzyżem z Tobą, z Twoją łączyć się żałobą, w płaczu się rozpływać wciąż.
Stacja XIV Pan Jezus złożony w grobie Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…
Nieprzyjaciele Pana Jezusa tryumfują – wydaje się im, że jeżeli zapieczętują grób, mają zapewnione ostateczne zwycięstwo. Prawdziwa wiara i nadzieja Kościoła zachowana była tylko w Sercu Matki, chociaż było ono jeszcze przepełnione goryczą. Jeżeli znajdziemy się oko w oko z poczuciem jakiejś klęski czy śmierci kogoś najbliższego, wtedy zwróćmy się do Niej.
Virgo vírginum praeclára, mihi iam non sis amára, fac me tecum plángere.
Panno Święta, swe dziewicze zapłakane wznieś oblicze jeden niech nas łączy płacz.
Zakończenie Matko Bolesna, pragnę Ci podziękować za to, że uczyłaś mnie dzisiaj prawdziwie kochać Pana Jezusa i bliźniego. Proszę Cię, aby Jego cierpienia nie zatarły się w moim umyśle. Przypominaj mi o nich zwłaszcza wtedy, gdy będę zniechęcony czy daleki od Jezusa, kiedy okażę Mu niewdzięczność swoim postępowaniem.
Quando corpus moriétur, fac ut ánimae donétur Paradísi glória. Amen.
Gdy ulegnie śmierci ciało, obleczone wieczną chwałą, dusza niech osiągnie raj. Amen
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. I ty, któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami.
+++
Droga Krzyżowa Cierpiących
Droga Krzyżowa to droga wszystkich wyznawców Chrystusa, ale głównie ludzi cierpiących. Dla nich dźwiganie krzyża jest często ponad siły, dlatego nieodzowna jest pomoc Boża. To właśnie Jezus Chrystus pierwszy niósł krzyż z miłości dla nas.
Stacja I. Jezus przed Piłatem
*Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Stajemy przed lekarską diagnozą. Nie wiemy, co nas czeka: operacja, kalectwo, oszpecenie ciała, wielotygodniowy pobyt w szpitalu, a może unieruchomienie w gipsie lub na wózku inwalidzkim. Nasz Zbawiciel wiedział, jaki będzie wyrok i w tej świadomości cały czas żył na ziemi. Wiedział, że będzie strasznie cierpiał i umrze na krzyżu. Jezus Chrystus umiał przyjąć wyrok na Siebie, zgodnie z Wolą Ojca Niebieskiego. Prośmy Chrystusa, aby dopomógł nam w przyjęciu Woli Bożej w naszych ziemskich cierpieniach, tak jak On sam potrafił.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja II. Jezus bierze krzyż na ramiona
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Jakże niechętnie przyjmujemy cierpienia, skarżąc się wokół, dlaczego akurat takie bóle i męki spadły na mnie, dlaczego mnie dotknęła ta choroba, a nie sąsiada czy współpracownika. Zechciejmy iść śladami Chrystusa, przyjmując dobrowolnie się w Jezusa, który bez najmniejszego buntu wziął go na Swoje ramiona. On pomoże nam dźwigać krzyż naszej choroby, jeśli Mu zaufamy i będziemy Mu towarzyszyć w drodze cierpienia.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja III. Jezus upada pod ciężarem krzyża
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
W chorobie są dni pogodne i czas potęgującego się bólu. Nieraz upadamy, tak jak Chrystus pod ciężarem krzyża, pod balastem własnych cierpień fizycznych i moralnych. Może wtedy zazdrościmy tym, którzy w tym czasie są zdrowi i sprawni. Może zdenerwowani odrzucamy leki, które nie przynoszą od razu ulgi w boleściach. Prośmy Pana naszego o cierpliwość i pokorę. Razem z Nim powstańmy, by iść dalej, bo droga do Celu jeszcze daleka.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja IV. Jezus spotyka swoją Matkę
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Matka jest zawsze przy swoim chorym dziecku. Nie śpi ani w dzień ani w nocy, aby ulżyć w cierpieniu dziecku. Matka bez słów rozumie los swego dziecka, zwłaszcza w chorobie. Spotkanie z matką w czasie choroby niesie ukojenie w bólu. Ile wycierpieć musiała Matka Chrystusowa, która była ze swoim Synem Bożym aż po krzyżową śmierć. Matka Boża i nasza, ziemska, najlepiej zna cierpienie swego dziecka i tylko ona umie ukoić je we właściwy sposób. Potrafi też nadać cierpieniom swego dziecka wymiar świętości, jeżeli z Matką Bożą i Jezusem Chrystusem zechcemy nieść nasz krzyż.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja V. Cyrenejczyk pomaga Jezusowi nieść krzyż
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Człowiek chory jest bardzo wrażliwy na zachowanie się innych: lekarzy, pielęgniarek i salowych. Krytykujemy ich często niesprawiedliwie, samolubnie domagając się lepszej troski o siebie. A przecież personel szpitalny lub sanatoryjny jest tak niewielki, a tylu chorych…Wielu ciężej od nas. Nie zapominajmy, że Chrystus przyjął bez słowa skargi lub prośby pomoc Szymona z Cyreny, który nie chciał ulżyć Jego cierpieniom. Uczynił to pod przymusem, z konieczności, z odrazą. Wdzięczni bądźmy w imię Boże za każdy odruch dobroci ze strony naszych bliźnich.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja VI. Weronika ociera twarz Jezusowi
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Święta Weronika miała dużo w sobie odwagi zbliżając się do Chrystusa, skazanego na śmierć, aby obetrzeć zakrwawioną twarz Boga Człowieka. Pomyślmy, ile ofiary i odwagi ma w sobie personel medyczny lecząc nas. Zawsze są narażeni na zakażenie się bakteriami różnych chorób. Ile muszą mieć w sobie samozaparcia, aby nas leczyć, badać, pielęgnować, dokonywać zabiegów, myć, karmić, a także milcząco wysłuchiwać naszych obelg pod adresem “ludzi w bieli”. Naśladując Jezusa Chrystusa okażmy wszystkim wdzięczność za stałą pomoc w naszej chorobie: dobrym słowem, uśmiechem, życzliwym gestem, wyrozumiałością, a najbardziej modlitwą.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja VII. Jezus upada po raz drugi
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Choroba miała trwać krótko, ale przedłużyła się. Coraz trudniej znosić nam jej dolegliwości. Wszystko nas drażni: dieta, leki, zabiegi, rozmowy, światło, ciągle te same twarze…Upadamy pod ciężarem krzyża choroby.
Nasz Odkupiciel upadł z wyczerpania cielesnego i duchowego. Ból, nowe rany, pot, a jeszcze bardziej był przytłoczony grzechami całej ludzkości /naszymi także/; brakiem miłości i cierpliwości od tych, których przyszedł zbawić. Podnieśmy się z tego upadku, abyśmy szli dalej dźwigać krzyż.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja VIII. Jezus poucza kobiety płaczące
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Odwiedziny przy łożu chorego są zawsze radosne, bo to i kwiaty, słodycze, owoce, różne rady i informacje z życia naszego środowiska pracy i zamieszkania…Często nas te odwiedziny zdrowych męczą, a może nawet im głośno zazdrościmy tego beztroskiego ruchu. Cieszmy się z takich wizyt, które dla zdrowych są niemałym wyrzeczeniem.
Jezus spotykając na swej Drodze Krzyżowej niewiasty nie mówi nic o sobie ani o swoim cierpieniu; nie skarży się. Zechciejmy cierpieć w milczeniu, bo bólu nie da się wyrazić słowami.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja IX. Jezus upada po raz trzeci
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Wyczerpuje się nasza cierpliwość. Nie możemy wrócić do dawnej sprawności fizycznej i psychicznej. Mamy dość leżenia, bólu, różnych zabiegów i coraz to nowych, uciążliwych badań. Załamujemy się. Źle życzymy Bogu i bliźnim, pragniemy rozstania się z życiem. Nie chcemy już więcej cierpieć. Może taka właśnie postawa, pełna niepokoju i buntu, stała się przyczyną trzeciego upadku Jezusa pod krzyżem. On, który całym swoim życiem, męką i śmiercią świadczył Miłość przede wszystkim przez cierpienie niech sprawi, byśmy poderwali się z kolejnego upadku. Niech nas skłoni do miłości poprzez pogodne znoszenie boleści.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja X. Jezus obnażony z szat
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
W terapii dodatkowym cierpieniem jest obnażenie. Krępuje nas odsłanianie swego schorowanego ciała dla badań lekarskich i zabiegów pielęgniarskich. Bolesne jest pokazywanie swego cierpiącego ciała lekarzowi, który także, poprzez intymną rozmowę, wnika do naszej psychiki, do wielu osobistych tajemnic. Bóg Człowiek rozumie nas. To właśnie z Niego brutalnie zdzierano szaty, wystawiając Jego umęczone ciało na palący żar słońca i szydercze spojrzenia oprawców. Ofiarujmy Chrystusowi jako dowód miłości to nasze dodatkowe cierpienie.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja XI. Jezus przybity do krzyża
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Przykuty do łoża boleści, skazany na inwalidztwo oraz na powolną, nieuniknioną śmierć, proszę swego Zbawiciela: pomóż mi, bym wytrwał w miłości krzyża aż do końca. Pozwól mi, Boże, dobrowolnie cierpieć, tak jak Ty godziłeś się w milczeniu na bezkresną w bólu mękę i śmierć na Golgocie.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja XII. Jezus umiera na krzyżu
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Może lekarze oznajmili ci, że cierpisz na nieuleczalną chorobę, że czeka cię już krótki żywot ziemski. Wiesz, że zbliża się śmierć, twoje odejście z doczesnego życia do wiecznego. Czy okres swojej choroby, życiowych rekolekcji wykorzystałeś godnie, aby przygotować się do swej śmierci ? Co przyniesiesz w darze Bogu, który jako Najlepszy Ojciec czeka na ciebie ? Rozważmy to. Ofiarujmy Bogu choćby ostatnie chwile ziemskiej wędrówki, ból rozstania z najbliższymi i boleści konania. Niech to będzie nasza odpowiedź umierającemu Chrystusowi, który zapowiedział: Dziś ze Mną będziesz w raju (Łk. 23, 43)
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja XIII. Jezus zdjęty z krzyża
* Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Zechciejmy już dziś uczynić wszystko, aby przy końcu naszego życia, nieśmiertelna dusza spoczęła w macierzyńskich ramionach Matki Bożej, której Wizerunki z taką czcią otaczamy w naszej Ojczyźnie. Niech Ona wybłaga dla nas u Boga wieczne szczęście, gdzie nie ma ani ran, ani bólu, ani samotności, a tylko króluje wyłącznie Miłość.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Stacja XIV. Złożenie do grobu
*Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.
Są ludzie, którzy za życia wykupują sobie miejsce na cmentarzu, troszcząc się, aby ich grób miał otoczenie ciche, spokojne i widoczne. Nie to jest ważne. Najważniejsze jest to, gdzie znajdzie się nasza dusza. Tak prowadzić trzeba ziemskie życie, by dusza mogła cieszyć się nieustanną radością oglądania Boga “twarzą w twarz”. Wśród tęsknot najboleśniejszą jest tęsknota za Bogiem. Prośmy Tego, który nas wyprzedził, aby nam przygotować zbawienie, o łaskę DOBREJ śmierci. Pamiętajmy, że śmierć to zmartwychwstanie do życia wiecznego.
* Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.
Zakończenie: Bądź uwielbiony Panie Boże za dar cierpienia, oby każde nasze cierpienie było połączone z Twoim.
+++
DROGA KRZYŻOWA W ZJEDNOCZENIU Z MATKĄ BOLESNĄ
Modlitwa wstępna O dobry Jezu, w zjednoczeniu z Matką Bolesną, świętym Janem, świętą Magdaleną i świętymi Niewiastami, pragnę Ci towarzyszyć w bolesnej drodze na Kalwarię, rozważać Twą bolesną mękę, miłością i współczuciem pocieszać Twe Najświętsze Serce. Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci mękę i śmierć ukochanego Syna Twego i boleści Matki Najświętszej na zadośćuczynienie za grzechy moje i całego świata, w intencjach Kościoła świętego, za Ojca Świętego, za nawrócenie grzeszników i na uproszenie łaski …
Stacja 1 Jezus na śmierć skazany
O drogi Jezu, nie wystarczało dla Twojej nieskończonej miłości być skrępowanym, biczowanym, cierniem ukoronowanym, porównanym z Barabaszem, oplwanym i spoliczkowanym. Twoja miłość przynaglała Cię do przyjęcia haniebnego wyroku na śmierć krzyżową. Przez to nieskończone upokorzenie użycz mi skruchy serdecznej za moje grzechy i gotowości, aby raczej wszystko wycierpieć, aniżeli obrazić Cię najmniejszym grzechem.
Stacja 2 Jezus przyjmuje krzyż na swe ramiona
Mnie to, o dobry Jezu, a nie Tobie, ten krzyż przystoi; krzyż złożony z ciężkich i licznych grzechów. Przez Twe niewysłowione cierpienia błagam Cię, najdroższy mój Zbawicielu, udziel mi siły do dźwigania krzyża codziennych obowiązków i spraw, abym się tak rozmiłował w krzyżu, iżbym w cierpieniu dla Ciebie znalazł prawdziwe szczęście.
Stacja 3 Jezus upada pod krzyżem
O mój dobry Jezu, upadający pod ciężarem krzyża, aby mnie, nędznego grzesznika, wydźwignąć z przepaści moich grzechów, zmiłuj się nade mną i udziel łaski, abym do końca życia opłakiwał moje grzechy, i w akcie gorącej miłości w godzinie śmierci w ręce Twoje oddał mego ducha.
Stacja 4 Jezus spotyka Matkę Bolesną
O mój dobry Jezu, jak niewypowiedziana boleść przeniknęła Twoje Najświętsze Serce przy spotkaniu z Matką Bolesną na drodze krzyżowej, a jaki przeogromny ból i smutek ogarnął Serce Maryi, gdy ujrzała Ciebie tak cierpiącego! Przez te niewypowiedziane cierpienia błagam Cię, najdroższy mój Zbawicielu, użycz mi łaski, abym za życia cieszył się szczególną opieką mej Niebieskiej Matki, a po śmierci został przez Nią wprowadzony do wiecznej chwały.
Stacja 5 Szymon Cyrenejczyk pomaga Jezusowi w niesieniu krzyża
O mój dobry Jezu, który z nieskończonej miłości wybrałeś mnie, abym podobnie jak Szymon Cyrenejczyk pomagał Ci w dźwiganiu krzyża, który niewdzięczność i złość ludzka włożyła na Twoje ramiona, udziel mi światła i siły, abym przez wierne pełnienie Woli Bożej odpowiedział Twemu wezwaniu pełnemu miłości.
Stacja 6 Święta Weronika ociera Oblicze Jezusa
O Jezu, który w nagrodę za miłosną i pełną odwagi usługę, oddaną Ci przez świętą Weronikę na drodze krzyżowej, odbiłeś na jej chuście Twe Przenajświętsze Oblicze, błagam Cię, odbij je również na moim sercu, abym nieustannie rozważając Twoją mękę, zapalił się gorącą miłością ku Tobie i gotów był ponieść wszelkie ofiary, które by wymagały chwała Boża lub dobro bliźniego.
Stacja 7 Jezus upada po raz drugi pod krzyżem
O drogi Jezu, upadający po raz drugi pod ciężarem krzyża, aby nam wysłużyć powstanie z grzechów i niewierności, użycz mi łaski umiejętnego korzystania z moich upadków i zapal w moim sercu ogień miłości, który by je oczyścił i uczynił miłym przybytkiem dla Ciebie.
Stacja 8 Jezus pociesza płaczące niewiasty
O mój dobry Jezu, dlaczego moje serce nie rozpływa się we łzach współczucia i boleści nad Twoją męką, i łzami skruchy z powodu moich grzechów, abym – podobnie jak owe płaczące niewiasty – zasłużył na Twe spojrzenie pełne miłości.
Stacja 9 Jezus upada po raz trzeci
O Jezu, moje częste upadki były przyczyną Twego trzeciego bolesnego upadku na drodze krzyżowej. Przyschnięte rany otworzyły się, strumienie Przenajświętszej Krwi znaczą Twoje ślady. Z najgłębszą czcią zbieram Twą Przenajświętszą Krew i ofiaruję Ojcu Przedwiecznemu za grzechy moje i całego świata.
Stacja 10 Jezus z szat obnażony
O Jezu, z miłości ku mnie z szat obnażony, zbroczony krwią, napojony żółcią i octem, uwielbiam Ciebie i błagam, przez zasługi Twojej bolesnej męki, oczyść mnie ze skłonności do grzechu i użycz ducha pokuty i wielkiej czystości duszy i ciała, abym, przyobleczony w te cnoty, zasłużył być zaliczony do grona Twoich wybranych.
Stacja 11 Jezus przybity do krzyża
O Jezu najdroższy, tępymi gwoździami przybity do krzyża, któż mi da odczuć nieskończoną Twą boleść i miłość! Twą miłość, abym dla Ciebie wzgardził wszelką inną miłością, Twą boleść, abym w tym życiu ukochał wszystko, co boli i czyni podobnym do Ciebie.
Stacja 12 Jezus umiera na krzyżu
O Jezu konający, upadam w duchu u stóp Twego krzyża, z największą czcią i miłością całuję Twe Najświętsze Rany, i błagam – przez konanie Twego Najświętszego Serca i przez boleści Two-jej Matki – obmyj we Krwi Twojej grzeszników całego świata, którzy teraz konają i tych, co dziś jeszcze mają umrzeć. Serce Jezusa konające, zmiłuj się na umierającymi.
Stacja 13 Zdjęcie Jezusa z krzyża i oddanie Matce
O Matko bolesna, królowo męczenników, użalam się nad Tobą. Obosieczny miecz boleści przeniknął Twe Serce, gdy trzymając na swym łonie martwe ciało Jezusa, wpatrywałaś się w zranione i krwią zbroczone Jego Najświętsze Oblicze. Przyrzekam u stóp Twoich, Matko Bolesna, unikać dobrowolnych grzechów, aby nimi powtórnie nie krzyżować Jezusa. Uproś mi, Matko, wierność w wykonaniu tego postanowienia i przyjmij mnie za swoje dziecko.
Stacja 14 Jezus złożony do grobu
Cześć i pokłon oddaję Tobie, mój Zbawicielu, który na haniebnym drzewie krzyża złożyłeś w ofierze za mnie swoje życie, a potem chciałeś być pogrzebany, by trzeciego dnia chwalebnie zmartwychwstać. Przyjdź do mego serca, niech ono będzie Twym grobem, i udziel mi łaski, abym zjednoczony z Tobą za życia, wraz z Tobą zmartwychwstał.
Na zakończenie – 3 razy: O Jezu, spójrz na krwawe łzy Twej Matki, która umiłowała Cię najmocniej już tu na ziemi i nadal najgłębiej miłuje Cię w niebie.
Modlitwa O Maryjo, Matko Boleści, Matko Litości i Matko Miłosierdzia, zjednocz nasze prośby ze swoimi prośbami, aby Twój Boski Syn, Jezus, którego wzywamy, wysłuchał nasze wołanie, a przez przyczynę Twoich matczynych krwawych łez udzielił nam łask, o które błagamy, i doprowadził nas do szczęścia wiecznego. Amen. Twoje krwawe łzy, o Matko Bolesna, kruszą moc szatana! O Jezu, zakuty w kajdany, przez Twoją Boską łagodność uchroń świat przed zagładą!
+++
***
25 marca – środa
V Tydzień Wielkiego Postu
Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny
Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco/ Vatican News
***
Msza św. o godz. 19.00 w kościele św. Piotra
***
„Bez Maryi nie ma Kościoła”
(słowa kardynała Josepha Ratzingera)
***
Będąc na Jasnej Górze 26 maja 2006 roku, już jako papież Benedykt XVI, powiedział:
„Maryja podtrzymywała wiarę Piotra i apostołów w wieczerniku, a dziś podtrzymuje Ona moją i waszą wiarę.”
Papież Benedykt XVI modli się w kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze, 26 maja 2006 r.
Alberto PIZZOLI / AFP
“Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może (…) rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej. Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa.“
25 marca przeżywany jest Dzień Świętości Życia. To okazja do przyjęcia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Jak to zrobić i z czym wiąże się takie zobowiązanie?
Święto życia Od 27 lat, 25 marca, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, w Kościele w Polsce przeżywany jest Dzień Świętości Życia. Został ustanowiony przez 293. Zebranie Plenarne Episkopatu Polski w odpowiedzi na apel papieża Jana Pawła II z encykliki Evangelium Vitae.
Ojciec Święty pisał w niej: „proponuję (…) aby corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia […] Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji. Należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej”.
W przededniu uroczystości, 24 marca w Polsce obchodzony jest także Narodowy Dzień Życia. To inicjatywa sięgająca 2004 r., kiedy ustanowił ją Sejm Rzeczypospolitej Polskiej.
Kto może przyjąć duchową adopcję i jakie warunki trzeba spełnić? Dzień Świętości Życia to dobra okazja do przyjęcia Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. – To szczególna modlitewna forma opieki nad każdym dzieckiem poczętym. Trwa dziewięć miesięcy – wyjaśnia ks. dr Paweł Gałuszka, duszpasterz rodzin Archidiecezji Krakowskiej. Przez ten czas codziennie należy odmówić jedną dziesiątkę różańca oraz „Modlitwę codzienną odmawianą w ramach duchowej adopcji dziecka poczętego zagrożonego zagładą”.
Panie Jezu za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem świętego Józefa, „Człowieka Zawierzenia”, który opiekował się Tobą, proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady i które duchowo adoptowałem. Proszę, daj rodzicom tego dziecka miłość i odwagę, aby zachowali je przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen. Opieką obejmuje się każdorazowo tylko jedno dziecko nienarodzone. Inicjatywa skierowana jest do wszystkich, niezależnie od stanu, płci czy wieku. W przypadku dzieci zaleca się podejmowanie duchowej adopcji pod opieką rodziców.
Zobowiązanie można podejmować wielokrotnie pod warunkiem spełnienia wszystkich poprzednich zobowiązań. Zachęca się również do podejmowania przy tej okazji także innych, dodatkowych postanowień – np. częstej spowiedź i Komunii Świętej, adoracji Najświętszego Sakramentu, czytania Pisma Świętego czy walki z własnymi nałogami.
Jak przyjąć duchową adopcję? Chociaż wskazane jest, aby złożenie przyrzeczenia duchowej adopcji odbywało się uroczyście, w kościele, można jednak dokonać tego aktu prywatnie. W takim wypadku formułę przyrzeczenia należy odczytać najlepiej przed krzyżem i obrazem. Dobrze jest zapisać datę rozpoczęcia i zakończenia modlitwy.
Przyrzeczenie Duchowej Adopcji
Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo,
wszyscy Aniołowie i Święci, wiedziony/a pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych,
Ja, (Imię i Nazwisko), (data urodzenia)
postanawiam mocno i przyrzekam, że od dnia (…)
biorę w duchową adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez 9 miesięcy, każdego dnia modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Postanawiam: odmawiać codzienną modlitwę w intencji nienarodzonego, codziennie ofiarować jeden dziesiątek różańca, podjąć postanowienie:
(…)
(krótki opis postanowienia)
(miejscowość i data)
(podpis) Przy przyjmowaniu kolejnej duchowej adopcji, konieczne jest ponowne złożenie przyrzeczenia. Dłuższa przerwa – np. trwająca miesiąc lub dwa – w modlitwie, przerywa duchową adopcję. Wówczas należy ponownie złożyć przyrzeczenie, starając się go tym razem dotrzymać. Krótkie przerwy nie są przeszkodą do kontynuacji. Koniecznym jest jednak wtedy przedłużenie modlitwy o opuszczone dni.
Dzieło duchowej adopcji powstało po objawieniach w Fatimie, stając się odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej do modlitwy różańcowej, pokuty i zadośćuczynienia za grzechy, które najbardziej ranią Jej Niepokalane Serce. W 1987 roku inicjatywa trafiła do Polski.
W Archidiecezji Krakowskiej corocznie, w Dzień Świętości Życia odprawiana jest Msza św. w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w intencji dzieci poczętych. W czasie Eucharystii można złożyć deklarację duchowej adopcji. Dodatkowo comiesięcznie, w każdą drugą sobotę miesiąca, w krakowskich Łagiewnikach można uczestniczyć w Modlitewnym czuwaniu w intencji obrony życia poczętego. Przy tej okazji także można złożyć deklarację duchowej adopcji lub odnowić już podjęte zobowiązanie.
***
Jezus był embrionem. Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia
Gdyby urodzili się ci, którym urodzić się nie dano, świat byłby lepszy. Bo każda aborcja to utrata oszałamiającego daru, jakim jest człowiek. O tym przypomina Dzień Świętości Życia.
My widzimy dziecko bądź osobę dorosłą, starca bądź niemowlaka. Ale Bóg nie jest ograniczony czasem i widzi człowieka całego, a nie tylko wycinkowo, jak my. Ogarnia nas w całości, z naszą przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, i już na starcie obdarza nas darami potrzebnymi do tego, żebyśmy sami byli darem dla innych.
„Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie” – zachwyca się psalmista.
Jak strasznym zgrzytem w cudzie stworzenia musi być ludzka decyzja o przerwaniu Bożego planu dla człowieka. Zniszczenie rozwijającego się życia niszczy także osoby, które za to odpowiadają. „Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia, także w fazie początkowej, która poprzedza narodziny. Człowiek już w łonie matki należy do Boga, bo Ten, który wszystko przenika i zna, tworzy go i kształtuje swoimi rękoma, widzi go, gdy jest jeszcze małym, bezkształtnym embrionem, i potrafi w nim dostrzec dorosłego człowieka, którym stanie się on w przyszłości i którego dni są już policzone, a powołanie już zapisane w księdze żywota” – napisał Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae. To właśnie ten dokument stał się inspiracją do obchodzonego w wielu krajach Dnia Świętości Życia. Papież zaproponował w nim ustanowienie na całym świecie corocznych obchodów Dnia Życia. „Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji: należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej” – zalecał Ojciec Święty.
Mocą władzy…
Papież z Polski przypomniał w Evangelium vitae, że „przykazanie »nie zabijaj« ma wartość absolutną w odniesieniu do osoby niewinnej, i to tym bardziej wówczas, gdy jest to człowiek słaby i bezbronny, który jedynie w absolutnej mocy Bożego przykazania znajduje radykalną obronę przed samowolą i przemocą innych”.
Żeby zapobiec pseudoteologicznym spekulacjom, rozmywającym zło procederu uśmiercania niewinnych, Jan Paweł II sięgnął po papieski autorytet nieomylności, używając w encyklice formuły ex cathedra: „Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2,14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”.
Stąd, kontynuuje papież, „świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości”.
Oznacza to, że jednoznaczne uznanie aborcji za zło moralne jest obowiązkiem katolika, a wszelkie uniki w rodzaju popierania tzw. opcji „za wyborem” są dla wiernych niedopuszczalne. Dotyczy to także eutanazji. Jan Paweł II, pisząc o tym, przywołał w encyklice orzeczenie Kongregacji Doktryny Wiary. „Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać” – czytamy w Deklaracji o eutanazji.
Adopcja w duchu
Kościół w Polsce odpowiedział na apel Jana Pawła II. W 1998 roku episkopat wyznaczył Dzień Świętości Życia na 25 marca, czyli liturgiczną uroczystość Zwiastowania Pańskiego. W tym dniu Kościół świętuje poczęcie się Zbawiciela, który od tej chwili stał się człowiekiem. Oznacza to, że Jezus, jako prawdziwy człowiek, był embrionem i zanim się urodził, przeszedł wszystkie stadia rozwoju płodowego. I już na tym etapie św. Elżbieta, podczas spotkania z Maryją, nazywa Go Panem.
Obchodom Dnia Świętości Życia w Polsce towarzyszy tzw. duchowa adopcja. Ruch Duchowej Adopcji w Kościele katolickim jest odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej, która w Fatimie prosiła o modlitwę, pokutę i zadośćuczynienie za grzechy. To trwająca 9 miesięcy (tyle, ile ciąża) modlitwa w intencji znanego Bogu dziecka poczętego, zagrożonego zabiciem. Jedna osoba modli się za jedno dziecko, odmawiając dziennie jedną tajemnicę Różańca i specjalną modlitwę za maleństwo i jego rodziców. Duchową adopcję może podjąć każdy, bez względu na swoją sytuację – również osoby, które odcięły sobie dostęp do sakramentów. Decydując się na to, należy jednak wytrwale wypełniać podjęte postanowienia.
Kościół i państwo
Dzień Świętości Życia w wielu krajach, podobnie jak w Polsce, jest obchodzony w uroczystość Zwiastowania, ale nie jest to reguła. Na przykład w Stanach Zjednoczonych obchodzi się go w trzecią niedzielę stycznia. Ma to związek z datą 22 stycznia, czyli rocznicą wejścia w życie poprawki do konstytucji legalizującej aborcję na życzenie. Z obchodami kościelnymi korespondują tam wydarzenia natury społecznej i państwowej. Trzeba bowiem zaznaczyć, że proceder aborcyjny, który pochłonął życie kilkudziesięciu milionów dzieci, spotyka się w Ameryce ze wzrastającym oporem środowisk pro life, mobilizujących do sprzeciwu znaczną część społeczeństwa. Corocznie w całym kraju odbywają się 22 stycznia marsze dla życia. Największa manifestacja tradycyjnie ma miejsce w Waszyngtonie. Gromadzi się tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Warto zauważyć, że Ronald Reagan w 1984 r. ustanowił Narodowy Dzień Świętości Życia, który obchodzono w USA co roku 22 stycznia, aż do objęcia władzy przez Baracka Obamę. Tradycję tę przywrócił Donald Trump.
To błogosławieństwo
Nie sposób stwierdzić, w jakim stopniu modlitwa, szczególnie ta zanoszona do Boga w Dniu Świętości Życia, wpływa na poziom ochrony dzieci poczętych, widzimy jednak, że w wielu środowiskach następuje refleksja nad wartością ludzkiego życia, a to przekłada się na spadek liczby aborcji. Szczególnie jest to widoczne w Polsce. Nie tylko dlatego, że od chwili orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o niekonstytucyjności aborcji eugenicznej przerywanie ciąży jest u nas w praktyce zabronione. Także dlatego, że gdy kolejne państwa coraz bardziej ułatwiają aborcję, Polska jej de facto zakazuje. Nie ma też u nas mowy o eutanazji. To powód do dumy i wzór dla innych państw. Dzięki temu także reakcja Polski na kryzys uchodźczy jest spójna z jej ogólnym poszanowaniem zasad prawa naturalnego. W naszym kraju szanuje się ludzkie życie nie tylko w słowach, ale także w ustawodawstwie, które dziś w praktyce nie pozwala zabijać żadnego człowieka. To otwiera nas na błogosławieństwo, które jest szczególnie widoczne w tajemnicy Zwiastowania Pańskiego. •
Duchowa Adopcja to modlitwa zainicjowana przez ojców paulinów ponad 30 lat temu, w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Ducha, który jest obecnie Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. „Istotą Duchowej Adopcji jest codzienna modlitwa za dziecko w łonie matki, trwająca przez dziewięć miesięcy. Polega ona na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy (dziesiątki) różańca świętego oraz specjalnej, krótkiej modlitwy za dziecko, którego życie jest zagrożone”.
„Przeżywany teraz czas realnego zagrożenia własnego życia mobilizuje do szukania sposobów jego chronienia, ale także pobudza do wzajemnej modlitwy. Jest szansą otwarcia oczu i serca – nowego spojrzenia – na najbardziej bezbronne i samotne wobec zagrożenia zagładą – życie dzieci nienarodzonych” – podkreślają paulini.
Szczegółowe informacje o Dziele Adopcji Dziecka Poczętego można znaleźć na stronach: centrumzawierzenia.jasnagora.pl, www.duchowaadopcja.pl oraz paulini.com.pl/duchowa-adopcja. Aby ułatwić codzienne zobowiązanie modlitewne można też skorzystać z aplikacji na telefon „Adoptuj życie” stworzonej przez Fundację Małych Stópek. Dzięki aplikacji można zobaczyć, jak dziecko codziennie rośnie, są również zdjęcia USG, które towarzyszą w każdym dniu modlitwy.
Dzień Świętości Życia został ustanowiony w Kościele w Polsce w 1998 r. w odpowiedzi na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae” ogłoszonej 25 lat temu, 25 marca 1995 roku. Papież napisał w niej m.in., że „Człowiek i jego życie jawią się nam jako jeden z najwspanialszych cudów stworzenia…” (Evangelium Vitae, 84). Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie.
MODLITWA W INTENCJI OBRONY ŻYCIA
(do odmawiania po Koronce do Bożego Miłosierdzia)
O Maryjo, jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat, ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia, mężczyzn i kobiet – ofiary nieludzkiej przemocy, starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość.
Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie.
Panie Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po narodzeniu, proszę Cię w intencji tego nie narodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
***
Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
materdolorosa.pl
***
Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.
Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).
Duchowa Adopcja
Może ją podjąć każdy człowiek:
obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
trwa przez dziewięć miesięcy
Warunki
codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
modlitwa w intencji uratowania życia dziecka
Modlitwa codzienna
Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
Treść przyrzeczenia
“Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:
Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.
***
Zamiast „aborcji”, wybrały życie dla swoich dzieci. Żadna z matek nie zmieniłaby swojej decyzji
fot. Pixabay
***
W ciągu 16 lat niesienia pomocy ciężarnym i rodzącym matkom będącym w trudnej sytuacji Kathleen Wilson ani razu nie usłyszała od nich, że ratując życie podjęły złą decyzję. Czy tak samo myślą kobiety, które zdecydowały o śmierci swojego dziecka i wybrały aborcję?
Wilson w rozmowie z Tuckerem Carlsonem z Fox News wyraziła zwoje zadziwienie lewicowo liberalną narracją o „torturowaniu” i „zmuszaniu” kobiet do rodzenia dzieci przez środowiska pro life. Jak przyznała, przez 16 lat działalności ośrodka Mary’s Shelter nie spotkała matki, która po wyborze życia dla swojego dziecka żałowałaby tej decyzji.
Jak mówiła, ma nadzieję, że mimo agresywnej narracji proaborcyjnej „nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym potępiamy kobiety za posiadanie dzieci”
W domach Mary’s Shelter zamieszkać mogą matki potrzebujące wsparcia przez nawet trzy lata. Znajdują tam pomoc, edukację, zdobywają wiedzę o porodzie i macierzyństwie. Przez domy w ciągu 16 lat przeszło ponad 400 potrzebujących pomocy matek.
Nikt ich do niczego nie zmusza – przychodzą do ośrodka po pomoc. I ją znajdują. –One kochają swoje dziecko. To naprawdę takie proste. Chcą swojego dziecka. W ciągu 16 lat żadna kobieta nie powiedziała mi, że przeszła przez Mary’s Shelter, że żałuje, że ma swoje dziecko. Nigdy, przenigdy – mówiła Wilson.
–Troszczymy się o dziecko w łonie matki. Kochamy dziecko w łonie matki, ale kochamy też tę mamę. A kobiety przychodzą do nas z tyloma dziećmi, ile mają. Kochamy wszystkie te dzieci – dodała.
Owszem, w ośrodku były kobiety pełne żalu, smutku i goryczy – miały one za sobą złą decyzję o uśmierceniu swojego nienarodzonego dziecka.
źródło: marsz.info/MA/PCh24.pl
+++
Jak przygotować się do spowiedzi wielkopostnej?
Wielki Post to często czas, w którym intensyfikujemy pracę nad swoim życiem duchowym. Podejmujemy wyrzeczenia, postanowienia i refleksje nad naszym życiem, pragnąć dobrze przygotować się na Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Jednym z ważnych aspektów jest sakrament pokuty i pojednania. Oto kilka wskazówek, które pomogą Ci w dobrym przygotowaniu się do spowiedzi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Nawrócenie, przebaczenie i pojednanie
Spowiedź, według Katechizmu Kościoła Katolickiego, jest „sakramentem nawrócenia, ponieważ urzeczywistnia w sposób sakramentalny wezwanie Jezusa do nawrócenia, drogę powrotu do Ojca, od którego człowiek oddalił się przez grzech”.
– W konfesjonale sam Jezus Chrystus obdarza nas swym miłosierdziem. Papież Franciszek mówi wręcz, że „miłosierdzie jest sposobem, w jaki Bóg przebacza (…). Wielkie jest miłosierdzie Boga, wielkie jest miłosierdzie Jezusa: wybaczać nam poprzez czuły gest” – podkreśla ks. Zbigniew Bielas, kustosz Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Jak zaznacza, warto pamiętać, że dzięki temu sakramentowi „odzyskujemy stan łaski uświęcającej, otrzymujemy wewnętrzny pokój i pojednanie z Bogiem i Kościołem”. W łagiewnickim sanktuarium łącznie przez ponad 170 godzin w tygodniu pełniona jest posługa odpuszczania grzechów i przynoszenia wiernym przebaczenia. Św. Jan Paweł II, w dniu konsekracji bazyliki 17.08.2002 r. wyraził prośbę: „Modlę się, aby ten kościół był zawsze miejscem głoszenia orędzia o miłosiernej miłości Boga, miejscem nawrócenia i pokuty”.
Warunki
Kościół określa pięć warunków dobrej spowiedzi, które są bezpośrednią formą przygotowania i realizacji tego sakramentu. To: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, szczera spowiedź i zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu.
– Myślę, że podstawą każdej dobrej spowiedzi jest dobry rachunek sumienia i wypełnienie pozostałych warunków — mówi kustosz łagiewnickiego sanktuarium. – Oprócz tego na naszej drodze do świętości i czerpaniu właściwych owoców ze spowiedzi warto też zwrócić uwagę na wskazówki dotyczące tego sakramentu, które przekazała nam w „Dzienniczku” św. Faustyna: całkowitą szczerość i otwartość, pokorę oraz posłuszeństwo (por. Dz. 112) — dodaje.
Rachunek sumienia
Do przyjęcia sakramentu pokuty należy przygotować się przez rachunek sumienia. Jak wskazuje Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK), powinien być on przeprowadzony w świetle Słowa Bożego np. przy pomocy Dekalogu, Hymnu o miłości lub Kazania na Górze. – Dziś można znaleźć wiele różnych pomocy w modlitewnikach, czy w Internecie na stronach poświęconych spowiedzi. Trudno wskazać tylko na jeden konkretny dla wszystkich. Są opracowane rachunki sumienia dla poszczególnych stanów: małżonków, narzeczonych, młodzieży, dla starszych, dla osób duchownych, dla dzieci. Każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ważne, by zanim klękniemy u kratek konfesjonału przeanalizować swoje życie od czasu ostatniej spowiedzi i przypomnieć sobie ostatnie postanowienie, wyznać grzechy — wyjaśnia ks. Zbigniew Bielas. W bazylice Bożego Miłosierdzia przy wejściu do strefy spowiedzi można zaopatrzyć się w rachunek sumienia, opracowany na podstawie dziesięciu Przykazań Bożych. Ta prosta pomoc, z której chętnie korzystają penitenci.
– Zasadniczo spowiedź jest wyznaniem grzechów. Jednak jeśli warunki czasowe na to pozwalają, warto spojrzeć na nasze życie duchowe w szerszym kontekście: czy i w jakim zakresie udało się nam coś zmienić, poprawić się w jakiejś dziedzinie, odnieść zwycięstwo nad naszą słabością i tym podzielić się ze spowiednikiem — radzi duchowny.
Żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy
Katechizm Kościoła Katolickiego określa żal za grzechy jako „ból duszy i znienawidzenie popełnionego grzechu z postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości”. Kościół wyróżnia dwa rodzaju żalu: doskonały i niedoskonały. Ten pierwszy wypływa z miłości do Boga miłowanego ponad wszystko i powoduje odpuszczenie grzechów powszednich. Drugi natomiast rodzi się z lęku przed wiecznym potępieniem i innymi karami, ale również, jak wskazuje katechizm, jest przygotowaniem do odpuszczenia grzechów ciężkich w sakramencie pokuty. Żal za grzechy idzie w parze z kolejnym warunkiem: mocnym postanowieniem poprawy. Potrzebna jest decyzja o chęci bycia lepszym.
Zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu
Po przystąpieniu do spowiedzi pamiętać trzeba o ostatnim warunku jej dobrego przeżycia: zadośćuczynieniu Panu Bogu i bliźniemu. – Wiemy, że grzech zrywa naszą przyjaźń z Bogiem. Rani nie tylko nas, ale często wyrządza także szkodę bliźniemu. Musimy więc uczynić wszystko, by ją naprawić. Oddać to, co sobie przywłaszczyliśmy. Przywrócić dobre imię osobie oczernionej. Odwołać poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, czy wynagrodzić krzywdy — tłumaczy ks. Zbigniew Bielas, dodając, że „odpuszczony grzech domaga się ze sprawiedliwości zadośćuczynienia i odpokutowania w różnych wymiarach”.
Pomocą w tym wypadku staje się również zadana penitentowi w konfesjonale przez kapłana pokuta. – Zawsze powtarzałem na katechezie, że zadośćuczynienie to taka sprawa honoru: Pan Bóg mi coś darował, ja, choć w niewielkim wymiarze podejmuję pokutę, aby Mu za to podziękować i wynagrodzić popełnione zło — wyjaśnia rektor Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
Kiedy jest dobry czas na wielkopostną spowiedź?
– Myślę, że dziś wielu z nas zapomina o tym, co jest bardzo ważne w życiu wiary. Jesteśmy zabiegani. Spieszymy się. Chcemy wszystko załatwić szybko — zauważa ks. Bielas i dodaje, że właśnie dlatego warto zaplanować czas na spowiedź. – Przed świętami planujemy czas na sprzątanie, na zakupy, a często spowiedź zostawiamy na tak zwany „ostatni moment”. Potem kiedy przychodzimy do kościoła i widzimy duże kolejki, denerwujemy się. Może nieraz nawet rezygnujemy, usprawiedliwiając się brakiem czasu — zauważa.
– W wielu parafiach organizowane są rekolekcje i uwzględniony jest dzień na spowiedź — zauważa kustosz, zachęcając do korzystania z tej cennej okazji i tego, aby nie zostawiać spowiedzi na ostatnie dni przed świętami. Niektórzy nie mają możliwości skorzystania z sakramentu wcześniej. Powodem może być stan zdrowia, obowiązki zawodowe czy pobyt za granicą. Jak podkreśla ks. Bielas, dla tych osób kapłani czuwają w konfesjonale nawet przez całą noc, szczególnie w Wielki Piątek. – Zawsze to wielka radość, gdy widzimy tylu wiernych, którzy pragną pojednać się z Bogiem i z oczyszczonym sercem przeżywać świętowanie w Kościele, domu, rodzinie – dodaje.
Obowiązek spowiedzi oraz przyjęcia Komunii Świętej
Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym, wierni są zobowiązani do przystąpienia do sakramentu pokuty przynajmniej raz w roku. Ze względu na to, że Kościół nakazuje, by również przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym przyjąć Komunię Świętą, wierzący często decydują się na spowiedzi w okresie Wielkiego Postu, pomiędzy Środą Popielcową a Niedzielą Palmową. Zaleca się, aby miała ona miejsce przed Wielkim Czwartkiem, po to, aby dni Triduum Paschalnego przeżywać w stanie łaski uświęcającej.
Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela
***
Jak zrobić rachunek sumienia przed spowiedzią. Oto metoda ignacjańska
fot. Canva/Wikipedia
***
Ignacjański rachunek sumienia polega na „rachowaniu” nie swoich grzechów, ale… Bożej dobroci! Trwa tylko 15 minut, a pozwala uwrażliwić serce na Boże poruszenia. Sprawdź, jak 500-letnia metoda modlitwy może zmienić Twoje życie wewnętrzne.
Ignacjański rachunek sumienia to forma codziennej modlitwy. Św. Ignacy z Loyoli proponuje, by zamiast „rachować” swoje grzechy, „badać” swoje sumienie. Tylko wtedy, kiedy ta modlitwa jest praktykowana każdego dnia, może przynosić regularne owoce.
Ignacjański rachunek sumienia. Na czym polega?
Św. Ignacy z Loyoli proponuje zaskakujące podejście do rachunku sumienia!. Zamiast „rachować” swoje grzechy, zachęca w swoich Ćwiczeniach Duchownych do „badania” swojego sumienia. Sumienie to takie miejsce w nas gdzie przebywamy z Bogiem. Badamy to miejsce, żeby się spotkać z Nim – bliskim i kochającym.
Polega ona na słuchaniu Boga i słuchaniu swojego serca. Na spotkaniu z miłującym Bogiem i na spotkaniu z samym sobą w atmosferze Jego miłości. Na badaniu Jego wezwań i naszych odpowiedzi na nie. I wreszcie na „rachowaniu” Jego darów i miłości, którymi nas obdarza.
Przede wszystkim skupiamy się na Nim i na dobru, które od niego otrzymujemy, a dopiero później na swojej grzeszności. Jednak nawet w momencie, kiedy zabieramy się za „pranie brudów”, nie robimy tego sami, tylko z Jego łaską. Nie po to, aby zadręczać się swoją słabością, ale po to, żeby odkryć mechanizmy zła, którym się poddajemy i przeciwdziałać im.
Celem tej metody badania sumienia jest wdzięczność za działanie Boga i ukierunkowanie na przyszłość. Dzięki codziennej praktyce nasze serce jest bardziej czujne na Boże poruszenia i łatwiej nam odróżnić dobro od zła.
Jeśli podejmiesz się praktykowania tego sposobu modlitwy nie z lęku przed karą za swoje grzechy, ale z troski o swoje życie wewnętrzne, szybko zobaczysz jakie owoce ona przynosi.
Kwadrans szczerości, czyli ignacjański rachunek sumienia krok po kroku
Ignacjański rachunek sumienia jest bardzo prosty i składa się z pięciu punktów. Ta modlitwa ma trwać dokładnie piętnaście minut – ani dłużej, ani krócej.
1. Podziękować Bogu, naszemu Panu za otrzymane dobrodziejstwa.
Tak! Rachunek sumienia powinieneś zacząć od dziękczynienia! „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” – pyta św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (4,7). Każde dobro w ciągu dnia, każda łaska, czy choćby dar życia – to wszystko pochodzi od Boga. Dlatego rachunek sumienia zacznij od tego, co dobre. Zacznij od Tego, który jest dobry. W pierwszym, punkcie „rachujesz” Boże dary, zamiast własnych grzechów.
Popatrz na cały swój dzień i zastanów się: Co mnie dobrego dziś spotkało? W czym widziałem miłość Boga? Jak On się o mnie troszczył? Co szczególnego się dzisiaj wydarzyło? Jakie Jego dary i prezenty odkryłem w swoim życiu?
W tym punkcie nie chodzi tylko o to, żeby dziękować za rzeczy oczywiste: „miałem co jeść”, „miałem gdzie spać” itd. Dziękuj bardzo konkretnie: wymień te dary, sytuacje, myśli, za które jesteś wdzięczny. Możesz także podziękować Bogu za to, czego nie straciłeś tego dnia. A jeśli naprawdę wydaje Ci się, że nie masz za co dziękować, możesz zawrzeć z Bogiem umowę: „Panie Boże, daj mi jutro tylko to, za co dzisiaj Ci podziękuję”.
Uwaga! Jeśli ten punkt Cię zaabsorbuje, będziesz znajdować coraz to nowe rzeczy, za które możesz dziękować i Twój duch się będzie radował to trwaj w tej dziękczynnej modlitwie, aż do nasycenia. Smakuj dobroci Boga, ciesz się nią i bądź mu wdzięczny. Nie przejmuj się, że masz jeszcze cztery punkty „do przerobienia” – możesz spędzić na tym punkcie całe 15 minut przeznaczone na rachunek. Twoje spotkanie z Panem już przyniosło owoce!
2. Prosić o łaskę poznania grzechów i porzucenia ich.
Przechodząc do drugiego punktu, proś Ducha Świętego o łaskę spojrzenia na miniony dzień Jego oczami. Dlaczego to takie ważne? W tym punkcie skupiamy się na naszej grzeszności, słabości i naszych upadkach. Patrząc na nie jedynie ze swojej perspektywy możemy, łatwo wpaść w pułapkę samooskarżania się. Często jesteśmy dla samych siebie najbardziej surowymi sędziami. Musisz jednak pamiętać, że Bóg nigdy nie oskarża, nie wzbudza chorego poczucia winy, nie „wgniata” Cię w ziemię Twoimi grzechami. Tak działa szatan! Patrząc na nasze grzechy z pomocą Ducha Świętego, poucza on nas o naszym grzechu w sposób pełny miłości i delikatności po to, aby nas pobudzić do nawrócenia.
Samo poznanie grzechów jednak nie wystarcza – potrzebujesz jeszcze przyznać przed sobą i Bogiem: „To JA zgrzeszyłem”. Dopiero kiedy uznasz swój grzech, możesz go odrzucić (nie możesz odrzucić grzechu, póki nie jest Twój). Wystarczy Twoja decyzja serca, akt woli. Łaska Boża zrobi resztę.
3. Domagać się od duszy zdania sprawy od chwili powstania z łóżka aż po obecny rachunek sumienia, godzina po godzinie i chwila po chwili, najpierw z myśli, potem z mowy, wreszcie z uczynków (…).
W trzecim punkcie chodzi o to, abyś w Jego obecności uświadomił sobie, co się działo w ciągu dnia. Szczególnie przyjrzyj się swoim myślom, bo z nich bierze początek każdy czyn. Spróbuj zwrócić uwagę na to: z jakich myśli i intencji brały się dobre i złe czyny, które popełniłeś w ciągu dnia? Jakie były twoje motywacje? Za jakim sposobem myślenia podążasz?
Skup się również na tym: jakie natchnienia otrzymałeś? Czy za nimi poszedłeś? Czy dałeś się kształtować Bogu?
Nie odpowiadaj na te pytania sam. Porozmawiaj z Nim o tym, wysłuchaj Jego zdania. Poproś, żeby Ci pokazał, jak on widział ten dzień: co Jemu się podobało a co nie?
Jeśli będziesz mieć problem z przypomnieniem sobie każdej chwili dnia (na początku może to być bardzo trudne!) to postaraj się popatrzeć na dzień jak na etapy, np.: od wstania z łóżka do wyjścia na uczelnię, od pierwszych zajęć do obiadu, od powrotu do domu do rachunku sumienia itp.
4. Prosić Boga, naszego Pana, o przebaczenie win.
Kiedy już zobaczyłeś cały swój dzień, uświadomiłeś sobie swoje grzechy i podjąłeś w sercu decyzję o ich odrzuceniu – przyszedł czas na kolejny etap. Proś Boga o to, aby wybaczył Ci Twoje winy. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości.” – pisze św. Jan w swoim liście (1 J 1,9). Uświadom sobie, że potrzebujesz wybawcy i nie zapominaj, że On jest większy niż każda Twoja słabość!
Pamiętaj, że nie stajesz przed sędzią, który chce Cię ukarać, ani przed policjantem, który przyłapie Cię na każdym najmniejszym wykroczeniu. Stajesz przed miłującym Ojcem, który chce Cię przyjąć w swoje ramiona. Pozwól Bogu kochać Cię takim, jaki jesteś.
5. Postanowić poprawę za Jego łaską.
Jeśli jeszcze nie minęło 15 minut, a wszystkie poprzednie punkty masz już za sobą, to przed Tobą ostatnia rzecz do zrobienia. Postanów poprawę Z JEGO ŁASKĄ. Nie próbuj własnymi siłami się zmieniać, nawracać czy pokonywać słabości, bo będziesz skazany na porażkę.
Jeśli pozwoliłeś się prowadzić Duchowi Świętemu w tej modlitwie, to z pewnością zauważysz co w Twoim życiu jest do poprawy. Owocem skruchy będzie to, że sam będziesz chciał się rozwijać i wzrastać.
Nie czyń jednak jakichś wielkich postanowień! Niech to będzie jedna, drobna zmiana. Naucz się stawiać małe, konsekwentne kroki w rozwoju swojego życia duchowego. Mniej znaczy więcej! Tutaj również ważny jest konkret: nie „od jutra będę lepszy”, ale „przez najbliższe 7 dni poświęcę każdego ranka 5 minut na modlitwę za nadchodzący dzień”. Niech to postanowienie wypływa z tego, co zauważyłeś w ciągu całego dnia.
Ojcze nasz
Kilka przydatnych wskazówek
Ignacjański rachunek sumienia warto robić codziennie wieczorem, ale nie przed samym snem. Jeśli będziesz za bardzo znużony, możesz zasnąć w trakcie. Poruszenia w trakcie rachunku mogą Cię również pobudzić na tyle, że będziesz mieć problem z zaśnięciem!
Nie zniechęcaj się, jeśli będzie Ci na początku szło „topornie”. Potrzebujesz wytrwałości i cierpliwości. Łatwiej Ci się będzie zdyscyplinować, jeśli ustalisz stałą godzinę w ciągu dnia, w której będziesz robić rachunek sumienia. Możesz też spróbować kwadrans na rachunek „przypiąć” do jakiegoś stałego punktu wieczoru, np.: po kolacji, przed wieczorną toaletą itp.
Dopilnuj, aby ta modlitwa trwała dokładnie 15 minut (możesz ustawiać sobie minutnik). Jeśli trudno jest Ci wytrwać na modlitwie, chęć jej skrócenia potraktuj jako pokusę. Przekonasz się, że często w ostatnich sekundach Bóg poruszy Twoje serce. Za pokusę uznaj również chęć przedłużenia modlitwy. Kwadrans to kwadrans i bądź temu wierny. „Lepsze jest posłuszeństwo od ofiary” (1 Sm 15,22).
Jeżeli w którymś z punktów, Twoja modlitwa bardzo Cię poruszy, zacznie Cię nasycać, rozpalać do tego stopnia, że będziesz chcieć trwać w tym miejscu – nie przechodź do następnych punktów, nawet jeśli kończy Ci się czas. Słuchaj serca, a nie metody. Schemat modlitwy jest po to, aby Ci pomóc, a nie po to, żeby „odhaczyć” wszystkie jego punkty.
Stacja7.pl
***
Niechciany sakrament
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Jezus powiedział św. Faustynie: „Nie odkładaj sakramentu spowiedzi, bo to Mi się nie podoba”. Każdemu to mówi.
Dziesięciu księży spowiada od wieczora do późnej nocy. Ludzie, czasem po raz pierwszy od wielu lat, wylewają przed Bogiem swoje dusze. Siedząc twarzą w twarz ze spowiednikiem, mówią rzeczy, których nikomu, nawet sobie, powiedzieć nie chcieli. Płaczą. Wreszcie słyszą: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. I odchodzą przemienieni. I mówią: „Nie wiedziałem, że Kościół taki jest. Nie wiedziałam, że taka może być spowiedź”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Rachunek sumienia – podstawa duchowego wzrostu
Jeśli ktoś go odprawia, w jego życiu mogą dziać się cuda. O znaczeniu i roli rachunku sumienia mówi ks. Łukasz Sośniak, jezuita.
Franciszek Kucharczak: Robi Ksiądz rachunek sumienia?
Ks. Łukasz Sośniak SJ: Oczywiście, że robię.
Codziennie?
Tak! Rachunek sumienia był najważniejszą modlitwą św. Ignacego. On zwalniał swoich podwładnych, na przykład ze względu na chorobę, z różnych praktyk religijnych, nawet z Mszy św., ale nigdy z rachunku sumienia. To jest serce duchowości ignacjańskiej i jako jezuici staramy się bardzo tego pilnować. Naszą zasadą jest „szukać i znajdować Boga we wszystkim”, a ta modlitwa jest idealnym narzędziem do tego.
Jak to w praktyce wygląda?
W domach zakonnych najczęściej robi się to przed obiadem. Tu, gdzie jestem, zbieramy się w kaplicy i mamy pięciominutowy rachunek sumienia, ale każdy jezuita robi go też indywidualnie, najczęściej na zakończenie dnia. Ma schemat zaczerpnięty z książeczki „Ćwiczeń duchowych” św. Ignacego. Zaczyna się czymś nietypowym, bo dziękczynieniem za dobro, które dzisiaj otrzymałem od Pana Boga. Nie jakieś abstrakcyjne, tylko konkretne: że dziś spotkałem tę i tę osobę, doświadczyłem tego i tego. Starsi, chorzy ojcowie mówili mi na przykład, że dziękują za to, że ich dzisiaj mniej bolało. Moim zdaniem to dziękczynienie jest kluczem do rachunku sumienia. Widzę, że to też bardzo pomaga rekolektantom. Jak ktoś ma problem z modlitwą, zawsze mówię, żeby robić rachunek sumienia albo przynajmniej ten pierwszy punkt. To ważne, bo często ktoś mówi: „Ja nie mam za co dziękować, spotykają mnie same cierpienia”, a po tygodniu czy dwóch robienia rachunku sumienia stwierdza, że Bóg jednak jest obecny w jego życiu i że jest tam wiele dobra. I to mu daje dużo pocieszenia.
A co po dziękczynieniu?
Ignacy pisze: „Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz”. Ja modlę się do Ducha Świętego, żeby przypomniał mi te momenty, w których Pan Bóg działał w ciągu dnia, a tego nie zauważałem. To drugi punkt. Trzeci to retrospekcja – można analizować godzinę po godzinie, spoglądając na to, co się wydarzyło w ciągu dnia. Ja często trwam w ciszy i kontemplacji i czekam, co się samo narzuci, co mi Pan Bóg powie. Często przypominają się wtedy momenty w ciągu dnia, związane z jakimiś wydarzeniami, i wtedy widzę: o, tu działał Pan Bóg, tu mogłem Go spotkać. Potem jest czwarty punkt – prośba o przebaczenie. Powiedziałbym, że to taka modlitwa oddania, nie jakieś oskarżanie się, wypominanie sobie grzechów, tylko ufne zawierzenie z prośbą, żeby Pan Bóg przychodził nam z pomocą w naszych słabościach. I ostatnia rzecz – postanowienie. Ono musi być konkretne i realistyczne. Ignacy nie chce, żeby to było coś w stylu: „zmienię się, będę lepszy, będę pracował nad sobą”. To ma być decyzja, co konkretnie zrobię, żeby osiągnąć konkretny cel. Gdy się robi rachunek sumienia codziennie, to nieraz też robi się go z tego postanowienia.
Wielu ludziom jednak rachunek sumienia kojarzy się z bezduszną buchalterią albo bolesnym rozdrapywaniem ran.
Myślę, że nazwa „rachunek sumienia” jest trochę mylna. Rzeczywiście kojarzy się z rachowaniem, a Pan Bóg z jakimś księgowym, który czyha na nasze potknięcia, albo z sędzią, który wyda wyrok skazujący po wyciągnięciu średniej. Natomiast my mówimy o rachunku sumienia jako „kwadransie uważności”. Chodzi o uważność na Boże działanie. O. Józef Augustyn SJ nazwał rachunek sumienia „kwadransem szczerości”. Jeszcze inny autor używał określenia „kwadrans miłującej uwagi”. Tu akcent jest położony nie na grzechy, tylko na dobro. Gdy wchodzę w światło, gdy kontempluję działanie Boga w swoim życiu, wtedy widzę swoje słabości i dostrzegam, że korzenie zła są we mnie.
Podjęcie takiej praktyki może być trudne.
Rozumiem to, ale można spróbować co kilka dni albo na początek co tydzień. Kiedy ktoś zauważy, jakie to przynosi owoce, to myślę, że podejmie się tego codziennie. Zwłaszcza że to nie jest długa modlitwa, zajmuje maksymalnie 15 minut. A że zawiera dziękczynienie, to jest bardzo eucharystyczna i może być moją codzienną modlitwą. Nie muszę podejmować innych, mogę nawet uczynić z tego przez jakiś czas jedyną praktykę modlitewną.
Czasem refleksja nad sobą może się zrodzić z poziomu świńskiego żłobu, jak się to przydarzyło synowi marnotrawnemu z Jezusowej przypowieści. Czytamy, że „zastanowił się”. Czyli chyba zrobił przegląd swojego postępowania. To zastanowienie to rachunek sumienia?
Oczywiście. To jest bardzo dobra metafora „kwadransa szczerości”. Od tego zaczyna się rachunek sumienia – przerywam swoje pogrążanie się w złu i przychodzi refleksja. Widzę, że coś jest nie tak, i zaczynam się zastanawiać nad tym, co robię. Można powiedzieć, że to jest łaska Boża. Jeśli świadomie podejmę tę refleksję, ona może mnie doprowadzić z powrotem do Ojca, czyli do nawrócenia. Bo celem rachunku sumienia jest codzienne nawracanie się. Chodzi o to, żeby zawsze powracać do Ojca, który nieustannie wychodzi naprzeciw i powracającego nigdy nie potępia.
Syn marnotrawny na początku po prostu widzi, że fatalnie się porobiło. To chyba pocieszające, że wstępna motywacja nie musi być zaraz taka czysta?
Rzeczywiście, syn marnotrawny wraca, bo mu się skończyła kasa i zobaczył, jak nisko upadł. Jeszcze nie dostrzega dobroci ojca, ale kiedy spotyka się z jego bezinteresowną miłością, zaczyna ją odwzajemniać. Czasem trzeba się zadowolić początkową motywacją typu „jak trwoga, to do Boga”. Pan Bóg musi mieć o co się zahaczyć. Papież w książce „Miłosierdzie to imię Boga” mówi, że On szuka każdej szczeliny, żeby Jego miłosierdzie przedostało się do człowieka. Nawet taka kiepska motywacja ze względu na polepszenie swojego bytowania już wystarcza Bogu, żeby zaczął działać. Człowiek musi dać Panu Bogu jakąkolwiek zgodę. Od tego się zaczyna. W moim przypadku też tak było. Wiedziałem, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Czułem, że ono nie ma treści, że ucieka mi między palcami. I postanowiłem jechać na rekolekcje ignacjańskie – i tam zacząłem od rachunku sumienia. To była pierwsza modlitwa, którą zacząłem praktykować, i to mi zaczęło otwierać oczy. Nie sądziłem, że to mnie zaprowadzi do zakonu. Pan Bóg dał mi tę łaskę, że mogłem zrobić ten pierwszy krok, szukać dla siebie jakiegoś wyjścia, a dalej On już wszystko załatwił. Więc nie ma się co bać otworzyć się i użyć jakiegoś konkretnego narzędzia.
Co zrobić, żeby się „otworzyć”?
Można codziennie wieczorem chociaż podziękować za to, co się wydarzyło, i zwrócić uwagę na to, co się konkretnie wydarzyło. Na to, jak mi Pan Bóg dzisiaj pomógł, jak był obecny. A potem wejść w kolejne punkty rachunku sumienia. Jeśli ktoś to będzie robił, wtedy cuda mogą się dziać w jego życiu.
Jednak przeciętny katolik rachunek sumienia robi tylko przed spowiedzią i raczej słabo kojarzy się to z modlitwą. Jak się to ma do praktyki codziennej „miłującej uważności”?
Ten rachunek sumienia, gdy przeglądam po kolei: pierwsze, drugie, trzecie przykazanie – to jest takie leczenie objawowe. Stwierdzam: „gniewałem się na żonę/męża, na dzieci, to i tamto mnie wkurzało”. No dobrze, ale nie idę dalej i nie wiem dlaczego. Co się dzieje, że ja się tak irytuję? Po jednorazowym rachunku sumienia ciężko w to wejść. To jest taka aspiryna – przestaje mnie boleć głowa i tyle. Uważałbym bardzo na schemat „grzech – spowiedź – Komunia”, bo to oznacza, że ja chcę tylko formalnie zaliczać punkty i kręcę się w kółko. Ignacjański rachunek sumienia to jest zupełnie inna praktyka – to jest codzienne trwanie przy Panu Bogu. Kiedy Mu dziękuję, poprawia się mój obraz Boga, staje się on coraz bardziej Chrystusowy, biblijny, nieoparty tylko na doświadczeniu mojego biologicznego ojca. Widzę, że nie muszę zasługiwać na Jego miłość.
Właśnie – zasługiwać. Niełatwo przyjąć darmowość zbawienia.
Papież Franciszek w encyklice Gaudete et exsultate mówi, że największą herezją współczesności jest pelagianizm – przekonanie, że ja sam muszę osiągnąć zbawienie, że to ode mnie wszystko zależy. Kiedy rozmawiam z ludźmi na rekolekcjach, widzę, że to jest jeden z najpowszechniejszych problemów. Bo jesteśmy Zosiami samosiami, społeczeństwo nas uczy, że trzeba na wszystko zapracować, wszystko wywalczyć, nie ma nic za darmo i wszystko, co mam, jest moją zasługą. I do duchowości przenosimy to jeden do jednego. Tymczasem praktyka kwadransa uważności pozwala nam oderwać się od takiego myślenia, a skupia nas na śladach Boga, w życiu, rozwija wrażliwość na Niego, pozwala odkryć, że Bóg jest z nami w każdej chwili i nie przestaje nam błogosławić. To dla wielu ludzi staje się źródłem ogromnej siły i nadziei, odrywa ich od siebie i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile.
ks. Łukasz Sośniak jest jezuitą, absolwentem filologii polskiej i dziennikarstwa. Gość Niedzielny
+++
22 marca 2026
V Niedziela WielkiegoPostu
Dlaczego zasłaniamy krzyże?
Ten zwyczaj ma długą historię i przypomina o prostej prawdzie
W piątą niedzielę Wielkiego Postu w kościołach zgodnie ze średniowieczną tradycją zasłania się krzyże. Aby coś zobaczyć, trzeba najpierw pozwolić, by na chwilę zniknęło z pola widzenia.
fot. Roman Koszowski – Gość Niedzielny
***
Krucyfiksy, a nawet niektóre obrazy zostają ukryte za fioletowym lub czerwonym płótnem. Liturgia posługuje się znakami, które mają nas wyrwać z uśpienia, ożywić, wciągnąć w misterium. Kościół nie jest teatrem, ale zarazem posługuje się językiem teatralnych gestów i symboli. Komunikujemy jednak nie fikcję, ale prawdę – i to tę najważniejszą, bo dotyczącą naszego wiecznego losu. Materialny znak działa na zmysły, ale ma pobudzać ducha i serce. Nie inscenizujemy wydarzeń z przeszłości, ale je uobecniamy tak, byśmy sami stali się ich uczestnikami.
Tysiącletnia tradycja
Dlaczego zasłaniamy krzyże właśnie wtedy, gdy zbliżamy się do Wielkiego Piątku? Przecież właśnie w tym czasie tematyka pasyjna dominuje w liturgii. Piąta niedziela Wielkiego Postu była zwana dawniej Niedzielą Pasyjną. Gorzkie Żale, Droga Krzyżowa, pieśni o męce Pańskiej, kazania pasyjne. To wszystko jest wielką opowieścią o krzyżu Chrystusa. Czy nie powinniśmy wpatrywać się intensywniej w ten najświętszy znak naszej wiary? Tradycja liturgiczna Kościoła ma swoją mądrość i duchową pedagogię. Czasem, aby coś zobaczyć, trzeba najpierw pozwolić, by na chwilę zniknęło z pola widzenia.
Zwyczaj zasłaniania krzyży ma długą historię. Pojawił się w XI wieku. Oryginalna geneza tej tradycji jest dziś trudna do odtworzenia. Pojawiło się wiele różnych tłumaczeń. Jedni powiadali, że w tym właśnie czasie Jezus ukrył swoje bóstwo. Inni łączyli powstanie zwyczaju z dramatyzacją perykopy z Ewangelii św. Jana, która był wtedy odczytywana. Chodzi o J 8,59: „Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni”. W wielu miejscach zasłaniano nie tylko krzyże, ale także obrazy, a nawet całe ołtarze. Tzw. zasłony postne pojawiły się najpierw w kościołach zakonnych, a potem przeszły do kościołów parafialnych. Tłumaczono to również w ten sposób, że post to czas pokuty, a więc konieczny jest swego rodzaju „post oczu”. Podobnie jak „post uszu”, który wiązał się z nieużywaniem instrumentów muzycznych w kościele. W kontekście dzisiejszego nadmiaru obrazów, które atakują nasze zmysły ze wszechobecnych ekranów, taki post oczu byłby czymś bezcennym. Zasłanianie krzyży warto połączyć z zasłonięciem np. telewizora albo zawieszeniem korzystania z mediów społecznościowych.
Po Soborze Watykańskim II tradycja zasłaniania krzyża przestała być obowiązkowa. Decyzję w tej sprawie pozostawiono Konferencjom Biskupów. Episkopat Polski opowiedział się za zachowaniem tego wymownego zwyczaju.
Doświadczenie braku, milczenie Boga
Nawet najświętsze symbole mogą się nam tak opatrzyć, że przestajemy je zauważać. Zasłona jest po to, aby doświadczyć, że czegoś nam brakuje. Właśnie o to chodzi w tym geście. Cenimy pewne rzeczy wtedy, gdy je tracimy. Zasłonięty krzyż przypomina o tej prostej prawdzie. To jakby zaproszenie do wewnętrznej tęsknoty – do ponownego odkrycia daru, który być może stał się dla nas czymś zbyt oczywistym. Opatrzył się tak bardzo, że przestał do nas „mówić”.
Liturgia ostatnich dni Wielkiego Postu wprowadza nas w atmosferę narastającego napięcia wokół Jezusa. Ewangelia opowiada o Jezusie, który zmierza do Jerozolimy, aby tam wykonać najtrudniejszą misję. Ewangelia św. Jana mówi o „godzinie” Jezusa. Ta Jego godzina jeszcze nie nadeszła, ale jest tuż, tuż. Kościół podąża za tą ewangeliczną logiką. Zanim zobaczymy krzyż w całej jego prawdzie, przechodzimy przez chwilę ciszy i ukrycia.
Zasłona na krzyżu ma także swój sens alegoryczno-duchowy. Na drodze wiary pojawia się taki czas, gdy Bóg wydaje się odległy. Modlitwa staje się trudna, wręcz niemożliwa. Żadne słowa nie przynoszą pocieszenia, a obecność Boga, która była kiedyś wyraźna, zostaje zakryta. Klasycy mistyki mówili o doświadczeniu „ciemnej nocy”. Ta noc gęstnieje zwykle krótko przed etapem zjednoczenia. Bóg w istocie nigdy nas nie zostawia, ale nieraz przeprowadza człowieka przez proces wewnętrznego oczyszczenia i pogłębienia. Nie dostajemy wtedy na modlitwie żadnej pociechy, jest czas strapienia, walki, modlitwa Ogrójca. Zasłonięty krzyż jest obrazem takiej właśnie próby.
Wielkopiątkowe odsłonięcie
Pełny sens tego znaku ujawnia się w liturgii męki Pańskiej sprawowanej w Wielki Piątek. Wtedy krzyż zostaje uroczyście odsłonięty. Kapłan odkrywa go w trzech etapach, śpiewając słowa: „Oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”. Odpowiadamy: „Pójdźmy z pokłonem”. Rozpoczyna się adoracja krzyża. Tego dnia nie sprawuje się Eucharystii, to krzyż staje w centrum modlitwy. Po kilku dniach patrzenia na zasłonę mamy z nową świeżością spojrzenia, z nową wiarą i miłością przytulić się do Ukrzyżowanego. Składamy pocałunek, czcimy rany Zbawiciela. Adorujemy jednak nie cierpienie, lecz miłość Wcielonego Boga, która została objawiona w tak niezwykły sposób. Zbyt często traktujemy krzyż jako element ozdobny wystroju kościoła. Cała pasyjna pobożność Wielkiego Postu zmierza do tego, aby krzyż na nowo przemówił do nas z całą siłą prawdy, którą głosi. Krzyż jest wyznaniem miłości Boga do człowieka. Miłości pełnej pasji. Jest ostatnią deską ratunku dla człowieka pogrążonego w morzu grzechu i śmierci. Trzeba się go mocno chwycić, aby stał się pomocą.
Jako dziecko zawsze z wielką ciekawością patrzyłem na to, co się dzieje w kościele w Wielkim Tygodniu. Nie rozumiałem wiele, ale pociągała mnie aura wyjątkowości i tajemnicy. Do dziś pamiętam, jak wikary tłumaczył nam, ministrantom, gest zasłaniania krzyża. Mówił, że w tych dniach z krzyża bije tak wielkie światło, że mogłoby nas porazić, dlatego konieczna jest zasłona. Czyż nie jest to piękna katecheza? Liturgia mówi językiem gestów, znaków, symboli. Posoborowy Kościół zbyt lekką ręką porzucił wiele odwiecznych rytuałów w imię przejrzystości lub prostoty. Dziś rozumiemy lepiej, że był to błąd. Kryzys Kościoła jest w znacznej mierze także kryzysem symboli. Kościół komunikuje orędzie zbawienia językiem symbolicznym, on sam jako całość jest znakiem widzialnym tego, co niewidzialne. Kościół jest – jak twierdzi słusznie niemiecki biblista Klaus Berger – uniwersum znaków, które scalają wspólnotę wiary, oczywiście zakładając, że wszyscy rozumieją te symbole. Gdzie nie ma już żadnej wspólnoty, tam nie ma również symboli – i odwrotnie.
Przed nami najważniejszy czas roku liturgicznego, czas najpiękniejszych celebracji, które przemawiają nie tylko do rozumu, ale i do zmysłów, serca, emocji. Nie utraćmy wrażliwości. Cisza i ukrycie, które wyraża zasłona krzyża, nie są końcem drogi. Są przygotowaniem do przeżycia Paschy, misterium śmierci, życia i miłości. Zasłona przybytku rozdarła się na dwoje w chwili śmierci Jezusa – czytamy w Ewangelii. Wielki Post zmierza ku swojej kulminacji i nawet jeśli przespaliśmy cztery tygodnie, jest jeszcze czas, aby się obudzić. Aby, gdy opadnie zasłona z krzyża, zajaśniał nam Chrystus.
„Wskrzeszenie Łazarza według Rembrandta”. Obraz Vincenta van Gogha
“Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego”. (J 11,45)
Vincent van Gogh Wskrzeszenie Łazarza olej na papierze, 1890 Muzeum Vincenta van Gogha, Amsterdam
***
Zmarły Łazarz otwiera oczy. Pochylająca się nad nim jego impulsywna siostra Marta zdejmuje tkaninę z jego twarzy i spontanicznie unosi w górę ręce. Jest ubrana w zieloną suknię, kolor tradycyjnie kojarzony z nadzieją. Druga siostra, w ciemniejszej sukni, skłonna do kontemplacji Maria, pogrąża się w modlitwie. Wschodzące nad nimi słońce jest symbolem odradzania się życia. Jego blask rozświetla niebo, ale wbrew prawom natury dominuje też we wnętrzu grobowca, otaczając głowę Łazarza.
Zmagający się z depresją i załamaniem nerwowym Vincent van Gogh pod koniec życia trafił do szpitala psychiatrycznego Saint-Paul-de-Mausole w Saint-Rémy. W chwilach lepszego samopoczucia malował kopie dzieł innych malarzy. Inspiracją dla tego obrazu była akwaforta Rembrandta z 1632 roku. Artysta skopiował tylko jej mały fragment, bez postaci Chrystusa. Łazarzowi nadał swoje rysy twarzy, co może świadczyć o jego nadziei na przezwyciężenie nękającej go choroby. Jako swoje siostry sportretował dwie przyjaciółki z Arles, miasta, w którym powstały jego najlepsze dzieła. To Augustine Roulin w zielonej sukni i Marie Ginoux w ciemnej sukni w paski. Obie bardzo mu pomogły w powrocie do zdrowia po jego pierwszym załamaniu w 1888 roku. W liście do swojego brata Theo, napisanym 2 maja 1890 roku, van Gogh szczegółowo opisywał kolorystykę dzieła, dodając, że „połączenie kolorów powinno mówić samo za siebie, tak samo jak światłocień akwaforty”. Zwrócił uwagę na ważną rolę słońca w kompozycji. Na koniec dodał, że chciałby namalować większą wersję obrazu. Niestety, nie było mu to już dane. Zmarł niespełna trzy miesiące później, 29 lipca 1890 roku, w wieku zaledwie 37 lat.
W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
18 marca (środa) – Środa Popielcowa
25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
***
czwartek 19 marca
Uroczystość św. Józefa jest jednym z ważniejszych świąt liturgicznych w Kościele katolickim.
Wielki Post to czas przygotowania do Wielkanocy, kiedy Kościół zachęca wiernych do większej pracy duchowej, opartej przede wszystkim na poście, jałmużnie i modlitwie. Są jednak takie dni, kiedy obowiązek postu nie obowiązuje. I należy do nich przypadająca 19 marca uroczystość św. Józefa, oblubieńca Najświętszej Maryi Panny oraz opiekuna Jezusa.
Św. Józef jest otaczany szczególną czcią, jako wzór ojcostwa, dlatego Kościół zachęca, aby jego wspomnienie było dniem pełnym radości i wdzięczności za jego przykład wiary.
fot. John and Mable Ringling Museum of Art,jezuufamtobie.pl/Wikipedia
***
Św. Józef poprosił s. Faustynę o odmawianie pewnej modlitwy. „Obiecał mi swą szczególniejszą pomoc i opiekę”
“Święty Józef zażądał, abym miała do niego nieustanne nabożeństwo” – napisała św. s. Faustyna w swoim “Dzienniczku” i dodała: “Codziennie odmawiam te żądane modlitwy i czuję Jego szczególną opiekę”. O jaką modlitwę poprosił św. Józef?
„Czuję Jego szczególną opiekę”
Święty Józef zażądał, abym miała do niego nieustanne nabożeństwo. Sam mi powiedział, abym odmawiała codziennie trzy pacierze i raz „Pomnij…”.Patrzył się z wielką życzliwością i dał mi poznać, jak bardzo jest za tym dziełem, obiecał mi swą szczególniejszą pomoc i opiekę. Codziennie odmawiam te żądane modlitwy i czuję Jego szczególną opiekę – napisała św. siostra Faustyna Kowalska w swoim „Dzienniczku” (Dz 1203).
Modlitwę „Pomnij…”, której tekst zamieszczamy na końcu artykułu, jest modlitwą do św. Józefa, którą siostry ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia odmawiały dawniej codziennie.
Modlitwa do św. Józefa:
Pomnij, o najczystszy Oblubieńcze Maryi, o mój najmilszy Opiekunie Józefie Święty, że nigdy nie słyszano, aby ktokolwiek wzywając Twej opieki, Twej pomocy błagając pozostał bez pociechy. Tą ufnością ożywiony przychodzę do Ciebie i z całą żarliwością ducha Tobie się polecam. Nie odrzucaj modlitwy mojej, o przybrany Ojcze Odkupiciela, ale ją usłysz łaskawie i wysłuchaj.
Amen.
faustyna.pl, misericors.org.pl, zś/Stacja7
***
Fenomen „śpiącego Józefa”, który podbija świat. Dlaczego tysiące ludzi powierzają mu swoje problemy?
“Wiele świadectw potwierdza, że św. Józef realnie pomaga w sprawach rodzinnych, materialnych czy zawodowych. Sam doświadczam jego konkretnego wstawiennictwa” – ks. Sebastian Picur, autor najnowszego modlitewnika “Święty Józef śpiący. 19 dni nadziei”.
fot. Dom Wydawniczy Rafael, youtube/Ks. Sebastian Picur TeamTotusTuus
19 marca Kościół katolicki obchodzi uroczystość św. Józefa, Oblubieńca NMP. Bóg Ojciec sam wybrał św. Józefa na opiekuna Syna Bożego. Skoro sam Bóg postawił na Józefa, to tym bardziej my – podkreśla ks. Picur. Święty Józef jest patronem „od zadań specjalnych”, szczególnie w chwilach trudnych i wymagających odwagi.
Kapłan przypomina, że według Ewangelii Bóg wielokrotnie przemawiał do Józefa we śnie, wskazując mu drogę działania. W ten sposób rozwiązywał jego największe problemy i pokazywał, co powinien zrobić. Józef wiernie słuchał Bożych wskazówek i odważnie wypełniał swoją misję – wyjaśnia ks. Picur.
Pokora w świecie, w którym zabrakło miejsca na działanie Boga
Współczesna kultura zachęca człowieka, by sam decydował o wszystkim i realizował wyłącznie własne plany. Postawa św. Józefa pokazuje zupełnie inną drogę. Dzisiaj świat mówi: możesz być kim tylko chcesz. Tymczasem św. Józef swoim życiem zdaje się mówić: mogę być tym, kim Ty, Panie, chcesz.
Ksiądz Sebastian podkreśla, że św. Józef mógł oddalić Maryję i odrzucić Jezusa, wybierając wygodniejsze rozwiązanie. Zdecydował jednak inaczej – przyjął wolę Boga i wziął odpowiedzialność za wychowanie Odkupiciela świata. Dzięki temu nie zapisał się w historii jako ten, który zdezerterował, lecz jako człowiek wierny swojej misji – dodaje kapłan. Przykład św. Józefa jest szczególnie ważny dla młodych ludzi, którzy często czują się zagubieni w świecie nadmiaru informacji i niepewności. Zawierzenie życia Bogu daje stabilność i poczucie bezpieczeństwa.
Święty na każde strapienie
„Z doświadczenia wiem, że św. Józef pomaga we wszystkich potrzebach” – pisała św. Teresa z Ávili. Święty Bernard z Clairvaux dodawał: „Józef został ustanowiony przez Boga opiekunem Jego największych skarbów”, a Franciszek Salezy zachęcał: „Idźcie do Józefa – ponieważ nikt nigdy nie wzywał go z wiarą i nie został wysłuchany”.
Ksiądz Sebastian Picur podkreśla, że kult św. Józefa nie jest jedynie pobożną tradycją, lecz żywym doświadczeniem wielu wiernych. Wiele świadectw potwierdza, że św. Józef realnie pomaga w sprawach rodzinnych, materialnych czy zawodowych. Sam doświadczam jego konkretnego wstawiennictwa w prowadzeniu ewangelizacji w internecie i rozwoju studia nagrań – mówi kapłan.Modlitewnik „Święty Józef Śpiący. 19 dni nadziei” jest moim wyrazem wdzięczności za otrzymane łaski – dodaje kapłan.
Bóg działa tam, gdzie kończą się ludzkie możliwości
W życiu św. Józefa uderza jedno: najważniejsze decyzje zapadają wtedy, gdy on śpi. Bóg wkracza w jego życie w nocy – kiedy Józef przestaje kontrolować rzeczywistość i pozwala Bogu działać. Święty Józef Śpiący uczy, że czasem najbardziej duchowym aktem zaufania jest pozwolić sobie „zasnąć” jak dziecko w rękach Boga.
Nabożeństwo do Świętego Józefa Śpiącego zyskało szczególną popularność dzięki papieżowi Franciszkowi, który przechowywał pod figurą kartki z intencjami – trudnymi i bolesnymi sprawami, prosząc świętego o wstawiennictwo. Modlitwa ta nie jest „magiczna”, lecz zaproszeniem do zaufania, że Bóg działa także wtedy, gdy my tracimy kontrolę.
Święty Józef jest wzorem pokory, ciszy i wypełniania woli Bożej. Jest patronem rodzin, małżeństw, ojców oraz orędownikiem w godzinie dobrej śmierci. W Polsce patronuje aż 264 kościołom, a jednym z najważniejszych miejsc kultu jest sanktuarium w Kaliszu, gdzie znajduje się słynący łaskami obraz Świętej Rodziny, ukoronowany w 1796 roku. Do nabożeństwa do św. Józefa zachęcał św. Jan Paweł II, który podczas wizyty w Kaliszu w 1997 roku mówił, że jego świadectwo oddania jest potrzebne współczesnemu człowiekowi, zagubionemu pośród fałszywych obietnic łatwego szczęścia.
Papież Franciszek rozpoczął pontyfikat 19 marca 2013 roku w uroczystość św. Józefa. Posiadał figurę śpiącego Józefa i podkreślał, że kiedy pojawiał się trudny problem, zapisywał go na kartce i wkładał pod figurkę, prosząc o wstawiennictwo. Papież Benedykt XVI zachęcał wiernych:„Pozwólmy się zarazić milczeniem św. Józefa. Bardzo nam tego potrzeba w świecie zbyt często hałaśliwym, który nie sprzyja skupieniu i wsłuchaniu się w głos Boga”.
Dla milionów wiernych na całym świecie ta cicha, ale wierna postawa św. Józefa sprawia, że pozostaje ukochanym świętym.
Stacja7.pl
***
środa 18 marca
Chrzest: sakrament, z którego powinniśmy być zawsze dumni
Chrzest to pierwszy sakrament, który na zawsze przypieczętowuje naszą tożsamość i z którego powinniśmy być zawsze dumni – mówił Leon XIV. Papież wygłosił kolejną katechezę o Konstytucji dogmatycznej o Kościele
fot. Vatican Media
***
Dzisiaj chciałbym ponownie zatrzymać się na drugim rozdziale Konstytucji soborowej Lumen gentium (LG), poświęconym Kościołowi jako Ludowi Bożemu.
Lud mesjański (LG, 9) otrzymuje od Chrystusa udział w misji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej, w której urzeczywistnia się Jego zbawcze posłannictwo. Ojcowie soborowi nauczają, że Pan Jezus poprzez nowe i wieczne Przymierze ustanowił królestwo kapłanów, czyniąc swoich uczniów „królewskim kapłaństwem” (1 P 2, 9; por. 1 P 2, 5; Ap 1, 6). To wspólne kapłaństwo wiernych udzielane jest wraz z chrztem, który upoważnia nas do oddawania czci Bogu w duchu i prawdzie oraz do „wyznawania przed ludźmi wiary, którą otrzymali od Boga za pośrednictwem Kościoła” (LG, 11). Ponadto poprzez sakrament bierzmowania wszyscy ochrzczeni „jeszcze doskonalej wiążą się z Kościołem i obdarzeni są szczególną mocą Ducha Świętego, i w ten sposób jeszcze bardziej są zobowiązani, jako prawdziwi świadkowie Chrystusa, do szerzenia wiary słowem i uczynkiem oraz do jej obrony” (tamże). Ta konsekracja leży u podstaw wspólnej misji, która łączy wyświęconych szafarzy i wiernych świeckich.
W tym kontekście Papież Franciszek zauważał: „Patrzenie na Lud Boży to pamiętanie, że wszyscy włączamy się do Kościoła jako świeccy. Pierwszym sakramentem, tym, który na zawsze przypieczętowuje naszą tożsamość i z którego powinniśmy być zawsze dumni, jest chrzest. Poprzez niego i przez namaszczenie Duchem Świętym (wierni) «zostają konsekrowani, aby tworzyli duchową świątynię i święte kapłaństwo» (por. LG, 10), (…) tak że wszyscy stanowimy święty wierny Lud Boży” (List do Przewodniczącego Papieskiej Komisji do spraw Ameryki Łacińskiej, 29 marca 2016)[1].
Pełnienie królewskiego kapłaństwa dokonuje się na wiele sposobów – wszystkich ukierunkowanych na nasze uświęcenie – przede wszystkim przez uczestnictwo w Ofierze Eucharystii. Przez modlitwę, ascezę i czynną miłość dajemy w ten sposób świadectwo życia odnowionego łaską Bożą (por. LG, 10). Jak podsumowuje Sobór, „święta i organicznie ukształtowana natura społeczności kapłańskiej aktualizuje się przez sakramenty i przez cnoty” (LG, 11).
Ojcowie soborowi nauczają dalej, że święty Lud Boży uczestniczy również w prorockiej misji Chrystusa (por. LG, 12). W tym kontekście podjęty jest ważny temat zmysłu wiary (sensus fidei) oraz zgody wiernych (consensus fidelium). Komisja Doktrynalna Soboru uściślała, że ów sensus fidei „jest jakby zdolnością całego Kościoła, dzięki której w swojej wierze rozpoznaje on przekazane Objawienie, odróżniając prawdę od fałszu w sprawach wiary, a równocześnie wnika w nie głębiej i pełniej stosuje je w życiu” (por. Acta Synodalia, III/1, 199). Zmysł wiary przynależy zatem do poszczególnych wiernych nie jako ich prywatna właściwość, ale ze względu na bycie członkami całego Ludu Bożego.
Lumen gentium skupia uwagę na tym ostatnim aspekcie i łączy go z nieomylnością Kościoła, z którą wiąże się – służąca jej – nieomylność Biskupa Rzymu. „Ogół wierzących, mających namaszczenie od Świętego (por. 1 J 2, 20.27), nie może zbłądzić w wierze i tę swoją szczególną właściwość ujawnia przez nadprzyrodzony zmysł wiary całego ludu, gdy «poczynając od biskupów aż po ostatniego z wiernych świeckich» ujawnia on swą powszechną zgodność [łac. consensus] w sprawach wiary i moralności” (LG, 12). Kościół zatem – jako komunia wiernych, która oczywiście obejmuje pasterzy – nie może błądzić w wierze: narzędziem tej jego właściwości, opartym na namaszczeniu Duchem Świętym, jest nadprzyrodzony zmysł wiary całego Ludu Bożego, który przejawia się w zgodzie [łac. consensus] wiernych. Z tej jedności, której strzeże Magisterium Kościoła, wynika, że każdy ochrzczony jest aktywnym podmiotem ewangelizacji, powołanym do składania konsekwentnego świadectwa o Chrystusie zgodnie z darem prorockim, którym Pan obdarza cały swój Kościół.
Duch Święty, który przychodzi do nas od Jezusa Zmartwychwstałego, rozdziela bowiem „między wiernych w każdym stanie także specjalne łaski, przez które czyni ich zdolnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą skuteczną rozbudowę Kościoła” (LG, 12). Szczególnym przejawem tej charyzmatycznej żywotności jest życie konsekrowane, które nieustannie rodzi się i rozkwita mocą łaski. Również wspólnoty i stowarzyszenia kościelne są jasnym przykładem różnorodności i płodności duchowych owoców służących budowaniu Ludu Bożego.
Najdrożsi, rozbudźmy w sobie świadomość i wdzięczność za to, że otrzymaliśmy dar przynależności do Ludu Bożego – a także za odpowiedzialność, która się z tym wiąże.
Watykan – KAI – stacja7.pl
***
środa 11 marca
Leon XIV: Kościół jest jeden, ale zawiera w sobie wszystkich
O tym, że „Kościół nie może zamykać się w sobie, lecz jest otwarty na wszystkich i jest dla wszystkich” mówił Papież podczas środowej katechezy. Przypomniał także, iż, współpracując w misji Chrystusa, jego powołaniem jest szerzenie Ewangelii wszędzie i wszystkim, aby każdy mógł nawiązać relację z Panem Jezusem. Podczas audiencji kontynuowano rozważanie drugiego rozdziału Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium Soboru Watykańskiego II, poświęconego Ludowi Bożemu.
Vatican Media
Oznacza to, że w Kościele jest i musi być miejsce dla wszystkich, a każdy chrześcijanin jest wezwany do głoszenia Ewangelii i dawania świadectwa w każdym środowisku, w którym żyje i działa
– dodał Ojciec Święty.
Podczas środowej audiencji rozważano fragment z Księgi proroka Izajasza (Iz 31, 33).
Wielkim znakiem nadziei jest – zwłaszcza w naszych czasach, naznaczonych wieloma konfliktami i wojnami – wiedzieć, że Kościół jest Ludem, w którym, dzięki wierze, współistnieją kobiety i mężczyźni różni ze względu na narodowość, język lub kulturę; jest to znak umieszczony w samym sercu ludzkości, jest to wezwanie i proroctwo tej jedności i tego pokoju, do których Bóg Ojciec wzywa wszystkie swoje dzieci.
Wiara w Chrystusa – zasada jednocząca Kościół
Papież wskazał, że Bóg „pragnie zbawić każdego człowieka,
dlatego, realizując swoje dzieło, wybrał „konkretny lud i zamieszkał pośród niego”. Przypominając historię powołania Abrahama, Leon XIV zauważył:
ten lud jest powołany, by stać się światłem dla innych narodów, niczym latarnia morska, która przyciągnie do siebie wszystkie ludy, całą ludzkość.
Pan Jezus – poprzez dar swojego Ciała i Krwi – „jednoczy w sobie i w sposób ostateczny ten lud”; który składa się z ludzi pochodzących do różnych narodów. Jednoczy go wiara w Jezusa Chrystusa, „przynależność do Niego i życie Jego życiem, które są ożywione Duchem Zmartwychwstałego”.
Taki jest Kościół – Lud Boży, który czerpie swoje istnienie z Ciała Chrystusa i który sam jest Ciałem Chrystusa; nie jest to lud jak inne, ale Lud Boga, zwołany przez Niego i składający z kobiet i mężczyzn pochodzących ze wszystkich ludów ziemi”.
Królestwo Boże – cel wędrówki Kościoła wraz z całą ludzkością
Mówiąc o wspólnocie Kościoła, Papież wskazał, że jest to „lud mesjański, właśnie dlatego, że jego Głową jest Chrystus – Mesjasz”. Ci, którzy należą do Kościoła, chlubią się jedynie „darem bycia w Chrystusie i przez Niego córkami i synami Bożymi”. Bycie wszczepionymi w Chrystusa oraz synami Bożymi jest tym „co naprawdę liczy się w Kościele”.
Jesteśmy w Kościele, aby nieustannie otrzymywać życie od Ojca, żyć jako Jego dzieci i bracia między sobą – wskazał Papież i dodał – W związku z tym, prawem, które ożywia relacje w Kościele, jest miłość, tak jak ją otrzymujemy i doświadczamy jej w Jezusie; a jej celem jest Królestwo Boże.
Papież Leon XIV zachęca Polaków do udziału w nabożeństwie „Gorzkie żale”
Do udziału w nabożeństwie „Gorzkie żale”, a także podejmowania konkretnych uczynków miłosierdzia, służących dobremu przeżyciu Wielkiego Postu zachęcił papież Polaków podczas dzisiejszej audiencji ogólnej.
Vatican Media
***
Oto słowa Ojca Świętego skierowane do pielgrzymów polskich:
Serdecznie pozdrawiam Polaków. Od ponad trzystu lat w Wielkim Poście, śpiewając „Gorzkie żale”, rozważacie Mękę Jezusa i boleści Jego Matki. Zachęcam do udziału w tych nabożeństwach. Niech modlitwie towarzyszą konkretne czyny miłości: pomoc, pojednanie i budowanie pokoju, szczególnie w waszych rodzinach i we wspólnocie Kościoła. Wszystkich was błogosławię!
Papieską katechezę streściła po polsku siostra Sebastiana Choroś SłNSJ z Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej:
Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium ukazuje istotę Kościoła jako Ludu Bożego. Bóg w historii wybiera lud, zawiera z nim przymierze i nieustannie się o niego troszczy. W ten sposób przygotowuje nowe i doskonałe przymierze w Chrystusie. Tak rodzi się Kościół – Lud Boży, zwołany przez Pana, zjednoczony w wierze i czerpiący życie z Ciała Chrystusa. Jego prawem jest miłość, a celem Królestwo Boże. Kościół głosi Ewangelię wszystkim, aby każdy mógł spotkać Chrystusa. Jest znakiem i zapowiedzią jedności oraz pokoju, do których Ojciec wzywa wszystkie swoje dzieci.
Vatican News
***
Po co nam „Gorzkie żale”?
Papież Leon XIV przypomniał dziś Polakom o naszym wyjątkowym nabożeństwie
fot. Wikipedia
***
Podczas dzisiejszej audiencji generalnej (11 marca 2026)Leon XIV przypomniał Polakom o Gorzkich Żalach i zachęcił do udziału w tym nabożeństwie. To dobry moment, by wrócić do pytania, czym właściwie są Gorzkie Żale, skąd się wzięły i dlaczego od ponad trzystu lat poruszają kolejne pokolenia wiernych.
„Od ponad trzystu lat w Wielkim Poście, śpiewając Gorzkie Żale, rozważacie Mękę Jezusa i boleści Jego Matki” – powiedział Leon XIV do Polaków podczas audiencji generalnej. Papież nie tylko przypomniał o jednej z najbardziej charakterystycznych polskich tradycji wielkopostnych, ale też zachęcił, by modlitwie towarzyszyły „konkretne czyny miłości: pomoc, pojednanie i budowanie pokoju”. Ta krótka papieska wzmianka stała się dobrym pretekstem, by wrócić do pytania: po co nam dziś Gorzkie Żale?
Po co nam „Gorzkie żale”?
Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, święto nad świętami, przez długi czas była jedyną uroczystością chrześcijan. Celebrując śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa Kościół nie przypomina jedynie wydarzenia z przeszłości, lecz, uobecniając Zbawczą Mękę i przejście Chrystusa ze śmierci do życia, przeżywa tu i teraz, w każdym czasie, Misterium Paschy.
Ta doniosłość Świąt Paschalnych w krótkim okresie spowodowała powstanie we wszystkich liturgiach chrześcijańskich okresu przygotowania, który nazywamy Wielkim Postem. Poza oficjalną liturgią, w której w pierwszej części Wielkiego Postu dominuje temat nawrócenia i pokuty, w ciągu wieków, powstało wiele różnych form pobożności związanej z przeżywaniem Męki i Śmierci Chrystusa.
W okresie Średniowiecza w kościołach katedralnych i innych, znaczniejszych, które miały zespoły śpiewacze, w niedzielne popołudnia okresu Wielkiego Postu organizowano uroczyste śpiewanie Passio, czyli opisów Męki Pańskiej. Nie inaczej działo się też w Polsce. Problem w tym, iż były to śpiewy po łacinie, więc rozumiane przez nielicznych, i raczej z użyciem trudnych melodii, co uniemożliwiało wiernym włączenie się w wspólny śpiew i przeżywanie Męki Pańskiej.
Dla chcącego…
Z tą trudnością poradzili sobie Księża Misjonarze św. Wincentego a Paolo, związani z kościołem św. Krzyża w Warszawie, a szczególnie Bractwo Miłosierdzia św. Rocha. Napisany został polski tekst, pięknie opisujący poszczególne wydarzenia dramatu Męki Pańskiej. Także melodia – odpowiadająca treści, stonowana, rzewna, a jednocześnie przejmująca do głębi duszę człowieka. W 1707 roku powstała znana nam wszystkim wersja nabożeństwa Gorzkich żali, zatwierdzona przez władze kościelne.
Naśladując strukturę trzyczęściowej Passio oraz brewiarzowych Laudesów, nabożeństwo było poprzedzone Pobudką, która zachęcała do refleksji, razem z aniołami i całym stworzeniem, nad cierpieniami Chrystusa. Szczególne intencje, które poprzedzały każdą z części, ogłaszały cel rozmyślania: modlitwa za świat chrześcijański, za Kościół, za duchowieństwo. Prośba o nawrócenie nieprzyjaciół Krzyża św. i zatwardziałych grzeszników. Błaganie o odpuszczenie grzechów i kar za nie, wśród których szczególnie wymieniano: zarazę, głód, ogień i wojnę. Proszono także o łaski dla żyjących i za dusze w czyśćcu cierpiące.
Co jest takiego szczególnego w Gorzkich żalach?
Po pierwsze – prostota formy. Prosta forma mająca postać hymnu, która wyliczała następujące po sobie wydarzenia z Męki Pańskiej. Nawet nie pamiętając opisów z Ewangelii – potrafimy się odnaleźć w chronologii tych dramatycznych wydarzeń.
Litanijny lament duszy bolejącej nad cierpieniami Jezusa, na który uczestniczący odpowiadają wspólnym wezwaniem i wyznaniem miłości do Jezusa: JEZU MÓJ KOCHANY.
Ujmująca jest także Rozmowa duszy z Matką Bolesną. Szczególny dialog człowieka, poruszonego cierpieniem Pana i współcierpienia z Maryją. W wielu wspólnotach dialog ten śpiewany jest z podziałem na głosy żeńskie i męskie. Kobiety wyśpiewują żałość Maryi, niejednokrotnie włączając w ten śpiew swoje własne cierpienia, mężczyźni zaś, usłyszawszy o powodach boleści Maryi, włączają się w jej przeżywanie Męki.
Nabożeństwo Gorzkich żali jest nabożeństwem szczególnym, bogatym w treść teologiczną i niosącym w sobie ogromny ładunek ekspresji. Wszystko po to, aby jego uczestnik mógł duchowo zjednoczyć się z cierpiącym Panem. To śpiewane rozważanie o Męce Pańskiej jest jednocześnie modlitwą i prośbą o nawrócenie osobiste i całego świata do Miłości, która nie jest przez ludzi kochana.
Papież: Bóg się nie zagubił, to my oddaliśmy się od Niego
PAP/EPA/ETTORE FERRARI
***
Kiedy Bóg wydaje się nieobecny, nie oznacza to, że się zagubił. To my oddaliliśmy się od Niego i dlatego mamy Go szukać z ufnością i odwagą – powiedział Papież na audiencji dla uczestników kursu formacyjnego z zakresu katolickiej nauki społecznej.
Leon XIV podkreślił, że ważne jest, aby nie szukać Boga na miarę własnych potrzeb, ale spotykać Go tam, gdzie On rzeczywiście jest obecny.
Duch Święty działa również w dzisiejszej młodzieży
Ojciec Święty mówił o tym na audiencji dla uczestników czwartej już edycji kursu „Katedra gościnności”. Został on zorganizowany przez stowarzyszenie Fraterna Domus, prowadzące sieć domów rekolekcyjnych i domów gościnnych dla pielgrzymów i turystów. Tematem tegorocznego kursu jest młodzież. Papież zachęcił więc, by pamiętać, że również w życiu nowych pokoleń działa Duch Święty. Przypomniał, że każdy z nas dorasta w rzeczywistości społecznej: w rodzinie, parafii, szkole, uniwersytecie czy pracy. To tam kształtuje się nasza tożsamość, uczymy się wzajemnej obecności i opieki.
Uczyć się od Świętej Rodziny
Papież przypomniał, że dla stowarzyszenia Fraterna Domus wzorem jest Święta Rodzina z Nazaretu. Patrząc na tę rodzinę, każda wspólnota może odkryć swoje powołanie i nauczyć się orientować na drodze służby.
Ojciec Święty przywołał ewangeliczną opowieść o Maryi i Józefie, którzy przez trzy dni szukali Jezusa. Wydarzenie to przypomina nam, że obecność nie jest czymś automatycznym, ale owocem stałego poszukiwania.
Kiedy Bóg wydaje się nieobecny
„Każdemu z nas – mówił Leon XIV – zdarzyło się zgubić kogoś lub coś, z czym byliśmy bardzo związani. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, jak cenna była ta obecność. Tak samo dzieje się w życiu wiary: uważamy obecność Jezusa w naszym życiu za coś oczywistego, aż nagle wydaje się, że On nie jest już tam, gdzie Go zostawiliśmy, jakby się zagubił, tak się nam wydaje. W rzeczywistości to nie On się zgubił, ale to my się oddaliliśmy. Dlatego kiedy coś takiego się przydarzy, trzeba Go szukać z ufnością i z odwagą wejść na nieznane drogi, patrzeć na świat nowymi oczami, pełnymi nadziei. W ten sposób przestaniemy szukać Boga na miarę nas samych, aby spotkać Go tam, gdzie On mieszka”.
Obecność Boga zawsze nas przewyższa
Papież podkreślił, że obecność Boga zawsze nas przewyższa. Wskazał przy tym na św. Józefa, który jest wzorem otwarcia na taką obecność, a zarazem opieki, którą otaczał Jezusa i Maryję. „Opieka oznacza bycie blisko drugiego człowieka z uwagą, szanowanie jego wyborów i troszczenie się o niego. Ta postawa jest właściwa przede wszystkim Bogu, którego Pismo Święte przedstawia jako opiekuna swojego ludu. Przypomnijmy sobie Psalm, który mówi: ‘Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem. Pan cię strzeże’ (Ps 121, 4-5)”.
Krzysztof Bronk/12.03.2026/VATICANNEWS.VA
***
Pragnę, aby w Polsce wiele się modlono. Nagrania archiwalne z Janem Pawłem II
fot. Vatican Media/YT
***
Jan Paweł II w wygłoszonej 14 marca 1979 r. katechezie mówił, że dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga, a nawrócenie realizuje się poprzez modlitwę, a także poprzez post i jałmużnę. Są to drogi wskazane przez samego Jezusa.
Wielki Post musi pozostawić w naszym życiu silny i nieusuwalny ślad – mówił Jan Paweł II podczas swego pierwszego Wielkiego Postu w Watykanie. Ubolewając nad zanikiem praktyk wielkopostnych, podkreślał szczególne znaczenie modlitwy. Definiował ją w sposób najbardziej radykalny. Nie jako naszą rozmowę z Bogiem, ale zjednoczenie ze Słowem Odwiecznym. W archiwach Watykanu zachowało nagranie słów, które Jan Paweł II skierował wówczas do Polaków.
Pragnę, ażeby w Polsce wiele się modlono
„Pragnę, ażeby w Polsce wiele się modlono i w czasie Wielkiego Postu, i poza Wielkim Postem, zawsze, żeby wiele się modlono, żeby polskie słowo modlitwy włączało się w to odwieczne Słowo, które stało się ciałem i które łączy, jednoczy modlitwy wszystkich ludzi, wszystkich narodów, wszystkich języków. I swoim odwiecznym Słowem przemawia do Ojca naszego, który jest w niebie. Taka jest głębia, taka jest tajemnica modlitwy. Niech ta tajemnica nigdy nie przestanie być udziałem polskich serc” – prosił Jan Paweł II.
Dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga
W wygłoszonej 14 marca 1979 r. katechezie zauważył, że dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga, a nawrócenie realizuje się poprzez modlitwę, a także poprzez post i jałmużnę. Są to drogi wskazane przez samego Jezusa. Dzięki temu „Wielki Post musi pozostawić w naszym życiu silny i nieusuwalny ślad. Musi odnowić w nas świadomość naszego zjednoczenia z Jezusem”.
Uczymy się modlitwy, modląc się z Jezusem
Papież podkreślił, że bez modlitwy „nie można nawrócić się do Boga, pozostać w jedności z Nim, w tej wspólnocie, która pozwala nam dojrzewać duchowo”. Po tym też poznajemy, że jesteśmy uczniami Jezusa. Modląc się, od Niego samego uczymy się modlić, tak jak Apostołowie.
Tylko Jezus jest drogą, chwyćmy Go za rękę
Odwołując się do francuskiego teologa Yvesa Raguina ,Jan Paweł II zauważył, że „ponieważ koniec drogi modlitwy gubi się w Bogu, a nikt nie zna tej drogi oprócz Tego, który pochodzi od Boga, Jezusa Chrystusa, trzeba… skupić wzrok wyłącznie na Nim. On jest drogą, prawdą i życiem. Tylko On przeszedł tę drogę w obu kierunkach. Trzeba włożyć naszą dłoń w Jego dłoń i wyruszyć”.
Małość naszych słów uzupełnia się w Słowie Odwiecznym
„Modlić się – mówił dalej Jan Paweł II – oznacza odnaleźć się w tym jedynym wiecznym Słowie, przez które przemawia Ojciec i które przemawia do Ojca. To Słowo stało się ciałem, abyśmy mogli łatwiej odnaleźć się w Nim również poprzez nasze ludzkie słowo modlitwy. To słowo może czasami być bardzo niedoskonałe, może nam czasem wręcz brakować słów, jednak ta niezdolność naszych ludzkich słów nieustannie uzupełnia się w Słowie, które stało się ciałem, aby przemawiać do Ojca z pełnią tej mistycznej jedności, którą każdy modlący się człowiek tworzy z Nim; którą wszyscy modlący się tworzą z Nim. W tej szczególnej jedności ze Słowem tkwi wielkość modlitwy, jej godność i, w pewnym sensie, jej definicja”.
Gdzie jest modlitwa, tam jest Kościół
Papież podkreślił, że to również modlitwa tworzy Kościół. Kościół tak daleko, jak daleko sięga modlitwa. Gdziekolwiek jest człowiek, który się modli, tam jest Kościół.
17 marca 2026 – Jan Paweł II (‘79): Moc modlitwy w Wielkim Poście/portal WIARA – Stacja7.pl
***
Modlitwa do Maryi, Królowej Pokoju
Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore
Adobe Stock
***
Maryjo, Królowo Pokoju,
Matko Tego, który jest naszym Pokojem,
przychodzimy do Ciebie z sercami niespokojnymi,
pełnymi lęku o jutro i bólu świata.
Ty w ciszy Nazaretu uczyłaś się ufać,
a pod krzyżem zachowałaś wiarę mimo ciemności.
Spójrz na nasze niepokoje, podziały i wojny,
na rany zadane słowem i czynem,
na serca, które utraciły nadzieję.
Wyproś nam pokój —
najpierw w naszym wnętrzu,
abyśmy umieli przebaczać i zaczynać od nowa.
Wyproś pokój w naszych rodzinach,
aby rozmowa zwyciężała milczenie pełne żalu.
Wyproś pokój między narodami,
aby przemoc ustąpiła miejsca dialogowi,
a sprawiedliwość szła w parze z miłosierdziem.
Maryjo, ucz nas słuchać Boga,
który przemawia w ciszy.
Ucz nas odwagi czynienia dobra,
gdy świat wybiera łatwą drogę osądu i podziału.
Otul płaszczem swojej opieki tych,
którzy cierpią z powodu wojen i niesprawiedliwości.
Prowadź nas do Twojego Syna,
abyśmy w Nim odnaleźli pokój,
którego świat dać nie może.
Królowo Pokoju,
módl się za nami
i ucz nas stawać się budowniczymi pokoju.
Amen.
***
Umiłowanie Eucharystii. Droga krzyżowa ze św. Alfonsem Liguori
Renata Sedmakova | Shutterstock
***
„Dusze pobożne starają się po Komunii świętej tak długo trwać na modlitwie, jak tylko mogą.”
Droga krzyżowa z myślami św. Alfonsa Liguoriego
Ofiara Mszy świętej nie jest mniej ważna niż ofiara Krzyża, ta, która dokonała się w historii, ponieważ jest to ta sama ofiara, jest to ten sam Kapłan, który uświęca ją z krzyża. Ofiara Ołtarza jest kontynuacją krzyża.
Najlepszą więc drogą do dobrego zrozumienia Eucharystii, wejścia w nią z pokorą, czcią i miłością jest droga krzyżowa. Prowadź nas, Panie, ku spotkaniu z sobą, którego rozpoznajemy pod postacią Chleba i Wina.
I. Jezus skazany na śmierć (stacja obojętności)
Słusznie św. Tomasz z Akwinu nazwał ten sakrament [Eucharystię] sakramentem miłości i rękojmią miłości. Sakramentem miłości, ponieważ właśnie miłość doprowadziła Jezusa do ofiarowania nam w tym sakramencie siebie samego. Dowodem miłości zaś dlatego, ponieważ gdybyśmy o niej zwątpili, ten sakrament będzie dla nas jej gwarancją. Tak jakby nasz Odkupiciel chciał powiedzieć: „Abyście nigdy nie zwątpili w moją miłość, zostawiam wam w tym sakramencie siebie. Mając taki dowód w ręku, nie możecie już więcej wątpić, że was kocham, i to bardziej”.
Wydano wyrok! Nie dostrzeżono w TobieMiłości, która zbliżyła się całkowicie do człowieka. Może liczebnie nie wielu miałeś wrogów, lecz tak dużo obojętnych obserwatorów. Piłat umył ręce, w ostateczności było mu wszystko jedno. Tłum się nie zainteresował, by poznać Ciebie, mógł więc łatwo krzyczeć: „Na krzyż!”.
Dziś podobnie – tak wielu obojętnych obserwatorów na Mszy św., nie przychodzą do ołtarza Twojej miłości, gdzie dajesz nam się cały.
A dar ten zawiera wszystkie inne dary, którymi Pan nas obdarował: stworzenie, odkupienie, przeznaczenie do wiecznej chwały. Eucharystia nie jest tylko dowodem miłości Jezusa Chrystusa, ale jest także zadatkiem raju.
II. Jezus bierze krzyż na swoje ramiona (stacja naśladowania Jezusa)
Najukochańszy nasz Pasterz, który oddał życie za nas, swoje owieczki, nie chciał, aby śmierć odłączyła Go od nas. Oto, trzódko moja umiłowana – mówi – jestem zawsze z wami. Dla was pozostałem na ziemi w Eucharystii. Tu znajdziecie Mnie zawsze, ilekroć zechcecie, abym wam dopomógł i pocieszył was swoją obecnością.
Jezus zaprasza do naśladowania Go, także w niesieniu swojego krzyża. Gdzie szukać sił, światła, łask – do rozpoznawania drogi, krzyża, do dźwigania go, jak nie poprzez spotkanie z Chrystusem w Eucharystii? Nigdy tak naprawdę nie wyruszę za moim Mistrzem, jeśli Msza święta nie stanie się centrum mojego życia. Miejscem słuchania Zbawiciela i odkrywaniem Jego miłości do każdego człowieka, bo tylko miłość pociąga. I tylko miłość daje siły do niesienia krzyża. Wtedy tylko pójdę do końca za Jezusem, jeśli doświadczę Jego miłości i ukochania, które jest w Eucharystii. Św. Alfons tak witał Chrystusa w Komunii świętej:
obejmuję Cię, życie moje, łączę się z Tobą. Aż nazbyt byłem szalony, gdy odchodziłem od Ciebie z miłości ku stworzeniom. Teraz już nie chcę rozłączyć się z Tobą. Pragnę zawsze żyć i umrzeć zjednoczony z Tobą.
III. Pierwszy upadek Jezusa (stacja doświadczenia słabości)
Jeśli idzie o uleczenie naszych chorób duchowych, to czyż możemy znaleźć lekarstwo skuteczniejsze od Komunii świętej, którą Sobór Trydencki nazwał środkiem uwalniającym nas od grzechów powszednich, a chroniących od śmiertelnych?
Naszym dniom towarzyszą upadki. Widzimy, że przez lata popełniamy wciąż te same grzechy. Jeśli pragniemy z nich powstać, trzeba zbliżać się do Jezusa w Eucharystii, który jest naszą mocą i źródłem męstwa – z ufnością i pragnieniem, by wziął na siebie nasze ciężary i przemienił nas.
Jest rzeczą konieczną przy Komunii św. mieć wielkie pragnienie przyjęcia Pana Jezusa wraz z Jego świętą miłością. Na tej świętej uczcie tylko ci zostają nasyceni, którzy są zgłodniali.
Jezu, pomagaj mi, bym codziennie i dobrze się modlił.
IV. Jezus spotyka swoją Matkę (stacja spotkania)
Dusze pobożne starają się po Komunii świętej tak długo trwać na modlitwie, jak tylko mogą. Dusza po Komunii świętej powinna więc rozmawiać z Panem Jezusem – wzbudzać pobożne uczucia i zanosić modlitwy.
Spotkanie Jezusa z Maryją jest spotkaniem pełnym miłości we wzajemnym powierzeniu się sobie i oddaniu osób, które zawsze były ze sobą razem. Nasz udział w Eucharystii i przyjęcie Jezusa w Komunii św. powinno być takim spotkaniem:
Oto mój Bóg przybył mnie nawiedzić; Zbawiciel mój zamieszkał w duszy mojej. Mój Jezus już rzeczywiście ze mną przebywa. Przyszedł, aby stać się moim, a mnie swoim uczynić. Jezus więc należy do mnie, a ja do Niego. Jezus jest całkowicie moim, a ja cały jestem Jego własnością.
V. Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi (stacja przymuszonych)
Kościół święty orzekł, iż każdy chrześcijanin powinien w czasie wielkanocnym i w niebezpieczeństwie życia przystępować do Stołu Pańskiego. Lecz należy także wiedzieć, iż człowiek z trudnością utrzyma się w łasce Bożej, jeśli będzie przystępować, jak to czynią niektórzy chrześcijanie mało dbający o zbawienie wieczne, do Komunii świętej tylko raz w roku. To zresztą widać z doświadczenia i udowadnia się to rozumem, ponieważ dusza pozbawiona przez dłuższy czas tego pokarmu Bożego z trudnością znajdzie siłę do oparcia się pokusom i tak z łatwością upadnie w grzech. Najświętszy sakrament nazywa się chlebem niebiańskim, bo jak chleb ziemski zachowuje życie ciała, tak chleb niebiański zachowuje żywot duszy.
Ewangelia ukazuje Szymona, który został przymuszony do niesienia krzyża Jezusowego. Nie ma wątpliwości, że tak bliskie spotkanie z Bogiem jest dla człowieka piękne i błogosławione. Otwiera oczy na piękno ludzkiego życia, narodzonego z Bożej miłości i wypełniającego się w niej. Podobnie jest z prawem, które nakazuje nam spotkanie z Jezusem Eucharystycznym. Poprzez to spotkanie doświadczam, że jestem ukochany. Czasem jednak czuję się na Eucharystii tak… nijako, bez miłości do Jezusa. Św. Alfons wskazuje:
Temu, kto mówi: Właśnie dlatego nie przystępuję często do Komunii świętej, bo widzę, jak zimny jestem wobec Bożej miłości…, odpowiada Gerson: „Dlatego, że odczuwasz zimno, chcesz oddalić się od ognia?”. Powinieneś uczynić wręcz przeciwnie: Jeśli pragniesz kochać Chrystusa, im bardziej jesteś zimny, tym bliżej powinieneś przystąpić do Eucharystii.
VI. Weronika ociera twarz Jezusowi (znak miłości)
W Komunii świętej Jezus jednoczy się z nami tak realnie, że słusznie mógł powiedzieć św. Franciszek Salezy: „Eucharystia jest najczulszym znakiem miłości, bo Jezus unicestwia się w niej, aż stanie się naszym pokarmem, by się z nami zjednoczyć”.
Weronika otrzymała w odpowiedzi na swoją miłość odbicie umęczonej twarzy Chrystusa. Ludzie często noszą ze sobą zdjęcia osób, które kochają. Wizerunek taki otaczany jest czułością, szacunkiem, gdyż jest znakiem miłości, należenia do siebie, wyrazem pragnienia, by być blisko siebie. Taki był dar Chrystusa dla Weroniki, taki jest dar Chrystusa dla ludzkości w Jego ofierze krzyżowej, która uobecnia się, mocą miłości, w Eucharystii.
Tego właśnie dokonała niezmierzona miłość Boga do ludzi: nie tylko ofiarowuje się im całkowicie w Królestwie wieczności, ale już tu na ziemi daje się im posiąść w tak intymnej, jak tylko to jest możliwe, jedności, ofiarowując się pod postacią chleba w Eucharystii.
VII. Jezus po raz drugi upada (stacja uznania grzechu)
W Pierwszym Liście św. Jana czytamy: „jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 J 1, 8). Te słowa boleśnie potwierdza nasze doświadczenie życiowe. Tyle w nas zaniedbania, obojętności, bylejakości, przeciętności i grzechów ciężkich. A przecież nasze powołanie to być synami Światłości. Mamy obowiązek stawania się świętymi. Jak?
Komunia święta pomnaża w nas łaskę chroniącą przed grzechami ciężkimi. Dlatego Innocenty III napisał, że Jezus Chrystus poprzez swoją mękę i śmierć wyzwolił nas z niewoli grzechu, a poprzez Eucharystię uwalnia nas od możliwości popełnienia grzechu. Przede wszystkim jednak ten sakrament zapala dusze do Bożej miłości.
VIII. Jezus pociesza płaczące niewiasty (aby prawdziwe widzieć Chrystusa)
Kontekst Ewangelii skłania raczej ku przekonaniu, że niewiasty wcale nie dostrzegły Jezusa i Jego miłości, która została odrzucona. Płaczą, bo tak wypada (zwyczajowe płaczki), bo może coś je rozczuliło. Tak naprawdę nie widzą Zbawiciela ani Jego dzieła. W jakiś sposób odnajdują się w tym wydarzeniu dla siebie samych. Często tak jest z nami na Mszy świętej. Nie widzimy Jezusa! Ksiądz podaje opłatek! „Nie płaczcie nad Mną; płaczcie raczej nad sobą…”(Łk 23, 28).
Powinniśmy wierzyć, że przez słowa poświęcenia, które wymawia kapłan we Mszy świętej, chleb i wino tracą swoją istotę, a przemieniają się w Ciało i Krew Pana Jezusa; a z chleba i wina nic nie pozostaje, chyba same postacie pozorne, jako to: barwa, smak, kształt, do tego stopnia, iż jest nieomylną nauką wiary, że w Najświętszym Sakramencie Ołtarza jest rzeczywiście cały Jezus Chrystus ze swoim Ciałem, Duszą i Bóstwem.
IX. Jezus po raz trzeci upada (stacja kochania siebie)
Nasz wiek przyzwyczaił nas do tego, iż zawsze powinniśmy odnosić sukces. Żyjemy w erze nieustannych sukcesów i dlatego każdy upadek rodzi dyskomfort, poczucie totalnej przegranej, wręcz odrzucenia siebie. A przecież znając swoją ludzką kondycję – mam też prawo do błędów, oczywiście takich, z których chcę się podnosić. Św. Paweł mówi: „moc w słabości się doskonali”.Ta doskonałość polega na tym, że widzę, iż sam bez Jezusa nie dam rady. Dopiero w Nim jestem silny! Mogę zaakceptować siebie z moimi zaletami i wadami, bo wiem, że jestem umiłowany przez Boga i powołany do rzeczy wielkich. Jeśli Bóg mnie miłuje, cóż znaczy porażka…? Znów mogę powstać!
Jakaż zachodziła potrzeba, żeby Pan Jezus po śmierci swojej oddał się nam na pokarm? Oto wymagała tego miłość. To zresztą czytamy wyraźnie w Ewangelii św. Jana: „widząc Jezus, iż przyszła godzina Jego, aby przeszedł z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował”; i chcąc wtedy dać nam najwyższy, jaki tylko być może, dowód tej swojej miłości, postanowił Przenajświętszy Sakrament Ciała i Krwi swojej.
X. Jezus z szat obnażony (stacja ubóstwa)
Eucharystia potwierdza całkowite wyniszczenie Jezusa. Uniżył samego siebie, aby każdy miał przez Niego dostęp do Ojca. Jezus chce być dla nas konieczny, jak konieczny do życia jest chleb. Chce być obecny w naszej codzienności. Tak zwyczajnie. Poprzez ofiarę krzyżową zostało zawarte Nowe Przymierze, w którym Jezus stał się Bogiem z nami, by ubóstwem swoim nas ubogacić.
Aby zaś każdemu łatwo było Go przyjąć, ofiarował się nam pod postaciami chleba. Gdyby ukrył się pod postaciami jakiegoś rzadkiego lub drogocennego pokarmu, ubodzy nie mieliby do Niego dostępu. Stał się chlebem, aby być najprostszym pokarmem dla wszystkich.
XI. Jezus przybity do krzyża (Więzień miłości)
Więc otóż Pan Jezus przebywa na ołtarzach, jakby zamknięty w tylu i tylu więzieniach, do których wtrąca Go Jego niepojęta miłość ku ludziom.
Śpiewamy: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Trzeba sobie jednak uświadomić, że pierwszą przyczyną, dla której Jezus dał się przybić do krzyża, była Jego miłość do grzesznego człowieka. To nie gwoździe Cię przybiły, lecz Twoja miłość do mnie. Ta, która wszechmocnego Pana czyni słabym, jakby więźniem miłości.
Nie masz parafii chociażby najuboższej, nie masz klasztoru, który by nie miał szczęścia posiadania Przenajświętszego Sakramentu; we wszystkich tych miejscach Król nieba i ziemi dozwala się trzymać zamknięty w małym Tabernakulum z drzewa lub kruszcu, gdzie przebywa sam jeden, zaledwie mając przed sobą lampkę, bez nikogo, kto by Mu cześć oddawał. Ależ Panie! Woła na to św. Bernard, to nie przystoi Twojemu Majestatowi! – Mniejsza o to, odpowiada Jezus, niech to nie przystoi mojej godności, byle przystało mojej miłości.
XII. Śmierć Jezusa (stawanie się Bożym człowiekiem)
Ty w Najświętszym Sakramencie dochodzisz przez swoją miłość aż do ukrycia swego majestatu i uniżenia swej chwały, dochodzisz jakby do wyniszczenia i unicestwienia swego Boskiego życia. O Jezu najukochańszy, pozwól mi powiedzieć, że jesteś za bardzo w ludziach rozmiłowany, do tego stopnia, iż ich dobro stawiasz wyżej niż Twoją własną cześć.
Męka, śmierć krzyżowa, Eucharystia – to niezbite dowody Bożego ukochania nas. I to jest też źródło mojego pragnienia, by być świętym. Jestem umiłowany przez Pana tak bardzo, pragnę więc odpowiedzieć Mu moją miłością, odrzucając wszystko, co przeszkadza mi w kochaniu Boga, w życiu tylko dla Niego, w posłudze braciom. Chcę stać się Bożym człowiekiem, by móc powiedzieć za św. Pawłem: „Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”.
Gdyby król przybył odwiedzić ubogiego pastuszka w jego chatce, cóż więcej mógłby ów pastuszek uczynić, jak ofiarować mu ją całą? Ponieważ zaś, Jezu, Boski mój Królu, przybyłeś mnie odwiedzić w ubogim domu duszy mojej, ofiaruję i oddaję Ci ten dom i siebie całego wraz ze swoją wolą i wolnością.
XIII. Jezus zdjęty z krzyża (stacja pokory)
Idziesz więc, duszo moja, aby pożywać Najświętsze Ciało Pana Jezusa? A czy jesteś tego godna? Boże mój, kim ja jestem, a kim Ty jesteś? Dobrze wiem, kim jesteś Ty, który mi się oddajesz; lecz czy Ty wiesz, kim jestem ja, który ma Ciebie przyjąć? Poznaję, o mój Panie, wielki Twój majestat i nędzę swoją.
Widzimy ciało Jezusa w ramionach Matki, całkowicie bezbronne… Tak samo Jezus oddał się nam. Jest obecny w kruszynie chleba, ale ja nigdy nie mogę stracić świadomości, że w niej przychodzi do mnie sam Bóg, wszechpotężny Pan świata; kochający, ale w swym Boskim majestacie, przed którym zginam kolana. Wszystko, czym jestem, wszystko, co posiadam, pochodzi od Niego. Dar spotkania z Nim w Eucharystii jest gestem Jego nieskończonej miłości i miłosierdzia, nie zaś moją zasługą, wypływającą z doskonałości życia.
Pragniesz, bym Cię przyjął jako pokarm, i wzywasz mnie do tego. Przychodzę więc, mój najukochańszy Zbawicielu, przychodzę, aby Cię przyjąć tego dnia, upokorzony i zawstydzony z powodu win swoich, lecz pełny ufności w Twoje miłosierdzie i Twoją miłość ku mnie.
XIV. Jezus złożony w grobie (stacja nadziei i zaufania)
Jezu mój najukochańszy! Ponieważ zapraszasz mnie do tego stołu miłości, abym pożywał Boskie Twe Ciało, czego mi jeszcze może brakować? Kogóż będę się lękać, jeśli Ty, Boże wszechmocny, jesteś światłem i ratunkiem moim? Cały się Tobie oddaję. Przyjmij mnie, a potem czyń ze mną, co Ci się podoba; karz mnie, jak chcesz, gniewaj się na mnie, zabij mnie, zniszcz, a zawsze będę mówić do Ciebie z Hiobem: „Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam, i dróg moich przed Nim chcę bronić” (Hi 13, 15). Bylebym do Ciebie należał i Ciebie kochał, a będę szczęśliwy.
Jezus pokonał śmierć! Zmartwychwstały jest wśród nas! Karmi nas sobą i swoją miłością. Czyż jest większy skarb na ziemi? Moje życie w Bogu się wypełnia. Od Niego pochodzę i do Niego zmierzam. Jedyne zło, jakie mnie może spotkać w życiu, to stracić Boga! Z Nim niczego się nie lękam!
opracował: o. Wojciech Pawlicki CSsR –Aleteia.pl
***
Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra
Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra została wykonana przez młodego szwajcarskiego artystę Manuela Andreasa Dürra, wyłonionego w międzynarodowym konkursie, na który nadesłano ponad tysiąc zgłoszeń. Inauguracja nowych obrazów Drogi Krzyżowej miała miejsce w piątek 20 lutego w ramach obchodów 400. rocznicy poświęcenia Bazyliki św. Piotra (1626–2026).
Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku. Nabór, otwarty dla wszystkich bez względu na narodowość, płeć, wiek czy wyznanie, przyciągnął ponad tysiąc zgłoszeń z osiemdziesięciu krajów na pięciu kontynentach.Selekcji dokonała komisja złożona z historyków sztuki, liturgistów oraz przedstawicieli instytucji watykańskich.
Po przeanalizowaniu życiorysów i portfolio fotograficznych czternastu artystów zaproszono do przedstawienia po dwóch szkiców, w tym obowiązkowego projektu dwunastej stacji – śmierci Jezusa na krzyżu.
Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku
Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie ze względu na równowagę kompozycyjną oraz siłę wyrazu w ukazaniu misterium paschalnego.
Czternaście stacji zostało rozmieszczonych wzdłuż nawy głównej oraz wokół Konfesji na cały okres Wielkiego Postu, oferując przestrzeń modlitwy i refleksji zarówno wiernym, jak i odwiedzającym.
Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie
Uczestnicy rozważają czternaście stacji Drogi Krzyżowej w sercu świętej przestrzeni, która przechowuje pamięć o Apostole Piotrze.
Dzięki nowej Drodze Krzyżowej Bazylika św. Piotra odnawia dialog między sztuką a liturgią, ofiarując Kościołowi i pielgrzymom widzialny znak tego, jak piękno nadal rozświetla tajemnicę Krzyża.
Nowa Droga Krzyżowa jest dziełem Manuela Andreasa Dürra (na pierwszym planie)
Vatican News
***
Wszystko przemieni w piękno.
Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra
***
Pielgrzymi i turyści odwiedzający Bazylikę św. Piotra mogą od początku Wielkiego Postu tego roku oglądać stacje Drogi Krzyżowej, umieszczone w nawie głównej i w części prezbiterium, przyciągające uwagę swoimi kolorami, do tej pory nieznanymi w tej świątyni, i ekspresją przedstawionych postaci. Odnosi się niemal od początku wrażenie, że mamy do czynienia ze sztuką tradycyjną i nowoczesną zarazem.
W grudniu 2023 r. Fabryka św. Piotra (watykańska instytucja zajmująca się administracją i wyposażeniem bazyliki) ogłosiła międzynarodowy konkurs na stacje Drogi Krzyżowej, mając na uwadze zarówno cele duchowe jak i artystyczne. Chodziło o znalezienie artysty, który zaproponowałby stacje harmonizujące z cała architekturą potężnej świątyni jak i z jej bogatym i różnorodnym wyposażeniem, co, oczywiście, nie było sprawą prostą. Inicjatywa wpisuje się w jubileusz 400-lecia poświęcenia bazyliki, które miało miejsce w 1626 r. Nabór prac był otwarty dla wszystkich artystów powyżej 18 roku życia, bez względu na narodowość, płeć, wiek czy wyznanie. Jedynym wymogiem było zachowanie czternastu tradycyjnych stacji Drogi Krzyżowej, od skazania przez Piłata Jezusa na śmierć po złożenie Go do grobu. Odzew był niezwykły i zaskoczył samych organizatorów. Otrzymano ponad tysiąc zgłoszeń z osiemdziesięciu krajów na pięciu kontynentach.
Wybrany jednogłośnie
Komisja złożona z historyków sztuki, liturgistów i przedstawicieli instytucji watykańskich wyłoniła, po pierwszej selekcji, niewielką grupę czternastu artystów, których zaproszono do przedstawienia dwóch projektów: jednego, przedstawiającego obowiązkowo dwunastą stację, czyli „Jezusa umierającego na krzyżu”, i drugiego, dowolnie wybranego, poświęconego jednemu z pozostałych wydarzeń tradycyjnie składających się na Via Crucis.
Stacja 1: Jezus na śmierć skazany
W propozycjach dostrzeżono różnorodność stylów, technik, kolorów, ujęć samej figury Zbawiciela i osób biorących udział w tej szczególnej wędrówce na Golgotę. Jedno i to samo wydarzenie historyczne odbijało się w najróżniejszych formach, odsłaniając osobistą interpretację i wrażliwość każdego autora. Po wnikliwej ocenie komisja jednogłośnie wybrała projekt szwajcarskiego artysty o nazwisku Manuel Andreas Dürr. Jego propozycja wyróżniała się zarówno elementami formalnymi jak i przekazem treści, klarownością strukturalną, wspartą solidną sztuką kompozycyjną. Jego Droga Krzyżowa, zaprezentowana publicznie po raz pierwszy 20 lutego 2026 roku, czyli w pierwszy piątek Wielkiego Postu, zaprasza pielgrzymów z każdego kontynentu do swoistej podróży duchowej i artystycznej kontemplacji.
Malarstwo, które mówi prawdę
Należę do tych, którzy tę podróż już odbyli i to o poranku, kiedy ogromna świątynia jest jeszcze pusta: jedynie tu i ówdzie przechodzą pielgrzymi, którzy weszli do niej jako pierwsi, zaraz po otwarciu bram i drzwi. Zanim jednak zdecydowałem się na obejrzenie stacji, zapoznałem się z życiorysem artysty. Urodzony w 1989 r. w Bienne (Szwajcaria), studiował najpierw malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych we Florencji, a następnie filozofię, historię sztuki i… slawistykę we Fryburgu szwajcarskim i Bernie. Można więc powiedzieć, że otrzymał staranne i różnorodne wykształcenie. „Florenckie” ślady w jego wcześniejszych dziełach były dostrzegane zarówno przez profesjonalnych znawców sztuki jak i zwykłych miłośników malarstwa. Jego prace, wystawiane na całym świecie, znane są z mocnego języka wizualnego i zdolności do sugestywnej interpretacji tematów religijnych i społecznych. A sam artysta wierzy, że „malarstwo dzisiaj może być szczególnym sposobem mówienia prawdy”.
Stacja 12: Jezus umiera na krzyżu.
Teraz przyglądam się poszczególnym stacjom i dłużej zatrzymuję się przy czwartej, ukazującej spotkanie Zbawiciela z Jego Najświętszą Matką. Artysta koncentruje się na Maryi, ukazując Jej piękną, ciągle młodzieńczą, twarz i głębokie, pełne nostalgii i miłości, spojrzenie na Syna. Jej dłoń jest blisko twarzy Chrystusa, ale przecież Go nie dotyka, tak jak to się dzieje w słynnej Piecie Michała Anioła, znajdującej się w tej samej świątyni, zupełnie blisko Via Crucis. Uroku przedstawionej scenie dodają piękne, choć bardzo proste, szaty, zarówno Jezusa jak i Maryi.
Zatrzymuję się następnie dłużej przy stacji XII, „Jezus umiera na krzyżu”, tej najważniejszej z wielu punktów widzenia. Zbawiciel przedstawiony jest na krzyżu między dwoma łotrami. Łatwo tu dostrzec równowagę kompozycyjną przede wszystkim w harmonijnym przedstawieniu figury Chrystusa jak i dwóch łotrów, ukazanych na dwóch różnych poziomach. Jezus patrzy na dobrego łotra, który przed chwilą prosił Go o to, aby był razem z Nim w raju. Powagi całej scenie i szczególnego nastroju dodaje bardzo ciemny, granatowy odcień koloru niebieskiego, elegancki i klasyczny.
Stacja 4: Jezus spotyka swoją Matkę
Swoisty klimat dostrzega się też w XIV stacji, czyli w „Złożeniu Jezusa do Grobu”. Tylu malarzy przedstawiało tę scenę… jakże tu nie wspomnieć Caravaggia. Zresztą może coś z niego artysta szwajcarski zapożyczył, zwłaszcza gdy chodzi o ukazanie samego Jezusa wkładanego do grobu. Ale kolory są tu trochę inne, przede wszystkim więcej żółtego… Czyżby chodziło już w tym momencie o ukazanie świtu poranka wielkanocnego?
Wierność Ewangelii i oddziaływanie na widza
Po obejrzeniu, zresztą dosyć dokładnym, także pozostałych stacji, rozmawiam z moim znajomym historykiem sztuki i znawcą malarstwa. Pytam się go o to, co sądzi o opisywanym dziele. Gianluca pozwala sobie na dłuższy wywód. Można by rzec – mówi – że nowoczesna sztuka religijna, proponująca jednolity język i ciągle odkrywane elementy wczesnego renesansu, zakończyła swoją jednorodną podróż w XIX wieku. Od tego czasu w coraz mniejszym stopniu uwzględniała innowacje kultury nowoczesnej. Dotyczy to nie tylko aspektów destrukcyjnych, ale także pozytywnych: zwłaszcza koncepcji obrazu jako pola, w którym kolory oddziałują na siebie, tworząc znaczącą, poruszającą całość, niezależną od tematu.
Stacja 10: Jezus z szat obnażony
W tej Drodze Krzyżowej artyście udało się połączyć dwa fundamentalne aspekty obrazu religijnego: wierność tekstowi Ewangelii, ale także szczere, poruszające oddziaływanie na widza. Ten drugi aspekt osiąga się przez wyrafinowane użycie przestrzeni, godne Piera della Francesca. W tym sensie wolne miejsca na płótnie, pola pozostawione niemal całkowicie bez kolorów, są również bardzo ważne, bo stanowią hołd dla abstrakcji, tak ważnej w ubiegłym stuleciu. Pokrewieństwa z niektórymi włoskimi obrazami można dostrzec także w formalnej klarowności, a także w ujęciu postaci nawiązującego do narracyjnej surowości Giotta.
Stacja 13: Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ręce Matki
Jeśli chodzi o samą tematykę – kontynuuje Gianluca – tak bardzo znaną i obecną w malarstwie światowym, jej dramatyzm jest wyrażony z wielką oryginalnością i skutecznością, niemal jak kadr z filmu, w którym każda chwila jest przeżywana z niezwykłą emocjonalną głębią. Można powiedzieć, że całe dzieło dobrze wróży odrodzeniu się szczerej, figuratywnej interpretacji tajemnicy zbawienia, odpowiadającej również uczuciom tych wszystkich, którzy pragną ją odnaleźć także w dziełach sztuki.
Bóg wszystko przemieni w piękno
A co mówił sam artysta w związku z wyróżnieniem, jakie stało się jego udziałem? „Jakiż to zaszczyt być wystawianym obok Michała Anioła i Berniniego. I jakiż lęk tworzyć własne dzieła, które będą umieszczone w tak ważnym miejscu z perspektywy artystyczno-historycznej i kulturowej”. Jako protestant, zgłębiał mękę Chrystusa i arcydzieła przeszłości stanowiące sedno katolicyzmu, szczególnie wspomnianą już Pietę Michała Anioła: „Płacząca matka trzyma w ramionach zmarłego syna: jaka scena jest bardziej rozdzierająca serce niż ta?” – pytał w wywiadzie dla telewizji szwajcarskiej. „A jednak geniusz, taki jak Michał Anioł, potrafił wydobyć coś pięknego z tak smutnej chwili. To paradoksalne piękno, nie natychmiastowe, skłania mnie do myślenia, że Bóg czyni to samo – a nawet więcej – z nami, ludźmi: nie opuszcza tych, którzy cierpią, lecz daje nam obietnicę, że wszystko przemieni w piękno”.
Stacja 14: Jezus złożony do grobu
ks. Waldemar Turek –Watykan (artykuł ukazał się nakładem tygodnika „Idziemy”)
***
Papież: Spowiedź jako droga do pojednania z Bogiem… i pokoju na świecie
(PAP/EPA/VATICAN MEDIA HANDOUT)
***
„Czy chrześcijanie ponoszący poważną odpowiedzialność za konflikty zbrojne mają pokorę i odwagę, by dokonać poważnego rachunku sumienia i wyspowiadać się?”- takie pytanie zadał Ojciec święty podczas piątkowej audiencji z uczestnikami 36. Kursu Forum Wewnętrznego zorganizowanego przez Penitencjarię Apostolską.
W Pałacu Apostolskim w Watykanie, papież Leon XIV zachęcał do kontynuowania dzieła Jana Pawła II, które służy głębokiej formacji, aby „czwarty sakrament był coraz głębiej rozumiany, właściwie sprawowany, a tym samym pogodnie i skutecznie przeżywany przez cały święty Lud Boży”.
– Sakrament Pojednania – jak wiemy – przeszedł na przestrzeni dziejów znaczący rozwój, zarówno pod względem teologicznym, jak i formy jego sprawowania – podkreślił papież, ubolewając, że wielu ludzi nie korzysta z tego „nieskończonego skarbu miłosierdzia Kościoła” z powodu „powszechnego rozproszenia wśród chrześcijan, którzy nierzadko pozostają w stanie grzechu przez długi czas, zamiast z prostotą wiary i serca przystąpić do konfesjonału, aby przyjąć dar Zmartwychwstałego Pana”.
Papież przypomniał, że „Sobór Laterański IV w 1215 roku ustanowił obowiązek spowiedzi sakramentalnej przynajmniej raz w roku”, zaś „Katechizm Kościoła Katolickiego, po Soborze Watykańskim II, potwierdził tę normę (por. KKK, 1457), która jest również prawem Kościoła: ‘Każdy wierny po osiągnięciu wieku rozeznania, obowiązany jest przynajmniej raz w roku wyznać wiernie wszystkie grzechy ciężkie’” (Kodeks Prawa Kanonicznego, 989).
Sakrament Pojednania, zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu, oznacza „bycie w harmonii” z Bogiem, „zjednoczenie się z Nim”. Przywraca jedność z Bogiem poprzez odpuszczenie grzechów i wlanie łaski uświęcającej. Leon XIV dodał, że „sprzyja to wewnętrznej jedności jednostki i jedności z Kościołem; w konsekwencji sprzyja również pokojowi i jedności w rodzinie ludzkiej”.
Ojciec Święty w tym kontekście zadał pytanie: „Czy chrześcijanie ponoszący poważną odpowiedzialność za konflikty zbrojne mają pokorę i odwagę, by dokonać poważnego rachunku sumienia i wyspowiadać się?” I dalej: „Ale – pytamy ponownie – czy człowiek, małe i proste stworzenie, może naprawdę „zerwać jedność” ze Stwórcą? Czy ten obraz nie jest być może stronniczą i ostatecznie poniżającą interpretacją Objawienia, które Jezus nam dał o Bogu?”
Przechodząc do analizy tego zagadnienia, Leon wyjaśnia, że „przy bliższym przyjrzeniu się grzech nie zrywa jedności, rozumianej jako ontologiczna zależność stworzenia od Stwórcy: nawet grzesznik pozostaje całkowicie zależny od Boga Stwórcy, a ta zależność, gdy zostanie uznana, może otworzyć drogę do nawrócenia”. Dodaje jednak, że „grzech zrywa duchową jedność z Bogiem: odwraca się od Niego, a ta dramatyczna możliwość jest równie realna, jak dar wolności, którym sam Bóg obdarzył ludzi. Zaprzeczanie możliwości, że grzech rzeczywiście zrywa jedność z Bogiem, jest w rzeczywistości brakiem uznania godności człowieka, który jest – i pozostaje – wolny, a zatem odpowiedzialny za własne czyny”.
Zwracając się do młodych kapłanów i kandydatów papież polecił im, by zdawali sobie sprawę „z najwznioślejszego zadania, jakie sam Chrystus, za pośrednictwem Kościoła, im powierza: przywracania jedności ludzi z Bogiem poprzez sprawowanie Sakramentu Pojednania”.
– Stajemy się świętymi w konfesjonale! Pomyślmy tylko o świętym Janie Marii Vianneyu, świętym Leopoldzie Mandiciu, a ostatnio o świętym Pio z Pietrelciny i błogosławionym Michale Sopoćce – mówił Leon, wskazując na niezwykłą doniosłość spowiedzi świętej.
To dzięki przywróceniu jedności z Bogiem następuje przywracanie jedności z Kościołem, który jest „Mistycznym Ciałem Chrystusa”. – Podczas sprawowania sakramentu spowiedzi, gdy penitenci dostępują pojednania z Bogiem i z Kościołem, sam Kościół jest budowany i wzbogacany odnowioną świętością swoich skruszonych dzieci, którym wybaczono grzechy. W konfesjonale, drodzy bracia, współpracujemy w nieustannym budowaniu Kościoła: jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego; czyniąc to, dajemy też nową energię społeczeństwu i światu – podkreślił papież.
I dalej dodał, że „jedność z Bogiem i Kościołem jest wreszcie warunkiem wewnętrznej jedności jednostek, tak niezbędnej dziś, w dobie rozbicia, w której żyjemy”. W opinii Leona XIV, dzisiaj wielu młodych pragnie wewnętrznej jedności. Mają dość „niespełnionych obietnic, niepohamowanego konsumpcjonizmu i frustrujących doświadczeń wolności oderwanej od prawdy”. Kapłani powinni wykorzystać tę sytuację do wzmożonej ewangelizacji, aby przypominać, że Bóg stał się człowiekiem, aby nas zbawić.
Bez „jedności z Bogiem, z Kościołem i w nas samych” nie będzie pokoju między ludźmi i narodami, gdyż jedynie osoba pojednana jest zdolna do życia w pokoju. – Ten, kto odkłada broń pychy i pozwala, by nieustannie odnawiało go Boże przebaczenie, staje się narzędziem pojednania w życiu codziennym. W nim lub w niej spełniają się słowa przypisywane świętemu Franciszkowi z Asyżu: ‘Panie, uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju’” – wskazał papież, który prosił, by „nigdy nie zaniedbywać przystępowania do Sakramentu Pojednania z wierną stałością”.
PCh24.pl/źródło: press.vatican.va
***
Sakrament ocalenia. Dobra spowiedź jako przełom na drodze nawrócenia
Wielkopostne nawrócenie ma wiele wymiarów, ale wszystkie ustępują najważniejszemu: dobrej spowiedzi.
Święty Jan Vianney wielokrotnie przekonywał wiernych, jak ważne jest szczere wyznanie wszystkich grzechów. „O, jak bardzo ślepi są grzesznicy, którzy wstydzą się albo też boją wyspowiadać się ze swoich upadków! Na co się przyda to ukrywanie, skoro kiedyś tajniki serc zostaną odsłonięte na oczach całego świata?” – argumentował. Wskazywał jednak, że jest na to sposób: „Jeżeli chcemy raz na zawsze ukryć swoje grzechy, musimy się z nich dobrze wyspowiadać”.
20 kilo mniej
Dobra spowiedź to dla wielu katolików wydarzenie przełomowe na drodze nawrócenia.
Kasia Biedrzycka z Rybnika przez lata żyła z dala od Kościoła. Przez 18 lat była związana z ruchem Hare Kriszna. W końcu stwierdziła, że nie wierzy w żadnego boga, ale gdy w drodze do pracy przechodziła koło kościoła, obrzucała Jezusa najgorszymi epitetami, obwiniając Go o całe zło, które wydarzyło się w jej życiu.
Pewnej kwietniowej nocy 2022 roku, przed świętem Miłosierdzia Bożego, przyśnił jej się Pan Jezus. Usłyszała: „Głoś moje miłosierdzie”. Obudziła się z potężnym pragnieniem poznania Zbawiciela. Szukała, pytała i wciąż jej było mało. Trafiła na spotkanie wspólnoty Jezusa Miłosiernego. – Kiedy w kościele zaczęło się uwielbienie, ryczałam jak bóbr. Potężnie doświadczałam obecności Boga – wspomina. Zaczęła regularnie chodzić do kościoła, a równocześnie odczuła ogromną potrzebę spowiedzi, oczyszczenia oraz pragnienie przyjmowania Komunii. Ale nie znała żadnego księdza, bała się. – Jedynym „ludzkim”, znanym mi, był ksiądz Adrian, opiekun wspólnoty, ale nie miałam odwagi, żeby go poprosić – tłumaczy. Aż któregoś dnia on sam do niej podszedł i mówi: „A jak tam u ciebie, sakramenty są?”. Odpowiedziała: „No, chrzest miałam, Komunię miałam, bierzmowanie miałam”. Na to on: „A spowiedź kiedy była?”.
– To był dla mnie dar z nieba, bo bardzo tego pytania potrzebowałam. Mówię, że to było może ze 30 lat temu. A on: „A chcesz się wyspowiadać?”. Powiedziałam, że tak, ale nie znam żadnych formułek. Ksiądz na to, że to nie problem. Umówiliśmy się za tydzień. Czułam potworny stres, bo miałam mówić o rzeczach z całego życia, o których nie mówiłam nikomu. Ksiądz czekał na mnie przed kościołem. Poszliśmy na salki i tam miałam spowiedź generalną. Po niej odczułam ogromną radość i wielką ulgę; jakbym stała się o 20 kilo lżejsza. Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Znów stałam się częścią Kościoła, który kiedyś opuściłam – mówi Kasia.
Uzdrowienie
– W mojej pamięci mocno zapisała się jedna szczególna spowiedź – opowiada Robert (nazwisko znane redakcji). Przystępował do niej z noszonym przez lata ogromnym ciężarem doświadczenia wykorzystania seksualnego w dzieciństwie. Nigdy wcześniej nie potrafił nikomu o tym powiedzieć. – W trakcie tej spowiedzi po raz pierwszy zrozumiałem coś fundamentalnego: nie noszę w sobie odpowiedzialności za to, co się wydarzyło. To nie była moja wina, choć przez lata żyłem tak, jakby to brzemię należało do mnie. Uświadomienie sobie tego w obecności Boga i człowieka, który mnie słuchał, przyniosło mi głęboki oddech ulgi i początek wewnętrznego uzdrowienia – wspomina.
Spowiednik okazał mu ogromne wsparcie i pociechę. – Jego słowa były pełne szacunku, delikatności i zrozumienia. Nie czułem się oceniany ani wypytywany – czułem się przyjęty. To doświadczenie pozwoliło mi zobaczyć, że Kościół może być miejscem, w którym człowiek naprawdę zostaje wysłuchany i otoczony troską – podkreśla. Co więcej, ksiądz pokierował go do osób, które pomogły mu lepiej rozumieć reakcje, emocje i trudności, z jakimi zmagał się przez lata.
– Dziś patrzę na tamtą spowiedź jako na moment przełomowy. To był początek drogi, na której uczyłem się żyć bez wstydu, bez fałszywej winy i z coraz większą nadzieją – zaświadcza Robert.
Nie potępia
Ksiądz Michał Wala kocha spowiadać. – To jest dla mnie jeden z dwóch najpiękniejszych sakramentów. Pierwszym jest oczywiście Eucharystia. To niesamowite, że mogę nieść miłosierdzie Boga człowiekowi i dać mu nadzieję, że może zacząć na nowo. Ważne, że chce się podnieść i iść dalej – przekonuje.
Stosunek księdza Michała do sakramentu pokuty ma związek z doświadczeniem sprzed prawie 19 lat. – To było na początku mojego kapłaństwa. Poszedłem na obchód chorych do szpitala. Tam jeden chory mówi, że chciałby się wyspowiadać, ale nie teraz, bo to będzie długa spowiedź. Przyszedłem więc wieczorem. On uprzedził mnie, że ze złych rzeczy w swoim życiu nie zrobił tylko tego i tego, a wszystko inne zrobił. Wyspowiadał się, ja udzieliłem mu Komunii, chwilę porozmawialiśmy i powiedzieliśmy sobie: „Do zobaczenia rano”. Ale rano on już nie żył. To doświadczenie pokazało mi, że w spowiedzi warto być człowiekiem, ręką, słuchem Pana Boga i Jego ustami po to, żeby dać miłosierdzie, bo to może jest ostatni moment – podkreśla kapłan. I dodaje: – Pan Bóg nigdy nie potępi w konfesjonale. Zawsze przyjdzie z wielką miłością do człowieka i z wielkim przebaczeniem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Znany egzorcysta: Spowiedź święta to broń przeciwko demonom. Może uwolnić od opętania
Znany amerykański egzorcysta ks. Chad Ripperger zachęca do spowiedzi świętej. Jak podkreśla, spowiedź może uwolnić ludzi od opętania demonicznego.
Jak podkreślił w rozmowie z amerykańskim podcasterem Shawnem Ryanem, w Kościele katolickim wskazuje się na różne stopnie wpływu demonicznego na człowieka. Opętanie jest najbardziej skrajnym przypadkiem. Jak podkreślił, ludzie muszą w pierwszej kolejności porzucić grzech. Podał przykład rodziny, w której to żona chce rządzić mężem. Jeżeli mąż zacznie zachowywać się jak mężczyzna i będzie sprawować władzę w sposób sprawiedliwy, a żona się temu podporządkuje, będzie to oznaczać wyzwolenie od demonicznego wpływu.
Szczególną wagę ma sakrament spowiedzi świętej, podkreślił. Spowiedź może wyzwolić nawet od opętania. Kiedy wierzący w Chrystusa wyzna grzech, który otwiera demonowi drogę do jego dusz, a kapłan udzieli mu rozgrzeszenia, wówczas rozwiązana zostaje „prawna” moc wiążąca grzechu. Choć może zaskakiwać użycie w tym kontekście legalnego języka, ks. Ripperger odwołał się wprost do słów naszego Pana, Jezusa Chrystusa z Ewangelii św. Jana na temat odpuszczania grzechów: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 23).
Może być tak, że ktoś spowiada się, ale to nie pomaga. W takich przypadkach nierzadko człowiek popełnił poważny błąd: nie wyznał wszystkich ciężkich grzechów, choćby o nich zapominając.
Według ks. Chada Rippergera podstawowym sposobem wpływania przez demony na ludzi jest pokusa, czego doświadczają wszyscy. Kolejnym stopniem ataków demonicznych jest obsesja. Dalej znajduje się ucisk, który dotyka takich sfer życia człowieka jak pieniądze, relacje czy zdrowie. Rzadkim przypadkiem jest opętanie sensu stricto, kiedy demon przejmuje kontrolę nad ciałem człowieka.
źródło: lifesitenews.com/PCh24.pl
*** Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC:
Nasz wiek utracił poczucie grzechu. Nie kształtujmy moralności na popularnych opiniach
(fot. (aldg) PAP/Tomasz Gzell)
***
W trakcie homilii w Środę Popielcową abp Adrian Galbas ostrzegał przed subiektywnym ustalaniem, jakie uczynki uważa się za grzeszne. Jak dodał sumienia nie powinno się formować w oparciu o modne przekazy i sądy opinii publicznej.
Metropolita warszawski w Środę Popielcową przewodniczył mszy św. w Świątyni Opatrzności Bożej, pierwszym w tym roku kościele stacyjnym Warszawy.
W homilii abp Galbas powiedział, że zewnętrznym wymiarem prawdziwego nawrócenia są modlitwa, post i jałmużna – „trzy postawy, które są wyrazem potrójnego przykazania miłości”.
– Modlitwa, a więc więcej miłości Boga. Post to więcej dobrze pojętej miłości siebie samego. I jałmużna, a więc więcej miłości bliźniego – wyjaśnił.
Ordynariusz zaznaczył, że nawrócenie oznacza zmianę dotychczasowego sposobu życia i postępowania.
– Ten, kto się nawraca, idzie pod prąd, gdzie prąd znaczy powierzchowny styl życia, bezładny i iluzoryczny, jakiemu często ulegamy, opanowuje on nas i powoduje, że stajemy się niewolnikami zła albo więźniami moralnej mierności – powiedział hierarcha za papieżem Benedyktem XVI.
Przyznał, że „najbardziej praktycznym i konkretnym wyrazem nawrócenia jest każda spowiedź”.
– Kiedy przystępujemy do tego sakramentu, nie robimy tego po to, by Pana Boga poinformować o naszych grzechach. On je zna i widzi. Nie chodzi też, by jedynie informować o nich Kościół, który reprezentuje spowiadający nas ksiądz. Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem i uczynić to przez pośrednictwo Kościoła – wyjaśnił duchowny.
Podkreślił, że „Bóg nigdy się od nas nie odwraca, nigdy nie staje do nas plecami, zawsze zwrócony jest sercem”.
– To my na skutek grzechu ciężkiego odwracamy się od Boga, a poprzez spowiedź nasze serca znów na nowo się spotykają – kontynuował arcybiskup.
Przypomniał, że spowiedź dotyczy wszystkich grzechów ciężkich, a więc takich, które dotyczą rzeczy poważnej, zostały popełnione w całkowitej wolności i z pełną świadomością.
– Aby spowiednik dobrze mógł ocenić, czy dany grzech jest ciężki, czy nie, Kościół od czasu Soboru Trydenckiego wymaga także, aby podczas spowiedzi podać okoliczności popełnienia grzechu, a także informacje o sobie – dodał.
Hierarcha przestrzegł przed subiektywnym decydowaniem, co jest grzechem, oraz kierowaniem się w tej kwestii opinią społeczną.
– Nawet gdyby tak żyli wszyscy ludzie na ziemi, to dany grzech – jeśli spełnia te trzy warunki – nie przestałby przez to być grzechem – zaznaczył.
– „Grzechem tego wieku jest utrata poczucia grzechu” pisał już papież Pius XII, a św. Jan Paweł II nazywał to zaciemnieniem i wypaczeniem sumienia, jego martwotą i znieczuleniem – powiedział abp Galbas.
Poprosił księży o większą dostępność spowiedzi dla wiernych oraz o przypominanie w kazaniach moralnej nauki Kościoła o grzechu, nawróceniu, skrusze i pojednaniu.
– Jeśli ludzie nie będą o tym słyszeli z ambony, jak będą mieli się nawracać, jak będą mieli korzystać z sakramentu pokuty? – zapytał. Zwrócił uwagę, że nauka o Bożym miłosierdziu „nie oznacza lekceważenia ludzkiej nieprawości i akceptacji grzechu”. Biskup zachęcił, aby nie lekceważyć grzechów lekkich, bo choć nie wymagają wyznawania ich przy spowiedzi, to mogą przyczynić się do poważnego upadku duchowego.
Hierarcha tłumaczył, że żal za grzechy „nie jest jakąś płytką emocją, jest szczerym powiedzeniem sobie i Bogu: Szkoda, że tak zrobiłem, szkoda, że tak żyłem, szkoda, że zmarnowałem tyle czasu, by być daleko od Boga. Mogłem być bliżej Niego i dzięki temu moje życie mogło być dużo bogatsze i lepsze”. – Jeśli nie chcemy, by nasze życie pozostało pełne mroku i sprzeczności, niekonsekwencji i haniebnego fałszu, musimy odważnie patrzeć na uczynki naszego życia i stawić czoło wielkiej, nawet najstraszliwszej prawdzie, prosząc Boga, by przyszedł nam z pomocą. Nie możemy być grzesznikami zbawionymi przez łaskę, jeśli wpierw nie umiemy uznać się za grzeszników – powiedział abp Galbas, cytując kardynała Saraha.
W czasie mszy św. nastąpił obrzęd posypania głów wiernych popiołem na znak żałoby i pokuty.
Środa Popielcowa rozpoczyna w Kościele katolickim trwający 40 dni okres wielkiego postu nawiązujący do czterdziestodniowego pobytu Chrystusa na pustyni, gdzie pościł i był kuszony przez szatana. Dla wiernych jest on wezwaniem do pokuty, nawrócenia i przemiany życia.
PCh24.pl(PAP)/oprac. FA
*** 7 głębokich treści teologicznych zawartych w pieśni „Zbliżam się w pokorze”
(opr. PCh24.pl)
***
Do 1969 r. dzień 7 marca był świętem św. Tomasza Akwinu – największego z teologów, nazywanego Doktorem Anielskim. Przypisuje się mu autorstwo kilku tekstów liturgicznych o tematyce eucharystycznej, w tym słynnej pieśni „Zbliżam się w pokorze” (łac. Adoro te devote). Utwór ten jest prawdziwą „perełką” teologii eucharystycznej. Choć jest krótki, zawiera jednak zaskakująco dużo głębokich treści dogmatycznych.
1. „Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej”
Eucharystia jest sakramentem (gr. mystērion), co dosłownie oznacza „tajemnicę”. W każdym sakramencie obecna jest rzeczywistość niewidzialna, w pewnym sensie „ukryta”, którą oznacza widzialny znak dostępny ludzkiemu oku. W przypadku Eucharystii tą niewidzialną rzeczywistością jest Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa – niedostrzegalne zmysłami. Oczami rozpoznajemy bowiem jedynie postacie chleba i wina, podczas gdy w istocie obecny jest tam cały Chrystus wraz ze swoim majestatem. Dlatego Tomasz z Akwinu pisze, że majestat Chrystusa jest „skryty” w Hostii.
2. „Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak”
Słowa te podkreślają, że zmysłami nie można potwierdzić Realnej Obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Cudowna przemiana chleba w Ciało Pańskie i wina w Jego Krew, czyli transsubstancjacja, polega bowiem na tym, że choć zmienia się substancja, to postacie widzialne pozostają niezmienione. Dlatego też, choć na ołtarzu prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie obecne są Ciało i Krew Chrystusa, ich wygląd, smak, zapach i inne właściwości zmysłowe nie ulegają zmianie – nadal rozpoznajemy chleb i wino.
Stąd Tomasz z Akwinu pisze, że zmysły „mylą się”: wydaje się im, że postrzegają chleb i wino, podczas gdy w rzeczywistości na ołtarzu obecny jest już sam Bóg.
Co ciekawe, polskie tłumaczenie tej pieśni nie oddaje w pełni łacińskiego oryginału. W tekście Adoro te devote wymienione są trzy zmysły: „visus, tactus, gustus”, czyli wzrok, dotyk i smak, podczas gdy polska wersja wspomina jedynie o wzroku i smaku.
3. „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas, tu ukryte z Bóstwem człowieczeństwo wraz”
Kiedy Chrystus umierał na krzyżu, przypadkowemu przechodniowi trudno było uwierzyć, że ten cierpiący Człowiek był prawdziwym Bogiem. W ludzkim rozumowaniu moglibyśmy się spodziewać, że Bóg-Człowiek zstąpi z krzyża, pokona żołnierzy i w widzialny sposób ustanowi swoje królestwo. Tak się jednak nie stało – Chrystus konał w straszliwych męczarniach, nie objawiając swojej chwały. Nie manifestował swojego Bóstwa; dlatego Tomasz z Akwinu pisze, że Zbawiciel skrył Je wobec nas.
W Eucharystii trudność wiary jest jeszcze większa. Nie widzimy bowiem nie tylko Bóstwa Chrystusa, ale nawet Jego człowieczeństwa. Naszym oczom ukazują się postacie chleba i wina, a nie ludzkie ciało i krew. Dlatego Doktor Anielski stwierdza, że w Eucharystii wraz z Bóstwem ukryte jest jeszcze człowieczeństwo Zbawiciela.
Zaraz potem Akwinata dopowiada, że wiara „w Oboje” – to znaczy zarówno w Bóstwo, jak i w człowieczeństwo Chrystusa – prowadzi do osiągnięcia chwały niebieskiej.
4. „Jak niewierny Tomasz Twych nie szukam ran”
W pieśni pojawia się nawiązanie do św. Tomasza Apostoła, który początkowo nie wierzył relacjom naocznych świadków zmartwychwstania Chrystusa. A przecież powinien zaufać pozostałym Apostołom, z którymi podążał za Chrystusem przez kilka ostatnich lat. Kiedy jednak powiedziano mu, że widzieli żyjącego Pana, nie uwierzył ich świadectwu i postanowił sam Go zobaczyć. Stało się to dopiero po ośmiu dniach – wtedy Tomasz uwierzył, dostrzegając rany Zbawiciela.
Apostoł miał szczęście móc fizycznie zobaczyć Chrystusa po Jego Zmartwychwstaniu. Dziś, po Wniebowstąpieniu Zbawiciela, taka bezpośrednia możliwość nie istnieje, a wiara, której brakowało Tomaszowi, staje się absolutnie niezbędna. Nie możemy już oglądać fizycznego ciała Boga-Człowieka, a jedynie Jego Ciało eucharystyczne, które choć prawdziwe, to nie przypomina ludzkiego ciała. Zdarzają się cuda eucharystyczne, w których w sposób niewytłumaczalny naukowo Ciało Chrystusa przyjmuje formę fragmentu ludzkiego mięśnia. Poza tymi wyjątkami jedynie wiara pozwala nam uznać, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie.
Warto zwrócić uwagę, że tutaj o niewiernym Tomaszu pisze inny Tomasz, czyli Akwinata. Można więc powiedzieć, że choć Tomaszowi Apostołowi brakowało wiary, Pan Bóg dał Kościołowi innego Tomasza, pełnego wiary, który umacnia wierzących aż po czasy współczesne.
5. „O pamiątko śmierci Pana”
Polskie tłumaczenie tego wersu pieśni jest niedoskonałe. Mówi ono: „Ty, coś upamiętnił śmierci Bożej czas”. Oryginał łaciński brzmi jednak: „O memoriale mortis Domini”, co oznacza: „O pamiątko śmierci Pana”. Msza św. jest bowiem powtórzeniem Ofiary złożonej przez Chrystusa Bogu Ojcu na Kalwarii za zbawienie ludzkości. Tym razem jest to jednak Ofiara bezkrwawa. Pomimo tego, obecność dwóch sakramentalnych postaci sprawia, że Msza św. rzeczywiście pozostaje pamiątką śmierci Pana.
Kiedy kapłan wypowiada słowa konsekracji, a konkretnie te nad kielichem z winem, Ciało i Krew Chrystusa zostają rozdzielone. Chwilę wcześniej na ołtarzu pojawiło się już Ciało Boga-Człowieka, a teraz dołącza Krew Pańska. Oddzielenie Ciała i Krwi jest w ludzkim doświadczeniu znakiem śmierci, dlatego każda Msza św. jest pamiątką Ofiary krzyżowej Chrystusa.
Trzeba jednak pamiętać, że po Zmartwychwstaniu Chrystusa Jego Ciało i Krew są ze sobą na zawsze złączone – Chrystus pozostaje żywym Bogiem-Człowiekiem. Oznacza to, że w każdej z dwóch sakramentalnych postaci obecny jest cały Chrystus (łac. Christus totus). Do przyjęcia całego Zbawiciela w Komunii św. wystarczy więc przyjąć Go pod jedną postacią, a z przyczyn praktycznych jest to zwykle postać Ciała Pańskiego. Podważanie tej prawdy wiary jest herezją głoszoną niegdyś przez Jana Husa, a potępioną przez Sobór Trydencki.
Warto również przypomnieć, że podczas trzech dni, gdy Chrystus leżał w grobie, Jego Ciało i Dusza pozostawały oddzielone: martwe Ciało spoczywało w grobie, a Dusza zstąpiła do Piekieł, by wyprowadzić stamtąd sprawiedliwych Starego Testamentu. Jak podkreśla św. Tomasz z Akwinu, gdyby któryś z Apostołów odprawił w tym czasie Mszę św., na ołtarzu znajdowałyby się martwe Ciało i Krew Chrystusa, pozbawione życia – dwie oddzielne postaci. Od momentu Zmartwychwstania jednak Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa pozostają ze sobą na zawsze złączone, i takie właśnie są obecne podczas każdej Mszy św.
6. „Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud”
Obraz pelikana bywa często przywoływany w refleksji nad Eucharystią. Jego źródłem jest starożytna legenda opisana w dziele Physiologus (Fizjolog), przypisywanym anonimowemu autorowi z Aleksandrii z II wieku. Według tej opowieści pelikan nie dopuszczał, by jego pisklęta zginęły z głodu – w chwili braku pożywienia rozdzierał własną pierś i karmił je swoją krwią. Inna wersja legendy głosi z kolei, że krew pelikana była w stanie nawet przywrócić młode do życia.
Nic więc dziwnego, że już od pierwszych wieków chrześcijanie dostrzegali w pelikanie symbol Chrystusa Odkupiciela, który oddał własne życie i przelał Najdroższą Krew dla zbawienia ludzi, a w Eucharystii karmi wiernych swoim Ciałem i Krwią. Motyw ten obecny jest nie tylko w literaturze duchowej, lecz także w sztuce chrześcijańskiej – m.in. często pojawia się na paramentach liturgicznych.
Św. Tomasz z Akwinu nie był pierwszym, który odwołał się do symboliki pelikana. Wcześniej podobieństwo to dostrzegali m.in. święci Epifaniusz z Salaminy, Błażej z Sebasty oraz Piotr z Aleksandrii. Po Akwinacie motyw ten podejmowali także twórcy literatury, jak Dante Alighieri w Boskiej Komedii czy William Shakespeare w Hamlecie.
Nie dziwi zatem fakt, że Doktor Anielski sięgnął po obraz pelikana w swoim hymnie eucharystycznym, porównując Chrystusa do niego. Podkreśla w nim, że Ciało i Krew Pana są duchowym pokarmem w czasie ziemskiej pielgrzymki, a Krew Zbawiciela oczyszcza człowieka z win i zmaz grzechu. Dlatego właśnie Chrystus „jak pelikan Krwią swą karmi lud”.
7. „Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł”
W jaki sposób dusze w niebie mogą oglądać Boskie Oblicze, skoro nie mają oczu? W chwili śmierci, kiedy dusza oddziela się od ciała, wszystkie cechy wspólne człowiekowi i niższym stworzeniom ożywionym – zwierzętom i roślinom – pozostają w ciele. Dusza nie może z nich korzystać. Zachowuje natomiast dwie właściwości charakterystyczne dla człowieka: intelekt i wolną wolę. „Niższe” zdolności powrócą dopiero w czasie zmartwychwstania ciał na końcu czasów, gdy dusze ponownie połączą się ze swoimi ciałami.
Dusza przebywająca w niebie nie może więc rosnąć, odżywiać się ani odczuwać emocji, ponieważ nie ma ciała. Może natomiast korzystać z intelektu, i to właśnie dzięki niemu jest w stanie oglądać Boże Oblicze. Do tego potrzebna jest szczególna właściwość, którą teolodzy nazywają lumen gloriae, czyli „światło chwały”. To „narzędzie” umożliwia stworzonej ludzkiej duszy oglądanie Boga. Catholic Online Encyclopedia wyjaśnia to w następujący sposób:
Aby móc oglądać Boga, intelekt zbawionych zostaje nadprzyrodzenie udoskonalony przez światło chwały (lumen gloriae). Zostało to zdefiniowane przez Sobór w Vienne w 1311 roku (Denz., nr 475; dawniej nr 403); wynika to także z nadprzyrodzonego charakteru widzenia uszczęśliwiającego. Widzenie uszczęśliwiające przekracza bowiem naturalne możliwości intelektu; dlatego, aby oglądać Boga, intelekt potrzebuje pewnej nadprzyrodzonej mocy – nie tylko przemijającej, lecz trwałej, tak jak samo widzenie. To trwałe wzmocnienie nazywa się „światłem chwały”, ponieważ umożliwia duszom w chwale oglądanie Boga intelektem, podobnie jak światło materialne pozwala naszym oczom cielesnym widzieć rzeczy materialne.
W pełni prawdziwa jest zatem nadzieja, którą miał św. Tomasz z Akwinu, i którą dzielimy wszyscy: by po śmierci móc oglądać Oblicze Boże.
Adrian Fyda/PCh24.p –źródło: pl.aleteia.org, catholic.org
***
Dwie Postacie, jedna Istota. Czyli jak Chrystus jest obecny w obu konsekrowanych Postaciach?
(oprac. GS/PCh24.pl)
***
W czasie Mszy św. następuje oddzielenie Ciała i Krwi Chrystusa, wyrażone przez dwie oddzielne konsekracje. Mimo tego, pod każdą z konsekrowanych Postaci Chrystus jest obecny całkowicie, tzn. ze swoim Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem. Nasuwa się zatem pytanie: jak Ciało i Krew Chrystusa mogą być ze sobą złączone, skoro ewidentnie nastąpiło ich rozdzielenie?
Krew od zawsze uważana była za nośnik życia; sformułowanie „krew życia” pojawia się już w Księdze Rodzaju (Rdz 9,4). Dopóki płynie ona w ciele człowieka, jest on uznawany za żywego. Ale gdy człowiek umiera i nieśmiertelna dusza opuszcza jego ciało, wtedy mówi się o oddzieleniu ciała i krwi. Jest to faktem również z biologicznego punktu widzenia, bowiem w momencie śmierci krew przestaje płynąć przez żyły i tętnice, a zatem to oddzielenie jest rzeczywiście dostrzegalne.
Oddzielenie ciała i krwi miało miejsce również w momencie śmierci Chrystusa. Jest On przecież nie tylko prawdziwym Bogiem, ale i prawdziwym człowiekiem, a więc i umarł jak człowiek. Nieśmiertelna Dusza opuściła Jego materialne Ciało, a Krew przestała płynąć przez Jego żyły. To oddzielenie ponownie się dokonuje podczas każdej Mszy św. i wyrażone jest przez dwie osobne konsekracje, a zarazem przemiany – chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew.
Jednak tajemnica Eucharystii nie kończy się na cudownej przemianie. Pod każdą z konsekrowanych postaci znajduje się bowiem cały Chrystus (Christus totus). Oznacza to, że w Komunii św. przyjmujemy nie tylko Jego Ciało, ale całego i żywego Chrystusa. Pomimo Jego prawdziwej obecności w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych Postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.
Jak zatem wytłumaczyć fakt, że pomimo dwóch oddzielnych Postaci – Ciała i Krwi – to cały Chrystus jest obecny pod każdą z nich? Dzieje się to na mocy tzw. naturalnej współobecności albo konkomitancji (łac. concomitantia naturalis). Dotyczy ona ciała, krwi i duszy człowieka, które przecież w żywym ludzkim organizmie są połączone. W przypadku Chrystusa musimy do tego „kompletu” dołączyć również Jego Bóstwo, gdyż od chwili Zwiastowania Bóstwo i Człowieczeństwo Chrystusa są na zawsze złączone. I chociaż na krzyżu nastąpiło wspomniane wcześniej oddzielenie Jego Ciała, Krwi i Duszy, to w momencie zmartwychwstania one ponownie się połączyły. Krew znowu zaczęła płynąć przez Jego żyły i docierać do mózgu – tak samo jak ma to miejsce u innych żywych organizmów. W takiej postaci Chrystus chodził po ziemi przez 40 dni po swoim zmartwychwstaniu i w takiej postaci przebywa teraz w niebie. Jest On żywym organizmem, związkiem Ciała i Duszy.
Ponieważ cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch konsekrowanych Postaci, dlatego wystarczy nam przyjęcie Go pod jedną z nich. Konieczność przyjmowania obu Postaci głosili heretyccy husyci, którzy odrzucali wiarę w obecność całego Chrystusa pod każdą z Postaci. Ich herezja została potępiona na Soborze w Konstancji w 1414 r. Tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie Postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.
Inaczej wyglądała sytuacja od momentu śmierci Chrystusa do Jego zmartwychwstania, tzn. w czasie gdy Jego Ciało było złożone w grobie. Ciało, Krew i Dusza martwego Chrystusa – jak w przypadku każdego innego człowieka po śmierci – były wtedy oddzielone od siebie. Każde z nich z osobna było jednak złączone z Jego Bóstwem. Św. Tomasz z Akwinu w swojej Summie Teologicznej (ST III q. 76 a. 1 ad. 1) stawia ciekawe pytanie: co by było, gdyby któryś z Apostołów odprawił wtedy Mszę św.? Przecież Ciało, Krew i Dusza Chrystusa nie były wtedy złączone, a więc nie mielibyśmy całego, a już na pewno nie żywego Chrystusa pod każdą z konsekrowanych Postaci.
Akwinata odpowiada, że wciąż każda z dwóch konsekracji przyniosłaby swój efekt, czyli chleb wciąż zostałby przemieniony w Ciało Chrystusa, a wino w Jego Krew, i każde z nich byłoby złączone z Jego Bóstwem. Jednak to Ciało byłoby martwe, bowiem właśnie takie Ciało spoczywało wtedy w grobie; podobnie z Krwią – byłaby to krew martwego Chrystusa. Jego Duszy w ogóle by tam nie było, ponieważ była ona wtedy odłączona od Ciała i przebywała w Otchłani – przypomina nam o tym Wyznanie Wiary mówiące, że Chrystus „zstąpił do Piekieł”, gdzie na otwarcie bram raju oczekiwali sprawiedliwi Starego Testamentu.
Jednak od czasu zmartwychwstania, Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa są ze sobą na nowo połączone – i tak już pozostaną już do końca czasów. Zatem zarówno podczas każdej Mszy św. jak i w tabernakulum cały i żywy Chrystus jest obecny zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Przypomina nam o tym przepiękna sekwencja na uroczystość Bożego Ciała, autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu:
Pod odmiennych szat figurą, w znakach różnych, nie naturą kryje się tajemnic dziw.
Ciało strawą, Krew napojem, cały jednak, z Bóstwem swoim, w obu znakach Chrystus żyw.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W tym miesiącu 5 marca w pierwszy czwartek nie będzie Mszy św. o godz. 19.00 i Adoracji przed Najświętszym Sakramentemw kapicyizbie Jezusa Miłosiernego – będzie natomiast w sali parafialnej przy kościele św. Piotra Adoracja o godz. 18.00 i Msza święta o godz. 19.00 w języku angielskim
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W pierwszy piątek 6 marca jest półgodzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
Następnie nabożeństwo Drogi Krzyżowej
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
W pierwszą sobotę 7 marca o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z III Niedzieli Wielkiego Postu
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej od godz. 13.30 i rozważamy Mękę Pańską śpiewając GORZKIE ŻALE
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Chrystus jest światłością narodów, Lumen Gentium. Tylko On może odnowić oblicze ziemi. W Nim pokładamy naszą ufność, a nie w przemijających strategiach. Nadzieja, którą nam powierza, nie jest nadzieją na ostatecznie zmodernizowaną, zdigitalizowaną, oczyszczoną Dolinę Łez. Nasza nadzieja jest w nowym niebie, nowej ziemi, w zmartwychwstaniu umarłych – mówił bp Erik Vardne w ostatnim rozważaniu rekolekcji dla Papieża i Kurii. Poniżej zamieszczamy tłumaczenie robocze tego rozważania.
11 października 1962 r. papież św. Jan XXIII uroczyście otworzył Sobór Watykański II. Powiedział, że „największą troską” Soboru będzie „skuteczniejsza ochrona i nauczanie świętego depozytu doktryny chrześcijańskiej. Doktryna ta obejmuje całą istotę człowieka, składającą się z ciała i duszy. Nakazuje nam, pielgrzymom na tej ziemi, dążyć do naszego niebiańskiego domu”.
Niecały tydzień po przemówieniu papieża wybuchł kryzys kubański. Wydawało się, że człowiek zamierza zniszczyć swoją ziemską egzystencję, nie myśląc o eschatologicznym celu. Z ranami II wojny światowej wciąż świeżymi, nasz gatunek tworzył nowe, przerażające perspektywy samozniszczenia.
Klimat niepewności otaczał Sobór; jednocześnie okres ten był pełen gorących nadziei na nowe społeczeństwo oparte na prawach człowieka, sprawiedliwym handlu i postępie technicznym. Sobór chciał odpowiedzieć na nurtujące tamte czasy „niepokojące pytania dotyczące aktualnych trendów na świecie, miejsca i roli człowieka we wszechświecie, sensu ludzkich […] dążeń, ostatecznego przeznaczenia rzeczywistości i ludzkości”. Nie tylko poruszył te kwestie. Wskazał również drogę do ich rozwiązania, ogłaszając, że Chrystus, ukrzyżowany i zmartwychwstały, jest wcieleniem przyszłości rodzaju ludzkiego. Sobór postawił Kościołowi zadanie głoszenia Chrystusa w taki sposób, aby jawił się On jasno i przekonująco jako odpowiedź na najpilniejsze problemy współczesności, nie naruszając ani na chwilę świętego depozytu doktryny.
Możemy zadać sobie pytanie, czy w ciągu sześćdziesięciu lat, które minęły od zakończenia Soboru, zawsze i wszędzie zachowano wiarę w moc i skuteczność tego depozytu. Każde pokolenie chrześcijan jest zobowiązane do rozważenia siebie w świetle kontrastu, jaki Paweł przedstawia w Liście do Efezjan między miarą pełni Chrystusa objawiającą się w jedności wiary i wiedzy, w dojrzałej męskości, a dziecinnym stanem bycia miotanym tu i tam, porywanym przez wiatry doktryny, pociąganym to przez przebiegłość, to przez podstępne sztuczki, to przez łatwy optymizm.
Chrystus wzywa nas do przekazywania światu nadziei. Posiadanie chrześcijańskiej nadziei niekoniecznie oznacza bycie optymistą. Chrześcijanin wyrzeka się pobożnych życzeń, decydując się na rzeczywistość. Demagodzy obiecują, że sytuacja się poprawi. Twierdzą, że posiadają demiurgiczną moc zmieniania społeczności w ciągu jednej kadencji wyborczej, odwracając uwagę mas od odczuwanych rozczarowań rozdawaniem chleba, biletów do cyrku i zniesławianiem przeciwników. Jakże inne są słowa Chrystusa. Mówi nam: „Zawsze będziecie mieli ubogich”. Potwierdza, że naród będzie powstawał przeciwko narodowi. Nadejdą prześladowania. Wrogami człowieka będą członkowie jego własnej rodziny. W tych stwierdzeniach nie ma słabej rezygnacji. Pan zobowiązuje nas, swoich uczniów, do nieustannej pracy na rzecz nowego, zdrowego człowieczeństwa, ukształtowanego przez miłość i sprawiedliwość. Mówi nam, abyśmy „leczyli chorych, wskrzeszali umarłych, oczyszczali trędowatych, wypędzali demony”. Mamy realizować błogosławieństwa, ujawniając ukrytą w nich chwałę. Ale kiedy to robimy, przypomina nam się: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić”.
Chrystus jest światłością narodów, Lumen Gentium. Tylko On, wypełniając wolę Ojca, działając w Duchu, może odnowić oblicze ziemi. W Nim pokładamy naszą ufność, a nie w przemijających strategiach.
On może działać poprzez nas, jeśli zgodzimy się być cierpliwi. Wielki Post pokazuje nam, że Bóg, cierpiący z powodu swojej filantropii, jest najbardziej aktywny w swojej Męce. Nadzieja, którą nam powierza, nie jest nadzieją na ostatecznie zmodernizowaną, zdigitalizowaną, oczyszczoną Dolinę Łez. Nasza nadzieja jest w nowym niebie, nowej ziemi, w zmartwychwstaniu umarłych.
Czas, w którym żyjemy, pragnie usłyszeć głoszenie tej nadziei. Rozważaliśmy niektóre znaki, które nas otaczają: nową świadomość religijną wśród młodych ludzi; powrót kategorii prawdy do dyskursu publicznego; poszukiwanie korzeni. Globalne instytucje i sojusze ulegają rozpadowi. Jesteśmy narażeni na zagrożenia strategiczne, ekologiczne i ideologiczne. Naturalne jest, że ludzie rozsądni i dobrej woli pytają, co w obliczu takiej niepewności ma szansę przetrwać. Zmęczeni budowaniem swojego życia na piasku, szukają solidnej skały. Tymczasem ich serca są niespokojne. Ojcowie Soboru Watykańskiego II potwierdzili w Gaudium et spes, że najlepsze aspiracje i najciemniejsze obawy współczesności muszą znaleźć echo w sercach chrześcijan. Dla chrześcijanina nie jest bowiem obce nic, co jest „prawdziwie ludzkie”.
Pozwólcie mi podzielić się jednym z takich ech, które rezonują we mnie.
Rok temu, 8 lutego 2025 r., amerykańska piosenkarka Gracie Abrams dała koncert w Madrycie. Jest młodą kobietą, która ma wszystko, czego można zapragnąć. Jest piękna, zamożna, odnosi sukcesy. W Madrycie miała na sobie białą jedwabną suknię. Mogłaby to być suknia ślubna, strój radości, gdyby nie długie czarne wstążki na ramionach, zwiastujące smutek, który stał się sednem jej przesłania, gdy zaczęła śpiewać.
W jej tekstach wyczuwa się przeszywający smutek, który graniczy z rozpaczą, a może nawet ją osiąga. Abrams urodziła się w 1999 roku. Jej piosenka Camden zaczyna się od wersu: „Nigdy tego nie powiedziałam, ale wiem, że nie potrafię wyobrazić sobie niczego po 25 roku życia”. Piosenka przywołuje potrzebę ukrywania smutku, „zakopania bagażu, aż zniknie z pola widzenia”, podczas gdy na zewnątrz zachowuje się normalnie, nazywając to „w porządku” i mając nadzieję, że ktoś „zauważy, jak się staram”. Refren brzmi jak mantra: „Cała ja, rana do zamknięcia, ale zostawiam wszystko otwarte”.
Występ Abrams w Madrycie z utworem „Camden” został sfilmowany i opublikowany na YouTube przez fana, który napisał: „Szaleństwo. Brak słów. Płakałem. Umarłem. Martwy”. Tysiące osób uczestniczyło w tym koncercie. Wszyscy śpiewali razem, znając na pamięć zawiły tekst, który stał się ich własnym. Nastoletni Weltschmerz nie jest niczym nowym. Każde pokolenie znajduje swój sposób, aby go wyrazić. Istnieje jednak coś wyjątkowego w lamentach naszych czasów. Nie możemy ich odrzucić jako fetyszyzacji rozpaczy. Słuchając i oglądając śpiew Gracie Abrams, nie ma wątpliwości co do głębi doświadczenia, z którego wynika jej krzyk. To niesamowite słyszeć, jak ta melodia, pełna melancholii, jest powtarzana przez tłum młodych ludzi: „Chciałam tylko, żebyś wiedział, że nigdy nie byłam dobra w radzeniu sobie. […] Naprawdę mam nadzieję, że to przetrwam”. Czy „nadzieja” jest odpowiednim terminem w tych okolicznościach? Właściwie wątpię. W tekście piosenki wyróżnia się raczej beznadziejność w obliczu nieustannego zagrożenia.
Fani Gracie Abram to głównie dziewczyny. Stereotyp sugeruje, że chłopcy są inni, pociąga ich ponure uznanie trudów życia, które zamierzają znosić z brodatą, męską wytrwałością. Każdy, kto wychodzi i rozmawia z młodymi ludźmi lub spędza czas w konfesjonale, wie, że granice są mniej wyraźne. Świadomość bycia zranionym przenika nasze czasy jak dymna mgła.
Jakże uderzające jest przeżywanie Wielkiego Postu w takim kontekście, skupianie wzroku na zranionym, rozdartym ciele i potwierdzanie, że właśnie tutaj znajduje się nadzieja. Przez wieki Kościół ostrożnie podchodził do pokazywania ran męki Chrystusa. Był zajęty formułowaniem słowami paradoksu, który stanowi sedno chrześcijańskiej propozycji: że w Chrystusie boskość i człowieczeństwo są integralnie obecne, że ten człowiek „zrodzony z Dziewicy Maryi” jest jednocześnie „Bogiem z Boga, Światłością ze Światłości”. Dopiero gdy Sobór Chalcedoński dopracował ramy koncepcyjne niezbędne do zachowania tej równowagi, duch chrześcijański mógł swobodnie wyobrażać sobie, nie tylko słowami, ale także w sztuce, graficznie, dobrowolnie przyjęte upokorzenie Boga, który stał się człowiekiem. Krucyfiks stał się najwyższym symbolem chrześcijaństwa. Zajął centralne miejsce w praktykach kultowych, przynajmniej na Zachodzie, gdzie wizerunki zranionego Boga stały się centralnym punktem kościołów i innych budowli, stopniowo kształtując świadomość społeczną.
Przypominając chrześcijanom w Koryncie o swoim przybyciu do nich, Paweł napisał: „Nie przyszedłem do was głosić tajemnicy Boga w górnolotnych słowach lub mądrości. Postanowiłem bowiem nie znać wśród was niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego”. Kategoryczna centralność zbawczej męki Jezusa przenikała doktrynę tego niezrównanego kaznodziei pojednania, miłosierdzia, łaskawej przemiany, radości i życia wiecznego. Potrzeba odwagi, aby podążać za jego przykładem w kulturze, która kusi nas do promowania szczęśliwszej Ewangelii, przewidywalnej w kategoriach ustalonych procesów i określonych rezultatów. Wokół nas, przyćmione krzyżem nawy starych katedr są przekazywane na potrzeby minigolfa. Sanktuaria są wykorzystywane do świeckich skeczów, mających na celu desperackie pokazanie ich „znaczenia”. Tymczasem rzut kamieniem stąd, na świeckiej arenie, młodzi ludzie smutno kołyszą się, śpiewając cicho, że życie jest otwartą raną i że nie ma balsamu w Gileadzie.
Dwie sprzeczne tendencje charakteryzują współczesne wysiłki zmierzające do radzenia sobie z ranami. Z jednej strony ludzie chętnie pokazują nabyte, odziedziczone lub wyimaginowane rany jako znaki tożsamości. Mogą mieć ku temu dobre powody, oparte na dążeniu do sprawiedliwości. Jednak, jak wyjaśnił Bernard, tracimy motywację, jeśli nasze poczucie tożsamości opieramy na przywiązaniu do rany. Ryzykujemy pogrążenie się w gniewie, namiętności, która zastępuje dążenie do uzdrowienia afirmacją własnej nieomylności. Gniew i jego odbicie, gorycz, mogą uwięzić nas w przewrotnej, samozadowolonej rozpaczy.
Z drugiej strony podejmowane są wysiłki, aby zatuszować rany. Słyszymy sugestie, że rany nie powinny istnieć, a jeśli już istnieją, chore kończyny należy amputować. W społeczeństwach, które stały się transakcyjne, nie ma miejsca na nieproduktywne lub nieatrakcyjne elementy. Są postrzegane jako dziwaczne zjawiska, traktowane z surowością. Postawa ta jest widoczna w trwających kontrowersjach dotyczących aborcji i eutanazji, a także w powracających rozmowach na temat eugeniki. Widać ją w dystopijnych marzeniach o uwolnieniu społeczeństw od niepożądanych osób, które niektórzy politycy zamknęliby w rezerwatach lub zrzucili z klifu.
Można interpretować ten rozwój na różne sposoby. Trudno zaprzeczyć, że ma to coś wspólnego z zanikiem w świadomości społecznej postaci Ukrzyżowanego, Zranionego, ale Niepokonanego. Cywilizacja, która na pewnym poziomie poszukuje swojej miary w obrazie potwierdzającym znaczenie cierpliwości i odkupieńczego cierpienia, ulega zmianie. Może nauczyć się empatii, która nie jest spontaniczna dla upadłej ludzkości.
Cześć dla ran Chrystusa przez wieki definiowała wrażliwość chrześcijańską. Znajdowała ona wyraz w kulcie relikwii Męki Pańskiej, w Drodze Krzyżowej, w wierszach i obrazach, w utworach muzycznych od renesansowych lamentacji, przez pasje Bacha, po XIX-wieczną hymnografię. Wyrażała się w kulcie Najświętszego Serca, który rozprzestrzenił się na całym świecie w następstwie rewolucyjnej zawieruchy. U jej podstaw leżał szacunek dla ogromnej tajemnicy cierpienia, stanowiącej istotny element ludzkiej kondycji, jaką znamy. Krzyż pozwala nam zaakceptować rzeczywistość, potwierdzając jednocześnie, że rany nie są ostateczne, że mogą się zagoić i stać się źródłem uzdrowienia.
Zakorzenienie się w tej tajemnicy wiary oznacza konstruktywny bunt przeciwko kilku błędnym przekonaniom: przeciwko błędnemu przekonaniu politycznemu, że społeczeństwo i państwo powinny być zarządzane w oparciu o model ewolucyjny, mając na uwadze doskonałość człowieka; przeciwko błędnemu przekonaniu antropologicznemu, że normatywny standard „zdrowia” służy do rozróżnienia między życiem „wartym życia” a życiem „nie wartym życia”; przeciwko błędowi kulturowemu, który przypisuje ranom fatalną, deterministyczną moc; oraz przeciwko błędowi psychologicznemu, który poddaje się beznadziejności, zahipnotyzowany głosem, który szepcze nam do ucha w środku nocy, odnosząc się do naszych najbardziej intymnych ran: „Zawsze tak będzie”.
Męka Chrystusa pozwala nam lamentować bez gniewu. Otwiera nas na współczucie, które jest kategorią epistemologiczną zdolną przygotować nas do łaskawego wglądu, takiego jak wgląd Hioba: „Słyszałem o Tobie słuchając uszami, teraz moje oczy Cię widzą”. Możemy wołać do Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego: „Panie mój i Boże mój!”. Ewangelia stwierdza, że rany Chrystusa po Jego zmartwychwstaniu nie zniknęły, ale stały się chwalebne. Rany świata również mogą stać się chwalebne, gdy zostaną oblane olejem i winem Chrystusa.
Krzyż jest dla wierzących jednocześnie symbolem i pamiątką wydarzenia. Symbol męki Chrystusa nie jest czymś, co sami tworzymy. Został nam dany. To on interpretuje nas, a nie my jego. Warto to podkreślić, gdy płyniemy pod prąd symbolicznego kapitalizmu nastawionego na „produkcję wiedzy”. W tym wirtualnym świecie „fakty” są artefaktami. Narracje, obrazy i dane są wykorzystywane do utrwalania zmian, a tym samym do dalszej konsumpcji. Trudno jest coś zrozumieć i jednocześnie zmienić. W rezultacie dążenie do jasności odgrywa niewielką rolę w obecnym dyskursie publicznym, którego ulotna retoryka i niekonsekwentne symbole mają raczej na celu wprowadzenie zamieszania.
Jednak człowiek pragnie zrozumienia. Definiuje go potrzeba zadawania pytania „dlaczego?”. Potrzebuje jasnego myślenia Kościoła i nadziei skoncentrowanej na Chrystusie. Potrzebuje jego pewnego poczucia kierunku. Potrzebuje jego symboli, które są realistyczne, odmienne od symboli świata, skoncentrowane na historycznie zranionym ciele, na umieraniu śmierci, na wiecznym przeznaczeniu „całego człowieka, złożonego z ciała i duszy”. Wzniosła perspektywa naszej wiary opiera się na rzeczywistościach, które miały miejsce i które w komunii mistycznego ciała Chrystusa nadal mają miejsce. Wyznajemy, że przemieniająca Dobroć nasyciła ludzkie cierpienie nawet w jego najbardziej ekstremalnych przejawach, sięgając aż do samych głębin piekła, i że dlatego żadna rozpacz nie jest ostateczna.
Taka jest nasza Ewangelia. Nasze czasy wołają o nią. Młodzi ludzie lamentujący w naszych parkach z ciężkimi sercami pragną jej. Słuchają, gdy jest ona przedstawiana „z autorytetem” przez chrześcijan zdolnych jednocześnie wyjaśnić i pokazać jej prawdę bez kompromisów, ukazując łaskawą moc Chrystusa, która odnawia i przemienia życie.
W Clairvaux w 1139 roku Bernard wygłosił swoje ostatnie kazanie na temat Psalmu 90 w wigilię Wielkanocy. Tchnie ono radością sportowca, który ukończył wyścig. Życie mnicha, jak mówi św. Benedykt, powinno być ciągłym Wielkim Postem, zawsze skupionym na zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Okres liturgiczny ujawnia sens naszego istnienia jako takiego. Bernard wyraża to wprost. Próby życia są bólami porodowymi. Sprawiają, że odkrywamy, co to znaczy żyć: „Żyjemy w pełni, gdy życie jest istotne i ożywiające”. Jesteśmy stworzeni, aby przynosić owoce. Bernard mówi swoim mnichom, że w cierpieniu jest „nadzieja chwały”, po czym poprawia się i mówi, że nie, chwała jest w cierpieniu, tak jak owoc jest w nasieniu. Wykrzykuje: „Bracia moi, chwała kryje się teraz w cierpieniu; wieczność kryje się w chwili obecnej, w tej lekkości kryje się wysublimowana, niezmierzona waga”.
Odwrócenie jest całkowite. To, co nas teraz obciąża, nie ma trwałej wartości. Ciężar chwały przyciąga nas w górę, ku wspaniałej, wielorakiej chwale. Ukształtowani do pełnego udziału w życiu Chrystusa, poznamy cierpliwą radość Boga, który w Psalmie 90 głosi: „Jestem z nim w utrapieniu”. Mówi również: „Moja radość jest w przebywaniu z synami ludzkimi”. „O Emmanuel”, odpowiada Bernard: „Bóg z nami!” Dodaje: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą”, delikatnie podkreślając maryjny charakter łaskawego wzrostu do autentycznej chrześcijańskiej dojrzałości. Bóg wie, czego łakniemy i czego pragniemy, co nam smakuje. Nie możemy zadowalać się zbyt małą ilością. Musimy wiedzieć i głosić, na czyje podobieństwo zostaliśmy stworzeni, do jakiej wielkości jesteśmy uzdolnieni dzięki łasce.
Następnego dnia rano po wygłoszeniu tego ostatniego kazania Bernard otworzył swój Graduale, aby zaśpiewać introit wielkanocny: piękne Resurrexi w szóstym, „poważnym” trybie, z muzycznym wyrazem wznoszącej się w górę powagi. Ta kompozycja liturgiczna głosi zmartwychwstanie z cichym zachwytem. Podnosi ona chwałę Kościoła przed pustym grobem do wiecznego objęcia Trójcy Świętej. Wciągnięci w końcu w to objęcie przez paschalne zwycięstwo Chrystusa, ujrzymy tak, jak jesteśmy widziani, poznamy tak, jak jesteśmy znani. W końcu będziemy kochać doskonale.
Na razie jednak wiemy i widzimy tylko częściowo, czuwając w nocy. Pracujemy. Służymy. Nauczamy. Walczymy, kiedy musimy. Staramy się kochać i szanować siebie nawzajem, patrząc na Jezusa, pioniera naszej wiary. On, Baranek Boży, jest naszą lampą. Jego łagodne światło, nawet gdy jest ukryte, jest pełne radości.
Bp Erik Varden, norweski trapista, teolog i autor, który obecnie prowadzi rekolekcje wielkopostne dla papieża Leona XIV oraz watykańskiej Kurii, jest już obecny na polskim rynku wydawniczym z książką „Uzdrawiające rany”. To lektura, która nie ucieka od tematów bólu, zranienia i doświadczenia traumy, lecz proponuje drogę ich przemiany w świetle wiary i ciszy.
Bp Erik Varden oraz Leon XIV
***
Trwające w Watykanie rekolekcje, zatytułowane „Oświeceni ukrytą chwałą”, skupiają się wokół tematów duchowej wolności, prawdy, nadziei oraz wewnętrznego nawrócenia. Bp Varden mówi o potrzebie odzyskania spojrzenia zdolnego dostrzec działanie Boga tam, gdzie po ludzku widzimy jedynie kruchość i pęknięcie. W centrum jego medytacji znajduje się Pascha Chrystusa – nie jako wspomnienie minionych wydarzeń, lecz jako rzeczywistość, która ma moc przemieniać życie tu i teraz.
Nieprzypadkowo to właśnie jemu powierzono głoszenie rekolekcji dla papieża i jego najbliższych współpracowników. W Kościele jest to znak szczególnego zaufania wobec autora, którego duchowość łączy głębię teologiczną z doświadczeniem życia monastycznego i wrażliwością na ludzkie zranienie.
Krzyż odzyskany
Ta sama perspektywa wybrzmiewa wyraźnie w książce „Uzdrawiające rany”. Bp Varden nie proponuje duchowości, która omija to, co trudne. Przeciwnie – zaczyna tam, gdzie wielu współczesnych ludzi się zatrzymuje lub odwraca wzrok. Krzyż, często postrzegany jako znak przemocy, porażki czy religijnego ciężaru, zostaje w jego refleksji ukazany jako miejsce sensu i spotkania.
„Jeśli odwracamy wzrok od krzyża z powodu jego nieprzyjemności, świadczy to o tym, że jesteśmy świadomi tego, co on przedstawia, ale już nie tego, co oznacza” – pisze autor. To zdanie wyznacza kierunek całej książki: nie chodzi o zaprzeczenie cierpieniu, lecz o odkrycie jego znaczenia w perspektywie wiary.
Siedem ran – siedem etapów drogi Centralną osią „Uzdrawiających ran” jest kontemplacja siedmiu ran Chrystusa. Każda z nich staje się osobnym miejscem modlitwy i refleksji, dotykającej bardzo konkretnych ludzkich doświadczeń: zranień relacyjnych, lęku, poczucia rozbicia, straty czy wewnętrznego niepokoju.
Bp Varden prowadzi czytelnika bez pośpiechu, zapraszając do wejścia w głęboką medytację chrześcijańską. „Nasze rany, kiedy zdrowieją, stopniowo rozkwitają, przygotowując nas do zostania źródłem pożytku i pociechy dla innych” – podkreśla. Uzdrowienie nie oznacza tu wymazania bólu. Rana pozostaje, ale zostaje przemieniona i włączona w większą całość.
Nadzieja, która nie upraszcza
Jednym z najbardziej charakterystycznych rysów duchowości bp. Vardena – obecnym zarówno w jego watykańskich medytacjach, jak i w książce – jest uczciwość wobec ludzkiego cierpienia. Autor konsekwentnie unika taniego optymizmu i religijnego pocieszania. Sięga po pojęcie smutkoradości (charmolypē) – doświadczenia, w którym ból i nadzieja współistnieją.
W tym kluczu mówi o Wielkanocy jako o rzeczywistości aktualnej i działającej. „Wielkanoc nie jest wydarzeniem minionym, ale teraźniejszym; od niej zależy nasze życie, nasza radość i nadzieja” – zauważa. To właśnie ta perspektywa wybrzmiewa dziś w Watykanie i znajduje pogłębione rozwinięcie na kartach „Uzdrawiających ran”.
Duchowość, którą można przeżyć osobiście
Rekolekcje dla papieża mają swój określony czas i miejsce. Książka daje możliwość, by wejść w tę samą duchową przestrzeń w sposób osobisty i pogłębiony. „Uzdrawiające rany” są zaproszeniem do drogi: od rany do pokoju, od bólu do sensu, od rozbicia do wewnętrznej integracji.
To lektura dla tych, którzy nie chcą uciekać od trudnych pytań. I dla tych, którzy wierzą – albo dopiero uczą się wierzyć – że uzdrowienie zaczyna się tam, gdzie odważymy się zatrzymać przy ranach Chrystusa.
Vatican Media -Tygodnik Niedziela
(więcej w książce: Uzdrawiające rany, bp Erik Varden OCSO, Wydawnictwo Esprit: ksiegarnia.niedziela.pl.)
***
Bp Varden: Kiedy młodzi proszą o chleb, nie dawajmy im cukierka
Z teologicznego punktu widzenia mówienie o świecie postchrześcijańskim nie ma sensu. Chrystus jest Alfą i Omegą. Jeśli już, to żyjemy w świecie postsekularnym – uważa bp Erik Varden OCSO, przewodniczący Episkopatu Krajów Nordyckich. Podkreśla, że Chrystus ma w sobie istotową świeżość porannej rosy. Chrześcijaństwo jest świtem. Jeśli czasami, w niektórych okresach czujemy się spowici półmrokiem, to dlatego, że nadchodzi kolejny dzień – przekonuje norweski biskup.
W obszernym wywiadzie dla włoskiego dziennika Il Foglio, twierdzi on, że sekularyzacja się skończyła, wyczerpała, a w człowieku nadal są żywe głębokie aspiracje.
Kiedy młodzi proszą o chleb, nie dawajmy im cukierka
On sam spotyka wielu młodych ludzi głodnych sensu i szczerych w swoich poszukiwaniach. Nie można ich lekceważyć. Trzeba mieć odwagę prezentować im wielkie, piękne ideały. A także uszanować ich, kiedy pragną przyjąć pełnię tradycji. Nie dawać im kamienia czy cukierka, kiedy proszą o chleb. Zdaniem bp Vardena, Kościół pamiętać, że nie wolno mu stawiać lampy pod korcem, ponieważ dysponuje słowami i znakami, którymi może przekazywać wieczność jako coś całkiem realnego.
Musimy mieć zaufanie do własnej tradycji
Norweski biskup wspomina też o poruszeniu, jakie wywołał najpierw pożar, a potem ponowne otwarcie katedry Notre Dame w Paryżu. Podkreśla, że Kościół musi zadbać, aby nasze dziedzictwo artystyczne pozostało potężnym znakiem Bożej dobroci, który powstałemu z prochu człowiekowi umożliwia spotkanie z niestworzonym blaskiem Boga. Jego zdaniem potrzeba jednak zaufania do naszej tradycji, abyśmy mogli pomóc naszym współczesnym w odkryciu jej prawdziwego znaczenia. „Wydaje mi się, że często kapitulujemy przed świecką nowoczesnością i staramy się uczynić nasze dziedzictwo ‘znaczącym’ na jej warunkach, podczas gdy nasze czasy oczekują od nas czegoś innego” – dodaje przewodniczący skandynawskiego episkopatu.
Sobór skierował nas do źródeł, dlaczego od nich odchodzimy?
Ostrzega on zarazem przed uległością względem ducha czasu. Trzeba go brać pod uwagę, ale podążanie za nim jest samobójstwem – mówi bp Varden. Jego zdaniem jest to tym bardziej niebezpieczne, że Kościół, który ze swej natury jest powolny, nie nadąża za współczesnymi trendami i angażuje się w nie, kiedy już wygasają. „Z pewnością bardziej obiecujące, intersujące i dające więcej radości jest trzymanie się tego, co trwa. I to też przemówi do ludzkich serc i umysłów w naszym wieku, tak jak przemawiało w przeszłości” – mówi bp Varden. Przypomina on, że Sobór Watykański II był naznaczony zachętą do czerpania ze źródeł. „Największa witalność życia katolickiego XX wieku wypływała z entuzjazmu odkrywania zapomnianych studni i czerpania z nich czystej, świeżej wody. Co się stało z tym entuzjazmem? Dlaczego teraz czujemy, że musimy porzucić te studnie na rzecz prowizorycznych stoisk z automatami?” – pyta norweski biskup.
Vatican News -Tygodnik Niedziela
***
piątek 27 luty
24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę Niepokalanów
W piątek 27 lutego 2026 r. o godz. 18.00 w Bazylice Niepokalanej Wszechpośredniczki Łask w Niepokalanowie rozpoczyna się kolejne nabożeństwo ekspiacyjne „24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę”, organizowane w ramach cyklicznej, ogólnopolskiej inicjatywy. Wydarzenie ma charakter całodobowej adoracji Najświętszego Sakramentu połączonej z rozważaniem Męki Pańskiej według pism Sługi Bożej Luizy Piccarretty.
Główną intencją nabożeństwa jest wynagrodzenie Bogu za grzechy popełnione w Ojczyźnie oraz modlitwa o wypełnienie się w niej Woli Bożej, co obejmuje w szczególności zadośćuczynienie za grzechy przeciwko życiu, wierze i jedności społecznej, takie jak zbrodnie wobec nienarodzonych dzieci, apostazja, nieczystość, nienawiść i podziały, pijaństwo, rozwody, niegodne przyjmowanie Komunii Świętej oraz zdrada Narodu.
Pomóż Panu Jezusowi nieść krzyż za naszą Ojczyznę – dołącz do modlitwy!
Modlitwa, która otacza świat. Zegar Męki Pańskiej wg. Luizy Piccarrety
24 Godziny Męki Pana Jezusa
„Twoim zadaniem jest kochać za tych, którzy nie kochają. Modlić się za tych, którzy się nie modlą. Wynagradzać za tych, którzy ranią.”
“Och, jakże ogromnie byłbym zadowolony, gdyby choć jedna osoba czytała te Godziny Mojej Męki w każdej miejscowości! Czułbym się obecny w każdej miejscowości, a Moja Sprawiedliwość, w tych czasach tak bardzo pogardzana, byłaby częściowo ułagodzona.”PanJezus do Luizy
Inicjatywa „24 Godziny Męki Pańskiej” oparta na pismach służebnicy Bożej Luizy Piccarrety polega na rozważaniu kolejnych godzin męki Jezusa. Każdy może włączyć się, wybierając jedną godzinę tygodniowo (np. poniedziałek 15:00), aby towarzyszyć Jezusowi, co ma na celu wynagrodzenie i pocieszenie.
Jak się włączyć?
Zegar Męki Pańskiej: Uczestnicy zapisują się na określoną godzinę, tworząc nieustanną modlitwę. Przez cały tydzień wszyscy rozważają tę samą godzinę z 24 Godzin Zegara Męki Pańskiej, a w kolejnym tygodniu przechodzą do następnej.
Forma modlitwy: Modlitwa obejmuje przygotowanie, rozważanie konkretnej godziny (np. Jezus żegna Matkę) oraz dziękczynienie.
Zapisy: Można dołączyć poprzez stronę 24gmp.pl lub grupy WhatsApp.
Inne metody: Można rozważać jedną godzinę dziennie (całość w 24 dni) lub wybrać stałą godzinę w tygodniu, np. w piątki.
Ta forma modlitwy, według objawień, ma na celu ułagodzenie Bożej sprawiedliwości i przynoszenie ulgi w cierpieniach Chrystusa.
popieluszko.rzeszow.pl
24 Godziny Męki Pańskiej – wstęp do rozważań
ZEGAR, aby podążać z bliska za Jezusem, zjednoczyć się z Nim, przyoblec się w Niego, aby odtworzyć w nas Jego myśli, Jego intencje, Jego modlitwy, Jego zadośćuczynienia, Jego cierpienie oraz Jego Miłość; aby wspólnie z Jezusem otaczać Ojca chwałą i dawać Mu zadośćuczynienie, aby zbawić i uświęcić nas samych, jak również naszych braci dla triumfu Jego Królestwa.
Kto napisał “Zegar Męki Pańskiej”?
Sługa Boża Luiza Piccarreta, MAŁA CÓRECZKA WOLI BOŻEJ, jak nazywa ją sam Pan Jezus.
Należy podkreślić, że sporządzenie tych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ nie jest wynikiem genialnego pióra pisarza, ale jest owocem nieustannej kontemplacji i dzielenia Męki Jezusa, co dusza ta czyniła na przestrzeni ponad trzydziestu lat, od kiedy złożyła siebie w ofierze wraz z Jezusem w wieku 16 lat, aż do czasu kiedy przedstawiła je na piśmie mniej więcej w latach 1913-1914. Uczyniła to jedynie z posłuszeństwa św. ojcu Hannibalowi M. Di Francia. Nie jest zatem powierzchowną literaturą mistyczną osoby, która pragnie opublikować swoje rzekome wizje czy objawienia nadprzyrodzone. Jest natomiast bolesnym świadectwem życia ukrzyżowanego z miłości, długich lat przykutych do łóżka, przeżytych przez Luizę na modlitwie, w ciszy, w cieniu i w posłuszeństwie. I tylko posłuszeństwo zdołało ją zmusić do pisania po ogromnej walce, którą musiała stoczyć z samą sobą.
“Zegar” nie jest wynikiem kultury, sztuki pisarskiej lub chęci przekazania własnych objawień czy wizji, nie jest wynikiem fałszywego i niebezpiecznego mistycyzmu, ale jest owocem Posłuszeństwa (Pani Posłuszeństwa) !
“Zegar” przybliża i przekazuje nam Mękę Jezusa, Jego cierpienie oraz Jego Miłość (a wraz z Jezusem, nierozłącznie z Nim, zjednoczona jest Jego i nasza ukochana Mama Bolesna). A wszystko to przybywa do nas za sprawą życia Luizy złożonego w ofierze.
Jaka jest historia powstania “Zegara Męki Pańskiej”?
Gdy Luiza miała 17 lat, w święta Bożego Narodzenia w 1882 roku odprawiała nowennę przygotowującą do tego święta. Wewnętrzny głos Jezusa ilustrował jej tę kontemplację dziewięciu godzin dziennie. Miała w końcu nieoczekiwane widzenie Dzieciątka Jezus, który ją zapraszał, aby wkroczyła głębiej w życie Jego łaski i Jego Miłości. W tym celu polecił jej kontynuować i rozważać inne medytacje (24 medytacje) Jego Męki i śmierci na Krzyżu, rozdzielając je w ciągu 24 godzin w ciągu dnia. Trzydzieści jeden lat później (w 1913 i 1914 r.) w imię posłuszeństwa Luiza musiała spisać owe GODZINY MĘKI. Od tego czasu nieprzerwanie kontynuowała tę praktykę, której z pomocą łaski Bożej – jak sama mówi – nigdy nie przerwała. Od tego czasu wypisała GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ w swojej duszy!
Tak więc święty o. Hannibal M. Di Francia opublikował je w czterech edycjach i sam nadał im tytuł ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ.
Wielu świadków zrelacjonowało, że św. Hannibal M. Di Francia, który się cieszył dużym zaufaniem papieża Piusa X, pewnego dnia przybył szczególnie zadowolony do domu Luizy i powiedział, że zawiózł książkę ojcu świętemu. Papież chciał, aby mu przeczytał kawałek tekstu. Przeczytał więc Godzinę dotyczącą ukrzyżowania. W pewnym momencie papież przerwał mu, mówiąc: Nie tak, Ojcze, trzeba czytać na klęczkach. To Jezus Chrystus przemawia.
Ze “Wstępu do Zegara bolesnej Męki Pańskiej” napisanego przez św. Hannibala Marię di Francia
«ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ napisany przez pobożną osobę»
Opatrzność Boża, która w każdym czasie przysposabia dusze, aby mogły poznać Wolę Bożą, mogły Ją pokochać i tym samym pozwoliły innym Ją poznać i miłować, przysposobiła duszę – jak już wspomniałem w pierwszym rozdziale tej krótkiej rozprawy – która oddała się cierpieniom Boskiego Odkupiciela.
Szczególne natchnienie, jakie miała ta dusza, daje początek nowej i niebywale owocnej metodzie kontemplowania cierpień naszego Pana Jezusa Chrystusa, to znaczy, przywołując jedna po drugiej dwadzieścia cztery godziny (od 5 po południu w Wielki Czwartek do 5 po południu w Wielki Piątek) i kontemplując godzina po godzinie to, co Jezus Chrystus przecierpiał kolejno w tych 24 godzinach.
Powiedzieliśmy, że jest to nowa metoda, nie ze względu na sprowadzenie cierpień naszego Pana do 24 godzin, ale ze względu na formę, uczucia i cele, które tworzą zupełnie nową metodę kontemplacji.
Tak więc podział Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa na 24 godziny nie jest nowością, ponieważ jest to tak zwany ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ, który występuje w wielu religijnych książkach, takich jak „Filotea” Giuseppe Rivy, „Giardino spirituale” („Duchowy Ogród”), jak również w duchowych dziełach doktora Kościoła, św. Alfonsa. Jakkolwiek u wielu autorów istnieje pewna mała różnica w godzinach.
Jak każdy może zauważyć, ten kult ZEGARA BOLEŚCI, pośród tych wszystkich odnoszących się do Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa i cierpienia Jego Przenajświętszej Matki, jest jednym z najważniejszych, ponieważ analizuje i rozważa jedno po drugim wszystkie cierpienia zewnętrzne i wewnętrzne naszego uwielbionego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Jest to pewien rodzaj drogi krzyżowej, pełniejszej i bardziej kompletnej, ponieważ nie rozpoczyna się od skazania naszego Pana na śmierć przez sąd Piłata, ale zaczyna się dokładnie tam, gdzie rozpoczyna się Bolesna Męka, czyli od pożegnania się naszego Pana Jezusa Chrystusa ze swoją Przenajświętszą Matką (według pobożnego i powszechnego przekonania), aby pójść na śmierć. Po tym następuje Ostatnia Wieczerza, Ogrójec, pojmanie itd.
Ale nowością ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ tej samotnej Duszy, która go napisała i mi powierzyła, jest to, że po pierwsze, o zadośćuczynieniu 24 godzin nie wspomniała ani słowem, w odróżnieniu od autorów przeze mnie wyżej wymienionych, ograniczając się do wypowiedzi dla przykładu: od 6 do 7 rano Jezus zostaje przyprowadzony przed Piłata, od 7 do 8 zostaje zaprowadzony do Heroda itd. Ale to, co wydarzyło się w każdej godzinie, ta samotna Dusza w ekstazie przedstawia żywym opisem i dodaje rozważania, uczucia i zadośćuczynienia. Po drugie, te uczucia i te zadośćuczynienia są tak wyjątkowe, nowe i tak głębokie, że nie wydają się dziełem ludzkim, ale niebiańskim.
Wszystko wydaje się nowością w tych świętych medytacjach. Mimo że rozważa się te same tajemnice, o których tak wiele zostało już napisane i które rozważane były przez wielu świętych autorów, nie mniej jednak boskie natchnienie, które nieustannie czyni rzeczy nowe i zróżnicowuje pod wieloma postaciami swoją łaskę (multiformis gratia Dei), przejawia się za pośrednictwem tej duszy w unikalny sposób.
Podajemy na wstępie, że ta pobożna osoba, która pisze, nie jest osobą wykształconą. Zaledwie umie czytać i pisać. Mimo to cierpienia, krzywdy, zniewagi i udręki uwielbionego Zbawiciela Jezusa są żywo opisane za pomocą słów, które przenikają serce, poruszają go, dotykają i przyciągają ku Miłości.
Miłość – zauważmy to – Boża Miłość, w swojej najczulszej postaci, jest przewodnią nutą owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ, czyli miłość Jezusa Chrystusa do ludzi oraz miłość tej samotnej Duszy do Jezusa Chrystusa. Jest ona oblubienicą, która wyraża pełne miłości współczucie swojemu Ukochanemu. Współczuje Mu, tuli Go, obejmuje, całuje i jeszcze raz całuje, towarzyszy Mu w każdym Jego cierpieniu, nieustannie Go zastępując, czyli w miarę swoich możliwości zajmując miejsce Umiłowanego, który cierpi. Przyjmuje wszystko na siebie, jak gdyby w tym pobożnym zastąpieniu chciała oszczędzić najwyższe Dobro, i to właśnie teraz, jak gdyby to było wówczas czynione. Dla tej kontemplacyjnej Duszy nie ma przeszłości. Odtwarza sceny, jak gdyby były teraźniejszością i wczuwa się w nie. W porywie współczucia i miłości spieszy w kierunku Ukochanego z tak pełnym ufności uniesieniem, że całując Go w oczy, w twarz, w usta, w ręce, w stopy i w Serce, prosi także o pełne miłości pocałunki Jezusa. Czyni to z taką zażyłością, że w niewielu duszach z tych najbardziej kochających można spotkać podobną. To Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami, która woła: „niech mnie ucałuje pocałunkiem swych ust”. Nie ma wątpliwości, że jeśli nasz Pan bardzo lubi pełną szacunku bojaźń, to Jego umiłowane Serce nie mniej lubi synowską i czułą ufność. I jak możliwe jest nie mieć tej ufności w Tym, który mogąc nas odkupić, przelewając tylko jedną kroplę swojej drogocennej Krwi, chciał przelać Ją wszystką pośród najbardziej niebywałego cierpienia i najbardziej nikczemnych zniewag, aby nam pokazać, jak bardzo nas kocha? Czy dusza wymaga zbyt wiele, prosząc o pocałunki Jezusa, który dał nam i nadal daje całego siebie? Dlaczego nasze grzechy miałyby nas powstrzymać od tego wielkiego zaufania miłości, jeśli je oczyściliśmy pokutą i pokorą? Czyż nie jest prawdą, że Ojciec syna marnotrawnego, kiedy go ujrzał powracającego, rzucił mu się na szyję i go ucałował? (Łk 15,17). A czyż i owca na ramionach Dobrego Pasterza nie była głaskana i całowana? Czyż nie jest prawdą to, co powiedziała anielska oblubienica Jezusa, św. Agnieszka: „Kocham Go tak, że im bardziej Go obejmuję i dotykam, tym bardziej staję się czysta i niewinna”? Ach, niech pełna miłości ufność, która wypływa z pokornego serca, skradnie Serce Boga! W ten oto sposób stajemy się dziećmi, jak nauczał nasz Pan, gdy przytulając dziecko do swojej kochającej piersi, powiedział: „Do nich należy Królestwo Niebieskie” (Mt 18,2).
Taka jest ufność, która wypływa z każdej strony owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ. Dusza, która bierze do ręki tę książkę i z tym przewodnikiem oddaje się tej pobożnej praktyce, będzie stopniowo dzielić uczucia, współczucie, miłość i zaufanie, które wypełniają tę książkę aż po brzegi.
Czasami ta samotna Dusza wprowadza w tej książce wypowiedzi naszego Pana Jezusa Chrystusa. A więc słowa, które przywołuje, nie są już jej własnym odczuciem, ale natchnieniem wyrażonym słowami, jakie dusza jest w stanie dobrać, ponieważ każde natchnienie i każde objawienie, które dociera do nas przez kanał ludzki, zależy od możliwości czy mistycznej intuicji danej osoby. Stąd różnorodność ekspresji dusz kontemplacyjnych w odniesieniu do tego samego tematu.
Dusza twórczyni owego ZEGARA BOLEŚCI jest nowatorska w efektach, ale jeszcze bardziej nowatorska – i rzekłbym – unikalna w zadośćuczynieniach.
W prawdzie zadośćuczynienia za wszelkie zniewagi, których doznaje nasz Pan Jezus Chrystus, zawsze były głównym tematem wielu kochających dusz, tematem wielu książek religijnych, a niekiedy tematem szczególnych objawień. Tak na przykład, mamy pisma Błogosławionej (1) Małgorzaty Alacoque, która w nabożeństwie do Najświętszego Serca Jezusa załącza szczególne zadośćuczynienia. Cel nabożeństwa do Najświętszego Imienia Jezusa i Jego Najświętszego Oblicza jest jeszcze bardziej skierowany na zadośćuczynienie zniewagom Pana, co ukazują piękne objawienia, które miała czcigodna siostra Maria od św. Piotra, karmelitanka. Wszystkie te zadośćuczynienia zwykle składają się z wyrazów szacunku, wynagrodzeń i modlitw.
Zadośćuczynienia owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ są natomiast wczuwaniem się w zadośćuczynienia, które składał sam nasz Pan Jezus Chrystus. Są zagłębianiem się w odczucia Najświętszego Serca Jezusa i w Jego boskie cierpienia. Wraz z Jezusem, który cierpi, modli się, poświęca i składa zadośćuczynienie, dusza współczuje, modli się, poświęca i składa zadośćuczynienie. A za co dusza składa zadośćuczynienie? Tutaj zadośćuczynienia wzmagają się, pomnażają się w nieskończoność i dostosowują się do każdego rodzaju grzechu, który mógłby mieć związek z poszczególnymi cierpieniami naszego Pana. Można powiedzieć, że od pierwszego do ostatniego słowa, dzieło to jest nieustannym i wielorakim zadośćuczynieniem za wszystkie grzechy i za każdy jego rodzaj, i nie tylko za grzechy ciężkie, lecz także za te lżejsze, i nie tylko za grzechy, które zostały popełnione przeciwko godnej uwielbienia Osobie Jezusa Chrystusa, kiedy był w rękach swych wrogów, lecz także za wszystkie grzechy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe, w osobie każdego grzesznika, zarówno straconego, jak i wybranego. Współczująca (2) dusza zanurza się niemal w każdą mękę naszego Pana, odmierza – w takim stopniu, w jakim jest w stanie zrobić to istota ludzka – jej bezdenną otchłań i łącząc się z bezgranicznym zamiarem zadośćuczynienia cierpiącego Boga-Człowieka, składa Jemu, Ojcu i Bożej sprawiedliwości niekończące się zadośćuczynienie za wszystkich i za wszystko!
Tym jest właśnie ogromne, konieczne i uniwersalne zadośćuczynienie, którego wymagają nasze czasy, spotęgowana nieprawość współczesnych pokoleń!
O WARTOŚCI I UŻYTECZNOŚCI TYCH GODZIN ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ I JAK BARDZO SĄ ONE MIŁE NASZEMU PANU
Z należytą rezerwą i kierując się całkowitym posłuszeństwem wobec orzeczenia Kościoła Świętego, i nie wymagając żadnej innej wiary niż ludzkiej, według tego, co wskazuje mądry Dekret Urbana VIII, przedkładam tutaj niektóre objawienia, które nasz Pan Jezus Chrystus przekazał tej samotnej Duszy, dając natchnienie do tego dzieła. Objawienia, które ukazują, jak miłe jest uwielbionemu Sercu Jezusa zrobienie z nich użytku.
Zaczynam od przytoczenia listu, który wysłała mi Autorka:
„Przewielebny Ojcze, nareszcie przedkładam Ojcu spisane Godziny Męki Pańskiej, wszystko dla chwały naszego Pana. Załączam też stronę, która zawiera owoce, zasługi i obietnice Jezusa dla każdego, kto będzie rozważał owe Godziny Męki. Sądzę, że jeśli ten, kto będzie je rozważał, jest grzesznikiem, nawróci się; jeśli jest niedoskonały, osiągnie doskonałość; jeśli jest święty, stanie się bardziej świętym; jeśli ulega pokusom, odniesie zwycięstwo; jeśli jest cierpiący, znajdzie w tych Godzinach siłę, lekarstwo i pocieszenie, a jeśli jego dusza jest słaba i nędzna, znajdzie pokarm duchowy i zwierciadło, w którym nieustannie będzie mógł się przeglądać, aby się upiększyć i upodobnić do Jezusa, naszego wzoru.
Zadowolenie, jakie błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy owe GODZINY jest tak duże, że chciałby, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji, do praktykowania, znajdował się w każdym mieście lub miasteczku, ponieważ gdy je rozważamy, dzieje się tak, jakby Jezus słyszał w tych zadośćuczynieniach odtwarzany swój własny głos i swoje własne modlitwy, które wznosił do Ojca podczas 24 godzin swojej bolesnej Męki. I jeśli byłoby to praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miasteczku, to wydaje mi się, że Jezus daje mi do zrozumienia, iż sprawiedliwość Boża zostałaby częściowo złagodzona, a jej bicze byłyby częściowo powstrzymane i jak gdyby osłabione w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi. Niech wielebny Ojciec wystosuje apel do wszystkich. Niech tym sposobem dopełni dzieła, które mój uwielbiony Jezus dał mi do zrobienia.
Chcę również powiedzieć Ojcu, że celem owych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ nie jest tylko odtworzenie historii Męki, ponieważ jest wiele książek, które traktują o tym nabożnym temacie, i nie byłoby potrzeby pisania jeszcze jednej. Ale celem owych Godzin jest ZADOŚĆUCZYNIENIE, czyli dusza jednoczy (proszę zauważyć) rozmaite momenty Męki naszego Pana z wieloma różnymi przewinieniami i wspólnie z Jezusem daje godne zadośćuczynienie, i zwraca Mu niemal wszystkiego, co każde stworzenie jest Mu winne. Stąd też różne sposoby składania zadośćuczynień w owych GODZINACH. To oznacza, że w niektórych fragmentach dusza błogosławi, w innych współczuje, w innych wychwala, w jeszcze innych niesie pociechę cierpiącemu Jezusowi, a w innych wynagradza, błaga, modli się i uprasza. Pozostawiam więc Wam, Wielebny Ojcze, ukazanie za pomocą przedmowy celu tych pism”.
Strona, o której mówi Autorka na początku swojego listu, zawiera (poniżej przytoczone) to, co nasz Pan jej powiedział…
Fragmenty zaczerpnięte z tomów autobiograficznego dziennika Luizy
Znajdując się w swoim zwyczajowym stanie, rozmyślałam nad Męką naszego Pana i gdy to czyniłam, On przyszedł i powiedział do mnie: Córko moja, tak miły jest dla Mnie ten, kto stale rozmyśla nad moją Męką, ubolewa nad nią i Mi współczuje, że czuję się jakby pokrzepiony we wszystkim, co przecierpiałem podczas swojej Męki. A nieustannie nad nią rozmyślając, dusza przygotowuje w ten sposób stały pokarm. W tym pokarmie znajdują się różne przyprawy i smaki, które przynoszą różne efekty. Tak więc, jeśli podczas mojej Męki związano Mnie powrozami i łańcuchami, dusza Mnie odwiązuje i daje Mi wolność. Ci wzgardzili Mną, pluli na Mnie i Mnie obrażali, a ona Mnie szanuje, oczyszcza z tych opluć i Mnie wielbi. Ci obnażyli Mnie i biczowali, ona zaś leczy moje rany i Mnie przyodziewa. Ci ukoronowali Mnie cierniem, traktując jak król pośmiewisko, wypełnili moje usta żółcią i Mnie ukrzyżowali. Dusza, rozmyślając nad wszystkimi moimi bólami, koronuje Mnie chwałą i oddaje Mi cześć, uznając Mnie za swojego Króla. Wypełnia moje usta słodyczą, dając mi najbardziej wykwintny pokarm, którym jest pamięć o moich własnych czynach. A wyjmując gwoździe i zdejmując Mnie z Krzyża, sprawia, że Ja się odradzam w jej sercu, dając jej w nagrodę, za każdym razem, gdy to czyni, nowe życie łaski. Jest ona zatem moim pokarmem, a Ja czynię siebie jej stałym pożywieniem. Tym więc, co najbardziej lubię, jest nieustanne rozmyślanie nad moją Męką. (Tom 7, 9 listopada 1906)
Pisałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ i tak sobie rozmyślałam: Ile poświęceń wymaga pisanie tych błogosławionych GODZIN MĘKI, zwłaszcza przedstawianie na piśmie niektórych wewnętrznych przeżyć, które zaszły tylko pomiędzy mną i Jezusem! Jaką On mi da za to rekompensatę?
A Jezus, pozwalając mi słyszeć swój łagodny i słodki głos, powiedział do mnie: Córko moja, w nagrodę za to, że napisałaś GODZINY MĘKI, za każde słowo, które napisałaś, dam ci pocałunek i duszę.
A ja: Miłości moja, to dla mnie, a co dasz tym, którzy będą je rozważać?
A Jezus: Jeśli będą je rozważać wspólnie ze Mną i za pomocą mojej własnej Woli, im również dam duszę za każde słowo, które przeczytają, ponieważ większy lub mniejszy efekt tych GODZIN MĘKI wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać.
Innym razem skarżyłam się Jezusowi, że po tak wielu poświęceniach przy pisaniu tych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ rozważało je tylko kilka dusz.
A On: Córko moja, nie narzekaj. Nawet gdyby była tylko jedna, powinnaś być zadowolona. Czyż nie zniósłbym całej swojej Męki, nawet gdyby tylko jedna dusza miała być zbawiona? Tak samo i ty. Dobro nigdy nie może być pomijane z powodu tego, że tylko kilku z niego korzysta. Całe zło jest po stronie tego, kto z niego nie korzysta. I tak jak moja Męka sprawiła, iż moje Człowieczeństwo zdobyło zasługi, jak gdyby wszyscy zostali zbawieni, choć nie wszyscy są zbawieni (ponieważ moją Wolą było zbawienie wszystkich, więc zdobyłem zasługi zgodnie z tym, czego chciałem, a nie zgodnie z tym, jakie korzyści wyciągną z tego stworzenia), tak też i ty otrzymasz rekompensatę w zależności od tego, jak twoja wola się utożsamia z moją w chęci czynienia dobra dla wszystkich. Całe zło jest po stronie tych, którzy mogąc, nie czynią tego. GODZINY te mają największą wartość spośród wszystkiego, ponieważ nie są niczym innym jak powtórzeniem tego, co Ja czyniłem w trakcie swojego śmiertelnego życia i tego, co nadal czynię w Najświętszym Sakramencie. Gdy słyszę te GODZINY MOJEJ MĘKI, słyszę swój własny głos i swoje własne modlitwy. Widzę w tej duszy swoją Wolę, której pragnieniem jest dobro wszystkich i zadośćuczynienie za wszystkich, i czuję się porwany, aby w niej zamieszkać i czynić w niej to, co ona sama czyni. Och, jak bardzo bym chciał, żeby w każdej miejscowości choć jedna osoba rozważała te GODZINY MOJEJ MĘKI! Słyszałbym siebie samego w każdej miejscowości, a moja sprawiedliwość, ogromnie oburzona w tych czasach, zostałaby częściowo złagodzona. (Tom 11, październik 1914)
Rozważałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ, a Jezus, cały zadowolony, powiedział do mnie: Córko moja, gdybyś wiedziała, jaką ogromną radość sprawia Mi, gdy widzę cię powtarzającą i jeszcze raz powtarzającą GODZINY MOJEJ MĘKI, to byłabyś szczęśliwa. Prawdą jest, że moi święci rozważali moją Mękę i rozumieli, jak bardzo cierpiałem, rozpływali się we łzach współczucia, i to tak bardzo, że czuli się wyniszczeni z miłości do mojego bólu, ale nie czynili tego w taki ciągły i powtarzający się sposób i w takim porządku. Dlatego mogę powiedzieć, że jesteś pierwszą, która dostarcza Mi tak wielkiej i wyjątkowej przyjemności. Godzina po godzinie rozważasz szczegółowo moje Życie i to, co przecierpiałem. Czuję się tak bardzo przyciągnięty tym, co czynisz, że godzina po godzinie daję ci pokarm i sam spożywam ten pokarm razem z tobą, i czynię razem z tobą to, co ty czynisz. Niemniej jednak wiedz, że odwdzięczę ci się za to szczodrze nowym światłem i nowymi łaskami. Nawet po twojej śmierci, za każdym razem, gdy dusze na ziemi będą rozważać te GODZINY MOJEJ MĘKI, Ja w Niebie będę cię okrywać nowym światłem i nową chwałą. (Tom 11, 4 listopada 1914)
Kiedy trwałam w swoim zwyczajowym stanie, mój uwielbiony Jezus ukazał się cały otoczony światłem, które wydobywało się z wnętrza Jego Najświętszego Człowieczeństwa i tak Go upiększało, że tworzyło przepiękny i zachwycający widok. Byłam zaskoczona, a On powiedział do mnie: Córko moja, każdy ból, który przecierpiałem, każda kropla krwi, każda rana, modlitwa, czyn, krok itp. wytworzyły światło w moim Człowieczeństwie, tak iż upiększyło Mnie, zachwycając wszystkich błogosławionych. Przy każdej myśli, którą dusza snuje o mojej Męce, przy każdym współczuciu, zadośćuczynieniu itd., nie robi nic innego, jak czerpie światło z mojego Człowieczeństwa, tak że upiększa się na moje podobieństwo. Jedna więc myśl więcej o mojej Męce będzie jednym światłem więcej, które przyniesie jej radość wieczną.(Tom 11, 23 kwietnia 1916)
(…) Byłam pośród wielu dusz. Wydawało się, że były to dusze z czyśćca i święci.Mówili do mnie o osobie, którą znałam i która niedawno zmarła. Mówili do mnie: Czuje się on szczęśliwy, widząc, że nie ma duszy, która by wstępowała do czyśćca i nie miała na sobie piętna GODZIN MĘKI, a wspomagana i otoczona przez te GODZINY, zajmuje pozycję w bezpiecznym miejscu. Nie ma duszy udającej się do raju, której by nie towarzyszyły te GODZINY MĘKI. GODZINY te sprawiają,że z Nieba spływa nieustanna rosa na ziemię, na czyściec, a nawet na Niebo.
Słysząc to, powiedziałam do siebie: Może mój ukochany Jezus, aby dotrzymać dane mi słowo – że da duszę za każde słowo GODZIN MĘKI – sprawia, że nie ma duszy zbawionej, która by nie skorzystała z tych GODZIN. Następnie powróciłam do siebie i znalazłszy swojego ukochanego Jezusa, zapytałam Go, czy to prawda. A On: GODZINY te są porządkiem Wszechświata i utrzymują Niebo i ziemię w harmonii oraz powstrzymują Mnie przed całkowitym zniszczeniem świata. Czuję, jak puszczasz w ruch moją Krew, moje rany, moją miłość i wszystko, co uczyniłem. I płynie to nad wszystkimi, aby przynieść zbawienie wszystkim. A gdy dusze rozważają te GODZINY MĘKI, czuję, jak puszczają w ruch moją Krew, moje rany i moje pragnienie zbawienia dusz. A ponieważ odczuwam, ponawianie swojego własnego Życia, to jakże stworzenia mogą otrzymać jakiekolwiek dobro, jeśli nie za sprawą tych GODZIN?… Dlaczego w to wątpisz? Sprawa nie jest twoja, lecz moja. Ty byłaś tylko przymuszonym i słabym narzędziem.(Tom 12, 16 maja 1917)
Gdy jak zawsze rozważałam dalej GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ, mój uwielbiony Jezus powiedział do mnie: Córko moja, świat jest w procesie nieustannego odnawiania mojej Męki. A ponieważ moja Nieskończoność ogarnia wszystko zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz stworzeń, więc w kontakcie z nimi jestem zmuszony przyjąć gwoździe, ciernie, chłosty, wzgardę, oplucie i wszystko, co przecierpiałem w czasie Męki, a nawet i jeszcze więcej. Przez kontakt z duszami, które rozważają owe GODZINY MOJEJ MĘKI, czuję, jak są Mi wyciągane gwoździe, łamane ciernie, gojone rany i zmywane oplucia. Czuję, jak zło, które czynią Mi inni, wymieniane jest na dobro. I czując, że kontakt z nimi nie czyni Mi zła, lecz dobro, coraz bardziej się na nich wspieram.
Ponadto błogosławiony Jezus, wracając do rozmowy o tych GODZINACH MĘKI, powiedział: Córko moja, wiedz, że gdy dusza rozważa te GODZINY, bierze moje myśli i czyni je swoimi, bierze moje najbardziej intymne włókna i czyni je swoimi, i wznosząc się pomiędzy Niebem a Ziemią, sprawuje mój własny urząd, i jako współodkupicielka mówi razem ze Mną: „Ecce ego, mitte me [oto ja, poślij mnie]. Chcę Ci zadośćuczynić za wszystkich, odpowiedzieć za wszystkich i wyprosić dobro dla wszystkich”. (Tom 11, 6 listopada 1914)
Dodam, że rozmyślałam sobie o ukochanej Mamie, a Jezus powiedział do mnie: Córko moja, mojej kochanej Mamie nigdy nie umknęła myśl o mojej Męce, a dzięki jej powtarzaniu, wypełniła się Mną calutka. Tak samo dzieje się z duszą. Dzięki powtarzaniu tego, co przecierpiałem, wypełnia się Mną. (Tom 11, 24 marca 1913)
Rozmyślałam o Męce swojego ukochanego Jezusa, a On przyszedł i powiedział do mnie: Córko moja, za każdym razem, gdy dusza rozmyśla nad moją Męką, gdy wspomina, co przecierpiałem, lub Mi współczuje, otrzymuje na nowo dar zasług mojego cierpienia. Moja Krew tryska, aby ją zalać, a moje Rany pospieszają, aby ją wyleczyć, jeśli jest pokryta ranami albo ją upiększyć, jeśli jest zdrowa, a wszystkie moje zasługi przelewają się, aby ją wzbogacić. Ruch, który wywołuje, jest zaskakujący. To tak jakby umieściła w banku wszystko, co uczyniłem i wycierpiałem, zyskując dwukrotnie więcej. Wszystko więc, co uczyniłem i wycierpiałem, nieustannie się oddaje człowiekowi, tak jak słońce nieustannie daje ziemi światło i ciepło. Moje działanie się nie wyczerpuje. Wystarczy, że dusza tego zapragnie i ile razy chce, tyle razy może otrzymać owoc mojego Życia. Jeśli więc wspomina moją Mękę dwadzieścia razy lub sto tysięcy razy, tyle razy więcej będzie się cieszyła jej owocami. Ale jak mało jest tych, którzy czynią z niej skarb! Mimo całego dobra mojej Męki, widać dusze słabe, ślepe, głuche, nieme, chrome, żywe trupy, które budzą jedynie wstręt. Dlaczego? Ponieważ moja Męka poszła w zapomnienie. Moje bóle, moje rany i moja krew są wzmocnieniem, które przezwycięża słabości, są światłem, które daje wzrok ślepym, są językiem, który rozwiązuje języki i otwiera słuch, są drogą, która wyprostowuje chromych, są życiem, które wskrzesza umarłych… Wszelkie środki zaradcze niezbędne ludziom znajdują się w moim Życiu i w mojej Męce, ale stworzenia gardzą lekarstwem i się nie troszczą o środki. Widać więc, że mimo całego Odkupienia, stan człowieka się pogarsza, jakby był dotknięty nieuleczalną chorobą. Ale najbardziej Mnie boli widok ludzi religijnych, którzy się trudzą, aby zdobyć doktryny, filozofie, mało znaczące rzeczy, a o moją Mękę wcale się nie troszczą. Moja Męka jest więc często wydalana z kościołów i z ust kapłanów. Ich mowa jest zatem pozbawiona światła, a społeczeństwa są jeszcze bardziej spragnione niż wcześniej. (Tom 13, 21 października 1921)
Rozważałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ. Błogosławiony Jezus powiedział zaś do mnie: Córko moja, w ciągu mojego Życia na ziemi tysiące aniołów towarzyszyło mojemu Człowieczeństwu i gromadziło wszystko, co robiłem: słowa, czyny, kroki, a nawet westchnienia, ból, krople mojej krwi, jednym słowem wszystko. Byli to aniołowie wyznaczeni, aby się Mną opiekować i oddawać Mi cześć, gotowi na każde moje skinienie. Schodzili z Nieba i wstępowali do niego, aby zanieść Ojcu wszystko, co robiłem. A teraz ci aniołowie posiadają specjalne zadanie. Gdy dusza wspomina moje Życie, moją Mękę i moje modlitwy, otaczają ją, zbierają jej słowa, jej modlitwy, współczucie, które Mi okazuje, jej łzy i ofiary, łączą je z moimi i zanoszą przed mój Majestat, aby Mi odnowić chwałę mojego własnego Życia. A radość aniołów jest tak wielka, że pełni szacunku oczekują, aby usłyszeć, co dusza powie, i się modlą razem z nią… Z jaką więc uwagą i z jakim szacunkiem dusza powinna rozważać owe GODZINY, pamiętając, że aniołowie chłoną jej słowa, żeby powtórzyć po niej to, co mówi!
A następnie dodał: Przy tylu goryczach, które otrzymuję od stworzeń, owe GODZINY są małymi słodkimi łykami, jakie dają Mi dusze. Ale za mało jest tej słodyczy w porównaniu do tak wielu gorzkich łyków, które otrzymuję. Dlatego bardziej je rozpowszechniajcie, bardziej rozpowszechniajcie! (Tom 11, 13 października 1916)
W jaki sposób można rozważać owe GODZINY MĘKI?
Jedną z metod jest rozważanie jednej GODZINY dziennie samemu lub z rodziną, lub z innymi osobami. W ten sposób w ciągu 24 dni rozważane są w komplecie 24 GODZINY. Dobry zegar nigdy się nie zatrzymuje. Życie także się nie zatrzymuje
Inną metodą jest utworzenie grup składających się z czterech, ośmiu, dwunastu lub nawet 24 osób, również i rodzin. Każda z tych osób rzetelnie się zobowiązuje do rozważania jednej z GODZIN, tej, którą jej powierzono, przez pewien czas aż do zmiany GODZINY. Dobry zegar wskazuje wszystkie GODZINY, żadnej nie pomija…
Trzecim sposobem jest rozważanie co najmniej jednej GODZINY dziennie, tej, która wypada w danej chwili dnia. W każdym razie byłoby pożądane, aby dojść do takiej znajomości GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ i przyswoić je w takim stopniu, żeby można było śledzić myślami ich zawartość przez cały dzień.
„Rozważać” GODZINĘ MĘKI PAŃSKIEJ oznacza czytać ją dokładnie, zagłębiać ją, kontemplować i czynić modlitwą i własnym życiem… Tak, ponieważ nie jest to powierzchowne rozważanie Męki, którą każdy czyni, jak może, tak jak na przykład rozważa się tajemnice bolesne Różańca Świętego, ale jest to konkretny i specyficzny sposób, zainspirowany miłością Jezusa, aby przede wszystkim utożsamić się z Wolą Bożą oraz stale i nieprzerwanie przeżywać wewnętrzne Życie Jezusa i wszystko, co uczynił w czasie swojej Męki.
Każda GODZINA zajmuje niewiele czasu. Niektóre GODZINY są dłuższe, a inne krótsze. Spokojne i uważne czytanie zajmuje przeciętnie mniej niż pół godziny. Niektóre mogą być dłuższe. GODZINY, które są trudne do zrobienia we wskazanym czasie jak na ogół godziny nocne, mogą być przeniesione i rozważane w innym czasie.
Jednak ważne jest, aby podjęte zobowiązanie było codziennie dotrzymywane. Kiedy dana osoba zobowiązuje się przez jakiś czas rozważać pewną GODZINĘ, nie powinna się przejmować, myśląc: „ależ wciąż ta sama GODZINA”, ponieważ jeśli ją rozważa uważnie i z należytą miłością, nigdy nie będzie ona taka sama. Następnie należy ćwiczyć się w stałym jej rozważaniu i nie brać pod uwagę nic innego jak tylko to, aby dotrzymywać towarzystwa naszemu Panu. Po pewnym czasie, gdy widzimy, że ZEGAR działa, możemy przejść do rozważania kolejnych GODZIN. W ten sposób widać wyraźnie, że nie jest to „coś do przeczytania” i na tym koniec ani nie jest to kolejne pobożne ćwiczenie czy religijna praktyka, ale jest to wychowanie do życia – do wewnętrznego Życia, które przeżył Jezus. I tak nadejdzie taki moment, kiedy te zadośćuczynienia i czyny wewnętrzne Jezusa wypełnią nasz umysł i serce nie tylko podczas tego czytania, lecz także podczas wykonywania innych czynności lub w kontakcie z innymi osobami, przez całą GODZINĘ i przez cały dzień. Poczujemy wówczas raz za razem, że Jezus żyje w nas nie tylko naszym życiem, lecz także swoim własnym Życiem.
GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ są modlitwą Luizy. Tak więc napisała je, używając podmiotu w liczbie pojedynczej rodzaju żeńskiego (w końcówkach przymiotników itp.). Dlatego też nawet jeśli są to modlitwy przeznaczone dla wszystkich, musimy wziąć pod uwagę, że wiele wyrażeń i sposobów obcowania z Jezusem są charakterystyczne dla Luizy, czyli dla tej, która jest Oblubienicą, jak również dla jej osobowości. Co więcej, słowa Jezusa nie są dosłownie przez Niego wypowiedziane (w przeciwieństwie do „Dziennika”), ale zostały wypielęgnowane przez Luizę w głębi jej duszy.
Dwadzieścia cztery GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ
(od 5 do 6 po południu) Jezus żegna swoją Matkę
(od od 6 do 7 wieczorem) Jezus udaje się do Wieczernika
(od 7 do 8 wieczorem) Wieczerza Starotestamentalna
(od 8 do 9 wieczorem) Wieczerza Eucharystyczna
(od 9 do 10 w nocy) Pierwsza godzina konania w ogrodzie Getsemani
6. (od 10 do 11 w nocy) Druga godzina konania w ogrodzie Getsemani
(od 11 w nocy do 12 o północy) Trzecia godzina konania w ogrodzie Getsemani
(od 12 o północy do 1 w nocy) Pojmanie Jezusa
(od 1 do 2 w nocy) Jezus, potknięty o skałę, wpada do potoku Cedron
(od 2 do 3 w nocy) Jezus przyprowadzony do Annasza
(3 do 4 nad ranem) Jezus w domu Kajfasza, który skazuje Go na śmierć
(od 4 do 5 rano) Jezus na łasce żołnierzy
(od 5 do 6 rano) Jezus w więzieniu
(od 6 do 7 rano) Jezus ponownie przed Kajfaszem, który potwierdza wyrok i odsyła Go do Piłata
(od 7 do 8 rano) Jezus przed Piłatem, Piłat odsyła Go do Heroda
(od 8 do 9 rano) Jezus jest ponownie przyprowadzony do Piłata, a Barabasz zostaje przedłożony nad Jezusa. Biczowanie Jezusa
(od 9 do 10 rano) Jezus cierniem ukoronowany i przedstawiony ludowi: „Oto Człowiek”. Jezus skazany na śmierć
(od 10 do 11 rano) Jezus bierze Krzyż i wyrusza na Kalwarię, gdzie zostaje obnażony
(od 11 rano do 12 w południe) Jezus ukrzyżowany
(od 12 w południe do 1 po południu) Pierwsza godzina konania na Krzyżu
(od 1 do 2 po południu) Druga godzina konania na Krzyżu
(od 2 do 3 po południu) Trzecia godzina konania na Krzyżu. Śmierć Jezusa
(od 3 do 4 po południu) Zmarły Jezus przebity ciosem włóczni. Zdjęcie Jezusa z Krzyża
(od 4 do 5 po południu) Złożenie Jezusa do grobu. Najświętsza Maryja opuszczona
Przygotowanie do każdej GODZINY
O mój Panie Jezu Chryste, upadam na twarz w Twojej boskiej obecności i błagam Twoje najgoręcej kochające Serce, aby zechciało mnie wprowadzić w bolesne rozważanie 24 GODZIN, w trakcie których z miłości do nas chciałeś cierpieć tak bardzo w swym uwielbionym Ciele i w swej Najświętszej Duszy, aż po śmierć na Krzyżu. Och, udziel mi pomocy, łaski, miłości, głębokiego współczucia i zrozumienia Twoich cierpień, gdy teraz rozważam godzinę…
A dla tych godzin, których nie mogę rozważać, ofiarowuję Ci swoją wolę rozpamiętywania ich i zamierzam świadomie je rozważać w każdym czasie, który muszę poświęcić na pełnienie swoich obowiązków lub na sen.
Przyjmij, o miłościwy Panie, moją pełną miłości intencję i spraw, aby było to dla pożytku mojego i innych, jak gdybym w sposób najbardziej skuteczny i święty dopełnił tego, co chcę uczynić.
Tymczasem składam Ci dzięki, o mój Jezu, że za pośrednictwem modlitwy wzywasz mnie do zjednoczenia się z Tobą. I aby sprawić Ci jeszcze większą radość, biorę Twoje myśli, Twój język, Twoje Serce i zamierzam się nimi modlić, wtapiając całego siebie w Twoją Wolę i w Twoją Miłość. I wyciągając ramiona, aby Cię objąć, kładę głowę na Twoim Sercu i zaczynam…
Dziękczynienie po każdej GODZINIE
Mój uwielbiony Jezu, zawołałeś mnie w tej GODZINIE swojej Męki, abym Ci dotrzymał towarzystwa, i ja przybiegłem. Zdawało mi się, że słyszę Cię, jak w udręce i boleści się modlisz, składasz zadośćuczynienie, cierpisz oraz upraszasz o zbawienie dusz najbardziej wzruszającymi i wymownymi słowami. Starałem się towarzyszyć Ci we wszystkim. A ponieważ muszę Cię teraz opuścić, żeby się zająć swoją pracą, czuję się w obowiązku powiedzieć Ci dziękuję i błogosławię Cię.
Tak, o Jezu, to dziękuję powtarzam Ci tysiąc tysięcy razy i błogosławię Cię za wszystko, co uczyniłeś i przecierpiałeś za mnie i za każdego. Dziękuję Ci i błogosławię Cię za każdą kroplę krwi, którą przelałeś, za każdy oddech, za każde uderzenie serca, za każdy krok, słowo, spojrzenie, gorycz i upokorzenie, którego doznałeś. Wszystko, o mój Jezu, zamierzam oznaczyć moim dziękuję Ci i błogosławię Cię. Tak, o Jezu, spraw, aby z całej mojej istoty płynął ku Tobie nieprzerwany potok dziękczynienia i błogosławieństw, tak abym mógł ściągnąć na siebie i na wszystkich potok Twoich błogosławieństw i Twoich łask. Och, Jezu, przytul mnie do swojego Serca i swoimi najświętszymi rękami oznacz każdą cząstkę mojej istoty Twoim błogosławię Cię, tak aby nie mogło wypłynąć ze mnie nic prócz nieustannego hymnu na Twoją cześć.
95 lat temu Pan Jezus objawił się siostrze FaustynieKowalskiej
95 lat temu Chrystus Miłosierny objawił się siostrze Faustynie Kowalskiej. Wydarzyło się to w jej celi w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku.
Widzenie opisane w „Dzienniczku”
Siostra Faustyna Kowalska wieczorem 22 lutego 1931 roku przebywała w swej celi w płockim klasztorze, kiedy objawił się jej Pan Jezus. Faustyna tak to opisała w swoim „Dzienniczku”: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie: jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.
Święto Miłosierdzia ustanowione przez Jana Pawła II
Podczas widzeń w Płocku Pan Jezus powiedział również siostrze Faustynie, że pragnie, aby w pierwszą niedzielę po Wielkanocy zostało ustanowione Święto Miłosierdzia Bożego. Pierwsze zabiegi o ustanowienie tego święta podejmował już spowiednik s. Faustyny ks. Michał Sopoćko. Dopiero jednak św. Jan Paweł II w 2000 roku w dniu kanonizacji s. Faustyny ustanowił święto Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła powszechnego, wyznaczając je na drugą niedzielę Wielkanocną, zgodnie z wolą Chrystusa wyrażoną podczas objawienia siostrze Faustynie.
***
Z celi w Płocku na cały świat. 95 lat od objawienia „Jezu, ufam Tobie”
Klasztor w Płocku, miejsce pierwszych objawień św. Faustynie.
Amata J. Nowaszewska CSFN
***
22 lutego 1931 roku w klasztorze w Płocku 26-letnia s. Faustyna Kowalska ujrzała Jezusa Miłosiernego i usłyszała słowa, które zmieniły duchową mapę świata: „Wymaluj obraz z podpisem: Jezu, ufam Tobie”. Dziś, w 95. rocznicę tamtego wydarzenia, Kościół wraca do źródła nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia – przesłania nadziei, które z cichej zakonnej celi dotarło na wszystkie kontynenty.
„22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej” – przypomniał Leon XIV podczas audiencji generalnej 18 lutego. „Zapoczątkowało to nowy rozdział szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia poprzez Koronkę i obraz „Jezu, ufam Tobie” – dodał Ojciec Święty.
Pierwsze objawienie Jezusa Miłosiernego
Objawienie miało miejsce 22 lutego 1931 r., w niedzielę, w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku, gdzie 26-letnia siostra Faustyna przebywała od 1930 roku. W „Dzienniczku” opisała tak to wydarzenie: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady”. Jezus polecił jej: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: «Jezu, ufam Tobie»”.
Rozwój nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia
Płockie objawienie stało się punktem wyjścia dla nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia, które wyraża się w obrazie „Jezu, ufam Tobie”, Koronce oraz wezwaniu do zaufania Bogu i czynienia miłosierdzia wobec bliźnich. Już przed II wojną światową w domu sióstr czczono wizerunek Jezusa Miłosiernego, a kult stopniowo rozprzestrzenił się w Polsce i na świecie…
Amata J. Nowaszewska CSFN Vaticannews –Gość Niedzielny
***
„Jezu, ufam Tobie”
95 lata temu Chrystus Pan polecił s. Faustynie namalować swój wizerunek
Dokładnie 95 lata temu, 22 lutego 1931 r., Chrystus polecił polskiej zakonnicy s. Faustynie Kowalskiej namalować swój wizerunek z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. Obecnie obrazy Miłosiernego Jezusa, namalowane według opisu św. Faustyny, są najbardziej rozpoznawalne nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Tylko Bóg jeden wie ile ludzkich serc już wyprosiło i nadal wyprasza przed wizerunkiem Boże Miłosierdzie.
Obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego
***
Wizerunek Jezusa Miłosiernego został objawiony w Płocku. Tego dnia przypadała pierwsza niedziela Wielkiego Postu.
Dzięki staraniom ks. Michała Sopoćki udało się znaleźć artystę, który podjął się namalowania obrazu według wskazówek s. Faustyny. Był nim Eugeniusz Kazimirowski. Gotowy obraz Jezusa Miłosiernego został pokazany wiernym w pierwszą niedzielę po Wielkanocy w 1935 r. w Ostrej Bramie w Wilnie.
Ten obraz to bardzo charakterystyczny wizerunek, przedstawiający Jezusa Zmartwychwstałego w postawie kroczącej. Na Jego dłoniach i stopach dostrzegamy ślady po ukrzyżowaniu. Prawa dłoń Chrystusa jest uniesiona w geście błogosławieństwa, lewa zaś odsłania białą szatę w okolicy serca, skąd wychodzą dwa promienie – czerwony symbolizuje krew, błękitny wodę. Na dole obrazu widać napis „Jezu, ufam Tobie”, który przetłumaczono na wiele języków.
Obok s. Faustyny jednym z największych czcicieli Bożego Miłosierdzia był św. Jan Paweł II, który w 2000 r. ustanowił święto Bożego Miłosierdzia, przypadające w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. W 2002 r. konsekrował świątynię w Krakowie-Łagiewnikach, która jest światowym centrum kultu Jezusa Miłosiernego.
***
I Niedziela Wielkiego Postu
Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha…
fot. Screenshot – YouTube (Edycja Świętego Pawła)
***
(wywiad pt.: “Niewidzialni wrogowie” przeprowadzony z ks. Marianem Rajchelem)
***
Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?
Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: “Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.
W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?
Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.
W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…
W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego.
Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.
Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?
Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.
Egzorcyści
Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: “Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?
Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.
Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo “miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): “Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.
Inny SMS był taki: “Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: “nie boję się”, a równocześnie “zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia!
Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.
Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.
A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…
bo człowiek jest wolny…
…tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: “Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.
Czy ze złym duchem można rozmawiać?
Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: “Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. “Odmówić “Ojcze nasz” po francusku” – usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło.
Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: “Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. “Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił.
Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu.
Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą?
Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania…
Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy.
Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: “Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: “Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.
Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.
Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka.
U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha.
Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?
Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.
Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli?
Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.
Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?
Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).
Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?
Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: “Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: “Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: “Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: “Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?
Fronda.pl
***
“Jeżeli szatan wejdzie do twojego domu, to jedynie przez drzwi, którymi wyprosiłeś Chrystusa.”
***
Leon XIV radzi księżom starszym, jak radzić sobie z samotnością
fot. Vatican Media
***
Kapłani powinni od młodości przygotowywać się na to, że w starości nie będą mogli być tak aktywni, aby umieć ofiarować Bogu chwile samotności – wskazał Leon XIV w odpowiedzi na pytanie jednego ze starszych kapłanów, jak księża mają radzić sobie z samotnością i chorobą. Zachęcił młodszych kapłanów, by towarzyszyli starszym.
Co mogą czynić starsi księża, aby po latach aktywności nie czuć się na emeryturze lub w chorobie samotni i izolowani – zapytał jeden z rzymskich księży Papieża Leona XIV, podczas audiencji u Ojca Świętego. Dodał, że ze swego doświadczenia jako osoby starszej od Papieża wie, że wielu starszych księży odczuwa samotność po życiu całkowicie poświęconym Ewangelii i Kościołowi. „Po tak wielu spotkaniach z ludźmi, tak wiele samotności. Wielu dotkniętych chorobą musiało wycofać się jeszcze przed osiągnięciem wieku emerytalnego” – mówił ksiądz. I zapytał, jakie sugestie może Papież przekazać tym kapłanom, a także jak kapłani starsi mogą pomagać młodszym w głoszeniu z pasją Słowa Bożego.
Przygotować się za młodu na okres starości
W odpowiedzi Papież odniósł się najpierw do wszystkich kapłanów, mówiąc, że należy przygotować się na starość, choćby poprzez dialog i przyjaźnie z innymi, aby później mieć towarzyszy. Przestrzegł przed pewnym rodzajem goryczy, która już w młodości sprawia, że niektórzy nie doświadczają przyjaźni, braterstwa i wspólnoty. „I dlatego już jako młodzi lub w średnim wieku żyją z tą goryczą, zawsze są niezadowoleni i zawsze mają nieco negatywne nastawienie” – mówił Ojciec Święty.
Dodał, że warto przeżywać swe życie jako świadomą wędrówkę z łaską Bożą i w duchu modlitwy i poświęcenia do przyjęcia krzyża, cierpienia, które nadchodzi – jakie pragnął mieć w dniu święceń kapłańskich, kiedy powiedział Panu: „Tak, Panie, chcę podążać za Tobą we wszystkim i przyjmę to, co daje mi życie, jako część Twojej woli”.
„W tym przypadku potrzebna jest głęboka duchowość, którą należy pielęgnować, już od czasów seminarium i potem. Nie mogę powiedzieć 22-latkowi: ‘Przygotuj się na moment, kiedy osiągniesz 80 lat’ – ale jest to cała droga, sposób na wejście w życie z pewnym duchem wdzięczności” – dodał Leon XIV.
Żyć we wdzięczności za życie i powołanie
Papież zachęcił, by to wielkie i piękne powołanie do kapłaństwa przeżywać ciągle w duchu wdzięczności. „Pan powołał nas, abyśmy byli Jego przyjaciółmi, uczniami, sługami całego Jego ludu, a to jest piękne! Życie w duchu wdzięczności od pierwszego dnia mojego kapłaństwa pomoże mi żyć – nawet jako osobie starszej, dźwigającej krzyż choroby – mówiąc: ‘Dziękuję Ci, Panie, za życie, za dar, który mi dajesz’” – podkreślił Papież.
Dodał, że wdzięczność za życie i powołanie jest także świadectwem wobec świata, który dziś coraz częściej oferuje eutanazję osobom, zmagającym się z poczuciem braku sensu życia czy chorobami. „To znaczy, że to my musimy być pierwszymi świadkami tego, że życie ma ogromną wartość. A wdzięczność w ciągu całego życia jest bardzo ważna” – mówił Leon XIV.
„Również pokora. Pokora: postawa uznania, że to nie ja, ale to Pan Bóg dał mi życie, to Pan towarzyszy mi i niesie mnie w swoich ramionach, nawet w tych chwilach, kiedy jestem najsłabszy. Pan jest z nami. Życie w tym duchu daje życie i nadzieję” – dodał Ojciec Święty.
Bliskość wobec starszych księży i sióstr
Zaapelował także do wszystkich księży o pielęgnowanie bliskości z braćmi w kapłaństwie i stanie duchownym. „Z pewnością wszyscy znamy jakąś starszą osobę, chorego, księdza, świeckiego, siostrę zakonną… którzy przeżywają chwile wielkich trudności. Zadzwońmy do nich, odwiedźmy ich. Podejmijmy wysiłek, aby pomóc tym cierpiącym osobom” – zaapelował Papież. Dodał, że jest to służba, apostolat, bardzo ważna forma duszpasterstwa, aby żyć w bliskości z tymi, którzy cierpią.
Możecie służyć Bogu też w starości
Leon XIV podkreślił, że starsi księża również pełnią swoją służbę. Nawet jeśli są chorzy i leżą w łóżku, jeśli przeżyli życie pełne służby i poświęcenia, doskonale wiedzą, że ich modlitwa może być także wielką służbą, wielkim darem. „Ich życie nadal ma wielki sens. Mogą pamiętać i nadal towarzyszyć wielu osobom, sytuacjom, wspólnotom, które potrzebują ich modlitwy. Aby żyć tym duchem – oczywiście, jeśli ktoś nie modlił się przez czterdzieści lat, a potem mówi: ‘Leżę w łóżku, nie wiem, co robić, to trudne’ – również w tym przypadku trzeba poddawać się ciągłej formacji naszego życia duchowego. Zaczyna się to od przygotowania, zanim staniemy się, powiedzmy, starsi i chorzy” – pouczył Ojciec Święty.
Duchowe towarzyszenie
Wszystkich zachęcił do pielęgnowania praktyki duchowego towarzyszenia, posiadania w swoim życiu kogoś, kto nas zna. Przyjaciela czy dobrego spowiednika, księdza, osoby o wielkiej mądrości duchowej, która będzie mogła nam towarzyszyć i pomagać w chwilach wielkich trudności. „Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy przeżywamy trudne chwile, różnego rodzaju ból, ale posiadanie zaufanej osoby, która naprawdę może nam towarzyszyć z wielką bliskością, w sercu, w duchu – to także wielki dar, który możemy uznać za pomoc w naszym życiu” – dodał Papież.
„Nie jest to więc tylko okres starości, ale całe życie, które musimy przeżyć w tej wspólnej wędrówce, wędrówce z Jezusem i we wzroście w duchu wiary, nadziei i autentycznej miłości” – zakończył.
26 lutego 2026 – Wojciech Rogacin, Vatican News PL | Watykan Ⓒ Ⓟ
***
Plac Świętego Piotra – Niedziela, 22 lutego 2026 r.
Anioł Pański z Leonem XIV: Zróbmy miejsce milczeniu i wyciszmy smartfony
W rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański 22 lutego 2026 r. papież Leon XIV, odnosząc się do dzisiejszej Ewangelii, wezwał wiernych do hojnego praktykowania milczenia i odcięcia się od hałasu współczesnego świata, w tym smartfonów.
Dzisiaj, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, Ewangelia mówi nam o tym, jak Jezus, prowadzony przez Ducha, udaje się na pustynię i jest kuszony przez diabła (Mt 4, 1-11). Po czterdziestodniowym poście doświadcza ciężaru swojego człowieczeństwa – na poziomie fizycznym głód, a na poziomie moralnym kuszenie diabła. Odczuwa takie samo zmęczenie, jakiego wszyscy doświadczamy na naszej drodze, a stawiając opór demonowi, pokazuje nam, jak przezwyciężać jego zwodzenie i podstępy.
Liturgia, poprzez to Słowo życia, zachęca nas, abyśmy spojrzeli na Wielki Post jako na pełen blasku szlak, na którym przez modlitwę, post i jałmużnę możemy odnowić naszą współpracę z Panem w tworzeniu jedynego w swoim rodzaju arcydzieła naszego życia. Chodzi o to, by pozwolić Mu usunąć plamy i uleczyć rany, jakie grzech mógł pozostawić w naszym życiu, i starać się, aby rozkwitło ono w całym swym pięknie, aż do pełni miłości – jedynego źródła prawdziwego szczęścia.
Oczywiście jest to wędrówka wymagająca i istnieje ryzyko, że się zniechęcimy albo damy się uwieść mniej wymagającym drogom dającym spełnienie, jak bogactwo, sława i władza (por. Mt 4, 3-8). Owe pokusy, których doświadczył również Jezus, są jednak tylko nędznymi namiastkami radości, do której jesteśmy stworzeni, i ostatecznie pozostawiają nas nieuchronnie i nieustannie niezadowolonymi, niespokojnymi i pustymi.
Dlatego św. Paweł VI nauczał, że pokuta, bynajmniej nie zuboża naszego człowieczeństwa, a ubogaca je, oczyszczając i umacniając w jego zmierzaniu ku horyzontowi, którego celem ostatecznym jest „to, byśmy Boga lepiej kochali i oddali się mu zupełnie”(Konst. apost. Paenitemini, 17 lutego 1996, I). Pokuta bowiem uświadamia nam nasze ograniczenia i daje siłę do ich przezwyciężenia i do życia, z Bożą pomocą, w coraz silniejszej komunii z Nim i między nami.
W tym czasie łaski praktykujmy ją hojnie, wraz z modlitwą i uczynkami miłosierdzia – zróbmy miejsce milczeniu; wyciszmy na chwilę telewizory, radia i smartfony. Medytujmy nad Słowem Bożym, przystępujmy do sakramentów; wsłuchujmy się w głos Ducha Świętego, który przemawia do nas w sercu, i słuchajmy się nawzajem, w rodzinach, w środowiskach pracy, we wspólnotach. Poświęcajmy czas osobom samotnym, zwłaszcza starszym, ubogim i chorym. Rezygnujmy z tego, co zbędne, i dzielmy się tym, co zaoszczędzimy, z osobami, którym brakuje tego, co konieczne. Wtedy – jak mówi św. Augustyn – „nasza modlitwa przeżywana w pokorze i miłości – przez post i jałmużnę, przez umiarkowanie i przebaczenie, obdarzając dobrem i nie odpłacając złem, odwracając się od zła i czyniąc dobro” (Sermo 206, 3), dosięgnie nieba i przyniesie nam pokój.
Zawierzmy naszą wielkopostną drogę Maryi Pannie, Matce, która zawsze towarzyszy swoim dzieciom w próbie.
Leon XIV: Chrystus uczy, jak nie dać się zwieść złu
Leon XIV zachęcił, byśmy w Wielkim Poście pozwolili Panu usunąć plamy i uleczyć rany, jakie grzech mógł pozostawić w naszym życiu. Ta wędrówka jest jednak wymagająca, a człowiek doznaje na niej pokus takich jak bogactwo, sława, czy władza. – Owe pokusy, których doświadczył również Jezus, są jednak tylko nędznymi namiastkami radości, do której jesteśmy stworzeni, i ostatecznie pozostawiają nas nieuchronnie i nieustannie niezadowolonymi, niespokojnymi i pustymi – zauważył Ojciec Święty. Podkreślił także, że pokuta uświadamia nam nasze ograniczenia i daje siłę do ich przezwyciężenia.
Papież zachęcił do pokuty, modlitwy i jałmużny. – Zróbmy miejsce milczeniu; wyciszmy na chwilę telewizory, radia i smartfony. Medytujmy nad Słowem Bożym, przystępujmy do sakramentów; wsłuchujmy się w głos Ducha Świętego, który przemawia do nas w sercu, i słuchajmy się nawzajem, w rodzinach, w środowiskach pracy, we wspólnotach. Poświęcajmy czas osobom samotnym, zwłaszcza starszym, ubogim i chorym. Rezygnujmy z tego, co zbędne, i dzielmy się tym, co zaoszczędzimy, z osobami, którym brakuje tego, co konieczne.
vatican.va/Kai
***
USA: były dyrektor Google o swoim nawróceniu na katolicyzm i “obosiecznym mieczu AI”
Vic Gundotra, były dyrektor Google i konwertyta na katolicyzm, opowiadał na zjeździe katolickich biznesmenów Legatus w Santa Brabara, a ostatnio także na łamach katolickiego portalu EWTN-News o swoim nawróceniu na katolicyzm.
unsplas
***
Mówił także, jak sztuczna inteligencja (AI) stała się częścią jego życia wiary oraz jakie niesie zagrożenia.
Wychowany jako Świadek Jehowy
Droga urodzonego w Indiach Gundotry do katolicyzmu była kręta. Wychowany jako Świadek Jehowy, był mocno zaangażowany w życie wspólnoty, został nawet starszym zboru. Z czasem zaczął mieć wątpliwości, lecz surowe zasady zakazywały jakiegokolwiek kwestionowania doktryny pod groźbą „wykluczenia ze wspólnoty”. „Dla Świadka Jehowy to bardzo niebezpieczna rzecz. To była ogromna walka, by móc opuścić tę wiarę i się z niej wydostać” – powiedział Gundotra
Gdy powiedział żonie, że ma poważne zastrzeżenia wobec ich religii, wspominał: „zaczęła płakać i powiedziała: ‘Nie dam rady. Nie mogę stracić przyjaciół, rodziny’”. „Tracisz wszystko. Konsekwencją bycia Świadkiem Jehowy i prowadzenia pogłębionych badań oraz krytycznego myślenia na temat własnych doktryn, czego bardzo niewielu Świadków Jehowy w ogóle się podejmuje, jest wykluczenie. To jak potężny topór wiszący nad twoją głową” – wyjaśniał Gundotra.
Ostatecznie on i jego żona zdecydowali się odejść, a Gundotra został ateistą. Po latach, w okresie, który sam opisuje jako “najniższy punkt” w swoim życiu, zaczął odnajdywać drogę do katolicyzmu dzięki pomocy kolegi, z którym wcześniej pracował w Microsoft.
Była godz. 2:00 w nocy, gdy Gundotra napisał do niego, że musi porozmawiać. Przyjaciel odpowiedział natychmiast. Gdy Gundotra zapytał, dlaczego nie śpi, usłyszał: „Mam dyżur adoracji”. Potem nastąpił długi proces odkrywania Ojców Kościoła, studiowania wiary i w końcu przyjęcia do Kościoła katolickiego. „Świadkowie Jehowy nigdy nie mówią o Ojcach Kościoła. Nawet nie wiedziałem, że oni istnieli” – powiedział Gundotra. „Pamiętam, gdy czytałem o Klemensie, sięgnąłem po moją Biblię Świadków Jehowy i otworzyłem odpowiedni fragment Pisma Świętego. A tam apostoł Paweł mówi: ‘Słuchajcie Klemensa. Jego imię jest zapisane w Księdze Życia’” (według tekstu Biblii w liście Flp 4,3 Paweł prosi o pomoc dla osób, w tym Klemensa, które walczyły razem z nim o sprawę Ewangelii, przyp. KAI)
„Popłakałem się. Powiedziałem: ‘To jest tutaj, w mojej Biblii Świadków Jehowy. Kim jest ten Klemens? Jak to możliwe, że nie czytałem jego listów?’”. (tradycja chrześcijańska, zapoczątkowana w III/IV wieku, utożsamia tego współpracownika Pawła z późniejszym papieżem, św. Klemensem I. Jest on autorem znanego 1. Listu do Koryntian napisanego około 96 r., co czyni go jednym z Ojców Apostolskich, przyp. KAI]
AI jako “miecz obosieczny”
Gundotra wyznał, że codziennie rano spędza godzinę, czytając czytania mszalne i zawsze zadaje chatbotowi AI pytanie: „Czego większość ludzi nie dostrzega w tym czytaniu?”. Poleca korzystanie z techniki „pogłębionych badań”, proszenie AI o wolniejsze, bardziej przemyślane odpowiedzi, ponieważ istnieje kompromis między szybkością a głębią. „Może cztery dni w tygodniu jestem zdumiony – absolutnie zdumiony” – powiedział. „To mogą być wersety, które czytałem tysiące razy, a coś przeoczyłem”. „AI potrafi to zrobić, ponieważ przeczytała wszystkich Ojców Kościoła. Przeczytała wszystko, co Kościół napisał przez 2000 lat” – stwierdził Gundotra. „Ty możesz czytać dany werset po raz dwudziesty, ale AI potrafi zajrzeć do każdego komentarza, jaki kiedykolwiek został napisany przez Kościół na temat tych wersetów, i zsyntetyzować to w sposób unikalny dla ciebie”.
Gundotra nie umniejsza znaczenia AI: „Sztuczna inteligencja to największa innowacja mojego życia. W istocie uważam, że jest porównywalna z wynalezieniem ognia i koła”. Jednocześnie nazwał AI „mieczem obosiecznym”, podkreślając, że widzi w niej „pewne niebezpieczeństwo”.
„Będą ludzie, którzy uznają AI za swojego Boga” – powiedział. „Jesteśmy na początku procesu, który doprowadzi część ludzi do oddawania czci AI jak Bogu. To sprawia wrażenie czegoś niezwykle potężnego, ale to tylko narzędzie – nie Bóg”.
Kai/Gość Niedzielny
***
Były rektor anglikańskiego seminarium w Oksfordzie wstąpił do Kościoła katolickiego
Były rektor anglikańskiego seminarium St. Stephen’s House w Oksfordzie, Robin Ward, ogłosił, że został przyjęty do Kościoła katolickiego. Jak donosi Vatican News, swoją decyzję podjął – jak sam napisał – „bez żalu i wahania”.
„Zostałem przyjęty do Kościoła katolickiego. Proszę o modlitwę” – poinformował 14 lutego w mediach społecznościowych. Do 2025 roku przez 19 lat kierował St. Stephen’s House – jedną z kluczowych instytucji formacyjnych Kościoła Anglii, przygotowującą przyszłych duchownych anglikańskich.
Droga akademicka i duszpasterska
Robin Ward został wyświęcony w Kościele Anglii w 1992 roku. Posługiwał jako wikariusz, proboszcz i kapelan szpitalny. Studiował literaturę średniowieczną w Magdalen College w Oksfordzie, a formację teologiczną odbył właśnie w St. Stephen’s House w latach 1988-1991. Doktorat uzyskał w King’s College London.
W 2004 roku został honorowym kanonikiem katedry w Rochester oraz reprezentował diecezję w Synodzie Generalnym Kościoła Anglii. Dwa lata później objął funkcję rektora seminarium w Oksfordzie, którą pełnił niemal dwie dekady.
„Czym jest Kościół?”
Jak relacjonuje Vatican News, Ward wielokrotnie stawiał swoim studentom trzy zasadnicze pytania: „Kim jest Jezus Chrystus? Kim jest kapłan? Czym jest Kościół?”. To właśnie ostatnie z nich – jak przyznał – prowadziło go do coraz głębszego niepokoju i przekonania, że odpowiedź, jakiej dotąd udzielał, nie jest wystarczająca.
Istotną rolę w jego duchowej drodze odegrała bliskość wspólnot katolickich obecnych w Oksfordzie – dominikanów, jezuitów i oratorianów – a także postać św. Johna Henry’ego Newmana. Na znak duchowej więzi z tym konwertytą z anglikanizmu Ward przyjął przy bierzmowaniu imię John Henry.
Szersze zjawisko
Decyzja byłego rektora wpisuje się w szerszy proces konwersji duchownych anglikańskich na katolicyzm. W ostatnich latach do Kościoła katolickiego przeszli m.in. byli anglikańscy biskupi: Michael Nazir-Ali, Jonathan Goodall, John Goddard, Peter Forster, Richard Pain oraz John Ford.
Według danych przywoływanych przez Vatican News, od 1992 roku około 700 anglikańskich duchownych w Wielkiej Brytanii zostało katolikami. Rośnie również liczba świeckich konwertytów – w pierwszych miesiącach 2026 roku Oratorium Oksfordzkie przy parafii św. Alojzego przyjęło więcej osób niż przez cały poprzedni rok.
Decyzja Robina Warda to kolejny znak duchowych poszukiwań, które prowadzą niektórych duchownych Kościoła Anglii ku pełnej komunii z Kościołem katolickim.
***
Londyn: 800 dorosłych przygotowuje się do chrztu i pełnej komunii z Kościołem
Jak informuje KAI, niemal 800 dorosłych z archidiecezji westminsterskiej przystąpi w tym roku do sakramentów inicjacji chrześcijańskiej. W katedrze westminsterskiej odbył się uroczysty obrzęd wybrania – ważny etap duchowej drogi tych, którzy w Wielkanoc przyjmą chrzest, bierzmowanie i Eucharystię. To jeden z najwyższych wyników od kilkunastu lat.
Niemal 800 dorosłych z ponad 100 parafii archidiecezji westminsterskiej w Londynie zgłosiło się w tym roku do obrzędu wybrania lub uznania przed Wielkanocą – podaje KAI. Oznacza to, że w czasie liturgii paschalnej przyjmą oni w swoich wspólnotach sakramenty inicjacji chrześcijańskiej: chrzest, bierzmowanie oraz pierwszą Komunię Świętą.
Uroczystości w katedrze westminsterskiej w sobotę 21 lutego przewodniczył arcybiskup Richard Moth.
Jeden z najwyższych wyników od lat
Tegoroczna grupa jest czwartą co do wielkości od czasu rozpoczęcia prowadzenia diecezjalnych rejestrów w 1993 roku. Najwięcej dorosłych wstąpiło do Kościoła w 2011 r. – 891 osób, w tym 63 kandydatów związanych z ordynariatem personalnym dla byłych anglikanów.
Po okresie względnej stabilizacji (1993–2014) liczba kandydatów zaczęła stopniowo spadać, osiągając najniższy poziom w 2022 roku, w czasie pandemii. Od tego czasu notowany jest jednak wyraźny wzrost. Tegoroczny wynik oznacza około 60-procentowy wzrost w porównaniu z rokiem 2025 i jest najwyższy od piętnastu lat.
Jeszcze bardziej wymowne są dane dotyczące średniej liczby kandydatów przypadających na jedną parafię. Według szczegółowych statystyk prowadzonych od 2007 roku, tegoroczny rezultat jest najlepszy w historii.
Katechumeni i kandydaci
Wśród zgłoszonych są zarówno katechumeni – osoby nieochrzczone, przygotowujące się do przyjęcia chrztu – jak i kandydaci, czyli ochrzczeni wcześniej chrześcijanie, którzy pragną wejść w pełną komunię z Kościołem katolickim. Choć historycznie kandydaci stanowili liczniejszą grupę, w ostatnich latach różnica ta wyraźnie się zmniejsza. Może to świadczyć o rosnącej liczbie dorosłych, którzy po raz pierwszy spotykają się z wiarą katolicką.
„Decydujący moment duchowy”
W homilii abp Moth podkreślił, że obrzęd wybrania nie jest jedynie formalnością, lecz „decydującym momentem duchowym”. Zwracając się do katechumenów, których imiona wpisano do Księgi Wybranych, powiedział, że jest to „wymowny znak drogi, którą przebyli – drogi prowadzącej do nowego życia w chrzcie”.
Rytuał wybrania, sprawowany w pierwszą sobotę Wielkiego Postu, rozpoczyna bezpośredni okres przygotowania do przyjęcia sakramentów w Wigilię Paschalną. Księga Wybranych pozostanie w baptysterium katedry westminsterskiej do Wielkiej Soboty, zachęcając wiernych do modlitwy za przyszłych członków Kościoła.
Archidiecezja westminsterska jest jedną z trzech diecezji obejmujących obszar Wielkiego Londynu. Wśród ponad 5 milionów mieszkańców katolicy stanowią około 9 procent populacji.
Karol Białkowski/Gość Niedzielny
***
Modlitwa św. Johna Henry’ego Newmana:
„Prowadź mnie, Światło! Tyś zawsze trwało przy mnie, gdym przez głuchą ciemność, bór, pustynię błąkał się dumny. O, czuwaj nade mną, aż mrok przeminie, aż świt odsłoni te cenne postaci, którem niegdyś ukochał, a którem stracił”.
***
Krzesło Rybaka. 22 lutego zwrócone są na nie oczy całego Kościoła
To święto jest znakiem jedności Kościoła, prymatu pierwszego z apostołów i wskazówką, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.
Figura św. Piotra.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Choć słowo „katedra” kojarzy się nam zazwyczaj z potężnym kościołem biskupa, tu oznacza krzesło – symbol autorytetu pasterza. Zasiadał na nim pierwszy z dwunastu, na którego grobie wyrósł drugi co do wielkości kościół świata. Greckie kathedra to i krzesło, i siedziba, ale to nazwa budynku wzięła się od słowa „siedzisko”, a nie odwrotnie! Gdy papież orzeka w sprawach wiary i moralności, używamy łacińskiego zwrotu ex cathedra.
Fragmenty krzesła, na którym wedle tradycji zasiadał Piotr i na które 22 lutego zwrócone są oczy całego Kościoła, ukryte są w absydzie Bazyliki św. Piotra, za głównym ołtarzem. Ołtarz „Cathedra Petri” wsparty jest na figurach ojców Kościoła, a nad nim tańczą promienie słońca prześwitujące przez witraż symbolizujący Ducha Świętego, który towarzyszy następcom tego, który usłyszał: „Ty jesteś Piotr (skała), na tej skale zbuduję mój Kościół”. Po zesłaniu Ducha Świętego Kefas zawędrował z Jerozolimy do Antiochii (dzisiejsza turecka Antakya), która stała się pierwszą Stolicą Apostolską. „Tu po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami”.
„Pierwszą »siedzibą« Kościoła był Wieczernik, następnie Antiochia nad rzeką Orontes, a następnie Piotr udał się do Rzymu, do centrum cesarstwa, gdzie męczeństwem zakończył swój bieg w służbie Ewangelii. Dlatego siedziba w Rzymie przyjęła powierzone przez Chrystusa Piotrowi zadanie służenia wszystkim Kościołom partykularnym w celu zbudowania i zjednoczenia całego Ludu Bożego” – wyjaśniał Benedykt XVI.
Święty Ireneusz z Lyonu w traktacie „Przeciw herezjom” opisuje Kościół Rzymu jako „największy i najstarszy, i wszystkim znany, przez dwu najchwalebniejszych apostołów Piotra i Pawła założony. Z tym bowiem Kościołem dla jego naczelnego zwierzchnictwa musi się zgadzać każdy Kościół, to jest wszyscy zewsząd wierni”.
Do 1969 roku Kościół obchodził dwa święta: Katedry św. Piotra w Rzymie (18 stycznia) i Katedry św. Piotra w Antiochii (22 lutego). Po reformie liturgii zostały one połączone.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Apostazja: Nie można świadomie odejść, nie rozumiejąc czym jest Kościół
Mówi się, że ludzie odchodzą z Kościoła z powodu jego błędów i grzechów. Rzadziej zadajemy pytanie, czy apostaci kiedykolwiek dowiedzieli się, czym jest Kościół.
Istockphoto
Jeśli Kościół jawi się jedynie jako instytucja społeczna, decyzja o odejściu jest jak rezygnacja z członkostwa w klubie.
***
W Wielkim Poście cała wspólnota Kościoła przygotowuje się duchowo na pasję i zmartwychwstanie Jezusa. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na ten czas jak na okres indywidualnej pracy nad sobą. Skoro Kościół zaleca przeżyć te 40 dni na modlitwie, praktykując post i jałmużnę, trudno się temu dziwić. W tym roku patrzę na ten czas również z perspektywy wspólnoty. Jakiego Wielkiego Postu potrzebuje dziś Kościół? Jakiego rodzaju umartwień i jakich intencji w modlitwach zanoszonych przez wiernych?
Tego typu optykę narzucił mi ks. Marek Gancarczyk, który w „Gościu Niedzielnym” na początku lutego postanowił skomentować odejście z kapłaństwa pewnego znanego duszpasterza. Jego diagnoza trafia w punkt, ale nie dotyczy wyłącznie popularnych księży, którzy odchodzą ze stanu kapłańskiego. Taki sposób patrzenia na katolicyzm i jego rolę w świecie jest dziś powszechny.
Choroba horyzontalizmu
W „Tygodniku Powszechnym” ukazał się reportaż Adriana Burtana opisujący historie dwóch katoliczek, które zdecydowały się na apostazję – oficjalne odejście z Kościoła katolickiego. Pomijam, kim są te osoby, które występują w tekście pod własnym nazwiskiem. Nie chodzi mi tutaj o personalny atak, lecz o ilustrację zjawiska. Pomijam także fakt, że autor reportażu nie nazywa aktu apostazji grzechem przeciwko cnocie wiary, mającym – według prawa kanonicznego – określone konsekwencje. Rozumiem, że celem artykułu było zestawienie statystyk, diagnoz socjologicznych i duchowej refleksji z historiami ludzi, którzy zdecydowali się odejść z Kościoła. Obie te historie oraz socjologiczna diagnoza zdradzają tę samą chorobę horyzontalizmu. „Coraz więcej rzeczy w nauczaniu społecznym Kościoła zaczęło mi się nie zgadzać z tym, co wiedziałam o świecie i człowieku, relacjach, emocjach, godności” – mówi jedna z kobiet. Z coraz większą niechęcią wobec Kościoła kobieta ta zmagała się, widząc „ksenofobiczne wypowiedzi” na temat mniejszości seksualnych i „utrudnianie rozliczeń przestępstw seksualnych duchownych”. Przyznaje także, że zaraz po dokonaniu aktu apostazji zrobiła „religijny coming out” w mediach społecznościowych oraz że nadal odczuwa dumę z tej decyzji. Nie ma tu właściwie ani jednego słowa o utracie wiary, o wątpliwościach dotyczących dogmatów i doktryny. Ani słowa o Chrystusie, Jego Wcieleniu, zbawczej męce, odkupieniu świata. Tak jakby wszystkie te kwestie były albo w ogóle nieistotne, albo co najmniej drugorzędne. Jest za to dość mglista wypowiedź na temat społecznej nauki Kościoła, stosunku katolicyzmu do mniejszości seksualnych i problemu rozliczeń.
Nie chcę odbierać tej osobie prawa do krytykowania Kościoła. Nie chcę lekceważąco patrzeć na jej złe czy nawet traumatyczne doświadczenia. Ale czymże jest ten przykład, jeśli nie chorobą horyzontalizmu, skoro decyzja o wyjściu z Kościoła uzasadniana jest sferą ideową, by nie powiedzieć ideologiczną? Powody wskazane w tej relacji wcale nie uzasadniają trwałego odejścia z Kościoła.
Czytelnik odnosi wrażenie, że brak zgody na któryś z elementów nauczania społecznego lub krytyka działań czy słów hierarchii jest właściwie drogą w jednym kierunku – ku zerwaniu więzi z Bogiem. Gdybyśmy w tym reportażu zamienili słowo „Kościół” na „partia polityczna”, a słowo „apostazja” na „wypisanie się z członkostwa”, to tekst miałby większy sens.
Za ciasne kościelne ramy
Druga historia jest bardzo podobna. Zaangażowana przez lata katoliczka opowiada, jak stała się ofiarą dyskryminacji w Kościele.
Rada parafialna stwierdziła, że nie chce, aby kobieta nadal grała w kościelnym zespole i prowadziła śpiewy z uwagi na jej obecność na paradach równości, gdzie starała się wspierać swoją dojrzewają córkę. Co ciekawe, dwukrotnie w tej historii wybrzmiewa dobra twarz Kościoła – przed tym trudnym doświadczeniem kobieta otrzymywała wsparcie ze strony księdza i wspólnoty.
Załóżmy, że osoba ta rzeczywiście stała się ofiarą niesprawiedliwej nagonki ze strony parafii. W jednej z wypowiedzi stwierdza: „Czasem czuję ból, szczególnie wtedy, gdy czytam historie podobne do mojej. Albo kiedy widzę, że jakiś ksiądz, który robił wiele dobrego, odszedł, bo kościelne ramy okazały się dla niego zbyt ciasne”.
Nie znamy dokładnie jej historii, ale znów w żadnym miejscu reportażu nie ma ani słowa o utracie wiary czy odrzuceniu katolickiej teologii. Moją uwagę zwrócił tatuaż tej osoby – na ramieniu wyrazisty znak Alfy i Omegi. Kto dla tej kobiety jest Alfą i Omegą, skoro, jak rozumiem, już nie Chrystus? Niewiele z tego rozumiem.
Cytowana w reportażu Katarzyna Zielińska, socjolog religii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, stwierdza, że księża powinni troszczyć się o wspólnotę i wykazywać się empatią, włączać świeckich w działanie parafii oraz rozliczać przestępstwa seksualne. Wszystkie te kroki mają pomóc powstrzymać odpływ wiernych.
To bardzo dobre rady, ale brakuje najważniejszej – w Kościele nie chodzi przecież o to, by stwarzać komfortowe warunki współpracy, lecz by spotkać Boga i dążyć do zbawienia duszy. Kościół nie jest instytucją integracyjno-usługowo-charytatywną, ale wspólnotą wiernych, którzy chcą naśladować Chrystusa.
W reportażu czytam, że ze strony „Mapa apostazji” pobrano już kilka tysięcy wzorów dokumentów, że jedna z grup na Facebooku poświęconych apostazji ma 20 tys. członków. Ostatnie oficjalne dane dotyczące liczby apostatów znamy z 2010 r. Wówczas 459 osób odeszło oficjalnie z Kościoła. Cała reszta osób niepraktykujących i deklarujących w badaniach brak wiary w Boga w zdecydowanej większości formalnie nie zerwała więzi z Kościołem.
Czytając te statystyki, internetowe coming outy i przytoczony reportaż, odnoszę wrażenie, że bycie internetowym apostatą staje się często rodzajem tożsamości, okazją do krytyki instytucji i dania swoistego świadectwa.
Wszyscy rozglądają się na boki, ale nie patrzą ani w górę, ani w dół. Jakie są źródła tej postawy?
Źródła choroby
Czesław Miłosz w „Ziemi Ulro” opisywał powojenną przemianę Kościoła językiem ostrym, momentami brutalnym. Pisał o teologach występujących w roli „clownów”, którzy ogłaszają, że chrześcijaństwo – dotąd stojące w kontrze do świata – teraz chce być „ze światem i w świecie”. W oczach polskiego noblisty oznaczało to coś znacznie poważniejszego niż duszpasterską otwartość: próbę upodobnienia się do wszystkich innych, a więc rezygnację z własnej tożsamości.
Nie chodzi tutaj wyłącznie o krytykę liberalnych teologów, poeta nie miał też na myśli krytyki Soboru Watykańskiego II. Miłosz wyczuwał w latach 60. i 70. XX wieku to, co wówczas było zauważalne wśród niektórych duchownych źle interpretujących ducha soboru, a dziś wydaje się niemal powszechną mentalnością księży i wiernych – to, co swoiste dla katolicyzmu, należy ukryć pod grubą pierzyną doczesności.
W tym obrazie nie chodzi o potępienie dialogu ze światem, ale o diagnozę pewnej pokusy. Jeżeli Kościół zaczyna opisywać siebie przede wszystkim w kategoriach horyzontalnych – jako wspólnotę wsparcia i empatii, instytucję głoszącą prawa człowieka, platformę dialogu z innymi religiami – to w naturalny sposób traci wymiar wertykalny: odniesienie do prawdy objawionej, do grzechu, łaski, zbawienia, sensu rytuału. Miłosz dostrzegał, że w tej strategii przypodobania się światu kryje się nie tyle ewangeliczna inkulturacja, ile lęk przed byciem znakiem sprzeciwu i solą ziemi.
Poeta notował też sceny, które dziś brzmią zaskakująco aktualnie: ukazał duchownych „sprzedających popularne idee”, kazania słodkie jak „cukier sypany do miodu”, pełne sformułowań mglistych, bezpiecznych, w gruncie rzeczy teologicznie beztreściowych.
Najbardziej przejmująca jest jednak inna uwaga Miłosza: „Duchowni ci wyobrażają sobie, że chrześcijaństwu wolno będzie przetrwać na skromną skalę, jeżeli okaże się użyteczne społeczeństwu, to jest będzie wychowywać ludzi na lepszych obywateli, przyzwoitych sąsiadów, rzetelniejszych podatników; i gotowi są wyrzec się wszystkiego, co trąci zaświatowością, metafizyką i rytualizmem. Im więcej ustępują, tym większych ustępstw żąda nieprzyjaciel”.
To właśnie tutaj diagnoza Miłosza spotyka się z dzisiejszym doświadczeniem apostazji. Jeśli Kościół jawi się jedynie jako instytucja społeczna – mniej lub bardziej empatyczna, mniej lub bardziej inkluzywna – decyzja o odejściu staje się czymś na kształt zmiany organizacji, rezygnacji z członkostwa w klubie.
Post jako przygoda
Wielki Post nie jest projektem samodoskonalenia ani sezonową terapią duchową. Nie jest też czasem budowania sprawniejszej wspólnoty czy poprawiania wizerunku Kościoła. Jest czasem powrotu do tego, co najważniejsze – do spojrzenia w głąb siebie, aby znaleźć siłę do patrzenia w górę.
Lubię myśleć o Wielkim Poście jak o duchowej przygodzie. W okresie zwykłym jesteśmy jak Frodo, który mieszka w swojej przytulnej norce, pije dobre trunki, spożywa dobre potrawy, pozwala sobie czasem na długie wylegiwanie się w łóżku. Kiedy jednak Gandalf puka do chatki, trzeba spakować plecak i wejść w ciemną noc. Czekają nas trudy, smutki i wielkie wyzwania, ale tylko dzięki nim staniemy się kimś więcej niż hobbitami.
Jeśli Kościół przestanie mówić o grzechu, łasce i zbawieniu, stanie się jedną z wielu instytucji społecznych. A z instytucji społecznych się rezygnuje. Z Boga – jeśli naprawdę się w Niego wierzy – się nie rezygnuje. Być może właśnie takiego postu dziś potrzebujemy: mniej horyzontalnego niepokoju, więcej wertykalnej odwagi.
Konstanty Pilawa/Gość Niedzielny
***
piątek 20 luty
W piątek od 20 lutego – polska premiera filmu „Najświętsze Serce”
W piątek do polskich kin trafi fabularyzowany dokument „Najświętsze Serce” o historii objawień Najświętszego Serca Jezusa św. Małgorzacie Marii Alacoque, do których doszło w latach 1673–1675 w klasztorze w Paray-le-Monial w Burgundii. We Francji w dwa miesiące od premiery film obejrzało pół miliona widzów.
Film Najświętsze Serce (Sacré Coeur)
***
92-minutowy dokument w reżyserii Stevena i Sabriny Gunnell opowiada historię objawień Pana Jezusa, których w latach 1673–1675 w klasztorze w Paray-le-Monial w Burgundii (Francja) doświadczyła wizytka św. Małgorzata Maria Alacoque, oraz o ich znaczeniu dla współczesnego świata.
Do pierwszego objawienia doszło 27 grudnia 1673 r. W wizjach Jezus pokazał zakonnicy swoje serce, które “goreje wielką miłością ku ludziom”. Prosił również, żeby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzone było osobne święto ku czci Jego Najświętszego Serca. W objawieniach Jezus prosił św. Małgorzatę Alacoque m.in. o przyjmowanie Komunii świętej przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca.
Podczas pokazu przedpremierowego, który odbył się we wtorek w Warszawie, Sabrina Gunell powiedziała PAP, że głównym przesłaniem filmu są słowa, które Jezus wypowiedział do Małgorzaty Alacoque:
Oto Serce, które tak umiłowało ludzi, a tak mało jest przez nich kochane.
– To po prostu przesłanie o miłości Bożej dla świata – zaznaczyła.
Czytając pisma św. Małgorzaty Marii Alacoque zrozumieliśmy, że przesłanie, które Pan Jezus dał 350 lat temu, jest przeznaczone również dla naszego pogrążonego w wojnach i ciemności świata, a zwłaszcza dla Francji. W naszej ojczyźnie niemal codziennie słyszymy doniesienia o aktach przemocy na ulicach, media podają informacje o gwałtach dokonanych na młodych kobietach, młodzi ludzie tracą poczucie sensu życia i chorują na depresję. Przesłanie Najświętszego Serca Pana Jezusa pozostaje odpowiedzią na wołanie świata dotkniętego rozpaczą.
– mówiła.
Reżyserka dodała, że film miał bardzo skromny budżet, dlatego sądziła, że sukcesem będzie, jeśli obejrzy go kilka tysięcy widzów. Tymczasem w ciągu dwóch miesięcy od premiery obejrzało go pół miliona Francuzów. Obecnie film wchodzi do kin na całym świecie. Miał już premierę w Libanie, Luksemburgu i Belgii. Wkrótce wejdzie do kin w Hiszpanii, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.
Steven Gunell przyznał, że film wzbudził skrajne reakcje. Zdarzały się protesty przed kinami, wydano zakaz umieszczania plakatów reklamujących film w metrze, a nawet odwołano pokaz w Marsylii z powodu „naruszenia zasady laickości”. Jak twierdzi, o filmie pisały największe francuskie gazety m.in. „Le Figaro” i „La Croix”. Z drugiej strony – zdaniem reżysera – szybko rosnąca liczba widzów i pełne sale kinowe świadczą o jego popularności.
Dostałem wiele świadectw o nawróceniach po obejrzeniu filmu. Księża z Paray-le-Monial dzwonili do mnie mówiąc, że liczba pielgrzymów do miejsca objawień wzrosła czterokrotnie od dnia premiery. Mówili, że przyjeżdżają tam ludzie, którzy chcą się wyspowiadać po 20, 30 latach, a którzy wcześniej w ogóle nie mieli nic wspólnego z Kościołem.
– podkreślił.
Film „Najświętsze Serce” („Sacré Coeur”) w polskich kinach będzie można oglądać od 20 lutego.
W następstwie objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque papież Klemens XIII ustanowił uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa 6 lutego 1765 r. Początkowo uroczystość ustanowiono tylko dla Królestwa Polskiego, po tym, jak memoriał do papieża skierowali polscy biskupi. Uroczystość rozszerzył na cały kościół dopiero papież Pius IX 23 sierpnia 1856 r.
Małgorzata Maria Alacoque została została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a wyniesiona na ołtarze 13 maja 1920 r.
Tygodnik Niedziela/PAP
***
„Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”. Rozmowa z twórcami dokumentu „Najświętsze Serce”
Sabrina i Steven Gunnellowie, twórcy filmu „Najświętsze Serce”, wzięli udział w jego uroczystej premierze, która odbyła się w Warszawie.
fot. Tomasz Gołąb /Gość Niedzielny
***
Sabrina i Steven Gunnellowie, twórcy filmu „Najświętsze Serce”, wzięli udział w jego uroczystej premierze, która odbyła się w Warszawie.Tomasz Gołąb /Foto Gość
Edward KABIESZ: Jak to możliwe, że w tak zlaicyzowanym kraju jak Francja Wasz film obejrzało aż tylu widzów?
Steven Gunnell: Bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
Sabrina Gunnell: To nie jest nasz film. To Pan tego chciał i On urządził całą promocję. Resztę dokonała poczta pantoflowa.
W wywiadach podkreślacie, że jesteście jak gdyby nowo nawróceni. Jak to rozumieć? W jakich okolicznościach do tego doszło?
Sabrina: Moja mama i ojciec obracali się w środowisku artystycznym. Tata, gdy spotkał mamę, miał już żonę i córeczkę w Brazylii. Matka w młodości poddała się aborcji. Wszystko to mówię, żeby pokazać, jak bardzo moja rodzina była oddalona od wiary. Moi rodzice nie ochrzcili mnie, kiedy byłam mała. Nie wiem, jak to się stało, ale ja zawsze wierzyłam w Boga. Może poprzez piękno stworzenia, poprzez zachwyt tym, co widziałam wokół. Myślę, że była to po prostu łaska. Kiedy miałam 10 lat, poprosiłam o chrzest. Ten dzień był dla mnie jak uderzenie pioruna, przeszły mnie niezwykle silne emocje. Tego dnia nastąpiła też moja pierwsza i przez długi czas jedyna Komunia. Ponieważ rodzice byli niewierzący, nie mieli zwyczaju chodzić na Mszę, więc też nie mogłam chodzić. Będąc sama, wręcz samotna ze swoją wiarą, przeszłam jakby długą drogę na pustyni.
Steven: Ja również urodziłem się w artystycznej rodzinie. Mama jest Wenecjanką, a tata Anglikiem. Porzucił nas, kiedy miałem dwa lata. Mama ochrzciła mnie w dzieciństwie, ale na tym koniec, w ogóle nie praktykowaliśmy wiary. Mama przez prawie 20 lat należała do pewnej sekty związanej z ezoteryzmem. Jednak od najwcześniejszego dzieciństwa Bóg był dla mnie oczywistością. Nie miał jednak twarzy ani nazwy, nie należał do żadnej religii… Byłem duszą kontemplacyjną i widziałem odbicie Stwórcy w pięknie stworzenia. Ale to wcale nie przeszkodziło mi, by narobić mnóstwa głupstw. Kiedy miałem 21 lat, przyjechałem do Paryża, żeby zostać aktorem. Dołączyłem do grupy muzycznej Alliage, niezwykle popularnego w swoim czasie boys bandu. To trwało około 2,5–3 lat. Doświadczyłem wielkiej popularności, która z dnia na dzień zupełnie się skończyła.
Jaki był tego efekt?
Steven: Miałem problemy z alkoholem, myśli samobójcze, znajdowałem się na skraju. Postanowiłem się zabić, ale najpierw poszedłem do budki telefonicznej i zadzwoniłem do mamy. A ona powiedziała: „Zanim zrobisz głupstwo, idź do kościoła”. To właśnie zrobiłem.
Czy sądzą Państwo, że w tej licznej fali nawróceń miał swój udział pożar Katedry Notre Dame?
Steven: Do tego odrodzenia przyczyniły się różne dramatyczne wydarzenia we Francji. Tym najbardziej spektakularnym, bo ogólnoświatowym, był rzeczywiście pożar Notre Dame. Sądzimy, że jego przyczyną był jakiś akt przestępczy, o którym nie chcą nam powiedzieć. Gdybym był prezydentem Republiki Francuskiej, to zostawiłbym ją w stanie ruiny, by obrazowała stan kościoła we Francji.
rozmawiał Edward Kabiesz –Gość Niedzielny
***
Kraków: ogłoszono inicjatywę ogólnopolskiego Wielkiego Zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa
Podczas krakowskiej premiery filmu „Najświętsze Serce” („Sacré Coeur”) w Kinie Kijów oficjalnie ogłoszono ogólnopolską inicjatywę Wielkiego Zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Wydarzenie stało się nie tylko pokazem głośnej produkcji religijnej, ale także momentem inauguracji duchowego dzieła, do którego już dziś mogą dołączać parafie z całej Polski.
Adobe Stock
***
„Najświętsze Serce” opowiada historię, która ponad 350 lat temu wydarzyła się we Francji, gdy Jezus objawił się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Tamto orędzie stało się kanwą obrazu, który – jak podkreślają komentatorzy – „obudził Francję”, przyciągnął do kin setki tysięcy widzów, a jednocześnie wywołał ostrą reakcję środowisk antyreligijnych, próby cenzury, a nawet zakazy wyświetlania w niektórych miastach.
Film o objawieniach Najświętszego Serca Jezusa wyrósł z osobistego zawierzenia twórców oraz ich rodzin Sercu Jezusa. Akt ten dokonał się podczas rekolekcji w sanktuarium Notre-Dame du Laus w sierpniu 2023 roku. Jak zauważa ks. dr Jerzy Jastrzębski, autor książek o Najświętszym Sercu Jezusa:
– „Kult Serca Jezusa przyczynił się do wielkiego ożywienia duchowości, wiary w Boga i korzystania z sakramentów we Francji. Twórcy filmu zawierzyli się Sercu Jezusa i zaczęły dziać się niezwykłe rzeczy”.Kapłan dodaje: – „Bóg działa w historii narodów, rodzin i w historii każdego człowieka. Wierzę, że przez ten film Pan Bóg chce odnawiać naszą Ojczyznę”.
Pierwsze Zawierzenie w Warszawie
Korzenie inicjatywy sięgają Warszawy. Pierwsze Zawierzenie miało miejsce w Parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Starej Miłosnej, gdzie – jak podkreślają inicjatorzy – został wymodlony cud uzdrowienia przez Najświętsze Serce Pana Jezusa. To stamtąd wyszła idea Wielkiego Zawierzenia, do której zaczęły dołączać kolejne parafie, za aprobatą swoich biskupów.
Rozszerzenie dzieła było możliwe dzięki świadectwu Gabrieli Rosiek, żony uzdrowionego Marka. Jej zaangażowanie w szerzenie kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa sprawiło, że kolejne wspólnoty zapragnęły przeprowadzić u siebie akt zawierzenia. Pisaliśmy o tym w Niedzieli: Świadectwo: Najświętsze Serce Pana Jezusa, ratuj!
Organizatorzy podkreślają, że inicjatywa ma charakter ogólnopolski i jest otwarta na następne parafie. Zgłoszenia przyjmowane są poprzez stronę: wielkiezawierzenie.pl.
Jak zapowiedziano podczas premiery w Krakowie, w najbliższych miesiącach dzieło ma rozszerzać się na kolejne diecezje, łącząc przesłanie filmu z konkretnym aktem duchowym we wspólnotach lokalnych. Inicjatywa wpisuje się w bogatą historię kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa w Polsce. W okresie zaborów był on znakiem duchowego i narodowego odrodzenia, a w 1921 roku poświęcenie narodu polskiego Najświętszemu Sercu Jezusa stało się wyrazem wdzięczności za odzyskaną niepodległość.
W latach 70. XX wieku rodziny w całej Polsce przeżywały akty zawierzenia w swoich domach, przyjmując obrazy Serca Jezusowego jako znak oddania, jedności i Bożej ochrony. Dzisiejsze Wielkie Zawierzenie nawiązuje do tej tradycji, przypominając – jak podkreślano w Krakowie – że Serce Jezusa pozostaje źródłem pokoju, siły i jedności także we współczesnym świecie.
***
18 luty
Środa Popielcowa rozpoczyna okres Wielkiego Postu
czyli okres czterdziestodniowej pokuty. Ten dzień ma pobudzić katolików do podjęcia zdecydowanej drogi osobistej odnowy i nawrócenia.
„Wkroczyliśmy w okres Wielkiego Postu: czas pokuty, oczyszczenia, nawrócenia. Nie jest to łatwe zadanie. Chrześcijaństwo nie jest drogą wygodną: nie wystarczy być w Kościele i pozwalać, by mijały lata. W naszym życiu, w życiu chrześcijan, pierwsze nawrócenie (…) jest ważne; jednak jeszcze ważniejsze i jeszcze trudniejsze są kolejne nawrócenia”.
św. Josemaría Escrivá
+++
Msza święta z ceremonią posypania głów popiołem
o godz. 20.00 w kościele św.Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Wielki Post zakończy się w Wielki Czwartek, w dniu kiedy Kościół rozpocznie Liturgię Triduum Paschalnego – Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa.
W Środę Popielcową rozpoczynamy czterdziestodniowy post. Liczba 40 stanowi w Piśmie Świętym wyraz pewnej dłuższej całości, czasu przeznaczonego na konkretne zadanie człowieka, aby lepiej i pełniej zobaczyć zbawcze działanie Boga. W Wielkim Poście Kościół odczytuje i przeżywa nie tylko czterdzieści dni spędzonych przez Pana Jezusa na pustyni na modlitwie i poście przed rozpoczęciem Jego publicznej misji, ale i trzy inne wielkie wydarzenia biblijne: czterdzieści dni powszechnego potopu, po których Bóg zawarł przymierze z Noem; czterdzieści lat pielgrzymowania Izraela po pustyni ku ziemi obiecanej; czterdzieści dni przebywania Mojżesza na Górze Synaj, gdzie otrzymał on od Jahwe Tablice Prawa.
Okresy i dni pokuty są w Kościele Katolickim specjalnym czasem ćwiczeń duchowych, liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z innymi, m.in. poprzez inicjowanie dzieł charytatywnych i misyjnych. Z liturgii znika radosne “Alleluja” i “Chwała na wysokości Bogu”, a kolorem szat liturgicznych staje się fiolet. Istotą pozostaje przygotowanie wspólnoty wiernych do największego święta chrześcijan, jakim jest Wielkanoc.
Wielki Post jest także okresem przygotowania katechumenów do chrztu. Każda niedziela wprowadzała w kolejne tajemnice wiary, a na Wielkanoc podczas Wigilii Paschalnej udzielany jest sakrament chrztu.
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przygotowanie do świąt Zmartwychwstania trwało tylko czterdzieści godzin. W późniejszym czasie przygotowania zabierały cały tydzień, aż wreszcie ok. V w. czas ten wydłużył się. Po raz pierwszy o poście trwającym czterdzieści dni wspomina św. Atanazy z Aleksandrii w liście pasterskim z okazji Wielkanocy z 334 r.
Tradycyjnemu obrzędowi posypania głów popiołem towarzyszą w Środę Popielcową słowa: “Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz” albo “Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.
Sam zwyczaj posypywania głów popiołem na znak żałoby i pokuty znany jest w wielu kulturach i tradycjach. Znajdujemy go zarówno w starożytnym Egipcie i Grecji, jak i u plemion indiańskich oraz oczywiście na kartach Biblii, np. w Księdze Jonasza czy Joela.
Liturgiczna adaptacja tego zwyczaju pojawia się jednak dopiero w VIII w. Pierwsze świadectwa o święceniu popiołu pochodzą z X w. W następnym wieku papież Urban II wprowadził ten zwyczaj jako obowiązujący w całym Kościele. Z tego też czasu pochodzi zwyczaj, że popiół do posypywania głów wiernych pochodził z palm poświęconych w Niedzielę Palmową poprzedzającego roku.
***
Tego dnia, jak również w Wielki Piątek, katolików obowiązuje post ścisły.
od 14 roku życia – wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (jak we wszystkie piątki całego roku) oraz post ścisły
osoby między 18 a 60 rokiem życia – spożycie trzech bezmięsnych posiłków tego dnia, w tym jednego do syta).
***
Na czym polega sens postu?
Post nie oznacza tylko tego, by jeść mniej oraz nie jeść mięsa. Sens postu polega także na tym, by poświęcić mniej czasu na przygotowanie potraw – dziś mięso można zastąpić wieloma wykwintnymi daniami, a w te dni chodzi o świadome odmówienie sobie jakiejś przyjemności. W dni postne chodzi przede wszystkim o pokutę, którą jako katolicy jesteśmy zobowiązani podjąć. (Kodeks Prawa Kanonicznego)
***
Katolicy są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej w każdą niedzielę i w święta nakazane. Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki” (art. 2181).
Środa Popielcowa nie należy do świąt nakazanych, dlatego katolicy nie są zobowiązani do uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i nie popełniają grzechu ciężkiego, jeśli nie przyjdą na Eucharystię.
***
Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post?
Wielki Post to czas modlitwy, wyciszenia, osobistej odnowy i nawrócenia. Rozpoczyna się w Środę Popielcową i trwa aż do Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek. Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post? Czy zawsze i wszędzie trwał 40 dni? Jak kiedyś wyglądał obrzęd posypania popiołem?
Dlaczego Wielki Post trwa 40 dni?
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa poszczono tylko przez 40 godzin w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę – mówi o. prof. Bazyli Degórski, patrolog, z Papieskiego Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu w Rzymie. Post trwający 40 dni poprzedzających Wielkanoc rozpowszechnił się w pierwszej połowie IV wieku – dodaje.
Pod koniec pontyfikatu Grzegorza Wielkiego (zmarł w 604 r.), ustalono rozpoczęcie Wielkiego Postu w środę poprzedzającą pierwszą niedzielę postu. W niedziele post oczywiście nie obowiązywał, a więc dodane dni dawały ważną liczbę 40 dni, która odnosi się do wydarzeń biblijnych, między innymi postu Pana Jezusa na pustyni.
Obecnie początek Wielkiego Postu zbiega się ze Środą Popielcową. Jednak nie wszędzie w Kościele katolickim i nie we wszystkich wyznaniach chrześcijańskich tak jest.Na przykład w Mediolanie i w całej jego metropolii obowiązuje obrządek ambrozjański, w którym Wielki Post rozpoczyna się o cztery dni później. Tak więc karnawał kończy się tam dopiero w sobotę. W Lombardii dniem postu i wstrzemięźliwości, który rozpoczyna Wielki Post, jest pierwszy piątek tego okresu – mówi o. prof. Degórski.
Tradycja posypywania głowy popiołem
Chcąc ustalić pojawienie się i dzieje Środy Popielcowej, trzeba dodać, że wywodzi się ona ze starochrześcijańskich rytów pokutnych – mówi paulin. Od połowy V wieku na początku Wielkiego Postu odbywał się obrzęd wypraszania z kościoła publicznych grzeszników. Mogli wrócić do wspólnoty dopiero po odprawieniu pokuty. Spowiadali się przed biskupem (albo jego delegatem), po czym o ustalonej porze przychodzili przed wejście do kościoła, byli wprowadzani do środka, a biskup i prezbiterzy posypywali im głowy popiołem, wypowiadając formułę biblijną: +Pamiętaj, człowiecze, że jesteś prochem i w proch się obrócisz; czyń pokutę, byś miał życie wieczne+. Biskup kropił ich następnie wodą święconą; święcił także ich szaty pokutne – wyjaśnia o. prof. Degórski. W X wieku, oprócz owych publicznych grzeszników, w tego rodzaju pokutnym obrzędzie uczestniczyli także inni wierni – dodaje.
Popiołem posypywano także głowę papieża podczas specjalnej celebracji. Nałożenie w Środę Popielcową popiołu na głowę papieża miało tradycyjnie miejsce w rzymskiej bazylice św. Anastazji na Palatynie – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Z bazyliki tej ruszała następnie procesja pokutna, która boso (przynajmniej do XII w.) kierowała się do pierwszego kościoła stacyjnego u św. Sabiny na Awentynie, gdzie papież odprawiał nabożeństwo i wygłaszał homilię – dodał.
Ojciec profesor zaznacza, że świadectwa potwierdzające praktykowanie posypywania głów popiołem można znaleźć także na innych terenach. Między innymi na początku XI w. wspomina o nim anglosaski mnich benedyktyński znany jako Aelfric Grammaticus.
Ryt posypania głowy popiołem, który powstał jako praktyka związana ze zwyczajem rozpoczynania publicznej pokuty od Wielkiego Postu (od IV w.), wiązał się z używaniem włosiennicy i popiołu – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Symbol popiołu przetrwał do naszych czasów – dodał.
Family News Service, pa/Stacja7
***
Proch z nadzieją
fot. ks. Rafał Starkowicz/Gość Niedzielny
***
Zwyczaj posypywania głów popiołem w pierwszym dniu Wielkiego Postu ma już prawie tysiąc lat. I wciąż jest czytelny.
W słowniku synonimów „posypać sobie głowę popiołem” znaczy: przeprosić, uderzyć się w piersi, ugiąć przed kimś karku, ugiąć przed kimś głowy, uznać swoją winę, ukorzyć się, pójść do Canossy, pokajać się, upokorzyć się, skruszyć się… Popiół od wieków symbolizuje uniżenie i żal z powodu własnych błędów. Stosowano go w różnych kulturach dla wyrażenia skruchy i chęci przeproszenia albo też jako znak żałoby po śmierci kogoś bliskiego. Posypanie popiołem wyrażało także rozpacz z powodu przegranej wojny bądź skutków kataklizmu. Użycie tej symboliki w chrześcijaństwie oznacza przyznanie: Jestem słaby i sam nie jestem w stanie sobie poradzić. Uznaję swoją kruchość i niezdolność do osiągnięcia czegokolwiek bez Twojej łaski.
Na długo zanim popiół stał się elementem liturgii, stanowił znak pokuty, pokornego przyjęcia porażki. W Biblii symbol ten występuje już w Księdze Hioba. „Kajam się w prochu i w popiele” – mówi Hiob, świadom swojej małości wobec Boga. „Córo mojego narodu, przywdziej wór pokutny i kajaj się w popiele!” – wzywa Jeremiasz, a Daniel wyznaje: „Zwróciłem więc twarz do Pana Boga, oddając się modlitwie i błaganiu w postach, pokucie i popiele”. W Księdze Judyty czytamy z kolei, że Izraelici, przeżywając ciężki lęk, „upadli na twarz przed świątynią, posypali głowy swoje popiołem i odziani w wory wyciągali ręce przed Panem”. A Juda Machabeusz i jego ludzie w rozterce „pościli, włożyli na siebie wory, głowy posypali popiołem i porozdzierali swoje szaty”. Wreszcie sam Jezus, wypowiadając „biada” nad Korozain i Betsaidą, stwierdza, że gdyby w Tyrze i Sydonie działy się podobne cuda, miasta te „już dawno w worze i w popiele by się nawróciły”.
Znak popiołu
Już w starożytności, gdy wyznawca Chrystusa popełnił szczególnie ciężki grzech, otrzymywał szansę pojednania z Kościołem po odbyciu surowej pokuty. Jej wyznaczeniu towarzyszył ceremoniał, który pomagał pokutnikom uświadomić sobie ciężar ich winy, a zarazem zrozumieć, jak wielką łaskę otrzymują, mogąc odpokutować swój grzech.
Najstarsze świadectwo posłużenia się popiołem w liturgii rozpoczynającej okres pokuty pojawiło się w IX wieku w tekście benedyktyńskiego mnicha Reginone z opactwa w Prüm. Dwieście lat później na synodzie w Benewencie papież Urban II wprowadził w Kościele zwyczaj posypywania głów. Ustalono też, że popiół używany do obrzędu ma pochodzić z palm, które rok wcześniej zostały poświęcone w Niedzielę Palmową.
„Na początku Wielkiego Postu wszyscy pokutnicy, którzy podjęli lub podejmą publiczną pokutę, stawią się u wejścia do kościoła przed biskupem miasta, ubrani w wory i bez obuwia, upadłszy twarzą do ziemi, uznając się winnymi swojego stanu; mają tam być dziekani, czyli archiprezbiterzy parafii, wraz ze świadkami, czyli prezbiterami pokutników, którzy mają starannie oceniać ich zachowanie” – zapisano w Pontyfikale Rzymskim, księdze liturgicznej z XII wieku. Następnie biskup nakładał pokuty odpowiednie do rodzaju popełnionej winy, po czym wprowadzał pokutników do kościoła i wraz z innymi duchownymi padał na twarz, modląc się o uwolnienie dla nich. „Wtedy, powstawszy do przepisanej modlitwy, nakłada na nich rękę, kropi wodą święconą, nakłada najpierw popiół, a potem włosiennicę na ich głowy, a wśród lamentów i wzdychania wymierza im karę na wzór Adama, który został wygnany z raju, tak i oni za swoje grzechy zostaną wygnani z kościoła” – czytamy.
Biskup „nakłada najpierw popiół”… Dziś w liturgii nie stosuje się worów pokutnych i nie chodzi się boso, ale wciąż używa się popiołu.
Proch to nie zgliszcza
– Nasze zwyczaje pokutne są powiązane z tymi, które istniały w judaizmie. Posypywanie się popiołem oznaczało tam w ogóle pokutę. Było formą rezygnacji z ozdabiania swojego ciała dla okazania, że się pości. Tak zachowały się Judyta i królowa Estera. Obie posypały się popiołem na znak pokuty – zauważa ks. dr hab. Dominik Ostrowski. Wskazuje, że w liturgii mówi się jednak o prochu (łac. pulvis), podkreślając, że jest różnica między popiołem a prochem. – Popiół ma w moim odczuciu bardziej negatywne znaczenie niż proch. Popiół (łac. cinis) to są zgliszcza, to, co zostaje po spaleniu. Kiedy spalimy coś na popiół, nic już z tego nie można zrobić; to kompletna destrukcja, materiał jałowy. Myśl ta ma odbicie w pewnym ograniczeniu dotyczącym obrzędów pogrzebowych z kremacją. Jeśli powodem kremacji jest niewiara w zmartwychwstanie, a przez spopielenie własnego ciała chce się zamanifestować tę niewiarę i beznadzieję, negując teologię chrześcijańską, wtedy prawo kościelne odmawia katolickiego pogrzebu – zaznacza liturgista, przypominając, że jeśli za kremacją nie stoją sprzeczne z teologią poglądy, jest ona dopuszczalna (choć wcale nie zalecana). Zwraca uwagę, że Bóg w Księdze Rodzaju mówi do człowieka: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. – Prochem, nie popiołem. Proch nie jest materią całkowicie zniszczoną. Dlatego, choć w liturgii używamy popiołu, za tym znakiem stoi proch. Popiół nie może być budulcem, natomiast z prochu, przy użyciu odpowiedniego spoiwa, można coś odbudować. Wyraża to alternatywny werset przy posypywaniu popiołem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Oznacza to: Owszem, jesteś prochem i nawet się w proch obrócisz, ale Bóg może cię z tego prochu podźwignąć – podkreśla ks. Dominik Ostrowski.
Dla nowego życia
Chrześcijańska nadzieja udziału w zmartwychwstaniu Chrystusa przebija w treści modlitwy błogosławieństwa popiołu, która bez istotnych zmian była używana w liturgii Kościoła przez tysiąc lat, a i do tej pory się z niej korzysta. Składa się z czterech części. Pierwsza podkreśla majestat Boga i Jego łaskę, która przynosi zdrowie ciała i ducha: „Wszechmogący wieczny Boże, zmiłuj się nad pokutującymi, okaż łaskę błagającym i racz posłać świętego anioła swego, aby pobłogosławił i uświęcił te popioły, niech staną się zbawiennym lekarstwem dla wszystkich pokornie wzywających Twojego świętego imienia, którzy oskarżają siebie świadomi swoich przewinień i opłakują przed Twoją Boską łaskawością swoje złe czyny, a także pokornie i z całych sił proszą najczystszy Twój majestat, i daj, przez wzywanie najświętszego imienia Twego, aby każdy, kto będzie nimi posypany dla odkupienia swoich grzechów, dostąpił zdrowia ciała i ochrony duszy”.
Druga część nawiązuje do słów: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Jej odpowiednik w odnowionej liturgii brzmi: „Boże, Ty nie chcesz śmierci grzeszników, lecz ich nawrócenia, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i racz w swojej dobroci pobłogosławić ten popiół, którym zamierzamy posypać nasze głowy; spraw, abyśmy uznając, że jesteśmy prochem i w proch się obrócimy, przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Modlitwa na Środę Popielcową, aby dobrze rozpocząć Wielki Post
fot. ze strony: Wydział Katechetyczny Kurii Diecezjalnej w Opolu
***
Okryj mnie, Panie, swoim miłosierdziem według Twojej hojności. W ogromie Twej dobroci zamień w proch to, co powinno umrzeć dla Ciebie.
Nie pozwól, abym przywiązywał się do tego, co moje i słabe. Nie pozwól, abym odrzucił to, co od Ciebie pochodzi. Prochem jestem i wszystkie moje myśli z dala są od Ciebie.
Z bólu mówić nie potrafię! Mam jednak dobrą wolę pójścia za Twoimi wskazaniami. Nie chcę zostawiać już nic dla siebie, ale wszystko oddać Tobie i pod Twój osąd.
Marne jest moje dzieło. Po ludzku powinno dawno się rozpaść, ale Ty, Panie, masz w nim upodobanie. Podtrzymujesz je i uświęcasz. Błogosławisz każdemu dobremu postanowieniu i każdej pokucie.
Dzięki Tobie zdolny jestem do modlitwy i pokornego uklęknięcia przed Twoim majestatem. Zgięte kolana i złożone ręce niech będą wyrazem mojej służby i gotowości do podjęcia trudu, który mnie czeka.
Niech ten Wielki Post będzie dla mnie umocnieniem na drodze wiary. Nie pozwól, aby zmiażdżyła mnie pokusa. Niech za każdym razem gdy upadnę, uratuje mnie Twoje nieskończone miłosierdzie. Nie jestem godzien, aby o nie prosić, ale Ty zachęcasz mnie do tego mimo mojej niewdzięczności.
Dobry Jezu, czuwaj przy mnie przez czterdzieści dni, abym i ja mógł czuwać nad sobą. Ulecz przez zbawienną pokutę wszystkie moje grzechy i zranienia. Tobie oddaję cały ten czas, abym mógł na końcu wyznać wiarę w Ciebie i z radosnym okrzykiem zawołać: Chwała Tobie na wieki!
“Nawrócenie ma dwa wymiary. Pierwszy i podstawowy jest negatywny, Chodzi w nim o odwrócenie się od popełnianego zła, grzechu. – Jest więc w nim i głupota, i egoizm, i nieprawość, i kłamstwo, i nieszczęście i samotność. Grzech nie odwraca od nas Serca Bożego, lecz odwraca nasze serca od Boga. – To my, grzesząc, stajemy do Boga plecami. On zawsze jest zwrócony do nas twarzą. Miłosierną twarzą. Mamy odrzucić grzech i pojednać się z Bogiem.
Drugi wymiar nawrócenia jest pozytywny. Chodzi w nim o „więcej”. W nawróceniu chodzi nie tylko o przejście od złego do dobrego, ale także o przejście od dobrego do lepszego. Chodzi o to, by się szarpnąć do bardziej gorliwej miłości wobec Boga, bliźniego i samego siebie. Chodzi o większą żarliwość. Na początku Wielkiego Postu dobrze jest zrobić sobie rachunek sumienia właśnie z tego. – Czy tak właśnie jest w moim życiu, czy – patrząc na siebie uczciwie – obserwuję wzrost i rozwój? Czy moja relacja z Bogiem, relacje, które buduję z innymi są bardziej dojrzałe? (…) Po prostu: czy kocham więcej?
Bardzo ważne są wielkopostne praktyki: modlitwa, jałmużna i post. W Wielkim Poście więcej czasu poświęcę na modlitwy, czyli dobrze pojętej miłości Boga, więcej otwartości na Jego Słowo, więcej chwil spędzonych na cichej adoracji Pana. Oby był czas i na Drogę Krzyżową, i na Gorzkie Żale i na rekolekcje. – Oby w Wielkim Poście było więcej jałmużny, czyli dobrze pojętej miłości bliźniego. Post, czyli dobrze pojęta miłość siebie samego. Z czego warto zrezygnować, żeby siebie bardziej mieć, siebie odzyskać? Co mnie dziś najbardziej zagraca? Co mi przeszkadza? Co mnie uszkadza? Post to nie tylko i nie przede wszystkim ryba zamiast mięsa i ser zamiast wędliny.
Stanąć w prawdzie o sobie i o swoim życiu. Sama religijność nie wystarcza i nie pomaga. Ona może przytłoczyć, może być tylko pozą, kolejną teatralną sztuką w teatrze życia. Bóg widzi w ukryciu, Bóg patrzy na serce, na intencje, na pragnienia i na motywacje. Dopóki tam nie będzie wszystko uporządkowane, dopóty – choćbyśmy się nie wiem, ile namodlili, napościli i najałumużnikowali, to za czterdzieści dni będziemy w tym samym miejscu.
Umierający na krzyżu Chrystus nie gra żadnej roli. Nie było żadnego show. Chrystus umierał prawie bez widowni. Prawie. Bo na Jego śmierć patrzył Ojciec, który widział w ukryciu i oddał Synowi. Nawrócenie to jest nasza praca na Wielki Post, to jest nasza droga powrotu do Boga, do początku, i to jest nasze „więcej”. Oby takie było nasze głębokie przeżywanie Wielkiego Postu, bo „inne jest bez sensu”
Arcybiskup Adrian Galbas SAC
***
Środa Popielcowa. Post bez modlitwy i jałmużny nie ma żadnego sensu
vetre | Shutterstock
***
Wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy z prawdziwym postem ma niewiele wspólnego. I dlaczego Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu?
Popielec
Liturgia Popielca zawiera Ewangelię, która stanowi dla nas strategiczny plan działania, w jaki sposób dobrze przeżyć Wielki Post. Strategia ta zakłada trzy etapy.
Pierwszym jest post. Trzeba przypomnieć, że nie polega on przede wszystkim na tym, że się, na przykład, nie ogląda telewizji. Polega na tym, że się nie je.
Dzisiaj tę praktykę zastąpiła nam wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy, ale z prawdziwym postem ma ona niewiele wspólnego. W świętym czasie, który rozpoczynamy w Środę Popielcową, warto ograniczyć posiłki, poczuć na własnej skórze, że naprawdę nie samym chlebem żyje człowiek.
Trzy etapy Wielkiego Postu
Ojcowie mówili, że poszcząc, odmawiając sobie pokarmów i jakichś przyjemności, zyskujemy czas i określone środki finansowe. Co z nimi zrobić? Czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z najuboższymi.
I to są właśnie dwa kolejne etapy: modlitwa i pomoc najuboższym (jałmużna). Bez nich poszczenie – i sam Wielki Post – nie mają żadnego sensu.
Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu. Nie chodzi o wstydzenie się, że jest się chrześcijaninem, a raczej, z jednej strony, okazanie szacunku tym, którym pomagamy (nasza pomoc nie może ich upokarzać!), a z drugiej – o dbałość, aby nasza modlitwa była przede wszystkim budowaniem relacji z Bogiem, a nie naszego dobrego wizerunku w oczach innych bądź też naszych własnych.
Czy te trzy etapy Wielkiego Postu mają jakiś element wspólny? Tak. Jest nim miłość, bez której całe życie nie ma sensu. Z miłości mamy się modlić, z miłości wspierać naszych braci w potrzebie, z miłości wreszcie mamy odmówić sobie pokarmu dla ciała, aby odkryć, że tym, co daje nam prawdziwe życie, jest Słowo Boga Żywego.
Na samym początku Wielkiego Postu Kościół przypomina jak bardzo ważne są trzy dziedziny naszej aktywności religijnej, tzn. modlitwa, post i jałmużna. Ojcowie Kościoła, żeby wytłumaczyć jak mocno są ze sobą połączone – posługiwali się obrazem ptaka. Mówili w ten sposób: modlitwa jest to taki ptak, który żeby dofrunąć do nieba, musi mieć dwa skrzydła — skrzydła postu i dzieł miłosierdzia. To samo mówili o poście: że jest to taki ptak, który nigdzie nie dofrunie, jeśli zabraknie mu skrzydła modlitwy i skrzydła dzieł miłosierdzia. I to samo mówili Ojcowie Kościoła o dziełach miłosierdzia, że ten ptak potrzebuje skrzydła modlitwy i skrzydła postu. Więc starajmy się, nie tylko w czasie Wielkiego Postu, ale każdego dnia realizować tę trójjednię modlitwy, postu i dzieł miłosierdzia.
+++
Post, który prowadzi do Boga. Jak nie zgubić sensu wielkopostnych wyrzeczeń
Po co jest post i jak go praktykować, żeby nie zamienił się w dietę?
Choć post jest ostatnią rzeczą, do której chce zachęcać współczesny świat, wciąż jest wielu ludzi, którzy poszczą. Całkiem sporo osób w środy i piątki podejmuje nawet ścisły post o chlebie i wodzie. Ta praktyka pokutna zyskała w ostatnich latach na popularności m.in. dzięki ludziom związanym z duchowością Medjugorja.
Post coś poprzedza
Piotr Jaskiernia, Polak mieszkający w Karolinie Północnej w USA, spędził całe zawodowe życie, jeżdżąc ogromnymi, 18-kołowymi ciężarówkami z jednego wybrzeża Ameryki na drugie. Siedząc za kierownicą w wygodnej kabinie swojego wozu, zaczął w drodze odmawiać Różaniec, a potem także pościć o chlebie i wodzie – najpierw tylko w piątki, później i w kolejne dni powszednie. Kiedyś przyznał, że nie wie, po co jest post, ale zauważył, że kiedy pości, nie umie zapomnieć o Panu Bogu.
Czasem ktoś podejmuje post o chlebie i wodzie na dłuższy czas, np. na cały Wielki Tydzień, jak jeden z naszych czytelników. – Zrobiłem to nie dlatego, żeby sobie coś udowadniać. Po prostu czułem, że jest w tym coś dobrego. Było to troszkę męczące. Szczególnie doskwierał mi brak smaku. Pod koniec Wielkiego Tygodnia doprowadzało mnie to do szału. Ale dziwna rzecz – wieczorem w Wielką Sobotę opanowała mnie bardzo głęboka radość – wspomina. Jego zdaniem post często jest przygotowaniem do czegoś nowego, coś poprzedza. W jego życiu tak właśnie się stało. Krótko po tym Wielkim Tygodniu wypadki tak się ułożyły, że w jego mieście powstały duża, międzyparafialna wspólnota i Szkoła Nowej Ewangelizacji, a on należał do założycieli.
Post o chlebie i kawie
Joanna Operacz, dziennikarka mediów katolickich, która razem z mężem prowadzi portal poświęcony św. Andrzejowi Boboli (andrzejbobola.info), a prywatnie żona i matka trojga dzieci, usłyszała kiedyś od znajomej, że jej tata w każdy piątek pości o chlebie i wodzie. Pomyślała od razu, że to coś dla niej. – Taki solidny post to dobry sposób na przeżycie dnia, w którym wspominam mękę i śmierć Pana Jezusa. Poza tym mam kilka intencji, w których się modlę, więc może by tak sięgnąć po jakieś bardziej natarczywe sposoby proszenia? Nie bez znaczenia było też to, że tata koleżanki jest szczupły: wizja zgubienia kilku kilogramów wydała mi się nęcąca – śmieje się. – Ale zaraz sobie uświadomiłam, że przecież codziennie piję kawę. Nie mogę odstawiać kofeiny na jeden dzień w tygodniu, bo nie będę się nadawała do życia. Odłożyłam więc poszczenie na „może kiedyś”. Trochę czasu minęło, zanim zrozumiałam, że post o chlebie i kawie może być Panu Bogu równie miły – mówi.
Od czasu do czasu Joanna wraca do tego właśnie sposobu poszczenia. Zdaje sobie sprawę, że wiele osób podejmuje większe wyrzeczenia, a jednocześnie pracuje, zajmuje się rodziną. – Ani ssanie w żołądku, ani odzwyczajenie się od kawy nie jest żadnym wielkim wyczynem. Ale jeśli z jakiegoś powodu teraz nie czuję się na siłach, żeby się tego podjąć, to przecież nie znaczy, że zupełnie nie mogę pościć – mówi. – W życiu duchowym, tak samo jak w innych sferach, można wpaść w pułapkę perfekcjonizmu. Zakładamy wtedy, że nasza modlitwa i pobożne praktyki muszą być idealne. „Wszystko albo nic”, „doskonałe albo żadne”. Problem polega na tym, że życie nie jest idealne. I wtedy zostaje nam opcja „nic”. Perfekcjonista jest tak skupiony na własnej nienaganności, że traci z oczu sam cel, istotę swoich starań. Brakuje mu radości, jest niezadowolony z siebie i ze swojej sytuacji. Żyje w strachu przed karą. Perfekcjonizm to jeden z rodzajów pychy – zwraca uwagę.
Post przerywany
W jej opinii, jeśli zrezygnujemy z dobrych postanowień tylko dlatego, że nie umiemy ich wykonać perfekcyjnie, sporo w życiu stracimy. – To, co mogę ofiarować Bogu, często wydaje mi się kiepskie, mizerne i mało ważne. Ale to wszystko, co mam. I to jest dla Niego ważne i piękne, bo ja jestem dla Niego ważna. Przynoszę mu, jak pisała św. Teresa z Lisieux, „gałganki, stare szmaty”, a On zamienia je w klejnoty. „Kochaj mnie teraz! Kochaj mnie taka, jaka jesteś” – mówi mi Pan. Miłość jest tutaj kluczowa – podkreśla.
Dodaje, że to wcale nie znaczy, iż powinniśmy łatwo zwalniać się z dobrych praktyk, stawiać na bylejakość. – Zwłaszcza nie można sobie odpuszczać tego, co konieczne i co jest fundamentem naszej więzi z Bogiem, np. modlitwy, niedzielnej Mszy Świętej, spowiedzi. Ale jeśli nie mogę się „szarpnąć” na coś wielkiego, mogę ofiarować Bogu coś mniejszego, ale mającego tę zaletę, że jest dla mnie wykonalne – mówi.
Z doświadczenia Joanny Operacz wynika, że post pomaga jej kochać, uczy ją pokory, empatii i panowania nad sobą. – Gdybym jednak miała, zaabsorbowana swoim hardcorowym postem, „warczeć” na męża i dzieci, zaniedbywać pracę albo wbijać się w pychę, to lepiej byłoby dla mnie zrezygnować z tego postanowienia – mówi.
Zdaniem dziennikarki jakieś wyrzeczenie każdy może podjąć. – Od pewnego czasu mówi się o postach przerywanych. Brzmi to śmiesznie, trochę jak „celibat przerywany” albo „wierność przerywana”, ale może to też jest coś dla nas? Spowiednik kiedyś doradził mi, że jeśli trudno mi przepościć cały dzień o chlebie i wodzie, to może warto spróbować postu przynajmniej przez jakąś część dnia. Każdy sam wie, co jest dla niego wyzwaniem. Najważniejsze są intencja i miłość do Boga – podkreśla.
Post bez modlitwy to dieta
Ojciec Piotr Hensel, przeor klasztoru karmelitów bosych w Katowicach, ostrzega przed pułapką, w którą łatwo wpaść, jeśli podejmuję post z założeniem, że mogę własnymi siłami coś zmienić w swoim życiu. Że jak się tak zaprę, to wytrzymam ze swoim postanowieniem przez cały Wielki Post. Tymczasem to nie wyrzeczenie samo w sobie ma być moim celem. Moim celem jest Bóg. – Czytałem ostatnio list św. Teresy od Jezusa do mojego współbrata, jednego z pierwszych karmelitów, ojca Ambrożego Mariano. Jako były pustelnik miał ciągotki pustelnicze, ascetyczne i rygorystyczne. Teresa napisała mu, że jest zwolenniczką kładzenia nacisku na cnotę, a nie na rygor. To bardzo mocne zdanie! W rygorystycznych praktykach jest obecny element naszej kontroli. Z tego rodzi się porównywanie do innych i czasem może się okazać, że nie chodzi nam o Boga, ale o bożka wysokiego mniemania o sobie. O to, żebyśmy dzięki postowi poczuli się tacy sprawni, tacy dobrzy. To pułapka – mówi.
Jak więc pościć, żeby tę pułapkę ominąć? O. Piotr Hensel wskazuje, że post nigdy nie powinien być oderwany od jeszcze dwóch innych duchowych aktywności. Tę triadę tworzą: modlitwa, post i jałmużna. – Już ojcowie Kościoła wskazywali, że te trzy środki zawsze muszą iść ze sobą razem. Brak któregoś z nich jest jakimś wypaczeniem – mówi. – Post porządkuje relację z nami samymi, modlitwa – relację z Panem Bogiem, a jałmużna – relację z innymi ludźmi. Post bez modlitwy będzie tylko dietą albo jakimś suchym ćwiczeniem woli. Z kolei modlitwa bez postu będzie trochę pustosłowiem. Jeżeli modlitwa nic mnie nie kosztuje, to może być takim marzycielstwem. A jałmużna bez jednego i drugiego będzie tylko filantropią. Będzie w niej jakaś duchowa pycha, duchowy egoizm. Więc post, modlitwa i jałmużna powinny wypływać z jednego ruchu serca – podpowiada.
Post od informacji
Post nie zawsze musi dotyczyć jedzenia. O. Hensel wskazuje, że można podjąć post od oceniania drugiego człowieka, od irytowania się w pierwszej reakcji na działania kogoś, od karmienia swojego ego, swoich ambicji, od gromadzenia rzeczy. – To taki post przesunięty w sferę naszego wnętrza. Święci Teresa od Jezusa czy Jan od Krzyża woleli tego typu post, bo on nas uczy milczenia i posłuszeństwa Bogu. Taki post akcentuje też nasze wewnętrzne starania, w odróżnieniu od tych zewnętrznych, widocznych dla innych – bo to, co w poście jest widoczne dla innych, niesie ze sobą pewne ryzyko popadnięcia w pychę – tłumaczy.
Współczesny człowiek żyje w szumie informacyjnym, trudno mu się oderwać od scrollowania treści w internecie. – Myślę, że dobry jest też post od nadmiernego karmienia się informacją. Może warto wybrać sobie jakiś czas, jakiś dzień, w którym to ograniczę? Niekonwencjonalnym postem może być również sięgnięcie po trudniejszą książkę, najlepiej w wersji papierowej, i przeczytanie jej. Możemy też obejrzeć jakiś trudniejszy film – mówi.
Bóg jest smakiem wszystkiego
W Kościele dniami i okresami pokutnymi są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu. W Środę Popielcową i Wielki Piątek należy zachowywać post ścisły. Natomiast w poszczególne piątki, zgodnie z zarządzeniem Konferencji Episkopatu Polski, katolików obowiązuje wstrzemięźliwość od spożywania mięsa. Czy jednak samo powstrzymanie się od mięsa wystarczy w czasach, gdy potrawy bezmięsne są często bardziej wykwintne niż mięsne? I po jakie wyrzeczenie mają w piątki sięgnąć wegetarianie, skoro i tak nie jedzą mięsa?
– Myślę, że trzeba sobie zadać pytanie, o co w poście chodzi. A chodzi o obecność Chrystusa. Jeśli więc piątkowa wstrzemięźliwość od mięsa naprawdę nic dla mnie nie wnosi, warto poszukać czegoś, co mi pomaga pamiętać o Jezusie. Nie rezygnowałbym jednak przy tym z piątkowej wstrzemięźliwości od mięsa, bo potrzebujemy także takich wyzwań i takich wymagań. Jeśli wymagań zabraknie, to raczej równamy w dół – ocenia karmelita.
Jego zdaniem post cielesny również ma do spełnienia rolę w życiu chrześcijan. – W jednej z prefacji wielkopostnych na Mszy św. padają słowa, że przez post cielesny uśmierzamy wady, podnosimy ducha, a Bóg udziela nam cnoty. Pamiętajmy tylko, żeby z naszego horyzontu nie znikał Chrystus, bo wtedy post może stawać się sztuką dla sztuki. Post ścisły, który Kościół proponuje nam w Środę Popielcową i Wielki Piątek, to okazja, żebym powiedział sobie: sprawdzam. Czy Bóg rzeczywiście jest dla mnie w tym momencie ważniejszy niż moje odczucie głodu, dyskomfortu? – pyta. – Rezygnujemy wtedy z jedzenia nie dlatego, że jest ono czymś złym, ale dlatego, że jeszcze bardziej dobry jest Bóg. Bóg który, jak mówi Jan od Krzyża, jest smakiem wszystkiego. Chcę Pana Boga i jestem wolny od tych różnych przywiązań, które na co dzień sprawiają mi przyjemność – dodaje.
Po co jest post? – Wydaje mi się, że dobrze to ukazuje post eucharystyczny. Dzisiaj jest skrócony, w dawnych czasach już od północy nie można było nic jeść ani pić. Chodzi o pokazanie, że jesteśmy głodni komunii z Bogiem. Post ma być nastawiony na Niego. To jedyna właściwa chrześcijańska perspektywa – mówi o. Hensel.
Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Abp Galbas: chciałbym wszystkich zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi
fot. Archidiecezja warszawska
***
– Chciałbym was, Bracia i Siostry, bardzo zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi już teraz, na początku Wielkiego Postu – mówił abp Adrian Galbas w homilii podczas Mszy św. sprawowanej w Środę Popielcową w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Świątynia Opatrzności Bożej to pierwszy z Wielkopostnych Kościołów Stacyjnych w Archidiecezji Warszawskiej.
“Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem” – mówił abp Adrian Galbas.
Abp Galbas przypomniał, że przyjmując popiół na głowy wyrażamy gotowość do pokuty za nasze grzechy i do nawrócenia.
Zwrócił uwagę na wezwanie do nawrócenia wybrzmiewające w Czytaniach. Podkreślił, że najbardziej praktycznym i konkretnym wymiarem nawrócenia jest sakrament pokuty i pojednania, którym jest każda spowiedź.
– Chciałbym was, Bracia i Siostry, bardzo zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi już teraz, na początku Wielkiego Postu, a nie dopiero za czterdzieści dni kiedy przed konfesjonałami będą długie kolejki – powiedział abp Galbas.
Przypomniał, że spowiedź nie jest po to, by poinformować Boga o naszych grzechach. On je zna. – Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem i uczynić to przez pośrednictwo Kościoła – wyjaśnił.
Przypomniał też, że w sakramencie pokuty mamy obowiązek oddać Panu Bogu, przez pośrednictwo Kościoła wszystkie grzechy ciężkie, to znaczy takie, które spełniają trzy warunki: dotyczą rzeczy poważnej, zostały popełnione w całkowitej wolności i z pełną świadomością, czego się dopuszczam.
– Aby spowiednik dobrze mógł ocenić czy dany grzech jest ciężki, czy nie, Kościół od czasu Soboru Trydenckiego wymaga także, aby podczas spowiedzi podać okoliczności popełnienia grzechu, a także informacje o sobie. Jeśli spowiadam się u kogoś kto mnie nie zna, mam obowiązek powiedzieć, że jestem biskupem, podobnie, że ktoś jest małżonkiem, księdzem, czy osobą żyjącą w pojedynkę. Są bowiem takie okoliczności, które mogą zwiększyć, albo zmniejszyć ciężar popełnionego grzechu – powiedział kaznodzieja.
Podkreślił też, że nie możemy sami decydować, co jest grzechem a co nim nie jest. Coś nie przestaje być grzechem z uwagi na to, że większość ludzi go popełnia albo, że „wszyscy tak żyją” – tłumaczył.
-„Grzechem tego wieku jest utrata poczucia grzechu” pisał już papież Pius XII, a św. Jan Paweł II nazywał to zaciemnieniem i wypaczeniem sumienia, jego martwotą i znieczuleniem – przypomniał kaznodzieja.
– Bardzo proszę moich księży, by szczególnie w Wielkim Poście więcej czasu spędzali w konfesjonale, oczekując na wiernych, a także by w kazaniach częściej przypominali tę moralną naukę Kościoła, jak również naukę o grzechu, nawróceniu, skrusze i pojednaniu. Jeśli ludzie nie będą o tym słyszeli z ambony, jak będą mieli się nawracać, jak będą mieli korzystać z sakramentu pokuty?! – powiedział.
Kai.pl
***
Święta kościelne w 2026 roku
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
W roku liturgicznym Kościół wyróżnia święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz świąt nakazanych wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
17 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2026 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni:
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Bożej Gromnicznej)
18 lutego (środa) – Środa Popielcowa
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne (Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
3 maja (niedziela) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
+++
W czasie Wielkiego Postu dobrze jest medytować o męce Pańskiej
Renata Sedmakova | Shutterstock
***
Jednym ze sposobów na właściwe przeżywanie Wielkiego Postu jest czytanie i rozmyślanie opisu męki i śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Czytanie Biblii przez Wielki Post
Niektórzy kierownicy życia duchowego zalecają czytanie konkretnych fragmentów z Pisma Świętego w okresie Wielkiego Postu, jak na przykład czytanie Księgi Wyjścia, ponieważ ta Księga może pomóc poczuć się, jakbyśmy sami byli na pustyni, wędrując z ludem Izraela przez lat czterdzieści.
Inni proponują częstsze czytanie i rozmyślanie o męce Pańskiej.
W Liturgii Kościół czytanie o Męce Pańskiej ma szczególne miejsce w Wielkim Tygodniu, ale dobrze jest dla naszego nawrócenia wielokrotnie powracać do tych najważniejszych wydarzeń naszego zbawienia.
Środy i piątki
Kościół zaleca rozważanie męki Pańskiej w środę i piątek
Piątki zawsze przypominają nam o męce Jezusa Chrystusa a środy – o zdradzie Judasza.
Oto niektóre duchowe korzyści płynące z czytania Męki Pańskiej:
Czytanie opisu męki Pańskiej ma wielkie znaczenie doktrynalne, bowiem przyciąga uwagę wiernych treścią o charakterze narratywnym i wzbudza w nich przeżycia autentycznej pobożności. Są nimi: żal za popełnione winy, gdyż wierni dobrze wiedzą, że Chrystus poniósł śmierć na odpuszczenie grzechów całego rodzaju ludzkiego, a więc także naszych grzechów; współczucie i solidarność z Niewinnym niesłusznie prześladowanym; wdzięczność za nieskończoną miłość do wszystkich ludzi jako swoich braci, którą Jezus, nasz Brat pierworodny, objawił w swojej męce na krzyżu; konieczność naśladowania pokory, cierpliwości, miłosierdzia, darowania win, ufnego oddania się w ręce Ojca, co Jezus uczynił w wyraźny i skuteczny sposób w czasie swej męki.
+++
Jak rozmyślać nad męką Pańską?
(Nauka Krzyża – I)
Nao Novoa | Shutterstock
***
Czy chodzi o łzy i wzruszenie?
Kiedy rozpoczynamy cykl rozmyślań wielkopostnych o tajemnicy męki Pańskiej, zastanówmy się najpierw, jak powinniśmy nad nią rozmyślać? W tradycji Kościoła istnieje kilka sposobów przeżywania Drogi Krzyżowej. O pierwszym mówi sama Ewangelia:
A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas!Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?” (Łk 23, 27-31)
Te kobiety były prawdopodobnie płaczkami, które zwyczajowo towarzyszyły skazańcom. Pierwszym ludzkim odruchem na cierpienie drugiego człowieka, szczególnie niewinnego, jest współczucie. Patrząc na Jezusa biczowanego, cierniem koronowanego, upadającego pod krzyżem i powieszonego na nim w sposób naturalny robi się Go żal. Niesprawiedliwość, przemoc budzą nasz sprzeciw i chęć pomocy ofierze.
To Jezus współczuje nam
Jezus jednak obawia się takiego współczucia. Nie chce, abyśmy się na nim się zatrzymali. Nie po to się wcielił i umarł na krzyżu, żeby nam Go było żal. Jezus robi to dla nas i chce, abyśmy wzięli na poważnie nasze życie i Jego śmierć.
To Jemu jest żal nas i dlatego przyjął kielich cierpienia. To nie my mamy Go wesprzeć naszym współczuciem, lecz to On chce swoim krzyżem wzmocnić nas w naszych problemach i trudach. To nasze życie było dla Niego motywacją do przyjęcia cierpienia.
Ckliwość i sentymentalność nie jest dobrą drogą do rozważania męki Pańskiej. Jezus wzywa nas, abyśmy poszli za Nim i żyli Ewangelią Krzyża, abyśmy od współczucia Jemu doszli do zrozumienia Jego miłości do nas.
br. Damian Wojciechowski SJ., misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, ekonom diecezji, reżyser, dziennikarz, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej oraz na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie.
Jezuita, misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, reżyser, dziennikarz, ekonom diecezji, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej w Gdyni i wykłada na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie
+++
Nie chodzi o nasze grzechy!
(Nauka Krzyża – II)
Firma V | Shutterstock
***
W centrum śmierci Jezusa na krzyżu nie stoją nasze grzechy. Nie one są ważne w refleksji nad Jego śmiercią.
Zaczynając rozważania męki Pańskiej dobrze jest najpierw oczyścić naszą pamięć i wyobrażenie z tak wielu słów, jakie usłyszeliśmy już o niej np. podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej czy Gorzkich Żalów. Często kiedy w kościele mówi się o męce Jezusa, kaznodzieje starają się wzruszyć słuchaczy lub wzbudzić w nich poczucie winy. Niestety takie podejście może nam bardzo przeszkodzić w głębokim poznaniu tej tajemnicy.
Czy Jezusa krzyżują nasze grzechy?
Często słyszeliśmy na Drodze Krzyżowej, że z powodu naszej nieczystości Jezus został odarty z szat – to prawda, ale zatrzymanie się na takiej interpretacji męki, która łączy nasze poszczególne grzechy z cierpieniem Jezusa, często prowadzi do fałszywego poczucia winy lub wprost do odrzucenia odkupieńczej roli krzyża. Podejście do męki, które skupia się na naszej za nią odpowiedzialności, które ukazuje jak to nasze grzechy doprowadziły do śmierci Wcielonego Słowa, jest prawdziwe, ale ograniczające duchowy horyzont.
Jezus nie po to wziął na siebie krzyż, abyśmy się biczowali, jak to jeszcze niedawno robiono na procesjach wielkopostnych w Hiszpanii. To prawda, że Jezus przyszedł na ziemię, aby nas wyzwolić z grzechu, ale trudno nam to będzie przyjąć, jeśli skupimy się na naszych grzechach, a nie na Jego miłości. To nie my mamy się zbawić lub pomóc Jezusowi, lecz On ma nas podnieść z naszych słabości. Czasami lżej jest nam współczuć Ukrzyżowanemu lub oskarżać się za nasze winy niż przyjąć prawdę, że jesteśmy słabi, zagubieni i potrzebujemy Jego miłosierdzia.
Krzyż Jezusa nie jest piękny. Jego śmierć nie była piękna.
Krzyż nie jest piękny
Patrząc na krucyfiks możemy zapomnieć, jak w rzeczywistości wyglądała męka Chrystusa. Wielu artystów przestawia Jezusa na krzyżu w glorii, niepoddającego się cierpieniu, z pięknym ciałem, spokojnego, a nawet uśmiechniętego. Często jest to Jezus już po śmierci, a nawet zmartwychwstały, wywyższony. Jest to wizja bliska temu jak przedstawia mękę święty Jan, w którego relacji śmierć Jezusa ukazuje wiele głębokich prawd teologicznych.
Tymczasem Jezus na krzyżu był zupełnie nagi. Jego ciało było zmasakrowane, a sam skazaniec wykonywał nieustannie rozpaczliwe ruchy, aby zaczerpnąć powietrza. Widok skazańca na krzyżu wzbudzał obrzydzenie, niesmak i szyderstwo. To było celem tej kary przeznaczonej dla buntowników i niewolników. Pokazać ich jako nie-ludzi, wyrzutków społeczeństwa. Takim wyrzutkiem był na krzyżu również Jezus.
Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. (Iz 53, 2-3)
Bóg nie tylko chciał, aby Jego Syn przeszedł przez bramę śmierci i w ten sposób doświadczył tego, czego w końcu doświadczy każdy z nas, ale też dopuścił, że śmierć ta połączona z niesłychanym okrucieństwem i cierpieniem. Była ona doświadczeniem krańcowego upodlenia i uniżenia:
Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi, i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem, chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy i w Jego ustach kłamstwo nie postało. Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego. (Iz 53, 9-10)
Aby poznać los człowieka
Bóg jest wszechmocny, ale czy może zrozumieć człowieka, jeśli sam nie może doświadczyć cierpienia? Bóg stał się człowiekiem, aby zaznać cierpienia tak, jak każdy człowiek.
Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu. W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom. (Hbr 2, 17-18).
Przez okrutną i upadlającą śmierć Bóg nie tylko okazał miłość wobec nas, lecz także stał się nam przez to bliski. Tę śmierć, uniżenie i ból włączył na zawsze w swoją boskość, absolut i nieskończoność:
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. (Hbr 4, 15)
Ukrzyżowanie był ona tyle strasznym i odrażającym widokiem, znanym wszystkim ludziom w czasach rzymskich, że aż do IV wieku nie spotykamy wizerunków Jezusa na krzyżu. Było to na tyle okropne i napawające strachem widowisko, że chrześcijanom nie przychodziło do głowy, aby przedstawiać Jezusa na takim obrazie.
Graffiti Aleksamenosa
***
Najstarsze przedstawienie ukrzyżowania pochodzące z III wieku znaleziono w pałacu cesarskim na Palatyniew roku 1856. Przedstawia ono człowieka z głową osła wiszącego na krzyżu. Obok widnieje napis: „Aleksamenos oddaje cześć bogu”. Według powszechnego mniemania tylko głupiec dałby się dobrowolnie ukrzyżować, a samo ukrzyżowanie było antytezą boskości, piękna, prawdy, wolności.
Czy Bóg jest bezsilny?
Nie możemy sobie wyobrazić, jak trudno było pierwszym chrześcijanom przyjąć, że ich Bóg zawisł na gwoździach. Jak mówią bibliści, ten „skandal krzyża” jest jednym z najważniejszych wątków czterech Ewangelii, które starają się wytłumaczyć uczniom Jezusa, jaki był sens tej okrutnej śmierci.
Już w roku 180 Celsus mówił złośliwie do chrześcijan, których uznano za „czcicieli krzyża”: „Jak wyglądałby jako syn boży ktoś, którego ojciec nie potrafił uratować od najbardziej hańbiącej śmierci?”.
Św. Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23)
Zgorszenie i głupstwo
Oile u pogan krzyż wzbudzał uczucie pogardy, to u Żydów powodował przerażenie. W rozdziale 21 Księgi Powtórzonego Prawa (22-23) napisane jest, że „wiszący na drzewie jest przeklęty przez Boga”. Dlatego też Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23). Realną śmierć na krzyżu odrzucało wiele herezji. Niektórzy twierdzili, że Jezusa na krzyżu zastąpił Szymon z Cyreny. Inni twierdzili, że Jezus nie czuł bólu, gdyż Jego ciało było tylko pozorne. Tak samo twierdzi islam, w swoich hadisach. Według nich zamiast Jezusa powieszono Judasza lub jednego z Jego uczniów, któremu Bóg zmienił twarz na twarz Chrystusa. Tak o tym pisze Koran:
Oni ani Go nie zabili, ani Go nie ukrzyżowali, tylko im się tak zdawało; i, zaprawdę, ci, którzy się różnią w tej sprawie, są z pewnością w zwątpieniu; oni nie mają o tym żadnej wiedzy, idą tylko za przypuszczeniem; oni Go nie zabili z pewnością. Przeciwnie! Wyniósł Go Bóg do Siebie! (4,157-158)
Dlaczego Mahomet tak sądził? Ponieważ nie mieściło mu się w głowie, że Bóg mógł dopuścić takie nieszczęście na najsprawiedliwszego z ludzi, którym był według niego Jezus. Takie cierpienie mogło spotkać tylko człowieka niegodnego, który sprzeciwiał się Bogu.
W 337 r. kiedy chrześcijaństwo było już legalną religią, Konstantyn Wielki zniósł ostatecznie ten rodzaj kary. Przedstawianie Chrystusa wiszącego na krzyżu stało się coraz popularniejsze w sztuce chrześcijańskiej. Niestety przedstawienie Jezusa na krzyżu zaczęto banalizować, znak krzyża w naszych kościołach jest często elementem dekoracji i wykończenia wnętrza. Krzyż nie szokuje, nie zmusza do myślenia, nie jest powodem oburzenia czy niesmaku.
Męka Jezusa to najważniejsza część Biblii (Nauka Krzyża – VI)
Freedom Studio | Shutterstock
***
Czy męka Jezusa nie jest najważniejszym elementem Ewangelii?
Najważniejsze przesłanie Ewangelii
Tylko opis męki Pańskiej ma identyczny schemat i bardzo podobną treść we wszystkich czterech Ewangeliach. Oznacza to, że była to najwcześniejsza część przekazu Dobrej Nowiny, uświęcona przez Tradycję, w której Ewangelie były spisywane. Męką Pańska to pierwsza i najważniejsza część przepowiadania jak to już widzimy w pierwszych kazaniach św. Piotra. Całe życie Jezusa opisane jest w kilkunastu rozdział Ewangelii, natomiast Jego męka trwająca tylko jeden dzień opisana krok po kroku zajmuje aż dwa długie rozdziały. Ewangeliści interesują się każdym szczegółem, prowadzą nas za Jezusem sekunda po sekundzie, minuta po minucie. Tak bardzo ważne to było dla pierwszego Kościoła.
Cała Biblia pełna jest odwołań do śmierci Jezusa. Jeśli prześledzimy uważnie Ewangelie, to zobaczymy, że niemal na każdej jej stronie są nawiązania do męki i śmierci Jezusa. Tak jakby Ewangelia była w rzeczywistości tylko komentarzem do tego jednego dnia z życia Jezusa.
Ewangelia św. Marka o męce Jezusa
Pierwsza część Ewangelii św. Marka koncentruje się na cudach i uzdrowieniach. Jezus przedstawiony jest jak lekarz, który uzdrawia wszelkie choroby, kalectwa, ułomności, słabości i uwalnia od wpływu demonów. Taki zbawiciel nie mógł nie fascynować i wzbudzać entuzjazmu wśród pierwszych chrześcijan. Ale w drugiej części cuda się kończą, a Jezus skupia się na przepowiadaniu swojego Krzyża i jego konsekwencji dla uczniów. Taka zmiana całego przepowiadania wzbudza wśród uczniów niezrozumienie, lęk, a nawet sprzeciw. Śmierć Zbawiciela jest nie do przyjęcia:
Jezus pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie». Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. (Mk 9, 31-32)
To wielokrotne podkreślane w Ewangeliach niezrozumienie uczniów powinno być dla nas przestrogą, abyśmy sami nie podchodzili do tej tajemnicy zbyt lekkomyślnie lub pomijali ją w naszym życiu duchowym jako coś niezrozumiałego i niezbyt ważnego.
Zdrada, która staje się momentem chwały (Nauka Krzyża – VII)
Public Domain
***
Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia.
Moment zdrady = moment chwały
13. rozdział Ewangelii według św. Jana ma oprócz Jezusa jeszcze jednego bohatera: Judasza. Jezus w tym rozdziale wskazuje na człowieka, który Go zdradzi. W niewielu miejscach Ewangelia mówi o tym, że Jezus się wzruszył. Jednym z nich jest moment ujawnienia zdrajcy. Co ciekawe, Jezus stwierdza, że moment ostatecznej decyzji o zdradzie jest momentem, kiedy Syn Człowieczy został otoczony chwałą! Wydanie się w ręce zdrajcy to kulminacyjny moment życia Jezusa. W opisie pojmania w Getsemani Ewangeliści podkreślają obecność Judasza.
Jak to możliwe, że moment zdrady może być także momentem, kiedy ujawnia się Boża moc i Jego wielkość? Oddanie Syna Bożego szubrawcy i zdrajcy ma być sukcesem Boga?! Bóg oddający się w ręce człowieka jest słaby, bezbronny i bezradny – tak jak my. To tu ukazuje się Jego wszechmocna miłość do człowieka. Jego wszechmoc nie wyraża się w sile, przemocy, potędze, władzy, lecz w miłości.
Zdradza najbliższy
Nie jesteśmy tylko oprawcami; bywa, że jesteśmy też ofiarami. Doświadczenie zdrady jest nieprzekazywalne. Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia. Taka rana często ropieje latami, a nawet dziesięcioleciami. Znałem mężczyznę, który kilkadziesiąt lat aż do swojej śmierci rozpamiętywał zdradę, której doświadczył ze strony żony. Całe życie rozmyślał o tym, że powinien wyrzucić ją z rodzinnego grobowca.
Jezus, Bóg-Człowiek, jak wielu ludzi przed Nim i po Nim, doświadczył zdrady. Przeszedł przez to cierpienie: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15). Dlatego z bólem zdrady możemy przyjść do Jezusa i opowiedzieć Mu o tym, oddać to doświadczenie. Jeśli pozostaniemy w nim sami, to może się ono przerodzić w nienawiść i złość, które będą pustoszyć nasze wnętrze. Ból zdrady może stać się chorym centrum naszego życia, jego fałszywym sensem. To powinno nas motywować do wysiłku i odwagi, aby o tym bolesnym doświadczeniu opowiadać Jezusowi, który również go doświadczył i ma moc nas z niego wyzwolić.
Pycha zamykająca na miłosierdzie
Judasz zrozumiał swój błąd. Na koniec nawet odrzucił pieniądze, które były dla niego tak ważne i którym służył. Jednak w odróżnieniu od Piotra nie potrafił przebaczyć samemu sobie swojej podłości, nie potrafił się zgodzić na swoją słabość. Postanowił sam siebie ukarać. To pycha zamyka nas na Boże miłosierdzie. Poczucie wyższości nie daje nam przyznać, że jesteśmy słabi i ulegamy pokusie i egoizmowi.
Porażka Jezusa. Szyderstwo z sensu Jego życia (Nauka Krzyża – VIII)
mady70 | Shutterstock
***
Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życia.
Cios z sens życia Jezusa
Wyszydzenie Jezus na krzyżu, jak i wcześniej, podczas sądu, nie jest po prostu psychicznym znęcaniem się nad człowiekiem, lecz podważaniem sensu całej misji Jezusa. Wezwanie do zejścia z krzyża, drwina: „Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym”, wymierzone są w samo centrum życia Jezusa, Jego powołania i relacji z Ojcem.
Jezus przyszedł, aby zbawić człowieka od grzechu, śmierci, chorób, szatana, nienawiści, a szyderstwa faryzeuszy zdają się sugerować, że cała Jego misja spaliła na panewce. Jest bankrutem, człowiekiem, który stracił wszystko, żałosnym mistyfikatorem i oszustem, uzurpatorem i bluźniercą. Szatan przez słowa ludzi ukazuje Mu Jego klęskę: ci, których miał zbawić, dla których umiera, nie tylko odrzucają Go i Jego zbawienie, ale jeszcze drwią z Jego misji i powołania. Choć Jezus mógłby wezwać zastępy anielskie, aby Go uratowały i pokazały Jego moc, dalej wisi na krzyżu i pozwala się poniżać – nie chce użyć siły wobec ludzi, którzy Go odrzucają.
Wyszydzony Bóg, wyszydzony człowiek
Zdrada Judasza, a także Piotra, musiały być dla Jezusa najbardziej bolesną częścią Jego poniżenia. Według Judasza Jezus zawiódł swoich uczniów, nie potrafił stanąć na wysokości zadania, poniósł klęskę jako przywódca, nie potrafił poprowadzić uczniów do zwycięstwa, a tylko wykonywał groteskowe gesty.
Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życiu. Patrzmy, jak Jezus na to reagował i skąd brał siłę, aby przejść przez to niezwykle druzgocące doświadczenie. Aby ból krzywdy wywołany pogardą i upokorzeniem nas nie niszczył, nie był źródłem zgorzknienia, nienawiści, w tym także do siebie samego, potrzebujemy przyjść z tymi uczuciami do Jezusa i przedstawić Mu to wszystko, co nas spotkało. Jezus przeszedł przez takie doświadczenie i jako Bóg ma moc nie tylko nas od tego wyzwolić, ale przekształcić to w dobro. Tylko Bóg potrafi ze zła wyprowadzić błogosławieństwo.
Szymon nie niósł krzyża z Jezusem, ale zamiast Niego (Nauka Krzyża – IX)
artin1 | Shutterstock
***
Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił, żeby z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem
Patibulum
Kiedy byłem niedawno w kaplicy byłego seminarium w Nowosybirsku , zobaczyłem intrygującą drogę krzyżową. Jezus nie niesie na niej całego krzyża, tylko poprzeczną belkę, do której przybijano ręce skazańca. Taka belka nazywała się patibulum i ważyła około 45 kg. I choć przywykliśmy, że Jezus niesie cały krzyż, jak to w swoich wizjach widziała Katarzyna Emmerich i co pokazał Mel Gibson w swojej „Pasji”, to wszystko wskazuje na to, że niósł tylko patibulum, do którego miał przywiązane ręce.
Droga krzyżowa w Nowosybirsku
***
Marsz z taką belką wyglądał dużo straszniej i był o wiele okrutniejszy, ponieważ w przypadku potknięcia skazaniec nie mógł się podeprzeć rękami. Jezus nie mógł nieść całego krzyża, ponieważ nawet bardzo silny i zdrowy mężczyzna nie mógłby przenieść ciężaru kilkuset kilogramów na taką dużą odległość. Natomiast dla człowieka torturowanego i wyczerpanego niesienie 45 kg było już ogromnym wysiłkiem. Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem, że każdy z poddanej ludności był zobowiązany nieść 1000 m jakiś ciężar z polecenia rzymskiego urzędnika albo żołnierza.
Legioniści nie byli litościwi
Rzymscy żołnierze nie oswobodzili Jezusa od patibulum z powodu miłosierdzia i współczucia, a z praktycznych względów: ich zadaniem było ukrzyżowanie skazańca, a nie zamęczenie go w drodze na miejsce kaźni. Gdyby dopuścili do jego śmierci podczas drogi krzyżowej, naruszyliby regulamin i mogliby zostać za to surowo ukarani. Musieli znaleźć kogoś, kto poniesie belkę na Golgotę.
Ta belka mogła być na tyle krótka, że niewygodnie byłoby ją nieść we dwóch. Bardzo możliwe, że Szymon niósł ją samodzielnie. Ta scena ma dla nas głęboki duchowy sens. Jezus przyjmuje pomoc Szymona, choć ta nie jest dobrowolna. Aby wypełnić swoją misję, potrzebuje drugiego człowieka, który poniesie ciężar krzyża na Golgotę.
Pokora w przyjęciu pomocy
Pokora polega na przyznaniu, że nie dajemy rady ze swoimi problemami, ciężarami, cierpieniami i krzyżami. Bóg przysyła nam różnych ludzi, czasami przypadkowych i obcych, którzy chcą nam ulżyć w naszych cierpieniach. Nie odtrącajmy ich pomocy. Zgódźmy się na to, aby nam ulżyli. Miejmy pokorę przyznać się do swojej słabości, niemożności niesienia własnego krzyża. Dziękujmy Bogu za każdy gest życzliwości, współczucia i pomocy ze strony innych. Jezus, choć był Zbawicielem, przyjął pomoc nieznajomego, choć była ona poniżająca, bo przymusowa.
Jezus potrzebuje też naszej pomocy w swojej męce. Może być tak, że nasz krzyż spada na nas niespodziewanie, bez naszej zgody, tak, że trudno nam go zaakceptować. Przypomnijmy sobie wtedy Szymona Cyrenejczyka, którego zmuszono do niesienia krzyża jakiegoś przestępcy skazanego na śmierć. Szymon wykonał niedużą pracę, ale w ten sposób uczestniczył w Bożym planie zbawienia całej ludzkości. Tak samo nasze cierpienie, nasz krzyż, choć niezrozumiały, dla nas bezwartościowy, może uzyskać sens, kiedy przyjmiemy, że niesiemy go z Jezusem. Nasze cierpienie możemy ofiarować za tych, którzy potrzebują zbawienia, pomocy i nawrócenia.
Nieść krzyż z radością? To niemożliwe (Nauka Krzyża – X)
artin1 | Shutterstock
***
Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli.
Szymon Cyrenejczyk nie mógł się cieszyć z rozkazu żołnierzy, szczególnie że krzyż był znakiem hańby. Nikt nie chce nieść krzyża. Ale często jest tak, że mimo naszych oporów i buntu musimy go dźwigać. Spada na nas bez naszej zgody. Krzyż jest tym, co człowiek odrzuca.
Krzyż nie jest miły
Musimy odrzucić sentymentalne wyobrażenie, że będziemy radośnie nieść krzyż z Jezusem. Dopóki to będzie krzyż wymyślony przez nas samych, który podniesie naszą wartość we własnych i cudzych oczach, dopóty chętnie go weźmiemy, możemy się nawet w nim lubować, bo będzie karmił naszą chorą miłość własną. Lecz jeśli spadnie na nas prawdziwy krzyż, który będzie nas niszczył, poniżał, to czy nie będziemy go odrzucać i bluźnić Bogu?
Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli. Będziemy potrzebowali czasu, duchowego nawrócenia, aby go przyjąć. Znam mistrzów życia duchowego, podziwianych przez tysiące, którzy zrobili wszystko, co możliwe, żeby uciec od krzyża. On niszczy nasze plany, nasze osiągnięcia, nasz obraz siebie, szacunek ze strony bliskich, w końcu odbiera nam życie. Odrzucenie krzyża jest jak najbardziej ludzką reakcją, która Jezusa nie gorszy i nie gniewa, bo wzięcie go jest szczytem bycia uczniem Jezusa i nikt nie przyjmuje go od razu z entuzjazmem. Radość niesienia krzyża z Jezusem zmieszana jest ze sprzeciwem, zwątpieniem i rozpaczą, których doświadczał sam Jezus.
Przyjmijmy pomoc
Kiedy przeżywamy jakieś cierpienie, miejmy też pokorę przyjąć pomoc, współczucie i współcierpienie bliźnich, tak jak to zrobił Jezus stosownie do swoich słów „jeden drugiego brzemiona noście”. Czasami nasze cierpienie daje nam poczucie wartości, sensu życia, co może nawet prowadzić do pychy i używania własnego krzyża do poniżania innych. Nie pozwólmy, aby cierpienie była narzędziem wygrywania czegoś u bliźnich. Kiedy Bóg przysyła nam naszego Szymona Cyrenejczyka, przyjmijmy jego pomoc z dziękczynieniem i radością. Umiejętność oddania się w ręce innych, na przykład w czasie choroby, kalectwa i starości, jest oznaką dojrzałości i pokory. Jest to rodzaj dziecięctwa, do którego wzywa nas Jezus. Cierpienie nie ma być centrum i sensem naszego życia, lecz jeśli Bóg tak chce, zróbmy wysiłek, aby przyjąć Jego pomoc poprzez ludzi, których do nas wysyła.
Jezus doskonale zna cierpienie każdego człowieka (Nauka Krzyża – XI)
StunningArt | Shutterstock
***
Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.
Pierwsze „Ewangelia” męki
Pierwsza wspólnota chrześcijan nie posiadała jeszcze spisanego opisu męki Chrystusa. Opowieść o drodze krzyżowej Jezusa była przekazywana przez apostołów i innych uczniów w formie ustnej. Opis męki został spisany dopiero kilkadziesiąt lat po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela. Równocześnie pierwotny Kościół w Jerozolimie był złożony z żydów, którzy na pamięć znali Stary Testament. Ze zdumieniem odkrywali oni, że wiele fragmentów Pisma, szczególnie Proroków i Psalmów, bardzo konkretnie opisywało mękę Jezusa. Te teksty ze Starego Testamentu były pierwszymi Ewangeliami męki pierwotnego Kościoła. Fragmenty tych tekstów weszły później jako cytaty do ewangelicznych świadectw śmierci Chrystusa. Były one i później uznawane za najlepsze komentarze i objaśnienia drogi krzyżowej.
Jednym z takich tekstów jest Psalm 22. W sposób bardzo szczegółowy opisuje cierpienie Jezusa, zwracając szczególną uwagę na to, jak przeżywał to sam Skazaniec. Psalmista wchodzi niejako w serce Jezusa i przekazuje nam Jego przeżycia. Oczywiście ten psalm jest poetycką modlitwą człowieka, który żył setki lat przed narodzeniem Chrystusa, ale jego słowa były tak Mu bliskie, tak dobrze oddawały Jego uczucia i stan ducha, że sam Jezus wisząc na krzyżu cytuje pierwszy wers tego psalmu. Modlitwa anonimowego żyda stała się modlitwą Boga wiszącego na krzyżu. Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.
Bóg Go opuścił
Z drugiej strony Jezus, cytując ten psalm, wskazuje nam, że utożsamia się z każdym człowiekiem, który w jakimś okresie życia przeżywa to samo cierpienie co psalmista. Tak więc w tym psalmie następuje zjednoczenie przeżyć psalmisty, Jezusa i każdego z nas przeżywającego swoje cierpienie, swoją drogę krzyżową. Być może nasze cierpienie nie ma wymiaru fizycznego, lecz duchowy lub psychiczny, co nie oznacza, że jest lżejsze. Psalm 22 może być także naszą modlitwą w chwilach osamotnienia, zdrady, bezsilności, strachu, załamania.
Zwróćmy uwagę, że wisząc na krzyżu Jezus wybrał właśnie werset tego psalmu, by wyrazić swoją samotność, swoje odrzucenie, przerażające odczucie, że Ojciec o Nim zapomniał. W ten sposób Jezus zjednoczył się z tymi wszystkimi, którzy przed Nim i po Nim w sposób radykalny i jednoznaczny doświadczyli tego, że Bóg ich opuścił. Jezus nie boi się wyrażać w ten sposób swojego zwątpienia. Tak więc ośmieleni przez Jezusa możemy razem z Nim zanosić do Boga tę modlitwę, kiedy zdaje się nam, że Bóg nas zostawił, kiedy wszystko traci sens i wartość. Kiedy mamy poczucie, że wszyscy zwrócili się przeciw nam, że wszyscy cieszą się z naszej klęski, gotowi są rozszarpać nas na strzępy. Kiedy jesteśmy tak udręczeni, że nasze ciało się rozsypuje. Czytając ten psalm pozwólmy sobie wspomnieć te momenty naszego życia, które była tak bolesne, że zakopaliśmy je w najgłębszych obszarach naszej pamięci, aby to cierpienie nas nigdy więcej nie przygniatało. Te chwile tkwią w nas i nas zatruwają, i możemy się od nich wyzwolić tylko wtedy, kiedy przeżyjemy je razem z Jezusem.
Odczytujmy ten psalm do końca. Dajmy się prowadzić przez psalmistę i samego Jezusa od zwątpienia do wiary w Bożą interwencję. Nie zatrzymujmy się więc tylko na naszych trudnych chwilach, lecz pozwólmy się poprowadzić do wiary, że Pan jest ze mną. Choćby wszyscy odwrócili się ode mnie, to Bóg pozostaje wierny i szybko przyjdzie z pomocą.
Psalm 22
Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.
Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, [wołam] i nocą, a nie zaznaję pokoju.
A przecież Ty mieszkasz w świątyni, Chwało Izraela!
Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił;
do Ciebie wołali i zostali zbawieni, Tobie ufali i nie doznali wstydu.
Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.
Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową:
«Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje».
Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona; Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.
Tobie mnie poruczono przed urodzeniem, Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki,
Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela.
Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze, jak lew drapieżny i ryczący.
Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości;
jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje.
Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci.
Bo [sfora] psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców.
Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości.
A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.
Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka; Pomocy moja, spiesz mi na ratunek!
Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro, wybaw mnie od lwiej paszczęki i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!
Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia:
«Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba; bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!
Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego».
Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu. Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego.
Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.
«Niech serca ich żyją na wieki». Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi; i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie, bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami.
Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.
A moja dusza będzie żyła dla Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: «Pan to uczynił».
„Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!” (Nauka Krzyża – XII)
Shutterstock AI | Shutterstock
***
Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.
Zadośćuczynienie
W przeszłości w teologii odkupienia przeważało podejście prawne. Grzech człowieka jest całkowitym zaburzeniem harmonii świata, nieskończoną obrazą Boga. Bóg sprawiedliwy nie może pozostawić zła bez osądzenia i kary, inaczej nie byłby Sprawiedliwością. Obrażając nieskończonego Boga, sam grzech staje nieskończony, tak więc przywracająca sprawiedliwość odpłata powinna być również nieskończona. Bóg stając się człowiekiem przyjmuje na siebie karę, która wymierzona Jemu, niewinnemu i nieskończonemu, sama jest nieskończona. W ten sposób sprawiedliwość zostaje przywrócona, a człowiek usprawiedliwiony ze swojej winy. Takie wyjaśnienie odkupieńczej misji Jezusa obecne jest również w Piśmie Świętym, lecz nigdy nie wyczerpywało i nie wyczerpie tajemnicy męki Jezusa.
Kiedy Nowy Testament tłumaczy nam sens śmierci krzyżowej Chrystusa odwołuje się do pojęcia ofiary, zadośćuczynienia za grzechy:
Niemożliwe jest bowiem, aby krew cielców i kozłów usuwała grzechy. Przeto przychodząc na świat, mówi: Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało; całopalenia i ofiary za grzech nie podobały się Tobie. Wtedy rzekłem: Oto idę – w zwoju księgi napisano o Mnie – abym spełniał wolę Twoją, Boże. Wyżej powiedział: ofiar, darów, całopaleń i ofiar za grzech nie chciałeś i nie podobały się Tobie, choć składa się je na podstawie Prawa. Następnie powiedział: Oto idę, abym spełniał wolę Twoją. Usuwa jedną [ofiarę], aby ustanowić inną. Na mocy tej woli uświęceni jesteśmy przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze. (Hbr 10, 4-10)
Autor listu do Hebrajczyków dla wyjaśnienia sensu zbawienia odnosi się właśnie do tej koncepcji prawnej, do ofiar krwawych ze zwierząt, które były składane w świątyni w Jerozolimie dla oczyszczenia z grzechów i odkupienia, które jednak nie mogły osiągnąć swojego celu.
Ofiara staje się obca
Dzisiaj coraz trudniej zrozumieć pojęcie ofiary, szczególnie wobec Boga (oprócz może ofiary na tacę). Ofiara jest już bardzo obca naszej religijności. Trudno ją wyjaśnić współczesnemu człowiekowi, który patrzy na świat przede wszystkim poprzez doświadczenie swojego życia. Kiedy słowa o ofierze Jezusa na krzyżu wzbudzają nasz niepokój i niezrozumienie przypomnijmy sobie, że ofiara Jezusa będzie zawsze tajemnicą, która przekracza nasze pojmowanie. Nigdy nie będziemy w stanie do końca zrozumieć jej logiki. Zarazem wychodząc pokornie od stwierdzenia swojej niewiedzy, ograniczenia naszego umysłu prośmy Boga, aby pomógł nam stopniowo pojąc mądrość i naukę krzyża. Tajemnica cierpienia Chrystusa wykracza bowiem poza prawne wyjaśnienie procesu zbawienia. Jest ono przede wszystkim bezgraniczną miłością Boga do każdego z nas, miłością, która nie zraża się naszą słabością, bylejakością, tchórzostwem i zakłamaniem. Bóg ciągle na nowo chce nas kochać, gotów wszystko i całego siebie do końca poświęcić za każdego z nas, ponieważ jestem jego ukochaną córką i synem.
Krzyk miłości Ojca
Wiele lat temu usłyszałem od mojej znajomej z Nowosybirska pewną historię. Oksanę z powodu komplikacjach pierwszej ciąży przywieziono do szpitala na oddział ginekologiczny. W tamtych czasach kobiety, których ciąża była zagrożona, i te, które decydowały się na aborcję trzymano na jednej sali.
Niektóre kobiety czekały na aborcję, drugie właśnie po niej wracały na salę, a jeszcze inne czekały na pomoc lekarza, aby uratować swoje dziecko. I wtedy nagle na korytarzu rozległ się przeraźliwy ryk: „Róbcie ze mną, co chcecie, tnijcie mnie na kawałki, tylko je uratujcie! Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!”. Tego krzyku zrozpaczonej matki słuchały te, które właśnie miały zabić swoje dziecko, i te, które dopiero co je zabiły.
Ten krzyk oddaje miłość Boga Ojca (który jest także naszą Matką) do każdego z nas, nawet najgorszego, najbardziej godnego pogardy. Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.
Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości.
Nie bój się iść do Jezusa
Nie bójmy się być razem z Jezusem w Jego drodze krzyżowej, przyłączając się do Niego ze swoimi cierpieniami, krzywdami, znieważeniem i pogardą, której doświadczyliśmy, zdradą, którą przeżyliśmy. Cierpienie w naszym życiu, tak fizyczne, jak moralne i psychiczne, jest wielką tajemnicą i pozostawia straszne, niejednokrotnie niegojące się rany. Odważmy się pójść do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszą bolesną przeszłością, z przeżyciami, które często chowamy w głębi siebie, o których chcemy zapomnieć, a które mimo to tkwią w naszej teraźniejszości. Trzeba się wyzbyć fałszywego poczucia niegodności, wyzbyć fałszywej pokory, która wmawia nam, że nasza krzywda nie może mieć nic wspólnego z Jego krzywdą, że nasze zniewagi i upodlenie nie może być porównane z Jego doświadczeniem na krzyżu. Bóg stał się człowiekiem, aby przeżyć to cierpienie, które nas niszczyło i odczłowieczało.
Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości. Jezus ciągle czeka na krzyżu i mówi: „Pragnę!” Jezus pragnie nas, zranionych cudzym okrucieństwem i egoizmem. Pragnie, abyśmy mu opowiedzieli o tym wszystkim, co przeżyliśmy, aby mógł oczyścić i uleczyć nasze rany. Pięknie ujął tę prawdę prorok Izajasz, który już 6 wieków przed męką Chrystusa, tak opisuje cierpienie tajemniczego Sługi Jahwe i związek Jego męki z cierpieniem doświadczanym przez nas.
Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie.(Iz 53, 4-5)
Ku uleczeniu
To wielka tajemnica zbawienia, że kiedy przybliżamy się do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszymi ranami, cierpieniami, które często nosimy w sobie latami, a nawet dziesięcioleciami, to wtedy możemy doświadczyć uzdrowienia. Jeśli tylko przyznamy się, że jesteśmy słabi, skrzywdzeni, zdradzeni, wykorzystani, oszukani, jeśli przestaniemy udawać, że jesteśmy mocni i samowystarczalni, to możemy dzięki oddaniu się Jezusowi doświadczyć Jego uleczającej miłości.
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili. (Hbr 4, 15-16)
Duszo Chrystusowa…
Módlmy się tą piękną modlitwą, abyśmy umieli przyłożyć swoje rany do ran Chrystusa:
Duszo Chrystusowa, uświęć mnie. Ciało Chrystusowe, zbaw mnie. Krwi Chrystusowa, napój mnie. Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie. Męko Chrystusowa, umocnij mnie. O, dobry Jezu, wysłuchaj mnie. W ranach swoich ukryj mnie. Nie dozwól mi odłączyć się od Ciebie. Od wroga złośliwego broń mnie. W godzinę śmierci mojej wezwij mnie. I każ mi przyjść do Siebie, Abym ze Świętymi Twymi chwalił Cię Na wieki wieków. Amen.
Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie.
Co Jezus mówi o swojej męce?
Męka Jezusa to Dobra Nowina. Jezus dobitnie podkreśla to wiele razy. Ale co to znaczy? I jak Dobrą Nowiną może być tak okrutna śmierć człowieka sprawiedliwego? Jednym ze sposobów odpowiedzi jest wysłuchanie tego, co sam Jezus mówi o swoim ukrzyżowaniu i jego konsekwencjach dla nas.
Pierwszy poziom chrześcijaństwa
Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę». On Mu rzekł: «Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości». Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!» Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. (Mk 10, 17-22)
Pierwszy poziom życia chrześcijańskiego to przestrzeganie przykazań, szczególnie tych, które dotyczą naszych relacji z innymi ludźmi. Zachowywanie Dekalogu łączy chrześcijan ze wszystkimi ludźmi, także wyznawcami innych religii, którzy szukają dobra i sprawiedliwości. Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się jednak dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie: dobra materialne, pozycję w społeczeństwie, wiedzę, inteligencję, osiągnięcia i pójść za Jezusem. A to oznacza wzięcia krzyża na ramiona:
Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (Mt 10, 38-39)
Największe wymaganie chrześcijaństwa
Młody człowiek wyobrażał sobie chrześcijaństwo jako radosne podążanie za prawdą i nie spodziewał się, że to może kosztować, że może oznaczać wzięcie na siebie tego, co najbardziej mu niemiłe i przeciwne. Nie można iść za Jezusem nie biorąc swojego krzyża na ramiona, nie porzucając swojego życia, wszystkiego, na czym nam zależy i dzięki czemu czujemy się bezpieczni.
To bardzo wymagające wezwanie. Młody człowiek zrozumiał to i pokornie odszedł od Jezusa. Wszyscy jesteśmy wezwani do przeżycia razem z Jezusem Jego męki. Wszystkich wzywa do zaparcia się siebie, wzięcia swojego krzyża i stracenia swojego życia, lecz do niewielu dociera prawdziwy sens tych słów. Niewielu je rozumie i niewielu rusza za Jezusem. Wezwanie do stracenia życia, do porzucenia wszystkiego, co dla nas cenne – a życie jest ostatecznie rzeczą najcenniejszą – przeraża nas i powoduje, że powoli wycofujemy się, myśląc, że to wezwanie dla jakichś świętych, męczenników i mistyków. Taka reakcja jest zupełnie normalna. Po grzechu pierworodnym każdy z nas działa według logiki przeciwnej wezwaniu Jezusa: o życie trzeba walczyć, nie można okazać słabości, lecz wszyscy muszą wiedzieć, że jestem na tyle silny, aby się obronić. Tak więc z jednej strony mamy wezwanie Jezusa, by oddać swoje życie, tracić wszystko, co najcenniejsze, a z drugiej wezwanie świata, w którym żyjemy, aby nie pozwolić odebrać sobie czegokolwiek, co stanowi o naszym szczęściu i bezpieczeństwie.
Ta szesnastowieczna rycina przedstawiająca Chrystusa w koronie cierniowej była jednym z najpopularniejszych wizerunków Zbawiciela w XVII-wiecznej Europie. Jednak technika wykonania wizerunku pozostaje tajemnicą, której nikt nie zdołał powtórzyć.
Sudarium św. Weroniki, znane także pod tytułami Święte Oblicze, Oblicze Chrystusa, przedstawiające twarz umęczonego Jezusa wpisaną w koło to jeden z najbardziej tajemniczych wizerunków Zbawiciela. Stworzył je w 1649 r. francuski grawer i malarz Claude Mellan (1598 –1688).
Twarz Chrystusa
Miedzioryt na pierwszy rzut oka nie różni się od innych dzieł z epoki. Ale gdy spojrzymy na niego z bliska zobaczymy, że twarz Chrystusa tworzy ciągła, nieprzerwana spiralna linia. Zaczyna się na czubku nosa, rozwija się (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), rozszerza i ponownie zwęża, nie stykając się z sąsiednią linią, i tworzy kompletny obraz.
Rene den Engelsman/ Wikimedia Commons
***
Spoglądają na nas smutne oczy Jezusa. Widzimy detale, takie jak krople krwi i potu, poszczególne włosy na brodzie i pukle loków na głowie, a także misternie wykończoną koronę cierniową. Wszystkie te elementy, cienie i efekt plastyczny powstały poprzez wygięcie i poszerzenie lub osłabienie pojedynczej, wygrawerowanej linii.
„Święte Oblicze”
U dołu znajdują się dwie łacińskie inskrypcje. Pierwsza z nich informuje, że autorem pracy jest Claude Mellan i powstała ona w Luwrze w 1649 r. Druga, Formatur Unicus Una Non Alter (łac. jedyny uczyniony z jedynego [być może „jednorodzony”?], żadnego innego), od wielu lat stanowi zagadkę i budzi domysły historyków sztuki.
Jedna z interpretacji sugeruje, że chodzi o osobę jednorodzonego Syna Bożego, zrodzonego z Dziewicy, a napis NON ALTER oznacza, że nie ma nikogo, kto przypominałby, kto byłby drugim Chrystusem. Jednocześnie napis nawiązuje też do mistrzowskiej techniki grawera, jego pewnej ręki, której pracy nikt nie jest w stanie skopiować.
Tym bardziej, że napis miał podobno umieścić przyjaciel Mellana, Michel de Marolles, opat z Villeloin-Coulangé w środkowej Francji. Niektórzy badacze skłaniają się też do teorii, że napis odnosi się do odbicia Chrystusowego oblicza, które w momencie podania przez św. Weronikę chusty zostało stworzone „ręką Boga”.
Droga Krzyżowa – to nabożeństwo nawiązujące do przejścia Pana Jezusa z krzyżem od pretorium Piłata na wzgórze Golgoty. Tradycja ta powstała w Jerozolimie. W średniowieczu rozpowszechnili ją franciszkanie, którzy oprowadzając pątników zatrzymywali się przy stacjach przedstawiających historię śmierci Jezusa. Polega ona na medytacji Męki Chrystusa, połączonej z przejściem symbolicznej drogi wewnątrz kościoła lub kaplicy, albo na zewnątrz. Drogę tę wyznacza 14 wydarzeń, zwanych stacjami. Liczbę czternastu stacji ustalono w XVII wieku.
W kościołach katolickich Droga Krzyżowa przedstawiana jest w postaci obrazów lub rzeźb rozmieszczonych na ścianach bocznych świątyni. Drogi krzyżowe zakładano również w otwartym terenie, zwane kalwariami. Jedna z najsłynniejszych znajduje się w rzymskim Koloseum [tu w każdy Wielki Piątek nabożeństwu Drogi Krzyżowej przewodniczy Papież]. Kalwarie pojawiły się również w Polsce na początku XVII w. Pierwsza, największa i najwspanialsza, została założona w 1604 roku w Kalwarii Zebrzydowskiej. Od 1609 roku rozpoczęto odgrywać w niej Misterium Męki Pańskiej. Obecnie w Polsce istnieją 53 kalwarie.
Teksty biblijne nie podają dokładnie drogi krzyżowej Pana Jezusa. Spośród 14 znanych stacji tylko dziewięć (I, II, V, VIII, X-XIV) ma potwierdzenie w ewangelicznych relacjach. Pozostałe (III, IV, VI, VII, IX) przekazała tradycja Kościoła. Choć dominuje tradycyjna liczba – 14 stacji, to aby ułatwić medytację całego misterium paschalnego Jezusa – jedna z propozycji zawiera 15 stacji. Ostatnia stacja dotyczy Zmartwychwstania Chrystusa.
Stacje Drogi Krzyżowej to nie tylko odtworzenie wydarzeń z ostatnich dni Chrystusa. Ale mają one swą bogatą symbolikę. Są podstawą rozważań medytacyjnych dotyczących m.in. tego, czym jest prawda, miłość. W nabożeństwie tym chodzi o rozważanie Męki Pańskiej, polegające nie tyle na współczuciu Chrystusowi, ile na gotowości uczestnictwa w Jego cierpieniach dla dobra Jego Kościoła.
Celem Drogi Krzyżowej jest zatem ożywienie wiary i apostolstwa; ukształtowanie postaw chrześcijańskiej pokuty, ofiarności i wdzięczności. Droga Krzyżowa powinna być rodzajem mojego szerszego rachunku sumienia. Modlitwę Drogi Krzyżowej można zrozumieć jako drogę, która prowadzi do głębokiej, duchowej jedności z Jezusem. Ukazuje ona Chrystusa, który sam dzieli cierpienia ludzi, który stał się człowiekiem, aby nieść nasz krzyż, oraz chce przekształcić nasze „kamienne serce” i wzywa nas do dzielenia cierpień innych ludzi. Chrystus chce dać nam „serce z ciała”, które nie będzie nieczułe wobec cierpień innych ludzi, ale stanie się wrażliwe i poprowadzi do miłości, która uzdrawia i pomaga. Podczas Drogi Krzyżowej Chrystus idzie razem z nami, jak kiedyś z uczniami z Emaus. Droga Krzyżowa powinna prowadzić nas do najświętszej Eucharystii, w której stale się uobecnia pośród nas owoc śmierci i Zmartwychwstania Jezusa. Bł. Ks. Jerzy Popiełuszko mówił, że Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma.
Na mocy decyzji papieża Pawła VI jest możliwość uzyskania raz dziennie odpustu zupełnego – za odprawienie Drogi Krzyżowej.
Właściwe postawy podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej:
Najpierwprzyjąć postawę służby, pomocy wobec cierpiącego Chrystusa, być z Nim w Jego osamotnieniu (bo podczas Jego historycznej Męki niemal wszyscy Go opuścili, nawet najbliżsi), wzbudzić intencję pomagania Mu w niesieniu Krzyża, powstawaniu z Jego upadków. Należy zatem przyjąć postawę np. Weroniki czy Cyrenejczyka. Oddać (ofiarować) Chrystusowi swoje cierpienia, trudy, wyrzeczenia będące rodzajem pomocy w dźwiganiu przez Niego Krzyża.
Następnie wynagradzać (dokonywać zadośćuczynienia) za wszystkie obelgi, zniewagi, świętokradztwa, obojętności itp. wyrządzone Bogu przez grzechy swoje i innych ludzi.
ze strony:ParafiaKlwow.pl
+++
Nabożeństwo Gorzkich Żali
Nabożeństwo Gorzkich Żali ma już w tym roku 318 lat tradycji
fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny
+++
Nabożeństwo Gorzkich Żali śpiewane jest w Wielkim Poście we wszystkich polskich kościołach. Bardzo pomaga w rozmyślaniu o Męce Pańskiej, jak również w głębokim przeżywaniu osobistej modlitwy. Historia powstania Gorzkich Żali związana z działalnością Bractwa św. Rocha, przy kościele Księży Misjonarzy Świętego Krzyża w Warszawie. Ks. Wawrzyniec Stanisław Bennik, opiekun Bractwa, w lutym 1707 r. wydał drukiem teksty Gorzkich Żali pod tytułem: Snopek Myrry z Ogroda Gethsemańskiego albo żałosne Gorzkie Męki Syna Bożego (…) rozpamiętywanie. Nazwa wzięła się od mirry, czyli daru, jaki Trzej Królowie złożyli Nowonarodzonemu Jezusowi. Dar mirry był zapowiedzią męki i zbawczej śmierci Chrystusa. Pierwsze nabożeństwo Gorzkich Żali zostało uroczyście odprawione w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu – 13 marca 1707 r. w kościele p.w. Świętego Krzyża w Warszawie. Nabożeństwo bardzo szybko stało się popularne w całej Polsce. Otrzymało akceptację Stolicy Apostolskiej. Tekst Gorzkich Żali zachował do dziś oryginalne, staropolskie brzmienie. Polscy emigranci i misjonarze rozpowszechnili to nabożeństwo po całym świecie. Również św. Jan Paweł II przyczynił się, poprzez praktykowanie tego Nabożeństwa, że poznali je katolicy innych narodów. Obecnie tekst Gorzkich Żali jest przetłumaczony na wiele języków. Gorzkie Żale nawiązują treścią do tradycji pieśni pasyjnych, tzw. planktów (łacińskie słowo planctus – oznacza narzekanie, lament, płacz). Treść nabożeństwa opiera się na ewangelicznym opisie męki jak również na tekstach ze Starego Testamentu, takie jak Psalm 22 oraz Pieśń o Cierpiącym Słudze Jahwe z Księgi Proroka Izajasza. To na nich opierają się bardzo plastyczne opisy przeżyć umęczonego Jezusa podczas biczowania, cierniem ukoronowania i bardzo wielu upokorzeń, jakich doznawał Pan Jezus od otaczających Go żołnierzy i tłumu, aż do ukrzyżowania.
Układ nabożeństwa Gorzkich Żali ma strukturę dawnej Jutrzni: rozpoczyna się tzw. „Pobudką” [Zachętą], po której następuje wzbudzenie intencji [czytanie], a następnie wykonywane są śpiewy, tzn.: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”, a całość nabożeństwa kończy antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”. Całość podzielona jest na trzy części, które opisują kolejno obrazy Męki Pańskiej w poszczególnych etapach jej przebiegu.
W każdą niedzielę Wielkiego Postu odprawia się jedną część Gorzkich Żali, Pobudka [Zachęta] Część I (I i IV Niedziela Wielkiego Postu) Część II (II i V Niedziela Wielkiego Postu) Część III (III Niedziela Wielkiego Postu i Niedziela Palmowa). Antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”.
Celem Gorzkich Żali jest nie tylko rozważanie Męki i Śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa, ale również skłonienie uczestników nabożeństwa do refleksji nad przemijaniem, sensem cierpienia w życiu, sprawami ostatecznymi oraz utożsamianiem się z cierpiącym za nas Chrystusem, co jest wyrazem miłości i wdzięczności za tak wielki dar, jakim była Jego Śmierć i Zmartwychwstanie. Ważna w rozważaniach Gorzkich Żali jest obecność Matki Bożej – jako Pośredniczki cierpiącej wraz ze swym Synem, utożsamiającej się także z wiernymi, którzy pragną pojednania z Bogiem, ale są bezradni wobec swoich grzechów i potrzebują nawrócenia.
Za udział w nabożeństwie Gorzkich Żali w kościele lub kaplicy – wierni, pod zwykłymi warunkami, mogą zyskuje odpust zupełny raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu.
***
Każdego piątku w czasie Wielkiego Postu bardzo zachęcam do uczestnictwa w nabożeństwie Drogi Krzyżowej o godz. 18.30
a w niedziele – na śpiewanie Gorzkich Żali
o godz. 13.30
+++
„Gorzkie żale” – żywe nabożeństwo i arcydzieło polskiej literatury
Dzisiaj bardziej ceni się ironię i chłodny dystans niż patos i współodczuwanie. A jednak ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by w przeżywanie męki Chrystusa zaangażować się całym sobą.
fot. Marek Piekara/Gość Niedzielny
+++
Czesio, niepełnosprawny umysłowo bohater popularnego serialu „Włatcy móch”, twierdził, że jego marzeniem jest „zostać piosenkarzem i tworzyć »Gorzkie żale«”. Prześmiewcze intencje autorów infantylnej kreskówki są dla widzów oczywiste, mimo że sam Czesio to postać całkiem sympatyczna. Ale fakt, że za symbol kościelnego „obciachu” twórcy serialu uznali akurat „Gorzkie żale”, daje do myślenia. Już sama nazwa tego nabożeństwa, w potocznym języku używana dziś jako synonim bezproduktywnego narzekania, wydaje się kompletnie archaiczna, nieprzystająca do współczesnych czasów. Nie dość, że „gorzkie”, to jeszcze „żale” – ta znaczeniowa podwójność, kumulacja smutku jednych będzie śmieszyć, innych drażnić. Z pewnością jednak jest coś takiego w „Gorzkich żalach”, co nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Doceniono je zresztą w wielu miejscach świata – tekst przetłumaczono na ponad 30 języków. Natomiast samo nabożeństwo jest popularne tylko w Polsce i wydaje się wyrazem typowo polskiej pobożności.
Mistyczny rumak
W zbiorze esejów „Zamieszkać w katedrze” Wojciech Wencel stwierdził, że autor „Gorzkich żalów” jest największym poetą, jakiego zna. „(…) czy można dezawuować ekspresję »Gorzkich żalów« za to, że jest bliższa istocie poezji niż awangardowe bazgroły, których historia liczy sobie marne sto czy dwieście lat?” – pytał. Jego esej, który zaczynał się od opisu nabożeństwa w kaszubskim Somoninie, pokazywał, że sensem literatury jest jednoczenie ludzi, budowanie wspólnoty. Pozornie niemodne „Gorzkie żale” w wielu miejscach Polski ciągle jeszcze tę funkcję spełniają. Czy jednak decyduje o tym wartość literacka tekstu?
„»Gorzkie żale« to arcydzieło polskiej literatury, ale nie na literackiej genialności zasadza się ich niezwykły fenomen” – pisze poeta, pieśniarz i historyk sztuki Jacek Kowalski we wstępie do opublikowanego przed czterema laty reprintu i transkrypcji pierwszego wydania tekstu z 1707 r. „Są one przede wszystkim żywym nabożeństwem, czyli mistycznym rumakiem, na którym polska dusza przez trzy wieki ulatywała i wciąż ulatuje do nieba, oraz które oddało nieocenione usługi tak naszej pobożności, jak i kulturze w ogóle”.
Autor opracowania zwraca uwagę, że „Gorzkim żalom” przez ostatnie dwa stulecia odmawiano artyzmu, traktując je „często z pobłażaniem, jako nabożeństwo dla ludu, rzewne, prymitywne i pozbawione większej wartości literackiej” (podobny los spotkał zresztą, jego zdaniem, dużą część spuścizny polskiego baroku i epoki saskiej, których rehabilitacja rozpoczęła się dopiero niedawno). Tym cenniejsza jest więc przygotowana przez Kowalskiego publikacja, pozwalająca na kontakt z oryginalnym tekstem i jego konfrontację z późniejszymi zmianami. Warto dodać, że dwa lata później w tym samym poznańskim wydawnictwie Dębogóra ukazały się „Plaintes amères”, czyli dokonany przez prof. Annę Drzewicką przekład „Gorzkich żalów” na język francuski. Dołączona do tej książki płyta dowodzi, że i w tym języku słowa nabożeństwa brzmią bardzo szlachetnie.
Aby ludzie mogli śpiewać
Pierwotny tytuł nabożeństwa był nieco inny. „Snopek mirry z Ogroda Getsemańskiego, albo żałosne gorzkiej Męki Syna Bożego, co piątek, a mianowicie pod czas Pasyjej w niedziele Postu Wielkiego po południu, około godzin nieszpornych rozpamiętywanie z przydatkiem króciuchnego Nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu za staraniem i kosztem IchMościów PP[anów] Braci i Sióstr Konfraternijej Rocha Ś[więtego] przy Kościele farnym Ś[więtego] Krzyża w Warszawie założonej zebrany i do druku podany” – czytamy na karcie tytułowej pierwszego wydania „Gorzkich żalów”. Wspomniane tam Bractwo św. Rocha, na co dzień zajmujące się m.in. opieką nad chorymi, kontynuowało tradycję rozważań o męce Pańskiej, obecną w Polsce od czasów średniowiecza. Od 1698 r. organizowało ono nabożeństwa pasyjne zwane Fasciculus myrrhae, czyli właśnie „Snopek mirry”. Ich nazwa nawiązywała do Pieśni nad Pieśniami, której miłosną retorykę łączono z opisami męki Pańskiej. Niestety, teatralizowane nabożeństwa złożone z łacińskich hymnów i polskich pieśni były nie tylko kosztowne, ale i coraz mniej zrozumiałe dla ludu. W miejsce dotychczasowych przedstawień postanowiono więc przygotować „książeczkę polską o Męce Pańskiej, aby sami ludzie alias bractwo mogło śpiewać”.
Zredagowania nowego nabożeństwa podjął się moderator bractwa, ks. Wawrzyniec Stanisław Benik ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego à Paulo. Nadał mu formę trzech podobnie zbudowanych, trójdzielnych części, poświęconych kolejnym etapom męki Pańskiej. Poprzedzono je „Pobudką”, czyli, jak mówią niektóre współczesne modlitewniki – „Zachętą”. W skład każdej części wchodzą: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”. Oczywiście autor nabożeństwa korzystał z istniejących wzorców, np. „Rozmowa (…)” to przetworzenie średniowiecznej sekwencji Stabat Mater Dolorosa. Jednak, jak podkreśla Jacek Kowalski, „Hymny” i „Lament” wydają się dziełem oryginalnym.
Czucie i teologia
Fenomen „Gorzkich żalów” polega, zdaniem Kowalskiego, na tym, że „bogactwu teologicznych treści towarzyszy wielki ładunek ekspresji, która ma na celu duchowe zjednoczenie śpiewającego (…) z cierpiącym Chrystusem”. Autor wstępu do wydania z 2014 r. zwraca uwagę, że tekst nieustannie uderza w zmysły i emocje śpiewających, „tak umiejętnie, że to oni sami stają się świadkami i opowiadają o Męce, jakby osobiście Ją widzieli, słyszeli, przeżywali”. Temu celowi służyć mają ciągłe odwołania do zmysłu wzroku („przypatrz się, duszo), liczne wykrzyknienia, użycie pierwszej osoby czasownika i czasu teraźniejszego („ach, widzę”), a także pytania („Co jest, pytam, co się dzieje?”). Z drugiej strony w tekście został też zawarty duży ładunek czułości, podkreślanej m.in. przez powtarzającą się frazę: „Jezu mój kochany!”.
Oczywiście, to, co było atutem tekstu u progu XVIII wieku, może się dziś okazać jego słabością. Nie da się ukryć, że „Gorzkie żale” nie są nabożeństwem, które przyciąga masowo młodych ludzi. Składa się na to wiele kwestii – oprócz bariery językowej ważny jest także zapewne bagaż życiowego doświadczenia, które może wzmocnić stopień przeżywania opisów męki Chrystusa. Sam tekst „Gorzkich żalów” zresztą też ewoluował, był na przestrzeni wieków „uwspółcześniany”, nie zawsze z dobrym skutkiem. O ile np. zamiana fragmentów o „żydowskiej złości” na „katowską złość” wydaje się oczywista, a zastąpienie słów archaicznie brzmiących bardziej współczesnymi („najgrawany” – „wyszydzany”, „wszego” – „wszystkiego” itp.) – zrozumiałe, to już łagodzenie opisów Męki („Jezu, przez szyderstwo okrutne cierniowym wieńcem ukoronowany” zamiast obrazowego „Jezu, aż do mózgu przez czaszkę ciernia kolcami ukoronowany”) zdecydowanie osłabia wymowę tekstu.
Czasy mamy jednak takie, że – przynajmniej w literaturze – bardziej ceni się chłodny dystans, a nawet ironię, niż współodczuwanie i patos. Mimo to ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” w polskich kościołach świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by nasze rozważanie męki Chrystusa nie miało charakteru wyłącznie intelektualnego, ale by angażowało całego człowieka. Być może więc to, co było istotą sarmackiej pobożności, czyli nieustanne współdziałanie rozumu i emocji, nadal pozostaje ważne dla polskiej duszy. Jeśli tak, to może jest szansa na stworzenie, obok – ciągle potrzebnych – „Gorzkich żalów”, bardziej współczesnej formy, która wyrazi to samo, ale językiem dzisiejszego człowieka?•
Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny
+++
czwartek 12 luty
12 lutego 1931 roku powstało Radio Watykańskie
Słynni kaznodzieje na falach radia
Wiara rodzi się z tego, co się słyszy – także przez radio. Światowy Dzień Radia to okazja do przypomnienia, jakie możliwości ewangelizacji otworzył ten wynalazek.
Był 12 lutego 1931 roku. Przed godziną 17 papież Pius XI zasiadł przed urządzeniem w kształcie niewielkiej skrzynki i drżącym z przejęcia głosem powiedział po łacinie: „Mogąc jako pierwsi chlubić się z tego miejsca cudownym wynalazkiem markoniańskim, zwracamy się najpierw do wszystkich bytów (…), mówiąc im słowami Pisma Świętego: »Słuchajcie, niebiosa, tego, co mówię, usłysz, ziemio, słowa ust moich« (Pwt 32,1)”. Odnosząc się do możliwości, jakie daje radio, Ojciec Święty stwierdził m.in.: „Chwała Bogu, który dał za naszych dni taką moc ludziom, że ich słowa docierają naprawdę do najdalszych zakątków ziemi”.
Papieskie orędzie zostało powtórzone po włosku, angielsku, hiszpańsku, niemiecku, francusku, polsku i rosyjsku. Fale radiowe poniosły głos papieża na cały świat. Chwilę tę uważa się za oficjalną inaugurację niezależnej papieskiej rozgłośni radiowej, nazwanej później Radiem Watykańskim.
Określenie „wynalazek markoniański”, zawarte w orędziu papieskim, odnosi się do twórcy radia Guglielma Marconiego, którego papież poprosił o założenie rozgłośni watykańskiej. Pius XI osobiście znał Marconiego i był zafascynowany możliwościami, które daje radio. „Uchwycił pan coś, czego nie widać, nie czuć, czego nie da się dotknąć dłonią, a co udało się umysłowi człowieka okiełznać, poddać sobie” – gratulował wynalazcy jeszcze jako kardynał.
Prace ruszyły zaraz po ustąpieniu przeszkody, jaką był nieuregulowany status Watykanu. 11 czerwca 1929 roku, cztery dni po ratyfikacji traktatów laterańskich, ustanawiających suwerenne Państwo Watykańskie, Marconi przeprowadzał już wizję lokalną w ogrodach watykańskich, oceniając warunki dla założenia rozgłośni. W niecałe dwa lata od rozpoczęcia prac Radio Watykańskie działało, dysponując nadajnikiem o mocy 15 kW.
Dla Kościoła było to wielkie wydarzenie: Stolica Apostolska zyskiwała możliwość błyskawicznego przekazywania nauczania papieskiego daleko poza granice Watykanu.
Z początku Radio Watykańskie transmitowało tylko przemówienia papieża, czytano też teksty z dziennika „L’Osservatore Romano”. W wigilię Bożego Narodzenia 1936 roku radio nadało pierwsze papieskie orędzie bożonarodzeniowe. W listopadzie 1938 roku została wyemitowana pierwsza audycja w języku polskim.
Po wybuchu II wojny z anteny Radia Watykańskiego przemówił do Polaków prymas August Hlond, zapewniając: „Polsko, jeszcześ nie stracona”. Radio Watykańskie na początku 1940 r. jako pierwsze przekazało informację o hitlerowskich obozach zagłady.
W 1950 roku zaczęto nadawać audycje po chińsku. Od 1963 roku Radio watykańskie zaczęło towarzyszyć Pawłowi VI w jego zagranicznych pielgrzymkach. Rozgłośnia jeszcze bardziej rozwinęła się w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. Obecnie radio nadaje programy w 53 językach.
Dobry początek, ale…
Zanim zaczęło nadawać Radio Watykańskie, na falach radia przemawiali już katoliccy duchowni. Jednym z pierwszych był ks. Charles F. Coughlin, proboszcz parafii w Royal Oak w stanie Michigan. Gdy w 1926 roku członkowie Ku Klux Klan spalili część kościoła, Coughlin, poszukując środków na odbudowę i spłacenie długów parafii, zaczął nadawać z anteny lokalnej stacji radiowej WJR swoje niedzielne kazania, a także katechezy i rozmowy z dziećmi. Jego audycje szybko stały się popularne. Na początku trzeciej dekady XX wieku krajowa sieć CBS udostępniła mu godzinę czasu antenowego w każdą niedzielę. Audycja nazywała się The Hour of Power. Coughlin nauczał o zasadach wiary katolickiej, ale także prezentował swoje poglądy na kwestie społeczne i polityczne. W swoich przemowach zwalczał komunizm, krytykował wprowadzenie prohibicji i angażował się w wybory polityczne. W 1932 roku popierał kandydaturę Franklina D. Roosevelta, zachwalając jego program ekonomiczny i twierdząc, że sam Bóg wskazuje na tego kandydata. Mówił też o prawach robotników do tworzenia związków zawodowych, o potrzebie nacjonalizacji służby zdrowia, wzywał do reformy monetarnej. W połowie trzeciej dekady XX wieku na adres radiostacji co tydzień przychodziło – w reakcji na jego audycje – kilkadziesiąt tysięcy listów. Tylko dla zajmowania się tą korespondencją zbudowano osobny urząd pocztowy. Liczbę jego słuchaczy szacowano wtedy na 10 milionów.
Pod koniec 1934 roku polityka Roosevelta przestała się Coughlinowi podobać. Duchowny zaczął atakować władze federalne, a co gorsza w jego radiowych wystąpieniach zaczęły się pojawiać wątki antysemickie. Twierdził m.in., że to żydowscy bolszewicy doprowadzili do zwycięstwa komunizmu w Rosji, wyrażał też sympatię dla faszystów włoskich i niemieckich jako wrogów sowieckiej rewolucji. Treści wypowiedzi Coughlina zaniepokoiły władze kościelne, ten jednak powoływał się na konstytucję federalną, dającą mu prawo do swobodnej wypowiedzi. Nie zmienił zdania ani po agresji Niemiec na Polskę, ani nawet po przystąpieniu USA do wojny. W obliczu zmiany nastrojów społecznych rząd doprowadził do przerwania wystąpień publicznych kontrowersyjnego duchownego, a arcybiskup Detroit Edward Mooney zakazał mu prowadzenia jakiejkolwiek działalności nie-duszpasterskiej.
Ks. Charles F. Coughlin zachował funkcję proboszcza w Royal Oak do 1966 roku, gdy przeszedł na emeryturę. Zmarł w 1971 roku w wieku 80 lat.
Siła ducha
Wielkie możliwości zastosowania radia w ewangelizacji dostrzegł także niewiele młodszy od Coughlina ks. Fulton J. Sheen. Dzięki staraniom tego świetnie wykształconego i błyskotliwego kapłana już w 1926 roku w Nowym Jorku transmitowano przez radio niedzielne Msze. Cztery lata później rozpoczął prowadzenie nocnej audycji The Catholic Hour („Godzina Katolicka”). Sheen, w odróżnieniu od Coughlina, nie zajmował się bezpośrednio kwestiami ekonomicznymi czy politycznymi. Jeśli podejmował te tematy, to wyłącznie po to, aby skomentować je w świetle Ewangelii.
Mimo że USA były krajem w większości protestanckim, radiowe audycje tego katolickiego księdza, a potem biskupa, zdobyły wielką popularność. The Catholic Hour słuchało 4 miliony Amerykanów. Wielu ludzi pod wpływem jego słów nawracało się.
Na sukces kaznodziejski Sheena składało się wiele czynników, m.in. jego ujmująca osobowość, erudycja, bardzo dobry głos, błyskotliwość i poczucie humoru, a nade wszystko głęboka relacja z Bogiem. Fulton Sheen każdego dnia, niezależnie od okoliczności, spędzał godzinę przed Najświętszym Sakramentem, a każdą audycję powierzał w modlitwie, prosząc, żeby to nie on był znany, ale Bóg.
Sheen w działalności ewangelizacyjnej nie ograniczał się do radia – pisał artykuły w prasie i wydał 66 książek. W roku 1951 został biskupem pomocniczym Nowego Jorku, wtedy też zaczął prowadzić cotygodniowy program telewizyjny pt. Life is Worth Living. Audycja, prowadzona na żywo, przyciągała przed ekrany dziesiątki milionów widzów.
Sheen do końca pozostał aktywny w mediach. Dwa miesiące przed śmiercią spotkał się z Janem Pawłem II w Nowym Jorku. „Dobrze pisałeś i mówiłeś o Panu Jezusie Chrystusie. Jesteś lojalnym synem Kościoła” – powiedział mu papież.
Zmarł 9 grudnia 1979 r. przed Najświętszym Sakramentem. Jego beatyfikacja, wyznaczona na 21 grudnia 2019 r., została przełożona na czas nieokreślony. Stało się to na wniosek kilku amerykańskich biskupów w związku trwającym wówczas dochodzeniem prokuratora generalnego w sprawie m.in. diecezji Rochester. Zachodziła obawa, czy Fulton Sheen, gdy był tam biskupem, prawidłowo rozpatrzył zarzuty nadużyć seksualnych jednego ze swoich podwładnych.
Powróćcie do Boga
Wynalazek radia wykorzystywali do ewangelizacji także przedstawiciele innych wyznań chrześcijańskich. Największym ewangelistą świata protestanckiego, posługującym się m.in. tym narzędziem, był Billy Graham, baptysta. Jako młody chłopak odczuwał pragnienie „wezwania Ameryki z powrotem do Boga”, wydawało mu się jednak, że on sam nie ma po temu odpowiednich zdolności. Często jednak słyszał od innych, że Bóg powołuje go do przemawiania. Głosząc przez 60 lat Ewangelię na całym świecie, przemawiał bezpośrednio do około 210 milionów osób. Szacuje się, że za pośrednictwem radia i telewizji kazania tego płomiennego kaznodziei słyszało ponad 2,2 miliarda osób. Pierwsze audycje Graham wygłosił w 1945 roku po tym, gdy inny kaznodzieja, Torrey Johnson, poprosił go o głoszenie kazań przez radio każdego niedzielnego wieczoru. Od 1950 roku prowadził półgodzinny program radiowy Hour of Decision. Pięć lat później audycji słuchało przeszło 20 milionów stałych słuchaczy. Program, nadawany każdego niedzielnego poranka, utrzymał się na antenie przez ponad 50 lat.
Wielokrotnie przemawiał do amerykańskich prezydentów, przyjaźnił się z wieloma z nich. Był pozytywnie nastawiony do katolicyzmu, a Jana Pawła II uważał za wzór głosiciela Chrystusa.
Służbę radiową i telewizyjną zakończył w roku 2008. Zmarł 10 lat później, w wieku 99 lat, zostawiwszy po sobie dobrą pamięć wszystkich chrześcijan na świecie.
Fulton Sheen do końca życia pozostał aktywny w mediach.
Globe Photos, Inc /Zuma Press/Forum
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Przenikliwy myśliciel, gorliwy duszpasterz, charyzmatyczny kaznodzieja. Czekając na beatyfikację biskupa Fultona Sheena
Już wkrótce Kościół wyniesie na ołtarze jednego z pionierów nowej ewangelizacji w mediach – arcybiskupa Fultona Sheena (1895–1979).
Abp Fulton Sheen dla wielu amerykańskich katolików był jak latarnia morska w czasach burzy i zamętu.
Topfoto/Forum
***
Historia Kościoła nie zna drugiego przypadku, by beatyfikacja sługi Bożego, wyznaczona na konkretny dzień, została niemal w ostatniej chwili odwołana. To casus arcybiskupa Fultona Sheena. Amerykański duchowny miał zostać ogłoszony błogosławionym 21 grudnia 2019 r., a jednak 2 grudnia Stolica Apostolska niespodziewanie odwołała wydarzenie. Nie była to jedyna przeszkoda w jego drodze na ołtarze.
Zablokowany proces
Choć najwybitniejszy kaznodzieja w historii amerykańskiego Kościoła przez 15 lat pełnił funkcję biskupa pomocniczego w Nowym Jorku, największa archidiecezja w USA nie była zainteresowana jego beatyfikacją. Gdy w 2002 r. nowojorski metropolita kard. Edward Egan po raz kolejny ogłosił swoje désintéressement w tej sprawie, do akcji wkroczył bp Daniel Jenky, który właśnie wtedy został ordynariuszem w Peorii. Było to 100-tysięczne miasto w Illinois, w którym Fulton Sheen spędził dzieciństwo, chodził do szkoły i przyjął święcenia kapłańskie. Wkrótce po ingresie energiczny hierarcha ogłosił, że jego diecezja rozpocznie proces beatyfikacyjny jednego z najsłynniejszych współczesnych apologetów chrześcijaństwa.
Po 10 latach proces został jednak zawieszony z powodu sporu dotyczącego doczesnych szczątków sługi Bożego. Gdy w 2014 r. bp Jenky chciał przenieść je z Katedry św. Patryka w Nowym Jorku do katedry w Peorii, następca kard. Egana – Timothy Dolan – zmienił zdanie i odmówił wydania ciała. Przez 3 lata przed amerykańskimi sądami toczyła się prawna batalia o trumnę z prochami świątobliwego męża. Największy wpływ na wydany ostatecznie wyrok miały zeznania 90-letniej bratanicy i najbliższej żyjącej krewnej Fultona Sheena – Joan Sheen Cunningham. Kiedy miała 10 lat, została wysłana pod opiekę sławnego stryja, który wychował ją, wykształcił i troszczył się o nią jak własny ojciec. To ona przekonała sąd, że ciało dostojnika powinno znaleźć się w Peorii.
Dzięki temu proces został odblokowany. A jednak 19 dni przed zaplanowaną beatyfikacją Stolica Apostolska wstrzymała go na czas nieokreślony. Stało się tak na wniosek kilku biskupów, w tym Salvatora Matano. Był to ordynariusz Rochester, a więc tej samej diecezji, na czele której w latach 1966–1969 stał Fulton Sheen. W 2019 r. tamtejsza kuria rozpatrywała pozwy o wykorzystywanie seksualne przez miejscowych księży. Obawiano się, że w trakcie tych spraw może pojawić się zarzut, iż sługa Boży zaniedbał swoje obowiązki i tuszował przypadki molestowania.
Po 6 latach skrupulatne dochodzenie wykazało jednak, że hierarcha był czysty jak łza. Gdy 10 lutego rozeszła się wiadomość, że do beatyfikacji dojdzie jeszcze w tym roku, wielu katolików w USA westchnęło: „Nareszcie!”.
Nowa ewangelizacja
Nieczęsto się zdarza, by Opatrzność obdarzała kogoś tak wieloma talentami jak Fultona Sheena, by obdarowany pomnażał je niczym wierny sługa z biblijnej przypowieści. Był przenikliwym myślicielem, subtelnym filozofem, finezyjnym teologiem, błyskotliwym biblistą, gorliwym duszpasterzem i charyzmatycznym kaznodzieją. W oczach współczesnych jawił się jako prawdziwy tytan pracy. Za życia wydał 73 książki, wśród których znajdowały się tak różne gatunki jak traktaty teologiczne, eseje filozoficzne, dzieła egzegetyczne, zbiory felietonów, przewodniki duchowe czy poradniki życiowe, a niemal każda z tych pozycji natychmiast stawała się bestsellerem. Żaden z autorów katolickich nie potrafił dokonać tak wnikliwej analizy, tłumaczącej podatność współczesnej cywilizacji na lewicowe ideologie, jak właśnie Sheen w swej pracy „Komunizm i sumienie Zachodu” z 1948 r. Mimo upływu czasu diagnoza zawarta w tej książce nadal zachowuje aktualność.
Amerykański duchowny dał się poznać jednak przede wszystkim jako jeden z pionierów ewangelizacji przez elektroniczne środki masowego przekazu. W latach 1930–1950 prowadził na antenie radia NBC stałą audycję The Catholic Hour, której regularnie słuchało ok. 4 mln ludzi. Rozgłośnia otrzymywała tygodniowo od 3 do 6 tys. listów do Sheena. Zaletą mówcy było to, że o najbardziej skomplikowanych sprawach potrafił opowiadać w sposób zrozumiały i przekonujący. To sprawiało, że na jego wykładach uniwersyteckich sale często nie mogły pomieścić wszystkich studentów chcących wysłuchać prelekcji mistrza.
Wynalazek telewizji sprawił, że audytorium Sheena powiększyło się. W 1951 r. duchowny zadebiutował jako prowadzący stały program Life is Worth Living, najpierw na antenie stacji DuMont, a później ABC. Rok później zdobył Nagrodę Emmy przyznawaną największej osobowości telewizyjnej w USA. Jego audycja potrafiła zgromadzić przed ekranami nawet 30 mln widzów. Do historii przeszedł zwłaszcza program z 24 lutego 1953 r., gdy gospodarz wygłosił kazanie zatytułowane „Śmierć Stalina”. Sheen dokonał parafrazy dramatu Szekspira „Juliusz Cezar”, zastępując Brutusa, Kasjusza czy Marka Antoniusza imionami Berii, Malenkowa i Mołotowa. Swe wystąpienie zakończył słowami: „Stalin musi kiedyś stanąć przed sądem”. Kilka dni później sowiecki dyktator doznał udaru i zmarł w ciągu tygodnia.
W 1957 r. Sheen na skutek konfliktu z metropolitą Nowego Jorku, kard. Francisem Spellmanem, stracił pracę w telewizji. Powrócił do niej dopiero po 4 latach. Jego nowa audycja The Fulton Sheen Program znów przyciągała miliony widzów. Zrezygnował z jej prowadzenia w 1968 r., gdy zaczął dokuczać mu wiek. Miał wówczas 73 lata.
Godzina Święta
Był nie tylko tytanem pracy, lecz także modlitwy. Powtarzał, że nie osiągnąłby w życiu tak wiele, gdyby nie Godzina Święta, czyli codzienna, godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, którą praktykował nieprzerwanie przez 60 lat – od dnia święceń kapłańskich aż do śmierci. Traktował ją jak „najważniejsze spotkania dnia”, uważając za źródło sił duchowych i inspiracji intelektualnych.
Swoim słuchaczom często opowiadał następującą historię, która wydarzyła się w Chinach po zdobyciu władzy przez komunistów. Jeden z kościołów katolickich został wówczas splądrowany, a konsekrowane Hostie wyjęte z tabernakulum i rozrzucone na podłodze. Świątynię zamknięto, by nikt nie odprawiał w niej nabożeństw, a na straży postawiono wartownika. Świadkiem tego była 11-letnia dziewczynka, która nocą zakradła się do środka. Policzyła, że na posadzce leżą 32 Hostie. Przez godzinę klęczała przed nimi, modląc się w akcie zadośćuczynienia. Ponieważ ówczesne przepisy zabraniały świeckim brania Najświętszego Sakramentu do rąk, mała Chinka pochyliła się i przyjęła Komunię bezpośrednio z podłogi językiem.
Przez 32 noce powtarzała się ta sama scena: 11-latka zakradała się potajemnie do kościoła, przez godzinę adorowała rozrzucone Hostie, a następnie spożywała jedną z nich z posadzki bez użycia rąk. Ostatniej nocy, po przyjęciu Komunii, przypadkowo potknęła się. Hałas zaalarmował strażnika. Dziewczynka została złapana i zakatowana na śmierć. Kończąc tę opowieść, Fulton Sheen mówił słuchaczom, że skoro mała Chinka potrafiła swym życiem dać świadectwo o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii, to on – jako biskup – czuje się tym bardziej zobowiązany do tego samego przez codzienną adorację Najświętszego Sakramentu.
Impuls dla konwertytów
Dzięki niemu na katolicyzm nawróciło się wiele osób, w tym tak znane i wpływowe postaci jak np. producent samochodowy Henry Ford II, pisarz Heywood Broun czy skrzypek i kompozytor Fritz Kreisler. Jednym z konwertytów był Louis Budenz, redaktor naczelny organu prasowego Komunistycznej Partii USA „Daily Worker”. W 1936 r. w bożonarodzeniowym numerze swej gazety zarzucił on amerykańskiej hierarchii katolickiej, a zwłaszcza Sheenowi, irracjonalną niechęć do marksizmu. Hierarcha odpowiedział mu osobistym listem, proponując rozmowę w cztery oczy.
Do spotkania doszło w 1937 r. w hotelu Commodore w Nowym Jorku. Dyskusja była ostra. Rozmówcy różnili się między sobą niemal we wszystkim. W pewnym momencie Sheen spojrzał Budenzowi głęboko w oczy i powiedział: „Porozmawiajmy może o Matce Bożej”. Redaktor, który wychował się w rodzinie katolickiej, lecz później porzucił swą wiarę dla komunizmu, osłupiał. Jak wspominał później: „W jednej chwili uświadomiłem sobie bezsens i grzeszność życia, jakie prowadziłem. Pokój, który wypływa od Maryi, a którego doświadczałem w dawnych latach, stanął przede mną z obezwładniającą wyrazistością”. Biskup, widząc, jakie wrażenie wywarła na jego rozmówcy wzmianka o Matce Bożej, rzekł na pożegnanie: „Będę się za pana modlił, ponieważ nie stracił pan całkowicie swojej wiary”. Słowa dotrzymał, a Budenz powrócił wkrótce do Kościoła.
Inną wpływową osobistością Komunistycznej Partii USA, która nawróciła się na katolicyzm dzięki Sheenowi, była działaczka Bella Dodd. Dostojnik ochrzcił ją osobiście w Katedrze św. Patryka w Nowym Jorku podczas Wigilii Paschalnej w 1952 r. W następnym roku kobieta złożyła w Senacie USA pod przysięgą obszerne zeznania przed Komisją Śledczą ds. Działalności Antyamerykańskiej. Przyznała, że komuniści w latach 30. wprowadzili do kapłaństwa wielu agentów, by ci robili kariery, zostawali biskupami i rozkładali Kościół od środka. Ze skutkami ich demonicznej misji musiał mierzyć się abp Sheen przez kolejne lata. Stał się w ten sposób dla wielu amerykańskich katolików jak latarnia morska w czasach burzy i zamętu. Jego rychła beatyfikacja potwierdza, iż nie przestaje pełnić tej funkcji także dziś.
Grzegorz Górny/Gość Niedzielny
***
Papież o objawieniach Jezusa Miłosiernego siostrze Faustynie
Niech Wielki Post będzie czasem spotkania z Chrystusem przez sakrament pokuty i uczynki miłosierdzia – życzył Ojciec Święty Polakom na zakończenie audiencji generalnej w Środę Popielcową w specjalnie do nich skierowanym pozdrowieniu. Przypomniał, że „22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej”.
Vatican Media
***
Zwracając się do Polaków, Papież powiedział: „Serdecznie pozdrawiam Polaków. 22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej. Zapoczątkowało to nowy rozdział szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia poprzez Koronkę i obraz „Jezu, ufam Tobie”. Niech Wielki Post będzie czasem spotkania z Chrystusem przez sakrament pokuty i uczynki miłosierdzia. Wszystkich was błogosławię!”.
Św. Faustyna Kowalska przebywała w płockim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w latach 1930–1932. To tam 22 lutego 1931 roku – jak zapisała w „Dzienniczku” – miała pierwsze objawienie Jezusa Miłosiernego, które podkreśla prawdę o miłosierdziu Boga i wzywa do czynienia miłosierdzia wobec bliźnich.
Vatican Media
***
środa 11 luty
Lourdes, Polacy i Żydzi. Zaskakujące wątki
O niespodziewanych związkach słynnego miejsca objawień z Żydami, a także z Polską, mówi ks. dr Seweryn Wąsik SJ.
Sanktuarium w Lourdes
fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Podobno figura Matki Bożej w grocie w Lourdes wyszła spod dłuta Polaka? O. Seweryn Wąsik SJ: Można tak powiedzieć. Historia była taka: żołnierz napoleoński pochodzący z Andrychowa na Podbeskidziu, tkacz pochodzenia żydowskiego po klęsce cesarza osiedla się we Francji. Czy jego rodzina przeszła na katolicyzm – nie wiadomo. Jego syn kształci się w Lyonie. Kończy Akademię Sztuk Pięknych. Zostaje jej profesorem. Jest rzeźbiarzem. Nazywa się Józef Hugo Fabisch (Fabiś). Proboszcz parafii w Lourdes, ks. Dominique Peyramale prosi go o przygotowanie statui Matki Bożej według wizji Bernadety Soubirous. Ustalają, że figura Matki Bożej będzie miała 1,88 m wysokości, że będzie wykonana z marmuru karraryjskiego. Bernadeta odrzuca kolejne wersje rzeźby. W końcu akceptuje jedną z nich. Córka prof. Fabischa zapamięta, że wrażenie, jakie zrobiła Bernadeta na jej tacie było takie, że on od tej pory codziennie odmawiał różaniec.
Lourdes, Grota Massabielska (miejsce objawień)
fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny
***
Zrobiła wrażenie na profesorze artystycznej uczelni?! Uderzające? Jeszcze bardziej uderzające, jest to, że Bóg przeprowadza swoje sprawy przez serca bardzo proste, a nie przez salony intelektualistów. Bóg nie wybiera dziewczynki z wyższych sfer Paryża, ale wybiera nastolatkę z marginesu. Z rodziny, która nie cieszyła się nawet najmniejszym szacunkiem. Dziś byłaby nazywana patologiczną.
Dlaczego? Ojciec był utracjuszem, bezrobotnym. Chwytał się najniższych dorywczych, upokarzających prac. Rodzina Soubirous miała w Lourdes opinię ostatnich nędzarzy. Dlatego z początku do słowa Bernadety nikt nie będzie przywiązywać wagi. Tak też będzie to postrzegać sama Bernadeta. Będzie porównywać siebie do miotły: “Co robi się z miotłą, gdy skończy się sprzątać? Gdzie się ją stawia? Stawia się ją w kącie. Ja jestem potrzebna Świętej Dziewicy jak miotła. Gdy jej już nie potrzebują, stawia się ją za drzwiami. Tam jestem i pozostanę.”
Dziś takie słowa są trudne do przełknięcia. Dla mnie św. Bernadeta jest odtrutką na współczesną kulturę selfie: gdy inni marzą o sławie, ona woli pozostać niezauważona, na marginesie. Chce pozostać w cieniu. Mówi: “To, co mnie dotyczy, już mnie nie dotyczy”. I tłumaczy: “Muszę odtąd należeć całkowicie do Boga, nigdy do siebie.” W duchowości ignacjańskiej nazywamy to ukierunkowaniem na Boga. Tymczasem teraz żyjemy w kulturze ukierunkowanej na samego siebie, na odnoszenie sukcesów, lajki i liczniki łapek w górę…
…na samorealizację. Dokładnie! Bernadeta jest odtrutką na koncentrację na sobie. “Jeśli Święta Dziewica wybrała mnie, to dlatego, że byłam najbardziej niewykształcona. Gdyby znalazła gorszą ode mnie, to wybrałaby ją” – mówi. Pamiętajmy, że mówimy o 14-letniej analfabetce, która miała objawienia, których tak naprawdę do końca nie rozumie. Jest dzieckiem, przez które Pan Bóg chce przeprowadzić swoje sprawy.
To tak, jak św. Miriam od Jezusa Ukrzyżowanego. Ona mówiła o sobie: “małe nic”. “Jestem nikim w Lourdes” – to są słowa Bernadety. Ona tak siebie nazywała, ale nie chodziło bynajmniej o to, żeby siebie poniżać. To nie było ani poczucie winy, ani niskie poczucie własnej wartości. Absolutnie! To była dziewczynka o nieprawdopodobnej wytrwałości wobec przeciwności. Spokojnie znosiła też spotkania z dziesiątkami tysięcy pielgrzymów, którzy w swojej dewocji chcieli ściągnąć każdą nitkę z jej ubrania. “Jestem zobowiązana wam powiedzieć o Niepokalanym Poczęciu, a nie zmusić was do uwierzenia” – mówiła. Tak przeżywała swoją misję: ma tylko opowiedzieć o doświadczeniu, które miała w grocie, a nie przekonywać nikogo.
Bo niby jak dziecko z głębokiej prowincji miałoby przekonać paryskie elity… Salony intelektualno-polityczne Francji robiły wszystko, żeby jak najmniej ludzi jeździło do Lourdes. Nie prowadziła tam żadna linia kolejowa. Władze nie chciały jej budować, żeby ograniczyć dostęp pielgrzymów. Ale były minister transportu w rządzie Napoleona III –żydowskiego pochodzenia – kupił złoża skalne w okolicach Lourdes. W efekcie już rok po objawieniach została zbudowana linia kolejowa, z której mogli korzystać pielgrzymi.
Z Matką Bożą nikt nie wygra. Francuski salon polityczno-intelektualny był masońsko-antyklerykalny. Ale część tych ludzi po wizycie w Lourdes i spotkaniu z Bernadetą i tak uklękło przed figurą Matki Bożej w Grocie Massabielskiej. To udokumentowane. Wniosek jest taki, że także dla dzisiejszych elit i salonów jest nadzieja i światełko bijące z Lourdes.
Co warto przeczytać o Lourdes i św. Bernadecie? Zachęcałbym do przeczytania “Pieśni o Bernadecie” – bestsellera, który miał już kilkanaście polskich wydań. To książka z 1941 r. Jej autorem był Franz Werfel. To był znany pisarz, urodzony w Pradze Żyd niemieckojęzyczny, przyjaciel Franza Kafki. Uciekając w czasie II wojny światowej do USA, przez przypadek trafił do Lourdes. Utknął tam, nie mając już możliwości przeprawienia się przez Pireneje. To, co tam przeżył, sprawiło, że uznał, iż swoje ocalenie zawdzięcza tajemnicy Pani z Lourdes oraz pirenejskim góralom – środowisku Lourdes. Obiecał, że jeśli przetrwa niemiecki horror zgotowany Żydom, spłaci dług, pisząc powieść o Bernadecie. Udało mu się uciec i napisać książkę (700 stron!), która zrobiła taką furorę, że Hollywood (Twentieth Century Fox) natychmiast wykupiło prawa do jej ekranizacji. I już w 1943 r., gdy Europie trwała wojna, w Hollywood powstał jeden z najpiękniejszych filmów o św. Bernadecie. Szefowie wytwórni obawiali się jednak krytyki. Spodziewali się, że niewierzący odrzucą film jako naiwną opowieść o dziewczynce, która miała halucynacje. Obawiali się też reakcji katolików, ponieważ odtwórczyni roli Najświętszej Panienki nie była osobą o wyszukanej moralności. Postanowili więc opatrzyć film mottem, mówiącym, że “tym, którzy wierzą w Boga nie są potrzebne żadne wytłumaczenia. A dla tych którzy w Boga nie wierzą, żaden wytłumaczenie nie jest możliwe”. Werfel zmarł cztery lata po napisaniu książki, w Beverly Hills.
Jest też wydana po polsku książka Vittoria Messoriego. On z kolei poszedł drogą dziennikarza śledczego i napisał książkę: “Tajemnica Lourdes. Czy Bernadeta nas oszukała?”. Marketingowo dobrze uchwycony temat: czy prosta, uczciwa, pokorna góralka, nie mówiąca nawet po francusku, ale w dialekcie pirenejskim, nas oszukała? To oczywiście prowokacja. Ale książka jest bardzo dobra, analityczna. Dodajmy, że Kościół katolicki dość szybko uznał objawienia św. Bernadety za autentyczne. A w tym roku obchodzimy 90 rocznicę jej kanonizacji.
***
ks. dr Seweryn Wąsik SJ, dyrektor Domu Rekolekcyjnego św. Józefa w Czechowicach Dziedzicach, rekolekcjonista, kierownik duchowy, teolog duchowości ignacjańskiej, dziennikarz watykański (L’Osservatore Romano, Radio Watykańskie), pedagog. Od lat daje kursy Ćwiczeń duchowych według św. Ignacego Loyoli i kard. Carla Marii Martiniego. Autor serii formacyjnych audiobooków “Elementarz ignacjańskich” i słuchowiska radiowego “Ulmowie z Markowej”.
Lourdes. O tym małym miasteczku, leżącym u stóp Pirenejów, zrobiło się głośno dzięki Matce Bożej. Osiemnaście spotkań Bernadety z „Białą Panią” zaczęło się 11 lutego a zakończyło 16 lipca 1858 roku.
Ku zaskoczeniu 14-letniej dziewczynki, Maria zwróciła się do niej w jej własnym dialekcie, czyli w języku gaskońskim, nazywanym częściej w Polsce językiem prowansalskim. Podobnie było w Guadalupe, gdzie mówiła do Juana Diego w języku Azteków (Nahuatl); w afrykańskim Kibeho, gdzie przekazywała swoje przesłanie w języku kinyarwanda czy w Gietrzwałdzie, gdzie mówiła po polsku.
W rzeczy samej, Maryja mówi wszystkimi językami. Czuje się jak u siebie w każdej kulturze. Rozumie swoje dzieci i potrafi się z nimi porozumieć, bo jest Matką dla wszystkich ludzi.
Od pierwszego uzdrowienia w Lourdes, które miało miejsce 1 marca 1858 roku, napływają tu nieprzerwanie chorzy. Spodziewają się nie tylko uzdrowienia ciała, ale szukają też sił do znoszenia cierpienia. Związek chorych z pirenejskim sanktuarium spowodował, iż w 1992 roku Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego, a na jego datę wybrał właśnie dzień pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Dziś obchodzimy ten dzień po raz trzydziesty czwarty.
I jeszcze jedno. Jest taka zabawna scena w filmie o św. Bernadecie Soubirous. Gdy rzeźbiarz dokończył pracy nad figurką „Białej Pani”, wyraźnie zadowolony z siebie woła Bernadetę i pyta: „I co, to Ona? Taką była?”. Bernadetta nieco zmieszana odpowiada: „C’est ça, et ce n’est pas ça” [To jest to, i to nie jest to]. Czyli, „to Ona, i to nie Ona”. Dlaczego? Bo piękno Maryi (i nie tylko) nie jest zakotwiczone w proporcjach ciała, lecz w proporcjach duszy. Im głębsze życie duchowe, im więcej w kimś duchowej przestrzeni, tym piękniejszą staje się ta osoba.
ks. Stanisław Stawicki SAC/Recogito
***
„Głupia prostaczka”, której objawiła się Maryja. Poruszająca historia Bernadety Soubirous
***
Bernadeta wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania z dziękczynieniem cierpienia i upokorzeń.
Od pierwszego objawienia w Lourdes w lutym 1858 roku ludzie traktowali małą wizjonerkę jak dzikie zwierzątko. Zresztą, po pewnym czasie Bernadeta sama czuła się zaszczuta. Ciągle ktoś chciał z nią rozmawiać, dyskutować albo przynajmniej na nią popatrzeć.
Bernadeta Soubirous schowała się w… klasztorze
Nie chciała sobą przesłaniać treści samych objawień – była świadoma, że teraz przyszedł czas działania Maryi. Rozwiązanie wkrótce przyszło samo: niewiele po ostatniej wizji zachorowała na zapalenie płuc. Leczyła się w szpitaliku Sióstr Miłosierdzia z Nevers i musiało to być dobre doświadczenie, bo postanowiła wstąpić do tego zgromadzenia i tak uciec przed ciekawskimi.
Nie miała wykształcenia i była prosta w obejściu, więc nadawała się tylko do tzw. drugiego chóru, czyli sióstr pracujących fizycznie. Jednak równocześnie była chora na astmę i ogólnie słabego zdrowia, co wykluczało ciężkie prace. Przyjęto ją dzięki protekcji biskupa miejsca. Próg klasztoru przekroczyła 7 lipca 1866 roku wraz z dwiema innymi aspirantkami, mając 22 lata.
Na drugi dzień przełożone zebrały całą wspólnotę (trzysta sióstr) w głównej sali i Bernadeta po raz pierwszy i ostatni opowiedziała im historię objawień. Od tego momentu miała być jedną z sióstr, a do tematu wizji nie wolno było wracać. Przynajmniej w gronie sióstr, bo do furty wciąż pukali dziennikarze (ci byli odsyłani) i osoby duchowne, w tym historycy, którzy „przesłuchiwali” s. Marię Bernardę. Cierpliwie odpowiadała na wciąż te same pytania i opowiadała wciąż i wciąż swoją historię.
Dlaczego Maryja nie objawiła się komuś wykształconemu?
Jednocześnie była w formacji. Jej bezpośrednią przełożoną była siostra ze szlacheckiej rodziny. Nie potrafiła zrozumieć, czemu Maryja objawiła się właśnie takiej „głupiej prostaczce”, a nie komuś z wysokiego rodu lub przynajmniej dobrze wykształconemu. Prawie do końca życia odrzucała prawdziwość tych wizji, a samą wizjonerkę uważała za małą spryciarkę, która chciała zwrócić na siebie uwagę i coś zyskać na twierdzeniu, że widziała Matkę Boga.
Dlatego wyłapywała jej najmniejsze potknięcia, nie dawała zwolnień od obowiązków i do granic nerwicy natręctw pilnowała, czy Bernadeta wypełnia regułę. Wizjonerka przyjmowała to w pokorze, nawet fakt, że wciąż odkładano jej śluby wieczyste. Złożyła je prawie cudem – ponieważ przy kolejnym ataku choroby obawiano się, że umrze, dano jej zezwolenie na nie. Bernadeta tym razem jeszcze nie zmarła, ale śluby były już ważne.
Praca św. Bernadety w szpitalu
Wcześniej jednak było kilkanaście lat pracy w szpitalu, najpierw jako pomoc pielęgniarki, a potem jako siostra odpowiedzialna za szpital. Sama schorowana – do astmy wkrótce dołączył nowotwór kolana i gruźlica – doskonale rozumiała słabość innych. Chorzy byli zachwyceni jej delikatnością i wyczuciem. Miała w sobie wiele naturalnej radości i przyjazny sposób bycia. Siostry do niej lgnęły, szczególnie aspirantki i postulantki.
Uważała się za ograniczoną i mało zdolną intelektualnie. Nie szukała wielkości. Świadczy o tym choćby następująca historia: ktoś przyniósł do klasztoru w Nevers informację, że w Lourdes można kupić zdjęcia Bernadety. Opłata za ich nabycie była śmiesznie mała. Wizjonerka skwitowała to słowami: „Widocznie tyle jestem warta”.
Modlitwa – najważniejsze zadanie Bernadety
Jednocześnie wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania w pokoju i z dziękczynieniem cierpienia fizycznego i upokorzeń.
Jednym z ostatnich była chwila przydzielania nowym profeskom wieczystym ich miejsca w zgromadzeniu. Była wtedy wśród nich i s. Soubirous, jednak przełożone jakby o niej zapomniały. Dopiero biskup zwrócił uwagę, że jej nie dano żadnego miejsca. Zapytał więc, co umie. Odparła, że nic, tylko się modlić. Więc ordynariusz wyznaczył jej jako zadanie w zakonie modlitwę.
Zmarła 16 kwietnia 1879 roku w wieku zaledwie 33 lat. Został po niej malutki notatnik duchowy, a w nim piękny duchowy „testament” – spisany niewiele przed śmiercią hymn dziękczynienia. Za wszystko.
Testament Bernadety Soubirous*
Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuje Ci, Jezu.
Za dni, w który przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuje Ci, Matko.
Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.
Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała…
Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie “siostro Mario Bernardo” … dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…
Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję.
Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: “Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.
Dziękuję, za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: “To ta ma być Bernadeta, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?”.
Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.
I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuje Ci, Jezu.
*źródło: “Fonti Vive”, Caravate, wrzesień 1960 Elżbieta Wiater/Aleteia.pl
*** Trzy gesty Maryi wobec św. Bernadety Soubirous
Fred de Noyelle / Godong
***
Matka Boża, jeszcze zanim wyjawiła Bernadecie swoje imię, wykonała trzy gesty, których znaczenie pomaga nam zrozumieć dar Bożej łaski.
Imię pięknej pani
2 marca 1858 r. – przy okazji swego trzynastego objawienia się w Lourdes – Matka Boża zwróciła się do Bernadety ze wskazówką. „Idź powiedzieć księżom, żeby polecili wybudować tutaj kaplicę i żeby ludzie przychodzili do niej w procesji”.
Tego samego dnia widząca spotkała się z proboszczem z Lourdes i przekazała mu życzenie pięknej Pani. Ksiądz Peyramale odpowiedział pasterce, że aby wyrazić zgodę, musi poznać imię osoby zwracającej się do niego z takim poleceniem.
3 i 4 marca, w trosce o wypełnienie woli przyjaciółki, która okazała jej szacunek, jakiego nie okazał jej wcześniej żaden z mieszkańców Lourdes, Bernadeta postanowiła jak najszybciej uprosić piękną Panią, by zechciała wyjawić jej swoje imię. Ale za każdym razem jedyną odpowiedzią był uśmiech pięknej Pani.
Przez to wydarzenia w Lourdes uzmysławiają nam trzy niespełnione prośby: prośbę Matki Bożej, prośbę proboszcza i prośbę Bernadety. W jaki sposób rozwikłać to zapętlenie próśb?
25 marca 1858 r., w uroczystość Zwiastowania, Bernadeta była bardziej niż kiedykolwiek zdeterminowana, by otrzymać odpowiedź od pięknej Osoby, która zechciała rozmawiać z nią w grocie. I tak się stało.
Na ten dzień przypadł punkt kulminacyjny objawień Matki Bożej w Lourdes. Maryja uczyniła to, co nie nastąpiło nigdy wcześniej w żadnym z jej objawień na ziemi: wyjawiła swoje imię. „Ja jestem Niepokalane Poczęcie” – powiedziała do małej pasterki.
Trzy gesty Matki Bożej
Ale jeszcze przed wypowiedzeniem tych słów Matka Boża wykonała trzy znaczące gesty. Stanowią one krótką i zdumiewającą katechezę na temat trzech cnót teologalnych: wiary, nadziei i miłości.
Na początek złożyła dłonie: tym gestem nauczyła nas, że wiara umacnia się przez modlitwę.
Następnie rozłożyła dłonie i wyciągnęła ręce ku Ziemi. W ten sposób pokazała, że troszczy się o los swoich dzieci zmagających się tutaj, na świecie, z różnego rodzaju trudnościami. I że słucha naszych modlitw przyjmując je w swoje dłonie. Ten drugi gest nawiązywał do motywu nadziei.
Na koniec – przed wypowiedzeniem decydujących słów i przerwaniem milczenia, które ciążyło Bernadecie – Matka Boża ponownie złożyła dłonie na wysokości serca i wzniosła oczy ku niebu. Tym trzecim, uroczystym gestem Maryja objawiła nam, jak bardzo Bóg ją kocha.
I jakby czując, że jej serce gotowe jest pęknąć pod naporem miłości Ojca do niej, pragnęła zachować w nim swoje szczęście. Tym podwójnym i ostatnim gestem Maryja dała nam do zrozumienia, że Bóg kocha także nas taką samą miłością, jaką ma dla swojej umiłowanej córki.
Dary dla uczniów Jezusa
Wszystkie trzy gesty Maryi poprzedzające wyjawienie jej imienia w Lourdes składają się na swoistą katechezę duchowości chrześcijańskiej za pośrednictwem mowy ciała. Wyposażony w dary trzech cnót teologalnych uczeń Jezusa zyskuje właściwą broń do pokonywania doświadczeń życiowych, a także do realizacji Bożych zamiarów w służbie braciom oraz ewangelizacji.
Świadectwo: lekarz pojechał do Lourdes mówiąc, że “Boga nie ma”. Wrócił jako wierzący
Z Lourdes wiąże się kilka interesujących opowieści o nawróceniu. Pierwszą z nich jest historia lekarza i noblisty.
Adobe Stock
***
Alexis Carrel (ur. 1873 r. koło Lyonu, zm. 1944 r. w Paryżu), laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i chirurg. Wychowany w wierze katolickiej, utracił ją podczas studiów, dochodząc do wniosku, że Boga nie ma, a człowiek sam może decydować o tym, co jest dobre, a co złe.
Przełom
Przełom w jego życiu nastąpił w 1903 r., gdy wraz z grupą chorych pojechał jako lekarz do Lourdes. Chciał dokładnie przyjrzeć się temu, co wierzący nazywali cudami, a on: autosugestią. Jedną z jego podopiecznych była 21-letnia Maria Bailla. Maria była w ostatnim stadium gruźlicy otrzewnej. Pluła krwią, często wymiotowała, miała mocno spuchnięty brzuch. Gdy dojechali do Lourdes, była w stanie agonalnym: nie mogła mówić, oddychała z trudnością, tętno miała szybkie i nierówne, a brzuch rozdęty. Carrel – jedynie pod usilnymi namowami – zgodził się, by w tym stanie zawieziono ją do groty. Widząc jej cierpienie, zaczął spontanicznie prosić Maryję: „O Panno Święta, jakże chciałbym wierzyć, jak ci wszyscy nieszczęśliwi, że to Źródło Cudowne nie jest tylko tworem naszej wyobraźni! Uzdrów tę biedną dziewczynę, ona zbyt wiele wycierpiała. Daj jej żyć, a mnie daj wiarę. Jeśli ta dziewczyna wyzdrowieje, co wydaje się absurdem, spraw, bym mógł uwierzyć”.
Wiara
Podczas nabożeństwa dr Carrel zauważył, jak z twarzy Marie zaczynają znikać sine plamy, trupioblada twarz zaczęła nabierać kolorów, a na policzkach pojawiają się zdrowe rumieńce. Puls i oddech uspokoiły się, opuchnięty brzuch opadł. Lekarzowi trudno było uwierzyć w to, co widział. Marie została uzdrowiona, a dr Carrel stał się wierzący. Za to, że jawnie występował jako świadek uzdrowienia, zmuszono go do opuszczenia uniwersytetu, na którym pracował. Wyjechał do USA, podejmując prace, za które przyznano mu Nagrodę Nobla.
„Życie polega na tym, żeby kochać, pomagać drugim, modlić się, pracować. Spraw, mój Boże, by nie było za późno…” – pisał później. „Nie możemy wybierać tylko tego, co odpowiada naszym upodobaniom, fantazji czy formacji naukowej lub filozoficznej naszego umysłu. Trudność lub niejasność jakiegoś zagadnienia nie jest wystarczającym powodem, żeby to zagadnienie lekceważyć”.
Dorota Niedźwiecka/Tygodnik Niedziela
*** Mason, aborter i okultysta nawrócił się w Lourdes. Świadectwo lekarza Maurice’a Cailleta
l’1visible /Il est vivant
***
Aborter, okultysta i ateista, który przez 15 lat był członkiem masońskiej loży. Kiedy poważnie zachorowała jego żona, Maurice pojechał z nią do Lourdes. Tu przeżył nawrócenie, odkrył moc Eucharystii i usłyszał głos Boga.
W1984 r. dr Maurice Caillet zawiózł chorą żonę do Lourdes w nadziei, że w końcu wyzdrowieje. Choć nie wierzył w objawienia Matki Bożej, postanowił, że pójdzie do tamtejszego kościoła. Po chwili pełen ciepła wewnętrzny głos przemówił w jego sercu: „Byłoby dobrze, abyś poprosił o uzdrowienie Claude, ale co mógłbyś mi ofiarować?”. Tak zaczął się proces nawrócenia masona, okultysty i pioniera aborcji oraz jego powrotu do Boga.
Loża masońska, współpraca z Planned Parenthood i zakon różokrzyżowców
Maurice Caillet urodził się 24 września 1933 r. w Bordeaux w rodzinie antyklerykalnej. Rodzice nie ochrzcili syna. W domu panowała atmosfera wrogości do Boga i do Kościoła katolickiego.
Po edukacji w szkole średniej Caillet wybrał się na studia medyczne do Bretanii. Ukończył je z wyróżnieniem. Specjalizował się w chirurgii ginekologicznej. Promował antykoncepcję i aborcję.
W 1956 r. poślubił koleżankę ze studiów. Pod presją rodziców młodzi postanowili wziąć ślub kościelny. Małżeństwo skończyło się rozwodem. Caillet zawarł więc ślub cywilny z pielęgniarką, z którą współpracował w klinice. Ona także była rozwódką.
W 1968 r. Maurice wstąpił do loży masońskiej. Jak mówił, traktował ją jak „duchową rodzinę”. Został serdecznie przyjęty przez Wielkiego Mistrza Wielkiego Wschodu Francji, który zaproponował mu dołączenie do elitarnej loży w Rennes. Maurice przeszedł cztery próby inicjacji. Musiał też złożyć przysięgę o zachowaniu tajemnicy loży pod groźbą śmierci.
Po czasie wtajemniczenia Caillet zdecydował się przejść ryt inicjacji na Wielkiego Mistrza. Wstąpił do partii socjalistycznej, którą prowadził wtedy François Mitterand.
Funkcja Wielkiego Mistrza otworzyła mu drzwi do dalszej kariery. Został kierownikiem kliniki medycznej. Współpracował z Planned Parenthood. Dokonywał aborcji, a ciała rozszarpanych przez niego dzieci, nie robiły na nim wrażenia. W tym czasie kierował spotkaniami loży i sam przeprowadzał inicjację nowych członków. Studiował masońskie monografie, ćwiczył się w psychologicznych metodach wchodzenia w kontakt z duchami.
Na początku 1982 r. Urząd Perfekcyjny, wspólny dla dwóch lóż Wielkiego Wschodu w Rennes, zaprosił go do przyjęcia osiemnastego stopnia masońskiego w zakonie różokrzyżowców. Caillet objął wtedy pracę w systemie ubezpieczeń zdrowotnych na stanowisku przewodniczącego Zespołów Orzekających w Rennes.
Światło Chrystusa
W 1983 r. zachorowała jego żona. U Claude lekarze stwierdzili liczne wrzody w przewodzie pokarmowym. Kobieta wiele miesięcy spędziła w łóżku. Maurice postanowił zabrać ją na wypoczynek w góry. Claude przez 10 dni nie była w stanie się podnieść.
W drodze powrotnej Cailletowi przyszła myśl, aby zatrzymać się w Lourdes. Mężczyzna nie wierzył w objawienia Matki Bożej, ale był przekonany, że w tym miejscu są jakieś szczególnie pozytywne promieniowanie. Kiedy Claude oczekiwała na kąpiel w cudownym źródełku, Maurice poszedł do kościoła.
Tam po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem we mszy św. Ewangelia tego dnia mówiła: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone”, a były to słowa znane mi z rytuału masońskiego na stopień Wielkiego Ucznia. Zobaczyłem też po raz pierwszy w konsekrowanej Hostii Światło, którego na próżno szukałem w 18 masońskich inicjacjach. Wstrząśnięty, usłyszałem wewnętrzny głos, który wzywał mnie do złożenia ofiary. Dlatego po mszy św. poszedłem za księdzem do zakrystii i poprosiłem o chrzest, aby ofiarować całe moje jestestwo Bogu – wspominał w rozmowie z Włodzimierzem Rędziochem dla tygodnika „Niedziela”.
Chrzest i proces nawrócenia
Duch Święty zapytał mężczyznę, co ma do zaoferowania, prosząc o uzdrowienie żony. Maurice zdał sobie sprawę, że nie ma nic do oddania poza sobą. Patrząc na Hostię doświadczył jednak tak niezwykłej światłości i spokoju, że całe przekonanie o nieograniczoności ludzkiego rozumu, które tak budował przez 40 lat, zapadło się w ciągu tych kilku minut. Po wyjściu z kościoła spotkał Claude, której zdrowie w tamtej chwili nie poprawiło się. Maurice zadawał jej pytania dotyczące Chrystusa i wiary. Wtedy kobieta zrozumiała, że w Lourdes wydarzyło się coś niezwykłego, co nie da się po ludzku wytłumaczyć.
Caillet zdał sobie sprawę, że wszechświat i ludzkie życie to nie są dzieła przypadku, ale zostały stworzone przez Boga. Z pomocą kolegi dotarł do proboszcza parafii prawosławnej w Rennes, który ofiarował mu katechizm. Maurice z uwagą go studiował.
Zaczął czytać Ewangelie i niektóre pisma Ojców Kościoła. O swojej historii postanowił opowiedzieć na spotkaniu loży. Jej członkowie zaniemówili z wrażenia. Maurice coraz częściej doświadczał ataków złych mocy. W nocy widział demony, ze snu wybudzały go przeraźliwe krzyki i śmiechy. Wtedy jedynym ratunkiem była modlitwa. Caillet wzywał wstawiennictwa Maryi i złe duchy znikały.
W Wielką Sobotę 1985 r. mężczyzna przyjął w Kościele prawosławnym sakrament pokuty i bierzmowanie.
Cudowne uzdrowienie i konwersja na katolicyzm
Claude odzyskała zdrowie, ale rozpoczęły się szykany w pracy. Gdy Maurice zamierzał poskarżyć się zwierzchnikom, odwiedził go brat z loży masońskiej i zagroził śmiercią. Mężczyzna zrozumiał, że nie można być jednocześnie chrześcijaninem i masonem, że trzeba dokonać ostatecznego wyboru. Wystąpił więc z loży i zakonu różokrzyżowców. Za namową pewnego zakonnika, Caillet zdecydował się wybaczyć prześladowcom.
Benedyktyn zwrócił uwagę, że on i Claude nadal pozostają w związku niesakramentalnym. Para złożyła prośbę do sądu katolickiego o stwierdzenie nieważności poprzednich małżeństw. Claude i Maurice przeszli na katolicyzm i zaangażowali się w spotkania modlitewne. Wkrótce po tym wzięli ślub katolicki. Zabierali głos w obronie życia i ostrzegali przed działaniami masonerii.
„Boża pedagogika jest łagodna”
Po przejściu na emeryturę dr Caillet postanowił podzielić się swoim świadectwem nawrócenia i napisał „List otwarty do mojej rodziny jako dziękczynienie Bogu”.
Nie jestem wybrańcem, prorokiem a jeszcze mniej kimś doskonałym. Starając się być świętym, jestem zwykłym posłanym, obarczonym skromną misją, bez rozgłosu, aby przypomnieć członkom mojej rodziny, że Bóg może wejść w ich życie, jeżeli tylko otworzą Mu szparkę swoich drzwi. Bo nie mniemajcie, że Bóg wszedł w moje życie przez włamanie. Boża pedagogika jest łagodna, świadcząca o Jego wielkiej miłości, szanującej niezmiernie naszą wolę – wspominał lekarz.
W swojej autobiograficznej książce „Byłem masonem. Z mroku loży do światła Chrystusa”, tłumaczył: „Diabeł jest, spotkałem go. Bóg jest, spotkałem Go. Diabeł ofiarował mi swoje kuszące towarzystwo, z którego zrezygnowałem, ponieważ poprowadziłby mnie od róż do cierni. Znalazłem Boga za pośrednictwem Kościoła, to w nim odnalazłem życie”.
Dr Maurice Caiilet zmarł 6 listopada 2021 r. w Auray.
źródła: truechristianity.info; adonai.pl; niedziela.pl; pedkat.pl; W. Roszkowski, „Potęga nawrócenia”, Kraków, 2024; M. Caillet, „Byłem masonem. Z mroku loży do światła Chrystusa”, Kraków 2004
Wściekli na objawienia! Jak wrogowie Kościoła obśmiewali Lourdes
(fot. REUTERS/Regis Duvignau/FORUM)
***
Objawienia z Lourdes widowiskowo potwierdziły prawdziwość wiary katolickiej. Nie dziwi zatem, że wrogowie Kościoła próbowali i nadal próbują je „zdemitologizować”. Jednak ich argumenty, po bliższym przyjrzeniu się, same okazują się dość łatwymi do obalenia mitami.
Początek drugiej połowy XIX wieku to trudny czas dla chrześcijan. W 1859 roku Karol Darwin opublikował książkę „O pochodzeniu gatunków”. Wbrew woli autora wykorzystano ją do walki z religią. Z kolei trzy lata później ukazało się „Życie Jezusa” Ernsta Renana. Jego autor próbował „dowieść”, jakoby Pan Jezus był zwykłym, acz wyjątkowym człowiekiem. Po upływie kolejnych pięciu lat Karol Marks i Fryderyk Engels wydali „Kapitał”. Pozycję tę niejednokrotnie wykorzystywano do zwalczania religii.
Jakby antycypując te ataki, w 1858 roku w miejscowości Lourdes w południowo-zachodniej Francji Matka Boża objawiła się 14-letniej ubogiej analfabetce Bernadecie Soubirous. Matka Boża w Lourdes, w grocie Massabielle zjawiła się 18 razy. Po raz pierwszy 11 lutego 1858 roku, a ostatni, osiemnasty, 16 lipca 1858 roku. Kulminacyjnym momentem jest objawienie szesnaste. Wówczas to, w Święto Zwiastowania, 25 marca Matka Boża powiedziała „Jestem Niepokalane Poczęcie”. Stało się to 4 lata po ogłoszeniu przez błogosławionego Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Jednak Bernadeta, jako pochodząca z ubogiej rodziny analfabetka, nie wiedziała o tej prawdzie wiary. Podczas objawień Matka Boża wezwała też do odkopania źródła, do dziś służącego cudownym uzdrowieniom. Gorąco prosiła także o pokutę za grzeszników, a także ukazywała różaniec.
Oprócz niezwykle istotnej treści tego objawienia, co najmniej równie istotne jest to, że w ogóle się ono wydarzyło. Jak bowiem zauważa Vittorio Messori w książce „Tajemnica Lourdes – Czy Bernadeta nas oszukała”: „jeśli Bernadeta nas nie oszukała, jeśli nie oszukiwała samej siebie, to nie oszukuje siebie też katolik, wierząc w prawdę Ewangelii i kierując się nauką Kościoła, który jest tej prawdy autentycznym gwarantem. (…) Ta grota jest więc punktem oparcia, kołem ratunkowym podarowanym wiernym, by mogli się go uchwycić w dramatycznym momencie zwrotnym współczesnej historii, w którym racjonalizm, pozytywizm, socjalizm, liberalizm i wszelkie inne izmy, wszelkie inne ideologie postchrześcijańskie przypuściły wielki atak na korzenie wiary jako takiej”.
Innymi słowy, jeśli objawienia w Lourdes są fałszywe, to upada tylko jeden z licznych argumentów za prawdziwością wiary. Katolicyzm może i tak być religio vera – religią prawdziwą, choć z innych powodów. Jeśli jednak Lourdes nie jest zmyśleniem, jeśli rzeczywiście zjawiła się tam Matka Boża z różańcem, prosiła o przekazanie informacji katolickim księżom, mówiła o procesji, o budowie kaplicy, o katolickim dogmacie Niepokalanego Poczęcia, to stanowi to dowód prawdziwości Kościoła i wartości katolickiej pobożności.
Kto chce ten może, przy odrobinie dobrej woli, dojść do prawdy na temat Lourdes. Tym bardziej, że praca źródłowa została już wykonana przez ludzi takich jak Vittorio Messori. Mimo to wciąż pojawiają się, nawet w wypowiedziach „uczonych”, twierdzenia dawno już obalone. Powiela się je wyłącznie by walczyć z Kościołem i głoszoną przezeń prawdą. Warto przyjrzeć się bliżej tym kłamliwym tezom.
Rzekome oszustwo rodziców
Zgodnie z jedną z karkołomnych prób „racjonalistycznego” wyjaśnienia objawień w Lourdes, stanowiły one spisek… rodziców dziewczynki. Ci bowiem, wcześniej zamożni, popadli w ruinę. W dodatku cieszyli się złą sławą. Ojciec, ledwie rok przed objawieniami, z powodów humanitarnych został zwolniony z aresztu. Mimo to wiele wskazywało na to, że rzeczywiście był winny zarzucanego mu czynu: kradzieży mąki. Matka natomiast „cieszyła się” złą sławą osoby nader często używającej alkoholu.
„Zważywszy na to” – pisze Messori – „można było zakładać oszustwo zorganizowane przez owych nędzarzy, wykorzystujących najstarszą córkę, żeby zebrać ofiary od naiwnych bigotów i wyjść z nędzy, w którą wpadli po wcześniejszym okresie dobrobytu”.
Prawda jest jednak całkowicie inna, jak precyzuje włoski pisarz. Przecież rodzicom Bernadety wręcz zależało na ukróceniu jej wizji. Niepokoiły ich tłumy ciekawskich chcących zobaczyć córkę. Komisarz policji Dominique Jacomet wmawiał wprawdzie, że rodzice nakłaniali dziewczynkę, by ta chodziła do groty. Posunął się do sfabrykowania zeznań Bernadety, skarżącej się jakoby na tego typu przymus. W rzeczywistości to jednak komisarz (podobnie jak jej ojciec) nakłaniali dziewczynkę do rezygnacji z chodzenia do groty objawień. Ta zaś nie uginała się pod presją. – Nie proszę pana, nie mogę nie pójść. Obiecałam – mówiła do komisarza.
„Wiarygodności świadectwu Bernadety przydała, może w sposób ostateczny, całkowita obojętność młodej dziewczyny na korzyści oraz jej troska, by to, co się wydarzyło i co się działo, nie przyniosło profitów ani jej samej, ani jej rodzinie. Dzięki temu obalone zostały podejrzenia władzy, które – niechętnie, jak przypuszczam – wreszcie zrezygnowały z tezy o oszustwie w celu ciągnięcia zysków” – podkreśla Messori.
Bernadetta, pomna na słowa Matki Bożej pilnowała, by nie osiągnąć żadnego zysku z objawień. Dlatego też nie przyjmowała podarunków. Zasadę tę rozumiała dosłownie: nie chciała nawet podarowanych jej książek religijnych. Odmówiła też przyjęcia drogocennego różańca od biskupa. Także rodzina nie wzbogaciła się na wizjach Bernadety. Jeśli już, to można mówić o stracie. Wszak ciekawscy przybywający do domu… odrąbywali tynk ze ścian i podniszczali stół.
„Kiedy ktoś przyjeżdżał z Lourdes i przekazywał jej wieści o najbliższych, zawsze mówiła, kręcąc głową: Oby tylko się nie wzbogacili. I rzeczywiście, mimo otwarcia sklepiku Jean Marie ani żadne z Soubirous, nigdy się nie wzbogacił – ani wtedy, ani później” – podkreśla Vittorio Messori.
Rzekome oszustwo księży
Zgodnie z inną pogłoską, Lourdes to wymysł ówczesnego kleru, liczącego bądź na zysk, bądź też na przyciągnięcie ludu do wiary. Jednak i ta pogłoska rozbija się o skałę faktów. Nie wykluczał jej wprawdzie komisarz policji, Dominique Jacomet. Sam wierny katolik, był co najmniej równie wiernym policjantem.
Wszystko jednak wskazuje przeciwko tej tezie. Kler nie tylko nie promował wizji Bernadety, lecz stanowczo się jej sprzeciwiał. Autor bestsellera poświęconego Lourdes, Henri Lasserre, zarzucał wręcz duchownym ignorowanie ludu, widzącego w objawieniach „palec Boży”. Jest w tym sporo prawdy, choć tak ostra krytyka jest nieuzasadniona. Zdrowy sceptycyzm w odniesieniu do objawień prywatnych stanowi bowiem stałą praktykę Kościoła. Pozwala on na odróżnienie objawień prawdziwych oraz fałszywych.
Właśnie takim racjonalnym podejściem cechował się ówczesny biskup diecezji Tarbes, na terenie której dochodziło do objawień. Rygorystyczny i surowy, popierał jednocześnie postęp naukowy i techniczny. Mawiał, że gdyby nie powołanie kapłańskie zostałby inżynierem. Z pewnością tego spokojnego hierarchy nie da się oskarżyć o wichrzycielstwo czy łatwowierność. „Tego typu człowiek mógł dać się przekonać jedynie faktom, które przeszły próbę konkretnych badań” – zauważa Vittorio Messori.
Co więcej, księża w ogóle nie mogli udawać się do groty objawień z powodu zakazu władz kościelnych. Jedynym duchownym, jaki podczas obowiązywania biskupiego zakazu zobaczył objawienia, okazał się Antoine Desirat. Usprawiedliwiając się, że nie mieszka w Lourdes, dołączył pewnego dnia do świeckich podążających do groty objawień. Stał tuż przy wizjonerce.
Po opuszczeniu groty nie zamierzał swojego pobytu ukrywać. Gdy jednak opowiedział całą historię w seminarium w Saint-Pe w rozmowie z dwoma księżmi „przerwał mu wybuch śmiechu obu duchownych, którzy zaczęli natrząsać się z jego łatwowierności. Niechże, jeśli już musi, poświęci czas na poważne kwestie, teologiczne, biblijne, a nie ugania się za bajkami i duchami z ludowych zabobonów” – mówili. Dobrze odzwierciedla to ówczesne podejście lokalnego kleru do sprawy.
Ktoś jednak może stwierdzić, że duchowieństwo, nie wierząc w objawienia wymyśliło je dla zysku, dla przyciągnięcia pielgrzymów i zwiększenia ich datków. Stosunek Bernadety do korzyści finansowych był, jak już wiemy, całkowicie negatywny. A co z duchowieństwem?
Jak już wspomniano, początkowo sprzeciwiało się ono objawieniom i zniechęcało do dawania wiary rewelacjom Bernadetty. Nawet jednak po uznaniu objawień przez biskupa miejsca i rozpoczęciu budowy sanktuariów, objawienia nie przyczyniły się do wzbogacenia lokalnego kleru ani diecezji. Francuska władza, całkowicie oddzielona od Kościoła, nie wspomagała budowy sanktuariów nad Gave de Pau. Oficjalnej pomocy nie udzielił też Watykan. Wpływały jedynie osobiste datki: papieży i hierarchów, ale przede wszystkim wiernych. Handel w Lourdes, sprzedaż pamiątek religijnych et cetera od razu przekazano „wolnemu rynkowi”. I tak też jest do dzisiaj.
Generalnie, jak zauważa Vittorio Messori „Lourdes nie było interesem, tylko studnią bez dna, przede wszystkim ze względu na konieczność poniesienia olbrzymich wydatków na zakup ziemi, gdyż biskup chciał, aby teren był jak najrozleglejszy, by ochronić nieprzekraczalny święty pas wokół groty”. Budowa i utrzymanie kompleksu także nie należały – i nie należą – do tanich. Co zaś z handlem pamiątkami religijnymi? Otóż „jedną z pierwszych decyzji diecezji w Tarbes było pozostawienie handlu w rękach osób prywatnych”.
Hipoteza o komedii
Twierdzenia o wpływie kleru lub rodziców na Bernadetę okazują się zatem błędne. Walczący z prawdą nie poprzestają jednak na nich. Jedną z najbardziej obraźliwych, jakie wysuwają jest „hipoteza komediantki”. Zgodnie z nią, Bernadeta, nawet jeśli nie działała w imię zysku, chciała po prostu zwrócić na siebie uwagę.
Przeanalizujmy zatem także tę hipotezę. Otóż jej prawdziwości przeczy przede wszystkim charakter wizjonerki. Wszak Bernadeta wszystko czyniła z umiarem „(…) sprowadzała do samej istoty w sposób naturalny, bez cienia pokazowego mistycyzmu. Przychodziła do groty w ostatniej chwili w towarzystwie jedynie paru koleżanek, cicha i zamyślona, często biegła, spiesząc się na spotkanie z cudowną Postacią, z radosną twarzą, bez żadnych oznak udawanej pokory”. W objawieniach brakowało jakiejkolwiek teatralności. Ekstaza trwała krótko, a jedynym jej objawem okazywała się przemiana twarzy dziewczynki podczas wizji” – pisze Mesorri.
Co istotne, dziewczynka nie zgadzała się też spełniać życzeń osób pragnących dotykać jej, niczym relikwii. Przeciwnie, zachowywała całkowitą skromność. Co ciekawe, Bernadeta sprzeciwiała się przedstawianiu Matki Bożej w postaci innej, niż ta, jaką rzeczywiście ujrzała. A więc drobnej dziewczynki. Obstawała przy tym, pomimo, że kłóciło się to z wyobrażeniami dominującymi w ówczesnym Kościele.
Co więcej, objawienia Bernadety wywołały na krótki czas modę wśród okolicznych mieszkanek na udawanie wizjonerek. Zachowanie oszustek, pragnących zwrócić na siebie uwagę i usuwającej się w cień Bernadety okazało się jednak krańcowo inne.
Halucynacje? Żadną miarą!
Hipoteza mniej obraźliwa, a z pozoru naukowa, to twierdzenie o halucynacjach, na jakie rzekomo cierpiała Bernadeta. Z powodu niedożywienia, biedy, wątłego zdrowia uległa ona rzekomo złudzeniom. Zwolennicy tej wersji zachowują prawdę o nieskazitelności charakteru Bernadety, a jednocześnie chronią się przed przyjęciem do wiadomości „zabobonu”. Nie dziwi zatem, że to twierdzenie zyskało sobie popularność wśród inteligencji.
Szkopuł tkwi jednak w tym, że ono także rozmija się z prawdą. Bernadeta była wprawdzie słabo wykształcona, ale zdrowego rozsądku jej nie brakowało. Wręcz przeciwnie. Nie wykazywała żadnych symptomów histerii ani podobnych zaburzeń. Nigdy nie skarżyła się na brak zrozumienia ani na choroby, a jej opowieści cechował wielki realizm.
Ponadto 27 marca 1958 roku trzech lekarzy na polecenie władzy świeckiej miało orzec o zaburzeniach psychicznych wizjonerki. Chodziło o podkładkę służącą umieszczeniu jej w zakładzie dla obłąkanych. Mimo nacisków władzy lekarze, znajdujący się w rzeczywistości pod wrażeniem dziewczynki, wydali salomonowe orzeczenie. Służyło ono oddaleniu groźby umieszczenia Bernadety w przytułku, bez jednoczesnego rozdrażniania władzy.
Gmach wznoszony przez zwolenników racjonalizmu nieskładnie, choć z wielkim mozołem, rozpada się zatem jak domek z kart. Pozostaje prawda o niezwykłych uzdrowieniach, odnowie życia religijnego, o Niepokalanym Poczęciu. Pozostaje prawda katolicka, prawda o Bogu stale wybierającym „właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców (…) to, co niemocne, aby mocnych poniżyć”. Wszak „to bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.” (1 Kor 25;27).
Korzystałem z książki Vittorio Messori „Tajemnica Lourdes czy Bernadeta nas oszukała” Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.
Marcin Jendrzejczak/PCh24.pl
***
wtorek 10 luty
źródło: IPN Twitter/Polskie Radio Koszalin
***
W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku, rozpoczęła się pierwsza z czterech masowych deportacji Polaków na Sybir. W głąb Związku Radzieckiegowywieziono wtedy około 140 tysięcy obywateli polskich.
fot. twitter.com/IPN – Radio Maryja. pl
***
„Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom”.
Ksiądz Arcybiskup Stanisław Gądecki w 84 rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir przez rosyjskiego okupanta wygłosił w kościele pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela w Poznaniu homilię:
Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona. 84. rocznica pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir
Odejdę od was cicho, niespodzianie, Odejdę od was pewnie nocą ciemną, Nikt mi nie ściśnie rąk na pożegnanie I, jak z umarłym, nikt nie pójdzie ze mną!
Na próżno składać będziecie narady! Pytać się, płacząc: ‘Kędy jego droga?’ Bo wam ukryte, zostaną me ślady, Jak ślad dusz, z trumny lecących do Boga!
Lecz nie polecę ku wiecznej krainie – Lecz nie odejdę ku kwiecistym brzegom – Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom I pamięć moja z serc waszych upłynie.
(Zygmunt Krasiński, Na Sybir)
Tymi słowami Zygmunt Krasiński opisywał drogę Polaków na Sybir. Tragiczna rzeczywistość, opisywana przez poetę, w przedziwny sposób wpisuje się – w dzisiejszym pierwszym czytaniu – w dawne dziejami zsyłek, które rozpoczynają się od zsyłki starożytnego Izraela do Asyrii oraz starożytnych mieszkańców Judy do Babilonu. To jakby dalszy ciąg podobnego zjawiska, którego 84. rocznicę dzisiaj obchodzimy, a które – świadomi imperialnych zapędów Rosji – może mieć swoją dalszą kontynuację.
Z tej racji warto dzisiaj zatrzymać się choć na chwilę przy dwóch sprawach: przy kwestii starotestamentalnych zsyłek i deportacjach nowożytnych.
„Gdy pewnego razu Jeroboam wyszedł z Jerozolimy, spotkał go na drodze prorok Achiasz z Szilo, odziany w nowy płaszcz. Sami tylko obydwaj byli na polu. Wtedy Achiasz zdjął nowy płaszcz, który miał na sobie, porozdzierał go na dwanaście części i powiedział Jeroboamowi: ‘Weź sobie dziesięć części, bo tak rzekł Pan, Bóg Izraela: Oto wyrwę królestwo z ręki Salomona, a tobie dam dziesięć pokoleń. Jedno tylko pokolenie będzie miał ze względu na Dawida, mego sługę, i ze względu na miasto Jeruzalem, które wybrałem ze wszystkich pokoleń Izraela’. Tak więc Izrael odpadł od rodu Dawida po dzień dzisiejszy”.
Autor tego fragmentu Pierwszej Księgi Królewskiej przedstawia teologiczną interpretację historii narodu wybranego – od przejęcia rządów przez Salomona po swoim ojcu Dawidzie (1 Krl 1–2) aż do upadku Królestwa Judy (2 Krl 24–25). W tym ludzkim porządku wydarzeń często przywołuje motyw „gniewu Bożego”. Ze szczególnym naciskiem czyni to w punktach zwrotnych tych dziejów, takich jak podział Królestwa Salomona (1 Krl 11–12), a następnie upadek Królestwa Północnego (Izraela) i i deportacja mieszkańców do Asyrii (2 Krl 17*) a potem upadek Królestwa Południowego (Judy) i wygnanie ludności do Babilonii (2 Krl 24–25).
Tragiczny rozpad Królestwa Salomona oraz katastrofalny koniec monarchii w Izraelu i Judzie są – według niego – skutkiem słusznego gniewu YHWH w odpowiedzi na zerwanie przymierza przez naród wybrany i bałwochwalstwo samego Salomona (1 Krl 11,31-37). Gniewne działanie Boga jest odpłatą za nieprawnie zerwanie przymierza. Tak nakreślona teologiczna wizja dziejów wskazuje na uniwersalną prawdę, że to człowiek sprowadza gniew Boży przez swoje grzeszne uczynki i zmusza Boga do wymierzenia mu zasłużonej kary. Motyw gniewu YHWH staje się ponadczasową lekcją historii i przestrogą dla przyszłych pokoleń.
2. DEPORTACJE NOWOŻYTNE
Druga kwestia nowożytne deportacje w głąb Rosji. Zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, iż deportacja Polaków na Sybir, której 84. rocznicę obchodzimy, nie była pierwszą tego rodzaju deportacją naszych rodaków w tamte regiony. Jest to raczej jeden z wielu odcinków Golgoty Wschodu, która to droga rozpoczęła się już w XVI wieku.
Bodajże najwcześniej – bo już w XVI wieku – zesłanymi na Syberię byli polscy jeńcy z czasów wojny Stefana Batorego z Rosją.
Następnie dołączyli do nich – wzięci do niewoli rosyjskiej – uczestnicy tzw. dymitriad, czyli wypraw polskiej szlachty do Rosji w XVI w., mających na celu zdobycie i zwiększenie tam wpływów polskich. Ich nazwa pochodzi od Dymitra Samozwańca, domniemanego syna Iwana Groźnego, którego szlachta polska usiłowała wprowadzić na tron moskiewski.
Na początku XVIII wieku na Syberię zsyłano zwolenników króla Stanisława Leszczyńskiego.
14 października 1767 roku poseł rosyjski Nikołaj Repnin rozkazał porwać przywódców konfederacji radomskiej (biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna) i zesłał ich do Kaługi. Pozbawiony opozycji sejm uchwalił w lutym 1768 prawa kardynalne i przyjął gwarancję rosyjską. Tym samym Rzeczpospolita stała się protektoratem Imperium Rosyjskiego.
Potem – na podstawie rozkazu Katarzyny II – na Syberię zostali zsyłani konfederaci barscy. Według szacunków rosyjskich w 1771 wzięto wówczas do niewoli 14 tys. konfederatów.
Po stłumieniu powstania kościuszkowskiego zostało zesłanych na Wschód ok. 20 tys. jego uczestników.
Bliżej nieznana pozostaje dokładna liczba polskich zesłańców, wziętych do rosyjskiej niewoli po przegranej wojnie w 1812 roku.
Nieznana jest też liczba polskich zesłańców po rozbiciu przez władze rosyjskie organizacji spiskowych na ziemiach zajętych w latach dwudziestych XIX wieku.
Podobnie nieznana jest dokładna liczba zesłanych po powstaniu listopadowym. W latach 1831–1832 – w ramach represji po powstaniu – wcielono kilka tysięcy uczestniczących w nim dzieci do specjalnych batalionów rosyjskich i popędzono w głąb Rosji. W drodze z Warszawy do Bobrujska zmarło dwie trzecie tych dzieci, resztę wychowano na rosyjskich żołnierzy.
W 1833 roku – po rozbiciu ruchu partyzanckiego Józefa Zaliwskiego – wielu z jego członków zostało skazanych na katorgę.
W 1844 władze carskie rozbiły spisek chłopski księdza Piotra Ściegiennego. Zesłano wówczas w głąb Rosji wielu członków tej konspiracji.
W roku 1863 – po stłumieniu powstania styczniowego – zesłano na katorgę ok. 40 tysięcy powstańców, z których więcej niż połowa już nigdy nie powróciła do Ojczyzny.
W latach 1807 – 1870 zesłano na Syberię 461 tysięcy osób.
W drugiej połowie XIX wieku liczba zsyłanych wahała się w granicach 10 – 15 tysięcy rocznie.
Dzisiaj jednak obchodzimy 84. rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir, nie zapominając owszem o wszystkich poprzedzających deportacjach.
Pierwsza deportacja
Po agresji ZSRR na Polskę (17 września 1939 r.) tysiące polskich mieszkańców Kresów uległo przesiedleniu, niektórzy m.in. na Syberię (inni np. do Kazachstanu). W pierwszej wywózce (10.02.1940) Polacy stanowili 70% wywożonych, pozostałe 30% to ludność białoruska i ukraińska. Wywożono wtedy przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników państwowych, służbę leśną oraz pracowników PKP. Zabierano całe rodziny bez wyjątku. Zgodnie ze ściśle tajnymi materiałami radzieckimi deportowano wówczas ok. 140 tys. osób.
Druga deportacja
W czasie drugiej deportacji (13-14.04.1940) wysiedleniu podlegały rodziny tzw. wrogów ustroju: urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów, oraz rodziny osób aresztowanych i zatrzymanych przy nielegalnej próbie przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. W ramach tej akcji zesłano ok. 61 tys. Wyjątkowo duży był w tym przypadku odsetek kobiet i dzieci, wynosił bowiem do 80% całości transportów.
Trzecia deportacja
Trzecia deportacja (maj-lipiec 1940) objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski, przybyłych w czasie działań wojennych na tereny, które znalazły się potem pod okupacją radziecką. Liczba zesłańców wyniosła ponad 80 tys.
Czwarta deportacja
W czasie czwartej wywózki (maj-czerwiec 1941) na Wschód pojechała głównie ludność ze środowisk inteligenckich, pozostali uchodźcy, rodziny kolejarzy, rodziny osób aresztowanych przez NKWD w czasie drugiego roku okupacji, wykwalifikowani robotnicy i rzemieślnicy. Deportacja ta dotknęła szczególnie dotkliwie Białostocczyznę, Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę. W sumie deportowano ponad 85 tys. osób.
O tych zbiorowych ludzkich cierpieniach nie da się zapomnieć. Naszym obowiązkiem jest podtrzymać pamięć o tych, którzy zostali wywiezieni na Golgotę Wschodu. Którzy do końca swego życia pozostali wierni Bogu i Ojczyźnie, chroniąc się od wynarodowienia i utraty wiary. Wielu – zadręczonych katorżniczym losem – pozostało tam, bez znaku pamięci, pogrzebawszy wcześniej swoje dzieci w bezkresach tajgi i stepów. Podziwiamy ich heroizm i chcemy pamiętać ich niezłomne trwanie w obronie najwyższych wartości, jakimi są: życie, wolność, Polska, a nade wszystko wiara w Boga.
Karol I, błogosławiony cesarz Austrii i Węgier, przekazał w 1920 roku bardzo ważną obserwację: „nie ma bardziej patriotycznego narodu od narodu polskiego, […] Z katolickiej perspektywy, również nie ma bardziej wierzącego narodu od narodu polskiego i żaden w ostatnim czasie tyle nie wycierpiał dla swojej wiary, co Polacy. Jedyną tylko cechę negatywną ma państwo polskie: jest za bardzo wyeksponowane, ma zbyt wielu wrogów i bardzo złe położenie militarne” (Memoriał dla Lethbridge’a).
Gdy więc na koniec pytamy o sens ludzkiego cierpienia, to trzeba zwrócić uwagę na to, że – po pierwsze – czasami cierpienie bywa ceną za nasze własne grzechy; podobnie jak w przypadku syna marnotrawnego. Ów syn sam sobie zgotował cierpienie, jako nieuchronny skutek popełnionych przez siebie błędów. W ten sposób rodzą się ludzkie tragedie (np. w postaci uzależnień, brutalnej przestępczości, rozwodów, zabijania nienarodzonych, ludobójstwa). O tego rodzaju krzyżach najchętniej mówią stacje telewizyjne. Dziennikarze opisują je z okrutną dokładnością. Nie przejmują się wcale tym, że ich relacje często inspirują kolejne pokolenia do powtarzania dramatu swych poprzedników. Istnieją całe środowiska, które w obliczu cierpienia najchętniej oskarżają Boga, o to, że On jest winny za wszelkie zło tego świata.
Po wtóre, nasze cierpienia bywają też ceną za miłość: za miłość małżeńską, rodzicielską, kapłańską, za miłość odpowiedzialnego wychowawcy i wiernego przyjaciela, za miłość człowieka sprawiedliwego, za miłość człowieka, który wprowadza pokój, który przebacza, który kocha nawet nieprzyjaciół, który staje się dla innych bezinteresownym darem z samego siebie. Cierpienie rozumiane jako cena za miłość bywa szczególnie bolesne wtedy, gdy kochamy tych, którzy nas nie kochają i których trudno jest nam pokochać.
Po trzecie, bywa i tak, że cierpimy bez żadnej naszej winy; na przykład na skutek jakiejś niezawinionej choroby, albo wskutek kataklizmu, który niszczy nasz dobytek. W takim przypadku cierpienie pozostaje tajemnicą, ale i wtedy możemy być pewni, że to nie Bóg nam je zsyła. Zwykle za niewinnym cierpieniem jednego człowieka kryje się głupota, chciwość, lub wina innego człowieka.
ZAKOŃCZENIE
Zakończmy dzisiejszą refleksję słowami poety:
Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona Na wschód północny wiedzie, znana od stuleci, Za mężem w noc porwanym płakała tam żona I od matek oddarte ginęły tam dzieci. […]
O poro złud okrutnych, żałosna rachubo, Po której się to samo powtarza, to samo, Że lata są wygnaniem, dzień każdy jest zgubą A w nocy słychać salwy za więzienną bramą. […]
Jest w Polsce jedna droga, gdzie prędzej czy później Z cierpień moc taka wyjdzie, że Boga zadziwi: Powracają ojcowie, umarli podróżni Budzą synów – i walczą – polegli i żywi.
(Kazimierz Wierzyński, Jest w Polsce jedna droga)
Abp Stanisław Gądecki, Poznań, kościół pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela – 9.02.2024.
ren/archpoznan.pl, fronda.pl
***
Wiara, Kościół i tożsamość – dzięki nim zesłańcy zdołali przetrwać piekło na ziemi
(Zesłańcy – zdjęcie ilustracyjne/fot. IPN)
***
Zesłańców jednoczyła wiara, dzięki wierze przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia – mówi o. Alexey Mitsinskiy MIC – misjonarz z Kazachstanu, który obecnie posługuje w Tajynszy.
Proszę Ojca, miejscowość, w której Ojciec posługuje jest chyba szczególnie Ojcu bliska?
To jest miejscowość, do której w 1936 roku była wywieziona moja babcia. Może warto przypomnieć, że zesłańcy byli wywożeni w tragicznych warunkach – w wagonach bydlęcych, poupychani, jeden na drugim. Bez jedzenia, bez prywatności, bez toalety. Za toaletę służyła dziura w jednym z rogów wagonu. Zdarzało się, że ktoś podczas podróży umarł, to wtedy jego ciało było wyrzucane z pociągu. Oni zostali wywiezieni tylko dlatego, że byli chrześcijanami, należeli do szlachty. Dziś, kiedy się spotykam z tymi, którzy przeżyli tragedię wywózek, widzę, że oni są pogodni, nie mają w sobie żalu, złości, nienawiści. To my, młodsi, często na coś ciągle narzekamy… A zesłańcy są pogodzeni z tym, co się wydarzyło. Przyjmują rzeczywistość taką, jaka jest. Zimą pamiętam minus czterdzieści osiem, czterdzieści dziewięć, a latem – plus pięćdziesiąt w cieniu i w takich warunkach ludzie musieli przeżyć.
Co się stało z Ojca babcią?
Moja babcia opowiadała, że przygarnęła ich rodzina Kazachów, i w nocy tylko jedną godzinę każde z nich spało pod kożuchem. A los rzucali o to kto będzie spał przy drzwiach, ponieważ zwyczajnie mógł się nie obudzić, mógł zamarznąć. Ludzie mówią, że najbardziej w tamtym czasie dokuczał im głód i chłód. Głód był na tyle duży, że kobiety próbowały przynieść z pola w kieszeniach chociaż kilka ziaren zboża, żeby z tego ugotować strawę dla swoich dzieci. Kobiety chodziły też po stepie i próbowały znaleźć coś, co by się nadawało do jedzenia. Później wyszła ustawa, w myśl której każda kobieta, u której znaleziono kilka ziaren zboża miała być rozstrzelana na miejscu, bez dochodzenia. Często potem umierały także jej dzieci, bo nie miały co jeść.
Historia pokazuje, że ludzie, którzy przeżyli piekło na ziemi, którym próbowano wyrwać człowieczeństwo – byli ludzcy, wrażliwi na krzywdę innych…
Owszem, zdarzały się takie sytuacje, że dziecko, którego matka została zamordowana, a ojciec – wcześniej wywieziony w przeciwnym kierunku, trafiło pod opiekę obcych ludzi, ale na ogół do takiego dziecka ludzie bali się zbliżyć, bo władza groziła, że za pomoc sierotom może ich spotkać taki sam los jak matkę dziecka. Kiedy ktoś w urzędzie się jednak dowiedział, że jakaś rodzina zajęła się dzieckiem – gwałcili tą kobietę. Ona się na to godziła, bo ważniejsze było dla niej życie dziecka.
Co jednoczyło zesłańców?
Wiara ich jednoczyła, dzięki wierze oni przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia.
A jednak silna wiara przetrwała…
Kobiety, kiedy miały kilkadziesiąt minut na przygotowanie się do wywózki zabierały ze sobą obrazki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, ale też medaliki, różańce i modlitewniki. Te modlitewniki przepisywały ręcznie, a później z nich uczyły swoje dzieci modlitwy i języka polskiego.
Co dawało tamtym ludziom siłę do życia?
Oprócz wiary to także Kościół, ale nie w sensie budynków, bo takich nie było. Kościół jako duszpasterze, którzy byli razem z nimi zesłani, którzy uczyli i swoim przykładem zachęcali, żeby przebaczyć nieprzyjaciołom – przebaczyć tym, którzy mordowali tych, których kochali. Ci ludzie przebaczali. Księża chodzili po nocach, aby ludziom posługiwać. Jednym z takich księży był ks. Bukowiński, obecnie błogosławiony i jak ufamy, że będzie także ogłoszony świętym.
Co Ojca fascynuje w Ks. Bukowińskim?
To, jaki był. Miał możliwość powrotu do Polski, ale nie skorzystał z tej szansy. Wiedział, że jeśli zostanie z zesłańcami to będzie miał większy dostęp do ludzi, że będzie mógł się swobodnie poruszać po kraju. Ks. Bukowiński szukał każdej okazji by dotrzeć do człowieka. Na przykład – co może wyda się zaskakujące, szukał ludzi na cmentarzu. Przychodził w to miejsce, szukał grobów z polskimi nazwiskami i czekał, aż ktoś przyjdzie odwiedzić miejsce doczesnego spoczynku swojego bliskiego. Tam, na cmentarzu zaczęła się rodzić wspólnota Kościoła. Kiedy ks. Bukowiński był w łagrach to do niektórych swoich przyjaciół pisał, żeby wysłali mu troszkę rodzynek i chleba. Było mu to potrzebne, aby mógł odprawić Msze świętą. Napisał, że gdyby miał możliwość wybierać sobie drogę życiową, to wybrałby taką samą drogę.
Tamci ludzi naprawdę pragnęli Mszy świętej, chociaż wiedzieli, że „zgromadzenia” nie są legalne?
Ludzie trwali z księdzem na modlitwie nawet i całe noce. Wiedzieli, że więcej takiej możliwości może już nie być, bo przecież nie było pewności, że ksiądz jeszcze wróci.
Wspomniał Ojciec o trzech filarach: wiara, Kościół i …?
Tożsamość. To trzeci filar, a znaczyło to dla nich tyle, co drugi człowiek obok. Nie było ważne, że nie jest to brat czy siostra z rodziny. Oni mówili, że to jest ich „mała Ojczyzna”. Naprawdę ci ludzie byli odpowiedzialni za siebie nawzajem. Pamiętam rozmowy, kiedy zesłańcy dokładnie pamiętali z kim byli, co robili… Prawda jest taka, że Kazachowie pomogli zesłańcom przeżyć. Dzielili się tym, co mieli. Kazachowie sami cierpieli, ale dbali o zesłańców, mimo, że dzieliło ich wyznanie, język, wartości, zasady.
Takie przykłady można mnożyć?
Pamiętam, że po śmierci mojej babci przyszła do zakrystii starsza pani. Była niewidoma, po omacku szła do kościoła, ale powiedziała mi, że codziennie modli się za moją babcię, bo jechały w jednym wagonie. Ogromne znaczenie dla tamtych ludzi miała wierność także i drugiemu człowiekowi. Pamięta, że były razem, i nawet po śmierci mojej babci nie przestawała za nią się modlić.
Wspomniał Ojciec o pomocy, bezinteresownej. A dziś są wojny, nieporozumienia, morderstwa…
Dziś wcale człowiek nie musi być dla drugiego człowieka wilkiem. Może być bratem, ale warto pielęgnować to, za co nasi przodkowie oddawali życie: wiara, Kościół, tożsamość. To wartości, które pomogły przeżyć nie tylko zesłańcom, ale mogą być pomocne także i nam. Obyśmy nigdy nie zapomnieli tego, co ma prawdziwą wartość i znaczenie.
Wydaje się, że to prawdziwe wyzwanie dla współczesnego świata, kiedy obserwujemy to, co się dzieje?
Boli mnie serce, kiedy słyszę jak w Polsce ludzie planują uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. Już dwa lata wcześniej wynajmują sale, wybierają dekoracje, prezenty… Zastanawiam się czy jest jeszcze miejsce dla Pana Jezusa, w tym wszystkim.
Jak Ojciec zapamiętał swoją Pierwszą Komunię Świętą?
Na uroczystość Pierwszej Komunii Świętej poszła ze mną babcia. Moi rodzice nie chodzą do Kościoła i pewnie jakoś po swojemu wierzą. Tamtego dnia mama coś robiła w domu, tato oglądał telewizję, ale babcia towarzyszyła mi w czasie przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej.
Pamięta Ojciec jakie dostał prezenty?
Trochę cukierków, ale nie tak dużo, bo zmieściły się w jednej ręce. Dostałem też różaniec i Pismo Święte w obrazkach po rosyjsku.
Jak rodzice zareagowali na decyzję o wstąpieniu do seminarium?
Powiedzieli, że nigdy nie dadzą na to zgody. Wyjechałem jako siedemnastolatek do Polski, bo zostałem przyjęty do Zgromadzenia Księży Marianów. Dziś nie wyobrażam sobie, że mógłbym posługiwać poza Kazachstanem. Głosimy tego samego Chrystusa. Mamy kościół parafialny i kilka kapliczek dojazdowych, w odległości ok. 30-35 km. Jak na warunki Kazachstanu to mamy dużo parafian – ok. czterystu osób. W tych ludziach jest ogromne pragnienie modlitwy.
Co wyróżnia duszpasterstwo w Kazachstanie?
To bardziej duszpasterstwo dla konkretnego człowieka. Oczywiście to dłużej trwa, ale ludzie, którzy do nas przychodzą wiedzą, że jesteśmy teraz tylko dla nich. Często nawet kiedy idziemy do jakiegoś domu, bo dostajemy informację, że ktoś umarł – słyszymy, że umarł z różańcem w ręce. W parafii jest jeden pan, który ma problem ze słuchem i wzrokiem, ale kiedy przychodzi się do niego z Komunią świętą – dla niego nie ma większej radości. Przygrabiony klęczy, przyjmuje Ciało Chrystusa. W jego postawie zawiera się: „Pan mój i Bóg mój”.
Skąd tak dobrze zna Ojciec język polski?
Kiedy miałem jedenaście lat to zapisałem się na język polski, chociaż sam nie wiedziałem po co to zrobiłem. Mój tato jest Polakiem, mama – Rosjanką, ale poznali się w Kazachstanie. Tato powiedział, że dobrze zrobiłem, chociaż mama nie bardzo była z tego faktu zadowolona. I jak to dziecko – trochę pochodziłem na język polski, ale w końcu przestałem. Zacząłem się sam uczyć w domu. Minęło pięć lat i zrozumiałem, po co mi była ta nauka…
Pan Bóg na każdego znajdzie sposób?
Kiedyś na przerwie w szkole widziałem, że moja koleżanka pokazuje coś nauczycielce w zeszycie. Nie wiedziałem co to było, ale dowiedziałem się, że jest taka kapliczka, przy której Księża Marianie uczą dzieci. Jeden uczył geografii, drugi angielskiego. To mnie zaciekawiło, bo było to coś nowego. Następnego dnia poszedłem tam z moją koleżanką ze szkoły. To było moje pierwsze spotkanie z Kościołem.
Co jest najtrudniejszym wyzwaniem na teraz?
Już myślimy o następnej zimie, bo potrzebujemy kupić wagon węgla oraz utrzymać misję. Jak zaczynamy palić we wrześniu to kończymy czasami w połowie maja. Środki materialne są dla nas potrzebne, ponieważ poza naszym utrzymaniem – staramy się też pomagać innym, na przykład przez długi czas dokarmialiśmy w jednej ze szkół biedne dzieci, które, kiedy wracały do domu to widziały tylko pijanych rodziców; pomagamy również według rozeznania i możliwości także bezdomnym. Dziękuję też za modlitwę, bo czujemy, że są ludzie, którzy za nas się modlą.
Dziękuję za rozmowę
Marta Dybińska/PCh24.pl
***
Przeszli przez piekło Sybiru.
Poznaj wstrząsające wspomnienia z „nieludzkiej ziemi”
10 lutego – kolejna rocznica pierwszej wywózki obywateli Rzeczypospolitej na Sybir.
(zdjęcie ilustracyjne/fot.AB/PCh24/pl)
***
Sowieckie wywózki były dla ich ofiar przeżyciem tak traumatycznym, że cierpienia jakich doświadczyli na Sybirze stały się ranami, które nie zabliźniły się. Drastyczne sceny wracały w koszmarnych snach, a pamięć głodu kazała Sybirakom zawsze mieć w domu duży zapas żywności. Posłuchajmy wspomnień trzech osób, które żywe wróciły z „nieludzkiej ziemi”, choć wielu wywiezionym nie było to pisane.
Początek dramatu wywózki
Genowefa Grochowska (1930 -2024) wywieziona wraz z rodziną z terenu Wileńszczyzny – „Miałam wówczas 18 lat. W kwietniu 1948 roku NKWD przyszło po naszą rodzinę o drugiej w nocy. Powiedzieli nam „wyjeżdżacie na Sybir” i dali pół godziny na spakowanie się. NKWD-zista kazał mojemu ojcu usiąść za stołem, żeby go mieć na oku. Bojec sam usiadł, wyjął pistolet i go odbezpieczył. Ojciec wzrokiem pełnym cierpienia i bezradności patrzył na nas. Ja i mama pakowałyśmy, co się dało. Innych dwóch bojców chodziło za nami i patrzyli nam ręce co bierzemy. Mama załamała się psychicznie i powiedziała do NKWDzisty „zabij mnie, tu w moim domu” on jej odpowiedział „Będziesz żyć i to jeszcze lepiej niż w swoim domu”. Potem załadowali nas z tobołkami i naszych sąsiadów Rynkiewiczów na jedną furę i wieźli, ponad 30 kilometrów, na dworzec kolejowy do Nowych Święcian. Ciągle dowozili nowe rodziny przeznaczone do wywózki”.
Piotr Pocałujko (1928 -2016) urodzony we wsi Zapurwie koło Grodna, sierżant AK – „Byłem członkiem, łącznikiem wileńskiego AK. Po zakończeniu wojny nasza drużyna miała zadanie pomagać oddziałom AK, które przedzierały się z Wileńszczyzny na teren Grodzieńszczyzny i później za linię Curzona, do Polski – w granicach wyznaczonych przez Stalina. Mnie i moich kolegów z naszej drużyny AK dopadli dopiero 23 marca, roku 1949. Miałem wówczas 21 lat. Siedzieliśmy wówczas w leśnym bunkrze. Wydał nas konfident, który później – w roku 1952, z wyroku sądu podziemnego, został za to zlikwidowany. Żołnierze NKWD przez komin, który był ukryty w drzewie i miał wylot w dziupli, wrzucili grant. W tym czasie, w bunkrze było nas siedmiu. Wiem, że jeden kolega zginął na miejscu, drugi był ciężko ranny. Niewiele jednak pamiętam, bo przywaliło mnie cegłami i straciłem przytomność. NKWD – dziści, dziwili się, że przeżyłem. Potem postawiono mnie przed sowieckim wojskowym sądem. Dali mi nawet adwokata z urzędu. A to był jakiś bardzo dziwny adwokat. Na procesie zamiast mnie bronić – oskarżał, bardziej chyba niż prokurator. Wyroku można więc było łatwo się domyślić. Dali mi najpierw w sumie 105 lat łagrów, ale potem, powodu tego, że byłem sądzony na terenie białoruskiej ZSRR, gdzie prawo było nieco łagodniejsze, zmienili ten wyrok na 25 lat łagrów”.
Michał Siewruk, syn ziemiańskiego rodu Wileńskich – Siewruków, urodzony w roku 1938 w majątku Kłącie w powiecie orańskim na dzisiejszym terytorium Litwy – „Miałem wtedy 11 lat. W marcu roku 1949 o czwartej rano nasz dwór otoczyła grupa sowieckich żołnierzy NKWD i miejscowych działaczy komunistycznych. Jeden z nich, oficer polityczny, był Żydem. Czterej cywile komunistami Litwinami, a inni członkowie tej międzynarodowej grupy byli Rosjanami. Najstarszy stopniem NKWD-zista, lejtnant, wszedł do naszego domu i odczytał nam, czyli moim rodzicom mnie i siostrze, postanowienie sowieckiej Rady Ministrów. „Jako kułacy zostajecie wysiedleni z zajmowanego folwarku i odtransportowani w celu osiedlenia na oddalonych terenach Związku Radzieckiego. Wasze gospodarstwo zostaje skonfiskowane, a dobra materialne przekazane Skarbowi Państwa”. Zakończył czytać oficer i zaraz potem powiedział „Zbierajcie się”. Rodzice byli zdruzgotani, matka płakała, a ojciec stracił przytomność. Kiedy my się pakowaliśmy, NKWD-ziści kradli nasz majątek z dworu, a także żywy inwentarz, pakując świnie i kury na wozy. Kiedy odjeżdżaliśmy żegnali nas kochani sąsiedzi, którzy wcześniej przynieśli nam jedzenie i pomogli się pakować. Mężczyźni zdjęli czapki z głów a kobiety płakały – tak nas żegnano. Wszystko to widzę jakby było dziś”.
Transport
Genowefa Grochowska – „Zaczęli nas ładować do towarowych wagonów. Cisnęliśmy się jak śledzie w beczce. W naszym wagonie było upchanych 72 osoby, w różnym wieku, od dzieci do starców. Zanim pociąg ruszył, stał na peronie aż trzy doby. W tym czasie nie dawali nam wody. Bardzo męczyło wszystkich pragnienie. W końcu dostaliśmy jedno wiadro wody dziennie na cały wagon czyli 72 osoby. Nie wszyscy mogli wziąć z domów jedzenie, więc solidarnie jedni dzielili się z drugimi. Do końca życia nie zapomnę płaczu, zawodzenia, krzyku rozpaczy, które wydobywały się z bydlęcych wagonów. Ludzie śpiewali też maryjne pieśni. Po drodze w naszym wagonie zachorowało dwoje małych dzieci, a NKWD-ziści tylko – nic im nie będzie. Te dzieciaczki zmarły. Rodzice zakopali ich ciała przy torach. Okna w wagonach były zabite blachą. U nas w wagonie kobieta zaczęła rodzić. Na szczęście wśród nas była położna. Odebrała poród, urodziły się bliźnięta. Zawinięto je w gałganki. Bojcy zaraz je zabrali, matka rozpaczała, ale zamknęli drzwi i pociąg ruszył. Zawieźli nas aż za Ural”.
Piotr Pocałujko – „Nikt z nas nie wiedział gdzie jedzie. Nikt też nie potrafił powiedzieć jak długo trwała ta podróż. Czasem pociąg jechał dzień i noc bez przerwy – czasem się zatrzymywał i stał, czy to na stacji czy w szczerym polu, przez kilka dni. Sanitariat stanowiła dziura wycięta w podłodze wagonu, zasłonięta parawanem. Jedzenie, które podawano w wiadrze „mieszkańcom” wagonów stanowiły – makaron zalany oliwą, czasami śledzie. Ale to dla dorosłych mężczyzn było za mało, żeby nie cierpieć z głodu. Kilku moich kolegów z AK było chorych, kilku bardzo mocno pobitych podczas przesłuchań NKWD. Oni zmarli po drodze, bo nie było tam żadnego lekarza. Zakopaliśmy ich podczas postoju, niedaleko torów. Do dziś nie wiem, czy ich bliscy ekshumowali ciała tych żołnierzy i godnie je pochowali. W takich warunkach dowieziono nas na Sybir”.
Michał Siewruk – „Kiedy dowieźli nas do stacji kolejowej w Oranach, 50 towarowych wagonów już stało. Było w nich upakowane mnóstwo ludzi – przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Ich ojcowie siedzieli w sowieckich więzieniach. My byliśmy rodziną kułacką. Tylko takich rodzin nie rozdzielano i wywożono je pełne. Gdy otwarto drzwi naszego wagonu, buchnął z niego na nas okropny fetor. Pochodził on z kubła, który służył jako sedes. Kiedy wsadzono nas do tego wagonu i pociąg ruszył, ludzi zaczęli się modlić. Pamiętam jedną modlitwę „Prosimy Cię Boże zjednocz twoje dzieci rozproszone po całym świecie”. Po drodze chorzy ludzie umierali. W naszym wagonie zmarł ziemianin z Nowej Wilejki. Z tej podróży pamiętam jak ojciec opowiadał mi, że mój pradziadek był polskim działaczem niepodległościowym, którego car skazał na Sybir i odbył on taką drogę jaka my odbywamy. W wagonie był piecyk na którym w wiadrze gotowano wodę. Często wspólnie się modliliśmy i dzieliliśmy jedzeniem, bo nie wszyscy je wzięli z domu i głodowali. Jeden z naszych strażników, podczas postoju dał choremu herbaty. Za to NKWD go aresztowało, bo oni tego nie mogli robić. Jechaliśmy bardzo długo, wielu ludzi pokonał smutek i dostali depresji. W końcu dotarliśmy do Nowosybirska. Później przewieziono nas w Ałtajski Kraj do Usolu”.
Katorga
Genowefa Grochowska – „Po tej morderczej podróży dali nam zaledwie 3 dni odpoczynku. Potem pognali do wyrębu Tajgi. Ludzie byli nie nawykli do pracy w takich warunkach. Bardzo wielu z nas raniło się siekierami. Rany były czasami ciężkie, ale NKWD- ziści mówili, „nic wam nie będzie”. Panował straszny głód. Dziennie dawno nam chochlę wodnistej zupy i kilka kromek surowego chleba. Ludzie padali jak muchy, od tych ran, od czerwonki i tyfusu. Przy pracy w lesie strasznie gryzły nas komary, meszka. Kiedy wracałam z lasu, byłam zawsze pogryziona i wykrwawiona przez te insekty. W chatynkach, w których nas zakwaterowano, roiło się od wesz i pluskiew. Chorowałam b na tyfus, cudem przeżyłam. Bardzo pomagała nam wspólna modlitwa”.
Piotr Pocałujko – „Początkowo zawieźli mnie do łagru z zaostrzonym rygorem w Irkucku. Wcześniej więziono tam Niemców. Kiedy byłem w tym łagrze, większość więźniów to byli członkowie AK. Byłem tam 2,5 roku. Praca makabrycznie ciężka. Kazali nam wycinać las, gdzie rosły drzewa bardzo stare i olbrzymie. Wielu ludzi tam zmarło z wycieczenia, a niektórych zastrzelono. Kolejne łagry, jakie „zwiedziłem” znajdowały się na Kołymie. Byłem tam w sumie 5 lat i 3 miesiące. Pierwszym obóz znajdował się przy kopalni ołowiu. Straszne warunki pracy. Ten obóz był posadowiony na wysokiej górze, więc ciągle tam przeraźliwie wiało. Budowle, w których kazano nam mieszkać, były zrobione z łupanych skał. W otworach okiennych nie było szyb, a jedynie wypełniały je szklane słoiki, ustawione jeden na drugim. Wodę pitną pozyskiwaliśmy ze śniegu. Ciężko zachorowałem tam na żółtaczkę, w kopalni doznałem poważnego złamania nogi. Po kuracji w szpitalu, przewieziono mnie do kopalni. Tam wszyscy pracowaliśmy w maskach, gdyż bez tego, zaraz byśmy poumierali, głównie od pylicy płuc. W tej kopalni wydobywano głównie wolfram, ale pozyskiwano też promieniotwórczy uran, a wiadomo czym grozi praca przy wydobyciu tego ciężkiego pierwiastka”.
Michał Siewruk – „Najgorsza była pierwsza zima. Okropny mróz. Mój ojciec pracując na dworze, odmroził nos. Tam na miejscu nie było żadnego lekarza, więc nie miał się, kto nim zająć. My nie wiedzieliśmy jak na to zaradzić, ale tubylcy poradzili nam, żeby zdobyć gęsi smalec, bo to pomaga. Ale skąd go wziąć, kiedy na miejscu nic nie było, ani kur, ani gęsi, głód i wszystko zjedzone. Ja jako 12 chłopak. Chcąc pomóc ojcu, zbiegłem z obozu i przywiozłem gęsi smalec aż z Irkucka. Ja nie pracowałem, chodziłem do sowieckiej szkoły. Do szkoły można było bezkarnie nie iść, tylko jeśli temperatura spadała poniżej – 30 stopni. Rodzice tyrali w kołchozie. To była katorżnicza praca. Mężczyzn było w tym kołchozie tylko kilku, m.in. mój ojciec Piotr, dlatego kobiety zmuszano do wykonywania ciężkich męskich prac”.
Powroty do Macierzy
Genowefa Grochowska – „My nawet w tym łagrze na Syberii nie wiedzieliśmy, że po śmierci Stalina nastąpiła w ZSSR pewna polityczna odwilż i że pozwolono wówczas Polakom wracać do kraju. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, kiedy przez nasze miejsce katorgi jechał z Irkucka pociąg z rodakami wracającymi do Polski. To oni, a nie władze obozu, nam powiedzieli. Napisaliśmy do urzędu w Krasnojarsku wniosek o pozwolenie wyjazdu do kraju. Dostaliśmy pozwolenie dopiero po roku. I tak po tej wieloletniej gehennie wróciliśmy do ojczyzny, ale prawie każdego dnia wracają do mnie te straszne obrazy z Syberii”.
Piotr Pocałujko – „W roku 1956 Sowieci, uznali że za swoje „odpokutowałem” i zwolniono mnie z łagru. Od razu chciałem wyjechać do Polski, ale robiono mi ogromne trudności, jako że moje rodzinne Zapurwie, znalazło się po wojnie na terytorium ZSRR i automatycznie władze sowieckie uznały mnie obywatelem swojego państwa. Ponad dwa lata starałem się o uzyskanie pozwolenia na wyjazd do Polski. Pozwolenie to otrzymałem dopiero w roku 1958 i od razu wyjechał do kraju. Po wielu staraniach do Polski udało się sprowadzić moich rodziców i młodszą siostrę, którzy również byli wiezieni w sowieckich łagrach”.
Michał Siewruk – „Na zesłaniu byliśmy osiem lat, do roku 1957. Kiedy przyjechaliśmy do naszego majątku, okazało się, że zamieniono go na kołchoz, a dwór zniszczono tak, że nie został po nim kamień na kamieniu. Dosłownie, ponieważ usunięto nawet fundamenty. Tak więc na rodzinnej ziemi, nie mieliśmy gdzie mieszkać, nie mieliśmy do czego wracać, a do tego Polaków, po prostu wypędzano po wojnie z Wileńszczyzny. Robili to litewscy komuniści, którzy przenosili się do Wilna z głuchej prowincji. Organizowali oni specjalne składy pociągów i kazali Polakom wsiadać do nich i „jechać do Polski”. Tak właśnie trafiliśmy do Białegostoku, gdzie mieszkał brat mojej mamy, który nas przygarnął. Ja po krótkim pobycie w Polsce wróciłem do Wilna, gdzie mieszkałem aż do lat 80’. Do Polski przyjechałem na wezwanie umierającego ojca i tak tu zostałem, ale na Wileńszczyznę jeżdżę gdy tylko mogę”.
notował Adam Białous/PCh24.pl
***
Myśleliśmy, że władza bolszewików upadnie. Niezwykła relacja zesłanej na katorgę Sybiru
(zdjęcie ilustracyjne. fot. AB/PCh24/pl)
***
Kilka lat temu, goszcząc w białostockiej redakcji periodyku „Sybirak”, otrzymałem od prowadzących je osób – Bożeny Armatowicz i Roberta Tomczaka, dziś już świętej pamięci, listy które słała im pani Franciszka Michalska (ur. 1923 zm. 2016) z domu Waśkowska. Tak się złożyło, że dopiero teraz, robiąc porządki w swoich papierach, znalazłem te dokumenty i żywo zainteresowałem się nimi. W miarę jak zagłębiałem się w treść listów pani Franciszki, w których opisała ona swoje losy, ogarniał mnie coraz większy podziw dla dobra, wiary i męstwa tej naszej rodaczki i innych kresowych Polaków. Żyjąc na Kresach dawnej Rzeczypospolitej przed wojną i po niej, doznali oni wszystkich katuszy, jakie zrodziły się w demonicznych, sowieckich umysłach.
Pani Franciszka w liście do redakcji „Sybiraka”, tłumacząc dlaczego tak duża liczba naszych rodaków nie wyjechała z Rosji po roku 1917 pisze: „Po rewolucji, wielu Polaków pozostała na swoim dobytku w Rosji, ponieważ uważali, że władza bolszewików wkrótce upadnie. Myśleli, iż to żadne wyszkolone wojsko, ale jakieś chłopskie bandy, z którymi carska armia szybko się rozprawi. Stało się jednak zupełnie inaczej”.
W piśmie skierowanym do Zarządu Wojewódzkiego Związku Sybiraków, jako świadek martyrologii kresowych Polaków i swojej własnej, pani Franciszka tak oto opisuje skutki fatalnych rozwiązań przyjętych podczas pokoju ryskiego w roku 1921: „Na mocy traktatu ryskiego wiele ziem kresowych pozostawiono po stronie sowieckiej wraz z mieszkającymi tam od wieków Polakami – w liczbie około miliona! Ich właśnie dotknęły najdotkliwsze i najdłuższe prześladowania ze strony władz sowieckich”. Najtragiczniejszymi skutkami traktatu ryskiego dla kresowych Polaków były – śmierć głodowa tysięcy naszych rodaków podczas wielkiego głodu na Ukrainie (1932-33), masowe wywózki polskich rodzin na Sybir (1936-38) oraz wymordowanie na rozkaz Stalina ponad stu tysięcy naszych rodaków podczas tzw. „operacji polskiej NKWD” (1937-38).
Franciszka Michalska w listach podaje: „Losy Polaków na Kresach, którzy po pokoju ryskim zostali po sowieckiej stronie granicy były straszne. Również los mojej rodziny. Pamiętam rok 1930, miałam wtedy 7 lat, jak bardzo rozpaczała moja mama, kiedy przyszło do niej powiadomienie z więzienia NKWD w Zasławiu, że jej rodzony brat Piotr Kamiński został rozstrzelany za próbę przedostania się do Polski. Od naszej miejscowości do granicy było tylko 25 kilometrów”.
Franciszka Michalska była również świadkiem wielkiego głodu na Ukrainie. Jak mówi, jej rodzinie jedynie cudem udało się wówczas uniknąć śmierci. Często Waśkowscy byli tak głodni, że jedli brzozowe liście i suszyli je na zimę.
„Rozpętywanie piekła głodu na Ukrainie Stalin rozpoczął już w roku 1930. Na przednówku tego roku i dwóch kolejnych lat był dotkliwy głód. Władze stalinowskie chciały w ten sposób przymusić chłopów, aby oddali ziemie państwu, a sami zatrudnili się w kołchozach. Były sowieckie brygady, zwane gołymi brygadami, które jeździły po gospodarstwach i zabierały rodzinom wszystką żywność, także nie mieliśmy co jeść. Zakopywano żywność w dołach, ale ci z gołych brygad mieli długie szpikulce i wbijając je w ziemię znajdowali te kryjówki. Najgorszy głód był w roku 1933. Ludzie masowo umierali. Kiedy szłam do szkoły i z niej wracałam widziałam na ulicach wiele wychudzonych, martwych ciał. W miejscowości niedaleko nas przed głodem było 500 rodzin, a po głodzie przeżyło jedynie około 20 rodzin”. – pani Franciszka wspomina, że te straszne widoki śniły się jej po nocach.
Jej rodzice – Waśkowscy mieszkali w miejscowości Maraczówka koło Sławity na Ukrainie (ziemie wołyńskie), gdzie prowadzili gospodarstwo rolne. W roku 1936 wieś była zamieszkana przez kilkaset polskich rodzin.
„Był koniec czerwca 1936 roku, miałam wtedy 13 lat. Kilka dni przed wywózką wezwali mojego tatę do kołchozu, aby odebrał trzy pudy mąki. Tato nie wiedział jeszcze wtedy skąd taka hojność komunistów. Powiedziano mu Niech twoja żona piecze chleb i suszy z nich suchary. Przydadzą się wam. Po tych kilku dniach przyszli do nas o świcie, kazali się zbierać, pakować na podstawiony przed dom wóz. Potem razem z innymi sześciuset rodzinami wsadzili nas do bydlęcych wagonów i przez miesiąc wieźli na kazachskie stepy” – tak w swoich listach pani Franciszka wspomina wywózkę.
Pociąg zatrzymał się kiedy skończyły się tory. Kilkaset polskich rodzin NKWD wysadziło z wagonów w szczerym stepie. „Przez kilka dni mieszkaliśmy na pustym polu. W dzień było bardzo gorąco, a w nocy znowuż zimno. Po kilku dniach odkryliśmy studnię, ale była ona zasypana masą śmieci i padliną. Długo wyciągaliśmy z niej suche szczątki zwierząt. W końcu dokopaliśmy się do dna, pojawiła się woda. Była ona brązowa i cuchnącą, jednak pragnienie nas tak mordowało, że bez zastanowienia zaczęliśmy ją pić. Po tygodniu przyjechali przedstawiciele miejscowych komunistycznych władz – dwie Kirgizki i kilku Kirgizów. Przywieźli ze sobą namioty, które szybko rozstawiliśmy, żeby schronić się przed palącym słońcem. Wtedy też dowiedzieliśmy się od nich, że wodę z tej studni, którą żeśmy oczyścili, przed spożyciem trzeba przegotować, bo jest trująca, ale dzięki Bogu nikt nie zachorował” – wspomina represjonowana Polka.
Polacy wywiezieni w step, w nocy palili ogniska, żeby się ogrzać i odstraszyć wilki. „Siedząc przy ogniskach śpiewaliśmy religijne pieśni, to nas podnosiło na duchu. W pamięci utkwiła mi szczególnie pieśń Maryjna „Serdeczna Matko”. Modliliśmy się też na Różańcu. Z wielu opresji wyszłam cało jedynie dzięki Bożej Opatrzności” – wyznaje z wiarą pani Franciszka.
Dalej podaje w liście do redakcji „Sybiraka”, że mężczyźni tworzyli złudną nadzieję, że zapewne polski rząd dowie się, iż ich wywieziono i będzie interweniował, żeby sprowadzić rodziny z kazachskiego stepu do Polski…
Opatrzność Boża nie pozostawiła naszych rodaków w biedzie samych. Pomoc przyszła z niespodziewanej strony. Polaków uratował szef zespołu Kirgizów komunistów, który przywiózł zesłańcom namioty. „Widząc naszą bezradność i brak wiedzy o tutejszych warunkach klimatycznych powiedział: W październiku przyjdą mrozy. Jak chcecie przeżyć to nauczę was robić lepianki i kopać studnie. A jak nie chcecie mnie słuchać to zamarzniecie i nikt z Rosjan nie będzie przejmował się waszym losem. Poszliśmy po rozum do głowy, posłuchaliśmy tego przyjaznego nam Kirgiza i dzięki temu przeżyliśmy, bo on miał całkowitą rację” – relacjonuje nasza rodaczka.
Do końca roku 1936, z gliny zmieszanej z trawą, Polacy wybudowali na stepie około 200 lepianek. To ich ocaliło. Najpierw przymierano głodem, jednak jeszcze przed końcem wojny wzniesiono budynki kołchozu, w którym wszyscy ciężko pracowali. Wówczas dało się już jakoś żyć. Tak nasi rodacy założyli w Kazachstanie miejscowość Czernigowka, która istnieje do dziś – leży w rejonie Baszkiria.
Pani Franciszka Waśkowska przyjechała do Polski na sfałszowanych dokumentach, w roku 1946. Najpierw osiadła we Wrocławiu, gdzie ukończyła Akademię Medyczną. Wyszła za mąż za lekarza Michalskiego, urodziła troje dzieci. Od roku 1956 rodzina Michalskich mieszkała w Siemiatyczach, gdzie pani Franciszka była cenionym lekarzem pediatrą.
„Jestem osobą spełnioną i szczęśliwą, moją wielką radością jest powrót do Polski i życie tu, wśród swoich. Czasem jednak, kiedy wspominam moją rodzinę i tych wszystkich, którzy zostali na wywózce na zawsze, czuję smutek” – napisała pani Franciszka Michalska kończąc swoje wspomnienia.
Adam Białous/PCh24.pl
***
kościół św. Szymona i tablica upamiętniająca to ważne miejsce
***
W tym roku kalendarz mojej kapłańskiej posługi w Szkocji odlicza już pięćdziesiąty pierwszy rok. Pamiętam jakby to było dziś – w piątkowy wieczór 14-tego lutego wysiadłem na glasgowskim dworcu Central Station, aby duszpasterzować tutaj naszym Rodakom, którzy przeszli przez “nieludzką ziemię”. Cudem ocaleni musieli jednak potem jeszcze długo tułać się przechodząc kolejne stacje swojej Drogi Krzyżowej: z Persji poprzez Bliski Wschód, Włochy i Francję, aby w końcu dotrzeć nie na swoją, ale obcą, choć przyjazną, szkocką ziemię. I tutaj już pozostali aż do swojej śmierci, bo nie było im dane powrócić na “Ojczyzny łono”.
Każdego dnia polecam Miłosiernemu Bogu tych naszych Rodaków, aby już w pełni mogli posiąść Ziemię pełną szczęśliwości, która jest tym prawdziwym Domem dla tych wszystkich, którzy na tym naszym ziemskim padole musieli przejść przez dolinę śmierci – jak modlimy się w 23 psalmie: …”Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną… Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy”…
Jak ważna i potrzebna jest modlitwa za naszych zmarłychwspomnę tutaj o błogosławionej Matce Speranzie, hiszpańskiej mistyczce, która przewidziała wybór Księdza Kardynała Karola Wojtyły na papieża. 13 maja 1981 r. była jedną z kilku osób, które brały udział w ocaleniu życia św. Jana Pawła II. W 1964 roku spotkała się z Karolem Wojtyłą, który zmagał się z odmową Świętego Oficjum co do uznania zgodności z nauką Kościoła Dzienniczka s. Faustyny i rozpoczęcia jej procesu beatyfikacyjnego. Wtedy Matka Speranza poradziła przyszłemu papieżowi, aby jeszcze raz przyjrzano się tłumaczeniu Dzienniczka, ponieważ wkradły się tam błędy. I rzeczywiście był to przełom w zatwierdzeniu Dzienniczka i tym samym rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny.
Otóż dlatego przywołuję bł. Matkę Speranzę, bo to ona wyprosiła dla naszych poległych żołnierzy z pod Monte Cassino łaskę nieba. Ta niepozorna, skromna i zawsze uśmiechnięta zakonnica posiadała dar bilokacji, stygmatów, wglądu w ludzkie serca i kontaktu z duszami czyśćcowymi.
W 1951 roku odwiedziła cmentarz na Monte Cassino. Patrząc na groby naszych młodych polskich żołnierzy tak się wzruszyła, że prosiła Pana Boga, aby dusze tych przebywających jeszcze w czyśćcu Pan zabrał do nieba. Świadkiem tego wydarzenia był o. Alfredo, który tak opisał to wydarzenie:„Byłem z Matką, gdy weszła w ekstazę i zaczęła rozmawiać z Panem Jezusem, prosząc, aby zabrał do siebie dusze, za które tak wiele modliła się poprzedniego dnia. Słyszałem, jak mówiła do Niego:«Panie, czekam na Ciebie w czasie przeistoczenia». I rzeczywiście, w momencie podniesienia Świętej Hostii zauważyłem, że uważnie wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy; stwierdziłem, że była lodowata. Po chwili dał się słyszeć jej urywany oddech i odzyskała świadomość. Zaczęła dziękować Panu Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Po Mszy świętej spytałem, dlaczego była tak zmarznięta. Wtedy powiedziała mi, że chwilę wcześniej była w czyśćcu i widziała, jak wszystkie te dusze szły do raju”.
(zainteresowanym polecam książkę:“Bł. Speranza – Nieznane cuda bliźniaczej duszy ojca Pio“– José María Zavala)
***
7 luty
Pierwsza sobota miesiąca
10 grudnia 1925 roku siostrze Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o “niespełnioną część” orędzia fatimskiego
fot. Domena publiczna / commons.wikimedia.org
***
10 grudnia 1925 roku w Pontevedra doszło do stosunkowo mało znanego objawienia. Wizjonerce z Fatimy, s. Łucji dos Santos objawiła się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. Maryja wezwała do szczególnego nabożeństwa, jakim są pierwsze soboty miesiąca.
Objawienie Maryi siostrze Łucji dos Santos
Matka Boża ukazała się Łucji w jej celi zakonnej, trzymając w ręku Serce otoczone cierniową koroną, podczas gdy drugą ręką dotykała ramienia wizjonerki. Wtedy mały Jezus przemówił: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia.
***
Co Jezus i Maryja przekazali siostrze Łucji w Pontevedra? Mało znane objawienie
Choć w minionym grudniu minęło dokładnie 100 lat od objawienia Dzieciątka Jezus i Matki Bożej s. Łucji dos Santos, to jednak nie jest ono powszechnie znane. A była tam mowa o nabożeństwie, które jest szczególnym narzędziem do wyproszenia pokoju na świecie, tak bardzo potrzebnego zwłaszcza współcześnie. Przypominamy najważniejsze fakty z okazji 108. rocznicy piątego objawienia Maryi dzieciom fatimskim 13 września 1917 r.
Do objawienia w Pontevedra doszło 10 grudnia 1925 r. Wizjonerka fatimska Łucja dos Santos, wtedy już jedyna żyjąca z trojga dzieci, które widziały Maryję w 1917 r., była postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Świętej Doroty (tzw. Doroteuszki). Klasztor znajdował się w hiszpańskiej miejscowości Pontevedra.
Pierwsze soboty miesiąca
Właśnie 10 grudnia 1925 r. Matka Boża ukazała się Łucji z Dzieciątkiem Jezus w jej celi zakonnej. Maryja położyła dłoń na ramieniu wizjonerki, a w drugiej ręce trzymała Serce otoczone cierniową koroną. Wiemy, że mały Jezus powiedział wówczas: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia”.
Objawienie w Pontevedra jest ważne również z pespektywy nabożeństwa wynagradzającego Niepokalanemu Sercu Matki Bożej – tzw. pięciu pierwszych sobót miesiąca, na wynagrodzenie pięciu zniewag jakie Maryja doznaje od ludzi. Najświętsza Panna przekazała Łucji warunki tego nabożeństwa: jedna część Różańca, 15-miuntowe rozmyślanie nad tajemnicami Różańca (jedną lub kilkoma), spowiedź i przyjęcie Komunii Świętej Wynagradzającej za grzechy przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi.
To właśnie w Pontevedra s. Łucja usłyszała od Matki Bożej niezwykle ważne słowa i obietnicę: „Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się mnie pocieszyć i przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”. To jeden z fundamentalnych tekstów dla znaczenia i rozwoju nabożeństwa pierwszych sobót.
Warto dodać, że już w 1917 r. Maryja zapowiadała, że Bóg pragnie ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Praktykowanie pierwszych sobót miesiąca wiąże się z obietnicami: dojdzie do nawrócenia Rosji, nastanie pokój, wszelkie zło zostanie pokonane i nastąpi triumf Niepokalanego Serca Maryi.
Spotkanie z niezwykłym Chłopcem
Ciekawe, że 15 lutego 1926 r., Dzieciątko Jezus ponownie ukazało się Łucji, zachęcając do promowania nabożeństwa pierwszych pięciu sobót miesiąca. Doroteuszka podzieliła się trudnościami jakie napotyka w tej materii. Powiedziała m.in., że niektórzy mają problem, żeby przystąpić do spowiedzi w pierwszą sobotę. Zapytała Jezusa, czy może być ona ważna 8 dni. Dzieciątko Jezus uspokoiło Łucję, że spowiedź może być wiele dłużej ważna, jeśli tylko ludzie są w stanie łaski uświęcającej, gdy przyjmują Komunię w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne też, żeby tej Komunii towarzyszyła intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Co więcej, jeśli ktoś przy spowiedzi zapomni o intencji wynagradzającej, może ją wzbudzić przy okazji najbliższej spowiedzi. Jezus dodał też, że milsi Mu są ci, którzy odprawią 5 pierwszych sobót z intencją wynagradzającą niż ci, którzy odprawią ich 15, ale bezdusznie i tylko z nadzieją otrzymania obietnic. Jezus zapewnił, że dzięki Jego łasce rozpowszechnianie się nabożeństwa po świecie jest możliwe, gdyby nawet po ludzku wydawało się to nierealne.
Jako ciekawostkę warto dodać, że do wspomnianego wyżej ponownego spotkania Jezusa z Łucją 15 lutego 1926 r. doszło na przyklasztornym dziedzińcu prowadzącym do ulicy. Zakonnica już kilka miesięcy wcześniej spotkała małego chłopca, którego uczyła się modlić. Jeszcze nie wiedziała, że to Jezus. Podczas ponownego spotkania zapytała chłopca czy w odpowiedzi na jej prośbę modlił się do Matki Bożej, aby dała mu jej Syna Jezusa. Wtedy z ust Jezusa padło pytanie, które pozwoliło Łucji zdać sobie sprawę z tego, że stoi przed nią Jezus. „Ty rozpowszechniasz po świecie to, o co Matka Boża cię prosiła?” – zapytał chłopiec, który odtąd przemienił się i zaczął jaśnieć.
Polecenie Jezusa
Z kolei 17 grudnia 1927 r. Łucja poszła do tabernakulum, aby zapytać Pana Jezusa o sposób spełnienia Jego prośby i Matki Bożej o szerzeniu nabożeństwa pierwszych sobót. „Córko moja, napisz, o co cię proszą. Napisz też wszystko, co ci Matka Boska powiedziała o tym nabożeństwie. Gdy chodzi o resztę tajemnicy, zachowaj nadal milczenie” – usłyszała od Pana. Wiedziała zatem, że o pierwszych sobotach jak najbardziej powinna opowiadać.
Artur Hanula/Polska Misja Katolicka we Francji/Portal FR
Kaplica w Pontevedra, fot. Polskifr.fr / Artur Hanula
***
Podstawowe źródła informacji: sekretariatfatimski.pl, pierwszesoboty.pl, fiatmariae.pl, przymierzezmaryja.pl
***
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi
***
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało: Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała: Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
Przeciw Jej Dziewictwu,
Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWAPIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1 Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej! Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków! Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość spowiedzi św.
godz. 19.00
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata
***
9 pierwszych piątków miesiąca.
Na czym polega to nabożeństwo?
W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?
Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?
***
Wielkie objawienia Serca Jezusowego
Wyjątkową rolę w życiu św. Małgorzaty Marii odegrały cztery objawienia zwane wielkimi. Jezus ukazywał się jej już wcześniej, lecz w latach 1673-1675 w zakonie Sióstr Nawiedzenia w Paray-le-Monial czterokrotnie objawił się z zamiarem przybliżenia istoty kultu swego Serca. Zbawiciel życzył sobie, by czczono Je jako symbol Jego nieskończonej miłości do ludzi. Apostołce powierzył specjalną misję. Miała mówić ludziom o wielkim skarbcu miłości, jakim jest Serce Jezusa. Jej zadanie polegało na uświadomieniu ludziom konieczności zadośćuczynienia i wynagradzania Jezusowi za nasze grzechy.
12 obietnic Pana Jezusa
W trakcie objawień Pan Jezus przekazał siostrze Małgorzacie Marii przyrzeczenia skierowane do czcicieli Jego Serca. Zakonnica opisała je w listach. Już po jej śmierci rozproszone informacje zebrano w słynne 12 obietnic.
Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.
Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.
Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.
Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.
Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.
Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.
Dusze oziębłe staną się gorliwymi.
Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.
Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.
Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.
Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.
Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.
***
Małgorzata Maria Alacoque
Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.
Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.
Wielka obietnica
Mówiąc to Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.
Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.
Przede wszystkim Komunia
Warto zwrócić uwagę, że Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty. Stąd w wielu parafiach z racji pierwszego piątku organizuje się dodatkowe dyżury kapłanów w konfesjonałach.
9 pierwszych piątków miesiąca nie jest bynajmniej praktyką magiczną, nie ma nic wspólnego z zabobonem. Pomaga ona jednak wypracować nawyk regularnej spowiedzi i częstszego, niż tylko w niedzielę, przyjmowania Komunii Świętej.
W czerwcu szczególną uwagę poświęca się Sercu Jezusa. Codziennie odmawiana jest Litania do Serca Pana Jezusa, a w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzimy Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Tym bardziej warto właśnie w tym miesiącu rozpocząć praktykę 9 pierwszych piątków.
po Mszy św. – godzinna Adoracja przed Najświętszym Sakramentem
***
Adoracja i światło Chrystusa:
10 małych kroków ku głębokiemu zjednoczeniu z Jezusem eucharystycznym
Pascal Deloche I Godong
***
Jest to czas, gdy ty spoglądasz na Boga i pozwalasz, by On spoglądał na ciebie. Te 10 kroków pomoże ci skorzystać z duchowego pokarmu, przygotowując do tego, by „wystawić się” na światło hostii Jezusowej.
Adoracja i zjednoczenie z Jezusem
Eucharystia to spotkanie z Bożym Słowem i karmienie się Jego Ciałem. Możemy przedłużyć to spotkanie naadoracji. Jeśli ktoś nie może przyjmować komunii św. może to być dla niego możliwość na jednoczenie się z Chrystusem.
Ponadto, jak zauważa ks. Philippe Blanc, „modlitwa adoracji zdaje się odpowiadać na szczególne pragnienie. Jakby nasz rozgorączkowany i pełen rozproszeń czas potrzebował niezbędnych do życia chwil odpoczynku, ciszy, bezinteresowności. Poświęcenia czasu, by spoglądać na Boga i pozwolenia, by On spoglądał na nas”.
A jednak nie zawsze jest nam łatwo przeżywać czas adoracji tak, jak byśmy tego chcieli. Te 10 kroków – opracowanych przez ks. Philippe’a Blanc z diecezji Monaco – pomoże wam skorzystać z duchowego pokarmu, przygotowując was do tego, by „wystawić się” na światło hostii Jezusowej:
1 Wejdź w swoje serce
Wszedłeś już do kościoła czy kaplicy. Tu spotykasz się z Jezusem eucharystycznym. Teraz wejdź do swego serca – najbardziej intymnej części twojego istnienia.
2 Proś o łaskę zanurzenia się w Bogu
Wokół ciebie panuje cisza. Postaraj się, by cisza zapanowała w tobie. Ucisz wszystkie głosy, które są w tobie, nie biegnij za niepotrzebnymi myślami. Nie zachowuj dla siebie swoich problemów, zmartwień i udręk, ale ofiaruj je Jezusowi.
Podczas adoracji zajmuj się Nim, a On zatroszczy się o ciebie, lepiej, niż ty sam mógłbyś to uczynić. Proś o łaskę zanurzenia się w Nim i zaufania.
3 Wpatruj się w Jezusa
Wpatruj się w Jezusa eucharystycznego. Spraw, by twoje serce zaczęło mówić. To znaczy: zacznij kochać Tego, który pierwszy nas umiłował.
4 Zacznij modlić się sercem
Unikaj wypowiadania modlitw jedynie wargami, bez zatrzymywania się nad słowami, które mówisz. Unikaj czytania jednej strony Pisma Świętego za drugą, przez cały czas twojej modlitwy.
Wejdź w modlitwę serca. Wybierz werset psalmu, zdanie z Ewangelii, prostą modlitwę i powtarzaj ją sercem, powoli, raz za razem, aż stanie się twoją modlitwą, twoim krzykiem, twoim błaganiem.
5 Dziękuj
Nie spędzaj całego czasu jedynie na narzekaniu i proszeniu. Zacznij dziękować, być wdzięcznym. Zamiast zastanawiać się nad tym, czego ci brakuje, wychwalaj Boga za to, kim jesteś, co posiadasz. Dziękuj za to, co otrzymasz nazajutrz.
6 W razie zmęczenia wołaj Ducha Świętego
Możesz ulegać zmęczeniu albo rozproszeniom. Nie poddawaj się! Kiedy tylko zdasz sobie z tego sprawę, zacznij znów modlić się sercem, powoli. Poproś Ducha Świętego o pomoc, aby wspierał cię w twojej słabości i aby coraz bardziej stawał się twoim wewnętrznym nauczycielem.
7 Przyjmuj wolę Bożą
Jezus jest w centrum Kościoła. I On chce znaleźć się w centrum twego życia. Przyglądając się Mu, ucz się przechodzenia od „ja” do „Ty”. Od chęci realizacji własnych planów do pragnienia i przyjmowania Jego woli względem ciebie.
8 „Wystawiaj się” na światło Chrystusa
On jest uroczyście wystawiony. Przyjmuj światło, które bije z Jego obecności. Tak jak Słońce rozgrzewa i roztapia śnieg, tak samo jeśli ty wystawisz się na Jego światło, pozwolisz Mu coraz bardziej rozświetlać ciemności, które otaczają twoje serce. Aż całkiem je rozproszy.
9 Zaakceptuj słabości – własne i innych
On ukrywa się pod prostą i ubogą postacią chleba. Przychodzi do ciebie ubogi, abyś mógł nauczyć się przyjmować w prawdzie słabości – twoje i twoich braci.
10 Przyzywaj Maryję
Trwasz w ciszy. Pozostawaj w niej. Maryja, Gwiazda Poranka i Brama Niebios, podąża przed tobą, wskazuje ci drogę i wprowadza cię do królewskiej komnaty. To dzięki niej zrozumiesz, w ciszy, że wpatrując się w Jezusa, będziesz mógł odkryć w sobie obecność Trójcy Świętej. I doświadczyć w twoim życiu słów z Psalmu 34: „Spójrzcie na Niego, promieniejcie radością, a oblicza wasze nie zaznają wstydu”.
Uroczystość Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej
Dzień modlitw za osoby życia konsekrowanego
Msza święta w sali parafialnej przy kościele św. Piotra o godz. 19.00z obrzędem poświęcenia świec
(Francis Helminski, Public domain, via Wikimedia Commons)
***
2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.
Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.
Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.
Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa „światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.
Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.
Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.
Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.
W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.
Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.
Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.
Matki Bożej Gromnicznej
W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.
W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby „wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.
Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.
Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.
Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.
Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.
W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.
Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.
PCh24.pl/źródło: KAI
***
Gromnica – świeca nieco zapomniana
W święto Ofiarowania Pańskiego, zwane u nas świętem Matki Bożej Gromnicznej, mniej ludzi niż niegdyś przychodzi do naszych kościołów, by poświęcić świece. Do niedawna przychodziło więcej. Świece wykonane z pszczelego wosku, zwane gromnicami, były ze czcią przechowywane w każdym domu i często zapalane – wówczas, kiedy nadciągały gwałtowne burze, gradowe nawałnice, wybuchały pożary, groziła powódź, a także w chwili odchodzenia bliskich do wieczności. Były one znakiem obecności mocy Chrystusa – symbolem Światłości, w której blasku widziało się wszystko oczyma wiary.
fot. Karol Porwich/TYgodnik Niedziela
***
Wprawdzie wilki zagrażające ludzkim sadybom zostały wytrzebione, ale na ich miejsce pojawiły się inne zagrożenia. Dziś trzeba prosić Matkę Bożą Gromniczną, by broniła przed zalewem przemocy i erotyzacji płynących z ekranów telewizyjnych i kolorowych magazynów, przed napastliwością sekt, przed obojętnością na los bliźnich, przed samotnością, przed powiększającą się falą ubóstwa, przed zachłannością, przed bezdomnością i bezrobociem, przed uleganiem nałogom pijaństwa, narkomanii, przed zamazywaniem granic między grzechem a cnotą, przed zamętem sumień.
Po raz pierwszy otrzymujemy płonącą świecę na chrzcie. Oznacza ona zapalenie światła wiary w naszej duszy. Jest znakiem ogarnięcia nas przez Chrystusa swoimi mocami i swym światłem. Po raz drugi – często tę samą świecę – trzymamy zapaloną podczas I Komunii św. W wielu bowiem rodzinach jest piękny, godny rozpowszechniania zwyczaj przechowywania tej chrzcielnej świecy do I Komunii św., a także do ślubu. Przynosi się ją także do kościoła każdego roku w Wielką Sobotę, by jej płomień zapalić od nowo poświęconego paschału.
Zapalajmy ją częściej. Zapalajmy w domach, kiedy robi się w nich burzowo, kłótliwie, kiedy lodowaty grad niszczy uprawy wzajemnej miłości, kiedy wybuchają pożary zawiści, kiedy zagraża powódź pazerności. Niech gromnica nie będzie tylko jednym z przechowywanych w naszym domu bibelotów. Zapalajmy ją także wtedy, gdy ktoś z domowników ciężko choruje, gdy został okradziony, napadnięty, oszukany, poniżony, odrzucony, opuszczony. Przywróćmy zwyczaj wkładania jej do ręki konającym, opuszczającym ten świat naszym bliskim.
Opowiadała mi pewna matka, która podejmowała bezowocne wysiłki, by wyrwać córkę z narkomanii, że przed kilku laty przyniosła wieczorem z kościoła poświęconą gromnicę, a jej córka – narkomanka zapytała, do czego ona służy. Wówczas, opowiadając legendę o Matce Bożej Gromnicznej strzegącej ludzkich sadyb przed wilkami, zapaliła na stole przyniesioną gromnicę i odmówiła modlitwę „Pod Twoją obronę”. Gdy skończyła poprosiła córkę, by wyjęła z szuflady przechowywaną od jej chrztu święcę, którą trzymała także przystępując do I Komunii św., i zapaliła ją. Przy tych dwu palących się świecach odmówiły wspólnie jeszcze raz „Pod Twoją obronę”, następnie schowały je w komodzie. Od tego dnia nastąpił przełom w życiu córki tej kobiety. Podjęła stosowne leczenie i w krótkim czasie udało się jej zerwać z nałogiem. Któregoś dnia zapytana o to, jak jej się to udało, powiedziała: – Kiedy nachodzi mnie słabość zapalam moją gromnicę i to mi daje siłę.
*** O Boże mój, gdzież jest moja gromnica? Oto burze nadchodzą, grzmoty, błyskawice. Postawię ją w oknie mojej duszy, a Ty, Maryjo, udziel mi nadziei. Zapalę ją w przedsionku mego serca, a Ty wypełnij je miłością. Umieszczę ją w oknie mego rozumu, a Ty spraw, aby zawierzyła do końca Twemu Synowi moja mała wiara.
ks. FlorianTygodnik Niedziela
***
Święćmy gromnice.
Sakramentalia zbliżają do Boga
***
W święto Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego, zgodnie z tradycją święcimy świece, by zapewnić ochronę od żywiołów i wypraszać dobrą śmierć. Dzień później, w św. Błażeja, błogosławieństwo dwoma skrzyżowanymi świecami służy zachowaniu od chorób gardła i języka. Poświęcony 5 lutego, w św. Agaty, chleb i sól mają chronić nasz dom od pożaru. Zwyczaje, ważne dla naszych przodków, dziś praktykujemy coraz rzadziej. Rzadziej rozumiemy także jak te symboliczne czynności mają wpłynąć na naszą relację z Bogiem.
Czy to jakaś magia? – pytają niektórzy. Bynajmniej, nie chodzi tu o żadne magiczne działanie czy myślenie, lecz o rodzaj modlitwy. O przypomnienie, że Bóg wypełnia skierowaną do Niego podczas poświęcenia przedmiotu prośbę: o ochronę czy o zdrowie. Innymi słowy, chodzi o to, by nie traktować błogosławieństw i błogosławionych przedmiotów jako zabobonu czy talizmanu, lecz jako znak, że zapraszamy Boga w naszą codzienność. To, co odróżnia poświęcone podczas świąt przedmioty czy inne sakramentalia od przesądów czy talizmanów to wiara w Boga, a nie w moc przedmiotu.
Zabobon czy wiara
Po co zatem komuś świeczka poświęcona w Gromniczną i postawiona na oknie, by chroniła od piorunów, skoro to Bóg chroni dom przed piorunami? Jesteśmy osobami zmysłowymi, bardziej przemawia do nas to, co widzimy i czego dotykamy. Dlatego to świeca ma nam przypominać, że Bóg jest Światłem w ciemnościach burzy czy śmierci, a chleb i sól zachowuje i ocala. I w ten sposób, oddziałując na zmysły, ułatwiać nam wiarę.
Podobnie posługujemy się innymi sakramentaliami: nosimy poświęcony medalik nie po to, by wierzyć w jego moc, ale by przypominał nam o wierze w Boga. Nosimy go też jako zgodę wyrażoną Bogu: „Tak, chcę, by w moim życiu działało błogosławieństwo, które kapłan wypowiadał poświęcając ten przedmiot”. Noszenie medalika, palenie gromnicy, czy używanie wody święconej bez wiary w Boga nie ma sensu – ponieważ poświęcenie go nie jest nadawaniem jakiejś mocy. Sakramentalia od zabobonu odróżnić bardzo prosto: po wierze tego, kto daną rzecz poświęca i nosi.
Tradycja Kościoła
Zwyczaj święcenia świec, chleba i soli mają swoje interesujące pochodzenie. Podczas gdy święcenie świec w Matki Bożej Gromnicznej jest w swojej symbolice dość oczywiste i związane z oczekiwaniem na wiosnę i jej pierwsze burze, opowieści związane z pozostałymi świętami intrygują. Otóż św. Błażej, lekarz a potem biskup Sebasty (dziś teren Turcji) i pustelnik, żyjący na przełomie III i IV w. n.e. został uwięziony podczas prześladowań chrześcijan za cesarza Licyniusza. Gdy przebywał w lochu, był świadkiem jak rybia ość przebiła chłopcu gardło. Nikt nie potrafił jej wyjąć i chłopcu groziła śmierć przez uduszenie. I jak to w podobnych wypadkach bywa, gdy człowiek – z bezradności zwraca się do Boga, wysłuchał prośby św. Błażeja. Chłopiec został uratowany, a Kościół zaczął czcić świętego męczennika jako patrona od chorób gardła.
Ciekawa historia wiąże się także ze św. Agatą. Według tradycji, po jej męczeńskiej śmierci w Katanii na Sycylii, wybuchła Etna. Rozpalona lawa zagrażała miastu. Mieszkańcy prosili więc św. Agatę o pomoc i posłużyli się jej welonem dla powstrzymania ognistej lawy. Widać święta wyprosiła u Boga łaskę ocalenia, a na pamiątkę tego wierni do dziś modlą się o ocalenie przed ogniem za Jej wstawiennictwem. Aby to podkreślić, w dzień św. Agaty poświęca się pieczywo, sól i wodę, które mają chronić ludność od pożarów i piorunów, a dawniej poświęcone kawałki chleba wrzucano do ognia, by wiatr odwrócił pożar.
Znak ufności
Czym różnią się sakramentalia od sakramentów? Różnica jest zasadnicza. Sakramenty to widzialne znaki bezpośredniego spotkania z żywym Bogiem i otrzymania Jego łaski. A sakramentalia to znaki oraz czynności (błogosławieństwa osób, posiłków, miejsc), które – przez modlitwę Kościoła – uzdalniają do przyjęcia łaski i dysponują do współpracy z nią. O ile moc działania sakramentów pochodzi wprost od Boga, o tyle działanie sakramentaliów bierze się z wiary i modlitwy Kościoła.
Nadchodzące dni, jak widać, są okazją, by szczególnie uświadomić sobie sprawczość naszej wiary. I to, że w obrzędach poświęcenia nie ma żadnej magii, bo to nie przedmiot ani nie dotyk uzdrawia. Oba są jedynie zewnętrznymi znakami naszej wewnętrznej ufności we wstawiennictwo świętego i moc Boga”.
Dorota Niedźwiecka/PCh24.pl
***
Matka Boża Gromniczna strzeże przed „wilkami”. „Duchowe drapieżniki” dyszą nienawiścią!
***
Jednym z najpiękniejszych kalendarzy lat trzydziestych był „Kalendarz Królowej Apostołów”, wydawany przez Księży Pallotynów. I właśnie tam widziałem reprodukcję obrazu, która na długo utkwiła mi w pamięci.
Oto jest noc, zasypane śniegiem wiejskie chaty, nigdzie nie widać nawet nikłego blasku świecy, cała wieś pogrążona jest we śnie. Bliżej widać drzewa, tuż za wioską rozciąga się gęsty las. Na jego skraju wyraźnie widoczna jest wataha wilków: wygłodniałych, złych, szykujących się do ataku na ludzkie siedziby. I nagle z boku obrazu wyłania się przepiękna, świetlista postać, odziana – mimo mrozu – jedynie w białą szatę. Postać kobieca, tchnąca dobrocią i spokojem, rusza prosto na stado wilków i odpędza je od domostw tych, którzy pogrążeni we śnie, nawet nie domyślają się niebezpieczeństwa. Wilki warczą, ale cofają się, gdyż Pani ta trzyma w ręku świecę, której drapieżniki najwyraźniej się boją. Pod obrazem widniał podpis: Matka Boża Gromniczna…
Nie pamiętam już, kto był autorem tego obrazu, ani wszystkich szczegółów, bo od tamtego czasu upłynęło już wiele lat. Jednak od spotkania z tym obrazkiem w kalendarzu katolickim tytuł Matka Boża Gromniczna kojarzy mi się zawsze z ową piękną Panią, która czuwa nad człowiekiem i chroni go oraz jego bliskich od niebezpieczeństwa.
2 lutego obchodzimy święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, od reformy kalendarza liturgicznego nazywające się Świętem Ofiarowania Pańskiego. Nazwa nie jest tu jednak najważniejsza, natomiast niezwykle ważna jest wielowiekowa tradycja łącząca to święto z gromnicą, a więc świecą, która w tym dniu jest pobłogosławiona w kościele przez kapłana na pamiątkę słów starca Symeona, który nazwał Dziecię Jezus Światłem na oświecenie pogan.
Zapewne słyszeliśmy, jak do tego doszło. Maryja, jak każda kobieta izraelska, chciała poddać się oczyszczeniu po narodzinach Dziecka. Nie musiała tego robić, bo porodziła bez utraty dziewictwa, ale chciała. Ona i św. Józef pragnęli jak najdokładniej wypełnić przepis Prawa. Dzień ten był równocześnie świętym dniem dla dwojga staruszków – Symeona i Anny, którzy wyczekiwali Zbawiciela, codziennie trwając przy Świątyni i błagając Boga, by ich oczy mogły ujrzeć Jego Syna. Czekali długo, ale kiedy wreszcie Maryja i Józef przynieśli Dzieciątko do Świątyni, Symeon wyśpiewał przepiękną pieśń, którą Kościół uczynił częścią modlitwy brewiarzowej i kazał swoim kapłanom, zakonnikom i wszystkim, którzy w tej doskonałej modlitwie chcą brać udział, odmawiać w ostatniej modlitwie danego dnia, czyli tzw. komplecie.
To wtedy właśnie Maryja usłyszała proroctwo o Jezusie, że Jej duszę kiedyś przeniknie miecz, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Od pierwszych wieków chrześcijaństwa Kościół święci w tym dniu świece i odwołuje się do wstawiennictwa Matki Zbawiciela, stąd popularnie to święto po dziś dzień nazywa się świętem Matki Bożej Gromnicznej. Poświęcona świeca jest symbolem Pana Jezusa, jako Światłości, ale jest też znakiem orędownictwa Jego Matki. Stąd opisany przeze mnie na początku obraz ukazujący Maryję, jako opiekunkę ludzkich siedzib. Dawniej, kiedy wilki rzeczywiście zagrażały ludziom w czasie długich i srogich zim, ci polecali się z ufnością Matce Boga, paląc gromnice, jako znak Jej wstawiennictwa i opieki. Zapalano gromnice także w czasie nawałnic i burz, kiedy pioruny (piorun to inaczej grom, stąd gromnica) uderzały w drzewa, a nieraz i w zabudowania. Pożar domu oznaczał zazwyczaj utratę całego dobytku, dlatego ludzie gorąco prosili Matkę Bożą, by ich ratowała od piorunów i nawałnic.
Co do wilków, to te z lasu nie zagrażają nam już tak jak dawniej. Dziś jesteśmy narażeni raczej na spotkanie z innymi „wilkami”: to pokusy, grzechy czy sam szatan. Te „duchowe drapieżniki” porywają nawet niewinne dusze małych dzieci przez zło, które się zewsząd sączy w ludzkie umysły i zabija w duszach miłość Boga, czyniąc je przez to martwymi. Nigdy chyba jeszcze od czasów Cesarstwa Rzymskiego ludzie tak się nie chlubili popełnianym złem, jak robią to teraz. Grzech stał się czymś, co „robią wszyscy”. Czy ci nieszczęśliwi ludzie zdają sobie sprawę z tego, że razem z tymi „wszystkimi” mogą przegrać życie, a co gorsza – całą wieczność?
Drodzy Czciciele Matki Bożej! Weźmy Jej świece, zaufajmy, że przez ten znak Maryja będzie nas chronić od zła fizycznego, a przede wszystkim od duchowego. Módlmy się, by kiedyś, kiedy będą się zamykać na zawsze nasze oczy na tym świecie, ostatnią rzeczą, jaką ujrzymy, było światło gromnicy. Amen.
PCh24.pl(tekst ukazał się w 86. numerze „Przymierza z Maryją”
***
Ofiarowanie Pańskie
Ofiarowanie Chrystusa w Świątyni Obraz z XV wieku pędzla Giovanniego Belliniego
***
Chrystus przez swoje „wejście w świat” spotyka się ze wszystkimi ludźmi. Przez pośrednictwo Jezusa, Maryi i św. Józefa – w spotkaniu w świątyni jerozolimskiej – „dokonało się” już w zarodku „wszechspotkanie Boga z ludźmi i ludzi pomiędzy sobą”.
Kult Matki Boskiej Gromnicznej w świecie
Nabożeństwo do Matki Boskiej Gromnicznej ma szczególnie uroczysty charakter: w Polsce, w Hiszpanii i w krajach, które kiedyś należały do Hiszpanii (Ameryka Południowa i Środkowa, Filipiny). Na hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich jest nawet sanktuarium Matki Boskiej Gromnicznej w Candelaria.
Dzień Życia Konsekrowanego obchodzony jest 2 lutego, w święto Ofiarowania Pańskiego. A jakie były intencje św. Jana Pawła II, kiedy w 1997 roku zadecydował o ustanowieniu tego dnia?
Czterdzieści dni po narodzeniu Jezusa Jego rodzice zanoszą Go do świątyni, by ofiarować Go Bogu. W tym dniu Jezus-Mesjasz spotyka się także z tymi, którzy na Niego z tęsknotą czekali. Przez usta starego Symeona, któremu daje natchnienie Duch Święty, objawione zostaje „Światło na oświecenie pogan”. A swoimi proroczymi słowami starzec zapowiada pełną ofiarę złożoną na krzyżu przez Jezusa i Jego ostateczne zwycięstwo nad śmiercią (por. Łk 2, 25-35).
W ten sposób w domu Bożym tego dnia objawia się Uświęcony przez Ojca, Ten, który przyszedł na świat, aby zbawić wszystkich ludzi. A Maryja, Jego matka, jednoczy się z Nim w tej samej ofierze dla zbawienia świata.
Ofiarowanie Jezusa w świątyni jest również wymownym znakiem całkowitego oddania się Bogu i wzorem dla wszystkich tych, którzy chcą iść drogą życia konsekrowanego. A Dziewica Maryja, ofiarowująca Dzieciątko Bogu, bardzo dobrze wyraża postawę Kościoła, który nadal ofiarowuje Ojcu swoje córki i synów, łącząc ich z jedyną ofiarą Chrystusa – przyczyną i wzorem wszelkiej konsekracji w Kościele.
Jak prorokini Anna, która – podobnie jak Symeon – czekała na Mesjasza i czuwała w świątyni, tak pierwszym powołaniem tego, który podąża za Chrystusem, jest przebywanie w komunii z Nim, słuchanie Jego słowa i wielbienie Boga z pokorą i stałością. Jego życie znajdzie wówczas głęboki oddźwięk w sercach ludzi.
Jan Paweł II pragnął, aby „obchody Dnia Życia Konsekrowanego gromadziły osoby konsekrowane wraz z innymi wiernymi dla wspólnego wychwalania z Dziewicą Maryją wielkich dzieł Bożych, których Pan dokonuje w wielu synach i córkach” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Co więcej, pragnął, aby to święto ukazywało wszystkim, że powołaniem świętego ludu Bożego ma być całkowicie poświęcenie się Jemu.
Po co nam Dzień Życia Konsekrowanego?
Jan Paweł II widział w tej uroczystości co najmniej potrójny cel:
1 DZIĘKCZYNIENIA ZA DAR ŻYCIA KONSEKROWANEGO
„Po pierwsze – odpowiada on wewnętrznej potrzebie bardziej uroczystego wielbienia Pana i dziękczynienia Mu za wielki dar życia konsekrowanego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Tak jak Jezus w swoim posłuszeństwie i poświęceniu Ojcu mówi nam, jak bardzo Bóg jest z nami, tak i osoby konsekrowane, w pełni należące do jedynego Pana, ich sposób życia i pracy, ich oddanie ludziom są wymownym znakiem, potężnym głoszeniem obecności Boga we współczesnym świecie. „To pierwsza posługa, jaką życie konsekrowane oddaje Kościołowi i światu. Pośród Ludu Bożego osoby konsekrowane są niczym strażnicy, dostrzegający i zapowiadający nowe życie, już obecne w naszych dziejach”, mówił Benedykt XVI 2 lutego 2006 r.
2 POZNANIE ŻYCIA KONSEKROWANEGO
„Po drugie – Dzień Życia Konsekrowanego ma za zadanie przyczynić się do poznania tej formy życia i pogłębiania szacunku dla niego ze strony całego Ludu Bożego od biskupów po kapłanów, od świeckich po osoby konsekrowane” – wyjaśniał w 1997 r. z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego św. Jan Paweł II.
Podkreślił to także, zwracając się do osób konsekrowanych 2 lutego 2000 r.: „Świadectwo eschatologiczne należy do istoty waszego powołania. Śluby ubóstwa, posłuszeństwa i czystości dla Królestwa Bożego są waszym orędziem o ostatecznym przeznaczeniu człowieka, które kierujecie do świata. Jest to bardzo cenne orędzie: Człowiek, który czuwa i wyczekuje spełnienia się obietnic Chrystusa, potrafi natchnąć nadzieją także swoich braci i siostry, często zniechęconych i pesymistycznie patrzących w przyszłość”.
Ojciec święty dodaje także: „Jest ono zatem specjalną i żywą pamiątką Jego bycia Synem, który czyni Ojca swoją wyłączną Miłością – oto Jego czystość; który w Ojcu znajduje swoje wyłączne bogactwo – oto Jego ubóstwo; dla którego wola Ojca jest codziennym „pokarmem” (por. J 4,34) — oto Jego posłuszeństwo.
Taka forma życia, przyjęta przez Chrystusa i uobecniana w szczególny sposób przez osoby konsekrowane, ma wielkie znaczenie dla Kościoła, powołanego, by we wszystkich swoich członkach przeżywać to samo dążenie do pełnego zjednoczenia z Bogiem poprzez naśladowanie Chrystusa w świetle i mocy Ducha Świętego.
Życie specjalnej konsekracji w swoich różnorodnych formach pomaga zatem lepiej zrozumieć konsekrację chrzcielną wszystkich wiernych. Rozważając dar życia konsekrowanego Kościół zastanawia się nad swoim szczególnym powołaniem, aby należeć wyłącznie do Pana, i pragnie być w Jego oczach bez „skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5,27).
Wydaje się zatem uzasadniona potrzeba ustanowienia tego specjalnego Dnia, który przyczyni się do tego, aby nauka o życiu konsekrowanym była nie tylko szerzej i głębiej rozważana, ale również coraz lepiej przyjmowana przez wszystkich członków Ludu Bożego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997).
3ŚWIĘTOWANIE DZIEŁ PANA W ŻYCIU KONSEKROWANYCH
Trzeci cel dotyczy samych osób konsekrowanych: „Są one zaproszone do wspólnego i uroczystego świętowania niezwykłych dzieł, które Pan w nich dokonał, aby w świetle wiary mogły jeszcze pełniej odkryć blask Bożego piękna – promieniującego za sprawą Ducha w sposobie ich życia – oraz aby mogły jeszcze żywiej uświadomić sobie swą niezastąpioną misję w Kościele i w świecie” – wyjaśnił św. Jan Paweł II w tym samym dokumencie.
Świadkowie Ewangelii
W dzisiejszym zagonionym świecie osoby konsekrowane powinny z radością i pokojem ukazywać swoim życiem życie i orędzie Syna Bożego. W ten sposób głoszą naszemu światu, w najróżniejszych sytuacjach, że ostatecznie to Pan jest dla człowieka prawdziwą miłością, prawdziwym bogactwem, najbezpieczniejszą drogą.
Warto przy tym pamiętać, że „człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami” (Św. Paweł VI, Adhortacja apostolska Evangelii nuntiandi, 1975, nr 41).
Dla Jana Pawła II ustanowienie Dnia Życia Konsekrowanego w święto Ofiarowania Pańskiego oznaczało zatem wsparcie misji Kościoła. Przede wszystkim jego misji w świecie, aby ci, którzy jeszcze nie poznali Chrystusa, mogli się do Niego zbliżyć dzięki tym osobom, które przez całkowity dar siebie dają świadectwo, że Chrystus jest jedynym Synem, posłanym przez Ojca.
Papież podkreślił, że nowa ewangelizacja jest możliwa i skuteczna za sprawą osób, które najpierw ewangelizują same siebie, aby potem innym „przedstawiać Ewangelię w jej pełni, a także ukazywać matczyne oblicze Kościoła, służącego mężczyznom i kobietom naszych czasów”.
Modlitwa za osoby konsekrowane
Papież był też przekonany, że dzień ten będzie wsparciem duszpasterskim dla Kościołów lokalnych: „Czasami mogą ulegać pokusie by, tak jak Marta, pojmować misję głównie jako liczne zadania do zrobienia, które, rzecz jasna, powinny zostać wykonane. Ale ten dzień przypomina wszystkim, że to wybierając tę cząstkę, którą obrała Maria, możemy przynosić obfite owoce w winnicy Pańskiej. Dziewica Maryja, która dostąpiła wielkiego przywileju ofiarowania Ojcu Jezusa Chrystusa, Syna swego Jednorodzonego, jako ofiary czystej i świętej, niech sprawi, abyśmy byli zawsze otwarci na przyjęcie wielkich dzieł, których On nieustannie dokonuje dla dobra Kościoła oraz całej ludzkości” – mówił Jan Paweł II w 1997 roku.
Benedykt XVI, 2 lutego 2006 r., odmówił następującą modlitwę, którą zadedykował osobom konsekrowanym:
Niech Pan codziennie odnawia w was i we wszystkich osobach konsekrowanych radosną odpowiedź na Jego bezinteresowną i wierną miłość. Niczym płonące świece promieniujcie zawsze i w każdym miejscu miłością Chrystusa, światłości świata. Niech Najświętsza Maryja, Niewiasta konsekrowana, pomaga wam przeżywać w pełni to wasze szczególne powołanie i posłannictwo w Kościele dla zbawienia świata. Amen!
Danielle McGrew Tenbusch | Diocese of Saginaw | CC BY ND 2.0
Obchodzimy dziś Dzień Życia Konsekrowanego. Na czym polegają śluby zakonne, które składają zakonnicy?
Życie konsekrowane
Na przestrzeni wieków rozwinęły się różne formy życia konsekrowanego: pustelnicy, dziewice konsekrowane, zakony, zgromadzenia zakonne, instytuty świeckie, stowarzyszenia życia apostolskiego… Ludzie, którzy wybierają taką formę życia, przez konsekracje oddają swoje życie Bogu i Kościołowi. Sposobem takiej konsekracji, która jest jedną z najstarszych w Kościele, są trzy śluby zakonne: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.
Ich rozumienie ewoluowało na przestrzeni wieków. Niektóre zmiany, niestety, nie poszły w dobrym kierunku, przez co śluby zakonne niejednokrotnie stały się tylko legalistycznym środkiem służącym do praktycznej realizacji charyzmatu, czyli misji, danego zakonu.
Problemy wymagające reformy
Liczne problemy pojawiały się w związku ze ślubem posłuszeństwa, rozumianym jako podporządkowanie się woli Boga, która zawierała się w przepisach reguły i decyzjach przełożonego. Znajomi zakonnicy z długim stażem wspominali, że w trakcie formacji dostawali nakaz… sadzenia krzewów do góry korzeniami – miało to ich nauczyć bezrefleksyjnego posłuszeństwa i nie liczyło się to, że to marnotrawstwo i czasu i pieniędzy. Popularnym zwyczajem w innym miejscu było przydzielanie komuś zadań, do których się nie nadawał: jeśli ktoś lubił pracę z młodzieżą wysyłano go na studia z prawa: cierpiał i on i ludzie, których opuszczał, a to wszystko w imię posłuszeństwa (albo apodyktycznej władzy przełożonego).
Reforma rozumienia życia zakonnego zaczęła się przed Soborem Watykańskim II. Ten zaś zadecydował konieczności rewizji reguł i konstytucji zakonnych oraz powrotu do charyzmatów założycieli. Wisienką na torcie reformy był dokument św. Jana Pawła II, który podsumował lata refleksji i reform na nowo opisując i definiując życie konsekrowane, czyli oddane Bogu – „Vita Consecrata”.
Śluby zakonne wg „Vita Consecrata”
Jan Paweł II podjął się zdefiniowania istoty ślubów zakonnych.
1 Życie Trójcy Świętej
Jan Paweł II podkreśla, że rady ewangeliczne są odbiciem życia wewnętrznego Trójcy Świętej. Praktykując je, osoba konsekrowana wyznaje wiarę w Boga i naśladuje Chrystusa
Czystość jest odblaskiem nieskończonej miłości, która łączy trzy Osoby Boskie. Jest ona wyrazem oddania się Bogu niepodzielnym sercem i naśladowaniem „dziewiczej miłości Chrystusa” do Ojca oraz do ludzi
Ubóstwo głosi, że Bóg jest jedynym prawdziwym bogactwem człowieka. Naśladuje ono Chrystusa, który wszystko otrzymuje od Ojca i wszystko Mu oddaje. W wymiarze trynitarnym wyraża całkowity dar z siebie, jaki składają sobie nawzajem Osoby Boskie
Posłuszeństwo objawia piękno uległości synowskiej, a nie niewolniczej. Jest uczestnictwem w posłuszeństwie Chrystusa, którego pokarmem było pełnienie woli Ojca. Odzwierciedla ono harmonię miłości właściwą Trójcy Świętej
2 Terapia duchowa ślubami zakonnymi
Papież zauważa, że współczesny świat stawia przed Kościołem wyzwania, na które odpowiedzią są właśnie śluby zakonne.
Czystość jako odpowiedź na hedonizm: Wobec kultury sprowadzającej płciowość do zabawy, konsekrowana czystość jest świadectwem, że dzięki łasce Bożej możliwe jest panowanie nad instynktami.
Ubóstwo jako odpowiedź na materializm: Wobec żądzy posiadania i braku wrażliwości na potrzeby słabszych, ubóstwo ewangeliczne jest wyznaniem, że Bóg jest największym skarbem.
Posłuszeństwo jako odpowiedź na fałszywą wolność: Wobec koncepcji wolności oderwanej od prawdy moralnej, posłuszeństwo zakonne pokazuje, że nie ma sprzeczności między posłuszeństwem a wolnością.
3 Wymiar eschatologiczny
Szczególną rolę odgrywa tu ślub dziewictwa, który tradycja zawsze rozumiała jako zapowiedź ostatecznego świata, gdzie ludzie „nie będą się żenić ani wychodzić za mąż” (por. Mt 22, 30), lecz będą żyć w bezpośredniej bliskości Boga.
2 lutego święto Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej, a także Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.
Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.
Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa “światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.
Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.
Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.
Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.
W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.
Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.
Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.
Matki Bożej Gromnicznej
W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.
W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby “wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.
Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.
Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.
Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.
Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.
W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.
Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.
BP KEP/Tydodnik Niedziela
***
Zakon to nie „gniazdko”. O wymaganiach i sensie życia konsekrowanego
Życie zakonne rozwija człowieka, który tego pragnie i współpracuje. Ale tego, kto nie podejmie miłości ofiarnej – rozbije.
Siostra Anna jest przeciążona liczbą godzin religii w szkole, w domu zakonnym i w parafii. Doskwiera jej brak czasu na modlitwę, czasem niezrozumienie ze strony przełożonych. – Ale tu mamy stałą adorację Pana Jezusa. Wczoraj Mu wszystko „wygadałam”. Czuję, że On mnie zaprasza do coraz większej samotności, nawet do niezrozumienia ze strony innych. Przychodzę tu codziennie, nawet w największym nawale zadań, dzięki temu żyję – zapala się. – I jedno muszę powiedzieć: cały czas mam w sercu pokój – dodaje z uśmiechem.
Bez wiary to bez sensu
W mediach pełno dziś treści przedstawiających życie zakonne w ciemnych barwach. Do opinii publicznej docierają głównie relacje osób, które klasztor opuściły, a te rzadko są nastawione przychylnie do środowiska zakonnego.
– Siostry odchodzą, ale zawsze odchodziły – zauważa s. Ewa Kaczmarek, przewodnicząca Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych oraz przełożona generalna Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej.
– Kiedyś powstała książka „Zakonnice odchodzą po cichu”. W tej chwili nie jest to już takie aktualne. W mediach społecznościowych sporo jest publikacji typu: „Byłam w zakonie, mówię, co przeżyłam”. Zapewne są osoby, które mają negatywne wspomnienia z pobytu w klasztorze. Trudno dyskutować z ludzkimi odczuciami. Ale każdy jest wolny i jeśli jest mi źle, to po prostu odchodzę i nie kontynuuję życia, które nie daje mi szczęścia – zauważa.
Siostra Ewa podkreśla też, że życie zakonnicy powinno być znakiem sprzeciwu wobec świata. – Pan Jezus powiedział: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”. To jest jakaś forma ascezy. My się do tego zobowiązujemy w duchu wiary. Bez wiary życie zakonne nie ma żadnego sensu. Natomiast jeśli patrzę na życie z wiarą, to cierpienie, krzyż – to wszystko ma sens. Życie Jezusa też nie było miłe, łatwe i przyjemne, prawda? Czasami jestem zmęczona, czasami mi się nic nie chce i mam wrażenie, że to, co robię, nie ma żadnego sensu. Bywa, że czuję się bezradna wobec problemów, ale jeśli idę za Jezusem, to nie powinno mnie tak strasznie dziwić, że w moim życiu też bywa trudno – przekonuje.
Misjonarka przyznaje, że siostry czasami czują się niedowartościowane w Kościele. Dzisiaj już coraz częściej mówi się o ich przepracowaniu, o niskim wynagrodzeniu czy nie zawsze dobrym traktowaniu przez pracodawców. Nie ma wątpliwości, że to powinno się zmienić. Podkreśla jednak, że żadne problemy nie mogą konkurować z radością, jaką daje jej życie w zakonie. – Czasami boję się powiedzieć, że jestem szczęśliwa, bo powiedzą, że kłamię i że jako przełożona muszę tak mówić. Ale mówię to: jestem szczęśliwą siostrą zakonną! – deklaruje z mocą. – Czuję się na swoim miejscu. Mam warunki do pogłębiania relacji z Nim przez modlitwę, przez życie duchowe. Nawet w regulaminie dnia mam czas przypisany na modlitwę. To daje dużą radość. Ale chyba największą radość mam z tego, że Pan Jezus mnie wybrał. Czuję Jego troskę i miłość. Po prostu jestem szczęśliwa, że jestem z Nim – deklaruje.
Życie przepiękne
– Sposób przeżywania życia zakonnego jest sprawą indywidualną – podkreśla s. Gabriela Porada, urszulanka Unii Rzymskiej. – W zakonie spotykam siostry bezmiernie szczęśliwe i takie, które pełnej radości nie odnalazły. O sobie mogę powiedzieć, że jestem nieprzerwanie szczęśliwa. Nie znaczy to, że nie przychodzą próby i zmagania, ale i wtedy czuję się bardzo kochana przez Boga – uśmiecha się. Podkreśla, że dla niej w życiu zakonnym absolutnie pierwsza jest relacja z Jezusem. Na drugim miejscu – relacja z bliźnimi, a wśród nich najbliższe są siostry. – Cieszę się, że mogę w tych relacjach dojrzewać i że coraz mniej jest we mnie osądu czy oczekiwań, a coraz więcej zaciekawienia drugim człowiekiem i jego światem. Nie próbuję już nikogo zmieniać. Siostry są dla mnie czasami pewnego rodzaju wyzwaniem, ale to ode mnie zależy, jak zareaguję na to, co się między nami dzieje – wyjaśnia.
Przyznaje, że były momenty, gdy ktoś sprawił jej przykrość. – Ale z taką samą przykrością spotkałam się w przychodni. Gdy pokazywałam legitymację inwalidzką, ktoś powiedział: „Co to za oszukaństwo? Przecież tak pięknie siostra wygląda”. No, ale ja nie choruję na wygląd, tylko na raka – śmieje się. – Rzeczy w sumie komiczne. W klasztorze też takie się trafiają. Kto chce zobaczyć w tym zło, niech sobie widzi, a ja uśmiechnę się do tej sytuacji – deklaruje.
– Jedno wiem: w zakonie żadnej krzywdy nie doznałam. Zakon pomógł mi w rozwoju, w wykształceniu, od pięciu lat siostry wspierają mnie w chorobie nowotworowej. Tak się o mnie troszczą, że nie wierzę, żeby na świecie był drugi człowiek otoczony tak czułą opieką. Nie mam powodu do niezadowolenia, mam powód tylko i wyłącznie do wdzięczności – wzrusza się. A że nie zawsze jest miło? – Mój Boże, a czemu mnie jako siostry zakonnej nie ma od czasu do czasu spotkać jakaś przykrość? Czemu nie ma mnie spotkać cierpienie? Czemu moja miłość do współsiostry ma być niewymagająca, skoro każdy uczciwy małżonek przekracza siebie i jest to dla niego miłość ofiarna? Dlaczego życie wspólnotowe ma mnie nie kosztować? Dlaczego nie mam dźwigać krzyża, który każdy człowiek niesie? – pyta s. Gabriela.
Większość sytuacji to wspólna modlitwa, spotkania, praca w radości i wzajemnym wsparciu. – Ja widzę, że życie zakonne jest przepiękne. Ono nas jednoczy z Bogiem, przemienia, promieniuje, daje możliwość służby. Gdziekolwiek się znajdę – a teraz bardzo często jestem w szpitalach i w przychodniach – wszędzie widzę ludzi potrzebujących spotkania i zauważenia. Habit zachęca ich do rozmowy. Niedawno wyniknęła z tego piękna rozmowa o dramacie człowieka, który nie wie, czy przeżyje operację, który niewiele podjął wyborów, z których byłby teraz dumny. I stawia pytania o Boga. Gdyby tam, na tym korytarzu, nie było mnie chorej i w habicie, on by z tymi pytaniami został sam. Albo nie wiedziałby, komu je zadać – przekonuje.
Siostra zaznacza, że życie zakonne bardzo pomaga rozwinąć się człowiekowi, który tego pragnie i który współpracuje; czyni go mądrym i pięknym. – Ale tego, kto chce sobie uwić gniazdko i nie podejmie miłości ofiarnej, rozbije. Kto chce przeżyć życie zakonne w jakiejś iluzji, pod kloszem, ten się rozczaruje i odejdzie. Bo nasza droga miłości jest tak samo wymagająca jak każdego innego człowieka – zauważa urszulanka. Podkreśla, że każdy sam dokonuje wyboru, co zrobi z wymaganiami Ewangelii.
– Pan Jezus, który mnie powołał, nie zawiódł mnie nigdy ani nie rozczarował, nieustannie zachwyca i zdumiewa we wszystkim! – zapewnia s. Gabriela.
Wspólnota stabilizuje
Jasne i ciemne strony życia zakonnego? – Samotność i wspólnota – uśmiecha się o. Archanioł Borek, franciszkanin, gwardian klasztoru w Cieszynie. Zastrzega, że obie te przestrzenie bywają jednocześnie i blaskami, i cieniami. – Jest to jakiś krzyż, który zakonnicy biorą na siebie. Jesteśmy dla Boga, a tym samym dla wszystkich, ale nie jesteśmy w jakiś specjalny sposób dla konkretnej osoby – tłumaczy. Podkreśla, że wspólnota jest wielkim darem i radością, ale zarazem przestrzenią, w której wychodzą ludzkie słabości. – Oczywiście, jak w każdym rodzaju życia, są momenty trudne i wymagające, ale też dające wiele radości. Czymś niesamowitym jest oglądać owoce, kiedy widzisz, jak ofiara, czas, modlitwa realnie wpływają na czyjeś życie. To są rzeczy, których nie da się załatwić pieniędzmi – cieszy się zakonnik.
Ojciec Archanioł podkreśla, że gdy wspólnota dobrze funkcjonuje, pełni dla osób konsekrowanych funkcję stabilizatora. – Można się w niej dzielić doświadczeniem wiary. Co prawda w męskich zakonach jest to trudniejsze niż w żeńskich, bo mężczyźni nie bardzo lubią mówić o swoich uczuciach, ale staramy się znajdować przestrzenie, w których jest to możliwe. To jest takie budujące – zapewnia.
15 tysięcy sióstr
– Ja naprawdę lubię życie zakonne, konsekrowane, i szalenie zależy mi, żeby ono było naprawdę ewangeliczne, piękne – zapewnia s. Ewa Kaczmarek. Zwraca uwagę, że na opinie na temat życia zakonnego wpływa brak zauważenia proporcji w odbiorze społecznym. – Jeśli odchodzi, powiedzmy, 40 czy 60 sióstr w ciągu roku, to jednak 15 tysięcy sióstr pozostaje w życiu zakonnym, i są szczęśliwe. A mówi się tylko o tych, które odeszły i są niezadowolone z tego życia – choć przecież nie wszystkie odeszły dlatego, że było im źle, ale dlatego, że rozeznały, że to nie jest ich droga – zaznacza.
Odnosząc się do zarzutów, że życie wspólne w zakonie jest trudne, pyta: – A życie we wspólnocie rodzinnej nie jest trudne? Nie ma życia bez trudu. Jeśli cała wspólnota nie jest taka super, to przecież zawsze znajdzie się w niej jakaś bratnia dusza. A i tak najważniejsza jest moja relacja z Jezusem. Ona nadaje sens mojemu życiu. Chcę więc powiedzieć młodym kobietom, żeby były odważne. Nie bójcie się powiedzieć Bogu „tak”. Życie z Jezusem to fascynująca przygoda!
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Kiedy wstajesz w nocy do dzieci, one się za Ciebie modlą. Niesamowita akcja amerykańskich norbertanek
(zdjęcie ilustracyjne, fot. Image by Use at your Ease fromPixabay)
***
Norbertanki z klasztoru w Tehachapi w Kalifornii żyją według rytmu Liturgii Godzin i codziennie przerywają sen, by odmówić nocne modlitwy. W tym szczególnym czasie obejmują swoimi intencjami zwłaszcza matki, które akurat nie śpią ponieważ opiekują się dziećmi.
Korzenie zakonu sięgają 1121 roku, kiedy to św. Norbert z Xanten założył pierwszą wspólnotę monastyczną. W Stanach Zjednoczonych norbertanki, a właściwie Zgromadzenie Sióstr Kanoniczek Regularnych Zakonu Premonstratensów jest od 30 lat. Swoją siedzibę mają w Klasztorze Betlejem pw. św. Józefa w Tehachapi (Kalifornia).
„Proces zakładania naszego klasztoru był wyjątkowy, ponieważ na kontynencie północnoamerykańskim nie ma innych norbertanek” – wyjaśniła matka Mary Oda, przełożona zgromadzenia w rozmowie z amerykańską Catholic News Agency.
Podstawą wspólnoty jest modlitwa kontemplacyjna. O północy zakonnice wstają, aby śpiewać jutrznię. W jednej z relacji, która stała się popularna w internecie, siostry wyjaśniły, że tę właśnie nocną modlitwę ofiarują szczególnie w intencji matek — zwłaszcza tych, które o tej porze też nie śpią, bo opiekują się dziećmi. Choć to nie jest obowiązek założycielski zakonu, piękna duchowa intencja nadaje ich modlitwie również praktyczny, codzienny sens.
Matka Oda podkreśla, że klauzurowe, kontemplacyjne życie jest głęboko zakorzenione w Liturgii Godzin. „Chwała, uwielbienie, dziękczynienie i wstawiennictwo, które przenikają modlitwę liturgiczną, przenikają również codzienne życie kanoniczki, czyniąc jej istnienie swego rodzaju „żywą liturgią” – powiedziała.
„Dla kanoniczek klauzurowych, Liturgia Godzin stanowi ramy całego naszego dnia i reguluje wszystkie pozostałe czynności” – przyznaje matka Oda. „Chociaż mamy wiele pracy do wykonania w klasztorze, naszym głównym zadaniem jest wielbienie Boga” – dodaje.
Siostry dzielą obowiązki na modlitwę i codzienną pracę. Prowadzą własne gospodarstwo, gdzie opiekują się zwierzętami, tworzą artykuły rzemieślnicze, wytwarzają sery i uprawiają sad. Obecnie na świecie są 172 norbertanki w 6 domach. W Polsce zgromadzenie obecne jest w klasztorze na Zwierzyńcu w Krakowie oraz w Imbramowicach k. Olkusza.
„Błogosławieni przegrani?” Papież Leon XIV wywraca nasze myślenie o szczęściu
TIZIANA FABI | TIZIANA FABI
***
Ubogi, cichy, prześladowany – według świata to przegrany. Według Ewangelii Błogosławieństw to człowiek szczęśliwy. Podczas modlitwy Anioł Pański papież Leon XIV pokazuje, dlaczego prawdziwa nadzieja rodzi się tam, gdzie inni widzą tylko klęskę.
Podczas niedzielnego Anioła Pańskiego na placu Świętego Piotra papież Leon XIV sięgnął do jednego z najbardziej prowokujących fragmentów Ewangelii – Ośmiu Błogosławieństw. Słów, które od dwóch tysięcy lat nie przestają niepokoić, bo burzą nasze intuicyjne wyobrażenia o szczęściu, sukcesie i sensie życia.
Papież pokazuje realizm Ewangelii, która patrzy na historię z perspektywy Boga zbawiającego słabych, zranionych i odrzuconych. To właśnie w tym kluczu Leon XIV odczytuje Błogosławieństwa jako „prawo zapisane w sercu”, zdolne przemienić gorycz prób w trwałą nadzieję.
Poniżej publikujemy całość rozważania papieża Leona XIV oraz jego wezwania po modlitwie Anioł Pański.
ANIOŁ PAŃSKI
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
W dzisiejszej liturgii proklamowany jest wspaniały fragment Dobrej Nowiny, którą Jezus głosi całej ludzkości: Ewangelia Błogosławieństw (Mt 5, 1-12). Są one rzeczywiście światłami, które Pan zapala w półmroku dziejów, odsłaniając plan zbawienia, jaki Ojciec urzeczywistnia poprzez Syna mocą Ducha Świętego.
Na górze Chrystus przekazuje uczniom nowe prawo – zapisane w sercach, a nie na kamieniu: jest to prawo, które odnawia nasze życie i czyni je dobrym, nawet wtedy, gdy światu wydaje się ono przegrane i nędzne. Tylko Bóg może naprawdę nazwać błogosławionymi ubogich i tych, którzy się smucą (por. w. 3-4), ponieważ On jest najwyższym dobrem, które udziela się wszystkim z nieskończoną miłością. Tylko Bóg może nasycić tych, którzy szukają pokoju i sprawiedliwości (por. w. 6.9), bo On jest sprawiedliwym sędzią świata, sprawcą pokoju wiecznego. Tylko w Bogu cisi, miłosierni i czystego serca znajdują radość (w. 5.7-8), bo On jest spełnieniem ich oczekiwań. W prześladowaniu Bóg jest źródłem wyzwolenia; pośród kłamstwa – kotwicą prawdy. Dlatego Jezus ogłasza: „Cieszcie się i radujcie!” (w. 12).
Błogosławieństwa te pozostają paradoksem tylko dla tych, którzy uważają, że Bóg jest inny niż objawia Go Chrystus. Kto spodziewa się, że tyrani zawsze będą panami na ziemi, zostaje zaskoczony słowami Pana. Kto przywykł myśleć, że szczęście należy do bogatych, mógłby uznać, że Jezus się łudzi. Tymczasem złudzenie polega właśnie na braku wiary w Chrystusa: On jest ubogim, który dzieli się swoim życiem ze wszystkimi; łagodnym, który trwa w cierpieniu; budowniczym pokoju, prześladowanym aż do śmierci na krzyżu.
W ten sposób Jezus rozjaśnia sens historii: nie tej pisanej przez zwycięzców, lecz tej, którą Bóg wypełnia, zbawiając uciskanych. Syn patrzy na świat realizmem miłości Ojca; po przeciwnej stronie stoją – jak mówił Papież Franciszek – „specjaliści od łudzenia. Nie należy iść za nimi, gdyż nie są oni w stanie dać nam nadziei” ( Anioł Pański, 17 lutego 2019) [1]. Bóg natomiast daje tę nadzieję przede wszystkim tym, których świat odrzuca jako beznadziejnych.
Dlatego, drodzy bracia i siostry, Błogosławieństwa stają się dla nas probierzem szczęścia, skłaniając nas do zadania sobie pytania, czy to szczęście uważamy za zdobycz, którą można nabyć, czy też za dar, którym można się dzielić; czy upatrujemy je w przedmiotach, które się zużywają, czy też w relacjach, które nam towarzyszą. To właśnie „z powodu Chrystusa” (por. w. 11) i dzięki Niemu gorycz prób przemienia się w radość odkupionych: Jezus nie mówi o pociesze odległej, ale o stałej łasce, która zawsze nas podtrzymuje, zwłaszcza w godzinie udręki.
Błogosławieństwa wywyższają pokornych i rozpraszają pysznych w zamysłach ich serc (por. Łk 1, 51-52). Dlatego prośmy o wstawiennictwo Maryi Panny – Służebnicy Pańskiej, którą wszystkie pokolenia nazywają błogosławioną.
Po modlitwie Anioł Pański:
Drodzy Bracia i Siostry!
Z wielkim niepokojem przyjąłem wiadomości o nasileniu napięć między Kubą a Stanami Zjednoczonymi Ameryki – dwoma sąsiadującymi ze sobą państwami. Przyłączam się do przesłania biskupów kubańskich, wzywając wszystkich odpowiedzialnych do podejmowania szczerego i skutecznego dialogu, aby uniknąć przemocy i wszelkiego działania, które mogłoby zwiększyć cierpienia drogiego narodu kubańskiego. Niech Virgen de la Caridad del Cobre [Matka Boża Miłosierdzia z El Cobre] wspiera i chroni wszystkie dzieci tej umiłowanej ziemi!
Zapewniam o mojej modlitwie za liczne ofiary osuwiska w kopalni w Kiwu Północnym, w Demokratycznej Republice Konga. Niech Pan wspiera ten lud, który tak bardzo cierpi!
Módlmy się również za zmarłych i za tych, którzy cierpią z powodu burz, jakie w ostatnich dniach nawiedziły Portugalię i południowe Włochy. Nie zapominajmy także o mieszkańcach Mozambiku, ciężko doświadczonych przez powodzie.
Dzisiaj we Włoszech obchodzony jest „Narodowy Dzień Ofiar Cywilnych Wojen i Konfliktów na Świecie”. Ta inicjatywa jest, niestety, dramatycznie aktualna: każdego dnia odnotowuje się bowiem ofiary cywilne działań zbrojnych, co w sposób jawny narusza moralność i prawo. Zmarli oraz ranni z wczoraj i z dziś zostaną naprawdę uczczeni, gdy położy się kres tej niedopuszczalnej niesprawiedliwości.
W najbliższy piątek rozpoczną się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Mediolanie-Cortinie, po których odbędą się Igrzyska Paralimpijskie. Składam życzenia organizatorom i wszystkim sportowcom. Te wielkie wydarzenia sportowe stanowią mocne przesłanie braterstwa i ożywiają nadzieję na świat żyjący w pokoju. Taki jest również sens „rozejmu olimpijskiego” – starożytnego zwyczaju towarzyszącego przebiegowi Igrzysk. Mam nadzieję, że ci, którym leży na sercu pokój między narodami i którzy sprawują władzę, potrafią przy tej okazji podjąć konkretne gesty łagodzenia napięć i dialogu.
Pozdrawiam was wszystkich, drodzy Rzymianie i pielgrzymi z różnych krajów!
W szczególności cieszę się, że mogę powitać członków Ruchu Światło-Życie z diecezji siedleckiej w Polsce, którym towarzyszy biskup pomocniczy. Pozdrawiam grupy wiernych z Paraná w Argentynie; z Chojnic, Warszawy, Wrocławia i Wągrowca w Polsce; z Puli i Sinj w Chorwacji; z Gwatemali i San Salvador, a także uczniów Instytutu „Rodríguez Moñino” z Badajoz i z Cuenca w Hiszpanii. Pozdrawiam również czcicieli Madonna dei Miracoli [Matki Bożej od Cudów] z Corbetty koło Mediolanu.
Serdecznie dziękuję za wasze modlitwy i wszystkim życzę dobrej niedzieli!
Aleteia.pl/tekst katechezy i pozdrowienia za vatican.va
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc luty 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
Módlmy się, aby dzieci cierpiące na nieuleczalne choroby i ich rodziny otrzymały niezbędną opiekę medyczną i wsparcie oraz nigdy nie traciły sił i nadziei.
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
Duchu Święty, Miłości rozlana w sercach, który umysłom udzielasz łaski i natchnienia, odwieczne Źródło życia, który doprowadzasz do końca misję Chrystusa przez różnorakie charyzmaty, prosimy Cię za wszystkie osoby konsekrowane. Napełnij ich serca głęboką pewnością, że zostały wybrane, aby kochać, wielbić i służyć. Pozwól im zaznać Twojej przyjaźni, napełnij je Twoją radością i pociechą, pomagaj im przezwyciężać chwile trudności i podnosić się po upadkach, uczyń je odblaskiem Boskiego piękna. Daj im odwagę podejmowania wyzwań naszych czasów i łaskę ukazywania ludziom dobroci i człowieczeństwa Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa.Amen. (modlitwa św. Jana Pawła II)
Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
Dodatkowe intencje dla Róż
św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Roży
bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 lutego modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 stycznia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
***
fot. wikipedia.org/domena publiczna
***
Święta Teresa z Ávili. Dziewczyna, która nie chciała żyć byle jak
Nie chciała żyć przeciętnie. Nie potrafiła kochać połowicznie. Historia św. Teresy z Ávili to opowieść o kobiecie, która nie bała się trudnych pytań i z odwagą podejmowała decyzje, prowadzące ją bliżej Boga.
W czasach, w których przyszło jej żyć, od kobiet oczekiwano raczej posłuszeństwa niż odwagi, a od dziewczynek – spokoju, a nie wielkich pytań. Teresa Sánchez de Cepeda y Ahumada od początku nie bardzo pasowała do tych oczekiwań.
Od dziecięcej wyobraźni do duchowej wrażliwości
Przyszła na świat w 1515 roku w Ávili, w samym sercu Hiszpanii. Dorastała w licznej, religijnej rodzinie, w domu, w którym wiara była codziennością, a modlitwa czymś naturalnym. Ojciec był człowiekiem wymagającym i zasadniczym, a matka – czuła, uważna i pełna ciepła. To ona wprowadziła córkę w duchowy świat, czytając jej żywoty świętych. Teresa słuchała tych historii tak, jakby dotyczyły kogoś, kim sama kiedyś mogłaby się stać. Te opowieści stały się jej kompasem wskazującym kierunek, w którym będzie podążać przez całe swoje życie.
Dziecięce marzenie o męczeństwie
Jedną z najbardziej zaskakujących opowieści z jej dzieciństwa była próba ucieczki z domu. Teresa i jej brat Rodrigo postanowili wyruszyć w drogę do krajów muzułmańskich, wierząc, że tam będą mogli oddać życie za wiarę. Oboje pragnęli tego najbardziej na świecie i byli skłonni zrobić wszystko, by spełnić swoje dziecięce marzenie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to naiwną, wręcz niebezpieczną fantazją, jednak dla Teresy była to decyzja podejmowana z pełnym przekonaniem o jej słuszności.
Ich wyprawę przerwał wujek, który sprowadził rodzeństwo z powrotem do domu. Co ciekawe, sama Teresa po latach wspominała to wydarzenie z dystansem i humorem. Wiedziała już wtedy, że dziecięca gorliwość bywa naiwna, ale nigdy nie przestała traktować jej jako dowodu na bardzo poważne pragnienie. Skoro nie dane jej było umrzeć dla Boga, postanowiła żyć dla Niego całą sobą.
Strata, która pogłębiła jej relację z Bogiem
Gdy Teresa miała dwanaście lat, jej świat nagle się zatrzymał. Śmierć matki była doświadczeniem bolesnym i niezrozumiałym, szczególnie dla dziewczynki, która do tej pory znajdowała w niej ciepło, uwagę i poczucie bezpieczeństwa. To właśnie wtedy po raz pierwszy doświadczyła straty, która nie dawała się łatwo oswoić i na długo zapisała się w jej pamięci.
Dziewczyna zwróciła się do Maryi z dziecięcą prostotą i szczerością, prosząc, by odtąd to Ona była jej Matką. Nie była to decyzja wynikająca z teologicznych rozważań, lecz spontaniczny gest serca, potrzeba bliskości, opieki i poczucia, że nie jest sama. Ta relacja, oparta na zaufaniu stała się jednym z fundamentów jej duchowości i z czasem ukształtowała sposób, w jaki Teresa przeżywała swoją wiarę: jak relację dziecka z kimś naprawdę bliskim.
Klasztor daleki od ideału
W wieku dwudziestu lat wstąpiła do klasztoru karmelitanek w Ávili. Oczekiwała ciszy, skupienia i życia skoncentrowanego na modlitwie – bo przecież tak powinno wyglądać życie zakonne. Szybko jednak okazało się, że klasztorna codzienność daleka była od ideału. W tamtych czasach klasztor bywał miejscem intensywnego życia towarzyskiego, a rozmowy w rozmównicach potrafiły trwać dłużej, niż modlitwa w kaplicy. Wspólnoty zakonne funkcjonowały wówczas w dużym otwarciu na świat zewnętrzny, a pierwotna surowość reguły została znacznie złagodzona.
Teresa przez długi czas zmagała się z wewnętrznym rozdarciem. Pragnęła głębokiej relacji z Bogiem, ale jednocześnie nie potrafiła uwolnić się od rozproszeń i kompromisów. Ten stan niepokoju i niespełnienia towarzyszył jej przez wiele lat. To nie było takie klasztorne życie, jakie chciała przeżyć.
Chrystusowa mistyczka
Rok 1554 stał się momentem zwrotnym w jej życiu. Modląc się przed figurą ubiczowanego Chrystusa, Teresa doświadczyła głębokiego nawrócenia. Zrozumiała, że nie może dłużej żyć „jak dotąd” i że jej relacja z Bogiem wymaga konkretnej decyzji, a nie tylko dobrych intencji. To wtedy narodziło się w niej pragnienie całkowitej jedności z Bogiem. Jak sama później pisała, odkryła, że Ten, którego zraniła swoją letniością, wciąż ją kocha.
Z czasem zaczęła doświadczać intensywnych przeżyć mistycznych: głębokiego pokoju, wizji i ekstaz. Nie zawsze spotykała się z akceptacją, część osób podejrzewała ją o przesadę lub złudzenia a inni patrzyli na nią z nieufnością. Teresa sama powtarzała, że nie szuka nadzwyczajnych przeżyć i że znacznie bardziej zależy jej na wierności w codzienności niż na spektakularnych doświadczeniach. Nie uciekała od konfrontacji. Z pokorą poddawała swoje doświadczenia ocenie spowiedników i teologów, jednocześnie coraz wyraźniej dojrzewała w niej myśl o reformie Karmelu – powrocie do ciszy, ubóstwa i prostoty.
Odważna reformatorka
W 1562 roku założyła w Ávili pierwszy zreformowany klasztor pod wezwaniem św. Józefa. Był skromny, ubogi i radykalnie różny od dotychczasowych wspólnot. Reforma spotkała się z oporem, oskarżeniami i nieufnością, także ze strony ludzi Kościoła. Mimo towarzyszących jej chorób i zmęczenia podróżowała po całej Hiszpanii, zakładając kolejne klasztory, nie mając pewności, czy w kolejnym mieście spotka ją wsparcie czy sprzeciw. Była kobietą niezwykle konkretną, odważną i zdeterminowaną.
Podczas jednej z podróży poznała młodego karmelitę – Jana, późniejszego św. Jana od Krzyża. Dostrzegła w nim idealnego współpracownika do reformy męskiej gałęzi zakonu. Łączyła ich głęboka duchowa przyjaźń i wspólne pragnienie odnowy życia zakonnego. Gdy Jan został uwięziony przez przeciwników reformy i przez wiele miesięcy przetrzymywany w ciężkich warunkach, Teresa bardzo cierpiała. Nie straciła jednak wiary, że dzieło, które rozpoczęli, jest Boże i przetrwa. I nie pomyliła się.
Boża pisarka
Pod koniec życia nie tylko zakładała kolejne klasztory, ale także pisała swoje najważniejsze dzieła: Księgę życia, Twierdzę wewnętrzną i Drogę doskonałości. Łączyła w nich głębię mistyczną z realizmem i humorem. Uczyła, że modlitwa jest przyjacielską rozmową z Tym, o którym wiemy, że nas kocha. Jej duchowość była konkretna, dostępna i bardzo ludzka.
Teresa z Ávili zmarła 4 października 1582 roku w Alba de Tormes. Jej ostatnie słowa brzmiały: „W końcu, Panie, nadeszła chwila spotkania.” Jej życie nie było ani proste, ani wygodne, ale było spójne – od dziecięcych pragnień po ostatni oddech. W ten sposób spełniło się marzenie dziewczynki, która nigdy nie bała się trudnych pytań i z odwagą podejmowała decyzje, prowadzące jąku świętości.
Poznaj świętą Teresę z Ávili
Jeśli po tej opowieści masz poczucie, że chcesz poznać bliżej postać świętej Teresy – nie tylko jako tej z wielkich, teologicznych rozważań ale i zwyczajnie-niezwykłą kobietę z krwi i kości – podpowiadamy, jak to zrobić! Sięgnij po 52 tygodnie ze św. Teresą z Ávili i daj się poprowadzić przez jej myśli i doświadczenia. Spokojnie, tydzień po tygodniu, bez pośpiechu i zbędnego patosu. Poznaj historię dziewczyny z Ávili, która nie chciała żyć byle jak.
Stacja7.pl
***
fot. Jusepe de Ribera/ Museo Nacional del Prado/Wikipedia
***
Św. Teresa. Wielka Madre i jej twierdza wewnętrzna – jak zdobyć kolejny level
Twierdza wewnętrzna – powiedzielibyśmy dziś escape room lub ostatni level gry strategicznej. Tyle, że tu chodzi o prawdziwe życie. Na który poziom dotarła św. Teresa?
Mała dziewczynka, która chciała iść do Maurów, by otrzymać palmę męczeństwa, gdy dorosła, odkryła jak być niezwyciężoną wojowniczką. Nie wychodząc z domu czy murów klasztoru. I napisała, jak to zrobić. W trudnych czasach warto przypomnieć, jak wejść do twierdzy wewnętrznej, by uzyskać dar owocnego apostolatu.
„Twierdza wewnętrzna”. Dlaczego św. Teresa nadała taki tytuł najbardziej dojrzałemu utworowi, jaki napisała? – Jeśli ktoś był w jej rodzimej Avili, nie może mieć wątpliwości – wybór metafory był oczywisty – wychowała się i dorastała w średniowiecznych murach z osiemdziesięcioma ośmioma wieżami, w mieście, które się broniło i walczyło z Maurami, a gdy pewnego roku mężczyźni byli nieobecni, zostało obronione przez kobiety.
Na szczęście Teresę i jej brata, którzy uciekli, by zrealizować swoje pragnienie o męczeństwie, przyłapał wujek, który odstawił uciekinierów do domu. Dzieci dostały burę i już wówczas można było się zorientować, że ta mała ma nieprzeciętny charakter. A ponieważ bardzo chciała dostać się do nieba, gdy nie powiódł się jej plan męczeństwa, zbudowała w ogrodzie pustelnię i tam naśladowała pustelników i ascetów – projekt zewnętrznego działania w świecie zastąpiła modlitwą. I tak było w jej dorosłym życiu – wszystko, co robiła i czego dokonała, wypływało z modlitwy.
Samotne szukanie
Co było dalej, wiadomo z jej własnych wspomnień i licznych biografii. Gdy miała dwadzieścia jeden lat wstąpiła do Karmelu w rodzinnym mieście, gdzie przeżyła rozczarowanie – było tu zbyt światowo. Odczuła potrzebę reformy i powrotu do korzeni Zakonu, ale nim stała się reformatorką Karmelu, przeszła długą drogę duchowego dojrzewania. Była to przeważnie samotna wędrówka i mocowanie się z problemami. Choć miała i świętych spowiedników, takich jak św. Franciszek Borgiasz i św. Piotr z Alkantary, ale byli też całkiem przeciętni, (w sumie naliczono ich ponad dziewięćdziesięciu), więc często była pogrążona w mroku i niepewności.
Dobrze wiedziała, czym jest to samotne szukanie, dlatego zależało jej na przekazaniu swojego doświadczenia swym duchowym córkom oraz wszystkim, odczuwającym głód Boga.
Mapa drogowa dla spragnionych
Malarze przedstawiają św. Teresę z piórem w ręku, malują także nad jej głową gołębicę – symbol Ducha Świętego, bo wielka Madre była autorką najwybitniejszych dzieł chrześcijańskiej duchowości. Paradoksalnie, poza listami i poezją, wszystkie swe dzieła napisała z posłuszeństwa i z oporami. „Twierdzę wewnętrzną” napisała na polecenie prowincjała karmelitów o. Graciana i mimo trudności zakończyła pracę dość szybko, bo w pół roku. Znawcy jej dorobku twierdzą, że to najdojrzalsze jej dzieło teologiczne. I mapa drogowa dla spragnionych.
Jak zdobyć kolejne mieszkania twierdzy?
Porównuje w nim św. Teresa duszę, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, do twierdzy wykonanej w całości z jednego diamentu. A na jej dnie mieszka sam Bóg i celem jest dotarcie do Niego, po przejściu siedmiu mieszkań. Zaś bramą, przez którą wchodzi się do środka, jest modlitwa i rozważanie, modlitwa bez oglądania się na umiejętności i kunszt. Zaczyna się droga osobistego wysiłku, wytrwałości, odwagi i męstwa, „bo wielkie i niezliczone trudności czart stawia początkującemu”, przechodzenia od jednego do kolejnego mieszkania. Pierwsze trzy to okres, który w innym traktacie porównała do dokopywania się kilofem do źródła i czerpania wody ze studni. Głód i pragnienie Boga mają być bodźcem, aż dusza dojdzie do mieszkania czwartego, do momentu, w którym Bóg przejmuje inicjatywę. To etap, gdy człowiek unika zła, jest wierny modlitwie… i większość pobożnych chrześcijan na nim się zatrzymuje. Niesłusznie, gdyż trzeba mieć świadomość, że toczy się walkę i trzeba być gotowym ”stawić czoło wszystkiemu wojsku diabelskiemu i że do tej walki nie ma dzielniejszego oręża nad krzyż”.
I dalej, przez rany, pustynne oschłości i oczyszczenia, poczucie opuszczenia, ale też ekstazy i zachwyt dociera się do siódmego mieszkania, w którym przebywa Bóg, Oblubieniec i następuje zjednoczenie mistyczne duszy z Bogiem, określane jako mistyczne zaślubiny.
Czytelnik „Twierdzy” śledząc kolejne etapy wędrówki duszy, która ją unosi wyżej i wyżej, ale jest także schodzeniem w dół, do głębin, może dostać zawrotu głowy. Bo co powiedzieć po przeczytaniu takich słów: „Chociaż w opisie tej twierdzy mówiłam o siedmiu tylko mieszkaniach, każde z nich jednak składa się z wielu komnat na górze i na dole, i po bokach, z wdzięcznymi ogrodami, wodotryskami, klombami, gajami i takim mnóstwem wszelkiego rodzaju rzeczy rozkosznych, że na widok ich chciałybyście rozpłynąć się w uwielbieniach tego Boga wielkiego, który te cuda stworzył na wyobrażenie i podobieństwo swoje”.
Czy da się to zdobyć?
Pojawia się pytanie, a także powątpiewanie, czy to wszystko jest przeznaczone dla zwykłych śmiertelników, czy może dla ludzi z wyższej półki duchowości, mistyków i wizjonerów, skupionych za murami swoich klasztorów? A wielka Madre odpowiada kategorycznie, że ta droga jest dla wszystkich. „Bo nie w tym rzecz, wierzcie mi, czy ktoś nosi habit zakonny, czy nie, ale w tym jedynie, by usilnie ćwiczyć się w cnotach i całą istnością swoją oddać się Bogu i wszystek tryb życia swego do tego stosować, co i jak Pan zechce, i nie szukać spełnienia woli swojej, tylko spełnienia woli Bożej”.
Więc dalej w drogę, bo gdy już ktoś wyruszy, Bóg w pewnym momencie przejmie inicjatywę i będzie nosił na rękach. Madre określa modlitwę, jako „rozmowę przyjaciół, rodzinną zażyłość z Bogiem, z którym przestajemy w ukryciu, wiedząc, że jesteśmy przez Niego ukochani”.
Ona zdobyła siódme mieszkanie
Św. Teresa pewnego dnia dotarła do siódmego mieszkania. Co było dalej? Nie pozostawała w czterech ścianach by kontemplować swoje absolutne szczęście, bo małżeństwo ma owocować płodnym apostolatem. Została apostołem. To było trudne, była kobietą, w tamtych czasach kobietą. Nie była uczonym teologiem ani duchownym. „Lecz nie mając żadnej możności uczynieniu czegoś w służbie Bożej na chwałę Pana, gdyż jestem niewiastą i to jeszcze tak nędzną, tym gorętsze uczułam w sobie i dotąd czuję pragnienie, aby, skoro Bóg ma tylu nieprzyjaciół, a tak niewielu przyjaciół, ci niewielu przynajmniej, byli prawdziwymi Jego przyjaciółmi. Postanowiłam zatem uczynić choć to maluczko, co uczynić zdołam, to jest, wypełniać rady ewangeliczne jak najdoskonalej…” I modlić się za tych, którzy bronią Kościoła.
Reforma Karmelu
Św. Teresa stała się gorliwą orędowniczką modlitwy za Kościół, bo zrozumiała, że celem Karmelu ma być modlitwa w tych intencjach. A czasy były trudne, kolejne kraje po Reformacji zrywały z Kościołem. Żeby ten cel osiągnąć, trzeba było stworzyć warunki do takiej modlitwy. Przejechała Hiszpanię wzdłuż i wszerz, założyła siedemnaście klasztorów i zreformowała już istniejące, bo klasztory karmelitanek miały być miejscem modlitwy i pokuty, a wszelkie umartwienia i ofiary miały na celu, by Pan ochraniał swój Kościół. Pewnego dnia otrzymała nagrodę za gorliwość i posłuszeństwo wierze katolickiej – jeszcze za życia poznała swoje mistyczne imię, o którym czytamy w Apokalipsie św. Jana: „Zwycięzcy dam (…) kamyk biały, a na kamyku tym wypisane nowe imię, którego nikt nie zna, jak tylko ten, który je otrzymuje”. Jej imię to „Córka Kościoła”.
Córka Kościoła i doktor mistyczny. Uczy, że w każdych okolicznościach można zdobyć twierdzę i stać się opoką dla innych.
Gdy była nastolatką uwielbiała modnie się ubierać. Gdy dorosła wybrała bardzo surową drogę życiową, została zakonnicą i zreformowała zakon karmelitański. Święta Teresa z Avila – mistrzyni życia codziennego i duchowego. Przeczytajcie 5 skutecznych rad dla duszy!
1
Jest takie królestwo, którego Pan nie chce poddanych zaprzęgać do pracy wokół swoich spraw. Jedyną jego sprawą jest bowiem troska o ich szczęście. To królestwo jest w każdym z nas.
2
Taka jest dusza ludzka: silna i odważna, lecz zarazem słaba i bezbronna, gotowa mężnie stanąć do walki z najbardziej zaciekłym wrogiem, lecz często potykająca się o najmniejszy leżący na drodze kamień.
3
Mury duszy swoją solidną konstrukcją zdają się skrywać tajemnice wnętrza, lecz gdy przyjrzeć się im z bliska, są przezroczyste, miękkie i przenikliwe.
4
Bogactwa ludzkiej duszy, jej cnót i darów, nie da się przecenić, widać je w całej krasie, gdy rozświetla je światło promieniujące z wnętrza. Tak niewiele jednak potrzeba, żeby owe bogactwa przykryło grube czarne sukno ludzkich grzechów i ułomności, a wtedy światło – choć nadal z wnętrza duszy wypływa – już ich nie rozświetla; wtedy niszczeją i nie sprawiają radości ani mieszkańcom zamku, ani tym, którzy patrzą na niego z zewnątrz.
5
Najbliżej Boga, a więc i siebie samego, jest nie ten, kto ma wiele przeżyć zewnętrznych, lecz ten, kto oddala wszystko, co zewnętrzne, aby dać się przeniknąć światłu, które promieniuje z wnętrza jego własnego serca. Ten zaś, kto doświadczył pierwszych promieni tego światła, wie, że nie bije ono bezlitośnie po oczach, lecz rozprzestrzenia się cicho i delikatnie, jak poranna mgła, która kładzie się miękkim płaszczem na zaspanej ziemi, by obudzić ją swoją cudowną świeżością.
(fragment książki: Gdzie Mieszka Bóg? Wędrówka po zamku duszy ze św. Teresą od Jezusa, Dorota Krawczyk, Flos Carmeli 2017, Poznań)
***
fot. via: Pixabay – karan_kss_/ Wikipedia CC 3.0
***
Lęk człowieka skrzywdzonego jest jego więzieniem. Przebaczenie najtrudniejszą miłością
Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek doświadczyć poczucia skrzywdzenia? Czy zranił Cię ktoś dla kogo byłeś gotowy wiele zrobić? Zapewne tak… Każdemu z nas przychodzi żyć z mniejszą lub większą krzywdą, z negatywnymi uczuciami. Na dłuższą metę jest to jednak nie możliwe…
Krzywda jest… Niesprawiedliwością Pozbawieniem człowieka dóbr, do których ma prawo Bólem, od jej zadania aż do końca życia Cierpieniem Zranieniem
Uczucia towarzyszące skrzywdzeniu: Najczęściej pierwszym uczuciem jaki towarzyszy jest poczucie lęku i obawy. Lęk może przybrać dwie formy – obawy przed powrotem do przeszłości i obawa przez posądzeniem o niewdzięczność względem osób którym wiele zawdzięczają – szczególnie w przypadku krzywd doświadczonych w dzieciństwie od rodziców. Lęk ten jest najczęściej lękiem względem bliźnich.
Specyfika lęku. Lęk człowieka skrzywdzonego jest jego więzieniem. To forma iluzji jaką człowiek sobie stwarza, zamykając się w kręgu własnych spraw. Czasem nawet sam skrzywdzony sobie go nie uświadamia. Skutkiem jest postępujące odizolowywanie się, zamykanie się w sobie. W krańcowych przypadkach może doprowadzić nawet do samobójstwa.
Rozżalenie i gniew Najskuteczniejsza metoda postępowania z tymi uczuciami to przyzwolenie na ich przeżywanie tak, aby móc do nich podchodzić z zachowaniem wewnętrznej wolności. Często nie są adresowane do rzeczywistych krzywdzicieli ale do osób, które skrzywdzonego dotknęły choćby w sposób przypadkowy i niechcący.
Negatywne skutki doznanej krzywdy są uzależnione od tego, w jakich sposób krzywdzony sobie z nią poradzi. Możemy wyróżnić dwie możliwości 1. zepchnięcie do podświadomości co skutkuje zatruciem na pozostały okres życia, utrudnia budowanie dojrzałych relacji, łatwo staje się źródłem krzywdy względem innych – skrzywdzony wchodzi w rolę krzywdziciela 2. przepracowanie krzywdy z pragnieniem wyjścia z krzywdzenia. W takim kontekście krzywda może się okazać daną nam łaską, stając się miejscem szczególnej wrażliwości człowieka na danej płaszczyźnie
Jeżeli chcemy się uwolnić od tego co nas wewnętrznie niszczy, musimy przepracować w sobie to zranienie. Jedną z metod jest wzbudzenie pozytywnych uczuć do osoby przez którą zostaliśmy skrzywdzeni Uzdrowienie jest pewnego rodzaju odtruciem duszy z żalu, rozgoryczenia, zemsty i innych negatywnych emocji. Jak wiadomo, nie bez znaczenia w pracach różnego typu jest motywacja. W omawianej kwestii najlepszą motywacją jest miłość człowieka do człowieka. Ten kto potrafi kochać będzie też potrafił wiele zrozumieć, przyjąć i wybaczyć.
Przebaczenie ….jest wewnętrznym aktem, decyzją odpuszczenia krzywdzicielowi. Przebaczenie osobiste może się dokonać jak jeszcze nie możemy pojednać się z winowajcą. Przebaczenie jest możliwe zawsze.
Aby przebaczenie było pełne a poczucie krzywdy nie wracało do nas w najmniej oczekiwanych, powinno się ono dokonać w nas na trzech płaszczyznach Przebaczenie temu, kto nas skrzywdził Przebaczenie samemu sobie Przyjęcie, wyrażenie wewnętrznej zgody na przebaczenie. O ile kolejność drogi do przebaczenia może być różna, o tyle żaden z tych elementów nie jest zbędny.
Przebaczyć krzywdzicielowi z zasady najbardziej mogą zranić ci, na których nam najbardziej zależy. To osoby, które z natury zostają obdarzane największym zaufaniem, więc zawód, jaki może nas spotkać z ich strony najgłębiej wpisuje się w nasze doświadczenia.
Przebaczenie drugiemu to proces. Na jego początku należy rozpoznać i nazwać swoją krzywdę. Znaleźć to co dokładnie ją spowodowało i jakie uczucia temu towarzyszyły. Wskazane jest wypowiedzenie doznanej krzywdy przed kimś zaufanym a także spróbować zrozumieć drugą stronę. I co najważniejsze zadać sobie pytanie o wolę przebaczenia. Czasem przebaczenie może się odbyć z pobudki wręcz egoistycznej – gdy przebaczamy nie dlatego, ze ktoś zasługuje na przebaczenie ale dlatego, że nie chcemy cierpieć i ranić się na każde wspomnienie krzywdy.
Przebaczyć sobie traktowane jako wysiłek woli powrotu do utraconego w wyniku krzywdy poczucia szacunku do samego siebie. Tym samym wyeliminowanie autoagresji. Tylko podjęcie decyzji o przebaczeniu otwiera nam drogę do uleczenia zranienia
Przyjąć przebaczenie jest to świadoma decyzja woli osoby, aby otworzyć się na akt przebaczenia jaki kieruje do nas krzywdzący. To także praca nad niwelowaniem żyjących w pokrzywdzonym negatywnych emocji
Prawdziwą przeszkodą w drodze do przebaczenia jest duma. Z powodu dumy, z powodu urażonej ambicji, stale podsycamy płomień, który żywi się doznaną krzywdą, by przypominał, że nie możemy wybaczyć. A tymczasem kto cierpi i gromadzi w sobie coraz więcej emocjonalnej trucizny? To my faktycznie cierpimy za wszystko, co inni ludzie robią, nawet jeśli nas to nie dotyczy.
Uczymy się również cierpieć, by ukarać kogoś, kto nas obraził. Zachowujemy się jak małe dziecko, które ma napad złości, tylko dlatego że chce, aby ktoś się nim zainteresował.
Człowiek, który został skrzywdzony najprawdopodobniej na drodze do przebaczenia przejdzie przez poszczególne etapy: 1. wypieranie 2. gniew 3. targowanie się 4. smutek i depresja 5. akceptacja
Praca nad wyleczeniem z krzywdy dokonuje się na dwóch płaszczyznach: Duchowej Psychologicznej Jedna i druga stanowią elementy integralne osoby i nie mogą zostać rozdzielone. Z tym, ze płaszczyzna duchowa powinna pozostawać nadrzędna względem duchowej. Tym samym praca przeprowadzona tylko na jednej z nich nie zapewnia wyleczenia.
Aby mogło dojść do przebaczenia powinny zostać spełnione następujące warunki: Rezygnacja z zemsty Wgląd w siebie Potrzeba zrozumienia krzywdziciela Motywacja przebaczenia Przebaczenia ma być w imię czegoś wyższego niż ja sam. Może to być chociażby miłość, spokój, Bóg.
Należy jednak pamiętać, że pojęcie przebaczenia nie jest tożsame z pojednaniem… Przebaczenie Wystarczy jedna osoba, nie wymaga afirmacji winowajcy Przywraca stan sprzed rozłamu – przebaczyć, znaczy przywrócić komuś jego poprzednie miejsce Konieczny warunek prawdziwej jedności i zgody między ludźmi Pojednanie Konieczna jest dobra wola dwóch stron Daje szanse stworzenia nowej rzeczywistości – pełniejszej i bogatszej Występuje jako ewentualność po przebaczeniu Budowane na prawdzie, miłości i sprawiedliwości
Pojednanie Proces wymagający czasu i zaangażowana obu stron konfliktu Aby było pełne wymaga wzajemnego wyzbycia się uprzedzeń, urazów i niechęci emocjonalnej. Może się rozpocząć gdy krzywdziciel i skrzywdzony są na to gotowi Nie może być budowane na emocjach, niepokoju, zaniżonej poczuciu wartości, lęku o innych czy chorego poczucia winy
Przesłanki prawidłowego pojednania 1.Uznanie odpowiedzialności za krzywdę przez obie strony 2.Zbudowane na prawdzie i sprawiedliwości 3.Równowaga stron konfliktu 4.Udział każdej ze stron na miarę swoich możliwości z uwzględnieniem ponoszonej odpowiedzialności 5.Gotowość na kompromis 6.Szczera wola pojednania
Przebaczenie nie jest też zapomnieniem… Nie chodzi o to aby zapomnieć to jaką krzywdę nam ktoś wyrządził, ale przebaczenie jest aktem, decyzją będącą rezygnacją z prawa do żalu względem krzywdziciela.
Z racji, ze przebaczenie ma swoje konotacje z chrześcijaństwem, Kościół dla osób skrzywdzonych często jest ostoją w ich krzywdzie i miejscem ukojenia. Pomoc w przepracowywaniu krzywdy można znaleźć w kościele w formie: Sakramentu pokuty Eucharystii Uczestniczenia we wspólnotach religijnych Kierownictwa duchowego Rekolekcji
Dlaczego jednak przebaczenie jest dla człowieka tak istotne? O przebaczeniu nie jeden raz nauczał Jezus, nie jeden poeta się odwoływał do bólu i krzywdy jakiej doznał, powstało wiele książek i poradników jak sobie radzić z poczuciem krzywdy.
Negatywne skutki braku przebaczenia: 1.Blokada zdrowej komunikacji 2.Kontynuacja psychologicznego odczuwania bólu 3.Doszukiwanie się w zachowaniach innych czynników, które już raz nas zraniły i mogą tego dokonać po raz kolejny 4.Dodawanie negatywnego nastawienia do innych relacji 5.Narasta złośliwość, poczucie urazy i zgorzkniałość 6.Strata szacunku do samego siebie 7.Dewaluacja na poziome psychiki 8.Duchowa blokada na możliwość przyjęcia pomocy 9.Dusza człowieka ulega coraz to większemu skurczeniu
Dla równowagi konieczne jest przedstawienie zalet jakie płyną z przebaczenia Można je podzielić na grupy: 1. Korzyści natury fizyczne 2. Korzyści natury emocjonalnej
Korzyści natury fizycznej Zdenerwowanie podnosi ciśnienie a więc przebaczenia, niwelując zdenerwowania zmniejsza ryzyko zachorować na serce Zmniejszenie liczny czynników stresogennych mogących mieć odzwierciedlenie w późniejszej nerwicy.
Korzyści natury emocjonalnej Oczyszczenie umysłu Uzyskanie harmonii i spokoju Pozbycie się strachu i przygnębienia Radość życia Wolność wewnętrzna
Częstym błędem jakiego ludzie się dopuszczają jest próba wymazania doświadczonej krzywdy z pamięci. Takie postępowanie nie może rozwiązać problemu, gdyż jest to forma wybudowania muru pomiędzy przeszłością a przyszłością. Jest to klasyczne przykłamanie mechanizmu obronnego stosowanego w sytuacjach trudnych przez ludzką psychikę.
Innym zagrożeniem jest chęć szybkiego przejścia przez proces przebaczenia. Praca nad krzywdą nieuchronnie wiąże się ze wspomnieniami, które mogą powodować cierpienie. Dlatego tak ważna jest znajomość – szczególnie osób pomagających – poszczególnych etapów przebaczenia. Uzdrowienie duszy – analogicznie do leczenia ciała – wymaga czasu. Dodatkowo pomocy ludzkiej i boskiej. Przyspieszenie może powodować długotrwałe i nieodwracalne w skutkach kalectwo.
Przebaczenie w Biblii Swoisty wzór biblijnego przebaczenia został zawarty w modlitwie powszechnej – Ojcze nasz – (…) i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcą – odpuszczenie win tym, którzy w jakiś sposób zawinili przeciwko nam oraz wybaczenie przez Boga grzechów, które my popełniliśmy. W Kościele Katolickim przebaczenie grzechów dokonuje się w sakramencie pokuty, w którym wierni leczą swoją duszę ze zranień swoich niegodziwości. Bóg zwycięża w przebaczeniu, zwycięża Jego miłość przypieczętowana śmiercią Jezusa na krzyżu. To On jest dla nas najlepszym wzorem jak kochać i jak przebaczać swoim winowajcom nawet w najtrudniejszych momentach życia.
Przebaczenie charakteryzuje ludzi świętych. Jeżeli przebaczamy samy mamy w niej udział. Bóg pełen miłosierdzia chce przebaczać człowiekowi jego przewinienia. Uzależnione jest to jednak od tego czy człowiek chce przebaczać, bo jak jest napisane Bo jeśli odpuścicie ludziom ich przewinienia, odpuści i wam Ojciec wasz niebieski. A jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz nie odpuści wam przewinień waszych. MAT. 6,14-15
Pismo Święte i Tradycja to nierozdzielny depozyt wiary
„Depozyt” Słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i potrzeba strzec jego integralności – przypomniał Papież na audiencji ogólnej. W kolejnej katechezie o nauczaniu Soboru Watykańskiego II Leon XIV mówił o ścisłym związku między Pismem Świętym i Tradycją. Odwołał się przy tym do cytowanej przez Katechizm maksymy Ojców Kościoła: „Pismo Święte jest bardziej wypisane na sercu Kościoła niż na pergaminie”.
Papież kontynuował dziś refleksję nad soborową konstytucją o Objawieniu Bożym Dei Verbum. To w tym dokumencie Sobór wyjaśnił, na czym polega ścisła więź Pisma Świętego i Tradycji. Zaświadcza o tym również nauczanie samego Jezusa.
Duch Święty doprowadzi was do całej prawdy
Leon XIV przywołał dwie ewangeliczne sceny. Mowę pożegnalną w Wieczerniku zapowiadającą zesłanie Ducha Świętego, który wszystkiego apostołów nauczy i doprowadzi ich do całej prawdy; a także misyjne rozesłanie uczniów przez Zmartwychwstałego Pana, który nakazuje im nauczać wszystkie narody, aby zachowywały to, co Jezus przekazał apostołom. „W obu tych scenach widoczny jest ścisły związek między słowem, głoszonym przez Chrystusa, i tym, jak rozprzestrzeniało się ono przez wieki” – dodał Papież.
Biblia i Tradycja wypływają z tego samego źródła
Cytując Dei Verbum, Ojciec Święty przypomniał, że święta Tradycja i Pismo Święte ściśle łączą się z sobą i przenikają. Obydwa bowiem wypływają z tego samego Bożego źródła, zespalają się jakby w jedno i zmierzają do jednego celu (Dei Verbum, 9). Tradycja eklezjalna rozszerza się w ciągu dziejów poprzez Kościół, który strzeże Słowa Bożego, interpretuje je i urzeczywistnia.
Tradycja rozwija się w Kościele
Papież zauważył, że pochodząca od Apostołów Tradycja rozwija się w Kościele pod opieką Ducha Świętego poprzez dociekania wierzących, „a przede wszystkim poprzez nauczanie następców Apostołów, którzy otrzymali ‘niezawodny charyzmat prawdy’”. Leon XIV odwołał się do nauczania Grzegorza Wielkiego, który mówił, że Pismo Święte wzrasta wraz z tymi, którzy je czytają. Przytoczył też słowa św. Augustyna, który twierdził, że Słowo Boże jest jedno: to samo słowo rozbrzmiewa w Piśmie Świętym i jest głoszone przez wielu świętych.
Słowo Boże nie jest skamieliną
„Słowo Boże – mówił dalej Papież – nie jest zatem skamieliną, lecz jest rzeczywistością żywą i organiczną, która rozwija się i wzrasta w Tradycji. Tradycja natomiast, dzięki Duchowi Świętemu, pojmuje Słowo Boże w bogactwie jego prawdy i wciela je w zmieniających się współrzędnych dziejów”.
„Strzeż depozytu wiary”
Leon XIV odwołał się w tym miejscu do nauczania św. Johna Henry’ego Newmana o rozwoju doktryny chrześcijańskiej oraz do polecenia danego przez św. Pawła Tymoteuszowi, aby strzegł powierzonego mu depozytu wiary. Cytując soborowe nauczanie, Papież podkreślił, że Tradycja i Pismo Święte stanowią powierzony Kościołowi jeden depozyt Słowa Bożego, a jego wyjaśnianie zostało zlecone Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który działa w imieniu Jezusa Chrystusa.
Musimy strzec integralności depozytu wiary
„Również dzisiaj – powiedział na zakończenie Papież – ‘depozyt’ Słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i my wszyscy, pełniący różne posługi kościelne, musimy nadal strzec jego integralności, jako gwiazdy polarnej na naszej drodze w złożoności historii i egzystencji”. Odwołując się raz jeszcze do Dei Verbum Leon XIV podkreślił, że Biblia i Tradycja tak ściśle są ze sobą połączone, że jedno nie może istnieć bez drugiego.
Papież o rocznicy przywrócenia Ordynariatu Polowego w Polsce
Papież wezwał Polaków do wierności Słowu Bożemu i Tradycji Kościoła. To one mają być „busolą duszpasterstwa” – powiedział Ojciec Święty. Na audiencji ogólnej Leon XIV przypominał o 35. rocznicy przywrócenia w Polsce Ordynariatu Polowego.
Oto pełna treść papieskiego pozdrowienia do Polaków:
„Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich! W tych dniach mija trzydzieści pięć lat od przywrócenia w Polsce Ordynariatu Polowego, którego zadaniem jest kształtowanie sumień osób, oddanych służbie Bogu i Ojczyźnie. Niech wierność Słowu Bożemu i Tradycji Kościoła będzie busolą duszpasterstwa, szczególnie w sprawowaniu sakramentów w sytuacjach próby i niebezpieczeństwa. Wszystkim wam błogosławię!”
Papież potępia antysemityzm i apeluje o budowanie społeczeństwa opartego na poszanowaniu każdego człowieka
Na zakończenie dzisiejszej audiencji ogólnej Ojciec Święty nawiązał do obchodzonego wczoraj Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu i zaapelował o budowanie społeczeństwa w oparciu o wzajemny szacunek i dążenie do dobra wspólnego.
Wczoraj obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu – zagłady, która doprowadziła do śmierci milionów Żydów i wielu innych osób. W tym corocznym dniu bolesnego wspomnienia proszę Wszechmogącego o dar świata bez antysemityzmu, bez uprzedzeń, ucisku i prześladowań wobec jakiegokolwiek istoty ludzkiej. Ponawiam mój apel do wspólnoty narodów, aby zawsze czuwała, żeby koszmar ludobójstwa nigdy więcej nie uderzył w żaden naród i aby budowano społeczeństwo oparte na wzajemnym szacunku i dobru wspólnym.
Cały tekst papieskiej katechezy:
Drodzy Bracia i Siostry, dzień dobry i witajcie!
Kontynuując lekturę Konstytucji soborowej Dei Verbum o Objawieniu Bożym, rozważamy dzisiaj związek między Pismem Świętym a Tradycją. Jako tło mogą nam posłużyć dwie sceny ewangeliczne. W pierwszej, która rozgrywa się w Wieczerniku, Jezus w swojej ważnej mowie-testamencie, skierowanej do uczniów, stwierdza: „To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. […] Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 14, 25-26; 16, 13).
Druga scena prowadzi nas natomiast na wzgórza Galilei. Jezus zmartwychwstały ukazuje się uczniom, którzy są zaskoczeni i wątpiący, i daje im polecenie: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody […]. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). W obu tych scenach widoczny jest ścisły związek między słowem, głoszonym przez Chrystusa, i tym, jak rozprzestrzeniało się ono przez wieki.
Takie stanowisko potwierdza Sobór Watykański II, posługując się sugestywnym obrazem: „Święta Tradycja zatem i Pismo święte ściśle łączą się z sobą i przenikają. Obydwa bowiem wypływają z tego samego Bożego źródła, zespalają się jakby w jedno i zmierzają do jednego celu” (Dei Verbum, 9). Tradycja eklezjalna rozszerza się w ciągu dziejów poprzez Kościół, który strzeże Słowa Bożego, interpretuje je i urzeczywistnia. Katechizm Kościoła katolickiego (por. nr 113) odsyła w tej kwestii do maksymy Ojców Kościoła: „Pismo święte jest bardziej wypisane na sercu Kościoła niż na pergaminie”, to znaczy w tekście świętym.
W ślad za cytowanymi powyżej słowami Chrystusa, Sobór stwierdza, że „Tradycja ta pochodząca od Apostołów rozwija się w Kościele pod opieką Ducha Świętego” (DV, 8). Dzieje się to w pełnym zrozumieniu, dzięki „kontemplacji i dociekaniu wierzących”, poprzez doświadczenie wynikające z „głębokiego pojmowania przeżywanych rzeczywistości duchowych”, a przede wszystkim poprzez nauczanie następców Apostołów, którzy otrzymali „niezawodny charyzmat prawdy”. Podsumowując, „Kościół w swojej doktrynie, w życiu i kulcie przedłuża i przekazuje wszystkim pokoleniom wszystko, czym jest i w co wierzy” (tamże).
Znane jest w tym kontekście wyrażenie św. Grzegorza Wielkiego: „Pismo Święte wzrasta wraz z tymi, którzy je czytają”[1]. Już św. Augustyn stwierdził, że „jest jedno słowo Boże w całym Piśmie świętym rozbrzmiewające. Pamiętajcie, że przez usta wielu świętych głoszone jest jedno Słowo”[2]. Słowo Boże nie jest zatem skamieliną, lecz jest rzeczywistością żywą i organiczną, która rozwija się i wzrasta w Tradycji. Tradycja natomiast, dzięki Duchowi Świętemu, pojmuje Słowo Boże w bogactwie jego prawdy i wciela je w zmieniających się współrzędnych dziejów.
Sugestywne jest to, co w tym temacie proponował św. Doktor Kościoła John Henry Newman w swoim dziele, zatytułowanym O rozwoju doktryny chrześcijańskiej. Twierdził on, że chrześcijaństwo – zarówno jako doświadczenie wspólnotowe, jak i jako doktryna – jest rzeczywistością dynamiczną, zgodnie z tym, co sam Jezus wskazał w przypowieściach o ziarnie (por. Mk 4, 26-29): jest ono rzeczywistością żywą, rozwijającą się, dzięki wewnętrznej sile życiowej[3].
Św. Paweł Apostoł wielokrotnie napomina Tymoteusza, swojego ucznia i współpracownika: „Tymoteuszu, strzeż depozytu [wiary, który ci został powierzony]” (1 Tm 6, 20; por. 2 Tm 1, 12.14). Konstytucja dogmatyczna Dei Verbum powtarza ten tekst Pawła, stwierdzając: „Święta Tradycja i Pismo święte stanowią powierzony Kościołowi jeden depozyt słowa Bożego”; jego wyjaśnianie zostało zlecone „żywemu Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który autorytatywnie działa w imieniu Jezusa Chrystusa” (nr 10). „Depozyt” jest terminem, który w swoim źródłosłowie ma naturę prawną i nakłada na depozytariusza obowiązek zachowania treści, którą w tym przypadku jest wiara, oraz przekazania jej w stanie nienaruszonym.
Również dzisiaj „depozyt” słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i my wszyscy, pełniący różne posługi kościelne, musimy nadal strzec jego integralności, jako gwiazdy polarnej na naszej drodze w złożoności historii i egzystencji.
Na zakończenie, najdrożsi, posłuchajmy raz jeszcze Konstytucji Dei Verbum, która podkreśla wzajemne powiązanie Pisma Świętego i Tradycji, które „tak ściśle łączą się ze sobą i zespalają, że jedno bez pozostałych nie może istnieć, a wszystkie razem, każde na swój sposób, pod wpływem jednego Ducha Świętego, skutecznie przyczyniają się do zbawienia dusz” (nr 10).
[2]Enarrationes in Psalmos 103, IV, 1: Św. Augustyn, Objaśnienia Psalmów. Ps 103-123, Kazanie IV; tłum. Jan Sulowski, oprac. Emil Stanula, Warszawa 1986, s. 57.
[3] Por. John Henry Newman, Lo sviluppo della dottrina cristiana, Milano 2003, s. 104: Tenże, O rozwoju doktryny chrześcijańskiej, tłum. Jolanta W. Zielińska, Warszawa 1998, s. 84-85.
Rok 2026 na Jasnej Górze pod znakiem 70. rocznicy Jasnogórskich Ślubów Narodu
Programy pielgrzymek, sympozja, specjalne wydawnictwa i inicjatywy jak „Mobilizacja Kobiet” w modlitwie za Polskę czy „Święto Kobiet u Najpiękniejszej z Niewiast” 8 marca wpisywać się będą w rocznicowe obchody. Także tegoroczne czuwania nocne z 27. na 28. dzień każdego miesiąca będą przypomnieniem poszczególnych zobowiązań Polaków podjętych w ślubowaniu. Pierwsze z czuwań odbędzie się już dziś.
Podobnie, jak to było w ubiegłym roku, nocną modlitwę podejmować będą przedstawiciele różnych grup i wspólnot. Pierwsze czuwanie prowadzi dzisiaj Stowarzyszenie Rodzin Katolickich arch. częstochowskiej. Rozpocznie je Apel Jasnogórski, a zakończy Msza św. o północy.
Comiesięczne czuwania modlitewne inicjowane przez członkinie Instytutu Prymasa Wyszyńskiego kontynuowane są na Jasnej Górze nieprzerwanie od ponad 40 lat. Ten rok będzie czasem rozważań i aktualizacji preambuły ślubów oraz pierwszego przyrzeczenia, czyli wierności Bogu, Krzyżowi, Ewangelii, Kościołowi i jego Pasterzom – do maja, a od maja tematem będzie drugie przyrzeczenie – wierność łasce uświęcającej – zapowiada Beata Mackiewicz.
Przedstawicielka Instytutu Prymasa Wyszyńskiego wyraziła nadzieję, że Jasnogórskie Śluby Narodu staną się programem na co dzień w życiu indywidualnym, ale i społecznym przez ich rozważanie, ale przede wszystkim praktykę życia.
– Trzeba nam zacząć od nawrócenia swojego serca, żeby coraz bardziej przylgnąć do Boga, żeby być wiernym Mu na co dzień. A być wiernym Bogu, to zachowywać Jego przykazania. W obecnych czasach skupiamy się często na naszych bliskich, na innych ludziach, oceniamy wszystkich, a chyba przychodzi też czas, żeby pochylić się nad sobą, nad swoim życiem, i zacząć właśnie od siebie – powiedziała Mackiewicz.
Anna Rastawicka z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego przypomina, że jako największe zagrożenie kard. Wyszyński uznawał, już w latach 60-tych XX wieku, nie ateizm, ale obojętność wobec Boga. W „Pro memoria” pisał, że „największe niebezpieczeństwo świata to indyferentyzm, który jest sprzymierzeńcem milczenia o Bogu i materializm praktyczny. Wobec nich ateizm jest naszym sprzymierzeńcem, bo jeszcze mówi o Bogu”.
Przyrzeczenia, które kard. Stefan Wyszyński napisał w trakcie swojego uwięzienia w Prudniku i Komańczy, były nawiązaniem do ślubów złożonych we Lwowie przez króla Jana Kazimierza 300 lat wcześniej. Król Jan Kazimierz prosił wówczas Matkę Bożą o ratunek przed najazdem szwedzkim. Jasnogórskie Śluby Narodu z 1956 r. były ponownym uznaniem Maryi Królową Polski, tym razem przez naród. Prymas Wyszyński ułożył je jako program odnowy życia religijnego i moralnego Polaków ujęty w 9 punktów mówiących m.in. o konieczności troski o obronę życia, wierność małżeńską, godność kobiety, świętość rodziny, katolickie wychowanie dzieci, o walce z nienawiścią, przemocą i wyzyskiem, marnotrawstwem czy nieuczciwością.
Konferencję podczas pierwszego w tym roku, styczniowego czuwania, wygłosi Beata Mackiewicz w oparciu o m.in. kazanie bł. kard. Stefana Wyszyńskiego wygłoszone na Jasnej Górze 3 maja 1957 r., w którym mówił o narodowym ciężarze ślubowań.
Od 1981 r., a więc od śmierci kard. Wyszyńskiego, w nocy z 27. na 28. dnia każdego miesiąca na Jasnej Górze trwają nocne czuwania w intencji Prymasa Tysiąclecia, teraz z intencją o jego kanonizację. Noc modlitwy jest też sposobnością do błagania w łączności z Nim w sprawach Kościoła i Ojczyzny.
Leon XIV: jesteśmy wezwani do głoszenia Ewangelii wszystkim i wszędzie
„My, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami” – powiedział papież 25 stycznia w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”.
Ojciec Święty nawiązał do czytanego w III niedzielę zwykłą fragmentu Ewangelii o powołaniu pierwszych uczniów (Mt 4, 12-22). Zwrócił uwagę, że Pan Jezus rozpoczął swoją misję, gdy uwięziono Jana Chrzciciela. W tym kontekście przestrzegł przed przesadną roztropnością, zaznaczając, iż Ewangelia wymaga od nas ryzyka zaufania. „Bóg działa w każdym czasie i każda chwila jest dobra dla Pana, nawet jeśli nie czujemy się gotowi lub sytuacja nie wydaje się najlepsza” – zachęcił Leon XIV.
Papież zauważył, że Pan Jezus rozpoczął swoją misję publiczną od „Galilei pogan”, na obszarze wielokulturowym. Zatem Mesjasz pochodzi z Izraela, ale przekracza granice swojej ziemi. „Również my, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami” – stwierdził Ojciec Święty.
„Podobnie jak pierwsi uczniowie, jesteśmy wezwani do przyjęcia wezwania Pana, w radości wynikającej ze świadomości, że każda chwila i każde miejsce naszego życia są przez Niego nawiedzane i przepełnione Jego miłością. Prośmy Maryję Pannę, aby wybłagała nam tę wewnętrzną ufność i towarzyszyła nam w naszej wędrówce” – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy „Anioł Pański” i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.
Po odmówieniu modlitwy „Anioł Pański” i udzieleniu apostolskiego błogosławieństwa Ojciec Święty zachęcił do studiowania Słowa Bożego, zaapelował o ustanie wojny na Ukrainie a także otoczenie troską osoby chore na trąd. Pozdrowił również dzieci i młodzież z Włoskiej Akcji Katolickiej Dzieci, uczestnicach w „Karawanie Pokoju”, zachęcając do modlitwy o pokój we wszystkich krajach ogarniętych konfliktami zbrojnymi.
Oto słowa Ojca Świętego w tłumaczeniu na język polski:
Drodzy Bracia i Siostry!
Dzisiejsza niedziela – trzecia w Okresie Zwykłym – jest Niedzielą Słowa Bożego. Papież Franciszek ustanowił ją siedem lat temu, aby w całym Kościele promować znajomość Pisma Świętego oraz zwrócić uwagę na Słowo Boże w liturgii i życiu wspólnot. Wyrażam wdzięczność i zachęcam wszystkich, którzy z wiarą i miłością angażują się w realizację tego priorytetowego celu.
Również w ostatnich dniach Ukraina jest dotknięta ciągłymi atakami, które narażają całe grupy ludności na chłód zimy. Z bólem śledzę rozwój wydarzeń, jestem blisko i modlę się za tych, którzy cierpią. Przedłużanie działań wojennych, skutkujące coraz poważniejszymi konsekwencjami dla ludności cywilnej, pogłębia podziały między narodami i oddala sprawiedliwy oraz trwały pokój. Apeluję do wszystkich, aby jeszcze bardziej zintensyfikowali wysiłki, by położyć kres tej wojnie.
Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Chorych na Trąd. Wyrażam moją bliskość wobec wszystkich osób dotkniętych tą chorobą. Zapewniam o wsparciu dla Associazione Italiana Amici di Raoul Follereau [Włoskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Raoula Follereau] oraz tych wszystkich, którzy opiekują się chorymi na trąd, angażując się w ochronę ich godności.
Moje pozdrowienie kieruję do was wszystkich – wiernych z Rzymu oraz pielgrzymów z różnych krajów! W szczególności pozdrawiam chór parafialny z Rakowskiego w Bułgarii, grupę Quinceañeras de Panamá, uczniów Instytutu Zurbarán z Badajoz w Hiszpanii; a także młodzież przygotowującą się do bierzmowania z parafii San Marco Vecchio we Florencji, społeczność szkolną Zespołu Szkół Erodoto z Corigliano-Rossano oraz Stowarzyszenie Wolontariatu Cuori Aperti z Lecce.
Serdecznie pozdrawiam chłopców i dziewczęta z Akcji Katolickiej w Rzymie – wraz z rodzicami, wychowawcami i kapłanami – którzy stworzyli Karawanę Pokoju. Dziękuję wam, drogie dzieci i droga młodzieży, ponieważ pomagacie nam – dorosłym, patrzeć na świat z innej perspektywy – perspektywy współpracy między różnymi osobami i narodami. Dziękuję! Bądźcie budowniczymi pokoju w domu, w szkole, w sporcie – wszędzie. Nigdy nie uciekajcie się do przemocy – ani poprzez słowa, ani poprzez czyny. Nigdy! Zło zwycięża się tylko za pomocą dobra.
Wraz z tymi młodymi ludźmi módlmy się o pokój: na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie i we wszystkich regionach, gdzie, niestety, toczy się wojna w imię interesów, które nie są zbieżne z interesami narodów. Pokój buduje się w poszanowaniu narodów!
Dzisiaj kończy się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Zgodnie z tradycją, po południu, w Bazylice Świętego Pawła za Murami, będę celebrował nieszpory wraz z przedstawicielami innych wyznań chrześcijańskich. Dziękuję wszystkim, którzy wezmą w nich udział, również za pośrednictwem mediów, i życzę wszystkim dobrej niedzieli.
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
Po przyjęciu chrztu Jezus rozpoczyna swoją działalność przepowiadania i powołuje pierwszych uczniów: Szymona – zwanego Piotrem – Andrzeja, Jakuba i Jana (por. Mt 4, 12-22). Przyglądając się bliżej tej scenie z dzisiejszego Ewangelii, możemy zadać sobie dwa pytania: jedno dotyczące czasu, w którym Jezus rozpoczyna swoją misję, a drugie dotyczące miejsca, które wybiera, aby nauczać i powołać Apostołów. Zadajmy sobie pytanie: kiedy rozpoczyna? gdzie zaczyna?
Przede wszystkim Ewangelista mówi nam, że Jezus rozpoczął swoją działalność przepowiadania, „gdy posłyszał, że Jan został uwięziony” (w. 12). Dzieje się to więc w momencie, który nie wydaje się najlepszy: Jan Chrzciciel został właśnie aresztowany, dlatego przywódcy ludu nie są zbyt skłonni do przyjęcia nowości Mesjasza. Chodzi o czas, który sugerowałby roztropność, a jednak właśnie w tej mrocznej sytuacji Jezus zaczyna nieść światło Dobrej Nowiny: „Bliskie jest królestwo niebieskie” (w. 17).
Również w naszym życiu osobistym i eklezjalnym, czasami z powodu wewnętrznych oporów lub okoliczności, które nie uważamy za sprzyjające, myślimy, że nie jest to odpowiedni moment, aby głosić Ewangelię, podjąć decyzję, dokonać wyboru, zmienić sytuację. Ryzykiem jest jednak pozostanie w niezdecydowaniu lub uwięzieniu w nadmiernej roztropności, podczas gdy Ewangelia wymaga od nas ryzyka zaufania: Bóg działa w każdym czasie i każda chwila jest dobra dla Pana, nawet jeśli nie czujemy się gotowi lub sytuacja nie wydaje się najlepsza.
Relacja ewangeliczna pokazuje nam również miejsce, w którym Jezus rozpoczyna swoją publiczną misję: „Opuścił [On] jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum” (w. 13). Pozostaje jednak w Galilei, na terytorium zamieszkanym głównie przez pogan, które ze względu na handel jest również ziemią tranzytu i spotkań; moglibyśmy powiedzieć, że jest to terytorium wielokulturowe, które przemierzają ludzie o różnym pochodzeniu i przynależności religijnej. W ten sposób Ewangelia przekazuje nam, że Mesjasz pochodzi z Izraela, ale przekracza granice swojej ziemi, aby głosić Boga, który staje się bliski wszystkim, który nikogo nie wyklucza, który nie przyszedł tylko dla tego, kto jest bez zmazy, ale wręcz przeciwnie – wchodzi w relacje międzyludzkie i sytuacje życiowe. Również my, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami.
Bracia i siostry, podobnie jak pierwsi uczniowie, jesteśmy wezwani do przyjęcia wezwania Pana, w radości wynikającej ze świadomości, że każda chwila i każde miejsce naszego życia są przez Niego nawiedzane i przepełnione Jego miłością. Prośmy Maryję Pannę, aby wybłagała nam tę wewnętrzną ufność i towarzyszyła nam w naszej wędrówce.
Kai/Gość Niedzielny
***
Bp Marian Eleganti: Nie ma zbawienia poza Kościołem. Dlaczego o tym zapominamy?
(fot. YouTube/Marian Eleganti)
***
Relatywizacja roli Jezusa Chrystusa jest niezwykle rozpowszechnionym i zarazem głęboko niepokojącym zjawiskiem w Kościele katolickim, uważa biskup Marian Eleganti.
Szwajcarski duchowny przypomniał znaczenie zasady „extra ecclesiam nulla salus”, czyli „nie ma zbawienia poza Kościołem”. Tej sprawie poświęcił artykuł na łamach portalu LifeSiteNews.
Były biskup pomocniczy diecezji Chur zaznaczył, że Bóg może zbawić również tych, którzy bez własnej winy nie należą do Kościoła, ale to może się stać w sposób znany tylko Jemu. To nie relatywizuje jednak absolutnej konieczności pośrednictwa Jezusa Chrystusa oraz zasadniczych narzędzi zbawienia – Kościoła i chrztu, podkreślił. Jak przypomniał, nie ma innego imienia, w którym ludzie mogliby być zbawieni, jak tylko Jezusa Chrystusa.
Pan Bóg chce zbawić wszystkich ludzi, ale to Boże pragnienie jest związane z misją Kościoła. Kościół jest „Matką i Nauczycielką” narodów („Mater et Magistra”). „Strzeże objawienia danego przez Boga w czasie i niesie je w niezmienionej postaci wszystkim ludziom. Jego sakramenty są nadprzyrodzonym źródłem życia, z którego każdy człowiek zostanie uzdrowiony” – wyjaśniał hierarcha.
Jak wskazał duchowny, kluczowym elementem funkcjonowania Kościoła pozostaje kapłaństwo, ściśle związane z Eucharystią. „Bez kapłana nie będzie Kościoła. Tam, gdzie on znika lub jest marginalizowany, Kościół znajduje się w fazie schyłkowej. Jest to związane z centralnym miejscem Najświętszej Eucharystii, która nie istnieje bez kapłana”, pisał bp Marian Eleganti.
Biskup podkreślił, że ta doktryna jest dziś relatywizowana w ramach synodalności. Tymczasem Prawda nie może podlegać zmianom:
„Jezus Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem. Jest ten sam wczoraj, dziś i jutro. W tym sensie nie może być żadnej zmiany paradygmatu w Kościele, który zna Oblubieńca, żadnego nowego nauczania, żadnego oświecenia, które przewyższałoby lub przyćmiewało wszelką dotychczasową wiedzę. Nie ma żadnych rewolucyjnych spostrzeżeń w tym względzie, które wciąż czekają na realizację lub są niedawne. Nie ma też nowego, odmiennego Kościoła w sensie: Stare przeminęło, nowe nastało: synodalność!” – napisał bp Marian Eleganti.
„Nie znamy dziś Jezusa lepiej niż wierzący przed nami. Nie mamy głębszego wglądu w prawdę nadprzyrodzoną niż święci dawnych czasów, czy Kościół apostołów. Postęp technologiczny nie wyniósł nas na wyższy poziom moralny. […] To nie wiara Kościoła wymaga rewizji. To my jej wymagamy” – podkreślił.
„Właśnie tego chciał II Sobór Watykański: naszego powszechnego powołania do świętości” – zakończył artykuł hierarcha.
PCh24.pl/źródło: LifeSiteNews.com/Pach
*** Atak na ks. prof. Waldemara Chrostowskiego: pusta narracja przeciwko faktom i uczciwości
(fot. Jacek Lagowski / Forum)
***
Ks. prof. Waldemar Chrostowski to wybitny specjalista w dziedzinie biblistyki i judaizmu. Korzystając z eksperckiej wiedzy duchowny od lat rzuca światło na problemy „dialogu” z Żydami w polskim Kościele. Ostatnio karmiący wiernych rzetelną nauką pasterz padł ofiarą ostrego ataku. Wedle zarzutów odważny kapłan podważa nauczanie Kościoła. Uwagi te pod jego adresem kierują przedstawiciele narracji o „trwaniu Starego Przymierza”. W odróżnieniu od księdza prof. Chrostowskiego – choć głośno krzyczą o wierności doktrynie – oferują oderwaną od depozytu wiary narrację, której treść wydaje się wewnętrznie niespójna. O judaizmie wszyscy mamy mówić tak jak oni, choć merytorycznej polemiki odmawiają. Dla adwersarzy mają tylko zarzuty, oburzenie i półprawdę.
„Lęk przed zarzutem antysemityzmu dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek”, mówił w niedawnym wywiadzie z Katolicką Agencją Informacyjną ks. prof. Waldemar Chrostowski. Trafił chyba w sedno. Tuż po publikacji rozmowy z zasłużonym duchownym entuzjaści „dialogu z judaizmem” zagrzmieli. Sięgnęli po najcięższe oskarżenia – twierdząc, że poglądy księdza Chrostowskiego to prywatna opinia, odległa od sedna katolickiej wiary.
Co tak nieprawowiernego ma do powiedzenia ks. Chrostowski? „Samo zło” – bo… garść faktów o tym, jaką religią jest judaizm rabiniczny. W wywiadzie opublikowanym w okolicach jego 75. urodzin biblista po raz kolejny unaoczniał, że nie przypomina on religii mojżeszowej. Talmudyczne wyznanie różni się od niej kilkoma właściwościami.
Półprawdy zwolenników dialogu
„Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa”, zaznaczał duchowny.
„Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskie”, zwracał uwagę kapłan.
„W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat dialogu zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców”, dodawał.
„Wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji”, kwitował ekspert.
Przy innych okazjach ks. prof. Chrostowski przypominał entuzjastom dialogu z judaizmem i inne ważne fakty. Wśród nich to, że Stary Testament to dla chrześcijan również księgi deuterokanoniczne, które nie są ujęte w Biblii Hebrajskiej. Kapłan zaznaczał także, że judaizm od początku istnienia Kościoła prześladował go oraz, że Stary Testament przekazali nam nie Żydzi rabiniczni, ale Żydzi, którzy przyjęli Zbawiciela, stając się chrześcijanami.
W wywiadzie udzielonym KAI ks. prof. Chrostowski wyjaśnił także, że u początków „dialogu z judaizmem” w polskim Kościele był on jego zwolennikiem. W latach, gdy radzie episkopatu ds. dialogu z Żydami przewodził abp Stanisław Gądecki, zdaniem księdza profesora, nie można było jej wiele zarzucić.
„Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład oparty na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego”, uważa ekspert.
Poważne zarzuty i poważne manipulacje
Przekonania wyrażone przez wybitnego biblistę agresywnie zaatakował ks. prof. Andrzej Perzyński. Duchowny opublikował pełen oburzenia tekst, w którym poglądy adwersarza przedstawił jako sprzeczne z „oficjalnym” nauczaniem Kościoła o „trwałości Przymierza”… Próby uczciwej rozmowy o rzeczywistości judaizmu nie podjął. Zamiast tego przedstawił poważne zarzuty, ciskane z pozycji wyższości.
„Współczesna biblistyka katolicka, reprezentowana przez dokument Papieskiej Komisji Biblijnej (PKB) z 2001 roku (z przedmową kard. J. Ratzingera), Naród żydowski i jego Święte Pisma w Biblii chrześcijańskiej kreśli zupełnie inny obraz historyczny niż ten przedstawiony w wywiadzie. Zarówno chrześcijaństwo, jak i judaizm rabiniczny to dwa nurty, które wyrosły z tego samego pnia po katastrofie zburzenia Drugiej Świątyni w 70 roku. To nie reakcja nienawiści, lecz dwie drogi interpretacji wspólnego dziedzictwa. Sugerowanie, że cała tradycja Talmudu jest jedynie anty-Ewangelią, to nie tylko ryzykowne uproszczenie historyczne, ale przede wszystkim próba powrotu do zarzuconej przez Kościół teologii zastąpienia (supersesjonizmu)”, pisał ks. prof. Perzyński.
W słowach tych widać poważne braki w rozumieniu uwag ks. prof. Chrostowskiego. Biblista nie stwierdził bowiem, jakoby „cała tradycja Talmudu” sprowadzała się do „anty-Ewangelii”. To już sobie ks. Perzyński dopowiedział. Jest jednak faktem, że Talmud zawiera antychrześcijańskie fragmenty. Choćby i święty biskup Józef Sebastian Pelczar zwracał na nie uwagę… Zamiast się z tą prawdą zmierzyć, obrońca dialogu z judaizmem zaatakował osoby jej świadome. Osobliwa strategia dyskusyjna.
Dalej obrońca dialogu pokusił się o niepokojące stwierdzenie:
„Ksiądz Profesor buduje narrację, według której judaizm rabiniczny nie jest kontynuacją biblijnego Izraela, lecz jedynie reakcją przeciw Chrystusowi, powstałą w opozycji do rodzącego się Kościoła. W tej wizji współczesna wiara żydowska jawi się jako twór wtórny, niemalże pomyłka historii zbawienia, naznaczona ogromnym potencjałem antychrześcijańskości”, pisał ks. prof. Perzyński.
A przecież jasne jest chyba dla każdego prawowiernego chrześcijanina, że istnienie jakiegokolwiek innego wyznania w świetle historii zbawienia jest pomyłką. I to nieszczęsną. Szereg dokumentów Kościoła – również Soboru Watykańskiego II, jak i późniejszych, przypomina, że człowiek ma moralny obowiązek przyjąć prawdziwą religię. W „Dominus Iesus” czytamy, że istnienia innych wyznań „de iure” nie wolno usprawiedliwiać. Choćby doceniać niechrześcijan za pewne elementy kulturowe obecne wśród nich – nie pozwala to na pochwałę samych ich przekonań religijnych. Inaczej Urząd Nauczycielski nigdy nie wykładał. Robili tak tylko samowolnie w ryzykownych pracach teologowie pokroju Karla Rahnera.
O „pomyłce”, jaką było odrzucenie Mesjasza przez część narodu Żydowskiego, wyraźnie świadczą wystąpienia św. Piotra, czy Szczepana zapisane w Dziejach Apostolskich. Dla kogo zaś tajemnicą jest, że judaizm rabiniczny ukształtował się wśród tych Żydów, którzy Mesjasza nie przyjęli?
Odpowiedzi na tak poważne trudności ks. prof. Perzyński w ogóle nie zechciał szukać. Wrogi wobec próby uczciwej refleksji ks. Chrostowskiego sięgnął po okrągłe hasła, przeoczając ukryte w nich problemy– jednocześnie pewien swojej racji. Gdyby tylko tyle… próbę polemiki z góry osądził jaką niewierną kościelnemu Magisterium.
„Przypomnijmy przełomowe słowa z Moguncji (1980), gdzie papież nazwał Żydów Ludem Bożym Starego Przymierza, które nigdy nie zostało przez Boga odwołane. Jeśli Przymierze trwa, to dzisiejszy judaizm nie może być redukowany do reaktywnego filtra. Jest on żywą, autonomiczną odpowiedzią na Boże wezwanie, co potwierdza Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 839), jasno odróżniając wiarę żydowską od religii pogańskich: «w odróżnieniu od innych religii niechrześcijańskich wiara żydowska jest już odpowiedzią na Objawienie Boże w Starym Przymierzu”, ocenił.
Tymczasem sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ustępy 839 i 840 katechizmu Kościoła Katolickiego, same na już na to wskazują. Przyjrzymy się ich pełnemu brzmieniu.
„Stosunek Kościoła do narodu żydowskiego. Kościół, Lud Boży Nowego Przymierza, zgłębiając swoją tajemnicę, odkrywa swoją więź z narodem żydowskim, do którego przodków Pan Bóg przemawiał. W odróżnieniu od innych religii niechrześcijańskich wiara żydowska jest już odpowiedzią na Objawienie Boże w Starym Przymierzu. To do narodu żydowskiego należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała (Rz 9,4-5), ponieważ dary łaski i wezwania Boże są nieodwołalne (Rz 11,29)”.
Katechizm mówi o Objawieniu Bożym w „Starym Przymierzu”, na które judaizm stanowi próbę odpowiedzi. To fakt, Bóg w sposób niepełny w Starym Zakonie się objawił – w odróżnieniu od kultów politeistycznych, w których brak i takich poszlak. Nie oznacza to jednak z konieczności, że odpowiedź współczesnego judaizmu na Stary Testament jest właściwa, czy godna pochwały.
Wątpliwości rozwiewa właśnie nauczanie Apostoła pogan z Listu do Rzymian. Ks. prof. Perzyński sam odniósł się do tego tekstu – w sposób do bólu wybiórczy. Św. Paweł jasno wskazał bowiem, że odwrócenie Izraelitów od Mesjasza pozbawia ich obiecanych dóbr. Wyraził jednocześnie niezachwianą pewność, że gdy wszyscy poganie się nawrócą – do Kościoła przez wiarę w Chrystusa przystąpią i Żydzi.
„Izrael nie osiągnął tego, czego skwapliwie szukał; osiągnęli jednak wybrani. Inni zaś pogrążyli się w zatwardziałości”, czytamy u świętego męczennika. „ Czy aż tak się potknęli, że całkiem upadli? Żadną miarą! Ale przez ich przestępstwo zbawienie przypadło w udziale poganom, by ich pobudzić do współzawodnictwa. Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości!”, kontynuował Apostoł Narodów. „A i oni [jego rodacy- red.], jeżeli nie będą trwać w niewierze, zostaną wszczepieni. Bo Bóg ma moc wszczepić ich ponownie”, kwitował.
Św. Paweł pisał o „ponownym wszczepieniu” Izraelitów, jeśli nie będą trwać w odrzuceniu Chrystusa. Jakiej manipulacji tym fragmentem Pisma Świętego trzeba, by nie widzieć w nim wezwania do przyjęcia chrześcijaństwa przez Żydów? Podtytuły tych akapitów w Biblii Tysiąclecia to: „Odrzucenie Izraela jest częściowe i czasowe” oraz „Całkowite nawrócenie Izraela”. Entuzjaści dialogu przywołują je dla obrony sądu, że Izrael nigdy nie został odrzucony oraz nawrócenia nie wymaga. To zatrważający absurd. Niestety – wzbudza on konieczne pytanie o intelektualną uczciwość osób głoszących podobne wizje.
O „dramacie” nieuznania Zbawiciela przez Żydów mówi również w dalszych ustępach katechizm:
„Ponadto, gdy rozważa się przyszłość, lud Boży Starego Przymierza i nowy Lud Boży dążą do analogicznych celów: oczekują przyjścia (lub powrotu) Mesjasza. Oczekiwanie jednak z jednej strony dotyczy powrotu Mesjasza, który umarł i zmartwychwstał, został uznany za Pana i Syna Bożego, a z drugiej – przyjścia Mesjasza, którego rysy pozostają ukryte, na końcu czasów; oczekiwanie to jest złączone z dramatem niewiedzy lub nieuznawania Chrystusa Jezusa”.
„Gdzieś mamy depozyt wiary. Dla nas prawdę ustalają komisje”!
Wbrew pełnym wyższości słowom ks. prof. Perzyńskiego, mnóstwo wątpliwości można wysunąć co do „oficjalnego” i niewątpliwego” charakteru nauki o trwaniu Starego Przymierza. W jasny sposób doktryny takiej Kościół nie ogłosił nigdy. Zdaniem duchownego sprawę trzeba uznać za rozstrzygniętą ze względu na kilka przemówień papieskich i dwa dokumenty watykańskich komisji. Bądźmy szczerzy: to źródła wyjątkowo wątłe, jeśli chodzi o magisterialny autorytet. Nie mają ani charakteru nieomylnego, ani ostatecznego. Tymczasem wizja obowiązującego wciąż Starego Zakonu stoi w jasnej sprzeczności z nauczaniem doniosłej rangi.
Przez XX wieków papieże, ojcowie i doktorzy Kościoła zgodnie uczyli, że Stare Przymierze wypełniło się w Chrystusie. Nie trwa nie dlatego, że Bóg je anulował – ale dlatego, że zawarta w nim obietnica spełniła się w ustanowieniu nowego, wiecznego testamentu. Co do tej prawdy nie było jakiejkolwiek dwuznaczności ani dozwolonej różnicy zdań w Kościele. Czy nauczanie zwyczajne „w które wszyscy, zawsze i wszędzie wierzyli” – obecne w dokumentach soborowych, wywodzone przez świętych w egzegezie Pisma Świętego, może podlegać zmianie? Ryzykowna opinia.
„Kościół święty (…) mocno wierzy, wyznaje i naucza, że przepisy prawne Starego Testamentu czy prawa Mojżesza, dzielące się na obrzędy, święte ofiary i sakramenty, ponieważ zostały ustanowione w celu wskazania na kogoś w przyszłości, chociaż były właściwe dla kultu Bożego tamtego okresu, ustały z przyjściem Pana naszego Jezusa Chrystusa, na którego wskazywały, i zaczęły się sakramenty Nowego Testamentu. Ktokolwiek po Męce pokłada nadzieję w przepisach prawa i poddaje się im jako koniecznym do zbawienia, jak gdyby wiara w Chrystusa nie mogła bez nich zbawiać, grzeszy śmiertelnie. Jednakże [Kościół] nie zaprzecza, że od męki Chrystusa aż do ogłoszenia Ewangelii można było ich przestrzegać, byleby nie uważać ich za konieczne do zbawienia. Lecz twierdzi, że po ogłoszeniu Ewangelii nie można tego czynić pod groźbą utraty zbawienia wiecznego. Ogłasza, że po tym czasie wszyscy praktykujący obrzezanie, szabat i pozostałe przepisy prawa są obcy dla wiary Chrystusa i nie mogą być uczestnikami zbawienia wiecznego, o ile kiedyś nie odwrócą się od tych błędów. Wszystkim więc, którzy chlubią się imieniem chrześcijan, nakazuje pełne zaprzestanie obrzezania, w każdym czasie, przed i po przyjęciu chrztu, ponieważ – czy ktoś pokłada w nim nadzieję, czy nie – nie może go dalej zachowywać bez utraty zbawienia wiecznego”, czytamy w bulli ojców soboru Florenckiego „Cantate Domino”.
Z kolei papież Pius XII w encyklice „Mystici Corporis Christi” uczył: „Nasamprzód bowiem przez śmierć Odkupiciela przestał istnieć Stary Zakon, a na jego miejscu Nowy Zakon powstaje. Wtedy to Krwią Chrystusową poświęcony został dla całego świata Zakon Chrystusowy ze swoimi tajemnicami, ustawami, obrzędami i ustanowieniami. Podczas gdy Boski Zbawiciel głosił słowo Boże w ciasnych granicach jednego kraju – posłany był bowiem tylko do owiec Izraela, które były zginęły – (Mt 15, 24) – wtedy żyły obok siebie Stary Zakon i Ewangelia, lecz na drzewie krzyża swego Pan Jezus zniósł Stary Zakon przykazań i przepisów (Ef 2, 15), przybił do krzyża cyrograf Starego Zakonu (Kolos 2, 14), ustanawiając we Krwi swojej, przelanej za cały rodzaj ludzki, Nowy Zakon (Mt 26, 28)”.
Św. Tomasz z Akwinu w „Summie Teologii” jednoznacznie wskazywał, że to chrześcijaństwo jest realizacją Starego Testamentu, a próba trwania w nim dzisiaj jest zakazana. Mesjasz już bowiem przyszedł.
Nie tylko przyszedł – ale sam odmówił duchowego związku z Abrahamem tych Żydów, którzy Go nie przyjęli. Chrystus powiedział elicie Izraela, że nie Abrahama, ale diabła ma za Ojca oraz, że dziedziców obietnicy Bóg może wzbudzić choćby z głazów Ziemi świętej. Czy Pismo Święte też stoi już w sprzeczności z „oficjalnym nauczaniem”, księże profesorze?
Soborowa deklaracja „Nostra Aetate” – wbrew fałszywej i bezpodstawnej interpretacji– nie odnosi się do kwestii aktualności Starego Przymierza. W żaden wyraźny sposób nie ogłasza odwołania dotychczasowej nauki o jego wypełnieniu. Nie deklaruje wprost trwania Starego Przymierza w judaizmie. Rozumieją ją tak jedynie zwolennicy pro-judaistycznej narracji. To jednak ich własne odczytanie niektórych niejednoznacznych zapisów dokumentu.
Pustą narracją w uczciwą polemikę
Przekonania głoszone przez ks. prof. Perzyńskiego mają jednak nie tylko tę słabość, że stają w radykalnej sprzeczności z utrwalonym chrześcijańskim nauczaniem. Wydaje się, że ich sens jest w ogóle niejasny – i, że mimo żarliwej retoryki, trudno powiedzieć, jak sami zwolennicy dialogu z judaizmem je rozumieją.
Wedle nauczania Kościoła Stary Testament był z natury „czasowy” i miał obowiązywać do przyjścia Chrystusa. To Mesjasz był obietnicą daną narodowi wybranemu. Oczywiście, że Bóg Przymierza nie odwołał. Dopełnił go. Naukę tę wyrażamy, nazywając Mojżeszowe Przymierze „figuratywnym”. Czerpało ono swoją wartość ze wskazania na Chrystusa. Jako takie miało w sobie aspekt wiary w Niego – tyle, że skierowanej ku przyszłości. Wyrażało to gorące czekanie Izraela na przyjście Pomazańca. Wiemy o tym od samego Zbawiciela. Abraham ujrzał Jego dzień i rozradował się.
Niech zatem ks. Andrzej Perzyński raczy nam jedno wyjaśnić. Jeśli wartość Starego Przymierza polegała na wskazaniu na Chrystusa – a sednem Starego Testamentu było oczekiwanie Mesjasza – to jak rozumieć „obowiązywanie” tego zakonu obecnie? W jakim sensie Stary Testament – mający wartość poprzez zapowiadanie Tego właśnie Jezusa Chrystusa – może obowiązywać dziś bez wiary w Niego lub z jasnym Jego odrzuceniem? W jaki konkretnie sposób judaizm rabiniczny uosabia nadzieję mesjańskiej obietnicy – skoro nie prowadzi do przyjęcia prawdziwego Mesjasza?
Na te fundamentalne pytanie próżno u orędowników „dialogu z judaizmem” szukać odpowiedzi. Mamy zgadzać się z ich wizją i przyjąć ją jako „oficjalne nauczanie” – choć nie wiemy, co w zasadzie ma znaczyć. Stare Przymierze trwa, choć się dopełniło. „Gdzie tu jest sens? Gdzie tu logika?” – chciałoby się zapytać, cytując znanego wyznawcę judaizmu z „Ziemi Obiecanej”.
Proszę więc w dobrej wierze. Niech ksiądz profesor Perzyński wyjaśni, co jego zdaniem oznacza trwanie Starego Przymierza. Która teza z poniższych to dziś „oficjalne” nauczanie Kościoła?
A) Kościół rezygnuje nie tylko z „teologii zastępstwa”, ale w ogóle całości swojego nauczania o figuratywnym znaczeniu Starego Testamentu. Było ono czymś innym, niż oczekiwaniem na Mesjasza zesłanego w Chrystusie. Jego wartość nie płynęła z zapowiedzi wiary chrześcijańskiej. Z tego powodu można przyjąć, że trwa ono bez wiary w Chrystusa w judaizmie rabinicznym. W wypadku wyznawców judaizmu podstawą przymierza z Bogiem nie jest wiara w Jego Syna przez oczekiwanie Jego przyjścia – ale pochodzeniowa przynależność.
B) Relatywizm: można patrzeć na Stare Przymierze zarówno jako na figurę chrześcijaństwa, jak i nie. Opinia żydowska i chrześcijańska co do mesjaństwa Chrystusa jest dozwolona i pozostaje jedynie „interpretacją” faktu, jakim jest Stary Testament. Sobór Watykański II – mówiąc o moralnym obowiązku przyjęcia przez wszystkich jedynej religii objawionej (katolickiej) – pomylił się. Tego akurat nauczania Vaticanum II nie chcemy. (vide: Deklaracja „Dignitatis Humanae”).
C) Stare Przymierze dopełniło się. Trwa jednak związana z nim troska Opatrzności o naród, który był figurą Kościoła. Zgodnie z tekstem Nostra Aetate Żydzi są drodzy Bogu ze względu na ich przodków. Ten nie przestaje wzywać ich zatem do złączenia się w jedno z poganami w jedynym Kościele Chrystusowym. Jeśli nawrócą się, wedle słów Św. Pawła, zostaną ponownie wszczepieni. Wypowiedzi o „braku odwołania Starego Przymierza” tego właśnie dotyczą, choć posługują się nieco mylącym językiem.
Sądzę, że którąś z tych tez zwolennicy narracji o trwałości Starego Przymierza muszą przyjąć, aby komunikowali się z nami zrozumiale. Jeśli nie C, to A lub B. Czytelnik sam chyba jest w stanie rozsądzić, czy te dwie ostatnie nie są czasem absolutnie błędne.
Tak, to parodia
Szczególną niechęć wywołało u ks. prof. Perzyńskiego sformułowanie jego adwersarza, który dialog z judaizmem nazwał parodią. Polemika, jaką „wysmażył” ten duchowny przeciwko ks. prof. Chrostowskiemu, jedynie unaocznia trafność tej diagnozy. Wybitny biblista nie pomylił się ani o jotę. Dialog z judaizmem to chaotyczny teologicznie, zamknięty na dyskusję o problemach i niezwykle pretensjonalny nurt. Nurt, który słabymi zarzutami odsądza od wierności Magisterium wybitnego specjalistę… bo ten śmie przypominać fakty. Tak – to parodia.
Filip Adamus/PCh24.pl
***
Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI
(fot. PCh24TV)
***
W Polsce nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat – uważa ks. prof. Waldemar Chrostowski. Zdaniem wybitnego biblisty także Dzień Judaizmu w Kościele katolickim często nie ma wiele wspólnego z perspektywą religijną i teologiczną, bo nabrał charakteru politycznego.
W obszernej rozmowie z KAI duchowny mówi o swojej osobistej i naukowej przygodzie z Biblią, doradza jak czytać Pismo Święte, prostuje nieporozumienia wokół słów Jana Pawła II o Żydach jako „starszych braciach w wierze” i opowiada o swojej pasji filatelistycznej.
1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat.
***
Tomasz Królak (KAI): Pisze psalmista, że miarą „miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt”. Jak się Ksiądz profesor czuje mając za sobą lat 75?
Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Od młodości znam ten psalm i zawsze myślałem, że siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat to jest tak odległa perspektywa, że nie należy się tym specjalnie przejmować. I przyszedł czas, że mnie to również dotyczy.
Myślę, że to jest dobry moment, aby spojrzeć wstecz i przyznać rację psalmiście, że dożyć tych lat jest błogosławieństwem. To także czas, w którym trzeba zwolnić, pozbywać się rzeczy, które z tej perspektywy okazują się niepotrzebne albo mało ważne, zyskać dystans do siebie samego, a także do tego, co udało się dokonać i do tego, co nie zostało zrobione. Krótko mówiąc: to dobry czas na rozmowę z samym sobą i spokojny rachunek sumienia.
Psalmista dopowiada o latach pisanych człowiekowi: „…a większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy”. Czy i tu się z nim Ksiądz zgadza?
Bóg sprawił, że w moim przypadku nie było tak, że większość przeżytych lat była udręką czy wielkim trudem. Przeciwnie, postrzegam je jako czas intensywny i pod wieloma względami bardzo owocny. Zdarzały się niezwykle trudne chwile, ale z dzisiejszej perspektywy i one były błogosławieństwem.
Czy Biblię zna Ksiądz profesor na pamięć?
Nie i sądzę, że nikt nie zna jej na pamięć. Mogę streścić całą Biblię w miarę wiernie, bo czytałem ją wiele razy, również w oryginalnych językach, czyli Stary Testament po hebrajsku, aramejsku i grecku, a Nowy Testament po grecku. Przetłumaczyłem również bardzo wiele ksiąg biblijnych, przez 35 lat byłem wykładowcą egzegezy Starego Testamentu, wobec tego treść ksiąg Starego i Nowego Testamentu znam stosunkowo dobrze, ale nie na pamięć w tym znaczeniu, żeby je recytować ze sceny.
Czy był taki jeden, konkretny moment, w którym uświadomił sobie Ksiądz – lub może postanowił – że poświęci swoje życie studiowaniu Biblii?
Biblia stała się moim domem stosunkowo wcześnie, kiedy miałem 19 lat. Będąc na drugim roku studiów seminaryjnych musiałem je przerwać i w styczniu 1970 roku zostałem skierowany do pracy jako katecheta w parafii Łęki Kościelne. Warunki w jakich mieszkałem były dobre, a atmosfera stworzona przez proboszcza i miejscowych parafian bardzo życzliwa i serdeczna, ale dla 19-letniego chłopaka było to jednak doświadczenie trudne. Kilka lat wcześniej wyszło pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia. Postanowiłem wtedy, i bardzo chciałem w tym postanowieniu wytrwać, że każdego dnia będę czytał jeden rozdział. Nauczyło mnie to systematyczności, której wcześniej nie miałem, wytrwałości, a przede wszystkim otworzyło na zawartość Pisma Świętego. Kiedy więc ten prawie półroczny eksperyment się skończył i przyszły wakacje, lektura trwała nadal, a swoje postanowienie realizowałem również w seminarium. Na czwartym czy na początku piątego roku studiów lekturę całego Pisma Świętego miałem za sobą, zatem byłem w nie wprowadzony.
Kiedy dzisiaj o tym myślę to uświadamiam sobie, że odczytywałem Biblię w dwóch perspektywach. Z jednej strony jako bardzo ważne świadectwo historyczne o tym, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu, a z drugiej jako księgę, która potrzebna mi jest do życia. Potrzebna po to, żeby zrozumieć jego sens oraz żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za wszelka cenę chcę być księdzem (bo to było najważniejsze pytanie) i w związku z tym, co to znaczy być chrześcijaninem i jakie jest miejsce Jezusa Chrystusa w moim życiu, a jakie być powinno.
Czy ma Ksiądz swoje ulubione księgi biblijne?
Zawsze bardzo głęboko przemawia do mnie Księga Hioba. Cenię ją niezwykle wysoko. Zwłaszcza od czasu, gdy przeczytałem ją po hebrajsku i okazało się, że są w niej treści znacznie głębsze niż te, które udało się pokazać i wydobyć w przekładzie polskim, dostępnym choćby w Biblii Tysiąclecia.
Co do innych ksiąg Starego Testamentu, mam kilka ulubionych, także wśród tych, które wydają się mało znaczące, jak na przykład Księga Aggeusza, która dotyczy istotnego przełomu w historii biblijnego Izraela po zakończeniu wygnania babilońskiego.
Bardzo lubię Księgę Ezechiela, na której uczyłem się, jeżeli tak można powiedzieć, egzegezy biblijnej i robiłem również doktorat, później habilitację. Lubię stanowczość tego proroka i przesłanie tej księgi.
Natomiast co do ulubionych ksiąg Nowego Testamentu, to mógłbym powiedzieć, że lubię właściwie cały, ale w szczególny sposób Listy świętego Pawła, a zwłaszcza – według egzegezy krytycznej to nie jest tekst Pawłowy – List do Hebrajczyków. Ten tekst otworzył mi oczy na relację między Starym a Nowym Testamentem, a także ukazał mi, kim jest naprawdę Jezus Chrystus w kontekście wszystkich biblijnych bohaterów wiary.
Wspominając o Księdze Hioba dotknął Ksiądz wielkiego tematu tłumaczenia tekstów biblijnych. Czy zaryzykowałby Ksiądz wskazanie, który przekład byłby najbardziej adekwatny dla czytelnika XXI wieku, to znaczy najskuteczniej poruszałby współczesną wrażliwość?
Myślę, że dla „przeciętnego” wiernego, który chce poznać Pismo Święte, najlepsza mimo wszystko (zaraz wyjaśnię to „mimo wszystko”) jest Biblia Tysiąclecia.
A to dlatego, że słyszymy ją w Kościele, w czytaniach liturgicznych i pozaliturgicznych, a poza tym od kilkudziesięciu lat zakodowała się w polskiej kulturze i tę kulturę współtworzy. Najlepiej więc sięgnąć po taki przekład, z którym stykamy się w różnych miejscach, zwłaszcza w kościele.
Natomiast o tym, że nie jest to przekład idealny (takich zresztą nie ma) świadczy fakt, że do tej pory ukazało się pięć wydań Biblii Tysiąclecia, każde z nich inne, a obecnie jest przygotowywane jej szóste wydanie. Biblia Tysiąclecia ma mankament, który wynika z jej natury, mianowicie jest dziełem zbiorowym, w związku z czym jakość przekładów poszczególnych ksiąg jest bardzo zróżnicowana.
W ostatnich wydaniach różnice te zostały nieco zniwelowane, ale nie udało się ujednolicić wszystkiego. O ile terminologia stosowana w oryginalnym tekście Pisma Świętego, napisanym w językach hebrajskim, aramejskim i greckim jest dość spójna, o tyle w przekładach dokonywanych przez różnych tłumaczy tej spójności za bardzo nie widać.
Druga sprawa jest związana z pierwszą. Biblia, zwłaszcza Stary Testament, wymaga pewnego klucza, który by pozwolił na jej właściwą, prawidłową interpretację. Z jednej strony osadzoną w tradycji katolickiej, z drugiej zaś wychyloną ku najnowszym osiągnięciom, także tym z zakresu archeologii, historii, językoznawstwa itd. Pod tym względem można było w Biblii Tysiąclecia zrobić więcej, ale trzeba powiedzieć, że jej miejsce zarówno w polskiej pobożności i wierze, jak też w teologii i w kulturze jest bardzo ważne.
Czy ceni Ksiądz profesor tłumaczenia Czesława Miłosza? Pytam dlatego, że przełożył on m.in. wspomnianą Księgę Hioba.
Cenię go jako poetę, natomiast jako teologa – nie. Dlatego, że Psalmy są księgą modlitwy. Oczywiście to jest księga poetycka w języku hebrajskim, ale nie o kunszt poetycki przede wszystkim tam chodzi. U Czesława Miłosza, a także w kilku innych próbach translatorskich tego rodzaju, widać poetycką biegłość, która subiektywnym sposobem patrzenia przesłania orędzie teologiczne. Poza tym trzeba powiedzieć, że Miłosz nie tłumaczył z języka hebrajskiego, bo tego języka nie znał.
Wspomniał Ksiądz, że lektura Starego Testamentu wymaga specjalnego klucza umożliwiającego właściwą interpretację zawartych tam treści. Wydaje się, że Stary Testament jest w powszechnej, może nie tylko polskiej, świadomości obecny wyraźnie gorzej niż Nowy…
Tak, i nie ma w tym nic dziwnego, a ponadto tej sytuacji się nie zmieni. Jesteśmy chrześcijanami i oparciem dla naszej wiary jest przede wszystkim Nowy Testament. Jeżeli chodzi o lekturę Starego Testamentu, to kiedyś, gdy rozpoczynałem pracę naukową, dydaktyczną i duszpasterską, wydawało mi się, że można spokojnie zachęcać do czytania Starego Testamentu. Teraz tak nie myślę.
A to ciekawe, dlaczego?
Uważam zdecydowanie, że chrześcijanin powinien rozpocząć lekturę Pisma Świętego od Nowego Testamentu, przyswoić sobie go sobie kilkakrotnie, i dopiero wtedy sięgnąć do Starego Testamentu, żeby zobaczyć, jak daleka droga została przebyta od jednego do drugiego etapu historii zbawienia. Związki między nimi to ciągłość, ale też brak ciągłości i radykalna nowość osoby Jezusa Chrystusa i Nowego Testamentu.
Wielu chrześcijan czuje konsternację, i słusznie, kiedy czyta Stary Testament. Mamy w nim do czynienia z rzeczywistością, która przeszła do historii – choćby cały kult starotestamentowy, składanie ofiar, kapłaństwo, itd. To jest jedno.
A drugie: Stary Testament – zmagałem się z tym bardzo długo, również pod wpływem rozmaitych pytań, które do mnie były i są kierowane – zawiera zapośredniczony wizerunek Boga. Czytamy, że PAN, Jahwe, nakazał to, czy nakazał tamto i jeżeli chodzi o przykazania albo kult, to wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy dochodzimy do Księgi Jozuego czy do Księgi Sędziów albo do Ksiąg Samuela i czytamy, że PAN nakazał wyniszczyć co do niemowlęcia, na mocy klątwy (hebrajskie: cherem), Amalekitów, Filistynów i innych wrogów Izraela, to zaczynamy mieć poważne trudności i wątpliwości.
Wydawało się do niedawna, że można na to odpowiedzieć tak: w takich przypadkach mamy do czynienia ze starożytnymi realiami, starożytną mentalnością, z uwarunkowaniami, które należą do przeszłości i że pod tym względem Izraelici byli podobni do sąsiednich ludów i narodów. Można też było wybrać inną wykładnię i upatrywać w Kananejczykach – tak, jak to robili ojcowie Kościoła odczytując te teksty na sposób duchowy – grzechów i słabości, które trzeba skutecznie przezwyciężać.
Ale w ostatnich latach moje spojrzenie się zmieniło. Stało się to pod wpływem tego, czego Izrael dopuszcza się w Strefie Gazy i na terytorium Autonomii Palestyńskiej oraz jak zachowuje się wobec swoich bliższych i dalszych sąsiadów. Obecnie nie można powiedzieć, że interpretacja, która dotychczas wiązana z tymi księgami, powinna mieć wymiar czysto historyczny. Do Izraela przybywają bowiem ze Stanów Zjednoczonych i z Europy Zachodniej tysiące żydowskich osadników, którzy, tak samo jak wielu miejscowych Żydów, biorą do ręki Księgę Jozuego i Księgę Sędziów i traktują Palestyńczyków tak, jak w starożytności traktowano Kananejczyków, Amalekitów i innych.
Z chrześcijańskiego punktu widzenia problem polega też na tym, że wśród Palestyńczyków są nie tylko muzułmanie, co w żadnym wypadku nie usprawiedliwia przemocy i okrucieństwa wobec nich, ale również chrześcijanie. Ale pod tym względem mamy do czynienia z ogromną trudnością, z którą stale spotykam się na rozmaitych konferencjach i spotkaniach z katolikami w Polsce, a którą bodaj najdobitniej uświadomiła mi palestyńska katoliczka w Nazarecie. Podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, w każdą sobotę w Nazarecie jest zawsze odmawiany wielonarodowy i wielojęzyczny różaniec. Jedna z tamtejszych dziewcząt dowiedziawszy się, że jestem księdzem i zajmuję się Pismem Świętym, zapytała mnie po takim różańcu: „Niech mi ksiądz powie, dlaczego i jak my, Palestyńczycy, Arabowie, chrześcijanie, mamy czytać te księgi?”. To jest wyzwanie, na które trzeba znaleźć uczciwą i rzetelną odpowiedź, ale – mówię to z dużym smutkiem – Kościół katolicki tej odpowiedzi nie szuka. To pytanie nie pojawia się ani nie jest podejmowane w przestrzeni teologicznej. Uważam, że dzieje się to z wielką szkodą, po pierwsze, dla mieszkających tam ludzi, a po drugie, dla Pisma Świętego.
Dlaczego tego wyzwanie Kościół nie podejmuje, Księdza zdaniem?
Dlatego, że obawia się zarzutu antysemityzmu. Lęk przed tym zarzutem dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek.
Czy bezpośrednia obecność w miejscach opisywanych w Biblii pomaga w czytaniu i zrozumieniu jej treści?
Oczywiście. Pismo Święte dotyczy obecności Boga w dziejach świata, w historii biblijnego Izraela i w historii ludzi, zarówno poszczególnych osób, jak też ludów i narodów. Stary i Nowy Testament jest bardzo mocno osadzony w realiach czasu i przestrzeni, a więc geografii, topografii, uwarunkowań społecznych, politycznych, religijnych czy ekonomicznych. Dopiero wtedy, gdy je znamy, jesteśmy w stanie odkrywać niuanse, meandry, które chronią nas przed nadinterpretacją albo przed subiektywizmem w interpretacji narzucającym na starożytny tekst kategorie, które mamy w sobie, ale one z tym tekstem i jego znaczeniem nie mają wiele wspólnego.
Kiedy w 1978 roku zostałem skierowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego na studia na Papieskim Instytucie Biblijnym, a następnie otrzymałem stypendium do studiowania na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zmieniła się bardzo nie tylko moja percepcja, postrzeganie i rozumienie Biblii, ale sam też się zmieniłem. Uświadomiłem sobie bardziej niż wcześniej realność obecności Boga w świecie, tej obecności, która w Starym Testamencie wyrażała się w oczekiwaniu i tęsknocie, a wraz z Jezusem Chrystusem objawiła całe bogactwo wewnętrznego życia Boga, lecz objawiła je w tych konkretnych realiach.
Jaki sposób czytania Biblii doradzałby ksiądz osobom, które chcą ją poznać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo przeraża ich objętość, onieśmiela specyficzne nazewnictwo, nieznajomość realiów obyczajowych, geograficznych, itd.? Co zrobić, żeby zaszczepić w sobie przyjaźń z Biblią? Nie chodzi mi o cudowną receptę, ale realistyczną podpowiedź.
Istnieje recepta bliska cudu, a zarazem realistyczna. Gdy podejmujemy czytanie i przyswajanie sobie Pisma Świętego, powinna nam towarzyszyć świadomość, że wyrosło ono z wiary w Boga i że jego celem jest budowanie i wzmacnianie wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tak więc, to nie od Pisma Świętego dochodzimy do wiary chrześcijańskiej (zdarza się bardzo rzadko; może taka droga jest możliwa, ale nie spotkałem takich osób), lecz odwrotnie: od wiary chrześcijańskiej, od jej głębi, od jej przyjęcia i przeżywania oraz od życia nią przechodzimy do lektury Pisma Świętego.
Biblia nie jest ani łatwa, ani krótka, więc wymaga niemałego wysiłku. Mam na myśli nie tylko wysiłek intelektualny, konieczny żeby zrozumieć i umiejscowić biblijne osoby i wydarzenia, lecz także wysiłek duchowy. Musimy „przepuścić” wszystkie te wydarzenia i postacie z ich uwikłaniami, ale także z ich możliwościami i dokonaniami, przez filtr własnej wrażliwości. Musimy uznać – nawet jeżeli jakieś postacie biblijne nie są stricte historyczne – że właśnie w nich kumulują się religijne doświadczenia bardzo wielu ludzi, również nasze doświadczenie religijne.
Dla wielu wierzących dużą przeszkodą w czytaniu Biblii i w jej zrozumieniu jest to, że pojmuje się ją wyłącznie w perspektywie historycznej. Zakłada się, że wszystko od początku, czyli od opowiadania o stworzeniu do Apokalipsy, stanowi zapis historyczny, bliski konwencji biografii i akademickiej historii. Tymczasem to nie jest historia w naszym tego słowa znaczeniu, lecz teologia historii, czyli spojrzenia na dzieje z perspektywy religijnej. Żeby to zrozumieć trzeba zadać sobie wysiłek i zapytać samego siebie, czy potrafię spojrzeć na własne życie, na siebie i na swoje otoczenie w perspektywie religijnej; czy kiedykolwiek próbowałem to zrobić. Jeżeli zatem przyjmujemy treść Pisma Świętego w perspektywie teologii historii, to powinniśmy też podjąć trud rozpoznawania w swoim życiu obecności Boga, a być może i tego, co uznajemy za Jego nieobecność albo za Jego dystans wobec nas. Należy zatem popatrzeć nie tylko na Biblię, ale również na siebie. Dopiero wtedy jej lektura staje się głębsza i bardziej owocna.
Na czym polega postęp w dziedzinie nauk biblijnych? Co jest do odkrycia, zgłębienia, zinterpretowania?
W wymiarze historycznym na pewno ważne są odkrycia archeologiczne i starożytne świadectwa literackie i nieliterackie, które pomagają usytuować wydarzenia i postacie biblijne w kontekście geografii i topografii. Tak umacnia się świadomość, że to czy inne wydarzenie opisane w Biblii miało miejsce w konkretnym miejscu i czasie.
Podczas pielgrzymek do Azji Mniejszej, do Turcji, zawsze udajemy się do Kolosów. To miasto w roku 69, czyli niedługo po tym, jak Paweł napisał List do Kolosan, uległo trzęsieniu ziemi. Na miejscu dawnego miasta jest to, co Turcy nazywają hüyük, a w językach semickich nosi nazwę tel, czyli wzgórze pokryte trawą. Obecnie jest tam uprawne pole, a na nim mnóstwo skorup i wystarczy wejść na to wzgórze, żeby uświadomić sobie, jak wiele jest tam do odkrycia. Chrześcijanin, który tam przybywa i wielokrotnie słyszał lub czytał List do Kolosan, lecz nie mógł sobie tego wyobrazić, teraz stoi na tym miejscu i patrzy… A w Liście do Kolosan jest mowa na przykład o obowiązkach mężów i żon, o życiu rodzinnym i o rozmaitych zagrożeniach dla wiary.
Postęp w wiedzy biblijnej polega przede wszystkim na tym, że we współczesnym świecie dzięki nowym możliwościom technicznym i technologicznym możemy przenieść się do świata biblijnego z dowolnego kręgu kulturowego i geograficznego, w jakim żyjemy. I w tym postępie uczestniczą zwyczajni ludzie, jeżeli tylko chcą się otworzyć.
Ktoś więc pojedzie do Turcji na odpoczynek i odkryje, że obok jest Efez, że obok jest Meryemana, Smyrna czy Pergamon i tak wchodzi w świat Biblii. To samo dotyczy Egiptu, Jordanii, Syrii, Iraku, Cypru, Krety, Grecji, Italii, Malty, a najbardziej – rzecz jasna – Ziemi Świętej.
Dla tak zwanego, zwyczajnego chrześcijanina, poziom znajomość Biblii zależy od tego, czy i jak systematycznie ją czyta ale też od niedzielnych homilii. Myślę, że duchowny powinien podzielić się tym, co w odczytanych fragmentach uznał za najważniejsze i co najbardziej go poruszyło. To powinien być, jak sądzę, pokarm na drogę dla zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem bardzo często słyszę odczytywane beznamiętnym głosem gotowce. Jak Ksiądz ocenia jakość dzisiejszych polskich homilii?
Myślę, że w tym zakresie pan jest większym ekspertem niż ja, dlatego że to pan słucha homilii, natomiast ja je wygłaszam i ewentualnie od czasu do czasu słucham głównie w swoim warszawskim kościele. Sobór Watykański II postulował ubiblijnienie teologii, katechezy i nauczania kierowanego do nas z ambony, a więc homilii. Bezpośrednio po Soborze dokonało się pod tym względem dużo dobrego. Zmiany te były widoczne w latach 70., w latach 80., może jeszcze w latach 90. Natomiast – mam tu na myśli naszą, polską sytuację – w latach 90. zaczęła się stagnacja, a nawet pewien odwrót od tej tendencji.
Dlaczego?
Przyczyn jest na pewno wiele. Jedną z nich upatruję w seminariach duchownych, a konkretnie w kształceniu i przygotowywaniu księży. Znacznie zredukowano liczbę przedmiotów biblijnych, takich jak egzegeza i teologia Pisma Świętego oraz języków biblijnych: hebrajskiego, greki, łaciny. W ich miejsce wprowadzono elementy psychologii, psychiatrii, nauk społecznych, socjologii czy teologii praktycznej, przy czym pod to określenie można podłożyć dokładnie wszystko. Wprowadzono więc teologię ciała, płci, kobiecości, zwierząt, rzeczywistości ziemskich i tak dalej. Ukuto rozmaite nazwy, pod płaszczykiem których w gruncie rzeczy nie można odwoływać się do Pisma Świętego, a zatem wydaje się ono niepotrzebne czy wręcz zbyteczne. Teraz zbieramy owoce tych zmian. Bywają księża, którzy mają po 25-30 lat kapłaństwa i wychowali się w tym nowym duchu, ale jeszcze trudniejsza sytuacja jest z tymi, którzy otrzymali święcenia w ostatnich latach.
Poza tym mamy do czynienia ze zjawiskiem, o którym nikt nie chce mówić, a mówić trzeba. Mianowicie w latach dziewięćdziesiątych w wielu miejscach, także na uniwersytetach państwowych, powstały nowe wydziały teologiczne. Promowano wówczas łączenie seminariów duchownych z wydziałami teologicznymi, tak żeby studenci, również jako przyszli katecheci, mieli magisterium. Myśl była taka, że skoro seminaria duchowne zostaną podporządkowane wydziałom teologicznym, to naukowy poziom w seminariach duchownych zostanie podniesiony. Tymczasem – a mówię to z perspektywy uniwersytetów, na których pracowałem, czyli UKSW w Warszawie i UMK w Toruniu – dokonała się rzecz odwrotna. Od czasu, kiedy seminaria duchowne weszły na wydziały teologiczne, zaczęto dostosowywać curriculum studiów wydziałów teologicznych do potrzeb seminariów. Skutkuje to tym, że zamiast podwyższenia poziomu nauczania w seminariach, poziom nauczania na wydziałach teologicznych się obniżył. Dotyczy to, niestety, wielu tych wydziałów.
To sprawiło, że zainteresowanie teologią wśród osób świeckich jest znacznie mniejsze. Jeżeli bowiem ktoś idzie studiować geografię, to niekoniecznie ma w głowie projekt, że będzie nauczycielem geografii. Podobnie, gdy ktoś decyduje się na studiowanie historii, itd. Zatem jeżeli ktoś idzie studiować teologię, to nie można mu wmawiać, że po takich studiach można być tylko katechetą. Te, a także inne czynniki, powodują, że wspomnianego ubiblijnienia polskiej teologii, katechezy i homiletyki za bardzo nie widać.
Można chyba powiedzieć, że znaczna część Księdza dorobku naukowego i publicystycznego dotyczy relacji chrześcijańsko-żydowskich i badań nad judaizmem. Wskazuje Ksiądz, że judaizm rabiniczny nie jest prostą kontynuacją religią Starego Testamentu, religii biblijnego Izraela, lecz powstał częściowo jako reakcja na nauczanie św. Pawła i wiarę w Jezusa jako Zbawiciela. Jak rodziło się to przekonanie? I jakie ma znaczenie dla współczesnego chrześcijanina?
Przede wszystkim sprostowałbym sformułowanie, że judaizm rabiniczny jest reakcją na nauczanie św. Pawła. Nie! Korzenie judaizmu rabinicznego sięgają wstecz, bo jest on reakcją na nauczanie Jezusa.
Sprzeciw i wrogość wobec Jezusa pojawiły się za Jego życia i skumulowały w skazaniu Go na śmierć. W wydarzeniach, które zdecydowały o Jego losie, uczestniczyli przede wszystkim członkowie własnego narodu, czyli Żydzi, a na drugim planie Rzymianie. Po pojmaniu Jezusa nastąpiło sprytne przeniesienie perspektywy religijnej u Kajfasza i przed Sanhedrynem na perspektywę polityczną u Piłata, co zresztą będzie się powtarzało do naszych czasów. Tak więc to są korzenie judaizmu rabinicznego, który w znacznej mierze wyrósł ze stronnictwa czy ugrupowania, które otrzymało nazwę faryzeuszy.
Zanim św. Paweł rozpoczął swoją działalność misyjną, a nawet więcej, kiedy był po drugiej stronie, czyli po stronie przeciwników Jezusa, to już wtedy miało miejsce ukamienowanie Szczepana – znów: nie przez pogan, lecz przez „swoich” – oraz prześladowanie chrześcijan w Jerozolimie, które doprowadziło do tego, że w latach czterdziestych I wieku musieli opuścić Miasto Święte. Prześladowani przez swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa Chrystusa nie uwierzyli, doszli do Antiochii Syryjskiej nad Orontesem, która na krótko stała się drugą stolicą chrześcijaństwa, jeszcze zanim swoje znaczenie zyskał Rzym.
Paweł wpisuje się w cały ten obraz, ale – mocno to podkreślam – korzenie judaizmu rabinicznego sięgają okresu życia Jezusa. To bardzo ważne, dlatego że do Kościoła i do teologii katolickiej przemycane jest w tej kwestii spojrzenie żydowskie, wedle którego judaizm rabiniczny jest odpowiedzią na świętego Pawła, a więc odpowiedzią na nauczanie o Jezusie, a nie na samego Jezusa i na to, czego On sam nauczał.
Dlaczego tezy Księdza Profesora dotyczące korzeni judaizmu rabinicznego uważane są niekiedy za kontrowersyjne? Czy na gruncie teologii są one nowatorskie?
To nie jest spojrzenie nowatorskie, lecz głęboko zakorzenione w tradycji Kościoła, w nauczaniu ojców Kościoła, takich jak Justyn Męczennik, Augustyn, Hieronim czy Jan Chryzostom oraz, co najważniejsze, w Nowym Testamencie. Zostało podjęte i wyjaśnione w nauczaniu świętego Pawła, w jego Liście do Rzymian (wskazałbym zwłaszcza rozdziały od 9 do 11), w Pierwszym i Drugim Liście do Koryntian, w Liście do Galatów, gdzie Apostoł Narodów rozważa to, o czym teraz rozmawiamy, w świetle własnego życiowego doświadczenia i w świetle tej drogi, którą on przebył: od prześladowcy do prześladowanego (tak właśnie brzmi tytuł mojej książki wydanej w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, którą uważam za jedną z moich najważniejszych publikacji). Oni wszyscy mówili to, co tutaj wyjaśniam, jednak w naszych czasach mało kto chce tego słuchać. I to jest problem.
Ale dlaczego tezy Księdza, oparte na Biblii i nauczaniu ojców Kościoła, nie są przyswajane przez Księdza oponentów?
Są niewygodne i dlatego niechciane.
Z jakich powodów, Księdza zdaniem?
Dobrze byłoby zapytać ich samych. Moim największym bólem jest to, że od mniej więcej 30 lat, czyli od kiedy zacząłem o tym otwarcie mówić oraz coraz głośniej i częściej zabierać głos, małe, ale krzykliwe grono, które monopolizuje relacje z Żydami, nazywając je dialogiem, nie zdobyło się na jakikolwiek dialog wewnątrz Kościoła.
Przecież to, o czym rozmawiamy, jest i powinno być tematem poważnej refleksji najpierw w Kościele. Porozmawiajmy między sobą i ze sobą, wyjaśnijmy trudne (a czasami wcale nie takie trudne) kwestie teologiczne, i dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, kim naprawdę jesteśmy, prowadźmy rzetelny dialog. Tylko wtedy bowiem ma on sens.
W przeciwnym wypadku, i tak oceniam stan aktualny, trwa i nasila się parodia dialogu. Ciągle zajmuje się nim bardzo wąskie grono tych samych osób, które powtarzają dwa, zresztą przekręcone, zdania z nauczania Jana Pawła II.
O Żydach jako „starszych braciach”, jak to ujął papież podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 roku?
Wielokrotnie wyjaśniałem tę sprawę, a więc jeszcze raz. Jan Paweł II powiedział wtedy: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. W polskiej wersji zamieszczonej w L’Osservatore Romano zabrakło wyrażenia „w pewien sposób” i mimo licznych sprostowań nie przyjmuje się go do wiadomości. Wskutek tego wymawia się nam, że Jan Paweł II nazwał Żydów rabinicznych naszymi „starszymi braćmi”.
Uzasadnię to pytaniem: Czy kiedy św. Piotr, św. Andrzej, św. Paweł czy inni apostołowie zwracali się do swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa nie uwierzyli i Go odrzucili, nazywali ich „starszymi braćmi”? Nonsens! Natomiast jeżeli mamy mówić o „starszych braciach w wierze”, powinniśmy respektować i doprecyzować to dopowiedzenie, którego nie było w polskim przekładzie w „Osservatore Romano”. Wiernych, którzy stanowili biblijny Izrael, traktujemy jako naszych ojców w wierze. Trzeba podkreślić, że pod koniec ery przedchrześcijańskiej byli wśród nich nie tylko Żydzi, lecz także prozelici i „bojący się Boga”. Jedni i drudzy wywodzili się spośród pogan. Właśnie na takim gruncie wyrosły dwie „zbratane” religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny (istnieją też inne odmiany judaizmu, jak karaimowie). Jest to jednak braterstwo szczególnego rodzaju, bo przez wieki współpracowaliśmy ze sobą we wzajemnym oddalaniu się od siebie. Wyznawcy judaizmu są naszymi braćmi, ale byłoby dobrze, gdyby i oni to braterstwo uznali.
Kto więc jest starszymi braćmi chrześcijan wywodzących się spośród rozmaitych ludów czy narodów? Otóż naszymi starszymi braćmi są ci Żydzi, którzy przyjęli Jezusa. To są nasi starsi bracia! Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskiej.
W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat „dialogu” zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców.
Jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powstałej w 1991 roku, ten dialog wyobrażał Ksiądz sobie zapewne inaczej?
Powtarzam stale jedno: problemem w dialogu nie są Żydzi, bo Żydzi są tacy, jacy są. Jeżeli ich znamy i chcemy wejść z nimi w dialog, powinniśmy ich szanować takimi, jakimi oni są, pod warunkiem, że nie uzewnętrznia się wtedy zapiekła wrogość wobec nas oraz odwrotnie – nasza wobec nich. Problem z tym, co jest nazywane dialogiem, istnieje w Kościele. Przez długie lata, które upłynęły od soborowej deklaracji „Nostra aetate”, nie udało się wypracować w Polsce żadnego pogłębionego spojrzenia na ten dokument, tylko wciąż powtarza się te same zdania, a także – najczęściej przekręcone – wspomniane sformułowanie Jana Pawła II. Bo co to znaczy deklarowanie, że Żydzi rabiniczni są naszymi „starszymi braćmi w wierze”? To znaczy, że, mówiąc dosadnie, rezygnujemy ze Starego Testamentu; uznajemy, że jedynymi kontynuatorami i spadkobiercami Starego Testamentu są Żydzi, a my się tam tylko na jakimś etapie „podłączyliśmy”. A przecież, wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji.
Powiada Ksiądz profesor, że dialog chrześcijańsko-żydowski w naszym kraju jest parodią. Czy podobnie krytycznie patrzy Ksiądz na organizowany corocznie od blisko 30 lat Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce?
Paradoks polega na tym, że od samego początku, od zarania, byłem przy tej inicjatywie i ją popierałem. Była dyskutowana przez kilka lat na posiedzeniach Rady Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, a wtedy jej przewodniczącym był biskup, a potem arcybiskup poznański Stanisław Gądecki. Wówczas na tych posiedzeniach można było rozmawiać, dyskutować, polemizować, uściślać, itd. Głównym celem tego dnia miało być promowanie katolickiej teologii judaizmu na użytek naszych wiernych. Dzięki otwartości biskupa Gądeckiego i właściwemu wyprofilowaniu Dnia Judaizmu, przygotowywane były i drukowane – bez żadnych kosztów ponoszonych przez Kościół! – materiały, które trafiały do wszystkich parafii w Polsce. Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład opartej na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego.
Gdy przystępowaliśmy do zainicjowania obchodów Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, bo taka jest pełna nazwa, to judaizm współczesny był postrzegany jako proste, a nawet jedyne, przedłużenie religii Starego Testamentu. Mieliśmy w Polsce, ustawiony też pod względem politycznym, Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego [działał do 1992 roku; rok później powstał jako jego prawny kontynuator – Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP – KAI].
Wydawało się, że być Żydem to znaczy być wyznania Mojżeszowego. Należało więc tłumaczyć, że wraz z Jezusem Chrystusem na tym korzeniu religii biblijnego Izraela, którego świadectwem są pisma Starego Testamentu, wyrosły dwie rzeczywistości: chrześcijaństwo oraz judaizm rabiniczny. Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa. Oczywiście, ona odwołuje się do Mojżesza, tak jak my się odwołujemy, ale Mojżesz i cały Stary Testament to jest wspólne dziedzictwo – chrześcijaństwa i judaizmu. Po dobrym początku od około 20 lat w Dni Judaizmu dominuje perspektywa historyczna, bardzo często upraszczana i wypaczana, oraz ponawiane zmuszanie katolików i Polaków do nieustannego bicia się w piersi.
Powiem więcej: kiedy przez ostatnie ponad dwa lata trwa krwawa rozprawa z mieszkańcami Gazy i Autonomii Palestyńskiej, gdzie w bestialski sposób zostało zamordowanych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, setki tysięcy zostało kalekami, a 2 miliony wyrzucono z domu, te fakty nie miały żadnego przełożenia ani oddźwięku w dialogu polsko-katolicko-żydowskim. Mało tego, niektórzy jego przedstawiciele mówią, że trzeba zdecydowanie odróżnić perspektywę religijną od perspektywy politycznej. Twierdzą: my zajmujemy się tym, co religijne, natomiast tym, co polityczne nie. Ale przecież ludobójcza polityka prowadzona przez Izrael wobec ludności arabskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej, ma podtekst i uzasadnienie religijne. W styczniu tego roku na centralnych obchodach Dnia Judaizmu, w Płocku, obecny był ambasador Izraela. Czy to jest perspektywa religijna czy polityczna? To wszystko daje do myślenia, ale jest wypierane ze społecznej świadomości.
Jak dziś patrzy Ksiądz – także jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów – na rozchodzenie się swoich dróg ze środowiskami żydowskimi? Czuje się Ksiądz w przegrany, rozgoryczony, nierozumiany?
Przede wszystkim nie czuję, aby te drogi się rozeszły, dlatego że ze środowiskami żydowskimi nigdy nie byłem tak bardzo sfraternizowany, żebym cokolwiek utracił. Nadal utrzymuję kontakty z tymi, którzy mnie szanują i staram się to im szczerze odwzajemniać.
Czuję natomiast rozejście się dróg z niektórymi osobami w Kościele.
Problem tkwi więc raczej w Kościele, aniżeli na linii Kościół-judaizm.
Tak, bo nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat. Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy tym się zajmują, z jakichś sobie tylko wiadomych powodów, chcą podobać się Żydom i mają z tego tytułu pewne profity (przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu to są profity.)
To grono jest bardzo wąskie. Ci najbardziej aktywni to kilkanaście osób. Tych, którzy są tak czy inaczej aktywni, będzie kilkaset, a tych, którzy są bezkrytycznie podatni będzie pewnie tysiąc czy dwa. Ale nas jest 38 milionów, w ogromnej większości katolików, więc nie wystarczy głośno krzyczeć i organizować imprezy, które mają charakter dość zamknięty. Poza tymi, którzy w nich uczestniczą, nikogo to nie interesuje, nie pociąga, a nawet irytuje, bo ludzie nie znajdują odpowiedzi na pytania, które sobie noszą. Tymczasem nad tymi pytaniami przechodzi się do porządku dziennego. Nie na tym ma ten dialog polegać, nie tak był Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zamierzony ani nie takie były jego początki.
Od kilkunastu lat Dzień Judaizmu nabrał rumieńców politycznych, kulturowych, ekonomicznych i często z perspektywą religijną i teologiczną nie ma wiele wspólnego. To, że odbywa się w kościołach, niczego nie zmienia. To, że spotyka się ze sobą rabin i ksiądz czy rabin(ka) i biskup nie oznacza, że to już jest dialog.
Cóż, spotkają się, zjedzą to, co nazywają koszernym jedzeniem, porozmawiają i powiedzą, że mamy siebie nawzajem słuchać. Brzmi to pięknie, z tym, że przypomina słuchanie radia i nie ma przełożenia na to, co jest naprawdę ważne dla wiernych oraz ich wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tradycyjnie już Dzień Judaizmu sąsiaduje w kalendarzu z Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jak postrzega Ksiądz wysiłki ekumeniczne, perspektywy dialogu między chrześcijanami. Chrystus prosił: „aby byli jedno”. Ale jak tę jedność rozumieć: wszystkich w jednym Kościele, czy też w różnych wspólnotach, ale skoncentrowanych na Chrystusie? Bo jedność nie jest tożsama z jednolitością?
Myślę, że ekumenizm jest potrzebny najpierw w obrębie samego Kościoła katolickiego, dlatego, że są w nim nurty, poglądy, tendencje i napięcia, które nas bardzo różnią między sobą.
Wykładałem w Rydze, w Kijowie i w Mińsku na Białorusi. Podróżowałem po Rosji aż po Syberię. Widziałem, jak wygląda tam życie katolików. Tamtejsi katolicy właściwie nie czują żadnej wspólnoty z katolikami w Holandii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Wydaje im się, że tamci ze swoimi postulatami i sposobem życia są na zupełnie innym biegunie.
Na pewno trzeba budować jedność w różnorodności, ale ta różnorodność ma swoje granice. Są one wytyczone przez zasady wiary chrześcijańskiej, przede wszystkim przez objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, dzięki któremu wyznajemy, że Bóg jest Ojcem i Synem, i Duchem Świętym, a także przez żywą wiarę w zmartwychwstanie Jezusa i Jego realną obecność w Eucharystii. Ale co do tych prawd wiary, bardzo różnimy się z protestantami, co przenosi się na sakramenty święte i kapłaństwo. Są zatem sprawy, które nas bardzo różnią i nie wygląda na to, żeby te różnice zostały przezwyciężone.
W tych warunkach ekumenizm polega więc na tym, żebyśmy unikali takich sporów, konfrontacji i waśni, które zaciemniają wiarygodność dawania świadectwa Chrystusowi. Żebyśmy – mając świadomość różnorodności i odmienności, jakiej nie da się przezwyciężyć w dyskusjach – wobec świata, który wymaga spójnego świadectwa wiary występowali jako bracia i siostry.
Patriarcha ekumeniczny Bartłomiej twierdzi, że jeśli jako wierni różnych wyznań chrześcijańskich jesteśmy naprawdę blisko Chrystusa – to w istocie będziemy też bliżej siebie.
Jest to pójście po linii nauczania św. Pawła, który np. zwracał się do wspólnoty korynckiej, która liczyła wtedy kilkaset albo najwyżej kilka tysięcy wiernych, lecz już dochodziło w niej do bardzo silnego zróżnicowania. Widząc narastające podziały, Paweł zapytał ich z przejęciem: „Czy Chrystus jest podzielony?”. I to pytanie dzisiaj jest tak samo aktualne. Chrystus jest jeden, ale my, Jego wyznawcy, jesteśmy podzieleni i skłóceni. Chodzi więc o to, żeby te podziały w żadnym wypadku nie odgradzały nas od Chrystusa, ani nie tworzyły barier pomiędzy nami. Gromadzimy się wokół Chrystusa, przychodzą do Niego ludzie różnych kultur, języków i wyznań, ale On nas łączy.
Nie da się stworzyć jakiegoś świata jednorodnego, bo zawsze będzie on zróżnicowany pod względem płci, wieku, wykształcenia, możliwości umysłowych, intelektualnych, duchowych, itd. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że ludzie w swoich poglądach i sposobie wyznawania wiary różnią się między sobą. Gorzej, jeżeli te różnice są przekuwane we wrogość.
W deklaracji katolicko-muzułmańskiej podpisanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przez Franciszka i wielkiego muftiego czytamy: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”. W 2024 r. podczas trzydniowej wizyty w Singapurze papież Franciszek oświadczył, że „wszystkie religie są drogą do Boga”. Jan Paweł II wymyślił i zrealizował międzyreligijne spotkania w Asyżu. Dużo wcześniej Sobór Watykański II orzekł, że Kościół katolicki nie odrzuca z innych religii tego, co jest w nich prawdziwe i święte. Czyżby Bóg chciał wielu religii?
Odpowiadając, nawiążę krótko do katolickiej teologii judaizmu. Jeżeli ktoś mówi o Żydach jako o „starszych braciach” i powołuje się na Jana Pawła II bez owego znamiennego dopowiedzenia: „w pewien sposób”, to można zadać pytanie: Czyżby przez 1900 lat Kościół nie wiedział, że ma starszego brata? Bo przecież nigdy i nigdzie w chrześcijańskiej teologii i nauczaniu takiego ujęcia nie było. Trzeba było czekać prawie dwa tysiące lat, żeby to „starszeństwo” odkryć? Chodzi bowiem o coś więcej niż braterstwo.
Wspomniał pan o wypowiedziach Jana Pawła II i Franciszka. Ale problem nie jest nowy, bo zajmowano się nim od starożytności. Od I i II wieku zadawano pytanie, jak ma wyglądać stosunek wierzących w Jezusa Chrystusa wobec pogan, którzy byli przecież ludźmi religijnymi. Modelowe jest tu nauczanie Klemensa Aleksandryjskiego (II-III wiek), autora słynnych „Stromata” (Kobierce), przedstawiające różnorodność religijną jako świat utkany z różnych barw i odmiennych wzorów. Od starożytności znana jest zasada, że w innych religiach znajdują się „semina Verbi”, ziarna Słowa. Od zawsze też istniało przekonanie, że starożytni, nie tylko Izraelici, lecz również Grecy przez swoją filozofię i Rzymianie przez swoje prawodawstwo torowali drogę do Jezusa Chrystusa i do objawienia się Boga. Dlatego pojawiały się dające wiele do myślenia dociekania i głosy, że gdy Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, wtedy ci, którzy byli do tego najlepiej przygotowywani, w większości Go nie uznali, natomiast przyjęli Go ci, którzy takiego przygotowania nie mieli. Mieli jednak inne przygotowanie: poprzez filozofię grecką i porządek rzymski czy – co sugeruje opowiadanie o Mędrcach ze Wschodu, którzy przybyli do Betlejem – mądrość perską. Okazało się, że to też była droga Boga do świata. Bardzo obrazowo, zwłaszcza przy okazji święta Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, mówił o tym papież Benedykt XVI.
To, że w innych religiach są „ziarna prawdy”, jest oczywistością. Wystarczy wyjechać poza własne polskie podwórko, choćby na daleką Syberię czy do Mongolii, albo do Afryki czy na Daleki Wschód, żeby spotkać ludzi, którzy nie znając Chrystusa, nigdy o Nim nie słysząc, modlą się, prowadzą dobre życie, mają zasady swojej wiary i określony sposób postępowania, a których postawa w wielu dziedzinach zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na to żebyśmy w swoim wyznawaniu wiary byli równie konsekwentni i równie wytrwali.
Może więc Bóg chciał wielości religii?
Nie wiem, czy Bóg chciał wielości religii. Wielość religii zależy od ludzi, a nie od Boga. Bóg chce jedności rodzaju ludzkiego zbudowanej na wspólnym fundamencie wyznawania Go i pełnienia Jego woli. Natomiast mamy do czynienia ze światem takim, jaki jest. Kwestia więc nie w tym, że Bóg chciał wielości religii, tylko że Bóg – jeżeli mamy użyć antropomorfizmu – musi się pogodzić z wielością różnych religii, bo szanuje wolną wolę ludzi. Zatem w różnych religiach uznaje tę tęsknotę i tę drogę, która tak czy inaczej do Niego prowadzi.
Liczby dotyczące Kościoła w Polsce stale maleją: zmniejszają się tzw. siły apostolskie, liczba powołań itd., księża się starzeją, praktyki religijne spadają, młodzież odchodzi. Czy to Księdza niepokoi czy może wywołuje refleksję, że nadchodzi Kościół – w Polsce i Europie – małych enklaw, od których znów zapłonie ewangeliczny ogień powodujący wzrost?
Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Wiem, jaka była przeszłość i jaka jest teraźniejszość. Wskazałbym na dwie rzeczy. Jeżeli chodzi o zjawisko odejścia od Kościoła, jego przyczyną jest ogromne zaniedbanie wiernych przez Kościół w okresie pandemii. Reakcję wielu z nich streściłbym tak: jeżeli w trudnym czasie nie było przy nas Kościoła, nie było go przy umierających, nie było w szpitalach, świątynie były zamknięte, a niektórzy hierarchowie twierdzili, że pójście do kościoła to grzech, a więc jeżeli w tym tak trudnym czasie można się było obyć bez Kościoła, to do czego jest on potrzebny wtedy, kiedy jest spokój i kiedy wierni nie odczuwają tak wielkich duchowych zagrożeń? Myślę, że skutkiem tego, co się wydarzyło, jest nie wrogość czy sprzeciw wobec Kościoła, lecz coś znacznie gorszego: obojętność. I teraz ponosimy konsekwencje rosnącej obojętności, która jest gorsze niż wrogość, bo ta skłania ku temu, aby rozmawiać, argumentować i się sprzeczać. Przejawem obojętności jest wzruszenie ramionami i grymas na twarzy.
Druga sprawa: powołania. W latach 70, 80. i 90. mieliśmy pełne seminaria. Każdego roku było święconych tysiące księży, budowaliśmy kościoły i wszystkie były obsadzone, księży nie brakowało. No i co się stało? Zmarł Jan Paweł II, rozpoczęły się różnego rodzaju nagonki na Kościół i ci, którzy tak licznie pielgrzymowali do Rzymu, w tym duchowni, i mają fotografię z Janem Pawłem II w swoich domach i plebaniach, uznali nagle, że to przestaje mieć znaczenie i zapomnieli o tym, co przeżyli. Duża liczba księży nie przełożyła się też na jakość duszpasterstwa ani jego skuteczność.
Jeżeli zatem mamy teraz małą liczbę kandydatów do kapłaństwa, trzeba ze wszech miar zachęcić ich, przekonać i zaświadczyć, że bycie księdzem jest czymś szlachetnym i pięknym. Przecież obraz księdza został zohydzony, oszpecony, obrzydzony i wypaczony. Wizerunek księdza z początków mojego kapłaństwa, czyli sprzed pół wieku, i ten dzisiejszy, to coś diametralnie innego. Wytworzono takie stereotypy księdza, siostry zakonnej czy zakonnika, że pójście do seminarium i bycie młodym księdzem graniczy z heroizmem. To wszystko działo się i nadal się dzieje, niestety, z udziałem pewnej części ludzi Kościoła. Przy naszym milczeniu zrobiono wiele, żeby „odjaniepawlić” Kościół w Polsce. Głośnych protestów ze strony hierarchii i duchowieństwa nie było. No więc „odjaniepawlanie” trwa…
Nie możemy poprzestawać na statystykach i socjologii, lecz podjąć teologiczny, religijny obrachunek z przeszłością, którą przeżyliśmy jako dwa czy trzy ostatnie pokolenia. Trzeba to zrobić po to, żeby na tym fundamencie kształtować przyszłość. Bardzo ważne też jest, żeby zaprzestać zohydzania wizerunku kapłana jako tego, kto zagraża dzieciom i młodzieży. Tymczasem każdy przypadek nadużyć, które niestety się zdarzają, jest zwielokrotniany przez nagłaśnianie go i powtarzanie. Nie brakuje też przykładów ogromnej krzywdy wyrządzonej wielu biskupom i księżom, która nie została naprawiona.
Co Księdza osobiście teraz pasjonuje od strony biblijno-naukowej? Nad czym Ksiądz teraz siedzi, co studiuje czy zgłębia?
Na początku swojej pracy dydaktyczno-naukowej zasugerowałem trzy kierunki badań: literatura targumiczna, czyli aramejskie przekłady Biblii Hebrajskiej, natura i znaczenie Septuaginty, czyli Biblii Greckiej, oraz nowatorska koncepcja diaspory Izraelitów w Asyrii. Dwa pierwsze kierunki są rozwijane. Trzeci, bardzo obiecujący, czeka na podjęcie i rozwijanie. Jestem przekonany, że wyznacza drogę, która otwiera nowe możliwości w badaniach biblijnych.
Pracuję nad przekładem Biblii Hebrajskiej na język polski, zaopatrzonym w komentarz. Ukazał się już Pięcioksiąg Mojżesza, dwa wydania. Teraz pracuję nad przekładem zbioru Proroków, też z komentarzami. Robię to z myślą o zwyczajnych wiernych, którzy przeczytają tekst i skorzystają z objaśnień napisanych nie w formie krótkich przypisów, lecz ciągłej i spójnej narracji. Nadal prowadzę też rekolekcje i dni skupienia, konferencje biblijne i wykłady popularne, a także pielgrzymki do krajów biblijnych.
No i oczywiście filatelistyka…
To moja pasja od dzieciństwa. Udokumentowałem do końca roku 2015 pontyfikat Jana Pawła II. Wszystkie znaczki pocztowe i pochodne wobec znaczka pocztowe formy wydawnicze z całego świata zostały przeze mnie zebrane, pokazane, zilustrowane i w dwóch tomach opisane. Jedną kolekcję przekazałem do Muzeum Jana Pawła II i Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, drugą do Muzeum Pamięć i Tożsamość w Toruniu. Mam jeszcze trzecią, najlepsza, która czeka na dobry adres.
Inna, staje powiększająca się, kolekcja to Stary Testament na znaczkach pocztowych. Zgromadziłem kilka tysięcy walorów z całego świata.
Znaczki dotyczące Starego Testamentu są wciąż emitowane?
Oczywiście, każdego roku. Nie tylko archeologia i geografia, lecz także rozmaite motywy biblijne i postacie, jak Dawid i Batszeba, Salomon, Mojżesz, malarstwo, wielkie galerie…
Zgromadzić kilka tysięcy znaczków z motywami Starego Testamentu to chyba nie była łatwa sprawa?
Opowiem panu przygodę sprzed 40 lat. Będąc latem w Zakopanem wszedłem do sklepu filatelistycznego (dziś już go nie ma). Właściciel powiedział mi, że wśród nabytków do sprzedaży jest kilka klaserów, które przyniósł pewien chłopak, bo pozostały po zmarłym dziadku.
To były znaczki ze sztuką, wydane w Związku Radzieckim, NRD, Włoszech, Francji i Bóg wie gdzie jeszcze. Biorę te klasery do ręki i widzę: Adam i Ewa w raju, stworzenie Ewy, Dawid i Batszeba, Zuzanna w kąpieli… Sprzedawca uważnie patrzy się na mnie i na to, co wybieram, i mówi: „Panie, niech pan powie, że gołe babki zbiera, bo ja mam tego więcej”.
Znaczki pocztowe zawładnęły Księdzem już w bardzo młodych latach.
Tak, zbierałem je od dziecka. Z tym, że jeżeli chodzi o Stary Testament, zacząłem je kolekcjonować na studiach w Rzymie, a potem w Jerozolimie. Poza tym mam pełny zbiór znaczków Watykanu oraz zbiór „Królowie i książęta polscy” – bardzo lubię historię Polski.
Filatelistyczne hobby jest wspaniałą odskocznią od profesjonalnego zgłębiania Biblii, ale uzupełnia, choć w lekki sposób, główne pole Księdza zainteresowań.
Jestem członkiem, a od kilku lat honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Biblistów Polskich, ale także Polskiej Akademii Filatelistyki. Zajmuję się tam tematyką religijną i uczestniczę w dorocznych konferencjach. Z kolei biblistom uświadamiam jak wiele biblijnych motywów jest na znaczkach.
W związku z 75. urodzinami życzę Księdzu Profesorowi wielu ważnych odkryć naukowych a także sukcesów w popularyzacji Biblii wśród szerokiej publiczności. A także skutecznego oddziaływania jeśli chodzi o kwestie dotyczące dialogu chrześcijańsko-judaistycznego.
Co do dialogu to wydaje mi się, że stworzyłem pewne podwaliny, od których nie ma ucieczki. W tym sensie, że cztery tomy rozmów ze mną opublikowanych przez wydawnictwo Fronda oraz mnóstwo innych publikacji zmieniło jednak świadomość w tych sprawach. W każdym razie to, co do mnie w tej dziedzinie należało, zrobiłem. Będę kontynuował pracę nad przekładem pierwszej części chrześcijańskiego Pisma Świętego.
A poza tym mam wypróbowanych przyjaciół, dobre warunki mieszkaniowe i kota. Mam też swoją parafię, z którą jestem bardzo związany, i utrzymuję bardzo dobre, przyjacielskie kontakty z miejscowymi księżmi i wiernymi. Tych wartości nie sposób przecenić.
I jeszcze życzę, żeby Księdza oponenci uznali, że w tym, co Ksiądz głosi na temat relacji z Żydami, są jednak jakieś „semina Verbi”.
Byłoby dobrze, gdyby tak się stało, ale powiem nie bez pewnego bólu: nie wiem, czy część z nich jest zdolna do jakiegokolwiek przewartościowania spojrzenia, które próbuje narzucić innym.
Jestem w każdej chwili gotowy do szczerej i uczciwej rozmowy na te tematy. Zwłaszcza w obrębie Kościoła i tych, którzy w Kościele się tymi sprawami zajmują. Natomiast, a mówię to z przykrością, przez ostatnie ponad 20 lat nikt z kościelnych gremiów, które obnoszą się z hasłami dialogu katolicko-żydowskiego, mi tego nie proponował ani nawet nie próbował.
Może ta nasza rozmowa coś zmieni?
Wiele czasu nie ma.
rozmawiał Tomasz Królak (KAI)PCh24.pl
***
25 stycznia
W Kościele katolickim przeżywamy Niedzielę Słowa Bożego pod hasłem:
„Słowo Chrystusa niech mieszka w was”.
fot. ks. Paweł Kłys
***
Niech ta zachęta skłoni nas do szczególnego zwrócenia naszej uwagi na Słowo Boże.
Papież Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego Listem Apostolskim w formie motu proprio „Aperuit illis” wydanym 30 września 2019 roku. Dokument został popisany w 1600 rocznicę śmierci oraz w liturgiczne wspomnienie św. Hieronima – wielkiego miłośnika i tłumacza Pisma Świętego, doktora Kościoła.
***
Co św. ojciec Pio mówił
o lekturze Pisma Świętego?
Archiwum Głosu Ojca Pio
***
W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.
Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.
Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:
Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.
Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.
Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo.
W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:
Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.
Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:
Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.
Co wydarzyłoby się w naszym życiu, gdybyśmy traktowali Biblię tak jak nasze telefony komórkowe, a wiadomości od Boga czytali równie często jak SMS-y? – pyta Ojciec Święty.
Papież Franciszek zachęca, żeby mieć zawsze przy sobie – w plecaku, torebce, pod ręką – przynajmniej mały egzemplarz Ewangelii i sięgać po niego jak najczęściej. Warto więc zastanowić się nad tym, jak właściwie wygląda nasz kontakt z Pismem Świętym, które – jak wierzymy – powstało z natchnienia samego Boga.
– Nie znam, niestety, żadnych badań na temat czytelnictwa Pisma Świętego w Polsce, więc trudno o jakieś konkretne dane. Spotkałem się jednak z badaniem przeprowadzonym przez Amerykanów dotyczącym czytania Biblii w różnych krajach – mówi biblista prof. Michał Wojciechowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. – Pytano, ile osób sięga po Pismo Święte, ile ma swoją Biblię w domu. I z tego badania wynika, że Polska wypada pod tym względem całkiem dobrze, lepiej niż inne kraje europejskie. W czołówce jest również Wielka Brytania, a najwięcej ludzi czyta Pismo Święte w Stanach Zjednoczonych, głównie dlatego, że tamtejsze wyznania protestanckie kładą wielki nacisk na życie Biblią.
Najmniej czytany bestseller
O to, ilu Polaków ma w domu Biblię, najlepiej chyba spytać księży chodzących po kolędzie – powszechną tradycją bowiem jest, by podczas takiej wizyty położyć Pismo Święte na stole. Również wydawnictwa i księgarnie mają dane, ile egzemplarzy rozprowadzają w ciągu roku. – Sam obserwuję, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat w Polsce upowszechniło się posiadanie własnej Biblii w domu. Wcześniej nie było to możliwe, m.in. dlatego że cenzura nie pozwalała drukować zbyt wielu egzemplarzy. Później się to zmieniło, więc Pismo Święte zaczęło pojawiać się w wielu katolickich domach, chociażby jako prezent z okazji Pierwszej Komunii św. czy bierzmowania – zaznacza prof. Wojciechowski.
Pytanie tylko, czy te domowe egzemplarze są otwierane, czy raczej zbierają kurz na najwyższej półce? – Moim zdaniem, ogólnie za mało sięgamy po Biblię, co wiąże się również z tym, że czytelnictwo w Polsce spada. Nie można natomiast powiedzieć, że tak to wygląda w każdym domu, bo są wśród nas osoby, które Pismo Święte czytają, niektóre okazjonalnie, inne regularnie. Wraz z rozwojem technologii pojawiły się nowe możliwości i dzisiaj można czytać Biblię w internecie. Dopóki jednak nie zostaną przeprowadzone badania, trudno mówić o konkretach. Ktoś przecież może nie sięgać po Pismo Święte w książkowym wydaniu, za to czyta je albo odsłuchuje w telefonie itd. – tłumaczy prof. Wojciechowski.
Biblista i redaktor naukowy Biblii Impulsy ks. dr hab. Janusz Wilk opowiada: – Nie tak dawno poznałem wyniki jednego z sondaży na temat czytelnictwa książek w naszej ojczyźnie. Podobno 60% Polaków w ciągu roku nie przeczyta ani jednej książki. Coraz mniej czytamy tekstów rozbudowanych, wielowątkowych i dłuższych, a co za tym idzie – również Biblii. Coraz częściej opinie na dany temat budujemy na podstawie nagłówków, krótkich newsów i komentarzy internetowych. Czasem mówi się, że Biblia jest najmniej czytanym bestsellerem. Jest ona w prawie każdym polskim domu, ale w niewielu systematycznie czyta się ją i rozważa. Nie jest jednak tak źle, gdyż znaczna część katolików zna słowo Boże ze słyszenia. Tak też było w Kościele pierwszych wieków, kiedy to chrześcijanie poznawali Biblię przede wszystkim podczas liturgii, ponieważ w swoich domach nie posiadali jej zwojów. Jeśli co tydzień chodzimy na Mszę św. i do tego dodamy jeszcze naszą obecność na niej w uroczystości i święta, to w ciągu 3 lat (tyle trwa cykl czytań w liturgii niedzielnej) usłyszymy ok. trzech czwartych treści Ewangelii. Raczej znamy treść Dobrej Nowiny, gorzej, gdybyśmy mieli sami znaleźć dany fragment w Biblii – np. samemu odszukać przypowieść o synu marnotrawnym i miłosiernym ojcu.
Warto szukać samemu
Ogólny spadek czytelnictwa nie jest jedynym powodem, dla którego część z nas po Pismo Święte sięga rzadko albo wcale nie sięga. Niektórzy usprawiedliwiają się tym, że jest to trudna lektura, niezrozumiała, nieprzystająca do dzisiejszych czasów. Dla innych przeszkodę stanowi język, nierzadko odbiegający od tego, którym posługujemy się na co dzień. Profesor Wojciechowski podchodzi ze zrozumieniem zwłaszcza do tego drugiego argumentu. – Żeby Pismo Święte było chętnie czytane, powinno być podane w języku, który przemawia do słuchacza. Dawniej robiono to zupełnie świadomie i np. Biblia w tłumaczeniu ks. Wujka operowała językiem stosunkowo bliskim ówczesnemu człowiekowi. Dzisiaj to tłumaczenie wydaje nam się podniosłe i trudne, ale w czasach ks. Wujka tak nie było. Później się od tego odeszło i w nowszych tłumaczeniach np. Pan Jezus „spożywa” zamiast „jeść”. Również dość niedawno zaczęto stosować wielkie litery w zaimkach odnoszących się do Boga, Chrystusa czy Maryi. To może, choć, oczywiście, nie musi, kojarzyć się z podniosłością i nasuwać myśli, że nie wypada czy nie ma sensu sięgać po te treści tak po prostu, zwyczajnie – wyjaśnia biblista. – Dzisiaj chyba najbliższe współczesnemu językowi jest tłumaczenie Edycji Świętego Pawła. Przystępny językowo jest też, według mnie, przekład ekumeniczny. To naturalne, że chętniej sięgniemy po coś, co wygodnie nam się czyta, warto więc poświęcić trochę czasu na znalezienie tłumaczenia, które będzie nam bliskie.
– Biblia jest trudna – przyznaje z kolei ks. dr Wilk. – Tylko rzeczy i sprawy banalne są łatwe i nic nas nie kosztują. Trudność ta nie dotyczy samego jej języka (w Polsce mamy tyle nowych, dobrych tłumaczeń) czy zrozumienia kultury, środowiska i czasów, kiedy Duch Święty kształtował myśli autorów danych ksiąg, bo mamy już bardzo dobre studia w tym zakresie i pomocne opracowania. Trudność ta dotyczy przełożenia słów Biblii na własne życie. Czasem chce się postępować po swojemu, tak, jak nam wygodniej, tak, jak się tego domagają współczesne trendy i współczesna poprawność. A w Biblii mamy coś innego.
Potrzeba przewodnika
Dziś Biblia jest właściwie „na wyciągnięcie ręki”. Można ją kupić lub czytać za darmo w internecie. Jednak, jak zauważa biblista ks. dr Krzysztof Kowalik, samo czytanie to za mało: – Jak wiemy, Biblia może być przeczytana na poziomie zwykłej książki. Wtedy poznamy pewne historie, postacie, zaznajomimy się ze starożytnym dokumentem, ze starożytną kulturą itd. Dlatego czasem nawet, dość niesprawiedliwie, niektórzy zrównują Biblię z tekstami mitologicznymi. Ktoś przeczyta Biblię w całości, a następnie jak inną książkę odstawi na półkę i nigdy do niej nie wróci. A tymczasem w lekturze Pisma Świętego chodzi przede wszystkim o to, by doprowadziło nas ono do spotkania z Jezusem.
Jak jednak spotkać Boga w tekście, który niekiedy trudno zrozumieć? – Sama Biblia daje nam na to odpowiedź, bo możemy w niej przeczytać o różnych takich trudnościach. W Dziejach Apostolskich diakon Filip spotyka dworzanina królowej Kandaki, który czyta fragment z Izajasza. Na pytanie, czy rozumie, co czyta, dworzanin odpowiada: „Jakże mogę zrozumieć, skoro nikt mi tego nie wyjaśnił?”. Filip nie tylko tłumaczy mu, o co chodzi w tym tekście, ale też pokazuje, w jaki sposób te słowa prowadzą do Jezusa. Tak samo każdy z nas, zwłaszcza na początku, potrzebuje kogoś, kto pomoże nam zrozumieć i kto pokaże nam, jak w tym tekście spotkać się ze słowem Boga. Zauważmy, że wspomniany Filip był diakonem, a więc nie pierwszą lepszą osobą, ale przedstawicielem Kościoła. Pismo Święte zostało powierzone wspólnocie ludu Bożego i to ta wspólnota z jednej strony słucha i strzeże słowa Bożego, a z drugiej – wyjaśnia je i prowadzi do spotkania z Chrystusem. Taka jest istota czytania Biblii – podkreśla ks. dr Kowalik. – Możemy nauczyć się fragmentów Biblii na pamięć, czytać ją wielokrotnie, możemy być ekspertami od jej treści, od jej języka, stylu, a nawet od zawartej w niej teologii, ale to wszystko samo z siebie nie musi koniecznie doprowadzić nas do wiary – jeśli człowiek nie będzie poprowadzony w tym kierunku, nie otworzy serca na spotkanie z Bogiem, to nie dojdzie do tego najważniejszego celu.
Zweryfikujmy oczekiwania
Ksiądz Kowalik zauważa również, że do lektury Biblii mogą nas zniechęcić niewłaściwe oczekiwania wobec tej księgi. Mogą to być choćby próby „dostosowania” jej treści do naszych prywatnych zapatrywań, do naszych wyobrażeń o tym, jaki Pan Bóg powinien być. Nie sprawdza się też zakładanie, że po przeczytaniu stosownego fragmentu od razu rozwieją się nasze wszystkie wątpliwości i pojawi się rozwiązanie. Bywa, że szukamy w niej odpowiedzi, których tam nie znajdziemy, bo nie po to została napisana. – To prawda, że w Biblii możemy znaleźć wiele wskazówek dotyczących życia, chociażby rodzinnego. Nie powinniśmy jednak traktować jej jak typowego poradnika. To, że znajdziemy w niej odniesienia do finansów, nie znaczy, że na tej podstawie należy podejmować decyzje inwestycyjne. Podobnie ma się rzecz np. z odniesieniami do diety. W księgarniach znajdziemy mnóstwo książek bardziej przydatnych w tych kwestiach. Pismo Święte nie jest zbiorem prostych, gotowych odpowiedzi na każdy temat. Musimy zbierać fragmenty, układać je, wsłuchiwać się w nie – to wymaga czasu, cierpliwości i przede wszystkim otwarcia na Boga – mówi duszpasterz.
Nie zagłodzić wiary
– Bóg przez Biblię nie chce nam utrudniać ziemskiego życia, ale pragnie nas doprowadzić do celu, którym jest życie z Nim w ojczyźnie, tej w niebie – przypomina ks. dr Wilk. – By bezpiecznie dojechać do celu, potrzebujemy ustalenia, po której stronie drogi będziemy się poruszać, namalowania na niej wyraźnych pasów, ustawienia różnych znaków, rozmieszczenia sprawnych świateł sygnalizacyjnych i czytelnych drogowskazów. Ktoś powie, że on tego nie potrzebuje, bo sam doskonale prowadzi niezły samochód, ale wtedy dosyć szybko stanie się zagrożeniem nie tylko dla siebie, ale i dla innych. W obrazie tym słowa Biblii są pasami, znakami, światłami i drogowskazami na drodze zwanej życiem. Oczywiście, to tylko ułomne porównanie, ale to jeden z aspektów Biblii: ma nam pomóc dotrzeć do życia wiecznego z Bogiem. Można bowiem w życiu się zagubić i tam nie trafić – przypomina i zachęca do zadbania o systematyczną lekturę, bo podobnie jak ciało potrzebuje pokarmu kulinarnego, tak wiara potrzebuje pokarmu duchowego. – Trzeba dbać o to, aby nie zagłodzić ciała, ale trzeba też dbać o to, aby nie zagłodzić wiary. W najbliższym tygodniu, jak w każdym innym, otrzymamy dziesiątki, a nawet setki informacji, przeczytamy kilka tekstów, spędzimy sporo godzin przed telewizorem, w internecie czy z telefonem komórkowym. Wszystkie tak dostarczone nam informacje wpływają na nas. A co otrzyma nasza wiara? Najgorsza opcja jest wtedy, gdy w środę (a może nawet już wcześniej!) nie potrafimy sobie nic przypomnieć z czytań z ubiegłej niedzieli, a przez te dni wychwyciliśmy już wiele informacji przeciwnych człowiekowi, Kościołowi, wierze, Bogu. Trzeba zadbać o to, aby w naszym umyśle nie były tylko słowa ludzkie, ale żeby były w nim także słowa Boże.
Ks. Wilk kładzie nacisk również na znalezienie czasu na osobistą lekturę Pisma Świętego. – Dla kogoś będzie to poranna lektura przed pójściem do pracy lub na uczelnię, a dla kogoś innego wieczorne, spokojne spotkanie ze słowem Bożym. Chodzi nie o to, by czytać wiele, ale by czynić to systematycznie. Czasem będzie to jeden rozdział, a innym razem jeden wers. Istotne jest to, aby nie narzekać na siebie, że danego dnia pragnęliśmy przeczytać więcej, a nie było to możliwe, ale cieszmy się tym, że udało nam się dzisiaj przeczytać tyle, ile mogliśmy przeczytać. Pobożna lektura Biblii jest modlitwą, w której Bóg do nas mówi.
Słowo budzące nadzieję
– Warto pamiętać o tym, o czym mówią papież Franciszek i nasi biskupi, a mianowicie, że Pismo Święte to słowo, które zaczyna budzić w nas nadzieję. Sprawia, że człowiekowi chce się żyć. Pokazuje mu cel – podkreśla ks. Kowalik. – To nie znaczy, że wszystko zostanie nam pokazane w jednym momencie, ale słowo Boże będzie nam ukazywać prawdę krok po kroku. To nie musi być łatwa lektura, ale ważne jest to, byśmy przyjmowali te treści z wiarą. Pamiętajmy, że również Maryja nie wszystko rozumiała z tego, co powiedział Jej anioł, co mówił do Niej Jezus, ale rozważała te wszystkie sprawy w sercu. Trzeba zaufać, że we właściwym momencie przyniesie to konkretny owoc. Ta nadzieja daje siłę do przetrwania sytuacji trudnych, tak jak dała ją Maryi na czas od ukrzyżowania Jezusa do Jego zmartwychwstania. Matka Boża stojąca pod krzyżem nie była osobą bezduszną, która nie cierpiała, ale słowa Jezusa dały Jej nadzieję. Święty Piotr napisał, że słowo Boże jest jak lampa, która pozwala nam przetrwać ciemną noc, aż zajaśnieje poranek.
Katarzyna Krawcewicz/Tygodnik Niedziela
***
„Osobista lektura Pisma Świętego prowadzi do fascynacji Bogiem”
“Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje” – podkreślił ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego.
fot. Plusonevector/Freepik/Stacja7.pl
***
Biuro Prasowe KEP: Księże Profesorze, z ustanowienia papieża Franciszka, III niedziela zwykła obchodzona jest w całym Kościele jako Niedziela Słowa Bożego. Jaki jest główny cel tej inicjatywy?
Ks. prof. Henryk Witczyk: Papież Franciszek podaje kilka celów, które winny być osiągane poprzez uroczyste przeżywanie Niedzieli Słowa Bożego, zwłaszcza celebracje liturgiczne w parafiach i diecezjach. Równie ważne są różne aktywności związane ze Słowem Bożym zawartym w Piśmie świętym w naszych rodzinach. Sądzę, że ich syntetycznym ujęciem są słowa Aperuit illis („Oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma”; por. Łk 24, 45), które otwierają papieskie Motu proprio ustanawiające tę celebrację. Zmartwychwstały Jezus oświecił umysły uczniów idących z Jerozolimy do Emaus. Byli rozczarowani przebiegiem procesu, drogi krzyżowej, ukrzyżowania – i ostatecznie złożenia do grobu umęczonego Mesjasza – Króla głoszącego Królestwo Boże jako obecne pośród nich. Gdy dołączył do nich tajemniczy Wędrowiec, zaczął z nimi rozmawiać, zadawać pytania, a ostatecznie wyjaśniał im Pisma, które mówiły o cierpieniach Mesjasza, wpisanych w Jego drogę do Chwały. Jak sami wyznali, pod wpływem tych Jego słów, w każdym z nich „pałało serce”, otworzyły się ich oczy na aktywną i miłującą obecność zmartwychwstałego Pana. On stał się na nowo najważniejszą Osobą w ich życiu! Centrum życia całego Kościoła apostolskiego, gdy objawił się z kolei wszystkim uczniom w wieczerniku, niosąc im swoje słowa: Pokój wam!
Tylko apostołowie z „otwartymi oczami” i „sercami pałającymi” ogniem Bożej obecności darowanej im w słowach Zmartwychwstałego mogli stać się głosicielami i świadkami Ewangelii. W Niedzielę Słowa Bożego cały Kościół pod przewodnictwem papieża Franciszka chce uwielbiać Boga za Jego obecność pod postacią słów Pisma świętego proklamowanych w Kościele, chce też dziękować Ojcu niebieskiemu za Słowo, które od Niego pochodzi! Ono otwiera nam oczy na misterium Trójcy Świętej, na Jej działanie w dziejach świata i ludzi, na Jej obecność w Kościele.
W jaki sposób można realizować założenia tej Niedzieli na co dzień? Co może być pomocne w poznawaniu Słowa Bożego?
Najważniejsze jest codzienne czytanie Pisma świętego. Dobrze jest zacząć od ksiąg Nowego Testamentu, które są nam mało znane, na przykład listy św. Pawła czy tzw. listy katolickie. One nie tylko wyjaśniają nauczanie Chrystusa, otwierają misterium Jego osoby, ale nade wszystko odnoszą je do życia tak pojedynczych wierzących jak i wspólnoty Kościoła. Ta aplikacja ma dla nas – borykających się dzisiaj z podobnymi wyzwaniami – absolutnie podstawowe znaczenie. Dokonywana jest bowiem pod natchnieniem Ducha Świętego, który jest Nauczycielem Kościoła wszystkich czasów aż do skończenia świata. To On, nie badania socjologiczno-psychologiczne, prowadzi Kościół do poznania Prawdy o zbawieniu człowieka, objawionej przez wcielonego Syna Bożego w Ewangeliach i Tradycji.
Dużą pomocą w poznawaniu Słowa Bożego są istniejące w wielu parafiach kręgi biblijne, wspólnoty praktykujące lectio divina. W większości diecezji, w wielu dekanatach bibliści prowadzą regularne wykłady z Pisma św. dla osób świeckich i zakonnych w ramach różnego rodzaju szkół Słowa Bożego (głównie w soboty). Warto również wybrać się na rekolekcje biblijne, organizowane w licznych domach rekolekcyjnych.
A niezastąpioną pomocą w osobistym studium Pisma świętego jest od roku aplikacja pod nazwą „Dzieło Biblijne”, stworzona dzięki dużemu zaangażowaniu i patronatowi KUL Jana Pawła II oraz Instytutowi Nauk Biblijnych KUL. Jest ona dostępna bezpłatnie w smartfonach, laptopie czy w wygodnym do czytania tablecie. A osoby zainteresowane nie tylko duchowym, ale i badawczym poznawaniem treści Pisma św. zachęcam do czytania artykułów naukowych w najlepszym polskim czasopiśmie biblijnym „The Biblical Annals”. Jest ono dostępne gratis na platformie czasopism KUL (https://czasopisma.kul.pl/index.php/ba), razem w biblijno-teologicznym „Verbum Vitae” (https://czasopisma.kul.pl/index.php/vv). Zamieszczane są w nich opracowania aktualnie dyskutowanych zagadnień i tematów – także w języku polskim.
Św. Hieronim powiedział, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”. W jaki sposób można zachęcić wiernych do czytania Pisma Świętego?
Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych, czyli w dialogu z Bogiem. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje. W istocie bowiem czytanie Pisma świętego jest jedynie „narzędziem” umożliwiającym Ojcu niebieskiemu, Synowi Bożemu i Duchowi Prawdy komunikowanie się z nami. A każdy, kto świadomie chce przeżywać swoją wiarę, jest maksymalnie zainteresowany tym, co Bóg chce mi dzisiaj, w tym tygodniu, w tę niedzielę powiedzieć. Dopiero znając przesłanie do mnie skierowane mogę odpowiedzieć w modlitwie: uwielbienia, dziękczynienia, ufności czy prośby.
Osobista lektura Pisma świętego prowadzi wierzących także do fascynacji Bogiem, osobą i nauczaniem Syna Bożego, działaniem Ducha Świętego w dziejach świata, pojedynczych ludzi, w historii Ludu Bożego pierwszego i nowego Przymierza, a nade wszystko w życiu współczesnego Kościoła, do którego zostaliśmy powołani.
KAI/Stacja7.pl
***
Ks. Teodor Sawielewicz na Niedzielę Słowa Bożego:
nie trzeba czytać Biblii od deski do deski
fot. radio Niepokalanów
***
Katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące – powiedział ks. Teodor Sawielewicz. Rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia, w rozmowie z KAI, wyjaśnił dlaczego warto sięgać po lekturę Pisma Świętego, opowiedział także jakie inicjatywy biblijne można znaleźć na kanale Teobańkologia. Jutro, już po raz piąty, będziemy obchodzić w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka.
Zadałbym pytanie mężowi: „czy to ważne, by poznawać każdego dnia lepiej swoją żonę? Przecież ją już niby poznałeś, to po co na to poświęcać więcej czasu?”. Św. Hieronim napisał takie słowa w czasach, w których nie było druku, a zdecydowana większość ludzi nie umiała czytać: „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Najważniejsze przykazanie Starego Testamentu zaczyna się od słów: „Słuchaj Izraelu…”. Skoro mamy komuś ufać, powierzać mu swoje życie, kogoś naśladować, kochać, to najpierw musimy go poznawać. Każda karta Ewangelii to skarbiec informacji o życiu i posłannictwie Tego, w którego wierzymy.
Papież Franciszek w swoim orędziu o ustanowieniu tej niedzieli podkreślił, że „Słowo Boże powinno być zawsze obecne w naszym życiu, a zwłaszcza w niedzielę, abyśmy mogli rozpoznać w nim obecność Chrystusa, który przemawia do nas i prowadzi nas”. Poprzez regularne spotkanie z Pismem Świętym możemy coraz bardziej odkrywać Boże przesłanie dla nas, pogłębiać wiarę, kształtować sumienie i prowadzić bardziej świadome życie chrześcijańskie.
Ma Ksiądz pomysł jak zachęcić wiernych do czytania Biblii? Jak podkreślił Franciszek, celem Niedzieli Słowa Bożego jest to, by „w ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.
Myślę, że ogromna rolę ma tu nastawienie człowieka do Biblii, ale też głód. Prorok Amos wypowiada takie słowa: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, że Biblia to żywe Słowo Boga, Słowo, które ma moc przemiany serca i życia, to nie trzeba go specjalnie zachęcać do chłonięcia Go.
Czy trzeba namawiać wygłodniałego do jedzenia? W Biblii znajdują się wskazówki jak żyć na Bożą chwałę, a przez to doświadczać wielu skutków ubocznych takiego życia: szczęście, dobre zarządzanie finansami, pozbycie się lęków i zmartwień itp. Rozmawiając z różnymi ludźmi, słyszałem podobne zdania: „Bóg jeden wie, co powinienem w tej sytuacji zrobić, modlę się o jakąś wskazówkę i nic…”. A kiedy pytałem: „A czy zajrzałeś do Pisma Świętego?”, odpowiadali ze zdziwieniem: „Ale po co? Przecież ja mam taki a taki problem do rozwiązania, co ma do tego czytanie Biblii?”. Odpowiadałem podobnymi słowami: „Zajrzyj, a sam się przekonasz”. Niektórzy z tych ludzi wracali potem do mnie z niesamowitymi świadectwami, a czytanie Słowa Bożego stało się odtąd ważnym elementem ich codzienności.
Również na Teobańkologii można znaleźć wiele interesujących treści umożliwiających lepsze poznanie Pisma Świętego, chociażby różnego rodzaju medytacje nad tekstem biblijnym, czy mógłby Ksiądz nieco o nich opowiedzieć?
Staram się, by treści i motywy zaczerpnięte z Pisma Świętego towarzyszyły każdemu aspektowi działalności Teobańkologii. Pojawiają się w błogosławieństwach w postaci postów i rolek o 7:00 i 19:00, w codziennych transmisjach różańcowych o 20:30, są inspiracją do rozmaitych akcji, są zawarte na naszej płycie “Niech zstąpi Duch Twój”.
Jedną z najważniejszych inicjatyw związanych z Pismem Świętym są serie Komentarzy Biblijnych. Na początku przygotowywałem je sam. Później zaprosiłem do współpracy ks. prof. Mariusza Rosika – wybitnego polskiego biblistę – który w kilku- albo kilkunastominutowych filmach odpowiada na ważne pytania w oparciu o Pismo Święte. W ramach ostatniej serii były podejmowane m.in. takie zagadnienia: Czy Bóg chce mojej choroby? Czy Bóg może posłużyć się złem? Dlaczego Bogu na mnie zależy? Po co Kościołowi papież? To ważne pytania, na które czasem sami nie potrafimy znaleźć przekonującej odpowiedzi. Dlatego właśnie warto posłuchać, co ma nam w tych kwestiach do przekazania Pismo Święte, co do nas mówi sam Bóg.
Myśli Ksiądz, że każdy katolik powinien przeczytać Pismo Święte od początku do końca? Dlaczego to tak mało powszechna praktyka wśród ludzi wierzących?
Może zacznę od tego drugiego pytania. Powody, by czegoś nie robić, zawszę się znajdą: „Nie mam czasu”, „I tak nic z tego nie rozumiem, to za trudne”, „Nie lubię czytać”, „Wolę posłuchać kazania, katechezy, konferencji”, „To nudne i nie ma związku z moim życiem”. To tylko niektóre z wymówek, jakie słyszałem. Przy okazji zapraszam na do naszej akcji wielkopostnej „Jerycho – zmień swoje nawyki”. Może warto będzie te nauki zastosować właśnie do stałego zaprzyjaźnienia się z Pismem Świętym!
A wracając do tematu, myślę, że każdy katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące. I to jest bardzo dobry pomysł, bo pozwala na głębsze zrozumienie konkretnych treści i ich odniesienie do swojej codzienności. Nie ma uniwersalnej, jednej metody. Papież Benedykt XVI mówił tak: „Rozważajcie często Słowo Boga i pozwólcie, aby Duch Święty był waszym nauczycielem. Odkryjecie wówczas, że myśli Boga nie są myślami ludzi. Będziecie skłonni kontemplować prawdziwego Boga i odczytywać wydarzenia historii Jego oczyma. Zakosztujecie w pełni radości, jaką rodzi prawda”. To jest właściwy klucz do lektury Pisma Świętego.
Nie chodzi tylko o poznanie treści minionych wydarzeń, biografii Jezusa czy dziejów pierwotnego Kościoła, ale o czerpanie wiedzy i mądrości potrzebnej człowiekowi tu i teraz, powiązanie tych wydarzeń ze swoim życiem, o poddanie się Bożemu prowadzeniu, słuchanie Jego głosu każdego dnia, w każdej sytuacji. Przy takim podejściu do Pisma Świętego człowiek z biegiem lat czerpie z niego coraz więcej, coraz więcej odkrywa, rozumie i można powiedzieć, że ta lektura nigdy dla niego się nie kończy. I – uwaga – co najważniejsze: człowiek, który poznaje Stwórcę przez lekturę Biblii, w końcu dojdzie do pragnienia – ja chcę nie tylko o Bogu czytać, ja chcę Jego!
Czy ma ksiądz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby zacząć czytać Pismo Święte, ale czują się zniechęcone jego objętością lub trudnością w zrozumieniu niektórych fragmentów?
W dzisiejszych czasach można wykorzystać różne narzędzia, takie jak aplikacje mobilne, audiobooki lub podcasty, które dają łatwy dostęp do lepszego rozumienia Pisma Świętego. Trzeba jednak pamiętać, że głównym celem czytania Biblii nie jest jej zrozumienie, ale raczej sięgnięcie do tego, co jest niejako pod naskórkiem tekstu – a jest tam sam Bóg, którego możemy spotkać, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy tego, co czytamy. On jest przecież Słowem, a to Słowo, które czytamy jest Bogiem.
W seminarium przeczytałem na głos w oryginalnym języku dwa razy cały Nowy Testament. Niewiele z języka greckiego rozumiałem, ale chciałem się “otaczać” Bogiem. Fale dźwiękowe, wiadomo, nie są Bogiem, ale to Słowo Nim jest. Jeśli coś wydaje się nam niezrozumiałe, zbyt trudne, a bardzo nam zależy na zrozumieniu, mamy dziś sporo możliwości, by znaleźć pomoc, wsparcie, wyjaśnienie nurtujących nas kwestii. Jedną z nich jest Teobańkologia, bezpieczna przestrzeń modlitwy przeniknięta Słowem Bożym, z naszym hasłem “Niech Ewangelia się niesie na chwałę Bożą i pożytek ludzi jak najlepszymi środkami”.
Jakie są Księdza ulubione fragmenty Pisma Świętego?
Ewangelia św. Jana 10,10 [Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości – KAI] – ten cytat umieściłem też na moim obrazku prymicyjnym. Gdy rozważałem ten fragment, dotarło do mnie, że Pan Bóg chce dla mnie szczęścia, życia w obfitości tutaj na ziemi.
Wcześniej chrześcijaństwo kojarzyło mi się inaczej: Królestwo Boże rozumiałem jako rzeczywistość odległą, niedostępną człowiekowi tu i teraz, na ziemi mam się męczyć i cierpieć, by potem pójść do nieba. Ten fragment zmienił moje myślenie. Zrozumiałem też, że odnosi się on do mojej misji. Ja jako pasterz dostałem misję od Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa – po to, by uczynić obfitym życie innych.
Czy ma Ksiądz jakieś osobiste świadectwo dotyczące momentu czytania Pisma Świętego, który wpłynął znacząco na Księdza życie duchowe?
Przypominam sobie taką sytuację, gdy miałem 17 lat i jechałem autobusem do szkoły. Natknąłem się wtedy na fragment, który opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym. Jezus zapytał tego człowieka: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”, a on mu odpowiedział „Panie, żebym przejrzał”. Tak bardzo mnie wtedy dotknęły te słowa, przez kolejne dni wypowiadałem je niemalże bez przerwy i były tak naprawdę początkiem mojego głębokiego nawrócenia, zmiany, kiełkowania dobrych pragnień i uzdrowienia wielu ran na duszy.
Gdzie szukać pomocy w interpretacji niezrozumiałych fragmentów Pisma Świętego?
Pismo Święte jest zbiorem tekstów, które wymagają znajomości pewnego kontekstu i umiejętnej interpretacji. Czytanie Biblii bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania może prowadzić do niewłaściwego zrozumienia treści, odnalezienia w niej sprzeczności, nawet absurdów, wyprowadzenia błędnych wniosków, wypaczenia obrazu Boga i Jego miłości. Dlatego warto korzystać z powszechnie dziś dostępnych komentarzy i objaśnień opracowanych przed doświadczonych biblistów, uwzględniających kontekst historyczny i kulturowy oraz kwestie języka i tłumaczeń, dobrym pomysłem jest też lektura we wspólnocie.
Warto również korzystać z innych katolickich źródeł, takich jak publikacje katolickie, czasopisma, strony internetowe i aplikacje mobilne, które oferują komentarze, wyjaśnienia i materiały pomocne w zrozumieniu Pisma Świętego. Tylko proszę, by te moje powyższe zachęty do zgłębiania wiedzy o Biblii nie zniechęciły do tego, by by po prostu Pismo Święte otwierać i czytać. Ono jak zaklinacz węży będzie nawet bez naszego zrozumienia lub odczucia wyrzucać z nas złe myśli i pragnienia, o ile z wiarą i otwartym sercem staramy się je zgłębić i odnieść do swojego życia.
rozmawiała Anna Rasińska/KAI/Tygodnik Niedziela
***
Ks. Krzysztof Wons:
Słowo Boże już nas zna, czeka na nas
***
O medytującym Kowalskim, który wychodzi pokonany jako… zwycięzca, mówi ks. Krzysztof Wons, salwatorianin.
Marcin Jakimowicz: Jeszcze przed dekadą plakat ze słowem „medytacja” pachniał z daleka New Age. Dziś to słowo pada coraz częściej w zakrystiach i salkach katechetycznych…
ks. Krzysztof Wons: I Bogu dzięki! Nie możemy być w odwrocie, nie możemy być w sytuacji, gdy słowa, które opisywały święte wartości, jak „tęcza”, „orientacja”, „medytacja”, zostają skradzione przez narrację tego świata. To przecież ogromne bogactwo, głęboko zakorzenione w chrześcijaństwie. Słowo meditare wskazuje przecież na to, co dzieje się z nami w najświętszym momencie, jakim jest słuchanie słowa Bożego i przyjmowanie go do własnego życia. Jak moglibyśmy z niego rezygnować? By nie wprowadzać w błąd ludzi zagubionych w informacyjnym chaosie, dodaję do słowa „medytacja” określenie „chrześcijańska”.
Jan Kowalski chce rozpocząć dzień od biblijnej medytacji. Poranki są naprawdę dobre? A może zostawić sobie medytację na wieczór, na deser?
Nie! Poranki są bardzo dobre, bo pokazują, że… decyzja nie jest po naszej stronie. Słowo już nas wybrało. Słowo jest poranne, paschalne, otwierające. Wybrzmiewa w nim poranek wielkanocny. Jest w nim Syn Ojca, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał. A On jest zawsze poranny. Ja naprawdę nie muszę czekać cały rok na śniadanie wielkanocne. Mogę je spożywać codziennie, i to zasiadając do stołu z samym Jezusem. Poranna medytacja słowa jest jak wschodzące słońce. Ma ona wyprzedzać wszystko, bo „bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Przecież wyznajemy od pierwszej strony Biblii, aż po Prolog Janowy, że „na początku było Słowo” (Brandstaetter przetłumaczy „na początku jest Słowo”). To Ono daje początek wszystkiemu. Ono stworzyło i stwarza ten świat. Teologia mówi o creatio continua – ciągłym stwarzaniu. Jestem nieustannie stwarzany przez Słowo. W dzień i w nocy.
Kowalski postanawia medytować, „gdy znajdzie czas”. Da się tak czy musi z góry go sobie wygospodarować?
Musi go sobie wygospodarować, bo inaczej wszystko skończy się na pobożnych życzeniach. Niezwykle ważne są systematyczność i wierność. Słowo powinienem asymilować od poranka, i to najlepiej jeszcze przed śniadaniem. Jasne, trzeba być realistą i dostosować medytację do planu dnia. Jesteśmy bardzo niecierpliwi i czytamy Biblię, przyciskając od razu klawisz „enter”. Domagamy się natychmiastowej odpowiedzi. A Biblii trzeba dać czas. To żywa księga, która bada nasze intencje. Jesteśmy pokoleniem, które spędza sporo godzin przy komputerze i ma pod paluszkami klawiaturę. Wydaje się nam, że wciskając „enter”, mamy wszystko pod kontrolą. Klikamy i wyświetlamy to, co chcemy. A pokorny Bóg, który ukrył się w literze, otwiera się przed nami stopniowo, gdy spotyka się z naszą miłością. Słowo Boże już nas zna, czeka na nas.
Kowalski zerka na opasły tom Biblii i drapie się po głowie: od czego zacząć? Od słowa „z dnia”?
Wyjął mi to pan z ust! Unikajmy myślenia, że to ja wybieram słowo. To ono wybiera mnie. Kościół, jak dobra matka, karmi nas nim we wszystkich szerokościach geograficznych, a dzień rozpoczyna z nim i profesor teologii, i prosty robotnik, i proboszcz, i wikary. To nie jest słowo, które pochodzi od Kościoła, on je jedynie przekazuje. Czytajmy słowo „z dnia”. Jasne, można się na nie otworzyć już wcześniej. W Centrum Formacji Duchowej jednym z owoców gorzkiego czasu COVID-u jest codzienne internetowe przygotowanie do słuchania słowa z kolejnego dnia. Z tej propozycji korzystają tysiące osób!
Śniadanie wielkanocne smakuje, bo jest raz w roku. Co zrobić, gdy trawione dzień w dzień słowo nam powszednieje?
Być mu wiernym i czytać je codziennie. Nawet jeśli nie czujemy jego smaku. Jesteśmy wychowywani do hedonistycznego, zrelatywizowanego przeżywania rzeczywistości: „To czuję, tego nie; to lubię, tego nie”, a słowo niezależnie od tego, w jakim jestem stanie (czy uniesienia, czy acedii), jest zawsze takie samo – i jest pełne życia. Rozwiązanie? Być wiernym, stałym, konsekwentnym, nie oceniać medytacji wedle własnego samopoczucia (to pułapka, którą Zły chętnie wykorzystuje). Mówię kończącym rekolekcje: „Być może owoc zobaczysz dopiero po miesiącach, po latach. Ale naprawdę go zobaczysz!”. Słowo przemienia od środka, delikatnie, bez fajerwerków. W Krakowie nie ma weekendu bez fajerwerków, a niebo jest im potrzebne jedynie jako tło. Nie możemy z Boga robić tła dla naszych medytacyjnych fajerwerków, a z Biblii tła dla naszych oczekiwań!
Kowalski, otwierając Biblię, ma zrezygnować z oczekiwań i pragnień?
Nie! Ma chodzić z wielkimi pragnieniami, ale jednocześnie szukać w sobie wewnętrznej wolności wobec własnych oczekiwań. Czasami musi przełknąć gorzkie lekarstwo, ze świadomością, że jeśli będzie je cierpliwie zażywał, to pomoże mu wyzdrowieć. Bóg ma odpowiedź na wszystko, naprawdę. Trzeba tylko otwierać Biblię i czytać, czytać, czytać.
Właściwie kto kogo czyta? Kowalski Biblię czy Biblia Kowalskiego?
To kluczowe pytanie! To Biblia czyta mnie, choć wydaje się, że jest odwrotnie. To absolutne sedno tej rzeczywistości! To nie my mamy panować nad tekstem, ale on nad nami. Jak wiele zależy od tego, jak się otwieram na Słowo, czy je przeżywam i „przeżuwam”. Lectio divina to przecież Boże czytanie. To Bóg mnie czyta, nie ja Jego. Może być przecież i tak, że czytam słowo, nie wychodząc poza własne myśli. Benedykt XVI przypominał, że trzeba pytać, co mówi tekst sam sobie, bo istnieje niebezpieczeństwo, że moje czytanie będzie jedynie pretekstem, by nigdy nie wyjść poza własne myśli. Wiem lepiej! Ktoś otwiera Biblię i ziewa: „Znowu to samo? Co tu jeszcze medytować? Ileż homilii na ten temat powiedziałem”.
Często zdarza się Księdzu odkryć coś nowego w słowie, które zna na pamięć?
Nieustannie. Bo ono nigdy nie jest tym samym Słowem. Stare są tylko litery, ale za ich murem skrywa się słowo, które jest zawsze świeże, nowe, kochające. Nie narzekajmy: „Znam to na pamięć”. I nie chodzi nawet o pamięć intelektualną, ale o serce, bo to ono „pamięta”. Psycholog powie, że najsilniejsza pamięć to pamięć przeżyciowa. Ojcowie pustyni – często analfabeci – uczyli się na pamięć całych ksiąg czy nawet psałterza.
Ale często „przeżuwali” przez cały dzień jedno słowo!
Sam to praktykuję. Łapię się jednego zdania, wersetu i to przeżuwam. „Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione. Starożytni powtarzali, że „Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli”. Tym jednym jedynym, najdroższym słowem jest imię „Jezus”.
„Tylko Jego imię zawiera Obecność, którą oznacza” – czytam w katechizmie.
To przecież to jedno jedyne Słowo uczyło tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. Świetnie, że o tym mówimy, bo to ono właśnie odróżnia medytację chrześcijańską od niechrześcijańskiej. Ewagriusz z Pontu podpowiadał, by powtarzać to Imię „z gniewem” (użył takiego określenia! Chodziło mu o wiarę, dynamikę, modlitwę całym sercem), dlatego że to Słowo kryje w sobie moc, rodzi do życia, zbawia. To nie jest tak, że jakąś techniką wywołuję skutki (to sedno medytacji niechrześcijańskiej). To nie jest mantrowanie, które przynosi ukojenie. Niektórzy podpowiadają: powtarzaj jedno słowo, nieważne jakie. Nie! Tu nie ma relatywizmu, tu chodzi o słowo Boga, bo to Ono nas stwarza.
A gdy Kowalski natrafia na fragment, którego nie rozumie? Na przykład opis budowy świątyni? Ma się mu poddać?
To kluczowe sformułowanie! Trzeba czytać, nie rezygnować. Najbardziej głęboka modlitwa jest… pasywna. Passivum divinum. Pozwalam słowu działać. To najbardziej święty moment medytacji. I nie chodzi o letniość, bierność, doskonale znany nam stan „lelum polelum”. Łukasz opisał, jak pięknie przeżywa ten stan Maryja. Najpierw słucha, potem zachowuje, jednocześnie strzeże – tłumacząc inaczej: „strzeże jak żołnierz” (zdając sobie sprawę, że złodziej szuka okazji, by to słowo wykraść) – i wreszcie medytuje, czyli pozwala, „by słowo wyjaśniało się przez słowo”.
„Jeszcze nikt swoim pytaniem okna w niebie nie wybił. Odpowiedzi w niebie nie brakuje, brakuje dobrych pytań. Nieraz trzeba się z Biblią pokłócić” – opowiadał mi Ksiądz. Kowalski się na to odważy?
Czasami jego medytacja będzie przypominała walkę Jakuba z aniołem. W ciemnej nocy zniechęcenia, posuchy, zmęczenia. Najważniejsze jest to, co zrobił Jakub. Jego krzyk: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!”. Bóg zachęca: „Kłóć się ze Mną, wiedź ze Mną spór”. W medytacji przychodzi moment, który ojcowie starożytni nazywali synkrisis – kryzysem. Konfrontacja. Słowo wprowadza cię w błogosławiony kryzys, który prowadzi do nawrócenia. Kłóćmy, się, walczmy, opowiadajmy Bogu, „co nam leży na wątrobie”. Ważne, byśmy na końcu otrzymali imię, które otrzymał Jakub: „Walczący z Bogiem”, bo „walczyłeś z Bogiem i ludźmi i zwyciężyłeś”. Kto wyszedł z tej medytacji, kuśtykając, z przetrąconym biodrem? Anioł czy Jakub? Ale – uwaga! – Jakub wyszedł jako zwycięzca. Nigdy bardziej nie jesteśmy zwycięzcami niż wtedy, gdy dajemy się pokonać przez Boga i Jego słowo.
Na to, co się kocha, czas się zawsze znajdzie. Przybywa tych, którzy kochają Pismo Święte – więc mają dla niego czas.
Msza w Niedzielę Słowa Bożego. Proboszcz, rozpoczynając kazanie, pokazuje egzemplarz Biblii. Sam wygląd księgi robi wrażenie: zakładki, naklejki, adnotacje, uwagi na marginesach. Ksiądz zobaczył to Pismo Święte podczas wizyty kolędowej w domu Grażyny i Stanisława Kotów i pożyczył je w charakterze rekwizytu kaznodziejskiego.
Lektura Biblii jest dla Grażyny i Staszka czymś niezwykle istotnym. Skąd ta miłość do słowa Bożego? – Zaczęło się po kursie ewangelizacyjnym „Emaus”. Tam zadeklarowaliśmy, że chcemy poświęcić pół godziny dziennie na czytanie Biblii. Od tego dnia czytamy słowo Boże po kolei, od początku do końca. Jeden rozdział dziennie – tłumaczy Grażyna.
– Jeżeli coś się powiedziało, to temu słowu trzeba być wiernym. Teraz czytamy Biblię już chyba po raz szósty – wyjaśnia Staszek.
Słowo Boże odpowiada na wiele ich pytań. Gdy Grażyna w czasie modlitwy otwiera Pismo, często otrzymuje precyzyjną odpowiedź na przedstawiony Bogu problem. Na przykład gdy najmłodszy syn zdał maturę i dostał pracę, nie bardzo chciał iść na studia. – Ja mówię: zapytajmy, jak Pan Bóg chce tym pokierować. Otwieramy słowo Boże i czytamy: „Nie jest dobra gorliwość bez wiedzy, a kto przyspiesza kroku, pobłądzi” (Prz 19,2) – śmieje się Grażyna. Odpowiedź była tak oczywista, że Tomek poszedł na studia. Od razu mu się spodobało, ale w domu było krucho z pieniędzmi. Znajomi mówią: „Wiecie, ile to kosztuje? Macie za co?”. Grażyna modli się, sięga do Pisma Świętego, otwiera i czyta: „Za naukę dajcie wielką ilość srebra, a zyskacie z nią bardzo wiele złota” (Syr 51,28). – Pan Jezus przez Pismo Święte powiedział, że nas w tym nie opuści. I to się wszystko stało, kiedy trzeba było, pojawiały się pieniądze – opowiada wzruszona.
Słowo odpowiada
Kilka lat temu państwo Kotowie zostali oszukani przy zakupie węgla przez internet. Stracili pieniądze i zostali z niczym. Modląc się, zajrzeli do Biblii. „Pan użyczy łaski, a ziemia nasza wyda owoc” – przeczytała Grażyna 13. wiersz Psalmu 85. Bardzo ją to uderzyło. W jej egzemplarzu Biblii ten werset jest podkreślony, a obok niego widnieje odręczna adnotacja: „8 XI 2020 otrzymaliśmy węgiel”. Jakim cudem? Ano było tak: Grażyna zadzwoniła do Agnieszki, znajomej ze wspólnoty Jezusa Miłosiernego, do której i państwo Kotowie należą. Chciała ją wesprzeć w kryzysie, który tamta przeżywała. W czasie rozmowy Grażyna wspomniała o oszustwie, którego padła ofiarą. Agnieszka natychmiast zaalarmowała wspólnotę, że Grażyna i Staszek nie mają węgla. Kilka dni później pod ich dom podjechała ciężarówka z zapasem węgla na cały sezon grzewczy. – Trudno przyjąć pomoc, ale mieliśmy wrażenie, że to się nam stało, żeby wspólnota „wydała owoc”. Bo myślę, że ta „ziemia” to jest nasza wspólnota, która zareagowała – uśmiecha się Grażyna.
– Sądzę, że jeśli codziennie poświęcamy czas słowu Bożemu, to ono także nam jakoś odpowiada. Tak jakby Bóg mówił: „Skoro ty jesteś wierny słowu, to słowo jest wierne tobie” – przekonuje Staszek.
Słowo Boże u państwa Kotów pełni funkcję nauczyciela i przewodnika. Służy także jako podarunek: gdy ktoś ma urodziny, małżonkowie modlą się, otwierają Biblię i posyłają mu przeczytany fragment. Wielu stwierdza potem, że to było im bardzo potrzebne.
Staszek za sprawą swojej miłości do Pisma Świętego zaczął interesować się językiem hebrajskim. – Skoro to święty język Biblii, to ja chcę go usłyszeć. Dlatego codziennie staram się przeczytać na głos fragment w tym języku. Wtedy sam się tym słowom przysłuchuję – mówi Staszek. Przyjął też taką praktykę, że zanim sięgnie po Pismo Święte, myje ręce. – Zauważyłem, że gdy na aukcji biorą do ręki jakąś cenną rzecz, robią to w białych rękawiczkach. A tu mam coś jeszcze cenniejszego – wyjaśnia.
– Wczoraj robiłam coś do jedzenia i tak sobie pomyślałam: narobisz się, zjemy raz-dwa, mycie i znowu to samo. A teraz siadasz do słowa Bożego i ono cię nakarmi. Ono da ci wszystko, czego potrzebujesz, i wypełni wszystkie twoje niedostatki. Pismo Święte mnie naprawdę karmi – zapewnia Grażyna.
Otwarcie drzwi
Miłość do słowa Bożego to doświadczenie wielu katolików. Marta Witkowska zachwyciła się Bogiem dawno temu, na rekolekcjach oazowych. – Bardzo chciałam poznać Tego, o którym tak fenomenalnie opowiadali moi znajomi. Wtedy zaczęłam czytać Pismo Święte dzień po dniu. Pasjonował mnie Bóg, który sam siebie przedstawia na jego kartach – opowiada. Chciała wiedzieć o Nim więcej i więcej. – Zaczęłam czytać o kulturze starożytnego Izraela, o zwyczajach semickich, ciekawił mnie kontekst historyczny, poznawałam często niezrozumiałe dla mnie obrazy, którymi w Biblii Bóg opowiada o sobie – tłumaczy. Kilka lat temu także ją zafascynował język hebrajski. – To otworzyło kolejne drzwi do przygody ze słowem Bożym. Odkrywanie głębi języka, wieloznaczeniowości słów, ich kolorytu i niezwykłej barwy, sprawia, że mogę codziennie doświadczać i uczyć się na nowo, jaki jest Ten, któremu zaufałam i w którym bez reszty zakochałam się 28 lat temu – cieszy się Marta.
Ks. Marcin Duś z diecezji tarnowskiej ze wzruszeniem mówi o znaczeniu słowa Bożego w swoim życiu. Jeszcze jako diakon szukał cytatu na prymicyjny obrazek, a zarazem na hasło kapłańskiej posługi. Wybrał słowa z Psalmu 37: „Powierz Panu swą drogę, zaufaj Mu, a On sam będzie działał”. – Przez te lata, które upłynęły od święceń kapłańskich, Pan nieustannie konfrontował mnie z tymi słowami: na ile potrafię Mu zaufać. I z każdym rokiem coraz bardziej się przekonuję, do jak niezwykle głębokiej ufności zaprasza mnie Bóg. Cokolwiek by się działo w moim życiu, wiem, że On mnie prowadzi, a ja nie mam się czego bać – przekonuje. I dodaje: – To jest piękne, że te słowa to nie tylko hasło na prymicyjny obrazek, ale i program na całe życie kapłańskie.
Słowo uzdrowienia
Arkadiusz Szweda z sentymentem wspomina pewien marcowy poranek na weekendzie Alpha. – Rano wstałem wcześniej i po raz pierwszy w życiu przeczytałem słowo z dnia. Była to przypowieść o miłosiernym ojcu. Nie tylko przeczytałem, ale i przyjąłem. Więcej: zobaczyłem w tej perykopie siebie. I to w obu synach… – wspomina. Od tamtej pory Biblia stała się dla niego pożywieniem. – I karmi mnie Król królów swoim słowem codziennie. Choć minęło od tego czasu kilkanaście lat, to słowo nadal się dzieje – wyznaje.
Łukasz Samek opowiada o członku swojej dalszej rodziny, który nie mógł wybudzić się po operacji na sercu. – Byliśmy z żoną na adoracji w kościele, modląc się za Mariana. Po niej żona wyciągnęła z koszyczka karteczkę z fragmentem Psalmu 30. Mocno dotknęły nas słowa: „Jaki będzie pożytek z krwi mojej, z mojego zejścia do grobu? Czyż proch Cię będzie wysławiał albo rozgłaszał Twą wierność?” oraz: „Biadania moje zmieniłeś mi w taniec; wór mi rozwiązałeś, opasałeś mnie radością, by moje serce, nie milknąc, psalm Tobie śpiewało”. Już wtedy byliśmy niemal pewni, że ta choroba nie prowadzi do śmierci, ale do większej chwały Bożej – opowiada Łukasz. W sobotę na weekendzie Alpha modlili się w grupie kilku osób o uzdrowienie kuzyna. Następnego dnia serce się uspokoiło, ale lekarze obawiali się, że jeśli mężczyzna się wybudzi, to może być w kiepskim stanie. Marian jednak obudził się bez niepełnosprawności, co medycy uznali za niewytłumaczalne.
Warunek życia
Łukasz Wilczyński z Open Doors spotyka ludzi, dla których samo posiadanie Biblii jest marzeniem. Na przykład w Hondurasie. – Tam Pismo Święte nie jest ozdobą czy dodatkiem do życia – jest jego warunkiem – zauważa. To tam 34-letni Armando każdego dnia idzie głosić Ewangelię do więzień. Dotrzymuje słowa, które złożył po tym, gdy jako 18-latek został brutalnie pobity. „Jeśli mnie stąd wyprowadzisz, Boże, będę Ci służył całe życie” – modlił się, leżąc na ziemi. – Dziś jego „amboną” do ewangelizacji są mury przepełnionych do granic możliwości więzień. Tam nie rządzi prawo państwowe, lecz gangi. Tam każde słowo jest ważone, a każda decyzja może kosztować życie. Głoszenie Ewangelii bywa tolerowane tylko pod warunkiem, że nie dotyczy „tych ludzi, co nie powinno”. A jednak Armando wraca, bo jak mówi, „każdy ma prawo poznać prawdę” – opowiada Łukasz.
Problem w tym, że w kraju, gdzie ponad połowa społeczeństwa żyje w skrajnym ubóstwie, Biblia bywa luksusem. Czasem Armandowi brakowało pieniędzy nawet na dojazd do miejsca posługi, nie mówiąc już o książkach. Posługa opierała się na pamięci, na pojedynczych fragmentach Pisma i na wierze. – Przełom przyszedł wraz ze wsparciem naszej organizacji Open Doors. W lipcu do Hondurasu trafiły egzemplarze Biblii oraz książek o tematyce chrześcijańskiej, a dziesięciu liderów, w tym Armando, przeszło specjalistyczne szkolenie dotyczące biblijnego przeżywania prześladowań. Od tego momentu posługa zaczęła wychodzić poza mury więzień. Pojawiły się szkoły, uczelnie, a z nimi młodzi ludzie, którzy po raz pierwszy trzymali w rękach własną Biblię – tłumaczy Łukasz Wilczyński.
Inna uczestniczka tego szkolenia, Isabella, pracuje w jednym z najbardziej niebezpiecznych regionów kraju. Dla niej otrzymane materiały były jak światło zapalone w ciemnym pomieszczeniu – nagle wszystko stało się wyraźniejsze. Mówi: „Wielu ludzi przychodzących do kościoła nie ma Biblii. Teraz możemy im ją dać”.
Open Doors dostarczyło w 2024 roku ponad 2,5 mln egzemplarzy Pisma Świętego oraz książek o tematyce chrześcijańskiej do krajów, gdzie są trudno dostępne lub wręcz zakazane. – To miliony historii podobnych do świadectw Armanda i Isabelli – tłumaczy Łukasz Wilczyński. I dodaje: – Miliony ludzi, dla których słowo Boże nie jest oczywistością, lecz darem okupionym odwagą i solidarnością innych chrześcijan.
Franciszek Kucharczak – Gość Niedzielny
***
10 powodów, dla których warto czytać Pismo Święte
fot. episkopat.pl
***
Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte. Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Podzielę się dziesięcioma powodami – pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi.
Po co Niedziela Słowa Bożego?
30 września 2019 r. Papież Franciszek opublikował list „Aperuitillis”. Okazją do napisania krótkiego, ale bardzo treściwego dokumentu o Biblii była 1600 rocznica śmierci św. Hieronima. Wszak to słynny tłumacz Wulgaty powiedział: „Nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa”. W dokumencie tym Ojciec Święty między innymi ustanawia Niedzielę Słowa Bożego, która ma przypadać w 3. niedzielę zwykłą.
Powodów wybrania jednej niedzieli na to, by skupić wszystkie myśli na Piśmie Świętym jest kilka. Po pierwsze na zakończenie Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia Papież poprosił, aby «jedna niedziela [w ciągu roku została] w całości poświęcona słowu Bożemu, aby zrozumieć niewyczerpalne bogactwo pochodzące z tego nieustannego dialogu między Bogiem a Jego ludem» (List Apost. Misericordia er misera, 7). Po drugie, ma to pomóc wiernym „wzrastać w miłości i w świadectwie w wiary” (AI, 2). Po trzecie, wybór niedzieli w tym czasie roku liturgicznego jest odpowiednim w kontekście troski o jedność chrześcijan i dialog religijny z wyznawcami judaizmu. Jak to ujął Franciszek: „Nie jest to przypadek: celebrowanie Niedzieli Słowa Bożego wyraża charakter ekumeniczny” (AI, 3).
Uroczyste, czyli jakie świętowanie?
Jak można przeżywać tę niedzielę? Z jednej strony Ojciec Święty zachęca ogólnie, by „przeżywać tę Niedzielę jako dzień uroczysty” (AI,3) tak, by była ona poświęcona „celebracji, refleksji oraz krzewieniu Słowa Bożego” (AI, 3). Z drugiej podaje konkretne przykłady, co można w ten dzień zrobić: intronizację Pisma Świętego, udzielanie urzędu lektoratu, wręczenie przez proboszcza wiernym całej Biblii albo chociaż jednej Księgi. Niewątpliwie to też najlepszy czas na to, by całą homilię poświęcić Słowu Bożemu. Przecież niedawno czytaliśmy o tym, że „Słowo stało się Ciałem”, jak i rozpoczęliśmy nowy cykl czytań w Liturgii, co jest dobrą okazją, by chociaż wytłumaczyć sens i układ czytań mszalnych.
Dołóżmy do tego jeszcze parę propozycji. Niedziela ta jest dobrą okazją, żeby zaprezentować ciekawie aplikację z tekstami biblijnymi (np. „Pismo Święte” Zespołu Pisma Świętego), super produkcję Biblii Audio czy strony internetowe z najpiękniejszymi obrazami biblijnymi (np. artbible.info czy biblical-art.com). To dobry czas, bo sprawdzić, czy i gdzie w domu znajduje się Pismo Święte, porozmawiać o sensie i pożyteczności czytania Słowa Bożego, jak również podzielić się najbardziej uderzającymi postaciami, wydarzeniami czy cytatami z Biblii. Jeśli ktoś nie przeczytał jeszcze listu papieża Franciszka „Aperuitillis”, to niech to zrobi właśnie w tę niedzielę. Tak jak wigilia jest dobrym czasem na składanie życzeń najbliższym, jak Popielec właściwym dniem, by posypać głowę popiołem, tak Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte.
Dlaczego warto? 10 powodów
Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Powodów jest zapewne wiele. Podzielę się dziesięcioma powodami, pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi. Nawet jeśli ktoś nie jest osobą wierzącą, warto, by przeczytał Biblię. Po co? Po to…
1) by rozumieć 1/3 ludzkości, czyli chrześcijan i Żydów.
2) by rozumieć literaturę, jak „Na wieży Babel” Szymborskiej czy „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa,
3) by rozumieć dzieła sztuki, jak „Powrót Syna Marnotrawnego” Rembrandta czy „Ofiarę Izaaka” Caravaggia,
4) by rozumieć muzykę, chociażby „Pasję wg św. Mateusza” Bacha czy „Mesjasza” Haendla,
5) by rozumieć język, gdy ktoś powie o zakazanym owocu czy nazwie cię faryzeuszem.
A jeśli jest ktoś wierzącym, znajdzie dodatkową motywację. Jaką? Czytam Biblię…
1) żeby być wiernym Jezusowi, który mówi: „Pisma nie można odrzucić” (J 10,35),
2) żeby Jezusa poznać, bo „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” (św. Hieronim),
3) żeby być wiernym Kościołowi, który zachęca „aby w każdym domu była Biblia … by można ją było czytać i posługiwać się nią w modlitwie” (Benedykt XVI, VD 85),
4) żeby spotykać się z Bogiem, „albowiem w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (SWII, KO 21),
5) żeby nie zmarnować życia, bo każdego kto słucha słów Jezusa i wypełnia je, „można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony” (Mt 7,24-25).
Kiedy czytamy Biblię, „w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (Dei Verbum, 21). Dla takiego Ojca warto i dla takich rozmów nie szkoda marnować czasu.
ks. Wojciech Węgrzyniak/Stacja7.pl
***
fot. Kamil Gąszowski /GośćNiedzielny
Dzięki autorskiej aplikacji ks. Januszkiewicza nauka biblijnego hebrajskiego i greki staje się dostępna na wyciągnięcie ręki. Otwiera to drogę do osobistego studium Pisma Świętego w oryginale.
Rozszyfruj Boży list
O tym, czy nowe technologie mogą być sprzymierzeńcem w rozwoju duchowym, dlaczego każdy tłumacz jest zdrajcą i jak smartfon może stać się bramą do starożytnego świata Biblii, mówi ks. Marcin Januszkiewicz, proboszcz par. św. Bartłomieja Apostoła w Topoli, biblista, twórca aplikacji Biblos do nauki greki i hebrajskiego.
Kamil Gąszowski: Ostatnio odkryłem, że sztuczna inteligencja zaskakująco skutecznie pomaga w odnajdywaniu biblijnych kontekstów i poszerzaniu zrozumienia tekstu. Czy nowe technologie mogą stać się naszym sprzymierzeńcem w rozwoju duchowym?
ks. Marcin Januszkiewicz: Oczywiście. Samo AI to rzeczywiście duże ułatwienie, choć technologia jest nowa i wciąż trochę się jej boimy. Trzeba pamiętać o zagrożeniach. Sztuczna inteligencja często się myli i, co gorsza, nie potrafi się do błędu przyznać. Dlatego trzeba podchodzić do niej ostrożnie.
Z drugiej strony to świetne narzędzie do zgłębiania Pisma Świętego. Pomaga klasyfikować treści i znajdować konkretne cytaty pasujące do danej idei czy myśli, którą w sobie noszę. Pozwala dostrzec konteksty, których nie znaleźlibyśmy tak wprost, bez sięgania po podręczniki i komentarze. Sam wykorzystuję AI w pracy naukowej, żeby porządkować myśli i idee, które w Biblii są mocno porozrzucane. To pomaga zrozumieć, jak one dojrzewały, bo inaczej wyglądają w Księdze Rodzaju, inaczej w Psalmach, a jeszcze inaczej w Nowym Testamencie.
Również tłumaczenia są żywe i się zmieniają, co wpływa na nasze rozumienie Biblii.
Powiedzenie Traduttore, traditore – „Tłumacz to zdrajca” – jest tutaj bardzo trafne. Każdy przekład Pisma Świętego jest już pewnego rodzaju interpretacją tłumacza. Weźmy prostą sprawę: czy napisać słowo „duch” małą, czy wielką literą? W oryginale wszystko było pisane majuskułą, czyli wielkimi literami. Dobór tej litery ma ogromne znaczenie i zmienia sens całego tekstu. Dlatego tak ważne jest, by nie zatrzymywać się tylko na jednym tłumaczeniu. Jesteśmy bardzo przywiązani do Biblii Tysiąclecia, ale istnieją też inne świetne przekłady, jak choćby Biblia Poznańska, która uchodzi za najlepsze tłumaczenie. Sięgnięcie po inne tłumaczenie pozwala zobaczyć dany fragment z zupełnie nowej perspektywy.
Czy czytanie w oryginale jest dla Księdza takim „prywatnym przekładem”?
Czytanie w oryginale to przede wszystkim wejście w świat biblijny. Tłumaczenia, mimo najszczerszych starań, nie są w stanie oddać wszystkiego, na przykład specyficznych wyrażeń idiomatycznych. Kontakt z językiem oryginalnym pozwala sięgnąć głębiej w treść i poczuć ducha epoki, w której Biblia powstawała.
Nie chodzi o to, że przekłady mocno różnią się od oryginału. Większość jest naprawdę bardzo wierna. Jednak każdy tłumacz sam musi wybrać wariant, który jego zdaniem jest najbliższy prawdy. Czytając w oryginale, to ja decyduję o tym, jak rozumiem tekst. Jestem wtedy wolny od interpretacji, którą nakłada na mnie tłumacz.
Żeby modlić się Pismem Świętym i by było ono żywe dla naszego życia, musimy je dobrze poznać. Pomocą są tu komentarze biblijne, których na naszym rynku jest coraz więcej, ale też właśnie aplikacja Biblos, którą stworzyłem, aby poprzez poznawanie języków biblijnych ułatwić zrozumienie mentalności i kultury, w której powstawała Biblia.
Istnieje zasada, że Pismo tłumaczy samo siebie. Czy to jest właśnie klucz do zrozumienia trudnych fragmentów Biblii?
Tak, ponieważ myśl biblijna zmieniała się na przestrzeni wieków. Pan Bóg nie objawił człowiekowi wszystkiego od razu, ale odsłaniał tajemnice stopniowo.
Kiedy czytamy najstarsze teksty, choćby Torę czy niektóre Psalmy, zauważamy, że w tych pierwotnych warstwach w ogóle nie ma idei życia po śmierci. Człowiek jest równy zwierzętom, które giną, nie ma nic poza tym. Dopiero późniejsze teksty wprowadzają pojęcie Szeolu, otchłani, do której trafia dusza. A objawienie zmartwychwstania i życia wiecznego czy modlitwy za zmarłych pojawia się dopiero w Księgach Machabejskich – zaledwie kilkadziesiąt lat przed Nowym Testamentem.
Widzimy więc wyraźnie, jak te idee i sam obraz Boga ewoluowały w poszczególnych księgach. Aby to właściwie zrozumieć, trzeba czytać te teksty łącznie, w szerszym kontekście. Fragmenty wyrwane z całości zawsze mogą prowadzić do wykrzywienia obrazu Boga.
Jaki jest Księdza ulubiony fragment Pisma Świętego?
Dla mnie takim szczególnym tekstem jest Psalm 131, psalm ufności. W wielu momentach życia stawał się on moją osobistą modlitwą zaufania Panu Bogu. Szczególnie w chwilach trudnych, w obliczu jakiejś tragedii czy życiowego dramatu, ten tekst ma niezwykłą moc przywracania nadziei. Często do niego wracam i właśnie nim się modlę.
Czy w poznawaniu Biblii – żywego słowa Bożego – chodzi właśnie o to, by wyjść poza same litery i wejść w realną więź z Nim?
Oczywiście. Za każdym razem, gdy otwieram ten sam fragment, odczytuję go inaczej, ponieważ zmienia się kontekst mojego życia. Ale przychodzi moment, kiedy ten sam fragment zapada w pamięć na całe życie, bo dotyka najczulszych strun.
Tak było w dniu śmierci mojej mamy. Gdy umierała w szpitalu, w liturgii przypadły akurat słowa Jezusa: „Przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście byli tam, gdzie Ja jestem”. W tamtej chwili stało się to dla mnie osobistym doświadczeniem. Bóg mówił bezpośrednio do mnie. A przecież czytałem ten fragment wcześniej wielokrotnie, choćby na pogrzebach, i nigdy nie miał on dla mnie tak potężnego znaczenia.
Dlatego gdy moi uczniowie pytają: „Po co czytać Biblię kolejny raz, skoro już ksiądz wie, co tam jest?”, odpowiadam, że za każdym razem odkrywa się coś nowego. Bo to nie jest zwykła lektura, ale relacja osobowa. Bóg mówi do nas konkretnie, tu i teraz.
Czy wystarczy po prostu zaufać rytmowi roku liturgicznego, by odkryć, że słowo przewidziane na dany dzień idealnie tłumaczy i wspiera naszą codzienność?
To jedna z najlepszych metod lektury i studiowania Pisma Świętego. Nie jest to ani przypadkowe otwieranie go na chybił trafił, ani realizacja własnego planu, który sami sobie układamy. Tutaj porządek przychodzi z zewnątrz, to liturgia wyznacza nam tekst.
Jest to niezwykle cenne, bo Pan Bóg działa właśnie w ten sposób. Mam wiele takich doświadczeń, kiedy czytanie przewidziane na dany dzień idealnie odpowiadało na sytuację czy pytanie, które akurat nosiłem w sercu. Nagle czytam Ewangelię i widzę, że Bóg precyzyjnie odpowiada na problem, który właśnie dzisiaj przeżywam i który jest dla mnie ważny.
Czy nie jest tak, że chrześcijaninem stajemy się w pełni dopiero wtedy, gdy odczytamy Biblię jako opowieści o nas samych i zaczniemy ją realnie przeżywać?
Właśnie o to chodzi. Musimy nauczyć się przeżywać Pismo Święte jako coś osobistego, przygotowanego przez Boga specjalnie dla nas. To nie jest tekst ogólny, dla wszystkich, ale wiadomość skierowana konkretnie do mnie. Pięknie się mówi, że to list Boga do człowieka, a ja ten list muszę odebrać i przeżyć osobiście.
Choć wszyscy czytamy ten sam fragment, każdy zrozumie go inaczej – i to jest właśnie najcenniejsze. Dlatego nie przepadam za filmami biblijnymi, ponieważ redukują przekaz jedynie do opowiedzenia pewnej historii. A Pismo Święte to nie jest tylko zapis tego, co się wydarzyło kiedyś. To rzeczywistość, która dzieje się dzisiaj. Bóg tekstami sprzed dwóch tysięcy lat odpowiada na to, czym żyjemy tu i teraz.
rozmawiał Kamil Gąszowski– Gość Niedzielny
***
Biblia wraca na “listę bestsellerów”. Niespodziewane przebudzenie duchowe w laickim kraju
W Wielkiej Brytanii sprzedaż Pisma Świętego rośnie w rekordowym tempie, mimo że kraj od dekad uchodzi za jedno z najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw Europy.
fot. depositphotos.com
***
W jednym z najbardziej zsekularyzowanych krajów Europy Biblia znów staje się książką masowo kupowaną. W Wielkiej Brytanii sprzedaż Pisma Świętego rośnie w tempie, jakiego nie notowano od dekad. Towarzyszy temu wyraźny wzrost zainteresowania duchowością – szczególnie wśród młodych dorosłych. Czy to początek głębszej zmiany w zachodnich społeczeństwach?
Niespodziewany powrót
Brytyjski rynek wydawniczy odnotowuje zjawisko, które jeszcze kilka lat temu wydawało się mało prawdopodobne. W 2025 roku przychody ze sprzedaży Biblii osiągnęły 6,3 mln funtów – to wzrost o 134 procent w porównaniu z 2019 rokiem. Szczególnie popularne są nowe edycje językowe, w tym English Standard Version.
Trend nie jest jednorazowym skokiem. Między 2024 a 2025 rokiem sprzedaż Biblii zwiększyła się o kolejne 27,7 procent. Dane Nielsen BookScan pokazują, że kategoria literatury religijnej rośnie dziś szybciej niż cały brytyjski rynek książki, kompensując spadki w segmencie non-fiction.
Choć dla wydawców to przede wszystkim statystyka ekonomiczna, dla socjologów i badaczy religii – ważny sygnał zmiany nastrojów społecznych.
Zjawisko wzrostu sprzedaży Biblii znajduje potwierdzenie w badaniach społecznych. Jesienią 2025 roku Policy Institute przy King’s College London przeprowadziło ogólnokrajowy sondaż “Grateful Britain“, który analizował postawy duchowe Brytyjczyków.
Wyniki pokazują, że najmłodsza dorosła grupa (18–34 lata) częściej niż starsi deklaruje doświadczenia o charakterze duchowym. 21 procent młodych respondentów przyznało, że codziennie odczuwa “głęboki zachwyt nad wszechświatem”. To dwukrotnie więcej niż w grupie 35–49 lat.
Równie wyraźna jest różnica w deklarowanej wierze w Boga – przynajmniej częściowej – którą wskazało 51 procent najmłodszych badanych. Badacze odnotowali też wyższy poziom odczuwanej wdzięczności za życie wśród młodych niż w starszych grupach wiekowych.
Dyrektor instytutu zapowiedział kolejne badania w 2026 roku, które mają sprawdzić, czy obserwowane zmiany utrzymają się w dłuższym okresie.
Kościoły wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii
Wzrost zainteresowania duchowością nie przekłada się jednak wprost na pełny powrót do praktyk religijnych w tradycyjnej formie.
W 2019 roku w katolickich mszach w Wielkiej Brytanii uczestniczyło tygodniowo ponad 700 tysięcy wiernych. W 2024 roku liczba ta była niższa o około 125 tysięcy. Wspólnota anglikańska odnotowała niewielkie wzrosty uczestnictwa w latach 2023–2024, jednak nadal pozostaje o blisko 19 procent poniżej poziomu sprzed pandemii. Katedry anglikańskie zwiększyły frekwencję o 10 procent w 2024 roku, lecz wciąż nie wróciły do wcześniejszych wartości.
Eksperci wskazują, że społeczeństwo powoli odbudowuje nawyki publicznej pobożności po lockdownach, ale długoterminowy trend spadkowy nie został jeszcze odwrócony.
Internet i kryzysy jako nowa przestrzeń ewangelizacji
Badacze zwracają uwagę na jeszcze jeden istotny element – wielu młodych Brytyjczyków pochodzi z rodzin bez chrześcijańskiego zaplecza kulturowego. Ich kontakt z religią odbywa się często poprzez media społecznościowe, podcasty, influencerów czy treści publikowane poza tradycyjnymi kanałami medialnymi.
Religia obecna w Internecie funkcjonuje bez ograniczeń charakterystycznych dla klasycznych mediów, co sprzyja oddolnym formom ewangelizacji. Jednocześnie globalne kryzysy ostatnich lat – pandemia, wojny, rozwój sztucznej inteligencji i rosnące problemy psychiczne – zwiększają potrzebę szukania trwałych punktów odniesienia.
Podobny wzrost sprzedaży Biblii obserwowany jest także w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2025 roku sprzedano ponad 19 milionów egzemplarzy – dwukrotnie więcej niż w 2019 roku. To sugeruje, że zjawisko nie jest lokalne, lecz wpisuje się w szerszą zmianę kulturową Zachodu.
Aleteia.org / Deon.pl
***
Kardynał Dolan wzywa katolików do powrotu do zanikających praktyk religijnych
Emerytowany arcybiskup Nowego Jorku kard. Timothy Dolan opublikował w mediach społecznościowych serię krótkich filmów, w których zachęca katolików do powrotu do zanikających praktyk religijnych tradycyjnie katolickich.
Najświętsze SerceJezusa Chrystusa
fot. ilustracyjne.UNSPLASH
***
Pierwszą z nich jest obecność krucyfiksu w mieszkaniu. „Krzyż jest ośrodkiem naszego życia, ośrodkiem zbawienia”, podkreśla hierarcha, wskazując, że umieszczenie go u siebie w domu jest okazaniem chrześcijańskiej tożsamości rodziny i jej odniesienia do Jezusa Chrystusa jako życiowego przewodnika i Zbawiciela.
Kardynał przypomniał również o praktykowanym w katolickich domach poświęceniu rodziny Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Dostrzega on w tym sposób włączenia życia rodzinnego w stałą i pełną ufności relację z Chrystusem.
Zachęcił także do codziennej modlitwy: porannej, by ofiarować Bogu rozpoczynający się dzień i poprosić Go o pomoc, oraz wieczornej, by podziękować Mu, zrobić rachunek sumienia i – gdy to konieczne – wyrazić żal za grzechy. Taka modlitwa staje się duchową „ramą” dnia.
Emerytowany metropolita nowojorski polecił też czynienie znaku krzyża przed jedzeniem, co staje się dyskretnym, ale rzeczywistym świadectwem. Uczynienie znaku krzyża, by podziękować Bogu również w miejscu publicznym, takim jak restauracja, jest prostym działaniem, które przypomina o miejscu Boga w codziennym życiu człowieka.
Centralne miejsce zajmuje jednak Msza św. w niedzielę. Kard. Dolan podkreśla, że nie jest ona zwykłym aktem pobożności, lecz stanowi filar życia katolika i wymóg zgodny z posłuszeństwem Chrystusowi.
Hierarcha apeluje również o ponowne odkrycie pokutnego charakteru piątku, przypominając dawną praktykę piątkowych wyrzeczeń, zwłaszcza niejedzenia mięsa, na pamiątkę dnia, w którym Chrystus umarł na krzyżu.
Wreszcie kardynał zwraca uwagę na atmosferę liturgii w kościołach, ubolewając, że czasem jest tam „tak głośno jak na parkingu”. Opowiada się za powrotem do ciszy i skupienia przed Mszą św., aby się wewnętrznie przygotować do tej „najważniejszej ze wszystkich modlitw” i do eucharystycznej Ofiary.
Gość Niedzielny
***
Spowiednik ludobójcy. O księdzu, który udzielił rozgrzeszenia nawróconemu zbrodniarzowi z Auschwitz
Wykładowca teologii i organizator tajnych kompletów z jednej strony. Komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Hitlera – z drugiej. O. Władysław Lohn SJ i Rudolf Höss. Spowiednik i… penitent.
fot. Henryk Przondziono/GOść Niedzielny/WIKIPEDIA /PERSONA77
***
Ich drogi przecinały się dwukrotnie. W 1940 roku Rudolf Höss darował życie o. Władysławowi Lohnowi SJ. Siedem lat później o. Lohn wysłuchał spowiedzi komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Władysław
O jego życiu wiadomo niewiele – przeważają suche, biograficzne fakty. Przyszedł na świat 5 kwietnia 1889 roku w Gorzkowie. Już jako 15-latek wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi, następnie kształcił się w Chyrowie, Nowym Sączu i Dziedzicach, gdzie 17 czerwca 1917 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kilka lat później rozpoczął karierę naukową – w Rzymie odbył studia doktorskie z teologii dogmatycznej i fundamentalnej, a we Francji kształcił się w zakresie prawa kanonicznego. Po powrocie do Polski zajął się nauczaniem teologii. Został pierwszym wychowawcą w nowo utworzonym Śląskim Seminarium Duchownym, które mieściło się w Krakowie, a później pierwszym rektorem stworzonego w Lublinie Collegium Bobolanum. Jego dokonania były na tyle znaczące, że w 1928 roku otrzymał nominację na wykładowcę teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kiedy wrócił do Polski, został mianowany przełożonym Prowincji Małopolskiej Towarzystwa Jezusowego.
Wybuch II wojny światowej zastał go w Starej Wsi. Już w grudniu 1939 roku o. Władysław zajął się organizowaniem akcji pomocy materialnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zapomniał jednak o swoich naukowych zainteresowaniach – najpierw zainicjował szeroki krąg tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej, a kiedy Niemcy zamknęli polskie uczelnie i uwięzili profesorów, zorganizował w Nowym Sączu i Starej Wsi wykłady z zakresu filozofii i teologii.
Komendant obozu Auschwitz Rudolf Höss i jezuita Władysław Lohn, który przed śmiercią udzielił mu rozgrzeszenia – montaż. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE / WIKIPEDIA
***
Rudolf
Urodził się 25 listopada 1901 w niemieckim Baden-Baden. Wychowany w głęboko katolickiej rodzinie Rudolf Höss przez całe dzieciństwo gorliwie służył jako ministrant. Jego ojciec miał już dla niego sprecyzowany plan: pójdzie do seminarium i zostanie księdzem. Dziecięca wiara Rudolfa zachwiała się, kiedy miał 13 lat – do jego rodziców dotarła wiadomość o wypadku, który spowodował w szkole. Chłopak uznał, że zdradził go jego spowiednik, zaprzyjaźniony z rodziną Hössów. I choć po latach przyznał, że o złamaniu tajemnicy spowiedzi nie mogło być mowy, to jednak tamto zdarzenie spowodowało, że Rudolf zaczął stopniowo odsuwać się od wiary, żeby wreszcie w wieku 21 lat oficjalnie wystąpić z Kościoła katolickiego. W tym czasie był już żołnierzem i całym sercem, fanatycznie uwierzył w ideę narodowego socjalizmu i w Adolfa Hitlera, „którego rozkazy i wypowiedzi były dla mnie ewangelią” – jak zapisał w swojej autobiografii.
Kiedy Höss został komendantem powstającego obozu Auschwitz, całym sobą zaangażował się w powierzone mu zadanie. „Od początku byłem całkowicie pochłonięty – wprost opętany – moim zadaniem i otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podniecały jeszcze mój zapał. Nie chciałem kapitulować, nie pozwalała mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż tylko swoją pracę” – notował już po wojnie, kiedy uwięziony czekał na proces i wyrok. Jego zapiski to opisy przerażającego, bezwzględnego okrucieństwa, którego dokonywał, będąc absolutnie przekonanym o słuszności swoich działań. Głód, nieludzkie warunki życia, praca ponad siły, tortury, którym byli poddawani więźniowie, wreszcie masowe egzekucje – w ostatnich miesiącach funkcjonowania obozu każdego dnia mordowanych było w nim nawet kilka tysięcy nowo przybyłych więźniów… Całą tą machiną zagłady kierował jeden człowiek.
Pierwsze spotkanie
Była druga połowa 1940 roku. Od kilku miesięcy w Oświęcimiu, z początkiem wojny przemianowanym na Auschwitz, funkcjonował obóz koncentracyjny. Jeszcze nie dymiły krematoryjne piece, jeszcze nie używano cyklonu B do masowej eksterminacji ludzi, ale już wówczas Auschwitz było czymś więcej niż zwykłe więzienie. „Przybyliście do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące” – tak SS Obersturmführer Karl Fritzsch, zastępca Rudolfa Hössa, powitał pierwszy transport polskich więźniów politycznych, przywiezionych do obozu 14 czerwca 1940 roku.
Kilka miesięcy później do obozu trafili pierwsi jezuici. Z pomocą duchową i materialną pospieszył do nich ich prowincjał – o. Władysław Lohn. Nie wiedział, czego się może spodziewać. Oczywiście o legalnym widzeniu z więźniami nie mogło być mowy, zakonnik znalazł jednak przerwę w drucie kolczastym otaczającym obóz i przekradł się na jego teren w poszukiwaniu współbraci. Niestety jego misja została brutalnie przerwana. Kapłana szybko dostrzegli obozowi strażnicy, zatrzymali i powiedli przed oblicze samego komendanta. Tu ta historia powinna się zakończyć, za tak zuchwały czyn mogła grozić tylko jedna kara: rozstrzelanie. A jednak komendant obozu nieoczekiwanie zaczął rozmawiać z kapłanem. Nie wiadomo, czy zaimponowała mu perfekcyjna znajomość języka niemieckiego, czy odwaga zakonnika, czy niemiecko brzmiące nazwisko. Dość, że Höss podjął zupełnie nieoczekiwaną decyzję: kazał puścić o. Lohna wolno.
Przemiana
Po wojnie Rudolf Höss uciekł i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem, jako Franz Lang. 11 marca 1946 roku został ujęty i przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Proces zbrodniarza rozpoczął się dokładnie rok później, 11 marca 1947 roku, i trwał niecały miesiąc, do 2 kwietnia. Obserwatorzy byli zadziwieni jego postawą – zeznania składał spokojnie, bez cienia emocji. Nie próbował się bronić, przyznał, że jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. Po usłyszeniu wyroku skazującego na śmierć podziękował obrońcom i stwierdził, że nie będzie składał apelacji. Na wykonanie wyroku miał czekać w wadowickim więzieniu.
Dwa dni po wyroku były komendant poprosił o spotkanie z katolickim kapłanem. Ponieważ na prośbę nie zareagowano, powtórzył ją na piśmie. Co mogło stać za zaskakującą prośbą komendanta? Badacze jego życiorysu uważają, że dużą rolę w jego przemianie mogli odegrać polscy strażnicy więzienni. Kilkoro z nich w czasie wojny było więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych, dlatego były komendant mógł spodziewać się z ich strony najgorszego traktowania. Höss mógł obawiać się, że w więzieniu padnie ofiarą tortur, zemsty, prowadzonej przy niemej zgodzie polskich władz. Stało się jednak inaczej. Otwierając proces, sędzia Alfred Eimer zaapelował do składu sędziowskiego: „Pomni wielkiej odpowiedzialności naszej wobec zmarłych i żywych, nie traćmy z oczu tego, o co się toczył bój miłujących wolność narodów. Poszanowanie godności człowieka stanowiło ten wielki cel, niechże będzie ono również udziałem oskarżonego, bowiem przed sądem staje przede wszystkim człowiek”.
Również w więzieniu Höss traktowany był przez strażników w sposób, który dogłębnie go zadziwił. Dał temu wyraz w liście do żony: „Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach. Mnie, który jako komendant Oświęcimia wyrządziłem polskiemu narodowi tyle szkód i bólu (…), okazywano ludzkie zrozumienie, co mnie bardzo często głęboko zawstydzało. Nie tylko ze strony wyższych funkcjonariuszy, ale również ze strony najprostszych strażników. Wielu z nich to byli więźniowie Oświęcimia i innych obozów. Właśnie teraz, w ostatnich dniach życia, doznaję ludzkiego traktowania, jakiego się nigdy nie spodziewałem. Mimo wszystkiego, co się stało, widzi się jeszcze we mnie zawsze człowieka” – pisał.
Drugie spotkanie
Ojciec Władysław Lohn przybył do wadowickiego więzienia 10 kwietnia 1947 roku. Rozpoczęło się kilkugodzinne spotkanie, zakończone złożeniem przez byłego komendanta pisemnego wyznania wiary. Po nim jezuita udzielił zbrodniarzowi rozgrzeszenia. „Wypowiedział nad nim słowa: Dominus noster Iesus Christus te absolvat et ego auctoritate ipsius e absolve ab omni viculo excommunicationis et interdicti in quantum possum, et tu indiges. Deínde ego te absólvo a peccátis tuis, in nómine Patris, et Fílii, et Spíritus Sancti. Amen (Pan nasz Jezus Chrystus niechaj cię rozgrzeszy, a ja Jego mocą uwalniam cię z wszelkich więzów ekskomuniki i interdyktu według rozciągłości mej władzy i twojej potrzeby. Następnie ja ci odpuszczam twoje grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen)”. Tym samym przywrócił go do pełnej jedności z Bogiem i Kościołem.
Następnego dnia o. Lohn ponownie przybył do wadowickiego więzienia. Tym razem miał ze sobą przyniesiony z parafialnego kościoła Wiatyk. Wiadomo było, że wykonanie wyroku nastąpić może lada dzień. Kościelny Karol Leń, który był obecny przy udzielaniu Komunii, zrelacjonował, że Höss uklęknął na środku celi, a po przyjęciu Chrystusa wybuchnął płaczem.
Tego samego dnia napisał listy pożegnalne. Do żony skierował następujące słowa: „Moje chybione życie nakłada na Ciebie, Najukochańsza, święty obowiązek wychowania naszych dzieci w duchu prawdziwego, płynącego z serca człowieczeństwa”. Dzień później jeszcze raz sięgnął po pióro i napisał oświadczenie, które wręczył prokuratorowi, prosząc o jego podanie do publicznej wiadomości. W krótkim tekście po raz pierwszy przyznał, że za swoje czyny ponosi odpowiedzialność nie tylko w wymiarze prawnym, ale także moralnym:
„Sumienie zmusza mnie do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: W osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkie popełniłem na ludzkości zbrodnie. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniałem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie Narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie najgłębiej zawstydzało. Oby obecne ujawnienia i stwierdzenia tych potwornych zbrodni przeciwko człowieczeństwu i ludzkości doprowadziły do zapobieżenia na całą przyszłość powstawaniu założeń, mogących stać się podłożem tego rodzaju okropności.
Rudolf Franz Ferdinand Hoess, Wadowice, 12 IV l947 r.”.
Ostatnie chwile
W przeddzień egzekucji Höss raz jeszcze wyspowiadał się u o. Lohna. 16 kwietnia wszedł na szubienicę, specjalnie wybudowaną w tym celu na terenie byłego już obozu, którym przez lata kierował, tuż obok pierwszego krematorium. Po pierwszej, nieudanej próbie wykonania wyroku skazaniec sam założył i zacisnął pętlę na swojej szyi. Obok niego stał ks. Tomasz Zaremba, salezjanin z Oświęcimia, odmawiając modlitwy za konających. Były komendant największego nazistowskiego, niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady, odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi, umarł pojednany z Bogiem.
Francis Clooney SJ z Uniwersytetu Harvarda, współautor wydanej w USA w styczniu tego roku książki „Auschwitz i rozgrzeszenie: Przypadek komendanta i spowiednika”, przypomina, że rozgrzeszenie udzielone Hössowi nie oznacza, że jego dusza po śmierci trafiła prosto do nieba. Przywołuje nauczanie papieża Benedykta o czyśćcu, który papież definiuje jako rodzaj nieskończenie intensywnego momentu oczyszczenia poza czasem i przestrzenią. Akt rozgrzeszenia, udzielony przez polskiego jezuitę niemieckiemu zbrodniarzowi, nie zwalnia go z odpowiedzialności za zło, którego dokonał, ale otwiera na możliwość wejścia w proces oczyszczenia, w którym grzechy są wypalane poprzez skonfrontowanie z Bogiem twarzą w twarz. „Pod Jego spojrzeniem – pisze Benedykt XVI – topnieje wszelki fałsz. Spotkanie z Nim przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. (…) Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym »przejście przez ogień«. Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga”.
Ojciec Lohn o sakramencie, którego udzielił Hössowi, wspomniał krótko swoim współbraciom kilka dni po powrocie z wadowickiego więzienia. Później opowiedział o tym tylko w 1958 roku, podczas homilii wygłoszonej na prymicjach jezuity Władysława Kubika. Potwierdził przebieg wydarzeń z 10 i 11 kwietnia 1947 roku i wspomniał o ich pierwszym spotkaniu na terenie obozu w roku 1940. Trudno się dziwić – w trudnych latach, kiedy Polska powoli podnosiła się z wojennych zgliszczy, jezuici wiedzieli, jaka może być reakcja społeczeństwa na wiadomość, że polski ksiądz udzielił przebaczenia samemu komendantowi Auschwitz. A dla zaciekle antykatolickiego reżimu komunistycznego taka wiadomość byłaby niesłychanym propagandowym sukcesem.
Po zakończeniu wojny o. Lohn dalej pełnił funkcję prowincjała. Jego zadaniem było między innymi ewakuowanie polskich jezuitów z Kresów i przejęcie poniemieckich klasztorów jezuickich na Śląsku i trzech kościołów we Wrocławiu. W 1947 roku złożył urząd i rozpoczął pracę w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy. Publikował teksty popularyzujące wiedzę teologiczną, komentarze do Ewangelii i szkice kazań. Dokonał także kolejnego przekładu na język polski dzieła Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Zmarł 3 grudnia 1961 roku.
Agnieszka Huf/Gość Niedzielny
***
Katechizm o przykazaniach: wprowadzenie i przykazanie pierwsze
Każda religia opiera się na pewnym systemie moralnym. Wiara chrześcijańska, a także tradycyjnie judaizm, opiera swoją naukę moralną na przykazaniach objawionych przez Boga Mojżeszowi. Mają one swoje czcigodne miejsce w tradycyjnym wykładzie wiary katolickiej, na nich też opiera się teologia moralna. O nich to postanowiłem napisać. I tym właśnie artykułem zaczynam moją nową serię. Będzie ona swoistym „katechizmem” na temat Dekalogu. W pierwszej części zajmę się przykazaniem dotyczącym wiary w Boga oraz krótkim wprowadzeniem w zagadnienie dziesięciu przykazań. Przedstawię, co w rzeczywistości oznacza nakaz wiary w Boga oraz zakaz pokładania ufności w fałszywych bogach. Zapraszam do lektury!
Czym są przykazania?
Przykazania Boże, zgodnie z nauczaniem „Katechizmu Rzymskiego”, są „zbiorem i skróceniem wszystkich praw” (KR3, s. 17). W owych przykazaniach, przekazanych Mojżeszowi na górze Synaj, zawarte jest całe prawo moralne ustanowione przez Stwórcę. Są one zbiorem nakazów i zakazów, które Bóg ustanowił. Przykazania są również nazywane „Dekalogiem”, co znaczy „dziesięć słów” (Por. Wj 34, 28). Dekalog ma za zadanie strzec naszej wolności, wskazuje on „warunki życia wyzwolonego z grzechu” (KKK 2057).
Czy przykazania moralne Starego Przymierza wciąż obowiązują?
Kwestia aktualności Starego Przymierza stanowi pewien problem w rozumieniu dlaczego przykazania, dane ludowi żydowskiemu, wciąż obowiązują. Zgodnie z nauczaniem Soboru Florenckiego, wszystkie prawa i obrzędy związane ze Starym Testamentem nie są już skuteczne i nakazane. W rzeczywistości jest tak, że Dekalog obowiązuje nas nie na podstawie autorytetu Mojżesza i Starego Zakonu, lecz jest on konieczny i wciąż aktualny, gdyż jest ugruntowany w prawie naturalnym oraz został potwierdzony i udoskonalony przez Jezusa Chrystusa. Tak naucza właśnie katechizm Soboru Trydenckiego: „[N]ie dlatego rozkazaniu temu posłuszni być mamy, iż jest przez Mojżesza podane, ale że jest w umysły wszystkich ludzi wrodzone, a przez Chrystusa Pana wyłożone i potwierdzone” (KR3, s. 19). Według najnowszego katechizmu „Jezus przejął dziesięć przykazań, ale w ich literze ukazał moc działającego Ducha Świętego” (KKK 2054). O wartości prawa naturalnego, które obowiązuje wszystkich ludzi w ich sumieniach, pisał św. Paweł: „Gdy bowiem poganie, którzy nie mają Zakonu, z natury czynią to, czego Zakon wymaga; tacy, co nie mają Zakonu, sami sobie są Zakonem. Oni okazują treść Zakonu wypisaną na sercach swoich” (Rz 2, 14-15).
Czy trzeba przestrzegać przykazań, aby się zbawić?
Katechizm, ogłoszony przez św. Piusa V, nauczał wyraźnie, że „[z]akonowi posłuszni być musimy” (KR3, s. 21). Nie jest to opcja, możliwość czy kwestia wyboru. Dobre życie i wieczne zbawienie zależy od tego czy zachowujemy przykazania Boga. Przestrzeganie tychże przykazań, a nie dawnych obrzędów takich jak obrzezanie, ma wielką wartość w oczach Pana (Por. 1 Kor 7, 19). Chrystus Pan powiedział: „Kto ma przykazania moje, i zachowuje je, ten jest, który mnie miłuje” (J 14, 21).
Czy da się przestrzegać przykazań?
Dla niektórych ludzi ilość nakazów i zakazów, których należy przestrzegać, aby żyć moralnie, może wydawać się przytłaczająca. Wielu stwierdzi nawet, iż to niemożliwe, żeby postępować dobrze. W pewnym sensie jest to prawda, gdyż żaden człowiek po grzechu pierworodnym, poza Jezusem Chrystusem oraz Maryją, nie jest w stanie uniknąć grzechu. Każdy w swoim życiu, ze względu na zranioną ludzką naturę, popełni przynajmniej jakiś grzech powszedni. Według definicji Koncylium zgromadzonego w Trydencie, błędem i herezją jest stwierdzenie, zgodnie z którym „sprawiedliwy przez całe życie może unikać wszystkich grzechów, nawet lekkich” (BF, s. 197).
Da się natomiast uniknąć grzechów śmiertelnych w całym swoim życiu. Tak samo jest możliwe, żeby przynajmniej od jakiegoś momentu swojego życia, dzięki działaniu łaski Boga, ustrzec się jakiegokolwiek grzechu. Św. Jan, w swoim liście, napisał: „Ta bowiem jest miłość Boga, abyśmy przykazań jego strzegli, a przykazania jego nie są ciężkie” (1 J 5, 3). Święty Sobór Trydencki, w dekrecie o usprawiedliwieniu, orzekł dogmatycznie, że herezją jest teza, według której „przykazania Boże nawet dla człowieka sprawiedliwego i będącego w łasce są niemożliwe do zachowania” (BF, s. 196).
Podział na dwie tablice
Zgodnie ze świadectwem Księgi Wyjścia, Bóg spisał przykazania swoje na dwóch tablicach: „Wyciosaj sobie dwie tablice kamienne (…) a napiszę na nich słowa” (Wj 34, 1). Istnieje kilka tradycji, co do podziału przykazań. Tradycja żydowska zakłada, iż na obu tablicach znajdowało się po 5 przykazań. Na pierwszej miały być te przykazania dotyczące Boga oraz czci rodziców, natomiast na drugiej reszta, która dotykała kwestii miłości bliźniego. Tradycja katolicka przyjmuje jednak podział, zgodnie z którym przykazania dotyczące Boga znajdują się na pierwszej tablicy, a przykazania odnoszące się do bliźnich na drugiej. Zwolennikiem takiego podziału był św. Augustyn z Hippony: „Tak jak są dwa przykazania miłości, o których mówi Pan, że na nich zawisło całe Prawo i Prorocy (…) tak te dziesięć przykazań zostało dane na dwóch tablicach. Trzy (…) są wypisane na jednej tablicy, a siedem na drugiej” („Sermones”, 33, 2 – Patrologia Latina 38, 208).
Pierwsze przykazanie – monoteizm
Pełna wersja przykazania objawionego przez Stwórcę, które według tradycji katolickiej jest pierwszym z dziesięciu, brzmi tak: „Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył” (Wj 20, 2-5). Zaczyna się ono od przypomnienia tego, że Jahwe jest Bogiem narodu żydowskiego oraz wspomnienia wielkich rzeczy, które uczynił dla ludu izraelskiego Pan Bóg. Dalsza część zakazuje kultu obcych bogów pogańskich, ogłaszając jednocześnie prawdę monoteizmu. W innej księdze mojżeszowej, w Księdze
Powtórzonego Prawa, wiara w jednego Boga jest wyrażona w następujących słowach: „Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest” (Pwt 6, 4). I choć wszystkie teksty mozaizmu wskazują na
istnienie tylko jednego Najwyższego Bytu – Jahwe, tak fragment o cudzych bogach jest napisany w taki sposób, aby mniej wykształceni, jeszcze nie w pełni uformowani, Izraelici mogli pojąć sens religijnego nakazu. Według „Katechizmu Rzymskiego” takie ujęcie tej sprawy wynika ze „ślepoty wielu ludzi, którzy przedtem wyznawali to, że chwalą prawdziwego Boga, a jednak mnóstwu Bogów służyli, jakich między żydami wiele było” (KR3, s. 32).
Najważniejsze przykazanie
Według katechizmu, który został ogłoszony przez św. Piusa V, przykazanie to jest „najpierwsze i największe”, gdyż „bardziej Pana Boga miłować i w większej powadze mieć mamy, niż pana i króla” (KR3, s. 32). Jest to najważniejsze przykazanie, ponieważ odnosi się do miłości i wiary w najdoskonalszą Istotę, czyli Pana Boga, Który jest Dawcą życia i naszym Zbawicielem.
Dlaczego jest tylko jeden Bóg?
Tomasz z Akwinu, najbardziej znany i szanowany teolog w historii Kościoła katolickiego, na łamach swojej „Sumy Teologicznej” podał powody, dla których nie jest możliwe istnienie wielu bogów. Święty ten pisał, między innymi, iż „Bóg mieści w sobie całą pełnię doskonałości istnienia. Gdyby przeto istniało więcej bogów; musieliby się jakoś między sobą różnić, a to znaczy. co przyzna się jednemu, drugiemu trzeba tego odmówić; i jeśli to, co się przyzna jednemu, będzie brakiem – pozbawieniem, już nie ma mowy o pełnej jego doskonałości; jeśli zaś będzie to jakaś doskonałość, drugiemu trzeba będzie jej odmówić. A więc istnienie wielu bogów jest wprost niemożliwe” („Suma Teologiczna”, 1, 11, 3). Według niego także przyczyna wszystkiego, czyli ten, „który jest pierwszy, jest w najwyższym stopniu doskonały, i zarazem jest przyczyną zasadniczą, a nie uboczną, czyli pod jakimś tylko względem, dlatego i ów pierwszy porządkowy ujmujący wszystkie rzeczy w jeden harmonijny układ musi być li tylko jeden; i takim właśnie jest Bóg” (Tamże).
Obowiązki wynikające z przykazania oraz grzechy przeciwko przykazaniu
Przykazanie to obejmuje wiarę, nadzieję i miłość. Wiara nakazuje nam wierzyć w istnienie Boga. Domaga się od nas także przyjęcia całej prawdy objawionej, którą przechowuje, wykłada i głosi w swoim nauczaniu Kościół katolicki (Por. KKK 2087-2089). Nadzieja zaś to oczekiwanie w ufności na otrzymanie Bożego błogosławieństwa oraz uszczęśliwiającego widzenia Stwórcy po śmierci. Jest też lękiem przed znieważeniem Boga oraz wiarą w możliwość odpuszczenia grzechów (Por. KKK 2090). Miłość natomiast jest związana z naszym obowiązkiem miłowania Pana ponad wszystko i wszystkich (Por. KKK 2093). Te trzy cnoty teologalne wyrażają się w naszej modlitwie, adoracji i w naszych ofiarach. Adoracja polega na oddawaniu Bogu chwały Jemu należnej. Modlitwa może być zaś błagalna, dziękczynna, uwielbienia lub wstawiennicza (Por. KKK 2095-2100).
Przeciwko wierze możemy zgrzeszyć poprzez dobrowolne wątpienie w Boga lub prawdy objawione przez Niego. Z cnotą tą sprzeczna jest też niewiara, czyli odrzucenie wiary. Grzechem również jest herezja, czyli uporczywe negowanie któregoś z dogmatów Kościoła katolickiego, a także schizma, czyli odrzucenie władzy biskupa Rzymu lub komunii z biskupami Kościoła (Por. KKK 2088-2089). Wykroczeniami przeciwko nadziei są rozpacz oraz zuchwała ufność. Rozpacz oznacza brak wiary w możliwość przebaczenia grzechów lub zrezygnowanie z oczekiwania na pomoc od Boga w przezwyciężeniu swoich słabości. Zuchwała ufność zasadza się na fałszywym przekonaniu, iż albo można się zbawić wyłącznie dzięki swoim wysiłkom, albo otrzymać zbawienie bez nawrócenia z grzechów (Por. KKK 2091-2092). Miłości wobec Boga sprzeciwia się obojętność, niewdzięczność, oziębłość (lub też zwlekanie czy niedbałość), lenistwo duchowe oraz nienawiść do Stwórcy (Por. KKK 2094).
Czy istnieje zakaz tworzenia wizerunków i oddawania im czci?
Pierwsze przykazanie obejmuje zakaz czczenia fałszywych bogów, a także tworzenia wizerunków i oddawania im czci boskiej. Według „Katechizmu Rzymskiego”, ogłoszonego na polecenie Soboru Trydenckiego, „obrazy dlatego Pan Bóg zakazał, aby podobno chwaląc obrazy jak bogi, prawdziwego Boga chwały nie zaniedbali” (KR3, s. 37). Bóg zakazał Izraelitom również tworzenia obrazów przedstawiających Go, gdyż objawił się On w sposób transcendentny, bez żadnego konkretnego fizycznego obrazu. Niemniej, sam Pan nakazał Żydom uczynić wizerunki węża miedzianego (Por. Lb 21, 4-9), arki Przymierza oraz cherubinów (Por. Wj 25, 10-22), które miały symbolizować przyszłe Odkupienie oraz obecność Jahwe. Katolicka wiara i praktyka, tworzenia oraz oddawania czci obrazom przedstawiającym Boga lub świętych, nie jest jednak sprzeczna z tym przykazaniem, ponieważ ta cześć, którą oddajemy obrazom, nie jest adoracją czy też czcią należną jedynie Bogu. Zgodnie z nauczaniem Soboru Nicejskiego II, powtórzonym przez katechizm wydany przez św. Jana Pawła II, „kto czci obraz, ten czci osobę, którą obraz przedstawia” (KKK2132). Cześć, którą oddajemy obrazom, jest „pełną szacunku czcią”, a nie „uwielbieniem należnym jedynie samemu Bogu” (Tamże). Dozwolone są obrazy Trójcy Świętej, aniołów lub też świętych. Zgodnie z katolicką praktyką, Boga Ojca można przedstawiać jako „Starowieczną Osobę, na stolicy siedzącą”, natomiast Ducha Świętego ukazuje wizerunek „gołębicy i ogniste języki” (KR3, s. 39-40).
Bałwochwalstwo jednak nie ogranicza się wyłącznie do czczenia fałszywych bogów, lecz przybiera także postać magii lub wróżbiarstwa, które polega na odwoływaniu się do Szatana, demonów lub
innych praktyk uchodzących za magiczne (Por. KKK 2116-2117). Samo bałwochwalstwo może polegać też na wywyższaniu innych rzeczy, które nie są Bogiem, np. pieniędzy. Istnieją również grzechy zwane „bezbożnością”. Wśród nich znajduje się wykroczenie symonii, czyli kupowanie lub sprzedawanie rzeczy duchowych. Poważnym złem jest świętokradztwo, które polega na profanowaniu i znieważaniu sakramentów lub osób, rzeczy i miejsc poświęconych Stwórcy. Czynem niemoralnym jest kuszenie czy też wystawianie na próbę Boga (Por. KKK 2118-2121). Złem jest również zabobon, który polega na przypisywaniu magicznych cech pewnym elementom kultu Bożego.
Wszystkie cytaty biblijne za: „Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie polskim
W. O. Jakuba Wujka S. J., Wydanie trzecie poprawione, Kraków 1962”
Odsłonięto mozaikę Leona XIV w Bazylice św. Pawła za Murami
W Bazylice św. Pawła za Murami, w galerii papieskich mozaik, okalających wnętrze świątyni, można już oglądać wizerunek Leona XIV. Jako jedyny jest on podświetlony, bowiem, według tradycji, iluminacja wskazuje papieża, który aktualnie zasiada na Tronie Piotrowym.
Vatican Media
***
Mozaika z wizerunkiem Leona XIV została podświetlona w niedzielę, 25 stycznia, przed nieszporami, którym Papież przewodniczył w Bazylice św. Pawła za Murami z okazji zakończenia Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. Papieski portret został umieszczony w prawej nawie świątyni, na wysokości 13 m, w galerii, zawierającej 267 papieskich wizerunków.
Tradycja z czasów Leona Wielkiego
Umieszczanie w Bazylice św. Pawła za Murami – Apostoła Narodów – portretów kolejnych papieży, to tradycja, sięgająca V w. i pontyfikatu Leona Wielkiego. Początkowo wizerunki te były malowidłami, jednak w znacznej większości zostały one zniszczone podczas tragicznego pożaru, jaki strawił świątynię w 1823 r.
W 1847 r. Pius IX zadecydował o odtworzeniu papieskiej galerii, powierzając to zadanie watykańskiej pracowni mozaik. Prace przebiegały w ekspresowym tempie: w niespełna pół roku stworzono malowane portrety 262 papieży, które następnie posłużyły jako wzór do wykonania mozaik – każdej w formie tonda, o średnicy 137 cm.
Od Piotra do Leona XIV
Tradycja wykonywania mozaiki na podstawie wcześniej przygotowanego portretu jest pielęgnowana do dziś. Autorem obrazu z wizerunkiem Leona XIV jest ceniony we Włoszech twórca sztuki sakralnej dr Rodolfo Papa. Wykonał go w ciągu kilku tygodni w lipcu ubiegłego roku. Ostateczną wersję malowidła, wybrał spośród 4 przedstawionych szkiców sam Leon XIV.
Następnie, w ciągu zaledwie 3 miesięcy, przygotowano na tej podstawie mozaikę, na którą składa się 15 tys. elementów o łącznej wadze 130 kg. W styczniu mozaika została zaprezentowana Papieżowi, a następnie przystąpiono do jej instalowania w Bazylice św. Pawła za Murami. Przez cały pontyfikat Leona XIV pozostanie ona podświetlona, na znak sprawowania przez niego urzędu Piotrowego.
Vatican News -Tygodnik Niedziela
***
Papież zaprasza chrześcijan do głoszenia światu Jezusa z pokorą i radością
Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan wzywa nas co roku do odnowienia naszego wspólnego zaangażowania w tę wielką misję, mając świadomość, że podziały między nami – choć z pewnością nie przeszkadzają jaśnieć światłu Chrystusa – to jednak sprawiają, że to oblicze, które ma je odzwierciedlać w świecie, staje się bardziej przyćmione – mówił Papież podczas nieszporów w Bazylice św. Pawła za Murami na zakończenie LIX Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan.
Vaican Media
***
Na początku homilii Ojciec Święty podkreślił, że św. Paweł „dzięki łasce Bożej poznał Pana Jezusa Zmartwychwstałego, który objawił się Piotrowi, a następnie Apostołom i setkom innych zwolenników tej Drogi, a w końcu także jemu, prześladowcy”. Spotkanie Szawła ze Zmartwychwstałym przyczyniło się do przemiany prześladowcy chrześcijan w wielkiego Apostoła, co upamiętnia święto Nawrócenia św. Pawła obchodzone w Kościele 25 stycznia. Szaweł zaś stał się Pawłem.
Misja św. Pawła – misją wszystkich chrześcijan
Papież podkreślił też, że „gromadząc się przy doczesnych szczątkach Apostoła Narodów, przypominamy sobie, że jego misja jest również misją wszystkich współczesnych chrześcijan: polega ona na głoszeniu Chrystusa i zapraszaniu wszystkich, aby w Nim pokładali nadzieję”. Papież dodał, że „każde prawdziwe spotkanie z Panem jest bowiem momentem przemieniającym, który daje nowe spojrzenie i nowy kierunek, aby wypełnić zadanie budowania Ciała Chrystusa”.
Głosić Chrystusa wszystkim
Sobór Watykański II w Konstytucji o Kościele wyraził pragnienie głoszenia Ewangelii każdemu stworzeniu, aby „oświecić wszystkich ludzi blaskiem Chrystusa jaśniejącym na obliczu Kościoła”. Papież przypomniał, że wszyscy chrześcijanie są powołani do mówienia światu z pokorą i radością o Chrystusie, a obchodzony co roku Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan szczególnie wzywa do odnowienia zaangażowania w ten proces.
1700. rocznica Soboru Nicejskiego
Leon XIV nawiązał też do ubiegłorocznej 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego, gdy „Jego Świątobliwość Bartłomiej, Patriarcha Ekumeniczny, zaprosił do świętowania tej rocznicy w İzniku”. Papież wyraził wdzięczność Bogu za to, że „dwa miesiące temu, podczas tej uroczystości, było reprezentowanych tak wiele tradycji chrześcijańskich. Wspólne odmówienie Credo Nicejskiego w tym miejscu, w którym zostało ono zredagowane, było cennym i niezapomnianym świadectwem naszej jedności w Chrystusie”. Dodał: „Ta chwila braterstwa pozwoliła nam również wychwalać Pana za to, czego dokonał w Ojcach z Nicei, pomagając im jasno wyrazić prawdę o Bogu, który stał się naszym bliźnim, spotykając się z nami w Jezusie Chrystusie”. Papież wyraził nadzieję, że również dzisiaj Duch Święty mógł znaleźć w chrześcijanach „pojętny umysł, aby jednym głosem przekazywać wiarę mężczyznom i kobietom naszych czasów!”.
Ojciec Święty nawiązał do fragmentu Listu do Efezjan, wybranego jako temat tegorocznego Tygodnia Modlitw, gdzie ciągle powtarza się określenie „jeden”: jedno ciało, jeden Duch, jedna nadzieja, jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, jeden Bóg. „Drodzy bracia i siostry, jakże te natchnione słowa nie mogłyby poruszyć nas do głębi? Jakże nasze serca mogą nie pałać pod ich wpływem?” – mówił Papież. „Stanowimy jedno! Już jesteśmy jedno! Uznajmy to, doświadczajmy tego, ukazujmy to!” – dodał.
Nawiązanie do przesłania papieża Franciszka
Leon XIV odniósł się też do przesłania swojego poprzednika, który podkreślał, że „droga synodalna Kościoła katolickiego ‘jest i musi być ekumeniczna, tak jak synodalny jest proces ekumeniczny’”. W latach 2023 i 2024 r. odbyły się dwa Synody Biskupów, które, jak wskazał Leon XIV, „charakteryzowały się głęboką gorliwością ekumeniczną i zostały ubogacone udziałem licznych bratnich delegatów. Uważam, że będzie to droga ku wspólnemu rozwojowi we wzajemnym poznaniu odpowiednich struktur i tradycji synodalnych”.
W 2033 r. będziemy obchodzić 2000. rocznicę Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Pana Jezusa. „Starajmy się o dalsze rozwijanie ekumenicznych praktyk synodalnych i wzajemnego oznajmiania tego, kim jesteśmy, co czynimy i czego nauczamy”- zachęcił Papież.
Słowa pozdrowienia i podziękowania
W kontekście dobiegającego końca Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan Papież skierował pozdrowienia do kard. Kurta Kocha, członków, konsultorów i pracowników Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan oraz do uczestników dialogów teologicznych i innych inicjatyw promowanych przez tę Dykasterię. „Jestem wdzięczny za obecność na tej liturgii licznych zwierzchników i przedstawicieli różnych światowych Kościołów i wspólnot chrześcijańskich, w zwłaszcza Metropolity Polykarposa, reprezentującego Patriarchat Ekumeniczny, Arcybiskupa Khajaga Barsamiana, reprezentującego Ormiański Kościół Apostolski, oraz Biskupa Anthony’ego Ball’a, reprezentującego Wspólnotę Anglikańską – wskazał Papież. – Pozdrawiam również stypendystów Komitetu ds. Współpracy Kulturalnej z Kościołami Prawosławnymi i Wschodnimi Dykasterii do spraw Popierania Jedności Chrześcijan, studentów Instytutu Ekumenicznego Światowej Rady Kościołów w Bossey, grupy ekumeniczne i pielgrzymów uczestniczących w tej uroczystości”.
Vatican News –Tygodnik Niedziela
***
czwartek 22 stycznia
Apostoł Rzymu – Święty tygodnia:
św. Wincenty Pallotti
***
Myśl: Nie obrażał się na ciężkie czasy, ale szukał sposobów pobudzenia odpowiedzialności za Kościół.
WWW.WATRA.PL
***
Św. Wincentego Pallotti można śmiało nazwać prekursorem Soboru Watykańskiego II. Był wielkim propagatorem zaangażowania ludzi świeckich w życie Kościoła. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.
Urodził się w roku 1795 r. w Rzymie i tam spędził całe życie. Studiował na uniwersytecie Sapienza, gdzie zdobył doktorat z teologii i filozofii. Święcenia kapłańskie przyjął w Bazylice św. Jana na Lateranie. Duszpasterzował na wielu frontach. Wykładał na uniwersytecie, był ojcem duchownym w seminarium. Tworzył szkoły wieczorowe, stowarzyszenia dla robotników, sierocińce i ochronki dla dziewcząt. Był kapelanem więźniów i żołnierzy, rekolekcjonistą, kaznodzieją, cenionym spowiednikiem. Zabiegał o to, aby wszystkie te działania jednoczyć i koordynować.
Stąd zrodziła się idea powołania do życia Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Główną ideą tej instytucji było pobudzanie wszystkich członków Kościoła, a szczególnie ludzi świeckich, do apostolstwa. Księża, którzy angażowali się w dzieło, zawiązali z czasem Stowarzyszenie Apostolatu Katolickiego (pallotyni). Ks. Pallotti założył także zgromadzenie żeńskie. Nazywano go „apostołem Rzymu” i „drugim Filipem Nereuszem”. Pewnego dnia ks. Pallotti użyczył swego płaszcza biedakowi, na skutek czego dostał ostrego zapalenia płuc i zmarł 22 stycznia 1850 roku. Został pochowany w kościele San Salvatore in Onda.
Kanonizował go Jan XXIII w czasie trwania Soboru Watykańskiego II w 1963 r. Pallotti żył w czasach, w których rodziły się podwaliny nowoczesnego świata. Idee oświecenia i rewolucji francuskiej, niepokoje czasów napoleońskich, tzw. kwestia robotnicza, tendencje liberalne i ruchy narodowościowe, likwidacja państwa kościelnego – to tylko niektóre ze zjawisk tego czasu. Pallotti nie obrażał się na czasy, ale szukał sposobów pobudzenia odpowiedzialności za Kościół. Pisał: „apostolstwo może być udziałem osób ze wszystkich stanów, gdyż jest ono działalnością, jaką każdy w miarę swoich możliwości może i powinien wykonywać ku większej chwale Boga oraz dla wiecznego zbawienia swego własnego i bliźnich”.
ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny
***
Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego
O tajemnicy zaufania
Od ponad 8 lat fascynowała mnie duchowość świętego Wincentego Pallottiego. Człowieka pokornego, człowieka miłosiernego, Apostoła XIX wieku. Przez lata również zastanawiałem się nad zagadnieniami zaufania i nieskończoności jakie często cytował w swoich dziełach wspomniany święty.
Kiedy jeszcze studiowałem na wykładach jeden z moich profesorów na pytanie: co trzeba zrobić aby być świętym? Odpowiedział: trzeba być po prostu człowiekiem. Zwykłym człowiekiem, nie pędzącym za nienawiścią, za bogactwami, zazdrością. Trzeba być człowiekiem zwyczajnym, prostym (nie prostackim) który umie rozmawiać z innymi ludźmi i z Bogiem. Umieć rozmawiać z człowiekiem znaczy umieć rozmawiać z Bogiem, bo nie można kochać Boga jeżeli nie kocha się człowieka. Nie można rozmawiać przyjaźnie z Bogiem nienawidząc innych. W człowieku, w jego gestach, słowach można zobaczyć miłość Boga, ale można i również innym ją ukazać. I tak sobie myślę, że św. Wincenty Pallotti doskonale potrafił ukazać miłość Boga widząc w drugim człowieku Jego obraz. Zaufać Bogu być może oznacza coś innego niż zaufać człowiekowi. Człowieka mamy na co dzień, możemy go zawsze skontrolować, możemy wiedzieć czy mówi prawdę, czy jest wiarygodny, możemy mieć nad nim kontrolę, a Bóg? Nie znamy Jego planów, nie wiemy co zamierza i czasami wydaje nam się bardzo daleki.
Nieskończoność, być w nieskończonym kontakcie z Bogiem, nieskończenie mu zaufać, nieskończenie poddać się Jego woli i zdać się na Jego zbawcze posłannictwo. Czasami było bardzo trudno mi w to było uwierzyć, do tego się przekonać. Wydaje mi się, że najtrudniej jest pokonać barierę zaufania, zawierzenia. Niczym Abraham wyruszyć ze swojego domu by iść w nieznane, niczym Mojżesz stawać w obronie kogoś kto wcale nie chce być bronionym, jak buntujący się lud na pustyni, niczym ślepiec z Ewangelii pomimo sprzeciwu zgromadzonych „dopchać się” za wszelką cenę do upragnionego celu — do Chrystusa. Być może ktoś powie, ładna, bardzo ładna teoria, ale daleko jej jeszcze do praktyki. W XXI wieku rządzonym przez pieniądz, politykę trudno jest mówić o zaufaniu do człowieka, łatwiej jest mówić o „plecach” dzięki którym można się dostać do pracy, na studia, na wysokie stanowiska. Ciężej się mówi o zaufaniu do człowieka, a jeszcze ciężej o zaufaniu do Boga, gdy liberalizm stara się nam ukazać bezsens wiary, a ludzkość pyta: Gdzie jest Bóg? Czy naprawdę jest On wszechmogący?
Nieskończenie zaufać Bogu, stanąć ponad systemami społecznymi, uwierzyć, że nad wszystkim co nam się w życiu przytrafia czuwa Bóg. Chroni nas i nigdy nie chce dla nas źle. Żyć wiarą i uwierzyć w życie, zaufać nieskończenie, że ostatnie słowo zawsze należy do Boga, a nie do człowieka. To brzmi jak prawdziwy sprawdzian z naszej wiary. Bo życie jest sprawdzianem z rozumienia Bożej miłości.
W ubiegłym roku w Zurychu, Lozannie i wielu innych miastach odbyła się największa wystawa Techniki XX i XXI wieku — „Expo 2002”. Kolorowe afisze, reklamy telewizyjne. Tłumy Szwajcarów wyruszały by ujrzeć „cuda techniki”. W każdym sklepie można było usłyszeć pytanie: Czy widziałeś już EXPO 2002? Kiedyś na jednym z kazań powiedziałem, że zachwycamy się cudami techniki, a tymczasem nie zastanawiamy się nad sferą duchową. EXPO 2002 nie było niczym innym jak tylko Wieżą Babel XXI wieku krzyczącą na cały kraj: „patrzcie co jesteśmy w stanie uczynić!!!” My ludzie, zawładnęliśmy techniką, pieniądzem, możliwościami. Być może dzięki temu niektórzy chcą stać się równymi Bogu. A tymczasem? Kiedy pojawia się jakaś choroba, np. rak, czy też gdy nadchodzi śmierć zdajemy sobie sprawę, że ani pieniądze, ani technika nie są w stanie nam pomóc. Coś co może nas trzymać przy życiu nie może zostać ujęte w kryteriach materialnych. Wiary i zaufania nie da się kupić, nie da się ich wyprodukować. Są one owocem miłości. I tak sobie myślę, że źródłem nieskończoności jest również miłość, czyli sam Bóg, jako nieskończona miłość. Myślę, że słowa Wincentego były aktualne zarówno w XIX wieku , ale są jeszcze bardziej „na czasie” w 200 lat później:
Szukaj Boga A znajdziesz go Szukaj Boga We wszystkich dziełach A znajdziesz go w nich. Szukaj go zawsze A zawsze Go znajdziesz
Gdy znajdziemy w naszym życiu Boga, prawdziwie go spotkamy, myślę, że wówczas odkryjemy tajemnicę nieskończoności i zaufania. Odkrywając te tajemnice poznajemy tym samym Boga, jego miłość i troskę, jaką nas otacza każdego dnia. Tajemnica nieskończoności, jest tajemnicą Boga, bo On jest nieskończony, On jest Bogiem Nieskończonej Miłości.
Przy okazji dzisiejszego liturgicznego wspomnienia św. Wincentego Pallottiego, zaglądam do jego chronologii. Rok 1824: nie ma ani jednego odnotowanego wydarzenia. Podobnie jest w jego duchowych zapiskach. Puste strony.
Zawsze mnie to intrygowało, a ponieważ w tym roku mija 200 lat od tego „doświadczenia”, postanowiłem o nim wspomnieć. Czy chodzi o „noc ciemną” w życiu Pallottiego? Wszystko wskazuje na to, że tak. Ale co to jest „noc ciemna”?
To bardzo trudne doświadczenie, ale ważne w perspektywie głębszego życia duchowego. Trudne, bo masz poczucie, że wali się świat, że wszystko straciło sens, że nic cię nie zadowala, że przeżywasz chaos. Wszystko staje się pustką i ciemnością. A przecież osoby, które przeżyły „noc ciemną”, uważają, że prowadzi ona do większej wrażliwości i otwartości na życie. Wprowadza na inny poziom przyjmowania świata, siebie, drugiego człowieka i Boga, choć w tym momencie, w którym ją przeżywasz, wcale ci się nie wydaje, że o to chodzi.
Święty Jan od Krzyża, mistrz duchowości chrześcijańskiej, którego Pallotti poczytywał z pożytkiem, spróbował opisać to doświadczenie. Dla niego noc jest łaską, „wzniosłą szczęśliwością” udzielaną wierzącemu, by wesprzeć go w jego wychodzeniu z „ziemi niewoli” ku wolności dzieci bożych. To łaska, której Bóg udziela na różne sposoby, dostosowując się jednak zawsze do rytmu i potrzeb człowieka. Bo jeśli Bóg trapi, to jedynie po to, by wywyższyć. To jest droga przez ciemność, do coraz większej jasności. Dzięki temu doświadczeniu człowiek nie staje się kimś lepszym, ale kimś nowym.
Otóż myślę, że to właśnie owe doświadczenie nocy ciemnej pozwoli Pallottiemu zapisać kilka lat później: „W dniu 26 marca 1840 roku, po odprawieniu Najświętszej Ofiary poczułem, o mój Boże, mój Ojcze, Miłosierdzie me nieskończone, że raczyłeś we mnie zburzyć całego mnie, a ukształtować i stworzyć we mnie nowy cud miłosierdzia. Tak, w Kościele twym ustanawiasz mnie jako nowy cud miłosierdzia” (OOCC X, 211).
Proszę zauważyć, iż Pallotti aż dwukrotnie precyzuje w tym krótkim zapisie, że chodzi o nowy cud miłosierdzia! Ta świadomość „nowości” będzie w nim zawsze bardzo żywa. To ona będzie napędzała jego kreatywność i odwagę angażowania się na nowych, nieznanych dotąd w Kościele drogach.
Nie wiemy jak długo trwała „noc ciemna” w życiu Pallottiego. Jedno jest pewne, że próba ta przyszła wtedy, gdy był w stanie ją znieść, i że wyszedł z niej „nowym”.
ks. Stanisław Stawicki SAC – Recogito,rok XXV, styczeń 2024
***
Wszechmogący Boże, Ty powołałeś świętego Wincentego Pallottiego, aby w Kościele pogłębić wiarę i ożywić miłość. Spraw łaskawie, abyśmy żyjąc duchem wiary i pełniąc uczynki miłości, zasłużyli na nagrodę życia wiecznego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Święty Wincenty Pallotti, Ty poprzez swoje życie dałeś nam przykład gorącej miłości Boga i niestrudzonej gorliwości w trosce o zbawienie wszystkich ludzi. Wstawiaj się u Boga za nami, abyśmy przeniknięci miłością i ożywieni Twoim duchem, wiernie realizowali otrzymane powołanie apostolskie. Amen.
***
Abp Galbas: Ja daje moje pół, ty dajesz swoje pół i jest nasza całość – współpraca!
Święty Wincenty Pallotti nie umiał żyć bez jednego – bez współpracy ze świeckimi, których traktował na równi. Dostrzegał w nich podobieństwo w jedności i powołaniu! – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas, który przewodniczył Mszy św. odpustowej w parafii pallotyńskiej w Łodzi.
Abp Adrian Galbas w Sanktuarium Świętości Życia w Łodzi
***
W liturgiczne wspomnienie św. Wincentego Pallotiego założyciela Zgromadzenia Księży Pallotynów, wspólnota parafii św. Wincentego Pallottiego w Łodzi przeżywała odpust ku czci swojego patrona. Poprzedziło je Triduum o św. Wincentym, które poprowadził ks. dr Jan Jędraszek SAC. Metropolitę warszawskiego w Sanktuarium Świętości Życia powitał ks. Andrzej Lemański SAC, proboszcz, prosząc o modlitwę w intencji całej wspólnoty parafialnej.
W homilii abp Adrian Galbas odniósł się m.in. do Listu św. Pawła do Koryntian. – W kościele są i prorocy i nauczyciele, dziś byśmy powiedzieli, że są biskupi, i księża, ale są także ludzie świeccy, których jest najwięcej. Nie można powiedzieć, że ktoś jest ważniejszy, każdy ma taką samą godność. I każdy w Kościele ma takie samo wspólne powołanie, powołanie do świętości które dostaliśmy przed założeniem świata. Święty Paweł mówi, że to wszystko nie miałoby sensu, jeśliby nie było ożywiane przez miłość. Miłość jest jak dusza w Kościele, nadaje sensu wszystkiemu. Święty Paweł opowiada jaka ona jest … ona jest najważniejsza, ona jest stała, wszystko przeminie. Nawet wiara w życiu wiecznym nie będzie nam potrzebna, ale miłość zostanie wieczna. Paweł pisze list do Koryntian i mówi, że wszystko przeminie, jeśli nie ma miłości. O miłości mówi także prorok Izajasz, mówi o miłości bardzo praktycznej. Jeśli podasz kubek spragnionego, nagiego przyodziejesz nie będziesz obracał się od współziomków… To nie tylko ci, których obdarowujesz na tym zyskają, ale zyskasz i Ty sam. Wtedy twoja ciemność stanie się południem, w tobie będzie nagle więcej światła, będzie więcej jasności i przejrzystości. Rdzeniem miłości jest dawanie – podkreślał abp Galbas w homilii.
W dalszej części homilii metropolita warszawski odniósł się do ewangelicznej postaci miłości w życiu św. Wincentego Pallottiego. – To wszystko dostajemy właśnie w dzień świętego Wincentego. Dlaczego? Bo w Jego życiu i posługiwaniu najważniejsza była miłość. Mówiąc o nim często podkreślamy to co on zrobił: spowiednik, rekolekcjonista, rektor kościoła, kaznodzieja itd. Ciągle w jego życiu jest jakaś aktywność, jakieś działanie. Ale to nie jest najważniejsze – nie z powodu swojego aktywizmu został świętym. On to wszytko robił z miłości. Tego ludziom zabrakło, nie pracoholizmu, ale miłości (…) Wincenty doświadczył tego jak bardzo jest kochany nieskończoną miłosierną miłością Boga. Im bardziej będziemy misjonarzami, tym bardziej będziemy kochać. Czy to jest moje chrześcijaństwo oparte na tym doświadczeniu – czy jestem kochany nieskończoną miłością Boga? Bóg mnie kocha nieskończoną miłością (…) Umieramy, ale to co się liczy to jest miłość, która jest przepustką do lepszego świata. On nie jest w układzie z Schengen, tam potrzebna jest przepustka z miłości. Pallotti nie umiał żyć bez jednego – bez współpracy ze świeckimi, których traktował na równi. Dostrzegał w nich podobieństwo w jedności i powołaniu. Mówił „dobrom, które czynimy razem, jest długotrwałe”. Ja daje moje pół, ty dajesz swoje pół i jest nasza całość – współpraca! – zakończył abp Adrian Galbas.
Na zakończenie Mszy św. wierni mieli możliwość adoracji relikwii św. Wincentego poprzez ich ucałowanie.
W Kościele wspominamy dziś św. Wincentego Pallottiego – założyciela Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, którego integralną częścią są pallotyni i pallotynki. „Po Soborze Watykańskim II charyzmat pallotyński stał się charyzmatem całego Kościoła. Członkowie zgromadzenia starają się odpowiadać na potrzeby ludzi” – powiedział portalowi Polskifr.fr pracujący we Francji superior Regii Miłosierdzia Bożego, ks. Krzysztof Hermanowicz SAC.
Św. Wincenty Pallotti (1795-1850) był rzymskim kapłanem. Miał proroczą, nową jak na współczesny mu czas, ideę, żeby każdy ochrzczony był apostołem, świadkiem wiary, nadziei i miłości.
„Chciał, aby każdy ochrzczony brał przykład z Jezusa Chrystusa – Apostoła Ojca Przedwiecznego. Abyśmy mogli wypełnić misję apostoła, mamy obrać jako naszą Przewodniczkę Maryję – Królową Apostołów, która pozostaje na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku, oczekując na dar Ducha Świętego”– podkreślił ks. Krzysztof Hermanowicz SAC
Ze względu na te idee angażowania ludzi świeckich w życie Kościoła Wincenty Pallotti bywa nazywany „prekursorem Akcji Katolickiej”. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Obecnie jest rzeczą pewną, że Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.
„Jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego, poprzez chrzest stajemy się »żywymi kamieniami«. Każdy ochrzczony staje jest współodpowiedzialny za Kościół, każdy poprzez chrzest ma uczestniczyć w kapłaństwie Chrystusa, w Jego misji prorockiej i królewskiej”– podkreślił superior pallotynów.
W czasach Pallottiego w praktyce nie było to aż tak bardzo oczywiste, ale od czasu Soboru Watykańskiego II (1962-1965) ta prorocza idea stała się udziałem całego Kościoła.
Z czasem ludzie, pociągnięci jego przykładem, zaczęli gromadzić się wokół Wincentego Pallottiego. A on wciąż ich zachęcał, przykładem i słowem, do podejmowania różnych inicjatyw na rzecz Kościoła. Księża, bracia, siostry, ludzie świeccy, którzy określają siebie jako duchowe dzieci Pallottiego, nadal starają się żyć charyzmatem założyciela, odczytując „znaki czasu” i odpowiadając, w czasie i w miejscu, w którym żyją, na konkretne potrzeby Kościoła i człowieka.
„Angażują się w pracę duszpasterską w parafiach krajów, w których brakuje księży, prowadzą działalność misyjną, ekumeniczną, charytatywną, medialną, formację ludzi świeckich… Wszystko to w duchu zawołania św. Pawła: »Miłość Chrystusa przynagla nas« (2 Kor 5,14)”– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr.
We Francji pallotyni służą miejscowemu Kościołowi i starają się pozostać w służbie rodakom, pomagając im w utrzymaniu i przekazywaniu wiary młodym pokoleniom, ale także kultury polskiej, ojczystego języka i zwyczajów.
„Przykładami takiej działalności są nasze ośrodki duszpasterskie w Arcueil, w Osny, w Oignies czy w Joinville-le-Pont, szkoły polskie przy naszych parafiach, czy też Centrum Dialogu w Paryżu lub ośrodek w Montmorency. Nie można zapomnieć także o lipcowych Zjazdach Katolickich w Osny, które nie tylko pozwalają Polakom znaleźć we Francji kawałek Ojczyzny, ale są także, dzięki obecności licznych przyjaciół francuskich, pomostem między Polską i Francją”– ocenił ks. Krzysztof Hermanowicz SAC
św. Jan Paweł II rozmaiwa z patriarchą Barłomiejem I
***
Jan Paweł II – człowiek dialogu i jeden z ojców Soboru Watykańskiego II stawia sprawę jasno: ekumenizm nie jest dodatkiem.
Zaczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Dla tych, którzy mają relację z członkami innych Kościołów to czas intensywnych spotkań, dla innych – czas, gdy przypominają sobie o wadze jedności Kościoła. Jeszcze dla innych to świadectwo upadku Kościoła i rezygnacji z jego misji.
Dla wyrównania oddechu i uspokojenia nastrojów warto sięgnąć do nauczania św. Jana Pawła II, który wciąż dla wielu jest autorytetem duchowym. Nie sposób w krótkim artykule streścić całego nauczania św. Papieża na temat ekumenizmu, ale chciałem zwrócić uwagę na siedem jego ważnych myśli.
Rozumienie ekumenizmu
według św. Jana Pawła II?
Siedem cech ekumenizmu, które są zawarte w Encyklice „Ut unum sint” z roku 1995.
1 EKUMENIZM NIE JEST DODATKIEM
Jan Paweł II stwierdza stanowczo, że ekumenizm jest istotnym elementem działania Kościoła i powinien przenikać wszystkie jego działania:
Ekumenizm, ruch na rzecz jedności chrześcijan, nie jest jakimś tylko „dodatkiem”, uzupełnieniem tradycyjnego działania Kościoła. Przeciwnie, należy on w sposób organiczny do całości jego życia i działania i w konsekwencji winien tę całość przenikać i z niej wyrastać jak owoc ze zdrowego i kwitnącego drzewa, które osiąga pełnię życia (UUS, 20).
Zatem oznaką zdrowia Kościoła jest zaangażowanie w jedność całej wspólnoty.
2 DUCHOWY EKUMENIZM
Jan Paweł II zaznacza, że sercem ekumenizmu jest duch: nawrócenie oraz świętość, które są połączone z modlitwą.
Szlak nawrócenia serc jest wyznaczany rytmem miłości, która zwraca się równocześnie do Boga i do braci: do wszystkich braci, również do tych, którzy nie są w pełnej komunii z nami. Miłość ożywia pragnienie jedności nawet w tych, którzy nigdy nie dostrzegali jej potrzeby. Miłość tworzy komunię osób i Wspólnot. Jeśli się miłujemy, staramy się pogłębić naszą komunię i czynić ją coraz doskonalszą. Miłość zwraca się do Boga jako najdoskonalszego źródła komunii – która jest jednością Ojca, Syna i Ducha Świętego – aby z tego Źródła czerpać moc tworzenia komunii pomiędzy ludźmi i Wspólnotami lub odtwarzania jej pomiędzy jeszcze rozdzielonymi chrześcijanami. Miłość jest najgłębszym, życiodajnym nurtem procesu zjednoczenia.
Miłość ta znajduje najpełniejszy wyraz we wspólnej modlitwie. Sobór nazywa modlitwę duszą całego ruchu ekumenicznego, gdy jednoczą się w niej bracia, między którymi nie ma doskonałej komunii (UUS, 21).
Gdy chrześcijanie modlą się razem, wówczas cel, jakim jest zjednoczenie, wydaje się bliższy (UUS, 22).
3 WIERNOŚĆ PRAWDZIE
Dążenie do słusznej jedności nie jest przyzwoleniem na rezygnację z prawdy i przyjęciem za wszelką cenę kompromisów.
Dekret o ekumenizmie wymienia wśród elementów nieustannej reformy także sposób przedstawiania doktryny. Nie chodzi tu o modyfikację depozytu wiary, o zmianę znaczenia dogmatów, o usunięcie w nich istotnych słów, o dostosowanie prawdy do upodobań epoki, o wymazanie niektórych artykułów Credo pod fałszywym pretekstem, że nie są one już dziś zrozumiałe. Jedność, jakiej pragnie Bóg, może się urzeczywistnić tylko dzięki powszechnej wierności wobec całej treści wiary objawionej (UUS, 18).
Nie zamyka to jednak drogi do dialogu i prób zrozumienia siebie.
Strony prowadzące dialog spotykają się nieuchronnie z problemem odmiennych sformułowań, za pomocą których wyrażona jest doktryna różnych Kościołów i Wspólnot kościelnych; ma to liczne konsekwencje dla procesu ekumenicznego. Jedną z korzyści, jakie przynosi ekumenizm, jest to, że pomaga on chrześcijańskim Wspólnotom w odkrywaniu niezgłębionego bogactwa prawdy (UUS, 38).
4 EKUMENIZM TO RACHUNEK SUMIENIA
Dialog, którym jest ekumenizm, przynosi owoce, którymi są wymiana dóbr, rachunek sumienia, który przybliża do Boga oraz porzucenie wrogości:
Trzeba niejako rozpocząć od opuszczenia pozycji przeciwników, stron poróżnionych, aby znaleźć się na płaszczyźnie, na której obie strony traktują siebie nawzajem jako partnerów. Podejmując dialog, każda ze stron zakłada u swego rozmówcy wolę pojednania, czyli jedności w prawdzie. Aby to wszystko mogło się urzeczywistnić, muszą zaniknąć przejawy wzajemnego zwalczania się. Tylko wówczas dialog pomoże w przezwyciężeniu podziału, a posłuży do przybliżenia jedności (UUS, 29).
Zjednoczenie chrześcijan – także po wszystkich grzechach, które przyczyniły się do historycznych podziałów – jest możliwe. Warunkiem jest pokorna świadomość, że zgrzeszyliśmy przeciw jedności i przekonanie, że potrzebujemy nawrócenia (UUS, 34).
5 OCZYSZCZENIE PAMIĘCI HISTORYCZNEJ
Ważnym elementem, który przyświeca ekumenizmowi, jest dążenie do oczyszczenia pamięci historycznej. Żywym owocem takiego podejścia jest zdjęcie ekskomunik pomiędzy Rzymem a Konstatnynopolem:
Historycznym wyrazem zmiany, jaka się dokonała, był eklezjalny akt, mocą którego „zostało usunięte z pamięci i z życia Kościoła” wspomnienie o ekskomunikach, które dziewięćset lat wcześniej, w 1054 r., stały się symbolem schizmy między Rzymem i Konstantynopolem (UUS, 52).
Podjęcie podobnych działań nadal stoi przed Kościołem:
Dlatego zaangażowanie ekumeniczne musi się opierać na nawróceniu serc i na modlitwie, które doprowadzą także do niezbędnego oczyszczenia pamięci historycznej. Dzięki łasce Ducha Świętego uczniowie Chrystusa, ożywieni miłością, odwagą płynącą z prawdy i szczerą wolą wzajemnego przebaczenia i pojednania, są powołani, aby ponownie zastanowić się nad swoją bolesną przeszłością i nad ranami, jakie niestety zadaje ona do dzisiaj (UUS, 2).
6 WSPÓLNE ŚWIADECTWO ŚWIĘTOŚCI
Jan Paweł II zaznacza, że mimo podziałów, chrześcijanie mają wspólne Martyrologiów, czyli spis osób, które oddały życie za Chrystusa. Ich świadectwo jest znakiem, że pdziały mozna przezwyciężyć, przez oddanie życia Jezusowi:
Odważne świadectwo licznych męczenników naszego stulecia, należących do innych także Kościołów i Wspólnot kościelnych, które nie są w pełnej komunii z Kościołem katolickim, nadaje nową moc wezwaniu Soboru i przypomina nam o obowiązku przyjęcia i wprowadzenia w czyn jego zalecenia. Ci nasi bracia i siostry, połączeni przez wielkoduszną ofiarę z własnego życia, złożoną dla Królestwa Bożego, są najbardziej wymownym świadectwem tego, iż można przekroczyć i przezwyciężyć wszelkie elementy podziału, składając całkowity dar z siebie dla sprawy Ewangelii (UUS, 1).
7 UKIERUNKOWANIE NA EWANGELIZACJĘ
W Ewangelii Jana przeczytamy modlitwę Jezusa, w której prosi: „aby i ani stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłałˮ (J 17, 21). Jedność Kościoła już sama w sobie jest głoszeniem Chrystusa:
Czyż można bowiem głosić Ewangelię pojednania, nie dążąc zarazem czynnie do pojednania chrześcijan? To prawda, że Kościół, przynaglany przez Ducha Świętego i mocny obietnicą, iż nic nie zdoła go zwyciężyć, głosił i nadal głosi Ewangelię wszystkim narodom, ale jest też prawdą, że musi zmagać się z trudnościami wynikającymi z podziałów. Czyż niewierzący, stykając się z misjonarzami, którzy nie zgadzają się ze sobą nawzajem, choć wszyscy powołują się na Chrystusa, będą umieli przyjąć prawdziwe orędzie? Czy nie pomyślą, że Ewangelia, choć jest przedstawiana jako podstawowe prawo miłości, stanowi raczej przyczynę podziału? (UUS, 98).
Niech te ostatnie zdania będą elementem naszego ekumenicznego rachunku sumienia.
„Jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym?”
2 Kor 6,11-18:
fot. Wikipedia
***
Tekst w przekładzie Biblii Tysiąclecia
11 Usta nasze otwarły się do was, Koryntianie, rozszerzyło się nasze serce. 12 Nie brak wam miejsca w moim sercu, lecz w waszych sercach jest ciasno. 13 Odpłacając się nam w ten sam sposób, otwórzcie się i wy: jak do swoich dzieci mówię. 14 Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem na wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? 15 Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym? 16 Co wreszcie łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego – według tego, co mówi Bóg: Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich, i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. 17 Przeto wyjdźcie spośród nich i odłączcie się od nich, mówi Pan, i nie tykajcie tego, co nieczyste, a Ja was przyjmę 18 i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami – mówi Pan wszechmogący.
Krytyka literacka
Kontekst i kompozycja
Powyższy tekst znajduje się w Drugim Liście do Koryntian. Św. Paweł wzywa w nim wiernych Kościoła korynckiego do otwartości serca oraz ostrzega ich przed brataniem się z niewierzącymi. Wcześniej była mowa o trudnościach życia głosicieli Ewangelii (6,1-10), a po naszym fragmencie pojawiają się słowa pociechy po wieściach przyniesionych przez Tytusa (7,1-16). Nasz fragment stanowi początek czwartej i ostatniej części wywodu apostoła na temat apostolatu (6,11-7,4)
Gatunek literacki
Cała księga stanowi formę starożytnego listu (mającego wstęp, główny trzon oraz zakończenie). Nasz fragment należy do tego trzonu, w którym pojawiają się wypowiedzi o charakterze pojednawczym. Pod względem retorycznym warto zauważyć trzykrotne powołanie się apostoła na słowa Boga za pomocą zwrotów: „mówi Bóg” (w. 17), „mówi Pan” (w. 17) i „mówi Pan wszechmogący” (w. 18).
Orędzie teologiczne
Na początku św. Paweł wzywa swych adresatów do ich pojednania się z nim (jakkolwiek termin „pojednać się” tu nie występuje). Zachęca ich do otwartości serca (w. 11). Powołuje się na swoje (i swych towarzyszy) otwarte usta i takiej otwartości oczekuje od chrześcijan z Koryntu. Otwartość ust (wyrażona za pomocą czasownika anoigo) stanowi nawiązanie do nauk, zarówno słownie wygłoszonych, jak i zapisanych w poprzednim liście (a najpewniej w poprzednich listach), nielimitowanych i nieograniczanych. Teraz Koryntianie mają rozszerzyć swe serca (czarownik platyno) na te nauki i na wynikające z nich postępowanie. Wzorem dla nich ma być serce Pawła, w którym nie brak dla nich miejsca. Inaczej jest u nich z powodu ciasnoty ich serc (w. 12). Użyty tu dwukrotnie czasownik stenochoreomai oznacza „brakować miejsca”, „być ciasnym”, „być ograniczonym przestrzennie”. Warto zwrócić uwagę, że Paweł wyraźnie personalizuje swych adresatów, zwracając się do nich słowami „Koryntianie”, co rzadko zdarza się w jego listach. Apostoł posługuje się nie tylko metaforą serca, ale również obrazem z relacji rodzicielskich. Siebie uznaje za ojca duchowego chrześcijan korynckich i wzywa ich do otwartości (powtarza się tu znów czasownik platyno), tak jak powinny zachować się dzieci względem rodzica (w. 13).
W dalszych słowach św. Paweł pisze o powstrzymywaniu się od niewłaściwych relacji z ludźmi niewiernymi i niewierzącymi (apistoi), a konkretnie o tym, by się z nimi nie sprzęgać do jednego jarzma. Zauważamy tu echo starotestamentalnych reguł, w myśl których nie wolno w jedno jarzmo wprzęgać woła i osła (por. Pwt 22,10) oraz nie wolno krzyżować ze sobą różnych zwierząt (por. Kpł 19,19). Wyznawcy Chrystusa stanowią inną kategorię ludzi niż bałwochwalczy poganie. Nie mogą ze sobą wchodzić w relacje, tak jak by stanowili jeden rodzaj ludzi. Tutaj wspólnego mianownika nie ma. Dodać warto, że samo jarzmo, jakie nakłada Jezus, jest słodkie (por. Mt 11,30). Jarzmo, w które są wprzęgnięci poganie, jest odmienne. Powagę problemu apostoł wzmacnia serią pytań retorycznych zbudowanych na zestawianiu przeciwstawnych sobie pojęć i obrazów (według schematu „co ma wspólnego X z Y?”). Na początku pojawia się zestawienie „sprawiedliwości” z „niesprawiedliwością” (w. 14). Chrześcijanie dążąc do sprawiedliwości, zachowują przykazania Boże, podczas gdy poganie ich nie przestrzegają. Dalej pojawia się zestawienie „światła” i „ciemności”. Chrześcijanie są „dziećmi światłości” (por. Ef 5,8) oświeconymi przez wiarę i objawienie. Jako uczniowie Pana mają świecić światłem widocznym i nieprzykrytym przez korzec (por. Mt 5,15). Z kolei poganie idą złą drogą, wyznając nieistniejące bóstwa. Pozostają w ciemności, z dala od zbawienia (światło często jest synonimem zbawienia, a ciemność jego braku). Ciemność ponadto kojarzy się z działaniem złych duchów. W tym kontekście nie dziwi kolejne przeciwstawienie. Apostoł pyta, co ma wspólnego Chrystus z Beliarem (w. 15a). Beliar to jedno z określeń odnoszących się do szatana, który jest całkowitym przeciwieństwem Chrystusa. W ostatniej parze autor zestawia człowieka „wierzącego” z „niewiernym” (w. 15b). Użyty tu przymiotnik apistos tworzy inkluzję wraz z w. 14.
Ostatnim zestawieniem w retorycznych pytaniach apostoła stanowi kwestia braku jakiegokolwiek wspólnego mianownika między świątynią Boga a bożkami (idolami). Po tym pytaniu św. Paweł wyjaśnia adresatom: „my jesteśmy świątynią Boga żywego” (w. 16). Jest tylko jeden Bóg (określony jako żywy), a pogańskie bóstwa nie istnieją. Poganie jednak ślepo wierzą w ich istnienie i oddają im cześć, m.in. budując liczne świątynie (a takich w czasach apostoła w Koryncie było wiele). Nie tylko wyznawany przez chrześcijan Bóg jest jedynym, prawdziwym i żywym Panem, ale także oni sami jako wspólnota Kościoła stanowią żywy, duchowy organizm dzięki działaniu Ducha Świętego. Widzimy tu echo Pawłowej nauki o Kościele jako Ciele Chrystusa połączonej z przekonaniem, że w ciele chrześcijanina zamieszkuje Duch Boży. Św. Paweł prawdę tę pokazuje jako wypełnienie starotestamentalnych zapowiedzi, zwłaszcza proroctw Jeremiasza i Ezechiela o Nowym Przymierzu oraz proroctwa Natana z 2 Sm 7,14: „Ja będę mu ojcem, a on będzie Mi synem” (przywołane jest ono w w. 18). W taki oto sposób św. Paweł uzasadnia powstrzymywanie się od relacji z poganami. Chrześcijanin żyje w żywym organizmie Kościoła i niejako należy do duchowej rodziny Boga, a poganin funkcjonuje poza tą wspólnotą i nie należy się z nim bratać.
Ojcowie Kościoła
Św. Augustyn: „Czym jest nasza dusza dla członków ciała, tym jest Duch Święty dla członków Chrystusa, którym jest Kościół” (Kazanie 268).
Św. Ireneusz: „Istotnie, samemu Kościołowi został powierzony dar Boży. W nim zostało złożone zjednoczenie z Chrystusem, to znaczy Duch Święty, zadatek niezniszczalności, utwierdzenie naszej wiary i drabina wstępowania do Boga. Bowiem tam, gdzie jest Kościół, jest także Duch Boży; a tam, gdzie jest Duch Boży, tam jest Kościół i wszelka łaska” (Adversus haereses, III,24,1).
Katechizm Kościoła Katolickiego
O roli Ducha Świętego w Kościele:
„Duch Święty jest „Zasadą wszystkich żywotnych i rzeczywiście zbawczych działań w poszczególnych częściach Ciała”. Na różne sposoby buduje On, całe Ciało w miłości: przez słowo Boże, które jest „władne zbudować” (Dz 20, 32); przez chrzest, przez który formuje Ciało Chrystusa; przez sakramenty, które dają wzrost i uzdrowienie członkom Chrystusa; przez „łaskę daną Apostołom, która zajmuje pierwsze miejsce wśród Jego darów”; przez cnoty, które pozwalają działać zgodnie z dobrem, a wreszcie przez wiele łask nadzwyczajnych (nazywanych „charyzmatami”), przez które czyni wiernych „zdatnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą pożyteczną rozbudowę Kościoła”” (798).
Nauczanie papieży
Bednedykt XVI : „Świątynia z cegieł jest symbolem żywego Kościoła, wspólnoty chrześcijańskiej, którą już apostołowie Piotr i Paweł w swoich listach określali jako «budowlę duchową», wzniesioną przez Boga z «żywych kamieni», którymi są chrześcijanie, na jedynym fundamencie, którym jest Jezus Chrystus, porównywany do «kamienia węgielnego» (por. 1 Kor 3, 9-11.16-17; 1 P 2, 4-8; Ef 2, 20-22). «Bracia, wy zaś jesteście (…) Bożą budowlą», pisze św. Paweł, i dodaje: «Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście» (1 Kor 3, 9 i 17). (…) Kościół żywych kamieni buduje się w prawdzie i miłości i jest wewnętrznie kształtowany przez Ducha Świętego — przemienia się w to, co otrzymuje, upodabniając się coraz bardziej do swego Pana Jezusa Chrystusa. Jeśli żyje on w szczerej i braterskiej jedności, staje się duchową ofiarą miłą Bogu.” (Rozważanie przed modlitwą Anioł Pański 9.11.2008).
Pytania do modlitwy i refleksji
Co powinienem zrobić, żeby „rozszerzyć” swoje serce?
W jaki sposób powinienem rozmawiać z ludźmi niewierzącymi?
Co oznacza dla mnie fakt, że jestem członkiem Kościoła jako Świątyni Boga żywego?
Lektura dodatkowa
Dąbrowski E., Listy do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (Pismo Święte Nowego Testamentu VII), Poznań – Warszawa 1965
Kowalski M., Drugi List do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (Biblia Impulsy. Nowy Testament VII), Katowice 2018
Paciorek A. Drugi List do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (t. VIII) (Nowy Komentarz Biblijny VII), Częstochowa 2009
Stegman T.D., Drugi List do Koryntian (Katolicki Komentarz do Pisma Świętego), Poznań 2021
e-KAI/ 13 stycznia 2026 – opracował: ks. dr Wojciech Kardyś | Pelplin
***
Czy katolik, który odrzuca ekumenizm, może żyć w zgodzie z nauczaniem Kościoła?
„Wy uważacie tamtych za heretyków, ale oni za heretyków uważają was. I co dalej?” – o właściwej koncepcji ekumenizmu mówi ks. dr hab. Sławomir Pawłowski SAC.
Franciszek Kucharczak: W 2022 roku z papieżem Franciszkiem spotkali się liderzy polskich wspólnot charyzmatycznych – katolickich i ewangelikalnych. Potem jedni i drudzy spotkali się z krytyką ze strony niektórych współwyznawców. Dialog ekumeniczny ma wrogów po obu stronach?
ks. Sławomir Pawłowski: Przeciwnicy ekumenizmu są w wielu wyznaniach chrześcijańskich. Myślę, że jest ich znaczna mniejszość, ale są głośniejsi.
Skąd się to bierze?
Zapewne z błędnej koncepcji ekumenizmu. Wielu myśli, że ekumenizm oznacza kompromis w sprawach wiary albo że dialogi ekumeniczne są rodzajem handlu prawdami wiary. A tak nie jest.
A jak jest?
Dialog ekumeniczny to jest wspólne odkrywanie objawionej prawdy. Wyobraźmy sobie, że dwie osoby idą obok siebie różnymi ścieżkami i te ścieżki zbliżają się do siebie. I nawet jeśli na razie nie widać punku ich spotkania, to może gdzieś za horyzontem one się zejdą. Jest wiele dialogów ekumenicznych, które poświadczają, że tak jest. Chociażby deklaracja katolicko-luterańska o usprawiedliwieniu z 1999 roku czy deklaracje chrystologiczne z tak zwanymi Kościołami przedchalcedońskimi, które przez katolików, protestantów i prawosławie były uznawane za heretyckie.
Czy jako ekumenista spotyka się Ksiądz z wrogością?
Z wrogością rzadko, o wiele częściej spotykam się z obojętnością albo też z nieznajomością innych wyznań. W Polsce jest to częściowo usprawiedliwione, bo katolików jest tu olbrzymia większość i często nie mamy okazji poznać innych chrześcijan. Ciekawie wyszło to w syntezie krajowej procesu synodalnego na temat ekumenizmu. Wynika z tego po pierwsze, że my, katolicy, czujemy, iż ekumenizm jest czymś ważnym, i to dobrze. Po drugie, często boimy się, że ekumenizm zagraża naszej katolickiej tożsamości. I po trzecie – nie mamy doświadczenia ekumenicznego, jest za to poczucie, że ekumenizm dotyczy innych, którzy sąsiadują z innymi wyznaniami. Pewną zmianę wprowadziło tu przybycie emigrantów z Ukrainy, często wyznania prawosławnego. To nam trochę otworzyło oczy na relację z innymi wyznaniami.
W kwestii ekumenizmu istnieje u nas duży opór, szczególnie widoczny w środowiskach tradycjonalistycznych.
Radykalnym przeciwnikom ekumenizmu w Kościele katolickim chciałbym pokazać przeciwników ekumenizmu po stronie protestanckiej. I powiedzieć: „No i co? Wy uważacie tamtych za heretyków, ale oni za heretyków uważają was. I co dalej?”. Trafiła kosa na kamień – i tworzą się mury. Ja myślę, że antyekumenizm po stronie wielu wyznań sam siebie dyskredytuje, bo pozostawia chrześcijan w kompletnej izolacji względem siebie i nie wskazuje żadnej drogi wyjścia.
Ale czy te stawiane przez wieki mury nie brały się z założenia, że formalna przynależność do Kościoła katolickiego jest warunkiem zbawienia?
No tak, tylko że ci z drugiej strony myśleli tak samo.
Sobór Watykański II to zmienił.
To się zaczęło ciut wcześniej. Już przed soborem byli prekursorzy ekumenizmu. Ostatnim papieżem, którego tradycjonaliści bardzo szanują, jest Pius XII. I to z jego akceptacją Święte Oficjum w 1949 roku wydało dekret De motione oecumenica, który po raz pierwszy uznawał ruch ekumeniczny za przejaw działania Ducha Świętego i zezwalał na trochę więcej niż poprzednie ustalenia Stolicy Apostolskiej.
Wtedy inaczej rozumiano cel ekumenizmu, czyli żeby wszyscy zostali katolikami, prawda?
Tak, niektóre ustalenia pionierów ekumenizmu w pierwszej połowie XX wieku rzeczywiście trochę grzeszyły pewnym relatywizmem czy panchrystianizmem. Ruch ekumeniczny jednak dojrzał i dostrzeżono, że czymś bardzo ważnym jest pielęgnowanie własnej tożsamości, a na tyle, na ile można, dopuszczenie jakiejś wymiany darów duchowych lub przynajmniej współpracy. Jest to zbieżne z tym, co zauważył Jan Paweł II w Ut unum sint, gdy stwierdził, że obydwie strony mają sobie bardzo wiele do zaproponowania.
Co oni mogą nam zaproponować, skoro my, katolicy, mamy pełnię środków zbawienia?
Proszę zauważyć, że ta pełnia jest nam dana i zadana. Można to porównać do posiadania skrzyni ze skarbem. My mamy ten skarb, ale nie do końca wiemy, co w tej skrzyni jest. Na przykład chrześcijanie w III wieku nie mają jeszcze wyznania wiary – ono się ukształtuje dopiero w latach 325–381. Czyli co? Mają pełnię, ale nie mają tak sformułowanego, jak w następnym wieku, wyznania wiary. A potem trzeba było poczekać do początku wieków średnich, aż ukonstytuuje się nauka o tym, że sakramentów jest siedem, a nie sto dwadzieścia. Sakramenty były sprawowane, ale obdarzenie wspólną nazwą tych siedmiu misteriów to dopiero następne wieki.
Czyli w tej skrzyni są rzeczy, których jeszcze nie odkryliśmy?
Tak. Tu chodzi najpierw o pełnię środków zbawienia, np. o sakramenty. Ale Bóg może udzielać łaski także poza sakramentami! Dalej chodzi tu o pełnię objawionej prawdy. Ale objawienie Boże, choć zostało już zakończone, nie zostało jeszcze w pełni zgłębione. Nie zapominajmy, że Kościół ciągle pielgrzymuje w odkrywaniu tego objawienia. Jeżeli tak pielgrzymował przez ostatnie 20 wieków, to czy możemy zakładać, że to pielgrzymowanie już się zakończyło? Dlaczego? Jeśli, na przykład, ludzkość będzie istnieć jeszcze 18 tysięcy lat, to w roku 20 000 ludzie Kościoła będą myśleli o roku 2000 tak, jak my dzisiaj myślimy o roku 200. A co my myślimy o roku 200? Kościół niemalże pierwotny, który dopiero zaczyna pielgrzymkę. Więc status Kościoła w drodze jest bardzo ważny. Dlatego może się zdarzyć, że potrzebujemy innych, żeby odkryć, co my w tej skrzyni mamy.
Ci inni więc też mają jakieś dary?
Duch Święty dał innym chrześcijanom dary, które są również darami dla nas. My mamy więc tę pełnię, ale z drugiej ręki, i musimy sobie to od nich wziąć.
Co na przykład?
Na przykład siłę słowa Bożego i jego głoszenia, umiłowanie osobistego czytania Pisma Świętego – to było w protestantyzmie, a myśmy to sobie przyswoili. Albo synodalność, bardzo rozwiniętą w Kościołach wschodnich. Sobór przypomniał nam ponadto o tzw. hierarchii prawd wiary, która polega nie na tym, że coś jest mniej lub bardziej prawdziwe, tylko na tym, że jakieś prawdy są w centrum – i to są prawdy kerygmatyczne. Trzeba przyznać braciom protestantom, zwłaszcza ewangelikalnym, że oni potrafią doskonale głosić kerygmat. My w Kościele katolickim poprzez wysiłek tzw. nowej ewangelizacji oswoiliśmy się z tym pojęciem i wiemy, że – chociażby w Ruchu Światło–Życie – słynne „cztery prawa życia duchowego” to jest właśnie kerygmat. Czyli pierwsza prawda, że Bóg cię kocha. Druga prawda – o grzechu, który mnie oddziela od Boga. Trzecia prawda o Chrystusie, który tę wyrwę między Bogiem a człowiekiem zasypał sobą, stał się mostem. I czwarta, że ja muszę do Chrystusa przylgnąć, żeby być pojednanym z Bogiem. W katolickiej wersji jest jeszcze aspekt wspólnotowy i jest też przyjęcie Ducha Świętego. Ksiądz Franciszek Blachnicki wziął to od protestantów. To są prawdy centralne.
Co nas dzisiaj, poza prawdami centralnymi, realnie łączy? Zapewne chrzest?
Owszem, ale większość ewangelikalnych Kościołów uznaje tylko chrzest dorosłych. Mają trudności z uznaniem chrztu osób nieświadomych. Chociaż tu też następuje pewne zbliżenie, bo my wiemy, że człowiek ochrzczony bez swojej świadomości musi w którymś momencie – żeby być żywym chrześcijaninem – wyznać wiarę osobiście. Z kolei ewangelikalni coraz częściej uznają pewne odwrócenie kolejności – czyli że ktoś był ochrzczony, nie mając świadomości, a potem wyznaje swoją wiarę. Tu też jest zbliżenie. Katolików, starokatolików i prawosławnych łączą również praktycznie wszystkie sakramenty. Uznajemy nawzajem ważność wszystkich siedmiu sakramentów. No i łączą nas niektóre prawdy dotyczące moralności.
Nie wszystkie?
Dopiero w ubiegłym wieku kwestie moralne zaczęły dzielić chrześcijan: podejście do „małżeństw” osób tej samej płci, aborcji czy do in vitro. Ale co różni jednych, to łączy drugich. I bywa, że chrześcijanie, którzy pod względem nauki o sakramentach są trochę dalej od siebie, są bardzo blisko, jeśli chodzi o naukę etyczną. Na przykład Adwentyści Dnia Siódmego mają taką jak protestanci naukę o sakramentach, ale sprzeciwiają się małżeństwom osób jednej płci.
Czy katolik, który odrzuca ekumenizm jako taki, jest w zgodzie z nauczaniem Kościoła?
Nie jest w zgodzie z tzw. zwyczajnym nauczaniem Kościoła. Nie neguje żadnego dogmatu, ale nauczanie Kościoła katolickiego nie ogranicza się do dogmatów, jest o wiele bogatsze. Myślę, że niektóre osoby z nurtu tradycjonalistycznego, negujące ekumeniczne nauczanie ostatnich papieży, są podobne do osób siedzących na gałęzi i ją piłujących. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może się nazywać do końca katolikiem. To dla mnie nie do wyobrażenia. Bo w nauczaniu Kościoła wciąż zachodzą pewne zmiany, a ci, którzy siedzą na tej gałęzi, cytują stare dekrety, jakieś inne dokumenty, z których wynika co innego, niż to, o czym teraz mówimy. Popełniają błąd ahistoryzmu. Niektóre sformułowania miały przecież trochę inny sens i inny był też w tamtych czasach kontekst.
Rozpoczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Spotkania ekumeniczne są wyrazem realnej wspólnoty czy tylko znakiem przyszłej nadziei?
I jedno, i drugie, bo nawet Sobór Watykański II uczy, że wspólnota między chrześcijanami różnych wyznań już istnieje i jest realna, tylko niedoskonała. Czyli jest wyrazem już istniejącej wspólnoty, niedoskonałej, i nadzieją na przyszłość, bo się modlimy. A tym, którzy krytykują, że chrześcijanie się modlą, chciałbym zadać pytanie: a jak jest w ich życiu? Czy to, że chodzą w niedzielę do kościoła, zmienia ich życie na co dzień? Ale jeszcze trzeba powiedzieć, że oprócz tego są modlitwy i inicjatywy w ciągu roku, poza tym styczniowym tygodniem. Wiadomo, że tydzień ma szczególną uroczystą oprawę, ale uroczystości nie mogą trwać codziennie. Są po to, by przypomnieć, że ekumenizm jest ważny dla katolików i w ogóle dla Kościoła.
Gość Niedzielny
***
„Nie odejdę stąd, dopóki nie opowiecie mi o Jezusie!”.
Muzułmanie coraz częściej pukają do drzwi kościołów i proszą o chrzest
To będą historie, które nie śniły się filozofom… Chociaż nie – śniły się, nawet profesorom wyższych uczelni. W krajach muzułmańskich.
Przyszła do mnie wstrząśnięta Uzbeczka, mówiąc, że przyśniła jej się Maryja, która miała powiedzieć: „Podążaj za moim Synem”. Kobieta spytała: „Ale jak mam to zrobić, przecież jestem muzułmanką!”. I mnie też zapytała, co ona ma teraz z tym począć – mówi o. Piotr Kawa, franciszkanin. W Uzbekistanie pracował 27 lat. Był świadkiem przebudzenia duchowego u wielu muzułmanów, często również niewierzących, ale wychowywanych w kulturze przenikniętej islamem, gdzie nikt sobie nie wyobraża konwersji na chrześcijaństwo. Jego opowieści to zresztą jedne z wielu podobnych historii, o których mówią ludzie z różnych stron świata. Odkrywanie Jezusa przez muzułmanów to rosnące od lat zjawisko w świecie islamu. Potwierdzają to również Polacy, którzy głoszą w tych krajach Ewangelię. „Problem” występuje i jest uważnie monitorowany także w wielu krajach zachodnich, gdzie żyją duże społeczności muzułmanów. Można nie wierzyć, gdy sami zainteresowani mówią, że śnił im się Jezus. Choć powtarzalność tych opowieści u setek osób z różnych zakątków globu powinna zastanowić największych sceptyków. Nie można jednak zaprzeczyć faktom: byli muzułmanami – wybrali Chrystusa, ryzykując wszystko.
Od Koranu do Biblii
Mohammeda Al-Musawiego poznałem 9 lat temu. Irakijczyk przyjechał do Polski z Francji. Mieszka nad Sekwaną od czasu, gdy uciekł ze swojego kraju: stał się chrześcijaninem, a jego kuzyni chcieli wymierzyć mu „sprawiedliwość”. Właściwie nie poznałem Mohammeda, tylko Jusefa Fadella, bo takie imię i nazwisko nosi od momentu swojego chrztu. Zmiana tożsamości była konsekwencją wyboru, którego dokonał. Wcześniej nie tylko imię, popularne wśród muzułmanów, łączyło go z Prorokiem, twórcą islamu. Również nazwa rodu, Musawi, dawała jemu i jego rodzinie uprzywilejowane miejsce w irackim społeczeństwie. Imam Musa był jednym z potomków Alego, kuzyna i zarazem zięcia Mahometa. Dla szyitów (jeden z dwóch głównych, obok sunnitów, nurtów w islamie) Ali jest równie ważny jak Mahomet. I chyba nie trzeba już więcej nic dodawać, by zrozumieć, jak wielkim szokiem była wiadomość, że pupil głowy rodu został chrześcijaninem.
Koran przeczytał dopiero za sprawą… swojego chrześcijańskiego współlokatora w wojsku. – Chciałem mu wytknąć w Biblii jego chrześcijańskie błędy, a on powiedział, że przyniesie mi Pismo Święte dopiero wtedy, gdy ja przeczytam Koran. Zdziwiłem się, ale zacząłem go dokładnie czytać. Ku swojemu przerażeniu nie mogłem znaleźć ukojenia, czytając poszczególne fragmenty. Po pewnym czasie poczułem, że w sercu rozstaję się powoli z islamem, że tracę grunt pod nogami, filar, na którym opierałem swoje życie, dumę z nazwiska i pochodzenia – ciągnął opowieść. Nie powiedział o tym od razu swojemu chrześcijańskiemu koledze z koszarów. Miał za to sen. – Widziałem, że stoję koło rzeki, blisko brzegu, metr od wody, a po drugiej stronie była postać mężczyzny. Czułem wyraźnie przynaglenie, żeby zbliżyć się do niego. Mężczyzna wyciągnął rękę i powiedział: „Jeśli chcesz przejść przez tę rzekę, musisz spróbować chleba życia”. Obudziłem się i stwierdziłem, że nigdy wcześniej nie słyszałem tego określenia, to było zupełnie nieznane w naszej kulturze. Tego samego dnia po przyjeździe Masud dał mi Ewangelię. Doradził, żeby zacząć czytać od św. Mateusza. Ja jednak otworzyłem najpierw przypadkowy fragment Ewangelii według św. Jana. Pierwszym zdaniem, jakie w życiu przeczytałem w Biblii, było: „Ja jestem chlebem życia”… Po chrzcie, który niemal wyżebrał u jednego z biskupów w sąsiedniej Jordanii (bo w Iraku nikt nie chciał się tego podjąć, tamtejsi biskupi byli przekonani, że to prowokacja), był przez długie miesiące torturowany przez ludzi nasłanych przez własną rodzinę. Musiał uciekać do Europy. Z żoną, którą również sprowadził na nową (złą w oczach ziomków) drogę.
Wpuście mnie!
Stanisław Cinal jest dyrektorem w Alpha International odpowiedzialnym za rozwój kursów Alpha w Europie Wschodniej i Alpha w więzieniu w regionie EMENA (Europa, Bliski Wschód i Afryka Północna). Od lat z bliska obserwuje muzułmanów, którzy mają w sobie głód Ewangelii, nawet jeśli nie od razu potrafią go zwerbalizować. Opowiada mi o najbardziej poruszających go historiach. W jednym z budynków stolicy pewnego państwa w Azji Środkowej oficjalnie prowadzono działalność sportową. Nikt nie miał prawa wiedzieć, że spotykają się tam również chrześcijanie, w tym konwertyci z islamu. Pewnego dnia do domofonu zadzwonił Timur (imię zmienione). Był praktykującym muzułmaninem, który powiedział, że szuka informacji o Jezusie i wie, że w tym miejscu może je otrzymać. Gospodarze zamarli – początkowo byli przekonani, że to jakaś prowokacja ze strony służb, które być może chcą przeprowadzić aresztowania. Timur jednak nie odpuszczał i zaczął uderzać wręcz pięściami w drzwi, błagając o ich otwarcie. „Nie odejdę stąd, dopóki nie opowiecie mi o Jezusie”. Gdy gospodarze nadal próbowali przekonać go, że to pomyłka i tutaj odbywają się zajęcia sportowe, Timur powiedział: „Miałem sen, w którym Jezus wskazał mi ten adres i powiedział, że tutaj o Nim usłyszę”. Dziś Timur jest chrześcijaninem i aktywnym członkiem Kościoła.
Stanisław poznał też osobiście anglikańskiego biskupa Jasira Erica, znanego w środowisku byłych muzułmanów, konwertytów na chrześcijaństwo (tzw. MBBs – Muslim-Background Believers). Sam biskup był przez lata bardzo radykalnym dżihadystą z Sudanu. – Został chrześcijaninem, bo był świadkiem cudu. Po prostu przyszli chrześcijanie, zaczęli się modlić nad nieuleczalnie chorym i nastąpiło uzdrowienie na jego oczach. To mu wystarczyło. Ochrzcił się i oczywiście rodzina od razu go odrzuciła, zwłaszcza że jego dziadek był głową lokalnego klanu – opowiada Staszek. Historia, którą biskup niedawno opowiadał, zapewne i naszych czytelników przyprawi o gęsią skórkę. – Biskup Jasir był w Niemczech, gdy zadzwonił do niego jakiś człowiek, mówiąc, że mieszka w Libii na pustyni i prosi, by biskup przyjechał i ochrzcił 38 mężczyzn. Biskup zapytał o adres. Wtedy człowiek odpowiedział: „Przyjedź na granicę”. Powtarzał wiele razy właśnie to zdanie: „Przyjedź na granicę”. Biskup miał podobną refleksję jak gospodarze z owej sali sportowej, że to jakaś prowokacja. Postanowił to zignorować. Ale po kilku dniach zadzwonił do niego jego przyjaciel, pastor z Egiptu, i powiedział: „Słuchaj, nie wiem, o co chodzi, ale usłyszałem głos mówiący mi, że mam z tobą jechać na granicę libijską”. Gdy biskup Jasir to usłyszał, od razu się spakował i wyleciał do Egiptu. Tam spotkał się z przyjacielem i pojechali w stronę granicy, dzwoniąc do tego człowieka „z pustyni”. I rzeczywiście, tam go spotkali i później jechali z nim jeszcze 9 godzin w głąb kraju. Na miejscu czekało faktycznie 38 mężczyzn, którzy prosili o chrzest. Na pytanie, dlaczego chcą się ochrzcić, odpowiedzieli, że przyszedł do ich wioski jakiś nieznajomy człowiek. Gościł u nich przez tydzień, wywarł na nich ogromne wrażenie i na końcu powiedział, że przyjedzie do nich dwóch mężczyzn, którzy ich ochrzczą. Oni są przekonani, że przyszedł do nich sam Zmartwychwstały, tak to opisują… – Stanisław sam ma świadomość, że ta opowieść biskupa Jasira może szokować nawet wierzących odbiorców. Biskup, który narażał życie, porzucając islam, nie zamierza jednak cenzurować swoich opowieści: mówi tak, jak to sam przeżył i zapamiętał.
„Wygooglana” modlitwa
Aleksander Szczyrba z przyjaciółmi z wodzisławskiej wspólnoty „Kahal” od paru lat również jeździ do krajów w Azji Środkowej, gdzie prowadzą ewangelizacyjne kursy Alpha i kursy małżeńskie wypracowane pod szyldem Alpha International. Uczestniczą w nich m.in. muzułmanie. – Na początku „nie ma Jezusa w przekazie”. Jest za to obecne Jego przesłanie: miłość, akceptacja, ludzka godność… On jest od początku, ale w nas. Działa przez nas, a oni Go rozpoznają. Na końcu kursu często mówią: „A my czekaliśmy, kiedy w końcu zaczniecie nas nawracać”. Wolność, jakiej doświadczają, jest tutaj kluczem – mówi Olek. Największe wrażenie zrobiło na nim nawrócenie młodej muzułmanki, która została uwolniona z opętania. – Reakcja jej rodziny, ludzi inteligentnych i wykształconych, którzy byli świadkami tego cudu, była niesamowita. Rodzice nie mogli znaleźć pomocy u imama, psychiatry czy w innych miejscach. Zapukali więc do… furty klasztoru katolickiego. Po kilku miesiącach regularnych spotkań i egzorcyzmach, została uzdrowiona. Postanowiła się ochrzcić. Uczestniczyła w katechezie, a z nią jej początkowe nieufni rodzice. Podczas tych spotkań rodzice byli biernymi słuchaczami. Ale słowo, które słyszeli, zaczęło w nich kiełkować… Teraz wszyscy chcą się ochrzcić – ciągnie opowieść Olek.
Podobną historię słyszę od księdza pracującego w jednym z krajów islamskich. Rodzina niewierzących akurat muzułmanów, mówiąc wprost – ateiści. Praktycznie wszyscy są uznanymi profesorami na jednej z wyższych uczelni. – Córka zaczyna zachowywać się tak, że z naszej perspektywy wygląda to na opętanie – mówi ksiądz. – Dla rodziny ateistów odkryło się nagle nieznane im wcześniej okno: widzą, że istnieje jakiś świat duchowy, o którym oni nie mieli pojęcia. W poczuciu zupełnej bezradności przychodzi jej do głowy myśl: muszę znaleźć Michała Archanioła. Ale ona nie ma w ogóle pojęcia, kto to jest. Prosi brata, by „wygooglał” jej takie hasło w internecie. Drukuje sobie na kartce egzorcyzm prywatny do św. Michała Archanioła, modli się tymi słowami. Później przychodzi jej do głowy myśl o modlitwie „Ojcze nasz” – tego również wcześniej nigdzie nie słyszała! – kontynuuje mój rozmówca. Dziewczyna modli się tymi słowami, następuje walka duchowa, ksiądz jest świadkiem uwolnienia… Wszyscy przygotowują się do chrztu, prawdopodobnie przyjmą go w najbliższą Wielkanoc.
My ich nie szukamy
Trudno powiedzieć, jaka jest rzeczywista skala takich przypadków. Z pewnością o wielu z nich nigdy się nie dowiemy. Jeśli wierzyć danym stowarzyszenia Notre-Dame de Kabylie, założonego przez pochodzącego z Algierii konwertytę Mohammeda Christophe’a Bileka, rocznie na całym świecie aż 6 mln muzułmanów prosi o chrzest. „The Times” ocenił kiedyś (bazując na danych różnych wspólnot chrześcijańskich), że aż 15 proc. muzułmanów przybywających do Europy przechodzi na chrześcijaństwo.
W przypadku krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej ta skala jest trudniejsza do ogarnięcia. Były metropolita Algieru, abp Paul Desfarges SJ, mówił parę lat temu w rozmowie z Radiem Watykańskim, że w samym Kościele katolickim to ciągle mały nurt, ale jednak coraz bardziej zauważalny: „My ich [muzułmanów] nie szukamy, to oni przychodzą do nas, z własnej inicjatywy. Jeden po drugim. Zawsze jest to wielka niespodzianka. Przychodzą, bo sami szukają, rozwijają się duchowo. Wielu z nich, naprawdę wielu z nich, miało jakiś sen, wizję, która wstrząsnęła ich życiem. I to po tym wydarzeniu przychodzą i pukają do drzwi naszego Kościoła”.
Zjawisko jest na pewno bardziej zauważalne w Kościołach protestanckich, głównie w nurtach ewangelikalnych, które są bardzo aktywne w krajach muzułmańskich. Pytam o to przywołanego na początku o. Piotra Kawę. – Mogę mówić tylko o Uzbekistanie, który znam. Pamiętajmy, że do 1987 roku oficjalnie Kościół katolicki tutaj nie istniał. Protestanci działali poza strukturami, więc u nich jest najwięcej tych konwersji z islamu. Oni też lepiej wykorzystali do ewangelizacji krótki moment pieriestrojki: wchodzili do szkół, do kin i wyświetlali film „Jezus”, sprowadzali Pismo Święte, niektóre wspólnoty gromadziły nawet po parę tysięcy ludzi. Poprzedni prezydent, gdy zobaczył, że tak dużo Uzbeków przyjmuje chrześcijaństwo, zaczął to „piłować”, wprowadzając obostrzenia. Część konwertytów wyjechała, część wróciła do islamu. My, katolicy, trzeba przyznać, nie wykorzystaliśmy tej okazji. Zajęliśmy się głównie duszpasterstwem żyjących tu Polaków i Niemców. I dobrze, bo to jest ważne, ale jednak zabrakło nam zainteresowania ewangelizacją Uzbeków. Ale Pan Bóg zmienia również i to w naszym Kościele – mówi.
Bóg robi atmosferę
Do parafii w Taszkencie przychodzi mnóstwo młodych Uzbeków. To stały punkt wycieczek po mieście – przyciąga wyjątkowa na tle reszty gotycka architektura. – Młodzi muzułmanie przychodzą, siedzą w ławce, patrzą się w tabernakulum, nie wiedząc, co to jest, czasem pytają, co znajduje się „w tej skrzynce”. Ale to, z czym wychodzą i czego nigdzie nie doświadczają, to pokój. I nieraz ci odważniejsi pytają nas, co się tutaj takiego dzieje, że oni tego nie doświadczają w meczecie. I to jest punkt wyjścia do opowiadania im o Jezusie. Oni Go znają jako proroka, ale tego wyciszenia i pokoju nigdy i nigdzie nie doświadczyli. Dwie Uzbeczki mówiły, że nie doświadczyły tego nawet u protestantów. Pan Bóg robi atmosferę, a my możemy opowiadać o Jezusie – ciągnie opowieść o. Kawa. – Sytuacja jest o tyle trudna, że Uzbekistan się radykalizuje. Rodzice jednego z konwertytów najpierw „jakoś” przyjęli informację, że syn chce się ochrzcić, ale kiedy społeczeństwo zaczęło się radykalizować, to on musiał opuścić Uzbekistan, bo zaczął mieć problemy w rodzinie – mówi franciszkanin. Jego zdaniem częstotliwość występowania snów, w których pojawia się Jezus, związana jest też z tym, że ludzie na Wschodzie są bardziej wrażliwi duchowo niż ludzie Zachodu. – To są naprawdę dość częste przypadki, że spotykają we śnie Jezusa, rzadziej Maryję, ale to również się zdarza [jak w przywołanej na wstępie historii – J.Dz.].
Islam drogą do prawdy?
Czasem dochodzi do zabawnych wręcz sytuacji: kiedyś imamowie z meczetu wysyłali do parafii katolickiej swoich ludzi z prośbą, by ksiądz katolicki „wygonił ducha chrześcijańskiego, który dręczy tego pobożnego muzułmanina”. Mężczyzna miał sny o Jezusie, zaczął myśleć o chrześcijaństwie, opowiedział o tym imamom, a ci uznali, że widocznie jest opętany przez jakiegoś ducha i na egzorcyzmy wysłali go do katolików – opowiada o. Piotr.
Wierzy mocno, że Chrystus upomina się o wyznawców islamu. – Muzułmanie często modlą się taką modlitwą: „Oby Allah prowadził nas drogą prawdy”. Na drodze pobożnego muzułmanina pojawia się często pragnienie poznania Jezusa. Wtedy ich myśli idą w stronę Biblii. Muzułmanie modlą się przecież do Boga Abrahama, a więc modlą się do Ojca Jezusa. Jeśli to jest szczera prośba o podążanie drogą prawdy, to mają szansę odkryć Chrystusa, bo Bóg Abrahama wysłucha ich modlitw. Przecież w Ewangelii Jezus mówi: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeśli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał”. Paradoksalnie – podkreśla o. Kawa – być może trzeba mówić muzułmanom, żeby byli gorliwymi muzułmanami, bo wtedy będą mieli większą szansę odkryć Jezusa jako Syna Bożego…
Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny
***
2,38 mld chrześcijan na świecie. Tak wygląda religijna mapa świata
Chrześcijanie stanowią największą grupę religijną świata. Jest ich 2,38 mld, co sprawia są prawie jedną trzecią wśród 8,3 mld mieszkańców Ziemi. W gronie chrześcijan najliczniejsi są katolicy – 1,2 mld.
FOT. CANVA PRO
***
Dane te przynosi najnowszy raport World Population Review – amerykańskiego bloga internetowego, zbierającego je od 2013 roku.
O ile w skali świata najwięcej chrześcijan mieszka w Stanach Zjednoczonych (213 mln) i Brazylii (180 mln), to procentowo dominują oni zazwyczaj w niewielkich państwach. W Watykanie stanowią 100 proc. mieszkańców, w Timorze Wschodnim 99,6 proc. w Samoa Amerykańskim 98,3 proc. Kolejne miejsce, z 98 proc., zajmuje pierwszy duży kraj w tym zestawieniu – Rumunia. Za nią znajdują się: Armenia (97,9 proc.), Wyspy Salomona i Wyspy Marshalla (po 97,5 proc.), Grenada (97,3 proc.), Papua-Nowa Gwinea (97 proc.), Grenlandia (96,6 proc.), Haiti i Paragwaj (po 96 proc.).
Chrześcijaństwo dominuje w obu Amerykach, Rosji, Afryce subsaharyjskiej, na Filipinach i Timorze Wschodnim oraz w sporej części Oceanii. Gdy chodzi o Europę, która historycznie była instytucjonalnym i demograficznym centrum chrześcijaństwa, to od połowy XX wieku odnotowuje stały spadek liczby osób uważających się za chrześcijan. Wynika to z wielu czynników, w tym sekularyzacji, zmiany stylu życia, stopniowej marginalizacji instytucji religijnych, a także zmian demograficznych związanych z napływem imigrantów. Rumunia jest tu obecnie „raczej wyjątkiem niż normą”.
Ilu jest wiernych w innych religiach?
Oprócz chrześcijan najwięcej jest wyznawców islamu (1,91 mld), hinduizmu (1,16 mld), buddyzmu (507 mld), religii tradycyjnych (430 mln), judaizmu (14,6 mln). Inne, mniejsze religie wyznaje łącznie 61 mln ludzi. Jednocześnie bez przynależności religijnej pozostaje lub uważa się za ateistów 1,19 mld mieszkańców Ziemi.
W sumie do religii przyznaje się 85 proc. populacji naszej planety. Najwięcej ludzi wierzących mieszka w Indiach (1,4 mld), w Indonezji (274,6 mln), USA (238,5 mln), Pakistanie (235 mln), Nigerii (213,2 mln), Brazylii (180,6 mln), Bangladeszu (166,3 mln), Chinach (148 mln), Etiopii (118,9 mln), Rosji (116,8 mln), Meksyku (113,3 mln), Filipinach (112 mln) i Egipcie (109,3 mln). Polska zajmuje 39. miejsce z 34,9 mln osób wierzących.
Dane przedstawione w World Population Review pochodzą z uznanych międzynarodowych źródeł, takich jak: ONZ, instytut badawczy Pew Research Center, CIA World Factbook i Association of Religion Data Archives. Nie mierzą one praktyk religijnych ani siły wiary.
Msza św. koncelebrowana w kościele św. Piotra o godz. 14.00
Głównym celebransem będzie ks. Jan Oleszko SAC, sekretarz do spraw misji prowadzonych przez Księży Pallotynów.
fot. Ron Lach/Pexels
***
Kościół katolicki obchodzi dziś w liturgii święto Chrztu Pańskiego. Kończy ono okres Bożego Narodzenia, choć w polskiej tradycji jeszcze do 2 lutego śpiewa się kolędy i nie rozbiera się szopki.
Święto Chrztu Pańskiego obchodzone jest w pierwszą niedzielę przypadającą po uroczystości Objawienia Pańskiego.
Najstarszej tradycji tego święta należy szukać w liturgii Kościoła wschodniego, ponieważ pomimo wyraźnego udokumentowania w Ewangeliach chrzest Jezusa nie posiadał w liturgii rzymskiej oddzielnego święta. Dekretem Świętej Kongregacji Obrzędów z 23 marca 1955 r. ustanowiono na dzień 13 stycznia, w miejsce dawnej oktawy Epifanii, wspomnienie chrztu Jezusa Chrystusa. Posoborowa reforma kalendarza liturgicznego w 1969 r. określiła ten dzień jako święto Chrztu Pańskiego. Pominięto wyrażenie “wspomnienie” i przesunięto jego termin na niedzielę przypadająca po 6 stycznia.
Teksty modlitw związane ze świętem Chrztu Pańskiego odzwierciedlają bardzo dokładnie i szczegółowo przekazy Ewangelii. Podkreślają przy tym związek tego święta z uroczystością Objawienia Pańskiego.
Chrystus już jako dorosły, 30-letni mężczyzna, przychodzi nad brzeg Jordanu, by z rąk Jana Chrzciciela, swojego poprzednika, przyjąć chrzest. Chociaż sam nie miał grzechu, nie odsunął się od grzesznych ludzi: wraz z nimi wstąpił w wody Jordanu, by dostąpić oczyszczenia. W ten sposób uświęcił wodę. Najszczegółowiej to wydarzenie zrelacjonował św. Mateusz, choć opis chrztu Jezusa zostawili wszyscy trzej synoptycy.
W dniu chrztu Jezus został przedstawiony przez swojego Ojca jako Syn posłany dla dokonania dzieła zbawienia. Misję Chrystusa potwierdza swym świadectwem Bóg Ojciec. Zamknięte przez grzech Adama niebiosa otwierają się, na Jezusa zstępuje Duch Święty. Z nieba daje się słyszeć jednoznaczny głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.
Kai
***
Wody czyste
Wody Jordanu są dzisiaj mętne, szarożółte. Dwa razy miałem okazję przypatrywać się ludziom, którzy do nich wchodzili i symbolicznie odnawiali chrzest.
***
Po krótkiej modlitwie księdza zanurzali się w wodzie, z której wychodzili radośni i szczęśliwi, a towarzyszył temu entuzjazm pozostałych uczestników obrzędu. Za każdym razem oglądałem te sceny z innego brzegu: raz z palestyńskiego, raz z jordańskiego. Zapamiętałem żarliwe zapewnienia przewodnika z Jordanii, że to właśnie przy jordańskim brzegu rzeki Jan Chrzciciel ochrzcił Jezusa Chrystusa. Pamiętam też własne zdziwienie i podziw dla odwagi uczestników tych obrzędów, bo krótką chwilę wcześniej przewodnik wyjaśniał, jak bardzo zanieczyszczona jest rzeka. Przy tej okazji zawsze przypomina mi się słynna mapa z Madaby – najstarsza zachowana do dzisiaj mapa Ziemi Świętej (to ona między innymi ma rozwiewać wątpliwości co do miejsca, w którym chrzest przyjął Jezus). Wystarczy przejechać jakieś pół godziny od stolicy Jordanii, żeby ją podziwiać, a i wziąć udział w poszukiwaniu odpowiedzi na liczne pytania. Na przykład to o przedstawione na niej dwie ryby, które stykają się pyszczkami. Jedna jakby oddala się od Morza Martwego (w którym, jak wiadomo, żyć się nie da), a druga płynie jej na spotkanie z nurtem Jordanu. Większość historyków i archeologów interpretuje ten punkt na mapie jako symbol miejsca spotkań chrześcijan.
Bieżący numer „Gościa” poświęciliśmy temu, co jest najważniejsze, nie tylko ostatnio. Z jednej strony piszemy o sakramencie chrztu, a to z powodu przypadającego w tę niedzielę święta Chrztu Pańskiego. Z drugiej kontynuujemy wątek katechezy w szkole – za sprawą stanowiska Prezydium Konferencji Episkopatu Polski wobec zmian wprowadzanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w organizacji lekcji religii w szkołach publicznych, odczytanego w wielu kościołach 1 stycznia. Zmiany te, wprowadzone bez wymaganego przez ustawę porozumienia z władzami Kościoła katolickiego i Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz innych Kościołów i związków wyznaniowych, komunikat nazywa szkodliwymi z punktu widzenia wychowawczego. „Wobec takich działań MEN i braku woli porozumienia w sprawie kluczowej dla edukacji i wychowania polskich dzieci i młodzieży do wartości wyrażamy stanowczy sprzeciw” – piszą biskupi i dodają, że Kościół będzie podejmował dalsze stosowne kroki prawne mające na celu powstrzymanie wprowadzanych zmian. W bieżącym numerze nie tylko omawiamy szczegóły tych bezprawnych posunięć („Spór nie tylko o naukę religii” – s. 16), ale i wracamy pamięcią do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to religię usunięto z polskich szkół („Salami z religii” – s. 19). No cóż… jakie czasy, takie reformy (lub taka demokracja). Czy może inaczej – taki styl wchodzenia ludziom w życie, z jednoczesną deklaracją, że to w imię demokracji i dla ich dobra. W czystej wodzie widać byłoby więcej, praktycznie więc rozumują niektórzy, że najpierw trzeba ją trochę zamącić. Ważne, żebyśmy jako obywatele państwa demokratycznego nie dali się na to złowić.
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
„Przez chrzest dziecko ma relację z Bogiem”. Biskup odpowiada byłej prezydent Irlandii
Biskup Alphonsus Cullinan, ordynariusz diecezji Waterford i Lismore, wyjaśnił w rozmowie ze stacją EWTN News, że chrzest niemowląt jest powszechną praktyką w większości wyznań chrześcijańskich i był praktykowany w Kościele od I wieku. – Chrzest niemowląt, który włącza je w Ciało Chrystusa, czyli w Kościół, czyniąc je dziećmi Bożym jest czymś bardzo dobrym – powiedział. Tym samym odniósł się do zarzutów byłej prezydent Irlandii Mary McAleese, która stwierdziła, że chrzest niemowląt rzekomo narusza prawa człowieka dzieci.
Była prezydent Irlandii Mary McAleese, prawniczka i kanonistka, stwierdziła niedawno w artykule opublikowanym na łamach dziennika Irish Times, że chrzest niemowląt narusza prawa człowieka dzieci i stanowi akt kontroli ze strony Kościoła. McAleese, która niegdyś działała w instytucjach Kościoła katolickiego – m.in. w 1984 została przedstawicielką irlandzkiego episkopatu przy nacjonalistycznym New Ireland Forum, stwierdziła, że przyrzeczenia chrzcielne składane i odnawiane podczas bierzmowania są „fikcyjne” oraz że chrzest niemowląt ignoruje późniejsze prawo dzieci do swobodnego decydowania o swojej tożsamości religijnej, do przyjęcia lub odrzucenia członkostwa w Kościele, bądź do zmiany religii.
Duchowieństwo i świeccy katolicy w Irlandii zdecydowanie odrzucili te twierdzenia, postrzegając je jako okazję do wyjaśnienia, czym w istocie jest chrzest. Na ten temat wypowiedział się choćby bp Alphonsus Cullinan, w rozmowie z EWTN News. – Jezus daje nam polecenie, aby iść i chrzcić. Kościół chrzci więc w posłuszeństwie wyraźnemu nakazowi, który ma oparcie w Biblii. Dlatego chrzest niemowląt, który włącza je w Ciało Chrystusa, czyli w Kościół, czyniąc je dziećmi Bożym jest czymś bardzo dobrym – powiedział hierarcha.
– Gdybyśmy powiedzieli, że poczekamy, aż dziecko dorośnie, by samo podjęło taką decyzję, to jakie inne decyzje także byśmy mu odebrali? Czy na przykład nie dalibyśmy mu dobrego jedzenia? Czy nie pokazalibyśmy mu piękna ruchu i aktywności fizycznej? Czy nie zapewnilibyśmy mu odpowiedniej opieki medycznej? Czy czekalibyśmy, aż samo podejmie te decyzje? – pytał biskup. – Jedną z pierwszych rzeczy, jakie katoliccy rodzice robią wobec swojego dziecka, jest wzięcie jego małej rączki i uczynienie znaku krzyża. Jakże to piękne. Dlaczego rodzice to robią? Ponieważ pragną, aby ich dziecko miało relację z żywym Bogiem przez całe życie i aby zostało poprowadzone ku życiu wiecznemu – dodał.
Zarzuty byłej prezydent odparł również Mahon McCann, filozof i etyk z uniwersytetu w Dublinie. McCann był wychowywany jako ateista przez rodziców ochrzczonych w Kościele katolickim, a został ochrzczony w Kościele katolickim w Wielką Sobotę 2025 roku. – Jako matka Kościół kocha swoje dzieci i mądrze wskazuje rodzicom, by prowadzili je do łaski Boga i zbawczych wód chrztu od najmłodszych lat. Chodzi o zapewnienie im tego, co najlepsze, aby mogły mieć jak najlepsze życie jako część Ciała Chrystusa, Kościoła. Kościół pragnie tego nie z chęci kontroli czy sprawowania władzy, lecz po to, by – jako mądra i przezorna matka – obdarzyć ludzi dobrem – powiedział w rozmowie z EWTN News.
McCann powołał się tu na własne doświadczenia rodzinne. – Moi rodzice po prostu „anulowali” w swoich głowach prawdę o Zmartwychwstaniu i przestali chodzić na Mszę św. itd., jak wielu katolików dzisiaj. Kościół nie ma żadnych prawnych środków, by zmusić kogokolwiek do dążenia do świętości (…) Zamiast oceniać chrzest niemowląt przez pryzmat „praw”, należy zapytać: „czy prawa człowieka są właściwym standardem etycznym do oceny katolickiej teologii moralnej?” – zauważył.
Jego odpowiedź brzmi „nie”. – Katolicka teologia moralna ma charakter teleologiczny, zmierza ku świętości osoby. Dlatego to, co prowadzi do świętości, jest „dobre”, a to, co od niej oddala, jest „złe”. Etyka praw człowieka nie jest ukierunkowana na osiągnięcie świętości i dlatego nie stanowi właściwych ram do oceny katolickich sakramentów czy praktyk – wyjaśnił.
McCann dodał, że przed swoim nawróceniem nie rozumiał w pełni chrztu niemowląt, ale nie zgadza się z traktowaniem go jako umowy prawnej między dwiema stronami. – Tradycja z definicji jest międzypokoleniowa – tradycja, która nie jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, nie jest tradycją – podkreślił. – Chrzest niemowląt jest przede wszystkim decyzją rodziców, którzy obdarowują swoje dzieci uczestnictwem w życiu Kościoła i tradycyjnym katolickim stylem życia prowadzącym do zbawienia. Dlatego też twierdzenie, że niemowlęta i dzieci powinny „wyrazić zgodę” na przynależność do określonej tradycji, jest tak absurdalne, jak mówienie, że powinny same wybierać język, którym będą się posługiwać – podsumował McCann.
PCh24.pl – żródło: KAI
***
Była prezydent Irlandii przeciwko chrztom dzieci. Naruszają „prawa człowieka”
Mary McAleese – była prezydent Irlandii – nie pierwszy raz wypowiedziała się przeciwko chrześcijańskiej prawdzie. Choć kobieta deklaruje katolicyzm, to wielokrotnie podważała nauczanie Kościoła. Odrzuca jego doktrynę o homoseksualizmie, podważa porządek hierarchiczny, domaga się również święceń kapłańskich kobiet. Do zbioru błędów McAleese dodała niedawno kolejny – wyrażając sprzeciw wobec udzielania chrztu świętego dzieciom. Wedle heterodoksyjnej „katoliczki” praktyka ta godzi w prawa człowieka.
Sprzeciwiający się wierze artykuł McAleese opublikowała przy okazji… Święta Chrztu Pańskiego. Wedle byłej prezydent Irlandii praktyka chrzczenia niemowląt jest „poważnym, systematycznym ograniczeniem praw człowieka na dużą skalę”, która „dotyka Irlandii w szczególny sposób”.
Sednem zarzutu McAleese jest fakt, że chrzest na całe życie włącza w Mistyczne Ciało Chrystusa. To jej przeszkadza, ponieważ ogranicza swobodę samodzielnego wyboru tożsamości religijnej w tym zmiany religii. Więcej, McAleese uważa, że nie można widzieć w uczynieniu z ochrzczonego katolika na zawsze „duchowego skutku” tego sakramentu z bożej woli. Widać brak jej nawet podstaw katechezy…
Jak zaznaczył portal infocatolica.com, komentując artykuł byłej prezydent, chrzest niewiele różni się pod względem wyznaczania dziecku życiowej drogi od wychowania i socjalizacji. Nikt nie pyta dziecka, przychodzącego na świat, w jakim systemie prawnym uważa za słuszne funkcjonować, jakiej moralności ma ochotę się uczyć i w jakiej rodzinie życzy sobie się urodzić. A przecież wszystko to wpływa na człowieka przez resztę jego życia…
W przeszłości McAleese wielokrotnie dawała wyraz poglądom wyjątkowo trudnym do pogodzenia z wiarą katolicką. Jej błędy mają nie tylko charakter materialnej herezji – ale przekładają się również na zgubną praktykę. McAleese uczestniczy w ceremoniach anglikańskiego „kościoła Irlandii” …
Wydaje się, że w sprzeciwie kobiety wobec udzielania Chrztu świętego dzieciom widzieć można skutek jej własnych błędnych opinii. Przecząc wielokrotnie prawdzie chrześcijańskiej McAleese chciałaby, aby i inni mogli czynić to swobodnie. Tymczasem włączenie w Kościół katolicki wraz z jego depozytem bożego objawienia od narodzin w błądzeniu skutecznie przeszkadza.
PCh24.pl – żródła: infocatolica.com, irishtimes.com FA
***
Istocphoto/Gość Niedzielny
***
Chrzest znakiem jedności. Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w wielu wspólnotach chrześcijańskich
Kościół katolicki uznaje chrzest poprawnie udzielony w innych wspólnotach chrześcijańskich, nawet gdy one nie uznają chrztu katolickiego. Nie każda jednak grupa religijna, która chrzci, jest chrześcijańska.
W 2020 roku głośny był dramat księdza Matthew Hooda, proboszcza parafii św. Wawrzyńca w amerykańskim mieście Utica, który odkrył, że… nie jest katolikiem. Przyczyną był fakt, iż nie został on ważnie ochrzczony. Zdał sobie z tego sprawę, gdy przeglądał zarejestrowane w 1990 roku nagranie wideo z własnego chrztu, a dokładniej z ceremonii, która miała być chrztem. Nie była nim z powodu niewłaściwego sformułowania, jakiego użył kapłan. Zamiast słów: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”, przewodniczący obrzędowi diakon powiedział: „My ciebie chrzcimy…”.
Odnosząc się do tej kwestii, watykańska Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła w nocie wyjaśniającej, że chrzest nie jest ważny i musi być udzielony ponownie. Tym samym nieważne okazały się wszystkie inne sakramenty, które przyjął Matthew Hood, i większość sakramentów, których udzielał, pełniąc funkcję duchownego.
Proboszcz został skutecznie ochrzczony 9 sierpnia 2020 roku, przyjął Komunię i został bierzmowany, po tygodniu przyjął święcenia diakonatu, a dwa dni później święcenia prezbiteratu.
Sytuacja ta pokazała, jak ważna jest staranność w udzielaniu sakramentów, a także jak kluczowym sakramentem jest chrzest.
Niekoniecznie katolik
„Chrzest jest konieczny do zbawienia dla tych, którym była głoszona Ewangelia i którzy mieli możliwość proszenia o ten sakrament” – głosi katechizm (1257).
O konieczności chrztu mówi sam Jezus w rozmowie z Nikodemem: „Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego” (J 3,5).
Kościół stara się nie zaniedbywać nakazu Chrystusa, „by »odradzać z wody i z Ducha Świętego« wszystkich, którzy mogą być ochrzczeni”, bo, jak czytamy w katechizmie, „nie zna oprócz chrztu innego środka, by zapewnić wejście do szczęścia wiecznego”.
Chrzest jest ważny, gdy udziela go człowiek, który ma właściwą intencję – nawet jeśli nie jest katolikiem. Taka jest praktyka Kościoła już od starożytności. W połowie III wieku papież Stefan I wzywał do zachowania tradycji nakładania rąk na heretyków przychodzących do Kościoła katolickiego, bez powtarzania chrztu. Podobnie twierdził św. Augustyn, który podkreślał, że ważność chrztu nie zależy od osobistej świętości szafarza ani też od jego przynależności kościelnej.
Ważność chrztu udzielanego przez niekatolików wynika z faktu, iż prawdziwym szafarzem sakramentu jest Chrystus. Potwierdził to sobór trydencki, ustalając, że prawdziwy jest chrzest udzielany także przez heretyków w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, z intencją czynienia tego, co czyni Kościół katolicki. Chodzi o to, aby, jak precyzuje Katechizm Kościoła Katolickiego, „chcieć uczynić to, co czyni Kościół, gdy chrzci”.
Nauczanie to podtrzymują najnowsze dokumenty Kościoła katolickiego, stanowiąc, iż ochrzczeni w niekatolickiej wspólnocie kościelnej nie powinni być powtórnie chrzczeni, o ile nie zachodzi uzasadniona wątpliwość co do materii, formy albo intencji ochrzczonego lub szafarza chrztu.
Z tej przyczyny Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w innych wspólnotach chrześcijańskich. Ma to szczególne znaczenie w przypadku zawierania małżeństw mieszanych – wystarczy wówczas świadectwo chrztu małżonka innego wyznania. Także gdy, na przykład, luteranin deklaruje gotowość zostania katolikiem, nie musi ponownie przyjmować chrztu.
Chrzest dorosłych w Jordanie /fot. ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
Pionierskie porozumienie
Podobnie jest w przypadku innych Kościołów chrześcijańskich. Uznanie chrztu to kluczowa kwestia dla relacji ekumenicznych. Ważne decyzje zapadły w tym względzie w roku 1964, kiedy podczas Soboru Watykańskiego II zatwierdzono „Dekret o ekumenizmie”. Trzy lata później zalecono m.in. prowadzenie dialogu z władzami i radami ekumenicznymi innych Kościołów w ramach jakiegoś jednego narodu lub terytorium.
Pionierem pod tym względem była Polska. Rozmowy w sprawie ważności chrztu rozpoczęły się jeszcze w latach 60. minionego wieku i były prowadzone między Kościołem Rzymskokatolickim i Wspólnotami Chrześcijańskimi zrzeszonymi w Polskiej Radzie Ekumenicznej.
Dialog na temat wzajemnego uznania ważności chrztu trwał prawie 30 lat i zakończył się porozumieniem pomiędzy Kościołem Rzymskokatolickim i siedmioma Wspólnotami Chrześcijańskimi.
23 stycznia 2000 roku w ewangelicko-augsburskim kościele Świętej Trójcy w Warszawie odbyło się uroczyste podpisanie deklaracji „Sakrament chrztu znakiem jedności”. Sygnatariuszami byli przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego i sześciu Wspólnot Chrześcijańskich należących do Polskiej Rady Ekumenicznej: Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP (luteranie), Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP (kalwiniści), Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego (metodyści), Kościoła Starokatolickiego Mariawitów i Kościoła Polskokatolickiego.
„W moim przekonaniu deklaracja o wzajemnym uznawaniu chrztu to najważniejszy dokument, jaki udało się wypracować, podpisać i wprowadzić w życie, w ekumenizmie w Polsce” – mówił podczas uroczystości prezes Polskiej Rady Ekumenicznej bp Jerzy Samiec.
Stanowisko Kościoła Katolickiego jest zgodne w trzech kwestiach ze wspólnotami chrześcijańskimi:
1. Sakrament chrztu ustanowił Jezus Chrystus i polecił go udzielać. Chrzest jest wyjściem z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze, jest znakiem nowego życia w Chrystusie, obmyciem z grzechu, jest oświeceniem przez Chrystusa, nowymi narodzinami, przyobleczeniem się w Chrystusa, odnowieniem przez Ducha, zwróconą do Boga prośbą o dobre sumienie i wyzwoleniem, które prowadzi do jedności w Jezusie Chrystusie, gdzie zostają przezwyciężone podziały ze względu na stan społeczny, rasę czy płeć.
2. Chrzest jest z wody i Ducha Świętego; udziela się go w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Chrzest jednoczy ochrzczonego z Chrystusem, chrześcijan między sobą. Wprowadza do Kościoła i stanowi początek życia w Chrystusie, którego celem jest „uwielbianie chwały”.
3. Ochrzczeni żyjący w jednym miejscu i czasie wspólnie ponoszą odpowiedzialność za świadectwo składane Chrystusowi i Ewangelii. Ochrzczeni żyją dla Chrystusa, dla Jego Kościoła i dla świata, który On miłuje, oczekując w nadziei na objawienie się nowego stworzenia Bożego oraz na czas, gdy Bóg będzie wszystkim we wszystkich. Chrzest w Chrystusie jest wezwaniem, aby chrześcijanie przezwyciężali swoje podziały i w widzialny sposób zamanifestowały swoją wspólnotę.
Dokumentu nie podpisały Wspólota Chrześcijan Baptystów RP i mniejsze denominacje wywodzące się z ruchu ewangelikalnego. Baptyści, życzliwie odnosząc się do wysiłków dotyczących wzajemnego uznania chrztu, nie zgodzili się jednak z wszystkimi wnioskami dokumentu, m.in. ze stwierdzeniem, że chrzest wyprowadza z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze i jest znakiem nowego życia w Chrystusie. Głównym powodem odmowy przystąpienia do porozumienia był fakt, iż deklaracja uwzględnia także chrzest dzieci, a baptyści i członkowie wspólnot ewangelikalnych nie uznają sakramentu osób nieświadomych.
Sytuacja jest więc taka, że Kościół katolicki uznaje chrzest baptystów i osób ochrzczonych we wspólnotach ewangelikalnych, ale oni nie uznają chrztu przyjętego w Kościele katolickim.
Kościół katolicki bowiem zasadniczo uznaje ważność chrztu we wszystkich Wspólnotach Chrześcijańskich, jeśli został on prawidłowo udzielony.
Wątpliwości
Wypracowana w Polsce deklaracja „Sakrament chrztu znakiem jedności” stała się inspiracją dla innych krajów i Wspólnot Chrześcijańskich, które także podjęły wysiłki dla wypracowania porozumienia co do wzajemnego uznania chrztu.
Rozmowy nie dotyczą jednak każdej grupy religijnej, która chrzci swoich członków.
Przez długi czas nie było jasności co do ważności tego sakramentu udzielonego w niektórych wspólnotach, szczególnie powstałych w XIX wieku w USA, takich jak mormoni czy świadkowie Jehowy. Ci ostatni, bardzo rozpowszechnieni w Polsce, przyjmują chrzest podczas kongresów, w obecności wielu współwyznawców, zazwyczaj w specjalnie przygotowanych basenach, zanurzając się całkowicie w wodzie. Towarzyszące im osoby wypowiadają nad nimi tzw. formułę trynitarną, czyli, zgodnie ze słowami Jezusa, robią to „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Forma i materia są więc zachowane, ale jest problem z intencją czynienia tego, co czyni Kościół, gdy chrzci. Świadkowie Jehowy nie wierzą m.in. w bóstwo Chrystusa, nie uznają bóstwa Ducha Świętego ani nawet tego, że jest osobą, i nie uważają chrztu za wszczepienie w Chrystusa.
Co do ważności chrztu świadków Jehowy nie ma dotąd oficjalnego stanowiska Kościoła, ale ich chrzest jest na ogół uważany za nieważny, ponieważ nie wyznają Trójcy Świętej. Wynika to już z uchwał I Soboru Nicejskiego, stwierdzającego, że chrzest udzielany w kontekście błędnej wiary trynitarnej nie jest ważny.
Chrzest nieważny
Od roku 2002 jasne jest stanowisko Kościoła w odniesieniu do chrztu mormonów. Wtedy to Kongregacja Nauki Wiary udzieliła negatywnej odpowiedzi na pytanie o ważność chrztu udzielonego we Wspólnocie Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich, znanym jako mormoni.
Kierowana wówczas przez kard. Josepha Ratzingera kongregacja przeanalizowała cztery elementy w nauczaniu i praktyce mormonów. Nie było problemu w kwestii materii chrztu – mormoni stosują chrzest przez zanurzenie w wodzie, co jest jednym ze sposobów celebracji tego sakramentu także w Kościele katolickim. Wskazano jednak wątpliwości w odniesieniu do formuły, która u mormonów brzmi: „Będąc upoważnionym przez Jezusa Chrystusa, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Pozornie jest to wezwanie Trójcy, ale według mormonów Ojciec Syn i Duch Święty nie są osobami, w których istnieje jedyne Bóstwo, ale trzema bogami, którzy tworzą jedno bóstwo. Każdy jest różny od pozostałych, nawet jeżeli pozostają w doskonałej harmonii. W ich doktrynie trzej bogowie, będący zarazem ludźmi, zjednoczyli się w celu zbawienia człowieka. Bóg Ojciec, według nich, ma żonę, tzw. Niebiańską Matkę, a Jezus jest ich potomkiem, podobnie jak Duch Święty, co sprawia, że w istocie wierzą w czterech bogów. Zatem mormoni rozumieją Ojca, Syna i Ducha Świętego w sposób całkowicie różny od chrześcijańskiego, a ich doktryna czerpie ze źródeł pozachrześcijańskich.
W tej sytuacji, jak wskazała Kongregacja, samo pojęcie Boga u mormonów sprawia, iż szafarz Wspólnoty Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich nie może mieć intencji czynienia tego, co czyni Kościół katolicki, czyli tego, co Chrystus nakazał czynić, gdy ustanowił sakrament chrztu. Między innymi z tych powodów Kościół uznał chrzest udzielany przez mormonów za nieważny.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
fot. brikel21/Freepik
***
„Chrzest daje nam wszystkie narzędzia do walki o świętość”
Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Dlaczego chrzcimy dzieci, a nie dorosłych? Czy niewierzący może zostać chrzestnym? Wyjaśnia ks. dr hab. Marcin Kowalski.
Michał Górski: Czym jest chrzest? Jak najprościej go zdefiniować?
Ks. Marcin Kowalski: Nasze słowo „chrzest” to tłumaczenie greckiego baptisma, które oznacza „obmycie”, „zanurzenie”. Przywodzi ono na myśl pierwsze obrazy Ewangelii, gdzie opisane jest zanurzenie Jezusa w Jordanie. Wszystkie Ewangelie synoptyczne (Marka, Mateusza, Łukasza) wspominają postać Jana Chrzciciela i moment, w którym Jezus przyjmuje do niego chrzest.
Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Czym ten chrzest różni się od naszego?
Egzegeci właściwie zadają to pytanie do dzisiaj. Wydarzenie chrztu Jezusa w Jordanie jest z punktu widzenia nauk biblijnych fascynujące. Dla pierwszych chrześcijan było równocześnie problematyczne. Pytali, „dlaczego Ten, który jest Mistrzem, Mesjaszem, podporządkowuje się i przyjmuje chrzest z rąk Jana, który chrzci grzeszników, i który jest niższy od Niego?” To wydarzenie zachowane w Ewangeliach jest w 100% historyczne. Chrześcijanie nie mogliby skomponować historii, która rzucała wątpliwe światło na Jezusa.
Dlaczego Jezus przyszedł nad Jordan? Jan udzielał tam Chrztu, który Marek nazywa „chrztem nawrócenia na odpuszczenie grzechów” (Mk 1,4). Ten Chrzest przygotowuje przyjście Mesjasza. Chrzest Janowy zapowiada przyjście kogoś mocniejszego (Mk 1,7-8).
Istnieją hipotezy, które mówią, że Jezus wchodzi do Jordanu jako grzesznik, ale biorąc pod uwagę całą tradycję Nowego Testamentu dot. bezgrzeszności Jezusa, jest to hipoteza nie do przyjęcia.
Inni sugerują, że wchodzi On tam jako reprezentant grzesznego Izraela. W historii Izraela opisanej w Starym Testamencie wielcy liderzy, tacy jak Ezdrasz biorąc odpowiedzialność za lud – chociaż sami nie popełnili grzechu – wyznają razem z nim grzech i proszą Boga o przebaczenie (Ezd 9,6-15; Ne 9,6-37). Niektórzy mówią, że Jezus dokonuje tu aktu solidarności z grzesznym Izraelem, który potrzebuje nawrócenia i modlitwy. W Jordanie nie słyszymy jednak wyznania grzechu ze strony Jezusa, więc idea solidarności z grzechem jest również wykluczona. Niektórzy mówią, że Jezus wchodzi tam jako sprawiedliwy, który się nawraca i solidaryzuje ze sprawiedliwymi w Izraelu – z resztą, która czeka na zbawienie. Jest to lepsza interpretacja, ale ona także jest niepełna.
Ostatecznie patrząc na całą narrację – na objawienie, które następuje później, a także otwierające się niebo i słowa „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” – widać, że Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji. Czytając Ewangelie Marka, Łukasza i Mateusza widzimy, że Jezus przychodzi nad Jordan już przekonany o swoim synostwie i o swojej wyjątkowości. Nie przychodzi odkrywać tego kim jest, jak w filmie Ostatnie kuszenie Jezusa Martina Scorsese. On przychodzi objawić, kim jest. Marek mówi, że Jezus wchodzi w wody Jordanu oddzielnie, jakby obok innych (Mk 1,9). To już jest Jezus wypełniający swoją misję. Według Marka nad Jordanem ukazuje On swoją jedność z Ojcem w pragnieniu zbawienia grzeszników. Złamanej grzechem ludzkości chce dać swoje synostwo, swoją miłość, miłość Ojca. Mateusz pisze o Jezusowym przyjściu nad Jordan w celu wypełnienia całej Bożej sprawiedliwości, Pism, zapowiadających Mesjasza i jego dzieło zbawienia (Mt 3,15). Jezus nad Jordanem doskonale wie co robi. Rozpoczyna drogę, która zaprowadzi go do Jerozolimy.
Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji.
Chrystus nad Jordanem ukazuje nam także dary, które będą naszymi dzięki Sakramentowi Chrztu. Chrzest Jezusa i chrześcijanina mają ze sobą wiele wspólnego, choć są także w swojej istocie różne. Chrześcijanin nie może skopiować tego, co wydarzyło się nad Jordanem. Kiedy przyjmujemy chrzest musimy uświadomić sobie, że chrzest Jezusa był wyjątkowy. Równocześnie – jak mówili Ojcowie Kościoła – „Chrystus wszedł tam, aby uświęcić te wody i zostawił nam na brzegu szatę chrzcielną”. Chrzest Jezusa zapowiada nasz chrzest i dary, którymi także nas obsypie Ojciec: Ducha, dziecięctwo Boże, chwałę nieba.
Jednym z celów chrztu jest obmycie nas z grzechu pierworodnego. Czy oznacza to, że po przyjęciu tego sakramentu stajemy się zupełnie innymi ludźmi? Jesteśmy bardziej przygotowani na prowadzenie walki duchowej? W jaki sposób tłumaczyć rodzicom, którzy chcą dać dziecku „wybór” w kontekście chrztu, że sakrament inicjacji chrześcijańskiej jest nam potrzebny już na początku naszej życiowej drogi?
Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa. To prawda, że Chrystus umarł za wszystkich, ale Nowy Testament kładzie nacisk na wiarę, która jest naszą konieczną odpowiedzią na to, co uczynił dla nas Zbawiciel. Taką decyzję wiary i przyjęcia zbawienia w Chrystusie wyrażamy właśnie we chrzcie. Chrzest gładzi grzech pierworodny, ale także, jeśli przyjmuje go dorosły, wszystkie inne grzechy. Przez to otwiera nam drogę do życia wiecznego.
Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa.
Czym zatem jest grzech pierworodny?
Najlepiej ilustruje to opowiadanie z Księgi Rodzaju 3, które opisuje historię człowieka kuszonego przez Złego. Pierwsi rodzicie w raju buntują się przeciw prawom Stwórcy, próbują zająć jego miejsce, bo do tego zachęcał ich Szatan. Grzech pierworodny to próba bycia jak Bóg. Ma ona tragiczne skutki, ponieważ widać jak później zło rozlewa się i zaraża cały stworzony świat, rozbija relacje z Bogiem oraz relacje między ludźmi. Grzech pierworodny to pierwszy grzech buntu przeciw Bogu. On tkwi u korzeni ludzkiej historii i zatruwa nasz stworzony świat do tego stopnia, że każdy kto się w nim rodzi jest przesiąknięty skłonnością do zła. Grzech pierworodny, ze względu na ludzką solidarność, tkwi głęboko w nas – wszyscy jesteśmy potomkami pierwszych ludzi, którzy się zbuntowali. My także nosimy w sobie gen buntu, którym zostaliśmy zainfekowani.
Grzech pierworodny, tak jak każdy grzech, wykopuje przepaść pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Rodząc się jako ludzie, przychodzimy na ten świat jako przeciwnicy Boga. Od kontrowersji teologicznych pomiędzy Augustynem i Pelagiuszem Kościół stoi mocno na stanowisku, że wszyscy bez wyjątku są skażeni grzechem pierworodnym, także małe, „niewinne” dzieci. Nie warto czekać z chrztem. Grzech pierworodny, zło tego świata, są rzeczywistością, a nie fikcją. Potrzebujemy Bożej łaski, obmycia, które przychodzi razem z chrztem. Tak jak nie czeka się z miłością do momentu, aż dziecko dojrzeje, tak samo nie czeka się z chrztem – on jest gestem miłości rodzica i Boga wobec dziecka.
Czy w związku z tym można powiedzieć, że bez chrztu tendencja do czynienia zła jest w nas większa?
Bez chrztu ona się w nas rozwija i nie znajduje tamy w postaci Bożej łaski. Razem z Chrztem przychodzi łaska uświęcająca, rozwój w wierze, wspólnota Kościoła, która będzie nas wspomagać. Razem z chrztem przychodzi włączenie w Chrystusa i Jego dzieło. Chrzest daje coś więcej niż proste powiększenie naszego potencjału duchowego i odporności na zło. Chrzest gładzi grzech pierworodny i to, co z niego wynika – bez Chrztu jestem nad przepaścią, po drugiej jej stronie stoi Bóg. Tej przepaści nie możemy pokonać o własnych siłach. Bez Chrztu po śmierci wpadamy w tę przepaść, która oznacza potępienie.
Oczywiście Kościół mówi też o „chrzcie krwi”, który można przeżyć oddając życie za Chrystusa, nawet jeśli ktoś nie jest ochrzczony. Mówi również o „chrzcie pragnienia”, czyli o tych wszystkich, którzy nie poznawszy Chrystusa i nie mogąc przyjąć chrztu, zbawiają się przez dobre życie, albo o dzieciach, których rodzice nie zdążyli ochrzcić, choć tego pragnęli. W takim przypadku będą one zbawione.
Bez chrztu nie ma dla nas życia wiecznego. Paweł jasno stwierdza w Liście do Rzymian, że nikt nie może zbawić się o własnych siłach (1-4). Chrzest daje nam wszystkie narzędzia potrzebne do walki o świętość. W naszym życiu wspinamy się na najwyższą górę świata – Górę Królestwa Bożego. Sami o własnych siłach tam nie dotrzemy. Chrzest jest naszym wyposażeniem. To nasz czekan i nasze raki. To także cała ekipa – Szerpowie – wszyscy, którzy będą wspinać się na nasz życiowy Mount Everest razem z nami. Samemu to niemożliwe.
Słuchając Księdza zastanawiam się nad tym, ilu z nas ma choćby połowiczną świadomość tego, o czym Ksiądz mówi. Ilu z nas ma świadomość znaczenia własnego Chrztu? Czy nie powinniśmy przejść pewnego rodzaju reedukacji na temat tego sakramentu? Czym jest katechumenat i czy nie powinien on być obowiązkowy dla wszystkich ochrzczonych w dzieciństwie, często nie zdających sobie sprawy z tego, jak wielką łaską zostali obdarowani?
Katechumenat w tradycji Kościoła był przeznaczony dla tych, którzy jako dorośli przygotowywali się do przyjęcia sakramentu chrztu. Po przyjęciu chrztu w dzieciństwie formalnie nie ma on racji bytu. Z tradycji wiemy, że katechumenat był długi i bardzo surowy. Droga przygotowania katechumena była wymagająca. (…) Od II wieku mamy już jednak wzmianki o chrzcie dzieci, natomiast w Nowym Testamencie pojawiają się informacje o chrzcie przyjmowanym przez całe domostwo, z czego można dedukować, że także przez dzieci.
Chrzest dzieci był później uzupełniany katechezą domową, rodzinną. Po chrzcie rozpoczyna się właściwe wdrażanie w życie wiary. Sobór mówi o tym, że rodzina jest miejscem ewangelizacji, pierwszym miejscem głoszenia Ewangelii i nauki życia nią. To także miejsce, gdzie realizuje się nasza misja kapłańska, składania ofiary z siebie, i prorocka. To nasze chrześcijańskie rodziny zapewniają tzw. katechumenat, przygotowanie do życia wiary, którego potrzebuje dziecko po chrzcie.
Temu dojrzewaniu służy również katecheza w szkole oraz kolejne sakramenty. Świadomość chrztu powinna rosnąć w dziecku dzięki rodzicom, chrzestnym, dzięki Kościołowi, katechezie oraz kolejnym krokom wtajemniczenia chrześcijańskiego. Pytanie, do jakiego stopnia wywiązujemy się z naszej rodzinnej i kościelnej katechezy chrzcielnej.
Przejdźmy teraz do tematu rodziców chrzestnych. Wiemy, że życie pisze różne scenariusze i nie zawsze jest tak, że rodzice chcący ochrzcić dziecko będą ludźmi wierzącymi. W przypadku chrzestnych sytuacja jest już inna. Tutaj człowiek chcący zostać chrzestnym musi wykazać się wiarą…
Ideałem są wierzący rodzice i chrzestni. Kościół jest jednak przygotowany na różne scenariusze i są one przewidziane w Kodeksie Prawa Kanonicznego oraz w dokumentach dot. sakramentów chrześcijańskich. Może zdarzyć się sytuacja, że rodzice są niewierzący, ale chcą dla swojego dziecka chrztu. To szlachetne, dalekowzroczne, pełne miłości myślenie o swoim dziecku, w którym zakłada się, że chrzest może prezentować dar i szansę, której nie rozumiem, ale chciałbym, żeby moje dziecko nie było go pozbawione.
Kluczową sprawą są wówczas wierzący chrzestni. Wymaga się by był ktoś, np. w rodzinie, który zagwarantuje chrześcijańskie wychowanie dziecka. Warto zwrócić uwagę, że prawo wprowadza rozróżnienie między świadkami chrztu a chrzestnymi. Świadkiem może być każdy – nie musi być to człowiek wierzący. Wystarczy, że będzie w stanie stwierdzić, że chrzest się odbył. Ojciec chrzestny/matka chrzestna to już ktoś, kto charakteryzuje się wiarą i kto może prowadzić dziecko po drogach wiary. To ktoś gwarantujący pomoc rodzicom w chrześcijańskim wychowaniu dziecka.
Chrztu nie można odmówić, szafarz może jednak zdecydować o jego odłożeniu. Według instrukcji „Pastoralis actio” z 1980 roku, szafarz sakramentu może odłożyć chrzest, jeśli nie ma gwarancji, że dziecko zostanie wychowane w wierze katolickiej. (…) Odłożenie jest po to, żeby znaleźć kogoś, kto zagwarantuje właśnie proces wzrastania w wierze.
Jak wygląda sprawa warunków udzielenia chrztu? Czy są one inne dla dziecka, a inne dla osoby dorosłej?
Podstawowym warunkiem jest wiara. Od osoby dorosłej wymaga się świadomego wyznania swojej wiary. Żeby to wyznanie było świadome i wolne musi być poparte doświadczeniem poznania Chrystusa i jego Kościoła w wymiarze intelektualnym i duchowym, dlatego mamy instytucję wspomnianego katechumenatu. Tego procesu nie ma w przypadku dziecka. Za wiarę i proces chrześcijańskiego wychowania dziecka ręczą rodzice. To oni powodowani miłością chcą włączyć swoje dziecko w miłość Bożą. Chcą, aby nie było ono pozbawione wszelkich łask płynących z Krzyża i Zmartwychwstania Chrystusa. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że wiara jest procesem, jest nam dana jakby w zalążku, z którego ma się rozwijać i dojrzewać. W dziecku widać to szczególnie wyraźnie. Wiara, której oczekuje się od dorosłych, w kontekście chrztu dziecka jest wciąż w początkowym stadium rozwoju.
Przyglądając się uroczystościom chrzcielnym widać, że większa część z nich dokonuje się podczas niedzielnej Eucharystii. Istnieje jednak zwyczaj chrzczenia dzieci również w inne dni, bez Mszy św. Wybór którejś z opcji świadczy o mniejszej lub większej dojrzałości w wierze u rodziców?
Nie ma w tym wypadku rozróżnienia pomiędzy bardziej lub mniej dojrzałym podejściem do sakramentu. Wiele zależy od tradycji lokalnych. Pracując w USA, spotkałem się z tym, że chrzty są tam najczęściej udzielane poza Mszą świętą. Rodzice chrzestni, cała rodzina przychodzą na Mszę i dopiero po niej udziela się chrztu. Ma on wtedy dłuższą, bardziej rozwiniętą formę ze specjalnym kazaniem do całej rodziny. Ktoś, kto chce przeżyć głębiej chrzest w sensie sakramentalnym, kto chce lepiej zrozumieć całą jego symbolikę, może wybrać opcję chrztu poza Mszą świętą, bo rzeczywiście pozwala ona na więcej.
Sam chrzest włączony w Eucharystię ma jednak również przepiękną symbolikę. Nieprzypadkowo w Wigilię Paschalną chrzci się dzieci. Jest to bardzo stara praktyka Kościoła, pokazująca do czego zmierza sakrament Chrztu. Włącza on nas w życie Chrystusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie. Ich najpiękniejszą celebracją jest Eucharystia. Chrzest włącza także w życie sakramentalne i liturgiczne. To początek naszej drogi dojrzewania w Kościele. Ochrzczone dzieci już niedługo będą karmić się Ciałem Chrystusa. Jeśli sprawujemy chrzest z całą wspólnotą Kościoła, podczas Eucharystii, to cieszy się ona razem z nami z przyjęcia nowych członków, okazuje się być „płodną matka”. Ojcowie Kościoła używali pięknej metafory łona macierzyńskiego aplikując ją do źródła chrzcielnego, z którego rodzą się kolejne dzieci Kościoła.
Jak więc widzimy, oba sposoby celebrowania chrztu mają swoje walory, oba są godne polecenia. Zasadniczą praktyką w naszym polskim Kościele jest chrzest podczas Eucharystii i dobrze byłoby uświadomić sobie ich głębokie połączenie oraz symbolikę.
rozmawiał Michał Górski/Stacja7.pl
***
piątek 9 stycznia
Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot
9 stycznia Kościół wspomina bł. Paulinę Jaricot, założycielkę Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary oraz Żywego Różańca. Jej duchowe dziedzictwo pozostaje żywe i owocne, szczególnie we wspólnotach różańcowych.
bł. Paulina Jaricot
***
22 maja br. miną cztery lata od beatyfikacji Pauliny Jaricot. Od tego czasu jej postać staje się coraz bardziej znana, zwłaszcza wśród członków Żywego Różańca, dla których rok 2026 jest szczególny – przypada bowiem jubileusz 200-lecia powstania Żywego Różańca.
Obchody jubileuszowe zostały zaplanowane w trzech etapach:
Pierwszym będzie III Ogólnopolski Kongres Różańcowy na Jasnej Górze, połączony z XIV Ogólnopolską Pielgrzymką Żywego Różańca. Wydarzenia odbędą się w dniach 5-6 czerwca br. w sanktuarium na Jasnej Górze.
Drugi etap jubileuszu stanowić będą spotkania w diecezjach,
Trzeci etap – obchody w poszczególnych wspólnotach parafialnych. Każda parafia będzie miała wyznaczony własny dzień dziękczynienia – Niedzielę Różańcową.
Do Żywego Różańca w Polsce należy obecnie ok. 2 milionów osób. Koła i róże różańcowe działają we wszystkich diecezjach, stanowiąc jedną z najliczniejszych i najbardziej stabilnych form modlitwy wspólnotowej w Kościele.
***
W 2013 roku dzieło Żywego Różańca otrzymało nową ogólnopolską strukturę organizacyjną, określoną w Statucie Stowarzyszenia „Żywy Różaniec”, zatwierdzonym przez Konferencję Episkopatu Polski. Pismem formacyjnym wspólnot Żywego Różańca jest miesięcznik „Różaniec”, wydawany przez Wydawnictwo Sióstr Loretanek.
Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot przypomina o jej wyjątkowym charyzmacie mobilizowania świeckich do systematycznej modlitwy, odpowiedzialności za misje oraz prostego, a zarazem konsekwentnego zaangażowania w życie Kościoła.
Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot jest także zaproszeniem do osobistej modlitwy i do odkrywania jej duchowości – prostej, a zarazem wymagającej. Warto sięgać po jej wstawiennictwo, szczególnie w intencjach misji oraz wspólnot Żywego Różańca.
Zachęcamy, aby modlitwa za wstawiennictwem bł. Pauliny Jaricot była podejmowana indywidualnie oraz we wspólnotach – szczególnie w różach Żywego Różańca, podczas spotkań formacyjnych i w ramach przygotowań do jubileuszu 200-lecia tego dzieła. Jej życie pokazuje jasno – wierna modlitwa realnie zmienia Kościół i świat.
Modlitwa za wstawiennictwem bł. Pauliny Marii Jaricot
Panie Jezu Chryste, Ty po Zmartwychwstaniu powiedziałeś do Apostołów:
„Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15).
Ty poprzez wieki duchem głoszenia Dobrej Nowiny napełniasz swoich wyznawców,
a spośród nich wybrałeś Paulinę Jaricot i natchnąłeś ją,
by całkowicie poświęciła się współpracy misyjnej,
zakładając Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec.
Spraw, by za jej przykładem jak najwięcej chrześcijan
płonęło duchem głoszenia Ewangelii,
objawiając Twoją nieskończoną miłość.
Za wstawiennictwem bł. Pauliny udziel mi łaski…,
o którą szczególnie Cię proszę.
Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
***
Bł. Paulina Jaricot
Założycielka Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary
bł. Paulina Jaricot
***
O trudnej sytuacji w Chinach dowiedziała się z biuletynu Paryskiego Seminarium Misji Zagranicznych (MEP). W celu zorganizowania pomocy dla swoich misjonarzy przełożeni seminarium reaktywowali stowarzyszenie, które działało przy ich seminarium przed rewolucją. Wtedy celem stowarzyszenia była modlitwa za misjonarzy. Teraz oprócz modlitwy prosili o pomoc materialną. Nosiło ono nazwę: „Stowarzyszenie modlitwy dla uproszenia u Boga nawrócenia niewiernych, wytrwania chrześcijan, którzy żyją między nimi i rozwoju instytucji przeznaczonych do rozkrzewiania wiary”. Również z biuletynów Paulina dowiedziała się, że anabaptyści w Anglii organizują szeroko zakrojoną akcję pomocy dla swoich misjonarzy stosując metodę „jednej monety tygodniowo”. Taką samą metodę postanowiła zaproponować osobom ze swojego otoczenia, których zaczęła prosić o pomoc dla misjonarzy z Chin. Ten kraj był jej o tyle bliski, że nasłuchała się o nim wiele w dzieciństwie z opowiadań pani Róży, służącej w domu państwa Jaricot. Jej środowisko natomiast, w którym wtedy żyła, to dziewczyny w jej wieku, zorganizowane w ruchu nazwanym „Wynagrodzicielki Najświętszego Serca Pana Jezusa”. Był to ruch nieformalny, czyli nie założony oficjalnie, ale za to z gęstą siecią grup w różnych parafiach dzielnicy św. Pawła w Lyonie. Wchodziły do tych grup często nawet biedne dziewczyny, robotnice lyońskich fabryk. One były pierwszymi osobami, które odpowiedziały na apel Pauliny i modlitwą i drobną ofiarą pieniężną zaczęły wspierać misjonarzy z MEP. Ofiara pieniężna, którą proponował Paulina była naprawdę niewielka: jeden sou czyli 1/20 franka. Była to cena jednej bułki. Propozycja wspomagania misji padła na podatny grunt, ale Paulina, gdy uświadomiła sobie jak wielkie są potrzeby misjonarzy zorientowała się, że taka pomoc jest kroplą w morzu potrzeb. Szukała sposobu by rozpoczęta zbiórka dawała większe efekty. Wymyśliła, że wszystkich chętnych do pomocy zorganizuje w grupy po dziesięć osób, każda grupa będzie miała swojego odpowiedzialnego, a wszystkie grupy będą podporządkowane hierarchicznie tworząc setki i tysiące, które nazwała „dywizjami”. Wyczuwała, że szykuje się poważna „bitwa” i zorganizowała „wojsko”. System okazał się na tyle skuteczny, że pochwalnie pisała o nim nawet liberalna prasa. Od czerwca 1821 r. do czerwca następnego roku zebrała w ten sposób prawie 1400 franków.
W tym czasie do katolików z Lyonu przyszedł list od bpa Luisa W. Dubourga z Luizjany w Stanach Zjednoczonych. Prosił o pomoc dla swojej nowo utworzonej diecezji. Znajomy biskupa, Didier Petit, zorganizował spotkanie, na które zaprosił grupę wpływowych osób, znanych w mieście z otwartości na działalność charytatywną. Odbyło się ono 3 maja 1822 r. Wobec wcześniejszych prób organizowania pomocy, które spełzły na niczym, teraz postanowiono powołać stowarzyszenie. Zaadaptowano dla swojej działalności metodę znaną w mieście, którą już prawie trzy lata rozwijała Paulina Jaricot. Przyjęto też nazwę, która była popularną nazwą jej zbiórki: Stowarzyszenie Rozkrzewiania Wiary. Jeden z uczestników, Benedykt Coste, nakreślił cel działania: „Jesteśmy katolikami i musimy troszczyć się o powstanie czegoś katolickiego czyli uniwersalnego. Nie powinniśmy wspierać w sposób szczególny takiej czy innej, konkretnej misji, ale wszystkie misje świata”. Jego słowa stały fundamentem ideowym Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary.
Stowarzyszeni po kilku latach zmieniło nazwę na Dzieło Rozkrzewiania Wiary a po stu latach papież podniósł je do rangi papieskiego i teraz jest nazywane Papieskim Dziełem Rozkrzewiania Wiary.
Sposób organizacji zbiórki wymyślony przez Paulinę Jaricot do tego stopnia wpłynął na rozwój dzieła, że jej wkład trzeba uznać za fundamentalny. Chociaż nie była na zebraniu założycielskim, nie zasiadała w radzie Stowarzyszenia, choć inne osoby jak Petit, Coste i de Verna – pierwszy przewodniczący, mieli swój niewątpliwy wkład, to jednak Paulina Jaricot jest dzisiaj uznawana powszechnie za założycielkę Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary.
Nie byłoby takiego dzieła, gdyby nie duchowość, którą żyła Paulina Jaricot. Po duchowym przebudzeniu jakie przeżyła w wieku lat siedemnastu, cała oddała się w ręce Maryi. Żyła przecież w pobliżu znanego sanktuarium maryjnego na wzgórzu Fourvière. Domy, które zakładała, nazwała kolejno „Nazaret” i „Loretto”. Od wczesnych lat dziecięcych czytała codziennie „O naśladowaniu Chrystusa”, codziennie też choć godzinę poświęcała na adorację Najświętszego Sakramentu. W ciągu jednej nocy napisała krótkie rozważania o Eucharystii. W każdy piątek odprawiała drogę krzyżową.
Z tego umiłowania Jezusa i Maryi powstały w niej też pragnienia, które wcielone w życie przyniosły zadziwiające owoce.
Jej wielkim dziełem, przez nią zapoczątkowanym i prowadzonym przez całe życie, jest Żywy Różaniec. Dla niej był to sposób, my modlitwę uczynić dostępną dla każdego. W modlitwie zaś różańcowej widziała skuteczny lek na bezbożność swoich rodaków. Gdy Żywy Różaniec zaczął się rozwijać zaproponowała, by w ten sposób modlić się o nawrócenie niewierzących. Nie wystarczało jej dać różaniec jako ratunek dla Francji, chciała ratować cały świat.
Inne jej pragnienia, niestety, nie przyniosły spodziewanego efektu. Chciała utworzyć „Bank Niebios” – rodzaj kasy oszczędnościowo-pożyczkowej. Zaczęła tworzyć przedsiębiorstwo idealne, w którym „robotnicy pracując w godziwych warunkach, otrzymywaliby godziwe wynagrodzenie, aby godnie żyć”. Był to huta „Rustrel”. Nie udało się. Nieuczciwi ludzie połakomili się na zebrane w tym celu znaczne środki. Była też próba założenia zgromadzenia zakonnego. „Córki Maryi” nie przetrwały jednak swej założycielki. Angażowała się też w ruch ekumeniczny, który dzisiaj trzeba ocenić jako efekt jej myślenia misyjnego. Ona, zakochana w Jezusie, szukała sposobu jakby tu wszystkich doprowadzić do Jezusa.
Takie próby nie obyły się oczywiście bez krzyży. Znany jest krzyż materialny, drewniany, który otrzymała od swojego zaprzyjaźnionego księdza, Jana Vianneya, proboszcza z Ars (to ten sam czas i to samo miejsce na Ziemi). Mniej znane są jej krzyże duchowe, cierpienia wywołane chorobami, śmiercią najbliższych i upokorzeniami. Chorowała w dzieciństwie i została uzdrowiona po tym jak jej matka, Joanna, ofiarowała swoje życie w zamian za życie córki. W wieku lat 35, śmiertelnie chora, udała się w podróż do sanktuarium św. Filomeny obok Neapolu, i doznała tam cudownego uzdrowienia. Mocno przeżyła śmierć swojej matki, brata Fileasa i siostry Loretty. Większe cierpienia przyszły wraz z oskarżeniami jaki nadeszły po ogłoszeniu upadłości huty Rustrel. Oskarżono ją o niegospodarność, o wyłudzanie pieniędzy. Od wyśmiewanej i pozbawionej szacunku odsunęli się wszyscy, nawet najbliższa rodzina stroniła od niej jak od intrygantki. Kiedyś bogata i znana, popadła w skrajne ubóstwo i został wciągnięta na listę pomocy społecznej. Zmarła w opuszczeniu i zapomnieniu.
Kilka dat z jej życia: 1799 – przyszła na świat 21 lipca w Lyonie 1814 – choroba Pauliny i śmierć matki 1816 – kazanie wielkopostne ks. J. Würtza i duchowe przebudzenie 1819 – rozpoczęcie zbiórki na rzecz MEP, początek Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary 1822 – oficjalne założenie Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary 1826 – założenie Żywego Różańca 1835 – śmiertelna choroba i uzdrowienie w sanktuarium św. Filomeny 1845/1848 – Spółka hutnicza św. Anny d’Apt w Rustrel 1853 – wpisanie do rejestru ubogich miasta Lyon 1862 – odeszła z tego świata 9 stycznia
Po roku 1862: 1910 – rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego 1919 – uroczystości zorganizowane w Lyonie, w parafii św. Polikarpa, upamiętniające sto lat od rozpoczęcia przez Paulinę Jaricot zbiórek na rzecz misji 1922 – uroczystości z okazji stulecia założenia Dzieła Rozkrzewiania Wiary 1963 – podpisanie przez Jana XXIII dekretu o heroiczności cnót czcigodnej służebnicy Bożej Pauliny Jaricot 2012 – ogólnoświatowe obchody 150. rocznicy śmierci Pauliny Jaricot
2012 – cud uzdrowienia za przyczyną Pauliny Jaricot. Doznała go 3,5-letnia Mayline Tran.
27 maja 2020 r. – Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziła cud uzdrowienia za przyczyną sł. Bożej Pauliny Jaricot.
22 maja 2022 – beatyfikacja Pauliny Jaricot w Lyonie we Francji
Modlitwa do bł. Pauliny Jaricot
Panie Jezu Chryste, Ty po Zmartwychwstaniu powiedziałeś do Apostołów: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15). Ty poprzez wieki duchem głoszenia Dobrej Nowiny napełniasz swoich wyznawców, a spośród nich wybrałeś Paulinę Jaricot i natchnąłeś ją, by całkowicie poświęciła się współpracy misyjnej, zakładając Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec. Spraw, by za jej przykładem jak najwięcej chrześcijan płonęło duchem głoszenia Ewangelii, objawiając Twoją nieskończoną miłość. Za wstawiennictwem bł. Pauliny udziel mi łaski…, o którą szczególnie Cię proszę. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa dziękczynna za Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec
Boże Ojcze, dzięki Twojej dobroci bł. Paulina Jaricot w 1822 roku zainicjowała Dzieło Rozkrzewiania Wiary, które później zostało uznane za papieskie. Dzieło to otwiera nasze serca „na najszersze wymiary Kościoła, który tak kochamy, abyśmy uczestniczyli w jego radościach i trudach, w jego troskach z owym synowskim uczuciem, dzięki któremu stają się one jakby osobiste”.
Dziękujemy Ci, dobry Boże, za każde dobro, które dokonało się dzięki Papieskiemu Dziełu Rozkrzewiania Wiary: za wszystkie świątynie i kaplice powstałe w krajach misyjnych, za każdego członka tego dzieła, który swoją modlitwą i ofiarą wspiera działalność Twoich apostołów. Dzięki nim Twoje imię i Twoja miłość mogą być coraz bardziej znane.
Dobry Boże, dziękujemy Ci także za Żywy Różaniec, który za sprawą bł. Pauliny Jaricot, otwartej na Ducha Świętego, przez „zjednoczenie serc w jedności tajemnic” uprasza łaski dla całego świata.
Prosimy, błogosław tym dziełom i wspieraj je, aby przynosiły jak najobfitsze owoce. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary
***
Bł. Paulina Jaricot – uboga z certyfikatem
Odwieczna zagadka, jak połączyć głębokie życie modlitewne z rzuceniem się w wir rozkrzewiania wiary, została rozwiązana przez Paulinę Jaricot. Za bardzo wysoką cenę.
fot. Józef Wolny
***
Historia to jak najbardziej prawdziwa, choć mogłaby zdawać się baśnią, scenariuszem jednej z hollywoodzkich produkcji, wartych nakręcenia, by w dniu premiery zarobić sporo na wyciśniętych przez widzów łzach. Jej bohaterka to kobieta sukcesu. I to od dnia narodzin 22 lipca 1799 roku. Ubogi ojciec zdążył się dorobić dużych pieniędzy na suknie, atmosfera rodzinna była sielankowa, a i urody dziewczynie nie brakowało, więc w orszaku królewskiej córki nosiła się dumnie.
Jak u Balzaka
„Pięknie wystrojona w suknię przyozdobioną kwiatami, dostojnie przemierzałam z rodzicami wielką salę św. Piotra. Dumna niczym paw, czułam się godna ogólnego podziwu i chociaż nie znajdowałam przyjemności w tańcach, moja próżność była zaspokojona. To święto jednak drogo kosztowało moją duszę i całkowicie rozstroiło moje nerwy. Miłość własna strąciła mnie w fale próżności. (…) Słowem, stałam się kokietką” – zanotowała w swoim duchowym dzienniku. Przyznać się do błędów można jedynie wówczas, gdy dostąpi się nawrócenia. Ciekawe, że opisując je, porównała siebie do świętego Pawła: „Bez wahania rzuciłam się do stóp Ananiasza”. Tak napisała o kapłanie, którego kazanie poruszyło ją do głębi. Wszystko w jej życiu ulegnie odtąd zmianie, ale przez długi czas pozostanie „kobietą sukcesu”, tyle że w Kościele, a nie na dworze. Czy inaczej niż sukcesem można nazwać wzbudzenie w Kościele wielkich dzieł, które zostaną określone jako papieskie, a także wielokrotny, prywatny wręcz kontakt z Ojcem Świętym?
Każdy z tych sukcesów pod koniec jej życia zamieni się w katastrofę. Sześćdziesięcioparolatka na fotografii wyglądać będzie, jakby miała lat ponad osiemdziesiąt. W garści ściskać będzie urzędowe zaświadczenie o ubóstwie, a mówić o niej będą źle. Bardzo źle…
Poznajcie Paulinę Jaricot. Kobietę, o której życiu wybitny francuski pisarz, poeta i dyplomata Paul Claudel napisał, że było jednocześnie jak karta martyrologium i powieść Balzaka, a przy tym cały rozdział z życia Lyonu. Faktycznie, Lyon ma ogromne znaczenie w tej historii.
Między jedwabiem a żałobnym suknem
Dziesiątki, o ile nie setki bardzo stromych schodów. W upalnym, choć dopiero kwietniowym słońcu trzeba się nieźle napocić, żeby ze wzgórza Fourvière zobaczyć panoramę tego drugiego, zaraz po Paryżu, miasta Francji. Ale warto. Bo zapiera dech w piersiach – dopiero co odzyskany z zadyszki. I przypomina, że to miasto jedwabiu, ale i ognisko społecznych problemów.
Gdy Joseph Marie Jacquard wynalazł programowalne krosna, zatrudnienie w fabrykach jedwabiu bardzo wzrosło. To właśnie Lyon w XIX wieku stał się stolicą produkcji jedwabiu i ma to ogromne znaczenie dla tej historii. Marne wynagrodzenia, fatalne warunki pracy, zakaz zrzeszania się, krwawo tłumione bunty – w takich okolicznościach żyła i działała Paulina Jaricot. Ten kontekst stał się przyczyną zarówno jej sukcesów, jak i ogromnej – po ludzku sądząc – porażki. Kiedy zbuntowani robotnicy okupować będą wzgórze, na którym za pieniądze ojca kupiła dom nazywany do dzisiaj Loretto, dojdzie do konfrontacji Pauliny i rozwścieczonego tłumu, którą opisuje jej biografka siostra Cecylia Giacovelli: „Okupacja wzgórza Fourvière stwarza pewne problemy: jak znaleźć zajęcie dla trzystu ludzi w ciągu jednego dnia? Odpowiedź jest niekorzystna dla posiadłości »Loretto«. Otóż rozpoczyna się tam wyrąb lasu, raz, żeby łatwiej było kontrolować teren, dwa, żeby czymś owych ludzi zająć. W tej grupie nie zabraknie osób, nie tylko mężczyzn, ale i kobiet, które próbują sforsować drzwi domu Córek Maryi, by zażądać od dostojnej »obywatelki« Jaricot jej fortuny. Ale jak tylko Paulina wychodzi im naprzeciw, niespokojni przedstawiciele ludu nie tylko stają się spokojni, ale zamieniają swoje wzburzone uczucia na postawę pełną szacunku i zaufania”.
Odwieczna prawda, że łaska pańska, albo ludzki szacunek, na pstrym koniu jeździ, zrealizuje się stuprocentowo. Paulina po założeniu swoich dzieł, w tym Żywego Różańca i Dzieła Rozkrzewiania Wiary, zapragnie stworzyć kolejne, mające na celu rozwiązanie poważnych problemów społecznych. Zostanie oszukana i wpadnie w wir sądowych procesów, podejrzeń, kolejnych oszustw, które postawę „pełną szacunku i zaufania” zamienią w pogardę i nieufność. Straci wszystko. Otrzyma nawet urzędowe zaświadczenie o ubóstwie.
Umiera 9 stycznia 1862 roku i – jak napisze jej biografka – „mroźna pogoda pozwala zgromadzić tylko okrojoną grupkę biedaków, którzy utożsamiają się z żałobnym suknem, zarezerwowanym dla ich klasy”.
Kto czyni cuda
Na frontonie domu, w którym mieszkała Paulina, znajduje się napis: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. A fotografia, na której wygląda na o wiele starszą niż w rzeczywistości, wisi właśnie tam – w odremontowanym domu Loretto, obecnie należącym do Papieskich Dzieł Misyjnych, w jednym z pokoi przerobionych na muzeum. Łóżko, fotele, klęczniki, sekretarzyk – wszystko stylizowane na modłę tamtych czasów, łącznie z tapetami w kwiaty. Siostra Paulina ze zgromadzenia Famille Missionnaire de Notre-Dame, które opiekuje się domem, pokazuje nam pamiątki po Paulinie i opowiada jej historię. Między innymi o tym, jak ciężko chora wybrała się do sanktuarium świętej Filomeny we Włoszech. – Odradzano jej to, bo podróż trwała kilka dni i była trudna – mówi siostra. I dodaje: – W Rzymie zatrzymała się u sióstr Sacré-Coeur. Papież, który ją znał z powodu dzieła Żywego Różańca, odwiedził ją tam. Opowiedziała mu o swojej chorobie i o tym, że postanowiła odbyć pielgrzymkę do świętej Filomeny z prośbą o uzdrowienie. Powiedziała też: „Ojcze Święty, jeśli zostanę uzdrowiona, proszę autoryzować jej kult”. „Jeśli wyzdrowiejesz, to faktycznie będzie cud” – odpowiedział papież. Paulina w sanktuarium doznała uzdrowienia, do dzisiaj znajduje się tam fotel, na którym siedziała w tej chwili. A obok domu Loretto stoi wybudowana przez nią kaplica ku czci świętej Filomeny, w której siostry gromadzą się każdego dnia na modlitwie, i statua świętego Jana Marii Vianneya, któremu ze swej pielgrzymki Paulina przywiozła jej relikwie i który stał się odtąd ogromnym czcicielem Filomeny. – Kiedy ktoś przypisywał mu jakiś cud, odpowiadał: „To nie ja, to święta Filomena!” – śmieje się nasza przewodniczka i pokazuje krzyż, który z kolei proboszcz z Ars podarował Paulinie.
Istotnie, cudów w życiu Pauliny nie brakowało. A ten, który zdarzył się za jej wstawiennictwem, utorował jej drogę na ołtarze. 29 maja 2012 r. właśnie w Lyonie na rodzinnym przyjęciu doszło do tragicznego wypadku. 3,5-letnia Mayline zadławiła się jedzeniem. Pomimo prób ratowania dziecku życia stwierdzono śmierć mózgową. Lekarze byli pewni, że dziewczynka umrze w ciągu kilku tygodni. Zrozpaczeni rodzice razem ze znajomymi zaczęli odmawiać nowennę za przyczyną Pauliny. Stan Mayline się poprawił i ostatecznie powróciła do całkowitej sprawności.
Misje nie dla kobiet?
W gablotach z pamiątkami znajdują się różańce. Trudno, by było inaczej, skoro to dom założycielki jednego z największych dzieł modlitewnych w historii – Żywego Różańca. – Myślę, że w tamtym czasie była to genialna intuicja, czego w rzeczywistości potrzeba światu chrześcijańskiemu – mówi siostra Paulina. I dodaje: – Myślę również, że jest to coś, co we współczesnym świecie, w którym zmysł modlitwy tak bardzo się stępił, może być doskonałym środkiem powrotu do tego, co najważniejsze. Jak wynika z objawień Matki Bożej w Lourdes i Fatimie, Różaniec to Jej „ulubiona” modlitwa. Jest nie tylko ponadczasowa, ale również przekracza wszystkie inne granice. To modlitwa bardzo prosta, a jednocześnie o niezwykłej mocy.
Na ścianach jednej z sal wiszą figury Matki Bożej pochodzące z różnych stron świata, przywiezione zapewne przez misjonarzy. Pośród rozmaitych druków znajdują się również pierwsze egzemplarze gazetki zachęcającej do wpłacania datków na misje – „Podaruj pieniążek”. To małe „sou” stało się zaczątkiem potężnej struktury – dzieł, które obejmą zasięgiem cały świat i otrzymają przydomek „papieskie”. Na myśl przychodzi tu wspomnienie z dzieciństwa, gdy mała Paulina wraz z bratem snuli marzenia o przyszłości na misjach. Chłopiec, jak na mężczyznę przystało, patrząc na siostrzyczkę z wyższością, stwierdził, że warunki misyjne nie są dla kobiet, więc to on pojedzie, a ona tu, na miejscu, w Lyonie, nazbiera pieniędzy, dzięki którym on tam, na misjach, będzie mógł głosić Ewangelię. Dodał podobno, że na tych misjach to trzeba umieć jeździć również na krokodylu.
Dziecięce miraże spełniły się tylko połowicznie, bo Fileas ostatecznie na misje nie wyjechał, choć księdzem został. A Paulina? – Nie tylko przekroczyła granice swojej parafii czy Francji – mówi ks. Maciej Będziński, dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce. – Ona na nowo odkryła Kościół powszechny, odkrywając Kościół misyjny.
Kwintesencja francuskości
Ponoć socjologowie odkryli, że jedną z cech Francuzów jest ruchliwość idąca w parze z gadatliwością. Trudno to zweryfikować, ale faktycznie: siostra Paulina w żywy sposób, szybko, jakby się bała, że coś pominie, opowiada wszystko, co o domu Pauliny Jaricot i o niej samej wie. A wie bardzo dużo, podobnie jak pracownicy centrum Papieskich Dzieł Misyjnych we Francji w Lyonie przy rue Sala 12. Oni również zasypują nas masą informacji, pokazując zbiory. A te są imponujące. Doktor Bernadette Truchet specjalizująca się w misjach katolickich, zwłaszcza XIX-wiecznych misjach jezuickich w Chinach, odpowiedzialna za centrum dokumentacji i archiwa, mówi: – Znajduje się tu przede wszystkim korespondencja z misjonarzami, którzy opisywali szczegóły swojej posługi oraz kultury, w jakiej się znaleźli, co było cennym wkładem w naukę w czasach, kiedy podróżowało się znacznie mniej.
Oprócz dokumentów w archiwach są też relikwie świętych misjonarzy męczenników i setki fotografii, w tym zachwycające ostrością zdjęcia z drukarni w Niepokalanowie. Jest zapisany piękną kaligrafią protokół pierwszego spotkania Dzieła Rozkrzewiania Wiary. No i roczniki – „Les Annales de la propagation de la foi”. Jeanne Orlé, archiwistka, pokazuje ich polską wersję. A na pytanie, czy ma może jakąś osobistą pamiątkę po założycielce tego dzieła, z uśmiechem pokazuje czapkę Pauliny.
Sekretarz generalny Dzieł, Gaëtan Boucharlat de Chazotte, jak na szlachetne pochodzenie przystało (sygnet rodowy na palcu, uosobienie elegancji i taktu), oprowadza nas po biurach. A w nich wszędzie Paulina i przygotowania do jej beatyfikacji. Zapytany o aktualność jej historii i o to, czy beatyfikacja Pauliny Jaricot stanowi jakiś szczególny znak dla dzisiejszego Kościoła i świata, odpowiada bez namysłu: – Uważam, że tak. Żyjemy przecież w bardzo podobnych czasach. Po rewolucji francuskiej cała Europa i Kościół były w ruinie. To wówczas pojawiła się Paulina jako założycielka Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Europa być może w ruinie nie jest, ale dla Kościoła nadeszły czasy bardzo trudne. Nie wiem, czy dla Polski również, ale dla Francji i dla reszty Europy na pewno ta beatyfikacja jest znakiem, że tylko przez powrót do prawdziwej ewangelizacji można to naprawić.
Oczy błogosławionej
W kościele Saint-Nizier, do którego przeniesiono ciało zmarłej Pauliny Jaricot, oprócz niezwykle sugestywnej, „współczesnej” drogi krzyżowej przykuwa uwagę ogromny baner z jej wizerunkiem. Paulina patrzy zeń z uśmiechem, młodymi, rozżarzonymi oczami. Jakby chciała powiedzieć, że zawsze jest szansa, tylko trzeba wrócić do tego, co jest powołaniem Kościoła – modlić się i krzewić wiarę. Ale by nowej błogosławionej tego Kościoła oddać chwałę, bo na nią zasłużyła, i by z tej beatyfikacji wyciągnąć wnioski, warto wrócić do wspomnianej czarno-białej fotografii, na której wygląda biednie i licho, prawie niewidoma, choć – jak mówi ks. Maciej Będziński – nikt z biografów tego nie odnotował. I do słów Paula Claudela: „Oto stara, uboga kobieta, która zapragnęła zbawiać świat! Prosiła Boga o Kościół katolicki i o żadną inną rzecz dla siebie na okręgu ziemi”. Claudel kończy swój wiersz słowami, które chwytają za serce: „Aby niewinny Baranek przyjął ją u stóp swego tronu, ściska mocno w dłoni swoje zaświadczenie o ubóstwie”. •
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc styczeń 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
Módlmy się, aby modlitwa Słowem Bożym była pokarmem dla naszego życia i źródłem nadziei w naszych wspólnotach, pomagając nam budować Kościół bardziej braterski i misyjny.
Panu Bogu, który jest pełen Miłosierdzia z wielką wdzięcznią dziękujemy za miniony rok. A u progu Nowego Roku Pańskiego 2026 patrzymy pełni ufności, bo przecież Ty Jesteś nieustannie z nami – nasz Emanuelu.Wpatrując się w Bożą Rodzicielkę, która otwiera kolejny okres naszego pielgrzymowania na tym ziemskim padole, oddajemy Jej nasze serca, umysł i wolę, aby uczyła nas coraz lepiej wypełniać tylko Bożą wolę.
Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
Dodatkowe intencje dla Róż
św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Roży
bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 stycznia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 grudnia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
Rozmowa z o. Cyprianem Klahsem o tajemnicy Wcielenia
– Bóg się zakochał w swoim stworzeniu, a szczególnie zakochał się w człowieku. Dlatego chciał stać się mu bliski – mówi o. Cyprian Klahs, dominikanin.
Jarosław Dudała: Joan Osborne pytała w piosence: „Co, gdyby Bóg był jednym z nas?”. To wzruszający tekst, pełen tęsknoty za Bogiem, ale… przecież On już stał się jednym z nas!
o. Cyprian Klahs OP: To jest jedna z najważniejszych prawd wiary chrześcijańskiej: Bóg stał się prawdziwym człowiekiem – nie był tylko podobny do nas, nie udawał, ale rzeczywiście stał się człowiekiem.
Mówimy w Credo, że Syn Boży dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba i stał się człowiekiem. Ale co to właściwie znaczy?
Zasada jest prosta: gdy chcesz się z kimś skomunikować, to mów do niego w języku, który jest dla niego zrozumiały. I to jest właśnie pierwszy punkt Wcielenia: Bóg przemówił do nas w ludzkim języku – nie tylko w sensie użycia słów aramejskich czy hebrajskich, ale przemówił całym sobą, całą osobą, ciałem, gestem, emocjami. Ewangelia mówi, że się wzruszył; że zapłakał nad śmiercią przyjaciela; zapłakał nad Jerozolimą; gniew Go ogarnął z powodu niesprawiedliwości, zamknięcia na dobro, na cud. To jedna strona tajemnicy Wcielenia – Objawienie. Druga to miłość i bliskość. U chrześcijańskich mistyków można czasem znaleźć stwierdzenie, że Bóg się zakochał w swoim stworzeniu, a szczególnie zakochał się w człowieku. Dlatego chciał stać się mu bliski. Wcielenie Boga jest po prostu wyrazem miłości, pragnienia bliskości, solidarności z człowiekiem.
Autor Listu do Hebrajczyków pisze, że Bóg może współczuć naszym słabościom, bo jest doświadczony we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Jezus dzielił nasz lęk, ból, głód. Można by nawet powiedzieć, że był w gorszej sytuacji niż my, bo nie popełniwszy żadnego grzechu, przyjął na siebie wszystkie jego straszliwe skutki.
Tak. Bóg zna los człowieka. Wie, co to znaczy być człowiekiem. W piątym rozdziale Ewangelii według św. Jana mamy fragment, w którym jest mowa o tym, że Ojciec przekazał cały sąd Synowi, ponieważ On jest Synem Człowieczym – czyli wie, co to znaczy być człowiekiem, i jest w Nim jakaś solidarność, jakieś ogromne współczucie dla nas.
Mimo że jesteśmy grzeszni? A może właśnie dlatego, że jesteśmy grzeszni?
Bóg może nam współczuć, a ponieważ jest i Stworzycielem, i Zbawicielem, to może także zaradzić temu, w co człowiek się wpakował z powodu swoich grzechów. Współczucie Boga pociąga za sobą Jego działanie. Nie jest tak, że On sobie z góry patrzy, lituje się nad biednym człowiekiem, ale nie rusza mu na ratunek. Przeciwnie – On rozpoznaje nasze cierpienie, które wynika z grzechu, i chce mu zaradzić. To jest pierwszy i podstawowy sens zbawienia: uratować, wyzwolić, uzdrowić.
Nie tylko uratować, ale także wywyższyć. Bo gdy wszechmocny, wszechwiedzący i wieczny Bóg stał się człowiekiem, to przez sam ten fakt w nieprawdopodobny sposób wywyższył, nobilitował człowieczeństwo. Człowiek – to brzmi dumnie (choć raczej nie z tych powodów, o których myślał autor tego powiedzenia, komunista Maksym Gorki).
To wywyższenie jest spełnieniem okrężną drogą tego, co było w Bożych planach już na samym początku. Bo po co Pan Bóg nas stworzył? Stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, żebyśmy mieli udział w Jego życiu. Ale ponieważ trochę Mu namieszaliśmy, to trzeba było doprowadzić do tego celu okrężną drogą i naprawić to, co zostało zepsute. W każdym razie chodzi o realizację pierwotnego zamysłu, żeby człowiek uczestniczył w życiu Bożym, miał udział w Boskiej naturze, czyli żeby został przebóstwiony.
W kazaniach prawie nie mówi się dziś o przebóstwieniu. A przecież w Drugim Liście Świętego Piotra mowa jest o danej ludziom niesłychanej obietnicy udziału w Boskiej naturze (2 P 1,4). Wielu największych teologów przez wieki powtarzało tę samą myśl: Bóg stał się człowiekiem, żeby człowiek stał się bogiem. Na przykład Mistrz Eckhart w komentarzu do Ewangelii według św. Jana stwierdził: „Nie miałoby dla mnie większej wartości, że »Słowo stało się ciałem« dla człowieka w Chrystusie jako osobie odrębnej ode mnie, gdyby nie stało się ciałem również we mnie osobiście, abym i ja mógł stać się synem Bożym”.
To mi się najbardziej kojarzy z encykliką Jana Pawła II Redemptor hominis, w której powiedziano, że Syn Boży, stając się człowiekiem, zjednoczył się w jakiś sposób z każdym z nas. Nie tylko z jednym człowiekiem, Jezusem z Nazaretu. U Eckharta możemy też znaleźć stwierdzenie, że Bóg stał się drugim ja, żebym ja się stał drugim Nim. Św. Katarzyna ze Sieny z kolei w zachwycie zwraca się do Jezusa z pięknym pytaniem: co było przyczyną, że Ty – Bóg, Ty – Miłość stałeś się człowiekiem, a człowiek stał się Bogiem?
To wydaje się wręcz szalone. Czy naprawdę człowiek przy w całej swojej słabości, grzeszności i skończoności może stać się bogiem?
Nie może – sam z siebie w żaden sposób nie może. To jest możliwe jedynie dzięki działaniu Pana Boga – dzięki temu, że On przyjął ludzką naturę, całkowicie jednocząc się z człowiekiem, żeby móc wynieść człowieka na wyżyny. O tym mowa jest w uroczystość Wniebowstąpienia Pana Jezusa w kolekcie podczas Mszy Świętej: „Wszechmogący Boże, wniebowstąpienie Twojego Syna jest wywyższeniem ludzkiej natury…”. Poza tym Wcielenie Boga ma dziś swoje niesłychanie praktyczne konsekwencje.
Jakie?
Na nim opiera się na przykład cała sakramentalność. Bo skoro Bóg stał się człowiekiem, wszedł w ludzki świat, w ludzkie ciało, czyli w materię, to materia stała się nośnikiem Bożej łaski. Inaczej mówiąc, sakramenty właśnie dlatego mogą być skutecznym narzędziem łaski Bożej, że materia została do tego uzdolniona przez Wcielenie Pana Boga. Inna kwestia: z historii teologii znamy wielki spór o obrazy – o to, czy możemy przedstawiać na obrazach Boga (a także świętych). Rozstrzygnięcie było takie, że możemy. Dlaczego? Właśnie dlatego, że Syn Boży, stając się człowiekiem, dał nam swój obraz. Przez Wcielenie dał nam obraz Boga. Kolejna kwestia to nowe spojrzenie na cierpienie. Ponieważ Chrystus, stając się człowiekiem, poddał się cierpieniu i potrafił nadać mu sens, to człowiek wierzący może w cierpieniu odkrywać sens, wartość. No i oczywiście trzeba pamiętać, że Wcielenie jest fundamentalną i nieodłączną częścią całego dzieła zbawienia. Bez Wcielenia nie byłyby możliwe śmierć, zmartwychwstanie, wniebowstąpienie Chrystusa, ale też nasze zmartwychwstanie w ciele.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
o. Cyprian Klahs OP ur. 1969. jest wychowawcą dominikańskich braci studentów. Mieszka w Krakowie. Fascynuje się duchowością dominikańską. Jest autorem książek „Nadzieja. Lekarstwo na narzekanie i zniechęcenie”, „Różaniec. Modlitwa prostoty i głębi” czy „Pamiętniki Jonasza i inne apokryfy”.
Gość Niedzielny
***
Papież zamknął Drzwi Święte Bazyliki św. Piotra – zakończył się Jubileusz Nadziei
Ojciec Święty Leon XIV zamknął ostatnie Drzwi Święte Roku Jubileuszowego Nadziei. Tym samym dobiegł końca Jubileusz rozpoczęty przez papieża Franciszka 24 grudnia 2024 r. – informuje Vatican News.
Zwyczaj ustanowiony w 1975 r., a następnie uproszczony przez św. Jana Pawła II przy okazji Roku Świętego 2000, obejmuje zamknięcie skrzydeł drzwi. Ich zamurowanie nastąpi z kolei bez udziału wiernych, ok. 10 dni później.
Do Rzymu przybyło i wzięło udział w wydarzeniach jubileuszowych 33 475 369 pielgrzymów. Wstępne szacunki mówiły o 31,7 mln osób, więc liczba uczestników znacząco je przekroczyła. Jak pokazują dane, począwszy od maja nastąpił nieoczekiwany wzrost przybywających do Wiecznego Miasta; ale mimo to, wszystko było zarządzane z ogromną starannością. Doceniono współpracę między Watykanem, a przedstawicielami władz i służb.
Wśród pielgrzymów, którzy przybyli do Rzymu (poza Włochami) najliczniej reprezentowane były kraje: USA (12,57 proc.), Hiszpania (6,23 proc.), Brazylia (4,67 proc.), Polska (3,69 proc.) oraz Niemcy (3,16 proc.).
Kolejny Jubileusz zwyczajny odbędzie się za 25 lat, natomiast już w 2033 r. będzie miał miejsce Wielki Jubileusz Odkupienia.
A oto pełny tekst dzisiejszego kazania Ojca Świętego:
Drodzy Bracia i Siostry!
Ewangelia (por. Mt 2,1-12) opisuje ogromną radość Mędrców z powodu ponownego ujrzenia gwiazdy (por. w. 10), ale także przerażenie Heroda i całej Jerozolimy w obliczu ich poszukiwań (por. w. 3). Za każdym razem, gdy mowa o objawieniu się Boga, Pismo Święte nie ukrywa tego rodzaju rozdźwięków: radości i przerażenia, oporu i posłuszeństwa, lęku i pragnienia. Świętujemy dziś Objawienie Pana, świadomi, że w Jego obecności nic nie pozostaje takie samo, jak wcześniej. To jest początkiem nadziei. Bóg objawia się i nic nie może trwać niezmiennie. Kończy się pewien rodzaj spokoju, który sprawia, że melancholicy powtarzają: „Nic zgoła nowego nie ma pod słońcem” (Koh 1, 9). Zaczyna się coś, od czego zależą teraźniejszość i przyszłość, jak zapowiada Prorok: „Powstań! Świeć, Jeruzalem, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą” (Iz 60, 1).
Zaskakujące jest to, iż zostaje poruszona właśnie Jerozolima, miasto będące świadkiem jakże wielu nowych początków. W jej obrębie właśnie ci, którzy studiują Pismo Święte i uważają, że znają wszystkie odpowiedzi, wydaje się, że stracili zdolność stawiania sobie pytań i pielęgnowania pragnień. Co więcej, miasto jest przerażone tymi, którzy – poruszeni nadzieją – przybywają do niego z daleka, przerażone do tego stopnia, że postrzega jako zagrożenie to, co powinno mu sprawiać wielką radość. Ta reakcja stanowi wyzwanie również dla nas, jako Kościoła.
Drzwi Święte tej Bazyliki, które jako ostatnie zostały dziś zamknięte, widziały przepływ niezliczonych mężczyzn i kobiet – pielgrzymów nadziei, zmierzających do Miasta o bramach zawsze otwartych, do nowego Jeruzalem (por. Ap 21, 25). Kim byli i co nimi kierowało? Pod koniec Roku Jubileuszowego szczególnie poważnym pytaniem jest dla nas duchowe poszukiwanie współczesnych nam [osób], znacznie bogatsze niż być może jesteśmy w stanie pojąć. Miliony z nich przekroczyły próg Kościoła. Co znaleźli? Jakie serca, jaką wrażliwość, jaką wzajemność? Tak, Mędrcy nadal istnieją. Są to osoby, z których każda podejmuje wyzwanie zaryzykowania swej podróży, które w naszym niespokojnym świecie, pod wieloma względami odpychającym i niebezpiecznym, odczuwają potrzebę wyruszenia w drogę, poszukiwania.
Homo viator, mawiali starożytni. Jesteśmy życiem w drodze. Ewangelia zobowiązuje Kościół, aby nie bał się tej dynamiki, ale aby ją doceniał i kierował ku Bogu, który ją pobudza. Jest to Bóg, który może nas niepokoić, ponieważ nie pozostaje w naszych rękach nieruchomo, jak srebrne i złote bożki: jest natomiast żywy i ożywiający, jak to Dziecię, które Maryja trzymała w swoich ramionach, a Mędrcy oddali Mu pokłon. Miejsca święte, takie jak katedry, bazyliki, sanktuaria, które stały się celem pielgrzymek jubileuszowych, muszą upowszechniać woń życia, niezatarte wrażenie, że rozpoczął się inny świat.
Zadajmy sobie pytanie: czy w naszym Kościele jest życie? Czy jest miejsce dla tego, co się rodzi? Czy kochamy i głosimy Boga, który ponownie posyła nas dalej w drogę?
W tej opowieści Herod obawia się o swój tron, niepokoi się tym, co wymyka się jego kontroli. Próbuje wykorzystać pragnienie Mędrców i nakłonić ich poszukiwania na swoją korzyść. Jest gotów kłamać, jest zdolny do wszystkiego; strach bowiem zaślepia. Radość Ewangelii natomiast wyzwala: sprawia, że stajemy się roztropni, ale także śmiali, uważni i kreatywni; podpowiada drogi inne niż te, którymi już podążaliśmy.
Mędrcy przynoszą do Jerozolimy proste i zasadnicze pytanie: „Gdzie jest nowo narodzony?” (Mt 2, 2). Jakże ważne jest, aby każdy, kto przekracza próg Kościoła, odczuwał, że Mesjasz tam się dopiero co narodził, że gromadzi się tam wspólnota, w której zrodziła się nadzieja, że tam właśnie dokonuje się historia życia! Jubileusz nadszedł, aby nam przypomnieć, że można zacząć od nowa, a nawet, że jesteśmy dopiero na początku, że Pan chce wzrastać pośród nas, chce być Bogiem-z-nami. Tak, Bóg poddaje w wątpliwość istniejący porządek: ma marzenia, którymi inspiruje swoich proroków również dzisiaj; stanowczo pragnie wybawić nas od dawnych i nowych form zniewolenia; w swoje dzieła miłosierdzia, w cuda swojej sprawiedliwości angażuje młodych i starszych, ubogich i bogatych, mężczyzn i kobiety, świętych i grzeszników. Nie czyni zgiełku, ale Jego Królestwo kiełkuje już wszędzie na świecie.
Ileż objawień zostało nam danych lub wkrótce zostanie nam dane! Trzeba je jednak odebrać zamysłom Heroda, lękom, które zawsze mogą przerodzić się w agresję. „Od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu, a zdobywają je ludzie gwałtowni” (Mt 11, 12). To tajemnicze wyrażenie Jezusa, zawarte w Ewangelii św. Mateusza, nie może nie skłaniać nas do refleksji nad wieloma konfliktami, przez które ludzie mogą się opierać, a nawet atakować ową Nowość, którą Bóg przygotował dla wszystkich. Miłować pokój, dążyć do pokoju oznacza chronić to, co święte, a właśnie dlatego ono się rodzi: małe, delikatne, kruche jak dziecko. Wokół nas wypaczona gospodarka próbuje czerpać zyski ze wszystkiego. Widzimy to: rynek zamienia w biznes nawet ludzkie pragnienie poszukiwania, podróżowania, zaczynania od nowa. Zadajmy sobie pytanie: czy Jubileusz nauczył nas uciekać od tego rodzaju wydajności, która sprowadza wszystko do produktu, a człowieka do konsumenta? Czy po tym roku będziemy bardziej zdolni dostrzegać w gościu – pielgrzyma, w nieznajomym – człowieka poszukującego, w dalekim – bliźniego, w innym – towarzysza podróży?
Sposób, w jaki Jezus spotykał wszystkich i pozwalał się wszystkim zbliżyć uczy nas doceniać tajemnicę serc, którą tylko On potrafi odczytać. Z Nim uczymy się dostrzegać znaki czasu (por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 4). Nikt nie może nam tego sprzedać. Dziecię, które adorują Mędrcy, jest Dobrem bezcennym i bez miary. Jest Objawieniem bezinteresowności. Nie czeka na nas w prestiżowych „posiadłościach”, ale w skromnych realiach. „A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy” (Mt 2, 6). Ileż to miast, ileż to wspólnot potrzebuje usłyszeć: „Nie jesteś naprawdę najlichsze”. Tak, Pan wciąż nas zaskakuje! Pozwala się znaleźć. Jego drogi nie są naszymi drogami, a ludzie gwałtowni nie potrafią ich opanować, ani też moce tego świata nie mogą ich zablokować. Stąd ogromna radość Mędrców, którzy porzucają pałac i świątynię, i wyruszają do Betlejem: wtedy ponownie widzą gwiazdę!
Dlatego, drodzy bracia i siostry, pięknie jest stać się pielgrzymami nadziei. I pięknie być nimi nadal razem! Wierność Boga jeszcze nas zadziwi. Jeśli nie zredukujemy naszych kościołów do zabytków, jeśli nasze wspólnoty będą domami, jeśli zjednoczeni oprzemy się pokusom możnych, wtedy będziemy pokoleniem jutrzenki. Maryja, Gwiazda zaranna, zawsze będzie kroczyć przed nami! W Jej Synu będziemy kontemplować i służyć wspaniałej ludzkości, przemienionej nie przez urojenia wszechmocy, ale przez Boga, który z miłości stał się ciałem.
Izajasz 60 należy do części księgi powstałej po powrocie z niewoli babilońskiej. Jerozolima jest wtedy słaba i poraniona. Prorok zwraca się do niej jak do kobiety i wzywa: «Powstań, świeć» (qûmî ’ôrî). To wezwanie do podniesienia głowy i do odważnego spojrzenia. Światło przychodzi od Pana.
«Chwała» to hebrajskie (kābôd). Oznacza ciężar Jego obecności. To słowo łączy się z obłokiem chwały z pustyni i ze świątyni. Prorok widzi ją jak wschód nad Syjonem. Ciemność okrywa ziemię i narody. Nad Jerozolimą wschodzi Pan. Werset «narody pójdą do twojego światła» odsłania sens misji Izraela. Miasto staje się znakiem Boga dla ludów. Pada też polecenie: «podnieś oczy wokoło i patrz».
Wizja obejmuje powrót rozproszonych dzieci. Synowie idą z daleka, córki są niesione na ramionach. To obraz odbudowanej wspólnoty, a nie tylko odbudowanych murów. Werset piąty mówi o mieście, które widzi i promienieje. Czasownik oddany jako «promienieć» pochodzi od rdzenia (nāhar), który oznacza także «płynąć». Serce drży i rozszerza się. W Biblii rozszerzone serce oznacza wolność i przestrzeń na radość.
Prorok mówi też o bogactwie morza i o skarbach narodów. To język wielkich szlaków handlowych. Pojawiają się karawany wielbłądów z Madianu i Efy oraz ludzie z Saby. Nazwy wskazują na obszary Arabii, znane z handlu wonnościami.
Tekst wymienia złoto i kadzidło. Kadzidło należy do modlitwy świątyni i unosi się ku Bogu jak prośba ludu. Złoto mówi o czci składanej Temu, który króluje inaczej niż władcy narodów. W tej pieśni Jerozolima promieniuje, ponieważ Bóg w niej mieszka. Obietnica dana Abrahamowi o błogosławieństwie dla wszystkich ludów przybiera tu postać pielgrzymki do światła.
Autor Listu do Efezjan przedstawia się jako Paweł i mówi o zadaniu, które otrzymał dla pogan. W prologu tej części nazywa siebie «więźniem» ze względu na Chrystusa. Uwięzienie nie zamyka Ewangelii. Używa słowa «zarząd» łaski, w grece (oikonomia). Oznacza odpowiedzialność za dar, który nie należy do niego. Łaska staje się czymś powierzonym, a nie zdobytym.
Centralnym pojęciem perykopy jest «tajemnica» (mystērion). W Biblii oznacza zamysł Boga, dotąd ukryty, a teraz odsłonięty w historii. Paweł mówi o «objawieniu» (apokalypsis). To odsłonięcie pochodzi od Boga i kształtuje całe spojrzenie na świat. Tekst zestawia «dawne pokolenia» i «teraz». Nie chodzi o pogardę dla przeszłości. Chodzi o nowość Chrystusa. To, co było zapowiadane w Pismach i figurach, zostaje w pełni pokazane w Jezusie. Tajemnica zostaje dana «świętym apostołom i prorokom» i zostaje przekazana «w Duchu». Duch Święty jest tu środowiskiem poznania. Słowo «poganie» tłumaczy greckie (ethnē), czyli narody.
W Starym Testamencie narody przynoszą światło i dar do Syjonu. Tu zostają nazwane domownikami obietnicy. Sedno brzmi krótko: poganie są «współdziedzicami» (synklēronoma), «współczłonkami Ciała» (sussōma) i «współuczestnikami obietnicy» (symmetocha). Trzy słowa układają się w jedno wyznanie równej godności.
«Ciało» oznacza Kościół jako żywy organizm. Jego Głową pozostaje Chrystus, a więzią życia Duch. Jedność rodzi się «w Chrystusie Jezusie» i przychodzi «przez Ewangelię» (euangelion). Kościół jawi się jako przestrzeń, w której obcy staje się bratem, a dom buduje sam Pan.
Mateusz umieszcza scenę w czasach Heroda Wielkiego, króla Judei pod zwierzchnictwem Rzymu. Narodziny Jezusa dzieją się na uboczu wielkiej polityki, a jednak poruszają stolicę. Do Jerozolimy przybywają mędrcy ze Wschodu. Grecki termin brzmi (magoi). Oznacza ludzi uczonych, kojarzonych z obserwacją nieba i z mądrością dworów. Pytają o nowo narodzonego «króla żydowskiego». Widzą Jego gwiazdę i przychodzą oddać Mu pokłon.
Wyrażenie «na Wschodzie» w tekście greckim brzmi (en tē anatolē) i wskazuje także na moment pojawienia się gwiazdy, na jej wschód. Gwiazda w Biblii bywa znakiem obietnicy. W Księdze Liczb pojawia się zapowiedź «gwiazdy z Jakuba» (Lb 24,17). Mateusz pokazuje spotkanie dwóch dróg poznania. Znak na niebie budzi pragnienie. Pismo prowadzi do miejsca. Herod reaguje lękiem, a lęk udziela się Jerozolimie. Władza oparta na kontroli boi się dziecka. Król zwołuje arcykapłanów i uczonych w Piśmie. Oni wskazują Betlejem w ziemi judzkiej. Betlejem to miasto Dawida. Nazwa znaczy «dom chleba» (bêt leḥem).
Mateusz cytuje Micheasza i dopowiada obraz pasterza, znany z tradycji Dawida. Mesjasz ma prowadzić lud, a nie nim manipulować. Herod wypytuje o czas ukazania się gwiazdy. Wysyła mędrców do Betlejem i domaga się wieści. W opowiadaniu narasta ciemność podstępu.
Mędrcy wyruszają. Gwiazda prowadzi ich dalej. Radość rośnie w chwili odnalezienia. Mateusz mówi o domu, o Dziecięciu i o Matce. W centrum stoi Jezus, a Maryja pozostaje przy Nim. Mędrcy padają na twarz. Słowo «pokłon» oddaje greckie (proskyneō) i oznacza gest czci, znany także z języka kultu. Otwierają swoje skarby i składają dary: złoto, kadzidło i mirrę.
Tekst nie podaje liczby mędrców. Tradycja Kościoła rozpoznaje trzech z powodu trzech darów. Złoto mówi o królewskiej godności. Kadzidło unosi się w świątyni jako znak modlitwy. Mirra pachnie, a w Biblii pojawia się także przy pogrzebie Jezusa. Złoto i kadzidło przywołują też słowa Izajasza o narodach niosących dary do światła Syjonu.
U Mateusza dary trafiają do Chrystusa. Poganie pierwsi oddają Mu cześć. To odsłania szerokość obietnicy. Na końcu Bóg prowadzi mędrców przez sen. Wracają inną drogą. Ten szczegół zostawia obraz drogi odmienionej przez spotkanie…
Ks. Krzysztof Młotek/Tygodnik Niedziela
***
Trzej niekrólowie
Jeśli nie byli królami, to kim mogli być? Skąd wzięły się ich tajemnicze imiona? I dlaczego historia o Mędrcach ma tak wiele różnych wersji?
MATTHIAS STOM, POKŁON TRZECH KRÓLI /REPRODUKCJA ERIK CORNELIUS/NATIONALMUSEUM/WIKIMEDIA
Czy jest coś, co wiemy na pewno o Trzech Królach? „Po pierwsze, być może w ogóle nie istnieli i wielu uczonych biblistów uważa ich za postacie fikcyjne. (…) Po drugie, jeśli nawet istnieli, nie wiadomo, czy było ich trzech, a po trzecie… z całą pewnością nie byli królami” – pisze biblista Roman Zając we wstępie do fascynującej książki „Trzej Królowie. Tajemnica Mędrców ze Wschodu”. Trzeba przyznać, że ta historia zaczyna się jak u Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. A potem napięcie tylko rośnie.
Poganie szukają Mesjasza
Bo skoro nie byli królami, to kim mogli być? W jedynym fragmencie Biblii, gdzie się pojawiają, czyli w zaledwie dwunastu wersetach drugiego rozdziału Ewangelii według świętego Mateusza (2,1-12), w polskim tłumaczeniu pojawia się określenie „Mędrcy”. Jednak słowo magoi, występujące w greckim tekście, jest znacznie bardziej wieloznaczne i może występować zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym kontekście. Roman Zając podaje w swojej książce długą listę możliwych znaczeń tego terminu. Okazuje się, że może się ono odnosić do: „członków staroirańskiego medyjskiego plemienia; przedstawicieli perskiej kasty kapłańskiej (zwłaszcza kapłanów irańskiego kultu ognia); ogólnie Persów; królewskich doradców i dworzan; znawców nauk tajemnych; czarodziejów praktykujących magię, wizjonerów i tłumaczy snów; szarlatanów, oszustów, zwodzicieli i fałszywych proroków; chaldejskich astrologów i astronomów; ludzi uczonych, zgłębiających prawa natury; filozofów i mędrców”. Uff!
Czy z tego wyliczenia dowiadujemy się czegoś więcej o tajemniczych gościach, którzy według ewangelisty mieli przybyć ze Wschodu do Jerozolimy, następnie udać się do Betlejem, by powitać nowo narodzonego Króla, wreszcie – posłuszni nakazowi ze snu – wrócić do ojczyzny inną drogą, omijając pałac Heroda? Jedno nie ulega wątpliwości: „Z punktu widzenia Żydów byli poganami, ponieważ nie wierzyli w Jedynego Boga Jahwe, który uczynił narodem wybranym dwanaście plemion Izraela” – wyjaśnia Roman Zając. Od razu jednak nasuwa się inne pytanie: „Dlaczego (…) szukali żydowskiego Mesjasza? Skoro wyznawali inną religię, czy ich wyznanie miało coś wspólnego z oczekiwaniami Żydów?” – zastanawia się autor „biografii” owych Mędrców.
Wypatrywali znaków
Fakt, że Magowie podążali za gwiazdą, mógłby wskazywać, iż zajmowali się astrologią. Z tego powodu powinni więc wzbudzać wśród Żydów szczególną nieufność. W książce „Trzej Królowie. Dziesięć tajemnic” dziennikarz i publicysta Grzegorz Górny zwraca uwagę, że naród żydowski traktował astrologów jak bałwochwalców. Izraelici bowiem „dostali od Boga nakaz, by trzymać się z dala od wróżbitów, wywoływaczy duchów czy astrologów. Polecenia mógł wydawać im jedynie Bóg przez swoich proroków. Charakterystyczne dla postawy Żydów są słowa wypowiedziane przez Izajasza: »Niechaj się stawią, by cię ocalić, owi opisywacze nieba, którzy badają gwiazdy, przepowiadają na każdy miesiąc, co ma się tobie przydarzyć. Oto będą jak źdźbła słomiane, ogień ich spali. Nie uratują własnego życia z mocy płomieni« (Iz 47,13-14). W tym kontekście nie ma nic zaskakującego w fakcie, że przybycie Mędrców do Judei oraz przywieziona przez nich wiadomość o gwieździe zwiastującej narodziny Mesjasza wywołały w Jerozolimie powszechne zaskoczenie. Proroctwa nakazywały co prawda wyczekiwać w owym czasie pojawienia się pomazańca Bożego, ale nikt spośród Żydów nie śledził nieba, by właśnie stamtąd wypatrywać znaków” – podkreśla autor.
Z fragmentu Ewangelii nie wynika jednak, że Mędrcy rościli sobie pretensje do przepowiadania przyszłości. Roman Zając zwraca uwagę, że są ukazani raczej jako „pobożni poganie, którzy wypatrywali na niebie znaków od Boga”. „Epizod o Magach przybyłych ze Wschodu do Betlejem, aby oddać cześć nowo narodzonemu Mesjaszowi, jest niejako dowartościowaniem świata pogańskiego, potwierdzeniem prawdy, że również w nim byli ludzie, którzy co prawda nie otrzymali takiego objawienia, jakie mieli Żydzi, a mimo to doszli do poznania Jezusa Chrystusa. (…) Dla czytelnika Ewangelii według świętego Mateusza stawało się w ten sposób jasne, że późniejsze wejście pogan do Kościoła nie było przypadkiem, ale od samego początku odpowiadało ono Bożym planom. W królestwie Jezusa Chrystusa nie ma bowiem różnic wynikających z rasy i pochodzenia. (…) W postaciach Magów Kościół odnajdywał niejako samego siebie, czyli pogański świat poza narodem wybranym, który stał się nowym Ludem Bożym, uznając Chrystusa za swego Pana i Zbawiciela. Nic dziwnego, że pokłon Magów został uznany za symbol objawienia się Króla Wszechświata wszystkim narodom i wszystkim ludziom, którzy szukają prawdy” – wyjaśnia biblista.
Prawie królowie
Skąd jednak wzięło się przekonanie, że tajemniczy goście Dzieciątka Jezus byli królami? I skąd pomysł, że było ich trzech? Według Romana Zająca źródłem przypisywania Magom godności królewskiej były prawdopodobnie fragmenty Starego Testamentu, które odczytywano jako zapowiedź ich wizyty, np.: „Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą mu pokłon wszyscy królowie, wszystkie narody będą mu służyły” (Ps 72,10-11). Albo: „I pójdą narody do swego światła, królowie do blasku twojego Wschodu (…). Wszyscy oni przybędą ze Saby zaofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60,3.6). Fragmenty te Kościół wyznaczył zresztą do czytania podczas liturgii w uroczystość Objawienia Pańskiego, co jeszcze silniej ugruntowało w naszych umysłach obraz królów odwiedzających małego Jezusa.
Warto jednak zwrócić uwagę, że jeszcze na przełomie II i III wieku Tertulian, łaciński teolog z Afryki Północnej, pisał, że „Wschód uważał Magów prawie za królów”. Słówko „prawie” wydaje się tu kluczowe. Dopiero w późniejszych wiekach zrodziło się przekonanie, że do Jezusa, jako Króla Królów, powinni przybyć z pokłonem monarchowie. Także liczba Magów nie była od początku ustalona i wahała się od dwóch postaci namalowanych w katakumbach Świętych Piotra i Marcellina do sześćdziesięciu (nie licząc służby!) cudzoziemców w tradycji koptyjskiej. Popularna była dwunastka (nawiązanie do dwunastu plemion Izraela i dwunastu apostołów), ale w ikonografii spotkać można też wyobrażenia… sześciu mężczyzn stojących przed Dzieciątkiem. Ostatecznie utrwaliła się wersja z trzema gośćmi, za którą przemawiały przede wszystkim trzy dary wspomniane w Ewangelii: złoto, kadzidło i mirra – ale też bogata symbolika religijna trójki, uważanej w starożytności za liczbę doskonałą.
Niespokojne serca
Również imiona tajemniczych gości w rozmaitych apokryfach brzmią różnie, a najstarszy zapis tych, które znamy dzisiaj: Kacper, Melchior i Baltazar, pochodzi z 526 r. i możemy go znaleźć w bazylice św. Apolinarego w Rawennie. Nad głowami Magów uwiecznionych na mozaice widnieje adnotacja: +SCS BALTHASSAR +SCS MELCHIOR +SCS GASPAR. Różnie tłumaczy się znaczenie tych imion. Zdaniem Grzegorza Górnego wszystkie one oznaczają mniej więcej to samo i wywodzą się od greckiego, hebrajskiego i łacińskiego określenia władcy: basileus, melech i caesar. Roman Zając nie zgadza się jednak z tą wykładnią. Według przytaczanych przez niego hipotez imię Gaspar (Kacper) pochodzi z języka perskiego i może oznaczać „skarbnika” lub „tego, który dba o swoją cześć”. Z kolei imię Baltazar jest pochodzenia babilońskiego i wywodzi się od zawołania Bēl-šar-usur, co znaczy „Belu (Baalu), króla strzeż!”. Jest więc życzeniem pomyślności dla władcy. Natomiast Melchior rzeczywiście pochodzi od hebrajskiego melech, oznaczającego króla, a właściwie jest połączeniem tego wyrazu ze słowem or, czyli „światło”. W całości znaczy więc: „Król mój jest światłością”, co należy zapewne odnosić do Boga.
Dla nas, chrześcijan XXI wieku, postacie Magów powinny być przypomnieniem, że również wśród osób o innych przekonaniach religijnych są ludzie szczerze poszukujący prawdy. I że – jak mówi biblista ks. prof. Waldemar Chrostowski – „każdy poszukujący prawdy może odnaleźć Boga objawionego”. Warto więc wsłuchać się w słowa Benedykta XVI, który tak scharakteryzował biblijnych Mędrców: „Byli ludźmi o niespokojnym sercu, którzy nie zadowalali się tym, co widoczne i normalne. Byli to ludzie poszukujący obietnicy, poszukujący Boga. I byli to ludzie czujni, potrafiący dostrzegać znaki Boga, Jego cichą i nieprzerwaną mowę”. Tego z pewnością możemy się od nich uczyć. •
Szymon Babuchwski/Gość Niedzielny
***
Dlaczego piszemy C+M+B na drzwiach i okadzamy domy?
Litery na drzwiach, zapach kadzidła i barwne orszaki, przechodzące ulicami miast i wiosek – tak w wielu miejscach w Polsce wygląda 6 stycznia. O znaczeniu kredy, kadzidła i napisu C+M+B w kontekście uroczystości Objawienia Pańskiego opowiada ks. dr Stanisław Szczepaniec, przewodniczący Archidiecezjalnej Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego i konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Objawienie, które mówi o Bogu
Choć dziś najczęściej mówimy „Trzech Króli”, pierwotnie 6 stycznia Kościół wspominał trzy wydarzenia: pokłon Mędrców, chrzest Jezusa w Jordanie oraz cud w Kanie Galilejskiej. Wszystkie wskazywały na Jezusa jako na obiecanego Mesjasza.
– Epifania oznacza ukazanie się. To święto Boga, który daje się poznać człowiekowi i wchodzi w jego historię – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Jak dodaje liturgista, znaki związane z tym dniem mają wielką siłę, ponieważ nie są jedynie dodatkiem do tradycji, ale mówią o Bogu obecnym wśród ludzi. – Te tradycje trwają, bo pomagają ludziom przeżywać wiarę – podkreśla.
Kreda – znak, który staje się modlitwą
W uroczystość Objawienia Pańskiego wielu wiernych sięga po kredę. Sama w sobie nie ma ona rozbudowanego znaczenia symbolicznego. – Kreda nabiera sensu dopiero wtedy, gdy służy do oznaczenia drzwi mieszkania – mówi konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Na drzwiach pojawia się napis C+M+B lub K+M+B. W pobożności ludowej bywa kojarzony z imionami mędrców, ale liturgista wskazuje głębszą interpretację. – Najpełniejsze teologicznie odczytanie to Christus Mansionem Benedicat, czyli: „Niech Chrystus błogosławi temu domowi” – zaznacza.
Kreda nawiązuje również do darów, które mędrcy złożyli Dzieciątku Jezus. – Podobnie jak mirra, także kreda ma sens dopiero w odniesieniu do Chrystusa. Służy do oznaczenia mieszkania, które jest Jego świątynią – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Pisanie liter na drzwiach nie jest więc dekoracją. – Ten znak powinien być modlitwą i wyrażeniem pragnienia, aby Chrystus błogosławił domowi i mieszkającym w nim ludziom – podkreśla liturgista.
Co zrobić z kredą po poświęceniu?
Przepisy liturgiczne nie regulują tego szczegółowo. – Nie ma tutaj ustalonych wskazań ani zwyczajów – wyjaśnia przewodniczący Archidiecezjalnej Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego.
Obowiązuje jednak zasada szacunku. – Rzeczy pobłogosławionych nie wyrzuca się po prostu do śmietnika. Jeśli przestają być potrzebne, najlepiej spalić je albo złożyć w ziemi – zaznacza ks. Szczepaniec.
Najważniejsze jest to, by pamiętać, że były związane z modlitwą.
Kadzidło – woń modlitwy i obecności Boga
Kadzidło od wieków obecne jest w Piśmie Świętym i liturgii Kościoła. – Jest jednym z najbogatszych treściowo znaków w całej historii zbawienia – zauważa ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Dym unoszący się ku górze symbolizuje modlitwę wznoszącą do Boga, a jego woń przypomina o Bożej obecności. Jak wskazuje liturgista, w czasach prześladowań oddanie czci bożkom poprzez spalenie kadzidła było próbą wiary; wielu chrześcijan wybierało męczeństwo, odmawiając takiego gestu. Właśnie dlatego także dziś okadzanie domu nie jest czynnością „na szczęście”. – Ten znak ma sens tylko wtedy, gdy łączy się z modlitwą i wiarą. Wyraża przekonanie, że Bóg jest obecny w tym miejscu i że chcemy oddać Mu cześć – podkreśla konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Zauważa, że kadzidło pojawia się w liturgii także, gdy okadza się osoby. – Okadzanie człowieka przypomina, że jest on świątynią Boga. Kadzimy nie samą osobę, ale Boga, który w niej mieszka – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Ta sama logika dotyczy mieszkania. Okadzany dom nie staje się „magicznie chroniony”, lecz zostaje powierzony Bogu. – Okadzanie domu jest wyznaniem wiary i oddaniem czci Bogu obecnemu w naszej codzienności – dodaje.
– Zapalenie kadzidła w mieszkaniu może stać się głęboką modlitwą, jeśli człowiek przeżywa je świadomie – zaznacza liturgista.
Jak używać poświęconego kadzidła?
Nie potrzeba go wiele. Najczęściej spala się je podczas rodzinnej modlitwy lub w uroczystość Objawienia Pańskiego. Okadzanie ma sens tylko wtedy, gdy łączy się z wiarą i modlitwą. – To musi być związane z modlitwą, która jest spójna ze znakiem. Znak mówi, że wierzę, że tu jest Bóg i że chcę Bogu oddać cześć – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Liturgista tłumaczy przy tym, dlaczego dziś nie błogosławi się złota. – Trudno byłoby nadać temu realną funkcję religijną, a rzeczy pobłogosławionych nie traktuje się jak zwykłego towaru – mówi.
Tradycja, która żyje
Objawienie Pańskie przypomina, że wiara nie zatrzymuje się na znakach, ale prowadzi głębiej – do relacji z Bogiem. Kreda, kadzidło i wszystkie związane z tym dniem zwyczaje mają jeden cel: pomóc człowiekowi odkryć, że Bóg naprawdę jest blisko i że Jego obecność obejmuje także dom, codzienność i najprostsze sprawy życia.
– Te gesty mają sens wtedy, gdy stają się modlitwą i świadomym wyborem serca – podsumowuje ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela
***
Kończy się “rekordowy” Rok Święty.
Drzwi Święte zostaną zamurowane.
Około 33,5 miliona pielgrzymów przybyło do Rzymu w Roku Świętym, który zakończy się we wtorek zamknięciem Drzwi Świętych w bazylice watykańskiej. Dokona tego papież Leon XIV. W Roku Świętym odbyło się około 40 wielkich jubileuszy tematycznych. Minął zaś w cieniu wojen i wśród licznych apeli o pokój.
Papież zamknie Drzwi Święte
***
Pielgrzymowali do ostatniej chwili
Do ostatniej chwili, mimo ulewnego deszczu, wierni stali w poniedziałek w kolejce, by przejść przez Drzwi Święte w bazylice watykańskiej, co jest najbardziej symbolicznym gestem uczestnictwa w Roku Świętym. W ostatniej grupie, która przez nie przeszła, byli pracownicy Dykasterii ds. Ewangelizacji wraz z jej proprefektem arcybiskupem Rino Fisichellą i wolontariuszami, pomagającymi pielgrzymom w ciągu minionych 12 miesięcy.
Papież zamyka Drzwi Święte
O godzinie 9.30 papież zamknie wrota w bazylice watykańskiej, otwierane tylko z okazji Roku Świętego. W bazylice Św. Piotra obecny będzie prezydent Włoch Sergio Mattarella.
Drzwi Święte zostaną zamurowane. Pod koniec grudnia zamknięto je w trzech innych papieskich bazylikach, a dokonali tego kardynałowie- reprezentanci papieża.
Rok Święty dwóch papieży
Rok Święty pod hasłem „Pielgrzymi nadziei” zainagurował w Wigilię 2024 r. papież Franciszek, a po jego śmierci obchodom przewodniczył wybrany 8 maja Leon XIV.
Miliony pielgrzymów i rekord
To był rekordowy pod względem liczby uczestników Rok Święty. W przeddzień jego zakończenia w Watykanie poinformowano, że przybyło około 33,5 miliona pielgrzymów. Ogromne tłumy na ulicach stolicy Włoch widoczne były niemal codziennie przez 12 miesięcy.
Dane dotyczące Wielkiego Jubileuszu roku 2000 za pontyfikatu Jana Pawła II to 24,5 miliona pielgrzymów według oficjalnej rzymskiej agencji współorganizującej obchody i 32 miliony, jak podał Instytut Badań Censis wskazując na szerszą liczbę osób, które odwiedziły Wieczne Miasto w tym czasie.
Kto pielgrzymował do Rzymu?
W 2025 r. jedną trzecią pielgrzymów stanowili Włosi, a 12 procent- Amerykanie, co uważa się za efekt wyboru pierwszego w dziejach papieża z USA. Na trzecim miejscu byli Hiszpanie (6 procent), a na kolejnych: Brazylijczycy (4,6 procent), Polacy (3,7 proc.) i Niemcy (3,16 procent). Odnotowano ponadto, że masowo przybyli wierni z Peru, czyli drugiej ojczyzny Leona XIV, bo to tam pełnił przez wiele lat posługę jako misjonarz.
Rok Święty był impulsem dla rozwoju miasta, dla jego transformacji, przy jednoczesnym spojrzeniu na świat, bo radość pielgrzymów poruszyła serca rzymian, którzy z kolei okazali swą gościnność.
– powiedział burmistrz Roberto Gualtieri.
Odbyło się prawie 40 jubileuszy tematycznych, w których uczestniczyły tysiące przedstawiciele różnych zawodów, grup społecznych i pokoleń, ruchów i stowarzyszeń religijnych z całego świata. Zorganizowano między innymi Jubileusze: świata mediów, policji, wojska oraz innych służb mundurowych, artystów, chorych i pracowników służby zdrowia, bractw kościelnych, sportowców, rządzących, cyfrowych misjonarzy i katolickich influencerów, pracowników wymiaru sprawiedliwości, ludzi pracy, ubogich, więźniów.
Największy był Jubileusz Młodzieży na przełomie lipca i sierpnia. Wzięło w nim udział około miliona osób z całego świata, w tym 20 tysięcy Polaków.
To było pierwsze tak masowe spotkanie pontyfikatu Leona XIV.
Wołanie o pokój
Całemu wydarzeniu 2025 roku w Kościele towarzyszyło echo wojen, od Ukrainy po Strefę Gazy i liczne apele obu papieży o pokój. Nie było ani jednej południowej modlitwy z wiernymi bez apeli najpierw Franciszka, a potem Leona XIV o pokój na świecie.
Pokój był jednym z głównych tematów Roku Świętego; nie tylko za sprawą słów papieży, ale także obecności w Watykanie pielgrzymów z rejonów konfliktów oraz licznych rozmów Leona XIV z przywódcami wielu państw.
Najbardziej spektakularnym momentem był koncert 13 września na placu Świętego Piotra, gdzie wystąpili Pharrell Williams, Andrea Bocelli, John Legend, Jennifer Hudson i Karol G. Oklaskiwało ich około 100 tysięcy osób.
Pierwszy Rok Święty odbył się w 1300 roku, a ogłosił go papież Bonifacy VIII. Co 25 lat obchodzony jest od 1475 roku.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
niedziela 4 stycznia
Najświętsze Imię Jezus. Wybrane przez Boga Ojca
3 stycznia obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus. To Imię, na którego dźwięk zegnie się kiedyś każde kolano.
(Chrystus Pantokrator – mozaika z XII wieku w apsydzie katedry w Cefalù.
By Photo by Andreas Wahra, edited by Entheta [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)], via Wikimedia)
***
Chociaż zapowiadany w Starym Testamencie Mesjasz był przez proroków określany różnymi imionami, to Bóg Ojciec za pośrednictwem Aniołów podał ludzkości jedno konkretne imię swojego Syna. 3 stycznia Kościół rozważa tajemnice związane z Najświętszym Imieniem Jezus.
W czasach Starego Prawa mówiono i pisano o Nim jako o Emmanuelu, Przedziwnym Doradcy, Bogu Mocnym, Odwiecznym Ojcu, Księciu Pokoju, Synu Człowieczym. Autorzy ksiąg Nowego Testamentu również znają inne określenia: Słowo, Syn człowieczy, Światłość świata, Droga Prawdy i Życia, Dobry Pasterz. Mimo tego od dnia, gdy do Świętej Dziewicy przybył Archanioł Gabriel wiemy, że Syn Boży, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, ma na imię Jezus. Jego wagę dobitnie podkreśla fakt, że to samo imię Anioł Pański przekazał również świętemu Józefowi. Także ziemski opiekun Syna Bożego otrzymał polecenie, by Syna zrodzonego z jego żony nazwać Imieniem Jezus, które – jak zauważa portal brewiarz.pl – w dosłownym tłumaczeniu z hebrajskiego oznacza „Jahwe zbawia”. Z kolei Chrystus oznacza namaszczonego lub Pomazańca Pańskiego, co jest odwołaniem do starotestamentalnych proroków, królów i kapłanów Izraela, gdyż Chrystus jest zarazem Królem i Najwyższym Kapłanem, Jego osoby dotyczyły proroctwa, a i sam Zbawiciel wiele mówił o przyszłości ludzkości – a więc prorokował. Od Imienia Chrystus pochodzi nazwa Jego wyznawców – chrześcijan.
Zesłane z nieba Imię Zbawiciela czyniło cuda, gdyż to sam Pan Jezus powiedział swoim uczniom, by wszystko co czynią, czynili w Jego Imieniu. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J 16, 23-24) – czytamy w Ewangelii świętego Jana.
„Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie” (Mk 16, 17-18) – przekazuje Kościołowi Ewangelista Marek.
Moc Imienia Jezus została nie tylko zapowiedziana przez Zbawiciela. W Ewangelii odnajdujemy również przykłady Jego działania. „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3, 6) – opisuje Pismo Święte cud dokonany Bożą Mocą przez świętego Piotra nad człowiekiem niepełnosprawnym od urodzenia. „Przez wiarę w Jego Imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, Imię to przywróciło siły” (Dz 3, 16) – odnotowują w tej sprawie Dzieje Apostolskie.
Również w imieniu Syna Bożego apostołowie wyrzucali z opętanych ludzi złe duchy. „Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł!” (Dz 3, 6-7) – czytamy w księdze Nowego Testamentu, który w wielu miejscach podkreśla godność Najświętszego Imienia. Święty Paweł pisze, byśmy wszystko czynili w imię Pana Jezusa (Kol 3, 17). Jak zauważa portal brewiarz.pl, Apostoł Pogan odwoływał się do Imienia aż 254 razy.
Kult imieniu Syna Bożego – Jezusa Chrystusa – oddawali również starożytni Ojcowie i Doktorzy Kościoła, a za ich sprawą głęboka wiara i cześć przetrwała przez wieki i dotarła do współczesności.
źródło: brewiarz.pl
***
Wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus
Dla ludzi wierzących imię Jezus jest najdroższe i najświętsze, oznacza bowiem osobę Syna Bożego, naszego Zbawiciela.
Co dokładnie znaczy imię JEZUS – wyjaśniał na antenie Radia Niepokalanów ks. prof. Józef Naumowicz
Istnieje wiele imion, którymi określano Syna Bożego. Już prorok Izajasz wymienia ich cały szereg: Emmanuel (Iz 7, 14), Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9, 6). Prorocy: Daniel i Ezechiel nazywają Mesjasza „Synem człowieczym” (Dn 7, 13), a Zachariasz powie o Nim: „a imię Jego Odrośl” (Za 6, 12). W Nowym Testamencie św. Jan Apostoł nazwie Syna Bożego „Słowem” (J 1, 1). Sam Jezus Chrystus da sobie nazwy: Syn człowieczy (Mt 24, 27. 30. 37. 39. 44), Światłość świata (J 8, 12), Droga, Prawda i Życie, Dobry Pasterz (J 10, 11; 14, 6) itp. Jednak imieniem własnym Wcielonego Słowa jest Imię Jezus. Ono bowiem zostało nadane Mu przez samego niebieskiego Ojca jako imię własne: W szóstym miesiącu (od zwiastowania Zachariaszowi narodzenia św. Jana Chrzciciela) posłał Bóg anioła Gabriela do miasta zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef (…). Anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31).
Święto Najświętszego Imienia Jezus, ustanowione w roku 1721, w nowym kalendarzu rzymskim zostało uwzględnione jako wspomnienie w dniu 3 stycznia. Do rozpowszechnienia kultu Imienia Jezus przyczynił się w XV w. zakon franciszkański, a papież Innocenty XIII w XVIII w. rozszerzył święto na Kościół powszechny. W oficjum brewiarzowym jest bardzo piękny hymn z XI w. Jesu, dulcis memoria, opiewający słodycz tego imienia (za: brewiarz.pl)
Skoro Pismo Święte poucza nas, że „Każdy, kto będzie wzywać Imienia Pańskiego, będzie zbawiony”, warto odmówić dziś – w dniu wspomnienia Najświętszego Imienia Jezus – Litanię do Najświętszego Imienia Jezus.
Litania do Imienia Jezus
Kyrie eleison. Christe eleison. Kyrie eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże, – zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, Duchu Święty, Boże, Święta Trójco, Jedyny Boże,
Jezu, Synu Boga żywego, – zmiłuj się nad nami. Jezu, odblasku Ojca, Jezu, jasności światła wiecznego, Jezu, Królu chwały, Jezu, słońce sprawiedliwości, Jezu, Synu Maryi Panny, Jezu najmilszy, Jezu przedziwny, Jezu, Boże mocny, Jezu, Ojcze na wieki, Jezu, wielkiej rady zwiastunie, Jezu najmożniejszy, Jezu najcierpliwszy, Jezu najposłuszniejszy, Jezu cichy i pokornego serca, Jezu, miłośniku czystości, Jezu, miłujący nas, Jezu, Boże pokoju, Jezu, dawco życia, Jezu, cnót przykładzie, Jezu, pragnący dusz naszych, Jezu, Boże nasz, Jezu, ucieczko nasza, Jezu, Ojcze ubogich, Jezu, skarbie wiernych, Jezu, dobry Pasterzu, Jezu, światłości prawdziwa, Jezu, mądrości przedwieczna, Jezu, dobroci nieskończona, Jezu, drogo i życie nasze, Jezu, wesele Aniołów, Jezu, królu Patriarchów, Jezu, mistrzu Apostołów, Jezu, nauczycielu Ewangelistów, Jezu, męstwo Męczenników, Jezu, światłości Wyznawców, Jezu, czystości Dziewic, Jezu, korono Wszystkich Świętych, Bądź nam miłościw, – przepuść nam, Jezu. Bądź nam miłościw, – wysłuchaj nas, Jezu.
Od zła wszelkiego, – wybaw nas, Jezu. Od grzechu każdego, Od gniewu Twego, Od sideł szatańskich, Od ducha nieczystości, Od śmierci wiecznej, Od zaniedbania natchnień Twoich, Przez tajemnicę świętego Wcielenia Twego, Przez narodzenie Twoje, Przez dziecięctwo Twoje, Przez najświętsze życie Twoje, Przez trudy Twoje, Przez konanie w Ogrójcu i Mękę Twoją, Przez krzyż i opuszczenie Twoje, Przez omdlenie Twoje, Przez śmierć i pogrzeb Twój, Przez Zmartwychwstanie Twoje, Przez Wniebowstąpienie Twoje, Przez Twoje ustanowienie Najświętszego Sakramentu, Przez radości Twoje, Przez chwałę Twoją,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, – przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, – wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, – zmiłuj się nad nami.
Jezu, usłysz nas! Jezu, wysłuchaj nas!
Módlmy się: Panie, Jezu Chryste, któryś rzekł: „Proście, a otrzymacie; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone”; daj nam, prosimy, uczucie swej Boskiej miłości, abyśmy Cię z całego serca, usty i uczynkiem miłowali i nigdy nie przestawali wielbić. Racz nas obdarzyć, Panie, ustawiczną bojaźnią i miłością świętego Imienia Twego, albowiem nigdy nie odmawiasz Twej opieki tym, których utwierdzasz w Twej miłości. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Radio Niepokalanów
***
Na Imię Jezus niech się zegnie każde kolano
W kościele kult Najświętszego Imienia Jezus rozpowszechnił się w XV w. Przyczynili się do tego św. Jan Kapistran i św. Bernardyn, który starał się na wzór św. Pawła być prawdziwym apostołem Imienia Jezus. Dla tego imienia cierpiał, był krytykowany, a nawet posądzany o herezję. W 1426 r. papież Marcin V potwierdził ortodoksyjność nauki głoszonej przez św. Bernardyna i jego formę kultu Imienia Jezus.
W tradycji franciszkańskiej kult Najświętszego Imienia Jezus zajmuje pierwsze miejsce przed Męką Pańską i żłóbkiem. Powszechnie przyjmuje się, że Zakon Franciszkański nadał temu nabożeństwu stałą formę i przez to włączył w rytm życia religijnego całego Kościoła katolickiego. „Bóg zbawia” jest to imię drugiej Osoby Trójcy Świętej, Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Imię to zapowiedział Archanioł w chwili Zwiastowania Maryi: „Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus” (Łk 1,31). Imię to zostało nadane Dzieciątku w ósmym dniu po narodzeniu. O mocy Swego Imienia uczy nas sam Pan Jezus (por. J 16, 23-24). Wielokrotnie na kartach Ewangelii Pan Jezus mówi o mocy i ważności tego Imienia. Zapewnia, że tam, gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w Jego imię, On jest pośród nich (por. Mt 18, 20). Największym apostołem Imienia Jezus był św. Paweł. Sam Pan wybrał go, aby zaniósł Jego Imię do wszystkich narodów i wiele musiał wycierpieć z tego powodu. Swoją nauką i cierpieniem św. Paweł potwierdził wielkość Imienia Bożego, bo jak napisał w Liście do Filipian: „Dlatego Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych” (2, 9-11).
Św. Franciszek z Asyżu był zawsze pełen głębokiej czci dla Imienia Boga. Jego postawa wobec Imienia Bożego jest nacechowana najgłębszym szacunkiem, a równocześnie niezwykłą miłością i serdecznością. Biograf św. Franciszka -Tomasz z Celano pisze, że bracia, którzy z nim przebywali, wiedzą jak codziennie i stale głosił Jezusa, jak słodko opowiadał o Nim, jak łagodnie i z pełną miłością rozmawiał na Jego temat. Imię Jezus nosił w sercu, na ustach i na rękach. W liście do wszystkich braci pisał: „Franciszek prosi wszystkich braci, aby gdy tylko usłyszą Imię Jezus, oddawali Mu pokłon z lękiem i szacunkiem, pochyleni do ziemi”. Święto Imienia Jezus przypomina nam, abyśmy z szacunkiem, miłością i czcią wymawiali święte Imię Jezus i nie wzywali tego Imienia daremnie.
Br. Mateusz Miklos OFM/Tygodnik Niedziela
***
12 krótkich modlitw wzywających imienia Pana Jezusa
Fred de Noyelle | Godong
***
Modlitwy te łatwo zapamiętać i odmawiać w ciągu dnia.
Jezus zapowiedział: „O cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię” (J 14,13-14).
Imię Jezusa jest samo w sobie potężną modlitwą, a On sam prosił, abyśmy często je wymawiali modląc się do niego.
I choć możemy ograniczyć się do wypowiadania wyłącznie imienia „Jezus”, Kościół zna wiele innych krótkich modlitw zawierających imię Pańskie. Można je odmawiać w ciągu dnia w różnych okolicznościach.
Oto 12 takich łatwych do zapamiętania modlitw, które pomogą nam skupiać naszą uwagę na Jezusie bez względu na to, czym w danej chwili się zajmujemy:
Jezu, Boże mój, kocham Cię nade wszystko.
Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!
Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznym.
Chwała bądź Jezusowi, teraz i zawsze.
Słodkie Serce Jezusa, bądź mojąmiłością!
Jezu, cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według Serca Twego.
Jezu mój, zmiłuj się!
O najsłodszy Jezu, nie bądź mi Sędzią, ale Zbawcą!
Jezu, ufam Tobie!
Najsłodsze Serce Jezusa, dozwól mi kochać Cię coraz goręcej!
O, Serce Jezusa miłością ku nam pałające, rozpal serca nasze miłością ku Tobie!
Najświętsze Imię Jezus. Imię w centrum modlitwy chrześcijańskiej
Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a słowem tym było imię Jego Syna.
N/z fresk święty Józef nadaje imię Jezus
fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny
***
Napisałem do „Gościa” ponad 6400 tekstów. Tak wyliczył mi komputer. A Bóg – jak mawiał Fiodor Dostojewski – wypowiedział tylko jedno słowo, a słowem tym było imię Jego Syna. „Starożytni powtarzali, że »Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli«. Tym jednym, jedynym, najdroższym słowem jest imię Jezus” – opowiadał mi niedawno ks. Krzysztof Wons, salwatorianin, dyrektor Centrum Formacji Duchowej w Krakowie. „Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione”.
Bóg wypowiedział Imię ponad wszelkie imię, mimo naszej niewierności, krnąbrności, niedowierzania. A może ze względu na nią? Oznacza ono bowiem Tego, który „wybawia, ratuje, zbawia”. „Nadasz Mu imię Jezus, albowiem On zbawi swój lud od jego grzechów” – usłyszał od anioła Józef. Już wypowiadając imię Jezusa… wołamy do Niego o ratunek.
„Imię Jezus oznacza, że samo imię Boga jest obecne w osobie Jego Syna, który stał się człowiekiem dla powszechnego i ostatecznego odkupienia grzechów. Jest to imię Boże, jedyne, które przynosi zbawienie; mogą go wzywać wszyscy, ponieważ Syn Boży zjednoczył się ze wszystkimi ludźmi przez Wcielenie w taki sposób, że »nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni«” – czytam w Katechizmie Kościoła Katolickiego. „Imię to znajduje się w centrum modlitwy chrześcijańskiej. Wszystkie modlitwy liturgiczne kończą się formułą: »Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa«”.
To jedno, jedyne słowo uczyło przez wieki tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. „Wypowiadaj imię Jezusa bezustannie w kościele, w domu, w czasie drogi, podczas pracy, podczas odpoczynku, w łóżku, od chwili, gdy otworzysz oczy, aż do momentu, kiedy je zamkniesz. Odpowiada to dokładnie wystawianiu czegoś na słońce, ponieważ oznacza trwanie przed obliczem Pana, który jest słońcem świata duchowego” – nauczał mnich Teofan Pustelnik, odpowiadający za ostateczną redakcję popularnych „Opowieści pielgrzyma”.
Imię Pańskie przynosi ocalenie. Nie używaj go bezmyślnie
.
W połowie lutego 2015 roku świat ujrzał wstrząsający film przedstawiający kaźń 21 egipskich Koptów. Mężczyźni w pomarańczowych uniformach klęczeli na brzegu morza ze skutymi z tyłu rękami. Byli świadomi, że za chwilę terroryści z Państwa Islamskiego obetną im głowy. Mogli ocalić życie, deklarując przejście na islam, ale woleli umrzeć niż zaprzeć się Zbawiciela. Oprawcy, publikując film, nie wycięli ścieżki dźwiękowej, dzięki czemu wiemy, że ich ostatnimi słowami było wezwanie: „Panie Jezu Chryste”.
Słowo ostatnie
Słowa, które wypowiadamy w sytuacjach granicznych, wiele mówią o tym, czym żyjemy na co dzień i co jest dla nas najcenniejsze. Przypadające 3 stycznia liturgiczne wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus przypomina, jak wielkim darem jest imię Pańskie i z jak wielką czcią należy go używać.
Kilka lat temu na Ukrainie u starszego mężczyzny zdiagnozowano chorobę wymagającą amputacji języka. Przed podaniem narkozy młody lekarz miał „dowcipnie” powiedzieć pacjentowi: „No, dziadku, jakie będą wasze ostatnie słowa?”. Staruszek odpowiedział: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Wezwanie w takich razach Boga jest naturalnym odruchem człowieka wierzącego. Licznych przykładów dostarczają świadectwa historyczne. „Jednych ścinali, drugich na śmierć kłuli, a gdy więźniowie konając wołali: »Jezus!«, przestraszyli Tatarów, a zatem po gardłach siekali, żeby imienia Jezus zbawiennego nie wspominali” – pisał Wespazjan Kochowski o ostatnich chwilach tysięcy jeńców polskich, pojmanych w 1652 roku po bitwie pod Batohem i zabijanych z polecenia Bohdana Chmielnickiego.
Wypowiedzenie imienia Jezus w obliczu tego, co przeraża, to świadectwo wiary i wezwanie Zbawiciela na pomoc. To modlitwa, najprostsza, a zarazem najbardziej żarliwa. Tak modlił się łotr wiszący na krzyżu obok Zbawiciela. Słowa: „Jezu, wspomnij na mnie” otwarły mu niebo.
…będzie zbawiony
Nicky Gumbel, założyciel kursów ALPHA, bardzo niepokoił się o wieczny los swojego ojca. „On był agnostykiem, nigdy nie chodził do kościoła. Kiedy zmarł, byłem załamany” – tłumaczył w jednym z wywiadów. Pewnego dnia podczas modlitwy Nicky sięgnął do Biblii i trafił na fragment z Listu do Rzymian (10,13): „Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Czuł, że Bóg mówi mu: „To dotyczy twojego ojca”. Chwilę później do jego pokoju weszła żona z Biblią w ręku. „Trafiłam na taki fragment i myślę, że on jest o twoim ojcu” – powiedziała. To było prawie tak samo brzmiące zdanie, ale z Dziejów Apostolskich (2,21): „Każdy, kto wzywać będzie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Następnego dnia Gumbel, wciąż nie w pełni przekonany, wysiadał z pociągu. Na wprost niego, na budynku stacji, wisiał ogromny billboard z napisem: „Każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Gdy opowiedział o tym swojemu przyjacielowi Sandy’emu Millarowi, ten powiedział z uśmiechem: „Nie sądzisz, że Bóg chce ci coś przez to powiedzieć?”. „Dziś jestem spokojny. Mam pewność, że mój ojciec wezwał imienia Pańskiego i jest zbawiony” – zapewnia Nicky Gumbel.
Podobne zdanie o zbawczej mocy imienia Bożego znajdujemy w Starym Testamencie. „I uczynię znaki na niebie i na ziemi: krew i ogień, i słupy dymne. Słońce zmieni się w ciemność, a księżyc w krew, gdy przyjdzie dzień Pański, dzień wielki i straszny” – zapowiada Bóg przez proroka Joela. Wtedy pada to zdanie: „Każdy jednak, który wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Jl 3,3-5).
Ponad wszelkie imię
W Starym Testamencie imienia Boga, którym sam się przedstawił, nie wolno było wymawiać nawet kapłanom. Z szacunku dla imienia Jahwe Żydzi zastępowali je różnymi określeniami, między innymi: Adonai (Pan), Elohim (Bóg doskonały), Szaddaj (Wszechmocny) albo Kaddosz (Święty). Miało to związek z drugim przykazaniem Dekalogu: „Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno”. W Księdze Wyjścia (20,7) brzmi ono tak: „Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy, gdyż Pan nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy”.
Drugie przykazanie zobowiązuje chrześcijan do okazywania szczególnego szacunku dla imienia Jezus, które jest imieniem własnym Syna Bożego, nadanym Mu przez samego Ojca w niebie. Słowo to oznacza „Jahwe zbawia”, a zatem określa posłannictwo, z jakim Syn Boży przyszedł na świat.
O zbawczej mocy imienia Jezus uczy św. Piotr: „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,10-12). A św. Paweł pisze, że Bóg „darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (Flp 1,8-10). Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że człowiek nie może nadużywać imienia Pańskiego. „Powinien używać go tylko po to, by je błogosławić, wychwalać i uwielbiać” – czytamy (2143).
Chrześcijanin od Chrystusa
Szacunek dla imienia Pańskiego obejmuje także imiona świętych. Katechizm uczy, że „drugie przykazanie zabrania nadużywania imienia Bożego, to znaczy wszelkiego nieodpowiedniego używania imienia Boga, Jezusa Chrystusa, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych” (2146). Czczym i nieodpowiednim używaniem imion świętych jest bez wątpienia wszelkie bezmyślne stosowanie ich w charakterze przerywników, a nawet jako zamienników słów nieprzyzwoitych. „Tam jest wielkie imię Jego, gdzie nazywają Go zgodnie z wielkością Jego majestatu (…). Tam jest święte imię Boże (…), gdzie wzywają Go ze czcią i bojaźnią, by Go nie obrazić” – pisze św. Augustyn.
O powszechnej czci dla imienia Pańskiego świadczy Litania do Imienia Jezus, która powstała w wieku XV, a także rozpowszechnione po całym świecie pozdrowienie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.
Chrystus to drugie imię Jezusa, nadane przez wyznawców. Pochodzi od greckiego słowa oznaczającego Pomazańca Pańskiego. To od imienia „Chrystus” bierze się nazwa „chrześcijanie”. Do tego faktu nawiązał Ojciec Święty Jan Paweł II podczas homilii wygłoszonej w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku. „Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana. Już w samej tej nazwie zawarte jest wzywanie imienia Pańskiego. Drugie przykazanie Boże powiada: »Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno«. Zatem jeśli jesteś chrześcijaninem, niech to nie będzie wzywanie imienia Pańskiego nadaremno. Bądź chrześcijaninem naprawdę, nie tylko z nazwy, nie bądź chrześcijaninem byle jakim”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
3 stycznia
Pierwsza sobota miesiąca
100 lat temu siostrze Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o “niespełnioną część” orędzia fatimskiego
fot. Domena publiczna / commons.wikimedia.org
***
10 grudnia 1925 roku w Pontevedra doszło do stosunkowo mało znanego objawienia. Wizjonerce z Fatimy, s. Łucji dos Santos objawiła się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. Maryja wezwała do szczególnego nabożeństwa, jakim są pierwsze soboty miesiąca.
Objawienie Maryi siostrze Łucji dos Santos
Matka Boża ukazała się Łucji w jej celi zakonnej, trzymając w ręku Serce otoczone cierniową koroną, podczas gdy drugą ręką dotykała ramienia wizjonerki. Wtedy mały Jezus przemówił: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia.
***
Co Jezus i Maryja przekazali siostrze Łucji w Pontevedra? Mało znane objawienie
Choć w minionym grudniu minęło dokładnie 100 lat od objawienia Dzieciątka Jezus i Matki Bożej s. Łucji dos Santos, to jednak nie jest ono powszechnie znane. A była tam mowa o nabożeństwie, które jest szczególnym narzędziem do wyproszenia pokoju na świecie, tak bardzo potrzebnego zwłaszcza współcześnie. Przypominamy najważniejsze fakty z okazji 108. rocznicy piątego objawienia Maryi dzieciom fatimskim 13 września 1917 r.
Do objawienia w Pontevedra doszło 10 grudnia 1925 r. Wizjonerka fatimska Łucja dos Santos, wtedy już jedyna żyjąca z trojga dzieci, które widziały Maryję w 1917 r., była postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Świętej Doroty (tzw. Doroteuszki). Klasztor znajdował się w hiszpańskiej miejscowości Pontevedra.
Pierwsze soboty miesiąca
Właśnie 10 grudnia 1925 r. Matka Boża ukazała się Łucji z Dzieciątkiem Jezus w jej celi zakonnej. Maryja położyła dłoń na ramieniu wizjonerki, a w drugiej ręce trzymała Serce otoczone cierniową koroną. Wiemy, że mały Jezus powiedział wówczas: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia”.
Objawienie w Pontevedra jest ważne również z pespektywy nabożeństwa wynagradzającego Niepokalanemu Sercu Matki Bożej – tzw. pięciu pierwszych sobót miesiąca, na wynagrodzenie pięciu zniewag jakie Maryja doznaje od ludzi. Najświętsza Panna przekazała Łucji warunki tego nabożeństwa: jedna część Różańca, 15-miuntowe rozmyślanie nad tajemnicami Różańca (jedną lub kilkoma), spowiedź i przyjęcie Komunii Świętej Wynagradzającej za grzechy przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi.
To właśnie w Pontevedra s. Łucja usłyszała od Matki Bożej niezwykle ważne słowa i obietnicę: „Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się mnie pocieszyć i przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”. To jeden z fundamentalnych tekstów dla znaczenia i rozwoju nabożeństwa pierwszych sobót.
Warto dodać, że już w 1917 r. Maryja zapowiadała, że Bóg pragnie ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Praktykowanie pierwszych sobót miesiąca wiąże się z obietnicami: dojdzie do nawrócenia Rosji, nastanie pokój, wszelkie zło zostanie pokonane i nastąpi triumf Niepokalanego Serca Maryi.
Spotkanie z niezwykłym Chłopcem
Ciekawe, że 15 lutego 1926 r., Dzieciątko Jezus ponownie ukazało się Łucji, zachęcając do promowania nabożeństwa pierwszych pięciu sobót miesiąca. Doroteuszka podzieliła się trudnościami jakie napotyka w tej materii. Powiedziała m.in., że niektórzy mają problem, żeby przystąpić do spowiedzi w pierwszą sobotę. Zapytała Jezusa, czy może być ona ważna 8 dni. Dzieciątko Jezus uspokoiło Łucję, że spowiedź może być wiele dłużej ważna, jeśli tylko ludzie są w stanie łaski uświęcającej, gdy przyjmują Komunię w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne też, żeby tej Komunii towarzyszyła intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Co więcej, jeśli ktoś przy spowiedzi zapomni o intencji wynagradzającej, może ją wzbudzić przy okazji najbliższej spowiedzi. Jezus dodał też, że milsi Mu są ci, którzy odprawią 5 pierwszych sobót z intencją wynagradzającą niż ci, którzy odprawią ich 15, ale bezdusznie i tylko z nadzieją otrzymania obietnic. Jezus zapewnił, że dzięki Jego łasce rozpowszechnianie się nabożeństwa po świecie jest możliwe, gdyby nawet po ludzku wydawało się to nierealne.
Jako ciekawostkę warto dodać, że do wspomnianego wyżej ponownego spotkania Jezusa z Łucją 15 lutego 1926 r. doszło na przyklasztornym dziedzińcu prowadzącym do ulicy. Zakonnica już kilka miesięcy wcześniej spotkała małego chłopca, którego uczyła się modlić. Jeszcze nie wiedziała, że to Jezus. Podczas ponownego spotkania zapytała chłopca czy w odpowiedzi na jej prośbę modlił się do Matki Bożej, aby dała mu jej Syna Jezusa. Wtedy z ust Jezusa padło pytanie, które pozwoliło Łucji zdać sobie sprawę z tego, że stoi przed nią Jezus. „Ty rozpowszechniasz po świecie to, o co Matka Boża cię prosiła?” – zapytał chłopiec, który odtąd przemienił się i zaczął jaśnieć.
Polecenie Jezusa
Z kolei 17 grudnia 1927 r. Łucja poszła do tabernakulum, aby zapytać Pana Jezusa o sposób spełnienia Jego prośby i Matki Bożej o szerzeniu nabożeństwa pierwszych sobót. „Córko moja, napisz, o co cię proszą. Napisz też wszystko, co ci Matka Boska powiedziała o tym nabożeństwie. Gdy chodzi o resztę tajemnicy, zachowaj nadal milczenie” – usłyszała od Pana. Wiedziała zatem, że o pierwszych sobotach jak najbardziej powinna opowiadać.
Artur Hanula/Polska Misja Katolicka we Francji/Portal FR
Kaplica w Pontevedra, fot. Polskifr.fr / Artur Hanula
***
Podstawowe źródła informacji: sekretariatfatimski.pl, pierwszesoboty.pl, fiatmariae.pl, przymierzezmaryja.pl
***
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało: Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała: Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
Przeciw Jej Dziewictwu,
Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA
PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1 Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej! Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków! Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Św. Siostra Faustyna przywiązywała do tej praktyki dużą wagę. Ty też możesz wylosować swojego patrona
Na początku każdego nowego roku w klasztorach Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia odbywa się tradycyjne losowanie rocznych patronów. Do tej wieloletniej praktyki mogą dołączyć także osoby świeckie za pośrednictwem strony internetowej www.faustyna.pl.
Intencja na cały rok
Wraz z patronem każda siostra otrzymuje intencję modlitewną oraz przesłanie na cały rozpoczynający się rok. Patronów losują również osoby związane ze zgromadzeniem, wśród nich kapłani, współpracownicy, członkowie i wolontariusze stowarzyszenia „Faustinum”, przyjaciele sióstr oraz uczestnicy grupy „Sanktuarium Bożego Miłosierdzia” działającej na Facebooku.
Każdy może wylosować swojego rocznego patrona
Od 1 stycznia 2017 roku możliwość losowania patronów udostępniona jest także użytkownikom strony www.faustyna.pl. Zwyczaj ten ma w zgromadzeniu długą historię i był praktykowany m.in. przez św. Siostrę Faustynę Kowalską, która opisała losowanie patrona na rok 1935 w swoim „Dzienniczku”.
Święta zakonnica zapisała, że po krótkim przygotowaniu duchowym sięgnęła po obrazek z imieniem patrona, a chwilę później odczytała, iż na dany rok został jej dany Najświętszy Sakrament. Jak zanotowała, doświadczeniu temu towarzyszyła głęboka radość serca.
Ważna praktyka w życiu św. Faustyny
Św. Siostra Faustyna przywiązywała do tej praktyki dużą wagę, traktując ją jako formę szczególnego duchowego towarzyszenia w codziennym życiu. Chciała, aby w nowym roku ktoś z Nieba wspierał ją w realizacji powołania i wierności Bożemu Miłosierdziu.
Potrzebujesz wsparcia? Wylosuj patrona
Siostry z krakowskich Łagiewnik podkreślają, że wylosowani patroni często odpowiadają na aktualne potrzeby i sytuacje życiowe osób, które podejmują tę praktykę. Zwracają uwagę, że doświadczenie duchowej pomocy i wstawiennictwa świętych potwierdzają liczne świadectwa. Na stronie zgromadzenia w polskiej wersji językowej można wylosować jednego z 200 patronów, natomiast w wersjach obcojęzycznych jednego ze 100.
Tygodnik Niedziela
***
Nowy Rok Pański MMXXVI
Uroczystość
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Msza święta w kościele św. Piotra
o godz. 14.00
W Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami modląc się słowami hymnu do Ducha Świętego:
O Stworzycielu, Duchu, przyjdź, Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg. Niebieską łaskę zesłać racz Sercom, co dziełem są Twych rąk.
Pocieszycielem jesteś zwan I najwyższego Boga dar. Tyś namaszczeniem naszych dusz, Zdrój żywy, miłość, ognia żar.
Ty darzysz łaską siedemkroć, Bo moc z prawicy Ojca masz, Przez Boga obiecany nam, Mową wzbogacasz język nasz.
Światłem rozjaśnij naszą myśl, W serca nam miłość świętą wlej I wątłą słabość naszych ciał Pokrzep stałością mocy Twej.
Nieprzyjaciela odpędź w dal I Twym pokojem obdarz wraz. Niech w drodze za przewodem Twym Miniemy zło, co kusi nas.
Daj nam przez Ciebie Ojca znać, Daj, by i Syn poznany był. I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch, Niech wyznajemy z wszystkich sił.
Niech Bogu Ojcu chwała brzmi, Synowi, który zmartwychwstał, I Temu, co pociesza nas, Niech hołd wieczystych płynie chwał. Amen.
***
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Święto dwóch tajemnic
Public Domain
***
Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.
Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.
Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.
A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.
Obrzezanie Pańskie
Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.
„Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.
Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.
W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.
Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o Wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.
Święto dwóch tajemnic
Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.
Papież Leon XIV zachęca do odwagi miłości i przebaczania w nowym roku
fot. PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI
***
Papież przypomniał błogosławieństwo z dzisiejszej liturgii Słowa: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech Pan zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem”.
Papież podkreślił, iż wraz z początkiem roku „prośmy Pana, abyśmy w każdej chwili odczuwali wokół siebie i nad sobą ciepło Jego ojcowskiego objęcia i światło Jego błogosławiącego spojrzenia, abyśmy coraz lepiej rozumieli i mieli stale na uwadze, kim jesteśmy i ku jakiemu cudownemu przeznaczeniu zmierzamy. Jednocześnie jednak, my również oddajmy Mu chwałę poprzez modlitwę, świętość życia i stając się dla siebie nawzajem odbiciem Jego dobroci”.
Nawiązując do Światowego Dnia Pokoju Papież przypominał jedną z podstawowych cech oblicza Boga: „całkowitą bezinteresowność Jego miłości, dzięki której objawia się nam ‘nieuzbrojony i rozbrajający’, nagi, bezbronny jak niemowlę w kołysce. A to wszystko po to, aby nauczyć nas, że świata nie zbawia się ostrząc miecze, osądzając, uciskając lub eliminując braci, ale raczej niestrudzenie starając się rozumieć, przebaczać, wyzwalać i przyjmować wszystkich, bez kalkulacji i bez strachu”.
W uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Leon XIV wskazał, że „w Bożym Macierzyństwie Maryi widzimy spotkanie dwóch ogromnych „nieuzbrojonych” rzeczywistości: Boga, który rezygnuje z wszelkich przywilejów swojej boskości, aby narodzić się według ciała (por. Flp 2, 6-11), oraz rzeczywistości osoby, która z ufnością całkowicie przyjmuje Jego wolę, oddając Mu hołd w doskonałym akcie miłości, swoją największą mocą, jaką jest wolność”.
W tym kontekście Leon XIV odwołał się do słów św. Jana Pawła II, który rozważając tę tajemnicę, powiedział: „rozbrajająca łagodność Dzieciątka, zdumiewające ubóstwo, jakim jest otoczone, pokorna prostota Maryi i Józefa” przemieniły ich życie, czyniąc ich „zwiastunami zbawienia”.
W związku z kończącym się Jubileuszem Roku 2025 Ojciec Święty przypomniał, że św. Jan Paweł II na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 użył słów, które mogą skłonić do refleksji: „Ileż darów, ileż niezwykłych sposobności przyniósł wierzącym Wielki Jubileusz! Przebaczenie otrzymane i ofiarowane, wspomnienie męczenników, wrażliwość na wołanie ubogich świata […] – w tym wszystkim my także dostrzegliśmy zbawczą obecność Boga w dziejach. Mogliśmy niejako dotknąć ręką Jego miłości, która odnawia oblicze ziemi”.
„Na początku nowego roku, w związku ze zbliżającym się zakończeniem Jubileuszu Nadziei, przybliżmy się w wierze do Żłóbka, jako miejsca pokoju ‘nieuzbrojonego i rozbrajającego’ par excellence, miejsca błogosławieństwa, gdzie wspominamy cuda, jakich Pan dokonał w historii zbawienia i w naszym życiu, aby następnie wyruszyć na nowo, jako pokorni świadkowie groty, ‘wielbiąc i wysławiając Boga’ za wszystko, co zobaczyliśmy i słyszeliśmy” – podsumował Papież.
„Niech to będzie naszym zobowiązaniem, naszym postanowieniem na nadchodzące miesiące i na zawsze na nasze chrześcijańskie życie” – życzył Leon XIV.
Vatican News
***
Bardzo proste życie brata Wawrzyńca – ulubionego autora papieża
„Gdyby i do piekła Bóg mnie wtrącił, tobym się czuł szczęśliwym, albowiem Bóg byłby przy mnie i piekło by w raj obrócił” – notował przed śmiercią ten kucharz i szewc. Ukochany autor Leona XIV.
ISTOCPHOTO
***
Na pokładzie samolotu wracający z Libanu Leon XIV mówił: „Jeden z was powiedział mi niedawno: »Proszę podać książkę, którą moglibyśmy przeczytać, żeby zrozumieć, kim jest Prevost«. Jest nią książka zatytułowana »O praktykowaniu Bożej obecności«. To bardzo prosta książka, napisana wiele lat temu przez kogoś, kto podpisał ją tylko imieniem – brat Wawrzyniec. Przeczytajcie ją, jeśli chcecie wiedzieć coś o mnie, o duchowości, którą żyłem przez wiele lat, wśród wielkich wyzwań – mieszkając w Peru w latach terroryzmu, będąc powoływanym do posługi w miejscach, o których nigdy nie myślałem, że będę tam służyć”. Wydawnictwo Esprit, które opublikowało przed laty nad Wisłą tę znakomitą książkę, nie mogło wymarzyć sobie lepszej promocji.
Szewczyk
Podczas procesu beatyfikacyjnego Faustyny Kowalskiej niektóre jej siostry kręciły głowami: „To wariatka, histeryczka!”. Po śmierci Małej Tereski jej sąsiadka z klasztoru w Lisieux zakłopotana rzuciła: „Nie wiem, co o niej powiedzieć. Taka przeciętna była”. Możesz żyć obok świętego, nie zdając sobie z tego sprawy. Wielu nie domyślało się, że zwykły kucharz i szewc z paryskiego klasztoru karmelitów przy Rue de Vaugirard nosił w sobie bezcenną tajemnicę i jak szewczyk z wiersza Leśmiana: „Szył buty na miarę stopy Boga”. Sam nazywał siebie „wielkim, niezgrabnym facetem, który wszystko psuje”.
Przez lata pracował w klasztornej kuchni, a gdy chora noga uniemożliwiła mu wykonywanie obowiązków, zajął się reperowaniem butów karmelitów, którzy jedynie z nazwy są bosi. Mikołaj Herman z Hériménil był żołnierzem. Walcząc u boku księcia Lotaryngii, wpadł w ręce wrogów i oskarżony o szpiegostwo w ostatniej chwili cudem uniknął śmierci. Ciężko ranny 21-latek porzucił karierę wojskową i po wielu dziejowych zawirowaniach (w Paryżu został nawet asystentem doradcy królewskiego) osiadł w klasztorze karmelitów. Zanim to nastąpiło, musiał stoczyć jeszcze jedną bitwę. Najtrudniejszą. Wewnętrzną.
Martwe drzewo
Gdy w gruzy runęła przyszłość lotaryńskiego wojaka, znalazł się w martwym punkcie. Zima sparaliżowała Francję, a Herman spacerując, mijał zmarznięte, pozbawione liści drzewo. „Wygląda na martwe – pomyślał – a przecież za kilka miesięcy ożyje i pokryje się zielonymi liśćmi”. Obraz ten bardzo go poruszył, bo dojrzał w nim metaforę swego życia. To była chwila jego nawrócenia. „Bóg udzielił mu wówczas szczególnej łaski. Gdy myślał o tym, że po pewnym czasie liście pojawią się na nowo, a po nich kwiaty i owoce, doznał niezwykłego objawienia Opatrzności i mocy Bożej, które nigdy nie zatarło się w jego duszy” – opowiadał po latach jego współbrat. 26-latek zapukał do furty klasztoru karmelitów i przyjął imię Wawrzyniec od Zmartwychwstania. „Prymitywny z wyglądu, subtelny w obejściu. To połączenie zwiastowało obecność Boga w nim” – pisał o nim teolog abp François Fénelon.
Ciemność
Pierwsza dekada spędzona za klauzurą była bolesnym oczyszczeniem, pustynią, wewnętrzną szarpaniną. „Pogrążałem się w myślach o śmierci, o sądzie, o piekle, o raju i o swoich grzechach. (…) Przez pierwsze dziesięć lat wiele cierpiałem. Obawa, że nie należę do Boga, moje przeszłe grzechy, zawsze obecne w mych oczach, i wielkie łaski, jakie Bóg mi wyświadczał, były źródłem wszystkich tych mąk” – wyznał. „Miałem wrażenie, że wszyscy tutaj pasują, tylko nie ja. I choć miałem przeświadczenie, że nareszcie zacząłem oddychać rześkim powietrzem, to jeszcze latami zmagałem się z wątpliwościami, że wszystko to sobie sam wymyśliłem” – opowiadał dominikanin o. Krzysztof Pałys. „Po wielu perypetiach dopuszczono mnie do profesji wieczystej. I kiedy już leżałem twarzą na gołej posadzce, rozpłakałem się ze szczęścia, wstydząc się, aby nikt tego nie zobaczył. Jakbym nagle, w jednej sekundzie, wszedł w zupełnie inną rzeczywistość, która jest nie do opanowania. Przyszedł naturalny pokój”.
Podobne było doświadczenie Wawrzyńca, który czuł, że nie potrafi sprostać duchowym radom przełożonych („Często zdarzało mi się spędzić całą modlitwę na odrzucaniu myśli i ponownym w nie wpadaniu. Poznawszy różne metody kroczenia do Boga i rozmaite praktyki życia duchowego uznałem, że służyły raczej zakłopotaniu mojego ducha, a nie ułatwieniu tego, do czego dążyłem”). I wtedy nastąpił przełom. Wawrzyniec uznał, że nie doskoczy do wysoko zawieszonej poprzeczki i zaczął oddawać Najwyższemu drobnostki. Dwieście lat przed Tereską opisał „małą drogę”, którą sam nazwał „prostym życiem pod okiem Boga” lub „ssaniem Jego piersi”.
„Jeżeli nie mogę robić co inszego, to słomkę z ziemi podnoszę z miłości ku Panu Bogu” – opowiadał. „Nie należy zaniedbywać się w robieniu małych rzeczy z miłości do Boga, który patrzy nie na wielkość dzieła, ale na miłość. Najbardziej wzniosłym środkiem kroczenia ku Niemu są najzwyklejsze czynności. Wśród pracy rozmawiam z Bogiem poufale, ofiarując Mu najmniejsze usługi. Zajmuję się jedynie tym, by zawsze trwać w tej świętej obecności, w której utrzymuję się przez prostą uwagę i przez miłosne spojrzenie na Boga”.
Wawrzyniec nie napisał żadnej książki. Po jego śmierci (odszedł 12 lutego 1691 roku) jego współbrat o. Joseph de Beaufort spisał rozmowy, jakie odbyli, zebrał garść jego sentencji i szesnaście listów. Sam Leon XIV napisał właśnie wstęp do wznowionej po latach we Włoszech książki tego niekanonizowanego świętego Karmelu: „Droga, którą wskazuje, jest jednocześnie prosta i trudna: prosta, bo nie wymaga niczego innego, jak tylko ciągłego pamiętania o Bogu przez drobne, nieustanne akty uwielbienia, modlitwy, błagania i adoracji, w każdym działaniu i w każdej myśli. Trudna, ponieważ wymaga oczyszczenia, ascezy, wyrzeczenia i przemiany naszej najgłębszej istoty – umysłu i myśli – znacznie bardziej niż samych czynów. W tej przestrzeni odnajdujemy miłosną i żarliwą obecność Boga, tak inną, a jednak tak bliską naszemu sercu”. Papież podkreślił, że w sercu chrześcijańskiej etyki znajduje się nie abstrakcyjna zasada, ale świadomość: „Bóg jest obecny. Jest tutaj”.
Ulubieniec Boga
„Mieszkam w Bogu, to znaczy, że jestem stale w obecności Bożej” – opowiadał mi dominikanin o. Joachim Badeni. W jednym z listów św. Paweł wzywa adresatów: „Nieustannie się módlcie”. „Nie jest to oczywiście wezwanie do tego, by porzucić swe obowiązki, pracę, zadania i oddać się medytacjom”–wyjaśnia biblista ks. prof. Mariusz Rosik. „Nieustanna modlitwa przybrać winna odmienną formę. Jaką? Z podpowiedzią przychodzi św. Paweł, gdy stwierdza: »Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie«”. Przecież to streszczenie stylu życia Wawrzyńca, który pokazywał, jak zmywać naczynia, będąc zanurzonym w Bożej obecności!
Jakże często wracam do jego genialnej intuicji: „Patrzę na siebie jak na najnędzniejszego ze wszystkich ludzi, pokrytego ranami, wypełnionego smrodem, który popełnił wszelkiego rodzaju zbrodnie przeciwko swemu Królowi. Poruszony żalem, wyznaję Mu wszystkie nieprawości: oddaję się w Jego ręce, aby uczynił mnie takim, jakiego mnie mieć chce. A ten Król pełen dobroci i miłosierdzia, daleki od karania mnie, obejmuje mnie z miłością, karmi przy swoim stole, własnoręcznie mi usługuje, daje mi klucze do skarbca i we wszystkim traktuje mnie jak swego faworyta; rozmawia ze mną i nieustannie dobrze się ze mną czuje”.
To wyznanie graniczące z bezczelnością. Zamiast nucić popularną oazową piosenkę: „Jak mi dobrze, że jesteś tu, Panie”, Wawrzyniec pisze: „Bóg dobrze czuje się w mojej obecności”. Przed laty muzyk Leopold „Poldek” Twardowski opowiadał mi: „Kiedyś przy wstawaniu wyrwał mi się okrzyk: »Panie, wstał Twój ulubieniec!«. Ojej – spłoszyłem się – ogromna pycha! Ale Bóg tę pychę zaraz zamienił w radość!”.
Brat Wawrzyniec od Zmartwychwstania “O praktykowaniu Bożej obecności”, wyd. Esprit, Kraków 2026, ss. 120
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Modlitwa i szkoła modlitwy
Znane z łacińskiej nazwy Magnificat, czyli po polsku „Wielbi”, to modlitwa wyjątkowa.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Pochodzi z Ewangelii według św. Łukasza, ze sceny, w której Maryja spotyka się z matką Jana Chrzciciela, Elżbietą (Łk 1,46-55). I jest nie tyle modlitwą skierowaną do Maryi, co modlitwą samej wychwalającej Boga Maryi: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy./ Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej./ Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,/ gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny./ Święte jest Jego imię…”.
Stylem nawiązuje do psalmów i kantyków Starego Testamentu, co dziś niejednego, przyzwyczajonego do stwierdzenia, że modlitwa to rozmowa z Bogiem, może dziwić. Bo recytująca Magnificat Maryja nie zwraca się do Boga, nie mówi do Niego, ale wychwala Go. „On niech będzie pochwalony” – mówi, a nie: „Ty bądź pochwalony”. Za co? Najpierw za wielkie rzeczy, które Jej uczynił. Maryja zdaje sobie sprawę, że przez to, iż z Bożej łaski ma porodzić Tego, który „będzie nazwany Synem Najwyższego”, błogosławić Ją będą wszystkie ludzkie pokolenia. To Ona, pokorna służebnica Pańska, dozna za sprawą Boga wielkiego wywyższenia.
Maryja wielbi Boga również za łaskę, którą wyświadcza Jej narodowi – Izraelowi. „Ujął się” za nim – mówi. To nawiązanie do ówczesnego oczekiwania narodu wybranego na Mesjasza. Od stuleci pozbawiony niepodległości, zależny od kaprysu zmieniających się okupantów, teraz ma zostać wyzwolony. Bo właśnie teraz Bóg zaczyna realizować swój plan. I choć Maryja pewnie jeszcze nie podejrzewa, że królestwo Jej syna „nie będzie z tego świata”, to przecież nie zmienia to faktu, że obietnice Boże zaczynają się spełniać, gdy jako „dziewica poczęła” i niebawem porodzi.
Chrześcijanie od wieków powtarzają słowa Maryi jako własną modlitwę. Razem z Nią wychwalają Boga za wielkie rzeczy, które wyświadczył Jej, Izraelowi, a przez nich całej ludzkości. Bo przecież i dla nas, Polaków, jest zbawienie i nadzieja życia wiecznego. Ta modlitwa Maryi jest jednocześnie szkołą modlitwy. Chrześcijanin powinien być świadomy, że pierwszym celem każdej modlitwy powinno być oddanie czci Bogu. Także wtedy, gdy przedstawiamy Mu swoje prośby. W ten sposób wyznajemy, że jesteśmy zależni od Stwórcy, że Go potrzebujemy; że On, nie my, jest tym, który w kwestiach tego, co dobre, a co złe, ma zawsze rację. Maryja w swoim Magnificat uczy, że uwielbienie jest najważniejsze w naszej relacji do Boga.
Jako pochwała wielkości Boga, Magnificat przypomina też o nadziei, jaką człowiek może w Nim pokładać. On „strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych; głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia”. Gdy losy nasze, społeczeństw, narodów czy całego świata toczą się inaczej, niż byśmy chcieli, gdy królować zdają się zło i nieprawość, modlitwa Maryi przypomina, że Bóg w każdej chwili może wszystko odwrócić i nawrócić. Jeśli tego nie robi, to dlatego, że Jego strategie są dla nas po prostu nie do odgadnięcia.
Andrzej Macura/Gość Niedzielny
***
Uroczystości i święta w Kościele Katolickim
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
18 marca (środa) – Środa Popielcowa
25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
***
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
***
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Liturgia wróciła do korzeni
Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.
fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny
***
Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…
Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.
Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…
Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.
Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?
Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.
Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.
Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować.
Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi?
W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.
ks. dr Andrzej Hoinkis jest liturgistą, proboszczem w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Mysłowicach-Brzezince.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?
To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.
Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?
Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami.
Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.
Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.
Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…
Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.
Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?
Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.
Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…
Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!
I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?
Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.
A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.
Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.
Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.
Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.
Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?
Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.
Gość Niedzielny
***
9 sposobów, by zadbać o piękno Eucharystii
Catherine Leblanc / Godong
***
Eucharystia jest spotkaniem z Chrystusem – to truizm, ale obserwując to, jak wygląda wiele Mszy Świętych w naszym kraju, trzeba powtarzać i przypominać, jak wielki należy się jej szacunek.
Mamy obowiązek dbania o piękno Eucharystii
W Kościele, który jest Ciałem Chrystusa, nie wszyscy członkowie pełnią jednakowe czynności. To zróżnicowanie funkcji w sprawowaniu Eucharystii ukazuje się zewnętrznie przez różnorodność szat liturgicznych. Dlatego szaty te powinny być znakiem funkcji właściwej każdemu z posługujących. Poza tym szaty liturgiczne winny podkreślać piękno świętych czynności (OWMR, 335).
Na każdej Eucharystii spotykamy się z Bogiem: we wspólnocie, w osobie przewodniczącego liturgii, w Słowie Bożym i – w całej pełni – w Komunii. Każdy zatem element Mszy Świętej winien być traktowany z szacunkiem i pieczołowitością. I nie jest to trudne do zrobienia!
Największa odpowiedzialność spoczywa w tej kwestii na księżach, ale także my – wierni świeccy, członkowie parafii – mamy prawo i obowiązek dbać o piękno Mszy. Będzie to wymagać zdobycia wiedzy, zaangażowania, a czasami odwagi w upomnieniu się o to, co słuszne.
Skąd zaczerpnąć wiedzę? Na początek wystarczy Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego. Gdyby wszyscy odpowiedzialni za liturgię robili to, co jest tam napisane, nie czytalibyśmy o gorszących nadużyciach i samowolkach przy ołtarzu.
9 sposobów na to, by zadbać o piękno Mszyświętej
1 Eucharystia to dar powierzony Kościołowi
Chrystus Pan, mając sprawować z uczniami ucztę paschalną, na której ustanowił Ofiarę swego Ciała i Krwi, polecił przygotować przestronną komnatę, usłaną (Łk 22,12). Kościół zawsze uważał, że polecenie to odnosi się również do niego, gdy ustanawiał przepisy dotyczące sprawowania Najświętszej Eucharystii co do duchowego przygotowania ludzi oraz miejsc, obrzędów i tekstów (OWMR, 1).
Trzeba pamiętać, że Eucharystia jest darem, który otrzymał Kościół i o który troszczy się na przestrzeni wieków. Z powodu wagi Mszy Świętej ustanawia on przepisy po to, by chronić ów dar i by przynosił dobre owoce. Dlatego mamy się stosować do zaleceń Kościoła i nikomu nie wolno zmieniać niczego w liturgii na własną rękę.
2 Świadome uczestnictwo Ludu
Sprawowanie Eucharystii jest bowiem czynnością całego Kościoła, w której każdy powinien w pełni wykonywać wyłącznie tylko to, co należy do niego z natury rzeczy, ze względu na jego stopień w ludzie Bożym. Stąd również należy bardziej zwracać uwagę na pewne zasady celebracji, o które w ciągu wieków mniej dbano. Lud ten jest bowiem ludem Bożym, nabytym Krwią Chrystusa, przez Pana zgromadzonym, Jego słowem karmionym, ludem powołanym do tego, aby przedstawiał Bogu prośby całej ludzkiej rodziny (OWMR, 5).
W Eucharystii są czynności, które może wykonać tylko biskup lub prezbiter: to przede wszystkim modlitwa eucharystyczna, oracje, kolekta, odczytanie Ewangelii, wygłoszenie homilii i udzielenie końcowego błogosławieństwa. Są elementy przeznaczone dla świeckich: lektura czytań mszalnych, przygotowanie procesji z darami, wygłoszenie komentarzy i asysta przy ołtarzu. Każdy wierny jest wezwany do włączenia się w śpiew i odpowiedzi mszalne, by rzeczywiście uczestniczyć: myślami i ciałem w Eucharystii.
3 Uważne słuchanie Słowa Bożego
Dlatego wszyscy winni z szacunkiem słuchać czytań słowa Bożego, które są najważniejszym elementem liturgii. Chociaż bowiem słowo Boże zawarte w czytaniach Pisma świętego zwraca się do wszystkich ludzi każdego czasu i jest dla nich zrozumiałe, jego pełniejsze rozumienie i skuteczność pogłębiają się dzięki żywemu wykładowi, czyli homilii, która jest częścią czynności liturgicznej (OWMR, 29).
Po pierwszy do czytań powinni podchodzić odpowiednio przygotowane osoby, który nie tylko czytają dobrze, ale wiedzą, o czym czytają. Po drugie, każdy z uczestników powinien uważnie słuchać tego, co jest czytane. Po trzecie, homilia nie może być głoszona przez świeckich, nie może być zastąpiona listem ani adoracją.
4 Waga śpiewu
Apostoł zachęca chrześcijan, którzy schodzą się razem w oczekiwaniu na przyjście Pana, aby śpiewali wspólnie psalmy, hymny i pieśni pełne ducha (por. Kol 3, 16). Śpiew jest bowiem znakiem radości serca (por. Dz 2, 46). Dlatego św. Augustyn słusznie mówi: „Kto kocha, ten śpiewa” (OWMR, 39).
Śpiew ma niebagatelną rolę w celebracji Eucharystii. Parafie, które mają dobrych organistów, chór lub scholę mogą uczynić Mszę niezwykle pięknym doświadczeniem. Warto włączyć się w śpiew zwracając uwagę na tekst, który się wypowiada.
5 Postawa ciała
Gesty i postawy ciała zarówno kapłana, diakona i usługujących, jak i ludu winny zmierzać do tego, aby cała celebracja odznaczała się pięknem i szlachetną prostotą, aby w pełni przejrzyste było znaczenie jej poszczególnych części, zaś uczestnictwo wszystkich stawało się łatwiejsze. Zachowywanie przez wszystkich uczestników jednolitych postaw ciała jest znakiem jedności członków chrześcijańskiej wspólnoty zgromadzonych na sprawowanie świętej liturgii: wyrażają one bowiem i kształtują duchowe przeżycia uczestniczących (OWMR, 42).
To, że na Eucharystii stajemy, klękamy i siadamy w tym samym momencie, jest ważne. Pokazuje, że modlitwy się wspólnie, jako rodzina Boża. Złożone ręce, prostota gestów i skłony i przyklęknięcia przypominają ponadto o pokorze.
6 Milczenie
Należy również zachować w odpowiednim czasie pełne czci milczenie (OWMR, 45).
Msza Święta to misterium, wobec którego należy zachować szacunek i cześć. Milczenie ułatwia wejście w dziękczynienie i rozważanie Słowa Bożego.
7 Przyjmowanie Komunii świętej
Jest bardzo pożądane, aby wierni podobnie jak kapłan, który jest do tego zobowiązany, przyjmowali Ciało Pańskie z hostii konsekrowanych w czasie danej Mszy świętej, a w przewidzianych przypadkach (por. nr 283) przystępowali do kielicha. Dzięki temu Komunia święta ukaże się także przez znaki jako uczestnictwo w aktualnie sprawowanej Ofierze (OWMR, 85).
Kulminacją Eucharystii jest przyjęcie Komunii. Można ją przyjąć w stanie łaski uświęcającej. Ideałem byłoby konsekrowanie na Mszy tylu hostii, by wszyscy obecni mogli je przyjąć. Konsekrowane komunikanty schowane w tabernakulum, jak mówi nam historia Kościoła, są przeznaczone przede wszystkim dla chorych oraz do adoracji.
8 Odpowiednie wyposażenie kościoła
Na sprawowanie Eucharystii lud Boży gromadzi się zwykle w kościele lub gdy kościoła brak albo jest on niewystarczający, w innym odpowiednim miejscu, godnym tak wielkiego misterium. Zarówno kościoły, jak i te miejsca powinny być odpowiednio przystosowane do sprawowania czynności liturgicznych i osiągnięcia czynnego udziału wszystkich wiernych. Świątynie i przedmioty związane z kultem Bożym winny być prawdziwie godne i piękne, stanowiąc jednocześnie znaki i symbole rzeczywistości nadprzyrodzonych (OWMR, 288).
Miejsce kultu powinno być poświęcone, wyposażone w sprzęty wykonane ze szlachetnych materiałów i uwzględniające miejscową kulturę i sztukę. W kościele nie powinien panować przepych, ale prostota, która kieruje uwagę na Boga. Ołtarz powinien być trwale przytwierdzony do posadzki, wykonany z kamienia naturalnego. W nowych kościołach ma być tylko jeden ołtarz, nieprzylegający do ściany, by można go obchodzić (choćby podczas kadzenia) oraz celebrować twarzą do wiernych (co nie zabrania odwrotnego kierunku). Ma być na nim biały obrus, a przy nim przynajmniej dwie świece oraz krzyż.
9 Piękny ubiór
Ten przepis odnosi się do szat liturgicznych, ale także my możemy przyjść na Eucharystię w odświętnym, schludnym ubraniu.
BONUS Czytaj czarne, rób czerwone
W Mszale Rzymskim to, co ma być wypowiedziane, jest wydrukowane na czarno, a to, co ma być zrobione – na czerwono. By zadbać o piękno liturgii wystarczy czytać to, co jest na czarno, a robić to, co jest na czerwono!
“Nie ma nic żenującego w tym, że Pan Jezus przemienił wodę w wino oraz że właśnie pod postacią wina daje nam swoją Krew, ale kryją się za tym bardzo bogate treści duchowe” – pisze Jacek Salij OP.
PYTANIE: Należę do tych żon, które bardzo dużo już wycierpiały z powodu pijaństwa męża. Przekonałam się, że alkohol to jest doprawdy coś bardzo złego. I tak od dłuższego czasu wciąż chodzi mi po głowie: dlaczego Pan Jezus w Kanie Galilejskiej uczynił z wody wino. Przecież ono na pewno też zawierało alkohol, a przecież to niemożliwe, żeby Pan Jezus uczynił coś złego. Dokonanie przez Niego tego właśnie cudu stawia przede mną pytania, z którymi nie umiem sobie poradzić.
ODPOWIADA JACEK SALIJ OP
Zanim podejmę zadany mi przez Panią temat, powiem parę słów na temat, jak mi się wydaje, znacznie ważniejszy, jaki przed Panią stoi. Ludzie, którzy poświęcili się ratowaniu alkoholików, bardzo zwracają uwagę na to, jak istotnie żona może pomóc swemu pijącemu mężowi w powrocie do normalnego życia. Niestety, niektóre żony alkoholików wzmacniają jeszcze w swoich mężach pogardę dla samego siebie i brak wiary w przezwyciężenie tego nałogu — i w ten sposób, potępiając nałóg i cierpiąc z jego powodu, same przyczyniają się bezwiednie do pogłębiania tego nieszczęścia.
Toteż ogromnie namawiałbym Panią do nawiązania kontaktu z ruchem anonimowych alkoholików. W wydanej przez Wydawnictwo “Pax” książce D. Selviga i D. Rileya Nie piję, czy w antologii pt. Sami o sobie, wydanej przez Księgarnię Świętego Wojciecha, znajdzie Pani adresy wspólnot Al-Anon, w których spotykają się ludzie, którzy mają alkoholika w swojej rodzinie i sami nie potrafią mu pomóc. Z pewnością taka wspólnota istnieje również w Pani mieście albo gdzieś w pobliżu. Bardzo radziłbym Pani nawiązać z nią kontakt.
Żeby zaś bezpośrednio podjąć Pani pytanie, chciałbym nieco poszerzyć obszar refleksji. Mianowicie starożytni chrześcijanie byli niekiedy niepokojeni przez manichejczyków zarzutem, że wystarczy sobie uświadomić, ile zła wynika z wina, żeby dojść do wniosku, że z pewnością winną latorośl stworzył nie Bóg, ale diabeł. Argument ten był elementem sprytnie pomyślanej taktyki, której celem było udowodnienie tezy, jakoby diabeł był stwórcą całej w ogóle materii, nie wyłączając ciała ludzkiego. Otóż manichejczycy zwracali uwagę na istnienie różnych groźnych lub dokuczliwych dla człowieka stworzeń — takich jak drapieżne i jadowite zwierzęta, niekorzystne zjawiska klimatyczne, trujące rośliny, różne gryzonie i insekty, które mogą być utrapieniem naszego codziennego życia — i starali się doprowadzić swoich słuchaczy do zwątpienia, czy wszystko to może pochodzić z ręki dobrego Boga. Po zbombardowaniu słuchacza tego rodzaju przykładami — wśród których nie zabrakło oczywiście również winnej latorośli — łatwiej im było zasiać zwątpienie co do tego, czy w ogóle Bóg jest stwórcą świata materialnego.
Zmagając się z tą argumentacją, Ojcowie Kościoła sformułowali wiele wspaniałych intuicji na temat obecności Boga w tym świecie widzialnym oraz podatności materii na służbę temu, co duchowe. Bezpośrednio zaś odpowiadając na wspomniane zarzuty poczynili ważne rozróżnienie między naszym dobrem cząstkowym a dobrem powszechnym wszechstworzenia, ale nie tu miejsce, żeby omawiać tę problematykę szczegółowo. Ograniczę się tylko do przykładowego zacytowania odpowiedzi na zarzut związany z naszym tematem. “Niektórzy — mówił św. Jan Złotousty — zobaczywszy zachowujących się nieprzyzwoicie pijaków, nie ganią ich, lecz owoc dany przez Boga. Mówią: Niech nie będzie wina! Powiedzmy im raczej: Niech nie będzie pijaństwa! Wino bowiem jest dziełem Boga, pijaństwo dziełem diabła. Nie wino stwarza pijaństwo, lecz niepowściągliwość. Nie oczerniaj tworu Boga, lecz oskarżaj o szaleństwo swego współsługę. (…) Wino zostało nam dane, aby leczyło słabość ciała, nie żeby niszczyło siłę duszy” (Homilia na słowa: “Wina po trosze używaj”).
Ostatnie zdanie łatwiej zrozumieć, jeśli wie się o tym, że Jan Złotousty wypowiedział powyższe słowa w ramach wyjaśniania 1 Tm 5,23: “Samej wody już nie pij, używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości”. Nawiasem mówiąc, cytowana homilia świadczy o tym, jak głęboko zarzuty manichejskie weszły w ówczesną świadomość chrześcijan. Złotousty kaznodzieja nie podejmuje bynajmniej w tej homilii polemiki z manichejczykami, nie jest też jego celem uodparnianie słuchaczy na manichejskie zarzuty. Zarzuty te zostały przez wielu ówczesnych chrześcijan na tyle zinternalizowane, że stanowiły już ich własny problem religijny. Tak w każdym razie wynika z tekstu homilii.
Wydaje mi się, że podobnie jest z problemem postawionym przez Panią. On chyba również nie jest dla Pani problemem pierwotnym. Zapewne jego początkiem było pijackie powoływanie się na samego Pana Jezusa i Jego cud w Kanie Galilejskiej. Przypuszczam, że dopiero kiedy Pani nie umiała sobie poradzić z tym argumentem, problem ten stał się dla Pani własnym problemem.
Jest jeszcze drugi tekst Pisma Świętego, bezczelnie przytaczany przez pijaków dla usprawiedliwienia swojego grzechu. Chodzi o wypowiedź Psalmu 104, który wśród różnych darów, jakich Bóg nam udziela, wymienia “wino, co rozwesela serce człowieka”. Wielu z tych, którzy powołują się na te słowa, może nawet nigdy w życiu Pisma Świętego w ręku nie miało, a wypowiedź ta jest jedynym zdaniem, jakie potrafią z niego zacytować. Niestety, próby posłużenia się Panem Bogiem, aby był adwokatem mojego grzechu, dowodzą tylko tego, że pijaństwo prowadzi również do utraty przytomności duchowej.
Nasze wyjaśnienie rozpocznijmy może od zastanowienia się nad tym, jaki Boży sens zawiera się w słowach, że Bóg daje nam “wino, co rozwesela serce człowieka”. Nawet nie da się przytoczyć wszystkich wypowiedzi Pisma Świętego, w których potępia się pijaństwo. Przypomnijmy tylko przykładowo: “Wino i moszcz odbierają rozum” (Oz 4,11); “Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak pięknie błyszczy w kielichu, jak łatwo się je połyka. Bo w końcu kąsa jak żmija, swój jad niby wąż wypuszcza” (Prz 23,31); “Biada tym, którzy wstając wczesnym rankiem, szukają wódki, i zostają do późna w noc, bo wino ich rozgrzewa (…) Biada tym, którzy są bohaterami w piciu wina i dzielni w mieszaniu wódki” (Iz 5,11 i 22); “Wino i kobiety wykolejają mądrych” (Syr 19,2); “Przy piciu wina nie bądź zbyt odważny, albowiem ono zgubiło wielu” (Syr 31,25); Nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości” (Ef 5,18).
Dwie grupy tekstów zasługują na przypomnienie szczególne. Po pierwsze, w Pawłowych katalogach grzechów, które wykluczają człowieka z Królestwa Bożego, niezmiennie wymieniane jest również pijaństwo: “Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy (…) ani pijacy (…) nie posiądą Królestwa Bożego” (1 Kor 6,10; por. Ga 5,21; Ef 5,5). Można zatem się zastanawiać, czy my na serio wierzymy w życie wieczne, jeśli tak niewiele czynimy dla stworzenia atmosfery społecznej, która skutecznie blokowałaby rozwój alkoholizmu. Przecież tu chodzi już nie tylko o to, że alkoholizm wprowadza wielki chaos w życie społeczne i jest źródłem nieszczęścia wielu rodzin; tutaj już chodzi wręcz o życie wieczne wielu spośród nas!
Druga grupa tekstów znajduje się w Księdze Jeremiasza oraz w Apokalipsie. Mianowicie wszelkie oddanie grzechowi jest tam porównane do pijaństwa: grzech często pociąga człowieka niby wódka, jego czynienie może być równie atrakcyjne jak przyłączenie się do pijackiej kompanii, ale też jego skutki są równie żałosne: “To powiedział do mnie Pan, Bóg Izraela: (…) Niech piją, zataczają się i szaleją! (…) Pijcie i upijajcie się, wymiotujcie i padajcie, nie mogąc powstać wobec miecza, który poślę między was. Jeżeli zaś się zdarzy, że nie będą chcieli wziąć kubka z twej ręki, by pić, powiesz im: To mówi Pan Zastępów: Musicie wypić!” (Jr 25,15n.27n; por. 51,7). Kielicha grzechu nie da się bowiem oddzielić od kielicha kary Bożej. Według Apokalipsy całe narody mogą w ten sposób upić się grzechem i leżeć nieprzytomnie we własnych wymiotach (Ap 14,8; 17,2).
Powyższe teksty rozstrzygają sens wypowiedzi Psalmu 104, że od Boga otrzymaliśmy “wino, co rozwesela serce człowieka”. Mianowicie nie można mieć wątpliwości co do tego, że jeśli skutkiem używania alkoholu jest osobiste upodlenie, krzywda najbliższych, demoralizacja młodszych, wówczas dopuszczamy się ciężkiego nadużycia daru Bożego i obrazy Stwórcy. Wino zostało nam dane, aby być znakiem radości życia, a nie narzędziem grzechu, którego kresem jest zawsze rozpacz.
I właśnie na znak Bożej radości życia uraczył Pan Jezus winem uczestników wesela w Kanie Galilejskiej. Ojcowie Kościoła jednomyślnie odczytywali w tamtym wydarzeniu głęboki sens mesjański: wesele ubogiej pary z Kany Galilejskiej było zapowiedzią innego wesela, wesela, które jest celem i sensem całych ludzkich dziejów. Mianowicie Syn Boży przyszedł na tę ziemię, aby poślubić Kościół, czyli odkupioną ludzkość. Jest to Oblubieniec niezwykły, On ma moc uwalniać swoją Oblubienicę od grzechów i czynić ją piękną od wewnątrz. Przychodzi On do swojej Oblubienicy jako Dawca pokoju Bożego i radości. Czy mogło więc na tym weselu zabraknąć wina, skoro jest ono znakiem radości? Z tego też powodu wino zostało wybrane przez Chrystusa Pana jako materia eucharystyczna — mianowicie pod postacią wina uobecnia się podczas mszy świętej Jego Krew.
Ojcowie Kościoła lubili wskazywać na różne sytuacje, w których również dzisiaj powtarza się cud przemiany wody w wino. “Pismo Święte naprawdę było wodą, lecz dzięki Jezusowi stało się winem” — powiada Orygenes, a chodziło mu o to, że Stary Testament, jeśli go czytać w wierze Chrystusa, odsłania sensy dotychczas w nim nie dostrzegane oraz ma moc upajać Duchem Świętym. Podobnie Pan Jezus cudownie przemienia sens życia małżeńskiego: Samo z siebie dobre małżeństwo jest tylko wspólną drogą przez życie, której owocem są dzieci wychowane na porządnych ludzi; ale mocą sakramentu małżeństwa wszystko, co w życiu małżonków dobre i zgodne z wolą Bożą, doznaje cudownej przemiany i dostępuje uczestnictwa w wiekuistym małżeństwie Chrystusa Pana z odkupioną ludzkością, dzieci zaś swoje małżonkowie wychowują już nie tylko na porządnych ludzi, ale przygotowują je do życia wiecznego. Ostatecznie zaś, jak powiada św. Augustyn, “my sami byliśmy wodą, a Chrystus winem nas uczynił” — bo przecież to tylko Jego mocą nasze życie może stać się zasługiwaniem na życie wieczne.
W starożytności Kościół przeżył aż dwie pokusy, żeby zrezygnować z wina podczas odprawiania mszy świętej. Najpierw niektórzy ebionici, zamiast konsekrować chleb i wino, jak to ustanowił Pan Jezus, wprowadzili chleb i wodę, a motywowali to względami ascetycznymi. Druga pokusa przyszła w momencie, kiedy władze prześladowcze nauczyły się rozpoznawać chrześcijan po tym, że rankiem można było poczuć od nich zapach wina (Komunię świętą przyjmowali oni bowiem na czczo). Wówczas niektóre wspólnoty chrześcijańskie — nazwane później akwarianami — zaczęły odprawiać poranną Eucharystię na chlebie i wodzie, ograniczając konsekrowanie chleba i wina tylko do Eucharystii odprawianych wieczorem, kiedy to, że się pachniało winem, nie budziło już niczyich podejrzeń.
Na innowację tę stanowczo zareagował św. Cyprian. “Zanikłaby wszelka religijna i prawdziwa dyscyplina — pisał w połowie III wieku — gdybyśmy przestali wiernie zachowywać to, co nakazuje Duch Święty: gdyby ktoś przy porannych ofiarach lękał się, aby zapachem wina nie zdradzić, że wypił krew Chrystusa. Gdyby przy składaniu Ofiary wierni nauczyli się wstydzić krwi Chrystusa, świadczyłoby o tym, że w czasie prześladowań wycofują się z udziału w Jego męce” (List 63 15).
W obszernym Liście 63 św. Cyprian sformułował szereg głębokich argumentów, dlaczego jest rzeczą niezwykle istotną, aby do mszy świętej było używane właśnie wino. Przede wszystkim “ani Apostoł, ani anioł z nieba nie może nic innego głosić lub nauczać, niż to, co sam Chrystus nauczał i co głosili Jego apostołowie” (List 63 11).
Panią zapewne najbardziej zainteresują sformułowania św. Cypriana, które sugerują, że działanie kielicha Pańskiego jest dokładnie odwrotne niż kielicha pijackiego. Kielich pijacki paraliżuje umysł i ogłupia człowieka, czyni go niewolnikiem tego świata, odciąga od Boga i pogrąża w smutku. Natomiast “kielich Pański w taki sposób upaja, że czyni nas trzeźwymi i podnosi umysły do duchowej mądrości, a każdy, kto go zakosztuje, odwróci się od świata i skieruje się do poznawania Boga”.
Ale, rzecz jasna, również zwykłe wino jest darem Bożym, a przeklęte jest jedynie jego nadużywanie, toteż zaraz w następnym zdaniu Cyprian pisze tak: “I podobnie jak zwykłe wino odpręża umysł, rozwesela ducha i uwalnia go od smutku, tak też przez picie Krwi Pańskiej i zbawiennego kielicha zatraca się wspomnienie o dawnym człowieku, zapomina się o poprzednim światowym postępowaniu, a smutne, zbolałe serce, przygniecione przedtem ciężarem dręczących grzechów, raduje się teraz otrzymanym od Boga przebaczeniem”.
Skoro już tak długo zatrzymujemy się przy Liście 63 św. Cypriana, warto przy okazji przedstawić głęboką symbolikę, jaką dostrzegł on w zwyczaju dolewania do kielicha mszalnego odrobiny wody: “Woda oznacza lud, wino zaś jest krwią Chrystusa. Gdy więc w kielichu miesza się wino z wodą, to lud staje się jednym z Chrystusem i wspólnota wiernych jednoczy się i łączy z Tym, w którego uwierzyła. To zjednoczenie i złączenie wody i wina w kielichu Pana przez zmieszanie tak się dokonuje, że owej mieszaniny już nie można od siebie oddzielić. Dlatego też nic nie zdoła Kościoła, czyli będącego w Kościele ludu, jeśli wiernie i mocno trzyma się tego, w co uwierzył, odłączyć od Chrystusa; będzie się Go stale trzymać i jego miłość będzie nierozerwalna. Nie można więc przy święceniu kielicha Pana ofiarowywać tylko samej wody ani też samego wina. Jeśli bowiem ktoś ofiarowuje samo wino, to krew Chrystusa pozostaje bez nas; jeżeli zaś ofiarowuje się samą tylko wodę, to lud jest bez Chrystusa. Skoro zaś oba się zmiesza i przez to wzajemnie się złączy, dopełnia się duchowa i niebiańska tajemnica”.
Jak Pani widzi, nie tylko nie ma nic żenującego w tym, że Pan Jezus przemienił wodę w wino oraz że właśnie pod postacią wina daje nam swoją Krew, ale kryją się za tym bardzo bogate treści duchowe. To zaś, że pijacy potrafią nawet w Ewangelii szukać błogosławieństwa dla swojego grzechu, jest zwykłym nadużyciem, które powinno budzić w nas niepokój nie co do treści zawartych w Ewangelii, ale z powodu zaślepienia, które nie waha się powoływać samego Boga na fałszywego świadka, jakoby zło nie było złem.
Nie chciałbym swoim listem sprawiać wrażenia, jakoby całkowita abstynencja od napojów alkoholowych była w świetle wiary chrześcijańskiej czymś podejrzanym. Na pewno czymś podejrzanym byłoby przymuszanie do powszechnej abstynencji (eksperyment taki podjęto w Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych naszego wieku). Jednakże ludzie, którzy dobrowolnie postanowili na jakiś czas lub do końca życia powstrzymać się całkowicie od napojów alkoholowych, spełniają w społeczeństwie ważną misję, zwłaszcza w społeczeństwie tak zagrożonym przez alkoholizm jak nasze.
Wykład o sensie abstynencji zacznijmy jednak od podstaw. Jak wiadomo, Pan Jezus nie był abstynentem, wyrażał się jednak z wielkim szacunkiem o abstynencji Jana Chrzciciela: “Przyszedł Jan Chrzciciel, nie jadł chleba i nie pił wina, a wy mówicie: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy, je i pije, a wy mówicie: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników” (Łk 7,33n). Pan Jezus jest jednak Synem Bożym i swoim stylem życia wyrażał niepowtarzalny sens swojego przyjścia do nas. Przyszedł bowiem do nas jako Oblubieniec, a na weselu przecież się nie pości. Wyraźnie jednak powiedział, że po odejściu Pana Młodego Jego uczniowie będą pościć (Łk 5,34n). Że dotyczyło to również używania napojów alkoholowych, świadczy o tym choćby wspomniany już przypadek Tymoteusza, którego Apostoł Paweł zachęca do tego, aby w związku z problemami żołądkowymi rozluźnił nieco rygor swojej abstynencji (1 Tm 5,23).
Najpełniejsze wytyczne na temat właściwego stosunku do abstynencji znajdują się w czternastym rozdziale Listu do Rzymian: “Królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym” (w. 17). Można się jednak znaleźć w sytuacji, kiedy człowiek poczuje się do abstynencji przymuszony moralnie: “Wprawdzie każda rzecz jest czysta, stałaby się jednak zła, jeśliby człowiek spożywając ją, dawał przez to zgorszenie. Dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa i nie pić wina, i nie czynić niczego, co twego brata rani” (Rz 14,20n).
W czasach dzisiejszych decyzję o całkowitej abstynencji różni ludzie podejmują najczęściej z dwóch powodów: żeby bardziej skutecznie przyczynić się do zmiany naszej obyczajowości, która niestety bardzo sprzyja rozwojowi pijaństwa, albo też żeby pomóc w ten sposób swemu bliskiemu w jego trudnej drodze wychodzenia z nałogu. I chwała Bogu, coraz więcej jest u nas takich ideowych abstynentów. Oby tylko nie wynosili się nad tych, którzy postanowili na razie nie rezygnować z rozumnego używania alkoholu.
Fronda.pl
*** „Potęga Krzyża” – książka pomagająca dobrze przeżyć cierpienie
(oprac. PCh24.pl)
***
Pomimo rozwoju technologii i kolejnych sukcesów medycznych, nie da się zupełnie uchronić człowieka od cierpienia. Świadomość tej bezsilności napawa nas lękiem, a może nawet wstrętem. Najważniejsze jest, by nie dać się pokusie szatana, który w cierpieniu chce nas zepchnąć do zamętu, pesymizmu i porzucenia modlitwy. „Cierpienie z Jezusem Chrystusem i dla Jezusa Chrystusa jest drogą do świętości na ziemi” – mówił raczej ks. Dolindo Ruotolo, który w swoim życiu doświadczył przeciwności i bólu na wielu płaszczyznach. Książka Potęga Krzyża. Ks. Dolindo o tajemnicy cierpienia ukazuje, w jaki sposób duchowny przeżył swoje cierpienia, i daje nam wiele cennych wskazówek do tego, jak uczynić najtrudniejsze okresy naszego życia najbardziej cennymi.
Autorką pozycji jest s. Maria Angella Jakubczak FI – zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej. W swojej książce pragnęła przybliżyć życiorys znanego ks. Dolindo Ruotolo – XX-wiecznego kapłana, który w swoim życiu cierpiał wiele i na różnych płaszczyznach. Siostra Maria Angella zadedykowała swoje dzieło wszystkim duszom udręczonym cierpieniem, aby odnalazły skarb ukryty w cieniu Krzyża i mogły powiedzieć o sobie już nie „dusze udręczone”, lecz „obdarzone cierpieniem”.
Ks. Dolindo przeżył bardzo trudne dzieciństwo w skrajnym ubóstwie i surowości – a wręcz okrutności – swojego ojca. To był jednak dopiero początek trudności w życiu bohatera omawianej książki. Kiedy został kapłanem, bardzo szybko został niezrozumiany, a wręcz oskarżony o herezję, a przez to przez lata nie mógł pełnić swojej kapłańskiej posługi. Na domiar tego odczuwał skrupuły i pokusy przeciwko wierze. Szatan nękał go zniechęceniem, strachem, zamętem; oddziaływał też na niego fizycznie i próbował powstrzymać wydanie książki o Matce Bożej.
Pomimo tylu cierpień ks. Dolindo nie poddawał się. Można nawet powiedzieć, że z każdej przeciwności wychodził silniejszym. Zawsze pozostawał wierny Chrystusowi i Jego Matce, a jego siłą było regularne przystępowanie do sakramentów św. Kiedy ojciec się nad nim znęcał – nie miał do niego żalu, ale zawierzał się Chrystusowi. Gdy doświadczał duchowych pokus – dziękował za nie Bogu, gdyż postrzegał je jako oczyszczające. Doświadczając napaści złego ducha – wierzył, że to pozwoli mu lepiej współczuć innym, którzy z tym się mierzą. Oskarżany przez przełożonych – bronił Kościoła przed krytyką, a otrzymując dekret rehabilitacyjny czuł, że traci skarb cierpienia. Nieustannie podejmował dobrowolne umartwienia, pracował nad swoimi wadami i pragnął śmierci z miłości do Boga.
Po tak traumatycznych przeżyciach niejeden psycholog mógłby podejrzewać u niego poważne zaburzenia emocjonalne, zniszczenie poczucia wartości oraz inne, często nieodwracalne skutki. Jednak jego życie jest dowodem na to, że łaska Boża może ocalić od tragicznych konsekwencji bolesnych doświadczeń każdego, kto bezgranicznie Mu zaufa i z wiarą patrzy na wszystkie wydarzenia. Całkowite zrównoważenie psychiczne ks. Dolindo poświadczają badania psychiatryczne i analiza grafologiczna. Pośród mnóstwa cierpień neapolitańczyk stał się w świecie uosobieniem uwielbienia Boga, w łączności z Maryją, żyjącym „Magnificat” – zauważa autorka książki.
Bez wątpienia najlepszą lekcją dobrego przeżywania cierpienia, jaką ks. Ruotolo po sobie pozostawił, było jego własne życie. Oprócz tego zostawił również spisane wskazówki – zawarte w komentarzach do Pisma Świętego, w których tematowi cierpienia poświęcił wiele uwagi. Nie jest to zaskoczeniem, że spośród starotestamentalnych ksiąg wybrał akurat Księgę Hioba. Z kolei w Nowym Testamencie kapłan wyróżnił opisy wskrzeszeń i uzdrowień dokonanych przez Zbawiciela oraz przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Zatrzymał się również nad fragmentami Listów św. Pawła, w których Apostoł Narodów temat cierpienia poruszył.
Nie sposób przytoczyć w tej recenzji wszystkich myśli ks. Dolindo ukazujących wartość cierpienia. Należy jednak wymienić choć kilka z nich. Duchowny podkreślał, że poprzez trudności czy kataklizmy szatan próbuje wytworzyć w nas obraz Boga jako bezwzględnego i niemającego litości – słowem: oddalić nas od Niego. A przecież niejednokrotnie to właśnie choroba pozwala dopiero na rozwój życia nadprzyrodzonego w duszy – ćwiczy posłuszeństwo i cierpliwość; pozwala poczuć, że jesteśmy w ojcowskich ramionach Boga.
Ks. Dolino uczył również, że okres cierpienia szansą na refleksję nad własnym życiem, jego kresem i przeznaczeniem, oraz okazją na zbliżenie się do Boga. Odkupiciel chce, byśmy przez cierpienie stali się współpracownikami w dziele Zbawienia. „Cierpienie z Jezusem Chrystusem i dla Jezusa Chrystusa jest drogą do świętości na ziemi” – pisał ks. Ruotolo.
Podkreślał wreszcie, że okres cierpienia tu na ziemi jest niczym w porównaniu z wieczną chwałą, którą mamy szansę otrzymać w Niebie. Życie człowieka jest bowiem kruche i za kilka, może kilkadziesiąt lat, nic z tego cierpienia nie zostanie, tylko nagroda za jego dobre przeżycie. Co więcej, działanie szatana jest ograniczone. „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor 10,13) – przypominał ks. Dolindo. Największą wartość dodaje cierpieniu zjednoczenie się w nim z Chrystusem w Najświętszym Sakramencie, co włoski kapłan opisał następująco:
Najpotężniejszą siłą w boleściach życia i cierpieniach ducha jest to zjednoczenie z Nim w Najświętszym Sakramencie, ponieważ z Nim uczestniczymy w Jego całopalnej ofierze i czujemy się pokrzepieni (sostenutti) dzięki temu uczestnictwu. (…) W tym tkwi sekret, aby nie zbłądzić w próbach życia i ducha: żyć w wierze Syna Bożego, który nas umiłował i wydał samego siebie za nas.
Wydaje się, że ks. Dolindo otrzymał szczególną misję, by pokazywać światu oddalonemu od Boga i wiary wartość i skuteczność cierpienia. Łączył swoje trudności z boleściami Chrystusa i Maryi, a ich bliskość przynosiła mu ulgę. Zachęcał wszystkich, by i oni czynili to samo. Przekonywał, że choć cierpienie nigdy nie jest słodkie same w sobie, to jednak bierze ono słodycz ze swojej wielkiej wartości. Lektura Potęgi Krzyża może być nieocenioną pomocą dla wszystkich zmagających się z cierpieniem – a zatem dla każdego człowieka, ponieważ nikt nie jest w stanie od cierpienia uciec zupełnie.
Adrian Fyda
Maria Agnella Jakubczak FI, Potęga Krzyża. Cierpienie u ks. Dolindo. Rok wydania: 2025, Wydawnictwo Rosa Mystica.
Publikacja objęta patronatem portalu PCH24.
Autorka książki, s. Maria Agnella Jakubczak FI, należy do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej, jest absolwentką Akademii Katolickiej w Warszawie (2025), gdzie ukończyła teologię w zakresie katechetyki. Życie we wspólnocie zakonnej przeżywa w duchu całkowitego oddania się Matce Bożej, której zawierza swoją posługę i codzienne wybory.
PCh24.pl
***
Kobiety z rodu Zbawiciela. Dlaczego genealogia Jezusa Chrystusa jest taka ważna?
Przodkowie Syna Bożego nie byli aniołami – również znaczące dla historii zbawienia kobiety. Ale to właśnie pokazuje, jak bardzo Bóg jest obecny w ludzkiej historii.
ALAMY STOCK PHOTO /BEW; MONTAŻ STUDIO GN
***
Ciąg imion wydaje się nużący: „Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci…”. A jednak w ten sposób św. Mateusz rozpoczyna swoją Ewangelię – od genealogii Jezusa (1,1-17). Żydzi nie nudzili się przy poznawaniu przodków i utrwalaniu w pamięci ciągu ich pokoleń. Dla narodu wybranego, którego tożsamość oparła się na schemacie dwunastu pokoleń, znajomość genealogii była tyleż ważna, co fascynująca – a była bardzo ważna.
W Ewangelii znajdujemy dwa rodowody Jezusa. Ewangelista Mateusz zaczyna od Abrahama, a kończy na Jezusie, zaś ewangelista Łukasz wychodzi od Jezusa i dochodzi do Adama – syna Bożego. Różnice wynikają z faktu, że każdy z ewangelistów miał inne teologiczne cele, które realizował za pomocą odmiennych genealogii. – Pierwszym odbiorcą Mateusza jest środowisko żydowskie. Stąd tak bardzo akcentuje on ten rodowód od strony Dawida i strony Abrahama – zauważa ks. dr hab. Janusz Wilk. Biblista wskazuje, że rodowód przedstawiony przez Mateusza składa się z trzech zestawów po czternaście imion, co miało wymiar symboliczny. – Jeśli to podzielimy, wychodzi sześć razy po siedem. Siedem dla Żydów oznacza pełnię. A w tym układzie „siódmym pokoleniem” jest Jezus. I w Nim jest cała pełnia. Mateusz opracował ten rodowód tak precyzyjnie pod względem całej symboliki żydowskiej, że odbiorcy widzieli, że w Jezusie dokładnie wypełnia się to, co było zapowiedziane Abrahamowi i Dawidowi – podkreśla.
Odbiorcami Łukasza są nie-Izraelici, stąd jego genealogia zaczyna się od Jezusa, a kończy na „Adamie, Synu Bożym”. – U Łukasza jest bardziej uwidoczniony aspekt uniwersalny: odkupienie każdego człowieka. Jednak i u Mateusza ten aspekt jest obecny w osobach pojawiających się tam kobiet. Wydawałoby się, że oprócz Maryi powinny to być ważne dla kultury żydowskiej żony patriarchów: Sara, Rebeka, Lea i Rachela. A jednak nie. Mateusz zamiast tego umieszcza w rodowodzie kobiety związane ze środowiskiem pogańskim: Kananejki Tamar i Rachab oraz Moabitkę Rut. Jest też Batszeba, być może Żydówka, ale z kolei jej mąż, Uriasz, nie był Żydem, tylko Hetytą. W ten sposób Mateusz, dowodząc wypełnianie się Pisma, jednocześnie pokazuje rolę tych czterech kobiet, które w historii Izraela pojawiają się jakby z zewnątrz, a jednak Boża Opatrzność włączyła je w proces dziejów zbawienia – tłumaczy biblista.
Tamar z rodu Kananejczyków dopuściła się cudzołóstwa ze swoim teściem Judą. Mateusz informuje, że była matką Faresa i Zary.
ALAMY STOCK PHOTO /BEW; MONTAŻ STUDIO GN
***
Tamar
„Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar…” – pisze Mateusz (1,3). Nieco dalej czytamy: „Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut, Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była [dawna] żona Uriasza”. Genealogię zamyka wzmianka o Józefie, mężu „Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem”.
Dzieje każdej z tych kobiet, za wyjątkiem Maryi, są świadectwem dramatów, z jakimi zmagają się ludzie uwikłani w grzech, własny lub cudzy. Mamy tam do czynienia z mentalnością, prawodawstwem i zwyczajami szokująco odmiennymi od naszych. Wyraźnie widać to w historii Tamar, opisanej w 38 rozdziale Księgi Rodzaju.
Juda, syn Jakuba, wybrał tę kobietę na żonę dla Era, pierwszego z trzech swoich synów. Er jednak „był zły w oczach Pana” i szybko zmarł. Według obowiązującego wówczas prawa lewiratu (od łacińskiego levir: brat męża, szwagier) jeśli mężczyzna zmarł bezdzietnie, brat zmarłego miał obowiązek poślubić wdowę, aby mieć z nią dzieci. Zrodzony z tego związku pierworodny otrzymywał imię zmarłego i stawał się jego spadkobiercą. Stąd też po śmierci Era Juda polecił drugiemu synowi, Onanowi, wypełnienie obowiązku szwagra. Ten jednak, świadom, że formalnie dziecko nie będzie jego, „ilekroć zbliżał się do żony swego brata, unikał zapłodnienia, aby nie dać potomstwa swemu bratu”. Egoizm Onana i jego grzech przeciw naturze małżeństwa sprowadził również na niego śmierć. Obowiązek wzbudzenia potomstwa swojemu bratu przypadł więc trzeciemu synowi Judy – Szeli. Ten jednak był jeszcze nieletni, Juda więc odesłał Tamar do domu jej ojca, aby tam czekała na osiągnięcie przez Szelę stosownego wieku. Bał się jednak, że i tego syna straci, i nie miał zamiaru dać mu Tamar za żonę. Może miał też nadzieję, że Tamar zrezygnuje ze swoich uprawnień. W takim wypadku jednak zostałaby z niczym, bo wdowy nie miały prawa do dziedziczenia.
Kobieta jednak nie dała za wygraną. Gdy zmarła żona Judy, jego synowa użyła podstępu: udając prostytutkę, doprowadziła teścia do współżycia ze sobą. Za „usługę” zażądała zastawu na poczet długu – insygniów naczelnika szczepu: pieczęci teścia, jego sznura i laski. „Dał jej więc, aby się zbliżyć do niej; ona zaś stała się przez niego brzemienną” – czytamy. Gdy po trzech miesiącach gruchnęła wieść, że „Tamar stała się nierządnicą i nawet stała się brzemienną z powodu czynów nierządnych”, Juda kazał ją spalić. Wtedy jego synowa pokazała insygnia Judy, dowodząc, że to on jest sprawcą jej brzemienności. „Ona jest sprawiedliwsza ode mnie, bo przecież nie chciałem jej dać Szeli, memu synowi!” – zawołał Juda.
Tamar urodziła bliźniaki – Feresa i Zarę. Tu widać, jak Bóg pisze prosto na krzywych liniach ludzkiego życia: Fares stał się przodkiem Jezusa.
Kananejka Rachab była matką Booza. Udzieliła pomocy izraelskim zwiadowcom w Jerychu.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN
***
Rachab
O ile Tamar udawała nierządnicę, o tyle Rachab rzeczywiście nią była. W dodatku nie należała do narodu wybranego – była Kananejką. Jej „profesję”, podobnie jak dziś, otaczały pogarda i obrzydzenie. Mieszkała w Jerychu akurat w czasie, gdy lud Izraela po 40-letniej wędrówce przez pustynię dotarł do granic Ziemi Obiecanej. Jozue, który przejął przewodzenie narodowi po Mojżeszu, wysłał do Jerycha dwóch zwiadowców. Ci przenocowali w domu Rachab. Gdy wieść o tym dotarła do króla Jerycha, rozkazał kobiecie wydać szpiegów. Ta jednak ukryła zwiadowców. Wyjaśniła im, że cały Kanaan drży na wieść o podbojach dokonywanych przez Izraelitów, i wyznała wiarę w Boga Jedynego, który sprzyja Izraelowi. Za pomoc zażądała ocalenia siebie i swojej rodziny, gdy Jerycho upadnie. Zwiadowcy przysięgli i ustalili, że Rachab z bliskimi ma zamknąć się w domu oznaczonym purpurowym sznurem.
Gdy Izraelici stanęli pod Jerychem, Bóg sprawił, że runęły mury miasta. Zdobywcy wypełnili zobowiązanie i z ogarniętego pożogą Jerycha wyprowadzili bezpiecznie Rachab i jej krewnych. „Zamieszkała ona wśród Izraela aż po dzień dzisiejszy, ponieważ ukryła wywiadowców, których wysłał Jozue, by wybadali Jerycho” – zapisał autor Księgi Jozuego (6,25).
Rachab jest dawana za wzór także w Nowym Testamencie. „Podobnie też nierządnica Rachab, która przyjęła wysłanników i inną drogą odprawiła ich, czy nie dostąpiła usprawiedliwienia za swoje uczynki? – pyta retorycznie św. Jakub (2,25). Chwali ją także autor Listu do Hebrajczyków: „Przez wiarę nierządnica Rachab nie zginęła razem z niewierzącymi, bo przyjęła gościnnie wysłanych na zwiady” (11,31).
Rachab wyszła za Salmona; oboje wraz ze swoim synem Boozem weszli do rodowodu Jezusa.
Moabitka Rut, matka Obeda, po śmierci męża ze swoją teściową Noemi zamieszkała w jej rodzinnym Betlejem.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN
***
Rut
Rachab była babką kolejnej kobiety wymienianej przez Mateusza: Rut. Jej historię opisuje księga Starego Testamentu, biorąca nazwę od jej imienia. Była Moabitką i poganką. Gdy głód zapanował w Betlejem, do Moabu przybyła Noemi wraz z mężem i dwoma synami. Tam mąż Noemi zmarł, a jej synowie ożenili się z miejscowymi dziewczynami: Orpą i Rut. Ale i oni zmarli bezpotomnie. Złamana na duchu Noemi postanowiła wrócić do Betlejem. Z nią poszła Rut. „Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem” – oświadczyła (Rt 1,16).
W Betlejem Rut spotkała Booza, zamożnego krewnego Noemi. Ten okazał Rut życzliwość, pozwalając jej towarzyszyć żniwiarzom i zbierać pozostawione kłosy. Gdy dowiedziała się o tym Noemi, powiedziała: „Człowiek ten jest naszym krewnym, jest jednym z mających względem nas prawo wykupu” (2,20). Mowa o prawie, na mocy którego najbliższy krewny zmarłego miał obowiązek odkupić jego majątek, aby zachować dziedzictwo w rodzie, oraz poślubić wdowę po zmarłym, aby wzbudzić potomstwo dziedzicowi zmarłego męża. Tutaj Booz jako goel (wykupiciel) miał obowiązek wykupu należącego do Noemi pola Elimeleka i poślubienia Rut, aby zapewnić ciągłość rodu i imienia zmarłego męża Rut. Pojawił się wprawdzie inny krewny, mający pierwszeństwo do wykupu, ale zrzekł się tego prawa, co pozwoliło Boozowi na poślubienie Rut i wypełnienie tego obowiązku.
Booz, pozostając pod wrażeniem wierności, jaką Rut okazała teściowej, a także doceniając jej szczerość, poślubił ją. Z tego małżeństwa na świat przyszedł Obed, który stanie się ojcem Jessego i dziadkiem króla Dawida.
Kobiety, błogosławiąc Boga, mówiły o synu Rut, o wnuku Noemi: „Imię jego będzie wspominane w Izraelu. On będzie dla ciebie pociechą, będzie cię utrzymywał w twojej starości. Zrodziła go dla ciebie twoja synowa, która cię kocha, która dla ciebie jest warta więcej niż siedmiu synów” (4,15).
Batszeba, żona wojownika Uriasza, popełniła cudzołóstwo z królem Dawidem. Dziecko, które urodziło się z tego związku, bardzo szybko zmarło.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN
***
Batszeba
Batszeba to postać tragiczna. Pojawia się na kartach Biblii za sprawą króla Dawida, który ujrzał ją z tarasu swojego pałacu, gdy się kąpała. Król, owładnięty pożądaniem, „zaprosił” ją do siebie. Wykorzystując swoją pozycję, uwiódł ją i popełnił z nią cudzołóstwo. Gdy okazało się, że kobieta jest w ciąży, Dawid próbował zamaskować swój czyn, sprowadzając do domu jej męża Uriasza Hetytę z pola walki pod ammonicką twierdzą Rabba. Ten jednak, zachowując prawo nakazujące wstrzemięźliwość od pożycia w czasie wojny, odmówił pójścia do żony. Dawid odesłał go więc z powrotem, nakazując dowódcy skierować Uriasza w miejsce najbardziej zażartej walki, żeby ten zginął.
Król osiągnął cel. Batszeba cierpiała z powodu śmierci męża i zapewne z powodu tego, co stało się między nią a królem. Gdy minął czas żałoby, król uczynił Batszebę jedną ze swoich żon. Wydawało się, że sprawa została załatwiona. Wtedy wkroczył Bóg, przysyłając do Dawida proroka Natana. Ten opowiedział mu historię o bogaczu, który odebrał biedakowi jedyną owieczkę, bo żal mu było zabijać owieczki ze swojej trzody. Król, oburzony, zawołał, że ten, kto to zrobił, winien jest śmierci. Wtedy padło słynne zdanie: „Ty jesteś tym człowiekiem” (2 Sm 12,7). Natan zapowiedział śmierć dziecka, co też, mimo skruchy i gorących błagań Dawida, się stało.
„Dawid okazywał współczucie dla swej żony Batszeby” – czytamy dalej. „Poszedł do niej i spał z nią. Urodził się jej syn, któremu dała imię Salomon” – informuje autor biblijny. I choć Dawid miał wiele żon i jeszcze więcej nałożnic, a także wiele dzieci, to jednak właśnie Salomon, syn Batszeby, został największym królem w historii Izraela, i przedłużył linię rodową, z której wyjdzie druga Ewa – Maryja, a z Niej Jej Syn, Zbawiciel.
Boża dydaktyka
Historie kobiet wymienionych w genealogii Mateusza pokazują, że Bóg pozwala człowiekowi dojrzewać w rozumieniu Jego woli. Ważne, żeby nie oceniać historii przodków według dzisiejszych standardów moralnych. – Nie możemy czytać Pisma Świętego bez uwzględnienia epoki, w której powstawały dane księgi – przestrzega ks. Janusz Wilk. Pan Bóg szanuje rozwój człowieka oraz etapy tego rozwoju i niczego nie przyspiesza. – Dzieje zbawienia można przyrównać do etapów naszej edukacji. Najpierw jest przedszkole. Abraham i jego ziomkowie nie różnili się od innych narodów, wiedzieli tylko, że jest jeden Bóg i że nie wolno im składać dzieci w ofierze. Byli tak samo krwawi i brutalni, też była wśród nich poligamia. Potem jest szkoła podstawowa, w której Bóg daje Izraelowi Dekalog. Potem jest etap szkoły średniej. To już są czasy późnego Starego Testamentu. A Nowy Testament porównałbym do studiów. To już jest szkoła wyższa – snuje analogię duchowny. I zaznacza: – Nie możemy od przedszkolaków wymagać wykształcenia wyższego, czyli wiedzy nowotestamentalnej. Trzeba przejść po kolei przez wszystkie etapy, zgodnie z tym, jak Bóg prowadzi dzieje człowieka.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Katarzyna Aragońska – nieobwołana święta królowa
(Unidentified painter, Public domain, via Wikimedia Commons)
***
Każdy katolik zna Salve Regina – „Witaj, Królowo” – maryjną antyfonę śpiewaną na cześć Najświętszej Maryi Panny, Królowej Niebios, bez wątpienia i bezdyskusyjnie najczęściej opiewanej spośród wszystkich bohaterów Christianitas. Dlatego to w świetle Jej heroizmu powinniśmy spoglądać na inne święte królowe, które są bohaterkami świata chrześcijańskiego. Myślimy o tych świętych królowych, kanonizowane przez Kościół, jak św. Elżbieta Portugalska czy św. Małgorzata Szkocka, ale mało prawdopodobne, przyszły nam na myśl te, których nie kanonizowano, takie jak Katarzyna Aragońska czy Maria, Królowa Szkotów. To ku tej pierwszej z królowych, których nie obwołano świętymi, zwrócimy teraz naszą uwagę.
To naprawdę zadziwiające, jak większość osób niewiele wie o Katarzynie Aragońskiej, oprócz faktu, że była pierwszą żoną Henryka VIII, z którą rozwiódł się w wyniku niefortunnego zauroczenia Anną Boleyn. Jednak podczas gdy Anna była prawdziwą femme fatale, której uwodzicielski czar doprowadzi zarówno króla, jak i jego królestwo do apostazji, Katarzyna była femme formidable, kobietą wiary i hartu ducha, która pozostała wierna swoim ślubom małżeńskim i nienaruszalnej godności małżeństwa.
Jako królowa Anglii była znana ze swojej cnoty. Po zamieszkach w Londynie, znanych jako Evil May Day (dosł: Zły Dzień Majowy lub Tragiczny Dzień Majowy), skutecznie wstawiła się o darowanie życia buntownikom ze względu na ich rodziny. Podziwiano ją za pionierskie działania na rzecz ulżenia doli ubogich i znano ją jako mecenasa renesansowego humanizmu, nawiązującą przyjaźnie z wielkimi uczonymi, takimi jak Erazm z Rotterdamu czy Tomasz Morus. Nim Henryk opuścił ją dla Anny Boleyn, urodziła sześcioro dzieci, z których tylko jedno przeżyło. Wygnano ją z dworu, a do jej dawnych komnat wprowadziła się Anna.
Katarzyna pisała w 1531 roku:
Moje zgryzoty są tak wielkie, moje życie tak zakłócone przez plany codziennie wymyślane, by posuwać do przodu niegodziwe zamiary króla, niespodzianki, które król mi sprawia – wraz z pewnymi osobami z jego rady – są tak śmiertelne, a moje traktowanie jest takie, jakie Bóg wie, że wystarczy, by skrócić dziesięć podobnych istnień, a tym bardziej moje.
Henryk był zdecydowany unieważnić swoje małżeństwo z Katarzyną, pomimo sprzeciwu papieża. Co ciekawe, unieważnienie to potępili również przywódcy protestanccy, Marcin Luter i William Tyndale, a także czołowi katolicy angielscy: Jan Fisher i Tomasz Morus, z których jeden i drugi stali się męczennikami za sprzeciw wobec tyrańskiego kierowania się przez króla swą monomaniakalną wolą.
W następstwie bezprawnego małżeństwa króla z Anną Boleyn, Katarzynę umieszczono w areszcie domowym. Zamykano ją w różnych zamkach i pałacach, a ostatecznie trafiła do zamku Kimbolton w Cambridgeshire. Ograniczyła się do jednej komnaty, wychodząc z niej jedynie na Mszę świętą, i bez przerwy pościła. Zabroniono jej widywania się z córką, Marią, a nawet pisania do niej. Henryk zaproponował tak matce, jak i córce wygodniejsze warunki życia i pozwolenie na widywanie się w zamian za uznanie jego małżeństwa z Anną Boleyn, ale obie odmówiły.
Jeśli chodzi o pobożność i wiarę Katarzyny, należała ona do Trzeciego Zakonu św. Franciszka i nabożnie spełniała swoje religijne obowiązki jako franciszkanka, łącząc swoje obowiązki królowej z osobistą pobożnością. „Wolałabym być żoną ubogiego żebraka i być pewna nieba – oznajmiła po swym wygnaniu – niż królową całego świata i wątpić w nie z powodu mojego własnego przyzwolenia.” Zmarła w styczniu 1536 roku w zamku Kimbolton, niezmiernie ukochana przez lud angielski i podziwiana przez wszystkich, nawet przez swych nieprzyjaciół. „Gdyby nie jej płeć – pisał Tomasz Cromwell, jej przeciwnik – mogłaby rzucić wyzwanie wszystkim bohaterom historii.”
„Dla łagodnej, prostej i dostojnej królowej Katarzyny wszyscy odczuwali współczucie” – pisał Hilaire Belloc. „Znali z portretów i relacji jej szeroki uśmiech, z jakim się prezentowała, jej jasne rysy (…), jej powszechnie uznaną dobroć.” Ponadto – kontynuował Belloc:
jej niedole zjednały ją ludowi angielskiemu. Rodziła kolejne dzieci swojemu mężowi i doznawała rozczarowań, bowiem wszystkie te dzieci, z wyjątkiem jednego, zmarły w niemowlęctwie lub urodziły się martwe i wiedziano o jej poronieniach.
William Cobbett wysławiał ją równie górnolotnie, jak miażdżąco potępiał znieważającego ją męża:
Wygnano ją z dworu. Była świadkiem unieważnienia swego małżeństwa przez Cranmera oraz uznania aktem parlamentu swej córki i jedynego ocalałego dziecka zarazem za nieślubną; zaś mąż, który miał z nią pięcioro dzieci (…) posunął się do barbarzyństwa, jakim było nieustanne oddzielenie jej od jedynego dziecka i niepozwolenie, by kiedykolwiek mogła je zobaczyć ponownie! Zmarła tak, jak żyła – kochana i szanowana przez każdego dobrego mężczyznę i kobietę w królestwie, a pochowano ją wśród szlochów i łez ogromnej rzeszy ludu zgromadzonego w kościele opactwa w Peterborough.
Dziś, prawie pięćset lat od śmierci Katarzyny Aragońskiej, Anglia wciąż zmaga się z katastrofalnymi następstwami zdrady jej męża. Choć święta Matka, jaką jest Kościół, jej nie kanonizowała, pielgrzym mimo to może pomodlić się u grobu angielskiej królowej o złamanym sercu. Czas leczy wszelkie rany, zaś świątynia wieczności zachowuje świętych. Dawno po tym, jak świeckie świątynie współczesnej świeckiej Anglii przeminą – ze swym połyskiem, szkłem, imitacją marmuru i nierdzewną stalą – ktoś pozostanie pod kamieniami katedry w Peterborough – nieobwołana święta, wciąż pozostająca chwalebną i nieskalaną damą.
Joseph Pearce/źródło: theimaginativeconservative.org/tłum. Jan Franczak/Fronda.pl
Dziś narodził się Wam Zbawiciel – Jezus, Mesjasz Pan!
Holyart.pl
***
Trwa oktawa Bożego Narodzenia
W liturgii obchody Bożego Narodzenia trwają osiem dni. Oktawa (łac. octavus – ósmy) jest to czas w liturgii obejmujący ważną uroczystość i siedem dni po niej następujących. Ma ona swoją wielowiekową tradycję.
Najwcześniej w III w. powstała oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, w czasie której odbywały się nabożeństwa i katechezy dla nowo ochrzczonych dorosłych. Po przyjęciu chrztu w Noc Paschalną konieczne było wtajemniczenie (tzw. mistagogia) w pełniejsze rozumienie tajemnicy zbawienia (co działo się w oktawie). W VII wieku ukształtowała się oktawa Bożego Narodzenia, później Bożego Ciała i Najświętszego Serca Pana Jezusa.
W obrządku rzymskim odnowionym na polecenie Soboru Watykańskiego II zachowane zostały tylko dwie formalne oktawy: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia.
Kolejne dni oktawy
Drugi dzień oktawy Bożego Narodzenia, 26 grudnia, poświęcony jest św. Szczepanowi, diakonowi i pierwszemu męczennikowi. Kult liturgiczny św. Szczepana znany jest od IV wieku. W państwie Karolingów, a następnie w innych krajach zachodnich i północnych św. Szczepan stał się patronem koni, dlatego 26 grudnia święcono owies. W niektórych parafiach zwyczaj ten nadal jest pielęgnowany.
Trzeci dzień oktawy, 27 grudnia, poświęcony jest św. Janowi Apostołowi. Jego kult liturgiczny istniał już od IV wieku. W dniu św. Jana święci się wino i podaje się wiernym do picia: Bibe amorem s. Joannis. To bardzo stara tradycja Kościoła, sięgająca czasów średniowiecza. Związana jest z pewną legendą, według której św. Jan miał pobłogosławić kielich zatrutego wina. Wersje tego przekazu są różne. Jedna mówi, że to cesarz Domicjan, który wezwał apostoła do Rzymu, by tam go zgładzić, podał mu kielich zatrutego wina. Św. Jan pobłogosławił go, a kielich się rozpadł.
Dziś ta tradycja ma inną wymowę. Głównym przesłaniem Ewangelii według św. Jana jest miłość. Dlatego, gdy podaje się owo wino, mówi się „pij miłość św. Jana”. Bo wino – sięgając do biblijnych korzeni – oznacza szczęście, radość, ale również cierpienie i miłość. Czerwony, a taki był najczęstszy jego kolor, to barwa miłości.
Czwarty dzień oktawy, 28 grudnia, to święto Młodzianków, wprowadzone do liturgii w V wieku. Młodziankowie to dzieci z Betlejem i okolicy, które niewinnie musiały oddać życie dla Chrystusa. Historia tego wydarzenia stała się treścią obchodu liturgicznego.
Dni następne, to jest 29, 30 i 31 grudnia, zgodnie z prawami oktawy, są dalszym ciągiem obchodów Bożego Narodzenia. W tym czasie przypadają dwa wspomnienia dowolne – św. Tomasza Becketa, biskupa i męczennika (29 grudnia) i św. Sylwestra I, papieża (31 grudnia).
Ostatni dzień oktawy w pierwszy dzień nowego roku
Oktawę Bożego Narodzenia zamyka uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi obchodzona zawsze 1 stycznia, w Nowy Rok.
1 stycznia to także Światowy Dzień Pokoju, z okazji którego Ojciec Święty ogłasza swe orędzie pokojowe, kierowane do wszystkich ludzi dobrej woli.
KAI/Stacja7
fot. unsplash
***
środa 31 grudnia
kościół św. Piotra
Adoracja Najświętszego Sakramentu
od godz. 18.00
Msza św. o godz. 19.00
Wdzięczni Miłosiernemu Bogu za kolejny rok życia prośmy o błogosławieństwo na następny!
“Boże wszelkiej pociechy, dziękujemy Ci przez Jezusa Chrystusa, Twego Jednorodzonego Syna, żeś zechciał darować nam z Twojej ojcowskiej dobroci ten jeszcze jeden rok dla poprawy naszego życia”.
Ta krótka modlitwa sprawdzi się idealnie dla tych, którzy także duchowo chcą przeżyć zakończenie roku i rozpoczęcie nowego. Litania składa się z części dziękczynnej i błagalnej. Warto odmówić ją 31 grudnia w gronie rodzinnym, parafialnym lub indywidualnie.
Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami. Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami. Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami. Łaskawy i miłosierny Boże – zmiłuj się nad nami.
Boże, który stworzyłeś nas z niczego na obraz i podobieństwo swoje – dziękujemy Ci za to. Boże, który dałeś nam duszę nieśmiertelną – Boże, który wybawiłeś nas od wiekuistego potępienia – Boże, który pomimo naszych grzechów zawsze wyświadczasz nam Miłosierdzie – Boże, który dajesz nam deszcze i pogodę słoneczną – Boże, który nas żywisz i utrzymujesz przy życiu – Boże, który zsyłasz nam kapłanów i nauczycieli – Boże, który uwolniłeś nas swoją pomocą od tyłu niebezpieczeństw – Boże, który zechciałeś nas utrzymywać w pokoju i jedności –
My, grzeszni, prosimy Cię – wysłuchaj nas, Panie. Abyś zechciał być naszym dobroczyńcą i w przyszłym roku, prosimy Cię – Abyś zechciał oświecać mądrością i umacniać naszego papieża Leona XIV., prosimy Cię – Abyś zechciał napełnić gorliwością apostolską naszego metropolitę archidiecezji Glasgow Williama, naszego arcybiskupa Stanisława i wszystkich kapłanów, prosimy Cię – Abyś zechciał kierować wszystkie świeckie rządy dla dobra ich poddanych, prosimy Cię – Abyś zechciał być pomocny rodzicom, prosimy Cię – Abyś zechciał użyczyć wszystkim chrześcijanom ducha jedności i braterskiej miłości, prosimy Cię – Abyś zechciał zawrócić błądzących na drogę prawdy i dobra, prosimy Cię, Abyś zechciał być Ojcem biednych, opuszczonych, wdów i sierot, prosimy Cię, Abyś zechciał pocieszyć zasmuconych i przybyć na pomoc uciśnionym, prosimy Cię, Abyś zechciał pokrzepić chorych, a umierających doprowadzić do życia wiecznego, prosimy Cię, Abyś zechciał odpłacić łaskami niebieskimi naszym dobroczyńcom ich dary, prosimy Cię, Abyś zechciał zachować nas od powietrza, głodu, ognia, wojny i wszelkich chorób, prosimy Cię, Abyś zechciał odwrócić wszelkie nieszczęścia od naszych mieszkań, prosimy Cię, Abyś zechciał wprowadzić nas po skończonym życiu do szczęśliwej wieczności, prosimy Cię,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
Módlmy się: Ojcze miłosierdzia i Boże wszelkiej pociechy, dziękujemy Ci przez Jezusa Chrystusa, Twego Jednorodzonego Syna, żeś zechciał darować nam z Twojej ojcowskiej dobroci ten jeszcze jeden rok dla poprawy naszego życia. Mocno i szczerze postanawiamy, jeśli nas jeszcze przy życiu zechcesz zostawić, służyć Ci w następnym roku z większą wiernością. Racz nam, o Boże, udzielić Twojej łaski dla wykonania tego postanowienia. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.
stacja7.pl/adonai.pl
***
Papież Leon XIV zachęca do refleksji i dziękczynienia na koniec roku
Papież Leon XIV podczas ostatniej w tym roku audiencji generalnej na placu św. Piotra wezwał wiernych do refleksji nad minionym rokiem, powierzenia się Bożej Opatrzności i dziękczynienia za otrzymane łaski. W przemówieniu, wygłoszonym w kontekście kończącego się Jubileuszu i okresu Bożego Narodzenia, Ojciec Święty, przywołując słowa swego poprzednika, podkreślił znaczenie postaw uwielbienia, zadziwienia i wdzięczności.
Vatican Media
***
Podsumowanie roku w świetle wiary
Papież rozpoczął od lektury fragmentu Listu św. Pawła do Efezjan (Ef 3,20-21), chwalącego Boga za Jego nieskończoną moc. Leon XIV podsumował 2025 r. jako czas naznaczony radością z pielgrzymek w Roku Świętym, ale też bólem po śmierci papieża Franciszka i trwających konfliktach zbrojnych. Zachęcał do przedstawienia wszystkiego Bogu i proszenia o odnowę łaski.
Wdzięczność, która „oddycha inną atmosferą”
Przypomniał słowa swego poprzednika, Franciszka, o tym, że katolicka wdzięczność i nadzieja „oddychają zupełnie inną atmosferą: uwielbienia, zadziwienia, wdzięczności”, przeciwstawiając ją często powierzchownej i skoncentrowanej na sobie nadziei świata.
„Jesteśmy dziś wezwani do rozważania tego, co Pan uczynił dla nas w minionym roku, a także do szczerego rachunku sumienia, do oceny naszej odpowiedzi na Jego dary” – mówił Leon XIV. Zachęcił do proszenia o przebaczenie za chwile, w których nie potrafiliśmy docenić Bożych natchnień i najlepiej wykorzystać powierzonych talentów.
Znaki Jubileuszu: wędrówka i próg
Nawiązując do przeżywanego Roku Jubileuszowego, Papież wskazał na kluczowe znaki, które towarzyszyły wiernym w minionych miesiącach. Pierwszym jest znak wędrówki i celu, symbolizowany przez pielgrzymów przybywających do grobu św. Piotra. Przypomniał, że całe życie jest pielgrzymowaniem ku pełnemu spotkaniu z Bogiem.
Kolejnym znakiem jest przejście przez Drzwi Święte. Dokonane przez miliony wiernych, wyrażało – jak podkreślił Papież – ich „tak” dla Boga, który przebaczeniem zaprasza do przekroczenia progu nowego życia. Życia „ożywionego łaską, wzorowanego na Ewangelii, rozpalonego miłością do bliźniego”, także tego „irytującego i nieprzyjaznego, ale obdarzonego niezrównaną godnością brata”.
Refleksja w blasku Narodzenia
Refleksję o tych znakach Leon XIV osadził w blasku świąt Bożego Narodzenia. Przywołał słowa św. Leona Wielkiego, że Narodzenie Jezusa to radość dla świętego, grzesznego i poganina. „Jego zaproszenie jest skierowane dzisiaj do nas wszystkich” – mówił Papież. Wyjaśniał, że Bóg jest towarzyszem w drodze ku życiu, daje łaskę powstania z grzechu, a w swoim Wcieleniu odkupił i ukazał piękno ludzkiej słabości.
Przesłanie na nowy rok: Bóg jest Miłością
Na zakończenie swego rozważania Papież zacytował Pawła VI, który przesłanie Jubileuszu streścił w jednym słowie: „miłość”. „Bóg jest Miłością! Bóg mnie miłuje! Bóg czekał na mnie, a ja Go nowo odnalazłem! Bóg jest miłosierdziem! Bóg jest przebaczeniem! Bóg jest zbawieniem! Bóg, tak, Bóg jest życiem!” – przypomniał słowa swego poprzednika z 1975 roku Papież Leon.
Błogosławieństwo na przyszłość
„Niech te myśli towarzyszą nam w przejściu między starym a nowym rokiem, a następnie zawsze w naszym życiu” – zakończył swoją ostatnią audiencję generalną w 2025 roku Papież Leon XIV.
Vatican News
***
Nowy Rok Pański MMXXVI
Uroczystość
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Msza święta w kościele św. Piotra
o godz. 14.00
W Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami modląc się słowami hymnu do Ducha Świętego:
O Stworzycielu, Duchu, przyjdź, Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg. Niebieską łaskę zesłać racz Sercom, co dziełem są Twych rąk.
Pocieszycielem jesteś zwan I najwyższego Boga dar. Tyś namaszczeniem naszych dusz, Zdrój żywy, miłość, ognia żar.
Ty darzysz łaską siedemkroć, Bo moc z prawicy Ojca masz, Przez Boga obiecany nam, Mową wzbogacasz język nasz.
Światłem rozjaśnij naszą myśl, W serca nam miłość świętą wlej I wątłą słabość naszych ciał Pokrzep stałością mocy Twej.
Nieprzyjaciela odpędź w dal I Twym pokojem obdarz wraz. Niech w drodze za przewodem Twym Miniemy zło, co kusi nas.
Daj nam przez Ciebie Ojca znać, Daj, by i Syn poznany był. I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch, Niech wyznajemy z wszystkich sił.
Niech Bogu Ojcu chwała brzmi, Synowi, który zmartwychwstał, I Temu, co pociesza nas, Niech hołd wieczystych płynie chwał. Amen.
***
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Święto dwóch tajemnic
Public Domain
***
Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.
Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.
Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.
A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.
Obrzezanie Pańskie
Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.
„Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.
Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.
W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.
Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o Wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.
Święto dwóch tajemnic
Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.
Święta Rodzina pracuje w stolarskiej izbie w Nazarecie. Dwie osoby pomagają św. Józefowi przy pracy drewnianych drzwi. Jedna z nich – to św. Anna, matka Maryi. Mały Jezus wystraszony z powodu skaleczenia swojej lewej ręki pokazuje ranę Matce Bożej, która czule całuje go w policzek, Także św. Józef z troską ogląda dłoń Jezusa, do którego z prawej strony zbliża się św. Jan Chrzciciel przynosząc miską czystej wody, aby obmyć ranę.
Warsztat Józefa wygląda ubogo. Widać proste narzędzia i deski, Na podłodze są wióra. Przez otwarte drzwi do warsztatu Józefa zaglądają owce. W przedstawieniu nawet bardzo drobnych szczegółów artysta posłużył się autentyczną pracownią biednego cieśli na Oxford Street w Londynie. Obraz po raz pierwszy został pokazany w Royal Academy w 1850 roku.
Obraz Millais’go zawiera w sobie bardzo bogatą religijną symbolikę. Jest węgielnica zawieszona nad głową Jezusa, która oznacza Trójcę Świętą. Jest Gołębica symbolizująca Ducha Świętego. Jest drabina oparta o ścianę nawiązując do Drabiny Jakuba. Również krwawiąca rana na ręce i krople krwi na stopie Jezusa zapowiadają Ukrzyżowanie. A naczynie z wodą niesione przez Jana symbolizuje Chrzest Chrystusa. Zaś stado owiec z lewej strony obrazu zapowiada wspólnotę wiernych czyli Kościół.
***
“Świętość to jest coś normalnego i codziennego”
ks. Wojciech Węgrzyniak, rekolekcjonista i teolog, wykładowca Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie.
***
Normalność polega na tym, bym nie myślał kategoriami „ja nie będę święty, bo nie jestem nadzwyczajny”. Przyjechałem do was, do świętych, w parafii Świętej Rodziny – jesteście święci. Świętość to imię chrześcijan! – mówił ks. Wojciech Węgrzyniak podczas Mszy św. odpustowych w parafii św. Rodziny w Łodzi-Retkini.
Rekolekcjonista w swojej homilii pokazał Świętą Rodzinę w jej codzienności i wymienił pięć cech tej rodziny. – Boże, Ty w Świętej Rodzinie dałeś nam wzór życia – śpiewaliśmy w pieśni na wejście. Chcemy patrzeć na ten wzór, który został nam tu dany czy coś trzeba przyfastrygować w naszym życiu czy doszyć. Normalność. My świętość pomyliliśmy z nadzwyczajnością, tak jak można by zdrowie pomylić z mistrzostwami świata. Aby być mistrzem świata, musisz być zdrowym, ale nie musisz być mistrzem świata, by być zdrowym. Świętość to jest coś normalnego, codziennego. Normalność polega na tym, bym nie myślał kategoriami „ja nie będę święty, bo nie jestem nadzwyczajny”. Przyjechałem do was, do świętych, w parafii Świętej Rodziny – jesteście święci. Świętość to imię chrześcijan! Najważniejsze jest zdrowie nie tylko ciała ale o duszy. Drugie to niepowtarzalność. Święta Rodzina to nie jest wzór o wychodzeniu za mąż, posiadaniu dziecka itp. Każdy święty jest niepowtarzalny. On tylko pokazuje, że można zostać świętym też nadzwyczajnie i że każdy z nas jest oryginałem. Każdy z nas ma swoją cechę świętości, zastanówmy się jaka jest moja cecha charakteru. Niepowtarzalność Świętej Rodziny jest piękna – przekonywał ks. Wojciech Węgrzyniak.
W dalszej części homilii rekolekcjonista wskazał na kolejne trzy cechy Świętej Rodziny. – Krzyż osobisty rodziny. Nie było porodu w domu, mieszkali w trudnych warunkach, Jezus umiera, Maryja ogląda śmierć swojego syna… To nie jest tak, że jak będziesz święty, to nie będziesz cierpiał. Świętość nie eliminuje krzyża, pozwala nam się wspiąć do chwały zmartwychwstania (…) Czwartą cechą jest krzyż rodzinny. To nie generuje, że masz być grzeszny albo to, że jesteś gorszy. Każdy jest odpowiedzialny za swoje grzechy. To nie była kwestia rodowodu Jezusa, ale i naszego życia. Wiara to jest tajemnica wolności. (…) Ostatnią cechą jest posłuszeństwu Panu Bogu. W Świętej Rodzinie każdy jest absolutnie posłuszny Panu Bogu. „Bądź wola Twoja” czy „Ojcze, w Twoje ręce oddaje ducha mego”. Na to, co zdarza się nam jako chrześcijanom, mówimy „bądź wola moja”. Jak nie dasz mi tego czy tamtego, to się obrażam na Pana Boga. Jak nas nie posłuchasz to…. Życie chrześcijan zaczyna się, gdy mówimy: „bądź wola Twoja!”. Chcę słuchać pragnienia Pana Boga. Bądźmy w sobie cierpliwi, bo do niektórych rzeczy trzeba dochodzić całe życie. Zachęcam, byśmy nie tylko świętowali pięknie, ale i spróbowali popatrzeć na ten wzór i zobaczyć, czy czegoś tam nie ma jeszcze dla nas. Chcemy w tym wzorze zobaczyć swoją rodzinę – mówił ks. Węgrzyniak…
Piotr Drzewiecki/Tygodnik Niedziela
***
13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA
14.00 – MSZA ŚW.
REPRODUKCJA HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ
*** Ucieczka Świętej Rodziny do Egiptu miała miejsce około 2 lat po narodzinach Jezusa. Maryja i Józef wrócili na teren Palestyny po śmierci Heroda, który czyhał na życie Dzieciątka.
Franciszek Kucharczak: Gdy Maryja z Józefem przybyli do Betlejem, „nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Ale właściwie dlaczego? Jak można rodzącą kobietę posłać do chlewa?
ks.Dawid Ledwoń: Grubo. (śmiech)
Ale jak – gospodarze obawiali się rytualnej nieczystości związanej z porodem?
Zasadniczo, ale nie tylko. Dla wielu z nas, wyrosłych w tzw. kulturze zachodniej, dom, mieszkanie mają określony standard, różny od pomieszczeń gospodarczych czy hodowlanych, jak stajnia, chlew czy kurnik. Te rzeczywistości mogą się stykać i do dziś w bardzo starych domostwach stykają się ze sobą choćby przez ścianę, ale się nie przenikają. Tymczasem na starożytnym Bliskim Wschodzie, oprócz domów w szeregowej małomiasteczkowej czy wielkomiejskiej zabudowie, biedniejsi ludzie mieszkali też w zaadaptowanych na mieszkania naturalnych grotach. Głębsze, niższe części groty stanowiły pomieszczenia magazynowe, tam mieściły się cysterny na wodę i schronienie znajdowały również zwierzęta, o czym świadczą zachowane do dziś kamienne żłoby. Po prostu życie, o którym my, przyzwyczajeni do wypachnionych wnętrz, szpitali położniczych czy porodówek, nie mamy bladego pojęcia. Nieco innym wątkiem jest brak miejsca w Betlejem, do którego zawitał Józef z brzemienną Maryją.
No właśnie – w czym był problem?
W polskich przekładach czytamy, że tego miejsca dla nich nie było w gospodzie (Łk 2,7). Użyty przez Łukasza grecki rzeczownik katalyma oznacza „salę” lub „pokój” gościnny (zob. 1 Mch 3,45). Ponieważ wszystkie takie miejsca były zajęte i nie zapewniały należytej intymności, trzeba było wybrać inne rozwiązanie. Była nim zaciszna grota, która wcale nie musiała być chlewem ani zagrodą, ale mogła być opuszczonym domostwem. W misternie ułożonej przez Łukasza narracji każdy szczegół jest ważny, zwłaszcza ten dotyczący wspomnianego terminu katalyma. Drugi raz użyje go ewangelista w pytaniu Jezusa: „Gdzie jest izba (katalyma), w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami?” (Łk 22,11). W ten sposób Łukasz obejmuje swoją opowieść literacką i teologiczną klamrą. Chce nam powiedzieć, że choć przed laty w Domu Chleba – jak tradycyjnie rozumie się nazwę Betlejem (od hebr. Bet Lechem, a pierwotnie, prawdopodobnie: Bet el-Lahami – „dom/świątynia [boga] Laham”) nie było miejsca dla Jezusa, to On sam przygotowuje dla nas miejsce przy stole eucharystycznym, ofiarując samego siebie za życie świata.
Święta Rodzina nie mieszkała cały czas w Grocie Narodzenia. Potem już chyba było lokum o wyższym standardzie?
Rzeczywiście, w Ewangelii Mateusza czytamy, że trzej mędrcy nie przybyli do groty, lecz do domu (gr. oîkos; Mt 2,11). Na tym miejscu zgodnie z tradycją stoi do dziś sanktuarium Domu św. Józefa, wspominanego przez pielgrzymów w XIV w. Kościół ten znajduje się 450 m od Groty Mlecznej, gdzie według legendy z VI wieku Maryja schroniła się z Jezusem podczas rzezi niewiniątek, dokonanej na rozkaz Heroda Wielkiego, tuż przed ucieczką do Egiptu.
W potocznym wyobrażeniu między narodzeniem Jezusa a ucieczką do Egiptu minęło niewiele czasu. Tak chyba nie było?
To wyobrażenie nie jest takie bezpodstawne. Ono wynika z tego, że ewangeliści syntetycznie ujęli to, co wymagało czasu chociażby z obowiązku zachowania przepisów Prawa. W Kpł 12,1-4 czytamy przecież, że po urodzeniu chłopca kobieta pozostawała nieczysta, a po obrzezaniu chłopca ósmego dnia od jego narodzin, powinna pozostać w domu jeszcze przez trzydzieści trzy dni. W przypadku urodzenia dziewczynki ten czas był dwa razy dłuższy!
Zatem jaka mogła być chronologia? W jakim odstępie czasowym od narodzenia mógł nastąpić pokłon Trzech Króli?
W odstępie dwóch lat. Już wyjaśniam. Chronologie wydarzeń przedstawione u Matusza i Łukasza różnią się, bo różne są ich tradycje i założenia teologiczne, ale się uzupełniają. Relacja Mateusza sugeruje, że po oczyszczeniu w świątyni Święta Rodzina pozostała w Betlejem. Łukaszowi taki porządek zdarzeń jest nieznany. Nie wie nic o Mędrcach. Nie odnotował ucieczki do Egiptu. Chcąc jednak uzgodnić dwie wersje relacji ewangelistów, musielibyśmy przyjąć taką kolejność wydarzeń: narodziny (około 7 r. przed Chr.), pokłon pasterzy jeszcze w betlejemskiej grocie, obrzezanie Jezusa po ośmiu dniach od Jego narodzin i ofiarowanie w świątyni trzydzieści trzy dni później, wreszcie pokłon Mędrców ze Wschodu po około dwóch latach. Przyjmuje się bowiem powszechnie, że owa rzeź niewinnych dzieci miała miejsce około dwa lata od narodzin Jezusa. Jest to zgodne z informacją, jaką mamy w Ewangelii: „Herod, widząc, że go mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał [oprawców] do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od mędrców” (Mt 2,16). Następna w porządku chronologicznym byłaby ucieczka do Egiptu i po śmierci Heroda w 4 r. przed Chr. powrót na teren Palestyny. Ponieważ Matusz odnotował, że umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia, można przyjąć, że Józef dowiedział się też o wczesnej śmierci trzech synów Heroda, których ojciec kazał zamordować. Poza tym Józef z Maryją obawiali się też Archelaosa. Zarządzał on Jerozolimą i całą Judeą oraz Samarią i Idumeą, dlatego udali się wraz z Jezusem do Nazaretu w Galilei, który był pod rządami Heroda Antypasa.
Z czego Józef utrzymywał rodzinę w Betlejem? Cieśla to chyba nie był najgorszy zawód?
Nie najgorszy, ale też nie najlepiej wynagradzany. Święta Rodzina od samego początku wiodła skromne życie. Świadczy o tym chociażby ofiara, jaką według relacji Łukasza Maryja i Józef mieli złożyć w świątyni (Łk 2,24). Były to według Prawa przewidziane dla ubogich dwa młode gołębie albo para synogarlic (Kpł 5,7;12,8). Trzeba też pamiętać, że użyty przez Mateusza i Marka grecki termin tektōn, oddany w polskich przekładach jako „cieśla”, jest niejednoznaczny, podobnie jak łacińskie słowo faber. Ten termin nie oznacza jedynie człowieka pracującego w drewnie, ale rzemieślnika w ogóle, zwłaszcza pracującego na budowie. Jednak mając na uwadze realia palestyńskie, trzeba przyznać, że Józef musiał mieć w swojej pracy więcej do czynienia z kamieniem niż z drewnem. Fakt, że współcześni Jezusa identyfikowali Go jako syna cieśli (Mt 13,55; Mk 6,3), może świadczyć o tym, że tego zawodu, jak było to w zwyczaju, nauczył się On od swojego opiekuna.
Niektórzy sądzą, że na wyprawę do Egiptu posłużyło złoto ofiarowane przez Mędrców. To możliwe?
Mateusz nie rozwija wątku związanego z kosztownościami, choć z racji fachu ma upodobanie w pisaniu o dużych sumach pieniędzy. W swojej wersji Ewangelii o ucieczce do Egiptu informuje zdawkowo, operuje dużą ilością czasowników, ale w tej relacji, mimo pośpiechu, nie ma chaosu. Józef postępuje zdecydowanie, konkretnie. Z Betlejem zabiera największe skarby swojego życia – Dziecię i Jego Matkę. Dla tego ubogiego cieśli z Betlejem liczą się tylko oni, nie żadne złoto ani przywożone z dalekiej Arabii Południowej i Somalii kosztowne kadzidło, które w czasach Jezusa w przeliczeniu na wagę było cenniejsze niż wspomniany kruszec! Jakie to różne od myślenia wielu współczesnych ludzi, którzy swojego szczęścia upatrują nie w rodzinie, ale w majątku czy w karierze.
Opis okoliczności narodzenia Jezusa w Ewangelii według św. Łukasza jest najbogatszy. Czy Łukasz znał to z opowiadań Maryi?
Łukasz i Mateusz komponując swoje narracje o narodzinach Jezusa, nie tylko sięgali do odległych i niezależnych od siebie tradycji, ale też redakcja tekstów dokonywała się w odmiennych środowiskach. Inne też były duchowe potrzeby wspólnot – pierwszych adresatów każdej z kanonicznych postaci Ewangelii. Na pewno Mateusz napisał swoje opowiadanie o dzieciństwie Jezusa z perspektywy św. Józefa, natomiast Łukasz – z perspektywy Maryi. Ponieważ uczniowie Jezusa poznali Go w wieku dorosłym, to szczegóły dotyczące Jego dzieciństwa ewangeliści mogli poznać jedynie z bliskiego otoczenia, jakim musieli być krewni Chrystusa. W przypadku Łukasza źródłem wiedzy mogła być Maryja, skoro sam ewangelista podkreśla, że „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”. Musimy jednak pamiętać, że Ewangelie to nie kroniki historyczne w dzisiejszym tego słowa rozumieniu, ale historia zbawienia. Ewangeliści sięgają do historii, ale łączą ją z teologią i to właśnie ona – jeśli można tak powiedzieć – w przekazie gra zwykle pierwsze skrzypce.
Gość Niedzielny
***
Papieskie orędzie Urbi et Orbi:
Narodziny Pana to narodziny pokoju
Jezus jest Zbawicielem. Dzięki Jego łasce każdy z nas może i musi zrobić wszystko, co w jego mocy, aby oddalić nienawiść, przemoc i antagonizmy, a praktykować dialog, pokój i pojednanie – podkreślił Papież Leon XIV w orędziu Urbi et Orbi. Prawdziwy pokój wymaga odpowiedzialności i otwarcia serca na cierpiących, a jego źródłem jest przyjęcie Dzieciątka z Betlejem, które przynosi nadzieję całemu światu – relacjonuje Vatican News.
Vatican News
***
„Dzisiaj narodził się nam Zbawiciel” – rozpoczął Leon XIV swoje pierwsze orędzie Urbi et Orbi na Boże Narodzenie. Podkreślił, że Jezus Chrystus jest naszym pokojem, który zwycięża nienawiść i wrogość miłosierną miłością Boga. Dlatego „Narodziny Pana to narodziny pokoju”.
Pokój zaczyna się w sercu człowieka
Ojciec Święty wyjaśnił, że „Jezus Chrystus jest naszym pokojem przede wszystkim dlatego, że uwalnia nas od grzechu, a następnie, ponieważ wskazuje nam drogę, którą należy podążać, aby przezwyciężyć konflikty, wszystkie konflikty, od międzyludzkich po międzynarodowe”. Pokój zaczyna się w sercu człowieka, który przyjmuje Boże przebaczenie i wchodzi w dialog oraz solidarność z cierpiącymi.
Odpowiedzialność i miłość – warunek pokoju
Zaznaczył, że w Narodzeniu widzimy wybór Chrystusa: „On sam go poniósł za nas, wziął go na siebie. Tylko On mógł to uczynić. Ale jednocześnie pokazał nam to, co tylko my możemy zrobić, a mianowicie, aby każdy wziął na siebie własną część odpowiedzialności”.
Leon XIV przypomniał, że pokój wymaga miłości i osobistego zaangażowania: „Kto nie kocha, nie zbawia się, jest zgubiony”. Wezwał „wszystkich do odnowienia z przekonaniem naszego wspólnego zaangażowania w pomoc tym, którzy cierpią”.
Bliski Wschód i świat – wołanie o pokój
Papież przywołał sytuacje konfliktów i cierpienia na świecie, modląc się o sprawiedliwość, bezpieczeństwo i pokój dla Libanu, Palestyny, Izraela, Syrii oraz Ukrainy, wzywając do odważnego, pełnego szacunku dialogu i zakończenia przemocy.
Leon XIV powierzył Księciu Pokoju „cały kontynent europejski, prosząc, aby nadal inspirował go duchem wspólnoty i współpracy, wiernym jego chrześcijańskim korzeniom i historii, solidarnym i otwartym na tych, którzy są w potrzebie”.
Orędzie obejmuje także cierpiących w Sudanie, Sudanie Południowym, Mali, Burkina Faso, Demokratycznej Republice Konga, Haiti, Mjanmie, Tajlandii, Kambodży, Jemenie, w Azji Południowej i Oceanii, a także uchodźców i migrantów szukających bezpieczeństwa oraz godnego życia.
Nadzieja, która pozostaje
Ojciec Święty podkreślił, że Rok Jubileuszowy dobiega końca, ale Chrystus pozostaje z nami na zawsze: „On jest Bramą zawsze otwartą, która wprowadza nas do Bożego życia”. „Dziecię, które się narodziło, jest Bogiem, który stał się człowiekiem; nie przychodzi On, aby potępiać, ale aby zbawiać” – zaznacza Papież. W Nim każda rana zostaje uleczona i każde serce znajduje ukojenie i pokój.
Vatican News
***
Ojciec św.Leon XIV podczas Pasterki:
Boże Narodzenie to historia miłości, która nas angażuje
“Podziwiajmy mądrość Bożego Narodzenia. Nie jakąś ideę rozwiązującą wszystkie problemy, ale historię miłości, która nas angażuje” – powiedział Leon XIV podczas Pasterki sprawowanej w bazylice watykańskiej.
FOT. VATICAN MEDIA
***
Papież Leon XIV podkreślił, że rodząc się jako człowiek Jezus rozjaśnia zbawieniem naszą noc. Nie istnieje ciemność, której by ta gwiazda nie rozjaśniała, ponieważ w jej świetle cała ludzkość widzi jutrzenkę nowego i wiecznego życia – wskazał Ojciec Święty. Dodał, iż Boskie światło, które promieniuje z tego Dzieciątka, pomaga nam dostrzec człowieka w każdym rodzącym się życiu.
Leon XIV podczas Pasterki: „Tam, gdzie jest miejsce dla człowieka, jest miejsce dla Boga”
Papież zwrócił uwagę, że objawiając się człowiekowi jako człowiek Pan Jezus ukazał mu jego prawdziwy obraz, a jak długo noc błędu zaciemnia tę opatrznościową prawdę, dopóty „nie ma miejsca dla innych, dla dzieci, dla ubogich, dla obcokrajowców…. Na ziemi nie ma miejsca dla Boga, jeśli nie ma miejsca dla człowieka: nieprzyjmowanie jednego oznacza nieprzyjmowanie tego drugiego. Natomiast tam, gdzie jest miejsce dla człowieka, jest miejsce dla Boga: wówczas stajnia może stać się bardziej święta niż świątynia, a łono Dziewicy Maryi jest arką Nowego Przymierza” – powiedział Leon XIV.
„Bóg w obliczu oczekiwań narodów, posyła niemowlę”
Ojciec Święty podkreślił mądrość Bożego Narodzenia, bowiem Bóg w obliczu oczekiwań narodów „posyła niemowlę, aby było słowem nadziei; wobec cierpienia ubogich posyła On bezbronnego, aby był siłą do podniesienia się; w obliczu przemocy i ucisku zapala On łagodne światło, które oświeca zbawieniem wszystkie dzieci tego świata”.
Przeciwstawił urzeczowienie człowieka proponowane przez wypaczoną ekonomię – godności osoby objawionej przez Boga. Zaznaczył, iż podczas gdy człowiek chce stać się Bogiem, aby panować nad bliźnim, Bóg chce stać się człowiekiem, aby uwolnić nas od wszelkiej niewoli”.
„Boże Narodzenie jest dla nas czasem wdzięczności i misji”
Nawiązując do uwielbienia aniołów, wyśpiewujących chwałę Bogu papież zaznaczył, iż jej przejawem jest pokój na ziemi. Przypomniał wypowiedziane przed rokiem słowa papieża Franciszka, że Narodzenie Jezusa ożywia w nas „dar i zobowiązanie do zaniesienia nadziei tam, gdzie została utracona” – rozpoczynające Rok Święty.
Teraz, gdy Jubileusz przybliża się do swego zakończenia, Boże Narodzenie jest dla nas czasem wdzięczności i misji. Wdzięczności za otrzymany dar, a misji, aby dać o nim świadectwo światu – wskazał Leon XIV.
„Głośmy zatem radość Bożego Narodzenia, które jest świętem wiary, miłości i nadziei. Jest to święto wiary, ponieważ Bóg staje się człowiekiem, rodząc się z Dziewicy. Jest to święto miłości, ponieważ dar Syna Odkupiciela urzeczywistnia się w braterskim oddaniu. Jest to święto nadziei, ponieważ Dzieciątko Jezus rozpala ją w nas, czyniąc nas zwiastunami pokoju. Z tymi cnotami w sercu, nie bojąc się nocy, możemy wyjść na spotkanie jutrzenki nowego dnia” – powiedział Ojciec Święty na zakończenie homilii.
vatican.va, KAI, zś/Stacja7
***
papież Leon XIV:
„Chrześcijanin nie ma wrogów,
ma braci i siostry”
“Chrześcijanin nie ma wrogów, ma braci i siostry, którzy pozostają nimi nawet wtedy, gdy się nie rozumieją” – mówił papież Leon XIV w rozważaniu poprzedzającym dzisiejszą modlitwę „Anioł Pański” i apostolskie błogosławieństwo.
FOT. VATICAN MEDIA
Papież zaznaczył, iż obchodzone bezpośrednio po Bożym Narodzeniu święto pierwszego męczennika, św. Szczepana podkreśla jego narodziny dla nieba. Zwrócił uwagę, iż wszystko co Szczepan czyni i mówi odzwierciedla boską miłość objawioną w Jezusie. Dlatego też narodziny Syna Bożego między nami wzywają nas do życia dzieci Bożych. Podkreślił, że pomimo sytuacji odrzucenia, żadna siła nie jest w stanie pokonać dzieła Boga.
Wszędzie na świecie są ci, którzy wybierają sprawiedliwość, nawet jeśli to kosztuje, którzy przedkładają pokój nad własne lęki, którzy służą ubogim zamiast sobie samym. Wtedy kiełkuje nadzieja i mimo wszystko świętowanie ma sens – stwierdził Leon XIV.
Leon XIV: „Chrześcijanin nie ma wrogów”
Ojciec Święty przyznał, że osoby wierzące w pokój i obierające bezbronną drogę Jezusa i męczenników są często wyśmiewane, wykluczane z publicznej debaty i nierzadko oskarżane o sprzyjanie przeciwnikom i wrogom. Chrześcijanin nie ma jednak wrogów, ma braci i siostry, którzy pozostają nimi nawet wtedy, gdy się nie rozumieją – wskazał papież. Przypomniał, iż „Szczepan umarł przebaczając, tak jak Jezus: dzięki sile prawdziwszej niż siła broni”.
Niech Maryja wprowadzi nas do swojej radości – radości, która rozprasza wszelki strach i wszelkie zagrożenia, tak jak w słońcu topnieje śnieg – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy „Anioł pański” i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.
KAI, vatican news, pa/Stacja7
***
środa 24 grudnia
pixabay/Aleteia.pl
***
Modlitwa przed Wieczerzą Wigilijną
Boże Narodzenie jest przede wszystkim świętem religijnym. Dlatego w ten szczególny wieczór bardzo ważna jest wspólna modlitwa i serce otwarte do każdego.
Stół nakryty jest białym obrusem a na środku krzyż, świeca, Pismo Święte i opłatki. Z nastaniem zmroku i pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdy rodzina gromadzi się do wspólnej modlitwy, którą prowadzi ojciec rodziny lub inna osoba wedle starszeństwa.
„Jest taki zwyczaj w mym kraju rodzinnym,
Gdy pierwsza gwiazda błyśnie na wieczornym niebie,
Ludzie wspólnego gniazda łamią chleb biblijny,
Najtkliwsze uczucie, przekazują w tym chlebie”
Cyprian Kamil Norwid
***
fot. Canva Pro
***
Prowadzący modlitwę zapala świecę i oznajmia:
Oto światłość, która w noc dzisiejszą przyszła na ziemię, by rozproszyć ciemności grzechu.
Rodzina odpowiada:
Bogu niech będą dzięki.
Prowadzący modlitwę:
W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
Wszyscy:
Amen.
Z Księgi proroka Izajasza:
Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy jak w dniu porażki Madianitów. Bo każdy but pieszego żołnierza, każdy płaszcz zbroczony krwią, pójdą na spalenie, na pastwę ognia. Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju. Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic na tronie Dawida i nad Jego królestwem, które On utwierdzi i umocni prawem i sprawiedliwością, odtąd i na wieki.
Ewangelia o Narodzeniu Jezusa Chrystusa według św. Łukasza:
W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz.
Wybierali się więc wszyscy, żeby się zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, dlatego że miejsca dla nich nie było w gospodzie. Otóż w tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swą trzodą. Naraz stanął przy nich Anioł Pański i jasność Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz Anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam wielką radość, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, czyli Mesjasz Pan.
A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”. I nagle przyłączyło się do Anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania”.
Śpiewamy kolędę „Wśród nocnej ciszy” lub „Bóg się rodzi”. Do przygotowanej Bożonarodzeniowej Szopki najmłodsze z dzieci umieszcza w niej figurkę Dzieciątka Jezus. Następnie modlimy się słowami:
Boże, nasz Ojcze, w tę Świętą Noc, podczas której wspominamy Narodzenie Twojego Syna Jezusa Chrystusa, błagamy Cię, abyś błogosławił naszą doczesność, a naszym zmarłym dał udział w swojej Światłości.
Udziel naszej rodzinie daru miłości, zgody i pokoju. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
Przyjmij do swojego Królestwa naszych zmarłych (wymienić imiona). Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
Obdarz także naszych sąsiadów, przyjaciół i znajomych pokojem tej nocy. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
W serca tych, którzy nie uznają Twego Syna za swojego Pana, wlej łaskę wiary i nawrócenia. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
Wszystkich samotnych, opuszczonych, biednych i chorych obdarz pocieszeniem. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
Wspólnie modlimy się „Ojcze nasz”
Najświętsza Maryjo Panno, Matko Boga, prosimy Cię: wstawiaj się za tymi, którzy przez wiarę w Twojego Syna, a naszego Pana, Jezusa Chrystusa, są prześladowani i nie mogą w pokoju świętować Jego Wcielenia.
Następuje modlitwa przed łamaniem się opłatkiem.
Panie Jezu Chryste, dzięki swemu Narodzeniu sprawiłeś, że krocząca w ciemnościach ludzkość ujrzała Twoje zbawienie. Spraw, abyśmy i my jaśnieli chwalebnym blaskiem Twojego światła i byli Twoimi uczniami. Amen.
Łamiąc się opłatkiem składamy życzenia i po zakończeniu modlimy się przed posiłkiem:
Pobłogosław Panie Boże nas, pobłogosław ten posiłek, tych, którzy go przygotowali i naucz nas dzielić się chlebem i radością z wszystkimi. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Kończymy Wieczerzę Wigilijną również modlitwą:
Dziękujemy Ci, Boże, za te dary, któreśmy z dobroci Twojej spożywali. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
***
kościół św. Piotra
46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
Pasterka o godz.21.30
Msza święta w Dzień Bożego Narodzenia
o godz. 14.00
Również w Drugi Dzień Świąt Msza święta o godz. 14.00
Życzenia na Boże Narodzenie
i na Nowy Rok 2025
Św. Franciszek z Asyżu po powrocie z Ziemi Świętej był tak urzeczony i wzruszony, że zainscenizował betlejemski żłóbek w grocie znajdującej się w Greccio. Pragnął jak najbardziej uroczyście przeżyć narodziny Dzieciątka Jezus, aby pobudzić wszystkich do wielkiej wdzięczności i miłości, bo jak zwykł mówić: ” Miłość nie jest kochana! Jakże ludzie mogą kochać się nawzajem, jeżeli nie kochają Miłości?”
Klasztorne Kroniki opisują, że “kazał przygotować żłób, przynieść siano i przyprowadzić na to miejsce woła i osła. Zwołują się bracia, schodzą ludzie, las rozbrzmiewa różnymi głosami, a owa błogosławiona noc rozjaśnia się licznymi i jasnymi światłami, napełnia pochwalnymi i harmonijnymi śpiewami stając się wspaniałą i odświętną. Mąż Boży stał przed żłobem przepełniony pobożnością, zalany łzami i radością. Przy żłobie odprawiana jest uroczysta Msza św., a Franciszek, diakon Chrystusowy, śpiewa świętą Ewangelię. Następnie wygłasza do stojących tam ludzi kazanie o narodzeniu się ubogiego Króla, którego, gdy chciał nazwać po imieniu, z nadmiaru czułej miłości, nazywał Dzieciątkiem z Betlejem”…
Biedaczyna z Asyżu pragnąc jak najbardziej upodobnić się do Jezusa, któremu Ojciec niebieski wybrał drogę przyjścia na ten świat jako słabe, bezradne Niemowlę skrajnie ubogie, pozostawił nam wspaniały, cudowny dar żłóbka betlejemskiego. Sam przeżywał rozmaite trudności, które pochodziły nawet od najbliższych. Jednak nie załamał się, bo patrzył na Maleńkiego w żłobie złożonego. Ta Boża Tajemnica dała mu ogromną pociechę. Boży Syn wybrał dla siebie ubóstwo i maleńkość, słabość i bezradność. W taki właśnie sposób przyszła na ten świat Boża moc – przez ogołocenie się z wszelkiej ludzkiej potęgi, znaczenia i mocy.
Klika wieków później Franciszek Karpiński ujął najtrafniej jak to jest możliwe ludzkimi słowami cały ten paradoks Tajemnicy Wcielenia wyśpiewując w kolędzie:
“Bóg się rodzi, moc truchleje.
Pan niebiosów obnażony.
Ogień krzepnie, blask ciemnieje,
Ma granice Nieskończony.
Wzgardzony, okryty chwałą,
Śmiertelny Król nad wiekami.
A Słowo ciałem się stało
I zamieszkało między nami”.
Św. Franciszku jesteśmy wdzięczni za dar odkrycia Bożego żłóbka, dlatego prosimy, abyś nam wyprosił w to Boże Narodzenie Roku Pańskiego 2025 u Bożej Dzieciny moc wiary, niezachwianą nadzieję i żar miłości, bo żyjemy w czasie ogromnego zaczadzenia ludzkich serc diabelskim zbałamuceniem.
Jesteśmy także wdzięczni św. Janowi Pawłowi II, który wprowadził ten cudowny zwyczaj stawiania każdego roku szopki z Betlejemu na placu św. Piotra wraz z ogromną choinką przypominającą, że to na drzewie rajskim diabeł zwiódł ludzki ród w osobie Adama i Ewy i to również na drzewie krzyża dokonało się zbawienie.
W styczniu 1983 roku w Sali Klementyńskiej tak tłumaczył polskiej młodzieży znaczenie choinki:
“Co znaczy to drzewko? (…). Ja osobiście myślę, że to drzewko jest symbolem drzewa życia, tego, o którym mowa jest w Księdze Rodzaju, i tego, które z Chrystusem razem zostało na nowo zasadzone w glebie ludzkości. Niegdyś człowiek został od tego drzewa życia odcięty przez grzech. Z chwilą kiedy Chrystus przyszedł na świat, to drzewo życia w Nim, przez Niego zostaje zasadzone na nowo w glebie życia ludzkości i rośnie razem z Nim, i dojrzewa do krzyża. Istnieje związek między drzewkiem wigilijnym Bożego Narodzenia a drzewem krzyża Wielkiego Piątku. Tajemnica paschalna… Piękna to tradycja i wymowna, tym bardziej że te drzewka świecą. Symbolizują życie i światło. Chrystus jest życiem i światłem.
Muszę Wam powiedzieć, że ja osobiście, chociaż mam już wiele lat, nigdy nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie Boże Narodzenie i kiedy mi to drzewko postawią w mieszkaniu. Jest w tym wszystkim głęboka wymowa, która jednoczy nas bez względu na wiek: zarówno starsi, jak i małe dzieci reagują podobnie, chociaż na innym poziomie świadomości”.
fot. Antoine Mekary/Aleteia
****
To dzięki naszemu papieżowi co roku na placu św. Piotra choinka rozbłyskuje światełkami. Św. Jan Paweł II świętował Boże Narodzenie według naszego prastarego zwyczaju.Tęsknił za swoją Ojczyzną. Widział jak wciąż istnieje zagrożenie nie tylko zewnętrznych wrogów, ale również jak sami Rodacy czynią wielką krzywdę Ojczystej Ziemi. Choć jesteśmy porozrzucani po różnych miejscach świata, nie jest nam obojętne co dzieje się w naszym rodzinnym Kraju. Dlatego prosimy Ciebie, Ojcze Święty o wstawiennictwo u Tej, która dała największy dar – Boga dla ludzkości – Chrystusa – prawdziwe “drzewo życia”.
Zielona jodła zawsze jest zielona, w zimowej aurze również – dlatego jest znakiem życia, które nie umiera. Wpatrując się na ten wymowny symbol przyjmijmy bożonarodzeniowe życzenia, nie tyle poprzez prezenty, co poprzez dawanie coraz bardziej siebie samych. Pozwólmy więc,aby BOŻA MOC mogła leczyć nasze bardzo poranione serca.
ks. Marian
***
„Gość Niedzielny” z wizytą w Greccio. To tu św. Franciszek zbudował pierwszą stajenkę
„Noc stała się widna jak dzień, rozkoszna dla ludzi i zwierząt” – notował Tomasz z Celano. Ruszyliśmy do Greccio po śladach Biedaczyny, by zobaczyć to u źródła i przeczytać „Ewangelię bez komentarza”.
Poza sezonem to zmoknięte jak kura miasteczko śpi. Jedynie bar kusi obłędnym zapachem kawy. Un bicchiere di vino e il classico panino – sączy się z głośników piosenka, którą śpiewa Jovanotti. Wino pozostawiam na wieczór. Teraz zamawiam un caffè. 1,10 euro. Polacy mieszkający w Italii zapewniają, że to jedyny tańszy produkt niż w Polsce.
Stajenka kojarzy się ze śniegiem. A tu, w Greccio, leje jak z cebra. Przeżyłem już klimaty Bożego Narodzenia w 30-stopniowym meksykańskim upale, teraz adoruję Nowonarodzonego w strugach deszczu.
Sam na sam
Gdy przestaje padać, zielone góry Lacjum parują w słońcu, a sanktuarium otulają chmury. Ten kontrast przypomina mi dewizę Biedaczyny: „Wszystkie ciemności świata nie zgaszą światła jednej świecy”.
To pierwszy kościół poświęcony Franciszkowi.
*** 705 m n.p.m. Niecałe 1500 mieszkańców, którzy pochowali się przed deszczem w domach. Sporo z nich z tabliczką: Vendesi – na sprzedaż. By dotknąć misterium, musicie zastosować magiczne zaklęcie: „Poza sezonem”. Najlepiej od listopada do kwietnia, gdy Italia nie jest rozdeptywana przez 65 milionów turystów (to dane z ubiegłego roku). Jasne, możecie zmoknąć, będziecie zwiedzać „ogród Europy” opatuleni, bo wiatr wdziera się we wszelkie szczeliny, ale dzięki temu będziecie w tych miejscach sami. I być może choć w jednej setnej doświadczycie tego, co czuł mieszkający w wilgotnej grocie Franciszek. Z tą różnicą, że wieczorem wrócicie do ciepłego hotelu i nie będziecie spali z kamieniem podłożonym pod głowę, pilnując, czy nie zakrada się pod niego skorpion. Nasz przewodnik, o. Grzegorz Gwidon Hensel (na co dzień penitencjarz na Lateranie), opowiada, że gdy mieszkając w Umbrii, miał odprawić Mszę św., zauważył tego pajęczaka przyczepionego do ornatu.
Boże Narodzenie w strugach deszczu? Witajcie w Lacjum!
*** Jak to dobrze, że przyjechaliśmy właśnie teraz! Możemy poczuć się, jak Franciszek, który tu, w Greccio, przebywał o tej samej porze roku. Pamiętam, jak kiedyś zacząłem przeglądać w księgarni: „Pod słońcem Toskanii”, „Winnica w Toskanii”, „Mądrość Toskanii” „Toskania dzień po dniu”, „Wzgórza Toskanii”, „Lato w Toskanii”, „1000 dni w Toskanii”, „Za dużo słońca w Toskanii”, „Miłość w Toskanii”… Na szczęście Lacjum pozostaje wciąż dziewicze i niezadeptane. Spotykamy więcej kotów niż ludzi. Choć listopad ustępuje miejsca grudniowi, szaroburość nie kłuje w oczy jak nad Wisłą. Drzewa pozostały zielone.
Jestem tu osiem wieków po pierwszym przedstawieniu przez Biedaczynę Bożego Narodzenia, gdy – jak notował Tomasz z Celano – „Greccio stało się jakby nowym Betlejem”. Za chwilę ruszamy do Fonte Colombo, gdzie powstawała reguła. A wszystko w 800. rocznicę zatwierdzenia jej przez Honoriusza III bullą Solet annuere. Jak tu nie czuć wzruszenia?
Dlaczego wybrał Greccio? „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” – doskonale wiedział, co miał na myśli jego Mistrz. Przemierzał setki kilometrów, zdeptał Umbrię i Lacjum wzdłuż i wszerz. „Miłość Jezusa przynagla nas” – wołał za Pawłem. Przyszedł tu w 1223 roku prosto z Rzymu, gdzie w Santa Maria Maggiore adorował relikwie Żłóbka. Musiało być to dla niego ważne doświadczenie, skoro postanowił przenieść Boże Narodzenie do oddalonego o 100 kilometrów miasta.
Od kołyski
To również nasza marszruta. Przyjechaliśmy z Wiecznego Miasta, wprost od niezwykłej kołyski… Żłóbek, w którym swe pierwsze chwile na ziemi miał spędzać sam Mesjasz, wykonano z drewna klonu palestyńskiego. Pierwsze informacje na jego temat pochodzą z 248 roku. Jak zwykle, jeśli chodzi o bezcenne znaleziska Ziemi Świętej, w grę wchodzi jedno imię: Helena. To cesarzowa miała odnaleźć kołyskę przechowywaną pieczołowicie przez mieszkańców Betlejem i nakazać wybudowanie bazyliki Narodzenia Pańskiego, w której ją umieszczono. Gdy Palestyną zaczęli rządzić muzułmanie, patriarcha Miasta Pokoju św. Sofroniusz wysłał relikwie Cunabulum Domini (Kołyski Pana) do Rzymu. Ostatecznie spoczęły w kryształowej urnie w krypcie pod ołtarzem głównym bazyliki Matki Bożej Większej na Eskwilinie (tej samej, o której wybudowanie miała prosić papieża Liberiusza sama Maryja, potwierdzając to pragnienie cudem: śniegiem, który pokrył Rzym 4 sierpnia, wyznaczając przy tym kontury przyszłej świątyni). Do naszych czasów przetrwało pięć deseczek, które pozostały z najsłynniejszego żłóbka świata (cztery o długości 70 cm i jedna dłuższa o 10 centymetrów). Wedle badań mają rzeczywiście dwa tysiące lat. Co ciekawe, z inicjatywy papieża Franciszka część żłóbka Jezusa wróciła cztery lata temu do Betlejem.
W tej grocie „Greccio stało się jakby nowym Betlejem”.
*** Kard. Grzegorz Ryś opisuje Greccio czterema słowami: liturgia, dziecięctwo, pokora i ubóstwo. – To właśnie ze względu na ubóstwo Franciszek najbardziej ukochał Boże Narodzenie – wyjaśnia. – Chciał, by żłób stał się ołtarzem Eucharystii, bo szopka stwarza scenerię, ale faktem Boże narodzenie staje się podczas Mszy! To istota tej inscenizacji. Franciszek zwrócił uwagę na to, że liturgia to nie jest teatr. Nie odgrywamy tego, że Pan Jezus się narodził. A za czasów Franciszka była ogromna pokusa, by z liturgii zrobić przedstawienie. Liturgia nie jest teatrem. My jesteśmy w Betlejem. Franciszek tym różni się od reszty świata, że bierze Ewangelię dosłownie. Na pierwszym roku seminarium przyszedł do nas kard. Macharski i powiedział: „Weźcie sobie na całe życie wzór z Franciszka. On napisał piątą Ewangelię – cztery Ewangelie bez komentarza”.
Tomasz z Celano pisze, że w Greccio Franciszek sam stał się „dzieckiem z Dziecięciem”. Bezbronność spotkała bezbronność, Ostatni – ostatniego, obnażony Pan niebiosów – tego, który nazywał siebie simplex et idiota.
Beeeeetlejem!
Biograf Franciszka notował: „Przyprowadzono wołu i osła. Uczczono prostotę, wysławiono ubóstwo, podkreślono pokorę. Był na owym terenie mąż imieniem Jan, dobrej sławy, a jeszcze lepszego życia, którego błogosławiony Franciszek kochał szczególną miłością, ponieważ mimo że w swojej ziemi był on szlachcicem i człowiekiem bardzo poważanym, jednak gardził szlachectwem cielesnym, natomiast szedł za szlachectwem ducha. Jego to właśnie, prawie na piętnaście dni przed Narodzeniem Pańskim, Franciszek poprosił do siebie i rzekł doń: »Przygotuj wszystko, co ci powiem. Chcę bowiem dokonać pamiątki Dziecięcia«”. I tak się zaczęło!
Poza sezonem miasteczko smacznie śpi.
***
O osła nie musiał się starać, bo przeciągłe ryki tych sympatycznych uparciuchów słychać na zielonych wzgórzach. „Nastał dzień radości, nadszedł czas wesela. Z wielu miejscowości zwołano braci” – pisał Tomasz z Celano. „Mężczyźni i kobiety, pełni rozradowania, według swej możności przygotowali świece i pochodnie dla oświetlenia nocy, co promienistą gwiazdą oświeciła niegdyś wszystkie dnie i lata. Głosy rozchodziły się po lesie, a skały odpowiadały echem na radosne okrzyki”. Biograf Franciszka wspomina, że wymawiał on słowo „Betlejem” jak… becząca owca: Beeeeetlejem!
Noc jak dzień
Nie lubię słowa „szopka”. Kojarzy się z czymś banalnym. Wyrażenie „niezła szopka” oznacza żenujące wydarzenie, a do krwiobiegu popkultury przeniknęły słowa „poziom jak na jasełkach”. Nie! To, co zainicjował Franciszek, nie miało nic wspólnego z banałem! – Centrum tego, co tu się wydarzyło, nie było przedstawienie szopki Bożego narodzenia, raczej przeżywanie Eucharystii w takich warunkach, w jakich narodził się sam Jezus – wyjaśnia o. Gwidon. – Wszystko było skoncentrowane na żywej obecności Pana Jezusa. Zachowały się opowieści, że ludzie widzieli, jak figurka ożywa w rękach Franciszka, który podczas tej Mszy Świętej czytał Ewangelię i głosił słowo Boże. Był diakonem i nigdy nie odważył się przyjąć święceń kapłańskich.
W Greccio oglądamy szopki z całego świata. Jesteśmy sami. Nie słychać głosów, które nagrałem, gdy montowano potężną stajenkę w gigantycznej franciszkańskiej bazylice w katowickich Panewnikach: „Barany przodem!”, „Uwaga! Wół zahaczył o okno, dajcie tego pierona na lewo!”, „Kaj niesiesz tego osła?”, „Dawać anioła!”, a bracia w brązowych habitach zamyślali się: „Najtrudniej jest rozciągnąć niebo”. Nic z tych rzeczy. Słychać krople deszczu. Bardzo sprzyja to kontemplowaniu tego, co wydarzyło się tu przed ośmiu wiekami.
Franciszek przyszedł do Greccio z Rzymu, gdzie w Santa Maria Maggiore adorował relikwie Żłóbka.
***
By liturgia mogła odbyć się na zewnątrz (po raz pierwszy!), potrzebna była zgoda papieża. To pokazuje, jakim zaufaniem następca Piotra obdarzył „ojca serafickiego”. To właśnie w Greccio papież Franciszek podpisał list Admirabile signum (dosł. „Godny podziwu”). „Święty Franciszek, z prostotą tego znaku, dokonał wielkiego dzieła ewangelizacji” − pisał, dodając, że szopka wywołuje wzruszenie, gdyż „ukazuje czułość Boga”. Gdy odwiedził grób świętego imiennika jako następca Piotra, był pierwszym, który wszedł do Sali Obnażenia, czyli miejsca, w którym młodziutki Bernardone zrzucił szlacheckie jedwabie i zrezygnował z zaszczytów. „Wszyscy mamy się obnażyć ze światowości” – powiedział wówczas.
Kamień na kamieniu
Ojciec Hensel pokazuje nam ambonę św. Bernardyna ze Sieny – wielkiego reformatora franciszkanów, oskarżanego o nadużywanie imienia Jezus. Obok la cantina – piwniczka, w której bracia podawali wino. Wspinamy się na piętro. – Jesteśmy w czasach Bonawentury, gdy klasztor rozrósł się (ma już drewniane przepierzenia). Modliło się tu więcej braci… Pewnego razu na Wielkanoc Franciszek przebrał się za żebraka. Bracia nie rozpoznali go, ale przyjęli, wyciągając w refektarzu drogą zastawę. A on usiadł na podłodze w popiele i powiedział: „Teraz czuję się jak prawdziwy brat mniejszy” – mówi o. Gwidon. Przypomina mi się stół, który widziałem na Kalatówkach, w pustelni Brata Alberta, który powtarzał: „Nisko siadać, mało jadać, dużo robić, mało gadać”. Stół miał wysokość… 12 centymetrów. Bracia, jedząc posiłki, siedzieli na podłodze.
XIII-wieczna stajenka z rzymskiej bazyliki w Santa Maria Maggiore.
***
– To pierwszy kościół poświęcony Franciszkowi. Pomimo wielu remontów i przebudów nie zmieniono jego pierwotnej formy. Ponieważ stawiali go miejscowi, ma bardzo prostą konstrukcję – opowiada o. Gwidon, wskazując na beczkowe sklepienie. – A tu, na fresku, zapłakany Biedaczyna. Bracia często widzieli, jak płakał nad swymi grzechami, ale może to być związane z tym, że Franciszek chorował na oczy, które bracia leczyli, stosując drastyczne metody – na przykład przykładając mu do skroni rozpalone żelazo. Zniósł próbę „brata ognia” niezwykle mężnie.
Jak we Włoszech obchodzi się Boże Narodzenie? – pytamy, zjeżdżając w dolinę. – Nie jest tu popularna nasza tradycyjna wigilia – opowiada franciszkanin. – Szopki ukończone są już 8 grudnia (wówczas otwiera się ogromną wystawę w Asyżu), a wszystko to znika w Trzech Króli. Nie ma zwyczaju trzymania choinki czy szopki do Matki Boskiej Gromnicznej. W czasie świąt (sporo zależy od regionu) Włosi jedzą zupę z soczewicy, dania rybne (zwłaszcza w Neapolu) i koniecznie wszechobecne w sklepach spożywczych panettone, czyli słynne drożdżowe babki.
Przed chwilą w Greccio widziałem kolejny kamień, który służył Franciszkowi za poduszkę. – Spał na gołej skale, podkładając sobie pod głowę kamień – opowiada o. Hensel. – Bardzo symboliczne! On kochał takie rozpadliny, pęknięcia, wyłomy skalne. Bo dla niego skałą był Chrystus, a wejście w taką szczelinę było wejściem w Jego serce. Franciszek wchodził w ruinę, pęknięcie, by spotkać tam Pana. A o samym Greccio mawiał, że jest „bogate ubóstwem”.
Franciszek kochał takie rozpadliny, pęknięcia, wyłomy skalne – opowiada o. Hensel.
Gość Niedzielny
***
Bożonarodzeniowa kartka od Leona XIV
***
Ich adresatami są głównie pracownicy i emeryci watykańscy. Udekorowane są reprodukcjami dzieł sakralnych, głównie obrazów przechowywanych w Watykanie, których tematyka jest związana z danym świętem.
Tradycję tę podtrzymuje również Leon XIV, który zlecił przygotowanie kartki na Boże Narodzenie. Mamy na niej – z jednej strony – reprodukcję mozaiki włoskiego artysty Alberto Salietti z 1955 r. przedstawiającą Pokłon Trzech Króli. Z drugiej strony umieszczono papieski herb, a pod nim odręcznie napisany tekst. Życzeniami Papieża są słowa jego poprzednika: Narodziny Pana są narodzinami pokoju (Św. Leon Wielki, Mowa 26). Pod nimi podpis Leon XIV i data: Boże Narodzenie 2025, Rok Jubileuszowy.
Włodzimierz Rędzioch/Watykan
***
Boże Narodzenie w Watykanie.
Tak będą wyglądać święta Leona XIV
FOT. VATICAN MEDIA
***
Wraz z papieską audiencją bożonarodzeniową dla Kurii Rzymskiej, w poniedziałek rano rozpoczęła się seria uroczystości i innych tradycyjnych spotkań w Watykanie, trwająca ponad dwa tygodnie. To pierwsze Boże Narodzenie Leona XIV jako papieża.
W Wigilię zamknięcie pierwszych Drzwi Świętych
W Wigilię Bożego Narodzenia o godzinie 22:00 w Bazylice św. Piotra zostanie odprawiona Pasterka. Papież Franciszek zazwyczaj odprawiał ją wczesnym wieczorem, ale teraz ponownie odbędzie się przed północą. Leon XIV przywrócił Mszę św. w Boże Narodzenie, 25 grudnia o godz. 10 w Bazylice św. Piotra, która będzie transmitowana na żywo.
W południe z centralnej loggii Bazyliki św. Piotra odbędzie się kolejne wydarzenie transmitowane na cały świat: papieskie błogosławieństwo „Urbi et Orbi” (Miastu i Światu). Nie wiadomo jeszcze, czy Leon XIV będzie kontynuował tradycję swoich poprzedników, polegającą na składaniu życzeń bożonarodzeniowych w kilku językach.
Po południu 25 grudnia, o godzinie 17:00, zostaną zamknięte pierwsze z czterech Drzwi Świętych w Rzymie. Jako pierwsza będzie Bazylika Santa Maria Maggiore. Ceremonii przewodniczyć będzie jednak nie papież, lecz archiprezbiter, kardynał Rolandas Makrickas.
W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia papież poprowadzi tradycyjną modlitwę południową Anioł Pański z pielgrzymami zgromadzonymi na Placu św. Piotra. Następnego dnia, o godzinie 11:00, planowane jest zamknięcie Drzwi Świętych w katedrze papieskiej, św. Jana na Lateranie. Nabożeństwu przewodniczyć będzie wikariusz generalny papieża dla diecezji rzymskiej, kardynał Baldassare Reina.
Następnie, w niedzielę 28 grudnia, kardynał James Harvey, jako archiprezbiter zamknie Drzwi Święte w Bazylice św. Pawła za Murami podczas uroczystego nabożeństwa.
Papież Leon XIV zakończy rok kalendarzowy 2025 „Te Deum” podczas Nieszporów w Bazylice św. Piotra; to dziękczynienie za miniony rok rozpocznie się 31 grudnia o godzinie 17:00.
Uroczystości w styczniu. Jak będą wyglądać?
W Nowy Rok papież odprawi Mszę św. w Bazylice św. Piotra o godzinie 10:00. Ojciec Święty opublikował już swoje orędzie na 59. Światowy Dzień Pokoju, który Kościół katolicki obchodzi tego dnia. W orędziu ostro krytykuje obecne globalne zbrojenia i rosnącą militaryzację myślenia
Kolejnym punktem papieskiego programu będzie zamknięcie Drzwi Świętych w Bazylice św. Piotra podczas Mszy św. we wtorek, 6 stycznia, o godzinie 9:30. Ten symboliczny akt zakończy, po 54. tygodniach, Rok Święty, który papież Franciszek zainaugurował w Boże Narodzenie 2024 roku.
Po serii bożonarodzeniowych uroczystości, 7 stycznia w Watykanie rozpocznie się długo oczekiwane dwudniowe zgromadzenie wszystkich kardynałów Kościoła z całego świata. Na pierwszym „nadzwyczajnym konsystorzu” swojego pontyfikatu papież Leon XIV zamierza omówić z nimi ważne kwestie dotyczące przyszłości Kościoła katolickiego.
Vatican media – KAI – Stacja7
***
Radość Świąt kontra obchód męczeństwa. Dlaczego czcimy św. Szczepana w oktawie Narodzenia Pańskiego?
Liturgiczny obchód męczeństwa św. Szczepana pozornie zdaje się stać w sprzeczności z radością Bożego Narodzenia. Przecież do Świąt przygotowywaliśmy się przez cały Adwent, poprzedziliśmy je dniem Wigilii, a wreszcie przyszliśmy nawet na Mszę św. w środku nocy – wszystko po to, by radować się z narodzin Boga-Człowieka. Jednak już następnego dnia Kościół zdaje się odwracać uwagę od żłóbka, by rozważać ukamienowanie św. Szczepana. Czy obchód ku czci Pierwszego Męczennika znalazł się w tym dniu przypadkiem, czy raczej ma on głębsze znaczenie?
Święty Szczepan był pierwszym męczennikiem, który oddał życie za wiarę w Chrystusa. W tym czasie Kościół był „nowonarodzony”, bo założony przez Chrystusa niewiele wcześniej. Umieszczenie obchodu ku czci świętego diakona jeszcze w oktawie Bożego Narodzenia symbolicznie łączy Narodziny Chrystusa z narodzinami Kościoła. Jak podkreślił ks. Aaron B. Huberfeld ICRSS, wspomnienia konkretnych świętych w oktawie Bożego Narodzenia mają starożytną tradycję:
Pierwsze trzy święta oktawy Bożego Narodzenia są obchodzone od starożytności. Zawsze pobożnie nazywano je Trzema Towarzyszami. Zaczynamy od św. Szczepana, zamordowanego z polecenia Szawła z Tarsu, którego nawrócenie będziemy świętować miesiąc później. Szczepan był męczennikiem loquendo et moriendo – przez swoje słowa i przez swoją śmierć. Następnego dnia wracamy do białych szat liturgicznych, ponieważ św. Jan jest jedynym Apostołem, którego nie wspomina się w czerwieni. Był on jedynym Apostołem, który nie opuścił swego Zbawiciela na Kalwarii, i dlatego Bóg postanowił, że będzie on męczennikiem loquendo sed non moriendo – przez swoje słowa, lecz nie przez śmierć: został bowiem cudownie zachowany od egzekucji i zakończył swoje życie w pokoju na wyspie Patmos. Następnie, 28 grudnia, obchodzimy święto Świętych Młodzianków Męczenników – tych maleńkich dzieci z Betlejem, które, jak modlimy się w kolekcie ich Mszy, dały świadectwo Chrystusowi non loquendo, sed moriendo – nie przez słowa, lecz przez swoją śmierć, gdyż zostały zabite przez rozszalałego Heroda na wypadek, gdyby jedno z nich było nowo narodzonym Królem[1]– napisał ks. Huberfeld na łamach portalu New Liturgical Movement.
Umieszczenie św. Szczepana w kalendarzu liturgicznym zaraz po Bożym Narodzeniu ma jeszcze głębszy powód, który można zobaczyć analizując mowę Pierwszego Męczennika wygłoszoną przed Sanhedrynem. Szczepan przedstawił w niej prawie całą historię zbawienia, począwszy od starotestamentalnych patriarchów: Abrahama, Izaaka, Jakuba i Mojżesza. To właśnie w dziejach tych postaci widzimy zapowiedzi obiecanego Mesjasza, który miał wybawić swój lud.
Abraham nie wahał się poświęcić swojego Syna, aby wypełnić Boską prośbę. Podobieństwo jego historii do Boga Ojca ofiarującego swojego Syna za nasze grzechy nasuwa się samo. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne – czytamy w Ewangelii św. Jana (J 3,16). To jeszcze nie koniec symboli mesjańskich. Izaak mający umrzeć na górze wchodził na nią niosąc drewno; podobnie kilka tysięcy lat później Chrystus niósł drzewo krzyża na Górę Kalwarię, by na jej szczycie oddać zostać zabitym dla odkupienia ludzkości. Obydwu nim śmierć nie wyrządziła szkody; Izaak został od niej uratowany, a Chrystus, choć śmierć poniósł, to jednak wyszedł z niej zwycięsko.
Kolejnym archetypem Mesjasza był Józef, sprzedany Egipcjanom przez swoich braci. Z tego złego czynu Bóg wyprowadził jednak dobro, ponieważ wiele lat później ten sam Józef – już jako wysoki urzędnik faraona – uratował swoich braci od śmierci z głodu. Historia ta powtórzyła się w osobie Chrystusa, który został wydany przez swój lud, a nawet sprzedany przez Judasza za trzydzieści srebrników. Śmierć Chrystusa była jednak elementem Bożego planu i właśnie przez nią ludzkość została wyzwolona z niewoli grzechu.
Najwięcej mesjańskich zapowiedzi znajdujemy jednak w dziejach Mojżesza. Pierwszym z nich było cudowne przejście przez Morze Czerwone, w czym Kościół widzi zwiastun paschalnego przejścia Chrystusa ze śmierci do życia – stąd opis tego wydarzenia czytany jest w czasie Wigilii Paschalnej. Mojżesz był również tym, który przekazał Prawo Narodowi Wybranemu. Podobnie Chrystus dał prawo Nowego Testamentu odkupionej ludzkości, z taką jedynie różnicą, że jako Bóg sam był autorem tego prawa. Symboli jest nawet więcej. W czasie podróży przez pustynię pod wodzą Mojżesza Bóg karmił swój lud manną, tak jak później będzie ich karmił Ciałem i Krwią swojego Syna, a miedziany wąż wywyższony na pustyni i wybawiający od śmierci jest archetypem Chrystusa wywyższonego na krzyżu, przynoszącemu wierzącym wybawienie od śmierci wiecznej. Wreszcie sam Mojżesz zapowiedział mającego nadejść Mesjasza w słowach: Proroka jak ja wzbudzi wam Bóg spośród braci waszych (Pwt 18,15).
Starotestamentalni posłannicy Boga byli niestety niejednokrotnie odrzucani. Tak stało się m.in. z Józefem sprzedanym do Egiptu czy Mojżeszem, którego faraon nie tylko nie posłuchał, ale nawet ścigał ze swoim wojskiem. Co więcej, Mojżesza odrzucił również jego własny lud, przeprowadzony niegdyś cudownie przez Morze Czerwone. Ci sami Izraelici, którzy widzieli plagi i cuda z jego ręki, a więc sami doświadczyli tego, że Bóg działał przez niego, zwątpili i zaczęli tęsknić za Egiptem. A przecież to właśnie w Egipcie cierpieli ogromny ucisk! Zamiast oddawać cześć Bogu, który ich wybawił, uczynili złotego cielca i oddawali mu cześć.
W podobny sposób Chrystus został odrzucony i zabity przez własny lud. Żydzi wydali Go na śmierć pomimo cudów, a nawet wskrzeszeń, które uczynił. I właśnie to Szczepan wypomniał Sanhedrynowi: że skazali niewinnego człowieka na śmierć. Porównał ich zachowanie do postawy braci Józefa czy Izraelitów na pustyni. Któregoż z proroków nie prześladowali wasi ojcowie? Pozabijali nawet tych, którzy przepowiadali przyjście Sprawiedliwego. A wyście zdradzili Go teraz i zamordowali. Wy, którzy otrzymaliście Prawo za pośrednictwem aniołów, lecz nie przestrzegaliście go – mówił Szczepan (Dz 7,52-53). Te słowa wywołały gniew u żydów, którzy rzucili się na świętego diakona z kamieniami. Powodem śmierci Szczepana była więc jego wiara w Chrystusa będącego wypełnieniem figur Starego Testamentu.
Mowa Szczepana miała miejsce niedługo po zakończeniu ziemskiego żywota Zbawiciela, czyli po Jego Wniebowstąpieniu. I właśnie w tej mowie Pierwszy Męczennik pokazał, że Jezus Chrystus był wypełnieniem starotestamentalnych figur i Mesjaszem oczekiwanym od dawna. Kościół, umieszczając obchód św. Szczepana jeszcze w oktawie Bożego Narodzenia, chce podkreślić – tak jak Szczepan w swojej mowie – że w tym narodzonym w Betlejem Dzieciątku wypełniły się biblijne zapowiedzi Mesjasza.
Pojawiające się 26 grudnia w kościele czerwony kolor liturgiczny i opis ukamienowania Pierwszego Męczennika pozornie stanowią pewną sprzeczność z radosnym czasem Bożego Narodzenia. W rzeczywistości jednak święto to pozwala nam lepiej zastanowić się nad tajemnicą Wcielenia, ponieważ Szczepan jako pierwszy oddał swoje życie za wiarę w Bóstwo Dzieciątka z Betlejem. Jak opisuje św. Łukasz, nawet gdy żydzi zapłonęli gniewem przeciwko Szczepanowi, on odważnie wyznawał wiarę w Bóstwo Syna Człowieczego: Gdy to usłyszeli, zawrzały gniewem ich serca i zgrzytali zębami na niego A on, pełen Ducha Świętego, patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy Boga. I rzekł: „Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga” (Dz 7,54-56).
Wśród licznych świąt kościelnych można wyróżnić święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.
Święta nakazane w 2025 roku:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak polscy biskupi zachęcają do udziału w liturgii również w te dni.
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
5 marca (środa) – Środa Popielcowa
17-19 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 30 listopada.
***
Czwarta Niedziela Adwentu
21 grudnia
***
13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA
14.00 – MSZA ŚW.
PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W poniedziałek 22 grudnia i w środę 24 grudnia – ostatnie Msze święte Roratnie w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godz. 7.00
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW, G3 7SD
fot. Daiga Ellaby/ Unsplash
***
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
środa 17 grudnia
Ojciec święty Leon XIV:
Prawdziwy skarb znajdujemy w sercu otwartym na Boga
(PCh24TV)
***
– Prawdziwą przystanią dla serca nie jest posiadanie dóbr tego świata, lecz osiągnięcie tego, co może je napełnić całkowicie, czyli miłości Boga, a raczej Boga, który jest Miłością – powiedział Ojciec Święty podczas audiencji generalnej 17 grudnia. Temat wygłoszonej katechezy brzmiał: „Pascha jako przystań dla niespokojnego serca”.
Leon XIV przypomniał, że ludzkie życie naznaczone jest nieustannym ruchem i działaniem. W świecie, który wymaga szybkości i skuteczności, rodzi się pytanie: czy w zmartwychwstaniu Chrystusa odnajdujemy odpoczynek? – Wiara mówi nam: tak, odpoczniemy. Nie będziemy bezczynni, lecz wkroczmy do odpoczynku Boga, który jest pokojem i radością – zaznaczył papież.
Ojciec Święty zauważył, że nadmiar aktywności bywa wirującym chaosem, odbierającym pokój serca. – Czasami, pod koniec dni pełnych zajęć, czujemy się puści. Dlaczego? Ponieważ nie jesteśmy maszynami, lecz „mamy serce”, a nawet więcej, możemy powiedzieć, że „jesteśmy sercem” – zaznaczył Ojciec Święty. Serce stanowi centrum naszego człowieczeństwa, miejsce, gdzie przechowujemy prawdziwy skarb, bowiem jak uczy Pan Jezus: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje”. (Mt 6, 21).
– To w sercu przechowuje się prawdziwy skarb, a nie w ziemskich sejfach, nie w wielkich inwestycjach finansowych, które dziś jak nigdy dotąd są szalone i niesprawiedliwie skoncentrowane, ubóstwiane za krwawą cenę milionów ludzkich istnień i zniszczenia Bożego stworzenia – wskazał papież. Zachęcił do odczytywania swego życia w świetle Paschy. Wyjaśnił, że oznacza to odnalezienie dostępu do istoty człowieka, do naszego niespokojnego serca.
Leon XIV zauważył, że pośród licznych zajęć, którym nieustannie stawiamy czoła, coraz częściej pojawia się ryzyko rozproszenia, braku sensu lub rozpaczy – nawet u osób pozornie odnoszących sukcesy. Zaznaczył, iż ten niepokój nie jest chaosem, lecz znakiem, że zostaliśmy stworzeni dla pełni, dla miłości. W tym kontekście papież przywołał słowa św. Augustyna, który powiedział, że nasze serce jest niespokojne, dopóki nie spocznie w Bogu.- Prawdziwą przystanią dla serca nie jest posiadanie dóbr tego świata, lecz osiągnięcie tego, co może je napełnić całkowicie, czyli miłości Boga, a raczej Boga, który jest Miłością. Ten skarb można jednak odnaleźć jedynie miłując bliźniego, którego spotykamy na naszej drodze: braci i siostry z krwi i kości, których obecność pobudza i stawia pytania naszemu sercu, wzywając je do otwarcia się i dania siebie w darze – powiedział Ojciec Święty, dodając, iż w ten sposób serce wraca do swojego źródła i odnajduje sens.
– Niespokojne serce nie będzie rozczarowane, jeśli wejdzie w dynamizm miłości, dla której jest stworzone. Cel jest pewny, życie zwyciężyło i w Chrystusie będzie nadal zwyciężało: we wszystkim, co na co dzień obumiera. Oto nadzieja chrześcijańska: błogosławmy i dziękujmy zawsze Panu, który nam ją dał! – stwierdził papież na zakończenie swojej katechezy.
źródło: KAI
***
Ostatnie dni Adwentu, od 17 grudnia, stanowią bezpośrednie przygotowanie do celebrowania Bożego Narodzenia. Charakterystyczne dla tego czasu są Wielkie Antyfony, zwane także „Antyfonami O!”, gdyż każda z nich zaczyna się właśnie od tej litery.
Wielkie O! Antyfony o niezwykłej treści
Zestawienie pierwszych liter antyfon wielkich, czytane od tyłu, daje zawołanie, które jest istotą ostatnich dni Adwentu.
fot. Józef Wolny/Tygodnik Niedziela
***
Od 17 grudnia w aklamacjach śpiewanych przed Ewangelią pojawiają się antyfony o niezwykłej treści. „Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać” – słyszymy 19 grudnia. „Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach” – rozbrzmiewa w kościołach następnego dnia. To niektóre z wezwań tzw. antyfon wielkich, śpiewanych w ostatnich dniach przed Narodzeniem Pańskim. Ich brzmienie i styl zdradzają wielowiekową tradycję. Istotnie – powstały pod koniec VI wieku, gdy na gruzach Imperium Rzymskiego w bólach rodziło się średniowiecze. Straszne to były czasy dla spadkobierców chwały dawnego Rzymu. Przez Europę przewalały się dzikie ludy, wywracając ustalony od wieków porządek, mordując lub porywając ludzi tysiącami i zajmując ich siedziby. Obrazu totalnej zagłady dopełniały kataklizmy naturalne i zarazy koszące całe społeczności. W takich okolicznościach na Stolicy Piotrowej zasiadł Grzegorz I (590–604), któremu chrześcijanie nadadzą niebawem przydomek Wielki, a Kościół wyniesie go do chwały ołtarzy, aby wreszcie ogłosić doktorem Kościoła. To za jego pontyfikatu ustalono, że Adwent w wersji rzymskiej będzie trwał 4 tygodnie, i to on wprowadził do liturgii antyfony wielkie, których treść w niezrównany sposób wyraża tęsknotę za Zbawicielem. W jego czasach ludzie, wciąż niepewni nie tylko swojego jutra, ale nawet swego dziś, zdawali sobie sprawę z chwiejności spraw tego świata. Byli zatem bardziej świadomi swojej rzeczywistej kondycji, niż są jej świadomi ludzie współcześni, żyjący w pozornej stabilizacji. Słowo Boże pozostaje jednak niezmienne. I niezmiennie aktualne pozostają zakorzenione w Starym Testamencie słowa tęsknoty. To esencja Adwentu.
Skąd się to wzięło
Mrok słabo rozjaśniony światłami lampionów – to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi na myśl w odniesieniu do Adwentu. Nastrój tajemniczości, jaki towarzyszy przygotowaniu na przyjście Zbawiciela, dobrze wyraża istotę tego okresu – czekamy przecież na nadejście wieczystej światłości. Takie jest znaczenie łacińskiego słowa adventus: przyjście, przybycie. Już w starożytności chrześcijanie określali tym słowem podwójne nadejście Chrystusa. Pierwsze odnosiło się do Mesjasza, który przyjął ciało i narodził się, gdy nadeszła „pełnia czasu”. Drugie dotyczy przyjścia Chrystusa w czasie paruzji.
Na początku chrześcijanie „adwentem” nazywali święta Bożego Narodzenia i Objawienia Pańskiego, a dopiero później zaczęto używać tego określenia na oznaczenie czasu przygotowania do tych świąt. Mogło to być najwcześniej w drugiej połowie IV wieku, bo dopiero wówczas na stałą datę obchodów Narodzenia Pańskiego wyznaczono 25 grudnia. Nie od razu jednak wyznaczono jednolity czas trwania Adwentu. Długo obok siebie istniały tradycje gallikańska i rzymska. Ta pierwsza nadała Adwentowi charakter pokutny, powiązany z postem i wzmożoną modlitwą, nieco podobny w atmosferze do Wielkiego Postu. W Rzymie było inaczej. Tam obchody Adwentu wprowadzono dopiero w drugiej połowie VI wieku i nie miały one charakteru pokutnego. Nie poszczono, położono za to akcent na liturgię, która podkreślała radosne oczekiwanie na święta Narodzenia Pańskiego.
Z upływem czasu doszło do połączenia obu tradycji, wskutek czego Adwent przyjął formę istniejącą do dzisiaj. W liturgii obecne są elementy rzymskie, akcentujące radosne oczekiwanie, a także gallikańskie, podkreślające rys ascetyczny w postaci koloru fioletowego i braku śpiewu Gloria (brak ten nie jest jednak wyrazem pokuty, jak w Wielkim Poście, ale oczekiwania na pełne wybrzmienie tego hymnu w noc Narodzenia Pańskiego).
Nowa forma była propagowana zwłaszcza przez benedyktynów i cystersów. W XIII w., w znacznym stopniu za sprawą nowych zakonów, takich jak franciszkanie, rozpowszechniła się w całym Kościele.
Im bliżej, tym gęściej
Adwent w obecnym kształcie otwiera rok liturgiczny i obejmuje cztery niedziele poprzedzające 25 grudnia. W zależności od kalendarza może więc trwać od 23 do 28 dni. Dzieli się na dwa okresy. Pierwszy, trwający od początku Adwentu do 16 grudnia, akcentuje powtórne przyjście Jezusa na końcu czasów. Znajduje to odbicie w tekstach liturgicznych.
Okres drugi, nawiązujący już bezpośrednio do uroczystości Narodzenia Pańskiego, koncentruje się na wezwaniu do powrotu do dziecięctwa Bożego. Obie części łączą czytania z Księgi Izajasza, które zapowiadają nadejście Mesjasza albo wyrażają tęsknotę za Nim. Przyjście Zbawiciela jest powodem do radości, co najmocniej podkreśla liturgia III niedzieli Adwentu, zwanej niedzielą Gaudete. Tego dnia antyfona na wejście brzmi: Gaudete in Domino (Radujcie się w Panu). Radość tę symbolizuje kolor różowy, którego można użyć podczas liturgii. Również teksty liturgiczne w tym dniu wyrażają radość z bliskiego już przyjścia Pana.
Atmosfera ostatnich dni Adwentu, poczynając od 17 grudnia, gęstnieje. Przyczyniają się do tego wspomniane wielkie antyfony, zwane także antyfonami „O!”, bo w oryginalnej wersji każda z nich zaczyna się od tego wołacza. Treść owych krótkich wezwań modlitewnych, adresowanych do Chrystusa, pochodzi ze Starego Testamentu, a pojawiające się tam imiona Boże są głęboko zakorzenione w proroctwach mesjańskich. O Sapientia, quae ex ore Altissimi prodisti… – brzmi początek pierwszej (O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego…). Kolejne zaczynają się od słów: O Adonai (Panie); O Radix (Korzeniu); O clavis David (Kluczu Dawida); O Oriens (Wschodzie); O Rex (Królu); O Emmanuel.
Pierwsze litery antyfon, zebrane razem i odczytane od tyłu, tworzą tajemnicze łacińskie hasło ERO CRAS (Będę jutro).
Żywy zabytek
Wielkie antyfony śpiewa się przed hymnem „Magnificat” podczas nieszporów w ostatnich dniach Adwentu. Od Soboru Watykańskiego II są obecne w uproszczonej formie także we Mszy św., w wersecie śpiewanym przed Ewangelią. Są to jakby okrzyki radości na cześć nadchodzącego Pana, zapowiadanego w proroctwach.
Według tradycji antyfony „O” wprowadził do liturgii papież św. Grzegorz Wielki. To wezwania do mającego się wkrótce narodzić Jezusa Chrystusa. Obecny kształt literacki nadał im żyjący w IX wieku Amalariusz z Metzu, wybitny teolog i liturgista. To za jego czasów charakter Adwentu wzbogacił się o rys eschatologiczny, stając się także czasem oczekiwania na ostateczny powrót Chrystusa w chwale.
Antyfony wielkie to żywy zabytek, liczący prawie półtora tysiąca lat tradycji, ale, jak zwykle w przestrzeni ducha, jest to tradycja ciągle pełna treści i nigdy nie traci aktualności. Mogą one służyć za podstawę wspólnych lub osobistych rozważań i modlitw. Można się nimi modlić także poza liturgią, wielokrotnie w ciągu dnia, na przykład traktując jako tzw. akty strzeliste. Bezustannie karmią duszę, bo też niezmiennie wyrażają tę samą tęsknotę kolejnych pokoleń chrześcijan za Tym, który jest już blisko. Będzie jutro.
***
Ostatnie dni Adwentu, od 17 grudnia, stanowią bezpośrednie przygotowanie do celebrowania Bożego Narodzenia. Charakterystyczne dla tego czasu są Wielkie Antyfony, zwane także „Antyfonami O!”, gdyż każda z nich zaczyna się właśnie od tej litery.
Antyfony te obecne są w liturgii Adwentu od czasów Grzegorza Wielkiego. Znane zwłaszcza z wieczornych nieszporów, kiedy śpiewamy je przed hymnem „Magnificat”, swoje miejsce znalazły też we Mszy świętej.
Treść antyfon stanowi jakby okrzyki radości, wzywające Pana różnymi imionami: Mądrość, Adonai, Korzeń Jessego, Klucz Dawida, Wschód, Król narodów czy Emmanuel. Imiona te są głęboko zakorzenione we wskazujących na oczekiwanego Mesjasza proroctwach Starego Testamentu.
Piękną obietnicę kryją również pierwsze litery wyśpiewywanych w antyfonach imion – tytułów oczekiwanego Mesjasza, stanowiące akrostych: gdy odczytamy je od tyłu, powstaje tajemnicze łacińskie hasło „Ero cras” (Emmanuel – Rex – Oriens – Clavis – Radix – Adonai – Sapientia), czyli „Jutro przybędę”.
Teksty Antyfon:
17 grudnia – Mądrości Najwyższego, która zarządzasz wszystkim mocno i łagodnie, przyjdź i naucz nas drogi roztropności (Iz 11,2-3; 28,29)
18 grudnia – Wodzu domu Izraela, który na Synaju dałeś Prawo Mojżeszowi, przyjdź nas odkupić mocą Twojego ramienia (Iz 11,4-5; 33,22)
19 grudnia – Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać (Iz 11:1; 11:10)
20 grudnia – Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach (Iz 9,6; 22:22)
21 grudnia – O Wschodzie, blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci (Iz 9,2)
22 grudnia – Królu narodów, Kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź i zbaw człowieka, którego z mułu utworzyłeś (Iz 2,4; 9,7)
23 grudnia – Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, przyjdź nas zbawić, nasz Panie i Boże (Iz 7,14)
***
Adwentowe antyfony „O”.
Kryją w sobie ważną obietnicę
Elena/Flickr
***
Gdy zestawimy łacińskie tytuły wielkich antyfon adwentowych i spojrzymy na ich pierwsze litery, to czytane od końca utworzą akrostych „Ero cras” – „Przyjdę jutro”.
Czas poprzedzający Wigilię Bożego Narodzenia to chyba najbardziej zabiegane dni w roku. Pomimo że tempo codziennych wydarzeń wydaje się zwalniać i coraz mniej myślimy o naszych zwykłych obowiązkach, to lista spraw, które wymagają szybkiego załatwienia, wciąż rośnie.
Trzeba kupić choinkę i rozejrzeć się za odpowiednią ilością karpia, wciąż jeszcze nie mamy wszystkich prezentów, w domu czekają nas porządki itp.
Wielkie antyfony adwentowe – co to jest
Tymczasem w wieczory tych grudniowych dni, od 17 do 23 grudnia, czyli w ostatnim tygodniu Adwentu,w tradycji Kościoła łacińskiego podczas modlitwy nieszporów śpiewa się lub odmawia od wieków tzw.wielkie antyfony „O”. Poprzedzały one hymn Magnificat, stanowiący dziękczynienie Maryi za łaskę cudownego poczęcia Chrystusa.
Za autora tych krótkich, zawierających trzy lub cztery wersy płomiennych wezwań modlitewnych, uważany jest św. Grzegorz Wielki – papież, którego pontyfikat przypadł na koniec VI wieku i który jest czczony zarówno przez chrześcijański Zachód, jak i Wschód. Był on równocześnie najbardziej prawdopodobnym twórcą liturgii rzymskiej.
O czym mówią antyfony „O”
Ostateczny, niezmieniony po dziś dzień, kształt literacki antyfonom miał z kolei nadać żyjący w IX wieku Amalariusz z Metzu. Każda z napisanych przez niego siedmiu antyfon na dni od 17 do 23 grudnia ma dość logiczną konstrukcję stylistyczną.
Zaczyna się od wezwania do przychodzącego Chrystusa (zawsze poprzedzonego “O”, stąd nazwa antyfon). Choć nigdy nie nazywa Go po imieniu, lecz określa opartymi na Starym Testamencie metaforami literackimi: „Mądrość, która wyszła z ust Najwyższego”, „Adonai, wódz Izraela”, „Korzeń Jessego”, „Klucz Dawida”, „Wschód”, „Król narodów” oraz „Emmanuel”.
Te dostojne synonimy potęgują uczucie tajemniczości i oczekiwania na wielkie wydarzenie. Zapadające coraz szybciej mroki wieczoru rozświetla wizja zwycięskiego władcy i króla, który – jak wschodzące o poranku słońce – przezwycięża nocny lęk i zagubienie, ogrzewając swoim nieprzemijającym i wiecznym blaskiem pogrążony w letargu świat.
„O Wschodzie, Blasku światłości wieczystej i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć żyjących w mroku i cieniu śmierci” – woła antyfona z 21 grudnia. Dobrze ona koresponduje z troparionem (specjalnym hymnem liturgicznym) śpiewanym na Wschodzie w dzień Bożego Narodzenia, który „napełnił wszechświat światłem poznania, dzięki czemu czciciele gwiazd od Gwiazdy nauczyli się czcić Ciebie, Słońce sprawiedliwości, i poznali, że Ty jesteś Wschodzącym z wysokości”.
Po każdym wezwaniu antyfony, w jej drugiej części, znajdziemy krótką prośbę o dobre owoce wcielenia, które wyzwala człowieka z jego grzesznej i słabej kondycji. Słyszymy słowa o „wyprowadzeniu z więzienia człowieka pogrążonego w cieniu śmierci”, o „wyzwoleniu potężnym ramieniem” czy też „nauczenie nas dróg roztropności”. Nacechowane optymizmem i nadzieją zapowiedzi poprzedza konsekwentnie ten sam czasownik: „przyjdź” (łac. „veni”).
***
Przyjdź, Panie Jezu!
Co ciekawe, gdy zestawimy łacińskie tytuły antyfon i spojrzymy na ich pierwsze litery, to czytane od końca utworzą akrostych „Ero cras” – „Przyjdę jutro”.
Sapientia Adonai Radix Jesse Clavis David Oriens Rex gentium Emmanuel
Przez stulecia antyfony ostatniego tygodnia przed Bożym Narodzeniem stanowiły natchnienie dla artystów i kompozytorów. Śpiewane najpierw w klasztorach w jednogłosowej tonacji chorałowej, przez wieki obudowane zostały coraz bardziej dostojnymi formami muzycznymi. Niezależnie jednak od iskrzącej się feerią dźwiękowych barw ornamentyką, wszystkie wyrażają gotowość rodzaju ludzkiego na przyjęcie przychodzącego Pana, który przed wiekami nie znalazł miejsca narodzenia, poza małą szopą za miasteczkiem.
Dzisiaj, biegnące gdzieś niepostrzeżenie między zakorkowanymi ulicami i migotającymi przedświątecznymi reklamami, słowa antyfon każą na chwilę przystanąć i zapytać się: czy jesteśmy gotowi przyjąć Dziecię narodzone w Betlejem?
Czy Jego blask i obraz dostrzegamy nie tylko w tych, którzy zmęczeni, choć zadowoleni, wracają obładowani torbami z upominkami z galerii handlowych, ale we wszystkich potrzebujących, samotnych i opuszczonych? Śpiących w środkach komunikacji miejskiej i gromadzących się w tych dniach tak licznie na wigiliach dla ubogich lub bezdomnych? W kolumnach uchodźców przemierzających pieszo Bałkany i stojących pod granicami Unii Europejskiej?
Do nich również, a może i przede wszystkim, zwracają się teksty grudniowych antyfon, z radością oznajmujących, że to, co niemożliwe dla człowieka, zawsze jest możliwe dla Boga i Jego Syna. Pan przyjdzie już jutro – do wszystkich i dla wszystkich.
Wielkie antyfony adwentowe – wezwania pełne tajemnicy
fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny
***
Wielkie antyfony wyrosły w tradycji monastycznej i znalazły swoje miejsce w liturgii godzin.
Wszystkie nawiązują do tekstów Starego Testamentu, z nich też zaczerpnęły tytuły mesjańskie: Mądrość, Adonai, Pan, Wódz Izraela, Korzeń Jessego, Znak dla narodów, Klucz Dawida, Berło domu Izraela, Wschód, Blask Światła wiecznego, Słońce Sprawiedliwości, Król narodów, Kamień węgielny Kościoła, Emmanuel, Król i Prawodawca, Zbawiciel narodów. Głębia tych tytułów budzi zachwyt, tęsknotę za Chrystusem, objawieniem się tej pełni, która nastanie wraz z Jego ostatecznym przyjściem. Zdumiewa fakt, że „imię Jezus” nie pojawia się bezpośrednio w żadnej antyfonie, natomiast każda z nich odsłania jakąś część Jego tajemnicy. Każdą z antyfon można podzielić na trzy części. W pierwszej znajduje się jeden lub kilka tytułów mesjańskich, w drugiej rozwinięcie, które stanowi komentarz. Ostatnia część to bezpośredni zwrot do Chrystusa, rozpoczynający się od słowa „przyjdź”. Antyfony to pełna tęsknoty modlitwa, żarliwe błaganie, wołanie o…
Mądrość, która wyszła z ust Najwyższego
O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego, Ty obejmujesz wszechświat od krańca do krańca i wszystkim rządzisz z mocą i słodyczą; przyjdź i naucz nas dróg roztropności.
Ta antyfona jest utkana z trzech starotestamentalnych cytatów. Pierwszy pochodzi z Księgi Syracydesa. Uosobiona Mądrość otwiera usta wobec zgromadzenia i stwierdza: „Wyszłam z ust Najwyższego i niby mgła okryłam ziemię” (24,3). Drugi zaczerpnięty jest z Księgi Mądrości. Tutaj Mądrość „sięga potężnie od krańca do krańca i włada wszystkim z dobrocią” (8,1). Z Księgi Przysłów zaczerpnięty jest motyw wzywający ludzi do prawego postępowania: „Odrzućcie głupotę i żyjcie, chodźcie drogą rozwagi!” (9,6).
Mądrością jest Boży Syn, Logos, Odwieczne Słowo. W Nim zamieszkała cała pełnia Bóstwa. On otwiera swe usta pośród swego ludu, a w Jego słowach jest Duch i życie. Słuchając ich z wiarą, otwieramy się na dar, zbliżamy się do obiecanej nam pełni. Chrystus, Odwieczne Słowo, staje się pochodnią dla naszych stóp i światłem na naszych ścieżkach, pokarmem dla pokładających w Nim nadzieję. Jednocześnie nawiązanie do biblijnej tradycji mądrościowej wskazuje na tajemnicę Trójcy oraz temat nowego stworzenia. Ojciec stwarza świat przez Słowo, swojego Syna, oraz tchnienie Ducha. Syn z łagodnością wprowadza nas w tajemnicę królestwa, obdarza łaską i chwałą, uzdalnia do tego, by żyć darem nowego życia.
Adonai, Pan, Wódz Izraela
O Adonai, Wodzu Izraela, Tyś w krzaku gorejącym objawił się Mojżeszowi i na Synaju dałeś mu Prawo; przyjdź nas wyzwolić swym potężnym ramieniem.
Ta antyfona to kompozycja czterech cytatów z Księgi Wyjścia, które stanowią niezwykle głęboką interpretację opowieści o krzewie gorejącym. Bóg wychodzi na spotkanie Mojżesza w tajemnicy krzewu, który płonie, ale się nie spala. Jest Wodzem Izraela, Tym, który prowadzi przez pustynię do ziemi obietnic. On wybawia swój lud z niewoli grzechu, działa mocą swojego potężnego ramienia, które wskazuje na wyzwalającą moc Boga.
Chrystus nazwany jest Adonai, to znaczy Pan i Władca. To tytuł, który w Starym Testamencie zarezerwowany był jedynie dla Boga. Odniesienie go do Chrystusa wskazuje na Jego Bóstwo. Słowa antyfony wskazują i na to, że teraz to człowieczeństwo Syna Bożego jest nowym krzewem gorejącym, miejscem objawienia się potęgi Bożej miłości. W Nim zostały wypełnione wszystkie obietnice. On jest nowym Mojżeszem, nową Torą, Panem i Prawodawcą. On jest Zbawicielem, którego wyglądali patriarchowie, prorocy i wszyscy, którzy poszli za ich słowem. On jest Wodzem, który prowadzi nas z niewoli grzechu ku prawdziwej wolności dzieci Bożych.
Przyjdź, o Adonai, Panie i Królu! Rozgrzej płomieniem miłości nasze letnie serca. Wypisz w ich głębi swoje Prawo. Wyzwól nas z tego, co ogranicza objawienie się Twojej chwały. Obyśmy mogli spocząć w Tobie, krzewie gorejącym, który nigdy nie przestaje płonąć żarliwą miłością.
Korzeń Jessego, Znak dla narodów
O Korzeniu Jessego, który się wznosisz jako znak dla narodów, przed Tobą zamilkną królowie, a ludy modlić się będą do Ciebie; przyjdź nas wyzwolić, już dłużej nie zwlekaj.
Do głosu w tej antyfonie dochodzą dwa wersety z Księgi Izajasza. „Owego dnia to się stanie: Korzeń Jessego stać będzie na znak dla narodów. Do niego ludy przyjdą po radę” (11,10). Autor antyfony zestawił to proroctwo z innym fragmentem, zaczerpniętym z czwartej pieśni o słudze Pańskim: „Tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed Nim usta” (Iz 52,15). Zapowiedź narodzin i odniesienie do pieśni, która mówi o cierpieniu Mesjasza, tworzą przedziwne zestawienie.
Spełnienie mesjańskich obietnic wiąże się z tajemnicą paschalną. Syn „owinięty w pieluszki i złożony w żłobie” jest znakiem dla pasterzy. Ale też On, zgodnie z proroctwem Symeona, jest znakiem, któremu sprzeciwiać się będą. W sposób szczególny ów „znak” ujawni swoje znaczenie w „godzinie Jezusa”. Ukrzyżowanie to moment, w którym narody patrzą na „Tego, którego przebili”. W zmartwychwstaniu Chrystus wychodzi z „wnętrza ziemi”, by na wielki królować w chwale Ojca. Wówczas ujawnia się potęga Bożej miłości. Ta miłość podnosi i wyzwala, uzdrawia i przebacza. Tęsknota za nią dosięga najgłębszych warstw naszego istnienia.
Klucz Dawida, Berło domu Izraela
O Kluczu Dawida i Berło domu Izraela, Ty, który otwierasz, a nikt zamknąć nie zdoła, zamykasz, a nikt nie otworzy; przyjdź i wyprowadź z więzienia człowieka, pogrążonego w mroku i cieniu śmierci.
Ta antyfona jest kompilacją trzech cytatów. Pierwszy pochodzi z Księgi Izajasza. Bóg ogłasza przez proroka: „Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy (22,22). Drugi to nawiązanie do błogosławieństwa Jakuba z Księgi Rodzaju: „Nie zostanie odjęte berło od Judy ani laska pasterska spośród kolan jego, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów!” (49,10). Trzeci zaczerpnięty jest z Psalmu 107, medytacji o wędrówce Izraelitów przez pustynię. „W swoim ucisku wołali do Pana, a On ich uwolnił od trwogi. I wyprowadził ich z ciemności i mroku, a ich kajdany pokruszył” (107,10-14).
Jezus Chrystus jest ośrodkiem wszechświata i historii, absolutnym centrum, Alfą i Omegą. On posiada pełnię władzy, która nie przeminie. Władza ta obejmuje nie tylko „dom Dawida”, czyli naród wybrany, ale rozciąga się na wszystkie ludy i narody. Słowa o więzieniu, a także o mroku i cieniu śmierci, możemy odczytywać w świetle prawdy o zstąpieniu Chrystusa do otchłani. Klucz Dawida jest zatem metaforą zmartwychwstania. Bóg wyprowadza swego Syna z krainy śmierci, pokazując, że bramy nieba pozostają dla nas otwarte. „W nadziei już jesteśmy zbawieni” (Rz 8,24).
Wschód, Blask Światła wiecznego, Słońce Sprawiedliwości
O Wschodzie, Blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci.
W antyfonie możemy odnaleźć nawiązanie do co najmniej trzech starotestamentalnych cytatów. Pierwszy, z Księgi Mądrości, ukazuje mądrość jako „odblask wieczystej światłości” (7,26). Proroctwo z Księgi Malachiasza mówi o prawdziwie pobożnych, adorujących Boga: „A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach” (3,20). Współcześnie najmniej ewidentne jest odniesienie do trzeciego cytatu z Księgi Zachariasza: „Przyjdzie mąż, a imię jego Odrośl” (6,12a). W Wulgacie, łacińskim tłumaczeniu Biblii używanym w czasie, w którym komponowano antyfony, słowo „Odrośl” przetłumaczono jako „Oriens”, czyli Wschód. W antyfonie widać także wyraźne echo pieśni Zachariasza, nowotestamentalnego kantyku, który nazywa Chrystusa Słońcem sprawiedliwości (Łk 1,79). Bóg zamieszkujący światłość niedostępną odsłonił siebie w życiu Jezusa. On przyszedł i rozproszył ciemności grzechu. On jest światłością prawdziwą oświecającą każdego człowieka, a żadna ciemność nie jest w stanie przysłonić blasku, który ma swoje źródło w Nim. I choć w tym życiu „wpatrujemy się w jasność Pańską jak w zwierciadle”, „widzimy niejasno”, to jednak kształtując je ,opierając się na nauce Chrystusa, „upodobniamy się do Jego oblicza”. Odkrywamy prawdę i osiągamy prawdziwą wolność.
Król narodów, Kamień węgielny Kościoła
O Królu narodów, przez nie upragniony; Kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź i zbaw człowieka, którego utworzyłeś z prochu ziemi.
W tej antyfonie odnajdujemy dwa starotestamentalne cytaty. Pierwszy został zaczerpnięty z Księgi Jeremiasza: „Nikogo nie można porównać do Ciebie, Panie! Jesteś wielki i wielkie jest przepotężne imię Twoje! Kto nie lękałby się Ciebie, Królu narodów?” (10,6-7). Drugi pochodzi z Księgi Izajasza: „Przeto tak mówi Pan Bóg: »Oto Ja kładę na Syjonie kamień, kamień dobrany, węgielny, cenny, do fundamentów założony. Kto wierzy, nie potknie się«” (28,16). Ten wątek został podjęty w Liście do Efezjan. Chrześcijanie zgromadzeni w Kościele nie są już „obcymi i przychodniami, ale współobywatelami świętych i domownikami Boga – zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus” (2,19-20). Antyfona zawiera także nawiązanie do dzieła stworzenia, prochu, który symbolizuje kruchość istnienia.
Wszystko przemija, wieczny jest Bóg. Przetrwać może tylko to, co z Niego. Kościół, Jego dzieło, jest przystanią i portem dla wszystkich rozbitków, rzeczywistością, w której przebywa Chrystus „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. On przez śmierć i zmartwychwstanie zburzył mur wrogości i uczynił obie części ludzkości jednością. Jeżeli pytamy o źródło jedności w Kościele, to jest nim właśnie wyrażana na różne sposoby wiara w Chrystusa Jezusa.
Emmanuel, Król i Prawodawca, Zbawiciel narodów
O Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany Zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas zbawić, nasz Panie i Boże.
Antyfona w syntetyczny sposób łączy kilka cytatów z Księgi Izajasza. Mesjasz jest Emmanuelem, Bogiem z nami, synem Dziewicy (7,14). Jednocześnie, jak stwierdza Izajasz, jest naszym sędzią, prawodawcą i królem. „On nas zbawi!” (33,22). Ten sam Izajasz żarliwie woła do Boga: „Teraz więc, Panie, Boże nasz, wybaw nas z jego ręki! I niech wiedzą wszystkie królestwa ziemi, że Ty sam jesteś Bogiem, o Panie!” (37,20). W antyfonie możemy znaleźć także aluzję do Ewangelii Jana: „Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata” (4,42).
Bóg, który wszedł w przymierze z narodem wybranym, od zawsze był bliski tym, którzy pokładali w Nim ufność. Jednak wierząc we wcielenie Syna Bożego, możemy pójść o krok dalej: Bóg nie tylko jest bliski, ale jest ludzki. Od momentu, w którym „słowo stało się ciałem”, żadne nasze doświadczenie nie jest Mu obce. Jesteśmy nie tylko w orbicie Jego zainteresowania. Wzywając Go, otwieramy się na Jego przychodzenie, doświadczamy wyzwolenia z grzechu, odnowy naszej natury. On przyszedł i zbawił to, co przyjął – obarczone słabością człowieczeństwo. Zbawia nas. Zbawia mnie.
ks. Włodzimierz Piętka –Gość Niedzielny
***
Adwent to jeszcze nie Boże Narodzenie! Czyli kiedy mamy świętować, a kiedy pościć
(opr. PCh24.pl / GS)
***
Liturgiczny okres Bożego Narodzenia trwa od wieczora 24 grudnia aż do Święta Chrztu Pańskiego. W polskiej tradycji czas świąteczny jest nawet dłuższy, a to ze względu na ludowy zwyczaj śpiewania kolęd aż do 2 lutego. Niestety coraz częściej „okresem świątecznym” staje się czas przed Świętami, kiedy to bombardowani jesteśmy świąteczną muzyką, filmami, czy produktami w sklepach. Przepiękny okres Adwentu jest pomijany, a ci, którzy „świętowali” przez cały Adwent, wraz z nadejściem Bożego Narodzenia świętowania mają już dosyć.
Kościół daje nam przepiękny i trwający nieco ponad dwa tygodnie okres Bożego Narodzenia. Rozpoczyna się on Nieszporami w Wigilię Bożego Narodzenia, czyli 24 grudnia wieczorem. To właśnie wtedy liturgiczne teksty po raz pierwszy wyrażają radość z Narodzin Zbawiciela. Kolejne obchody Bożego Narodzenia zawierają Mszę w nocy („Pasterkę”), dzień Bożego Narodzenia, a następnie całą Oktawę, czyli osiem dni świętowania. Radosny obchód Bożego Narodzenia jest więc niejako wydłużony aż do 1 stycznia włącznie. Spotkania z rodziną i znajomymi, wspólne śpiewanie kolęd, a przede wszystkim medytacja nad liturgicznymi tekstami bożonarodzeniowymi, pozwalają nam lepiej świętować Narodziny Mesjasza.
O cudowna zamiana: Stworzyciel rodzaju ludzkiego przyjmując ciało z duszą, raczył się narodzić z Dziewicy: i stając się człowiekiem bez udziału człowieka, udzielił nam swego Bóstwa – mówi treść jednej z nieszpornych antyfon na dzień 1 stycznia. Przykład ten pokazuje, że Kościół obdarza nas głębokimi tekstami bożonarodzeniowymi przez całe osiem dni.
To jednak nie koniec. Po zakończeniu Oktawy, czyli tego „rozciągniętego dnia”, okres Bożego Narodzenia trwa nadal. W jego trakcie, 6 stycznia, obchodzimy Objawienie Pańskie, znane powszechnie jako święto Trzech Króli. Uroczystość ta jest starsza nawet od samego obchodu Bożego Narodzenia, a jej szczególne znaczenie polega na tym, że wspomina ona objawienie się Narodzonego Zbawiciela mędrcom, a przez nich – całemu światu. Do 1960 r. święto to również miało swoją Oktawę, która wraz z obchodzonym 13 stycznia Świętem Chrztu Pańskiego „na dobre” kończyła okres Bożego Narodzenia. W nowym kalendarzu liturgicznym, czyli tym wprowadzonym w 1969 r., czas świąteczny również kończy się świętem Chrztu Pańskiego, które jednak obchodzi się kilka dni wcześniej, a mianowicie w niedzielę po uroczystości Trzech Króli.
Zgodnie z polską tradycją, nieformalny okres świąteczny jest jeszcze dłuższy i trwa aż do święta Ofiarowania Pańskiego 2 lutego. Chociaż w kościołach nie słyszymy już kolęd, to w domach rozbrzmiewają one jeszcze przez trzy tygodnie, a dzięki świątecznym spotkaniom radość z przyjścia Chrystusa na świat trwa nadal.
Oprócz radosnego okresu Narodzenia Pańskiego, Kościół daje nam również wyjątkowy czas na przygotowanie się do niego, czyli niespełna cztery tygodnie Adwentu. W tym czasie wyczekujemy zarówno kolejnych w naszym życiu świąt Bożego Narodzenia jak i powtórnego przyjścia Chrystusa na końcu czasów. Medytowanie nad Sądem Ostatecznym może być dla nas okazją do nawrócenia i odejścia od życia w grzechu, a rozważanie starotestamentalnych proroctw zapowiadających nadejście Mesjasza oraz drogi Matki Bożej, którą przeszła od Zwiastowania przez Nawiedzenie św. Elżbiety aż do stajenki w Betlejem, pozwala nam jeszcze bardziej pragnąć przeżycia świąt Bożego Narodzenia po raz kolejny. Maryja jako niezwykle ważna postać w dziele Zbawienia jest dla nas szczególną towarzyszką w całym Adwencie, co wyrażają choćby Roraty, czyli Msze św. ku Jej czci tradycyjnie odprawiane jeszcze przed świtem. Oczekiwanie w ciemności i jedynie przy świetle świec symbolizuje ciemność grzechu, w której pogrążona była ludzkość zanim Chrystus przyszedł na świat, by ją odkupić.
Mimo, że Adwent jest czasem radosnego przygotowania, to nie jest on jednak pozbawiony ducha pokuty. Przypomina nam o tym m.in. fioletowy kolor liturgiczny, czy też brak hymnu Gloria („Chwała na wysokości”) na niedzielnej Mszy św. W Adwencie warto zatem powziąć drobne wyrzeczenia, bo jak mówią święci przewodnicy duchowi, im więcej się umartwiamy w czasie przygotowania, tym większa będzie nasza radość, gdy przyjdą Święta. Wierni przywiązani do starej tradycji mają ku temu szczególną okazję dzięki przypadającym w 3. tygodniu Adwentu Suchym Dniom, czyli trzema dniami modlitwy i postu (środa, piątek i sobota).
Cisza i pokuta mają dobry wpływ zarówno na duszę jak i na ciało. Bardzo potrzebne jest nam odmówienie sobie jakiejś przyjemności, pójście naprzeciw swojej wygodzie poprzez wczesne wstanie na Roraty, czy rezygnacja z internetu na koszt modlitwy. Post i modlitwa pomagają nam bowiem uśmierzać nasze pożądliwości i zwracać się ku Bogu, o czym mówi sama Ewangelia. Kiedy Apostołowie zapytali Jezusa, czemu nie mogli wyrzucić konkretnego rodzaju złego ducha, On im odpowiedział: „Ten rodzaj żadnym sposobem wyjść nie może, jak tylko przez modlitwę i post” (Mk 9,28). Kiedy pościmy, nasze ciało oczyszcza się oraz uczy się posłuszeństwa naszemu rozumowi, a dzięki temu łatwiej jest nam zwalczać pokusy. Ogromną korzyść odnosi także nasza dusza, która ma okazję zerwać z ciążącym w niej grzechem, pojednać się z Bogiem bądź wzmocnić relację z Nim. Pięknym doświadczeniem jest zatem czterotygodniowe wyczekiwanie na mające się narodzić Dzieciątko, a dzięki temu radość, gdy Ono się narodzi, będzie jeszcze większa. Nic więc dziwnego, że Kościół tradycyjnie zalecał przygotowanie do wielu świąt poprzez Wigilię, czyli dzień postu. A nawet ta najsłynniejsza – Wigilia Bożego Narodzenia – zakłada powstrzymanie się od pokarmów mięsnych.
Pokutno-przygotowawczy charakter Adwentu jest czymś zupełnie przeciwnym do tego, co oferują nam sklepy, radio, czy telewizja. Motywy świąteczne królują tam już w listopadzie, próbując nakłonić nas do „świętowania” jeszcze wcześniej. Podporządkowując się takiej modzie omija nas ten przepiękny czas adwentowego przygotowania, będący jednocześnie (być może ostatnią!) okazją do nawrócenia. Tracimy również właściwy okres Bożego Narodzenia przypadający między Wigilią a świętem Chrztu Pańskiego. Kiedy on bowiem nadejdzie, czujemy zmęczenie „świętowaniem” już w Adwencie. Choinki ubrane na początku grudnia trafiają do kosza zaraz po Świętach, a muzyki świątecznej, którą byliśmy bombardowani od co najmniej miesiąca, mamy już dosyć. Adwent zostaje więc zastąpiony „okresem świątecznym”, a właściwy okres Bożego Narodzenia po prostu ginie.
Wbrew pozorom, takie zjawisko nie jest niczym nowym i w niektórych krajach trwa już od kilkuset lat. W latach 80. ubiegłego stulecia w języku angielskim pojawiło się nawet określenie „Christmas creep” („gorączka bożonarodzeniowa”), oznaczające czas świątecznych zakupów na długo przed Bożym Narodzeniem. Sprzedawcy wystawiają produkty bożonarodzeniowe wcześniej, aby wydłużyć czas rzekomo „świąteczny” i zwiększyć swoją sprzedaż. Sklepy zakładają, że trzymiesięczny okres: październik-listopad-grudzień winien być czasem największego utargu w roku.
Niestety przesunięcie świętowania Bożego Narodzenia na Adwent widoczne jest nawet we wspólnotach katolickich, choć może jeszcze nie w Polsce. W krajach Europy Zachodniej i Ameryki Północnej do porządku dziennego przeszło organizowanie parafialnych koncertów kolęd i spotkań świątecznych już od samego początku Adwentu. Tymczasem konia z rzędem temu, kto znajdzie tam świąteczne dekoracje lub kolędy w styczniu.
Czy naprawdę o to chodzi w Adwencie? Tracimy ten piękny czas refleksji i modlitwy przed jednymi z największych Świąt w roku! W końcu Boże Narodzenie to radosne świętowanie Wcielenia Syna Bożego i Jego Narodzin w Betlejem. Cała otoczka składająca się z ubierania choinki i szykowania wystroju naszych domostw, gotowania tradycyjnych potraw, a także obdarowywania się prezentami ma nam pomóc lepiej przeżyć świąteczny czas, ale nigdy nie może stać się celem samym w sobie.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
Trzecia Niedziela Adwentu
14 grudnia
fot. Bożena Sztajner/Tygodnik Niedziela
13.30 – Adoracja Najświętszego Sakramentu
(w tym czasie jestmożliwość spowiedzi św.)
14.00 – Msza święta
fot. Ranyel Paula/cathopic.com
***
Gaudete, czyli radujcie się! Najbardziej radosna Niedziela w Adwencie
Tradycja świętowania Niedzieli “Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu.
Nazwa III niedzieli Adwentu pochodzi od słów antyfony na wejście: „Gaudete in Domino”, czyli „Radujcie się zawsze w Panu”. Teksty liturgii tej niedzieli przepełnione są radością z zapowiadanego przyjścia Chrystusa i z odkupienia, jakie przynosi.
Nazywana jest także „Niedzielą różową” gdyż jest to jeden z dwóch dni w roku, kiedy kapłan może sprawować liturgię w szatach koloru różowego.
Przewaga światła
W liturgii adwentowej obowiązuje fioletowy kolor szat liturgicznych. Jako barwa powstała ze zmieszania błękitu i czerwieni, które odpowiednio wyrażają to co duchowe i to co cielesne, fiolet oznacza walkę między duchem a ciałem. Zarazem połączenie błękitu i czerwieni symbolizuje dokonane przez Wcielenie Chrystusa zjednoczenie tego co boskie i tego co ludzkie. Wyjątkiem jest III niedziela Adwentu – tzw. Niedziela „Gaudete”. Obowiązuje wtedy różowy kolor szat liturgicznych, który wyraża przewagę światła, a tym samym bliskość Bożego Narodzenia.
Kulminacyjny punkt oczekiwania
Tradycja świętowania Niedzieli „Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu. Teraz, gdy Adwent obchodzony jest jako czas radosnego oczekiwania stanowi ona bardziej kulminacyjny punkt tego okresu trafnie wyrażając jego prawdziwą tożsamość.
Adwent jest wyjątkowym czasem dla chrześcijan. Słowo adwent pochodzi z języka łacińskiego „adventus”, które oznacza przyjście. Dla starożytnych rzymian słowo to, oznaczało oficjalny przyjazd cezara. Dla chrześcijan to radosny czas przygotowania na przyjście Pana. Dlatego też Adwent jest nie tyle czasem pokuty, ile raczej czasem pobożnego i radosnego oczekiwania.
KAI/Stacja7
***
Dziś 14 grudnia wspomnienie św. Jana od Krzyża
Ukrzyżowanie według św. Jana od Krzyża
Św. Jan od Krzyża jest nie tylko autorem traktatów teologicznych, ale również rysunku przedstawiającego ukrzyżowanie Chrystusa, który różni się od popularnych przedstawień tej sceny.
W okresie, gdy Jan od Krzyża był spowiednikiem w klasztorze Wcielenia w Awili, narysował szkic przedstawiający ukrzyżowanego Chrystusa. Wyrażał on w plastyczny sposób jego wizję. Jan posiadał wrodzony talent wzmocniony uduchowionym trybem życia. Często podczas wolnych chwil rzeźbił drewniane postacie Chrystusa. Narysował też jedynego w swoim rodzaju Jezusa Ukrzyżowanego. Niektórzy twierdzą, że niejednego. Minie jeszcze sporo czasu (Jan przebywa w Awili w latach 1572—1577), zanim napisze swoje dzieła. Ale podstawowe idee duchowe kształtujące myślenie Jana od Krzyża już w nim tkwią. Są to między innymi etapy oczyszczenia, które prowadzą do zjednoczenia z Bogiem, w czym pomagają święte obrazy. „Pozwalają ulecieć ku Bogu żywemu” (DGK III 15, 2). Z tej idei narodził się ukrzyżowany Chrystus ojca Jana.
Pewnego dnia, najprawdopodobniej między 1574 a 1577 rokiem, Jan od Krzyża modlił się w wewnętrznej galerii klasztoru. Nagle objawił mu się ukrzyżowany Chrystus. Natychmiast na kartce papieru naszkicował to, co ujrzał. Była to postać Chrystusa w skrócie perspektywicznym. Ciało Jezusa przypominało skręcony stożek. Sam krzyż był prosty. Ciało martwego Jezusa, z głową opadającą na piersi, było odchylone ku przodowi. Podtrzymywały je gwoździe. Nadprzyrodzona wizja przekształciła się w straszny i okrutny obraz trudny do zaakceptowania w tamtych czasach. Można powiedzieć, że mistycyzm Jana od Krzyża przełamywał estetyczne kanony. Mamy w jego obrazie oszczędność i pewność linii, pełen niepokoju skurcz ciała, głębię przeżyć i genialny skrót perspektywiczny. Jan kontempluje Jezusa, który jest już cieniem człowieka. Jego pokaleczone ciało przybiły do krzyża grzechy ludzi, za których zginął.
Ten szkic jest czymś wyjątkowym u kogoś, kto, tak jak Jan, nie lubił osobistych zwierzeń, kto niechętnie odnosił się do doznań zmysłowych na drodze życia duchowego. Jest on jednak zgodny z jego upodobaniem dla „obrazów realistycznych i żywych, które pobudzają wolę i pobożność wiernych” (DGK, III 35, 3). Być może jest to także próba wyrażenia czegoś, czego nie można wyrazić słowami. W każdym razie szkic Jana od Krzyża nie jest co prawda cudem, ale nie jest też dziełem czysto ludzkim. To mistyczny impuls wyzwolił zdolności artystyczne Świętego. Mistyk i artysta są w równej mierze autorami tego dzieła. Byłoby błędem przesadnie realistyczne traktowanie wizji, która doprowadziła do powstania szkicu. Najprawdopodobniej Jan ujrzał ją zmysłami wewnętrznymi (w wyobraźni) lub własnym intelektem. Była ona wyraźna i jednocześnie zawierała elementy materialne.
Genialny szkic na wiele lat został zapomniany. Święty podarował go swojej ulubionej córce duchowej, s. Annie Marii od Jezusa. Przechowywała go ona ponad 40 lat. Na światło dzienne został wydobyty podczas procesu beatyfikacyjnego Jana od Krzyża. Wtedy to została wykonana kopia dzieła, którą sporządzono na potrzeby procesu. Kopia ta później zaginęła. Natomiast sam oryginalny szkic s. Anna Maria przekazała przed swoją śmiercią s. Marii Pinel, która umieściła go w specjalnym relikwiarzu. Dzięki temu stał się on dostępny dla biografów Świętego. Jeden z nich zalecił nawet wykonanie ryciny dzieła i umieścił ją w swojej książce o Janie. Był nim Hieronim od św. Józefa. Ta rycina zapoczątkowała obiegowe przedstawianie rysunku Świętego. W pewien sposób różniło się to przedstawienie od oryginału, ale miało duży wpływ na kolejne reprodukcje dzieła. W 1641 r., po śmierci s. Marii Pinel, właścicielki rysunku, został on umieszczony w relikwiarzu, w którym przebywał do 1969 roku.
W XX wieku nadszedł czas na odkrycie dzieła mistycznego Jana od Krzyża. Wraz z tym procesem odkryto także szkic ukrzyżowanego Chrystusa. Najwięksi i najwybitniejsi pisarze karmelitańscy i nie tylko poświęcili wiele stron rozważań na temat wizji Świętego. Francuski karmelita bosy, wielki znawca Świętego, Bruno de Jésus-Marie pokazał go dwóm wybitnym malarzom hiszpańskim, José Maríi Sertowi i Salvadorowi Dalí. Sert przypuszczał, że ciało Chrystusa zostało naszkicowane w pozycji horyzontalnej, gdy już stygło. Namalował w związku z tym trzy szkice, na których Chrystus znajduje się w pozycji horyzontalnej. Analiza Serta odbiega od prawdy o oryginalnym szkicu. Dziś wiadomo już z całą pewnością, że Jan od Krzyża wykonał swój rysunek, przedstawiając Chrystusa w pozycji pionowej. Również drugi artysta, Dalí, po swojemu zinterpretował genialne dzieło Świętego. Jego Chrystus św. Jana od Krzyża, wystawiony w Art Gallery w Glasgow, w formie i treści jest inny od oryginału. Postać Chrystusa jest zimna, niewzruszona, wręcz marmurowa i przypomina raczej bóstwo greckie niż dramatycznego i żywego Chrystusa z Kalwarii św. Jana od Krzyża. Również inne prace Dalíego przedstawiające ten temat mają niewiele wspólnego z dziełem Świętego.
W dobie współczesnej każdy z nas może dzięki milionowym reprodukcjom szkicu św. Jana od Krzyża obcować z tym niepojętym dziełem: owocem kunsztu artystycznego i mistycznego.
Wieczory uwielbienia czy różaniec są dobre, ale… istnieje droga prowadząca dalej. O. Serafin Maria Tyszko OCD mówi o jej opisie u św. Jana od Krzyża.
Jarosław Dudała: Załóżmy, że prowadzę jakieś życie wewnętrzne. Słyszałem, że św. Jan od Krzyża był wielkim mistrzem duchowości. Skąd mam wiedzieć, czy jego pisma to coś dla mnie?
O. Serafin Tyszko OCD: Ścieżek na drodze, którą jest Jezus, jest wiele. Ale jeżeli coś we mnie iskrzy, jeśli budzą się jakieś pragnienia na wspomnienie o św. Janie, to dlaczego nie miałbym uważać, że Duch Pański mnie do tego zaprasza?
Może dlatego, że św. Jan jest trudny? Nawet św. Teresa Wielka mówiła, że nie do końca go rozumie.
To, o czym o pisze Jan (o przeobrażającym zjednoczeniu), a także Teresa – przynajmniej do piątych mieszkań “Zamku wewnętrznego” włącznie – jest absolutnie dla wszystkich chrześcijan! A że Teresa nie do końca rozumiała Jana, to nic dziwnego. Nie ma co tego dramatyzować. Każdy z nas idzie własną ścieżką i druga osoba nigdy nie staje się mną.
Czyli nie trzeba być mnichem, mniszką czy zakonnikiem, żeby osiągać szczyty kontemplacji?
Gdyby to ode mnie zależało, to spokojnie beatyfikowałbym brata św. Teresy od Jezusa (miał na imię Lorenzo), brata św. Jana od Krzyża (Francisco) czy siostrę św. Elżbiety od Trójcy Świętej – Małgorzatę. Małgorzata, mama 9 dzieci (jedno wcześnie zmarło), która w wieku 42 lat została wdową, osiągnęła szczyty życia kontemplacyjnego w życiu małżeńsko-rodzinnym. Wzrastała przy tym w życiu kontemplacji i miłości bez szczególnego nauczania ze strony innych, poza podpowiedziami jej klauzurowej siostry.
Albo taka babcia Hala, która spotkałem w 1990 r. w Ukrainie. Dziś ma 91 lat. Przy niewielkim moim udziale poddała się pewnym Bożym działaniom, w tym intensywnej nocy ciemnej. Jestem przekonany, że prowadzi głębokie życie kontemplacyjne w ramach swojego świeckiego życia.
Kwestią jest tylko to, czy dana osoba zgodzi się na prowadzenie Boże, czerpiąc z doświadczenia Jana czy Teresy.
Zapytam więc przewrotnie: dla kogo nie jest św. Jan? Czego nie można u niego znaleźć?
Początków życia duchowego. Sam zresztą pisał, że jest szereg dobrych książek o początkach medytacji, dlatego on nie będzie się tym zajmował. – Chcę pisać o punktach stycznych, kiedy Duch Pański przeprowadza duszę z jednego poziomu na drugi, czyli o nocach ciemnych – deklarował Jan. (Teresa w ramach tzw. próby miłości w trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” mówi, że chce pisać o tym, jakie przeobrażenia i jakie oczyszczenia są potrzebne.) I wreszcie – w różnych momentach – Jan pisze o szczytach: w “Pieśni duchowej” czy “Żywym płomieniu miłości”.
Jeżeli ktoś chce czerpać z Jana początki życia duchowego, to trochę u niego znajdzie, ale niewiele.
Jeżeli ktoś chce pytać, na czym polega medytacja chrześcijańska, to też nie.
Wątku ewangelizacyjnego – kerygmatycznego, pierwszej metanoi – tam się nie znajdzie.
Trochę można znaleźć w życiorysie św. Teresy, ale nie jest to opracowane w sposób systematyczny.
Pisał Ojciec w książce “Geniusz św. Jana od Krzyża”, że droga, którą proponuje św. Jan, to droga bez atrakcji. I że jeżeli nie wyciszy się w sobie pewnego rodzaju pobożności, to w ogóle nie można wejść na tę drogę.
Może tak być, może tak być…
Pisałem to w 1988-1989 roku. Dziś bym tak tego nie nazwał. Nie mówiłbym o “braku atrakcji”. Ale tym kluczu układ podstawowy jest prosty: czy dana osoba szuka zjednoczenia ze sobą Ojca, Syna i Ducha Świętego przez wcielone Słowo Boga żywego, jakim jest Jezus, czy szuka Jego Osoby i zjednoczenia z Nim, czy raczej szuka wrażeń.
Dziś napisałbym, że Jan nie zachęca do zatrzymywania się na wrażeniach – ale to też trzeba dobrze rozumieć. Jan mówił: – Proszę bardzo: jeśli interesują cię dary, przeżycia, doznania i jest ci to potrzebne, to ja nie będę dyskutować z Duchem Świętym. Ale podpowiadam ci: jeśli nie pójdziesz w ubóstwo ducha, nie oderwiesz się od tego, to to, co na pewnym etapie w życiu duchowym ci służyło, na innym etapie będzie ci przeszkadzać.
Chce Ojciec powiedzieć, że aby pójść głębiej za św. Janem, trzeba przestać chodzić na wieczory uwielbienia, przestać odmawiać różaniec?
Nie, to zła interpretacja.
Główny problem jest taki: czy dana osoba chce zostać: niewolnikiem religijnym, strachliwym wobec Boga, czy chce – i to jest częstsze – zostać najemnikiem Boga, czyli osobą, która mówi o opłacalności (“co ja będę z tego miał, że będę odmawiał różaniec?”, “co ja będę z tego miał, że będę prowadził życie liturgiczne?” itd., itd.) Jeżeli dana osoba się na tym zatrzyma, to nie pójdzie dalej.
To nierzadkie zjawisko. Mam kontakt z wieloma dawnymi znajomymi z ruchu oazowego czy odnowy charyzmatycznej, którzy z różnych powodów tak się przyzwyczaili do doznań, przeżyć czy nawet głębszych doświadczeń, tak się przyzwyczaili do modlitw ustnych w pewnym kluczu, że dalej nie mogą pójść. Bo nie chcą wejść w większą pustkę, świętą pustkę, noc ciemną, to, co Jan nazywa próżnią – czyli głębokie ubóstwo duchowe, które sprawia, że moja przestrzeń duchowa jest otwarta na dalsze działanie. Zatrzymują się na tym poziomie. I wtedy to przeszkadza.
Natomiast to, co się dzieje po drodze, jest dobre, jeśli ta osoba daje się prowadzić dalej. Jeśli nie prowadzi modlitw ustnych na kilometry i tony, paplając i próbując zakląć Boga, żeby jej coś dał – ze zbawieniem włącznie.
Jak zaczniesz chodzić na modlitwę dla Niego, żeby to On “więcej z tego miał”, to dokonuje się jakieś pogłębienie. I wówczas rewidujesz swoje dotychczasowe zaangażowanie modlitewne – nie musisz go odrzucać. Stanowisko typu: “To ja już w ogóle nie będę uwielbiał” byłoby dziwaczne.
A że mogę się na tej atrakcji, przeżyciu, wrażeniu zatrzymać – to zupełnie inna kwestia. To się zdarza: dana osoba nie chce wejść w świętą, pierwszą, błogosławioną, będącą darem Bożym noc ciemną – czyli przejście z poziomu sentido (poziomu płytko-emocjonalnego, płytko-racjonalistycznego, podstawowo-wyobrażeniowego, fantazyjnego, doznaniowego) na poziom espiritu. Wówczas rzeczy, o których pan wspomniał – które na pewnym etapie były potrzebne, bo wyprowadziły tę osobę ze śmierci duchowej albo z bylejakości czy przeciętności kościelnej – te rzeczy zostają przywłaszczone i zaczynają przeszkadzać. To myślenie typu: “To ma być, a jak mi Pan Bóg tego nie da, to mogę się na Niego obrazić”. I zaczyna się latanie po miejscach, w których “to” dają… A Bóg mówi: “Wcale nie musisz tam latać. Ja jestem w tobie, tylko na inny sposób. Czy jesteś gotów przejść przez błogosławioną ciemną noc? Czy jesteś gotów zostawić to, co było, na rzecz ubóstwa duchowego, czyli poddania się Duchowi Bożemu, w którym wchodzisz w darmowość, bezinteresowność, a nie atrakcyjność, wrażeniowość, doznaniowość itd.?”
Wiele osób, które przyjeżdżają do nas na rekolekcje, wywodzi się z tego nurtu doznaniowego. Problem pojawia się, gdy proponuje im się coś idącego dalej. Wtedy zdarza się, że pojawia się lekkie przerażenie, bo człowiek do czegoś się przyzwyczaił, zna to, to jest jego. A kiedy wchodzi w noc ciemną, duchowe podpórki i częściowo ziemia trzęsą się, jakby nie było oparcia. Jan od Krzyża pisze o kimś takim: “oparty, a bez oparcia”. Bo nie odczuwa tego, ale jest oparty na samym Bogu. Do tej pory mógł być oparty na darach, doznaniach, wrażeniach, na przeżyciach, a Osoba była na drugim miejscu. Pytanie brzmi: czy pragnę za wszelką cenę Osoby i Jej prowadzenia, czy bardziej pragnę mieć coś dla siebie, np. doznania religijno-charyzmatyczne czy jakiekolwiek inne. I tutaj problem mają absolutnie wszyscy: czy są z różańca, czy z modlitwy ustnej, tzw. charyzmatycznej czy jakiejkolwiek innej.
A wcześniej czy później każda taka osoba stanie przed propozycją nocy ciemnej. Zgodzi się – pójdzie dalej. Nie zgodzi się – będzie krążyć na jakimś poziomie. Bóg to będzie tolerował przez jakiś czas: “Dobrze, jeśli tak sobie życzysz, wrócę za jakiś czas i znów zaproponuję ci coś dalej”. To jest niezmiernie dyskretna historia!
Załóżmy, że zgodzę się pójść dalej. Co będzie dalej?
Dalej będzie większa prostota i głębsze zjednoczenie, ale bardziej z Osobą aniżeli z działaniami Osób Boskich, bynajmniej Ich nie odrzucając. Będzie głębsze doświadczenie, ale już niekoniecznie doznaniowe, przeżyciowe. Wtedy dokonuje się paschalne “odkręcenie się” od samego siebie, a kręcenie się wokół Niego. Silniejsze stają się wiara, nadzieja i miłość jako najistotniejsze elementy życia Bożego we mnie. I zaczynam bardziej prowadzić życie w Duchu Świętym (u Teresy to jest w czwartym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”) aniżeli religijno-pobożnościowe, religijno-moralne. Jestem gotów na dobre paschalne cierpienia. Jestem gotów na bardziej ofiarną, ale roztropną służbę. Jestem bardziej gotowy na całkowite wydanie się Jemu: “zdobądź mnie, przejmij mnie, ja nie chcę już należeć do siebie, chce należeć do Ciebie”. Jan mówi, że jeśli taka osoba pozwoli żeby ją przekroczyć, Bóg – żeby jej nie zniechęcić – przeważnie daje jej pewne doświadczenia, których nie można już nazwać odczuciami, wrażeniami, atrakcjami. To jest coś bardziej subtelnego. Opisuje to zarówno w “Pieśni duchowej”, jak i w “Żywym płomieniu miłości”. To jest nieporównywalne do tego, co się działo na poziomie sentido. On tamtego poziomu nie neguje, mówi tylko: “Idź na skróty. Dlaczego idziesz drogą zmysłowo-wyobrażeniową, zamiast iść drogą duchową?”
Św. Paweł o tym samym pisze do Koryntian: nie neguję, stwierdzam, że macie wszystkie dary łaski”. Ale – mówi dalej – duchowi nie jesteście. Nie jesteście pneumatikoi. Podpowiedzieć wam, dlaczego nie jesteście pneumatikoi? Jesteście sarkikoi, czyli ludźmi starego człowieka, tyle że już z pierwszymi darami, pierwocinami Ducha. Ale duchowymi w sensie ścisłym (pneumatikoi ), poddanymi Duchowi jeszcze nie jesteście. Jesteście sarkikoi (my to tłumaczymy jako “cieleśni”, ale to nie jest do końca prawidłowe), bo zdarzają się u was takie a takie rzeczy. Ale nie neguję, że nie brak wam żadnych darów łaski.
I dokonuje się wreszcie w niektórych przypadkach – nie we wszystkich – przeobrażające, oblubieńcze, zaślubiające zjednoczenie z Bogiem, gdy ta osoba jest do głębi wolna, jest uwolniona od opinii ludzkiej i uwolniona od przywłaszczania sobie rzeczy duchowych. Jest głęboko uboga i nic jej nie brakuje. Jest miłosierna wobec braci – nie potrafi osądzać. Jest służebna, ale mądrze – ponieważ łączy w sobie miłość miłosierną z prawdą i sprawiedliwością w rozumieniu biblijnym. Może mieć pewne doświadczenia duchowe i może ich nie mieć. Może być w głębokiej oschłości przez resztę życia, ale jest cała zjednoczona i nie odchodzi od Boga.
Przeważnie ludziom towarzyszą przy tym pewne doświadczenia – niekoniecznie ekstatyczne, jak u Teresy; u Jana było tego prawdopodobnie mniej, przynajmniej nic o tym nie pisze.
Taki człowiek jest przeobrażająco zjednoczony z Bogiem. Jest u celu tego, co może się wydarzyć po tej stronie.
Potem jeszcze Jan opisuje rzeczy zupełnie niezwykłe: taka osoba jest na tyle poddana Duchowi Świętemu, że sama tchnie Ducha Świętego.
Ponieważ w jej duszy jest niebo (już teraz, nie gdzieś daleko), ponieważ ma życie wieczne w Chrystusie, Duch Święty czasem podwiewa zasłonę i ta osoba jakby zaczyna widzieć Boga, chociaż nie w sensie absolutnym – nie tak, jak po drugiej stronie. Ma też prawdziwe owoce Ducha Świętego: miłość (agape), radość, pokój…
Niektórzy są w tym kluczu widoczni, niektórzy bardzo ukryci. Taka babcia Hala… Niewiele osób odkryło, że to jest osoba prawdopodobnie głęboko zjednoczona z Bogiem. Jest uboga, prosta. Nie jest przeznaczona na świecznik.
To są piękne rzeczy! Ale bez nocy ciemnej to jest niemożliwe.
O. Serafin Maria Tyszko (ur. 1953) jest karmelitą bosym. Pochodzi ze Słupska. W Karmelu od 1979 r., kapłanem jest od roku 1985. Ponad 3 lata pracował w Ukrainie, 18 lat spędził w karmelitańskim eremickim domu modlitwy w Drzewinie koło Pruszcza Gdańskiego, obecnie (od 7 lat) w będącym w budowie klasztorze rekolekcyjnym na Zwoli koło Poznania.
Gość Niedzielny
***
piątek -12 grudnia
UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ Z GUADALUPE
Uroczysta Msza św. o godz. 19.00 w sali parafialnej przy kościele św. Piotra,
której przewodniczył będzie paulin o. Marcin Sylwan Wirkowski z Apostolstwa Różańca Świętego i Płaszcza Najświętszej Dziewicy z Guadalupe.
Podczas Mszy św. odnowienie naszego zawierzenia, aby Najświętsza Maryja Panna okryła nas swoim płaszczem.
Podczas Mszy św. w intencji dzieci zabitych przed narodzeniem, z obrazu Matki Bożej z Guadalupe, w Sanktuarium w Meksyku, wydobyło się światło, które – na oczach tysięcy wiernych – utworzyło kształt ludzkiego embrionu, podobny do obrazu widzianego podczas badań echograficznych.
Zjawisko zostało sfotografowane przez obecnych w świątyni. Zdjęcia wizerunku Matki Bożej ze świetlnym embrionem można zobaczyć na stronie internetowej Francuskiego Stowarzyszenia Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy (www.acimps.org). Jego działacze przypuszczają, że Maryja pokazała w swym łonie obraz nienarodzonego Jezusa.
Komentując zamieszczone fotografie, ks. Luis Matos ze Wspólnoty Błogosławieństw podkreśla, że nie są one odblaskiem światła zewnętrznego, np. fleszy aparatów fotograficznych. Powiększenia fotografii, zrobionych przez wiernych obecnych w sanktuarium, wyraźnie pokazują, że światło pochodzi bezpośrednio z wnętrza obrazu. Białe, intensywne światło ma formę i rozmiary ludzkiego embrionu. Widać również na nich strefy cienia, charakterystyczne dla echograficznych wizerunków płodu w łonie matki.
Tymczasem ks. José Luis Guerrero Rosado, kanonik bazyliki w Guadalupe i dyrektor Wyższego Instytutu Studiów Guadalupiańskich przestrzega przed pochopnym nazywaniem zaobserwowanego zjawiska cudem. Na stronie internetowej sanktuarium (www.virgendeguadalupe.org.mx) określa krążące w internecie doniesienia na ten temat mianem sensacyjnych. Wskazuje, że jedyne, co na razie wiadomo, to fakt, że przed wizerunkiem Matki Bożej pojawiło się światło, niewytłumaczalne w sposób naturalny. Nie jest to jednak wystarczająca podstawa, by z całą pewnością stwierdzić, że Maryja ukazała nam Jezusa jako nienarodzone dziecko – zaznacza duchowny. Argumentuje, że brak naturalnego wyjaśnienia zjawiska nie oznacza jeszcze, że dokonał się cud. Zauważa zarazem, że w sprawie tej nie wypowiedziały się jeszcze ani władze sanktuarium, ani archidiecezja Miasta Meksyk, na której terenie się ono znajduje.
DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:
Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […] oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.
***
Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
materdolorosa.pl
***
Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą ogarniamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.
Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).
Duchowa Adopcja
Może ją podjąć każdy człowiek:
obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
trwa przez dziewięć miesięcy
Zobowiązanie:
codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
modlitwa w intencji uratowania życia dziecka
Modlitwa codzienna
Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
Treść przyrzeczenia
“Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, że od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:
ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach
Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniom podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.
***
Dlaczego ochrona życia od poczęcia jest tak ważna? Odpowiedź w nauczaniu Jana Pawła II
Derrick CEYRAC | AFP
***
„W przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu” – pisał papież.– Każda ludzka istota ma prawo do absolutnego poszanowania podstawowego dobra, jakim jest życie, a uznanie tego prawa stanowi fundament współistnienia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej – przypominał Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae”.
Ekskomunika za aborcję
Nauczanie św. Jana Pawła II nt. świętości życia ludzkiego wydaje się szczególnie aktualne w kontekście ogłoszonego wyroku polskiego Trybunału Konstytucyjnego.
Wedle Katechizmu Kościoła Katolickiego, przyjętego w trakcie pontyfikatu Jana Pawła II i za jego aprobatą: „Życie ludzkie od chwili poczęcia powinno być szanowane i chronionew sposób absolutny. Już od pierwszej chwili swego istnienia istota ludzka powinna mieć przyznane prawa osoby, wśród nich nienaruszalne prawo każdej niewinnej istoty do życia” (KKK 2270).
A zatem „bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel lub środek, jest głęboko sprzeczne z prawem moralnym” (2271) i pociąga za sobą kanoniczną karę ekskomuniki.
Mówi o tym Kodeks Prawa Kanonicznego w kan. 1314. „Kto powoduje przerwanie ciąży, po zaistnieniu skutku podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa”.
Cywilizacja śmierci
„Cywilizacji śmierci” należy się przeciwstawić – wielokrotnie apelował Jan Paweł II. Budowa „cywilizacji miłości” nie jest utopią – zapewniał – i jest to najważniejsze zadanie rodziny.
W „Liście do rodzin” z 1994 r. pisze, że ta wspólnota znajduje się „pośrodku wielkiego zmagania pomiędzy dobrem a złem, między życiem a śmiercią, między miłością a wszystkim, co jest jej przeciwieństwem”.
Obrona życia od poczęcia jest tematem jednej z najważniejszych encyklik Jana Pawła II – „Evangelium vitae” z 1995 r. W encyklice tej zwraca uwagę, że zarówno teksty biblijne (np. Ps 139,13-16), jak i najstarsza Tradycja chrześcijańska (np. Didache i List do Diogneta) ostro sprzeciwiały się zamachom na niewinne życie ludzkie. Afirmując jednocześnie jego wartość od samego początku, tj. od poczęcia.
Teksty Pisma Świętego wyrażają wielki szacunek dla ludzkiej istoty w matki, co każe nam wyciągnąć logiczny wniosek, że także ona jest objęta Bożym przykazaniem: „nie zabijaj”.
Aborcja jest zawsze złem
„Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej – uczy Jan Paweł II w tejże encyklice – jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości.
Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać” (EV, 57).
Encyklika, będąca żarliwą obroną najsłabszych, jest równocześnie gorzką diagnozą współczesnej cywilizacji, nazwanej „cywilizacją śmierci”. U jej źródeł – pisze Jan Paweł II – tkwi egoizm i relatywizm etyczny. Spaczone pojęcie wolności absolutyzuje znaczenie jednostki ludzkiej i przekreśla jej solidarność z drugimi.
Efektem takich postaw jest oderwanie wolności od prawdy. Pogarda dla bezbronnych – nienarodzonych, upośledzonych, umierających, powoduje, iż sferę życia społecznego kształtuje siła.
Ograniczenie szkodliwości prawa
Legalizacja aborcji i eutanazji przez większość parlamentarną jest natomiast decyzją tyrańską wobec najbardziej bezbronnych.
Szczególna powinność – podkreśla papież Wojtyła – spoczywa na chrześcijańskich politykach, współuczestniczących w procesie kształtowania prawa. W przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu („Evangelium vitae” 73).
Polityk chrześcijański musi jednoznacznie opowiedzieć się po stronie życia, dążąc do jego całkowitej ochrony przez prawo. Nie zawsze osiągnięcie tego celu jest możliwe od razu. W takiej sytuacji może i powinien on wesprzeć te inicjatywy, które doprowadzą do ograniczenia szkodliwości już obowiązującego prawa.
Prawo do odmowy
W tym kontekście Jan Paweł II z naciskiem wskazuje na moralny obowiązek sprzeciwu wobec prawa umożliwiającego dokonywanie aborcji, niezależnie od przesłanek je usprawiedliwiających. Oznacza to także, że lekarze, personel medyczny i pielęgniarski oraz osoby kierujące instytucjami służby zdrowia, klinik i ośrodków leczniczych, powinny mieć zapewnioną możliwość odmowy uczestnictwa w planowaniu, przygotowywaniu i dokonywaniu czynów wymierzonych przeciw życiu. Kto powołuje się na sprzeciw sumienia, nie może być narażony nie tylko na sankcje karne, ale także na żadne inne ujemne konsekwencje prawne, dyscyplinarne, materialne czy zawodowe.
Z kolei w książce „Przekroczyć próg nadziei” Jan Paweł II podkreśla, że legalizacja przerywania ciąży to uprawnienia dane dorosłemu człowiekowi do pozbawienia życia człowieka nienarodzonego, czyli tego, który nie może się bronić.
„Trudno pomyśleć sytuację bardziej niesprawiedliwą i trudno tu naprawdę mówić o obsesji – odpowiada papież krytykom – gdy w grę wchodzi podstawowy nakaz prawego sumienia: to znaczy obrona prawa do życia ludzkiej istoty – niewinnej i bezbronnej”.
Wartości nienegocjowalne
Istotnym wątkiem nauczania Jana Pawła II było przypominanie o istnieniu „wartości nienegocjowalnych”, a są to te wartości, które w najbardziej podstawowy sposób chronią życia, godności i dobra osoby ludzkiej oraz jej prawa do rozwoju, muszą więc stanowić nienaruszalny fundament życia społeczności ludzkiej.
Wartości te – w świetle nauczania Kościoła – mają wymiar uniwersalny i ponadkonfesyjny: wynikają bowiem nie tylko z Objawienia, ale i z prawa naturalnego, zapisanego w każdym ludzkim sumieniu. Zaliczał do nich m.in. prawo człowieka do życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
„Podstawą tych wartości nie mogą być tymczasowe i zmienne »większości« opinii publicznej – tłumaczył Jan Paweł II w encyklice »Evangelium vitae« – ale wyłącznie uznanie obiektywnego prawa moralnego, które jako »prawo naturalne«, wpisane w serce człowieka, jest normatywnym punktem odniesienia także dla prawa cywilnego.
Gdyby na skutek tragicznego zagłuszenia sumienia zbiorowego sceptycyzm podał w wątpliwość nawet fundamentalne zasady prawa moralnego, zachwiałoby to samymi podstawami ładu demokratycznego, tak że stałby się on jedynie mechanizmem empirycznej regulacji różnych i przeciwstawnych dążeń”.
Dzień Życia
Jan Paweł II zaproponował ponadto, aby corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i w każdej kondycji.
W odpowiedzi na to wezwanie papieża, zebranie plenarne Episkopatu Polski uchwaliło w 1998 roku datę obchodów na uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca).
Aborcja wiąże się z ekskomuniką i zakazem przystępowania do sakramentów. Jak uzyskać rozgrzeszenie?
REPORTER
***
„Nie mam uprawnień, aby udzielić rozgrzeszenia z tego grzechu” – powiedział młody ksiądz głośniej, niż trzeba. Poczuła się jak odesłana od okienka w jakimś urzędzie.
Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
Nie była u spowiedzi niemal pół wieku. Można powiedzieć, że od tego dnia, gdy zostawiona przez wszystkich, także najbliższych, sama sobie, na drugim roku studiów, nie widząc innego wyjścia, poszła na “zabieg”.
Nauczyła się z tym żyć. Potem wyszła za mąż, urodziła i wychowała troje dzieci. Doczekała się wnuków. Raz, przed chrztem pierwszego dziecka, poszła do spowiedzi, aby wyznać ten grzech.
Ledwo zaczęła, po drugiej stronie kratki konfesjonału wyczuła panikę pomieszaną z wrogością. “Nie mam uprawnień, aby udzielić rozgrzeszenia z tego grzechu” – powiedział młody ksiądz głośniej, niż trzeba. Nerwowo tłumaczył jej, co powinna zrobić, z namaszczeniem wypowiadając słowo “penitencjarz”.
Poczuła się jak odesłana od okienka w jakimś urzędzie. Jakby wpadła w biurokratyczną machinę. Doszła do wniosku, że widocznie nie zasłużyła na przebaczenie, skoro mimo szczerego żalu i postanowienia, że nigdy więcej, go nie dostała.
Decyzja papieża Franciszka
Nigdy więcej nie próbowała. Aż do roku 2016. “Idź” – powiedziała córka, której wszystko opowiedziała niedawno, gdy urodził się drugi wnuk. “Teraz żaden ksiądz nie może cię odesłać”.
Wiedziała, o co jej chodzi. Słyszała o Nadzwyczajnym Jubileuszu i decyzji papieża Franciszka, że każdy ksiądz może teraz udzielić rozgrzeszenia takim, jak ona.
Ale na wszelki wypadek, gdy miesiąc później w sąsiedniej parafii drżąc z emocji klęknęła w konfesjonale, od razu powiedziała, że przyszła, bo jest Rok Miłosierdzia. Odchodziła po spowiedzi zapłakana, wdzięczna i szczęśliwa. “W tym momencie zrozumiałam najgłębszy sens Roku Miłosierdzia. Doświadczyłam go” – powiedziała potem.
Grzechy zastrzeżone
Grzech zabicia dziecka w łonie matki, nazywany aborcją, Kościół zalicza do tzw. grzechów zastrzeżonych.
“Chodzi o to, by uświadomić ludziom powagę tego grzechu” – wyjaśniał w 2010 roku ówczesny regens Penitencjarii Apostolskiej (zastępca Wielkiego Penitencjarza) bp Gianfranco Girotti. Kodeks Prawa Kanonicznego w kanonie 1398 stwierdza: “Kto powoduje przerwanie ciąży, po zaistnieniu skutku, podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa”.
Osoba ekskomunikowana nie może przystępować do sakramentów. Nie może uzyskać rozgrzeszenia z tego grzechu, także wtedy, gdy w pełni pojmuje popełnione zło, żałuje, ma mocne postanowienie poprawy i pragnie zadośćuczynić. Dopóki nie zostanie z niej zdjęta kara ekskomuniki. Nie każdy ksiądz może to zrobić. Uprawnienia ma biskup i wyznaczeni przez niego kapłani.
W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Konferencja Episkopatu Polski ujednoliciła na terenie naszego kwestię takich uprawnień i ogłosiła, którzy kapłani otrzymują jurysdykcję od swojego biskupa diecezjalnego do zwalniania z ekskomuniki związanej z grzechem aborcji (m. in. dziekani i wicedziekani, proboszczowie, księża spowiadający w katedrach). A także w jakich sytuacjach każdy spowiednik może od niej uwolnić (np. “w czasie komunii wielkanocnej, misji i rekolekcji”).
Rok Miłosierdzia
Podczas Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia na całym świecie w sprawie udzielania rozgrzeszenia z grzechu przerwania ciąży obowiązywały inne zasady. Zmienił je papież Franciszek. Po jego ogłoszeniu w liście, który otrzymał abp Rino Fisichella, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji, Franciszek napisał:
“Przebaczenia Bożego nie można odmówić nikomu, kto żałuje. Zwłaszcza jeśli ze szczerym sercem przystępuje do sakramentu spowiedzi, by pojednać się z Ojcem. Również z tego powodu postanowiłem, mimo wszelkich przeciwnych rozporządzeń, upoważnić wszystkich kapłanów w Roku Jubileuszowym do rozgrzeszenia z grzechu aborcjiosób, które jej dokonały, żałują tego z całego serca i proszą o przebaczenie“.
Dodał, że kapłani powinni się przygotować do tego wielkiego zadania, “by potrafili łączyć słowa szczerego przyjęcia z refleksją, która pomoże zrozumieć popełniony grzech oraz wskaże drogę autentycznego nawrócenia, by pojąć prawdziwe i wielkoduszne przebaczenie Ojca, który wszystko odnawia swoją obecnością”.
Jak bardzo papieżowi zależy na ułatwieniu korzystania z tego daru świadczy fakt, że jego decyzja objęła też wiernych chodzących do kościołów, gdzie sakramenty sprawują kapłani z Bractwa św. Piusa X.
Każdy ksiądz może rozgrzeszyć z aborcji
Ostatecznie papież podjął decyzję, że takie rozszerzone uprawnienia będą obowiązywały na stałe. W liście apostolskim Misericordia et misera z dnia 20 listopada 2016 roku czytamy:
Z powodu tego wymagania, aby żadna przeszkoda nie stała pomiędzy prośbą o pojednanie a Bożym przebaczeniem, udzielam od tej pory wszystkim kapłanom, na mocy ich posługi, władzy rozgrzeszania osób, które popełniły grzech aborcji.
Decyzja Franciszka nie oznacza, że zmienił stanowisko Kościoła w sprawie aborcji. W lutym 2016 r. mówił: “Aborcja to nie jest ‘mniejsze zło’. To zbrodnia. To zabić jedno, aby ocalić drugie. Tak samo postępuje mafia. To zbrodnia. To zło absolutne”.
Jednak Boże Miłosierdzie jest większe od nawet najcięższego grzechu.
Artur Stopka – publikacja 10.10.16 – aktualizacja 25.05.22/Aleteia.pl
***
Tajemnica wizerunku Matki Bożej z Guadalupe
Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe, obecny na indiańskim płaszczu uplecionym z włókien agawy, od prawie pięciu wieków spędza sen z powiek zatwardziałym agnostykom i wielu naukowcom. O jego tajemnicy z Ewą Kowalewską rozmawia Bernadeta Grabowska.
Adobe Stock
***
BERNADETA GRABOWSKA: – Czym jest acheiropoietos?
EWA KOWALEWSKA: – Wolę sformułowanie „nerukotvornyj”, a więc dzieło niewykonane ręką ludzką. Na świecie istnieją trzy takie wizerunki, ukazujące Zbawiciela i Niepokalaną: Całun Turyński, Chusta z Manoppello oraz Tilma św. Juana Diego, na której jest cudownie „zapisany” obraz Maryi Panny. Mówi się błędnie o tych dziełach, że nie mają one autora. Tymczasem ich pochodzenie jest niezwykłe, ponadnaturalne. Wpatrując się w nie, kontemplujemy oblicze samego Boga i jego Matki. To wielka, święta tajemnica. Obcujemy bowiem z czymś, co przekracza nasze ludzkie granice pojmowania. Obraz Matki Bożej z Guadalupe został namalowany ręką Matki Bożej na słabym jakościowo płótnie – z włókien agawy – niemal pięć wieków temu i trwa nienaruszony po dziś dzień…
– Jak doszło do jego powstania?
– 9 grudnia 1531 r. Matka Boża ukazała się prostemu człowiekowi, Indianinowi Juanowi Diego. Zwróciła się do niego w jego ojczystym języku nahuatl z prośbą o wybudowanie na wzgórzu Tepeyac świątyni ku Jej czci. Juan Diego udał się z tą prośbą do biskupa Juana de Zumárragi. Ten jednak – trudno się dziwić – nie uwierzył mu, ale poprosił Juana o jakiś znak. Podczas kolejnego objawienia Madonna kazała Indianinowi wejść na szczyt wzgórza Tepeyac. Jakież było jego zdziwienie, kiedy spostrzegł morze kwiatów – róż kastylijskich, niespotykanych o tej porze roku i w tym rejonie. Przepiękna Pani poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować do tilmy. Ten natychmiast udał się do biskupa i w jego obecności rozwiązał swój płaszcz. Na podłogę wysypały się kastylijskie róże, a biskup i otaczający go ludzie uklękli w zachwycie. Jednak to nie kwiaty zrobiły na nich takie wrażenie.
– Na tilmie ukazał się wizerunek Maryi…
– Tak, na rozwiniętym płaszczu uwidoczniona była jakby fotografia Madonny. Wszystkim zebranym ukazał się przepiękny wizerunek Matki Bożej ubranej w różową szatę. Jej głowę przykrywał błękitny płaszcz ze złotą lamówką i gwiazdami. Maryja miała złożone ręce, a pod Jej stopami był półksiężyc. Zebrani oniemieli, oniemiał również sam Juan Diego, który nie spodziewał się, że Matka Boża wykorzyta jego stary płaszcz, aby namalować na nim samą siebie…
– Czy naprawdę możemy wierzyć w to, że historia o cudownej Tilmie z Meksyku to nie ciekawa legenda, ale rzeczywistość sprzed prawie pięciu wieków?
– Jest wiele argumentów, które wskazują na to, że wizerunek Matki Bożej to obraz nieuczyniony ludzką ręką. Jednym z nich jest ten, że pomimo licznych naukowych badań nie można określić, jaką techniką obraz został wykonany, jakich barwników użyto przy jego powstaniu. Co więcej, zdjęcie w podczerwieni wykazało brak śladów pędzla, a sam wizerunek wskazuje bardziej na technikę wykonania zdjęcia polaroidem… Potwierdził to m.in. laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii – Richard Kuhn, który ustalił, że nie ma na obrazie śladu ani farb organicznych, ani mineralnych. Na uwagę zasługuje również niebywała trwałość materiału. Płaszcz utkany z liści agawy wytrzymuje nie więcej niż 20-30 lat. Tymczasem niemalże w 500 lat po „różanym cudzie” tkanina z wizerunkiem Madonny pozostaje tak mocna, jak tamtego grudniowego dnia.
– To nie jedyne cudowne znaki ukryte w wizerunku Matki Bożej z Guadalupe…
– Obraz Matki Bożej z Guadalupe zawiera znacznie więcej ukrytych symboli i znaków, które przybliżają nas do Bożej Tajemnicy. Jesteśmy niczym Jan, który nawiedził grób po zmartwychwstaniu Chrystusa – „ujrzał i uwierzył” (J 20, 8). Podobnie i my, kontemplując ikonę Madonny z Meksyku, przyjmujemy wiarą, ale i rozumem prawdę o Boskim pochodzeniu obrazu.
– Trudno się oprzeć wrażeniu, że Bóg przychodzi z pomocą naszej wierze, która często potrzebuje wzmocnienia…
– Bóg zawsze wychodzi naprzeciw człowiekowi. Daje wiele możliwości „spotkania”. W wizerunku Morenity z Guadalupe jednym z bardziej fascynujących elementów są oczy Matki Bożej. Otóż przy pomocy silnie powiększającego szkła możemy zauważyć w źrenicach Madonny rzecz niebywałą – wizerunek brodatego mężczyzny, podobnego do tego z najstarszych wizerunków Juana Diego. Podobny obraz odnaleziono w drugiej źrenicy Matki Bożej. Podczas badania oftalmoskopem okazało się, że światło skierowane na źrenicę Madonny reaguje refleksem, dając wrażenie wklęsłej rzeźby. Takie zjawisko nie zostało zaobserwowane na żadnym innym obrazie świata. Oznacza to, że oczy Matki Bożej z Guadalupe załamują światło dokładnie tak, jak ludzkie, żywe oczy. Co więcej, dr José Aste Tönsmann, który poświęcił badaniu oczu Matki Bożej z Guadalupe połowę swojego życia, odkrył zadziwiające zjawisko. Otóż przy powiększeniu na źrenicach Madonny widoczna jest dokładnie scena z 12 grudnia 1531 r., kiedy na tilmie pojawił się wizerunek. Widać 13 osób, jak gdyby zastygłych w bezruchu – Indianina siedzącego ze skrzyżowanymi nogami, biskupa Zumárragę, jego tłumacza Gonzaleza, Juana Diego z otwartą tilmą, czarnoskórą dziewczynę i indiańską rodzinę. Oczy Maryi żyją.
– Jak my, katolicy, powinniśmy traktować ten obraz?
– Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe jest jednym z najbardziej znanych na całym świecie. Bez wątpienia nie jest on zwykłym wizerunkiem religijnym. Jest ikoną, niosącą ze sobą konkretny przekaz ewangelicznych treści. Maryja ukazana jest jako „Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12,1). Świetliste promienie widoczne na ikonie to typowy krąg spotykany w ikonach, zwany mandorlą. Wiele mówi również symbolika kolorów – niebieski oznacza nieśmiertelność i wieczność mieszkańców nieba, różowy oznacza Bożą miłość i męczeństwo za wiarę. Królewskość Niewiasty wyraża się w pięknym, złotym oblamowaniu płaszcza. Wizerunek Madonny z Guadalupe to otwarta księga, pełna znaków i symboli… Im bardziej się w nie zagłębiamy, tym większe zdziwienie wobec dzieł Bożych pojawia się w naszym sercu.
– Dlaczego Maryja wybrała na miejsce swoich objawień w tamtym czasie Meksyk?
– Kiedy Maryja objawiła się Juanowi Diego, był to trudny czas ewangelizacji Meksyku. Do momentu inwazji konkwistadorów Aztekowie oddawali cześć różnym pogańskim bóstwom, pośród nich Quetzalcoatlowi w postaci węża. Ich przekonanie o potrzebie oddawania czci bożkom było wyjątkowo silne. Wierzono, że trzeba ich karmić krwią i sercami ludzkich ofiar. Oblicza się, że rocznie Aztekowie składali ok. 50 tys. ofiar z ludzi. Święta Panienka z Guadalupe miała prosić Juana Diego, aby nadał Jej wizerunkowi tytuł „Guadalupe”. Tymczasem „Guadalupe” jest przekręconym przez Hiszpanów słowem „Coatlallope”, które w nahuatl znaczy „Ta, która depcze głowę węża”. Indianie spostrzegli, że Maryja nie jest jakąś „zwykłą boginią”. Zrozumieli, że jest silniejsza od czczonych przez nich bóstw. Odczytując symbolikę obrazu z Guadalupe zgodnie z azteckim kodeksem, a więc dokumentem, który za pomocą obrazków miał przekazać najważniejsze prawdy Azteków, możemy być zaskoczeni ogromem indiańskich symboli zawartych w wizerunku. Dzięki temu Indianie rozpoznali w Maryi swoją największą Królową. W ciągu zaledwie 6 lat po objawieniach aż 8 mln Indian przyjęło chrzest. Dało to początek ewangelizacji całej Ameryki Łacińskiej. to był prawdziwy cud Matki Bożej, Jej wielkie zwycięstwo. Jan Paweł II nazywał Maryję z Guadalupe Gwiazdą Ewangelizacji.
– Dlaczego Morenitę z Guadalupe nazywa się patronką życia poczętego?
– Obraz Matki Bożej z Guadalupe jest szczególnie bliski wszystkim broniącym ludzkiego życia. Na swoim cudownym autoportrecie Matka Boża przedstawiła się w stanie błogosławionym. W samym centrum wizerunku, na łonie Maryi jest widoczny czteropłatkowy kwiat, przez Meksykanów nazywany Nahui Olin – Kwiatem Słońca. To symbol pełni i nowego życia. Ten niezwykły kwiat, umieszczony na łonie Maryi, z całą pewnością oznacza, że była Ona brzemienna. Dodatkowo Niepokalana ma czarną szarfę na talii, która symbolizuje stan odmienny.
– Jakie było przesłanie Matki Bożej z Guadalupe, co Maryja chce nam powiedzieć dzisiaj?
– Maryja na przestrzeni wieków ukazywała się zawsze najbiedniejszym, odrzuconym. W Lourdes – biednej, niewykształconej Bernadetcie Soubirous, w Fatimie – trojgu portugalskim pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi, w Gietrzwałdzie – dwóm dziewczynkom: Justynce i Barbarze z warmińskiej wsi. Również w Meksyku przychodzi do prostego człowieka – Juana Diego, który sercem ufa Bogu jak dziecko. Przesłanie Matki Bożej zazwyczaj jest podobne. Maryja prosi o modlitwę, o nawrócenie.
– O co dzisiaj prosi Matka Boża z Guadalupe?
– Matka Boża tak jak kiedyś, również i dziś przychodzi bronić tych najbardziej wykluczonych, bezbronnych – nienarodzonych. Maryja prosi nas o poszanowanie każdego ludzkiego życia, które jest najcenniejszym darem Boga – jest ono święte i nienaruszalne.
Tygodnik Niedziela
***
7 grudnia
Druga Niedziela Adwentu
fot. depositphotos.com
***
13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.
14.00 – MSZA ŚWIĘTA
KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS
***
papież Leon XIV:
„Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”
“Każdy z nas może być małym światełkiem, jeśli przyjmie Jezusa” – mówił Leon XIV w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”.
FOT. VATICAN MEDIA
***
Papież niedzielną modlitwę „Anioł Pański” odmówił z wiernymi zgromadzonymi na Placu św. Piotra w Watykanie. Swoje przemówienie poświęcił „duchowości Adwentu”.
Ojciec Święty zwrócił uwagę, że Ewangelia drugiej niedzieli Adwentu zapowiada nadejście królestwa Bożego, związane z wezwaniem do nawrócenia, głoszonym przez Jana Chrzciciela. W jego słowach rozbrzmiewa „Boże wezwanie, by nie igrać z życiem i wykorzystać chwilę obecną, aby przygotować się na spotkanie z Tym, który sądzi nie na podstawie pozorów, lecz na podstawie czynów i intencji serca”.
Królestwo Boże „objawi się w Jezusie Chrystusie, w łagodności i miłosierdziu”. Prorok Izajasz porównuje je do odrośli, co jest obrazem „narodzin i nowości”. Na odrośl, który wyrasta z pozornie martwego pnia, zaczyna wiać Duch Święty ze swoimi darami. (…) Jest to doświadczenie, które Kościół przeżył podczas Soboru Watykańskiego II, zakończonego dokładnie sześćdziesiąt lat temu: doświadczenie, które odnawia się, gdy wspólnie zmierzamy ku królestwu Bożemu, wszyscy pragnąc je przyjąć i służyć mu – wskazał papież. Dodając, że wówczas „realizuje się to, co po ludzku wydawałoby się niemożliwe”.
Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Przygotujmy się na Jego królestwo, przyjmijmy je – wezwał Leon XIV, zapewniając, że będzie nas prowadził Jezus. Na tym polega „duchowość Adwentu, tak świetlista i konkretna”. Iluminacje wzdłuż ulic przypominają nam, że każdy z nas może być małym światełkiem, jeśli przyjmie Jezusa, odrośl nowego świata – powiedział papież.
Stacja7.pl
***
8 grudnia
Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny
Msza święta o godz. 7 rano w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego
w Godzinie Łaski – adoracja przed Najświętszym Sakramentem od godz. 12.00 – 13.00
***
fot. radio Niepokalanów
***
Po ogłoszeniu dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi 8 grudnia 1854, bł. Pius IX ustanowił ten dzień uroczystością Niepokalanego Poczęcia. „Najświętsza Maryja Dziewica od pierwszej chwili swego poczęcia, przez łaskę i szczególny przywilej Boga wszechmogącego, na mocy przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego, została zachowana czysta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego”.
Cytowana definicja precyzyjnie wyjaśnia znaczenie tej prawdy wiary, która głosi, że Maryja została poczęta wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia: Aby być Matką Zbawiciela, „została obdarzona przez Boga godnymi tak wielkiego zadania darami”. W chwili Zwiastowania anioł Gabriel pozdrawia Ją jako „pełną łaski” (Łk 1,28). W ciągu wieków Kościół uświadomił sobie, że Maryja, napełniona „łaską” przez Boga (Łk 1,28), została odkupiona od chwili swego poczęcia. Maryja jest „odkupiona w sposób wznioślejszy ze względu na zasługi swego Syna”. Dzięki łasce Bożej Maryja przez całe życie pozostała wolna od wszelkiego grzechu osobistego Por. KKK, 490−493.
Niepokalanie poczęta Maryja – jak Ewa w raju przed grzechem, czy raczej jak każdy z nas po chrzcie?
Są ciekawe pytania dotyczące Matki Bożej, na które dogmat o Niepokalanym Poczęciu nie odpowiada wiążąco – mówi ks. prof. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
Scena zwiastowania Maryi na fresku w Sanktuarium Matki Bożej Sokalskiej.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Co to znaczy: Niepokalane Poczęcie?
Ks. prof. Jacek Kempa: Niepokalane Poczęcie to jest prawda, a nie wydarzenie. Prawda o tym, że Maryja od początku swojego istnienia, czyli od poczęcia, jest zachowana od grzechu pierworodnego.
Często Niepokalane Poczęcie Maryi jest mylone z dziewiczym poczęciem Jezusa. Tymczasem w Niepokalanym Poczęciu nie chodzi o to, jak Pan Jezus został poczęty, ale o to, Kim była Matka Boża.
Dokładnie tak. To jest mylone nieustannie i wprowadza bardzo duży zamęt. Ta pomyłka prawdopodobnie bierze się z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że ta uroczystość przypada 8 grudnia, a więc w Adwencie, w pobliżu Bożego Narodzenia.
Kolejny powód jest pewnie taki, że w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi czytamy podczas Mszy o dziewiczym poczęciu Pana Jezusa – czytamy opis sceny Zwiastowania z Ewangelii według św. Łukasza.
Bardzo możliwe. A ten fragment jest przecież czytany dlatego, że Maryja jest w nim przez Archanioła Gabriela nazwana „łaski pełną”. Tu znajduje się podstawowe ewangeliczne odniesienie do prawdy wiary, którą nazywamy Niepokalanym Poczęciem.
Co to znaczy: „pełna łaski”? Są co do tego wątpliwości, ponieważ użyte w tym miejscu greckie słowo kecharitomene nie oznacza dosłownie „pełna łaski”, a raczej „obdarowana łaską”. A to przecież mniej kategoryczne stwierdzenie.
Prawda wyrażona w dogmacie o Niepokalanym Poczęciu nie jest prostym, dosłownym powtórzeniem tego, o czym mówi nam Ewangelia. Jest daleko idącą interpretacją, wynikającą z wiary Ludu Bożego, która rozwijała się po ogłoszeniu Ewangelii, po spisaniu i zamknięciu kanonu pism Nowego Testamentu. Dlatego odwoływanie się do słowa kecharitomene jak do fundamentu jest oczywiście potrzebne, ale nie wyczerpuje treści nauki o Niepokalanym Poczęciu.
Wracam więc do pierwszego pytania – co to dokładnie znaczy: Niepokalane Poczęcie?
Ściśle odpowiada na to definicja dogmatyczna papieża Piusa IX z 1854 roku. Mówi ona, że Maryja od początku swojego istnienia jest zachowana od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego i że dzieje się to mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa.
Jakie to zachowanie od grzechu pierworodnego miało skutki dla Matki Bożej i jakie skutki ma dla nas?
Najpierw jest to zwierciadlane odbicie stwierdzenia, że Maryja jest cała święta – z tym dopowiedzeniem, że jest święta od poczęcia, a nie tak jak my, uświęcona przez chrzest sakramentalny. Nie była przecież ochrzczona. Nie było wtedy sakramentu chrztu świętego. Mówiąc jeszcze inaczej: Nie mogło być łaski chrztu, skoro nie było odkupienia dokonanego przez Pana Jezusa.
Dogmat ten orzeka więc, że to wszystko, co się składa na pełnię świętości Maryi, zostało Jej podarowane od początku Jej istnienia. Dar ten zaś otrzymała przed dokonaniem się odkupienia w Chrystusie. To obdarowanie nie wydarzyło się jakby „poza darem odkupienia”, ale na mocy przewidzianego przez Boga odkupienia ludzkości.
Czy Matka Boża była zatem jak Ewa w raju przed grzechem pierworodnym, czy raczej jak my po chrzcie świętym?
Odniesienie Maryi do Ewy w raju jest znane z Tradycji wiary. Wnosi ważne światło w rozumienie roli Maryi w historii zbawienia. Niestety, może prowadzić też do spekulacji, których prawdziwości nie sposób sprawdzić.
Prawda o Niepokalanym Poczęciu pozwala nam powiedzieć, że Maryja jest jak Ewa przed grzechem: obdarzona nadprzyrodzoną przyjaźnią z Bogiem. Umocniona tą łaską nigdy nie traci więzi z Bogiem. Jest więc „nową Ewą”, początkiem „nowego stworzenia”. Istotą tego stanu jest pozostanie w podarowanej więzi z Bogiem – czyli w łasce.
Kiedy stawia Pan alternatywę między stanem Ewy w raju a stanem człowieka po chrzcie, to zostaje wprowadzony jeszcze inny problem. Chrzest gładzi grzech pierworodny i grzechy osobiste, jeśli zostały wcześniej popełnione. Czyli, mówiąc pozytywnie, chrzest obdarza nowym życiem w Chrystusie. Wprowadza w więź z Bogiem. Czy to uświęcenie przez chrzest wprowadza nas w stan pierwszych rodziców? Intuicyjnie zawołamy „nie!”, wskazując na to, że w dalszym życiu niestety popełniamy wiele grzechów, czyli ulegamy skutkom grzechu pierworodnego, do których należy skłonność do grzeszenia. Gdybyśmy do tego dodali jeszcze tradycyjną wykładnię wiary biblijnej, że pierwsi rodzice byli wyposażeni w niezwykłe dary wolności od cierpienia i śmierci, to zamęt gotowy. Zdecydowanie chrzest nie przywraca nas do stanu rajskiego. Nawet stwierdzenie, że chrzest „przywraca” nam łaskę nie jest poprawne. On nas po prostu obdarowuje czymś, na co nie zasłużyliśmy: nowym życiem w Chrystusie, czyli łaską wielkiego, miłosiernego Ojca. Gdzie jest Maryja w tym zestawieniu? Jest jak Ewa jedynie w sensie symbolicznym, jako Matka „nowej ludzkości”, odkupionej przez Chrystusa. Poza tym nie odwracamy się już wstecz ku Ewie. Maryja nie jest wolna od cierpień, od przemijania ku śmierci. Przecież czcimy ją także jako Matkę Bolesną. Maryja, odkupiona od początku swojego istnienia przez Chrystusa, wskazuje drogę ku przyszłości – jest prawzorem naszego odkupienia. W tym sensie jest jak wszyscy ochrzczeni, a nie jak Ewa. Jej przywilejem jest to, że otrzymała ten dar od początku swojego istnienia i na mocy specjalnego Bożego przywileju. Tajemnicą tego daru, ale i Jej współpracy z nim jest jej nieprzerwana świętość, to znaczy Jej zupełne oddanie Bogu, które się nigdy nie zachwiało.
Czyli można by powiedzieć, że Matka Boża była wolna od winy, ale nie była wolna od skutków grzechu pierworodnego?
Tak. A do skutków grzechu pierworodnego należy – jak wiadomo – skłonność do grzechu osobistego. Trwały i trwają spory co do tego, czy można z dogmatu o Niepokalanym Poczęciu wyciągać wnioski sięgające stwierdzenia, że Maryja nie przeżywała skłonności do złego. Wydaje się, że takie twierdzenie prowadziłoby do osobliwego wniosku, że Maryja stoi w swej „nadziemskiej” doskonałości poniekąd wyżej od Jezusa, czyli Syna Bożego w Jego ludzkiej naturze. Bo przypomnijmy, że Syn Boży stał się człowiekiem i jako Jezus z Nazaretu był kuszony do złego, a więc musiał się mierzyć z jakiegoś rodzaju pociąganiem w stronę zła. Owszem, zwyciężał je, ale w tym doświadczeniu pociągania do złego objawia swoją solidarność z nami. Gdyby twierdzić, że Maryja takiego stanu narażania na zło – np. w postaci doświadczania zwyczajnych codziennych słabości – nie przeżywała, to trzeba by uznać, że w porządku łaski stała Ona wyżej niż Pan Jezus. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu oczywiście tego nie zakłada.
Z historii teologii wiemy, że w Kościele coraz wyraźniej rozwijało się przekonanie, iż Maryja nigdy nie popełniła żadnego grzechu, nawet lekkiego. Niemniej byli także autorzy sugerujący, że Maryja postępowała w doskonałości swojego życia. Nie popełniła nigdy grzechu ciężkiego (czyli nie zerwała nigdy swojej więzi z Bogiem), ale podlegała procesowi doskonalenia się w miłości Boga. To są otwarte kwestie. Można o nich dyskutować, bo dogmat o Niepokalanym Poczęciu tego nie przesądza.
Już święty Augustyn uważał, że Matka Boża była niepokalanie poczęta. Święto Niepokalanego Poczęcia zostało oficjalnie wprowadzone przez papieża Sykstusa IV w 1477 r. Sobór Trydencki zastrzegał, że grzech pierworodny nie dotyczy Maryi. Dlaczego w takim razie tak długo zajęło Kościołowi ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu? Przypomnijmy, że stało się to dopiero w 1854 r.
Z poglądami św. Augustyna na ten temat sprawa jest skomplikowana. Trzeba by naświetlać kontekst teologiczny, w jakim formułował swoje przemyślenia. Trudno go uznać za prekursora współcześnie ogłoszonej nauki o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Na pewno głosił świętość Maryi.
Rzeczywiście łatwiej jest wprowadzić święto do kalendarza liturgicznego niż ogłosić dogmat. Chwalenie Boga, Maryi i świętych w liturgii Kościoła nie domaga się w każdym przypadku precyzyjnych definicji. Natomiast ogłoszenie dogmatu nasuwało trudności. Czy można mówić o świętości Maryi jako efekcie dzieła odkupienia w Chrystusie? Jak można mówić, że Maryja jest od chwili poczęcia odkupiona przez Chrystusa, skoro dopiero stanie się osobą dorosłą, dopiero ma Go urodzić, a On dopiero za jakiś czas dokona dzieła Odkupienia?
Jak rozstrzygnięto tę wątpliwość?
Zwykle przywołujemy tu naukę franciszkańskiego teologa bł. Jana Dunsa Szkota, który jako pierwszy bardzo wyraźnie podkreślił, że Bóg nie jest związany biegiem historii. W swojej wszechwiedzy przewiduje, że Maryja zostanie Matką Odkupiciela. Przewidując to, udziela daru odkupienia Maryi, zanim spełni się Odkupienie przez Chrystusa.
Duns Szkot był zatem prekursorem myśli o tym, że Maryja cieszy się łaską Odkupienia za sprawą Bożego przewidzenia daru odkupienia przez Krzyż Chrystusa. I tak to zostało zapisane w definicji dogmatycznej w 1854 roku: Maryja na mocy przewidzianych zasług Zbawiciela rodzaju ludzkiego Jezusa Chrystusa została zachowana od grzechu pierworodnego.
Około czterech lat po tym uroczystym akcie miały miejsce objawienia w Lourdes. Matka Boża przedstawiła się tam św. Bernadecie jako Niepokalane Poczęcie.
Myślę, że miało to niesłychanie wielkie znaczenie dla szerokiego spopularyzowania tego tytułu Maryi i zawartej w nim treści. W każdym razie kult Maryi jako wyróżnionej przez Boga darem Niepokalanego Poczęcia rozpowszechnił się bardzo i stał się pośrednio przyczyną jeszcze większego wyniesienia Maryi w Kościele.
Szereg badaczy historii teologii mówi, że mniej więcej od tamtego czasu zaczęła się niestety umacniać także niepoprawna pobożność maryjna. Wyobrażała ona sobie Maryję nie jako jedną z nas w Kościele, jako pierwszą w Kościele, ale jako kogoś nieomal boskiego, jako osobę, którą można już tylko czcić, ale nie da się Jej naśladować. Szczęśliwie wróciliśmy do równowagi w Kościele: czcząc Maryję, nie stawiamy jej ponad ludzkością, ponad Kościołem. Jej wyjątkowa rola Matki Zbawiciela nie oddala jej od nas, Jej przywilej Niepokalanego Poczęcia nie stawia Jej ponad nami, ale czyni z Niej osobę „pierwszą w pielgrzymce wiary”.
Mówiliśmy, że ze względu na nagminne mylenie Niepokalanego Poczęcia Maryi z dziewiczym poczęciem Jezusa dość nieszczęśliwie się stało, że uroczystość Niepokalanego Poczęcia jest w Adwencie i że niemal sąsiaduje z Bożym Narodzeniem. Ale teologicznie to ma sens. Skoro definicja dogmatyczna mówi, że Niepokalane Poczęcie Maryi to skutek przewidzianych zasług Pana Jezusa, to mamy prawo – jak Dante Alighieri – nazywać Matkę Bożą „córką Swego Syna”.
Tak. Myślę, że dobrze jest przeżywać Adwent jako wielki skrót historii zbawienia. W takim szybkim résumé nauka o Niepokalanym Poczęciu ma swoje miejsce: oto po wiekach oczekiwania w narodzie wybranym pojawia się osoba, która jest przygotowana przez Boga do tego, żeby stać się Matką Zbawiciela. Tak, to bardzo pasuje! Należy tylko przesunąć akcent z tego nieprawidłowego skojarzenia z poczęciem Jezusa…
rozmawiał: Jarosław Dudała/Gość Niedzielny
***
Niepokalane Poczęcie: kto tu kogo począł? Uroczystość, której wielu katolików nie rozumie.
CERES/Wikipedia | Domena publiczna
***
8 grudnia świętujemy nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś zupełnie innego.
Niepokalane Poczęcie Maryi, którego uroczystość obchodzimy w liturgii 8 grudnia, często bywa mylone z Jej dziewiczym macierzyństwem. To pierwsza sprawa, którą warto wyjaśnić.
Świętujemy dzisiaj nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś innego. A mianowicie o to, że Bóg, wybierając Ją jeszcze przed Jej urodzeniem na Matkę swojego Syna, przygotował Ją do tej roli, pozwalając Jej począć się i urodzić bez obciążenia grzechem pierworodnym.
Pełna łaski
Nie znaczy to, że Maryja była pozbawiona jakiejś części ludzkiego doświadczenia czy bagażu człowieczej natury. Bóg Jej niczego nie odjął. Wręcz przeciwnie. Można powiedzieć, że od czasów Adama i Ewy była pierwszym pełnym człowiekiem. Grzech jest w nas pewnym brakiem. Grzech pierworodny to rana, pęknięcie w naturze, z którym się rodzimy. W Niej tego braku nie było.
Była i pozostała pełna – Pełna łaski – bo miała stać się Matką Tego, który jest w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem. Aby Jezus – tak jak od Ojca otrzymał pełnię bóstwa – tak po Matce mógł odziedziczyć pełne, niewybrakowane grzechem człowieczeństwo.
Nie znaczy to, że Maryi nie dotyczył problem grzechu pierworodnego i że nie potrzebowała odkupienia. Ta pełnia uzdrowionego człowieczeństwa została Jej podarowana dzięki męce, śmierci i zmartwychwstaniu Syna. Tyle, że niejako przed czasem.
Próbując jakoś wyrazić tę uprzedniość, liturgia mówi, że stało się to na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa. Pan mógł to tak urządzić, bo w przeciwieństwie do nas nie jest ograniczony czasem. U Niego wszystko jest teraz.
To przygotowanie, którego Bóg dokonał w Maryi, nie oznacza także jakiegokolwiek ograniczenia Jej woli. Maryja nie była zmuszona zostać Matką Boga, choć oczywiście łatwiej Jej było dzięki temu powiedzieć: Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie. O ile coś takiego w ogóle może być łatwe.
Niespętana, nieograniczona grzechem była w momencie decyzji i w każdym innym momencie swojego życia najbardziej wolnym stworzeniem, jakie kiedykolwiek chodziło po ziemi. Bardziej wolny jest już tylko Jezus, ale On nie jest stworzeniem, lecz Stwórcą. Nie kimś wolnym, ale samą Wolnością.
Bez grzechu
Z powyższego akapitu można wyciągnąć wniosek, że Maryi w ogóle było łatwiej czynić dobro i unikać grzechu. To prawda. Nie miała w sobie niszczącego wolność kosmicznego wirusa grzechu. Tylko powiedzmy sobie szczerze, że to jest względne ułatwienie w świecie skażonym grzechem. Pełnia niewinności to także maksymalna wrażliwość na najmniejsze nawet zło.
Maryja była trochę jak główna bohaterka Miasta ślepców (nota bene świetna rola Julianne Moore, znanej szerzej jako pani prezydent Coin z Igrzysk śmierci). Jedyna widząca wśród niewidomych, pochłoniętych egoistyczną walką o przetrwanie. Jeśli to znaczy, że miała łatwiej, to owszem – miała łatwiej. Dodajmy tylko, że do programu tego łatwiej należało stanie pod krzyżem i Wielka Sobota.
W to szczególne, uprzednie wybranie i przygotowanie Maryi, w tę Jej zachwycającą i dającą nam nadzieję wolność Kościół wierzył od samego początku. Nie jest to wymysł Piusa IX, który korzystając z bycia papieżem, narzucił go innym.
Wiara w Niepokalane Poczęcie ma swoją podstawę w Piśmie Świętym. Składają się na nią: zapowiedź nieprzyjaźni między Niewiastą a wężem, która kończy się zmiażdżeniem głowy tego ostatniego przez jej Potomstwo; obrazy starotestamentalne, w których Kościół widział od samego początku zapowiedź Maryi (Arka Przymierza, lilia między cierniem, ziemia kapłańska, runo Gedeona – tak, dobrze wam się kojarzy, Godzinki są przecież o Niepokalanym Poczęciu).
A także określenia Pełna łaski oraz błogosławiona między niewiastami, jakich używają w stosunku do niej Gabriel i Elżbieta.
Jestem Niepokalane Poczęcie
Wiarę tę podzielali również ojcowie Kościoła, nazywając ją czystą, niewinną i bez skazy. Na Wschodzie od VII, a na Zachodzie od VIII wieku obchodzono święto Poczęcia Maryi. Zastrzeżenia zgłaszali późniejsi teologowie (w tym święci Bernard i Tomasz z Akwinu).
Ale to dlatego, że nie za bardzo zgadzało im się to z prawdą o tym, że grzech pierworodny dotyczy wszystkich ludzi i że wszyscy potrzebują odkupienia. Sprawę wyjaśnił ostatecznie kilka wieków później doktor subtelny, czyli błogosławiony Jan Duns Szkot. A i my już to sobie wyjaśniliśmy powyżej.
Ogłoszenie dogmatu przez Piusa IX nie polegało więc na wyciągnięciu nikomu nieznanego wcześniej poglądu teologicznego z papieskiej tiary. Chodziło raczej o ostateczne zdefiniowanie formalne i potwierdzenie prawdy wiary, jaką Kościół nosił w swoim łonie i wyznawał od samego początku.
Kościół na Wschodzie wierzy tak samo. A jego dystans do rzeczonego dogmatu wynika z przekonania, iż definiowanie i ogłaszanie prawd wiary jest raczej kompetencją soboru niż pojedynczych biskupów (choćby był to biskup samego Rzymu).
Objawienie prywatne
W tym kontekście warto dodać, że była to inicjatywa oddolna i to dochodząca do głosu już od dobrych kilku wieków. Samo ogłoszenie bulli Niewysłowiony Bóg (Ineffabilis Deus) papież poprzedził konsultacjami z komisją teologów, konsystorzem kardynałów i biskupami całego świata. Mieli oni za zadanie napisać, jak wiara w Niepokalane Poczęcie miewa się w praktyce religijnej ich wiernych.
Cztery lata po ogłoszeniu dogmatu do całej sprawy uprzejma była odnieść się nawet sama Zainteresowana. Bernadecie Soubirous (prostej dziewczynie, którą trudno posądzać o dogłębną wiedzę teologiczną) Maryja przedstawiła się, mówiąc: Jestem Niepokalane Poczęcie.
W objawienia prywatne – w przeciwieństwie do dogmatów – katolik nie ma co prawda obowiązku wierzyć, ale trzeba przyznać, że Maryja trafiła w Lourdes w samo sedno. Jesteśmy tym, co pozwolimy zrobić ze sobą Bogu. Jesteśmy tym, co otrzymamy od Niego. Jeśli chcemy być w pełni sobą, w pełni ludźmi, to tylko On może dać nam tę pełnię.
W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny 8 grudnia każdego roku od godz. 12:00 do 13:00 trwa Godzina Łaski.
Adobe Stock
***
O tej godzinie Maryja obiecuje morze łask i zachęca do modlitwy w kościele, a jeżeli to nie jest to możliwe, można także prosić o łaski w domu, pracy, tam, gdzie akurat przebywamy. To wezwanie do modlitwy nie tylko swoich i swojej rodziny intencjach, lecz także pokój na świecie, Kościół i nawrócenie grzeszników, a także do ofiary i pokuty.
Niewielu w Polsce słyszało o objawieniach Matki Bożej w Montichiari-Fontanelle, choć przyjęło się już w licznych parafiach nabożeństwo zwane Godziną Łaski. U jego początków są właśnie objawienia Matki Bożej Róży Duchownej we włoskim Montichiari.
O niewielkim miasteczku w północnej Italii, u podnóża Alp, 20 km od Brescii, zrobiło się głośno tuż po II wojnie światowej. Wówczas to, w roku 1946, najpierw w Montichiari, a potem – w następnych latach – w położonej nieco na uboczu dzielnicy Fontanelle Matka Boża wielokrotnie ukazała się Pierinie Gilli, pielęgniarce z miejscowego szpitala. Dzięki tym objawieniom miasteczko zupełnie zmieniło swój charakter, m.in. w górującym nad okolicą starym zamku, zwanym obecnie Zamkiem Maryi, ulokowano ośrodek dla ludzi chorych i starych, natomiast przy źródle w Fontanelle – według życzenia Maryi – powstał ogromny ośrodek leczniczy z basenami z leczącą wodą z poświęconego przez Najświętszą Pannę źródła.
Pierina Gilli
Powiernicą Matki Bożej – jak wspomniałem – była Pierina Gilli, urodzona 3 sierpnia 1911 r. w wiosce San Giorgio pod Montichiari. Pochodziła ona z biednej, wielodzietnej rodziny. Gdy jej ojciec, Pancrazio, zmarł wskutek ran odniesionych podczas I wojny światowej, mała Pierina trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Sytuacja materialna rodziny poprawiła się, kiedy jej matka, Rosa, wyszła powtórnie za mąż, i Pierina mogła wrócić do domu. Była jednak źle traktowana przez ojczyma. W trudnych chwilach – jak wspominała – śpiewała Litanię loretańską do Matki Bożej, by powstrzymać jego agresję.
W wieku 18 lat podjęła pracę jako pielęgniarka w szpitalu w Montichiari. Przekonana od dzieciństwa o opiece Matki Bożej, pragnęła wstąpić do zakonu, jednak z powodu słabego zdrowia i braku posagu nie została przyjęta. Nie załamując się, oddała Maryi swoje życie. Postanowiła równocześnie praktykować uczynki miłosierdzia i pokuty. Pod wpływem duchowych natchnień złożyła prywatny ślub czystości i odmówiła zamążpójścia. Celem wybranej przez nią drogi było uświęcenie własne, a także ofiarowanie praktyk pokutnych oraz cierpień za przeżywających trudności kapłanów oraz osoby konsekrowane.
Ponownie starała się o przyjęcie do zakonu w 32. roku życia. Choć została przyjęta do Zgromadzenia Służebnic Miłosierdzia, nie złożyła ślubów wieczystych, głównie z powodu nękających ją ciężkich chorób. W wieku 35 lat po raz pierwszy miała widzenie Matki Bożej.
Objawienia Róży Duchownej
Pierwsze objawienie Pierina przeżyła 24 listopada 1946 r. podczas pracy w szpitalu. Ujrzała płaczącą Madonnę z zanurzonymi w piersi trzema mieczami. Szatę Maryi zdobiły trzy róże: biała, czerwona i złota. Maryja nazwała siebie Różą Duchowną. Głównym przesłaniem była prośba o szerzenie kultu Matki Bożej Róży Duchownej w intencji uświęcenia dusz konsekrowanych. Kiedy Pierina opowiedziała o tym widzeniu swojemu spowiednikowi, nie znalazła zrozumienia, co więcej – nakazał jej milczenie.
Podczas kolejnych widzeń i mistycznych ekstaz Pierina widziała Matkę Bożą w różnych miejscach: w domowym oratorium, w szpitalnej sali, w domowej kaplicy, w kościołach… Świadkami tych objawień były setki osób. W licznych orędziach Matka Boża nawiązywała do wielkich objawień: w Lourdes – nazywając się Niepokalanym Poczęciem; w Fatimie – pragnąc, aby rozwijano w zgromadzeniach zakonnych nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca i czczono Ją pod wezwaniem Róży Duchownej (Mistycznej); na rue du Bac w Paryżu – nakazując wybicie medalika podobnego do tego z 1830 r., kiedy to miały miejsce objawienia św. Katarzynie Labouré. Już bodaj z tego wynika, że przesłania Maryi w Montichiari okazały się bardzo kościelne, a tym samym uniwersalne, stąd też figury Matki Bożej Róży Duchownej zaczęto wkrótce stawiać w wielu kościołach na całym świecie.
Fenomenem tych objawień jest wspomniana Godzina Łaski: 60 minut między godz. 12.00 a 13.00 w dniu 8 grudnia, czyli w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi. Oto Jej słowa: „Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu”.
Słowo Kościoła
Objawienia z Montichiari przez wiele lat nie były zatwierdzone przez Kościół, mimo że potwierdziły je cuda uzdrowień, zjawiska świetlne i słoneczne oglądane wielokrotnie w Montichiari, a nawet to, że papież Paweł VI miał na swoim biurku statuę pielgrzymującej Madonny Róży Duchownej.
Biskup Brescii Giacinto Tredici, który ostatecznie musiał wydać werdykt o prawdziwości objawień, nie będąc im przeciwny, sugerował Pierinie Gilli życie w ukryciu. Ta pokornie zastosowała się do zaleceń i przez wiele lat mieszkała w skromnym domku przy franciszkańskim klasztorze w Fontanelle, gdzie spotykała się z pielgrzymami w swojej niedużej kaplicy. Aż do śmierci prowadziła pustelnicze życie. Poświęciła się modlitwie i pokucie, jednak nigdy nie przywdziała habitu zakonnego. Zmarła w opinii świętości 12 stycznia 1991 r., nie doczekawszy się zatwierdzenia objawień. Jej grób i miejsca objawień odwiedza rocznie ponad 100 tys. pielgrzymów.
Kolejny biskup Brescii, Giulio Sanguinetti, widząc, jak statuy Maryi z trzema różami na piersiach lub też z trzema mieczami zdobywają świat, 15 sierpnia 2000 r. uznał kult Matki Bożej Róży Duchownej z objawień w Montichiari. Przesłał także list do dwóch stowarzyszeń, które spontanicznie zajmowały się miejscami kultu w Fontanelle. Poinformował je o mianowaniu „kapłana, który ma zająć się sprawą kultu, w osobie Pierino Bosellego, dyrektora diecezjalnego wydziału do spraw liturgii”. Wkrótce w Montichiari powstało nowe stowarzyszenie, utworzone z dwóch dotychczasowych, zatwierdzone przez biskupa i przez proboszcza Montichiari ks. Franco Bertoniego. Jego celem jest szerzenie pobożności do Matki Bożej w Fontanelle. To nowe stowarzyszenie nazywa się Róża Duchowna – Fontanelle.
Uznanie objawień Róży Duchownej wpłynęło na jeszcze liczniejsze fundowanie świątyń pod tym wezwaniem, powstały nowe ruchy religijne; także wiele osób, które odwiedzają i poznają Montichiari, odkrywa powołanie kapłańskie lub zakonne. Chociaż więc objawienia w Montichiari-Fontanelle nie wniosły szczególnie wiele nowego czy to do teologii, czy do pobożności maryjnej, to należałoby napisać, że Bóg zawsze wybiera sobie tylko znany i właściwy moment na swoje przesłanie do Kościoła i świata. Orędzie Matki Bożej z Montichiari jest wołaniem o zagrożoną świętość kapłanów i osób konsekrowanych, jest wezwaniem do modlitwy, do podejmowania dzieł zadośćuczynienia i pokuty szczególnie za tych kapłanów, którzy przeżywają kryzys wiary, a nierzadko odchodzą z drogi powołania lub nawet otwarcie zaczynają walczyć z Kościołem.
„Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie, ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie nawiedzić kościoła, a będzie modlił się w południe w domu, ten także otrzyma za moim pośrednictwem wiele łask. Każdy, kto będzie modlić się w tej intencji i wylewał łzy pokuty, odnajdzie pewną drabinę niebieską, przez me macierzyńskie Serce będzie też miał zapewnioną opiekę i łaskę. Spójrz na to Serce, które tak umiłowało ludzkość, ale większość ludzi tylko rzuca w nie obelgami. Jeśli dobrzy i źli zjednoczą się w modlitwie, dostąpią przez to Serce miłosierdzia i otrzymają dar pokoju”.
Prośby i obietnice
1. Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata.
2. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała.
3. Będą masowe nawrócenia.
4. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga.
5. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich.
6. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona.
7. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny łaski.
8. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu.
Czesław Ryszka/Tygodnik Niedziela
***
Ten jeden obraz w Barcelonie zatrzymał mnie w pół kroku. Nie spodziewałam się, że zmieni moją wiarę
Museu Nacional d’Art de Catalunya/ Public Domain/ Canva
Inmaculada (Zurbarán, Barcelona)
***
Pojechałam do Hiszpanii wygłosić wykład o dekonstrukcji symboli teologicznych w malarstwie. Weszłam do muzeum tylko „przy okazji”. A wtedy wydarzyło się coś, czego nie przewidziałam.
Gdy praca staje się pustą bieganiną
Samolot przechylał się nad Barceloną, a ja patrzyłam w mleczną mgłę z coraz cięższym sercem. Słoneczna Hiszpania. Akurat. Bardziej jak Londyn. Jechałam z kolejnym wykładem — dekonstrukcja symboli teologicznych w malarstwie współczesnym. Temat ukochany, a mimo to czułam w sobie wypalenie, jakby moje przemyślenia były skazane na porażkę w świecie, który nie ma już czasu na piękno.
Przez całą drogę wracało do mnie jedno pytanie: po co ja to jeszcze robię?
Ludzie wolą rolki, Tik Toka, śmieszne filtry, migoczące obrazy. Jak coś o sztuce to w 10 sekund, zabawnie. A ja próbuję mówić o ikonografii, o tradycji, o teologicznych sensach, o ukrytych symbolach które wymagają ciszy, skupienia, otwartości. O tym, że nadal istnieją malarze nawiązujący do tego, co kiedyś było kanonem. To bez sensu. Nikogo to nie interesuje już.
Mgła zagania mnie do Museu Nacional d’Art de Catalunya. Wchodzę z przyzwyczajenia, z zamiarem „odfajkowania” kilku sal. Nic mnie nie rusza. Wszystko jest poprawne, znane, przewidywalne.
I wtedy widzę Ją. Niepokalane Poczęcie Zurbarána.
Wiszący skromnie, wśród innych obrazów, cichy, na ich tle wstydliwie niepozorny. A jednak coś mnie zatrzymało.
Inmaculada (Zurbarán)
***
Maryja Niepokalana
Podchodzę z czystej ciekawości — zawodowy odruch. Maryja w bieli, księżyc pod stopami, dłonie złożone. W głowie automatycznie odhaczam schematy epoki, wskazówki Pacheco o tym, jak należy malować Maryję: młodą, o pięknych rysach, otoczoną wieńcem gwiazd dwunastu.
Chcę już odejść. Ale kątem oka zauważam Bramę Niebieską po lewej stronie.
„Zamknięta brama przez którą przechodzi Zbawiciel … dziewicze macierzyństwo… Ezechiel.” – myślę.
I nagle czuję lekkie zawstydzenie. Dlaczego nie zobaczyłam tego od razu?
Przesuwam wzrok na drugą stronę:
Schody — Drabina Jakubowa. Łącznik nieba i ziemi. Maryja jest tu Pośredniczką i Tą, która niesie pomoc ludziom w dążeniu do Królestwa Niebieskiego.
Poniżej lustro — „zwierciadło bez skazy” z Księgi Mądrości. Wybraństwo bez grzechu poczętej Matki Boga.
Świątynia. Miasto. Palma. Wieża Dawidowa. “Tyś zdrojem wód żywych spływających z Libanu “(PnP 4,15) tyle proroctw, które spełniły się w Jej osobie!
A nad jej głową — dziesięć gwiazd, dziesięć, nie dwanaście! A jednak nie — dwie kolejne, ukryte w chmurach.
Nagle wszystko zaczyna pulsować znaczeniem. I coś we mnie pęka.
Moment, którego nie potrafię wyjaśnić
Patrzyłam na Maryję, a ona — inaczej niż większość Inmaculadas — nie kierowała wzroku ku niebu. Patrzyła w dół, na ziemię. Na mnie.
W tamtej sekundzie poczułam, jak cała drętwieję. Jakby cały mój wewnętrzny chaos został nagle „złapany” przez to spojrzenie.
Przez lata tłumaczyłam studentom, że symbole są językiem, którym sztuka rozmawia z wiarą. Ale miałam wrażenie, że sama od dawna słyszę już tylko echo swojej wiedzy, a nie głos Boga.
A teraz — przy tym jednym obrazie — poczułam coś, co trudno nazwać inaczej niż łaską.
Jakby wszystkie te dawne symbole — Brama, Drabina, Gwiazdy, Wieża, Morze — zaczęły składać się w jedną wielką opowieść o czystości, wyborze, pięknie i o tym, że Maryja jest tajemnicą, którą próbujemy może czasem zbyć i sprowadzić do roli zwykłej kobiety, której zdarzyło się urodzić Jezusa.
Poczułam wilgoć pod powiekami. I choć było mi głupio płakać w muzeum, nie mogłam się opanować.
Jak bardzo nie doceniamy pomocy, jaką mamy w Maryi!
Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta!
Następnego dnia mówiłam inaczej. Nie jak historyk sztuki. Bardziej jak świadek.
O tym, że stare mistrzostwo nie było kwestią estetyki czy artystycznego widzimisię, lecz modlitwą. I opowiedziałam o skromnym skarbie, który mają tuż pod nosem, ale nie widzą. O tym, że Niepokalane Poczęcie nie jest po prostu malowidłem, a teologicznym poematem zapisanym w symbolach. Studenci – nie wiem, czy którykolwiek był wierzący, słuchali obojętnie.
Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta! Módl się za nami. Pocieszycielko strapionych! Módl się za nami.
Po wykładzie podeszła do mnie dziewczyna.
– Pierwszy raz dotarło do mnie, że to coś więcej, niż tylko obraz. Że to hymn pochwalny wysławiający Maryję. Modlitwa zamknięta w obrazie, którą ja też mogę się modlić, razem z malarzem, ponad wiekami! – powiedziała.
I wtedy zrozumiałam: to właśnie jest sens.
Nie to, by cały świat natychmiast się nawrócił, ale to, by jedna osoba zobaczyła w nim posłanie, które czekało na nią od wieków.
Sztuka zmienia nas, jeśli jej na to pozwolimy
Od tamtego wieczoru w Museu Nacional d’Art de Catalunya noszę w sobie jedno przekonanie:
Mistrzowie przekazują więcej, niż widzą nasze oczy. Ale tylko otwarte serce pozwala, by ich dzieła nas przemieniały.
Maryja z obrazu Zurbarána patrzy w dół, nie dlatego, że boi się nieba, ale dlatego, że chce zejść do naszego świata, Pocieszycielka strapionych!
Do mojego zmęczenia. Twojego szukania. Naszych pytań.
I być może właśnie wtedy sztuka sakralna robi to, co robi najlepiej: prowadzi do modlitwy, a przez nią do Boga.
Świecę Roratnią zapala się w czasie Mszy św. odprawianej przed wschodem słońca. Ciemność symbolizuje świat, w którym ludzkość oczekiwała na przyjście Mesjasza. Ciemność symbolizuje współczesnego człowieka, w którego życiu nie narodził się jeszcze Chrystus, albo człowieka, który się od Niego oddalił. Ciemność uzmysławia sytuację, którą całkowicie odmienił Bóg poprzez Tajemnicę Wcielenia. Podczas Pasterki w pierwszym Czytaniu Kościół ogłasza proroctwo Izajasza: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. (…) Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany” (Iz 9, 1. 5). To wszystko prowadzi do uwielbienia Boga za to, że stał się jednym z nas, by nas zbawić.
Świeca roratnia rozjaśnia ciemności. którą symbolizuje Maryja, wybrana przez Boga na Matkę Bożego Syna. W Adwencie słyszymy proroka Izajasza: „Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański” (Iz 11, 1-2). Duch Święty zstąpił na Maryję, co opisuje scena Zwiastowania. Wybrana przez Boga wywodzi się z rodu Dawida,
Świeca Roratnia symbolizuje Najświętszą Maryję Pannę, bo to Ona nosi w swoim łonie Światłość świata – Jezusa Chrystusa. Ta Światłość jest już obecna w Maryi, dlatego nazywamy Ją Jutrzenką i Gwiazdą Zaranną. Tak jak ta gwiazda zapowiada wschód Słońca, tak Maryja zapowiada radość przyjścia Mesjasza. W oczekiwaniu na Narodzenie Pańskie Adwent jest tym szczególnym czasem medytowania nad Tajemnicą Wiecienia: Boży Syn, który jest w Jej łonie i ten sam Boży Syn obecny we wspólnocie Kościoła, w sakramentach i w Bożym Słowie.
***
Adwent w dziejach Polski odgrywał wielką rolę w przygotowaniu do świąt Bożego Narodzenia, wyrażając wielką tęsknotą na cud Pańskich Narodzin.
***
W czasie tej Mszy św. na ołtarzu pali się dodatkowa świeca, pięknie ubrana, symbolizująca Maryję, która w noc betlejemską poda nam swymi rękami najdoskonalsze światło – Chrystusa, swego Syna.
Przed rozpoczęciem Mszy św. podchodził do ołtarza król, niosąc pięknie ozdobioną świecę i stawiał ją na najwyższym lichtarzu na środku ołtarza. Podobne świece, lecz już nieozdobione, przynosili do ołtarza prymas, senator, ziemianin, rycerz, mieszczanin, chłop – przedstawiciele ówczesnych stanów i każdy składając świecę mówił: Gotów jestem na sąd Boży.
Od Bolesława, Łokietka, Leszka, Gdy jeszcze w Polsce Duch Pański mieszkał, Stał na ołtarzu przed mszą roraty Siedmioramienny lichtarz bogaty. A stany państwa szły do ołtarza, A każdy jedną świecę rozżarza. Król – który berłem potężnym włada, Prymas – najpierwsza senatu rada, Senator – świecki opiekun prawa, Szlachcic – co królów Polsce nadawa, Żołnierz – co broni swoich współbraci, Kupiec – co handlem ziomków bogaci, Chłopek – co z pola, ze krwi i z roli Dla reszty braci chleb ich mozoli. Każdy na świeczkę grosz swój przyłoży I każdy gotów iść na sąd Boży…
Codziennego udziału w roratach przestrzegali królowie: Zygmunt Stary, Zygmunt August, królowa Bona, Anna Jagiellonka i Marysieńka Sobieska.
W adwencie w każdy poniedziałek i środę Msza święta Roratnia w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godzinie 7 rano.
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW, G3 7SD
***
Jak nie zepsuć Adwentu? Nie popełnij tych błędów
fot. Daiga Ellaby/ Unsplash
***
Adwent jest wyjątkowym czasem w życiu człowieka wierzącego. Kościół proponuje nam na te kilka tygodni bardzo obfitą paletę możliwości większego zaangażowania w oczekiwanie na przyjście Pana. Oto wskazówki, które pomogą dobrze przeżyć ten czas.
1. Uświadom sobie, na co tak naprawdę czekasz
Jaka jest Twoja pierwsza myśl, gdy słyszysz “Boże Narodzenie”? Dla wielu z nas oznacza to: świętowanie, rodzinną atmosferę, wolne od szkoły czy pracy, możliwość odpoczynku. Ale czy to na to najbardziej czekamy? Adwent ma nas przygotować na przyjście Pana – zarówno na Jego powtórne przyjście na końcu świata, paruzję, jak i na Jego narodzenie. To na Nim powinno się skupić nasze oczekiwanie.
2. Pomyśl, kto czeka na Ciebie
Okres przedświąteczny zdaje się wyzwalać w ludziach większą otwartość, szczodrość i chęć pomocy. Rozliczne przedświąteczne zbiórki, charytatywne koncerty, przygotowywanie paczek z prezentami zachęcają nas do dawania siebie innym. Co ciekawe – mimo wielu wydatków w tym czasie, chętniej otwieramy swoje serca i portfele, by pomóc bardziej potrzebującym. Pomyśl, komu możesz w tym adwencie coś ofiarować, kto oczekuje Pana Boga i mógłby Go znaleźć w Twojej dobroci.
3. Roratnie wstawanie to nie wyścig po zaliczenie
Moda na roraty rozpowszechnia się. Kościoły w wielu parafiach są pełne wiernych, także i dzieci, mimo porannej pory. Łatwo jednak wpaść w przekonanie, że Adwent będzie ważny tylko z nimi. Roraty to nie konkurs z medalami. Jaka motywacja przyświeca Twojemu porannemu wstawaniu? Im bliższa jest Boga, tym lepiej. Roraty nie mogą być sposobem na udowodnienie sobie i komukolwiek, że jest się lepszym i wytrwalszym.
4. Nastrój – tak, ale czemu od razu świąteczne piosenki?
Bolączką naszych czasów jest nieumiejętność czekania. Denerwują nas korki i kolejki, biegniemy na metro nawet jeśli kolejne przyjedzie za kilkadziesiąt sekund, a w sklepach choinki, bombki i światełka pojawiają się prawie obok zniczy na początku listopada. Adwent może być dla nas lekcją cierpliwego czekania. Ale nie da się tego zrobić, jeśli od początku fundujemy sobie świąteczne – urocze skądinąd – piosenki we wszystkich gatunkach muzycznych. Poczekaj z tym. W sieci można znaleźć wiele pięknych adwentowych utworów o niezwykle bogatych tekstach – może skorzystasz z adwentowej playlisty Stacji7. Zdążysz jeszcze nasłuchać się kolęd i piosenek o Nowonarodzonym.
5. Nie zostawiaj wszystkiego na ostatnią chwilę
Przygotowanie Świąt to spore wyzwanie. Kiedy żyjemy w biegu, czas ucieka nam nie wiadomo kiedy i nagle robi się 22, 23 grudnia. Zdenerwowani biegamy od sklepu do sklepu w poszukiwaniu prezentów, przytłacza nas ogrom sprzątania, nie wspominając o gotowaniu. Spróbuj zrobić, co możesz, wcześniej – szczególnie jeśli chodzi o duchowe porządki czyli spowiedź. Pomoże Ci to zaoszczędzić stres i niepotrzebne nerwy.
6. Niech przygotowania nie będą ważniejsze od Gościa
Chyba wszyscy zgodzimy się, że celem adwentu i przygotowań na Boże Narodzenie nie jest wzorcowe posprzątanie domu, suto zastawiony stół i spełniające marzenia prezenty. Jezus przychodzi, by dać nam miłość i pokój, którymi będziemy mogli się dzielić w gronie najbliższych. W ferworze przygotowań nie zapomnij, że najważniejszy w tym wszystkim jest Pan Bóg. W końcu to jego narodzenie będziemy świętować – nie można zostawiać go na dalszym planie.
7. Nie nadymaj się tak
Bóg przyszedł na świat jako maleńkie dziecko. To, co może nam Go przesłonić, to przerost formy nad treścią. Zastanów się, co w adwencie pomoże Ci przygotować się na jak najszczersze przyjęcie Go do swego życia. Pomysłów może być wiele, ale aktywność to nie wszystko, bo „nic się nie zmieni, jeśli nic nie zmienisz”. Niech to będzie błogosławiony czas!
Otylia Sałek/Stacja7pl
***
30 listopada
Pierwsza Niedziela Adwentu
13.30 – Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość przystąpienia do sakramentu pojednania
14.00 – MSZA ŚW.
Po Mszy św. w godzinie miłosierdzia – Koronka do Bożego Miłosierdzia
KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS
***
„Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?”
„Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.
„Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.
„Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.
„Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.
„Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).
„W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” .
„Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?”
„Wierzę w Kościół Chrystusowy”.
„W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza”. Jak zauważa papież Benedykt XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.
„Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła”. Owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnym za Kościół, który wspólnie stanowimy”. „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” .
“Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrywa przed nami Duch Święty” .
(z listu na Adwent – Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak/ www.prymaspolski.pl)
*
Podsumowanie piątego dnia papieskiej podróży: Miłość nie jest na czas określony
Papież przy grobie św. Szarbela.
***
Wizytą przy grobie wielkiego libańskiego świętego – Szarbela – w sanktuarium św, Marona w Annai Papież Leon XIV rozpoczął piąty dzień swojej podróży apostolskiej do Turcji i Libanu. Był to zarazem drugi dzień jego pobytu w Libanie. Naznaczony został wołaniem o pokój, jedność i wezwaniem do młodych, aby budowali prawdziwą przyjaźń i miłość, która nie jest „na czas ograniczony”.
„Św. Szarbel uczy nas zachowań, które są sprzeczne z postawami ogółu. Lecz właśnie dlatego tak nas pociągają, bo są jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię” – tak mówił Leon XIV przy grobie libańskiego świętego pustelnika.
Czego uczy św. Szarbel?
Jego przemożnemu wstawiennictwu zawierzył jedność Kościoła i pokój na świecie, a w szczególności w Libanie i na Bliskim Wschodzie.
Papież przyznał, że przybywa do grobu św. Szarbela jako pielgrzym. Zastanawiając się nad dziedzictwem św. Szarbela, Leon XIV zwrócił uwagę na paradoks tego świętego pustelnika. Nic nie napisał, żył w ukryciu, a jego sława rozeszła się po całym świecie. Czego nas zatem uczy dzisiaj św. Szarbel? – pytał Papież. „Chciałbym to podsumować – powiedział – w następujący sposób: Duch Święty ukształtował go, aby tych, którzy żyją bez Boga, nauczył modlitwy; tych, którzy żyją w hałasie – nauczył ciszy; tych, którzy żyją dla pozorów – nauczył skromności, a tych, którzy poszukują bogactw – nauczył ubóstwa. Są to zachowania przeciwne głównemu nurtowi, ale właśnie dlatego nas pociągają, jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię”.
„Dla Kościoła – powiedział – prosimy o komunię i jedność: począwszy od rodzin, małych Kościołów domowych, poprzez wspólnoty parafialne i diecezjalne, aż po Kościół powszechny. Komunia, jedność. A dla świata prosimy o pokój. Szczególnie błagamy o niego dla Libanu i całego Bliskiego Wschodu”.
Papież przy grobie św. Szarbela.
U Maryi, Pani Libanu w Harissie
Od grobu św. Szarbela Leon XIV pielgrzymował dziś rano do sanktuarium maryjnego w Harissie. Czczonej tam Pani Libanu przekazał w darze złotą różę. Spotkał się też z libańskim duchowieństwem oraz osobami zaangażowanymi w duszpasterstwo.
Papież odwołał się do nauczania Jana Pawła II, który mówił w 1984 roku: „Wytwarzajcie wszędzie tam, gdzie żyjecie i pracujecie, atmosferę braterstwa.”
„Jeśli chcemy budować pokój – powiedział Leon XIV – zakotwiczmy się w Niebie i, kierując się tam mocno, kochajmy bez obawy utraty tego, co przemija, i dawajmy bez miary. Z tych korzeni, silnych i głębokich jak korzenie cedrów, wyrasta miłość i z Bożą pomocą powstają konkretne i trwałe dzieła solidarności”Papież ofiarował złotą różę sanktuarium Maryi, Pani Libanu w Harissie.
Niech się wzniesie ku niebu pieśń pokoju
O pokoju i pojednaniu mówił Leon XIV także podczas spotkania ekumenicznego i międzyreligijnego z przywódcami wielu wspólnot religijnych na Placu Męczenników w Bejrucie.
W coraz bardziej powiązanym świecie jesteście wezwani do bycia budowniczymi pokoju: do przeciwstawiania się nietolerancji, przezwyciężania przemocy i eliminowania wykluczenia – powiedział Leon XIV. Dodał, że Liban jest przykładem, iż wyznawcy różnych religii mogą żyć razem i budować kraj zjednoczony poprzez szacunek i dialog.
Leon XIV wezwał, by waśnie z tej ziemi, „gdzie minarety i wieże kościelne stoją obok siebie, sięgając nieba” wznosiły się do Jedynego Boga błagania o pokój. „Niech tutaj, na tej ukochanej ziemi, każdy dzwon, każdy adhan, każde wezwanie do modlitwy łączy się w jedną, wznoszącą się pieśń – nie tylko po to, aby wielbić miłosiernego Stwórcę nieba i ziemi, ale także aby z głębi serca modlić się o boski dar pokoju” – wzywał Leon XIV.Podczas spotkania międzyreligijnego Leon XIV mówił o pokojowym współistnieniu różnych religii .
Macie entuzjazm, by zmienić historię
Następnie Leon XIV spotkał się z kilkunastoma tysiącami młodych przybyłych nie tylko z Libanu, ale też z diaspory libańskiej, m.in. z Iraku czy Syrii. Najpierw Ojciec Święty wysłuchał świadectw czworga młodych Libańczyków, którzy opowiadali o tragicznych momentach związanych z wydarzeniami w kraju, a także o nawiązywanych mimo trudności relacjach i więzach solidarności.
„Drodzy młodzi, być może ubolewacie nad tym, że odziedziczyliście świat rozdarty wojnami i zniekształcony przez niesprawiedliwości społeczne. Jednak w was tkwi nadzieja – dar, który nam, dorosłym, wydaje się już nieosiągalny. Wy macie czas! Macie więcej czasu, aby marzyć, organizować się i czynić dobro. Jesteście teraźniejszością, a przyszłość już powstaje w waszych rękach! Macie entuzjazm, by zmienić bieg historii!” – Mówił Leon XIV.Młodych Libańczyków Papież wzywał, by mieli odwagę zmieniać historię.
Miłość nie jest na czas określony
Papież powiedział również młodym, jak budować relacje przyjaźni i wzajemną miłość.
„Jeśli w centrum relacji przyjaźni lub miłości znajduje się nasze „ja”, relacja ta nie może być owocna. Podobnie nie można naprawdę kochać, jeśli kocha się na czas określony, dopóki trwa uczucie: miłość na czas ograniczony jest miłością ograniczonej jakości” – przekonywał Papież.
Spotkanie w Nuncjaturze
Po zakończeniu spotkań dnia, Papież Leon XIV przyjął w siedzibie Nuncjatury Apostolskiej zwierzchników islamskich i druzyjskich wspólnot Libanu. Podczas spotkania rozmawiano o dobrych relacjach między różnymi wspólnotami religijnymi, wyrażając nadzieję na zachowanie pluralizmu i współistnienia, które czynią Liban wyjątkowym, oraz na położenie kresu przemocy utrudniającej spokój i samo życie wspólnot.
02.12.2025/VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny
***
Leon XIV: św. Szarbelu uproś Kościołowi jedność, a światu pokój
Św. Szarbel uczy nas zachowań, które są sprzeczne z postawami ogółu. Lecz właśnie dlatego tak nas pociągają, bo są jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię. Leon XIV mówił o tym przy grobie libańskiego świętego pustelnika. Jego przemożnemu wstawiennictwu zawierzył jedność Kościoła i pokój na świecie, a w szczególności w Libanie i na Bliskim Wschodzie.
Vatican Media
***
Papież przyznał, że przybywa do grobu św. Szarbela jako pielgrzym. Wyraził przypuszczenie, że i jego poprzednicy pragnęliby tam przybyć, a w szczególności św. Paweł VI, który beatyfikował i kanonizował tego maronickiego mnicha.
Żył w ukryciu, nic nie napisał, a jest znany w całym świecie
Zastanawiając się nad dziedzictwem św. Szarbela, Leon XIV zwrócił uwagę na paradoks tego świętego pustelnika. Nic nie napisał, żył w ukryciu, a jego sława rozeszła się po całym świecie. Czego nas zatem uczy dzisiaj św. Szarbel? – pytał Papież.
Jak świeża i czysta woda na pustyni
„Chciałbym to podsumować – powiedział – w następujący sposób: Duch Święty ukształtował go, aby tych, którzy żyją bez Boga, nauczył modlitwy; tych, którzy żyją w hałasie – nauczył ciszy; tych, którzy żyją dla pozorów – nauczył skromności, a tych, którzy poszukują bogactw – nauczył ubóstwa. Są to zachowania przeciwne głównemu nurtowi, ale właśnie dlatego nas pociągają, jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię”.
Duchownym przypomina o wymaganiach ich powołania
Leon XIV zauważył, że św. Szarbel jest też szczególnym przykładem dla duchownych. Przypomina im o ewangelicznych wymaganiach ich powołania. „Jednak jego spójność życia, tyle radykalna, co pokorna, jest przesłaniem dla wszystkich chrześcijan” – dodał Ojciec Święty.
Moc wstawiennictwa: „rzeka miłosierdzia”
Papież wspomniał też o przemożnym wstawiennictwie św. Szarbela, podkreślając, że nigdy nie przestał on wstawiać się za nami u Ojca Niebieskiego. „Już za jego życia wielu ludzi przychodziło do niego, aby otrzymać od Pana pocieszenie, przebaczenie i radę. Po jego śmierci wszystko to się zwielokrotniło i stało się rzeką miłosierdzia. Również z tego powodu, każdego 22. dnia miesiąca, tysiące pielgrzymów przybywa tu z różnych krajów, aby spędzić dzień na modlitwie i odpoczynku duszy i ciała”.
Prosimy o jedność dla Kościoła i pokój dla świata
Modląc się przy grobie św. Szarbela, Leon XIV zawierzył jego wstawiennictwu potrzeby Kościoła, Libanu i świata. „Dla Kościoła – powiedział – prosimy o komunię i jedność: począwszy od rodzin, małych Kościołów domowych, poprzez wspólnoty parafialne i diecezjalne, aż po Kościół powszechny. Komunia, jedność. A dla świata prosimy o pokój. Szczególnie błagamy o niego dla Libanu i całego Bliskiego Wschodu”.
Nie ma pokoju bez nawrócenia
Papież przypomniał jednak, że nie ma pokoju bez nawrócenia. O tym właśnie przypominają nam święci. „Niech więc św. Szarbel pomoże nam zwrócić się do Boga i prosić o dar nawrócenia dla nas wszystkich”.
On jest światłem, które Bóg zapalił w Libanie
Na zakończenie Leon XIV odniósł się do daru, którzy przywiózł do tego górskiego sanktuarium. Jest nim lampa, która, jak wyjaśnił ma być symbolem światła, które Bóg zapalił w tym miejscu poprzez św. Szarbela. „Ofiarowując tę lampę, opiece św. Szarbela powierzam Liban i jego naród, aby zawsze kroczył w świetle Chrystusa. Dzięki Bogu za dar św. Szarbela! Dziękuję wam, którzy strzeżecie jego pamięci. Wędrujcie w świetle Pana!” – dodał Ojciec Święty.
Vatican Media/Tygodnik Niedziela
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana,miłowana, uwielbiana i słuchana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc grudzień 2025 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
Módlmy się, aby chrześcijanie żyjący w strefie wojny lub konfliktu, szczególnie na Bliskim Wschodzie, byli siewcami pokoju, nadziei i pojednania.
Boża Matko, któraś w milczeniu Tajemnicy Zwiastowania nosiła w swoim łonie naszego Zbawiciela, bądź z nami na drogach naszego adwentowego czasu, abyśmy żyjąc w zgiełku niespokojnej codzienności mogli się dobrze przygotować na Narodziny Bożej Dzieciny w naszych sercach.
Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
Dodatkowe intencje dla Róż:
Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Roży:
bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 grudnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 listopada z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca, choć do niedawna mieliśmy 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca.Módlmy się, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
***
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
***
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Wyjść z siebie.
Wskazówki od św. Piotra na temat żywej nadziei
W życiu św. Piotra to nie upadki, słabości i wady okazały się decydujące. Ważniejsze były jego powroty. Dlatego postawa Piotra budzi nadzieję.
PETER PAUL RUBENS, ŚW PIOTR, 1610 R; WIKIMEDIA
***
Był charakterny i impulsywny, zuchwały i porywczy, a czasem nawet bardzo pochopny. Nie zawsze rozumiał Chrystusa, często upadał i ranił Pana.
Bez Niego?
To on, krocząc po jeziorze w kierunku Jezusa, odwracając od Niego wzrok, zaczął tonąć. To on wziął Mistrza na bok, aby napomnieć Go za zapowiedź męczeńskiej śmierci. To on wyszedł z inicjatywą rozstawienia na górze Tabor trzech namiotów, nie rozumiejąc wymowy sceny Przemienienia, zapowiedzi przyszłej chwały i zmartwychwstania Jezusa. To on w Ogrójcu zaatakował mieczem sługę arcykapłana, za co został napomniany przez Mistrza. To on przechwalał się, że nigdy nie opuści Pana, nawet jeśli uczyniliby to inni, a „zanim kogut zapiał”, w noc męki Jezusa, zaparł się Go aż trzykrotnie. To poważne „wpadki” i dowody niewierności. Jednocześnie wystarczające powody, by po ludzku odejść od Chrystusa, mając świadomość, że zawaliłem, nie dałem rady, po prostu zawiodłem. Łatwiej byłoby pójść własną drogą, już bez Niego. Zacząć życie na własnych warunkach. Może mniej ambitne, ale z pewnością spokojniejsze i wygodniejsze. Zresztą nie tylko Piotr mógł się przekonać, że pójście za Chrystusem ma swoje konsekwencje i nie wiąże się w żadnym wypadku z urządzaniem sobie wygodnego miejsca na ziemi. Chrześcijaństwo to wspólna wędrówka, oddanie inicjatywy Temu, który zaprasza i powołuje; powierza ważne zadania, mówiąc: „Wypłyń na głębię”, a czasem z zatroskaniem pyta: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”. Taką drogą i taką okazją jest rozpoczynający się Adwent, czas nadziei i oczekiwania na przyjście Pana.
Ważne powroty
Mimo tak wielu niepowodzeń postawa Piotra budzi nadzieję. Przetrwał wszystkie porażki i kryzysy. Nie podporządkował im swojego życia. Nie rozpaczał, nie lamentował, nie rozdrapywał starych ran. Dał się prowadzić Jezusowi. Miał wewnętrzną świadomość, że obcuje z Kimś wyjątkowym. To on jako pierwszy z grona apostołów wyznał, że Jezus jest Chrystusem, Synem Boga żywego. W życiu Piotra to nie upadki, jego brak wiary, słabości i wady okazały się decydujące. O wiele ważniejsze były jego powroty.
Tak jest też z nami. Potykamy się, upadamy i grzeszymy, zapewniamy, że już nigdy nie będziemy się zapierać Jezusa, a tymczasem boleśnie Go zdradzamy. Piotr nam podpowiada, że nasz trudny charakter, niezrozumienie Chrystusa, ciężkie grzechy nigdy nie zniechęcą Boga do nas. On zawsze na nas liczy i czeka. Ale historia Piotra pokazuje coś jeszcze. Jezus widzi nas inaczej, niż my postrzegamy samych siebie. Chrystus inspiruje, zachęca, zaprasza i powołuje do tego, co nowe i nieznane. On nie zwleka. Szymona podczas pierwszego spotkania nazwał Piotrem – Opoką. Ten od razu poszedł za Nim, będąc świadkiem pierwszego cudu, obfitego połowu ryb. A później widział kolejne nadzwyczajne dzieła Mistrza: wraz z Jakubem i Janem był świadkiem wskrzeszenia przez Jezusa córki Jaira. Nie zabrakło go podczas Przemienienia na górze Tabor. Wraz z Janem otrzymał też od Pana specjalne zadanie przygotowania ostatniej wieczerzy. Te cuda dzieją się też w naszym życiu. Pod warunkiem, że opieramy je na Nim, nie na sobie.
Na boku
Spotkania Piotra z Jezusem wskazują, że życie szczęśliwe polega na słuchaniu bardziej Boga aniżeli siebie. Nie na projektowaniu własnych pomysłów, ale przyjęciu Jego woli, nawet zgody na Jego cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie. Wszystkie napomnienia, także te uczynione przez Chrystusa „na boku”, były dla Piotra szansą na powrót do Pana i bezcenną lekcją wierności. To wskazówka dla nas. Jeśli Bóg nas napomina, to nie po to, by nas upokorzyć czy ośmieszyć, ale po to, byśmy myśleli coraz bardziej „po Bożemu”, nie po ludzku.
W prostym rybaku z Galilei, z całą jego gamą słabości i wad, Jezus dostrzegł kogoś, komu zechciał powierzyć stery Kościoła, czyniąc go „rybakiem ludzi”. I byłoby to niemożliwe, gdyby nie zgoda Piotra na pójście za Panem i porzucenie dotychczasowego stylu życia, wszystkiego, co posiadał. Bez naszej zgody Bóg nie mógłby w nas działać. O tym, jak ten prosty i nieuczony człowiek głosił z odwagą i mocą Dobrą Nowinę, już po zmartwychwstaniu Chrystusa, świadczy reakcja słuchaczy opisana przez św. Łukasza w Dziejach Apostolskich. Gdy w dniu Pięćdziesiątnicy Duch Święty zstąpił w postaci ognistych języków na zebranych w Wieczerniku apostołów i Maryję, św. Piotr wygłosił pierwszą wielką mowę, a po niej ochrzcił ok. 3 tys. Żydów przybyłych do Jerozolimy. A potem dokonał licznych cudów: uzdrowił chromego w świątyni oraz Eneasza, wskrzesił Tabitę, a także setnika Korneliusza. To wydarzenie o szczególnym charakterze, bo mamy tu do czynienia z nawróceniem pierwszego poganina. Dokonania tego domagał się od Piotra sam Jezus.
Myśl o nadziei
Apostoł Piotr to autor dwóch listów. Pierwszy z nich nazywany jest pierwszą encykliką papieską, czasem też homilią. Jego adresatami są wierni z Azji Mniejszej. Ale i my. Piotr najprawdopodobniej nigdy nie głosił tam Ewangelii. Osnową całego listu jest myśl o nadziei, a Piotr pociesza, dodaje odwagi i umacnia wiarę swych adresatów. Przekonuje, że człowiek, zaproszony przez Boga do życia nadprzyrodzonego, na ziemi jest wędrowcem, podróżnym i pielgrzymem, a jego prawdziwe mieszkanie, jedyny trwały dom, jest w niebie. To wskazówka dla nas. Zbyt często bywamy „ziemscy i światowi”, pochłonięci doczesnością. Zapominamy, że jako chrześcijanie mamy być w drodze. Zamiast szukać Ojczyzny, która jest w niebie, urządzamy się wygodnie i komfortowo na ziemi. Do czasu. Piotr przypomina, że to pułapka. Jesteśmy bowiem przeznaczeni przez Ojca do „dziedzictwa niezniszczalnego, nieskalanego i niewiędnącego”. To, co ziemskie, jest podatne na zniszczenie, starzeje się i usycha, marnieje i więdnie, po prostu bezpowrotnie przemija i ginie. Nadzieja, i to żywa nadzieja, jest tylko w Bogu i z Boga.
Nie znaczy to, że ziemskie życie pozbawione jest wyzwań i trudów. Piotr zachęca do trwania w prawdziwej radości mimo bólu i cierpienia: „Musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń; przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota”. Te trudne doświadczenia, podobnie jak w życiu Piotra, są nam bardzo potrzebne. Ich celem nie jest pogrążenie człowieka, przeciwnie – wypróbowanie i wydoskonalenie naszej wiary, po to, aby mogła ulec oczyszczeniu, a przez to się wzmocnić. Cierpienia i różne doświadczenia życiowe są ogniem, który, podobnie jak w przypadku złota, nie unicestwia wiary, ale niszczy wszelkie pseudowartości, zanieczyszczenia; usuwa wszystko to, co nie jest wiarą.
Ku rzeczom przyszłym
Adwent jest doskonałą okazją, by podczas radosnego oczekiwania na Pana spojrzeć na siebie, na swoje wzloty i upadki, trudy i wyzwania, w duchu „żywej nadziei”, która ostatecznie prowadzi do budowania swego życia na Bogu. W tej adwentowej wędrówce za radą św. Piotra warto odrzucić przyziemny model życia opierający się wyłącznie na zaspokajaniu żądz i namiętności. Pożądania cielesne kierują człowieka wyłącznie ku teraźniejszości, a nie rzeczom przyszłym. Są też radykalnie przeciwne nadziei, wręcz ją zabijają. Ale z drugiej strony także mocna nadzieja zabija pożądania cielesne. Piotr niejako zachęca, by „wyjść z siebie”, porzucić wszystko to, co nie jest nadziejorodne i nie prowadzi do spotkania z Bogiem. To właśnie wyjście – „z siebie” i na spotkanie przychodzącego Pana – cechuje prawdziwych chrześcijan. Nieżyjący już ojciec Piotr Rostworowski, komentując Pierwszy List św. Piotra, mówi tak: „W doczesnym życiu wciąż trzeba z czegoś wychodzić, bo inaczej grozi nam ugrzęźniecie w ociężałości ciała, i wciąż trzeba wypatrywać Pana, bo wciąż na nowo trzeba Go gdzieś spotykać. Aby duch ludzki mógł mieć tę sprężystość i tę nieustanną gotowość, musi być trzeźwy. Uleganie namiętnościom zabija energię ducha. Otępiały duch nie ma sił wybiegać na spotkanie Pana, co więcej – przyćmiony jego wzrok w ogóle nie jest w stanie zauważyć Jego przyjścia”.
Czuwajmy zatem. Bądźmy ludźmi nadziei. Zawsze w drodze i tylko z Chrystusem. Wyjdźmy z siebie, by spotkać przychodzącego Pana. Adwent czas zacząć.
ks. Rafał Skitek/Gość Niedzielny
***
Dlaczego Biblia i Kościół potępiają wywoływanie duchów?
Wiedza, której Bóg nam nie odsłania, jest wiedzą, której mieć nie powinniśmy.
Tęsknotę Zygmunta Augusta za zmarłą żoną miało ukoić wywołanie jej ducha – praktyka zakazana przez Kościół.
VIDIMAGES /ALAMY STOCK PHOTO/BEW
***
Była noc z 7 na 8 stycznia 1569 roku. W tonącej w półmroku komnacie zamku siedział król Zygmunt August. Dobiegający pięćdziesiątki polski władca czekał na spotkanie ze swoją drugą żoną, Barbarą Radziwiłłówną, która… nie żyła od 18 lat.
Przez te wszystkie lata król nie zdołał pogodzić się z jej śmiercią. Od dnia odejścia Barbary z tego świata ubierał się na czarno, pamiątek po zmarłej nie pozwalał ruszać, a swoje pokoje mieszkalne kazał obić żałobnym kirem. Ani trzecie małżeństwo, ani romanse, w które się angażował, nie przyniosły mu oczekiwanego ukojenia. Stan władcy budził troskę jego otoczenia, bo zgorzkniały i przybity król nie służy dobrze państwu. Wtedy to podobno zaufani dworzanie Zygmunta Augusta, Mikołaj i Jerzy Mniszchowie, poinformowali go o możliwości wywołania ducha Barbary. Monarcha zgodził się ochoczo.
Ceremonię miał poprowadzić czarnoksiężnik Twardowski – ten sam, którego legenda umieściła na księżycu. Niektórzy badacze twierdzą, że był Niemcem z Wittenbergi i nazywał się Laurentius Dhur – po łacinie Durentius, czyli „twardy”. Z tego miało powstać spolszczone nazwisko szarlatana. To on miał, według pogłosek, podjąć się wywołania ducha zmarłej królowej – a naprawdę przeprowadzenia mistyfikacji z udziałem łudząco podobnej do Radziwiłłówny Barbary Giżanki. Król, któremu Twardowski kazał nie ruszać się z miejsca, na widok „zjawy” zerwał się z fotela i rzucił się w jej kierunku, ale mag zatrzymał władcę. W zamieszaniu zgasła świeca i „duch” znikł w ciemności.
Jak było naprawdę? Wiarygodności tej historii dodaje fakt, że ostatni z Jagiellonów na polskim tronie rzeczywiście był zabobonny, parał się alchemią i otaczał astrologami.
Za zasłoną
Tęsknota za bliskimi sercu zmarłymi potrafi być tak wielka, że owładnięty nią człowiek czasami próbuje sięgnąć za zasłonę doczesności, żeby choć na chwilę „spotkać się” z tymi, bez których trudno mu żyć. Bywa, że takie osoby, desperacko szukając nadziei, nawiązują kontakt z czymś, co biorą za „sygnał z tamtej strony”, i zakładają pochopnie, że odzywa się do nich ich bliski. Na przykład ręka matki porusza się bez udziału jej umysłu, zapisując słowa, jak sądzi, jej zmarłego syna. Albo ktoś zadaje pytania, a „zmarły” odpowiada stuknięciami czy w inny sposób. Przyjmowanie, że w ten sposób rozmawia się rzeczywiście z kimś bliskim, jest naiwne. W podobnych sytuacjach można stwierdzić jedynie, że „po drugiej stronie” mamy do czynienia z jakąś inteligencją. Co jednak uprawnia do założenia, że to inteligencja przychylna człowiekowi? Skąd pewność, że to „coś” nie chce człowieka oszukać, a w końcu zatracić? Wystarczy zwrócić uwagę na konsekwencje, z jakimi borykają się ludzie, którzy naiwnie weszli w kontakt z siłami, o których nic nie wiedzą, na przykład duchowe zniewolenia i opętania. Podobne praktyki naruszają bezpośrednio pierwsze przykazanie Dekalogu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. To próba wykradzenia Bogu tego, co człowiek bezpiecznie może otrzymać tylko od Niego. Bóg tego nie toleruje. Wprost mówi: „Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym”.
Obrzydliwość
Było to oczywiste już dla starożytnych Hebrajczyków. Księga Powtórzonego Prawa napomina: „Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza” (18,10-12).
Zakaz sformułowany jasno. Milczenie Boga nie uprawnia do poszukiwania wiedzy u „konkurencji”. Ilustruje to tragiczna historia Saula. Gdy pierwszy król Izraelitów okazał nieposłuszeństwo, Bóg odrzucił go i kazał Samuelowi namaścić nowego króla – Dawida.
Od tamtej pory Bóg nie dawał mu odpowiedzi na jego pytania, a prorok Samuel już nie żył. „Radził się Saul Pana, lecz Pan mu nie odpowiadał ani przez sny, ani przez urim, ani przez proroków” – pisze autor natchniony (1 Sm 28,6). Wtedy Saul, choć sam wcześniej usunął z kraju wróżbitów i czarnoksiężników, niepewny co do losów bitwy z Filistynami, postanowił wydrzeć ukrytą wiedzę w inny sposób – kazał dworzanom znaleźć kobietę wywołującą duchy. „Chciałbym pójść i się jej poradzić” – wyjaśnił. I poszedł. Polecił wróżbiarce wywołać ducha Samuela. Nie skończyło się to dobrze. Saul wpadł w śmiertelne przerażenie, gdy wywołany z zaświatów Samuel potwierdził jego odrzucenie przez Boga i zapowiedział mu, co się nazajutrz wydarzy, mianowicie klęska i śmierć Saula oraz jego synów.
Lepiej mu było nie wiedzieć. Skoro jednak był uparty i sięgnął po wiedzę do złego źródła, zasłużył na stwierdzenie: masz, co chciałeś.
Kościół mówi „nie”
Jakąś namiastkę „kontaktu” ze zmarłymi może zaoferować rozwijająca się technologia. Zapewne za sprawą sztucznej inteligencji będzie możliwe dokonanie samooszustwa co do spotkania z duszami zmarłych, ale żadne oszukiwanie się dobra nie przynosi.
Katechizm Kościoła Katolickiego zwraca uwagę, że Bóg może objawić przyszłość swoim prorokom lub innym świętym. „Jednak właściwa postawa chrześcijańska polega na ufnym powierzeniu się Opatrzności w tym, co dotyczy przyszłości, i na odrzuceniu wszelkiej niezdrowej ciekawości w tym względzie” – mówi dokument. Kościół nie pozostawia złudzeń: „Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość”.
Katechizm przestrzega też przed innymi groźnymi dla człowieka zachowaniami, takimi jak korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa czy posługiwanie się medium. Dokument wskazuje, że są to przejawy chęci panowania nad czasem, nad historią i nad ludźmi, a zarazem jest to pragnienie zjednania sobie ukrytych mocy. „Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu” – stwierdza.
W punkcie 2117 czytamy, że wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – „są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności”.
Katechizm podkreśla także, że praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Piętnuje też noszenie amuletów. „Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich” – podkreślają autorzy katechizmu.
Sobór Watykański II przypomina, że ze zmarłymi może łączyć nas jedynie modlitwa – „wzajemne udzielanie sobie dóbr duchowych”. Ponadto komisja doktrynalna soboru wyraźnie zabroniła „prowokowania za pomocą ludzkich środków doświadczalnego kontaktu z duchami lub duszami ludzi zmarłych w celu otrzymania informacji”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
„Najświętsze Serce” robi furorę. Film dotknie „serca Francji” w epoce antyklerykalizmu?
(Plakat filmu “Sacré-Cœur: son règne n’a pas de fin” (“Najświętsze Serce. Jego panowanie nie ma końca”) / materiał promocyjny producenta)
***
W antyklerykalnej Francji, gdzie często zakazuje się nawet wystawiania szopek bożonarodzeniowych w przestrzeni publicznej, nikt nie spodziewał się, że historia Najświętszego Serca Jezusa przyciągnie większe tłumy niż hollywoodzkie produkcje. Jeszcze przed premierą film Najświętsze Serce. Jego panowanie nie ma końca był wyśmiewany przez część francuskich pseudo-elit kulturalnych, wywołując kpiny lub oburzenie wobec treści uznawanych za zbyt „prozelityczne”. Państwowe spółki kolejowe we Francji odmówiły reklamowania filmu.
„Jednak, jak pokazują wyniki sprzedaży biletów, te starania niewiele zdziałały. Wręcz przeciwnie film Sacré-Cœur: son règne n’a pas de fin (Najświętsze Serce: Jego panowanie nie ma końca), wyreżyserowany i wyprodukowany przez Stevena Gunnella i jego żonę Sabrinę Gunnell, stał się kinową sensacją roku” – napisała na stronie NCR katolicka dziennikarka Solène Tadié.
Od premiery 1 października film przełamał wszelkie przewidywania: odnotowano rekordową frekwencję na seansach, a w całej Francji pojawiła się fala nawróceń. Planowane jest rozszerzenie dystrybucji na cały świat – amerykańska premiera ma mieć miejsce tuż przed lub w trakcie obchodów uroczystości Najświętszego Serca Jezusa w 2026 r., jak informuje SAJE Distribution.
Reżyser filmu, Steven Gunnell, były członek popularnego zespołu popowego Alliage z lat 90. XX w., odbudował swoje życie po latach uzależnień i depresji po rozpadzie grupy, odnajdując na początku lat 2000 wiarę. I to wiara, jak mówi, stopniowo doprowadziła go do stworzenia tego filmu. Dla Gunnella ten sukces nie jest kwestią marketingu ani kontrowersji, lecz objawieniem czegoś głębszego. – Świat umiera, bo nie wie, jak bardzo jest kochany…Ten film jest po prostu odpowiedzią – powiedział w rozmowie z Solène Tadié.
92-minutowy fabularyzowany dokument opowiada o objawieniach Jezusa danym św. Małgorzacie Marii Alacoque w Paray-le-Monial w XVII wieku, jednym z najważniejszych wydarzeń w historii chrześcijaństwa. Poprzez świadectwa, opisy cudów eucharystycznych, analizę historyczną i rekonstrukcje, film przedstawia chwilę, w której Chrystus objawił światu swoje serce: płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami.
Projekt zrodził się ze zbiegu osobistych historii. Orędzie z Paray-le-Monial odegrało kluczową rolę także w duchowej drodze Sabriny Gunnell – żony Stevena i współreżyserki filmu budząc w niej młodzieńcze pragnienie, by podążać przez życie z chrześcijańskim mężem i razem poprzez sztukę przekazywać coś z Bożego piękna. Również matka Stevena przeżyła kiedyś niespodziewane, głęboko osobiste spotkanie z Najświętszym Sercem – na długo przed swoim nawróceniem.
– To właśnie przez te dwie historie, a później przez nasze ponowne odkrycie sanktuarium już jako małżeństwo, zaczęliśmy rozumieć duchowość Najświętszego Serca — wyjaśnił Gunnell. Z czasem oboje dostrzegli, że przesłanie powierzone św. Małgorzacie Marii pozostaje odpowiedzią na współczesny świat dotknięty rozpaczą, podziałami i utratą transcendencji.
Ogromne pragnienie Boga w świecie
Część siły oddziaływania filmu, jak zauważa reżyser, wynika z szerszego kontekstu kulturowego, w którym się pojawił. Na całym Zachodzie społeczeństwa wydają się coraz bardziej kruche, z narastającą rozpaczą młodych, powszechną samotnością i poczuciem bezsensu. Gunnell przywołał niedawne zabójstwo amerykańskiego chrześcijańskiego działacza Charliego Kirka, które ujawnia głębię globalnej polaryzacji. – Spójrz na tę przemoc. Spójrz na młodzież, która zabija za nic, która upada pod ciężarem rozpaczy. Kiedy byłem młody, bójki kończyły się na pięściach. Dziś niestety nie kończy się tylko na pięściach – powiedział.
Ten klimat niepokoju pomaga też wyjaśnić odnowione poszukiwanie Boga – również we Francji, gdzie nadzwyczajny wzrost liczby chrztów dorosłych skłonił biskupów do zwołania krajowego synodu w 2026 roku. „Tu chodzi o odpowiedź na pragnienie, ogromne pragnienie Boga – podkreślił Gunnell.
„Jezus kocha Francję”… nawet gdy Francja Go nie kocha
Sprzeciw, z jakim film się spotkał, wydaje się tylko zwiększać jego sukces. Po tym jak publiczne sieci reklamowe odmówiły wywieszenia plakatów filmu w imię „neutralności”, burmistrz Marsylii poszedł o krok dalej i godzinę przed seansem zakazał zaplanowanej projekcji, mimo że sala była już pełna, a widzowie czekali na zewnątrz. Gunnell powiedział, że taka reakcja ma źródło w tożsamościowej traumie Francji. – Pewne elity nie mogą znieść, że ten film dotyka serca Francji. Dla nich historia zaczęła się w 1789 roku, i byli wstrząśnięci przypomnieniem dziedzictwa, które zaczęło się wiek przed rewolucją, bo oczywiście Chrystus widział te nadchodzące wydarzenia – wyjaśnił.
Dla Gunnella objawienia w Paray-le-Monial wpisują się w Boży plan. – Jezus przyszedł na świat przez naród wybrany. Ale nie w Jerozolimie objawił swoje serce — uczynił to we Francji. Dlaczego? Myślę, że kocha Francję! – powiedział. To twierdzenie, jak zaznaczył, nie jest próżnym patriotyzmem, lecz teologicznym przekonaniem. Lista świętych, którą przywołał w rozmowie z NCR jest bowiem nieprzypadkowo francuska: św. Małgorzata Maria Alacoque, św. Franciszek Salezy, św. Wincenty a Paulo, św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, św. Teresa z Lisieux i św. Jan Maria Vianney.
Przypominając, że Pismo Święte nazywa Izrael „ludem o twardym karku”, dodał z uśmiechem, że „Francja może być drugim narodem o twardej głowie i sztywnym karku. Być może dlatego Jezus tak nalegał i ukazywał się przez 18 miesięcy św. Małgorzacie Marii!”
„Boży doskonały czas”
Od premiery filmu Paray-le-Monial zostało niemal zalane pielgrzymami. Sanktuarium otrzymuje stały napływ e-maili i telefonów od ludzi – wielu bardzo dalekich od wiary – którzy przybywają, chcąc poświęcić się Najświętszemu Sercu, pójść do spowiedzi czy porozmawiać z kapłanem. Pracownicy zostali nawet przeszkoleni, aby poradzić sobie z tym nieoczekiwanym napływem.
Wśród tych duchowych owoców w życiu Gunnella zbiegły się tragedia i łaska. Jego ojciec, z którym nie utrzymywał kontaktu od dziesięcioleci i który był daleko od Kościoła, przyjął Eucharystię 15 sierpnia 2023 roku, w trakcie kręcenia filmu. Było to ich ostatnie spotkanie. Rok później, po jego śmierci, matka Gunnella znalazła w jego rzeczach małą angielską modlitewną kartę do Najświętszego Serca. Gunnell zobaczył w tym delikatny znak Bożej wierności.
„Najświętsze Serce Jezusa, ufam Tobie”
Jeszcze jeden nieoczekiwany zbieg okoliczności wzmocnił jego poczucie Bożego prowadzenia. Po drugiej stronie Atlantyku biskupi USA jednogłośnie zdecydowali o poświęceniu kraju Najświętszemu Sercu Jezusa w czerwcu 2026 roku, przed 250. rocznicą niepodległości. Dla niego to potwierdzenie, że przesłanie Serca Jezusowego powraca wszędzie tam, gdzie społeczeństwa stają się niespokojne i podzielone.
Gdy trwają prace nad angielską wersją filmu, gotowy jest już kolejny projekt. Gunnellowie przygotowują teraz swój następny film – La Lumière du Monde (Światłość Świata), który ma zgłębiać Tajemnice Światła Chrystusa. Ruszyła już nowa kampania fundraisingowa, aby ten projekt mógł się zrealizować. Solène Tadié tak wyraża swoja refleksje w końcówce tego wywiadu-artykułu: Sacré-Cœur – źródło zakłopotania dla elit kulturowych, a jednocześnie źródło nadziei dla szerokich mas – jawi się jako znak czasu. W świecie określanym jako postchrześcijański jest to dyskretne, ale głęboko poruszające duchowe odkrycie miłości Chrystusa.
PCh24.plźródło: KAI
***
Fenomen „Sacré Coeur”. Dlaczego dokument o wydarzeniach sprzed lat poruszył Francję?
Saje
***
Ponad 400 tys. widzów w półtora miesiąca, kolejki przed kinami, a jednocześnie próby cenzury i zakazy w przestrzeni publicznej – oto „Sacré Coeur”.
Ponad 400 tys. widzów w półtora miesiąca, kolejki przed kinami, a jednocześnie próby cenzury i zakazy w przestrzeni publicznej – „Sacré Coeur” stał się we Francji jednym z najbardziej komentowanych filmów roku. Produkcja poświęcona objawieniom Najświętszego Serca Jezusa w Paray-le-Monial nie tylko ożywiła debatę o religii, ale ujawniła duchowe pragnienia tysięcy ludzi, którzy – jak się okazuje – od dawna czekali na kino wyrażające ich wiarę.
Ten sukces zaskoczył wszystkich!
Film, wyświetlany od 1 października, łączy rekonstrukcje życia św. Małgorzaty Marii Alacoque, komentarze ekspertów oraz świadectwa osób poruszonych przesłaniem wypływającym z objawień Najświętszego Serca Jezusowego. Francuskie media nie ukrywają zaskoczenia: kolejki przed kinami są „najdłuższe od lat”. Równocześnie jednak część środowisk świeckich i lewicowych próbuje film marginalizować. Pokaz w miejskim kinie w Marsylii odwołano z powodu rzekomego „naruszenia laickości”, a agencja odpowiedzialna za reklamy w metrze odmówiła ekspozycji plakatów, uznając je za prozelityzm”.
Paradoksalnie – te decyzje jeszcze bardziej nagłośniły film. Jak zauważają komentatorzy, sprzeciwy wobec religijnej tematyki jedynie spotęgowały zainteresowanie i stały się niezamierzoną promocją. Choć takie porównanie w kontekście filmu katolickiego może być nie na miejscu: zakazany owoc smakuje najlepiej!
kadr z filmu „Sacré Coeur”
***
Kto naprawdę ogląda „Sacré Coeur”?
Eseista Jean Duchesne, piszący dla francuskiej edycji Aletei, zwraca uwagę na grupę widzów, o której w debacie mówi się niewiele: ludzi wierzących, często milczących, pozbawionych przestrzeni publicznego wyrażenia swojej wiary. To oni, a nie typowi bywalcy kin, wypełniają sale.
Duchesne nazywa ich „publicznością niekinofilską” – ludźmi, którzy rzadko chodzą do kina, bo nie znajdują tam treści zgodnych z ich światopoglądem. „Sacré Coeur” daje im coś, czego brakowało od dawna: możliwość przeżycia wiary w przestrzeni publicznej, anonimowo, ale w naprawdę głęboki sposób.
Kolejny krok francuskiego nawrócenia?
„Le Figaro” mówi o „cichym, ale realnym powrocie religii”. „La Croix” podkreśla, że jak na dokument film cieszy się „bezprecedensową popularnością”, a widownia jest bardziej różnorodna, niż wskazywałyby kontrowersje.
Jednak to, co najbardziej porusza widzów, to nie spór o świeckość, lecz samo przesłanie objawień. Ks. Pascal Ide zwraca uwagę, że film „odkurza centralną prawdę chrześcijaństwa: Bóg ma Serce”. To pragnienie Boga, który chce dotrzeć do każdego człowieka, jest – jak mówi kapłan – „najbardziej uderzającym doświadczeniem filmu”.
Zarówno twórcy, jak i komentatorzy podkreślają, że film unika wątków politycznych. Nie ma w nim odniesień do historycznych nadużyć symboliki Sacré Coeur ani sporów ideologicznych. W centrum jest orędzie: „Miłość nie jest kochana, ale nic nie może jej zniechęcić”. Dla Francji, w której od kilku lat obserwujemy wzrost liczby chrztów dorosłych i powrót do wiary, ten film zdaje się kolejnym „znakiem czasu” i nawrócenia Najstarszej Córy Kościoła.
Czy „Sacré Coeur” zainspiruje inne produkcje?
Duchesne sugeruje, że sukces filmu może stać się początkiem nowego rodzaju kina – „docufiction” inspirowanego życiem świętych, które nie tyle opowiada ich biografię, ile ukazuje promieniowanie ich duchowości dziś.
Czy można sobie wyobrazić podobne filmy o św. Augustynie, św. Teresie z Lisieux, św. Edycie Stein, św. Matce Teresie? Autor uważa, że tak. „To nie kwestia pieniędzy, lecz inspiracji – łaski Bożej”.
źródło: aleteia.fr, vaticannews.va
***
O tym, jak Małgorzata Maria Alacoque wymodliła uzdrowienie i nawrócenie swego brata – księdza
Wikimedia Commons |domena publiczna
***
„Przepełnia Mnie pragnienie, aby być czczonym przez ludzi w Najświętszym Sakramencie. Tymczasem nie ma prawie nikogo, kto chciałby ugasić to pragnienie i odpowiedzieć na moją miłość” – mówił Jezus do św. Małgorzaty Marii Alacoque.
Francuska święta, siostra Małgorzata Maria Alacoque przeszła do historii Kościoła jako ta, której Pan Jezus objawił tajemnicę swojego Serca. To jej powierzył też zadanie propagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. Mimo, że w ostatnich dniach życia zakonnica chciała, aby wszystkie jej notatki zniszczono, przełożeni zdecydowali inaczej i dzięki temu znamy nie tylko szczegóły jej mistycznych rozmów z Jezusem, ale też zwykłe – i niezwykłe – wydarzenia z jej czterdziestotrzyletniego życia. Dziś zaglądamy do tych notatek i przybliżamy historię rodzinną, choć – jak to u św. Małgorzaty – z Sercem Jezusa w roli głównej.
Ksiądz, który umiera
Rok 1686 zbliżał się ku końcowi. Siostra Małgorzata spędzała piętnasty rok życia za murami klasztoru Sióstr Nawiedzenia w Paray-le-Monial.
Pewnego dnia otrzymała krótki, nerwowy w treści list przyniesiony przez posłańca. Autorem był rodzony brat siostry Małgorzaty, Chryzostom. Donosił w korespondencji, że ksiądz Jakub Alacoque, drugi z braci obojga i proboszcz parafii w Bois-Sainte-Marie, ciężko zachorował.
List zawierał gorącą prośbę o modlitwę, ponieważ „przypadek szybko został uznany przez trzech lekarzy za nierokujący nadziei i medycy zaprzestali dalszego leczenia” – pisał Chryzostom Alacoque.
Pogodzono się z diagnozą i nieuniknioną śmiercią księdza, jednak czy nie zaszkodzi poprosić o modlitwę jego rodzoną siostrę – klauzurową mniszkę?
Umrze, ale czy już?
Małgorzata przeczytała rozpaczliwy list ze spokojem. I co najciekawsze – natychmiast stwierdziła, że nie sądzi, aby jej brat był bliski śmierci. Poprosiła jednak, aby posłaniec zechciał poczekać i… poszła pomodlić się przed Najświętszym Sakramentem.
Zdumiony chłopak czekał, mniszka nie wracała, ale gdy już wróciła, jego zdumienie jeszcze wzrosło. Oznajmiła bowiem, z radosnym uśmiechem, że jej brat, proboszcz w Bois-Sainte-Marie, z pewnością umrze, ale jeszcze nie teraz, nie na tę chorobę!
Poprosiła też, aby wiadomość tę, na piśmie, dostarczył rodzinie. Jakież było zdumienie wszystkich, gdy tydzień później chory kapłan, na którym medycy postawili krzyżyk, całkowicie wyzdrowiał!
Upomnienie siostrzane
A co tak naprawdę wydarzyło się, gdy Małgorzata uklękła przed Jezusem ukrytym w Najświętszym Sakramencie? Okazuje się, że gdy złożyła Panu Bogu kilka gorliwych obietnic, usłyszała, że owszem, kapłan wróci do zdrowia, ale Bóg pragnie, aby wzrosła jego gorliwość w wierze i duszpasterski zapał. Chce się nim posłużyć, jako narzędziem, w ważnych, Bożych sprawach.
Zaraz w styczniu, po nowym roku, s. Małgorzata napisała dług list do swojego brata, aby podzielić się z nim treścią rozmów z Jezusem i ustaleniami, na które się zgodziła. Przypomniał mu też, że „Boga nie należy lekceważyć, że on, kapłan, musi wyzwolić się z przywiązania do przemijających dóbr, porzucić gry hazardowe i zmienić postępowanie”.
Wzywała też, aby powierzył się we wszystkim Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, który w swojej ogromnej miłości pragnie uczynić go świętym. „To w tym celu zachował cię w dobrym zdrowiu, choroba miała tobą wstrząsnąć i pomóc szybciej kroczyć drogą ku doskonałości. Nie zaznasz spoczynku, jeżeli wszystkiego nie oddasz Bogu” – pisała.
Trzy narzędzia w ręku Boga
List wywołał wielkie poruszenie. Brat – kapłan nie spodziewał się pouczeń od młodszej siostry. Sposób, w jaki dotąd żył nie budził w nim niepokoju, choć z treści listu wynika, że Małgorzata wiedziała o niezbyt gorliwym w pobożności sposobie życia Jakuba, i że w niej, ten sposób, niepokój budził.
Uzdrowienie księdza Alacoque, a potem jego nawrócenie, to jedna z wielu wysłuchanych modlitw, które św. Małgorzata złożyła u stóp Jezusa. Co zrobił niezbyt niegorliwy dotąd, kapłan?
Ze świadectw wynika, że nie tylko uporządkował swoje życie codzienne, porzucił hazard i zrezygnował z zabiegania o powiększanie majątku, ale całkowicie poddał się Bożemu prowadzeniu, a wierni parafii w Bois-Sainte-Marie byli jednymi z pierwszych, którzy zaczęli czcić Najświętsze Serce Jezusa w nabożeństwie, jakie objawił św. Małgorzacie Jezus.
Chryzostom Alacoque podjął się nawet budowy kaplicy poświęconej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa wewnątrz kościoła, a ksiądz Jakub zadbał, aby w każdy piątek odprawiano w niej mszę świętą. Rodzeństwo Alacoque – mniszka, kapłan i świecki – działali zgodnie w jednej sprawie – szerzenia kultu Boskiego Serca.
Artykuł powstał na podstawie książki pt. „Przedziwna historia. Bulla kanonizacyjna bł. Małgorzaty Marii Alacoque” papieża Benedykta XV z 1920 r.
Ks. Jan Twardowski cudownie to wyjaśnia i trafia w sedno wiary
Shutterstock I Maria.Ratta
***
„Stwórz, Boże, we mnie serce czyste, bo wstydzę się tego połatanego” – mówił ksiądz Jan Twardowski. Może dzień uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa to najlepszy termin na porzucenie łachmanów?
„Nabożeństwo ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa powstało w czasie, kiedy Kościół był bardzo bogaty i świątynie budowano jak królewskie rezydencje. Powstało w czasie politycznej potęgi Kościoła, kiedy kardynałowie bywali mężami stanu. Wtedy nabożeństwo to odkryto jako powrót do samotności Jezusa w tym świecie, do Jezusa z pokaleczonym sercem.
Powstało w dobie uczonych dyskusji teologicznych i rozmaitych sporów – jako powrót do najprostszego stosunku do Pana Boga poprzez intymną modlitwę. Serce Jezusa nie potrzebowało ani pieniędzy, ani złota. Potrzebowało drugiego serca” – mówił ks. Jan Twardowski.
Najświętsze Serca Jezusa
Poeta, ksiądz Jan wygłosił przed laty cykl homilii poświęconych tajemnicy Najświętszego Serca Pana Jezusa. Głosił je z zapałem w piątki. Każdą z nich z można by z powodzeniem wydać jako zbiór złotych myśli o Bożym Sercu, ale tego by skromny kaznodzieja z Krakowskiego Przedmieścia nie chciał.
Wolałby, aby nie tyle zachwycać się kunsztem jego przepowiadania, ale pójść po sznurze ułożonym ze słów do samego sedna duchowego życia, którym jest Serce Jezusa. „Nabożeństwo do Serca Jezusa jest powrotem do serdecznych uczuć wiary, do rozmowy z Przyjacielem” – mówił.
Przyzwyczailiśmy się, że w maju chodzimy na majowe – i modlimy się Litanią loretańską – a w czerwcu na czerwcowe – i odmawiamy Litanię do Serca Pana Jezusa. Dlaczego właśnie tak?
„Wygląda na to, że Pan Jezus sam wybrał czerwiec na miesiąc swego Serca. Największe objawienie, tak zwane wielkie objawienie św. Małgorzaty Marii, miało miejsce 16 czerwca, kiedy to usłyszała słowa: «Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie szczędziło, aż do wyczerpania i wynoszenia się, by dać im dowody swej miłości»” – mówił i wyjaśniał, że czerwiec jest pośrodku roku, czyli dokładnie tak, jak serce pośrodku człowieka.
Serce przy Sercu
Jeśli coś zatrważa w objawieniu się Jezusa św. Małgorzacie Alacoque, to skarga Jezusa na brak miłości. I jeśli coś w nabożeństwie czerwcowym chcieć uznać za najważniejsze, to to, że odkrywając i adorując Serce Jezusa, przez wymienianie kolejnych Jego przymiotów i cech, tak naprawdę kontemplujemy Jego życie.
Mówimy: Twoje Serce, które doświadczyło od nas, ludzi, wiele zła, mimo to wybacza i kocha. Odkrycie Jego wyznania miłości, otwiera nas na wzajemność. Serce człowieka przy sercu Jezusa – tylko to się liczy. Tylko to daje życie.
„Trzeba patrzeć na serce Jezusa z Wielkiego Piątku” – uczył ks. Jan. Cierpienie całkowicie niewinnego pozwoli nam na odnalezienie sensu innego, niewinnego cierpienia. Jeśli ktoś w twoim domu choruje – dziecko, mąż, żona, mamusia, czy tatuś i wiesz, że niczym, absolutnie niczym nie zasłużyli sobie na to cierpienie, to gdzie szukasz odpowiedzi o jego przyczynę?
„W Sercu Boga jest jedyna prawdziwa odpowiedź” – mówił ks. Jan i proponował, aby nabożeństwo czerwcowe zaczynało się od ukazania umęczonego, cierpiącego Serca Jezusa. Przed zmartwychwstaniem.
Ojciec dla Syna
W jednym z duchowych ćwiczeń ks. Jan radził, aby postawić pytanie jakie Serce Jezusa było dla samego siebie. Czy czułe, kochające, dobre, troskliwe, rozczulone nad swoim bólem i cierpieniem? Nad odrzuceniem i zdradą jednego z przyjaciół? Jakie było? Czy Serce Jezusa było dla siebie serdeczne? Czy uważało: Jesteś tego warte, jesteś wszechmocne, potężne, z Twojej myśli powstał świat – możesz wszystko?
„To jest Serce, które nigdy nie myślało o sobie. Przeżyło biedne dzieciństwo w stajni, ucieczkę, poniewierkę na obczyźnie i samotność. Serce, które nigdy nie myślało os sobie. Jedyne, jakie przybiło siebie na krzyż. Było dla siebie nie tylko surowe, ale nawet okrutne” – tłumaczył ks. Jan.
Trudno to zrozumieć, bo nam, ludziom, przeszkadza chęć panowania nad sytuacją, udowadniania, że mamy rację, nie chcemy uchodzić za naiwnych, którzy dali się wykorzystać, oszukać zaradniejszym, sprytniejszym. A jednak tylko cierpienie Jezusa mogło pojednać grzeszników z Bogiem. Jego Serce cierpliwe, miłosierne, przebaczające nam wszystko, wstecz i na zapas, mogło otworzyć nam powrót do raju.
„Serce Jezusa musiało być niedobre dla siebie, by nas odkupić” – mówił. Czy to można zrozumieć? Można wtedy, gdy jest miłość. Mama, która rezygnuje z pełnego posiłku, gdy wie, że nie starczy dla dzieci jest odbiciem Jego decyzji. Serce ludzkie zawsze czerpie zdolność do miłości ze źródła, którym jest Jego Serce. Nawet jeśli o tym nie wie.
Serce na swoim miejscu
Pustoszeją nam kościoły, w mediach biją na alarm. Wielu wieści koniec pewnej epoki w Kościele. „Nieraz mówią – głosił ks. Jan – że nabożeństwo piątkowe przeżywa kryzys. To świat przeżywa kryzys, bo myśli o interesach, polityce, uczonych księgach, a traci świadomość prostego, ludzkiego serca”.
A jak kończą ludzie bez serca? Wiadomo – cierpią. Istotą życia Kościoła i bycia w Kościele jest osobisty kontakt z Jezusem. Na kolanach i w ciszy. „Ludzkie Serce Jezusa jest samotne” – mówił ks. Jan.
Czy nie powinniśmy Go pocieszyć? To przecież nie ma nic wspólnego z sentymentalizmem… A jednak uciekamy od Bożego Serca. Dlaczego? Bo stawia nam wymagania. W Nim, jak w lustrze, widzimy to, co krzywe i brzydkie.
„Bycie z Jezusem sercem, to kochać Tego, który od nas wiele wymaga. To miłość trudna, ale tylko ta i taka uświęca” – uczył.
Przebij, czyli otwórz
Kiedy Kościół przypomina nam Wielki Piątek? „W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa” – pisał ks. Jan. Jest ciepło, wszystko kwitnie, żar leje się z nieba a Kościół staje przed nami „z łamaniem kości, śmiercią, gromadką kobiet mdlejących z wrażenia i z bólu”.
Po co? Przecież to zupełnie nie pasuje do czerwca, pogody, zbliżających się wakacji. Czemu taki brak wyczucia? A czy twoje serce nigdy nie było zranione w środku lata? Czy nie zdarzyło ci się płakać, krzyczeć z bólu, dotykać dna rozpaczy, gdy za oknem kwitły kaliny i piwonie różowiły się w ogródku sąsiada? Czy nie ma pogrzebów w czerwcu…? I co robić, gdy nam się przydarzą serdeczne dramaty ludzkiego losu?
„Tajemnica Bożego Serca to tajemnica serca pokaleczonego, poranionego, przebitego a jednak Serca, które kocha i służy innym” – uczył ks. Jan. Jeśli ktoś zrani twoje serce, upokorzy, okaleczy je i podepcze – nieważne, czy w grudniu, czy w maju – zapamiętaj na zawsze, że Jego Serce też przebito na wylot, ale nawet na jedną chwilę, nie przestało wierzyć w sens miłości. I zmartwychwstało!
Co robić, gdy nas zranią do żywego? Gdy już się wydaje, że to koniec? „Własną mocą nie umiemy uszyć sobie ani nowej głowy, ani nowego serca, ani nowego sumienia, ani nowego życia. Jesteśmy oberwańcami, którzy stale łatają samych siebie. Tylko jeden Bóg może człowieka stworzyć na nowi. Jeszcze za jego życia” – mówił ks. Jan i podpowiadał, żeby często powtarzać:
„Stwórz, Boże, we mnie serce czyste, bo wstydzę się tego połatanego”. Może dzień uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa to najlepszy termin na porzucenie łachmanów?
Artykuł powstał na podstawie książek: J. Twardowski, Kilka myśli o Sercu Pana Jezusa A. Sulikowski, Świat poetycki ks. Jana Twardowskiego